P. 1
Price , Derek J. de Solla - Węzłowe problemy historii nauki – 1965 (zorg)

Price , Derek J. de Solla - Węzłowe problemy historii nauki – 1965 (zorg)

|Views: 85|Likes:
Można by powiedzieć, że pierwszy wybuch atomowy w historii nastąpił nie w 1945 r., lecz dokładnie pięćdziesiąt lat wcześniej. W 1895 r. eksplodował nie laboratoryjny wytwór nauki, lecz sama nauka. Nasz świat dzisiejszy jest w znacznym stopniu rezultatem wyników zmierzających do scalenia fragmentów pozostawionych przez tę szokującą i brzemienną w skutki eksplozję.
(Wersja dla Kindle na Chomiku)
Można by powiedzieć, że pierwszy wybuch atomowy w historii nastąpił nie w 1945 r., lecz dokładnie pięćdziesiąt lat wcześniej. W 1895 r. eksplodował nie laboratoryjny wytwór nauki, lecz sama nauka. Nasz świat dzisiejszy jest w znacznym stopniu rezultatem wyników zmierzających do scalenia fragmentów pozostawionych przez tę szokującą i brzemienną w skutki eksplozję.
(Wersja dla Kindle na Chomiku)

More info:

Published by: biblioteka_zorga on Jul 29, 2012
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF or read online from Scribd
See more
See less

05/13/2014

pdf

Węzłowe problemy historii nauki

Derek J. de Solla Price

Spis treści
Wstęp ...................................................................................................................................................... 2 1 Specyfika cywilizacji naukowej ............................................................................................................. 4 2 Mechanika nieba w Grecji i w Chinach ............................................................................................... 16 3 Renesansowy rodowód amerykańskiej zmyślności ............................................................................ 28 4 Mutacje nauki ..................................................................................................................................... 40 5 Choroby nauki..................................................................................................................................... 52 6 Epilog Humanistyka nauki .................................................................................................................. 68 Bibliografia............................................................................................................................................. 74

Wstęp
Książka niniejsza obejmuje materiał pięciu wykładów publicznych, wygłoszonych przeze mnie w Sterling Memorial Library Uniwersytetu Yale, w październiku i listopadzie 1959 r. pod auspicjami Wydziału Historii tegoż uniwersytetu. Początkowo materiał ten nie był przeznaczony do publikacji. Celem moim było zainteresowanie humanistów i naukowców tą dziedziną wiedzy, którą zwykło się nazywać historią nauki; ja proponowałbym dla niej mniej znany, ale szerszy termin: humanistyka nauki1. Jej przedmiot, jakkolwiek go nazwiemy, przeszedł już przez fazę dojrzewania, w której niemal każdy z adeptów poczytywał sobie za punkt honoru dowieść swego całkowitego oddania, opracowując historię całej nauki na przestrzeni wieków. Wierząc, że tę historiozoficzną fazę mamy już za sobą
1

W niniejszej książce angielskie słowo science oznaczające nauki ścisłe i przyrodnicze tłumaczono jako „nauka” (analogicznie: scientist - naukowiec). Terminowi humanities odpowiadają w tłumaczeniu „nauki humanistyczne”. Pisząc „historia nauki” mamy zawsze na myśli historię nauk ścisłych (history of science) (przyp. red. wyd. pol.).

i zdając sobie sprawę z własnej niekompetencji w bardzo wielu dziedzinach nauki i historii, zdecydowałem ograniczyć się do mówienia tylko o tych sprawach, w których istotnie mogłem wypowiadać się kompetentnie również na podstawie własnych badań. W tych ramach starałem się ukazać pełną skalę przemian od czasów babilońskich do bliskiej nam przyszłości, przytaczając tyle dziedzin zastosowań, ile było możliwe, by dowieść humanistom, że ta nowa dziedzina może stać się dla nich interesująca. Miałem również nadzieję dowieść naukowcom, iż mamy tyleż praw, by mówić o nauce, co i inni humaniści, i że jeżeli nasze podejście okaże się płodne, może doprowadzić do nowego, lepszego rozumienia niż to, które osiągamy uprawiając wyłącznie naukę. Tym, którzy zajmują się nauczaniem, próbowałem pokazać, że nasza dyscyplina stanowi owo brakujące ogniwo, które umożliwi włączenie do systemu ogólnego kształcenia pewnych elementów wiedzy ścisłej, co zapobiegnie jej rozwadnianiu dla potrzeb „humanistycznych niemowląt”, a zarazem bardziej niż opowiadanie o greckich rzeźbach przyczyni się do wychowania kulturalnego naukowca. Ponieważ świadomie ograniczyłem się do własnych doświadczeń naukowych, zresztą dosyć różnorodnych, więc też żadne z zagadnień, przeze mnie tu poruszonych, nie mieści się na wydeptanych ścieżkach historii nauki. Z pewnym żalem musiałem zrezygnować z niezasłużonego przywileju przemawiania jako mediewista, znawca Newtona, Galileusza czy Darwina, historyk alchemii, mechaniki lub którejkolwiek z pozostałych dziedzin wiedzy. Moich kolegów mogę więc tylko przeprosić, jeżeli błędnie przedstawiłem ich dziedziny. Książka ta nie jest więc wyczerpującą historią nauki ani nawet cząstkową historią różnych jej fragmentów, teorii czy bohaterów. Opublikowana jako zbiór wykładów, musi mieć z konieczności jakąś myśl przewodnią, łączącą je w całość. Skorzystałem więc z przysługującej mi wolności wyboru -i rozpatrywałem interesujące mnie zagadnienia „kryzysów”: wszystkie one były w jakimś sensie wyrazem żywotnych decyzji, jakie cywilizacja musiała powziąć, by zmienić swój dotychczasowy kurs i doprowadzić nas do wieku nauki. Pierwszy taki kryzys, opisany w wykładzie pierwszym, wprowadził naszą cywilizację na drogę naukową, oddzielając ją w ten sposób od wszystkich pozostałych kultur. W wykładzie drugim omawiam odejście nauki od czystej myśli w kierunku naukowej techniki. W trzecim przeprowadzam ten techniczny nurt wstecz aż do jego początków w dobie renesansu i powstania nauki nowożytnej. W wykładzie czwartym staram się pokazać przejście od klasycznych teorii XIX w. do lawiny odkryć w XX w. Wreszcie w wykładzie ostatnim usiłuję połączyć historię i naukę próbując jednocześnie zgadnąć, jakie będzie przejście od obecnego stanu rzeczy do przyszłej wewnętrznej ekonomii nauki, która wciąż zmienia swoje oblicze. Głównym powodem opublikowania tych wykładów był, z jednej strony, fakt, że cieszyły się powodzeniem, z drugiej zaś, iż nie powinny przekształcić się w większą książkę. Po stronie pozytywów wymienić mogę to, że przykład i uznanie, jakim cieszyła się wspomniana seria wykładów, mogły pomóc - a w każdym razie na pewno nie utrudniły - Johnowi Fultonowi, profesorowi historii medycyny, do utworzenia w Yale autonomicznego Wydziału Historii Nauki i Medycyny, gdzie mam zaszczyt pracować. Z drugiej strony, na skutek wolnego wyboru tematów, wydaje się oczywiste, że każdy z tych wykładów może się w przyszłości przekształcić w niezależną monografię, wolną od rygorów, jakie by ciążyły na nim, gdyby stanowił część większej całości. Na razie rozszerzanie poszczególnych wykładów wydaje mi się bezcelowe. Dodałem więc do nich epilog ukazujący przyszłość: utworzenie autonomicznego wydziału badawczego i dydaktycznego, posługującego się w analizie nauki wszystkimi dostępnymi technikami humanistyki. Jak cała reszta, tak i ten epilog jest

właściwie bardzo osobistym poglądem. Odmiennie jednak niż pozostała część, opiera się nie na badaniach, konwencjonalnych lub nie, lecz na nadziei i przekonaniu, że nauka jest czynnikiem tak ważnym w naszym dzisiejszym świecie, iż wszystkie środki jej krytycznej analizy muszą być odpowiednio wyważone. Nie chodzi tylko o to, że potrzebujemy historyków nauki (co już jest trudne), ale muszą oni stanąć w pierwszym szeregu uczonych, by czuwać nad zachowaniem i rozwojem tego, co jest najdroższe w naszej kulturze. Wśród wszystkich długów, jakie przy tej okazji zaciągnąłem, chciałbym wyliczyć następujące: wobec moich nauczycieli gimnazjalnych, którzy ucząc mnie, przekładali de Moivre’a nad nawiasy i języki anglosaskie nad Szekspira; wobec Cyryla Parkinsona z Malajów, który zajmował się badmintonem, historią i teorią wzrostu. Winien jestem także wdzięczność dr Harry’emu Lowery, gdyż dał mi najlepsze wykształcenie praktyczne w zakresie fizyki, Christ College z Cambridge oraz sir Lawrence Braggowi, którego uprzejmość i gościnność znaczyły dla mnie tak wiele w Cavendish Laboratory, Robertowi Oppenheimerowi i Institute for Advanced Study - za umożliwienie mi pracy w tej instytucji przez dwa cudowne lata, oraz Ottonowi Neugebauerowi, który mnie do nich skierował. Mój pierwszy pobyt w Ameryce zawdzięczam Commonwealth Fund Fellowship, Smithsonian Institution zaś to, że do niej wróciłem. Godna podziwu znajomość słów Dawida Kleina chroniła tę książkę od błędów składni i wykroczeń przeciw dobremu smakowi. Wreszcie zaciągnąłem dług wdzięczności wobec wszystkich moich nowych kolegów w Yale, którzy przyjęli mnie do swego grona i ofiarowali tyle rzeczy godnych podziwu. D. J. de S. P. New Haven, Connecticut, 15 września 1960 roku.

1 Specyfika cywilizacji naukowej
Kiedy wspaniały dziwak, matematyk hinduski, Srinivasa Ramanujan, mając lat trzydzieści leżał śmiertelnie chory w jednym ze szpitali londyńskich, odwiedził go równie sławny matematyk prof. G. H. Hardy z Cambridge. Pragnąc rozerwać chorego, Hardy, całkowicie zaabsorbowany podówczas teorią liczb, nadmienił, że przyjechał do szpitala taksówką nr 1729 i że liczba ta wydaje mu się zdecydowanie nieciekawa. „Ależ przeciwnie - odpowiedział Ramanujan. - To liczba bardzo interesująca; jest ona najmniejszą z liczb, które dadzą się wyrazić sumą dwóch sześcianów na dwa różne sposoby”2. Można by pomyśleć, że historyjka ta3, jak i sama liczba, składają się po prostu na anegdotę o wielkim matematyku. A jednak nic podobnego. Jest to bowiem najbardziej niebanalny i wyraźnie nietypowy
2

By zaspokoić ciekawość Czytelników, pozwolę sobie poinformować zainteresowanych, że 1729 = 9 + 10 = 1 3 + 12 3 Materiały biograficzne dotyczące Ramanujana można znaleźć w Collected Papers of Srinivasa Ramanujan, wyd. G. H. Hardy, P. V. Seshu Aiyar i B. M. Wilson, Cambridge 1927, oraz G. H. Hardy Ramanujan - Twelve

3

3

3

przykład, który może nam pomóc w wyjaśnieniu ogólnego i podstawowego problemu obecnej cywilizacji naukowej, mianowicie zagadnienia jej „specyfiki”. Specyfika ta polega nie tylko na tym, że nasza kultura nowożytna różni się od wszystkich innych kultur, ale także na tym, że zawiera nie znaną przedtem i wręcz dziwną cechę, odróżniającą ją od wszystkiego, co działo się wcześniej. Historycy i archeolodzy przedstawili nam dziś - niczym na akademickim stole prosektoryjnym - szereg wysoko rozwiniętych cywilizacji przeszłości o których zaczynamy wiedzieć więcej niż nasi przodkowie. Poznajemy Asyryjczyków i Egipcjan, Greków i Rzymian, Azteków i Inków, Chińczyków i Hindusów, imperium arabskie oraz nasz własny, współczesny świat. Wszystkie te cywilizacje są ze sobą spokrewnione, chociaż w niejednakowym stopniu. Te, o których wiemy najwięcej, to kultury następujące po sobie w porządku chronologicznym - od Grecji poprzez Rzym, Bizancjum i imperium arabskie, do zachodnioeuropejskiego średniowiecza, renesansu, rewolucji przemysłowej i naszej dzisiejszej kultury. Każda z nich posiada dostateczną liczbę cech charakterystycznych i specyficznych, by można ją traktować jako oddzielną całość. Równocześnie jednak stanowią one jedną rodzinę, dziedziczącą swe cechy z pokolenia na pokolenie. Obok tego mamy kilka innych wielkich cywilizacji, które zdają się pozostawać w stosunkowo większej izolacji. Zaczęto je badać szczegółowo dopiero w ostatnich latach. Wydaje mi się, że nowo nabyta wiedza o tych bardziej izolowanych cywilizacjach przydaje wagi pytaniu, które nie mogło ani powstać, ani też znaleźć odpowiedzi dawniej, kiedy znaliśmy jedynie cud grecki i swoje od niego pochodzenie. Gdzie tkwi źródło naszej własnej naukowej podstawy wysokiej cywilizacji? Współczesne pokolenie ma ten przywilej, że może - stojąc na barkach gigantów, badać szczegółowo historię nauki w Chinach, złożoność babilońskiej matematyki i astronomii, machinacje strażników kalendarza Majów i naukową pedanterię Egipcjan. Dziś, kiedy mamy już niejakie wyobrażenie o tym, do czego ci ludzie byli zdolni, a do czego nie, możemy wyraźniej zobaczyć, że kultura zachodnia musiała w jakimś punkcie dokonać niespodziewanego zwrotu, dzięki któremu nasza naukowa tradycja stała się nagle bez porównania bardziej twórcza niż we wszystkich pozostałych przypadkach. Żyjemy dziś w czasach niezwykłego rozkwitu techniki, kiedy nasze życie codzienne i losy narodów wyznaczane są przez konsekwencje odkryć naukowych, kiedy filozoficzne implikacje rewolucji naukowej, mówiąc słowami Herberta Butterfielda, „zaćmiewają wszystko, cokolwiek działo się od powstania chrześcijaństwa, i sprowadzają zarówno odrodzenie, jak i reformację do rzędu nieledwie epizodów, czegoś w rodzaju wewnętrznych nurtów w granicach średniowiecznego chrystianizmu”4.

Lectures Suggested by His Life and Work, Cambridge 1940. Patrz także artykuł J. R. Newmana w „The World of Mathematics” nr 1/1956, s. 368. 4 Herbert Butterfield Rodowód współczesnej nauki 1300-1800, Warszawa 1963, s. 2. Ten sam autor, najwybitniejszy spośród historyków-tradycjonalistów, ma jeszcze więcej do powiedzenia o historii nauki jako o dyscyplinie naukowej: „Jednym z pewnych wniosków, jakie można dziś wysnuć w stosunku do tej dziedziny nauki, jest przeświadczenie, że już niedługo historia nauki zyska sobie znaczenie nie dające się porównać z tym, jakie dotąd posiadała. Przestała ona już być wyłącznie hobby eks-naukowca lub też nieszkodliwym zajęciem dziwaka; nie jest też już tylko sprawozdaniem z jakiegoś jednego odcinka ludzkiej działalności, jak np. historia muzyki czy historia krykieta - działalności leżących raczej na marginesie historii powszechnej. Jej przedmiotem badań jest bowiem jeden z głównych składników nowożytnego świata i nowożytnego umysłu i dlatego bez jej pomocy niemożliwe jest skonstruowanie jakiejś adekwatnej historii Europy ani też możliwej do przyjęcia historii cywilizacji zachodniej. Co więcej, jest dziś dla nas równie ważna dla zrozumienia nas samych, jak tysiąc lat temu ważna była dla Europy znajomość i zrozumienie starożytności grecko-rzymskiej”. Cyt. wg pierwszego wykładu o historii nauki, „Harvard Library Bulletin”, t. XIII (1959),

Dziś wiemy, że żadna z pozostałych wielkich cywilizacji naukowych nie poszła podobną drogą. Nasza fragmentaryczna znajomość historii ich rozwoju mówi nam zresztą więcej: że żadna z nich nawet nie zbliżyła się do tej drogi. Mamy do dyspozycji dwie różne postawy. Pierwsza, tradycyjna, to badanie każdej cywilizacji z osobna i wykazywanie, w jaki sposób wojny i inwazje, warunki polityczne i społeczne, niekorzystna sytuacja ekonomiczna czy też okowy filozoficzne uniemożliwiały im dojście do czegoś w rodzaju rewolucji naukowej. Twierdzenie, że nasza cywilizacja była jedyną, która poszła normalną drogą, może być poczytane za objaw zrozumiałej próżności. Bardziej racjonalną alternatywą jest chyba stanowisko odwrotne, mianowicie twierdzenie, że właśnie nasza cywilizacja „nie poszła w nogę”. Mówiąc innymi słowy, pozostałe cywilizacje rozwijały się na ogół normalnie, a tylko nasze dziedzictwo zawierało w sobie jakiś czynnik zakłócający, rzadki i osobliwy, który przerósł w aktywność, dominującą dziś w naszym życiu. Spekulacje nad osobliwościami nauki w różnych cywilizacjach są równie zasadne, jak spekulacje astronoma nad osobliwościami systemów planetarnych wśród słońc lub spekulacje biologa nad osobliwościami życia na planetach. Na szczęście nie jesteśmy ograniczeni do spekulacji, jeśli tylko mamy jakie takie pojęcie o ewolucji, obojętne, czy dotyczy ono systemów planetarnych, materii żywej czy też aktywności naukowej. Tak uzbrojeni, orientujemy się względnie dobrze, gdzie szukać źródeł interesującego nas zjawiska. Aby ustalić miejsce, jakie nauka zajmuje w naszym świecie, musimy cofnąć się wstecz poprzez historię, zatrzymując się w punktach, które możemy nazwać centralnymi. Nie muszą to być jakieś wielkie odkrycia czy epokowe kroki naprzód; są to raczej momenty, w których ludzie musieli radykalnie zmienić sposób myślenia lub też wprowadzić do swych spekulacji zupełnie nowy element. Dziś jest rzeczą ogólnie przyjętą, że nauka nowożytna rozwijała się w sposób uporządkowany i regularny, począwszy od rewolucji naukowej (w XVII w.) aż do dnia dzisiejszego. Rozwój ten miał oczywiście punkty centralne, którymi zajmiemy się później, ale wydaje się, że jądro nauki nowożytnej tkwiło już w pracach Newtona. A jeśli tak, to musiało istnieć i wcześniej, w dziełach Galileusza i Kopernika oraz - by zacytować inne dziedziny wiedzy - Harveya i Boyle’a. Formalna siatka przenikających się wzajemnie teorii, eksperymentów i pojęć, przejętych przez naukę nowożytną, obejmuje niewątpliwie wszystkie te nazwiska, o czym dobrze wie każdy nauczyciel przedmiotów ścisłych. W gruncie rzeczy dla wielu z nich historia nauki istnieje przede wszystkim po to, by przydawać wartości nazwiskom, z którymi spotykają się w swej praktyce pedagogicznej. Jeżeli jednak zarodek nauki nowożytnej istniał już w XVI w., to musimy szukać jeszcze wcześniej pewnych pojedynczych zdarzeń towarzyszących jego poczęciu. O jakie zdarzenia chodzi? Bez odpowiedniej metody postępowania staniemy się po prostu dziej opisami poszczególnych autonomicznych dziedzin, na jakie dzieli się obecnie nauka. Ale właśnie to zbyt rygorystyczne stosowanie podziału nauk, obowiązującego obecnie, do czasów poprzedzających XVI w., kiedy nauka stanowiła jedno królestwo i nawet geniusze byli polinaukowcami - jest błędem historycznym. Równie nieskuteczna, jak się zdaje, byłaby próba objęcia całej wiedzy i trzeba sobie nakreślić jakieś granice, aby osiągnąć konieczną perspektywę. Ze wszystkich wymienionych dziedzin nauki najbardziej rozwinięta, a jednocześnie najbardziej nowożytna i posiadająca najdłuższą tradycję była astronomia matematyczna. Ona też tworzy główny nurt, prowadzący poprzez dzieło Galileusza i Keplera, teorię grawitacji Newtona wprost do prac Einsteina i wszystkich fizyków-teoretyków, zarówno dawnych, jak i obecnych. W porównaniu z astronomią, wszystkie pozostałe działy nauki nowożytnej wydają się pochodnymi lub następczymi: albo czerpały swe natchnienie bezpośrednio z adekwatności

matematycznych czy logicznych rozwiązań w astronomii, albo też rozwinęły się później, przypuszczalnie jako rezultat takiej inspiracji w pokrewnych dziedzinach wiedzy. Tu miejsce na pewną dygresję, mającą na celu wyeliminowanie z naszej analizy trwałego rdzenia techniki i nauki, który był nieodzowny w każdej cywilizacji. Ludzie zawsze musieli budować sobie schronienia, siać ziarno i rozdzielać je, rozbijać sobie nawzajem głowy, a potem je kurować, musieli także wiedzieć, dlaczego wszystko to trzeba robić. W rezultacie, penetrując całą historię pisaną i wszystkie kultury, widzimy znajomość podstaw geometrii w budownictwie i miernictwie, znajomość rachunku kupieckiego i umiejętność zestawiania kalendarzy, wiadomości z dziedziny chemii przemysłowej i praktyki lekarskiej oraz kosmologii, ściśle zresztą związanej z religią. Każdy z tych elementów nauki mógł się rozwijać osiągając znaczny stopień skomplikowania, nie przekształcając się jednak ani nawet nie uczestnicząc w rewolucji naukowej. Za przykład może nam posłużyć kalendarz Majów - prawdziwy labirynt matematycznej żonglerki, przenikający całą kulturę nie czyniąc jej przez to „naukową”. Nawet wysoki poziom medycyny i chemii, kwitnących już w pierwszych stuleciach p.n.e. i rozwijających się stale przez blisko dwa następne tysiąclecia nie zmienił się radykalnie ani też nie przybrał kształtu nauki nowożytnej przed rewolucją w naukach ścisłych. Ze względów strategicznych musimy skupić uwagę na tym wysoko wyspecjalizowanym zawiłym odcinku nauki, który posłużył jako wzór dla teorii Kopernika i Keplera i dostarczył surowca pierwszym, zaskakującym osiągnięciom rewolucji naukowej, stanowiąc model i zachętę dla wszystkich innych dziedzin wiedzy. Skoncentrowanie się na przedkopernikańskim stadium astronomii matematycznej prowadzi nas wstecz, jednym niemal susem, do okresu helleńskiego, a co więcej - dostarcza dodatkowego ogniwa, silnie wiążącego naukę starożytną z nowożytną. Ogniwem tym jest teoria astronomiczna rozwinięta najpełniej w Almageście, dziele Klaudiusza Ptolemeusza, napisanym ok. 140 r. n.e.5. Wpływ Almagestu na następne pokolenia ustępuje chyba tylko wpływowi Euklidesa. Nowożytny matematyk lub inny uczony, odczytując dziś na nowo oba teksty, znajduje w nich głębię, którą odkryliśmy ponownie zupełnie niedawno. Euklides, jako czysty matematyk, jest nam w pewnym sensie bliski do dziś, chociaż pozycja jego została nieco zachwiana przez geometrię nieeuklidesową. Almagest natomiast, dotyczący świata zewnętrznego, zestarzał się i stracił znaczenie w oczach wszystkich ludzi poza historykami astronomii. Z tej racji potoczna i popularna mitologia, naukowa przypisała astronomii Ptolemeuszowej wiele nie istniejących błędów. Pobożne życzenia, nadmierne upraszczanie oraz przekazywanie drugorzędnych źródeł z pokolenia na pokolenie to metody szczególnie płodne, wówczas gdy nawet uczeni mówią w - sposób amatorski o nauce. By utorować sobie drogę, musimy zwrócić uwagę, że głównym zadaniem Almagestu było dostarczenie matematycznej interpretacji wyjątkowo skomplikowanego sposobu, w jaki każda z planet porusza się, jak się zdawało, na tle gwiazd stałych. Swoim współczesnym Almagest musiał się wydawać dziełem równie wspaniałym i specjalistycznym, jak nam prace Einsteina o względności. Zarówno Ptolemeusz, jak i Einstein mieli swoich popularyzatorów. Zdania, że „Einstein dowiódł, iż wszystko jest względne” i „Ptolemeusz dowiódł, że wszystko krąży wokół nieruchomej Ziemi” są
5

W pełni odpowiedzialny tekst Almagestu można zdobyć tylko w oryginale greckim lub też w przekładzie niemieckim pióra Karla Manitiusa, w serii Teuber Classics, 1912. Oba te teksty od lat nie były wznawiane. Dostępne wydania: francuskie w tłumaczeniu Abbé Halma (Paryż 1816) i angielskie w Encyklopedia Britannica, Great Books of the Western World (Chicago 1952), roją się od błędów, operują trudnym językiem i stanowią prawdziwą obelgę dla tej wielkiej książki naukowej starożytnego i średniowiecznego świata.

równie nieadekwatne. W gruncie rzeczy, niezależnie od oczywistej doniosłości swych filozoficznych innowacji w kosmologii, Kopernik z konieczności pozostawił matematyczną konstrukcję Almagestu nie zmienioną i nie naruszoną we wszystkich szczegółach technicznych. Co więcej, każda zmiana, choćby najmniejsza, jaką wprowadził, odbijała się ujemnie na adekwatności jego teorii wobec danych obserwacji. Tylko w zakresie ruchu Księżyca (który jest i tak geocentryczny) teoria Kopernika przewyższała ptolemeuszową6. Almagest jest przykładem zwycięstwa matematycznej interpretacji przyrody, stworzonej w okresie helleńskim i funkcjonującej bezbłędnie w ramach wszystkich obserwacji przeprowadzanych gołym okiem. Jest to niewątpliwie porcja skomplikowanej wiedzy naukowej, imponująco i odczuwalnie doskonałej. Ta matematyczna teoria planetarna, powstała w zaraniu naszej historii, stała się rejonem wiedzy fizycznej, w którym logika matematyki dowiodła swej wystarczalności i odpowiedzialności. Jest to jedyna dziedzina wiedzy, która przetrwała dziewiczo nietknięta po upadku imperium rzymskiego, kiedy grecka matematyka wyższa niemal zupełnie została zapomniana. Utrzymała swą siłę i znaczenie nawet, po Koperniku, ulegając dopiero bardziej złożonej matematyce Keplera i wspaniałemu, bezpośredniemu dowodowi, jakiego dostarczył teleskop Galileusza po 1600 r. Nawet dla laika ten dziwaczny przykład matematyki ruchu planet pozostał przez wieki lśniącym klejnotem ludzkiego intelektu, fascynującym ludzi podobną Bogu zdolnością śmiertelnych do zrozumienia teorii tak najeżonej zawiłościami, a jednocześnie w sposób oczywisty i na pewno prawdziwej. Można więc zaryzykować twierdzenie, że ta zwarta teoria stanowi intelektualne plateau naszej kultury - wysokie plateau, występujące wyłącznie u nas. We wszystkich dziedzinach nauki wszystkich innych kultur nie ma niczego, co mogłoby zaćmić tę wczesną, a tak wyrafinowaną i zaawansowaną próbę czysto matematycznego wyjaśnienia przyrody. Gdybyśmy mieli wskazać na jakiś cud w naszej historii intelektualnej, to nie wiadomo, czy nie tu właśnie należałoby szukać źródła naszej nowożytnej nauki. Rzecz w tym, czy można to uznać za coś więcej niż prosty zbieg okoliczności, kaprys losu w ramach jednej gałęzi nauki. Odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać w czasach znacznie wcześniejszych. Jeśli Almagest okaże się produktem stałego rozwoju, zaprawionym błyskami inspiracji, to historię jego powstania można uznać za normalną, analogiczną do tej, która prowadziła od Newtona do Einsteina. Jeżeli, przeciwnie, potrafimy znaleźć w niej jakąś wewnętrzną osobliwość, jakiś punkt zwrotny, możemy być pewni, że znaleźliśmy klucz do naszej teorii. Aż do ostatnich kilkudziesięciu lat nic nie wskazywało na to, by cud grecki był czymś więcej niż ściśle lokalną, dobrze zintegrowaną historią, za jaką kazały nam go uważać tradycyjne badania nad klasykami. Rzeczą rozsądną i oczywistą, szczególnie w dziedzinie astronomii, było przekonanie, że rozumienie i matematyczne ujmowanie zjawisk rozwijało się stopniowo od niemal prymitywnych, prostych początków aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego w postaci Almagestu i jego późniejszych komentarzy. Oczywiście znamy wielu matematyków i astronomów, którzy musieli legitymować się jakimiś osiągnięciami przed Ptolemeuszem, i posiadamy niemało przekazów,

6

Bardziej szczegółowy opis większości nieporozumień odnośnie do stanu naukowego starych i nowych teorii planetarnych znajdzie Czytelnik w: Derek J. de Solla Price Contra-Copernicus: A Critical Re-Estimation of the Mathematical Planetary Theory of Ptolemy, Copernicus and Kepler. W: Critical Problems in the History of Science, Madison 1959, S. 197-218.

niektórych bez wątpienia prawdziwych, mówiących o tym, co ci ludzie przypuszczalnie odkryli lub zdziałali. Przyjemne uczucie towarzyszące przekonaniu, że zbliżamy się do wiedzy doskonałej, było jednak u niektórych zakłócane wątpliwościami, skłaniającymi do ostrożności. Wynikało to z faktu, że historyk musi się liczyć z czymś w rodzaju oszustwa, polegającego na specyficznym dla nauki zjawisku, które pozwala jednej dobrej książce automatycznie zatrzeć i (w ówczesnych czasach) wręcz wyrugować wszystkie ślady tego, co było przed jej powstaniem. Tak więc, chociaż niewątpliwy sukces Ptolemeusza mógł świadczyć, że docierają do nas tylko fragmenty astronomii przedptolemejskiej, nic nie wskazywało na to, by nasza niewiedza kryła w sobie coś specjalnie doniosłego. Nadzieja ta została zachwiana i dziś leży w gruzach na skutek odkrycia, w 1881 r., potężnego dzieła matematyków i astronomów babilońskich, uwidocznionego na licznych tabliczkach glinianych zapisanych pismem klinowym i sięgających od okresu starobabilońskiego z II tysiąclecia p.n.e. do okresu Seleucydów z czasów hellenistycznych7. Dla naszych celów wystarczy na razie zaznaczyć, że astronomia babilońska, szczególnie z okresu swego szczytowego rozwoju za Seleucydów w czasie ostatnich dwóch czy trzech wieków p.n.e., przedstawia poziom osiągnięć w zakresie matematyki, jakiemu dorównali chyba tylko hellenistyczni Grecy, tyle że różny zasadniczo pod względem treści i metody. U podstaw matematyki i astronomii babilońskiej leżała, niespotykana nigdzie indziej, łatwość operowania dużymi liczbami i trudnymi działaniami, tak trudnymi i żmudnymi, że każdy współczesny matematyk ucieka się w tych wypadkach do pomocy suwaka lub maszyny do liczenia. Oczywiście, niektóre tabliczki, przypuszczalnie przeznaczone dla uczniów, zawierały teksty z problemami stanowiącymi genotypy zmor naszego dzieciństwa, jakimi były wanny zaopatrzone w otwory i napełniane przez rozmaite kurki z różną szybkością oraz konstrukcje algebraiczne (wyrażone raczej werbalnie niż symbolicznie) z seriami nawiasów zawierających dalsze nawiasy, i jeszcze dalsze - aż w nieskończoność. Tak wygląda ciemna strona matematyki babilońskiej. Jej jasną stroną jest niezwykłe wyczucie własności liczb i możliwości operowania nimi. Odnosi się wrażenie, że sposób, w jaki rozumował Ramanujan - dostrzegając niemal instynktownie własności liczb dalekich od elementarnych i mając każdą liczbę całkowitą za bliskiego przyjaciela - był chlebem powszednim dla Babilończyków. Nie chcę tu wyolbrzymiać sprawy ani też sugerować, że wszyscy starożytni dorównywali geniuszem Ramanujanowi. Jest jednak oczywiste, że ich mocną stronę stanowiły problemy arytmetyczne i że w tej dziedzinie byli doskonali. Przyczyny tego stanu rzeczy w cywilizacji babilońskiej nie są jasne. Być może, wchodziła tu w grę jakaś szczególna cecha narodowa lub też zdolność wynikająca z tego, że Babilończycy pisali w glinie małymi, jednolitymi znakami klinowymi. Być może także, że było w ich sposobie życia coś, co wymagało używania i manipulowania liczbami w handlu lub w religii. Takie subtelne spekulacje
7

Zamiast odsyłać Czytelnika do drugorzędnych doniesień o zdumiewających osiągnięciach babilońskiej matematyki i astronomii, radzimy sięgnąć do pracy ogólniejszej, pióra najlepszego znawcy tych zagadnień O. Neugebauera, The Exact Sciences in Antiquity Providence 1957. Znajdują się w niej obszerne odsyłacze do materiałów źródłowych dotyczących babilońskiej matematyki oraz interesujące nieznane dokumenty, jak np. historia (s. 103) odcyfrowania tabliczek astronomicznych przez ojców J. Eppinga (z Quito w Peru) i J. N. Strassmeiera (z Londynu), publikowana w katolickim periodyku teologicznym „Stimmen aus Maria-Laach” (wychodzącym od 1881 r.).

wydają się niebezpieczne, a jednocześnie bezużyteczne w świetle faktu, że Babilończycy byli na pewno jedynymi mistrzami w tej szczególnej dziedzinie umysłowej: pasja Majów do liczb w ich cyklach kalendarzowych niewiele im ustępuje, choć nic z tego, co zdołaliśmy dotychczas rozszyfrować, nie dorównuje matematyce babilońskiej. Dla nas jednak, jeśli zajmujemy się stosunkiem Babilończyków do astronomii, istotne są nie tyle źródła, ile fakt, że stosunek ten wyrażał się w wysoko rozwiniętej i wnikliwej arytmetycznej metodzie traktowania ruchów Słońca, Księżyca i planet. Babilończycy operowali swobodnie pozycyjnym systemem numerycznym dotyczącym wszystkich liczb, zarówno całkowitych, jak i ułamków. Wykorzystywali bardzo skutecznie układ sześćdziesiętny, który od nich przyjęliśmy i do dziś używamy przy kątowych pomiarach stopni, minut i sekund oraz przy podziale godziny. Co więcej, umieli przeprowadzić kalkulacje astronomiczne bez uciekania się (o ile wiemy) do obrazów geometrycznych czy też wykresów. Być może, najbliższą ich metody w matematyce współczesnej jest fourierowska analiza ruchu falowego, ale tu matematyk operuje raczej pojęciem fal sinusowych niż liczbowymi ciągami Babilończyków. Jest dla nas rzeczą nieuniknioną podjęcie próby porównania nauki babilońskiej z grecką. W każdej z nich dostrzegamy coś w rodzaju względnie ciągłej tradycji aż do ostatnich kilku wieków p.n.e., kiedy to obie skoncentrowały się na tym samym, bardzo naturalnym problemie niezmiennie regularnego ruchu planet. W owym okresie każda z tych nauk dysponowała już gotowym, dojrzałym i złożonym schematem, pełnym technicznych udoskonaleń i obejmującym wszystkie nagromadzone w ciągu wieków obserwacje związane z tymi zjawiskami, skoordynowane w jego ramach. Jedna z największych zagadek historii polega na tym, że te dwa współczesne sobie systemy krańcowo różniły się od siebie. Tam, gdzie jeden przejawia głęboką wiedzę, drugi - ogromną ignorancję; omawiają więc dokładnie te same podstawowe fakty w taki sposób, że prawie nie ma między nimi punktów stycznych. Przy całej wrodzonej im zdolności do rachunków, Babilończykom brak tej metody logicznego rozumowania, która charakteryzuje Euklidesa. Można nawet posunąć się jeszcze dalej i oskarżyć ich o zupełną ignorancję i niekompetencję w zakresie geometrii, ale tu należy być bardzo ostrożnym i przypisać im nieco znajomości geometrii architektonicznej, mitycznej kosmologii itd., cechujących wysoką cywilizację. Wiemy np., że pitagorejskie właściwości boków trójkąta prostokątnego znane były Babilończykom na około tysiąc lat przed Pitagorasem, ale jest to rodzaj „domowej” geometrii, której nawet dziś może nauczyć się każdy, kto rozmyśla nad mozaiką na podłodze lub w wyłożonej kafelkami łazience. A Grecy? Czy nie byli oni równie jednostronni jak Babilończycy? Należy tu przede wszystkim odróżnić wczesny okres, helleński, od późniejszego, hellenistycznego. W tym rozróżnieniu historia nauki dostarcza (a czyni to często i gdzie indziej) perspektywy całkowicie odmiennej od tej, jaką ofiarowują inne historie. Na przykład renesans, umiłowany przez historyków sztuki, wydaje się tracić nieco ze swej wielkości, kiedy patrzy nań historyk nauki: nabiera on wówczas charakteru zaściankowego ruchu włoskiego, przyćmionego przez niezwykle płodne odrodzenie astronomii w protestanckich Niemczech8. Jeśli chodzi o Greków, złote wieki sztuki, filozofii i literatury z okresu helleńskiego przyćmiewa spontaniczna witalność naukowa okresu hellenistycznego.

8

Nową ocenę renesansu, tak jak go widzi człowiek, który uczynił więcej niż ktokolwiek inny dla usamodzielnienia historii nauki jako dyscypliny naukowej, znaleźć można w książce G. Sartona Appreciation of

Wydobywając z tego wczesnego okresu to, co da się wydobyć, możemy uchwycić klimat logiki i geometrii, który znamy tak dobrze od Euklidesa, a jednocześnie zupełny brak pogłębionej wiedzy w zakresie liczenia. Oczywiście, wyjątek stanowi dziedzina życia codziennego - należy przyjąć, że mieszkańcy krajów o kulturze klasycznej mogli, gdy byli do tego zmuszeni, radzić sobie zupełnie dobrze ze swymi rachunkami z pralni. Należy również założyć minimalną znajomość arytmetyki (w znaczeniu babilońskim) występującą w dobrze znanych pismach Pitagorasa. Chociaż dotyczą one liczb, i to nierzadko bardzo skomplikowanych, nie zawierają żadnych trudniejszych obliczeń ani żadnych wiadomości o operowaniu liczbami ogólnymi powyżej 10. Wystarczy zanalizować postawę każde] z tych cywilizacji w stosunku do pierwiastka kwadratowego z dwóch. Grecy dowiedli, że nie jest to liczba wymierna. Babilończycy obliczali go z wielką dokładnością9. Raz jeszcze musimy skupić uwagę, by zrozumieć serię złożonych motywów i przypadków, które wprowadziły Greków na tę szczególną drogę cywilizacji. W zakresie nauki inne cywilizacje miały przypuszczalnie podobne osiągnięcia. Nowożytni historycy długo trwali w przekonaniu o chwalebnej i wyłącznie greckiej tradycji w matematyce, z której czerpiemy tak wiele do dziś dnia; dlatego też trudno oderwać się od tej tradycji i spojrzeć na zagadnienie z innej strony, próbując odpowiedzieć na pytanie, jak daleko doprowadziłby nas hellenizm, gdyby nie interwencja babilońska, tak wyraźna u późniejszych pisarzy hellenistycznych, Herona z Aleksandrii i Hipparcha. Dziś już wiemy, że starożytna cywilizacja chińska rozwijała się, praktycznie biorąc, w izolacji zarówno od Babilonii, jak i od Grecji, choć kwitła w niej i matematyka, i geometria10. Czyż więc nie dziwne, że dysponując obydwoma składnikami astronomii hellenistycznej, Chińczycy nie potrafili osiągnąć takiej matematycznej syntezy, jaką był Almagest, zdolny wydać w sprzyjających warunkach chińskiego Keplera, chińskiego Newtona i chińskiego Einsteina11? Spójrzmy raz jeszcze na świat helleńskich Greków i Babilończyków z okresu Seleucydów. Wydaje się prawdopodobne, że mieli ze sobą nikły kontakt naukowy przed stadium przemiany, wynikłym z nie mających precedensu podbojów Aleksandra Wielkiego, rozpoczętych w 334 r. p.n.e. W następnych
Ancient and Medicinal Science during the Renaissance, Philadelphia 1955 (przede wszystkim w epilogu, s. 166175). 9 Jeśli chodzi o stosunek Greków do pierwiastka z dwóch, to najlepszy opis dowodu Pitagorasa znajdzie Czytelnik w pracy G. M. Hardy’ego A Mathematician’s Apology, Cambridge 1948, s. 34-6; (II wyd. w: J. R. Newman The World of Mathematics, New York 1956, t. IV, s. 2031). Stosunek Babilończyków najlepiej obrazuje tabliczka, przechowana w zbiorze Uniwersytetu w Yale pod nr 7283 oraz jej opis pióra O. Neugebauera Exact Sciences in Antiquity, Providence 1957, s. 35 i ryc. 6a. Przypadkowo tabliczka ta zawiera wykres geometryczny, chociaż nie stanowi on pomocy w obliczeniu. 10 O matematyce chińskiej, we wszystkich Jej działach, pisze po raz pierwszy J. Needham w Science and Civilization in China, Cambridge 1959. W ostatnim rozdziale cz. XIX (s. 150-168) autor ocenia, choć inaczej niż ja, polityczne i filozoficzne stosunki na Wschodzie i Zachodzie, dochodząc do podobnych wniosków jak te, do których tu doszedłem. Needham pisze: „... (w Chinach) brak było jakiegoś żywotnego zapotrzebowania [na matematyków] ze strony przyrodoznawstwa...” Na zachodzie zapotrzebowanie to powstało za pośrednictwem matematycznej astronomii planetarnej. 11 Na marginesie „chińskiego Einsteina” pozwolę sobie zacytować tu list naszego Einsteina, często cytowany w formie anegdotycznej, ale nigdy, o ile wiem, in extenso. List ten zawdzięczam memu koledze, prof. A. Wrightowi, który pożyczył mi kopię oryginału, wysłanego przez Einsteina do J. E. Switzera z San Mateo w Kalifornii: „Drogi Panie. Rozwój nauki zachodniej opiera się na dwóch wielkich osiągnięciach: wynalezieniu formalnego logicznego systemu (w geometrii Euklidesowej) przez filozofów oraz odkryciu możliwości określenia związku przyczynowego za pomocą systematycznego eksperymentu (renesans). Moim zdaniem, nic dziwnego, że mędrcy chińscy nie dokonali tych kroków. Dziwne jest raczej to, że oba te odkrycia zostały w ogóle dokonane. Z poważaniem A. -Einstein. 23 kwietnia 1933 r.”

stuleciach w greckiej matematyce i astronomii pojawiają się osiągnięcia i metody tak obce i tak arytmetyczne, że mogły pochodzić tylko ze źródeł babilońskich. Niestety, poza nielicznymi pisarzami greckimi, cytującymi chaldejskich astronomów ogólnie lub z imienia, niewiele wiemy o historycznych powiązaniach i naukowym mariażu tych tak różnych kultur. Możemy tylko przypuszczać, że starcie z nauką tak odmienną od własnej, a jednocześnie dotyczącą tych samych problemów i, być może, skuteczniej je rozwiązującą, musiało być fascynujące. Niewątpliwie jeden z najbardziej istotnych rysów tej historii polega na tym, że stała się ona punktem zwrotnym i miała dostarczyć klucza do zrozumienia naszej własnej cywilizacji, która mogła zawierać identyczne elementy naukowe, lecz zabrakło jej zderzenia z poglądami Greków i Babilończyków. Dane o wydarzeniach towarzyszących narodzinom naszej cywilizacji są, jak dotychczas, niekompletne. Gdyby nie dodatkowe okoliczności, impet nadany greckiej geometrii i logice przez babilońskie metody numeryczne i ilościowe mógłby spalić na panewce, pozostawiając po sobie nie więcej niż zapis wschodnich szkolnych problemów w książkach Herona z Aleksandrii i w babilońskich cyklach miesięcznych w kalendarzu. Owocowanie nastąpiło jako naturalna, choć przypadkowa konsekwencja połączenia jakościowych, obrazowych modeli greckiej geometrii astronomicznej z ilościowymi operacjami i wynikami Babilończyków. Dla Greków planety zdawały się krążyć po kole ruchem niemal jednostajnym. Babilończycy potrafili wymierzyć i dokładnie przepowiedzieć odchylenia w jednostajności. Jak Grecy mogli oddać ten nieznaczny, choć wyraźny brak jednostajności w ruchu planetarnym? Nie przez przyspieszenie ruchu i naprzemienne zwolnienie. Ruch przyspieszony można by dopuścić, ale brakło odpowiedniej formuły matematycznej dla oddania prędkości zmiennej. Rzeczą najbardziej naturalną było utrzymanie doskonałego i oczywistego ruchu jednostajnego po kole i umieszczenie Ziemi po jednej stronie tego koła, z której orbitę widać było pod zmiennym kątem. Taka teoria pozwala zrozumieć skomplikowany charakter istniejącego ruchu, który znamy z dokładnością tak dużą, na jaką pozwala oko bez pomocy teleskopu. Kepler wykazał, że planety poruszają się po elipsach; w jednym z ognisk tych elips znajduje się Słońce. Elipsy są, oczywiście, bardzo zbliżone do koła ekscentrycznego, a planety wydają się poruszać z prędkością kątową, bardzo bliską jednostajnej, wokół pustego środka. Metoda babilońska polegała na posługiwaniu się seriami sekwencji złożonych z liczb rosnących i malejących w sposób stały lub też takich, których różnice rosną lub maleją w sposób stały. Wszystkie stałe liczbowe były tak zręcznie obmyślone, że odpowiadały niezbędnym cyklom i dostarczały wyników, dokładnych pod względem ilościowym, bez interwencji jakiegoś geometrycznego obrazu czy modelu. Dzięki temu Grecy stworzyli doskonałe, obrazowe pojęcie o ruchach niebieskich, tyle że zaledwie z grubsza zgodne z tym, co można było mierzyć ilościowo. Babilończycy mieli wszystkie dane i środki do stworzenia teorii scalającej szczegółowe obserwacje ilościowe, brak im było natomiast obrazowego pojęcia, które mogłoby uczynić z ich systemu coś więcej nad ciąg liczb. Darem losu, jaki otrzymała od natury naszą cywilizacja, było połączenie nauki greckiej z babilońską i wyprowadzenie z tego mariażu teorii, stanowiącej adekwatne pojęcie obrazowe, a jednocześnie o tyle prawdziwej, o ile dawała się sprawdzić ilościowo. Dar ten i jego konsekwencja - opracowanie przez Hellenów technik trygonometrycznych - sprawiły, że wielka księga Almagest mogła, po raz pierwszy w historii, dać tak wyczerpującą i zadowalającą interpretację matematyczną większości

złożonych zjawisk. Interpretacja ta była adekwatna we wszystkich niemal szczegółach, dając przykład takiego punktu widzenia, jaki, gdyby przeniesiono go na inne dziedziny wiedzy, mógłby uczynić cały wszechświat absolutnie zrozumiałym dla człowieka. Stała się jednocześnie wzorem dla dużej liczby technik matematycznych i naukowych, które przechowano i przekazywano w niezmiennej postaci aż do XVII w. n.e.

Ryc. 1. Trinlty College, sztych Dawida Loggana z XVII w.

Spójrzmy teraz raz jeszcze na to, cośmy tu powiedzieli, i wyciągnijmy z tego wnioski. Fakt, że tylko nasza cywilizacja okazała się tak bogata pod względem naukowym, należy przypisać temu, iż w pewnym momencie doszło do połączenia dwóch całkowicie różnych technik naukowych - obu poważnie zaawansowanych w rozwoju: logicznej, geometrycznej i obrazowej z jednej strony, a ilościowej i liczbowej, z drugiej. Połączenie tych metod dało w astronomii doskonałą i sprawnie działającą teorię, przewyższającą pod względem dokładności wszelkie inne teorie o podobnym stopniu złożoności. Jeśli jakieś wydarzenie historyczne można opatrzyć przymiotnikiem „nieprawdopodobne”, to chyba właśnie teorię ptolemeuszową, która była i nieprawdopodobnie silna, i nieprawdopodobnie wczesna. Można by wprost pomyśleć, że ta dziedzina wiedzy otrzymała jakieś niezrozumiałe fory, wyprzedzając wszystkie inne o wiele wcześniej, niż można się było spodziewać w toku normalnego rozwoju cywilizacji, takiego np., jaki nastąpił w Chinach. Powyższa interpretacja powinna wpłynąć na zmianę konwencjonalnej postawy historyków w stosunku do tego, co zdarzyło się w innych dziedzinach nauki. Przyjęto odwoływać się do opóźnionej rewolucji w chemii i jeszcze późniejszego wyzwolenia nauk o życiu z prymitywnego stadium, a dopiero potem do szukania przyczyn tych opóźnień. To utarte podejście może jednak okazać się bezpłodne, gdyż polega na szukaniu wyjaśnienia dla czegoś, co w gruncie rzeczy było normalną drogą rozwojową. Impulsem dla fizyki był sukces jej dziedziny pokrewnej, astronomii. Rozwój chemii i biologii sprawiał wrażenie, jakby siły motywacyjne leżały nie w nich samych, lecz były wynikiem nacisku ze strony fizyki.

To wyjaśnienie pozostawia jednak na boku pytanie, czy pierwszeństwo metod matematycznych w astronomii było jedynie chronologiczne, czy też matematyczny obraz obserwowanego świata jest logiczną podstawą naszego rozumienia w ogóle, niezależną od tego, jak przebiega rozwój w historii. Filozofowie nauki opowiadają się na ogół tylko za drugą z tych możliwości; nauka, jak wiemy, ma kościec matematyczny. Ponieważ historyczne pochodzenie tego kośćca wydaje się szczególnym kaprysem losu, można się zastanawiać, czy nauka byłaby w ogóle możliwa i - jeśli tak - jaką przybrałaby postać, gdyby (hipotetycznie biorąc) w Chinach istniały warunki, które by sprawiły, że nauki chemiczne i biologiczne wyprzedziłyby astronomię i fizykę. Jeśli jednak obecny stan nauki interesuje nas bardziej niż to, co mogłoby być, to powinniśmy przeanalizować bliżej konsekwencje naszego pochodzenia od wspólnego, grecko-babilońskiego pnia. Jest czymś więcej niż ciekawostką, że z dwóch wielkich, rówieśnych kultur jedna zrodziła geniuszów arytmetycznych, tępych w geometrii, druga zaś wręcz przeciwnie. Czyżbyśmy mieli tu do czynienia z czymś w rodzaju przyrodniczych biegunów - jak płeć żeńska i męska - z niewielkimi szansami na hermafrodytę? Może w przyrodzie lub w pożywieniu występuje jakiś specjalny składnik, który potrafi uczynić człowieka, a nawet całe społeczeństwo, wybitnym w jednej z dwóch alternatyw? Może niektórzy ludzie mogą przodować w obu, jak to było np. z Ptolemeuszem. Być może wreszcie, że prężność nowożytnej fizyki teoretycznej wymaga od ludzi, którzy ją uprawiają, genialności zarówno w dziedzinie „babilońskiej”, jak i „greckiej”12. Dla filozofa nauki interesująca wydaje się sugestia, jakiej dostarcza oczywistość historyczna, że w rodowodzie nauki nowożytnej tworzenie modeli w teoriach naukowych i posługiwanie się metodami ilościowymi może stanowić parę uzupełniających się operacji. Jest na pewno jakaś rekompensata w tym, że zasada komplementarności Nielsa Bohra odgrywa rolę dominującą właśnie w dziedzinie mechaniki kwantowej, gdzie oczywista pomoc modelu fizycznego - dewiza typowo grecka - okazywała się notorycznie pułapką i ułudą, którą należy usunąć. Przykład Ramanujana wskazuje, że cierpimy dziś raczej na brak „Babilończyków”, szczepu czystych matematyków. Innych matematyków, ze względu na temperament matematyczny, można bez ryzyka zaliczyć do szczepu „Greków”. Niestety, badania z zakresu psychologii .uczonych są jeszcze w powijakach, ale nawet z tych okruchów, jakimi dysponujemy, zdaje się wynikać, że spotyka się dwa izolowane typy umysłowości: wizualno-obrazowy i ilościowo-magiczny13. Wiemy z doświadczeń
12

Wkrótce po napisaniu tych słów zetknąłem się z niezwykle sugestywną rozprawą -G. L. Huxleya Two Newtonian Studies, „Harvard Library Gazette” nr 13/1959, s. 348-361. Rozprawa ta kończy się słowami: „Ostatni z Babilończyków na pewno; ale także największy z helleńskich geometrów”. Interesujące byłoby ustalenie, czy istniał kiedykolwiek jakiś inny matematyk, który - stykając się z Babilończykami oraz Grekami - nie miałby poczucia niższości. Komentarz Huxleya jest, oczywiście, odbiciem następujących słów Keynesa: „Newton był nie tylko pierwszym przedstawicielem Wieku Rozumu. Był on też ostatnim z magów, ostatnim z Babilończyków i Sumerów, ostatnim wielkim umysłem, który oglądał dostrzegalny świat i świat myśli tymi samymi oczyma, co ci, którzy zaczynali budować naszą intelektualną spuściznę ok. 10 000 lat temu” (Royal Society Newton Tercentenary Celebrations, Cambridge 1947, s. 27-34). 13 Jest rzeczą irytującą, że żyjąc w świecie tak bardzo zdeterminowanym przez różne sposoby myślenia uczonych, nie mamy niemal zupełnie danych psychologicznych, czym się one charakteryzują. Najlepsze, jak się zdaje, jest studium Anne Roe The Making of a Scientist, New York 1953. Przytoczymy tu tabelę 8a ze s. 148: Przeważający rodzaj wyobraźni Dziedzina nauki wzrokowy werbalny razem Biologowie 10 4 14 Fizycy eksperym. 6 0 6

szkolnych, że ludzkość dzieli się na tych, którzy pojmują matematykę, i tych, którzy jej nie pojmują. Problem to nie tylko podstawowy, ale i dostatecznie długotrwały, by można go przypisać wyłącznie wadliwym metodom nauczania. Czyżby przyczyną było to, że „Babilończycy” i „Grecy” żyjący wśród nas nie kontaktowali się ze sobą dostatecznie w tej dziedzinie, w której spotykali się tylko na wysokim szczeblu? Mówiąc językiem bardziej psychologicznym, czy nie powinniśmy rozróżniać wzrokowców i werbalistów w myśleniu (jeżeli przyjąć je za współczesny odpowiednik dawnych typów) i, jeśli okaże się, że obie grupy są równie liczne, znaleźć dla każdej z nich nauczyciela i metodę odpowiadającą jego matematycznej grupie krwi? Jeżeli krzyżowanie typów może dawać rezultaty bez porównania cenniejsze niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka, to trzeba spojrzeć inaczej na specjalistyczne kształcenie zawodowe. Przyparty do muru potrzebami jednej dziedziny wiedzy, wymagającej od niego i czasu, i energii, uczony postępuje najrozsądniej, jeśli specjalizuje się w możliwie wąskim zakresie, węższym niż kiedykolwiek przedtem, tak by mógł zużyć pozostającą mu nadwyżkę energii na zajmowanie się zagadnieniem bliskim jego specjalności, ale z zupełnie innej dziedziny. Znajomość dwóch małych wycinków pola badawczego może być bardziej płodna niż znajomość jednego wycinka dwukrotnie większego. Ponieważ jednak takie rozdrobnienie jest niebezpieczne, powstaje pytanie, jak daleko możemy je posunąć? Aby „obsłużyć”, powiedzmy, około tysiąca wycinków pola badawczego, tak by każdy naukowiec znał jedną parę takich wycinków, potrzeba miliona badaczy. Przy mniejszej liczbie lub przy dublowaniu poszczególnych odcinków, niektóre rubieże nauki pozostaną nie zbadane. Na szczęście, w praktyce wciągnięcie uczonych do badania połaci nauki między poszczególnymi dyscyplinami jest tak mało prawdopodobne, że nie grożą nam żadne skomplikowane obliczenia. Mimo to każdemu przyszłemu uczonemu lub jego doradcy warto polecić rozważenie możliwości jakiegoś nietypowego toku studiów (np. przerobienie kursu topologii algebraicznej dla biochemika), co może się okazać bardziej płodne niż klasyczny dobór przedmiotów. By nie wybiegać tak daleko naprzód, można wskazać na epizod grecko-babiloński jako najlepszy przykład roli krzyżowania w nauce. Przyjmujemy, że powstanie nauk ścisłych, a w konsekwencji wszystkich innych, zawdzięczamy kontaktom ludzi, którzy stosowali różne metody do badania tego samego przedmiotu.- Ważniejsze jednak byłoby posiadanie pewności, że proces ten będzie trwał nadal. Na skutek przenikania i zazębiania się poszczególnych, początkowo odrębnych działów wiedzy, powstały już dziś nowe nauki. Historycznie biorąc, większość z nich zawdzięcza swe powstanie raczej szczęśliwemu przypadkowi niż świadomemu planowaniu. Oczywiście, jest to najsilniejszy argument za nieprzewidywalnością badań i przeciw naturalnej raczej tendencji do planowania ogólnego kierunku podstawowych prac badawczych. Mam wrażenie, że warto pokusić się o lepsze zrozumienie historycznego procesu krzyżowania, a następnie o wykorzystanie tego zrozumienia przy układaniu programów naszego szkolnictwa wyższego oraz po to, by stworzyć uczonym możliwie najlepsze szanse w sytuacji, która z dnia na dzień

Fizycy-teoretycy 3 4 7 Socjologowie 2 11 13 Próbka Jest mała (zaledwie 40 przykładów), a metody analizy i definicji nie wolne od błędów, ale rozsiew otrzymanych wyników wskazuje, że kontynuacja badań w tym kierunku może być warta zachodu. Klasyczny opis dwóch typów umysłowych dał Henri Poincaré w The Value of Science, New York 1958, rozdz. X. Cytując żyjących matematyków z nazwiska, próbuje rozmieścić ich w ściśle rozgraniczonych rubrykach, jako pracujących za pomocą analizy, geometrii lub jednej i drugiej.

zawęża specjalizację i utrudnia współdziałanie tych dziedzin nauki, które znajdują się na pozycjach flankowych.

2 Mechanika nieba w Grecji i w Chinach
Niejednokrotnie wydaje się nam, że nasze wyprawy badawcze do królestwa nauki są dokładnie sterowane lub też płyną z ogólnym prądem wiedzy. Nierzadko jednak właśnie jakiś przypadkowy sztorm popycha nas w kierunkach zgoła nieprzewidywanych i czyni z nas odkrywców Ameryki, kiedy wypatrujemy drogi do Indii. Osobiście trzy czy cztery razy udało mi się zbliżyć do nieznanych i bogatych rejonów, do których nigdy bym zapewne nie zajrzał, gdyby nie uśmiech losu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wszystkie te wyprawy okazały się powiązane ze sobą. Dlatego też czuję się upoważniony do przedstawienia niektórych moich niepokojów i wniosków, płynących z tych doświadczeń. Pierwszym przedmiotem prac badawczych, podjętych przeze mnie w 1950 r., były przyrządy eksperymentalne i laboratoria, bogata dziedzina z pogranicza historii nauki i technologii. Pozostawało to w zgodzie z moim specjalistycznym wykształceniem w zakresie przyrządów naukowych, a ponadto było szczególnie odpowiednim przedmiotem badań na Uniwersytecie w Cambridge, gdzie właśnie otwarto Whipple Museum of the History of Science, dysponujące wspaniałą kolekcją starych przyrządów. Przyrządy te oraz wszystkie dodatkowe dane historyczne składały się na pełną dokumentację, ale tylko do okresu po XVI w., który był epoką rozkwitu nauk praktycznych i przygotowania rewolucji naukowej. Od tego okresu począwszy, materiału badawczego mamy bez liku. Źródła dotyczące czasów wcześniejszych są natomiast stosunkowo rzadkie i trzeba było niemałego wysiłku, by ustalić, co działo się w średniowieczu i starożytności. Biorąc pod uwagę, a zarazem uświadamiając sobie, jak rzadki był przywilej stałego dostępu do wielkiego zbioru rękopisów w Cambridge, postawiłem sobie za zadanie przejrzenie każdej dostępnej książki średniowiecznej, zawierającej jakąkolwiek wzmiankę o przyrządach naukowych. Po kilku miesiącach względnie błahych odkryć, kiedy znajdowałem się mniej więcej w połowie mojej listy rękopisów, los uśmiechnął się do mnie. W Perne Library of Peterhouse, najstarszej bibliotece Cambridge, była tylko jedna godna uwagi praca o przyrządach. Katalog opisywał ją jako traktat „o konstrukcji astrolabium(?)”. Było to ciężkie tomisko, przypisywane przez tradycję jakiemuś nieznanemu astronomowi i przypuszczalnie nie otwierane od 500 lat, które przeleżało w bibliotece. Kiedy je otworzyłem, odczułem potężny wstrząs. Opisany w nim przyrząd wcale nie przypominał astrolabium i w ogóle niczego dającego się zidentyfikować na pierwszy rzut oka. Sam rękopis był czysty i czytelny, choć pełen wymazań i poprawek, ot, jak każdy szkic autorski po korekcie (czym zresztą na pewno był) i - co ważniejsze - niemal każda strona nosiła datę 1392 i była napisana w średniowiecznej angielszczyźnie, a nie po łacinie. W gimnazjum miałem wykładowcę języka

angielskiego - nauczyciela, który, zamiast obrzydzać nam Szekspira, uczył nas przez cały rok średniowiecznej angielszczyzny, dzięki czemu otrzymałem jakie takie przygotowanie w tym zakresie. Przede wszystkim uderzyła mnie data: najważniejszym średniowiecznym tekstem o przyrządach był dobrze znany Traktat o astrolabium Geoffreya Chaucera, napisany w 1391 r. Znalezienie innego angielskiego traktatu na ten temat, datowanego w następnym roku, kryło w sobie coś w rodzaju pytania: „Co się zdarzyło pod Grunwaldem w 1411 r.?” Wnioskiem, jaki się narzucał, było stwierdzenie, że tekst ten musi mieć jakiś związek z Chaucerem. Rozpoczęło się fascynujące polowanie, które doprowadziło do opublikowanej przeze mnie tezy, iż był to rzeczywiście (lub bardzo prawdopodobnie) drugi astronomiczny tekst naszego wielkiego poety - i co więcej, jedyny pisany jego ręką14. O najbardziej gorączkowym okresie poszukiwań nie ośmieliłem się jednak dotąd opowiedzieć. Był to okres poszukiwań w Public Record Office, w celu porównania charakteru pisma w manuskrypcie z Peterhouse z kartką papieru, uważaną za jedyny zachowany autograf Chaucera. Kartkę tę, spiętą razem z kilkudziesięciu innymi, przyniósł mi bibliotekarz Record Office; kiedy zamierzał spojrzeć do katalogu, by sprawdzić, która z nich jest poszukiwaną przeze mnie, powstrzymałem go, wyciągając z pliku tę jedyną zapisaną, jak się zdawało, pismem identycznym co rękopis. I rzeczywiście, ta właśnie kartka zawierała autograf Chaucera. W końcowej, fazie poszukiwań byłem już całkiem dobrze obyty z historią i budową „planetarnego ekwatorium” - przyrządu, który Chaucer opisał jako uzupełnienie astrolabium. Te dwa przyrządy były dla średniowiecznego astronoma tym, czym jest dziś suwak dla inżyniera. Astrolabium używano do obliczania położenia gwiazd na niebie (służyło również do prostych obserwacji, tak jak suwaka można używać jako linijki), ekwatorium zaś do określania położenia planet między gwiazdami. Ten nowy element wczesnej historii innych przypadków doprowadził mnie do przekonania, że astrolabium i ekwatorium zajmują w niej miejsce strategiczne. Były one niewątpliwie najbardziej skomplikowanymi i najprzemyślniejszymi dziełami sztuki rzemieślniczej w średniowieczu. Ich historia zdawała się sięgać początków średniowiecza, choć trudno ustalić, czy należą do okresu hellenistycznego, czy raczej do wczesnośredniowiecznego. W tej czy innej formie, aż do XVI i XVII w., wchodzą w skład wielkich astronomicznych mechanizmów epoki renesansu, a także planetariów, cieszących się takim wzięciem w XVIII i XIX w. Tu już można było łowić w bardzo bogatych wodach. Zadaniem numer jeden stało się zbadanie, czy astrolabium i ekwatorium dodadzą coś nowego do wysoce niejasnego i niezadowalającego stanu wiedzy o pochodzeniu tych astronomicznych przyrządów. Niewątpliwie oddziałały one na takich ludzi, jak teolog Paley, uczony Robert Boyle, poeta Dante i - oczywiście - Chaucer. One też pchnęły filozofię w kierunku mechanistycznego determinizmu. W ramach historii nauki otwierały jednak możliwość rozstrzygnięcia sprawy jeszcze ważniejszej, mianowicie problemu najbardziej podstawowego dla zrozumienia nauki nowożytnej.

14

Pierwsze sprawozdanie o tym odkryciu zostało opublikowane w dwóch numerach „The Times Literary Supplement!f z 29 lutego 1 7 marca 1952, a następnie było przedrukowywane w różnych wersjach. Ostateczna monografia odkrycia, przy której współpracował ze mną lingwista, prof. R. M. Wilson z Sheffield, została opublikowana pt. The Equatorie of the Planetis, Cambridge 1955. Hipotetyczne przypisanie dzieła Chaucerowi podtrzymała większość uczonych; dziś znalazło ono dodatkowe poparcie w odkryciu E. S. Kennedy’ego, opisanym w „Speculum” nr 34/1959, polegającym na stwierdzaniu, że horoskop w tekście został wzięty z Messahalla - źródła Chaucerowskłego Traktatu o astrolabium.

Punktem wyjścia jest uświadomienie sobie, że nasza cywilizacja ukształtowała nie tylko wyższy intelektualny poziom naukowy, ale także wyższą, naukową technikę. Przez tę ostatnią rozumiemy coś zupełnie innego od głównego nurtu techniki użytkowej, która rozwijała się w każdym społeczeństwie i każdej cywilizacji jako składowa część życia codziennego. Różne działy prymitywnego przemysłu chemicznego, metalurgii, medycyny i rolnictwa mogły rozwijać się doskonale, nie inicjując naukowej ani przemysłowej rewolucji, takiej, jakiej doświadczyliśmy w przeszłości, w ciągu minionych trzech czy czterech stuleci. Technika naukowa opierała się na wyrobach wytwarzanych przez lub dla naukowców, początkowo wyłącznie do celów naukowych. Najdobitniejszym tego przykładem jest XVII w., kiedy wszystkie rodzaje złożonych przyrządów produkowano i powielano aż do osiągnięcia formy, w której służą nam dziś jako elementarne wyposażenie nowożytnego laboratorium naukowego; w ten sposób, w istocie, powstała nowożytna nauka eksperymentalna. Interesujące, że ruch ten, jak się zdaje, nie był odpowiedzią na jakąś konkretną potrzebę czy zamówienie uczonych, potrzebujących danych narzędzi do eksperymentów lub pomiarów. Galileusz i Robert Hooke powiększyli zasięg zmysłu wzroku przez użycie teleskopu, ale trzeba było dalszych dziesiątków lat, by przyrządy te znalazły szersze zastosowanie. Z tego, co wiemy, wynika jasno, że w XVI w. i wcześniej świat roił się od pomysłowych rzemieślników, którzy wykonywali przyrządy naukowe raczej okazałe i piękne niż bezpośrednio użyteczne. Rzecz jasna, wiele z nich, by znaleźć nabywcę, musiało mieć jakieś cechy użyteczności. Rozważmy np. zegar mechaniczny, Jego podstawowa wartość polegała na tym, że określa czas dokładniej niż zegar słoneczny, ale trudno się oprzeć wrażeniu, iż nawet zwykły zegar domowy, nie mówiąc o wielkich zegarach kościelnych, uważano podówczas raczej za cud lub za przedmiot zbytku niż za rzecz zaspokajającą jakąś praktyczną potrzebę. Użyteczność dostrzeżono nieco później. Być może, rzemieślnicy stali się tak mądrzy i wytwarzali przedmioty tak doskonale, że publiczność i uczeni przychodzili do nich nie tylko po zegary, ale po wiele innych przyrządów naukowych. Wydaje się przeto, że można prześledzić w sposób ciągły historyczny rozwój od zegarów z XVI w. do bardziej skomplikowanych przyrządów, takich jak te, które budował Robert Hooke dla Royal Society w początkach jego istnienia, a od nich, poprzez wyraźne stadia pośrednie - aż do cyklotronów i radioteleskopów, jakimi dysponują dziś laboratoria fizyczne. Historia zegara mechanicznego jest dość dziwna, a zarazem stanowi podstawę historii mechanizmów w ogóle. Niemal każda książka dotycząca historii mierzenia czasu zaczyna się rozdziałem omawiającym zegary słoneczne i wodne, a w rozdziale następnym jest mowa o zegarze mechanicznym przypominającym zupełnie zegar nowożytny. Początek jest rzeczywiście gwałtowny i często wydaje mi się, iż zwrot „historia mierzenia czasu” ukuto po to, by ukryć przed publicznością zaskakujący fakt, że zegar (w przeciwieństwie do innych urządzeń do mierzenia czasu) nie ma w ogóle wczesnej historii. Wygląda na to, że pojawił się nagle, w pełni uformowany i dojrzały, wymagając tylko nielicznych usprawnień, takich jak użycie włosa zamiast wahadła oraz przekształcenie wychwytu kotwicowego w precyzyjny mechanizm. A nawet więcej. Tak się bowiem zdarzyło, że najwcześniejsze znane nam zegary to wspaniałe egzemplarze astronomiczne, jak słynny zegar na katedrze w Strasburgu i w Pradze. A na dodatek najstarszy z nich, zbudowany przez Giovanniego de Dondi w Padwie w 1364 r., jest jednocześnie

najbardziej skomplikowany15. Posiada siedem tarcz, ukazujących każdą z planet i wszystkie inne dane astronomiczne, oraz tarczę dodatkową, raczej nie rzucającą się w oczy, pokazującą czas. Posługuje się zawiłymi połączeniami kół zębatych, łącznie z parą kół eliptycznych, linami napędowymi i wieloma innymi wynalazkami mechanicznymi. O ile wiemy, w ciągu następnych kilku wieków nie zbudowano niczego, co mogłoby mu dorównać. Nawet dziś trudno byłoby znaleźć bardziej skomplikowany mechanizm zegarowy.

Ryc. 2. Kwadrant Tycho de Brahe

Jeśli zaczynamy historię zegara od tego egzemplarza, to widzimy, że sztuka zegarmistrzowska podupadła potem na długo; wspaniała maszyna, która była kopią Stworzyciela przedstawiając model astronomicznego wszechświata, została uproszczona, by stać się urządzeniem do odmierzania czasu.
15

Pełny tekst manuskryptu łacińskiego oraz Ilustracje dotyczące mistrzowskiego dzieła Giovanniego de Dondi nigdy nie doczekały się publikacji ani w oryginale, ani też w przekładzie. Jest nadzieja, że już wkrótce zostaną opublikowane w ramach tekstów źródłowych przez uniwersytet w Kalifornii. Od wielu lat jedynym dobrym streszczeniem było streszczenie H. Alana Lloyda, opublikowane bez podania wydawcy i daty (Lozanna 1955?), które obecnie zostało wydane na nowo, w nieco skróconej formie, w pracy tego samego autora, pt. Some Outstanding Clocks over Seven Hundred Years, London 1958, rozdz. 3, s. 1.

Można więc słusznie uważać nowożytny zegar za „upadłego anioła” ze świata astronomii. Jaki jednak był stan rzeczy przed Dondim? Jego zegar zawierał wszystkie zasadnicze dla tego wynalazku części; bardzo ciekawe urządzenie wychwytu kotwicowego, zestaw kół zębatych oraz wagę. Jak te wynalazki powstały? Coś tak zmyślnego jak wychwyt kotwicowy nie mogło „spaść z nieba”, chyba że zostało wymyślone przez geniusza, ale w takim razie moglibyśmy się spodziewać, że zachowały się jakieś ślady jego pierwocin. Tymczasem początek zegara jest okryty tajemnicą. Jedyne, co możemy uzyskać od Dondiego, to informacja, że wychwyt kotwicowy był powszechnie stosowany w jego czasach. Aby scalić jakoś to wszystko, starałem się oddzielić zegar od historii mierzenia czasu i związać go z dłuższą i wcześniejszą historią modeli astronomicznych, takich jak astrolabium i ekwatorium. Szczęście dopisywało mi nadal, ponieważ - jak się wydaje - jest to jedyna słuszna droga. Zdarzyło się bowiem tak, że wszystkie dostępne mechanizmy transmisyjne, podobne do zegarów precyzyjne przyrządy mechaniczne poprzedzające ukazanie się zegara właściwego, były modelami tego typu nazywamy je „protozegarami”. Zachowało się kilka pojedynczych egzemplarzy w muzeach i kilka opisanych w tekstach; były to transmisyjne astrolabia i mechaniczne maszyny do obliczania ruchów planetarnych, i ich historię można prześledzić w sposób ciągły16. Spostrzeżenie to doprowadziło mnie do próbnej hipotezy, że wczesna doskonałość teorii astronomicznej zmusiła ludzi do konstruowania boskich maszyn, stanowiących duplikaty ruchów niebieskich. Te protozegary były z konieczności równie skomplikowane jak teoria astronomiczna, a ich wykonywanie wymagało wysokiego kunsztu mechanicznego, nie spotykanego nigdzie indziej w owych wczesnych czasach. Owe modele służyły przez całe wieki jako przekaźniki wysokiego kunsztu rzemiosła, które osiągnęło szczyt w późnych wiekach średnich i w epoce renesansu i zgromadziło spory zasób umiejętności mechanicznych stanowiących podstawę konstruowania naszych późniejszych przyrządów naukowych. Pozostało jednak jeszcze wiele innych problemów do rozwiązania. Być może, największym z nich był, okryty tajemnicą, początek zegarowego wychwytu kotwicowego, jednego z głównych wynalazków, który do dziś pozostał anonimowy. Rozmyślając nad tym problemem, zaszedłem pewnego dnia do Josepha Needhama w Cambridge, słynnego autora pracy Science and Civilization in China (O nauce i cywilizacji w Chinach). Celem moich odwiedzin było zdobycie informacji o dobrze znanym mechanicznym ekwatorium, przedmiocie podobnym do planetarium, skonstruowanym przez Su Sunga w 1088 r., w okresie rozkwitu dynastii Sung w Chinach. Przedmiot ten był w pewnym sensie „dobrze znany”, ponieważ książka Su Sunga, napisana w 1092 r., doczekała się kilku wydań - ostatnio w 1922 - i była często cytowana i wymieniana przez historyków. Ci jednak, którzy o niej pisali, a także przypuszczalnie ci, którzy oglądali jej liczne wydania, nigdy - jak się zdaje - nie zadali sobie trudu zapoznania się z zawartym w niej materiałem technicznym ani krytycznego przebadania licznych diagramów, ukazujących detale mechaniczne17.

16

Moje odkrycia w tym zakresie zostały opublikowane w cyklu artykułów zatytułowanych Clockwork Before the Clock (Mechanizmy zegarowe przed zegarem), który ukazał się po raz pierwszy w „Horological Journal” nr 97/1955, s. 810, oraz nr 98/1956, s. 31, i został później wznowiony przez „Journal Suisse d’Horlogerie et de Bijouterie”, Lausanne (bez daty). Poprawioną i uzupełnioną wersję włączono do monografii On the Origin of Clockwork, Perpetual Motion Devices and the Compass w serii Contributions from the Museum of History and Technology (opublikowanej jako biuletyn nr 218 United States National Museum, Washington 1959). 17 Tak nam się zdawało w każdym razie w momencie, w którym rozpoczęliśmy nasze badania, tj. w 1954 r. i w styczniu 1956, kiedy to po raz pierwszy zaznajomiliśmy z naszymi odkryciami angielskie Antiquarian Horological

Niezależnie od różnych szczegółów astronomicznych oraz od faktu, że pierwszy motor przypominał duże koło wodne, ekwatorium to dysponowało ciekawym układem prętów oraz zaopatrzonych w czopy sztab i dźwigni, które, sądząc z rysunku, działały jak wychwyt kotwicowy, hamując ruch kół. Nie ulega jednak wątpliwości, że powstało ono około trzystu lat przed pierwszą europejską wzmianką o wychwycie kotwicowym. Needham potrzebował więc dodatkowego bodźca, by przetłumaczyć odpowiednie fragmenty tekstu i dowieść, iż mechanizm ten był rzeczywiście wychwytem kotwicowym. Od tej chwili pracowaliśmy dzień i noc przez cztery miesiące - Needham, jego asystent Wang Ling i ja - tłumacząc teksty i scalając poszczególne elementy historycznego podłoża, tak że wspólnie byliśmy w stanie zrozumieć szczegóły mechaniczne i umieścić nasz przedmiot w znanej nam już historii technologii naukowej. Dzięki wczesnemu odkryciu druku w Chinach oraz dzięki temu, że każda dynastia publikowała coś w rodzaju serii arcydzieł XX w., tak że tylko niewiele z rzeczy naprawdę doniosłych wymknęło się zanotowaniu, otrzymaliśmy zadziwiająco dobrą dokumentację dotyczącą Su Sunga i jego maszyny. Jest ona, być może, bardziej kompletna w niektórych szczegółach niż informacje, jakimi dysponujemy w zakresie wielu wynalazków z XIX i XX w. Jedyna rzeczywiście poważna trudność wynikała z osobliwości chińskiego języka: stale zmieniające się i alegoryczne znaczenia oraz niuanse średniowiecznej terminologii technicznej, sprawiające, że zadanie badacza przypominało rozwiązywanie krzyżówki. Jednak dzięki jasności wykładu Su Sunga i pozostałych źródeł, potrafiliśmy osiągnąć pełną, niemal nowożytną inżynieryjną specyfikację dla jego maszyny. W toku tej pracy nasze obeznanie z terminologią tak się powiększyło, że mogliśmy przebadać inne, bardziej fragmentaryczne teksty. Na ich podstawie udało się nam odtworzyć niezrozumiałą dotychczas drogę rozwojową, w której Su Sung był tylko ogniwem końcowym wśród podobnych mu ludzi, budujących tego rodzaju urządzenia od czasów dynastii Han (w przybliżeniu czasy rzymskie)18. Urządzenie Su Sunga można nazwać astronomiczną wieżą zegarową. Ustawione 30 stóp nad poziomem ziemi, posiadało na szczycie platformę z przyrządami obserwacyjnymi, sięgającymi jeszcze jakieś 10 stóp wyżej. W środku budowli znajdowało się olbrzymie koło wodne, poruszane przez ściśle kontrolowany strumień, który spływał kroplami w stałych odstępach czasu, napełniając powoli czerpaki koła. Co kwadrans koło było tak obciążone, że wyzwalało wychwyt kotwicowy, a cała wieża zaczynała rozbrzmiewać kakofonią dźwięków, skrzypów i hałasów poruszających się kół i dźwigni. Umieszczony na szczycie przyrząd obserwacyjny obracał się automatycznie, stale skierowany na określony punkt poruszającego się nieba. W pomieszczeniu poniżej obracał się automatycznie globus z oznaczonymi gwiazdami. Był on dla astronoma rodzajem mikrokosmosu, w którym mógł
Society. Dopiero później, latem tegoż roku, na Międzynarodowym Kongresie Historii Nauki we Florencji przekonaliśmy się, że koledzy z Chin również pracowali nad zegarem Su Sunga i ogłosili swe odkrycia w języku chińskim przed nami. Prace były prowadzone przez dr Liu Hsien-czu, wiceprzewodniczącego Uniwersytetu Czinghua. W kolejnych rozprawach o źródłach, sił i transmisji w średniowiecznych Chinach doszedł on do tych samych wniosków, co my, i opublikował je dwukrotnie, w październiku 1953 i w lipcu 1954, każdorazowo w czasopismach niedostępnych na Zachodzie. Nasze własne studium monograficzne było już wówczas poważnie zaawansowane i obejmowało o wiele szerszy obszar niż badania dr Liu, szczególnie jeśli chodzi o historyczne znaczenie wynalazku wychwytu kotwicowego; jednakże wiele skorzystaliśmy z dyskusji z naszymi kolegami i z ich publikacji. 18 Pełna monografia została opublikowana jako Monografia nr 1 Antiquarian Horological Society: Joseph Needham, Wang Ling i Derek J. de Solla Price Heavenly Clockwork, the Great Astronomical Clocks of Medieval China, Cambridge 1960.

obserwować wschód gwiazd i planet, nie wychodząc na dwór; mówiło się o tym globusie nie bez dumy, że „zgadza się z niebem jak dwie połówki kartki”. Przed wieżą zegarową znajdowała się miniaturowa pagoda z szeregiem drzwi umieszczonych jedne nad drugimi. W oznaczonym czasie, z chwilą poruszenia się wychwytu kotwicowego, drzwi się otwierały, ukazując małe manekiny trzymające tabliczki z oznaczonymi godzinami dnia i nocy, dzwoniące małymi dzwoneczkami i uderzające w cymbałki lub gongi. Musiało to być naprawdę wspaniałe widowisko. Mimo całej złożoności strony zewnętrznej, wieża zegarowa Su Sunga była mechanizmem stosunkowo prostym. Ogromne koło wodne wymagało tylko pary mechanizmów zębatych, służących do połączenia go z resztą rekwizytów, te zaś potrzebowały jedynie najprostszych mechanicznych dźwigni i podobnych urządzeń, by wywołać odpowiedni skutek. Tylko mechanizm wychwytu kotwicowego był tu całkiem nieoczekiwany i wyrafinowany. Nie poruszał się w przód i w tył, jak w zegarku mechanicznym. Nie był również podobny do europejskich zegarów wodnych, w których nieustanny prąd wody wywoływał ciągły lub przerywany ruch, zależny od stopnia zasilenia w wodę. Było to niewątpliwie poszukiwane, brakujące nam ogniwo. Udało nam się przy tym prześledzić uprzednie losy tego wodnego i dźwigniowego wychwytu kotwicowego aż do jednego z wcześniejszych zegarów astronomicznych, zbudowanego w 725 r. przez mnicha I-hsinga i jego współpracownika, Liang Lingtsana. Nakreśliliśmy także linię rozwojową wstecz, aż do pierwszego ze znanych zegarów w tej serii, zbudowanego, być może, przez Gzang Henga ok. 120-140 r., jako przyrząd astronomiczny nie przeznaczony do mierzenia czasu. Jeszcze ważniejsze było jednak to, że mogliśmy wskazać, jak ten chiński wynalazek został przekazany Europie. Ciekawym zbiegiem okoliczności, nazwisko innego budowniczego zegarów, współczesnego Su Sungowi Szen Kuy, jest silnie związane z historią kompasu magnetycznego. Wynalazek ten, jak się zdaje, był znany w Europie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy prawdopodobnie poznano wychwyt kotwicowy, jeśli i on został przekazany Europie, a nie wynaleziony u nas, jak dotąd przypuszczano. Z faktem tym wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Idea perpetuum mobile, dobrze znana jako jedno z poważniejszych złudzeń ludzkości, również pojawiła się w Europie, jak się zdaje, w tym samym czasie; była ona całkowicie nieznana w starożytności. Istnieje kilka łacińskich i arabskich rękopisów i wzmianek, omawiających dwa lub wszystkie trzy z tych raczej nie powiązanych ze sobą wynalazków: mechaniczny zegar, kompas magnetyczny i koło, które obracałoby się samo, bez interwencji siły wewnętrznej. Raz po raz spotykamy się z tym zestawieniem tak różnych urządzeń. Podejrzewam, choć - jak dotąd - brak mi dowodów, że te trzy pomysły pochodzą od jakiegoś średniowiecznego podróżnika, który odwiedził najbliższe otoczenie Su Sunga. Mętne opowieści o wspaniałym zegarze i kompasie magnetycznym mogły z łatwością krążyć po Europie i pobudzić mechaników do skonstruowania takiego układu dźwigni, który mógłby kontrolować szybkość koła i sprawiać, by poruszało się zgodnie z ruchem ciał niebieskich. Podobne opowieści doprowadziły Galileusza do ponownego wynalezienia teleskopu. Jeśli chodzi o perpetuum mobile, to jakaż idea byłaby bardziej naturalna w umyśle podróżnika, który zobaczył olbrzymie koło wewnątrz zegara Su Sunga, obracające się bez pomocy strumienia wody? Skąd podróżnik ten mógł wiedzieć, że co noc przybywała do wieży

grupa ludzi, by pompować tony wody z dolnego zbiornika do górnego, nadając w ten sposób zegarowi pozornie niezależny ruch, trwający cały następny dzień?19 Szczególnie interesujący, w kontekście szerszej historii cywilizacji, jest fakt, że zegary astronomiczne znano nie tylko na Zachodzie, ale także w Chinach, gdzie astronomia matematyczna była bez porównania słabiej rozwinięta i mniej skomplikowana. Oczywistą tego przyczyną jest fakt, że nawet zjawiska tak podstawowe i matematycznie proste jak dzienny cykl rotacji Słońca i gwiazd oraz roczny cykl Słońca i kalendarza były zjawiskami tak fascynującymi, iż człowiek nie mógł się oprzeć chęci zabawienia się w Boga i tworzenia własnych małych wszechświatów. Jeśli uznamy istnienie takiego mechanizmu zegarowego za najczulszy barometr do określania poziomu techniki naukowej w społeczeństwie, to nie ulega wątpliwości, że w czasach Su Sunga Chińczycy osiągnęli wysoki stopień zaawansowania w zakresie wyższej techniki prowadzącej do czystej nauki. Poziom techniki, jeśli można go porównywać, był zapewne podówczas podobny na Wschodzie i Zachodzie. Wschód celował w czystej nauce; Chińczycy dokonali wielu rzeczy nieosiągalnych wówczas w Europie. Na Zachodzie natomiast trwał kult wszechmocnej astronomii matematycznej, który, być może, przesądził o naszym naukowym przeznaczeniu. Tak oto chronologicznie bliższe nam wydarzenia zaczęły się układać w jeden obraz. Zawierał on szereg mechanizmów zegarowych poprzedzających zegar właściwy, łącznie z prawdopodobną sugestią dotyczącą pochodzenia wychwytu kotwicowego, a także łączył ze sobą poprzednio niezależne działy zegarów wodnych: dział mechaniczny i prototypów zegarów astronomicznych. Co więcej, odkrycie to pozwalało przypuszczać z większą pewnością, że nie chodzi tu o jakąś starożytną zaściankowość w ramach historii techniki czy nauki. Stanowiło ono podstawowy klucz, który mógł doprowadzić bezpośrednio do zrozumienia całego bogactwa mechaniki i skomplikowanych maszyn, powstałych w czasie rewolucji naukowej i przemysłowej, zapewniając historii wynalazków większą zwartość niż dotychczasowe niezależne ciągi wielkich wynalazców i mechaników. W tym stadium, kiedy dokonywałem przeglądu całości, początki tego procesu były dla mnie zupełnie niejasne. I choć czułem przez skórę, że motyw napędowy tych boskich modeli astronomicznych musiał mieć źródło w astronomii grecko-babilońskiej odległych czasów hellenistycznych, niewiele miałem danych na poparcie tego przekonania. Prawdą jest, że Ptolemeusz wspomniał o astrolabium, i być może, zostało ono wynalezione, a w każdym razie zasada jego działania, przez Hipparcha w II w. p.n.e. Astrolabium jednak, z punktu widzenia mechaniki, było pomysłem bardzo prostym, choć z punktu widzenia matematyki - wręcz genialnym. Składało się ze specjalnej, okrągłej mapy gwiaździstego nieba, którą można było swobodnie obracać, aby pokazać, gdzie znajdują się gwiazdy o każdej godzinie nocy w ciągu roku. Do dziś używają go w zmodyfikowanej formie skauci, chociaż stare mosiężne astrolabium ze swą matematyczną elegancją i stereograficzną projekcją jest przyrządem bez porównania ładniejszym od jego dzisiejszych kopii. Następnym ogniwem, którego pilnie potrzebowałem dla poparcia hipotezy, byłby jakiś wysoce złożony przyrząd mechaniczny z czasów starożytnych, najlepiej zaopatrzony w wiele kół zębatych, stanowiący prototyp zegara. Kiedy jednak w pogoni za zegarem przeglądałem wynalazki mechaniczne, ulotniła się cała ich genialność i złożoność. Niemal jedynymi źródłami, jakimi
19

Ta nieoczekiwana więź między genezą zegara i ideą perpetuum mobile jest w pełniejszy sposób opracowana w mojej rozprawie On the Origin of Clockwork, Perpetual Motion Devices and the Compass w „United States National Museum Bulletin, nr 218”, Washington 1959.

dysponujemy, jeśli chodzi o opisy maszyn, są pisma Archimedesa, Herona z Aleksandrii i Witruwiusza. Wszyscy oni wspominają, w tej czy innej formie, o używaniu kół zębatych, wydaje się więc bardzo prawdopodobne, że znano je od dawna, prawdopodobnie już w czasach Archimedesa. Żadnego jednak z licznych przykładów ich użycia nie można, jak się zdaje, uważać za maszynę złożoną. Najlepszy jest taksimetr lub hodometr, opisany zarówno przez Herona, jak i Witruwiusza, ale obaj posługiwali się tylko parą kół, by zapewnić wysoki stopień redukcji szybkości. Był to licznik, wskazujący przebyte mile za pomocą liczby obrotów osi koła w powozie, lub też specjalne koło łopatkowe zawieszone przy burcie statku. Jeśli taki miałby być początek wszystkich zegarów, to nie byłoby się czym chwalić. Miałem jednak ciągle nadzieję, że znajdę coś lepszego, choć w uszach brzmiało mi solenne zapewnienie znawców starożytności greckiej, że Grecy nie interesowali się pracami mechanicznymi, uważając je za coś niższego. Stanowisko to popiera wiele poważnych autorytetów, upatrując jego źródła w instytucji niewolnictwa. Ich zdaniem, Grecy interesowali się mechaniką tylko o tyle, o ile dostarczała pożywki dla gimnastyki umysłu, i woleli przechodzić do porządku nad techniką dnia codziennego, uważając ją za coś niegodnego. Nie traciłem jednak nadziei, ponieważ Heron z Aleksandrii przejawia w swych książkach, Automaton Theater oraz Hydrostatyka, pewnego rodzaju zamiłowanie do pomysłowych wynalazków. I chociaż żaden z nich nie zawiera mechanizmów bardziej skomplikowanych niż proste dźwignie, struny i - w nielicznych przypadkach - koła zębate, to jednak droga poszukiwań wydawała się słuszna, choć oczywiście nie wątpiłem, że to nie wszystko, co pozostało nam po złotych wiekach Grecji. W tym momencie rozważań przypadek skierował mnie do Institute for Advanced Study w Princeton, gdzie zetknąłem się z wieloma świetnymi klasycystami, epigrafikami i archeologami, a także fizykami i innymi naukowcami. Znalazłszy się w takim towarzystwie, uważałem za rzecz naturalną wydobycie z zapomnienia jednego z materialnych dowodów dotyczących mojej dziedziny. Wszyscy obecni zainteresowali się nim z miejsca, wkrótce jednak porzucili moją sugestię ze względu na trudności, które zdawały się tak ogromne, że trudno było uważać mój dowód za coś innego niż dziwactwo, które może da się wyjaśnić później, jeśli zbierze się więcej materiału. Dowodem tym był przedmiot wydobyty na światło dzienne w czasie pierwszego, niespodziewanego odkrycia archeologicznego w 1900 r. Greccy poławiacze gąbek, zmuszeni przez sztorm do zakotwiczenia statku w pobliżu małej wyspy Antikithira, poniżej Kithiry, na południe od Peloponezu, natrafili na wrak statku ze skarbami. Późniejsze badania wykazały, że statek, załadowany statuami brązowymi i marmurowymi oraz innymi dziełami sztuki, zatonął ok. 65 r. p.n.e. (w granicach mniej więcej dziesięciu lat) podczas podróży z okolic Rodos i Kos i - przypuszczalnie - w drodze do Rzymu. Wśród zachowanych dzieł sztuki oraz nierozpoznawalnych brył zżartego brązu i marmuru znajdowała się jedna, bezkształtna, która początkowo nie zwróciła niczyjej uwagi. Nieco później, kiedy wyschła i rozpadła się na kawałki, archeologowie zatrudnieni przy znalezisku zorientowali się, że mają do czynienia z czymś bardzo doniosłym. Wewnątrz bryły znajdowały się resztki brązowych płyt, do których przylegały szczątki wielu skomplikowanych kół zębatych i wygrawerowanych skal. Niektóre z płyt były pokryte napisami w języku greckim z I w. p.n.e.; odczytano z nich, że wchodziły w skład przyrządu astronomicznego. Na nieszczęście zniszczenie, wywołane działaniem wody przez dwa tysiące lat, było tak wielkie, że resztki zżartej przez wodę powłoki zewnętrznej utrudniały odtworzenie niemal wszystkich szczegółów

napisu oraz mechanicznej konstrukcji wewnętrznej. Wobec braku oczywistych dowodów, informację o znalezisku opublikowano w postaci prostego opisu, a na temat przeznaczenia przedmiotu snuto tylko niesprecyzowane i ostrożne domysły. Na ogół eksperci zgadzali się, że mamy przed sobą resztki złożonej maszyny astronomicznej z przekładniami różnicowymi. Jeśli jednak chodzi o jej przeznaczenie, to zdania były podzielone: nie dawało się ustalić żadnych powiązań ani z astrolabium, ani z rodzajem planetarium, które podobno zbudował Archimedes. W ciągu pierwszej połowy stulecia uczeni nie ustawali w wysiłkach wyjaśnienia tej zagadki, ale z braku dowodów musieli czekać, aż technicy muzeum oczyszczą z gruzów fragmenty brązu na tyle, by ukazało się więcej napisów i więcej kół zębatych. Moje zainteresowanie mechanizmami astronomicznymi sprawiło, że skorzystałem z ułatwień oraz pomocy Instytutu i szczegółowo przebadałem zestaw fotografii nowych fragmentów, dostarczonych mi kilka lat przedtem przez dyrektora Narodowego Muzeum Archeologicznego w Atenach. I chociaż od czasu ostatniej publikacji o tym znalezisku jego fragmenty zostały oczyszczone w znacznym stopniu i litery oraz koła wyglądały bez porównania przejrzyściej niż przedtem, nie były jednak na tyle wyraźne, by udało się rozwiązać trójwymiarową zagadkę połączenia poszczególnych części w całość wyłącznie na podstawie zdjęć. Zrozumiałem przeto, że muszę wziąć te fragmenty do ręki, nim będę mógł pójść dalej20. Dotacja Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego umożliwiła mi wyjazd do Aten. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności towarzyszem moim był George Stamires, epigrafik z Instytutu, który pomógł mi w odczytaniu napisów. Władze Muzeum pomagały mi na każdym kroku. Dzięki temu, zadanie złożenia razem wszystkich części i szczegółów kół wewnątrz mechanizmu, zmierzenia wszystkiego, co należało zmierzyć, i sfotografowania każdego z fragmentów ze wszystkich stron, okazało się wykonalne. Tak uzbrojony, powróciłem do Princeton i do mojej krzyżówki. Z wolna poszczególne części zaczęły pasować do siebie, dając w rezultacie jasne wyobrażenie o rodzaju i przeznaczeniu maszyny oraz o znaczeniu napisów, którymi była pokryta. Oryginalny antikithirański mechanizm był, bez wątpienia, podobny do dobrego nowożytnego zegara mechanicznego. Składał się z drewnianej ramy, podtrzymującej od przodu i tyłu metalowe płyty, zaopatrzone w skomplikowane tarcze i poruszające się po nich wskazówki. Wielkość przyrządu nie przekraczała grubego tomu encyklopedii. Wewnątrz pudła, utworzonego przez ramę i płyty, znajdował się mechanizm kół zębatych, w liczbie około dwudziestu, o układzie niezbyt przejrzystym, zawierających z kolei tarczowe koła zębate. Całość była przymocowana do płyty z brązu. Z jednego boku pudła wystawało drzewce, które przy poruszaniu obracało wskazówki na tarczach z różną

20

Ostatnio opublikowałem popularne, próbne sprawozdanie z fragmentów antikithirańskich w „Scientific American” nr 250 (czerwiec 1959), s. 60-67, oraz krótkie i formalne doniesienie wraz z bibliografią w Year Book of the American Philosophical Society (1959), s. 618-619. Już po opublikowaniu tych prac zapoznałem się z doniesieniem G. R. Edwardsa z Amerykańskiego Instytutu Archeologii (30 grudnia 1959), dotyczącym daty i przeznaczenia wraku z Antikithiry. Jestem mu zobowiązany za dostarczenie mi kopii maszynopisu tego, jak dotąd nie opublikowanego, doniesienia. Wnioski, jakie wyciąga Edwards, są następujące: w latach trzydziestych I w. p.n.e. płynął w podróż handlową statek, wioząc, prawdopodobnie na rynek rzymski, rzeźby o pochodzeniu egejskim. Mam również dostęp do nie opublikowanych notatek i zdjęć zrobionych przez zmarłego już prof. Alberta Rehma, który przez wiele lat interesował się tym znaleziskiem, nie publikując wszystkich swoich odkryć w tym zakresie. Informacje, udostępnione mi dzięki uprzejmości Bayerische Staatsbibliothek w Monachium, potwierdziły i w pewnym stopniu rozszerzyły poprzednie odkrycia. Pełna monografia jest już na ukończeniu.

prędkością. Te tarcze były zabezpieczone przez przyczepione do nich brązowe drzwiczki; jedne i drugie zawierały długie napisy, objaśniające, jak należy posługiwać się maszyną. Wydaje się, że maszyna była przeznaczona do wykonywania skomplikowanych obliczeń, mogła odtwarzać ruch Słońca, Księżyca, a być może także planet. Na jakiej zasadzie działała, trudno powiedzieć z pewnością, ale zebrane dotychczas dane sugerują, iż różniła się wyraźnie od wszystkich znanych modeli planetarnych. Nie przypominała żadnego ze znanych planetariów, ukazujących planety poruszające się z różną prędkością, lecz raczej mechanizm działający na zasadzie wyłącznie arytmetycznych metod babilońskich. Należało po prostu odczytać wskazania tarcz zgodnie z instrukcją - zamieszczone na nich legendy wskazywały, jakie zjawiska astronomiczne mogą zajść w określonym czasie. Pewien element tego odkrycia okazał się szczególnie interesujący. Z kalendarza wypisanego na jednej z tarcz można było wydedukować, że mechanizm został zbudowany w 82 r. p.n.e. i używany przez dwa lata, w czasie których naprawiano go dwukrotnie. Wydawało się więc prawdopodobne, że miał nie więcej niż trzydzieści lat, a więc nie był stary, kiedy wniesiono go na pokład statku. Niemal pewne jest również, że nie był to przyrząd nawigacyjny używany na pokładach statków, jak kiedyś przypuszczano; stanowił raczej cenne dzieło sztuki, które znalazło się na pokładzie, podobnie jak inne przedmioty, jako zdobycz lub obiekt handlu. Jeszcze ważniejsze było odkrycie, że niektóre techniczne szczegóły konstrukcji - kształt kół zębatych i ogólny wygląd zestawu trybów - wykazywały zadziwiające podobieństwo do średniowiecznych arabskich i europejskich protozegarów, astrolabiów i ekwatoriów - podobieństwo, które zostało już potwierdzone. Jasne, że ta grecka maszyna nie była jednorazowym wyskokiem ani też egzemplarzem izolowanym. Jest ona niewątpliwie poszukiwanym pierwszym ogniwem, sędziwym praprzodkiem wszystkich zegarów, maszyn liczących i innych skomplikowanych wynalazków mechanicznych. Istnienie tego bardzo złożonego mechanizmu antikithirańskiego zmienia zdecydowanie wszystkie nasze wyobrażenia o istocie techniki greckiej. Nie musimy dłużej wierzyć, że Grecy gardzili pracą rąk i możemy uznać spotykane wypowiedzi za przejaw bardzo ludzkiego, osobistego upodobania tych filozofów, których gusty skłaniały się ku czemu innemu. Nazwiska Herona i Witruwiusza zachowały się raczej przypadkowo; nie są oni jednak na tyle reprezentatywnymi, jak dotąd przypuszczano. W gruncie rzeczy wszystko sprowadzało się chyba do problemu, z którym spotkaliby się ludzie, przybywszy do nas z kosmosu w 4000 r. i znalazłszy Ziemię ogołoconą i bezludną, ze szczątkami sklepienia National Gallery of Art jako jedynym śladem panowania Człowieka. Być może, poza Partenonem moglibyśmy pozostawić im ruiny kilku budynków gotyckich i pewne pozostałości po dziełach Franka Lloyda Wrighta. Jak wyglądalibyśmy w ich oczach, gdyby usiłowali zrekonstruować świat na podstawie nielicznych znalezisk i, ewentualnie, kilku van Goghów, Rembradtów, jednego Rubensa i trzech Picassów? Otóż my tak właśnie postępujemy przy ocenie starożytnej cywilizacji. Czyż nie jest prawdopodobne, że tak jak współcześni malarze nie malują na ogół elektronów ani elementów fizyki nuklearnej, nie rysują modeli samochodów, tak pisarze greccy nie mieli zwyczaju pisać o maszynach i naukach swego czasu, jeśli nie zamierzali stworzyć pomnika myśli ludzkiej? Niezależnie od przyczyn nieoczekiwanego odwrotu po wiekach klasycznej nauki, musimy się z nimi pogodzić. Co najmniej w wąskim zakresie mechanizmów zegarowych i początków techniki precyzyjnej, obraz, jaki dziś posiadamy, jest bardziej składny i zawiera mniej rzeczy niezrozumiałych.

Nie musimy dłużej szukać historycznych przyczyn faktu, że Chińczycy budowali wielkie wieże zegarowe, podczas gdy Grecy, bez porównania bardziej zaawansowani w astronomii, uczynili tak niewiele w zakresie mechaniki. Znaleźliśmy racjonalne wyjaśnienie tego zjawiska, a ceną, jaką trzeba za nie zapłacić, jest cofnięcie problemu w czasie. Przedmiot tak niewiarygodnie skomplikowany, jak mechanizm antikithirański, nie mógł być - według wszelkiego prawdopodobieństwa - pierwszym z serii. Jego istnienie przydaje mocy wzmiance, którą znajdujemy u Cycerona i innych, o modelu planetarium zbudowanym przez Archimedesa. Jeżeli wzmianka ta jest prawdziwa, to zbliża nas do hellenistycznej zagadki, stojącej u wrót mechaniki naukowej. Poza trzema szczęśliwymi zbiegami okoliczności, o których wyżej opowiedziałem, muszę wspomnieć o jeszcze jednym uśmiechu losu. W 1958 r., pracując nad muzułmańskimi tekstami średniowiecznymi dotyczącymi arabskich zegarów i maszyn z tej serii, w przypisie jednej z nowożytnych książek znalazłem informację o istnieniu jednego z nich, jeszcze kilka lat temu, w wielkiej komnacie minaretu Uniwersytetu al-Karauijin w mieście Fez w Maroku. W Waszyngtonie, zdarzyło mi się spotkać jednego z ministrów ambasady marokańskiej i przekazać mu tę informację. W jakiś czas potem otrzymałem komplet zdjęć owej komnaty oraz zgodę na to, bym mógł - jako jeden z pierwszych niewiernych wejść do niej i zająć się zbadaniem jej wnętrza. Ku memu zdziwieniu, na zdjęciach widoczny był ów stary zegar w stanie niemal nienaruszonym od XIV w. Wskazywał nawet tę samą godzinę co inne zegary kolekcji. Jest to istotnie najstarszy chodzący zegar świata. Co więcej, jego wygląd, nigdy dotąd dokładnie przez nikogo nie opisany, odpowiadał wszystkim wymogom konserwatywnej tradycji astronomicznych zegarów wodnych, sięgających wstecz aż do czasów helleńskich i przypuszczalnie wcześniejszych od mechanizmu antikithirańskiego. We wnętrzu meczetu wala się po prostu niezliczona ilość astrolabiów, zegarów i innych przyrządów do mierzenia czasu, zarówno dawnych, jak i nowożytnych. Sprawia to takie wrażenie, jakby każdy kolejny opiekun meczetu poczuwał się do obowiązku wzbogacania kolekcji najlepszymi okazami swoich czasów; dzięki temu dziś świątynia ta jest prawdziwym skarbcem starożytności - tak bogatym, iż może dostarczyć materiału badawczego kilku pokoleniom. Kto wie, czy nowe badania i szczęśliwe odkrycia nie zwiększą jeszcze obecnego embarras de richesse. Przedmiot moich dociekań jest bowiem ciągle w stadium początkowym - każde rozwiązane zagadnienie rodzi nowe problemy, a badania do nich mogą być przeprowadzone przez nieprawdopodobnie nielicznych specjalistów. Być może, nie należy darowanemu koniowi patrzyć w zęby i wyrażać nadziei, że te badania odsłonią przy okazji kluczową fazę ogólnej historii nauki i techniki. Obecnie wydaje się jednak, że linia, która prowadzi od Archimedesa do nowożytnego laboratorium, ma szczególne znaczenie dla poznania początków metody eksperymentalnej. Można ją uznać - obok naszego grecko-babilońskiego dziedzictwa w zakresie logiki i matematyki - za drugą podstawę nauki nowożytnej. Nie wiemy jeszcze dokładnie, co sprawiło, że rozwój nauki przybrał nagle takie tempo w czasach Newtona, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie te dwie podstawy przesądziły o jej postępie.

3 Renesansowy rodowód amerykańskiej zmyślności
Einstein miał zdumiewająco prostą teorię motywacji badań naukowych. Mawiał on: człowiek nie drapie się, jeśli go nie swędzi. Sądząc po zainteresowaniu uczestników procesu przemian w XVII w., rewolucja naukowa była na pewno największym „swędzeniem” w historii naszej cywilizacji. Żadna rewolucja nie była tak dobrze zaplanowana i przewidziana, tak skutecznie przeprowadzana i tak radykalna, jeśli chodzi o zmiany w społeczeństwie. Rzadko który proces historyczny był tak rozbrajająco jasny zarówno w swej strukturze, jak i w rysach zasadniczych. Z punktu widzenia ludzi, którzy jawną sekwencję metodyczną w nauce uważają za oczywistą i nieuniknioną, rola historyka sprowadzała się wyłącznie do potwierdzania faktów i uzupełniania listy nazwisk i dat. I tak Franciszek Bacon wytyczył drogi rewolucji i skodyfikował metodę naukową. Galileusz pokonał filozofię scholastyczną za pomocą systematycznego eksperymentu. Newton doprowadził oba te procesy do nieznanych szczytów. Operował potężnymi technikami matematycznymi tak skutecznie, że połączył ziemską i niebieską mechanikę, wskutek czego astronomia mogła wreszcie odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego”, zamiast dotychczasowego: „jak”. Jakby się nie mnożyło nazwisk, zasada pozostaje ta sama. Nauka jest niewątpliwie dziełem geniuszów, składających się na ciąg wielkich odkryć. Niestety, kiedy się spojrzy na sprawę bardziej wnikliwie, cała ta historia okazuje się i błędna, i niezadowalająca. Nie tylko bowiem zawiera ona sporo zgoła banalnych błędów, ale - co więcej spala na panewce, gdy próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Galileusz wyłonił się w tym właśnie okresie, a Newton w innym. Ponieważ każdy człowiek jest związany ze swym naukowym otoczeniem, to Bacon - chociaż stał się symbolem Royal Society - był w rzeczywistości tylko najszczęśliwszym propagatorem metody, rozwijającej się przez dziesiątki lat przed jego wystąpieniem. Również Galileusz nie tyle zrywa z przeszłością, ile raczej podsumowuje proces doskonalenia mechaniki, który dojrzał już w wiekach średnich, ale przez ostatnie stulecie pozostawał w uśpieniu21. Słynna anegdota o wieży w Pizie jest prawdopodobnie fałszywa we wszystkich szczegółach. Praca Galileusza polegała raczej na eksperymentach myślowych niż na jakichkolwiek realnych próbach z przyrządami. Newton był ściśle związany z walkami toczącymi się na terenie astronomii po obaleniu przez Keplera (100 lat przedtem) teorii Ptolemeusza. Zabawna historyjka o jabłku, choć przypuszczalnie prawdziwa, może stać się niebezpiecznym mitem, jeśli traktuje się ją jako dowód tego, że źródłem tryumfu Newtona było wyłącznie natchnione, spekulatywne objawienie. Chociaż słynny „zespół Eureki” znany jest w nauce, to teorie Newtona są rezultatem jego długotrwałych dociekań nad męczącymi go problemami22.

21

Historia mechaniki przed Galileuszem doczekała się udokumentowania, zgodnego ze wszystkimi wymogami nauki, w pracy Marshalla Clagetta pt. The Science of Mechanics in the Middle Ages, Madison 1959, i dziś już nie można się wykręcać niedostępnością materiałów źródłowych w tej dziedzinie. Wnikliwą analizę incydentu z wieżą w Pizie przeprowadził Lane Cooper w pracy Aristotle, Galileo and the Tower of Pisa, London 1935, ale bez wątpienia ta barwna historia będzie egzystować nadal jako część nowożytnej mitologii. 22 Kilka interesujących przykładów, dotyczących zespołu zjawisk składających się na tego typu objawienie, zebrał i omówił R. Taton w pracy Reason and Chance in Scientific Discovery, New York 1957, przetłumaczonej z francuskiego na angielski przez A. J. Pomeransa. Zdaniem Tatona, Geistesblitz („objawienie”) pojawiało się na ogół nie podczas wytężonej pracy, lecz raczej w chwilach wypoczynku.

Rewolucja naukowa nie wyskoczyła jak deus ex machina na skutek pojawienia się na arenie dziejów pokolenia gigantów w tym właśnie a nie innym czasie. Była wytworem określonych sił i określonego dziedzictwa, i jeśli chcemy znaleźć jakąś linię przewodnią w historii, musimy przede wszystkim wyrzucić z nauki mitologię wszystkich wielkich ludzi. -Każda próba tego rodzaju jeży jednak włosy na głowach uczonych i dlatego warto zatrzymać się na chwilę, by zapoznać się ze źródłem tych emocji towarzyszących wszystkiemu, co zdaje się oczerniać lub pomniejszać bohaterów nauki. W historii powszechnej analogiczną metodę stosuje się od dawna. Jak zaznaczył Alexis de Tocqueville, w wieku arystokracji uwaga historyków skupiała się na bohaterach, królach i królowych oraz na wielkich wodzach, ale w wieku demokracji przeważa tendencja do analiz całościowych, wyraźnie już dziś występująca w pracach historyków. A przecież nauka jest - jak się zdaje - procesem tak od podstaw demokratycznym, że sąd Tocqueville’a powinien być słuszny właśnie na jej terenie, chociaż przeważa jeszcze instynktowna reakcja uczonych przeciw takiemu stanowisku. Psychologiczne aspekty tej reakcji są szczególnie interesujące. Nauka wydaje się przywiązana do swych bohaterów mocniej niż jakakolwiek inna gałąź wiedzy. Jedyna to chyba dziedzina, w której przeszłość, jako całość, koegzystuje ze stanem obecnym; prawo Boyle’a jest dziś bez porównania żywsze niż bitwa pod Waterloo. Właśnie dlatego historia nauki ma przed sobą możliwości o wiele głębszego i logiczniejszego wniknięcia w to, co działo się w przeszłości, niż większość pozostałych działów nauki. Dzięki stałemu nawracaniu do przeszłości, nauka jest w wyobraźni powszechnej czymś martwym, zimnym i logicznym; jej zmarli przedstawiciele są otaczani czcią, żyjący zaś pozostawieni, poza nawiasem ludzkości - chociaż w życiu prywatnym niejeden z nich jest człowiekiem bardzo miłym, wesołym i kulturalnym23. Motywem badań naukowych może być, oczywiście, owo „swędzenie” intelektualne. Rzeczywiście za cel wykształcenia uznano tworzenie ludzi niezadowolonych, sprawianie, by ich „swędziło” - ale istnieje chyba inny, głębszy i bardziej specyficzny bodziec, który sprawia, że ludzie stają się uczonymi. Jednym z najbardziej powszechnych, wewnętrznych powodów jest to, że jako młodzieńcy pragnęli być Boyle’ami. Szukali nieśmiertelności po to, by unieśmiertelnić siebie. W epoce pracy zespołowej, w epoce małych ludzi pracujących przy wielkich maszynach, ta uświęcona forma nieśmiertelności jednostkowej staje się niepewna, a przykłady naprawdę wielkich ludzi i ich teorii rosną w cenie. Jeśli jednak rzeczywiście problem taki zaczyna narastać, jest to chyba jeden powód więcej, by zbadać szczegółowo proces, który umożliwił ludziom z epoki rewolucji naukowej modelowanie cegiełek wiedzy opatrzonych ich nazwiskami i wzniesienie - w tempie szybszym niż kiedykolwiek przedtem imponującej budowli i nadbudowy z teorii i eksperymentu. Dlaczego rewolucja naukowa wybuchła właśnie w tym okresie? Niewątpliwie, była w jakiś sposób produktem renesansu. Nas jednak nie obchodzi tu ani spontaniczne odrodzenie klasycznych form estetycznych, znane tak dobrze z historii sztuki, ani ferment wywołany klasycznymi formami literackimi, ani wreszcie ewolucja klasycznej filologii i pedagogiki, które po nich nastąpiły; interesuje nas przede wszystkim odrodzenie nauki starożytnej. W tej dziedzinie renesans nie ma palmy pierwszeństwa; wyprzedziło go inne odrodzenie w okresie średniowiecza.
23

Publiczne wyobrażenia o nauce znalazły wyraz w pionierskim studium, cytowanym już dziś tak często, że stało się niemal locus classicus, mianowicie w pracy Margaret Mead i Rhody Métraux Image of the Scientist Among High-School Students, „Science” nr 126 (30 sierpnia 1957), s. 384-390. Inną pracą na ten temat, analizującą również konsekwencje tego zjawiska, jest rozprawa Geralda Holtoma The False Images of Science, „The Saturday Evening Post” (9 stycznia 1960), s. 18 i dalsze.

Tlejącą pochodnię późnej nauki rzymskiej przejęło Bizancjum oraz wiele innych kultur, odnośnie do których możemy się poszczycić tylko monumentalną ignorancją. Pełne światło przywrócił jej świat islamu, gdy umocnił się na swych pozycjach po wyjściu z ewangelicznej fazy Mahometa. Od VIII do XIII w. płonęła pełnym światłem, wzbogacając wszystkie dziedziny wiedzy w nowe elementy. W XII w. głównie w lingwistycznych i kulturalnych ośrodkach Sycylii, a także w Toledo oraz kilku innych miastach Hiszpanii mauretańskiej - nastała epoka Wielkich Tłumaczy. Podstawowe dzieła nauki klasycznej wraz z różnymi naleciałościami arabskimi zostały, poprzez wiele języków, przetłumaczone na łacinę. W tej postaci nauka epoki klasycznej trafiła w XII i XIII w. do uniwersytetów europejskich, wywołując z miejsca niespotykaną dotąd twórczą aktywność intelektualną24. Tak więc w średniowieczu muzułmańskim i europejskim rozróżniamy okresy, dzięki którym dokonano nowego, wspaniałego dzieła; ich skutki okazały się o wiele donioślejsze niż proste przekazanie tekstów greckich, poprzez arabski, do świata uczonych europejskich. Niemniej, dzięki temu przekazowi, już ok. 1300 r. n.e. wszystkie dzieła starożytne zostały udostępnione Zachodowi. Od tej chwili niewiele brakowało dla dalszego odrodzenia królestwa nauki. Główna praca została wykonana. Mógłby więc ktoś przypuszczać, że nauka stopniowo zaczęła postępować naprzód; dodatkowy bodziec w tym kierunku przyniosło odrodzenie klasycznej estetyki. Ale działo się inaczej. W dziedzinie wiedzy, tak jak w dziedzinie życia ekonomicznego, wieki średnie zaczęły gnić od podstaw, począwszy od schyłku XIV w. Notujemy wyraźny spadek prężności i oryginalności, a także zmniejszanie się liczby pisarzy traktujących o sprawach nauki. Szkoła wielkich astronomów i mechaników, Merton College, upadła ok. 1390 r., uniwersytet paryski zaś po ustąpieniu Nicole Oresme. Nastał okres, trwający od 1400 do 1460 r., w którym nauka zdawała się tak martwa, jak nigdy przedtem. Być może, że ocena ta, podobnie jak nasza ocena okresów zacofania, jest do pewnego stopnia wynikiem ignorancji nowożytnych badaczy tej epoki, ale wydaje się, że pewien upadek niewątpliwie nastąpił. Nie ulega wątpliwości, że wynalazek druku i jego żywiołowy rozwój w Europie od 1470 r. uratował naukę. Wynalazek ten zajmuje poczesne miejsce w historii techniki i z całą pewnością związany jest ze stale rosnącymi szeregami ludzi zajmujących się techniką w okresie średniowiecza. Nie to jednak jest powodem, że zatrzymamy się nad nim, by zbadać go dokładniej; uczynimy tak dlatego, iż skutki tego wynalazku miały znaczenie piorunujące, w dodatnim sensie tego słowa. Podziałał tak, jak proces, który rozpętał się na naszych oczach w ciągu ostatnich dwudziestu lat i zrewolucjonizował rynek wydawniczy - mianowicie wprowadzenie książek typu paperback. Pierwszym stadium, jakie nastąpiło po wynalazku druku, było przetrząśnięcie całego dostępnego dorobku klasyków w celu ponownego wydania; powstały nawet wydawnictwa, takie jak „Regiomontanus” w Norymberdze lub Ratdolt w Wenecji, specjalizujące się w pracach naukowych, zupełnie podobnie jak obecnie wydawnictwo Dover w Stanach Zjednoczonych. Drugie stadium charakteryzowała pogoń za nowymi rękopisami i drukowanie prac wszystkich osiągalnych pisarzy współczesnych. Podobnie jak powstanie paperbacków, gwałtowny rozwój drukarstwa zmienił

24

Najlepszym źródłem historii wielkich przekładów z arabskiego na łacinę jest praca Charlesa H. Haskinsa Studies in the History of Medieval Science Cambridge, Massachusetts, 1924. Bardziej popularne ujęcia stanowią: The Renaissance of the 12th Century tegoż autora (w serii Meridian Pocket Books), New York 1957, oraz A. C. Crombie Medieval and Early Modern Science, New York 1959 (szczególnie cz. I, rozdz. 2).

stosunek do książek oraz ustrój szkolnictwa. Początkowo druk odciążył tylko skrybów kopiujących rękopisy, tak jak paperbacki pogorszyły sytuację sprzedawców książek z drugiej ręki. Ale już ok. 1500 r. wiek inkunabułów należał do przeszłości, a książka drukowana stała się zupełnie nową siłą25. Dzięki temu świat nauki, stanowiący dotychczas domenę wąskiej, uprzywilejowanej elity, stał się nagle bez porównania łatwiej dostępny dla przeciętnego człowieka. Analogiczny proces, bardziej niż cokolwiek innego, doprowadził w religii do reformacji. Jak było do przewidzenia, w krajach, w których reformacja przebiegała szczególnie gwałtownie, równie gwałtownie gromadzono nową wiedzę. To raczej obszary znajdujące się pod wpływem luteranizmu a nie katolickie Włochy były areną odrodzenia astronomii w dziełach Regiomontanusa, Keplera i Kopernika. Początkowo wydawało się nawet, że to właśnie owa pozytywna siła - a nie antagonizmy między religią i nauką, które rozwinęły się później - dostarczyła ludziom drogowskazu. Być dokonać przeglądu zmian, jakie w XVI w. wywołał zalew książek, trzeba przyjrzeć się temu, co było osiągalne na początku tego stulecia. Nauka opierała się na dwóch podstawach: fizyce matematycznej oraz technice instrumentów naukowych; na fali ich rozwoju rozkwitły poszczególne działy chemii i biologii oraz różne teorie i rzemiosła mechaniczne, nie wcielone jeszcze do dwóch dziedzin podstawowych. Pierwszym skutkiem rozpowszechnienia słowa drukowanego było rozpowszechnienie zarówno metod matematycznych, jak i mechanicznych urządzeń dla nieporównanie szerszego niż dotąd audytorium. W reakcji na ten stan rzeczy nauka zachowała się dokładnie tak jak wybuch atomowy. Podobna sytuacja zdarzyła się już zresztą raz w odległej przeszłości. Połączenie astronomii greckiej z babilońską można śmiało porównać do wybuchu bomby, w czasie którego poszczególne części zlewają się ze sobą, wyzwalając dodatkową energię. Książki podziałały tak, jak rozbicie bomby, podczas którego osiągnięto nagle masę krytyczną, wyzwalając cały łańcuch reakcji. Jednocześnie nauka stała się kumulatywna w sposób dotąd nie spotykany. W poprzednich wiekach każdy człowiek dokładał swą cegiełkę, opierając się pozornie na odwiecznej wiedzy, jaką zdołał zebrać w okresie studiów. Teraz przyspieszono kroku, toteż ten, kto chciał iść naprzód, musiał czytać zupełnie nowe prace i nadążać nawet za współczesnymi mu publikacjami. Nie znano jeszcze prasy naukowej i ludzie publikowali swoje myśli nie wcześniej, nim doszli do wniosku, że opanowali dany wycinek nauki na tyle, by móc napisać całą książkę. Następne stadium - powstanie akademii i pism naukowych - nastąpiło dopiero półtora wieku później, w połowie XVII w., kiedy rewolucja naukowa była już w pełnym rozkwicie. W ciągu tych 180 lat działali tacy giganci, jak Bacon i Galileusz, Gilbert, Harvey i młody Newton, ludzie, którzy napisali wspaniałe, skończone dzieła. By ich zrozumieć, trzeba spojrzeć na nich na tle masowego ruchu na arenie nauki, to jest na tle tych, których książki mistrzów dosięgły i sprawiły, iż zaczęli wyrabiać i posługiwać się instrumentami, nie czyniąc jednak nic takiego, co uwieczniłoby ich nazwiska. Ludźmi tymi historycy na ogół nie interesują się, częściowo dlatego, że nie przypisują im żadnego znaczenia, częściowo zaś dlatego, iż trudno znaleźć jakieś szczegóły o nich i ich życiu. Pisali
25

Podstawowym źródłem bibliograficznym dotyczącym książek naukowych sprzed 1500 r. jest praca A. C. Klebsa Incunabula scientifica et medica, „Osiris” nr 4, Bruges 1938. Analiza tej pracy, pióra George'a Sartona, ukazała się w numerze 5 „Osiris” z 1938 r. s. 41-247, pt. The, Scientific Literature Transmitted Through the Incunabula; podsumował on ją następnie w oddzielnej książce Appreciation of Ancient and Medieval Science during the Renaissance, Philadelphia 1955.

i publikowali rzadko, a jeśli tak, to prace drugorzędne. Większość z nich była nauczycielami lub pracującymi w swym fachu rzemieślnikami26. Jedynym śladem po pierwszych z nich są konspekty wykładów i notatki studentów; jedynym śladem po drugich - przechowane przez kogoś przyrządy i wyroby rękodzielnicze. Trudnego dzieła zebrania danych o masowym ruchu w nauce dokonano już, mimo przeszkód, w wielu krajach, na wielu obszarach27. Najbardziej oczywisty, a jednocześnie znamienny jest fakt, że jeszcze przed utworzeniem Royal Society działała w Anglii ogromna liczba uczonych mniej wybitnych; kto wie, czy ci nieznani ludzie razem wzięci nie mieli większego wpływu na rozwój nauki niż którykolwiek z gigantów-geniuszy. W każdym razie nie można ich lekceważyć, ponieważ stanowią integralną część historii.

Ryc. 3. Warsztat tokarski z końca XIV w.

Pierwszą angielską grupę rzemieślników stanowili mierniczy, których usługi, na skutek podziału dóbr klasztornych, były stale poszukiwane. Oprócz nich Anglia rozporządzała pokaźnym zastępem nauczycieli arytmetyki dla celów handlowych, nauczycieli nawigacji oraz wytwórców kompasów
26

Angielskie słowa „artisans” i „practicioners” - oznaczające rzemieślników-mistrzów, a także ludzi sztuki i tych wszystkich, którzy zajmowali się pracą ręczną - tłumaczymy, w braku lepszego pomysłu, jako „rzemieślnicy”. Rzemieślnikiem w tym sensie był więc nie tylko wynalazca czy konstruktor (w owych czasach ludzie ci nie tylko projektowali, lecz i wykonywali swe projekty), ale także malarz i rzeźbiarz (przyp. tłum.). 27 Klasyczną pracą o masowym ruchu w nauce jest, dla Anglii, The Mathematical Practitioners of Tudor and Stuart England, Cambridge 1954, pióra E. G. ~R. Taylora; dla Francji - Les Instruments Scientifiąues aux XVII et XVIII siècles, Paris 1953, pióra M. Daumasa, dla Niemiec i krajów ościennych - praca Zinnera Astronomische Instrumente des 11 bis 18 Jahrhunderts, München 1956, wreszcie dla Holandii praca Marii Rooseboom Bijdrage tot de Geschiedenis der Instrumentmarkerskunst in de noordelijke Nederlanden, Leiden 1950.

magnetycznych. Większość pierwszych wytwórców rekrutowała się z imigrantów, przeważnie uciekinierów z kontynentu, opuszczających swe kraje na skutek walk religijnych. Najsilniejszym bodźcem dla rzemieślników było zarządzenie królowej Elżbiety, która zdecydowała się zerwać z importem dział mosiężnych, powołując do życia Mines Royal i Battery Company. Anglia uzyskała własne źródła pełnowartościowego mosiądzu. Fakt ten pociągnął za sobą wiele różnych konsekwencji. Po pierwsze, przestano sprowadzać dzwony kościelne, korzystając z wyrobów rodzimych, po drugie - rozwinął się na szeroką skalę wyrób przyrządów astronomicznych i innych instrumentów, które można wykonywać z mosiądzu. Warto dodać, że jeden z czołowych działaczy Mines Royal, Humphrey Cole, pochodzący z północnej części Wielkiej Brytanii i uprzednio pracujący w królewskich mennicach, stał się pierwszym wielkim wytwórcą instrumentów i wykonał wiele przyrządów nawigacyjnych, z których korzystano podczas słynnych wypraw odkrywczych w epoce elżbietańskiej28. Innym człowiekiem epoki był Thomas Lambritt, alias Geminus, zbieg z Lixhe koło Liège, który rzeźbił wspaniałe astrolabia i inne przyrządy. Lambritt jest znany również jako rytownik słynnych tablic anatomicznych, które ilustrowały dzieło Wesaliusza. Ten ostatni fakt podkreśla ścisły związek, jaki istniał między sztuką wyrabiania przyrządów naukowych i sztuką rytowania w miedzi, odgrywającą tak wielką rolę w szesnastowiecznym przemyśle książkowym. Mimo skromnych początków, liczba rzemieślników stale rosła, gdyż każdy mistrz kształcił trzech lub czterech terminatorów, którzy potem się uniezależniali. E. G. R. Taylor wymienia ponad 100 nazwisk znanych już przed 1600 r., a blisko 250 w połowie XVII w., niemal wszystkie z Londynu. W 1650 r., jeszcze przed powstaniem Royal Society, Londyn liczył ponad 100 takich rzemieślników, skupionych w dziesiątkach niezależnych od siebie zakładów rozrzuconych po centrum Londynu. Świadczy to dobitnie o znacznym, nawet jak na tak duże miasto, rozwoju przemysłu w tym okresie. Kto wie, czy inicjatywy założenia Royal Society nie należałoby bezpośrednio przypisać rzemieślnikom. Przed wprowadzeniem Statutu Królewskiego spotykali się oni w klubie, zwanym później „Invisible College” („Niewidzialne Kolegium”). Początkowo klub ten był organizacją całkowicie nieformalną, mieszczącą się nie tylko w lokalach jego głównych członków, ale także w sklepach wytwórców instrumentów i tawernach (a później w kawiarniach), do których uczęszczali i które uważali za rodzaj poczty. Być może, w okresie, kiedy klub zaczął się zbierać bardziej regularnie, zebrania zwoływał Elias Allen, przywódca wytwórców instrumentów. Był on dawnym uczniem Humphreya Cole’a; działając podobnie jak organizator związkowy, zmobilizował wytwórców instrumentów i jako jedną organizację przyłączył ich do cechu zegarmistrzów. Warto podkreślić, że chociaż ludzi tych przyciągnęła do zawodu użyteczność przedmiotów, które wyrabiali, to jednak przedmioty te nie gwarantowały im środków utrzymania. W większości byli bezsilnymi ofiarami demokratyzacji nauki na skutek zalewu książek i wzrostu pomysłowości w zakresie mechanizacji. Musieli szukać uczonych oraz miłośników nauki i namawiać ich, by uczynili rzecz słuszną i godną pochwały - mianowicie, by kupili mikroskop lub suwak. Wystarczy rzucić okiem na dziennik Samuela Pepysa, by przekonać się, jak bardzo był dumny, kiedy zakupił suwak i przyrządy optyczne i zapoznał się z tajnikami ich używania. Pepys był, oczywiście,
28

O życiu i dziełach Humphreya Cole’a pisał R. T. Gunther w artykule The Great Astrolabe and Other Scientific Instruments of Humphrey Cole „Archaeologia” nr 76, 1926-27, s. 273-317.

szczególnym typem amatora. Nie tylko został ministrem marynarki, ale osiągnął nawet stanowisko przewodniczącego Royal Society. On to właśnie wymógł imprimatur tego surowego grona dla Principia Mathematica Izaaka Newtona. Pierwsi rzemieślnicy musieli dodatkowo trudnić się sprzedażą swych wyrobów i - sądząc z ówczesnych sprawozdań - większość z nich żyła w ciężkim niedostatku i marła z głodu. Nawet pierwszy uczony „na pensji”, Robert. Hooke, zatrudniony przez Royal Society w celu „dostarczania na każde posiedzenie trzech do czterech godnych uwagi eksperymentów”, miał niemałe trudności z wyciąganiem pieniędzy za swoją pracę. Raz np. zapłacono mu kopiami książki o rybach, opublikowanej przez Royal Society, ale nierozprzedanej - słaba zaiste rekompensata za kilka nowych wynalazków, dostarczonych w okresie tygodnia! Właśnie na tle działalności tych drugorzędnych aktorów, ludzi, którzy wyciągali nędzny chleb z praktyki lub pracy pedagogicznej, należy rozpatrywać działalność ich szerokiej klienteli, złożonej z uczonych-amatorów, oraz tych kilku geniuszów, których nazwiska stały się chlebem powszednim w nauce. Galileusz, budujący swój teleskop i zegar, oraz Newton, eksperymentujący z pryzmatem lub konstruujący pierwszy lustrzany teleskop, mieszczą się doskonale w szeregach rzemieślników. Wyrastali ponad przeciętny poziom tylko jako autorzy monumentalnych dzieł. Trzeba nam teraz pójść dalej i głębiej wniknąć w charakter i konsekwencje tego masowego ruchu w nauce. Jednym z jego skutków bezpośrednich i najbardziej oczywistych było organizowanie, niemal jednoczesne w różnych krajach europejskich, formalnych akademii naukowych, w których liczna podówczas grupa amatorów i nawet zawodowców mogłaby się spotykać, wymieniać poglądy, świadczyć sobie wzajemne usługi oraz dzielić się drogimi przyrządami i kolekcjami. Tu właśnie zrodziła się świadoma inicjatywa stworzenia prasy naukowej, mającej informować o wynikach badań i przechowywać materiały z różnych dziedzin wiedzy, narastającej już tak szybko, że nie sposób jej było zamknąć w jednej książce. Innym skutkiem, nie tak może oczywistym, ale równie ważnym dla nauki jak prasa naukowa, było przejście od prac rzemieślniczych do nauki eksperymentalnej. Powszechne wyobrażenie o uczonym jako „człowieku w białym kitlu w sanktuarium laboratoryjnym” jest tak silne i sugestywne, że ludzie wzbraniają się uważać je za zupełnie nowe zjawisko w życiu nauki. Laboratorium akademickie lub przemysłowe liczy niewiele ponad sto lat. Pierwsze laboratorium chemiczne powstało ok. 1840 r.; najlepiej znaną z pionierskich pracowni jest, być może, laboratorium J. Liebiga w Giessen. W 1870 r. powstało pierwsze laboratorium fizyczne (Cavendish Laboratory, Cambridge, Anglia), otwarte w 1874 r. Był to pierwszy budynek architektonicznie przystosowany do pracy z aparaturą fizyczną. Laboratorium w Oxfordzie zbudowano - na wzór kuchni w opactwie w Glastonbury - jako duże pomieszczenie, w którym można było warzyć chemikalia. Przy dzisiejszym gorączkowym pośpiechu urządzania laboratoriów w szkołach wyższych, otrzeźwiająco działa refleksja nad szybko zmieniającym się, wręcz efemerycznym obliczem laboratorium naukowego. Niecałe sto lat temu laboratorium było miejscem, gdzie można było nauczyć się posługiwania złożonymi i drogimi przyrządami; następnie stało się rodzajem magazynu poszczególnych urządzeń i aparatów, które można było ze sobą w różny sposób łączyć za pomocą spoiw i sznurków tak, by przeprowadzać wszystkie nowe doświadczenia, jakich wymagał stale rozszerzający się zakres badań; jeszcze później poszczególne części aparatów stawały się stopniowo coraz większe. Wielkie maszyny elektryczne produkowano już w XVIII w. W naszych czasach obsługa

pierwszego maleńkiego cyklotronu, zbudowanego przez E. O. Lawrence’a w 1929 r., okazała się tak kosztowna, że jego administratorzy mówili o nim, iż pochłania góry pieniędzy. A dziś? Dzisiejszy stan rzeczy przypomina wielką maszynę, zaprojektowaną przez uczonych i zbudowaną przez inżynierów urządzenie, które samo jest instytucją obsługiwaną przez zespół quasi-anonimowych, pracujących jak niewolnicy ludzi, ubiegających się o tytuł doktora. Zbyt pochopne byłoby twierdzenie, że stare, stylowe laboratorium fizyczne zeszło już całkowicie z widowni, a jeszcze bardziej pochopne, iż podobnie działo się z wolniej rozwijającymi się laboratoriami chemicznymi i biologicznymi. Niewątpliwie jednak obraz laboratorium ulega ciągłym zmianom i tego, co zachowuje się w pamięci żyjących, nie należy traktować jako niezawodnej wskazówki na przyszłość. Laboratorium nie jest, historycznie biorąc, czynnikiem tak podstawowym w dziedzinie nauki jak obserwacja czy też umiejętność formułowania problemów naukowych w kategoriach matematyki i logiki. Wracając na nasze podwórko, uważamy teraz pierwsze próbne laboratoria publiczne z XIX w. za naturalną kontynuację dawnych pracowni „domowych”. Galileusz i Tycho de Brahe zatrudniali pracowników i kupowali przyrządy u pomysłowych wynalazców. Pepys trzymał swą maszynę do liczenia i lunetę na półkach z książkami. Newton przechowywał swój pryzmat i teleskop w gabinecie. Nawet na początku XIX w. tylko ludzie mający tak wyjątkową pozycję, jak Michael Faraday w Royal Society, mogli pozwolić sobie na kupowanie coraz to nowych, stale rosnących w cenie instrumentów. W pewnym momencie osiągnięto taki stopień rozwoju badań, że jeden człowiek nie mógł już dłużej pracować samotnie. Jeżeli był profesorem, mógł wysługiwać się bardziej obiecującymi studentami. Na uniwersytetach stało się powszechnym zwyczajem kupowanie aparatów do celów wyłącznie pedagogicznych, tzn. demonstrowania eksperymentów podczas wykładów z filozofii naturalnej. W ten sposób nauka kroczyła poprzez Rewolucję Naukową w kierunku Rewolucji Przemysłowej. Kiedy metody eksperymentalne i przyrządy osiągnęły odpowiednią dojrzałość, zaczęły z kolei oddziaływać na naukę i wyrównywać istniejący dotąd dystans między rozwojem nowych narzędzi a ich zastosowaniem. Po raz pierwszy zjawisko to można obserwować w XVII w., kiedy Royal Society, natchnione nową filozofią Bacona, uświadomiło sobie, że nowo zdobyta wiedza powinna służyć ulepszaniu życia ludzi. Tendencja ta przewodziła procesowi oświecenia we Francji i podstawowej idei Diderota, przyświecającej Wielkiej Encyklopedii, której celem było popularyzowanie umiejętności i rzemiosł wśród ludzi. W XIX w. nowożytny proces przemysłowy rozwinął się szczególnie silnie w nauce o elektryczności i w opartym na niej przemyśle, tworząc pierwszą wielką technikę, powstałą bezpośrednio na podstawie nowej dziedziny wiedzy. Każde udoskonalenie pomysłowych aparatów pomnażało osiągnięcia nauki; każdy krok naprzód w nauce wywoływał dalsze udoskonalenia, a także produkty uboczne (które nieraz stawały się później głównymi) w postaci nowych aparatów i nowych maszyn. We wszystkich dziedzinach nauki stara, prosta technika przekształcała się w złożoną, pociągając za sobą gwałtowny wzrost liczby maszyn i metod ich wytwarzania. Sercem tego ruchu byli jednak nadal pomysłowi mechanicy, niekształceni amatorzy-uczeni i rzemieślnicy, oświeceni patronowie tych robotników oraz wszyscy bezimienni ludzie nauki, złączeni w tym masowym ruchu. Dopiero od niedawna, od kiedy elita naukowa przestała być ciałem wyobcowanym i wielcy ludzie są tylko małymi ludźmi wyniesionymi w górę przez wspólny trud, zdajemy sobie sprawę, że ten aspekt rewolucji przemysłowej już się dopełnił.

Kiedy, jako cudzoziemiec, zetknąłem się po raz pierwszy, niejako twarzą w twarz, z problemami historii nauki w Stanach Zjednoczonych, byłem wprost zaskoczony. Oto kraj, pomyślałem, przodujący w technologii przemysłowej i we wszystkich dziedzinach nauki z nią związanych. Jak do tego doszło? Naukowe osiągnięcia okresu kolonialnego - a nawet, w gruncie rzeczy, ogólny stan nauki w Ameryce jeszcze sto lat temu - były na poziomie zaskakująco niskim, nawet jak na kraj, którego główne zainteresowania koncentrowały się na innych dziedzinach. Jeszcze dziwniejsze jednak było to, że niski stan wiedzy pozostawał w sprzeczności z ekspansją rozwijającą się na tej tak nieobiecującej podstawie. Z punktu widzenia perspektywy historycznej powiedzenie, że Franklin i Priestley - nawet z tuzinem innych, wspomagani i pobudzani przez takich następców, jak Willard Gibbs i jego koledzy - ponoszą całkowitą odpowiedzialność za lokalny klimat naukowy, wydaje się wręcz śmieszne. W czasach nam bliższych kontakt z Europą był ścisły, a uczeni i emigranci plenili się po Stanach. Wszystko to nie tłumaczy jednak okresu wcześniejszego ani też specyficznie narodowych cech. Równie niesłuszne wydaje się przypisywanie rewolucji przemysłowej w tym kraju przypadkowemu pojawieniu się grupy urodzonych wynalazców, takich jak Eli Whitney, Edison i Ford. Nawet jeśli oddamy odpowiedni hołd tym mechanikom i uczonym, jak to czynią Polacy w stosunku do Kopernika, Rosjanie do Popowa i Ciołkowskiego (wynalazcy rakiety), Francuzi do małżonków Curie, a Anglicy do Newtona, to wyrazem fałszywego hołdu i niedźwiedzią przysługą byłoby ignorowanie ich środowiska naukowego. Jak już powiedzieliśmy omawiając europejską rewolucję naukową, gigantów widzi się najlepiej na tle nie-gigantów. Myślę więc, że warto obecnie, kiedy rozumiemy już ten proces w Europie, zastosować analogiczną metodę do badania nauki amerykańskiej i poszukać również na tym terenie jakiegoś ruchu praktyków. Oczywiście, analogii nie można posunąć za daleko: należy zachować wielką ostrożność. Po pierwsze, ruchy te nie były na pewno współczesne europejskim: analogiczne do europejskich wydarzenia zdają się występować w Ameryce sto lat później. Po drugie, czeka nas jeszcze jedna trudność: chociaż możemy i powinniśmy szukać i znajdować narodowe różnice w nauce, to jednak - w pewnym szerszym sensie - zarówno rozwój nauki, jak i ogólny zrąb wiedzy są ponadnarodowe. Tylko długotrwała wojna i towarzyszące jej restrykcje lub całkowita izolacja geograficzna potrafi sprowadzić lokalny stan do poziomu poniżej lub powyżej powszechnego i to tylko na ograniczony przeciąg czasu. Jedna książka może przekazać wiedzę stuleci; jeden człowiek, stanąwszy wobec pewnych problemów, może nieświadomie zdublować badania innego o identycznym wykształceniu i narazić się na niezbyt przyjemną zbieżność publikacji lub zastosowań. Z tego punktu widzenia najmniej przyczyniają się do zrozumienia zagadnień lokalnych właśnie giganci nauki, ludzie genialni. Franklin, Newton czy Galileusz są w niewielkim tylko stopniu bohaterami narodowymi, jeśli patrzy się na nich w aspekcie ich dzieł. Należą do całego świata. Dlatego w ramach historii nauki wygodniej jest uważać Franklina i Priestleya, a także - być może Gibbsa,. za uczonych europejskich, którym wypadło żyć po drugiej stronie Atlantyku. Nie wydaje mi się bowiem przesadą sugestia, że ich wpływ na losy nauki amerykańskiej był niewielki i - co więcej niezależny od ich liczebności. Trudno mi znaleźć przejście od Franklina i Priestleya do zrozumienia specyficznych cech ludzi, którzy zbudowali naukową Amerykę.

Spróbujmy więc zobaczyć, co nam da poszukanie jakiejś analogii w postaci miejscowego ruchu rzemieślników. Moim zdaniem, da nam wiele. Rozpocznijmy od elementów, które są nam dostępne. W kolonialnej historii Ameryki roi się od entuzjastycznych amatorów nauki, skorych do eksperymentowania i posługiwania się przyrządami zarówno w celach badawczych, jak i w nawigacji i innych dziedzinach. Nie są to bynajmniej geniusze, ale nierzadko biorą na siebie dobry, solidny kawał roboty. Pracując w grupie rozwijają swe umiejętności, czerpią pełnymi garściami z filozoficznych dysput, patronują i finansują pomysłowych wynalazców, mechaników i innych rzemieślników. Można ich śmiało przyrównać do Samuela Pepysa i jego towarzyszy z początków Royal Society. Aby wyliczyć z nazwiska choć kilku z nich, wspomnijmy o Tomaszu Jeffersonie, Johnie Winthropie i innych ludziach dobrej woli, którzy stworzyli i uruchomili pierwsze amerykańskie kolegia. Kiedy już jesteśmy przy kolegiach, nie sposób pominąć tych, którzy w nich wykładali. Niektórych, raczej nielicznych, można uważać za importowanych uczonych i profesorów europejskich, ale większość wydaje się pochodzić z tego samego pnia, co Robert Hooke, pomysłowy rzemieślnik i zdolny eksperymentator, człowiek bez żadnego przygotowania naukowego poza tym, jakie nabył w terminie i rzemiośle. Kiedy przechodzimy do uczonych-praktyków, liczba dowodów niepomiernie wzrasta. W Ameryce, tak jak w Anglii, pierwsze przyrządy i ich wytwórcy pochodzili z importu, ale wraz ze zwiększaniem się miejscowych kadr, zdolnych do ich wykonywania, import słabnie. Jedyną różnicę stanowi to, że Ameryka jest krajem o wiele większym i zawsze znajdowały się dziury, które trzeba było zapełniać importem. W procesie importu występuje też zresztą kilka cech charakterystycznych. Poszczególne kolegia miały swych agentów - ewentualnie przyjaciół - którzy przywozili dla nich przyrządy z Europy. Był nawet czas, w którym „dziki” urlop profesorski na podróż do Londynu czy Paryża w celu zakupienia aparatów i książek był najlepszą szansą wyrwania się w świat - był to późnoosiemnastowieczny i wczesnodziewiętnastowieczny odpowiednik Fulbright Fellowship29. Takie podróże były zjawiskiem powszechnym zaraz po ekspansji kolegiów i laboratoriów, zapoczątkowanej ogłoszeniem Land Grand Act z 1862 r., stanowiąc prawdopodobnie jedną z najmocniejszych więzi z nauką europejską w tym okresie. Wiele z tych aparatów zachowało się do dziś - niektóre z nich są niezmiernie interesującymi i pięknymi okazami najlepszej użytkowej sztuki rzemieślniczej30. Ludzie wracający z Europy byli, oczywiście, obiektem zainteresowania i wielu z nich włączyło się do działalności popularyzatorskiej, wygłaszając wykłady o nauce, ilustrowane demonstrowaniem eksperymentów. Niektórzy, tak jak i lokalni samoucy, jeździli nawet po kraju w charakterze wędrownych lektorów - filozoficzny odpowiednik kaznodziejów głoszących ewangelię.

29 30

Stypendium pozwalające na studiowanie w innych krajach (przyp. red. wyd. pol.). Najwięcej danych o tych przedmiotach można znaleźć w pracy S. Bernarda Cohena Some Early Tools of American Science, Cambridge, Massachusetts 1950. Inny, nowszy katalog systematyczny stanowi praca Lelanda A. Browna Early Philosophical Apparatus at Transylvania College, Lexington, Kentucky 1959. Jedyną pracą, która pokusiła się o zebranie szczegółów dotyczących amerykańskich wytwórców aparatów i innych praktyków (głównie w dziedzinie chemii), jest książka Ernesta Childa The Tools of the Chemist, New York 1940. Próbę zestawienia indeksu, dotąd nie opublikowaną, wszystkich amerykańskich wytwórców, znanych w poszczególnych okręgach na podstawie podpisów na zachowanych aparatach, podjęła Division of Science and Technology, US National Museum (Smithsonian Institution) w Waszyngtonie.

Ludzie podobni Johnowi Ellicotowi wyrabiali przyrządy badawcze i astronomiczne, oparte na prototypach europejskich, ale produkowane metodami improwizowanymi i obcymi starej tradycji. David Rittenhouse budował bardzo skomplikowane planetaria, które budziły duże zainteresowanie, podobnie jak analogiczne przyrządy w Europie, choć Amerykanin rozpoczynał od podstaw, bez innych bodźców poza ideą importowaną z Europy, wskazującą, że dany przyrząd da się zbudować. Warto też wspomnieć rodzinę Folgerów z Nantucket Island, klan rzemieślników, do którego należał Beniamin Franklin oraz mechanik i kongresman, Walter Folger, budowniczy najbardziej - jak się zdaje skomplikowanego zegara astronomicznego w Ameryce, przechowywanego dziś w Muzeum Historycznym w Nantucket31. Zegar ten został zbudowany w 1785 r. I tu, podobnie jak w Europie, z szeregów rzemieślników wyrastali od czasu do czasu giganci, jak np. Nathaniel Bowditch, który poważnie rozwinął i udoskonalił teorię nawigacji, a przy okazji przetłumaczył na angielski prace Laplace’a w czterech olbrzymich tomach, zawierających trzykrotnie więcej komentarzy niż tekstu oryginalnego. W jego kręgu działał cały tłum wytwórców przyrządów nawigacyjnych, nauczycieli nawigacji mniejszego kalibru oraz mistrzów sztuki nawigacyjnej, którzy prosperowali w dużych portach i stopniowo rozszerzali swą działalność na miernictwo i kartografię. W miernictwie mamy również niezapomnianą parę, Masona i Dixona, na ogół wspominanych tylko przez specjalistów swojej dziedziny. A jednak ci importowani angielscy fachowcy byli czymś więcej niż mierniczymi, a ich prace z zakresu astronomii stanowiły dzieła najwyższej próby. Przyczynili się niemało do kulturalnego rozwoju kraju oraz do topograficznego wyznaczenia jego granic geograficznych. Wystarczy rzut oka na mapę Stanów Zjednoczonych, by w częstości linii prostych zarówno dróg, jak i granic stanów dostrzec od razu, że kraj ten zawdzięcza wyjątkowo dużo pracy mierniczych. Nie mamy powodu wątpić, że wpływy tej pracy sięgały dużo głębiej niż ślady, które pozostawiła na mapie. Jeśli chodzi o wytwórców przyrządów naukowych, to wystarczy przejrzeć dziewiętnastowieczne spisy ludności takich miast, jak Boston, Filadelfia i Nowy Jork, by znaleźć setki nazwisk rzemieślników i nazw firm. Oczywiście, nie należy się spodziewać żadnych rewelacji ze strony tych ludzi. Podobnie jednak jak w Europie, stanowili oni niemałą grupę, zyskującą coraz szerszy wpływ, w miarę wzrostu nauki, i bardzo skutecznie intensyfikującą bodźce, sprzyjające powstawaniu pomysłowych aparatów i wynalazków. Z tych właśnie ludzi rekrutowali się specjaliści niemal wszystkich podstawowych zawodów w okresie Rewolucji Przemysłowej, z ich też szeregów wywodzili się giganci, mający mózgi w czubkach palców i dłoniach. W takim środowisku nietrudno znaleźć Edisona, Forda czy Samuela Morse’a. Co najmniej dwa zakresy działalności praktycznej cieszyły się w Ameryce uprzywilejowaną pozycją, dzięki położeniu geograficznemu tego kraju. Pierwszym z nich była astronomia. Oddalenie od Europy umożliwiało dokonywanie wielu doniosłych obserwacji, dotyczących komet, eklipsy Słońca czy też ruchu Wenus. Fakt ten stanowił potężny bodziec do budowy teleskopów i obserwatoriów. Już w połowie XIX w. tacy ludzie jak Henry Fitz z Newego Jorku i Alvan Clark z Bostonu, wyprzedzili swych europejskich kolegów.

31

Historię Waltera Folgera i jego dzieła opisał Will Gardner w pracy: The Clock that Talks and What it Tells. (w serii Whaling Museum Publications), Nantucket 1954. Jeśli chodzi o dzieła Rittenhousa, patrz Howard C. Rice, Jr. The Rittenhouse Orrery, Princeton 1954.

Jednocześnie nastał krótki, ale żywiołowy okres, w którym obserwatoria zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, pokrywając w latach 1836-1850 wszystkie zamieszkane tereny w tempie 1,5 budynku obserwatoryjnego na rok. Drugą uprzywilejowaną dziedziną były nauki biologiczne; dla ich rozwoju silny bodziec stanowiła specyficzna dla tego kontynentu flora i fauna, rozrastająca się bogato i dziewiczo na jego ogromnych przestrzeniach. Dlatego też botanicy i zoologowie mieli tu zawsze pod dostatkiem obiektów badawczych. Wiele zainteresowania budziła również etnologia, dla której specjalną szansę stanowiły ludy indiańskie, oraz paleozoologia, dzięki bogatym złożom skamielin dinozaurów i innych zwierząt. Wszystko to dodawało pikanterii i smaku nauce amerykańskiej oraz uprawiającym ją ludziom; wyrazem tego było ufundowanie ogromnego muzeum historii naturalnej - kolejnej dziedziny wiedzy, w której uczeni i rzemieślnicy znaleźli dla siebie poczesne miejsce. Podobnie jak w Europie, bynajmniej nie na ostatnim miejscu, a raczej jako podłoże całej struktury, spotykamy zegarmistrzów. Na bazie naszej teorii nie jest przypadkiem, że pierwszej jaskółki pomysłowości amerykańskiej dostarczyli zegarmistrze z Connecticut. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, wyrabiane przez nich zegary były cenione przez zbieraczy i przechowywane w muzeach, dysponujemy więc dziś całkiem sporą kolekcją. Zebrane do dziś materiały wystarczają nawet do napisania monografii wyłącznie na ten temat. Niektóre ze źródeł zostały już opublikowane, m. in. niezwykle odkrywczy wykaz rachunków sklepowych Daniela Burnapa (1759-1838) z East Windsor w Connecticut, jednego z pierwszych i najlepszych zegarmistrzów tego miasta32. Rachunki owe świadczą, że - jak można przewidywać - był on nie tylko zegarmistrzem, ale wykonywał wszystkie rodzaje prac metalowych oraz dostarczał i reperował kompasy i przyrządy geodezyjne. Jeśli poświęcam tyle uwagi zegarmistrzom, to przede wszystkim dlatego, że w pozostałych dziedzinach masowego ruchu rzemieślników sytuacja była bez porównania mniej zachęcająca. Budzące entuzjazm bogactwo danych w zakresie zegarmistrzostwa stanowi uderzający kontrast z takimi dziedzinami, jak geodezja i produkcja przyrządów naukowych. Oryginalne przedmioty i aparaty stanowiące najcenniejszą formę dokumentacji, walają się jako rupiecie po strychach lub w najlepszym wypadku - zżera je rdza i niszczeją. Dopiero w ostatnich latach niektóre muzea zrozumiały, że przedmioty te są integralną częścią składową historii Ameryki i zadały sobie trud ich odrestaurowania, aby ukazać, iż są czymś więcej niż osobistą pamiątką po małych ludziach nauki, nawet jeśli nazwiska tych ludzi stają się dziś bardziej znane. Jednak dla wielu ważnych przedmiotów zmiana ta nastąpiła za późno. W fizyce nowożytnej np. dwa niezwykle doniosłe wynalazki amerykańskie opierają się na słynnym eksperymencie MichelsonaMorleya z interferometrem, który wytyczył drogę do teorii względności, oraz w eksperymencie Millikana, stanowiącym podstawę badania elektronu. W obu wypadkach aparaty rozłożono na części i ostatecznie sprzedano na złom. A były to nie tylko przyrządy słynne w historii nauki, lecz także ważne dokumenty pomysłowości konstruktorskiej. Wcześniejsze aparaty, przypuszczalnie o mniejszej wartości naukowej, ale równie doniosłe dla historii nauki amerykańskiej, zginęły prawie zupełnie brak nam całych ogniw. Każdemu miłośnikowi starzyzny, który nie jest zdecydowany, co kolekcjonować, radbym doradzić zbieranie i analizę rupieci naukowych.

32

Penrose R. Hoopes Shop Records of Daniel Burnap, Clockmaker, Connecticut 1958.

Wracając teraz do głównego problemu, tzn. do zagadnienia źródeł ogromnej, naukowej i technologicznej ekspansji Ameryki myślę, że można je znaleźć w jakimś analogu do ruchu rzemieślników, który wystąpił w Europie sto lat wcześniej. Rozpatrywana w tym świetle pomysłowość amerykańska stanowi po prostu wynik działalności biegłych mechaników na bardziej zaawansowanym podłożu naukowym. Jest to jednak najsilniejszy i najbardziej aktywny ruch tego typu w skali całego świata i Amerykanie mogą być z niego dumni. Dokładnie ten sam proces odbywał się w historii nie raz; po raz pierwszy, być może, wystąpił w świecie hellenistycznym, kiedy najwcześniej skonstruowane maszyny ruchem swych kół zębatych odzwierciedlały boski wszechświat, do celów geodezyjnych zaś używano prostszych maszyn. Proces ten powtórzył się potem w imperium muzułmańskim i w naszym średniowieczu, kiedy odkryte na nowo prawdy wznieciły entuzjazm, doprowadzając do powstania wielu pomysłowych wynalazków. Chociaż nauka wykazuje wyraźne cechy ciągłości, to entuzjazm dla wysokiej techniki - nie. Ruch rzemieślników pojawił się raz jeszcze wraz z fanfarami odrodzonej europejskiej rewolucji naukowej; być może zgodzicie się ze mną, że to właśnie jeszcze jeden przebłysk dobrej, starej hellenistycznej pomysłowości w wydaniu amerykańskim wprowadził Amerykę na drogę wiodącą do jej stanu obecnego.

4 Mutacje nauki
Najczarniejszą stroną historii nauki, wprowadzającą w rozpacz historyków, jest niemożność znalezienia jakiejś przewodniej idei rozwoju nauki w ciągu ostatnich stu lat. W oczach naukowca niedomoga ta ciąży na historii nauki bardziej niż cokolwiek innego i sprawia, że uważa się ją za dziedzinę zgoła nieodpowiedzialną - w najlepszym razie skłania go do zestawiania raczej kroniki niż historii, wyliczając, kto czego dokonał, kiedy i jak. Również wśród historyków ta dziedzina wiedzy nie cieszy się popularnością. Wszyscy jesteśmy niewolnikami podziału wiedzy na poszczególne dziedziny, który otrzymaliśmy w ramach systemu nauczania. Zgodnie z zaleceniami tego systemu, aby osiągnąć właściwe wykształcenie historyczne, należy pogodzić się z lekceważeniem, a w konsekwencji przypuszczalnie i z pogardą dla spraw nauk ścisłych i - oczywiście - vice versa. Na szczęście, istnieje grupka ludzi, którzy nie dali się wziąć na lep tej alternatywy; dzięki temu mamy już - niewielkie wprawdzie, ale stale rosnące - grono odszczepieńców, zasilających szeregi historyków nauki. Zakres zainteresowań tych odszczepieńców jest w sposób naturalny wyznaczony przez ich zawodowe kompetencje. Jesteś klasykiem, mediewistą lub znawcą czasów nowożytnych? Fizykiem, chemikiem lub biologiem? Mamy dla ciebie pole działania. Jeśli jednak jesteś historykiem „nowożytnym”, to najbardziej interesującymi okresami są oczywiście: siedemnastowieczna rewolucja naukowa lub - jeśli wolisz historię Francji - okres oświecenia i wiek Diderota. Jedyną rozsądną alternatywą jest zajęcie się okresem bliższym czasów nowożytnych i podjęcie ryzyka zagubienia się w dżungli złożoności nauki po 1850 r.

Tak więc historia nauki przypomina raczej zamek błyskawiczny, którego nie można dociągnąć do końca. Każdy gwałtowny ruch bądź ze strony historii, bądź też nauki, naraża całość na niebezpieczeństwo, a nas samych na niepokój, czy wszystko nie rozleci się w kawałki, doprowadzając do stanu zgoła innego niż zamierzony. Aby zamek dociągnąć, łącznie z odcinkiem końcowym ostatnim stuleciem nauki, musimy zrobić więcej niż skatalogowanie wynalazków w każdej dziedzinie, więcej niż spisanie kroniki każdego wątku w tej pajęczynie niezależnych dyscyplin fizyki, chemii i biologii. Aby skonstruować ogólną historię nauki najnowszej, musimy posłużyć się jedną z dwóch wyjątkowo trudnych technik. Albo wyłowić pewien aspekt ponadnaukowy, wyrastający ponad drobne, szczegółowe zdarzenia w każdej z małych przegródek nauki, albo też pochwycić jakieś malutkie, żywotne miejsce i poddać je badaniu mikroskopowemu, które odsłoni przed nami coś więcej niż własne, ograniczone, lokalne jego przejawy. Pierwsza z tych alternatyw daleka jest jeszcze od doskonałości; druga stanowi lepiej ubitą ścieżkę i dlatego spróbujemy nią pójść. O ewolucji nowożytnej fizyki, ewolucji chemii i ewolucji jako takiej napisano już tyle tomów, że można nakreślić pewne linie wspólne. Zjawisko, które od razu rzuca się w oczy, to ogólna intensyfikacja nauk. W ostatnim stuleciu nauka pomnożyła szeregi swych adeptów, wyspecjalizowała się i bardziej zróżnicowała. Na początku XIX w. pojawiły się streszczenia prac naukowych33, mające ułatwić uczonym korzystanie z czasopism i rozpraw, których liczba wzrosła tak wyraźnie, że nikt nie mógł przeczytać wszystkich ani mieć nadziei, iż przyswoi je sobie w całości. Powstała też prasa specjalistyczna, której celem było sprostanie potrzebom poszczególnych dyscyplin, szybko kroczących w kierunku autonomiczności. W tym samym czasie rosły, jak grzyby po deszczu, towarzystwa naukowe, a wśród nich niemała liczba takich, które - przeciwnie niż ich poprzednicy, towarzystwa ogólnonarodowe - obejmowały specjalistów jednej tylko dziedziny. W gruncie rzeczy tak już przywykliśmy do autonomiczności poszczególnych dyscyplin, że uważanie historii nauki za dyscyplinę badającą przeszłość tych autonomicznych dziedzin jest błędem niemal powszechnym. W tych warunkach niełatwo o historyczne spojrzenie i uchwycenie zasadniczej jedności przyrodoznawstwa w przeszłości, jedności, która jest czymś więcej niż zbiorem nowożytnych dyscyplin wydzielonych, takich jak astronomia czy biochemia. Pierwszym celem naszych dociekań jest więc prześledzenie procesu, który doprowadził do rozpadu początkowej jedności przyrodoznawstwa. Proces ten ma swe korzenie w siedemnastowiecznej rewolucji naukowej, ale dzisiejszy stan rzeczy zawdzięczamy czasom, w których siły pędne tej rewolucji już się wyczerpały. Nauki ścisłe, astronomia, fizyka i mechanika, rozpoczęły rozwój już w czasach hellenistycznych i w dziele Newtona osiągnęły tak wysoki stopień doskonałości, że utrzymał się on w zasadzie bez zmian (wyjąwszy dopracowywanie wewnętrzne) przez ponad sto lat. W tym okresie chemia, jako następna z nauk, rozpoczęła marsz w górę, pnąc się od prymitywnej techniki do statusu naukowego. Kluczem do tego procesu była ewolucja techniki w dziedzinie chemii gazów - linia badań obejmująca nazwiska Lavoisiera i Priestleya, a także pozornie słuszną, a przecież w gruncie rzeczy fałszywą teorię flogistonu34. Wraz z upadkiem tego bastionu chemii teoretycznej
33 34

Abstrakty - jak mówi się często w żargonie naukowym (przyp. red. wyd. pol.). Przypuszczalnie najwięcej trudności historykowi nauki nastręcza rozbudzenie w sobie sympatii do wiarogodności błędnych idei. Arystotelesowska koncepcja ruchu, geocentryczny system planetarny i teoria flogistonu, choć dziś już niesłuszne w tym sensie, że zastąpiły je teorie lepsze i doskonalsze, pełniej

rozpoczęto szturmowanie nowej, wewnętrznej twierdzy - chemii organicznej. Dziedzina ta zwolna opanowywała coraz szersze tereny, przy czym specyficzną i nową cechą wspomnianej batalii było to, że prowadziła ją regularna, związana ze sobą armia badaczy, a nie indywidualni partyzanci. Na tej podstawie wyrosły, szczególnie w Niemczech, całe zespoły chemików laboratoryjnych, powiązanych wewnętrznie na zasadzie zależności między mistrzem a terminatorem, współpracujących zgodnie w myśl dobrze opracowanej strategii ataku. Nie była to jednak łatwa walka: jeden z jej najlepszych protagonistów, Friedrich Wöhler, który odkrył podstawowe ogniwo między chemią organiczną i nieorganiczną, wkrótce po tym tak się zniechęcił, że - odmówiwszy chemii organicznej możliwości osiągnięcia takiego stopnia systematyzacji, do jakiego doszedł jej nieorganiczny bliźniak zdezerterował z powrotem w dziedzinę badania metali i ich składników. Równie powoli jak chemia organiczna rozwijały się nauki biologiczne. Wystarczy wspomnieć Darwina, by ukazać intensywność wywołanej przez niego rewolucji, która odbiła się szerszym echem niż jakiekolwiek inne osiągnięcia naukowe, jeśli chodzi o jej publiczne konsekwencje. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że ten największy postęp nauki wszystkich czasów nie był przebiciem się, lecz raczej wdarciem się w głąb. W momencie ogłoszenia teorii Darwina nauki biologiczne były w zasadzie pewnym systematycznym katalogiem. Poszczególne części łamigłówki były porządnie posortowane i właśnie Darwin oraz współcześni mu ujęli je w ramy i zaczęli budować zręby całkowicie nowej nauki. Nie zmienili w zasadzie dawnego wzorca ani też nie przebili muru zasłaniającego widzenie, wyjąwszy fakt, że pozanaukowe konsekwencje ich pracy oddziałały na zastane pojęcia filozoficzne i teologiczne. W fizyce po śmierci Newtona nastąpił okres względnego spokoju. Owoc dojrzał do zerwania, zbierano więc bogate żniwa, nie dokonując dalszych radykalnych zmian w technikach matematycznych i stopniowym matematyzowaniu całej dziedziny wiedzy. W dodatku wyrosła nowa potężna dziedzina – nauka o elektryczności i magnetyzmie. Zajrzyjcie do najbardziej zakurzonych kątów na strychu dowolnego laboratorium fizycznego, a znajdziecie parę gigantycznych maszyn z poprzedniego stulecia. Jedną z nich będzie na pewno duża i masywna pompa próżniowa, druga również ogromna maszyna elektrostatyczna. Są to pierwsze, najbardziej imponujące maszyny fizyczne i wiele można powiedzieć o nowożytnej historii nauki na podstawie tych prekursorów cyklotronu i radioteleskopu. Pompa i związana z nią aparatura zaznajamiają człowieka z fizyką powietrza, która okazała się kluczem do chemii gazów. Maszyna elektrostatyczna, wytwarzająca tak piękne i imponujące zjawiska, przyciągnęła uwagę uczonych do wiedzy o elektryczności i, dzięki temu, odkryła nowe jej obszary. Dla naszych celów wystarczy powiedzieć, że przez ostatnie ćwierćwiecze XIX stulecia nowa nauka o elektryczności została przepracowana i zmatematyzowana w mistrzowskiej analizie Jamesa Clerka Maxwella, zajmując pozycję pełnoprawnego członka rodziny fizycznej. Prace Maxwella zgrały teorię elektromagnetyczną i złączyły optykę z resztą. Cała fizyka stała się racjonalna i każde zjawisko, z kilkoma błahymi wyjątkami, znalazło pełne wyjaśnienie. W ten sposób fizyka objęła wszystkie przejawy materii i energii w świecie niechemicznym. Chemia znajdowała się na odległość strzału od zrozumienia reakcji, które decydowały o przemieszczaniu się atomów i tworzeniu różnych złożonych

zadowalające, były mimo to w swoich czasach teoriami pełnoprawnymi, jasnymi i wyjaśniającymi, pozostającymi w całkowitej zgodzie z obserwacjami dokonanymi i przewidywanymi. Jednym z najprzyjemniejszych opracowań teorii flogistonu jest książka J. H. White’a The History of the Phlogiston Theory, London 1932.

cząsteczek. Biologię ujęto w ramy racjonalnego i kompletnego systemu. W tym stanie rzeczy pozostawało jeszcze sporo terenów pośrednich między wymienionymi dziedzinami wiedzy, co pozwalało uczonym cieszyć się, że świat nauki został podzielony na racjonalne strefy wpływów. W ten sposób ok. 1890 r. wszystkie zjawiska naturalne poszufladkowano i podporządkowano prawom, tak że poza ich obrębem pozostały jedynie problemy mało ważne. Być może, że najcenniejszym skarbem uczonego jest posiadanie szóstego zmysłu, opartego na głębokiej znajomości całej swojej dziedziny, zmysłu, który podpowiada mu, jakie badania są owocne, a jakie nie. W tym okresie, mimo że większość pracowników nauki niechętnie dawała wiarę własnym oczom, a najostrożniejsi spośród nich mieli masę wątpliwości, zupełnie uzasadniona była wiara, że cała prawda jest tuż za rogiem. Dla przyszłych pokoleń zostawiono jedynie badania poszczególnych przejawów przyrody i odpowiednie segregowanie ich. Dążenie do precyzji było wówczas bardzo na czasie, głównie dlatego, że przemysł elektryczny żądał od uczonych dokładnych wzorów dla swych wyrobów. W rezultacie uczeni cenili raczej dbałość o dokładność pomiarów niż zafascynowanie samą pracą. Przejście od fin-de-sièclowego poczucia zbliżania się doskonałości do niepokoju naszego obecnego stulecia, jest, moim zdaniem, najbardziej interesującą i zasadniczą linią, którą należy prześledzić, jeżeli chce się zrozumieć rozwój nauki nowożytnej. Może nam to wyjaśnić znacznie więcej niż wąskie, specjalistyczne sprawozdania z zakresu jednej dziedziny czy też wydzielonego odcinka czasu. Okazało się, że jeden z najbłahszych problemów ukrytych w łonie fizyki zawierał potężną siłę pędną. Mam tu na myśli wyładowania elektryczne w gazach. Być może, nie jest zbiegiem okoliczności, że właśnie to zagadnienie można było przeanalizować wyłącznie przy użyciu potomków dwóch gigantycznych maszyn wczesnej fizyki. Jeśli do wypompowania gazu z naczynia użyto pompy próżniowej, a następnie do wywołania iskry zastosowano maszynę elektryczną (później zaś cewkę indukcyjną), można było otrzymać piękne zjawisko w postaci jasnych, różnobarwnych świateł, pierścieni świetlnych i innych zjawisk nadających się doskonale do demonstracji. Efekty te są tak ładne, że do dziś pokazuje się je studentom. Najciekawszy w tej historii jest jednak fakt, że podstawowe zagadnienie było zgoła banalne, co wyczuwała większość uczonych owych czasów. Dziś wiemy, że elektryczne wyładowania w gazach są dziedziną niezwykle skomplikowaną na skutek niezliczonej ilości niemal niekontrolowanych zmiennych. Do dziś nie rozumiemy tego zjawiska we wszystkich jego aspektach i nie potrafimy przewidzieć dokładnie, co stanie się z danym gazem pod pewnym ciśnieniem, kiedy wywołamy w nim określone wyładowania elektryczne za pomocą elektrod o specyficznym kształcie, umieszczonych w specjalny sposób. W pewnym sensie jest to zagadnienie nadal błahe, ale tylko w ramach czystej nauki. Nauka stosowana zawdzięcza mu krwiste światło neonowe i inne wielobarwne reklamy w każdym nowoczesnym mieście. Jednak w oczach ówczesnych fizyków eksperymentatorów opisana droga - skoncentrowanie się na tych banalnych zjawiskach - rokowała więcej nadziei na przyszłość niż jakakolwiek inna. Jednym z ludzi żywiących taką nadzieję był J. J. Thomson z Cambridge, który w wieku 28 lat został kierownikiem Cavendish Laboratory i który w kilka lat później, bo w 1893 r., opublikował w języku angielskim pierwsze dokładne sprawozdanie z najnowszych badań nad wyładowaniami elektrycznymi w gazach. Próbując nadać sens i porządek tej dziedzinie wiedzy, przeszedł przez okres serii niepowodzeń, które trapiły go przez wiele lat. Wynalazł metodę zapobiegania zakłócającemu

wpływowi metalowych elektrod w rurach, ale to nie wyjaśniało samego zjawiska. Mierzył prędkość rozchodzenia się wyładowania, ale i tu nie znalazł klucza, który mógłby stanowić rekompensatę wieloletnich doświadczeń z rurami próżniowymi. Nie ustawał jednak w wysiłkach wierząc, że coś wyniknie z jego badań. Zupełnie rozsądne było przecież przypuszczenie, że większa - w porównaniu z ciałami stałymi - prostota właściwości gazu przyniesie w końcu jakieś korzyści. Gdyby tylko - za pomocą matematyki - udało się ująć skutki wyładowań elektrycznych w gazach w jakiś racjonalny system, zdobylibyśmy podstawę nowej teorii elektrycznej budowy materii. Thomson uczepił się tej niewdzięcznej dziedziny w nadziei, że dzięki niej przyczyni się do pogłębienia wiedzy z zakresu fizyki. Najbardziej obiecujące jednak, w ramach badań nad elektrycznymi wyładowaniami w gazach, były prace podjęte przez Williama Crookesa, mające dziś szerokie zastosowanie w lampie katodowej najważniejszym elemencie telewizji. Crookes odkrył wiele interesujących właściwości promieni i pasm świetlnych wysyłanych przez elektrodę ujemną, katodę, w normalnej rurze wyładowczej. Na skutek różnych ulepszeń pompy próżniowej udało się zmniejszyć ciśnienie gazu, co sprawiło, że efekt katodowy stał się jeszcze okazalszy. Crookes wykazał, że promienie katodowe (które można wytwarzać w zogniskowanych wiązkach przy użyciu opatrzonej w otwory wklęsłej płytki, zastępującej katodę) mogą być odchylane magnesem i mogą poruszać mały wiatraczek umieszczony wewnątrz rury. Przy tym zachowują się one jak strumień małych cząsteczek niosących elektryczność - być może naładowanych atomów gazu. Crookes sugerował, że te nowe i zadziwiające właściwości zdają się wskazywać, że uzyskano czwarty stan materii, różny od ciał stałych, płynów i gazów. Podobnie myślała większość fizyków angielskich. O ścisłej współpracy ucznia z nauczycielem w owych czasach najlepiej świadczy fakt, że większość fizyków niemieckich była akurat przeciwnego zdania. Niemal wszyscy opowiadali się za poglądem alternatywnym, zaproponowanym przez Hertza, któremu udało się wytworzyć nowe fale radiowe przewidywane w teorii Clerka Maxwella. Hertz sądził, że promienie katodowe są raczej jakimś nowym rodzajem promieniowania niż bezwładną materią. Dowiódł tego jednak jego asystent, Lenard, wyprowadzając promienie katodowe poza rurę przy zastosowaniu wysoce pomysłowego wynalazku. Zamknął mianowicie otwór rury cienkim aluminiowym okienkiem, przez które - rzecz jasna - zwykłe cząsteczki materii nie mogły przejść. Promienie katodowe natomiast przeszły, wykazując nadal, w niewielkiej odległości, swe zwykłe, od dawna znane własności. Tajemnicze promienie katodowe cieszyły się taką popularnością w latach 1893-94, że zaczęli się nimi zajmować nawet ci uczeni, którzy dawniej pracowali w innych, bardziej znanych dziedzinach fizyki. W tej dziwnej sytuacji, w której świat nauki rozbił się na dwa obozy, niemiecki i angielski, rozeszła się nagle w 1895 r. zaskakująca wiadomość. Oto jeden z przedstawicieli obozu niemieckiego, solidny, ale nie wybijający się pięćdziesięcioletni profesor fizyki w uniwersytecie w Würzburgu, przypadkowo odkrył nowe zjawisko. Ze względu na jego doniosłość, pozwolę sobie zreferować je słowami odkrywcy, Konrada Roentgena, tak jak je podał w blisko sześć miesięcy później H. J. Dam w sprawozdaniu prasowym z rozmowy z Roentgenem: - Czy może Pan, Profesorze - zapytałem - opowiedzieć mi historię wynalazku? - Ten wynalazek nie ma historii - powiedział. - Od dawna interesowałem się zagadnieniem promieni katodowych w rurze próżniowej, badanych przez Hertza i Lenarda. Śledziłem ich i inne badania z wielkim zainteresowaniem i zdecydowałem, jak tylko mi czas pozwoli, podjąć

własne badania w tym względzie. Znalazłem na to czas w końcu października. Pracowałem już od kilku dni, gdy odkryłem coś nowego. - Kiedy to było? - Ósmego listopada. - Na czym polegało odkrycie? - Pracowałem z rurą Crookesa pokrytą osłoną z czarnej tektury. Na tej oto ławce leżał kawałek papieru pokrytego platynocyjankiem baru. Przepuściłem prąd przez rurę i zauważyłem, że na papierze powstała czarna linia. - I co? - Takie zjawisko można było uzyskać tylko, mówiąc zwykłym językiem, przy przechodzeniu światła. Żadne światło nie mogło wyjść z rury, ponieważ była przykryta osłoną, nieprzenikliwą w stosunku do wszystkich znanych rodzajów światła, z lukiem elektrycznym włącznie. - Co Pan pomyślał, Profesorze? - Nie myślałem, badałem. Założyłem, że zjawisko musi pochodzić z rury, ponieważ jego charakter wskazywał, że nie może pochodzić z nikąd indziej. Sprawdziłem je. Po kilku minutach nie miałem już żadnych wątpliwości. Z rury wychodziły promienie, rzucające obraz świetlny na papier. Próbowałem raz po razie z coraz większej odległości, aż do dwóch metrów. Początkowo myślałem, że jest to nowy rodzaj niewidocznego światła. W każdym razie było to coś nowego, coś o czym nikt dotąd nie wspominał.35 Te słowa Roentgena ukazują raczej postawę wielkiego fizyka niż przypadkowego odkrywcy. Zachowując swe odkrycie w tajemnicy, sprawdzał je pod różnymi kątami wykazując, że promienie przechodzą nie tylko przez osłonę papierową, ale również przez drewno, przez cienkie płytki metalowe, a nawet przez ciało ludzkie, dając każdorazowo błyszczącą smugę na ekranie. Wykazał dalej, że podobne skutki można otrzymać stosując również inne substancje fluoryzujące oraz że promienie mogą oddziaływać na zamkniętą w pudełku błonę fotograficzną i rysować na niej obraz tego, przez co przechodzą - kluczy w pudełku, kości w ręce ludzkiej. Jednak naprawdę zadziwiające jest nie to, że dokonał on takiego odkrycia, lecz fakt, iż tak wielu badaczy promieni katodowych je przeoczyło. A przecież niejeden z nich znajdował w swym laboratorium w tajemniczy sposób popsute płyty fotograficzne. William Crookes wysłał reklamację do swego dostawcy, przedsiębiorstwa Ilford Photographic Company. Ciekaw jestem, czy go przeproszono. Zwlekając z ogłoszeniem wielkiego odkrycia przez miesiąc, by wydobyć z niego wszystko, co możliwe i zgromadzić maksimum faktów, Roentgen zawiadomił o nim miejscowe Fizykomedyczne Stowarzyszenie w Würzburgu (właściwie złożył doniesienie, ponieważ Stowarzyszenie było zamknięte z racji świąt Bożego Narodzenia), a następnie zebranie Towarzystwa Fizycznego w Berlinie 4 stycznia 1896 r. Jednocześnie rozesłał odbitki swego komunikatu würzburskiego możliwie szeroko, docierając do każdego, kto coś reprezentował w fizyce. Wieść ta sprawiła, iż większość uczonych przerwała prowadzone dotychczas badania, a poza tym, w ten czy inny sposób, skupiła na sobie uwagę prasy i publiczności całego świata.

35

Skrót sprawozdania Dama jest wzięty z „Mc-Clure’s Magazin”, kwiecień 1896. Był on także przedrukowany w jednej z najlepszych krótkich historii tego okresu: G. E. M. Jauncey The Birth and Early Infancy of X-Rays. „American Journal of Physics” nr 13 (grudzień 1945). Dam zasługuje na pewno na to, by pamiętać o nim jako o wczesnym pionierze nowożytnego pokolenia popularyzatorów wiedzy.

W ciągu kilkunastu dni niemal każde laboratorium na świecie rozpoczęło eksperymenty z nowymi promieniami Roentgena (zwanymi teraz promieniami X), porzucając wszystkie inne badania. Naukowców i laików całego świata fascynowała myśl, że można fotografować kości nie wyjmując ich z ciała. W tempie, jakiego nie znały inne odkrycia naukowe, promienie Roentgena znalazły zastosowanie praktyczne; wkrótce laboratoria fizyczne zaludniły się lekarzami przyprowadzającymi pacjentów w celu zlokalizowania ich rzeczywistych czy przypuszczalnych złamań. Prześwietlano bez pamięci wszystko i tyle, ile się dało, wystawiając chorych na pół godziny, a czasem nawet na godzinę na działanie promieni (o niebezpieczeństwie promieniowania wówczas jeszcze nie myślano), przy akompaniamencie warkotu cewki indukcyjnej i rury Roentgena, świecącej pełnym blaskiem swoich stu świec. Dziś już zapomniano, że odkrycie promieni X było pierwszym nowożytnym wydarzeniem naukowym, które doczekało się całostronnicowych nagłówków w gazetach. Jego zasięg przekroczył zasięg teorii Darwina; być może gazety stały się czulsze przez te kilka dziesięcioleci. Rywalizuje ono niemal, jeśli chodzi o rozmiary sensacji, jaką wzbudziło, z doniesieniem o pierwszej bombie atomowej lub satelicie stworzonym przez człowieka - największymi sensacjami naszych czasów. Przez tygodnie i miesiące gazety podawały wiadomości, niektóre częściowo prawdziwe, inne wręcz fantastyczne. Publiczność trwała w zafascynowaniu, często opartym na zgoła błędnych przesłankach. Starsze panie wchodziły do wanien kompletnie ubrane obawiając się, że tajemnicze promienie pozwolą uczonym widzieć przez grube mury. Z tej nowej mitologii naukowej zrodziły się wszystkie cudowne opowieści o śmiercionośnych promieniach i innych fantastycznonaukowych tworach wyobraźni, na wzór twórczości Juliusza Verne’a. Nie mniej poruszony był świat nauki. Przypadkowe odkrycia goniły jedno za drugim. W Paryżu młody człowiek, Antoine-Henri Becquerel, latorośl rodziny o dużych tradycjach naukowych sięgających trzech pokoleń, pracował ze swym ojcem nad zagadnieniem fosforescencji, przygotowując piękne kryształy podwójnych soli potasu i uranu, świecące najjaskrawszym światłem. Kiedy odkryto promienie X, Becquerela zaintrygowało pytanie, czy nie są one w jakiś sposób związane z fosforescencją ścianek rury Roentgena. Pozostawiając na boku swoje kryształy, próbował promienie te wprowadzić do rur, by zwiększyć ich fosforescencję, a może również intensywność. Pragnął w ten sposób wykazać, że promienie X mogą być skutkiem silnej fosforescencji. Rezultaty tych eksperymentów nie były jednak zadowalające. Becquerel brał więc po kolei różne kryształy, kładąc je na zapakowaną płytę fotograficzną, by zobaczyć, czy znajdzie na niej ich obraz. Kiedy i to nie dawało rezultatu, zdecydował się wziąć najsilniejszy z nich - sól potasowo-uranową, wystawić go na silne światło słoneczne, a następnie przetrzymać na płycie fotograficznej przez kilka godzin. Eksperyment powiódł się, a przy okazji Becquerel odkrył, ku niemałemu swemu zdziwieniu, że światło Słońca nie było tu konieczne. Dalsze badania doprowadziły go do wniosku, że uran jest pierwiastkiem o właściwościach promieniotwórczych, a jego silne promieniowanie jest podobne do promieni X, tylko nie wymaga żadnej siły zewnętrznej ani sztucznych bodźców. W ten sposób odkrył radioaktywność. Od tej chwili nauka zbliżała się wartko do słynnej pracy Piotra i Marii Curie. Materia, zwykła bezwładna materia, okazała się zdolna do wydzielania ogromnych ilości ciepła i światła oraz wyjątkowo silnego promieniowania, wbrew wszystkim prawom o stałości i zachowaniu energii. Odkrycie Becquerela, w rok po Roentgenie, stanowiło potężny cios. Rad dopełnił miary.

Tak więc w ciągu roku zrobiono nowe odkrycia, które zapoczątkowane zostały znalezieniem promieni X. Pozostałe odkrycia powstały raczej na tej fali, którą wzbudziło badanie tych promieni, niż na drodze przypadku. J. J. Thomson zareagował na odkrycie Roentgena w sposób typowy dla przedstawiciela wąskiej specjalności, który rozważa każdą rzecz w kategoriach własnych zainteresowań: „Miałem w laboratorium kopię aparatu i pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie, jak działają te promienie na elektryczne własności gazu”. Ku swojemu zadowoleniu i zdziwieniu, przekonał się, że uzyskane wyniki spełniły jego nadzieje. Przepuszczenie promieni czyniło gaz dobrym przewodnikiem elektryczności - mówiąc językiem nowożytnym, jonizowało go, co umożliwiło Thomsonowi badanie oporności elektrycznej gazu bez wywoływania wybuchu, do czego służyło zazwyczaj wytwarzanie iskry lub też wyładowania innego rodzaju. Dzięki temu odkryciu Thomson odbiegał daleko od punktu wyjścia i - stosując nowe metody nawrócił do sporu o promienie katodowe między Niemcami i Anglikami. Mógł już wówczas dostarczyć ostatecznego dowodu, że promienie te są małymi, naładowanymi elektrycznością cząsteczkami, zgodnie z przypuszczeniem Anglików. Co więcej, okazało się, że cząsteczki te można mierzyć. Nie minął rok od odkrycia Roentgena, kiedy Thomson zasugerował iż nowo odkryte cząsteczki muszą być mniejsze od najmniejszych znanych atomów i noszą na sobie ładunek elektryczny w taki sposób, że mogą być tymi atomami elektryczności, których istnienie na długo przedtem postulował Faraday. Cząsteczki poruszały się szybciej niż jakiekolwiek atomy i w stosunku do swego ładunku miały bez porównania mniejszą masę. W rzeczywistości Thomson odkrył elektron, chociaż trzeba było jeszcze wielu lat pracy i jego, i wielu innych (przede wszystkim Townshenda i Millikana), nim istnienie tej nowej cząsteczki ostatecznie potwierdzono. Tak więc w ciągu niespełna dwóch lat od przypadkowego odkrycia Roentgena, cały dotychczasowy świat fizyki legł w gruzach. Dla uczonych świadomość ta musiała być jeszcze większym i gwałtowniejszym szokiem. Od swych narodzin wszystkie gałęzie nauki zmierzały w ściśle określonym kierunku, do celu, którym wydawał się podział całej wiedzy na poszczególne, z góry ustalone dziedziny. I oto nagle okazało się w ciągu kilku dni czy tygodni, że nowe i nieznane promienie pociągają za sobą szereg skutków fizycznych, czekających na zbadanie. Materia przestała być ciałem stałym - poza normalnymi reakcjami chemicznymi - a prawo zachowania energii zostało pogwałcone. Atomy przestały być ostatecznymi, najmniejszymi cegiełkami wszechświata, ponieważ wyłoniły się cząsteczki jeszcze delikatniejsze i mniejsze, wiążące oddzielane od siebie uprzednio królestwa materii i elektryczności. Mutacja dotknęła nie tylko fizykę - również chemia i biologia już ok. 1896 r. odczuły skutki tych wydarzeń. Podczas gdy uprzednio chemicy i biologowie uważali, że ich dziedziny rozwijają się pomyślnie na mocnych podstawach fizyki, teraz przekonali się, iż w fizyce, a być może także w innych dziedzinach wiedzy, wszystko jest jeszcze możliwe. Cały świat nauki stał się nagle beztroski i podniecony. Ów rok winobrania wydał pierwsze, liczne pokolenie nowożytnych gigantów fizyki. W tym właśnie czasie młody Nowozelandczyk, Ernest Rutherford, przybył do Londynu, by poświęcić się pracy nad nowymi sposobami wykrywania sygnałów radiowych. Na szczęście, Rutherford, któremu zależało na zwrocie kosztów, by móc sprowadzić swą narzeczoną z Nowej Zelandii do Londynu, posłuchał rady lorda Kelvina. Kelvin, bohater Telegrafu Atlantyckiego, zapatrywał się sceptycznie na radio, uważając, że jego użyteczność ogranicza się do lekkich statków i tych stacji, które nie mogą posługiwać się kablem. Polecił więc młodzieńcowi, by zmienił swe plany właśnie w

1896 r. Rutherford przystał na to i zajął się radioaktywnością: rezultatem było odkrycie promieni alfa i rozpad atomu. Innymi słowy, gdyby nie pieniądze Kelvina, telewizja mogłaby być wynaleziona kilkadziesiąt lat wcześniej, a bomba atomowa kilkadziesiąt lat później. Upłynęło siedem czy osiem lat, zanim fizycy otrząsnęli się z szoku. Fazę tę zakończył epizod, który do dziś pozostał w historii nauki unikalny; zaszczyty związane z badaniem promieni X przypadły trzem ludziom trzech narodowości: Roentgenowi w Niemczech, Becquerelowi we Francji, Thomsonowi w Anglii i oni też znaleźli się w szeregach pierwszych laureatów nagrody Nobla. Nauka amerykańska zaczynała wówczas torować sobie własną drogę, ściągając ludzi ze wszystkich tych szkół i kierując swoich najbardziej obiecujących młodzieńców do pracy w zespołach laboratoryjnych, powstających jak grzyby po deszczu. Tylko w ten sposób osiągnęła status proporcjonalny do wyjątkowo rozwiniętej działalności rzemieślników, otwierając drogę do nowych osiągnięć. Sytuacja, którą cechowała duża aktywność i występowanie zamkniętych zespołów roboczych, prowadziła w konsekwencji do wzrostu jednostkowego i narodowego współzawodnictwa. Roszczenia do pierwszeństwa stały się chlebem powszednim i wiele czasopism naukowych przekształciło się w tygodniki, by gwarantować dostatecznie szybkie publikowanie nowych odkryć. Również we Francji promienie X zajmowały dominującą pozycję. Na uniwersytecie w Nancy profesorem fizyki był René Blondlot, urodzony w 1849 r. (cztery lata po Roentgenie). Ojciec jego był również profesorem tego uniwersytetu. Podobnie jak Roentgen Blondlot był pracownikiem solidnym, ale nie wyróżniającym się aż do chwili wielkiego odkrycia. W 1903 r. tym samym, w którym wystąpił Becquerel, opublikował on pracę, będącą wynikiem jego poprzednich badań nad prędkością promieni X, w której dowiódł, za pomocą wielce pomysłowych eksperymentów, że są to promienie elektromagnetyczne, podobnie jak światło i fale radiowe. Wykorzystując fakt, że promienie oddziaływały na iskrę i czyniły ją jaśniejszą, Blondlot pokusił się o wykrycie w nich polaryzacji, analogicznej do polaryzacji światła. Zaobserwował, że tak jak kryształy zmieniają kierunek polaryzacji światła, tak i kwarc oraz kryształ cukru zmieniają płaszczyznę promieni X oraz innych promieni, które, jak przypuszczano, są emitowane jednocześnie z rury Crookesa. Działo się to 2 lutego. 23 marca Blondlot uderzył znowu; był na drodze do czegoś nowego. Za pomocą iskry udało mu się wykazać, że wszystkie promienie X są automatycznie polaryzowane podczas emisji i że mogą być nie tylko obracane, ale także załamywane przez pryzmat kwarcowy i, podobnie jak światło, dawać widmo. Co więcej, mogą być ogniskowane przez soczewkę kwarcową. Już to samo było zbyt piękne, by było prawdziwe, ale najważniejsze miało dopiero nastąpić. Blondlot zauważył, iż moc dostarczana do rurki Crookesa może być zmniejszona do tego stopnia, że w ogóle nie będzie fluorescencji, a zatem także promieni X, mimo to będą występować wszystkie zjawiska, dające się wykryć za pomocą iskry. Po kilku tygodniach Blondlot wystąpił znowu. Tym razem, podejrzewając, że odkryte przez niego promienie są podobne do promieni podczerwonych wydzielanych przez żarzący się palnik gazowy, posłużył się nim jako źródłem i otrzymał pozytywne rezultaty. Promienie te, podobnie jak promienie X, przechodzić miały przez papier, drewno i metal i oddziaływać na iskrę. W następnej pracy Blondlot

wykazał, że nie są one jednak podobne do promieni podczerwonych i nazwał je promieniami N ku czci uniwersytetu w Nancy, gdzie dokonał odkrycia. W kolejnych pracach Blondlot eksploatował odkrytą żyłę. Wszystkie zjawiska wykazywane przez jego fluktuującą iskrę można było znaleźć w promieniach N, wysyłanych przez gorące ciała lub Słońce, a nawet przez pewne substancje, którym wystarczy tylko oddziaływanie ciał gorących lub Słońca. Uczony wykazał nawet, że iskra nie była konieczna, ponieważ dokładnie ten sam wynik można otrzymać za pomocą słabo oświetlonej kartki papieru lub też jakiegoś słabo fosforyzującego środka chemicznego. Promienie N miały być wytwarzane nie tylko przez ciała naświetlone, ale również przez takie, w których wywołano naprężenie odkształcone ściskaniem lub hartowaniem, tak jak np. drut stalowy. W miarę ogłaszania tych wyników uczeni francuscy zaczęli się gromadzić pod sztandarami Blondlota. Byli to znani fizycy, najlepsi w kraju, tacy jak Jean Becquerel, syn Henryka, a także bardziej sceptyczny A. Charpentier, badający zjawisko hipnotyzmu, słusznie uważanego podówczas za rzecz na granicy fantazji. Kiedy Charpentier wykazał, że promienie N są wydzielane także przez wszystkie żywe organizmy, zjawił się inny człowiek z roszczeniami do pierwszeństwa w tej sprawie, ponieważ twierdził on już poprzednio, iż wszystkie istoty żywe emitują radiację. Blondlot miał niemało zwykłych w takich sprawach kłopotów, ale tę szczególną pretensję, przekazaną Sekcji Medycznej Francuskiej Akademii Nauk, odłożono do szuflady. Gdy początek został zrobiony, nastąpiła cała lawina prac. O promieniach N opublikowano w 1904 r. około stu doniesień w oficjalnym czasopiśmie francuskim „Comptes Rendues”, referujących nie tylko wyniki badań Blondlota, jego uczniów i asystentów, ale także innych zespołów, mnożących się w Paryżu i w całej Francji. Prawie 15% wszystkich doniesień z zakresu fizyki w tym czasopiśmie dotyczyło omawianej sprawy. Sukces tak ogromny nie mógł przejść nie zauważony i w tym samym roku Akademia Francuska podjęła decyzję przyznania odkrywcy nagrody Leconte’a, wynoszącej 20 000 franków, oraz złotego medalu. W tym samym czasie kłopoty Blondlota z walką o pierwszeństwo zostały przyćmione przez sprawy bez porównania poważniejsze. Podobnie jak w przypadku promieni Roentgena, fizycy wszystkich krajów zaczęli masowo sprawdzać nowe odkrycie. Pech chciał, że ani jeden Anglik, Amerykanin czy Niemiec nie osiągnął zadowalających rezultatów. Zaczęto więc powątpiewać o prawdziwości odkryć Blondlota, przypisując uzyskane przez niego rezultaty złudzeniu optycznemu, spowodowanemu trudnościami zaobserwowania zmian tak drobnych jak różnice w jasności iskry lub plamki światła w zaciemnionym pokoju. Ale w sukurs przyszli mu różni uczeni francuscy, osiągając spodziewane rezultaty w swych laboratoriach. Kiedy więc zakwestionowano otwarcie wiarogodność odkrycia, Blondlot mógł już odeprzeć zarzuty, przedstawiając sfotografowane (czego przedtem nie czynił) zmiany jasności iskry. To pozwoliło mu przedłożyć prawie absolutnie obiektywne dowody. W miarę pogłębiania się atmosfery niejasności coraz więcej naukowców spoza granic Francji przeprowadzało odpowiednie eksperymenty, niektórzy poświęcali im wiele czasu i pomysłowości, by tylko uzyskać odpowiedni efekt. W krajach niefrancuskich powiodło się to nielicznym, ale na każdego szczęśliwca przypadał co najmniej tuzin ludzi o nieskazitelnej reputacji, którzy przekonywali się, że coś złego dzieje się w fizyce francuskiej. Letnia sesja w Cambridge zgromadziła nieoficjalnie niektórych z nich. Najbardziej przeżywał tę sprawę Rubens z Berlina, pionier badań nad promieniami nad czerwonymi, którymi to promieniami Blondlot ośmielił się zająć. Rubens starał się wypełnić

rozkaz cesarza, by dostarczył do Poczdamu dowód, iż Niemcy nie zostali wyprzedzeni przez Francuzów. W wyniku dyskusji ustalono, że należy wysłać do Nancy fizyka o najwyższych kwalifikacjach, biegłego w sztuce tropienia oszustw, aby osobiście zbadał tę sprawę. Jeden tylko człowiek mógł sprostać tym wymaganiom i jego właśnie nieoficjalnie wybrano, by wykonał owo zadanie. Był nim Robert W. Wood, profesor fizyki w Johns Hopkins w Baltimore, jeden z najzdolniejszych eksperymentatorów wszystkich czasów w zakresie optyki i odkrywca niezliczonych oszustw naukowych, dokonywanych przy pomocy mediów i innych sztuczek. Na przybycie Wooda Blondlot przygotował u siebie w Nancy specjalną prelekcję, w czasie której zaprezentował mu wszystkie najważniejsze eksperymenty. Pokazał więc, jak można, trzymając hartowany drut stalowy tuż przy oczach, odczytać godzinę na słabo oświetlonej tarczy zegara. Pokazał także swój koronny eksperyment ze spektroskopem promieni N, zaopatrzonym w aluminiowy pryzmat i soczewki; pryzmat rozszczepił promienie i pozwalał analizować długość ich fal oraz inne właściwości optyczne. Podczas demonstracji asystenci Blondlota powzięli nagle podejrzenie, że Wood nie jest niewinnym obserwatorem, lecz rusza coś w aparaturze. Eksperyment powtórzono, obserwując pilnie Wooda i zapalając światło w momencie, kiedy Wood, pod osłoną ciemności, zbliżył się do aparatu. Nie zauważono jednak nic podejrzanego i gość amerykański opuścił zgromadzenie w przyjaznym nastroju. Następnego ranka, w liście do tygodnika „Nature”, Wood wyłożył kawę na ławę. W czasie pierwszego eksperymentu, kiedy dano mu do trzymania przed oczami Blondlota drut stalowy, Wood ukrył go za plecami, trzymając zamiast tego przed twarzą mistrza drewnianą rurkę. Mimo to, chociaż drewno jest jednym z nielicznych ciał nie emitujących promieni N, eksperyment powiódł się doskonale i Blondlot widział zegarek, albo raczej - w rzeczywistości - nie widział go wcale. Wood stwierdził, że kiedy próbował eksperymentu osobiście, próba spaliła na panewce. Następnie, w doświadczeniu ze spektroskopem, sprytny Amerykanin usunął pryzmat aluminiowy i przez cały czas pomyślnie przeprowadzanego doświadczenia trzymał go w kieszeni. List Wooda do „Nature”, wzór powściągliwości, wywołał kataklizmowy skutek. Wykazał, że wszystkie otrzymane przez Blondlota wyniki można bez pudła zaliczyć do „pobożnych życzeń” oraz przypisać wyjątkowym trudnościom w ocenianiu na oko jasności słabo oświetlonych przedmiotów. Dowód obiektywny - fotografie - był, zdaniem Wooda, wynikiem łatwej do zdemaskowania manipulacji ekranami i czasami ekspozycji drgających iskrzeń. Doniesienie to położyło kres istnieniu promieni N. Po fatalnym 29 września, kiedy list Wooda ukazał się w „Nature”, opublikowano jeszcze tylko kilka doniesień, które według wszelkiego prawdopodobieństwa napłynęły do czasopism wcześniej i w okresie między ich złożeniem a publikacją autorzy nie zdążyli wycofać maszynopisów i uratować swej reputacji. Nazwisko Blondlota pojawiło się na łamach prasy tylko raz jeszcze, a mianowicie trzy miesiące później, na dorocznym posiedzeniu Akademii Nauk, kiedy odbierał przyznaną mu wcześniej nagrodę Leconte’a i złoty medal. Przewodniczący zgromadzenia, Henri Poincaré, w mowie stanowiącej majstersztyk dyplomacji powiedział, że to zaszczytne wyróżnienie przyznano laureatowi za całość jego pracy naukowej, a nie za promienie N. Dodał przy tym, iż nie wszyscy członkowie Akademii zostali przekonani w tej materii, którą, można sprawdzić tylko w osobistym doświadczeniu. Było

chyba próżnym wysiłkiem zrehabilitować całą naukę francuską - chociaż bowiem niektórym ludziom nie udało się powtórzyć eksperymentu, sam ruch zatoczył we Francji zbyt wielkie kręgi. W ten sposób nauka francuska otrzymała śmiertelny cios. Trzeba było prestiżu H. Becquerela i małżonków Curie, żeby odrestaurować utracone morale. Być może kult, jakim otoczono Marię Curie, był tylko w części hołdem złożonym jej wartości jako człowieka i jako kobiety-uczonego, w części zaś rodzajem balsamu na serce narodu, tak czułego na punkcie honoru. O biednym Blondlocie nie usłyszano więcej. Wkrótce potem osiągnął wiek emerytalny i ustąpił z uniwersytetu, zaszywając się na resztę życia w Nancy. Zmarł w 1930 r. po latach zapomnienia i złego zdrowia36. Być może jest rzeczą dobrą, że uczeni dzierżą wysoko sztandar przeszłych sukcesów i wolą zapominać o tych kilku przypadkach, w których nauka poszła złą drogą. Historyk natomiast może czasem lepiej poznać prawdziwego ducha nauki analizując przypadki patologiczne niesławnych błędów, niż dzięki analizie normalnego rozwoju. Jednak niewiele jest tych dobrych błędów, o których można by mówić z pożytkiem, Pierwszy, który się nasuwa, to historia flogistonu w zaraniu chemii, ale tu istota rzeczy była zupełnie inna. Teoria flogistonu była pozornie prawdziwa i w pewnym sensie zgadzała się ze wszystkimi obserwowalnymi danymi chemii gazów. Stanowiła ich rozsądne wyjaśnienie aż do momentu, kiedy na skutek nagromadzenia większej liczby eksperymentów właściwości flogistonu wyolbrzymiono do tego stopnia, że stał się gazem tak ogólnym, wszystko przewyższającym i wszechpotężnym, iż w ogóle przestał cokolwiek tłumaczyć. Historia promieni N jest raczej czymś w rodzaju masowej halucynacji, opartej na całkowicie rozsądnym przypuszczeniu. W żadnym razie nie można jej uważać za wymysł lub złudzenie - była zwyczajnym błędem. Fakt, że rozrósł się tak dalece, możliwy był tylko w tym krótkim i pełnym chwały okresie, kiedy fizyka dokonała pierwszego wielkiego odkrycia w swej nowej historii. Z odkrycia tego wyrosła nauka o radioaktywności, fizyka atomowa i, przypuszczalnie, cała fizyka cząsteczkowa. Ciekawe, iż w wieku, który stworzył nowy cud w postaci bomby i energii atomowej, wielu fizyków ma uczucie, że ich dziedzina wiedzy znalazła się ponownie w punkcie, z którego widać koniec gołym okiem - przynajmniej w teorii. Istniejąca gmatwanina cząsteczek elementarnych zbliża się do takiego stanu złożoności, który można rozwiązać tylko jakimś mistrzowskim uderzeniem. Być może uderzenie takie nastąpi w momencie opracowania jakiejś nowej teorii, która połączyłaby teorię względności i teorię kwantów, ukazując je jako oddzielne aspekty lub konsekwencje tego samego zjawiska. Może to właśnie doprowadziłoby fizykę do wiedzy absolutnej. Patrząc z innego punktu widzenia, jeśli teoria kwantów zakłada granice doskonałości w naszych obserwacjach i wielkość wszechświata jest ograniczona, a nie nieskończona, to i nauka musi być chyba ograniczona i skończona, a jakiś rodzaj jej skończoności jest nieunikniony. Jest to jednak temat raczej dla filozofów niż dla historyków i - jak się zdaje - fizycy nie martwią się jeszcze o losy swej nauki, jak martwili się ich poprzednicy przed 1895 r.
36

Gdy ta książka była przygotowywana do publikacji ukazała się doskonała analiza historii Blondlota i jego promieni, pióra Jean Rostanda Error and Deception in Science,. New York 1960, s. 13-29. Poprzednio opublikowane sprawozdania znajdują się w pracy B. Cohena i F. G. Watsona General Education in Science Cambridge, Massachusetts 1952, oraz w biografii Wooda, napisanej przez Williama Seabrooka: Doctor Wood, Modern Wizard of the Laboratory, New York 1941, s. 234 i nast. Prace Blondlota, tłumaczone przez J. Garcina, były opublikowane w wydaniu książkowym przez Longmans Green, London, 1905. Ponieważ ta sprawa jest godna zapamiętania jako patologiczny przykład odejścia od jedynej właściwej drogi, na której nauka osiąga swoje cele, warto zbadać, co stało się dalej. Blondlot nigdy nie wypowiedział swego zdania o tej sprawie. Pieniądze otrzymane jako nagrodę dał miastu Nancy na zakup parku (który nadal istnieje). Możliwe, że myślał, iż sposób, w jaki Wood rozprawił się z nim, nie był dżentelmeński, ani nie przyniósł pożytku nauce.

Można by powiedzieć, że pierwszy wybuch atomowy w historii nastąpił nie w 1945 r., lecz dokładnie pięćdziesiąt lat wcześniej. W 1895 r. eksplodował nie laboratoryjny wytwór nauki, lecz sama nauka. Nasz świat dzisiejszy jest w znacznym stopniu rezultatem wyników zmierzających do scalenia fragmentów pozostawionych przez tę szokującą i brzemienną w skutki eksplozję.

5 Choroby nauki
Metody matematyczne i logiczne tak głęboko wrosły w strukturę nauki, że nie sposób wątpić w ich przydatność w zakresie porządkowania naszych p ostrzeżeń. Być może najlepszym, klasycznym wręcz, ujęciem tej prawdy są słowa Platona w Prawach: „Arytmetyka rozrusza tego, kto jest z natury osowiały i ciężki, i uczyni go łatwo uczącym się, dobrze pamiętającym i bystrym, a z pomocą sztuki boskiej pójdzie on naprzód poza swe naturalne możliwości”. Widać to od razu po bogatych żniwach, jakie zbieramy wszędzie tam, gdzie naukowych metod matematycznych użyto do mierzenia i oceny zjawisk, bez względu na to, czy zostały zastosowane w naukach przyrodniczych, jak np. w biologii, czy też do spraw ludzkich w takich naukach, jak ekonomia lub pokrewne dziedziny. Nie znaczy to oczywiście, by analiza ilościowa, będąca wynikiem matematycznego podejścia, była sama w sobie pożądana lub pożyteczna. Jej pułapki są liczne; np. prawie na pewno jest arbitralna, szczególnie jeśli stosuje się ją do klasyfikacji geniuszów na zasadzie przyznawania im tylu a tylu punktów ponad sto dla każdej cechy, jaką posiadali lub nie. Jednak historia nauki różni się zasadniczo od wszystkich pozostałych gałęzi historii tym przede wszystkim, że dysponuje bardziej uporządkowanym materiałem oraz obiektywnymi kryteriami dla faktów naukowych, które nie zawsze można znaleźć dla faktów historycznych. I tak wiemy z pewnością, jakiego rodzaju rzeczy obserwowali i badali Boyle, Galileusz czy Harvey; takiej pewności nie mamy natomiast w zakresie np. szczegółów życia i dzieła Szekspira. Możemy także mówić swobodnie o powiązaniach między fizyką, chemią i biologią, nie mamy natomiast takiej pewności, jeśli chodzi o współzależność historii Anglii, Francji i Ameryki. Przede wszystkim jednak w nauce spotykamy się z kumulacyjnym przyrostem osiągnięć, przypominającym stos cegieł. Każdy badacz dokłada swą cegiełkę do stosu, który, przynamniej w teorii, ma trwać wiecznie jako intelektualny pomnik wzniesiony talentem i sztuką, spoczywający na prymitywnych podstawach i wspinający się ku stale rosnącym szczytom badań naukowych. Jednocześnie układ, tak uporządkowany dzięki boskiej sztuce arytmetycznej, może być przedmiotem pewnego rodzaju ścisłej analizy, będącej w stanie wyjść poza naturalne wnioski, jakich dostarczają zwykle dyskusje historyków. Jest, być może, specjalną perwersją ze strony historyka nauki pozostawanie tylko historykiem, bez prób wciągnięcia sił nauki do badania problemów jej własnej struktury. A przecież taka postawa - rozwiązywanie wewnętrznych problemów nauki z pomocą jej samej - powinna być dominująca. Mimo to - rzecz ciekawa - każdą taką próbę traktuje się sceptycznie i uczeni w większości wolą na ogół rozmawiać jak laicy o ogólnych problemach organizacyjnych, które osaczają naukę.

Na szczęście zdarza się tak, że w ciągu ostatnich kilku wieków najdonioślejsze sprawy historii nauki mają wiele wspólnego z podstawowymi problemami dotyczącymi struktury i organizacji nauki. Jedne i drugie można by ująć jako zagadnienie wielkości nauki - wielkości wysiłku wyrażonego liczbą pracowników naukowych, napisanych prac, dokonanych odkryć i zaangażowanych środków finansowych. Operowanie tego typu wielkościami, przy użyciu udoskonalonych metod statystycznych i odpowiednich metod matematycznych, może dostarczyć historii nauki tak potrzebnego, ogólnego obrazu całości nauki nowożytnej, bez rozpraszania się na poszczególne dziedziny różnych oddzielnych specjalności. Jeśli przy tym będziemy dbać o wiązanie uzyskanych każdorazowo rezultatów z tymi informacjami, które już posiadamy na podstawie czysto historycznego oglądu, to możemy niewspółmiernie zwiększyć liczbę potrzebnych nam dowodów. W podobny sposób historia ekonomii może zasilić historię społeczną, dostarczając nowego i pełniejszego zrozumienia procesów, ujmowanych poprzednio w kategoriach wyłącznie jakościowych i dlatego zawężonych do tego jednego aspektu. Nim wkroczymy na ten obszar, muszę zgłosić zastrzeżenie pod adresem postulatu, że analiza taka może mieć bezpośredni wpływ na nasze rozumienie obecnych problemów i przyszłych losów nauki. Bez względu na to, z jakich powodów akceptujemy badanie historii jako uprawnionej i wartościowej działalności nauczycieli i uczonych, jednym z postulatów, nie wymienianych zazwyczaj, jest postulat bezpośredniej użyteczności. Nie twierdzimy, że dokładne zgłębienie historii może zrobić z kogoś dobrego polityka. Nie twierdzimy też, że historyk posiada magiczną kulę kryształową, w której może zobaczyć przyszłość. Jeśli twierdzę, że historia nauki jest - być może - bardziej użyteczna niż inne nauki historyczne, to tylko dlatego, iż przedmiot jej badań charakteryzuje specyficzna regularność i weryfikowalność. Ą jeżeli to jest prawdą, to warto doprowadzić rzecz do końca i krytycznie przeanalizować wszystkie korzyści, jakie możemy w ten sposób osiągnąć. Na początek, gwoli zapoznania się z wewnętrzną arytmetyką nauki, zajmijmy się historią bardzo żywotnego procesu, który umożliwił nauce osiągnięcie tak wysokiego stopnia kumulacji. Proces ten rozpoczyna się w XVII w. wraz z powstaniem i rozwojem czasopism naukowych - jedną z najbardziej charakterystycznych i podstawowych innowacji rewolucji naukowej. Pierwszym znanym czasopismem, które rozpoczęto wydawać w 1665 r.37, jest „Philosophical Transactions of the Royal Society of London”. Wkrótce ukazały się trzy czy cztery podobne czasopisma, wydawane przez poszczególne akademie europejskie. Następnie, w miarę wzrostu zapotrzebowania zwiększała się też liczba czasopism, sięgając setki w początku XIX w., tysiąca w jego połowie i około dziesięciu tysięcy w 1900 r. Zgodnie z World List of Scientific Periodicals, zbliżamy się dziś do następnego kamienia milowego: stu tysięcy czasopism naukowych. Dane te dostarczają zbioru tytułów, które można względnie łatwo policzyć. Dla okresu wcześniejszego posiadamy kilka list, podających daty założenia najważniejszych naukowych wydawnictw seryjnych;
37

Najlepszą z prac, jakie się ostatnio ukazały na temat powstania Royal Society i „Philosophical Transactions” jest książka Dorothy Stimson Scientist and Amateurs, London 1949. Jeśli chodzi o historię towarzystw naukowych w innych krajach, to godna polecenia jest książka Marthy Ornstein: The Role of Scientific Societies in the Seventeenth Century, Chicago 1938. Jedynym odpowiedzialnym źródłem, obejmującym całą historię czasopism naukowych, jest krótki artykuł Douglasa McKie, opublikowany w „Natural Philosophy Through the Eighteenth Century and Allied Topics”, w numerze wydanym dla uczczenia 150 rocznicy „Philosophical Magazine” (London, lipiec 1948, s. 122-31). Patrz również John L. Thornton i R. I. J. Tully: Scientific Books, Libraries and Collectors, London 1954, szczególnie rozdz. 8 pt. The Growth of Scientific Periodical Literature, opatrzony bogatą bibliografią.

dla czasów nam bliższych mamy World List i inne podobne spisy. Oczywiście, jest zasadnicza różnica np. między „Physical Review” a „Roczną ulotką cechu garbarzy w Bukareszcie”, jeśli chodzi o zakres i znaczenie, ale wyjąwszy ten aspekt sprawy nie wydaje się, by istniały trudności w doborze tytułów, które warto odnotować.

Jeśli zrobimy takie obliczenie za okres od 1665 r. do dnia dzisiejszego, to dostrzeżemy bez trudu, że ogromny wzrost liczby periodyków naukowych postępował od jedności do rzędu stu tysięcy z niezwykłą wprost regularnością, rzadko spotykaną zarówno w statystyce dotyczącej zjawisk przyrody czy społecznych. Z dużym stopniem prawdopodobieństwa można przyjąć, że ich liczba globalna wzrastała dziesięciokrotnie w ciągu każdego półwiecza, poczynając od 1750 r., kiedy istniało dziesięć czasopism naukowych. Od 1665 do 1750, a więc w okresie powstawania owych dziesięciu pierwszych czasopism, regularność nie była tak dobra, ale tak można było przewidywać, jeśli się weźmie pod uwagę ówczesną liczbę czasopism, zbyt małą, by móc ją ująć statystycznie. Żaden rachunek statystyczny nie może wykazać matematycznej regularności zanim nie ogłosi się danych dotyczących pierwszych kilkunastu czy kilkudziesięciu przypadków. Stan w punkcie początkowym krzywej rozwoju jest pouczający raczej w aspekcie swych implikacji historycznych. Od 1665 r., tj. od chwili startu, krzywa zachowuje się przez kilka dziesiątków lat w ten sposób, jakby odzwierciedlała zdrowy rozwój. Jej wzrost postępuje tak, jak gdyby rozpoczął .się od pierwszego czasopisma opublikowanego raczej ok. 1700 r., niż w 1665 r. Tak więc analiza krzywej pokazuje w pewnym sensie, że czasopismo naukowe narodziło się trochę za wcześnie. Pierwsze publikacje były wyraźnie raczej zapowiedzią niż inicjacją całego procesu. Jest to specjalnie interesujące, kiedy się zważy okresy trudności, przez jakie przechodziło Royal Society i inne akademie, gdy minął początkowy zapał. Przeżywały one niemałe kryzysy i musiały startować od nowa na początku XVIII w.

W tym procesie rozmnażania się czasopism naukowych ok. 1830 r. osiągnięto punkt absurdalny: żaden uczony nie był już w stanie przeczytać wszystkich czasopism ani zapoznać się należycie z wszystkimi publikacjami, mogącymi przedstawiać dla niego jakąś wartość. A przecież to, a nie co innego było celem tej innowacji od samego początku: pierwszym obowiązkiem tych najwcześniejszych czasopism było odnotowywanie wszystkich publikowanych książek i artykułów, ukazujących się w organach innych akademii narodowych. Już jednak ok. 1830 r. sprostanie temu celowi stało się niemałym kłopotem - posiadano bowiem około trzystu czasopism naukowych. Rozwiązanie tego problemu wymagało wprowadzenia dalszych innowacji. Tak powstał pomysł, który okazał się wynalazkiem równie rozważnym i kontrowersyjnym jak samo czasopismo: na scenę wkroczył nowy twór - czasopismo przeglądowe38. Oczywiście, jedno czasopismo przeglądowe nie mogło już wystarczyć i zgodnie z obowiązującym i wygodnym podziałem nauki powołano do życia dalsze, aby sprostać potrzebom różnych grup specjalistów. Ponieważ wyjście to zdawało się przełamywać kryzys, czasopismo przeglądowe odciążyło czasopisma naukowe, które zaczęły się mnożyć bez przeszkód. Ten wzrost trwał aż do naszych dni. Na jego konto zwiększyła się także liczba czasopism przeglądowych, w tym samym stosunku pomnożonym przez dziesięć w każdym półwieczu. W ten sposób ok. 1950 r. liczba czasopism przeglądowych osiągnęła krytyczną wielkość około trzystu. Z tego powodu w ostatnim dziesięcioleciu uczeni zastanawiali się nad potrzebą stworzenia „przeglądu przeglądów”, czyli tzw. „problemem informacji”, który, jak się zdaje, da się rozwiązać tylko przez wprowadzenie selekcji przeglądów przy zastosowaniu maszyn elektronowych, jeśli mamy sobie poradzić ze stale narastającym strumieniem czasopism. Jest rzeczą interesującą, że opierając się ha historycznym doświadczeniu można wykazać, iż każdy nowy proces będzie się charakteryzował tym samym stosunkiem do przeglądów jak te ostatnie do artykułów. Stosunek ten wyraża się wskaźnikiem około trzystu - liczbą czasopism, która wymaga chyba powołania do życia nowego czasopisma bibliograficznego. Wydaje się, że korzyści, jakie odnosilibyśmy dziś z selekcji dokonanej przy zastosowaniu maszyn, wyrażałyby się znacznie niższymi wskaźnikami, być może rzędu 10. A jeśli tak, to nowa metoda będzie zaledwie paliatywem, a nie radykalnym rozwiązaniem, jakiego wymaga sytuacja. Może najwyżej przesunąć ostateczny kryzys o kilka marnych dziesięcioleci. Powaga kryzysu jest widoczna na przykładzie zmiany w formie i funkcji artykułów z ostatnich lat. Liczba prac wykonanych przez zespoły jest większa niż liczba prac napisanych przez pojedynczych autorów i pomysł „preprintów”, powielonych prac krążących w Niewidzialnych Kolegiach, przeważył nad tradycyjnymi funkcjami rozpraw drukowanych w czasopismach39. Jeżeli nie znajdziemy sposobu
38 39

Używamy: termin „Czasopismo przeglądowe” jako odpowiednik abstract Journal (przyp. red. wyd. pol.). Nowe „Niewidzialne Kolegia”, rozwijające się jak grzyby po deszczu na najbardziej eksponowanych odcinkach naukowego frontu badawczego, mogą z powodzeniem stanowić przedmiot interesującego studium socjologicznego. Zrodzone jako reakcja na trudności informacyjne związane z zalewem literatury naukowej, przeżywały swój okres rozkwitu w warunkach pracy zespołowej narzuconej przez II wojnę światową. Ich racją bytu było zastąpienie kontaktem bezpośrednim kontaktu formalnego między ludźmi aktualnie pracującymi w danej dziedzinie. Dziś sytuacja jest taka, że w wielu dziedzinach wiedzy nie sposób podjąć poważnej pracy naukowej, jeśli nie jest się członkiem zespołu, nie uczestniczy się w jego rocznych i nieoficjalnych konferencjach - stanowiących więź między obu Cambridge’ami - oraz nie uczestniczy w letnich konferencjach i ośrodkach pracy, stanowiących poszczególne części tego międzynarodowego łańcucha. Mechanizm postępowania i odchodzenia z zespołów jest trudny do rozszyfrowania, a uznanie wyrażone za pracę jednemu z członków lub

na dokonywanie przeglądu przeglądów, to drukowane rozprawy prawdopodobnie będą skazane na zagładę, choć trudno wyzwolić się z obsesji, że są one czymś żywotnym dla nauki. Najdonioślejszym wnioskiem wynikającym z powyższych rozważań jest stwierdzenie, że liczba czasopism wzrasta wykładniczo, a nie liniowo. Liczba periodyków podwaja się co pewien okres. Dziś już podwojenie takie następuje po około piętnastu latach, co odpowiada wskaźnikowi 10 na pięćdziesiąt lat i 1000 na sto pięćdziesiąt lat. W ciągu trzystu lat, które dzielą nas od połowy XVII w., wynosi to 1 000 000. Ktoś może się słusznie dziwić, jak to się dzieje, że jakieś ścisłe prawo rządzi tak wysokim wskaźnikiem wzrostu. Zgodnie z powszechnym doświadczeniem, prawo wzrostu wykładniczego jest zbyt okazałe, by mogło obowiązywać przez dłuższy okres. Jakieś istotne czynniki zawsze wprowadzają jakieś zmiany, nie tylko ilościowe, które w konsekwencji zmieniają sam proces. Tak np., gdyby tylko Indianie byli dostatecznie mądrzy, by złożyć na zwykły procent sumę, którą otrzymali za wyspę Manhattan, urosłaby ona do tego rzędu wielkości, co realna wartość wyspy. Jednakże nie tylko to jest czymś wyjątkowym, że coś może wzrastać z taką regularnością od jedności do setek tysięcy; jest rzeczą niezwykłą, że tak szczególna krzywa przebiega zgodnie z normalnym, zwykłym procentem składanym, wykładniczym prawem wzrostu, a nie zgodnie z jakąkolwiek inną z możliwych alternatyw, prostszych czy też bardziej skomplikowanych. Prawo wykładnicze jest matematyczną konsekwencją w przypadku każdej liczby rosnącej, tak że im jest większa, tym szybciej rośnie. Liczbę czasopism można by porównać do kolonii królików rodzących się i rozmnażających bez przerwy. Dlaczego dzieje się tak, że czasopisma wydają się rodzić następne czasopisma proporcjonalnie do swej liczby w danym czasie, a nie w sposób stały? Z powyższego zdaje się wynikać, że w odkryciach naukowych lub w czasopismach, które o nich donoszą, jest coś, co sprawia, iż zachowują się w ten sposób. Wygląda to tak, jakby każdy postęp rodził serię nowych postępów, zgodnie ze stałym przyrostem naturalnym, tak że liczba urodzeń jest ściśle proporcjonalna do wielkości całej populacji odkryć w danym czasie. Patrząc w tym świetle na statystykę, można powiedzieć, że liczba czasopism rosła tak, iż co roku jedno czasopismo na dwadzieścia, tj. ok. 5% wszystkich czasopism, miało czasopismo-dziecko; płodność to wprawdzie dość niska, ale prowadząca w konsekwencji do pomnożenia liczby globalnej przez dziesięć w każdym następnym półwieczu. Prawo wzrostu wykładniczego ustalone dla czasopism naukowych obowiązuje również w stosunku do liczby rozpraw w tych czasopismach. W gruncie rzeczy liczba prac cytowanych przez jedno z wielkich czasopism przeglądowych jest nawet pewniejszą podstawą wniosków niż liczba czasopism. Lista rozpraw zdaje się gwarantować jaśniejszy i bardziej selektywny obraz niż lista czasopism, w których mogą od czasu do czasu pojawiać się prace naukowe w morzu artykułów o charakterze nienaukowym40. Jako przykład takiego statystycznego badania liczby rozpraw naukowych podajemy

jego podzespołowi nie przesądza już dziś - w takim stopniu jak dawniej - o przyznaniu mu nagrody tej wagi jak np. nagroda Nobla. Czy te „wpływowe grupy” są niebezpiecznie ekskluzywne? Być może nie, ale wiele wskazuje na to, że mogą zamienić się w niezbyt przyjemny atrybut życia naukowego w Jego nowym stadium nasycenia. 40 Poza wyżej zacytowanymi przykładami można podać i inne umieszczone w bibliografiach naukowych. Jeśli chodzi o krystalografię promieni X, to warto spojrzeć na wykres reprodukowany przez W. H. George’a w The Scientist In Action (London 1938, s. 232, rys. 27; przedrukowany z bibliografii Wyckoffa The Structure Of Crystals, New York 1931, s. 397-475). W sprawie rozwoju psychologii eksperymentalnej patrz R. S. Woodworth

krzywą wykazującą liczbę rozpraw zanotowanych przez „Physics Abstracts” od chwili jego powstania w 1900 r. W pierwszej dekadzie głównym zadaniem tego czasopisma było rejestrowanie rozpraw z zakresu elektrotechniki, a dopiero przed I wojną światową zaczęło ono rejestrować także oddzielnie prace fizyczne; dlatego możemy nie brać pod uwagę danych sprzed 1918 r.

Ryc. 5. Ogólna liczba przeglądów w ,,Physics Abstracts” opublikowanych po 1 stycznia 1900 r. Linia ciągła pokazuje ogólną liczbą, zaś przerywana - przybliżenie wykładnicze. Równolegle linie ukazują skutek wojen.

Jest rzeczą godną uwagi, że od 1918 r. do dnia dzisiejszego globalna liczba rozpraw fizycznych wymienionych w przeglądach - selekcję prac można na pewno uznać za odpowiedzialną zachowywała się zgodnie z wykładniczą krzywą wzrostu z dokładnością do 1%. Dziś mamy ok. 180 000 rozpraw fizycznych wymienionych w tych tomach i liczba ta stale podwaja się, w tempie nawet szybszym niż co piętnaście lat. W krzywej tej warto odnotować jedno zjawisko uboczne. Dane pokazują, że w czasie II wojny światowej, w okresie od 1938 do 1948 r., liczba rozpraw fizycznych była trzykrotnie mniejsza niż ta, którą można było przewidywać. W ciągu dziesięciolecia - łącznie z wojną ukazało się tylko ok. 60 000 zamiast 120 000 prac.

Experimental Psychology (New York 1938, s. III). W dziedzinie astronomii istnieje monumentalna praca Houzeau i Lancaster Bibliographie Générale de l’Astronomie (Brussels 1882, t. II, s. LXXI). Ta ostatnia praca jest specjalnie godna polecenia, ponieważ dotyczy całości rozwoju astronomii od jej powolnego wzrostu wykładniczego (z czasem podwojenia wynoszącym ok. 40 lat), przez „normalny” dla czasów nowożytnych wzrost (ok. 15 lat na jedno podwojenie), który ma miejsce dokładnie w tym samym czasie, w którym ukazały się pierwsze astronomiczne publikacje periodyczne na początku XIX w. W dziedzinie chemii patrz praca L. E. Stronga i O. T. Benfeya Is Chemical Information Growing Exponentially? (w „Journal of Chemical Education” nr 37, 1960, s. 29). Od pierwszej mojej pracy na ten temat (w „Archives Internationales d’Histoire des Sciences”, nr 14, 1951, s. 8593), rozszerzonej i wydanej powtórnie w bardziej popularnym ujęciu w „Discovery” (czerwiec 1956, s. 240-243), zetknąłem się z około 30 podobnymi analizami, prowadzącymi do podobnych wniosków. Wydaje się być sprawą nie ulegającą wątpliwości, że literatura naukowa każdego normalnie rozwijającego się działu nauki wzrasta wykładniczo, podwajając się mniej więcej co 10 do 15 lat.

Jeżeli chodzi o wpływ wojny na naukę, to istnieją w tej sprawie dwa diametralnie różne zdania. Jedna ze szkół utrzymuje, że bodziec, jaki nauka otrzymała w związku z gigantycznymi projektami typu bomby atomowej, pomógł jej bardziej niż jakikolwiek bodziec w czasach pokojowych. Druga szkoła uważa, że mobilizacja ludzi i pieniędzy dla celów wojny, a nie dla postępu nauki, były wypaczeniem i opóźnieniem, a nie przyspieszeniem jej rozwoju. Wykres pokazuje natychmiast, że żadna z tych rzeczy nie miała miejsca - lub raczej, jeśli miały, to równoważyły się tak skutecznie, że nie oddziałało to na samą naukę w sposób widoczny. Niemal natychmiast po wojnie krzywa ustaliła się na tym samym poziomie i stopniu postępu co przed wojną. Nie odchyliła się ani mniej, ani więcej; pozostała dokładnie taka, jakby nie było strat wojennych. Dziś biegnie równolegle do „planowanego” przed wojną kursu.

Ryc. 8. Ogólna liczba prac dotyczących matematycznej teorii wyznaczników i macierzy. Wykres na siatce wykładniczej z lewej strony, na siatce liniowej - z prawej. Widoczne są trzy stadia wzrostu. Pierwsze stadium - nieregularny wzrost w okresie prekursorów od 1740-1800; następne - wzrost wykładniczy od 1800 do ok. 1830 r.; ostatnie - okres wzrostu liniowego rozpoczynający się w 1880 r. i trwający do chwili obecnej. W okresie, w którym wzrost ma charakter wykładniczy, podwojenie zachodzi co 12 lat. W zakresie wzrostu liniowego wzrost zachowuje swą wartość z 1880 r., tj. ok. 35 artykułów rocznie, czyli ok. 12 ludzi pracujących stale w tym zakresie.

Wracając do głównego przedmiotu naszych dociekań, warto podkreślić raz jeszcze uderzającą wprost dokładność prawa wzrostu wykładniczego, szczególnie ze względu na duży mnożnik, jaki w nim występuje, oraz ponieważ regularność jest bez porównania większa niż ta, którą normalnie spotyka się w statystykach światowych. Mogę dodać, że dokładnie te same rezultaty otrzymujemy, biorąc pod uwagę tytuły książek naukowych, rozprawy chemiczne, biologiczne czy matematyczne41. Można je również uzyskać na podstawie bibliografii poszczególnych specjalności w ramach tych dziedzin. W gruncie rzeczy można by, za pomocą odpowiednio udokumentowanego materiału, przeprowadzić

41

Liczby dotyczące publikacji książkowych i wielkość bibliotek są przedmiotem wielu badań, inspirowanych przez zaniepokojonych bibliotekarzy, obarczonych obowiązkiem orientowania się w monstrualnych księgozbiorach. Najlepsze dane zawiera praca F. Ridera The Scholar and the Future of the Research Library, New York 1944. Krótko mówiąc liczba tytułów i księgozbiory wielkich bibliotek podwajają się co każde 20 lat (od 17 do 23 lat). Jeśli przyjmiemy, że w ciągu 500 lat istnienia produkcji książek musiało zajść ok. 25 podwojeń, to 25 wypadnie nam, że dziś mamy ok. 2 = 30 000 000 książek, co zgadza się w przybliżeniu ze stanem faktycznym. W Third Annual Report of the Council on Library Resources (obejmującym okres do dnia 30. VI. 1959), zawierającym te dane, znalazłem komentarz, który warto zacytować: „Ludzkość może odpoczywać w każdym pokoleniu, książki pokutują zawsze”. Na tym polega kumulacyjny wzrost, cecha charakterystyczna wiedzy w ogóle, a nauki w szczególności.

taką matematyczną analizę, która wykazałaby następujące po sobie fazy krzywej: pierwsza prekursorów; następna - stały wzrost wykładniczy; jeszcze dalsza - gdy ten wzrost staje się liniowy, gdy nie ma dopływu nowych ludzi do danej dziedziny; wreszcie - upadek, kiedy ukazują się tylko nieliczne rozprawy, lub też odwrotnie - odrodzenie, jeśli przyjdzie „drugi oddech”, dzięki zmianie zawartości i metod danej dyscypliny. Jak dotąd przedstawiliśmy jedynie bardzo ogólny sposób pomiaru nauki; nie próbowaliśmy rozważyć stosunku między liczbą rozpraw oraz liczbą i jakością uczonych i badań. Stosunkowo łatwo określić stosunek między pracownikami nauki a liczbą publikowanych przez nich prac. Można, na przykład, w indeksie jakiegoś czasopisma lub we wszystkich czasopismach z danej dziedziny w jakimś okresie policzyć ilu ludzi opublikowało jedną rozprawę, ilu dwie, trzy itd. Obliczeń takich dokonywano już nie raz i dla moich celów wystarczy zacytować prawo Lotki42, które głosi, że liczba autorów publikujących N rozpraw jest proporcjonalna do 1/N2. Tak więc, jeżeli szansę wyprodukowania jednej rozprawy w ciągu życia przyjmiemy za 1, to mamy 1/4 tej szansy na napisanie dwóch rozpraw, 1/9 na napisanie trzech, 1/100 na napisanie dziesięciu itd. Jest to prawo matematyczne, którego można się było zresztą spodziewać, ale zdumiewa fakt, że zdaje się ono obowiązywać bardziej rygorystycznie niż można by przypuszczać. Co więcej, wydaje się ono prawem powszechnym. Sprawdza się - zarówno w przypadku danych wziętych z pierwszych kilku tomów siedemnastowiecznego Philosophical Transactions, jak i danych pochodzących z ostatniego tomu Chemical Abstracts. Rozkład produkcyjności naukowców nie wiele się zmienił przez trzysta lat, w czasie których istnieją czasopisma naukowe. Dzięki stałości tego prawa możemy stwierdzić, że w latach tych przypadało około trzech rozpraw na jednego autora. Jeśli chcemy zdefiniować naukowca jako człowieka, który pisze co najmniej jedną rozprawę naukową w ciągu życia, to liczba naukowców jest zawsze w przybliżeniu równa ⅓ liczby opublikowanych rozpraw. Matematyka tego rachunku nie jest całkowicie banalna i konieczne wydaje się przyjęcie nieco arbitralnego założenia odnośnie do maksymalnej liczby rozpraw, którą może napisać w ciągu życia jeden człowiek43. Na szczęście, zgodność z danymi statystycznymi jest tak duża, że założenia nie wydają się nie usprawiedliwione. Ustaliwszy powyższe możemy przenieść nasze uwagi o wzroście literatury naukowej na zaangażowaną w tym siłę roboczą. I tak, w ciągu ostatnich trzystu lat liczebność naukowej siły roboczej wzrosła od kilku do setek tysięcy. W zjawisku tym występuje znana nam już eksplozja demograficzna i znane kłopoty bibliotek, które zdają się podwajać co kilka dziesiątków lat.

42

Prawo Lotki zostało opublikowane po raz pierwszy w The Frequency Distribution of Scientific Productivity (w „Journal of Washington Academy of Sciences”, nr 16, 1926, s. 317). G. K. Zipf uważa, że prawo to jest uniwersalnym prawem rozkładu (por. Human Behavior and the Principle of Least Effort, Cambridge, Massachusetts 1949, s. 514-516; choć niektóra z jego teorii i przykładów nie są w pełni przekonujące). Niezależną i wyrażoną w terminach matematycznych teorię (z asymetryczną funkcją rozkładu) można znaleźć u H. S. Simona Models of Man, Social and Rational (New York 1957, s. 160-161), który cytuje dalsze materiały źródłowe. 43 O ile wiem, rekord w zakresie ilości publikacji naukowych należy do Williama Thompsona, Lorda Kelvina. W latach 1840-70 pisał przeciętnie 8,5 rozpraw naukowych na rok, a następnie - aż do usunięcia się z życia publicznego - około 15 na rok (w okresie liczącym ok. 30 lat), wreszcie ok. 5 na rok w okresie końcowym, do śmierci, która nastąpiła w 1907 r. W sumie daje to około 660 rozpraw w ciągu życia, czyli przeciętnie jedną rozprawę na miesiąc. Co więcej, niemal każda z tych rozpraw jest rzeczywistym i istotnym wkładem do nauki.

Aby rzecz ująć nieco bardziej dramatycznie, możemy powiedzieć, że w każdym czasie w społeczeństwie naukowym współuczestniczą ze sobą naukowcy wychowani, powiedzmy, w ciągu ostatnich czterdziestu lat, co odpowiada około trzem okresom podwojenia. Tak więc, obecnie żyje około 80-90% naukowców wszystkich czasów. Możemy żałować Newtona i Arystotelesa, ale na szczęście większość ludzi tworzących naukę jest ciągle wśród nas. Należy zdawać sobie sprawę, że wzrost nauki jest dużo aktywniejszy od jakiegokolwiek innego rodzaju wzrostu występującego dziś na świecie. Po pierwsze, trwa on dłużej i przebiega w sposób bardziej stały. Co jednak ważniejsze, rozwija się bez porównania gwałtowniej niż cokolwiek innego. Wszystkie inne czynniki dotyczące zaludnienia, ekonomiki i kultury rozwijały się tak, że podwajały się z grubsza co pokolenie, to znaczy co jakieś 30-50 lat. Nauka w Stanach Zjednoczonych rozwija się tak szybko, że podwaja się w ciągu lat dziesięciu, tj. ośmiokrotnie w czasie podwojenia innych elementów naszej cywilizacji. Jeżeli spojrzymy na to z tego punktu widzenia, to zauważymy, że gęstość nauki w naszej kulturze wzrasta czterokrotnie z każdym pokoleniem.

Ryc. 7. Na podstawie danych opublikowanych w artykule pt. „The Electrical Industry Today” Dr W. Jacksona, F. R. S., w „The Manchester Guardian” (20 marca 1956).

Można więc powiedzieć, że nauka rosła tak gwałtownie, iż wszystko inne w porównaniu z nią wydawało się stać w miejscu. Jej wykładniczy wzrost spowodował raczej przesiąknięcie kultury nauką, niż ich wspólny rozwój. Minione trzy stulecia wyniosły naukę ze stanu, w którym działały jednostki, do stanu, w którym kilka procent całej naszej ekonomiki narodowej i siły ludzkiej jest zaangażowane w rozwój nauki i jej najbliższe sobie zastosowania. Wspaniałym przykładem takiej koncentracji jest przemysł elektrotechniczny, którego technologia w stopniu większym niż technologia jakiejkolwiek innej dziedziny oparta jest na nauce. Liczby dotyczące siły ludzkiej wykazują zwykły wzrost wykładniczy, rozpoczynający się ok. 1750 r. (eksperymenty Franklina nad światłem) od pracy jednego człowieka, a kończącej się dwustu tysiącami

ludzi zatrudnionych w 1925 r. i milionem w 1955 r. Jeśli proces ten będzie przebiegał nadal w tym tempie, cała pracująca ludność powinna być zatrudniona na polu nauki już ok. 1990 r. Wracając na chwilę do historii procesu i zostawiając na boku jego statystykę, warto nazwać go po imieniu. Proces ten, polegający na wzroście nauki i związanej z nią techniki, od ich zarania do chwili obecnej, nazywamy Rewolucją Przemysłową, jeżeli bierzemy pod uwagę aspekt techniczny, lub Oświeceniem, jeżeli chcemy podkreślić aspekt poznawczy. Ruch ten rozpoczął się w Europie w połowie XVII w. i osiągnął rozmiary wyrażające się tysiącami raczej niż jednostkami w końcu XVIII i na początku XIX w. Dlatego różne wykresy wzrostu kumulacyjnego można uważać za ilościowe przedstawienie tej rewolucji przemysłowej i oświecenia, dostarczające klucza do różnych dat i zjawisk związanych z ich postępem.

Ryc. 8. Schematyczny wykres wzrostu nauki w różnych rejonach świata. Wymiary, kształt i początkowe punkty krzywych a także sposób, w jaki krzywe wznoszą się do pułapu, są jedynie jakościowe.

W tym aspekcie warto porównać wykresy wzrostu dotyczące Europy z wykresami wzrostu w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie osiągalne statystyki wykazują, że Stany Zjednoczone przeszły ten sam rodzaj wykładniczego pączkowania co Europa. Różnica między nimi polega jednak na tym, że raz wystartowawszy, Stany Zjednoczone postępowały naprzód w tempie dwa razy szybszym, tzn. co dziesięć lat, a nie co lat piętnaście. Podkreślono to po raź pierwszy w 1907 r. w błyskotliwym eseju The Educations of Henry Adams (rozdz. XXXIV). Wytłumaczenie tej różnicy w tempie jest trudne, ale sam fakt wydaje się prosty. Gdy Stany Zjednoczone zabrały się do kształcenia naukowców, organizowania badań i ich wykorzystywania, były w mocy poprowadzić ten proces bez porównania szybciej niż w Europie. Przyczyną tego stanu rzeczy nie są jakieś specjalne czy wyjątkowe właściwości amerykańskiego stylu życia w stosunku do europejskiego, ale po prostu fakt, że kraj ten startował opierając się na istniejącym już wysokim poziomie nauki, uważanym już wówczas za wspólną własność całej ludzkości. Europa musiała zaczynać od początku i w XVIII lub XIX w. posiadała już poważny zasób tradycji i szereg ugruntowanych instytucji naukowych i technicznych. Jaka by nie była przyczyna, Stany Zjednoczone rozwijały się w szybszym tempie niż Europami osiągnęły wyższy wskaźnik gęstości nauki w społeczeństwie niż ten, którym charakteryzuje się Europa. Podobnie zresztą można spojrzeć na rozwój naukowy Rosji. Już w czasach carskich nauka

utrzymywała się na poziomie europejskim, ale po 1918 r. dokonano ogromnego wysiłku w kierunku jej upowszechnienia. Tu również statystyki wykazują postęp wykładniczy, a okres podwojenia wynosi około siedmiu lat w stosunku do dziesięciu lat w Stanach i piętnastu w Europie. I w tym wypadku nie wynika to z jakiejś szczególnej doskonałości Rosjan ani też z planowania, lecz raczej z tego, iż z chwilą gdy zabrali się do dzieła, mogli to uczynić tylko w ten sposób, że wystartowali ze światowego poziomu nauki, który w ich przypadku był znacznie wyższy niż poziom startu Stanów Zjednoczonych. Weźmy, wreszcie, przykład Chin. Tu mamy do czynienia ze startem jeszcze świeższym i - zgodnie z teorią - widzimy, że statystyka wykazuje podwojenie co pięć lat. Ten stan rzeczy znajduje potwierdzenie w fakcie, że dziś musimy i przygotowujemy na bieżąco angielskie przekłady najważniejszych chińskich czasopism naukowych, tak jak to czynimy od lat, jeśli chodzi o naukową literaturę rosyjską. I tu, jak w dwóch poprzednich przypadkach, należy stan ten przypisać nie tyle cechom Chińczyków, ile temu, że startowali w otoczeniu większej naukowej próżni, rozpoczynając od wyższego poziomu, niż którykolwiek z ich protagonistów. Cały ten proces przypomina gigantyczny bieg z forami, w którym kraj startujący ostatni, musi zdobyć się na największą prędkość początkową. Słuszne jest założenie, że prędkość tę da się utrzymać dokonano tego w Stanach Zjednoczonych - na skutek czego stan nauki musi osiągnąć tę koncentrację, jaką obserwujemy w większości krajów wysoko rozwiniętych. Wnioskując z uniwersalności nauki i jej ponadnarodowego charakteru, można przypuszczać, że w tej dziedzinie świat ma większe szanse jednolitego rozwoju niż w wielu innych. Bieg z forami, zainicjowany przez rewolucję przemysłową, był tak dobrze zaplanowany, że wydaje się prawdopodobne, iż wszyscy zawodnicy przyjdą pierś w pierś w tym samym niemal czasie, w ciągu niewielu dziesiątków lat. Ze względu na oczywistą doniosłość naukowego wyścigu między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim oraz wyścigu, który może nastąpić między tymi państwami a Chinami, należy poświęcić więcej uwagi badaniu naturalnej historii rewolucji przemysłowych. Nowożytny rozwój naukowy Japonii może tu służyć jako wspaniały przykład. Bardzo powolne tempo początkowe w nowożytnej Indii może rzucić światło na to, gdzie tkwi początek wykładniczej rewolucji przemysłowej. Omówiwszy historyczne źródła i statystyczne oblicze postępu naukowego, musimy teraz rozważyć jego schyłek i upadek. Jasne, że proces, do którego przywykliśmy w czasie kilku minionych stuleci, nie jest bynajmniej stałą cechą naszego świata. Proces wzrostu, o tyle bardziej żywiołowy niż jakakolwiek eksplozja populacyjna lub inflacja ekonomiczna, nie może trwać w nieskończoność, lecz musi prowadzić do większej katastrofy niż którekolwiek z tych szeroko znanych i omawianych oczywistych niebezpieczeństw. Posuwając się do absurdu możemy powiedzieć, że jeszcze kilka stuleci, a „normalny” rozwój nauki da nam tuzin naukowców na każdego mężczyznę, kobietę, dziecko i psa w skali światowej. Jednak na długo przed tym, nim stan ten osiągniemy, musimy stanąć oko w oko z ostatecznym kryzysem edukacyjnym, kiedy nic już nie będzie można zrobić dla zwiększenia liczby wykwalifikowanych naukowców i techników. Utrzymując się w granicach rozsądnej przesady możemy powiedzieć, że jeśli każda szkoła i uczelnia w Stanach Zjednoczonych przestawi się wyłącznie na kształcenie fizyków, ignorując całą pozostałą naukę i humanistykę, to i tak jeszcze przed końcem naszego stulecia okaże się, że mamy za mało fizyków.

Naturalną ekspansję nauki, w obliczu której wyrośliśmy, charakteryzuje to, że z każdym rokiem żąda ona dla siebie więcej miejsca w naszym życiu, większego udziału w naszych środkach. Prawdopodobnie w konsekwencji osiągniemy stan, w którym postulat ten nie będzie mógł zostać zaspokojony - stan nasycenia nauką naszej cywilizacji. Taki stan można by uznać za ostateczny kres rewolucji przemysłowej. Tak więc proces ten prowadzi nas od nielicznych ostrożnych kroków aż do maksymalnego wysiłku. Jedyne pytanie, na które musimy odpowiedzieć, to: czym jest stan nasycenia oraz kiedy - w przybliżeniu - nastąpi. I tym razem, jeśli chodzi o dane przybliżone, możemy poszukać odpowiedzi w matematyce. Wzrost wykładniczy, który prowadzi do stanu nasycenia - a więc do stałego poziomu - jest w przyrodzie rzeczą powszechną. Spotykamy go prawie zawsze w przypadku wzrostu biologicznego czy epidemii. Populacja królików w Australii czy kolonia mszyc w butli rosną gwałtownie aż do osiągnięcia pewnej naturalnej górnej granicy. W niemal wszystkich przypadkach krzywa wzrostu jest tzw. krzywą logistyczną i ma kształt litery S44; krzywa ta jest symetryczna względem swego środka (por. ryc. 7).

Ryc. 9. Ilość uniwersytetów założonych w Europie. Od założenia uniwersytetu w Kairze w 950 r. do ok. 1460 r. wzrost jest wykładniczy, przy czym, okres podwojenia wynosi ok. 100 lat. Następnie ma miejsce nasycenie, tak że środkowa część krzywej logistycznej rozciąga się od 1300 do ok. 1610 r. Okres między 1450 i 1610 r. jest okresem przejściowym do nowej formy uniwersytetów, a wzrost ma znowu charakter wykładniczy z okresem podwojenia ok. 66 lat.

Jedyny znany mi przykład z historii ilustruje schyłek europejskiego średniowiecza, po którym rozpoczął się renesans. Jeśli zrobimy wykres liczby uniwersytetów, ufundowanych w Europie, według daty ich powstawania, to krzywa rozpadnie się na dwie części. Pierwsza część jest krzywą logistyczną rozpoczynającą się w 950 r. i rosnącą zrazu wykładniczo, następnie spadającą gwałtownie ok. 1450 r., by wreszcie równie szybko zbliżać się do pułapu. Do tego dochodzi druga krzywa, wykładnicza, podwajającą się gwałtowniej niż pierwsza i zachowująca się tak, jakby rozpoczęła od pierwszego uniwersytetu nowego stylu w 1450 r. Lekcja, jaką można z tego wyciągnąć, jest jasna: stary porządek
44

Szereg takich logistycznych wykresów wskazujących na autokatalityczny wzrost znajduje się w pracy A. J. Lotka Elements of Mathematical Biology (New York 1956, rozdz. 7, rys. 4-8). W tejże pracy na s. 369 rys. 71 znajduje się także krzywa logistyczna obrazująca wzrost w zakresie techniki, mianowicie ogólną - długość sieci dróg amerykańskich. Analiza tej krzywej pokazuje, że proces zaczął się ok. 1860 r. i osiągnął stan nasycenia (ok. 300 000 mil) ok. 1920 r. Innymi słowy krzywa ta jest efektywnym wyrazem tego, co zdziałała na tym polu rewolucja przemysłowa w Ameryce. Powyższa metoda ma w każdym razie tę przewagę nad wieloma dyskusjami historycznymi, że dostarcza pewnego obiektywnego kryterium tego, co może być uznane za początek i koniec danego okresu. Kryterium to pozwala także odróżnić okres kapryśnych prekursorów od okresu prawdziwych pionierów.

zaczyna obumierać od podstaw i, czyniąc tak, pozwala wyrastać całkowicie nowej, renesansowej koncepcji uniwersytetu. Jedną z właściwości krzywej logistycznej jest to, że przejście od wartości małych do wartości nasyconych dokonuje się w niej poprzez odcinek centralny (połowa drogi między podstawą i pułapem) w okresie odpowiadającym tylko środkowym 5 czy 6 podwojonym okresom (dokładnie 5,8), niezależnie od wysokości pułapu. I tak w okresie, w którym krzywa logistyczna spadła tylko o kilka procent poniżej spodziewanego poziomu, normalna krzywa wykładnicza stanowi początek procesu. O trzy podwojone procesy później krzywa logistyczna osiąga tylko połowę spodziewanej wysokości. Następnie staje się niemal płaska, podczas gdy krzywa wykładnicza kontynuuje dziki wzrost. Można więc powiedzieć, że tylko trzy podwojone okresy następują między początkiem nasycenia i absolutną zgrzybiałością.

Cyfry wzrostu nauki w Stanach Zjednoczonych wykazują, że między okresem, w którym dają się odczuć tylko początkowe, niewielkie trudności, a okresem, w którym stają się one tak palące, iż już przypuszczalnie nie będą mogły zostać rozwiązane, musi upłynąć około trzydziestu lat45. Jest to oczywiste choćby na podstawie tego, co już powiedzieliśmy o występujących od czasu do czasu w ciągu ostatnich lat trudnościach związanych z siłą roboczą, w stosunku do której odczuwamy już niedobory. Mówiąc oględnie, znajdujemy się w tej chwili w połowie drogi do pułapu siły ludzkiej. Dowody historyczne przekonują, że nie mamy tu do czynienia z przypadkową niedyspozycją, którą można leczyć, podając nauce aspirynę. Jest to po prostu jeden z objawów głęboko zakorzenionej choroby nauki; a może nawet jest to bardziej procesem naturalnym niż chorobą, w każdym zaś razie jasne, że my, którzy bierzemy udział w tym procesie, nie czujemy się najlepiej. Nauka przechodzi okres żywiołowego wzrostu, poczem następuje rodzaj przerwy po młodzieńczym okresie, rozwój już jest za nami i nauka osiąga stan dojrzałości. Nie powinniśmy się spodziewać, że okres rozwoju będzie trwał zawsze, i nie powinniśmy tracić czasu i energii na wyszukiwanie paliatywów dla czegoś, co jest nieuleczalne. W każdym razie na pewno nie warto przedłużać sztucznie tego wzrostu na jeszcze jeden
45

Mówiąc ściślej, standardowym równaniem dla krzywej logistycznej jest gdzie x = k(t - t0). Styczna do tej krzywej przeprowadzona w punkcie x =0, y = ½ przecina oś x-ów w punkcie x = -2, zaś prostą y = 1 w punkcie x = 2. Dla x = -2, y = 0,12 natomiast, wartość zwykłej funkcji wykładniczej Y = wynosi Y = 0,135; tak więc dla x=- - 2 wartość y jest ok. 12% mniejsza od wartości Y. Dla x = 0, y = ½, zaś Y = 1 - różnica wynosi 50%. Każdej jednostce x odpowiada 1,45 okresów podwojenia [bowiem =2,718, zaś ≈ = 1,45]. Tak więc, czterem jednostkom x:(od -2 do + 2) odpowiada 5,8 okresów podwojenia, zaś odcinkowi, w którym y i Y różnią się o 12% i 50%, tylko 2,9 okresów podwojenia.

czy dwa podwojone okresy, kosztem wszystkiego, co jest drogie ludzkości. Wydaje się rzeczą bez porównania bardziej pożyteczną zaangażowanie naszych wysiłków w antycypację wymogów nowej sytuacji, w której nauka stała się - w pewien sposób - nasyconą działalnością i angażuje maksymalny procent naszej wydajności umysłowej i finansowej. Prawda, stadium tego jeszcze nie osiągnęliśmy w pełni, ale dzieli nas od niego tylko niewielki okres - nie przekraczający jednego pokolenia. W tym więc czasie musimy uczynić wszystko co w naszej mocy, by znaleźć lekarstwo w postaci większej liczby i lepszych naukowców. To jednak nie wystarczy: musimy zdać sobie również sprawę z jeszcze szerszego problemu, który przed nami stoi. Szczególnie interesujący jest fakt, że wygięcie krzywej w kierunku pułapu następuje dokładnie w tym momencie, kiedy bieg z forami poszczególnych rewolucji przemysłowych już się wyczerpał i osiągnął swój kres. W poprzednich okresach biegacze znajdowali się na różnych odległościach; teraz zbili się razem, tak że ich prędkości nie mają już wielkiego znaczenia. Aby zdać sobie sprawę z konsekwencji tego stanu rzeczy, musimy zastanowić się nad konsekwencjami towarzyszącymi nasyceniu nauki. Niektóre ze skutków można zauważyć już dziś i poddać analizie historycznej czy też statystycznej. Jeśli kumulatywna ekspansja nauki przekroczy granice, w których możemy ją zasilić dostateczną ilością siły roboczej, oznacza to, że coraz więcej jej spraw będziemy musieli pozostawiać na uboczu, nie mogąc udzielić im ani pomocy, ani uwagi. Zbyt wiele odkryć będzie poganiać zbyt szczupłą kadrę pracowników nauki. W stadium ostatecznym dojdziemy do tego, że będzie zbyt wiele pomysłów na statystyczną głowę. We wszystkich poprzednich okresach każde odkrycie, takie jak np. odkrycie promieni X w 1895 r., znajdowało odzew u licznych grup fizyków, którzy mogli zająć się nowym problemem i poświęcić się pracy nad nim. Już dziś sytuacja staje się trudniejsza. Niemal w przypadku każdego nowego odkrycia mamy początkowo za mało zdolnych specjalistów, a wielu z nich jest aktualnie zaangażowanych w zbyt wiele i zbyt interesujących problemów, by mieli chęć przerzucić się na coś zupełnie nowego, bez względu na to, czy jest to atrakcyjne czy nie. Przy okazji warto zauważyć, iż również tę specjalizację można mierzyć; jeśli zmierzy się ją w sposób rozsądny, to okaże się, że i tu mamy do czynienia z podwajaniem się co dekadę lub coś około tego. W miarę wzrostu globalnej sumy wiedzy, poszczególni ludzie muszą obejmować coraz mniejsze odcinki frontu badawczego. I to także nie jest procesem, który mógłby iść w nieskończoność; prędzej czy później osiągnie się punkt, w którym wszystkie złe strony wąskiej specjalizacji występują szczególnie ostro. Coraz gwałtowniej rosnący front nauki wykazuje tendencję do pozostawiania za sobą tego typu mnożących się specjalistów i skazywania ich na spędzanie życia w zamkniętych szufladkach. Jak dotąd nie mówiliśmy wcale o jakości badań, zajmując się tylko ich ilością. Jakość tę oczywiście trudniej jest określić - wymaga ona o wiele więcej badań niż przeprowadzono dotąd. Można się tu posłużyć różnymi metodami - np. badać tylko wielkie wynalazki, odkrycia i prawa, a nie wzrost wszystkich w ogóle, wielkich i błahych. Pobieżny rachunek wykaże, że wzrost ten, chociaż również wykładniczy, posiada bez porównania dłuższy czas podwojenia niż wzrost nauki jako takiej. Aktualny wzrost nauki w kategoriach jej osiągnięć zdaje się podwajać w ramach mniej więcej jednego

pokolenia (tzn. co jakieś trzydzieści lat) a nie co lat dziesięć, jak to się dzieje w przypadku rozpraw naukowych i liczby naukowców46. Wzrost nauki wydaje się zgodny ze wzrostem wszystkich innych składników naszego społeczeństwa: ze wzrostem ludności, stopy życiowej, działalności artystycznej. Jednak podwojenie jej wzrostu jest trzykrotnie szybsze niż podwojenie każdego z pozostałych czynników. Być może, że przyczyną tego stanu rzeczy jest kumulatywny charakter nauki. Jeżeli rośnie ona tak, jak stos kamieni czy cegieł, to zachowuje stale kształt piramidy. Jej wysokość wyznacza rozwój nauki i jej osiągnięć - pod tym względem rośnie ona w tym samym tempie, co nasza kultura jako taka. Jednak, by tę piramidę powiększyć dwukrotnie, masa jej musi wzrosnąć ośmiokrotnie, tzn. dwa do potęgi, trzeciej. Musi więc przejść trzy pokolenia dla każdego podwojenia wysokości. Liczba cegiełek nauki wyraża się sześcianem jej osiągnięć47. Nawet jeśli to prawo okaże się tylko przybliżone, oparte na luźnych hipotezach i niedoskonałych pomiarach, to i tak świadczy ono o zmniejszającej efektywności nakładów na naukę. Wypowiedzianą tezę można poprzeć analizą rozkładu naukowców pod względem ich jakości. Na podstawie badania statystycznego częstości czytania różnych rozpraw naukowych przez różne osoby ustalano, że działa tu tak samo jak w dziedzinie produkcyjności prawo odwrotnej proporcjonalności do kwadratu. Na każdą rozprawę pierwszej klasy przypadają cztery rozprawy drugorzędne, dziewięć trzeciorzędnych itd. Podobne rezultaty otrzymuje się, gdy rozwiąże się rozrzut w populacji naukowej jako analogiczny do „ogona” krzywej rozkładu normalnego dla jakiegoś rodzaju iloczynu inteligencji. Bez względu na przyjętą metodę, wydaje się rzeczą nieuniknioną, że aby zwiększyć ogólną liczbę naukowców, należy raczej odciąć większą część tego ogona zamiast ją powiększać. Aby podwoić liczbę pracowników w kilku najwyższych kategoriach, należy prawdopodobnie powiększyć o jakieś osiem razy liczbę pracowników w kategoriach niższych. W pewnym punkcie można się już nie kłopotać o podnoszenie kwalifikacji ludzi o niskim poziomie, ponieważ jest rzeczą mało prawdopodobną, by przyczyniło się to do zmiany krzywej rozrzutu, która dziś jest niemal identyczna z tą, jaką mieliśmy w XVII w. i niemal identyczna w Stanach Zjednoczonych, Europie i Związku Radzieckim. Wprawdzie w zakresie jakości nauczania mogą występować mniejsze lub większe

46

Trudno przedstawić to prawo; wydaje się jednak, że stan nauki - jakkolwiek go zdefiniujemy - wzrasta dwa lub trzy razy wolniej niż rozmiar nauki, przy czym nie jest ważne, jaka jest dokładna wielkość tej stałej. Rzeczą szczególnie uderzającą jest to, że koszt nauki wyrażony w sumach na nią wydawanych i w dochodzie narodowym, wzrasta o wiele szybciej niż rozmiar nauki. Rzeczywiście, Strong i Benfey sugerują („Journal of Chemical Education”, nr 37, 1960, s. 29), że koszty, jakie ponoszą Stany Zjednoczone na badania i ich rozwój, podwajają się co sześć lat, podczas gdy ilość ludzi wymienionych w American Men of Science podwaja się co 12 lat. Z tego wydaje się wynikać, że koszt jest proporcjonalny do kwadratu liczby naukowców, a liczba naukowców do kwadratu lub sześcianu ich wkładu w poszerzanie stanu wiedzy. Otrzymujemy więc prawo efektywności nakładów na naukę: zmniejszają się one szybko z wykładnikiem 4 lub 6. Dziesięciokrotne zwiększenie efektywności badań rakietowych pociągnęłoby za sobą zwiększenie nakładów o dziesięć lub nawet milion razy w porównaniu ze stanem obecnym. Wracając do ustalenia miary stanu nauki można zauważyć na podstawie subiektywnych list „doniosłych” wynalazków, takich jak J. Darmstaedtera i P. Sorokina, że aż do ok. 1660 r. mamy do czynienia z normalnym wzrostem wykładniczym z okresem podwajania wynoszącym ok. 120 lat, a następnie do chwili obecnej - z okresem podwajania wynoszącym ok. 30 lat. 47 Ta „przypadkowa” zgodność z popularnym i obrazowym modelem przywodzi na myśl pytanie, czy rzeczywiście i inne obrazowe sposoby wyrażania się naukowców o swojej działalności mają istotną wartość. Czy np. pojęcia geograficzne (teren pracy, badania z pogranicza, trudny teren badań) są odpowiednim opisem topografii .nauki?

różnice, ale faktem jest, że to minimum talentu, które jest potrzebne, aby móc pracować na polu naukowym, jest bardzo wysokie. Tak więc nauka w stanie nasyconym zaczyna wyglądać zupełnie inaczej niż dotąd. Myślę, że nie ulega wątpliwości, iż sytuacja taka musi wywołać w naszym życiu skutki podobne do tych, jakie wywołuje depresja ekonomiczna. Po pierwsze, każde zaniedbanie w zakresie nauki czystej odbija się bez porównania szybciej na technice, a tym samym na poziomie ekonomicznym48. Trudno powiedzieć, jaką konkretnie formę może to przyjąć. Oczywiście, nie jest to bezpośredni, wzajemnie jednoznaczny stosunek nauki i techniki. Nawet gdyby ogłoszono nagłe moratorium dla badań czysto naukowych lub (co jest bardziej prawdopodobne) nałożono embargo na ich wzrost, zawieszające kontynuację wszystkich dotychczasowych prac, ale bez zwykłego sześcioprocentowego wzrostu siły roboczej, to i tak pozostałby jeszcze dostateczny odcinek wiedzy, który zapewniłby możliwość zastosowań technicznych dla kilku następnych pokoleń. Jak posiedział Robert Oppenheimer: „Potrzebujemy nowej wiedzy jak dziury w moście”. Jest jednak w tym rozumowaniu pewien haczyk, ponieważ w przeszłości ekspansja nauki postępowała ramię w ramię z ekspansją techniki i należało do przykrych obowiązków historyka wyszukiwanie przykładów, w których jedna lub druga z nich grała pierwsze skrzypce - z tym że oceny tego rodzaju były z reguły rewidowane i kilkakrotnie przerabiane w każdym dziesięcioleciu. Z racji tego właśnie stosunku podejrzewam, że chociaż technika może istnieć dysponując zapasem czystej nauki czekającym na zastosowanie w praktyce, to każde przyhamowanie tempa w nauce może stworzyć nieprzewidzianą przeszkodę na drodze rozwoju przemysłu, poważnie zmniejszając napływ nowych idei do niego. W chwili obecnej technika rozwija się w tempie 6-7% na rok i zahamowanie tego rozwoju poważnie wpłynie na nasze życie. Jednocześnie, przy chronicznym braku siły roboczej w świecie samej nauki, bez porównania ważniejsze jest to, c o robimy, niż to, ile robimy. Wynika z tego dalej, że dobry naukowiec będzie coraz bardziej ceniony, ponieważ jest oczywiste, iż to on właśnie trzyma w ręku podstawowe struny cywilizacji w epoce, w którą wkroczyliśmy. Wydaje się, że gdyby nie ustalona niechęć naukowców do mieszania się w sprawy polityki, można by przypuszczać, iż filozofowie są o krok od stania się królami lub, co najmniej, prezydentami. W nasyconym stanie nauki jedną z głównych spraw będzie sprawa decyzji - czy to na zasadzie dekretu, czy na zasadzie potrzeby - dotyczącej tego, co należy robić, a co chwilowo zawiesić, z tym że decyzję taką trzeba podejmować biorąc stale pod uwagę wzrastającą liczbę nowych pomysłów, których nie będzie można eksploatować. Należy wątpić, czy decyzje tego rodzaju można podejmować głównie na podstawie użyteczności danej pracy dla społeczeństwa. Historia nauki uczy, że zastosowanie praktyczne miało zawsze źródło w czystej nauce, natomiast raczej nie zdarzało się, by badania czysto naukowe wyrastały z zastosowań praktycznych. Dlatego skłaniałbym się w tej dziedzinie do ostrożności, ponieważ panuje tu zbyt wiele sprzecznych poglądów i zbyt trudno wypośrodkować z nich prawdę. Nawet jednak w tej sytuacji szaleństwem byłoby kierowanie

48

Jeżeli chodzi o tego typu analizę roli badań naukowych w rozwoju ekonomiki patrz R. H. Ewell „Chemical and Engineering News”, nr 29, 18 lipiec 1955, s. 2980-5. Ewell wykazuje, że zarówno tempo wzrostu przemysłu prywatnego, jak tempo wzrostu globalnej, produkcji są wprost proporcjonalne do tempa wzrostu wydatków na badania naukowe i ich rozwój. Ściślej, potrzebny jest ok. 10% wzrost nakładów na naukę, jeżeli chcemy osiągnąć 3% wzrost narodowej ekonomiki. Innymi słowy: budżet naukowy zdaje się wzrastać jak sześcian ogólnego wskaźnika ekonomicznego.

wszystkich lekarzy do badań nad rakiem lub wszystkich fizyków do badań nad pociskami i bombami atomowymi. Chociaż dziedziny te zajmują aktualnie uprzywilejowaną pozycję, to przecież faktem jest, że nie zajmowały jej zawsze i - być może - nie będą jej zajmować za kilkadziesiąt lat. W przyszłości możemy okazać się uzależnieni od dziedzin, które dziś wegetują, ponieważ wszystkie fundusze kieruje się gdzie indziej. I jeżeli przyjdzie moment, w którym będziemy chcieli coś zmienić, lub w którym zmiana będzie konieczna, to może niewiele zrobimy, ponieważ już dziś wykorzystaliśmy nasze fundusze w taki sposób, że nie będzie można ich obrócić na nowe projekty. Nauka nie tylko zmienia się zbyt gwałtownie, lecz wkracza w zupełnie nowe stadium. W tym nowym stadium nasza cywilizacja będzie się rozwijała lub podupadała w zależności od tego, jak będziemy gospodarować siłami naukowymi. Jest zupełnym bezprawiem decydowanie w takiej sprawie jedynie na podstawie głosów tych, którzy krzyczą najgłośniej. Bez względu na to, czy warto czy też nie warto popierać badania rakietowe, żaden człowiek nie ma prawa podejmować takiej decyzji nie rozważywszy, czy w ten sposób nie niszczy szans kilku innych dziedzin wiedzy na okres co najmniej pokolenia. W warunkach, w których tak wiele badań jest finansowanych przez wojsko i państwo, wydaje się, że nikogo nie interesuje, jakie w naszym nowym stanie nasycenia możliwe zniszczenia mogą stąd wyniknąć. Jeżeli finansowanie badań nie może być w całości zaspokojone, to wydaje się jednak, że zdanie naukowców zaangażowanych bezpośrednio w tych badaniach nie może być decydujące. Ich ocena ważności badań jest z konieczności subiektywna, ponieważ muszą popierać własne potrzeby. W najlepszym razie mogą dostrzegać jeszcze najbliższe im, ościenne rejony wiedzy, ale nic ponadto, ponieważ nie do nich należy widzenie całości. Jak wiadomo, nie istnieje u nas narodowa polityka naukowa, a nawet trudno by znaleźć podstawę, na jakiej można by ją oprzeć. Zasięganie rady u promotorów różnych zawodów lub u samych naukowców nie prowadzi do celu, ponieważ ich interesy mogą być sprzeczne, nie związane z potrzebami narodu jako całości. Kłopot polega na tym, że - jak się zdaje - w niczyim interesie nie leży zrozumienie ogólnych praw i reakcji nauki w taki sposób, w jaki ekonomista rozumie świat biznesu. Dysponując odpowiednim zasobem wiedzy ekonomicznej można formułować politykę narodową w tym zakresie, ogłaszać odpowiednie dekrety, kontrolować w pewnym zakresie recesje. Nie wiem, czy można głęboko zrozumieć kryzysy nauki tak, by móc je zażegnać. Przekonany jestem natomiast, że drobne niedomogi nauki - takie jak zalew literatury, brak sił roboczych, stale wzrastająca specjalizacja oraz wyraźna tendencja do obniżania jakości - są symptomami ogólnej choroby. Chorobę tę rozumie częściowo historyk nauki, a można by ją zrozumieć jeszcze lepiej, gdyby istnieli ludzie zawodowo zajmujący się tą sprawą. Nawet gdyby okazało się, że nie jesteśmy w stanie kontrolować kryzysu, jaki nad nami zawisł, pozostałaby nam ta satysfakcja, że rozumiemy, co nam zagraża.

6 Epilog Humanistyka nauki

Wyraz „idiota” pochodzi od greckiego idiōtēs, czyli osoba prywatna, laik, niezawodowiec, człowiek nie mający kwalifikacji - ani z urodzenia, ani z wychowania - do uczestniczenia w tym, co było wówczas najważniejsze w życiu ludzkim - eksperymencie politycznej demokracji. Terminu tego, obecnie szpetnie zdeprecjonowanego, można jednak użyć na określenie naszych nowożytnych „idiotów naukowych”, to znaczy tych ludzi wykształconych, którzy odwracają oczy od nauki i wzdragają się przed tym, co jest dla nich niezrozumiałe - przed narastającym szczytem cywilizacji, jej nauk i związanych z nimi technik. Naukowy idiotyzm nowożytnej kultury został już niejednokrotnie opisany przez znanych anatomów naszej obecnej ery melancholii - sir Erica Ashby’ego, Jacques Barzuna, Herberta Butterfielda, George Sartona i sir Charles, Snowa, że wspomnę tylko tych kilku49. Na ogół nie ma wątpliwości, że rozdział nauk od humanistyki jest zły. Rozdział ten musi być zlikwidowany za pomocą pomostu w postaci nauki ujmowanej jako humanistyka i humanistyki ujmowanej jako nauka. Obecny system nauczania jest niewątpliwie wadliwy, ponieważ dostarcza absolwentów, którzy śmiało mogliby otrzymać świadectwa ignorancji albo w zakresie humanistyki, albo w zakresie nauki. Z tej racji zarówno nasi naukowcy, jak nasi humaniści przestają być użyteczni z punktu widzenia potrzeb cywilizacji i wiedzy, brak im bowiem znajomości obu stron barykady. W poprzednich wykładach starałem się - słowem i przykładem - pokazać, że rejon leżący między humanistyką i nauką jest godzien poważnych badań, że jest fascynujący i może być użyteczny. Od człowieka zależy, by wszystkie osiągnięcia humanistów i wszystkie ich metody techniczne wciągnąć na usługi nauki. Wiedza taka mówi więcej o samej nauce niż może się dowiedzieć naukowiec w toku swych studiów i prędzej czy później musi doprowadzić do utworzenia całych sekcji historii, filozofii, ekonomii i socjologii nauki, które dziś - jako przedmioty studiów - istnieją zaledwie w stanie embrionalnym. To jest pierwszy z moich postulatów. Mamy oto wartościowy przedmiot badań, dziedzinę, na terenie której można wszystkie techniki humanistyczne przetransponować na naukę. Dlatego też pierwszym obowiązkiem każdego badacza tej - podobnie jak i innej - dziedziny, jest kontynuowanie studiów, publikowanie monografii i przyczynianie się do pomnażania szeregów przez wychowywanie nowych kadr i dostarczanie im idei przewodniej, jaśniejszej niż ta, która przyświecała ich własnym krokom. W zasadzie można by się na tym postulacie zatrzymać. Historia nauki powinna otrzymać pełne prawa jako autonomiczna dziedzina wiedzy, podobnie jak wiele innych, egzotycznych specjalności (takich jak asyriologia, studia nad Dantem lub geochronologia), które już znalazły dla siebie miejsce w kilku dużych uniwersytetach - a być może także jakiś mały instytut badawczy na własne potrzeby. Myślę, że większość zgodzi się, iż nie jest to postulat wygórowany, lecz jedynie słuszny. Ci, którzy interesują się przedmiotem, muszą znaleźć sposoby utworzenia takiego ośrodka i, co ważniejsze, zdobyć środki
49

E. Ashby Technology and the Academics, Londyn 1959; J. Barzun Teacher in America, New York 1954; H. Butterfield The History of Science and the Study of History, „Harvard Library Bulletin” nr 13, 1959, s. 329—347; G. Sarton The History of Science and the New Humanism, New York 1956; C. P. Snow The Two Cultures and the Scientific Revolution, New York 1959. Z książek wyżej wymienionych, praca Sartona, opublikowana po raz pierwszy w 1931 r., wyraźnie wyprzedza ducha czasu. Jeśli chodzi o dokładniejszą ocenę historii nauki jako wroga naukowego idiotyzmu i autonomicznej dziedziny wiedzy patrz I. Bernard Cohen i F. G. Watson General Education in Science, Cambridge, Massachusetts 1952. Bogatego zestawu ocen i głosów w dyskusji dostarczyła konferencja historyków, filozofów i socjologów nauki pod patronatem American Philosophical Society i National Science Foundation w lutym 1955. Materiały tej konferencji opublikowano w „Proceedings of the American Philosophical Society” nr 99, 1955, S. 327-354.

umożliwiające im pracę. Chyba więcej jeszcze naukowców, a także techników i lekarzy poświęcałoby, po przejściu na emeryturę, swój czas na stanie się historykami-samoukami, przejawiającymi wszystkie cechy niefachowej pracy, wygłaszającymi ex cathedra opinie o nauce - ale jednocześnie produkującymi, obok plew, ziarna pierwszego gatunku. Taka zresztą była droga, po której historia nauki i historia medycyny, a do pewnego stopnia i filozofia nauki, kroczyły aż do ostatnich dni. Oczywiście, ten rodzaj zdobywania wiedzy będzie istniał zawsze, ponieważ nie brak dziś miejsca dla niezależnych naukowców, natchnionych amatorów i emerytowanych „zawodowców” o wyrafinowanych gustach. Wszyscy wielcy pionierzy naszej dziedziny rekrutowali się właśnie z takich ludzi i pierwszym celem, który mi przyświeca, jest uczczenie ich pamięci, podtrzymywanie ich ideałów i rozwijanie ich myśli. Jednakże świat nauki nie składa się tylko z takich ludzi. Uniwersytety, kolegia i szkoły obowiązuje umowa społeczna, na mocy której są one powołane do kształcenia ludzi nie tylko w wybranej przez nich ścisłej specjalności, związanej z ich przyszłą pracą poza murami uniwersytetów. Wszystkie działy i kierunki nauki i humanistyki są dziś wykładane dla bez porównania większej liczby studentów niż ta grupka, która sama tego pragnie. Jeśli popatrzymy na naukę uniwersytecką w tym świetle, to okaże się, że machina akademicka produkująca fizyków, historyków, filozofów i wszelkich innych specjalistów posiada odsiew sięgający 90%, na który składają się ci adepci studiów wyższych, którzy nie idą na drogę naukową. Społeczeństwo godzi się z tym dlatego, że posiada możliwości zatrudnienia tych ludzi w innych dziedzinach, oraz dlatego, że odsiew ten stwarza odpowiednie sito, pozwalające wybrać najlepsze i najbardziej wartościowe 10% (lub mniej) dla każdej specjalności. Wydaje mi się oczywiste, że dla humanistyki nauki potrzebne są możliwości takiej wielkiej maszyny, nie zaś takie, jakie daje się dziedzinom o niewielkich możliwościach, jak np. asyriologia. Istnieje zresztą poważny precedens do przejścia od izolowanych naukowców pracujących na wydzielonych poletkach do szerokozakresowego, kompleksowego nauczania na specjalnie powołanych wydziałach uniwersytetów; w podobny sposób wyłoniło się przecież wiele współczesnych autonomicznych dziedzin naukowych z dawnej filozofii przyrody. Innym dobrym przykładem jest ekonomia, a to dlatego, że nasza specjalność stara się zrobić dla świata naukowego to, co ekonomia czyni dla świata przemysłu i handlu. Tylko w takim wymiarze historia nauki może pełnić rolę pomostu między humanistyką i nauką. Tylko wtedy może wyprodukować własne 90% odsiewu, dostarczając społeczeństwu ludzi mogących objąć te różne zawody, które znajdują się na połowie drogi między naukami a resztą cywilizacji. Tylko wtedy możemy być pewni, że przyciągniemy, dostatecznie wcześnie, wystarczającą liczbę ludzi o przednich umysłach z tego pokolenia, które potrzebuje wprowadzenia metod naukowych do humanistyki, nim będzie mogło zdać sobie sprawę, że jest to właśnie ta dziedzina, w której chciałoby pracować. Taki więc jest mój drugi postulat: nie tylko przedmiot naszych badań jest wart zachodu, ale - co więcej powinien być uprawiany jako autonomiczna, na dużą skalę zakrojona dziedzina badań, a nie jako rzadka, egzotyczna specjalność. Obstając przy tym, że wydział uniwersytecki naszej dyscypliny wiedzy musi być duży, tworzymy niemało trudności, ale rozwiązujemy więcej. Po pierwsze, tylko w ten sposób możemy powiększyć nasze szeregi i wyjść poza krąg izolowanych, poszczególnych naukowców, którzy potrafią uzyskać pozwolenie na wykłady od fundacji i przewodniczących, oraz tych, równie nielicznych, którzy dostarczają gwarancji, że mogą wykładać przedmiot w całej rozciągłości, zgodnie z wymaganiami

dziekanów i wydziałów. Trudno wyobrazić sobie, by jeden człowiek mógł wykładać całą humanistykę, równie trudno, a może trudniej; by mógł wykładać całą historię nauki, ponieważ - jak wiadomo - nasz przedmiot badań obejmuje także kraje wschodnie i historyk nauki musi wkraczać na teren kultury i nauki arabskiej i chińskiej. W ramach dobrze pomyślanego wydziału należy więc tylko wymagać, by człowiek, którego się angażuje na stanowisko profesora, posiadał ogólne podstawy plus jakiś dorobek badawczy w określonej dziedzinie, jak np. fizyka średniowieczna, astronomia grecka, siedemnastowieczne nauki społeczne, osiemnastowieczna medycyna niemiecka lub też teoria Lavoisiera. Tyleż zresztą wymagać trzeba i od absolwentów, co pokrywa się z ogólnie panującymi na uniwersytetach wymaganiami. Adept historii nauki nie musi już poczuwać się do obowiązku opracowania skończonej historii nauki lub też historii jakiegoś jej wycinka, by dowieść swych kwalifikacji. Wszystko, czego się od niego wymaga, to solidna praca. Obstawanie przy autonomii tak szeroko zakrojonego wydziału stwarza jednak dodatkowe trudności administracji uniwersytetów. Wydział taki nie może bowiem powstać od razu w stanie dojrzałym; musi rozwijać się powoli, w zgodzie z tradycjami i finansowymi możliwościami zainteresowanej instytucji. W wielu kolegiach doprowadziło to do powoływania katedr historii nauki w ramach już istniejących wydziałów historii lub filozofii lub też któregoś z wydziałów nauk ścisłych. W kilku przypadkach dało to dobre rezultaty: zaangażowany wykładowca okazał się człowiekiem pierwszej klasy, mogącym stać się ozdobą całego grona, umiejącym przyciągnąć zdolnych uczniów i prowadzącym robotę zyskującą uznanie. W innych, mniej szczęśliwych, skończyło się na uznaniu przedmiotu za dyscyplinę o drugorzędnej wartości, skazaną na wegetację w ramach historii lub filozofii lub też luźno przyczepioną do którejś z nauk ścisłych. Nie wiem sam, co jest gorsze. W wypadku sukcesu jednostkowego, przedmiot wykładany przez danego człowieka zostaje z nim utożsamiony, a w słuchaczach widzi się nie przyszłych naukowców kultywujących tradycje mistrza, lecz facsimile, podzielające jego słabostki i upodobania. W dziedzinie tak rozgałęzionej i tak szerokiej jak humanistyka nauki50 nie możemy już sobie pozwolić na jednoosobowe popisy. Żaden człowiek nie potrafi w pojedynkę objąć całego obszaru i nauczyć go z dostateczną głębią, by dać następnym pokoleniom odpowiedni start. Z powyższego wynika, że chociaż - być może - dla wielu instytucji wygodniej byłoby powołać nowy wydział w cieniu starego, już przynoszącego owoce, np. w cieniu historii, filozofii czy tez nauki, to jednak nie rokuje to dobrych rezultatów. Dla historii nauki jako takiej lepiej stać na własnych nogach i radzić sobie samodzielnie, korzystając z pomocy wszystkich kolegów. Nie mając możliwości bezpośredniego studiowania wybranego przez sobie przedmiotu, kandydat historii nauki nie powinien, bez względu na to, czy podchodzi do niej od strony nauk ścisłych, czy od strony humanistyki, przechylać się na jedną lub drugą stronę. Przeciwnie, powinien iść samym środkiem, kierując się światłem tylko swojej dyscypliny ,i wierząc w jej niepodzielność. Być może, że już następne pokolenie będzie miało to szczęście, że wykładać mu będą ludzie, których nie będzie można
50

Nie mam zamiaru tłumaczyć się z użycia tego terminu, niejasnego i źle zdefiniowanego, jak może się wydawać. Użyto go po raz pierwszy w referacie odczytanym na drugim seminarium humanistów amerykańskich w Amherst, Massachusetts, w czerwcu 1957, a następnie opublikowanym w The Scientific Humanities - an Urgent Program w „Basic College Quarterly”, Michigan State University 1959 oraz w „The Graduate Journal”, University of Texas 1959. Ukuto go na określenie dyscypliny lub przedmiotu akademickiego raczej niż w sensie sugerowanym przez Sartonowski Scientific Humanism. Na nieszczęście, termin „scjentologia” został zaanektowany przez sektę pana Rona Hubbarda, a termin „scjentystologia” jest zbyt groteskowy. Humanistyka nauki nie jest terminem przyjemnym, ale oddaje chyba słusznie to, o co chodzi, i wydaje mi się lepszy od historii, filozofii, socjologii nauki, techniki i medycyny itd.

uważać ani za historyków fragmentarycznych okresów, ani za perwersyjnych naukowców. Tymczasem musimy się jednak pogodzić z ryzykiem, towarzyszącym takim narodzinom, jak nasze. Autonomiczny wydział to cel, od którego nie odstąpimy. Chęć natomiast posiadania możliwie wielu nauczycieli musi być regulowana możliwościami finansowymi. Jeśli fundusz pozwalałby na zaangażowanie tylko jednego człowieka, to niech to będzie raczej dobry fachowiec w swojej branży niż „omnibus”. Nawet jeśli zna on tylko Williama Harveya, to i tak będzie lepszy niż ten, który rości sobie pretensję do znajomości całej historii i filozofii, wszystkich nauk, a ponadto wybranych problemów techniki i medycyny. Tylko wśród amatorów możemy spotkać taką monolityczną wszechwiedzę. Tu ktoś mógłby zapytać: „No dobrze, gdybyśmy mieli taki autonomiczny i szeroko zakrojony wydział, to do czego by on służył? Jak wyglądałaby jego praca?” Jest to pytanie kuszące, ponieważ - poza uniwersytetem Yale - już w 36 Kolegiach Stanów Zjednoczonych wykłada się historię nauki, a w siedmiu z nich można dziś otrzymać tytuł doktora w tej specjalizacji lub też w połączeniu z filozofią nauki. Problem jest taki sam dla nas wszystkich, choć muszę przyznać, że wielu kolegów nie podziela mego przekonania o konieczności szerokiego rozpowszechniania naszego przedmiotu studiów. Być może mają za sobą jakieś fatalne doświadczenia związane z masą kursów, za pomocą których niektóre uniwersytety usiłują zbudować słynny most edukacyjny. Na szczeblu szkół wyższych odpowiedź dotycząca metod i celów jest wprawdzie trudna, ale nie niemożliwa. Stawiając sprawę jasno, student powinien opanować wszystkie lub prawie wszystkie tradycyjne ścieżki badawcze naszej dziedziny i poznać ich specyficzne metody51, jak również metody przyległych do nich dyscyplin humanistycznych i naukowych. Rzecz jasna, nie wymagamy niemożliwości - np. nie łudzimy się, że wszyscy studenci będą również biegli w grece, łacinie, arabskim i chińskim - ale nie tracimy nadziei, że od czasu do czasu możemy się liczyć z napływem ludzi z innych wydziałów o tych właśnie umiejętnościach. To samo da się powiedzieć o specjalnych kwalifikacjach naukowych i historycznych. Dziedzina przez nas reprezentowana jest dostatecznie atrakcyjna, by przyciągnęła do siebie potrzebnych nam ludzi. Dwie sprawy zdają się jednak wymagać wyjaśnienia: kogo przyjmujemy na studia i jakie odcinki badawcze im przydzielamy? W pierwszym przypadku odpowiedź jest prosta: kandydat powinien posiadać jako podstawę wszechstronne wykształcenie naukowe oraz tyle zmysłu historycznego, ile możliwe. Jest to na razie jedyna odpowiedź, póki nie wychowamy uczniów, których będziemy kształcić w naszej specjalności ab ovo. Oczywiście, nie należy tego postulatu uważać za regułę bez wyjątku - i tu, jak wszędzie, mogą istnieć wyjątki. Faktem jest np., że trzech czy czterech najwybitniejszych historyków nauki to z wykształcenia humaniści, posiadający jednocześnie niespotykaną łatwość przyswajania sobie elementów nauk ścisłych. Może się to komuś wydawać nieprawdopodobne, ale nie jest niemożliwe. Dlatego należy brać w rachubę i takich ludzi, którzy
51

Podsumowanie tradycyjnych kierunków badań w historii nauki można znaleźć albo w jakiejś dobrej ogólnej i wyczerpującej historii nauki, np. Ch. Singer, A Short History of Scientific Ideas to 1900 (Oxford 1900), albo w kilku wybranych bibliografiach i zestawach z tej dziedziny. Osobiście polecałbym prace następujące: Marie Boas, History of Science (publikacja 13 Service Center for Teachers of History, Washington 1959); H. Guerlac, Science in Western Civilization, a Syllabus (New York 1952); The Early History of Science, A Short Handlist (Helps for Students of History, nr 52; The Historical Association, London 1950); George Sa rton, Horus, A Guide to the History of Science (Waltham, Massachusetts 1952). Pierwsze rozdziały tej ostatniej pracy, a szczególnie rozdz. 3 pt. Is it Possible to Teach the History of Science? uważam za specjalnie cenny dla tych, którzy pragną się przekonać, czy nauczanie tej dziedziny wiedzy jest możliwe.

wykazywali zawsze wyraźne zamiłowanie do historii, ale potrafili jednocześnie na tyle wgryźć się w nauki ścisłe, by móc czytać „Scientific American”. Tacy humaniści szybciej przyciągną studentów niż ci, którzy nienawidzą nauk ścisłych, czują wstręt do matematyki i skazują samych siebie na naukowy idiotyzm. Jeśli chodzi o kursy dla studentów, to są one - jak dotąd - w stadium eksperymentowania. Z punktu widzenia erudycji w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, studenci powinni być tak prowadzeni, by opuszczali szkołę w pełni przygotowani do dalszych studiów. Zakładając, że posiadają odpowiednie zdolności i chęci, powinni przebyć swoją drogę naukową od matury do stopnia uczonego w ramach tego samego lub równoważnego wydziału, bez konieczności tracenia kilku dodatkowych lat na uzupełnianie wiadomości z dziedziny nauki czy historii. Z wychowawczego punktu widzenia, tj. z punktu widzenia redukowania do minimum liczby naukowych idiotów, jest rzeczą pożądaną, by humanistyka nauki umiała zaszczepić kandydatowi dostateczną ilość elementów humanistyki, lub jeszcze lepiej - by stała się tą zaprawą, która zwiąże razem humanistykę i nauki ścisłe. Gdyby stan taki można było osiągnąć (a myślę, że istnieją po temu wszystkie dane), posiedlibyśmy metodę nauczania nauki niespecjalistów, i to metodę lepszą, jak się zdaje, niż dotychczasowe próby. Próby te były niewątpliwie cenne i częściowo rozwiązywały sprawę, ale brakło im pewnego elementu, i to właśnie budziło niepokój. Być może, elementu tego dostarczy nowy układ treści, wybranych z łącznej tkanki nauki i historii. Osobiście proponowałbym następujący podział na trzy części: naukę, humanistykę oraz historię i filozofię nauki. Na obu szczeblach - uniwersyteckim i wyższym - trzeba jednak rozwiązać jeszcze kilka spraw, które pozostawiłem nie rozwiązane. Jaki jest właściwy podział i układ sił między historią i filozofią nauki (lub metodą naukową, jak to się czasem nazywa) w ramach humanistyki nauki? Jaki jest stosunek czystej nauki do techniki? Co z psychologią i socjologią naukowców? Co z historią medycyny? Moim zdaniem, wszystkie te sprawy są tak ściśle ze sobą związane, że rozdzielenie ich przedstawia niemałe trudności. Nie wyobrażam sobie bowiem, by ktoś mógł uczyć historii nauki w oderwaniu od historii medycyny i techniki, albo odwrotnie. Czy można uczyć historii stanu Connecticut w oderwaniu od historii Stanów Zjednoczonych, Europy i świata? A oto rozwiązanie, jakie chciałbym, zaproponować. Za podstawę przyjąłbym ogólną historię nauk fizycznych i biologicznych, uzupełnioną wybranymi tematami z pozostałych dziedzin wiedzy - techniki, medycyny, nauki amerykańskiej, nauki średniowiecznej, arabskiej, Wschodu itd., w miarę możliwości i potrzeby. W proporcjach przepis byłby następujący: ¾ historii i ¼ filozofii, przyprawione z rzadka elementami socjologii i psychologii nauki. U podstaw tej proporcji nie leży, oczywiście, jakakolwiek ocena ważności lub atrakcyjności tych czcigodnych dziedzin wiedzy, lecz ogrom i różnorodność treści i źródeł, z jakimi student powinien się zapoznać. Rzecz jasna, że ktoś może spędzić całe życie na pracy w jakimś wybranym zaułku którejś z dziedzin. Ale dla dobrego, wszechstronnego wykształcenia student powinien mieć możność poznać tyle, ile możliwe, z tego, co świat ma mu do ofiarowania. Pod tym względem samodzielny wydział może przynieść większe korzyści niż jednoosobowa katedra; co więcej, daje absolwentowi przyjemną satysfakcję bycia pełnoprawnym absolwentem, a nie podspecjalistą, niedoskonałym jako historyk i nieproduktywnym jako naukowiec. Wreszcie ktoś mógłby zapytać, co zrobimy z ludźmi, którzy uzyskają stopień humanisty nauki. Wydaje mi się, że wachlarz możliwości jest niewyczerpany. Po pierwsze, nasza dziedzina wiedzy jest obecnie jedną z najszybciej rozwijających się w Stanach Zjednoczonych, a być może i na świecie. Każdy

międzynarodowy kongres i każde zebranie towarzystwa naukowego pomnaża szeregi nowo nawróconych, z których większość piastuje stanowiska utworzone w okresie między tym a poprzednim spotkaniem. Już wkrótce liczba ludzi potrzebnych na stanowiska uniwersyteckie będzie większa od liczby doktorów wypuszczanych dziś przez główne instytuty. Być może, będziemy również potrzebowali nauczycieli szkół wyższych oraz nauczycieli tych nauczycieli, ponieważ jest rzeczą prawdopodobną, że Humanistyka Nauki zastąpi - w każdym razie w pewnym stopniu - nauki ścisłe na tym odcinku nauczania. Poza tym, zarówno na absolwentów szkół wyższych, jak i na absolwentów uniwersytetu czekają administracje organizacji naukowych. Towarzystwa naukowe, prywatne i państwowe fundacje, stanowiska naukowe z odpowiedzialnością polityczną, atachés naukowi przy ambasadach - wszystkie te placówki rozrastają się w szybkim tempie, stają się coraz bardziej skomplikowane, tak że przestają już być miejscem odpowiednim dla naukowców sensu stricto. A nawet gdyby były, to mamy za mało naukowców, byśmy mogli pozwolić sobie na odciąganie ich od laboratoriów do stołów konferencyjnych. Przemysł - jak twierdzą ośrodki naukowo-badawcze poszczególnych zakładów produkcyjnych - cierpi dziś nie tyle na brak ludzi na stanowiska badawcze, ile na brak tych, którzy mogliby zająć miejsca na odcinku między frontem badawczym a dyrekcją zakładu. Gdzie, jeśli nie wśród absolwentów humanistyki nauki, można znaleźć ludzi wykształconych w najlepszych liberalnych tradycjach, a jednocześnie zdolnych do porozumiewania się z naukowcami ich własnym językiem i - być może - lepiej niż oni sami dostrzegających wewnętrzny mechanizm ich specjalności? Wreszcie, jak starałem się pokazać w niniejszej książce, nauka stanowi część rdzenia naszego świata, i to rdzenia, który podlega aktualnie gwałtownym zmianom i dzięki swym żywiołowym reakcjom nosi w sobie niebezpieczeństwo niekontrolowanych potopów i wybuchów. W naszym obecnym stuleciu potrzebujemy, jak nigdy przedtem, dobrze zorientowanych i inteligentnych ludzi, dla których nauka i jej sprawy, nawet w momentach kryzysów, nie są tajemnicą. Humaniści nauki mogą być zdolni do postawienia diagnozy tego procesu, do zebrania poszczególnych części mechanizmu nauki; ale tylko ci, którzy w kolegiach i szkołach zapoznają się z odkryciami, mogą uchwycić głębię i znaczenie tej kumulatywnej aktywności, która wyróżnia naszą kulturę od wszystkiego, co było przedtem.

Bibliografia
W. I. B. Beveridge Sztuka badań naukowych. Warszawa 1963. A. C. Crombie Nauka średniowieczna i początki nauki nowożytnej. Warszawa 1960. M. v. Laue Historia fizyki. Warszawa 1960. D. J. Solla Price Little Science - Big Science. New York 1963. D. J. Struik Krótki zarys historii matematyki do końca XIX w. Warszawa 1963. F. S. Taylor Historia nauk przyrodniczych w zarysie. Warszawa 1962. E. Whittaker Od Euklidesa do Einsteina. Warszawa 1965, „Omega”.

Współczesna Biblioteka Naukowa Omega Komitet Redakcyjny: Jerzy Baumritter, Jerzy W. Borejsza, Marcin Czerwiński, Alicja Dyczek, Ryszard Herczyński, Krzysztof Murawski, Krzysztof Pomian, Ignacy Sachs, Jan W. Stefczyk, Ignacy Wald, Tadeusz Zabłudowski Państwowe Wydawnictwo Naukowe Tytuł oryginału angielskiego: Science since Babylon by Derek J. de Solla Price New Haven and London - Yale University Press Copyright 1961 by Derek J. de Solla Price Tłumaczyła: Halina Krahelska Okładkę projektował: Tadeusz Pietrzyk Printed in Poland Państwowe Wydawnictwo Naukowe - Warszawa 1965 Redaktor: Barbara Czyżewska Redaktor techniczny: Antoni Maślarz Wydanie I. Nakład 23730 + 270 egz. Ark. wyd. 7. Ark. druk. 92/16 Papier ilustr. kl. V, 77 X 95, 70 g Oddano do składania w maju 1965 Podpisano do druku w czerwcu 1965 Druk ukończono w lipcu 1965 Zamówienie 387/65. W-29. Cena w subskrypcji zł 10,Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->