Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. Dlatego też. i nigdy jej nie zdejmuj.zwykł mawiać do nas pan Kleks. po czym chowa starannie do tabakierki. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą. jest to bowiem najwyższa odznaka. czerwone lub żółte piegi. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. a mianowicie .Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . żeby otrzymać takie odznaczenie. ale za każdym razem na innym miejscu.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: . pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. co dałbym za to. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. . jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . Nie pamiętam. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. a teraz zażyjmy sobie piegów. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. Otóż wracając do Mateusza. że w ogóle z nikim nie chce gadać. przymierza przed lustrem. Okazało się. a rano przytwierdza je z powrotem. czy wspomniałem już o tym. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. Skoro tedy Mateusz zaniemówi. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. muszę powiedzieć. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . Mateusz nie jest skory do rozmów. a zdarzają się nawet takie dni. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy.Noś ją godnie. że jeszcze za mało umiem. ale pan Kleks powiada.No. imieniem Filip.piegi. mój chłopcze. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim.

jestem księciem. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. że o niczym innym nie umiałem myśleć. jak go pogryzły komary. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . do długości mego ramienia i do mego oka. aby nauczyli mnie wszystkiego tego.Któregoś dnia. Miałem cztery siostry. Powtarzam ją tutaj w całości. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. druga włoską. ojciec mój. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. gdy płakałem. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. a wojsko było tak liczne i tak potężne. Gdy ukończyłem siedem lat. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. król. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. była liczona. jak i pośród ludzi. bogactwa. zabronił mi jeździć konno. Nieprzebrane skarby i pałace. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. Uczyłem się dobrze. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. stąpałem po perskich dywanach. . Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. czwarta holenderską. co sami wiedzą i umieją. było to w połowie czerwca. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. Dlatego też ojciec. trzecia portugalską. z tym oczywiście. że zdrapał sobie wszystkie piegi. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. w obawie o moje zdrowie. każda moja łza. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. jak to opisuje się w owych bajkach. drogocenne kamienie. złote korony i berła.

Niebawem zrozumiałem.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Zarówno uczeni. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. aż wreszcie stanął jak wryty. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Książę nie dosiądzie więcej konia. gdy zaś okazło się. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska.jednak na próżno. Upojony tą nocną jazdą. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. zwolnił bieg. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. Rumak ruszył z kopyta. skoro było powszechnie wiadomo. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. Krzyknąłem więc: . że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. które pamiętałem tak dobrze. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. że nie ma za nami pogoni. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. zapomniałem o zakazie ojca. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. jak mój ojciec nad królestwem. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. Nie mogłem pojąć. Gdy wjechałem do lasu. stanie się jednak tak. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Ubrałem się po ciemku. Miałem wówczas osiem lat. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. o tym. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. dopóki nie ukończy lat czternastu. Serce mi się kraje na widok jego smutku. bale i zabawy zostały odwołane. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. drżąc i parskając. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. ażeby cofnął zakaz .

oglądali mnie i badali. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. Strzał był niechybny. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. zalewała się łzami. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. wilku. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. Wówczas odwiodłem kurek. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. Gdy wkradłem się do ogrodu. króla rozkazuję ci. Byli też i tacy. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. ostry jak sztylet. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. za której cenę można było nabyć całe państwo. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. była jeszcze noc. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. przeciągłe wycia wilków. w prawe udo. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. Niebawem przybyło ich tak wielu.-W imieniu. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. Poczułem przeszywający ból. Czas upływał. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. pozostawiając konia własnemu losowi. gasłem i nikłem w oczach. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. czuwając przy mnie. abyś mi dał wolną drogę. widząc swoją bezsilność. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. Matka. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. i pocwałowałem w kierunku pałacu. i krew sączyła się ze mnie nadal. W chwili jednak gdy stałem nad nim. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. Wilk skulił się. wyprężył jakby do skoku. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. . Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. Kiedy się rano zbudziłem. dosiadłem Ali-Baby. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. opuścili pałac. który stawił sie na wezwanie mego ojca. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby.

aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. ozdobioną na czubku dużym guzikiem. a wiedz o tym. rana znikła bez śladu. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . nikt już bowiem nie wierzył. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. po czym ciągnął dalej: .Doktorze Paj-Chi-Wo.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . Po tych słowach zbliżył się do mnie. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. a o nagrodzie pomówimy później. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów. . ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. rubinów i szmaragdów. obejrzał ranę. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. Gdy niebezpieczeństwo minie.Weź ją. i cały kraj był pogrążony w żałobie. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. Mówiąc to. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. który padł z ręki człowieka. Wiem. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. a jeśli zechcesz. mój mały książę. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. . Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. ile ich pomieści się w tym pokoju. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . Nie chcę być ministrem.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. w jaki sposób powstała twoja rana.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka.Wyleczyłem cię. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. Zastrzeliłeś króla wilków. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. . niegodzien jestem również pomnika.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Jest to pierwszy król wilków. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. mój mały książę.

Lata biegły. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. gdzie zasiadali moi rodzice. gdy jeden z halabardników. . Myśl o tym. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Już miałem wystrzelić.Precz stąd! . Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. Zniknął bez śladu. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę. znowu wziąłem się do nauki. Rozsypywano po lasach truciznę. rubinów i szmaragdów. Ze wszystkich stron kraju donoszono. że poczęły zagrażać całemu państwu. mimo to napady wilków nie ustawały. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Nikt nie widział. ale byłem silny i odważny. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. Miałem wówczas lat czternaście. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. że zabiłem króla wilków. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . Nie było takiej siły. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. tępiono wilki w dzień i w nocy. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. Chwyciłem najlepszą strzelbę. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. Król raz po raz zmieniał ministrów.zawołałem z wściekłością w głosie. one jednak mnożyły się z taką szybkością. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. niepokoiła mnie nieustannie. którędy następnie wydalił się z pałacu. mężowie żon. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. Gdy wyzdrowiałem. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć.

. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. oczy zaszły mi mgłą . Gdy odzyskałem przytomność. Wsie i miasta opustoszały.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. jakim jestem dzisiaj. jeśli zechcę.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. wilki grasowały w pałacu. pośród których szalały głód i rozpacz. Wzywałem pomocy. zrozumiałem. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. stać się ptakiem. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. Co działo się potem . gdy naraz spostrzegłem. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie.myślałem. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. uciec z tego niewdzięcznego kraju.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach.nie wiem. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. . Stałem się szpakiem. A więc mogę. Szybując nad ziemią.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. Zemsta króla wilków była straszna. Pozostało mi to już zresztą na zawsze. Nie miałem czasu do namysłu. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. poczułem okropną słabość. Głowę miałem potłuczoną. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. że ocalałem jedynie dzięki temu.zostać ptakiem już na zawsze. abyś mi dał wolną drogę. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. wydostać się z pałacu. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków.. że nie było na niej guzika. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. takim właśnie. Strzelba wypadła z rąk. rodzice moi już nie żyli. psie. która dotknęła mój kraj. "Co tu począć? . a potem . upłynęło sześć lat.

Postanowiłem uczynić wszystko. Najstarsza z nich. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. Może zawsze z całą dokładnością określić. której urwałem guzik od płaszcza. królowa hiszpańska. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni.czy to w tramwaju.potrafi wszystko. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. jakie udawało mi się znaleźć. co będzie w mojej mocy. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. której by nie potrafił. ale którego wcale nie ma. będąc poza Akademią pana Kleksa .. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. Krótko mówiąc . obiła mnie parasolką. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. co kto o której godzinie myślał. Nazywał się Ambroży Kleks. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. a nadto. może usiąść na krześle. czy na ulicy. może unosić się w powietrzu. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. który zauważył te moje myśli. gdzie się tylko da.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. z których każdy jest inny. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. pogroził mi palcem i rzekł: . Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. które powinno być. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. pan Kleks. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. Przecież gdyby tylko chciał. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. Niestety. oddała mnie swojej służebnej.Poleciałem kolejno do moich sióstr. Ach. którego zaciekawiła moja mowa. a pewna starsza pani. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. jak gdyby był balonem. Poprzysiągłem więc sobie.

którzy na przykład uważają.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. że mam pewno ze sto lat. Mateuszu? . że na drugim piętrze. powiedzcie. co wierzą. że pan Kleks te myśli zauważył. . że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona.Słuchajcie. . że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. w każdym razie opowiedział mi. w które ja wierzyć nie mam zamiaru. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. Istotnie. dodał: . uśmiechnął się i rzekł do mnie: . dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni.rzekł pan Kleks. to mnie to wcale nie obchodzi. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak.No.zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. To wszystko. co tylko wam się podoba. O świcie pan Kleks wstaje. że to nieprawda.Pomyślałeś sobie teraz. co tak myśli. ale pan Kleks?. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. Prawda. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry.zapytał niespodziewanie Anastazy.Awda. Długo jednak zastanawiałem się nad tym.są to zmyślone historyjki. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. ale mnie się zdaje. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. ..A moim zdaniem . panie profesorze. Otóż Mateusz opowiedział mi. Nie wtrącam się do cudzych spraw.Są tacy. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy.Z bajkami bywa rozmaicie . . Takiemu. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . że jest głupi. kiedy spotkał mnie w parku. Pewnego dnia.ciągnął dalej pan Kleks . że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza. a bajki. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. Nie mogłem tego pojąć. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. Są tacy. traci włosy. tak sobie właśnie pomyślałem. awda! . mój chłopcze! A po chwili. patrząc na mnie badawczo. Możecie sobie roić. Nie dziwię się.. używaną do oliwienia maszyny do szycia. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. gdzie mieszka z panem Kleksem. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę. przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. chłopcy! Niektórym z was wydaje się. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko. dlatego też zrobiło mi się przykro.. Być może. też są zmyślone? .

Bardzo nas to wszystko martwi. czy jest gruby. gdyż zapomniał. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. czy chudy. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. . które chwilami. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. gdy tego naprawdę potrzeba. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. kiedy mu się tylko spodoba. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. który . Nosi szerokie spodnie. sztywny.Aga.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. i to w dodatku z tyłu. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. co działo się przedtem. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. Pan Kleks jest średniego wzrostu. ale to wszystko zapomina. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. że Mateusz nie jest psem. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. ale pan Kleks obiecał. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. ażeby nie przygnieść Mateusza. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. kim jest ani jak się nazywa. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. Jest to płyn. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. ak! Co znaczy: . Dlatego też.według słów Mateusza . przypominają balon.Uwaga. aksamitną cytrynową kamizelkę. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. tylko szpakiem. ale nie wiadomo zupełnie. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. który ma prawo przebywać w niej.tym. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. których ma niezliczoną po prostu ilość. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . niezwykle obszerny.przywraca w pamięci pana Kleksa to. zwłaszcza podczas wiatru. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. bo podczas snu pan Kleks wszystko.

Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle.Przygotujcie się. pigułki na porost włosów. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. Na nosie tkwią srebrne binokle.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. przy czym nieraz zdarza się tak. do drogi . pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. a niekiedy nawet trzeci pokój. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. Pan Kleks może schować w nich. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. i pójdziemy go ratować. które się kiedykolwiek w życiu widziało. czarną jak smoła. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . w zależności od pory roku.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. . akurat w tym miejscu. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. a motorniczemu spuchła wątroba. o którym jeszcze opowiem. czego nie widzi. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. bez dna. i okolona bujną zwichrzoną brodą. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. Ruszamy! Anastazy. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. kilka płomyków świec. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. moim zdaniem. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. że cokolwiek w nich się znajduje. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju. które je osłaniają. Kieszenie spodni są. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami.Adasiu. co tylko zechce. gdzie przypadało siedzenie fotela. chłopcy. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. kolorowe szkiełka. tabakierka z zapasowymi piegami. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów.rzekł do nas pan Kleks. gdyż zdarza się nieraz. co stało się tramwajowi. bardzo przypominające mały rower. W istocie. zabierz ten fotel. Gdy zaś fotel jest zabrany. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. i nigdy nie znać. Mateusz opowiadał mi. też ma na to sposób. a kiedy chce zobaczyć to. Pokryta jest ogromną czupryną. . senny kwas. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . Jest tam flaszka z zielonym płynem. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. powiększająca pompka. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek.Za chwilę już będę widział. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. do czego służą one panu Kleksowi. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty.

. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. . W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. Rybak złowił go na wędkę. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. całkowicie tamując ruch. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. mówiąc jego słowami. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. Gdy stały się już tak duże jak rower. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. krzątało się dookoła zepsutego wozu. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut.można jechać! Po tych słowach motorniczy. Kilku tramwajarzy i mechaników. który wił się w bólach. Gdyśmy siedzieli nad stawem. jak zanurzyła się w wodzie. poszła na dno. sapiąc i ocierając pot. angielski plasterek. Osie pokropił jodyną. a pan Kleks podążał za nami. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. po czym zbliżył się do motorniczego. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. osłuchał go dokładnie.rzekł pan Kleks .Gotowe . Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. Po chwili zdjął z nosa binokle. Widzieliśmy wszyscy. wysłał oko na oględziny. Bo miał dużo ważnych spraw. wyleczony przez pana Kleksa. młoteczek. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. jak pan Kleks.

gdzie i kiedy zechce. kwiaty. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. Zauważyłem jednak. Balonik niebawem uniósł się w górę. Po prostu znikła bez śladu. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. Dlatego też jadam tylko to. Właściwie nie można powiedzieć. . że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. ale dotąd jeszcze nie wrócił. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada.Zapamiętajcie sobie. W tym celu nabiera pełne usta powietrza. gdzie leży pompka. co jest kolorowe. skoczyłem do stawu.Wysyłam je na księżyc. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby.Nie namyślając się długo. że pan Kleks schodzi. Muszę dowiedzieć się. ale mimo to nic im się nie udaje. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. gdy tylko pan Kleks się ubierze. lecz również w jego barwie. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek.Wysyłam oko na oględziny. że rano. gdyby nie to. naśladując ruchy pana Kleksa. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. że jada tylko specjalny gatunek motyli. zawołał: .oświadczył nam kiedyś pan Kleks . Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. a zwłaszcza wtedy. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. a więc motyle. schodzi na dół na lekcje. gdzie mi wskazał pan Kleks. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. a za mną kilku innych chłopców. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. a jeden z Antonich o mało nie pękł. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. mówiąc: . Nadymają się więc z całych sił. Pan Kleks jednak powiada. jakie są w czereśniach lub wiśniach. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. . wydymąją policzki. gdy udaje się na połów motyli. cztery metry od brzegu. Na pożywieniu mi nie zależy. moi chłopcy .że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. ale może również unosić się swobodnie w górę. kto mieszka na księżycu. Dowiemy się zaraz. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. gdyż zjeżdża po poręczy.

przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. Gdy je Mateusz otwiera. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. to najstaranniej myję się w środy. Oszołomiony z wrażenia. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. awać! Co znaczy: . niebieski poprawia wzrok. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami.Udka. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. Szyby w oknach są różnokolorowe. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. Jeśli chodzi o mnie. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. szary oczyszcza krew. Myjemy się bardzo chętnie. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy.Pobudka. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. granatowych pończoch i białych trzewików. zielony usuwa łupież. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. za którym przepadam. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. Otworów takich jest tyle. leciałem coraz wyżej i wyżej. Są to niewielkie otwory w suficie. czyli ogółem dwadzieścia cztery. która kapie prosto na nasze nosy. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. białych. żółty reguluje oddech. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. my jednak martwimy się okropnie. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. gdy spotka którego z nas taka kara. długich spodni. ile łóżek. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. . Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul.

przedmiotów. jak w Akademii pana Kleksa. które wszyscy zażywamy na noc. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Mają one swoje szczególne przeznaczenie.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. jest ogromnie ciekawe i zabawne. ogląda on dokładnie.Pamiętajcie. chłopcy . co pan Kleks danego dnia wymyśli. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. wykładów. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. Kleksografia polega na tym. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. Sny niedobre.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. wymyślone przez pana Kleksa. Odbijają się w nich nasze sny i rano. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów. Mateusz jest zdania. nie dokończone. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. Tam suszą się one przez jakiś czas. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. ani kaligrafii. Gdy wyschną już na proszek. czego się uczymy. Naukę tę wymyślił pan Kleks. a pozostają tylko te. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. zwierząt i postaci. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. jak trzeba obchodzić się z atramentem. które spodobały się panu Kleksowi. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa.wszystko. abyśmy wiedzieli. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. przybierając kształty rozmaitych figur. Ażeby każdy mógł zorientować się. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. a po wtóre . do których dopisujemy odpowiednie historyjki. ani gramatyki. ani tych wszystkich nauk. co śniło się każdemu z nas. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. . O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. Myślę. Ponadto zapowiedział całej klasie. . gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa.

Krzesła i stołki z radości tupały nogami. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy. musicie uważać. powykrzywiane szafy. nie męcząc wzroku. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. po co to robi. popękane lustra. czy nosorożec. Były tam fotele bez nóg. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . do którego zbliżał się pan Kleks. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. aby żadnego z nich nie urazić. . W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. Zauważyliście pewno wszyscy. który stał w rogu sali. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. mój maleńki? Już cię nie boli. zepsute zegary. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. Pamiętacie.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. deski się zrosły. sam natomiast zabrał się do pracy. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. Czy to ptak. nie mówiąc już o tym. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. którą następnie nawija się na szpulkę. tapczany bez sprężyn. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. odrzekł mi wielce zdziwiony: . Jest to największa pasja Pana Kleksa.No co. Każdy sprzęt. posplatanych w najrozmaitszy sposób. . popaczone stoły.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. prawda? Gorączka minęła.Wchodźcie ostrożnie. nauczę was również czytać palcami. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów. Z jednej książki można otrzymać siedem.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. moi chłopcy . a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. po czym przemówił niezmiernie czule: . Opukał go dokładnie na wszystkie strony. bez liter. Gdy zapytałem go.

Na ścianie wisiało pęknięte lustro. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni.zapytał pan Kleks. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. . . tik-tak". No.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach.Biedactwo . jodynować wahadło. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach. tylko się nie martw. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny.oznajmił pan Kleks.bądź tylko dobrej myśli.powiedział pan Kleks. ale nic. kąty i skrytki. . Poszukiwania nasze trwały długo. . . Mateusz fruwał po całej sali. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. wszystko będzie dobrze. Wkrótce już będziesz zdrowa.Podczas gdy stół cichutko skomlał. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. uczcie się. Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa. nie było już ani śladu pęknięcia. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę.rzekł pan Kleks . Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze.Patrzcie. Jest już zdrowe .zawołał do nas wesoło pan Kleks. . bardzo uważnie wysłuchał.tyle musisz się nacierpieć. zapuszczać kropelki. Byliśmy po prostu zdumieni. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak. dopóki zguba się nie znajdzie .rozczulał się nad nim pan Kleks . Wszyscy. Pan Kleks również był bezsilny. przeszukiwaliśmy zakamarki. przyłożył ucho do jej pleców. łykał pigułki na porost włosów. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. Następnie zbliżył się do szafy. . tik-tak.Nie wyjdę stąd. gdy nagle okazało się. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. i rozmyślał. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki.Jutro cię jeszcze odwiedzę . chłopcy. a gdy po chwili odlepił plasterek.Jak tam? . ilu nas tylko było. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . zegar nagle wydzwonił godzinę. Rozpoczęły się poszukiwania. Mówiąc to.

Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił.Skierniewice! . Cała zaś sztuka polegała na tym. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. jak do gry w piłkę nożną. wreszcie piec.Gorąco-gorąco! . aby uderzając w piłkę nogą.Tatry! . O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. na lekcję geografii. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. lustra usiłowały odbić po kolei wszystko. zimno-ciepło-ciepło. my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. . pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli.wołał piec.Nic też dziwnego. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. Mateusz był sędzią. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. Okazało się. chore sprzęty.Australia! . Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa.Londyn! . same zabrały się do szukania zguby.Wisła! . w którą właśnie trafił czubek trzewika. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa.Zimno-zimno-ciepło. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu. Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: . gdy któryś z nas popełniał błędy. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak.Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. powtarzał nieustannie: . wymieniać równocześnie miasto.Radom! . Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. co tylko mogły w sobie pomieścić. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. rzekę albo górę. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa.

Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze.Zapomniałam. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha.Uwaga. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. a wraz z nią dwunastu jej poddanych.. popychaliśmy jeden drugiego. Byliśmy ogromnie zakłopotani. gdyż nie wiedzieliśmy. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . .Aga. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. mimo to jednak zwracam ją wam. co począć.Berlin! . chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka. przewracaliśmy się na ziemię. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. krajów i mórz. a następnie spadł nie na boisko.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. Mateuszowi pot spływał z dzioba. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . okazywało się bowiem. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji. że nauczycie moich krasnoludków geografii. opcy! Co miało oznaczać: . a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. że wzbił się on niezmiernie wysoko. czy też może do Sindbada Żeglarza. który był najśmielszy z nas wszystkich. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. ale pod warunkiem. ja sapałem jak miech kowalski.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. Gra ta bawiła nas niesłychanie.zawołał Anastazy. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. Albert pomieszał Kielce z Chinami. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. że u was jest przecież lato .Doskonale! Bardzo chętnie! . czy do Trzech Świnek. . Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej.

hej-ho. to znaczy. że nie jestem ze śniegu" . dosypał garstkę białego proszku. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. cerują pończochy i przyszywają guziki. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. od których woda w rondlu natychmiast . Artur sprząta salę szkolną. Anastazy otwiera i zamyka bramę. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. napełniony płomykami świec. Gdy tak stałem zamyślony. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. To Mateusz wzywał nas na obiad. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. Stał na nim pękaty szklany słój. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. ale wstęp do kuchni był zabroniony. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki.pomyślałem sobie. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. które zaprowadził tam pan Kleks. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. dolał wody. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. sypialni oraz na schodach.Hej-ho. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. ja zaś udałem się do kuchni. że dbają o jej czystość.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka.To są nieocenione skarby . gdzie się być pragnie. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks.mnie w spokoju. zazdrościli nam bardzo naszej przygody. uszanujcie moją wolę. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. że wystarczy na nim zagwizdać. O czwartej mamy pójść do miasta. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. Zanim zdążyliśmy się opamiętać.oświadczył pan Kleks. .zawołałem ze śmiechem. Wobec tego. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. Artur uważnie oglądał gwizdek. tabakierki. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. . aby znaleźć się tam. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. .rzekł do nas po chwili.A wy coście znaleźli? . co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. staliśmy na ziemi u stóp dębu. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. kubek z ametystu.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. sznur pereł. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. A teraz nie traćmy więcej czasu. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. co dzisiaj znalazł . gdzie była poprzednio. że zostały . skrzypce ze złotymi strunami. Słysząc te słowa. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. . Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. ruszyliśmy w kierunku stawu. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. . pierścienie z drogimi kamieniami. Były więc złote monety. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks.A to ci dopiero skarby! . srebrne talerze. Przejęci naszą przygodą. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów.

gdyż obawiałem się. jak to było wtenczas. Widziałem. w jaki sposób wrócić na ziemię. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Teraz jednak. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. kiedy mu się zachciało latać. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. wstrzymywałem oddech. nie pozostawało mi nic innego. nie wiedząc kiedy i jak. park malał i jakby uciekał w dół. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. wobec żądania pana Kleksa. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. Jest to bardzo ciekawa historia. tak jak każdy inny mur. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. i co przy tej sposobności widział. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. Szybko zapadał mrok. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. zapadłem w głęboki sen. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. Wreszcie. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. okazało się jednak. Zauważyłem. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Stałem wprawdzie na ziemi. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. ale wszystko na próżno. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. Bajek nie było nawet śladu i mur. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony.jeszcze trzy kwadranse. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. zrozumiałem. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. że już gotów jestem do lotu. wyczerpany lotem. natrafiłem . że nikt mi nie uwierzy. spodziewałem się. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. płaczem i strachem. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. Wiedziałem. aż wreszcie tak jak przewidywałem. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej.

Po krótkim wahaniu zapukałem. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. których dotąd zupełnie nie znałem. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. ale z moich ust wydobyły się słowa.Reksie mój drogi. Czy się domyślasz. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący. kto do nas zawita.Reks. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. Zdziwienie moje nie miało granic. Od bramy prowadziła szeroka ulica. jak gdyby spotkał starego znajomego. rozbawionych szczeniaków. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. wesoło poszczekując i merdając ogonami. jak i my. Trafiłeś po prostu do psiego raju. . to ty? . a raczej nieduże domki. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. Reks łasił się do mnie bez przerwy. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. Różne inne psy z zaciekawieniem. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi.Hau! hau! hau! . każdy. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks. Chcąc naśladować psią mowę. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. udając się do ludzkiego raju. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Adasiu.Pojęcia nie mam . Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. wiele wyżej. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . że aż mi serce mocniej zabiło. zawadza o nas.wołałem . . gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. gdzie jesteś? . Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi.na dużą bramę z matowych szyb.odpowiedział mi Reks długim. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. Niech cię to nie martwi.Nie dziw się. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych.odrzekłem. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. Psy bardzo kochają ludzi. może mi objaśnisz. otoczone prześlicznymi ogródkami. wiesz o tym.Reks . Zdawało się. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. wesołym szczekaniem. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . on zaś polizał mnie tak czule. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. mlasnął językiem i zaszczekał.

że jesteś właściwie niedelikatny. Chodź.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. . Nieraz też zastanawiałem się nad tym. Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. który pilnuje naszej bramy. że ci przedstawię moich przyjaciół. Nazywam się Lord.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle.dodał zwracając się do mnie . a to owczarek Kuba. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. a to pekińczyk Ralf. a może nawet jeszcze lepiej. którego poznałeś. . oto jest ten plac. Niektóre z nich bawiły się piłkami.Pozwoli pan. Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie. w psim raju. .pozwól.Jakie to dziwne . pan Niezgódka. wdzięczne psy. Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. Żaden Pies nigdy nie bywa zły. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. Rozejrzałem się dokoła. a ten piękny chart to chluba naszego raju. ma na imię Glu-Glu. o tym. którą teraz biegniemy. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. inne ssały kawałki cukru. dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy.A teraz . którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. Oto buldog Tom. Mój przyjaciel. Istotnie. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle.Jestem Adam Niezgódka. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj.ciągnął Lord . Popatrz. a Reks ciągnął dalej: . o którym nigdy dotąd nie słyszałem. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle.Powiem ci. .Ten szpic ma na imię Azorek.Ulica.że ludzie nie rozumieją naszej mowy. jak u siebie w domu. .mówił Reks. Ten pudel. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. a to dobermanka Kora. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. . . gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni. Od Reksa dowiedziałem się. nazywa się ulicą Białego Kła . Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. jeszcze inne łapały muchy. To nieprawda. Lordzie .rzekł Reks . .Bardzo mi przyjemnie . ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody.przerwał mu Reks . Plac był po prostu wspaniały. Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. Adasiu .odrzekłem. że się przedstawię. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze.

z którego . Nigdy nie rozstaje się z parasolką. a słońce świeci od spodu.mówił drugi. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. i umorusanych. .mówił trzeci.mówił czwarty. które zjadłem z wielką przyjemnością.mówił jeden. . . czyli około pół kilo czekolady. Czekolady nam nie brak. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli. Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków. Wstyd mi się przyznać.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. jesteśmy przecież w raju. Zauważyłem nadto. zapewne dzieciarnia mego przyjaciela.zawołał wesoło Reks. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . A ta para jamników to Sambo i Bimbo.Codziennie . gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . . że krzywe nogi są najładniejsze.Ta wyżlica to pani Nola. Gdy rozgościliśmy się w salonie. . ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka. .Nic łatwiejszego! .Jestem dręczycielem. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon .A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . ulica ta przedstawiała widok niezwykły. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia.Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. Zobaczysz coś ciekawego.Jestem dręczycielem. Reks nacisnął wystający ze ściany kran. którą zjadłem ze smakiem.ku memu wielkiemu zdziwieniu . Ten wielki dog nazywa się Tango. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem .Jestem dręczycielem. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. . Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy.Jestem dręczycielem. chociaż deszczów u nas nie bywa. .Bardzo chce mi się pić. chłopców czystych.zapytałem.zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. . gdyż zacząłem odczuwać głód.rzekł Reks .Reks utorował mi drogę do pomnika. gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . Na ganku leżały poduszki i dywany. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju. Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: . po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika. rozczochranych brudasów. Istotnie. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. starannie ubranych. . że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem.

miód i inne smakołyki. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. skąd w psim raju bierze się czekolada. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę. dostają się do psiego raju podczas snu. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem.odrzekłem .macie tutaj rajskie życie. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. że udało mi się uniknąć takiej hańby.Nie wiem. ogródki salcesonowe. chłopcy. kapelusze. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. . Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. więc nam nic nie może zaszkodzić. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. skąd biorą się parasolki.ostrzegł mnie Reks . beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. Pomyślałem sobie zresztą.my jesteśmy w raju. Stwierdziłem ze zdziwieniem. że nie mogłem się od nich oderwać. że nie powinienem o to pytać. . huśtawki. Byłem szczęśliwy. idąc więc śladem Reksa. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. gdzie stały karuzele. że Reks począł niespokojnie węszyć. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. po czym wracają do domu w przekonaniu. że na to właśnie jest raj.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. . czapraki.Istotnie .Zjemy coś lekkiego. Bardzo mnie interesowało. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina.Chodź . grzecznie podziękowałem. Jak mnie objaśnił Reks.rzekł do mnie. ulicę Baniek Mydlanych. czy szanowny pan zauważył. gdzie mieszkał Reks. że wszystko to im się tylko śniło. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. Wracając na plac Doktora Dolittle. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. Uważałem jednak. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. którzy dręczą psy. Były tak smaczne. ale ty łatwo możesz się rozchorować. nigdy nie zachodziło. Było mi wesoło jak nigdy dotąd. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny.Opamiętaj się . Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. a potem wrócimy do domu na serdelki. biszkopty. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. .

Czułem się bardzo dobrze w jego domu. W ten sposób obliczymy tutaj czas. wiemy. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. . Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. co by było. w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju.Jak to dobrze. Uprosiłem Toma.zagadnąłem Reksa . podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. Sprzykrzyły mi się biszkopty. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić. że upłynął jeden dzień. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. .Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. Leżeliśmy tak. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. stał się jak mały niebieski obłoczek. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. . Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. .i zaproponował mi. Mateusz leciał nade mną. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. aby dowolnie kierować swoim lotem. . który pouczał mnie.Mateusz! Jak się cieszę. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. ak! Aga. Tak sobie gawędząc z Reksem. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym.zawołałem. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. wydąłem policzki i uniosłem się w górę. których udzielił mi w liście pan Kleks.Bardzo prosto .Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . ak! . . kierując się wskazówkami. którą tak pogardzałem w domu. co jego zjedzenie.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . abym wyciągnął się obok niego.Aga. Był to list od pana Kleksa. na które patrzyłem z obrzydzeniem. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. że cię znowu widzę! .odrzekł Reks. Leciałem obok Mateusza. które zbiegły się na widok Mateusza. wesoło pogwizdując. żeś po mnie przyleciał.

Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. inżynier Kopeć. który miał zawieść nas do fabryki. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. Nie umiem po prostu opisać radości. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. że nigdy już więcej nie będę latał. . Opisałem lekcję kleksografii. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. Proszę ustawić się w czwórki. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu.Akademia już blisko! Rzeczywiście. po chwili dostrzegłem mury Akademii. Mój przyjaciel. przędzenia liter.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. schludne miasteczko.Emia uż isko! . po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Okazało się. Idziemy. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. Opowiedziałem więc wszystko.krzyknął mi w ucho Mateusz. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. . Jak nam objaśnił pan Kleks. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. co znaczyło: . Droga początkowo prowadziła przez miasto. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju.

których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. chłopcy .zwrócił się do nas . Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej.rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. ak! . do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. kochany Bogumile. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. Tylko pamiętajcie. tryskających z pasów transmisyjnych. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. chudy. że ci zaprezentuję moich uczniów. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem.A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . inne zawieszone były na linach i dźwigach. wybrał sobie dwie nowe.Pozwolisz. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. długimi rękami. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. mój Ambroży. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach. . Gdy weszliśmy do pierwszej hali. Praca wrzała. elektrycznych świdrów i tokarek. Stał na cienkich. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. dopiero co utoczone. dziurki w nosie i dziurki w uszach. Wyglądały . Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. i włożył je do nosa na miejsce starych.rzekł pan Kleks. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. . Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach.Aga. długich nogach i wymachiwał cienkimi. . że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn.Był to wysoki. Jest ich dwudziestu czterech . a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia.dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni.w fabryce nie wolno niczego dotykać.

niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. Gdy opuściliśmy fabrykę.ślicznie. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki.i dziesięciokilowych skrzynek. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. a więc dziury na łokciach. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. . gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. wystawały wysoko ponad dach fabryki. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. zdaje . dziury w moście. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. a robotnicy pracujący przy nich musieli. a nawet dziury w niebie. Popękane. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. Okazało się. gdzie przetapiano je ponownie. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności.zauważył pan Kleks. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. było już prawie ciemno. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. W ostatniej hali mieściła się pakownia. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. zielonych i czerwonych. których nazw nie znaliśmy wcale. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. źle wypolerowane. na których je toczono. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów.

wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Pan Kleks. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. Nieznośne te owady. w czworoboki. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. Leciały w bojowym szyku. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. że nie było go wcale spoza nich widać. wskazywały na to. pragnąc uniknąć ścisku. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. Wszystkie pokoje. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. gdyż jedyny wyraz. w kątach.się. Pan Kleks. który zrozumiałem. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. jak wielkie eskadry samolotów. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. wpadały do oczu. sale. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. W ciemnościach wieczoru. korzystając z nieobecności domowników. Na to. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. ale wcale ich przez to nie ubywało. który dotąd . które przechowywał w kieszonce od kamizelki. W domu czekała nas przykra niespodzianka. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. że po chińsku. było już zupełnie ciemno. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. który niezwłocznie ruszył. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. formowały się w klucze. opadł wreszcie z sił.fruwając po pokojach . . Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. wojowniczością i odwagą. Pan Kleks. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. Bolesne ukłucia. Chodziliśmy po omacku. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. by przejść z pokoju do pokoju. trzeba było zamykać oczy. kotłowały się we włosach. na tle łuny bijącej od fabryki. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. przez który usiłowałem przebiec. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. Wdzierały się do ust i nosów. na piecach i pod stołami. wirującą w powietrzu chmurę.prowadził z muchami zaciętą walkę. W pewnej chwili do pokoju. zamyślał się głęboko. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas.

które go szczelnie obsiadły. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. tak był oblepiony przez muchy. mydło i szklaną rurkę. nie mogliśmy wyjść z podziwu. pożerał ich szturmujące oddziały. Setki i tysiące much. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. razem z nimi opadały na podłogę. wysysał z nich wszystkie soki. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. Wypuszczał coraz to nowe bańki. że nie był to sen przyjemny ani błogi. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. sale. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. wrócił do swej normalnej wielkości. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. która uwolni naszą Akademię od plagi much. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. że działanie powiększającej pompki ustało. tajemniczą rozmowę. zdarty niby skalp z pleców pająka. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. Niebawem wszystkie pokoje.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. . Jedynie głośne. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. że najście much. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. nie zdołało zakłócić jego snu. kazał nam wyjść z gabinetu. Gdy był już wielkości kota. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. Pająk zaczął się zmniejaszać. Muchy rzucały się na ich tęczową. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. paczkę gumy arabskiej. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. Pan Kleks nie ustawał w pracy. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił.krzyżaka. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa.

Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. co mu się tylko podobało. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. który opisuję. panie Kleks. obserwował życie mrówek. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Nie będę więcej strzygł ani pana. że Filip chyba zwariował. Przyprowadzę go w tym tygodniu. Gdy owego dnia. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. gdyż jak oznajmił. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. Alfred wycinał fujarki. Pan Kleks przygarbił się nieco.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. Na tym kończy się opis jednego dnia.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. I nie zwracając na nas uwagi. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. wyszedł z Akademii. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. Albert zbierał kasztany i żołędzie. Zając nagle poruszył się. Nie przypuszczałem. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Dla niego miała być ta Akademia. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. że kalafiory. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Pan Kleks był nie w humorze. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. I to nieodwołalnie. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. które dla nas przyrządził. jeden z Antonich. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. Anastazy strzelał z łuku. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. Pan Kleks nie mylił się. ani pańskich uczniów. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. gdyż zaczął się głośno śmiać. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech.

krzaki chwiały się. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. Kiedy podszedłem do niej. Udałem się więc do parku w nadziei.odrzekła. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. i grozi mi. . które zaczynają się na literę A. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. na farbach i na szkiełkach. którą już niegdyś widziałem. Powymyślał dla nich nowe imiona. W dodatku ostatnio zwariował. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. zobaczyłem. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie. że pochód ich przypominał żabi cyrk. Królewno Żabko? . odpowiedniej siedziby. że znam się na kolorowych proszkach. pozostawiając wszystkie żaby. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić. aby się przyjrzeć. gdy będzie wracał do Akademii. Zobaczysz. bo jesteś moim najlepszym uczniem. i domyśliłem się od razu. podziwiając zwłaszcza żaby.zarechotały chórem żaby.zapytałem wzruszony jej słowami. które w zgodnych podskokach. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi.Cóż z tego. Skakały przy tym tak wysoko. zdążały za przewodniczką. . kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . chłopcze. co zaszło. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną.A dokąd je prowadzisz. że ta historia bardzo żałośnie się skończy.Tobie jednemu mogę to wyznać. rzucił je na podłogę tak zręcznie. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. że same ułożyły się w figurę mego zająca. że dostrzegę go w chwili. jeśli taki gdziekolwiek istnieje. Po prostu uwziął się na mnie. Chociaż jestem z innej bajki. Czy widzisz. że ma złotą koronę na głowie. . gdyż nie wyobrażałem sobie. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. że to Królewna Żabka. Filip domaga się. Pan Kleks. zrozumiałem. Przeczuwam. Nic też dziwnego. Cała woda była spuszczona. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. . trawa się kołysała. . Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. nie ulegało wątpliwości. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. . omijając drogi i ścieżki. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. ryby i raki na pastwę losu.My chcemy do stawu! . abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa.Poznaję cię. Towarzyszyłem im przez pewien czas. zgadując moje myśli. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty..

przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. Tak. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. zeskoczył na podłogę. które tu widzisz. że robisz takie zdziwione oczy.Bim-bam-bom. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. . Adasiu. . to wszystko wina tego podłego Filipa. opowiedziałem im o tym.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. chętnie ci go zwrócę.Kluczyk? Ależ tak. zaraz do ciebie wrócę. . Nie wiedziałem.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . Nie większy od Tomcia Palucha. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. ale to. rozkurczył się. aby zajęli się losem ryb. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. że uczę zegar mówić. Nie wydawały żadnych dźwięków. Rozejrzałem się po sali. Pan Kleks był tam. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. porobiły się zupełnie czerwone. Ach.Tik-tak. co robił. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie.O co chodzi? Przecież widzisz. pozostawionych bez wody. królewo. gdzie go schowałem. zebrałem kilku chłopców. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. a ocalisz wszystkie stworzenia. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. jakby je kto polał wrzątkiem. tik-tak. Nie pamiętam tylko. Żal mi było żab. ani w jego pokoju. którzy nawinęli mi się po drodze. co zaszło. błagam cię. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . Dosłownie maleję z dnia na dzień. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost.rzekł rozdrażnionym głosem. niemal tyleż co żab.Kluczyk? .rzekłem.Adasiu. . Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. tik-tak. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . Poczekaj chwilę. ani do bajki o zielonej wodnicy. Pobiegłem co sił do Akademii. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. i namówiłem ich. zwróć mi złoty kluczyk. powtarzając raz po raz głośno: . oczywiście. Zdaje się. ale skoro los zesłał mi ciebie. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. do czego wpierw mam się zabrać. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. jak zazwyczaj: . że zabrał go pan Kleks. Była ich nieprzebrana wprost ilość. Niektóre spośród nich. a może nawet jeszcze więcej. które słabły już wskutek braku wody. Chce mnie po prostu zniszczyć. Na mój widok przerwał huśtanie.Przykro mi.

Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie.. Aha.Biorę ten kluczyk.. . Pan Kleks sposępniał.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków. . .Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni.. . A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich.rzekł pan Kleks. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów. . powtarzając za każdym odchyleniem: .rzekła królewna.Tik-tak. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie.Jestem ci niezmiernie wdzięczna . który jak domyślałem się . Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki. tik-tak. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. Nie mogę już wcale do nich się dostać. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. . jakby była pokryta emalią. ale nie sądź. fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu. Następnie podziękowałem królewnie. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. pobiegłem nad staw. bo stracę do ciebie zaufanie. tik-tak. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi.Muszę ci wyznać . Wyglądał tak jak zazwyczaj.zalać wodą ze stawu.Szkoda. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. zanieś go Królewnie Żabce.Za mną .schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. wielka szkoda! . Zaraz. Ale nie miałem przecież innego wyjścia. Masz. Mówiąc to.. jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. że będziesz pokrzywdzony..rzekł po chwili. Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim.. . Fatalne to wszystko. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę.zauważył szeptem . . . że wcale jej nie poczułem.że mam jeszcze jedną zgryzotę.Weź ją sobie . Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy.rzekła królewna. które przedsięweźmiesz. Musiałem ugasić płomyki świec. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. a była tak mała.

odrzekł pan Kleks. Po chwili i on również zawołał: . pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. raz po raz powtarzał: . nie było już ani żab.Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. a potem. . wiszący wysoko w górze. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: . ani raków.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. onik! Aga. a po niejakim czasie. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. Szybko tedy zjedliśmy obiad. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza.Aga. uginając się pod ciężarem koszów. coś podobnego! . . Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. . Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu.Uwaga.Ruszyliśmy za nim. . Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. dotarliśmy do muru bajek.Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: .odezwał się Anastazy.A może pan profesor opowie nam ją teraz? . a gdy już był na wysokości ramienia. . aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. mały punkcik.Nie! No. Ale na to przyjdzie czas. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej.Na wszystko musi być odpowiednia pora . gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły.wołał z zachwytem. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. przedzierając się przez gąszcze drzew. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. balonik! Istotnie. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby.Teraz pójdziemy do domu na obiad. Gdy wróciliśmy do parku. . począł przybliżać się coraz bardziej. idąc za radą rybaka. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen.

do czwartej . która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. Zapowiadała się straszliwa burza. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg. który powywracał pudełka od zapałek. Gdy wyjrzałem przez okno. Nie wiedziałem tylko. łóżka. . . Czajnik był na kółkach i buchała zeń para. otworzył wielką księgę. ale w miejscu. ustawiłem je na tacy. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. tak jak zbiera się kożuch z mleka. i jąłem nią rozgarniać chmurę. którą zabrałem z kuchni. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. że zebrałem łyżką całą chmurę. Wobec tego pobiegłem do kuchni. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. wziąłem siedem szklanek. złożony z pudełek od zapałek. Adasiu.Pan Kleks siadł przy katedrze. Nie oglądając się na nikogo. do szóstej . ławki i wieszadła.grzmot. nikogo już nie zastałem.błyskawicę. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. że się zbudziłem. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom.Zawiozę was dzisiaj do Chin . przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek.oświadczył pan Kleks. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. . gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. do piątej . Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. które rzędem leżały na ziemi.Ratuj.wiatr.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. mój pociąg! . Gdy tylko znalazłem się na szczycie. szafy i półki. okazało się. Zerwał się wicher. stoły i stołki. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. gdzie stał pociąg pana Kleksa. do czego służyć ma siódma szklanka.

jąłem okładać nim głowę pana Kleksa.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. . zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. który parzył nas niemiłosiernie. jak fontanna tryskająca z ziemi. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. Śnieg rozwiał się natychmiast. . Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. lecz z dołu do góry. tylko wielkości całego nieba. Śnieg natychmiast stopniał.wołał pan Kleks. Wpadłem tedy na pomysł. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. a raczej złocisty wrzątek. nie mogąc znieść takiego upału. zaczął szybko rozbierać się.Ukradłeś chmurę. unosząc z sobą wszystko. Skutek był zdumiewający. że pokrył cały park. na jakim siedział pan Kleks. zawisły w niebie jak gwiazdy. Pan Kleks. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. że jest to emaliowany niebieski czajnik. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. . że pan Kleks odmroził sobie rozum.Śniegu. który wyglądał jak rzadki.Śniegu! . jedzie mróz. że zdejmowanie ich nie miało końca. to Anastazego. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. Wyglądało to tak. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. że po prostu nic nie było widać. a srebrne widelce. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. . to znowu jakiegoś innego kolegę. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. Zrobiło się bardzo zimno. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. to Alfreda. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. ani nawet wiatru. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. Kiedy zobaczyłem. uniesione w górę. zupełnie taki sam. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. niebieskawy krem. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. ale miał na sobie tyle surdutów. .Został tylko pan Kleks. Rzeczywiście. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. co tylko napotkał na drodze. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach.Coś ty narobił! .

że głowa potoczyła się w innym kierunku. ale nic mi nie odpowiedział. potem pączki. Po chwili jednak stracił humor. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. którą posiadałem. Tymczasem pan Kleks. Grudzień znów się stanie majem. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. Dawała tyle światła. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. a to z tego powodu.zawołał pan Kleks. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu.Chętnie bym coś zjadł . Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. . Pan Kleks stał bez głowy. . że pszczoły. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. . Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. jedyną rzeczą.powiedział pan Kleks. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. Zapytałem pana Kleksa. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. w której mieścił się grad. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. tak niezręcznie nadstawił ręce. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię.Doskonale! . Była cała poparzona. bezradnie wymachując rękami.Naprzód wypuścił liście. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. była szklanka z grzmotem. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. Znalazłem ją wśród pokrzyw. obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. Przynieś go tutaj. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. że było widno jak w dzień. gdyż nie miał czym. gdyż począł żałośnie jęczeć. Wyglądało to tak. Niestety. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. . jak się czuje bez głowy.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu.

szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: . że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. Czy żaden z was nie zauważył. niż był dotychczas? .zapytał Anastazy. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. . Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. oblizując się smakowicie.. że stał się trochę mniejszy. gdzie był maleńki pan Kleks.odezwał się nagle Artur . W tej samej chwili obudziłem się. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek. . usiłowały dostać się do szklanki. . włożyłem do siódmej. osaczyły mnie ze wszystkich stron. że Antoni i Albert. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. pokrajał grzmot na ćwiartki.Nudno mi . rozsadzony od środka. Nie brałem udziału w rozmowie. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. stojącej na tacy. zdaje się. No. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks. pustej szklanki. a dwa spośród nich.. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem.zawołał jeden z Antonich.. . rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. przypominająca owoc granatu.. Na krok nie wychodziliśmy z domu. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce.Pan Kleks maleje.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. Była to piękna czerwona kula. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki.rzekł jeden z Aleksandrów.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. i zaniosłem do kuchni.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . A ja wam coś powiem . gdyż byłem bardzo senny. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. Sen o siedmiu szklankach. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. Ratując go przed widelcami.Sen o siedmiu szklankach. jednym słowem .Istotnie! .

pieczywo. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła.Mam dla niego świeżutkie piegi. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. Nacisnąłem klamkę. Zbudziłem natychmiast Anastazego. . kurę na zimno. przedstaw się kolegom. Udaliśmy się wszyscy do Akademii. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. cha-cha! Nieprawdaż. cha-cha! Anatolu.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. jego dziwaczny strój. .Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. . A to jest mój młodszy brat Alojzy. którego obaj z Filipem trzymali pod ręce.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca.Jestem Anatol Kukuryk. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi .Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.zawołał Filip śmiejąc się znowu. napełniło mnie przerażeniem. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. głodni . cha-cha! Jeden ma na imię Anatol.nikt mi nie odpowiadał. Anatolu? . Nowi uczniowie pana Kleksa! . . nawet piegi na jego nosie. . zapukałem powtórnie. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami. W szklance siedział pan Kleks. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową.Śniło mi się. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę.Jesteście pewno. ale uderzenia nie ustały. W przekonaniu. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. a drugi Alojzy. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Byli widać bardzo zmęczeni. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. . co zobaczyłem. Ponieważ nikt nie odpowiedział. pobiegliśmy do parku. i Filip przestał się śmiać i oznajmił.odrzekł grzecznie Anatol. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. Panowie pozwolą za mną.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Obydwaj na A. Drzwi były zamknięte na klucz.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . potem jeszcze raz. To. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. Siedział na dnie szklanki i spał.rzekł z galanterią Anastazy. Nie ulegało wątpliwości. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. Począłem więc nasłuchiwać.rzekłem. masło. . bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . Sądziłem. . trochę sera. Maleńki pan Kleks. że wreszcie się obudziłem. panowie. .

Bardzo nie lubi. ja zaś udałem się do sypialni. szybko rozejrzał się dookoła. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. Dobranoc. Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. zwykłym panem Kleksem.Może obudzić pańskiego brata? . Gdy kończyłem przygotowania. . głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. potem na podłogę. który spał w sąsiednim łóżku. bo cóż innego miałem uczynić. . jak się zachować. aby przygotować łóżka dla obu chłopców. . po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami. Alojzy spał w dalszym ciągu. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. To zbyteczne! . . Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku.pomyślałem.To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. i opowiedziałem mu . jak po poręczy wjeżdżał na górę. Niebawem też zaczął się powiększać. Zerwał się na równe nogi. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie. Wybiegłem za nim i widziałem. żeby go budzić .odrzekł Anatol.Poradźcie sobie beze mnie . . . to będzie chluba waszej Akademii. . Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. a rano z nimi porozmawiam. a po paru chwilach stał się normalnym. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy.Pewno jest bardzo głodny. chłopcy. Wróciłem do kuchni.Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu.rzekł pan Kleks. Szturchnąłem Alfreda. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. zeskoczył z talerzyka na krzesło. ten śpiący królewicz! . Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. . nie. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie.Daj im kolację i niech idą spać. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia. żeby go budzić.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie.Zobaczycie. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. nie zwracając na niego uwagi. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. "Coś się psuje w Akademii" . .śmiał się Filip zjadając kurę. Alojzy bardzo nie lubi. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: .zagadnął Anastazy Anatola.O.

Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. Anatolowi. który przez cały czas nawet nie drgnął. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. Jeśli nie będzie deszczu. może mi się uda. tylko lalką. Alojzy? . Chłopcy przyglądali się ciekawie. chłopcy . gdy okazało się. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. .Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku.zawołał od progu. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. chłopcy! .Popatrzcie. . . prawda? Alojzy nie drgnął. . oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku.szeptem o Anatolu i Alojzym. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii.Dzień dobry.zwrócił się do nas pan Kleks. którego obudziła nasza krzątanina. . myśleć i mówić. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: . Alojzy nie drgnął. Gdy trzymałem go na rękach. poklepał po rękach.krzyknął znowu pan Kleks. Muszę go nauczyć czuć. panie profesorze. Ale teraz już nic nie poradzę. gdyż jestem zajęty. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. Był lekki jak piórko.Nazywasz się Alojzy. Wskazał przy tym na Alojzego. a to mój młodszy brat. dłonią potarł mu policzki i czoło. że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach.Alojzy nie jest żywym człowiekiem. Spróbuję. Adasiu. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. Nazywam się Anatol Kukuryk. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. . i rzekł uprzejmie: . możecie pójść z Mateuszem do parku. pragnąc dokładnie się przyjrzeć.Jestem.Czy mnie słyszysz.

która stanie się sztucznym człowiekiem. Zacznij od nóg. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa.Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. Pan Kleks odśrubował blachę. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: .natychmiast zabierzemy się do roboty. która pokrywała klatkę piersiową lalki. rozprostował plecy. czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. wyraz twarzy. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne. . układ ust. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. którą kochał jak brata.potrzebna mi będzie pomoc. Okazało się. ręce i paznokcie na palcach. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. .Owszem . wszystko to było tak naturalne. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. Zachwyt nasz nie miał granic. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. Musisz uzbroić się w cierpliwość. Zajmij się teraz rękami.zapytałem nieśmiało. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. Nawet masa.Połóż go na tym stole . przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: . włosy. tak łudząco prawdziwe. po czym polecił mi. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. zarys czoła. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. nosa i podbródka.A więc mogę tu zostać? . . że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. . . abym Alojzego rozebrał. purpurowy z napięcia i wysiłku.odparł pan Kleks . wilgotna powłoka oczu. z której ulepiona była twarz i ręce. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. wykonanie tej wspaniałej.rzekł do mnie .Nogi mają już dosyć . miała elastyczność i ciepło. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. Pan Kleks. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. Krótko mówiąc. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku. a przy tym pożerała nas ciekawość.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad.Kształt głowy. Skorzystałem z tego. właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy.

. . Pan Kleks otworzył mu usta. . . a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . drzwi od jadalni otworzyły się nagle. chłopcy.Powiedz jak się nazywasz! . .zawołał z tryumfem pan Kleks. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk.krzyknął mu w ucho pan Kleks. a potem szybko zabrałem się do jedzenia.odezwał się pierwszy Anatol.Czy mówi? .A-loj-zy Ku-ku-ryk. co działo się w szpitalu chorych sprzętów. posuwał się z wolna naprzód.Macie go! .Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę.doskonale! Siadaj teraz do stołu.Co robi pan Kleks? . dajcie mu coś do zjedzenia.Co Alojzy ma w głowie? .Dzień dobry. W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa.A-loj-zy Ku-ku-ku. a wy. . wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. . . Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku. siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: . ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni.. .Dzień do-bry . olśniony widokiem lalki. Gdy byliśmy już przy deserze. spróbuj mówić teraz. Alojzy takim samym powolnym. .Kiedy zejdzie na dół? .klasnął w dłonie pan Kleks . Stawiając niezręczne i płochliwe kroki.Doskonale . Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: .Poznajcie się z waszym kolegą. rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką. Alojzy! . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy.No.Czy Alojzy już chodzi? .zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.

. Czy mogę na was liczyć? .Smaczne . pucowali obuwie. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. myli okna. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. zaglądał w najmniejsze szpary. czyli historię o księżycowych ludziach. Poza tym proszę. cośmy zrobili. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. Jadł coraz staranniej. Zdawało się. gdy już opróżnił talerz. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. uprzątali ścieżki. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. w Akademii zawrzało jak w ulu. panie profesorze! .Daj-cie mi jeść.Słuchajcie. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. Otóż opowiem wam. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. abyście wyglądali schludnie i czysto. kąpali się. Domyślacie się zapewne. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola.. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu.zawołaliśmy chórem. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. o co chodzi. Jedni z nas trzepali fotele i dywany. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. w ruchach i w mowie. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. . co moje prawe oko widziało na księżycu. inni zaciągali i froterowali podłogi. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania.Tak jest. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. Chciałbym. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii.powiedział z bladym uśmiechem. uczesał i ubrał. jednym słowem. poganiał nas i sprawdzał to. Mateusz bez przerwy krążył nad nami. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. a na trzeci dzień sam się umył.

W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. zaczęły się nagle unosić tumany pierza. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. Ale to jeszcze nie koniec. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia.Będę wszystko niszczył. . Myślę. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. które wietrzyły się na dziedzińcu. który go skonstruował. Artur. W sypialni naszej ni z tego.rzekł z zakłopotaniem. kto tu jest winowajcą. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. spokój. że cała nasza praca idzie na marne. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. Okazało się. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. Rozumiecie? Jestem bezsilny. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. co na nim stało. Byliśmy wściekli.Nie znam mechanizmu Alojzego. który trzymał właśnie w rękach. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. . . że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy.Stało się jednak inaczej. Dajcie mu. chłopcy. i zasępił się bardzo. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze.Trudno. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem.zawołał Alojzy. gdy zobaczy.rzekł Artur. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego.Alojzy. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. opamiętaj się . Jest to sekret Filipa. że nikt nie zwraca na niego uwagi. Tak go to rozgniewało. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . lecz mechanizmu.Przewidziałem. . Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. Czuję w tym sprawę Filipa. . że dosłownie zjadł mój słownik chiński. Idźcie do swojej pracy. ale i kuchnię. . to nie jest wina jego. Obsiadło ono dywany.Nie chcę się opamiętać! . meble i nasze ubrania. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . Wyrwałem mu z rąk nożyczki. Jest po prostu cudownym tworem. Przez chwilę panowało milczenie. Z poduszek. który nożyczkami przecinał druty elektryczne. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. Zdaje mi się. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. Alojzy roześmiał się głupio. to ja podziurawiłem poduszki. Ale jestem zupełnie bezsilny.

aby poszedł ze mną do parku na szczygły. Właśnie nigdzie indziej. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. Długo będziecie mnie pamiętali. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. inteligencji i sprytu. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. że jestem zupełnie niepodobny do was. . tylko do Chin. Tak sobie postanowiłem. aż przyjemnie było spojrzeć. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. .Nudno mi . aby uczył mnie myśleć. pobiegłem do Akademii. potrącał i szczypał. Mówił coraz głośniej. co ja jeszcze narobię. potem jednak zaczęliśmy go unikać. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. Skorzystałem z tego. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. czemu wcale się nie dziwiłem.Jesteście głupcy. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. wreszcie jednak uspokoił się. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. Pokoje i sale lśniły czystością. Mogłem bez tego się obejść. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. Był antypatycznym.Nie prosiłem pana Kleksa. . . którego nieustannie dręczył. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Właściwie nie cierpię was wszystkich. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. Wiem. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła.rzekł szeptem Alojzy. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. po nocach nie dawał nam spać. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. Zobaczysz. że ciało jego nie odczuwa chłodu. Alojzy zgodził się. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. obrzydliwym chłopcem. Aczkolwiek była to już późna jesień. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. gdyż wiedziałem.

przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. Sala szkolna. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. doznawałem uczucia dumy. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. z motyli i z pelargonii. kwiaty i owoce w cukrze. niedźwiadek Miś. krętymi korytarzami. kura znosząca złote jajka. wszystko. czapla i żuraw.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. za borem. . Koziołek Matołek. Nie brak też było Arabów. ustawiliśmy się pod ścianami. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. napoje gorące i zimne. a więc kot w butach. stała się tak obszerna. Moje prawe oko bywało wysoko. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. pierniki. Muszę również stwierdzić. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. Były tam różne torty i ciastka. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. mnie opowiedziało. a dookoła niej pluskały się złote rybki. gdzie już nikt nie mieszka. kremy. Widząc to. czekoladki. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. co bardzo ułatwiło mi pracę. sny w pastylkach oraz zielony płyn. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. lis-przechera. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. lody. biegnie wąska ścieżka. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. W swym tabaczkowym fraku. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. daleko. każdego znał osobiście. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. srebra i żelaza. Kaczka Dziwaczka. z Mateuszem na ramieniu. co widziało. którzy nazywają się Lunnami. winogrona i orzechy. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. a nawet konik polny i mrówka. a co najdziwniejsze. za rzeką.Daleko. Salę zaległa cisza. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. kogo i jak mam obsłużyć. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi.

dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. w którym spędzają czas wolny od pracy. .. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Wtedy właśnie stała się rzecz. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. Lunnowie nie posiadają ani ciała. ubranie miał pomięte. długiego miecza. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. co robią. wędrują z piętra na piętro. Z parku dolatywały krzyki. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. brzęk tłuczonych szyb. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. przekłuwa go ostrzem swej klingi. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. w Wielkiej Srebrnej Górze. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. brak mu tylko twarzy. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości.. Widocznie zaszło coś szczególnego. . dowolne kształty. posługują się różnymi promieniami. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. brudny. które z siebie wydzielają. Są to przeróżne krążki. zapuszczają się w głąb swojej planety. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. Był rozczochrany. misy. Światła Lunnowie nie posiadają. Na południu półkuli księżyca. mieszka władca Lunnów. trzask łamanych gałęzi. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. płytki. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. to znaczy . ani kości. której nikt nie był w stanie przewidzieć.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. przypominającą żelatynę.płynąc. talerze. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. ma nawet ręce i nogi. Żywią się zielonymi kulkami. potężny i groźny król Niesfor. W dłoni trzymał sękaty kij. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. które wybierają z miedzi.

pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa.Jestem Wieszczką lalek. . rozpłakał się.krzyczał Alojzy . Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali.Hej! Panowie. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. . . Kaczko Dziwaczko. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. bo cię zjem na obiad! Uciekaj. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. aż wreszcie opustoszała całkiem. Sala stopniowo opróżniała się.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. mrówko. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: .może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię.A cóż to znaczy. który zamroził i przeraził wszystkich. nie mogąc znieść tej sceny. Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach.Na twarzy jego malowała się wściekłość. panie Kleks?! . a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. Powstał popłoch nie do opisania. Pan Kleks zaniemówił. panowie! . skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego. Żądam od ciebie. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli. ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. Rozległ się trzask. Roześmiał się jej szyderczo w twarz. abyś natychmiast opuścił salę! . Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. zawołał: .zawołał głosem.To jeszcze nie koniec. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości.

Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. stojących pod ścianami. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. Innym razem. czego wcale nie zauważył. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. co Alojzy wyprawiał w Akademii. Jak już wspomniałem przedtem. awda! . przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. przewyższał go niemal o głowę. . Prawda.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. że czas już na obiad. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. Muszę zaznaczyć. . wcale nie przypuszczałem. jak gdyby nigdy nic: . Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. że jeśli tak dalej pójdzie. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych.Zobaczycie. Zdaje się. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. przechodziło wszelkie wyobrażenie. Alfred. popatrzył na nas. Nie zwracając uwagi na Alojzego. pan Kleks przeszedł obok niego. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. że to. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe.drwił sobie na głos Alojzy. chłopcy. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. zapomniał. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. i zadumał się tak głęboko. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. Najważniejsze jest to. Mateuszu? . Wreszcie pan Kleks się ocknął. który był najmniejszy spośród nas. że spadł na półmisek z pieczenią baranią. że jest w powietrzu. przedziwnych wydarzeń.Szkoda. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . Rozejrzał się po pustej sali.Awda.

Zrozumieliśmy.Alojzy wstawał. a łóżka stały się krótsze. . Spędziliśmy wspólnie cały rok.Mój Anastazy. każdy z was ma swój dom. Mówiąc do was. kiedy chciał. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. że zbliża się koniec naszej Akademii. Park. trzaskał drzwiami. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. do którego wróci. zmalał i przerzedził się. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. gwizdał.A co z nami się stanie. muszę stać. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. słabła władza i powaga pana Kleksa. opuszczał wykłady. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. nie dbał zupełnie o swoje piegi. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. jak od pewnego czasu zmalałem. zmniejsza się i maleje. Rozumiecie chyba sami. co dzieje się dookoła was. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. Bądźcie przygotowani na to. wybijał kamieniami kolorowe szyby. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . było nam wesoło i przyjemnie.Drodzy moi chłopcy. Przykro mi będzie rozstać się z wami. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. nie mogliście nie zauważyć tego. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. . tak jak gdyby się bał. Również gmach Akademii skurczył się nieco. Wszystko. jak ręce dziecka. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Widzicie. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. Ot. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. Znajdziesz przy brzegu przeręblę. a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. jaka jest tego przyczyna. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. pokoje zrobiły się niższe. śpiewał na cały głos. co was otacza. po czym klucz wrzuć do stawu. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. Mało tego . który dotąd przypominał rozległą puszczę. które stały się już tak małe. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. meble i sprzęty zmniejszyły się. panie profesorze? .zawołał Anastazy tłumiąc płacz.

teraz zaś. okazało się. że nie ma go pośród nas. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. złotymi i srebrnymi nićmi. chodźcie ze mną na górę. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. łańcuchami. Mrok jednak zapadł tak szybko. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. zegary. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. uginające się pod ciężarem półmisków. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie.Panie profesorze . Nie chciał mnie usłuchać. lśniły. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. Gdy przyszła kolej na Alojzego. Tymczasem nadszedł wieczór. . Byliśmy olśnieni. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami.Była to bardzo wzruszająca scena. salaterek i waz. Rozglądając się wkoło. którą przez całe życie zachowałem w pamięci. . żeby tego nie robił. krzesła. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. wpił się palcami w jego ramię: . że nie było go również podczas wieczerzy. blady jak płótno.No. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. wyleczone przez pana Kleksa. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. stoliki. Pan Kleks otworzył lufcik.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . Były to stoły. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj.ja wiem.zawołał .Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. które dotąd stale były pozamykane. że byliśmy w tej samej sali. chłopcy. przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. i nagle stwierdziliśmy. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. dosyć. spostrzegłem. leć czym prędzej i szukaj Alojzego.

wypędzenie z Akademii. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. Spojrzałem odruchowo na sufit. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę.wołał Alojzy. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. otworzył ją i postawił na stole.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. wykrzywiona twarz pana Kleksa. W . aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. zapisanych drobnym chińskim pismem. że za coś podobnego groziło. lecz surowym. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. poza innymi karami. zuchwała. Dowiemy się wreszcie.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. Nie rozumieliśmy. cały wysmarowany sadzą. był o połowę mniejszy niż przedtem. zarozumiała i przemądrzała lalka. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę. . Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem. Alojzy . Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa.Mam sekrety pana Kleksa! .Wobec tego ja zniszczę ciebie. Wiedzieliśmy. . . . otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami.Alojzy jest w sekretach pana profesora . Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. Kiedy wpłynął do sali. nacisnął ją parokrotnie. Zrozumieliśmy. co to znaczy.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. że stała się rzecz straszna. rozmawiając szeptem między sobą.zawołał zdyszany. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. . posadził go na stole obok walizki. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. wspaniałym panem Kleksem.Zniszczyłeś moje sekrety. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. .Ja jeden tu czytam po chińsku! . Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. Alojzy widząc. ta znienawidzona przez wszystkich. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków.. Nikt z nas nie znał chińskiego. oto są sekrety. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek. aż potłukł je i starł na drobny proszek. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy.

które podepał i potłukł. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. Alojzy. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. unoszenie się w powietrzu. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek.Alojzy. płytki dźwiękowe.. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy . . . Na tych porcelanowych tabliczkach.wołał trzęsąc się z gniewu.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką.. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem.. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. Alojzy milczał. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. oddałem panu cały mój majątek. co potrafi Filip. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek. tym wszystkim..ta niegodziwa karykatura człowieka . wypisana była cała wiedza. . tam.A więc tak. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię.szeptał . Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa. Alojzy wykradł mi moje sekrety. leczenie chorych sprzętów. powiększanie przedmiotów. zabieram cię do domu.mój Boże. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. Ja panu pokażę.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Filip podbiegł do walizki.syknął przez zęby. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego.. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: . części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo.przestał istnieć. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. w tej walizce .wybełkotał z przerażeniem w głosie. nie.Nie przejmujcie się. otworzył ją. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. żeby się do was dostać. Był czerwony od mrozu i wściekłości. chłopcy. Domyślałem się.. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. Ja panu pokażę! . Zamiast jednak martwić się. panie Kleks. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. odgadywanie waszych myśli.. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Były tam litery.Czemuż to nie otwieracie bramy? . . aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. Taka piękna lalka. Niebawem będzie już po wszystkim. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. panie Kleks! .Mój Boże . . kiedy chce się zemścić. .Musiałem przełazić przez mur..

aż wreszcie zapadł zupełny mrok. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. ale głos zamarł mi w krtani. nie powstrzymywany przez nikogo. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. nie wiem. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. Gdy po chwili otworzyłem oczy. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Cała Akademia. Co się działo dalej. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. . Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Taki sam pan Kleks. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. aniżeli był przedtem. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. chłopcy!. Szumiało mi w uszach. Filip. Była piękna. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. aby nie usnąć. mroźna noc grudniowa. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. Był to pan Kleks. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Nie spostrzegłem zupełnie. że niepostrzeżenie usnąłem. Usiadłem na ławce. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. a przed oczami fruwały czerwone płatki. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. zabrał się do roboty. jakim widziałem go niegdyś w szklance.

Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. Tam. A stał się guzikiem. Adasiu. Wyfrunął z klatki. . Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. leżał piękny zielony dywan. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. Po prostu zwyczajnym guzikiem. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. Kto wie. stała biblioteka. że pan Kleks był owym guzikiem. musimy się pożegnać. usiadł mi na ramieniu. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. o Kaczce Dziwaczce i wiele.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. czekał tylko na ten moment. potem zeskoczył na moją dłoń. Był wielkości śliwki. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. bajka o dziadku do orzechów. o krasnoludkach i sierotce Marysi. Życzę ci powodzenia w życiu. krzaki i kwiaty. gdzie był mur. wiele innych. Był już nie większy niż mój mały palec. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. który udawał żebraka. Sądzę. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. Mateusz. o rybaku i rybaczce. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. Przybierając coraz bardziej na wzroście. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. nogi wydłużyły się. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. haftowany w drzewa. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie.Cieszę się. o wilku. Siedziałem na tapczanie.Bądź zdrów. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. W miejscu gdzie przypadał park. o włosach przyprószonych lekką siwizną. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. w której siedział zamyślony Mateusz. zdawało się. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo.

przeobrażony w człowieka. aby je sobie obmyślić i przygotować. która tam leżała. ale przecież nie miałem nawet czasu.Jestem autorem historii o panu Kleksie .Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem. . Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je. Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! . Mateusz. sam bawię się znakomicie. .odrzekł z uśmiechem. Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.zawołałem gubiąc się już zupełnie. Po prostu opowiedziałem ci bajkę. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. wysłuchał mych słów z powagą.Kim więc jesteś. .No.Napisałem tę opowieść.Przemówienie moje nie bardzo było udane. a potem nagle roześmiał się serdecznie. . pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: . a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.zapytałem zdziwiony.Bajka zawsze jest tylko bajką.odparł szpakowaty pan. mój chłopcze . .

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful