Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia.piegi. po czym chowa starannie do tabakierki. .zwykł mawiać do nas pan Kleks. mój chłopcze. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. Nie pamiętam. czerwone lub żółte piegi. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże.Noś ją godnie. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. ale za każdym razem na innym miejscu. że jeszcze za mało umiem. jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. ale pan Kleks powiada. przymierza przed lustrem. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. Dlatego też. a mianowicie . a rano przytwierdza je z powrotem. Mateusz nie jest skory do rozmów. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . co dałbym za to. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. a teraz zażyjmy sobie piegów. że w ogóle z nikim nie chce gadać.No. czy wspomniałem już o tym. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. Skoro tedy Mateusz zaniemówi. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. a zdarzają się nawet takie dni. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. Okazało się. imieniem Filip. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. i nigdy jej nie zdejmuj. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: .Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . muszę powiedzieć. żeby otrzymać takie odznaczenie. jest to bowiem najwyższa odznaka. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. Otóż wracając do Mateusza. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą.

W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. zabronił mi jeździć konno. Powtarzam ją tutaj w całości. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. Gdy ukończyłem siedem lat. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. jak i pośród ludzi. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. jak to opisuje się w owych bajkach. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. druga włoską. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. Miałem cztery siostry. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. Uczyłem się dobrze. Dlatego też ojciec. czwarta holenderską. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. . jak go pogryzły komary. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan.Któregoś dnia. drogocenne kamienie. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. że o niczym innym nie umiałem myśleć.jestem księciem. a wojsko było tak liczne i tak potężne. stąpałem po perskich dywanach. było to w połowie czerwca. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. co sami wiedzą i umieją. że zdrapał sobie wszystkie piegi. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. Nieprzebrane skarby i pałace. z tym oczywiście. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . gdy płakałem. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. bogactwa. każda moja łza. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. król. do długości mego ramienia i do mego oka. była liczona. ojciec mój. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. w obawie o moje zdrowie. trzecia portugalską. złote korony i berła.

Serce mi się kraje na widok jego smutku. Nie mogłem pojąć. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. drżąc i parskając. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. Niebawem zrozumiałem. skoro było powszechnie wiadomo. które pamiętałem tak dobrze. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. Krzyknąłem więc: . wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. aż wreszcie stanął jak wryty. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. Miałem wówczas osiem lat. o tym. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. gdy zaś okazło się. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. zapomniałem o zakazie ojca. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. jak mój ojciec nad królestwem. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. ażeby cofnął zakaz . Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. Gdy wjechałem do lasu. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. Rumak ruszył z kopyta. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. dopóki nie ukończy lat czternastu. Książę nie dosiądzie więcej konia. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. Zarówno uczeni. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. zwolnił bieg.jednak na próżno. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. Upojony tą nocną jazdą. że nie ma za nami pogoni. stanie się jednak tak. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. bale i zabawy zostały odwołane. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. Ubrałem się po ciemku.

Wówczas odwiodłem kurek. Niebawem przybyło ich tak wielu. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. Kiedy się rano zbudziłem. była jeszcze noc. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Matka. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. Strzał był niechybny. . zalewała się łzami. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. wyprężył jakby do skoku. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. W chwili jednak gdy stałem nad nim. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. i pocwałowałem w kierunku pałacu. za której cenę można było nabyć całe państwo. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. abyś mi dał wolną drogę. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. Wilk skulił się. który stawił sie na wezwanie mego ojca. i krew sączyła się ze mnie nadal. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. opuścili pałac. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. króla rozkazuję ci. pozostawiając konia własnemu losowi. czuwając przy mnie. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. Byli też i tacy. ostry jak sztylet. gasłem i nikłem w oczach. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Poczułem przeszywający ból. w prawe udo. Czas upływał. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. Gdy wkradłem się do ogrodu. dosiadłem Ali-Baby. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. widząc swoją bezsilność. oglądali mnie i badali. przeciągłe wycia wilków. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka.-W imieniu. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. wilku.

odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . w jaki sposób powstała twoja rana. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. . Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. . rubinów i szmaragdów. i cały kraj był pogrążony w żałobie. że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. a wiedz o tym. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . Zastrzeliłeś króla wilków. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . .Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Mówiąc to. Po tych słowach zbliżył się do mnie. który padł z ręki człowieka.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju. Gdy niebezpieczeństwo minie. ile ich pomieści się w tym pokoju. a jeśli zechcesz. Wiem. nikt już bowiem nie wierzył. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie. po czym ciągnął dalej: .Wyleczyłem cię. ozdobioną na czubku dużym guzikiem. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić.Weź ją. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. obejrzał ranę. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. rana znikła bez śladu. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. mój mały książę. gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. a o nagrodzie pomówimy później.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. niegodzien jestem również pomnika. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo.Doktorze Paj-Chi-Wo. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. Nie chcę być ministrem. mój mały książę. Jest to pierwszy król wilków. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo.

Nikt nie widział. one jednak mnożyły się z taką szybkością. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. Gdy wyzdrowiałem. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . Myśl o tym. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach.zawołałem z wściekłością w głosie. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. znowu wziąłem się do nauki. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. ale byłem silny i odważny. Ze wszystkich stron kraju donoszono. że poczęły zagrażać całemu państwu. Lata biegły.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. Król raz po raz zmieniał ministrów. gdy jeden z halabardników. że zabiłem króla wilków. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. mimo to napady wilków nie ustawały. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. rubinów i szmaragdów. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. Zniknął bez śladu. tępiono wilki w dzień i w nocy. Rozsypywano po lasach truciznę. Miałem wówczas lat czternaście. . Już miałem wystrzelić. niepokoiła mnie nieustannie. którędy następnie wydalił się z pałacu. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. gdzie zasiadali moi rodzice. mężowie żon. Chwyciłem najlepszą strzelbę. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. Nie było takiej siły. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej.Precz stąd! .

"Co tu począć? . abyś mi dał wolną drogę..myślałem. psie. Nie miałem czasu do namysłu.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. stać się ptakiem. takim właśnie. . Głowę miałem potłuczoną. Co działo się potem . wilki grasowały w pałacu. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. wydostać się z pałacu. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. Strzelba wypadła z rąk. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. jakim jestem dzisiaj. gdy naraz spostrzegłem. że ocalałem jedynie dzięki temu. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. Wzywałem pomocy. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. upłynęło sześć lat. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. uciec z tego niewdzięcznego kraju. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. że nie było na niej guzika. a potem . A więc mogę. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. poczułem okropną słabość. Szybując nad ziemią.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów.zostać ptakiem już na zawsze. jeśli zechcę. Gdy odzyskałem przytomność. Pozostało mi to już zresztą na zawsze. Stałem się szpakiem. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. oczy zaszły mi mgłą . Zemsta króla wilków była straszna. pośród których szalały głód i rozpacz. która dotknęła mój kraj. zrozumiałem. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. . a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. rodzice moi już nie żyli.nie wiem.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. Wsie i miasta opustoszały.

królowa hiszpańska. ale którego wcale nie ma. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. oddała mnie swojej służebnej. Ach. może usiąść na krześle. Niestety. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. będąc poza Akademią pana Kleksa .potrafi wszystko. jakie udawało mi się znaleźć. co kto o której godzinie myślał. Przecież gdyby tylko chciał. której urwałem guzik od płaszcza. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. Krótko mówiąc . co będzie w mojej mocy. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Może zawsze z całą dokładnością określić. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek .czy to w tramwaju. której by nie potrafił. gdzie się tylko da. którego zaciekawiła moja mowa. czy na ulicy. obiła mnie parasolką. który zauważył te moje myśli. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy.. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. pogroził mi palcem i rzekł: . Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. Nazywał się Ambroży Kleks. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. a pewna starsza pani.Poleciałem kolejno do moich sióstr. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. pan Kleks. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. Postanowiłem uczynić wszystko. które powinno być. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. Najstarsza z nich. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. Poprzysiągłem więc sobie. a nadto. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. jak gdyby był balonem. z których każdy jest inny. może unosić się w powietrzu. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki.

A moim zdaniem . Być może. że pan Kleks te myśli zauważył. Nie mogłem tego pojąć. Możecie sobie roić. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. Mateuszu? .Z bajkami bywa rozmaicie . Takiemu. gdzie mieszka z panem Kleksem. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. . panie profesorze. Nie wtrącam się do cudzych spraw. którzy na przykład uważają. że to nieprawda. a bajki. dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. że jest głupi. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. tak sobie właśnie pomyślałem. traci włosy. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. Istotnie. co tylko wam się podoba.rzekł pan Kleks. . Długo jednak zastanawiałem się nad tym. Otóż Mateusz opowiedział mi.. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na .Są tacy. ale mnie się zdaje. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. kiedy spotkał mnie w parku. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. że na drugim piętrze. używaną do oliwienia maszyny do szycia..Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. powiedzcie. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości. w które ja wierzyć nie mam zamiaru. też są zmyślone? .No. Pewnego dnia.są to zmyślone historyjki. co wierzą.ciągnął dalej pan Kleks . uśmiechnął się i rzekł do mnie: .zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. Nie dziwię się. dodał: . wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza.Pomyślałeś sobie teraz. Są tacy.Słuchajcie. mój chłopcze! A po chwili. patrząc na mnie badawczo. że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. chłopcy! Niektórym z was wydaje się. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę. To wszystko. O świcie pan Kleks wstaje. . przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. dlatego też zrobiło mi się przykro. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. to mnie to wcale nie obchodzi. awda! .zapytał niespodziewanie Anastazy.Awda. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko. . że mam pewno ze sto lat. w każdym razie opowiedział mi. ale pan Kleks?. Prawda.. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. co tak myśli.

ale to wszystko zapomina. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. ak! Co znaczy: . i to w dodatku z tyłu. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. gdyż zapomniał.Uwaga. przypominają balon. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. które chwilami. których ma niezliczoną po prostu ilość. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. tylko szpakiem. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . gdy tego naprawdę potrzeba. kiedy mu się tylko spodoba. Bardzo nas to wszystko martwi. kim jest ani jak się nazywa. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. który ma prawo przebywać w niej. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . co działo się przedtem. bo podczas snu pan Kleks wszystko.Aga. czy chudy. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. ale pan Kleks obiecał.tym. ażeby nie przygnieść Mateusza. ale nie wiadomo zupełnie. że Mateusz nie jest psem. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu.przywraca w pamięci pana Kleksa to. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek.według słów Mateusza . sztywny. Dlatego też. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. Pan Kleks jest średniego wzrostu. czy jest gruby. . z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. który . gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. zwłaszcza podczas wiatru. Nosi szerokie spodnie. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. niezwykle obszerny. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. Jest to płyn.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. aksamitną cytrynową kamizelkę. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd.

mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. do czego służą one panu Kleksowi. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. akurat w tym miejscu. Pokryta jest ogromną czupryną. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. które się kiedykolwiek w życiu widziało. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. Jest tam flaszka z zielonym płynem. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. Pan Kleks może schować w nich. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami.rzekł do nas pan Kleks. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. i okolona bujną zwichrzoną brodą. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle. Mateusz opowiadał mi. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . w zależności od pory roku. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. kolorowe szkiełka. . Gdy zaś fotel jest zabrany. Na nosie tkwią srebrne binokle. senny kwas. Ruszamy! Anastazy. gdzie przypadało siedzenie fotela. chłopcy. też ma na to sposób. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole.Za chwilę już będę widział. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. a motorniczemu spuchła wątroba. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. które je osłaniają. pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. przy czym nieraz zdarza się tak. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. moim zdaniem. co tylko zechce. tabakierka z zapasowymi piegami. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. o którym jeszcze opowiem. czego nie widzi. bez dna. bardzo przypominające mały rower.Adasiu. gdyż zdarza się nieraz. powiększająca pompka. kilka płomyków świec. a niekiedy nawet trzeci pokój. do drogi . złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. i nigdy nie znać. co stało się tramwajowi. a kiedy chce zobaczyć to. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. Kieszenie spodni są. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. i pójdziemy go ratować.Przygotujcie się. czarną jak smoła. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . W istocie. że cokolwiek w nich się znajduje. pigułki na porost włosów. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . zabierz ten fotel. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. .

Czwórkami wyszliśmy na ulicę. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki.rzekł pan Kleks . W kilka dni później widziałem jeszcze raz. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. Rybak złowił go na wędkę. poszła na dno. . zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. Gdy stały się już tak duże jak rower. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę.można jechać! Po tych słowach motorniczy. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. który wił się w bólach. mówiąc jego słowami. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. osłuchał go dokładnie. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. . wyleczony przez pana Kleksa. krzątało się dookoła zepsutego wozu. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. sapiąc i ocierając pot. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. a pan Kleks podążał za nami. jak zanurzyła się w wodzie.Gotowe . Kilku tramwajarzy i mechaników. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. wysłał oko na oględziny. Widzieliśmy wszyscy. angielski plasterek. jak pan Kleks. Po chwili zdjął z nosa binokle. całkowicie tamując ruch. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. Osie pokropił jodyną. Gdyśmy siedzieli nad stawem. młoteczek. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. po czym zbliżył się do motorniczego. Bo miał dużo ważnych spraw. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu.

Wysyłam je na księżyc. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. jakie są w czereśniach lub wiśniach. kto mieszka na księżycu. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on.Zapamiętajcie sobie. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. zawołał: . różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. a zwłaszcza wtedy. Nadymają się więc z całych sił. Pan Kleks jednak powiada. Po prostu znikła bez śladu. gdzie i kiedy zechce. Dlatego też jadam tylko to. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . gdzie leży pompka. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. ale może również unosić się swobodnie w górę. schodzi na dół na lekcje. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. ale mimo to nic im się nie udaje. a za mną kilku innych chłopców. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. kwiaty. W tym celu nabiera pełne usta powietrza. Dowiemy się zaraz. że rano. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. ale dotąd jeszcze nie wrócił. gdy tylko pan Kleks się ubierze. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. . chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj.Wysyłam oko na oględziny. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. a więc motyle. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. a jeden z Antonich o mało nie pękł. Zauważyłem jednak. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. gdy udaje się na połów motyli. cztery metry od brzegu. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. lecz również w jego barwie. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. gdyż zjeżdża po poręczy. Właściwie nie można powiedzieć. mówiąc: . że pan Kleks schodzi. moi chłopcy . skoczyłem do stawu. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. Muszę dowiedzieć się. Balonik niebawem uniósł się w górę.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. naśladując ruchy pana Kleksa. Na pożywieniu mi nie zależy. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem.Nie namyślając się długo. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. że jada tylko specjalny gatunek motyli. wydymąją policzki. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. co jest kolorowe. gdyby nie to. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. . wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. gdzie mi wskazał pan Kleks.

zielony usuwa łupież. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. Oszołomiony z wrażenia. my jednak martwimy się okropnie. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. Jeśli chodzi o mnie. Są to niewielkie otwory w suficie. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. białych. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. która kapie prosto na nasze nosy. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. za którym przepadam. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. Gdy je Mateusz otwiera. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. żółty reguluje oddech. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . . gdy spotka którego z nas taka kara. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. to najstaranniej myję się w środy. leciałem coraz wyżej i wyżej. czyli ogółem dwadzieścia cztery. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. niebieski poprawia wzrok.Udka. Myjemy się bardzo chętnie. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. granatowych pończoch i białych trzewików. Otworów takich jest tyle. Szyby w oknach są różnokolorowe. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. szary oczyszcza krew. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. długich spodni. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. ile łóżek.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie.Pobudka. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. awać! Co znaczy: .

rzekł do nas na samym początku pan Kleks . chłopcy . że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. a po wtóre . które wszyscy zażywamy na noc. ogląda on dokładnie. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. do których dopisujemy odpowiednie historyjki. Mateusz jest zdania.Pamiętajcie. abyśmy wiedzieli. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. wymyślone przez pana Kleksa. ani kaligrafii. Ponadto zapowiedział całej klasie. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. a pozostają tylko te. co pan Kleks danego dnia wymyśli. które spodobały się panu Kleksowi. przedmiotów. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. nie dokończone. . Mają one swoje szczególne przeznaczenie. Sny niedobre.wszystko. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. jak w Akademii pana Kleksa. co śniło się każdemu z nas. czego się uczymy. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Myślę. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. wykładów. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. Kleksografia polega na tym. ani tych wszystkich nauk. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. Naukę tę wymyślił pan Kleks. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. Tam suszą się one przez jakiś czas. ani gramatyki. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. . Ażeby każdy mógł zorientować się. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. jest ogromnie ciekawe i zabawne. Odbijają się w nich nasze sny i rano. Gdy wyschną już na proszek. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. zwierząt i postaci. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. jak trzeba obchodzić się z atramentem. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. przybierając kształty rozmaitych figur.

Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. musicie uważać. do którego zbliżał się pan Kleks. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. mój maleńki? Już cię nie boli. sam natomiast zabrał się do pracy. Z jednej książki można otrzymać siedem. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. Zauważyliście pewno wszyscy. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. Były tam fotele bez nóg. zepsute zegary. nie męcząc wzroku. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. . aby żadnego z nich nie urazić. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. . bez liter. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy. po co to robi. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów. Czy to ptak. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. czy nosorożec. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. deski się zrosły. Pamiętacie. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . po czym przemówił niezmiernie czule: . ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. Gdy zapytałem go. popaczone stoły.Wchodźcie ostrożnie. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. którą następnie nawija się na szpulkę. popękane lustra. nauczę was również czytać palcami. który stał w rogu sali. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. Każdy sprzęt.No co. Opukał go dokładnie na wszystkie strony. Krzesła i stołki z radości tupały nogami.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. tapczany bez sprężyn. moi chłopcy . Jest to największa pasja Pana Kleksa. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. prawda? Gorączka minęła. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. nie mówiąc już o tym. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. posplatanych w najrozmaitszy sposób. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. powykrzywiane szafy. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. odrzekł mi wielce zdziwiony: .

. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki.zawołał do nas wesoło pan Kleks. zapuszczać kropelki. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. . bardzo uważnie wysłuchał. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital.Jak tam? . chłopcy. . pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. tylko się nie martw.rozczulał się nad nim pan Kleks . . Na ścianie wisiało pęknięte lustro.oznajmił pan Kleks. jodynować wahadło. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak.tyle musisz się nacierpieć. No. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce.powiedział pan Kleks.Biedactwo .zapytał pan Kleks. wszystko będzie dobrze.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. i rozmyślał. łykał pigułki na porost włosów.Jutro cię jeszcze odwiedzę .Patrzcie. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. Byliśmy po prostu zdumieni. gdy nagle okazało się. przeszukiwaliśmy zakamarki. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. Wszyscy. zegar nagle wydzwonił godzinę. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach.rzekł pan Kleks . która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę. kąty i skrytki.bądź tylko dobrej myśli. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. . przyłożył ucho do jej pleców. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . Następnie zbliżył się do szafy. uczcie się. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. tik-tak". . Jest już zdrowe . tik-tak. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze. Poszukiwania nasze trwały długo. . ilu nas tylko było. Mateusz fruwał po całej sali. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. a gdy po chwili odlepił plasterek. Rozpoczęły się poszukiwania. Wkrótce już będziesz zdrowa. ale nic. nie było już ani śladu pęknięcia. dopóki zguba się nie znajdzie . Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa.Nie wyjdę stąd.Podczas gdy stół cichutko skomlał. Pan Kleks również był bezsilny. Mówiąc to.

my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. na lekcję geografii.wołał piec. Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: . Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się.Skierniewice! . O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. same zabrały się do szukania zguby. rzekę albo górę. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . a potem zabrał się do przeszukiwania firanek.Radom! . jak do gry w piłkę nożną. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. powtarzał nieustannie: . Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa. Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. .Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. Mateusz był sędzią.Wisła! . że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. aby uderzając w piłkę nogą. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał.Gorąco-gorąco! . dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła.Australia! . zimno-ciepło-ciepło. Okazało się. Cała zaś sztuka polegała na tym.Tatry! . co tylko mogły w sobie pomieścić. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa. lustra usiłowały odbić po kolei wszystko. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. w którą właśnie trafił czubek trzewika. chore sprzęty. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. wymieniać równocześnie miasto. wreszcie piec.Nic też dziwnego. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Londyn! .Zimno-zimno-ciepło. gdy któryś z nas popełniał błędy.

okazywało się bowiem.Zapomniałam. Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. że wzbił się on niezmiernie wysoko. a następnie spadł nie na boisko. że u was jest przecież lato . biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. wykrzykiwaliśmy nazwy miast.Aga. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. że nauczycie moich krasnoludków geografii. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. Albert pomieszał Kielce z Chinami. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: .Doskonale! Bardzo chętnie! . szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . . w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. Byliśmy ogromnie zakłopotani. mimo to jednak zwracam ją wam. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. czy też może do Sindbada Żeglarza. gdyż nie wiedzieliśmy. ja sapałem jak miech kowalski. co począć. przewracaliśmy się na ziemię. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. popychaliśmy jeden drugiego. Mateuszowi pot spływał z dzioba. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji.. który był najśmielszy z nas wszystkich.Uwaga.zawołał Anastazy. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka. opcy! Co miało oznaczać: . Gra ta bawiła nas niesłychanie. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. a wraz z nią dwunastu jej poddanych.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus. .Berlin! . czy do Trzech Świnek. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. krajów i mórz. ale pod warunkiem. Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka.

rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. ja zaś udałem się do kuchni. To Mateusz wzywał nas na obiad. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. które zaprowadził tam pan Kleks. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. Anastazy otwiera i zamyka bramę. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. sypialni oraz na schodach. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. napełniony płomykami świec. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną.Hej-ho. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia.pomyślałem sobie. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. że dbają o jej czystość. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. ale wstęp do kuchni był zabroniony. od których woda w rondlu natychmiast . Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. dolał wody. Gdy tak stałem zamyślony. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. hej-ho. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. że nie jestem ze śniegu" . Stał na nim pękaty szklany słój. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. to znaczy. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. cerują pończochy i przyszywają guziki. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. Artur sprząta salę szkolną. dosypał garstkę białego proszku. Do domu by się szło! "Jak to dobrze.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. że wystarczy na nim zagwizdać. gdzie się być pragnie. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. tabakierki. A teraz nie traćmy więcej czasu. zazdrościli nam bardzo naszej przygody. aby znaleźć się tam. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki.mnie w spokoju. co dzisiaj znalazł . a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby.A wy coście znaleźli? . Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek.To są nieocenione skarby . staliśmy na ziemi u stóp dębu. Słysząc te słowa. srebrne talerze. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. że zostały . Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. Zanim zdążyliśmy się opamiętać. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. skrzypce ze złotymi strunami. Przejęci naszą przygodą.rzekł do nas po chwili. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. Wobec tego. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. gdzie była poprzednio. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów. ruszyliśmy w kierunku stawu.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. . . ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. uszanujcie moją wolę. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. . pierścienie z drogimi kamieniami. Artur uważnie oglądał gwizdek. O czwartej mamy pójść do miasta. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. Były więc złote monety. .A to ci dopiero skarby! . kubek z ametystu.zawołałem ze śmiechem. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej.oświadczył pan Kleks. sznur pereł.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks.

w jaki sposób wrócić na ziemię. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. i co przy tej sposobności widział. że już gotów jestem do lotu. spodziewałem się. Stałem wprawdzie na ziemi. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. Wreszcie. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. kiedy mu się zachciało latać. park malał i jakby uciekał w dół. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. zapadłem w głęboki sen.jeszcze trzy kwadranse. płaczem i strachem. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. nie wiedząc kiedy i jak. że nikt mi nie uwierzy. zrozumiałem. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. tak jak każdy inny mur. nie pozostawało mi nic innego. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. Bajek nie było nawet śladu i mur. Widziałem. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. natrafiłem . a na nikogo innego liczyć nie mogłem. okazało się jednak. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. Zauważyłem. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. wobec żądania pana Kleksa. ale wszystko na próżno. jak to było wtenczas. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. Teraz jednak. wstrzymywałem oddech. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. Szybko zapadał mrok. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. wyczerpany lotem. aż wreszcie tak jak przewidywałem. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. gdyż obawiałem się. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. Jest to bardzo ciekawa historia. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. Wiedziałem. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy.

o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. wesołym szczekaniem. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. jak gdyby spotkał starego znajomego.Pojęcia nie mam . który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. to ty? . . jak i my.Reksie mój drogi. mlasnął językiem i zaszczekał.Nie dziw się. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . ale z moich ust wydobyły się słowa. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. Czy się domyślasz. kto do nas zawita. Adasiu. zawadza o nas. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. on zaś polizał mnie tak czule. może mi objaśnisz. otoczone prześlicznymi ogródkami. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. udając się do ludzkiego raju.wołałem . Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. a raczej nieduże domki. Różne inne psy z zaciekawieniem. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks. Zdawało się. każdy. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? .Reks . na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. Po krótkim wahaniu zapukałem. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. Psy bardzo kochają ludzi. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. wiesz o tym. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. Reks łasił się do mnie bez przerwy. gdzie jesteś? . Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach.odpowiedział mi Reks długim. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. Chcąc naśladować psią mowę. Od bramy prowadziła szeroka ulica. wiele wyżej. Zdziwienie moje nie miało granic. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć.na dużą bramę z matowych szyb. których dotąd zupełnie nie znałem. . Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. że aż mi serce mocniej zabiło. Trafiłeś po prostu do psiego raju. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. Niech cię to nie martwi. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący.Hau! hau! hau! . wesoło poszczekując i merdając ogonami. rozbawionych szczeniaków. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla.odrzekłem.Reks. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi.

.mówił Reks. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. który pilnuje naszej bramy. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. o tym. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. a to owczarek Kuba.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem.odrzekłem. a może nawet jeszcze lepiej. że ci przedstawię moich przyjaciół.Jestem Adam Niezgódka. a ten piękny chart to chluba naszego raju. nazywa się ulicą Białego Kła .że jesteś właściwie niedelikatny.Powiem ci. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. jeszcze inne łapały muchy. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni. .Ten szpic ma na imię Azorek. którego poznałeś. Istotnie.dodał zwracając się do mnie .A teraz . Ten pudel. którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. oto jest ten plac. Lordzie . a Reks ciągnął dalej: .że ludzie nie rozumieją naszej mowy.Bardzo mi przyjemnie . Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. pan Niezgódka. . dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. w psim raju. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze. .Ulica. że się przedstawię. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. Niektóre z nich bawiły się piłkami.rzekł Reks . inne ssały kawałki cukru. ma na imię Glu-Glu. . a to dobermanka Kora. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju.Pozwoli pan. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. . Adasiu . Żaden Pies nigdy nie bywa zły. . Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . jak u siebie w domu. a to pekińczyk Ralf. Nazywam się Lord.przerwał mu Reks .Jakie to dziwne . To nieprawda. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. którą teraz biegniemy. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. Oto buldog Tom.ciągnął Lord . Plac był po prostu wspaniały. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami.pozwól. Nieraz też zastanawiałem się nad tym. Mój przyjaciel. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. o którym nigdy dotąd nie słyszałem. Od Reksa dowiedziałem się. wdzięczne psy. . Popatrz. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. Chodź. Rozejrzałem się dokoła.

Jestem dręczycielem.rzekł Reks . . aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki.Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. . że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem.ku memu wielkiemu zdziwieniu . gdyż zacząłem odczuwać głód.mówił jeden. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem . .zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. Gdy rozgościliśmy się w salonie. Wstyd mi się przyznać. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia.mówił czwarty. Istotnie. . że krzywe nogi są najładniejsze. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli.Bardzo chce mi się pić.Jestem dręczycielem.zawołał wesoło Reks. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: . Ten wielki dog nazywa się Tango. chociaż deszczów u nas nie bywa. A ta para jamników to Sambo i Bimbo. . po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. którą zjadłem ze smakiem.Jestem dręczycielem. Na ganku leżały poduszki i dywany. gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko .Codziennie . które zjadłem z wielką przyjemnością. Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. rozczochranych brudasów.Nic łatwiejszego! . Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków. z którego . .A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . . . Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju. chłopców czystych.zapytałem.mówił trzeci. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami. a słońce świeci od spodu. starannie ubranych. .zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. Czekolady nam nie brak. jesteśmy przecież w raju. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki.Reks utorował mi drogę do pomnika. i umorusanych. . gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. Reks nacisnął wystający ze ściany kran. gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz .mówił drugi.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli.Ta wyżlica to pani Nola. Nigdy nie rozstaje się z parasolką. ulica ta przedstawiała widok niezwykły. Zobaczysz coś ciekawego. Zauważyłem nadto.Jestem dręczycielem. czyli około pół kilo czekolady. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane.

że na to właśnie jest raj. grzecznie podziękowałem. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku .my jesteśmy w raju. że wszystko to im się tylko śniło. . kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. . Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. skąd w psim raju bierze się czekolada. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. a potem wrócimy do domu na serdelki. że nie mogłem się od nich oderwać. Pomyślałem sobie zresztą. więc nam nic nie może zaszkodzić. gdzie mieszkał Reks. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. idąc więc śladem Reksa. Jak mnie objaśnił Reks.macie tutaj rajskie życie. że Reks począł niespokojnie węszyć. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia.Istotnie . Były tak smaczne. Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor.Chodź . czy szanowny pan zauważył.odrzekłem . w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. Stwierdziłem ze zdziwieniem.Zjemy coś lekkiego. Bardzo mnie interesowało. skąd biorą się parasolki. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw.Opamiętaj się . gdzie stały karuzele. po czym wracają do domu w przekonaniu. . beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. miód i inne smakołyki. ogródki salcesonowe. którzy dręczą psy. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. Było mi wesoło jak nigdy dotąd. huśtawki. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. . dostają się do psiego raju podczas snu. czapraki. że nie powinienem o to pytać. Wracając na plac Doktora Dolittle. nigdy nie zachodziło. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . Byłem szczęśliwy. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. Uważałem jednak. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. kapelusze. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę.ostrzegł mnie Reks . że udało mi się uniknąć takiej hańby. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. ale ty łatwo możesz się rozchorować.rzekł do mnie. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. chłopcy. biszkopty. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. ulicę Baniek Mydlanych.Nie wiem. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy.

dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić.i zaproponował mi. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu.Mateusz! Jak się cieszę. ak! . żeś po mnie przyleciał. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. że upłynął jeden dzień. Był to list od pana Kleksa. w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. stał się jak mały niebieski obłoczek. Tak sobie gawędząc z Reksem. kierując się wskazówkami. Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. którą tak pogardzałem w domu.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . co jego zjedzenie. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. . których udzielił mi w liście pan Kleks. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. wesoło pogwizdując. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. że cię znowu widzę! .Aga. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. na które patrzyłem z obrzydzeniem. aby dowolnie kierować swoim lotem. Trzydzieści pomników stanowi miesiąc.zagadnąłem Reksa . W ten sposób obliczymy tutaj czas. Leżeliśmy tak. Uprosiłem Toma. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. abym wyciągnął się obok niego. Mateusz leciał nade mną. które zbiegły się na widok Mateusza. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka.Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. wydąłem policzki i uniosłem się w górę.odrzekł Reks.Jak to dobrze. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. co by było. ak! Aga.zawołałem. Leciałem obok Mateusza. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba.Bardzo prosto . Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. . Nade mną zwisały z krzaków serdelki. Sprzykrzyły mi się biszkopty.Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . . który pouczał mnie.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. . wiemy. . Czułem się bardzo dobrze w jego domu. . Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym.

Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. że nigdy już więcej nie będę latał. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce.krzyknął mi w ucho Mateusz. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. po chwili dostrzegłem mury Akademii. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię. który miał zawieść nas do fabryki. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. co znaczyło: . że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Droga początkowo prowadziła przez miasto. Idziemy. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. Nie umiem po prostu opisać radości.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. . Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. przędzenia liter. Jak nam objaśnił pan Kleks.Akademia już blisko! Rzeczywiście. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. . schludne miasteczko. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju.Emia uż isko! . odmalowałem kuchnię pana Kleksa. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. Opisałem lekcję kleksografii. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Mój przyjaciel. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. inżynier Kopeć. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Proszę ustawić się w czwórki. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. Okazało się. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . Opowiedziałem więc wszystko.

zwrócił się do nas . dopiero co utoczone. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. . którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. chudy.Aga. dziurki w nosie i dziurki w uszach. Praca wrzała.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. . Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. chłopcy .dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. inne zawieszone były na linach i dźwigach. długich nogach i wymachiwał cienkimi. że ci zaprezentuję moich uczniów. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. Stał na cienkich. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach. długimi rękami. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. Tylko pamiętajcie. i włożył je do nosa na miejsce starych. Wyglądały . Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. mój Ambroży. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek.rzekł pan Kleks. .rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. Jest ich dwudziestu czterech .A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem.w fabryce nie wolno niczego dotykać. tryskających z pasów transmisyjnych. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej.Pozwolisz. ak! .Był to wysoki. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. wybrał sobie dwie nowe. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. kochany Bogumile. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. elektrycznych świdrów i tokarek. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn.

Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy .zauważył pan Kleks. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. W ostatniej hali mieściła się pakownia.i dziesięciokilowych skrzynek. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. Gdy opuściliśmy fabrykę. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. gdzie przetapiano je ponownie. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. dziury w moście. a więc dziury na łokciach. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. Okazało się. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. wystawały wysoko ponad dach fabryki. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. których nazw nie znaliśmy wcale. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. a nawet dziury w niebie.ślicznie. . na których je toczono. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. Popękane. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. źle wypolerowane. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. zielonych i czerwonych. a robotnicy pracujący przy nich musieli. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. zdaje . było już prawie ciemno. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków.

który zrozumiałem. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. ale wcale ich przez to nie ubywało. Wszystkie pokoje. opadł wreszcie z sił. W domu czekała nas przykra niespodzianka. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. wpadały do oczu. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. korzystając z nieobecności domowników. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. W ciemnościach wieczoru. przez który usiłowałem przebiec. które przechowywał w kieszonce od kamizelki. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos.fruwając po pokojach . Pan Kleks. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. formowały się w klucze. Chodziliśmy po omacku. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. zamyślał się głęboko. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. . Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. Na to. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. by przejść z pokoju do pokoju. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. trzeba było zamykać oczy. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. że po chińsku. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. który dotąd . Bolesne ukłucia. wojowniczością i odwagą. sale. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. na piecach i pod stołami. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. w kątach. Leciały w bojowym szyku. kotłowały się we włosach. wirującą w powietrzu chmurę. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. w czworoboki. W pewnej chwili do pokoju. Pan Kleks. który niezwłocznie ruszył. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki.prowadził z muchami zaciętą walkę. Pan Kleks. Wdzierały się do ust i nosów. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. Nieznośne te owady. gdyż jedyny wyraz. że nie było go wcale spoza nich widać. pragnąc uniknąć ścisku. wskazywały na to. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. jak wielkie eskadry samolotów.się. na tle łuny bijącej od fabryki. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. było już zupełnie ciemno. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia.

że nie był to sen przyjemny ani błogi. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. sale. nie zdołało zakłócić jego snu. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek.krzyżaka. wrócił do swej normalnej wielkości. razem z nimi opadały na podłogę. Jedynie głośne. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. że działanie powiększającej pompki ustało. Gdy był już wielkości kota. tak był oblepiony przez muchy. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. Muchy rzucały się na ich tęczową. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. zdarty niby skalp z pleców pająka. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. . Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. nie mogliśmy wyjść z podziwu. mydło i szklaną rurkę. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Pan Kleks nie ustawał w pracy. kazał nam wyjść z gabinetu. Setki i tysiące much. wysysał z nich wszystkie soki. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. że najście much. paczkę gumy arabskiej. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. pożerał ich szturmujące oddziały. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. Wypuszczał coraz to nowe bańki. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. które go szczelnie obsiadły. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . tajemniczą rozmowę. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. która uwolni naszą Akademię od plagi much. Niebawem wszystkie pokoje. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. Pająk zaczął się zmniejaszać.

Dla niego miała być ta Akademia. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. gdyż jak oznajmił. Alfred wycinał fujarki. ani pańskich uczniów. że kalafiory. Pan Kleks nie mylił się. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. Albert zbierał kasztany i żołędzie. I to nieodwołalnie. jeden z Antonich. Zając nagle poruszył się. panie Kleks. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. gdyż zaczął się głośno śmiać. Pan Kleks przygarbił się nieco. Pan Kleks był nie w humorze. obserwował życie mrówek. co mu się tylko podobało. Nie będę więcej strzygł ani pana. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. które dla nas przyrządził. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. klęcząc nad wielkim mrowiskiem.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . wyszedł z Akademii. I nie zwracając na nas uwagi. Nie przypuszczałem.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. Anastazy strzelał z łuku. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. który opisuję. Gdy owego dnia. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. że Filip chyba zwariował. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. Na tym kończy się opis jednego dnia. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Przyprowadzę go w tym tygodniu.

A dokąd je prowadzisz. na farbach i na szkiełkach. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. Skakały przy tym tak wysoko. Chociaż jestem z innej bajki. że ta historia bardzo żałośnie się skończy. że to Królewna Żabka. zgadując moje myśli. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie.My chcemy do stawu! . Przeczuwam.zarechotały chórem żaby. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. że ma złotą koronę na głowie. ryby i raki na pastwę losu. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. . . aby się przyjrzeć. rzucił je na podłogę tak zręcznie.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . Cała woda była spuszczona. nie ulegało wątpliwości. gdyż nie wyobrażałem sobie.Cóż z tego. Kiedy podszedłem do niej. które zaczynają się na literę A. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. Czy widzisz. . W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. Udałem się więc do parku w nadziei. Nic też dziwnego. jeśli taki gdziekolwiek istnieje. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. Zobaczysz. Filip domaga się. pozostawiając wszystkie żaby. które w zgodnych podskokach. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić. że znam się na kolorowych proszkach. że same ułożyły się w figurę mego zająca. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. odpowiedniej siedziby. gdy będzie wracał do Akademii. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. Towarzyszyłem im przez pewien czas.. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. zdążały za przewodniczką. W dodatku ostatnio zwariował.Poznaję cię. . Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. i domyśliłem się od razu. krzaki chwiały się. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: .Tobie jednemu mogę to wyznać. zobaczyłem. że dostrzegę go w chwili. podziwiając zwłaszcza żaby. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. Po prostu uwziął się na mnie. chłopcze. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. i grozi mi. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. . którą już niegdyś widziałem.odrzekła. Królewno Żabko? . . i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. co zaszło. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. Pan Kleks. omijając drogi i ścieżki. że pochód ich przypominał żabi cyrk. Powymyślał dla nich nowe imiona. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. bo jesteś moim najlepszym uczniem.zapytałem wzruszony jej słowami. zrozumiałem. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. trawa się kołysała. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa.

gdzie go schowałem. Nie pamiętam tylko. . zebrałem kilku chłopców. Pan Kleks był tam. Żal mi było żab. Poczekaj chwilę. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost.Bim-bam-bom. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. jak zazwyczaj: . zaraz do ciebie wrócę. porobiły się zupełnie czerwone. że robisz takie zdziwione oczy. oczywiście. ani do bajki o zielonej wodnicy. zwróć mi złoty kluczyk. niemal tyleż co żab. ani w jego pokoju. . co zaszło. powtarzając raz po raz głośno: . to wszystko wina tego podłego Filipa. rozkurczył się. co robił. pozostawionych bez wody. Była ich nieprzebrana wprost ilość. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. .Przykro mi. ale to.Tik-tak. jakby je kto polał wrzątkiem. królewo.rzekłem. błagam cię. Ach. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. a może nawet jeszcze więcej. ale skoro los zesłał mi ciebie. którzy nawinęli mi się po drodze. które tu widzisz.O co chodzi? Przecież widzisz. zeskoczył na podłogę. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie.Kluczyk? . Na mój widok przerwał huśtanie.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. Niektóre spośród nich. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. opowiedziałem im o tym. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. do czego wpierw mam się zabrać.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze.rzekł rozdrażnionym głosem. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie.Adasiu. Dosłownie maleję z dnia na dzień. Nie wiedziałem. że zabrał go pan Kleks. Tak. tik-tak. Zdaje się. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku.Kluczyk? Ależ tak. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. Pobiegłem co sił do Akademii. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. Nie większy od Tomcia Palucha. Chce mnie po prostu zniszczyć. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . Nie wydawały żadnych dźwięków. . Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . chętnie ci go zwrócę. które słabły już wskutek braku wody. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. Adasiu. Rozejrzałem się po sali. że uczę zegar mówić. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. i namówiłem ich. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. tik-tak. aby zajęli się losem ryb. a ocalisz wszystkie stworzenia. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby.

. tik-tak. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków. Aha. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka. . które przedsięweźmiesz. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. .Tik-tak. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem.. jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu.. Wyglądał tak jak zazwyczaj. zanieś go Królewnie Żabce. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów.rzekł po chwili.rzekła królewna. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk. tik-tak.Jestem ci niezmiernie wdzięczna .. Następnie podziękowałem królewnie. .Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa.Muszę ci wyznać . w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. . Mówiąc to. Ale nie miałem przecież innego wyjścia. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę. pobiegłem nad staw. że będziesz pokrzywdzony. Fatalne to wszystko. fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu. bo stracę do ciebie zaufanie.Weź ją sobie . że wcale jej nie poczułem. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy.rzekł pan Kleks. . Masz.zauważył szeptem . Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. Musiałem ugasić płomyki świec..zalać wodą ze stawu. . Pan Kleks sposępniał. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. . wielka szkoda! . jakby była pokryta emalią. Zaraz.Za mną . Nie mogę już wcale do nich się dostać. Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie.że mam jeszcze jedną zgryzotę. powtarzając za każdym odchyleniem: . pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. a była tak mała. ale nie sądź.. . Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. .schował w bezdennych kieszeniach swych spodni.Biorę ten kluczyk.Szkoda.rzekła królewna. który jak domyślałem się .

Opanował się wreszcie i rzekł do nas: . dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. Gdy wróciliśmy do parku. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. .wołał z zachwytem. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. mały punkcik. .Teraz pójdziemy do domu na obiad. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka.odrzekł pan Kleks. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej.Na wszystko musi być odpowiednia pora . onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. . Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: . a po niejakim czasie. począł przybliżać się coraz bardziej. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody.Aga. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu. . a gdy już był na wysokości ramienia.Uwaga. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. Po chwili i on również zawołał: . gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły.A może pan profesor opowie nam ją teraz? .odezwał się Anastazy. nie było już ani żab.Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. ani raków.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. Ale na to przyjdzie czas. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością.Ruszyliśmy za nim. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. onik! Aga. .Nie! No. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. balonik! Istotnie. uginając się pod ciężarem koszów.Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. wiszący wysoko w górze. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. dotarliśmy do muru bajek. idąc za radą rybaka. a potem. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen. . który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. raz po raz powtarzał: . Szybko tedy zjedliśmy obiad. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. przedzierając się przez gąszcze drzew. coś podobnego! . minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak.

gdzie stał pociąg pana Kleksa. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. tak jak zbiera się kożuch z mleka. Zerwał się wicher. nikogo już nie zastałem. . Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. Wobec tego pobiegłem do kuchni. ławki i wieszadła. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. okazało się. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło.Pan Kleks siadł przy katedrze. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. łóżka. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. Gdy tylko znalazłem się na szczycie. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. otworzył wielką księgę. który powywracał pudełka od zapałek. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. do czego służyć ma siódma szklanka. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół.Zawiozę was dzisiaj do Chin .błyskawicę. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. .grzmot. stoły i stołki. ustawiłem je na tacy. wziąłem siedem szklanek. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. że się zbudziłem. i jąłem nią rozgarniać chmurę.wiatr. które rzędem leżały na ziemi.oświadczył pan Kleks. do piątej .wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. że zebrałem łyżką całą chmurę. Gdy wyjrzałem przez okno. do czwartej . złożony z pudełek od zapałek. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. do szóstej . Adasiu. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. Zapowiadała się straszliwa burza. przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. szafy i półki. . Nie oglądając się na nikogo. ale w miejscu. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura.Ratuj. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. Nie wiedziałem tylko. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. mój pociąg! . którą zabrałem z kuchni. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg.

znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać.Śniegu. który wyglądał jak rzadki. Wpadłem tedy na pomysł. tylko wielkości całego nieba. unosząc z sobą wszystko. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz.Ukradłeś chmurę. to Alfreda. że zdejmowanie ich nie miało końca. ani nawet wiatru. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę.wołał pan Kleks. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. który parzył nas niemiłosiernie. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. jedzie mróz. Kiedy zobaczyłem. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. Śnieg natychmiast stopniał. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. zaczął szybko rozbierać się. to Anastazego. Pan Kleks. . niebieskawy krem. Wyglądało to tak. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem.Został tylko pan Kleks. Śnieg rozwiał się natychmiast. że pokrył cały park. zupełnie taki sam. lecz z dołu do góry.Coś ty narobił! . że pan Kleks odmroził sobie rozum. nie mogąc znieść takiego upału. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. Skutek był zdumiewający. jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. jak fontanna tryskająca z ziemi. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. a srebrne widelce. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. że jest to emaliowany niebieski czajnik. ale miał na sobie tyle surdutów. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. że po prostu nic nie było widać. to znowu jakiegoś innego kolegę. zawisły w niebie jak gwiazdy. a raczej złocisty wrzątek. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. na jakim siedział pan Kleks.Śniegu! . co tylko napotkał na drodze. . uniesione w górę. Rzeczywiście. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. Zrobiło się bardzo zimno. . zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. . .

Zapytałem pana Kleksa. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. jedyną rzeczą. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. że głowa potoczyła się w innym kierunku. bezradnie wymachując rękami. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. którą posiadałem. a to z tego powodu. obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. Niestety. Tymczasem pan Kleks. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. w której mieścił się grad. że pszczoły. że było widno jak w dzień. .zawołał pan Kleks. gdyż nie miał czym. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę.Chętnie bym coś zjadł .Naprzód wypuścił liście. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. tak niezręcznie nadstawił ręce. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. była szklanka z grzmotem. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. ale nic mi nie odpowiedział. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy.Doskonale! . Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. Grudzień znów się stanie majem. Była cała poparzona. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. gdyż począł żałośnie jęczeć. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. Po chwili jednak stracił humor. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem.powiedział pan Kleks. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. Pan Kleks stał bez głowy. jak się czuje bez głowy. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Przynieś go tutaj.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. Wyglądało to tak. . zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. Znalazłem ją wśród pokrzyw. potem pączki. . . Dawała tyle światła.

No.Nudno mi . A ja wam coś powiem . Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. zdaje się. pustej szklanki. Sen o siedmiu szklankach. włożyłem do siódmej. gdzie był maleńki pan Kleks. niż był dotychczas? . a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami.. że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. że Antoni i Albert. stojącej na tacy. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. przypominająca owoc granatu. gdyż byłem bardzo senny.zapytał Anastazy. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie. że stał się trochę mniejszy. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks.Pan Kleks maleje.. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki.Istotnie! . Nie brałem udziału w rozmowie. Na krok nie wychodziliśmy z domu. Czy żaden z was nie zauważył.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek.odezwał się nagle Artur . Była to piękna czerwona kula. . pokrajał grzmot na ćwiartki.rzekł jeden z Aleksandrów. oblizując się smakowicie. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce. . Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk.. rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. i zaniosłem do kuchni. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni.. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. usiłowały dostać się do szklanki.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. . a dwa spośród nich. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. osaczyły mnie ze wszystkich stron.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. Ratując go przed widelcami. W tej samej chwili obudziłem się.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: .Sen o siedmiu szklankach. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem. rozsadzony od środka. .zawołał jeden z Antonich. jednym słowem .

po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. W przekonaniu. . Obydwaj na A. panowie.rzekł z galanterią Anastazy. co zobaczyłem. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. napełniło mnie przerażeniem. . trochę sera. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . A to jest mój młodszy brat Alojzy. nawet piegi na jego nosie. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . . Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa.Przyszłe znakomitości słynnej Akademii.Jesteście pewno. Byli widać bardzo zmęczeni. a drugi Alojzy. pobiegliśmy do parku.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . potem jeszcze raz. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Anatolu? .rzekłem. cha-cha! Jeden ma na imię Anatol. przedstaw się kolegom. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Udaliśmy się wszyscy do Akademii. Nacisnąłem klamkę. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami.Mam dla niego świeżutkie piegi.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. Począłem więc nasłuchiwać. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości.zawołał Filip śmiejąc się znowu. że wreszcie się obudziłem. Nowi uczniowie pana Kleksa! .odrzekł grzecznie Anatol.nikt mi nie odpowiadał. Zbudziłem natychmiast Anastazego. . Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. Panowie pozwolą za mną. . jego dziwaczny strój. Siedział na dnie szklanki i spał.Śniło mi się. kurę na zimno. pieczywo. Nie ulegało wątpliwości.Jestem Anatol Kukuryk. . To. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. masło. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca. zapukałem powtórnie. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . głodni . Sądziłem. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. ale uderzenia nie ustały. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. . Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. . Drzwi były zamknięte na klucz. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Maleńki pan Kleks. że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. cha-cha! Anatolu. Ponieważ nikt nie odpowiedział. cha-cha! Nieprawdaż. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. . W szklance siedział pan Kleks.

.Pewno jest bardzo głodny. zwykłym panem Kleksem. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia. to będzie chluba waszej Akademii. .pomyślałem. po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu.rzekł pan Kleks. szybko rozejrzał się dookoła. Zerwał się na równe nogi.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. Szturchnąłem Alfreda. nie zwracając na niego uwagi.Może obudzić pańskiego brata? .śmiał się Filip zjadając kurę. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. Alojzy spał w dalszym ciągu. Wróciłem do kuchni. Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. .To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. nie. aby przygotować łóżka dla obu chłopców.zagadnął Anastazy Anatola. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. jak się zachować. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie.Daj im kolację i niech idą spać. Niebawem też zaczął się powiększać. żeby go budzić . bo cóż innego miałem uczynić. Alojzy bardzo nie lubi.Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu. ten śpiący królewicz! . chłopcy. zeskoczył z talerzyka na krzesło. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. . i opowiedziałem mu . wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. Wybiegłem za nim i widziałem. . a po paru chwilach stał się normalnym. .Poradźcie sobie beze mnie .O. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. To zbyteczne! . Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. żeby go budzić.Bardzo nie lubi. . Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. "Coś się psuje w Akademii" . ja zaś udałem się do sypialni. a rano z nimi porozmawiam. jak po poręczy wjeżdżał na górę.odrzekł Anatol. Gdy kończyłem przygotowania.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku.Zobaczycie.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. . który spał w sąsiednim łóżku. Dobranoc. . potem na podłogę.

. . . gdy okazało się. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. chłopcy! . Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. .Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku. . panie profesorze. Spróbuję.Popatrzcie. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: . prawda? Alojzy nie drgnął. Gdy trzymałem go na rękach. Jeśli nie będzie deszczu. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach.zawołał od progu. dłonią potarł mu policzki i czoło.szeptem o Anatolu i Alojzym. gdyż jestem zajęty. Anatolowi. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. może mi się uda.Jestem. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. a to mój młodszy brat.Dzień dobry. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. który przez cały czas nawet nie drgnął. Nazywam się Anatol Kukuryk. myśleć i mówić. że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Chłopcy przyglądali się ciekawie. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. którego obudziła nasza krzątanina.krzyknął znowu pan Kleks. Adasiu. Alojzy? . Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. i rzekł uprzejmie: .Alojzy nie jest żywym człowiekiem. możecie pójść z Mateuszem do parku.Czy mnie słyszysz. Wskazał przy tym na Alojzego.zwrócił się do nas pan Kleks. Alojzy nie drgnął. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. chłopcy .Nazywasz się Alojzy. tylko lalką. Muszę go nauczyć czuć. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. poklepał po rękach. Ale teraz już nic nie poradzę. . Był lekki jak piórko. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony.

że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką.A więc mogę tu zostać? . że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. wszystko to było tak naturalne. tak łudząco prawdziwe. którą kochał jak brata.Nogi mają już dosyć . Zacznij od nóg. . wilgotna powłoka oczu.zapytałem nieśmiało. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. która stanie się sztucznym człowiekiem. Nawet masa.Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. rozprostował plecy. zarys czoła. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. nosa i podbródka. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. purpurowy z napięcia i wysiłku. Musisz uzbroić się w cierpliwość. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. która pokrywała klatkę piersiową lalki. Pan Kleks odśrubował blachę.Owszem . wyraz twarzy. miała elastyczność i ciepło. .Kształt głowy. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. . Pan Kleks. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. włosy. układ ust. Okazało się. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: .rzekł do mnie . że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. ręce i paznokcie na palcach. . Zajmij się teraz rękami. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: .potrzebna mi będzie pomoc.odparł pan Kleks . gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. abym Alojzego rozebrał. a przy tym pożerała nas ciekawość. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne. .natychmiast zabierzemy się do roboty.Połóż go na tym stole . Krótko mówiąc. po czym polecił mi. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. z której ulepiona była twarz i ręce. Zachwyt nasz nie miał granic. wykonanie tej wspaniałej. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa. Skorzystałem z tego.

W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa. chłopcy. drzwi od jadalni otworzyły się nagle. . . Pan Kleks otworzył mu usta.Macie go! .Kiedy zejdzie na dół? .klasnął w dłonie pan Kleks . Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. spróbuj mówić teraz.Poznajcie się z waszym kolegą.A-loj-zy Ku-ku-ryk. . . olśniony widokiem lalki.krzyknął mu w ucho pan Kleks. Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku.Doskonale . co działo się w szpitalu chorych sprzętów.No..zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.Co Alojzy ma w głowie? .zawołał z tryumfem pan Kleks. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.Czy Alojzy już chodzi? . Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . posuwał się z wolna naprzód. Gdy byliśmy już przy deserze. Stawiając niezręczne i płochliwe kroki.doskonale! Siadaj teraz do stołu.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę. ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu. .Dzień do-bry .Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni. Alojzy takim samym powolnym.Dzień dobry.A-loj-zy Ku-ku-ku. . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy.Powiedz jak się nazywasz! .. . . siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: . .Co robi pan Kleks? . a potem szybko zabrałem się do jedzenia. a wy. Alojzy! .Czy mówi? . wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę.odezwał się pierwszy Anatol. dajcie mu coś do zjedzenia.

nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. cośmy zrobili.Słuchajcie. inni zaciągali i froterowali podłogi. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. Zdawało się. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości.Daj-cie mi jeść. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. panie profesorze! . Jedni z nas trzepali fotele i dywany.zawołaliśmy chórem. jednym słowem. Chciałbym. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał.Tak jest. myli okna. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. zaglądał w najmniejsze szpary. abyście wyglądali schludnie i czysto. uprzątali ścieżki. co moje prawe oko widziało na księżycu. o co chodzi. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. Domyślacie się zapewne. w Akademii zawrzało jak w ulu. Czy mogę na was liczyć? .Smaczne . Mateusz bez przerwy krążył nad nami. pucowali obuwie. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust.. Jadł coraz staranniej. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. uczesał i ubrał. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. poganiał nas i sprawdzał to. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. czyli historię o księżycowych ludziach. gdy już opróżnił talerz. . Otóż opowiem wam. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. Poza tym proszę. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. kąpali się. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. w ruchach i w mowie. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki.powiedział z bladym uśmiechem. a na trzeci dzień sam się umył. . Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia.

opamiętaj się . że cała nasza praca idzie na marne. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. Byliśmy wściekli. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie.Stało się jednak inaczej. ale i kuchnię. lecz mechanizmu. Jest to sekret Filipa. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. Obsiadło ono dywany. Przez chwilę panowało milczenie. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. Wyrwałem mu z rąk nożyczki.Trudno. Ale jestem zupełnie bezsilny. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. które wietrzyły się na dziedzińcu. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. chłopcy.rzekł z zakłopotaniem. to ja podziurawiłem poduszki. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. . .Nie chcę się opamiętać! . Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. Czuję w tym sprawę Filipa. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . i zasępił się bardzo. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. że nikt nie zwraca na niego uwagi. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. Artur. .rzekł Artur. Tak go to rozgniewało. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. to nie jest wina jego. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. Idźcie do swojej pracy.Alojzy. zaczęły się nagle unosić tumany pierza. Ale to jeszcze nie koniec. Dajcie mu. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności .Będę wszystko niszczył. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. który go skonstruował. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. Z poduszek. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. Jest po prostu cudownym tworem.Przewidziałem. Okazało się. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. Zdaje mi się. W sypialni naszej ni z tego. który trzymał właśnie w rękach. . co na nim stało. . spokój.zawołał Alojzy. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. meble i nasze ubrania. Rozumiecie? Jestem bezsilny. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. . Myślę. gdy zobaczy. kto tu jest winowajcą. Alojzy roześmiał się głupio.Nie znam mechanizmu Alojzego. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. który nożyczkami przecinał druty elektryczne.

on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. Mogłem bez tego się obejść. czemu wcale się nie dziwiłem. aż przyjemnie było spojrzeć. Był antypatycznym. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. Tak sobie postanowiłem. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. że jestem zupełnie niepodobny do was. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach.Nie prosiłem pana Kleksa. tylko do Chin. potem jednak zaczęliśmy go unikać. Długo będziecie mnie pamiętali. . O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. że ciało jego nie odczuwa chłodu. Właściwie nie cierpię was wszystkich. Skorzystałem z tego.Jesteście głupcy. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. . Zobaczysz. . Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. . Właśnie nigdzie indziej. Aczkolwiek była to już późna jesień. aby uczył mnie myśleć. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. gdyż wiedziałem. inteligencji i sprytu. wreszcie jednak uspokoił się. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. potrącał i szczypał. Wiem. pobiegłem do Akademii. co ja jeszcze narobię. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna.rzekł szeptem Alojzy. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. Pokoje i sale lśniły czystością. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. którego nieustannie dręczył. obrzydliwym chłopcem. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła.Nudno mi . Alojzy zgodził się. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. po nocach nie dawał nam spać. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. Mówił coraz głośniej.

daleko. kogo i jak mam obsłużyć. krętymi korytarzami. Kaczka Dziwaczka. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. a więc kot w butach. mnie opowiedziało. kremy. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. Muszę również stwierdzić. co widziało. Były tam różne torty i ciastka. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. z Mateuszem na ramieniu. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej.Daleko. . czekoladki. biegnie wąska ścieżka. za rzeką. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . każdego znał osobiście. srebra i żelaza. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. winogrona i orzechy. za borem. wszystko. lis-przechera. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. ustawiliśmy się pod ścianami. a nawet konik polny i mrówka. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. W swym tabaczkowym fraku. pierniki. sny w pastylkach oraz zielony płyn. Nie brak też było Arabów. napoje gorące i zimne. Sala szkolna. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. Salę zaległa cisza. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. Koziołek Matołek. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. kura znosząca złote jajka. doznawałem uczucia dumy. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. kwiaty i owoce w cukrze. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. czapla i żuraw. lody. z motyli i z pelargonii.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. co bardzo ułatwiło mi pracę. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. a co najdziwniejsze. którzy nazywają się Lunnami. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. a dookoła niej pluskały się złote rybki. Moje prawe oko bywało wysoko. gdzie już nikt nie mieszka. stała się tak obszerna. niedźwiadek Miś. Widząc to. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale.

zapuszczają się w głąb swojej planety. które wybierają z miedzi. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. ubranie miał pomięte. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. ma nawet ręce i nogi. Na południu półkuli księżyca. posługują się różnymi promieniami. potężny i groźny król Niesfor.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. . długiego miecza.. ani kości. Był rozczochrany. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. które z siebie wydzielają. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. misy. brudny. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. brak mu tylko twarzy. brzęk tłuczonych szyb. w którym spędzają czas wolny od pracy. przekłuwa go ostrzem swej klingi. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. Z parku dolatywały krzyki. talerze. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi.płynąc. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. przypominającą żelatynę. Światła Lunnowie nie posiadają. w Wielkiej Srebrnej Górze. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. W dłoni trzymał sękaty kij. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. Żywią się zielonymi kulkami.. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Wtedy właśnie stała się rzecz. mieszka władca Lunnów. to znaczy . aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. dowolne kształty. płytki. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Widocznie zaszło coś szczególnego. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Lunnowie nie posiadają ani ciała. . co robią. Są to przeróżne krążki. trzask łamanych gałęzi. wędrują z piętra na piętro.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. której nikt nie był w stanie przewidzieć. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką.

Anatol usiłował obezwładnić Alojzego.Jestem Wieszczką lalek. nie mogąc znieść tej sceny. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. bo cię zjem na obiad! Uciekaj.Hej! Panowie. aż wreszcie opustoszała całkiem.zawołał głosem. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem.Na twarzy jego malowała się wściekłość. panowie! . Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Sala stopniowo opróżniała się. . abyś natychmiast opuścił salę! . Pan Kleks zaniemówił. . panie Kleks?! . Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy.To jeszcze nie koniec.krzyczał Alojzy .A cóż to znaczy. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. Żądam od ciebie. . Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. Rozległ się trzask. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli. rozpłakał się. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. Powstał popłoch nie do opisania. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. Kaczko Dziwaczko. mrówko. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. który zamroził i przeraził wszystkich. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego. Roześmiał się jej szyderczo w twarz. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. zawołał: .

Alfred. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. awda! . za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . Rozejrzał się po pustej sali. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Najważniejsze jest to. przedziwnych wydarzeń. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. który był najmniejszy spośród nas. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz.Szkoda. że jeśli tak dalej pójdzie. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. że czas już na obiad. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. Zdaje się. czego wcale nie zauważył. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. i zadumał się tak głęboko.drwił sobie na głos Alojzy. że spadł na półmisek z pieczenią baranią. stojących pod ścianami. pan Kleks przeszedł obok niego.Awda. Jak już wspomniałem przedtem.Zobaczycie. Prawda. przewyższał go niemal o głowę. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. popatrzył na nas. . Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. jak gdyby nigdy nic: . że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. Wreszcie pan Kleks się ocknął. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. Nie zwracając uwagi na Alojzego. Muszę zaznaczyć. zapomniał. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. przechodziło wszelkie wyobrażenie. chłopcy. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. wcale nie przypuszczałem. co Alojzy wyprawiał w Akademii. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. Innym razem. . że jest w powietrzu. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. że to. Mateuszu? .

wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. opuszczał wykłady. Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa.Mój Anastazy. Ot. śpiewał na cały głos. a łóżka stały się krótsze. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. Park. meble i sprzęty zmniejszyły się. jaka jest tego przyczyna. słabła władza i powaga pana Kleksa. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. . a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. tak jak gdyby się bał.Drodzy moi chłopcy. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. panie profesorze? . po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. Bądźcie przygotowani na to. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. muszę stać. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. nie mogliście nie zauważyć tego. każdy z was ma swój dom. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . co dzieje się dookoła was. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. zmalał i przerzedził się. Zrozumieliśmy. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. które stały się już tak małe. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. wybijał kamieniami kolorowe szyby. . potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. Wszystko. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. Również gmach Akademii skurczył się nieco. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. gwizdał. do którego wróci. po czym klucz wrzuć do stawu. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. nie dbał zupełnie o swoje piegi. Mało tego . a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. że zbliża się koniec naszej Akademii. Widzicie. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: .A co z nami się stanie. zmniejsza się i maleje. pokoje zrobiły się niższe. który dotąd przypominał rozległą puszczę. Spędziliśmy wspólnie cały rok. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. co was otacza. Mówiąc do was. Rozumiecie chyba sami. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. jak ręce dziecka. jak od pewnego czasu zmalałem. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. trzaskał drzwiami. było nam wesoło i przyjemnie. kiedy chciał. Znajdziesz przy brzegu przeręblę.Alojzy wstawał. Przykro mi będzie rozstać się z wami.

pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. Pan Kleks otworzył lufcik. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. Tymczasem nadszedł wieczór. i nagle stwierdziliśmy. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. teraz zaś. . którą przez całe życie zachowałem w pamięci.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . Rozglądając się wkoło. zegary. Nie chciał mnie usłuchać.zawołał . Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. Byliśmy olśnieni. okazało się. uginające się pod ciężarem półmisków. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. złotymi i srebrnymi nićmi. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. blady jak płótno. że nie ma go pośród nas.Panie profesorze . przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. chłopcy.Była to bardzo wzruszająca scena. . które dotąd stale były pozamykane. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. stoliki. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. Gdy przyszła kolej na Alojzego. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. lśniły. wyleczone przez pana Kleksa.No. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. salaterek i waz. chodźcie ze mną na górę. Były to stoły. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. dosyć. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. żeby tego nie robił. łańcuchami. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. Mrok jednak zapadł tak szybko. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. wpił się palcami w jego ramię: .Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. spostrzegłem. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. leć czym prędzej i szukaj Alojzego. że nie było go również podczas wieczerzy.ja wiem. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. krzesła. że byliśmy w tej samej sali.

Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. wypędzenie z Akademii. Alojzy . nacisnął ją parokrotnie.wołał Alojzy.. W . . odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. . Nie rozumieliśmy. zarozumiała i przemądrzała lalka. co to znaczy. Spojrzałem odruchowo na sufit.Alojzy jest w sekretach pana profesora . oto są sekrety. zuchwała. Alojzy widząc. zapisanych drobnym chińskim pismem. Wiedzieliśmy. wykrzywiona twarz pana Kleksa. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło.Wobec tego ja zniszczę ciebie. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. Kiedy wpłynął do sali. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. poza innymi karami. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. .Zniszczyłeś moje sekrety. Zrozumieliśmy. posadził go na stole obok walizki. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. Nikt z nas nie znał chińskiego. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca.Ja jeden tu czytam po chińsku! . Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. otworzył ją i postawił na stole. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. że stała się rzecz straszna. był o połowę mniejszy niż przedtem. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. . . Dowiemy się wreszcie.zawołał zdyszany. cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę. kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. wspaniałym panem Kleksem. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. rozmawiając szeptem między sobą. że za coś podobnego groziło. aż potłukł je i starł na drobny proszek. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. ta znienawidzona przez wszystkich.Mam sekrety pana Kleksa! . Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa. lecz surowym. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. cały wysmarowany sadzą. . Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem.

mój Boże. Niebawem będzie już po wszystkim.przestał istnieć. płytki dźwiękowe. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. Ja panu pokażę.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. zabieram cię do domu. leczenie chorych sprzętów. Ja panu pokażę! . co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął. nie. Alojzy wykradł mi moje sekrety. powiększanie przedmiotów. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa.. otworzył ją.wołał trzęsąc się z gniewu. panie Kleks! . panie Kleks. Na tych porcelanowych tabliczkach. . Były tam litery.szeptał . tym wszystkim. Taka piękna lalka. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki.. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach.. tam. . z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy . cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. Był czerwony od mrozu i wściekłości.syknął przez zęby. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek.. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. Alojzy milczał. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. wypisana była cała wiedza. . które podepał i potłukł. .Musiałem przełazić przez mur.Alojzy.Mój Boże . Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. Domyślałem się.ta niegodziwa karykatura człowieka . co potrafi Filip. unoszenie się w powietrzu. żeby się do was dostać. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka.Nie przejmujcie się. . w tej walizce .wybełkotał z przerażeniem w głosie. chłopcy.. Zamiast jednak martwić się. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. .Czemuż to nie otwieracie bramy? . że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa.. Filip podbiegł do walizki. oddałem panu cały mój majątek. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: . Alojzy. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek..A więc tak. odgadywanie waszych myśli. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. kiedy chce się zemścić. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę..

Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. Taki sam pan Kleks. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. aniżeli był przedtem. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. nie wiem. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. nie powstrzymywany przez nikogo. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Była piękna. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. Co się działo dalej. Filip. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. Szumiało mi w uszach. Cała Akademia. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. ale głos zamarł mi w krtani. jakim widziałem go niegdyś w szklance. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. Gdy po chwili otworzyłem oczy. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. Usiadłem na ławce. aby nie usnąć. chłopcy!. Był to pan Kleks. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. . Nie spostrzegłem zupełnie. a przed oczami fruwały czerwone płatki. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. mroźna noc grudniowa. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. że niepostrzeżenie usnąłem.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. zabrał się do roboty.

Był już nie większy niż mój mały palec.Bądź zdrów. Tam. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Siedziałem na tapczanie. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. krzaki i kwiaty. leżał piękny zielony dywan. o rybaku i rybaczce. o Kaczce Dziwaczce i wiele. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. o wilku. zdawało się. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. gdzie był mur. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią.Cieszę się. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . bajka o dziadku do orzechów. Był wielkości śliwki. musimy się pożegnać. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. W miejscu gdzie przypadał park. o krasnoludkach i sierotce Marysi. Adasiu. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. Wyfrunął z klatki. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. Kto wie. wiele innych. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. o włosach przyprószonych lekką siwizną. usiadł mi na ramieniu. w której siedział zamyślony Mateusz. nogi wydłużyły się. który udawał żebraka. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. Mateusz. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. Po prostu zwyczajnym guzikiem. . że pan Kleks był owym guzikiem. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. potem zeskoczył na moją dłoń. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. Życzę ci powodzenia w życiu. haftowany w drzewa. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . A stał się guzikiem. Przybierając coraz bardziej na wzroście. Sądzę. czekał tylko na ten moment. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. stała biblioteka. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość.

która tam leżała. .Jestem autorem historii o panu Kleksie . Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.zawołałem gubiąc się już zupełnie. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: .Przemówienie moje nie bardzo było udane. . wysłuchał mych słów z powagą. a potem nagle roześmiał się serdecznie. gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem.Kim więc jesteś. . Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! . aby je sobie obmyślić i przygotować.Napisałem tę opowieść.odrzekł z uśmiechem. Mateusz. ale przecież nie miałem nawet czasu. a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . . mój chłopcze .zapytałem zdziwiony.No. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.Bajka zawsze jest tylko bajką. .odparł szpakowaty pan. Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. sam bawię się znakomicie. przeobrażony w człowieka. Po prostu opowiedziałem ci bajkę.