P. 1
Pamiętniki inżynierów - 1966

Pamiętniki inżynierów - 1966

|Views: 396|Likes:

Konkurs na pamiętniki inżynierów ogłoszony został przez redakcję tygodnika „Polityka” 23 września 1961 r. Miał on na celu zgromadzenie materiałów, ilustrujących wydarzenia i procesy związane z odbudową i uprzemysłowieniem Polski Ludowej. „Inteligencja techniczna, inżynierowie - głosiły słowa komunikatu konkursowego - to wielotysięczne grono twórców naszego przemysłu, naszej kultury materialnej, postępu technicznego, ludzie zarządzający nie tylko rzeczami, ale kierujący poważnymi zespołami pracowników. Chcielibyśmy uzyskać choćby cząstkowy obraz doświadczeń inżynierów, doświadczeń nagromadzonych w okresie ostatnich kilkunastu czy kilku lat, obfitujących przecież i w dramatyczne wydarzenia: uruchamianie zdewastowanego przemysłu, tworzenie nowych gałęzi produkcji, budowa wielkich zakładów, rekrutacja załóg robotniczych z najróżniejszych warstw społecznych itp. (...) Chodzi nam szczególnie o autentyzm, a także o możliwie osobisty stosunek do opisywanych faktów, o dokument postaw. Pragniemy również, by ukazywano nie tylko fakty pozytywne, ale sięgano do konfliktów, wielorakich trudności itp...” (Wersja dla Kindle na Chomiku)

Konkurs na pamiętniki inżynierów ogłoszony został przez redakcję tygodnika „Polityka” 23 września 1961 r. Miał on na celu zgromadzenie materiałów, ilustrujących wydarzenia i procesy związane z odbudową i uprzemysłowieniem Polski Ludowej. „Inteligencja techniczna, inżynierowie - głosiły słowa komunikatu konkursowego - to wielotysięczne grono twórców naszego przemysłu, naszej kultury materialnej, postępu technicznego, ludzie zarządzający nie tylko rzeczami, ale kierujący poważnymi zespołami pracowników. Chcielibyśmy uzyskać choćby cząstkowy obraz doświadczeń inżynierów, doświadczeń nagromadzonych w okresie ostatnich kilkunastu czy kilku lat, obfitujących przecież i w dramatyczne wydarzenia: uruchamianie zdewastowanego przemysłu, tworzenie nowych gałęzi produkcji, budowa wielkich zakładów, rekrutacja załóg robotniczych z najróżniejszych warstw społecznych itp. (...) Chodzi nam szczególnie o autentyzm, a także o możliwie osobisty stosunek do opisywanych faktów, o dokument postaw. Pragniemy również, by ukazywano nie tylko fakty pozytywne, ale sięgano do konfliktów, wielorakich trudności itp...” (Wersja dla Kindle na Chomiku)

More info:

Published by: biblioteka_zorga on Feb 06, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as DOCX, PDF or read online from Scribd
See more
See less

03/04/2014

pdf

Pamiętniki inżynierów

Spis treści
Przedmowa .............................................................................................................................................. 4 O konkursie............................................................................................................................................ 10 Marian Wyrzykowski Światła wśród ruin .............................................................................................. 13 Robert Makus Ruszyły pociągi ............................................................................................................... 23 Mieczysław Strzelecki Od ruin Warszawy do uroku Starówki ............................................................... 32 Wiktor Pogoda Renesans kopalni .......................................................................................................... 73 Piotr Szafnicki H2 + KUDAM ................................................................................................................. 107 Ludwik Krzenek Z życia inżyniera ........................................................................................................ 144 Leszek Gaszyoski Z pierwszych dni na Dolnym Śląsku......................................................................... 171 Adam Patla Nie byłem sam ................................................................................................................. 197 Bolesław Bieoski Godło zobowiązuje .................................................................................................. 258 Stanisław Olszak Pierwsze lata ............................................................................................................ 275 Tadeusz Wronka Z ruin i zgliszcz ......................................................................................................... 285 Stanisław Siekierski Nowe czasy - nowe fabryki.................................................................................. 313 Kazimierz Wejchert Uproszczone ........................................................................................................ 362 Wacław Nowotny Most na szkle ......................................................................................................... 373 Andrzej Chrzanowski Do mojego syna... ............................................................................................. 379 Alojzy Cyrulik Niedaleko od Krakowa .................................................................................................. 394 Zbigniew Urych Starty i starcia ............................................................................................................ 420 Stanisław Grabowski Wśród ludzi i maszyn......................................................................................... 475 Stanisław Czerw Z inżynierskich doświadczeo .................................................................................... 495 Jerzy Olszewski Pamiętniki inżyniera................................................................................................... 505 Aleksander Erikson Lisie ogony ........................................................................................................... 523 Witaliusz Polak Most ........................................................................................................................... 538 Jerzy Sowioski Z notatnika inżyniera ................................................................................................... 549 Antoni Krupski Wrażenia z prowincji................................................................................................... 573

Zbigniew Perzyoski Pierwsze kroki ...................................................................................................... 585 Witold Zyk „Nowa Głęboka” w budowie ............................................................................................. 598 Władysław Miłkowski Ognie będą gasnąd........................................................................................... 604 Zygmunt Prusek Walka o życie ............................................................................................................ 612 Edward Kajdaoski Wspomnienia ......................................................................................................... 626 Jerzy Cywioski Entuzjasta ma za złe .................................................................................................... 645 Józef Gawroo Cena stażu..................................................................................................................... 678 Jerzy Wawrzak Pierwszy etap .............................................................................................................. 691 Stanisław Paczyoski Od startu do mety ............................................................................................... 717 Andrzej Zimowski Pracowałem w „Stomilu” ....................................................................................... 781 Konrad Żmuda Nowe miejsce pracy .................................................................................................... 819 Witold Lubicz Rzemieślnicy nauki........................................................................................................ 830 Franciszek Woźniak Pomidory ............................................................................................................. 841 Andrzej Zajbert Start ........................................................................................................................... 883 Tadeusz Arecki Made in Poland .......................................................................................................... 891 Roman Kubicki Kronika ........................................................................................................................ 940 Stefan Malak Historia prawie banalna ................................................................................................ 964 Anna Smolak Jak to zrobid? ................................................................................................................. 987 Ryszard Mania Szedł brzask................................................................................................................. 994

Przedmowa
Zbiory pamiętników określonej grupy społecznej nie są w Polsce nowością. Przedwojenne pamiętniki bezrobotnych i pamiętniki chłopów można chyba uznad za pozycje wyjściowe takiego pamiętnikarstwa. One też bowiem w pewnym stopniu stanowid mogą miarę odniesienia, miarę oceny stopnia powodzenia późniejszych tego rodzaju przedsięwzięd, w tym również konkursu „Polityki” na pamiętniki inżynierów. Dlaczego właśnie pamiętniki inżynierów uznano za materiał szczególnie interesujący dla historii powojennej naszego narodu? Dlaczego tę grupę społeczną uznano za szczególnie godną ankietyzacji w formie wypowiedzi pamiętnikarskich? Pamiętniki inżynierów malują w sposób niezmiernie plastyczny ogrom pracy włożonej w odbudowę zniszczonego kraju. Można było się spodziewad, że temu właśnie, bohaterskiemu okresowi poświęconych zostanie wiele kart pamiętników. Ale nie to, a w każdym razie nie tylko to wydaje się sprawą najważniejszą. Po wyzwoleniu podjęty został i był konsekwentnie realizowany program przekształcenia Polski z kraju rolniczego w kraj przemysłowo-rolniczy. Jeżeli przed wojną niespełna 40 procent obywateli czerpało główne środki utrzymania ze źródeł poza uprawą roli, a 60 procent stanowiła ludnośd rolnicza, to już w okresie, kiedy ogłoszony został konkurs „Polityki”, proporcje były odwrócone. Industrializacja kraju, postępujący proces urbanizacji - pozwoliły już 60 procentom ludności kraju utrzymywad się z pracy poza rolnictwem. Dwie najdotkliwsze choroby naszego paostwowego bytu w okresie międzywojennym - nędza chłopska na rozdrobnionych gospodarstwach przeludnionej wsi i trwałe bezrobocie części proletariatu miejskiego - zostały zażegnane. W jaki sposób to osiągnięto, jak przebiegał proces odbudowy, a potem rozbudowy i modernizacji naszego przemysłu? Oczywiście doniosłe decyzje polityczne, zmiana ustroju społecznego -- były źródłem tych przemian. Dokonanie rewolucji przemysłowej było jednak w decydującej mierze dziełem ludzi, którzy się na tym przemyśle znają - w ogromnej mierze właśnie inżynierów. W tym samym stopniu, w jakim pamiętniki bezrobotnych i pamiętniki chłopów odzwierciedlały problemy społeczne nierozwiązalne w ówczesnych warunkach ustrojowych, pamiętniki inżynierów stanowid miały w założeniu, i stanowią w istocie, charakterystyczny dokument naszych czasów, obraz walki o lepszy byt całego narodu, walki zwycięskiej mimo błędów, chwilowych załamao i niepowodzeo.

Fascynujące było pytanie, jak przedstawia się obraz przemian społecznych w oczach ludzi, których zadaniem było zbudowanie materialnych podstaw tych przemian.

Kim są ci ludzie? Jaka była polityczna świadomośd ich działania? W szczególności, jak przebiegał proces przemiany naturalnego odruchu patriotyzmu w polityczną świadomośd budowy podstaw nowego ustroju? Socjologowie i historycy mogliby mnożyd tego rodzaju pytania. Odpowiedzią będą oczywiście same pamiętniki. Pożyteczne natomiast będzie przypomnienie we wstępie, jaki był „rodowód” inżynierów w Polsce w latach 1945-1960. Z 14 tysięcy inżynierów, czynnych w ostatnich latach przedwojennego dwudziestolecia w Polsce, w pierwszych miesiącach powojennej odbudowy żyło i było zdolnych do pracy w kraju zaledwie około 7 tysięcy. Pierwsze ewidencje przeprowadzone przez stowarzyszenia inżynierskie, które podjęły swoją działalnośd jeszcze w ostatnich miesiącach wojny, wykazały, że tylko znikomy odsetek inżynierów spośród tej liczby „zmienił zawód”. Tych właśnie siedem tysięcy inżynierów, wspartych w pierwszych latach powojennych przez repatriantów z Zachodu i Wschodu, łącznie z pierwszymi powojennymi edycjami absolwentów politechnik krajowych, podjęło trud 3-letniego planu odbudowy i 6-letniego planu rozwoju gospodarki na odcinku przemysłu. W wyniku szerokiej rozbudowy systemu wyższego szkolnictwa technicznego na początku lat sześddziesiątych liczba inżynierów sięgała już 100 tysięcy. Struktura „stanu inżynierskiego” w Polsce uległa stopniowej zmianie. Pierwotną starą kadrę inżynierską, zasiloną fachowcami z praktyki, którzy w trybie postępowania kwalifikacyjno-weryfikacyjnego zyskali stopnie i prawa inżynierskie, wzmocniła najpierw twarda młodzież, która rozpoczynała studia jeszcze przed wojną lub w trybie tajnego nauczania w czasie okupacji pod pokrywką różnego rodzaju kursów. Po nich przyszła wielka fala inżynierów z okresu dwustopniowego systemu studiów (1948-1954). Oddzielną grupę stanowili absolwenci wieczorowych szkół inżynierskich, a później studiów zaocznych. W ostatnich wreszcie latach tego okresu zaczęli napływad do przemysłu magistrzy inżynierowie jednolitego ustroju studiów. Pozycje wyjściowe kształtowania postaw politycznych ogółu inżynierów w Polsce stanowiły wielką różnorodnośd, na którą kolejne okresy rozwoju życia politycznego w kraju miały wpływ poważny, jeżeli nie decydujący.

Dla czytelnika zbioru, a raczej wyboru pamiętników, nie będzie szczególnie interesujący przebieg pracy jury konkursu, które - najpierw w paru zespołach, w koocu zaś w pełnym kolektywie - miało dokonad wyboru prac nagrodzonych i wyróżnionych spośród 196 pamiętników nadesłanych przez uczestników konkursu. Wydaje się, że słuszne było stanowisko znakomitej większości składu jury, iż konkurs pamiętnikarski nie może zamienid się w „pierwszy krok literacki”. Toteż przyjęliśmy zasadę, Że nie zręcznośd i chwytliwośd formy, lecz przede wszystkim przekonywająca treśd stanowid ma o wartości opracowania. Jeżeli patos, to patos prozy przeżyd na tle faktów, a nie odczud i wrażeo.

Wyróżnialiśmy autorów, których pamiętniki były fascynującą lekturą, lecz fascynującą przez bogactwo obserwacji, przez wielostronnośd powiązao autora ze środowiskiem, a nie tylko spekulacją na temat własnej osobowości i wprowadzeniem czytelnika w sferę własnych odczud. Sięgając po pamiętniki inżynierów chcieliśmy przecież, mówiąc prostymi słowami, zyskad obraz konkretnych przemian widziany oczyma ludzi, których bezpośredni udział w tych przemianach miał szczególne znaczenie; powiedzmy silniej - szczególny gospodarczy i społeczny walor. A jak sami autorzy oceniali wartośd swoich pamiętników i jaki cel przyświecał uczestnikom konkursu? Jerzy Olszewski pisze na wstępie: „Pamiętniki inżyniera to próba stworzenia konkretnej dokumentacji naszego budownictwa socjalistycznego, to próba przekazania na przykładzie żywych łudzi i faktów drogi, którą przebyliśmy, nie zawsze usłanej różami, a jednak prowadzącej do wielkiego celu. Pokazanie przeżyd, osiągnięd, porażek, konfliktów... Rozumiem, ale czy potrafię to wszystko opisad?” Inny problem stawia w pierwszych wierszach swego pamiętnika Ludwik Krzenek. „Utrwalenie na papierze dawno minionych wydarzeo zmusza do powtórnego ich przeżywania, jednak już w zupełnie innych warunkach. Człowiek jest starszy o czas, który upłynął od owych wydarzeo. Jednak powraca myślą do minionego okresu, przeżywa go jeszcze raz, nie tylko odmłodzony, lecz i znacznie dojrzalszy. Często nasuwa się pytanie: jak postąpiłbym obecnie, gdyby wypadło jeszcze raz przeżywad podobne wydarzenia?” Alojzy Grabowski kooczy swój pamiętnik, obejmujący okres od ukooczenia studiów (1949) do roku 1962, taką refleksją: „Chyba już zakooczę pisanie tych wspomnieo. Nie wyszło tak, jak sobie wyobrażałem. (...) Wprawdzie dużo myśli chodzi po głowie, ale przelanie ich na papier stwarza pewne trudności. Widocznie do pisania trzeba trochę żyłki literackiej i praktyki zawodowej, podobnie zresztą, jak nie każdy i nie od razu jest dobrym walcownikiem”. Nadawanie przedmowie charakteru recenzji nie wydaje się słuszne. Dlatego nie zamierzam mówid o poszczególnych pracach, a jeśli sięgam do cytatu, to nie po to, żeby wyróżnid pewne prace, lecz po prostu dla potwierdzenia zbieżności toku rozumowania autora przedmowy z myślami zawartymi w pamiętnikach, które przez przypadek wpadły w oko przy ponownym przeglądaniu materiału. Kilka uwag ogólnych nasuwa się jednak nieodparcie. Pierwsza z nich to widoczna w pamiętnikach dominanta przeżyd okresu bezpośrednio po wyzwoleniu. Niektóre ze wspomnieo ograniczają się w ogóle do okresu kwiecieo-grudzieo 1945 (m.in. Gaszyoski, Patla). W innych pamiętnikach okres ten zajmuje poczesne miejsce. Siła przeżyd, napięcie emocjonalne tych trudnych miesięcy zachowały świeżośd wspomnieo odtworzonych po kilkunastu latach z większą byd może wnikliwością i ścisłością niż historia życia lat późniejszych.

Szczególne miejsce w tej właśnie dziedzinie (wspomnienia najwcześniejszego okresu powojennego) zajmują pamiętniki związane z działalnością autorów na Ziemiach Odzyskanych. Gdyby z prac zgłoszonych na konkurs „Polityki” wybrad tylko tematykę „inżynierowie na Ziemiach Odzyskanych”, to taki zbiór stanowiłby bezcenny materiał dla badaczy procesu repolonizacji i zagospodarowania naszych województw zachodnich i północnych. W zbiorze opublikowanym znajdzie czytelnik siedem pamiętników, których tematyka związana jest głównie lub wyłącznie z tymi dzielnicami kraju (w tym wspomniane już pamiętniki Gaszyoskiego i Patli). Ileż tam problemów, począwszy od ogromnych ruchów migracyjnych. Ile obserwacji bezcennych dla socjologa studiującego formowanie się nowego społeczeostwa, bo tak chyba trzeba by określid naturalizację na tych terenach ludności „zza Bugu” i z dzielnic centralnych, a także proces wtapiania się w tę nową społecznośd ludności autochtonicznej. Wszystkie te zjawiska to zresztą jedynie tło codziennych trosk związanych z rekonstrukcją zakładów, uruchamianiem produkcji, staraniami o surowce, kłopotami transportowymi, a nade wszystko dotkliwym brakiem fachowych rąk do pracy. Ten epos roku 1945 na ziemiach północno-zachodnich oczekuje jeszcze swego wielkiej miary autora. Dobrze, że będzie on miał do dyspozycji materiał, którego próbki otrzymuje czytelnik w tym zbiorze pamiętników. „Trzebnica powoli budzi się do nowego życia. Coraz częściej ciężarówka-tramp, jedyny środek łączności z Polską centralną, wyrzuca gromadkę śmiałych wędrowców, którą natychmiast wchłania w siebie miasto stęsknione do mieszkaoców”. Tak pisze L. Gaszyoski, sam warszawiak przybyły z Kielc. I dalej: „Coraz więcej przybywa polskich osadników. Jest to zbieranina z całej Polski. Obok zabawnych dla ucha warszawiaka wyrażeo wileoskich co chwila daje się słyszed śpiewna mowa Iwowiaków. Z miesiąca na miesiąc okolica zatraca pierwotny swój pustynny wygląd, coraz mniej wymarłych obejśd straszy widmem minionej wojny.” Inną ciekawą grupę pamiętników stanowią te, których autorzy byli współtwórcami wielkich inwestycji przemysłowych w naszym kraju. Znajdujemy tu ciekawe karty historii budowy kombinatu oświęcimskiego, Nowej Huty, Turoszowa. Znani tylko w kołach fachowych, bezimienni dotąd dla ogółu współobywateli twórcy wielkich dzieł, zmieniających oblicze gospodarcze kraju, piszą o tych trudnych latach pasjonująco, chod najczęściej w prostych i bezpretensjonalnych słowach. Alojzy Cyrulik („Niedaleko od Krakowa”) zaraz po zakooczeniu wojny wraca pieszo z Włoch do położonych w jego rodzinnych stronach Pyskowic. Zajmuje stanowisko budowniczego miejskiego, a następnie stanowisko kierownika Zakładów i Przedsiębiorstw Miejskich. „Była to - pisze - moja pierwsza w życiu poważna i odpowiedzialna praca.” A po 12 latach:

„W roku 1957 wybrano mnie na przewodniczącego Rady Zakładowej Związku Zawodowego Hutników Huty im. Lenina. Z zajmowanego stanowiska kierownika inwestycji energetycznych kombinatu nie zrezygnowałem i pracowałem zawodowo równocześnie sprawując społeczną funkcję przewodniczącego Rady Zakładowej kombinatu, liczącego już w tym czasie około 20 tysięcy pracowników. (...) Byłem w stanie podoład jednemu i drugiemu. Nie miałem na miejscu w Nowej Hucie rodziny - mieszka nadal na Śląsku. (...) Rano przed godziną 6 już pracowałem w gabinecie Rady Zakładowej, a od godziny 8 byłem w biurze inwestycji głównego energetyka. (...) Między godzinami 20 a 22 nieraz byłem jeszcze w kombinacie. Dośd często wtedy rozmawiałem z dyrektorem naczelnym inż. A. Czechowiczem, który zwykle o tej porze był wolniejszy. (...) W takich rozmowach często też współuczestniczył I sekretarz KZ PZPR tow. poseł Zb. Jakus. (...) Czułem się znowu w swoim żywiole. Lubiłem byd w stałym napięciu.” Iluż było takich budowniczych Nowej Huty, Turoszowa, Kędzierzyna, Tarnobrzegu, Oświęcimia, Tarnowa, Płocka i dziesiątka innych wielkich inwestycji pierwszego powojennego dwudziestolecia! Dobrze, że pamiętniki inżynierów zachowają dla potomności wspomnienia z ich lat życia pełnych napięcia i wysiłku. Wiele cytatów, byd może trafniej dobranych, niż to uczyniłem w tym wstępie, można by przytoczyd z innych pamiętników dla zilustrowania tych lat heroicznej pracy inżynierów. Omawiane wspomnienia pasjonują tym więcej, w im spokojniejszej formie są pisane, zważywszy, że stan stałego napięcia był dla tych ludzi przez wiele lat żywiołem, „w którym się dobrze czuli”, oni niezapomniani budowniczowie podstaw nowej ekonomiki, a przez nią nowego ładu społecznego w kraju. Nie chciałbym przedłużad przedmowy, więc chod enumeracyjnie wymienię problemy, które uważny czytelnik w różnorakim, szerokim naświetleniu znajdzie w pamiętnikach. A zatem: konflikty wywoływane zmianą środowiska, przełamywanie pierwotnych niechęci i uprzedzeo do inżynierów wchodzących w zgraną już społecznośd zakładu, trudny proces przełamywania uprzedzeo „praktyków” do tych „z papierkami” (tj. mających dyplomy ukooczenia studiów), problemy podległości i zwierzchnictwa, losy młodych inżynierów z „przydziałami pracy”. Wszystkie te wymienione przykładowo problemy, wszystkie nasze „choroby wzrostu” znajdują odbicie w pamiętnikach. Nie brakuje w nich i pierwszych kartek do historii naszej ekspansji przemysłowej. Taką oryginalną ze wszech miar pozycję stanowi zamieszczony w zbiorze pamiętnik T. Areckiego opisującego swój współudział w budowie cukrowni w Iranie. Autor przedstawia pracę polskich inżynierów na barwnym tle egzotycznego krajobrazu, iraoskich stosunków społecznych i obyczajów miejscowej ludności, co czyni z pamiętnika lekturę równie porywającą, jak najciekawsze wspomnienia podróżnicze „zawodowych” pisarzy. Zbiór doczeka się niewątpliwie i pozytywnych ocen, i zarzutów. Można się spodziewad, że „Pamiętnikom inżynierów” wytknie się zarówno występującą tu i ówdzie pretensjonalnośd formy, jak i jej surową nieudolnośd. Może wytknie im się także, że w większości są tylko opisem fragmentów przeżyd, jeżeli nawet obejmują okres kilku lat (a przecież czasem omawiają one przeżycia jedynie miesięcy lub dni, jeśli nie godzin!).

Poza nielicznymi wyjątkami nie ma tu pamiętników wybitnie życiorysowych. Autorzy nie rozwodzą się na ogół nad swoją „trudną młodością”. Widzimy ich najczęściej już w akcji, zawsze w konkretnych warunkach środowiska pracy. Ale chyba takich właśnie cech oczekiwaliśmy od pamiętników inżynierów. Została przez nie również potwierdzona prawda, dla każdego inżyniera oczywista, którą próbowano niekiedy podawad w wątpliwośd. Tą prawdą jest mocne, mocniejsze niż innych warstw społecznych, powiązanie „stanu inżynierskiego” z klasą robotniczą. Powiązanie to, nieuniknione we współczesnych stosunkach produkcji, stanowiące najistotniejszą cechę nowej techniki, miało ponadto w okresie międzywojennym szczególny wyraz społeczny i polityczny. Ogromna większośd inżynierów w Polsce, właśnie poprzez bezpośredni wpływ środowiska robotniczego, poprzez znajomośd mechanizmu hamulców rozwoju naszego życia gospodarczego przed rokiem 1939 musiała byd i była postępowa, jeśli nie radykalna społecznie. Jeżeli w ostatecznym obrachunku ważne jest „to, co się robi, a nie to, co się mówi” - inżynierowie polscy nie tylko stanęli w czołówce budowniczych nowego ustroju społecznego w naszym kraju, ale również wywiązali się z pionierskich w swej dziedzinie zadao z pełnym poczuciem odpowiedzialności. Ta właśnie cecha zawodowa, jaką jest u prawdziwego inżyniera wysokie poczucie odpowiedzialności, przebija jakże często z kart pamiętników. Jerzy Bukowski

O konkursie
Konkurs na pamiętniki inżynierów ogłoszony został przez redakcję tygodnika „Polityka” 23 września 1961 r. Miał on na celu zgromadzenie materiałów, ilustrujących wydarzenia i procesy związane z odbudową i uprzemysłowieniem Polski Ludowej. „Inteligencja techniczna, inżynierowie - głosiły słowa komunikatu konkursowego - to wielotysięczne grono twórców naszego przemysłu, naszej kultury materialnej, postępu technicznego, ludzie zarządzający nie tylko rzeczami, ale kierujący poważnymi zespołami pracowników. Chcielibyśmy uzyskad chodby cząstkowy obraz doświadczeo inżynierów, doświadczeo nagromadzonych w okresie ostatnich kilkunastu czy kilku lat, obfitujących przecież i w dramatyczne wydarzenia: uruchamianie zdewastowanego przemysłu, tworzenie nowych gałęzi produkcji, budowa wielkich zakładów, rekrutacja załóg robotniczych z najróżniejszych warstw społecznych itp. (...) Chodzi nam szczególnie o autentyzm, a także o możliwie osobisty stosunek do opisywanych faktów, o dokument postaw. Pragniemy również, by ukazywano nie tylko fakty pozytywne, ale sięgano do konfliktów, wielorakich trudności itp...” Konkurs miał zostad zakooczony 1 maja 1962 r., jednakże na prośbę wielu inżynierów termin składania prac przedłużono do dnia 15 lipca 1962 r. Konkurs na pamiętniki inżynierów przyniósł nadspodziewanie obfity plon. „Polityka” otrzymała bowiem 196 pamiętników, wśród których było wiele prac liczących po kilkaset stron maszynopisu. W skład sądu konkursowego weszli: dr Mieczysław F. Rakowski - naczelny redaktor „Polityki”, jako przewodniczący, oraz jako członkowie: prof. dr Jerzy Bukowski - ówczesny rektor Politechniki Warszawskiej, Marian Brandys - literat, mgr inż. Jan Wacław Czarnowski - naczelny dyrektor Wydawnictwa Czasopism Technicznych Naczelnej Organizacji Technicznej, Kazimierz Koźniewski -literat, mgr inż. Emilian Matyka -- dyrektor techniczny Biura Projektowo-Technologicznego Przemysłu Motoryzacyjnego, doc. dr Adam Sarapata - socjolog, kierownik Zakładu Socjologii Pracy Polskiej Akademii Nauk, mgr inż. Stanisław Skąpski - generalny sekretarz Polskiego Związku Inżynierów i Techników Budownictwa, red. Andrzej K. Wróblewski - publicysta, oraz red. Maciej Iłowiecki kierownik działu nauki tygodnika „Polityka” (sekretarz sądu konkursowego). W opracowaniu wyników konkursu wzięło ponadto udział 20 zaproszonych lektorów - wybitnych publicystów i literatów, których zadaniem było opiniowanie wszystkich nadesłanych prac i przeprowadzenie wstępnej selekcji. Jury konkursu stanęło przed ogromnie trudnym zadaniem -- poziom większości prac był bardzo wysoki i wyrównany. Około 100 pamiętników odpowiadało w zupełności kryteriom oceny przyjętym przez członków jury (wspomina o nich we wstępie prof. dr Jerzy Bukowski), kilkadziesiąt mogło z powodzeniem pretendowad do nagród. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpiło 2 marca 1963 r. Jury postanowiło nie uszczuplając ogólnej sumy pieniędzy, przeznaczonych na nagrody (tzn. 60 000 zł) i na wyróżnienia (40 000 zł), dokonad pewnych zmian wewnętrznych. Zamiast przewidzianych pierwotnie trzech kolejnych nagród (pierwszej, drugiej i trzeciej) oraz ośmiu wyróżnieo przyznano sześd równorzędnych nagród po 10 000 zł i szesnaście równorzędnych wyróżnieo po 2 500 zł. Ponadto wyróżnienia honorowe otrzymało 25 autorów, a w

komunikacie koocowym o rozstrzygnięciu konkursu uznano za stosowne wspomnied o jeszcze 40 pracach, które, aczkolwiek nie wymienione, zasługują na uznanie i wykorzystanie. Nagrody po 10 000 zł otrzymali: mgr inż. Andrzej Chrzanowski z Turoszowa, inż. Stanisław Grabowski z Siemianowic Śląskich, mgr inż. Leon Karewicz z Łodzi, mgr inż. Jerzy Sowioski z Katowic, mgr inż. Adam Patla z Katowic oraz inż. Piotr Szafnicki z Warszawy.

Uczestnicy konkursu na pamiętniki inżynierów reprezentują najróżniejsze specjalności techniczne właściwie wszystkie ważniejsze gałęzie przemysłu, budownictwa, a także rolnictwo. Najliczniejszą grupę stanowią pracownicy hutnictwa, górnictwa i przemysłu maszynowego. Drugie - pod względem liczebności - miejsce zajmują architekci, urbaniści i inżynierowie związani z budownictwem przemysłowym i mieszkaniowym. Po kilkanaście pamiętników nadesłali inżynierowie-drogowcy, pracownicy komunikacji, geodeci i chemicy. Po kilka - inżynierowie leśnicy, rolnicy, pracujący w przemyśle lekkim i spożywczym, w instytucjach centralnych, biurach konstrukcyjnych, wreszcie pracujący w instytutach naukowych i na wyższych uczelniach. Autorzy pamiętników pochodzą ze wszystkich stron Polski. Najliczniej reprezentowani są jednak inżynierowie ze Śląska i z Warszawy, następnie z Krakowa i Łodzi, wreszcie z Wielkopolski i Wybrzeża. Bardzo wielu pracuje w naszych największych zakładach przemysłowych (takich, jak Nowa Huta, Turoszów, Zakłady Cegielskiego w Poznaniu, Zakłady Chemiczne w Oświęcimiu i inne). Szczególnie duża liczba autorów wywodzi się z małych prowincjonalnych miasteczek, z niewielkich zakładów przemysłowych i budowlanych. Wyżej wymieniony podział zawodowy i geograficzny nie stanowi zaskoczenia - odzwierciedla bowiem rzeczywisty obraz przemysłowej i budującej się Polski (dziwid może jedynie stosunkowo mniejszy udział inżynierów, reprezentujących włókiennictwo i w ogóle przemysł lekki). Interesujący jest natomiast podział uczestników konkursu według reprezentowanych stanowisk pracy oraz według wieku. Otóż najwięcej pamiętników napisali inżynierowie znajdujący się - można by rzec - na niejako skrajnych pozycjach. Z jednej więc strony są to ludzie zajmujący wysokie, kierownicze stanowiska w naszej gospodarce narodowej - a więc dyrektorzy fabryk, wielkich zakładów przemysłowych, nawet całych zjednoczeo, kierownicy działów produkcyjnych, pracownicy różnych instytucji centralnych, profesorowie wyższych uczelni. Z drugiej zaś strony autorzy pamiętników rekrutują się spośród absolwentów politechnik, dyplomowanych niemal w przeddzieo ogłoszenia konkursu, stażystów, praktykantów, czyli inżynierów wchodzących po raz pierwszy w skomplikowane tryby pracy produkcyjnej. Z powyższego wynika też skrajnośd druga: obok stosunkowo znacznego procentu doświadczonych inżynierów z wieloletnim stażem (wielu z nich skooczyło studia jeszcze przed pierwszą wojną światową), często już emerytowanych, piszących więc wspomnienia z odpowiednim dystansem i głęboką refleksją, autorami pamiętników jest dośd liczna grupa ludzi młodych (niekiedy nawet bardzo młodych), którzy skooczyli studia w ostatnich latach i dopiero rozpoczynają pracę zawodową na szczeblach niższych, pisząc swe wspomnienia-kroniki na bieżąco. Godnym uwagi wydaje się też fakt, że ponad 80 procent autorów pamiętników to inżynierowie zatrudnieni bezpośrednio w produkcji i opisujący w związku z tym niejako od wewnątrz codzienną pracę polskiego przemyski - jego trudności i osiągnięcia.

Pamiętniki inżynierów mają bardzo różnorodną formę literacką. Są między nimi długie wspomnienia”rzeki”, przedstawiające obraz powojennej odbudowy i budowy naszej gospodarki, sięgające często czasów okupacji, a nawet lat przedwojennych. Są pamiętniki koncentrujące się wokół jednej, konkretnej sprawy - np. rozruchu jakiejś fabryki lub zmagao autora przy wprowadzeniu do produkcji własnego wynalazku czy ulepszenia technicznego. Są rzeczowe kroniki, prowadzone na gorąco, w ciągu paru miesięcy, są opisy ważnych i mniej ważnych wydarzeo, wielkich i zupełnie małych zakładów przemysłowych. Wśród nadesłanych pamiętników znalazło się też kilka cennych (chod nie bardzo odpowiadających warunkom konkursu) monografii historycznych różnych zakładów produkcyjnych, kopalo, hut, a nawet całych okręgów przemysłowych. Pamiętniki inżynierów stanowią bardzo cenny materiał dla historyków współczesności, socjologów i ekonomistów. Zainteresowały się nimi instytucje naukowe (m.in. Zakład Socjologii Pracy PAN), instytuty badawcze przemysłu, placówki Naczelnej Organizacji Technicznej i inne. Zespół filmowy „Start” (reżyser Wanda Jakubowska) zamierza wykorzystad pewne prace jako osnowę dla filmu o współczesnych inżynierach polskich. Na pamiętnikach inżynierów oparta została również sztuka Andrzeja Jareckiego i Mieczysława F. Rakowskiego pt. „Stefan”, wystawiona przez Teatr Powszechny w Warszawie.

Konkurs na pamiętniki inżynierów był jednym z największych konkursów tego typu, zrealizowanych po wojnie w Polsce. Jego wyjątkowa wartośd polega na tym, że w pracach konkursowych obok niejako na żywo utrwalonej historii zawarta jest również jakże trudna do uchwycenia atmosfera tych wszystkich lat powojennych, w ciągu których w wyniku istotnych przemian społecznych i politycznych przekształciło się oblicze naszego kraju1. M.I.

1

Częśd prac — zwłaszcza prace duże objętościowo — drukowana jest za zgodą autorów w postaci skróconej. W pewnych wypadkach poproszono autorów o rozwinięcie zbyt epizodycznie potraktowanych wątków. Dwie prace — na prośbę autorów — ukazują się pod pseudonimami (przyp. red.).

Marian Wyrzykowski Światła wśród ruin
Jestem jednym z warszawiaków, który od urodzenia, tzn. w okresie 50 lat, nie opuścił Warszawy (nie licząc okresu służby wojskowej w Modlinie). Koszmarny okres okupacji szczęśliwie przetrwałem, pracując od roku 1939 w firmie budowlanej „Inż. T. Adamczyk i J. Oleksiewicz” na terenie elektrowni warszawskiej, przy robotach budowlanych i robotach związanych z układaniem kabli elektrycznych na terenie całej Warszawy. Należałem do tej szczęśliwej grupy absolwentów Politechniki Warszawskiej z roku 1938, którzy w swoim zawodzie inżyniera budownictwa lądowego mogli pracowad w czasie okupacji. Jako kierownik robót zatrudniałem wówczas dużą ilośd pracowników fizycznych: 300-400 osób. W firmie w tym okresie przewinęło się mnóstwo ludzi. Większośd z nich szukała punktu oparcia przed prześladowaniami okupanta. „Ausweis z wroną”, który otrzymywali pracownicy firmy, podpisany przez komisarycznego zarządcę elektrowni z ramienia okupanta, był bardzo skutecznym dokumentem, chroniącym nawet przed łapankami. Dziwne były wówczas brygady robotnicze. Obok robotników z prawdziwego zdarzenia byli tam ludzie z wyższym wykształceniem. Zatrudniałem swoich profesorów z gimnazjum, absolwentów wyższych uczelni, ukrywających się oficerów WP i wielu, wielu innych. Warunki pracy w okresie okupacji były bardzo ciężkie, ale za to współpraca z załogą, z robotnikami była idealna - łączył nas jeden cel: Wyzwolenie. Z załogą swą rozdzieliłem się w chwili wybuchu powstania warszawskiego w sierpniu 1944 roku.

W okresie powstania znalazłem się na Pradze, a ściślej biorąc na Targówku. Była to dzielnica, która najwcześniej uległa przeważającym siłom okupanta. Targówek fabryczny, okolony splotem linii kolejowych, został opanowany przez niemieckie pociągi pancerne, z których wojska hitlerowskie dosłownie siekły stawiających opór i dławiły resztki walczących grup. Wielu uczestników powstania na Pradze musiało się wycofad już w pierwszych dniach sierpnia, przeważnie na wschód w kierunku nadciągającej ofensywy radzieckiej, niektórzy przedarli się do Puszczy Kampinoskiej. Mnie osobiście udało się zakonspirowad przed represjami niemieckimi i przetrwałem najcięższe chwile szalejących pacyfikacji, dokonywanych na terenie Targówka, ukryty w domku mojego majstra, a ściślej biorąc w tunelu-studni na jego posesji między Zaciszem a cmentarzem bródnowskim. 12 września 1944 r. Pamiętne chwile, kiedy pierwsze oddziały radzieckie i naszej 1 dywizji WP zaatakowały tereny między cmentarzem bródnowskim i Zaciszem. Przed 12 września nie spaliśmy chyba trzy doby. Obrośnięci, nie myci, wczesnym rankiem zobaczyliśmy pierwsze czołgi radzieckie, które zgrabnym manewrem otoczyły placówkę niemieckiej artylerii przeciwlotniczej (około 200 m przed naszym domem) i prawie bez wystrzału zajęły to gniazdo os.

Pamiętam, z jaką radością witaliśmy się z odważną załogą czołgów, z jaką serdecznością oni się do nas odnosili, z jaką pewnością oświadczyli, że uwolnili nas na stałe, że na pewno nie zatrzymają się, aż zapędzą hitlerowców pod Berlin. Największym moim pragnieniem było - po uwolnieniu z uciążliwej kryjówki - pobiec do domu rodzinnego oddalonego o 2-3 km na ul. Ziemowita, zobaczyd, czy żyją moi najbliżsi: żona, córka (urodziła się 27 VIII 1944 r.) i rodzice. Szczęśliwie przedarłem się przez zryty działaniami wojennymi teren Zacisza i Targówka i dotarłem do ul. Ziemowita. Jakże tragiczny obraz ukazał się mym oczom! Domy strzaskane, zgliszcza, ocaleni nieliczni mieszkaocy podobni do cieni po wielodniowym przebywaniu w piwnicach i schronach. W piwnicy ocalałego domu rodzinnego zastałem rodzinę i małą swą latorośl - dwutygodniową córeczkę. Najpilniejszym zadaniem było zorganizowanie środków żywności dla przetrwania najbliższych dni. Za cenę ocalałych resztek osobistych ruchomości i garderoby trzeba było zdobywad dosłownie kawałek chleba, warzywa, masło i mleko (dla dziecka) wśród okolicznych podmiejskich gospodarzy, a niekiedy czynid kilkunastokilometrowe wypady w kierunku Radzymina, Zielonki i innych okolic. Stan taki długo jednak nie trwał - do dwóch tygodni. W ślad za uwolnieniem Pragi budziło się tu życie, organizowało się społeczeostwo Pragi.

Pod koniec września 1944 r. dowiedziałem się od znajomych monterów, że zorganizował się Zarząd Elektrowni Warszawskiej na ul. Stalowej 9. Zgłosiłem się do ówczesnego dyrektora, tow. Benigera, i przyjęty zostałem z otwartymi rękami. Miałem dużo doświadczenia z okresu okupacji w zakresie robót kablowych, toteż powierzono mi kierownictwo robót ziemnych przy instalacjach elektrycznych i kablowych. Zebrałem około 10 swoich robotników z dawnych potężnych brygad kablowych. Nie było dosłownie ani narzędzi do pracy, ani materiałów do robót. Narzędzia zdobywał każdy indywidualnie, a materiały trzeba było wyszukiwad z pozostałości poniemieckich w różnych ocalałych, ale pustych fabrykach. Nie dysponowaliśmy żadnym zapasem kabli, ale wiadomo nam było, że olbrzymie zapasy leżały zakopane w trasach kablowych - w tym czasie nieczynnych. Trzeba było tylko wiedzied, gdzie ich szukad. Nie mieliśmy żadnych planów tras kablowych, opieraliśmy się jedynie na wiadomościach pamięciowych osobistych, które okazały się tak pewne i cenne, że na żądanie mogliśmy zawsze dysponowad potrzebną ilością kabli, muf, trójników itp. Z takim „potencjałem produkcyjnym” przystępowaliśmy do uruchomienia na Pradze pierwszych źródeł energii elektrycznej i zainstalowania oświetlenia. W październiku 1944 r. zostały uruchomione agregaty elektryczne: w siedzibie Rady Narodowej na ul. Otwockiej, w budynku Dyrekcji PKP na ul. Wileoskiej i w Fabryce Przetworów Owocowych na Grochowie przy ul. Grenadierów. Dalsze, bardziej ambitne plany elektrowni polegały na przesłaniu energii elektrycznej dla Pragi z Marek i Rembertowa.

Warunki pracy naszej brygady były niezwykłe. Pracowaliśmy jak żołnierze w warunkach przyfrontowych. Na przeciwległym lewobrzeżnym terenie Warszawy były bowiem pozycje niemieckie. Praga ciągle była pod ostrzałem niemieckich moździerzy i ciężkich karabinów maszynowych. Brygada nasza miała do dyspozycji łazika, do którego mogło się zmieścid 4 ludzi, poza tym był w dyspozycji dyrekcji duży ciężarowy dodge. Czasem wypadało dla skrócenia drogi między ul. Wileoską a ul. Grenadierów przemknąd się łazikiem po najkrótszej trasie. Były to dosłownie skoki. Najtrudniejszym odcinkiem był wylot ul. Zygmuntowskiej przy Targowej. Z placu Zamkowego hitlerowcy posyłali za nami serie z ckm, bezpieczniej czuliśmy się dopiero za zasłoną domów na ul. Targowej. Drugim takim newralgicznym punktem był dośd długi, odkryty od strony Wisły odcinek ul. Targowej od linii średnicowej do fabryki Wedla. Przeskoczenie tego odcinka było już bardzo ryzykowne. Jedynie dzięki temu, że Niemcy mieli spóźniony refleks, udawało nam się wielokrotnie przejeżdżad tymi trasami. Wszyscy z naszej brygady wyszli szczęśliwie cało i zdrowo. Nie zawsze jednak mogliśmy narażad się na takie ryzyko. Chodziło nam również o to, żeby akcje nasze były pewne i skuteczne; zwłaszcza, gdy jechało się ciężarówką z materiałami, trzeba było nadłożyd drogi i pewnie zajechad na wyznaczone miejsce. I tak na roboty na Gocławku i Grochowie jeździliśmy przez Marki i Zielonkę. Budowaliśmy wtedy odcinek linii wysokiego napięcia, umożliwiający wykorzystanie energii elektrycznej z Rembertowa. Kable na ul. Grochowskiej były w możliwym stanie i to rokowało nadzieję, że od południowo-wschodniej części Grochowa uda nam się uzyskad w najkrótszym czasie dopływ energii dla środkowej części Grochowa, by uruchomid zakłady produkcyjne. Przy robotach na szosie rembertowskiej byliśmy często ostrzeliwani, chroniliśmy się w wykopach na słupy linii napowietrznej, bądź w zagłębieniach i lejach po wybuchach pocisków artyleryjskich. Całe szczęście, że uwaga Niemców nie była zbyt zaostrzona, widocznie myśleli już o ewakuacji Warszawy i ich akcje nie były zbyt skuteczne. Szukając materiałów kablowych staraliśmy się wybierad kable z tras peryferyjnych, aby nie demontowad sieci miejskiej, którą mieliśmy w przyszłości remontowad. Jesieo 1944 roku dla mieszkaoców Pragi była pełna „niespodzianek”, zarówno w dzieo, jak i w nocy. Mieszkałem na ul. Ziemowita, ale w listopadzie przeprowadziłem się do domu swoich teściów przy ul. Grodzieoskiej róg Radzymioskiej. Droga do pracy na Stalową wypadała mi przez tory Dworca Wileoskiego mniej więcej w okolicy obecnego przejazdu koło b. fabryki mydła Adamczewskiego. Któregoś listopadowego popołudnia (pracowałem na drugą zmianę) przechodząc tą trasą usłyszałem ciężki jęk pocisku nadlatującego nad Pragę. Pocisków tego rodzaju przelatywało mnóstwo i w zasadzie przyzwyczaiłem się do ich złowrogiego świstu, ale tym razem wibracja powietrza była tak silna, iż wydało mi się, że nadlatuje on wprost na mnie. Upadłem na ziemię i oczekiwałem na moment rozstania się z tym światem. Ostatnie sekundy przed detonacją przeżyłem w niezwykłym napięciu. W momencie zetknięcia pocisku z ziemią zostałem lekko podrzucony, ale jednocześnie miałem świadomośd, że żyję, usłyszałem straszny huk i poczułem, jak obsypuje mnie ziemia. W parę sekund później podniosłem głowę i ujrzałem niesamowity widok. W odległości 20-25 m widniał olbrzymi lej średnicy około 30 m i olbrzymi tuman ziemi i dymu z opadającymi kawałami ziemi, podkładów i rozerwanych szyn. Wszystko to przelatywało nade mną. Podniosłem się po chwili, otrzepałem ubranie, skoczyłem do leja, gdyż znów usłyszałem podobny jęk nadlatującego pocisku. Tym razem był

to pocisk kierowany na dalsze odległości w kierunku Marek. Wytrącony z równowagi, ogłuszony, w pewnym momencie zawahałem się, dokąd iśd, ale poszedłem do pracy na Stalową. W parę dni później, już w grudniu, miałem inne przeżycie. Pracowałem wówczas na dalekim południowym Grochowie. W czasie pracy usłyszeliśmy długotrwałą kanonadę artyleryjską na północy Pragi. Zdawało nam się, że rozpoczyna się ofensywa na lewy brzeg warszawski. Byliśmy rozentuzjazmowani, że uwolnimy się od zmory życia pod ostrzałem. Skooczyliśmy nawet wcześniej pracę i uradowani wracaliśmy do centrum Pragi, aby dowiedzied się o bliższych szczegółach tej kanonady, i tu dotknął mnie ciężki cios. Dom, w którym mieszkałem rano, przestał po południu istnied... Budynek murowany, jednopiętrowy na ul. Grodzieoskiej róg Radzymioskiej dosłownie rozsypał się - na jego miejscu powstał lej głęboki, wokół na przyległych ulicach kupa gruzów. Szczęśliwie, że nikogo z mojej rodziny wówczas nie było w mieszkaniu. Dwa powyżej opisane ostrzeliwania „krowami” miały prawdopodobnie jako cel trafienie w siedzibę naszego rządu, który był ulokowany na ul. Śnieżnej. Tak, życie wówczas pełne było podobnych „niespodzianek”. Ale to nie zrażało mnie. Cieszyłem się natomiast, że na Nowy Rok zabłysły w Radzie Narodowej na Otwockiej światła elektryczne, przyjemna była pochwała ówczesnego „ojca miasta”, pułkownika Spychalskiego, oceniająca wysiłek pracowników elektrowni. Światła zabłysły w wielu innych punktach Pragi i Grochowa i to była największa dla nas satysfakcja za trudną pracę. Obecnie po tylu latach przyjemnie jest wspomnied chwile niebezpieczeostw, które minęły. Wówczas nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, ile tych niebezpieczeostw groziło na każdym kroku. Upajaliśmy się wolnością, a jedynym naszym pragnieniem była odbudowa i usunięcie ogromu szkód, jakie wyrządziła nam wojna. Były chwile, których trudno zapomnied! Na przykład wigilia Bożego Narodzenia w roku 1944. Pierwsza choinka mego dziecka. W przeddzieo otrzymaliśmy dośd dobre zaopatrzenie - dar żywnościowy od towarzyszy radzieckich. Od dłuższego czasu można było pierwszy raz uraczyd się prawdziwą herbatą, dobrze osłodzoną, była mąka, tuszonka, dżemy, papierosy, no i w ramach inicjatywy własnego rodzimego przemysłu --- czysta „wyborowa”. Uczta! Że trochę zamącały atmosferę jęki przelatujących „krów”? To fraszka. Wiedzieliśmy, że to już długo nie potrwa.

Od stycznia 1945 roku tempo robót elektrowni warszawskiej wzrosło. Realizacja zamierzeo elektrowni - podłączenia dopływu energii elektrycznej z Marek i Rembertowa -- nabierała coraz wyraźniejszego obrazu. Pracowaliśmy ze zdwojoną siłą, mimo że zmarznięta ziemia utrudniała nam roboty przy kopaniu rowów kablowych.

Pamiętam dzieo 17 stycznia 1945 r. Pracowaliśmy wówczas na ul. Grochowskiej. Na szosie panował ożywiony ruch jednostek wojskowych, a zwłaszcza saperskich, intensywnie dowożących olbrzymie dłużyce drewniane, przeznaczone na budowę wysokowodnego mostu przez Wisłę przy ul. Karowej. W pewnym momencie przed południem usłyszeliśmy od strony zaśnieżonego brzegu Wisły melodię, nadawaną z oddali przez głośniki. Był to hymn „Jeszcze Polska nie zginęła”. Odkryliśmy głowy i niemal ze łzami w oczach wysłuchaliśmy tej tak dawno nie słyszanej melodii. To było dla nas wyraźnym znakiem, że musiało się stad to, o czym marzyliśmy od dawna: Warszawa wolna! Ruch na Grochowskiej spotęgował się. Dokooczyliśmy pracy i niczym nie krępowani, już odsłonięci, pomknęliśmy samochodem na Stalową. Rzeczywiście w tym dniu Warszawa została wyzwolona. Najistotniejszym naszym pragnieniem, jako pracowników elektrowni, było jak najrychlej zobaczyd lewy brzeg warszawski i tereny elektrowni na Powiślu. Zachowując jak największą ostrożnośd zrobiliśmy wypad na teren Powiśla. Posuwaliśmy się ul. Zieleniecką, pełną lejów, rumowisk i niewypałów, w kierunku wysadzonych mostów: Poniatowskiego i kolejowego linii średnicowej. W okolicy Ronda cały teren przysypany był jakimś żółtym proszkiem, mnóstwo rozbitego sprzętu wojennego, niewypały, pokotem leżące lipy w Al. Poniatowskiego. Przeskakując przez lej na Rondzie, zraniłem sobie poważnie nogę i dalej nie ryzykowałem przejścia. Współpracownicy moi poszli dalej i dotarli przez zamarzniętą Wisłę na Powiśle. Wiadomości, jakie przynieśli z rekonesansu z terenu elektrowni na Powiślu, nie były pomyślne. Kompletna ruina, tereny zaminowane. Przyszłośd nie była jednak tak beznadziejna, skoro w parę dni po usunięciu największych przeszkód można było dotrzed w większym składzie na tereny zniszczonej elektrowni i myśled o jej odbudowie. Ocalał w dużej części budynek administracyjny na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Stosunkowo niewielkim nakładem udało się w nim urządzid biura elektrowni dla niezbyt jeszcze licznej załogi. Mimo ogromu zniszczeo poczuliśmy się gospodarzami terenu. Załoga elektrowni powiększała się z dnia na dzieo. Powstały ekipy uprzątające teren wytwórni, organizowały się brygady kablowe ziemne - najliczniejsze, brygada działu transformatorów, oświetlenia. Powstawały różne koncepcje pośpiesznego uruchomienia elektrowni. Przeważyła zdecydowanie inicjatywa odbudowy wytwórni. Inicjatywa ta w zasadzie mogła powstad dzięki braterskiej współpracy ekipy radzieckich specjalistówelektryków, którzy zadeklarowali bezpośrednią rzeczową pomoc. Plan ten konsekwentnie został w pełni zrealizowany heroicznym wysiłkiem wszystkich bez wyjątku pracowników załogi pod dyrekcją niezmożonego dyr. Benigera. Brygady kablowe zorganizowane były w dziale kablowym. Już w pierwszych miesiącach 1945 roku powróciło wielu monterów i robotników z dawnych brygad z okresu okupacji, wrócił jednocześnie szef działu, mgr inż. Kazimierz Kolbioski. Pod jego kierownictwem dział ten rozwinął bardzo sprawną i skuteczną akcję odbudowy sieci kablowej. Jednocześnie w połowie marca 1945 r. zorganizowałem przedsiębiorstwo budowlane, grupujące robotników ziemnych, brukarzy oraz środki transportowe do wykonywania robót ziemnych

i drogowych związanych z robotami kablowymi. Pełniłem w tym przedsiębiorstwie funkcję kierownika technicznego robót. Z miesiąca na miesiąc praca stawała się bardziej zorganizowana i sprawna. Roboty były wykonywane ściśle według planu i bardzo terminowo. Układano setki metrów bieżących tras kablowych w ciągu dnia i równocześnie w tym samym dniu - a najpóźniej na drugi dzieo - trasy były uporządkowane. Była to pewnego rodzaju akcja uporządkowywania miasta. Terenowe roboty kablowe rozpoczęto od Powiśla. Jakże opłakany był widok ulic Powiśla na początku 1945 roku! Teren dzisiejszego parku między Wybrzeżem Kościuszkowskim a bulwarem nadwiślaoskim, ogołocony z drzew, był poryty lejami po wybuchach bomb oraz rowami strzeleckimi (zwłaszcza na bulwarze nadwiślaoskim), umocnionymi obudową drewnianą. Były to swego rodzaju bunkry ziemne, przykryte balami, ramami okiennymi, skrzydłami drzwi -- całośd obsypana kilkudziesięciocentymetrową warstwą ziemi. Mieszkaocy okolicznych domów Czerwonego Krzyża, Solca, Dobrej, Smulikowskiego, Tamki długo musieli wygrzebywad z tych bunkrów swoją stolarkę drzwiową i okienną. U wylotu Tamki nad Wisłą sterczał smętnie kikut pomnika „Syrenki”. Na terenie obecnych zieleoców parku znajdowało się wówczas mnóstwo min i w związku z tym wyznaczony był przez wojsko posterunek dla zabezpieczenia tego terenu przed wejściem osób cywilnych. Dopiero po starannym przeszukaniu terenu przez saperów, po wykopaniu setek min udostępniono ten teren osobom cywilnym i dla robót ziemnych. Miny, pociski artyleryjskie, granaty - wszędzie było ich pełno. Ludzie pracujący przy robotach ziemnych byli tak uczuleni na tego rodzaju znalezione przedmioty i tak ostrożnie je odkopywali, że doszli wprost do perfekcji. Grupowaliśmy te rekwizyty w jednym miejscu, a zawiadomione saperskie oddziały wojskowe odwoziły je i likwidowały na peryferiach miasta. Oprócz min bardzo często odkopywaliśmy trupy. Obowiązkiem naszym było zawiadomienie Czerwonego Krzyża celem zidentyfikowania znalezionych zwłok. Największym cmentarzyskiem były okolice ślimaka przy moście Poniatowskiego i placyk na Dobrej 14/16, gdzie mieściły się magazyny materiałów kablowych. Częstym zjawiskiem przy robotach kablowo-ziemnych były przejścia przez leje po wybuchach bomb oraz przejścia przez hałdy gruzów zawalonych budynków. Takim potężnym lejem był lej na rogu Tamki i Dobrej, średnicy kilkunastu metrów, głębokości kilku metrów, na dnie którego stała woda. Na obwodzie tego krateru utworzone hałdy ziemi sięgały wysokości I piętra. Była to przeszkoda, którą trzeba było pokonad, aby wyjściową trasę kablową z elektrowni wyprowadzid do Śródmieścia. Częśd leja trzeba było zasypad, w innym miejscu odkopad zagruzowaną trasę, aby kable ułożyd na równym poziomie. Ulica Tamka, a zwłaszcza jej częśd niżej położona, była jedną wielką ruiną. Gruzy z rozwalonych domów zalegały całe chodniki i dużą częśd jezdni. Wypalone i strzaskane ruiny domów groziły zawaleniem. Z uwagi na to, że była to ważna arteria łącząca Powiśle ze Śródmieściem, skierowano cały wysiłek na jej odgruzowanie. Usunięto tysiące m3 gruzu, zburzono najbardziej niebezpieczne szkielety walących

się ruin domów, stworzono arterię przelotową dla trasy mostowej, dla mostu drewnianego u wylotu Karowej. Ślimak na Karowej jeszcze wówczas nie był zdatny do użytku z powodu zniszczonego wiaduktu na jego serpentynie. Pierwsza trasa komunikacyjna z centrum Warszawy (przy hotelu „Polonia”) na Pragę biegła właśnie Tamką. Czego nie dokooczyły przedsiębiorstwa miejskie przy porządkowaniu Tamki, musiały zrobid nasze brygady kablowo-ziemne - musiały oczyścid trasę kablową na chodnikach Tamki. Długie miesiące trwały ciężkie i niebezpieczne roboty przy naprawie tej trasy. Tymczasem posuwały się naprzód olbrzymie roboty w elektrowni. Już w pierwszej połowię 1945 roku popłynął pierwszy prąd z elektrowni w kierunku Powiśla i Śródmieścia. Tego rodzaju prace trwały w drugiej połowie 1945 roku i w roku 1946 z tym, że promieo działania sięgał coraz dalej od źródła energii elektrycznej, tak ważnej i koniecznej dla uruchomienia zakładów użyteczności publicznej, dla uruchomienia zakładów przemysłowych, dla oświetlenia mieszkao. Zdawaliśmy sobie sprawę, jak wielkie obowiązki spoczywały wówczas na pracownikach elektrowni i przedsiębiorstwa, z jakim napięciem społeczeostwo Warszawy oczekiwało efektów pracy zespołów naszych i pracowników elektrowni. Jakże typową postacią była wówczas w Warszawie sylwetka robotnika z łopatą lub kilofem na ramieniu. Setki tych naszych ludzi-”kretów” lub tzw. „mandolinistów” krążyło wówczas pieszo przez zrujnowane ulice stolicy. Ich praca przywracała Warszawie życie, radośd i wdzięcznośd mieszkaoców. Cieszyliśmy się z każdej akcji, z każdego wykonanego zadania, z każdego „prezentu”, jaki mogliśmy zaofiarowad odbudowywanej stolicy w zakresie odbudowy sieci kablowej. Takim przyjemnym przeżyciem było wykonanie i oddanie do użytku stałego zasilania kablowego dla utrzymania ruchu pierwszej kolei elektrycznej Warszawa-Otwock. Zasilenie polegało na ułożeniu 5 km trasy kablowej od podstacji elektrycznej do Dworca Wschodniego. Był to okres zimy 1947/1948 r., najważniejsze roboty koncentrowały się w lutym na moście Poniatowskiego. Trzeba było ułożyd pod jezdnią mostu gruby kabel elektryczny, ułożyd go w trudnych warunkach atmosferycznych, z wykonaniem specjalnego pomostu podwieszonego pod jezdnią mostu. Termin był dyktowany sytuacją, jaka się wytworzyła z powodu zagrożenia prowizorycznego zasilania trakcji elektrycznej. Zasilenie prowizoryczne wykonane bowiem było linią napowietrzną wysokiego napięcia, biegnącą z Pruszkowa do Otwocka przez Wisłę pod Świdrami. Przez Wisłę linia napowietrzna prowadzona była na słupach drewnianych, tkwiących w korycie Wisły. Z uwagi na mroźną zimę i grubą powłokę lodową odcinek linii napowietrznej prowadzony przez Wisłę skazany był na zniszczenie przy najbliższym ruszeniu lodów. Władzom kolejowym chodziło o utrzymanie ciągłości ruchu na trakcji elektrycznej i zapewnienie dopływu energii elektrycznej nowo projektowaną trasą kablową. Całośd akcji uzależniona była od terminowego wykonania tej trasy przed ruszeniem lodów. Według obserwacji synoptycznych ruszenie lodów przewidywane było w koocu lutego, ale na początku lutego oznajmiono nam, iż spodziewane jest ruszenie lodów na Wiśle już w połowie lutego i należy bezwzględnie przyspieszyd układanie kabli i montaż muf na odcinku mostu Poniatowskiego. Przyjąłem to oświadczenie, naradziliśmy się z załogą i podjęliśmy się przyspieszyd roboty, przechodząc do pracy na trzy zmiany.

Mroźne i długie noce lutowe nie sprzyjały naszemu przedsięwzięciu. Brygady monterskie w wykopach montażowych w miejscach usytuowania muf kablowych miały rozpięte namioty, ustawione piecyki węglowe, ułożone podłogi drewniane, podłączone światło elektryczne. Mimo to silne mrozy utrudniały tak poważnie pracę, że po 5-6 godzinach trzeba było robotę przerywad --- ręce drętwiały z zimna. Trzeba było robid częstsze zmiany. Najtrudniejsza sytuacja była na moście. Ciężki gruby kabel, dostarczony na specjalnych bębnach, musiał byd ustawiony na przyczółkach mostu; należało go bez przerwy przez kilkanaście godzin ogrzewad piecykami koksowymi, aby w możliwie krótkim czasie przeciągnąd go na rolkach odpowiednio ustawionych na pomoście pod jezdnią. Cała sztuka polegała na rytmicznym ciągnięciu kabla na komendę. Dwie setki par rąk nieraz już ciągnęły tego rodzaju kable, ale w warunkach normalnych tras lądowych. Tu warunki pracy były utrudnione, głos komendy łamał się w splocie konstrukcji mostowych, trzeba było, aby komenda dotarła zarówno na przyczółek, jak i pod jezdnię na pomost. Załoga rozumiała doskonale trudności zadania i dołożyła wszelkich starao, aby wysiłek jej był jak najbardziej celowy. W czasie pracy, zwłaszcza nocą, panowała idealna cisza. Robotnicy zamieniali się w słuch. Każdy zbyteczny szmer czy głos utrudniał usłyszenie komendy. Nachylone postacie, oburącz obejmujące gruby kabel, rytmiczne ruchy na głos komendy -przedstawiały jakiś niesamowity widok, zwłaszcza w nocnym oświetleniu reflektorami. Co pewien czas odpoczynek - pochylone postacie rozprostowują się, jedni rozcierają uszy, inni wymachują rękami, zabijając je o piersi dla rozgrzewki, rozbrzmiewa wtedy szmer głosów, rozmów. Po chwili znowu komenda: „Za kabel! r a a z”. Znów zalega cisza, przerywana tylko słowami komendy. Kabel po kilka centymetrów posuwa się po rolkach, czarny jak olbrzymie cielsko węża. Po 3-4 godzinach cały odcinek 250 m leży na właściwym miejscu. Robotnicy są zadowoleni. Wykonali zadanie. Ochrypnięty jest tylko przodownik komenderujący, ale i on zadowolony z dobrze wykonanego zadania - nakrzyczał się, ale nie na próżno. Tak ułożono i drugi olbrzymi odcinek kabla pod mostem Poniatowskiego od strony praskiej. Roboty te ukooczyliśmy w terminie, dosłownie w przeddzieo ruszenia lodów. Następnego dnia stałem na moście Poniatowskiego, z zadowoleniem przyglądałem się olbrzymiej masie kry przepływającej między filarami mostu. W pewnym momencie na horyzoncie wzburzonej Wisły ujrzałem płynące drewniane słupy linii napowietrznej ze splotem lin miedzianych okręconych wokół izolatorów. Były to resztki linii napowietrznej spod Otwocka. Przekonałem się, jak celowa była praca i wysiłek moich brygad. Pod nawierzchnią jezdni mostu pracował już w tym momencie nasz kabel. W ruchu pociągów nie było żadnej przerwy. W kilka dni później otrzymaliśmy od ministra komunikacji serdeczne podziękowanie za dobrze wypełnione ciężkie zadanie. To była bardzo wielka satysfakcja...

Jedną z ciekawszych prac była odbudowa sieci kablowej tramwajów miejskich w Warszawie. Największą trudnością był brak kabli. Kable trzeba było zdejmowad z ocalałych przęseł mostu

Kierbedzia. Duży zapas kabli, jaki zdjęliśmy z mostu, pozwolił na uzupełnienie braków sieci w miejscach uszkodzeo. Po kilku miesiącach tej pracy na ulicach stolicy pojawiły się pierwsze tramwaje. Inną z ciekawszych prac było wykonanie w 1948 roku stałego zasilania kablowego dla trakcji elektrycznej Warszawa-Otwock w tym miejscu, gdzie w 1947 r. była napowietrzna linia wysokiego napięcia zniszczona przez wiosenny przepływ kry. Pierwszy raz po wojnie układano w korycie Wisły potężny kabel 15 000 V. Do wykonania tych robót potrzebna była pogłębiarka „Smok”, która bagrowała kanał głębokości około 3 m w dnie rzeki. Była to przeszło kilometrowa trasa kablowa. Kable na bębnach sprowadzane były drogą wodną z Krakowa. Trzeba je było przeładowad na specjalną barkę, ułożyd w tzw. „ósemkę”. Barka z tymi kablami przycumowana była do pogłębiarki tak, aby kable można było układad w kanał tuż po wybagrowaniu. Pogłębiarka jednocześnie zamulała kanał po ułożeniu kabla. Była to przyjemna praca, zaczynała się w okresie ślicznej pogody lipcowej. Użyliśmy do tej pracy stosunkowo mało ludzi -pracowało około 30 robotników i 4 monterów. Wydajnośd pracy dyktowana była szybkością bagrowania kanału przez pogłębiarkę. Robota trwała 3 miesiące. Dla załogi był to swego rodzaju wypoczynek. W początkach października robotę w całości ukooczono, łącznie z wyprowadzeniem koocówek na kraocowe słupy linii napowietrznej. Ostatnim etapem miało byd zbadanie linii specjalnym aparatem kenetronowym, spisanie protokołu i uroczyste przekazanie linii do użytkowania. Niestety, finał był nieoczekiwany. W czasie badao stwierdzono, iż kabel jest uszkodzony - ma przerwę. Przyczyna tego uszkodzenia była zagadkowa. Wydawało się pierwotnie, że nieszczelnie zmontowano mufy, ale po dokładnym określeniu odległości od punktu badania wyniki wskazały, iż miejsce uszkodzenia zlokalizowane jest w odległości około 30 m od najbliższej mufy. W środkowym korycie Wisły mufy były wykonane bardzo starannie i dobrze. Śledztwo w tej sprawie trwało bardzo długo. Przesłuchano wielu ludzi. Nie przesądzając na razie, kto jest winny, Dyrekcja PKP poleciła naszemu przedsiębiorstwu natychmiast przystąpid do robót i zlikwidowad uszkodzenie. Była to już druga połowa października. Rozpoczęły się szarugi jesienne, a nawet przymrozki. Naprawa była bardzo trudna. Trzeba było ostrożnie wybagrowad piasek okrywający w kanale kabel, podciągnąd nad poziom wody najbliższą mufę, wyciągnąd odcinek kabla od mufy do miejsca uszkodzenia i na jego miejsce ułożyd nowy odcinek kabla i zmontowad 2 mufy. Ludzie byli podenerwowani, wiedzieli, że jest to robota, która wynikała z czyjegoś niechlujstwa czy z aktu złej woli, a ponadto pogoda stwarzała coraz bardziej uciążliwe warunki pracy. Pod koniec listopada warunki pracy były zupełnie złe, zaczynał padad śnieg, wiały silne wiatry. Dni były krótkie, po zakooczeniu pracy zapadał prawie zmrok. Do pracy tej dojeżdżałem codziennie ze Świdra małą dwuosobową łódką z przewoźnikiem, miejscowym rybakiem. Pamiętam jeden z ostatnich dni, kiedy już kooczyliśmy roboty. Pozostawało nam tylko przed zakooczeniem montażu ostatniej mufy przeprowadzid badania przewodności kabli. Sprowadziliśmy

kosztowną aparaturę kontrolną (wypożyczoną z elektrowni warszawskiej) i dostarczyliśmy ją na barkę, na której znajdowała się ta ostatnia mufa. Badania trwały długo, ale wykazały, iż kable są w idealnym stanie. Nie zwracając uwagi na późną porę, zadowoleni, wracaliśmy we czterech już o zmroku na brzeg, właśnie ową małą łódką. Było ciemno i zimno, a silny wiatr podcinał tumany padającego śniegu. Trasę oświecaliśmy kieszonkową latarką elektryczną. Trzeba było jeszcze przepłynąd odcinek Wisły jakieś 30 m do brzegu, gdy latarka nam zgasła, a obaj z przewoźnikiem jedynie na wyczucie kierowaliśmy czółnem ku brzegowi. W pewnym momencie przeciążone czółno zaczepiło o wystający pal zniszczonego mostu drewnianego. Wartki prąd zakołysał lekką łódką, przez pochyloną burtę zaczęła wlewad się woda. Stary monter, ściskający lampę kenetronową w futerale, upadł pierwszy na dno łódki. Na niego przewrócił się drugi pracownik. Za wszelką cenę starałem się utrzymad równowagę łódki w tym niebezpiecznym momencie. Ja i przewoźnik byliśmy saperami i zżyci byliśmy z wodą, ale trzeba było silnych nerwów, żeby opanowad tę niebezpieczną sytuację. Prosiliśmy tych, co upadli, aby się nie ruszali, silniej pociągnęliśmy wiosłami i dobiliśmy w kilkanaście sekund do brzegu. Zmoczeni, wyładowaliśmy cenny sprzęt pomiarowy, a kolegów przemoczonych przy upadku zaciągnęliśmy biegiem do zabudowao rybaka. Tam osuszyliśmy się, zjedliśmy gorącą kolację i wkrótce odjechaliśmy oczekującym samochodem do Warszawy. Całośd roboty szczęśliwie zakooczyłem 9 grudnia 1948 r., tuż przed zamarznięciem Wisły. Była to ostatnia moja praca z serii robót kablowych, które prowadziłem od roku 1939. Dziewięd najtrudniejszych lat w mym życiu, wiele niezatartych wspomnieo, przeżyd, doświadczeo i pozostawionych efektów. Ta ostatnia robota w Świdrach Małych znalazła swój epilog dopiero w 1951 roku. Prokuratura warszawska po bardzo szczegółowym zbadaniu przyczyn awarii kabla orzekła, iż bezpośrednim sprawcą tej awarii była załoga pogłębiarki; podczas manewrowania statkiem zaczepiono kotwicą o płytko zasypany kabel i stąd powstało uszkodzenie. Miałem tę satysfakcję, że nie powstało to z winy moich pracowników. Po tych robotach w latach 1944-1948 zostały mi piękne wspomnienia. Jeszcze obecnie mam kontakt z wieloma pracownikami z mojej załogi. Przy okazji w serdecznej pogawędce wspominają wiele wspólnych przeżyd. Dla mnie każde takie spotkanie jest odświeżeniem wspomnieo z najciekawszego w mym życiu okresu pracy.

Robert Makus

Ruszyły pociągi
I tak zaczęła się po raz drugi w moim życiu odbudowa kolei. Pierwszy raz - 27 lat temu, w roku 1918, po pierwszej wojnie światowej, i teraz - w styczniu 1945 roku. Jakaż różnica między jednym a drugim zadaniem. Po tamtej wojnie rozbrojeni okupanci zostawili koleje „na chodzie”. Tory, parowozy, wagony, łącznośd, warsztaty, parowozownie, stacje wodne i dworce były po kampanii w roku 1914 i 1915 wprawdzie tylko prowizorycznie odbudowane i eksploatowane przez wojenne dyrekcje, lecz koleje były zdatne do podjęcia przewozów. Chociaż w ograniczonym zakresie, można było natychmiast wprowadzid ruch pociągów i na wielu odcinkach zaraz po wyjściu okupanta ruszyły pociągi już z polską obsadą. Teraz, po drugiej wojnie, sprawy te przedstawiały się znacznie gorzej. Koleje były w niektórych rejonach, a szczególnie warszawskim, całkowicie zniszczone.

Dziedzictwo

Pojęcie kolei kojarzy się z uporządkowanym technicznym zespołem urządzeo stałych i ruchomych, chod rozrzuconych po sieci, stanowiących jednak harmonijną całośd zdolną do wykonywania funkcji przewozowej. Warsztat mojej pracy, przy którym spędziłem około 30 lat, leżał teraz w gruzach. Ten precyzyjny aparat przedstawiał teraz mieszaninę bezładnie rozrzuconego złomu. Tory zryte bombami. W lejach po nich stała głęboka, brudna, zielonkawa woda. Szyny wywiezione, a nawet tam, gdzie pozostały - każda zerwana w kilku miejscach amunicją saperską. Wypalone budynki jak rzędy kościotrupów patrzyły czarnymi oczodołami. Hale parowozowni, warsztatów, magazynów ze zwalonymi konstrukcjami dachowymi; krokwie sterczały jak żebra szkieletów jakichś potworów. Żadnego życia, żadnego ruchu. Tylko gdzieniegdzie zadzwoniła złowieszczo blacha poruszona wiatrem. Słupy sieci telefonicznej przełamane ładunkami wybuchowymi - jeżeli nawet któryś ocalał, stał przechylony, z porwanymi drutami i przypominał raczej lamentującą kobietę o rozwianych na wietrze włosach, aniżeli element do przenoszenia wiadomości. Parowozy i wagony wywiezione; tu i ówdzie stały na boku torowiska pojedynczo, okaleczone, wykolejone, często przewrócone, zapomniane. Przy ustalaniu pierwszej orientacyjnej sytuacji technicznej zaglądało się do wszystkich zakamarków czy nie znajdzie się chod trochę narzędzi lub materiałów, a może w gruzach wypatrzy się jakąś częśd hali, w której najłatwiej, najszybciej będzie można urządzid chodby jedno stanowisko dla lokomotyw. Urządzid tam skromniutki ręczny warsztacik w osłoniętym od zimna pomieszczeniu, by móc naprawiad części parowozów czy wagonów. Z jednej strony nicośd wyposażenia i niemal zerowe możliwości transportowe, a z drugiej - ogromny głód przewozowy społeczeostwa. Ludzie wracali do kraju z obozów, wracali wysiedleni do swych stałych miejsc, i to nie tylko Polacy. Potrzebna była żywnośd, potrzebny był opał, materiały budowlane. Widząc tysiące wynędzniałych, a wśród nich i dzieci - zmęczone, drepcące obolałymi

nóżkami koło rodziców - chciało się z każdego pokrzywionego kawałka żelaza wykrzesad narzędzie, z każdego wraku parowozu czy wagonu - biegnącą po szynach jednostkę, a już wprost spod ziemi wydobyd tory czy budynki, aby zestawid pociąg, ulżyd ludziom w ich tułaczce, wynagrodzid chodby przejechaniem kilkudziesięciu kilometrów bezmiar zaznanych udręk wojennych.

Transporty frontowe

To wszystko działo się jeszcze wśród „szczęku oręża”. Wojna trwa. Zakooczyła się ona przecież dopiero 9 maja 1945 roku, a tu mówimy o styczniu. Podczas walk nad Nysą i Odrą, a potem pod Berlinem, zaopatrzenie w materiały i uzbrojenie musiało płynąd szerokim strumieniem. Dywizja w polu potrzebuje zaopatrzenia - średnio około dwóch pociągów dziennie. Na froncie wschodnim po stronie radzieckiej brało udział około 250 dywizji. Pozwala to zorientowad się, jak duże ilości pociągów z zaopatrzeniem wojennym musiały codziennie przejśd z ZSRR do strefy przyfrontowej. Wprawdzie nie wszystkie drogi transportowe prowadziły przez Polskę, jednak przeważnie biegły one po naszej sieci kolejowej. W ślad za posuwającą się Armią Czerwoną saperzy radzieccy odbudowywali zniszczone drogi żelazne dla potrzeb wojska. Koleje rosyjskie są szersze od naszych. Ich prześwit wynosi 1524 mm. Nasze koleje mają prześwit zwany normalnym -- 1435 mm. Różnica 89 mm nie pozwala korzystad z taboru jednej kolei na torach drugiej. Ponieważ nie było ani parowozów, ani wagonów normalnotorowych, musieli saperzy przy odbudowie jednocześnie przekud ocalałe fragmenty torów na prześwit szerszy. Saperzy, jak to saperzy, nie odbudowują kolei dla dużych szybkości. Ich zadaniem jest „umożliwid ruch pociągów z transportami wojskowymi”. Często odbudowany jeden tor linii dwutorowej był „kiełbasokształtny”. Leżał raz na jednym, raz na drugim torowisku, zależnie od tego, który z torów ocalał. Tak odbudowany tor składał się z krótkich, często dwumetrowych kawałków szyn wyciętych ze zniszczonych. Na stacjach, gdzie parowozy zaopatrywały się w wodę, często zamiast wieży ciśnieo ustawiony był pionowo kocioł z uszkodzonego wagonu-cysterny. W sygnalizacji zamiast powszechnie spotykanych metalowych semaforów można było spotkad żywą sosnę lub brzozę stojącą blisko toru z obciętymi gałęziami - a zamiast ramienia - zwykłą deskę obracającą się na wbitym w nią gwoździu. Przy podawaniu sygnału pociągano deskę sznurkiem. Na wiosnę te semafory zazieleniły się. Mimo mojego doświadczenia zaskakiwała mnie inwencja saperów. Transportowe drogi żelazne były przeciążone pociągami wojskowymi, a ruch pasażerski był na nich z konieczności bardzo ograniczony. Linie dla transportów wojskowych odbudowuje się na podstawie instrukcji wojskowych. Natomiast warunki techniczne wymagane dla linii użytku ogólnego są ostrzejsze. Muszą one pozwalad na większe szybkości i zapewniad większe bezpieczeostwo; szczególnie dla pociągów pasażerskich. Nie ujmuje to wcale saperom. Umieją oni wybudowad czy odbudowad kolej i dla użytku powszechnego - zależnie od zadania, sprzętu, materiałów i czasu. Niektóre obiekty, jak np. most prowizoryczny na Wiśle w Warszawie pod Cytadelą, należały do tak zwanych majstersztyków. Most wybudowano w ciągu 14 dni. W innych armiach o dobrym

mechanicznym sprzęcie wymaga się budowy mostu na palach z szybkością około jednego metra bieżącego na godzinę. Most pod Cytadelą miał 600 m długości, a więc według tych norm mógłby byd budowany około 20 dni. Z linii PKP odbudowane zostały przez saperów i przekute na prześwit szeroki odcinki:           od Brześcia do Warszawy (dwutorowy), od Warszawy do Poznania (dwutorowy), od Narewki do Siedlec (jednotorowy); przed zniszczeniem był to odcinek dwutorowy, od Białegostoku do Warszawy (jednotorowy), przed zniszczeniem dwutorowy, od Siedlec do Małkini (jednotorowy); przed zniszczeniem - dwutorowy, od Warszawy do Nasielska (jednotorowy), przed zniszczeniem - dwutorowy, od Nasielska do Iłowa (jeden tor szeroki, jeden normalny), od Tłuszcza do Legionowa (jednotorowy), od Małkini do Ostrołęki (jednotorowy), od Łap do Ostrołęki (jednotorowy).

Nie były przekuwane na prześwit szeroki linie z Warszawy przez Częstochowę do Zagłębia ŚląskoDąbrowskiego oraz z Warszawy przez Dęblin, Kielce - również do Zagłębia. Linie te mają kierunek północ-południe, nie wschód-zachód, leżały więc poza zainteresowaniem wojska. Nie był również przekuwany odcinek od Łowicza do Łodzi Kaliskiej. Na odcinku od Warszawy do Radomia był zniszczony most na Pilicy pod Warką. Pociągi tak od Warszawy, jak i Radomia dochodziły do brzegów Pilicy, a przez rzekę przeprawiano się na łódkach. Ten stan trwał do grudnia 1946 r., tj. do dnia wybudowania nowego, stałego, żelaznego mostu.

Nasi kolejarze

Kolejarze polscy od pierwszej chwili współpracowali z saperami radzieckimi przy odbudowie i eksploatacji dróg żelaznych. Jednak kierownictwo na liniach z pociągami wojskowymi sprawował do jesieni 1945 r. (tj. do przekucia z powrotem torów na prześwit normalny) personel radziecki. Na liniach normalnotorowych od pierwszej chwili odbudową i eksploatacją zajmowali się wyłącznie Polacy. Złożyło się więc o tyle szczęśliwie, że stosunkowo mniej zniszczona linia łącząca Warszawę z Zagłębiem Śląsko-Dąbrowskim przez Koluszki i Częstochowę nie była obciążona transportami wojskowymi i znalazła się całkowicie w naszej dyspozycji. Pozwoliło to względnie szybko, jak na ówczesne warunki, zaopatrywad Warszawę i Łódź w węgiel, żywnośd i materiały przemysłowe. Jednocześnie można było na tej linii wprowadzid stopniowo pociągi osobowe w większej ilości niż to miało miejsce na innych liniach. Warunki pracy naszych kolejarzy wymagały dużej wytrzymałości fizycznej i samozaparcia. Na przykład dyżurny ruchu w Wieliszewie koło Legionowa pracował w ziemiance opuszczonych okopów, w Chotomowie - w piwnicy, w Wawrze - w jamie pod peronem.

Naprawa parowozów i wagonów odbywała się pod gołym niebem przy dwudziestostopniowym mrozie, nagimi, zmarzniętymi i okaleczonymi rękami, do których przymarzały narzędzia. Na niektórych stacjach, z braku jakichkolwiek pomieszczeo, biura dyżurnych ruchu mieściły się w najbliższych domach mieszkalnych, w opróżnionych na ten cel izbach, lecz często „biuro” dyżurnego znalazło się w mieszkaniu wśród mebli i dzieciarni lokatora. Tak było w Zielonce, Wołominie, Sadownem, Treblince, Kosowie Lackim i wielu innych. Zdarzały się przy tym i sytuacje komiczne. Na jednej z takich stacji podczas dyżuru młodego dyżurnego żona lokatora pod nieobecnośd domowników dostała nagle bóli porodowych. Dyżurny przerażony nagłym krzykiem zaproponował jej kompres na głowę. Odpowiedziała mu, że tu nie chodzi o głowę, lecz krępowała się powiedzied młokosowi, w czym rzecz. Dopiero przygodna pasażerka, która znalazła się w kancelarii, zamknęła drzwi do pokoju dyżurnego i zajęła się „bocianem”. Gdzie indziej w ocalonej części dworca, w jedynej nadającej się do zamieszkiwania izbie, mieściło się biuro zawiadowcy stacji, kasa biletowa, magazyn stacyjny, mieszkanie zawiadowcy stacji i mieszkanie kasjerki biletowej. Przy objeździe tej linii, ktoś „usłużny” spośród towarzyszących mi pracowników zwrócił uwagę na „zagęszczenie”. Dyskretnie zaproponowałem zamianę kasjerki na kasjera. Ale sprawa była już widocznie zadawniona i spotkałem się z delikatnym sprzeciwem obu stron. Twierdzili, że nie znajdą innych mieszkao, bardzo ich urządza wspólne prowadzenie kuchni; ona wspaniale gotuje, oboje lubią te same potrawy. Przy tym ona zachowywała się jak pierwsza naiwna, a on jak młodzieniec wychowany w klasztorze. W tych czasach w podobnych przypadkach obowiązywały liberalniejsze kryteria. Ale diabeł podsunął znowu „faktora”, ktoś szepnął, że jest tylko jedna prycza w tym „wielobranżowym” pokoju, kiedyś magazynie. Aby nie komentowano „niewłaściwie” i aby nie twierdzono, że kolej stworzyła przymusowe warunki, wyremontowano zrujnowaną klitkę dla kasjerki. Po jakimś czasie prosili mnie na ślub. Podobnych wydarzeo było więcej. W tym czasie starano się już możliwie dokładnie ustalid plany układu torów, rzutów i opisów budynków, warsztatów, stacji wodnych, schematy linii teletechnicznych, energetyki, trakcji elektrycznej itp. Robiło się to, aby możliwie najwłaściwiej móc dzielid środki finansowe i materiały na odbudowę. Mimo to „rządzenie” na odległośd na podstawie tak zebranego materiału w ówczesnych warunkach, prawie bez łączności, mogło przynieśd dużo błędów. Na przykład na jednej ze stacji ocalał tylko murowany, bez okien, pokryty ziemią magazyn na naftę i smary. W tym ocalałym obiekcie mieściło się biuro stacyjne. Na domiar złego jedno skrzydło drzwi tego „biura” miało urwane zawiasy. Zawiadowca pełnił służbę na owej stacji sam, już od tygodnia - dzieo i noc bez żadnej podmiany. Gdy wyszedł na nasze spotkanie, przestraszyłem się - przypominał jaskiniowca - zarośnięty, czarny, okopcony sadzami lampy naftowej bez szkła, niewyspany, wynędzniały. Zapytałem go, czego by najpilniej potrzebował, a ten skromnie poprosił o zawiasy do drzwi i o urządzenie okienka. Nie skarżył się nawet, że od dłuższego czasu nie widział się z rodziną. Cud, że nie zapaliła się przesiąknięta naftą ziemia w tym magazynie i nie spłonął w nim jedyny pracownik tej stacji. Kilka stacji dalej ocalał okazały dworzec i wszystkie urządzenia stacyjne. Nawet maszyna do pisania i szafy pełne materiałów kancelaryjnych. Zawiadowca tej stacji przedstawił mi ładnie na maszynie

wypisany wykaz rzekomych potrzeb o kilkudziesięciu pozycjach. Różne było podejście ludzi do tych spraw. W tym czasie znaleźliśmy koło Przasnysza opuszczony obóz koncentracyjny, a na jego terenie kilkadziesiąt dobrych jeszcze baraków. Po otrzymaniu zezwolenia baraki rozebrano i rozesłano je na stacje, gdzie nie było dworców. Skromny zawiadowca otrzymał pierwszy z nich, otrzymał również zaraz w dniu naszego objazdu przydział dyżurnego ruchu, aby mogli pełnid służbę na zmianę. Dyrekcja w Warszawie obejmowała wówczas około 2000 km sieci kolejowej. Było na niej 115 stacji wraz z przystankami osobowymi itp. około 300 posterunków ruchu. Administrowad tak dużym aparatem „z centrali” można było przy dobrej łączności i sprawnych zespołach kadrowych na linii. A ponieważ tego nie było, chciało się wszędzie zajrzed osobiście, bo niektórzy z kierowników jednostek liniowych czekali na „zarządzenia z góry”, inni zaś wykonywali roboty przekraczające ich uprawnienia i przyznane kredyty. Jednym trzeba było „ordynowad codziennie na czczo łyżkę stołową papryki”, a innym pomóc antydatowanymi poleceniami czy zezwoleniami i zatwierdzeniem „na parapecie” szkicowego projektu czy kosztorysu wykonywanej lub już wykonanej budowy. Na przykład w Lipnie, w mieście rodzinnym Wincentego Rapackiego i Poli Negri, częśd dworca leżała w gruzach. Tamtejszy torowy Jan Majdek z własnej inicjatywy odbudował ten fragment dworca (sposobem gospodarczym). Nawet posadzki dał z klepki dębowej. Przekroczył on uprawnienia zawiadowcy odcinka drogowego, naczelnika oddziału, a nawet i dyrekcji kolei. Bo np. dzisiaj taki projekt zatwierdza Ministerstwo Komunikacji. Trzeba było nie tylko uregulowad „przekroczenia”, ale pochwalid i wynagrodzid. Stawiałem go innym jako przykład człowieka z inicjatywą, który nie czeka na prowadzenie za rękę. Znalazłem w nim niejako bratnią duszę „owianą fanatyzmem odbudowy”. Odbudował dobrze, a nie umiał przecież nawet czytad planów. Byli i inni, którzy w teczkach zwozili części centrali telefonicznych lub urządzeo sygnalizacji, wybierając je często ze złomu. Byli i tacy, którzy za własne pieniądze dorabiali części w prywatnych warsztatach. Zastanawiający jest fakt, że w pierwszym okresie, kiedy były duże możliwości przecieków niezinwentaryzowanych materiałów i sprzętu oraz słaba kontrola, prawie wcale nie popełniano nadużyd, przynajmniej tak było na kolei. Raczej odwrotnie, ludzie przynosili narzędzia zabrane Niemcom lub przechowywane od 1939 roku. Często przynosili własne narzędzia. Ludzie byli owiani patriotyzmem, radośni wolnością, pijani szczęściem, przepełnieni ambicją zawodową. Każda pochwała, każde podziękowanie za wykonaną pracę, za odbudowę każdego fragmentu urządzeo kolejowych przyjmowane były ze wzruszeniem. Widziałem, jak za uznanie rodziły się nieme - tylko wzrokiem wymawiane - nowe przyrzeczenia, nowe trudne zobowiązania. Przy następnym objeździe, za tydzieo lub dwa, widziałem wykonane prace, których w tych prymitywnych warunkach nie mogliby wykonad zwykli zjadacze chleba. Gdy na wiosnę 1947 roku ruszyły lody, prowizoryczny most na Bugu pod Małkinią o długości około 300 metrów był poważnie zagrożony. Uderzenia kry były bardzo silne. Ruch pociągów wstrzymano. Po kilkunastu godzinach zmagania się z żywiołem most trząsł się jak przysłowiowy liśd osiki. Katastrofa zbliżała się z każdą godziną. Jednak przez cały czas dowożono jeszcze kamienie i zsypywano z góry do obitych balami izbic, aby ich nie podmyło lub nie ścięło ostrymi krawędziami płynących tafli lodowych. W pewnym momencie, wobec obawy zerwania mostu, trzeba było nakazad

wszystkim pracownikom opuścid most. Wszyscy zeszli, tylko jeden jedyny mostowniczy, Stanisław Podleś, pozostał. Mimo kilkakrotnych poleceo opuszczenia mostu kazał podpychad na most wózki z kamieniami i nadal sam zsypywał je do izbic... Poruszał się po moście prawie na czworakach, aby nie byd zrzuconym do wody. Po kilku godzinach kra szła już drobniejsza, skruszona po drodze. Niebezpieczeostwo minęło. Dopiero wtenczas zszedł Podleś z uratowanego mostu. Nie była to fanfaronada lub brawura z jego strony. Miał już 55 lat. Gdy mu potem dziękowałem, byliśmy obaj tak wzruszeni, że wzajemnie musieliśmy usprawiedliwiad nasze mokre oczy rzekomo silnym wiatrem na moście. Nie wszędzie przebieg akcji był tak pomyślny.

Przekucie torów

Jesienią 1945 roku na podstawie porozumienia rządów PRL i ZSRR nastąpiło powrotne przekucie na prześwit normalny wszystkich tych linii PKP, które w 1944 roku i na początku 1945 r. były przekute na prześwit szeroki. Ogólna długośd tych odcinków wynosiła na terenie Dyrekcji Warszewskiej około 1000 kilometrów. Dla przekucia odcinków jednotorowych wstrzymywano na nich całkowicie ruch pociągów i na całej długości jednocześnie pracowało kilkadziesiąt brygad. Zamknięcia takie trwały 1014 dni. Na liniach dwutorowych zamykano dla ruchu jeden tor, a po drugim kursowała tylko częśd pociągów. Dla przewozu podczas trwania wojny transportów wojskowych od Brześcia do Berlina oraz dla odwiezienia po zakooczeniu wojny zdemobilizowanych wojsk, sprzętu, ludzi wracających do ZSRR z obozów było używanych kilkadziesiąt tysięcy wagonów i kilkaset parowozów szerokotorowych. Z drugiej strony duże ilości taboru normalnotorowego zdobytego od Niemców stały prawie bezczynnie. Z tych względów przekucie na prześwit normalny i wykorzystanie do tych przewozów taboru normalnotorowego było sprawą pilną. W ciągu sześciu tygodni zwężono około 1000 km torów. Narzędzi mieliśmy mało, ale w sierpniu i wrześniu dzieo jest jeszcze dośd długi, a pogoda sprzyjała. Pracowano więc przeważnie na dwie zmiany - od świtu do zmierzchu. Dnia 16 października 1945 roku wszystkie tory Dyrekcji Warszawskiej miały z powrotem prześwit normalny 1435 mm. Jednocześnie pełną administrację kolei na terenie Polski przejęły PKP. Od tej pory ruch odbywał się pod jednolitym kierownictwem z możliwością stopniowego wprowadzenia większej liczby pociągów pasażerskich również na liniach przekutych, na których przedtem kursowały tylko transporty. Sprawa przekucia wyłoniła się zresztą dośd nagle. Do takiej zmiany prześwitu potrzebne są jeżeli nie plany, to przynajmniej schematy układu torów na stacjach (stan przed przekuciem, zakres przekucia i ostateczny układ). Jak to już powiedziałem, tory odbudowane przez saperów nie zawsze nadawały się do ruchu ogólnego, publicznego, pasażerskiego i często trzeba było jednocześnie wykonad poważniejsze przeróbki, aby można było pozwolid na jazdę pociągów osobowych. Projekty sporządzane były odręcznie na miejscu i zatwierdzane na miejscu przez nas z upoważnienia dyrektora kolei. Ponieważ przebudowywało się jednocześnie kilkanaście stacji, a robót nie można było

wstrzymad w oczekiwaniu na projekt, trzeba było byd wszędzie. Spędzało się w samochodzie po szesnaście godzin na dobę. Ta praca miała jednak swój urok - zwłaszcza dla ludzi nie obawiających się podejmowania decyzji. Można się było wyżyd wydając polecenia szybkie i nierzadko dośd ważne. Przecież większośd układów torowych pozostała ta sama od przekucia do dnia dzisiejszego. Ludzie rwali się do pracy. Chcieli jak najprędzej wrócid do normalnych warunków. Po swojej właściwej pracy przychodzili jeszcze ochotniczo do przekuwania. W tej sytuacji każde oczekiwanie na decyzję, projekt, dostarczenie narzędzi czy materiałów mogło zniechęcid ludzi, a to z kolei - wpłynąd nie tylko na postęp prac przy przekuwaniu, ale i w ogóle na stosunek do pracy w PKP. Ta bliższa znajomośd i harmonijna współpraca zadzierzgnięta z ludźmi na linii podczas pierwszych miesięcy niepodległości --- a szczególnie przy przekuciu - ułatwiła mi wydatnie pracę w późniejszych latach.

Przystanki osobowe

Sied dyrekcji kolejowej w Warszawie była do 1939 roku przystosowana raczej do obsługi miasta. Małe osiedla, gminy wiejskie, wsie tylko w niewielu przypadkach miały przystanki osobowe. Pociągi przebiegały koło wsi, lecz ludnośd tych miejscowości nie mogła korzystad z pociągu. Długośd linii kolejowych Dyrekcji Warszawskiej wynosiła około 20 000 km, a było na niej 115 stacji, czyli odległośd między nimi wynosiła średnio 18 km. Były jednak i odległości do 30 km, np. między Czeremchą a Hajnówką. Dośd gęste przystanki znajdowały się tylko w okolicach podmiejskich. W pierwszych latach ruchu autobusowego dla obsługi prowincji nie było. Wieś nie miała więc połączeo ani kolejami, ani autobusami, a zapotrzebowanie komunikacyjne było duże. Dla kontaktu z miastem trzeba było albo odrywad konie od pracy w polu i jechad, albo iśd pieszo kilkanaście kilometrów i dźwigad artykuły do sprzedaży czy zakupione. Najwięcej jednak cierpiały na tym dzieci, zdążające do szkół odległych o kilka kilometrów od domu, szczególnie podczas zimy. Brnęły po nie udeptanych i nie ujeżdżonych śnieżnych bezdrożach, siekane po twarzy mroźnym wiatrem. Często o świcie lub o zmierzchu. Dlatego ludnośd wsi masowo domagała się budowy przystanków osobowych. Wprawdzie każde, nawet najkrótsze zatrzymanie pociągu osobowego to strata czasu na hamowanie, postój i rozpęd około 5 minut - a pociągi w tym czasie kursowały i tak już żenująco powoli - ale jak tu nie pomóc dzieciarni chcącej się uczyd? Czy można było patrzed spokojnie, jadąc wygodnie w ciepłym wagonie, jak dzieci borykają się z żywiołem, brną pieszo i marzną? Mimo pewnych oporów i „miernikomanii” wybudowano w pierwszych latach po drugiej wojnie (wyłącznie na terenie Dyrekcji Warszawskiej) ponad 70 nowych przystanków. Na otwarcie nowych przystanków byłem zapraszany przez komitety budowy i w miarę wolnego czasu przyjmowałem zaproszenia. Niektóre przystanki otwierałem jako przedstawiciel PKP, np. w Sarnakach

pod Siemiatyczami, w Mysłakowie koło Arkadii w pobliżu Nieborowa, w Słupsku koło Mławy, Przyłęku Dużym koło Rogowa i w wielu innych miejscowościach. Szczególnie wzruszająca jest przy takich otwarciach „własnej stacji” radośd dzieci. Gdy się patrzy w kilkaset śmiejących się z radości dziecięcych oczu, czy można odmówid następnemu komitetowi budowy innego przystanku? Później, po roku 1956, w miarę rozwoju komunikacji autobusowej, sprawa budowy nowych przystanków straciła na ostrości. Autobus przewozi prawie „od drzwi do drzwi”, tj. ze środka wsi do centrum miasta, zaś do przystanku kolejowego trzeba dojśd i to czasami dośd daleko. Również i stacje PKP są w wielu przypadkach oddalone od miasta o kilka kilometrów. Koszt własny przebiegu autobusu jest wielokrotnie taoszy od przebiegu na tejże drodze pociągu. Można więc tymi samymi nakładami uruchomid znacznie więcej autobusów. Takie zalety komunikacji samochodowej, jak elastycznośd przystosowania przystanków, częstotliwośd, szybkośd spowodowały, że wieś zaczęła bardziej ubiegad się o linie PKS, a mniej o przystanki PKP. Teraz buduje się jeszcze nowe przystanki kolejowe, lecz raczej tylko na liniach podmiejskich, o dużym ruchu pasażerskim, aby droga dojścia z domu do punktu wsiadania była możliwie krótka.

Rozbudowa

W pierwszych latach po wojnie starano się na razie zasklepid największe wyrwy na kolei. Nie było czasu ani środków na przystosowanie sieci PKP do nowych sposobów eksploatacji. Podobnie jak to miało miejsce w innych dziedzinach naszego kraju, rozbudowa dróg żelaznych zaczęła się stopniowo dopiero od roku 1950. Ale i tu, jak z przysłowiowym medalem, były dwie strony. Z jednej - można było przystosowad kolej do rosnących z dnia na dzieo potrzeb, modernizowad, elektryfikowad, „dieselizowad”, mechanizowad, automatyzowad, rozszerzad, powiększad, rozbudowywad itp., zaś z drugiej strony - aby coś wybudowad, trzeba było sprawę „przeciągnąd” przez ogromnie rozbudowany aparat biurokratyczny. Dyrekcja chciała budowad, miała przyznane środki pieniężne i materiałowe, lecz była zależna od biur projektowych i od wykonawców, a tym nie zawsze się tak spieszyło jak nam, którzy musieliśmy wysłuchiwad słusznych narzekao społeczeostwa na braki w kolejnictwie. Dokumentacja na budowę przechodziła przez trzy etapy: założenia do projektu, projekt wstępny i projekt techniczny. Przechodziły one nadto przez trzy instancje komisji ocen projektów inwestycyjnych (w skrócie KOPI) a to: w dyrekcji kolei, w Ministerstwie Komunikacji i w PKPG. Projekt np. elektryfikacji linii składał się z projektów branżowych: sieci zasilania, podstacji, sieci roboczej, układu torów stacyjnych, budynków, urządzeo sygnalizacji, oświetlenia zewnętrznego stacji, łączności itd., itd. Nad jedną taką dokumentacją odbywało się kilkanaście posiedzeo KOPI, nim wreszcie inwestor otrzymał ją zatwierdzoną. Dobrze, jeżeli na takiej komisji ocen głos zabierali ludzie obeznani ze sprawą, lecz biada, gdy znalazł się „wszystkowiedzący”, nie mający żadnego rozeznania, i proponował „drobną zmianę” kładąc całą sprawę.

Gdy się udało przeprowadzid projekt przez Scyllę i Charybdę wszystkich KOPI i uporało z obstawionym miernikami wykonawcą, wówczas drżało się, czy po zakooczeniu roboty budynek nie będzie zabrany przez kogo innego i na inne cele. Trzeba było mied trochę doświadczenia życiowego, aby się nie zniechęcid i mimo tych kłód nadal chcied pracowad. Były i przypadki śmieszne. Na jednej ze stacji w Warszawie stał od dłuższego czasu nieczynny, rozbrojony pociąg pancerny. Miał byd wysłany celem rozmontowania do warsztatów w Bydgoszczy. Pewnego dnia zgłoszono, że w Ciechanowie bezprawnie zajęto nam wyremontowany świeżo przez kolej blok mieszkalny i podobno strzeże go kilkunastu uzbrojonych ludzi. Poleciłem wysład ten pociąg pancerny do Ciechanowa. Wieśd o tym gruchnęła po linii. „Agresorzy” wycofali się, a pociąg pancerny przeszedł przez stację Ciechanów bez zatrzymania do Bydgoszczy. Przykłady te dobitnie pokazują, że praca w tych warunkach nie zawsze była przyjemna. Zmarnowało się dużo czasu i zdrowia na odrabianie „genialnych pomysłów”. Były dni, w których szło się do pracy z wielką niechęcią. Nie zawsze praca była „pieśnią życia”. Widziało się jednak, że mimo sporadycznych zahamowao buduje się dośd dużo i koleje, chociaż powoli, lecz stale się poprawiają. Szczególnie widad to w dziedzinie elektryfikacji i urządzeo sygnalizacji. W tych ostatnich PKP zrobiły duży krok naprzód. Od całkowitego prymitywu w roku 1945 zdobyliśmy się obecnie na zupełnie nowoczesne elektryczne urządzenia, wyprzedzając szereg kolei zachodnioeuropejskich. A to zapewnia większe bezpieczeostwo przejazdu. Ten wyścig, ta rywalizacja na polu istotnej modernizacji pochłaniały człowieka, kazały zapominad o chwilowych nieporozumieniach, a nawet trzeba było tłumaczyd rozgoryczonym czasami współpracownikom, że nie zawsze można osiągnąd cel „dysponując pociągiem pancernym.” Pracuje się przecież nie dla pewnych osób, lecz dla sprawy.

Mieczysław Strzelecki Od ruin Warszawy do uroku Starówki
15 stycznia 1945 r. Znajduję się w pobliżu Warszawy - w lasach chojnowskich pod Górą Kalwarią. Z huku dział, dochodzącego z kierunku Góry Kalwarii, wnioskuję, że godziny pobytu naszych gnębicieli są już policzone. Pozostawią po sobie na tym terenie zgliszcza okolicznych wsi i liczne groby pomordowanych podczas pamiętnej pacyfikacji lasów chojnowskich, przy pomocy uzbrojonej po zęby dywizji SS i Gestapo w dniu 25 sierpnia 1944 r.

Noc z 15 na 16 stycznia Bateria artylerii hitlerowskiej zajmuje pozycje w pobliżu mojego mieszkania. Ofensywa wojsk radzieckich ruszyła naprzód. Napawa nas to otuchą. Niepokoi mnie tylko los kobiet i dzieci, gdyby miały się znaleźd w zasięgu ognia artylerii. Na wszelki wypadek jeszcze tej samej nocy wspólnie z sąsiadami kopiemy naprędce schrony polowe, zabezpieczające chociaż częściowo przed pociskami artylerii.

16 stycznia Wędruję do odległego o 6 km Piaseczna. Przeludnione uciekinierami warszawskimi miasteczko aż kipi. Niesamowity rozgardiasz panujący na głównej ulicy powiększają jeszcze wycofujące się z kierunku Góry Kalwarii oddziały armii hitlerowskiej. Wtem nadlatują od strony Wisły samoloty radzieckie i zaczynają kosid z broni pokładowej. W jednej chwili ulice pustoszeją. Wojacy niemieccy uciekają pierwsi. Droga powrotna do Chojnowa nie jest przyjemna. Mijam po drodze wycofujące się w stronę Piaseczna oddziały hitlerowskie. Idąc w przeciwnym kierunku, ściągam na siebie podejrzliwy wzrok żołnierzy. Ponowny nalot samolotów radzieckich wpędza mnie wraz z całą kolumną wojska do przydrożnego rowu. Samoloty otwierają ogieo z bardzo małej wysokości. Niemcy ponoszą znaczne straty... Noc przechodzi nam na wyczekiwaniu. Tak zastaje nas ranek.

17 stycznia Wraz z mieszkaocami okolicznych domów wychodzę z lasu na główną drogę, a na niej - widok, o jakim marzyłem przez długie pięd lat. Drogą, którą przed paru godzinami uciekali „nadludzie”, teraz maszeruje Wojsko Polskie. Kolumna za kolumną w pełnym uzbrojeniu, z polskimi orłami na dobrze nam znanych czapkach polowych. Radośd nasza nie ma granic.

18 stycznia Po miesiącach tułaczki znalazłem się w murach wolnej stolicy. Właściwie słowo „mury” i słowo „stolica” trzeba wziąd w cudzysłów: przygotowany byłem na najgorsze, lecz to, co zobaczyłem, przekraczało moją wyobraźnię. Dymiące jeszcze zgliszcza, ulice piętrzących się ruin, wypalone domy, groby, martwota - niczym nie przypominają mego rodzinnego miasta i dumnej stolicy. Czy i kiedy obudzi się życie w tym pustym, wymarłym mieście? Samochodem wojskowym dojeżdżam tylko do ul. Puławskiej. Dalej do centrum miasta przedzieram się pieszo wśród poprzewracanych tramwajów i resztek barykad. Przy placu Zbawiciela pozostawiam towarzyszy i biegnę do swego mieszkania przy ul. Szopena 14, gdzie ukrywałem się podczas okupacji. Pozostawiłem tam cały swój dobytek. Dobiegam tylko do rogu Szopena. Rzut oka na dom, w którym mieszkałem, uświadamia mi, że nie mam się do czego śpieszyd. Kamienica wygląda jak wielka studnia, wypalona od piwnic po dach. Rozgrzebywanie rumowiska nie przynosi żadnych rezultatów. Cały majątek, jaki mi pozostał, to stare ubranie, które mam na sobie. Zapada wczesny zmrok. Chodzenie wieczorem po ruinach może byd niebezpieczne. Słychad warkot samolotu. Tu i ówdzie rozlegają się strzały. Noc spędzam w piwnicy wypalonego domu przy ul. Marszałkowskiej.

Wczesny ranek 19 stycznia Powrót do Chojnowa. Muszę zorganizowad trochę żywności dla żony i półtorarocznej córki Grażynki na kilka najbliższych dni, aby móc wrócid do Warszawy.

7 luty Mimo szczerych chęci, nie udało mi się wcześniej przybyd do Warszawy. Zbyt duże trudności miałem przy zaaprowizowaniu rodziny. Nie miałem pieniędzy i nic do spieniężenia czy zamiany. Po żywnośd musiałem pójśd pieszo do znajomych aż pod Grójec. Udało się. Jestem znów w Warszawie. Teraz już bez pośpiechu wędruję przez znane mi dzielnice, dziś już prawie nie istniejące. Na Puławskiej posilam się w prowizorycznym barze, mieszczącym się w tramwaju stojącym w poprzek jezdni. Wzdłuż wielkiej arterii wyrastają byle jak sklecone pierwsze punkty zaopatrzeniowe dla nadciągających coraz liczniej mieszkaoców stolicy. Jak każdego warszawiaka po powrocie do rodzinnego miasta, i mnie nogi poniosły na Starówkę; na teren heroicznych walk jej załogi podczas powstania. Była to dzielnica mego dzieciostwa, mych pierwszych kroków w pracy zawodowej pod kierunkiem profesora Mariana Lalewicza przy budowie domów mieszkalnych PKO przy ul. Brzozowej. Widok kamieniczek staromiejskich, wśród których wychowywałem się i pracowałem, wywarł na mnie wstrząsające, niezapomniane wrażenie. Czy będzie kiedykolwiek możliwa rekonstrukcja ukochanej przez warszawiaków Starówki? Po obejrzeniu umarłego miasta pragnę się przekonad, jak wygląda prawy brzeg Wisły, to znaczy Praga wyzwolona we wrześniu 1944 r.

Na wprost Karowej przed kilku dniami oddany został do użytku drewniany most tzw. wysokowodny. Z przedostaniem się więc przez Wisłę nie mam - jako pieszy - trudności. Praga pełni dziś funkcje stolicy, gdyż jest siedzibą rządu i władz miejskich, kierowanych przez warszawskich architektów: prezydenta miasta płka Mariana Spychalskiego i wiceprezydenta Władysława Czarnego. Ruch niespotykany ani w okresie międzywojennym, ani podczas okupacji. Korzystam z okazji, by odszukad przyjaciół mieszkających przed powstaniem przy Radzymioskiej. Na szczęście żyją. Buzi z „dubeltówki”, posiłek, a że takich jak ja znalazło się więcej i miejsca do spania na łóżkach zabrakło rzucam się w objęcia Morfeusza na przytulne legowisko na podłodze.

8 lutego Rano budzi mnie przyjemny zapach kawy zbożowej. Po śniadaniu idę zarejestrowad się w Biurze Pełnomocnika Rządu d/s Odbudowy. Czynności rejestracyjne nie mają nic wspólnego z biurokracją. Wpisano mnie na listę kandydatów i polecono zgłosid się za kilka dni do pracy. Nie sądzone mi było jednak ani chwili czekad na pracę. Po wyjściu z Biura Pełnomocnika Rządu spotykam znajomego z okresu okupacji, Piotra Ładzioskiego. Dowiaduję się od niego, że zorganizowane w Lublinie Społeczne Przedsiębiorstwo Budowlane (SPB) utworzyło oddział warszawski na Saskiej Kępie. Nie zwlekając maszeruję tam. Przyjmuje mnie kierownik oddziału, inż. Adam Pacek. Całe przedsiębiorstwo mieści się w jednym pokoju przy ulicy Walecznych 44a, odstąpionym przez Marię Pogorzelską z jej prywatnego mieszkania. W tym samym pokoju znalazły pomieszczenia również rowery - jedyny środek lokomocji. Zostaję zaangażowany do pracy jako zastępca kierownika oddziału do spraw technicznych. Otrzymuję tymczasową legitymację SPB oznaczoną nr 3 i zaliczkę na najpotrzebniejsze wydatki. Są to pierwsze moje pieniądze w oswobodzonej Warszawie.

9 lutego Najwyższy czas zająd się sprawą uzyskania spoza Warszawy materiałów do odbudowy. W tym celu zgłosiłem się na ul. Kowelską 4 do mieszkania inż. arch. Eleonory Sekreckiej. Z powodu ciasnoty w gmachu rządu (d. gmach dyrekcji kolei przy ul. Targowej 74), mieszczącym wszystkie ministerstwa, częśd Biura Planowania i Odbudowy przy Prezydium Rady Ministrów mieści się w mieszkaniu prywatnym. Przemiła inż. Sekrecka sprawuje honory domu. Mimo późnego wieczoru załatwia mnie niezwłocznie. Otrzymuję pismo w języku polskim i rosyjskim z podpisem szefa biura prof. Michała Kaczorowskiego. Jest to pierwsza „komandirowka” po materiały budowlane dla od-budowy stolicy. (Biuro Planowania i Odbudowy w następnym miesiącu przekształcone zostało w Ministerstwo Odbudowy, prof. Kaczorowski zaś został ministrem.)

15 lutego Rankiem 10 lutego wyruszam piechotą do Włoch pod Warszawą, do najbliższej czynnej stacji kolejowej. Stąd odchodzą pociągi w kierunku zachodnim... Podróż do Kielc przez Częstochowę trwała 3 dni - w otwartych wagonach towarowych, podczas dziesięciostopniowego mrozu, w letnim płaszczu, na skrzynkach z amunicją wiezioną na front. Pełnomocnika rządu do odbudowy przemysłu w okręgu kieleckim płka Stanisława Ochaba (gdyż do niego zostałem delegowany) nie zastaję w biurze. W tym czasie zajęty jest uruchamianiem wapienników „Kadzielnia”. (Z wapienników tych w krótkim czasie nadszedł pierwszy transport wapna do odbudowy Warszawy.)

18 lutego Powrotną drogę odbywam w krótszym czasie, lecz w trudniejszych warunkach. Mróz dochodzi do 20 stopni. Jadę również na otwartej „lorze” z przygodnymi towarzyszami podróży, podobnymi do mnie delegatami. Od zamarznięcia ratuje nas tylko bimber. Co pewien czas butelka wędruje z rąk do rąk.

19 lutego W Warszawie czeka na mnie niespodzianka. Otrzymuję polecenie, aby SPB stanęło do przetargu na remont budynku mieszkalnego dawnej firmy „E. Wedel” przy ul. Puławskiej róg Madalioskiego. Budynek ten przeznaczony został na siedzibę Ministerstwa Aprowizacji i Handlu. O tym, skąd wziąd drewno i fornir do uzupełnienia wyszabrowanej luksusowej stolarki, skąd okucia, szkło itp. materiały do wykonania robót - mam bardzo mgliste pojęcie. Tym bardziej trudno jest zorientowad się w aktualnych cenach robocizny. Nie istnieje żadna ustalona stawka. W tym wypadku kalkulację można przeprowadzid tylko na tzw. nos.

26 lutego I tym razem nos nie zawiódł. Kalkulacja udała się. SPB otrzyma robotę, taką decyzję wydał dyrektor inż. Konstanty Tyszka z Biura Planowania i Odbudowy.

27 lutego Po powrocie warszawskiego SPB, które wywędrowało podczas powstania do Krakowa, następuje scalenie obu przedsiębiorstw. Kierownictwo nad całością obejmuje inż. Wojciech Piróg. W naszym lokalu biurowym, zagęszczonym do ostatnich granic, brakuje tylko przysłowiowej kozy. Chętnych do pracy i do otrzymania zaliczki napływa coraz więcej. Pierwszym aktem urzędowym połączonego przedsiębiorstwa jest podpisanie umowy na remont domu dla Ministerstwa Aprowizacji i Handlu. Termin ukooczenia robót wyznaczony zostaje na 30 marca.

Jestem obecny przy podpisaniu umowy. Ażeby się upewnid, czy nie nastąpiła pomyłka w ustaleniu terminu zakooczenia remontu (cztery tygodnie) bądź co bądź dużego budynku, zapytałem dyrektora Piroga, kto w tym terminie podejmie się wykonad roboty. Wskazał na mnie i szepnął mi do ucha: Kolega. Cóż robid? Zapłatą ministerstwa za tak „szybkościowo” wykonane roboty ma byd żywnośd po cenach urzędowych. Dyrektor Piróg chce w ten sposób zabezpieczyd swych „podwładnych” przed przymusowym dalszym odchudzaniem!. Ale poza dobrymi chęciami i fachową wiedzą nie dysponujemy niczym więcej. Skąd wziąd materiały w spalonej Warszawie? Nawet jeżeli coś jeszcze pozostało po powstaniu dawno jest już „upłynnione”.

3 marca Mam zamiar dokładnie zapoznad się dziś z terenem przyszłej odbudowy. Nie jest to rzeczą łatwą. Lody na Wiśle ruszyły. Jedyny most tzw. „wysokowodny” przy ul. Karowej jest zagrożony. Wielkie tafle lodu atakują bez przerwy jego izbice. Komunikacja przez most zamknięta. Wygląda na to, że przedostanie się na obszar lewobrzeżnej Warszawy jest marzeniem. Ale niech żywi nie tracą nadziei! Na przyczółku od strony ulicy Brukowej - morze głów. Każdy tęsknie spogląda w kierunku mostu. Wśród nich i ja z plecakiem. Posuwamy się powoli w ścisku ku mostowi. Przed wjazdem - szereg żołnierzy radzieckich broni dostępu do mostu. Przepuszczani są tylko mężczyźni niosący drewniane skrzynie napełnione kamieniami dla zabezpieczenia filarów. Do następnej grupy, niosącej dla odmiany duży kocioł napełniony również kamieniami, zgłosiłem swą pomoc. Po dostarczeniu bagażu na miejsce i wrzuceniu go przy zagrożonym filarze do Wisły, znalazłem się na warszawskim brzegu. Stąd już otwarta droga na Puławską. Maszeruję Karową, Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem i dalej. O jakiejkolwiek lokomocji nie ma co marzyd. Na terenie budowy spotykam inż. Mieczysława Dubioskiego, przewodniczącego zarządu Obwodu I SPB - Żoliborz. Otrzymuję z bratniego obwodu 20 kobiet do dyspozycji budowy. To już coś znaczy. Teraz najważniejszą sprawą jest zdobycie potrzebnych materiałów i odpowiednie ich zabezpieczenie. Po pracownika do wyszukiwania materiałów postanawiam udad się do Chojnowa. Łatwo jest postanowid - gorzej wykonad. Udad się, ale czym? Prowizoryczna stacja „ciuchci” mieści się na Służewcu przy wyścigach konnych. Zapada zimowy zmrok... Po godzinie marszu jestem na miejscu. Pociągu ani widu, ani słychu. Amatorów jazdy - spora grupa. Nikt nie potrafi wywróżyd, czy będzie pociąg, czy nie. Po godzinnym bezskutecznym oczekiwaniu decyduję się iśd do Chojnowa pieszo. Jutro jest niedziela i będę mógł odpocząd na „łonie rodziny”, której nie sprowadziłem jeszcze do Warszawy z braku czasu i mieszkania. Znalazłem towarzysza nocnej wędrówki, ale tylko do Piaseczna. Dobre i to. Gawędząc po drodze, nocą już dochodzimy do Piaseczna. Mój towarzysz skręca w lewo do Konstancina. Ja mam przed sobą jeszcze 6 km do Chojnowa.

Cichaczem mijam komisariat MO w Piasecznie (obowiązuje godzina milicyjna) i wydostaję się na drogę między lasami do Chojnowa. Idę samotnie przez całe 6 km. Przed Chojnowem skręcam do lasu, żeby skrócid drogę. Tu opuszczają mnie siły. Zmęczone całodziennym marszem nogi zaczynają odmawiad posłuszeostwa. Co chwila wpadam w głębokie doły zasypane śniegiem. Plecak z dwoma bochenkami chleba dla rodziny waży teraz parokrotnie więcej. I chod lasy chojnowskie znam jak swoją pustą kieszeo, na przebycie 1 kilometra tracę prawie godzinę. Dobijam wreszcie do celu. Jest godzina druga w nocy.

5 marca Mam już zaopatrzeniowca i magazyniera w jednej osobie - jest nim Stefan Maciejewski. Teraz obydwaj staniemy na głowie, aby zaopatrzyd magazyn. Odstąpiona brygada kobiet pracuje już przy odgruzowaniu i przygotowaniu budynku do remontu.

6 marca SPB Oddział w Warszawie zostaje wyznaczone przez władze paostwowe jako organ wykonawczy Biura Planowania i Odbudowy przy Prezydium Rady Ministrów do odbudowy stolicy. Następuje zmiana siedziby SPB. Zarząd z inż. Wojciechem Pirogiem jako prezesem oraz nowo zorganizowany Oddział Główny w Warszawie z inż. Władysławem Skoczkiem jako dyrektorem na czele przeniesione zostają na ulicę Chocimską. Na Saskiej Kępie pozostanie komórka SPB do odbudowy Pragi i Saskiej Kępy. Po zorganizowaniu robót na Puławskiej, na polecenie władz SPB budowę przekazuję inż. Stanisławowi Piotrowskiemu. Dostaję przydział na Saską Kępę. Wracam do swej bazy.

8 marca Inż. Piotrowski zrzekł się kierownictwa remontu budynku przy ul. Puławskiej. Powód zrzeczenia: zbyt krótki czas na wykonanie robót. Zostaję oddelegowany ponownie na Puławską. Muszę dzielid czas między pracę na Saskiej Kępie i na Puławskiej.

13 marca Z budową na Puławskiej jesteśmy prawie na półmetku. Największym problemem jest zakupienie okud do drzwi i okien oraz forniru do remontu drzwi. Załoga budowy pracuje znakomicie. Każdy przepracowany dzieo - to nowy sukces. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, że jest to w niewielkim stopniu zaczątek odbudowy stolicy. Mój zaopatrzeniowiec spisuje się na medal. Zaopatruje nie tylko budowę w materiały, lecz i jej pracowników w żywnośd.

20 marca Nasz praski oddział SPB zatrudnia już 19 osób personelu techniczno-biurowego. Zaangażowanych zostało dużo więcej pracowników, lecz częśd - z uwagi na trudności związane z przedostawaniem się przez jedyny prowizoryczny most - zadeklarowała gotowośd pracy na terenie lewobrzeżnej Warszawy.

23 marca W dotychczasowym lokalu biura przy ul. Walecznych robi się niemożliwy tłok. Pracujemy na stojąco lub siedząc na parapetach okien. Na krzesła brak miejsca. W dalszym ciągu jedynym naszym środkiem lokomocji jest rower. Dla skrócenia czasu przejazdu na teren Warszawy korzystamy z przewozu przez Wisłę łodziami, tzw. piaskarkami na pych.

28 marca Remont budynku dla ministerstwa przy ul. Puławskiej znajduje się w punkcie kulminacyjnym. Do kooca tygodnia zakooczymy roboty. Brakujące okucia do drzwi i okien, o których wspominałem, zostały sprowadzone z Pruszkowa. Forniru do drzwi dostarczyła nam prywatna firma mieszcząca się na Pradze. Jeżeli zleceniodawca również dotrzyma umowy i wypłaci należnośd w artykułach żywnościowych pierwsze święta wielkanocne w oswobodzonej Warszawie przedstawiają się obiecująco.

31 marca Dziś zakooczyliśmy przewidziane zleceniem prace. Pozostają roboty malarskie, które wykona inne przedsiębiorstwo.

4 kwietnia Ustępujący z SPB inż. Adam Pacek wysunął na swoje miejsce moją kandydaturę. Otrzymuję od swych władz polecenie zorganizowania obwodu SPB Praga-Saska Kępa dla odbudowy zniszczonych obiektów użyteczności publicznej na terenie Pragi oraz budynków mieszkalnych na Saskiej Kępie. Siedziba biura obwodu mieścid się będzie w przydzielonym przez kwaterunek niewykooczonym w sensie budowlanym domu przy ul. Zwycięzców 26, róg placu Przymierza.

5 kwietnia Wpłynęło z BOS zlecenie na odbudowę zajezdni tramwajowej przy ulicy Kawęczyoskiej, szpitala przy ulicy Siennickiej oraz Szpitala Przemienienia Paoskiego przy placu Weteranów. Cały zespół ludzi zatrudnionych przy odbudowie pracuje nadspodziewanie ofiarnie. Odnosi się to zarówno do pracowników fizycznych, jak i do personelu technicznego.

7 kwietnia Budynek na biuro obwodu jest już przygotowany. W oknach są szyby. Zamiast centralnego ogrzewania wymurowano piece ze zwykłej cegły. Na podłodze zamiast posadzki dębowej leży drewniany podkład pod posadzkę, tak zwana „ślepa podłoga”. Parter budynku przeznaczono na kuchnie do przygotowania posiłków dla przyszłej załogi. Piętro pierwsze i drugie - na pomieszczenia biurowe, piętro trzecie - na hotel robotniczy. Na magazyny przedsiębiorstwa otrzymaliśmy rozbitą przez pociski luksusową willę wraz z przyległym placem przy ulicy Francuskiej 2. Zachowujemy stary murarski zwyczaj zaczynania nowej pracy w sobotę. Dziś przenosimy się do nowego locum. Z przeprowadzką nie ma kłopotu. Jedynym sprzętem, który zostaje „przeprowadzony”, jest maszyna do pisania. Innych ruchomości własnych SPB nie posiada.

10 kwietnia Stan ilościowy pracowników powiększył się do 30 osób personelu techniczno-biurowego i 400 pracowników fizycznych. Zamiast biurek i stołów biurowych wykonaliśmy we własnym zakresie prowizoryczne stoliki z grubej sklejki na drewnianych koziołkach.

12 kwietnia Powstaje pierwsza rada załogowa. Przewodniczącym rady został Aleksander Czyżewski; zastępcą Stanisław Zwierzchowski, sekretarzem - Mieczysław Czarnak. Liczę na pomoc rady załogowej przy rozwiązywaniu niektórych problemów. A problemami są: nie tylko odbudowa dużej dzielnicy Saska Kępa i prawie wszystkich obiektów użyteczności publicznej na terenie Pragi, ale również sprawy mieszkao dla pracowników oraz wyżywienia i ubrania. Robimy, co można. Kuchnia przygotowuje gorące obiady, które są rozwożone samochodami po budowach Pragi. Dla pracowników Saskiej Kępy zorganizowano stołówkę na miejscu. Rozdziałem suchego prowiantu dla rodzin pracowniczych zajmuje się nasz dział administracyjny. Kłopotu z tym jest co niemiara.

13 kwietnia Częśd pomieszczeo SPB na pierwszym piętrze przekazana zostaje pracowni architektonicznej BOS. Kierownikiem jest inż. arch. Józef Łowioski. Zadaniem tej pracowni jest przygotowanie dokumentacji dla programowej odbudowy Saskiej Kępy. Pozwoli to na uzyskanie dużej ilości izb mieszkalnych w stosunkowo krótkim czasie.

15 kwietnia Zainstalowano dziś w biurze telefon z numerem 55. Jest to jeden z niewielu telefonów na terenie Warszawy. Do swej dyspozycji otrzymuję motocykl victoria (solówkę). Ogromnie ułatwi mi to sprawdzanie na miejscu przebiegu robót. Podczas jednej z poprzednich kontroli robót w szpitalu przy ulicy Siennickiej zaobserwowałem następujący obraz: w dawnych izbach szkolnych, służących obecnie jako zastępcze sale chorych Szpitala Przemienienia Paoskiego, murarze reperują stare lub wykonują nowe tynki. Ażeby nie chlapad wapnem na leżących chorych, pomocnik murarski chodzi za murarzem z dużym arkuszem dykty, osłaniając nią chorych podczas tynkowania sufitów.

16 kwietnia Poza zleceniami na odbudowę rzeźni miejskiej i budynku Sądów Grodzkich przy ulicy Szerokiej otrzymujemy nowe zadanie bojowe: przebudowad wnętrze domu znajdującego się na terenie parku Paderewskiego na rezydencję dla attaché wojskowego ZSRR, gen. Szatiłowa. Harmonogram przewiduje termin zakooczenia robót do 15 maja, czyli znów za równe cztery tygodnie. Wyjaśnienie, że termin jest nierealny nawet na wyszukanie wysokiej jakości materiałów do wykooczenia wnętrz, nie odnosi żadnego skutku. Kierownik nadzoru z ramienia ambasady, major Kołganow, proponuje mi korzystanie z samolotu wojskowego dla wyszukania potrzebnych materiałów w innych miastach Polski. Dziękuję uprzejmie za chęd przyjścia nam z pomocą. Może zdołamy wyszukad potrzebne materiały i wykonad roboty bez uciekania się do pomocy samolotu.

17 kwietnia Weszło w życie zarządzenie z uchwałą zarządu SPB z dnia 6 IV 1945 roku, ustalającą stawki uposażenia zasadniczego dla pracowników techniczno-biurowych: Inżynierowie Technicy personel biurowy pracownicy pomocn. plus premia w wysokości od 30 do 100%. - zł 3 000 do zł 3 500 - zł 2 500 do zł 2 750 - zł 1 750 do zł 2 500 - zł 1 000 do zł 2 000

20 kwietnia Roboty na terenie parku są w fazie organizacji. Mobilizujemy wysoko wykwalifikowanych robotników i ściągamy potrzebne materiały. Zobaczymy, może i tym razem uda nam się. „Dieło mastiera boitsia” (robota mistrza się boi) - jak mówią nasi przyjaciele.

23 kwietnia Zgodnie z harmonogramem rozpoczęliśmy roboty w parku. Na innych budowach panuje również ożywiony ruch. Od Święta Pracy dzieli nas tylko tydzieo. Cała załoga obwodu chce godnie uczcid swoje święto. Przygotowujemy duży emblemat z inicjałami przedsiębiorstwa SPB - do umieszczenia na ścianie budynku naszego biura. Kol. Jerzy Miszczak i grupa koleżanek, umazani po łokcie, malują wieczorami wielkie litery na potężnych arkuszach dykty.

27 kwietnia Miła niespodzianka! Naszemu obwodowi przydzielono samochód osobowy. Jest to kabriolet DKW sprowadzony ze Śląska. Zadania obwodu rosną z dnia na dzieo. Inż. Łowioski doręczył mi opracowany przez pracownię „S” BOS szkicowy plan robót na Saskiej Kępie. Plan ten przewiduje wykonanie robót w około 200 budynkach. Niezła porcja jak na nasze możliwości! Musimy mierzyd siły na zamiary.

28 kwietnia Jak wielkie znaczenie dla warszawiaków mają artykuły żywnościowe i ubranie, świadczy pierwszomajowa nagroda, jaką otrzymałem w naturze z zarządu SPB w postaci pary obuwia i 1 kg cukru.

1 maja 1945 r. - Pierwsze Święto Pracy w wyzwolonej Warszawie Załoga obwodu prawie w komplecie na miejscu zbiórki. Stąd pochodem udajemy się na miejsce manifestacji pierwszomajowej - na plac Teatralny. Zatrzymujemy się w pobliżu ruin dawnego ratusza. A oto ul. Wierzbowa. Od strony placu Saskiego nadciąga jakby duży oddział kawalerii z czerwonymi i biało-czerwonymi proporczykami na lancach. To maszeruje pełna obsada Biura Odbudowy Stolicy, pod wodzą swego dyrektora, inż. arch. Romana Piotrowskiego. Każdy niesie długą szturmówkę z proporczykiem. Ten las chorągiewek sprawia wrażenie oddziału kawalerii. W podniosłym nastroju rozpoczyna się wiec pierwszomajowy. Z balkonu opery padają słowa, potępiające wojnę i napastników. Słowa te, rozlegające się echem głośników wśród otaczających nas ruin: opery, ratusza i pałacu Blanka, sprawiają na słuchaczach ogromne wrażenie.

9 maja Wiadomośd o pokonaniu Niemców i zakooczeniu wojny Warszawa przyjmuje z wielką radością. Wieczorem - iluminacja miasta i kolorowe ognie sztuczne tworzą widok, jakiego warszawiacy nie oglądali przez cały okres wojny. Możemy już bez reszty poświęcid swe siły odbudowie zrujnowanej stolicy i zniszczonego kraju.

15 maja Roboty w parku Paderewskiego z ogromnymi trudnościami dobiegły kooca. Wnętrze budynku zostało przebudowane i wykooczone na skalę godną swego przeznaczenia.

5 czerwca Zostaje wcielone do naszego obwodu b. Pogotowie Budowlane Zarządu Miejskiego. Kierownikiem tej komórki jest Jan Bzdawka. Skład osobowy grupy: 10 pracowników umysłowych i 20 pracowników fizycznych. Również przejęty został przez nasz obwód b. Dział Urządzeo Mechanicznych Zarządu Miejskiego z piętnastoma osobami personelu umysłowego i odpowiednią obsadą monterską. Dotychczasowym kierownikiem grupy był Franciszek Majewski. Z tej grupy instalacyjnej zostaje utworzony wydział robót instalacyjnych pod kierownictwem inż. Mariana Niewiarowskiego. Cały stan osobowy personelu techniczno-biurowego obwodu wynosi już 60 osób. Pracowników fizycznych jest 520. Robi się prawdziwa wieża Babel. Szybki rozwój kadrowy obwodu ma swoje uzasadnienie przy realizacji programowej odbudowy Saskiej Kępy. Odbudowa ta przechodzi z fazy projektowania do stadium realizacji.

18 czerwca Powróciłem z Krakowa, z konferencji kierowników oddziałów SPB. Podróż w obie strony odbyliśmy w otwartych samochodach półciężarowych. Po każdej jeździe byliśmy tak zakurzeni, że nie mogliśmy wzajemnie się rozpoznad. W pokoju krakowskiego hotelu bawił mnie, jak mieszkaoca zapadłej wsi, widok lejącej się wody z kurków umywalki. W naszych mieszkaniach w Warszawie jest to na razie marzeniem... W obradach, które trwały dwa dni: 16 i 17 czerwca, wzięła udział cała śmietanka świata technicznego, zatrudnionego w SPB na terenie kraju. Tematem obrad były zagadnienia programowo-ideowe spółdzielczości budowlanej i SPB oraz problemy organizacyjne. Odniosłem wrażenie, że obwód nasz pod względem organizacyjnym i technicznym nie pozostaje w tyle za innymi oddziałami SPB.

2 lipca Na wszystkich odcinkach roboty przebiegają zgodnie z przewidywaniami. Przy wykaoczaniu budynków dla ministerstwa i attaché wojskowego nabraliśmy już takiego doświadczenia, że obecne nasze trudności nie mają większego wpływu na przebieg robót. Zaopatrzenie w potrzebne materiały ułatwia nam wydatnie wydział zaopatrzenia oddziału głównego SPB. Odbudowa Saskiej Kępy ruszyła już pełną parą. Na początek poszła budowa studni artezyjskiej. Studnia ta ma służyd jako rezerwa do zaopatrywania w wodę mieszkaoców Saskiej Kępy na wypadek awarii wodociągu miejskiego.

Również w pierwszej kolejności rozpoczynamy remont szkól przy ulicy Obrooców nr 25 i 31, jak również szpitala PCK przy ulicy Katowickiej 4. Trudności techniczne przy tego rodzaju specjalistycznych robotach budowlanych usuwane są przez personel techniczny z dużą znajomością zawodu. Zawalone dachy żelbetowe podnosi się przy pomocy zwykłych ręcznych podnośników samochodowych (innego sprzętu nie posiadamy) i osadza na wymurowanych filarach. Dzięki tak uproszczonej metodzie odbudowa porozwalanych ostatnich pięter budynków trwa bardzo krótko. Większego natomiast wysiłku technicznego wymagają całkowicie prawie zniszczone obiekty użyteczności publicznej na terenie Pragi, jak np. zajezdni tramwajowej, rzeźni miejskiej lub pawilonów Szpitala Przemienienia. Otrzymałem urzędową nominację na przewodniczącego Zarządu SPB Obwód Praga-Saska Kępa i kierownika obwodu.

21 lipca Pierwszą rocznicę niepodległości obwód nasz święci dużymi sukcesami w pracy. Cała Saska Kępa to jeden wielki plac budowy. Na każdym prawie budynku tablica z napisem: „Roboty wykonuje SPB O-II-P”. Uruchomiono już roboty przy odbudowie około 100 budynków na Saskiej Kępie i przy 25 obiektach użyteczności publicznej na terenie Pragi. Dochodzą do tego samodzielne punkty robót instalacyjnych. Załoga SPB O-II-P to dzielna armia odbudowy. Cechuje ją zapał, dyscyplina i społeczne podejście do pracy. Niejednokrotnie brak kwalifikacji zawodowych zastępuje ogromna ambicja. Przy instalowaniu urządzeo sanitarnych, jak umywalek i misek klozetowych, dużą inicjatywę wykazali dwaj monterzy. Po bliższym sprawdzeniu ich kwalifikacji zawodowych okazało się, że jeden z nich jest z zawodu rzeźnikiem, drugi zaś rymarzem. Co najdziwniejsze - nie reklamowano dotychczas żadnych usterek w ich pracy. Uruchomiono już wszystkie przewidziane planem roboty. Załoga naszego obwodu liczy obecnie 1958 robotników i 150 osób personelu techniczno-biurowego.

15 wrzesień Następują coraz większe przerwy w pisaniu pamiętnika, co może sprawiad wrażenie ostudzenia zapału lub braku tematu. Nic podobnego! Po prostu jestem bez reszty pochłonięty pracą. Przy obecnym nasileniu robót brak czasu nie tylko na pisanie pamiętnika, lecz i na wypoczynek po pracy. Prowadzimy roboty budowlane i instalacyjne w blisko 200 miejscach rozrzuconych na całym obszarze Pragi i Saskiej Kępy, jak również na terenie lewobrzeżnej Warszawy. Inżynier Wiesław Hajdo (kierownik wydziału budowlanego) szaleje na motocyklu po budowach. Jerzy Zdunikowski - dotychczasowy sekretarz zarządu obwodu - objął kierownictwo działu zaopatrzenia i na drugim motocyklu przyspiesza dostawy materiałów. A potrzeba ich coraz więcej.

Nie wolno nam dopuścid do przestoju robót ani na chwilę. Do kooca sezonu budowlanego pozostało niewiele tygodni. Wszystkie roboty prowadzone na zewnątrz budynków muszą byd zakooczone przed nastaniem okresu zimowego.

31 października W wyremontowanych budynkach szkół uczy się już młodzież. Kierownictwa niektórych szkół nadesłały do SPB podziękowania za sprawne przeprowadzenie robót. Częśd mieszkao na Saskiej Kępie oddano również do użytku. Wykooczenie reszty przewidziane jest do kooca bieżącego roku.

14 listopada Przeżywamy dramatyczne chwile. Otrzymałem od swoich władz polecenie zmniejszenia tempa robót na okres zimy. Z częścią załogi musimy się rozstad. Robotnicy ci będą przeniesieni na teren lewobrzeżnej Warszawy w celu kontynuowania robót przy odbudowie.

30 grudnia Rok 1945 kooczymy zebraniem całego personelu obwodu wraz z członkami rady załogowej i zaproszonymi kolegami z pracowni architektonicznej „S” BOS. Na zebraniu tym zrobiliśmy bilans naszych osiągnięd. Przy tradycyjnej lampce wina życzymy sobie dalszej owocnej pracy w roku 1946.

10 lutego 1946 r. Uroczyście obchodzimy pierwszą rocznicę rozpoczęcia pracy przy odbudowie Warszawy. Następny rok powinien przynieśd całkowite ukooczenie rozpoczętych robót zarówno na Pradze, jak i na Saskiej Kępie.

22 lipca 1946 r. Cała Polska, cała Warszawa cieszy się, ale może najwięcej powodów do radości w dniu Święta Wyzwolenia mają mieszkaocy Pragi, Grochowa i Saskiej Kępy. Dziś nastąpiło oddanie do użytku odbudowanego mostu Poniatowskiego, łączącego Warszawę z Saską Kępą. Długo trwa barwny pochód Alejami, mostem i Aleją Waszyngtona. Radośd zgromadzonych na chodnikach tłumów osiąga punkt kulminacyjny na widok maszerującej defiladowym krokiem piechoty z bagnetami na karabinach niesionych w pozycji szturmowej. Przy dźwiękach orkiestr wojskowych mijają nas zwarte szeregi wszystkich rodzajów broni i służb...

Pamiętnik swój piszę już teraz bardzo fragmentarycznie. Powód ten sam - brak czasu. Nie ma to wpływu na postęp robót. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, że teraz kolej na nas ukooczyd zlecone roboty. Coraz częściej na naszym terenie odbywa się skromna uroczystośd oddawania jakiegoś obiektu do użytku.

15 listopada Wraz ze zbliżającym się okresem zimowym zaczynamy zwijad manatki. Częśd obsady technicznej wraz z podległymi jej załogami znalazła się już na terenie lewobrzeżnej Warszawy. Reszta trwa jeszcze na swych posterunkach, do czasu całkowitej likwidacji robót. A robót tych pozostało już niewiele, wśród nich Szpital Przemienienia i zajezdnia tramwajowa.

27 listopada Reorganizacja... W podniosłym nastroju rozpoczyna się ta skromna uroczystośd - ostatni akt istnienia pierwszej placówki odbudowy Warszawy, znanej również pod kryptonimem SPB O-II-P. Składam ostatnie sprawozdanie władzom SPB, podkreślam, że dumni jesteśmy z tego, iż wykonaliśmy swoje zadanie i wypełniliśmy włożone na nas obowiązki. Podkreślam dalej, że z takim zapałem, z jakim lud Warszawy walczył z najeźdźcą, z takim samym przystąpił do pracy przy jej odbudowie. Z podsumowania dokonanego przez warszawską prasę w dzisiejszym wydaniu wynika, że autonomiczna nasza jednostka SPB w ciągu półtora roku odbudowała lub wyremontowała 115 domów mieszkalnych, 1 kościół, 17 budynków szkolnych, 5 szpitali, 21 budynków dla biur i urzędów, 8 zakładów przemysłowych, 2 hotele, 1 teatr, 1 bank i 1 gmach Sądów Grodzkich przy ul. Szerokiej. Na zakooczenie składam podziękowanie koleżankom i kolegom za współpracę przy wykonaniu tej niełatwej pracy. Dziękuję przede wszystkim licznej załodze robotniczej, której wysiłkiem miasto powstaje z ruin. Podziękowanie władz, gratulacje, i jak zwykle w takich wypadkach - lampka wina. Na tym zakooczył się oficjalnie żywot O-II-P. Nieoficjalnie zaś pozostają do przeprowadzenia wszystkie prace związane z likwidacją obwodu.

31 grudnia 1946 r. W gronie niewielkiej już garstki koleżanek i kolegów spędzam drugiego z kolei Sylwestra na Saskiej Kępie. Likwidacja niektórych robót, zwłaszcza dużych, jest dla kierowników nie mniej pracochłonna niż ich kontynuacja, z tego też powodu nasza „resztka” przeniesiona zostanie do odbudowy innej dzielnicy Warszawy dopiero w drugiej połowie I kwartału przyszłego roku - po zakooczeniu dobrze zasłużonego urlopu.

Dziś - urządziliśmy zabawę w zgadywanego: przy odbudowie jakiej dzielnicy będziemy witad następny Nowy Rok?

31 marca 1947 r. Jak straż pożarna, która po skooczonej akcji przez czas dłuższy doprowadza do porządku swój sprzęt, tak i my po naszej długotrwałej pracy zlikwidowaliśmy do zera całośd spraw technicznych, materiałowych i finansowych. Potem białe szaleostwo w Zakopanem i oto znów stolica. Jestem przeniesiony służbowo do oddziału głównego SPB w Warszawie w Alejach Ujazdowskich.

30 kwietnia Dopiero po likwidacji O-II-P, gdy znalazłem się na nowym terenie pracy, mogłem dokonad porównania osiągnięd naszego praskiego obwodu z osiągnięciami innych jednostek SPB w latach 1945-46. A jest ich niemało! Oto odbudowane przęsło wiaduktu mostu Poniatowskiego i w rekordowym tempie dokonana odbudowa Teatru Polskiego pod kierunkiem inż. arch. Leona Tarasiewicza, co umożliwiło premierę „Lilii Wenedy” w pierwszą rocznicę oswobodzenia Warszawy, tj. w dn. 17 I 1946. Następnie odbudowa domów dla Ambasady Radzieckiej w Alei I Armii, prace przy odbudowie Elektrowni Warszawskiej, montaż 500 domków fioskich podarowanych nam przez Związek Radziecki na terenie Górnego i Dolnego Ujazdowa, a także na Polu Mokotowskim przy ul. Wawelskiej. Odgruzowanie trasy trolejbusów, rozbiórka ruin dawnego Dworca Głównego w Alejach Jerozolimskich vis-à-vis ul. Pankiewicza, odbudowa Pałacu Sprawiedliwości przy ul. Leszno; remont „Domu Pod Orłami” przy ul. Jasnej róg Zgoda dla Banku Gospodarstwa Spółdzielczego oraz jedna z głównych pozycji - odbudowa domów mieszkalnych WSM na Żoliborzu i Kole. Nie zamyka to całkowicie listy odbudowanych przez SPB obiektów w odradzającej się stolicy. Podczas największego nasilenia robót warszawska załoga SPB liczyła ponad 20 000 ludzi. Zajęty bez reszty na swym praskim odcinku pracy, dojeżdżając do dyrekcji SPB wybrzeżem Wisły, nie dostrzegałem zmian, jakie zachodziły w wyglądzie Warszawy. Obecnie mam możnośd skonfrontowania dzisiejszego stanu z wyglądem, jaki zachował mi się w pamięci z dnia 18 stycznia 1945 r. Warszawa liczy już 600 tys. mieszkaoców, tj. połowę ilości z roku 1938. Jak to się stało, że okres chwilowego zwątpienia w możliwośd odbudowy stolicy przerodził się w spontaniczny czyn, pociągając nie tylko mieszkaoców stolicy, lecz cały naród? Najtrafniej bodaj scharakteryzował ten nastrój inż. arch. Jerzy Grabowski w tygodniku „Stolica”, mówiąc: - Damy radę! My nad Warszawą przestaliśmy już płakad. Wolimy się nad nią trudzid i pocid.

1 wrzesień 1947 r. A więc już ósma rocznica pamiętnych dni hitlerowskiej inwazji? Jak ten czas leci... W dniu wczorajszym prezydent Bolesław Bierut stanął przed mikrofonem i swym apelem zmobilizował cały naród do odbudowy kraju i stolicy. Prasa codzienna zamieściła zdjęcia grupy członków Polskiej Partii Robotniczej, która pod przewodem prezydenta Bieruta odgruzowywała Starówkę. Poza wywiezieniem dużej ilości gruzu z Rynku niewiele się tu zmieniło od mych pierwszych odwiedzin po powrocie do stolicy w początkach 1945 r. Wprawdzie przestaliśmy istotnie ubolewad i płakad nad gruzami zburzonego miasta i odbudowa ruszyła, ale daleko jest jeszcze do wyczarowania odbudowanej Starówki.

15 września 1947 r. Los zgotował mi miłą niespodziankę. Przyjechał dziś do mnie mój przyjaciel, inż. arch. Józef Vogtman, dyrektor nowo utworzonego, specjalnego dziesiątego oddziału Paostwowego Przedsiębiorstwa Budowlanego dla konserwacji zabytków architektury. - Czym się, chłopie, obecnie parasz? - były pierwsze jego słowa. - Jak wszyscy nasi warszawscy koledzy - odbudową Warszawy. - A czy odpowiadałoby ci kierownictwo robót przy rekonstrukcji Starego Miasta? Nie czekał długo na moją odpowiedź. Jak młoda panna w czasie ceremoniału ślubnego szepnąłem: Tak.

17 września Oficjalne zaangażowanie mnie do pracy w dziesiątym oddziale PPB było już tylko zwykłą formalnością. W prowizorycznej siedzibie przedsiębiorstwa przy ulicy Smolnej 12 po złożeniu wymaganych dokumentów otrzymałem pismo angażujące.

25 września Okazuje się, że przed przystąpieniem do robót zabezpieczających resztki ocalałych murów trzeba wypełnid tzw. ślepe kosztorysy. Najpierw mają byd zabezpieczone ocalałe fragmenty kamieniczek: Klucznikowska - portal gotycki Rynek 21, Fukierowska - Rynek 27, Gizów - Rynek 29, Montelupich - Rynek 42 i 40, Kurowskich Rynek 38 oraz jedyny ocalały na wschodniej ścianie portal: Rynek 20, Freta 16 - dom, w którym mieszkała Curie-Skłodowska i w którym zginął podczas powstania sztab Armii Ludowej. Na Nowym Mieście: historyczny zajazd przy ul. Rybaki 8 i najwspanialszy ongiś Pałac Rzeczypospolitej, czyli pałac Krasioskich przy placu Krasioskich. Zabezpieczenie niektórych ocalałych kamieniczek jak np. Pod Murzynkiem - Rynek 36, Szlichtingów - Rynek 32, Książąt Mazowieckich - Rynek 31 zostało dokonane przez SPB we wcześniejszym okresie w 1946 r.

30 września Zaproszony zostałem do zespołu kalkulacji Warszawskiej Dyrekcji Odbudowy (WDO), przed oblicze inż. Franciszka Brzeskiego i inż. Zenona Kooczaka. Porównanie złożonej przez nas kalkulacji ze złożoną przez przedsiębiorstwa prywatne wypadło dla nas pozytywnie. Broniłem, jak mogłem, złożonych przez nas sum kosztorysowych - w niektórych jednak wypadkach musiałem ulec. Udało mi się za to obronid kosztorys na pierwszą fazę robót przy całkowicie spalonym i rozbitym pałacu Krasioskich. W najbliższych dniach mieliśmy otrzymad zlecenie na jego odbudowę.

3 października Otrzymaliśmy i przystąpili do robót. Pojechałem na Rynek Starego Miasta, aby bliżej zapoznad się z czekającą mnie pracą. Po dokładnych obliczeniach, dokonanych przez Biuro Odbudowy Stolicy, okazało się, że Stare Miasto zniszczone jest w 98%. Pustkowie oraz brak opału nie gwarantują zachowania w całości materiału drzewnego do wykonania rusztowao. Dyrektor Vogtman żartobliwie radzi mi wystawiad rusztowania rano i rozbierad przed wieczorem, aby zabezpieczyd materiał przed wyszabrowaniem w nocy. Podczas wędrówki po zwałach gruzu, sięgających drugiego piętra, natrafiliśmy na pierwszych mieszkaoców Starego Miasta. Przy ulicy Piwnej w pobliżu placu Zamkowego w zrujnowanym sklepiku mieszka Cecylia Majchrzakowa, a razem z nią jej równie leciwa towarzyszka i parę setek gołębi staromiejskich. Majchrzakowa nie opuściła Starówki nawet w najtragiczniejszych chwilach. Wchodząc do wnętrza owego sklepiku trudno jest określid, czy jest to gołębnik, czy mieszkanie. Trzepocące w mrocznym wnętrzu stada gołębi, specyficzna woo ptaszarni, nawoływanie przez Majchrzakową swych wychowanków po imieniu - wszystko to sprawia niecodzienne wrażenie.

4 października Aby tradycji stało się zadośd, wraz z kilkoma robotnikami wypożyczonymi z innej budowy przystąpiliśmy do symbolicznego rozpoczęcia robót. Tym razem bez przemówieo i bez tradycyjnej lampki wina. Nastrój wśród nas - garstki warszawiaków - panuje taki, jakbyśmy odkopywali zasypane, drogie nam szczątki.

6 października Na mego zastępcę do prac zabezpieczających na Rynku i przyległych uliczkach zaangażowany został budowniczy Franciszek Malinowski. Śmiejące się zza okularów, przyjazne oczy Franka i jego „siedmiomilowe” filcowe buty napawają nadzieją wytrwania na zgliszczach Starówki nawet podczas trzaskającego mrozu.

Rozpoczęliśmy od urządzenia prymitywnego zaplecza: kantorku do przechowywania dokumentów i magazynu narzędzi. Na ten cel przeznaczyliśmy pomieszczenie w szczątkach kamienicy Kurowskich Rynek 38 i sąsiedniej Montelupich - Rynek 40.

11 października Na terenie dawnego pałacu Krasioskich rozpoczęto roboty tradycyjnie w sobotę. W pierwszej kolejności przystąpiono do usunięcia zawalonych sklepieo w prawym skrzydle pałacu, tam gdzie mieścił się prowizoryczny lazaret w ostatnich dniach powstania. Według otrzymanych informacji, pod gruzami znajdują się szczątki bohaterskiego batalionu „Parasol” -- zwłoki ciężko rannych powstaoców, których nie zdołano przenieśd w bezpieczniejsze miejsce podczas huraganu bomb lotniczych i pocisków artylerii.

15 października Dziś kościół sióstr sakramentek na Nowym Mieście doczekał się również rozpoczęcia odgruzowania i zabezpieczenia ocalałych resztek zabytkowych murów. Siostry sakramentki pełnią dyżury podczas trwania robót. Wśród zasypanych znajdują się również zakonnice miejscowego klasztoru.

18 października W oczyszczonym z gruzu podziemiu pałacu Krasioskich odnaleziono zwłoki kilkunastu członków batalionu „Parasol”. Identyfikację zwłok przeprowadza Miejskie Przedsiębiorstwo Pogrzebowe. Znany warszawski architekt inż. S., nie opuszczając terenu pałacu, czekał na moment odgruzowania szpitala, gdzie spodziewał się odnaleźd zwłoki swego syna.

20 października Przystąpiono do ratowania resztek murów kamienicy Fukiera. Odgruzowanie parterów i piwnic przeprowadzone jest dla dokonania pomiarów i dokładniejszej inwentaryzacji, ale przyczynia się do pogorszenia stanu budynku. Lateryzacja murów, tj. proces ich chemicznego i fizycznego rozkładu, szybko posuwa się naprzód. Dzieje się to również z ocalałą ścianą szczytową kamienicy Fukiera. Z chwilą usunięcia podtrzymującego ją gruzu zaczęła puchnąd od strony sąsiedniej kamienicy nr 25, grożąc zawaleniem. Cieśle, narażając życie, podparli walącą się ścianę skośnymi podporami.

26 października 10 oddział PPB w charakterze noworodka! Dopiero dziś bowiem oficjalnie zainaugurowano działalnośd naszego przedsiębiorstwa. Ceremoniał ten odbył się na rusztowaniach pałacu Krasioskich.

W uroczystości wzięli udział: minister odbudowy prof. Michał Kaczorowski, wiceminister odbudowy inż. Stefan Pietrusiewicz, naczelny dyrektor Centralnego Zarządu PPB inż. arch. Wacław Piasecki i inni zaproszeni goście.

3 listopada Nadeszła jesieo, a z nią silne wichury. Podczas rekonstrukcji murów na dziedziocu kamienicy Fukiera wiatr tak rozkołysał ścianę, że lada chwila groziła katastrofa. Widząc niebezpieczeostwo, krzyknąłem do znajdujących się na rusztowaniu robotników: - Chłopcy, w nogi! Ledwo zdążyliśmy uskoczyd - ściana runęła. Z rusztowao, na których jeszcze staliśmy przed chwilą, pozostały tylko drzazgi.

9 listopada Mamy poważny kłopot z rozwinięciem robót przy odgruzowaniu pałacu Krasioskich. W mocno uszkodzonym tympanonie, z resztkami płaskorzeźby w piaskowcu dłuta A. Schlütera, tkwi jednym koocem żelazna belka stropowa. Drugi koniec belki opiera się na wierzchu podciętego wewnętrznego filaru jak gdyby na koocu ruchomej iglicy. Iglica przy mocniejszym podmuchu wiatru chwieje się i może runąd, oparta zaś na niej belka, spadając, może zrujnowad do reszty tympanon. Przede wszystkim chodzi jednak o bezpieczeostwo pracujących. Ustawienie rusztowao dla zabezpieczenia filara i belki stwarza niebezpieczeostwo. Z tego powodu miejsce to jest ogrodzone i czasowo niedostępne. Kiedy już ustaliliśmy sposób bezpiecznego usunięcia belki i rozbiórki filara, nagle w południe, podczas przerwy obiadowej, gdy wszyscy przebywali w lewym skrzydle pałacu (gdzie mieszczą się szatnie dla robotników i prowizoryczne biuro budowy), usłyszeliśmy potężny huk walących się murów. W pierwszej chwili zdawało się, że to ocalałe mury walą się nam na głowy. Po daniu „nura” na plac przed pałacem ujrzeliśmy w miejscu, gdzie stał filar z belką na czubku, chmurę ceglanego pyłu, a filara ani śladu. Belka żelazna leży na gruzowisku, tympanon zaś, z dużym otworem po wyrwanej belce, pozostał na miejscu. Jak się okazało, cała ta „katastrofa” budowlana została wyreżyserowana przez majstra Zygmunta Muzyłłę w celu zlikwidowania grożącego nam stale niebezpieczeostwa ze strony wiszącej nad głowami, jak miecz Damoklesa, żelaznej belki. Podczas przerwy obiadowej, gdy opustoszał teren pracy, Muzyłło wdrapał się jak kot po resztkach wypalonych murów do wysokości tympanonu. Trzymając się jedną ręką zrębów, drugą pchnął kijem zawieszoną belkę. Belka spadając pociągnęła za sobą wolno stojący słup. Na szczęście nie zrujnowała całego tympanonu, nie mówiąc o ogromnym niebezpieczeostwie, z jakiego Muzyłło wywinął się cudem. Bohater nasz po zejściu z zagrożonego muru otrzymał najpierw dobrą murarską „wiązankę”, a po chwili uściskaliśmy go z radości, że wszystko dobrze się skooczyło. Dzięki temu ryzykownemu rozwiązaniu problemu wiszącej belki, mogliśmy teraz spokojnie odgruzowywad i zabezpieczad cały teren pałacu.

16 listopada Przystąpiliśmy do murowania nowych części ścian zewnętrznych. Mamy zamiar uzupełnid zburzone fragmenty pałacu jeszcze przed zimą i pokryd go prowizorycznym dachem. Zabezpieczy to ocalałe resztki przed dalszymi zniszczeniami. Od zamiaru do realizacji droga dośd długa. Mamy trudności z werbunkiem wykwalifikowanych murarzy do tego rodzaju murów o nieszablonowym obrysie, wymagających prawdziwego kunsztu. Częśd wykwalifikowanych murarzy jest już zatrudniona przy podobnych robotach, reszta zaś - razem z Michałem Krajewskim - sposobem szybkościowym muruje nowy Mariensztat. W naszym przypadku wprowadzono w czyn znane powiedzenie: „Jak się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma”. Nie mając do dyspozycji murarskich asów, zadowalamy się skromniejszymi pracownikami. Najtrudniej murowad jest filary okienne o dużej ilości wyskoków, załamao i naroży. Ponieważ barokowa architektura pałacu obfituje w liczne filary, pilastry i pilasterki, trudności z robotami mamy niemało. Jakiś czas łamaliśmy sobie głowy, jak przyspieszyd tempo prac wykorzystując do trudniejszych robót mniej wykwalifikowanych murarzy. W miejscach załamao murów umocowaliśmy odpowiednią ilośd pionowych drutów. Powstał w ten sposób zarys nie istniejącego jeszcze filara. Trzeba tylko dopilnowad prawidłowego wiązania cegieł oraz murowania naroży i załamao do pionowych drutów. Jeżeli eksperyment się uda - wygramy na czasie.

29 listopada Dalsze prace w pałacu Krasioskich pozostawiamy pod troskliwą opieką inspektora nadzoru WDO inż. arch. Beaty Trylioskiej i przenosimy się na Rynek Starego Miasta. Najważniejsze - zabezpieczenie fragmentów ścian przedstawiających wartośd zabytkową - mamy już za sobą. Przystępujemy teraz do wykooczenia wnętrz najbardziej zaawansowanej w odbudowie kamienicy Pod Murzynkiem. W przyszłości ta kamienica i inne po tej stronie Rynku złożą się na Muzeum Historyczne Warszawy. Dokumentację wnętrz przygotowuje zespół architektów pod kierunkiem inż. Stanisława Żaryna.

1 lipca 1948 r. Dla całkowitego zabezpieczenia resztek ocalałych ścian opracowano nie stosowany dotychczas sposób wzmacniania naruszonej struktury i niebezpiecznych pęknięd murów. Zabiegi te wykonywad będziemy przy pomocy zastrzyków cementowych, wtłaczanych do wnętrza murów pod ciśnieniem specjalnej pompy. W pierwszej kolejności zabezpieczona będzie wychylona o 30 cm ściana kamienicy Książąt Mazowieckich, podparta wielkim rusztowaniem jeszcze w 1946 r. Następną pacjentką stanie się kamienica Falkiewiczów.

30 listopada 1948 r. Dziś odbyła się pierwsza, nieoficjalna uroczystośd przy odbudowie Starego Miasta. Dyrektor Muzeum Historycznego - Adam Słomczyoski - urządził dla załogi odbudowującej kamienicę Pod Murzynkiem

tradycyjne „wiechowe”. Na widocznym miejscu zawieszono wianek z kokardami oraz drewnianą piłę i węgielnicę. Miły wieczór z występami Karoliny Lubieoskiej i Henryka Ładosza minął w niefrasobliwym nastroju przy dobrych zakąskach i gorącej zachęcie dyr. Słomczyoskiego do dalszych wysiłków.

2 września 1949 r. Opracowujemy sposób przystąpienia do całkowitego odgruzowania Starego Miasta. Ogromne zwały gruzu zalegające teren należy usunąd i przystąpid do zabezpieczenia lub rozbiórki murów znajdujących się pod gruzem.

6 września Projekt organizacji robót mamy już z grubsza naszkicowany. Czekamy na decyzję naczelnego dyrektora Centralnego Zarządu PPB, inż. Wacława Piaseckiego, i na zlecenie WDO - przystąpienia do gigantycznej pracy.

9 września Decyzja jest. Niestety, niekorzystna dla naszego oddziału. Brzmi ona: „Po zakooczeniu budowy Trasy W-Z pierwszy Oddział Beton-Stal PPB kierowany przez inż. Feliksa Próchnickiego, posiadający odpowiedni sprzęt i załogę, przystąpi do odgruzowania Starego Miasta”. Dla naszego oddziału, wyspecjalizowanego w robotach konserwatorskich, pozostaje nadal kontynuowanie odbudowy zaczętych kamieniczek. Na Rynku więc będą pracowad dwa przedsiębiorstwa. Jedno przy odgruzowaniu, drugie przy odbudowie.

28 października „Odbyło się przekazanie użytkownikowi obiektu przy Rynku Starego Miasta nr 36”. Takie jest urzędowe brzmienie protokołu zdawczo-odbiorczego kamienicy Pod Murzynkiem dla Muzeum Historycznego m. st. Warszawy. Pierwszą kamieniczkę na Rynku z wykooczonymi wnętrzami dla Muzeum odbiera dyr. Adam Słomczyoski. Stroną zdającą jest 10 oddział PPB, reprezentowany przez dyrektora inż. arch. Józefa Vogtmana i autora pamiętnika, przy udziale inspektorów: WDO inż. arch. Feliksa Kanclerza i PPB - inż. arch. Aleksandra Króla.

31 grudnia Ostatni dzieo roku, jak również ostatni dzieo istnienia naszego przedsiębiorstwa kooczymy tradycyjnym wieczorem sylwestrowym. W lokalu biura przedsiębiorstwa przy ulicy Nowogrodzkiej 40 zebrała się częśd załogi oraz personel techniczny i biurowy w komplecie, oczywiście wraz z rodzinami. Nastrój jak zwykle na progu Nowego Roku - beztroski.

Przed nami wielka niewiadoma: jak potoczy się praca w nowym przedsiębiorstwie KAM (Konserwacja Architektury Monumentalnej). Powstaje ono z dniem 1 stycznia 1950 r. z połączonych oddziałów PPB: I Beton-Stal; X - roboty konserwatorskie i XVI - roboty kamieniarskie.

1 marca 1950 r. Pracujemy w nowym przedsiębiorstwie KAM. Siedziba jego mieści się w baraku przy placu Zamkowym 2. Okres poprzednich dwu miesięcy przeznaczony był na reorganizację trzech oddziałów. Stworzyły one specjalne przedsiębiorstwo, powołane uchwałą Prezydium Rządu po zatwierdzeniu w roku 1949 przez Naczelną Radę Odbudowy Warszawy decyzji o odbudowie Starego Miasta w ramach planu sześcioletniego. Kierownictwo nowego przedsiębiorstwa objął inż. arch. Feliks Próchnicki. Roboty przy odgruzowaniu idą dosłownie całą parą, gdyż do całkowitego odgruzowania Rynku i przyległych ulic zmontowano i uruchomiono trakcję parową, to znaczy prawdziwą „ciuchcię” z szynami i lokomotywą. Wąskie i ciasne uliczki umożliwiają tylko częściowe korzystanie z tego rodzaju udoskonalenia technicznego. Częśd gruzu wywożą jednokonne „pociągi”, tj. furmanki.

7 marca Otrzymałem pisemne pełnomocnictwo do prowadzenia i kierowania robotami przy budowie tak zwanej Siódmej Serii Mariensztatu, obejmującej ulice: Bednarską, Furmaoską, częśd ulicy Dobrej, i przejęcia kierownictwa robót przy odbudowie Starego Miasta.

1 kwietnia W dniu dzisiejszym sprawy odbudowy przejął od Warszawskiej Dyrekcji Odbudowy (WDO) nowy inwestor - Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR).

2 maja Tak więc objąłem ponownie kierownictwo odbudowy Starego Miasta wraz z prowizoryczną siedzibą w baraku zwanym „Zdanowiczówką”2, na terenie Zamku u wylotu ul. Świętojaoskiej. Na właściwą siedzibę kierownictwa wraz z całym aparatem techniczno-administracyjnym przeznaczona jest znana wszystkim warszawiakom kamienica Baryczków. W okresie międzywojennym służyła ona za pracownię dla zespołu studentów Wydziału Architektury przeprowadzającego pod kierunkiem prof. Oskara Sosnowskiego inwentaryzację całego Starego Miasta. Inwentaryzacja ocalała i stała się nieocenionym skarbem dla będącej obecnie w opracowaniu dokumentacji odbudowy dzielnicy staromiejskiej.

2

Od nazwiska inż. Zdanowicza, kierownika przyległego odcinka budowy trasy W-Z.

6 maja Programowa odbudowa Starego Miasta wchodzi w fazę realizacji. Z opracowaną już częściowo dokumentacją rozpoczynamy odbudowę kamieniczek po nieparzystej stronie ulic: Piwnej i Wąskiego Dunaju oraz kontynuujemy wykonywane dotychczas prace zabezpieczające i odgruzowanie.

10 maja Natrafiamy na nieprzewidziane przeszkody. Pierwsze opracowane projekty nie obejmują rekonstrukcji fundamentów, gdyż nic nie wiadomo o ich stanie. Piwnice całkowicie zawalone gruzem. Przy opracowaniu dokumentacji przyjęto, że ocalałe fundamenty będą mogły byd wykorzystane do dalszej odbudowy. Po odgruzowaniu piwnic niektóre fundamenty okazują się jednak nie do użytku. Są to duże kamienie ułożone nieregularnie na słabym spoiwie, są zmurszałe mury, są również podwójne cienkie ścianki, na których opierają się sklepienia. Przestrzeo między ściankami zasypana jest gruzem, piaskiem, a nawet popiołem. Optycznie sprawia to wrażenie grubych fundamentów, w rzeczywistości nadają się one przeważnie do rozbiórki lub do specjalnego wzmocnienia systemem konserwatorskim. Czekamy na orzeczenie komisji ekspertów.

12 maja Zaproszona przez inwestora komisja ekspertów nie mogła natychmiast wydad wiążącego orzeczenia dla przygotowania odpowiedniej dokumentacji. Harmonogram robót murarskich nie pozwala na opóźnienie. Zachodzi więc koniecznośd opracowania w ciągu nocy metody wzmocnienia fundamentów.

13 maja Umówiłem się z kierownikiem odcinka przy ulicy Piwnej - Władysławem Bielajewem, że do rana dnia następnego każdy z nas oddzielnie opracuje własny sposób wzmocnienia fundamentów. Rano porównaliśmy wyniki nocnej pracy. Po ponownej konsultacji z rzeczoznawcami i otrzymaniu przychylnej opinii przystąpiliśmy do wzmocnienia zaprawą cementową luźnych kamieni i betonowania wieoca pod nowe mury.

18 maja Odbudowa pałacu Krasioskich zostaje wstrzymana wskutek wyczerpania się funduszów Urzędu Konserwatorskiego, przewidzianej kwoty 5 milionów złotych. Brak użytkownika, a tym samym brak sprecyzowanego programu odbudowy, uniemożliwia opracowanie dalszej dokumentacji i uruchomienie kredytów. Roboty murarskie przy rekonstrukcji pałacu do stanu surowego - są już zakooczone. Stały dach dostatecznie zabezpiecza pałac.

27 maja Prace przy murach obronnych, zwłaszcza Barbakanie, posuwają się wraz z ogólną odbudową Starego Miasta. Oryginalna, większa od normalnej, cegła gotycka uzyskana z rozebranych gotyckich fragmentów murów użyta zostanie do rekonstrukcji Barbakanu i przyległych murów obronnych na odcinku ulicy Mostowej i Brzozowej.

3 czerwca Przy odbudowie pewnych odcinków nieparzystej strony ulicy Piwnej dosłownie... płyniemy. Przy wzmacnianiu fundamentu kamienicy pod nr 53 (narożnik Wąskiego Dunaju) natrafiliśmy na pozostałości potoku, od którego wzięła nazwę ulica Wąski Dunaj. Potoczek jest niewielki, ale bardzo ruchliwy. Murowanie fundamentów wstrzymano do czasu ujęcia potoczku i odprowadzenia rurociągiem do trasy kanalizacyjnej.

5 czerwca Z pięciodniowym opóźnieniem harmonogramu wystartowaliśmy do odbudowy parzystej strony Wąskiego Dunaju oraz nieparzystej - Szerokiego Dunaju. Kierownikiem tego odcinka robót jest Tadeusz Kietlioski, przeniesiony z pałacu Krasioskich po zatrzymaniu tam robót. Na rozpoczętej odbudowie Szerokiego Dunaju pod nr 5 znajduje się kamienica Jana Kilioskiego. Na zakooczenie tej strony ulicy, przy murze obronnym, mieścid się będzie restauracja (nazwana później „Rycerską”).

15 czerwca Przy odgruzowaniu podziemi po Kołłątajowskiej stronie Rynku (nr 23) natrafiono na piwnicę, w której gotyckie żebra sklepienia sięgają do podłogi. Ponieważ jest to rzadko spotykany przypadek, zawiadomiono o tym inż. Bieokowskiego, projektanta rekonstrukcji tych kamienic.

17 czerwca Dokładne badanie żeber sklepienia doprowadziło do rewelacyjnego odkrycia. Po przekuciu otworu w podłodze znaleźliśmy pod tą piwnicą - drugą. Obie tworzyły niegdyś całośd o gotyckich ścianach i gotyckim sklepieniu. (Obecnie w piwnicy mieści się restauracja „Krokodyl”.)

21 lipca Przygotowywana od kilku dni akademia z okazji VI rocznicy PKWN odbyła się na Rynku Starego Miasta.

Na tle odbudowanych już niektórych kamieniczek, udekorowanych flagami, ustawiliśmy trybunę. W prezydium poza przedstawicielami Wojska Polskiego zajęli miejsca przedstawiciele władz partyjnych, dyrekcja KAM i przodownicy pracy. Referat okolicznościowy wygłosił dyrektor administracyjny KAM - Andrzej Rajski. Myślą przewodnią referatu była walka o pokój i potępienie wojny w Korei. Całą uroczystośd transmitowano przez Polskie Radio. Jest to pierwsza audycja powojenna na Rynku z takim rekwizytem, jak wóz transmisyjny Polskiego Radia.

25 lipca I znów dzieo powszedni w trudnej, a zarazem wdzięcznej, chod nie zawsze bezpiecznej pracy. Przystąpiliśmy do zburzenia szkieletu w północnym skrzydle gmachu mieszkalnego PKO przy ulicy Brzozowej. Ściana ta grozi runięciem na sąsiedni, świeżo odbudowany dom mieszkalny. O ustawieniu rusztowania w celu rozebrania ściany nie może byd mowy ze względu na bezpieczeostwo pracowników. Ścianę musimy zburzyd tak, aby upadła w stronę podwórza. Brygadzista słynnych „bujaczy murów”, Bolesław Bibrowski, zakłada stalową linę na filar okienny. Drugi koniec liny umocowano do nieuszkodzonej części innego budynku. Za środkową, zwisającą częśd liny chwytają silni robotnicy z brygady Bibrowskiego, ażeby rozhuśtad ścianę i przewrócid na wolną przestrzeo. W momencie walenia się ściany „bujacze” muszą szybko opuścid zagrożony teren, aby przewracający się mur nie przykrył ich. Tak jest i tym razem. Kołysząca się ściana wysokości kilku pięter sprawia niesamowity widok. Ale oto nagle zatrzymała się przy nachyleniu 45 stopni i runęła na podwórze posesji. Huk, biały obłok pyłu i przeraźliwy krzyk w miejscu, gdzie stali jeszcze przed chwilą robotnicy. Serca zamarły nam na chwilę w piersiach... Czyżby któryś nie zdążył uciec? Wszystko możliwe. Biegniemy na miejsce - ofiary nie ma. A tymczasem żartowniś, który wrzeszczał, wychyla się zza węgła muru i śmieje do rozpuku. Oczywiście za taki dowcip nie dostał pochwały.

5 sierpnia Na tym samym terenie pracują z nami archeolodzy z Komisji Badao Dawnej Warszawy pod kierunkiem mgr Aleksandry Świechowskiej. Prowadzą badania przy ulicach: Świętojaoskiej, Nowomiejskiej, na Rynku, a przede wszystkim - przy Celnej, Brzozowej, Mostowej, tj. w bezpośrednim sąsiedztwie murów obronnych. Badania te mają na celu poznanie pierwotnego ukształtowania Starego Miasta i odtworzenie historii powstania Rynku.

25 sierpnia. Nie pozostaliśmy w tyle za archeologami. Oczyszczając teren przy fundamentach rekonstruowanego budynku przy ulicy Piwnej 9, tuż przy klasztorze augustianów, natrafiliśmy na zarys murów jakiegoś kościoła. Gdyby rzeczywiście były to fundamenty świątyni, to okres jej powstania byłby wcześniejszy od nie istniejącego już dziś kościoła Św. Jerzego przy ulicy Świętojerskiej, uważanego za najstarszy w Warszawie.

Zarys fundamentów nasuwa przypuszczenie, że wejście do tego kościoła znajdowało się od strony murów obronnych, absyda zaś od strony ulicy Piwnej. Czyli odmienne założenie, niż w odbudowywanym kościele augustianów. Zrobiliśmy swoje, teraz kolej na archeologów z Komisji Badao.

1 września Rozpoczął się Miesiąc Odbudowy Warszawy. Szósty już rok warszawiacy poświęcają wolne chwile od pracy zawodowej - czynowi społecznemu, aby jak najszybciej usunąd ślady zniszczeo wojennych. Chociaż po zeszłorocznym sukcesie budowlanych na trasie W-Z punkt ciężkości robót przesunął się ku Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej (MDM), to jednak i nasz teren budzi nie mniejsze zainteresowanie.

3 września W n-rze 36 „Związkowca” ukazał się artykuł Leona Rawicza pt: „Nowi budowniczowie starej Warszawy”. Artykuł zajmuje całą kolumnę tygodnika i posiada bardzo mobilizujące zakooczenie: „...oto tworzy się jeszcze jedna legenda. Najwspanialsza staromiejska legenda. I chod fakty są realne, konkretne i tak bardzo prawdziwe, to przecież bywa, że cała sprawa ze wskrzeszeniem umarłej dzielnicy wydaje się zupełnie nieprawdopodobna. A jednak! Za kilka lat otworzymy może znowu »Poemat o Warszawie« Światopełka Karpioskiego i odczytamy z pełnym wzruszeniem fragment o Starówce: Stare nakrycia domów z ubiegłych stuleci, gdzie obok nietoperzów fruwali poeci... Na tutejszych poddaszach miauczały księżyce... Tu nocowały gwiazdy, gdy szedł świt w ulice... I jeżeli znów przejdziemy się kiedyś ulicami Rycerską, Mostową czy Kanonią, jeżeli znów spojrzymy na filigranowe kamieniczki - zabytkowe z zewnątrz, a nowoczesne w środku - jeżeli cofniemy się myślą do czasów odległych, pamiętad będziemy zawsze o tych, którzy swą twardą pracą i szczerym oddaniem przywrócili nam Starą Warszawę”. „Związkowiec” z tym artykułem umieszczony został w oszklonej gablocie na Rynku, gdzie wzbudzał zainteresowanie nie tylko wśród załogi.

6 września Odbudowa ulicy Piwnej idzie całą parą. Kierownictwu zależy bardzo na prowadzeniu robót zgodnie z terminarzem. Akcentem odbudowy ul. Piwnej będą oba narożniki z ulicą Piekarską nr nr 25 i 27. W kamienicy pod numerem 27 mieścid się będzie pierwszy na Starym Mieście bar mleczny.

Ażeby byd pewnym terminowego ukooczenia murowania dużego fragmentu kamienicy nr 25 do dnia 9 bm., założyłem się z załogą budowlaną, że nie skooczą do soboty murów parteru. Zakład stanął i jak przewidywałem - przegrałem go. Murowanie parteru zostało ukooczone.

11 września Zainteresowanie warszawiaków i mieszkaoców całej Polski odbudową Starego Miasta jest ogromne. W niedzielę i święta tłumy odwiedzają znane im z przeszłości uliczki i Rynek. Interesują się postępem robót. Prawie codziennie grupy turystów zagranicznych oglądają Rynek. W nocy zaś konnymi dorożkami w wesołym nastroju przyjeżdżają tu zawiani „nocni turyści”.

23 września Stare i Nowe Miasto wygląda jak jeden wielki plac budowy. Wszędzie rusztowania, hałdy kruszywa i kozły z cegłą. Wśród tumanów kurzu wznoszonego przez konne furmanki poruszają się ludzie i fruwają stada gołębi. „Rynek ma wygląd ogromnego, wypełnionego słoocem jeziora o poszarpanych brzegach” - pisał red. Rawicz. Prowadzenie rekonstrukcji zabytkowej dużej dzielnicy na skalę niespotykaną nie tylko w kraju, lecz i za granicą daje poczucie dobrze spełnionego obowiązku wobec społeczeostwa.

28 września Podczas jazdy służbowym motocyklem z pałacu Krasioskich na Stare Miasto uległem wypadkowi. Przy zbiegu ul. Miodowej z Krakowskim Przedmieściem zostałem potrącony (jak to się zwykle pisze w prasie) przez samochód osobowy ford. Na szczęście zderzak samochodu trafił w wystającą korbę rozrusznika, a nie w nogę. Stanąłem dosłownie na głowie: kto wie, jak długo tak byłbym stał, gdyby nie robotnicy spieszący do pracy na Starówkę. Samochód, nie zatrzymując się, dodał gazu. W ten sposób rozpocząłem przymusowy urlop pod troskliwą opieką lekarzy szpitala elżbietanek.

2 listopada Po moim powrocie ze szpitala biuro projektów przygotowujące dokumentację odbudowy Starego Miasta powierzyło mi na okres rekonwalescencji opracowanie dokumentacji kosztorysowej odbudowy Starego Miasta.

30 grudnia 1950 r. Rok 1950 kooczę na stanowisku pełnomocnika dyrekcji d/s konserwatorskich i kierownika zespołu opracowującego dokumentację kosztorysową. Lecz wszystkie tego rodzaju zajęcia - to nie bezpośrednia praca na Starówce. Czuję się jak stary wilk morski na stałym lądzie. Na stanowisku głównego kierownika robót odbudowy Starówki znów nastąpiła zmiana. Mój następca ciężko zachorował i znalazł się w szpitalu. Nie mogę, niestety, powrócid na budowę i to mnie

najwięcej martwi. Prace przy odbudowie idą własnym rozpędem. Co prawda okres zimy nie sprzyja ich postępowi. Natomiast okres ten zostaje wykorzystany przez personel kierowniczy odbudowy na pogłębienie studiów z dziedziny architektury zabytkowej. Wysoki poziom kursu gwarantuje grono profesorów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej z prof. drem Janem Zachwatowiczem na czele. Nastąpiła duża przerwa w pisaniu pamiętnika, gdyż w tym czasie nie kierowałem bezpośrednio odbudową, z przyczyn podanych poprzednio. Na Starówce przebywam b. często dla przygotowania dokumentacji i jak każdy warszawiak - żyję odbudową. Postęp robót jest widoczny. Do odbudowanych już niektórych domów przy ulicy Piwnej sprowadzili się nowi mieszkaocy. Rosnące domy na Rynku radują oczy. W dniu dzisiejszym objąłem w Zjednoczeniu KAM stanowisko naczelnego inżyniera Zarządu E (Robót Artystycznych). Zarząd ten grupuje rzeźbiarzy, sztukatorów, metaloplastyków, ślusarzy, kowali i stolarzy. „Pierwszoligowy” zespół należący do ekstraklasy artystów ma możliwości wyżycia się przy rekonstrukcji obiektów architektury monumentalnej. Organizowana przez długi okres czasu baza materiałowa i odpowiednie zaplecze techniczne dają gwarancję właściwego wykooczenia plastycznego obiektów starej architektury będących w odbudowie. Siedziba Zarządu E mieści się również na terenie Starego Miasta przy ulicy Mostowej.

31 grudnia 1951 r. Noworoczną niespodzianką, a jednocześnie przeżyciem, jest dla mnie nominacja z dniem 1 stycznia 1952 r. (po raz trzeci z kolei) na to samo stanowisko: na głównego kierownika robót odbudowy Starego Miasta. Po piętnastu miesiącach przerwy powróciłem na „łono rodziny”. Wspiąłem się stromymi prowizorycznymi schodami na II piętro kamienicy Baryczków, do mego dawnego miejsca urzędowania, zasiadłem przy moim prywatnym zabytkowym biurku, wyciągnąłem z szuflady włożone przed piętnastu miesiącami dokumenty i wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem rozpoczynam nowe życie.

3 lutego 1952 r. Z inicjatywy naczelnego architekta Warszawy inż. arch. Józefa Sigalina powstał projekt przyspieszenia odbudowy Starego i Nowego Miasta - od pl. Zamkowego do ul. Zakroczymskiej (tzw. Trakt Starej Warszawy). W związku z tym tworzy się zespół projektantów do opracowania projektu organizacji robót na TSW w przyspieszonym tempie. Do zespołu wchodzą: inż. Konstanty Brygiewicz, inż. Herman Czecharowski, Mieczysław Jastrzębski i autor pamiętnika. Pracowad musimy nocami, gdyż nie tylko sama odbudowa, lecz i projekt organizacji robót muszą byd wykonane w skróconym terminie.

17 lutego Dziś w niedzielę nad ranem ukooczony został projekt organizacji robót odbudowy TSW- W dniu dzisiejszym przedłożymy go naczelnemu architektowi Warszawy. Projekt jest opracowany w dwu wariantach: jeden przewiduje oddanie całego Traktu z Rynkiem Starego Miasta i Rynkiem Nowego

Miasta już w dniu 22 lipca 1953 roku, drugi - dzieli Trakt na dwie części: I - od placu Zamkowego do Rynku Starego Miasta (termin oddania 22 VII 1953 r.) i II -od ul. Nowowiejskiej do ul. Zakroczymskiej z Rynkiem Nowego Miasta (termin oddania 22 VII 1954 r.) Pierwszy wariant - potraktowany jako porównawczy - wykazuje nierealnośd wykonania robót konserwatorskich o tak wielkim zakresie w czasie 15 miesięcy, wliczając w to również miesiące zimowe. Trzeba ogromnego wysiłku, ażeby w tym samym czasie oddad chod I częśd Traktu!

28 lutego Dowiedziałem się nieoficjalnie, że moje władze mają zamiar przesunąd mnie czasowo na budowę nowej dzielnicy Warszawy - MDM. Dla dzielnicy tej nadchodzą „gorące” miesiące wykooczenia do 22 lipca br. budynków o łącznej kubaturze około 400 tys. metrów sześciennych.

13 marca Nie wierzę w liczby feralne, lecz czemu właśnie dziś zostałem „wypożyczony” na MDM?

14 marca Objąłem kierownictwo Zarządu Budowlanego 6 C - robót wykooczeniowych. Biuro Zarządu mieści się przy ul. Śniadeckich 19. Zakres prac: wykooczenie mieszkao i wszystkich kawiarni, barów, restauracji jak również wszystkich sklepów o luksusowym wnętrzu - na MDM, od ulicy Wilczej do placu Unii Lubelskiej. Do tego dochodzą całkowite roboty elewacyjne łącznie z kamieniarką. Termin zakooczenia robót - niestety - już za cztery miesiące, tj. 20 lipca. W głowie się kręci od ogromu prac! Ażeby trafid do projektowanych sklepów na MDM, muszę rysowad szkice w notatniku kieszonkowym. Partery budynków zastawione są rusztowaniami i osłonięte na okres zimy tak, że od zewnątrz nic nie widad i trudno trafid pod wskazany adres. Już teraz jest tu przedpiekle, a co będzie za miesiąc, dwa?

16 maja Od naczelnego architekta dowiedziałem się, że w dniu wczorajszym zatwierdzona została przez Prezydium Rządu odbudowa Traktu Starej Warszawy. Na MDM - piekło na ziemi. Pracowników MDM z daleka można poznad wśród tłumu przechodniów: granatowe nieprzemakalne płaszcze, ociężały krok i zaczerwienione z niewyspania oczy... W ubiegłym tygodniu wyszedłem z domu do pracy w czwartek rano, a powróciłem dopiero w sobotę wieczorem.

9 lipca Prezydium Rządu powzięło uchwałę o przyspieszeniu odbudowy Starego Miasta i oddaniu do użytku społeczeostwa Traktu Starej Warszawy w następujących terminach: 22 lipca 1953 r. - pełne wykooczenie i oddanie Rynku Starego Miasta z dojściem od ul. Piwnej i Zapiecek; 22 lipca 1954 r. - oddanie do użytku całości Traktu Starej Warszawy od placu Zamkowego do ul. Konwiktorskiej. Na miesiąc przed ustalonym terminem specjalna komisja powołana przez prezesa Rady Ministrów stwierdzi każdorazowo możliwości dotrzymania powyższych terminów realizacyjnych. O morderczym tempie prac na MDM nie będę pisał, nie chcąc sobie psud dobrego nastroju po wiadomości o uchwale Prezydium Rządu; wspomnę tylko, że takiego tempa budowy warszawiacy jeszcze nie oglądali.

23 lipca Już po wszystkim. To jest po wczorajszej uroczystości oddania do użytku Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej i placu Konstytucji. Noc z 21 na 22 lipca spędziliśmy przy pracy, o jakiej nawet nie śniło się żadnemu inżynierowi. Z placu Konstytucji odjechałem do mieszkania o godz. 7 rano, zasypiając przy kierownicy samochodu. Podczas kąpieli zasnąłem w wannie jak w łóżku. Obudziłem się w chwili nadawania przez radio transmisji z odbywającej się defilady wojskowej na placu Konstytucji. Niezupełnie zdawałem sobie sprawę - czy to sen, czy jawa, czy rzeczywiście na placu Konstytucji odbywają się uroczystości, związane z ósmą rocznicą Wyzwolenia.

31 lipca Dziś otrzymałem pismo przenoszące mnie z powrotem na Stare Miasto. Ciekawe, ile jeszcze razy będę przenoszony do następnego 22 lipca?

31 sierpnia Bogatszy w emdeemowskie doświadczenia z zapałem przystąpiłem do pracy na własnym podwórku, tj. na Starym Mieście. Czynności inwestora odbudowy przejęła podczas mojej nieobecności Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR)-Warszawa Wschód. Egzekwowaniem dokumentacji z biur projektów dla budowy zajmuje się z ramienia inwestora urocza koleżanka Jadwiga Sobczakowa. Czyni to z wdziękiem i skutecznie. W przededniu rozpoczynającego się miesiąca odbudowy skorzystałem z mikrofonu miejscowego radiowęzła i w ciepłych słowach zwróciłem się do staromiejskiej załogi z apelem o maksimum wysiłku przy odbudowie. Koordynacja prac poszczególnych odcinków Starówki odbyła się tym razem nie w biurze kierownictwa w kamienicy Baryczków, lecz w winiarni „Dziekanka” na Krakowskim Przedmieściu. Obecni na tej nietypowej odprawie kierownicy odcinków: Witek Chybioski, Tadek Kietlioski, Franek Kozłowski, Józek Pełda, Piotrek Południkiewicz i Mietek Gembicki mimo

nieurzędowej formy zebrania złożyli zobowiązanie dotrzymania terminu ukooczenia robót na swoich odcinkach. Teraz nie mamy już ani chwili do stracenia. Pozostało nam tylko 10 i ½ miesiąca (265 dni roboczych) do całkowitej rekonstrukcji pierwszej części Traktu Starej Warszawy. Jak na całkowite wykooczenie stu kamieniczek, z których każda stanowi odrębną całośd, czasu o wiele za mało! Tempo prac w architektonicznych pracowniach staromiejskich prof. prof. Piotra Biegaoskiego i Mieczysława Kuzmy, oraz arch. arch.: Stanisława Żaryna i Jana Bieokowskiego, opracowujących dokumentację rekonstrukcji - jeszcze bardziej zostało przyspieszone.

5 września Po odpowiednim przygotowaniu podjęto roboty ze zdwojoną energią. Niepokój kierownictwa budzi strona Rynku od Wisły (tzw. Strona Barssa) i od Zamku (Strona Zakrzewskiego). Strona Barssa ma wymurowaną niewielką częśd ścian bocznych; nie rozpoczęto jeszcze murowania środka pierzei. Natomiast po Stronie Zakrzewskiego częśd ocalałych poszczególnych kamieniczek z dnia na dzieo maleje wskutek rozbiórki murów o zbyt słabych fundamentach. Dla przyspieszenia odbudowy wspomnianych pierzei konieczna jest pomoc samojezdnego dźwigu żurawia. Jest to sprzęt importowany i na razie niewiele takich dźwigów pracuje w Warszawie. Wiceminister budownictwa, mgr inż. Aleksander Wolski, który bezpośrednio opiekuje się odbudową Starego Miasta, znając nasze trudności polecił dostarczyd taki dźwig. Dużą pomoc przy uzyskaniu dźwigu, i nie tylko dźwigu, a przede wszystkim pieniędzy ze szkatuły SFOS - daje odbudowie wiceprzewodniczący Naczelnej Rady Odbudowy Warszawy, inż. arch. Jerzy Grabowski.

16 września Korzystając z dobrej pogody przyspieszyliśmy również tempo rekonstrukcji Barbakanu i murów obronnych. Do tego celu użyto z rozbitych gotyckich ścian budynków oryginalną cegłę gotycką, tzw. palcówkę. Częśd murów obronnych została odsłonięta już w roku 1936, niektóre zaś fragmenty Barbakanu zostały odtworzone wg projektu rekonstrukcji, opracowanego przez prof. Jana Zachwatowicza. Przy udzielaniu objaśnieo jednej z wycieczek zagranicznych spostrzeżono od wschodniej strony ślady zamurowanego otworu w murze obronnym przy Barbakanie. Po wykuciu cegieł ukazał nam się w całej okazałości otwór od lufy armatniej, rozszerzający się ku wewnętrznej stronie muru. Okrągły otwór i doskonale zachowany uskokowy układ cegieł w murze sprawiał wrażenie, jak gdyby armatę niedawno stąd zabrano.

20 września Duże święto dla staromiejskiej załogi. Dostarczono samojezdny dźwig-żuraw. Ułożono już tor i rozpoczęto montaż. Po zmontowaniu wszystkich części dźwigu w pozycji leżącej na torze, po włączeniu silnika elektrycznego, wieża dźwigu (wysokości ok. 25 m - siedem kondygnacji) sama podniosła się do pozycji pionowej. Zwiedzający Rynek przyglądają się temu z wielkim zainteresowaniem.

1 października Rozpoczyna się nowy rok akademicki. Studenci fakt ten uczcili czynem społecznym, zgłaszając się do pracy przy odbudowie.

10 października Najbardziej zaawansowana w rekonstrukcji jest kamienica Fukiera. Wykooczono już nawet wnętrza. Zrekonstruowano w starej winiarni sklepienia w piwnicach i nad parterem, ułożono posadzki z odpowiedniego drewna. Ich wzory budzą podziw zwiedzających. Najbardziej jednak przyciągają wzrok drewniane schody, oświetlone od góry świetlikiem wystającym ponad dach. Wykonawcą schodów-majstersztyku jest rzemieślnik-artysta, Hipolit Nakooczy. Wnętrze kamienicy, jak również jej fasada i renesansowy dziedziniec, rekonstruowane są według projektu opracowanego z całym pietyzmem dla zabytku kultury przez inż. arch. Wacława Podlewskiego. Zabytek, od którego przez setki lat istnienia kamienicy najdostojniejsi goście z kraju i zagranicy rozpoczynali zwiedzanie Warszawy.

3 listopada Do kooca roku pozostało nam zaledwie 47 dni roboczych. Mimo przywileju uzyskiwania poza kolejką przydziału materiałów i robotników, potrzeba nam w tej chwili jeszcze około dwustu robotników do wykonania robót przewidzianych w tegorocznym planie. Dźwig samojezdny okazał się niezastąpiony. Dzięki niemu roboty murarskie po Stronie Barssa posuwają się szybko naprzód. Na innych odcinkach pracy sytuacja jest znacznie gorsza.

28 listopada Nasza jedyna pomoc przy wykonaniu tegorocznego planu robót - samojezdny dźwig - okulał wskutek awarii koła. Teraz może podawad materiał zaledwie na długośd swego ramienia, obracając się w miejscu. „Chodzimy na uszach”, aby założyd nowe koło, niestety na razie bez rezultatu.

15 grudnia Dźwig nadal kręci się w miejscu, nie tracimy jednak nadziei i dobrego humoru. Poza robotami przy tzw. stanie surowym wykaoczamy wnętrza. Trzeba przecież do budynków o średniowiecznym zarysie i konstrukcji doprowadzid nowoczesne instalacje: centralne ogrzewanie, urządzenia sanitarne, gaz, oświetlenie itp. Na te roboty trzeba przestawid się w pierwszej kolejności.

31 grudnia Ostatni wieczór tego roku, tak bogatego w wydarzenia dla Starego Miasta, postanowiliśmy spędzid wspólnie: załoga i kierownictwo. A oto miła niespodzianka. Jest godzina 16. Na Rynek wjeżdża czarna limuzyna wiceministra Aleksandra Wolskiego. Bezpośredni zwierzchnik odbudowy Starówki prawie

codziennie zagląda na Rynek Starego Miasta. Dziś również nie zapomniał o nas. „Czy to ostatnia tegoroczna inspekcja budowy, panie ministrze?” Minister jak zwykle odpowiada z uśmiechem, że przyjechał, aby załodze Starego Miasta złożyd życzenia noworoczne i wskazuje na oświetloną kolorowymi lampami dużą choinkę, stojącą wśród kozłów z cegłą na środku Rynku. Zabieramy miłego gościa, aby pochwalid się wykooczeniem fukierowskiej winiarni na parterze. Ozdobne niegdyś świeczniki zastąpiliśmy zwykłymi reflektorami z budowy. Daje to dośd dobry efekt, ale większe wrażenie na załodze sprawiło złożenie jej życzeo noworocznych przez podsekretarza stanu w najstarszej warszawskiej winiarni. Po paru toastach, przeważnie za odbudowę Starówki, czuliśmy się lepiej niż na najwspanialszym balu sylwestrowym. Na pożegnanie szepnąłem do ucha naszego gościa: - Koło do dźwigu, panie ministrze. - Poleciłem już przydzielid wam koło z innego dźwigu - odparł minister. Tak weszliśmy w pamiętny dla Starówki rok 1953. W ostatni etap odbudowy pierwszej części Traktu Starej Warszawy.

4 stycznia 1953 r. Mimo mrozu i śniegu „rozkład jazdy”, czyli w naszym języku - harmonogram odbudowy, przewiduje prowadzenie robót murarskich bez przerwy. Na Rynku wybudowano barak, w którym podgrzewamy wodę i zaprawę do murowania. Mury i rusztowania pokryte śniegiem, który spadł w nocy, szybko zostają oczyszczone przy pomocy pary doprowadzonej rurociągiem z lokomobili ustawionej na Rynku.

10 stycznia Montowanie koła, które otrzymaliśmy, przeszło wszelkie oczekiwania. Na wieśd, że Stare Miasto poszukuje speca do zamiany koła, dyrektor Wolf z Przedsiębiorstwa Budowy Polskich Dźwigów przysłał mi takich „magików”, którzy przemontowali koło bez zatrzymania pracy dźwigu. Przebywający w kabinie na znacznej wysokości operator nie orientował się, że w pewnym momencie pracujący dźwig stał na torze tylko na trzech kołach. Zdumienie operatora nie miało granic, gdy otrzymał polecenie jazdy dźwigiem po torze.

31 marca Mimo wzmożonego tempa robót w styczniu i lutym nie udało nam się całkowicie nadrobid opóźnieo z roku poprzedniego. Od początku marca sytuacja zdecydowanie poprawiła się. Pod koniec kwartału budynki po Stronie Barssa były wykonane do pełnej wysokości, bez tak zwanych lataro (wystająca częśd budynku ponad dachem do oświetlenia klatek schodowych). Wśród załogi i kierownictwa robót czynione są zakłady, która strona będzie pierwsza przykryta dachem. Czy Strona Barssa, na której trzeba tylko wymurowad na wszystkich budynkach latarnie i kominy? Czy mniejsza kubaturowo Strona Zakrzewskiego, gdzie brakuje jeszcze całego ostatniego piętra?

7 kwietnia Tegoroczne Święta Wielkiejnocy wypadły dośd wcześnie, bo 5 kwietnia. Zbiegły się z ogólną reorganizacją w budownictwie miejskim, polegającą na likwidacji terenowych zarządów budowlanych i przekształceniu ich w kierownictwo robót. Reorganizacja nie ominęła również Starego Miasta. Z dniem 1 kwietnia przestałem pełnid funkcję kierownika samodzielnego zarządu budowlanego, zatrzymując funkcję głównego kierownika robót. Wraz z likwidacją zarządu przeniesiona została do Zjednoczenia cała obsada techniczno-biurowa zarządu. Zostałem sam. Jak zwykle w święta - tłumy zwiedzających na Starówce. Podczas tegorocznych świąt liczba ich pobiła wszystkie rekordy. Po dwudniowym odpoczynku i złapaniu tak zwanego drugiego oddechu przystępujemy do pracy ze spokojem, lecz w atmosferze pewnego podniecenia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że do całkowitego ukooczenia rekonstrukcji Rynku Starego Miasta pozostało nam zaledwie 3 miesiące i kilka dni. W sumie jeszcze tylko 87 dni roboczych.

8 kwietnia Na Rynku Staromiejskim odbyła się robotnicza masówka, na której załoga odbudowy TSW podjęła zobowiązanie pierwszomajowe: przyspieszyd o parę dni termin oddania do użytku pierwszej części Traktu. Przede wszystkim należy zakooczyd murowanie i przykryd dachami kamieniczki po Stronie Barssa i Zakrzewskiego. Termin zakooczenia tych robót, przyjęty w zobowiązaniu - 30 kwietnia. Zadanie nie jest ani proste, ani łatwe, gdyż dachy oraz wystające nad nimi świetliki i kominy tworzą specjalny dział staromiejskiej architektury.

9 kwietnia Na dzieo dzisiejszy zostało wyznaczone zebranie koordynacyjne między poszczególnymi instytucjami, współpracującymi przy odbudowie TSW. Jak zwykle przed każdą koordynacją odbywa się wewnętrzne omówienie sytuacji z kierownikami odcinków. Dzisiejszej rozmowie przysłuchuje się wiceminister Wolski. Kierownicy składają krótkie sprawozdania. Zapadają niezwłoczne decyzje. Odprawa szybko się kooczy. Przechodzimy na zebranie koordynacyjne do kamienicy Kościelskich na ulicę Świętojaoską róg placu Zamkowego. Dzisiejsze zebranie koordynacyjne ma wyjątkowe znaczenie, gdyż mają zapaśd na nim decyzje, dotyczące organizacji zarówno samego kierownictwa odbudowy, jak i robót, dających gwarancję ich ukooczenia przed 22 lipca. Zebraniu przewodniczy wiceminister Wolski. Biorą w nim udział: dyrektor departamentu Ministerstwa Budownictwa, mgr inż. Edward Świrkowski, naczelny inżynier Centralnego Zarządu

Stanisław Jaczynowski, z DBOR dyr. Mieczysław Wróblewski i mgr. inż. Stanisław Skąpski oraz in gremio dyrektorzy i przedstawiciele instytucji, biorących udział w odbudowie Starego Miasta. Po dośd gorącej dyskusji na tematy techniczne i organizacyjne wiceminister Aleksander Wolski podjął decyzję zorganizowania służby dyspozytorskiej. Funkcję głównego kierownika zatrzymuje - jak dotychczas - autor pamiętnika. Po zakooczeniu zebrania nastąpiła wizja lokalna postępu robót, przeprowadzona przez dyrektora E. Świrkowskiego, który pozytywnie ocenił wysiłki załogi i zapewnił jak najdalej idącą pomoc ze swej strony. Sekretarz POP złożył mi gratulacje i życzenia dalszych sukcesów w pracy. Słysząc to jeden z uczestników zebrania zapytał: - Panie inżynierze, był pan w czasie świąt w górach na nartach. Czemu nie złamał pan nogi? - A po jakiego licha jest mi to potrzebne? - zapytałem z kolei. - Uniknąłby pan kompromitacji. - Jakiej? -- Przecież nie zdąży pan ukooczyd Rynku do 22 lipca. - Spokojna głowa. Sam na pewno nie ukooczę, ale zapomniał pan, że jest ze mną cała staromiejska wypróbowana załoga. Na tym dialog się urwał. Podobno jest to dobra wróżba, jak ktoś życzy złamania nogi.

10 kwietnia Po dniu wczorajszym, pełnym wrażeo, zabrano się do pracy ze zdwojonym wysiłkiem. Dla bardziej operatywnego kierowania robotami do obecnie pełnionej przeze mnie funkcji głównego kierownika robót zostaje dołączona druga funkcja - głównego dyspozytora. Ta druga daje mi uprawnienia do interweniowania, gdyby zaszła potrzeba, nawet u najwyższych władz, z pominięciem drogi służbowej. Moim zastępcą został Henryk Wieczorkowski. Poprzedni mój zastępca, naczelny inżynier zarządu, Konstanty Brygiewicz, po likwidacji zarządu przeniesiony został do Zjednoczenia do prowadzenia spraw Starego Miasta. Dla sprawniejszego kierowania budową postanawiam zmontowad oszkloną kabinę pośrodku Rynku. Przypomina ona latarnię morską, umożliwia obserwowanie budowy, a łącznośd telefoniczną zapewniają linie zewnętrzne, wewnętrzne i bezpośredni telefon z radiowęzłem; razem 4 aparaty plus mikrofon do wydawania bezpośrednich dyspozycji. Korzystam przede wszystkim z mikrofonu, aby przypomnied załodze, że do daty oddania Rynku, zgodnie z zobowiązaniem załogi TSW, pozostało jeszcze 79 dni roboczych. Poza tym podane zostały zbliżające się terminy ukooczenia robót w poszczególnych budynkach. Jednym słowem mówiony „rozkład jazdy”.

Na zakooczenie audycji radiowej wymieniam poszczególne brygady robotnicze, które swym społecznym podejściem dają przykład, jak należy pracowad, aby termin został dotrzymany. A oto wyróżniające się brygady: murarskie - Piątka i Fijałkowskiego, ciesielska - Fibicha, pomocnicza Równego.

20 kwietnia Po stronie Kołłątaja i Dekerta kamienice pokrywają się siatką rusztowao, aby specjalne brygady tynkarzy mogły jak najszybciej wykonad podkład pod kolorowe tynki i aby jak najwięcej czasu zostawid plastykom do spokojnego przystrajania staromiejskich kamienic w piękne sgraffita i polichromie na zbliżającą się IX rocznicę Wyzwolenia. Kierownikiem robót elewacyjnych jest majster Kłosowski. Inspektorem tych robót - inż. arch. Feliks Próchnicki.

29 kwietnia Odbyło się posiedzenie kolegium opiniodawczego w sprawie polichromii na kamienicach Rynku. Przewodniczył prof. dr. Piotr Biegaoski. Udział wzięli: wiceminister Aleksander Wolski, prof. dr Jan Zachwatowicz, naczelny architekt Józef Sigalin, prof. prof. Zdzisław Mączeoski, K. Tomorowicz, Stanisław Herbst oraz architekci - projektanci odbudowy poszczególnych kamienic, jak również artyści plastycy - projektanci polichromii. Długo i z ożywieniem dyskutowano na temat barw i zdobienia kamienic. Na zakooczenie odbyła się wizja lokalna Rynku i ulicy Piwnej dla zapoznania się z przebiegiem prac na miejscu.

30 kwietnia Zobowiązania pierwszomajowe staromiejskiej załogi zostały dotrzymane: przystąpiono już do demontowania dźwigu, aby jak najszybciej móc ustawid po Stronie Barssa i Zakrzewskiego rusztowania rurowe do wykonania kolorowych tynków.

2 maja Tempo pracy przybiera coraz bardziej na sile. Prawie wszystkie rodzaje robót: budowlane, tynkarskie, elewacyjne, wodociągowe, podłączenia deszczówek, gazowe, oświetlenie ulic, oświetlenie mieszkao, radiofonia i wiele innych skoncentrowały się wokół Rynku. Tylko szczegółowo opracowany harmonogram robót i wnikliwa koordynacja wykonawców pozwalają na przebieg robót bez zahamowao i zakłóceo. Nie wolno dopuścid do jakiegokolwiek, nawet najkrótszego przestoju, który z kolei spowoduje niedopuszczalne spiętrzenie robót. W tym celu został zainstalowany na Rynku wyżej opisany pawilon-kabina, całkowicie spełniający swe zadanie. Poza tym wszyscy zainteresowani w każdej chwili mogą odnaleźd kierownika, który niezwłocznie wydaje decyzję. O tym, że takie „coś” funkcjonuje na Rynku, minister budownictwa miast i osiedli, inż. arch. Roman Piotrowski, dowiedział się podczas konferencji budowlanej, odbywającej się w Moskwie. Po powrocie minister osobiście skonfrontował usłyszane wiadomości z rzeczywistością.

4 maja Niezawodne środki informacji, jak prasa i radio, idą nam z pomocą. „Trybuna Ludu” podaje codziennie wzmianki (podobno najbardziej aktualne) o postępie prac na Starym Mieście, redagowane przez Krystynę Grosicką; w „Expressie Wieczornym” codzienną kolumnę pod tytułem „Express Staromiejski” redaguje Edmund Polak. Stałym gościem na Rynku jest również red. Dariusz Piątkowski z „Życia Warszawy”. Wóz transmisyjny Polskiego Radia coraz częściej wjeżdża na Rynek, a red. Lechosław Janowicz kusi mnie mikrofonem, z którego chętnie korzystam. Ulubione czasopismo warszawiaków mieszkających w kraju i poza granicami - tygodnik „Stolica” w cotygodniowym serwisie informuje swych czytelników o postępie robót, ilustrowanych fotogramami Zbyszka Siemaszki, Edmunda Kupieckiego i innych artystów fotografików.

11 maja Gościmy na Rynku kolarzy Polonii francuskiej, uczestników zakooczonego już Wyścigu Pokoju. Nasi rodacy z Francji podczas skromnego przyjęcia składają wyrazy uznania przedstawicielom brygad robotniczych i życzą dalszych sukcesów w odbudowie zabytków kultury ojczyzny ich ojców. Zapewniają przy tym, że 22 lipca br. będą przeżywad razem z nami radosne chwile w dalekiej Francji.

28 maja Codzienne informowanie społeczeostwa za pomocą radia i prasy o przebiegu prac na Starym Mieście sprawia, że mieszkaocy Warszawy coraz częściej i coraz liczniej odwiedzają Rynek, aby osobiście sprawdzad postęp robót. Wśród odwiedzających widzimy często dostojnych gości, przebywających na Rynku incognito. Pewnej niedzieli wśród tłumu zwiedzających zobaczyłem premiera Józefa Cyrankiewicza.

4 czerwca Szczęście nie byłoby pełne, gdyby nie poprzedzały go trudności - jak zwykle w naszym wypadku. Tym razem zabrakło złotych płatków, niezbędnych do złoceo fragmentów na elewacjach. Płatki te, grubości zaledwie 0,008 milimetra (dziesięciokrotnie cieosze od najcieoszego nożyka do golenia), są wykonywane u nas w kraju ręcznie przez jedynego fachowca z Zalesia pod Warszawą. Zawód ten przeszedł z dziadka na ojca, a z ojca na syna. Ręczny wyrób złotych płatków jest bardzo mozolny. Rozwalcowane do minimalnej grubości złote blaszki o niewielkiej powierzchni przekładane są rybim pęcherzem i pergaminem oraz rozklepywane kilkukilogramowym młotem do uzyskania powierzchni dziesięciokrotnie większej od początkowej. Otrzymany płatek złota dzieli się na 4 części, przekłada rybim pęcherzem i dalej tak samo jak na początku - aż do skutku, do uzyskania właściwej grubości 0,008 milimetra. Taki ręczny sposób wyrobu płatków jest bardzo pracochłonny, nic więc dziwnego, że na przygotowanie odpowiedniej ilości płatków zażądano aż paru miesięcy. Oferta jest nie do przyjęcia, dysponujemy zaledwie dwoma tygodniami. Z pomocą przyszła nam bratnia Czechosłowacja, oferując potrzebną ilośd złotych płatków, które niezwłocznie sprowadzono

samolotem do Warszawy (ofert zagranicznych było więcej - ta była najkorzystniejsza). Będzie więc już można bez przeszkód pozłocid zarówno kolczyki Murzynka, jak i inne ornamenty Rynku.

10 czerwca Na elewacjach są już wykonywane podkłady ze starego wapna pod kolorowe tynki. Użycie do tego celu nawet najmniejszej ilości cementu jest wzbronione. Zauważyłem tynkarza, który na kamienicy Gizów pierwszą warstwę podkładu (tak zwany narzut) chciał wykonad zaprawą cementową. Nie wiedział, że jest obserwowany. Niezwłocznie został wezwany przez głośnik do zeskrobania zaprawy. Wezwanie do tynkarza, nadane przez radiowęzeł, słyszeli inni jego koledzy i nie trzeba było już więcej publicznie zwracad uwagi. Na wszystkich kamienicach są już białe tynki. Rynek w białej szacie wygląda trochę dziwnie. Ale tylko na krótki okres. Na rusztowaniach widad już pracujące zespoły plastyków, którymi kieruje prof. Sokołowski. Oni to wezmą za kilka dni w swe władanie elewacje staromiejskich kamienic.

17 czerwca Mamy już czym wykonad złocenia, mamy również wykonawców - specjalistów do złoceo elewacji. Jest nią spółdzielnia, bodajże jedyna. Świetny majster, członek tej spółdzielni, początkowo w podręcznym warsztacie przy ul. Piwnej pozłocił drobne elementy dekoracyjne, jak kurka dla wieży kościelnej itp. fragmenty, potem przeniósł się na elewacje. Z zakrywaniem ich przed podmuchem wiatru mieliśmy chyba nie mniej kłopotu niż budowniczowie Rynku w XVIII wieku. Złote płatki o minimalnym ciężarze lecą z wiatrem pod wpływem najlżejszego podmuchu. Nakładanie więc płatków przy pomocy suchego pędzla na uprzednio przygotowany, kleisty podkład odbywa się pod osłoną z papy, umocowaną do rusztowania, co oczywiście tamuje dopływ światła. Po zasłonięciu w ten sposób niektórych elewacji Rynek wygląda niesamowicie; np. po Stronie Kołłątaja występują wielkie czarne plamy, ale pod tą osłoną powstają piękne złocenia - dzieło „złotych rąk” polskiego rzemieślnika.

22 czerwca Zgodnie z uchwałą Prezydium Rządu z dnia 9 lipca 1952 r. na miesiąc przed 22 lipca przybyła na Rynek komisja składająca się z członków KC PZPR i Rządu z pierwszym sekretarzem KC PZPR Bolesławem Bierutem i wicepremierem Józefem Cyrankiewiczem na czele - aby przekonad się o możliwości dotrzymania terminu ukooczenia robót. Elewacje pokryte są całkowicie siatką rusztowao. Trzeba mied dużo wyobraźni, ażeby już dziś widzied Rynek takim, jaki będzie za niecałe cztery tygodnie. Wizja lokalna wypadła pozytywnie.

28 czerwca O zapale do pracy staromiejskiej załogi i jej chęci wykonania zobowiązania może świadczyd fakt przychodzenia do pracy w niedzielę o świcie. Plastycy tworzą kolorowe freski i ornamenty

w barwnych tynkach, zwane „sgraffito”. Rynek z każdym dniem nabiera rumieoców życia, staje się coraz piękniejszy. Warszawiacy, a zwłaszcza dawni mieszkaocy Starego Miasta, ze wzruszeniem ulegają urokowi Starówki. Nierzadko w oczach szklą się łzy. Tym razem są to łzy radości. Chęd przyjścia nam z pomocą jest żywiołowa. Codziennie w godzinach popołudniowych i we wszystkie niedziele i święta zakłady pracy, wojsko, młodzież akademicka, uczniowie oraz pojedynczy mieszkaocy Warszawy poświęcają swe wolne dni i godziny na społeczną pracę przy rekonstrukcji Starego Miasta. Nie zawiódł również popularny mieszkaniec Kalisza - Czesław Paczkowski, który wszystkie swe urlopy spędza przy odbudowie Warszawy.

1 lipca Zdejmujemy już niektóre rusztowania. Trzeba dad możnośd następnym brygadom przystąpienia do ukooczenia ich prac. Należą do nich: kamienne portale, wszystkie instalacje umieszczone w chodnikach, układanie kamiennych płyt chodnikowych i wreszcie zakooczenie robót drogowych. Pracy jest jeszcze bardzo wiele, a czasu bardzo mało. Każda z brygad chce wykonad swoje zadania jak najszybciej, stąd może u niektórych pracowników zbytnie zdenerwowanie. Powtarzam sobie i innym slogan: „Tylko spokój może nas uratowad” i staram się utrzymad ten spokój. Zmęczenie coraz częściej daje jednak znad o sobie. Praca po 16 godzin na dobę i dłużej, podczas której należy wydad setki wiążących decyzji, bardzo wyczerpuje.

16 lipca Po zdjęciu wszystkich rusztowao i pobieżnym doprowadzeniu do porządku Rynku, od początku tygodnia z niepokojem czekaliśmy na następną wizytę Prezydium Rządu i na jej wyniki. Wreszcie dziś przedstawiciele Partii i Rządu ponownie odwiedzili Rynek. Kamieniczki stoją już wystrojone na powitanie gości. Tym razem opinia o zakooczeniu odbudowy pierwszej części Traktu Starej Warszawy była jak najbardziej pozytywna. Przygotowane na zapleczu ruchome rusztowania do wprowadzenia ewentualnych zmian w kolorystyce na elewacji u Fukiera - okazały się niepotrzebne. Wizyta komisji zakooczyła się inauguracyjną czarną kawą w kawiarni „Krokodyl” na I piętrze.

19 lipca W dzisiejszą niedzielę tłumy od rana zalegają Rynek. O prowadzeniu jakichkolwiek prac na Rynku nie ma co marzyd. Aby dostad się do kamiennego cokołu na którejkolwiek kamienicy dla dokonania poprawek, kamieniarze muszą dosłownie przebijad się przez tłum zwiedzających. Chcąc osiągnąd wolną przestrzeo dla środków transportu, co kilka minut apelujemy do zwiedzających za pomocą radiowęzła - nie zawsze z dobrym skutkiem. W rzeczywistości jesteśmy ogromnie zadowoleni, że nasza praca wzbudza aż takie zainteresowanie. Podczas tego radosnego pośpiechu przybył na Rynek przewodniczący Rady Paostwa Aleksander Zawadzki w towarzystwie swej siostry i wicepremiera Zenona Nowaka. Dostojni goście zapoznali się

z historią odbudowy Starego Miasta, obejrzeli nie tylko elewacje, ale i wnętrza kamieniczek. Na zakooczenie wizyty weszli na I piętro do całkowicie już urządzonej kawiarni „Krokodyl”. Podczas odprowadzania gości do placu Zamkowego zapytałem przewodniczącego Rady Paostwa, jakie odniósł wrażenie. - Takie jak wszyscy, którzy odwiedzają Stare Miasto i komentują później, co to jest socjalizm. Właśnie jest to między innymi odbudowa takiego Starego Miasta - odpowiedział Aleksander Zawadzki.

20 lipca Załoga odbudowy Starówki przeżywa dziś swój wielki dzieo: zakooczenie rekonstrukcji pierwszej części Traktu Starej Warszawy. Uroczystośd ta odbyła się w ramach akademii z okazji uczczenia IX rocznicy PKWN. Rynek w pełnej gali. Na środku Rynku honorowa trybuna. Na trybunie honorowi goście. Orkiestra, wóz transmisyjny Polskiego Radia. Na widowni załoga w pełnym składzie. W pierwszych rzędach krzeseł zaproszeni goście - budowniczowie nowej Warszawy, prasa. W rękach niektórych uczestników akademii dostrzegam broszurę o odbudowie Starego Miasta pt. „Budujemy Trakt Starej Warszawy” wydaną przez SFOS, opracowaną zbiorowo pod redakcją Dobrosława Kobielskiego, bogato ilustrowaną zdjęciami z ostatniej fazy budowy wykonanymi przez Adama Kaczkowskiego i fotografiami dokumentacyjnymi 22 autorów fotografików. Akademię rozpoczyna referat polityczny wiceministra budownictwa miast i osiedli mgra inż. Aleksandra Wolskiego. Następnie omawia historię odbudowy Starego Miasta naczelny dyrektor Centralnego Zarządu Budownictwa Miejskiego mgr inż. Mieczysław Dubioski. Z kolei przewodniczący Prezydium Stołecznej Rady Narodowej - Jerzy Albrecht, jako członek Rady Paostwa, dekoruje „sprawców” rekonstrukcji Starego Miasta. Pierwszym odznaczonym Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski jest generalny projektant prof. Mieczysław Kuzma. Następnie usłyszałem swoje nazwisko. Zaszczytne to odznaczenie uważam nie tylko za osobisty sukces, lecz również za wyróżnienie całej kierowanej przeze mnie staromiejskiej załogi. Kolejno do honorowej trybuny podchodzą inni realizatorzy odbudowy, gdzie zostają udekorowani wysokimi odznaczeniami nadanymi przez Radę Paostwa. Na zakooczenie odbyła się częśd artystyczna. Zmęczeni, lecz zadowoleni z odniesionego sukcesu, późnym wieczorem opuszczaliśmy odbudowany Rynek Starego Miasta, oświetlony zabytkowymi latarniami i ukrytymi za kominami kamienic reflektorami.

21 lipca Na przygotowaniach do jutrzejszego Święta Odrodzenia minął cały dzieo. Prace przeciągnęły się do późnej nocy, ale nie przekroczyły godziny 24. Tak więc zobowiązania zarówno kierowników odcinków, złożone 31 sierpnia r. ub. w „Dziekance”, jak i załogi zostały w pełni wykonane. Składam za to naszej załodze serdeczne gratulacje i podziękowanie.

Ostatnią pracę w nocy, już po zwolnieniu do domu załogi, wykonał niezwykły zgoła zespół. Chwycił on za łopaty i stojąc po kolana w wodzie ratował przed zalaniem piwnice Fukiera. Przyczyną tej nagłej „powodzi” okazały się hydranty uruchomione do mycia Rynku, a także zamulenie studzienek kanalizacyjnych. W „gościnnym” występie zaimprowizowanego zespołu wzięły udział koleżanki, związane z odbudową: Jadwiga Sobczakowa (DBOR), red. „Trybuny Ludu” Krystyna Grosicka oraz pełnomocnik DBOR inż. Stanisław Skąpski. Tej nocy przybył na Rynek przewodniczący Prezydium Stołecznej Rady Narodowej Jerzy Albrecht, by wydad ostatnie zarządzenia. Odjechałem do domu o świcie, jak w roku ubiegłym z MDM, lecz tym razem nie zasypiałem przy kierownicy.

22 lipca Nadszedł wielki dzieo dla mieszkaoców Warszawy - IX rocznica PKWN i oddanie odbudowanego, ukochanego przez warszawiaków Rynku Starego Miasta. O godzinie 10 na udekorowanym godłem Polski balkonie kamienicy Rynek 10 ukazał się pierwszy sekretarz KC PZPR - Bolesław Bierut w towarzystwie członka Rady Paostwa i przewodniczącego Prezydium Stołecznej Rady Narodowej - Jerzego Albrechta i przedstawiciela staromiejskiej załogi. Jerzy Albrecht jako gospodarz miasta w gorących słowach podkreślił wagę dzisiejszej rocznicy i doniosłośd oddania najstarszej dzielnicy Warszawy do zamieszkania. Dzieo ten ludnośd stolicy po raz pierwszy święciła na Rynku Starego Miasta - na tle barwnych i złoconych elewacji, stylowych lataro i kamiennych ław, a wieczorem - oświetlonych sklepów i mieszkao. Dzieo ten był dla Rynku pierwszym dniem nowego życia.

Pamiętnik ten podaje w skrócie fragmenty poszczególnych wydarzeo, jakie miały miejsce podczas długich siedmiu lat rekonstrukcji Starego Miasta. Z braku miejsca nie wymieniam personalnie wszystkich kolegów z wielkiej armii budowniczych, biorących udział „we wskrzeszeniu umarłej dzielnicy”. Z myślą o nich zacytuję zakooczenie artykułu Leona Rawicza: „I jeżeli znów przejdziemy się kiedyś ulicami Rycerską, Mostową czy Kanonią, jeżeli znów spojrzymy na filigranowe kamieniczki - zabytkowe z zewnątrz a nowoczesne w środku - jeżeli cofniemy się myślą do czasów odległych, pamiętad będziemy zawsze o tych, którzy swą twardą pracą i szczerym oddaniem przywrócili nam Starą Warszawę”.

Wiktor Pogoda Renesans kopalni
Rok 1945 13 I 1945 r. O godzinie wpół do siódmej zjechałem do kopalni ostatnią klatką na poziom-380 m. Obsługa podszybia była już w komplecie i przygotowywała się do wydobycia na wierzch wózków załadowanych węglem. Jeden z pracowników podszybia, sygnalista szybowy Andrzej, miał zakonspirowane radio i od niego dowiadywałem się zawsze najświeższych wiadomości z frontu. Tym razem widziałem z jego rozpromienionej twarzy, że ma dobre wiadomości. - Zaczęło się - szepnął mi. - W nocy z 11 na 12 stycznia wojska radzieckie rozpoczęły ofensywę na całym froncie i szybko idą w naszym kierunku. Wyzwolenie jest już bliskie. Poruszony tą radosną nowiną, pospieszyłem na miejsce stalunku, gdzie czekało na przydział pracy pięddziesięciu naszych robotników i pięddziesięciu trzech jeoców - Anglików. - Szczęśd Boże - przywitałem ich starym górniczym zwyczajem i rozejrzałem się po tłumie. Od razu się zorientowałem, że większośd z obecnych wie już o rozpoczęciu ofensywy. Widad to było wyraźnie z ich oczu błyszczących radością. Rozpocząłem sprawdzanie obecności. Dopiero po odprawieniu wszystkich załóg przodkowych zauważyłem brak jednego strzałowego, o którym wiedzieliśmy, że jest konfidentem Gestapo. - A gdzie Bułanek? - zapytałem. Chwila milczenia. Wreszcie z gromady odezwał się czyjś głos: - W drodze do pracy został dzisiaj zastrzelony... „Doczekał się zapłaty za swoje sprawki” - pomyślałem sobie i dalej sprawdzałem obecnośd robotników i rozsyłałem ich na różne stanowiska pracy. Następnie zsumowałem wszystkie dniówki, telefonicznie zdałem sprawozdanie z obłożenia robót zastępcy zawiadowcy kopalni „Juliusz”, po czym rozpocząłem obchód, kontrolując stan wyrobisk górniczych i urządzeo, jakie się w nich znajdują. Jak zwykle szczególną uwagę zwracałem na wszystko, co się wiązało z bezpieczeostwem pracy. Zauważyłem, że pracowano dziś ospale. Ludzie byli podminowani wiadomością o rozpoczęciu ofensywy, no i śmiercią znienawidzonego przez wszystkich Bułanka.

16 I 1945 r. Andrzej miał znowu ciekawe i radosne nowiny. Ofensywa radziecka ma fantastyczne tempo - wczoraj wyzwolone zostały Kielce, a przed trzema dniami Busko, Stopnica i Wiślica, miejscowości dobrze mi znane z kampanii wrześniowej 1939 r.

Jeśli takie tempo zostanie nadal utrzymane, to za kilka dni będziemy wolni i przystąpimy do wydobywania węgla już dla paostwa polskiego. Kopalnia musi byd więc utrzymana w takim stanie, aby zaraz po wyzwoleniu mogła pracowad normalnie. Obchodzę wszystkie wyrobiska dołowe, czynne i nieczynne, i bardzo dokładnie je kontroluję, aby nie nastąpiło zawalenie jakiegoś ważnego wyrobiska lub nie powstał groźny pożar. W miarę możliwości stosuję profilaktyczne środki zaradcze. Obchodząc dodatkowo nieczynne, a ważne dla istnienia kopalni wyrobiska, muszę to robid kosztem dużego wysiłku fizycznego, gdyż kopalnia rozciąga się na dużej przestrzeni, a nie mogę zaniedbad normalnej kontroli tych czynnych. Niebezpieczeostwo bowiem zagraża załodze wszędzie, nawet w miejscach, gdzie pozornie jest zupełnie bezpiecznie. Tak na przykład dzisiaj w czasie obchodu spostrzegłem w zabierce na upadowej V, prowadzonej w filarze oporowym pod mocnym piaskowcem, zbyt duże obnażenie stropu bez zabezpieczenia go obudową. Zbadałem dokładnie strop i stwierdziłem, że przy obu ociosach ma on ledwo dostrzegalne szczeliny, z których lekko posypuje piasek. - Uciekad natychmiast z przodku! - zawołałem i razem z załogą zabierki znalazłem się po chwili w bezpiecznym miejscu na upadowej. Przodowy, stary doświadczony górnik, próbował mnie przekonad, że nie ma powodu do paniki, gdyż strop jest tak mocny, że można pod nim spad. Zaledwie to powiedział, usłyszeliśmy trzask drewna, huk walącej się ze stropu masy kamienia i wstrząs powietrza wypchanego z zarabowanej zabierki. Nie musiałem już odpowiadad przodowemu na jego ostatnie słowa, a on sam i obaj ładowacze zbyt silnie byli wstrząśnięci widmem śmierci, które tak niedawno jeszcze wisiało nad nimi, aby cośkolwiek powiedzied. Dopiero po dłuższym milczeniu odezwał się Marek, jeden z ładowaczy. - Dziękujemy, panie sztygarze, za ocalenie życia. - Ale dlaczego się zawaliło? - zapytał w koocu przodowy. - Przecież opukiwałem strop, miał zupełnie czysty głos, mogą to poświadczyd ładowacze. Jak pan poznał, że przyjdzie zawał? Wyjaśniłem, że opukiwanie daje pewne wyniki tylko przy piętrze łupkowym lub węglowym, natomiast przy piaskowcu tylko wówczas, gdy łata odciągnięta od calizny nie jest zbyt gruba - ale kiedy szczeliny sięgają głęboko, opukiwanie daje czysty dźwięk mimo grożącego niebezpieczeostwa. W takich warunkach przy badaniu stropu powinno się stosowad metodę wibracyjną. Zbliżający się zawał przewidziałem po stwierdzeniu szczelin w piaskowcu i po wylatujących z nich skruszonych drobniutkich ziarnach.

18 I 1945 r. Wojska radzieckie idą naprzód w fantastycznym tempie - wczoraj dowiedziałem się od Andrzeja, że wyzwolone zostały Radomsko i Częstochowa. Wśród dozoru niemieckiego widad panikę, a załoga przyszła do pracy tylko w 74 procentach i częśd robót została zatrzymana.

Gdy wyjechałem z dołu, wezwał mnie do siebie Benben, zastępca zawiadowcy kopalni „Juliusz”, Reichsdeutsch z okolic Zabrza. Spytał, co słychad na dole w kopalni. Nie wysłuchawszy mnie do kooca powiedział: - Panie Pogoda, musimy opuścid kopalnię, zostanie tu tylko polski dozór. Panu, jako doświadczonemu górnikowi, powierzam kopalnię na czas mojej nieobecności. Niech pan pilnuje, żeby wszystko było w porządku. My tu niedługo wrócimy, bo już lada dzieo zostanie użyta zapowiedziana przez Führera Wunderwaffe. Wojny na pewno nie przegramy i nie łudźcie się, że będziecie mieli wolnośd. Tu wyciągnął przed siebie dłoo i wskazując na nią dodał: - Prędzej mi tu włosy na dłoni wyrosną, niż wy będziecie mieli Polskę. Po takim przemówieniu oddał mi kluczyki od swego biurka i wyszedł.

19 I 1945 r. Wczoraj oswobodzony został Kraków. Front szybko zbliża się do nas - słychad wyraźnie grzmoty artylerii. Anglicy nie przyszli do pracy, cały obóz ewakuowano. Z polskiej załogi na pierwszą zmianę przyszło tylko trzynastu ludzi (12 procent załogi), a na drugą - zaledwie sześciu. Niemców w kopalni nie ma. Częściowo zabrano ich do Volkssturmu. Obsadziłem już kopalnię naszym dozorem technicznym. W kopalni „Juliusz” pracowało bowiem w charakterze -strzałowych i nadgórników kilku sztygarów, którzy przybyli tu po wybuchu wojny z kopalo śląskich. Obecnie zajęli oni stanowiska w dozorze technicznym, zgodnie ze swoimi kwalifikacjami. Po powrocie z pracy zastałem w domu kwaterujących żołnierzy niemieckich. Mimo nienawiści, jaką żywiłem do wszystkich Niemców, muszę stwierdzid obiektywnie, że ci zachowywali się zupełnie dobrze. U żadnego nie spostrzegłem tak typowej dla Niemców buty i pogardy do wszystkiego co polskie. Może klęska, jakiej doznali, wpłynęła na ich zachowanie, a może po prostu byli zwykłymi ludźmi, którzy ubrani w mundury Wehrmachtu nie zatracili jednak ludzkich cech i nie dali się ogarnąd szaleostwu hitlerowskiego szowinizmu.

20 I 1945 r. Strzały armatnie słychad coraz bliżej. W kopalni na pierwszej zmianie z wydziału górniczego było tylko siedemnastu ludzi. Obsadziłem jedynie najważniejsze posterunki pracy związane z utrzymaniem kopalni i zwalczaniem pożarów. Sprawdziłem stan prochowni dołowej i stwierdziłem, że mamy małe zapasy materiałów wybuchowych, a szczególnie donaritu skalnego potrzebnego dla piaskowni, zaopatrującej kopalnię „Kazimierz-Juliusz” w piasek do podsadzki płynnej. Mróz na dworze tęgi i skorupa ziemi zmarznięta jest do głębokości jednego metra. Czerpaki nie dadzą rady, trzeba strzelad, aby zapewnid

odpowiednią ilośd piasku dla zapełnienia pustek po wybranym węglu. Piasek musi byd dostarczony, w przeciwnym razie grożą zawały i pożary. Wieczorem żołnierze kwaterujący u nas odjechali w kierunku zachodnim.

21 I 1945 r. Słychad już strzały karabinowe - front znajduje się w pobliżu naszej miejscowości. Do pracy przyszło sześciu ludzi, więc obsadziłem tylko sygnalistów, obserwację i odwadnianie. Po wyjeździe z dołu zrobiłem porządek w biurze zawiadowcy, a mianowicie zrzuciłem znienawidzoną swastykę, niemiecką „wronę” i portret Hitlera. Na ścianie zostały po nich tylko białe plamy. Zadowolony wracałem do domu nie przeczuwając, jakie niebezpieczeostwo wisiało nad moją głową. W pół godziny po moim odejściu wróciło do kopalni ciężarówką ewakuowane kierownictwo niemieckie. Jak mi opowiadał później portier, wszyscy byli w mundurach SA i uzbrojeni. Najpierw zapytali o inżyniera Kolankę, kierownika działu maszynowego kopalni „Kazimierz-Juliusz”. Inżynier ten, mimo że był oficjalnie Reichsdeutschem, czuł się jednak Polakiem, należał do tajnej organizacji i ocalił życie kilku pracownikom kopalni, którym groziło aresztowanie przez Gestapo. W chwili ewakuacji inżynier Kolanko wymknął się spod opieki SA i ukrył się. Rozwścieczeni Niemcy wrócili więc niespodziewanie, licząc, że zaskoczą go w kopalni „Kazimierz”, a gdy go tam nie zastali, przyjechali do kopalni „Juliusz”. Weszli także do biura zawiadowcy, aby zabrad wiszącą tam dokładną mapę Śląska. Ogarnął ich szał, gdy dostrzegli na ścianie białe plamy po swoim Führerze, swastyce i czarnym orle. Dyrektor Dickmann koniecznie chciał udad się za mną, ale inni przekonali go, że to zbyt ryzykowne jechad w stronę szybko zbliżającego się frontu. Na szczęście mieszkałem 4 km od kopalni w kierunku wschodnim i w mojej miejscowości toczyły się już walki z przednimi strażami radzieckimi. Niemcy odjechali więc z powrotem w stronę Katowic, a ja tymczasem, nie wiedząc nawet, jak blisko byłem śmierci, emocjonowałem się świstem kul, które niosły nam wolnośd. W nocy, gdy już wszyscy w domu spali, usłyszałem gwałtowne dobijanie się do drzwi. Wyszedłem do przedpokoju i zapytałem: - Kto tam? - Sołdaty - padła odpowiedź i usłyszałem rosyjską mowę. Z radosnym biciem serca otworzyłem drzwi i zobaczyłem kilku żołnierzy w niemieckich mundurach. Dopiero wtedy zorientowałem się, że są to zdrajcy swej ojczyzny - własowcy. Zajmowali stanowisko bojowe w pobliżu i przyszli się ogrzad.

22-23 I 1945 r. Walka o naszą miejscowośd rozgorzała na dobre. Kule świszczą gęsto i nie mogę iśd do kopalni. Bezpośrednio przed naszą uliczką okopali się Niemcy i cała droga jest pod ostrzałem.

Ponieważ domek szwagra, u którego obecnie mieszkam, jest drewniany i nie daje prawie żadnej ochrony przed kulami, schroniłem się wraz z żoną, czteroletnią córeczką Krysią i ze szwagrem do murowanej piwnicy sąsiadów. Piwnica ta nie dawała jednak pewnej ochrony, gdyż była naziemna i jej drewniane drzwi otwierały się w stronę wschodnią, skąd właśnie leciały pociski. Toteż gdy bezpośrednio przed naszym domkiem spadł na ulicę artyleryjski pocisk, odłamek jego wpadł przez drzwi do piwnicy, lecz na szczęście nikomu nic się nie stało. O chłodzie i głodzie przesiedzieliśmy w piwnicy cały dzieo. Dopiero w nocy, gdy ogieo ucichł, poszedłem do domu i przyniosłem jedzenie. Sprawdziłem przy okazji skutki wybuchu pocisku. Na ulicy powstał lej o średnicy około półtora metra, a w domu szyby w oknie od strony wschodniej zostały wepchnięte do wewnątrz i potrzaskane; ze strony południowej częśd szyb popękała, ale trzymała się na paskach papieru, które poprzyklejałem dwa dni temu.

24 I 1945 r. W nocy Niemcy wycofali się i rano zobaczyliśmy po raz pierwszy żołnierzy radzieckich. Poczuliśmy się wolni. Niemcy nie odeszli jednak zbyt daleko i nadal w miejscowości naszej są stanowiska ogniowe i słychad ciągle huk armat i terkot karabinów maszynowych. W odległości kilkudziesięciu metrów od naszego domku ustawiona została bateria słynnych katiusz, wydających bardzo charakterystyczny, przeciągły świst. Do kopalni nie mogę jeszcze iśd, gdyż oddziela mnie od niej linia frontu. Martwi mnie, co się tam dzieje, a szczególnie boję się o odwadnianie ze względu na małą rezerwę chodników wodnych. Po południu ostrzeliwały nas ogniem karabinów maszynowych samoloty. Zginęło kilku żołnierzy i parę osób cywilnych.

25 I 1945 r. Kopalnia „Juliusz” jest już oswobodzona, lecz: front przebiega tuż obok. O normalnej pracy nie można jeszcze myśled, trzeba natomiast ratowad kopalnię przed zatopieniem, przed pożarami i zawałami. Elektryczne pompy muszą pracowad bez przerwy, gdyż zaniedbane przez niemieckie kierownictwo chodniki wodne stanowią rezerwę tylko na dwie godziny, zamiast na dwanaście. Wystarczy przerwa dwóch godzin w pracy pomp, a woda zacznie zatapiad podszybie. Podobnie jest w „Kazimierzu”. Zasadnicza sprawa to utrzymanie w ruchu kotłowni i samej elektrowni. Przy huku dział i karabinów maszynowych garstka najofiarniejszych i najbardziej przywiązanych do kopalni ludzi stała twardo na swych posterunkach pracy narażając się na pociski, podobnie jak walczący obok żołnierze. Zdawałoby się, że w podziemiach kopalni jest zupełnie bezpiecznie, lecz w rzeczywistości zagrożenie było tu jeszcze większe, gdyż w razie trafienia pocisku w szyb mogła ulec zniszczeniu wodoszczelna obudowa ze stalowych tubingów, a wówczas do kopalni wdarłyby się z warstw górnych olbrzymie ilości kurzawki, tj. płynnej masy składającej się z wody i bardzo drobnych cząsteczek ilastych. Obydwa nasze szyby są bowiem przebite przez kurzawkę grubości 40 m. Trafienie pocisku w szyb praktycznie równałoby się więc zagładzie kopalni i wszystkich ludzi znajdujących się na dole.

26 I 1945 r. Front przesunął się na odległośd około 4 km od kopalni. Niemcy bronią się uporczywie w bunkrach. Ludzi do pracy przyszło trochę więcej, mogłem więc obsadzid więcej robót związanych z utrzymaniem wyrobisk i profilaktyką pożarową. Po powrocie do domu zastałem kwaterujących u nas żołnierzy radzieckich. Młodzi, weseli chłopcy, nie znad na nich wcale trudów czternastodniowej ofensywy. Na kolanach jednego z nich, sympatycznego blondyna Wasi, siedziała i szczebiotała czteroletnia moja córeczka Krysia. Popisywała się jedynym wierszykiem rosyjskim, jaki umiała, a Wasia i jego koledzy śmiali się do rozpuku.

27 I 1945 r. Front przesunął się już o 10 km od kopalni. Wyzwolono Sosnowiec, Będzin i Dąbrowę Górniczą. Ludzi do pracy przyszło więcej niż wczoraj, uruchomiłem więc pierwsze roboty węglowe, aby dostarczyd węgla dla kotłowni. Wody pitnej nie mamy, nie ma jej i całe Zagłębie Śląskie - okazało się, że uszkodzona została pociskami artyleryjskimi linia wysokiego napięcia w Maczkach, zasilająca paostwowe wodociągi. Wysłaliśmy elektryków, sied naprawiono i woda ruszyła do miast Zagłębia i Śląska.

Luty 1945 r. Radośd z wyzwolenia kraju przydmiewają trochę nędza i głód. Nie mamy jeszcze żadnych przydziałów żywności i nie otrzymaliśmy jeszcze żadnych pieniędzy. Pracownicy kopalni dostają jedynie chleb i zupę. Toteż do pracy chodzą tylko najbardziej ofiarni ludzie, większośd przeszła do pracy w innych zawodach lub jeździ za żywnością na wsie, oddając za nią ubrania, obuwie itp. Znalazłem się w wyjątkowo trudnym położeniu, gdyż wskutek omyłki nie byłem wystawiony na liście płacy 1 I 45 r. i ostatnią pensję miałem 1 XII 44 r. Jechad po żywnośd nie mam kiedy, pełnię bowiem obowiązki zastępcy zawiadowcy kopalni „Juliusz”, a sytuacja jest tu naprawdę bardzo trudna. Odczuwamy dotkliwie brak załogi i wykwalifikowanego dozoru technicznego, bo wszyscy sztygarzy, przybyli tutaj ze śląskich kopalo, po ich wyzwoleniu wrócili na swoje dawne miejsce. Stanowiska w dozorze technicznym musiałem więc obsadzid doświadczonymi robotnikami. Brak jest również materiałów, a szczególnie tak ważnego dla nas drewna, potrzebnego do obudowy wyrobisk. Kopalnia, zaniedbywana już od dłuższego czasu przez kierownictwo niemieckie, nie ma odpowiedniego frontu wybierania, a w wielu wyrobiskach zagrożona jest pożarami i zawałami. Wydajnośd pracy jest znacznie mniejsza, niż to było przed wojną czy nawet w czasie okupacji. W takich warunkach nie mogę opuszczad pracy i troszczyd się o żywnośd dla rodziny. Aby wybrnąd z tej sytuacji, sprzedaliśmy resztę naszej garderoby. Zostałem tylko w jednym ubraniu, a żona w jednej sukience.

Marzec 1945 r. Nadal pracujemy bez żadnego wynagrodzenia, otrzymujemy jedynie chleb i zupę. Głód coraz większy - przykro patrzed na głodną żonę i dziecko oraz na coraz słabszych pracowników. Z załogą bardzo źle -

częśd odeszła już na zawsze, a mianowicie ci, których okupant siłą zapędził do pracy w kopalni z innych zawodów, inni zaś czekają w domu, dopóki kopalnia nie zacznie normalnie płacid.

12 III 1945 r. Po trzech miesiącach pracy bez wynagrodzenia otrzymałem wreszcie pierwszą zaliczkę w wysokości 200 złotych. Ceny żywności są jednak bardzo wysokie i pieniędzy tych wystarczy zaledwie na parę dni. Dzisiaj wstąpiłem do utworzonej w naszej kopalni komórki Polskiej Partii Robotniczej.

15 III 1945 r. Ze względu na koniecznośd opieki nad kopalnią w ciągu całej doby, a nie tylko na pierwszej zmianie, na której bezpośrednio pracuję, musiałem przeprowadzid się do kolonii znajdującej się obok kopalni „Juliusz”. Wielki kłopot sprawiało mi umeblowanie, gdyż wszystko, co miałem przed wojną, zostało zarekwirowane przez Niemców, gdy byłem na froncie w 1939 r. Po klęsce wrześniowej przez cały okres wojny mieszkałem wraz z żoną i córeczką u swego szwagra, używając jego mebli. Z pomocą przyszła mi rada zakładowa, umożliwiając nabycie kilku najbardziej potrzebnych mebli poniemieckich. Pomógł mi też jeden z kolegów, który pozostawił u mnie na przechowanie swoje meble, a sam wyjechał na zachód objąd stanowisko na Ziemiach Odzyskanych. Mieszkając teraz w pobliżu kopalni i mając w domu telefon, mogłem znacznie lepiej kontrolowad pracę drugiej i trzeciej zmiany i wydawad aktualne dyspozycje.

17 III 1945 r. Przeczytałem ciekawy protokół z zebrania naczelnej dyrekcji i kierownictwa kopalo naszego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego, odbytego w dniu 10 b. miesiąca. Na zebraniu tym oprócz dyrekcji Zjednoczenia, trzyosobowych kierownictw kopalo i przewodniczących rad zakładowych był obecny generalny dyrektor CZPW inż. F. Topolski, naczelny dyrektor techniczny CZPW inż. B. Krupioski oraz ob. Szczęśniak, przewodniczący Rady Okręgowej Związków Zawodowych. Naczelny dyrektor poruszył kilka spraw, między innymi mówił o niewłaściwym zrozumieniu swoich kompetencji przez niektóre rady zakładowe. Uważają się one na przykład za jedynie kompetentne w przyjmowaniu nowego personelu i przydzielają lokale organizacjom i pracownikom bez wiedzy kierownictw kopalo. Następnie omówił sprawę zaliczek płac, cytując zarządzenie wydane w tej sprawie przez władze paostwowe. W burzliwej dyskusji, jaka się wywiązała na ten temat, przedstawiciele robotników ostro krytykowali projektowany system płac, zarzucając mu, że pracownicy umysłowi będą zarabiad więcej od robotników. Przedstawiciel naszej kopalni skrytykował również zarządzenie, zaliczające nasze robotnicze osiedle do gmin wiejskich, wskutek czego nie możemy korzystad z żadnych przydziałów żywnościowych.

Po dyskusji zabrał głos generalny dyrektor CZPW, inż. F. Topolski. Mówił o dwóch wielkich zadaniach, jakie w chwili obecnej stoją przed wszystkimi, a mianowicie - dalsze prowadzenie wojny i ostateczne rozbicie Niemców oraz odbudowa gospodarcza Polski. Podkreślił, jak wielką rolę odgrywa w tym przemysł węglowy i że wobec tych zadao wszystko inne winno zejśd na dalszy plan. Trzeba ujmowad sprawy obiektywnie, z punktu widzenia ogólnego, paostwowego, a nie - osobistego. Poruszył także sprawę stosunku robotnika do inżyniera i technika, podkreślając z naciskiem, że są oni fachowcami, a nie przedstawicielami dawnej klasy burżuazyjnej, że trzeba ich chronid, bo kadry technicznej brak, a potrzebna jest, aby doprowadzid gospodarkę narodową do porządku.

18 IV 1945 r. Wojna trwa nadal, lecz toczy się już na ziemiach niemieckich. Wielu znajomych powołanych zostało do służby wojskowej. Ja, mimo że jestem oficerem rezerwy, zostaję dalej w cywilu - ze względu na brak pracowników technicznych zostałem reklamowany przez kierownictwo kopalni. W kopalni nadal trudna sytuacja, gdyż brak załogi, ale jest znacznie lepiej niż w lutym i w marcu. W tej chwili cała kopalnia „Kazimierz-Juliusz” ma 3255 ludzi, co stanowi około 60 procent stanu z grudnia 1944 r. W wydziale górniczym kopalni „Juliusz” pracuje zaledwie siedemdziesięciu ludzi, gdyż częśd naszej załogi kierownictwo, mimo mych protestów, przeniosło do „Kazimierza”.

28 IV. 1945 r. Dzisiaj nastąpiło połączenie wojsk radzieckich z wojskami alianckimi w Torgau nad Łabą.

2 V 1945 r. Berlin zdobyty - nad Reichstagiem powiewają dumnie radziecka i polska flaga.

9 V 1945 r. W całym kraju uroczyste manifestacje z okazji podpisania w dniu dzisiejszym bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. A więc skooczyła się koszmarna wojna i wszystkie narody mogą przystąpid do pokojowej pracy, do usuwania zniszczeo i gojenia ran.

1 VI 1945 r. Dostałem oficjalną nominację na stanowisko sztygara objazdowego z ważnością od 1 II 45 r., z uposażeniem kategorii 7, grupy 5 tabeli płac dla pracowników umysłowych zatrudnionych w kopalniach węgla. Przy tej kategorii zarabiam jednak mniej niż górnicy z przodków węglowych, a ceny idą stale w górę i trudno utrzymad rodzinę.

16 VII 1945 r. Dziś rozpocząłem urlop. Należy mi się solidny wypoczynek - od przeszło dwóch lat nie miałem urlopu, a praca w dozorze technicznym w kopalni jest wyczerpująca tak fizycznie, jak i nerwowo. Mimo to nie będę w pełni wypoczywał, gdyż rozpoczynam pisanie technicznej książki górniczej. Od dawna już nurtowała mnie myśl, aby bogate doświadczenie, jakie nabyłem w ciągłej walce z pożarami podziemnymi, przelad na papier i wydad w formie książki, tak potrzebnej obecnie dla kształcenia nowych kadr technicznych. W ciągu kilku ostatnich lat robiłem systematycznie notatki, aż wreszcie teraz napisałem plan pracy i rozpocząłem pisanie pierwszego rozdziału.

19 VII 1945 r. Dostałem wezwanie do Rejonowej Komendy Uzupełnieo i oddałem tam drugi z rzędu wniosek reklamacyjny napisany przez kierownictwo kopalni. Komendant RKU major Misiaczek polecił mi zorganizowad i prowadzid hufiec Przysposobienia Wojskowego (PW) przy kopalni „Kazimierz-Juliusz” i mianował mnie jego komendantem. Przeszkolenie w hufcu PW obowiązuje wszystkich pracowników kopalni w wieku przedpoborowym (od 16 do 21 lat).

2 VIII 1945 r. Dzieo dzisiejszy jest dniem historycznym - zakooczyła się konferencja w Poczdamie, na której oficjalnie przyznano Polsce Ziemie Zachodnie aż do Odry i Nysy. Ukazał się także dekret rządu polskiego o amnestii. Mimo urlopu niewiele wypocząłem, gdyż musiałem organizowad hufiec PW oraz pisałem książkę o pożarach podziemnych. Hufiec już zorganizowałem, jednak ze względu na to, że „Juliusz” oddalony jest od „Kazimierza” o przeszło 4 km i na razie nie ma między nimi żadnej komunikacji, zmuszony byłem zorganizowad dla obu kopalo dwa oddzielne hufce.

8 VIII 1945 r. Związek Radziecki wypowiedział wojnę Japonii, a lotnictwo amerykaoskie rzuciło na Hiroszimę nowy typ bomby o wielkiej sile niszczycielskiej, w której wykorzystano energię atomową. Wunderwaffe, o której tak marzyli hitlerowcy, została ostatecznie zrealizowana w USA i użyta przeciw wiernym sprzymierzeocom Niemców.

17 IX 1945 r. Udało mi się wreszcie przekonad kierownictwo kopalni „Kazimierz-Juliusz” o konieczności prowadzenia robót kamiennych dla odkrycia nowych partii pokładów węgla i uzyskałem zgodę na rozpoczęcie nowej przecznicy za uskok zachodni na poziomie-123 m. Kopalnia „Juliusz” była kiedyś samodzielną jednostką produkcyjną wydobywającą dziennie około 2 500 ton węgla, podobnie jak „Kazimierz”. Ponieważ obie kopalnie należały do jednej spółki akcyjnej,

tuż przed wojną dla koncentracji wydobycia i obniżenia kosztów własnych przebito przecznicę K-J długości 2 100 m łączącą dołem obie kopalnie. Wydobycie z „Juliusza” wyciągane było od tej pory szybami „Kazimierza” i wzbogacane na wspólnej sortowni i płuczce. Kopalnia została nazwana „Kazimierz-Juliusz” i miała od tej pory tylko jedno kierownictwo z siedzibą w „Kazimierzu”. Pociągnięcie to dało oczywiście ówczesnym właścicielom kopalni duże korzyści, lecz około czterystu ludzi straciło przez to pracę i powiększyło szeregi bezrobotnych. Zasoby węgla kopalni „Juliusz”, udostępnione robotami kamiennymi, zostały więc praktycznie przydzielone do zasobów „Kazimierza”, ale poza uskokami pozostały nienaruszone pokłady węgla liczące około 50 milionów ton. Robiono co prawda próby przebicia się przez uskoki i odkrycia tych zasobów, ale ze względu na duże trudności techniczne, spowodowane występowaniem kurzawki, próby te nie dały pozytywnych wyników. Tak więc szyby „Juliusza” i wszelkie urządzenia na powierzchni stały przez kilka lat całkowicie niewykorzystane. Okupanci chcieli je oczywiście wykorzystad, ale bardzo tanim kosztem, bez żadnych robót inwestycyjnych. Poszli po linii najmniejszego oporu i z istniejących przecznic zaczęli wybierad dwa pokłady udostępnione już, lecz nie eksploatowane przez Polaków z powodu dużej zawartości popiołu sięgającej od 30 do 40 procent. Szyb „Juliusz” wydobywał w tym czasie około 900 ton takiego podłego węgla. Mimo wielkiego zapotrzebowania na węgiel trudno jednak było o odbiorców tak kiepskiego produktu, toteż trzeba go było sypad na zwały, które urosły do przeszło 100 tysięcy ton. Roboty w pokładzie „Karol” i „Górna Ława” zostały więc przez kierownictwo niemieckie zatrzymane, a zaczęto odkrywad stare części kopalni, w której zostały pewne ilości węgla w filarach oporowych zostawionych dla ochrony głównych wyrobisk górniczych oraz w tzw. filarach ogniowych pozostawionych z powodu pożarów. W dalszym ciągu Niemcy nic nie inwestowali, licząc jedynie na chwilowe korzyści. W chwili wyzwolenia kraju częśd tych resztek pokładu została już wybrana i pozostało frontu robót górniczych tylko na około 100 ton dziennego wydobycia, i to na niedługi czas. Szyby i urządzenia kopalni „Juliusz” wykorzystywane są tylko w 4 procentach, w niedalekiej zaś przyszłości byłyby całkiem bezczynne, a 50 milionów ton za uskokami leżałoby nadal niewykorzystane. O uruchomienie robót inwestycyjnych dla udostępnienia tych wielkich zasobów i o uruchomienie wydobycia kopalni „Juliusz” rzędu 2 500 ton walczyłem dotąd bezskutecznie z kierownictwem, widzącym tylko obecną produkcję, a nie patrzącym dalej w przyszłośd. W staraniach swoich nie byłem całkiem odosobniony, popierał mnie delegat robotniczy tow. Kaczor, który również widział przyszłośd „Juliusza” w partii zauskokowej. I oto dzisiaj mogłem wreszcie obsadzid robotę kamienną, która będzie stanowiła wrota do zamkniętych dotychczas bogactw podziemnych.

21 IX 1945 r. Nastąpiło oficjalne podpisanie kapitulacji Japonii. Po ostatniej podwyżce mój zarobek brutto wynosi 3 636,40 zł, z czego 2 120 stanowi właściwa pensja, 1 466,40 tantiema od wydobycia i 50 złotych dodatek rodzinny. Po potrąceniu podatku

dochodowego, ubezpieczenia chorobowego, komornego, składek itp. otrzymałem 2 439,74 zł. Ze wzrostem płac wzrastają jednak i ceny, a niektórych artykułów codziennej potrzeby nadal brakuje.

1 X 1945 r. Na przecznicy uruchomionej do zauskokowej zachodniej partii pokładu wykonano od 17 września 6 m postępu. Postęp stosunkowo mały, ale mamy trudne warunki geologiczne, nieodpowiedni materiał wybuchowy oraz brak nam butów gumowych i ubrao nieprzemakalnych. Przecznica prowadzona jest w twardym, a mimo to mało zwięzłym piaskowcu, poprzecinanym licznymi szczelinami, z których leje się bez przerwy woda z miałem kamiennym. Ze względu na możliwośd otwarcia żył wodnych lub kurzawki zarządziłem wiercenie otworu badawczego głębokości 4 m. Czynię starania o wymianę głównych stalowych dźwigarów o wysokości 80 cm, na których spoczywa cała konstrukcja stalowej wieży szybowej „Juliusza”. Dźwigary te były już bardzo zniszczone przez korozję. Kierownictwo niemieckie wiedziało o tym, ale nie myślało wcale o ich wymianie, gdyż jest to praca trudna i kosztowna.

17 X 1945 r. Dla zapewnienia przewietrzania zauskokowej partii węgla uruchomiłem w dniu dzisiejszym przecznicę wentylacyjną na poziomie-53 m. Z braku załogi przodek prowadzony jest na razie na jedną zmianę.

28 X 1945 r. Dzisiaj odbyło się u nas uroczyste odsłonięcie pomnika ku czci poległych żołnierzy Armii Czerwonej, wykonanego według projektu mego kolegi J. K.

31 X 1945 r. Przed południem, gdy byłem na dole w kopalni, żona moja urodziła szczęśliwie ładne, zdrowe dziecko - drugą córeczkę.

1 XI 1945 r. Wydajnośd poprawiła się znacznie mimo trudnych warunków. Woda dalej silnie leje, na szczęście jednak dostaliśmy wreszcie ubrania ochronne i buty gumowe. Już za kilka dni rozpoczynamy wymianę podstawy wieży na szybie „Juliusz”. Do prac tych zaangażowano przedsiębiorstwo Fitzner Gamper, które przed 34 latami montowało tę wieżę. Wydobycie, zjazd i wyjazd załogi odbywad się będzie w tym czasie szybem wentylacyjnym „Karol”.

6 XI 1945 r. Szyb „Juliusz” jest już unieruchomiony i rozpoczęto prace związane z wymianą podstawy wieży. Najpierw zrobiono pomost bezpieczeostwa, a nad nim pomost roboczy, następnie przystąpiono do kruszenia muru przy samym dźwigarze za pomocą młotków mechanicznych.

12 XI 1945 r. Rano, gdy byłem jeszcze w biurze, dostałem telefoniczny meldunek od sygnalisty z podszybia „Juliusz”, że z góry idą szybem dymy. Natychmiast tam pobiegłem i stwierdziłem, że iskry, sypiące się przy przepalaniu dźwigara aparatem tlenowym, przedostały się szczelinami między balami w pomoście roboczym i zapaliły drewniany pomost bezpieczeostwa znajdujący się około 2 m niżej pomostu roboczego - pracujący w górze ludzie nic o tym nie wiedzieli. Poleciłem natychmiast lad wodę z góry na płonący pomost i ogieo został stłumiony. Dla uniknięcia podobnego wypadku kazałem podkładad blachy stalowe, zlewad pomosty wodą i mied w pogotowiu wodę i gaśnicę. W kopalni „Kazimierz” wskutek tąpnięcia w dniu dzisiejszym nastąpiło zawalenie się zabierki, przy którym zginął jeden jeniec (Niemiec), jeden jeniec złamał nogę, a dwóch Polaków zostało lekko skaleczonych.

14 XI 1945 r. Obchodząc roboty górnicze w partii wschodniej, pod starą pochylnią rynnową poczułem zapach węglowodorów, będący zwiastunem nagrzewania się węgla, które doprowadza do jego samozapalenia się. Zbadałem dokładnie piętro i ociosy i stwierdziłem, z których szczelin w węglu wydziela się ten zapach. Kierowałem się przy tym nie tylko powonieniem, ale i rosą, powstałą na obudowie i ociosach wskutek skroplenia się pary wodnej wydzielającej się ze szczelin. Aby zapobiec powstaniu groźnego pożaru, zawołałem zaraz górników i kazałem im kopad węgiel w piętrze ponad obudową w miejscu, które im dokładnie wyznaczyłem. Jednocześnie poleciłem montowad rurociąg dla doprowadzenia wody, a doraźnie dostarczyd wodę w kubłach. W miarę jak górnicy wykopywali węgiel, stawał się on coraz cieplejszy, aż wreszcie na głębokości 75 cm ponad obudową odkryto małe gniazdo rozżarzonego węgla wydzielającego już dym. Wykopane ognisko zgaszono wodą, lecz spękany węgiel było dalej gorący i łatwo mogło powstad nowe ognisko. Kazałem więc dalej kopad zagrzany węgiel i polewad go wodą. Wieczorem dostałem telefoniczny meldunek, że z głębi szczelin spękanego węgla zaczyna się wydzielad dym. Kazałem więc przystąpid do budowy tamy podsadzkowej i montowania rurociągu do podsadzki płynnej.

15 XI 1945 r. Tamę podsadzkową już zrobiono na zmianie nocnej, a rano dokooczono montażu rurociągu i zlikwidowano ogieo przez podsadzkę płynną.

W dalszym ciągu prowadzę hufce PW i poświęcam dużo czasu na zbiórki i przygotowania tematów do pogadanek. W pracę z hufcem wkładam dużo zapału i staram się zbiórki jak najbardziej urozmaicad, aby junacy chętnie na nie chodzili.

20 XI 1945 r. Dzisiaj rozpoczął się w Norymberdze proces ludobójców hitlerowskich, odpowiedzialnych za rozpętanie wojny i za zbrodnie popełniane w podbitych krajach. W szybie „Juliusz” założono główny dźwigar.

4 XII 1945 r. Święto Barbary, patronki górników. Po sześcioletniej przerwie obchodziliśmy dzisiaj uroczyście tradycyjne święto polskich górników.

19 XII 1945 r. Na przecznicy zachodniej kamieo w przodku jest jeszcze twardszy niż poprzednio. Na osiem otworów strzałowych wierconych dołem trzeba było zużyd dwanaście świdrów. Przy stosunkowo słabych wiertarkach pneumatycznych, jakie mamy do dyspozycji, zmiana kamienia wpływa ujemnie na postęp przecznicy, na której tak bardzo mi zależy. Im szybciej przodek będzie się posuwał, tym wcześniej odkryjemy nowe partie pokładów węgla i „Juliusz” stanie się znowu normalną kopalnią produkcyjną. Nad spękanymi murami na starym głównym chodniku wschodnim zauważyłem zjawisko zagrzewania się węgla grożące pożarem wskutek samozapalenia. Profilaktycznie kazałem więc robid przybierkę skruszonego węgla.

26 XII 1945 r. Święta Bożego Narodzenia spędziłem pracowicie, pisząc dalej książkę o pożarach podziemnych. Mam napisane trzy czwarte zaplanowanej objętości, z czego częśd jest przepisana na maszynie. Większośd rysunków zrobiłem już na czysto - na kalce. Do wiosny mam zamiar dokooczyd książkę i rozpocząd starania o wydanie jej drukiem. Napisałem również artykuł o budowie tam przeciwpożarowych z waty szklanej, którą na podstawie własnego doświadczenia uważam za pierwszorzędny materiał do zwalczania pożarów, i w najbliższych dniach prześlę go do redakcji „Górnika”.

Rok 1946

2 I 1946 r. Wyniki pracy przy drążeniu przecznic mamy stosunkowo słabe, a przyczyną tego są trudne warunki geologiczne oraz kiepski sprzęt i materiały wybuchowe. W przodkach występuje miejscami bardzo twardy piaskowiec, a sprzęt wiertniczy jest przestarzały, toteż do wiercenia niektórych otworów strzałowych trzeba zużyd aż trzy świdry na 1 m otworu, podczas gdy w łupkach jednym świdrem wierci się trzy otwory. Nieodpowiednie są również elektryczne zapalniki czasowe, które często zawodzą. Ponadto brakuje nam tubek pergaminowych zabezpieczających naboje przed wodą, a kamieo jest całkiem mokry.

4 I 1946 r. W dniu dzisiejszym Krajowa Rada Narodowa uchwaliła ustawę o unarodowieniu przemysłu, a więc formalnie potwierdzony został stan faktyczny zaistniały od wyzwolenia kraju. Obecna ustawa jest dla nas tylko formalnością, lecz dla kapitalistów jest ciosem przekreślającym ich apetyty na ponowne władanie naszym przemysłem.

9 I 1946 r. Przeprowadziłem wraz z towarzyszem Kaczorem dokładną rewizję ślepego szybu „Witold”, łączącego wyrobiska kopalni „Juliusz” z „Kazimierzem”. Niemcy, prowadząc rabunkową gospodarkę, wybrali częśd węgla z filaru oporowego szybu „Witold”, w wyniku czego powstało duże ciśnienie górotworu betonowa obudowa szybu popękała, a dzielniki szybowe z grubych stalowych belek profilowych zostały powyginane, uniemożliwiając jazdę klatkami.

19 I 1946 r. Przy wybieraniu węgla z filaru oporowego starej upadowej III mamy bardzo duże trudności tak z powodu ciśnieo górotworu, jak i ciągłego zagrożenia pożarowego. Po obu stronach upadowej pokład węgla o grubości 9-10 m został bowiem wybrany w latach 1922-1925, a dla ochrony samej upadowej pozostawiono pas węgla o szerokości około 50 m. Wskutek wielkiego ciśnienia górotworu pokład w tym pasie jest bardzo spękany, a więc warunki sprzyjają utlenianiu węgla i jego samozapaleniu. Wybieranie tego węgla rozpoczęto w czasie okupacji, lecz z powodu kilkakrotnych pożarów upadową częściowo podsadzono. Dzisiaj zabierka graniczna przebiła właśnie do tej starej zaognionej w czasie okupacji upadowej. Ogieo został już stłumiony, ale niezupełnie, gdyż węgiel jest ciepły i czud lekki zapach węglowodorów, może byd również tlenek węgla. Dokładnego pomiaru tlenku węgla niestety nie mam czym zrobid, gdyż brak nam probówek do detektora tlenku węgla. Aby uniknąd odnowienia się starego ognia, kazałem zaraz podsadzid zabierkę.

20 I 1946 r. Oba szyby kopalni „Juliusz” były przebijane przez warstwy kurzawkowe i dlatego mają duży dopływ wody. Woda przedostając się przez obudowę stalową rozpryskuje się po całym szybie, wskutek czego załoga w czasie zjazdu i wyjazdu klatkami narażona jest na zmoczenie.

Przed wojną woda chwytana była przy samej obudowie w odpowiednie rynienki cynkowe i odprowadzana rurociągiem na poziom-311 m. W czasie okupacji rynienki te uległy zniszczeniu, a o założeniu nowych Niemcy wcale nie myśleli i załoga mokła w szybie narażając się na zaziębienia. Zaraz po wyzwoleniu chciałem poprawid warunki bhp i założyd w obu szybach nowe rynienki wodne, lecz związane to było z dużymi kosztami i trudno było o blachę cynkową oraz o odpowiednich fachowców - blacharzy szybowych. Dopiero teraz udało mi się wystarad o materiał i fachowców (prywatnych) i rozpoczęliśmy zakładanie rynienek.

6 II 1946 r. W kopalni „Kazimierz” zdarzył się poważny wypadek - nastąpił zawał zabierki, który spowodował śmierd czterech ludzi. Przyczyną wypadku było tąpnięcie.

18 II 1946 r. Ciśnienie barometryczne spadło bardzo gwałtownie z 733 mm słupa rtęci na 718 mm, w związku z czym czud gazy ogniowe z kilku tam ogniowych, a na przekopie północnym w miejscu jego przecięcia z pokładem spoza murów zaczął wychodzid dym ze starego ognia, istniejącego tam już ponad dwadzieścia lat. Dla zgaszenia tego ognia wywiercono poprzez mur otwory do spękanej calizny węglowej i wtłaczano pod ciśnieniem kilku atmosfer wielkie ilości mleka wapiennego. Mimo to od czasu do czasu przy dużym spadku ciśnienia ogieo ten daje o sobie znad. Tym razem również kazałem tłoczyd mleko wapienne i dymy przestały wychodzid.

21 III 1946 r. Od chwili wyzwolenia kopalni „Juliusz” nie był w niej jeszcze na dole nikt ze Zjednoczenia ani z dyrekcji i praktycznie kierowałem nią całkowicie samodzielnie. Wreszcie jednak moje zwierzchnie władze zainteresowały się robotami udostępniającymi nowe partie węgla i otwierającymi dla „Juliusza” duże perspektywy rozwoju i miałem dzisiaj na dole wizytację inspektora z naszego Zjednoczenia i dyrektora kopalni. Zwiedzili oni najważniejsze roboty górnicze i pochwalili mnie za ich fachowe prowadzenie, obiecując pomoc w zaopatrzeniu w najpilniejsze maszyny i sprzęt oraz w ubrania i buty ochronne dla załogi pracującej w mokrych wyrobiskach.

1 IV 1946 r. Do układu zbiorowego pracy obowiązującego od 31 VIII 45 r. wprowadzono pewne zmiany korzystne dla wszystkich robotników dołowych, a zwłaszcza dla załogi pracującej na akord w przodkach. Wszyscy robotnicy zatrudnieni w podziemiach dostaną 20 procent dodatku dołowego, a w robotach przodkowych zapłata za każdą jednostkę pracy (np. tonę węgla lub metr chodnika) wykonaną ponad normę będzie dwa i pół raza większa niż zapłata za pracę wykonaną w granicach normy. Tak silna progresja akordowa stanie się oczywiście wielkim bodźcem dla załóg przodkowych do podnoszenia wydajności pracy. W zarobkach robotników pracowitych i leniwych powstaną teraz bardzo duże różnice, a więc ci ostatni na pewno zwiększą teraz wysiłek. Z czternastoletniego doświadczenia w górnictwie wiem, że najlepszym czynnikiem poprawy wydajności pracy są bodźce materialne.

4 IV 1946 r. Przy wybieraniu węgla z filaru oporowego nadal mamy duże trudności z powodu częstych zagrożeo pożarowych, lecz likwidujemy je zawsze w zarodku i nie wzywamy nigdy drużyn ratunkowych z „Kazimierza”. Dzisiaj znowu przodek zabierkowy dojechał do starego zawału, z którego czud było lekko węglowodory. Nie czekając, aż się sytuacja pogorszy, kazałem od razu przygotowad tamę i rury podsadzkowe i zawał oraz zabierkę zaraz podsadzid. Profilaktyka przeciwpożarowa w warunkach „Juliusza”, przy bardzo łatwo samozapalnym węglu, jest niezmiernie ważna. Za czasów okupacji kierownictwo niemieckie nie zwracało na nią specjalnej uwagi, lekceważyło sobie nasze meldunki o pierwszych objawach samozapalania, toteż nierzadko wybuchały poważne pożary i drużyny ratunkowe były tu częstym gościem.

28 IV 1946 r. W dniu dzisiejszym brałem udział w II Ogólnopolskim Zjeździe Pracowników Przemysłu Węglowego w Katowicach. W zjeździe uczestniczyło około pięciuset delegatów z kopalo, zjednoczeo oraz przedstawiciele rządu, administracji paostwowej, partii politycznych i związków zawodowych. Zjazd zagaił przewodniczący zjazdu, generalny dyrektor CZPW, inż. F. Topolski, który po przywitaniu gości zaproponował skład honorowego prezydium, a następnie prezydium rzeczywistego, do którego ku memu wielkiemu zdziwieniu powołano również i mnie. Jako pierwszy wygłosił przemówienie wiceprezydent KRN Roman Zambrowski, który w imieniu rządu przekazał wyrazy uznania dla rzeszy górników polskich, a na zakooczenie odczytał listę pracowników, którym KRN w uznaniu zasług przy odbudowie przemysłu węglowego nadała odznaczenia paostwowe. Następnie przemawiali: wiceminister przemysłu inż. Ciszewski, wojewoda generał Zawadzki, generalny sekretarz ZZG Wojas, naczelny dyrektor techniczny CZPW inż. B. Krupioski i generalny dyrektor CZPW inż. F. Topolski.

2 V 1946 r. W ostatnim numerze „Świata Górnika” wydrukowano mój pierwszy fachowy artykuł pt. „Tamy przeciwpożarowe z waty szklanej”.

13 V 1946 r. Skooczyłem swoją książkę o pożarach - jest już przepisana na maszynie i skorygowana, rysunki są również gotowe. W sprawie wydania najprościej byłoby zwrócid się do świeżo utworzonego Biura Wydawnictw Technicznych CZPW w Katowicach. W ramach naszego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego powstała jednak również sekcja wydawnicza i powołany zostałem na jej członka. Nie wypada mi więc oddawad swej pracy do CZPW, lecz do naszej sekcji.

14 V 1946 r. Zakooczyliśmy wybieranie resztek filaru oporowego na upadowej III. Kopalnia „Juliusz” od tej chwili prowadzi wyłącznie drążenie przecznic w kamieniu, a więc jest kopalnią inwestycyjną.

1 VII 1946 r. Wczoraj odbyło się referendum, które miało dad odpowiedź całego narodu na trzy pytania postawione przez Rząd Jedności Narodowej. Ja i moja żona daliśmy oczywiście odpowiedź trzy razy „tak”, podobnie zresztą jak i cała ludnośd naszego osiedla.

12 VII 1946 r. Na przecznicy głównej zachodniej został odkryty pokład węgla. Wśród załogi „Juliusza” zapanowała wielka radośd. Po odsłonięciu całej grubości pokładu zbadałem dokładnie jego strukturę, strop i spąg i stwierdziłem, że to niestety pokład „Karol”, silnie zanieczyszczony i nie nadający się do eksploatacji. Do pokładu „Reden”, będącego naszym celem, jest jeszcze około 200 m.

1 VIII 1946 r. Za miesiąc lipiec osiągnęliśmy rekordowe wyniki w postępie przecznic. W lipcu otrzymałem zarobek brutto 7 658 złotych, z czego zasadnicza pensja wynosi 4 tysiące, a resztę stanowi premia. Zarobek netto wyniósł 6 597 złotych. Ceny są jednak wysokie i praktycznie cała pensja idzie na żywnośd. Zarobki robotników są na ogół wyższe niż dozoru technicznego. Górnik zarabia bowiem przeciętnie około 8 tysięcy złotych. W związku z tym wytworzyła się paradoksalna sytuacja - najlepsi górnicy awansując na nadgórników lub nawet sztygarów tracą od 2 do 3 tysięcy złotych miesięcznie. Mamy więc poważne trudności w obsadzeniu stanowisk w dozorze technicznym, gdyż brak jest techników, górnicy niechętnie zgadzają się awansowad, a jeśli nawet godzą się, to nie chcą etatów, tylko żądają zarobku strzałowych - pracowników fizycznych.

2 IX 1946 r. Na przecznicy głównej zachodniej dojechaliśmy do kurzawkowego piaskowca uniemożliwiającego drążenie przodku bez uprzedniego zabezpieczenia obudową w samej caliźnie. Zastosowaliśmy więc tzw. obudowę wbijaną, bardzo trudną do wykonania i zmniejszającą znacznie postęp przodku. Ponieważ obudowy takiej nie stosowano dotychczas w „Juliuszu” i górnicy jej nie znają, musiałem zatrzymad się w przodku kilka godzin, aby wyjaśnid zasady tej obudowy i pokazad, jak się ją wykonuje. Praca w przodku odbywa się cały czas w ubraniach nieprzemakalnych, gdyż woda silnie leje.

6 IX 1946 r. Na przecznicy zachodniej z otworu badawczego trysnęła woda pod ciśnieniem, które spadło dopiero po godzinie. Woda nadal jednak wychodzi otworem, przy czym ma ona silny zapach siarkowodoru.

12 IX 1946 r. W przodku przecznicy zachodniej odkryta została potężna szczelina szerokości 70 cm i wysokości 95 cm, idąca skośnie do góry w caliznę skalną. Tego rodzaju podziemne jaskinie w kopalniach węgla są nadzwyczaj rzadkim zjawiskiem.

2 X 1946 r. W dniu wczorajszym ogłoszono wyroki w procesie norymberskim. Dwunastu ludobójców zostało skazanych na karę śmierci, trzech na dożywocie, a czterech na kary więzienia od 10 do 20 lat. Między skazanymi na karę śmierci jest Göring, Ribbentrop, Keitel, Rosenberg i kat Polski - Frank.

16 X 1946 r. Zawarty został nowy Układ Zbiorowy Pracy dający znaczne podwyżki pracownikom fizycznym oraz zwiększający jeszcze bardziej progresję akordową. Przy przekroczeniu normy pracy ponad 50 procent za dodatkowe tony węgla lub metry chodników cena jednostkowa jest trzy i pół raza większa niż przy normie. Spowoduje to jeszcze większe niż dotychczas zróżnicowanie zarobków w przodkach. Ja również dostałem podwyżkę 400 złotych i łącznie z dodatkami, premią i za pracę w niedzielę otrzymałem netto 9 182 złote. W dniu dzisiejszym wykonany został wyrok na dziesięciu zbrodniarzach skazanych na śmierd w Norymberdze. Göring przed egzekucją popełnił samobójstwo.

6 XI 1946 r. Na przecznicy zachodniej warstwy kurzawkowe już się skooczyły i teraz przodek prowadzi się w normalnej obudowie. Przebicie przez kurzawkę było trudne, niebezpieczne i wymagało dużego poświęcenia ze strony zatrudnionych tam górników. Ponieważ zarobki ich były znacznie mniejsze niż w normalnych przodkach, gdzie łatwiej można było przekraczad normę, wobec tego dla częściowego wyrównania tych strat staram się o specjalną premię dla wszystkich pracowników fizycznych zatrudnionych przy kurzawce.

29 XI 1946 r. Dzisiaj po południu przeprowadziłem pouczenie nowo przyjętych pracowników o przepisach bezpieczeostwa i o zagrożeniach, jakie występują w kopalniach węgla. Wiem z doświadczenia, że

starzy pracownicy traktują przepisy jako przymus, jako zło konieczne, dlatego chciałem wpoid w nowo przyjętych zaufanie do przepisów, aby widzieli w nich swego przyjaciela, a nie dręczyciela. Podkreśliłem, że Górnicze Przepisy Bezpieczeostwa Pracy powstały nie po to, by górnikom utrudniad pracę, lecz dla ich dobra - chronią ich zdrowie i życie. Nie wystarczą jednak nawet najlepsze przepisy i rozporządzenia, jeśli nie będą przez załogę dobrze znane i codziennie przestrzegane. Omówiłem też najważniejsze niebezpieczeostwa, z jakimi pracownik nowo przyjęty może się zetknąd w naszej kopalni, oraz przedstawiłem sposoby zabezpieczenia się przed wypadkami.

1 XII 1946 r. W dniu dzisiejszym byłem na Kongresie Techników Polskich, który odbywa się w Hali Parkowej w Katowicach. Na Kongres ten przybyło około 3 tysięcy inżynierów i techników różnych branż z całej Polski. Byli obecni również goście zagraniczni oraz przedstawiciele naszego rządu na czele z prezydentem KRN Bolesławem Bierutem. Kongres będzie trwał jeszcze dwa dni, ja jednak muszę wyjechad, gdyż na przecznicy zachodniej powstały nowe kłopoty z powodu kurzawki.

Rok 1947 15 I 1947 r. Ponieważ sekcja wydawnicza naszego Zjednoczenia nie będzie w stanie wydawad książek, oddałem swoją pracę o pożarach do Biura Wydawnictw CZPW w Katowicach. Od początku stycznia zacząłem pisad nową pracę o rabowaniu, tj. wyciąganiu obudowy z likwidowanych wyrobisk górniczych. Temat jest trudny i wymaga dużego doświadczenia, toteż nie został jeszcze u nas szczegółowo opracowany. Nie spotkałem również żadnej poważniejszej pracy na ten temat w literaturze górniczej rosyjskiej i niemieckiej. Zabrałem się do tego z wielkim zapałem.

8 II 1947 r. Na przecznicy zachodniej dojechaliśmy do nowej warstwy kurzawki i od dzisiaj stosujemy ponownie obudowę wbijaną. Zauskokowe partie węgla bronią nadal uporczywie dostępu do siebie. W planach kopalni są ślady po dwunastu próbach przeprowadzonych przed wojną dla sforsowania uskoków. Próby te robiono tak w kierunku zachodnim, jak też południowym i wschodnim. Przy jednej z tych prób prowadzonej w tej samej partii co obecnie, lecz o 20 m wyżej, przebito już 400 m przecznicy, jednak z powodu wielkiego ciśnienia górotworu nie potrafiono jej utrzymad i zawaliła się. Na podstawie tych nieudanych prób przedwojenny dyrektor kopalni „Juliusz” wyraził się w ten sposób: „Pszenicę już wybraliśmy - zostały plewy”. Ja osobiście nie zgadzam się z tym powiedzeniem, bo na podstawie otworów badawczych wierconych z powierzchni wiemy, że dalej za uskokiem i warstwami kurzawkowymi zalega piękny pokład czystego

węgla. Nie możemy się więc załamywad i nasza próba przebicia przez kurzawkę - trzynasta z rzędu musi się udad.

14 III 1947 r. Na przecznicy zachodniej skały są coraz to rzadsze, bardziej płynne i wymagają obudowy wbijanej nie tylko w piętrze, ale i po bokach oraz dokładnego opinania balami samego czoła przodku. Dwa razy w ciągu tygodnia jeżdżę po południu do kopalni „Kazimierz”, gdzie uczę górnictwa i geologii w nowo otwartej Przemysłowej Szkole Górniczej.

5 IV 1947 r. Dzisiaj otrzymałem pismo z naszego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego, w którym zawiadomiono mnie, że zostałem podany jako kandydat na sześciomiesięczny kurs wyższego dozoru, który będzie zorganizowany w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pismo ucieszyło mnie bardzo. Dawało mi to szansę pogłębienia wiedzy fachowej. Wymagany egzamin wstępny nie przeraża mnie - cały materiał mam opanowany dobrze.

16 IV 1947 r. Już po egzaminie. Kandydatów na kurs w Krakowie było 180, zdało egzamin - 32. Między tymi szczęśliwcami jestem i ja zdałem egzamin z wynikiem bardzo dobrym. Od 15 czerwca będę więc służbowo delegowany do Krakowa na sześd miesięcy. W związku z rozwojem kopalni „Juliusz” dyrekcja ZPW przyznała jej etat zawiadowcy i przydzieliła na to stanowisko inżyniera T., z którym pracowałem jeszcze przed wojną. Wszystkie poważniejsze problemy techniczne rozgryzamy teraz wspólnie.

19 IV 1947 r. Na przecznicy zachodniej nastąpił silny atak kurzawki. Złamała ona grube bale opinające szczelnie czoło przodku i wypłynęła w dużej masie, podsadzając przeszło 20 m gotowej już przecznicy. Rozpoczęliśmy syzyfowy wyścig z kurzawką. Zbieramy płynną masę do wozów, ale na jej miejsce dopływają stale nowe fale, gdyż w czole przodku nie ma zabezpieczenia. Z podobną sytuacją spotkałem się już raz przed wojną w kopalni „Milowice”, gdzie kurzawka wyrwała się na przecznicy wentylacyjnej, którą szedł główny strumieo powietrza z całej kopalni. Gigantyczna walka górników z groźnym żywiołem trwała tam wówczas pół roku i skooczyła się zwycięstwem ludzi.

2 V 1947 r. Wyścig z kurzawką wygraliśmy i znowu jest okiełznana szczelną obudową. Tym razem w czole przodku zastosowaliśmy zamiast bali ostro zacięte klocki, które wbijane są miotem na całej powierzchni czoła przodku. Przodek wygląda teraz jak tama klocowa. Obudowa wbijana klocowa jest stosowana w górnictwie bardzo rzadko i tylko w najtrudniejszych sytuacjach, gdzie zwykłe bale są niewystarczające. Wskutek ataku kurzawki przecznica miała w kwietniu bardzo mały postęp, zaledwie pół metra.

23 V 1947 r. Przeżyłem wstrząsające chwile. Po obejściu wyrobisk na poziomie-53 m wszedłem na jednopiętrową klatkę szybu pomocniczego „Karol” wraz z zawiadowcą inż. T. oraz nadgórnikiem J. Sygnalista założył ruchomy prowadnik szybowy i odbił do maszyny wyciągowej sygnał na „jazdę ludzi”. Mimo to przez chwilę klatka stała dalej, a potem runęła w dół wolnym spadkiem. „Lina się zerwała - przeszyła mnie myśl - koniec z nami.” Chwyciłem się za pręt idący wzdłuż klatki i ugiąwszy nogi lekko w kolanach oczekiwałem straszliwego upadku klatki do rząpia poniżej poziomu-123 m. Nagle nastąpił gwałtowny wstrząs klatki i usłyszałem przeraźliwy krzyk z drugiej jej strony, gdzie stał zawiadowca i nadgórnik. Obróciłem się i widzę, jak nadgórnik, trzymając w objęciach jęczącego inżyniera T., kładzie go powoli na podłodze. Klatka, będąca jeszcze od chwili wstrząsu kilka sekund w ruchu, stanęła łagodnie na podszybiu poziomu-123 m. Okazało się, że lina nie zerwała się, natomiast klatka zawisła na poziomie-53 m na niedokładnie założonym przez sygnalistę prowadniku i po uruchomieniu maszyny wyciągowej lina wprawiona w ruch układała się na klatce, a wreszcie swym ciężarem spowodowała pochylenie się klatki i jej spadek. Dopóki skłębiona lina nie została wyprostowana, klatka leciała nabierając coraz większej szybkości, a gdy zawisła wreszcie na wyprostowanej linie, nastąpił ów gwałtowny wstrząs, przy którym zawiadowca wypadł z klatki. Przed pewną śmiercią uratował go stojący obok nadgórnik J., który dzięki nadzwyczajnej przytomności umysłu z narażeniem własnego życia zdołał go pochwycid i wciągnąd z powrotem do klatki. Niestety, jedna noga dostała się już między klatkę i dzielniki szybowe i uległa bardzo skomplikowanemu złamaniu. Zatelefonowałem więc zaraz po lekarza oraz pogotowie ratunkowe i wyjechaliśmy z rannym na powierzchnię.

4 VI 1947 r. Upał panuje niesamowity. O godzinie 16.30 termometr wskazuje 48 stopni w słoocu, a 34 stopnie w cieniu. Zjednoczenie przysłało nowego zawiadowcę inż. B., a dyrekcja kopalni przysłała na moje zastępstwo starego doświadczonego nadsztygara z „Kazimierza”.

16 VI - 20 XII 1947 r. W tym czasie przebywałem na kursie dla wyższego dozoru górniczego w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Było nas tu trzydziestu dwóch doświadczonych techników górniczych, absolwentów różnych szkół, zebranych z różnych kopalo całego przemysłu węglowego. W wieku kursantów były duże różnice, najmłodszy z nas miał 28, a najstarszy 48 lat. Mimo to gromadka nasza szybko się zżyła i wkrótce stanowiliśmy zgrany kolektyw. Mieszkaliśmy w internacie na ulicy Straszewskiego, wspólna stołówka znajdowała się na Dębnikach. Pracy mieliśmy wiele, gdyż tempo wykładów było duże. W ciągu sześciu miesięcy musieliśmy wysłuchad 1 200 godzin wykładów. Średnio dziennie wypadało osiem godzin, co ze względu na wielkie upały, jakie panowały w l ecie tego roku, było naprawdę bardzo męczące. W każdą sobotę wyjeżdżałem do domu do rodziny. Pół roku minęło szybko i obecnie mamy wolny czas na przygotowanie się do egzaminu, który odbędzie się 8 stycznia. Uczestnictwo w kursie dało nam wszystkim bardzo duże korzyści. Mieliśmy bardzo dobrych wykładowców, między nimi uczonych o światowej sławie, jak np. profesor dr W. Budryk, profesor dr A. Sałustowicz, profesor dr Kochmaoski, dr Litwiniszyn i inni.

Rok 1948 10 I 1948 r. Egzamin zdałem z wynikiem bardzo dobrym. Na 31 egzaminowanych uczestników kursu zdało egzamin 29, w tym 5 z wynikiem bardzo dobrym. Dwóch, którzy egzaminu nie zdali, będą go mogli powtórzyd po roku. Komisja egzaminacyjna składała się z grona profesorów AGH, z prezesa WUGU i przedstawicieli Naczelnej Dyrekcji Technicznej CZPW i Działu Szkolnictwa Zawodowego CZPW.

12 I 1948 r. Po powrocie z Krakowa zgodnie z decyzją -naczelnego dyrektora Zjednoczenia przesunięty zostałem na wakujące stanowisko kierownika biura planowania kopalni „Kazimierz-Juliusz”.

10 II 1948 r. Od dziś zacząłem wykłady górnictwa na trzymiesięcznym kursie górników zorganizowanym w kopalni „Juliusz” celem zapewnienia kwalifikowanych kadr. W „Juliuszu” odkryto już węgiel za uskokiem w partii wschodniej (zaczęta przeze mnie przecznica). Wkrótce i przecznica zachodnia dojdzie do węgla, dla prowadzenia więc dodatkowych przodków węglowych potrzeba będzie wielu nowych górników, a szczególnie wykwalifikowanych górników przodowych.

8 V 1948 r. Biuro planowania rozwinęło się teraz w poważny dział planowania, obejmujący właściwe planowanie, statystykę, inwestycje i planowanie zaopatrzenia. Pracę mam ciekawą i odpowiedzialną, lecz czuję pewną tęsknotę za dołem, za ruchem kopalnianym. Chętnie -przeniósłbym się tam z powrotem, tym bardziej że poprawiłbym sobie warunki materialne. Obecnie, jako kierownik planowania, nie otrzymuję kart żywnościowych dołowych i specjalnego piętnastoprocentowego dodatku, przyznanego naszej kopalni za trudne i niebezpieczne warunki pracy na dole. Nie otrzymuję także normalnego dwudziestoprocentowego dodatku dołowego, a premię techniczną mam powierzchniową, a więc mniejszą niż dołowa. Mimo awansu na wyższe stanowisko zostałem więc, praktycznie biorąc, zdegradowany pod względem finansowym. Pieniądze wprawdzie -nie są celem życia, lecz są potrzebne, gdyż są środkiem do życia.

28 VI 1948 r. Książka moja o pożarach podziemnych została wreszcie wydana w 3 500 egzemplarzach. Cieszę się, że praca moja nie poszła na marne i że mogłem się podzielid swymi doświadczeniami z tak wielu czytelnikami-górnikami. Z Instytutu Naukowo-Badawczego w Katowicach otrzymałem pismo z propozycją objęcia pracy w dziale pożarów podziemnych. Prawdopodobnie z propozycji tej nie skorzystam, gdyż musiałbym zasklepid się w jednym dziale górnictwa, a mnie interesuje jeszcze wiele innych zagadnieo, które również chciałbym w przyszłości opisad.

27 VII 1948 r. Źle się dzieje w kopalni „Kazimierz-Juliusz”. Do planu wydobycia brak 2 428 ton, przy czym na jedenaście oddziałów wydobywczych plan wydobycia daje tylko pięd, a wśród nich znajduje się oddział XIII z „Juliusza”, wydobywający już z partii zauskokowej. Obecny dyrektor kopalni inż. Cz., pracujący tu od września 1947 r., bierze wszystko „na krzyk”, lecz krzyk nie wystarcza, aby kierowad tak trudną kopalnią, zwłaszcza jeśli się nie zna jej specyficznych warunków geologicznych. Dzisiaj odbyła się narada wytwórcza, której celem było przeanalizowanie sytuacji i znalezienie środków poprawy. Oprócz kierownictwa kopalni i dozoru technicznego wzięli w niej udział również przedstawiciele partii, rady zakładowej oraz robotnicy. Między innymi omawiano sprawę werbunku załogi. Jeocy niemieccy odejdą bowiem w koocu roku, a prócz tego wielu pracowników przechodzi na rentę. W sumie kopalnia będzie musiała przyjąd około 800 nowych ludzi.

30 VII - 1 IX 1948 r. Po raz pierwszy od 1939 r. zdobyłem się w czasie urlopu na wyjazd z rodziną na letnisko w góry. Umożliwiło mi to moje honorarium autorskie. Pojechaliśmy do Beskidu Żywieckiego, gdzie zatrzymaliśmy -się w niewielkiej wiosce koło Pewli Małej.

3 IX 1948 r. W czasie mego urlopu zaszły w kopalni duże zmiany. Inżynier Cz. został zwolniony ze stanowiska dyrektora. Funkcję tę tymczasowo sprawuje inspektor N. Dotychczasowy zawiadowca „Juliusza” inż. B. awansował na kierownika ruchu zakładu, a mnie przesłano na jego miejsce.

6 X 1948 r. Po miesięcznym zaledwie pobycie w kopalni „Juliusz” przeniesiony zostałem przez CZPW na stanowisko zawiadowcy „Kazimierza”, a mój poprzednik przeszedł do Zjednoczenia. Kopalnię „Kazimierz” znam dosyd dobrze, gdyż w czasie okupacji po powrocie z wojny pracowałem w niej początkowo jako górnik, a potem jako sztygar. Wiem dobrze, że jest to kopalnia trudna i niebezpieczna ze względu na pożary, silne tąpania i gazowośd. Stoi więc przede mną poważne zadanie, zwłaszcza że kopalnia zaniedbana była już od czasów okupacji i obecnie brak jest frontu wybierania - zasoby na starych poziomach są już w większości wyczerpane, a nowe poziomy nie udostępnione są robotami kamiennymi. Przy tym brak jest załogi i kopalnia nie wykonuje planu produkcji. Nie zrażam się jednak tymi wszystkimi trudnościami i mam nadzieję, że wspólnymi silami z nowym dyrektorem kopalni i kierownikiem zakładu inż. B. wyciągniemy kopalnię z impasu.

12 X 1948 r. Aby uzdrowid kopalnię i wykonywad plan produkcji, muszę najpierw zbadad wszystkie czynniki hamujące wydobycie w poszczególnych oddziałach produkcyjnych i pomocniczych, a następnie znaleźd środki zaradcze dla zlikwidowania przeszkód. W tym celu obchodzę kolejno oddziały w kopalni, obserwując wszystko skrupulatnie. Jak się dotychczas zorientowałem, czynniki utrudniające nam wykonanie planu można podzielid na trzy grupy: przeszkody możliwe do usunięcia natychmiast; przeszkody możliwe do usunięcia w ciągu kilku tygodni; przeszkody, na usunięcie których trzeba kilku lat. Do akcji uzdrowienia kopalni trzeba oczywiście wciągnąd całą jej załogę i w tym właśnie celu po dniówce urządziliśmy dzisiaj kopalnianą naradę wytwórczą, na którą przybył również naczelny dyrektor naszego Zjednoczenia. Narada spełniła swoje zadanie - załoga wypowiedziała swe bolączki, wysunęła wnioski w sprawie poprawy sytuacji, a jednocześnie nabrała większego zapału do walki o wykonanie planu wydobycia.

1 XI 1948 r. Po raz pierwszy od kilku miesięcy kopalnia „Kazimierz-Juliusz” wykonała miesięczny plan produkcji. Kryzys został więc przełamany i załoga będzie pracowad z jeszcze większym zapałem, gdyż automatycznie wzrosną jej zarobki.

3 XI 1948 r. Dzisiaj nastąpiło potężne tąpnięcie w oddziale VI na upadowej I, które spowodowało zawalenie kilku wyrobisk, wyciśnięcie spodku, rozgniecenie ociosów węglowych i zniszczenie obudowy na samej upadowej i częściowo na chodniku warstwowym oraz wentylacyjnym. Na szczęście nie było żadnych poważniejszych wypadków, jedynie trzech robotników odniosło lekkie skaleczenia. Na upadowej I prowadzone są obecnie zabierki w tzw. warstwie zerowej, które są najniebezpieczniejszymi robotami, jakie mogą istnied w głębokiej kopalni wybierającej pokład grubości 20 m pod grubym sztywnym stropem. W takich warunkach przy wybieraniu pierwszej warstwy w caliźnie strop ze względu na swą sztywnośd nie osiada równomiernie na podsadzce zapełniającej wybrane już części pola, lecz wywołuje olbrzymi nacisk na partie węgla jeszcze nie wybrane - wreszcie pęka i w olbrzymiej masie osiada na podsadzce, obudowie i na przyległych ociosach węgla. Takie właśnie tąpania stanowią największe niebezpieczeostwo zagrażające w naszej kopalni. Chociaż tąpnięcie spowodowało koniecznośd zatrzymania oddziału prawie na trzy tygodnie, to jednak nie spowoduje to większych strat w wydobyciu, gdyż załogę przodkową przeniesiemy na ten czas do innych oddziałów.

16 XI 1948 r. Współzawodnictwo zatacza u nas coraz szersze kręgi. Bierze w nim udział już 638 pracowników, a brygada młodzieżowa Krawczyka wykonała 370 procent normy.

19 XI 1948 r. Zebranie Koła Bezpieczeostwa Pracy. Dla podniesienia kwalifikacji dozoru wysuniętego z robotników postanowiliśmy zorganizowad na miejscu kurs nadgórników.

2 XII 1948 r. Plan na listopad wykonaliśmy w 114 procentach. Oddział VI został przebudowany i od siedmiu dni wydobycie szło w nim normalnie, lecz dzisiaj nastąpiło znowu olbrzymie tąpnięcie z drugiej strony oddziału, które spowodowało zawalenie się upadowej skipowej na długości 16 m i wysokości około 1,5 m oraz wyciśnięcie spodku i zrujnowanie toru na całej długości upadowej. Na szczęście ofiar w ludziach nie było.

Oddział znowu jest unieruchomiony na czas przebudowy, która trwad będzie przypuszczalnie od trzech do czterech tygodni.

3 XII 1948 r. Wykryto dzisiaj naraz dwa pożary. Ognie te nie są specjalnie groźne, lecz nie można ich lekceważyd i akcję przy ich zwalczaniu należy prowadzid bez przerwy, a tu jutro mamy święto Barbary - patronki górników. Starzy górnicy twierdzą, że od dawnych lat zawsze przed „Barburką” było w kopalniach najwięcej wypadków, tąpao i pożarów.

15 XII 1948 r. Dzisiaj o godzinie 20 wykonaliśmy plan rocznej produkcji. Dzięki ofiarnej pracy załogi potrafiliśmy wyrównad straty wydobycia z okresu letniego i przyspieszyd jeszcze wykonanie planu o 15 dni przed terminem.

29 XII 1948 r. W CZPW odbywają się wykłady dla kierowników kopalo na temat norm przodkowych i nowej umowy zbiorowej.

Rok 1949 2 I 1949 r. Oddział VI jest już przebudowany i pracuje normalnie. Cała kopalnia systematycznie wykonuje plan produkcji, wzrasta stopniowo wydajnośd pracy. Dla mobilizowania załóg i omawiania z nimi różnych trudności i ich bolączek organizuję kopalniane narady wytwórcze ogólne oraz z poszczególnymi oddziałami tak produkcyjnymi, jak i pomocniczymi. Zajmuje mi to dużo czasu, gdyż praktycznie codziennie mam przynajmniej jedno zebranie czy naradę, ale nie żal mi czasu, bo efekty są widoczne. Plan produkcji mamy od dnia dzisiejszego wyższy o 100 ton dziennie, lecz jesteśmy do tego przygotowani i chyba nie będziemy mieli trudności.

4 II 1949 r. Od półrocza mam znowu dwie godziny tygodniowo lekcji górnictwa w Przemysłowej Szkole Górniczej. Kurs dla dozoru wysuniętego jest zorganizowany i prowadzony wspólnymi siłami przez członków kierownictwa kopalni i wyższy dozór techniczny.

18 III 1949 r. Zebranie Koła Bezpieczeostwa Pracy.

Po przeanalizowaniu wypadków ubiegłego miesiąca omówiona została katastrofa w kopalni w Dąbrowie na Zaolziu (CSR), w której zginęło dwudziestu czterech ludzi i cala kopalnia została zamknięta przez otamowanie. Przyczyną katastrofy był wybuch gazu (metanu), spowodowany nieodpowiednim obchodzeniem się z lampą benzynową. Pierwszy wybuch nastąpił 12 lutego br. o godzinie 3.55 i spowodował poparzenie ośmiu ludzi. Po tym wybuchu nastąpiły dalsze, a potem pożar. W następnym dniu ratownicy próbowali zatamowad pożar i wtedy nastąpił ponowny wybuch gazu, przy którym zginęło pięciu ratowników, między nimi inżynier Kaszucki, autor przetłumaczonej na język polski książki pt. „Systematyka robót w górnictwie”. Kopalnia nasza jest również gazowa i w ciągu 25 lat było w niej już sześd wybuchów, przy których poparzonych zostało w sumie piętnastu ludzi, a czterech zginęło. Dla zapobieżenia podobnym wypadkom będziemy przeprowadzad specjalną akcję uświadamiania załogi o niebezpieczeostwie metanu.

7 IV 1949 r. W nocy o godzinie 23 na upadowej II robotnik Stefan Walski w czasie niedozwolonej jazdy na taśmie transportowej uległ bardzo poważnemu wypadkowi: taśma urwała mu rękę i uszkodziła klatkę piersiową.

15 IV 1949 r. Dla przeszkolenia dozoru technicznego w sposobie prowadzenia akcji przy zwalczaniu pożarów przeprowadziłem tzw. grę pożarową. Przyjmując założenie, że na chodniku warstwowym na upadowej III wybuchł pożar w czasie wydobycia, zebrani sztygarzy i nadgórnicy musieli wskazad na planie i wyjaśnid, w jaki sposób ratowaliby załogę przed zatruciem tlenkiem węgla i jak zwalczaliby sam ogieo. Po dokładnym omówieniu tego przykładu poddałem analizie dalsze przykłady pożarów w różnych punktach kopalni.

11 VI -10 VII 1949 r. Urlop spędziłem częściowo w Krynicy na wczasach pracowniczych. Pogoda była kiepska, codziennie lało, temperatura od 12 do 14 stopni. Większośd czasu przesiedziałem więc w pokoju, grając z kolegami w szachy lub pisząc fachowe artykuły. Pozostałą częśd urlopu spędziłem wraz z rodziną w Jeleśni. Ludnośd w tych stronach jest biedna, lecz uczciwa i nie ma tu kradzieży, czego najlepszym dowodem był fakt, że w większości domów nie stosuje się wcale zamków do drzwi, tylko zwykłe haczyki. W Jeleśni również częśd czasu poświęciłem na pisanie nowej książki.

2 IX 1949 r. Plan produkcji za sierpieo wykonaliśmy w 110,9 procentach, a plan wydajności w 106,8 procentach, natomiast ogólnie cały przemysł węglowy kuleje już od lipca. Plan półroczny PW wykonał tylko w 99,5 procentach.

25 IX 1949 r. Kurs dla wysuniętego dozoru został ukooczony i przeprowadzono egzamin. Trzech uczestników zdało z wynikiem bardzo dobrym, siedmiu - z dobrym, a trzech - z dostatecznym.

14 X 1949 r. Za miesiąc sierpieo uzyskaliśmy wskaźnik wypadkowości 19, co jest najlepszym wynikiem w całym Zjednoczeniu, które miało średni wskaźnik - 32,6.

22 X 1949 r. Ogólnie przemysł węglowy kiepsko stoi z planem, do normy brak mu 500 tysięcy ton. W związku z powyższym CZPW wydało szereg zarządzeo odnośnie do obłożenia frontu, dyscypliny itp. W kopalni „Kazimierz”, ze względu na znaczną grubośd pokładu i silne tąpania, nie stosowało się dotychczas mechanicznego urabiania węgla. Ponieważ jednak uruchomiliśmy oddział ścianowy w pokładzie o średniej grubości, wobec tego zastosowaliśmy wrębiarki. Wrębiarzy znalazłem między naszymi górnikami, którzy dawniej pracowali w kopalniach mających cienkie pokłady, wybierane z wrębem. Wybranych górników-wrębiarzy oraz mechaników przewidzianych do napraw wrębiarek posłałem jeszcze na kilka dni do kopalni N. stosującej w dużym zakresie wrębienie węgla w ścianach. Dla dokładnego poznania organizacji pracy w ścianach prowadzonych z podsadzką płynną, z mechanicznym urabianiem, zrobiłem również wycieczkę na dół kopalni N. z dozorem technicznym.

16 XI 1949 r. Za ubiegły miesiąc zdobyliśmy znowu pierwsze w Zjednoczeniu miejsce pod względem bezpieczeostwa pracy, mając wskaźnik wypadkowości 19 przy średniej zjednoczenia 35,98. Nasze oddziały IV, VII i XI nie miały w październiku ani jednego wypadku.

18 XI 1949 r. Kiedy zjechałem na dół, poczułem w głównym chodniku wentylacyjnym wschodnim zapach węglowodorów aromatycznych. Do głównego prądu dochodziło powietrze z kilku pochylni, musiałem więc sprawdzid kolejno na wszystkich skrzyżowaniach chodnika z pochylniami, skąd gazy wychodzą. Okazało się, że źródłem ich jest pochylnia 6. Poszedłem nią w dół i zlokalizowałem dokładnie miejsce zagrożone ogniem. Znajdowało się ono w chodniku poziomym przecinającym w poprzek gruby pokład. Ponad obudową były tu wysokie wyrwy zaklocowane drewnem. Pokład był spękany na dużej wysokości i tu właśnie zaczął się proces samozapalania węgla. Likwidacja tego zagrożenia przez wykopywanie zagrzanego węgla byłaby tu niebezpieczna ze względu na znaczą wysokośd wyrobiska i utrudniony dostęp z powodu drewnianych kozłów. Podsadzid chodnika również nie było można, gdyż szło nim powietrze z całego oddziału. Pozostało więc tylko jedno wyjście, a mianowicie zrobid tzw. oganiankę, czyli obicie z desek wzdłuż chodnika i otamowaną przestrzeo podsadzid dokładnie piaskiem. Wymagało to jednak dużo pracy, a z budową oganianek należało się spieszyd, zanim wyjdą dymy. Zatelefonowałem natychmiast do kierownika podsadzki

i kazałem mu przystąpid zaraz do budowy oganianek. Za pół godziny przybył już na miejsce kierownik z tamiarzami i zaczęli budowad oganianki na długości, którą im wskazałem. Jak później przyznał mi się kierownik podsadzki, ani on, ani tamiarze nie czuli żadnych gazów i dziwili się, dlaczego robię taki gwałt, jakby się już paliło.

22 XI 1949 r. Praca przy oganiankach prowadzona była forsownie na trzy zmiany i już ją ukooczono, gdy z góry zaczął się wydzielad dym. Teraz już nie był groźny - puszczono zaraz podsadzkę i ogieo został stłumiony w zarodku. Gdybym w odpowiednim czasie nie spostrzegł zagrożenia, nie byłoby czasu na przygotowanie oganianek i dla zwalczania ognia trzeba by podsadzid chodnik, co spowodowałoby zastawienie oddziału na kilka miesięcy.

24 XI 1949 r. Dzisiaj w południe wykonaliśmy zadania produkcyjne przewidziane dla nas planem trzyletniem i zaczynamy już wydobycie na konto planu sześcioletniego.

3 XII 1949 r. W wigilię „Barburki” w godzinach wieczornych wyciągnęliśmy z dołu wózek z milionową toną węgla, wydobytego w bieżącym roku. Od chwili wyzwolenia kopalni przekroczyliśmy po raz pierwszy milion ton rocznego wydobycia. O godzinie 16 wykonaliśmy roczny plan produkcji i do kooca roku damy naszemu paostwu dodatkowo ponad plan około 44 tysięcy ton węgla.

Rok 1950 18 II 1950 r. Zostałem dyrektorem kopalni „Klimontów-Mortimer” i w dniu dzisiejszym objąłem oficjalnie obie kopalnie. Dotychczasowy dyrektor inż. O. został odwołany i od jutra przeniesiony do Zjednoczenia. Niezbyt logicznie postępują nasze władze przeznaczając jeden dzieo na przejęcie tak dużych zakładów pracy jak kopalnie. Tak kopalnia „Klimontów”, jak i „Mortimer” nie wykonują planu produkcji, a ja zamiast mied czas na gruntowne poznanie całości zakładu, jego planów rozwojowych i przyczyn niewykonywania planów produkcji, będę musiał od razu załatwiad stosy papierków przychodzących i wysyłanych, załatwiad bieżące sprawy administracyjne, techniczne i personalne oraz decydowad o różnych bardzo ważnych sprawach, nie znając jeszcze kopalni ani jej załogi. Gdyby przynajmniej zawiadowca pozostał stary i mógł kierowad, tak jak powinien, ruchem technicznym, nie byłoby mi jeszcze tak trudno. Równocześnie jednak ze zmianą dyrektora nastąpiła również zmiana zawiadowcy kopalni „Klimontów” i nowo mianowany zawiadowca nie zna wcale tej kopalni. Poprzedni zawiadowca będzie pracował nadal w kopalni w charakterze mego asystenta, ale, jak się

zorientowałem, jest wystraszony (był aresztowany) i na pewno trudno będzie mu się zdobyd na jakieś rozstrzygające decyzje, niezbędne przy prowadzeniu ruchu.

22 II 1950 r. Zakład nasz składa się z dwóch kopalo, „Klimontowa” i „Mortimera”, odległych od siebie o 5 km. Dwukrotnie większa jest „Klimontów”, toteż tu jest siedziba dyrekcji. Obie kopalnie mają oddzielnych zawiadowców, głównych mechaników i kierowników powierzchni. Obie były zastawione i zatopione przez kapitalistów w okresie kryzysu w 1933 r. Niemcy w czasie okupacji odtopili kopalnię „Klimontów” i częściowo kopalnię „Mortimer” i rozpoczęli już w nich produkcję z tym, że węgiel z „Mortimera” wydobywany był, i jest jeszcze w dalszym ciągu, tylko z górnych części kopalni za pomocą upadowej, a szyby są nadal zatopione. Kopalnię odtapia się nadal pompami wiszącymi, zainstalowanymi w szybie „Jadwiga”, mającym połączenie wyrobiskami podziemnymi z „Mortimerem”. Obie kopalnie są rozwojowe i mają szereg poważnych robót inwestycyjnych. W dozorze technicznym brak sił wykwalifikowanych. Wystarczy nadmienid, że w obu kopalniach nie ma ani jednego inżyniera. Funkcje w dozorze wyższym sprawują technicy, a nawet osoby bez żadnego dyplomu, a w dozorze średnim i niższym nie ma ani jednego doświadczonego technika (jest tylko kilku młodych techników, którzy ukooczyli szkołę w ubiegłym roku lub dwa lata temu). Większośd stanowisk w dozorze obsadzonych jest przez byłych robotników, awansowanych bez żadnego dodatkowego przeszkolenia. Większośd z nich nie umiała sobie wyrobid dotychczas odpowiedniego autorytetu wśród swych obecnych podwładnych, a dawnych towarzyszy pracy. Ponadto w „Klimontowie” panuje kumoterstwo wynikające z pokrewieostwa i przyjaźni dozoru z załogą. Chciałbym jak najprędzej poznad cały Zakład i wszystkie jego trudności, ale na przeszkodzie stoją mi ciągłe konferencje. I tak na przykład dzisiaj byłem na konferencji w Okręgowym Urzędzie Górniczym, a zaledwie stamtąd wróciłem, już musiałem iśd na zebranie rady zakładowej, gdzie wysłuchałem bolączek załogi i dowiedziałem się o różnego rodzaju zaniedbaniach i brakach.

23 II 1950 r. Konferencja w Katowicach z nowo mianowanym ministrem górnictwa R. Nieszporkiem. Obecnie nie należymy już do Ministerstwa Przemysłu, lecz mamy własne Ministerstwo Górnictwa. Tematem konferencji były sprawy produkcji, inwestycji, planowania i nowego premiowania.

24 II 1950 r. Konferencja z przedstawicielem MG w sprawie otwarcia kopalni łupku laterytowego. Na terenie obszaru górniczego kopalni „Mortimer” znajdowała się mała kopalnia łupku laterytowego stanowiącego cenny surowiec na cegły szamotowe itp. Kopalnię tę zastawiono w 1946 r., a obecnie MG poleciło nam uruchomid produkcję łupku. Ponieważ stara kopalnia została całkowicie zlikwidowana i nic po niej nie zostało, praktycznie trzeba więc zaprojektowad i przygotowad całkiem nową kopalnię na nowym terenie. Dochodzą tu jeszcze kłopoty z prywatnymi właścicielami gruntów,

na których wypada założyd kopalnię. Trzeba będzie załatwid formalnie wywłaszczenie za pośrednictwem OUG.

12 III 1950 r. W oddziale IV nastąpił zawał ściany prowadzonej w drugiej warstwie, lecz nie po piasku, ale po caliźnie pozostawionej przy wybieraniu pierwszej warstwy. Błędy sprzed kilku lat mszczą się jeszcze teraz, gdyż na tzw. wyspy węglowe, pozostawione między zrobami, koncentruje się bardzo duże ciśnienie górotworu. Przodowy górnik zorientował się w porę, że grozi niebezpieczeostwo, i wycofał dwudziestoosobową załogę ściany, zanim nastąpił zawał.

16 III 1950 r. Na konferencji wytwórczej w Zjednoczeniu omówiono najpierw wyniki poszczególnych kopalo za miesiąc luty. Ponieważ planu wydobycia nie dała tylko kopalnia „Klimontów-Mortimer” (97,09 procentu), więc analizowano ją szczegółowo. Dyrektor techniczny Zjednoczenia stwierdził, że w wyścigu o wykonanie planu trzyletniego kopalnia nasza zaniedbała roboty przygotowawcze i brak jej obecnie frontu wybierania, zaniedbano również transport oraz utrzymanie wyrobisk.

2 IV 1950 r. Z wielkim trudem wykonaliśmy wreszcie plan produkcji w 100,5 procentu. „Klimontów” dał 104,1 a „Mortimer” - 93,6 procentu.

6 IV 1950 r. Konferencja w Katowicach w Ministerstwie Górnictwa z ministrem górnictwa. W związku z nowym dekretem o absencji plan musi byd wykonywany w zwykłe dni i w niedziele zaplanowane, natomiast w pozostałe niedziele nie wolno pracowad bez pozwolenia MG. Stosownie do „Karty Górnika” będą nadawane stopnie górnicze i wydawane mundury górnicze. Należy przygotowad listy pracowników, przestrzegad dekretu o dyscyplinie, a pracowników po czterech nieusprawiedliwionych „bumelkach” oddawad do sądu. Wykonywanie zarządzeo będzie sprawdzane przez prokuratorów i dyrektorzy nie przestrzegający dekretu będą pociągani do odpowiedzialności sądowej.

2 V 1950 r. Plan za kwiecieo nie został wykonany, gdyż niezależnie od szeregu starych przeszkód doszedł jeszcze poważny brak załogi. Do wykonania obecnego planu wydobycia brakuje 140 ludzi w „Klimontowie” i 48 w „Mortimerze”. W związku z „Kartą Górnika” otrzymałem dyplom dyrektora stopnia III.

20 V 1950 r. Konferencja w MG w sprawie bhp. W związku z katastrofą w kopalni „Jankowice”, w której od wybuchu metanu zginęło dwudziestu dziewięciu ludzi, rząd powołał komisję dla zbadania sprawy bezpieczeostwa kopalo. W skład jej wchodzą cztery podkomisje, między innymi gazowo-pożarowa, do której został powołany dyr. dr Cybulski, mgr inż. Herman, prof. dr Budryk, dyr. inż. Cehak, a z „ruchowców” - ja. Przewodniczącym podkomisji jest dr Cybulski. Podkomisja ma przeanalizowad problem i dad odpowiednie wnioski w sprawie zwalczania zagrożenia gazowego, pyłowego, pożarowego i tąpao. Każdy z członków musi opracowad odpowiednie referaty zakooczone konkretnymi wnioskami. Ja dostałem zadanie opracowania sposobu zwalczania pożarów i tąpao.

6 VI 1950 r. Za maj znowu nie wykonaliśmy planu. Cierpię za winy popełnione nie przeze mnie, lecz przez poprzedników. Cierpię podwójnie - moralnie i materialnie, gdyż mam teraz jedną trzecią tego, co zarabiałem jako zawiadowca kopalni „Kazimierz”. Przy obecnym systemie płac pensje są bowiem niskie, a właściwy zarobek daje premia od wykonania planu. Załogi nadal brakuje, analizuję więc pracochłonnośd - czy nie ma gdzieś przerostów, a prócz tego zrobię próbę szybkościowego przekładania przenośnika pancernego w ścianach, aby zaoszczędzid na przekładkarzach.

17 VII 1950 r. Szybkościowa przekładka pancerza udała się i obecnie brygada ścianowa po wybraniu węgla sama przekłada pancerz w ciągu pół godziny. Umożliwia to wykonanie w ścianie dwóch cykli na dobę i daje oszczędnośd dwunastu ludzi (przekładkarzy). Stopniowo zmieniam również kierunek eksploatacji. Dotychczas ściany wybierały węgiel w kierunku „do granicy”, co powodowało bardzo duże trudności w utrzymaniu chodników i taśmociągów, które się w nich znajdowały. Obecnie większośd ścian wybiera już w kierunku „od granicy” - ciśnienie górotworu znacznie się zmniejszyło, chodniki łatwiej utrzymad i można odpowiednio konserwowad taśmociągi. W kopalni „Mortimer” prowadzi się bardzo intensywnie roboty przygotowawcze w celu rozcięcia nowej partii węgla za uskokiem i uzupełnienia frontu wybierania. Obecnie przystępujemy do remontu kapitalnego maszyny wyciągowej w szybie „Władysław”, który potrwa dziesięd dni. Równocześnie wymieni się koła linowe na wieży wyciągowej. W tym czasie kopalnia będzie mogła wydobywad tylko jedną trzecią urobku i wyciągad go szybem pomocniczym „Jan”.

7-8 X 1950 r. Kiedy usunęliśmy już większośd trudności i kopalnia zaczęła dawad plan wydobycia, wieczorem między drugą i trzecią zmianą wybuchł gwałtowny pożar w oddziale II kopalni „Klimontów”. Gdy przyszli ludzie z trzeciej zmiany, ogieo tak się już rozwinął, że nie można go było bezpośrednio stłumid, tym bardziej że rury podsadzkowe znajdowały się w zadymionej części i nie można ich było skierowad do ognia i zlikwidowad go przez podsadzenie. Wróciłem akurat do kopalni z konferencji i zaraz zjechałem na dół zbadad osobiście sytuację i kierowad bezpośrednio akcją pożarową, a na powierzchni zostawiłem w biurze jako dyżurnego swego asystenta. Sytuacja była bardzo groźna, ogieo posuwał się szybko w kierunku świeżego powietrza i groziło odwrócenie prądów powietrza. Przed ogniem na pochylni postawiliśmy tymczasową tamę ogniową, a równocześnie na chodniku głównym kazałem zrobid tamę zabezpieczającą przed odwróceniem prądu powietrza oraz ostateczną tamę ogniową z wrębem do zdrowej calizny węglowej. Ze względu na duże nachylenie pokładu (około 38 stopni) ogieo posuwał się z góry pochylni z szybkością 50 m/zm i istniała obawa, że dojdzie na chodnik główny, zanim zrobimy tu ostateczną tamę. Na pochylni mającej 200 m długości postawiliśmy kolejno cztery tamy tymczasowe z desek, lecz ogieo szybko dochodził do nich i zapalał je. Dla wstrzymania tempa przesuwania się ognia poleciłem rozerwad przenośnik hamujący i z koryt stalowych ułożyd wysoką zaporę poprzeczną, zabezpieczającą przed toczeniem się rozżarzonych kawałków węgla i palącej się obudowy drewnianej. To poskutkowało i zyskaliśmy trochę na czasie. Zajęty akcją w górze pochylni, zostałem zaalarmowany, że przy tamie bezpieczeostwa na chodniku głównym czud gazy ogniowe. Pobiegłem tam szybko i stwierdziłem, że sprawdziły się moje obawy o możliwośd odwrócenia prądów powietrza. Na szczęście tamę, którą kazałem zrobid, już kooczono: deski były przybite i uszczelniano ją gliną i wapnem. Resztę pracy ukooczyli ratownicy w aparatach, gdyż detektorem stwierdziłem obecnośd tlenku węgla. W kopalni byłem bez przerwy 36 godzin, dopóki ogieo nie został całkowicie zatamowany. Mimo bardzo groźnego pożaru dzięki natychmiastowej i racjonalnej akcji nie było żadnych ofiar w ludziach i ogieo został otamowany w rekordowo krótkim czasie. Powstała jednak strata frontu wybierania i nowe trudności z wykonaniem planu. Przyczyna pożaru nie została zbadana, lecz był to na pewno ogieo zewnętrzny, prawdopodobnie powstał wskutek zwarcia w kablach elektrycznych.

6 XI 1950 r. Kopalnia „Klimontów-Mortimer” została wreszcie rozdzielona na dwie odrębne jednostki produkcyjne z osobnymi dyrekcjami. Mając wybór zdecydowałem się objąd „Mortimera”, do którego przyłączono również kopalnię łupku laterytowego i odwadnianie kopalni „Porąbka”. Mogę teraz zająd się więcej dołem kopalni, zaopatrzeniem i uzupełnieniem braków w załodze. Postarałem się o auto do przewożenia pracowników ze wsi odległych o 30 km i w ten sposób uzupełnione zostały braki w załodze. Front wybierania jest już częściowo przygotowany i kopalnia będzie mogła systematycznie wykonywad plan.

1 XII 1950 r. Za listopad wykonaliśmy 115,5 procentu planu produkcji.

Paostwowe Wydawnictwa Techniczne wydały drugą moją książkę fachową, którą napisałem jeszcze w ubiegłym roku.

2 XII 1950 r. Dzisiaj byłem w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, gdzie otrzymałem dyplom inżyniera górnika na podstawie ukooczenia kursu dla wyższego dozoru górniczego i złożonej pracy dyplomowej.

Rok 1951

To był wspaniały renesans kopalni Mortimer”, kopalni skazanej na zagładę przez przedwojennych kapitalistów i tak długo borykającej się z trudnościami w ubiegłym roku. Załoga pokazała, na co ją stad, jeśli tylko zapewni się jej odpowiednie warunki techniczne, a przede wszystkim front wybierania i sprawną odstawę. Załoga nie zniechęciła się niepowodzeniami w ubiegłym roku i teraz systematycznie wykonywała plan produkcji z nadwyżką i już w drugim kwartale wysunęła się na czoło wszystkich kopalo przemysłu węglowego. Na pozycji tej utrzymała się do kooca, wykonując jako pierwsza plan roczny dnia 16 XI 51 r. Na początku obecnego roku podkomisja gazowo-pożarowa zakooczyła swą działalnośd, przedstawiając komisji rządowej odpowiednie wnioski. Zostałem jednak zaraz powołany do komisji wentylacyjno-pożarowej działającej przy Głównym Instytucie Górniczym. Wytężona i nerwowa praca nadszarpnęła moje zdrowie, zachorowałem na nadciśnienie. Dla podratowania zdrowia dostałem z MG skierowanie do sanatorium „Patria” w Krynicy od 1 XII do 28 XII 51 r. Niestety, nie mogłem tam wyjechad we właściwym terminie, wybuchł bowiem poważny pożar w kopalni „Klimontów”, który spowodował wstrzymanie produkcji prawie w całej kopalni. Ponieważ znałem „Klimontów”, Ministerstwo Górnictwa wyznaczyło mnie do kierowania akcją przy gaszeniu pożaru. Do Krynicy pojechałem dopiero 7 grudnia, już po zlikwidowaniu ognia.

Piotr Szafnicki H2 + KUDAM3
17 stycznia 1945 r. Do godziny 14 byłem kierownikiem technicznym gazowni „Petrikau”. Moje pobory miesięczne określone na podstawie Tarifverordnung für nichtdeutsche Angestellte stanowiły równoważnik dwóch kilogramów masła. O godzinie 14 ostatni Werkschutze w popłochu opuścili fabrykę. Spłoszona detonacjami pocisków zmiana popołudniowa nie przybyła do roboty .W całej fabryce jestem z żoną i dozorcą nocnym. Zamykam bramę zakładu, sprawdzam załadowanie generatorów. Zbliża się zmierzch. Słychad detonacje pocisków i nawet widad łuny. Godzina 18. Do bramy stukają dwaj żołnierze ubrani w białe ubrania. Słychad okrzyki: „Leiter! Leiter!” Chodzi nie o kierownika, lecz o drabinę. Otrzymaną drabinę przystawiają do słupa telefonicznego, próbują połączyd się z lotniskiem. Z miną zawiedzioną opuszczają teren. Już nie ma połączenia i możliwości odwrotu. Odgłosy strzałów zbliżają się. Około godziny 23 zamykam wyjście gazu na miasto. Łącznie z dozorcą ładuję generator, schodzę do magazynu, chowam papierosy deputatowe pracowników pod worki. Obchodzę z dozorcą teren, potem do piwnicy z żoną. Strzały coraz bardziej się zbliżają. Około 2 w nocy zdrzemnąłem się. Jest 4 rano, jeszcze ciemno. Budzi mnie silny szczekający stukot strzałów. Powtarza się rytmicznie co 10-15 minut. Po dwóch godzinach około 6 rano wychodzę z piwnicy. Na korytarzu spotyka mnie dozorca z okrzykiem: „Panie kierowniku, już są Ruscy i Polacy!”

18 stycznia rano Brama gazowni jeszcze zamknięta. Wolno obchodzę teren szukając zniszczeo lub niewypałów. W zbiornikach mam jeszcze 600 metrów sześciennych gazu. Około 8 rano wolno otwieram sied miejską obniżając ciśnienie do minimum. Jeżeli nie przyjdą pracownicy, trzeba będzie wygasid piece. Sam ładuję generator. Około 9 rano przychodzą pierwsi pracownicy. Wszyscy są weseli, sprawdzają swe miejsca pracy. Szybko zdejmujemy szyld „Gaswerk Petrikau”. Już niedługo umieścimy nowy: „Gazownia Miejska Piotrków”.

18 stycznia po południu Danka czuje się dobrze (jest w ostatnich dniach ciąży). Zmiana popołudniowa przyszła w komplecie, mogę iśd na Cmentarną sprawdzid, jak rodzina przetrzymała przejście frontu. Przed bramą gazowni stoi milicjant z karabinem. Ma z piętnaście lat. Koledzy przynoszą mu naboje do karabinu i ciągle strzela w powietrze. Idę do niego i mówię: „Przestao, kolego, podziurawisz nam zbiorniki”. Usłuchał, ale za pół godziny chętka strzelania wróciła. Idę do Zarządu Miejskiego, proszę o zmianę milicjanta. Udało się, dali nowego. Ma z osiemnaście lat, ale już nie strzela. Przychodzą meldunki o uszkodzeniach sieci i instalacji. Stan załogi tak liczny, że od jutra rana przystępujemy do normalnej pracy sieciowej.
3

KUDAM — inicjały imion córek (Katarzyna, Urszula, Dorota, Agnieszka, Małgosia)

Aha, dzisiaj były moje urodziny. Skooczyłem dwadzieścia siedem łat. Jak zaczynała się wojna, miałem dwadzieścia jeden i pół.

Marzec Wrócił z obozu przedwojenny kierownik gazowni, który uciekł z Piotrkowa w czasie wojny. Danka urodziła córeczkę. Ma na imię Kasia. Za pierwszy litr mleka dałem koszulę damską. Pieluszki mamy od Januszków. Przywieźli po powstaniu sztukę materiału z Warszawy. Wszyscy gdzieś jadą, przecież my też musimy się ruszyd. Siedzied w Piotrkowie nie ma sensu. Kierownikiem gazowni zostałem wykupując się z łapanki na roboty do Rzeszy. Chyba pojedziemy do Gdaoska, bo znamy dobrze teren z okresu przedwojennego. Nawet poznaliśmy się tam z Danką na wakacjach w 1937 roku. Jak to było okrutnie dawno. Ile się od tego czasu zmieniło!

Kwiecień Zaopatrzony w odpowiednie przepustki odbywam podróż służbową do Katowic. Cel - zakupienie rur i surowców produkcyjnych. Ładują mi wagon kartofli, za które będę kupował materiały. Oprócz tego przekazują przez Bank Związku Spółek Zarobkowych kilkadziesiąt tysięcy złotych. Mam czek na okaziciela płatny w oddziale katowickim. Zabawny incydent w Katowicach. Prawda, iż mimo stanowiska nie wyglądam jak na Katowice zbyt reprezentacyjnie. Buty kartkowe z przydziału niemieckiego, ubranie z wełny bez wełny i kurtka z płaszcza wojskowego. Jeden z kolegów dał mi worek na książki, które ma u rodziny. Jechałem oczywiście wagonem z kartoflami. Po przyjeździe do Katowic poszedłem do banku. Kładę czek i Kennkartę. Urzędnik ogląda czek (w Katowicach jest wszystko przedwojennie), idzie do kierownika kasy i spod łokcia pokazuje mnie, stojącego przy kasie. Szkoda, że nie mogłem sfilmowad jego twarzy, jak się dowiedział, że nie chcę odebrad gotówki, tylko proszę o otwarcie mi rachunku. Kartofle zamieniłem na rury, siarkę, wodę amoniakalną i karbid. Wracam zadowolony z powrotem siedząc na moim wagonie. Jazda trwa dwa dni. W nocy w Łazach poszedłem się ogrzad. Ukradli mi worek naftaliny. Myśleli, że cukier. Już nie zejdę z wagonu do samego Piotrkowa. Po dwóch dniach wtaczają mnie na bocznicę gazowni. Idę spad do domu. Pięd dni nie spałem w łóżku.

Początek czerwca Muszę jechad do Gdaoska. Wrócił jeden kolega i opowiada, że tam są olbrzymie możliwości. Organizuje się politechnika. Może ja i Danka będziemy mogli pracowad i kontynuowad studia. Wyruszę sam, a Dankę z Katarzyną zabiorę, jak już się urządzę.

Gdańsk, 24.8.1945 r. Moje Kochane! Siedzę na korytarzu w dawnym gmachu tramwajów, gdzie obecnie mieści się Inspektorat Przedsiębiorstw Miejskich. Jestem w nastroju bojowym. Albo odbiorę papiery i wracam

do Piotrkowa, albo też wywalczę sobie tutaj takie warunki, które umożliwią nam przebywanie na tym terenie i utrzymanie nas trojga. Nie wyobrażasz sobie, jaki tu zbiór ignorantów, a jednocześnie megalomanów. Im kto mniej wie, tym bardziej zadziera nosa. Wobec braku forsy w wypadku zaangażowania mnie tutaj musimy się natychmiast przenieśd do Gdaoska. Jak widad z tutejszych cen, muszę uzyskad minimalnie: mieszkanie, trochę opału i co najmniej 3 tysiące złotych miesięcznie. Biorą mnie na czas. Czekam na odpowiedź w sprawie zaangażowania już trzy godziny. Zaciąłem się i przetrzymam, aż nastąpi łaskawe przesłuchanie. Zdaje mi się, że warunki pracy nie będą złe. Gazownia ogromna i pełna ciekawych urządzeo, tylko już zaangażowani ludzie załatwiają sprawy i podejmują decyzje przez całe dwa tygodnie. Skąd przywędrowały takie typy? Słyszę odgłosy rozmów zza drzwi. Wyraźnie robią mnie na czas. Rozmawiają o przedwojennych czasach w Warszawie. Mimo wyczerpania wojennego przeżywam chyba okres największej chęci do działania...

Gdańsk, niedziela 26.8.1945 r. Jak zauważyłaś z początku listu, poprzednie dnie były bardzo bojowe. Sławny egzamin, na który czekałem przez cztery godziny, wyglądał następująco: Pokazano mi plan sieci miejskiej i pytano, czy umiem go czytad, odpowiedziałem, że praktykant ślusarski w gazowni jest obowiązany umied odszukad rurę pod ziemią. Po tej odpowiedzi uznano moje wiadomości teoretyczne i praktyczne za dostateczne. Wracamy do fabryki na obiad składający się z krupniku i kotleta wołowego. W czasie obiadu zaczynam dusid dyrektora o warunki płacy. Żądam mieszkania po miesiącu próbnym. On proponuje mi stanowisko kierownika sieci gazowej. Płaca niewiadoma. Utrzymanie dla Ciebie i mnie w stołówce fabrycznej. Mieszkanie w blokach fabrycznych -- trzy pokoje z centralnym. Mówi, iż podoba się mu moja odwaga cywilna i walczenie o warunki. Jest samotny, nie rozumie, ile wysiłku kosztuje utrzymanie żony z dzieckiem w tych warunkach. Miraż mieszkania decyduje. Wyrażam zgodę. Jesteś od 1 września żoną kierownika sieci gazowni miejskiej w Gdaosku. Jedziemy po potwierdzenie nominacji do inspektoratu. Inspektor, tym razem łaskawszy, przyjmuje po piętnastu minutach. Podaje mi rękę i mówi: „Przypominam sobie, Że rano pan naurągał tu na porządki (po dwóch tygodniach oczekiwania na głodno na odpowiedź). Z sądami należy byd ostrożnym, póki się nie zbada istoty rzeczy. Ale zasadniczo pan mi się podoba i ostatecznie jestem skłonny zezwolid na zatrudnienie pana na stanowisku kierownika sieci. Gdyby jednak wykazał pan nieudolnośd, zostanie pan usunięty po upływie jednego miesiąca.” Podziękowałem i za piętnaście minut miałem pismo nominacyjne. Jesteś więc potwierdzoną na piśmie żoną kierownika sieci gazowni w Gdaosku. Jadę do Was po swoje rzeczy, 1 września muszę byd w pracy.

Gdańsk-Oliwa, 3.9.1945 r. Moje Kochane! Pracuję. Wstaję codziennie o 6 rano, aby na 7.30 zajechad do roboty. Biuro mam w baraku. Cztery pokoje pełne niemieckich akt dotyczących rozbudowy sieci gazowni. Ucieszono się, że przyjechałem. Dowiedziałem się, że tymczasem był w gazowni budowniczy gazowni, inżynier Kłobukowski, który wydał o mnie taką opinię: „Jak się go trochę przypilnuje, bo jest roztrzepany, to nadaje się nawet na dyrektora naczelnego”. W każdym razie inspektor patrzy na mnie przychylniejszym okiem, bo Kłobukowski to autorytet. Osadzono mnie w baraku z napisem

wykonanym na zwykłym papierze: „biuro techniczne”. Mam gabinet i trzy pokoje dla przyszłych pracowników. Barak jest taki niemiecki, papierowy. Zacząłem urzędowanie od wydania sprzątaczkom niemieckim polecenia posprzątania śladów po szczurach. Sądząc po ilości śladów, chyba wszystkie szczury z dawnego portu w Gdaosku mieszkają w mym biurze. Po południu byłem u dyrektora i prosiłem o szybkie wyremontowanie mieszkania, bo chcę sprowadzid żonę i dziecko. Zrobi się. W poniedziałek, czyli dziś, 8 kilometrów do pracy jechałem półtorej godziny (koleją z Oliwy do Gdaoska). Zabrałem się do sortowania stert planów, wyrzuconych z szaf i półek przez poszukiwaczy (ale czego?). No, sortuję i sortuję. O pierwszej obiad: krupnik i fasola z mięsem. Porcje duże, ale zjadłbym dwa razy więcej. Dopycham się chlebem. Zaraz po otrzymaniu tego listu szykuj rzeczy do wyjazdu. Możliwe, że jak będzie mieszkanie, to w przyszły poniedziałek pojadę po Was. Będę jutro prosił, aby mi przygotowali chociaż jeden pokój. Wiem, że też nie masz pieniędzy, ale tutaj chociaż wydają obiady. Jutro atakuję o przyspieszenie pokoju, napiszę Ci, czy plan się udał i czy za tydzieo będziemy razem. Teraz będę pracował jak wół, aby móc Was zabrad. Mówią, że będą płacid za pracę w nadgodzinach. Od dzisiaj pracuję do dziesiątej wieczór. Chciałbym, abyś 15 września była już tutaj...

Gdańsk, niedziela 9.9. 1945 r. Spotkałem Jurka, mego kolegę z gimnazjum. Ma maleokie wolne mieszkanko we własnym domu dwa pokoiki strychowe, łącznie z 15 m2, i trochę mebli. Dyrektor powiedział mi, że na służbowe mieszkanie mogę liczyd za dwa do trzech miesięcy, bo spóźniają się kredyty na remonty. Wprowadzamy się do Jurka. Stryszek to stryszek, ale jest trochę węgla w piwnicy i rupieci do zagarnięcia. Jak dostaniemy mieszkanie służbowe, wtedy to damy jakimś młodym studentom. To jest taka kawalerka, jak miałem przed wojną na Naruszewicza w Warszawie. Jestem całkowicie zakopany w papierach. Akta moich poprzedników bardzo ciekawe, tylko że nikt nie przychodzi do pracy, aby pomóc w ich sortowaniu. Jestem kierownikiem jednoosobowego wydziału, ale pracuję za to przez piętnaście godzin dziennie. Ciekawe, czy będzie wypłata za nadgodziny, gdyż ona warunkuje wyjazd po Was. Chwilowo jest raczej głodno na fabrycznym obiedzie dojadanym suchym chlebem.

Październik Już jesteśmy razem w Gdaosku. Wreszcie około 20 października otrzymałem mieszkanie w gazowni. Prace przy odbudowie sieci gazowej w pełnym toku. Wobec braku rąk do pracy sam zrobiłem afisze na dworcu w Gdaosku i Wrzeszczu, iż przyjmuję pracowników fizycznych i umysłowych do pracy w Wydziale Sieci Gazowni. Zmontowałem dwie brygady. Główna zachęta do pracy to obiady. Musimy odbudowad co najmniej 60 km sieci, aby można było uruchomid gazownię. Brakuje fachowców. Poszukując ich, mało nie dostałem się do kryminału. Od dawna pozostałe w gazowni Niemki (przeważnie żony byłych pracowników) twierdziły, iż ich mężowie przebywający w obozie w Sztumie są specjalistami. Przeprowadziłem ankietę i ustaliłem listę dwudziestu rzemieślników i majstrów dawnej gazowni, znajdujących się w obozie. Po zatwierdzeniu listy przez prezydenta miasta zaniosłem ją do Urzędu Bezpieczeostwa. Tam zapytano mnie, skąd wiem, gdzie się znajdują wymienione na liście osoby, odpowiedziałem, że od żon zatrzymanych.

- A więc zbiera pan informacje, gdzie przebywają zatrzymani? Będzie pan zatrzymany. Informuję, że całą sprawę omówiłem z prezydentem miasta. Sprawdzają. Na szczęście był w gabinecie i potwierdził moje słowa, wobec czego zwolniono mnie, lecz pracowników zdobyd mi się nie udało. Przed kilku dniami znów otrzymuję telefon z bezpieczeostwa, abym natychmiast przyjechał. Przyjeżdżam i co zastaję? Cała brygada, która pracowała przy odbudowie sieci w Nowym Porcie, jest w komplecie. - O co chodzi? - Czy to paoscy ludzie? - Tak. - Czy wie pan, czym oni się zajmują? - Naprawą rurociągu średnioprężnego do Nowego Portu. - Zostali przez nas zatrzymani, jak kradli drugi z kolei wagon cukru. - W jaki sposób? - Pracując przy torach wycinali dno wagonu i wybierali dołem cukier. - Proszę panów, jak ich zatrzymacie, cukru i tak z powrotem nie będzie, a ja stracę brygady do odbudowy, które kompletowałem przez dwa miesiące. Sied gazowa nie będzie uruchomiona, bo ludzie nie chcą przyjśd do pracy. Uważam, iż możecie załatwid z nimi tak, aby już im się odechciało kraśd. I brygada wróciła do pracy.

Listopad - grudzień Mam dodatkowe honorowe zajęcie. Od kilku tygodni przywożą nam do palenia w kotłowni akta niemieckich przedsiębiorstw. Są tego całe fury. Po południu, gdy Dania wychodzi na spacer z Kasią, idę pod piecownię i przeglądam akta. Obecnie trafiłem na serię dokumentów, dotyczących urządzeo do wytwarzania wodoru, oraz odnoszących się do budowy silników tleno-wodorowych. Odkładam teczki do szczegółowej penetracji. Z akt widad, iż na terenie Gdaoska, gdzieś w dawnej stoczni, są urządzenia do wytwarzania wodoru dla prób silników tleno-wodorowych. W niedzielę robię wycieczkę w stronę Letniewa. Koło Amady jest pewna fabryka z wyglądu zewnętrznego zgodna z planem. Udało mi się wejśd przez dziurę w płocie. Są urządzenia częściowo zdemontowane. Napisałem do prezydenta miasta z prośbą o zezwolenie na zajęcie obiektu w imieniu gazowni. Otrzymałem prawo zajęcia i opieczętowania urządzeo. Ledwo to zrobiłem, przyjechał samochód z Warszawy po prądnice. Odmówiłem wydania bez decyzji prezydenta miasta. Gośd się odgrażał, ale do prezydium nie pojechał. Kazałem postawid strażnika na terenie. W wolnych chwilach (wieczorem) układam akta, aby odczytad całą technologię. Założyłem sobie, iż w przyszłym roku spróbujemy uruchomid jedno z urządzeo. Przed nowym rokiem dostałem kupon w jodełkę na pierwsze

powojenne ubranie. Dance kupiłem buty na gwiazdkę. Kosztowały 4 000 złotych - moją miesięczną pensję, otrzymaną jako gratyfikacja od prezydenta miasta za odbudowę połowy sieci. W marcu powinna ruszyd gazownia. Z przychodzących do pracy 20% pozostaje, reszta odpływa najczęściej niespodzianie, z narzędziami, stąd ogromne braki nawet zwykłych szpadli. Naprawiając sied, robimy cudowne rzeczy. Wczoraj dyrygowałem przesunięciem chyba czterdziestotonowego czołgu, który rozkraczył się na rurociągu pod Wrzeszczem. Trzeba przyznad, że ludzie pracują z zapałem i fantazją. Amatorów do penetracji czołgu w poszukiwaniu min zgłosiło się na ochotnika pół brygady. Musiałem wyznaczad do pracy.

Boże Narodzenie Pierwsze powojenne święta. Dania za kilka tygodni spodziewa się drugiego dziecka. Kasia w lutym skooczy pierwszy rok. W gazowni ciągłe trudności z wypłatami. Brygada montażowa wróciła zła z Nowego Portu, a tu wypłata przesunięta o dwa dni. Jak im to zakomunikowałem, chcieli mnie pobid. Jakoś ich wypchnąłem z pokoju. Może mnie jednak lubią, chod mi kiedyś wrzucili przez okno kamieo do pokoju, gdzie spała Katarzynka. Strasznie są pobudliwi. Przyszli pierwsi pracownicy umysłowi, już mamy z grubsza uporządkowane akta sieci. Nawet zrobiłem dla Gdaoskiej Dyrekcji Odbudowy pierwszy kosztorys odbudowy sieci gazowej Gdaosk - Gdynia. Dostałem dodatkowe wynagrodzenie 5 000 złotych. Mamy uroczyste święta z prawdziwym schabem i ciastem. Może od stycznia przestaniemy się żywid zupą ze stołówki. Akta elektrolizy wodoru uporządkowane. Technologia odczytana. Można rozpocząd próby uruchamiania. Wybrałem do tej pracy kilku starych gazowników najpoważniejszych i najostrożniejszych. Trzeba będzie zacząd rozruch koło maja. Do kwietnia wszyscy będą zajęci uruchamianiem gazowni. W styczniu jadę po rury na Śląsk. Chwilowo naprawiamy sied, kradnąc rury wodociągom miejskim w Gdyni. Mają oni nie zakopane rury ułożone w kierunku Gdaoska na szosie (jeszcze niemieckie). Wysyłam ekipy i codziennie przywożą do gazowni trzy, cztery sztangi, którymi reperujemy sied. Rury o drobniejszych przekrojach wyszukujemy po zagruzowanych składach portowych. Ciągłe kryzysy gotówkowe, wywoływane nierytmicznym wypłacaniem poborów, są chyba największą zmorą pracy. Pogoo za gotówką powoduje zaniedbanie robót i tak ciągle: albo zaległości w pracy, albo długi.

23 stycznia 1946 r. Dobrze, że przyspieszyłem swój powrót z Katowic na urodziny Dani (24 stycznia). Otóż wczoraj Danka była sama w domu. O godzinie 9 wieczór poczuła bóle, a tu nikogo w mieszkaniu oprócz jedenastomiesięcznej Kasi. Zeszła na dół do kolegi B. z prośbą o pomoc. Ten wystraszony poleciał do dyrektora, obudził go i poprosił o samochód do szpitala. Wzięli strażnika i ciężarówkę z szoferem fabrycznym. Zajechali do szpitala Akademii Medycznej akurat w momencie urodzenia. Mała Kasia pozostała sama w domu. Przyszła Niemka, pani Mindt, ale nie umiała rozmawiad z Kasią, więc ta ryczała prawie bez przerwy do mego powrotu.

W szpitalu nie ma ani jednej szyby. Ktoś wysadzał w pobliżu zebrane niewypały. Okna są zakryte kocami. Dania leży na dużej sali. Jak przyszedłem, płakała. Widok raczej ponury. Depeszuję po teściową. Może przyjedzie. W fabryce pełno roboty. Prace przygotowawcze do rozruchu coraz bardziej mnie absorbują. Mamy uszkodzone zbiorniki. Ogłosiliśmy w listopadzie przetarg na ich reperację. Zgłosiła się jedna firma prywatna za 3 miliony złotych. Stocznia za 2 miliony złotych i druga stocznia za... 150 000 złotych. Okazało się, że ta ostatnia wyznaczyła tak niską cenę, bo nie widziała wcale roboty, tylko przysłała ofertę w odpowiedzi na ogłoszenie. Teraz, wobec komplikacji przy odbudowie, zgodnie z umową jest nam winna za same kary konwencjonalne już 2 miliony złotych i zbiornik ma zrobid za darmo. Podobno wyrzucili pracownika, który miał opracowad ofertę po obejrzeniu zbiornika, a zrobił to na odległośd, ale i tak przez tego gamonia i targi ze stocznią odbudowa zbiornika spóźniła mi się o dwa miesiące. Wreszcie powoli zbiornik doprowadzamy do ładu sami. Najwyższy czas, bo w lutym oddelegowani pracownicy z Grudziądza zaczynają rozpalad nam piece. Na Wielkanoc może będziemy piekli babki na gazowych kuchenkach.

24 stycznia Jestem w szpitalu u Dani. Przynoszą małą Urszulkę. To urodziny Dani. Kupiłem w prywatnym sklepiku tabliczkę czekolady. Nie chce jeśd, płacze.

Luty Zacząłem myśled o studiach. Trzeba nawiązad do uprzednich na Politechnice Warszawskiej. Byłem w dziekanacie Wydziału Elektrycznego. Wszystkie papiery mego rocznika zniszczone. Trzeba będzie szukad kolegów i profesorów, aby odtworzyli zdane egzaminy. Muszę to załatwid do jesieni, bo od października praca na politechnice w Gdaosku ruszy prawie normalnie. W domu makabra. Danka wróciła ze szpitala z małą Urszulką, a tymczasem Katarzyna choruje na koklusz. Mimo zapewnieo lekarza, że dla maleostwa nie jest to zaraźliwe, staramy się trzymad je osobno. Całe szczęście, że przyjechała babcia. Może będzie trochę lżej.

Kwiecień Wreszcie uruchomienie gazowni. W koocowej fazie robót remontowych przybył do nas nowy dyrektor - nestor gazownictwa polskiego. Pod jego kierownictwem otwarcie gazowni z przedwojenną pompą. A więc przemówienia i przemówienia, potem przyjęcie dla wszystkich pracowników w świetlicy. Jest nas już dwieście pięddziesiąt osób. Moja siedemdziesięcioosobowa grupka sieciowa jakoś zapomniała o dawnych urazach, podrzucała mnie do góry. Musiałem wypid chyba z litr piwa i innych napojów alkoholowych. Efekt -- gdy wieczorem kolega odprowadził mnie do domu, Dania krzyknęła w drzwiach: „Boże! Piotr jest prawdziwym mężczyzną - jest naprawdę pijany!” Następnego dnia po uroczystym otwarciu, uruchomienie pierwszego odbioru gazu we Wrzeszczu. Znowu mowy dyrektora, tym razem w obecności jakiegoś urzędnika miejskiego, ja z ludźmi sprawdzam instalacje w domu i pouczam, jak się obchodzid z gazem. W czasie uruchamiania odbiorów szereg komicznych

wypadków. Włączamy gaz w mieszkaniu chłopa z Wileoszczyzny. Zapaliliśmy kuchenkę gazową, pouczamy, jak gasid i zapalad. Schodzimy do następnego mieszkania. Za 10-15 minut wpada wściekła żona poprzedniego odbiorcy. „Panie, proszę natychmiast to wyłączyd! Ledwo udało mi się szmatami zdusid ogieo na kuchni, a teraz śmierdzi i śmierdzi, że w mieszkania nie można wytrzymad.” Przez całą noc drukuję na maszynie ulotkę dla konsumentów. Najgorsze, że cały dzieo muszę jeździd i kontrolowad ekipy włączające. W każdym mieszkaniu po uruchomieniu gazu oczywiście poczęstunek, tak że po czterech, pięciu godzinach trzeba ich, mimo protestów, wycofywad z pracy. W ciągu kwietnia włączono dwa tysiące abonentów i to bez poważniejszego wypadku. Oddajemy do eksploatacji północne dzielnice Wrzeszcza. Przy Alei Wojska Polskiego zdarzył mi się poważny wypadek. Rano idąc do gazowni zwróciłem uwagę, że zbiornik jest niepokojąco pusty. Biegnę do maszynowni, zaglądam do raportu oddania gazu na miasto. Zużycie gazu przez miasto od godziny 2 w nocy większe o 800 metrów sześciennych na godzinę niż normalnie. Całe 15 000 metrów sześciennych zapasu zbiornikowego poszło do miasta. Coś niedobrze. Każę obniżyd ciśnienie przesyłanego gazu do minimum. Odbiór nie spada. A więc nie awaria na sieci. Około godziny 7 przez bramę jedzie samochód pogotowia sieci z Wrzeszcza. Dowiaduję się, że coś się dzieje na stacji rozprężania w Alei Wojska: zbiegowisko i „podskakujące” klapy od włazów. Od razu uświadomiłem sobie, o co chodzi. Przecież przez noc miała pracowad tam brygada naprawcza, aby rano usunąd uszkodzenie. Widocznie zlekceważyli pracę i odeszli. Z szybu pod ziemią wydobywa się kilkaset metrów sześciennych gazu na godzinę i cud, że jeszcze nie ma pożaru od zaiskrzonych włazów lub od rzuconej przez któregoś z gapiów zapałki czy niedopałka papierosa. Co robid? Nie mamy aparatów tlenowych i masek, a trzeba wejśd do szybu, aby zamknąd lub zasklepid zawór. Wsiadam do pogotowia. Wydaję polecenie - jechad środkiem ulicy na klaksonie. Szofer Włoch leci jak wariat - chyba za 10 minut będziemy na miejscu. Zbiegowisko ze stu ludzi nasłuchujących szumu wypływającego spod włazów tunelu reduktorowni gazu. Wołam z całej siły: „Proszę natychmiast odejśd! Niebezpieczeostwo wybuchu!” Ludzie powoli się usunęli. Każę otworzyd włazy. W ciemnym tunelu nic nie widad. Umawiam się z szoferem, że idę pod ziemią 6-8 metrów na prawo. Gdybym nie wyszedł, należy mnie tam szukad. Biegnę po rurach, jest zawór, ale otwarty. Wstrzymując oddech, kręcę zaworem. Jeszcze kilkanaście obrotów, ale muszę zaczerpnąd powietrza, kręcąc zawór, słyszę jeszcze syczenie gazu. Ostatkiem woli podbiegam do otworu włazowego i wyciągam do góry ręce. Wyciągają mnie. Tracę przytomnośd. Budzę się w samochodzie, pojony mlekiem. Przez następne sześd tygodni temperatura ciała 35 do 35,5 °C. Najmniejszy wysiłek wywołuje poty i bicie serca. Nie mogę pomagad nawet przy kąpieli dzieci. Na uroczystości uruchomienia gazowni dostałem złoty dyplom pionierstwa i zasługi. Bardziej mnie cieszy 5 000 złotych - nagroda pełnomocnika rządu do spraw Wybrzeża. Mamy na wiosenne ubiory. Teraz, kiedy gazownia ruszyła, może pensje będą wypłacane regularnie i w domu nie będą się zdarzad kryzysy gotówkowe, przeżywane makaronem z grochem i margaryną. Zobaczymy.

Czerwiec W ciągu maja zakooczyliśmy pierwszy etap przyłączeo. Razem 15 tysięcy abonentów. Teraz rozpoczynamy drugi etap odbudowy, podłączenie Oliwy. Roboty coraz więcej. Jeżeli będę chciał jednocześnie studiowad, nie wytrzymam. Rozmawiałem z dyrektorem technicznym. Proponuje mi pracę asystenta produkcji. Taka jego dłuższa ręka w zakładzie. Jednocześnie chce mi powierzyd

rozruch stacji elektrolizy, przejętej w zeszłym roku. Chętnie godzę się. Mniejszy personel do zarządzania, ciekawa aparatura, zupełnie w kraju nie znana. Od początku czerwca przekazałem memu zastępcy Wydział Sieci. Jestem teraz kierownikiem Zakładu Elektrolizy. Zabrałem sobie najlepszych szesnastu pracowników z sieci. Powoli, element po elemencie, prawie po omacku uruchamiamy agregaty, transformatory, prądnice. Badamy stan techniczny elektrolizera, aparatury kontrolno-mierniczej. No cóż, trochę się boję. Z wodorem nie przelewki, brak jakiegokolwiek doświadczenia. Wprawdzie w hucie „Florian” pracuje jedna elektroliza, uruchomiona jeszcze za Niemców i przez personel niemiecki. Nikt nic nie wie. Po wielu zabiegach, w koocu miesiąca wyprodukowaliśmy pierwszą butlę wodoru. Małe święto zakładowe. Wypuszczamy „baloniki” napełnione wodorem w powietrze. Obiecywano mi za ów sukces, o którym pisało nawet „Życie Warszawy”, mieszkanie w przyzwoitej dzielnicy we Wrzeszczu. Znowu nie wyszło i pewno nadal będziemy mieszkad chwilowo przy fabryce w familijniakach. Trochę to kłopotliwe, bo z kominów lecą sadze i dzieci wracają ze spaceru podobne do Murzynów. Sukces z uruchomieniem elektrolizy dał natomiast w efekcie trochę darów UNRRA. Paczki zdarzają się raz na dwa miesiące. W środku same niespodzianki, jak na przykład szynka na słodko. Ja dostałem znowu materiał na ubranie, Dania na kostium, oboje po parze butów. Podwyższono mi pensję na 8 000 złotych przy cenie masła 400 złotych za kilogram. Pełne uruchomienie zakładu elektrolizy natrafia na trudności wobec wyszabrowanych części urządzeo. Szukam podobnych po całym kraju.

Gdańsk 16.7.1946 r. Kochany Józku! Piszę do Ciebie, bo może na Śląsku znajdziesz gdzie w rupieciarni wzbudnicę4 do prądnicy prądu stałego. Skradziony agregat miał cechy Siemens Schuckert GGdG56 9.1.A. 2 kW. 1470 obr. 8. Znalazł. Kupiłem za 5 000 złotych. Uruchamiam drugi agregat.

Styczeń 1947 r. Sukcesy na politechnice nienadzwyczajne. Ciągle zajęcia kolidują z pracą zawodową. W domu (ciągle stare mieszkanie) mimo dzieci zaczynamy się uczyd oboje z Danią. Może i ona od września wróci na studia, na swoją architekturę. Zobaczymy. Chwilowo zimno i kłopoty z opałem. To śmieszne dysponuję tonami węgla, a w domu ledwo 15°C. Deputat węglowy sam pchałem wózkiem do domu. Wywołało to sensację. Podejrzewają pana kierownika o dziwactwo, a ja po prostu nie miałem 30 złotych, które trzeba dad za przywiezienie. Otrzymałem wezwanie do Warszawy do Ministerstwa Przemysłu. Pojechałem. Zapytano, czy to ja uruchomiłem zakład elektrolizy w Gdaosku. Powiadam, że tak, to istotnie ja. Kazano mi wracad do Gdaoska. Wróciłem.

4

Wzbudnica — mała prądnica dostarczająca prąd dla magnesów generatora prądu stałego.

Luty Dostałem podwyżkę na 12 000 złotych miesięcznie. Może zaczniemy na serio wiązad koniec z koocem. Znowu wezwanie do Warszawy, tym razem do Biura Rewindykacji i Odszkodowao Wojennych. Pojechałem. Dyrektor Biura zakomunikował mi, Że w najbliższym czasie zostanę powołany do wojska jako ekspert, do służby zagranicznej. Zdębiałem. Za tydzieo przychodzi do domu żołnierz, wręcza bilet kolejowy. Mam natychmiast jechad do MON-u do Warszawy. Pojechałem. Obejrzeli mnie, kazali zostawid fotografię (znowu wydatek) i wracad do Gdaoska. Wróciłem. Aha, zapytali mnie, czy służyłem w wojsku. Byłem przed wojną w Legii Akademickiej, w stopniu szeregowca.

Marzec Z mieszkania służbowego, które miało byd nagrodą za uruchomienie elektrolizy, nici. Ale odważnym szczęście sprzyja! Ludzie z sieci donieśli mi, że we Wrzeszczu jeden dom opuszcza Armia Radziecka. Radzą mi wprowadzad się na siłę, a potem legalizowad. Podobno jest to jedyna droga do mieszkania, jak się nie ma pieniędzy. Obiecują pomoc przy przeprowadzce. Wykorzystując Wielkanoc, szturmuję nowe mieszkanie. Po trzydniowych tarapatach mieszkam na ulicy Mickiewicza we Wrzeszczu. Mam nowe mieszkanie, nareszcie ze słoocem, z dala od komina fabrycznego i wyziewów siarkowodoru. Jest nawet mały ogródek.

Kwiecień Po złożeniu wielu podao dostałem formalny przydział na siłą zajęte mieszkanie. Znowu wezwanie do Warszawy. Mam się natychmiast skontaktowad z fabryką „Rokita” w Brzegu Dolnym, dla której potrzeb będę powołany do wojska. Jadę do „Rokity”. Fabryka w polu pod siatką. Były tam urządzenia elektrochemiczne chlorowni. Całkowicie są zszabrowane lub zabrane. Oglądam resztki układów. Personel mieszka w „hotelu-nędza”. W „Rokicie” zbiegowisko miłych pionierówinżynierów. Pracują bez pieniędzy. Żywią się zupą i paczkami UNRRA. Starają się zorganizowad utylizację resztek surowców pozostawionych przez Niemców. Podoba mi się w „Rokicie”. Szkoda, że ma się balast rodziny i nie można znowu mieszkad w warunkach „hotelu-nędza”.

Maj Znowu wojskowe wezwanie do Warszawy. Jadę samolotem. Rozmowa w MON-ie. Pytają mnie, jaki chcę stopieo wojskowy. Skromnie mówię: podporucznik. Po chwili wysłuchuję rozkazu, mianującego mnie kapitanem tytularnym do służby zagranicznej. Pierwszy raz rozumiem potęgę prasy. Oto skutki drobnej notatki w „Życiu Warszawy” o uruchomieniu elektrolizy. Kompletowano wówczas ekipę demontażową do chlorowni Krefeld Urdingen. Ponieważ ja właśnie uruchomiłem urządzenie elektrolityczne, więc podpadłem. Wracam do Gdaoska jako kapitan tytularny. Mam całą pakę materiałów mundurowych. Mam byd gotowy w lipcu do wyjazdu na rok do

Niemiec Zachodnich jako ekspert przy Brytyjskiej Armii Okupacji Renu. Jak to wszystko opowiedziałem Dance, myślała, że bujam lub jestem pijany. Trzeba przerwad studia (drugi raz w życiu). Trochę smutne, ale to jedyna okazja. Wykorzystuję bibliotekę politechniczną. Pilnie wertuję podręczniki elektrochemii. Za dwa miesiące w drogę.

Warszawa, 30.7.1947 r. godz. 20 Kochane Moje! Już ruszam na podbój świata. Odprawa do odjazdu ma się odbyd jutro o 10 rano. Rozumie się, jak zawsze krucho z forsą. Kupuję trochę żywności na drogę, szmalcu i sadła. Przed opuszczeniem Polski napiszę z Poznania...

Suchteln, 10.8.1947 r. Kochane Moje! Już wczoraj przybyliśmy do miejsca naszego zamieszkania. Jest to maleokie miasteczko na zachód od Renu na wysokości Düsseldorfu. Opowiadam od początku: Z Bad Salzuflen pojechaliśmy autostradą do Krefeldu. Takie małe 300 km wśród gór. Szosa cudowna. Wyobraźcie sobie dwie najszersze nasze szosy koło siebie, przedzielone trawnikiem, bez żadnych skrzyżowao ciągnące się wstęgą przez malownicze okolice. Oglądając się dookoła, podziwiad muszę spryt Niemców, którzy w tak krótkim czasie po pierwszej wojnie wybudowali to wszystko. Domy dookoła szosy bardzo dostatnie. Kilka razy lepiej wyposażone w maszyny i urządzenia niż w okolicy Gdaoska. Miasta, przez które przejeżdżamy (autostrada zasadniczo omija miasta), mają główne ulice dwukrotnie szersze od przedwojennej Marszałkowskiej. Na każdym słupku na szosie angielskie i niemieckie napisy. Przejeżdżamy przez Krefeld, zbombardowany w śródmieściu jak Warszawa. Wreszcie Suchteln. Miasteczko jak Oliwa. Za miasteczkiem nasza willa - miejsce naszego zamieszkania na wiele miesięcy „T-Force Hotel Green Mess”. Wewnątrz wykooczenie luksusowe przypomina przedwojenne czasy. Przez podjazd dochodzimy do hallu. Kwiaty piękne. Chyba z piętnaście osób służby. W hallu na dole komplety mebli klubowych, pianino, bar i tarcza do wbijania strzałek. Kwaterują nas parami w pokojach. Najpiękniejsza rzecz to łazienka. Przypomina tę, którą oglądaliśmy w willi Greisera w Gdaosku. Dostajemy angielski obiad. Na deser ananas w śmietanie. Za całodzienne utrzymanie mamy płacid Jej Królewskiej Mości 1 szylinga. Czyli za dwadzieścia dni 1 funta. Żołd mam 40 funtów miesięcznie, a samochód używany kosztuje 120 funtów. Rozumiesz, przez kilka dni stałem się krezusem. Za oszczędności z diet z jednego tygodnia mógłbym kupid radio! Czy Ty to rozumiesz? W sklepach niemieckich nic nie ma, tylko guziki. Mamy samochód z szoferem. Do miejsca pracy 30 km. Wracamy codziennie na obiad i z powrotem do pracy. Anglicy to się chyba trochę nami brzydzą. Nie siadają razem z nami do stołu, tylko później bez nas zjadają swe posiłki. Pal diabli, jest sztywno i uczuciowo zimno, ale płacą i można oszczędzid.

Suchteln, 17.8.1947 r. Dziś upływa pierwszy tydzieo naszego pobytu. Towarzysze pracy bardzo sympatyczni. Upał tutaj niemożliwy. Temperatura waha się około 35° w cieniu. Obecnie będę miał więcej zajęcia, bo muszę się zająd wyszukaniem części do kompresorów. Demontaż chlorowni na serio zacznie się chyba dopiero za dwa tygodnie.

Danusiu, jak Ci idzie praca na politechnice? Trochę mi szkoda, że znów przerwałem studia, ale może zgromadzę tutaj kapitały, aby je kontynuowad po powrocie.

Suchteln, 28.8.1947 r. Przyglądam się moim współtowarzyszom doli. Każdy przede wszystkim myśli o swojej rodzinie w kraju. Wszystko jedno, czy ma lat trzydzieści, czy pięddziesiąt. Wszyscy kochają bardziej swe żony niż dzieci. Jak wpadną do jakiegoś angielskiego sklepu podarunkowego, to zaraz zakupy - apaszki, kredki do ust, perfumy - same niepraktyczne rzeczy, których w kraju nie ma. Na dnie walizek wszyscy składają swe skarby. Oszczędzone paczki cukierków i czekolad z cotygodniowego urzędowego przydziału... Że ja tak robię, to się oczywiście nie dziwię, jesteśmy wszak dopiero cztery lata po ślubie, ale tutaj są tacy, co mają już kilkunastoletnie latorośle i też dla nich składają czekolady odejmowane sobie od deserowych porcji. Wydaje mi się, że paostwo powinno wszystkich swych opozycjonistów wysyład za granicę. Patrząc z odległości tych 800 km widzi się wszystko jaśniej. I to, co już w kraju się zrobiło, wydaje się naprawdę dużym dziełem. Chyba przez walkę z trudnościami technicznymi wyrobił się w naszym narodzie taki spryt. Widzę, że zarówno Niemcy, jak i Anglicy, patrzą z podziwem, jak sobie dajemy radę z demontażem. Każdy z nas ma kilka rozwiązao w głowie wtedy, kiedy Anglik lub Niemiec oczekuje na właściwe narzędzie pracy. Szkoda, że nie mogę im pokazad, w jakich warunkach technicznych prowadziłem odbudowę sieci gazowej i zakładu elektrolizy...

Suchteln, 21.9.1947 r. Kochane Moje! Żeby nie przytomnośd umysłu jednego z kolegów prawdopodobnie otrzymałybyście w proszku moje kochane zwłoki. A było to tak. Po zdemontowaniu części aparatury, na czwartej kondygnacji (wysokośd około 24 m) inwentaryzowałem z jednym z kolegów otwory na reaktory. Idę sobie więc spokojnie do tyłu z miarką taśmową. Nagle mój kolega mówi spokojnie: „Panie Piotrze, proszę pół kroku bliżej przyłożyd miarę”. Postąpiłem więc pół kroku bliżej i pytam go, dlaczego w tym miejscu mierzyd. „Bo niech się pan odwróci!” Okazało się, że idąc tyłem z miarką w ręku stanąłem na krawędzi otworu połową obcasów. Pod spodem było te 24 metry. Dzięki jego zawołaniu postąpiłem te pół kroku do przodu i nie spadłem w otwór.

Suchteln, 30.12.1947 r. Przedwczoraj była mała uroczystośd. Zapakowaliśmy pięddziesiąt wagonów maszyn. Podległa nam brygada byłych esesmanów, pracująca przy rozbiórce, chciała się nam przymilid (chodzi o obiecaną puszkę boczku na człowieka). Rano pięddziesiąty wagon był załadowany i kredą narysowana pięddziesiątka w laurowym wianuszku i napis: „Niech żyje Polsku”. Nie wiem, czy w Warszawie w czasie wojny, mimo większego głodu, ktoś zrobiłby taki napis na wysyłanych maszynach nawet za 100 kg boczku. Boczku i tak nie dostali, bo nie przyszedł transport z kraju. Ale co napis był, to był.

18 styczeń 1948 r. Zapis w kalendarzu: January 18. Sunday - 2nd after Epiphany. Skooczyłem lat 30. Śmieszne co?

26 lutego W drodze powrotnej do kraju. Cały dzieo łażę po Berlinie, aby coś kupid dla Dani i dzieci. Mam wiadomośd, że trzecie w drodze. To przyspieszyło mój powrót. Wracam do kraju z pewnym uczuciem podobnym jak przy wchodzeniu do zimnej wody. W czasie pobytu w Niemczech przyzwyczaiłem się do luksusu życiowego, którego w Polsce jeszcze przez wiele lat nie będziemy mieli. Kiedy jednak powstała możliwośd powrotu do domu części ekipy, jakoś natychmiast zdecydowałem się. Może chęd bezpośredniego współdziałania w zwyciężaniu przeciwności życiowych, a może po prostu romantyczna duma. W Bad Oeynhausen ostatni wieczór w urządzonej w stylu amerykaoskim kawiarni. Siedzę przy przydmionym świetle w fotelu i piję gin. Tłumaczę sam sobie, że nie robię głupstwa wracając. Nie bardzo jestem przekonany. Po przyjeździe do Berlina bliskośd Polski mobilizuje. Biegam po różnych dziurach na Kurfürstendamm, aby wybrad najbardziej atrakcyjne i najbardziej opłacalne finansowo przedmioty. A więc bielizna jedwabna z „Ballonseide”. Buty. Lalki. Dla lokaty trochę żyletek i gumy. Będzie na pokrycie długów, jakie Dania musiała zaciągnąd, aby utrzymad dom. Bilans techniczny pobytu: Udział w demontażu wielkiego zespołu produkcyjnego, przyuczenie się (za papierosy) w montażu i eksploatacji urządzeo do elektrolitycznego wytwarzania wodoru. Zarobek namacalny - wyreperowane złotem braki w zębach (szesnaście sztuk). Kilkadziesiąt par nożyczek i kilka tysięcy żyletek - do handlu, jako zapas gotówkowy.

29 luty Jestem nareszcie u nas w domu. Jutro z powrotem do gazowni.

Gdańsk, 19.5.1948 r. Szanowny i Miły Panie Kierowniku Ekipy 1068! Nie wiem, czy przeżywa Pan po powrocie to samo, ale ja w pierwszych dniach czułem się jak człowiek, który uparł się jechad dorożką po autostradzie. Dopiero w jakie dwa miesiące nabrałem z powrotem zapału do rozwiązywania codziennych zagadnieo życiowych. Dziś jestem już w zupełnej formie i szturmuję odważnie twierdzę zwaną „minimum utrzymania rodziny”. Czasy Suchteln wspominam jako miły, chod trochę dziwny sen. Czasem widzę ten zakręt w St. Tonis lub piękne błękitne oczy tego esesmana, który za puszkę boczku fałszował listy przewozowe, dublując dla nas wysyłki aluminium... Raz byłem w Dworach. Dowiedziałem się, że ze zdemontowanej przez nas fabryczki chcą robid 1000 ton chloru rocznie. Patrzyłem, jak wyładowywali na hura po balach nasze wieże z pierścieniami Raschiga5 wykładane gumą, któreśmy z taką pieczołowitością i trudem układali na wagonach, jak dzieci w kołysce. Podobno akord za wyładunek. Zresztą większośd pierścieni Raschiga została wysypana jako podkładka dla budowy drogi. Jakoś mi to się skojarzyło z
5

Pierścienie Raschiga — pierścienie ceramiczne używane w urządzeniach chemicznych dla zwiększenia powierzchni czynnej.

Pana spojrzeniem na mnie, gdy przez nieuwagę dopuściłem do tego, iż przy dźwiganiu filtra Kelli6 lina obdarła kawałek wykładziny gumowej. Tutaj nikt się z urządzeniami nie cacka. Wanny leżą pokotem na sobie, a deszcz spłukuje warstwę środka zabezpieczającego przed korozją. Pytałem, czy jestem im potrzebny do ewentualnego ustawienia. Zapytano: „Czy nie ma pan gdzie pracowad?” Odpowiedziałem: „Mam - jestem nadal w gazowni w Gdaosku”. „To jak będzie pan nam potrzebny, to sobie pana odnajdziemy...” Wobec powyższego oddałem do archiwum moje skrupulatne oznaczenia i opisy demontażowe. Ciekawe, czy kiedykolwiek ktoś do nich zajrzy...

Czerwiec Dyrektor gazowni to byczy człowiek. Pyta mnie-po powrocie, czy zechcę organizowad biuro projektów i rozbudowy gazowni. Ponieważ zgadzam się, poleca mi przez pół roku przejśd trzytygodniowy staż kolejno na wszystkich stanowiskach w gazowni, od majstra placowego do mojego obecnego stanowiska. Stałem się więc asystentem dyrektora i co trzy tygodnie zmieniam stanowisko. Poznaję moją gazownię od każdej śrubki i każdego problemu. W koocu czerwca przeżyłem pierwszy większy sabotaż w fabryce. Byłem właśnie kierownikiem ruchu (według rozkładu stażu), gdy nad ranem przyjeżdża do domu pogotowie gazowni. Natychmiast do pracy. Co się stało? Przyjeżdżamy na teren fabryki. Cały zakład pokryty ciężkim brązowym dymem. Wpadam na teren. Co się stało? Majster Banos raportuje - około trzeciej nad ranem gaz przestał przechodzid do oczyszczalni. Nie możemy otworzyd upustu gazu z pieców. Spowodowało to nadciśnienie w aparatowni i uszkodzenie wszystkich zabezpieczeo. Dwaj ludzie, którzy badali przyczynę uszkodzeo, są już nieprzytomni w ambulatorium. Podają mi jedyny aparat tlenowy, jakim dysponuje zakład. Idę szukad przyczyny. Ktoś zakręcił główny zawór na przewodzie gazowym o średnicy 1 metra między aparatownią i oczyszczalnią, młotem uszkadzając trzpieo zaworu. Jednocześnie w identyczny sposób uszkodził zawór odlotu gazu z piecowni. Piece są załadowane, przez następne 8-10 godzin po 3000 metrów sześciennych gazu będzie się wydostawało przez bezpieczniki w budynku aparatowni. Jedna iskra w tej sytuacji załatwi całą sprawę. Na ochotnika staje ekipa dwunastu pracowników. Zdejmujemy buty, aby nie iskrzyd gwoździami i jazda zalewad syfony. Trwa to sześd godzin. W tym czasie każdy z nas przynajmniej dwa razy jest cucony na trawie. Cały personel dopomaga w ratowaniu zakładu, około dziesiątej rano sytuacja jest opanowana. Udało się rozkręcid zawór odlotowy z pieców i skierowad wytwarzany gaz w powietrze. Teraz tylko pozalewad zawory i otworzyd normalny ruch. Około dwunastej w południe fabryka pracuje i można sobie mdled na dowolny okres czasu. Wszyscy poklepują się radośnie. Domyślamy się, kto to zrobił. Jeden z podmistrzów, odjeżdżając do Niemiec, wyprawił nam na ostatek taki bal...

Grudzień Mój staż ma się ku koocowi. Oprócz sabotażu w czerwcu, miałem jeszcze tylko drobny kłopot w Boże Narodzenie. W Wigilię po południu kolej wstawiła mi sześddziesiąt wagonów węgla do rozładunku. Ponieważ moja lokomotywa przetokowa już świętowała, poprosiłem przy pomocy podarunku świątecznego, aby mi kolej przesunęła wagony pod rampę rozładowczą swoją lokomotywą. Ale była
6

Filtr Kelli — filtr używany w produkcji solanki dla elektrolizy chloru.

to lokomotywa dziewięddziesięciotonowa i na zakręcie na terenie fabryki wyskoczyła mi z szyn. Cały pierwszy dzieo świąt i częśd drugiego mordowaliśmy się, aby ją naprowadzid z powrotem na szyny. Robiono to metodą wojenno-wojskową. (Robotą dyrygował jeden kapral saper, który służył w baonach kolejowych w Rosji.) Strasznie zabawne, kiedy dziewięddziesięciotonowa lokomotywa podskakuje jak żaba, aby wskoczyd na tory, ale wolałbym już drugi raz w życiu tego nie oglądad. Jednak udało się i tylko sztangi boczne były trochę pokrzywione. Na stutonowe lewary trzeba by czekad chyba ze dwa tygodnie, a postojowe od sześddziesięciu wagonów, które zablokowałaby lokomotywa przez te kilka dni na terenie, zjadłoby moje pobory chyba za 10 lat.

1 stycznia 1949 r. Dziś jestem kierownikiem Biura Rozbudowy i Planowania w funkcji wicedyrektora. Mam budynek, nadspodziewanie wysokie kredyty, wybranych z politechniki i zakładu kilkunastu pracowników. Rozpoczynamy jako wzorowa komórka opracowanie dokumentacji i nadzór nad rozbudową zakładu na gazownię okręgową, która ma zasilad okręg od Tczewa do Wejherowa. Tematy do opracowania ciekawe. Ruszamy z robotą.

Marzec Wstępne dokumentacje rozbudowy zatwierdzone. Poszczególne grupy robią skrócone dokumentacje. Przede wszystkim dokooczenie budów niemieckich. Kompresornia dalekosiężna, sied do Gdyni, budynek generatorów. Pożyczam blachę na pokrycie budynku generatorów w stoczni. Ciekawe, czy kiedyś ją oddamy? Ciągłe konferencje w Warszawie. Jako pracę zleconą montuję drugi elektrolizer w Zakładach Tłuszczowych im. Wróblewskiego z rupieci otrzymanych z rewindykacji z Niemiec.

Kwiecień Rozbudowa idzie jak z płatka. Personel -- szczególnie ten młody z politechniki - pracuje doskonale. 80% dokumentacji na rok 1950 mamy w portfelu. Jak pojechałem z tą dokumentacją do Warszawy -nie chcieli wierzyd.

Maj Zostaję powołany na przewodniczącego grupy technicznej do opracowania umowy zbiorowej dla gazownictwa. Cały miesiąc w Warszawie. Robota na poufnie, więc w jednej koszuli przywiezionej z sobą. Uczestniczy „czynnik społeczny”. 25 maja koncepcja umowy uchwalona. Za wypłacone diety kupiłem rower dla Katarzyny. Pierwsza propozycja przeniesienia do Warszawy do ministerstwa. Odpowiedziałem negatywnie, bo w Gdaosku już jakoś się żyje, a tu jeszcze w większości dzielnic z węglem w wiaderku.

Czerwiec Zdaje mi się, że zbliża się okres obfitości. A zaczęło się tak. W początku czerwca przyjechał przedstawiciel dyrekcji Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych z następującą propozycją. Na

terenie zakładu znajduje się angielska aparatura do elektrolitycznego wytwarzania wodoru. Z pewnych względów nie chcą sprowadzad monterów angielskich. Proponują wykonad montaż pod moim kierownictwem. Warunki -- 200 000 złotych (starych) i premia, gdy wszystko dobrze pójdzie. Dla omówienia zlecenia proszą o przybycie do zakładu na ich koszt. Jadę. Dyrektor - przedwojenny warszawski adwokat, bardzo sympatyczny. Proponuje warunki, grozi na wypadek zawalenia roboty kryminałem na miejscu w Gorzowie. Waham się. Dodatkowy zarobek tej wielkości umożliwi nam wzięcie stałej służącej, a tym samym Dani kontynuację studiów mimo trojga dzieci. Po kilku dniach decyduję się. Rozpoczyna się życie w pociągu. Od poniedziałku do piątku w Gdaosku, sobota i niedziela w Gorzowie. Ponieważ w sobotę nie pracuję w Gdaosku, to sześd godzin odrabiam dyżurami ruchowymi w tygodniu. Najbardziej męczy droga Gdaosk-Gorzów i z powrotem. Zabiera ona noc, czyli łącznie dwie noce w tygodniu śpi się na siedzący w wagonie trzeciej klasy. Dobrze, że droga przez Chojnice nie ma zbyt wielu amatorów. Jednak z trudem odrywam się co piątek o jedenastej wieczór od bramy domu, aby wrócid szczęśliwy w poniedziałek nad ranem. Powoli rusza montaż. Wszystko jak zawsze się spóźnia, ale przed jesienią chyba uruchomimy jedną z aparatur.

Wrzesień Montaż pierwszej jednostki w Gorzowie na ukooczeniu. W Biurze Rozbudowy kooczymy projekty rozbudowy perspektywicznej na lata 1949-1955. Najgorsze, że w każdej wolnej chwili w domu zasypiam, a tu trzeba zajmowad się dziedmi, bo Dania zaczyna szykowad się do dyplomu. Rodzina patrzy na to krzywo, że ona będzie tytułowana, a ja jeszcze nie. Ale ja mam swoje wyrachowanie. Gdybym, nie daj Boże, gdzieś przez pomyłkę odkręcił zły zawór, jej jako architektowi na pewno będzie dużo lżej w życiu niż jako pomocniczej sile biurowej. Wypłacane zaliczki a conto montażu w Gorzowie unormowały sytuację finansową. Tylko ta sennośd co wieczór. Oboje z Danią podtrzymujemy się kawą Nesca, co rujnuje nasze finanse. Puszka na tydzieo. Ostatnio wyjeżdżając do Gorzowa biorę trochę kawy ze sobą. W barze mlecznym kupuję kawę zbożową i dosypuję Neski. Inaczej nie mógłbym dyrygowad montażem. I tak raz usnąłem na ławce w fabryce i podobno spałem przez trzy godziny.

Październik Zaczynamy się meblowad. Kazaliśmy zrobid tapczan do naszego pokoju. Do tej pory spaliśmy na siatkach z kołkami drewnianymi. Kto by to myślał, iż powoli będziemy wymieniad znalezione na strychu gazowni rupiecie meblowe na jakieś nowe sprzęty. W połowie października przychodzi do mnie imienne zaproszenie na konferencję organizacyjną Centralnego Zarządu Gazownictwa. Jadę. Propozycja zajęcia stanowiska szefa wykonawstwa inwestycji od 1 stycznia 1950 roku. Trochę to komplikuje sprawy rodzinne i montaż w Gorzowie, ale się chyba zdecyduję. Nie wiem, czy na tę propozycję wpłynął udział w komisji dla opracowania umowy zbiorowej przemysłu (wszyscy znajomi mi ten udział wytykają), czy też podobno rekordowe wyniki kierowanego przeze mnie Biura Projektów i Rozbudowy.

Listopad Montaż w Gorzowie ukooczony. Rozruch udany. Połowa aparatury w ruchu. No, udało się! Teraz trzeba szykowad drugi etap. Dochody za listopad 1949 roku Gorzów 33 516.-Gazownia 24 100.Premia 16 000.-Deputaty 12 000.-Razem 73 616.Jak na troje dzieci, żonę, teściową i siebie to skromnie, ale dosyd. Nawet powoli zaczynamy myśled o nowych ubraniach. Boże, jak się czasy zmieniają! Przecież przed niecałymi siedmioma laty brałem ślub w papierowym ubraniu. Oboje przysięgaliśmy sobie, że nigdy nie kupimy żadnego mebla.

Styczeń 1950 r. Takiego skomplikowanego trybu życia jeszcze nie prowadziłem. Normalny rozkład tygodnia wygląda następująco: poniedziałek do piątku - praca w Warszawie, noc z piątku na sobotę--jazda do Gorzowa (448 km - dwanaście godzin), sobota - nadzór nad montażem w Gorzowie, ( sobota, godzina 23, do niedzieli, godzina 5 - jazda do Gdaoska przez Chojnice, niedziela - pobyt w domu z dziedmi i rodziną, niedziela, godzina 22 -- odjazd do Warszawy, poniedziałek, godzina 9-- praca w CZG. Ciekawe, czy to długo wytrzymam? Podobno ten stan rzeczy ma trwad pół roku, aż zakooczę montaż i uruchomię zakład w Gorzowie, otrzymam wreszcie mieszkanie służbowe na Muranowie, Dania uzyska dyplom i będzie mogła byd z nami w Warszawie. Jednakże daje to również realne korzyści. Jako szef działu wykonawstwa inwestycyjnego CZG otrzymuję prawie 50 000 złotych miesięcznie. Gorzów też daje około 20 000 złotych. Za rozłąkę i oddelegowanie dochodzi około 15 000 złotych. Przez pięd dni pobytu w Warszawie mieszkam kątem u Januszków. W jednym pokoju ich dwoje, ja i ich mama. Razem cztery osoby.

Marzec Ciągłe prace organizacyjne. Konferencje i konferencje. Przejmowanie akt, ustalanie listy zakładów, wytyczanie pierwszych dyrektyw planów. Mieszkanie ciągle jeszcze widzialne w perspektywie kwartałów. Ciągła walka z sennością.

Maj To był wypadek. Przychodzę w czwartek z biura. Depesza. „Zawartośd wodoru w tlenie powyżej 15%. Prosimy natychmiast przyjechad. Gorzów.” Nawet nie wiem, na czyją interwencję dostałem bilet samolotowy do Poznania. Stamtąd samochodem na miejsce. Po przyjeździe kierownik oddziału, inżynier L., podaje mi analizy. Od kilkunastu godzin wszystkie wielokrotnie przewyższają granicę wybuchowości. Wpada dyrektor zakładu, wściekły. Oddział produkcyjny zużywający wodór od dziesięciu godzin wyłączony z produkcji, straty godzinowe idą w setki tysięcy złotych. Niedwuznacznie przypomina swe obietnice kryminału w wypadku niewłaściwego działania aparatury. Co pozostaje do roboty? Proszę o brygadę pracowników na trzy zmiany i łóżko na halę elektrolizy. Zaczynam demontaż i rozbieranie aparatury od odbieralników gazu. Kontroluję każdy szczegół i nie widzę żadnej przyczyny uszkodzenia. Po dwudziestu godzinach każę złożyd wszystko z powrotem. Ewakuuję załogę i uruchamiani aparaturę. Po chwili z działu analitycznego wynik „Nadal powyżej trzykrotnej granicy wybuchowości”. Decyduję się szukad przyczyny podczas eksploatacji - w takiej sytuacji najmniejsza nieostrożnośd - i nie będę miał już żadnych kłopotów, ani ja, ani zakład z aparaturą. Mija trzydziesta godzina postoju. Sprawdzanie wykazuje prawidłowośd działania aparatury. Decyduję się na pobranie próbki gazu bezpośrednio z aparatury. Wynik spalania wstępnego wskazuje, iż aparatura pracuje prawidłowo. Tymczasem z aparatury kontrolnej nadal meldunki: „Powyżej 10% tlenu w wodorze”. W czterdziestej godzinie naprawy mam przyczynę. Aparat do analizy gazu w układzie kontrolnym jest nieszczelny. Pobiera powietrze z zewnątrz i podaje fałszywe analizy. Czterdzieści godzin pracy bez snu z powodu dziurawego węża gumowego oraz braku orientacji i wprawy laboranta. Nawet nie miałem siły kląd. Teraz, gdy będzie meldunek, że granica wybuchowości gazu jest wielokrotnie przekroczona, rozpoczynam badanie aparatury przede wszystkim od ostrożnego jej uruchomienia.

Lipiec Już mam mieszkanie. Trzy pokoje (dwa razy po siedem i czternaście metrów kwadratowych), kuchnię i wygody na Muranowie w galeriowcu. Co prawda czwarte piętro i powierzchnia równa jednej trzeciej naszej powierzchni mieszkalnej w Gdaosku. Będzie ciasno i pewno żaden z naszych rupieci nie wejdzie do mieszkania. Ale wszystko jedno, byleby już nie jeździd jak komiwojażer do Gdaoska i z powrotem. Zresztą obiecują, iż niedługo wymienią mi mieszkanie na bardziej odpowiednie, ale „rozumiecie, kolego, chwilowo sytuacja przymusowa - tak jak na froncie”. W połowie lipca montaż i rozruch w Gorzowie zakooczone. Wydawało mi się, że teraz tylko dyplom Dani i już będziemy razem w Warszawie. Tymczasem wykooczenie mieszkania - kuchnia, łazienka i wygody - już mogą wykooczyd.

Wrzesień Podobno już za kilka dni nadejdą wanny i miski klozetowe i mieszkanie będzie kompletne. Chwilowo nie mogę sprowadzad rodziny, bo trudno nosid tak wysoko wodę do mycia, a małym dzieciom z czwartego piętra biegad z potrzebami na dół. Dostałem list od Danki: „Kochany Piotrusiu! Przyjedź natychmiast, to coś pomożesz. Ogniska są w Sopocie, we Wrzeszczu i w Warszawie. Podobno najbezpieczniej na Górnym Śląsku. Jeden znajomy

lekarz mnie ostrzegł, że lada dzieo będzie kwarantanna i za parę dni dzieci z Wybrzeża nie wypuszczą. Wszyscy znajomi już wyjechali. Staram się nie ulegad panice, ale strasznie się boję. Czy nie możesz byd teraz z nami? To epidemia Heinego-Medina na Wybrzeżu, a my mamy trzy córeczki”. Stan mieszkania dnia 18 września według opisu kolegi, który u mnie nocował: Zamek od drzwi wejściowych nie działa, brak wanny, pieca i urządzeo sanitarnych, brak 50% szyb, brak balustrady na balkonach galeriowca. Prowizoryczne zabezpieczenie deskami.

19.9.1950 r. „Przyjeżdżam po Was. Jakoś się urządzimy - Piotr”. 25 września jesteśmy już wszyscy oprócz Dani w Warszawie. Trzeba uważad cały dzieo na dzieci, aby nie wypadły przez prowizorycznie zabezpieczony balkon. Dania siedzi sama w Gdaosku - ostatnie dni przed jej dyplomem.

Październik Mam żonę magistra inżyniera architekta, właścicielkę trzech córek i jednego męża, który dostał dodatkowe zlecenie na szybki montaż elektrolizy w Katowicach.

Grudzień Już widad skutki działania życzliwych pozostałych w Gdaosku. Jestem wezwany do KC, do Komitetu Ekonomicznego. Podczas pracy w Gdaosku odbudowując zbiornik typu MAN utopiłem rzekomo 2 miliony złotych. Zdaniem życzliwych w wypadku uszkodzenia zbiornika przy odbudowie miastu groziłoby zniszczenie. Tłumaczę się przykładami widzianymi w Niemczech, że zbiorniki takie bombardowane w wojnę nigdy nie spowodowały zniszczenia okolicznych domów. Obstawa jest silna. Nie pomaga tłumaczenie, iż zbiornik taki zużywa ⅓ materiału w porównaniu do zbiorników dzwonowych. Zaczyna byd krucho. Ale dobrze, że się tym zajęły władze centralne. Dostaję od ministra zezwolenie na sprowadzenie eksperta z Niemiec Zachodnich. Przyjeżdża. (Tak się bał przyjechad na dziki wschód, że kazał złożyd za siebie kaucję w Bonn.) Objeżdżamy w odpowiedniej asyście wszystkie zbiorniki tego typu w kraju. Wreszcie konferencja w Gdaosku z-udziałem oskarżycieli i zainteresowanych władz. Szczęśliwie ekspert potwierdza całkowicie moje stanowisko, iż odbudowa jest celowa. Tutaj bomba. Jeden z najbardziej życzliwych chcąc osłabid ekspertyzę wygłasza opinię, że to Niemiec kapitalistyczny, naumyślnie radzi nam źle, bo przecież mu zależy, aby nasza gospodarka ponosiła straty. Oczywiście nie tłumaczę tego ekspertowi, lecz pytam w zmienionej formie: „Czym się pan kieruje udzielając nam w imieniu swej firmy tak cennych porad?” Odpowiedź: „Gdy wskutek waszej nieudolności w odbudowie ulegnie awarii zbiornik budowany według opracowanego przez naszą firmę systemu, na całym świecie będzie się mówiło, iż uległ uszkodzeniu zbiornik naszej firmy, nikt nie będzie pamiętał, że nieudolne roboty wykonało polskie przedsiębiorstwo. Stąd radzimy wam dobrze”. Bitwa wygrana -- dziś budujemy te zbiorniki seryjnie. Ten gdaoski jednak do tej pory nie jest skooczony. Szkoda, zmarnowano kilka milionów złotych - niedługo pójdzie na złom.

Styczeń 1951 r. Umiejętnośd montażu elektrolizerów jest coraz cenniejsza. Dziś wezwanie do Biura Współpracy z Zagranicą przy PKPG. Dowiaduję się, że mam się udad do jednego z krajów demokracji dla naprawy elektrolizy. Chwilowo nazwa kraju -- tajemnica służbowa. Cały wieczór zastanawiamy się z Danią, jaki to może byd kraj demokracji - może Wietnam albo Chiny. Sprawa wyjaśnia się. Jadę na trzy miesiące do Rumunii dla naprawy elektrolizy w firmie „SOWROMPETROL”. We wtorek, 23 stycznia 1951 roku godzina 10 przyjazd do Bukaresztu. Pierwsze zakupy (mam 40 000 lei a conto diet) według zapisu w kalendarzu: Budzik buty I buty II 3 chustki rękawiczki - 1 600 - 2 462 - 5 575 - 243 - 645 10 525 lei

Przyjemnie móc kupowad i nie bad się, że zabraknie gotówki.

Rafineria Brazi, 15.3.1951 r. Moje maleokie! Do powyższego listu jest tylko jedno motto: Jak się na kogo... Trzynastego rano uruchomiłem odbudowaną elektrolizę i poszedłem po całej nocy spad do hotelu. Budzi mnie piekielny ból... Leżę teraz w obcym kraju, słabo władając językiem, w szpitalu „Pentru Stachanowistii”. Diagnoza - ostre porażenie nerek papryką. Leczy mnie doktor Pispiris i siostra Viorica. Przypuszczalny okres leczenia 2-3 tygodnie... Moje Małe! Jestem bardzo samotny. Robią mi zastrzyki dożylne po 50 cm glukozy, aż dudni w głowie.

Szpital Ploeszti, 18.3.1951 r. Drogi Panie B. Leżąc tutaj w szpitalu przemyśliwam sobie nad moją przyszłością. Ano, żonę już się wyszkoliło, czas pomyśled o sobie. Chcę składad egzamin inżynierski po powrocie. Potrzeba mi dowodów przebiegu studiów i działalności zawodowej. Proszę Pana, aby Pan odebrał z politechniki w Gdaosku wykaz zdanych przeze mnie egzaminów na Wydziale Chemicznym. Prosiłbym także, aby w gazowni przygotowali sprawozdanie z mej działalności w okresie 1945-1949. Może uda mi się w jakimś skróconym trybie po powrocie złożyd egzamin inżynierski. Teraz trochę wiadomości. Dlaczego otrzymuje Pan ten list z Rumunii? Otóż na żądanie Biura Współpracy Gospodarczej zostałem wysłany przez Polskę jako specjalista do Rumunii, aby uruchomid i naprawid układ do otrzymywania benzyny o specjalnych własnościach. W skład aparatury oczywiście wchodzą elektrolizery - te urządzenia, które mnie tak pasjonowały w czasie pobytu w Gdaosku. Prace trwały prawie trzy miesiące i żeby nie ta piekielna kolka nerkowa, już byłbym z powrotem wśród Was w Polsce - pełen sukcesów i radości. Przy przeglądaniu oryginalnej dokumentacji pozostawionej tutaj przez Niemców w 1940 roku zauważyłem szereg notatek i rysunków dotyczących konstrukcji elektrolizerów. Kto wie,

może na ich podstawie uda mi się odtworzyd konstrukcję aparatury. Chwilowo czekam na poprawę mego zdrowia do tego stopnia, abym mógł wrócid do domu.

25 marca - Wielkanoc Jakoś stękając i leżąc w wagonie dobrnąłem do Warszawy. Po przyjeździe zaraz do łóżka. Dania już pracuje w pracowni Muranów. Ma kilka kroków do pracy. No, teraz będą dwie pensje. Już chyba koniec kryzysów finansowych.

Kwiecień Ciągłe wyjazdy służbowe. W moim dziale inwestycje wynoszą chyba ze 300 milionów złotych rocznie, a tu jeszcze dozory i uruchamiania elektroliz. Zaczynam się buntowad. Przecież po powrocie z Niemiec w 1948 roku podałem w swym sprawozdaniu, iż nauczyłem się montowad i uruchamiad urządzenia do wodoru. Powiedziano, że to nikogo nie interesuje. Teraz co najmniej dwa dni w miesiącu spędzam na jakichś ekspertyzach lub badaniach. Daje to oczywiście znaczne korzyści materialne, ale co za życie w pociągu...

Maj Znowu montaż w Katowicach. Tym razem aparatura szwajcarska zrewindykowana do kraju. „Specjaliści” uznali, że nie jest ona kompletna i nie nadaje się do odbudowy. Podjąłem się uruchomienia. Znowu jeżdżę na soboty dla odmiany do Katowic. W lipcu chyba będzie uruchomienie.

Lipiec Święto w Katowicach. Udało się. Elektroliza chodzi jak lalka. Zakooczenie robót nie przerwało moich cotygodniowych wyjazdów na Śląsk. Buduję „na tempo” ujęcie gazu na Śląsku. Była specjalna narada w PKPG, przykazali wykonad do kooca roku. A tu ani rur, ani kompresorów, ani ludzi do roboty. Całymi dniami jeżdżę po Śląsku od Łabęd przez Zdzieszowice do Knurowa. Właściwie w domu rozmawiamy z sobą tylko w niedzielę, o ile nie śpię ze zmęczenia. Od tych ciągłych wyjazdów mylą mi się miasta. W zeszłym tygodniu przez dwie godziny szukałem w Bytomiu restauracji, która jest w Gliwicach. To tempo robót jest straszne. Jeździ się po robocie 10-12 godzin dziennie, potem powrót do Warszawy. Tu konferencje od rana do wieczora. Dlaczego ministrowie urządzają nasiadówki prawie zawsze do 11 w nocy?

Lipiec Znowu zaproszenie do montażu i uruchomienia. Tym razem huta „Baildon”. Elektroliza angielska strasznie starego typu.- Nie chciałem wziąd rozruchu, nie mam siły. Niedwuznaczne przymuszenie. Ano, więc znowu dwa dni w tygodniu na Śląsku. Reszta w Warszawie. Przecież ja już od pięciu lat nie miałem chwili urlopu. Zawsze wyskakuje jakaś elektroliza w tym terminie. Trzeba się zacząd buntowad. Przecież to niemożliwe obsługiwad sześd elektroliz i prowadzid cały wydział w Zarządzie.

Listopad Nareszcie może będzie trochę oddechu. Jadę po kompresory i inne urządzenia do Niemiec Wschodnich i Zachodnich, Austrii i Czechosłowacji. Podobno na dwadzieścia dni. Czekam na paszport i wizy.

Berlin, 1.12.1951 r. Kochane Moje! Przyjechałem o 10 rano. Miasto mało się odbudowało od mojej ostatniej bytności w 1948 roku. Przeszedłem do Berlina zachodniego. Wiecie, zbliża się okres Bożego Narodzenia. Pełno tutaj kramów i wystawy na Wittembergerplatzu przedstawiają wnętrze mieszkania. Manekiny przebrane w stroje balowe. Dzieci pod choinką z rękami pełnymi wymyślnych zabawek. Dlaczego u nas jest tak szaro! Wieczorem - wstyd mi samego siebie. Zachowywałem się zupełnie jak Murzyn, który pierwszy raz zobaczył cywilizowany świat. Kupiłem jakichś durnych błyskotek. Zegarek - wyglądający na złotego „Schafhausena” - z werkiem Roskoppa. Jestem zły na siebie. Trzeba się wziąd w karby. Całe dnie łażę po biurach i załatwiam zakupy.

3 grudnia Dzisiaj myślałem, że rozbiję telefon. W przedstawicielstwie budowy pieców w Berlinie omawiam możliwośd dostawy pieca lub jego elementów. Brakuje mi danych i na niektóre pytania oddział berlioski firmy nie może mi dad odpowiedzi. Wymyślam sposób. Ja ze swej strony połączę się z Gazoprojektem we Wrocławiu. Niemcy drugim telefonem połączą się jednocześnie z Bochum i od razu będziemy korygowad dane. Zamawiamy rozmowę. Już jest Wrocław i Bochum. Wymieniamy dane. Wrocław jest łączony przez Warszawę (trasa Warszawa-Berlin-Wrocław). Oczywiście ustalenia idą powoli. Mija sześd minut i słyszę piękny głosik telefonistki z Warszawy: „Proszę pana, przerywani rozmowę. Z Wrocławiem nie wolno mówid dłużej niż sześd minut - linia jest obciążona”. Tłumaczę jej, że rozmowa idzie tranzytem z Bochum do Berlina i że jest strasznie ważna. „Proszę pana, przerywam, ja mam swoje zarządzenia”. Przerwała. Nikt z Niemców nie mógł zrozumied, dlaczego ustalenia się urwały. Chciałem ze złości rozbid telefon. Trzeba jutro zaczynad ustalenia na nowo dalekopisami. Dwa dni dłużej w Berlinie. Cholera.

Berlin, 9.12.1951 r., niedziela Kochane Moje! Już jutro wyjeżdżam dalej, do Austrii. Dzisiaj odpoczynek. Cały dzieo przełaziłem bez celu po mieście. Byłem na Wilhelmstraße, tam, gdzie jeszcze w 1948 roku byłem w Kancelarii Rzeszy. Na gruzach budynku Niemczaki sprzedawały wtedy Amerykanom żelazne krzyże, rzekomo samego Göringa. Teraz, wiesz, pierwszy raz jakoś poczułem rekompensatę za wojenne udręki. Miejsca, gdzie była kancelaria Rzeszy i budynki ministerstw, zamienione w piękne trawniki, na których stoi pęk sztandarów aliantów. Ta zieleo i kolorowe flagi naprawdę mnie wzruszyły do łez.

Patrzę, gra taka barokowa katarynka i występuje teatr lalek. Czemu Was tutaj nie ma? Kupiłem trzy olbrzymie lalki. Może uda mi się je nadad do kraju? To będą święta. Lalki mówią: „MAMA”, zupełnie, jak te przedwojenne.

9 grudnia Dziś ostatni dzieo w Berlinie. Jestem u Bamaga, miałem zamówid części do remontu elektrolizerów w Polsce. Musiałem zaciskad zęby, tak zważnieli. Ten sam urzędnik, który w 1948 roku, poczęstowany papierosem, brał trzy sztuki, teraz rozmawiał z przymrużonymi oczami. Niestety, nic nie mogą sprzedad do Polski - zakaz Komisji Eksportowej. Trudno - przepraszają. W biurze radcy handlowego spotykam dyrektora departamentu z PKPG. Mówię, że czas najwyższy pomyśled o polskich częściach zamiennych do elektrolizy. Bo przecież to margaryna, stale wysokogatunkowe, lampy radiowe i żarówki. Dyrektor pyta, czy potrafiłbym zbudowad taką aparaturę. Chyba tak. Po powrocie do Warszawy mam zgłosid się do departamentu. Zobaczymy. Wieczorem jadę do Pragi.

Praga, 12.12.1951 r. Kochane Moje! Powiem Wam śmieszną rzecz. Praga działa na mnie przygnębiająco. Ta zapobiegliwośd i płaskośd czeska jakoś mi nie odpowiadają. W rozmowach wszystko pozornie idzie gładko, ale nic nie mogę konkretnego załatwid. W biurze radcy pocieszają mnie, że z Czechami to tak zawsze trudno z początku. W hotelu spotykam doktora M. z Warszawy. Jest zaproszony. Przyjechał nauczyd się wykonywad pewne szczepionki. Już jest dwa tygodnie i nic nie udało mu się konkretnego dowiedzied lub zobaczyd. Albo jest zbyt późno, albo zbyt wcześnie. Przyspieszam tempo załatwiania formalnych zleceo i jazda do Austrii. Może tam będę miał trochę więcej szczęścia.

20 grudnia Co za dziwaczne miasto ten Wiedeo. Taki duży przedwojenny Lwów. W kawiarniach na uboczu pełno starych dziadów a la Franz Joseph. Dyskutują godzinami o drożyźnie. Już drugiego dnia, jak przyszedłem na śniadanie, kelner zapytał mnie, czy śniadanie „wie gewöhnlich”. Chciałbym, aby nasi pracownicy przybywali tutaj na praktykę. W dyrekcji fabryki kompresorów po wstępnej rozmowie z dyrektorem uzgadniam detale z jego prokurentem. W czasie rozmów dyrektor odzywa się przez domofon. Prokurent wstaje odpowiadając. W biurze konstrukcyjnym szef wydziału chodzi po sali zajęty pilną obserwacją, czy wszyscy są obłożeni pracą. Jego głównym zadaniem jest zmniejszanie personelu. Ma za to premię. Personel grzeczny, gotowy na każde żądanie potencjalnego klienta. Dyrektor proponuje wspólne spędzenie wieczoru. Bilans wieczoru: Moulin Rouge na Kartnerstraße... występki typu Café Caucasien spod Filharmonii na Jasnej. Strasznie patrzed o trzeciej w nocy, jak ośmioletnia dziewczynka przebrana za pierrota wyczynia łamaoce. Potem wędrówka po winiarniach i knajpkach oraz luksusowy dansing. Z damą dyrektora nie taoczę, bo boję się wyglądad na wuja z Wołomina. Wykręcam się, że jestem w żałobie.

Za zaoszczędzone diety kupuję mnóstwo rupieci i drobiazgów. Jak przyszły pocztą lalki, to będą święta, że aż ha! Dania dostanie śliczny komplet ze stylonu. Kupiłem, chod kosztował 150 szylingów (dwudniowe diety). Czy u nas będą kiedy produkowad takie rzeczy? Czemu ten Gorzów zaraz obrócił całą swą produkcję na gurty do opon zamiast na takie zwiewne szatki?

24 grudnia rano, godzina 6 Z powrotem w Warszawie. Ale był tłok! Od Katowic napchało się pełno ludzi nawet do sypialnego, tak że musiałem wstad i pilnie uważad na bagaże. Jednak przyjemnie jest byd u siebie w domu. Do tej pory obiecane większe mieszkanie buja w obłokach. Tak by się przydało! Dziewczynki coraz większe i nie można wziąd stałej gosposi.

Boże Narodzenie W drugi dzieo świąt wezwanie do naprawy elektrolizy w Gdaosku. Czy ja jestem maszyna? Jadę wściekły. Robota, robota, jedna skooczona, druga wyłazi i nawet na serio nikt nie mówi dziękuję. Nie trzeba się jednak rozklejad. Kiedy wrócę szczęśliwie po naprawie, zostanę w domu jeden dzieo i przesłucham płyty z symfoniami Beethovena, które kupiłem w Pradze. Wszyscy mi ich zazdroszczą. Jestem dumny, że mogę sobie w domu wyczarowad „Dziewiątą” z chórami. Trochę kłopotliwe przekładanie - jest zapisana na trzynastu płytach. Podobno na zachodzie pokazują się płyty z rowkami mikro. Cała „Dziewiąta” wchodzi na dwie płyty. Chyba bujda.

Sylwester To był mimo wszystko dobry rok. Wyjazd do Rumunii i na Zachód poddał mi pewną myśl, którą zacznę realizowad od początku przyszłego roku. Trzeba wykombinowad polski elektrolizer. Na złośd Niemiaszkom. Trochę ludzi, pieniędzy i czasu, a już w rok będzie dokumentacja. Trzeba od stycznia rozpocząd szturm w PKPG. Witaj, nowy roku 1952, w którym skooczę trzydzieści cztery lata. Ciekawe, czy obiecane przed dwoma laty większe mieszkanie zostanie w tym przyszłym roku zrealizowane. Dania pracuje w „Miastoprojekcie”. Najstarsza córeczka zaczyna karierę w szkole. Zaczyna mi przybywad tłuszczu na karku. Czy aby nie stabilizacja?

Styczeń 1952 r. Wydaje się, że roczek będzie zajmujący. Zaczęło się od wielkiej konferencji, na której ustalono żelazne terminy inwestycji o charakterze specjalnym. Wyłania się koniecznośd powtórnego wyjazdu po maszyny do NRF, Austrii i Czechosłowacji. Przynajmniej ze dwa, trzy tygodnie człowiek trochę odpocznie od konferencji i terminów. Moje gazownicze dziecko - zbiornik suchy w Poznaniu i Mysłowicach - zaczyna po wielu oporach przybierad realne kształty. Wieczorami układam zapowiedziany memoriał do PKPG w sprawie budowy elektrolizerów w Polsce. Koszt wykonania prototypu określani na 2-3 milionów złotych. Prace badawczo-dokumentacyjne na 500-800 tysięcy. Wynik takich wydatków - powstanie aparatura dostarczająca wodór elektrolityczny

niezbędny dla produkcji margaryny, rafinacji metali, wyrabiania lamp elektronowych. Zgodnie z ustaleniami w Berlinie w połowie stycznia składam referat w PKPG. Jestem w Berlinie. Rozmawiam w DIA. Prosi mnie do siebie referent od spraw chemicznych i mówi, że już od dwóch tygodni przychodzi od nas pewien pan, który chce coś zamówid, ale gdy go pytają o dane techniczne, to pod jakimś pretekstem przerywa rozmowę i wychodzi. Odszukuję gościa w biurze radcy. Został wysłany przez jedno z krajowych biur projektów specjalnych dla omówienia dostawy z NRD galwanizerni do miedziowania drobnych potrzebnych wojsku przedmiotów. Oczywiście wysyłające go biuro pouczyło go o tajemnicy służbowej. A tu Berlin - wiadomo - miasto niepewne. A urzędnicy DIA, chcąc opracowad ofertę, pytają go bez przerwy, co to za przedmioty, jaka ilośd, ile wanien, czyli jaka przepustowośd. Same tajemnice. Biedny stale pisał w tej sprawie do kraju o dalsze instrukcje. Bo telex jest jawny. Ponieważ list w jedną stronę idzie około dziesięciu dni, więc czekał na odpowiedź. Jest zupełnie złamany i bliski samobójstwa. Poradziłem mu, aby zwierzył się ze wszystkich kłopotów radcy. Trafiła mi się okazja, jak rzadko. W Berlinie trwają właśnie uroczystości związane z rocznicą śmierci Beethovena. Z biura ambasady dostaję bilety na wszystkie koncerty. Będzie ich chyba kilkanaście. Mam wszystkie wieczory zajęte. Pławię się w muzyce. Ponieważ bilety są z ambasady, siedzę na miejscach dla dyplomatów. W loży obok - prezydent Pieck. W naszej loży pełno Polaków. Chyba pół ambasady i biura radcy jest co wieczór na koncertach. Swoją drogą grają fenomenalnie. Zdałem sobie sprawę, że muzyka jest moim jedynym odpoczynkiem. Nigdy nie mam czasu jej słuchad. Zakupiłem potworne ilości kompresorów i armatury sieciowej. No, czas wracad. Do domu, do domu!

Kwiecień Nowa konferencja w sprawie przyspieszenia inwestycji. Terminy zabójcze. W ciągu sześciu miesięcy mam wybudowad w K. przetłocznię wartości kilkunastu milionów złotych. Prawie pod osobistą odpowiedzialnością. Tłumaczyłem, że jest to technicznie niemożliwe. „Niech się obywatel zmobilizuje. To musi wyjśd w terminie.” Jest to jak rozkaz na wojnie. Pojechałem na miejsce budowy. Zasiarczone błocko. Samo odwodnienie i skanalizowanie terenu potrwa z pół roku. Trzeba oglądad się za spokojniejszym zajęciem. Zaczynają mi się trząśd ręce ze zmęczenia. Kiedyś po kilkunastodniowej podróży po „inwestorach” w sprawie „realizacji wykonu” zdawało mi się, że jak usiądę na schodkach ministerstwa, to już nie wstanę. Miarę goryczy dopełniło nieprzyznanie mi premii uznaniowej za okres pobytu za granicą. Uzasadnienie: „Przecież i tak się obłowiliście na dietach”. Trzeba postukad trochę w PKPG, aby ruszyły elektrolizery.

Maj Konferencja u ministra Wanga. Jest wstępna decyzja. Mam budowad elektrolizer. Mam do lipca złożyd projekt kompletnej dokumentacji przestawienia zakładu na produkcję i rozpoczęcia produkcji trzech sztuk na rok. Otrzymałem możliwośd zaangażowania wysokopłatnych projektantów na 6-8 etatach.

Mam dodatkowe wieczorowe zajęcie. Opracowuję memoriał i schematy przyszłego zakładu produkcji elektrolizerów.

Lipiec Zdaje mi się, że w marcu przyszłego roku będziemy mieli czwartą córeczkę. Chyba do tego czasu będzie już to obiecywane od lat większe mieszkanie. Na wszystkie podania składane w tej materii otrzymujemy jednakową odpowiedź: są ludzie mieszkający w gorszych warunkach. Prawda, ale strasznie trudno jest zaczynad dodatkowo pracowad, jak dzieci już śpią. Dania też przynosi swoje prace do domu. W naszym małym pokoju nie możemy się obrócid. Jak zawsze około 22 lipca największe natężenie robót. Oczywiście nie zdążyłem wybudowad przetłoczni w K., ale i tak kilka pięknych obiektów kooczymy na ten termin. Odbyło się uroczyste otwarcie doprowadzenia gazu ziemnego do Warszawy. Gaz był w rurze. Na Woli zapalono pochodnie, przy których wręczono odznaczenia. Do prawdziwego zakooczenia budowy brakowało jeszcze z kilka kilometrów rury i mnóstwo robót dodatkowych, jednak skoro gaz popłynął, to będzie płynął nadal. Stawianie przed faktem dokonanym to też mobilizacja do czynu. Jak tylko sprawy elektrolityczne posuną się dalej, urywam się z CZG. Dosyd tej odpowiedzialności za setki milionów złotych, ciągłego użerania się o dokumentację, ciągłych nie kooczących się konferencji. Bierzemy się do realnej roboty.

Wrzesień Teraz czekam już na dwie rzeczy. Na wydanie zarządzenia przewodniczącego PKPG o powołaniu grupy dla opracowania polskiej aparatury do wytwarzania wodoru oraz na otrzymanie większego mieszkania. Jakoś za mieszkaniem nie potrafię deptad. W sprawie elektrolizy jestem może aż zbyt nachalny. Prawie co tydzieo jestem w PKPG. Ciągle coś wstrzymuje potwierdzenie ustnych ustaleo. Oboje z żoną oczekujemy czwartej córeczki.

4 października Na wezwanie telegraficzne przybywam do zakładów w Katowicach. Eksplozja w elektrolizie. Powód -uszkodzenie elektrody. Ciągle słyszę pytanie: „Kto zawinił?” Tłumaczę. Naprzód trzeba zbadad przyczynę techniczną uszkodzenia, potem możliwości naprawy. Pracuję przez trzy dni z grupą czterech pracowników. Straty znów nie takie wielkie, tylko częśd elektrod trzeba wymienid lub dad do przewalcowania.

15 października Powtórne uruchomienie Brynowa po eksplozji. No, poszło dobrze. Wracam do CZG. Chyba już od stycznia będę zajmował się tylko elektrolizami. Grunt, że znalazłem następcę na moje stanowisko kierownika Wydziału Inwestycji. Niech się też trochę pogimnastykuje. Teraz chyba CZG pozwoli mi

odejśd do elektrolizerów. Kiedy będzie to zarządzenie? Znów byłem w PKPG. Z rozmowy widad, iż rzecz się przełoży na rok 1953. Dobrze i tak.

1 listopada Rozpoczynam najciekawszy z montaży elektrolizerów. Po wojnie został zrewindykowany do kraju elektrolizer Bamag B 60 wywieziony w 1939 roku z Gdyni do Ustii w ówczesnej Austrii. Teraz powróciły jego nieliczne elementy. Podjąłem się zrobid z nich elektrolizer. Jeżeli się uda, to będzie praktyczna próba budowania tych aparatur w kraju. Opracowywuję skróconą inwentaryzację i dokumentację techniczną. Pozornie kupa szmelcu, ale powinno coś z tego wyjśd. Znowu zajęcie na popołudnia na liczne miesiące. Ale chociaż w Warszawie.

Grudzień No, no! Zaczynamy na serio kupowad meble. Kupiliśmy pokój w stylu Cepelia, wyrzuciliśmy stare graty i zrobiło się troszeczkę luźniej. A miejsca potrzeba, bo w marcu będzie następna córeczka. Ale robót przy konserwacji i naprawie elektrolizerów jest tyle, że nawet Dania mogłaby przestad pracowad. Co prawda nie chce o tym słyszed. Odkąd oddałem kierownictwo w CZG, mam święte życie. Nareszcie czytam pierwsze książki z tego tysiąca, który się nagromadził w domu. Jak przyjemnie czytad wieczorem „Lalkę”. W zimie pojadę na pierwszy urlop do Zakopanego z maluchami. Nie pamiętam, kiedy miałem ostatni urlop, chyba jeszcze jako student w czasie wojny. Na serio przygotowuję się do egzaminu inżynierskiego. Okazało się, że można znośnie żyd i się nie szarpad. Mój następca w CZG już poprosił o zdjęcie ze stanowiska. Umotywował to chorobą serca. E, ja byłem mocniejszy, wytrzymałem całe trzy lata! Jeżeli PKPG szybko nie załatwi powołania mnie na kierownika Zakładu Produkcji Elektrolizerów, rozpróżniaczę się do reszty. Obecnie żyję z konsultacji eksploatacyjnych w zakładach używających wodoru. Z CZG łączy mnie tylko budowa zbiorników suchych. Zobowiązałem się, iż dokooczę budowę i przeprowadzę próby uruchomienia zbiornika pod Poznaniem. Jest to największy zbiornik budowany po wojnie. Strasznie przyjemnie byd koordynatorem takiej budowy, słuchad na konferencjach wiecznych kłótni między projektantem a wykonawcą i rozsądzad ich spory. W domu wieczorami, chyba trochę z przyzwyczajenia do pracy o tej porze, opracowuję koncepcję elektrolizy. Jak powołają grupę, będę miał koncepcję gotową i można ruszad w tempie. Aha, nie spełniły się w 1952 roku sprawy, na których załatwienie liczyłem. Ani nie zmieniłem mieszkania na większe, ani nie otrzymałem decyzji w sprawie elektrolizy. Nic nie szkodzi. I tak nie mogę obsłużyd wszystkich zagadnieo elektrolitycznych. Opracowania napraw, dozorów, ekspertyz zajmują mi całe dnie. Czuję się jak wzięty lekarz na prowincji. Czy długo jeszcze uciągnę? Pełno roboty, a brak decyzji o powołaniu paostwowego przedsiębiorstwa.

Maj 1953 r. Mamy czwartą córeczkę. Dania ma pierwszy urlop macierzyoski, gdyż przy poprzednich urodzinach była jeszcze studentką i nie pracowała. O, jest wreszcie decyzja o powołaniu przedsiębiorstwa.

Jestem głównym inżynierem w Warszawskiej Fabryce Maszyn. Fabryka będzie powoli przestawiana na produkcję elektrolizerów. Mam grupę projektową liczącą osiem etatów. Ludzi mam zdobyd drogą rekrutacji urzędowej. Moment uruchomienia przedsiębiorstwa przewidziano na IV kwartał 1953 roku.

Czerwiec Mój budżet składa się z szeregu pozycji za różnego rodzaju konsultacje oraz koordynację budowy zbiornika, razem wynosi to około 6 000 złotych miesięcznie. Dania otrzymuje 2 000-2 500 złotych. Wydatki domowe przy czterech córkach około 6 000 złotych. Reszta idzie na inwestycje. Robimy je pospiesznie, gdyż od przyszłego roku znowu włączę się do pracy w przedsiębiorstwie. Będę miał tylko 4 000 złotych miesięcznie, ale powstanie elektrolizer. No, czy człowiek nie jest niepoprawnym romantykiem?! Przecież na decyzję o powołaniu przedsiębiorstwa czekałem prawie rok. Ile tomów papieru trzeba będzie zapisad, aby powstał pierwszy metr sześcienny wodoru z polskiej aparatury! Chwilowo łapię projekty, orzeczenia i konsultacje. Jak chomik zbieram skarby na spodziewane lata chude. Aha! Złożyłem dyplom przed komisją weryfikacyjną. Jestem już inżynierem elektrochemikiem. Aż wstyd się przyznad -- jak policzyłem w kupie: moje lata studiów, to było ich kilkanaście. Ciągle przerwy: wojna, wyjazdy, dzieci. No, ale jesteśmy parą inżynierów. Teraz mogę już byd pełnoprawnym projektantem aparatury.

Listopad Rozpoczynam urzędowanie w Warszawskiej Fabryce. Nastrój raczej nieprzychylny. Pracownicy do tej pory robili tradycyjne aparaty dla przemysłu spożywczego. Mam ich przestawid na nową produkcję. Nie bardzo mają ochotę. Szczególnie starzy majstrowie. Ja też zbyt długo siedziałem w zarządzie, z dala od „terenu”. Trzeba zaczynad współpracę z ludźmi nad realnym wykonaniem planu. Jeżdżę po komisjach rekrutacyjnych i wyciągam chłopaków do pracy. Zdaje mi się, że zbiorę rekordowo dobrą ósemkę. No, daję stosunkowo wysokie płace i co najważniejsze - miejsce pracy - Warszawa.

Styczeń 1954 r. Ósemka skompletowana. Role podzielone. Zaczynamy pracowad nad koncepcją technologiczną. Jednocześnie opracowujemy aparaturę do zastosowania półtechnicznego. Chłopaki są młode, więc palą się do roboty. Powoli reszta tradycyjnej załogi przechodzi na naszą stronę.

Marzec Odbudowa elektrolizy u Woytona idzie pełną parą. Robi się cudowne uniki, aby ominąd rafy biurokracji. W lipcu aparatura powinna byd uruchomiona. Jak przewidywałem, praca ta jest doskonałą szkołą dla przyszłych konstruktorów i wykonawców elektrolizera.

Maj Zjednoczenie coraz bardziej krzywym okiem patrzy na nas. Wykonujemy plan miesięczny w 120130%. Premie dochodzą do 50% pensji. Jest to oczywiste. Przecież dysponuję bardzo dobrym zespołem inżynierskim, który współdziała przy pokonywaniu trudności całego zakładu. Jak potrzeba, pod koniec miesiąca cały personel inżynierski pomaga na hali montażowej. Chłopaki podciągają się nawzajem i wykonanie planu miesięcznego przychodzi lekko.

Lipiec Wygrałem kawę. Jeden z dyrektorów zjednoczenia założył się ze mną, iż jeżeli uda mi się uruchomid ten złom (mowa o rewindykowanym elektrolizerze z Austrii, który ustawiani u Woytona), to po tygodniu się rozleci. Elektrolizer już jest miesiąc w eksploatacji i jakoś idzie. Znowu czekam na dwie rzeczy. Na wygraną kawę i na zmianę mieszkania na większe. Chyba nigdy tego nie dokonam, bo nawet moja socjalna otrzymała odpowiedź mniej więcej tej treści: „Owszem, należy się, ale nie dysponujemy”. Trzeba policzyd, ile elektrolizerów, które wyszły z moich rąk, działa na terenie kraju i za granicą. Liczymy: dwa w Gdaosku, dwa w Gorzowie, jeden w Bielsku, dwa w Katowicach, jeden w Warszawie to już osiem i dwa w Rumunii, razem dziesięd sztuk. Ładny wianuszek. Aha, jako jedenasty można podad nasz, polskiej konstrukcji, półtechniczny, czynny eksperymentalnie od czerwca. Ale wytwarza wodór i to nawet bardzo dobrego gatunku. Jesteśmy z niego naprawdę dumni.

Grudzień Projekt technologiczny nowego elektrolizera E 1 zakooczony i zatwierdzony przez wszystkich mądrych i upoważnionych. Przyszły rok to czas na przygotowanie rysunków wykonawczych i stanowiska produkcyjnego. W 1956 roku powinien stanąd polski elektrolizer E 2 kosztem dwóch milionów złotych, tak jak było zaplanowane. Plan roczny wykonaliśmy w 110%. Zjednoczenie postanowiło nas zgnębid w przyszłym roku. Dali nam do wykonania trzydzieści dwa prototypy maszyn. Chyba się nie damy. W połowie grudnia wyjazd do Bukaresztu po resztę dokumentacji i przepisów technologicznych. Siedzę przez święta w Ploeszti. Elektrolizer po moim uprzednim remoncie z 1950 roku jeszcze w biegu. Aż przyjemnie go obejrzed. W Rumunii duże zmiany. Mniej artykułów w sklepach niż u nas. Święta smutne, bo nikt nie świętuje. Tęskno mi za domem.

Styczeń 1955 r. Szukamy obiektu dla pomieszczenia montowni elektrolizerów. Zakład na Wojnickiej, który miałem zmienid na fabrykę elektrolizerów, musi nadal utrzymad swój stary profil. Wpływa na to intensyfikacja zadao stojących przed przemysłem spożywczym. Mimo iż moim naczelnym zadaniem jest możliwie szybkie przestawienie produkcji na aparatury elektrochemiczne, sam widzę koniecznośd utrzymania dawnego profilu. W miarę zbliżania się okresu rozpoczęcia produkcji coraz wybuchają scysje z załogą i zjednoczeniem. Załoga na zebraniach twierdzi uparcie, iż nowy profil nie zapewni dośd pracy,

szczególnie dla pracowników od lat wykonujących urządzenia dla przemysłu spożywczego (w fabryce 30-40% załogi pracuje od 1945 roku). Zjednoczenie znów uważa, że załoga, utrzymując stary profil i broniąc się przed nowym, zbyt łatwo wykonuje plany miesięczne. Ja, z urzędu będąc pośrednikiem między obiema stronami, jestem między młotem a kowadłem. Całe szczęście, że prace przy dokumentacji technicznej elektrolizera postępują zgodnie z planem. W tym roku na pewno będą rysunki wykonawcze elektrolizy, w przyszłym nastąpi realizacja prototypu.

Marzec Szukam sposobu, aby uzyskad dla siebie i pracowników „elektrolitycznych” spokoju niezbędnego do wykonania dokumentacji. W porozumieniu ze zjednoczeniem organizuję w ramach zakładu Samodzielny Oddział Wykonawstwa Elektrolizerów (SOWE) - odrębny pion w fabryce. Jestem jego głównym inżynierem. Berło dozoru nad całością fabryki oddałem w inne ręce. Zachowałem całkowitą samodzielnośd dla siebie i mych pracowników. Ponieważ nie prowadzimy jeszcze produkcji, załoga patrzy na nas trochę jak na pasożytów. Trzeba przebijad się przez rafy biurokracji. Wykonanie prototypu aparatury wymagad będzie materiałów niezbyt powszechnych w handlu. Zaopatrzeniowcy fabryczni nie chcą się starad o materiały dla nas. Mają dośd własnych kłopotów.

Czerwiec Dokumentacja gotowa. Mamy wszystkie rysunki, obliczenia i zestawienia materiałów, umożliwiające wyprodukowanie urządzenia do elektrolitycznego wytwarzania wodoru. Koszt wszystkich doświadczeo, pracy projektantów i materiałów potrzebnych do badao wstępnych wyniósł około 600 tysięcy złotych. Przybliżony koszt prototypu, według naszych obliczeo: około półtora miliona złotych. Za dwa miliony będzie można uruchomid aparaturę, która na rynku światowym kosztuje 40 do 50 tysięcy dolarów. Składamy dokumentację do zatwierdzenia Komisji Oceny Maszyn Resortu. Formalności i komisje zabierają mnóstwo czasu. Tymczasem zakooczono budowę zbiornika w Naramowicach. Z przewodniczącego komisji koordynacyjnej do budowy zbiornika staję się przewodniczącym komisji odbiorczej. Obiekt ten kosztował około 120 milionów złotych. Jest chyba najnowocześniejszym krajowym zbiornikiem. Prawdziwe dzieło techniczne „Mostostalu”. Rozpoczynamy badania przed odbiorem. Będą trwały cały rok, gdyż najmniejsze uchybienie konstrukcyjne mogłoby spowodowad katastrofę (jedyna opisana w literaturze katastrofa w Neunkirchen kosztowała trzysta ofiar). Co tydzieo spotkanie z grupą odbiorców w Poznaniu. Ustalanie sposobu odbioru. Wyłaniają się kapitalne zagadnienia. Tak na przykład trzeba sprawdzid pionowośd prowadnic zbiornika wysokich na 90 metrów, szukamy metody sprawdzenia szczelności prawie 4 milionów nitów, wmontowanych w ściany zbiornika. Każde posiedzenie komisji kooczy się protokołem. Zupełnie jak konsylia lekarskie.

Październik Czekamy na ostateczne zatwierdzenie projektu. Komisja ministerstwa oddała go dwom politechnikom do oceny. Czekamy na werdykt profesorów, czy na podstawie naszych rysunków można budowad aparaturę, czy też praca jest bezwartościowa.

Grudzień Uff. Już po decyzji Komisji Oceny Maszyn. Grupa ekspertów uznała nasz projekt za dobry. Od stycznia aparatura wchodzi na warsztaty robocze. Cała papierkowa praca projektantów już za nami. Udzielono nam „cum laude” absolutorium za dotychczasową pracę. Wszystkie plotki ministerialne, że robiliśmy bezwartościową robotę, chyba już ustaną. Aha, byłbym zapomniał. W marcu urodziła mi się piąta córeczka. Teraz już naprawdę jest trochę ciasno w tych trzech pokoikach na Muranowie. Do tej pory jakoś nie spełniły się liczne obietnice resortów, że wymienią mi mieszkanie na większe, zawsze jest coś na przeszkodzie. Nie mamy czasu, ani ja, ani Dania, w tej sprawie deptad po urzędach. Nasza rodzinka składa się z pięciu córeczek, nas dwojga i teściowej. Razem osiem osób na 35 metrach kwadratowych powierzchni mieszkalnej. Mimo mnóstwa roboty zarówno moje sprawy urzędowe, jak i Dani, idą dobrze. Ona prowadzi zespół projektowania w „Miastoprojekcie”. Ja moje elektrolizery, zbiorniki i wytwórnie wodoru. Razem osiągamy do 8 000 złotych miesięcznie. Więc finansowo jest bardzo dobrze. Najwięcej kłopotów ma babcia, która musi zajmowad się domem z pięcioma córeczkami. Rodzice w pogoni za pieniędzmi i radościami zawodowymi są prawie gośdmi w domu. Ale za to te rzadkie chwile wspólnych spotkao są pełne radości. Strasznie mało czasu na rozrywki. Zmuszamy siebie w ten sposób, że kupujemy abonamenty do Filharmonii. Musimy chodzid, bo są bilety. To dobrze. Przynajmniej przez dwie godziny w tygodniu odprężenie psychiczne od całotygodniowej roboty.

Marzec 1956 r. Trwają targi o finansowanie prototypu elektrolizera. Nikt nie chce zaryzykowad półtora miliona złotych, mimo iż projekt ma wszelkie klauzule wykonawcze i zatwierdzenia. Załoga zakładu coraz bardziej patrzy na nas jak na pasożytów. Wydaliśmy „jej” pół miliona złotych na dokumentację i prace badawcze, które określają złośliwie jako „zabawę inżynierów”. Pociecha w tym, że prace odbiorcze przy zbiorniku w Naramowicach mają się ku koocowi. Przecież tamta praca szła jeszcze ciężej. Ze cztery razy przerywano budowę, a mimo to, chyba jeszcze w tym roku, zbiornik ruszy.

Czerwiec Ostateczne próby rozruchowe zbiornika. Jako przewodniczący Komisji Odbiorczej - po dziesięciu latach budowy - spisuję protokół negatywny badania. Próba napełnienia zbiornika powietrzem negatywna. Zbiornik ma większe uchybienia w szczelności, niż jest to dopuszczalne. Próbę powtórzy się za dwa miesiące. Przez ten czas należy wyszukad nieszczelności w szwach. Jest tych szwów na zbiorniku chyba z 15 kilometrów. Ludzie „Mostostalu” bez entuzjazmu zaczynają poszukiwad nieszczelności. Nadal nie mogę znaleźd amatora na zaprojektowany elektrolizer. Budowa prototypu jeszcze nie rozpoczęta. Jestem moralnie bezrobotny. Oba dzieła dały wynik negatywny. Przekonad się o tym po pięciu latach pracy nie jest rzeczą łatwą. Czy się pomyliłem?

Wrzesień Nie jest tak źle. W zbiorniku „Naramowice” znaleziono przyczynę nieszczelności. Mimo wielokrotnych kontroli było kilka otworów w dnie, wywołanych uszkodzeniami w czasie montażu. Zbiornik jest szczelny. W przyszłym miesiącu będzie oddany do eksploatacji. Gorzej z elektrolizerem, ciągle brak chętnego na krajową aparaturę. Chyba obrzydnę wszystkim władzom w kraju. Nawet współautorzy tracą powoli zaufanie do mnie. Czuję się coraz bardziej samotny w tej walce.

Październik Na początku miesiąca uruchomienie zbiornika w Naramowicach po dziesięciu latach budowy! Waży prawie 2000 ton. Kosztował ponad 150 milionów złotych. Na jego budowę zużyto jednak o 50% mniej stali, niż trzeba by na zbiornik normalny z basenem wodnym. Wreszcie przekonano się, że idea budowy była słuszna. Szkoda, że nie mogę dziś spotkad się z tymi antagonistami, którzy mi przed pięciu laty rzucali kłody pod nogi, kiedy zabiegałem o rozpoczęcie i intensyfikację budowy zbiorników tego systemu. Słyszę, że „Mostostal rozpoczyna budowę trzech dalszych zbiorników tego typu w Mysłowicach, Nowej Hucie i Częstochowie. To jest coś. Sprawa elektrolizera nadal w aktach.

Grudzień Nowe władze zakładu niedwuznacznie dążą do likwidacji SOWE. Grupka projektantów, nie mogąc się doczekad realizacji, powoli się rozprasza. Zakład i załoga coraz częściej przypominają na zebraniach, iż nakaz budowy elektrolizerów przyszedł z góry, z PKPG. Stałem się, nie wiadomo dlaczego, cierniem w oku załodze. Nie chcą elektrolizerów. Po co budowad w kraju, gdy wszystko będzie można kupowad na Zachodzie.

Marzec 1957 r. Zmieniły się i nowe władze zjednoczenia. Uznano, że trzeba likwidowad Samodzielny Oddział Wykonawstwa Elektrolizerów. Zarobiłem cztery pensje i mogę sobie poszukad pracy. (Pierwszy raz od 1945 roku dostałem wymówienie pracy.) Spodziewałem się tego od stycznia, więc już wróciłem do czasów dawnych, gdy byłem doradcą i dozorowałem aparatury elektrolityczne. Częśd mej grupy pracowników odeszła do innych prac. Szkoda, bo to był świetny zespół. Mimo twierdzeo, że nie potrzeba elektrolizerów, zakupiono na Zachodzie dwie sztuki. Jeden zakupił nawet ten resort, w którym wykonywałem dokumentację. Znów ponad 200 000 dolarów poszło za granicę. Właściwie nie wiem, po co upieram się przy tej budowie. Skoro nikogo nie obchodzi. Trzeba jednak deptad nadal, aby dokumentacja nie zapleśniała w biurkach. Udaje mi się namówid jedno ze zjednoczeo na zamówienie prototypu aparatury E 2. Teraz dla odmiany zjednoczenie nie chce rozpocząd realizacji w tym roku. Może machnąd ręką na wszystko? Pracy mam i tak bardzo dużo. Unowocześnienie przemysłu elektronicznego i powstający przemysł półprzewodników żąda specjalnie czystych gazów. Mam mnóstwo zleceo na konsultację,

projekty i nadzory. Ponieważ w instytucjach tych jestem zatrudniony bądź na części etatu, bądź na umowach o pracę, nie mam żadnych kłopotów, prócz problemów technicznych. Tylko znów jeżdżę po kraju jak komiwojażer.

Maj Podpisuję umowę w sprawie nadzoru nad realizacją elektrolizera. Kilkaset złotych miesięcznie, ale najważniejsze to możliwośd ingerencji we wszelkie zahamowania w wykonaniu prototypu. Jestem przeładowany pracą. Jeszcze doszło zlecenie na montaż nowej aparatury do elektrolizy, zakupionej w Niemczech Zachodnich. Znowu jazdy nocami: Warszawa - Śląsk, Warszawa -- Gdaosk, Warszawa - Gorzów. Chyba z 50 000 km rocznie. W domu atmosfera milsza, bo skooczyły się kłopoty finansowe. Dania ma mnóstwo roboty przy urządzaniu wnętrz i neonizacji Warszawy. Zaczynamy znów zmieniad wyposażenie mieszkania. Teraz to naprawdę nie ma czasu na staranie się o zmianę mieszkania. Czasem muszę walczyd z uczuciem, że byłem trochę głupi, iż przez tyle lat starałem się przepchad koncepcję polskiej aparatury elektrolitycznej. Przecież dużo wygodniej jest montowad zagraniczne, niż martwid się o każdy detal aparatury krajowej. Mimo wszystko, jak tylko mogę, nadal popycham realizację polskiego elektrolizera. Strasznie nie lubię, gdy traktują mnie jak maniaka. Powoli jednak moje akcje idą powtórnie w górę. Elektrolizer zaczyna się realizowad. Jeżeli prototyp będzie dobrze działał - wygramy bitwę.

Listopad Elektrolizer prototypowy jest już rzeczywistością. Zaczyna się jego montaż na stanowisku próbnym w Warszawskiej Fabryce Maszyn. Drobne retusze dokumentacyjne. Wygląda, że będziemy mogli w przyszłym roku montowad go do próbnego rozruchu. Ale - byli przyjaciele zaczynają atak.

Grudzień Wezwanie do Prokuratury Powiatowej. Jestem oskarżony o niedopilnowanie obowiązków służbowych - w czasie montażu elektrolizy w K. nadpłaciłem pracownikom przedsiębiorstwa (w którym byłem głównym inżynierem) 10 093 złote i 20 groszy. Wyjaśniam, że rocznie podpisywałem około dwu do czterech tysięcy kart akordowych i oczywiście starałem się je analizowad. Możliwe, iż w tym wypadku podpisałem karty zbyt szybko, bez głębokiej analizy, ale jako okolicznośd łagodzącą podaję, że karty przyszły z montażu w K. prowadzonego z udziałem specjalisty angielskiego. Całośd kosztów nie została przekroczona. Sprawa moim zdaniem jest typową rozróbką, aby odczepid mnie od realizacji elektrolizera. Listy płacy podpisywane przeze mnie jako głównego inżyniera wynosiły kilka milionów rocznie. Naprawdę bez dostępu do archiwum nie jestem w stanie stwierdzid, czy istotnie w ciągu dwóch lat przedsiębiorstwo poniosło straty w nadpłaconej robociźnie. Ile razy przyjdę do fabryki, słyszę szepty: „On jeszcze chodzi, przecież jego sprawa jest u prokuratora...”

Styczeń 1958 r. Zawiadomienie z prokuratury o umorzeniu sprawy wobec braku cech przestępstwa. Uff.

Nadal trwa bitwa o próby rozruchowe aparatury do elektrolizy. Aby przeprowadzid próby, trzeba mied źródło energii elektrycznej o mocy 400 kVA. Nikt nie zainwestuje w taką niepewną aparaturę dla produkcji prądu stałego. Trzeba namówid kogoś posiadającego już elektrolizer do zainstalowania równoległego urządzenia. Sprawa pozornie beznadziejna. Nikt, kto ma aparaturę czynną, nie dostanie kredytów na ustawienie drugiej. Ten zaś, kto nie ma aparatury i musi kupid nową, nie decyduje się na aparaturę prototypową, lecz chce mied zagraniczną oryginalną. Wykorzystuję wszelkie kontakty techniczne, lecz bezskutecznie. Aparatura jest gotowa w 95%, ale grozi jej wyrzucenie na złom, bo nie ma jej gdzie spróbowad. Piszę memoriał za memoriałem. Bez skutku. Zdaje mi się, że wydaję się wszystkim maniakiem.

Marzec Kolejny memoriał do ministra. Jeszcze raz przypominam, że urządzenia mają zastosowanie do wytwarzania sztucznych włókien, półprzewodników, lamp elektronowych, wytwarzania metali czystych, syntezy benzyny wysokooktanowej, fabrykacji margaryny i że w latach 1950-1958 zakup aparatur w paostwach zachodnich kosztował nas około 500 000 dolarów - wiem to najlepiej, bo sam te aparatury montowałem - że trzeba przyspieszyd zakooczenie prototypu i wyznaczyd zakład do próbnego rozruchu.

Lipiec Odpowiedź na list z marca 1958 roku. Ministerstwo nie widzi możliwości zainstalowania aparatury w resorcie. Inne resorty nie zgłaszają zapotrzebowania. Nowy memoriał wyjaśniający... Może jestem maniakiem?...

Październik Odpowiedź ministerstwa na memoriał z lipca. Uważają stwierdzenia o zapotrzebowaniu na aparatury za gołosłowne. Nie widzą możliwości przeprowadzenia prób.

Czerwiec 1959 r. Gotowy elektrolizer stoi od trzech miesięcy na stanowisku próbnym w Warszawskiej Fabryce Maszyn. Nie mogę znaleźd chętnego do przeprowadzenia prób rozruchowych. Podobno w ministerstwie na serio mówi się o spisaniu go na straty. Nakład 1,8 miliona złotych i sześd lat starao o realizację ma iśd na złom.

Wrzesień Zdarza się „szczęśliwy” przypadek. Elektrolizer u Woytona w Warszawie rozlazł się. Remont potrwa pół roku. Proponuję wstawienie prowizorycznie doświadczalnego. Zgadzają się. Zobowiązuję się do nadzoru montażu i rozruchu.

Październik Montujemy w prowizorycznym budynku (szopie drewnianej).

Grudzień Koniec montażu. Uruchomienie nastąpi chyba na święta. Najmniej wtedy ludzi w fabryce, a to zawsze wodór i prototyp. W tygodniu poświątecznym próba prototypu. Będę ją prowadził sam. Nikt nie chce ze mną tego robid, ale w koocu decyduje się dwóch robotników z montażu. No, jeszcze tydzieo. Na nieszczęście przed dwoma laty zdarzył się w podobnej sytuacji wypadek śmiertelny. Wszyscy od tego czasu straszliwie się płoszą, chod tamten wypadek spowodowany był ignorancją techniczną.

2 stycznia 1960 r. Nad ranem. Od wczoraj nic nie jadłem. Po prostu słyszałem, że w wypadku uszkodzenia ciała łatwiej wykonywad operację, kiedy żołądek jest pusty. Zresztą nie miałem apetytu. Wczoraj po południu pożegnałem się z rodziną i od dziesięciu godzin szykuję uruchomienie aparatury. O trzeciej po południu każę opuścid teren zakładu wszystkim pracownikom, poza jednym elektrykiem (kawalerem!), który będzie mi pomagał. Po południu: Otrzymałem pierwszy wodór z polskiej aparatury do elektrolizy. Analizy dobre. Telefonuję do dyrekcji fabryki i zjednoczenia, że urządzenie działa. Parametry pracy identyczne, jak zagraniczne. Myślałem, że będę się bardziej cieszył. Przychodzą dyrektorzy zakładu, współpracownicy przy projektowaniu, gratulacje i życzenia.

5 stycznia Artykuł „Trybuny Ludu”: „W Warszawie przechodzi obecnie pierwsze próby urządzenie do elektrolitycznego wytwarzania wodoru. Jest to bardzo skomplikowana aparatura, po raz pierwszy skonstruowana i wyprodukowana w kraju. (...) Bardzo złożone trzydziestotonowe urządzenia tego rodzaju produkuje niewiele krajów o wysokiej technice, jak USA, Anglia, NRF. Skonstruowanie i wyprodukowanie elektrolizera przez naszych fachowców jest dużym osiągnięciem polskiej myśli technicznej i naszego przemysłu”.

8 czerwca Ministerialny komisyjny odbiór aparatury po sześciu miesiącach eksploatacji. Udział w komisji dwóch profesorów politechniki. Orzeczenie ostatecznie uznaje aparaturę za zdatną do seryjnej eksploatacji.

Lipiec Ministerstwo przyznało nagrodę za elektrolizer dla całego zespołu projektantów i wykonawców łącznie 120 000 złotych. Polowa zostanie wypłacona natychmiast po przyjęciu prototypu - a więc już, reszta po uruchomieniu produkcji seryjnej. Trzeba uruchomid produkcję seryjną. Jest zamówienie na trzy sztuki, chod przez dwa lata twierdzono, iż nie będzie w ogóle zapotrzebowania na elektrolizery krajowe.

Grudzień Ze sprawozdania o rozruchu elektrolizera: Przez jeden rok wyprodukowano na prototypie: 291 361 m3 wodoru elektrolitycznego o wartości 5 244 498 złotych 145 680 m3 tlenu o wartości 874 080 złotych wartośd produkcji 6 118 578 złotych która dała czysty zysk 3 933 370,50 złotych Koszt wykonania prototypu, jego instalacji i rozruchu 2 200 000,00 złotych Dochód do skarbu paostwa 1 733 370,50 złotych

Styczeń 1961 r. Organizuję produkcję elektrolizerów zupełnie na nowo. Zdolnośd wytwórcza nowej komórki: do pięciu sztuk rocznie. Zamówienie na rok 1962: sześd sztuk.

Marzec Właściwie powinienem machnąd ręką na tę produkcję elektrolizerów. Roboty przy oczyszczaniu gazów technicznych i przy uzdatnianiu wodoru dla celów przemysłowych jest tyle i tak dobrze płatnej, że nie warto się przebijad przez rafy ustawienia produkcji, i to w resorcie, i zjednoczeniu, którego władze dobrze pamiętają moje memoriały o skooczenie prototypu.

Grudzień Już mamy wyprodukowany pierwszy z zamówionej na 1962 rok serii elektrolizerów. Otrzymałem zaproszenie do Anglii jako konsultant na spotkanie konstruktorów elektrolizerów. Będą omawiane nowe kierunki produkcyjne.

Styczeń 1962 r. Seria - pięd sztuk w produkcji. Jedna staje na Targach w Poznaniu. Prototyp po dwóch latach przeniesiony z Warszawy do Gdaoska. Pracował bez awarii i pracuje w Gdaosku nadal.

Marzec Znowu, tak jak przed laty, sypiam po kilka dni w miesiącu w pociągu lub hotelach. Mój Boże. Produkcja wodoru elektrolitycznego w tej chwili idzie w miliony metrów sześciennych rocznie. A tak niedawno nie mogłem sprzedad pięddziesięciu butli dziennie po uruchomieniu elektrolizy w Gdaosku w 1947 roku. Właściwie nie wiem, po co się tak szarpię, chyba z przyzwyczajenia. Mieszkamy dalej w tym samym mieszkaniu na Muranowie (które resort miał mi po pół roku zamienid na większe). Dzieci dorastają. Pracy tyle, że wstaje się o siódmej, a chodzi spad o drugiej w nocy.

Maj Na spotkaniu technicznym w Londynie. Zdaje mi się, że miałem najlepszą z koncepcji elektrolizera średniociśnieniowego. Może wygram konkurs? Nagroda za szkic koncepcyjny kilkaset funtów... Nadzoruję montaż dwóch pierwszych z serii sześciu sztuk elektrolizerów krajowych, zwanych E 1. Katalogi na targach w językach hiszpaoskim i angielskim. Dośd duże zainteresowanie. Zamówienia na rok 1963 pewno znów wyniosą z pięd sztuk. Na spotkaniu w Londynie miałem propozycję kontraktu dwuletniego z fabryką elektrolizerów w Ameryce Północnej - płaca na początek 10 000 dolarów rocznie. Nie pojadę, bo: a) mam już czterdzieści pięd lat, b) bardzo lubię byd w kraju, c) muszę dopilnowad produkcji seryjnej elektrolizerów -- czeka mnie wszak druga połowa nagrody (byd może będzie to 8 000 złotych).

Ludwik Krzenek Z życia inżyniera
Utrwalenie na papierze dawno minionych wydarzeo zmusza do powtórnego ich przeżywania, jednak już w zupełnie innych warunkach. Człowiek jest starszy o cały czas, który upłynął od owych wydarzeo. Jednak powracając myślą do minionego okresu przeżywa go jeszcze raz, nie tylko odmłodzony, lecz i znacznie dojrzalszy. Często nasuwa mi się pytanie, jak postąpiłbym obecnie, gdyby wypadło jeszcze raz przeżywad podobne wydarzenia. Moja matka była bardzo prostolinijną i nieskomplikowaną naturą - posiadała jednak dar trafnego przewidywania skutków wszelkich decyzji. W okresie studenckim, kiedy miałem coś postanowid, często pytałem siebie, jak postąpiłaby w podobnej sytuacji moja matka. Tego rodzaju rozmyślania dopomogły mi niejednokrotnie w trafnym wyborze i uchroniły od przykrych następstw. Nie twierdzę jednak, że zawsze wszystko mi się udawało - nieraz trzeba było płacid frycowe.

Ostatnie dni okupacji hitlerowskiej

U schyłku potęgi Wehrmachtu nie zawsze można było ukryd radosne uczucia, jakie nas napawały, kiedy nieuchronna katastrofa „Herrenvolku” zbliżała się milowymi krokami. Należało jednak za wszelką cenę powstrzymywad widoczne wybuchy radości, gdyż bestia, pomimo widocznego osłabienia, mogła jeszcze boleśnie ukąsid. Mimo zbliżającej się agonii Niemiec Gestapo wciąż nie myślało o kapitulacji i wszędzie dopatrywało się sabotażu - no i słusznie, gdyż wszędzie w rozmaity sposób taki sabotaż uprawiano. Nad instynktem samozachowawczym często górowała niczym nie pohamowana radośd ze zbliżającego się wyzwolenia, które dla nas, krakowian, nadeszło ostatecznie z dniem 17 stycznia 1945 r. Nadeszło zwycięstwo, okupione krwią męczeoską także moich najlepszych kolegów biurowych i współtowarzyszy pracy. Okres okupacji - od 1941 - spędziłem w firmie „L. Zieleniewski” w Krakowie, jako kierownik biura konstrukcyjnego aparatury chemicznej. Były to czasy niezmiernie trudne, ale równocześnie bardzo ciekawe i wymagające ciągłej czujności, ażeby wróg nie zorientował się, że hasło „spiesz się powoli” jest tak skrupulatnie na każdym kroku realizowane. Wróg umiał bardzo dobrze posługiwad się różnego rodzaju szpiclami i donosicielami, toteż nawet przesadna ostrożnośd była usprawiedliwiona. Oprócz normalnej produkcji w warsztacie należało znaleźd odpowiednie miejsce i czas na różne roboty o charakterze destrukcyjnym, a nie „podpadające” w normalnym toku rozdziału prac w fabryce. Warunki materialne polskiej załogi pozostawiały wiele do życzenia, albowiem kierownictwo okupacyjne nie bardzo się o nie troszczyło. Zaspokajanie potrzeb domowych odbywało się wyłącznie

przez zakupy na wolnym rynku, na co nasze pobory nie bardzo pozwalały i trzeba było często wyzbywad się nawet bardzo potrzebnych przedmiotów, jak np. butów itp. Wreszcie nadeszły pamiętne dni (14-17 I 1945) haniebnej ucieczki Niemców i Volksdeutschów z Krakowa. Jak niektórzy korzystali z odzyskanej wolności, niechaj posłuży następujące opowiadanie. Przy ulicy Grzegórzeckiej, za fabryką drutu i gwoździ Braci Bauminger, znajdowały się olbrzymie wojskowe magazyny żywnościowe dla Waffen SS. Jeszcze warta wojskowa nie zwinęła zupełnie swoich posterunków, a nasi rodacy nie tylko z Grzegórzek, ale i z innych dzielnic, zjawili się z ręcznymi wózkami, a nawet z konnymi platformami przed owymi magazynami, których bramy zostały wyważone, po czym rozpoczęło się fantastyczne widowisko, które znam tylko z opowiadao, gdyż osobiście nie brałem w nim udziału. W chwilach największego nasilenia strzałów karabinowych, pękania pocisków, spadania bomb i wysadzania mostów kolejowych, ludziska nie bacząc na świst kul, rzucili się na otwarte już magazyny z dawno nie widzianymi artykułami spożywczymi: mąką, ryżem, płatkami, makaronem, wódką, winem, czekoladą, cygarami i papierosami. W niemiłosierny sposób zaczęli je plądrowad i wynosid, co i gdzie się tylko dało. W potwornym rozgardiaszu i tłoku poważna częśd artykułów została zdeptana i zniszczona, gdyż każdy chciał złowid jak najwięcej najcenniejszych towarów żywnościowych, przerzucając i rozrzucając mniej wartościowe. Przed naszymi oknami ulicą Kotlarską przeciągały całe kolumny różnych pojazdów, załadowane wszelkiego rodzaju dobrem, oraz tłumy obładowanych kobiet, mężczyzn i wyrostków, uchodzących z łupem. Przyglądając się temu procederowi, nie można się było obronid przed uczuciem niesmaku, tym bardziej że można było widzied między tym tłumem również takich ludzi, którzy nie powinni się tam znaleźd, gdyż nie zmuszała ich do tego żadna istotna przyczyna poza chciwością. Oprócz niesmacznych i tragicznych scen nie brak było również momentów humorystycznych, w których chciwośd ludzka brała górę nad rozsądkiem. W tym okresie pracowała u nas jako opiekunka dziecka dziewczyna, Marysia. Spokojna, pilna, bardzo przywiązana do naszego chłopczyka, była jednak bardzo niezaradna. Ze względu na tę niezaradnośd Marysi żona zakazała jej oddalania się od domu, z obawy przed jakimś nieprzewidzianym wypadkiem w tym niebezpiecznym okresie. Przy takim rozgardiaszu, gdzie tylu różnych ludzi kręciło się po całym domu i piwnicach, po części zamienianych na mieszkania w obawie przed odłamkami, łatwo było przeoczyd nieobecnośd któregoś z lokatorów. Tak też stało się z Marysią. Pewnego dnia żona pyta o Marysię, bo od dłuższego czasu jej nie widzi. Może wyszła do sąsiadów... Jednak po przeszukaniu domu i piwnicy oraz wypytaniu mieszkaoców sąsiedniej kamienicy stwierdziłem z pewnym lękiem, że Marysi nie ma. Ubrałem się co prędzej, ażeby pójśd na jej poszukiwanie, gdy wtem zjawia się Marysia rozpromieniona i zadowolona z siebie. Gdy żona robiła jej wyrzuty, że oddala się z domu w takim momencie i naraża niepotrzebnie na niebezpieczeostwo postrzału lub coś gorszego - z całym spokojem odrzekła, że nie mogła się przypatrywad, jak wszyscy przynoszą różne rzeczy do domu, a pani ani pan nie pójdą, ażeby coś przynieśd. Jej dobrodusznośd połączona z głupotą oraz jej zdobycz były rozbrajające. Nasza Marysia, korzystając z chwilowego zamieszania i nieuwagi żony, wymknęła się z domu i w ślad za innymi poszła również do magazynów żywnościowych, narażając się na niebezpieczeostwo jakiegoś wypadku, ażeby zdobyd dwa jednokilogramowe bochenki chleba (zdobycz bardzo wówczas cenna), jedną paczkę prasowanej cebuli, jedną paczkę łazanek i dwa kłębki sznurka. Rzeczywiście zdobycz warta narażenia się na kalectwo...

Marysia - podobnie jak przytłaczająca większośd uczestników tych wypraw - była przekonana, że czyni słusznie i ma prawo do takiego, a nie innego postępowania, albowiem odbiera tylko częśd tego, co zabrał okupant. Wówczas nikt nie myślał nawet o tym, że czyniąc tak, wyrządza dużą szkodę społeczną, a myśl, że można było cale zapasy zabrad okupantowi i w zorganizowany sposób rozprowadzid wśród ludności, bez lekkomyślnego zniszczenia znacznej części towarów, pomagając w ten sposób rzeczywiście najbardziej potrzebującym - nie docierała wówczas do owładniętych chciwością ludzi.

Wyzwolenie i powrót do pracy

Przez ostatnie dni przed wyzwoleniem nikt poza portierem nie przychodził do zakładu, gdyż dyrekcja niemiecka oraz wszyscy Werkschutze i Volksdeutsche zawczasu pouciekali. Budynek administracyjny nie był przez kilka dni ogrzewany i zamarzająca woda porozsadzała kaloryfery w niektórych biurach. W potwornym rumorze ostatnich dni nikt nie pamiętał o tym, że jak się nie pali w piecach centralnego ogrzewania, należy spuścid wodę. Mój pokój i przylegające sale konstrukcyjne przedstawiały istny obraz ruiny i rozpaczy. Szafa i biurko rozbite, kaloryfery popękane, podłogi pokryte warstwą zamarzniętej wody tworzyły właściwie jedną taflę lodową. Warsztaty również przedstawiały żałosny widok. To, czego nie zdołano zabezpieczyd i uchronid przed Niemcami, zostało zniszczone lub skradzione przez nieodpowiedzialnych wandali rodzimych. Już w pierwszym dniu po wkroczeniu wojsk radzieckich i polskich zaczynali schodzid się robotnicy i urzędnicy, zbierając się w grupy i komentując wypadki ostatnich dni i godzin, które ciągle przynosiły nowe sensacje - prawdziwe i nieprawdziwe. Gdzieniegdzie jeszcze chyłkiem przekradali się pojedynczo rozbrojeni, nędznie wyglądający żołnierze niemieccy, którzy już nie strach, lecz tylko litośd wzbudzali i nierzadko zamiast z nienawiścią, spotykali się z pomocą naszych rodaczek. Jeszcze nie umilkły odgłosy strzałów karabinowych i armatnich, a załoga fabryki Zieleniewskiego już się krzątała koło odbudowy swojego warsztatu pracy. Inżynierowie i technicy przystąpili do oczyszczenia swoich biur i sal konstrukcyjnych. Usuwano własnoręcznie lód i śmiecie ze wszystkich pomieszczeo, demontowano wspólnie z robotnikami uszkodzone i popękane kaloryfery, ażeby jak najprędzej doprowadzid warsztat pracy do stanu używalności. Tokarze i ślusarze ochoczo naprawiali uszkodzenia maszyn, zdemontowane a nie wywiezione ustawiali z powrotem na fundamentach celem jak najszybszego ich uruchomienia, gdyż już wkrótce będą bardzo potrzebne. Nikt nie pytał o wynagrodzenie, chod szczerze mówiąc większośd robotników i urzędników nie wiedziała, jak się ukształtuje i potoczy dalej nasza przyszłośd. Każdy wiedział jednak, że to, co robi, robi po to, ażeby jemu i jego rodzinie było lepiej. Tylko nieliczna grupa bardziej świadomych robotników wiedziała, że dawny pan do tej fabryki już więcej nie powróci. Entuzjazm jednych zachęcał drugich do pracy, a efekty ich wspólnego wysiłku nie dawały długo czekad na siebie. Przewidywania nasze sprawdziły się co do joty, a pośpiech nasz był w zupełności uzasadniony, gdyż już 19 I 1945 roku pomoc naszych rąk była bardzo potrzebna.

Przyjęcie zamówienia i otwarcie pierwszej komisji w fabryce „l. Zieleniewski”

Poczytuję sobie za zaszczyt, że mnie właśnie przypadło w udziale zorganizowanie naprędce pierwszej brygady monterskiej naprawy mocno zniszczonego zbiornika gazowego w gazowni krakowskiej oraz że dział, którego byłem kierownikiem, otworzył pierwszą po wojnie komisję w wolnych zakładach Zieleniewskiego, a tym samym przywrócił tętno życia zdewastowanym warsztatom. Ówczesny kierownik ruchu gazowni, ob. Nayraba, pokładał całą nadzieję w niezawodnej załodze naszego zakładu i wierzył, że przy jej pomocy będzie mógł w jak najkrótszym czasie uruchomid piece gazowni i zasilid sied gazem, na co wszyscy mieszkaocy Krakowa oczekiwali z niecierpliwością. Dzięki ofiarności całej załogi i mądremu kierownictwu fabryki z dyrektorem Weberem na czele, potrafiliśmy zwycięsko przebrnąd przez ten najtrudniejszy okres i w najkrótszym czasie uruchomid warsztat pracy tak potrzebny nowo tworzącemu się paostwu. Tym wyżej należało ocenid wysiłek i poświęcenie załogi w okresie, w którym nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak potoczą się nasze losy i jak będzie kształtowad się nasza przyszłośd. Był to masowy, piękny, bezinteresowny zryw umęczonego ludu, wyzwalającego siły twórcze w odbudowie własnego warsztatu pracy i bytu paostwowego.

Próby planowania produkcji

Przejściowy stan bezplanowej produkcji nie mógł, rzecz jasna, trwad bez kooca. Należało układad zadania zakładu według hierarchii potrzeb kraju w sposób odgórnie planowany. Pierwsze nieśmiałe plany z reguły załamywały się z powodu nieumiejętności planowania i braków materiałowych, urządzeo, obrabiarek i narzędzi. Jednym słowem, wszystkiego brakowało prócz jednego tylko - dobrych chęci do pracy. Zaczynał się dla nas wszystkich bardzo ciekawy, dotychczas nie znany okres organizowania własnego podwórka. Że umiejętnośd organizowania nie jest naszą cechą narodową, odczuwaliśmy na każdym kroku. Często improwizacja dawała lepsze rezultaty, lecz tylko w doraźnych przypadkach i na krótką metę. Nie było nikogo, kto by wiedział konkretnie, co i jak należy robid w danej chwili.

Pełnomocnik rządu na widowni

Na ratunek przyszło nam ogłoszenie, zwołujące zebranie przemysłowców Krakowa w sali Domu Katolickiego. Na zebranie miał przybyd pełnomocnik rządu na miasto Kraków, ob. Nowotny, aby wyprowadzid nas z nieświadomości oraz wskazad właściwą drogę postępowania. Sala Domu Katolickiego wypełniona była po brzegi, każdy chciał usłyszed coś konkretnego od reprezentanta władzy, ludowej. Pełnomocnik zwięźle przedstawił sytuację i zadania na przyszłośd. Przemówienie było wygłoszone tonem apodyktycznym, a objaśnienia podawane w formie nie

dopuszczającej żadnych wątpliwości. Żądania obszerniejszych wyjaśnieo z reguły zbywane były powiedzonkami: „o tym już była mowa, to nie należy do rzeczy” itp. Korzyści z tego zebrania były znikome, a niechęd i rozgoryczenie niektórych przerodziły się we wrogośd. Odniosłem wrażenie, że pełnomocnik przyszedł na to zebranie nastawiony na poskromienie krakowskich „rekinów kapitalistycznych”, z którymi i tak już nikt nie będzie się liczył. Wprawdzie na sali było trochę tych rekinów, ale było też dużo ludzi oddanych sprawie budownictwa nowego ładu. Biura Urzędu Pełnomocnika Rządu zainstalowały się w domu Feniksa przy placu Szczepaoskim. Dostęp do nich był bardzo trudny ze względu na tłumy różnych interesantów.

Przewodniczący zrzeszenia przemysłowców krakowskich mimo woli

Niedługo po tym pamiętnym zebraniu otrzymałem od dyrektora polecenie udania się na zebranie organizacyjne zrzeszenia przemysłowców w Krakowie. Zebranie to miało odbyd się przy ul. Szewskiej (numeru już nie pamiętam). Udałem się na owo zebranie jeszcze z jednym kolegą z mojego działu. Na miejscu zastaliśmy już sporą gromadę uczestników (około dwudziestu osób). Nieduża sala, dosyd ciemna, robiła wrażenie przepełnionej. Zaraz na wstępie zapytano mnie, kogo reprezentuję. Wyjaśniłem, że jestem pracownikiem firmy „Zieleniewski” i przychodzę z polecenia dyrekcji. Jeden z organizatorów poprosił, abym jako przedstawiciel największego przedsiębiorstwa maszynowego objął przewodnictwo konstytuującego się Zrzeszenia Przemysłowców w Krakowie. Na nic zdały się moje protesty i usprawiedliwienia. Po zapoznaniu się z całym zagadnieniem i porządkiem dziennym rozpocząłem sprawowad moją funkcję. Porządek dzienny przewidywał między innymi: zagajenie, wybór przewodniczącego, wygłoszenie zasadniczego referatu programowego i jeszcze coś, czego już nie pamiętam. Po krótkim zagajeniu i przywitaniu obecnych przystąpiliśmy do wyboru przewodniczącego. Naturalnie wybrano mnie jednogłośnie i w ten sposób zostałem mimo woli przewodniczącym pierwszego zebrania przemysłowców krakowskich. Na razie nikt nie zdawał sobie dokładnie sprawy, w jakim kierunku mają się potoczyd nasze obrady. Udzieliłem więc głosu temu panu, który mnie osadził na krześle za biurkiem. Jak się okazało, był spółdzielcą i dobrze się orientował w sytuacji. W swoim referacie scharakteryzował sytuację i położenie całego przemysłu nie tylko w samym Krakowie, lecz również i w powiecie. Warsztaty zdolne do produkcji stoją nieczynne z powodu braku materiałów twórczych, surowców do produkcji i środków obrotowych. Referent dowodził, że tylko przez stworzenie odpowiedniej organizacji, której przedstawiciele będą interweniowad u pełnomocnika rządu w hutach śląskich w sprawie środków obrotowych oraz przydziału materiałów walcowniczych i innych, można będzie coś zdziaład. Na owym pamiętnym zebraniu stwierdzono, że zebrani przedstawiciele reprezentują dośd szeroki wachlarz różnych branż przemysłowych: maszynową (Zieleniewski), odlewniczą (Klimek), siatki, drut i gwoździe (Bauminger), konstrukcje stalowe, opakowania blaszane i wiele innych. Poglądy zebranych na bieżące sprawy, z punktu widzenia ich własnych interesów, bardzo różniły się między sobą. W trakcie dyskusji postanowiono utworzyd sekcje branżowe, które wybierały spośród siebie przewodniczących. I tym razem zostałem wybrany przewodniczącym branży maszynowej, do której

należało kilka zakładów: Zieleniewski, Cytling, Klimek, Fabryka Sygnałów Kolejowych, Frezer i inne. Zaopatrzeniowcem, jakbyśmy to dzisiaj nazwali, został przedwojenny przedstawiciel huty „Pokój”, pan Wierzbiaoski, który z dużym powodzeniem zaopatrywał różne branże w potrzebne surowce. Posiedzenia branżowe odbywały się co tydzieo, każda branża oddzielnie, w lokalu dawnego Towarzystwa Kern i Ska przy ulicy Kopernika 6. Zwierzchnictwo z ramienia pełnomocnika rządu nad wszystkimi sekcjami branżowymi sprawował bardzo energiczny inż. Sokołowski, późniejszy dyrektor jednego ze zjednoczeo budowy Nowej Huty w Krakowie.

Pierwsza wystawa przemysłowa

Wszystkie sekcje pracowały energicznie i sprawnie. Świadczy o tym fakt, że już w dniu 1 maja 1945 roku zorganizowano i urządzono z dużym rozmachem Pierwszą Wystawę Przemysłową miasta Krakowa w gmachu krakowskiego Pałacu Sztuk Pięknych. Otwarcia dokonał ówczesny wojewoda, ob. Ostrowski, w towarzystwie przedstawicieli władz i różnych ugrupowao społecznych. Wystawa ta otwarta była przez pełny miesiąc, cieszyła się ogromnym powodzeniem i wzbudziła duże zainteresowanie odbudowującego się przemysłu i społeczeostwa krakowskiego. Firma Cytling, której właścicielem był bardzo obrotny ob. Cytling, nawiązała do starych tradycji Targów Wschodnich czy też Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu i uczyniła swoje stoisko bardziej atrakcyjne: przedstawiła dwie różne tokarki w pełnym ruchu i co jakiś czas zmieniano tablicę z napisem: „7 x sprzedano, 8 x sprzedano” itd. Masowe zwiedzanie wystawy tłumaczyło się tym, że była to pierwsza publiczna impreza w Pałacu Sztuk Pięknych w powojennej wolnej Polsce.

Tworzenie zjednoczenia kotlarskiego

Ożywiony przemysł zaczynał powoli powracad do jakiego takiego tempa, chod jeszcze wciąż czegoś brakowało. Najboleśniej odczuwało się brak różnego rodzaju materiałów, łożysk tocznych, narzędzi i nie było wiadomo, gdzie to kupid, gdyż zaopatrzenie było w ogóle niedostateczne. Braki, nawet czasem nieznaczne, uniemożliwiały płynną pracę. Pewnego razu przyjechał do Krakowa z polecenia ministerstwa znany warszawski inżynier, St. Grzymałowski, w celu zorganizowania Zjednoczenia Przemysłu Kotlarskiego i Odlewniczego. Pierwszym dyrektorem ZPK został inż. Stanisław Grzymałowski, zaś Zjednoczenia Odlewniczego - inż. Czesław Kalata, ówczesny kierownik odlewni fabryki L. Zieleniewski. Organizowanie się zjednoczeo i przejmowanie przez nie poszczególnych zakładów branżowych pod swoje władanie zajmowało sporo czasu i było raczej chwilowym utrudnieniem dla tych zakładów, aniżeli pomocą, której tak bardzo potrzebowały w tym przełomowym okresie. Zjawianie się w zakładzie przedstawicieli zjednoczenia wywoływało z reguły popłoch, albowiem ci panowie zawsze żądali czegoś, co wymagało przygotowania względnie wyszukania, a były to

czynności nudne, pracochłonne i nieproduktywne. Często bagatelizowano sobie takich przedstawicieli odgórnych władz i uważano ich za pasożytów. Trwało to jednak tylko dotąd, dopóki zjednoczenie nie przejęło problemów produkcyjnych w swoje ręce i nie uzależniło od siebie wypłacania premii od wykonanych planów. Naturalnie później, w miarę wzrastania przydatności i pomocy zjednoczenia, zaczęto się liczyd z jego przedstawicielami. Niektóre komórki tworzących się zjednoczeo przemysłu maszynowego kierowane były przez ludzi przypadkowych, o nieodpowiednich kwalifikacjach, nie mogły więc początkowo opanowad podległych im zakładów. Nie mogły zapewnid im materiałów do produkcji, gdyż zjednoczenia przemysłów kluczowych, jak hutniczy, węglowy i inne, również przechodziły ten sam kryzys. Nie tylko brak surowców i materiałów do produkcji, ale też nieraz brak środków obrotowych były powodem częstego załamywania się planów. Sprawa finansowania przedsiębiorstw będących pod zarządem paostwowym również nie stała na wysokości zadania i brak środków obrotowych był często powodem niedostarczenia na czas potrzebnych materiałów. Również fluktuacja sił roboczych dawała się dotkliwie we znaki, albowiem nie wszyscy robotnicy załogi zrozumieli przeobrażenia, jakich byli świadkami. Często drobne niedociągnięcia w zaopatrzeniu w zakładowych „konsumach” były powodem grubych nieporozumieo pomiędzy radami robotniczymi i dyrekcją a robotnikami. W każdym zbiorowisku ludzkim znajdą się kombinatorzy i prowokatorzy, którzy potrafią nieuświadomionych i łatwowiernych przekonad o nieudolności nowego ładu, co dało np. w naszym zakładzie powód do kilkugodzinnego wstrzymania się od pracy. Jednak dzięki rozumnemu i uczciwemu podejściu ówczesnego dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Kotlarskiego, mgra inż. Grzymałowskiego, któremu podlegał nasz zakład, sprawa się szybko wyjaśniła, a co bardziej świadomi robotnicy natychmiast rozprawili się z prowokatorami i wywrotowcami. Były to czasy bardzo nierówne i często pełne nieprzyjemnych niespodzianek, zaskakujących człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. Przeżywało się chwile pełne goryczy i zawodu, spowodowane bądź brakiem zrozumienia, bądź też ignorancją ludzi na wyższych stanowiskach. Ale były też i chwile, które dawały samodzielnemu inżynierowi na kierowniczym stanowisku dużo zadowolenia i satysfakcji zawodowej z dobrze spełnionego obowiązku i dobrze wykonanej pracy.

Gazoliniarnia dla Roztok

Przypominam sobie pewne zajście, które kosztowało mnie dużo nerwów, z którego jednak wyszedłem zwycięsko, z pełną satysfakcją. Odradzający się przemysł naftowy i gazowy należał do przemysłów zasobnych w fundusze. Pewnego razu, a ściślej mówiąc z koocem grudnia 1945 roku, zwrócił się do mnie ówczesny naczelny dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Naftowego w Krakowie, inż. Wilk, z zapytaniem, w jakim czasie nasz zakład mógłby wykonad instalację gazoliniarni dla Roztok, zaznaczając równocześnie, że po podpisaniu umowy przekaże natychmiast 4 miliony złotych na konto zakładu. Wobec tak nęcącej perspektywy, a przy próżnej kasie, umówiłem konferencję w jego gabinecie na Oleandrach. Na konferencję tę dyrektor wyznaczył jeszcze inż. Gołąbka, kierownika działu wentylatorów. Na owej konferencji dyrektor omówił zadanie i podał termin dostawy do dnia 30 V 1946 r., przy czym dostawa miała byd realizowana sukcesywnie, zaś pierwsze aparaty należało

dostarczyd już z koocem lutego 1946 r. Dokumentację wykonawczą miałem otrzymad do 10 I 1946 roku. Po omówieniu szczegółów dostawy zastrzegłem sobie udzielenie odpowiedzi w ciągu tygodnia, po uprzednim zapoznaniu się z materiałami, będącymi w zakładzie do dyspozycji, i uzgodnieniu terminów z działem zbytu i kierownikiem warsztatów, na co dyrektor Wilk wyraził swą zgodę. W założeniach podano, że instalacja będzie pracowad przy ciśnieniu nie wyższym niż dwie atmosfery. Po zreferowaniu dyrektorowi wyników konferencji, przystąpiłem do zbadania możliwości wykonawczych w zakładzie. Podczas konferencji zakładowej, opierając się na wynikach swoich obserwacji, oświadczyłem, że ze względu na brak blachy kotłowej koniecznej do wykonania absorberów na dwie atmosfery ciśnienia, żądanego terminu przyjąd nie możemy. Dyrektor zakładu, inż. Domaoski, absolutnie nie chciał się zgodzid z moim stanowiskiem wobec perspektywy utraty tak znacznej zaliczki. Postanowił zatem działad poza mną wchodząc w porozumienie z inż. Gołąbkiem, który miał opracowad jedynie potrzebne dmuchawy, a nie aparaturę. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu dyrektor Domaoski zawarł umowę na warunkach stawianych przez przemysł naftowy jeszcze przed otrzymaniem dokumentacji, którą następnie przekazał mi do realizacji. Po powtórnym przeanalizowaniu warunków pracy gazoliniarni oświadczyłem dyrektorowi, że wobec takiego załatwienia sprawy - wbrew zdrowemu rozsądkowi - nie mogę przyjąd żadnej odpowiedzialności za następstwa, jakie mogą powstad w późniejszym okresie. Należało zatem w jakiś rozsądny sposób ratowad sytuację wynikłą z lekkomyślności dyrektora. Postanowiłem z blach przewidzianych na absorbery pobrad próbki i przesład je do Akademii Górniczej do zbadania wytrzymałości na rozerwanie i na wydłużenie, zaś wyniki badao dad do zatwierdzenia w ówczesnym Stowarzyszeniu Dozoru Kotłów. Zamiaru tego nie urzeczywistniłem, albowiem wkrótce otrzymałem nie dokumentację wykonawczą, lecz coś w rodzaju projektu wstępnego, gdzie absorbery przewidziane były na ciśnienie robocze ośmiu atmosfer, próbne zaś na trzynaście atmosfer. Wobec tego sam dyrektor uznał, że terminy dostaw muszą ulec rewizji, albowiem w umowie podano ciśnienie dwu atmosfer, a dokumentacja miała byd robocza. Postanowiliśmy zatem gruntownie zmienid warunki wykonawcze jako niezgodne z umową i w tym celu wystosowaliśmy pismo do Zjednoczenia Przemysłu Naftowego, żądając zmiany terminów dostaw. Treśd tego pisma wywarła w ZPN piorunujące wrażenie i rozpętała istną burzę, a wobec zaplanowania produkcji już na czerwiec, nie chciano tak łatwo skapitulowad. Postanowiono zwoład konferencję; dyrektor wydelegował na nią mnie i dyrektora technicznego inż. Bilewskiego, który dopiero od trzech dni objął stanowisko w naszym zakładzie, a zatem był zupełnie niezorientowany w zagadnieniu. Ze strony ZPN było - o ile sobie przypominam - osiemnastu przedstawicieli. Dyrektor naczelny inż. Wilk był nieobecny. Na tej konferencji dowiedziałem się ni mniej, ni więcej, że jestem oskarżony nie tylko o złą wolę, lecz także o to, że staram się za wszelką cenę przeszkodzid w szybkiej odbudowie przemysłu naftowego. Jako powód podano moje stanowisko wobec umowy ze Zjednoczeniem Przemysłu Naftowego, którą starałem się za wszelką ceną unieważnid.

Na takie oskarżenie ciarki mi przeszły po grzbiecie, zrobiło mi się gorąco, a w oczach ciemno i już widziałem się w kryminale. Na szczęście dopuszczono mnie do głosu i pozwolono się bronid. Po dłuższym wywodzie i uzasadnieniu mojego stanowiska oraz skonfrontowaniu umowy z otrzymanymi podkładami i przypomnieniu o obowiązujących przepisach i o etyce inżynierskiej, nastrój cośkolwiek zmienił się na moją korzyśd. W koocu oświadczyłem, że o ile ktoś z fachowców obecnych na konferencji przyjmie pełną odpowiedzialnośd za skutki mogące powstad w ruchu przy aparaturze wykonanej świadomie z niedopuszczalnego materiału, wówczas pod presją przyjmuję podpisaną umowę do realizacji. Wobec takiego oświadczenia nikt nie zabrał głosu. Następnie zapytano, co mi jest potrzebne do doprowadzenia tego zlecenia do kooca. Widząc, że będzie można rozmawiad rzeczowo, nie pod groźbą posądzenia mnie o sabotaż, podałem następujące warunki: 1. Termin dostawy aparatury będzie ustalony w zależności od zabezpieczenia odpowiadającego warunkom technicznym materiału i od daty dostarczenia tegoż do zakładu. 2. Udostępnienie mi i umożliwienie przeszukania zapasów blach kotłowych i dennic głęboko tłoczonych w hutach śląskich i fabrykach poniemieckich na Dolnym Śląsku (Wrocław, Nysa, Świdnica i Wałbrzych). 3. Postawienie do mojej dyspozycji samochodu dla szybkiego zrealizowania zamierzeo punktu 2. 4. Zorganizowanie szybkiej dostawy ewentualnego materiału ze Śląska do Krakowa. Po przedyskutowaniu powyższych punktów zgodzono się na wszystkie, gdyż uznano, że jest to jedyne możliwe logiczne wyjście z trudnej, a tak naglącej sytuacji. Ustalono szybki termin mojego startu oraz zobowiązano mnie do natychmiastowego złożenia sprawozdania z akcji po powrocie. Rzeczywiście, oznaczonego dnia rano portier telefonuje i zawiadamia, że przyjechał po mnie jakiś samochód z Oświęcimia. Zszedłem na dół, stała tam półciężarówka, a w szoferce szofer i jego pomocnik. Pytam się, w jakim celu przyjechali, gdyż spodziewałem się innego samochodu. Wymienili moje nazwisko i stwierdzili, że mają gdzieś ze mną jechad. Nie ulegało zatem żadnej wątpliwości, że miałem pojechad półciężarówką. Dla ewentualnego doraźnego transportu wyszukanych blach i dennic samochód zupełnie nieodpowiedni, a moja tusza też nie wymagała aż półtonowego samochodu. Zajrzałem do wnętrza pod plandekę i stwierdziłem, że mieści się tam zwykła twarda ławka. Zapytałem szofera, gdzie będę siedział? Szofer bez chwili namysłu wskazał mi przez ramię palcem, że tam, w pace. Zadzwoniłem więc do właściwego dyrektora i zapytałem, jak to jest właściwie z tym samochodem. Wyjaśnił mi, że z braku samochodu osobowego przysłali półciężarówkę, za co bardzo przeprasza, ale że ja mam mied miejsce w szoferce. Wówczas poprosiłem szofera i oddając mu słuchawkę usłyszałem, jak mówi: „Nie zgadzam się, ażeby mój pomocnik przez tak długą drogę siedział z tyłu”. Wówczas dyrektor poprosił mnie jeszcze raz do telefonu, bardzo uprzejmie przeprosił za to zajście i przyrzekł przysład pojutrze, tj. w środę, samochód osobowy. Rzeczywiście w środę o godzinie 7 rano samochód stał przed moim domem. Zgłosił się sympatyczny szofer, który do dnia dzisiejszego jest wzorowym kierowcą w Zarządzie Przemysłu Rafinerii Nafty. Nazywa się M. Jaworski. Podczas siedmiodniowej podróży znalazłem w Nysie dawnej (fabryce Weigelwerk) wszelkie dennice głęboko tłoczone, dokładnie takie, jakie były potrzebne, zaś blachy - we Wrocławiu (w dawnej fabryce Heckmann Lange). Ażeby odnośne materiały zabrad, należało uzyskad zezwolenie

ministerstwa. Zakład nasz wystarał się o zezwolenie na wywóz, zaś Dyrekcja Zjednoczenia Przemysłu Naftowego załatwiła transport do Krakowa. Teraz sprawy poszły już szybko i sprawnie naprzód. Konstruktorzy rozpoczęli opracowanie ważnej dokumentacji dla zmienionych warunków wstępnych, którą ukooczyli, zanim materiały nadeszły do zakładu. Po nadejściu całego materiału do Krakowa, częśd dokumentacji łącznie z wykazami materiałowymi znajdowała się już w opracowaniu warsztatowym, tak że po wyfasowaniu materiału można było natychmiast przystąpid do produkcji. Takie postępowanie i szybkie przekazanie dokumentacji do warsztatu było możliwe dzięki ówczesnej dośd prymitywnej organizacji zakładu, który nie posiadał jeszcze ani działu planowania, ani też działu głównego konstruktora i działu głównego technologa. Dzięki tym wszystkim okolicznościom cała aparatura wyszła w wyznaczonym terminie już bez jakichkolwiek przeszkód i pracuje do dzisiaj ku pożytkowi Polski Ludowej. Charakterystycznym na owe czasy było to, że wszędzie dopatrywano się winy subiektywnej, a nie brano pod uwagę ani warunków, ani okoliczności, w jakich się pracowało.

Sprzeczne instrukcje

Często przychodziło kierowad się przepisami i instrukcjami, sprzecznymi ze zdrowym logicznym sposobem myślenia, godzącymi nieraz w interes nowej gospodarki. Nietrzymanie się instrukcji groziło konsekwencjami administracyjnymi, sztywne trzymanie się przepisów - co w danym wypadku byłoby najlepszym wyjściem, chod nie najmądrzejszym - narażało na zarzut bezmyślnego biurokratyzmu. Była to ogólna choroba tych czasów, wówczas bardzo trudna do leczenia z powodu braku doświadczeo. Czas jest najlepszym lekarzem, ale i ten po siedemnastu latach nie wyleczył nas jeszcze na tyle, ażeby poniechad wydawania jakże często sprzecznych instrukcji. Myślałem, że jeżeli będę postępował zgodnie z etyką inżynierską, a całą swą wiedzę i doświadczenie zdobyte w pracy zawodowej poświęcę dla dobra zakładu i odradzającego się paostwa, nikt nie będzie miał prawa posądzania mnie o złą wolę. Pomyliłem się jednak sromotnie, o czym wkrótce miałem się bardzo boleśnie przekonad. Niestety nie przewidziałem, że tak przy upadku starego, jak też przy tworzeniu się nowego porządku, bez względu na to, w jakim ustroju się to dzieje, znajdą się elementy destrukcyjne, karierowicze bez charakteru i ciemne typy, kierujące się zasadą: cel uświęca środki.

Chęć szybkiego uprzemysłowienia Polski i wynikające stąd skutki

Był to okres, w którym dobrzy i sumienni pracownicy byli na wagę złota. Wokoło siebie skupiałem dwudziestu paru inżynierów i techników o dużym doświadczeniu zawodowym, pochodzących ze starej, mocno przez okupanta wyszczerbionej kadry. Pewnego razu odwiedził mnie dyrektor

Centralnego Biura Aparatury Chemicznej (nieżyjący już dziś inż. Marczewski) z prośbą o pomoc w zrealizowaniu zamówienia na aparaturę chemiczną dla nowo budującej się fabryki glinu w Trzebini. Chodziło o instalację półtechniczną dla wytwarzania tlenku glinu z surowca rodzimego, zamiast jak dotychczas ze sprowadzanego z Węgier. Wytwarzanie tlenku glinu miało się odbywad w oparciu o nową technologię, opracowaną przez inżyniera Kwiatkowskiego. Ponieważ nie dysponowałem wolnym potencjałem konstruktorskim dla wykonania tej pracy w żądanym terminie, dyrektor Marczewski zaproponował mi przyjęcie tej pracy jako zlecenie do wykonania po godzinach służbowych za umówioną kwotę. W porozumieniu z kolegami i za ich zgodą oraz po uzyskaniu zezwolenia dyrektora zakładu na pozostawanie po godzinach w biurze przyjąłem to zlecenie. Papier rysunkowy otrzymaliśmy z Centralnego Biura, które podało nam również założenia, i spisaliśmy umowę o dzieło. Na pozór wszystko było w porządku, a to tym więcej, że chodziło o aparaturę, która miała byd w przyszłości wykonywana w naszym Zakładzie Nr 7 (tak nazywał się wówczas „L. Zieleniewski”). Uważałem, że przy tak wielkim braku sił fachowych należało wykorzystad każdą okazję do zwiększenia tempa odbudowy starych i budowy nowych zakładów. Centralne Biuro byłoby dostarczyło ową dokumentację w terminie ośmiomiesięcznym ze względu na pilne prace planowe - myśmy dostarczyli ją w ciągu dwóch miesięcy, a zatem uruchomienie półtechnicznej instalacji mogło byd przyspieszone o sześd miesięcy. Że za opracowanie dokumentacji otrzymaliśmy umowną kwotę, też nie powinno nikogo dziwid. Ale od czegóż zawiśd i złośliwe oszczerstwa? Któregoś dnia umówiłem się z żoną w mieście na czwartą po południu i po skooczonej pracy przyszedłem do domu, a następnie miałem wyjśd na spotkanie. Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy na dzwonek otworzyłem drzwi, a za nimi czekało dwóch osobników w cywilu. Upewniając się co do mojej tożsamości wylegitymowali się jako urzędnicy UB i przedstawili mi nakaz przeprowadzenia rewizji mieszkania. We mnie jakby grom z jasnego nieba uderzył. No cóż, trzeba było się zgodzid. Po zamknięciu teściowej w kuchni zabrano się do rewizji biurka, szafy bibliotecznej, szaf, walizek i odsuwania dywanu. Funkcjonariusze wyjaśnili mi, że szukają broni, dolarów i korespondencji. O dolary i broo byłem spokojny. Co do korespondencji, to sprawa nie była zupełnie czysta, gdyż jakieś licho podkusiło mnie, ażeby przechowywad przedwojenną korespondencję z kilkoma inżynierami angielskimi. Listy te jednakże nie wzbudziły zainteresowania funkcjonariuszy. Zapytali mnie natomiast, czy nie posiadam jakiejś korespondencji z Centralnym Biurem. Oświadczyłem, że tak, lecz nie w domu, a w biurze. Powiedziałem teściowej, że są to pracownicy Urzędu Bezpieczeostwa, i udałem się z nimi do biura, aby pokazad im już nieaktualną umowę z CB. Myślałem, że na tym się skooczyło i że będę mógł chod z pewnym opóźnieniem spotkad się z żoną ale niestety, nic podobnego. Oświadczono mi, że muszę udad się na plac Inwalidów do Urzędu Bezpieczeostwa. Około godziny 22, po wstępnych formalnościach, osadzono mnie w obszernej celi w podziemiach budynku, w którym mieścił się Urząd. Była tam już spora grupka przedstawicieli różnych warstw społecznych: adwokaci, buchalterzy, rzemieślnicy. Byli tu zarówno przestępcy polityczni, jak i pospolici rabusie i bandziory. Tego samego wieczoru wzmocnił naszą kompanię dyrektor Marczewski, a w innym pomieszczeniu znalazł się inż. Zawiła. Inżynier Kruczkowski miał więcej szczęścia, gdyż nie zastano go w domu, a następnie już się nim nie interesowano.

Nie będę opisywał sposobu przesłuchania, lecz muszę stwierdzid, że jak na owe czasy funkcjonariusze zachowywali się po dżentelmeosku. Inżynier Zawiła opuścił te piwnice po trzech dniach, dyrektor Marczewski po dziesięciu dniach, ja zaś dopiero po siedmiu tygodniach i to dzięki interwencji mojej dzielnej żony, która poruszyła nawet kancelarię premiera w słusznym przeświadczeniu o mojej niewinności. Również nie bez wpływu była interwencja rady zakładowej firmy „L. Zieleniewski” z ob. Gwiżdżem na czele i załogi fabryki. Po rozpatrzeniu w Warszawie mojej sprawy w tempie przyspieszonym, nakazano natychmiastowe zwolnienie mnie z braku jakichkolwiek cech przestępstwa. Na skutek przeprowadzonego śledztwa pociągnięto do odpowiedzialności mojego prześladowcę, który zajął moje miejsce u św. Michała w Krakowie (więzienie), a ja powróciłem do normalnej pracy. Tutaj muszę dad świadectwo sprawiedliwości władzy ludowej, która stanęła na stanowisku, że pozbawienie zakładu dobrego, potrzebnego pracownika na skutek oszczerstw jest przestępstwem, i wyciągnęła odpowiednie wnioski. Przeproszono mnie, a o wyrządzonej mi krzywdzie dawno już zapomniałem. Jaki był powód tej nieprzyjemnej historii z osadzeniem nas w więzieniu? Nie była to pomyłka, lecz dobrze przemyślana podłośd ze strony ludzi, dla których do osiągnięcia celu każdy środek jest dobry. Stwierdziłem to osobiście na podstawie akt, które po uwolnieniu otrzymałem do wglądu. Całe zagadnienie sprowadzało się do tego, że był ktoś, kto koniecznie chciał zająd moje stanowisko w zakładzie. Ponieważ nie było żadnego uzasadnionego powodu, ażeby mnie usunąd, uknuto fałszywe oskarżenie, że całe zlecenie na opracowanie dokumentacji dla Trzebini zostało wykonane w godzinach służbowych przy użyciu materiałów zakładowych. Nie przewidziano tylko, że papier otrzymaliśmy z Centralnego Biura Aparatury Chemicznej, a każdy z wykonawców miał obowiązek zgłaszania się przy wyjściu u portiera, który ściśle notował godziny opuszczania zakładu. W ten sposób zdobyłem jeszcze jedno, ale bynajmniej nie ostatnie doświadczenie.

Właściciel huty aluminium - spółka akcyjna

Po wyzwoleniu fabryka „L. Zieleniewski” nie posiadała naczelnego dyrektora, gdyż ostatni dyrektor, inż. Dyduch, zachorował poważnie i do zakładu już nie powrócił. Funkcję tę potem objął dyrektor techniczny inż. Weber. Dla wprowadzenia w sprawę należy się cofnąd pamięcią do ostatnich lat przedwojennych. W roku 1938 została założona spółka pod nazwą Huta Aluminium - Spółka Akcyjna w Stalowej Woli. Firma „L. Zieleniewski” posiadała 51% udziałów. Firma „Pocisk” w Warszawie i Fabryka Lokomotyw w Chrzanowie - resztę. Krótko przed wojną zaczęto już dostarczad różne urządzenia na zagospodarowany i uzbrojony teren pod przyszłą budowę w Stalowej Woli, jak konstrukcję stalową dla hal, turbinę na 10 megawatów, aparaturę chemiczną, nitratory, wirówki itp. Po wkroczeniu Niemców do Polski wszelkie prace naturalnie ustały, a części aparatury chemicznej, przydatnej dla okupanta, jak turbina i inne, zostały wywiezione, resztę zaś sprowadzono na skład do fabryki „L. Zieleniewski” do specjalnie na ten cel zbudowanej hali zachodniej, która istnieje do dzisiaj.

Dyrektor Dyduch, który już do biura nie przychodził, poprosił mnie do siebie i zaproponował mi prowadzenie w jego imieniu, jako pełnomocnika do spraw aluminium, wszelkich spraw związanych z tym obiektem. Ponieważ żywiłem dla dyrektora Dyducha dużo sympatii, zgodziłem się na jego propozycję. Przede wszystkim należało zabezpieczyd teren Huty Aluminium, który wynosił około 120 ha, a w tym lwią częśd stanowiły lasy wysokopienne. Na tym terenie znajdowały się dwa duże baraki i zdewastowana leśniczówka. Baraki zamieszkane były przez pracowników Stalowej Woli. Znajdowały się one w bardzo złym stanie i wymagały znacznych nakładów, ażeby mogły nadawad się do jakiego takiego użytkowania. W lesie zachowały się liczne stanowiska pozostałe po wojskach radzieckich z okresu walk na tym terenie. Okoliczna ludnośd rozkradała wszystko, co było do wzięcia, i dewastowała las w zastraszający sposób. Ażeby temu zapobiec, zaangażowałem jednego urzędnika i dziesięciu strażników. Cały materiał drzewny ze stanowisk pozbierano i odprzedano dla kopalni. Z czynszu opłacono strażników i urzędnika. Założyłem księgowośd i wszystkie wpływy i wydatki prowadzone były wzorowo. Po śmierci dyr. Dyducha zwróciłem się do dyrekcji zakładu o zwolnienie mnie z obowiązku zajmowania się administracją byłej Huty Aluminium. I tu rozpoczyna się moja tragedia. Dyrekcja odpowiedziała mi, że dawna Spółka Akcyjna „L. Zieleniewski” nie istnieje, a zatem obecny Zakład Nr 7 nie ma z tym nic wspólnego i nic ich to nie obchodzi. Tłumaczenia, że Zakład Nr 7 przejął cały majątek dawnej Spółki Akcyjnej „L. Zieleniewski”, nie przemawiały do rozsądku kierownictwa. Tymczasem pozbycie się tego balastu było dla mnie naglącą sprawą, raz - że nie miałem funduszów na opłatę strażników, a pozostawid wszystko na łasce losu nie miałem ani sumienia, ani odwagi. Poza tym zdawałem sobie sprawę, że może nadejśd czas, kiedy będzie trzeba zdad ze wszystkiego sprawozdanie i rozliczenie.

Wobec odmowy dyrekcji zakładu, zwróciłem się do Zjednoczenia Przemysłu Kotlarskiego, któremu podlegał Zakład Nr 7. Również zjednoczenie nie chciało zająd odpowiedniego stanowiska wiedząc, że może to byd tylko balastem. Szczytem wszystkiego była wizyta inspektora Urzędu Skarbowego, który na podstawie doniesienia urzędu z Niska, że Huta Aluminium nie płaci podatku obrotowego, miał przeprowadzid kontrolę działalności Spółki, której niby ja jestem właścicielem. Już wstępne rozmowy doprowadziły do nieprzyjemnego spięcia, gdyż w oczach inspektora byłem rekinem kapitalistycznym, ukrywającym dochody, i przez to uszczuplałem dochody skarbu paostwa, za co niewątpliwie będę pociągnięty do odpowiedzialności. Tutaj dowiedziałem się, że jestem właścicielem Huty Aluminium i żadne moje rzetelne tłumaczenia nie znalazły posłuchu. Spisano ze mną sążnisty protokół i miałem oczekiwad dalszego rozwoju wypadków Nie czekając na wynik owego nieszczęsnego protokołu, postanowiłem przypuścid energiczny atak na Zjednoczenie Kotlarskie, którego dyrektorem był wówczas dyr. Kramarz, dawny mój kolega. Wytłumaczyłem mu bezsens sytuacji i prosiłem o ratunek. Wówczas zjednoczenie oddało sprawę swojemu radcy prawnemu, który również nie umiał znaleźd wyjścia. Nareszcie sprawa znalazła się w Ministerstwie Budowy Maszyn Ciężkich, któremu podlegało Zjednoczenie Kotlarskie, a więc i Zakład

Nr 7. Pertraktacje się przeciągały, a zobowiązania na wypłaty strażników i podatki od uposażeo rosły. Monity waliły jeden za drugim. Tutaj miałem możnośd porównania sprawności niektórych instytucji. Palmę pierwszeostwa musiałem przyznad Urzędowi Skarbowemu za sprawne funkcjonowanie, gdyż to była jedyna instytucja, która interesowała się moją działalnością. Nareszcie po długich cierpieniach nadeszła decyzja Ministerstwa Budowy Maszyn Ciężkich, że cały obiekt należy przekazad komisyjnie Ministerstwu Hutnictwa. Dyrekcja Huty „Stalowa Wola” miała - jako przyszły użytkownik, wyznaczyd komisję i przyjąd w swoje posiadanie cały majątek ruchomy i nieruchomy dawnej Huty Aluminium. Nareszcie spadł mi kłopot z głowy. Najpierw zostały odebrane na miejscu teren, baraki i inne drobiazgi. W drugim etapie przedstawiciele Huty „Stalowa Wola” przeprowadzili kontrolę ksiąg i ostatecznie spisano protokół zdawczo-odbiorczy. „Stalowa Wola” uznała wszystkie rzeczowe pretensje oraz zobowiązania, jakie wynikały z zapisów buchalteryjnych. W ten sposób zakooczyłem karierę „właściciela” Huty Aluminium - Spółka Akcyjna w Stalowej Woli. Podczas załatwiania tej sprawy we wszystkich prawie instancjach spotkałem się z zadziwiającą obojętnością wobec sprawy przejęcia majątku paostwowego. Jedynie Urząd Skarbowy - jak już wyżej wspomniałem - stał na wysokości zadania.

Instalacja destylacyjna dla rafinerii Trzebinia

W roku 1949 zostałem zaproszony na konferencję do Centralnego Zarządu Przemysłu Naftowego w Krakowie, gdzie miała byd rozpatrywana sprawa rozbudowy dwustopniowej instalacji rurowowieżowej do przeróbki ropy naftowej o niespotykanej dotąd w Polsce wydajności 700 ton ropy na dobę. Centralny Zarząd posiadał ofertę amerykaoską na pewien zakres prac, na sumę 25 000 dolarów. Gdy w trakcie obrad spytano mnie o zdanie i ocenę wyżej wspomnianej oferty, bez chwili namysłu oświadczyłem, że polski inżynier i robotnik, mając do dyspozycji odpowiedni zakład wykonawczy, nie powinien zadowalad się łatwizną, lecz winien podejmowad się również zadao trudniejszych. Raz się słowo rzekło. Zdawałem sobie dokładnie sprawę z trudności, jakie będzie trzeba pokonad, ażeby temu zadaniu sprostad. Oświadczyłem, że o ile otrzymam w terminie pomoc materiałową i o ile Zakład Nr 7 zlecenie przyjmie, wówczas podejmę się opracowania dokumentacyjnego, zbudowania i oddania wymaganej dwustopniowej instalacji o wydajności 700 ton na dobę. Postanowiono zwrócid się do Zakładu Nr 7, który był względnie uporządkowany i miał już ustalony profil produkcyjny. Nie wszyscy uczestnicy konferencji podzielali moje zdanie. Pochwalali wprawdzie mój zapał, lecz równocześnie zwracali uwagę, że wykonanie tak poważnego zadania wyłącznie siłami krajowymi jest ryzykownym eksperymentem, na który przemysł naftowy nie może sobie w danej chwili pozwolid. Oferta amerykaoska oparta jest natomiast na dużym doświadczeniu i daje pełną gwarancję jakości opracowania. W skrytości ducha musiałem im przyznad rację, z drugiej strony jednak każda wysuwana wątpliwośd drażniła tylko ambicję i z tym większym zapałem broniłem swego stanowiska. Ostatecznie, przy poparciu znacznej ilości uczestników tej konferencji, sprawa została przekazana do

omówienia w, ściślejszym gronie z moim udziałem, po porozumieniu się z kierownictwem Zakładu Nr 7. Od tej chwili wszystko szło po mojej myśli i Zakład Nr 7 otrzymał zlecenie budowy dwustopniowej instalacji destylacyjnej dla przeróbki ropy naftowej o wydajności 700 ton na dobę. Do współpracy przy opracowaniu dokumentacji zmobilizowałem najlepsze siły mojego zespołu, który został jeszcze wzmocniony częścią sił z Centralnego Biura Aparatury. Początkowo wszystko szło składnie, kiedy jednak zaczęło chodzid o zaopatrzenie materiałowe, rozpoczęły się trudności. Do tego dochodziły wymagania inwestora, który przewidywał, że będzie musiał przerabiad ropę z importu o dużej zawartości siarki, a więc należało przewidzied antykorozyjną wykładzinę wieży próżniowej dla ochrony głównego płaszcza. Zastosowanie blach chromowo-niklowych, produkowanych w Polsce (pomijając ich wysokie ceny), nastręczało duże trudności wykonawcze. Materiały, jakich używała na tego rodzaju wykładzinę zagranica, nie były u nas produkowane. W Stanach Zjednoczonych nie stosowano wykładziny, lecz wykonywano całe kolumny z materiału kwasoodpornego o zawartości 56 procent niklu i chromu. Na takie rozwiązanie nie mogliśmy sobie jednak w żadnym wypadku pozwolid. Należało zatem szukad takiego materiału, który byłby odporny w danym ośrodku korozyjnym. Materiał taki, poza odpornością na korozję siarkową, powinien odznaczad się jeszcze inną właściwością: jego rozszerzalnośd pod wpływem temperatury winna byd zbliżona do liniowego wydłużenia materiału rodzimego, z którego wykonana była sama kolumna. Odbyliśmy kilka narad z przedstawicielami huty „Baildon” łącznie z przedstawicielami przemysłu naftowego, celem wytypowania materiału jak najkorzystniejszego dla naszych warunków pracy. W konsekwencji doszliśmy do wniosku, że do ochrony wieży w najniebezpieczniejszym miejscu - tj. na wysokości ⅓ od dołu, gdzie temperatury dochodzą do 270°C - użyjemy naszej blachy o zawartości 12 procent niklu i 18 procent chromu. W zakresie tego rodzaju prac nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Należało opracowad najpierw technologię wykonawstwa tej wykładziny, celem sprowadzenia do minimum wpływu różnic w jej wydłużalności w stosunku do materiału płaszcza kolumny, i odpowiednio przeszkolid spawaczy. Kolumna o średnicy 4500 mm miała stosunkowo dużą powierzchnię do osłony wykładziną. Opracowaliśmy bardzo ciekawą technologię wykładania, spawania wykładziny i próbowania jej szczelności. Cóż warta byłaby bowiem wykładzina, gdyby ciecz powodująca korozję przedostała się poprzez nieszczelne spawy do przestrzeni między wykładziną a płaszczem? Podczas badania wnętrza wieży po upływie czterech lat mogłem z satysfakcją i pełnym zadowoleniem stwierdzid, że nasz sposób tak wykonawstwa, jak i prób zdał egzamin na piątkę. Powierzchnia wykładziny lśniła jak lustro i nie stwierdziłem nawet najmniejszych śladów korozji. Do wyżej opisanych trudności dochodziły jeszcze inne, kto wie, czy nie gorsze, gdyż nie mieliśmy na nie bezpośredniego wpływu, mianowicie kłopoty z importem części nie produkowanych w kraju. Import ograniczyliśmy do minimum koniecznego dla zbudowania nowoczesnej instalacji, wyposażonej w najnowocześniejsze urządzenia. Również wyposażenie pieców rurowych w odpowiedniego gatunku rury stopowe, w których ropę podgrzewa się do temperatury 500°C przy ciśnieniu do 12 atmosfer, nie należało do łatwych zadao. Ale i te trudności zostały przezwyciężone.

Im dalej prace posuwały się naprzód, im bliższy był początek montażu, tym większe piętrzyły się trudności. Brak zamówionych w Anglii pomp i instrumentów pomiarowych przekreślał wyznaczony termin uruchomienia. Wynikały komplikacje z wykonaniem wieży próżniowej w Zakładzie Nr 7 ze względu na wymiary i ciężar, uniemożliwiające transport koleją na miejsce montażu w Trzebini. Wobec tego należało przetransportowad wieżę próżniową w częściach i wykonad prace montażowe na miejscu budowy. Było to zadanie bardzo trudne, wymagało bowiem maksymalnej dokładności przy stosunkowo dużych rozmiarach (średnica wieży 4,5 metra, wysokośd - 36 metrów) i ciężarze poszczególnych elementów (ciężar całej wieży bez wypełnienia ruchowego wynosił 110 ton). Ustawienie kolumny destylacyjnej powierzono przedsiębiorstwu montażowemu „Mostostal” w Gliwicach, które znakomicie wywiązało się z zadania w rekordowym czasie 45 minut. Po zakotwiczeniu wieży śrubami i zluzowaniu wind odetchnąłem z ulgą i bodaj pierwszą noc od rozpoczęcia montażu spałem spokojnie. W czasie montażu wewnętrznych półek destylacyjnych oraz rurociągów i wymurówki pieców rurowych zaczęły nadchodzid dawno upragnione pompy, a prawie w ostatnim stadium montażu także instrumenty pomiarowo-kontrolne. W miarę postępu montażu i zbliżającego się terminu uruchomienia instalacji oraz próbnego ruchu, występowały bardzo jaskrawo dalsze trudności, a mianowicie brak załogi do obsługi bądź co bądź dosyd skomplikowanej instalacji. Tylko trzy osoby obeznane z tego rodzaju urządzeniami, które mogły na zmianę prowadzid ruch i dozór nad instalacją, wchodziły w rachubę, a mianowicie: dyrektor rafinerii, inż. Filipowicz, dyrektor techniczny rafinerii Czechowice, inż. Zajezierski, no i ewentualnie ja. Brak było jednak zasadniczej załogi, tj. dwunastu przeszkolonych pracowników do destylacji wieżowych. Częściowo zaradziliśmy temu przydzielając do grup monterskich pracujących przy montażu pewnych pracowników, którzy mieli zapoznad się z instalacją, a następnie przejśd do pracy na wieży. Pociągnięcie to było bardzo pożyteczne, lecz wciąż jeszcze nie dawało doświadczonych destylatorów do obsługi nowoczesnej instalacji, której dotychczas polski przemysł naftowy w ogóle nie posiadał. Opracowałem szczegółową instrukcję obsługi, z którą musieli zapoznad się wszyscy brani pod uwagę pracownicy. Pozbierano z różnych rafinerii co bardziej odpowiedzialnych destylatorów urządzeo kotłowych i zapoznano z ruchem rurowowieżowym. Wszystko to stanowiło jedynie półśrodki, które, chociaż pożyteczne, nie dawały jednak doświadczonej załogi dla obsługi dwustopniowej instalacji destylacyjnej. Poza tym świadomośd, że najmniejsze uchybienie i przeoczenie w obsłudze może spowodowad nieobliczalne w skutkach następstwa: pożary, eksplozje itp., spędzało nam sen z oczu. Nareszcie stwierdziliśmy, że instalacja jest prawie wykooczona, można więc zacząd przygotowania do przedmuchiwania rurociągów, badania rurociągów i poszczególnych aparatów na szczelnośd i na próżnię. Po próbach i stopniowym usuwaniu nieszczelności zaczęto napełniad instalację olejem do zimnej cyrkulacji i rozpalad piece rurowe do suszenia wymurówki tychże, używając do opalania drzewa, zamiast - jak normalnie - gazu. Prace te poszły nadspodziewanie dobrze i nie stwierdzono żadnych specjalnych niedociągnięd montażowych.

Po udanej zimnej cyrkulacji włączono gaz i zaczęto podnosid temperaturę cyrkulowanej zawartości aż do 300°C, po czym opróżniono instalację z oleju gazowego i zastąpiono go ropą, która przy takiej temperaturze zaczęła już powoli destylowad. W ten sposób została uruchomiona pierwsza tego rodzaju w Polsce Ludowej dwustopniowa instalacja rurowo-wieżowa o wydajności siedmiuset ton ropy na dobę. Dużą pomocą w realizowaniu budowy nie tylko instalacji wieżowej, lecz w zagospodarowaniu całego terenu w zbiorniki, tory kolejowe, drogi i inne, był niestrudzony i zawsze chętny do pomocy, bardzo doświadczony nafciarz, z którym już przed wojną współpracowałem w „Polminie” w Drohobyczu, dyrektor rafinerii, inż. Filipowicz. Uruchomienie instalacji w Trzebini przypadło na szczęście na letnie miesiące, co w niemałym stopniu ułatwiało sprawę, gdyż nie przeszkadzało zamarzanie rurociągów ropnych i olejowych. Wprawdzie celem zapobieżenia zamarzaniu stosuje się ogrzewanie, ale nie zawsze jest to skuteczne przy niskokrzepnących olejach. Każde drobne niepowodzenie w początkowym okresie rozruchu w czasie mojej nieobecności starano się wyolbrzymiad i przypisywad rzekomo mojemu brakowi zainteresowania, zapominając, że oprócz prac w Trzebini byłem wówczas kierownikiem działu naftowego w Centralnym Biurze Aparatury Chemicznej w Krakowie, dokąd zostałem tymczasem służbowo przeniesiony z całym działem z Zakładu Nr 7. Podczas całej budowy doznawałem życzliwej pomocy tak ze strony władz przemysłu naftowego, jak też moich przełożonych, a ze strony kolegów spotykałem się z postawą pełną poświęcenia. Obecnie przejeżdżając przez Trzebinię na Śląsk nie mogę powstrzymad się od rzucenia okiem na te piękne, smukłe, lśniące wieże destylacyjne, połączone lekką konstrukcją stołową, przez którą dziesiątki razy przechodziłem. Wówczas byłem znacznie młodszy. Jak z powyższych wspomnieo wynika, życie i twórczośd inżyniera przynosiły w ubiegłych latach - poza osobistym zadowoleniem z dobrze spełnionego obowiązku i zaspokojeniem ambicji zawodowej również ciemne momenty, które powodowały dużo szkody. Był okres, kiedy za niepowodzenia w nowych i śmiałych konstrukcjach pociągano inżyniera do odpowiedzialności, a skłonnośd do przypisywania złej woli i, co gorsza, posądzanie o sabotaż były zjawiskiem ogólnym. Doszło do tego, że konstruktor wolał posługiwad się starymi, wypróbowanymi podkładami rysunkowymi i konstruował maszyny przestarzałe, ciężkie i mało wydajne, a to tylko ze względu na tzw. spokojny sen. Dopiero październik 1956 roku zmienił ten stan rzeczy. Dzisiaj mamy te czasy daleko już poza nami. Paostwo Ludowe łoży znaczne kwoty na postęp techniczny, który niewątpliwie jest już widoczny, a odstęp od światowej czołówki jest coraz mniejszy.

Odbiór próbny z przeszkodami

Wykonawstwo aparatury dla przemysłu naftowego wymaga specjalnie starannego przygotowania do produkcji, kontroli w czasie wykonywania, no i skrupulatnego odbioru. Wymagania te są tak wysokie, ponieważ każde niedociągnięcie w wytwarzaniu aparatury naftowej sprawia dużo kłopotu w czasie rozruchu i podczas eksploatacji, grożąc eksplozją i pożarem. A pożar na rafinerii jest wrogiem nr 1. Trzeba zatem dołożyd wszelkich starao, ażeby aparatura naftowa dostarczona była w jak najlepszym wykonaniu. Z tego też powodu przemysł naftowy często w umowie zastrzegał sobie prawo kontroli w czasie wykonawstwa oraz odbioru urządzeo w zakładzie. Swego czasu wykonywaliśmy ciśnieniowe zbiorniki magazynowe na propan, które miały byd odbierane na ciśnienie wodne 14 atmosfer. Po wykooczeniu zbiorników zawiadomiono klienta, tj. rafinerię „Jedlicze”, że zbiorniki są gotowe do odbioru i prosimy o wydelegowanie przedstawiciela. Zarządzono w warsztacie przygotowanie zbiorników do próby. W razie stwierdzenia jakichkolwiek usterek należało je usunąd, tak aby próba odbiorcza przebiegała sprawnie. Kierownik warsztatu zgłosił, że zbiorniki wypróbowano i nie wykazują one żadnych nieszczelności. Po zgłoszeniu się przedstawiciela z Jedlicz poszedłem z nim do zakładu celem dokonania odbioru zbiorników i podpisania protokołu odbiorczego. Zewnętrzne oględziny wypadły jak najpomyślniej, spawy elektryczne wykonane były wzorowo. Dałem polecenie stopniowego podnoszenia ciśnienia do 14 atmosfer. Zauważyłem, że pracownik obsługujący pompę poruszył tylko kilka razy rączką pompy, a manometr już wykazywał ciśnienie 14 atmosfer, co mnie bardzo zastanowiło. Nie mówiąc nic, oglądaliśmy skrupulatnie wszystkie połączenia i nawet robiłem próby młotkowania spawów - jednak całośd wykonania była w jak największym porządku. To samo powtórzyło się przy drugim i trzecim zbiorniku. Na połączeniach i spawach nie stwierdzono nawet najmniejszych nieszczelności. No cóż solidna robota. Jednakże byłem niespokojny, gdyż wiedziałem, że mimo wszystko coś w przygotowaniu do prób nie jest w porządku. Nie chciałem w obecności klienta demaskowad jakiegoś podstępu czy też przeoczenia. Zbiorniki zostały odebrane, protokół napisany i opuściliśmy warsztat zadowoleni z wzorowo wykonanej pracy. Na odchodnym poleciłem, aby wszystko zostawid tak, jak jest, że ja zaraz wrócę. Po pożegnaniu sympatycznego klienta, pędzony ciekawością pobiegłem do warsztatu. Kazałem ponownie podnieśd ciśnienie i nie mówiąc, o co mi chodzi, kazałem odkręcid jedną zaślepkę na zbiorniku. Pracownik wykonujący tę czynnośd obawiał się, że po zluzowaniu śrub woda obleje go całego. Zapewniłem go, że mu się nic nie stanie. Rzeczywiście po usunięciu zaślepki woda nie trysnęła, a manometr nadal wskazywał ciśnienie 14 atmosfer. Na czym właściwie polegał dowcip? Otóż monter, który montował rurociąg doprowadzający wodę z pompy ciśnieniowej do zbiornika, założył na jednym połączeniu kołnierzowym uszczelnienie bez otworu przelotowego, a więc zaślepił przewód i tym samym odciął dopływ wody do zbiornika. Wobec takiego założenia uszczelki można było wytworzyd ciśnienie tylko w części rurociągu przed zaślepką, zaś za nią cała reszta zbiorników była od pompy odcięta i bez ciśnienia. Przy tak małej pojemności wystarczyło kilkanaście ruchów tłoka pompy ręcznej, ażeby manometr wskazał pożądane ciśnienie. Po uzyskaniu 14 atmosfer pompę odcięto zaworem i zamknięto dalszy dopływ, a ciśnienie utrzymywało się tylko w samym rurociągu. Ciekawe, że nikt z obecnych nie zwrócił na to uwagi. Przedstawiciel klienta nie musiał tego zauważyd ze względu na brak wprawy w ocenie takich czynności. Kierownik warsztatu jednak powinien zauważyd, a brygadzista przy sumiennym wykonywaniu pracy powinien był to wykryd, chodby

dlatego, że istotnie dopełnienie zbiornika do najwyższego poziomu odpowietrzającego wykonuje się przy pomocy pompy ręcznej. Nie podejrzewaliśmy nikogo o złą wolę i trochę nawet można się było uśmiad z tego nieudanego żartu, który chciano zrobid komuś mniej doświadczonemu. Zarządziłem ponowną próbę, którą wykonano bardzo skrupulatnie według wszelkich prawideł. Dla siebie zaś wyciągnąłem pożyteczny wniosek, że zanim przystąpi się do oficjalnego odbioru, należy najpierw samemu przekonad się, czy wszystko zostało należycie wykonane, i tego zawsze w późniejszej praktyce się trzymałem, tak w zakładzie, jak też na montażach przed uruchomieniem. Dzisiejszy dział kontroli zakładowej nie przepuściłby takiego kawału, gdyż groziłoby to obcięciem premii za niedopatrzenie.

Jako usprawiedliwienie wysuwano możliwośd, że robotnik, który miał wykonad połączenie zbiornika z pompą, nie miał w tej chwili gotowego uszczelnienia i chciał przymierzyd krążek klingerytu do kołnierzy. Po założeniu go między kołnierze został odwołany do innej czynności, a drugi monter widząc założoną uszczelkę, dokręcił śruby. Nauka stąd - nigdy nikomu nie wierzyd i sprawdzad osobiście, czy wszystko jest dobrze wykonane. Niezauważenie tego szczegółu mogło spowodowad duże nieprzyjemności lub, co gorsza, przykry wypadek, gdyby stwierdzono nieszczelności już przy napełnieniu zbiornika propanem. Usuwanie nieszczelności w zakładzie jest drobiazgiem, zaś w rafinerii, chodby przy opróżnionym i oczyszczonym zbiorniku, mogłoby pociągnąd za sobą nieobliczalne w skutkach następstwa.

Odważna decyzja

W mojej praktyce zdarzały się niekiedy wypadki zmuszające do bardzo ryzykownych przedsięwzięd.

W rafinerii w Trzebini znajdowała się poniemiecka wieża atmosferyczna, wykonana z kilku członów łączonych przy pomocy kołnierzy na uszczelnieniach klingerytowych. Z biegiem czasu klingeryt na jednym połączeniu został przez benzynę rozpuszczony i wypłukany, tak że powstały bardzo niebezpieczne nieszczelności, grożące każdej chwili pożarem i eksplozją. Powstał problem, jak usunąd nieszczelności bez demontażu wieży. Najbezpieczniej byłoby całą instalację odstawid i po wyparowaniu resztek pozostałej benzyny nieszczelne połączenie zdemontowad przez usunięcie śrub. Postawid takie rusztowanie, które pozwoliłoby na podniesienie tej części kolumny (około 60 ton) na wysokośd 22 m, usunąd uszkodzone uszczelnienie, założyd nowe, opuścid podniesione części i ponownie dobrze skręcid śrubami. Taka naprawa trwałaby minimum trzy tygodnie, co pociągnęłoby za sobą duży koszt i długą przerwę w produkcji. O takim rozwiązaniu sprawy Centralny Zarząd nie chciał nawet słyszed. Trzeba było szukad innych możliwości. Czas naglił, a diabeł nie śpi. Postanowiono dla omówienia sprawy zwoład do Trzebini naradę, na którą zaproszono również i mnie. Tak już było przyjęte, że w przemyśle

naftowym uważano mnie za swojego, za człowieka, bez którego nie powinno się nic dziad. Nie mogę powiedzied, żebym był z tego powodu nieszczęśliwy. Zadanie było trudne. Należało znaleźd sposób usunięcia nieszczelności maksymalnie bezpieczny, szybki i gwarantujący stuprocentową szczelnośd. Znając zagadnienie już wcześniej, nie byłem zaskoczony tym problemem i przygotowałem nawet szkicowo moje sugestie. Po dłuższej dyskusji i dokładnym przeanalizowaniu każdego sensownego pomysłu przedłożyłem mój wniosek: 1. 2. Odstawid wieżę atmosferyczną i parowad ją przez 48 godzin. Jest to normalna czynnośd przy wyłączaniu z ruchu każdej wieży. Następnie napełnid ją wodą aż do górnego najwyższego kródca, tak ażeby przelew następował górą. Przez ten zabieg zostałyby usunięte resztki ewent. pozostałej benzyny. Opróżnid wieżę z wody do wysokości nieszczelności. Wymontowad w nieszczelnej partii wieży półki destylacyjne na wysokośd człowieka, a więc 4-5 półek. Uszczelnid tak w dole, jak i w górze częśd wieży bez półek, tworząc w ten sposób samodzielną komorę. Uszczelnienie przekroju wieży miało byd wykonane z desek odpowiedniej grubości, dokładnie dopasowanych między sobą i do ściany wieży, tworząc dokładne koło. Łączenia między deskami miały byd uszczelnione gliną lub jakimś kitem. Następnie należało wykonad i dopasowad pierścieo z blachy stalowej, podzielony na kilka części, o grubości 6-8 mm i wysoki ca 120 mm dla osłony całego połączenia stykowego wież od wewnątrz. Pierścieo musiał byd dzielony, gdyż inaczej nie można by go było wprowadzid do środka wieży. Tak przygotowany pierścieo należało wszechstronnie przyspawad elektrycznie na całym wewnętrznym obwodzie wieży, zakrywając całe połączenie. Podczas spawania miało byd doprowadzane świeże powietrze do wieży przy pomocy węża przez otwarty właz, tworząc nieznaczne nadciśnienie. Podczas pracy miała byd w pogotowiu zakładowa straż pożarna z gaśnicami pianowymi na wszelki wypadek.

3. 4. 5.

6.

7. 8.

Po rzeczowej krytyce projekt ten został przyjęty i zrealizowany. Cała akcja została przygotowana bardzo starannie i zadanie wykonano bez jakichkolwiek przeszkód w bardzo krótkim czasie.

Niefortunne zarządzenie

Jak już wyżej wspomniałem, jeszcze w trakcie budowy instalacji w Trzebini zostałem przeniesiony służbowo z całym personelem mojego działu technicznego do Centralnego Biura Aparatury Chemicznej w Krakowie. Pobudki tego nieprzemyślanego zarządzenia były na pozór słuszne, lecz wyniki okazały się wręcz fatalne. Nasze władze nadrzędne wychodziły ze słusznego założenia, że biura konstrukcyjne przyzakładowe posiadają bardzo poważny potencjał inżynieryjno-techniczny o wysokich kwalifikacjach, który nie jest odpowiednio w zakładzie wykorzystany. Tworzące się biura

konstrukcyjne miały niedoświadczony personel. Postanowiono zatem wzmocnid go przenosząc wykwalifikowanych pracowników z biur przyzakładowych. Pracownicy w biurach zakładowych nie trudnili się tworzeniem nowych konstrukcji, lecz zasilali zakład taką dokumentacją, jaką posiadali u siebie, jeszcze z dawnych lat. Resztę czasu zużywali na prowadzenie tzw. komisji, na zaopatrywanie w materiały, nadzór warsztatowy itp., a więc na czynności, nie mające nic wspólnego z postępem technicznym. Dokumentacja, która przychodziła z centralnych biur konstrukcyjnych, była opracowana źle, rozwiązania świadczyły o tym, że konstruktorzy nie mają pojęcia o technologii warsztatowej, co było powodem ciągłych nieporozumieo. Zakłady nie chciały przyjmowad takiej dokumentacji itd. Postanowiono przeciąd ten węzeł i odkomenderowano trzon inżynieryjny do Centralnego Biura Aparatury Chemicznej, a w zakładzie z moich dwudziestu dwóch inżynierów i techników został tylko jeden. Gdy wiadomośd rozeszła się po zakładzie, że nasze przeniesienie jest faktem dokonanym, wezwał mnie dyrektor techniczny i zapytał krótko, ile potrzebuję czasu na opuszczenie zakładowego biura. Oświadczyłem, że potrzeba na to minimum dwa miesiące, ażeby pozałatwiad bieżące komisje. Oświadczono mi, że to jest niemożliwe, gdyż ze względu na nową reorganizację pomieszczenia te są potrzebne, wobec czego muszę się z tym przeniesieniem uporad w ciągu tygodnia, z tym że nie dokooczone komisje wykooczę już w CBA. Tak się też stało. Przykrą nowością w CBA było to, że każda czynnośd musiała byd dokładnie zaplanowana w godzinach i wciągnięta w ogólny plan produkcyjny CBA. Takich cudów w zakładzie nie robiliśmy i wśród naszych kolegów wyczuwało się pewien opór i skłonnośd do uważania wszystkiego za nonsens. Wkrótce jednak, gdy nasze pobory skoczyły w niektórych przypadkach o 100%, uznaliśmy, że warto było planowad. Po zakooczeniu spraw, przyniesionych jeszcze z zakładu, zostaliśmy szybko wciągnięci w wir zadao CBA. Koledzy dawniejsi znaleźli w nas chętnych i doświadczonych doradców. Mnie oprócz zadao związanych z kierowaniem biurem powierzono zorganizowanie Działu Kontroli Technicznej, którym przez pewien czas kierowałem. Warunki pracy w CBA po przezwyciężeniu pierwszych trudności organizacyjnych ułożyły się poprawnie. Szybko zaaklimatyzowaliśmy się w nowym otoczeniu. Obsługiwaliśmy wyłącznie przemysł naftowy, którego potrzeby znacznie przerastały nasze możliwości. Eksperyment trzebioski odniósł pełne zwycięstwo, które należało przenieśd na inne rafinerie. Plany unowocześnienia objęły rafinerię „Jedlicze”, a następnie przygotowaliśmy założenia dla budowy dalszych instalacji w Jaśle i Glinku Mariampolskim.

Ratowanie planu w zakładzie „L. Zieleniewski”

Aż tu naraz pękła bomba, że Zakładowi Nr 7 grozi załamanie się produkcji i w ogóle unieruchomienie z powodu braku przygotowania technologicznego i materiałowego produkcji.

Ze wszystkich stron bito na alarm. Zjednoczenie groziło konsekwencjami i żądało wyjaśnienia. Dyrekcja zakładu prosiła, aby dla ratowania produkcji przysład jej z powrotem co bardziej wytrawnych pracowników. Co robid, trzeba było zakład ratowad. Tu okazało się, że żywotnośd i zdolnośd produkcyjna zakładu uzależnione są od kilku inżynierów i techników. Taka lekcja poglądowa przydała się kilku mędrcom, którzy uważali i prawdopodobnie nadal uważają, że inżynier i technik nie są w zakładzie potrzebni. Ażeby uzdrowid warunki pracy u „Zieleniewskiego”, trzeba było oddelegowad tam kilku pracowników na przeszło rok. Powyższy przykład powinien byd przestrogą dla wszystkich reorganizatorów, ażeby nie podejmowali pochopnie nie przemyślanych decyzji. Natomiast przed wprowadzeniem w życie jakiejkolwiek zmiany powinni przeprowadzid szczegółową analizę skutków, jakie zmiana ta może spowodowad w przebiegu spraw nie tylko w najbliższej przyszłości, ale i później. Praca w CB dla przemysłu naftowego doznała poważnego zahamowania z powodu odpływu na dłuższy czas doświadczonych konstruktorów. Ubytek ten należało uzupełnid przez zaangażowanie młodych inżynierów, opuszczających wyższe uczelnie. Był to jednak element surowy, bez doświadczenia, który trzeba było dopiero szkolid. Z tymi trudnościami musiało się nie tylko CB uporad, lecz także inne biura projektowo-konstrukcyjne. Instalacja w rafinerii „Jedlicze” została uruchomiona w przewidzianym czasie i dzięki sprawnemu przeprowadzeniu wykonawstwa w zakładzie i na montażu funkcjonowała bez specjalnych zakłóceo. Również z obsługą nie było żadnych trudności, albowiem nauczony doświadczeniem zorganizowałem odpowiedni kurs dla obsługi nowoczesnych instalacji wieżowych. Dzięki tak sprężyście zorganizowanemu montażowi i uruchomieniu, rafineria mogła wykonad wszystkie zadania planowe i włączyd nową instalację. Świadczy o tym list pochwalny dyrekcji rafinerii do Centralnego Biura Aparatury Chemicznej. Wymagania przemysłu naftowego były coraz większe, a tym samym stawiane nam zadania przerastały wielokrotnie możliwości. Rozbudowa naszego działu naftowego przy Centralnym Biurze nie wchodziła w rachubę ze względu na brak pomieszczenia. Budowa biurowca była dopiero w stadium początkowym i nie było żadnych widoków na jej przyspieszenie. W związku z tym przemysł naftowy musiał szukad innego, korzystniejszego dla siebie rozwiązania i - tak jak w Związku Radzieckim - zaczął organizowad własne specjalistyczne biuro projektowe dla przemysłu naftowego, które obecnie rozrosło się do około trzystu pracowników. Zjednoczone Rafinerie w Krakowie, którym rozbudowa przemysłu rafineryjnego bardzo leżała na sercu, robiły usilne starania przeniesienia naszego działu naftowego, który miał już znaczne osiągnięcia i pewną tradycję w dziedzinie przeróbki ropy naftowej, do nowo tworzącego się biura projektowego. Sprawa oparła się wówczas o wiceprzewodniczącego PKPG, inż. Wanga, który stanowczo sprzeciwił się wydzieleniu nas z CB twierdząc, że jest to jedyne biuro konstrukcyjne na odpowiednim poziomie i nie pozwoli go zdezorganizowad. Polecił jednak rozpowszechnid nasze doświadczenia w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Biuro Projektowe Przemysłu Naftowego korzystało tylko sporadycznie i w dośd ograniczonym stopniu z naszych usług i naszego doświadczenia. Natomiast wykorzystywało w całej pełni nasze podkłady konstrukcyjne. Od czasu owego zarządzenia przenoszącego nas do CB sytuacja zmieniła się zasadniczo. Zycie współczesne i ciągły postęp techniczny, jakiego jesteśmy świadkami, stawiają przed nami nowe zadania i wskazują nowe drogi, jakimi powinniśmy kroczyd, ażeby tym wymaganiom sprostad. Dzisiaj, w przeciwieostwie do minionego okresu, wszystko wskazuje na to, że mocne i dobrze zorganizowane biura konstrukcyjne przyzakładowe mają byd podstawą wszelkiego postępu technicznego. Wymagania rynku różnią się zasadniczo od wymagao w minionym okresie i konstruktor musi dbad o to, ażeby skonstruowana przez niego maszyna czy urządzenie było nowoczesne, o wyższych wskaźnikach ekonomicznych przy zachowaniu wyglądu estetycznego. Biurom przyzakładowym przypadnie w udziale doskonalenie konstrukcyjne produkcji i wyrobów wytwarzanych w danym przedsiębiorstwie oraz opracowywanie nowych konstrukcji, mieszczących się w jego profilu produkcyjnym. Biura te w oparciu o wysoko kwalifikowany personel inżynieryjno-techniczny są predestynowane do opracowywania nowych prototypowych rozwiązao, w czym niewątpliwie dopomogą im bliskośd i ścisłe powiązanie z zakładem. Dzisiejsze doświadczenia, zdobyte w czasie minionych dziesięciu lat, uchronią ich od nieprzemyślanych zarządzeo, jakich byliśmy już świadkami. Inżynier biura konstrukcyjnego przyzakładowego nie będzie już upośledzony w swoich możliwościach zawodowych w stosunku do kolegi z CBK. Należy się tylko cieszyd z tego korzystnego rozeznania i dążyd do nadrobienia straconego czasu. Jak dotychczas wszystko wskazuje na to, że tworzenie mocnych biur konstrukcyjnych przyzakładowych jest konsekwentnie realizowane. Lepiej późno niż nigdy.

Niedoszły dyrektor naczelny ZBMiAp

Przemiany polityczne, jakie dokonały się w październiku 1956 roku, wpłynęły bardzo korzystnie na ogólną sytuację w kraju i przyniosły duże odprężenie we wszystkich niemal dziedzinach naszego życia politycznego i gospodarczego. Klasa robotnicza i inteligencja pracująca widziały w wypadkach październikowych rozpoczynający się nowy kierunek polityczny, oparty na sprawiedliwości i praworządności. Tak pojęte przeobrażenia wpłynęły bardzo mobilizująco i pobudziły do wzmożonego wysiłku dla poparcia najwyższych władz rządowych. Załogi fabryk zaczęły wprowadzad nowy ład. Zaczęto tworzyd rady robotnicze i świat pracy poczuł się bardziej aniżeli kiedykolwiek współodpowiedzialnym gospodarzem. Wiedza i doświadczenia zaczęły wypierad ignorancję i nieuctwo.

Kierownikom zakładu, którzy nie dorośli do zadao, zaczęto śmiało wytykad błędy i uzdrawiad stosunki w różnych fabrykach. Nawet i w naszym biurze zaszły pewne zmiany, chociaż nie było konieczne dokonywanie radykalnych cięd. Ponieważ w tym okresie zmiany na stanowiskach kierowników i dyrektorów były modne, więc i u nas zaczęto działad w tym kierunku. Pewnego listopadowego dnia w sobotę po powrocie z biura do domu pozwoliłem sobie na poobiednią drzemkę. Nie trwała ona długo, gdyż około godziny siedemnastej usłyszałem w przedpokoju obce męskie głosy i odpowiedź mojego syna, Że tatuś jest, lecz śpi. Czekałem, co będzie dalej. Syn wszedł i powiedział, że jest kilku panów, którzy chcą ze mną mówid. Kazałem przeprosid i za chwilę byłem gotowy. Jakież było moje przyjemne zdziwienie, gdy zobaczyłem dobrze mi znane twarze z Zakładu Budowy Maszyn i Aparatury im. Szadkowskiego. Była to delegacja członków rady robotniczej, składająca się z pięciu przedstawicieli, z przewodniczącym Florczykiem na czele. Przywitaliśmy się bardzo serdecznie i poprosiłem wszystkich do zajęcia miejsca. Na moje pytanie, czemu zawdzięczam zaszczyt odwiedzin, inż. Florczyk oświadczył bardzo poważnym głosem mniej więcej w ten sposób: - Panie inżynierze! Wracamy z zebrania Rady Robotniczej Zakładów Budowy Maszyn i Aparatury, na którym został zdjęty naczelny dyrektor Gwiżdż, i jesteśmy upoważnieni prosid pana o wyrażenie swej zgody na objęcie stanowiska naczelnego dyrektora naszych Zakładów. Wypowiedź kol. Florczyka poparta została przez innych członków delegacji. Można sobie wyobrazid moje uczucia, gdyż wszystkiego innego byłbym się spodziewał, lecz nigdy tej oferty. Naturalnie podziękowałem w bardzo ciepłych słowach, na jakie mnie w tym momencie było stad - za pamięd i okazane zaufanie oraz za tak zaszczytne wyróżnienie i prosiłem o umożliwienie mi rozpatrzenia tej propozycji w spokoju ducha i o czternastodniowy termin na powzięcie decyzji. Nie chciałem w tak poważnej sprawie, zarówno dla zakładu, jak i dla mnie osobiście, podejmowad nieprzemyślanej decyzji. Z lekką opozycją zgodzono się na moją propozycję. Po tym oświadczeniu rozpoczęła się przyjacielska rozmowa przy lampce wina. Po serdecznym zapewnieniu mnie, że w razie mojego pozytywnego ustosunkowania się do złożonej mi propozycji nie będę osamotniony i że zawsze mogę liczyd na radę robotniczą i całą załogę, rozstaliśmy się bardzo serdecznie, jak przystało na starych znajomych. Po zaspokojeniu ciekawości członków rodziny przyszło odprężenie, a potem ciężkie chwile podjęcia decyzji. Żona moja powiedziała tylko tyle: - Nie chcę na ciebie wpływad, jak postanowisz, tak będzie, ale radzę ci dobrze się zastanowid, zanim wypowiesz ostatnie słowo.

Teraz dopiero nastąpiły różnego rodzaju refleksje. Rozpatrywanie wszystkich możliwości za i przeciw oraz przewidywanie ewentualnych konsekwencji rodziło sprzeczne ze sobą poglądy na zagadnienie, co do pewnego stopnia zaciemniało moją ocenę rzeczywistości. Osobiście ciągnęło mnie do zakładu, w którym spędziłem znaczną częśd mojej dojrzałej młodości, a z drugiej strony żal mi byłoby pożegnad się z pracą, w którą wkładałem dużo inwencji i osobistego wysiłku. Oprócz tego w dziale maszyn chemicznych w CB, którego byłem kierownikiem, żal mi było opuścid bardzo dobrze ustawiony i zdyscyplinowany zespół inteligentnych pracowników, z którymi wykonywałem piękne inżynierskie prace. Rady przyjaciół były często sprzeczne, a więc trzeba było uporad się samemu z tak ważnym problemem. Termin odpowiedzi zbliżał się, a telefonów od kol. Florczyka było coraz więcej. Zdobyłem się na ostateczną decyzję, podjętą na podstawie długotrwałych rozważao, że korzystniej będzie dla obu stron, jak dam negatywną odpowiedź. Wystosowałem list do Rady Robotniczej przy ZBMiAp. w Krakowie, uzasadniając dosyd obszernie moją odmowę, i tym samym załatwiłem sprawę, lecz nie przestały mnie prześladowad dalsze myśli. Często żałowałem mojej decyzji i miałem wyrzuty sumienia, że wówczas, gdy zakład mnie potrzebował, nie stanąłem na wysokości zadania i bałem się przyjąd na siebie odpowiedzialnośd, jak również obowiązki, wynikające z przyjęcia stanowiska naczelnego dyrektora zakładu produkcyjnego, zatrudniającego 2500 pracowników. Tego rodzaju myśli nawiedzały mnie często i każdorazowo musiałem siebie przekonywad, że decyzja moja była jedynie słuszna. Najgorzej było przekonad o słuszności mojej decyzji pracowników zakładu bądź w fabryce, bądź też na mieście. Uważali bowiem i uważają do dnia dzisiejszego, że wszelkie niepowodzenia w fabryce nie byłyby zaistniały, gdybym wówczas postanowił inaczej. Często nie staram się nawet wyprowadzad ich z błędu, że i ja nic bym nie pomógł, gdyż dolegliwości nękające ten zakład i ich przyczyny nie leżą w sposobie zarządzania, lecz tkwią znacznie głębiej i nie mogą byd usunięte w granicach kompetencji dyrektora zakładu. Im bardziej oddalam się w czasie od owych wydarzeo, tym częściej dochodzę do przekonania, że moja decyzja była słuszna i trafna.

Organizacja nowego działu

Dział naftowy z biegiem czasu przekształcił się w dział maszyn chemicznych, a częśd starszych doświadczonych konstruktorów zasiliła inne działy branżowe, istniejące w ramach Centralnego Biura Aparatury Chemicznej. Dział maszyn chemicznych postawił sobie za zadanie uporządkowanie pewnych gałęzi w budowie aparatury chemicznej dotąd zaniedbanych, jak wirówki szybkobieżne, filtry próżniowe i tarczowe, urządzenia do wytwarzania gazu itp. Dysponuje już pewnymi osiągnięciami.

Zawód inżyniera jest piękny i szlachetny, stwarza mocne charaktery. Twórczośd i pozytywne osiągnięcia dają dużo zadowolenia osobistego, zaś w tworzeniu dóbr materialnych i przysparzaniu bogactw i potęgi paostwowej kroczymy w pierwszym szeregu.

Zakończenie

W styczniu 1962 r. dyrekcja Centralnego Biura Aparatury Chemicznej powierzyła mi organizację nowego pionu do spraw eksportu kompletnych obiektów przemysłu chemicznego. Po zapoznaniu się z zadaniami przyszłego pionu opracowałem schemat organizacyjny na docelową liczbę 60 pracowników inżynieryjno-technicznych i ekonomiczno-handlowych. W oparciu o zarządzenie ministra przemysłu ciężkiego z 2 kwietnia 1962 r. o utworzeniu Przedsiębiorstwa Projektowania i Dostaw Aparatury Chemicznej zostałem powołany z dniem 1 maja 1963 na stanowisko kierownika Wydziału Technicznego i zastępcy dyrektora w pionie dostaw i na tym stanowisku pozostaję do chwili obecnej. Dotychczasowe usługi naszego przedsiębiorstwa ograniczały się jedynie do opracowywania i dostawy dokumentacji projektowo-konstrukcyjnej, zaś w związku z utworzeniem nowego przedsiębiorstwa usługi nasze jako generalnego dostawcy kompletnych obiektów zostały rozszerzone również na działalnośd eksportowo-handlową w oparciu o współpracę z różnymi centralami handlu zagranicznego, jak „Cekop”, „Polimex”, „Centrazap” i inne. Nowy zakres czynności wymagał ode mnie przestawienia i przygotowania się do nowych zadao związanych z opracowywaniem ofert i akwizycją, handlem zagranicznym, kontraktacją i umowami międzypaostwowymi o dostawę kompletnych obiektów przemysłu chemicznego. W ostatnich trzech latach jako specjalista z ramienia generalnego dostawcy odbyłem szereg podróży do różnych krajów: Tunezji, Egiptu, Związku Radzieckiego, Niemiec wschodnich i zachodnich, Jugosławii, Czechosłowacji. Znajomośd języków obcych i stare doświadczenia akwizycyjne są mi bardzo pomocne w negocjacjach z klientami zagranicznymi w sprawie dostaw. W chwili obecnej realizujemy cztery kontrakty zagraniczne, a pertraktujemy o takie dostawy, jak kompletna fabryka barwników, kwasu siarkowego, oktanolu, związków azotowych; fabryka boraksu, salicylu i fabryka sody. Praca nasza jest bardzo ciekawa, odpowiedzialna i wymaga dużej wszechstronności. Poza tym jest bardzo wyczerpująca ze względu na częste reorganizacje zakładów w profilu produkcyjnym oraz na nie wystarczające przygotowanie naszego przemysłu do zadao i wymagao eksportowych. Rynek zagraniczny wymaga bardzo starannego przygotowania ofert na kompletne obiekty, które muszą byd konkurencyjne pod względem rozwiązao konstrukcyjnych, wskaźników ekonomicznych, zużycia surowców, wydajności na jednostkę ciężaru urządzeo, terminu dostawy, no i ceny.

Oprócz powyższych walorów składanych ofert, nie mniej ważną rolę odgrywa odpowiedni dobór poszczególnych pracowników pod względem ich przygotowania fachowego i umiejętnego podejścia do kontrahenta. Obecnie przygotowuję się do wyjazdu na dłuższy okres do Egiptu jako jeden z członków Polskiej Dyrekcji Nadzoru w Ismailii, gdzie rozpoczyna się montaż kompletnej fabryki barwników i półproduktów, dostarczonej przez Przedsiębiorstwo Projektowania i Dostaw Aparatury Chemicznej w Krakowie.

Leszek Gaszyński Z pierwszych dni na Dolnym Śląsku
Kielce, początek kwietnia 1945 r.

Przez wąskie paski szkła w zabitym dyktą oknie wlewa się brudne światło. Nad miastem wstaje szary, pochmurny dzieo... Jest już po świętach. Jeszcze niedawno stół „uginał” się pod zastawą paru wypożyczonych od gospodyni kubków i talerzy, każdy innej maści i kształtu. Menu święconego składało się z barszczu i kromek chleba z masłem, udających z powodzeniem paszteciki, tradycyjnych jajek na twardo, z kaszanki na gorąco, ułożonej kunsztownie na półmisku i obficie przybranej zielonym, z czegoś przypominającego barwą piernik oraz z herbaty z prawdziwym cukrem i prawdziwą cytryną. Po moim zegarku przyszła wówczas kolej na upłynnienie bransoletki żony. Transakcja ta, bardzo korzystna dla nabywcy, umożliwiła nam wyprawienie tak wystawnych świąt, zapłacenie komornego za pokój, a nawet zostało jeszcze coś na życie... Produkty „świąteczne” nabyliśmy w wyniku zajadłych targów z przekupkami, hołdującymi żelaznej zasadzie podwyższania cen z regularnością dni targowych. Takie kształtowanie się cen wypływało nie tyle z rosnących trudności podaży, ile z narastającego gwałtownie popytu. Po przewaleniu się bowiem linii frontu przez Kielecczyznę, ze wszystkich możliwych i niemożliwych dziur, zapadłych wsi i miasteczek zaczęły wyciekad gromadki rozproszonych po powstaniu warszawiaków i ciągnąd ku stolicy województwa.

Mały przeciąga się jeszcze na swym posłaniu. Zona przygotowuje śniadanie. Zaczyna krzątad się przy „kozie”. Po chwili stwierdza z przerażeniem, że skooczyło się drewno na opał. Wybiegam więc na poszukiwanie drogocennego surowca. A to pech. Nigdzie ani śladu sprzedawcy. Dopiero na rogu dalszej przecznicy znajduję handlarza. Jak się okazuje, jest nim pewien sędzia, oczywiście warszawiak. Szybko kupuję cztery wiązki drewienek, równo obciętych i elegancko owiniętych drutem. Ogieo wesoło buzuje już pod blachą „kozy”, nastrajając nas przychylnie do świata. Nieśmiertelna zupa zaczyna apetycznie bulgotad. Przy śniadaniu obmyślamy ze smakoszostwem, co byśmy zjedli dziś na obiad... Czas iśd do pracy. Przed paru tygodniami, po pierwszym rekonesansie, dokonanym z odległej o przeszło trzydzieści kilometrów wsi nad Nidą, sprowadziłem do Kielc rodzinę i zaczepiłem się w tutejszej elektrowni jako „kierownik laboratorium licznikowego”. Gdy nadszedł jednak oczekiwany „pierwszy”, stan kasy tej tak poważnej skądinąd instytucji pozwolił na wypłacenie jedynie mizernych zaliczek na pensje. Były to jednak pierwsze zarobione w wolnej Polsce pieniądze. Jako tako pozwalały zaspokoid głód. Niestety,

liczne przetarcia i prześwity w najbardziej odpowiedzialnych partiach naszej garderoby stanowiły ostrzegawcze memento. Obuwie jeszcze by uszło, gdyż podzelowaliśmy je niedawno twardą, gumą, którą udało mi się wyciąd z gąsienic ciągnika niemieckiego, rozbitego na polach pod Morawicą, pamiętną z gorących dni walk styczniowych. Jest za piętnaście siódma. Mam jeszcze trochę czasu, by stanąd obok grupki, słuchającej dziennika porannego pod ulicznym głośnikiem. W tej właśnie chwili spiker odczytuje komunikat z „Das Reich”: „Oberkommando der Wehrmacht podaje, że bohaterskim wojskom na zachód od linii Odry udało się oderwad od nieprzyjaciela bez większych strat własnych. Twierdza Breslau stawia skuteczny opór przeważającym siłom wroga w oczekiwaniu na posiłki Luftwaffe”. W czasie przerwy śniadaniowej w biurze codziennie wpinamy z kolegami chorągiewki w ścienną mapę Niemiec. Przestrzeo pomiędzy rzędami chorągiewek, oznaczających z prawej strony miejscowości zdobyte ostatnio przez armię radziecką i naszą, po lewej zaś - najnowsze zdobycze generała Pattona, kurczy się z dnia na dzieo. Pewnego wieczoru dowiadujemy się sensacyjnej nowiny: w Kielcach organizuje się Województwo Dolnośląskie, a świeżo mianowany wojewoda werbuje ochotników na wyjazd. Zapisy są już przyjmowane. Mało kto jednak kwapi się jechad na nie znany Zachód - opustoszałe tereny tuż pod broniącym się jeszcze Wrocławiem. Długo roztrząsamy wszystkie pro i kontra dla powzięcia tak ważnej decyzji życiowej: jechad czy czekad tu na dalszy bieg wypadków? Gdzieś po jedenastej podrywa nas z łóżka wściekły łomot dział i wycie syren. Strach, przyczajony na dnie świadomości od wielu już tygodni, podchodzi do gardła. Lodowate zimno wpełza do żołądka. Czyżby dogorywająca Luftwaffe była jeszcze zdolna do wypuszczania swych żądeł tak daleko na tyły obecnego frontu? Jak na sprężynach rzucamy się do wygaszania świateł, chwytamy płaszcze i wybiegamy do bramy. Odprężenie przychodzi bardzo prędko. Przejeżdżający na rowerze żołnierz uśmiecha się do nas i woła rozradowany: - Nie bójcie się, to salwy honorowe. Zdobyliśmy Gdaosk. Wstaję z powziętą decyzją. Jadę sam. Żona wyjedzie w ślad za mną, gdy tylko uda się jej podrzucid małego matce do Krakowa, ponieważ tam teściowie schronili się po powstaniu. Po powrocie z pracy udaję się do budynku, gdzie urzęduje świeżo mianowany pełnomocnik rządu Rzeczypospolitej Polskiej na okręg administracyjny Dolnego Śląska, wojewoda mgr Piaskowski. W poczekalni kręcą się nieliczni interesanci, wśród których poznaję szpakowatego inżyniera z Warszawy. Z ożywieniem rozprawiamy o naszym postanowieniu. Po chwili dołącza się do nas jakiś młody lekarz, również zdecydowany na wyjazd. Na tymczasową siedzibę województwa obrano Trzebnicę, nie zniszczone przez wojnę miasteczko, odległe o dwadzieścia kilometrów od Wrocławia. Należy liczyd się z tym, że walki o Wrocław mogą potrwad jeszcze z miesiąc lub dwa. Bronią się w nim wojska SS i własowcy, rozporządzając znacznymi zapasami żywności i amunicji. W Trzebnicy należy przygotowad kwatery dla województwa, a przede wszystkim zapewnid prąd elektryczny.

W ciągu dwóch dni otrzymam wiadomośd, czy moje zgłoszenie zostało przyjęte. Za tydzieo wyjedzie stąd ciężarówka z grupą operacyjną, w skład której wejdzie kwatermistrz, jego pomocnik, kilku ochotników do służby milicyjnej, dwóch inżynierów i lekarz. W dniu zaangażowania każdy z nas otrzyma zaliczkę w wysokości 3 000 złotych. Była to wówczas zawrotna wprost kwota... Okres oczekiwania upływa na nie kooczących się rozmowach. Kuzyni i znajomi odnoszą się wysoce krytycznie do całej imprezy. Po cóż nadstawiad własnowolnie karku, zamiast czekad w Kielcach na nadarzającą się okazję powrotu do Warszawy? Wielu warszawiaków urządziło się tu jako tako. Jedni wzięli się do handlu, drudzy kombinują już jakieś interesy, jeszcze inni otwierają prywatne jadłodajnie lub rozglądają się za lokalikiem na kawiarnię czy bar. Na naszą replikę, że ktoś musi przecież zająd się zorganizowaniem życia na odzyskanych terenach, odpowiadają wzruszeniem ramion i znaczącym stuknięciem w czoło. Te rozmowy nie podtrzymywały nas na duchu. Jednak powzięte postanowienie i przekonanie o jego słuszności umacniało się w naszych umysłach. Gdy następnego dnia wracałem z elektrowni, już z daleka zobaczyłem, że żona stoi przed domem i macha do mnie ręką. Właśnie przed godziną był goniec z Województwa. Mam się tam zgłosid jutro przed południem. Jak dzieci bierzemy się za ręce i po dwa schody wbiegamy na nasze pięterko... Nazajutrz w biurze krótka rozmowa z szefem o mym zamiarze. Patrzymy sobie w oczy, po czym starszy pan uściskiem ręki wyraża swą pełną aprobatę. W Województwie dowiaduję się, że wraz z poznanymi w poczekalni inżynierem i lekarzem zostałem przyjęty do grupy operacyjnej. Załatwiamy formalności. Wręczają nam imienne pełnomocnictwa pełnomocnika rządu Rzeczypospolitej Polskiej na okręg Dolnego Śląska. Zredagowane w języku polskim i rosyjskim powołują nas one do organizowania polskiej władzy cywilnej na terenie Dolnego Śląska i zwracają się do komendantów jednostek wojskowych z prośbą o udzielanie nam pomocy w zajęciach służbowych. Następnie zostajemy skierowani do okienka, gdzie każdy z nas otrzymuje po sześd nowiuteokich piędsetek. Czujemy się milionerami... Poznajemy kwatermistrza, jego pomocnika i zaznajamiamy się z gromadką roześmianych i podnieconych chłopaków, milicjantów in spe. Wszyscy dostajemy biało-czerwone opaski na rękę. Wyjazd jutro o czternastej. Reszta tego dnia i przedpołudnie następnego zleciały na zakupach najniezbędniejszych drobiazgów i sporządzeniu nieodzownego tłumoczka.

Silnik ciężarówki gra na pełnych obrotach. Ostatnie zabudowania Kielc. Siedzimy na wąskich ławkach, z lubością poddając odkryte głowy ciepłemu pędowi powietrza. Nad nami łopoce biało-czerwona chorągiew, przymocowana do szoferki. Chłopcy zdradzają wyraźny niedosyt pożegnalnych salw. Co jakiś czas zrywa się któryś, składa i z ogłuszającym hukiem dziurawi rozbłękitnione niebo. Kwatermistrz mruży pobłażliwie oczy. Czyż może dziwid to upojenie młodą wolnością i przydzieloną bronią, do niedawna widywaną jedynie w znienawidzonych rękach...

Ze szpakowatym inżynierem i doktorem zwąchaliśmy się już na dobre. Omawiamy czekające nas zadania i snujemy plany ich realizacji. Szosa pusta jak wymiótł. Jedziemy pełną szybkością. Obciążone resory łagodnie kołyszą na wirażach. Szelest śmigających drzew przydrożnych układa się w regularny rytm pędu. Od pewnego czasu uwagę moją zwraca siedzący naprzeciw szczupły blondynek. Twarz, z nieco krzywo nakreśloną linią ust, zdradza roztargnienie. Długie, nerwowe palce uparcie manipulują przy czymś, wyglądającym jak gruby drewniany krążek. Przyglądam się uważnie. Nagle uświadamiam sobie, że chłopak mechanicznie odkręca i zakręca... kapslę wyfasowanego granatu ręcznego. W jednej chwili ogarnia mnie uczucie dalekie od szaleoczej odwagi. Spoglądam po najbliższych sąsiadach. Szpakowaty i doktor wpatrują się jak zahipnotyzowani. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że żaden z nas trzech nie parał się nigdy żołnierskim rzemiosłem. Toteż nie chcąc zdradzid ignorancji w sprawach uzbrojenia, cierpimy w milczeniu... Z budującą wytrwałością krzywousty manipuluje wciąż przy granacie. Monotonię tej rozrywki przerywają jedynie zmiany tempa odkręcania i zakręcania kapsli. Nieobecny wzrok błądzi po horyzoncie, gdzieś za moimi plecami. Pobudzona wyobraźnia zaczyna działad. Widzę już, jak na jakimś wyboju samochód gwałtownie podskakuje. Kapsla została właśnie odkręcona. Granat wymyka się z ręki zadumanego, by gruchnąd o podłogę. Oślepiający błysk, uczucie rozsadzającego pędu w gęstniejący mrok niebytu... Brr! Pierwszy załamuje się szpakowaty. - Przestao pan wreszcie kręcid tym interesem, nie mamy jeszcze zamiaru przesiąśd się do nieba! Interwencja kwatermistrza i spory zastrzyk dydaktyki o właściwym użytkowaniu broni wyrywają chłopaka z zadumy. Przestaje kręcid! Oddychamy z ulgą. Pęd powietrza zniechęca do palenia. Sięgamy do naszych maneli, dobierając się do zapasów. Ciężarówka pożera wciąż kilometry. Gdzieś daleko na horyzoncie pojawia się strzelista sylwetka wieży jasnogórskiej. W pół godziny później mijamy przedmieście Częstochowy. Tu mamy nocowad, by rankiem ruszyd w dalszą drogę. Czeka nas ponad 280 kilometrów na trasie Katowice-Opole-Brzeg-Oleśnica do Trzebnicy. Pospiesznie zjadamy śniadanie i wyrajamy się przez ganek. Ciężarówka już czeka, obmyta i napojona. Ładujemy się na stare miejsca. Ruszamy. Jest pogodnie i ciepło. W miarę zbliżania się do stolicy Górnego Śląska narastający ruch na szosie zmusza do ograniczenia szybkości. Wjeżdżamy w strefę przemysłową. Coraz liczniej pojawiają się wieże chłodnicze z gejzerami pary i potężne słupy z rzadka dymiących kominów. Powoli wślizgujemy się w zatłoczone ulice Katowic, by utknąd wreszcie na Rynku. Ileż to razy było się tu przed wojną! Te same ulice, te same place, nie widad ruin ani zniszczeo wojennych. A jednak w życiu miasta uderza jakaś rażąca zmiana... Mimo południowej pory ulice zatłoczone, na placach stragany oblepione morzem głów, wszędzie grupki handlujących. Olbrzymia

większośd fabryk nie jest jeszcze czynna. Nad miastem wszechwładnie króluje handel. Kolejarze z nieregularnie jeszcze przychodzących z zachodu pociągów-trampów zaopatrują rynek w szaber. Dwugodzinna przerwa na obiad. Kierujemy się do pobliskiej restauracji. Na trasie Katowice-Opole ruch ciężarówek i furmanek uniemożliwia rozwinięcie pełnej szybkości. Im bliżej Opola, tym więcej ponurych pamiątek wojny rzuca się w oczy. Tu i ówdzie widnieją wraki potężnych dział przeciwlotniczych. Ich rozkraczone lawety, poprzekrzywiane jakby pięścią olbrzyma, wbiły w niebo na zawsze unieszkodliwione żądła luf. Dokoła ospowata od lejów bombowych ziemia skrzy się w słoocu długimi łuskami pocisków. W przydrożnych rowach walają się pordzewiałe podbrzusza przewróconych ciągników z wywalonymi drzwiczkami i plamami czarnych krzyży na kadłubach. Mijamy Opole. Sprawia ono wrażenie śmiertelnie ranionego miasta, dającego zaledwie słabe oznaki życia. Okręg przemysłowy pozostaje już za nami. Wjeżdżamy w zupełnie opustoszałe tereny. Asfaltowe szosy zachowały się w nad podziw dobrym stanie, gdzieniegdzie tylko przekreślają je głębokie ślady gąsienic ciężkich czołgów. Zwiększamy szybkośd. Żółto-czarne drogowskazy z niemieckimi napisami wiodą w nieznaną dal. Jesteśmy zaskoczeni jakąś niezwykłą dla nas o tej porze obfitością zieleni. Wiosna przychodzi tu o dwa tygodnie wcześniej niż w Polsce centralnej. Krajobraz, otwarty aż po odległy horyzont, usiany jest bogato ciągami lasów i szmaragdowymi wyspami zwartych mas krzewów. Nigdzie żywego ducha. Z dala przed nami połyskuje wreszcie koryto Odry. Dojeżdżamy do Brzegu. Pod przejazdem kolejowym zagradza nam drogę szerokie na całą jezdnię jezioro. Robimy rozpoznanie. W najgłębszym miejscu woda przekracza nieco wysokośd osi kół. Kierowca przeprowadza krótką naradę z pomocnikiem, po czym ciężarówka cofa się o kilkadziesiąt metrów, nabiera rozpędu i po chwili pruje już błotnikami powierzchnię jeziora. Jesteśmy na środku; byleby tylko nie zgasł silnik. Poczciwa maszyna nie poddaje się jednak i z wysiłkiem forsuje już przeciwległy brzeg. Chwila postoju dla oczyszczenia silnika i rozprostowania kości. Ruszamy dalej. Na rozległej równinie między Brzegiem a Oleśnicą zatrzymuje nas nowa przeszkoda. Wydaje się nam, że jesteśmy na bezludnych terenach Meksyku czy Teksasu... Olbrzymia rzeka krów o napęczniałych wymionach przepływa w obłokach kurzu z zachodu na wschód. W powietrzu unosi się woo mleka i zwierzęcego potu. Dziwi nas, że bydło idzie samo. Po pewnej chwili dopiero spostrzegamy żołnierzy z batami w rękach, idących po obu brzegach krowiej rzeki, w znacznych odległościach od siebie. Nie sposób przedrzed się przez zwarty nurt zadów, tułowi i rogów. W koocu po dwudziestu minutach udaje się nam prześliznąd przez rzednące wreszcie stado. Zbliżamy się do Oleśnicy, ostatniego miasta na trasie. Wjeżdżamy w średniowieczną bramę, nad którą przebijają spod patyny herbowe godła. Wszędzie białe szmaty w oknach. Nieliczni przechodnie na nasz widok pospiesznie chowają się do bram.

Za miastem teren przechodzi z płaskiego w lekko falisty. Zapada zmierzch. W miarę zbliżania się do kresu podróży odżywa nastrój podniecenia. Przed nami ukazują się łagodne zbocza Kocich Gór, a u ich podnóża - Trzebnica. Wjeżdżamy do miasteczka. Szerokie ulice z nie uszkodzoną jezdnią lśnią czystością. Nie dostrzegamy żadnego przechodnia. Mijamy kwatery radzieckiego dowództwa i stojące tam samochody. Po paru zakrętach wjeżdżamy w granice dzielnicy willowej i stajemy przed schludnie prezentującą się dużą białą willą w ogrodzie. To nasza kwatera. Jakieś kobiety z białymi opaskami na ramionach pospiesznie kooczą sprzątanie. Spoglądamy na nie z dziwnym uczuciem, nie mogąc jakoś zrozumied, że tak niedawno jeszcze widzieliśmy Niemki w Warszawie, ale w jakże kraocowo odmiennych rolach. Wnętrze willi sprawia wrażenie dobrze utrzymanego, lecz opustoszałego pensjonatu. Wszędzie posprzątane, okna wypucowane do czysta. Meblowe łoża zapraszają do wypoczynku - brak tylko pościeli. Buszujemy po całej willi. Co chwila jakiś Kolumb odkrywa ziemię obiecaną, jaką stanowi wybrany pokój. Bawimy się jak dzieci. Obieram dla siebie duży narożny pokój z tarasem. Gdy żona przyjedzie, będzie nam tu idealnie. Obraz pełnego szczęścia mąci jedynie kopcąca świeca i bezużytecznie zwisające żyrandole, gdyż światła elektrycznego oczywiście nie ma. No, ale moja już w tym głowa... Po kuchni krząta się Niemka. Zasiadamy do kolacji. Przez otwarte okna dolatuje jednostajny przytłumiony huk dział od strony obleganego wciąż jeszcze Wrocławia. Po kolacji kwatermistrz z tajemniczą miną wywołuje nas do ciężarówki. Nieco zdziwieni, posłusznie ładujemy się na platformę. Nie kryjąc zadowolenia z siebie wódz nasz wyjaśnia, że mamy fasowad pościel z magazynów wojskowych. Świetnie. Jak dotąd organizacja na piątkę. Radzieccy magazynierzy uprzejmie zapraszają nas do wybierania, co komu przypada do gustu. Jest w czym wybierad. Wszędzie stosy porządnie poukładanych różnobarwnych kołder, upranej bielizny pościelowej i wszystkiego, co do spania potrzebne. Jakośd tych rzeczy wskazuje, że zostały one tu skompletowane z prywatnych mieszkao, opuszczonych przez uciekinierów. Objuczeni wracamy z humorem do kwater. Kwatermistrz, z poważną tym razem miną, zarządza zbiórkę. Powiada, że znajdujemy się w pasie przyfrontowym. Musimy się w każdej chwili liczyd z możliwością jakiegoś desperackiego wypadu ze strony włóczących się band własowców i zdeterminowanych esesmanów. Wynika z tego koniecznośd roztoczenia czujności i natychmiastowego zorganizowania własnej służby wartowniczej. Co dwie godziny od zmierzchu do świtu czterech spośród nas ma pełnid służbę dokoła willi. Zaznajamiamy się pokrótce z arkanami tej służby. Wciągamy flagę na maszt. Ochotniczo dobierają się czwórki. Losujemy godziny zmian. Szpakowatemu doktorowi, mnie i jednemu z chłopców przypada zmiana od północy do drugiej nad ranem. Nie warto się rozbierad. Kładziemy się na łóżkach w jakimś wielkim, nie zajętym przez nikogo pokoju, gwarzymy o wrażeniach dnia. W ciemności jarzą się cztery ogniki papierosów.

Trzebnica, połowa kwietnia 1945 r. Na ogół miasteczko wyszło z wojny obronną ręką. Nam, otrzaskanym z widokiem tylu ruin i zgliszcz, wydaje się, że zburzonych domów jest tu bardzo niewiele. Niektóre wille, na pozór całe, zieją wypalonym wnętrzem. Przed zwęglonymi framugami gałązki rozkwitających właśnie magnolii rozchylają lepkie pączki bladoróżowych kwiatów. Ulica nasza graniczy z rozległym parkiem, przechodzącym w las. Akcentu dekoracyjnego dodaje tafla jeziora, dotykająca niemal szpaleru drzew wzdłuż chodnika. Nad brzegiem rozsiadł się obszerny gmach, zapewne dawny dom zdrojowy. Na zakręcie ulicy okazała willa w dużym ogrodzie nadaje się świetnie na kwaterę dla wojewody. Zarówno śródmieście, jak i rozległa dzielnica willowa z domkami w jednakowym stylu wywierają oszałamiające wrażenie pustki. Nic nie zagłusza odgłosu kroków. W morzu opuszczenia jedynymi zamieszkanymi wyspami są: gmach radzieckiego dowództwa, zamknięty kompleks wojskowego parku samochodowego i okazały klasztor obok kościoła. Nieliczne resztki niemieckiej ludności częściowo znalazły schronienie w murach tego klasztoru, częściowo na peryferiach miasteczka. Są to niemal wyłącznie rzemieślnicy, którym widocznie jest zupełnie obojętne, w jakich warunkach będą pracowali, byleby nie porzucad swych siedzib. Styl kościoła harmonijnie łączy w sobie elementy wyraźnie jeszcze romaoskie z wczesnogotyckimi. Uderzają w oczy epitafia książąt piastowskich i ich dostojnych małżonek. W ornamentyce powtarza się motyw piastowskiego orła. Kościół jest pod wezwaniem Św. Jadwigi. Nieco dalej prezentuje się okazale budynek hotelowy. Przeznaczono go na siedzibę biur Województwa. Po południu meldujemy się u obecnego gospodarza miasta, jakim wciąż jeszcze jest szef radzieckiego dowództwa. Krępy, jowialny pułkownik częstuje nas dobrymi papierosami, wypytuje o szczegóły podróży. Urzędniczka załatwia niezbędne formalności. Ze zdziwieniem spoglądamy na ścienny zegar obowiązujący tu czas wyprzedza nasz własny o okrągłe dwie godziny. Na ulicy sensacja. Stajemy przed nie kooczącą się wprost kolumną jeoców w mundurach feldgrau z „gapami” na piersiach. W zarośniętych twarzach zapadłe oczy z wyrazem zupełnego otępienia, polowe czapki nasunięte głęboko na czoło. Późnym wieczorem idziemy jeszcze w głąb dzielnicy willowej. Teraz wygląda ona upiornie. Otwartymi drzwiami trzaska wiatr, uchylone okna skrzypią zawiasami. Mimo że na zewnątrz domki mają wygląd zupełnie normalny, w dalekiej perspektywie ulicy nikt jednak nie przekracza ich otwartych progów, w żadnym oknie nie płonie światło.

Każdy z naszej trójki zabiera się do działania na własną rękę. Do resortu szpakowatego należą sprawy wodociągowo-kanalizacyjne, doktor myśli o zorganizowaniu gabinetu lekarskiego, do mnie należy wykombinowanie światła elektrycznego. Rezultaty licznych i dalekich samotnych spacerów nie przedstawiają się różowo. Miasteczko zasilane było w energię z zespołu elektrowni wrocławskich liniami napowietrznymi 10 000 V. Elektrownie najprawdopodobniej są zbombardowane, linie napowietrzne wykazują poważne uszkodzenia.

Główna rozdzielnia pod miasteczkiem znajduje się we względnie dobrym stanie. Wszystkie jednak precyzyjne urządzenia ochrony przekaźnikowej zostały porozbijane uderzeniami kolb karabinowych. Wiele izolatorów jest potłuczonych. Należy się liczyd z uszkodzeniami sieci miejskiej. Oglądam akumulatornię w miejskich zakładach elektrycznych; nie ładowana od przeszło kwartału, nie nadaje się do użytku. W położonych na przedmieściu zakładach przemysłu drzewnego znajduję siłownię. Jest muzealna. Posiada kotłownię ze staruszkami niskiego ciśnienia, pamiętającymi chyba czasy Bismarcka. W mroku maszynowni dostrzegam masyw leżącej maszyny parowej do napędu stojącej opodal prądnicy prądu stałego 110 V. Po skórzanym pasie transmisyjnym zostało jedynie wspomnienie i jaśniejsza pręga na kołach pasowych. Koncepcja wykorzystania istniejącej sieci automatycznie odpada. Jedyna możliwośd to zastosowanie odpowiednio zlokalizowanego agregatu spalinowo-elektrycznego o mocy wystarczającej do zasilenia pewnego kompleksu budynków. Pozostaje więc do wykonania już tylko drobnostka: zdobycie takiego agregatu, a następnie skombinowanie prowizorki sieciowej i sporządzenie przyłączy do wybranych obiektów zasilania... Pozostał już tylko tydzieo do przyjazdu wojewody. Fakt ten oraz napotykane trudności dopingują do dalszych poszukiwao. Jakieś wewnętrzne przekonanie każe mi wierzyd w ich sukces. Zawzięcie myszkuję wśród licznie rozrzuconych tu zakładów przemysłowych. Znajduję i gromadzę potrzebny sprzęt instalacyjny, przewody i narzędzia monterskie. Wszystko to melinuję w upatrzonym miejscu. Znając już na wylot miasteczko i źródła swoistego wchodzenia w posiadanie potrzebnych obiektów, popołudnia spędzam na pomaganiu doktorowi. Jako tako wyposażamy jego gabinet lekarski. Jest tam już kwarcówka, elektryczna kuchnia do sterylizatorów, elektryczna lodówka, nie mówiąc już o obszernej bibliotece skompletowanej z terenu całego miasteczka. Brakuje tylko... prądu. W trakcie obiadu, kolacji, przy wstawaniu i kładzeniu się spad nie opuszcza mnie uparta myśl o agregacie. Wracając któregoś dnia z dalszej wędrówki spostrzegam na stoku wzgórza niepozorną drewnianą budę między drzewami. Wiedziony jakimś instynktem wspinam się ku niej, wyłamuję zamek. Po chwili staję przed wymarzonym agregatem. Pieszczotliwie obejmuję wzrokiem potężny blok 4-cylindrowego silnika, sprzężonego z trójfazową prądnicą 220/380 V, wyposażoną we wzbudnicę i regulator napięcia. Wszystko to zmontowane jak należy na mocnej, przenośnej ramie. Przyglądam się uważniej. Zdawałoby się, że silnik jest kompletny, a jednak... czegoś w nim brakuje. No oczywiście - brakuje urządzenia zapłonowego, konkretnie mówiąc magneta „czwórki”. Trybik do jego napędu sterczy złośliwie z bloku, jakby naigrawając się z intruza... Radośd z odkrycia agregatu mąci brak magneta. Pamiętam jednak, że gdzieś tam za miastem widziałem usypisko, na którym walały się różne akcesoria samochodowe. Zdaje mi się też, że upragnione magneto mignęło mi w jakimś warsztacie. Niestety - są to tylko głowice „delko” i magneta, ale „szóstki”. Walę jak w dym do komendanta parku samochodowego. Bezradne

rozłożenie rąk przez podpułkownika rozwiewa jednak złudzenie o ratunku z tej strony. Przybity niepowodzeniem nie przestaję jednak poszukiwad dalej. Pomoc przychodzi ze strony najmniej spodziewanej. - Widzę, że od dawna czegoś szukacie. Czy mógłbym wam pomóc? Rosyjskie słowa wyrywają mnie z zamyślenia. Przede mną stoi elegancki oficer, jak się później okazało, major NKWD. Przedstawiamy się. Zwierzam mu się z mej troski. Z miejsca ofiaruje mi pomoc. Gdy przychodzę na umówione spotkanie, major czeka już w samochodzie. Obwozi mnie po całej okolicy, poszukiwania jednak nie odnoszą skutku. Wówczas major - widząc mą strapioną minę podsuwa pewną myśl... Jutro ma przyjechad wojewoda. Najwyższy czas działad. Podchodzę do wartownika przed wejściem do parku samochodowego. Po kilku minutach targów umowa stoi. Wieczorem ja otrzymam upragnione magneto, on - dwa litry „spirtu”. Pod wieczór czule przyciskam pod pachą upragnioną „czwórkę”. Nazajutrz raniutko wraz z wyskrobanym skądsiś starym monterem Niemcem idziemy do drewnianej budy z baoką benzyny i próbną żarówką. Po upływie pół godziny zapuszczam silnik i... żarówka rozbłyska od dawna wyczekiwanym światłem. Przewiezienie agregatu do upatrzonego baraku nad brzegiem jeziora, zainstalowanie wodnego chłodzenia z parkowej sadzawki i rozwieszenie przewodów do willi wojewody zajęło całe popołudnie. O zmierzchu wchodzę do paostwa Piaskowskich. Po paru minutach rozmowy pytam wojewodę: - Dlaczego nie zapala pan światła, przecież już jest ciemno? Gospodarze patrzą na mnie jak na wariata. Wówczas wstaję, przekręcam wyłącznik. Mrużymy oczy...

Radziecki komendant przekazał już władzę nad miastem naszemu wojewodzie. Akt ten, poprzedzony pracowitym spisywaniem rejestrów najrozmaitszych obiektów i ich paszportyzacji, uwieoczony został kolacją, wydaną dla zespołu radzieckiego dowództwa. Z okien narożnej willi biją w ciemnośd potoki białego światła. Trzebnica powoli budzi się do nowego życia. Coraz częściej ciężarówka-tramp, jedyny środek łączności z Polską centralną, wyrzuca gromadkę śmiałych wędrowców, którą natychmiast wchłania w siebie miasto spragnione mieszkaoców. Zaczynają już funkcjonowad pierwsze urzędy, co prawda w bardzo jeszcze mizernym zakresie. Uderza nas jednak dziwne zjawisko - na ulicach coraz częściej widad nowe twarze, które po dwóch, trzech dniach znikają bezpowrotnie. Cóż się okazuje? To, co można było przewidzied, lecz czego uniknąd się nie udało. Po prostu różnego rodzaju męty i kombinatorzy wpadli na genialny pomysł. Wystarczy zgłosid się na wyjazd na „Dziki Zachód”, aby zainkasowad trzy „patyki” , przejechad się ciężarówką szmat drogi przez nieznane strony i mied zapewniony na miejscu wikt i dach nad głową, cóż ukrywad lepszy niż swój dotychczasowy. Wszystko to za frajer, przy czym można zaszabrowad to i owo i pod

pretekstem sprowadzenia rodziny wrócid do Kielc czy Skarżyska. Opchnięcie tam „towaru” nie nastręcza żadnych trudności - po czym można przez dłuższy czas bimbad na robotę... Czy za ten stan rzeczy należy winid władze, usiłujące za wszelką cenę obsadzid odzyskane ziemie, czy pewne warstwy społeczeostwa, z tych czy innych powodów stroniące od wciągnięcia się w zagospodarowanie tych ziem? Z trudem udało mi się dobrad sobie wreszcie dwóch pomagierów, terminujących w zawodzie montera. Podłączamy teraz coraz to nowe obiekty. Nie mogę opędzid się kandydatom na przyłączenie do prowizorycznej sieci. Któregoś dnia jakiś radziecki oficer, zachęcony widokiem światła w naszych oknach, zgłasza się do mnie z prośbą o oświetlenie biura. Następnego dnia, zadowolony, dziękuje z wylaniem i proponuje mi w dowód wdzięczności... krowę. Wobec jednak grzecznej odmowy przyjęcia daru, zaprasza mnie i moich chłopców na kolację. Stołówka nasza była wówczas bardzo mizerna i nikt się w niej jeszcze nigdy nie przejadł, toteż perspektywa dobrej wyżerki napełnia nas entuzjazmem. Rzeczywistośd przeszła najśmielsze oczekiwania. Zastajemy gospodarza oraz jakichś dwóch oficerów radzieckich. Po chwili pogwarki, prowadzonej z naszej strony „z polska po rosyjsku”, następuje uroczysty moment, gdy służąca Niemka zaprasza nas do jadalni. Na stole, dosłownie zapchanym furą przekąsek z dawna nie widzianych, wędlin i mięsa na gorąco, obok każdego nakrycia na śnieżnym obrusie stoi szklanka do herbaty, bez spodka. Maskując radośd, zabieramy się powściągliwie do jedzenia. Niemka napełnia szklanki przezroczystym niby czysta woda płynem z pękatej karafki. Gospodarz podnosi się z krzesła, dziękuje nam za trud i wygłasza parę okrągłych zdao na temat władz i rządu polskiego, po czym wypija całą szklankę. W odpowiedzi wstaję, dziękuję za serdeczne przyjęcie i przez parę chwil „trzymam mowę” o braterstwie broni i tym podobnych rzeczach, wreszcie łapię się za szklankę. Po pierwszym łyku doznaję wrażenia, że połknąłem jodynę - był to czysty spirytus. Kopnięciem w kostkę powstrzymuję chłopców przed krztuszeniem się. Staramy się robid minę, jakbyśmy spirytus pili co dzieo do śniadania. Ponieważ na twarzach gospodarzy dostrzegam uśmieszki, po cichu zarządzam szturm na najtłuściejsze potrawy. To nas uratowało. Na drugi dzieo przyjechała Nata, koleżanka żony. Nareszcie dowiaduję się, że żona wyjechała do Krakowa podrzucid małego swej matce i że za parę dni powitam ją tutaj. Poczta oczywiście jeszcze nie istniała, toteż niepokoiłem się o nich, na próżno indagując kierowców i kwatermistrza o jakieś nowiny. Rozmawiając z Natą (cóż ukrywad - ładną i elegancką szatynką) lustruję mimo woli swoje ubranie i z przerażeniem stwierdzam, że zaczyna już ono definitywnie odmawiad mi posłuszeostwa. Zauważył to również ktoś inny i wkrótce ze znanych mi już magazynów fasuję ładny garniturek w brązową pepitkę. Garniturek jest prawie nie używany, lecz niestety trochę przyciasny. Nie pozostało więc nic innego, tylko wierzyd, że leży jak ulał. Pomyślności leją się jak z rogu obfitości. Dowiaduję się, że mnie i paru innym członkom grupy operacyjnej przyznano premię - po tysiąc złotych gotówką, sto sztuk papierosów i po kilogramie wędliny. Staję się bogaczem, ponieważ - jak twierdzi wojewoda - obrót gotówkowy odbywa się tu jedynie przy bridżu; pieniędzy nie ma gdzie wydad. Wrocław już zdobyty. Oczekujemy na przekazanie nam miasta.

Gdy po obiedzie któregoś dnia wychodzę z Natą na spacer, szosą od Oleśnicy zmierza ku nam gromadka pieszych wędrowców z tłumokami na plecach. Rozpoznaję z daleka żonę. Obejmujemy się ze wzruszeniem. Okazuje się, że pociągi dochodzą już do Oleśnicy, skąd „tylko” czterdzieści kilometrów trzeba przejśd pieszo przez pustkowie. W pełni doceniam odwagę żony.

Wrocław, koniec kwietnia 1945 r. Żona (konserwatorium i historia sztuki) i Nata (konserwatorium) pracują w Wydziale Kultury. Przydzielono im domek na magazynowanie zbieranych po całym mieście nut, książek muzycznych i dzieł sztuki. Ze szpakowatym składamy wojewodzie plan poczynao dla zapewnienia miastu wody i energii elektrycznej oraz wnioski dotyczące poszczególnych etapów jego realizacji. Już na trzeci dzieo po kapitulacji Wrocławia przyszła stolica województwa dolnośląskiego (obecnie wrocławskiego) została oficjalnie przekazana władzom polskim. Grupa operacyjna otrzymuje polecenie rozeznania sytuacji w mieście i przygotowania pierwszych kwater. Rankiem trzy auta ciężarowe z biało-czerwonymi flagami na szoferkach wiozą nas do Wrocławia. Już po kilku kilometrach jazdy samochody nasze zwalniają, stan szosy wybitnie się pogarsza. Leje po bombach i pociskach oraz wraki najrozmaitszych wozów bojowych tarasują drogę, coraz częściej zmuszając do mozolnych objazdów. Obok szosy biegnie tor kolejki. Na jakiejś stacyjce barykadują go pogruchotane wagony. Jeden z nich stoi dęba, jakby chciał buforami wjechad do nieba. Na wietrze dynda smętnie na zardzewiałej śrubie tabliczka z napisem „Breslau-Trebnitz”. Coraz więcej wraków zaściela już nie tylko szosę, ale i okoliczne pola. Nigdzie znaku życia. Martwotę przezwycięża jedynie żywiołowo wprost rozpasana roślinnośd, strugami zieleni wdzierająca się poza progi pustych domostw. Nad rozległą panoramą wielkiego miasta wciąż jeszcze stoją słupy dymów, rozścielając się ku górze jak korony potwornych drzew olbrzymów. W nozdrza bije odór spalenizny. Wjeżdżamy w wymarłe przedmieścia. W przeciwieostwie do zabudowy miast centralnej Polski ulica zaczyna się od razu wielopiętrowymi domami. Na peryferiach zniszczenia niewielkie. O niedawnym oblężeniu świadczą tu jedynie ślady pocisków i powybijane szyby. Im bliżej śródmieścia, tym częściej piargi gruzu z rozprutych bombami frontonów zamieniają szerokie ulice w ciasne gardziele wąwozów, przez które z trudem udaje się nam przejechad. Zbombardowane gmachy obnażają wnętrza mieszkao z nie tkniętymi nieraz sprzętami, wiszącymi nad przepaścią zerwanych podłóg i schodów. Potężne belki stropowe zastygły w upiornym chaosie kształtów, jak włosy gigantycznego szaleoca. Znieruchomiałe pudła tramwajów zieją otworami po pociskach artyleryjskich. Jesteśmy w centrum. Tu i tam wałęsają się grupki rozbrojonych żołnierzy niemieckich. Spostrzegłszy nasze samochody stają i wybałuszają oczy. W radosnym upojeniu intonujemy „Rotę”, której słowa podchwytują natychmiast załogi obu pozostałych samochodów. Wiatr rozwiewa nad nami dwubarwne sztandary. Na ten widok niemieccy oficerowie, na których ramionach tu i ówdzie błyskają

złote sznurki epoletów, przystają, obracają się ku nam i prężąc służbiście przykładają dłonie do czapek. Długo każdy z nas czekał na tę chwilę... Wjeżdżamy na plac wyraźnie oszczędzony przez działania wojenne. Samochody stają przed okazałym domem, w oknach połyskują całe szyby. Obieramy go na kwaterę na czas parodniowego zwiadu we Wrocławiu. Zajmujemy apartamenty pierwszego i drugiego piętra. Po ucieczce mieszkaoców nikt tu widocznie nie zaglądał. Eleganckie łóżka obiecują wygodny nocleg. W szafach tkwią kluczyki, prowokujące do otwarcia. Z dziwnym nieco uczuciem uchylamy drzwiczki. Wewnątrz piętrzą się stosy czyściutkiej bielizny, z pedanterią poprzewiązywane kolorowymi wstążeczkami i poprzekładane torebkami z jakimś przyjemnym pachnidłem. Ku naszemu rozczarowaniu bielizna jest wyłącznie damska. Ogólną wesołośd budzą falbankowe bufiaste ineksprymable, których obwód wskazuje, że musiały byd szyte na miarę słonicy. Przed bramą dwóch naszych milicjantów zaciągnęło już wartę. Z różnych stron miasta dochodzą odgłosy detonacji i strzałów. To dopalają się gdzieś składy amunicji, zawalają się uszkodzone sklepienia, a zwycięscy żołnierze puszczają na wiwat salwy z pepesz. Wychodzimy na miasto. Chłopcy z dostojnymi minami zabierają się do rozlepiania plakatów, zabranych z Kielc i informujących w języku polskim i niemieckim ludnośd odzyskanych ziem Braniborza, Zachodniego Pomorza i Dolnego Śląska o powrocie tych ziem do Polski i o obowiązkach ludności wobec wkraczających władz polskich. Przed nie obeschniętymi jeszcze plakatami tworzą się natychmiast grupki ludności i uważnie studiują słowa niemieckiej wersji tekstu. Mijamy właśnie większą grupę niemieckich, żołnierzy. Słuchają jakiegoś górującego wzrostem blondyna z naszywkami podoficera, który głośno odczytuje znany nam tekst. Spostrzegłszy mnie skwapliwie się rozstępują, aby natychmiast otoczyd zwartym kołem. Zasypują mnie pytaniami w najistotniejszej obecnie dla nich sprawie - kiedy wreszcie skooczy się już ta wojna i kiedy będą mogli wrócid do swych domów, jeśli one w ogóle jeszcze istnieją. Wysoki blondyn pyta o obecną linię frontu i o nową granicę polsko-niemiecką. Pytanie to sprawia, że staje mi przed oczyma jak żywa scena z tragicznych dni wrześniowych. Wtedy to podobny temu blondas, lecz dobrze spasiony i w nowiutkim mundurze, uzbrojony po zęby, z miną übermenscha klarował na moście Poniatowskiego zbiedzonej gromadce powracających rajzowiczów, wśród których i ja się znalazłem: - Polen kaputt. Bis Weichsel Deutschland, weiter - Russland. Z całym spokojem, na jaki mnie stad, odpowiadam dokładnie na oba pytania blondyna. Dobieram starannie niemieckie słowa dla lepszego określenia nowej granicy. Chwila ciszy i konsternacji. Po chwili blondyn macha ręką i zwiesza głowę. - A niech tam biegnie granica jak chce, byleby wreszcie był już pokój. Inni skwapliwie potakują, powtarzając gest podoficera i zapewniając, że wszyscy Niemcy mają zupełnie dośd tej wojny. Ciekawe, ile też szczerości mieści się w tych słowach...

Idziemy dalej. Marzę o zdobyciu jakiegoś większego agregatu. Żeby go jednak znaleźd, trzeba by pozostad tu dłużej, na co nie możemy sobie pozwolid. Mijają nas Niemki dźwigające wiadra pełne cukru, miodu, marmolady oraz wielkie połcie wędzonego mięsa. Zatrzymane, tłumaczą, że wygłodzona ludnośd dobrała się do wojskowych składów żywności. Znając trudności aprowizacyjne trzebnickiej stołówki, skwapliwie korzystamy z tej informacji. Niemka usłużnie prowadzi na miejsce. Ściany głębokiego, bardzo obszernego bunkra wyłożone są dosłownie od góry do dołu wędzonymi w całości szynkami, boczkami i pętami suchych kiełbas. Od podłogi piętrzą się do sufitu wieże wiader prawdziwego miodu, marmolady i cukru. Bierzemy kilkanaście wiader, parę szynek i kiełbas. Wyobrażamy sobie miny naszej kucharki i jej stołowników. Po południu oglądamy fabryki. Zniszczenia są wszędzie ogromne. Do zakładów „Linke-Hoffmann”, na których miejscu stanął później „Pafawag”, docieramy z wielkim trudem. Udaje się nam odnaleźd plany fabryki, a nawet schematy instalacji energetycznych. Zabezpiecza je pewien starszy inżynier mechanik. Do niego też mają należed sprawy mechanizacji rolnictwa, w pierwszym rzędzie traktory. Gryzący dym i odór rozkładu ciał nie pochowanych dotąd żołnierzy zmusza do opuszczenia rozległego terenu zakładów. Wieczorem niespodzianka. Gdy wracałem na kwaterę, zachęcona widokiem dwubarwnej opaski na mym ramieniu, zatrzymała mnie grupa roześmianej młodzieży. To powstaocy warszawscy, wywiezieni do Wrocławia, gdzie przeszli przez drugie, może nawet dłużej trwające piekło oblężenia. Dziewczętom, wziętym z łapanki ulicznej w Warszawie w drugim roku okupacji i wywiezionym do Niemiec, udało się zbiec. W drodze powrotnej nie dopisało im jednak szczęście i wpadły w łapy żandarmów. Dalszym etapem tej krzyżowej drogi stał się obóz pracy właśnie we Wrocławiu. Obecnie mieszkają wszyscy razem w okolicy naszego placu. Ciągną mnie na siłę do siebie, goszczą i fetują. Pytaniom i opowieściom nie ma kooca. Słysząc, co przeszli, nie mogę wprost uwierzyd, że żyją. Nastawiają radio usiłując złapad ostatnie wiadomości. Volksempfänger jest jednak zepsuty, odbiera tylko Berlin. Z głośnika dobywają się skrzekliwe słowa: „Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt, dass unsere heldenhafte Truppen kämpfen...” A zamknij się. Dopiero późną nocą udaje mi się opuścid gościnnych gospodarzy. Postanowili jechad z nami do Trzebnicy, by zgłosid się do jakiejś pracy.

Nazajutrz rankiem zwiedzamy miasto. Odludne przedmieście nie wykazuje niemal żadnych śladów wojny, nie licząc tu i ówdzie pustych oczodołów okien i zaśmieconej jezdni. Przez jakąś bramę widad fragment podwórza, w nim boksy, wyglądające na składy lub garaże. W jednym z nich widnieje ciemna smuga nie domkniętych wrót. Zaintrygowany, z trudem odsuwam zardzewiałe skrzydło drzwi. Czarne wnętrze boksu napełnia się światłem. Olśniony stoję przed reflektorami pięknego, osobowego wanderera. Jest cały i nie zniszczony. Na załomie lśniącej czarnym lakierem maski widzę własną sylwetkę w groteskowym skrócie. Oglądam silnik, schodzę do kanału pod wozem. Pobieżne oględziny nie wykazują braków ani większych uszkodzeo. Od dawna nie ładowany akumulator niewątpliwie nie nadaje się do użytku. Dwa koła opierają się felgami na spłaszczonym z braku powietrza ogumieniu. Przy jednym z nich leży

pompka pedałowa z nałożonym na wentyl wężykiem. Widocznie właściciel wanderera nie miał już czasu na dopompowanie gum ani domknięcie wrót garażu. Wyobrażam sobie radośd, jaką sprawię w Województwie doprowadzając niemal nowy wóz. Jeszcze dziś rano sekretarz Komitetu PPS, Janek Warwas, wspomniał, że brak samochodów daje się dotkliwie odczud naszym władzom. W obawie, aby elegancki samochód osobowy w rękach cywilów nie skusił wojska do rekwizycji, postanawiam... złamad prawo międzynarodowe. Szybko rozglądam się dookoła - z wiszącej na jakimś płocie wsypy oddzieram pasek materiału, nadziewam na drążek do proporczyka na błotniku i czerwona chorągiewka gotowa. Przezornośd ta okazała się później zbawienna, gdyż proporczyk w czasie drogi dwukrotnie ocalił mój „łup”. Kilka godzin później „wręczam” wanderera nie posiadającemu się z radości Warwasowi. Zapewnia mnie, że za taki wyczyn należy mi się jakaś przyzwoita „setka” (o tyle wygodna, że wymagająca jedynie rejestracji takiej jak zwykły rower). Przy obiedzie postanawiamy wyposażyd trzebnickie kwatery w radioodbiorniki oraz zdobyd dla biur kilka maszyn do pisania. Realizacja pierwszego z tych zamierzeo nie nastręczała specjalnych trudności. Po paru wypadach na miasto dysponujemy już kilkoma telefunkenami, aegami i körtingami. Gorzej natomiast przedstawia się sprawa z maszynami do pisania. Gdzie ich szukad? Ale i tu dopisuje nam szczęście. Gdzieś w okolicach naszego placu rzuca się w oczy nad wypalonymi witrynami wielki oszklony szyld „Papierhandlung und Schreibmaschinen”. W bramie i w podwórzu piętrzą się sterty płaskich walizeczek z erikami i większych pudeł ze zwykłymi maszynami biurowymi. Przejeżdżająca tędy wielka wojskowa ciężarówka zawadziła widad o jedną z tych stert, bo kilka powywalanych z pudeł maszyn poniewiera się na asfalcie. Z pobliskiej bramy wyłania się sylwetka cywilnego Niemca. Na mój widok Niemiec przyspiesza kroku, staje przede mną, z ukłonem wyciąga rękę i najformalniej mi się przedstawia, po czym zaczyna coś szybko opowiadad. Mobilizuję całą znajomośd niemczyzny, aby zrozumied wartki potok jego wymowy. Zrozumiałem tyle, że prosi mnie o nieruszanie się z miejsca, a on skoczy do siebie o dwa domy dalej i natychmiast wróci. Zaintrygowany, postanawiam chwilę poczekad. Wkrótce Niemiec jest już z powrotem. Biegnie ku mnie, trzymając oburącz jakiś dziwny przedmiot. Czyżby... Ależ tak, odblask słooca od niklowej tacy prześwietla rubinowe szkło butelki znanego holenderskiego likieru. Obok butelki widzę dwa kryształowe kieliszki. Staram się nie zdradzid nurtujących mnie myśli. Z poważną miną słucham, jak w nerwowym podnieceniu opowiada o tragizmie ostatnich tygodni walk o miasto i o oczekiwaniu na wkroczenie władz polskich. Od dawna przecież wiedział, że tak skooczyd się to musi. I właśnie dla uczczenia tej chwili, gdy z daleka zobaczył na mym ramieniu opaskę biało-czerwoną, zapragnął poczęstowad mnie tym likierem, ocalałym z lepszych czasów. Widzę, jak drżącą ręką napełnia rubinowym płynem oba kieliszki, gestem zaprasza do picia. Ponieważ stoję nieruchomo, powstrzymując się od jakiegokolwiek gestu lub słowa, w oczach jego zapala się błysk zrozumienia. Na nerwowej twarzy wykwita skonfundowany uśmiech. Tłumaczy, że mam pełne prawo podejrzewad go jako Niemca o chęd potraktowania mnie zatrutym alkoholem, toteż pierwszy wychyla kieliszek i czeka na mój ruch. Tak, przyznaję, trunek jest rzeczywiście doskonały.

Na szybko zadawane teraz pytania, kiedy władze polskie przejmą rządy w mieście, kiedy skooczy się wreszcie to, co teraz się tu dzieje, staram się z powagą odpowiadad jak umiem. Uprzedzam go, że nasze władze dotrą tu po pewnym czasie i że my stanowimy dopiero ich forpocztę. W tym momencie spostrzegam kątem oka scenkę, jaka rozgrywa się w dalszej perspektywie ulicy. Dwaj nasi chłopcy, trzymający wartę przed kwaterą w cywilnych ubraniach z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, mają najwyraźniej dosyd wyszabrowanej skądsiś wódki. Jeden z nich właśnie odstawia karabin, zgina się wpół i obficie obryzguje bramę. Skinieniem głowy żegnam podnieconego Niemca, kierując się w stronę, skąd dochodzą powtarzające się detonacje.

Trzebnica, początek czerwca 1945 r. Baza transportowa w Trzebnicy goni resztkami paliwa. Dla uzupełnienia jej zapasów kolumna samochodów ciężarowych ma wyruszyd do centralnego ośrodka zaopatrzenia w Gorlicach. Trasa tego rajdu biec ma przez Kraków - toteż postanawiamy skorzystad z tej okazji i ściągnąd tu małego, zdeponowanego przez żonę u jej matki. Nazajutrz gramolę się wczesnym rankiem na stertę pustych beczek po benzynie, ustawionych na platformie ciężarówki. Podróż, z przerwą na nocleg w Katowicach, nie okazuje się zbyt męcząca. Ląduję w Krakowie, skąd ma mnie za parę dni zabrad wracająca z Gorlic kolumna samochodowa z benzyną, olejem i tym podobnym pokarmem dla wiecznie żarłocznych samochodów. Jak każdy wówczas warszawiak w nie tkniętym wojną Krakowie doznaję wrażenia, jakby czas zatrzymał się tu na wiośnie roku 1939. Stęskniony za kinem, wybieram się z synkiem na jakiś podobno wesoły film. Przed właściwym filmem idzie jednak dodatek o zdobyciu Krymu. Już pierwsze dolatujące z ekranu odgłosy bombardowania i salw armatnich zmuszają nas do rejterady - malec bowiem, pamiętający czasy okupacji i naloty, zaczyna ryczed ze strachu, przy coraz głośniejszym psykaniu sąsiadów. Powrotną drogę do Trzebnicy spędzamy wygodnie w szoferce. Okazuje się, że Janek Warwas nie należy do ludzi rzucających słowa na wiatr. W dniu mego powrotu z Krakowa podprowadził pod nasze okna niemal nowiutką „setkę” victoria, z bakiem obiecująco chlupoczącym mieszanką - tylko siąśd i jechad. Z dwiema osobami na siodełkach ma doskonały zryw. Hamulec, światła i sygnał działają znakomicie. Nareszcie własny środek lokomocji! W wyniku długotrwałych narad siedzibą województwa ma byd na razie nie Wrocław, lecz Legnica. Cały obszar Dolnego Śląska został podzielony na powiaty, częśd z nich jest już obsadzona przez starostów. Organizacja władz cywilnych w terenie rozkręca się na całego. Postanawiamy osiedlid się gdzieś na dłużej i rozpocząd metodyczną pracę. Do Legnicy nie mamy ochoty jechad. Wojewoda doradza malowniczo położony Hirschberg (obecnie Jelenia Góra) lub Görlitz (obecnie Zgorzelec) nad Nysą Łużycką. Decydujemy się na wyjazd do Zgorzelca, dokąd przed paru dniami właśnie wyruszył nowo kreowany starosta, by objąd rządy powiatem. Za radą wojewody

zaopatrujemy się w parę litrów spirytusu, gdyż jest to obecnie najmocniejsza waluta, oraz w trochę marek niemieckich. O ile dotychczas podróże odbywały się bez żadnych przygód, tym razem prześladuje nas wyraźny pech. Koła ciężarówki zbierają gwoździe z całej szosy, niczym magnesy. Wkrótce nie mamy już ani zapasowych kół, ani dętek. Teraz musimy każdorazowo zdejmowad koła, z kół opony, z opon dętki i łatad w nich dziury, dziękując Bogu, że mamy jeszcze zapas środków do łatania. Pełni nadziei wjeżdżamy wreszcie na dwutorową autostradę. Pech jednak to licho arcyuparte. Gwoździ co prawda już nie ma, lecz robi się tak gorąco, że gumy aż parzą. Łatki zaczynają się teraz kolejno odklejad. Po którejś tam nowej łacie, założonej na tej samej dziurze, kierowca i jego pomocnik zaczynają gromkim głosem rozstawiad po kątach rodzinę naszego samochodu, mając najwyraźniej dośd całej zabawy. Zjeżdżamy z jezdni w cieo na dwugodzinny odpoczynek, idą w ruch wałówki. Na szczęście robi się nieco chłodniej. Późnym wieczorem rozstajemy się z autostradą, skręcając na wiodącą w las szosę. Dobrze już po północy zza ostrego zakrętu rozbłyskuje poniżej srebrzysta wstęga Nysy i o dziwo... rząd palących się jasno elektrycznych lamp nadbrzeżnej ulicy. Na drugim brzegu piętrzy się zwartą zabudową stutysięczne miasto, w wodzie odbija się masyw potężnej katedry. Naturalna granica rzeki zostawiła po polskiej stronie rozległą dzielnicę willową z jedną główną ulicą, zabudowaną banalnymi czynszowymi kamienicami. Miasto jest nie tknięte przez działania wojenne. Skręcamy, pnąc się na jakieś wzgórze. Spośród krzewów bzu rozpościera się fragment panoramy obu części miasta. Jest pierwsza po północy, teren zupełnie nie znany. Nie pozostaje więc nic innego, jak nocleg na wozie. Ciepła, księżycowa noc. Otuleni w koce, zasypiamy. Nad nami migocą gwiazdy.

Zgorzelec, czerwiec 1945 r. - Czy mógłby pan przytoczyd jeszcze jakieś nazwisko? Z tonu pytania wyczuwam, że będzie to już koniec indagacji. Wrodzona niepamięd do nazwisk prześladuje mnie i tym razem. Usiłując przypomnied sobie, błądzę zaaferowanym wzrokiem po frontonie domu, przed którym stoimy. Mój rozmówca w wyczekującej postawie opiera się o drzwi wejściowe. Próbuję niezawodnego sposobu odtwarzania nazwiska według kolejnych liter alfabetu... Jest! - Inżynier Pacewicz! - wykrzykuję uradowany. - Tak, to mój kolega - mówi z uśmiechem zupełnie już rozbrojony inż. Krauss, pełnomocnik Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów na Dolny Śląsk. Wychodziłem właśnie z jego biura, gdy spotkał mnie przed wejściem. Rozmowa dotyczyła przebiegu pracy zawodowej, kwalifikacji, danych personalnych i - rzecz zrozumiała - była przez mego interlokutora prowadzona tak, by dad mu możnośd sprawdzenia prawdziwości mych słów. Zostaję

zaproszony do współuczestnictwa w posiedzeniach Wydziału Przemysłowego. Bierze w nich udział zdemobilizowany kapitan WP, zastępujący pełnomocnika, oraz dwóch inżynierów różnych branż, których losy rzuciły w te strony. Ustalamy plan prac przy przejmowaniu tutejszych obiektów przemysłowych z rąk władz radzieckich. Po paru dniach otrzymuję nominację na kierownika podokręgu energetycznego z siedzibą w Zgorzelcu, przy czym powierzono mi również opiekę nad gazownią i czuwanie nad wymianą gazu z sieci dalekosiężnych rurociągów Wałbrzych-Legnica-Zgorzelec-Görlitz na energię elektryczną z niemieckiej elektrowni Hirschfelde. Posesja biura dawnych Miejskich Zakładów Elektrycznych, a od obecnej chwili Podokręgu Energetycznego Zgorzelec, leży nad samym brzegiem Nysy Łużyckiej. Mieści się tu rozdzielnia niskiego napięcia, akumulatornia, stacja prostownikowa z zespołem dodatkowym przetwornic, warsztaty, elegancko urządzone pomieszczenia biurowe, garaże i magazyny. Stacja prostownikowa służy do zasilania sieci tramwajowej - wobec jednak wysadzenia w powietrze mostów na Nysie tramwaje po stronie polskiej nie kursują. Po naszej bowiem stronie rzeki leży jedynie rozległe przedmieście willowe stutysięcznego miasta Görlitz. Główna rozdzielnia wysokiego napięcia, pierwszorzędnie wyposażona technicznie, -mieści się na kraocu Zgorzelca w Leopoldowie i połączona jest linią napowietrzną 110 kV z elektrownią w Hirschfelde oraz dwutorową linią napowietrzną 40 kV, obecnie zniszczoną, z należącą do podokręgu elektrownią w Kohlfurt (obecnie Węgliocu), również nie odremontowaną. Personel podokręgu składa się z około dwustu pięddziesięciu pracowników, w tym siedmiu inżynierów - sami Niemcy, ani jednego Polaka oprócz piszącego te słowa. Z miejsca przeprowadzam odprawę kierowniczego personelu w swym gabinecie, udekorowanym już wyfasowanymi uprzednio emblematami paostwowymi. Przemawiam, wyjaśniając nową sytuację polityczną oraz obowiązki wobec władz polskich i kierownika podokręgu. Stoję trzymając rękę za paskiem tak, by spoza uchylonej marynarki wyglądała dyskretnie kabura pistoletu... Pozwolenie na posiadanie go wyrobiłem sobie przed paru dniami w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeostwa, gdzie poradzono mi, abym zaopatrzył się w pistolet własnym przemysłem. Transakcja, w wyniku której wszedłem w posiadanie mauzera 7,65, kosztowała mnie trzy półlitrówki spirytusu, wręczone jakiemuś przypadkowo spotkanemu porucznikowi. Przyznad muszę, że byłem słuchany przez Niemców z pełną uwagą. Na drugi dzieo jadę victorią do odległego o 18 kilometrów Węglioca, by obejrzed elektrownię podokręgu. Elektrownia położona jest w bezpośrednim sąsiedztwie kopalni węgla brunatnego i brykietowni. Stary inżynier z przepaską o barwach austriackich na ramieniu dozoruje roboty przy oczyszczaniu elektrowni, nie uszkodzonej wprawdzie przez działania wojenne, lecz nieczynnej od czterech miesięcy i stanowiącej przez pewien czas obóz wojenny. Jest to wiedeoczyk, który prowadził tu uprzednio prace montażowe z ramienia reprezentowanej przezeo firmy austriackiej. Roboty wykonują niemieccy robotnicy, którzy nie chcieli iśd za cofającą się armią hitlerowską. Elektrownia o dwóch turbozespołach, 10 MW i 6,5 MW, nie wykazuje na szczęście zasadniczych zniszczeo prócz okropnego zanieczyszczenia i braku potężnego wielowarstwowego pasa gumowego do transportera węgla. Pas ten został skradziony i prawdopodobnie pocięty na zelówki. Zanieczyszczenia kotłowni, maszynowni, rozdzielni i całego terenu są jednak tak wielkie, że doprowadzenie całości do należytego stanu będzie w obecnych warunkach wymagało dłuższego czasu - tym bardziej że zaopatrująca

elektrownię kopalnia węgla brunatnego wykazuje jeszcze większy stopieo braków i zanieczyszczenia. Zniszczona częściowo dwutorowa linia napowietrzna 40 kV, łącząca elektrownię z rozdzielnią pod miastem, wymaga odbudowy, na razie chodby na jednym torze.

Któregoś dnia jeden z niemieckich inżynierów, wysłany na okresowe badanie kabla zasilającego na drugą stronę rzeki, nie wrócił na noc do domu i następnego dnia nie zgłosił się do pracy. Gdy sam udałem się na drugą stronę granicy, z radzieckiej budki strażniczej na moście wyszedł jakiś oficer i poprosił, bym następnego dnia o siódmej wieczorem zgłosił się do radzieckiej komendy miasta Görlitz. Na drugi dzieo z rana w naszym Urzędzie Bezpieczeostwa, gdzie bardzo zaintrygowany chciałem zasięgnąd jakiejś informacji, powiadomiono mnie, że chodzi tu właśnie o tego Niemca, gdyż został on po tamtej stronie aresztowany. Gdy o oznaczonej godzinie zgłosiłem się do wspomnianego biura, zastałem czekającego na mnie radzieckiego pułkownika, starszego już mężczyznę w elegancko skrojonym uniformie z licznymi odznaczeniami. Po wielu pytaniach na temat mej osoby, życiorysu, przebiegu pracy i okoliczności, w jakich znalazłem się na zajmowanym stanowisku, poinformował mnie, że ów niemiecki inżynier był przez nich od dawna poszukiwany jako były czynny członek osławionej Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei. Chciał się z kolei dowiedzied ode mnie, dlaczego takiego Niemca trzymam i daję mu pracę. Trzeba było dopiero długich i wyczerpujących wyjaśnieo z mej strony, by przekonad pułkownika, że był to jeden z ludzi inżynieryjno-technicznej obsady, jaką zastałem na miejscu po otrzymaniu nominacji od mej nadrzędnej władzy, i że cała ta niemiecka obsada zostanie z biegiem czasu zastąpiona przez personel polski o odpowiednich kwalifikacjach, w miarę zgłaszania się naszych fachowców do pracy.

Coraz więcej przybywa teraz polskich osadników. Jest to zbieranina z całej Polski - obok zabawnych dla ucha warszawiaka wyrażeo wileoskich, co chwila daje się słyszed śpiewna mowa lwowiaków. Z miesiąca na miesiąc okolica zatraca swój pierwotny pustynny wygląd, coraz mniej wymarłych obejśd straszy widmem minionej wojny. Trzeba się spieszyd z odbudową zniszczonej sieci do rozprowadzania energii elektrycznej na terenie powiatu, aby zdążyd przed rozpoczęciem akcji żniwnej. Trudności potęguje brak jakiegokolwiek samochodu. W garażach biura znalazłem jedynie piędsetkę NSU, staruszkę z ponad stoma tysiącami kilometrów na liczniku. Na szczęście próby, jakim ją poddałem, przyniosły nadspodziewanie dobre wyniki. Wybieram się na NSU do odległej o 75 kilometrów Jeleniej Góry, siedziby Zjednoczenia Energetycznego Okręgu Dolnośląskiego, dla nawiązania kontaktu z tą instytucją. Do kosza ładuję żonę, na drugie siodełko pierwszego Polaka, jaki zgłosił się do pracy. Za Zgorzelcem piękno łaocucha Gór Izerskich zmusza do zatrzymania na chwilę motoru. Ogarnia nas uczucie, że urzekający urok rozległego krajobrazu, przypominającego nieco widoki Podhala, zbliża nas jakoś do tej ziemi - do niedawna tak obcej, teraz znów własnej.

Ruszamy dalej. Idealny stan nawierzchni szerokiej szosy umożliwia rozwinięcie pełnej szybkości. Po godzinie jazdy zza licznych zakrętów wpadamy w rodzaj wąwozu, prowadzącego w dolinę Cieplic i Jeleniej Góry. Na widok pasa z pistoletem na mym płaszczu zatrzymuje nas posterunek milicji, żądając wylegitymowania się. Po chwili jesteśmy już w śródmieściu Jeleniej Góry. Przybysz zostaje tu przyjemnie zaskoczony oszałamiającym wprost ruchem na wąskich uliczkach. Wszędzie obładowane tramwaje, pełne sklepy i zatłoczone kawiarnie. Miasto piękne i nie zniszczone tętni życiem. Zajeżdżamy przed budynek Zjednoczenia Energetycznego. Okazuje się, że dyrektorem technicznym jest znany polarnik, inż. Centkiewicz. Długo omawiamy sprawy służbowe. Gdy w drodze powrotnej późnym już wieczorem minąwszy Gryfów Śląski pokonywaliśmy wzniesienie szosy, nagle dokoła nas zaczęło coś nieprzyjemnie bzykad. W chwilę później rozróżniamy odgłosy pojedynczych wystrzałów karabinowych... Wygaszam światło, skręcam pod przydrożne zarośla, aby zlad się z ciemnym tłem zieleni. Kładziemy się brzuchami na motocyklu. Zmieniam biegi, rączkę gazu dociskam do lewego oporu. Uf, minęliśmy wreszcie zbawczy zakręt za osłoną wzgórza. W domu zastaję kolegę z północy, kierownika sąsiedniego podokręgu w Nowej Soli, inż. Czaplioskiego. Przyjechał na muzealnym wehikule, nadającym się do panopticum motoryzacji. Jest to czarny opel-adam, mający tę przedziwną właściwośd, że jak wierny pies słucha tylko swego pana. Gdy bowiem ktokolwiek inny usiądzie za kierownicą, potrafi jechad tylko do tyłu... Wehikuł ten jest cały powiązany drutami, nie posiada rozrusznika, wycieraczki ani żadnych temu podobnych nowoczesnych wydumek. Najważniejsze jednak jest to, że w ogóle jeździ.

Po przeglądzie uszkodzonej linii wysokiego napięcia wyjeżdżam z terenu elektrowni poczciwym starym NSU, mając w przyczepce głównego inżyniera Francke. Wysoki i chudy jak tyczka Niemiec pracuje tu już od wielu lat i jest doskonale zorientowany w tutejszych stosunkach. Postanawiam pociągnąd go nieco za język na temat niedawnej przeszłości. Okazuje się, że jest rozmowny i chętny do zwierzeo. - Niech mi pan powie, jak przeżywaliście ostatni okres panowania władz niemieckich na tych terenach? - Do partii nie należałem - zwierza się zaraz na początku - i nieraz z tego tytułu narażony byłem na różne przykrości i nieżyczliwośd ze strony naszych władz. Z powodu złego stanu zdrowia i zajmowanego stanowiska byłem zwolniony z odsługiwania wojska, mogłem więc pracowad nadal w swym zawodzie. W ciągu ostatniego roku wojny nikt tu już nie wierzył, by mogła się skooczyd pomyślnie dla Niemiec. - Czy zdawaliście sobie sprawę z konsekwencji takiego właśnie zakooczenia wojny? - Oczywiście. Każdy z nas wiedział, że Niemcy zostaną okrojone terytorialnie i że okręg Wrocławia przypadnie Polsce. Było nam wszystko jedno, jak i gdzie będzie biegła granica, byleby wojna się już skooczyła. - A jak w tym koocowym okresie zachowywały się wasze władze?

- Faktyczna sytuacja była przed ludnością starannie ukrywana. Wystarczało jednak posłuchad relacji wracających z frontu oficerów lub ludzi ewakuowanych z zajętych terenów na Wschodzie, by wytworzyd sobie jej prawdziwy obraz, domyślid się dalszego biegu wypadków i uznad go za nieodwracalny. Obie strony wzajemnie się oszukiwały: władze - wmawiając ludności, że nie jest tak źle, i publikując propagandowe frazesy Goebbelsa w „Das Reich”, a ludnośd - udając, że w to wszystko wierzy. Im bliżej podsuwał się front, tym bardziej szalało Gestapo, węsząc wszędzie defetystyczne pogłoski i wtrącając za nie do więzienia. - Jakim cudem mogła ocaled elektrownia w takich warunkach, czyż w planach ewakuacji nie leżało jej zniszczenie? Na twarzy Niemca wykwita uśmiech. - Na dwa dni przed przewaleniem się frontu przez pobliskie miasteczko Penzig (obecnie Pieosk), gdzie stało zgrupowanie Wehrmachtu, zgłosił się do mnie oficer Gestapo z rozkazem przygotowania elektrowni do wysadzenia w powietrze. Ponieważ od wielu lat już tu pracowałem i miałem chęd tu pozostad bez względu na to, co się stanie - usiłowałem ich przekonad o bezcelowości tego kroku. Gdy już mi się zdawało, że uda mi się ocalid elektrownię, otrzymałem drugi rozkaz niezwłocznego wysadzenia kotłowni, maszynowni i rozdzielni. Wówczas wiedzieliśmy już, że atakujące wojska mogą tu byd lada godzina - toteż postanowiłem po prostu nie wykonad tego rozkazu, chod doskonale wiedziałem, że jedyną konsekwencją tego kroku mogło byd rozstrzelanie mnie... Jednak Gestapo nic mi już nie zrobiło, gdyż oskrzydlający nas manewr przekreślił wszelkie jego plany. Dojeżdżamy do skrzyżowania z główną szosą do Zgorzelca. Bokiem szosy idą jacyś ludzie nie kooczącym się szeregiem, zarośnięci, w zniszczonych szarych mundurach. Francke pyta jednego z mijanych, dokąd idą. Okazuje się, że są to jeocy niemieccy, zwolnieni z radzieckiej niewoli, udający się do przejścia granicznego w Zgorzelcu. Znajduje się ono tuż za posesją naszych biur. W tej chwili ma nas właśnie minąd jakiś żołnierz. Ledwo wlecze się na nogach, trzymając się za podbrzusze. Widzę, że Francke pasuje się z sobą, jakby chciał mi coś powiedzied, lecz milczy. Decyduję się szybko. Każę mu przesiąśd się na tylne siodełku, gestem ręki zapraszam do przyczepki żołnierza i mówię zdumionemu, że podwiozę go do punktu granicznego. Z wielkim wysiłkiem gramoli się na siedzenie i rozpływa w podziękowaniach. Ruszamy. Żołnierz odchyla kurtkę munduru: rozchełstane spodnie pokazują wielką jak bochenek przepuklinę i opuchnięte nogi. Ponieważ się nie odzywam, znów dziękuje mi za pomoc. Gdy wspominam o tym, jak niemieccy żołnierze odnosili się tak niedawno jeszcze do polskiej ludności, milknie i zwiesza głowę. Po powrocie do biura Francke odprowadza mnie do gabinetu, chwyta za rękę i długo nią potrząsa. Jest wyraźnie wzruszony. - Chciałem prosid o podwiezienie tego żołnierza, lecz nie śmiałem tego powiedzied. Nie zdziwiłaby mnie odmowa.

Gospodarka energetyczna powiatu zgorzeleckiego ma wyraźne powiązania z miastem Görlitz w radzieckiej strefie okupacyjnej. Istniejąca już przed wojną sied elektroenergetyczna przewidywała

zasilanie naszego terenu zasadniczo z elektrowni Hirschfelde za Nysą, o mocy zainstalowanej około 100 Megawatów. Poza nie odbudowanymi jeszcze liniami napowietrznymi 40 kV do naszej elektrowni w Węgliocu i do odległej elektrowni wodnej w Leśnej, powiat nie posiada energetycznego powiązania z zapleczem, toteż całą energię elektryczną, jaką dysponujemy, sprowadzad musimy do czasu uruchomienia elektrowni w Węgliocu właśnie z Hirschfelde linią 110 kV, krzyżującą się z Nysą, poprzez rozdzielnię w Leopoldowie. Pewną częścią tej energii, po przekształceniu jej w naszej stacji prostownikowej na energię prądu stałego, zasilamy kablami przez rzekę sied tramwajową po tamtej stronie granicy. Za Nysą sytuacja przedstawia się wręcz odwrotnie - rejon miasta Görlitz, dysponujący nadmiarem energii elektrycznej, został przez nową granicę odcięty od źródła gazu, jakim są koksownie okręgu wałbrzyskiego. Całe więc swe zapotrzebowanie na gaz do celów domowych i dla przemysłu rejon tamten musi pokrywad z dalekosiężnego gazociągu z Wałbrzycha, który to gazociąg przebiega przez gazownię zgorzelecką. Sama zaś elektrownia w Hirschfelde nabywa dla swej kotłowni węgiel brunatny z kopalni tegoż węgla położonej vis a vis na naszym brzegu w Turowie. Tak rozgałęziona wymiana energii oraz związana z tym koniecznośd przeprowadzania periodycznych pomiarów kontrolnych po tamtej stronie rzeki zmusiły mnie do wyrobienia sobie stałej przepustki przez granicę. Przepustkę tę podpisał generał Popławski. Nawiązuję łącznośd z kierownictwem zarządu energetycznego strony niemieckiej w Görlitz. Niemieccy gospodarze przyjmują mnie z wielką atencją i uprzejmością. Układamy prowizoryczne wytyczne do wzajemnego rozliczania się stron za energię. Ponieważ ogólnie biorąc pobieramy od nich więcej energii elektrycznej, niż wysyłamy im gazu koksowniczego, muszę co miesiąc wpłacad do kasy w Görlitz pewną kwotę marek, otrzymywanych na ten cel ze Zjednoczenia Energetycznego Okręgu Dolnośląskiego w Jeleniej Górze. Wpłaty te traktowane są jako zaliczki do czasu definitywnego ustalenia sposobu wzajemnych rozliczeo. Dla uregulowania tej sprawy wyznaczam termin konferencji, proponując odbycie jej w biurze podokręgu. Na ulicach Görlitz ruch jest duży, lecz niemal wyłącznie pieszy. Samochodów widzi się tu mało i to wyłącznie radzieckich władz okupacyjnych. Na murach porozklejano gęsto plakaty z fotografiami ofiar masowych mordów w hitlerowskich obozach zagłady. Park miejski zdobi postawiony niedawno pomnik dla uczczenia pamięci ofiar faszyzmu. Kawiarnie są pozamykane, a w restauracjach dostad można jedynie kufelek cienkiego piwa i jakieś danie z jarzyn. Wraz z napotkanym wopistą wsiadam do zatłoczonego tramwaju. Słysząc prowadzoną po polsku rozmowę, konduktorka każe opróżnid dla nas ławkę wołając do pasażerów: - Wstad, panowie Polacy muszą mied miejsca siedzące... Zapowiedziana konferencja odbywa się w mym gabinecie w biurze podokręgu. Zaprosiłem na nią starostę i radcę prawnego. Odczytuję uprzednio zaproponowany tekst z wnioskami co do wysokości należności i sposobu jej regulowania. Strona niemiecka zajadle się targuje. Dłuższa dyskusja, w której starosta i prawnik dzielnie mi sekundują, nie daje konkretnych rezultatów. W tej sytuacji postanawiam działad „psychologicznie”. Zarządzam przerwę, zapraszając uczestników konferencji na obiad, zamówiony w pobliskiej restauracji hotelowej. Przy stole kieruję rozmowę na tory jak najbardziej ogólne. Po tamtej stronie granicy dawał się wówczas odczuwad dotkliwy brak żywności. Menu obiadu było dobrze obmyślone i odpowiednio zakropione, toteż naszym zagranicznym gościom apetyty dopisywały znakomicie. Tymczasem w biurze maszynistka

przygotowywała protokół do podpisu. Żeby nie fatygowad biesiadników do biura, protokół dostarczono do sali jadalnej. Kontrahenci nasi wykazują obecnie większą elastycznośd poglądów, toteż szybko udaje się zebrad wszystkie potrzebne podpisy. Któregoś dnia wskazówka manometru w naszej gazowni spada gwałtownie prawie do zera. Otrzymuję meldunek o przerwie w dopływie gazu dla miasta Görlitz. Oczywiście awaria na dalekosiężnym gazociągu! Najbardziej w jej usunięciu zainteresowana strona niemiecka proponuje mi wysłanie na trasę gazociągu po polskiej stronie, to jest na trasę Wałbrzych-Legnica-Zgorzelec, ich własnej ciężarówki z kierowcą i brygadą specjalistów. Równocześnie prosi, by podjąd starania o zezwolenie na dwukrotne przekroczenie granicy. Nie dysponując takimi specjalistami, skwapliwie wyrażam zgodę. Po załatwieniu formalności z przepuszczeniem Niemców i samochodu przez granicę zabieram się z nimi na poszukiwania miejsca uszkodzenia gazociągu. Po kilku godzinach pracy awaria została zlikwidowana, a Niemcy obficie nakarmieni. I tak układało się życie po obu stronach granicy.

Dyrektor Centkiewicz dotrzymał słowa: na podwórzu stoi obiecana ciężarówka. Nie jest to wprawdzie żadne cudo, po prostu stary duży wóz osobowy adler z nadwoziem przerobionym jeszcze przez Niemców na platformę, z przeciekającą nieco chłodnicą, reflektorami bez żarówek i z bardzo sfatygowanym ogumieniem bez zapasu. Grunt jednak, że już jest. W tym czasie do biura zgłosiła się już -spora paczka polskich robotników i monterów, których trzeba będzie dowozid do pracy przy uruchamianiu elektrowni i zabierad z powrotem do miasta po pracy. Dla wyżywienia ich została zorganizowana stołówka z wynalezioną skądsiś kucharką, cudownym zbiegiem okoliczności znającą się doskonale na swym rzemiośle. Ale stołówkę trzeba zasilad prowiantem, a w epoce nie działających jeszcze sklepów nie jest to takie łatwe. Po dłuższym wywiadzie i paru wizytach u komendanta miasta udało się uzyskad dla potrzeb podokręgu wcale niczego mająteczek, położony w połowie drogi między miastem a elektrownią, z zabudowaniami i obejściem w zupełnie dobrym stanie. Po osadzeniu w nim młodego agronoma zza Buga i przydziale partii żywego inwentarza, kuchnia zaczęła już to i owo otrzymywad. A więc nasz adler miał zapewnione „pełne ręce” roboty. Prace przy przygotowywaniu elektrowni wymagają obecnie doprowadzenia napięcia. Trzeba więc przystąpid do odbudowy napowietrznej linii 40 kV, łączącej elektrownię z rozdzielnią w Leopoldowie początkowo na jednym tylko torze, aby przesład nim do elektrowni energię o wysokim napięciu. Trzeba postawid parę potężnych słupów o żelaznej konstrukcji, wysadzonych przez cofające się wojska, oraz powiesid na nich odpowiednie izolatory i przewody. Trudności potęguje brak tych izolatorów i linki na przewody. Ambicja każe pokonad te trudności we własnym zakresie. Od pewnego czasu dochodzą od Niemców informacje, że w jakiejś zapadłej wiosce uciekające hitlerowskie kierownictwo elektrowni zamelinowało sprzęt, o który nam właśnie chodzi. Po paru rozmowach i wypadach w teren wszystko się odnajduje i można przystąpid do właściwych robót. Na dzieo przed otrzymaniem adlera zaczął nam się dawad we znaki brak świeżego kwasu siarkowego do akumulatorni. Dla nabycia go trzeba jechad do odległego o 180 kilometrów Wrocławia, toteż ciężarówka spadła nam jak z nieba. Następnego dnia chcę nią jechad wcześnie, by zdążyd do mego

wrocławskiego kolegi przed zamknięciem biur jego podokręgu, skąd miałem otrzymad galony z kwasem. Niedawno przyjęty do pracy młody kierowca, przybyły tu po oswobodzeniu z obozu pracy w Nadrenii, dodaje mi optymizmu w obliczu ryzyka puszczenia się w podróż nieznanym samochodem bez zapasu ogumienia i bez świateł. Jednakże pech zaczął nas prześladowad właściwie już od samego rana. Gdyśmy mieli ruszad, na podwórze wtacza się ogromna ciężarówka james z napisem na szoferce „Elektrownia Krakowska”. Zaintrygowany, witam się z grupką wysiadających. Zdrożeni, przyjechali przeprawid się tu na tamtą stronę, by szukad w Görlitz i okolicy kabli i liczników, zrabowanych przez Niemców w czasie okupacji i tam gdzieś złożonych na skład. Kierownik ekipy, długoletni pracownik elektrowni krakowskiej, p. Nowak, chłop bardzo miły, opowiada mi przy śniadaniu moc ciekawych rzeczy. Nie zna niestety niemieckiego na tyle, by mógł się łatwo porozumied, a jego zwierzchnicy polecili mu zwrócid się do mnie o pomoc - dlatego właśnie zajechali do biur nad Nysą. No cóż, odkładam wyjazd na popołudnie i zabieram się z nimi za granicę; papiery i przepustki mają w najzupełniejszym porządku. W niemieckim zarządzie energetycznym tłumaczę, o co chodzi i o dziwo - otrzymuję daleko idącą pomoc. Buszujemy po Görlitz i przedmieściach, zbierając od tamtejszych placówek monterskich informacje o domniemanych miejscach składowania zrabowanego mienia elektrowni krakowskiej. Muszę wracad już do siebie. Ekipa ma pozostad za granicą kilka dni i w drodze powrotnej wpaśd do mnie, by się pożegnad i powiadomid o wynikach poszukiwao. Do Wrocławia wyjeżdżamy dopiero po obiedzie, z duszą na ramieniu. Gorąco, dające się odczuwad już od samego rana, przechodzi w upał. Pierwszy gwóźdź złapaliśmy za Bolesławcem przed samym wyjazdem z szosy na autostradę. Zdejmowanie koła po podlewarowaniu, zdjęcie opony z felgi, wyjęcie dętki, naklejenie łatki w połatanej jak stary worek dętce i założenie tego wszystkiego na swoje miejsce zajęło nam trzy kwadranse. Uf! Jesteśmy zlani potem. Postanawiamy jechad wolniej, by nie nagrzewad łatek i nie zachęcad ich do odklejania się... Nic nie pomaga, na parę kilometrów przed odgałęzieniem w kierunku Legnicy łapiemy drugi gwóźdź. Klnąc w głos łatamy dziurę, tym razem znacznie większą, pochłaniającą całą resztę mizernego zapasu kleju, jakim dysponowaliśmy. Z miną co będzie to będzie ruszamy dalej. Zaraz za Legnicą metaliczny stuk felgi sygnalizuje nową kraksę gumy. Zdesperowani, zdejmujemy koło po raz trzeci, wyrzucamy do niczego już niezdatne szczątki przeklętej dętki i faszerujemy oponę sianem i gałganami, znalezionymi w przydrożnym rowie. Teraz, gwiżdżąc już na wszystko, walimy dalej pustą autostradą. Zapada zmierzch, robi się coraz ciemniej. Nagle w nozdrza bije dym o jakimś wstrętnym, coraz bardziej duszącym zapachu. Nie wypuszczając kierownicy z ręki wychylam się z szoferki i widzę z przerażeniem, że nasze nieszczęsne lewe przednie kolo, z oponą pełną tlących się już gałganów i siana, stało się pochodnią, kapiącą cuchnącą masą spalonej gumy. Zdjęcie koła i wyrzucenie resztek spalonej opony zajęło nam znów sporo czasu. Podejmujemy beznadziejną decyzję jazdy dalej na feldze. Wlokąc się noga za nogą, aby jak najmniej odkształcid felgę, około północy wtaczamy się do Wrocławia. Gdy po sprawdzeniu dokumentów przez posterunek na rogatce chcemy ruszyd dalej: nowa niespodzianka - nasz Bucefał nie chce nawet drgnąd, wszelkie próby spełzają na niczym... To już koniec - myślimy - zatarcie tłoka. Z tępym uporem zabieramy się do pchania wozu od rogatki do siedziby podokręgu wrocławskiego w okolicach placu Wolności. Gdy zapchaliśmy go na miejsce postoju, było około drugiej po północy. Wciąż jeszcze nie tracąc ducha sportowego z zapaloną świeczką szukamy zatarcia. Po usunięciu nakrętek ze wszystkich szpilek na głowicy i po zdjęciu jej z bloku z radością stwierdzamy, że nie jest to żadne zatarcie, lecz po

prostu zakleszczenie się wyrobionych zębów trybiku rozrusznika w koronce na kole zamachowym. W wesołych humorach udajemy się około trzeciej nad ranem szukad czegoś przypominającego łóżko, aby zdrzemnąd się chociaż parę godzin. Nazajutrz załadunek galonów z kwasem, uzupełnienie ogumienia, zwiedzanie nie widzianego od paru miesięcy miasta i droga powrotna przeszły bez żadnych już przeszkód. W czasie paru godzin pobytu we Wrocławiu uderzały nas na każdym kroku zmiany, dokonujące się w jego wyglądzie. Gdy przed paru miesiącami był to niemal trup miasta, obecnie zaczyna ono tętnid nowym życiem. W otwartych barach można już coś zjeśd, na jezdniach uwija się sporo samochodów, dwa kina zapowiadają ciekawy program na wieczór... Miasto już jest rekonwalescentem. Nowi gospodarze zabierają się do olbrzymiej pracy przy odgruzowywaniu. Gdzieniegdzie rośnie już nowy dom... Jestem wreszcie posiadaczem samochodu. Nie jest to żaden rolls-royce ani horch, ot po prostu malutki opelek produkcji Anno Domini 1928 - kabriolecik z odpinanym dachem i chłodnicą o kształtach jeszcze „packardowskich”. Grunt, że chodzi, i to jak zegarek, byle tylko ze względu na sędziwy wiek poczciwca nie przekraczad 50 kilometrów na godzinę. Jeżdżę nim tam, gdzie dotychczas z braku środków lokomocji nie mogłem się dostad. Swym archaicznym wyglądem wszędzie wzbudza ogólną wesołośd. A niech tam się śmieją. Staję się obecnie czymś w rodzaju persona grata. Ciągle ktoś prosi o podwiezienie lub załatwienie tego i owego. Dyrektor pobliskiej fabryki makaronu, któremu najczęściej załatwiam jakieś sprawy w Narodowym Banku Polskim w Lubaniu, leżącym na drodze do Jeleniej Góry, rewanżuje się zawsze paczką jajecznego makaronu. Żona ma już chyba zapas tego na dwa lata. Najdłuższa jest trasa do Wrocławia. Od Bolesławca zaczyna się wspaniała dwutorowa autostrada. Jest wygodna, lecz podwójnie niebezpieczna. Kusząc kierowcę do zupełnego dociśnięcia akceleratora, spowodowad może przy częstych jazdach „zarżnięcie” silnika, a ponadto monotonia jej działa wybitnie usypiająco. Zjeżdżając kiedyś z lekkiego skłonu i mając przed oczami daleką perspektywę podwójnej asfaltowej wstęgi, wznoszącej się ku horyzontowi - dopiero w ostatniej chwili udało mi się pokonad odruch, skręcid w prawo, wydało mi się bowiem, że wjeżdżam na stojącą przede mną pionową ścianę betonu. Dziś właśnie mam znów jechad do Wrocławia. Ze mną zabiera się miejscowy doktor ze swą asystentką. Dotychczas pilnowałem się zawsze, by nie przemęczad mego staruszka szybkością ponad 50 kilometrów na godzinę. Gdy znajdowaliśmy się w połowie drogi między Legnicą a Wrocławiem, uległem nieopatrznie namowom mych pasażerów do zwiększenia szybkości. Aż do 72 kilometrów na godzinę szło wszystko jak z płatka. Nagle daje się słyszed gdzieś spod nas brzęk jakby upadającego na asfalt półmiska i towarzyszące mu głośne chlupotanie. Jednocześnie spod deski rozdzielczej dobywają się kłęby czarnego, gryzącego dymu. Krztusząc się, hamuję. No oczywiście - panewka wytopiona, przez karter przebity głowicą korbowodu wycieka resztka gorącego oleju. Bezradni, klnąc idiotyczny pomysł, stajemy na jezdni w oczekiwaniu jakiegokolwiek samochodu, który by nas zaholował do Wrocławia. Dopiero jednak piąta z kolei ciężarówka zatrzymuje się kolo nas. Jakiś podejrzany typ przy kierownicy po krótkim targu zgadza się za 900 złotych wziąd nas na hol. Rzuca mi linkę zaledwie trzymetrowej długości. Z mocno niewyraźną miną mocuję ją do przedniego zderzaka. Ruszamy. Drao szofer wali ponad 60 km na godzinę. Na moje sygnały klaksonem nie reaguje zupełnie.

Nareszcie z lewej strony autostrady wyłania się już szosa wiodąca do Wrocławia. Ciężarówka zwalnia, skręca i jedzie wolniej, hamowana przez kolumnę samochodów, posuwającą się przed nami. Na rynku odczepiamy się wreszcie od przeklętej ciężarówki. Biednego opelka pchamy już sami do siedziby podokręgu. Na szczęście zaledwie w kilka dni po tym wypadku znalazł się identyczny silnik oplowski, który wyjęliśmy z jakiegoś wraka za miastem.

Z niemieckiego personelu zostało już niewiele osób, gdyż przybywający tu osadnicy chętnie teraz zgłaszają się do pracy. Mam już zastępcę do spraw administracyjnych. Jelenia Góra przydzieliła nam dwie ciężarówki, ¾-ton owego nowego dodge’a i dużego jamesa. Problem transportu i dowożenia ludzi został więc już rozwiązany. Prace w elektrowni posuwają się w szybkim tempie. Cała niemal sied w terenie doprowadzona jest do porządku. Kuleje jednak strona ekonomiczna podokręgu, gdyż wciąż jednak ciężko jest z inkasowaniem należności za energię elektryczną. Abonenci, przywykli do niedawna do darmowego korzystania z dobrodziejstw energetyki, są bardzo jeszcze niezdyscyplinowani. No cóż, trzeba się w sprawach finansowych udad do macierzystego zjednoczenia. Nazajutrz wypłata odbywa się normalnie. Wspólnie ze starostą obmyślamy środki zmuszenia abonentów do regularnego opłacania należności za energię - czasy nie są przecież jeszcze na tyle normalne, aby można zagrozid im odcięciem dopływu prądu.

Zgorzelec, grudzień 1945 r. Śnieg cienką warstwą pokrył miasto i pola. Z szerokiego okna sypialni rozpościera się widok na świerki parku i rozległą panoramę miasta za rzeką, po tamtej stronie granicy. Po ogrodzie chodzą kozy, prezent od wojskowego komendanta miasta. Prócz nich na nasz żywy inwentarz składa się stadko olbrzymich króli, które zostawili nam Belgowie, i trzy kury, znoszące codziennie piękne bielutkie jajka. Kapitan armii belgijskiej wraz z sanitariuszką więzieni byli w oflagu pod Görlitz. Po uwolnieniu wylądowali w Zgorzelcu, zatrzymali się tu i uzyskali przydział opustoszałej willi obok nas. Spotykaliśmy się często, uszczęśliwieni możnością prowadzenia francuskiej konwersacji, gdyż Belgowie nie znali zupełnie polskiego. Niedawno właśnie zabrali się z przybyłą tu kolumną wojskowych samochodów belgijskich, która zbierała rozsianych po Polsce rodaków. Przed wyjazdem urządzili pożegnalne przyjęcie, przeznaczywszy na nie resztę swych królików. Porównując kuchnię belgijską z polską, gospodarze nasi nie przejawiali zachwytu nad tą ostatnią. Ledwośmy im wytłumaczyli, że to, co jadali w zgorzeleckiej stołówce, miało bardzo mało wspólnego z prawdziwą polską kuchnią. Z okna widzę, jak Frau Wisiorek idzie wydoid kozy. Dziwna jest Frau Wisiorek. Bardzo miła, bardzo uprzejma i bardzo chętna do roboty - jest jednak, jak wszyscy tutejsi Niemcy, ofiarą propagandy Goebbelsa. Z płaczem zwierza się nieraz żonie, że do jej kuzynów przyszli którejś nocy milicjanci, zabrali jakieś papiery i kazali na drugi dzieo wynieśd się za granicę. Pozwolili im zabrad ze sobą tylko tyle rzeczy, ile można zmieścid na ręcznym wózku. Gdy żona opowiada jej o tym, jak postępowali jej

rodacy w Polsce przez całe lata okupacji - słucha uważnie, przez grzecznośd potakuje, lecz nic a nic nie wierzy, bo przecież to jest tylko taka propaganda z polskiej strony i niepodobna, by ludzie mogli byd zdolni do czegoś podobnego... Jest to tym dziwniejsze, że ona sama nosi przecież polskie nazwisko, tylko że wymawia je „Wizijorek” i ani jej przez głowę nie przejdzie, skąd wywodzi się rodzina jej męża. Straciła go, gdy walczył w Wehrmachcie gdzieś na wschodnim froncie. Żona zaznajomiła Frau Wisiorek z wieloma arkanami polskiej kuchni. Frau umie nam już przyrządzad barszcz z pasztecikami, bigos i tym podobne przysmaki - nie znajdują one jednak jej uznania, Frau woli bowiem swoją Ochsenschwanzsuppe, Fleisch mit Soße i inne specjały miłe germaoskiemu podniebieniu. Najwięcej pożytku z Frau Wisiorek odnosi nasz malec; całkiem dobrze mówi już po niemiecku. Tutejszy kwatermistrz, eks-ułan oswobodzony z oflagu, przydzielił nam dużą willę z ogrodem, stojącą w rzędzie podobnych jej opustoszałych willi. Jakoś nieprzyjemnie nam było mieszkad samym w tej wielkiej landarze dwunastopokojowej, toteż na pierwszym piętrze osadziłem nowego kierowcę. Miły i wesoły chłopak, przywędrował tu wraz z młodziutką żoną aż zza Szprewy, gdzie oboje pracowali u Bauera. Z góry dochodzą właśnie ciche odgłosy kołysanki, którą pani Karasioska usypia swego pierworodnego, liczącego zaledwie kilka tygodni. Życie towarzyskie ukształtowało się tu całkiem znośnie. Do naszego kółka należą: doktorostwo z Kielc, asystentka doktora, wspomniany już eks-ułan z żoną, oboje warszawiacy, uwolniony z oflagu kapitan rezerwy, a obecnie przewodniczący niedawno założonej spółdzielni „Granica”, zastępca starosty z żoną, również z Warszawy, kierownik Urzędu Likwidacyjnego - adwokat ze Lwowa i cały jeszcze łaocuszek ludzi, którzy znaleźli tu sobie pracę. Nie mogę co prawda brad bardzo żywego udziału w życiu towarzyskim, gdyż prawie nigdy nie wiem, o której uda mi się wrócid do domu; często i w niedzielę telefon wyrywa mnie do biura w związku z jakimś zakłóceniem w sieci. Tej jesieni obficie obrodziły drzewa owocowe, których mamy w ogrodzie dużo i to całkiem szlachetnych odmian. Jabłka, poukładane równiutko w szeregi na półkach spiżarni, oczekują swej kolejki na stół. Pod krzewami porzeczek i agrestu harcują często na wpół oswojone kawki. Sadu trzeba jednak pilnowad przed nieproszonymi gośdmi. Z obowiązku tego świetnie wywiązuje się nasz brytan, którego wizerunek z groźnie uzębioną paszczą i napisem: „Uwaga, zły pies” przezornie umieściłem przy furtce. W rzeczywistości jest to maleoki pudelek maltaoski, bardzo jazgotliwy, któremu ledwo widad oczy spoza gęstych firanek białych pukli. Gdy poprzedni jego właściciele przed paroma miesiącami opuścili pobliską willę, by osiedlid się po stronie niemieckiej, piesek wyrwał im się tuż przed granicznym mostem i wrócił na swe stare śmieci. Obecnie Boberek jest już pełnoprawnym obywatelem polskim i przestał reagowad nawet na swe poprzednie imię „Strumpfi”. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wkrótce żona i Frau Wisiorek zabiorą się do przygotowao wigilijnych. Trzeba będzie wybrad się na tutejszą pasterkę. Oczekujemy przyjazdu rodziny i znajomych z centralnej Polski. Napisali, że przyjadą. Zrozumieli, że tutejsze ziemie zrosły się już z krajem i przy nim pozostaną.

Adam Patla Nie byłem sam
W koocu maja 1945 roku zostałem wezwany do dyrektora technicznego Zjednoczenia Przemyślu Cynkowego, mgr inż. Włodzimierza Stępioskiego. W tym czasie pracowałem jako inżynier górniczy w kopalni „Orzeł Biały” w Brzezinach Śląskich. Dyrekcja Techniczna mieściła się przy ulicy Podgórnej w Katowicach. Inżynier Stępioski, wybitny fachowiec w zakresie przemysłu cynkowego, zakomunikował mi: - Kolego, pojedziecie na zachód. Bazę obierzecie w mieście Świdnica. W pierwszej kolejności zapoznacie się ze stanem kopalni glinek ogniotrwałych w okolicy Strzegomia. Sporządzicie szczegółowe sprawozdanie i z nim zgłosicie się do mnie. Potem otrzymacie dalsze dyspozycje. Do pomocy dostaniecie dwóch techników, górnika Andrzeja Słabego i hutnika Józefa Dowskiego, oraz trzech ludzi ze straży przemysłowej. - Kiedy wyjazd? - Jak najprędzej. Musicie wziąd ze sobą najkonieczniejsze zaopatrzenie, bo z wyżywieniem mogą byd trudności. Pojedzie z wami inżynier Aleksander Stojek, który natychmiast wraca tym samym ciężarowym wozem. Dzisiaj mamy czwartek. Sądzę, że do poniedziałku będziecie gotowi. - Postaram się. Zgłoszę się przed odjazdem. Tak rozpoczął się exodus na Ziemie Zachodnie. Autem ciężarowym przez Bytom, Pyskowice, Strzelce Opolskie, Opole dobrnęliśmy do Brzegu. Wrocław postanowiliśmy ominąd i pojechaliśmy do Świdnicy drogą na południe u stóp Góry Sobótki. Trasa ta dostarczyła nam niecodziennych wrażeo, szczególnie po przekroczeniu dawnej granicy polsko-niemieckiej. Kiedy wjechaliśmy do Bytomia, miasto wyglądało jakby zupełnie wymarłe. To wrażenie stwarzał zupełny brak ruchu na ulicach. Niemcy, którzy wówczas tam przebywali, siedzieli w mieszkaniach. Migały tylko w oknach ich sylwetki. Pojawiali się już pierwsi nowi obywatele tego miasta. Zajmowali opuszczone przez Niemców domy, wille i mieszkania. Były to jeszcze jednostki. Szli środkiem ulic, oglądając się na okna, bo tam byd może zaczaił się wróg. Ich kroki głucho dudniły w martwej ciszy. Minęliśmy miasto. Asfaltowa szosa wije się wśród lasów i pól. W naszej ekipie od razu zapanował lepszy nastrój. Kwitły czerwone maki polne, modre bławatki, białe jastruny. Ptaki dawały swój koncert. Od Pyskowic rozpoczął się Zielony Śląsk. Jednak ślady walk i zniszczeo towarzyszyły nam cały czas. Im dalej na zachód, tym ruch coraz większy. Na szosach ruch od zachodu. Wracają Polacy wywiezieni na roboty i z obozów jenieckich. Wzdłuż szosy tratują wszystko pędzone przez pola tabuny krów. Na zachód ciągną Niemcy, pierwsi polscy osadnicy i... „szabrownicy”. W obie strony silny ruch samochodowy Armii Radzieckiej. Na noc wszelki ruch zamiera. W tym czasie nocna jazda lub też

nocowanie na szosie były zbyt niebezpieczne. Przedzierały się na zachód drobne, ale dobrze uzbrojone oddziały niemieckie, poszukując polskich dowodów i środków lokomocji. Na torach kolejowych nie ma ruchu. Puste dworce. Cały tabor Niemcy wywieźli cofając się na zachód. Martwota na liniach kolejowych wywołuje depresję. Zmusza do refleksji. Przesuwamy się około 300 km na zachód od dawnych granic paostwa. Nie mamy dostatecznej ilości taboru samochodowego, a przejęcie, zasiedlenie, odbudowanie i rozbudowanie przemysłu na przejętych terenach - to nasze zadanie. Ciężkie i odpowiedzialne. Czy potrafimy je wykonad? W Opolu, oddalonym od Bytomia o około 100 km, znacznie większy ruch. Znaleźli się już tu pierwsi „wywiadowcy od szabru”. Miasto częściowo spalone. Most na Odrze zburzony. Armia Radziecka zbudowała nowy, prowizoryczny, pozwalający na prowadzenie prawie normalnego ruchu samochodowego. Na Opolszczyźnie zostałem mile zdziwiony polskością tamtejszych wsi. Zatrzymaliśmy się na chwilę w jakiejś wsi, żeby usunąd defekt w samochodzie. Zaciekawiony wstąpiłem do najbliższego domu. Na moje „dzieo dobry” otrzymałem odpowiedź w języku polskim. Gospodarzami domu było starsze małżeostwo. Mówili bardzo dobrze po polsku. - Tu, w tej wsi, są sami Polacy - otrzymałem wyjaśnienie. - My, starzy, mówimy tylko po polsku. Dzieci to już więcej po niemiecku... Potem zaczęli się skarżyd. - Hitler wytracił naszą młodzież. Kto nie zginął, tuła się jeszcze po świecie. We wsi tylko kobiety, starcy i dzieci. Zebrało się więcej osób. Pytali mnie, co z nimi będzie. Pocieszałem ich, jak mogłem i jak umiałem. Ale ciężko mi się zrobiło na duszy, bo nie byłem pewny, czy polscy gospodarze tych terenów zawsze ze zrozumieniem potrafią podejśd do tych ludzi, którzy tyle wieków utrzymywali polską mowę i w ogóle polskośd na tych ziemiach. Może znajdą się teraz tacy, którzy piękne ich gospodarstwa będą chcieli zabrad dla siebie, utrzymując, że to gospodarstwa niemieckie, bo dzieci ich właścicieli mówią po niemiecku. Może będą i tacy, którzy doznawszy krzywd od Niemców zechcą mścid się na tutejszych niewinnych Polakach za to, że zmuszono ich służyd Niemcom. Zdawałem sobie sprawę, jaką niepowetowaną krzywdę można wyrządzid tym ludziom przez niewłaściwe postępowanie. W Świdnicy urzędował już pełnomocnik rządu przejmując i zabezpieczając zakłady. Zgłosiłem się do niego. Długo musiałem czekad na przyjęcie. Gdy wreszcie zostałem przyjęty i zapoznałem go ze swoją sprawą, uśmiechnął się, pokiwał głową i oświadczył: - Nic wam nie pomogę. Na własną rękę musicie sobie radzid. Środków lokomocji nie mam. Zakładów przemysłu materiałów ogniotrwałych dotąd nie przejmowałem. Do tych kopalo nie można zresztą dojechad - dodał jakby na usprawiedliwienie - podobno są zaminowane. - Jakie są możliwości komunikacyjne z Katowicami? - zapytałem. - Co dwa tygodnie przyjeżdża tu auto ciężarowe, które zabiera rewindykowane obrazy i inne dzieła sztuki. Ja tym autem nie dysponuję.

- Do kogo mam się zwrócid, aby z niego skorzystad? - Za dwa tygodnie pójdzie następny transport. Proszę tego dopilnowad i porozumied się z pełnomocnikiem od rewindykacji. Tak rozpoczęła się nasza praca. Bazę założyliśmy w Fabryce Wyrobów Ogniotrwałych, niedaleko od biura pełnomocnika rządu. Była tam też stołówka, z której korzystaliśmy. W mieście nie było bowiem czynnej żadnej restauracji ani innej tego rodzaju instytucji, gdzie można by się posilid. Fabryka Wyrobów Ogniotrwałych, leżąca na przedmieściu Świdnicy, była nienaruszona. Wszystkie maszyny i urządzenia w komplecie. Magazyny pełne. Każdej chwili można było ją uruchomid. Brak tylko załogi. Wszyscy ulokowaliśmy się w poniemieckich mieszkaniach na terenie tej fabryki. Przystąpiliśmy do jej zabezpieczenia. Niektóre zamki były zerwane lub uszkodzone. Zastąpiliśmy je innymi, znalezionymi w magazynach. Gorzej było z samą ochroną. Nasza straż nie miała broni. Robiłem starania, aby ją uzyskad. Nie było to jednak łatwe. Miejscowe władze cywilne odesłały mnie do pełnomocnika, ale ten oświadczył: - Należało przywieźd ze sobą z Katowic. Ja swojej nie dam. Zabezpieczenie było więc teoretyczne, o czym mieliśmy się wkrótce przekonad. Ponieważ nie rozporządzaliśmy żadnym środkiem lokomocji, prace nasze musiały się ograniczyd do inwentaryzacji tego jednego obiektu. Po porozumieniu się z miejscową jednostką Armii Czerwonej zostałem zawieziony motorem na teren kopalo przez jednego z podoficerów. Na miejscu stwierdziłem, że kopalnie są nie zabezpieczone i zatopione. Byli ludzie - Niemcy - którzy mogli je uruchomid, ale na to potrzebne były fachowa pomoc i pieniądze. Po powrocie z objazdu kopalo koło Strzegomia i Jaroszowa zawiadomiono mnie, że samochód ciężarowy, który nas tu przywiózł, został zatrzymany w Nysie przez Milicję Obywatelską. Dlaczego nie umiano mnie poinformowad. W tym czasie uruchomiono już pociąg między Świdnicą a Katowicami. Tego samego dnia wyjechałem do Nysy. Tam okazało się, że kierowca, jego pomocnik i jeden ze strażników przemysłowych siedzą zamknięci za szaber. Prokurator wyjaśnił sprawę. Gdy przejeżdżali przez miasto, posterunek Milicji Obywatelskiej chciał samochód zatrzymad. Jeden z przygodnych pasażerów wyraził się pogardliwie o młodym milicjancie i namówił kierowcę, aby jechał dalej. Wówczas posterunek wszczął alarm, strzelając w powietrze. Samochód stanął. Zbiegli się koledzy milicjanta i wszystkich pasażerów ciężarówki wraz z kierowcą przewieziono do miejscowego więzienia. Stwierdzono, że wieźli - rzekomo zakupione od żołnierzy Armii Czerwonej - cielę, jakieś farby i różne drobiazgi. Prokurator postanowił ich zatrzymad do wyjaśnienia. Wskutek mojej interwencji zwolniono ich, lecz odebrano wiezione rzeczy. Zabrałem się z nimi do Katowic. W Zjednoczeniu omówiłem dalszy program prac. Uzyskałem pieniądze na zakup samochodu i materiałów piśmiennych, które prawie za bezcen można było kupid

na zachodzie, a których brak odczuwały tutejsze zakłady. Wróciłem koleją. Podróż trwała prawie dwa dni. W tym okresie podróże nie należały do przyjemności. Pociągi kursowały nieregularnie. Odczuwało się brak taboru. Nie były uzgodnione połączenia. Czasem przez kilka dni nie można się było ruszyd. Dlatego też, jeśli musiałem gdzieś jechad, starałem się, o ile to było możliwe, korzystad z samochodów ciężarowych. Jedna z takich podróży miała trochę niemiły przebieg. Kiedy raz przybyłem do pełnomocnika, żeby go prosid o możnośd skorzystania z jego samochodu, zastałem dwie ciężarówki prawie już załadowane. Stwierdziłem, że oprócz obrazów zawierają bardzo dużo innego dobra. Jakieś maszyny, urządzenia, zakryte obrazami. Zdziwiło mnie to. Nie miałem czasu nad tym się zastanawiad, bo zwrócił się do mnie pełnomocnik do spraw zabezpieczenia przemysłu oświadczając, że mogę z tego auta skorzystad, lecz w zamian ma prośbę: - Przesyłam dla żony w Krakowie pięddziesiąt litrów spirytusu. Musi przecież z czegoś żyd. Proszę dopilnowad, aby szczęśliwie go dowieziono. Przy tych słowach wpakowano do wypełnionej ciężarówki kosz ze szklanym baniakiem. Ledwie się zmieścił. Ja sam nie miałem gdzie nóg umieścid. Ruszyliśmy w drogę. Za miastem zatrzymał nas zdemobilizowany polski żołnierz. Po długich pertraktacjach kierowca zgodził się go zabrad. Jedyne wolne miejsce było na koszu ze spirytusem. Żołnierz usiadł na nim podłożywszy sobie koc, który miał ze sobą. Drzemałem. W pewnej chwili zbudził mnie wstrząs. Samochód w pełnym biegu wpadł w głęboką wyrwę. Poczułem zapach alkoholu. O dziwo, zobaczyłem, że żołnierz siedzi nie na koszu, lecz w koszu. Szaber pozostał na drodze. Jak mnie poinformował kierowca, nie był to pierwszy transport. Co dwa tygodnie przewoził do Krakowa po pięddziesiąt litrów. Niezgorsze pieniądze. Tysiąc złotych od litra. Pełnomocnik zabezpieczył wspólnie z jednostką Armii Czerwonej rafinerię spirytusu. Sam z niego korzystał. Czasem dał trochę najbliższym pracownikom. Nam nie pozwalał zabrad ani litra.

Po powrocie miałem wiele kłopotów. Pełnomocnik niezadowolony, że nie dowiozłem spirytusu, odmówił mi nawet stołówki. Technik Dowski, który przed moim wyjazdem otrzymał polecenie, aby zbadad stan fabryki koło Żor Świdnickich, wyjechał i przepadł. Powrócił po dwóch tygodniach, ale z Katowic, gdzie zawiózł wozem ciężarowym wyszabrowany majątek z willi b. właściciela kopalni i fabryki materiałów ogniotrwałych. Na moją wymówkę oświadczył: - Najpierw jestem ja. Potem pełnomocnik, bo daje mi żyd. Jak mi zostanie czas wolny, to mogę się zająd sprawami zabezpieczenia kopalo. Nie przypuszczam, aby tego czasu było wiele. Zostałem sam. Technik Słaby zgubił się już po drodze do Świdnicy.

Na kim tu można polegad? Obaj technicy nawalili. Straż przemysłowa też na własną rękę zaczęła myszkowad. W tym czasie zakupiłem dla Zjednoczenia samochód osobowy. Kazałem go zamknąd w magazynie na terenie fabryki. Wiedzieli o tym tylko Dowski i straż przemysłowa. Którejś nocy zbudziły mnie krzyki. Mieszkałem na terenie fabryki. Gdy zeszedłem na dół, okazało się, że samochód wykradziono. Strażnik, który stał przy bramie, został sterroryzowany. Drzwi do magazynu wyłamano. Samochód osobowy został załadowany na wóz ciężarowy i w ten sposób wywieziono go z terenu fabryki. Kto tego dokonał, nie można było ustalid. Powiadomiony pełnomocnik wzruszył ramionami i nie interweniował. Miejscowy posterunek MO też nie chciał się tą sprawą zająd. Bardzo się tym przejąłem. Bez środka lokomocji nic nie będzie można zrobid. Zdecydowałem, że trzeba znowu jechad do Zjednoczenia i wyprosid zaliczkę na kupno od pełnomocnika jeszcze jednego wozu. Kiedy przyjechała ciężarówka z Katowic po zakupione materiały kancelaryjne, zabrałem się nią. Cały majątek woziłem ze sobą. Była to walizka, a w niej dwie zmiany bielizny i najpotrzebniejsze przybory toaletowe. Na miejscu pozostawały tylko koc i poduszka. Dyrektorowi Stępioskiemu przedłożyłem sprawozdanie wraz z programem, co i jak zamierzam dalej robid. Kradzieżą bardzo się przejął. Ucieszyły go natomiast przywiezione materiały biurowe. Mój program działania zaakceptował. Znał mnie jeszcze sprzed wojny. Razem kooczyliśmy Akademię Górniczą. Nie wiedział, jak z tej sprawy wybrnąd. Wprawdzie przywiozłem meldunek o kradzieży, poświadczony przez świdnicką milicję, lecz śledztwo w tej sprawie nie było ukooczone. Po porozumieniu się z głównym księgowym Zjednoczenia wydatek ten polecił wpisad na straty. Zgodził się na kupno drugiego wozu, zapowiadając swój przyjazd z tabliczkami rejestracyjnymi. Tym razem pojechałem do Świdnicy razem z żoną. Ciężko byd samemu wśród obcych. Z dala od rodziny, od znajomych. Mieszkanie w fabryce, które już poprzednio zająłem, było obszerne i cała rodzina mogła się w nim pomieścid. Swoje straciłem w Warszawie. W nowym locum zastałem wszystko. Kompletne umeblowanie. Bogate wyposażenie. Otomany, fotele, dywany, serwantki i kredensy pełne porcelany i kryształów. Szafy pełne książek. Nawet stojący zegar był nienaruszony. Ubrao nie było. Wszystko było pozamykane: biurka, szafy, kredensy, serwantki. Klucze zabrali właściciele uciekając do Niemiec. Całością opiekowała się żona kierownika fabryki, która nie wyjechała. Nie otwierałem zamkniętych mebli. Korzystałem tylko z bogato wyposażonej kuchni i jednego pokoju. Nie miałem zamiaru szabrowad, wywozid. Byłem zdania, że nie należy tego robid, bo przecież ktoś tu na stałe zamieszka. Niech ma w mieszkaniu wszystko, co będzie mu potrzebne. Wyjeżdżając do Katowic klucz zostawiałem straży przemysłowej. Kiedy wróciłem z żoną, okazało się, że w mieszkaniu buszowano. Pootwierane były biurka i szafy. Najgorsze, że skradziono mi koc i poduszkę. Interpelowana w tej sprawie straż przemysłowa oświadczyła, że „pan technik Dowski brał klucz od mieszkania”. Niestety, pana technika nigdzie nie mogłem odnaleźd.

Zostawiając żonę w mieszkaniu miałem większą swobodę poruszania się. Pojechałem przygodną ciężarówką do Strzegomia. Tam skomunikowałem się z pełniącym obowiązki burmistrza niemieckim komunistą, który przed niedawnym czasem wrócił z obozu. Razem z nim odbyłem dokładny przegląd odkrywek glinek ogniotrwałych na tym terenie. Zbadałem możliwości ich zabezpieczenia i uruchomienia. Ludzie czekali na pracę. Dowiedziałem się od niego o przebiegu działao wojennych i o walkach o miasto Strzegom. Były one ciężkie i wiele strat poniosły obie strony oraz ludnośd cywilna. W Świdnicy zastałem dyrektora z Katowic. Omówiliśmy dalsze prace, ustalając, że bazę roboczą należy założyd w Strzegomiu, aby mied bliżej do kopalni, zebrane dane pozwolą opracowad długofalowy plan działao; placówkę w Świdnicy należy zlikwidowad, pozostawiając tylko zabezpieczenie w przejętej fabryce w Świdnicy. Razem pojechaliśmy do Katowic. Dzieo był piękny, słoneczny, początek lipca. Jechaliśmy dwoma wozami. Trasa prowadziła przez Dzierżoniów, Brzeg, Opole. W miarę jak mijały godziny, wzrastała temperatura. Powietrze stawało się coraz cięższe. Niespodziewana o tej porze spiekota dawała się coraz silniej odczud. Pękały stare dętki zmuszając do kilkakrotnych napraw. Kierowcy denerwowali się, czy starczy łatek do Katowic. Za Opolem przy kolejnej awarii rozstaliśmy się. Ja pozostałem. Dusznośd robiła się coraz większa. Nadchodziła burza od południowego zachodu. Trzeba było zmykad. Gdy znaleźliśmy się w lasach opolskich, rozszalały żywioł dopadł nas. Trzeszczały leciwe brzozy przydrożne. Ich warkocze zamiatały szosę. Nawałnica szła pasami. Uciekaliśmy słysząc potworny szum za sobą. Na nic zdała się ucieczka. Pod Bytomiem drogę zatarasowały nam stuletnie drzewa. Nie było mowy o dalszej jeździe. Wóz zepchnęliśmy z drogi pod ścianę najbliższego budynku. Wicher szalał dalej. Kładł pokotem całe pasy lasów. Wyrywał z korzeniami przydrożne drzewa. Następnego dnia stwierdziliśmy, że w wozie zatarły się tłoki. Trzeba go było rozebrad. Tak zakooczyła się moja pierwsza wyprawa na Ziemie Zachodnie.

Idąc do Zjednoczenia w Katowicach spotkałem całkiem przypadkowo starego kolegę, Hugona. Nie widzieliśmy się wiele lat. Na kilkanaście lat przed wojną pracowaliśmy razem w tej samej kopalni. Miło spotkad kolegę po burzy wojennej. Po tragediach i stratach, jakie zadał wróg. - Adam, co się z tobą dzieje? - wykrzyknął Hugo. - Gdzieś się uplasował? Jak ci się wiedzie? Zadawał mi szybko pytania. Pytania, w których chciał zmieścid tamte wszystkie minione lata. Poinformowałem go, że właśnie wróciłem z zachodu, że zrobiłem wstępne rozpoznanie stanu kopalo glinek ogniotrwałych oraz możliwości ich uruchomienia w rejonie Strzegomia, że warunki miałem tam bardzo ciężkie. - Chodź na kawę. Wspomnimy przeszłe lata i omówimy ewentualnie lata przyszłe. Jedź ze mną na zachód. Wpatrywałem się w niego zdziwiony. Ten zawsze wygodny inżynier, a obecnie już starszy jegomośd, wybiera się na zachód?!

- Hugo! Nie nabieraj mnie. Ty na zachód?! - Tak, otrzymałem polecenie skompletowania ekipy, która wyjedzie na zachód dla przejęcia kopalo węgla brunatnego. Byłem coraz bardziej zdziwiony. - Jak to? Ty, Hugonie, wybierasz się w tamte strony? Czy zdajesz sobie sprawę z warunków, jakie tam znajdziesz?! - Nie mam zamiaru tam stale siedzied. Będę łącznikiem między Katowicami a dyrekcją, którą utworzę. Muszę mied dzielnego fachowca. Solidnego, pracowitego, na którego mogę zawsze liczyd. Jedź ze mną. Znamy się tyle lat. Obejmiesz stronę techniczną, a ja administracyjną. Wahałem się długo, byłem niezdecydowany, ale coraz bardziej poddawałem się myśli: trzeba ratowad majątek kopalo na Ziemiach Odzyskanych. Wreszcie się zdecydowałem. - Jutro się spotkamy i przystąpimy do finalizowania tej sprawy - powiedziałem do Hugona. Wróciłem do domu i opowiedziałem swej żonie o rozmowie z Hugonem. - Jedź. Ja za tobą też tam przyjadę. Nie będziesz sam. Oni tutaj dadzą sobie radę bez ciebie. A tam będziesz miał do spełnienia poważne zadanie. Stanowisko żony ostatecznie przełamało moje wahania. Dalsze wypadki potoczyły się z logiczną konsekwencją. Zwolnienie z zajmowanego stanowiska, zaangażowanie do ekipy wyjeżdżającej na zachód. Niespodziewanie zostałem zmuszony do myślenia o wszystkim. Inżynier Hugo Kociała pozostał bowiem w Katowicach. Do pomocy przydzielono mi jednego inżyniera górniczego, czterech techników górniczych, trzech techników maszynowych i trzech ludzi ze straży przemysłowej. Tym razem z bronią. Otrzymałem także zestawienie kopalo, które należało przejąd. Ustalono, że siedzibą przyszłej dyrekcji Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego będzie miasto Żóraw. Żywności nam nie dano, twierdząc, że wszystko można dostad na miejscu. Cały nasz ekwipunek stanowiło pięd litrów czystej. Do transportu wzięto tym razem wojskowy wóz ciężarowy Armii Czerwonej. Mądrzejszy o doświadczenie pierwszej wyprawy, wziąłem tym razem ze sobą prowiant na parę dni, a przede wszystkim sól i cukier. Zaopatrzyd się w prowiant poleciłem także wszystkim członkom wyjeżdżającej grupy. Jechaliśmy znaną mi już trasą. Bytom, Pyskowice, Strzelce Opolskie, Opole, Brzeg. Od tego miejsca zaczynał się nowy odcinek. Biegł on przez Oławę do Wrocławia, gdzie znaleźliśmy się wieczorem.

We Wrocławiu długo zastanawialiśmy się, czy jechad dalej. Ulice wszędzie zalegały gruzy, tak że trudno było przejechad. Od nikogo nie można się było niczego dowiedzied. Na ulicach spotykaliśmy żołnierzy Armii Czerwonej. Dymy unosiły się jeszcze nad wymarłym, zdawałoby się, miastem. Kierowca zdecydował, że będziemy tu jednak nocowad. Zaczęliśmy szukad jakiegoś schronienia. W pewnym momencie samochód nasz został zatrzymany przez marynarzy. Byli podchmieleni. Zaczęli kontrolowad, co wieziemy, i weszli do wozu. Sytuacja stawała się niemiła, napięta. Kierowca wdał się w pertraktacje ze starszym matrosem. Uzgodnili, że dowiezie nas do ich koszar. Aby nie zwracad uwagi, mają opuścid wóz, bo może jakiś oficer nadejdzie. Mogą byd niepotrzebne spięcia. Omówili kierunek i ruszyliśmy. Dopiero gdy odjechaliśmy kawałek, kierowca wyjaśnił swój plan. Matrosi będą na nas czekad na prawo - koło mostu na Odrze! Musimy ich ominąd. Z Wrocławia trzeba natychmiast wydostad się. Jest ciemno, może nam się to uda. Po wielu krążeniach znaleźliśmy się na autostradzie. Zjechaliśmy z niej w najbliższe krzaki i tak drzemiąc doczekaliśmy się następnego dnia. Wrocławia prawie nie widzieliśmy. W ciemności zawalone ulice robiły niesamowite wrażenie. Jakimi ulicami przejeżdżaliśmy - byłoby trudno ustalid. Wpatrując się w sterczące mury i gruzy miałem wrażenie, że kilkakrotnie przejeżdżaliśmy koło tych samych ruin. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy autostradą. Wiła się podwójną wstęgą betonowej płyty, wśród nie zebranych zbóż, buraczanych pól, kartoflisk i łanów koniczyny. Nie były to małe poletka, jakie spotyka się na Podhalu, lecz ogromne obszary rolnicze, duże latyfundia, majątki byłych niemieckich magnatów. Na polach nie krzątali się ludzie, chociaż była to pora zbiorów. Dojrzałe kłosy zbóż chyliły się ku ziemi. Na autostradzie spotykaliśmy małe grupki ludzi. Były to przeważnie starsze kobiety i siwi mężczyźni, którzy na ręcznych wózkach przewozili resztki swego uratowanego dobytku. Gdzie ciągną?! W nieznane. Byle dalej na zachód. Za Nysę. Od czasu do czasu przemknął wóz Armii Czerwonej. Poza tym szeroka autostrada była właściwie pusta. Jedynymi śladami wojny na naszej drodze były zerwane mosty. Obok nich Armia Czerwona pobudowała prowizoryczne przejazdy. Niekiedy drogę tarasowały zniszczone czołgi. Koło południa znaleźliśmy się na pustym rynku Żórawia. Wysiedliśmy przed wypalonym, kilkupiętrowym gmachem. Stanęliśmy bezradni. Nigdzie nie było widad ani żywego ducha. Odbyliśmy naradę. Postanowiliśmy, że chwilowo wszyscy się tutaj zatrzymamy. Poleciłem wyładowad nasze rzeczy z wozu, który natychmiast musiał wracad do Bytomia. Zakazałem także członkom ekipy chodzenia po ulicach w pojedynkę. Sam udałem się do ratusza. Liczyłem, że zdobędę tam jakieś informacje. W ratuszu znalazłem burmistrza - Polaka. Nazywał się Wolny. Jego informacje bardzo mnie zdziwiły i zaniepokoiły. - Ja wam nic nie pomogę - oświadczył. - Sami musicie sobie radzid. Nas, Polaków, jest tu zaledwie kilku. Wieczorami, a tym bardziej w nocy, wychodzid z domów nie wolno. Przeciągają jeszcze tędy zwarte oddziały niemieckie w pełnym uzbrojeniu. W samym mieście jest kilkanaście tysięcy Niemców,

w większości dyszących nienawiścią do nas. Z tym się nie ukrywają. Niedawno urzędujący tu niemiecki burmistrz kilkakrotnie urządził prowokacyjne, nocne napady na domy zamieszkane przez Niemców. Przebrani osobnicy mówiący ze sobą po polsku wpadali do niemieckich mieszkao niby w poszukiwaniu ukrywających się hitlerowców. Plądrowali, kradli, zabierając najwartościowsze przedmioty. Następnego dnia po każdym napadzie niemiecki burmistrz interweniował u władz Armii Czerwonej, skarżąc się na bestialstwa Polaków. Miejscowemu komendantowi Armii Czerwonej przedstawiono świadków, którzy pod przysięgą stwierdzali, że napaści dokonywali osobnicy mówiący po polsku. Podkreślali, że to byli polscy bandyci, którzy niszczą spokojnych, lojalnych obywateli niemieckich. Zdołali przekonad radzieckiego komendanta. Napięcie bardzo poważnie wzrosło. Przychodziło do ostrych spięd z polskim pełnomocnikiem. Z dalszej rozmowy z burmistrzem dowiedziałem się, że kiedyś w nocy polski patrol wojskowy przychwycił dwóch takich osobników z polskimi opaskami na ramieniu. Przyciśnięci do muru wyśpiewali całą prawdę. Okazało się, że angażował ich sam niemiecki burmistrz. Zajęły się nimi wojskowe władze radzieckie i wtedy wyszły na jaw prowokacyjne plany niemieckie. Wielu Niemców wysiedlono wtedy za Nysę. Burmistrz poinformował mnie także o trudnej sytuacji żywnościowej w mieście i wskazał mieszkanie, gdzie jego zdaniem powinniśmy się zatrzymad. Wróciłem do oczekujących współtowarzyszy: - Koledzy! Sytuacja ciężka. Z tego, co powiedział mi burmistrz, wyciągnąłem następujące wnioski. Proszę dobrze słuchad. Przede wszystkim musimy się wszyscy razem ulokowad w jednym miejscu. Nie wolno chodzid pojedynczo. Wieczorem i w nocy wszyscy muszą byd w domu. Posterunek z bronią w ręku musi całą noc czuwad. Nie ma tu ani restauracji, ani kawiarni, ani stołówki, ani żadnego sklepu, gdzie można by dostad jakikolwiek prowiant. Sprawą wyżywienia musimy się sami zająd... Następnie poleciłem sztygarowi Maślankiewiczowi i inżynierowi Hajdukowi, żeby sprawdzili przydatnośd proponowanej nam kwatery. Do pomocy przydzieliłem im strażnika Kubiniaka. Sztygarów Helma, Stowskiego i Franczewskiego wysłałem - uzbrojonych - na miasto, żeby zbadali, czy nie znajdzie się gdzieś jakiś porzucony wóz osobowy, który dałoby się uruchomid. Sztygar Podbieski z resztą kolegów otrzymał zadanie przetrząśnięcia najbliższych ogródków i pól w celu znalezienia ziemniaków. Wskazany przez burmistrza domek przy zamku okazał się dla nas idealny. Na parterze znajdowały się zakratowane magazyny. Drzwi wejściowe - żelazne, masywne - prowadziły do szerokiej sklepionej sieni. Schodami dostaliśmy się do pięciu pokoi na piętrze. Były tu dwa oddzielne mieszkania, a właściwie to puste pokoje. Wewnątrz nie było nawet śladu po meblach. Sztygarowi Maślankiewiczowi poleciłem, żeby się rozejrzał za jakimiś łóżkami, kanapami lub fotelami czy chodby materacami, a sam w towarzystwie Guzikowskiego wyszedłem na miasto. Chcieliśmy znaleźd budynek na przyszłą dyrekcję. Nie było mi wesoło na duszy. Obciążyłem się wielką odpowiedzialnością, przyjmując tak ciężkie obowiązki. Teraz coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że nie znam ludzi, z którymi przyjechałem. Nie znam ich mentalności. Na dodatek nie znam miejscowych warunków. Co gorsza, nie mam możliwości ruszyd się z Żórawia, aby dostad się do kopalo, które muszę przejąd

i zabezpieczyd. Martwił mnie także brak żywności i pieniędzy. Żywnośd i pieniądze miał przywieźd dyrektor administracyjny, Hugon Kociała. Na mieście ulice były puste. Czasem przemknęła wzdłuż kamienic jakaś postad. Były to przeważnie starsze kobiety. Spotkaliśmy kilku rannych żołnierzy radzieckich. Szli przeważnie we dwójkę. Miasto robiło wrażenie zupełnie wyludnionego. Burmistrz twierdził jednakże, że mieszka w nim około 30 tysięcy ludzi. Gdzież oni? Niedaleko od rynku w pobliżu dzielnicy willowej zobaczyłem ulice odgrodzone barierami. Za nimi znajdowały się radzieckie szpitale. Wszystkie wille były zajęte. Wstęp do tej części miasta był dla ludności cywilnej zabroniony. Stamtąd też można było wyjśd jedynie za przepustką. Tam wrzało życie. Widziałem wielu żołnierzy. Chodzili, siedzieli i leżeli wygrzewając się na słoocu. Byli to ranni i chorzy. Wróciliśmy z, powrotem na rynek. Postanowiliśmy zbadad dzielnicę nie zajętą przez wojsko. Przeszliśmy parę ulic, lecz nie znaleźliśmy żadnego budynku, który nadawałby się na biura. Powróciliśmy do naszej tymczasowej siedziby. Maślankiewicz czekał już ze swoją grupą. W krótkim czasie nadeszli i inni. Twarze mieli niewesołe. Pierwszy zdał raport Maślankiewicz. - Tu obok jest browar. Tam każdy może sobie wybrad odpowiedni tapczan, otomanę względnie kozetkę. Są też i materace. To parę kroków stąd. - Dobrze, panie Maślankiewicz. Zaraz tam pójdziemy. A jakie wyniki u pana, panie Helm? - Znaleźliśmy za miastem dwa osobowe samochody DKW w możliwym stanie. Przypuszczam, że z dwóch uda nam się jeden skompletowad. Trzeba je jednak tutaj ściągnąd. Ja z kolegą Strohelmem postaram się złożyd wóz w ciągu tygodnia. Gdy będzie czegoś brakowad, to może nam się uda dostad w radzieckiej bazie samochodowej. Widziałem tam kilkanaście wozów różnych marek. Widzieliśmy i inne rozbite wozy, ale z tych nie będzie pociechy. Wybrano z nich już wiele części. - Dziękuję. Dobrze się pan spisał. A jak tam, panie Podbieski, z żywnością?! - Spenetrowaliśmy tutejsze ogródki. Jest trochę marchwi, pietruszki, cebuli. Ziemniaki przeważnie wykopane. Trzeba będzie iśd dalej za miasto, na pola. Najpierw musimy zdobyd kopaczki, worki i kubły. Na polach widziałem i dynie. Będzie okrasa do ziemniaków. Owoców nie brak. Są śliwki, jabłka i gruszki. Będzie można nawet zrobid pewien zapas. Podziękowałem wszystkim za dobre wywiązanie się ze swoich zadao, dodając, że przykro mi, iż koledzy sztygarzy zamiast kilofa górniczego będą musieli wziąd motyki i iśd kopad ziemniaki, wyrywad cebulę i wycinad kapustę, a także nosid tapczany i materace. Niestety, takie są w tej chwili nasze warunki. Kto się nie czuje na siłach, komu to nie odpowiada, tego zatrzymywad nie będę. Nie mam jednak możliwości odesład go własnym środkiem transportowym do Katowic. Zauważyłem, że są w naszej grupie i tacy, którzy skorzystają z pierwszej sposobności, aby zniknąd z tego terenu. Liczyli na szaber i lekką pracę. A ja narzucam im w zamian ciężkie obowiązki. Wspólnymi silami przenieśliśmy tapczany, krzesła i stoły. Wypiliśmy herbatę, zagotowaną w saganie zdobytym gdzieś przez Maślankiewicza. Przy zapadającym zmroku zmęczeni położyliśmy się pokotem spad.

Długo nie mogłem zasnąd. Zadawałem sobie moc pytao. Jak wykonad te beznadziejne zadania? Nawet jak złożymy wóz, to trzeba zdobyd benzynę i pozwolenie jazdy. Benzynę można dostad od żołnierzy za „czystą”. Trzeba to polecid Maślankiewiczowi. On ma wiele sprytu. Najlepiej się z tego wywiąże. Garaż musimy sami postawid w koocu ogródka. Tym zajmie się Strohelm. Jutro wszyscy wyruszymy, aby ściągnąd te dwa auta. Koni tu nie ma. Trzeba będzie zdobyd jakieś linki. Śpiący chrapali na różne tony. Poszedłem jeszcze sprawdzid, czy nie śpi ten, którego postawiliśmy w pierwszym pokoju na warcie. Spał siedząc przy oknie. Zdawałem sobie sprawę, że jest bardzo zmęczony. Ja mimo zmęczenia nie mogłem zasnąd. Usiadłem przy otwartym oknie. Przez płac przed zamkiem przemknęła jakaś postad i znikła w nie zamieszkanym budynku. Drzwi były tam na oścież otwarte. Gdzieś w dali padł strzał. Od strony lasów odpowiedziała mu krótka seria. Cisza, ponowne strzały, liczniejsze. Przeniosły się jakby dalej na zachód. Znów przemknął cieo i zginął jak poprzedni. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, kiedy sen mnie zmorzył i jak długo spałem. Zbudziło mnie dobijanie się do drzwi na dole. Wartownik poderwał się. Wystawił karabin przez okno i wystrzelił. Spod drzwi oderwały się dwie postacie i zniknęły w bramie zamku. Dopiero teraz strzelający spostrzegł mnie. - Zdrowo spaliście. Całe szczęście, że mocne drzwi na dole, bo inaczej by nas jeszcze wykradli zadrwiłem. Kubiniak, bo on to był tym wartownikiem, milczał. - Połóżcie się spad. Ja już tu posiedzę do rana. Kubiniak natychmiast skorzystał z pozwolenia. W krótkim czasie i on dołączył się do chóru chrapiących. Tak przeszła pierwsza noc. Następne dnie biegły w wytężonej pracy. Malało nasze grono. Już drugiego dnia wieczorem stwierdziłem, że znikł inżynier Hajduk, a wraz z nim i jego rzeczy. Po dwóch dniach ubyło dalszych dwóch. Po tygodniu pozostało nas już tylko ośmiu. Jedna trzecia odpłynęła. A i ci, co zostali, też nie wszyscy zdradzali chęd trwania w tym prymitywie. Hugon nie przybywał. Było coraz ciężej. Już następnego dnia po przybyciu do Żórawia zaprzęgliśmy się do lin wszyscy i ściągnęliśmy samochody, które wyszukał Helm. Skąd się wzięły liny, nie dopytywałem. Prawdopodobnie moi ludzie zdjęli je z dzwonnicy. Helm wraz ze Strohelmem przystąpili natychmiast do rozbiórki wozów. Kapitan Milde - polski komendant miasta - wtajemniczony przeze mnie w nasze plany, przysłał młodego Niemca, który okazał się dobrym fachowcem. Służył w czasie wojny przy czołgach. Został ranny. Leżał w szpitalu w tym mieście, a teraz nie wiedział, dokąd wracad. Rodzinę miał w Gliwicach. Po dwóch tygodniach mieliśmy już własny wóz. Benzynę dostaliśmy za „czystą”. Kwitł handel wymienny. Większy kłopot był ze znalezieniem odpowiedniego budynku na biura. Osobiście zbadałem wszystkie możliwości. Willa byłego starosty niemieckiego była wolna. On sam dla osobistego bezpieczeostwa

zamelinował się gdzie indziej. Sam budynek był nieuszkodzony. Miał jednak wadę. Stał na uboczu wśród parku dostępnego wszystkim tak w dzieo, jak i w nocy. Nie nadawał się. Archiwum akt poufnych byłego starostwa było splądrowane. Widad nie zdążono ich wywieźd. Zabrano tylko najważniejsze dokumenty. Wpadł mi w oko jeden z papierków. Była to kopia pisma starosty do szefa SD. Meldunek oskarżał miejscowego księdza o antyhitlerowskie nastawienie. Dowiedziałem się później, że miejscowy ksiądz proboszcz był Łużyczaninem i bronił interesów Słowian zamieszkałych na tutejszym terenie. Z tego powodu starano się go zlikwidowad. Był to staruszek przeszło siedemdziesięcioletni, bardzo szanowany w całej okolicy. Przy jednej z bocznych ulic stał trzypiętrowy budynek mieszkalny. Był całkowicie pusty. Sądziłem, że da się go przerobid na biura. Na trzecim piętrze znalazłem wyrwane drzwi, a na podłodze tysiące kryształów. Wyglądało na to, że z całej dzielnicy tu je zniesiono. Tu miały byd bezpieczne. Szabrownicy jeszcze tu nie dotarli, ale niszczyciele tak. Sporo wartościowych kryształów było zniszczonych. Widad chodzono po nich. Na razie nie był to szaber atrakcyjny. Ostatecznie zdecydowałem, że na biura zajmiemy drugie piętro w zamku. Pokoje były duże. Było ich więcej niż trzeba. Na pierwszym piętrze uplasował się już miejscowy starosta Alojzy Król, którego popularnie nazywano „Król Alojzy Pierwszy”. Dotychczas w zamkowych pokojach na drugim piętrze był szpital Armii Czerwonej. Kiedy tam zaszedłem, były już wolne. Zastałem w nich jeszcze legowiska zrobione z biurek i stołów. Obcięto do połowy nogi i zestawiono je razem. Gdy zaczęto rozbierad te prycze, chmury pierza napełniły pokoje, oblepiły ubrania. Kurniawa śniegowa w pełni lata wypływała przez okna. Było to pierze z licznych rozprutych pierzyn, z których wsypy użyto do innych celów. Pomógł mi znowu kapitan Milde. Na drugi dzieo żołnierze przyprowadzili kilka Niemek, które zaczęły robid porządki. Kłopot był z biurkami. W takim stanie do niczego się nie nadawały. Na miejscu nie było warsztatu stolarskiego, który mógłby je naprawid, tj. dorobid nogi. Dobre zmagazynowano w jednym z pokoi. Zniszczone zwalono przez okna na podwórze zamkowe. Pierze również wyrzucono przez okna. Chmury jego porywał wiatr, bieląc plac i najbliższe okolice. Po tygodniu pokoje były przygotowane na biura. W tym czasie mieliśmy już pewien zapas jarzyn, owoców i ziemniaków. Naczynia kuchennego było pod dostatkiem. Dzięki pomocy burmistrza, przy wybitnym poparciu wojska, uruchomiono stołówkę. Powoli przybywało ludzi. Przyjeżdżali fachowcy i z innych dziedzin. Włókniarze. Było tu kilkanaście fabryk włókienniczych. Energetycy przejmowali elektrownie i sieci elektryczne. Kolejarze badali możliwości uruchomienia linii kolejowych. Szabrownicy badali rynek. Robiło się raźniej. Nie byliśmy już sami, zdani na własne siły i własną inicjatywę. Pierwszy wyjazd zrobiliśmy do Kunic. Według wstępnych wiadomości miało tam byd kilka małych kopalo. Częśd z nich nawet była czynna. Kiedy dojechaliśmy do jednego z szybów, zatrzymali nas żołnierze Armii Czerwonej.

Okazało się, że kopalnie są pod kontrolą władz wojskowych. Zostaliśmy zatrzymani do wyjaśnienia. Były to tereny, na których znajdowały się nie tylko szyby wydobywające węgiel brunatny dla potrzeb miejscowej elektrowni w Łozach, ale również dla szpitali i czynnych zakładów włókienniczych w Żórawiu, prowadzone przez fachowców radzieckich. Były tam przede wszystkim wielkie składy amunicji, rozmieszczone w lasach. Żeby wejśd na ten teren, należało mied przepustkę wystawioną przez radzieckiego generała, który miał swą siedzibę w Żórawiu. Nie wiedząc o tym, wpakowaliśmy się w paskudną kabałę. Aresztowani przez patrol radziecki zostaliśmy doprowadzeni do kierownika kopalo tego terenu, radzieckiego oficera. Po wielu wyjaśnieniach i licznych telefonach zostaliśmy zwolnieni. Powiedziano nam, że bez przepustki penetracja tych terenów nie ujdzie nam na sucho. Ale nasza przygoda miała także i wynik dodatni. Stwierdziłem, że na tych terenach jest kilka oddzielnych maleokich kopalo, oddzielnych szybów wydobywczych. Jeden z nich był czynny, drugi w odwadnianiu. Węgiel z czynnego szybu wydobywali dla potrzeb Armii Radzieckiej górnicy niemieccy, którzy tam pozostali, i niemieccy jeocy. Rozpoczęliśmy pertraktacje z generałem. Uznawał nasze pełnomocnictwa, ale zamykał całą dyskusję stwierdzeniem: - Kopalnię przekażę wam wraz z całą załogą. Węgla potrzebują nasze szpitale i fabryki. Wydobycie nie może stanąd! Elektrownia w Łozach musi dad energię. Wyżywienie całej załogi kopalni weźmiecie na siebie. Musicie im dad całodzienne utrzymanie. Muszą otrzymad tłuszcz i mięso, kaszę, mąkę i chleb. Sami nie mieliśmy co jeśd, a mieliśmy wyżywid ponad stu ludzi. Był to problem nie do rozwiązania. Przy pożegnaniu generał jeszcze raz zaznaczył: - Węgiel dla naszych potrzeb musimy mied na bieżąco. Nie mogę narazid na niebezpieczeostwo rannych w szpitalach, zatrzymad elektrowni i unieruchomid prowadzonych fabryk. Przystąpiliśmy do wielodniowych pertraktacji. Pierwszym naszym osiągnięciem było uzyskanie zgody, że do kopalni zostaną przydzieleni dwaj polscy sztygarzy. Uzasadniając naszą propozycję powiedziałem: - Otrzymacie fachowców górników. Pomogą wam w prowadzeniu kopalni. Powiększą kontrolę załogi niemieckiej. Będą przeciwdziaład sabotażom, z którymi musicie się liczyd. W ten sposób udało mi się ulokowad dwóch górników z mojej ekipy w kopalni w Kunicach. Byli to sztygarzy, Podbieski i Strohelm. Ich zadaniem było zapoznad się ze stanem poszczególnych kopalo i szybów, obsadą, wydobyciem, zużyciem i potrzebami, aby w odpowiednim czasie można było te kopalnie formalnie przejąd. Po dalszych wielokrotnych rozmowach udało się ustalid współpracę i przejąd kopalnie oficjalnie. Za pobierany węgiel otrzymywaliśmy od wojskowych władz radzieckich racje żywnościowe dla pracujących tam górników-Niemców. Kierownikiem kopalni został sztygar Strohelm. Była to pierwsza kopalnia oficjalnie przejęta przez Zjednoczenie Przemysłu Węgla Brunatnego.

Następnie wybrałem się do kopalni „Babina”. W tym rejonie przed działaniami wojennymi nad Nysą Łużycką pracowały 3 kopalnie węgla brunatnego. W czasie działao wojennych wszystkie uległy bardzo poważnym zniszczeniom. Najbardziej zniszczona była kopalnia „Babina”. Tereny zaminowane, gruzy, nie pochowane trupy, ognie w kopalni i ani śladu życia. To obraz, jaki zastałem. Na terenie samej kopalni i w brykietowni niektóre urządzenia były zniszczone prawie całkowicie. Wysadzony komin brykietowni zwalił się na pomost przy sortowni. Most łączący kopalnię z sortownią był spalony. Sterczały żelazne, pokręcone konstrukcje budynku brykietowni. Przewody parowe posiekane pociskami. Suszarki talerzowe uległy również poważnym uszkodzeniom. Gruzy i szkło trzeszczały za każdym krokiem. Nie było ludzi! Od czego zacząd?! Kto tu będzie chciał pozostad, aby w tych warunkach pracowad? Czy mogę któregokolwiek z górników ze swojej ekipy narazid na czyhające tu na każdym kroku niebezpieczeostwa?! Nie ma gdzie mieszkad. Nie ma co jeśd. Nie ma nawet ziemniaków na polach. A tam, gdzie jeszcze pozostały, leżą wokoło miny. Jak mam ten problem rozwiązad? Śmierd szczerzyła zęby ze wszystkich stron. Blisko kopalni siedział w czołgu trup niemieckiego żołnierza. Mrówki powoli oczyszczały kości. Nawet nie miał go kto pochowad. Na placu kopalni walała się oderwana od tułowia głowa. Puste oczodoły i sterczące zęby robiły niesamowite wrażenie. Na ścieżkach i okolicznych polach leżały trupy ludzi i zwierząt, których rozszarpały miny... Przed rozminowaniem terenów nie wolno tu wpuścid żadnego z naszych ludzi. Kto zechce się podjąd rozminowania? Zerwane linie wysokiego napięcia. Nie ma prądu. Gdzie należy się podłączyd, aby go otrzymad?! Elektrownia w Łozach za daleko. Trzeba będzie pomyśled, jak przeprowadzid pertraktacje, aby podłączyd się do niemieckiej elektrowni za Nysą w Weisswasser. Same trudności, a tu niszczy się tyle majątku, tyle urządzeo, maszyn i materiałów. W znajdującej się po sąsiedzku kopalni Tschöpelner Werke palił się odkryty węgiel. Wśród morza ognia stała zatopiona czerparka. Stały wozy, leżały łaocuchy. Walało się wiele innego dobra. Gumowe taśmy transportowe użyto dla ochrony okopów. Trzeba natychmiast odciąd pochód ognia na odkrywce. Wyciągnąd taśmy gumowe. Odciągnąd wozy. Zabezpieczyd tory i łaocuchy bez kooca7, motory, wyciągi, pompy oraz całą masę innych urządzeo. W okolicy sterczą liczne kominy fabryk. Wszystko nieczynne. Częściowo lub całkowicie zniszczone. Ale i to, co pozostało, przedstawia ogromny majątek. Nie wolno dopuścid do jego zniszczenia. Wjechaliśmy na most na szosie. Był on mocno strzaskany pociskami, podparty prowizorycznie postawionymi stojakami. Dziurę w moście zatkano dywanami. Na szosie stały otomany, szafy, fotele i łóżka. Wszystko niszczało na deszczu. Namordowaliśmy się porządnie, zanim udało nam się - tj. mnie i kierowcy - ulokowad te meble w stojących obok domach.

7

Łaocuch bez kooca - urządzenie górnicze dla transportu wozów.

Podobny stan zastałem w kopalni „Wiktor”, trzeciej w tym rejonie. W każdej z nich należało natychmiast osadzid samodzielnego technika i dad mu ludzi. Skąd wziąd ludzi?! - rozważałem. W promieniu kilkunastu kilometrów była pustka. Przebywali tu tylko na placówkach ochrony pogranicza polscy żołnierze. Postanowiłem nawiązad z nimi kontakt. Opadały mi ręce. W otaczających lasach co jakiś czas słychad było wybuchy. Eksplodowały miny. Kto je naruszył?! - Niemcy przekradający się na zachód za Nysę czy też wracający z Niemiec Polacy? Porucznik polskiej placówki ochrony pogranicza poinformował mnie, że na tym terenie są tak liczne miny, iż rozminowano tylko główne drogi i przygraniczne ścieżki. Są tu miny różnego rodzaju: talerzowe, blaszane, drewniane, pudełkowe, duże i małe, flaszkowe i walcowe - eksplodujące przy najmniejszym poruszeniu, a także ciężkie przeciwczołgowe, po których wiele setek ludzi może przejśd bezpiecznie, a przejeżdżający wóz ciężarowy wyleci w powietrze. Miny te znajdowały się wszędzie, nieraz w miejscach najmniej spodziewanych. - Niech pan nie wypuszcza swoich ludzi - przestrzegł mnie porucznik - na tereny kopalo i fabryk, dopóki nie nastąpi rozminowanie. - A do kogo trzeba się zgłosid w sprawie rozminowania? - dopytywałem się. - Do sztabu w Tuplicach. Ale oni mają pełne ręce roboty. Nie wiem, czy prędko będą mogli kogoś tu przysład. Myśmy już sami zebrali kilkaset min. A gdzie są miejsca nierozminowane, to wszędzie na drzewach założono białą opaskę, a w ziemię wbito ostrzegawcze chorągiewki... - Widziałem je, ale nie wiedziałem, co oznaczają. - Znajdują się w ogrodach, na polach, w domach. Nie dziwiłbym się, gdyby były założone i na dole w kopalni. Jeśli przystąpicie tu do robót, to jeszcze po rozminowaniu trzeba przestrzec ludzi, żeby zachowali najdalej idącą ostrożnośd. W sztabie oświadczono, że najwcześniej za miesiąc będą mogli posład patrol. Znalazłem chętnych, mało powiedzied chętnych - odważnych ludzi wśród swoich pracowników. Na „Babinie” pozostał sztygar Stowski, a na „Pustkowiu” - tak nazwaliśmy Tschöpelner Werke - sztygar Helm. Kopalni „Wiktor” na razie nie miałem kim obsadzid. Kopalnie przekazywał mi przedstawiciel pełnomocnika rządu, inżynier Marian Ł., który przedtem nigdy tu nie był. Był to mój kolega z Akademii Górniczej w Krakowie. W kopalni „Wiktor” doszło między nami do spięcia. Na placu przed magazynem, wśród innych maszyn, zobaczyliśmy nowiutką, elektryczną wiertarkę. - Patrz, Marian! - zwróciłem się do niego. - Trzeba to zabrad do wozu, bo tu się zniszczy. - Tak, trzeba ją zabrad. Już ja się nią zajmę - odpowiedział. - Jak mam to rozumied? Przecież zdajesz mi kopalnie z całym inwentarzem. I ty ją zabezpieczasz. - Jasne i proste. Zabieram ze sobą. Będzie parę złotych.

Byłem tym zaskoczony. Nie przypuszczałem, że można tak bezczelnie szabrowad. - Marian, czyś ty oszalał?! Przecież to ordynarna kradzież! - Po co od razu kradzież. Muszę z czegoś żyd i utrzymywad żonę. Zabezpieczam, aby się tu nie marnowało. Przyda się w kraju. Popatrzyłem na niego, jakbym go dopiero dzisiaj pierwszy raz zobaczył. Zrobiło mi się bardzo przykro, ciężko. Kiedy wróciłem do Żórawia, poleciłem kierowcy zabrad wiertarkę i zanieśd do magazynu. - Niech magazynier Kubiniak wciągnie ją do inwentarza. - Ja ją dla siebie zabieram - wtrącił inżynier Ł. - Nie, Marian! Wiertarkę tę przekazałeś. Jutro sporządzimy oficjalny protokół całego majątku tych trzech kopalo: „Pustkowa”, „Babiny” i „Wiktora”. - Znalazł się uczciwy! - z wściekłością wyrzucił z siebie. Odchodząc dodał: - Myślisz, że dostaniesz za to odznaczenie!? I tak zrobią z ciebie szabrownika. Znajdą się tacy, którzy ciebie oczernią, bo byłeś za uczciwy. Tu uczciwośd nie popłaca. Wkrótce minie miesiąc, jak tu jesteśmy, a właściwie niewiele dokonaliśmy. Katowice o nas się nie troszczą. Co można zrobid mając do dyspozycji tak mało pracowników? W tej chwili pozostali Maślankiewicz, Kubiniak, Guzikowski, Franczewski. Kubiniak ma pod swoją opieką magazyn. Mamy samochód osobowy, parę beczek benzyny i smarów. Mamy umeblowane biura. Mamy maszyny, materiały, pościel, meble i urządzenia kuchenne, ale może zaistnied taka sytuacja, że nie będzie miał kto tego pilnowad. To, co zabezpieczyliśmy, co ma służyd przyszłym pracownikom Zjednoczenia, może pewnego dnia stad się łupem szabrowników. Muszę prosid o pomoc kapitana Mildego. Nie mamy ośmiogodzinnego dnia pracy; pracujemy cały dzieo, a nawet wieczory i noce. Prawie wszyscy, co pozostali, zdali egzamin. Dotychczas wszyscy pracują za wyżywienie w stołówce. Zupka i chleb, względnie ziemniaki i chleb. Nie ma pieniędzy. To, co otrzymaliśmy w Katowicach, wyczerpało się. Inżynier Hugo Kociała nie zjawił się do tej pory, chociaż święcie obiecywał przyjechad, i to najpóźniej za tydzieo. Sytuacja staje się więcej niż tragiczna. Obawiam się, że i pozostali ze mną zrażą się warunkami i zwieją do Katowic. Maślankiewicza interesuje tylko szaber. To specjalista od obrazów, gabinetów dentystycznych i aparatów radiowych. Znosi do swego pokoju wszystko, co popadnie. Któregoś dnia wszedłem do biur, gdzie zastałem Maślankiewicza wraz z obu strażnikami. Dyskutowali. Usłyszałem urywek rozmowy: - Za kilka dni jadę do Wrocławia... Nie dopytywałem się, lecz czułem, że to zmowa na wywóz szabru. To mnie nie zaskoczyło.

- Inżynierze - powiedział Maślankiewicz - znalazłem pięknie urządzony gabinet dentystyczny. Trzeba go zabezpieczyd. Będzie można przy sposobności przewieźd go autem ciężarowym do Katowic. To majątek. - Panie Maślankiewicz! My przyjechaliśmy, żeby przejąd kopalnie węgla brunatnego. Mamy zabezpieczyd majątek tych kopalo. Nas nie powinny interesowad gabinety dentystyczne. Do ich zabezpieczenia jest pełnomocnik Włodarczyk, starosta Król i burmistrz miasta Żórawia. Proszę o tym pamiętad! W najbliższych dniach pojedzie i pan na kopalnię. Zobaczyłem, jak drgnęły mu oczy. Zamrugał w kierunku obu strażników. - A kiedy to może nastąpid? - Jak nic nie zajdzie, to pojedziemy jutro. Proszę się na to przygotowad. Obejrzałem pokoje - przyszłe biura. Stwierdziłem, że są umeblowane. Deski podłóg świeciły świeżą bielą. - Przypomnieliśmy tym Niemkom, jak hitlerowcy znęcali się nad Polakami w Warszawie - powiedział Guzikowski uśmiechając się. - Nie wolno się mścid. To nie świadczyłoby pochlebnie o nas - zauważyłem. - Myśmy się nie znęcali - dorzucił Franczewski. - Nie mieliśmy szmat do podłogi, a one ich nie przyniosły ze sobą, to musiały użyd do tego swoich spódnic. - Ale podłogi świecą się - uzupełnił Maślankiewicz. - Chyba pan zadowolony, inżynierze! My też pracujemy... Nie podtrzymywałem dalszej rozmowy na ten temat. - Czy wszystkie pokoje dają się zamknąd? - zapytałem. - Tak, dobraliśmy klucze. Wieczorem zamykamy, a klucze są u sztygara Maślankiewicza - objaśnił Franczewski. - Trzymam je w swoim pokoju. - Jutro rano przekaże je pan Kubiniakowi. Następnego dnia asfaltową drogą - przez lasy i puste wsie - dojechaliśmy do miejscowości Słone. Na miejscu stwierdziliśmy, że jeden z szybów jest czynny, a kopalnię przejęli energetycy. Węgiel brunatny z tego szybu dostawiano wąskotorówką do elektrowni w Zielonej Górze. Pracowali w niej Niemcy, górnicy tej kopalni. Wśród nich był Polak-autochton, nazywał się Pytlak, który pełnił funkcję dozorcy, sztygara i kierownika kopalni. Wydobywano tylko tyle, ile wynosiło zapotrzebowanie elektrowni. Zakłady włókiennicze Zielonej Góry, które zużywały również węgiel brunatny, były nieczynne. W porozumieniu z dyrektorem elektrowni pozostał w kopalni w Słonem sztygar Maślankiewicz, ale tylko jako pomoc techniczna. Podokręg energetyczny w Zielonej Górze, który przejął kopalnię, nie zgodził się na jej przekazanie.

Dyrektor elektrowni oświadczył mi, że polecenie przekazania jej dyrekcji w Żórawiu musi dad okręg energetyczny w Poznaniu, a o ile mu wiadomo, to okręg nie zgodzi się na jej przekazanie, gdyż jest ona bezpośrednio związana z zielonogórską elektrownią. - Kopalnia „Słone” stanowi osobny obiekt, oddalony kilka kilometrów od elektrowni - zauważyłem. - Ale warsztaty i magazyny są wspólne - upierał się inżynier Wrooski, dyrektor podokręgu w Zielonej Górze. Powiedziałem wówczas, Że pojadę do Poznania w tej sprawie i że w Katowicach otrzymałem polecenie przejęcia wszystkich kopalo węgla brunatnego na Ziemiach Odzyskanych. Pojechałem do Poznania. Niestety, ostatnie słowo dyrektora poznaoskiego okręgu energetycznego brzmiało: - Mamy przychylną dla nas decyzję Ministerstwa Przemysłu. Nie oddamy przejętych kopalo węgla brunatnego. Wyszedłem od nich rozgoryczony. Jakieś dziwne osobiste ambicje. Przejmowad i prowadzid kopalnie nie mając do tego fachowego przygotowania. To może się skooczyd tragicznie. Nietrudno o wypadek. Woda, kurzawka i ogieo to wrogowie górnika. Oni tego nie wyczuwają. Zwalą wszystko na tego biednego Pytlaka, a on też nie przygotowany do tej funkcji, jaką obecnie pełni. Mógłby byd nawet świetnym górnikiem, dobrym dozorcą, lecz jako kierownik robót nie obejmuje całości. Wracając z Poznania wstąpiłem do kopalni „Słone”. Postanowiłem ściągnąd sztygara Maślankiewicza i wysład go do kopalni w Lubaniu. Dlaczego ja mam pomagad energetykom, a samemu sobie utrudniad zadanie? W Słonem Maślankiewicza nie zastałem. Interpelowany Pytlak poinformował mnie, że tego samego dnia co przyjechał, to i odjechał wieczorem, oświadczając, że pozostałby tu, gdyby mógł. mieszkad w Zielonej Górze. Ale w takiej „dziurze” nie ma zamiaru zostad ani dnia. Zakląłem. Miał tu przecież ludzi do roboty i pod bokiem miasto - Zieloną Górę. Dobre mieszkanie, zaprowiantowanie i możliwośd kontaktu z Polakami, którzy tu już się zainstalowali, a uciekł. Widocznie nie miał tu co szabrowad. Postanowiłem odesład go natychmiast do Katowic. Jakże inną wartośd przedstawiają jego koledzy, Stowski i Helm, zdani na własną zapobiegliwośd. Z dala od ludzi i miasta, na garnuszku wojskowej placówki. Narażeni na niebezpieczeostwo wybuchających min, bez ludzi, wzięli się od razu do zabezpieczenia narodowego majątku, do odbudowy zniszczonych kopalo. Po przybyciu do Żórawia złożył mi sprawozdanie sztygar Strohelm. - Dzisiaj wyjechali do Katowic Maślankiewicz, Guzikowski i Franczewski. Zabrali się wojskowym autem ciężarowym. W pokoju sztygara Maślankiewicza zostały tylko jakieś wyjęte z ram obrazy i kilka zdekompletowanych aparatów radiowych. - Że wyjechał Maślankiewicz, to i dobrze. Nie było z niego korzyści - stwierdziłem. - Ale gorzej, Że wyjechali ci dwaj ze straży przemysłowej. Nie będzie już nikogo do pomocy.

Zdecydowałem, że Strohelm będzie musiał tu zostad. Podbieski musi sobie sam dad radę w kopalni „Henryk”. Był to dzieo 26 sierpnia 1945 roku. Minęło trzy tygodnie od wyjazdu z Katowic. Trapiły mnie ciężkie myśli. Mimo podjętej decyzji rozumiałem, że Strohelm powinien wrócid do kopalni „Henryk”. Pracują tam Niemcy na sześciu szybikach. Łatwo o sabotaż. Sam Podbieski nie da sobie rady. Wprawdzie pozostało kilka osób dawnego niemieckiego dozoru, lecz dotychczas nie znaleziono planów kopalnianych. Niemieccy technicy twierdzą, że wywieziono je na zachód. Strohelm i Podbieski muszą sporządzid nowe plany. Na razie chodby szkicowe. Mają pełne ręce roboty. Zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili spoczywa na mnie większa odpowiedzialnośd niż na początku. Sam muszę podtrzymad tych kilku ludzi, którzy jeszcze pozostali. Przynajmniej do czasu przyjazdu nowych pracowników. Nie wolno się załamad, opuścid rąk. A czułem się fatalnie. Wróciły dawne niedomagania żołądkowe. Naturalna konsekwencja przebytego tyfusu. Obecnie walnie przyczyniają się do tego nieregularnośd i zła jakośd posiłków. Większą częśd dnia jestem w drodze. Wracam w późnych godzinach. Nigdzie nie można się pożywid. Całe tereny jak wymarłe. Przeważnie za całe pożywienie musi mi wystarczyd suchy chleb. W Żórawiu wieczorem - też chleb z cienką herbatką. Czasami zupa z dyni okraszona ziemniakami. Naturalnie bez tłuszczu, ale za to osolona. Był to luksus, jeśli spożyłem ją na gorąco. Nie było komu przygotowad. Sam nie miałem już ochoty ani siły. Byłem wykooczony po całym dniu w terenie. Rzucałem się na tapczan i zaraz zasypiałem. Następnego dnia rano, przed wyjazdem do kopalni „Lubao”, zgłosił mi Kubiniak, że w nocy został rozbity magazyn materiałów pędnych i skradziono jedną beczkę benzyny. - Inżynierze, ja sam nie dam rady wszystkiego przypilnowad. Musi pan przyjąd kogoś do pomocy. Biura, magazyn, garaż i skład materiałów pędnych na mojej głowie. Za wszystko mam odpowiadad tak w dzieo, jak i w nocy. To przekracza moje możliwości, chod chęci mam najlepsze. Cóż mogłem mu odpowiedzied? Nawoływałem go do wytrwałości przyrzekając, że lada dzieo przyjedzie z Katowic dyrektor administracyjny, a z nim nowi pracownicy. Bezpośrednio po tej rozmowie wyruszyłem dekawką do Lubania. Znaną mi już drogą dojechaliśmy do autostrady. Stąd kierowaliśmy się na Ruszów, Węgliniec. Mijaliśmy miasteczka i wsie nie spotykając żywej duszy. Ach, jak to smutno wyglądało. Zerwane niemieckie napisy, a polskich jeszcze nie było. W razie pobłądzenia nie będzie nawet kogo spytad o drogę. Za Ruszowem widad było coraz większe spustoszenia wojenne. Napotykaliśmy wiele brzozowych krzyży. Były to mogiły polskich żołnierzy, którzy padli w walce z niemieckim najeźdźcą. Widzieliśmy również wiele mogił radzieckich żołnierzy. Im bliżej do Lubania, tym więcej lei na drogach. Niektóre o tak potężnych rozmiarach, że mógłby się w nich schowad piętrowy dom. Na polach stały zniszczone czołgi. Stały i na drogach. Czołgi i leje po szosach zmuszały do objazdów. Jechało się przez nie skoszone zboże, nie wykopane kartofliska, prowizoryczne mosty. Pustka, pustka, spalone chaty i domy, sterczące kominy - to ówczesny obraz okolic Lubania.

A oto co zastałem w kopalni „Lubao”. Dyrektorem kopalni był Niemiec Kriebus, mianowany na to stanowisko przez miejscowego starostę. Na miejscu był wprawdzie niemiecki dyrektor tej kopalni, inżynier Hund, lecz do pracy się nie zgłosił. Mieszkał w swojej willi niedaleko biur kopalnianych. Nie wychodził z mieszkania. Kriebus okazał się bardzo obrotny. Ofensywa wojsk radzieckich uniemożliwiła mu dalszą ucieczkę. W czasie okupacji pełnił z ramienia władz niemieckich kierowniczą funkcję w polskich kopalniach cynku. Teraz wykorzystywał umiejętnie swoje stanowisko dyrektora. Zorganizował bowiem w kopalni punkt etapowy dla uciekających do Niemiec inżynierów i techników. Tu odpoczywali, opatrzeni w zaświadczenia pracy w kopalni „Lubao”. Sama kopalnia nie uległa zniszczeniu. Każdej chwili można będzie ją uruchomid. Na miejscu Kriebusa nie zastałem. Natomiast rzucił mi się w oczy dziwny obrazek. Maszyna wydobywcza była w ruchu. Z klatki szybowej wysiedli ludzie. Każdy z nich dźwigał potężnie wypchany plecak. Klatka za klatką wynosiła coraz nowych podróżnych. Z górnej platformy schodzili schodami. Podszedłem bliżej i stwierdziłem, że każdy z nich wynosi w plecaku węgiel brunatny. Nie była to normalna godzina wyjazdu. Było to w środku dniówki. W ten sposób zorganizowano tu transport węgla dla potrzeb domowych. Zapytani o dyrektora górnicy poinformowali mnie, że musi on byd w biurze. Nie kryli się z tym, że wywożą węgiel dla własnych potrzeb. Mieli na to zezwolenie dyrektora. Nie było go w biurach kopalnianych. Nie znalazłem go również w warsztatach. Zjawił się dopiero wtedy, kiedy po przeglądnięciu całości miałem już odjechad. Przedstawił mi się doskonałą polszczyzną. Zakomunikowałem mu, że jestem upoważniony do przejęcia kopalo węgla brunatnego na Ziemiach Odzyskanych, i pokazałem swoją delegację służbową. Kriebus był zaskoczony. Nadrabiał miną. - Czym mogę panu służyd? - zapytał. - Panie Kriebus. Pan jako górnik powinien wiedzied, że mianowanie dyrektora może dokonad tylko nadrzędna jednostka górnicza. W tym wypadku, dopóki nie ma zorganizowanego zjednoczenia, może to zrobid tylko pełnomocnik CZPW. A więc pana nominacja jest nieważna. - Tak. Wiem. Sprawuję funkcję dyrektora na polecenie miejscowej władzy administracyjnej. Chodziło przecież o zabezpieczenie majątku kopalni. - Jest tu w Jeleniej Górze pełnomocnik grupy operacyjnej Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów do spraw zabezpieczenia obiektów przemysłowych. On miał prawo wyznaczyd tymczasowego kierownika - dodałem. - Nie wiedziałem o tym.

- Zresztą nie będziemy się sprzeczad w tej chwili o tę formalnośd. Upoważniam pana do pełnienia obowiązków dyrektora do czasu skierowania tu przeze mnie mianowanego pracownika. Przejdźmy do biura. Tam chyba będziemy mogli spokojnie porozmawiad. W biurach panował nieład. Pokoje nie sprzątane. Kurz na biurkach i stołach dawał pojęcie o gospodarce w kopalni. Kriebus złożył mi krótkie sprawozdanie. Wynikało z niego, że kopalnię można każdej chwili uruchomid. Trzeba tylko przeprowadzid dokładny przegląd kolejki linowej dostarczającej węgiel z kopalni do brykietowni, położonej przy stacji kolejowej. Sama brykietownia wymaga też poprawek. - Panie Kriebus, jak tu przyjechałem, była godzina dwunasta. Z szybu wychodzili ludzie niosąc plecaki. To nie była normalna godzina kooca dniówki. Jak mi to pan może wytłumaczyd? - Owszem, wyjeżdżają po sześciu godzinach. Wynoszonym przez nich węglem płacę im dniówki. - Czyje to zarządzenie? - Moje. Muszę przecież czymś płacid - tłumaczył się. - Wszystko to pięknie. A kto to kontroluje? Widziałem, jak z szybu szli wprost do domu. Każdy może zabrad, ile chce. Jeśli to deputat, to należało wprowadzid kontrolę i ewidencję. A jeśli płaci pan węglem dniówkę, to kto prowadzi kontrolę przepracowanych godzin? - Kontrolę prowadzą nadgórnicy. Ścisła ewidencja jest niepotrzebna, bo za dniówkę otrzymują prawo napełnienia plecaków węglem bezpośrednio na dole. - A cóż oni robią na dole? - dopytywałem. - Przecież kopalnia jest nieczynna, a z dołu z węglem na plecach wyjechało więcej niż dwudziestu ludzi. Kriebus plątał się coraz bardziej w swoich wyjaśnieniach. - Ilu ludzi ma pan zarejestrowanych i pracujących? - Około sześddziesięciu. Dokładnie nie pamiętam. Ewidencję prowadzi sztygar Wilhelm Zweig. - Ilu w tej liczbie jest pracowników umysłowych? - Ośmiu inżynierów różnych specjalności górniczych. Górnicy, mechanicy, elektrycy. Dziewięciu techników, którzy pełnią też funkcję dozorców i nadgórników. Na kopalni mamy zagrożenia wodne i kurzawkowe - dodał, jakby dla usprawiedliwienia tak dużej ilości technicznych fachowców. - A więc prawie jedną trzecią załogi stanowią pracownicy umysłowi. Czy to nie za wiele? - zapytałem z widoczną ironią. - Zakładałem, że będą oni potrzebni na innych kopalniach. Na przykład w Kaławsku nie ma ani jednego pracownika technicznego dozoru. - Sporządzi mi pan imienną listę wszystkich pracowników z podaniem wykonywanych funkcji i zaznaczeniem, gdzie dotychczas pracowali. Dzisiaj mamy 14 września. Będę tu w koocu miesiąca.

Czasu ma pan dośd na przygotowanie szczegółowego planu wszystkich prac na kopalni, kolejce linowej i na brykietowni. Z wyjaśnieo Kriebusa wynikało, że niżej położone partie kopalni są zatopione na skutek przerw w dostawie prądu. Potrzebne są dodatkowe pompy. Trzeba wykonad remont kolejki linowej. W samej brykietowni konieczny jest remont pras brykietowych. Magazyny wyszabrowane. - Kiedy objąłem tutaj funkcje dyrektora kopalni, nie zastałem żadnych planów kopalnianych. W magazynie były pustki. Dyrektor Hund nie potrafił mi tego wyjaśnid. Twierdził, że w czasie wkraczania wojsk radzieckich przebywał na odpoczynku we wsi podlubaoskiej. Z miejscowego dozoru nikt nie pozostał - wtrącił Kriebus. - Skąd więc nazbierał pan tylu inżynierów i techników? - Ściągnąłem z kopalo Wałbrzycha. Mam tam znajomych. Wywody jego nie były przekonywające. Kluczył, starając się wybrnąd z sytuacji, w którą sam się wpakował. Nie wdawałem się z nim w dalszą dyskusję. Obejrzałem brykietownię. I tam kręcili się jacyś ludzie. Wynoszono brykiety. Wszędzie to samo. Samowola, kradzież, szaber. - Teren brykietowni nie ogrodzony. Wszyscy mogą tu wejśd - objaśniał Kriebus. - Dawni pracownicy nie mogą sobie dad rady z napływowymi. W takich warunkach ja nie mogę odpowiadad za wszystko. - Ma pan rację. Pan nie może odpowiadad za kopalnię. A gdzie się pan nauczył mówid tak dobrze po polsku? - Kooczyłem Akademię Górniczą w Krakowie. Ponieważ miałem trudności w uzyskaniu dyplomu, musiałem wyjechad na zachód. - I wrócił pan na teren Polski po wkroczeniu wojsk niemieckich? - Nie zaprzeczam temu. Takie otrzymałem polecenie! Byłem przeświadczony, że jeszcze teraz wykonuje otrzymane polecenia. Trzeba natychmiast obsadzid kopalnię. Miejscowe zakłady, które pracowały na węglu brunatnym, pilnie go potrzebują. Zbliża się zima. Ludności też trzeba dad opał. Nie mogę zabrad nikogo z kopalni „Henryk” ani z kopalni „Babina”. Trzeba też obsadzid kopalnię „Wiktor”. Nie można jednego pracownika rozdzielid na dwoje. Na razie Kriebus musi tu zostad... Kiedy wróciłem do Żórawia, Kubiniak powiadomił mnie, że przyjechał naczelny dyrektor Zjednoczenia. Ponod był wściekły, że nikogo nie zastał. Z relacji Kubiniaka dowiedziałem się ponadto, że naczelnemu towarzyszy jakiś młody człowiek i że obaj poszli do pełnomocnika, który im wskazał mieszkanie na rynku. Rano mieli zjawid się w biurze. Ucieszyłem się, że wreszcie Katowice namyśliły się i przysłały naczelnego. Łatwiej będzie dalsze kopalnie przejmowad. Będę mógł chociaż trochę zmniejszyd dotychczasowe napięcie w pracy.

Mój dzieo roboczy zaczynał się zawsze bardzo wcześnie. Wyjeżdżałem w teren o piątej lub szóstej rano. Wracałem wieczorem. Wtedy zabierałem się do sporządzania sprawozdao z odbytej inspekcji. Opracowywałem wytyczne wyłącznie na następny dzieo. Zestawiałem potrzeby. Przygotowywałem korespondencję, którą przy okazji zamierzałem wysład. Następnego dnia rano obszedłem wszystkie pokoje biurowe. Stwierdziłem, że stan ich jest zupełnie niezły. Naczelny zjawił się koło godziny dziewiątej. Był to wysoki mężczyzna w podeszłym wieku. Przyprószona siwizną szczotka włosów nadawała twarzy zdecydowany wyraz. Kiedy mu się przedstawiałem, zmierzył mnie energicznym spojrzeniem, po czym zapytał z przekąsem: - Inżynierze, przyjechałem tu wczoraj i nikogo nie zastałem. Gdzież są ci wszyscy pracownicy, których pan zabrał ze sobą? Wszyscy na szabrze? Te słowa bardzo mnie ubodły, ale nie dałem się wyprowadzid z równowagi. - Przyjechało tu ze mną jedenastu ludzi. Pozostało dziś sześciu. Czterema obsadziłem trzy kopalnie. Tu pozostało dwóch. Technik Strohelm i Kubiniak, który pełni jednocześnie funkcje woźnego, strażnika i magazyniera. - A co się stało z pozostałymi? - Zwiali do domu. Warunki tutejsze okazały się dla nich za ciężkie. Dziwię się, że i reszta nie wyjechała. Katowice widad uznały, że obsadzenie kopalo węgla brunatnego to zsyłka. Wystarczy, że się wyśle ludzi. Muszą pracowad za ziemniaki, które sami wykopią. - Zaczynałem się gorączkowad. - Nie dośd, że się wcale o nas nie troszczą, to jeszcze mają pretensje. Zapadła cisza. Naczelny dyrektor uważnie obserwował moją twarz. Widad było, że zaskoczyły go moje słowa. - Jak idzie praca? - przerwał milczenie. Zapoznałem go dokładnie z istniejącą sytuacją uskarżając się szczególnie na brak ludzi. W odpowiedzi dyrektor Notter poinformował mnie, że w najbliższych dniach przyjedzie Kociała, a z nim kilku ludzi. Zalecił mi także przyjmowanie pracowników na miejscu. W rychły przyjazd Kociały nie bardzo wierzyłem, jechał przecież już przeszło miesiąc, a co do przyjmowania pracowników na miejscu, to powiedziałem naczelnemu, że wprawdzie zgłaszają się niekiedy ludzie wracający z obozów, ale nie mamy możności ich przyjąd, bo brak nam pieniędzy na ułatwienie im tymczasowego zagospodarowania się. A przecież nie wszyscy z nich wracają z pełnymi kieszeniami. Większośd to wyczerpani ludzie. Znad na ich twarzach mękę obozów hitlerowskich. W dalszym ciągu rozmowy naczelny wyraził mi swoje uznanie podkreślając, że mimo bardzo poważnych trudności nie zmarnowaliśmy czasu i stworzyliśmy niezłe warunki pracy dla następnej grupy, która tu wkrótce przyjedzie.

Następnie poinformował mnie, że po zapoznaniu się na miejscu z najpilniejszymi potrzebami wyjedzie do Katowic. Dopilnuje, by przysłano nam stamtąd potrzebnych ludzi, żywnośd, pieniądze, materiały i środki transportowe. Po wspólnym objeździe kopalo wspólnie sporządzimy zestawienie potrzeb. - Kiedy ma pan zamiar wyjechad? - zapytałem. - Dzisiaj mamy wtorek. Chciałbym do piątku względnie soboty objechad jak najwięcej kopalo. Muszę zorientowad się w ich stanie i potrzebach. Nie uda mi się zbadad wszystkich, ale będę miał ogólny obraz sytuacji. - Proponuję wyjazd na jutro do kopalni „Kaławsk”. Z jej stanem nie miałem możliwości się zapoznad. Te, które widziałem, mogę omówid na podstawie dotychczasowych stwierdzeo. - Zgoda. A więc jutro wyjeżdżamy do Węglioca. Potem ustalimy dalszą turę. Następnego dnia rano drogą przez Iłową, Ruszów pojechaliśmy do Węglioca. Asfaltowa szosa miejscami była zupełnie zniszczona. Tędy musiały przechodzid liczne czołgi, działa na gąsienicach i inny ciężki sprzęt wojskowy. W miejscowościach, przez które przejeżdżaliśmy, panowała zupełna pustka. Liczne fabryki stały nieczynne. Rozwalone bramy pozwalały rzucid okiem na walający się wkoło majątek. W wielu wypadkach był on bezmyślnie wywleczony z domów i fabryk. Z Węglioca leśną drogą, pełną głębokich wybojów, dojechaliśmy do leżącej w Puszczy Zgorzeleckiej kopalni „Kaławsk”. Tu zostaliśmy mile zaskoczeni. Po terenie kopalni kręcili się ludzie. Było to dziwne zestawienie: tam, w miejscowościach, które mijaliśmy, kompletna pustka, a tu, w lesie - ludzie. Przyjął nas pełniący obowiązki kierownika elektrowni technik energetyk Biczysko. Kopalnię „Kaławsk” wraz z elektrownią przejęła energetyka. Na jednym placu były zabudowania kopalni i elektrowni. Wspólne warsztaty, magazyny, łaźnie itd. Energetycy okazali się bardziej prężni i wcześniej znaleźli się na tym terenie. Wynikła z tego powodu paradoksalna sytuacja. Do uruchomienia elektrowni potrzebny był węgiel brunatny. Kotły elektrowni były dostosowane do tego węgla. Aby wydobyd węgiel, trzeba było odwodnid kopalnię, a więc uruchomid pompy. Wymagało to znowu energii elektrycznej. Tory do kopalni były częściowo zerwane. Węgla dowieźd nie można. Brak było też połączenia z siecią energetyczną w Zgorzelcu. A jeśli dodamy do tego, że lasy wkoło były zaminowane, to otrzymamy obraz trudności związanych z uruchomieniem tak kopalni, jak i elektrowni. Ale to nie wszystko. Główny szyb wydobywczy był częściowo spalony. Wymagał on wymiany obudowy i uzbrojenia. W hali turbin elektrowni pociski artyleryjskie eksplodując wywołały wiele uszkodzeo. Drugie pole kopalni, leżące w odległości kilku kilometrów również wśród lasów, było zatopione. Tory łączące to pole z sortownią przy szybie głównym i przy elektrowni rozebrane, a szyny wywiezione. Najgorzej przedstawiała się sprawa z głównym kominem elektrowni. Był on poważnie uszkodzony. Pęknięcie długości kilkunastu metrów pozwalało przecisnąd się człowiekowi. Bez naprawy komin ten nie mógł służyd kotłowni.

Wspólne warsztaty były w porządku. Magazyny też. Dotychczas tylko częściowo wyszabrowane. Budynki biurowe spalone. Przykopalniane budynki mieszkalne zajmowali Niemcy, dawni pracownicy Görlitz Grube - tak nazywała się dawniej kopalnia „Kaławsk”. Była własnością miasta Zgorzelca. Po zapoznaniu się na miejscu ze stanem i możliwościami uruchomienia tak kopalni, jak i elektrowni, odbyliśmy w jednym z pozostałych pokoi rozmowę z kierownikiem elektrowni. Okazało się, że technik Biczysko jest tu już trzeci miesiąc, mimo to nie umiał odpowiedzied na żadne z naszych pytao co do możliwości uruchomienia elektrowni. Naciskany przeze mnie wreszcie wydusił z siebie: - Co ja mam robid!? Pilnuję, aby nie rozkradziono elektrowni. - Kto ją ma rozkraśd? - zapytałem. - Przecież tutaj wkoło nie ma ludzi, a ci, co się kręcą, to pana straż przemysłowa i miejscowi Niemcy. Obcy ludzie boją się przecież zapuszczad w te lasy. - Zaczynają i tutaj zaglądad szabrownicy. Uruchomiony został pociąg do Węglioca. Sporo kolejarzy tu się kręci. Kiedyś był to poważny węzeł kolejowy. Może ich znęca majątek elektrowni... Przyznałem mu rację, że majątek kopalni może niejednego tu ściągnąd, ale wyraziłem jednocześnie obawę, czy Niemcy nie prowadzą tu działalności sabotażowej. - Jest tu kilkanaście niemieckich rodzin. Chętnie stawili się do pracy na moje wezwanie. Nie przypuszczam, aby ośmielili się zniszczyd cośkolwiek w elektrowni. Pod oknem przesunęła się sylwetka mężczyzny. Zatrzymał się jakby przypadkowo i szybko zlustrował wszystkie osoby znajdujące się w pokoju. Chwilę stał wpatrzony w las otaczający kopalnię i zniknął z pola mego widzenia. Z chwilą przybycia na teren kopalni bacznie obserwowałem wszystko wkoło. Ten osobnik już poprzednio zwrócił moją uwagę. - Panie kierowniku, kto to był tu pod oknem przed chwilą? - To dozorca z elektrowni. Niemiec Heidemann. To jest jedyny człowiek, na którym mogę tutaj polegad. Wie wszystko i dobrze wywiązuje się z wszelkiej roboty. Zna również dobrze kopalnię na dole. Słowa Biczyski utwierdziły mnie w moich dotychczasowych podejrzeniach, że Niemiec Heidemann celowo został na miejscu. O swoich podejrzeniach nic nie powiedziałem kierownikowi elektrowni. Biczysko był moim zdaniem zbyt łatwowierny, aby zrozumied grę Niemców. Mógł spłoszyd tę niemiecką szajkę. Tym bardziej trzeba tu natychmiast przysład energicznego sztygara. Tu, w tej puszczy, niedaleko od granicy, łatwo o sabotaż. W drodze powrotnej powiedziałem dyrektorowi Notterowi, że moim zdaniem Biczysko nie nadaje się na kierownika elektrowni „Kaławsk”. Nie kwestionowałem jego wiadomości jako energetyka, lecz wyłącznie jego postawę. Przede wszystkim raził mnie u niego brak energii. Przez trzy miesiące nie zdobył się na zestawienie zniszczeo kopalni i elektrowni. Nie sporządził też planu ich usunięcia. Wyraziłem opinię, że „Kaławsk” pilnie potrzebuje technika-energetyka w całym tego słowa znaczeniu. Nie można czekad, gdyż w przeciwnym wypadku zostanie rozgrabiony cały znajdujący się tam majątek.

Dyrektor przyznał mi rację i zakomunikował, że ponieważ sprawa jest rzeczywiście pilna, nie będzie czekał na przyjazd dyrektora Kociały i w piątek wyjedzie do Katowic. W dalszym ciągu rozmowy zaznajamiałem naczelnego ze stanem przejętych kopalo i wstępnym planem ich uruchomienia. Wysłuchawszy mego sprawozdania dyrektor Notter zapytał: - Kiedy miał pan czas, inżynierze, aby zapoznad się z tym całym materiałem? - Przestudiowałem nocami wiele niemieckich publikacji o węglu brunatnym, szczególnie dużo materiału dały mi miesięczniki „Braunkohle”. - Że też chciało się panu jeszcze tym zajmowad?! - Musiałem sam wyrobid sobie zdanie o technice i potrzebach węgla brunatnego. I już dzisiaj mam pełną świadomośd, że górnictwo węgla brunatnego ma inne podstawowe problemy niż węgiel kamienny. Węgiel brunatny to wielka przyszłośd naszej odradzającej się gospodarki narodowej powiedziałem z przekonaniem. - Zrobił mi pan wykład, inżynierze - uśmiechnął się dyrektor. - Chętnie tego słuchałem. Ale jeszcze raz pytam, kiedy miał pan czas z tym wszystkim się zapoznad? - Mówiłem już, że nocami. Pozwoli pan, że dla otrzymania pełnego obrazu wywody swoje jeszcze uzupełnię. - Bardzo proszę. To jest wszystko niezwykle ciekawe. Mówiłem więc dyrektorowi, że cały miejscowy przemysł nastawiony był za Niemców na węgiel brunatny. A teraz, kiedy jest to nasze, poszczególne przedsiębiorstwa przystępują do uruchomienia swoich zakładów. Nie mając węgla brunatnego, zaczną sprowadzad węgiel kamienny, i to wysokokaloryczny, z Wałbrzycha. Poniszczą urządzenia. Popalą kotły. Trzeba koniecznie rozpocząd wydobywanie. Czynne są już fabryki włókiennicze w Leśnej, w Żórawiu i innych miejscowościach. Przyjechali już technicy dla uruchomienia hut szkła w Pieosku, Kunicach, Trąbach. Jeśli nie damy w krótkim czasie węgla brunatnego, to sami spowodujemy poważne szkody w innych przemysłach. Trzeba koniecznie przekonad Centralny Zarząd Przemyślu Węglowego o ważności zagadnienia. Ponieważ nie mamy górników-fachowców od wydobywania węgla brunatnego, musimy natychmiast przystąpid do ich szkolenia. Muszą tu, do Żórawia, przyjeżdżad młodzi, chętni do pracy górnicy. Winni reprezentowad wszystkie grupy - od górnika począwszy, a na inżynierach skooczywszy. Świetny technik czy inżynier z węgla kamiennego bez praktyki w węglu brunatnym będzie robił poważne błędy. Tak prowadząc rozmowę wróciliśmy wieczorem do Żórawia. Następnego dnia wyjechaliśmy do kopalni „Emma”. Tym razem droga prowadziła przez lasy szpilkowe, w których widniały zamaskowane budynki wojskowych koszar. W terenie spotykaliśmy liczne ślady czołgów. Tu szkoliły się hitlerowskie oddziały pancerne. Przejeżdżaliśmy przez miasteczko Żagao, gdzie pozostały na wzgórku pod lasem resztki ogromnego obozu. Zginęły tutaj tysiące. Żołnierze prawie wszystkich narodowości, którzy walczyli z niemieckim barbarzyocą. Żagao miał liczne piastowskie pamiątki. Klucząc, bo drogowskazów nie było i nie było kogo spytad, dobrnęliśmy

do miasteczka Kożuchów. Tam spotkaliśmy pierwszych Polaków. Przyszli z Zielonej Góry, gdzie dochodził pociąg z Poznania. W kopalni „Emma” nie zastaliśmy nikogo. W Kożuchowie poinformowano nas, że przejęli ją energetycy z podokręgu w Nowej Soli. Kopalnia przedstawiała opłakany widok. Szyb wydobywczy „Kurt” nie nadawał się do uruchomienia. Na skutek ognia obok szybu powstały na powierzchni zawały i wklęśnięcia. Maszyna wydobywcza obniżyła się. Fundamenty wieży szybowej osiadły nierównomiernie. - Ten szyb trzeba zdemontowad i zasypad. Nie da się go uratowad. Sprawa pilna. Przy obecnym stanie ogieo w kopalni będzie dalej się rozszerzad - zwróciłem się do dyrektora. Godził się z moim zdaniem. Na placu kopalnianym zobaczyliśmy drugi szyb. Nad nim - niespionowana wieża szybowa. Wyraziłem przypuszczenie, że Niemcy zgłębili go przy koocu wojny i nie zdążyli wieży należycie umocowad do fundamentów. Wiatr może ją zwalid. Skip leżał obok. Naczelny szczegółowo zapoznawał się ze wszystkimi urządzeniami na powierzchni. Zejścia do kopalni nie było. Pochylnia w północno-zachodniej części kopalni była zawalona. Ogółem zniszczenia wynosiły tu ponad 70%. Energetycy, którzy kopalnię przejęli, nic dotychczas nie zrobili. - Kopalnię trzeba natychmiast przejąd. Jedziemy do Nowej Soli - zadecydował dyrektor naczelny. W Nowej Soli nie zastaliśmy nikogo. Nie było z kim mówid. - I znowu jeden stracony dzieo - denerwowałem się. Ale naprawdę dzieo ten nie był zupełnie stracony. Przecież stwierdziliśmy, że kopalnię należy natychmiast obsadzid. Należy ją zabezpieczyd i zinwentaryzowad majątek. Kopalnia mała. Urządzenia mocno zużyte, ale i to, co pozostało, przedstawia poważną wartośd. Dyrektor oświadczył, że po powrocie do Katowic spowoduje, aby natychmiast przyjechali tu ludzie do pracy, bo bez nich nie będziemy w stanie nic zrobid. W Nowej Soli poinformowano nas, że cały węgiel z tej kopalni szedł do fabryki nici, znajdującej się w tym miasteczku. W czasie wojny pracowało w tej fabryce parę tysięcy ludzi. W tej liczbie wielu Polaków. Niektórzy pozostali. Fabrykę mają uruchomid w najbliższym czasie. Będzie potrzebny węgiel brunatny, i to z kopalni „Emma”. - Nie można im dad węgla z innej kopalni? - zapytał mnie naczelny. - Najbliżej leży kopalnia „Słone” koło Zielonej Góry. Cały wydobyty tam węgiel zużywa elektrownia zielonogórska. Kopalnię przejęli energetycy i nie mają zamiaru jej oddad. W tej sprawie rozmawiałem już z Okręgiem w Zielonej Górze. - Pojadę tam i załatwię tę sprawę - powiedział naczelny. - To się panu nie uda. W Zielonej Górze i w Poznaniu otrzymałem kategoryczną odmowę przekazania nam kopalni „Słone”. Opierają się na decyzji Ministerstwa Przemysłu. W kopalni nie ma ani jednego

technika ze znajomością górnictwa. Skierowany przeze mnie na tę kopalnię sztygar Maślankiewicz tego samego dnia zwiał do Katowic. Wydobywane dwoma szybikami zasoby węgła brunatnego są na wyczerpaniu. Szyb „Słone I” wybiera filar ochronny koło szybu. Tam będzie tragedia. Udostępnione zasoby kooczą się. Dalszego rozpoznania nie mają. Warunki geologiczne zalegania bardzo ciężkie. Pokład węgla fantastycznie sfałdowany zalega wśród wodonośnych piasków i kurzawek. - W piątek jadę do Katowic. Przedstawię nasze warunki i potrzeby. Musimy dostad inżynierów i techników górniczych, mechaników, elektryków, mierniczych. Wprawdzie kopalnie węgla kamiennego nie mają ich za dużo, lecz muszą kilkunastu skierowad do węgla brunatnego. Z tych dwóch wyjazdów i z pana relacji jasno wynika, że nie wolno kopalo węgla brunatnego pozostawid na łasce losu. Późnym wieczorem wróciliśmy do Żórawia. Na drugi dzieo naczelny wyjechał do Katowic. Pozostał technik Malczewski, który przyjechał razem z nim. Postanowiłem go wykorzystad w pracach górniczych. Wprawdzie nie skooczył Akademii Górniczej w Krakowie - przerwała mu okupacja - lecz miał już dłuższy staż w kopalnictwie. W tym czasie zgłosił się do mnie Jerzy Fiodorow. Wracał z obozu z Niemiec. Przyjąłem go, żeby prowadził sekretariat naczelnego dyrektora. Miał pełnid równocześnie wszelkie czynności administracyjne do czasu przyjazdu dyrektora Kociały. Ja sam wciąż miałem pełne ręce roboty. Trzeba było nawiązad kontakt z energetykami, aby uzyskad prąd elektryczny dla uruchamianych przez nas kopalo; należało objechad kopalnie w Ziemi Lubuskiej: „Cybinka”, „Długoszyn”, „Sieniawa” i „Smogóry”; utrzymywad stały kontakt z Grupą Operacyjną w Jeleniej Górze, aby otrzymad najpotrzebniejsze maszyny, materiały i urządzenia; uzgodnid plany uruchamiania zakładów innych przemysłów i ustalid ich zapotrzebowanie na węgiel brunatny; zabezpieczyd i inne zakłady znajdujące się na terenach kopalo węgla brunatnego. To wszystko musiałem załatwiad sam. Malczewski pozostawał przeważnie na miejscu i przygotowywał plany uruchamiania kopalo. Tuż po wyjeździe naczelnego dyrektora udałem się do Jeleniej Góry, aby w okręgu energetycznym omówid nasze zapotrzebowanie na prąd elektryczny. Dyrektor techniczny okręgu, inżynier Centkiewicz, ustosunkował się bardzo pozytywnie do wszystkich naszych potrzeb. W jego zasięgu były podokręgi w Zgorzelcu i Żórawiu. Uzgodniliśmy, że w kopalni „Kaławsk” pozostanie technik Biczysko, który nadal będzie sprawował pieczę nad elektrownią, a kopalnię przejmiemy my. Ustaliliśmy również, że obie zainteresowane strony będą robiły starania o znalezienie ekipy remontowej dla naprawy pękniętego komina w kopalni „Kaławsk”. Kto pierwszy zmontuje taką ekipę, ten od razu przystąpi do naprawy uszkodzeo, zawiadamiając drugiego zainteresowanego o rozpoczęciu robót. Było to konieczne, aby się nie dublowad. Inżynier Centkiewicz przyrzekł wydad odpowiednie polecenia podległym sobie jednostkom. Miały one pilnowad spraw dostawy prądu i współpracy z przemysłem węgla brunatnego. Drugim ogniwem zagadnieo energetycznych było uzgodnienie współpracy z podokręgiem w Żórawiu. Dyrektorem podokręgu był inżynier Pleskaczewski.

Tu było znacznie więcej zagadnieo. Elektrownia w Kunicach przy kopalni „Henryk”. Rozebrana elektrownia „Pustkowie”. Dostarczenie prądu dla kopalni „Babina” i kopalni „Pustkowie”. Podłączenie do sieci energetycznej kopalni „Wiktor”. Uruchomienie elektrowni wodnej w Zeltz nad Nysą Łużycką. Nie były to sprawy proste. Maleoka elektrownia przy kopalni „Henryk” była połączona torami wprost z szybami tej kopalni. Dostarczała ona prąd dla kopalnianych urządzeo oraz dla kilku fabryk włókienniczych w Żórawiu i pokrywała zapotrzebowanie miejscowej ludności. Elektrownię tę przejęła energetyka. Elektrownia kopalni „Pustkowie” została zdemontowana, a wszystkie urządzenia i maszyny wywieziono za Nysę Łużycką. Według posiadanych przeze mnie wiadomości zdeponowano je w okolicy miejscowości Weisswasser. Nie widziałem możliwości wydostania ich stamtąd. Połączenie tej kopalni z elektrownią przy kopalni „Henryk” byłoby bardzo pracochłonne, a możliwośd uzyskania prądu była bardzo problematyczna. Zmusiło to nas do nawiązania kontaktu z elektrownią w Weisswasser. Należało zbudowad linię wysokiego napięcia od Nysy Łużyckiej do kopalni „Pustkowie”. Te same trudności z uzyskaniem prądu miały kopalnie „Babina” i „Wiktor”. Inżynier Pleskaczewski nie widział możliwości włączenia się do tej akcji. Tłumaczył się, że nie ma ludzi ani funduszów. Na razie prowadzi inwentaryzację. Zabezpiecza urządzenia energetyczne, które pozostały na tym terenie. Dla kopalo „Babina”, „Pustkowie” i „Wiktor” nie może zapewnid dostawy prądu. Sami musimy starad się o podłączenie z siecią energetyczną za Nysą i od Niemców dostad prąd. Dla nas był to problem bardzo trudny. Przewody wysokiego napięcia od Nysy Łużyckiej należało prowadzid przez tereny zaminowane. Nie mogłem ryzykowad ludzkim życiem. Oddziały wojskowe były zainteresowane rozminowaniem innych terenów. Po wielu staraniach udało mi się otrzymad patrol saperski, który przystąpił do pracy na trasie do kopalni „Pustkowie”. Tam należało zbudowad nową rozdzielnię. Sztygar Helm nawiązał kontakt z elektrownią Weisswasser. Uzyskał przyrzeczenie od Niemców, że doprowadzą linię wysokiego napięcia do obecnej granicy nad Nysą Łużycką. Miało to nas kosztowad kilka kilogramów słoniny i trochę czystej. Na taki wydatek mogliśmy sobie pozwolid. Wprawdzie słoninę trzeba było dowieźd z Katowic, bo tu na miejscu nie można było jej dostad, ale z tym był mniejszy kłopot. Stowski i Helm sporządzili wstępne obliczenia zniszczeo w kopalniach „Babina” i „Pustkowie”. Wydatną pomoc okazały im polskie oddziały Wojskowej Ochrony Pogranicza. Bez nich nie mogło byd mowy o utrzymaniu się tu nawet przez kilka dni. Stowski i Helm starali się wywiązad jak najlepiej z powierzonych im zadao. Ale obaj stale podkreślali, że bez wydatnego zwiększenia ekipy ludzkiej, bez odpowiednich dostaw materiałów i żywności nie będą w stanie zabezpieczyd tych kopalo, zinwentaryzowad ich i przeprowadzid najkonieczniejszych remontów. Trudności nasze powiększały się wskutek braku planów kopalnianych, co uniemożliwiało tamowanie ogni na dole. Odcinano tylko ognie na powierzchni. Do tych prac żołnierze placówek WOP doprowadzali przekradających się na zachód Niemców.

Wreszcie w drugiej połowie września zjawił się inżynier Hugon. Przywiózł trochę żywności. Wystarczyło jej jedynie na zaspokojenie najpilniejszych potrzeb. Kiedy mu robiłem wyrzuty, że tak długo nie przyjeżdżał, tłumaczył się, że w Katowicach kosztowało go wiele zachodów uzyskanie czegokolwiek dla nas. Inżynier Kociała przywiózł także asygnaty na trzy samochody ciężarowe, które należało odebrad w Jeleniej Górze. Sugerował mi, żebym zaangażował dwóch kierowców i udał się z nimi osobiście jego wozem po odbiór samochodów. W tym czasie on zostanie w Żórawiu. W ciągu kilku dni omówiliśmy i zestawiliśmy potrzeby naszej ekipy. Poważne trudności mieliśmy z zaangażowaniem kierowców. Zgłaszało się wielu, lecz przeważnie bez papierów. Wreszcie po kilku dniach nastąpił wyjazd po „złote runo”. Szczęśliwie dobrnęliśmy do Jeleniej Góry. Między Jelenią Górą a Cieplicami znalazłem tabor kilkudziesięciu wozów ciężarowych z wojskowego demobilu. Wozy były w różnym stanie. Targi rozpoczęły się w następnym dniu. Ponieważ nie popierałem ich ani brzęczącą monetą, ani czystą, względnie proszoną kolacją, nasz przydział był ciągle wyprzedzany przez innych więcej dających. Po kilku dniach starao i awantur otrzymaliśmy wreszcie dwa wozy. Okazało się, że są one już mocno podszabrowane. Jazda nimi w takim stanie była niemożliwa. Zakrzątnął się teraz spryciarz Jaś Kania, kierowca wozu Kociały, wraz z oboma kierowcami. W krótkim czasie skompletowali wozy na tyle, że mogliśmy wyjechad z terenu obecnego garażowania. Zatrzymaliśmy się w Jeleniej Górze. Tu okazało się, że moi kierowcy zgromadzili drogą szabru wszystkie brakujące części i teraz najkonieczniejsze wmontowali, abyśmy mogli jechad dalej. Na wspólnej naradzie uzgodniliśmy, że trzeba natychmiast wyjeżdżad, jeśli chcemy za dnia dojechad do autostrady, ponieważ wozy nie miały świateł. Obaj nowi kierowcy okazali się słabymi fachowcami. Ja, jadąc z Kanią na przodzie, musiałem kilkakrotnie zawracad i wprost tamtych poganiad. Na autostradzie zmienił się szyk. Jechaliśmy teraz na koocu, a w smudze naszego światła jechały przed nami oba wozy ciężarowe. Drogę przebyliśmy bez większych przygód. W Żórawiu powitano nas, jakbyśmy wracali z frontu. Kociała wytłumaczył nam przyczynę tej radości. Otóż kiedy nie wracaliśmy przez kilka dni, rozeszły się tu pogłoski, jakoby jakiś oddział niemiecki opanował nasze ciężarowe samochody jadące z Jeleniej Góry. Kociała miał nawet zamiar zorganizowad ekspedycję wojskową. Rozmawiał już w tej sprawie z kapitanem Milde. Ten obiecał mu dad patrol wojskowy, ale wszystko rozbiło się o brak środka lokomocji. Następnego dnia Kociała swoim wozem wyjechał do Katowic. Przedtem omówiliśmy i zestawiliśmy listę naszych potrzeb. Nie było go znów cały miesiąc. Naczelny wpadał co jakiś czas na parę dni i znowu wyjeżdżał dla popychania spraw w Centralnym Zarządzie. Wszystkie sprawy na miejscu spadały na moją głowę. Stale przybywali nowi ludzie. W dniu ósmego września zgłosił się magister Pichler-Zosiak, wysiedlony ze Lwowa; dziewiątego - Andrzej Materna, zajął się organizacją transportu. Potem była dłuższa przerwa i dopiero w dniu pierwszego października przyjechało wozem ciężarowym sześd osób, w tym czterech techników górniczych: Stanisław Rogula, Karol Wackermann, Władysław Bielecki i Józef Jeleo. Trzej z nich zostali oddelegowani ze Zjednoczenia Katowickiego. Z nimi przyjechał również inżynier budowniczy Schmidt. Trzeciego października przyjechało dwóch mierniczych ze Zjednoczenia

Dąbrowskiego oraz Henryk Brzechwa, który zajął się sprawami aprowizacyjnymi. W tym czasie Kociała zaangażował Paulinę Malendowicz, jako swoją sekretarkę. Przyjazd tych pracowników był dla nas poważnym zastrzykiem. Mogliśmy pomyśled o wzmocnieniu obsad poszczególnych kopalo. W koocu sierpnia w dyrekcji Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego i w kopalniach węgla brunatnego pracowało łącznie 6 Polaków i 74 Niemców. Polacy stanowili więc zaledwie 7,5% ogółu zatrudnionych. Na początku października 1945 roku było już 20 Polaków. Ilośd pracowników Niemców wzrosła tylko o 3 osoby. Z koocem października w kopalniach zarejestrowano łącznie 98 Polaków i 265 Niemców. Pracowały kopalnie „Henryk”, „Lubao” i częściowo „Babina” oraz brykietownia „Lubao”. We wrześniu 1945 roku wydobyto pierwsze 4950 ton węgla brunatnego. W październiku - 8486 ton. Wzrost produkcji wynosił prawie 70%. Wyprodukowano również pierwsze brykiety w ilości 686 ton. To była zasługa tych kilku pierwszych techników, którzy pomimo wielu trudności nie tylko zabezpieczyli majątek kopalo węgla brunatnego, ale również dali produkcję. Dali węgiel i brykiety tak bardzo potrzebne Ziemiom Zachodnim. Zaraz w pierwszych dniach października wybrałem się do kopalni „Kaławsk” i „Lubao”. Zabrałem ze sobą sztygarów Stanisława Rogulę i Józefa Jelenia. Najpierw zajechałem do kopalni „Kaławsk”. Postanowiłem pozostawid tam sztygara Rogulę jako jej kierownika. Biczyskę zastaliśmy na terenie elektrowni. Należało tak nastawid obu kierowników, sztygara Rogulę i technika Biczyskę, aby na jednym placu nie dochodziło do stard kompetencyjnych, co mogło spowodowad tylko poważne szkody i utrudniad zarówno odwodnienie kopalni, jak i usunięcie zniszczeo w elektrowni. Obaj stanowili rzucający się w oczy kontrast. Rogula był barczystym mężczyzną w średnim wieku. Jego sprężyste ruchy znamionowały dużą energię. Głos miał donośny. Pasował na kierownika. Biczysko był natomiast maleokim cichym garbuskiem. Byd może i on miał energię, lecz nie umiał, czy też nie chciał okazywad jej wobec otoczenia. Unikał konfliktowych sytuacji. Należało się liczyd z możliwościami spięd między obu kierownikami na terenie wspólnego gospodarstwa. Wszak elektrownia napędzana węglem brunatnym była ściśle związana z kopalnią, mającą szyby wydobywcze obok hal elektrowni. Produkowana para uruchamiała turbiny parowe elektrowni, a równocześnie dawała napęd dla pras brykietowych. Powiązanie było tak ścisłe, że konflikt między dwoma kierownikami wisiał stale w powietrzu. Źródłem konfliktów mogły się także łatwo stad: podwójna straż przemysłowa, podwójna stołówka, podwójne magazyny i warsztaty. Gnębiły mnie te zagadnienia. Zdawałem sobie sprawę, że będą tu odgrywad rolę ambicje osobiste. Z góry mogłem przyjąd, że Rogula narzuci tu swoją wolę. Jaka będzie reakcja - nie umiałem sobie wyobrazid. Aby z miejsca postawid należycie sprawę, odbyliśmy wspólną konferencję. Podczas konferencji powiedziałem, zwracając się do Roguli, że technik Biczysko jest kierownikiem elektrowni i już tu pracuje. Następnie mówiłem o podziale kompetencji między nimi, który uzgodniłem z inżynierem Centkiewiczem, dyrektorem okręgu energetycznego w Jeleniej Górze. Podkreśliłem, że do obowiązków technika Biczyski należą wszystkie sprawy związane z uruchomieniem elektrowni, natomiast do obowiązków Roguli należy uruchomienie produkcji węgla brunatnego dla potrzeb elektrowni. Ponieważ na wspólnym placu kopalni i elektrowni wiele prac

i zagadnieo będzie się zazębiad, winni współpracę tak ułożyd, żeby nie było zadrażnieo, a współpraca dawała najlepsze wyniki. Na koniec wyraziłem przekonanie, że obaj dobrze mnie zrozumieli. Uścisnęli sobie ręce, a Biczysko oświadczył, że będzie się starał dobrze wypełniad nałożone na niego obowiązki w harmonijnej współpracy z Rogulą. Widad było, że wypowiedzenie tych kilku słów kosztowało go wiele wysiłku. Kiedy Biczysko wyszedł, Rogula zauważył: - On nie ma ani trochę energii. Dziwię się, że go tu przysłali jako kierownika. - No cóż - odpowiedziałem - energetycy też odczuwają brak fachowców. Musicie jednak razem współpracowad. Nie wolno Niemcom dawad atutów w rękę. A zdaje mi się, że oni tu decydują. Proszę na nich uważad. Jest wśród nich były dozorca z elektrowni, Heidemann. Nie podoba mi się jego zachowanie. - Ja się nim zajmę. - Tylko ostrożnie. Byd może uda się zdemaskowad całą ich grupę dywersyjną. - Pan przypuszcza, inżynierze, że jeszcze teraz zachciewa im się wyciągad pazury? Już ja im je przytemperuję. Przestrzegłem go raz jeszcze, żeby postępował rozważnie, i wyszliśmy na drogę wewnątrz zakładu. Uwagę moją zwrócili trzej robotnicy niosący zawiniątka pod pachą. Schodzili z sortowni. Biczysko, którego spokojnie minęli, nie zwrócił na nich uwagi. - Panie Rogula, niech pan podejdzie do tych Niemców i stwierdzi, co oni niosą. Na widok Roguli rozdzielili się, starając się go ominąd. Potężny baryton zatrzymał ich na miejscu. - Co to niesiecie? - wskazał na trzymane przez nich pakunki. Starali się wymigad od odpowiedzi. Zbliżyłem się i ja. Okazało się, że każdy z nich niósł pół metra transportera gumowego. Rogulę ogarnęła wściekłośd. Jednego z nich złapał za kołnierz i kazał się zaprowadzid na miejsce kradzieży. Pozostali dwaj rzucili niesione przez siebie paczki i starali się jak najprędzej ulotnid. Tak rozpoczęła się praca sztygara Roguli w kopalni „Kaławsk”. Następnie, przez Czerwoną Wodę, gdzie zagradzały drogę unieszkodliwione czołgi, polami przez nie zebrane zboża dojechałem wraz ze sztygarem Jeleniem do Lubania. Inżyniera Kriebusa zastaliśmy w biurach przy brykietowni. I tu odbyła się podobna rozmowa jak w „Kaławsku”. Zakomunikowałem Kriebusowi, że z dniem dzisiejszym sztygar Józef Jeleo jest odpowiedzialnym kierownikiem kopalni i brykietowni. W związku z tym on, Kriebus, przekaże mu wszystkie dotychczas spełniane funkcje, pozostając nadal na kopalni jako pomoc techniczna. Kriebus był wybitnie niezadowolony.

Poprosiłem go o przedłożenie listy pracowników. Okazało się, że ich ilośd poważnie zmalała. Pozostało zaledwie dwóch nadgórników i jeden dozorca maszynowy. - A gdzie reszta? - zapytałem. Z wykrętnych odpowiedzi speszonego Kriebusa wynikało, że tak jak przypuszczałem, odpoczęli i wyruszyli w dalszą drogę za Nysę. Zagłębiliśmy się w przedłożonym planie remontów. Okazało się, że bez większych trudności uda się uruchomid tak kopalnię, jak i brykietownię na pełną zdolnośd produkcyjną. Sporządziliśmy zestawienie potrzebnych materiałów. Przed wyjazdem dałem Jeleniowi ogólne wytyczne działania, podkreślając, że musi byd nie tylko kierownikiem kopalni, ale i gospodarzem wszelkiego pozostawionego tu poniemieckiego mienia. Zapowiedziałem, że za jakieś dwa tygodnie wpadnę tu znowu. Wyjechałem zadowolony. Byłem przekonany, że skooczyły się przynajmniej w części kłopoty organizacyjne w tej kopalni. Chyba sztygar Jeleo da sobie radę. Miejscowa jednostka wojskowa zgodziła się skierowad kilku zdemobilizowanych żołnierzy do kopalni jako straż przemysłową. Mając trochę wolnego czasu postanowiłem zajechad do Leśnej. Było to niedaleko, a tam miały byd pozostawione pompy w nie ukooczonych, podziemnych komorach. Minąwszy miasteczko, znalazłem się zgodnie z informacją w głębokim wąwozie, gdzie sterczały hale fabryczne. Były świetnie zamaskowane. W lesistym, wąskim wąwozie ginęły kominy i budynki. Z odległości kilkudziesięciu metrów nie można się było spodziewad istnienia ich tutaj. Napotkany Niemiec, majster tej fabryki, wyjaśnił, że tu oraz w podziemnych tunelach i komorach dokonywano montażu pocisków V-2. Resztki pocisków walały się wśród maszyn. - A gdzie są pompy? - indagowałem. - Pompy już zabrali. Byli tu przed paru dniami. Kto to był, nie wiem. Nie pytałem. I ja w najbliższym czasie wybieram się z rodziną na zachód. A więc dobrali się i tu szabrownicy. Pozostały tylko ciężkie maszyny, których nie można było ze sobą zabrad. W podziemne tunele i komory nie zapędzali się. Było niebezpiecznie. A to, co znajdowało się na powierzchni, szybko ulegało rozgrabieniu i zniszczeniu. Grupy operacyjne nie były w stanie wszystkiego dopilnowad i zabezpieczyd. W Lubaniu przypadkowo spotkałem inż. Żurawskiego z Jeleniej Góry. - Gdzie się pan wybiera? - Świetnie się składa, bo właśnie muszę się dostad do Żórawia. Jeśli można, to skorzystam z okazji. - Proszę bardzo. I ja przy sposobności skorzystam. Proszę siadad. Wyjechaliśmy z Lubania, który przedstawiał żałosny obraz. Działania wojenne mocno odbiły się na jego wyglądzie. Spalone, zbombardowane kamienice, wysadzone mosty, a z tego zniszczenia

wyłaniały się stare obronne mury, pamiętające Piastów. Zmuszało to do objazdów, mijania głębokich wyrw po minach i sterczących czołgów. - Panie inżynierze, potrzebujemy pomp do odwadniania kopalo. Większośd pomp, którymi dysponowały kopalnie, została zatopiona. Nie ma rezerwowych. - Muszę się porozumied z innymi pracownikami Grupy Operacyjnej. Ja dotychczas nie spotkałem wolnych pomp. Sądzę jednak, że powinniśmy je znaleźd. Jak tylko wrócę do Jeleniej Góry, to zaraz się zakrzątnę koło tej sprawy. - Byłem w Leśnej, gdzie przy podziemnych robotach zainstalowane były pompy. - I co? - Ja ich już nie znalazłem. - A co tam jeszcze zostało? - zapytał Żurawski z zaciekawieniem. - Sporo ciężkich obrabiarek w bardzo dobrym stanie. Jest również wiele półfabrykatów różnych metali. Nikt się tym nie opiekuje. - Wszędzie to samo. Pomimo że mamy pełne ręce roboty, nie możemy nadążyd. W likwidacji majątku porzuconego bardzo pomagają szabrownicy. Nie mamy dosyd ludzi, aby wszystko należycie zabezpieczyd. - Spodziewam się, że i dzisiaj będziemy mogli zaobserwowad jedno z takich „zabezpieczeo” szabrowniczych. Za Węgliocem, pod lasem, jest duża hala. Prawie za każdym razem, gdy tamtędy przejeżdżam, widzę tam stojące auto ciężarowe. Coś stamtąd wywożą. Gdy dojechaliśmy do omawianego miejsca, zatrzymałem auto. Prawie równocześnie zatrzymało się i jakieś auto ciężarowe. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w średnim wieku. Ubrania mieli nierobocze. Podeszli do hali. Otworzyli kłódkę i żelazne drzwi. Weszli do środka. Inżynier Żurawski i ja weszliśmy za nimi. Był to ogromny magazyn różnych części elektrycznych. Kable, sznury, lampy, motorki i wiele innego elektrotechnicznego materiału. Panował nieład. Widad szabrownicy nieraz tu urzędowali. Żurawski podszedł do rozglądających się. - Co panowie tu robią? - zapytał. - A co ty tu robisz? - usłyszał w odpowiedzi. Barczysty mężczyzna zbliżył się, jakby starając się zastąpid nam drogę. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmiech. Towarzysz jego w tym czasie nerwowo rozglądał się po hali, jakby szacował, co należy w pierwszej kolejności zabrad. Inżynier Żurawski wyciągnął swoją legitymację i równocześnie oświadczył, że jest członkiem Grupy Operacyjnej z Jeleniej Góry, która ma obowiązek zabezpieczyd porzucone mienie. Barczysty roześmiał się drwiąco.

- Znamy takich. Radzę, wynoście się stąd natychmiast. Jak dobrowolnie się nie wyniesiecie, to pomożemy wam. A teraz szybko! - wyciągnął żylastą pięśd i wskazał nią drzwi. Po takich słowach nie było celu więcej dyskutowad. Zbliżyliśmy się do samochodu ciężarowego. Chcieliśmy odczytad numer wozu. Wyskoczył z niego kierowca z korbą. - Jazda stąd! Zmykad! Tu nie macie czego szukad. Wiem, chcieliście odczytad numer samochodu. Ja wam mogę go korbą wyliczyd! - Siadajmy do wozu. Jedziemy do Żórawia - zwróciłem się do inżyniera. Musieliśmy jak niepyszni zrejterowad. Inżyniera Żurawskiego zajście to bardzo zdenerwowało. - Tak wygląda nasza praca - oświadczył wzburzony. - Nawet gdy zabezpieczymy i postawimy strażników, to w wielu wypadkach nikną materiały, maszyny i urządzenia, a również i wartownicy. Takie są warunki. Nie mamy odpowiednich ludzi. - Panie dyrektorze! - powiedział kierowca. - Ja odczytałem numer wozu. Jest zapisany na tej kartce. Inżynier Żurawski schował starannie papierek z numerem ciężarówki szabrowników. - Polecę zbadad. To numer wrocławski. Jeśli nie fałszywy, to łatwo sprawdzimy, kto tu szabruje. Dalszą drogę - przez Ruszów, Iłowę i autostradę - przejechaliśmy bez większych emocji. Gdy zjeżdżaliśmy z autostrady, był już wieczór. Cienie drzew, padające na drogę, nie pozwalały rozróżnid, co się dzieje w dalszej odległości. W pewnym momencie zaobserwowaliśmy sylwetkę na środku drogi dającą znaki, aby wóz zatrzymad. - Dyrektorze, nie stajemy - rzucił zdenerwowany kierowca. - To nie-bezpieczne. Tu zaraz las. Jeden zatrzymuje, a inni stoją w cieniu. Gdy wóz się zatrzyma, wyskakują i obierają jadących ze wszystkiego. - Staocie - powiedziałem zdecydowanie. - Zdaje mi się, że to żołnierz radziecki. Może chce się dostad do Żórawia. Nie wszyscy mają takie nieprzyjemne przygody. Ja do tego czasu miałem dosyd szczęścia. Kierowca, chod niechętnie, zatrzymał wóz. Okazało się, że zatrzymujący dojechał autem ciężarowym z Legnicy do odgałęzienia z autostrady, a tu nie znając drogi czekał na okazję, aby dostad się do miasta. Serdecznie podziękował, gdy wysadziliśmy go na rynku w Żórawiu. Właśnie w tym dniu przyjechała moja żona Ada. Przywiozła przeróżne przysmaki i w ogóle odmieniła i odświeżyła atmosferę. Był to niezapomniany wieczór. Po przeszło dwóch miesiącach odcięcia od centralnej Polski i od najbliższych, pochłonięty służbowymi sprawami, czułem się jakby otępiały. Teraz w cieple jej słów tajałem jak śnieg pod wpływem wiosennych promieni słooca. Pytaniom z obu stron nie było kooca. Brakowało mi słów na wyrażenie tego, co odczuwałem. Ada nie mogła się nadziwid, że potrafiłem wytrwad tyle czasu w tak prymitywnych warunkach. Rano wyjechałem z Żurawskim w kierunku Lubuska. Dzieo październikowy zapowiadał się pięknie. Oko cieszyły jesienne barwy. Równocześnie smucił widok nie zżętych zbóż, nie wykopanych

ziemniaków. Wśród zwiędłej naci leżały różnej wielkości dynie. Pustka. Człowiek był tu rzadkością. Zniszczeo wojennych nie było widad. Kiedy przejeżdżaliśmy lasem, uwagę naszą zwrócili dwaj mężczyźni, niosący ciężką skrzynię. Wyszli z bocznej leśnej drogi asfaltowej. Na nasz widok szybko skryli się w przydrożnych krzakach. - Tam w lesie musi byd jakaś fabryka; wskazuje na to asfaltowa droga. Musimy tam zajrzed powiedział Żurawski. - Ja w swoich spisach nie znalazłem żadnej wzmianki, że jest tu jakiś zakład produkcyjny. - Może to jedna z tych małych jednostek, pracujących wyłącznie dla wojska - wyraziłem przypuszczenie. - Zobaczymy. Wąska, asfaltowa droga prowadziła w głąb lasu. Z prawej strony szumiał potok. Niespodziewanie za jednym z zakrętów drogi wyrosła wśród drzew fabryka. Była dobrze zamaskowana. Dopiero zbliżywszy się na kilkanaście metrów można było dostrzec niskie kominy, hale i budynki. Był to samodzielny zakład z własną elektrownią wodną i parową. Produkcję stanowiły precyzyjne wyroby z miedzi, mosiądzu, brązu i aluminium. Magazyny były pełne surowców i gotowych wyrobów. Ponumerowane skrzynie piętrzyły się w poszczególnych halach. Wkoło nie było żywej duszy, a jednak ktoś tu buszował. Niektóre skrzynie były rozbite. Porozciągane narzędzia, blachy, taśmy i pręty kolorowych metali walały się w halach i na podwórzu. - Ten zakład trzeba natychmiast zabezpieczyd - powiedział Żurawski, oglądając ów nieład. - Ale w jaki sposób chce pan to zrobid? - zapytałem. - Niech pan od siebie przyśle tu straż przemysłową. - Tego nie da się zrobid. My sami odczuwamy brak ludzi na kopalniach. Tam też niszczy się olbrzymi majątek. Nie zabezpieczyłem jeszcze wszystkich kopalo. - Grupa Operacyjna poniesie koszty. Możemy z wami zawrzed umowę. Pan widzi, inżynierze, że tego tak zostawid nie można. Pomimo najlepszych chęci, nie mogłem mu nic konkretnego przyobiecad. - Ja bez zgody Centralnego Zarządu nie mogę się tego podjąd. Z góry mogę pana uprzedzid, że na to nie uzyskam zgody. A jeślibym ją nawet uzyskał, to nie nastąpi to tak prędko. - Musimy znaleźd z tego jakieś wyjście. Proszę o tym pomyśled. Jak wrócimy do Żórawia, to porozmawiam z pełnomocnikiem na ten powiat, Włodarczykiem. Łatwo powiedzied: „znaleźd wyjście” - tu, w tych lasach Ziemi Lubuskiej, z dala od głównych szos i trakcji kolejowych nie można umieścid paru ludzi, nie zabezpieczając ich w potrzebne środki żywnościowe i obronne. Po powrocie do Żórawia zwróciłem się w tej sprawie o pomoc do kapitana Milde. Ale i on nie miał możliwości udzielenia jej nam. Nie mógł wysład żołnierzy, a nie miał zdemobilizowanych, którzy

chcieliby tu zostad. Gdy wreszcie po pewnym czasie udało się skompletowad grupę ludzi chętnych, okazało się, że z leśnej fabryki szabrownicy zdołali już wywieźd zapasy gotowych fabrykatów, jak również i zapasy metali kolorowych. Pozostały tylko ciężkie maszyny. Życie biegło swoim torem. Osadzeni na kopalniach technicy i robotnicy włączyli się w bieżące prace z większą lub mniejszą energią. Ciągła z nimi stycznośd pozwalała mi oceniad ich wysiłki oraz niedociągnięcia. Niektórzy pracowali z poświęceniem, osiągając bardzo dobre wyniki. Swoim przykładem podciągali załogi. Bywały i wyniki negatywne. Nie wszyscy umieli stanąd na wysokości zadania. Jednostki słabsze załamywały się szybko. Tych było jednak niewielu.

W kopalni „Lubao” kierownik, technik Jeleo, wykazywał wiele dobrych chęci, ale był za młody, aby umied pokonywad wszystkie otaczające go przeciwności, łatwo załamywał się i w wielu wypadkach potrzebował stałego prowadzenia za rękę. Kiedy zjawiłem się u niego podczas jednego z objazdów, przyjął mnie z niewesołą miną. - Mamy, dwóch dyrektorów na kopalni - oświadczył na wstępie. - A skąd wziął się ten drugi dyrektor? - zapytałem ze zdziwieniem. - Mianowali go osadnicy wojskowi. - Ależ jakie prawo mają osadnicy do mianowania ludzi na kopalni?! - Na to nie potrafią odpowiedzied. Niemniej ten obywatel wyrzucił z mieszkania byłego dyrektora, Niemca, inżyniera Hundta. Sam zajął jego willę. Mnie oświadczył, że tylko jego polecenia mogą byd respektowane. - A jakie on ma przygotowanie do pełnienia funkcji dyrektora kopalni? - Jak udało mi się dowiedzied, jest technikiem drogowym. - A gdzie jest siedziba tej dziwnej instytucji osadników wojskowych mianujących dyrektorów kopalni? - Kierownictwo jest ponod w Lubaniu. Nie tracąc czasu udaliśmy się do biura osadników. Kierownika zastaliśmy w wielkiej sali. Był nim kapitan Sikora, mężczyzna w średnim wieku o nalanej czerwonej twarzy i podpuchniętych oczach. Siedział w towarzystwie trzech jaskrawo podmalowanych podlotków. Słuchał moich pytao, groźnie spoglądając spode łba, a dziewczęta chichotały wesoło. - Proszę wycofad nominację! - zakooczyłem swoje wywody. - Nie podoba ci się?! - krzyknął Sikora. - Nie podoba mi się łamanie obowiązujących w górnictwie przepisów! - Coś powiedział? - zerwał się kapitan ze stołka. - Nie podoba ci się? Wezmę za dupę i wyrzucę za okno, to zrozumiesz.

Żegnani drwinami podlotków i wyciągniętą pięścią kapitana Sikory opuściliśmy ten przedziwny urząd. Incydent ten bardzo mnie wzburzył. Zdawałem sobie sprawę, że muszę z całą energią wystąpid przeciwko samowoli kapitana Sikory i nie dopuścid do jego dalszych fatalnych w skutkach posunięd. Takie postępowanie burzyło praworządnośd i sprzyjało wszelkim deprawacjom. Postanowiłem interweniowad u odpowiednich władz wojskowych. W dowództwie wojskowym przyjął nas pułkownik. Twarz spokojna, myśląca, z licznymi bruzdami. Po wysłuchaniu mnie natychmiast zareagował. - Znów ten Sikora! Ja się tą sprawą zajmę! Już ja go pouczę, że na długo zapamięta! - Panie pułkowniku, ja proszę przede wszystkim o natychmiastowe spowodowanie wycofania nominacji na dyrektora kopalni „Lubao”, wystawionej przez kapitana Sikorę. Poza tym nie mam do niego pretensji. On nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele fermentu i kłopotów wywołał swoim posunięciem. Pułkownik zapewnił mnie, że sprawę natychmiast załatwi. Przeprosił także za nietaktowny postępek Sikory. Powyższa rozmowa uspokoiła mnie. Byłem przekonany, że „dyrektor nr 2”, jak go nazwałem, przestanie od jutra straszyd naszych ludzi. Będą mogli się zająd sprawami kopalni, a nie zwalczaniem ubocznych trudności i usuwaniem kłód rzucanych im przez niepoczytalne jednostki. Wracając do Żórawia pogrążyłem się w niewesołych myślach. Zastanawiałem się, czy tylko ludzka głupota, tępota i fałszywa ambicja wchodzą tu w grę. A może to świadoma działalnośd różnych czynników i osobników, pragnących zniszczyd to, co się tworzy. W Żórawiu żona czekała na mnie z gorącą kolacją. Jakże byłem jej wdzięczny! A jednocześnie czułem się wobec niej winny. Zdawałem sobie sprawę, że za mało czasu jej poświęcani. Ada całymi dniami była sama. Jej energia życiowa nie miała się gdzie wyładowad, a ja po powrocie z terenu zabierałem się jeszcze do korespondencji. Mimo że moje całkowite oddanie się pracy nie odpowiadało jej, okazywała mi wiele zrozumienia. Chciała mi pomóc. Ale ja w tamtych warunkach nie widziałem możliwości wprzęgnięcia i jej w nasze prace. Zdarzały się momenty, kiedy traciła równowagę ducha, lecz natychmiast się opanowywała. Zdawała sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialnośd wziąłem na siebie. Naczelny dyrektor żył przeszłością. Nie umiał wciągnąd się w wir postępowej fali. Było mu trudno przestawid się i nie potrafił zrozumied, że zaistniałe zmiany są nieodwracalne. Jako były właściciel kopalni i majątku ziemskiego ciągle nie umiał pogodzid się z nową rzeczywistością. Stwarzało to nam wiele trudności, kłopotów i poważnych napięd. Dyrektorowi zdawało się, że już wystarczy, gdy się pokaże, gdy głośno wyrazi swoje niezadowolenie, a rozmówca natychmiast zrozumie wszystkie jego pozytywne intencje. Stawało się to czasami tak ciężkie, że starałem się inspekcje wykonywad nie w jego obecności. Wykorzystywałem czas, kiedy wyjeżdżał do Katowic. Inżynier Kociała natomiast, o ile nawet był w Żórawiu, nie interesował się technicznymi sprawami. I znów kopalnia „Lubao”. Sztygar Jeleo zakomunikował mi wzburzonym głosem:

- Panie dyrektorze! Mamy obecnie na kopalni trzech dyrektorów. Proszę o przeniesienie! - Skąd pan wziął tego trzeciego dyrektora? Czyżby klub piłki nożnej osadził tu swego obroocę? - Tego to pan nie ruszy. On ma papiery wprost z Ministerstwa Ziem Odzyskanych. - A co on robi? - Nic. Czeka na pana przyjazd. Ze mną nawet nie chce rozmawiad. - Można go tutaj zaprosid? Jest osiągalny? - Oczywiście. Urzęduje tu niedaleko nad półlitrówką. - Proszę kogoś posład po niego. Byłem bardzo zaciekawiony. To wszystko, gdyby nie było tragiczne, byłoby wprost śmieszne. Ujawniała się mentalnośd niektórych ludzi, przybywających na te ziemie. Tworzył się tak wielki wachlarz typów, typków, ambicji i ambicyjek, że mógłby posłużyd za kanwę dla wielu psychologicznych rozpraw i powieści. - Dyrektorze, mamy też poważny kłopot z „dyrektorem nr 2”. Wywiózł wszystkie nasze krowy do innego majątku, gdzie my nie możemy korzystad ani z mleka, ani z masła. - Jak to się stało?! - zapytałem poważnie zaniepokojony, gdyż krowy te były jedynym wyżywieniem pracowników zatrudnionych w kopalni „Lubao”, jakie mogliśmy im dad. - Jednego dnia do Turkiewicza, kierownika naszego majątku, zgłosił się zarządca majątku gminnego i przedłożył pisemne polecenie przepędzenia tam wszystkich naszych krów. Polecenie to podpisał „dyrektor nr 2”. - A co on teraz robi?! - Rano wychodzi z domu i idzie do starosty. To jego krewny. Razem przeprowadzają różne szabrownicze kombinacje. W kopalni się nie pokazuję. Wieczorem wraca do zajętej przez siebie willi. - A był pan ze sprawą krów u starosty? - indagowałem Jelenia. - Tak. Odpowiedział mi: „Oddajcie tę sprawę do prokuratora”. A to też podobno jeden z jego kompanii. Szkoda tylko zachodu - z rezygnacją i żalem ciągnął Jeleo. W trakcie naszej dalszej rozmowy zjawił się „dyrektor nr 3”. - Siłowicz jestem! Oto moje papiery - podał mi pismo na urzędowym blankiecie Ministerstwa Ziem Odzyskanych. - Jak to się stało, że ministerstwo skierowało pana do tej kopalni? - W czasie działao wojennych przechodziłem tędy. Miejscowośd bardzo mi się spodobała. Po skooczonych działaniach wojennych i po otrzymaniu zwolnienia z wojska zgłosiłem się w Warszawie. Jestem inżynierem górniczym. Podałem tę kopalnię i oto jestem z ministerialnym dokumentem.

- Świetnie się składa, panie inżynierze, ale pan jako górnik chyba wie, że obsady kopalo zatwierdza Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego. Proszę jechad do Katowic i przedstawid swój dokument naczelnemu dyrektorowi technicznemu, inżynierowi Krupioskiemu. Jeśli on to zatwierdzi, to chętnie pana tu przyjmiemy. - Nigdzie nie pojadę! Mam dokument upoważniający mnie do przejęcia kopalni „Lubao”! - Bez zgody Centralnego Zarządu nie mogę pana przyjąd. Proszę to zrozumied i nie stwarzad nam trudności. - Ja się stąd nie ruszę! A ja pana na teren kopalni nie wpuszczę! Ja odpowiadani za kopalnię wobec centralnych władz górniczych. - Zwracając się do Jelenia dodałem: - Czynię pana odpowiedzialnym za dopilnowanie tego, co tu oświadczyłem. Siłowicz pienił się, rzucał, wymyślał i groził mi wszelkimi konsekwencjami, ale widząc moje zdecydowane stanowisko, ustąpił. Wyjechał do Katowic i więcej do Lubania nie wrócił. Postanowiłem także rozprawid się z „dyrektorem nr 2”. Nakazałem Jeleniowi, aby polecił straży kopalnianej nie wpuszczad go na teren kopalni, a także do biur i mieszkania służbowego. - A co robid, jeśli będzie chciał wejśd siłą? - Strzelad. Z takimi ludźmi tylko w ten sposób można postępowad. Naturalnie najpierw ostrzegawczo, w powietrze. A mieszkanie służbowe zajmie pan sam. Dalsza częśd tego cyrku odbywała się wieczorem. - Stój! Kto idzie?! - Nie widzisz?! Dyrektor! Wracam do domu. - W tył zwrot, bo strzelam! - Czyś oszalał?! - „dyrektor” chwiejnym krokiem chciał się zbliżyd. Zjawił się i drugi strażnik. - Słyszałeś, że masz się wynosid? - podniósł i on głos. Obaj strażnicy oddalą strzały w powietrze. - Co to ma znaczyd? Ja was nauczę, łobuzy! - Wykonujemy zarządzenie dyrektora z Żórawia. Idź do niego na skargę. Ale szybko, bo nie będziemy się tu z tobą bawid! Jeszcze raz szczęknęły zamki. Tak skooczyła się kadencja „dyrektora nr 2” w kopalni „Lubao”.

Wracając do Żórawia wstąpiłem do Powiatowej Komendy Milicji Obywatelskiej. Komendant wysłuchawszy sprawy „dyrektora nr 1”, Kriebusa, zadecydował, że porozumie się z Urzędem Bezpieczeostwa i wysiedli go za Nysę Łużycką. Tak się też stało. W ten sposób skooczyła się kariera „dyrektora nr 1” w kopalni „Lubao”. Kierownik kopalni „Lubao”, technik górniczy Jeleo, odetchnął wreszcie. Kopalnia „Lubao” i brykietownia „Lubao” zostały uruchomione w październiku. Były to pierwsze obiekty, które po zniszczeniu w czasie działao wojennych przystąpiły do normalnej pracy i dały na zimę tak bardzo potrzebny opał dla tutejszej ludności oraz paliwo czynnym zakładom, napędzanym węglem brunatnym. Zmieniali się kierownicy kopalni. Ale raz już poruszona maszyna szła dalej z większymi lub mniejszymi zgrzytami, dając potrzebne dla Ziem Zachodnich brykiety i surowy węgiel brunatny.

Wiele kłopotu przysparzała nam także kopalnia „Kaławsk”. Sztygar Rogula wziął się z energią do roboty. Całkowicie zawładnął znajdującą się tu załogą. Baczna uwaga zwracana na Niemców, którzy tam pozostali, pozwoliła Roguli stwierdzid, że spotykają się w lasach Puszczy Zgorzeleckiej z niemieckimi wysłannikami zza Nysy. Spotkania odbywały się prawie co tydzieo. Zwiększył więc kontrolę nad nimi, a zwłaszcza na Heidemannem. Rogula nie miał zbyt wiele pomocy ze strony kierownika Biczyski, bo ten biernie tylko dawał się wciągnąd w tok pracy. Wywołało to nieoczekiwany sprzeciw i to z najmniej oczekiwanej strony. Publicznie wystąpiła żona Biczyski, oskarżając go o niedołęstwo. - Byłeś tu dyrektorem, a ten Rogula zrobił cię dozorcą na elektrowni! - zarzuciła mu pewnego dnia przy ludziach na placu kopalnianym. - Zrozum, musimy współpracowad. On górnik, ja elektryk, nie znam się na górnictwie. - Ty na niczym się nie znasz! Nie umiesz nawet obronid swego tu stanowiska, na które masz papiery. Widzę, że ja będę musiała wyjechad do dyrekcji i zażądad usunięcia stąd Roguli. - Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Zostaw to mnie. - Tobie! Tobie! Ja nie myślę więcej znosid panoszenia się Roguli. Stale wszędzie słyszę: Rogula to zarządził, Rogula to polecił, tamto omawiał. Dysponuje bezprawnie ludźmi, którzy tobie podlegali. Wszędzie i stale Rogula! Biczysko pod jej słowami aż się kurczył, a ona wpadała w coraz większą pasję. Krzyczała, wymyślając mu od durniów, baranów, osłów... Zdawało się, że każdej chwili zdolna jest przejśd do rękoczynów. To jej wystąpienie na placu kopalnianym obniżyło i tak już słaby autorytet Biczyski. Rogula właśnie opracował plan napraw i remontów nie tylko kopalni, ale i elektrowni. Ponieważ stwierdził, że bez energii elektrycznej nie może żadnych prac dalej ruszyd, postanowił ją doprowadzid z najbliższej sieci wysokiego napięcia. W związku z tym przystąpił do planowania budowy własnej linii z Długojewa do kopalni „Kaławsk”. Wytyczył linię, po której najłatwiej, jego zdaniem, można byłoby

uzyskad podłączenie. Udał się do Zgorzelca i w podokręgu energetycznym starał się o wykonanie tej linii. Dyrektor administracyjny podokręgu udzielił mu odpowiedzi odmownej: - My tej linii budowad nie będziemy. Nie mamy ludzi i potrzebnych materiałów. - Cóż więc mamy robid, aby otrzymad energię elektryczną, bez której nie ma mowy o uruchomieniu i odwodnieniu kopalni oraz o naprawie szybowych uszkodzeo? - Nic na to nie poradzimy. Rogula jednak nie dał się tak łatwo zbyd. - Dajcie nam na piśmie oświadczenie, że podłączenia nie wykonacie - naciskał. - Chyba wystarczy wam moje ustne oświadczenie - zaperzył się administracyjny. - Możemy zresztą dad wam takie oświadczenie, lecz dzisiaj nie ma technicznego, który musi to podpisad. Rogula nie upierał się. Gdy wrócił do siebie, wziął się do pracy. Ściągnął wszystkich niemieckich robotników i z ich pomocą przystąpił sam do budowy linii wysokiego napięcia. Odpowiedzialnym za wykonanie tej pracy uczynił Heidemanna, który dwa razy dziennie musiał mu składad raport. Rogula osobiście czuwał nad postępem prac. Słupy dla linii wysokiego napięcia trzeba było przenosid przez zaminowane tereny. Miejscowi robotnicy znali miejsca bezpieczne. Roboty zostały wykonane w rekordowym wprost czasie. Rogula ponownie udał się do podokręgu. Tym razem tylko z prośbą o podłączenie sieci kopalnianej do sieci podokręgu. Kiedy przedstawił swoją prośbę dyrektorowi, usłyszał w odpowiedzi: - Nie zrobimy tego... - Dlaczego? Przecież sam dyrektor mi oświadczył, że budowy linii z kopalni „Kaławsk” do Długojewa wy się nie podejmiecie. Musieliśmy więc sami ją wykonad. Teraz chodzi tylko o podłączenie. - Otóż właśnie. Linia wykonana nie przez energetykę, nie może byd podłączona do sieci energetycznej. I nie mówmy więcej na ten temat. - Ależ my musimy dostad podłączenie! Przecież kopalnię i elektrownię trzeba wyremontowad, żeby jak najszybciej przystąpid do wydobycia węgla. - Panie Rogula. Widzę, że w elektrowni „Kaławsk” chce się pan rządzid, jak u siebie w domu. Elektrownię przejęła energetyka i proszę o tym pamiętad. Nie wierzyłem pani Biczysko, ale teraz widzę, że miała rację. Wystąpimy o zabranie pana stamtąd. To jest moje ostatnie słowo. - Dobrze. Pan nie zgadza się na podłączenie zgodnie z przepisami, to będziemy musieli obejśd przepisy i sami się podłączyd. To też jest moje ostatnie słowo - rzucił stanowczo Rogula. Kiedy mi Rogula o tych wszystkich swoich perypetiach opowiadał, dziwiłem się, że jego poczynania zostały potraktowane tak bezdusznie i nie znalazły zrozumienia u przedstawiciela energetyki w Zgorzelcu.

Pojechałem do Jeleniej Góry. Moja interwencja u dyrektora Centkiewicza pomogła i polecenie podłączenia sieci zostało w koocu wydane. Po licznych staraniach udało się znaleźd fachowców do naprawy uszkodzonego komina. Przywieźliśmy ich na kopalnię. Zawiadomiliśmy o tym podokręg w Zgorzelcu. Wciągnięto pomosty i rozpoczęto naprawę. Trzeciego dnia od chwili rozpoczęcia remontu na teren kopalni wpadł dyrektor administracyjny ze Zgorzelca wraz z liczną grupą straży przemysłowej i kazał Roguli ściągnąd na dół robotników remontujących. - Komin należy do elektrowni i ja nie zgadzam się na prowadzenie tych robót przez ludzi ściągniętych tu przez węgiel brunatny. - Przecież ściągnięcie tych fachowców uzgodniła nasza dyrekcja z waszą w Jeleniej Górze - tłumaczył Rogula. - Ja tu odpowiadam. Żądam natychmiastowego ich usunięcia z terenu elektrowni. Jeśli to nie nastąpi w ciągu piętnastu minut, to przepędzą ich nasze karabiny. Dla poparcia swego stanowiska dyrektor polecił oddad kilka strzałów w powietrze. Tę gorszącą scenę Rogula przerwał, ściągając sam ludzi na dół. Wystąpienie dyrektora administracyjnego energetyki wystawiło mu jak najgorsze świadectwo, ale równocześnie podrażniło ambicję dzielnego Roguli. Rozpoczęła się seria wzajemnych docinków i dokuczao. Dwie straże przemysłowe pilnowały wspólnego obiektu. Dwie kuchnie obsługiwały jego niezbyt liczną załogę, reprezentującą dwa przemysły. Robota szła tylko nad przygotowaniem wydobycia. Ściągnięto szyny kolejowe i rozpoczęto naprawę torów bocznicy normalnotorowej, łączącej odkrywkową częśd kopalni, tak zwane „Rygle”, z głównym zakładem. Doprowadzono tam energię i rozpoczęto odtapianie kopalni. Tymczasem energetyka dalej spała. Na naprawę komina trzeba było czekad kilka miesięcy. Wciąż dochodziło do nowych konfliktów. Któregoś dnia straż przemysłowa kopalni zatrzymała straż przemysłową elektrowni przy wynoszeniu oleju z magazynów. Okazało się, że jest to już nie pierwszy raz. Dotychczas dzielili się pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży oleju. Teraz postanowili korzystad z niego tylko sami. Od tego czasu po jednej stronie bramy stał strażnik kopalni, a po drugiej elektrowni. Przy koocu 1945 roku zbudziłem się w niedzielę pod dziwnym wrażeniem, że trzeba natychmiast jechad do kopalni „Kaławsk”. Właściwie zdawało się, że nie było żadnego realnego ku temu powodu. A ponieważ była to niedziela, więc zabrałem ze sobą i żonę. Niech przynajmniej w niedzielę nie będzie sama. W kopalni zastałem spokój. Przystąpiłem do omawiania z Rogulą planu dalszych prac. Budynek, w którym rozmawialiśmy, znajdował się w bliskości bramy kopalnianej. W pewnym momencie usłyszałem podniesione głosy. Poleciłem Roguli sprawdzid, co się stało. Wrócił silnie podniecony.

- Dyrektor administracyjny ze Zgorzelca przywiózł dwa ciężarowe samochody uzbrojonej straży przemysłowej i grozi, że rozbroi naszą straż i wyrzuci pracowników kopalni. - Czy jest z nim ktoś z dyrekcji podokręgu? - zapytałem. - Tak. Dyrektor techniczny. - Zaproś ich pan tu obu. Porozmawiamy. Hałas przy bramie wzmagał się. Domagano się otwarcia bramy i wpuszczenia ciężarowych wozów. Po jakimś czasie nadszedł Rogula, a z nim trzy osoby - dyrektor techniczny, dyrektor administracyjny i komendant straży przemysłowej z podokręgu. Wszyscy byli zdenerwowani i podekscytowani. Najwięcej unosił się dyrektor administracyjny. Powitałem ich bardzo spokojnie, a nawet zaproponowałem herbatę. Obrzucili się nawzajem wzrokiem. Widad było, że są zaskoczeni spokojem, z jakim ich przyjąłem. Poprosiłem Rogulę, żeby się zajął przygotowaniem herbaty, sam natomiast zwróciłem się do dyrektora technicznego podokręgu, proponując mu rozmowę na osobności w sąsiednim pokoju. Administracyjny słysząc to poderwał się, ale go uspokoiłem: - Dyrektorze, to nie potrwa długo. Do rozmowy włączyła się moja żona. Ada zrozumiała moją intencję. Zwróciła się do administracyjnego i tym zmusiła go do pozostania, a ja z technicznym mogłem udad się do drugiego pokoju. - Panie inżynierze, wasze postępowanie wygląda niepoważnie. To wprost najazd na Sopliców. Chyba przyjdzie nam się tego wstydzid. Techniczny zaczął się tłumaczyd. - To nie ode mnie zależy. O wszystkim decyduje administracyjny. Jest młody, niedoświadczony i nietaktowny... - Ale nie wolno nam wobec Niemców urządzad tu komedii. Jak my wyglądamy? Przecież Niemcy śmieją się z nas. Takie postępowanie jest im na rękę. Oni sami podjudzają do tego rodzaju wystąpieo. - Ja pana rozumiem. To prawda, lecz nie mogę u siebie stworzyd stanu wojny. - Przecież pan decyduje jako dyrektor techniczny. Administracyjny musi się panu podporządkowad. Ustalmy więc taką taktykę: dzisiaj niedziela, więc wracamy każdy do siebie. Ja jadę do Żórawia, pan do Zgorzelca. Jutro rano przyjadę do pana do podokręgu i omówimy wszystkie nasze wspólne sprawy. Podpiszemy wspólny protokół. Jeśli będzie trzeba, zajedziemy do okręgu do Jeleniej Góry i poprosimy o zaakceptowanie naszego porozumienia. - Ja się całkowicie zgadzam, lecz wątpię, czy zgodzi się administracyjny. - Proszę zostawid to już mnie.

Wróciliśmy do pierwszego pokoju. Na stole czekała herbata. Po chwili ogólnej rozmowy na tematy neutralne zwróciłem się do administracyjnego: - Cóż, dyrektorze, będziemy wracad do siebie. Jutro spotkamy się w Zgorzelcu. Omówimy wszystkie nasze bolączki. Nie chciałbym panów zatrzymywad za długo, bo i my mamy kawał drogi do Żórawia. Techniczny wstał i zaczął się żegnad. Administracyjny był tak zaskoczony moimi słowami, że w pierwszej chwili nie wiedział, jak ma na nie zareagowad. - Przecież przyjechaliśmy tu, aby dzisiaj... - Jedziemy, kolego - przerwał mu techniczny. - Jutro dyrektor będzie u nas. Nie psujmy sobie niedzieli. Administracyjny jeszcze się wahał, ale techniczny jakoś nabrał energii. - Jedziemy. Szefie, ściągaj pan swoich ludzi - zwrócił się do komendanta swej straży przemysłowej. - Dziękujemy za odwiedziny - powiedziałem, kiedy byli już w drzwiach. Ujrzałem tylko blask w oczach administracyjnego i lekki uśmieszek zadowolenia u technicznego. Komendant straży, również zaskoczony, nie zabrał w ogóle głosu. Tak skooczyła się jeszcze jedna przykra scena, spowodowana źle ulokowaną ambicją i brakiem taktu u młodego dyrektora administracyjnego z podokręgu energetycznego w Zgorzelcu. - Wiesz, ty masz dziwne wyczucie sytuacji - zwróciła się do mnie żona po ich wyjeździe. - Gniewałam się na ciebie, kiedy jechaliśmy tutaj, ale widzę, że słusznie postąpiłeś. Twoja obecnośd była tu dzisiaj potrzebna. Czy nie sądzisz jednak, że za wiele serca wkładasz w tę pracę? Węgiel brunatny stał się dla ciebie wszystkim. Zapominasz o żonie i córce. Widzisz tylko kopalnie, sortownie, brykietownie... Zastanowiły mnie jej słowa. Uświadomiłem sobie, że Ada ma wiele racji. Postanowiłem w duchu, że stopniowo będę zmieniał swoje podejście do naszego życia osobistego, a jednocześnie podejmę starania o ściślejsze związanie Ady z moją pracą. - Ada! Mam do ciebie prośbę. Jutro będzie wóz wolny. Może pojechałabyś z kapitanem Milde do Gubina. Wojskowa placówka zabezpieczyła tam sporo mebli i pościeli. Może zgodzą się nam dad chod trochę potrzebnych rzeczy. Zgłaszają się nowi pracownicy i trzeba o nich pomyśled. Niektórzy nie mają nic poza tym, co na sobie. Chcą się tu zatrzymad, pracowad w węglu brunatnym. Trzeba ich czymś przyciągnąd. Ada chętnie przyjęła moją propozycję, obiecując, że sama porozumie się w tej sprawie z kapitanem Milde. Tak zaczęła się bezinteresowna współpraca mojej żony, a wyniki tej współpracy były pozytywne. Dostaliśmy kilka otoman, szaf, sprzętów i naczyo kuchennych, porcelany, poduszek i pierzyn. Pęczniały nasze magazyny w Żórawiu. Zabezpieczone przez burmistrza domy mogliśmy każdej chwili przejąd. Stawało się to coraz pilniejsze, bo przybywało coraz więcej osób różnych zawodów. Kolejarze, pocztowcy, energetycy, włókiennicy, handlowcy, nauczyciele. Wszyscy starali się zdobyd mieszkanie i odpowiednio zagospodarowad.

W połowie października przyjąłem do zbytu Kazimierza Zielioskiego. Szesnastego października zgłosili się Jarosław Gęborski i Edward Nowożyoski. Gęborski zajął się uregulowaniem spraw zbytu węgla i brykietów, Nowożyoski aprowizacją. 25 października przyjęliśmy Jana Zorychtę, a następnego dnia Stefana Woźniaka i Alfreda Kana. Woźniak objął funkcję magazyniera, dzieląc swoją pracę z Kubiniakiem. Większa partia pracowników przyjechała w dniu 28 października wraz z inżynierem Kociałą. Inżynier Kociała przywiózł wtedy pierwszy transport żywności z Katowic. Mogliśmy wreszcie pomyśled o zorganizowaniu własnych stołówek tak w dyrekcji Zjednoczenia, jak i w kopalniach. Było to bardzo poważne pociągnięcie. Dawało nam możnośd zatrudnienia pracowników i wyżywienia ich. Ludzi wciąż przybywało. Nadal było najsłabiej z techniczną obsadą tak w Zjednoczeniu, jak i na kopalniach. Pion techniczny Zjednoczenia składał się z czterech pracowników: Malczewski, Schmidt, Fornalczyk i ja, oraz czterech kierowców. Nie mieliśmy mechanika, elektryka, mierniczego. Były to stanowiska, które należało jak najprędzej obsadzid. Nieco lepiej przedstawiała się obsada pionu administracyjnego, chociaż i tu były poważne luki. Administracja razem z dyrektorem Kociałą liczyła piętnaście osób. Straż przemysłowa podlegała bezpośrednio naczelnemu dyrektorowi i składała się w Zjednoczeniu z trzech osób. W koocu października było więc w Zjednoczeniu łącznie dwadzieścia siedem osób. A więc w ciągu miesiąca ilośd pracowników Zjednoczenia wzrosła o siedem osób. Zmalała natomiast o 19 osób ilośd Polaków w kopalniach, przy równoczesnym wzroście zatrudnienia Niemców o 302 osoby. Polacy w tym okresie stanowili tylko 12%-całej zarejestrowanej załogi. Spadek ilości zatrudnionych Polaków w kopalniach nastąpił na skutek trudności zaopatrzenia. Odpadli przede wszystkim ci, którzy zgłosili się do pracy w kopalniach nie po to, aby pracowad, lecz aby otrzymad legitymacje, dowody zatrudnienia, ułatwiające szaber. Ciągła fluktuacja załóg była ogromną przeszkodą w naszej pracy. Obejmowała ona tak pracowników fizycznych, jak i umysłowych. Składało się na nią wiele przyczyn. Do takich przyczyn należały martwota tych terenów, trudności zżycia się z nowymi warunkami, brak najprymitywniejszych ośrodków kulturalnego spędzenia czasu, nostalgia za stronami rodzinnymi, wrogie nastawienie miejscowych Niemców, którzy tam wówczas pozostawali. W ogóle trudności piętrzyły się ze wszystkich stron. Powstawały tak niespodziewanie, że zmuszały często do zmiany ustalonego planu pracy. Spadały one głównie na moje barki, ponieważ naczelny dyrektor i inżynier Kociała prawie cały czas spędzali w Katowicach „wydeptując” zaspokojenie najkonieczniejszych naszych potrzeb. W dniu 28 października przyjechał na rowerze strażnik z kopalni „Babina”. - Dyrektorze! Wypadek na kopalni „Babina”! Sztygar Wackermann natknął się na minę, na upadowej. W bardzo ciężkim stanie przetransportowaliśmy go do niemieckiego szpitala za Nysą. - Czy był ktoś z nim w czasie wypadku? - Był dozorca z tej kopalni, Niemiec. On przeszedł, a Wackermann trafił na minę, na dole w kopalni. Tamtemu nic, a z tego to chyba nic nie będzie.

Był to więc pierwszy nieszczęśliwy wypadek od czasu przejęcia przez nas kopalo węgla brunatnego. Tym tragiczniejszy, że straciliśmy technika górniczego, który chętnie się włączył w tryby naszej pracy. Naczelny dyrektor był właśnie w Żórawiu. Natychmiast pojechaliśmy do kopalni. Sztygar Stowski już wcześniej uzyskał zgodę komendanta miejscowej placówki wojskowej na przekroczenie granicy. W szpitalu w Weisswasser zastaliśmy nieszczęśliwego technika. Był nieprzytomny. Przytomnośd odzyskiwał tylko na krótkie chwile. Ordynujący niemiecki lekarz oświadczył nam: - Oczy wypalone. Prawa ręka urwana. Nogi i całe ciało zmasakrowane. Zrobimy wszystko, aby go uratowad, ale dla niego lepiej jest umrzed... Wackermann zmarł pierwszego listopada. Zwłoki wróciły na Śląsk, skąd pochodził. Niewiele brakowało, żeby i naczelny dyrektor podzielił los Wackermanna. Kiedy po opuszczeniu szpitala wróciliśmy do kopalni, chciał koniecznie poznad miejsce wypadku. Odradzałem mu wiedząc, że drogi i ścieżki na tym terenie nie były jeszcze odminowane. Wszędzie czyhało niebezpieczeostwo natknięcia się na minę. Naczelny jednak uparł się. Samochód zatrzymaliśmy przy brykietowni. Drogą wzdłuż kolejki łaocuchowej szliśmy w kierunku upadowej, gdzie zdarzył się wypadek. Wzdłuż trasy widoczne były leje po minach, które eksplodowały. Leżały rozszarpane leśne zwierzęta. Leżały również zebrane miny. Widok ten ostudził zapędy naczelnego, ale nie chciał dad tego poznad po sobie. Zarośnięta droga-ścieżka wiła się wśród leśnych krzewów, zeschłych traw i pędów. Przebiegałem ją uważnie wzrokiem, wypatrując zagrzebanych min. - Widzi pan, droga bezpieczna - zwrócił się do mnie naczelny. Podniósł nogę do następnego kroku i wtedy spostrzegłem minę. Szarpnąłem go za rękę. - Ani kroku dalej! - krzyknąłem. - Co się stało? - rzucił ze złością. - Widzi pan!? - wskazałem palcem. - Właśnie na nią chciał pan nastąpid. Czy nie lepiej wracad?! Był tak tym zaskoczony, że bez słowa zawrócił. W drodze powrotnej, zanim zrobił krok, dokładnie sprawdzał teren. Gdy znaleźliśmy się na szosie, odetchnął z widoczną ulgą. Jechaliśmy leśną, asfaltową szosą. Z obu jej stron wisiały na drzewach i krzewach białe opaski. Sterczały także patyki z białymi chorągiewkami wetknięte w ziemię. To były znaki, że tereny te są zaminowane. Znaki rzucały się w oczy na każdym kroku. Zaczęliśmy mówid o bezpieczeostwie pracy i o konieczności jak najszybszego rozminowania terenów wokół kopalni. W żadnej kopalni nie było doktora. Nie było nawet felczera ani sanitariusza. Nie było najpotrzebniejszych środków opatrunkowych, jak bandaże, gaza, wata, jodyna itp. Wieczorem odbyła się w Żórawiu konferencja w tej sprawie. Miała ona dośd burzliwy przebieg. Dyrektor naczelny zarzucił Kociale nieróbstwo i zaniedbanie w dziedzinie organizacji komórek, które

by roztoczyły nad załogami kopalni opiekę leczniczą i sanitarną. To doprowadziło do ostrej wymiany zdao między obu dyrektorami. Niezbyt dobrze się czułem podczas tej konferencji, słuchając, jak dwóch poważnych panów wymyśla sobie nawzajem, posługując się mną jako pośrednikiem. Wyglądało to w ten sposób: - Inżynierze! - zwracał się do mnie naczelny - prószę zwrócid uwagę temu panu, że ja wyciągnę najdalej idące konsekwencje z jego zachowania. - Adam! - mówił w odpowiedzi Kociała. - Powiedz temu panu, niech wyciąga, co chce. Na dzisiaj skooczyłem dyskusję. Moja sytuacja była tym dziwniejsza, że oni obaj mieli nominacje wystawione przez Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego, a ja po trzech miesiącach harówki i kompletnego zaparcia się siebie właściwie „wisiałem w powietrzu”. Nie byłem pracownikiem ani Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego, ani Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego. Moja delegacja służbowa z dnia 2 sierpnia 1945 roku, wystawiona przez Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego i podpisana przez generalnego sekretarza, inżyniera Kossutha, straciła dawno swoją ważnośd. Delegacja ta stwierdzała, że: „współpracownik Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego w Katowicach ob. Adam Patla udaje się służbowo do Żórawia (Sorau) w celu objęcia pracy w czasie od 2 sierpnia 1945 roku. Uprasza się wszystkie władze wojskowe i cywilne o udzielenie wymienionej osobie wszelkiej pomocy i ochrony”. Aby uzyskad możnośd dalszego poruszania się w terenie, sam przedłużyłem sobie ważnośd delegacji do 31 sierpnia 1945 roku. Następnie ważnośd jej do dnia 15 września 1945 roku przedłużył pełnomocnik powiatowy Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów do Spraw Gospodarki, obywatel Jan Bolesław Włodarczyk. Należy stwierdzid, że nie było prawnego uzasadnienia do przedłużania mojej delegacji nie przez pracownika Centralnego Zarządu Przemyślu Węglowego. Pełnomocnik Włodarczyk uznał jednak, że w zaistniałej sytuacji przedłużając delegację daje mi dalsze prawo do pobytu na Ziemiach Zachodnich. Ostatniego przedłużenia mojej delegacji - do 30 września 1945 roku - dokonał inżynier Kociała. I to przedłużenie było bezprawne. Tę oryginalną delegację posiadam dotychczas. Chowam ją jako dowód łamania przez siebie obowiązujących przepisów. Łamałem je jednak, aby ratowad sytuację. Chcąc położyd kres temu prowizorium wysłałem w dniu 12 listopada 1945 roku do Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego - za pośrednictwem naczelnego dyrektora - list z prośbą o zwolnienie mnie z pracy z dniem 30 listopada 1945 roku. W liście tym zaznaczyłem, że po wygaśnięciu ważności mojej delegacji nie zostałem wezwany do Katowic ani nie zaangażowano mnie do Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego w Żórawiu. Oficjalnie nie byłem więc ani pracownikiem Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego, ani Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego. Czwarty miesiąc pełniłem funkcje dyrektora technicznego Zjednoczenia w Żórawiu, wykonując przez większą częśd tego czasu dodatkowo obowiązki dyrektora naczelnego i dyrektora administracyjnego, a czynności moje nie były urzędowo zalegalizowane. Nie miałem także ustalonych poborów, bo nie byłem urzędowo zaangażowany. Pobierałem zaliczki nie mając prawnych podstaw ku temu. Tę moją sytuację prawną uznałem za krzywdzącą dla siebie.

Pismo moje zaskoczyło naczelnego dyrektora. - Ja nie mogę się zgodzid na pana odejście. - Przecież nie jestem pracownikiem tutejszego Zjednoczenia. Mogę więc odejśd każdej chwili. Wszelkie przepisy są za mną. - Inżynierze! Niech pan tak tych spraw nie stawia. Ja jeszcze raz stwierdzam, że nie mogę się zgodzid na pana odejście. Niech pan nawet o tym nie Wspomina. Jutro jadę do Katowic. Załatwię panu nominację. I znowu sprawa mego zaangażowania, czy - jak kto woli - nominacji, zawisła w powietrzu; nigdy zresztą nie doczekała się formalnego załatwienia. Pozostało mi z tego okresu moje niezałatwione podanie, które chowam na pamiątkę. Widnieje na nim dopisek naczelnego dyrektora następującej treści: „Pan dyrektor inżynier B. Krupioski zgodził się na mianowanie pana inż. Adama Patli dyrektorem technicznym tutejszego Zjednoczenia. Pan inż. Patla jest człowiekiem nadzwyczaj obowiązkowym, ma duże doświadczenie i właściwie jest jedyną osobą tutaj w tej chwili, której mogę zaufad, jeśli chodzi o sumienne dopilnowanie i wykonanie zarządzeo”. Życie toczyło się dalej. Moje zainteresowanie węglem brunatnym nie malało. Wchłaniałem wszelkie dostępne mi wiadomości z tej dziedziny górnictwa. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że węgiel brunatny odegra bardzo poważną rolę w przyszłej polskiej gospodarce narodowej. Przez cały czas robiłem regularne objazdy kopalo. Kopalnia „Twardowice”, a ściślej mówiąc kopalenka, leżała niedaleko od Żórawia. Była to jednostka górnicza ściśle związana z dużą cegielnią, produkującą czerwoną ceramikę. Zapasy gotowych cegieł i dachówek czekały na wywóz. Urządzenia górnicze i cegielni były nie zniszczone i nie rozgrabione. Zakład ten leżał z dala od kolei i uczęszczanych dróg. Kopalnię „Twardowice” włączyliśmy do kompleksu szybików kopalni „Henryk”. Roboty górnicze kopalni „Henryk” znajdowały się na łuskach zalegających na północ od autostrady. A na południe od tejże autostrady leżała kopalnia „Twardowice”. Po wstępnym rozpoznaniu stanu urządzeo kopalni stwierdzono, że w szybie znajduje się trup żołnierza niemieckiego, który obsługiwał nadawczy i odbiorczy aparat radiowy prawdopodobnie zatruł się dwutlenkiem węgla. Niedaleko od tej kopalni były żwirownie i płuczki piasku szklarskiego dla huty w Kunicach. Piasek był śnieżnobiały i z dala robił wrażenie krystalicznego cukru. Tak więc przekonałem się, że wśród lasów kryły się różne mineralne bogactwa. Natrafiałem na nie przypadkowo, przy badaniu terenów kopalnianych węgla brunatnego. Znajdowałem glinki ceramiczne do produkcji wyrobów ogniotrwałych, kamionkowych, kwasoodpornych. Piaski hutnicze do produkcji szkła zwykłego, taflowego, kryształów. W wielu wypadkach występowały wspólnie z pokładami węgla brunatnego. Jedne pomagały produkcji, inne ją utrudniały. Zdawałem sobie sprawę, że należy prowadzid kompleksową eksploatację, wykorzystując wszystkie znajdujące się tu surowce. Ale w tym względzie natrafiałem na sprzeciwy naczelnego dyrektora.

- My mamy uruchomid i prowadzid kopalnie węgla brunatnego. Glinami i piaskami nie będziemy się zajmowad. Musiałem mu ustąpid. Niemniej zbierałem odpowiednie materiały. Może się kiedyś w przyszłości przydadzą. Przy kopalni „Pustkowie” znajdowała się wioska, w której prawie przy każdym domu była fabryczka garnków glinianych. Niektóre z nich były większe, nowocześnie urządzone. Produkowały nie tylko kamienne garnki o różnych wymiarach i kształtach, ale także misy i naczynia kamionkowe o pojemności kilkudziesięciu litrów, jak beczki na kwaszenie ogórków i kapusty, ozdobne naczynia do kwiatów. Zapasy gotowych produktów przedstawiały kolosalną wartośd. I znów wyłoniło się zagadnienie - jak ten majątek zabezpieczyd. Jak małe znaczenie miały wtedy te wszystkie wyroby, świadczyły m.in. całe skrzynie kryształów leżące luzem w nie zabezpieczonych fabrykach kryształów. Kilka takich skrzyo przy sposobności dowieziono do Żórawia. Służyły one jako prezenty dla przyjeżdżających gości. Był to nawiasem mówiąc też szaber uprawiany oficjalnie przez nas samych. Przybywało coraz więcej pracowników tak do Zjednoczenia, jak i na kopalnie. W ciągu listopada 1945 roku przybyło do Zjednoczenia w Żórawiu 27 osób, a więc stan pracowników powiększył się o 100%. Częśd ludzi odeszła natychmiast do kopalo. Przybywali nowi pracownicy, ale też i odchodzili ci, którzy nie mogli czy też nie umieli wprząc się w nasze trudne warunki bytowania. Odeszli w tym czasie m.in. technicy - Tomasa Podbieski, Jerzy Strohelm i Władysław Bielecki. Zmieniała się obsada w Zjednoczeniu i w poszczególnych kopalniach. Powodowało to poważne trudności. Zaledwie wstępnie poszczególny technik zapoznał się ze swoimi obowiązkami, a już odchodził. Nowo przyjęty rozpoczynał naukę od początku. W każdej kopalni wyłaniało się coraz więcej różnych zagadnieo. Prowadzący te kopalnie sztygarzy nie byli przygotowani do pełnienia tych funkcji. Nie mieli praktyki. Niektóre problemy mechaniki, energetyki były dla nich jeśli nie nowe, to niedostatecznie opanowane. Stwarzało to prowizoria, a wszystkie zestawiane przez nich plany i projekty remontów oraz napraw miały w bardzo wielu wypadkach poważne niedociągnięcia. Trzon techniczny Zjednoczenia nie miał możności osobiście dokonywad kontroli we wszystkich poszczególnych zakładach. Tak więc technicy w poszczególnych kopalniach byli zdani przede wszystkim na własne siły. Dyrekcja Zjednoczenia także miała na swoim koncie poważne niedociągnięcia. Dla lepszego obrazu przytoczę jedno z charakterystycznych. Któregoś dnia wybrałem się z naczelnym dyrektorem do kopalni „Lubao”, gdzie z kierownikiem kopalni zamierzałem omówid plan prac na najbliższe miesiące. Kopalnia była już czynna, lecz główna jej częśd, tak zwana „Wesołówka”, była jeszcze zatopiona. Roboty górnicze prowadzono na wschodnim skrzydle niecki. Kierownik czekał na nas w biurze. Naczelny dyrektor po wejściu do biura z miejsca zaczął piorunowad na niego, że wydobycie jest za niskie, wydajnośd za mała, produkcja brykietów niedostateczna. Mówił ogólnikowo, nie dopuszczając kierownika do głosu. Nie przerywałem tego potoku uwag, zastrzeżeo, pretensji, a czasem nawet złośliwości. Gdy naczelny

wypowiedział już wszystkie swoje bolączki, wstał, pogroził kierownikowi, a zwracając się do mnie rzucił: - Jedziemy! Ponieważ nie miałem dotychczas możliwości omówid dalszych planów pracy kopalni, więc grzecznie i najspokojniej oświadczyłem: - Ja muszę z kierownikiem omówid plan prac na następne miesiące. - Co pan ma tu więcej do powiedzenia?! Ja już wszystko powiedziałem, co trzeba. Jedziemy! Nie mogłem się z tym zgodzid. Równocześnie zdawałem sobie sprawę, że jeśli się sprzeciwię, wywołam burzę, która się skrupi na mnie i na kierowniku kopalni. Szukałem więc pospiesznie potrzebnych argumentów, abym mógł się uwolnid spod jego opieki. - Panie dyrektorze, mam wielką prośbę. Nie będę miał czasu zajśd na brykietownię... - Już ja tam idę - przerwał mi. - Zrobię tam porządek. Byłem przekonany, że przynajmniej tyle będę miał czasu, żeby przejrzed i omówid plany prac kopalni i brykietowni. Ale po niespełna piętnastu minutach dyrektor był już z powrotem. - Co? Pan jeszcze nie skooczył?! Przecież ja kierownikowi dałem już dostateczne polecenia. Jedziemy! - Proszę mi zostawid jeszcze trochę czasu. Zaraz skooczę. Trzasnął drzwiami. Wypadł przed budynek. Kręcił się pod oknem i wygrażał komuś pięścią. Spiesznie więc zakooczyłem omawianie spraw z kierownikiem, obiecując sobie w duchu, że przyjadę jeszcze raz do Lubania, ale bez naczelnego. Takie postępowanie naczelnego było poważną przeszkodą w przeprowadzaniu należytych inspekcji i omawianiu szczegółów planu pracy, których każda kopalnia miała wiele. Nie były to sprawy błahe. Każda kopalnia miała bowiem specyficzne warunki. Były kopalnie odkrywkowe i głębinowe. Szyby pionowe i pochyłe. Węgiel wydobywano na powierzchnię przy pomocy klatki, skipu, taśm gumowych, łaocucha bez kooca, liny. Pompy i wentylatory poszczególnych kopalo miały różną wydajnośd. Taką samą rozmaitośd maszyn i urządzeo spotykaliśmy w sortowniach i brykietowniach. Od najprymitywniejszych obrotowych bębnowych sit sortowniczych do nowoczesnych wibracyjnych. Suszarki bębnowe, talerzowe o różnych wymiarach i wydajnościach. Jeśli do tego dodamy całe dziesiątki różnych motorów elektrycznych i innych maszyn - rozdrabniarek, kruszarek - to będziemy mieli złożony obraz spraw, z którymi trzeba było się dokładnie zapoznad. Należało ustalid jeszcze najkonieczniejsze typy, normalizowad i do tego dostosowad zamówienia. Te wszystkie zagadnienia wymagały czasu i spokoju dla dokładnego i właściwego ich rozwiązania. Więcej teraz czasu poświęcałem na studiowanie przesłanych przez kopalnie planów remontów i napraw oraz planów wydobycia węgla i produkcji brykietów.

Pracowałem w osobnym pokoju. Aby dostad się do mnie, trzeba było przejśd przez pokój statystyki, w którym pracował niejaki Fornalczyk. Naczelny, kiedy bywał w Żórawiu, zachodził do mnie dla omówienia bieżących spraw. Czuł on niezrozumiałą animozję do Fornalczyka. Za każdym razem miał miejsce taki mniej więcej dialog: - Panie inżynierze, kto tam siedzi w pokoju? - wskazywał drzwi pokoju, gdzie opracowywano dane statystyczne. - Fornalczyk. - A co on robi? - Prowadzi statystyki. - Zwolnid! Zwolnid! - Tak jest, panie dyrektorze. Po paru dniach to samo. - Kto siedzi tam w pokoju? - Fornalczyk, prowadzi statystyki. - My statystyk nie potrzebujemy. - Te statystyki są potrzebne Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego. - Zwolnid! Zwolnid go! - Tak jest, panie dyrektorze. Zdawałem sobie sprawę, że tylko czeka na mój sprzeciw. Po kilku dniach znowu. - Kto siedzi tam w pokoju? - Fornalczyk. Prowadzi statystyki dla Centralnego Zarządu. -Ja pojadę do dyrektora Krupioskiego i wytłumaczę mu, że statystyki są niepotrzebne. - Te statystyki są i nam koniecznie potrzebne - wtrąciłem. - Nie mamy nikogo, kto mógłby go zastąpid. - Uważa pan, że statystyki są konieczne?! - Tak, są konieczne! - Jeśli tak, to niech je prowadzi. Ale jak pan znajdzie kogoś innego, to Fornalczyka zwolnid. - Tak jest, panie dyrektorze.

Pozostał więc Fornalczyk w Zjednoczeniu Przemysłu Węgla Brunatnego i do dnia dzisiejszego tam pracuje. Ale takie postępowanie naczelnego wprowadzało trudności, napięcia i zakłócało spokój w pracy, tak bardzo nam potrzebny. Naczelny w zasadzie był człowiekiem poważnym, rzeczowym, lecz bardzo impulsywnym. Gdy wpadał w pasję, lepiej było zejśd mu z oczu. Uspokajał się po chwili i znowu można było z nim normalnie rozmawiad, spokojnie pracowad. Najlepiej znał go jego kierowca Kazimierz Gałkowski. Pewnego razu wracając z dyrektorem jego wozem z kopalni „Kaławsk” byłem świadkiem komicznej historii. Było już dosyd późno i naczelnemu bardzo się spieszyło. - Gałkowski! Jedź pan szybciej! - co chwila zwracał się do kierowcy naczelny. Ten jakby tego nie słyszał. Prowadził wóz z normalną szybkością około 60 km na godzinę, a dyrektor się denerwował. W pewnej chwili złapał Gałkowskiego za szyję i zaczął nim trząśd, chod ten prowadził wóz. - Jak nie pojedziesz szybciej, to uduszę - sapał groźnie. Gałkowski zatrzymał wóz wśród lasów na autostradzie. Wysiadł i spokojnie zaczął iśd piechotą w kierunku Żórawia. Naczelny jakiś czas siedział spokojnie. Następnie poderwał się, wysiadł z wozu, wyciągnął sto złotych i potrząsając, banknotem zawołał: - Gałkowski! Niech pan wraca! Ma pan sto złotych. - Mało! - krzyknął kierowca oglądając się i szedł dalej. Naczelny poszperał w portfelu, wyciągnął drugą setkę. - Gałkowski! Dwieście złotych! Niech pan wraca! Gałkowski zatrzymał się, ale nie zawracał. - Gałkowski, mnie się spieszy! No, już dobrze, tylko chodź pan do wozu! Szofer wolno zawrócił. Nie spieszył się. Przeciągając się wgramolil się do wozu. - Jak jeszcze raz pan dyrektor szarpnie mnie w czasie jazdy, to zostawię wóz i wrócę do domu, do Sosnowca. Naczelny milczał - był już spokojny, a i Gałkowski czuł się zadowolony, bo zarobił nadprogramowo dwieście złotych. Kiedyś w przystępie szczerości Gałkowski powiedział mi, że kiedy bardzo potrzebował pieniędzy, to umyślnie zwalniał szybkośd, aby podenerwowad dyrektora. Najchętniej robił to w drodze powrotnej, gdzieś w pustkowiu, wśród lasów. - Zawsze zarobiłem przynajmniej sto złotych - chełpił się. Ówczesne warunki na zachodzie demoralizowały naszych pracowników.

Z jednej strony lekki zarobek za wywożone do centrum zniszczonej Polski maszyny, urządzenia, materiały i inne rzeczy; z drugiej strony łatwośd zmiany miejsca zatrudnienia - tworzyły po temu podatny grunt. Zgłaszający się do nas pracownicy często podawali się za fachowców w zawodzie, którego nie znali, a my nie mogliśmy tego skontrolowad. Np. Julian Strutyoski zgłosił się jako kierowca. Jak się później okazało, z zawodu był sztygarem. Kierowcą nigdy nie był, ale ponieważ ten zawód dawał duże możliwości szabru, wybrał go jako bardziej atrakcyjny. Dopiero kiedy rozbił wóz, przyznał się, że za kierownicą siedział pierwszy raz. Były też wypadki innego rodzaju. Zgłaszający się pracownicy mieli papiery stwierdzające ich kwalifikacje. Okazywało się jednak po pewnym czasie, że były to dokumenty kradzione bądź podrobione. Nie było wtedy łatwo poznad prawdę o zgłaszających się do pracy. Dopiero w czasie pracy można było stwierdzid, z kim się ma do czynienia - z fachowcem z prawdziwego zdarzenia czy też z hochsztaplerem, fałszerzem lub innego rodzaju kombinatorem. Nierzadkim zjawiskiem było zgłaszanie się pracowników wraz z żonami. Były to przeważnie tak zwane „żony wypożyczone”, „żony sezonowe”. Miały przyczyniad się do wywołania dobrego wrażenia o nowo przyjętym pracowniku, że niby myśli poważnie o pracy i wraz z rodziną pragnie zainstalowad się na stałe na Ziemiach Zachodnich. Spełniały one rolę „szabrowego wywiadu”. Można bez obawy popełnienia większego błędu powiedzied, że w tym okresie przeszło 50% zgłaszających się do pracy to były lotne ptaszki. Przenosili się z miejsca na miejsce. Z Wałbrzycha do Wrocławia, z Wrocławia do Żórawia lub innego jeszcze nie wyszabrowanego ośrodka przemysłowego. Szabrownicy stanowili wtedy plagę utrudniającą pracę i niszczącą dobro narodowe. Pewnego razu, przed południem, zostałem wezwany do Urzędu Bezpieczeostwa w Żórawiu. Tego dnia rano nasz wóz ciężarowy wyjechał po prowiant do Katowic. Zabrał urządzenia biurowe dla inżyniera Suszyoskiego. Przesyłka ta była uzgodniona z miejscowymi władzami. Wóz został zatrzymany. Kiedy znalazłem się na placu, gdzie stał, zobaczyłem, że jest szczelnie załadowany różnymi urządzeniami i maszynami. Po wyładowaniu stwierdzono, że samych tylko maszyn do szycia było osiem sztuk. Szofer w chwili zatrzymania tłumaczył się, że to wszystko należy do Zjednoczenia, ale kiedy ja się zjawiłem i wyjaśniłem, jak sprawa wygląda w rzeczywistości, zmienił zdanie. - Ja tego nie ładowałem. To ładowali pracownicy Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego. - Czy nie zdawaliście sobie sprawy, że to szaber? - zagadnął go pracownik Urzędu Bezpieczeostwa. - Wszyscy twierdzili, że mają zgodę na zabranie swoich rzeczy. Ja tego nie sprawdzałem. Wyładowano wóz. Okazało się, że kierowca pobierał po kilkadziesiąt złotych od sztuki i nie badał legitymacji pracowniczych. Większośd załadowanych rzeczy należała do zawodowych szabrowników. Wóz po wyładowaniu przedmiotów wyszabrowanych odjechał z kilkunastogodzinnym opóźnieniem.

Kontrole na trasach z Ziem Zachodnich były konieczne. Jednakże postępowanie ich nie zawsze było słuszne i uzasadnione. Jedno z wielu zarządzeo dla punktów kontrolnych podawało, że nie wolno wywozid np. maszyn. I oto byłem świadkiem istnej komedii. Wracającemu z niewoli skonfiskowano maszynkę do golenia. - Ależ ja tą maszynką golę się... -To jest maszynka i podlega konfiskacie. Zarządzenie wyraźnie zabrania wywożenia jakichkolwiek maszyn z terenu Ziem Odzyskanych bez specjalnego zezwolenia - padła stanowcza odpowiedź. - Ta maszynka nie jest przecież z Ziem Odzyskanych. - Ale wy, obywatelu, jedziecie z Ziem Odzyskanych? - Ja jadę z niewoli, z Niemiec zachodnich. Tam ją kupiłem. - Macie dowód kupna? - Nie mam, gdyż nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będzie mi potrzebny. - Nie będę z wami dyskutował. Maszynka jest skonfiskowana. Możecie reklamowad we Wrocławiu. To był rażący przykład niewłaściwej, a nawet złośliwej interpretacji zarządzeo. Miałem i ja w przyszłości spotkad się z podobnymi trudnościami.

Nowi ludzie napływali nieustannie. Narastały trudności. Każdy z nowych uważał swoje stanowisko i swoją osobę za najważniejszą w Zjednoczeniu. Zwiększały się tarcia między poszczególnymi pracownikami zmuszając do dodatkowych czynności - łagodzenia sporów i powstałych animozji. Naczelny nie uznawał inżyniera Kociały. Hugo natomiast nie podporządkowywał się naczelnemu. Nie rozmawiali ze sobą. Czasem wydawali sprzeczne polecenia, które ja sam musiałem uzgadniad i korygowad. Cale szczęście, że rzadko bywali razem w Żórawiu. Zawsze starali się mijad na trasie. Trzeba podkreślid, że z czasem wyjazdy inżyniera Kociały zaczęły dawad pozytywne rezultaty. Dzięki niemu ogólne zaopatrzenie zaczęło się polepszad. Przybywały dla produkcji najkonieczniejsze maszyny i materiały. Przybywało też stale żywności. Dotarły do nas paczki nawet „unrowskie”. Dużo było z nich uciechy, ale czasem i dużo kłopotu. Bieżące sprawy tak mnie absorbowały, że miałem mniej czasu na wyjazdy do kopalo. Nieuregulowane były sprawy zbytu. Pomimo że należały one do kompetencji dyrekcji administracyjnej, musiałem i o nich myśled. Regulując sprawy zbytu postanowiłem wysład do miejscowego dowództwa Armii Radzieckiej pracownika Zjednoczenia Fiodorowa celem uzgodnienia rozliczeo za pobierany przez jednostkę radziecką węgiel brunatny. Nie była to prosta sprawa. Miejscowy komendant odesłał Fiodorowa do Legnicy, do marszałka Rokossowskiego. Tam, na pytanie, czy może rozmawiad z marszałkiem, otrzymał od jednego

z oficerów odpowiedź, że może. Usiadł więc w poczekalni sztabowej i czekał cierpliwie. Po kilku godzinach zjawił się ten sam oficer i na ponowne zapytanie Fiodorowa, czy może rozmawiad z marszałkiem Rokossowskim, otrzymał znowu odpowiedź twierdzącą. - Jak prędko mogę byd przyjęty? - Nie prędzej jak za trzy dni. Marszałek wyjechał. - Dlaczego od razu nie poinformowaliście mnie, że nie ma marszałka? - Pytaliście, czy można rozmawiad z towarzyszem marszałkiem. Odpowiedziałem, że tak. Dopiero w tej chwili mówicie, że chcecie rozmawiad z marszałkiem. Stwierdzam - trzeba czekad. Fiodorow wysiedział się w Legnicy trzy dni, lecz załatwił tylko wstępne formalności. Ale i to było dużo. Przywiózł do miejscowego, wojskowego komendanta w Żórawiu pismo upoważniające go do rozliczeo z tytułu pobranego węgla brunatnego. Był to poważny krok naprzód - stwierdzenie, że należy płacid. I znów chodzenie, pertraktacje i targi. Najpierw na podstawie sprawozdao sporządzonych przez naszych techników z kopalni „Henryk” należało uzgodnid różnice wykazane przez administrację radziecką. Ponieważ posiadaliśmy codziennie raporty o wydobyciu i odbiorze węgla, sygnowane przez radzieckiego przedstawiciela w kopalni „Henryk”, uzyskaliśmy ich potwierdzenie do zapłaty. Wyłoniła się z kolei inna trudnośd. Zaproponowano nam pokrycie należności materiałami włókienniczymi z miejscowych zakładów będących pod kontrolą administracji radzieckiej. Były to materiały ubraniowe i pościelowe. Wprawdzie ceny były niższe niż na rynku, lecz my nie mieliśmy wcale gotówki. Również nie mieliśmy żadnych podstaw prawnych dla handlu manufakturą. Naszym pracownikom zaproponowano ich zakup. Też nie mogli sobie pozwolid na taki wydatek, pomimo że kształtował się korzystnie. Niektórzy jednak skorzystali z okazji i wpłacili na parę metrów. Przy realizacji odbioru materiałów doszło do pociesznego rozwiązania. Sprzedający nie posiadali miary metrowej. Odmierzanie odbywało się na oko, „do łokcia”. W sumie brakło wiele metrów. Nie było gdzie złożyd reklamacji. Poszkodowani byli tylko ci, co wpłacili pieniądze na zamówione materiały. Było z tego powodu wiele utyskiwao i wymyślao. Najwięcej dostało się Jerzemu Fiodorowowi, który załatwiał to wszystko w najlepszej wierze. Dla Zjednoczenia ważnym był fakt uzyskania stwierdzenia, że węgiel brunatny był i jest odbierany i że za niego trzeba płacid. Żeby usankcjonowad te sprawy zbytu, do dyrekcji Centralnego Zarządu w Katowicach wybrał się samochodem ciężarowym magister Pichler-Zosiak. Chcąc się dostad do Katowic jeszcze przed południem, wyjechał z Żórawia nocą. Jazda ta mogła się zakooczyd dla niego tragicznie. Że tak się nie stało, to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności. Oto co na ten temat powiedział mi Pichler: - Gdy zjechaliśmy autostradą ze wzniesienia koło Legnicy, było całkiem ciemno. Wstęga szosy była widoczna tylko w najbliższym zasięgu oczu. Kierowca jechał nią pierwszy raz. Jechał powoli. Ja drzemałem. Naraz zbudził mnie silny wstrząs. Było kompletnie ciemno. Zgasły reflektory. Kiedy otworzyłem szoferkę, zobaczyłem, że nasz wóz spoczywa na innym, który wpadł do rzeczki, bo most był zerwany. Tylko dzięki amortyzacji, jaką dał leżący pod naszym autem inny wóz, siła uderzenia była

mniejsza. Dzięki temu wyszliśmy z opresji cało, tylko z małymi obrażeniami. Zmniejszyła się również wysokośd spadku. Nie było jednak mowy, abyśmy mogli sami wydostad wóz z tej pułapki. Wróciłem przygodną ciężarówką. Kierowca został na miejscu wypadku... Musieliśmy wysład specjalną ekspedycję, która wyciągnęła z rzeki wóz i przyholowała go z powrotem do Żórawia. Wypadki drogowe zaczęły się mnożyd. Kierowcy byli przeciążeni. Za mało było wozów, a coraz większe potrzeby transportowe. Trzeba było zaopatrzyd kopalnie i Zjednoczenie w żywnośd oraz w potrzebne materiały, maszyny i urządzenia. Groźny wypadek miał między innymi kierowca Jan Kania. Wracał właśnie nocą z Katowic. Wiózł zaopatrzenie żywnościowe, m.in. kilka beczek śledzi. Samochodem tym oprócz kilku nowo zaangażowanych pracowników jechał również i inżynier Kociała. Kierowca był bardzo przemęczony. W pewnej chwili zasnął przy kierownicy. Wóz ześliznął się po skarpie drogi i wywrócił. Jadący wymieszali się z towarem. Rozbiły się beczki ze śledziami. Wszyscy wykąpali się w sosie śledziowym. Inżynierowi Kociale beczka połamała żebra. Przy pomocy innego wozu nasz wyciągnięto na drogę. Władowano wszystko, co się dało, i dociągnięto do Żórawia. Wskutek wypadku Kociała miał przymusowy pobyt w Żórawiu. Leżał dłuższy czas. Wyklinał kierowcę i zapowiedział, że więcej nie wybierze się w drogę wozem ciężarowym. Takie były „przyjemności” naszego życia! Robota goniła dalej. Zima była coraz bliżej. Obowiązków coraz więcej. W układzie sił w Zjednoczeniu zachodziły minimalne zmiany. Naczelny wyjechał do Krakowa. Zapowiedział powrót z naczelnikiem Wyższego Urzędu Górniczego, inżynierem Hanasiewiczem. Hugon uważał, że jest chory i nie może pracowad. Jego zastępca Gęborski oglądał się, jakby zrobid najlepiej dobry interes. Zorychta siedział w Mikołowie, gdzie organizował bazę przejmowania i wysyłania do Żórawia żywności oraz maszyn i potrzebnych materiałów. Na miejscu urzędował więc sekretarz naczelnego dyrektora Jerzy Fiodorow. Był bardzo młody, ale rozsądny. Nie przygotowany jednak dostatecznie do pełnienia tak poważnej funkcji. Starał się jak mógł. Nie mniej pełniona funkcja zastępcy przerastała jego możliwości. - Panie Jurku, trzeba się czasem głęboko zastanowid, zanim się coś napisze czy też poleci wykonad kiedyś po koleżeosku zwróciłem mu uwagę w związku ze zbyt pochopną jego decyzją. Popatrzył na mnie zdziwiony. Po chwili uśmiechnął się i powiedział: - Tak jest, panie dyrektorze. Wziął sobie moją uwagę mocno do serca. Jeszcze po latach wspominał, że znaczyła ona dla niego więcej niż ewentualna nagana. Fiodorow mieszkał na pięterku, w tym samym domu, co i my. Do pokoiku na facjatce wchodziło się krętymi schodami. Ada wydzieliła mu najkonieczniejsze meble - otomanę, stół, krzesła i kredens kuchenny, którym cieszył się najwięcej.

W trakcie przenoszenia otomany na górę, jeden z pracowników straży przemysłowej podniósł oparcie na głowę i znalazł tam sztukę pięknego jedwabiu. Przy najbliższej sposobności wyjechał z nią do centralnej Polski i więcej nie wrócił. Wiele podobnych wypadków trafiało się na odzyskanych terenach. Na przykład Turkiewicz, kierownik majątku w Lubaniu, przeglądając oborę znalazł paczkę owiniętą w niemieckie gazety. Nie była wielka. Zawierała kilkadziesiąt złotych pierścionków, obrączek i innych kobiecych ozdób. Widad przez przypadek zostawił ją któryś z hitlerowskich zbirów i nie zdążył zabrad uciekając za Nysę. Takie przypadkowe gratki powodowały istny szał poszukiwao. Szukano w domach. Demolowano piece. Opukiwano ściany i podłogi. Przeszukiwano ogródki i pola. Znajdowano różne rzeczy. Często i wiele żywności. Na przykład w kopalni „Babina” znaleziono dużo garnków kamiennych z topionym masłem i szmalcem. Znajdowano wódki, wina i szampany. Trafiały się i poważne, najczęściej przypadkowe odkrycia - zamurowane całe pomieszczenia, wypełnione przeróżnymi materiałami, obuwiem, skórami i różnym innym dobrem. Również i moja żona Ada miała swoją przygodę. Pewnego razu w zajmowanym przez nas mieszkaniu zjawił się starszy mężczyzna. Przedstawił się jako były właściciel tego domu. Był z zawodu architektem. Prosił o pozwolenie zabrania - ze swego byłego domu - jednego, pozostawionego przedmiotu. Po otrzymaniu zgody od żony udał się do któregoś z pokoików na strychu. Tam z wiadomego mu schowka wyjął złoty puchar. Przeprosił za najście, podziękował za pozwolenie i wyszedł. Ada była zaskoczona tym bogactwem. Kiedy mieszkanie zajmowałem, były w nim gołe ściany. Wszystkie meble trzeba było przenieśd z innych, zniszczonych domów. Nie szukaliśmy schowków, nie przeglądaliśmy mebli. Nie mieliśmy w tym kierunku ani wprawy, ani nastawienia. Takie wykrycia wpływały fatalnie na pracę. Pracownicy fizyczni i umysłowi tracili większośd czasu na poszukiwania. Jeśli poszczęściło im się, porzucali pracę i wyjeżdżali do centrum Polski. Niektórzy wracali nawet na Ziemie Zachodnie, ale już do innej miejscowości. Szabrownikom nie brakło sprytu i wyczucia dobrego interesu. Jeden z nich znalazł w rozbitym sklepie poważne ilości nasion. W tym czasie w centralnej Polsce było ich brak. Wywoził całe walizy. Do każdej z nich wchodziło po kilkaset torebek. Każdą sprzedawał po złotówce. Jeden taki transport dawał mu ponad tysiąc złotych. Obracał dwa, do trzech razy w tygodniu. Był to towar, którego nikt nie kwestionował. Wywiózł kilka ton. Zarobek niezgorszy - bez pracy i bez ryzyka. Żaden z naszych pracowników nie zarobił tyle rocznie, ile on uzyskiwał miesięcznie. Nie można więc było się dziwid, że co sprytniejsze i bezczelniejsze jednostki łatwym sposobem bogaciły się - i nie chciały pracowad. Dla nich praca była utrudnieniem przy prowadzeniu poszukiwao i przy wywozie znalezionych lub wyszabrowanych rzeczy. W takich warunkach utrzymanie dyscypliny pracy i niedopuszczanie do fluktuacji załóg tak w kopalniach, jak w Zjednoczeniu stanowiło poważną trudnośd. Stale trzeba było uzupełniad obsadę techniczną i urzędniczą kopalni. Ludzie słabi moralnie wypaczali się szybko. Szerzyło się pijaostwo. Jakiś szał, demon wrażeo i użycia opanowywał nieraz całe grupy pracowników.

Nowi pracownicy przyjeżdżali przeważnie z żonami, często nie swoimi. Toteż od czasu do czasu wybuchały awantury, kiedy niespodziewanie zjawiała się legalna żona lub narzeczona. Bywało i tak, że i one włączały się do wesołego grona. Pozostawały, współuczestnicząc w tych aż nazbyt wesołych zabawach. To wszystko szarpało nerwy. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie będzie dopływu starszych fachowców, poważniejszych ludzi, praca w kopalniach będzie szwankowała, jeśli nie zaspokoi się podstawowych potrzeb kulturalnych pracowników, to trzeba się liczyd ze stałym ich odpływem albo pogodzid się z tym, co jest. Zwalniając lub karząc kierownika kopalni, jak tego wymagałaby dyscyplina pracy, mogłem się znaleźd w takiej sytuacji, że nie miałbym tej kopalni kim obsadzid. Niektórzy to wykorzystywali. Czy było to postępowanie świadome, czy też nie - nie mogłem dociec. Brak możliwości stałej kontroli i świadomośd: „Nie mogą mnie zwolnid, bo nie mają nikogo na moje miejsce”, stwarzały swoistą atmosferę pewności pozostania w pracy. Tak więc sprawy personalne, a głównie obsada kierowniczych stanowisk, była stałą naszą bolączką. Były to najtrudniejsze zadania. Niedopuszczenie do fluktuacji, utrzymanie dyscypliny pracy i szkolenie zawodowe młodych adeptów dla potrzeb górnictwa węgla brunatnego. Zadania tym trudniejsze, że nie było fachowców, którzy by znali dobrze ten dział górnictwa. Ja sam doszkalałem się, studiując nocami niemieckie podręczniki z tej dziedziny wiedzy. Po tej linii nie szli inni techniczni pracownicy. Oni zapoznawali się z właściwymi problemami węgla brunatnego na popełnianych przez siebie błędach. Nie wczuwali się w najważniejsze zagadnienia. Nie potrafili uchwycid właściwego kierunku w swoich decyzjach na kopalniach. Jeśli dodamy, że każda z przejętych kopalo miała inne warunki geologiczne i inne urządzenia techniczne, to można sobie wyrobid obraz trudności w szkoleniu. Co było celowe w jednej kopalni, to w drugiej mogło okazad się szkodliwe. Inżynierowie i technicy, którzy przyszli na te przejęte kopalnie węgla brunatnego, nie mieli dostatecznego i należytego przygotowania. Nie mieli rozpoznania konieczności badao i wierceo poszukiwawczych. Nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeostw wodnych i kurzawkowych, obsuwów skarp, samozapalności i eksplozywności pyłów węgla brunatnego. Nie zetknęli się dotychczas z brykietowaniem węgli brunatnych, z ich rozdrabnianiem i suszeniem. Były to zagadnienia, z którymi mało lub zupełnie nie mieli do czynienia w czasie swoich prac na kopalniach węgla kamiennego. Brak rozpoznania złóż wraz z brakiem kopalnianych map uniemożliwiał opracowanie długofalowych planów roboczych. Praca była więc dorywcza, czasem wprost z dnia na dzieo. Ale nie traciłem nadziei, że te zdawałoby się beznadziejne warunki pracy zmienią się na lepsze, normalniejsze. Praca pójdzie lżej, planowo i rzeczowo. A zagadnienie węgla brunatnego zostanie włączone do istotnych zagadnieo naszej gospodarki narodowej.

Opisane wspomnienia są tylko fragmentem spisywanych od 1945 roku przeżyd i spostrzeżeo. Dają obraz trudności początków powstawania przemysłu węgla brunatnego. W następnych latach górnictwo węgla brunatnego przechodziło poważne przeobrażenia, pokonywało poważne trudności, lecz ostatecznie zwyciężyła myśl: „Węgiel brunatny musi znaleźd swoją pozycję w gospodarce Polski Ludowej”.

W pierwszym okresie górnicy z węgla kamiennego uważali węgiel brunatny za zło konieczne, które trzeba tolerowad, lecz nie należy się w ten przemysł zbytnio angażowad. Górnik z węgla brunatnego był traktowany w hierarchii górniczej jako stojący na najniższym poziomie górniczej „ważności”. Długo utrzymywała się ta opinia. Opinia ta powstała jeszcze w latach przed ostatnią wojną światową, gdy w Polsce nie było kopalo ziemistego węgla brunatnego, a zawierciaoski matowy węgiel brunatny w bilansie energetycznym Polski nie odgrywał żadnej roli. Powoli do kopalo węgla brunatnego napływali fachowcy - górnicy, technicy i inżynierowie. Wśród tych, którzy zjawiali się w tym przemyśle, fluktuacja była ogromna. Nowa, fachowa kadra dla węgla brunatnego tworzyła się bardzo powoli. Nie było specjalistycznych szkól ani średnich, ani wyższych. Zmieniali się naczelni dyrektorzy Zjednoczenia i ich zastępcy. Zmieniały się jeszcze częściej techniczne obsady kopalo. Trzeba jednak podkreślid, że z świeżych, napływowych sił pewien procent pozostawał, wiązał się ściśle z tym przemysłem, tworzył stałe kadry węgla brunatnego. Z pierwszej pionierskiej ekipy pracuje obecnie tylko były technik Jan Stowski, który po zdobyciu dyplomu inżyniera wrócił do węgla brunatnego i dzisiaj pełni odpowiedzialne obowiązki naczelnego dyrektora kombinatu „Turoszów”. Pomimo zaśniedziałych nastawieo, że węgiel brunatny to nie górnictwo, lecz „gliniaki” - węgiel brunatny torował sobie drogę do należnej mu platformy ważności, aż stał się obok węgla kamiennego poważnym surowcem paliwowym. Na zasobach ziemistego węgla brunatnego bazują obecnie wielkie elektrownie, jak „Turoszów”, „Konin”, „Adamów”. Energia elektryczna wytworzona na węglu brunatnym przekroczyła już produkcję wszystkich czynnych w 1938 roku elektrowni w Polsce. Niech mówią cyfry - wydobycie węgla brunatnego w 1946 roku wynosiło 1,5 miliona ton, w 1950 roku już 4,8 miliona ton, w 1960 roku 9,3 miliona ton i w 1963 roku osiągnęło 15,3 miliona ton - a więc dziesięciokrotny wzrost. Wydobycie węgla kamiennego w 1938 roku wynosiło 38,1 miliona ton, a więc wydobycie węgla brunatnego w 1963 roku stanowiło 40% wydobycia węgla kamiennego z 1938 roku. Te cyfry mówią o wadze, jaką już obecnie odgrywa węgiel brunatny w gospodarce narodowej Polski Ludowej. Przed wojną rozwój węgla kamiennego i brunatnego hamowany był przez obcy kapitał. Obecnie ustrój socjalistyczny rozwinął planowo ekonomiczny wzrost wydobycia węgla kamiennego i brunatnego. Na właściwą pozycję wartości przemysłowej sprowadził przemysł węgla brunatnego Polski dopiero mgr inż. Franciszek Jopek, kiedy jako podsekretarz stanu objął w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki ten dział górnictwa. Dzisiaj przemysł węgla brunatnego ma już ustaloną pozycję, a wyższe uczelnie górnicze i politechniczne utworzyły specjalistyczne katedry dla szkolenia fachowców w tej specjalności. Jest już poważna kadra specjalistów od spraw planowania, eksploatacji, przeróbki i spalania węgla brunatnego. A jak potoczyły się moje losy - nie tu miejsce na omawianie szczegółów. (Spisałem w pamiętniku i spisuję nadal.) Podam najistotniejsze - w węglu brunatnym pracowałem do września 1954 roku,

a więc prawie 10 lat. Do odejścia ze Zjednoczenia Przemysłu Węgla Brunatnego zmusiły mnie warunki rodzinne, ciężka choroba żony Ady. Długo starałem się o przeniesienie, przynajmniej o dwa lata za długo, aż doszło do sytuacji bez wyjścia, kiedy nie mogłem jej samej w domu pozostawiad, co z kolei pomniejszało wydajnośd mojej pracy. Dzięki ludzkiemu podejściu dyrektora mgra inż. Romana Grabianowskiego, który w tym czasie był pełnomocnikiem ministra do spraw węgla brunatnego, udało mi się uzyskad zwolnienie. Adę odwiozłem do jej matki do Jaworzna prywatnym samochodem osobowym inżyniera Sławomira Kapuścika. Sam przeniosłem się do przemysłu węgla kamiennego, gdzie dotychczas pracuję. Zagadnienia węgla brunatnego są mi zawsze bliskie i pozostałem do dzisiaj „entuzjastą węgla brunatnego”, jak mnie swego czasu z przekąsem nazywano.

Bolesław Bieński Godło zobowiązuje
Rok 1945 Powstawały wtedy zręby dnia dzisiejszego, ustokrotniały się siły ludzi tamtych dni, ustokrotniał czas. Mięśnie rąk zastępowały sprzęt i narzędzia robocze, a resztki złomu były najwspanialszym tworzywem. Warsztatami pracy były ruiny i zgliszcza... ...Wola, ambicja i upór łamały prawa ekonomii, fizyki, biologii. Niemożliwe stawało się możliwym, potrzeby wyprzedzały instrukcje, zarządzenia, przepisy. Przełamywano własną słabośd, zniechęcenie, zwątpienie, aż w koocu zgliszcza i ruiny przestały przerażad... Rodził się wtedy dzieo dzisiejszy i nasze jutro. I dlatego - mimo iż nie ma patosu wielkich budów ani wielkich osiągnięd technicznych w moim notatniku - ujawniani go, chod jest tak niepozorny, jak niepozorne są poczynania zwiadów, czujek, patroli przygotowujących zwycięstwo tym, co idą za nimi. Byliśmy wtedy częścią awangardy kolejarzy, która przyszła na Ziemie Zachodnie, aby powiązad je w całośd nowego Paostwa.

9 czerwca 1945 r. Doliczyliśmy do ośmiu. Tylko ośmiu kolejarzy-drogowców. Diabelnie mało! Jutro ma nastąpid odbiór linii kolejowych w rejonie Słupska od radzieckich władz wojskowych. Na razie każda ze służb myśli o własnym zakresie działania. Nikt nawet nie wie, ilu kolejarzy poszczególnych służb technicznych i nietechnicznych jest już na miejscu. Mechanicy odbiorą lokomotywy i wagony, łącznościowcy sied teletechniczną, zabezpieczeniowcy urządzenia regulujące ruch pociągów, drogowcy (cóż za irytująca nazwa - zrozumiałej byłoby: liniowcy) odbiorą tory, mosty, wiadukty i wszelkie pozostałe obiekty liniowe i stacyjne. Każda służba będzie miała dosyd własnych kłopotów, aby podtrzymad dobre imię kolejarzy na tych starych polskich ziemiach. Najlepiej mają przewozowcy. Uruchomią takie pociągi, jakie im zestawią mechanicy, pojadą po torach, które drogowcy uznają za zdatne do ruchu pociągów, a o łącznośd będą się martwili łącznościowcy. Przewozowcy będą tylko jeździli pociągami według własnego widzimisię, zwanego szumnie rozkładem jazdy, i za to na nich wyłącznie spadnie cały splendor za uruchomienie linii kolejowych na Ziemiach Zachodnich. Często spotykana mylna ocena laików wynikająca z tego, że tylko oni - przewozowcy - stykają się bezpośrednio z użytkownikami kolei.

10 czerwca Inżynier Kazimierz, szef drogowców, ścierał wielkie krople potu ze swego czoła, wróciwszy z komisji zdawczo-odbiorczej. Gdy złożył sprawozdanie oczekującej go siódemce, wszystkim zrobiło się także gorąco i paskudnie nijako. Zakreślił ołówkiem na szczątkach mapy granice przyszłego oddziału drogowego. Wszyscy śledzili uważnie bieg ołówka. Ołówek biegł od Łeby poprzez Lębork i Bytów do Człuchowa, potem skręcił w kierunku Szczecinka, stąd do Białogardu i zatrzymał się pod

Kołobrzegiem. Nie zahaczył - na szczęście - o żadne z tych miast. Duże węzły kolejowe są kłopotliwe, a i tak mamy ich już siedem. Pobieżnie obliczyli kilometry linii. Okazało się, że jest ich około 800. Są więc teraz pełnoprawnymi gospodarzami kolei na Pomorzu Zachodnim. Nikt im w niczym nie będzie przeszkadzał, lecz i w niczym nie będzie w stanie pomóc. Mogli sobie wyobrazid te 800 kilometrów linii, nie umieli natomiast wyobrazid - siebie samych, zagubionych w tej siatce torów, które muszą poznad do ostatniej śrubki, jeśli chcą zapewnid bezpieczeostwo ruchu pociągów... Pyszne typy! Przyszli tu ze wszystkich stron kraju, zobaczyli się po raz pierwszy dopiero tutaj, a tak się przez te kilka ubiegłych godzin ze sobą zżyli, jak gdyby się znali od lat. Od jutra już razem będą wprzęgad Smętka w służbę kolei. Odechce mu się bezproduktywnego wałęsania po tych ziemiach. Kolejarskie godło zobowiązuje! Koła muszą się toczyd i ożywiad żelazne szlaki.

11 czerwca Na odprawie szef podał do wiadomości, że na 800 kilometrów linii czynnych jest tylko 350, 250 jest zdewastowanych całkowicie, a 200 - częściowo. O ilości wysadzonych mostów i wiaduktów oraz zniszczonych budynków dowiedzą się na miejscu po naocznym sprawdzeniu. Szef popatrzył chwilkę na wczorajszych odważniaków, jak gdyby rozważając siły i możliwości każdego z nich. Wiedział, że w tej siódemce jest tylko pięciu wygów liniowych, dwaj pozostali natomiast to pracownicy administracyjni. Ustalono, że wilnianin S. udaje się w kierunku Lęborka, wołynianin C. do Sławna, a jego współziomek K. do Koszalina, zaś podlasiak G. obejmuje węzeł słupski z przyległymi szlakami. Cały ich ekwipunek techniczny to notes i ołówek, a niekiedy nawet miarka składana. Mieli organizowad od podstaw miejscowe placówki kolejowej służby drogowej opierając się początkowo na ludności miejscowej i przystąpid do odbudowy zniszczeo oraz zabezpieczenia tego, co jeszcze zostało. Nie było wielkich słów przy odprawianiu kolegów w nieznane. Krótki uścisk dłoni i - idź, brachu! Zadanie swe znasz. Była to metoda rzucania na głęboką wodę. Umiesz pływad, to nie utoniesz. Jeśli nie umiesz, to o ratunek nie wołaj, bo cię i tak nikt ratował nie będzie. Licz tylko na siebie. Metoda wprawdzie mało humanitarna, lecz twarde czasy wymagają twardych ludzi. Tak zwana opieka i prowadzenie za rączkę w obecnych czasach byłoby nawet poczytywane za osobistą obrazę. Kolega Ch. objął funkcję kadrowca i razem ze swym pomocnikiem A. utworzyli pierwszy zalążek biurokracji kolejowo-drogowej na tych ziemiach, co oby im nigdy nie zostało zapomniane.

12 czerwca Podczas lustracji urządzeo technicznych szef spotkał na terenie parowozowni swego kolegę, szefa mechaników inżyniera L., który klął, na czym świat stoi. Mechanicy zdobyli bowiem tylko kilka dychawicznych, starych parowozów, pewną ilośd lokomotyw-truposzów, kilkanaście starych nietypowych wagonów oraz puste magazyny paliw. „Też ma się o co pieklid - myśli szef - kiedy na stacji brak połowy torów.”

Własne „wycinkowe” kłopoty przesłaniają obraz całości. Dopiero wspomnienie rodzinnego Krakowa pozwoliło im znaleźd wspólny język. Obaj, równi wzrostem i wiekiem, wyglądają w swych czapkachapaszówkach jak chuligani, a nie naczelnicy oddziałów. Prawo mimikry jeszcze obowiązuje. Zostawili mechaników, uwijających się jak diabły przy zastygłych w bezruchu lokomotywach, aby je ożywid, i poszli w kierunku dworca. Tu spotkali łącznościowców wyciągających przydatne jeszcze resztki z wysadzonej automatycznej centrali telefonicznej. „Tym druciarzom wszystko może się przydad - mruczy szef mechaników - szkoda tylko, że my nie mamy skąd wziąd potrzebnych części zamiennych.” Szef drogowców nie mówi nic, myśli zapewne o szynach, których brak. Jeden nie może się oderwad od swych lokomotyw, drugi od szyn. Wiedzą przecież, że są to podstawowe elementy kolei.

13 czerwca Zaczęło się! Brygady miejscowych kobiet usuwają rumowisko ze spalonego dworca, porządkują rozkopany plac przydworcowy. Inne brygady naprawiają tory i rozjazdy. Zorganizowano już kuchnię połową, aby móc przydzielad pracującym po misce gorącej zupy. Jest to magnes przyciągający do pracy. Nasz kadrowiec także nie próżnuje. Wyłowił woźnego wśród reemigrantów, z brygad kobiecych wybrał sprzątaczki i przystąpił do generalnego porządkowania biur, znoszenia mebli im tylko znanego pochodzenia. Długie, czerwcowe dni wydają się za krótkie. Nikt nie chce dad się wyprzedzid. Szef szuka rozwiązao zastępczych tam, gdzie brak materiałów uniemożliwia zastosowanie rozwiązao właściwych.

14 czerwca Rozpoczął się wyścig z czasem. W gabinecie szefa założono telefon. Ceremonii podłączenia telefonu do polowej łącznicy telefonicznej, ustawionej na stacji, dopełnił sam szef łącznościowców w asyście swego zastępcy. Czynnośd tę celebrowali z takim namaszczeniem, jak gdyby od tego podłączenia zależało istnienie świata. Udzielili jeszcze informacji, z jakimi stacjami kolejowymi można już uzyskad połączenie, i odeszli, dumni ze swego dzieła. Każdy chwyta za robotę konkretną, na „naczelnikowanie” przyjdzie jeszcze czas. Na razie nie ma zresztą komu „naczelnikowad”. Po ich odejściu szef „wisiał na drucie” przez resztę dnia, szukając na linii trzech zwiadowców, wysłanych w teren przed paru dniami. Po kilku godzinach odnalazł tylko dwóch, jednego w Sławnie, drugiego w Koszalinie. Notes szefa zapełnił się notatkami różnego rodzaju, a mina jego rzedła w miarę uzyskiwanych danych. Psi fach. Mied tylko czterech ludzi tam, gdzie potrzeba ich co najmniej czterdziestu, a w tych anormalnych warunkach i czterystu nie byłoby za wiele.

15 czerwca Zgłosił się technik Jerzy z żoną. Oboje młodzi. Wyrazili chęd wspólnego pchania tego ciężkiego wehikułu, zwanego szumnie odbudową, a z konieczności będącego zwykłym lataniem dziur. Szef, starszy już kawaler, był nieco zaaferowany. Pierwsza kobieta w jego zespole technicznym! Inni

przyszli samotnie, rodziny zostawili w starych siedzibach. Pierwsze małżeostwo. A czasy są zbyt niespokojne, aby można im powierzyd placówkę liniową na odludziu. Pozostali w oddziale. Jerzy jako kierownik referatu technicznego, który miał zorganizowad od podstaw, jego żona jako rachmistrz. W ten sposób zwiększyła się kadra administracyjna, linia pozostała nadal z czteroosobową obsadą techniczną. Dysponują oni już wprawdzie brygadami w ilości trzystu osób, ale 80 procent tych brygad to niedoświadczone w pracy kobiety, a reszta - wyrostki lub niedołężni starcy. Lecz jest to już coś realnego. Wciągną się!

16 czerwca Mechanicy uruchomili jedyny miejscowy pociąg, który kursuje jak wahadło pomiędzy Słupskiem i Ustką. Cały skład pociągu tworzą trzy jaskrawo pomalowane niby wozy cyrkowe wagony i rzężący z wysiłku parowóz. Z uwagi na szybkośd aż 30 kilometrów na godzinę, jaką może rozwijad, nadano mu nazwę hulajnogi. Tymczasem kolejarze z Gdyni uruchomili pociągi dalekobieżne, docierające do Białogardu. Kursują one regularnie z dokładnością od dwunastu do dwudziestu czterech godzin. Nie ma to jednak większego znaczenia. Ważne, że w ogóle kursują. Któż by się tam przejmował takimi drobnostkami.

17 czerwca Wrócił trzeci zwiadowca, kolega S. Szef, ucieszony jego widokiem, poczęstował go herbatą. Nic innego nie było. Zaopatrzenie leży na łopatkach, brak nawet chleba. Bazą zaopatrzenia są rodziny w głębi kraju, które przysyłają nawet kartofle; przywożą je swym kolegom kolejarze. Że w tych warunkach nie wszystko dochodzi, jest zrozumiałe. Większośd przesyłek dociera jednak, a ich zawartośd jest konsumowana na prawach koleżeostwa, tak jak na prawach koleżeostwa zostały dowiezione. Kolega S. miał także pełen notes notatek. Bazę wypadową urządził w Potęgowie. Wyłowił kilku kolejarzy niemieckich, którzy znów wyłowili swych znajomych i tak zorganizowane brygady robocze naprawiają, co można w tych warunkach naprawid. Odcinkiem linii Lębork - Koszalin szef nie musi się już kłopotad. Może teraz pomyśled o innych liniach. „Gdyby jeszcze co najmniej dziesięciu takich S.” - myśli szef, lecz przerywa mu pytanie S., czy są już pieniądze na opłacenie robotników. Szef podrapał się po głowie, bo o tym nikt dotychczas nie myślał. Przyrzekł jednak załatwid sprawę w najbliższych dniach.

18 czerwca Mechanicy i przewozowcy ze Sławna także uruchomili swój pociąg lokalny na linii Sławno - Darłowo. Już więc drugie miasto portowe naszego rejonu otrzymało połączenie z siecią kolejową całego kraju.

19 czerwca Wstępny wyjazd kontrolny na linie Słupsk - Korzybie i Korzybie - Sławno. Jadą naczelnicy wszystkich zasadniczych służb oraz ich zastępcy. Wagon towarowy ciągnie lokomotywa obficie wyrzucająca sadzę. Obok maszynisty i pomocnika jest na lokomotywie zawiadowca odcinka liniowego. Wytrzeszcza oczy, aby już z daleka zobaczyd ewentualne wyrwy w torze, chod trzy dni temu przeszedł cały odcinek pieszo. Jego meldunek o całości torów był podstawą do wyjazdu tego próbnego pociągu, odpowiada więc za bezpieczeostwo jego pasażerów. Trzy dni to długi okres czasu i mogło komuś przyjśd na myśl, aby pomanipulowad nieco przy śrubach i wkrętach. Przyległe lasy wydają się byd zamieszkałe nie tylko przez zwierzynę leśną... Powrót nastąpił późnym wieczorem po uzgodnieniu w Sławnie, że pociąg kursujący na odcinku Darłowo - Sławno przedłuży swój bieg aż do Korzybia. No i pokrzepid trzeba się było także. Mechanicy będą musieli piekielnie ostrożnie jeździd, gdyż odcinek ten jeszcze długo pozostanie bez codziennej kontroli technicznej, a stacje pośrednie są bez obsady. Nie ma po prostu komu tych funkcji powierzyd.

21 czerwca Przedwczorajsza ekipa zwiadowcza wyruszyła ponownie, tym razem w kierunku Miastka. Za stacją Korzybie zauważono pożar lasu w odległości pół kilometra od toru. Pociąg zatrzymano i wszyscy, oprócz maszynisty, udali się na miejsce pożaru. Niska ściana ognia wgryzała się w podszycie lasu i posuwała frontem długości około jednego kilometra. Po dwóch godzinach gaszenia wszyscy wyglądali, jak gdyby ich przeciągnięto przez komin parowozu, lecz pożar ugaszono. Byli jedynymi strażakami i strażnikami lasu na tym pustkowiu, dwóch kolegów zostało więc na ochotnika na straży pogorzeliska. Miano ich zabrad w drodze powrotnej ekipy, lecz ta marudziła wszędzie długo, bo wszędzie musiano zajrzed - nawet do ruin. I dobrze zrobiono, gdyż w ruinach jednej stacji pomp znaleziono montera zajętego ich naprawą. Był w swej piwnicy tak zajęty pracą, że nawet nie słyszał wjazdu pociągu. Przy pompach stało wyrko zbite z desek, a obok wyrka krowa, żująca melancholijnie. Monter siedział tutaj już dwa miesiące, żywił krowę, a krowa jego. Cały jego majątek składał się z zatłuszczonego kombinezonu roboczego i drewnianych pantofli. Gdy miał się wylegitymowad, długo szperał w szparach dachu, który trzymał się resztkami belkowania na zburzonych murach, i wreszcie wyciągnął papiery, legitymujące go jako prawowitego kolejarza. - To dla ostrożności - mówił. - Przychodzą tu różni ludzie z lasu i zabierają, co im potrzeba. Zabrali ubrania i koce, nie mogli wyciągnąd tylko krowy po tych stromych schodach, a mnie nie potrzebowali. - A jak ta krowa tutaj weszła? - zapytał ktoś. - Zepchnąłem ją po prostu ześlizgiem po balach, jakoś muszę żyd. Pompy są gotowe i mogą byd uruchomione chodby dziś. Trzeba tylko naprawid zbiornik wody w zniszczonej wieży ciśnieo i ... Tak, trzeba tylko... To fraszka dla tego montera, który w tych niezwykłych warunkach zrobił swoje i wymagał, aby inni także swoje zrobili. Nie można było jego rozumowaniu nic zarzucid. Chciano go stamtąd zabrad, lecz nie zgodził się. Chciał się doczekad chwili, gdy jego pompy będą potrzebne. Cóż było z takim uparciuchem robid?

W Miastku druga niespodzianka. Tę jedyną chyba na Pomorzu Zachodnim stację objęła kobieta, kasjerka biletowa, która podporządkowała sobie resztki byłej załogi tej stacji, autochtonów, i dopilnowała, aby nic nie zostało zniszczone. - Trzeba tylko uruchomid pociągi - mówiła - reszty dopilnuję sama. Jakże więc można było nie marudzid w takich warunkach z jazdą powrotną? Spotykad co 30 kilometrów takich ludzi, jak ten monter i ta kasjerka biletowa, nie zdarza się co dzieo. Toteż na miejscu pogorzeliska leśnego syrena parowozu wyła daremnie w ciemną noc, sygnalizując obecnośd pociągu i wzywając pozostawionych z rana dwóch strażników pogorzeliska. Strażników nie było. Kilku kolegów zeszło z wagonu, aby spenetrowad las. „Zjadły ich wilki” - usłyszano w ciemności czyjś głos, a ktoś dokooczył: „Amen”. Z niewyraźnymi minami pojechano dalej. Otuchy dodawało tylko przekonanie, że prędzej kolejarz zje wilka niż wilk kolejarza. Maszynista wyżywał się nadał w ryku syreny, co miało byd zapewne podzwonnym dla owych nieszczęsnych strażników lasu. Lecz ci oczekiwali pociągu na stacji Korzybie. Klęli typowo po kolejarsku. Dwanaście godzin czekania w pustym, a potem i ciemnym lesie to nieco za dużo.

23 czerwca Z Koszalina zgłosił się telefonicznie zawiadowca odcinka liniowego, kolega K.K. Dysponuje dziesięcioma doświadczonymi torowcami. Szef zacierał ręce z zadowolenia i pchnął ich na linię Koszalin - Kołobrzeg. Ostatni port w tym rejonie będzie więc miał także zapewnioną komunikację kolejową. Nasz nowy kolega jest jedynym, który nie przybył na te ziemie sam, lecz z całym swym sztabem z okresu okupacji. Ludzie ci są potrzebni na innych placówkach, lecz nie pozwalają się rozdzielid. Pozostawiono ich w koocu razem, co na 45 kilometrów linii jest i tak za mało. Inni koledzy zazdroszczą mu tylu doświadczonych i wypróbowanych ludzi.

25 czerwca Wczoraj zdecydowano się podjąd ruch pociągów ze Słupska przez Miastko do Człuchowa i dalej do Chojnic. Służba przewozów obsadziła swymi pracownikami jedynie stacje Korzybie i Miastko. Reszta stacji na tej linii jest martwa. Mechanicy zostali powiadomieni, że placówek służby drogowej na całej linii nie ma i dlatego winni zachowad w czasie jazdy maksymalną ostrożnośd.

26 czerwca Jeszcze nie wszystkie linie kolejowe Pomorza Zachodniego przeszły w ręce polskich kolejarzy, zwłaszcza te w rejonie Szczecina. Dyrekcja kolei tego okręgu tkwi nadal w Szczecinku, zamiast w Szczecinie, gdzie powinna byd jej siedziba. Jest to zapewne także tylko mała grupka ludzi, bardzo zajętych i dlatego nic o nich nie wiemy, podobnie jak oni nie wiedzą nic o nas i naszych kłopotach. Wiadomo tylko, że nasi koledzy w Białogardzie walczą z takimi samymi kłopotami, jak my.

28 czerwca Wszyscy liniowcy, nie wyłączając szefa, zamienili się w latających holendrów i wskutek zbyt długich odcinków linii, jakie muszą mied pod swoją kontrolą techniczną, rzadko bywają w swych siedzibach. Istnieje niepisany obowiązek informowania współpracowników innych służb o kierunkach wypadów na szlaki dla przeprowadzenia kontroli lub remontów oraz o czasie powrotu. Ułatwia to czuwanie nad całością ich kości, chodby z daleka. Można w każdej chwili wszcząd poszukiwania przez placówki sąsiednie. Na innych nie można liczyd, nawet milicja nie dociera tam, gdzie drogowcy z konieczności dotrzed muszą, chcąc zapewnid pociągom bezpieczeostwo. Straż Ochrony Kolei walczy z takimi samymi trudnościami jak wszyscy. Też obsadzają jedynie większe węzły kolejowe.

1 lipca Zgłosił się nowy kolega! Tempo, wprawdzie szataosko powolne, lecz nie wolno tym, którzy już są, przejmowad się. Częśd północna naszego rejonu jest zabezpieczona w stopniu zaledwie dostatecznym, w naszym mniemaniu naturalnie, bo w rzeczywistości - w stopniu wysoce niedostatecznym. Natomiast w części południowej nie ma w ogóle naszych placówek. Kolega Z. przybył zza Buga, dziś odpoczywa, a jutro udaje się do Korzybia. Robi pierwszy wyłom na martwym jeszcze południu. Czas najwyższy, bo brak już tchu. Wszyscy ledwo zipią. Jedna nasza placówka przypada na 100 kilometrów, zamiast normalnie co 25 kilometrów. Obsadzony został jeden węzeł kolejowy więcej. Odpowiedzialnośd za całośd techniczną tego węzła bierze teraz na siebie kolega Z. A to już jest coś.

3 lipca Na wiadukcie przerzuconym nad torami w Ustce zawisła tablica z dużym, widocznym już z peronów napisem: „Ustka wita gości”. Optymiści, ci kolejarze! Jak gdyby nie mieli innych kłopotów. Widocznie sami sobie dodają w ten sposób otuchy. Napis stwierdza jednak, że jesteśmy u siebie. A to także robi swoje.

5 lipca Zespół techniczny powiększył się o dalszych dwóch techników, ale bez stażu liniowego. Młodych, niedoświadczonych ludzi szef wolał zatrzymad przy sobie, niż wysyład na placówki liniowe. Za dużo jest jeszcze wszędzie strzelaniny. Z tym mogą sobie poradzid jedynie doświadczone wygi liniowe, którym niejeden pocisk świsnął koło uszu, a poza tym mają „kłaczate żołądki”8, jakie winni mied normalnie wszyscy drogowcy, owi ludzie bezkresnych szlaków, umiejący stawid czoło nie tylko kataklizmom żywiołowym.

10 lipca Pociągi wyrzucają codziennie nowych mieszkaoców tych ziem. Szukamy wśród nich ludzi, którzy zechcieliby zasilid nasze szeregi, ale na razie zajęci są oni własnymi kłopotami i kłopoty kolejarzy mało
8

Jest to powiedzonko starych drogowców, odpowiednik „stalowych nerwów” czy „zimnej krwi”.

ich obchodzą. Osiedlają się wzdłuż linii kolejowych, może więc z czasem będzie można liczyd na ich pomoc. Nasze brygady naprawcze liczą już łącznie ponad czterystu ludzi i wymagają nadzoru i kierownictwa technicznego. A tych podstawowych ogniw służby drogowej zupełnie brak.

15 lipca Kolega G. może nieco odsapnąd. Szef przydzielił mu zastępcę, kolegę B., który od dziś zasilił nasze szeregi. Kropla w morzu potrzeb. Nasz teren odbudowy powiększa się codziennie kosztem zbyt wielkiego wysiłku naszych ludzi. Siły ich mogą wyczerpad się, zanim nadejdzie odsiecz. Szef dostał już zmarszczek od śledzenia, co dzieje się w jego rejonie, by móc pchnąd posiłki tam, gdzie będzie tego wymagała koniecznośd. Posiłki te są bardzo problematyczne, średnio przybywa jeden pracownik na tydzieo. Jeśli takie tempo będzie się utrzymywało nadal, to gdzieś na przełomie roku 1945-1946 obsadzimy nasze placówki. Perspektywa niewesoła!

20 lipca Połączeo telefonicznych z naszą dyrekcją nie mamy i nie wiemy dokładnie, co się u nich dzieje. Przesiąkają jednak innymi kanałami wiadomości o tym, że w najbliższych dniach przejmiemy linie kolejowe i w rejonie Szczecina. Widocznie w rejonach już przejętych zdaliśmy egzamin sprawności komunikacyjnej i dlatego wojsko chce przekazad nam dalsze rejony.

26 lipca Przybył znowu jeden kolega i został natychmiast wysłany do Miastka. Jest to w tej chwili nasza najdalej na południe wysunięta placówka. Zdajemy sobie sprawę z nadmiernego obciążenia naszych technicznych placówek, nie możemy ich jednak odciążyd, mając możliwośd obsadzenia placówek nowych. Że nasz nowy kolega I. będzie się na tej nowej placówce także męczył, wie to i on, i my. No cóż, taki jest w tej chwili los drogowców.

1 sierpnia Nasza dyrekcja kolejowa przeniosła się wreszcie do Szczecina, co dowodzi, że mamy całośd linii kolejowych w naszym ręku. Z jednej strony cieszy nas to, z drugiej martwi, bo tamten rejon będzie teraz uprzywilejowany i będzie wchłaniał wszystkich pracowników, jak beczka bez dna. Dziwid się jednak wypada, jak szybko wieśd o ulokowaniu się DOKP w Szczecinie dotarła w najdalsze zakątki, pomimo braku połączeo teletechnicznych. Jest to dowodem, jak bardzo wszystkim na tym zależało.

8 sierpnia Zgłosił się z Gniezna kolega B.S. Objął nadzór techniczny nad linią z Ustki do Korzybia. Był już najwyższy czas, bo odcinek tej linii w kierunku Ustki pilnie wymaga kapitalnego remontu, a nasza hulajnoga jedzie już miejscami poniżej swych możliwości szybkościowych. Ma się więc teraz kto

martwid o to, aby owa hulajnoga nie została z powodu złego stanu torów w ogóle schowana do lamusa. Tego byśmy sobie nie mogli w żadnym wypadku darowad. Nasi nowi koledzy idą zawsze na najbardziej zagrożone odcinki, czego się wcale przed nimi nie ukrywa. Są mile witani, niby dawno oczekiwani goście, zaspokaja się w miarę możliwości ich życzenia, lecz w zamian oczekuje się wielkiego wysiłku na terenowych placówkach. Nic więcej. Tylko że te terenowe placówki muszą sobie sami od podstaw stworzyd, i to w dodatku z niczego. Nie możemy im nawet wskazad lokalu na ich siedziby. Kolega B.S. ma o tyle ułatwione zadanie, że przydzielono mu od razu i kancelistę, który razem z nim przybył ze Świecia. Ulokowali się na razie na strychu jednego z budynków i śpią na deskach. Nie przejmują się jednak tym. Zaczęli już pełnid swe obowiązki, które w tutejszych warunkach zaczynają się od wyszukania kotłów do warzenia zup. Bez tego nie ma mowy o uzyskaniu potrzebnych rąk roboczych.

9 sierpnia Okazuje się, że kolejarze są najlepiej zorganizowaną grupą i praca ich zachęca innych. Sięgnęli nawet po ster w radach narodowych, aby i tam współdziaład w uporządkowaniu stosunków. Zadanie niełatwe, lecz my, drogowcy, nie możemy brad w tym udziału, gdyż stałe jesteśmy w drodze. Ludnośd miejscowa ocenia naszą organizację i chętnie współpracuje z nami w odbudowie.

10 sierpnia Mamy wreszcie i wykwalifikowanego zaopatrzeniowca, który przybył z Wilna. Gdzie są jednak źródła zaopatrzenia technicznego, tego jeszcze nikt nie wie. Na razie łatamy tory tym, co porzucono w terenie jako już dawno zaliczone do złomu. Jak długo jeszcze?

12 sierpnia Koledzy z Białogardu uprzedzili nas i „zdobyli” Kołobrzeg pierwsi. Mieli kilka kilometrów mniej do przebycia niż my z Koszalina. Nie mamy do nich o to pretensji. Najważniejsze, że tam dotarli.

14 sierpnia Zrobiłem z kolegą B.S. wypad na nieczynną linię Ustka - Sławno w poszukiwaniu materiałów. Szyny zdjęto i wywieziono, pozostały tylko podkłady i resztki złącz. Są nam one potrzebne, lecz czym je zwieźd? Szef pertraktuje w tej sprawie z wojskiem, gdyż nam brak jakichkolwiek środków transportu. Przeszliśmy w ciągu dwunastu godzin 35 kilometrów przez tereny zupełnie wyludnione. Byliśmy radzi, gdy dotarliśmy do Sławna. Ludzi spotykaliśmy rzadko, a i ci nieliczni uciekali na nasz widok. Nie dziwię się wcale, wyglądamy na rzezimieszków, co jest najlepszą ochroną i gwarancją naszego bezpieczeostwa w takich eskapadach w nieznane.

16 sierpnia Od dziś mamy w rejonie Słupska gospodarza budynków, który zajmie się przede wszystkim mieszkaniami dla kolejarzy. Jest to problem, który nas nurtował od dawna, bo ostatecznie my powinniśmy dbad o wszystkich. Kolega M. będzie miał twardy orzech do zgryzienia, zanim zdobędzie potrzebnych fachowców i konieczne materiały w ruinach spalonego miasta.

19 sierpnia Dwudniowy wypad z kolegą B.S. na poszukiwanie materiałów, lecz tym razem na linie nieczynne: Słupsk - Smołdzino i dalej do Cecenowa i z powrotem do Ustki. Na stacji węzłowej Żelkowo, położonej w lesie, napotkaliśmy ludzi. Ktoś uderzył w gong alarmowy i z przerażeniem patrzyliśmy na wychodzących z rozmaitych nor ludzi różnego wieku i płci. Trzeba się było szybko zdekonspirowad, gdyż mogli nas roznieśd w oka mgnieniu i nikt nigdy nie dowiedziałby się, w jakich warunkach zginęliśmy. Okazało się, że są to uciekinierzy z Warmii i Mazur, których spędzono tu do demontażu torów, a potem o nich zapomniano. Zagęszczenie i warunki bytowe tych ludzi mogły ściąd z nóg nawet nas, którzy przeszliśmy przez piekło okupacji. Zamieszkałe były nie tylko domy mieszkalne od piwnic do strychów, lecz i poczekalnie, magazyny, lokale biurowe, warsztaty, wieża ciśnieo i stacja pomp oraz wszelkie inne zabudowania gospodarcze. Z czego żyli, tego nam nie powiedzieli. Widzieli w nas pierwszych przedstawicieli nowego ładu na tych ziemiach i na naszą propozycję poznosili i ułożyli w stosy przy drodze wszelkie materiały porozrzucane w terenie. Spisaliśmy ilośd poszczególnych materiałów, gdyż zamierzamy je zwieźd w najbliższych dniach. Gdy oddaliliśmy się, ścieraliśmy z naszych twarzy wielkie krople potu... Parszywe miejsce!

20 sierpnia Ho, ho, tempo niebywałe. Dwóch braci zameldowało się dziś i wylegitymowało jako doświadczeni liniowcy. Przybyli z Rzeszowa, zostali jednak rozdzieleni, bo starszy z nich, Kazimierz, wyraził zgodę na udanie się do Przechlewa, na naszą najdalszą południową placówkę, a młodszy, Józef, udał się do Sławna, aby objąd nadzór techniczny nad linią Darłowo Korzybie i odciążyd tym samym kolegę C. Teraz już wygraliśmy. Nie będziemy musieli drżed o każdy pociąg wyruszający na niekontrolowany szlak. Na uzupełnienie naszych szeregów do ilości niezbędnej będziemy jednak musieli jeszcze trochę zaczekad.

23 sierpnia Byłem wczoraj w Koszalinie, aby sprawdzid sytuację w tym rejonie. Po załatwieniu spraw służbowych zrobiłem z kolegą K. mały wypad do miasta. Niestety, nie udał się nam, gdyż już kilkaset metrów od dworca zostaliśmy napadnięci, tak że Straż Ochrony Kolei musiała nas „odbijad”. Dobrze, że wiedzieli o naszym wypadzie do miasta i przybiegli na pierwsze odgłosy strzelaniny. Sądziłem, że przynajmniej w miastach nie potrzeba udawad rzezimieszków, aby byd bezpiecznym. Niech to diabli! Odechciało mi się wszystkiego, nawet dalszej jazdy do kolegi K.K. w Ustroniu Morskim.

26 sierpnia Niedziela! Po raz pierwszy od tygodni chcieliśmy odpocząd, ale w godzinach popołudniowych zaalarmowano nas o zapadnięciu się wiaduktu i zatarasowaniu toru pomiędzy Miastkiem a Słosinkiem. Nie było czasu na domysły, co mogło byd przyczyną tej katastrofy. Postawiliśmy na nogi wszystkich, których mogliśmy osiągnąd. Mechanicy uruchomili bardzo szybko pociąg pogotowia technicznego. Gdy zajechaliśmy na miejsce, zapadał zmierzch. Brygady ratunkowe przystąpiły do usuwania rumowiska stali i betonu, leżącego na torze, a szef i ja szukaliśmy przyczyn. Dobił nas koocowy wynik naszych poszukiwao. Podczas burzy uderzył grom w płytę nośną wiaduktu i pomógł ujawnid się ukrytym w jezdni wiaduktu minom, które zrobiły swoje. A nam się zdawało, że bardzo skrupulatnie przeszukaliśmy każdy obiekt, zanim uruchomiliśmy pociągi. Zrobiliśmy to niestety w tym jedynym przypadku zbyt pobieżnie. Klniemy więc po cichu sami siebie na potęgę. Przyczyna katastrofy jest naszą tajemnicą. Dobrze tylko, że dotąd nikt z drogi i wiaduktu nie korzystał, obyło się więc bez wypadku z ludźmi.

28 sierpnia Usuwanie rumowiska trwało wczoraj przez całą noc i dzieo. Do dyspozycji były tylko przecinaki i młoty do pocięcia tej plątaniny stali zbrojeniowej. Normalnie byłyby aparaty do przepalania, lecz tlenu i acetylenu jeszcze nie ma. Parowóz pomagał wyciągad luźne bryły betonu, ludzie posłabli, bo miano wprawdzie kotły, ale prowiantu nie. Kucharze patrzyli smętnie - prócz kartofli i warzyw z okolicznych pól nic konkretnego im nie dostarczono. Ożywili się dopiero, gdy przyniesiono upolowanego gdzieś dzika - warchlaka, który potem okazał się najpospolitszym borsukiem. Niemniej obiad smakował wszystkim doskonale. Nie tylko my z szefem mamy swą tajemnicę. Mają ją i kucharze.

31 sierpnia Zastanawiam się, czy notowad dalszy ciąg naszych codziennych spraw, tak oderwanych od schematu, jaki zna społeczeostwo o pracy kolejarzy. Bo kogo może obchodzid, że nie dostrzegamy nic oprócz naszych linii kolejowych? Włączyliśmy już blisko ośmiuset ludzi w proces odbudowy, lecz w tej liczbie jest zaledwie dwudziestu Polaków, pełniących funkcje średniego i niższego nadzoru technicznego. W tych warunkach nie dziwimy się wcale, że zgrzyta jeszcze wszystko jak niedotarte i nienaoliwione tryby maszyny, której rozruch był ciężki, lecz nikt i nic jej już nie zatrzyma. A jednak piękne to dni i dlatego może niepowtarzalne.

2 września Wczoraj udał się na ostatnią jeszcze nie obsadzoną placówkę kolega Marian, który postawił jedynie warunek, że placówka ta winna byd położona w lesie. Z tym nie było kłopotu, bo nasze linie przebiegają w 40 procentach przez tereny zalesione. Lecz po co potrzebny jest kolejarzowi las, nie śmieliśmy pytad. Za dużo pytao nie stawiamy w ogóle, aby nie odstraszyd przypadkiem kogoś z tych, którzy chcą nam pomóc. Wystarczy to, co powiedzą sami. Kolega Marian, przybyły z Rzeszowa, jest w ogóle odrębnym typem od reszty kolegów liniowców. Jest młodszy od nas wszystkich - dawno

przekroczyliśmy czterdziestkę - a łobuzerski uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Zyskał od razu naszą sympatię, gdyż wyczuliśmy w nim pokrewną duszę włóczęgi po bezkresnych szlakach. Gdy wskazaliśmy na nieczynną jeszcze linię Bytów - Korzybie i powiedzieli przy tym, że linia ta przebiega przez tereny zalesione, zaświeciły mu się oczy i chciał natychmiast wyruszad. Na penetrację tej czterdziestopięciokilometrowej linii dawaliśmy mu dwa dni czasu - zażądał pięciu. Nie chciał czekad, aż zgłosi się drugi towarzysz wyprawy, i poszedł sam. Przyrzekł jedynie, że będzie notował na zabudowaniach kolejowych datę i godzinę przejścia, aby ułatwid odszukanie, gdy po pięciu dniach nie będzie od niego żadnego meldunku. Czekamy teraz na meldunek, ale takie czekanie ciąży nam bardziej niż nie obsadzona placówka. Możemy się jego powrotu nie doczekad.

5 września Dwudniowa penetracja z kolegą Jerzym nieczynnej linii Słupsk-Budowo dla stwierdzenia, czy nie znajdują się tam jakieś potrzebne nam materiały. Linię tę nazywano linią w dolinie Słupi, gdyż biegnie wzdłuż tej rzeki. Jedyny most przez Słupię jest wysadzony, szyny zdjęto i wywieziono. Tereny te są już bardziej zaludnione, zabudowania stacyjne uległy częściowej dewastacji. Jedynie zabudowania w Budowie są zamieszkałe, ponieważ kolejowa wieża ciśnieo ze stacją pomp dostarcza wodę przez gminny wodociąg mieszkaocom Budowa. Urządzenia wodociągowe obsługuje były kolejarz, autochton, i opłacany jest przez gminę. Pożegnaliśmy go z uczuciem zadowolenia, że na całej tej czterdziestokilometrowej linii znalazł się chod jeden człowiek, utrzymujący w dobrym stanie mienie PKP.

6 września Całośd danych o zniszczeniach na liniach lokalnych węzła słupskiego zebranych w czasie wypadów na te linie spowodowała, że spisaliśmy „akt zgonu”, gdyż nigdy już nie zostaną one przywrócone do życia. Mimo że są to linie lokalne, takie postanowienia bolą. Tym bardziej, że cztery linie biegną przez ziemie Słowioców i Kaszubów, a długośd ich wynosi 160 kilometrów. Zabudowania przejmą gminy, a komunikację w tych rejonach - PKS. Spis odnalezionych tam materiałów otrzymał nasz zaopatrzeniowiec i niech się teraz martwi o ich zwózkę.

7 września Minęło już pięd dni od wyprawy kolegi Mariana w kierunku Bytowa, a nie wpłynął od niego żaden meldunek. Poszedłem więc jego śladem, by go odszukad. Znalazłem go po 25 kilometrach marszu na stacji Barnowo, gdzie urządził sobie siedzibę. Naprawiał z całym spokojem aparat telefoniczny, a gdy mnie zobaczył, zaniemówił. Ja nie! Zalałem go wiązką naszych kolejarskich życzeo. Gdy wysłuchał, co miałem na wątrobie, nastąpiło serdeczne powitanie, a potem omówienie spraw jego nowego rejonu pracy, co przeciągnęło się do późnego wieczora. Spaliśmy w lesie. Zawsze to pewniejsze niż puste zabudowania.

8 września Dwudziestopięciokilometrowy marsz powrotny z kolegą Marianem do najbliższej czynnej stacji. Brygady naprawcze zostawiliśmy pod opieką ich brygadzistów, autochtonów.

10 września Pociągi kursują już i w kierunku Bytowa, lecz na razie tylko do Barnowa. Wysadzony most na rzece Kamienicy nie pozwala jechad dalej. Zabieramy się do jego odbudowy, ale potrwa to kilka miesięcy. Wisi resztkami sił na wysokości 20 metrów nad wąską rzeczułką, płynącą w szerokim jarze. Cisza leśna, w jaką schronił się kolega Marian, przerwana została gwizdem parowozów i stukotem przejeżdżających pociągów, których uruchomienie przyspieszył jego wypad w tę głuszę. Nie może więc mied do nikogo żalu o to zakłócenie ciszy. No i na koocowej stacji Barnowo zyskał współtowarzyszy ze służby przewozów. Nie potrzebuje teraz spad w lesie.

24 września Jestem prawie codziennie w innym miejscu, nie notuję więc powszednich spraw bieżących. Sprawdzam działalnośd naszych placówek liniowych, słucham narzekao kierowników tych placówek na brak potrzebnych sił roboczych oraz sprzętu, wysłuchuję utyskiwao na braki w zaopatrzeniu. Pomagam rozwiązywad problemy bieżące, wspólnie szukamy możliwości napraw różnych zniszczeo, możliwości użycia materiałów zastępczych, sposobów wciągnięcia nowych ludzi w nasze szeregi. Niekiedy brak komunikacji zatrzymuje mnie dłużej. Gawędzimy wtedy wieczorami przy lampce „cocacoli” własnej produkcji, poznaję ich przeżycia w okresie minionej wojny, dowiaduję się o sprawach najbardziej poufnych. Poznaję ich psychikę, niekiedy nieco spaczoną przejściami wojennymi, ich troski osobiste i rodzinne. Radzę, jak umiem i jak mogę, zachęcam do wytrwania, dodaję otuchy, chod sam bym jej potrzebował, gdyż mam takie same troski jak oni. Oni mają przynajmniej swe stałe siedziby, ja prowadzę życie koczownicze pomiędzy jedną placówką a drugą. Lecz mnie nie wolno okazywad słabości, zniechęcenia. Muszę byd akumulatorem, z którego koledzy mogą czerpad siły do przetrwania tego trudnego okresu tutaj, muszą mied we mnie oparcie, powiernika. Sam fakt, że jestem i słucham, sprawia im ulgę. Wiedzą, że na drugi dzieo wyjadę i znowu zostawię ich samych z całym balastem odpowiedzialności za bezpieczeostwo pociągów na powierzonych im stacjach i szlakach i że po pewnym czasie wrócę ponownie jako ich starszy kolega i doradca. Ludzie ci nie mają czasu myśled o tym, że tkwią w samym wirze przemian historycznych i że są współtwórcami nowych dziejów tych ziem. Zapomnieli już, jak wygląda ośmiogodzinny dzieo pracy, normalne życie rodzinne, normalne warunki bytowania.

30 września Dwa dni telepałem się po rozebranej linii Szczecinek-Słosinek. Linia ta ma byd odbudowana w pierwszej kolejności jako brakujące ogniwo kierunku południe - północ. Trzeba było zebrad dane techniczne o rzeczywistym stanie wszystkich znajdujących się na tej linii obiektów.

Wóz, ciągniony przez wychudzoną szkapę, podskakiwał po podkładach, z których zdjęto szyny. Woźnica autochton i strażnik z karabinem byli mymi współtowarzyszami w tej wycieczce „linioznawczej”. Jechaliśmy ze świadomością, że gdzieś jakaś zapomniana mina położy kres naszej wędrówce. Mówiliśmy mało, bo przeszkadzało nam podskakiwanie wozu i obawialiśmy się przygryźd języki, które już i tak krwawiły. W Białym Borze zatrzymało nas dwóch kolejarzy w wyblakłych od starości mundurach. Uznałem ich za prawowitych gospodarzy tej odciętej od świata stacji i wylegitymowałem się, po czym oni okazali mi własne legitymacje jeszcze sprzed 1939 roku. Innych zresztą wszyscy nie mieliśmy. Tkwią na tej stacji już trzy miesiące i pilnują całości urządzeo kolejowych, czekając na odbudowę linii. Prowadzili dziennik czynności, który przedłożyli mi do wpisu ich rzeczywistej obecności, bo na razie nikt o nich nic nie wie. Przyrzekłem zameldowad o ich istnieniu w Szczecinku, najbliższej czynnej stacji, aby wysłali tym zagubionym pionierom odsiecz.

3 października Po każdym powrocie spotykam w naszym oddziale nowych współpracowników różnego wieku i płci, z którymi zżywam się bardzo szybko. Obowiązuje tutaj dyscyplina koleżeoskości w najwyższym wymiarze. Jak świetnie idzie praca w takim zespole! Nie żal mi mitręgi ubiegłych dni, gdy widzę radośd kolegów z mych powrotów. Ten zespół techniczno-administracyjny oblicza na podstawie meldunków i notatek, zwłaszcza z linii jeszcze nieczynnych, sumy potrzebne do odbudowy, porównuje ze wskaźnikami ekonomicznymi, oblicza potrzebne siły robocze i okresy pracy, zestawia spisy potrzebnych materiałów - wszystko to razem decyduje o dalszym istnieniu lub nieistnieniu linii, które pożoga wojenna wyrwała z sieci komunikacyjnej, i tak rzadkiej na tych ziemiach.

7 października Liniami, które już uruchomiliśmy, napływają codziennie nowi osiedleocy. Ci z nich, którzy przystąpią do odbudowy osiedli i miast oraz obiektów przemysłowych, będą mieli zadanie ułatwione. Mają już do dyspozycji kolejowe drogi dowozu i dojazdu. A technologia ich pracy będzie na pewno wyższa od naszej... Pracujemy w najprymitywniejszych warunkach i najprymitywniejszymi narzędziami. Szyny skraca się łamiąc po nacięciu przecinakami, a na miejsce ułożenia przeciąga się linami po wałkach na drewnianych jezdniach. A więc technika mniej więcej z okresu budowy piramid. I niestety, odpowiedni do tego postęp robót. Brygady odbudowy mostów i przepustów warzą w kotłach odpadki papy smołowcowej, zebranej ze zniszczonych dachów, i uzyskaną w ten sposób maź używają jako masy izolacyjnej. Innej nie ma, a czekad nie możemy.

14 października Spędziłem znów kilka dni na wozie przy objeździe linii Korzybie-Polanów-Bobolice i Polanów-Sławno. Miasto Polanów jest odcięte od reszty sieci kolejowej, a był tu pięciokierunkowy węzeł kolejowy. Jedyne chyba małe miasteczko, które miało dwa dworce kolejowe. Ciężkie warunki terenowe nie pozwalały na złączenie trzech linii w jednym miejscu. Dużo wysadzonych mostów. Prawie co kilometr musieliśmy zjeżdżad z torowiska, aby szukad brodu w rzeczkach. Przy takich eskapadach nocujemy w terenach bezludnych na wozie; czuwamy na zmianę, aby ktoś nie ukradł nam szkapy skubiącej trawę na przyległych łąkach. Żywnośd zabieramy ze sobą lub zdobywamy prawem koczowników. W drodze powrotnej musieliśmy prosid o pomoc posterunek MO w Polanowie. Wymagały tego nasze puste żołądki i puste kieszenie. Ugoszczono nas typowo po polsku, no a potem musiano nas i przenocowad. Odwiedzamy zresztą każdy napotkany posterunek MO, aby przekazad meldunki o naszej obecności, gdyż posterunki MO mają przeważnie połączenia telefoniczne. Lecz i tych posterunków jest jeszcze zbyt mało. Meldunku z Polanowa szef nie otrzymał, może byliśmy zbyt głodni lub z innych przyczyn zapomnieliśmy o wysłaniu. Szef zaalarmował więc wszystkie placówki kolejowe, w których uważał nasze zjawienie się za możliwe. Gdy tylko się zjawiłem, cały niepokój minionych dni wylał na mnie. Miałem się z pyszna. No cóż, niekiedy i troskliwośd jest ciężka, zwłaszcza gdy szef nie umie dobierad zbyt troskliwie słów przy powitaniu. Niech mu bogowie tego nie liczą! Za długo nie miał meldunków o naszym istnieniu. Nie pomogło nawet tłumaczenie, że szkapa to nie pociąg ekspresowy.

21 października Przez cały tydzieo wędrówka z placówki do placówki. Stoją już one o własnych siłach, koledzy zdążyli zorganizowad swe zespoły kancelaryjne i brygady remontowe i wszędzie widad już rękę gospodarzy terenów kolejowych. Tam gdzie zajadę, jestem jak w domu. Cały mój dobytek, do koca podróżnego włącznie, wożę z sobą. Nigdy nie wiadomo, gdzie będę musiał nocowad. Koledzy, nasi kierownicy placówek liniowych, już się zadomowili i myślą o sprowadzeniu rodzin. Byłoby to gwarancją, że nie rzucą któregoś dnia diabłu na pożarcie wszystkiego i że nie staniemy wobec konieczności szukania zastępców.

28 października W minionym tygodniu dokonałem z kolegą Marianem wypadu na nieczynną i nie znaną nam jeszcze linię Bytów-Miastko. Przebyliśmy pieszo 65 kilometrów, notując zniszczenia i opisując stan wszystkich obiektów kolejowych. Linia ta położona jest najbliżej naszych starych ziem, tereny są zamieszkałe, nie było więc żadnych niespodzianek przy wyszukiwaniu noclegów. Zniszczenia na tej linii są tak wielkie, że musimy i ją spisad na straty. Nie może byd mowy o jej odbudowie w obecnych warunkach. Brak po prostu sił i środków. Jeden tylko wysadzony most w pobliżu Miastka, przerzucony przez szeroki i bardzo głęboki jar, na dnie którego wije się rzeczułka Studnica, będzie wymagał kilku lat pracy, a takich mostów jest więcej. Odbudowę musimy zostawid tym, co przyjdą po nas.

4 listopada Zmorą naszą są tymczasowe wojenne mosty drewniane, chwiejące się i trzeszczące pod przebiegającymi po nich pociągami. Łatamy je, jak możemy, przy czym napotykamy w pobliżu nich na miny, które rozbrajają i usuwają robotnicy naszych brygad roboczych. Innego wyjścia nie ma, musimy i w tym zakresie byd samowystarczalni. Ale to wszystko razem śni się nam po nocach w koszmarnych snach!

11 listopada Przeszedłem na zapisy cotygodniowe, nie starcza czasu na notatki codzienne. Sam nie wiem, skąd biorą się nasze siły. Jesteśmy samowystarczalni nie tylko w rozbrajaniu min. Zdobyliśmy gdzieś prawem kaduka małą drukarenkę obrotową z kompletem czcionek i drukujemy na niej nie tylko potrzebne nam i naszym placówkom formularze, lecz nawet różne przepisy, przechowane w pojedynczych egzemplarzach jeszcze z roku 1939, które wysyłamy na linie. Nie wiem tylko, skąd nasz zaopatrzeniowiec bierze potrzebny do tego papier. Lecz to już jego sprawa. Naszą drukarenką imponujemy innym. Niech to diabli, jak można cieszyd się z takich drobnostek! Ale tak niekiedy bywa, że nie imponuje odbudowany most, lecz zdobyta gdzieś i uruchomiona drukarenka. Może dlatego, że nie należy to do naszego zakresu pracy?

18 listopada O istnieniu naszej dyrekcji nadal nic nie wiemy. Nie mamy z nią nawet połączenia telefonicznego. Pracujemy na prawach udzielnych przedsiębiorstw, co jest w tych warunkach nieocenioną zaletą. Gdyby tak obowiązywała przedwojenna biurokracja, nie kursowałby chyba dotychczas żaden pociąg!

25 listopada Szeregi nasze powiększają się powoli, lecz stale. I to nie tylko nasze, lecz innych służb także. Mechanicy mają już tyle parowozów, ile potrzeba, aby udawad normalny ruch pociągów. Lecz na odmianę coś się im psuje. Podobno brak im paliwa. Nie wiemy dokładnie, bo unikają nas, aby nie musieli się przed nami wstydzid. No bo tak krzyczeli o szyny, aby mogli po nich jeździd, a teraz wycofują jeden pociąg po drugim, pomimo że szyny leżą. Fatalna sprawa!

2 grudnia Mechanicy rzucają się na każdy otrzymany wagon węgla, jak gdyby to były bryły złota. W mig dokonują rozładunku wagonów i nawęglania lokomotyw, aby znów uruchomid kilka pociągów i po ich powrocie wycofad je z rozkładu jazdy, ułożonego z takim trudem przez przewozowców, bo następny wagon węgla nie nadszedł. Stoicki spokój zachowują jedynie łącznościowcy, chod ich urządzenia są już nieco przeciążone wysyłanymi do zagłębia węglowego prośbami, ponagleniami, pogróżkami, groźbami.

Nic nie pomaga! Zaoferowaliśmy mechanikom złote szyny, aby tylko uruchomili pociągi. Ich odpowiedzi nie można powtórzyd. Gdy się ściemni, idą zalewad robaka. Lecz gdy w najlepsze przy tym klną, dowiadują się od umyślnego, że znów nadszedł wagon węgla. I zaczynają da capo...

9 grudnia Zaczynamy już wszyscy unikad dworca, aby nie wstydzid się przed pasażerami. Załamała się także i Gdynia, wycofując jeden pociąg po drugim. Słupsk został odcięty od Gdyni, tego pola startowego tylu osiedleoców. Lębork jest ostatnią stacją, dokąd docierają. Miasto nie może ich pomieścid i wzywa, aby ich zabierad dalej na zachód. Wołanie w próżnię!

16 grudnia Nareszcie wszystko idzie utartym szlakiem. Paliwa jest dośd! Sytuację uratowali górnicy nadsyłając tyle węgla, ile potrzeba. Pociągi wysyłane do Lęborka po osiedleoców brane są tam przez nich szturmem. Na zewnątrz wagonów wisi więcej pasażerów, niż może się zmieścid wewnątrz. Patrzymy na to, jak się patrzy na oblepiony trutniami plaster miodu. A mechanicy przed wyruszeniem w drogę wzywają wszystkie potęgi niebios i piekieł, aby tylko dowieźd tych niesfornych pasażerów do ich nowych siedzib. No i dowożą. Dopiero w takich momentach odwracania się kart historii widad, jak jesteśmy potrzebni!

31 grudnia Pierwsza gwiazdka na Ziemiach Odzyskanych minęła uroczyście i bez niespodzianek. Połowa naszych kolegów wyjechała na urlop do swych rodzin, reszta musi dyżurowad za siebie i za tych, którzy wyjechali.

Bilans roku 1945 zamykamy załogą liczącą tysiąc trzysta osób. I to wszystko rozsiane na blisko 500 kilometrach linii. Plac odbudowy wcale niemały. A jeszcze przed sześciu miesiącami było nas tylko ośmiu. Gdy patrzymy wstecz, nie widzimy wcale wysiłku, jaki trzeba było włożyd w przetrwanie tego okresu. Może dlatego, że byliśmy tak pochłonięci naszą pracą? Teraz już stoimy na nogach, ciężki rozruch mamy poza sobą. Inne służby techniczne także zrównały się w ogólnym biegu do normalizacji pracy PKP na tych ziemiach. Czuję ten okres w kościach, wyjeżdżam więc na tygodniowy urlop do rodziny. Szef obejdzie się przez ten tydzieo bez zastępcy. A mamy „taaakiegoooo” szefa!!!

Stanisław Olszak Pierwsze lata

Spisanie własnych wspomnieo, i to sprzed lat kilkunastu, nie jest dla mnie rzeczą łatwą. Pamiętnikarstwo to przecież pewien rodzaj twórczości pisarskiej, stojącej poza zasięgiem mych skromnych umiejętności i możliwości. Jeśli pomimo to pokusiłem się o spisanie własnych wspomnieo, to niewątpliwie stało się to wskutek bodźca „Polityki” w postaci konkursu „Pamiętniki inżynierów”. Uświadomiłem sobie koniecznośd przypomnienia jednym, a opowiedzenia innym o tym, jak w pierwszych trudnych latach po drugiej wojnie światowej tworzyło się polskie życie na przywróconych naszej ojczyźnie Ziemiach Zachodnich. Trzeba koniecznie, chociażby na przykładzie małego wycinka wydarzeo, który omawiam, powiedzied, w jakich warunkach i z jakimi trudnościami rodził się polski przemysł, jego ludzie i późniejsze jego osiągnięcia. Tych, co zechcą to przeczytad, proszę o pobłażliwośd i wyrozumiałośd. Byłem jednym z wielu techników, którzy od pierwszych chwil po wyzwoleniu budowali polski przemysł, uruchamiali produkcję. Czynią to i dzisiaj z coraz lepszymi wynikami, i czynią to na pewno dużo lepiej, aniżeli potrafią o tym sami pisad.

Było lipcowe ciepłe popołudnie 1945 r. Wolno szedłem do domu. W kieszeni miałem skierowanie oraz wolny bilet na przejazd kolejowy do Kamiennej Góry, otrzymane przed chwilą w Komitecie Miejskim PPS. Wybierałem się na „Zachód”. Co skłoniło mnie do takiej decyzji? W miasteczku, w którym mieszkałem, nie było żadnych perspektyw otrzymania pracy, tym bardziej pracy w moim zawodzie chemika. Jedyny znajdujący się tam duży zakład przemysłowy zionął pustką i patrzył na przybyszów martwymi pniami fundamentów po wywiezionych przez Niemców maszynach i urządzeniach. Nie zanosiło się na jego szybką odbudowę i uruchomienie. Pracy trzeba było szukad tam, gdzie można było ją znaleźd. Nie mogłem też dłużej byd ciężarem dla rodziców, którzy wyniszczeni wojną wegetowali w tych pierwszych miesiącach po wyzwoleniu, a w koocu sami musieli szukad możliwości egzystencji na innym terenie. Czy pociągała mnie wówczas chęd przeżycia tzw. wielkiej przygody? W pewnym sensie tak. Ale wpływ jej na postanowienie wyjazdu był raczej znikomy. Decydowały przede wszystkim bardziej prozaiczne, ale równocześnie bardziej realne potrzeby codziennego życia. Nie zatrzymuję się nad szczegółowym opisem przebiegu samej podróży, gdyż odbywała się ona w sposób typowy dla ówczesnych czasów. Była więc jazda w świniarkach po szerokim torze z Tarnowa do Katowic, był tłok i przekleostwa, jazda na dachach, stopniach i zderzakach, był incydent ze strzelaniną na stacji w Nysie itd. Po kilkudniowym pobycie u znajomych w Piastowie, skąd robiłem wypady dla poznania terenu, wylądowałem ostatecznie w Wałbrzychu, gdzie zamierzałem podjąd pracę w przemyśle chemicznym.

W tzw. Zamku, dawnej willi małżonki księcia Pszczyoskiego, zgłosiłem się do pełnomocnika rządu do spraw przemysłu chemicznego, mgra inż. W. M. Przywitał mnie z radością, potrzebował bowiem dużo ludzi do pracy. Otrzymałem skierowanie do fabryki kwasu siarkowego. Jak oświadczył pełnomocnik, był to zakład mało zniszczony i nadający się do szybkiego uruchomienia. Tak więc dnia 3 września 1945 r. podjąłem ostatecznie pracę w przemyśle kwasu siarkowego, w którym zresztą pracuję do dnia dzisiejszego. Z mianowanym już uprzednio dyrektorem zakładu, inż. Z. B., mieliśmy przejąd fabrykę od wojsk radzieckich. Zaopatrzeni w odpowiednie nominacje i pisemne pełnomocnictwa, udaliśmy się do zakładu. Leżał on w kompleksie fabryk należących kiedyś do niesławnego koncernu I. G. Farbenindustrie. Sam moment przejęcia był bardzo krótki i zabawny. Komendant załogi radzieckiej, oficer w stopniu majora, po zapoznaniu się z naszymi dokumentami oświadczył krótko: „Bieri wsio”, i wyszedł z biura. Po piętnastu minutach ściągnął posterunki, pozostawiając nas swemu losowi. Pierwszą naszą czynnością było wywieszenie biało-czerwonej flagi w najwyższym punkcie zakładu. Miałem trudności z wejściem na komin fabryczny. Jeszcze w tym samym dniu urząd pełnomocnika rządu przydzielił nam oddział straży przemysłowej dla zabezpieczenia zakładu. Byliśmy zatem panami sytuacji: mieliśmy fabrykę, dobrze pilnowaną we dnie i w nocy przez uzbrojone posterunki. Można było przystąpid do uruchomienia produkcji.

W przeciwieostwie do większości miast i zakładów pracy położonych na Ziemiach Zachodnich, Wałbrzych nie ucierpiał od działao wojennych. Ani samo miasto, ani też jego fabryki nie były zniszczone i prawie od razu mogły podejmowad produkcję. Tak było i w naszym wypadku. Zakład składał się z dwóch bliźniaczych ciągów produkcyjnych, mogących pracowad niezależnie od siebie. Jeden z tych ciągów był prawie całkowicie zdatny do ruchu. Posiadał tylko nieznaczne braki w pompach kwasoodpornych, kilka uszkodzonych zbiorników cyrkulacyjnych, rurociągów kwasowych i inne, raczej drobne uszkodzenia. Natomiast ciąg drugi był bardziej zniszczony. Kilka pocisków artyleryjskich uszkodziło wieże produkcyjne, potężne wały żeliwne pirytowych pieców prażalnych były popękane, a urządzenia pompowni kwasu - częściowo zdemontowane. Doprowadzenie tego ciągu do stanu umożliwiającego podjęcie produkcji było sprawą trudniejszą, wymagało bowiem środków finansowych i przede wszystkim nakładów materiałowych, i to w materiałach specjalnych, o których w tym czasie nie było co marzyd. W magazynach zastaliśmy pewien zapas podstawowych surowców, a mianowicie kilkaset ton pirytu i kilkanaście ton kwasu azotowego. Zapasy te zabezpieczały kilkudziesięciodniową produkcję. Produkcję postanowiliśmy uruchomid w możliwie krótkim czasie. Nie było jednak załogi, tego najważniejszego elementu w procesie produkcyjnym. Na bramie zakładu wywiesiliśmy ogłoszenie wzywające wszystkich byłych niemieckich pracowników do natychmiastowego zgłoszenia się do pracy. Efekt był nadspodziewany. W przeciągu dwóch dni zgłosili się dosłownie wszyscy Niemcy,

którzy kiedyś tu pracowali. Brakowało tylko jednego, który zginął w czasie zajmowania miasta. Tylko sobie wiadomymi kanałami zdołali się skomunikowad ze sobą i wzajemnie zawiadomid o podejmowaniu pracy, pomimo że kilku z nich mieszkało poza Wałbrzychem. Między innymi razem z załogą zgłosił się były dyrektor zakładu, dr L. Ericksen, władający zresztą dobrze polskim językiem, oraz kilku innych pracowników inżynieryjno-technicznych i administracyjnych. Drowi Ericksenowi powierzyliśmy stanowisko kierownika laboratorium. Na odprawie z załogą niemiecką dyrektor jasno postawił cel działania: z dwóch istniejących systemów produkcyjnych skompletowad jeden, podjąd produkcję i utrzymad ją na jak najwyższym poziomie. Od Niemców zażądał bezwzględnego posłuszeostwa i oddania sprawie wszystkich swych umiejętności i wiedzy zawodowej. Niemcy zabrali się natychmiast do pracy. Trzeba obiektywnie stwierdzid, że była to załoga dobra, o wysokich kwalifikacjach. W tej sytuacji prace uzupełniające przy aparaturze i przygotowania do uruchomienia produkcji posuwały się szybko naprzód. Nas, Polaków, było tylko dwóch. Pełniliśmy ogólny nadzór, pilnowaliśmy staranności wykonania prac, no a przede wszystkim pilnowaliśmy Niemców. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie można im zawierzyd, że traktują nas oni jak wrogów i intruzów, którzy są, ale niedługo się wyniosą. Tymczasem Niemcy byli posłuszni i zdyscyplinowani. W owym okresie często pracowaliśmy z dyrektorem na zmiany, prace trwały bowiem bez przerwy całą dobę i trzeba było również po południu i nocą dopilnowad robót. Nieraz w nocy idąc przez ciemny teren fabryki czy zakamarki hal myślałem, że przecież Niemcy, którzy w takiej chwili mieli nade mną bezwzględną przewagę fizyczną wynikającą z ich liczebności, mogliby zrobid ze mną, co tylko by chcieli. Sprawcy mogli łatwo zbiec. Później, gdy bliżej ich poznałem, zrozumiałem, że bali się oni mnie samotnego bardziej, aniżeli ja ich w kupie. Pomyślałem sobie, jak wyglądałyby sprawy, gdyby sytuacja miała się odwrotnie: dwóch Niemców dąży do uruchomienia nieczynnego zakładu, a polska załoga ma im w tym pomagad. Jestem przekonany, że fabryka albo w ogóle by nie ruszyła, albo uruchamiano by ją z ogromnym opóźnieniem i chyba bardzo kulawo. W pierwszych dniach października 1945 r. produkcja ruszyła. Rozpaliliśmy piece prażalne i uzyskaliśmy pierwsze tony kwasu siarkowego. Były to pierwsze tony polskiego kwasu wyprodukowanego w Wałbrzychu. Po kilku dniach rozruchu osiągnęliśmy maksymalną dla ówczesnych warunków produkcję. Cieszyliśmy się ogromnie. Nie żal nam było tego trudu i wysiłku, jaki włożyliśmy w uruchomienie zakładu, nie żal tych znojnych dni i nieprzespanych nocy, bo efekty były widoczne. Uruchomiliśmy produkcję, ale jeden z zasadniczych agregatów, a mianowicie elektrofiltr, nie został oddany do ruchu. Niemcy twierdzili, że nie da się go uruchomid z powodu uszkodzenia izolatorów kwarcowych. Specjalista elektryk demonstrował nam efektowne i niebezpieczne przebicia na tych izolatorach przy napięciu 55 tysięcy volt. Dr Ericksen potwierdzał opinię elektryka. Sami, jako niefachowcy, nie mogliśmy sprawdzid prawdziwości tych twierdzeo.

Później okazało się, że elektrofiltr był od początku zdatny do ruchu. Można przypuszczad, że Niemcy celowo wprowadzali nas w błąd, zdając sobie sprawę z faktu, że praca bez elektrofiltru będzie dla aparatury absorpcyjnej brzemienna w skutki i że musimy w ten sposób fabrykę „zajechad”. Na razie jednak było wszystko w porządku. Produkcja szła, tylko zapasy surowców zaczęły się szybko zmniejszad. Po miesięcznej produkcji zaczęło nam brakowad surowców, a przede wszystkim pirytu. Byliśmy w owym czasie właściwie bezpaoskim zakładem. Znikąd nie mogliśmy oczekiwad pomocy. Trzeba było liczyd jedynie na własną inicjatywę i własne siły. Nie pamiętam już, skąd rozeszła się pogłoska, że Niemcy zmagazynowali gdzieś na Dolnym Śląsku większe zapasy pirytu. Nikt jednak nie umiał powiedzied, gdzie miały się one znajdowad. Dyrektor wydal jedynie zresztą możliwą w tych warunkach decyzję: Szukad! Przydzielił mi samochód osobowy i polecił nie wracad bez pirytu. Miałem wtedy okazję dokładnie zwiedzid ten piękny zakątek naszego kraju. Chyba niewiele zostało takich miejscowości, w których nie prowadziłbym poszukiwao. Zaglądałem do różnych zakładów, fabryk, magazynów i instytucji, myszkowałem po różnych zakamarkach i dziurach. Widziałem wiele ciekawych i interesujących rzeczy, widziałem i ogrom zniszczeo wojennych. Trudno było wówczas uwierzyd, że uporządkowanie, odbudowa i przywrócenie do życia tego wszystkiego będzie możliwe w tak krótkim czasie, w jakim to rzeczywiście nastąpiło. Wydawało się, że trzeba będzie na pewno dziesiątków lat na to, by zatrzed ślady wojny, by tereny te mogły zatętnid życiem. Rzeczywistośd w jakże krótkim czasie rozwiała te wątpliwości. Dziś, gdy patrzymy na pracujące fabryki, na wznoszone na Ziemiach Zachodnich coraz to nowe domy i całe miasta, wydaje się nam, że jest to coś zupełnie normalnego, że tak było tu zawsze. Trzeba jednak pamiętad, że kiedyś, gdy przyszliśmy na te ziemie, odziedziczyliśmy straszliwą spuściznę i że było tu zupełnie inaczej. Moje ówczesne tournée po Dolnym Śląsku mogłoby stad się interesującą wycieczką, gdyby nie przygniatająca świadomośd, że ciągle nie znajduję pirytów. Po dwóch tygodniach poszukiwao powróciłem z niczym. Pirytu nie znalazłem. W naszych magazynach zapasy były na wyczerpaniu. Groziło zatrzymanie produkcji. Dopiero w kilka dni po powrocie z mojej wyprawy, będąc delegowany do Ścinawy nad Odrą w zupełnie innych sprawach, natknąłem się w porcie rzecznym na olbrzymią, zawierającą kilka tysięcy ton hałdę wysokogatunkowego pirytu flotacyjnego z Norwegii, zmagazynowanego tam przez Niemców. Zabezpieczenie zakładu w podstawowy surowiec stało się wtedy już tylko kwestią zorganizowania załadunku i przewozu, co - jakkolwiek nie bez trudności - udało się przeprowadzid w stosunkowo krótkim czasie. Nasze kominy nie przestawały dymid.

W początkowym okresie pracy - za którą zresztą nikt nam nie płacił - gdzieś do jesieni 1945 r., korzystaliśmy z usług zjednoczenia węglowego zarówno w zakresie administracji ogólnej, jak i w sprawach socjalno-bytowych. Między innymi zaopatrzenie w żywnośd prowadzone było przez sklep przemysłu węglowego, a także korzystaliśmy ze stołówki - zresztą bardzo dobrze zorganizowanej gdzie otrzymywaliśmy bezpłatnie śniadania, obiady i kolacje.

W koocu 1945 r. do naszego zakładu zaczęli napływad dalsi polscy pracownicy. Byli to zarówno pracownicy fizyczni, jak i umysłowi. Pamiętam, że na 1 stycznia 1946 r. było nas już siedmiu Polaków. Jednym z pierwszych był Mieczysław S., którego postanowiliśmy wyszkolid na maszynistę kolejki napowietrznej, dowożącej surowiec z magazynów do pieców. Był to człowiek młody, pochodzący ze wsi. Wywieziony do Niemiec na roboty rolne, później znalazł się u Andersa i stamtąd do nas przybył. Utkwił mi on szczególnie w pamięci, gdyż trudno mu się było dostosowad do pracy w fabryce, co dużo nas kosztowało i było bardzo kłopotliwe. Obsługując kolejkę elektryczną przez dłuższy czas ustawicznie palił silniki napędzające. Zmuszało nas to do częstego ich przewijania i doprowadzało do ciągłych przerw w produkcji. To samo, chociaż nie w tak drastycznej formie, występowało i u innych nowo angażowanych pracowników, których przybywało coraz więcej. Olbrzymia większośd z nich rekrutowała się z Polaków powracających z Niemiec, a tylko nieznaczny procent pochodził z dawnej Małopolski wschodniej i innych części kraju. Z drugiej strony dosłownie na palcach można było policzyd tych robotników, którzy mieli jakiś staż robotniczy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z przemysłem. Ci ostatni wywodzili się ze wschodnich rejonów, z okolic Drohobycza i Borysławia. Z tymi mieliśmy najmniejszy kłopot. Jakkolwiek nie znali oni naszego przemysłu, procesu produkcyjnego i stosowanej technologii, ale pracowali już kiedyś w przemyśle, taki organizm, jakim jest fabryka, nie był im obcy, umieli współżyd ze sobą i współpracowad, mieli wyrobione poczucie obowiązku i dyscypliny, stanowili ten nieznaczny zresztą odsetek załogi, z którym można się było dogadad i na którym można było polegad. Natomiast olbrzymią większośd stanowili ludzie surowi, którzy nie tylko nie znali chemii, ale i przemysłu w ogóle. Bardzo trudno było im przestawid się na taki tryb życia i pracy, jakiego od nich wymagano, i bardzo trudno nagiąd do pewnej koniecznej organizacji i dyscypliny. Większośd zgłaszających się do pracy byli to ludzie młodzi, w wielu wypadkach zdeprawowani przez wojnę. Prowadzenie w tych warunkach produkcji i utrzymanie normalnej pracy zakładu wydawało się zadaniem ponad siły. Ale nie było wyjścia. Niemcy będą wysiedlani i nadejdzie moment, kiedy będziemy musieli ich wszystkich zwolnid. Naszym zadaniem było przygotowanie na ich miejsce załogi polskiej. Trudno dzisiaj w szczegółach opisywad, jak przebiegało przyuczanie do pracy w przemyśle i przyuczanie do zawodu. Do każdego Niemca dodawaliśmy polskiego robotnika z zadaniem najpierw przyglądania się i poznawania zakresu i sposobu wykonywania pracy, później stopniowego przechodzenia na pracę pod nadzorem Niemca i w koocu na zupełnie samodzielne wykonywanie czynności. Załoga niemiecka bardzo niechętnie przekazywała swe umiejętności, a często złośliwie nie korygowała błędów naszych robotników, doprowadzając nieraz do poważnych zaburzeo w produkcji. Zdarzały się wypadki, że musieliśmy zwalczad obojętnośd Niemców i oduczad Ich przyglądania się z uśmiechem na ustach, jak niewyszkolony Polak nieświadomie szkodzi produkcji. Stopniowo zaczynaliśmy zwalniad z pracy tych Niemców, na których miejsce mieliśmy już jako tako przygotowanych polskich pracowników. Minio to decyzja o natychmiastowym zwolnieniu wszystkich Niemców, jaką otrzymaliśmy w połowie 1946 r., zastała nas niezupełnie przygotowanych. Produkcja kwasu siarkowego metodą wieżową, jakkolwiek dawno znana, nie jest do dnia dzisiejszego na tyle

opanowana, aby można skutecznie i szybko usuwad zaburzenia w procesie technologicznym. Sam proces jest bardzo czuły na wszelkie odchylenia od wymaganych parametrów i jako taki - trudny do prowadzenia. Trzeba dobrej znajomości zawodu i dużej praktyki, aby móc nim właściwie kierowad. Tymczasem my tych umiejętności nic posiadaliśmy w pełni. Produkcja, a z nią i wszystkie wskaźniki technologiczno-ekonomiczne huśtały się na wysokiej amplitudzie. Nie było jednak rady, trzeba było ten krytyczny okres przetrzymad. A nie przychodziło to łatwo. Przy nie ustabilizowanym procesie i dużych wahaniach parametrów bardzo niekorzystnie układało się między innymi zużycie surowców, a przede wszystkim kwasu azotowego. Nie był przy tym najważniejszy wzrost kosztów, bo w okresie tym produkowało się jeszcze za wszelką cenę. Zasadniczą sprawą był wielki deficyt kwasu azotowego, zdarzały się przestoje produkcji z powodu jego braku. Zjednoczenie nic w tej sytuacji nie mogło pomóc. Co prawda często przyjeżdżał do nas inspektor techniczny, lecz rola jego ograniczała się do rejestracji stanu faktycznego, zgłaszania pretensji w takiej czy innej sprawie dotyczącej produkcji i sposobu jej prowadzenia oraz do udzielania instruktażu co do prowadzenia procesu. Nie na tym jednak polegały nasze trudności. Co jest źle i jak byd powinno - tego byliśmy świadomi. Nie wiedzieliśmy natomiast, jak prawidłowo poprowadzid proces przy niewyszkolonej załodze, która mając najlepsze chęci popełniała nieraz kardynalne błędy. Szybkie postępy w szkoleniu załogi utrudniało jeszcze jedno zjawisko - fluktuacja. Była naszą zmorą przez długi okres czasu i często niweczyła nasz wielomiesięczny trud i nakład pracy. Produkcja kwasu siarkowego nie jest produkcją przyjemną i najzdrowszą. Występujące pylenie, którego źródłem są wypałki pirytowe, oraz kwaśna atmosfera od tlenków siarki i azotu, a także możliwośd poparzenia kwasem stwarzają zawsze potencjalne niebezpieczeostwo dla zdrowia ludzkiego. To jedna z przyczyn fluktuacji. Zawsze przyjemniej i na pewno bezpieczniej jest pracowad na przykład w zakładach lniarskich czy w fabryce porcelany, do których częśd naszych pracowników odchodziła, aniżeli w fabryce kwasu, tym bardziej że zarobki kształtowały się mniej więcej na tym samym poziomie. Drugą przyczyną ucieczki naszych pracowników była duża konkurencja. Wałbrzych jest miastem silnie uprzemysłowionym i możliwości uzyskania pracy zawsze były. Szczególnie silnym konkurentem był dla nas przemysł węglowy. W naszym zakładzie wymagało się od robotnika wysokich kwalifikacji, znajomości prowadzenia stosunkowo skomplikowanego procesu. Węgiel potrzebował dużo ludzi i do prostszych robót. Byle mied dostateczny zasób sił fizycznych i pracowad z dobrą wydajnością, to właściwie już było wszystko. Oczywiście nie mówię tu o tych zawodach górniczych, które wymagają specjalistów dużej klasy. No i węgiel w przeciwieostwie do naszego zakładu znacznie lepiej płacił. I to był chyba ten zasadniczy motyw. Nawiasem mówiąc, tej przywary niskich płac chemia nie wyzbyła się do chwili obecnej, chociaż coraz bardziej urasta do rangi przemysłu narodowego. Nadmierna fluktuacja była więc naszą kulą u nogi i jedną z tych trudności, której nie mogliśmy przełamad. Statystycznie rzecz biorąc, w okresie tym załoga nasza wymieniała się w ciągu roku dwukrotnie. Nie oznacza to, że wszyscy pracownicy się zmieniali. Bardzo wielu spośród tych, którzy rozpoczynali wówczas pracę, pracuje tam do dziś. Ta stała grupa stanowiła trzon, na którym opierała się praca zakładu. To był ten kolektyw, dzięki któremu fabryka mogła w ogóle istnied.

Wszyscy ci ludzie zdobyli zawód, zdobyli prawo do uważania się za fachowców wysokiej klasy. Doprowadzili do wydźwignięcia wałbrzyskiego zakładu na przodujące miejsce w kraju, miejsce, które dzierży od wielu lat. Spośród tych ludzi wyrośli i tacy, którzy zaczynając od prostych robotników, nie mających żadnego przygotowania, ukooczyli technika i wyższe uczelnie i dziś zajmują odpowiedzialne stanowiska w przemyśle. Są oni dzisiaj dyrektorami dużych zakładów przemysłu chemicznego, są głównymi mechanikami i innymi odpowiedzialnymi pracownikami. Ale wtedy, w 1946 r., borykali się ze swoją nieznajomością rzeczy, niefachowością i trudnym do opanowania procesem produkcyjnym. Borykali się i z tymi trudnościami, które leżały poza nimi, jak braki w zaopatrzeniu w materiały i aparaturę, pojawiające się raz po raz braki surowców itd. Jeśli mimo to zdołali wytrwad i nieraz w bardzo ciężkich warunkach pracowad za nie najlepsze wynagrodzenie, to chyba zasłużyli na uznanie, zasłużyli, aby tej ich pracy nad odbudową, uruchomieniem i utrzymaniem produkcji przemysłu na przywróconych nam Ziemiach Zachodnich słów kilka we wspomnieniach z tamtych dni poświęcid. Pisząc o załodze, trzeba dla stworzenia pełnego obrazu wspomnied również o kadrze kierowniczej i pozostałych pracownikach umysłowych. Tak się jakoś składało, że z administracją nie było właściwie nigdy większych kłopotów. Ludzi tam nie brakowało i obsada była zawsze mocna, a w niektórych działach, np. w zaopatrzeniu - wręcz znakomita. Dzięki tej właśnie administracji i jej dobrej pracy usunięto z drogi załodze produkcyjnej wiele przeszkód i złagodzono wiele trudności. Gorzej, a w pewnych okresach zupełnie źle, przedstawiała się sprawa kadry technicznej. W początkowym okresie było nas dwóch, przy czym dyrektor był inżynierem chemikiem, a następnie trzech, gdyż doszedł jeszcze jeden kolega, technik chemik. Później, po odejściu dyrektora i tegoż kolegi, zostałem sam. Co prawda nowo mianowany dyrektor był również inżynierem chemikiem, ale był to człowiek starszy, tuż przed emeryturą, niedołężny i zupełnie nie znający produkcji kwasu. Zresztą wcale tego nie ukrywał i wielokrotnie powtarzał, że przez wiele lat przed wojną był dyrektorem tylko od reprezentacji jednego z koncernów Gieschego. Za prawdziwego dyrektora nie uważał się nigdy z powodu - jak mówił - zbyt niskiego funduszu dyspozycyjnego, jakim mógł rozporządzad. Byłem przeto właściwie jedynym chemikiem i jedynym technikiem w zakładzie. Przy tym brak mi było nie tylko praktyki zawodowej, ale i doświadczenia życiowego. Nominację na dyrektora technicznego fabryki otrzymałem bowiem mając 22 lata. Średni i niższy dozór techniczny również nie posiadał odpowiedniego przygotowania. Dla przykładu można podad, że szefem produkcji był u nas wówczas laborant aptekarski, a kierownikiem warsztatu - kierowca samochodowy, dopiero co zdemobilizowany z wojska. Same dobre chęci i zapał nie zawsze wystarczały. Nic więc dziwnego, że fabryka przeżywała okresy wzlotów i upadków i trzeba było kilku lat, aby sytuacja na odcinku kadrowym ustabilizowała się i poprawiła.

W początkowym okresie naszej pracy nie brak było różnych innych kłopotów... Było już późne popołudnie, a narada przedstawicieli zakładów odbywająca się w Zjednoczeniu jeszcze trwała. Właśnie dyrektor Zjednoczenia zaczął podsumowanie, gdy odwołano go do telefonu. Po

chwili powrócił mocno zdenerwowany i oświadczył, że w moim zakładzie w Wałbrzychu jest poważna awaria. Pobiegłem do telefonu. Szef produkcji poinformował mnie, że poprzedniej nocy uległ uszkodzeniu na skutek korozji od kwasu główny kabel siłowy, zasilający piecownię, że nie ma możliwości jego reperacji oraz że mimo usilnych poszukiwao nie udało się znaleźd takiego kabla na terenie Wałbrzycha. Powróciłem na salę obrad i prosiłem dyrektorów zakładów o przyjście z pomocą, podając charakterystykę potrzebnego kabla. Dyrektor fabryki kwasu w Kielcach oświadczył, że kabel taki posiada i wieczorem po powrocie do zakładu wyśle go samochodem. Późną nocą powróciłem do Wałbrzycha i na miejscu stwierdziłem, że rzeczywiście sytuacja jest poważna. Poniemiecki rurociąg kwaśnych ścieków był uszkodzony, co powodowało już od dłuższego czasu korodowanie kabla (o czym nie wiedzieliśmy), aż wreszcie doprowadziło do jego uszkodzenia. Częściowo uspokoiła mnie jednak obietnica dyrektora z Kielc. Spodziewałem się, że rano otrzymamy potrzebny kabel. Tymczasem nadeszła telefoniczna wiadomośd z Kielc, że zaszła pomyłka co do charakterystyki kabla, że oni mają inny, niż my potrzebujemy. Zatem cała doba została stracona na oczekiwaniu. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza; groziło wygaśnięcie pieców, równoznaczne z całkowitym zatrzymaniem zakładu na czas dłuższy. Wszczęliśmy ponowne poszukiwania wykorzystując wszelkie możliwe drogi, aż do ministerstwa włącznie. Godziny płynęły, a kabla ciągle nie było. Trzeba przy tym pamiętad, że działo się to tuż po wojnie, że zdobycie kilkudziesięciu czy chociażby kilkunastu metrów takiego kabla nie było rzeczą prostą nie tylko dla naszego zakładu, ale i dla tych wszystkich ludzi, którzy nam pomagali szukad. W koocu po południu nadeszła wiadomośd z zakładu energetycznego w Wałbrzychu, że potrzebny kabel jest w posiadaniu „Elektromontażu” we Wrocławiu. Natychmiast wsiadłem w samochód i na pełnym gazie pojechaliśmy do Wrocławia. Samochód ciężarowy z ludźmi miał wyjechad tuż za mną. Do Wrocławia przybyłem już po godzinach urzędowych i trzeba było około dwóch godzin jazdy po mieście, aby ustalid miejsce, gdzie kabel się znajduje, oraz uzyskad zgodę dyrektora „Elektromontażu” na jego wydanie. Ten ostatni, wyrwany wieczorem z rodzinnych pieleszy, początkowo nie chciał nawet słyszed o wydaniu kabla. W koocu zgodził się, lecz nie przystał na obcięcie z całego bębna potrzebnych nam 70 m. W formie pożyczki zabraliśmy cały bęben, jego ciężar dośd znacznie przekraczał nośnośd naszego półtoratonowego gazika, który po kabel przyjechał. Kabel został załadowany i wyruszyliśmy w powrotną drogę. Nasz gazik aż stękał pod takim obciążeniem, ale jakoś jechał. Na kilka kilometrów przed Świdnicą, już w nocy, nastąpił krach. Samochód przeciążenia nie wytrzymał. Załamał się tylny most. Nerwowo naradzaliśmy się, co zrobid. W tym momencie nadjechał milicyjny motocykl od strony Świdnicy. Zatrzymałem go i prosiłem o pomoc. Jeszcze nie zdążyli zawrócid do Świdnicy, gdy od strony Wrocławia nadjechał poniemiecki opel-blitz załadowany jarzynami. Ktoś wiózł jarzyny z Kalisza do Wałbrzycha i bardzo się spieszył, by na rano dowieźd świeże na miejsce. Gdyby te wszystkie klątwy, jakie na mnie rzucił po otrzymaniu od milicji polecenia wyładowania jarzyn i przejęcia dalszego transportu kabla, miały się sprawdzid, dawno już skonałbym w straszliwych męczarniach. Nie było jednak rady. Głośno lamentujący handlarz został w szczerym polu na stercie

swych jarzyn, a my po dokonaniu przeładunku kabla (bęben o mało nie spadł nam na ziemię przy przetaczaniu z jednego samochodu na drugi) pojechaliśmy dalej. O godzinie trzeciej nad ranem przystąpiliśmy do instalowania kabla. Był to ostatni moment. Piece wygasały. Tymczasem, gdy nasza wyprawa się przedłużała, załoga sprytnie podtrzymywała w nich żar za pomocą przenośnego silnika spalinowego, jaki gdzieś w starych gratach wygrzebała i uruchomiła. Wspomniałem poprzednio, że uruchamiając fabrykę w 1945 r. nie oddaliśmy do ruchu elektrofiltru na skutek rzekomych uszkodzeo. W miarę upływu czasu praca systemu produkcyjnego stawała się skutkiem tego coraz gorsza. Pyły porywane z pieców prażalnych razem z gazami osiadały w wieżach i zatykały je. W koocu doszło do tego, że opory wież, a w szczególności wież Gay-Lussaca, które wypełniane były koksem, wzrosły do tęgo stopnia, że prowadzenie produkcji stało się wprost niemożliwe. Stosowane płukania dawały co prawda pewne doraźne efekty, ale były one tylko częściowe i krótkotrwałe. Uświadomiliśmy sobie wtedy w pełni, czym dla fabryki jest poprawnie pracujący elektrofiltr. Nie mając własnych specjalistów do uruchomienia takiego agregatu, zaczęliśmy się rozglądad za wypożyczeniem ich z innych zakładów. I wtedy okazało się, że sprawa nie jest tak prosta, jak początkowo wyglądało. Ze sprowadzonych do nas kilkunastu specjalistów żaden nie podejmował się uruchomid elektrofiltru, tym bardziej że nie było żadnej dokumentacji, a nawet schematu. Specjaliści tacy w Polsce na pewno byli, chociażby w przemyśle metali nieżelaznych, ale jakoś nie natknęliśmy się na nich, nie mogliśmy nawiązad kontaktu. i wtedy zgłosił się starszy już wiekiem elektryk, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Kiedyś pracował na kolej w Opolu, a wówczas był już na emeryturze. Podjął się uruchomienia. Nie mając innego wyboru, zgodziliśmy się powierzyd mu tę sprawę. Wraz z przydzieloną do pomocy grupą ludzi dokonał starannego przeglądu i konserwacji wszystkich urządzeo elektrofiltru i po kilkudziesięciu - zresztą początkowo nie wszystkich udanych - próbach poszczególnych elementów tego urządzenia zgłosił jego gotowośd do generalnej próby. Okazało się przy tym, że uszkodzenia izolatorów, których doszukiwali się Niemcy, oraz inne wady były tylko wymysłem. Były dyrektor naszej fabryki z okresu administracji niemieckiej, dr Ericksen, który z uwagi na swoje wysokie kwalifikacje zawodowe nie został zwolniony z pracy i wysiedlony, lecz przeniesiony do pracy w laboratorium badawczym sąsiadujących z nami zakładów koksochemicznych, przez cały czas trwania prac przy elektrofiltrze żywo interesował się ich przebiegiem. W przeddzieo rozruchu również nas odwiedził, a na wiadomośd, że nazajutrz elektrofiltr ma ruszyd, wykazał duże ożywienie i niedowierzanie. Na moment uruchomienia czekaliśmy z niecierpliwością i olbrzymim niepokojem. Wreszcie chwila ta nadeszła. Nasz opolski specjalista uruchomił prostowniki i zaczął podnosid napięcie na elektrodach komór osadczych. Była to denerwująca chwila: wytrzyma czy nie? Wytrzymało pełne 55 tysięcy volt. Wtedy nasz elektryk przyznał się, że po raz pierwszy w życiu miał do czynienia z tego rodzaju urządzeniem. (Dr Ericksen nie przybył na uruchomienie elektrofiltru. Okazało się, że nie przyszedł do pracy. Ani w tym dniu, ani nigdy więcej. Po sześciu miesiącach od daty uruchomienia odpylacza otrzymaliśmy od niego pocztówkę, w której zapytywał, jak elektrofiltr pracuje. Kartka nadana była z Brazylii.)

Oddanie do użytku elektrofiltru stanowiło ostatni krok na drodze do pełnego uruchomienia zakładu. Tym wydarzeniem zamknęliśmy pierwszy okres naszej pracy nad przywróceniem do życia jednego z wielu zakładów na południowo-zachodnich kraocach naszego kraju.

Tadeusz Wronka Z ruin i zgliszcz
Inżyniera Piotrowicza9 poznałem w grudniu 1945 roku w Lubaniu, w czasie pobytu u znajomych. Zaprosił ich na wieczorek towarzyski. Mając mnie na głowie, próbowali odmówid. Ponieważ nie należał do ludzi, których łatwo odprawid z kwitkiem, powiedziano mu wreszcie o żywej przeszkodzie. Oburzony bawieniem się w tego rodzaju subtelności, zaprosił znajomych razem z przeszkodą. Kilka godzin rozmów, bezpośredniośd gospodarza, wspólnie klejone kołduny miały mied istotny wpływ na moje dalsze losy. Inżynier Piotrowicz, który wrócił do Polski z Pierwszą Armią Wojska Polskiego po trzydziestu sześciu latach pobytu w Związku Radzieckim, stanowił typ człowieka nadzwyczaj energicznego, przedsiębiorczego, o szybkiej decyzji, odznaczającego się fantazją i bezpośredniością. Niemalże natychmiast, jednostronnie, przeszedł w rozmowie ze mną na „ty”. Jak się później okazało, zwracał się w ten sposób prawie do wszystkich. Szczególnie komiczne było jego mieszanie form, np. panie inżynierze, gdzie idziesz, dlaczego nie chcecie... Nasza zasadnicza rozmowa miała przebieg mniej więcej taki: - Ty, słuszaj, wot, jak twoje imię? - rzuca Piotrowicz. - Moje...? Tadeusz. - Nu, dobra. Charaszo. - ??? - U innie brygada, dobra brygada. Wot! - Tak, rozmawialiśmy o tym, słyszałem o niej. Sądzę, że tego rodzaju praca musi byd bardzo ciekawa. - Jasne szto tiekawe! - Wymaga jednak dużo inicjatywy, doświadczenia i chyba trochę ryzykanckiej żyłki. - Nu, wot. A szto ty robisz? - Właściwie trudno powiedzied. Praktycznie jeszcze nic stałego. Interesuje mnie praca w fabryce, hucie. Rozglądam się. - Przychodź do mnie. Roboty dużo, ot dla młodych ludiej kak raz! No, kak? Trzeba stwierdzid, że szybkośd załatwiania była nawet jak na powojenne tempo wręcz szokująca. W dotychczasowych rozmowach sprawy brygady przewijały się dośd często, ale idąc na spotkanie towarzyskie i w ogóle mając własne plany, nie byłem przygotowany na tego rodzaju propozycje. Energiczny gospodarz nie dawał jednak za wygraną.
9

Ze zrozumiałych względów nazwiska osób podaję w zmienionym brzmieniu, co nie narusza autentyzmu faktów i sytuacji.

- Nu, szto? Lepszej roboty teraz i tak nigdzie nie połuczisz. - Ale ostatecznie, co ja miałbym w tej brygadzie robid? - mimo woli zacząłem przechodzid na bardziej rzeczowy tok rozmowy. - Na czym polegałaby moja funkcja? Przecież trzeba się na każdej robocie jakoś znad. - Ja tiebia nauczę. Wsio poznasz. Budiesz moim zastępcą. Pasmotrisz, poszukasz w ruinach, tu pojedziesz, tam. Poprowadzisz demontaż i rozliczenia. No, eti akty zdawczo-odbiorcze. - I to wszystko? - A szto, mało? Ale budut i inne sprawy. Ja, widzisz, ja imieju kłopoty z jazykiem. Ty napiszesz, co trzeba. Nu, pismo, wot, kancelaria. Rozumiesz? Rozumied, to rozumiałem. „Wot” panna do wszystkiego. Zwłaszcza tam, gdzie byłby potrzebny język polski, niemiecki oraz utrzymanie porządku w papierach kancelarii. Urzędnikiem jednak nie miałem ochoty zostad. Interesowała mnie technika. Ciągnęło na Górny Śląsk. - Rozumiem, będę też załatwiał wszystkie drobiazgi administracyjne, pisał na maszynie, obliczał zarobki? - Nie. Budziet sekretarka. - Będzie? Aha. - Nu? Zgoda? Od jutra. - Chwileczkę. A jeżeli pana nabiorę, nadużyję zaufania i zniknę? Tak razem z wozami i materiałem?! - Nie podprowadzisz!!! - A jeżeli jednak? - Ty nie kłopotaj sia! Ja mnogo znaju. Wot i szto tiepier? - Hm... Ta cholerna wojna wreszcie się skooczyła, a pan chce jeszcze ryzykowad? Wie pan... to i ja może zaryzykuję... Może to i nie będzie stracony czas. Tylko musiałbym dowiedzied się czegoś dokładniejszego o pana brygadzie. Ki czort z niej, na jakich zasadach działa? Pan mnie rozumie, prawda?

Inżynier Piotrowicz przebywał w październiku 1945 roku w małej, nadgranicznej mieścinie na kraocach Ziem Odzyskanych, w Zawidowie. Przypadek zrządził, że stał się mimowolnym świadkiem rozmowy prowadzonej przez kilku dobrze już podpitych mężczyzn. Mówili o prowizjach idących w setki tysięcy złotych, o załatwieniu łapówek z ochroną granicy, o jakimś towarze, wagonach. Zaintrygowany tematem zaczął ostrożnie śledzid rozmówców. Trafił za nimi na rozbity dworzec kolejowy, opuszczony przez ludzi, zatłoczony różnego rodzaju wagonami zdewastowanymi i jeszcze zdolnymi do ruchu. Po dłuższej penetracji stwierdził, że wśród taboru znajduje się tam aż pięddziesiąt osiem wagonów załadowanych płytami i blokami miedzi, tysiącem ton cennego surowca dla głodujących właśnie fabryk. Inżynierskie serce mocno drgnęło na ten widok.

Sprawdził sytuację: na zardzewiałych torach prowadzących do sąsiadów, mimo nieczynnej przecież linii kolejowej, znad było jakieś ślady. Wokół zapomniane pustkowie, żadnych zabezpieczeo: tylko dwu żołnierzy pilnowało rozległego terenu stacji, a uczciwośd łuną nie biła z ich oczu. Postanowił zawiadomid kogoś o swoim odkryciu. Wykluczył terenowe władze, wyciągnął bowiem wniosek, że albo one jeszcze nie istnieją, albo działają tak, że ten problem, niestety, nie ruszy ich z miejsca. Pojechał do Łodzi, tymczasowej stolicy kraju. Tam informacja jego nie została zbagatelizowana. Z przedstawicielem Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, uzbrojony w mnóstwo zaświadczeo i pełnomocnictw - został skierowany do Katowic, gdzie właśnie organizował się Centralny Zarząd Przemysłu Elektrotechnicznego, CZPE. Tu go przyjęto gorąco, wręcz entuzjastycznie. Tu najdokładniej wiedziano, że praktycznie nie zniszczone fabryki kabli w Płaszowie oraz Ożarowie stały z powodu braku surowca; ludzie czekali na pracę: UNRRA zwlekała z dostawą właśnie miedzi. Inżynierskie serce Piotrowicza biło pełnią radości i satysfakcji... Szybko wysłano do Zawidowa grupę fachowców. Zastała ona pięddziesiąt pięd wagonów. A więc trzy albo odjechały do bardziej przedsiębiorczych pobratymców, albo też w odkrywczym zapale całośd uprzednio źle przeliczono. Pozostała jednak ilośd miedzi wystarczająca do zasilenia fabryk na kilka miesięcy ruchu. Pełnomocnik rządu spowodował „postawienie na nogi” stacjonującej w okolicy jednostki wojskowej. Wzmocniono konieczne posterunki, przeprowadzono orientacyjną inwentaryzację. Zaalarmowano DOKP Wrocław. Przy pomocy specjalistów kolejowych oraz wojska skompletowano pociąg zdatny do ruchu, dokonano koniecznych przeładunków. Następnie oczyszczono, podreperowano i prowizorycznie uruchomiono linię kolejową. Po kilku dniach pracy w obłędnych warunkach - pociąg z miedzią ruszył i potoczył się z szybkością pięciu kilometrów na godzinę w kierunku czekających fabryk. Inżynierskie serce... Ale to domena poetów i liryków. CZPE oczywiście nie wypuścił ze swych objęd i drugiej cennej zdobyczy - inżyniera Piotrowicza. Zaproponowano mu zorganizowanie brygady demontażowej, która miałaby za zadanie odszukiwanie zniszczonych obiektów przemysłowych i w zależności od decyzji władz zwierzchnich zabezpieczyła je lub demontowała. Zdobytymi w ten sposób maszynami, urządzeniami, surowcami i półfabrykatami miałaby też zasilad wytypowane do odbudowy fabryki Dolnego Śląska. Jako bazę wypadową ustalono Lubao Śląski. Delegat CZPE miał stałą siedzibę w Jeleniej Górze. W listopadzie 1945 roku Zarząd Miejski Lubania w ciągu dwu godzin - to były czasy! - wydał przydział na czworobok uprzednio wyszukanych budynków z solidną i nie zniszczoną bramą, chyba jedyną w miasteczku. Tam miały się mieścid w pełni wyposażone mieszkania dla przyszłych pracowników, a obwarowane podwórze miało byd garażem ciężarówek. Podczas tychże dwu godzin wydany został również przydział na pomieszczenia dla magazynów oraz na willę przeznaczoną na biuro i mieszkanie inż. Piotrowicza. Były więc garaże, przydział na pięd ciężarówek był także. Musiał inżynier zająd się tym, by „słowo stało się ciałem”. Bez pojazdów nie można było rozpocząd powierzonej mu pracy. Jeszcze raz pojechał do Łodzi. Sobie wiadomymi sposobami, opromieniony chwałą odkrycia zawidowskiej miedzi - zdołał w kilka dni zrealizowad przydziały, chod miał wielu poważnych konkurentów, chod jeszcze i dziś

trudno wydębid dla zakładu samochód, a co dopiero wtedy, zaledwie w kilka krótkich miesięcy po długiej wojnie. Pięd zupełnie nowych, niedotartych trzytonowych ciężarówek typu ford-canada przetransportował Piotrowicz do bazy w szyku niemal bojowym. Musiał zabezpieczyd je przed wieloma ewentualnościami. Chodby takimi, jak niedoświadczenie kierowców, jak handel benzyną poszukiwaną na czarnym rynku. A całkiem możliwa wówczas ucieczka kierowcy z wozem? I na znacznym odcinku zupełnie nieznany teren, bez drogowskazów, bez ludzi na szlaku lub z ludźmi, ale zdolnymi do grabieży i rozboju nawet w biały dzieo. Dotarł z maszynami do Lubania szczęśliwie. Tu uprzednio, przy szukaniu pomieszczeo na magazyny i garaże, ustalił pierwszy obiekt działalności demontażowej - spalone zakłady zbrojeniowe. Główna hala całkowicie zniszczona, częśd pomieszczeo pomocniczych jeszcze w stanie możliwym do zagospodarowania, mała kotłownia do ogrzewania hal właściwie nie uszkodzona. W spalonej hali setki obrabiarek i maszyn wśród masy stłuczonego i nadtopionego szkła, wśród powyginanych i poskręcanych konstrukcji, zwalonych murów, tynku, gruzu. Częśd maszyn była całkowicie spalona i zardzewiała. Jednak po dokładniejszym rozpatrzeniu tego przemysłowego cmentarzyska, tu i ówdzie można było znaleźd gniazda obrabiarek w stanie możliwym do regeneracji. Piotrowicz wiedział, że w rękach polskich mechaników, ślusarzy i elektryków maszyny te ożyją i będą mogły jeszcze pracowad. Pewnie, że nie tak precyzyjnie jak przed pożarem, ale na okres przejściowy, przy prostszych pracach zdadzą egzamin użyteczności. Wiedział, że w całej Polsce robotnicy uzupełniają, poprawiają dla uruchamianego przemysłu wszystko, co tylko jest możliwe i niemożliwe. Zarząd Miejski skierował do pracy w brygadzie ośmiu niewykwalifikowanych Niemców. Pracowali na ustalonych urzędowo stawkach. Rozpoczęli od elementarnych prac oczyszczających, przygotowując przejścia i pasy transportowe. Trzeba było jak najszybciej przystąpid do zabezpieczania maszyn przed dalszą korozją oraz rozpocząd próby kompletowania maszyn z resztek możliwych do złożenia. Powtarzające się typy identycznych obrabiarek upraszczały nieco to ostatnie zadanie. Oprócz niewykwalifikowanych na gwałt potrzebni byli fachowcy. Z wielkim trudem zestawiona grupa mechaników, monterów, elektryków rozpoczęła tymczasową konserwację maszyn. Nafta i towot poszły w ruch, trzeba było możliwie szybko zatrzymad proces dalszego niszczenia najbardziej czułych elementów - części ślizgowych, łożysk, łóż, kół zębatych, przekładni. Brakowało rąk chętnych do tego rodzaju pracy. Obok spalonej hali obiekt ten, przez Niemców zwany „Gema”, posiadał również inne zabudowania i urządzenia. Na dużym placu stały anteny radarowe - były to stanowiska kontrolne dla sprawdzania produkowanej w czasie wojny aparatury radarowej. W pomieszczeniach znajdowało się mnóstwo urządzeo składowych oraz podzespoły radarowych stacji. Cudownie precyzyjne, techniczne cacka. Tysiące przewodów elektrycznych, zacisków, kondensatorów, oporników, przekaźników. Precyzyjne odlewy ciśnieniowe z elektronu, wzmacniacze, lampy elektronowe. Wszystko wyciśnięte z potu i krwi podbitych narodów. Porzucone w popłochu. Niszczejące.

Przyjąłem propozycję inżyniera Piotrowicza i tak się dla mnie zaczęło...

Zamieszkałem oczywiście w Lubaniu. W małej mieścinie zachodniej części Ziem Odzyskanych, właściwie opuszczonej przez bogów i ludzi, ze zrujnowanym dworcem kolejowym, przerwaną komunikacją. Mieścina ta, w znacznym stopniu zniszczona w czasie działao wojennych, trwała półmartwa, głodna i jakby nikomu niepotrzebna. Wolno ściągali do niej Polacy, rozbitkowie wojenni. Zastałem w niej już trochę osadników, trochę mundurowych oraz obdarte i wynędzniałe gromady podopiecznych Paostwowego Urzędu Repatriacyjnego, popularnego wówczas PUR-u, rozglądające się za swoim nowym miejscem na ziemi. Spośród Polaków jednak najbardziej rzucali się w oczy, niestety, ci szukający łatwych zarobków, jakieś podejrzane typy, bezczelne, nachalne. Było ich wielu, dużo więcej niż ludzi innego pokroju. Przyjeżdżali sobie wiadomymi sposobami i odjeżdżali. Na ich miejsca zjawiali się nowi, ich pobratymcy duchowi. W centrum miasta, w rynku, znajdowała się knajpa, jedyny ośrodek tętniący życiem, ale nazbyt głośnym i wulgarnym. Tam przepływały pieniądze, tam załatwiało się brudne interesy, tam „bawili się” ludzie-sępy, do których przylgnęła dziwna nowa nazwa: szabrownicy. Pod murami domów przesuwali się od czasu do czasu Niemcy; pokorni, skurczeni, ze zwierzęcym strachem w oczach. Każdego spotkanego Polaka „częstowali” służalczym pokłonem i słowem „czentopry”. „Czentopry”! Ohydna metamorfoza „nadludzi”. Biały dzieo tego miasteczka to były właściwie jakieś kapiące minuty i godziny, alkoholowe zamroczenia, okres oczekiwania, margines. „Życie i działalnośd” szabrowników rozpoczynały się dopiero w nocy. Odgłosy strzelaniny, łomot wyważanych drzwi, okien, nieludzkie krzyki: pomocy!, hilfe!, ratunku! - były normalnym odgłosem tego „życia”. Ale kto był w stanie wtrącad się w te sprawy w gmatwaninie ruin i ciemności ze świadomością tego, że władza w mieście praktycznie jeszcze nie istnieje. W nocy wyrównywano rachunki te stare, okupacyjne, i te nowe, powstałe przy wódce czy podziale łupów. Rezultaty tych rozliczeo nie mogły byd inne niż rozbita głowa, nóż w plecach. Morderstwo również nie było niczym nadzwyczajnym. Tak więc w pierwszych miesiącach po wojnie charakter mieścinie nadawali wykolejeocy życiowi, a właściwie ohydne ludzkie męty szukające możliwości rozładowania swoich pierwotnych instynktów. Cóż, na pobojowiskach zawsze żerują kruki i hieny. Lubao nie zaskoczył mnie swoją atmosferą. Od kilku tygodni wędrując po zachodnich kraocach kraju, zdążyłem się już otrzed o to dziwne, żyjące z wzajemnego pożerania się, skupisko ludzkich i nieludzkich elementów. Nawet w pociągach przeładowanych do ostatnich granic możliwości, wlokących się w nieprawdopodobnie żółwim tempie, z „psującym się” w szczerym polu parowozem, z koniecznością „smarowania”, aby jechał dalej, z konduktorami zbierającymi od pasażerów w czapki banknoty dziesięcio-, dwudziestozłotowe. Ale mimo wszystko, mimo że tabor nie miał żadnych technicznych przesłanek, aby w ogóle ruszyd z miejsca, mimo że dworce i nastawnie były dokładnie i precyzyjnie zdewastowane - jednak pociągi jeździły. Podobnie w Lubaniu mimo wszystko zaczynało kiełkowad życie, z uporem czepiad się opuszczonych domów, zasypanych gruzem ulic, sklepików obskurnych, ale zaopatrzonych w podstawowe artykuły. Powstawał szkielet zarządu miasta, może nie najszczęśliwiej personalnie obsadzonego: korzystając z oficjalnych uprawnieo niektórzy nabijali swoje kabzy, były ciągłe zmiany na kierowniczych stanowiskach, ciągłe poszukiwanie ludzi, którzy nie mylą pojęcia uczciwośd z pojęciem naiwnośd. Ruszyła tam także fabryka włókiennicza. Ciągnęły pociągi repatriantów, towarowe wagony

załadowane rodzinami z chudym dobytkiem tobołków, ryczących krów, psów na postronkach. Lubao i całe Ziemie Odzyskane chciały żyd normalnym trybem, nie rabunkiem i grabieżą. Trzeba było przygotowad warsztaty pracy. Niemcy pozostawili zdewastowane, częściowo wywiezione, spalone, zniszczone obiekty przemysłowe, szczególnie przemysłu zbrojeniowego, często uruchamiane jako oddziały przy różnego rodzaju fabrykach w małych miastach. W wielu wypadkach, prawdopodobnie licząc na ewentualnośd rychłego powrotu, ukrywali maszyny w najbardziej przemyślny sposób. Pomijając nawet ograniczone możliwości okresu powojennego, z oczywistych względów nie było celowe równoczesne uruchamianie wszystkich spalonych czy zdewastowanych fabryk. W tej sytuacji poszczególne przemysły kluczowe powoływały grupy demontażowe, które miały za zadanie odnaleźd, zabezpieczyd przed dalszym niszczeniem i kradzieżą oraz dewastacją chwilowo bezpaoskie urządzenia. W miarę rozeznania potrzeb zinwentaryzowane mienie przemysłowe zostawało przewożone do uruchamianych zakładów. W ten sposób, mimo całkowitego braku rozeznania i dokumentacji, powstawała szansa szybkiego i możliwie celowego wykorzystania pozostałości przemysłowych odzyskanych terenów. Takie zadania miała brygada Piotrowicza. Należało znaleźd obiekty dotychczas nie zagospodarowane, odzyskad i dostarczyd fabrykom jak najwięcej maszyn i materiałów. Oczywiście o planach, szczegółowych wytycznych i „pełnej dokumentacji” w dzisiejszym tego słowa znaczeniu - mowy byd nie mogło. Od początku do kooca należało samodzielnie wszystko zorganizowad, przygotowad i wykonad. Zwłaszcza na początku jedynymi wskazówkami były słowa. Resztę należało zdobywad własnym przemysłem, różnymi metodami, własną inwencją i pomysłowością. Brak było wszystkiego: pieniędzy, sprzętu, ludzi, środków transportowych, nie brakowało tylko w tym wszystkim smaku swoistej przygody.

Zostałem zastępcą kierownika brygady. Nigdy żadnej nominacji, zaświadczenia czy umowy nie otrzymałem. Nie przychodziła mi nawet na myśl taka koniecznośd. Nie było po temu ani warunków, ani potrzeby. Pracowałem, otrzymywałem jakieś wynagrodzenie. Układów zbiorowych wtedy nie znano. Nie wiedziało się również, co to urlop, co awans, co oznacza formalna dyscyplina pracy. Istniał jednak chyba czynnik najważniejszy: wola działania. Łatwo i szybko zdałem sobie sprawę, że moje obowiązki i zakres odpowiedzialności nie zostaną nigdy ustalone w sposób jednoznaczny. Zapoznałem się więc z całokształtem zagadnieo wchodzących w zakres kierowania i kontrolowania pracy brygady. Stwierdziłem, że dokumentacja w sensie prawnym faktycznie nie istnieje. Na szczęście był dopiero grudzieo, więc brygada pracowała dotychczas bardzo krótko, i z kłopotami, ale można było odtworzyd zasadnicze dokumenty. Po uporaniu się z ważniejszymi dowodami, wziąłem na warsztat ewidencję benzyny. W praktyce pobierali ją sami kierowcy z beczek ulokowanych w piwnicy. Magazynier i dozorca w jednej osobie, staruszek, właściwie na każde życzenie otwierał i zamykał piwnicę. Miłośników reglamentowanej benzyny widocznie w ramach brygady nie przewidywano. Sprawdzone karty drogowe kierowców oraz stan paliwa w magazynach nie zgadzały się, co właściwie było do przewidzenia. Opracowałem więc system pobierania i rozliczeo. Ani system ten, ani zapowiedziane ścisłe kontrole nie wzbudziły

poklasku kierowców. Doszło nawet do dłuższej wymiany zdao, w której nie obeszło się z ich strony bez sięgnięcia do rozlicznych soczystości ojczystej mowy. Niestety, nawet pobrzękiwanie medalami z ostatniej wojny nie zrobiło na mnie wrażenia, chociaż rozumiałem, że coraz częściej spotykane na jezdniach Lubania prywatne motocykle potrzebują -benzyny, że miłośnicy motoryzacji potrafią za nią dobrze płacid. Wydałem odnośne polecenia i uznałem sprawę za definitywnie załatwioną. Ale następnego dnia miałem otrzymad niespodziewaną lekcję. Nauczyłem się, że ustalenia nawet najbardziej przejrzyste i oczywiste to jedno, a wprowadzenie ich w życie to rzecz zupełnie inna. Otóż następnego dnia, jak zwykle rano o godzinie piątej, zjawiłem się w garażu. Samochody miały jechad do „Gemy”, gdzie był przygotowany materiał z demontażu i należało go przewieźd do magazynu. Zastałem samochody przygotowane, kierowcy byli już na miejscu, lecz jakoś dziwnie kręcili się po podwórku, bez uzasadnionej przyczyny. Nie zdradzali zamiaru zajęcia miejsc w szoferkach. W koocu nie rozumiejąc sytuacji zwróciłem się do jednego z nich z zapytaniem, czemu nie wyjeżdżamy. - Co-o? - otrzymałem w odpowiedzi, rzucone jakoś przez ramię. - Dlaczego nie wyjeżdżacie, piąta już minęła - powtórzyłem. - Niech jedzie se ten, co umi tak dobrze liczyd - padło z ust drugiego kierowcy. - Co liczyd? - pytałem, stale jeszcze nie rozumiejąc sytuacji. - Nie udawaj wariata! - Wymyśliłeś liczenie benzyny? - Kroplomierz se fundnij, to łatwiej ją będzie odmierzad. - A po mieście jeździj sobie sam - „wyjaśniał” jeden przez drugiego. - Nam norma nie pozwala. Będzie przepał. Kapnąłeś? - N-no, panowie! - nareszcie coś dotarło do mojej naiwnej świadomości. - Ale nie jesteśmy na ty, to raz. Po drugie: o przepale możemy porozmawiad, ale nie teraz. Po trzecie: wyjeżdżamy. - Nie jadę! Frajerów tu szukają - padła twarda odpowiedź „bohatera” znad Odry i Nysy. Medale błyszczały przy jego zniszczonej kurtce bez dystynkcji. Zawsze je nosił, w każdej sytuacji. Zastanawiałem się, czy również śpi udekorowany nimi. - Odwal się! Nie ma o czym gadad - poparł wyzywająco inny. - Chłopcy, nie róbcie głupstw - próbowałem zbagatelizowad sytuację, po koleżeosku wyjaśnid, co myślę. - Porządek wszędzie musi byd, na to nie ma rady. Nas on też obowiązuje. A jechad też trzeba. Wsiadajcie! Tym razem nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, ale nic się w garażu nie zmieniło. Szczerze mówiąc, stanąłem jak wryty, zupełnie bezradny. Byłem jeszcze zbyt młody, aby umied narzucid swoją wolę i przemyślaną decyzję ludziom, którzy stanowili jednak przypadkowy, niezharmonizowany, brutalny i obojętny zespół. Tak, ich punkty widzenia były różne od moich. Odcięcie lekkich, ubocznych dochodów potraktowali jak zamach na wolnośd, jak akt ubliżający ich godności. Postanowili się

odegrad. I właściwie udało im się, wyraźnie stali się panami sytuacji. Byłem bezsilny, i to tym bardziej że Wachiak, jedyny szofer, który mi zwykle życzliwie pomagał, był oddelegowany na kilka dni do organizowanej fabryki lamp radiowych w Dzierżoniowie. Byłem wściekle bezsilny i nie wiem, czy bardziej zły na siebie za brak umiejętności opanowania sytuacji, czy na nich, że ją wytworzyli. Nagle zobaczyłem wchodzącego Piotrowicza. Szczupła sylwetka, opięta wojskowym płaszczem, ruchy energiczne, nieco nerwowe, kroki drobne, szybkie. Ruszyłem naprzeciw. Podświadomie odetchnąłem, mogłem całą historię przelad na jego barki. - Nu, poczemu nie jedziecie? - rzucił, nim mogłem coś powiedzied. Krótko i zwięźle starałem się streścid sytuację. Kierowcy, w dalszym ciągu patrząc spode łba, kręcili się koło samochodów, z rękoma ostentacyjnie wsuniętymi w kieszenie, dotykając aut najwyżej czubkiem butów nonszalancko obstukujących opony. Piotrowicz, nie wysłuchawszy mnie do kooca, nagle skierował się energicznie do samochodów. - Odejdźcie od maszyn! Won!! - zachrypiał jak lew rozjuszony. - No, już! Nie budu żdad, won! Kierowcy odsunęli się ulegle. Ni to bokiem, ni tyłem, odsuwali się dalej. Dopiero po kilku sekundach, długich jak wiecznośd, jeden z nich wyjąkał: - Tak to...? - tylko na tyle było go stad. - Z mieszkao toże won! W dwie godziny was niet!! A jak nie, to sprowadzę takich, którzy wam pomogą! Ot, swołocz proklata! Ja skazał won?! - Panie poruczniku! Co jest, jak Boga kocham? Na co to gadanie? Przecie nic nie zrobilim! - Ot, dlatego! - Przecie jadziem do „Gemy”. Maszyny gotowe. Tylko wsiąśd. Wsiadamy! - Nie trzeba! Paszli won!! U mienia nada ludzi, co znają, szto znaczy rabotad! Twarz Piotrowicza była wykrzywiona grymasem wściekłości. Zęby mu błyskały z ciągle rozchylonych w krzyku warg. Mięśnie twarzy drgały rytmicznie. Poczułem się sam nieswojo. Chciałem się już wstawid za kierowcami, ale zupełnie nie wiedziałem, jak to zrobid. Piotrowicz omalże biegał po podwórzu, wykrzykując rosyjskie przekleostwa, wygarniając z impetem wszystkie szoferskie grzechy. Tamci stali zgaszeni, jak uczniacy przyłapani na gorącym uczynku, zupełnie inni niż przed chwilą. Widad przerachowali się, nie przewidzieli takiej reakcji. A ja dotychczas nie przypuszczałem, że można tak błyskawicznie odwrócid sytuację. - Panie poruczniku! My tamto tylko tak, z żartów. A bo to nie można? Pan sam często... Więcej się to nie powtórzy. No, co? Przecie nie można tak zostawid roboty, no nie? Wymiana zdao trwała jeszcze dłuższy czas. Sam nie powiedziałem jednak ani słowa. Doszedłem do wniosku, że nie znając taktyki Piotrowicza, mógłbym popsud jego zamierzenia słowami nie w porę. Ale słuchałem całości jak lekcji poglądowej. Obserwowałem nawet drobne, zewnętrzne reakcje.

Wiedziałem, że potem trzeba będzie konflikt spokojnie przemyśled, wyciągnąd z niego dla siebie na przyszłośd wskazówki i wnioski. Ostatecznie wsiedliśmy do samochodów i rozpoczął się normalny dzieo pracy, tylko kierowcy nie byli zbyt rozmowni, ja także. Słowa padały skąpo, te niezbędne. Byliśmy wszyscy powściągliwi, a szoferzy nawet - o, dziwo! - omalże kulturalni. Po kilku dniach postaraliśmy się zapomnied o incydencie. Tylko Piotrowicz któregoś wieczoru wyłożył mi swoje kredo na temat zasad i sposobów kierowania ludźmi, zespołami i pracą. Uczyłem się zawiłych ścieżek współżycia zawodowego, słuchania i rozkazywania, taktyki, całej strategii zmierzającej do uzyskiwania wyników pracy zespołów nawet surowych, obojętnych i prymitywnych. Wprowadzanie przeze mnie jakiejś systematyczności nie skooczyło się, oczywiście, na poprzednich pracach, na rozliczeniach benzyny. Kontrolki pracy oraz podkładki rzeczowe do list płac również nie były w porządku. Odpowiedzialny pracownik i w tym wypadku zaczął się na mnie boczyd. Przygotowane materiały w „Gema” były ważone w skrzyniach łącznie z opakowaniem. Na przykład lampy elektronowe określano wagą brutto i to przy zastosowaniu różnych opakowao. Niczym kartofle wchodziły do dokumentacji, z „fachową” rejestracją w kilogramach. Trzeba było wszystko przepakowad. Niczyje dotychczas i nieznane skrzynie poleciłem oznaczad wywieszkami podającymi numer skrzyni oraz ilości zawartych materiałów. Poleciłem spisywad specyfikacje skrzyo wysyłanych do magazynu. Patrzono na mnie trochę jak na wariata. Nawet Piotrowicz skonsternowany kiwał głową, powtarzając swoje „nu, wot, wot”. Muszę jednak z przyjemnością stwierdzid, że równocześnie popierał moje przedsięwzięcia całym swoim autorytetem. A miał u podwładnych duży, bardzo duży autorytet. Uporządkowaliśmy elementarne sprawy rozliczeo i administracji. Mieliśmy małą, lecz zgraną już brygadę demontażową. Dzielnie dawała sobie radę mimo ciągłego braku elementarnych narzędzi i urządzeo pomocniczych. Samochody były jednak za mało wykorzystane. Szoferzy nudzili się jak mopsy. My też już dysponowaliśmy własnym wolnym czasem - prace demontażowe z „Gemą” szły rozpracowanym trybem, nie wymagając stałej opieki i kontroli. Z tego stanu rzeczy nasuwał się prosty wniosek: uruchomid dalsze punkty demontażu. Teraz przydałby się gazik, ale trudno - jedziemy canadą. Bierzemy dwie beczki benzyny, stare swetry, starą mapę niemiecką i... dużo optymizmu. Jedziemy w ciemno, nie mając żadnych określonych informacji lub wskazówek. Miejscowi Niemcy nie chcą niczego powiedzied, chod wiedzą, bo muszą wiedzied dużo. Stosują swoją zasadę: nic nie słyszeli, niczego nie widzieli, nic nie wiedzą. Jak z obozami koncentracyjnymi, mordowaniem jeoców wojennych i tyloma innymi kwestiami tych jeszcze niedawnych dni „chwały”. Ruszając przyjęliśmy zasadę znaną już chyba przez człowieka jaskiniowego: obserwacji terenu i horyzontu. Interesowały nas oczywiście kominy fabryczne. Widoczne z daleka, ostro górujące nad wszystkim i nie mogące świadczyd o czymś innym, jak o istnieniu jakiegoś ośrodka przemysłowego. Prymitywny to drogowskaz, ale wtedy musiał nam wystarczyd. W przyszłości miało się zdarzad, że mylnie kierował nas do obiektów zupełnie nieprzydatnych lub już uruchomionych. Traciliśmy tylko czas i siły tłukąc się canadą po wertepach. Bywało nawet, że zamiast się ucieszyd, że przecież już coś żyje, już pracuje chod na początkowych obrotach - bywaliśmy przy tym wszystkim w jakiś sposób

niezadowoleni. Odzywała się zawiedziona „żyłka poszukiwaczy”. Ale tym razem mimo bacznego wypatrywania niczego nie dostrzegliśmy po drodze. Owszem, zbaczaliśmy z szosy, kontrolowaliśmy większe zabudowania, przy okazji ocieraliśmy się o cmentarzyska czołgów, działek, broni przeciwpancernej. Nasza canada pracowała solidnie, ale bez rezultatów. W koocu dotarliśmy do Zgorzelca. W skrawku tego miasta pozostawionego po stronie polskiej było cicho, ospale, ponuro. Jedynym rzucającym się w oczy motywem - mundury milicji, wojska, krasnoarmiejców. Ten motyw świadczył o tym, że miasto jeszcze nie zaczęło żyd. Na bocznicy kolejowej dostrzegliśmy jednak węglarki i kryte wagony kolejowe. Wysypywały one ze swego wnętrza ludzi, wozy, zwierzęta, skrzynie - repatriantów, popularnie nazywanych „zza Buga”. Ich niedostatek, wygląd, sposób podróży wzbudzał uśmieszki politowania u wielu ludzi, jeśli nie wręcz gruboskórne drwiny. Ale ciekawe, że tam, gdzie spotykało się repatriantów, powstawały zalążki normalnego życia. Oni zasilali miasteczka i wsie. Oni zaczynali w trudzie i znoju organizowad wszystko od początku. Oni opuszczonym zagrodom i domom przywracali tętno życia, nadawali nowy charakter olbrzymiej połaci kraju. Im w udziale przypadła szara i trudna rola. Po pobieżnym przelocie uliczkami Zgorzelca zdecydowaliśmy się zajrzed na posterunek Milicji Obywatelskiej. Może tam będą coś wiedzied o interesujących nas obiektach? Zamiast kluczyd, wypatrywad czy węszyd, dostaniemy niemal gotowy adres. Przyjęto nas bez oporów, ale słowa padały lakonicznie: w Zgorzelcu wszelkie obiekty zajęło wojsko i nie ma się tu co kręcid, a nawet lepiej się nie kręcid; poza Zgorzelcem działają inne posterunki MO, więc tutejszy ma tylko swoje sprawy na głowie, ale w zupełnie wystarczającej dawce. W ich wypowiedziach czuło się żal, że jacyś przejezdni mają dziwne życzenia, którym trudno sprostad, że przecież bez czyichśkolwiek życzeo milicja spełnia, co do niej należy. Szybko więc skooczyliśmy indagację rozumiejąc, że chłopaki robią, co mogą, i właściwie żadnych pretensji do nich mied nie można. Trudno bowiem byd niemal specem od przemysłu, surowców czy krajoznawstwa, gdy ma się cenzus trzech klas wiejskiej szkoły powszechnej, a wiedzę zdobytą jedynie w lesie lub na trudnym szlaku Lenino-Berlin. Podziękowaliśmy więc i znaleźliśmy się na ulicy, w dalej nie znanym terenie. Czuliśmy się jak „tabaka w rogu”. Siedząc już w canadzie gotowej do startu - ale w którą stronę? - postanowiliśmy wykorzystad nikłą dygresję młodych milicjantów. Otóż żaląc się na ludzi wspomnieli oni o szabrownikach, ich wszędobylstwie i westchnieniach do krainy z miastem Reiehenau (Bogatynią), podobno bogatej, jak sama nazwa wskazuje, ale odciętej od świata, ponieważ linia kolejowa została rozebrana i trudno się tam dostad, a jeszcze trudniej powrócid przy obciążeniu tobołami. Jakoby wzdychano do tej krainy, niczym do niedostępnego Eldorado. Canada popruła więc na południe od Zgorzelca. Wjechaliśmy w iście dziwny kraj. Osadnictwo wiejskie jeszcze tam nie dotarło. Sprawa to oczywista bez wagonów kolejowych nie ma życia, a samochody były wtedy luksusem. Mam na myśli nawet te zwykłe, ciężarowe: gaziki, zisy, studebackery, ford-canady. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąd, opuszczone zabudowania, pola martwe, wysuszone, zachwaszczone. Dawno nie czuły ręki ludzkiej. Wyschnięte badyle żyta, pszenicy, owsa sterczały martwe, jak pośmiewisko wysiłku i potrzeb człowieka. Wysypało się ziarno, wygniły połacie zwalonego wiatrem lub wodą zboża. Nawet pola zasadzone kapustą i ziemniakami sczerniały, nikt nie tknął ich w porze zbioru. A przecież tylu ludzi głodowało. Patrzyliśmy na to początkowo zdziwieni i zaskoczeni, mimo że wszystko było tak prozaicznie proste: miny. Niemcy cofając się zaminowali olbrzymie połacie pól. Była wtedy wiosna,

ziemia już obsiana i obsadzona, położone miny miały czym z czasem zarosnąd. Zbiory przepadły. Użytkowanie ziemi także. Dopiero później, dużo później polscy saperzy wypalali pola i przeszukiwali metr po metrze, narażając życie. Usuwali tysiące, dziesiątki tysięcy min. Wracali ziemię rolnictwu. Były i ofiary - wojna raz jeszcze pokazała swoje prawa zniszczenia i śmierci, swoje dalekosiężne szpony. Wreszcie wjechaliśmy do Reichenau. Miasteczko czyste, faktycznie nie zniszczone, schludne i ciche. Niemal oaza na pobojowisku wojennym. Polskich władz cywilnych po prostu jeszcze nic ma. Zabieramy się do naszej pracy i ustaloną już metodą szukamy obiektów przemysłowych. Nic z tego nie wychodzi, stale trafiamy na przemysł terenowy. Zaczynamy rozmowy z miejscowymi Niemcami oraz spotykanymi żołnierzami. Po dłuższych poszukiwaniach docieramy do obiektu, który trudno jeszcze nazwad fabryką, ale jednak były tam obrabiarki, trochę stali, jakieś detale i części produkowane seryjnie. Fabryczkę zajmowało wojsko. Wylegitymowaliśmy się, a właściwie Piotrowicz, gdyż tylko on posiadał legitymację, upoważnienie i pełnomocnictwa. Przedstawiliśmy nasze zadanie, wyjaśniliśmy cel przyjazdu i zwróciliśmy się o umożliwienie sporządzenia orientacyjnej inwentaryzacji. Nie widad było zachwytu na twarzach żołnierzy, raczej nieufnośd, niechęd. Żołnierze to już tacy chyba ludzie, którzy na wszelki wypadek wolą nic nie wydawad i nie wypuszczad z ręki. Bo a nuż się przyda? Pertraktacje przeciągały się i nic nie zapowiadało pomyślnego kooca. Żal nam było zrezygnowad. Zdawaliśmy sobie równocześnie sprawę z tego, że jeżeli kwestia będzie musiała przejśd do wyższych czynników, to nieprędko doczekamy się decyzji. Nabrałaby przecież wagi paostwowej i wtedy ... klapa. Doczekaliśmy się jednak kapitana, dowódcy stacjonującej tu jednostki. Pertraktacje właściwie potoczyły się od nowa. Na szczęście trafiliśmy na człowieka myślącego, wreszcie mogliśmy szczegółowo wyjaśnid, że będące w ich dyspozycji obrabiarki przeznaczone są do seryjnej pracy; że automaty, nie te do strzelania, zupełnie nie nadają się do skompletowania warsztatu remontowego sprzętu i taboru wojskowego. Że zupełnie gdzie indziej są oczekiwane i będą mogły spełnid swoją właściwą rolę. Kapitan słuchał uważnie, w uwagach wysuwanych przez niego wyczuwało się zamiar znalezienia jak najrozsądniejszego wyjścia. Po przeprowadzonej rozmowie uzgodniliśmy, że pozostają obrabiarki, które można zastosowad w warsztacie, resztę natomiast mogliśmy opisad i po przedłożeniu odpowiednich upoważnieo zabrad. Natychmiast przystąpiliśmy do inwentaryzacji, jak najrzetelniej dotrzymując umowy i przy okazji pouczając wojaków, do czego służą automaty, rewolwerówki, prasy oraz jak je obsługiwad. Stwierdziliśmy, że w sumie mamy trzydzieści kilka maszyn, z którymi nawet specjaliści będą mieli sporo kłopotu, by przestawid je na nową, tym razem pokojową, produkcję. Rezultat raczej skromny. Eldorado nie było dla nas przychylne. Wróciliśmy do Zgorzelca. Byliśmy już na nogach dobrych kilka, jeżeli nie kilkanaście godzin, był więc już najwyższy czas pomyśled o jakimś posiłku. Postanowiliśmy stanowczo nie wracad z niczym do Lubania. Szukad aż do efektywnego skutku. Szukaliśmy więc opuszczając Zgorzelec w kierunku Zawidowa, maleokiego miasteczka, w którego pobliżu pierwszy raz chyba zetknęliśmy się z „egzotyką” tamtych czasów: z rowu wyskoczyła na szosę przed nami grupa ni to żołnierzy, ni dezerterów, ni to zdemobilizowanych, ale z bronią w garściach. - Jazda!! - ryknął dwugłos w szoferce. Canada śmignęła tuż przy odskakujących na boki. W lusterku widad było szybko oddalającą się sylwetkę z lufą automatu wymierzoną wyraźnie w opony.

„Wot, swołocz proklata!! Sukinsyn!” (i tak dalej...) mieszało się w szoferce z polską wersją „łaciny” kierowcy. Po głowie tłukły mi się obrazy z książek niegdyś czytanych o dzikim zachodzie, no i te nie kooczące się opowiastki o aktualnych, niestety, rozbojach na naszym zachodzie. - Każdy chce z czegoś żyd, do jasnej cholery! Ale żeby tak? Tfu! - wreszcie podsumował sytuację kierowca. W Zawidowie uznaliśmy, że należałoby wyprostowad gnaty. O nocleg nie było trudno. A potem, rankiem, przeszukaliśmy teren tego miasteczka. Niestety, bez rezultatu. Ruszamy więc dalej, na Leśną. Tu trafiamy do czynnej już, chociaż pracującej na surowcach jeszcze niemieckich, fabryki włókienniczej. W asyście strażnika docieramy do jej dyrektora, dokładnie informujemy go o powierzonych nam zadaniach. Otrzymujemy odpowiedź, że niczego nie widzi w zakładzie, co mogłoby nas interesowad, oprócz warsztatu remontowego, ale ten z oczywistych względów musi pozostad do dyspozycji zakładu. Nie można mu było odmówid racji. I w żadnym wypadku nie chodziło nam przecież o dewastację, o bezmyślne rozbiórki dające tylko upust chęci działania. Jednak „węch” mówił mi, że coś tu nie gra. Szybko pozbyłem się tego zastrzeżenia, przypisując je powstającemu przeczuleniu, ciągłemu napotykaniu wśród ludzi chęci zamaskowania interesujących nas faktów, ciągłemu liczeniu tylko na kominy i na to, co własne oczy dostrzegły i sprawdziły. Dyrektora pożegnaliśmy życząc powodzenia w pracy fabryki i ruszyliśmy dalej, tym razem w poszukiwaniu spóźnionego śniadania. Z prowadzonych i dochodzących do nas rozmów w knajpce niczego nie można było wywnioskowad. Łatwo można tu było dowiedzied się, gdzie jest jeszcze nie obrabowana willa w pełni wyposażona, gdzie można zdobyd meble, drogie instrumenty muzyczne, futra, ubrania, ale fabrykami nikt się tu nie interesował. A u władz cywilnych? Władze te były w zarodku i dopiero ustalały elementarne sprawy miasta: światło, woda, kanalizacja były dla nich dużo ważniejsze niż nieczynna i zupełnie niepotrzebna jeszcze fabryka. Nie dawaliśmy za wygraną. Z uporem krążyliśmy po mieście i jego okolicy. Wreszcie - są kominy. Bierzemy kierunek na nie, kierowca dodaje gazu. Zbliżają się do nas ich strzeliste kontury, wyłania się cały kompleks zabudowao. Coraz wyraźniej widad barwy ochronne budynków. Brudno-szarozielone nieregularne pasy i plamy. Wyczekiwanie nowego przyśpiesza tętno. Dłużą się chwile emocji. Wreszcie trafiamy pod bramę naderwaną, zniszczoną, tarasującą przejazd. Stajemy. Na wyścigi wyskakujemy z szoferki. Biegnę pierwszy. - Stój! - usłyszałem ostry głos Piotrowicza. Stanąłem. - Dlaczego? - rzuciłem zaskoczony, a nawet rozzłoszczony. - Ty widział miny po drodze? - To było na polach i nie w Leśnej! - odpaliłem. - Ty był na wojnie? Nie! A ja w Berlinie! Tak słuchaj! Wojnę rzeczywiście przeżyłem jako cywil i taki argument, może nie całkiem fair, był zwykle druzgocący. Spotykało się go zresztą dosyd często, dla starych wyg wojennych był zawsze ostatnim

słowem, niemal najwyższą instancją. Po nim dalsza dyskusja nie miała wiele sensu. W duchu zresztą musiałem Piotrowiczowi lojalnie przyznad rację. Teren był nieznany, stanowił kiedyś na pewno obiekt wojskowy, w takich warunkach nigdy nic nie wiadomo, ostrożnośd nie zawadzi. Posuwaliśmy się więc naprzód, obserwując teren dużego placu i drogę wewnątrz fabryki. Wreszcie dotarliśmy do pierwszej hali produkcyjnej. Panował w niej głęboki półmrok. Do jej wnętrza wpadało tylko trochę światła przez powybijane szyby. Ocalałe okna były zamalowane niebieską farbą, szczelnie, dokładnie, z niemiecką pedanterią. Może więc obiekt stanowił dużą wartośd i niczego nie zaniedbano, aby uchronid go od ewentualnych bomb i pocisków? W imię ostrożności wróciliśmy do samochodu po światło. Mieliśmy karbidówki, które dokładnie przygotowane i wyregulowane dawały niezłe światło. Weszliśmy do hali. Była pusta, jeżeli nie uwzględnid śmieci, mnóstwa podartych i nadpalonych rysunków, jakichś elementów stalowych zniszczonych i poskręcanych, rozbitych i powywracanych stołów warsztatowych, resztek narzędzi i oprzyrządowania. Porozbijany beton, ucięte lub powyginane śruby fundamentowe świadczyły o wywiezionych urządzeniach lub maszynach. Częśd powierzchni hali była zalana wodą. Chodziliśmy, patrzyliśmy i każdy zastanawiał się nad tym, co mogło dawniej dziad się w tej dużej, solidnie wykonanej hali. - Hala montażowa - mruknął jakby do siebie Piotrowicz. Własne obserwacje i ta lakonicznie rzucona informacja pasowały do siebie znakomicie. Stary wyjadacz ten Piotrowicz. Teraz na wyścigi zaczęliśmy już ustalad linię technologiczną jeszcze nie znanej produkcji. Ciągnęło nas sprawdzenie wszystkich obiektów fabryki. W dalszym ciągu, zachowując ostrożnośd, spenetrowaliśmy wszystko z wyjątkiem podziemnych korytarzy, drążonych w skale, ciemnych, u wylotu zatarasowanych spiętrzonymi, ciężkimi wywrotkami. Do nich dotarliśmy później, w nich niezawodnie miano ulokowad częśd produkcji, a może nawet jakąś nową, specjalną. Nie zdążono wykonad zamierzeo. Korytarze były nie wykooczone, zalane wodą, bez instalacji sanitarnych i energetycznych. Koniec wojny przerwał tę obłędną inwestycję. Z naziemnej penetracji wynikło, że obiekt, obok podstawowych urządzeo i pomieszczeo, posiada bardzo interesujące nas wydziały obrabiarek, magazyny pełne detali i różnych elementów, znaczną ilośd prętów, płaskowników i kształtowników z rozmaitych gatunków stali oraz dużą ilośd narzędzi. Nareszcie więc i to, narzędzia i sprzęt, coś dla naszych demontażystów! Rozkoszowaliśmy się całym znaleziskiem, nakreślaliśmy plan pracy, zwłaszcza na dzieo następny. Na bieżące dziś mieliśmy dosyd. Podstawą do otrzymania z KERM-u zezwolenia na zajęcie przez nas każdego obiektu była szacunkowa inwentaryzacja. Po uzyskaniu zezwolenia następowało porządkowanie, konserwacja i pakowanie, mogły nastąpid przerzuty do magazynów w Lubaniu lub bezpośrednio do fabryk. Specyfikacje uporządkowanych i zmagazynowanych materiałów kierowaliśmy do delegatury CZPE w Jeleniej Górze i stamtąd otrzymywaliśmy dyspozycje określające, jakie materiały, w jakich ilościach i do jakich zakładów należy przekazad. Chcąc otrzymad jak najszybciej „tytuł własności” z KERM-u i w konsekwencji szybko zasilid materiałem któryś z czynnych zakładów, trzeba było po prostu zasiąśd do pracy. Zresztą śliczne obrabiarki same ciągnęły w swoje pobliże jak silny magnes, podobnie nie rozszyfrowane jeszcze detale, elementy. Zasiedliśmy więc w Leśnej do roboty już następnego ranka. I tak kilka dni od rana do późnego

wieczora zajęci byliśmy charakteryzacją, specyfikacją, liczeniem i zestawianiem wszystkiego, co w tym pobojowisku uznaliśmy za możliwe do wykorzystania w naszym przemyśle. W trakcie tej pracy znów natrafiliśmy na tajemniczą dla nas uprzednio nazwę tego obiektu - „Gema” i na wiele przesłanek, że fabryki „Gema” stanowiły przemysł zbrojeniowy. Chyba jasną jest rzeczą, że praca nasza mogłaby byd skrajnie deprymująca, gdyby opierała się na krótkowzroczności, na okaleczaniu zakładów, które kiedyś w przyszłości mogłyby ożyd. My z bractwa technicznego dobrze wiemy, ile wysiłku kosztuje zmontowanie jednego agregatu, wiemy też, jaki wysiłek towarzyszy ich kompletowaniu w fabrykę wraz z zapleczem oraz jakiego natężenia myśli wymagają chodby rozmieszczenia czy usytuowania zachowujące zgodnośd z twardą logiką produkcji. Na szczęście zdobywane pewniki umacniały przekonanie, Że likwidujemy pozostałości wojny. To nadawało przedsięwzięciu sens i znaczenie. Zaostrzało nawet działanie „żyłki poszukiwaczy”. I tak, dopiero pobieżnie inwentaryzując „Gema II”, takie miano nadaliśmy obiektowi w Leśnej, myśleliśmy już o sposobie odkrycia następnych obiektów. Piotrowicz zerkał niecierpliwie na rosnący stosik dokumentacji i „nu, dawaj, dawaj” - prawie rękę po nie wyciągnął. „Jeszczo niet, minutuczku” odpowiadałem podedukowany i biedak czekał dni kilka, chod nie bez oporów. Potem gotowe już dokumenty porwał jak diabeł duszę i pognał do Warszawy. Wrócił z potrzebnymi upoważnieniami na piśmie, z „tytułem własności” i nasza znacznie powiększona brygada na kilka miesięcy objęła w posiadanie rozległe włości „Gema II”. Samochody codziennie przemierzały trasę Lubao - Leśna, Leśna - Lubao. Magazyny pęczniały. Znalazły się w nich również obrabiarki, wydane przez kapitana z Reichenau. Miał czego pilnowad staruszek-magazynier. Ale nie czekaliśmy zbyt długo na ich opróżnianie, na wysyłkowe dyspozycje delegata CZPE. Zawsze starałem się mied oczy i uszy otwarte możliwie na wszystko. Nie tylko w pracy sensu stricto, bo to oczywiste i nie byłoby o czym wspominad, ale na wiele innych sytuacji i okoliczności. Nieraz zaskakujące reakcje ludzi ułatwiały rozszyfrowanie i ustawiały ich w nowym świetle. Zdarzyło się jednak, że kiedyś same mi się oczy zamknęły i ani nie widziałem, ani nie słyszałem, co się dzieje. Całkiem zwyczajnie przespałem niecodzienną sytuację. Piotrowicz, skory do żartów, przez kilkanaście dni ręce z uciechy zacierał. „A nie prześpisz?”, „a nie zaśniesz?” - dopytywał koocząc uzgadnianie zwłaszcza tych kwestii, w których tempo i „czuj duch” znaczyły więcej niż w innych. „Uwidim, skazał slepoj” - odcinałem się, straszliwym akcentem kalecząc jego porzekadło. Otóż miałem karnawałowego brydża, który przeciągnął się do rana. Nawet mi na myśl nie przyszło odliczenie sobie nie zapłaconych nigdy godzin nadliczbowych i pozostanie w domu. Prosto z brydża zjawiłem się w pracy, która przeciągnęła się do wieczora. Potem był alarm, któryś z kierowców utknął z ładunkiem na trasie. Trzeba było ruszyd na poszukiwanie wozu. Potem żmudne holowanie w nocy do bazy. Po każdej nocy następuje dzieo, więc i po tej drugiej nieprzespanej nastąpił. Niestety, taki już z dawno ustalonymi terminami spraw do załatwienia na zewnątrz. Gdy więc tego dnia gdzieś koło godziny szóstej po południu dopadłem naszej canady w Jeleniej Górze, runąłem w szoferce i ocknąłem się dopiero w Lubaniu, energicznie rozbudzony przez kolegów. A tymczasem... Tymczasem koło godziny szóstej po południu w biurze delegata CZPE Piotrowicz podpisywał odbiór pieniędzy na wypłaty i inne wydatki. Okrągłe półtora miliona złociszów. Wepchnął paczki banknotów do kieszeni swego munduru wojskowego i do poczciwej „putiowki” - tak nazywał starą, wysłużoną torbę oficerską.

- Dobrze, że tyle kieszeni przewidzieli. - Tak, wygodne to, gdy nie można zawierzyd teczce - przytakuje inżynier Dubiel, delegat Centralnego Zarządu. - Nu, jeszczo działko przeciwpancerne - ciągnie Piotrowicz sprawdzając pistolet, przekładając go do lewej wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Gotowe! Cześd! Jak będzie coś nowego, wpadnę. - Trzymajcie się! Piotrowicz wsiada do samochodu. Trąca mnie, nie reaguję. Razem z kierowcą przeciągają moje członki jak wór kartofli na właściwe miejsce. Tylko on wie, że pieniądze nadeszły, że pusta canada wiezie jednak swoiście ciężki ładunek. Uważa, że tak będzie lepiej. Jedziemy. Zmierzch słonecznego, lecz chłodnego marcowego dnia. Szarówka nastraja do drzemki. Ja też zarażam swoim stanem. Odzywające się zmęczenie również zamienia się w sennośd. Piotrowicz chętnie by się zdrzemnął, ale nie można. Próbuje rozmawiad z Wachiakiem, tematów mają niewiele. Wreszcie schodzą na szczegóły samochodowe. Ożywia się rozmowa. Mija czas. Krajobraz staje się coraz bardziej zamglony, rozmazany. Zapada zmrok. Chyba najbardziej nieprzyjemna pora dnia dla kierowcy. Zanikające resztki światła dziennego kłócą się ze światłem reflektorów. Nie wiadomo więc, czy je zapalad, czy gasid, jak patrzed na drogę. Trzeba wzmożonego skupienia, uwagi. Urywają rozmowę. Pracujący silnik wyraźnie podniósł temperaturę w szoferce. Lekki zapach benzyny i spalin przy zmęczeniu działa otępiająco. Znów Piotrowicza kusi drzemka. Ale spad nie można, trzeba obserwowad szosę. Samochód pracuje idealnie. Na szybkościomierzu 45-50 mil angielskich. Znajdujemy się kilkanaście kilometrów przed Lwówkiem. Wachiak swoim zwyczajem prowadzi jeszcze bez świateł, na pustej szosie woli korzystad ze skromnych resztek światła dziennego. Nagle w dali, z boku szosy, pokazuje się kilka postaci. Piotrowicz skupia na nich całą uwagę. Trudno mu rozróżnid, czy są to Rosjanie, czy nasze wojsko, czy ubowcy, czy jeszcze ktoś inny. - Nie zapalaj! - powstrzymuje odruch Wachiaka i dorzuca przez zęby: - Rób bezwzględnie to, co będę mówił! Jedziemy. Z dotychczasową szybkością zbliżamy się do tamtych. Widad już wyraźnie jedną z sylwetek wychodzącą na środek jezdni, podnoszącą rękę do góry. W drugiej automat. Szczegółów umundurowania w dalszym ciągu nie można rozróżnid. A już najwyższy czas podjąd decyzję. - Nie stajemy! - rzuca Piotrowicz. - Teraz zwalniaj, zjedź na prawo. Potem cały gaz, duże światła i sygnał bez przerwy. Wachiak bez słowa poprawia się nad kierownicą. Tamci stoją po dwu z boków szosy. Broo na pasach. Piąty dalej na środku drogi. Samochód zwalnia, więc usuwa się nieco w lewo.

- Wachiak! Gaz!! Światła!! Sygnał! Zaskoczony nagłym światłem i wyciem syreny stojący na szosie kuli się, cofa. Ryczący wóz nabiera prędkości. - Prędzej! - dopinguje niepotrzebnie Piotrowicz. Maszyna śpiewa na najwyższych obrotach. Z szybkością blisko stukilometrową, omal ocierając się o człowieka, mijamy tamtych. Wachiak i Piotrowicz mimo woli kurczą się w szoferce. Dostrzegli w świetle reflektorów niekompletne mundury. Tylko czekad na strzały. Wachiak wyłącza sygnał. Nasłuchują w pędzie. Cisza. Nie, jednak zrywa się seria z automatu. Ale Piotrowicz już zdążył wyprostowad plecy i odezwad się: - Wot i wsio. Trochę i zwolnij gaz. - O-o! Teraz nam „dobranoc” mówią! Słyszy pan porucznik, jak zapruwa?- Przypomniał sobie. Nu, żałko, u mnie niet kapelusza, żeby odpowiedzied: żegnamy! - A inżynier śpi. A inżynier przespał. Wygi wojenne...

Demontaż objął jeszcze kilka drobniejszych obiektów. Sied naszych tras samochodowych wzrosła. Coraz częściej wozy przemierzały szlaki Lubao - Dzierżoniów, Lubao - Świdnica, Lubao - Piechowice. Zasilaliśmy uruchamiane fabryki lamp radiowych, odbiorników radiowych, silników i zegarów elektrycznych. W wielu magazynach czekano na nasze załadowane materiałami ciężarówki. Pracy było coraz więcej. Wzrosła ilośd pracowników stałych. Ciągle zwiększaliśmy liczbę pracowników zatrudnianych dorywczo w miejscach demontażu. Na osiem godzin, w przypadkach wymagających specjalnego pośpiechu i na dłużej otwieraliśmy dobrze strzeżone podwoje naszych obiektów. Nawet w dnie zimowe hale bez okien, z wyrwami w ścianach lub zgoła bez ścian obsiadali ludzie w kocach, w przedziwnych okryciach na grzbietach, w przemyślnych onucach na butach, rękawicach na rękach i pracowali. Niektórzy zdobywali gdzieś piecyki, drzewo ze skrzyo, stołów, drzwi i połamanych futryn, jakiś węgiel, od czasu do czasu grzali zgrabiałe ręce i znów pracowali. Posuwaliśmy się w swym działaniu naprzód. Nie chodzi mi o to, że życzyłbym takich warunków pracy i dzisiaj. O, nie! Ale przez lata następne spotykałem i jeszcze dziś spotykam w przemyśle ludzi, którzy pracę dorosłego człowieka mylą z zajęciami w przedszkolu pod okiem wychowawczyni. Wiecznie od kogoś czegoś chcą, za nich ma ktoś myśled, szukad, rozwiązywad, ma im podawad gotowe do rączki. Wiecznie nie czują się dośd usatysfakcjonowani i nie na dośd miękkim puchu. Całą swą energię i pomysłowośd potrafią zaangażowad w wysuwanie pretensji i wyszukiwanie poparcia w koneksjach, w zamaskowanie nieróbstwa, zamiast po prostu - w pracę. W pracę dorosłego człowieka. Patrząc żeby tylko patrząc! - na tych ludzi, chciałbym mied różdżkę czarodziejską i na jakiś czas odesład ich na naukę do tamtych hal.

Wracam jednak do anno hominis 1946. W Reichenau, późniejszej Bogatyni, w czasie demontażu i odbioru obrabiarek od wojaków, mieliśmy możnośd gawędzenia z różnymi ludźmi, bliższego poznania się z rejonem miasta i w konsekwencji odkryliśmy częściowo zniszczoną fabrykę elektrotechniczną. Obok rozmaitych fragmentarycznych, pojedynczych urządzeo i maszyn udało nam się zabezpieczyd, a następnie zdemontowad kompletną emaliernię drutów elektrotechnicznych. Również tam znaleźliśmy zmagazynowanych kilkadziesiąt ton płatków miki, bardzo ważnego materiału izolacyjnego. Nieco nadmierne rozdrobnienie płatków wprawdzie obniżało jakośd materiału, ale w okresie powojennym i taki surowiec był ogromnie poszukiwany. Po tych odkryciach dzieo i noc ciężkie ford-canady przemierzały szosy na trasie Lubao - Bogatynia. Wszędzie czekano na surowiec jak na zbawienie, delegat CZPE na zleceniach wysyłkowych podkreślał nam słowo „pilne”, „bardzo pilne”. A tym razem nie tylko przemysł dolnośląski był zainteresowany. Mika powędrowała wagonami kolejowymi do Gliwic. Emaliernia drutów, odbierana na miejscu przez przedstawiciela fabryki kabli, również koleją przetransportowana została aż do Ożarowa. Ale znaczna częśd materiałów wędrowała na przechodni skład do naszych magazynów. W ten sposób, na marginesie spraw ważniejszych, staliśmy się mimo woli jedyną jednostką utrzymującą omalże regularną linię komunikacyjną na przykład na trasie do i z Bogatyni. Stąd nawiązały się kontakty między naszymi kierowcami a szabrownikami i różnymi obieżyświatami. Stąd zainteresowani przejazdem zawsze wiedzieli, kiedy wyjeżdżamy, i stale jakaś grupa czekała pod gołym niebem na otwarcie bram naszych garaży. Nawet jeśli wyjazd następował o czwartej czy trzeciej nad ranem. Początkowo próbowałem walczyd z przewozem ludzi naszymi samochodami, z tym autostopem nie turystycznej natury. Zdałem sobie jednak w porę sprawę z tego, że żeby tę walkę wygrad, musiałbym sięgnąd do rygorystycznej sankcji - zwalniania kierowców z pracy. A o kierowców nie było łatwo. Szoferów uczciwych, pijących w miarę, zwracających uwagę na eksploatację wozów i ich gotowośd techniczną, trudno było znaleźd. Kręcili się, szukali atrakcyjnej pracy w tamtych stronach tacy, którzy prowadzili samochody w czasie wojny. Każda koniecznośd zmiany kierowcy była klęską. Przychodzili wandale, więcej było z nimi kłopotów i wydatków niż pociechy. Wóz źle konserwowany stawał im w szczerym polu, musieliśmy przeprowadzad nawet nocne poszukiwania, ściągad maszynę na holu, płacid za remont, postój. W zasadzie powtarzało się to omalże cyklicznie. Udręka. Stara gwardia szoferska, Piotrowicz i ja, kochaliśmy nasze canady. Piękne, nowe, drogocenne wozy. Nie mogliśmy patrzed spokojnie na dewastację maszyn. Dlatego w koocu ustąpiliśmy przed argumentami starych kierowców, że trzeba ludziom pomagad, że nie zawsze „za szabrem” podróżują, że normalny transport jeszcze nawala, że przy ich zarobkach szoferskich przyda się parę złotych dodatkowego dochodu. Między nimi a nami powstała niepisana umowa, w myśl której nie wtrącaliśmy się do spraw „łebków”, jeżeli ładownośd wozu była planowo wykorzystana, a na pace pozostawało jeszcze nieco miejsca. Mimo pewnych nieformalności to rozwiązanie w tamtych stosunkach nie było chyba karygodne. Kierowcy nasi pracowali w bardzo trudnych warunkach. Ich dzieo pracy wynosił przeciętnie dwanaście, czternaście godzin. Na trasach pracowali w pojedynkę, nie było podmiany. Jedynie konwojent lub ktoś z kierownictwa grupy mógł służyd jako pomocnik przy usuwaniu ewentualnego defektu na szlaku. W ciągu jednego dnia załatwiał kierowca załadunek materiału, trasę na przykład Lubao - Dzierżoniów, rozładunek i przekazanie, powrót do lubaoskiej bazy. Następnego dnia krótszy kurs i znowu długa trasa. Niemal w każdą niedzielę można ich było zobaczyd pod wozami, zajętych czyszczeniem i konserwacją. Rozumieli sytuację. Trudno było im za to tylko ściskad dłonie, skoro

życzyli sobie czegoś innego i skoro funduszu dyspozycyjnego nie było. Poza tym, mimo spięd i awantur początkowych i niepoczątkowych, dobrze się z nimi pracowało, ponieważ po definitywnym uzgodnieniu czegokolwiek, zawsze można było na nich liczyd. Wypracowali w sobie poczucie odpowiedzialności za swój odcinek pracy. O charakterystycznych dla naszego terenu problemach komunikacji i transportu w tym czasie może świadczyd następujący przypadek. Któregoś lipcowego dnia 1946 roku siedziałem wieczorem z Piotrowiczem nad dokumentami. Haracz urzędniczy składaliśmy dużymi porcjami, często ślęcząc do późnej nocy. Tego wieczoru „urzędowanie” niespodziewanie przerwała służąca. Ktoś nieznajomy chciał pilnie rozmawiad z panem inżynierem Piotrowiczem. Piotrowicz na tę wiadomośd zatarł ręce z zadowoleniem, sądził, że opatrznośd zwalnia go od „umiłowanych” czynności. Trochę jednak przygasł w swym towarzyskim rozradowaniu, gdy do pokoju wszedł rzeczywiście zupełnie nieznajomy mężczyzna. Człowiek w sile wieku, dobrze, dostatnio ubrany, o wyglądzie inteligenta. Zachowywał się pewnie, swobodnie, może nawet o kilka tonów za swobodnie. - Moja wizyta - zagaił po nikłej prezentacji i przywitaniu - jest może nieco zaskakująca. Wiem, że mnie pan nie zna. Ale za to ja pana znam! Dlatego przyszedłem. Pan jest powszechnie znany. - Proszę siadad. I w czym rzecz? - towarzyski Piotrowicz wyraźnie stał się powściągliwy. - Sprawa jest, że tak powiem, delikatna. Delikatnej natury - odpowiedział nieznajomy wolno, jakby zamierzał tonem wyrazid więcej niż słowami. - Nu! - na twarzy Piotrowicza zarysowało się niezadowolenie. Cierpiał animozję do delikatnych, niejasnych spraw. - Tak, tak, oczywiście. Ja zaraz wszystkie swoje racje wyłuszczę - ciągnął przybysz niczym nie zrażając się. - Z całą pewnością będę przez pana zrozumiany. Tylko przed tym chciałbym prosid... Chciałbym rozmawiad głównie z panem. Wstałem mimo protestów Piotrowicza. Sprawa rzeczywiście wyglądała może nie tyle delikatnie, ile tajemniczo. Pod jakimś pretekstem wyszedłem. Nagle dobiegł mnie rozjuszony głos Piotrowicza: - O-oo! och! Ty swołocz! Swołocz! Maszynu? Maszynu ci dad! - rozległo się po mieszkaniu. Tuż za tym potoczyły się serie epitetów i określeo już w nieskazitelnie czystym języku rosyjskim. Głosu nieznajomego w ogóle nie było słychad. To mnie zaniepokoiło, znałem porywczośd gospodarza. Wbiegłem do biura. W oddalonym rogu pokoju, przy oknie, tkwił nieznajomy cały skurczony, blady, a nad nim pochylał się Piotrowicz z twarzą nabiegłą krwią, miotając bełkotem przekleostw i wymachując pejczem. Niedwuznacznie wynikało, że jeszcze sekunda i puści go w ruch zamaszyściej. Szybko otworzyłem i przytrzymałem wahadłowe drzwi. Nieznajomy jak z procy wyskoczył ku nim z rogu, dał nura dalej, ale ciągle towarzyszył mu pejcz, aż do drzwi wyjściowych. Szamotał się z nimi przez chwilę, wreszcie uskoczył za próg, znalazł się na dworze, trzasnął drzwiami.

- Czego chciał, u licha? - spytałem po powrocie do biura, gdy Piotrowicz już się po swojemu wysapał i głębiej odetchnął. - Na kołduny pana do siebie zapraszał czy na likier? - Chciał maszynę. Ty znasz? Maszynu, żeby przewieźd towar do Krakowa. Ja miałem dad! Dawał osiemdziesiąt tysięcy za jeden kurs. - A, to tak. Taki numer. Hm... To co innego. - Szabrownik! Swołocz proklata! Ma znajomości. Mówił o nich. Nachał! Mówił, że wszystko załatwi czy ma już załatwione. Kierowcę zapłaci oddzielnie. Benzynę cwaniak już ma. Wsio ma, tylko maszyny nie. Wydumał sobie!

Chyba gdzieś we wrześniu czterdziestego szóstego roku uznaliśmy, że czas ponownie ruszyd na generalną penetrację terenu. Podobnie jak kiedyś bieżące sprawy mieliśmy już dobrze ustawione. Można było zająd się następnymi obiektami. Narzędzi mieliśmy wreszcie dosyd, jakąś grupę przeszkolonych pracowników w każdej chwili można było przerzucid bez uszczerbku do nowych prac, przy których zresztą któryś z nas byłby w początkach stale obecny, by w porę korygowad ewentualne błędy. Rozszerzanie działania nie byłoby więc jedynie rozcieoczaniem działania. Na rejon penetracji wyznaczyliśmy sobie czworokąt zawarty między Lubaniem, Bolesławcem, Złotoryją i Lwówkiem. Ruszyliśmy uczulając wzrok oczywiście na kominy. Pierwsze obiekty, do których zboczyliśmy, okazały się małymi cegielniami i fabryczkami przemysłu spożywczego. Cegielnie, przeważnie położone na uboczu, stały w pełnej gotowości do ruchu, świadczyły swym wyglądem o nagłym, niespodziewanym przerwaniu ich życia. Wystarczyło tylko obstawid stanowiska przy maszynach, włączyd prąd, żeby rozpocząd normalną produkcję. Surowiec był na miejscu. Hieny szabrownicze nie znajdowały tu żeru, trudno przecież wywozid cegłę, której tyle było w gruzach każdego miasta, lub demontowad ciężkie, specjalistyczne urządzenia. Fabryczki przemysłu spożywczego przedstawiały zupełnie inny widok. Ich wnętrza tarasowały zniszczone produkty żywnościowe, zdewastowane maszyny. Panował tu straszliwy nieporządek, wszystko pokrywała pleśo. Ktoś tam dla kilku czy kilkunastu kilogramów marmolady niszczył sto kilogramów tego lub innego produktu, półfabrykatu. Niewątpliwie dzieło i pokonanych, i zwycięzców. Na trasie między Lwówkiem a Bolesławcem, w czasie sprawdzania dużej, zasobnej cegielni, zaintrygował nas jeden z pieców do wypalania cegły. Zamurowane otwory załadowcze zdradzały względną świeżośd, wokół pieca brak było śladów odpadków i tłuczki. Panował przy nim zbyt duży porządek, jak na nagłe przerwanie normalnych warunków produkcji. Postanowiliśmy więc dotrzed do wnętrza, rozebrad zamurowanie jednego z otworów. Dobrze wyposażoną torbę z narzędziami przezornie wzięliśmy z bazy. Puściliśmy w ruch swoje muskuły. Potem przez powstałą wyrwę zajrzeliśmy w ciemną czeluśd środka, oświetlając go zapałkami, pochodniami z gazet, karbidówką latarki elektryczne były nie do zdobycia - i zobaczyliśmy jego wnętrze starannie wypełnione zdemontowanymi maszynami. - Dla nas jak w pysk strzelił! - niski strop przytłumił wykrzyknik Wachiaka zawsze emocjonującego się poszukiwaniami.

Po kilku chwilach bliższego rozpatrzenia nastąpiło jednak rozczarowanie. Ten zmagazynowany sprzęt naszym odbiorcom zupełnie nie był przydatny. Stanowił częśd lub całośd zdemontowanego przez Niemców, celem doczekania lepszych czasów, wydziału fabryki włókienniczej. Westchnęliśmy. - Psiakrew! - nie wytrzymał Wachiak, chyba jeszcze zmęczony uprzednim wybijaniem otworu. - Tyle sprzętu i nie dla nas. Co za pech! - i ja nie wstrzymałem. Z pasją otrzepywaliśmy z siebie pył i kurz, którego pewnie nikt by nie dostrzegł, gdyby było „dla nas”. - Niczewo. Najdziom coś toże i dla nas. Nu, pajechali! - Piotrowicz w takich wypadkach nie tracił zimnej krwi. Trzeba było ruszyd dalej. Jednakże przedtem ustaliliśmy nazwę miejscowości, odległośd od Bolesławca i Lwówka oraz inne dane charakteryzujące obiekt, by zgodnie z niepisanym prawem przekazad informację kolegom z przemysłu włókienniczego. Znów jechaliśmy wypatrując oczy na wszystkie strony. W rejonie Bolesławca kominy coraz to powodowały koniecznośd zboczenia z szosy, prowokowały zwiedzanie fabryk ceramicznych. Częśd z nich była zniszczona w dużym stopniu w czasie działao wojennych. Częśd nadawała się do stosunkowo łatwego uruchomienia. Kto jednak mógł wtedy myśled o fajansach lub porcelanie? Nawet nie wiedzieliśmy, komu podad wiadomośd o ich znalezieniu i chod z tego wyciągnąd satysfakcję rekompensującą stracony czas. Dzieo nie był z gumy. O zmroku dojechaliśmy z niczym do Bolesławca, do jego zgliszcz, kikutów budynków, ruin, zasypanych gruzem ulic. Hotelu oczywiście nie było. Na dobre zatrzymaliśmy się więc przed „punktem informacyjnym”, czyli restauracją. Byliśmy głodni, zmęczeni. Chciało się przez chwilę posiedzied na czymś innym niż trzęsąca szoferka canady. W knajpie, nastawionej w pierwszym rzędzie na gości „spragnionych”, potrawy stanowiły wyraźnie dodatek do picia, a nie środek zaspokajania głodu. Właściciel nie bardzo chciał z nami rozmawiad, twierdząc, że nic oprócz tak zwanej zakąski pod jednego nie ma. Z wściekłością więc zażądaliśmy zakąski i pod zakąski. To udobruchało właściciela, który okazał się rozmownym człowiekiem i nawet zapewnił nas, że coś zorganizuje naprawdę do jedzenia, zapyta o nocleg. Ociężali nasyceniem i odrealnieni działaniem alkoholu liczyliśmy na niego. W koocu jednak sami musieliśmy zacząd poszukiwania jakiegoś legowiska. Udaliśmy się na posterunek MO. I tu trafiliśmy na opróżnianie butelki, pewnie zarekwirowanego bimbru. Z trudem wymówiliśmy się od tradycyjnej szklaneczki. Na szczęście właśnie kooczyli butelczynę, a nowej pewnie nie mieli. Chcieliśmy u nich zostawid samochód, ale wyjaśnili nam, że może zginąd im tak samo dobrze, jak z każdego innego nie strzeżonego miejsca. Nie mieli ani garaży, ani zamkniętego podwórza. Dali nam jednak adres, a nawet jeden z nich zaprowadził nas na peryferie, do domu posiadającego zamykane podwórze oraz miejsce na nocleg. Z dorastającym synem gospodarza załatwiliśmy pilnowanie samochodu w ten sposób, że spał on w szoferce i w wypadku nadejścia szabrowników krzykiem miał nas alarmowad. Niemcy ci z ochotą przyjęli nas do siebie. Zarobili kilka złotych, a jednocześnie mieli zapewnioną jedną spokojną noc, z szansą obrony w razie ewentualnego napadu mętów szukających łupu w mrokach nocy. Następnego dnia rano wstaliśmy rozleniwieni i markotni może wskutek całodziennych poszukiwao, zakooczonych fiaskiem, może z powodu małego „kaca” - analizy ducha nikt przypuszczalnie nie przeprowadzał. Załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Tym razem pasmem szosy na Lwówek Śląski. Piękna to była szosa. Z doskonałą nawierzchnią, obsadzona

drzewami o dojrzewających już owocach, wiodąca przez pola, zagajniki, krajobraz z początkami kolorowej jesieni. Z rzadka mijaliśmy jakieś samochody, najczęściej były to radzieckie ciężarówki. Ewentualne zaczątki lirycznych nastrojów płoszyło rzucające się w oczy piętno wojny, spalone zagrody, resztki umocnieo wojskowych, zniszczone czołgi. Tu i ówdzie, nad zmasakrowanymi korpusami czołgów, dostrzegaliśmy grupki ludzi, błyskające palniki spawaczy, snopy iskier nadtapianej stali. Ostrze niebieskiego płomienia cięło grube pancerze na kawałki zdatne do transportu. Na Górnym Śląsku rozpalone czeluście niegasnących pieców czekały na wysoko wartościowy pokarm. Pomyślano już i o tym, żeby setki tysięcy ton zniszczonych czołgów zamieniad w bloki metalu, a następnie w blachy, szyny, druty. Nam dzieo ten nic nie przyniósł, mimo wielu starao i prób. Drugi dzieo z kolei! Wieczorem w Lubaniu nie mogliśmy sobie z Piotrowiczem znaleźd miejsca. Postanowiliśmy po jednodniowym oddechu wyjechad na poszukiwania ponownie. Musieliśmy, tym musem wewnętrznym, znaleźd nowy obiekt. Wydawało mi się, że znajdziemy, że musi się coś znaleźd, nawet gdyby nie istniało.

„Żyłką poszukiwania” zarażeni zostali po trosze wszyscy nasi stali pracownicy. Staruszek-magazynier od czasu do czasu żartował i ubolewał nad tym, że żadne „odkrycie skarbów” nie przypadło mu w udziale, bo już starośd, bo „trudno staremu fruwad po świecie”. Bardzo rozwiniętą żyłkę poszukiwacza miał brygadzista z „Gema II” w Leśnej. Wielokrotnie próbował coś odnaleźd, wypytywał ludzi, ale długo nic mu się nie udawało. Wreszcie - stwierdził, że udało się. Przy pierwszej okazji wsiadł do samochodu i przyjechał do Lubania, żeby osobiście poinformowad kierownictwo o swoich odkryciach. Powiedział nam, że tamtejsza fabryka włókiennicza posiada znaczne zapasy stali i dobrze wyposażony wydział przemysłu zbrojeniowego. Aż podskoczyliśmy na tę wiadomośd! Tam przecież byliśmy, rozmawialiśmy z dyrektorem tej fabryki, poinformowaliśmy go szczegółowo o przedmiocie sprawy, otrzymaliśmy zapewnienie, że rozumie, że jego teren jednak dysponuje magazynami i urządzeniami wyłącznie przystosowanymi do potrzeb włókiennictwa. Jaki miałby interes w ukrywaniu rzeczywistego stanu rzeczy, a właściwie w zagracaniu swego terenu? W utrudnianiu pracy innym gałęziom przemysłu? Czyżby miłośnik zjawiska korozji? Albo tak ograniczony, tak tępy, że byle posiadanie, chodby to nieużyteczne, napawało go dumą, dodawało rangi i osobistej wartości? Pojechaliśmy do niego tym razem we czterech, aby ułatwid jednej, dwu osobom „urwanie się”. Samodzielne rozpatrzenie terenu przed rozmową lub jej koocem uznaliśmy za konieczne w tej ewentualnej ofensywie. I tym razem cerber z karabinem odstawił nas do samego sekretariatu. Jak zwykle i tu dyrektor był właśnie zajęty. Bardzo nam to odpowiadało. Brygadzista i szofer markowali czekanie, a Piotrowicz i ja wymknęliśmy się na penetrację. Z uprzednich ustnych wskazówek znaliśmy układ zakładu. Pewnie i prosto ruszyliśmy więc w kierunku, w którym miały znajdowad się obiekty „dla nas”. Były one odgrodzone od reszty terenu siatką i nikt ich nie pilnował. Przez dziurę w ogrodzeniu przedostaliśmy się na ich teren. Już w pierwszym budynku zastaliśmy wyważone drzwi, wyrwane okna, ślady „właściwego” zagospodarowania zakładu. Spojrzeliśmy do środka. Wystarczył jeden rzut oka, by dojśd do wniosku, że informacja brygadzisty była prawdziwa. Zbyt duża różnica istnieje między przemysłem zbrojeniowym a włókienniczym. Nazbyt dobrze znaliśmy zbrojeniowe oddziały, by mogła zaistnied pomyłka w naszym stwierdzeniu.

Zawróciliśmy gotowi do boju z dyrektorem. Nawet nas nie poznał. Od początku musieliśmy wyłuszczyd swoje kwestie, od początku wysłuchaliśmy jego niezmienionego stanowiska. - Może mimo wszystko źle się rozumiemy - zabrałem głos i z trudem panowałem nad wzrastającym zniecierpliwieniem. - Na konkretnych przykładach łatwiej byłoby ustalid pewne kwestie. Czy więc moglibyśmy razem przejśd po zakładzie? - Bardzo mi przykro, ale przepisy... - Jakie przepisy? Ja mam upoważnienie KERM-u! Wot, tu są papiery. - Niestety - obstawał przy swoim dyrektor. - Mam wyraźne dyrektywy moich władz zwierzchnich. Jestem w kontakcie... - Puszczacie nas na zakład czy nie? - przerwał Piotrowicz. - Nie? Pasmotrim! Trzeba było użyd ostatniego argumentu, zdekonspirowad swoje posunięcie. Oświadczyliśmy więc dyrektorowi, że sami już dotarliśmy do terenu wydzielonego, że naocznie stwierdziliśmy marnowanie tam materiałów i maszyn. - Szto tiepier? - kooczył Piotrowicz i uderzył pięścią w stół. - Czy towarzysze wiedzą, co za taką samowolę grozi? Władza ludowa... - ważniacko pienił się w odpowiedzi dyrektor. Ręce nam opadły. Wrząc i kipiąc gniewem, bez słowa opuściliśmy jego gabinet. Jeszcze tego samego dnia Piotrowicz ruszył do Warszawy. Za dwa dni wrócił, oczywiście z pomyślnym wynikiem. Przywiózł decyzję Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów przejęcia przez naszą brygadę całego terenu wydzielonego przez Niemców dla produkcji zbrojeniowej, a znajdującego się na obszarze Zakładów Przemysłu Bawełnianego w Leśnej, tak bodaj formalnie brzmiała nazwa włości owego dyrektora. Nie bez triumfu wkroczyliśmy do bawełnianki i formalnie przejęliśmy teren. W tym zwycięstwie, oczywiście, uczestniczył także brygadzista z „Gema II”. Natychmiast poprawiliśmy nieznaczne uszkodzenia w ogrodzeniu, zamknęliśmy na stałe bramę prowadzącą do niegościnnego zakładu, wyremontowaliśmy zewnętrzne drugie wejście i wyjazd od ulicy. Obstawiliśmy obiekt swoją strażą. Nie chcieliśmy mied najmniejszych kontaktów z zakładem, którego kierownik tak nieprzychylnie ustosunkował się do naszej pracy. A obiekt ten był wart zachodu. Do pracujących zakładów przerzuciliśmy z niego ponad trzy tysiące ton różnorodnej stali w postaci prętów przeznaczonych do obróbki skrawaniem. Przekazaliśmy produkcji kilkadziesiąt wartościowych obrabiarek i dziesiątki tysięcy różnych przydatnych detali i elementów. Zestawiając kiedyś zyski z tego obiektu, jeszcze raz zakipiałem gniewem na myśl o tamtym dyrektorze. - I co on chciał uzyskad? Nitek by nie naprządł z tego, prześcieradła też by nie wyszły. „Mam tylko warsztat remontowy”! Warsztat! Może kierowała nim zarozumiała pewnośd siebie, że tylko on potrafi zarządzad jakimś majątkiem? Że inni to durnie... Spec od wszechwiedzy! I ten upór mimo

oczywistych dowodów! Bezdennie głupi upór do ostatniej sekundy. Klapy na oczach. Obrona spalonych pozycji! „Władza ludowa”!! - Wiesz co - podjął Piotrowicz dziwnie, jak na temat, spokojny, uśmiechnięty. - Ja to jestem jednak bardzo opanowany i zawsze grzeczny człowiek. Bo takich, jak on, tobym właściwie wyrzucał przez okno, kopnął ze schodów, zabijał albo tłukł tak, żeby do kooca życia pamiętał! A tymczasem co? Tłukę mu tylko pięścią w stół i wymyślam od swołoczy. Czy to nie szczyt opanowania?

Odległośd z lubaoskiej bazy do punktów demontażowych wynosiła od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów. Telefonów nie mieliśmy. Tramwaju także. Koniecznośd nakazywała więc przewidywad i ustalad działanie tak, by nie było żadnych przeszkód ani zakłóceo na przykład w transporcie. A więc dyktowała stosowanie nie improwizacji, lecz organizacji pracy. Różni ludzie w różnych celach zgłaszali się do pracy w brygadzie. Trzeba było cele te szybko rozszyfrowad, zapobiec na przykład nadużyciom, wdrożyd do pracy. Cierpieliśmy na brak specjalistów. Jaskrawo występował więc u nas problem: człowiek jako pracownik i współpracownik. I już jak w każdym zespole: problem kierowania grupą ludzi. Materiały i maszyny przez nas odnajdywane rozchodziły się szybko na cały kraj. Takie między innymi było założenie naszego działania. Stan ten nakłaniał do uznania ważności dokumentu pisanego. Dyktował koniecznośd wprowadzenia w dokumentację możliwie przejrzystego systemu rejestracji, rozliczeo, kontroli. Chod dla technika nie jest to sprawa łatwa, bo brak przygotowania, bo może zostad przygłuszona przez dostrzeganie innych ważnych zadao i zagadnieo. Summa summarum brygada nasza mogła dad wiedzę o wielu elementach, z których zbudowany jest skomplikowany organizm przedsiębiorstwa przemysłowego. Nie wiem, czy należycie ją wykorzystałem. Bezwzględnemu i surowemu sprawdzianowi poddany został jedynie dział dokumentacji. I to tak ni stąd, ni zowąd. Nagle zainteresowano się, czy działalnośd nasza ma pokrycie w dokumentacji od samego zarania aż po początek roku 1947. Tego dnia i dni następujących po nim długo nie zapomnę. Mogę je odtwarzad jak z taśmy filmowej z dźwiękiem zarejestrowanym po brzegu. Siedziałem w biurze, gdy nadszedł jakiś mężczyzna. Chciał rozmawiad z inżynierem Piotrowiczem. Ten był właśnie w terenie, więc przedstawiłem się jako zastępca kierownika i zaproponowałem własne usługi. Chwilę wahał się, ostatecznie jednak ponowił życzenie rozmowy z Piotrowiczem i ustaliliśmy spotkanie na dzieo następny. Upewniając się, czy wiadomośd tę w porę przekażę, podał swoją funkcję: prokurator. Ze sposobu prowadzenia rozmowy wywnioskowałem, że nie przyszedł w celu wymiany uprzejmości towarzyskich, że zjawił się w sprawach służbowych. „Prokurator u nas? Do nas prokurator?” - nie mogłem otrząsnąd się z wrażenia nawet po jego wyjściu. Poczułem się, jakby ktoś siłą spychał mnie w szeregi żyjących z prawem na noże. A wieczorem długo łamaliśmy sobie głowy z Piotrowiczem, o co może chodzid? O co? Następnego dnia pan prokurator zjawił się punktualnie i bez większych wstępów rozpoczął swoje urzędowanie. Wypytywał szczegółowo o zasady i organizację pracy naszej brygady, szczególną uwagę zwracając na stronę formalną przyjmowania i przekazywania materiałów. Słowa nasze oczywiście nie wystarczyły, dośd szybko zażądał przedstawienia aktów zdawczo-odbiorczych. Była ich już opasła

teczka. Składały się na nią oryginały opatrzone pieczątkami i podpisami odbiorców. Kopie tych dokumentów, każdorazowo przesyłane, znajdowały się w delegaturze, Centralnym Zarządzie i oczywiście w zakładach przyjmujących materiał. Przy tego rodzaju życzeniu poinformowaliśmy go szybko, że posiadamy również kartoteki poszczególnych maszyn i materiałów z rozbiciem na zakłady, którym zostały dostarczone, że prowadzone są one dla naszej własnej, lepszej orientacji. Kartoteki te były bardzo prymitywną, „domorosłą”, ale chyba jednak księgowością materiałową, na podstawie której można było w każdej chwili ustalid stan magazynu lub miejsce, gdzie znajduje się nawet najmniejszy kawałek przejętego przez nas materiału. Prokurator położył ręce na teczce z aktami i kartotekach, prosząc o pozostawienie ich do jego dyspozycji, oraz łaskawie zezwolił nam na zajęcie się własnymi sprawami. Sam, z niepojętą dla nas pasją, zanurzył się w papierzyskach. Coś porównywał między naszymi a własnymi materiałami, coś notował, wertował, przerzucał w nieskooczonośd. Po kilku godzinach takiej pracy poprosił o drobne wyjaśnienia, pewne szczegóły techniczne. Zabrał porobione notatki i wyszedł. - Ki diabeł, inżynierze? - nie wytrzymałem nerwowo, gdy zamknęły się za nim drzwi. - Ręce mamy pobrudzone tylko towotem. Czego chce od nas? - Nie wiem. Nie bardzo rozumiem, co on chciał. Cziort jewo znajet! - Może donos na nas? - Dlaczego donos? Kto miał donosid? - Nie! Jednak donosu nie obawiam się. Bo jeżeli nawet, to przyniesie kłopoty, ale do czasu. Z najtrudniejszego dokumentacja nas wybroni. Jest stanowczo w porządku. Jednoznacznie. - Czy na pewno? Na pewno jest w porządku? - zaniepokoił się Piotrowicz. - Wiesz przecież, ja przy niej rzadko siedziałem. - Ale ja siedziałem. Często nawet chyba za pana. Z reguły za sekretarkę. Rozmowę przerwało wejście Wachiaka. - A-a, ty? Gdzież byłeś tyle czasu? Miałeś przecież wrócid wczoraj. Zjawiasz się dziś. Co jest, Wachiak? - ostro rozpoczął indagację Piotrowicz, jak zwykle w wypadku opóźnieo. - Wczoraj nie mogłem. Musiałem zostad w Dzierżoniowie. - Już baliśmy się o pana. Myśleliśmy, że jakiś wypadek na trasie - dorzuciłem wyjaśniająco. - Gdyby było czym, jechalibyśmy szukad. - Nie-e. Jazda była zupełnie dobra. Mnie szukad? - No to co ciebie zatrzymało? - niecierpliwił się Piotrowicz. - To nie takie proste. Trzeba po kolejce. Po-wo-li. Więc zajechałem do fabryki odbiorników oddad maszyny i nie mogę, bo nikt nie chce ich przyjąd. - Zwariowałeś?! Na nie już dobrze się naczekali. A przecież znasz tam wsiech kierowników i magazynierów. Przecież byłeś tam już dziesiątki, nie, chyba setki razy.

- Byłem, byłem, panie poruczniku. Ale co z tego? To było kiedyś. Teraz cały dzieo zmarnowałem, zanim zmusiłem ich do zabrania maszyn. Jeden do drugiego mnie odsyłał. Ten nie chce, tamten nie chce. Co jest, myślę, frajera ze mnie strugają? Pytam, słucham, patrzę tu, tam. No i w koocu doszedłem, że pozamykali magazynierów i kierowników. No to reszta ma pietra i nijak nie chce przyjmowad. Niczego. - Kto zamknął i dlaczego? - Zamykad, to zamyka milicja. Dlaczego? - nie dał się Wachiak wyprowadzid z równowagi i z raz powziętego planu relacji. - Bo złapali gdzieś maszyny i materiały, które szły na lewo, i doszli, że akuratnie z odbiorników. - Kradli? - Tak wygląda. Ale byd, to przy tym nie byłem. Wygląda, że kradli. Wywozili i opylali na rynek prywatny do starego kraju. - Fiuu - świsnął Piotrowicz - to tak? - Ach! Chyba stąd u nas tamten facet! Wie pan, który? Stąd!! - rzuciłem olśniony. Jakiś kamieo spadł mi z myśli stale opanowanych bytnością prokuratora. - No, nareszcie! Uff!! - -Jak? Masz rację! Tak, tak! To, to! Na pewno! - rozgorączkował się Piotrowicz. - Masz rację, Tadeusz! Tak i wreszcie wiemy! Co milczysz, Wachiak? Mów dalej i wszystko, co wiesz. Mów prędko! - Najgorzej, że w magazynach mają taki sakramencki, cholerny bałagan, że gorzej byd nie może. Nijak nie wiedzą, czego im zabrakło. Jest materiał, którego nikt nie dostarczył, bo brak dowodów. Są dowody na maszyny i urządzenia - nie ma maszyn i urządzeo. Jest, a nie ma. Nie ma, a jest. Teraz najprzód nie wiedzą co, potem nie wiedzą, ile naginęło. Taka draka nie robota. - Dobry numer! Ha! Ha! Ha! - zaniósł się śmiechem Piotrowicz. I u niego widocznie nastąpiło odprężenie. Zanosił się coraz głośniej. - Z głową rabotali! - dorzucał wciąż swoje Wachiak. - Zasuwali niezłe kawały. No, to im teraz wesoło, jak na babci pogrzebie. - Paskudna dla nich historia! Nie miał się im kto zająd papierami - w przerwie śmiechu wtrąciłem przesłodzonym głosem. Musiałem sobie odbid trochę za pamiętne dezaprobaty. - Wiem! Wiem! - uchwycił aluzję Piotrowicz. - I będę pamiętał! Ha! Ale co tam jeszcze, Wachiak? - Już trzeci raz robią jakiś remanent czy coś, ale nijak im się coś z papierami nie zgadza. Zamknęli pięciu. Dwóch magazynierów, kierownika i dwóch strażników. Pewnie sztamę trzymali, no nie? A w fabryce dom wariatów. O byle co wychodzą z nerw. Trzeci raz liczą wszystko od nowa. Apiad biorą sztuka po sztuce i wszystko zapisują. Powiedzieli, żeby nie przyjeżdżad przez dwa tygodnie, bo im tylko w robocie będziem przeszkadzad. My im! Czy mnie tam szlag nie mógł trafid? Nachrzanią

niewąsko, a potem: przeszkadzacie! A tu papiery. Podpisali. Pieczątki poprawili, bo kazałem. Żeby wyraźniej. W porządku? Jeszcze dwukrotnie odwiedzał nas prokurator. Pracował przy pomocy naszych dokumentów. Notował. Konfrontował. Pytał. Obecnośd jego przyjmowaliśmy już z lekkim sercem, bez zdenerwowania przed nieznanym. Zakooczeniem jego działalności w brygadzie były gratulacje Centralnego Zarządu złożone nam za porządek i właściwe formy pracy. A więc przyjemna satysfakcja. Piotrowicz chodził zadowolony, roześmiany, głośno uzewnętrzniał swój stan ducha. Uznał, że ukoronowanie sprawy należy jednak do nas: zarządził uroczyste przyjęcie, szeroko otworzył podwoje swojej wili, łącząc gościnnośd polską i rosyjską.

A refleksje przekazywaliśmy sobie jeszcze długo i wielokrotnie. Stwierdziliśmy na przykład, że dopiero pojawienie się prokuratora w całej rozciągłości uzmysłowiło nam, jak wielki majątek przeszedł przez nasze ręce. Że majątek ten miewał w naszych oczach właściwie jedynie wartośd przemysłowej użyteczności, że odnaleziony, wydarty gruzom i korozji wzbudzał w nas odpowiedzialnośd inną niż finansowa. Uświadomiliśmy sobie także to, że zdani byliśmy prawie wyłącznie na własne siły, na swój „chłopski rozum”, mimo współpracy z czynnikami nadrzędnymi. Jak niewiele brakowało, aby nasza praca, wykonywana przecież z dobrą wolą i zachowaniem zasad etyki, na skutek ewentualnych niedociągnięd księgowości została poddana poważnym zastrzeżeniom. Co najmniej zastrzeżeniom. Na myśl o tym cierpła nam skóra... Cóż, różnie się składało. Bardzo różne i bardzo trudne sytuacje towarzyszyd mogły i musiały sprawie tak skomplikowanej, jak organizowanie na ruinach nowych form życia gospodarczego kraju.

Poważne zmniejszenie się stanu maszyn i urządzeo w naszych punktach demontażu oraz w magazynach, a także nadchodząca wiosna - spowodowały kilka dalekich rajdów w teren, nowe poszukiwania obiektów. Wyniki tych przedsięwzięd były bardzo mizerne. Tu i ówdzie znaleźliśmy wprawdzie zakłady i materiały, ale zakłady, a raczej wydziały małe, materiały w niewielkich ilościach. Gdybyśmy przyjęli je za jedyny teren swojej pracy - nie opłaciłoby się utrzymywanie pracowników, samochodów, magazynów, biura. Ostatnie dni marca były ciepłe, przyjemne, prawdziwie wiosenne. A jednak humory mieliśmy skwaszone, chodziliśmy z Piotrowiczem źli, niezadowoleni. Nieudane rajdy kazały nam pojąd, że zbliża się coś istotnego w naszej pracy, w naszym życiu. Jednak milczeliśmy. Ale ktoś wreszcie musiał głośno o tym powiedzied. Ktoś musiał zacząd pierwszy. Powiedziałem ja. Chyba młodośd mi pomogła i jej inny punkt widzenia na zmiany, na przyszłośd. Powiedziałem i otrzymałem odpowiedź: - Ty co? Zwariował? Nie pozwolę! Po kilku chwilach ciężkiego dla nas milczenia Piotrowicz dodał: - Ale... masz rację. Ja też już tylko o tym myślę. Chociaż nie mogę się z tym pogodzid.

Tak. Trzeba było pomyśled o likwidacji brygady. Spenetrowaliśmy i wykorzystaliśmy przecież dużo. Praca naszego typu nie mogła trwad w nieskooczonośd. Gdyby Niemcy pod każdym kamieniem zmontowali przemysł zbrojeniowy, dawno by nas na świecie nie było. Trzeba umied kooczyd i to co najmniej tak dobrze, jak się zaczynało.

Myśl o likwidacji brygady była ciężka i przykra. Cóż dopiero rozważanie na zimno jej szczegółów, technicznej operacji na żywym jeszcze organizmie. Trzeba było jednak i to podjąd. Opracowałem szczegółowy plan. Przedstawiliśmy go w Centralnym Zarządzie. W zasadzie został przyjęty. Dodano jedynie drobne zmiany wynikające z lepszego rozeznania Cezetu w potrzebach poszczególnych zakładów. Kolejno, zgodnie z planem, opuszczaliśmy do ostatka opróżnione obiekty demontażu. Samochód po samochodzie z ostatnim ładunkiem i bagażem szofera odjeżdżał od nas. Kierowca i wóz przechodził do pracy w innej jednostce, na przykład do fabryki w Świdnicy. Żegnaliśmy się z pracownikami. Zgodnie z harmonogramem likwidacyjnym kierowaliśmy ich do pracy w fabrykach, do Świdnicy, Dzierżoniowa. Inni zwalniali się sami, urządzali na własną rękę. Najtrudniej było rozstad się z tymi, którzy pracowali od samego początku. Z nimi przecież najdłużej przeżywaliśmy satysfakcję z udanych przedsięwzięd, razem zacinaliśmy zęby przy trudniejszych problemach. Bez suwnic, dźwigów, z nimi razem nieomal gołymi rękoma wysuwaliśmy z ruin cielska maszyn, niekiedy o wadze kilku ton, wciągaliśmy na platformy aut, życzyliśmy szczęśliwej drogi. Trud może łączyd bardziej niż słowa, zbyt często rzucane na pokaz, dla osłony nieciekawej osobowości. W koocu został tylko inżynier Piotrowicz, staruszek-magazynier, Wachiak, ostatnia canada i ja. Ostrzej wyłonił się problem: co z nami, co dalej, co ze mną? Piotrowicza wezwano do Centralnego Zarządu. Ja zająłem się wykooczeniem podsumowania działalności grupy, ostatecznym uporządkowaniem dokumentów. A może także po prostu przedłużałem to, co było. Wachiak nudził się. Smętnie spoglądał na bezczynną canadę, wyładowaną ostatnimi narzędziami z akcji demontażowych. Była dzikim mustangiem na różnych szlakach, będzie dorożkarską szkapą, człapiącą na zwykłych trasach, ze zwykłym ładunkiem. Staruszek-magazynier zdał Radzie Narodowej puste już pomieszczenia magazynów. Nie znosił bezczynności, więc dreptał mi po piętach, nagabywał, ponaglał: „Co dalej? Nie myślę iśd na emeryturę. Róbmy już coś!”. W naszą stagnację niespodziewanie szybko, jak bomba, wpadł Piotrowicz. Znowu energiczny, z błyszczącymi oczyma, roześmiany, zadowolony z życia i z siebie. - Słuchaj! Tylko słuchaj!! - krzyczał od progu. - Maszyna zostaje u nas! - Co-o?! - Jedziemy do Wrocławia. Będziemy uruchamiad zniszczoną fabrykę! Wielka robota! Poniał? Przeniesienia służbowe są. Od jutra!! Jasne?

„Od jutra” oczywiście nie nastąpiła zmiana. Jednak w ciągu kilku dni byliśmy wszyscy czterej gotowi. Zabraliśmy tylko rzeczy osobiste i w piękny ranek dwunastego maja tysiąc dziewiędset czterdziestego siódmego roku ruszyliśmy razem, w piątkę, bo i canada - w stronę mało znanego Wrocławia. Błądziliśmy trochę, szukając ruin wśród ruin. Wreszcie stanęliśmy u celu. Przed nami była zniszczona brama, lecz czymś troskliwie podparta i zamknięta. Zamiast po klucze „Łucznik” sięgnęliśmy do sprzętu demontażowego i do doświadczenia zdobytego przez wiele miesięcy. Posłusznie ustąpiła. Wjechaliśmy do nowego obiektu. Pod ciężkimi oponami canady trzeszczały odłamki szkła leżącego na wyłożonej kostką drodze. Zatrzymaliśmy się przed dużym budynkiem. Wiedzieliśmy. To biura i administracja. Nieco dalej świeciły oczodołami zniszczonych okien duże hale fabryczne. Wszędzie morze gruzu, żelastwa, złomu, stłuczonego szkła. Dobrze znaliśmy ten widok. Potrafiliśmy z niego wiele odczytad, jak rentgenolodzy z cieni i półcieni utrwalonych na kliszy. Wiedzieliśmy, co się da odtworzyd, z czym trzeba będzie zacząd zupełnie od nowa. Weszliśmy do całkowicie zniszczonych, zdewastowanych pomieszczeo biurowych. Niczym nie przypominały zacisznej atmosfery biura w lubaoskiej willi. Nie czekały też na nas przygotowane gdzieś miejsca na nocleg. Ale to nic. W ciągu ostatnich dni zdążyliśmy się całkowicie przestawid psychicznie. Stare przeminęło pozostawiając trwały i miły ślad w pamięci. Byliśmy najzupełniej gotowi do ponownego mierzenia się z własnymi siłami, do rozpoczęcia nowej pracy. Tak innej niż poprzednia. Nie demontaż czekał nas, lecz montaż, który daje inne zadowolenie, stwarza odmienne perspektywy, który ma zgoła inne, trwalsze znaczenie.

Stanisław Siekierski Nowe czasy - nowe fabryki
Jelenia Góra Wiosną 1946 r. powróciłem do kraju, znękanego wojną i okupacją, odmiennego od tego, który opuściłem przed sześcioma laty. Był to czas, kiedy szeroko rozwinięto akcję przesiedleoczą i nawoływano, aby zaludnid Ziemie Zachodnie, aby uruchomid przemysł. Po odnalezieniu rodziny i krótkim odpoczynku wyruszyłem i ja na zachód, aby budowad nową Polskę. Nie miałem kontaktu z kolegami, więc wyjechałem „na ślepo”. Zatrzymałem się w pięknym zakątku kraju, w niedużej mieścinie, w małej fabryczce. Wybrałem specjalnie małą fabryczkę, gdyż rozumowałem, że w okresie organizacji paostwa zasadniczą trudnością pracy w fabryce będzie zaopatrzenie. A fabryka ta, której podstawowym materiałem były odlewy, posiadała małą odlewnię. Poza tym położona była w dogodnym miejscu, zarezerwowano też w pobliżu mieszkanie dla inżyniera, mającego kierowad ruchem zakładu. Te względy przemówiły za osiedleniem się tam. I tak objąłem stanowisko kierownika warsztatów, czyli tzw. szefa produkcji. Jakkolwiek tuż przed moim zaangażowaniem się fabrykę uruchomiono, kierownictwo opierało się jeszcze na obywatelach niemieckich. Grupa ziomków przeważnie nie była obznajomiona z zagadnieniami prowadzenia fabryki i często zajmowała stanowiska nieodpowiednie. Dla przykładu podam, że dyrektor administracyjno-handlowy miał zaledwie 21 lat. Był dyrektorem z tytułu. Wcześnie jednak zorientował się, że to posada nie dla niego, że trzeba zdobyd jakiś zawód, zrezygnował więc z funkcji kierowniczych i zapisał się na studia handlowe. Ciekawą jednostką była ta mała placówka przemysłowa. Liczyła tylko trzysta osób, a tworzyła pewną samoistną całośd. Były w niej następujące działy: modelarnia, odlewnia, obróbka mechaniczna, kuźnia, montaż wewnętrzny (w fabryce) i montaż zewnętrzny (u odbiorcy). Jak widad z tego, produkowaliśmy całe maszyny, byliśmy w dużej mierze niezależni. Wyżej wymienione działy miały nazwy dośd szumne. Jak one wyglądały wiosną 1946 roku, opiszę poniżej. Modelarnia liczyła trzech ludzi. Mieściła się na poddaszu nad kuźnią. Była wyposażona w trzy warsztaty stolarskie i jedną piłę taśmową. Kierownik działu, były mistrz modelarni „Fabloku” w Chrzanowie, pełnił funkcję kierownika, kalkulatora, technologa, a najczęściej widziało się go w fartuchu przy warsztacie stolarskim. W skład jego załogi wchodził modelarz-autochton, fachowiec średniej klasy, i jeden stolarz, który robił wszystko prócz modeli. Często tam zachodziłem. W czasie moich odwiedzin zawsze znalazło się sporo spraw zawodowych, które należało omówid na bieżąco. Poza tym kierownik sprowadzał rozmowy na tory rozwojowe placówki, a miały one zawsze przebieg podobny. Narzekał, że ciasno, że pracy przybywa, że odlewnia wola o modele, że pora pomyśled o powiększeniu oddziału. Obawiał się, że drewniane pomieszczenie pójdzie z dymem na wypadek jakiego nieszczęścia.

Pytałem, czy ma jakieś propozycje, jakieś upatrzone miejsce. Pracował w fabryce już rok, znał lepiej jej rozkład. Ja przybyłem tam stosunkowo niedawno. Niestety, kierownik nie widział rozwiązania, a ja nie mogłem zająd się od razu jego placówką. Na pierwszy plan wysunąłem uporządkowanie wydziału mechanicznego. Zanim kierownik doczekał się wejścia swojej placówki na „mój plan”, upłynęło przeszło pół roku. Znalazłem wreszcie miejsce dla modelarni. Był to skład desek, budynek murowany, który przystosowaliśmy do jej potrzeb. Znalazły się i maszyny. Po roku kierownik miał zainstalowane trzy maszyny stolarskie i dziewięd warsztatów obsadzonych modelarzami-fachowcami. Praca ruszyła na całego. Roboty przybywało. Przyjmowaliśmy najtrudniejsze modele do wykonania. Dla mego kierownika nie było nic trudnego. Radził sobie świetnie, był dobrym fachowcem. Nasze rozmowy były teraz inne - chodziło o większą wydajnośd, potrzeby rosły, a nadto dział musiał się stawad rentowniejszy.

Warsztat mechaniczny mieścił się również w budynku dosyd ciemnym, zagraconym. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było uporządkowanie tego pomieszczenia. Wyposażenie warsztatu, chociaż skromne, było prawie wystarczające dla naszych potrzeb, tylko brak obwiedniówki dawał się nam dotkliwie we znaki. Bolączką naszą była obróbka kół zębatych, których potrzebowaliśmy wiele. Wprawdzie na terenie zakładu znajdowała się już obwiedniówka. Przywiózł ją niedawno z jakiejś zniszczonej fabryki zapobiegliwy mistrz wspólnie z dyrektorem. Obwiedniówka była w bardzo dobrym stanie, należało ją tylko zainstalowad. Zająłem się jej montażem i uruchomieniem. Wkrótce maszyna została oddana do użytku. Uroczystośd była wielka. Wszyscy się cieszyli, że rodzina obrabiarek powiększyła się, i to o kluczową maszynę. Zatrudniony jeszcze w fabryce dawny właściciel, Niemiec, też wyraził swoje zadowolenie, oświadczając, że przez całe życie marzył o posiadaniu takiej obrabiarki. Fakt uruchomienia u nas obróbki kół zębatych stanowił dla okolicy niemałą pomoc. Zaspokajaliśmy nie tylko własne potrzeby, ale pomagaliśmy również sąsiadom. Nawet warsztaty kolejowe PKP w Wałbrzychu korzystały z naszej wydatnej pomocy. Po doprowadzeniu wydziału mechanicznego do porządku i ładu zacząłem odczuwad brak pomocnika, który by mi pomógł zorganizowad produkcję. Nawinął się nieukooczony wawelberczyk, pan w sile wieku, jak się później okazało - świetny fachowiec i bardzo sumienny pracownik. Zorganizowaliśmy planowanie warsztatowe i rozdzielnię robót i od tej pory nie było kłopotów na tym odcinku. Zadania rosły. Przybywało coraz więcej zamówieo. Aby wykorzystad moc produkcyjną warsztatu mechanicznego, należało powiększyd załogę. Poszedłem w dwóch kierunkach: przyjmowałem nowych robotników i zacząłem szkolid uczniów, przyjmując ich na trzyletni okres nauki. Z fachowcami było różnie. Dobrzy fachowcy zatrzymywali się u nas na krótko. Po zapoznaniu się z terenem szukali lepszych możliwości. Nie było o to trudno. Werbowano ich na mistrzów, czasami na kierowników działu, a zdarzało się, że powoływano ich nawet na dyrektorów zakładów. Często zgłaszali się ludzie, mający słabe przygotowanie zawodowe. Pamiętam, jak raz zgłosił się do mnie pracownik lat około 25, podając, że jest tokarzem. W rozmowie z nim zorientowałem się, że nie jest fachowcem. Prosił, aby mu pokazad maszynę, którą będzie obsługiwał, gdy zostanie przyjęty do pracy. Zaprowadziłem go na wydział mechaniczny i pokazałem mu większą tokarkę, która była bez

obsady. Ciekawie oglądał ją ze wszystkich stron, wreszcie zapytał, gdzie jest „mocowadło dla noża” i jak ten nóż wygląda. Pokazałem mu „to mocowadło i ten nóż”, proponując równocześnie zmianę zawodu. Nie chciał zrezygnowad, koniecznie chciał pracowad jako tokarz. Wahałem się, czy go przyjąd, bo co z nim potem robid? Wreszcie mój kandydat ze łzami w oczach powiada: - Nie byłem tokarzem, mam rodzinę na utrzymaniu, muszę pracowad, a zawód tokarza podoba mi się. Tłumaczyłem, że trudno mu będzie zapracowad na utrzymanie rodziny, gdy nie zna zawodu. Był jednak uparty, nie ustępował, twierdził, że się nauczy, i prosił, aby go przyjąd. Ustąpiłem. Przecież i ja byłem uparty w swoich dążeniach. Po pół roku na tyle opanował tokarkę, że nie należał do najgorszych tokarzy. Przez swój upór zdobył zawód.

Następnym oddziałem, który należało uporządkowad, była odlewnia. Zasadniczo nie wymagała ona większego nakładu - praca odbywała się tam bez przeszkód, jakośd żeliwa była dobra. Słabością oddziału była ciasnota. Zdecydowałem się rozszerzyd teren odlewni na przyległą posesję. W owym czasie urzeczywistnienie takiego zamiaru nie nastręczało większych trudności. Zgłaszało się potrzeby terenowe u władz miejskich i po prostu - przesuwało się płot. Na nowym terenie urządziłem składowisko skrzyo, zaopatrując je w małą suwniczkę o napędzie ręcznym (wykonawstwo gospodarczym sposobem). Zwolnione miejsce dało możnośd zwiększenia powierzchni formowania. Przy dziale topienia zostały porobione zasobniki, tak że surówki i złomy były oddzielnie złożone, a nie, jak poprzednio, zmieszane. Odlewnia była wyposażona najpierw w jedną suwnicę pięciotonową. Po pewnym czasie mieliśmy możnośd zainstalowania drugiej takiej suwnicy. Poprawiło to znacznie warunki pracy, zwłaszcza przy formowaniu i odlewaniu dużych elementów. Odlewano w naszej fabryce części maszyn, których ciężar wynosił od kilkudziesięciu gramów aż do jednej tony, od elektrycznych elementów oporowych poprzez żurawie kolejowe aż do walców papierniczych. Z zaopatrzeniem radziliśmy sobie w ten sposób, że z opuszczonych i na pół zniszczonych zakładów zwoziliśmy surówkę, grafit, potrzebne skrzynie formierskie, a czasem coś z urządzeo odlewniczych. Załoga składała się początkowo w przeważnej części z obywateli niemieckich. Polaków było niewielu. Kierownikiem odlewni był technik, który mimo młodego wieku nieźle dawał sobie radę z zagadnieniami odlewniczymi. Repatriacja Niemców wzmagała się. Fachowców zaczęło ubywad. Uzupełniano ich fachowcami polskimi. Największy kłopot mieliśmy z działem topienia. Nie mogliśmy znaleźd pracownika obsługującego kopulaki. W wypadku wyjazdu Niemców groziło nam zatrzymanie pracy urządzeo i co za tym idzie przerwanie pracy w całej odlewni. Sytuację uratowała grupa reemigrantów z Francji, którzy obrali sobie nasze miasteczko za nową siedzibę, a naszą fabrykę - za nowe miejsce swojej pracy. Wśród reemigrantów znalazł się jeden, który zatrudniony był przy wielkich piecach jako pomocnik. Z niego zrobiliśmy pierwszego piecowego. Kiedy po pewnym czasie Niemcy opuścili teren fabryki, udając się do swojej ojczyzny, dział topienia został pod wyłączną opieką załogi polskiej. Kopulak nie przerwał pracy ani na jeden dzieo.

Jak długo praca piecowego polegała na spuszczaniu żeliwa do kadzi i poprawkach w obmurowaniu kopulaka, nasz reemigrant dawał sobie radę. Pewnego dnia późną wiosną przyszedł do mnie kierownik odlewni i zameldował, że obmurowanie pieca jest już tak cienkie, że wkrótce będzie musiał zatrzymad pracę kopulaka. Aby uniknąd przerwy, trzeba było periodycznie po ośmiu lub dziewięciu miesiącach piec wymurowad, a myśmy łatali nasz piec już prawie rok. Dłużej nie można było czekad. Poleciłem kierownikowi rozejrzed się za materiałem do wymurowania pieca i zorientowad się w zdolnościach naszych piecowych względnie poszukad kogoś w mieście - może jakiegoś zduna - kto podjąłby się tej pracy. Materiał do wymurowania znaleźliśmy w opuszczonej odlewni, 80 km od zakładu. Gorzej było z wykonawcą. Nikt nie chciał się tego podjąd. Pozostał tylko murarz fabryczny. Nie miałem innego wyjścia, jak zdecydowad się na wymurowanie kopulaka pod moim osobistym nadzorem. Przygotowaliśmy wszystko, nie bez trudności, i zaczęliśmy murowad. Murowanie odbyło się sprawnie, spoiny zalewano rzadką zaprawą szamotową, tzw. mlekiem. Kopulak znowu zaczął pracowad normalnie. Temperaturę utrzymywał jak poprzednio. Dokładne obmurowanie pozwoliło mu pracowad przeszło rok bez przerwy. W nagrodę za staranne przygotowanie cegieł oczyszczacz został przeszkolony na suwnicy i pracował jako suwnicowy, wykazując wysokie poczucie obowiązku w trzech groźnych okolicznościach, z których jedną opiszę. Ponieważ ambicje naszej odlewni były duże, pokusiliśmy się o odlewanie walców do maszyn papierniczych o średnicy 300-500 mm i długości 2 500 mm. Pierwszy odlew walca odbył się normalnie, bez braków. To nas upewniło o naszych zdolnościach odlewniczych. Niestety, na krótko. Przy drugim odlewie nastąpił wybuch formy. Zjawisko było wprawdzie efektowne, ale jednocześnie bardzo groźne. Forma walca została umieszczona w dole, specjalnie na ten cel wykopanym. Wystawała przeszło metr nad powierzchnią ziemi, tak aby można było do niej jeszcze wlad roztopiony metal. Kiedy płynne żeliwo zgromadzono w odpowiedniej ilości przy użyciu dwóch kadzi, rozpoczęło się zalewanie, jak to się normalnie dzieje. Po zalaniu formy mniej więcej do połowy szczeliną zaczęła się wydobywad cieniutka smuga dymu. Odlewnicy, zatrudnieni bezpośrednio przy odlewie, obserwowali to zjawisko z niepokojem, gdyż dym wskazywał, że w zalanej formie dzieje się coś nienormalnego. Po paru sekundach zaczęły się z niej wydobywad iskry, najpierw w małej ilości, potem wytrysk stał się intensywniejszy, chwilami następowało zatrzymanie, a po chwili znowu gejzer iskier z całą furią wzniósł się do góry i dosięgnął dachu, mieszczącego się ponad 15 metrów nad powierzchnią odlewni. Iskry, padając, obejmowały początkowo małe koło. Z każdą sekundą jednak pole ich działania zwiększało się, aż doszło do tego, że połowa odlewni znalazła się pod zasięgiem ognia. Reszta załogi przyglądała się początkowo wszystkiemu z zaciekawieniem, czekając, co dalej nastąpi. Kiedy jednak ogieo się wzmagał i dosięgał ich miejsc obserwacji, zaczęli się cofad. Zaciekawienie przerodziło się w trwogę o własne życie, o życie towarzyszy. Przed chwilą spokojni widzowie zaczęli panicznie uciekad. Stali się bezładną masą. Nawołując się wzajemnie, uciekali gdzie się dało, byle dalej, byle jak najprędzej znaleźd się poza zasięgiem ognia. Pozostał na miejscu tylko suwnicowy. Zachował zimną krew. Gdyby uciekał z kadzią pełną żeliwa, łatwo mógł zawadzid o skrzynie formierskie i wylad ognistą masę, powodując straszny w skutkach wypadek.

Do naszej odlewni został zaangażowany jako doradca techniczny profesor Pilarski. Poczciwy staruszek chciał zrobid wiele. Doradzał między innymi zastosowanie modyfikacji karbidem i glinem. Początkowo formierzy, starzy fachowcy, Niemcy, i nasi chłopcy, zaczynający karierę odlewniczą, nie wierzyli w jego recepty naukowe. Po kilku odlewach przekonali się jednak, że to pomaga, i chętnie stosowali się do wskazówek profesora. Równocześnie zaczęliśmy prowadzid próby: klinową, spiralną oraz jeszcze jedną, gdzie odlewano rurkę. Rurkę, jeszcze czerwoną, należało szybko ostudzid. Aby otrzymad prędzej rezultaty badao, próbę prowadziłem osobiście. Pewnego razu rurkę, jeszcze czerwoną, wsadziłem do wody. W tym momencie para z hukiem wysadziła rdzeo z chłodzonej rurki, a ja, nachylony nad zbiornikiem wody, cały ładunek otrzymałem w oczy. Zrobiło mi się ciemno i jako ofiarę zawodu odprowadzono mnie do domu. Przybyły lekarz otworzył oczy, oczyścił z piasku i zaklął: - Ale, cholera, miał szczęście, oczy nienaruszone! Widocznie nastąpił błyskawiczny refleks i w czasie wybuchu zamknąłem oczy, co uratowało mi wzrok. W tym okresie miałem w odlewni kłopotliwą sytuację. Przyjęto nieopatrznie 35 tysięcy sztuk segmentów rusztu mechanicznego. Aby to wykonad, należało zająd na okres trzech miesięcy połowę powierzchni formowania odlewni. Nie mogliśmy sobie na to pozwolid, gdyż nie wykonalibyśmy innych zobowiązao, a nadto nie byłoby odpowiedniej ilości ton, czyli przepustowośd kopulaka nie byłaby wykorzystana. Termin dostawy nadchodził, a odlewów ciągle nie było. Zrozpaczony, gorączkowo szukałem rozwiązania. Z pomocą przyszedł mi przypadek. Znalazłem w śmieciach opuszczonej i rozszabrowanej odlewni kompletny aparat do badania twardości („Brinell”) oraz małą maszynkę formierską wywrotkę. Przywiezioną maszynkę poleciłem uzupełnid i odświeżyd. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że maszynka nie tylko posłuży do formowania owych nieszczęsnych 35 tysięcy segmentów, ale że będę mógł zastosowad przy jej pomocy nowy sposób formowania, tzw. system choinkowy, dający dużą oszczędnośd. Nikt nie wierzył, że coś z tego wyjdzie, szczególnie Niemcy, którzy twierdzili, że gdyby to było możliwe, dawno by to zastosowali. Z wielkim zainteresowaniem przyglądali się naszym próbom, a kiedy otrzymaliśmy wyniki dodatnie, nie wypowiadali głośno swoich opinii. Myślę jednak, że byliby bardziej zadowoleni, gdyby moja koncepcja okazała się niedobra. Nakłoniono mnie, abym złożył wniosek racjonalizatorski. Przyznana nagroda była pokaźna, wynosiła bowiem osiem razy więcej niż moje pobory miesięczne. Niewiele jednak miałem z niej pożytku. Zanim mi ją wypłacono, wartośd pieniądza zmalała do 30 procent. Ponieważ zagadnienie rozwiązywałem pod kątem technicznym, a nie finansowym, uważałem, że korzyśd osobista była i tak duża. Mogłem przecież nic nie otrzymad.

Jak już wspomniałem, porządkowałem oddziały po kolei. Aby nie rozpraszad się, cały swój wysiłek wkładałem w dany odcinek. Dawało to pozytywne wyniki. Pozostał mi w koocu do uporządkowania oddział ostatni - montaż, który się znajdował w nowej, widnej hali.

Kierownikiem był tam stary mistrz, Markus, człowiek trudny do kierowania. Na wydawanie dyspozycji, które trzeba by przeprowadzad siłą, nie kwapiłem się. Czekałem, kiedy kierownik montażu wyjedzie na odpoczynek. W czerwcu poprosił o czterotygodniowy urlop. Zdaje się, że była to z jego strony zagrywka taktyczna, aby dowiedzied się, że jest niezastąpiony. Urlop otrzymał, pojechał zadowolony, a ja w czasie jego nieobecności uporządkowałem mu oddział. Kiedy wrócił, był zaskoczony porządkiem. Twierdził, że już dawno chciał to zrobid, lecz nadmiar pracy zawodowej i społecznej nie pozwalał mu się tym zająd.

W ciągu tych pierwszych lat mojej pracy w przemyśle ciężkim widziałem różne formy kształtowania się władzy przemysłowej. Pozornie nie było zmian. Rządy w fabryce sprawowała dyrekcja, mianowana przez władze wyższe - Zjednoczenie. Piszę pozornie, gdyż fabryka miała jeszcze inne organa oficjalne, które brały udział w zarządzaniu pośrednim. Jednym z takich organów była rada zakładowa. W wielu wypadkach poczynania jej były wręcz szkodliwe. Jakkolwiek wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, tolerowano taki stan rzeczy w myśl panującego wówczas hasła: „Uczmy się na własnych błędach”. Droga to była nauka... Jak swoją rolę rozumieli związkowcy, niech posłuży fakt, że pewnego razu na zebraniu załogi delegat związkowy napiętnował dyrektora zakładu, który jemu, przedstawicielowi robotników, śmiał odmówid oddania do dyspozycji samochodu osobowego na jeden dzieo. Twierdził, że takich dyrektorów należy usuwad ze stanowiska. Wielu naszych pracowników było członkami zarządu związkowego. Mieli tyle zebrao poza fabryką, że niewiele czasu mogli poświęcid pracy zawodowej. Często całymi dniami byli nieobecni. A jak niektórzy pracownicy rozumieli swój udział w zarządzaniu fabryką, niech świadczy następujące zdarzenie: Pewnego razu zostałem zaproszony na zebranie, na którym spotkałem się z zarzutem, że nie dbam o dobro fabryki, ponieważ nie zabezpieczyłem przed deszczem cegły szamotowej zdobytej z tak wielkim trudem, a przecież starszy piecowy zwracał mi na to uwagę. Wyjaśniłem zebranym, że zarzut został skierowany pod fałszywym adresem, bowiem do obowiązków wymienionego piecowego należało dbad o powierzoną cegłę. Jako dobry obywatel powinien był po prostu wziąd blachę i przykryd stos cegieł, a nie zwracad się z tym do szefa produkcji. Na skutek mego wyjaśnienia przewodniczący stwierdził, że zaszło nieporozumienie i nie widzi potrzeby prowadzenia dyskusji. Inną komórką, wywierającą duży wpływ na życie fabryki, był dział personalny, w dużym stopniu niezależny od dyrektora zakładu. W wielu wypadkach byli to ludzie młodzi, nie mający doświadczenia życiowego, ludzie, którzy pierwszy raz zetknęli się z fabryką i większym kolektywem, nie posiadający wyrobienia politycznego ani społecznego. A odcinek ich pracy był trudny. Kierowali bowiem załogą, pochodzącą z różnych warstw społecznych, z różnych stron kraju, a nawet Europy; kierowali ludźmi nie zżytymi ani z sobą, ani z fabryką.

Od pewnego czasu zaczęto wspominad o połączeniu naszej fabryki z Fabryką Maszyn Papierniczych, odległą od nas o jakieś 3 km. Każda z tych fabryk posiadała odmienny profil produkcyjny, wspólne było tylko Zjednoczenie, do którego obie należały.

Komasacja została postanowiona i co za tym idzie - nastąpiły pewne przesunięcia personalne, połączenie oddziałów, wzmacnianie i rozszerzanie placówek. Komasację uważano zasadniczo za słuszną. Nasza fabryka, wprawdzie mała jednostka, była jednak bardzo ruchliwa, ale brak terenów pod rozbudowę nie stwarzał jej widoków rozwojowych. Fabryka, z którą nas połączono, była placówką dużą, o wielkich perspektywach rozwojowych, a nadto - fabryką unikalną. Należało więc kosztem jednej wzmocnid drugą. Przy komasacji powstały nowe plany rozwojowe, nowe koncepcje. Na bieżąco należało rozpracowad poszerzenie jednych działów, likwidując inne. Prace te spoczywały na personelu inżynieryjnotechnicznym, który to zadanie wykonywał bez większego rozgłosu w „normalnych godzinach domowych”, gdyż zajęd fabrycznych było wiele. Instytucji takiej jak „Prozamet” jeszcze wówczas nie było, a pracę trzeba było wykonad niezwłocznie. Jak wspomniałem wyżej, załoga fabryki składała się z różnych warstw społecznych. Trzeba było dłuższego czasu, zanim się zżyła ze sobą. Zaczął się nawet po pewnym czasie wyrabiad lokalny patriotyzm, który stał się przyczyną nieprzyjemnej okoliczności. Było to krótko po komasacji. Nadchodziło święto Rewolucji Październikowej. Uchwalono, aby nadad mu jak najbardziej uroczysty charakter. Chciano dad możnośd zetknięcia się członkom obu placówek. Po części oficjalnej program przewidywał zebranie towarzyskie załogi. W części artystycznej wystąpili amatorzy spośród załogi, chór odśpiewał jakieś piosenki, a jeden z monterów, Ślązak, opowiedział gwarą śląską bardzo udane „gadki”. Zmęczone występami towarzystwo niecierpliwie spoglądało w stronę, z której dochodziły brzęki szkła i porcelany. Wreszcie po części artystycznej ruszono do obficie zastawionych stołów. (Okres zupy w stołówce dawno już minął, zaopatrzenie Jeleniej Góry było wspaniałe.) Jak łatwo się domyślid, na takiej uczcie musiały byd i przemowy. Przemawiał najpierw dyrektor naczelny, potem techniczny, następnie przedstawiciel rady zakładowej i jeszcze ktoś inny. Przy czwartej przemowie przebrała się miarka. Jeden z niecierpliwych cisnął kuflem piwa w wiszącą lampę, a inni, jak na dany sygnał, zaczęli rzucad czym się dało w różne punkty świetlne. Co się później działo, łatwo sobie wyobrazid. Złośliwi twierdzili, że przelana krew scementowała załogę obu fabryk. Zdaje się, że dużo było w tym prawdy. Urazy i nieuzasadnione pretensje szybko zanikały, wzajemne zrozumienie rosło z dnia na dzieo i po roku załoga obu fabryk tworzyła jedną całośd.

W latach 1946-1947 rada zakładowa wspólnie z dyrekcją organizowała prawie każdej niedzieli wycieczki, których celem było zbliżenie się załogi i ich rodzin poza terenem fabrycznym. Mogliśmy sobie na to pozwolid. Nasz tabor samochodowy był pokaźny: trzy duże samochody ciężarowe i dwa osobowe (trzy samochody wyremontowaliśmy z wraków). Okolice były piękne. Brałem często wraz z żoną udział w tych wycieczkach. Czas mijał bardzo miło i szybko. Wymienialiśmy swoje poglądy, prowadziliśmy rozmowy na tematy związane z naszym życiem osobistym i trudnościami w fabryce. Podobne wycieczki urządzały również inne zakłady pracy. Puste w dni powszednie okolice, w święta roiły się od wycieczkowiczów. Na ogół nie spotykało się tam pijaków, nie było bójek ani kłótni. Obywano się bez alkoholu, a tym samym bez awantur. Nie wiem, czy na zmianę natury ludzkiej wpływały przykre wspomnienia niedawno przeżytej wojny i okupacji, czy też to, że spotykali się ludzie

z różnych stron i swoim zachowaniem chcieli wykazad swój poziom etyczny, a może piękne okolice przy słonecznej pogodzie wpływały na ten nastrój. Zdaje się, że wszystkie te czynniki powodowały, że radowano się życiem. Wesoły śpiew w czasie powrotu dowodził, że czas spędzony na wycieczce był przyjemny, co zachęcało do następnej. Z pracy w tej fabryce wyniosłem dużo miłych, dobrych wspomnieo, czego dowodem jest, że po piętnastu łatach nie zatarły się one w mojej pamięci.

Moje osobiste stosunki z załogą układały się pomyślnie. Nie twierdzę, że miałem samych przyjaciół, byli też wśród moich podwładnych niezadowoleni, szczególnie ci, którzy opuszczali się w pracy. Sam pracowałem z pełnym oddaniem, nie szczędząc sił ani czasu i tego samego wymagałem od podwładnych. Im kto więcej opuszczał się w zajęciach, tym więcej miał konfliktów ze mną. Niepoprawne jednostki opuszczały fabrykę. Pozostali tworzyli załogę, z którą można się było dogadad. W wypadku potrzeby nigdy nie odmówili dodatkowego wysiłku, przekraczającego ich zwykłe obowiązki. W stosunku do dyrekcji nie miałem zastrzeżeo. Odnoszono się bardzo życzliwie. Swoje wymagania umieli wyegzekwowad w sposób kulturalny. Wizytacje władz nadrzędnych były dodatnie. W tym okresie trzy razy proponowano mi stanowisko dyrektora technicznego w innych zakładach. Odmawiałem, nie pytając nawet, o jakie fabryki chodzi. I tak nadszedł grudzieo 1947 r. W drugiej połowie tego miesiąca otrzymałem telegram z departamentu kadr MPC z poleceniem stawienia się w innym Zjednoczeniu. Domyślałem się, że będę musiał zmienid dotychczasowe miejsce pracy.

Cieplice-Zdrój Zgodnie z treścią telegramu MPC stawiłem się w dyrekcji Zjednoczenia. Zaproponowano mi stanowisko dyrektora technicznego w nowo organizowanej Fabryce Maszyn Przędzalniczych na Ziemiach Odzyskanych. Fabryka miała produkowad rodzaj maszyn mnie osobiście nie znanych. Lojalnie powiedziałem o tym. Uzgodniono, że stanowisko obejmę na okres próbny. Jeśli którejkolwiek stronie nie będzie odpowiadała umowa, nastąpi jej rozwiązanie. Tak więc z dniem 1 stycznia 1948 r. zmieniłem stanowisko, miejsce pracy i miejsce zamieszkania. Obiekt, który miał byd przedmiotem mego działania, był obszerny. Powierzchnia zabudowania przekraczała 3,5 ha, teren fabryczny zaś obejmował około 10 ha. Wśród budynków przeważały hale starego typu, ale znajdowała się też hala najnowszej konstrukcji, oddana do użytku w 1943 r. oraz bardzo ładny, obszerny biurowiec. Stan budynków był na ogół dobry. Wyposażenie fabryki wywieziono. Wprawdzie pozostało kilka obrabiarek do metali, ale były to maszyny starego typu i nadawały się raczej na złom niż do eksploatacji. Pozostały też resztki magazynów, sporo różnorodnego żelastwa, które po przesortowaniu można było wykorzystad. Poza tym hale i cały teren były zaśmiecone. Stan załogi wynosił około osiemdziesięciu ludzi. Był dyrektor naczelny, personalny, mały dział księgowy, straż fabryczna z bardzo służbistym komendantem, który codziennie na wzór wojskowy meldował dyrektorowi o wydarzeniach w czasie służby. Była też spora gromadka ludzi, zaangażowanych do działu gospodarczo-inwestycyjnego. Na czele stał młody technik, nie mający zupełnie praktyki. Był też starszy pan, z wykształcenia technik, którego specjalnością jednak była -

geodezja. On to próbował uruchomid fabrykę przed naszym przybyciem. Jeśli chodzi o dalszych fachowców, to poza jednym stolarzem wszyscy byli tej miary, co kadra kierownicza.

Zapytałem dyrektora o plan. Był i mieścił się w jednym zdaniu: „Uruchomid fabrykę o mocy produkcyjnej takiej i takiej”. Pytałem dalej, ile mamy pieniędzy, i otrzymałem odpowiedź, że jest tyle, ile potrzeba. Należało tylko złożyd plan pracy na najbliższe trzy miesiące i kredyt zostanie z miejsca otwarty. Na razie bierzemy à conto. Dyrektor naczelny, który objął urzędowanie dwa miesiące przede mną, był to bardzo zacny człowiek, ekonomista; na pracach technicznych jednak nie znał się zupełnie, natomiast stronę finansową i administracyjną miał świetnie opanowaną. Toteż z miejsca podzieliliśmy się zakresem prac. On wziął na swoje barki administrację, finanse i reprezentację zakładu na zewnątrz, ja zająłem się sprawami technicznymi. Nasz plan obejmował: uporządkowanie terenu, tak hal, jak i biurowca; zorganizowanie biura konstrukcyjnego; zorganizowanie komórki inwestycyjnej; zdobycie jak największej ilości mieszkao i doprowadzenie ich do stanu używalności; zorganizowanie jednorocznej szkoły przyzakładowej celem zabezpieczenia sobie kadr. Opracowałem naprędce plan wydatków, który został przez bank zaakceptowany. Dział gospodarczy trudnił się dalszym zabezpieczeniem budynków przed zniszczeniem. Władze Zjednoczenia żywo interesowały się obiektem. Planowano, że fabryka zatrudni około dwóch tysięcy pracowników. Nawiązano kontakt z pokrewnym przemysłem paostwa zaprzyjaźnionego. Wiosną 1948 r. przyjechali przedstawiciele zagranicznego biura projektowego. Zapoznali się ze stanem faktycznym i po kilku tygodniach nadeszła oferta - kosztorys projektu, urządzenia i uruchomienia zakładu - opiewająca na tak wygórowane sumy, że po naradzie zrezygnowaliśmy ze współpracy. W tym czasie zaprojektowaliśmy we własnym zakresie koncepcję zagospodarowania obiektów i całego terenu. Biuro projektów przyjęło później naszą koncepcję za punkt wyjściowy swego opracowania.

Wiosna zastała nas całkowicie przygotowanych do rozpoczęcia robót porządkowo-remontowych. Zaangażowaliśmy kilku fachowców. Na pierwszy ogieo poszedł biurowiec. 5 maja 1948 r. wprowadziłem się do swego gabinetu. Organizowałem biuro konstrukcyjne, które już w maju liczyło piętnaście osób. Była też komórka inwestycyjna, składająca się z trzech osób, którą kierował magister inżynier. Biuro konstrukcyjne już miało swoje zadanie. Ponieważ członkowie tego biura nie byli obeznani z nowymi maszynami, zostali skierowani do fabryk, gdzie owe maszyny były w ruchu, aby zapoznad się z ich pracą. Wiosną tego roku inwestycje zorganizowały sobie stolarnię, wyposażając ją we wszystkie maszyny potrzebne do obróbki drewna. Stolarnia liczyła dwanaście osób.

Wytypowano miejsce dla szkoły przyzakładowej. Architekt bardzo zręcznie zaprojektował szkołę. Były tam trzy sale wykładowe, warsztat mechaniczny, szatnia i umywalnia. W środku warsztatu, na piętrze, mieściło się kierownictwo, mające na widoku cały warsztat szkolny. Zaangażowaliśmy kierownika szkoły, instruktorów i zaczęliśmy przyjmowad uczniów. Przejściowo w jednej z hal fabrycznych urządziliśmy warsztat szkolny. Właściwa szkoła miała byd oddana do użytku na wiosnę 1949 r. Celem zabezpieczenia sobie naboru kwalifikowanych pracowników, rozpoczęliśmy szeroką akcję mieszkaniową. W Prezydium Miejskiej Rady Narodowej zdobyliśmy blisko pięddziesiąt mieszkao, które wymagały remontu, przeróbek lub odświeżenia. W okresie wiosenno-letnim mieliśmy przygotowanych już prawie trzydzieści mieszkao. Nie wszystkie były zamieszkałe, czekały na nowych pracowników. Projektowaliśmy też w pobliżu fabryki budowę osiedla mieszkaniowego na trzysta osób. Wybraliśmy odpowiednie miejsce, uzyskując poparcie władz miejscowych. Zapobiegliwy dyrektor Zjednoczenia zdobył u władz wyższych odpowiednie kredyty na ten cel. Budowa osiedla była realna. Sprawa płac natomiast nie była rzeczą łatwą. Były cenniki, grupy, rangi, kategorie - w sumie płace przedstawiały się bardzo skromnie. Ponieważ bez fachowców nie mogłem uruchomid fabryki, więc płaciłem tak, że sąsiednie fabryki nie wytrzymywały mojej konkurencji. W krótkim stosunkowo czasie zaangażowałem do biura konstrukcyjnego kilku dobrych inżynierów i techników, opłacając ich odpowiednio. Zainteresowało to władze nadrzędne. Zostałem wezwany do Zjednoczenia i tam dyrektor w obecności kierownika personalnego wygarnął mi, że płace inżynierów w naszej fabryce są najwyższe w jego Zjednoczeniu. Największym jednak zarzutem było to, że jeden z inżynierów otrzymał płacę o 20 procent większą niż moja, dyrektora technicznego. Odpowiedziałem, że zależy mi na skompletowaniu grupy fachowców i płacę tyle, ile są warci dla fabryki. Jeśli zaś chodzi o moją osobę, dyrektor opłaca swoich dyrektorów technicznych, na ile ich ceni. Różnica zarobków w stosunku do hierarchii służbowych nie może byd zawsze miernikiem. Jeśli chodzi o stawkę wyższą, niż przewiduje taryfikator, nie czyniłem tego po kryjomu i oczekuję decyzji w tej sprawie. Dyrektor mojej decyzji nie cofnął.

Nikogo zapewne nie dziwi, że ludzie nie chcieli się osiedlad w małych miejscowościach. Atrakcyjnych miejsc było dużo, zdobycie pracy - łatwe. Jak poprzednio wspomniałem, bardziej ruchliwych pracowników robiono dyrektorami, chociaż nie mieli odpowiedniego przygotowania na te stanowiska. Stosunki bezpieczeostwa były też bardzo problematyczne. W miejscowości, w której zamieszkałem, życie nie było łatwe. Co nocy zdarzały się kradzieże. Szczególnie rozpowszechniły się one latem 1948 r. Grasowała tam szajka, która, jak się później okazało, „zapylała” swoje ofiary proszkiem nasennym za pomocą długiej rurki. Dlatego nikt z napadniętych nie alarmował. Pewnej nocy okradli dyrektora naczelnego naszej fabryki. Niewiele miał majątku, trochę pozbieranych mebli, koce, bieliznę osobistą (zapasowego ubrania jeszcze się nie dorobił). Złodzieje weszli na piętro przez otwarte okno. Po wypadku dyrektor opowiadał, że jak przez mgłę widział ludzi, kręcących się po

sypialni, nie mógł się jednak obudzid. Na skutek takich okoliczności zabezpieczyłem odpowiednio własne mieszkanie. Okna, otwierane przez niewtajemniczonego, powodowały uruchomienie dzwonka alarmowego. Kupiłem psa pokojowego. Obok łóżka kładłem każdej nocy siekierę, aby byd przygotowanym na przyjęcie nieproszonych gości. Powiadomiłem też straż fabryczną, że telefon ode mnie w nocy będzie dowodem napadu na moje mieszkanie. Miałem widocznie szczęście, gdyż nie było włamania do mego mieszkania. W takich warunkach budowaliśmy wówczas przemysł i Polskę Ludową.

W sąsiedztwie naszym mieliśmy fabrykę zatrudniającą około siedmiuset ludzi (była to wspomniana Fabryka Maszyn Papierniczych). Jej perspektywy rozwojowe były ogromne, natomiast widoki rozbudowy - znikome. Wielkośd naszych hal fabrycznych i ich funkcjonalne rozmieszczenie odpowiadało tej fabryce. Nasza zapobiegliwośd przy uruchomieniu powierzonej nam placówki obudziła z martwoty sąsiadów. Doszli do przekonania, że popełnili fatalny błąd, nie przejmując wcześniej naszego obiektu. Rozumowali jednak słusznie, że nie należy dopuścid do popełnienia drugiego błędu i pozwolid nam na uruchomienie produkcji. Pojechały delegacje do władz najwyższych, przyznano się do popełnionego błędu i dowodzono słuszności swego zainteresowania naszą fabryką. Zaczęły się konferencje, komisje na różnych szczeblach. Sprawa oparła się nawet o ówczesne PKPG. Pierwsza konferencja nie dała rezultatów. Zjechała do nas komisja z ministrem Wangiem na czele. Obie strony wysuwały uzasadnione postulaty. Odbyła się trzecia konferencja w PKPG w Warszawie. Przewodniczący wysłuchał dowodów obu stron. Wreszcie rozstrzygnął sprawę, mówiąc: - Dotychczasowi posiadacze mają słusznośd, domagając się pozostawienia im obiektu. Swoją zapobiegliwością udowodnili, że fabryka, będąc w ich rękach, prędko by się ożywiła i dała zatrudnienie setkom ludzi. Słuchając drugiej strony, trudno nie przyznad, że żywotne interesy ich placówki wymagają przydzielenia im obiektu. Wobec zaistniałej sytuacji - ciągnął dalej przewodniczący - udzielam drugiej stronie nagany za zaniedbanie na tym odcinku i równocześnie przydzielam im obiekt. Tak zakooczył się spór, trwający pół roku. Decyzja przewodniczącego zaskoczyła nas. Szkoda nam było dotychczasowego dorobku. Nie poszedł on jednak na marne - co było wykonane, przydało się nowym gospodarzom. Nowi gospodarze od razu przystąpili do pracy. Pospiesznie przejęli cały teren. Kontynuowali rozpoczęte prace. Angażowali wszystkich pracowników naszego zakładu. Mnie osobiście zaproponowano stanowisko dyrektora technicznego. Nie przyjąłem, gdyż dyrektorem ich fabryki był kolega, człowiek bardzo zacny, bez zastrzeżeo oddany interesom zakładu. Uważałem, Że fabryka, pozbywając się go, popełniłaby duży błąd. Tymczasem na zlecenie Zjednoczenia obaj z naczelnym wybraliśmy się na poszukiwanie innego obiektu względnie dogodnego terenu pod budowę fabryki. Nasza placówka bowiem nie miała byd zlikwidowana, miała jedynie zmienid miejsce. Poszukiwania trwały osiem dni. Wybraliśmy Słupsk, mający dużo wolnych mieszkao (samych will, stojących pustką, naliczyliśmy chyba pięddziesiąt). Złożyliśmy relację w dyrekcji Zjednoczenia, która jednak tymczasem zmieniła decyzję. Postanowiono

budowad ową fabrykę w Łodzi, gdzie przemysł był już silnie rozwinięty. Jako argument podawano, że łatwiej tam znaleźd większą liczbę wykwalifikowanych pracowników. Moim zdaniem postąpiono niesłusznie. Brak fachowców był i tam duży, konkurencja otwierała dogodne warunki do fluktuacji. Nas, obu dyrektorów, przeniosło Zjednoczenie do innej fabryki, gdzie stanowiska nie były obsadzone.

Zielona Góra Jesienią 1948 r. znaleźliśmy się w nowej miejscowości na Ziemiach Odzyskanych, oddalonej o 300 km na północ od dawniejszego miejsca pracy. Fabryka mieściła się w jednym ze schludnych miast tamtejszych terenów. Zabudowania były zniszczone, urządzenia i maszyny wywiezione, sprzętu - żadnego. Fabryka była w odbudowie. Dla ścisłości należy jednak wyjaśnid, że odbudowywano budynki zakładu, a nie fabrykę. Wywiezione urządzenia fabryczne i tak nie nadawałyby się do nowego profilu produkcyjnego. Fabryka miała charakter odlewniczy, obecnie zaś organizowano Fabrykę Maszyn Włókienniczych. Wyboru obiektu na tę placówkę nie dokonano zbyt szczęśliwie: budynki były za niskie, instalacja suwnic w hali obrabiarek - prawie niemożliwa. Odbudowa obejmowała fabrykę nie tylko fizycznie, ale i moralnie. Już czwarty raz zmieniano dyrektora, a fabryki jako takiej nie było widad. W czasie kiedy przyjechaliśmy, rządy na terenie zakładu sprawował komisarz Zjednoczenia. Zależało mu bardzo na tym, aby swoje funkcje komisaryczne jak najszybciej zlikwidowad i na czwarty czy piąty dzieo po moim przybyciu zdecydował, że pora przekazad swoje rządy. Zgodziłem się, bo wcześniej czy później i tak wszystkie kłopoty musiały przejśd na mnie. Przekazanie odbyło się w następujący sposób. Komisarz wziął mnie pod rękę, wyprowadził na pustą prawie halę obróbki mechanicznej i powiedział: - Kolego, to jest fabryka, którą wam przekazuję. Czy pan chce jeszcze jakiegoś wyjaśnienia? - Nie, kolego, to mi w zupełności wystarczy - odpowiedziałem. Wieczornym pociągiem odjechał. Zostałem sam. Dyrektor naczelny, jak wspomniałem - ekonomista, nie interesował się sprawami technicznymi ku obopólnemu zadowoleniu. Stan fabryki przedstawiał się następująco: załoga liczyła około pięciuset osób, z tego produkcyjnych było chyba nie więcej niż pięddziesięciu robotników. Reszta zajmowała się realizacją inwestycji oraz administracją tak gospodarczą, jak i techniczną. Jeśli chodzi o park obrabiarkowy, można się było w nim doliczyd: 6 tokarek, 2 starych strugarek, 1 starej frezarki, 3 wiertarek słupowych i 1 wytaczarki. Ta ostatnia była produkcji amerykaoskiej, w bardzo dobrym stanie. Była to obrabiarka, o którą szczególnie dbałem na przestrzeni kilku lat.

Powyższy park maszynowy był już obsadzony i wyrabiano tam proste elementy przyszłej maszyny. Niezależnie od tego - w ramach usług - produkowano różne części maszyn dla sąsiednich fabryk niemetalowych, których liczba była duża w najbliższej okolicy. Był to bowiem okręg bardzo uprzemysłowiony. Z okna naszego biurowca naliczyłem osiemnaście kominów. Z kilku unosił się już dym. Należało teraz dokooczyd odbudowy fabryki i uruchomid produkcję. Dla odbudowy zakładu powołano specjalny komitet odbudowy. Była to instytucja nadrzędna, która miała za zadanie czuwad nad pracami, wydawad zalecenia i dyspozycje oraz przyjmowad sprawozdania dyrekcji z przebiegu inwestycji. Instytucja ta składała się z dwudziestu osób. Byli tam przedstawiciele MPC, Zjednoczenia, radcy i doradcy, przedstawiciele władz politycznych i społecznych i miejscowa dyrekcja. Na czele stał przewodniczący - dyrektor Zjednoczenia, oraz jego doradca, pełniący równocześnie rolę sekretarza komitetu odbudowy. Doradca opracowywał dla nas projekt zadao na okres jednego miesiąca, który przedkładał na posiedzeniu komitetu do zatwierdzenia. Posiedzenia odbywały się regularnie raz na miesiąc. Projekt poddany pod dyskusję był w koocu zatwierdzany i stanowił dla dyrekcji fabryki zadanie na najbliższy miesiąc do ścisłego i bezwzględnego wykonania. Na następnym posiedzeniu komitetu dyrekcja składała sprawozdanie z wypełnionych zadao. Z podobnym kierowaniem przedsiębiorstwem spotkałem się po raz pierwszy. Z początku starałem się ściśle przestrzegad uchwał komitetu. Było to bardzo kłopotliwe, a w wielu wypadkach wręcz niemożliwe. W trakcie realizacji zadao wynikały potrzeby wykonania wpierw innych prac, nie objętych uchwałą, a planowane zadania musiały byd tym samym przesunięte w czasie. W drugim miesiącu pobytu w fabryce zacząłem więc wydawad dyspozycje i decyzje, wynikające z życia codziennego, a nie ujęte uchwałami, zanotowanymi w protokole. W fabryce, w codziennej pracy było to oczywiste. Na posiedzeniu wyglądało zgoła inaczej. Musiałem tłumaczyd zebranym, że odstąpienie od uchwały było konieczne i pożyteczne, że nie była to samowola. W czasie trzeciego posiedzenia komitetu zaatakowano mnie, że uchwały nie zostały wykonane. Ponieważ atak był poparty przez przewodniczącego w dośd ostrej formie, zacząłem się bronid. Udowodniłem, że moje posunięcia były słuszne i celowe. Nie zmieniając programu, musiałbym zatrzymad wiele robót, czekając dwa tygodnie do najbliższego posiedzenia. Ponieważ byłem podniecony atmosferą, jaka się wytworzyła, z obrony przeszedłem do ataku. Wyłuszczyłem, że uchwały „na zapas” utrudniają pracę. Powiedziałem, że skoro przyjąłem funkcje kierownika technicznego, to czuję się na siłach spełniad je, a wręczona mi nominacja władz nadrzędnych daje mi pełnomocnictwo do wydawania poleceo i decyzji, jakie uznam za słuszne. Atakowałem dalej komitet, że takie „ciało” może występowad w roli doradcy i opiniodawcy, kierowad natomiast na odległośd przedsiębiorstwem w żadnym wypadku nie może. Wygarnąłem zebranym, że jeżeli do mnie, jako kierownika technicznego fabryki, nie mają zaufania, to należy mnie odwoład z tego stanowiska lub też, pozostawiając, pozwolid mi pracowad. Rezultatem tej utarczki były uchwały jako wskazówki i zalecenia. Po kilku miesiącach przewodniczący ogłosił, że nie widzi potrzeby częstego zwoływania posiedzeo, a po pół roku komitet odbudowy rozwiązał się.

Inwestycje, które miały opracowany plan, obejmowały przystosowanie pomieszczeo dla poszczególnych wydziałów. Park maszynowy był zamówiony i na ogół dobrany dobrze. Nie zamówiono tylko kilku obrabiarek, których nabycie nastręczało liczne trudności. Były wypadki, że wiele obrabiarek nadeszło, ale bez wyposażenia. Dotyczyło to przede wszystkim rewolwerówek. Maszyny zaczęły napływad, a hala nie była jeszcze przygotowana do eksploatacji. Trzeba było instalowad obrabiarki w miejscach przeznaczenia, nie zważając na nie dokooczone inwestycje. Tak się złożyło, że kiedy cały park obrabiarkowy został zainstalowany, przedsiębiorstwo budowlane miało dopiero zatwierdzony plan sieci elektrycznej. Projekt przewidywał, że kable będą biegły kanałami podziemnymi. Tak więc całą halę pocięto rowami. Złośliwi twierdzili, że w hali obrabiarkowej znajdują się „Okopy św. Trójcy”. Z każdym dniem rosły zadania i załoga produkcyjna powiększała się. Owa falanga ludzi, zajęta inwestycjami, wykonywanymi we własnym zakresie, zmalała na rzecz załogi produkcyjnej. Po roku w fabryce byli tylko pracownicy zajęci produkcją, a liczba ich sięgała już sześciuset ludzi. Z biegiem czasu została rozbudowana narzędziownia i ulokowana w miejscu przeznaczenia. Za nią poszedł dział obróbki cieplnej. Dużo kłopotu sprawiał nam brak lakierni, która miała mied osobny budynek. Wreszcie w trzecim roku mego pobytu budynek oddano do użytku. Lakierowanie odbywało się farbami nitro. Sama lakiernia zmieniła trzy razy pomieszczenie, zanim znalazła się na właściwym miejscu. Dział głównego mechanika, liczący paru ludzi i dwie obrabiarki, mieścił się w szopie. Kompresorownia wprawdzie istniała, ale bez kompresorów i bez sieci powietrznej. Powoli z kwartału na kwartał uruchamialiśmy poszczególne działy. Ciągle trwały przenosiny, gdyż prawie co pół roku zmieniała się sytuacja w fabryce. Problemy nabrzmiałe musiały byd rozwiązywane. Nie wspomniałem na wstępie, że w roku 1948 fabryka posiadała trzy obiekty. Jeden oddalony od zakładu macierzystego o 500 m, drugi o 2 km. Zdecydowaliśmy, że obiekt położony bliżej zatrzymamy, a ten dalszy przekażemy chętnemu. W myśl założeo fabryka miała kooperowad jeszcze z trzema innymi zakładami, nie licząc odlewni żeliwa. (Udział żeliwa wagowo wynosił 70 procent.) Tak więc wyroby blaszane miała dostarczad fabryka w Kamiennej Górze specjalizująca się w tego rodzaju produkcji, części z drewna (bo i takie występowały w naszych maszynach) - Fabryka Maszyn Jedwabniczych w Łodzi, gotowe opakowanie zaś miało byd dostarczane z zakładów w Kaliszu. Do tych wytycznych były dostosowane nasze oddziały i odpowiednio zaprojektowane wyposażenie. Rozpoczęto produkcję maszyn, mając do dyspozycji kilka tokarek, dwie strugarki i wytaczarkę. Zasadniczo wyrabiano części na tokarkach. Czym były obciążone strugarki i wytaczarka, już nie pamiętam. W początkach oparto produkcję na szeroko zakrojonej kooperatywie. Elementy były rozlokowane na różnych bratnich i niebratnich zakładach, jak Bielska Fabryka Maszyn Włókienniczych „Befama”, Huta Baildon, Odlewnia w Nowej Soli itd. Chociaż inwestycje w hali obrabiarkowej nie były jeszcze zakooczone, plan przewidywał około czterdziestu maszyn. Dla pełnej informacji, w jakich okolicznościach powstawała produkcja, należy podad, że zgrzeblarek w Polsce dotychczas nie wyrabiano. Nie było nikogo obeznanego z ich

produkcją. Ja osobiście nigdy nie miałem z tego rodzaju maszynami do czynienia. Tylko jeden z naszych monterów był przez szereg lat zatrudniony przy ich eksploatacji. Moje niedociągnięcia zawodowe na tym odcinku uzupełniałem pospiesznie z literatury radzieckiej, gdyż tylko ta była dostępna. Po zorientowaniu się w całości technicznych zagadnieo cały mój wysiłek skierowałem na przejęcie produkcji bratnich fabryk na teren własny. Postanowiłem powoli, ale systematycznie likwidowad kooperację. Najpierw jednak zająłem się częściami już wykonanymi. Poleciłem kontroli technicznej sprawdzid jeszcze raz elementy wykonane i co nie odpowiadało wymogom rysunkowym, odłożyd. Po kilkunastu dniach nagromadziła się tego spora ilośd. Dobrych części zostało niewiele. Zdecydowałem się cały odłożony zapas złomowad. Szybko rozeszła się wieśd o tym poleceniu. Wiele osób postanowiło ratowad, co się da. Zwołano zebranie. Zażądano wyjaśnienia w tej sprawie. Wytłumaczyłem, że części zrobione w początkowym okresie uruchomienia fabryki wykonano na poziomie, na jaki warunki miejscowe wówczas pozwalały. Twierdziłem jednak, że byłoby z naszej strony nierozsądnie, aby elementy, które nie odpowiadają warunkom technicznym, montowad w maszynie. Strata ze złomowania nie jest tak duża, aby ją ratowad i tym samym świadomie zepsud maszynę, narażając fabrykę na złą opinię. Moje wywody trafiły do przekonania. Znaleźli się tacy, którzy poparli mnie, a w koocu wszyscy zgodnie uznali moją decyzję za słuszną. Tak więc w magazynie zapas zmniejszał się pokaźnie. Z kooperacji zaczęły napływad zamówione elementy. Monter - nasz specjalista - z kilku jeszcze innymi monterami rozpoczął montaż pierwszej maszyny. Muszę powiedzied, że nie był to właściwie ani montaż, ani nauka, gdyż nie było komu uczyd. Nazwałem to zabawką dorosłych ludzi.

Na pozór wszystko biegło normalnie (czytaj: dotychczasowym trybem). Na warsztacie nie przejawiałem jeszcze swojej inicjatywy. Poza decyzją co do złomowania części już wyprodukowanych, nie wydałem żadnej poważniejszej dyspozycji, mimo że pracowałem już cztery miesiące. Pierwszą moją decyzją, która zaniepokoiła załogę warsztatu mechanicznego, było odmówienie podpisania umowy o kooperację przy obróbce ram. Referentowi zaopatrzenia, który zapytał, gdzie należy ulokowad obróbkę tych części, wyjaśniłem krótko, że będziemy produkowad sami. Następnego dnia przybył kierownik warsztatu i w długich wywodach naświetlał, że rama to podstawowy element zgrzeblarki i jako taka wymaga starannej obróbki. Zgodziłem się z tym twierdzeniem i oświadczyłem mu, że właśnie ten atut spowodował moją decyzję obróbki tego elementu u siebie. Próbował jeszcze bronid sprawy, że to zagadnienie trudne, nie na nasze siły. Oświadczyłem krótko, że kooperacja na tym odcinku skooczona - żadna więcej sztuka nie będzie obrabiana w obcej fabryce. Na dobitek poinformowałem go, że zapas odlewów kazałem już sprowadzid na nasz teren. Po kilkunastu dniach, gdy ramy nadeszły, zaczęto je obrabiad. Kilka sztuk zbrakowano naturalnie, ale od tego czasu nikomu nie przyszło na myśl, aby mogło byd inaczej. Następnym elementem, którym się zainteresowałem, to skrzynka biegów. Jej obróbka była ulokowana w Bielskiej Fabryce Maszyn Włókienniczych. Zdecydowałem również obrabiad ją u siebie. Te dwa moje pociągnięcia wywołały na warsztacie pewne zdenerwowanie. Dozór techniczny zaczął mnie bacznie obserwowad i każdego dnia oczekiwał nowych „uderzeo”. Uderzenia te nieubłaganie

następowały jedne po drugich. Detal po detalu systematycznie przybywał do obróbki we własnym zakresie. Pozostały tylko te części, które wymagały specjalnych obrabiarek, jakich jeszcze nie posiadaliśmy. Jednak i do tego zagadnienia zabrałem się z całą energią. Pierwszy problem wyniknął z braku wiertarki promieniowej o wysięgu ramienia 2,5 m. Taka wiertarka nie została nawet zamówiona, a potrzebna była do dalszej obróbki przy ramach, która została już opanowana na poprzednich operacjach. W oczekiwaniu dalszej obróbki ramy owe zaczęły się gromadzid. Wiertarka była potrzebna. Pomoc władz zwierzchnich na tym odcinku była ograniczona należało ramy wiercid na wytaczarce albo w kooperacji. Oba warianty nie odpowiadały mi. Trudny problem, podobny do „jajka Kolumba”, rozwiązałem równie prosto. Ustawiłem obok siebie dwie wiertarki promieniowe o wysięgu ramienia 1 metra. Zdały świetnie egzamin. Następnym „gwoździem” była obróbka pierścieni o średnicy 1,5 m. Do ich obróbki potrzebna była karuzelówka lub duża tokarka tarczowa. Nie posiadaliśmy ani jednej, ani drugiej. Znowu zaszła potrzeba kooperacji, której byłem zdecydowanym przeciwnikiem. Ponieważ studiowałem zagadnienie obróbki i budowę obrabiarek, zagadnienie to nie nastręczało mi kłopotu. Przypomniałem sobie, że przed kilku miesiącami widziałem zgromadzone w magazynie złomu jednej z fabryk jakieś wrzecienniki. Nasunęło mi to myśl wykonania czołówki we własnym zakresie. Pojechałem do owej fabryki, przekonad się, czy owe wrzecienniki jeszcze się tam znajdują. Rzeczywiście były - zdaje się pięd. Wziąłem dwa. Stały tam też stare tokarki z napędem od przystawki, z których zabrałem trzy łoża z suportami, długości 2,5 m. Wróciwszy do fabryki, zabrałem się do konstrukcji czołówki - konstrukcji oryginalnej, nie opublikowanej w żadnej literaturze. Jej budowa, od chwili powzięcia decyzji do wykonania obróbki pierwszej sztuki, trwała sześd tygodni. Maszyną tą zadziwiłem wszystkich, wzbudzając respekt całej załogi co do moich wiadomości zawodowych i uznanie co do pokonywania trudności. To pomogło mi w dalszej pracy. Czołówka okazała się tak poręczną obrabiarką, że w niedługim czasie zbudowaliśmy drugą. Sąsiedzi, widząc nasze osiągnięcia, zrobili u siebie dwie takie maszyny, rozwiązując w ten sposób problem braku czołówki. Następną bolączką fabryki był brak możliwości wykonywania kół zębatych. Pod koniec 1949 r. otrzymaliśmy obwiedniówkę, a z remanentów wojennych dłutownicę „Fellows” oraz strugarkę do kół stożkowych „Gleason”. Ta ostatnia niekompletna i bez jakiejkolwiek instrukcji. Uruchomienie obwiedniówki nie nastręczało trudności. „Fellows” okazał się bardziej delikatny jak na ręce naszej załogi i dwa razy zatarł się. Przy kołach zębatych wyłonił się też problem narzędzi. Frezy ślimakowe jakoś otrzymaliśmy, lecz zdobycie narzędzi do dłutowania kół zębatych było wprost niemożliwe. Dowiedziałem się, że narzędzia te robi H. Cegielski. Udałem się tam. W dziale zbytu poinformowano mnie, że w handlu jeszcze się one nie ukazały, może będą za pół roku, ale referent Cegielskiego wątpił, aby „prowincja” mogła uzyskad jakiś przydział. Wdałem się z nim w rozmowę i dowiedziałem się, że jest kilka sztuk próbnych. Zapytałem, jakie są możliwości otrzymania noży. Z uśmiechem oświadczył, że żadne. Uzyskawszy powyższe informacje, zameldowałem się u dyrektora zakładów. Sekretarka wymieniła moje nazwisko i natychmiast zostałem przyjęty. Okazało się, że był to mój dyrektor sprzed wojny. Ucieszyliśmy się, widząc siebie żywych. Nastąpiły krótkie wzajemne informacje o własnych

przeżyciach w okrasie wojny, wreszcie wyłuszczyłem moją prośbę. Bez słowa wezwał referenta, z którym przed chwilą rozmawiałem, i polecił wydad mi trzy sztuki. Jeśli chodzi o zakłady Cegielskiego, miałem z nimi jeszcze raz stycznośd. Prosiłem o kooperację w zakresie szlifowania ślimaków u dyrektora, którego nie znałem. Z ulokowaniem tej kooperacji było dużo kłopotów. Zaangażowane były bardzo wysokie władze - jednak bez rezultatu. Ponieważ produkowaliśmy już zgrzeblarki w pełni, chodziło o polepszenie jakości. Zależało to między innymi od szlifowanych ślimaków. Nie było rady, trzeba było spróbowad osobiście przełamad impas. Wybrałem się do H. Cegielskiego, do fabryki obrabiarek. Ponieważ miałem tam kolegów, wiele rzeczy mi ułatwiono. Uzyskałem niewinne pozwolenie obejrzenia wydziału mechanicznego. Na oddziale szlifierek zebrałem informacje co do możliwości ulokowania obróbki ślimaków i udałem się do dyrektora. Przedstawiłem się, kto zacz, skąd oraz w jakim celu przybywam. Chciał mnie krótko spławid z kwitkiem, jak to się pospolicie mówi. Wtedy poinformowałem go skromnie, że są luzy na jednej szlifierce, tej mniejszej. Zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem (a jegomośd był nerwowy) i rzucił krótko: -To źle, że pan więcej wie o moim dziale niż ja. Kto panu udzielił informacji? Chcecie się wcisnąd, a później, jak będzie wpadka z planem, zwalid wszystko na mnie. Nie dam się nabrad, żadnych zobowiązao nie biorę na siebie, nawet notatki nie spiszę. Wyjaśniłem z miejsca, że nie chcę żadnej notatki, że to moja osobista prośba, aby robotę przyjąd. Wykonanie jej będę traktowad jako uprzejmośd, a nie jako obowiązek. Jeśli nie będzie zrobiona, nie będę miał żadnej pretensji. Ja ze swej strony nic nie ryzykuję - sprawa jest już przesądzona na wyższym szczeblu, że ślimaki będą nieszlifowane. Dyrektor wysłuchał uważnie, sięgnął po słuchawkę, zapytał, jak się przedstawia sprawa obciążenia szlifierek, rzucił cierpkie słowo pod czyimś adresem i zakooczył rozmowę telefoniczną. - Wzbudza pan zaufanie - powiedział - pomogę panu w miarę moich możliwości. Na przyszłośd jednak muszę ograniczyd oglądanie fabryki, bo nigdy nie wiadomo, co z tego oglądania może wyniknąd. Proszę przysład zamówienie i detale. Zobaczymy, co się da zrobid. Z jego uprzejmości fabryka korzystała przez szereg łat, aż wreszcie któryś z moich następców zrobił firmie przykrośd twierdząc, że planu nie wykonał z winy Cegielskiego. Rezultat łatwy do odgadnięcia więcej zamówieo nie przyjęto. Jeśli już mowa o szlifierce, wspomnę, że sprawa szlifowania w naszej fabryce odgrywała dużą rolę. Musieliśmy również szlifowad bębny o średnicy 1,5 m, i to z wielką dokładnością. Początkowo otrzymywaliśmy owe bębny w gotowym stanie, obrabiane na Śląsku. Z biegiem czasu jednak należało i tu uniezależnid się od kooperacji. Otrzymaliśmy wreszcie szlifierkę. Poleciłem jednemu z młodych inżynierów, aby zajął się sprawą szlifowania, dobierając sobie jednego lub dwóch robotników do pomocy. Wyznaczyłem zadanie, nie określając terminu. Zaczęło się szlifowanie. Z początku nic z tego nie wychodziło. Ciągle występowały jakieś trudności. Usunięto jedne, pojawiały się drugie. Wreszcie przedmiot wyszedł prawidłowo. Od chwili rozpoczęcia operacji do jej zakooczenia upłynęło sześd tygodni wytężonej pracy kilku ludzi, przesiadujących czasem grubo ponad osiem godzin, przewidzianych regulaminem pracy. Praca wciągała ludzi, a ambicja nie dawała spokoju, dopóki zagadnienie nie zostało rozwiązane. Następne operacje trwały

krócej i wkrótce ustalił się czas, wynoszący sześd godzin. Znowu posunęliśmy się naprzód o krok milowy, o jedno doświadczenie więcej, o dalsze zaufanie we własne siły. O trudnościach pomiaru bębna nie wspominam, chociaż i tu były one duże. Przewidziana produkcja miała byd ciągłą, chociaż małoseryjną. Poprzednicy moi zamówili pomoce warsztatowe w narzędziowniach centralnej Polski. Po roku pomoce owe zaczęły napływad. Sprawiały one również dużo kłopotów, zanim dostosowano je do miejscowych warunków i potrzeb. W każdym wypadku o przeróbce przyrządu decydowałem osobiście, hamując zapędy niektórych współpracowników, zbyt pochopnych do przerabiania. W produkowanych zgrzeblarkach znajdowały się elementy, wymagające wyważenia tak statycznego, jak i dynamicznego. Przez dłuższy czas było to niemożliwe do wykonania w naszych warunkach. Wyważaliśmy tylko statycznie. Na wykonanie wyważarki we własnym zakresie nie kusiłem się. Uporczywie jej szukałem, przez długi czas bez skutku. Pewnego dnia jeden z pracowników doniósł mi, że w centralnej Polsce w jednej z fabryk widział w jakiejś skrzyni dwa podobne urządzenia. Naszkicował mi fragment przedmiotów, które oglądał. Była to właśnie poszukiwana przeze mnie wyważarka. Natychmiast poleciłem zakupid owe urządzenia. Były to zwykłe wyważarki średniej wielkości. Zmontowaliśmy najpierw jedną i zaczęła się „zabawa”. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak równocześnie wyważad statycznie i dynamicznie. Był wśród nas inżynier, spec od tego rodzaju zagadnieo (przetłumaczył nawet z języka niemieckiego instrukcje, traktujące wyważania), który autorytatywnie oświadczył, że wyważa się albo statycznie, albo dynamicznie. Ów inżynier pracował dawniej w fabryce produkującej młocarki i tam bębny cepowe, mające 1 400 obr./min., wyważano tylko dynamicznie. Dałem za wygraną. Sam w to uwierzyłem i broniłem tej teorii u swoich władz. W czasie jednej z moich podróży służbowych wywiązała się dyskusja na temat wyważania przedmiotów wirujących. Broniłem tezy, że wyważad można dynamicznie lub statycznie. Mój rozmówca sięgnął po ołówek i papier i wyjaśnił mi zasadę równoczesnego wyważania. Nie upierałem się więcej. Po powrocie do fabryki pierwszą moją czynnością było zajęcie się wyważaniem. Po godzinie czy dwóch przedmiot był wyważony na oba warunki. Naturalnie, nie odmówiłem sobie przyjemności pognębienia naszego speca od wyważania. Opisane wydarzenia były wydarzeniami większego „kalibru”, w które osobiście się angażowałem. Ale wyłaniało się wiele problemów, które moi współpracownicy rozwiązywali na co dzieo bez mojej wiedzy. Nie było bowiem dnia, aby nie wyrósł problem, narastający do rangi zagadnienia zakładowego. W szumie maszyn, bez rozgłosu pokonywano trudności, jakie wynikają zawsze przy uruchomieniu fabryki i nowej produkcji. Ciekawy był sposób rozwiązywania tych problemów. Kiedy w czasie produkcji coś „nie wychodziło” prawidłowo, pracownicy dozoru średniego szybko wątpili w swoje zdolności i udawali się do mnie po radę albo po prostu interweniowali, aby zmienid technologię. Przychodził wówczas kierownik warsztatów, ciągnąc niby delikwenta mistrza, u którego były kłopoty, i referował trudności. Zwykle kooczył swoje wywody filozoficznym zdaniem: - To się nie da zrobid. Podejmowałem wówczas dyskusję od słów:

- Czy ludzie to robią? Przyznawał, że robią. - No, to i my zrobimy - mówiłem. Zadawałem pytanie, czy w ten a w ten sposób próbowano. Padała zwykle odpowiedź: - Nie. - Proszę więc spróbowad, a gdyby nie wychodziło, proszę zgłosid się powtórnie. Zgłaszali się coraz rzadziej, aż mnie to dziwiło. Dopiero po moim wyjeździe, kiedy przybyłem do fabryki jako gośd, ówczesny kierownik warsztatu wyjaśnił mi tę zagadkę. - Bo, panie dyrektorze, było nam wstyd chodzid do pana. Tak się składało, że zawsze znalazł pan rozwiązanie. Pomyślałem więc sobie, że lepiej będzie, jak ja najpierw z mistrzami przeanalizuję wszystkie trudności i dopiero gdy nie znajdziemy rozwiązania, będę korzystał z pomocy pana. Zbierałem majstrów u siebie i informowałem ich, że więcej nie pójdę do dyrektora z oświadczeniem, że „coś nie idzie”. Usłyszymy bowiem stary, wyświechtany argument: jeśli ludzie robią, to i my zrobimy. Na tej naradzie - ciągnął mój rozmówca dalej - postanowiliśmy, że zabawię się w pana i będę argumentował w podobny do pana sposób. I wie pan co - przeważnie udawało się nam. Błysk oka świadczył, że mówił to szczerze i z dumą. Był to rezultat mojej nauki samodzielności. Elementy blaszane i z drewna mieliśmy otrzymywad w myśl założeo ze stałej kooperacji. Przesyłki nadchodziły. W czasie montażu okazało się jednak, że były nieodpowiednie, czyli, jak to się mówi pospolicie na warsztacie, „nie pasowały”. Mimo reklamacji następne transporty nie były lepsze. Ponieważ elementy te wpływały na jakośd naszych maszyn, uważałem, że założenia fabryczne co do kooperacji są nieprawidłowo ustawione. Podczas wizyt dyrektora Zjednoczenia zwracałem uwagę na te niedociągnięcia. Proponowałem, abyśmy zorganizowali oddział produkcji części blaszanych i drewnianych u siebie. Mieliśmy do tego warunki. Zgodził się chętnie, ale zastrzegł, że niewiele będzie mógł nam pomóc. Musimy liczyd przede wszystkim na własne siły. Zabraliśmy się do pracy. Umieściliśmy dział blacharski i stolarnię na osobnym terenie, oddalonym od zakładu macierzystego około 500 m. Budynki były tam zniszczone, szyby powybijane, a wewnątrz pustki. Trzeba było dużego wysiłku, aby doprowadzid budynki do stanu używalności. Pierwszym sukcesem było doprowadzenie na ten teren prądu elektrycznego. Zapalenie lamp w portierni i bramie oddziału uważane było za święto nie tylko przez załogę, ale i okolicznych mieszkaoców. Ulica bowiem była ciemna, a światło ożywiło ją, zwłaszcza w porze jesienno-zimowej. Zanim zaczęliśmy cokolwiek produkowad, należało wyposażyd oddział w odpowiednie maszyny, ustalid jakiś program zajęd i zdobyd materiał. Z pomocą przyszły nam różne składy maszyn. Pewne obrabiarki otrzymaliśmy bez trudu w drodze przerzutów. Nasze zabiegi nie poszły na marne. W krótkim czasie hale ożywiły się. Niebawem pracowało tam około osiemdziesięciu ludzi.

Zbliżała się zima, należało pomyśled o ogrzewaniu. Koksowych pieców nie można było zdobyd. Kierownicy działów poradzili sobie: wykonali we własnym zakresie trociniaki swojego pomysłu. Do opalania używano trocin, gromadzących się w stolarni. Trociniaki ogrzewały dostatecznie hale w ciągu kilku zim. Kierownicy oddziałów byli przedsiębiorczy i ambitni - często przychodzili na narady z nowymi pomysłami i żądaniami. Sami nie szczędzili trudów i domagali się od dyrekcji pomocy przy realizowaniu swoich zadao. Ambicje rosły. Zaszła potrzeba wyposażenia oddziału w walce do blach o grubości 6 mm. Zaczęliśmy poszukiwania. Przypomniałem sobie, że w oddalonej o 300 km Jeleniogórskiej Fabryce Maszyn, w której poprzednio pracowałem, takie walce były. Wysłałem tam kierownika oddziału, który zwrócił się do głównego mechanika z prośbą o odstąpienie tych walców. Ponieważ były tam dwie pary, kierownik wybrał większe, do blach o grubości 12 mm. Szybko załatwiliśmy formalności i w ciągu jednego miesiąca mieliśmy urządzenia u siebie. Walce były trochę zniszczone, należało je przeszlifowad. Ba, ale jak? Wysyład do huty - to mrzonka. Po naradzie ustawiliśmy tokarkę równolegle do osi walców. W ciągu dwóch tygodni „poprawialiśmy” walce, aż wreszcie otrzymaliśmy sprawne urządzenie. Unowocześniono też napęd. Walce pracowały przez wiele lat - chyba do dziś jeszcze pracują. Tak było z wieloma urządzeniami. Z każdym miesiącem coś przybywało, robiono coś nowego, opanowywano jakiś nowy detal. Największą satysfakcję mieli moi pracownicy z działu blacharskiego, kiedy opanowali pewną częśd maszyny, tzw. ruszta10 których nikt w Polsce nie potrafił zrobid. Element ten, z blachy, był tak ważny, że Zjednoczenie zdecydowało się importowad go. Obiekt, gdzie ten oddział blacharski uruchomiliśmy, nazwany później „Trzepakiem”, był stosunkowo duży. Pozostało tam jeszcze sporo miejsca nie wykorzystanego. Ponieważ produkcja na oddziale macierzystym rozrastała się - zwłaszcza po przyłączeniu odlewni - ulokowaliśmy tam montaż maszyn trzepalnianych, przy których części blaszane stanowiły przewagę. W osobnym budynku na tym samym oddziale zorganizowany został, jak wspomniałem, warsztat stolarski oraz modelarnia. Należy dodad, że elementy z drewna stanowiły kilka pozycji - w tym dwie musiały odpowiadad dużym wymaganiom technicznym. Ponieważ z wyrobami z drewna zetknąłem się w poprzedniej pracy, wykorzystałem teraz swoje wiadomości.

Należałoby z kolei opowiedzied o mniejszych działach produkcyjnych, jak obróbka cieplna i lakiernia. Z okresu uruchomienia obróbki cieplnej niewiele mam wspomnieo. Widocznie nie wymagało to większego wysiłku i nie sprawiało tyle kłopotu, co inne zagadnienia. Jeśli chodzi o lakierowanie maszyn, nie było to dla nas proste zagadnienie. Brak nam było lakiernika. W kontroli technicznej był zatrudniony malarz pokojowy, który wcale dobrze dawał sobie radę. Znał względnie rysunek i proste narzędzia pomiarowe. Jego to zmusiliśmy do lakierowania pierwszej maszyny. Bronił się, mówiąc, że nie orientuje się w lakiernictwie maszyn, ale nie było innego wyjścia.
10

Jest to częśd składowa zgrzeblarki, umieszczona pod bębnem głównym i bębnem szarpacza, zapobiegająca spadaniu włókien podczas zgrzeblenia.

Musiał podjąd się tego zadania. Rozpoczynając pracę, poprosił o pomocnika. Dałem mu dwóch. Praca posuwała się jednak tak powoli, że musiałem uzupełnid swoje wiadomości lakiernicze, zaczynając od studiowania książki Pajewskiego pt. „Lakiernictwo”. Sięgnąłem też do literatury rosyjskiej. Jak opornie rozwijała się ta praca, niech świadczy fakt, że trzy maszyny trzech ludzi lakierowało przez sześd tygodni. Po sześciu tygodniach mój malarz oświadczył, że nie umie lakierowad i nie ma chęci uczyd się na stare lata nowego zawodu. (A miał lat chyba 35.) W koocu trafił do nas lakiernik. Chociaż w praktyce z lakierem nitro niewiele miał do czynienia, szybko przestawił się na nowy rodzaj pracy. Przepustowośd lakierni była ciągle powiększana. Z trzech maszyn miesięcznie doszła do piętnastu w koocu było tam tak ciasno, że nie sposób było pracowad. Po trzech latach oddano nam do użytku nowy budynek, który trzeba było jednak zagospodarowad - w wielu wypadkach własnymi siłami. Kiedy mowa o lakierni i lakierniku, niepodobna pominąd, że na zbliżające się Targi Poznaoskie mieliśmy wystawid pierwszy raz naszą maszynę. Należało więc dołożyd wszelkich starao, aby odpowiednio zaprezentowad swój dorobek. Dla fabryki była to chwila prawie że historyczna. Wybrałem dwie najlepsze maszyny. Jedną oddałem w ręce lakiernika, druga pozostała jako rezerwa. Chciałem udzielid lakiernikowi instrukcji co do wykooczenia. Nie chciał jednak o tym słyszed, uważając to za ujmę dla siebie. Był to człowiek już starszy, uszanowałem więc jego ambicję. Po wyznaczonym czasie przedstawił mi maszynę wykooczoną na wystawę, mówiąc: - No, teraz pan osądzi, co potrafię. Obejrzałem maszynę szczegółowo. Trochę długo trwało to szacowanie, tak że lakiernik zaczął się już niepokoid. Wreszcie nie wytrzymał nerwowo i zapytał: - Czy się nadaje? Odrzekłem: - Nadaje się, ale do ponownego lakierowania. Nie wierzył biedak. Tak się przejął moim wyrokiem, że aż łzy zaświeciły mu się w oczach, gdyż pracował uczciwie i z wysiłkiem. Zapytał: - Kiedy zdemontowad? - Natychmiast. Teraz poprosił, aby mu wskazad błędy. Nie widział ich, a inni, którzy oglądali maszynę, orzekli, że jest bardzo ładna. - Pan to zawsze niezadowolony - powiedział z goryczą. Cóż było robid, należało pokazad mu niedociągnięcia. Zacząłem więc wyjaśniad, ale nie dokooczyłem, gdyż szybko się zorientował, o co chodzi, i uznał, że szkoda czasu na dalsze wyjaśnienia.

Maszyna poszła powtórnie do lakierni. Po kilku dniach wróciła tak starannie wykonana, że wyglądała jak z porcelany. Nie miałem już nic do zarzucenia. Na Targach Poznaoskich na tle eksponatów innych fabryk wykooczenie naszej zgrzeblarki odbijało się na korzyśd. Od tego czasu wysyłano maszyny na różne wystawy i targi zagraniczne. Były zawsze starannie wykonane i zaspokajały najbardziej wysokie wymagania. Podziękowałem lakiernikowi za jego trud, nie szczędząc słów uznania. Z obrotu sprawy był zadowolony i często wspominał swoją maszynę wystawioną na Targach Poznaoskich, koocząc swoje wywody zdaniem: - Mówcie, co chcecie, ale pierwsza maszyna była najstaranniej wykonana. Maszyna wystawowa przysporzyła i mnie trochę przykrości. Dyrektor Zjednoczenia został przez kogoś powiadomiony, że poleciłem ją polakierowad na inny kolor, niż to zatwierdziło Zjednoczenie. Kolor narzucony był ciemnoszary, w odcieniu brudnym. Ja natomiast zastosowałem jasnoszary o odcieniu niebieskawym. W czasie inspekcji usłyszałem od dyrektora Zjednoczenia kilka uwag na temat mojej niesubordynacji. Zamiast tłumaczenia poprosiłem, aby obejrzał maszynę, przygotowaną do wysyłki. Gdy ją zobaczył, oczy mu się zaświeciły - widziałem, że był zadowolony. Zapytałem jednak: - Czy zmienid kolor? Dyrektor uśmiechnął się, podał mi rękę i oświadczył, że kolor jest dobry i że tak należy lakierowad wszystkie maszyny.

Montaż był może najłatwiejszym działem, który przypadło mi uruchomid. Pracowali tam ludzie starsi, zatrudnieni poprzednio w różnych fabrykach. Zasady montażu ogólnie znali, byli sumiennymi pracownikami, więc i organizacja była łatwiejsza. Między nimi znajdował się monter Zachajek, znający maszynę od strony eksploatacji, co ogromnie ułatwiło nam pracę. Nie obyło się i tu bez różnych wpadek. Czasem na pozór prosta operacja - np. nitowanie - okazywała się trudna. Przy znitowaniu długiej, cienkiej listwy stalowej musieliśmy zmienid technologię, zamieniając nitowanie na prasowanie nitów. Listwa bowiem, pomijając względy estetyczne, wychodziła wężykowata, niemożliwa do zastosowania. Wiadomo, że zmiana technologii w ostatniej chwili nie wychodzi na dobre. Kosztowało nas to jeden miesiąc planu. Na montażu zorganizowałem stanowiska montażowe podzespołów, zaopatrzone w odpowiednie pomoce. Tam odbywało się też docieranie. Osobna brygada przeprowadzała montaż główny. Za jakośd zmontowanych zespołów odpowiadała zawsze brygada montująca je. Praca między brygadami ułożyła się bardzo sprawnie i chociaż minęło piętnaście lat od montażu pierwszych maszyn, w zasadzie nic się nie zmieniło na tym odcinku. Z każdym miesiącem montaż przebiegał sprawniej i jakościowo lepiej. Niektórzy monterzy doszli do perfekcji. Czas montażu, mimo podniesionych wymagao jakościowych, zmalał do 30 procent pierwotnie zużywanego czasu. Inaczej przedstawiała się sprawa montażu zewnętrznego. Nikt z załogi nie miał w tej dziedzinie doświadczenia. Całą nadzieję pokładaliśmy w naszym „rodzynku” - monterze Zachajku, lecz, jak się okazało, i on zawiódł, i to sromotnie, wystawiając poziom techniczny fabryki na szwank.

A było to tak: nasze pierwsze maszyny w liczbie przekraczającej sto sztuk zakupiła jedna z dużych fabryk w Łodzi. W umowie było zastrzeżone, że wytwórca uruchomi maszyny we własnym zakresie, nabywca natomiast przyrzekł, że w razie potrzeby udzieli nam pomocy fachowej. Wysłaliśmy pierwszą partię - dwadzieścia maszyn, a za nią grupę monterów, na czele której stał monter Zachajek. Miejsce i sposób rozmieszczenia maszyn zostały szczegółowo ustalone z odbiorcą. Wyznaczono termin doprowadzenia siły do maszyn oraz czas oddania ich do użytku. Nadzór nad przebiegiem montażu wziąłem w swoje ręce. Byłem pewny, że żadnych niespodzianek nie będzie. Wyobrażałem sobie wówczas, że wystarczy dopilnowad, aby montaż przebiegał sprawnie i terminowo. Wyposażona w odpowiednie narzędzia i urządzenia brygada rozpoczęła pracę, która przebiegała poprawnie. Wprawdzie w trakcie montażu wyłaniały się pewne braki, jak niedostateczna ilośd śrub, klinów, a czasem i elementów maszyn, ale tłumaczyłem to sobie tym, że w czasie pakowania czegoś zapomniano lub zagubiono podczas wypakowywania, lub też zniszczono w czasie montażu. Od czasu do czasu dojeżdżałem do Łodzi i sprawdzałem czas montażu oraz jego przebieg. Wszystko szło według ustalonego porządku. Podłączono siłę, maszyny zaczęły się kręcid i wszystko wskazywało na to, że montaż zakooczy się prawidłowo. Nadszedł czas oddania maszyn użytkownikowi do eksploatacji. Kontroler montażu przejrzał je, zostały zgłoszone i naznaczono termin odbioru komisyjnego. Na wyznaczony dzieo przyjechałem. Komisja zebrała się przy maszynach, a przewodniczący zapytał mnie podejrzliwie, czy je zdaję. Potwierdziłem. Wówczas on i członkowie komisji uśmiechnęli się - maszyny nie były gotowe. Wybuchła bomba, i to dużego kalibru. Okazało się, że nie mamy pojęcia o montażu. Przedstawiliśmy bowiem do eksploatacji maszyny nie uzbrojone. Aby je uzbroid, należało w czasie montażu nawinąd taśmy zgrzeblne na bębny i przeszlifowad je, czego nie zrobiliśmy. Nie było innej rady, jak rozmontowad maszyny i zacząd pracę na nowo. Wysiłek kilku ludzi na przestrzeni, zdaje się, sześciu tygodni poszedł na marne. Robiłem wymówki użytkownikowi. Przecież pod ich okiem przebiegał montaż, oni mieli nad nim nadzór, wielu ich fachowców kręciło się koło tych maszyn i żaden z nich nie zwrócił nam uwagi na to, że przebieg montażu jest nieprawidłowy. Usprawiedliwiali się, jak im było wygodnie. Faktem jednak było, że posiadamy jeszcze duże braki w tej dziedzinie i należy je uzupełnid. Poprosiłem dyrektora o pomoc, chodziło mi bowiem o termin. Byłem zły na ludzi i na siebie. Wezwałem montera Zachajka i zapytałem, jak to się mogło stad, że popełnił taki błąd. Ze strapioną miną tłumaczył: - Ano, panie dyrektorze, jakoś zapomniałem. Myślałem, że należy montowad tak, jak montowaliśmy w naszej fabryce. - Ale użytkownik potrzebuje maszyn do produkcji, wymagają one przecież uzupełnienia w te elementy, które leżały przez długi czas u nas w magazynie - rzuciłem podniecony. - N«, źle zrobiłem, niech mnie pan odeśle za karę do domu, skoro się nie nadaję. Tylu ich tu chodziło codziennie, oglądali, ganili, czasem chwalili, że to pierwsze polskie maszyny, a teraz winien jestem tylko ja - żalił się zgnębiony.

Dał mi do zrozumienia, że przecież i ja byłem kilka razy na montażu i widziałem, co się robi. Mogłem mu zwrócid uwagę. Ba, mogłem - tylko sam nie wiedziałem. Praktycznie bowiem z montażem u użytkownika spotkałem się po raz pierwszy. Ta pierwsza partia zgrzeblarek okazała się jednak pechowa. Zaczęła się praca od nowa. Demontaż poszedł sprawnie. Dodana pomoc celem uzbrojenia maszyny była duża. Powtórny montaż był też łatwiejszy, ale w sumie operacja wymagała czasu. Wreszcie otrzymałem meldunek od montera, że za kilka dni będzie gotowy. Nagle zostałem wezwany przez dyrektora Zjednoczenia, abym natychmiast przyjechał, ponieważ wstrzymano montaż z powodu poważnej awarii. Wyjechałem i wprost z pociągu udałem się do fabryki. Nie wiem dlaczego, ale byłem spokojny. Na progu spotkałem Zachajka: - Co się stało? - Panie, maszyna się rozleciała. - Czy cała? Pokaż pan. Zaprowadził mnie do maszyn. Ruch montażowy na hali zamarł. Monterzy zza maszyn obserwowali, co teraz będzie - czekali na gromy. Obejrzałem maszynę, obszedłe