Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

muszę powiedzieć. co dałbym za to. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. a rano przytwierdza je z powrotem. ale za każdym razem na innym miejscu. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . Nie pamiętam. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji.zwykł mawiać do nas pan Kleks. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. jest to bowiem najwyższa odznaka. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. po czym chowa starannie do tabakierki. przymierza przed lustrem. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. mój chłopcze. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: .piegi. że jeszcze za mało umiem.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. imieniem Filip. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. a mianowicie . żeby otrzymać takie odznaczenie. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: . Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. Mateusz nie jest skory do rozmów. a zdarzają się nawet takie dni. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. czy wspomniałem już o tym. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. a teraz zażyjmy sobie piegów. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. Okazało się. i nigdy jej nie zdejmuj. Skoro tedy Mateusz zaniemówi. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. czerwone lub żółte piegi. ale pan Kleks powiada. . Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność.Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru .No. Dlatego też. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą.Noś ją godnie. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. że w ogóle z nikim nie chce gadać. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. Otóż wracając do Mateusza.

Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. w obawie o moje zdrowie. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. co sami wiedzą i umieją. każda moja łza. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. do długości mego ramienia i do mego oka. zabronił mi jeździć konno. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan. Nieprzebrane skarby i pałace. bogactwa. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. . Uczyłem się dobrze. stąpałem po perskich dywanach. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. jak i pośród ludzi. była liczona.jestem księciem. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. było to w połowie czerwca. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. Miałem cztery siostry. król. że o niczym innym nie umiałem myśleć. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. ojciec mój. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. z tym oczywiście. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. a wojsko było tak liczne i tak potężne. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. trzecia portugalską. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. Gdy ukończyłem siedem lat. złote korony i berła. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Dlatego też ojciec. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. drogocenne kamienie.Któregoś dnia. czwarta holenderską. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. Powtarzam ją tutaj w całości. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. druga włoską. jak to opisuje się w owych bajkach. gdy płakałem. że zdrapał sobie wszystkie piegi. jak go pogryzły komary.

nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. Rumak ruszył z kopyta. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. Krzyknąłem więc: . a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. Upojony tą nocną jazdą. skoro było powszechnie wiadomo. gdy zaś okazło się. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. stanie się jednak tak. bale i zabawy zostały odwołane. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. zapomniałem o zakazie ojca. Książę nie dosiądzie więcej konia. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. Zarówno uczeni. Gdy wjechałem do lasu. Niebawem zrozumiałem. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. które pamiętałem tak dobrze. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. Nie mogłem pojąć. że nie ma za nami pogoni. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. drżąc i parskając. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. zwolnił bieg. aż wreszcie stanął jak wryty. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. jak mój ojciec nad królestwem.jednak na próżno. Serce mi się kraje na widok jego smutku. dopóki nie ukończy lat czternastu. Ubrałem się po ciemku. ażeby cofnął zakaz . unosząc mnie nie wiadomo dokąd. Miałem wówczas osiem lat. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. o tym. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka.

ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. Półprzytomny z bólu i przerażenia. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. króla rozkazuję ci. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. dosiadłem Ali-Baby. Gdy wkradłem się do ogrodu. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. pozostawiając konia własnemu losowi. Niebawem przybyło ich tak wielu. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. oglądali mnie i badali. wyprężył jakby do skoku. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. abyś mi dał wolną drogę. była jeszcze noc. Strzał był niechybny. W chwili jednak gdy stałem nad nim. . zalewała się łzami. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. Czas upływał.-W imieniu. w prawe udo. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. Matka. czuwając przy mnie. który stawił sie na wezwanie mego ojca. Poczułem przeszywający ból. Wówczas odwiodłem kurek. i pocwałowałem w kierunku pałacu. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. wilku. Kiedy się rano zbudziłem. widząc swoją bezsilność. opuścili pałac. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Wilk skulił się. i krew sączyła się ze mnie nadal. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. ostry jak sztylet. gasłem i nikłem w oczach. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. Byli też i tacy. przeciągłe wycia wilków. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. za której cenę można było nabyć całe państwo. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. podziwiając jego wielki wspaniały łeb.

otrzymasz ode mnie tyle brylantów. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. Mówiąc to. w jaki sposób powstała twoja rana. Nie chcę być ministrem.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. Zastrzeliłeś króla wilków. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. Po tych słowach zbliżył się do mnie. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. ozdobioną na czubku dużym guzikiem.Weź ją. Jest to pierwszy król wilków.Wyleczyłem cię. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. ile ich pomieści się w tym pokoju.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. . uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . a wiedz o tym. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. rubinów i szmaragdów. mój mały książę. który padł z ręki człowieka. . Gdy niebezpieczeństwo minie. niegodzien jestem również pomnika. obejrzał ranę. mój mały książę. po czym ciągnął dalej: . pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. nikt już bowiem nie wierzył.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć.Doktorze Paj-Chi-Wo. a o nagrodzie pomówimy później. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. rana znikła bez śladu. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. Wiem. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. a jeśli zechcesz.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. i cały kraj był pogrążony w żałobie. .Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna.

niepokoiła mnie nieustannie. Myśl o tym. . mężowie żon. Chwyciłem najlepszą strzelbę. rubinów i szmaragdów. Rozsypywano po lasach truciznę. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. Lata biegły. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. znowu wziąłem się do nauki. mimo to napady wilków nie ustawały. Nikt nie widział. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Król raz po raz zmieniał ministrów. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. tępiono wilki w dzień i w nocy. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. ale byłem silny i odważny. Nie było takiej siły. Miałem wówczas lat czternaście. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi.Precz stąd! . Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . one jednak mnożyły się z taką szybkością.zawołałem z wściekłością w głosie. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. Gdy wyzdrowiałem. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. Zniknął bez śladu. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. że poczęły zagrażać całemu państwu. gdy jeden z halabardników. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. Już miałem wystrzelić. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. którędy następnie wydalił się z pałacu. Ze wszystkich stron kraju donoszono. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. że zabiłem króla wilków. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. gdzie zasiadali moi rodzice. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę.

poczułem okropną słabość. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. Pozostało mi to już zresztą na zawsze.myślałem. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. jakim jestem dzisiaj. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka.nie wiem.zostać ptakiem już na zawsze. Nie miałem czasu do namysłu. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. która dotknęła mój kraj. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. jeśli zechcę. że nie było na niej guzika. wydostać się z pałacu. Wzywałem pomocy. Co działo się potem . stać się ptakiem. . Strzelba wypadła z rąk. Stałem się szpakiem. rodzice moi już nie żyli. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. A więc mogę. gdy naraz spostrzegłem. psie. Gdy odzyskałem przytomność.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. Zemsta króla wilków była straszna. Wsie i miasta opustoszały. "Co tu począć? . Głowę miałem potłuczoną. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. oczy zaszły mi mgłą .ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków.. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. . pośród których szalały głód i rozpacz. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. wilki grasowały w pałacu. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. że ocalałem jedynie dzięki temu. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. abyś mi dał wolną drogę. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: .Jak wydostać się z tego piekła? O Boże.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. takim właśnie. zrozumiałem. Szybując nad ziemią. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. upłynęło sześć lat. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. a potem . uciec z tego niewdzięcznego kraju.

pogroził mi palcem i rzekł: . co kto o której godzinie myślał.. Niestety. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. co będzie w mojej mocy. z których każdy jest inny. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. będąc poza Akademią pana Kleksa . Postanowiłem uczynić wszystko. Krótko mówiąc .potrafi wszystko. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. królowa hiszpańska. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. gdzie się tylko da. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. Ach. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. ale którego wcale nie ma. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. Może zawsze z całą dokładnością określić. a pewna starsza pani. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. pan Kleks. które powinno być. której urwałem guzik od płaszcza. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony.czy to w tramwaju. jak gdyby był balonem. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji.Poleciałem kolejno do moich sióstr. czy na ulicy. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. jakie udawało mi się znaleźć. może unosić się w powietrzu. a nadto. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . której by nie potrafił. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. może usiąść na krześle.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. Przecież gdyby tylko chciał. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. obiła mnie parasolką. oddała mnie swojej służebnej. Poprzysiągłem więc sobie. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. Nazywał się Ambroży Kleks. Najstarsza z nich. który zauważył te moje myśli. którego zaciekawiła moja mowa.

są to zmyślone historyjki. Otóż Mateusz opowiedział mi. którzy na przykład uważają.. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. Takiemu.. . że mam pewno ze sto lat. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy.Awda. że pan Kleks te myśli zauważył. mój chłopcze! A po chwili. Są tacy. że jest głupi. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości.rzekł pan Kleks. Możecie sobie roić. panie profesorze. uśmiechnął się i rzekł do mnie: . stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. w każdym razie opowiedział mi. . aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach.Pomyślałeś sobie teraz. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. O świcie pan Kleks wstaje. . Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko. tak sobie właśnie pomyślałem. przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. Mateuszu? .zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. To wszystko.Słuchajcie. to mnie to wcale nie obchodzi. Nie wtrącam się do cudzych spraw.Są tacy. wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza.zapytał niespodziewanie Anastazy. chłopcy! Niektórym z was wydaje się.No. co wierzą. Być może.A moim zdaniem . ale pan Kleks?.. ale mnie się zdaje. że to nieprawda. Pewnego dnia. też są zmyślone? . dodał: . dlatego też zrobiło mi się przykro. używaną do oliwienia maszyny do szycia. że na drugim piętrze. kiedy spotkał mnie w parku. Nie dziwię się. . traci włosy. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. Nie mogłem tego pojąć. a bajki. patrząc na mnie badawczo. w które ja wierzyć nie mam zamiaru. co tak myśli. gdzie mieszka z panem Kleksem. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. powiedzcie. co tylko wam się podoba. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona. Prawda. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. awda! .Z bajkami bywa rozmaicie .ciągnął dalej pan Kleks . Istotnie. Długo jednak zastanawiałem się nad tym.

Bardzo nas to wszystko martwi. bo podczas snu pan Kleks wszystko. Dlatego też. . czy jest gruby. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. który ma prawo przebywać w niej. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń.Uwaga. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. ale to wszystko zapomina. ale nie wiadomo zupełnie. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. których ma niezliczoną po prostu ilość. gdy tego naprawdę potrzeba. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. tylko szpakiem. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. aksamitną cytrynową kamizelkę. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. czy chudy.według słów Mateusza . albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. sztywny. ak! Co znaczy: . że Mateusz nie jest psem. niezwykle obszerny. zwłaszcza podczas wiatru. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. kiedy mu się tylko spodoba. ażeby nie przygnieść Mateusza. który . co działo się przedtem. Jest to płyn. i to w dodatku z tyłu. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. ale pan Kleks obiecał. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. które chwilami. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. Pan Kleks jest średniego wzrostu. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. Nosi szerokie spodnie.tym. przypominają balon.Aga. kim jest ani jak się nazywa.przywraca w pamięci pana Kleksa to. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. gdyż zapomniał.

Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. Na nosie tkwią srebrne binokle. a motorniczemu spuchła wątroba. kolorowe szkiełka. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. co tylko zechce. bez dna. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. też ma na to sposób.Adasiu. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. że cokolwiek w nich się znajduje. pigułki na porost włosów. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. a niekiedy nawet trzeci pokój. powiększająca pompka. czarną jak smoła. w zależności od pory roku. i pójdziemy go ratować. czego nie widzi. Kieszenie spodni są. które się kiedykolwiek w życiu widziało. przybiegł z miasta Filip i opowiedział.rzekł do nas pan Kleks. co stało się tramwajowi. do czego służą one panu Kleksowi. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . które je osłaniają. zabierz ten fotel. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju. Pokryta jest ogromną czupryną. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. chłopcy. przy czym nieraz zdarza się tak. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. . Gdy zaś fotel jest zabrany. do drogi . jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. gdyż zdarza się nieraz. Ruszamy! Anastazy. akurat w tym miejscu. o którym jeszcze opowiem. senny kwas. W istocie. a kiedy chce zobaczyć to. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle. i okolona bujną zwichrzoną brodą. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. kilka płomyków świec. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu.Za chwilę już będę widział. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. i nigdy nie znać. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . bardzo przypominające mały rower. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. Mateusz opowiadał mi. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta.Przygotujcie się. mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. tabakierka z zapasowymi piegami. Pan Kleks może schować w nich. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. Jest tam flaszka z zielonym płynem. . W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. gdzie przypadało siedzenie fotela. moim zdaniem.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole.

angielski plasterek. po czym zbliżył się do motorniczego. Kilku tramwajarzy i mechaników. Po chwili zdjął z nosa binokle. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. wysłał oko na oględziny. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. jak zanurzyła się w wodzie. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. sapiąc i ocierając pot. Bo miał dużo ważnych spraw. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. Widzieliśmy wszyscy. jak pan Kleks. Rybak złowił go na wędkę. młoteczek. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. krzątało się dookoła zepsutego wozu.Gotowe . śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. mówiąc jego słowami. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach.można jechać! Po tych słowach motorniczy. poszła na dno. Gdy stały się już tak duże jak rower. . Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. całkowicie tamując ruch. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. Osie pokropił jodyną. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. osłuchał go dokładnie.rzekł pan Kleks . Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. Gdyśmy siedzieli nad stawem. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. . Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. który wił się w bólach. wyleczony przez pana Kleksa. a pan Kleks podążał za nami.

gdyż zjeżdża po poręczy. cztery metry od brzegu. Dlatego też jadam tylko to. Po prostu znikła bez śladu. wydymąją policzki. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. a jeden z Antonich o mało nie pękł. gdyby nie to. Nadymają się więc z całych sił. Właściwie nie można powiedzieć.Nie namyślając się długo. gdzie i kiedy zechce. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. gdy tylko pan Kleks się ubierze. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. lecz również w jego barwie. ale mimo to nic im się nie udaje. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . mówiąc: . Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. a więc motyle. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. naśladując ruchy pana Kleksa. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. a zwłaszcza wtedy. W tym celu nabiera pełne usta powietrza. że pan Kleks schodzi. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. że rano. Zauważyłem jednak. . co jest kolorowe. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. skoczyłem do stawu. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. ale może również unosić się swobodnie w górę. moi chłopcy .Wysyłam oko na oględziny. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. Dowiemy się zaraz. kto mieszka na księżycu. Na pożywieniu mi nie zależy. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. jakie są w czereśniach lub wiśniach. Pan Kleks jednak powiada. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. ale dotąd jeszcze nie wrócił.Zapamiętajcie sobie. kwiaty. gdzie leży pompka. Balonik niebawem uniósł się w górę. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. gdzie mi wskazał pan Kleks. Muszę dowiedzieć się. zawołał: . włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. a za mną kilku innych chłopców. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę.Wysyłam je na księżyc. że jada tylko specjalny gatunek motyli. . gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. gdy udaje się na połów motyli. schodzi na dół na lekcje.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki.

granatowych pończoch i białych trzewików. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. czyli ogółem dwadzieścia cztery. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. awać! Co znaczy: . Gdy je Mateusz otwiera. szary oczyszcza krew. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. długich spodni. która kapie prosto na nasze nosy. to najstaranniej myję się w środy.Udka. gdyż umieramy po prostu z ciekawości.Pobudka. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . białych. my jednak martwimy się okropnie. Jeśli chodzi o mnie. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. . zielony usuwa łupież. gdy spotka którego z nas taka kara. Szyby w oknach są różnokolorowe. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. niebieski poprawia wzrok. ile łóżek. żółty reguluje oddech. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. za którym przepadam. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. Otworów takich jest tyle. Oszołomiony z wrażenia. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. Są to niewielkie otwory w suficie. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Myjemy się bardzo chętnie. leciałem coraz wyżej i wyżej. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic.

że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. . Myślę. czego się uczymy. Ażeby każdy mógł zorientować się. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. jest ogromnie ciekawe i zabawne. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. Gdy wyschną już na proszek. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. które wszyscy zażywamy na noc. zwierząt i postaci. . abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. Naukę tę wymyślił pan Kleks. Kleksografia polega na tym.wszystko. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. chłopcy . Odbijają się w nich nasze sny i rano. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . do których dopisujemy odpowiednie historyjki. ani gramatyki. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. Sny niedobre. przedmiotów. ani kaligrafii. Tam suszą się one przez jakiś czas. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. które spodobały się panu Kleksowi. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. nie dokończone. jak w Akademii pana Kleksa. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. jak trzeba obchodzić się z atramentem. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. co pan Kleks danego dnia wymyśli. a po wtóre . Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. co śniło się każdemu z nas. a pozostają tylko te. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. wymyślone przez pana Kleksa. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. ani tych wszystkich nauk. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. przybierając kształty rozmaitych figur. Mateusz jest zdania.Pamiętajcie. Ponadto zapowiedział całej klasie. ogląda on dokładnie. wykładów. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. abyśmy wiedzieli. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo.

ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami.Wchodźcie ostrożnie. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. czy nosorożec. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. Były tam fotele bez nóg. popaczone stoły. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. po czym przemówił niezmiernie czule: . Opukał go dokładnie na wszystkie strony. odrzekł mi wielce zdziwiony: . mój maleńki? Już cię nie boli. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy. zepsute zegary. nauczę was również czytać palcami. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. deski się zrosły. nie mówiąc już o tym. sam natomiast zabrał się do pracy. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. po co to robi. który stał w rogu sali. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. Z jednej książki można otrzymać siedem. Zauważyliście pewno wszyscy. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . . powykrzywiane szafy. aby żadnego z nich nie urazić. Pamiętacie. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. Każdy sprzęt. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. Czy to ptak. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. którą następnie nawija się na szpulkę. tapczany bez sprężyn. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. bez liter. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. do którego zbliżał się pan Kleks. moi chłopcy . nie męcząc wzroku.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. .Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. popękane lustra. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. posplatanych w najrozmaitszy sposób. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. Gdy zapytałem go. prawda? Gorączka minęła.No co. Jest to największa pasja Pana Kleksa. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. musicie uważać.

Wkrótce już będziesz zdrowa. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. ale nic. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę. przeszukiwaliśmy zakamarki. Rozpoczęły się poszukiwania. przyłożył ucho do jej pleców. dopóki zguba się nie znajdzie .rozczulał się nad nim pan Kleks . zapuszczać kropelki. zegar nagle wydzwonił godzinę.Nie wyjdę stąd. nie było już ani śladu pęknięcia. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. Jest już zdrowe . Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa.Biedactwo . Byliśmy po prostu zdumieni. łykał pigułki na porost włosów. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. wszystko będzie dobrze. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. .Podczas gdy stół cichutko skomlał.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie.zawołał do nas wesoło pan Kleks. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. gdy nagle okazało się. No. tylko się nie martw. Mówiąc to. kąty i skrytki. . i rozmyślał. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce. . a gdy po chwili odlepił plasterek. jodynować wahadło. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze.bądź tylko dobrej myśli. . ilu nas tylko było. bardzo uważnie wysłuchał. tik-tak. pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. Mateusz fruwał po całej sali.Patrzcie.powiedział pan Kleks. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia.Jutro cię jeszcze odwiedzę . Pan Kleks również był bezsilny. tik-tak". Na ścianie wisiało pęknięte lustro. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital.zapytał pan Kleks. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. Poszukiwania nasze trwały długo. Następnie zbliżył się do szafy. uczcie się. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. .tyle musisz się nacierpieć. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . Wszyscy. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach.rzekł pan Kleks . . .Jak tam? . chłopcy. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego.oznajmił pan Kleks.

co tylko mogły w sobie pomieścić. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. na lekcję geografii. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. w którą właśnie trafił czubek trzewika.Radom! . wymieniać równocześnie miasto.Gorąco-gorąco! .Skierniewice! . lustra usiłowały odbić po kolei wszystko.Zimno-zimno-ciepło. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał. Okazało się. pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. gdy któryś z nas popełniał błędy.Londyn! . same zabrały się do szukania zguby. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko.Australia! . . wreszcie piec. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. Cała zaś sztuka polegała na tym. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek.Nic też dziwnego. powtarzał nieustannie: . Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: .Tatry! . jak do gry w piłkę nożną. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Wisła! . zimno-ciepło-ciepło. rzekę albo górę. Mateusz był sędzią.wołał piec. aby uderzając w piłkę nogą. chore sprzęty.Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa.

a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka. okazywało się bowiem. czy też może do Sindbada Żeglarza. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . że nauczycie moich krasnoludków geografii. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus.Berlin! . Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka. ale pod warunkiem. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus.zawołał Anastazy. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. Byliśmy ogromnie zakłopotani. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . . opcy! Co miało oznaczać: . krajów i mórz. Albert pomieszał Kielce z Chinami. popychaliśmy jeden drugiego. który był najśmielszy z nas wszystkich. Gra ta bawiła nas niesłychanie. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. że u was jest przecież lato . że wzbił się on niezmiernie wysoko. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze.Zapomniałam. a wraz z nią dwunastu jej poddanych. gdyż nie wiedzieliśmy. Mateuszowi pot spływał z dzioba.Uwaga.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. . czy do Trzech Świnek.Doskonale! Bardzo chętnie! . Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. mimo to jednak zwracam ją wam. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic.. co począć.Aga. a następnie spadł nie na boisko. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. ja sapałem jak miech kowalski.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. przewracaliśmy się na ziemię.

wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. Artur sprząta salę szkolną. ale wstęp do kuchni był zabroniony. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. że dbają o jej czystość. hej-ho. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. które zaprowadził tam pan Kleks. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. to znaczy. cerują pończochy i przyszywają guziki. Stał na nim pękaty szklany słój. dosypał garstkę białego proszku. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. ja zaś udałem się do kuchni. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. Anastazy otwiera i zamyka bramę. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił.Hej-ho. że nie jestem ze śniegu" . cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. od których woda w rondlu natychmiast . Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. napełniony płomykami świec. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. To Mateusz wzywał nas na obiad. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu.pomyślałem sobie. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. Gdy tak stałem zamyślony. sypialni oraz na schodach. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. dolał wody.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

pierścienie z drogimi kamieniami. Artur uważnie oglądał gwizdek. że wystarczy na nim zagwizdać. . Zanim zdążyliśmy się opamiętać. tabakierki. O czwartej mamy pójść do miasta. skrzypce ze złotymi strunami. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki.A wy coście znaleźli? .oświadczył pan Kleks.A to ci dopiero skarby! . uszanujcie moją wolę. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. ruszyliśmy w kierunku stawu. gdzie się być pragnie. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej.mnie w spokoju. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. A teraz nie traćmy więcej czasu. aby znaleźć się tam. . przyłożyłem go do ust i zagwizdałem.To są nieocenione skarby .rzekł do nas po chwili. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. zazdrościli nam bardzo naszej przygody. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. że zostały . staliśmy na ziemi u stóp dębu. co dzisiaj znalazł . jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów. Były więc złote monety. Wobec tego. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. gdzie była poprzednio. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. Wziąłem z rąk Artura gwizdek.zawołałem ze śmiechem. sznur pereł. .Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. kubek z ametystu. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. Przejęci naszą przygodą. . srebrne talerze. Słysząc te słowa. .

Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. Wiedziałem. zrozumiałem. w jaki sposób wrócić na ziemię. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. wyczerpany lotem. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. Stałem wprawdzie na ziemi. okazało się jednak. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. Zauważyłem. kiedy mu się zachciało latać. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo.jeszcze trzy kwadranse. Widziałem. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. gdyż obawiałem się. aż wreszcie tak jak przewidywałem. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. Szybko zapadał mrok. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. tak jak każdy inny mur. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. wstrzymywałem oddech. płaczem i strachem. i co przy tej sposobności widział. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. Jest to bardzo ciekawa historia. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Wreszcie. że już gotów jestem do lotu. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. zapadłem w głęboki sen. wobec żądania pana Kleksa. nie wiedząc kiedy i jak. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. ale wszystko na próżno. natrafiłem . nie pozostawało mi nic innego. spodziewałem się. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. jak to było wtenczas. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. Teraz jednak. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. że nikt mi nie uwierzy. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. Bajek nie było nawet śladu i mur. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. park malał i jakby uciekał w dół. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto.

gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. wesołym szczekaniem. Zdziwienie moje nie miało granic. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi. że aż mi serce mocniej zabiło. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący.Nie dziw się. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. . Zdawało się. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco.Reksie mój drogi. może mi objaśnisz. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. ale z moich ust wydobyły się słowa. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. wiele wyżej. mlasnął językiem i zaszczekał. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. on zaś polizał mnie tak czule. Niech cię to nie martwi. wesoło poszczekując i merdając ogonami. Po krótkim wahaniu zapukałem. kto do nas zawita. wiesz o tym. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach.Reks . Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. udając się do ludzkiego raju. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę.odpowiedział mi Reks długim. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. to ty? . Reks łasił się do mnie bez przerwy. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj.Hau! hau! hau! . ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . Psy bardzo kochają ludzi. Czy się domyślasz. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. gdzie jesteś? . a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami.Reks. każdy. jak i my. Trafiłeś po prostu do psiego raju. Od bramy prowadziła szeroka ulica. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. Adasiu. spróbowałem szczeknąć lub warknąć.Pojęcia nie mam . Różne inne psy z zaciekawieniem. których dotąd zupełnie nie znałem.na dużą bramę z matowych szyb. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . rozbawionych szczeniaków. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. Chcąc naśladować psią mowę. jak gdyby spotkał starego znajomego. otoczone prześlicznymi ogródkami. a raczej nieduże domki.wołałem . zawadza o nas. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks.odrzekłem. .

Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie. dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa.mówił Reks. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni. Popatrz. a Reks ciągnął dalej: . Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . że ci przedstawię moich przyjaciół. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. . pan Niezgódka. ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. Istotnie. .Jakie to dziwne . . nazywa się ulicą Białego Kła . oto jest ten plac. o tym.Pozwoli pan. To nieprawda. jeszcze inne łapały muchy. Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. który pilnuje naszej bramy. Adasiu . przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze. a to owczarek Kuba.rzekł Reks . Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. Lordzie . . Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. a to pekińczyk Ralf. którego poznałeś.dodał zwracając się do mnie . Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. ma na imię Glu-Glu. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. Oto buldog Tom. Mój przyjaciel. . Niektóre z nich bawiły się piłkami. którą teraz biegniemy.że jesteś właściwie niedelikatny.A teraz . Ten pudel. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. . Nieraz też zastanawiałem się nad tym.Bardzo mi przyjemnie . a to dobermanka Kora. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. Rozejrzałem się dokoła. Żaden Pies nigdy nie bywa zły. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. Chodź. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. że się przedstawię. Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron.pozwól. inne ssały kawałki cukru. . jak u siebie w domu. Od Reksa dowiedziałem się.Jestem Adam Niezgódka. dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. a może nawet jeszcze lepiej.Ten szpic ma na imię Azorek. Plac był po prostu wspaniały. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. Nazywam się Lord.Ulica.Powiem ci.że ludzie nie rozumieją naszej mowy. w psim raju.odrzekłem.ciągnął Lord . Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi.przerwał mu Reks . . Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. a ten piękny chart to chluba naszego raju.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. o którym nigdy dotąd nie słyszałem.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. wdzięczne psy.

.Nic łatwiejszego! . Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. i umorusanych. chociaż deszczów u nas nie bywa. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . Reks nacisnął wystający ze ściany kran. .zapytałem. .Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli.zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka. chłopców czystych. po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. Zauważyłem nadto. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem.Jestem dręczycielem.mówił jeden. ulica ta przedstawiała widok niezwykły. . .rzekł Reks .Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. Nigdy nie rozstaje się z parasolką.Jestem dręczycielem.mówił trzeci. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . Istotnie. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem . . . . W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. . Gdy rozgościliśmy się w salonie. A ta para jamników to Sambo i Bimbo.ku memu wielkiemu zdziwieniu .mówił czwarty.Codziennie .Ta wyżlica to pani Nola. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia.Jestem dręczycielem. które zjadłem z wielką przyjemnością. Wstyd mi się przyznać.Jestem dręczycielem. którą zjadłem ze smakiem. gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko .A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . Zobaczysz coś ciekawego. starannie ubranych. a słońce świeci od spodu.mówił drugi.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków. rozczochranych brudasów. czyli około pół kilo czekolady. gdyż zacząłem odczuwać głód. . Ten wielki dog nazywa się Tango.Bardzo chce mi się pić.Reks utorował mi drogę do pomnika. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami. jesteśmy przecież w raju. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: . zapewne dzieciarnia mego przyjaciela.zawołał wesoło Reks. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju. że krzywe nogi są najładniejsze. Na ganku leżały poduszki i dywany. z którego . Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. Czekolady nam nie brak.

Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. miód i inne smakołyki. że nie powinienem o to pytać. Jak mnie objaśnił Reks. skąd w psim raju bierze się czekolada. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa.Chodź . ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. Były tak smaczne. kapelusze.my jesteśmy w raju. którzy dręczą psy. Stwierdziłem ze zdziwieniem.Istotnie . czapraki. Bardzo mnie interesowało. grzecznie podziękowałem. że nie mogłem się od nich oderwać.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. ale ty łatwo możesz się rozchorować. . ogródki salcesonowe. . liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę.Nie wiem. skąd biorą się parasolki. . jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem. że wszystko to im się tylko śniło.Opamiętaj się . Było mi wesoło jak nigdy dotąd. . Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. po czym wracają do domu w przekonaniu. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. więc nam nic nie może zaszkodzić. że Reks począł niespokojnie węszyć. że na to właśnie jest raj. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy.ostrzegł mnie Reks . nigdy nie zachodziło. gdzie mieszkał Reks. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. Pomyślałem sobie zresztą.odrzekłem . chłopcy. gdzie stały karuzele. Wracając na plac Doktora Dolittle. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. dostają się do psiego raju podczas snu. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli.macie tutaj rajskie życie. Uważałem jednak. Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. biszkopty. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle.rzekł do mnie. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. idąc więc śladem Reksa.Zjemy coś lekkiego. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. czy szanowny pan zauważył. że udało mi się uniknąć takiej hańby. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . Byłem szczęśliwy. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. a potem wrócimy do domu na serdelki. huśtawki. ulicę Baniek Mydlanych. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową.

Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. kierując się wskazówkami.i zaproponował mi. . . Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. ak! . Leżeliśmy tak.zagadnąłem Reksa .odrzekł Reks. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. którą tak pogardzałem w domu. wesoło pogwizdując.Aga. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju.Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. Sprzykrzyły mi się biszkopty. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. co jego zjedzenie. W ten sposób obliczymy tutaj czas. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. aby dowolnie kierować swoim lotem. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. Uprosiłem Toma. . Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. Leciałem obok Mateusza. Tak sobie gawędząc z Reksem. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. że upłynął jeden dzień. Był to list od pana Kleksa. że cię znowu widzę! . Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. wiemy. stał się jak mały niebieski obłoczek. Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. które zbiegły się na widok Mateusza.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. abym wyciągnął się obok niego.zawołałem. . Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa.Bardzo prosto . aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca.Mateusz! Jak się cieszę. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. których udzielił mi w liście pan Kleks. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. żeś po mnie przyleciał. ak! Aga. wydąłem policzki i uniosłem się w górę.Jak to dobrze. który pouczał mnie. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka. Mateusz leciał nade mną.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . . na które patrzyłem z obrzydzeniem. co by było. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. . po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić.

który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny.krzyknął mi w ucho Mateusz. Opowiedziałem więc wszystko. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. Mój przyjaciel. inżynier Kopeć. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. Opisałem lekcję kleksografii. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. Idziemy. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. który miał zawieść nas do fabryki. Proszę ustawić się w czwórki. Droga początkowo prowadziła przez miasto. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Okazało się. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. schludne miasteczko. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. przędzenia liter. . Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. po chwili dostrzegłem mury Akademii. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . odmalowałem kuchnię pana Kleksa. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. co znaczyło: .Akademia już blisko! Rzeczywiście.Emia uż isko! . Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. . Jak nam objaśnił pan Kleks. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. że nigdy już więcej nie będę latał. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. Nie umiem po prostu opisać radości.

Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. Tylko pamiętajcie. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach.zwrócił się do nas . chłopcy . ak! . a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. dopiero co utoczone. Praca wrzała. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. . dziurki w nosie i dziurki w uszach. i włożył je do nosa na miejsce starych. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej. chudy. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Stał na cienkich. długich nogach i wymachiwał cienkimi. wybrał sobie dwie nowe. tryskających z pasów transmisyjnych.Aga.Był to wysoki. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. że ci zaprezentuję moich uczniów. Wyglądały .A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek.rzekł pan Kleks. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. mój Ambroży. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. inne zawieszone były na linach i dźwigach. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia.w fabryce nie wolno niczego dotykać.rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. . palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki.Pozwolisz. kochany Bogumile. Jest ich dwudziestu czterech . Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. długimi rękami. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik.dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. . Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem. elektrycznych świdrów i tokarek. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością.

Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. których nazw nie znaliśmy wcale. Gdy opuściliśmy fabrykę. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . zdaje . od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi.i dziesięciokilowych skrzynek. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. . które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. zielonych i czerwonych. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. a więc dziury na łokciach. źle wypolerowane. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. dziury w moście. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. Popękane. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. a robotnicy pracujący przy nich musieli. na których je toczono. W ostatniej hali mieściła się pakownia.ślicznie. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. a nawet dziury w niebie. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy.zauważył pan Kleks. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. było już prawie ciemno. Okazało się. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. wystawały wysoko ponad dach fabryki. gdzie przetapiano je ponownie. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów.

które przechowywał w kieszonce od kamizelki. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. Bolesne ukłucia. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. korzystając z nieobecności domowników. Na to. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. wskazywały na to. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. na piecach i pod stołami. formowały się w klucze. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. w kątach. by przejść z pokoju do pokoju. wirującą w powietrzu chmurę. opadł wreszcie z sił. . Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. było już zupełnie ciemno. że po chińsku. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. przez który usiłowałem przebiec. Pan Kleks. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. Wdzierały się do ust i nosów. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju.się. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. Pan Kleks. który niezwłocznie ruszył. ale wcale ich przez to nie ubywało. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. który dotąd . trzeba było zamykać oczy. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. sale. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. wojowniczością i odwagą. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. Chodziliśmy po omacku. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. na tle łuny bijącej od fabryki. w czworoboki. zamyślał się głęboko. W domu czekała nas przykra niespodzianka. Wszystkie pokoje. kotłowały się we włosach. W ciemnościach wieczoru. który zrozumiałem. że nie było go wcale spoza nich widać. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. jak wielkie eskadry samolotów. Pan Kleks.prowadził z muchami zaciętą walkę. gdyż jedyny wyraz.fruwając po pokojach . Nieznośne te owady. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. W pewnej chwili do pokoju. Leciały w bojowym szyku. pragnąc uniknąć ścisku. wpadały do oczu. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos.

wrócił do swej normalnej wielkości. że nie był to sen przyjemny ani błogi.krzyżaka. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. że działanie powiększającej pompki ustało. mydło i szklaną rurkę. które go szczelnie obsiadły. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. Muchy rzucały się na ich tęczową. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. że najście much. Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. nie mogliśmy wyjść z podziwu.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. Gdy był już wielkości kota. pożerał ich szturmujące oddziały. sale. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. Pan Kleks nie ustawał w pracy. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. Pająk zaczął się zmniejaszać. Niebawem wszystkie pokoje. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. Setki i tysiące much. Jedynie głośne. zdarty niby skalp z pleców pająka. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. tak był oblepiony przez muchy. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. razem z nimi opadały na podłogę. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. paczkę gumy arabskiej. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. nie zdołało zakłócić jego snu. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. tajemniczą rozmowę. kazał nam wyjść z gabinetu. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. wysysał z nich wszystkie soki. . Wypuszczał coraz to nowe bańki. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. która uwolni naszą Akademię od plagi much.

I to nieodwołalnie. który opisuję. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Alfred wycinał fujarki. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. Pan Kleks nie mylił się. Przyprowadzę go w tym tygodniu. ani pańskich uczniów. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Anastazy strzelał z łuku. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. gdyż jak oznajmił. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. jeden z Antonich. obserwował życie mrówek. I nie zwracając na nas uwagi. Zając nagle poruszył się. Nie będę więcej strzygł ani pana. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . że kalafiory. Dla niego miała być ta Akademia. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. które dla nas przyrządził. Nie przypuszczałem. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. wyszedł z Akademii. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. co mu się tylko podobało. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. że Filip chyba zwariował. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Na tym kończy się opis jednego dnia. Albert zbierał kasztany i żołędzie. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. gdyż zaczął się głośno śmiać. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. Pan Kleks był nie w humorze. Pan Kleks przygarbił się nieco.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. panie Kleks. Gdy owego dnia. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera.

podziwiając zwłaszcza żaby. W dodatku ostatnio zwariował. Skakały przy tym tak wysoko. Królewno Żabko? .Tobie jednemu mogę to wyznać. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. Cała woda była spuszczona.Cóż z tego. Kiedy podszedłem do niej. którą już niegdyś widziałem. Powymyślał dla nich nowe imiona. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. że to Królewna Żabka. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. omijając drogi i ścieżki. zgadując moje myśli. Zobaczysz. że same ułożyły się w figurę mego zająca. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . chłopcze.zapytałem wzruszony jej słowami. odpowiedniej siedziby. zrozumiałem. Chociaż jestem z innej bajki. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. Pan Kleks.A dokąd je prowadzisz. zobaczyłem. że ma złotą koronę na głowie. ryby i raki na pastwę losu.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . trawa się kołysała. że dostrzegę go w chwili.Poznaję cię. . które w zgodnych podskokach. Towarzyszyłem im przez pewien czas. . i domyśliłem się od razu. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. co zaszło. na farbach i na szkiełkach. nie ulegało wątpliwości. że ta historia bardzo żałośnie się skończy.zarechotały chórem żaby. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku.. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. . które zaczynają się na literę A. aby się przyjrzeć. rzucił je na podłogę tak zręcznie. Nic też dziwnego. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. pozostawiając wszystkie żaby. i grozi mi.My chcemy do stawu! . krzaki chwiały się. jeśli taki gdziekolwiek istnieje. . że pochód ich przypominał żabi cyrk. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej.odrzekła. gdyż nie wyobrażałem sobie. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie. zdążały za przewodniczką. Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. Czy widzisz. gdy będzie wracał do Akademii. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. Udałem się więc do parku w nadziei. . Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. . bo jesteś moim najlepszym uczniem. Po prostu uwziął się na mnie. Filip domaga się. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. że znam się na kolorowych proszkach. Przeczuwam.

Niektóre spośród nich. zwróć mi złoty kluczyk. pozostawionych bez wody. Poczekaj chwilę. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii.Kluczyk? . Nie wydawały żadnych dźwięków. Nie wiedziałem. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. Chce mnie po prostu zniszczyć. które tu widzisz. gdzie go schowałem. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. ani w jego pokoju. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. do czego wpierw mam się zabrać. zaraz do ciebie wrócę.rzekł rozdrażnionym głosem. że robisz takie zdziwione oczy. opowiedziałem im o tym. aby zajęli się losem ryb.Adasiu. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. rozkurczył się. Nie większy od Tomcia Palucha. Pobiegłem co sił do Akademii. zeskoczył na podłogę. Była ich nieprzebrana wprost ilość. a może nawet jeszcze więcej.Przykro mi. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. Tak. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. Adasiu. Pana Kleksa żaden z nich nie widział.O co chodzi? Przecież widzisz.rzekłem. zebrałem kilku chłopców. . niemal tyleż co żab. ale skoro los zesłał mi ciebie. Zdaje się. tik-tak. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. i namówiłem ich. które słabły już wskutek braku wody. jak zazwyczaj: . Rozejrzałem się po sali. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. Na mój widok przerwał huśtanie. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . Dosłownie maleję z dnia na dzień.Tik-tak. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . Nie pamiętam tylko. tik-tak. chętnie ci go zwrócę. że uczę zegar mówić. co robił.Bim-bam-bom. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. to wszystko wina tego podłego Filipa. jakby je kto polał wrzątkiem. Pan Kleks był tam. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. porobiły się zupełnie czerwone. oczywiście. co zaszło. królewo. że zabrał go pan Kleks. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. Ach.Kluczyk? Ależ tak. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie. a ocalisz wszystkie stworzenia. . którzy nawinęli mi się po drodze. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . błagam cię. powtarzając raz po raz głośno: . ale to. . ani do bajki o zielonej wodnicy. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. . Żal mi było żab.Zawsze musicie mi przeszkadzać! .

. .Muszę ci wyznać . Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni.Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. tylko był znowu cokolwiek mniejszy..że mam jeszcze jedną zgryzotę. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów. . Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. ale nie sądź. .zalać wodą ze stawu. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach.rzekła królewna. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. Fatalne to wszystko. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi. . zanieś go Królewnie Żabce. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. Nie mogę już wcale do nich się dostać. tik-tak.rzekł po chwili. .rzekł pan Kleks. a była tak mała. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. pobiegłem nad staw. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie.. bo stracę do ciebie zaufanie. . jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. Następnie podziękowałem królewnie.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków.Weź ją sobie . które przedsięweźmiesz.Biorę ten kluczyk. . Aha. Musiałem ugasić płomyki świec. wielka szkoda! . powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka.Tik-tak. że wcale jej nie poczułem.. Masz.zauważył szeptem . .rzekła królewna. Wyglądał tak jak zazwyczaj. który jak domyślałem się . jakby była pokryta emalią.. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk.schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. powtarzając za każdym odchyleniem: .Za mną . Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. Ale nie miałem przecież innego wyjścia. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. że będziesz pokrzywdzony. Zaraz. Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim.Jestem ci niezmiernie wdzięczna . fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu. tik-tak. . Pan Kleks sposępniał.. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy.Szkoda. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. Mówiąc to. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki.

Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. nie było już ani żab. Szybko tedy zjedliśmy obiad. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka.odezwał się Anastazy. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: . uginając się pod ciężarem koszów. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: . gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły. balonik! Istotnie. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody.wołał z zachwytem.Uwaga. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. mały punkcik.Aga.Na wszystko musi być odpowiednia pora . Po chwili i on również zawołał: . . nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. . począł przybliżać się coraz bardziej. raz po raz powtarzał: . .Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. a po niejakim czasie. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. dotarliśmy do muru bajek. onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. . skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. przedzierając się przez gąszcze drzew.A może pan profesor opowie nam ją teraz? . pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. Ale na to przyjdzie czas. Gdy wróciliśmy do parku.Teraz pójdziemy do domu na obiad.Nie! No. wiszący wysoko w górze. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. . onik! Aga. coś podobnego! . zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. a gdy już był na wysokości ramienia.odrzekł pan Kleks. ani raków. a potem. idąc za radą rybaka. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. .Ruszyliśmy za nim. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej.

które rzędem leżały na ziemi. którą zabrałem z kuchni. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. do piątej . który powywracał pudełka od zapałek. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. . i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. do czwartej . do czego służyć ma siódma szklanka. ławki i wieszadła. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. Gdy tylko znalazłem się na szczycie.oświadczył pan Kleks. . ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. Zerwał się wicher. Nie wiedziałem tylko. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. że się zbudziłem. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę.Zawiozę was dzisiaj do Chin . przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. Nie oglądając się na nikogo. gdzie stał pociąg pana Kleksa. złożony z pudełek od zapałek.grzmot. do szóstej . Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. Wobec tego pobiegłem do kuchni. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. łóżka. ustawiłem je na tacy. mój pociąg! . Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. że zebrałem łyżką całą chmurę. .Pan Kleks siadł przy katedrze. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. otworzył wielką księgę. Adasiu. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para. tak jak zbiera się kożuch z mleka. okazało się.błyskawicę. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. ale w miejscu.wiatr. i jąłem nią rozgarniać chmurę. nikogo już nie zastałem. stoły i stołki. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. szafy i półki.Ratuj. Zapowiadała się straszliwa burza. Gdy wyjrzałem przez okno. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. wziąłem siedem szklanek. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki.

zupełnie taki sam. Śnieg natychmiast stopniał.Śniegu! .wołał pan Kleks. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. na jakim siedział pan Kleks. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. Wpadłem tedy na pomysł. Śnieg rozwiał się natychmiast. Pan Kleks. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. nie mogąc znieść takiego upału. to znowu jakiegoś innego kolegę. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. który wyglądał jak rzadki. Wyglądało to tak. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. . że pan Kleks odmroził sobie rozum. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale.Został tylko pan Kleks. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. Zrobiło się bardzo zimno. a raczej złocisty wrzątek. tylko wielkości całego nieba. zawisły w niebie jak gwiazdy. Rzeczywiście.Coś ty narobił! . niebieskawy krem. zaczął szybko rozbierać się. . Wziąłem więc szklankę z wiatrem. ale miał na sobie tyle surdutów. a srebrne widelce. jedzie mróz. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu.Śniegu. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. uniesione w górę. to Alfreda.Ukradłeś chmurę. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. Kiedy zobaczyłem. co tylko napotkał na drodze. unosząc z sobą wszystko. to Anastazego. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. . ani nawet wiatru. lecz z dołu do góry. który parzył nas niemiłosiernie. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. że po prostu nic nie było widać. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. jak fontanna tryskająca z ziemi. Skutek był zdumiewający. . że jest to emaliowany niebieski czajnik. że pokrył cały park. . że zdejmowanie ich nie miało końca.

. że głowa potoczyła się w innym kierunku. którą posiadałem. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. potem pączki. jak się czuje bez głowy. Była cała poparzona.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. Niestety. .powiedział pan Kleks. . gdyż nie miał czym. Znalazłem ją wśród pokrzyw. jedyną rzeczą. że było widno jak w dzień. gdyż począł żałośnie jęczeć. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały.zawołał pan Kleks. Pan Kleks stał bez głowy. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. Tymczasem pan Kleks. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. była szklanka z grzmotem. obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało.Naprzód wypuścił liście. a to z tego powodu. Dawała tyle światła. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. ale nic mi nie odpowiedział. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. w której mieścił się grad. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. bezradnie wymachując rękami. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. Grudzień znów się stanie majem. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. . odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach.Doskonale! . że pszczoły. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. Przynieś go tutaj. Wyglądało to tak. tak niezręcznie nadstawił ręce. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. Zapytałem pana Kleksa. Po chwili jednak stracił humor. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę.Chętnie bym coś zjadł .

Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni.Istotnie! . Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. No. i zaniosłem do kuchni. że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać.. włożyłem do siódmej. . Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami. stojącej na tacy. pustej szklanki. przypominająca owoc granatu. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. .Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. że Antoni i Albert. W tej samej chwili obudziłem się.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . Czy żaden z was nie zauważył. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem.odezwał się nagle Artur . gdzie był maleńki pan Kleks.. Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk. który stał wpatrzony w moje senne lusterko.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. niż był dotychczas? . zdaje się. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze.Nudno mi .rzekł jeden z Aleksandrów. usiłowały dostać się do szklanki. pokrajał grzmot na ćwiartki. . szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: . Na krok nie wychodziliśmy z domu.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie.Sen o siedmiu szklankach.zapytał Anastazy.Pan Kleks maleje.. gdyż byłem bardzo senny. a dwa spośród nich. że stał się trochę mniejszy.. osaczyły mnie ze wszystkich stron. Ratując go przed widelcami. Była to piękna czerwona kula.zawołał jeden z Antonich. jednym słowem . rozsadzony od środka. Sen o siedmiu szklankach. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. A ja wam coś powiem . oblizując się smakowicie. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. . rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. Nie brałem udziału w rozmowie.

Anatolu? . . Byli widać bardzo zmęczeni. kurę na zimno. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. pieczywo. cha-cha! Anatolu.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. trochę sera. W przekonaniu. . narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! .Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. napełniło mnie przerażeniem. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. potem jeszcze raz. Maleńki pan Kleks. nawet piegi na jego nosie. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. przedstaw się kolegom. .Jestem Anatol Kukuryk. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. co zobaczyłem. Drzwi były zamknięte na klucz. panowie. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Obydwaj na A. Ponieważ nikt nie odpowiedział.nikt mi nie odpowiadał.Mam dla niego świeżutkie piegi. gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka.rzekłem. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: .Jesteście pewno. To. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. Nie ulegało wątpliwości. pobiegliśmy do parku. Siedział na dnie szklanki i spał. Panowie pozwolą za mną. że wreszcie się obudziłem.zawołał Filip śmiejąc się znowu.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . .Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. . Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. . . głodni .rzekł z galanterią Anastazy. A to jest mój młodszy brat Alojzy. ale uderzenia nie ustały. cha-cha! Nieprawdaż. . Sądziłem. masło. a drugi Alojzy. W szklance siedział pan Kleks. Nowi uczniowie pana Kleksa! . Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. jego dziwaczny strój. Począłem więc nasłuchiwać. cha-cha! Jeden ma na imię Anatol. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę.Śniło mi się. zapukałem powtórnie.odrzekł grzecznie Anatol. Nacisnąłem klamkę. Zbudziłem natychmiast Anastazego. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. Udaliśmy się wszyscy do Akademii. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. .Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.

. . wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami. który spał w sąsiednim łóżku.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. to będzie chluba waszej Akademii.śmiał się Filip zjadając kurę.Pewno jest bardzo głodny. nie zwracając na niego uwagi. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. zeskoczył z talerzyka na krzesło. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. . . Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Dobranoc. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie.To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. potem na podłogę. Zerwał się na równe nogi. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa.Może obudzić pańskiego brata? . . "Coś się psuje w Akademii" . Wybiegłem za nim i widziałem.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. . a po paru chwilach stał się normalnym. Szturchnąłem Alfreda. żeby go budzić . Filip i Anatol zabrali się do jedzenia.pomyślałem. aby przygotować łóżka dla obu chłopców.O. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. To zbyteczne! .Zobaczycie.Daj im kolację i niech idą spać. Alojzy bardzo nie lubi. ten śpiący królewicz! . nie. . aż wreszcie rzekł do mnie surowo: .rzekł pan Kleks. jak się zachować.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. Wróciłem do kuchni. zwykłym panem Kleksem. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol.zagadnął Anastazy Anatola. żeby go budzić. Gdy kończyłem przygotowania. Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. Alojzy spał w dalszym ciągu.Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu. a rano z nimi porozmawiam. chłopcy.Poradźcie sobie beze mnie . i opowiedziałem mu . bo cóż innego miałem uczynić. ja zaś udałem się do sypialni. jak po poręczy wjeżdżał na górę. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. . szybko rozejrzał się dookoła. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek.odrzekł Anatol.Bardzo nie lubi. . Niebawem też zaczął się powiększać.

chłopcy .Nazywasz się Alojzy. Wskazał przy tym na Alojzego.Alojzy nie jest żywym człowiekiem. prawda? Alojzy nie drgnął. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego.Popatrzcie. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. Był lekki jak piórko. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. Anatolowi. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. . którego obudziła nasza krzątanina. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Alojzy nie drgnął. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron.Jestem. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. . . Alojzy? . możecie pójść z Mateuszem do parku. poklepał po rękach. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. i rzekł uprzejmie: . Ale teraz już nic nie poradzę. gdy okazało się. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. Adasiu.szeptem o Anatolu i Alojzym. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. a to mój młodszy brat.zawołał od progu. myśleć i mówić. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu.zwrócił się do nas pan Kleks.krzyknął znowu pan Kleks. . Spróbuję. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego.Dzień dobry. Muszę go nauczyć czuć.Czy mnie słyszysz. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. może mi się uda. Chłopcy przyglądali się ciekawie. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: . . że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. gdyż jestem zajęty. dłonią potarł mu policzki i czoło. który przez cały czas nawet nie drgnął. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. Nazywam się Anatol Kukuryk. Gdy trzymałem go na rękach.Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku. . panie profesorze. chłopcy! . Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. tylko lalką. Jeśli nie będzie deszczu.

Skorzystałem z tego. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku. układ ust. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. którą kochał jak brata. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: .Nogi mają już dosyć . nosa i podbródka. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. Pan Kleks odśrubował blachę.natychmiast zabierzemy się do roboty. Okazało się. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki. Zajmij się teraz rękami.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. zarys czoła. która pokrywała klatkę piersiową lalki. wykonanie tej wspaniałej. . czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. Zacznij od nóg.A więc mogę tu zostać? . tak łudząco prawdziwe. Nawet masa. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. z której ulepiona była twarz i ręce.Owszem . właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. wyraz twarzy. a przy tym pożerała nas ciekawość. po czym polecił mi. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. Krótko mówiąc. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. która stanie się sztucznym człowiekiem. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. .potrzebna mi będzie pomoc. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. Pan Kleks.zapytałem nieśmiało.odparł pan Kleks . . że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. abym Alojzego rozebrał.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. miała elastyczność i ciepło. wszystko to było tak naturalne.Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. Musisz uzbroić się w cierpliwość.Połóż go na tym stole . . ręce i paznokcie na palcach. purpurowy z napięcia i wysiłku. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. włosy. . rozprostował plecy. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: .rzekł do mnie . wilgotna powłoka oczu. Zachwyt nasz nie miał granic.Kształt głowy. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek.

doskonale! Siadaj teraz do stołu.A-loj-zy Ku-ku-ku.Czy Alojzy już chodzi? . Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę. siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .Co robi pan Kleks? .A-loj-zy Ku-ku-ryk. Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu. dajcie mu coś do zjedzenia. . a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . chłopcy. spróbuj mówić teraz.zawołał z tryumfem pan Kleks.Macie go! .Kiedy zejdzie na dół? . W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa..Co Alojzy ma w głowie? . Alojzy takim samym powolnym. . .odezwał się pierwszy Anatol.Doskonale .klasnął w dłonie pan Kleks . .Powiedz jak się nazywasz! . Stawiając niezręczne i płochliwe kroki. Gdy byliśmy już przy deserze. Alojzy! . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy. . .zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska. wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. a wy.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni. drzwi od jadalni otworzyły się nagle. posuwał się z wolna naprzód.Poznajcie się z waszym kolegą. .No.Czy mówi? . Pan Kleks otworzył mu usta.krzyknął mu w ucho pan Kleks. Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku.Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. . a potem szybko zabrałem się do jedzenia.Dzień dobry..Dzień do-bry . rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką. . co działo się w szpitalu chorych sprzętów. olśniony widokiem lalki.

Poza tym proszę.Tak jest. inni zaciągali i froterowali podłogi. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. gdy już opróżnił talerz. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał.powiedział z bladym uśmiechem. uprzątali ścieżki. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. Zdawało się. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. cośmy zrobili. Czy mogę na was liczyć? .. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. panie profesorze! . w ruchach i w mowie. . w Akademii zawrzało jak w ulu. . pucowali obuwie. zaglądał w najmniejsze szpary. a na trzeci dzień sam się umył. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. o co chodzi. uczesał i ubrał. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec.Słuchajcie. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. jednym słowem. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. Chciałbym.Smaczne . Jadł coraz staranniej.zawołaliśmy chórem. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. czyli historię o księżycowych ludziach. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. Mateusz bez przerwy krążył nad nami. poganiał nas i sprawdzał to. kąpali się. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. myli okna. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. Jedni z nas trzepali fotele i dywany. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. Otóż opowiem wam. abyście wyglądali schludnie i czysto. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. Domyślacie się zapewne. co moje prawe oko widziało na księżycu. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić.Daj-cie mi jeść.

to nie jest wina jego.zawołał Alojzy. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. kto tu jest winowajcą. Dajcie mu. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. Myślę. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. który go skonstruował. i zasępił się bardzo. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. lecz mechanizmu. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. meble i nasze ubrania. . który trzymał właśnie w rękach. Ale jestem zupełnie bezsilny. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. Okazało się. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. . wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. ale i kuchnię. które wietrzyły się na dziedzińcu. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. . Jest po prostu cudownym tworem. Ale to jeszcze nie koniec.Nie znam mechanizmu Alojzego. chłopcy. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. Tak go to rozgniewało. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. . Pan Kleks upuścił na podłogę tort. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. Alojzy roześmiał się głupio. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. że nikt nie zwraca na niego uwagi. Byliśmy wściekli. opamiętaj się . ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. Czuję w tym sprawę Filipa. . zaczęły się nagle unosić tumany pierza.Stało się jednak inaczej. który nożyczkami przecinał druty elektryczne. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali.Trudno. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. co na nim stało. gdy zobaczy. . że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . Zdaje mi się.Nie chcę się opamiętać! . tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. Jest to sekret Filipa.rzekł Artur. Idźcie do swojej pracy.Będę wszystko niszczył. W sypialni naszej ni z tego. Artur.Alojzy.Przewidziałem. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. Obsiadło ono dywany. Z poduszek. Rozumiecie? Jestem bezsilny. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. że cała nasza praca idzie na marne.rzekł z zakłopotaniem. to ja podziurawiłem poduszki. spokój. Przez chwilę panowało milczenie.

aż przyjemnie było spojrzeć. wreszcie jednak uspokoił się. potrącał i szczypał. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. gdyż wiedziałem. Alojzy zgodził się. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. czemu wcale się nie dziwiłem. Tak sobie postanowiłem. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna. Mogłem bez tego się obejść.Nie prosiłem pana Kleksa. pobiegłem do Akademii. Skorzystałem z tego. obrzydliwym chłopcem. . tylko do Chin. Był antypatycznym. Mówił coraz głośniej. po nocach nie dawał nam spać. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. . co ja jeszcze narobię.rzekł szeptem Alojzy. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. inteligencji i sprytu.Nudno mi .Jesteście głupcy. że jestem zupełnie niepodobny do was. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. Właściwie nie cierpię was wszystkich. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. którego nieustannie dręczył. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. Właśnie nigdzie indziej. Wiem. potem jednak zaczęliśmy go unikać. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. aby uczył mnie myśleć. Aczkolwiek była to już późna jesień. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. . oparł głowę na rękach i po chwili usnął. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. Pokoje i sale lśniły czystością. Długo będziecie mnie pamiętali. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. że ciało jego nie odczuwa chłodu. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Zobaczysz. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. .

Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. a dookoła niej pluskały się złote rybki. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. daleko. co bardzo ułatwiło mi pracę. którzy nazywają się Lunnami. ustawiliśmy się pod ścianami. a co najdziwniejsze. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. wszystko. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. z Mateuszem na ramieniu. doznawałem uczucia dumy. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów.Daleko. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. Moje prawe oko bywało wysoko. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. Nie brak też było Arabów. z motyli i z pelargonii. napoje gorące i zimne. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. Widząc to. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. lody. kogo i jak mam obsłużyć. sny w pastylkach oraz zielony płyn. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. pierniki. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. kura znosząca złote jajka. gdzie już nikt nie mieszka. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. Koziołek Matołek. winogrona i orzechy. biegnie wąska ścieżka. co widziało. . W swym tabaczkowym fraku. a nawet konik polny i mrówka. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. srebra i żelaza. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. stała się tak obszerna. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. za borem. Muszę również stwierdzić. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. Salę zaległa cisza. krętymi korytarzami. każdego znał osobiście. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. a więc kot w butach. lis-przechera. Sala szkolna. niedźwiadek Miś. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. kwiaty i owoce w cukrze. czapla i żuraw. Kaczka Dziwaczka. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. Były tam różne torty i ciastka. czekoladki. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. mnie opowiedziało. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. za rzeką. kremy.

On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. Był rozczochrany. Są to przeróżne krążki. Widocznie zaszło coś szczególnego. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. misy. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. ubranie miał pomięte. Lunnowie nie posiadają ani ciała. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. wędrują z piętra na piętro. dowolne kształty. co robią. w którym spędzają czas wolny od pracy. brzęk tłuczonych szyb. . Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili.. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. ani kości. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. które z siebie wydzielają. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. posługują się różnymi promieniami.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. to znaczy . . Roślinności na księżycu nie ma żadnej. Światła Lunnowie nie posiadają. Z parku dolatywały krzyki. w Wielkiej Srebrnej Górze. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. Wtedy właśnie stała się rzecz. płytki. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. brudny. długiego miecza. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. przypominającą żelatynę. której nikt nie był w stanie przewidzieć.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Żywią się zielonymi kulkami. zapuszczają się w głąb swojej planety. trzask łamanych gałęzi. które wybierają z miedzi. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. brak mu tylko twarzy. Snują się nieustannie po swoich korytarzach.. mieszka władca Lunnów. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. przekłuwa go ostrzem swej klingi. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. potężny i groźny król Niesfor. W dłoni trzymał sękaty kij.płynąc. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Na południu półkuli księżyca. ma nawet ręce i nogi. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. talerze.

ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. . Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. abyś natychmiast opuścił salę! . skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego.zawołał głosem. panie Kleks?! . Sala stopniowo opróżniała się. . Roześmiał się jej szyderczo w twarz.krzyczał Alojzy . Kaczko Dziwaczko.Jestem Wieszczką lalek. Żądam od ciebie. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony.To jeszcze nie koniec. Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. Rozległ się trzask. rozpłakał się. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. mrówko.Na twarzy jego malowała się wściekłość.Hej! Panowie.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli. Pan Kleks zaniemówił. aż wreszcie opustoszała całkiem. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. który zamroził i przeraził wszystkich. . Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. panowie! . pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. bo cię zjem na obiad! Uciekaj. zawołał: . nie mogąc znieść tej sceny. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi.A cóż to znaczy. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. Powstał popłoch nie do opisania. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie.

Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. Muszę zaznaczyć.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. Alfred. Innym razem. Jak już wspomniałem przedtem. wcale nie przypuszczałem. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. zapomniał. który był najmniejszy spośród nas. pan Kleks przeszedł obok niego. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. co Alojzy wyprawiał w Akademii. Najważniejsze jest to. przewyższał go niemal o głowę. że czas już na obiad. i zadumał się tak głęboko. że to. . Wreszcie pan Kleks się ocknął.Szkoda.Awda. Mateuszu? . że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Prawda. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. czego wcale nie zauważył.Zobaczycie. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. . Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni.drwił sobie na głos Alojzy. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. stojących pod ścianami. popatrzył na nas. że spadł na półmisek z pieczenią baranią. chłopcy. przechodziło wszelkie wyobrażenie. przedziwnych wydarzeń. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. jak gdyby nigdy nic: . że jeśli tak dalej pójdzie. Zdaje się. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. że jest w powietrzu. Nie zwracając uwagi na Alojzego. awda! . że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. Rozejrzał się po pustej sali. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki.

śpiewał na cały głos. każdy z was ma swój dom. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. po czym klucz wrzuć do stawu. nie dbał zupełnie o swoje piegi. Wszystko. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. Również gmach Akademii skurczył się nieco. które stały się już tak małe. zmalał i przerzedził się. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. co dzieje się dookoła was. Przykro mi będzie rozstać się z wami. do którego wróci. . Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu.Drodzy moi chłopcy. Zrozumieliśmy. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. słabła władza i powaga pana Kleksa. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. panie profesorze? . a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. kiedy chciał.Alojzy wstawał. co was otacza. opuszczał wykłady. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Bądźcie przygotowani na to.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. gwizdał. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. który dotąd przypominał rozległą puszczę. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . Mówiąc do was. Park. Widzicie. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. tak jak gdyby się bał. trzaskał drzwiami. meble i sprzęty zmniejszyły się. nie mogliście nie zauważyć tego. było nam wesoło i przyjemnie. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. Spędziliśmy wspólnie cały rok. . Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu.A co z nami się stanie. Znajdziesz przy brzegu przeręblę. jaka jest tego przyczyna. a łóżka stały się krótsze. pokoje zrobiły się niższe. Ot. Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. jak ręce dziecka. zmniejsza się i maleje. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. Mało tego . muszę stać. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. że zbliża się koniec naszej Akademii. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach.Mój Anastazy. wybijał kamieniami kolorowe szyby. wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. Rozumiecie chyba sami. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. jak od pewnego czasu zmalałem. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: .

Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. łańcuchami. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. którą przez całe życie zachowałem w pamięci. Pan Kleks podbiegł do Anatola i.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać.zawołał . Gdy przyszła kolej na Alojzego. wpił się palcami w jego ramię: . połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe.No. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. okazało się. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. lśniły. dosyć. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj.ja wiem. Byliśmy olśnieni. że nie ma go pośród nas.Była to bardzo wzruszająca scena. Tymczasem nadszedł wieczór. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. że byliśmy w tej samej sali. stoliki. które dotąd stale były pozamykane. wyleczone przez pana Kleksa. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka.Panie profesorze . Były to stoły. że nie było go również podczas wieczerzy. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. chłopcy. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . zegary.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. Nie chciał mnie usłuchać. leć czym prędzej i szukaj Alojzego. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. złotymi i srebrnymi nićmi. uginające się pod ciężarem półmisków. przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. . Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. krzesła. teraz zaś. blady jak płótno. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. Rozglądając się wkoło. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. . spostrzegłem. chodźcie ze mną na górę. Pan Kleks otworzył lufcik. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. salaterek i waz. i nagle stwierdziliśmy. Mrok jednak zapadł tak szybko. żeby tego nie robił.

Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. Wiedzieliśmy. Zrozumieliśmy. że za coś podobnego groziło. rozmawiając szeptem między sobą. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. wspaniałym panem Kleksem. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. Alojzy ..Mam sekrety pana Kleksa! . posadził go na stole obok walizki.wołał Alojzy. zarozumiała i przemądrzała lalka. . . Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. W . kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. oto są sekrety. co to znaczy. lecz surowym. Nikt z nas nie znał chińskiego. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. nacisnął ją parokrotnie.Wobec tego ja zniszczę ciebie. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie.Alojzy jest w sekretach pana profesora . cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. był o połowę mniejszy niż przedtem. otworzył ją i postawił na stole. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem. że stała się rzecz straszna. zapisanych drobnym chińskim pismem.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. Nie rozumieliśmy. aż potłukł je i starł na drobny proszek. Spojrzałem odruchowo na sufit.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. zuchwała. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. Alojzy widząc. . poza innymi karami. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. ta znienawidzona przez wszystkich. wypędzenie z Akademii. . Kiedy wpłynął do sali. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem.Zniszczyłeś moje sekrety. wykrzywiona twarz pana Kleksa. . niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę.Ja jeden tu czytam po chińsku! . Dowiemy się wreszcie. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. . Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami.zawołał zdyszany. cały wysmarowany sadzą. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę.

aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. żeby się do was dostać.wołał trzęsąc się z gniewu. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę.syknął przez zęby. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. płytki dźwiękowe. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy .przestał istnieć. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. panie Kleks! . Alojzy. . Niebawem będzie już po wszystkim. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Ja panu pokażę! ... Zamiast jednak martwić się. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. które podepał i potłukł. Na tych porcelanowych tabliczkach. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek.. Domyślałem się. wypisana była cała wiedza. kiedy chce się zemścić. leczenie chorych sprzętów.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Alojzy wykradł mi moje sekrety.Czemuż to nie otwieracie bramy? . Alojzy milczał.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. w tej walizce . tym wszystkim..szeptał . oddałem panu cały mój majątek. ..Nie przejmujcie się. Filip podbiegł do walizki. Ja panu pokażę. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął.A więc tak. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. co potrafi Filip. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. chłopcy.Mój Boże . co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego.ta niegodziwa karykatura człowieka . I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. zabieram cię do domu. Były tam litery. . Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. . Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. tam. unoszenie się w powietrzu. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: .mój Boże. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki.Alojzy. Taka piękna lalka. panie Kleks.Musiałem przełazić przez mur. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek.wybełkotał z przerażeniem w głosie. odgadywanie waszych myśli.. Był czerwony od mrozu i wściekłości.. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. . otworzył ją. .. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. powiększanie przedmiotów. nie. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę.

Szumiało mi w uszach. Taki sam pan Kleks. mroźna noc grudniowa. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. aby nie usnąć. Cała Akademia. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. nie powstrzymywany przez nikogo. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. chłopcy!. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. jakim widziałem go niegdyś w szklance. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. Co się działo dalej. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. ale głos zamarł mi w krtani. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. Filip. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. że niepostrzeżenie usnąłem. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. nie wiem. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Był to pan Kleks. a przed oczami fruwały czerwone płatki. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. Gdy po chwili otworzyłem oczy. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Nie spostrzegłem zupełnie. Usiadłem na ławce. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. zabrał się do roboty. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. . aniżeli był przedtem. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. Była piękna.

haftowany w drzewa. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. o Kaczce Dziwaczce i wiele. zdawało się. usiadł mi na ramieniu. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. krzaki i kwiaty. A stał się guzikiem. bajka o dziadku do orzechów. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. Był już nie większy niż mój mały palec. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. gdzie był mur. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. nogi wydłużyły się. o krasnoludkach i sierotce Marysi. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy.Cieszę się. że pan Kleks był owym guzikiem. o wilku. Tam. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Wyfrunął z klatki. Przybierając coraz bardziej na wzroście. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. leżał piękny zielony dywan. o rybaku i rybaczce. Był wielkości śliwki. Siedziałem na tapczanie. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. w której siedział zamyślony Mateusz. Życzę ci powodzenia w życiu. Mateusz. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. . Po prostu zwyczajnym guzikiem. potem zeskoczył na moją dłoń.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. Kto wie. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. wiele innych. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. Adasiu. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . czekał tylko na ten moment. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. o włosach przyprószonych lekką siwizną. musimy się pożegnać. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. Sądzę. który udawał żebraka. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. stała biblioteka. W miejscu gdzie przypadał park. Czyż nie domyśliliście się jeszcze.Bądź zdrów. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce.

Kim więc jesteś.No. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek. sam bawię się znakomicie. przeobrażony w człowieka. Mateusz. .odrzekł z uśmiechem. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa .Bajka zawsze jest tylko bajką. .zawołałem gubiąc się już zupełnie.Napisałem tę opowieść.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem.Przemówienie moje nie bardzo było udane. która tam leżała. ale przecież nie miałem nawet czasu.zapytałem zdziwiony. Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona. .odparł szpakowaty pan. Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! . mój chłopcze . a potem nagle roześmiał się serdecznie. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: . aby je sobie obmyślić i przygotować. gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je. a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . wysłuchał mych słów z powagą.Jestem autorem historii o panu Kleksie . . . Po prostu opowiedziałem ci bajkę.