Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

żeby otrzymać takie odznaczenie. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. . W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. po czym chowa starannie do tabakierki. ale pan Kleks powiada. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. i nigdy jej nie zdejmuj. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. Dlatego też. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. że w ogóle z nikim nie chce gadać. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. Okazało się. a mianowicie . Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. muszę powiedzieć. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. Mateusz nie jest skory do rozmów. czy wspomniałem już o tym. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. czerwone lub żółte piegi. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: .piegi. przymierza przed lustrem.No. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. mój chłopcze. Skoro tedy Mateusz zaniemówi.Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. Otóż wracając do Mateusza.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. ale za każdym razem na innym miejscu. a teraz zażyjmy sobie piegów.Noś ją godnie. imieniem Filip.zwykł mawiać do nas pan Kleks. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. a zdarzają się nawet takie dni. że jeszcze za mało umiem. jest to bowiem najwyższa odznaka. Nie pamiętam. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. a rano przytwierdza je z powrotem. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. co dałbym za to. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz.

wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. jak go pogryzły komary. . gdy płakałem. Gdy ukończyłem siedem lat. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom.Któregoś dnia. czwarta holenderską. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. w obawie o moje zdrowie. Miałem cztery siostry. że o niczym innym nie umiałem myśleć. trzecia portugalską. jak to opisuje się w owych bajkach. bogactwa. ojciec mój. była liczona. było to w połowie czerwca. Dlatego też ojciec. zabronił mi jeździć konno. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. jak i pośród ludzi. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. do długości mego ramienia i do mego oka. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta.jestem księciem. drogocenne kamienie. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Nieprzebrane skarby i pałace. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan. a wojsko było tak liczne i tak potężne. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . Okręty królewskie panowały na czterech morzach. stąpałem po perskich dywanach. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. że zdrapał sobie wszystkie piegi. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. Powtarzam ją tutaj w całości. z tym oczywiście. co sami wiedzą i umieją. złote korony i berła. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. Uczyłem się dobrze. król. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. druga włoską. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. każda moja łza. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem.

Gdy wjechałem do lasu. Książę nie dosiądzie więcej konia. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. bale i zabawy zostały odwołane. zapomniałem o zakazie ojca. o tym. Ubrałem się po ciemku. ażeby cofnął zakaz . stanie się jednak tak.jednak na próżno. gdy zaś okazło się. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. Zarówno uczeni. Nie mogłem pojąć. drżąc i parskając. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. skoro było powszechnie wiadomo. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. dopóki nie ukończy lat czternastu. Upojony tą nocną jazdą. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. aż wreszcie stanął jak wryty. Krzyknąłem więc: . ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. jak mój ojciec nad królestwem.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. Rumak ruszył z kopyta. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. że nie ma za nami pogoni. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. Serce mi się kraje na widok jego smutku. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. które pamiętałem tak dobrze. Miałem wówczas osiem lat. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. zwolnił bieg. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. Niebawem zrozumiałem.

Gdy wkradłem się do ogrodu. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. opuścili pałac. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. Niebawem przybyło ich tak wielu. ostry jak sztylet. Strzał był niechybny. dosiadłem Ali-Baby. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć.-W imieniu. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. wilku. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. Byli też i tacy. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. wyprężył jakby do skoku. Matka. gasłem i nikłem w oczach. Poczułem przeszywający ból. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. widząc swoją bezsilność. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. pozostawiając konia własnemu losowi. za której cenę można było nabyć całe państwo. była jeszcze noc. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. oglądali mnie i badali. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. zalewała się łzami. i krew sączyła się ze mnie nadal. Wilk skulił się. abyś mi dał wolną drogę. czuwając przy mnie. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. W chwili jednak gdy stałem nad nim. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. . przeciągłe wycia wilków. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. króla rozkazuję ci. w prawe udo. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. i pocwałowałem w kierunku pałacu. Wówczas odwiodłem kurek. Czas upływał. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. który stawił sie na wezwanie mego ojca. Kiedy się rano zbudziłem. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju.

Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. nikt już bowiem nie wierzył.Wyleczyłem cię. Gdy niebezpieczeństwo minie. a o nagrodzie pomówimy później. Jest to pierwszy król wilków. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. Mówiąc to. Nie chcę być ministrem. że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. ozdobioną na czubku dużym guzikiem.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie. po czym ciągnął dalej: . aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. . -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . w jaki sposób powstała twoja rana. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. . z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. który padł z ręki człowieka.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. Po tych słowach zbliżył się do mnie.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. Wiem. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów. mój mały książę. .Doktorze Paj-Chi-Wo. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. rana znikła bez śladu. mój mały książę. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. niegodzien jestem również pomnika. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. a wiedz o tym.Weź ją.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . i cały kraj był pogrążony w żałobie. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. a jeśli zechcesz. ile ich pomieści się w tym pokoju. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. Zastrzeliłeś króla wilków. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. obejrzał ranę. rubinów i szmaragdów. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie.

ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. mimo to napady wilków nie ustawały. gdzie zasiadali moi rodzice. Ze wszystkich stron kraju donoszono. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. Król raz po raz zmieniał ministrów. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Myśl o tym. Miałem wówczas lat czternaście. gdy jeden z halabardników. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły.zawołałem z wściekłością w głosie. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Chwyciłem najlepszą strzelbę. rubinów i szmaragdów.Precz stąd! . Stopniowo zaczął szeżyć się głód. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. one jednak mnożyły się z taką szybkością. znowu wziąłem się do nauki. . niepokoiła mnie nieustannie. Zniknął bez śladu. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. Rozsypywano po lasach truciznę. mężowie żon. Już miałem wystrzelić. Nikt nie widział. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. że poczęły zagrażać całemu państwu. że zabiłem króla wilków. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. Nie było takiej siły. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. tępiono wilki w dzień i w nocy. ale byłem silny i odważny. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. Lata biegły. którędy następnie wydalił się z pałacu. Gdy wyzdrowiałem.

bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. Strzelba wypadła z rąk. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . Stałem się szpakiem. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. . Rozważając rozpaczliwie moje położenie. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. "Co tu począć? . psie. abyś mi dał wolną drogę. stać się ptakiem.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. uciec z tego niewdzięcznego kraju. że nie było na niej guzika. upłynęło sześć lat. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. jakim jestem dzisiaj.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. która dotknęła mój kraj. Nie miałem czasu do namysłu. rodzice moi już nie żyli. Zemsta króla wilków była straszna. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. zrozumiałem. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. Głowę miałem potłuczoną. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. jeśli zechcę. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. poczułem okropną słabość. że ocalałem jedynie dzięki temu. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Pozostało mi to już zresztą na zawsze. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. pośród których szalały głód i rozpacz.myślałem. gdy naraz spostrzegłem. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. Co działo się potem . iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. A więc mogę. oczy zaszły mi mgłą . Szybując nad ziemią. takim właśnie. a potem . wydostać się z pałacu. Wzywałem pomocy.nie wiem. . Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. Wsie i miasta opustoszały.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże.zostać ptakiem już na zawsze. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie.. Gdy odzyskałem przytomność. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. wilki grasowały w pałacu.

gdzie się tylko da. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. Może zawsze z całą dokładnością określić. ale którego wcale nie ma.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. Ach. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. której by nie potrafił. z których każdy jest inny.Poleciałem kolejno do moich sióstr. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. czy na ulicy. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. oddała mnie swojej służebnej. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. może usiąść na krześle. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. a pewna starsza pani. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk.czy to w tramwaju. będąc poza Akademią pana Kleksa . może unosić się w powietrzu. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. Poprzysiągłem więc sobie. a nadto. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami.. obiła mnie parasolką. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . co będzie w mojej mocy. Niestety. Nazywał się Ambroży Kleks. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Postanowiłem uczynić wszystko. jakie udawało mi się znaleźć. który zauważył te moje myśli. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. królowa hiszpańska. której urwałem guzik od płaszcza. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. pan Kleks. Przecież gdyby tylko chciał. które powinno być. którego zaciekawiła moja mowa. jak gdyby był balonem. co kto o której godzinie myślał. Najstarsza z nich. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. Krótko mówiąc . kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. pogroził mi palcem i rzekł: . aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony.potrafi wszystko. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie.

dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. że pan Kleks te myśli zauważył. Długo jednak zastanawiałem się nad tym.. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. chłopcy! Niektórym z was wydaje się..Awda. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości. mój chłopcze! A po chwili. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. też są zmyślone? . że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. Prawda.zapytał niespodziewanie Anastazy. którzy na przykład uważają. wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza. Istotnie. że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. a bajki. co wierzą. gdzie mieszka z panem Kleksem.Są tacy. Otóż Mateusz opowiedział mi.No. ale pan Kleks?.. Mateuszu? . awda! . kiedy spotkał mnie w parku. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. Nie wtrącam się do cudzych spraw. traci włosy. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. Pewnego dnia. . że to nieprawda. dlatego też zrobiło mi się przykro. Takiemu. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. że mam pewno ze sto lat. że jest głupi. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. To wszystko. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz.są to zmyślone historyjki. Możecie sobie roić. . w które ja wierzyć nie mam zamiaru. Być może. Są tacy. to mnie to wcale nie obchodzi. patrząc na mnie badawczo.rzekł pan Kleks. uśmiechnął się i rzekł do mnie: .zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. Nie mogłem tego pojąć.A moim zdaniem .Z bajkami bywa rozmaicie . .Pomyślałeś sobie teraz. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . panie profesorze. że na drugim piętrze. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona. w każdym razie opowiedział mi. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. co tylko wam się podoba. używaną do oliwienia maszyny do szycia.Słuchajcie. powiedzcie. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko.ciągnął dalej pan Kleks . dodał: . . Nie dziwię się. co tak myśli. przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. O świcie pan Kleks wstaje. ale mnie się zdaje. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. tak sobie właśnie pomyślałem.

zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. czy jest gruby. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. niezwykle obszerny. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. czy chudy. który . kiedy mu się tylko spodoba.przywraca w pamięci pana Kleksa to. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. ale nie wiadomo zupełnie. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu.Aga. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. przypominają balon. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. sztywny. które chwilami. ale to wszystko zapomina. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . zwłaszcza podczas wiatru. Bardzo nas to wszystko martwi. Jest to płyn. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. których ma niezliczoną po prostu ilość. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. że Mateusz nie jest psem. gdyż zapomniał. Pan Kleks jest średniego wzrostu. i to w dodatku z tyłu. który ma prawo przebywać w niej. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. kim jest ani jak się nazywa. ale pan Kleks obiecał. Nosi szerokie spodnie. ak! Co znaczy: . bo podczas snu pan Kleks wszystko.tym. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. ażeby nie przygnieść Mateusza.Uwaga. tylko szpakiem.według słów Mateusza . że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. gdy tego naprawdę potrzeba. Dlatego też. . Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. aksamitną cytrynową kamizelkę. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. co działo się przedtem.

kilka płomyków świec. co tylko zechce. a niekiedy nawet trzeci pokój. i okolona bujną zwichrzoną brodą. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. Gdy zaś fotel jest zabrany. senny kwas. W istocie. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. bez dna. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy.rzekł do nas pan Kleks. Pan Kleks może schować w nich. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. moim zdaniem. Pokryta jest ogromną czupryną. a motorniczemu spuchła wątroba. pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . . Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. . Ruszamy! Anastazy. bardzo przypominające mały rower. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . gdzie przypadało siedzenie fotela. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. które je osłaniają. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. że cokolwiek w nich się znajduje. gdyż zdarza się nieraz.Za chwilę już będę widział. mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. co stało się tramwajowi. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. i nigdy nie znać. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. zabierz ten fotel. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. o którym jeszcze opowiem. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się.Przygotujcie się. przy czym nieraz zdarza się tak. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. chłopcy. Mateusz opowiadał mi. kolorowe szkiełka.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. akurat w tym miejscu. do czego służą one panu Kleksowi. czego nie widzi. Na nosie tkwią srebrne binokle. też ma na to sposób. i pójdziemy go ratować. tabakierka z zapasowymi piegami. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii.Adasiu. które się kiedykolwiek w życiu widziało. Kieszenie spodni są. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. pigułki na porost włosów. a kiedy chce zobaczyć to. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. do drogi . powiększająca pompka. Jest tam flaszka z zielonym płynem. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. czarną jak smoła. w zależności od pory roku.

Kilku tramwajarzy i mechaników. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. młoteczek. całkowicie tamując ruch. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. angielski plasterek. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. wysłał oko na oględziny. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. Gdy stały się już tak duże jak rower. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. jak pan Kleks. Rybak złowił go na wędkę. po czym zbliżył się do motorniczego.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. Osie pokropił jodyną. osłuchał go dokładnie. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. sapiąc i ocierając pot. wyleczony przez pana Kleksa. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko.Gotowe . W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. a pan Kleks podążał za nami. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. który wił się w bólach. Gdyśmy siedzieli nad stawem. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. . W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. . mówiąc jego słowami. jak zanurzyła się w wodzie. Widzieliśmy wszyscy. Po chwili zdjął z nosa binokle. poszła na dno. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka.można jechać! Po tych słowach motorniczy. Bo miał dużo ważnych spraw. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. krzątało się dookoła zepsutego wozu.rzekł pan Kleks . Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut.

schodzi na dół na lekcje. Dowiemy się zaraz. Balonik niebawem uniósł się w górę. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. skoczyłem do stawu. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. Na pożywieniu mi nie zależy. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. W tym celu nabiera pełne usta powietrza. ale może również unosić się swobodnie w górę.Zapamiętajcie sobie. naśladując ruchy pana Kleksa. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. a za mną kilku innych chłopców. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. Nadymają się więc z całych sił. Po prostu znikła bez śladu. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. kto mieszka na księżycu. że rano. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. gdyż zjeżdża po poręczy. jakie są w czereśniach lub wiśniach. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił.Nie namyślając się długo. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. lecz również w jego barwie. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. gdyby nie to. a zwłaszcza wtedy. mówiąc: . gdy udaje się na połów motyli. Zauważyłem jednak. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. . Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. Właściwie nie można powiedzieć. ale mimo to nic im się nie udaje.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. że jada tylko specjalny gatunek motyli. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. gdzie mi wskazał pan Kleks. zawołał: . bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. co jest kolorowe. gdzie i kiedy zechce. Pan Kleks jednak powiada. moi chłopcy . gdzie leży pompka. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. cztery metry od brzegu. że pan Kleks schodzi. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. wydymąją policzki. ale dotąd jeszcze nie wrócił. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa.Wysyłam oko na oględziny. gdy tylko pan Kleks się ubierze. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. . a jeden z Antonich o mało nie pękł. kwiaty. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . Dlatego też jadam tylko to. Muszę dowiedzieć się. a więc motyle. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: .Wysyłam je na księżyc.

Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. Myjemy się bardzo chętnie. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. to najstaranniej myję się w środy. ile łóżek. Oszołomiony z wrażenia. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. niebieski poprawia wzrok. Są to niewielkie otwory w suficie.Pobudka. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. która kapie prosto na nasze nosy. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. białych. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. Szyby w oknach są różnokolorowe. granatowych pończoch i białych trzewików. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. my jednak martwimy się okropnie.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. Gdy je Mateusz otwiera. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. żółty reguluje oddech. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. za którym przepadam. leciałem coraz wyżej i wyżej. czyli ogółem dwadzieścia cztery. Otworów takich jest tyle. zielony usuwa łupież. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji.Udka. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. gdy spotka którego z nas taka kara. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. szary oczyszcza krew. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. awać! Co znaczy: . Jeśli chodzi o mnie. . długich spodni. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic.

Pamiętajcie. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. nie dokończone. przedmiotów. które są zazwyczaj wykładane w szkołach.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. co śniło się każdemu z nas. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. Tam suszą się one przez jakiś czas. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. Sny niedobre. ani gramatyki. a pozostają tylko te. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. Kleksografia polega na tym. czego się uczymy. ogląda on dokładnie. które spodobały się panu Kleksowi. wykładów. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. Ponadto zapowiedział całej klasie.wszystko. . ani kaligrafii. zwierząt i postaci. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. a po wtóre . wymyślone przez pana Kleksa. abyśmy wiedzieli. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. co pan Kleks danego dnia wymyśli. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. Naukę tę wymyślił pan Kleks.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. które wszyscy zażywamy na noc. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. Myślę. Gdy wyschną już na proszek. chłopcy . Ażeby każdy mógł zorientować się. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. ani tych wszystkich nauk. do których dopisujemy odpowiednie historyjki. . Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. jak trzeba obchodzić się z atramentem. jak w Akademii pana Kleksa. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. Odbijają się w nich nasze sny i rano. Mateusz jest zdania. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. przybierając kształty rozmaitych figur. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. jest ogromnie ciekawe i zabawne.

Gdy zapytałem go. nie mówiąc już o tym. prawda? Gorączka minęła. zepsute zegary. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. nauczę was również czytać palcami. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. popaczone stoły. tapczany bez sprężyn. po co to robi. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. czy nosorożec. . który stał w rogu sali. mój maleńki? Już cię nie boli. posplatanych w najrozmaitszy sposób. do którego zbliżał się pan Kleks. popękane lustra. Jest to największa pasja Pana Kleksa. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. Pamiętacie. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. powykrzywiane szafy. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. . Opukał go dokładnie na wszystkie strony. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. musicie uważać. Zauważyliście pewno wszyscy. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka .Wchodźcie ostrożnie. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. nie męcząc wzroku. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. bez liter. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. którą następnie nawija się na szpulkę. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. odrzekł mi wielce zdziwiony: . Każdy sprzęt.No co. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. deski się zrosły. moi chłopcy . ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. sam natomiast zabrał się do pracy. aby żadnego z nich nie urazić. Były tam fotele bez nóg. po czym przemówił niezmiernie czule: . że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. Czy to ptak. Z jednej książki można otrzymać siedem.

zawołał do nas wesoło pan Kleks.powiedział pan Kleks.oznajmił pan Kleks. Mówiąc to. nie było już ani śladu pęknięcia. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. Mateusz fruwał po całej sali. . zapuszczać kropelki. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce.bądź tylko dobrej myśli. gdy nagle okazało się. Jest już zdrowe . ale nic. pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. przeszukiwaliśmy zakamarki. . jodynować wahadło. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach.rzekł pan Kleks . tylko się nie martw. i rozmyślał. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak. Pan Kleks również był bezsilny. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. kąty i skrytki.Podczas gdy stół cichutko skomlał. Byliśmy po prostu zdumieni. wszystko będzie dobrze.Nie wyjdę stąd. bardzo uważnie wysłuchał. . a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. No. uczcie się.Patrzcie. Wkrótce już będziesz zdrowa. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. . przyłożył ucho do jej pleców.Jutro cię jeszcze odwiedzę .tyle musisz się nacierpieć. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. łykał pigułki na porost włosów. a gdy po chwili odlepił plasterek. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. dopóki zguba się nie znajdzie . jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . tik-tak.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. Wszyscy. Następnie zbliżył się do szafy. Poszukiwania nasze trwały długo. .Jak tam? . . ilu nas tylko było. .zapytał pan Kleks. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. Rozpoczęły się poszukiwania.rozczulał się nad nim pan Kleks . a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki.Biedactwo . chłopcy. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze. Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa. tik-tak". Na ścianie wisiało pęknięte lustro. zegar nagle wydzwonił godzinę. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach.

Cała zaś sztuka polegała na tym. lustra usiłowały odbić po kolei wszystko.Zimno-zimno-ciepło. chore sprzęty. O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie.Nic też dziwnego. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek.Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. aby uderzając w piłkę nogą.Gorąco-gorąco! . pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. . zimno-ciepło-ciepło. wreszcie piec. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa.Australia! . Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał. rzekę albo górę. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. w którą właśnie trafił czubek trzewika. wymieniać równocześnie miasto.Londyn! . Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: . same zabrały się do szukania zguby. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa.Skierniewice! . Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół.wołał piec.Wisła! . my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. na lekcję geografii. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali.Radom! . Mateusz był sędzią. jak do gry w piłkę nożną. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Tatry! . Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. gdy któryś z nas popełniał błędy. co tylko mogły w sobie pomieścić. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . powtarzał nieustannie: . że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Okazało się.

. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus.zawołał Anastazy. co począć. że u was jest przecież lato . czy też może do Sindbada Żeglarza. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji. gdyż nie wiedzieliśmy. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek.Doskonale! Bardzo chętnie! . Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . że nauczycie moich krasnoludków geografii.Uwaga. . w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. mimo to jednak zwracam ją wam. a wraz z nią dwunastu jej poddanych. krajów i mórz. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. opcy! Co miało oznaczać: . a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. Byliśmy ogromnie zakłopotani. że wzbił się on niezmiernie wysoko. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka.Aga. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: .szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka.Zapomniałam. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. okazywało się bowiem. czy do Trzech Świnek.. a następnie spadł nie na boisko.Berlin! . Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka. Mateuszowi pot spływał z dzioba. Albert pomieszał Kielce z Chinami. ale pod warunkiem. ja sapałem jak miech kowalski. popychaliśmy jeden drugiego. Gra ta bawiła nas niesłychanie. który był najśmielszy z nas wszystkich. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: .Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. przewracaliśmy się na ziemię.

cerują pończochy i przyszywają guziki. które zaprowadził tam pan Kleks. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. Gdy tak stałem zamyślony. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. Artur sprząta salę szkolną. ja zaś udałem się do kuchni. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. Anastazy otwiera i zamyka bramę. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. sypialni oraz na schodach.Hej-ho. hej-ho. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. ale wstęp do kuchni był zabroniony. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu.pomyślałem sobie. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. dosypał garstkę białego proszku. napełniony płomykami świec. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. To Mateusz wzywał nas na obiad. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. Stał na nim pękaty szklany słój. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. że dbają o jej czystość. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. dolał wody. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. to znaczy. że nie jestem ze śniegu" . Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. od których woda w rondlu natychmiast .

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

Wobec tego. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. uszanujcie moją wolę. Przejęci naszą przygodą. Słysząc te słowa. staliśmy na ziemi u stóp dębu.oświadczył pan Kleks.rzekł do nas po chwili. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. kubek z ametystu. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. że zostały . Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. tabakierki. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. skrzypce ze złotymi strunami. aby znaleźć się tam.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki. A teraz nie traćmy więcej czasu. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów.mnie w spokoju.A wy coście znaleźli? . .zapytał nas z uśmiechem pan Kleks. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. Były więc złote monety. . ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. Artur uważnie oglądał gwizdek.zawołałem ze śmiechem. Zanim zdążyliśmy się opamiętać. ruszyliśmy w kierunku stawu. że wystarczy na nim zagwizdać. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. O czwartej mamy pójść do miasta. . ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej. srebrne talerze. gdzie była poprzednio.A to ci dopiero skarby! . Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. . . pierścienie z drogimi kamieniami. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. co dzisiaj znalazł . sznur pereł. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. zazdrościli nam bardzo naszej przygody.To są nieocenione skarby . że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. gdzie się być pragnie.

najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. wobec żądania pana Kleksa. Bajek nie było nawet śladu i mur. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. okazało się jednak. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. ale wszystko na próżno. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. Teraz jednak. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. Widziałem. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. Wiedziałem. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. że już gotów jestem do lotu. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. jak to było wtenczas. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. Stałem wprawdzie na ziemi. Wreszcie. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Jest to bardzo ciekawa historia. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. natrafiłem . kiedy mu się zachciało latać. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. zapadłem w głęboki sen. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. płaczem i strachem. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. i co przy tej sposobności widział. Szybko zapadał mrok. że nikt mi nie uwierzy. nie wiedząc kiedy i jak. wstrzymywałem oddech. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. spodziewałem się. wyczerpany lotem. gdyż obawiałem się. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. nie pozostawało mi nic innego. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. park malał i jakby uciekał w dół. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. tak jak każdy inny mur. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. Zauważyłem. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk.jeszcze trzy kwadranse. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. aż wreszcie tak jak przewidywałem. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. zrozumiałem. w jaki sposób wrócić na ziemię.

Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks.Reks. że aż mi serce mocniej zabiło. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. Zdziwienie moje nie miało granic.Hau! hau! hau! . on zaś polizał mnie tak czule. Różne inne psy z zaciekawieniem. rozbawionych szczeniaków. których dotąd zupełnie nie znałem. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. wiele wyżej. Od bramy prowadziła szeroka ulica. Chcąc naśladować psią mowę. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . Zdawało się. Czy się domyślasz. kto do nas zawita. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. jak gdyby spotkał starego znajomego. może mi objaśnisz. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . zawadza o nas. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos.na dużą bramę z matowych szyb. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. gdzie jesteś? . . który przyjaźnie wyszczerzył zęby. a raczej nieduże domki. . pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli.odrzekłem. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. jak i my. Po krótkim wahaniu zapukałem. mlasnął językiem i zaszczekał. ale z moich ust wydobyły się słowa. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. wiesz o tym. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. otoczone prześlicznymi ogródkami. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi.Pojęcia nie mam . a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. każdy. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. Trafiłeś po prostu do psiego raju.Nie dziw się. to ty? . co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia.Reksie mój drogi. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków.odpowiedział mi Reks długim. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący.Reks . zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. wesoło poszczekując i merdając ogonami. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi. Niech cię to nie martwi. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. wesołym szczekaniem. Psy bardzo kochają ludzi. Reks łasił się do mnie bez przerwy.wołałem . Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. Adasiu. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. udając się do ludzkiego raju.

którego poznałeś.Jestem Adam Niezgódka. a to dobermanka Kora. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. którą teraz biegniemy.odrzekłem.Bardzo mi przyjemnie . ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. a to pekińczyk Ralf. Ten pudel.Powiem ci. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. Popatrz. Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . w psim raju. Oto buldog Tom. Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. . dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. Nieraz też zastanawiałem się nad tym. Od Reksa dowiedziałem się.Ten szpic ma na imię Azorek. . jak u siebie w domu. Żaden Pies nigdy nie bywa zły.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie. . Mój przyjaciel. ma na imię Glu-Glu. oto jest ten plac. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. pan Niezgódka. a może nawet jeszcze lepiej. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze. Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. a Reks ciągnął dalej: .że ludzie nie rozumieją naszej mowy. że się przedstawię.A teraz . Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. .pozwól. . To nieprawda. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. Plac był po prostu wspaniały. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle.Ulica.przerwał mu Reks . Lordzie .mówił Reks. .ciągnął Lord . którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. . Istotnie.dodał zwracając się do mnie . Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. który pilnuje naszej bramy.Pozwoli pan. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. a to owczarek Kuba. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków.Jakie to dziwne . Chodź.że jesteś właściwie niedelikatny. o tym. Nazywam się Lord. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. Rozejrzałem się dokoła. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni. a ten piękny chart to chluba naszego raju. o którym nigdy dotąd nie słyszałem. że ci przedstawię moich przyjaciół. Niektóre z nich bawiły się piłkami. wdzięczne psy. inne ssały kawałki cukru. nazywa się ulicą Białego Kła . . Adasiu . Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. jeszcze inne łapały muchy.rzekł Reks . dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt.

gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . . po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. starannie ubranych. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem. A ta para jamników to Sambo i Bimbo. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. Istotnie. . Wstyd mi się przyznać. Gdy rozgościliśmy się w salonie. które zjadłem z wielką przyjemnością. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: . Czekolady nam nie brak. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. a słońce świeci od spodu. .Jestem dręczycielem. chociaż deszczów u nas nie bywa. . . . .zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. Reks nacisnął wystający ze ściany kran. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem .Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. i umorusanych. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . Zobaczysz coś ciekawego.mówił czwarty. . ulica ta przedstawiała widok niezwykły. . Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie.Jestem dręczycielem. gdyż zacząłem odczuwać głód.Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem.Jestem dręczycielem. aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika. .mówił drugi. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka.Bardzo chce mi się pić.rzekł Reks . którą zjadłem ze smakiem. jesteśmy przecież w raju. chłopców czystych.zapytałem.mówił jeden.ku memu wielkiemu zdziwieniu .Ta wyżlica to pani Nola. Ten wielki dog nazywa się Tango. że krzywe nogi są najładniejsze. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli.Codziennie . rozczochranych brudasów. czyli około pół kilo czekolady. gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . Na ganku leżały poduszki i dywany.Nic łatwiejszego! .zawołał wesoło Reks.Reks utorował mi drogę do pomnika.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków.mówił trzeci. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: .Jestem dręczycielem. ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami. Zauważyłem nadto. z którego . Nigdy nie rozstaje się z parasolką. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju.A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane.

ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. Uważałem jednak. że wszystko to im się tylko śniło. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. kapelusze.macie tutaj rajskie życie. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. gdzie stały karuzele.Opamiętaj się . .Chodź . Było mi wesoło jak nigdy dotąd. Były tak smaczne. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. huśtawki. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. że na to właśnie jest raj. ale ty łatwo możesz się rozchorować. Stwierdziłem ze zdziwieniem. miód i inne smakołyki. że nie mogłem się od nich oderwać. że Reks począł niespokojnie węszyć. gdzie mieszkał Reks. chłopcy. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. Byłem szczęśliwy. Wracając na plac Doktora Dolittle. ulicę Baniek Mydlanych. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. że udało mi się uniknąć takiej hańby. skąd biorą się parasolki. skąd w psim raju bierze się czekolada. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. którzy dręczą psy. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa.my jesteśmy w raju. Jak mnie objaśnił Reks. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. Pomyślałem sobie zresztą. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. idąc więc śladem Reksa.Nie wiem.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. .Istotnie . czy szanowny pan zauważył. czapraki. że nie powinienem o to pytać. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. nigdy nie zachodziło. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. ogródki salcesonowe. biszkopty.ostrzegł mnie Reks . kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . grzecznie podziękowałem.odrzekłem . . Bardzo mnie interesowało. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. po czym wracają do domu w przekonaniu. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę. więc nam nic nie może zaszkodzić.rzekł do mnie. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem. dostają się do psiego raju podczas snu. Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . . a potem wrócimy do domu na serdelki.Zjemy coś lekkiego. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia.

Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. co by było. stał się jak mały niebieski obłoczek. . abym wyciągnął się obok niego. że cię znowu widzę! . którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. żeś po mnie przyleciał. . w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. które zbiegły się na widok Mateusza.Aga. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. wydąłem policzki i uniosłem się w górę. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . Leżeliśmy tak. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. wesoło pogwizdując. na które patrzyłem z obrzydzeniem.zawołałem. wiemy.Mateusz! Jak się cieszę. Leciałem obok Mateusza. Był to list od pana Kleksa.Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić. . Uprosiłem Toma. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. Tak sobie gawędząc z Reksem. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu. że upłynął jeden dzień. aby dowolnie kierować swoim lotem. który pouczał mnie. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. ak! .zagadnąłem Reksa . podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. Sprzykrzyły mi się biszkopty. co jego zjedzenie. W ten sposób obliczymy tutaj czas. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. ak! Aga. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. których udzielił mi w liście pan Kleks. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. . kierując się wskazówkami. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów.Bardzo prosto . Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. .Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. . Mateusz leciał nade mną. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. którą tak pogardzałem w domu.odrzekł Reks.i zaproponował mi.Jak to dobrze.

inżynier Kopeć. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. że nigdy już więcej nie będę latał. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. . gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. po chwili dostrzegłem mury Akademii. przędzenia liter. Jak nam objaśnił pan Kleks. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. Proszę ustawić się w czwórki.Akademia już blisko! Rzeczywiście. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. .krzyknął mi w ucho Mateusz. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. Okazało się.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. Mój przyjaciel. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . Idziemy. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. Nie umiem po prostu opisać radości. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. co znaczyło: . nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Opisałem lekcję kleksografii. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. który miał zawieść nas do fabryki. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Droga początkowo prowadziła przez miasto. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. Opowiedziałem więc wszystko.Emia uż isko! . opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. schludne miasteczko. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu.

chłopcy .Był to wysoki.w fabryce nie wolno niczego dotykać. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Stał na cienkich. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem. dopiero co utoczone. Praca wrzała. że ci zaprezentuję moich uczniów. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. Tylko pamiętajcie. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. ak! . . Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki. Jest ich dwudziestu czterech .dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle.A to jest mój ulubiony szpak Mateusz .Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. Wyglądały . jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. elektrycznych świdrów i tokarek.Pozwolisz. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek.Aga. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek.rzekł pan Kleks. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. mój Ambroży.rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. długimi rękami. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. dziurki w nosie i dziurki w uszach.zwrócił się do nas . że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. kochany Bogumile. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. tryskających z pasów transmisyjnych. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej. . Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. inne zawieszone były na linach i dźwigach. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. i włożył je do nosa na miejsce starych. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn. długich nogach i wymachiwał cienkimi. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. . Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. chudy. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . wybrał sobie dwie nowe.

tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . na których je toczono.zauważył pan Kleks. dziury w moście. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. gdzie przetapiano je ponownie. Okazało się. Gdy opuściliśmy fabrykę. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. a robotnicy pracujący przy nich musieli. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki.i dziesięciokilowych skrzynek. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. W ostatniej hali mieściła się pakownia. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. a nawet dziury w niebie.ślicznie. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. było już prawie ciemno. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. których nazw nie znaliśmy wcale. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. zdaje . zielonych i czerwonych. a więc dziury na łokciach. źle wypolerowane. wystawały wysoko ponad dach fabryki. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. Popękane. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków. . W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów.

wskazywały na to.się. by przejść z pokoju do pokoju. jak wielkie eskadry samolotów. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. W ciemnościach wieczoru. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. . trzeba było zamykać oczy. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. Pan Kleks. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. wojowniczością i odwagą. na tle łuny bijącej od fabryki. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. kotłowały się we włosach. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. Na to. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. na piecach i pod stołami. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. było już zupełnie ciemno. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. Wszystkie pokoje. że po chińsku. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. W domu czekała nas przykra niespodzianka. pragnąc uniknąć ścisku. w czworoboki. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. wirującą w powietrzu chmurę. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. Leciały w bojowym szyku. W pewnej chwili do pokoju. że nie było go wcale spoza nich widać. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. Chodziliśmy po omacku. Nieznośne te owady. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. korzystając z nieobecności domowników. opadł wreszcie z sił. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. Bolesne ukłucia. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. który niezwłocznie ruszył. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. Pan Kleks. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. który zrozumiałem. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. formowały się w klucze. sale. gdyż jedyny wyraz.prowadził z muchami zaciętą walkę. które przechowywał w kieszonce od kamizelki. ale wcale ich przez to nie ubywało. Wdzierały się do ust i nosów. zamyślał się głęboko. który dotąd .fruwając po pokojach . było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. Pan Kleks. wpadały do oczu. przez który usiłowałem przebiec. w kątach.

nie zdołało zakłócić jego snu. paczkę gumy arabskiej.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. . zdarty niby skalp z pleców pająka. że działanie powiększającej pompki ustało. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. wrócił do swej normalnej wielkości. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. że nie był to sen przyjemny ani błogi.krzyżaka. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. tak był oblepiony przez muchy. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. sale. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. Pan Kleks nie ustawał w pracy. Niebawem wszystkie pokoje. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. nie mogliśmy wyjść z podziwu. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. Muchy rzucały się na ich tęczową. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. Gdy był już wielkości kota. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. kazał nam wyjść z gabinetu. Setki i tysiące much. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. razem z nimi opadały na podłogę. że najście much. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. pożerał ich szturmujące oddziały. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. Pająk zaczął się zmniejaszać. Jedynie głośne. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. tajemniczą rozmowę. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. wysysał z nich wszystkie soki. Wypuszczał coraz to nowe bańki. które go szczelnie obsiadły. mydło i szklaną rurkę. która uwolni naszą Akademię od plagi much. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać.

I nie zwracając na nas uwagi. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. że Filip chyba zwariował. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. które dla nas przyrządził. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. wyszedł z Akademii. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. Anastazy strzelał z łuku. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . panie Kleks. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . Gdy owego dnia. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. Na tym kończy się opis jednego dnia. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. Alfred wycinał fujarki. Pan Kleks przygarbił się nieco. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. Nie przypuszczałem. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. że kalafiory. który opisuję. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Pan Kleks był nie w humorze. gdyż jak oznajmił. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. Pan Kleks nie mylił się. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. obserwował życie mrówek. ani pańskich uczniów. jeden z Antonich. Nie będę więcej strzygł ani pana. Albert zbierał kasztany i żołędzie. gdyż zaczął się głośno śmiać.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. I to nieodwołalnie. Zając nagle poruszył się. Dla niego miała być ta Akademia. co mu się tylko podobało. Przyprowadzę go w tym tygodniu. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno.

. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. ryby i raki na pastwę losu. aby się przyjrzeć. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. Zobaczysz. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. Chociaż jestem z innej bajki.odrzekła. Powymyślał dla nich nowe imiona. W dodatku ostatnio zwariował. nie ulegało wątpliwości. że pochód ich przypominał żabi cyrk. gdy będzie wracał do Akademii. zgadując moje myśli. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku.Poznaję cię. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić. Cała woda była spuszczona. na farbach i na szkiełkach. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. że ta historia bardzo żałośnie się skończy. które w zgodnych podskokach. Czy widzisz. Królewno Żabko? . . ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie.zarechotały chórem żaby. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. jeśli taki gdziekolwiek istnieje. że znam się na kolorowych proszkach. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. i domyśliłem się od razu. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. rzucił je na podłogę tak zręcznie. że same ułożyły się w figurę mego zająca. i grozi mi. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. . i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. chłopcze. . Nic też dziwnego. Pan Kleks. podziwiając zwłaszcza żaby. krzaki chwiały się. pozostawiając wszystkie żaby. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. Udałem się więc do parku w nadziei.A dokąd je prowadzisz. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. że to Królewna Żabka. Towarzyszyłem im przez pewien czas. że ma złotą koronę na głowie. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. omijając drogi i ścieżki. bo jesteś moim najlepszym uczniem. Po prostu uwziął się na mnie. które zaczynają się na literę A. Kiedy podszedłem do niej. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną.zapytałem wzruszony jej słowami. . trawa się kołysała. że dostrzegę go w chwili. gdyż nie wyobrażałem sobie. zdążały za przewodniczką. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. Filip domaga się. zobaczyłem. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. odpowiedniej siedziby. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. Przeczuwam.Tobie jednemu mogę to wyznać.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . .Cóż z tego. którą już niegdyś widziałem.. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. co zaszło. zrozumiałem.My chcemy do stawu! . co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. Skakały przy tym tak wysoko.

Pobiegłem co sił do Akademii. które słabły już wskutek braku wody. niemal tyleż co żab. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. opowiedziałem im o tym.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . co zaszło. ale skoro los zesłał mi ciebie. Pan Kleks był tam. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. zwróć mi złoty kluczyk. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. co robił. błagam cię. Rozejrzałem się po sali. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. Żal mi było żab. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. . którzy nawinęli mi się po drodze. . wpadłem do szpitala chorych sprzętów. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. do czego wpierw mam się zabrać. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . zeskoczył na podłogę. Nie wydawały żadnych dźwięków. Poczekaj chwilę. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze.Tik-tak. królewo. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. oczywiście. a ocalisz wszystkie stworzenia.Kluczyk? Ależ tak.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie.rzekł rozdrażnionym głosem. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. jak zazwyczaj: . gdzie go schowałem. Na mój widok przerwał huśtanie. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. ale to. chętnie ci go zwrócę. zebrałem kilku chłopców. a może nawet jeszcze więcej. Adasiu.Adasiu. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu.Bim-bam-bom. pozostawionych bez wody. Nie pamiętam tylko. że uczę zegar mówić. Nie wiedziałem. jakby je kto polał wrzątkiem. Niektóre spośród nich. aby zajęli się losem ryb. że zabrał go pan Kleks. i namówiłem ich.rzekłem. ani do bajki o zielonej wodnicy. powtarzając raz po raz głośno: . Była ich nieprzebrana wprost ilość. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. Chce mnie po prostu zniszczyć. Ach. tik-tak.Kluczyk? . że robisz takie zdziwione oczy. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. zaraz do ciebie wrócę. Dosłownie maleję z dnia na dzień. tik-tak. porobiły się zupełnie czerwone. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach.Przykro mi. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. . ani w jego pokoju. rozkurczył się.O co chodzi? Przecież widzisz. . z trudem tylko powłóczyły kleszczami. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . Tak. to wszystko wina tego podłego Filipa. Zdaje się. Nie większy od Tomcia Palucha. które tu widzisz. Nie mogąc go znaleźć ani na dole.

Jestem ci niezmiernie wdzięczna . Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi. bo stracę do ciebie zaufanie. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. Masz. . pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. pobiegłem nad staw.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk. powtarzając za każdym odchyleniem: . zanieś go Królewnie Żabce. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka.Weź ją sobie ..Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. że wcale jej nie poczułem.Szkoda. Nie mogę już wcale do nich się dostać. .Biorę ten kluczyk.rzekł pan Kleks. Ale nie miałem przecież innego wyjścia.schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. że będziesz pokrzywdzony. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem.Za mną . Aha.Tik-tak. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki. Pan Kleks sposępniał. Musiałem ugasić płomyki świec. Następnie podziękowałem królewnie.zauważył szeptem . Wyglądał tak jak zazwyczaj.. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń... Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. jakby była pokryta emalią.Muszę ci wyznać ...rzekł po chwili. fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu.rzekła królewna. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. które przedsięweźmiesz. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów.że mam jeszcze jedną zgryzotę. . Fatalne to wszystko. Zaraz. tik-tak. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie. Mówiąc to. a była tak mała. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. . jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. . Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. .rzekła królewna.zalać wodą ze stawu. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. który jak domyślałem się . . w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. wielka szkoda! . Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim. ale nie sądź. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. . . tik-tak.

Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody. . . Po chwili i on również zawołał: . Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce.Teraz pójdziemy do domu na obiad. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. idąc za radą rybaka.A może pan profesor opowie nam ją teraz? . zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły.Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. .Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej.Nie! No. nie było już ani żab. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu. a po niejakim czasie. a gdy już był na wysokości ramienia. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. balonik! Istotnie. raz po raz powtarzał: . począł przybliżać się coraz bardziej. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej. . minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. a potem.odezwał się Anastazy. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko.wołał z zachwytem.odrzekł pan Kleks. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka. onik! Aga. Ale na to przyjdzie czas. onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. . ani raków. przedzierając się przez gąszcze drzew. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen.Uwaga. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. Gdy wróciliśmy do parku. dotarliśmy do muru bajek. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: .Na wszystko musi być odpowiednia pora . nie wyjmując z ust glinianej fajeczki.Aga. . mały punkcik. Szybko tedy zjedliśmy obiad. coś podobnego! . wiszący wysoko w górze.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: .Ruszyliśmy za nim. uginając się pod ciężarem koszów.

że zebrałem łyżką całą chmurę. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. . Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. otworzył wielką księgę. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. do piątej . Zapowiadała się straszliwa burza. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. którą zabrałem z kuchni. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para.błyskawicę. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. Nie oglądając się na nikogo. gdzie stał pociąg pana Kleksa. złożony z pudełek od zapałek. do szóstej . . przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. które rzędem leżały na ziemi.Ratuj. i jąłem nią rozgarniać chmurę. ławki i wieszadła. że się zbudziłem. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. okazało się. . do czwartej . łóżka. Zerwał się wicher. Gdy wyjrzałem przez okno. Wobec tego pobiegłem do kuchni. Adasiu. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg.Zawiozę was dzisiaj do Chin . mój pociąg! . Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. Gdy tylko znalazłem się na szczycie. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. ale w miejscu. wziąłem siedem szklanek. który powywracał pudełka od zapałek. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. tak jak zbiera się kożuch z mleka. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. nikogo już nie zastałem. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. stoły i stołki.oświadczył pan Kleks.wiatr. ustawiłem je na tacy.grzmot. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. szafy i półki. do czego służyć ma siódma szklanka. Nie wiedziałem tylko.Pan Kleks siadł przy katedrze.

Śnieg natychmiast stopniał. jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. nie mogąc znieść takiego upału. lecz z dołu do góry. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. . w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. unosząc z sobą wszystko. co tylko napotkał na drodze. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. Wpadłem tedy na pomysł. który parzył nas niemiłosiernie. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. . Wziąłem więc szklankę z wiatrem. . Wyglądało to tak. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. ale miał na sobie tyle surdutów. to znowu jakiegoś innego kolegę. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. Skutek był zdumiewający. na jakim siedział pan Kleks. a raczej złocisty wrzątek.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. . Pan Kleks. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. że jest to emaliowany niebieski czajnik. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością.wołał pan Kleks. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. uniesione w górę. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. ani nawet wiatru. to Anastazego. który wyglądał jak rzadki. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. . Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. Zrobiło się bardzo zimno. jedzie mróz. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. że pokrył cały park.Śniegu. zaczął szybko rozbierać się. to Alfreda. zupełnie taki sam. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę. że zdejmowanie ich nie miało końca. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. zawisły w niebie jak gwiazdy. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. jak fontanna tryskająca z ziemi. że po prostu nic nie było widać.Ukradłeś chmurę. Kiedy zobaczyłem. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu.Został tylko pan Kleks. tylko wielkości całego nieba. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. a srebrne widelce. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru.Coś ty narobił! . niebieskawy krem. Śnieg rozwiał się natychmiast. Rzeczywiście. że pan Kleks odmroził sobie rozum.Śniegu! . Równocześnie lunął rzęsisty deszcz.

w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. . Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. w której mieścił się grad. ale nic mi nie odpowiedział. Zapytałem pana Kleksa. tak niezręcznie nadstawił ręce.Doskonale! . obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność.Chętnie bym coś zjadł . nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. jedyną rzeczą. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. Znalazłem ją wśród pokrzyw. była szklanka z grzmotem. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. potem pączki. . .Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. jak się czuje bez głowy.Naprzód wypuścił liście. że pszczoły. Dawała tyle światła. Grudzień znów się stanie majem. że głowa potoczyła się w innym kierunku. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. a to z tego powodu. Przynieś go tutaj. Była cała poparzona. gdyż nie miał czym. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. którą posiadałem. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. Po chwili jednak stracił humor. . jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu.zawołał pan Kleks. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Pan Kleks stał bez głowy.powiedział pan Kleks. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. Wyglądało to tak. Niestety. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. bezradnie wymachując rękami. Tymczasem pan Kleks. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. że było widno jak w dzień. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. gdyż począł żałośnie jęczeć. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami.

Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk.Istotnie! .A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? .Pan Kleks maleje. gdzie był maleńki pan Kleks. a dwa spośród nich.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. niż był dotychczas? . Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze.. Była to piękna czerwona kula.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. W tej samej chwili obudziłem się. oblizując się smakowicie. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. rozsadzony od środka. Ratując go przed widelcami. zdaje się.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami. Sen o siedmiu szklankach. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek.. Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. pustej szklanki. .rzekł jeden z Aleksandrów. przypominająca owoc granatu. osaczyły mnie ze wszystkich stron. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce. Na krok nie wychodziliśmy z domu. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. pokrajał grzmot na ćwiartki.Sen o siedmiu szklankach. jednym słowem .zawołał jeden z Antonich. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks. No. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie. gdyż byłem bardzo senny.zapytał Anastazy. że Antoni i Albert.Nudno mi .. włożyłem do siódmej. . Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. stojącej na tacy. usiłowały dostać się do szklanki. . . szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: . że stał się trochę mniejszy. że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. A ja wam coś powiem . obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem. Nie brałem udziału w rozmowie.. rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek.odezwał się nagle Artur . i zaniosłem do kuchni. Czy żaden z was nie zauważył.

że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. .Śniło mi się.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . Nie ulegało wątpliwości. A to jest mój młodszy brat Alojzy. kurę na zimno. Nacisnąłem klamkę.Mam dla niego świeżutkie piegi.Jesteście pewno. Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. . cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa. głodni .Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! .Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. jego dziwaczny strój. gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. przedstaw się kolegom. . W przekonaniu. .zawołał Filip śmiejąc się znowu. cha-cha! Anatolu. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. pobiegliśmy do parku. Maleńki pan Kleks. zapukałem powtórnie.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . cha-cha! Nieprawdaż. panowie.rzekł z galanterią Anastazy. pieczywo. . Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. trochę sera. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. że wreszcie się obudziłem. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. Sądziłem. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. Nowi uczniowie pana Kleksa! .odrzekł grzecznie Anatol. którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. Drzwi były zamknięte na klucz. ale uderzenia nie ustały. . Wyraźnie rozpoznałem jego głowę.nikt mi nie odpowiadał.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca. . Udaliśmy się wszyscy do Akademii. Byli widać bardzo zmęczeni. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . Począłem więc nasłuchiwać. Obydwaj na A. nawet piegi na jego nosie. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. . Anatolu? . co zobaczyłem. potem jeszcze raz. Siedział na dnie szklanki i spał.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu.Jestem Anatol Kukuryk. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. Zbudziłem natychmiast Anastazego. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. To. masło. W szklance siedział pan Kleks.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. Ponieważ nikt nie odpowiedział. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. napełniło mnie przerażeniem. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . . cha-cha! Jeden ma na imię Anatol. Panowie pozwolą za mną. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. a drugi Alojzy.rzekłem.

bo cóż innego miałem uczynić. to będzie chluba waszej Akademii.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. Alojzy spał w dalszym ciągu. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku.odrzekł Anatol. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. zwykłym panem Kleksem. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. potem na podłogę. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. . głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. ja zaś udałem się do sypialni.Bardzo nie lubi. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa.pomyślałem. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. który spał w sąsiednim łóżku. . Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. . Wybiegłem za nim i widziałem. nie. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. . .Daj im kolację i niech idą spać.To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny.O. . chłopcy. nie zwracając na niego uwagi. żeby go budzić .śmiał się Filip zjadając kurę. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. Wróciłem do kuchni. . szybko rozejrzał się dookoła. Niebawem też zaczął się powiększać. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . żeby go budzić. .Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. Dobranoc.rzekł pan Kleks. "Coś się psuje w Akademii" . . jak się zachować.Pewno jest bardzo głodny.Poradźcie sobie beze mnie . Gdy kończyłem przygotowania. zeskoczył z talerzyka na krzesło. po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Szturchnąłem Alfreda. aby przygotować łóżka dla obu chłopców.zagadnął Anastazy Anatola. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie.Może obudzić pańskiego brata? . Alojzy bardzo nie lubi. Zerwał się na równe nogi. a rano z nimi porozmawiam. ten śpiący królewicz! . a po paru chwilach stał się normalnym.Zobaczycie.Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu. To zbyteczne! . i opowiedziałem mu .Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. jak po poręczy wjeżdżał na górę.

weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. Spróbuję. Wskazał przy tym na Alojzego. Jeśli nie będzie deszczu.zawołał od progu. którego obudziła nasza krzątanina.zwrócił się do nas pan Kleks. Gdy trzymałem go na rękach.Czy mnie słyszysz.Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. . . Chłopcy przyglądali się ciekawie.krzyknął znowu pan Kleks. panie profesorze. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: .Jestem. chłopcy . . Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. Był lekki jak piórko. poklepał po rękach. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. może mi się uda. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. . dłonią potarł mu policzki i czoło. który przez cały czas nawet nie drgnął. i rzekł uprzejmie: . Alojzy? . Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. Alfred zbudził śpiącego obok Artura.Dzień dobry. tylko lalką.Popatrzcie. Nazywam się Anatol Kukuryk. Adasiu. myśleć i mówić. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. chłopcy! . Muszę go nauczyć czuć. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. prawda? Alojzy nie drgnął. możecie pójść z Mateuszem do parku. Anatolowi. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. . Ale teraz już nic nie poradzę.szeptem o Anatolu i Alojzym. gdy okazało się.Nazywasz się Alojzy. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Alojzy nie drgnął. a to mój młodszy brat. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. . gdyż jestem zajęty.Alojzy nie jest żywym człowiekiem.

a przy tym pożerała nas ciekawość. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: . tak łudząco prawdziwe. z której ulepiona była twarz i ręce. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu.Połóż go na tym stole . że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału.A więc mogę tu zostać? . rozprostował plecy. . Okazało się.odparł pan Kleks . purpurowy z napięcia i wysiłku. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa.zapytałem nieśmiało. która pokrywała klatkę piersiową lalki. Zacznij od nóg. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy.rzekł do mnie . czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki. którą kochał jak brata. włosy. wyraz twarzy. wilgotna powłoka oczu.natychmiast zabierzemy się do roboty. . abym Alojzego rozebrał. miała elastyczność i ciepło.potrzebna mi będzie pomoc.Owszem .Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. układ ust. Skorzystałem z tego. po czym polecił mi. wszystko to było tak naturalne. . Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. ręce i paznokcie na palcach. zarys czoła. .Nogi mają już dosyć . Pan Kleks. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera.Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. Krótko mówiąc. Musisz uzbroić się w cierpliwość. wykonanie tej wspaniałej. . która stanie się sztucznym człowiekiem. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku. Zajmij się teraz rękami. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: .Kształt głowy. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. nosa i podbródka. Zachwyt nasz nie miał granic. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. Nawet masa. Pan Kleks odśrubował blachę.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę.

Poznajcie się z waszym kolegą. a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . dajcie mu coś do zjedzenia. . Alojzy! . posuwał się z wolna naprzód.Co Alojzy ma w głowie? . .Dzień dobry. Pan Kleks otworzył mu usta. drzwi od jadalni otworzyły się nagle. . spróbuj mówić teraz. Alojzy takim samym powolnym. ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu.. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.A-loj-zy Ku-ku-ryk.Doskonale .klasnął w dłonie pan Kleks .Macie go! .zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska. ..Czy Alojzy już chodzi? .Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni. Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę. . chłopcy. .No. a potem szybko zabrałem się do jedzenia. . .Powiedz jak się nazywasz! . siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .zawołał z tryumfem pan Kleks. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa. co działo się w szpitalu chorych sprzętów. Gdy byliśmy już przy deserze. wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. a wy.Dzień do-bry . olśniony widokiem lalki. Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku.Co robi pan Kleks? . Stawiając niezręczne i płochliwe kroki.Kiedy zejdzie na dół? .krzyknął mu w ucho pan Kleks. rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką.odezwał się pierwszy Anatol.doskonale! Siadaj teraz do stołu.A-loj-zy Ku-ku-ku.Czy mówi? .Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim.

poganiał nas i sprawdzał to. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. Domyślacie się zapewne. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. myli okna. Zdawało się. co moje prawe oko widziało na księżycu. Jadł coraz staranniej. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii.Daj-cie mi jeść. uprzątali ścieżki. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. abyście wyglądali schludnie i czysto. Poza tym proszę. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. cośmy zrobili. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust.Słuchajcie. w ruchach i w mowie. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. w Akademii zawrzało jak w ulu.Tak jest. jednym słowem. Otóż opowiem wam. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. Chciałbym.powiedział z bladym uśmiechem. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania.. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. Jedni z nas trzepali fotele i dywany. uczesał i ubrał. pucowali obuwie. zaglądał w najmniejsze szpary. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. . Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. gdy już opróżnił talerz. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. czyli historię o księżycowych ludziach. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. Mateusz bez przerwy krążył nad nami. panie profesorze! . Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. o co chodzi. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. kąpali się. a na trzeci dzień sam się umył. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: .zawołaliśmy chórem.Smaczne . inni zaciągali i froterowali podłogi. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. Czy mogę na was liczyć? . .

Tak go to rozgniewało. . . po czym pan Kleks ciągnął dalej: . Idźcie do swojej pracy. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. Myślę. . zaczęły się nagle unosić tumany pierza. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. lecz mechanizmu.Przewidziałem. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. to nie jest wina jego. co na nim stało. chłopcy. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju.rzekł z zakłopotaniem. Przez chwilę panowało milczenie. Alojzy roześmiał się głupio. które wietrzyły się na dziedzińcu.Będę wszystko niszczył. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. Okazało się. kto tu jest winowajcą. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. Byliśmy wściekli. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. Rozumiecie? Jestem bezsilny. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. i zasępił się bardzo. . Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. Ale jestem zupełnie bezsilny. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. meble i nasze ubrania. Artur.Nie chcę się opamiętać! . Jest to sekret Filipa. . który nożyczkami przecinał druty elektryczne. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. że nikt nie zwraca na niego uwagi. Jest po prostu cudownym tworem. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego.rzekł Artur.zawołał Alojzy. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. Obsiadło ono dywany. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. Zdaje mi się. to ja podziurawiłem poduszki. Z poduszek. ale i kuchnię. Dajcie mu.Alojzy. że cała nasza praca idzie na marne. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę.Stało się jednak inaczej.Trudno. opamiętaj się . wchodząc po schodach na pierwsze piętro. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. Ale to jeszcze nie koniec. . Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . W sypialni naszej ni z tego. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. który go skonstruował. który trzymał właśnie w rękach. gdy zobaczy. Czuję w tym sprawę Filipa. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. spokój.Nie znam mechanizmu Alojzego.

czemu wcale się nie dziwiłem.Nudno mi . odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. . . Alojzy zgodził się. obrzydliwym chłopcem. Wiem. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę.Nie prosiłem pana Kleksa. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. po nocach nie dawał nam spać. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. inteligencji i sprytu. Aczkolwiek była to już późna jesień. Skorzystałem z tego. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. Długo będziecie mnie pamiętali. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. którego nieustannie dręczył. . gdyż wiedziałem. Mogłem bez tego się obejść. pobiegłem do Akademii. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Mówił coraz głośniej.rzekł szeptem Alojzy. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. aby uczył mnie myśleć. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. potrącał i szczypał. . że ciało jego nie odczuwa chłodu. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna.Jesteście głupcy. potem jednak zaczęliśmy go unikać. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. Właściwie nie cierpię was wszystkich. Tak sobie postanowiłem. aż przyjemnie było spojrzeć. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. wreszcie jednak uspokoił się. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. Właśnie nigdzie indziej. że jestem zupełnie niepodobny do was. Zobaczysz. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. co ja jeszcze narobię. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. Był antypatycznym. Pokoje i sale lśniły czystością. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. tylko do Chin.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię.

biegnie wąska ścieżka. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. W swym tabaczkowym fraku. napoje gorące i zimne. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. Koziołek Matołek. Sala szkolna. czekoladki. wszystko. Kaczka Dziwaczka. winogrona i orzechy.Daleko. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. niedźwiadek Miś. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. kremy. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. stała się tak obszerna. krętymi korytarzami. kwiaty i owoce w cukrze. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. każdego znał osobiście. z Mateuszem na ramieniu. Muszę również stwierdzić. a więc kot w butach. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. z motyli i z pelargonii. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. Salę zaległa cisza. doznawałem uczucia dumy. lis-przechera. srebra i żelaza. co widziało. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. za rzeką. . Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. sny w pastylkach oraz zielony płyn. gdzie już nikt nie mieszka. mnie opowiedziało. za borem. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. Były tam różne torty i ciastka. kura znosząca złote jajka. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. Nie brak też było Arabów. Moje prawe oko bywało wysoko. a dookoła niej pluskały się złote rybki. którzy nazywają się Lunnami. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. pierniki. a nawet konik polny i mrówka.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. czapla i żuraw. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. kogo i jak mam obsłużyć. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. Widząc to. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. lody. a co najdziwniejsze. ustawiliśmy się pod ścianami. daleko. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. co bardzo ułatwiło mi pracę.

że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Z parku dolatywały krzyki. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. co robią. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. przypominającą żelatynę. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Był rozczochrany. ma nawet ręce i nogi. w którym spędzają czas wolny od pracy. wędrują z piętra na piętro. Widocznie zaszło coś szczególnego. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. misy. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. .. w Wielkiej Srebrnej Górze.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. to znaczy . które wybierają z miedzi. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. ubranie miał pomięte. trzask łamanych gałęzi. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. Są to przeróżne krążki. potężny i groźny król Niesfor. Światła Lunnowie nie posiadają. zapuszczają się w głąb swojej planety. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. które z siebie wydzielają. Żywią się zielonymi kulkami. posługują się różnymi promieniami. Wtedy właśnie stała się rzecz.płynąc. której nikt nie był w stanie przewidzieć. dowolne kształty. płytki. W dłoni trzymał sękaty kij. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Lunnowie nie posiadają ani ciała. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. ani kości. brak mu tylko twarzy. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. talerze.. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. brzęk tłuczonych szyb. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. długiego miecza. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. przekłuwa go ostrzem swej klingi. mieszka władca Lunnów. . Na południu półkuli księżyca. brudny. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego.

Jestem Wieszczką lalek. rozpłakał się. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. abyś natychmiast opuścił salę! . pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. aż wreszcie opustoszała całkiem. Kaczko Dziwaczko. bo cię zjem na obiad! Uciekaj.Hej! Panowie. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię.zawołał głosem. Rozległ się trzask. Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego. Pan Kleks zaniemówił. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami.A cóż to znaczy. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. panowie! . Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. Sala stopniowo opróżniała się.To jeszcze nie koniec. panie Kleks?! . odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. mrówko.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. zawołał: . Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. Roześmiał się jej szyderczo w twarz.Na twarzy jego malowała się wściekłość. Powstał popłoch nie do opisania.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. Żądam od ciebie. . . Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. który zamroził i przeraził wszystkich.krzyczał Alojzy . Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. . Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. nie mogąc znieść tej sceny.

Prawda. pan Kleks przeszedł obok niego. Mateuszu? . że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. przechodziło wszelkie wyobrażenie. co Alojzy wyprawiał w Akademii. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. Innym razem.drwił sobie na głos Alojzy. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. i zadumał się tak głęboko. popatrzył na nas. wcale nie przypuszczałem. przewyższał go niemal o głowę.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. Zdaje się. Rozejrzał się po pustej sali. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. chłopcy. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. . zapomniał. stojących pod ścianami. czego wcale nie zauważył. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. który był najmniejszy spośród nas. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. Jak już wspomniałem przedtem. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. że jest w powietrzu.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. Najważniejsze jest to. . Nie zwracając uwagi na Alojzego. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. Wreszcie pan Kleks się ocknął.Zobaczycie. Muszę zaznaczyć.Szkoda. Alfred. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych.Awda. jak gdyby nigdy nic: . że to. że spadł na półmisek z pieczenią baranią. że jeśli tak dalej pójdzie. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. awda! . że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. że czas już na obiad. że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. przedziwnych wydarzeń. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić.

A co z nami się stanie. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. meble i sprzęty zmniejszyły się. Zrozumieliśmy. Przykro mi będzie rozstać się z wami. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. które stały się już tak małe. Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. jak ręce dziecka. Park. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. słabła władza i powaga pana Kleksa. muszę stać. który dotąd przypominał rozległą puszczę. co was otacza. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . Spędziliśmy wspólnie cały rok. wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. a łóżka stały się krótsze. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna.Drodzy moi chłopcy. Rozumiecie chyba sami. co dzieje się dookoła was. pokoje zrobiły się niższe. nie dbał zupełnie o swoje piegi. Znajdziesz przy brzegu przeręblę. trzaskał drzwiami. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. wybijał kamieniami kolorowe szyby. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. Mówiąc do was. jaka jest tego przyczyna. tak jak gdyby się bał. Widzicie. jak od pewnego czasu zmalałem. do którego wróci. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. Również gmach Akademii skurczył się nieco. gwizdał. Mało tego . każdy z was ma swój dom. śpiewał na cały głos. opuszczał wykłady. . po czym klucz wrzuć do stawu.Alojzy wstawał. było nam wesoło i przyjemnie. panie profesorze? . nie mogliście nie zauważyć tego. Ot. Wszystko. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. kiedy chciał. Bądźcie przygotowani na to.Mój Anastazy. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. zmniejsza się i maleje. zmalał i przerzedził się. . Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. że zbliża się koniec naszej Akademii. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę.

wyleczone przez pana Kleksa. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. teraz zaś. stoliki. lśniły. okazało się. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. że nie było go również podczas wieczerzy. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. że byliśmy w tej samej sali. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. Rozglądając się wkoło.Panie profesorze . którą przez całe życie zachowałem w pamięci. dosyć. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. . chodźcie ze mną na górę. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. . krzesła. Mrok jednak zapadł tak szybko.No. uginające się pod ciężarem półmisków. blady jak płótno. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. Pan Kleks otworzył lufcik. złotymi i srebrnymi nićmi. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. i nagle stwierdziliśmy. przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną.ja wiem.zawołał . Pan Kleks zaniepokoił się bardzo.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. które dotąd stale były pozamykane. Tymczasem nadszedł wieczór.Była to bardzo wzruszająca scena. Gdy przyszła kolej na Alojzego. że nie ma go pośród nas. Były to stoły. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. łańcuchami. wpił się palcami w jego ramię: . chłopcy. spostrzegłem. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . leć czym prędzej i szukaj Alojzego. żeby tego nie robił. zegary. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. salaterek i waz. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. Byliśmy olśnieni. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. Nie chciał mnie usłuchać. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze.

cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. .rzekł pan Kleks głosem spokojnym. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. Nie rozumieliśmy. .Zniszczyłeś moje sekrety. że za coś podobnego groziło. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. że stała się rzecz straszna. zapisanych drobnym chińskim pismem. Spojrzałem odruchowo na sufit. cały wysmarowany sadzą. wspaniałym panem Kleksem. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. Dowiemy się wreszcie. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. rozmawiając szeptem między sobą.Mam sekrety pana Kleksa! . . poza innymi karami.Wobec tego ja zniszczę ciebie. lecz surowym. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem.wołał Alojzy. oto są sekrety. Wiedzieliśmy. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. Zrozumieliśmy. co to znaczy.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. ta znienawidzona przez wszystkich. W . Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. . zarozumiała i przemądrzała lalka. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę.zawołał zdyszany. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. wykrzywiona twarz pana Kleksa. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem. zuchwała.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. był o połowę mniejszy niż przedtem. Alojzy widząc. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. nacisnął ją parokrotnie. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. posadził go na stole obok walizki. kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. otworzył ją i postawił na stole. Nikt z nas nie znał chińskiego. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. aż potłukł je i starł na drobny proszek.Ja jeden tu czytam po chińsku! .. Alojzy . otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek. Kiedy wpłynął do sali. .Alojzy jest w sekretach pana profesora . Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. . wypędzenie z Akademii. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju.

. . Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. Był czerwony od mrozu i wściekłości. wypisana była cała wiedza. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. Były tam litery.mój Boże. . tam.A więc tak. które podepał i potłukł. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię.wołał trzęsąc się z gniewu. co potrafi Filip. powiększanie przedmiotów.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. panie Kleks! . Ja panu pokażę. otworzył ją. panie Kleks. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa.wybełkotał z przerażeniem w głosie.ta niegodziwa karykatura człowieka .Musiałem przełazić przez mur. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. Ja panu pokażę! . Niebawem będzie już po wszystkim. oddałem panu cały mój majątek.. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. unoszenie się w powietrzu. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. Alojzy. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. chłopcy. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął. Zamiast jednak martwić się.. tym wszystkim. żeby się do was dostać. leczenie chorych sprzętów. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud... którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. . co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. . Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. zabieram cię do domu.szeptał . Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Na tych porcelanowych tabliczkach. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. Alojzy wykradł mi moje sekrety. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał.Czemuż to nie otwieracie bramy? . Domyślałem się. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: .Alojzy. kiedy chce się zemścić. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. w tej walizce .syknął przez zęby. odgadywanie waszych myśli. . Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy ..Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Alojzy milczał.Nie przejmujcie się. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. Filip podbiegł do walizki.Mój Boże . płytki dźwiękowe... Czapkę i futro miał pokryte śniegiem.przestał istnieć. nie. Taka piękna lalka..

Gdy po chwili otworzyłem oczy. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. Szumiało mi w uszach. nie powstrzymywany przez nikogo. Cała Akademia. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. mroźna noc grudniowa. Usiadłem na ławce. Taki sam pan Kleks. Była piękna. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. aby nie usnąć. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. jakim widziałem go niegdyś w szklance. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. że niepostrzeżenie usnąłem. Filip. zabrał się do roboty. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. . Co się działo dalej. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. nie wiem. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. a przed oczami fruwały czerwone płatki. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. ale głos zamarł mi w krtani. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Był to pan Kleks. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. Nie spostrzegłem zupełnie. chłopcy!. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. aniżeli był przedtem. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu.

Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. Siedziałem na tapczanie.Bądź zdrów. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. Był wielkości śliwki. Tam. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. musimy się pożegnać. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. wiele innych. zdawało się. W miejscu gdzie przypadał park. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Mateusz. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. o Kaczce Dziwaczce i wiele. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. że pan Kleks był owym guzikiem. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń.Cieszę się. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . gdzie był mur. A stał się guzikiem. bajka o dziadku do orzechów. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. stała biblioteka. Kto wie. o krasnoludkach i sierotce Marysi. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. Po prostu zwyczajnym guzikiem. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. w której siedział zamyślony Mateusz. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. który udawał żebraka. Wyfrunął z klatki. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. krzaki i kwiaty. o włosach przyprószonych lekką siwizną. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. . Życzę ci powodzenia w życiu. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. Sądzę. Adasiu. nogi wydłużyły się. Przybierając coraz bardziej na wzroście. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. usiadł mi na ramieniu. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. o wilku. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. Był już nie większy niż mój mały palec. o rybaku i rybaczce. czekał tylko na ten moment. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. haftowany w drzewa. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. leżał piękny zielony dywan. potem zeskoczył na moją dłoń.

No. . a tyś uwierzył w jej prawdziwość.Napisałem tę opowieść. Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. . Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! . zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.zawołałem gubiąc się już zupełnie.zapytałem zdziwiony. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: .Jestem autorem historii o panu Kleksie . Mateusz. Po prostu opowiedziałem ci bajkę.odparł szpakowaty pan. mój chłopcze . . a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? .Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem.Kim więc jesteś. ale przecież nie miałem nawet czasu. . Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.odrzekł z uśmiechem. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . a potem nagle roześmiał się serdecznie.Przemówienie moje nie bardzo było udane. przeobrażony w człowieka. która tam leżała. . wysłuchał mych słów z powagą.Bajka zawsze jest tylko bajką. aby je sobie obmyślić i przygotować. gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je. sam bawię się znakomicie.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful