P. 1
Akademia Pana Kleksa_Original

Akademia Pana Kleksa_Original

|Views: 179|Likes:

More info:

Published by: Tomek Spaleniak on Feb 27, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

12/14/2014

pdf

text

original

Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

po czym chowa starannie do tabakierki. i nigdy jej nie zdejmuj. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. a teraz zażyjmy sobie piegów. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. a mianowicie . Dlatego też. przymierza przed lustrem. ale za każdym razem na innym miejscu. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. czy wspomniałem już o tym. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . .piegi. muszę powiedzieć. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. jest to bowiem najwyższa odznaka. Skoro tedy Mateusz zaniemówi. mój chłopcze. co dałbym za to. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: . imieniem Filip. Okazało się. Mateusz nie jest skory do rozmów. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. że jeszcze za mało umiem. Nie pamiętam.zwykł mawiać do nas pan Kleks.Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru .Noś ją godnie. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. a zdarzają się nawet takie dni. Otóż wracając do Mateusza. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. ale pan Kleks powiada. że w ogóle z nikim nie chce gadać.No.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. czerwone lub żółte piegi. a rano przytwierdza je z powrotem. żeby otrzymać takie odznaczenie. jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa.

złote korony i berła. Nieprzebrane skarby i pałace. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. gdy płakałem. każda moja łza. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. Uczyłem się dobrze. jak i pośród ludzi. a wojsko było tak liczne i tak potężne. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. król. Dlatego też ojciec. . Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. druga włoską. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . drogocenne kamienie. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan.jestem księciem. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. bogactwa. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. że o niczym innym nie umiałem myśleć. co sami wiedzą i umieją. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. jak to opisuje się w owych bajkach. trzecia portugalską. było to w połowie czerwca. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. czwarta holenderską. z tym oczywiście. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. Powtarzam ją tutaj w całości.Któregoś dnia. że zdrapał sobie wszystkie piegi. jak go pogryzły komary. zabronił mi jeździć konno. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. Miałem cztery siostry. w obawie o moje zdrowie. do długości mego ramienia i do mego oka. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. stąpałem po perskich dywanach. była liczona. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. Gdy ukończyłem siedem lat. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. ojciec mój.

jak mój ojciec nad królestwem. zwolnił bieg. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. Niebawem zrozumiałem. o tym. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. gdy zaś okazło się. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. zapomniałem o zakazie ojca. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. skoro było powszechnie wiadomo. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. Gdy wjechałem do lasu. Miałem wówczas osiem lat. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. stanie się jednak tak. Książę nie dosiądzie więcej konia. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. koń zaczął okazywać dziwny niepokój.jednak na próżno. które pamiętałem tak dobrze. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. Krzyknąłem więc: . że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. Rumak ruszył z kopyta. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Serce mi się kraje na widok jego smutku. dopóki nie ukończy lat czternastu. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. bale i zabawy zostały odwołane. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. że nie ma za nami pogoni. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. Ubrałem się po ciemku. ażeby cofnął zakaz . Zarówno uczeni. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. Upojony tą nocną jazdą. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. drżąc i parskając. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Nie mogłem pojąć. aż wreszcie stanął jak wryty.

Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. Czas upływał. dosiadłem Ali-Baby. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. Kiedy się rano zbudziłem. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. była jeszcze noc. Byli też i tacy. zalewała się łzami. Poczułem przeszywający ból. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. i krew sączyła się ze mnie nadal. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. wilku. który stawił sie na wezwanie mego ojca. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. gasłem i nikłem w oczach. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. wyprężył jakby do skoku. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. przeciągłe wycia wilków. Wilk skulił się. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. Gdy wkradłem się do ogrodu. opuścili pałac. abyś mi dał wolną drogę. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. Matka. pozostawiając konia własnemu losowi. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. Wówczas odwiodłem kurek. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. i pocwałowałem w kierunku pałacu. widząc swoją bezsilność. ostry jak sztylet. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. za której cenę można było nabyć całe państwo. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. podziwiając jego wielki wspaniały łeb.-W imieniu. króla rozkazuję ci. . toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. oglądali mnie i badali. W chwili jednak gdy stałem nad nim. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. w prawe udo. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. Strzał był niechybny. Niebawem przybyło ich tak wielu. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. czuwając przy mnie. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy.

że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon.Doktorze Paj-Chi-Wo. który padł z ręki człowieka. po czym ciągnął dalej: .Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów. obejrzał ranę. . albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych. ozdobioną na czubku dużym guzikiem. a wiedz o tym. i cały kraj był pogrążony w żałobie. w jaki sposób powstała twoja rana. Wiem. mój mały książę. Pozwól mi wpierw zbadać chorego.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . mój mały książę. Po tych słowach zbliżył się do mnie. a o nagrodzie pomówimy później. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . ile ich pomieści się w tym pokoju.Wyleczyłem cię. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. rubinów i szmaragdów. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. Gdy niebezpieczeństwo minie. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. Nie chcę być ministrem.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. Zastrzeliłeś króla wilków. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . nikt już bowiem nie wierzył. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. rana znikła bez śladu. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. Mówiąc to. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . niegodzien jestem również pomnika. .Weź ją. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. Jest to pierwszy król wilków. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . a jeśli zechcesz. . otrzymasz ode mnie tyle brylantów.

Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. mężowie żon. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. Nie było takiej siły. Miałem wówczas lat czternaście. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. Król raz po raz zmieniał ministrów. niepokoiła mnie nieustannie. gdzie zasiadali moi rodzice. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. tępiono wilki w dzień i w nocy. gdy jeden z halabardników. że poczęły zagrażać całemu państwu. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. którędy następnie wydalił się z pałacu. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. Nikt nie widział. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. . Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. Myśl o tym.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. mimo to napady wilków nie ustawały. ale byłem silny i odważny.zawołałem z wściekłością w głosie. Gdy wyzdrowiałem. znowu wziąłem się do nauki. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. one jednak mnożyły się z taką szybkością. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. że zabiłem króla wilków. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę.Precz stąd! . Lata biegły. Już miałem wystrzelić. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. Ze wszystkich stron kraju donoszono. Chwyciłem najlepszą strzelbę. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. rubinów i szmaragdów. Zniknął bez śladu. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. Rozsypywano po lasach truciznę.

Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. że ocalałem jedynie dzięki temu. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. Co działo się potem . psie. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. a potem . Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. Pozostało mi to już zresztą na zawsze.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. A więc mogę. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. . Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. oczy zaszły mi mgłą . Stałem się szpakiem. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. takim właśnie. Strzelba wypadła z rąk. Szybując nad ziemią. Wsie i miasta opustoszały. jeśli zechcę. stać się ptakiem. wilki grasowały w pałacu. poczułem okropną słabość.nie wiem.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. abyś mi dał wolną drogę. Nie miałem czasu do namysłu. upłynęło sześć lat. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. która dotknęła mój kraj. wydostać się z pałacu. że nie było na niej guzika. .Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów.. Zemsta króla wilków była straszna. jakim jestem dzisiaj. Gdy odzyskałem przytomność. Głowę miałem potłuczoną. gdy naraz spostrzegłem. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. zrozumiałem. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. uciec z tego niewdzięcznego kraju. pośród których szalały głód i rozpacz.zostać ptakiem już na zawsze. Wzywałem pomocy. "Co tu począć? .myślałem. rodzice moi już nie żyli. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie.

Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. Postanowiłem uczynić wszystko. czy na ulicy. obiła mnie parasolką. który zauważył te moje myśli. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. Nazywał się Ambroży Kleks. może unosić się w powietrzu. które powinno być. której urwałem guzik od płaszcza. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie.potrafi wszystko. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. a pewna starsza pani. Niestety. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. a nadto. będąc poza Akademią pana Kleksa . co kto o której godzinie myślał.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt.. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. której by nie potrafił. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. z których każdy jest inny. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. jakie udawało mi się znaleźć.czy to w tramwaju. może usiąść na krześle. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. Może zawsze z całą dokładnością określić. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. gdzie się tylko da. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Przecież gdyby tylko chciał. jak gdyby był balonem. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą.Poleciałem kolejno do moich sióstr. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. Najstarsza z nich. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. Ach. Krótko mówiąc . potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. którego zaciekawiła moja mowa. pogroził mi palcem i rzekł: . królowa hiszpańska. oddała mnie swojej służebnej. ale którego wcale nie ma. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. pan Kleks. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . co będzie w mojej mocy. Poprzysiągłem więc sobie.

Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. panie profesorze.są to zmyślone historyjki. używaną do oliwienia maszyny do szycia. To wszystko. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak.Są tacy. co wierzą.zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. ale mnie się zdaje. że pan Kleks te myśli zauważył.ciągnął dalej pan Kleks .Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. uśmiechnął się i rzekł do mnie: . wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości..Słuchajcie. Nie wtrącam się do cudzych spraw. ale pan Kleks?. co tylko wam się podoba. Nie mogłem tego pojąć. dodał: .. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. awda! . wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza.Pomyślałeś sobie teraz. co tak myśli. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. gdzie mieszka z panem Kleksem. Być może. którzy na przykład uważają. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. że to nieprawda. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko. to mnie to wcale nie obchodzi.. traci włosy. że jest głupi. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. że mam pewno ze sto lat. powiedzcie. . . . w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. Długo jednak zastanawiałem się nad tym. dlatego też zrobiło mi się przykro. Nie dziwię się. chłopcy! Niektórym z was wydaje się. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na .zapytał niespodziewanie Anastazy. kiedy spotkał mnie w parku. a bajki. dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni.Z bajkami bywa rozmaicie . patrząc na mnie badawczo. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. Pewnego dnia. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. O świcie pan Kleks wstaje. w które ja wierzyć nie mam zamiaru. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. Są tacy. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. że na drugim piętrze.rzekł pan Kleks. Otóż Mateusz opowiedział mi. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę.A moim zdaniem . mój chłopcze! A po chwili. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona. Prawda.Awda. Możecie sobie roić. przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się.No. też są zmyślone? . prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. Istotnie. Takiemu. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. . tak sobie właśnie pomyślałem. Mateuszu? . Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę. w każdym razie opowiedział mi. że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka.

Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. Dlatego też.tym. ale pan Kleks obiecał. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. ale nie wiadomo zupełnie. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. czy jest gruby. które chwilami. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. kim jest ani jak się nazywa. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. kiedy mu się tylko spodoba. zwłaszcza podczas wiatru. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. przypominają balon. który .przywraca w pamięci pana Kleksa to. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. sztywny. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. gdyż zapomniał. ak! Co znaczy: . Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. których ma niezliczoną po prostu ilość. bo podczas snu pan Kleks wszystko. który ma prawo przebywać w niej. i to w dodatku z tyłu. aksamitną cytrynową kamizelkę. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. . ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. Bardzo nas to wszystko martwi. gdy tego naprawdę potrzeba. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek.według słów Mateusza . Jest to płyn. że Mateusz nie jest psem. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. niezwykle obszerny. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . Nosi szerokie spodnie. ale to wszystko zapomina.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to.Uwaga. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni.Aga. tylko szpakiem. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . ażeby nie przygnieść Mateusza. czy chudy. Pan Kleks jest średniego wzrostu. co działo się przedtem.

Jest tam flaszka z zielonym płynem. chłopcy. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. gdyż zdarza się nieraz. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. kilka płomyków świec. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle.Przygotujcie się. tabakierka z zapasowymi piegami. senny kwas. w zależności od pory roku. do drogi . że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju.rzekł do nas pan Kleks. . . mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. Pokryta jest ogromną czupryną. moim zdaniem. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . a motorniczemu spuchła wątroba. o którym jeszcze opowiem. i nigdy nie znać. Pan Kleks może schować w nich. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . czarną jak smoła. powiększająca pompka. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy.Za chwilę już będę widział. kolorowe szkiełka. też ma na to sposób. i pójdziemy go ratować. gdzie przypadało siedzenie fotela. Mateusz opowiadał mi. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. które się kiedykolwiek w życiu widziało. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . co stało się tramwajowi. a niekiedy nawet trzeci pokój.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. Kieszenie spodni są. bardzo przypominające mały rower. Gdy zaś fotel jest zabrany. czego nie widzi. zabierz ten fotel. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. do czego służą one panu Kleksowi. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. które je osłaniają. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. Ruszamy! Anastazy. że cokolwiek w nich się znajduje. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. Na nosie tkwią srebrne binokle. bez dna.Adasiu. akurat w tym miejscu. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. W istocie. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. co tylko zechce. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. i okolona bujną zwichrzoną brodą. a kiedy chce zobaczyć to. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. pigułki na porost włosów. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. przy czym nieraz zdarza się tak.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna.

słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. . W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. jak zanurzyła się w wodzie. Gdy stały się już tak duże jak rower. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. mówiąc jego słowami. Bo miał dużo ważnych spraw. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. Gdyśmy siedzieli nad stawem. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. angielski plasterek. Osie pokropił jodyną. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć.Gotowe . śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa.rzekł pan Kleks . Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. młoteczek. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. jak pan Kleks.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. wyleczony przez pana Kleksa. całkowicie tamując ruch. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. po czym zbliżył się do motorniczego. Po chwili zdjął z nosa binokle. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. krzątało się dookoła zepsutego wozu. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. Widzieliśmy wszyscy. a pan Kleks podążał za nami. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. osłuchał go dokładnie. Kilku tramwajarzy i mechaników. który wił się w bólach. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. poszła na dno. Rybak złowił go na wędkę. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. sapiąc i ocierając pot. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. . wysłał oko na oględziny.można jechać! Po tych słowach motorniczy.

różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. kto mieszka na księżycu.Wysyłam oko na oględziny. Na pożywieniu mi nie zależy. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. że jada tylko specjalny gatunek motyli. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. schodzi na dół na lekcje. mówiąc: . kwiaty. Dowiemy się zaraz. gdy udaje się na połów motyli. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on.Wysyłam je na księżyc.Nie namyślając się długo. Muszę dowiedzieć się. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. ale może również unosić się swobodnie w górę. zawołał: . Właściwie nie można powiedzieć. ale mimo to nic im się nie udaje. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. wydymąją policzki. gdyż zjeżdża po poręczy.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . W tym celu nabiera pełne usta powietrza. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. gdzie i kiedy zechce. gdzie mi wskazał pan Kleks. gdy tylko pan Kleks się ubierze. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. Zauważyłem jednak. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. Po prostu znikła bez śladu. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. cztery metry od brzegu. Dlatego też jadam tylko to. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem.Zapamiętajcie sobie. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. a za mną kilku innych chłopców. gdzie leży pompka. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. moi chłopcy . Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. skoczyłem do stawu. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. Pan Kleks jednak powiada. a zwłaszcza wtedy. .Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. Nadymają się więc z całych sił. jakie są w czereśniach lub wiśniach. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. . chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. lecz również w jego barwie. że rano. naśladując ruchy pana Kleksa. że pan Kleks schodzi. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. gdyby nie to. a jeden z Antonich o mało nie pękł. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. Balonik niebawem uniósł się w górę. a więc motyle. co jest kolorowe. ale dotąd jeszcze nie wrócił. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego.

przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. która kapie prosto na nasze nosy. . leciałem coraz wyżej i wyżej. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. to najstaranniej myję się w środy. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Szyby w oknach są różnokolorowe. żółty reguluje oddech. czyli ogółem dwadzieścia cztery. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Są to niewielkie otwory w suficie. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. my jednak martwimy się okropnie. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. Jeśli chodzi o mnie. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. białych. długich spodni. za którym przepadam.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. zielony usuwa łupież. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. awać! Co znaczy: . Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. Gdy je Mateusz otwiera. granatowych pończoch i białych trzewików. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna.Pobudka. ile łóżek. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. niebieski poprawia wzrok. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. gdy spotka którego z nas taka kara. Otworów takich jest tyle. szary oczyszcza krew. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. Myjemy się bardzo chętnie.Udka. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. Oszołomiony z wrażenia.

Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki.wszystko. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. przedmiotów.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . . Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. co pan Kleks danego dnia wymyśli. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. które wszyscy zażywamy na noc. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. Myślę. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. zwierząt i postaci. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. chłopcy . Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. ani tych wszystkich nauk. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów. wymyślone przez pana Kleksa. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. Odbijają się w nich nasze sny i rano. Tam suszą się one przez jakiś czas. abyśmy wiedzieli. które spodobały się panu Kleksowi. Ponadto zapowiedział całej klasie.Pamiętajcie. jak w Akademii pana Kleksa. a pozostają tylko te. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. nie dokończone. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. Gdy wyschną już na proszek. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. przybierając kształty rozmaitych figur. Ażeby każdy mógł zorientować się.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. wykładów. czego się uczymy. . ogląda on dokładnie. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. ani kaligrafii. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. jak trzeba obchodzić się z atramentem. jest ogromnie ciekawe i zabawne. Naukę tę wymyślił pan Kleks. ani gramatyki. Kleksografia polega na tym. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. do których dopisujemy odpowiednie historyjki. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. a po wtóre . Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. co śniło się każdemu z nas. Sny niedobre. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. Mateusz jest zdania.

Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. do którego zbliżał się pan Kleks. popaczone stoły. Jest to największa pasja Pana Kleksa.No co.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. bez liter. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. nie mówiąc już o tym. nauczę was również czytać palcami. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy. zepsute zegary. musicie uważać. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. który stał w rogu sali. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. moi chłopcy . Każdy sprzęt. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. mój maleńki? Już cię nie boli. . Z jednej książki można otrzymać siedem. po czym przemówił niezmiernie czule: . Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. tapczany bez sprężyn. . Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. Były tam fotele bez nóg. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. prawda? Gorączka minęła. popękane lustra. Zauważyliście pewno wszyscy. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. nie męcząc wzroku.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . tak że na półkach zostały tylko puste stronice. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. Czy to ptak. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. sam natomiast zabrał się do pracy. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. czy nosorożec. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. posplatanych w najrozmaitszy sposób. którą następnie nawija się na szpulkę. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. odrzekł mi wielce zdziwiony: . po co to robi. Gdy zapytałem go. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. deski się zrosły. Opukał go dokładnie na wszystkie strony. powykrzywiane szafy. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. aby żadnego z nich nie urazić. Pamiętacie. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa.Wchodźcie ostrożnie.

która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi.powiedział pan Kleks. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę.rozczulał się nad nim pan Kleks . gdy nagle okazało się. Następnie zbliżył się do szafy. kąty i skrytki. .bądź tylko dobrej myśli. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. Na ścianie wisiało pęknięte lustro.zapytał pan Kleks.Patrzcie. . zapuszczać kropelki. Mówiąc to. No.Jak tam? . Jest już zdrowe . Poszukiwania nasze trwały długo. a gdy po chwili odlepił plasterek. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. uczcie się. Mateusz fruwał po całej sali. Byliśmy po prostu zdumieni. ale nic.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni.Podczas gdy stół cichutko skomlał. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. chłopcy. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. i rozmyślał.Biedactwo . tylko się nie martw. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak.Nie wyjdę stąd. Wszyscy. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. łykał pigułki na porost włosów.Jutro cię jeszcze odwiedzę . Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. . jodynować wahadło. . ilu nas tylko było. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. przyłożył ucho do jej pleców. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. dopóki zguba się nie znajdzie .oznajmił pan Kleks. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce. pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. przeszukiwaliśmy zakamarki. . . Pan Kleks również był bezsilny. zegar nagle wydzwonił godzinę. . Wkrótce już będziesz zdrowa. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. wszystko będzie dobrze. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! .rzekł pan Kleks . Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa. Rozpoczęły się poszukiwania. tik-tak".zawołał do nas wesoło pan Kleks. bardzo uważnie wysłuchał. tik-tak.tyle musisz się nacierpieć. nie było już ani śladu pęknięcia. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło.

ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. Okazało się. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: . Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa. .Londyn! . my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. same zabrały się do szukania zguby. aby uderzając w piłkę nogą. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. Mateusz był sędzią.Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. gdy któryś z nas popełniał błędy. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. rzekę albo górę. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa.Radom! . Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali.Wisła! .Gorąco-gorąco! . że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą.Skierniewice! .wołał piec. lustra usiłowały odbić po kolei wszystko. co tylko mogły w sobie pomieścić. wreszcie piec. powtarzał nieustannie: .Australia! . szuflady powysuwały się pojękując dnami. zimno-ciepło-ciepło. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. na lekcję geografii.Nic też dziwnego. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Tatry! . pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. chore sprzęty. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . w którą właśnie trafił czubek trzewika. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła.Zimno-zimno-ciepło. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał. Cała zaś sztuka polegała na tym. wymieniać równocześnie miasto. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. jak do gry w piłkę nożną.

zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus. Byliśmy ogromnie zakłopotani. ja sapałem jak miech kowalski. a wraz z nią dwunastu jej poddanych. opcy! Co miało oznaczać: . że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. czy do Trzech Świnek. Mateuszowi pot spływał z dzioba.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz.. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji. że wzbił się on niezmiernie wysoko.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. że nauczycie moich krasnoludków geografii. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . przewracaliśmy się na ziemię. czy też może do Sindbada Żeglarza. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. . który był najśmielszy z nas wszystkich. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. okazywało się bowiem. a następnie spadł nie na boisko. że u was jest przecież lato . szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . . mimo to jednak zwracam ją wam.Uwaga. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. popychaliśmy jeden drugiego. Albert pomieszał Kielce z Chinami. Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka. Gra ta bawiła nas niesłychanie.Aga. Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze. gdyż nie wiedzieliśmy. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. krajów i mórz. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek.Doskonale! Bardzo chętnie! .zawołał Anastazy.Zapomniałam.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. ale pod warunkiem.Berlin! . co począć. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek.

Hej-ho. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. Artur sprząta salę szkolną. Anastazy otwiera i zamyka bramę. cerują pończochy i przyszywają guziki. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. Gdy tak stałem zamyślony. od których woda w rondlu natychmiast . jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. że dbają o jej czystość. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. hej-ho. ale wstęp do kuchni był zabroniony. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika.pomyślałem sobie. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. dosypał garstkę białego proszku. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. które zaprowadził tam pan Kleks. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. to znaczy. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. dolał wody. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. Stał na nim pękaty szklany słój. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. To Mateusz wzywał nas na obiad. sypialni oraz na schodach. napełniony płomykami świec. ja zaś udałem się do kuchni. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. że nie jestem ze śniegu" . trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

.oświadczył pan Kleks. Przejęci naszą przygodą.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. gdzie była poprzednio.To są nieocenione skarby . Wobec tego.zawołałem ze śmiechem. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. pierścienie z drogimi kamieniami. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. ruszyliśmy w kierunku stawu. . co dzisiaj znalazł . że wystarczy na nim zagwizdać. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów.A to ci dopiero skarby! . srebrne talerze. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. Słysząc te słowa. Były więc złote monety. Artur uważnie oglądał gwizdek. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka.mnie w spokoju.rzekł do nas po chwili. . zazdrościli nam bardzo naszej przygody. skrzypce ze złotymi strunami. gdzie się być pragnie. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. Zanim zdążyliśmy się opamiętać. uszanujcie moją wolę. A teraz nie traćmy więcej czasu.A wy coście znaleźli? . tabakierki. sznur pereł. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. . Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. aby znaleźć się tam. staliśmy na ziemi u stóp dębu. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. O czwartej mamy pójść do miasta. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. że zostały . Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. kubek z ametystu.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks. . Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach.

aż wreszcie tak jak przewidywałem. nie pozostawało mi nic innego. i co przy tej sposobności widział. Stałem wprawdzie na ziemi. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. wyczerpany lotem. że nikt mi nie uwierzy. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. nie wiedząc kiedy i jak. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku.jeszcze trzy kwadranse. Zauważyłem. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. że już gotów jestem do lotu. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. zrozumiałem. wobec żądania pana Kleksa. tak jak każdy inny mur. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. gdyż obawiałem się. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. natrafiłem . Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. kiedy mu się zachciało latać. spodziewałem się. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. Jest to bardzo ciekawa historia. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. Szybko zapadał mrok. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. park malał i jakby uciekał w dół. okazało się jednak. Bajek nie było nawet śladu i mur. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. zapadłem w głęboki sen. Teraz jednak. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. wstrzymywałem oddech. jak to było wtenczas. ale wszystko na próżno. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. płaczem i strachem. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. Widziałem. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. w jaki sposób wrócić na ziemię. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. Wiedziałem. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. Wreszcie.

wiesz o tym. Psy bardzo kochają ludzi.na dużą bramę z matowych szyb. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. może mi objaśnisz. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. Niech cię to nie martwi. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia.Reks. to ty? . udając się do ludzkiego raju. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. Po krótkim wahaniu zapukałem. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. Reks łasił się do mnie bez przerwy. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. Wasz ludzki raj mieści się o wiele.odpowiedział mi Reks długim. wiele wyżej. wesołym szczekaniem. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. kto do nas zawita.Pojęcia nie mam . rozbawionych szczeniaków.Reksie mój drogi. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. jak i my. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Różne inne psy z zaciekawieniem. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. których dotąd zupełnie nie znałem. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. otoczone prześlicznymi ogródkami.odrzekłem. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie.Hau! hau! hau! . ale z moich ust wydobyły się słowa. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. Czy się domyślasz. . a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry.Nie dziw się. zawadza o nas. Zdziwienie moje nie miało granic. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco.Reks . a raczej nieduże domki. Od bramy prowadziła szeroka ulica. wesoło poszczekując i merdając ogonami. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. jak gdyby spotkał starego znajomego. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . on zaś polizał mnie tak czule. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi.wołałem . Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. Zdawało się. mlasnął językiem i zaszczekał. że aż mi serce mocniej zabiło. . Trafiłeś po prostu do psiego raju. Chcąc naśladować psią mowę. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. Adasiu. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. każdy. gdzie jesteś? .

Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. jak u siebie w domu.przerwał mu Reks . którego poznałeś. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. który pilnuje naszej bramy. o którym nigdy dotąd nie słyszałem. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. a Reks ciągnął dalej: . Plac był po prostu wspaniały. a to pekińczyk Ralf. jeszcze inne łapały muchy. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście.mówił Reks.Jakie to dziwne . Nieraz też zastanawiałem się nad tym. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni.Jestem Adam Niezgódka.Powiem ci. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze.ciągnął Lord . był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta.Ulica.Pozwoli pan. w psim raju.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. . ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. . Nazywam się Lord. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. Adasiu . Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . Chodź. oto jest ten plac. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. Istotnie. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. . ma na imię Glu-Glu. . dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. inne ssały kawałki cukru.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie. że ci przedstawię moich przyjaciół.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. a to owczarek Kuba.dodał zwracając się do mnie . Żaden Pies nigdy nie bywa zły.pozwól. Mój przyjaciel. że się przedstawię. nazywa się ulicą Białego Kła . .rzekł Reks . Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron.że jesteś właściwie niedelikatny. którą teraz biegniemy. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu.A teraz .Ten szpic ma na imię Azorek. Popatrz. . którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. a ten piękny chart to chluba naszego raju. Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. a może nawet jeszcze lepiej. Oto buldog Tom. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. pan Niezgódka. Lordzie . wdzięczne psy. Od Reksa dowiedziałem się. To nieprawda. o tym. Rozejrzałem się dokoła. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. . Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. . Niektóre z nich bawiły się piłkami. Ten pudel.że ludzie nie rozumieją naszej mowy.odrzekłem. a to dobermanka Kora.Bardzo mi przyjemnie .

. z którego .mówił jeden. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. starannie ubranych.Jestem dręczycielem. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem. Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. . Na ganku leżały poduszki i dywany. Istotnie. jesteśmy przecież w raju.zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . . A ta para jamników to Sambo i Bimbo. . Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. . Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia.Nic łatwiejszego! . ulica ta przedstawiała widok niezwykły. . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków.Reks utorował mi drogę do pomnika. zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli. którą zjadłem ze smakiem.Codziennie . Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . . a słońce świeci od spodu.A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . i umorusanych. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju.ku memu wielkiemu zdziwieniu . Reks nacisnął wystający ze ściany kran.zapytałem.Bardzo chce mi się pić. Nigdy nie rozstaje się z parasolką. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . że krzywe nogi są najładniejsze.mówił trzeci. chociaż deszczów u nas nie bywa.zawołał wesoło Reks. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. chłopców czystych.Ta wyżlica to pani Nola. .mówił drugi.Jestem dręczycielem. Zauważyłem nadto. Ten wielki dog nazywa się Tango. które zjadłem z wielką przyjemnością.Jestem dręczycielem.rzekł Reks . . gdyż zacząłem odczuwać głód. czyli około pół kilo czekolady. .mówił czwarty. Zobaczysz coś ciekawego. gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika.Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. Czekolady nam nie brak. rozczochranych brudasów.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: .Jestem dręczycielem. Gdy rozgościliśmy się w salonie. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem . Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka. Wstyd mi się przyznać.

Było mi wesoło jak nigdy dotąd. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę.ostrzegł mnie Reks . huśtawki. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. Byłem szczęśliwy. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. grzecznie podziękowałem. że wszystko to im się tylko śniło. gdzie stały karuzele. . Bardzo mnie interesowało. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle.Istotnie . ale ty łatwo możesz się rozchorować. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd.my jesteśmy w raju. Były tak smaczne. dostają się do psiego raju podczas snu. Wracając na plac Doktora Dolittle. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. ulicę Baniek Mydlanych.Nie wiem. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. Uważałem jednak. ogródki salcesonowe. idąc więc śladem Reksa. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. chłopcy. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. Jak mnie objaśnił Reks. kapelusze.Chodź . a potem wrócimy do domu na serdelki. Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. miód i inne smakołyki.macie tutaj rajskie życie. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. skąd w psim raju bierze się czekolada.rzekł do mnie. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. . biszkopty. którzy dręczą psy. że udało mi się uniknąć takiej hańby. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. że na to właśnie jest raj.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. . Pomyślałem sobie zresztą.Zjemy coś lekkiego. czapraki. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. czy szanowny pan zauważył.Opamiętaj się . po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . że nie mogłem się od nich oderwać. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. . że nie powinienem o to pytać. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. gdzie mieszkał Reks. po czym wracają do domu w przekonaniu. więc nam nic nie może zaszkodzić. Stwierdziłem ze zdziwieniem. nigdy nie zachodziło. skąd biorą się parasolki. że Reks począł niespokojnie węszyć. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela.odrzekłem . Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa.

co by było. wydąłem policzki i uniosłem się w górę.zagadnąłem Reksa . na które patrzyłem z obrzydzeniem. W ten sposób obliczymy tutaj czas. . Był to list od pana Kleksa. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. Mateusz leciał nade mną. . Odpowiada to razem ziemskiej dobie.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? .Jak to dobrze. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie.zawołałem.Mateusz! Jak się cieszę. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka. którą tak pogardzałem w domu. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. że upłynął jeden dzień. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. że cię znowu widzę! .Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. wesoło pogwizdując. ak! Aga. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. Tak sobie gawędząc z Reksem. kierując się wskazówkami. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. abym wyciągnął się obok niego. .i zaproponował mi.odrzekł Reks.Aga. w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. który pouczał mnie. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. które zbiegły się na widok Mateusza. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. .Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. co jego zjedzenie. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. Sprzykrzyły mi się biszkopty. żeś po mnie przyleciał. . ak! . Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. których udzielił mi w liście pan Kleks. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. aby dowolnie kierować swoim lotem. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. . Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu.Bardzo prosto . Leżeliśmy tak. wiemy. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. Uprosiłem Toma. Leciałem obok Mateusza. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. stał się jak mały niebieski obłoczek. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos.

że nieobecność moja trwała dwanaście dni. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. Idziemy.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. że nigdy już więcej nie będę latał. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Nie umiem po prostu opisać radości. Okazało się. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. Jak nam objaśnił pan Kleks.Emia uż isko! . Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. przędzenia liter. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. Proszę ustawić się w czwórki. schludne miasteczko. Opowiedziałem więc wszystko. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. . co znaczyło: . przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. który miał zawieść nas do fabryki. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. inżynier Kopeć. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. po chwili dostrzegłem mury Akademii. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy.Akademia już blisko! Rzeczywiście. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. Opisałem lekcję kleksografii. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. Droga początkowo prowadziła przez miasto. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. . Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. Mój przyjaciel.krzyknął mi w ucho Mateusz.

kochany Bogumile. Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach.dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. Tylko pamiętajcie. i włożył je do nosa na miejsce starych. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. długimi rękami. Jest ich dwudziestu czterech . Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników.Był to wysoki. mój Ambroży.rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. . Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. elektrycznych świdrów i tokarek. długich nogach i wymachiwał cienkimi. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle. . Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. Stał na cienkich.zwrócił się do nas . tryskających z pasów transmisyjnych.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. chłopcy . dopiero co utoczone. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn.w fabryce nie wolno niczego dotykać. chudy.Aga. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki.A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . inne zawieszone były na linach i dźwigach. że ci zaprezentuję moich uczniów. Praca wrzała. dziurki w nosie i dziurki w uszach.rzekł pan Kleks. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Wyglądały . że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. wybrał sobie dwie nowe. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej. którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: .Pozwolisz. ak! . do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. .

aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. a robotnicy pracujący przy nich musieli. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. wystawały wysoko ponad dach fabryki. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich.zauważył pan Kleks. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. a nawet dziury w niebie. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników.ślicznie. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. było już prawie ciemno.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . gdzie przetapiano je ponownie. których nazw nie znaliśmy wcale. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. dziury w moście. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. . na których je toczono. Gdy opuściliśmy fabrykę. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. zielonych i czerwonych. Popękane. zdaje . pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi.i dziesięciokilowych skrzynek. W ostatniej hali mieściła się pakownia. a więc dziury na łokciach. źle wypolerowane. Okazało się. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku.

Wszystkie pokoje. wojowniczością i odwagą. które przechowywał w kieszonce od kamizelki. że po chińsku. Chodziliśmy po omacku. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. . formowały się w klucze. pragnąc uniknąć ścisku. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. który zrozumiałem.się. W pewnej chwili do pokoju. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. kotłowały się we włosach. W domu czekała nas przykra niespodzianka.prowadził z muchami zaciętą walkę. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. w kątach. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. było już zupełnie ciemno. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. na tle łuny bijącej od fabryki. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. gdyż jedyny wyraz. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. Pan Kleks. Pan Kleks. Bolesne ukłucia. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. by przejść z pokoju do pokoju. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. korzystając z nieobecności domowników. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. który niezwłocznie ruszył. Nieznośne te owady. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. Wdzierały się do ust i nosów. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. Na to. jak wielkie eskadry samolotów. Leciały w bojowym szyku. sale. opadł wreszcie z sił. zamyślał się głęboko. W ciemnościach wieczoru. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu.fruwając po pokojach . przez który usiłowałem przebiec. trzeba było zamykać oczy. Pan Kleks. w czworoboki. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. że nie było go wcale spoza nich widać. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. wpadały do oczu. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. ale wcale ich przez to nie ubywało. na piecach i pod stołami. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. wskazywały na to. który dotąd . wirującą w powietrzu chmurę. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł.

a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. że najście much. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. razem z nimi opadały na podłogę. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. Wypuszczał coraz to nowe bańki. że działanie powiększającej pompki ustało. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. Setki i tysiące much. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. tajemniczą rozmowę. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Jedynie głośne. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. która uwolni naszą Akademię od plagi much. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. tak był oblepiony przez muchy. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. Pan Kleks nie ustawał w pracy. że nie był to sen przyjemny ani błogi. . uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. nie mogliśmy wyjść z podziwu. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. Gdy był już wielkości kota. mydło i szklaną rurkę. które go szczelnie obsiadły. Niebawem wszystkie pokoje. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. pożerał ich szturmujące oddziały. zdarty niby skalp z pleców pająka. wrócił do swej normalnej wielkości. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. wysysał z nich wszystkie soki. Pająk zaczął się zmniejaszać. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. Muchy rzucały się na ich tęczową. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. nie zdołało zakłócić jego snu.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. kazał nam wyjść z gabinetu. sale. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. paczkę gumy arabskiej. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich.krzyżaka.

spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. co mu się tylko podobało. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. że kalafiory. Przyprowadzę go w tym tygodniu. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. Albert zbierał kasztany i żołędzie. które dla nas przyrządził. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Dla niego miała być ta Akademia. Nie będę więcej strzygł ani pana. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Pan Kleks przygarbił się nieco. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. który opisuję. obserwował życie mrówek. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. Pan Kleks nie mylił się. Nie przypuszczałem. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. Na tym kończy się opis jednego dnia. Anastazy strzelał z łuku. ani pańskich uczniów. Zając nagle poruszył się. I nie zwracając na nas uwagi. jeden z Antonich.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. gdyż zaczął się głośno śmiać. Gdy owego dnia. Alfred wycinał fujarki. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . gdyż jak oznajmił. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. panie Kleks. Pan Kleks był nie w humorze. wyszedł z Akademii. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. że Filip chyba zwariował. I to nieodwołalnie.

.A dokąd je prowadzisz. że to Królewna Żabka.odrzekła. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. że dostrzegę go w chwili. zrozumiałem. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. Nic też dziwnego. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną.zapytałem wzruszony jej słowami. odpowiedniej siedziby. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. Pan Kleks. . pozostawiając wszystkie żaby. że ta historia bardzo żałośnie się skończy. zdążały za przewodniczką. Filip domaga się. . Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. które zaczynają się na literę A. chłopcze. które w zgodnych podskokach. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. . Królewno Żabko? . Przeczuwam. bo jesteś moim najlepszym uczniem. W dodatku ostatnio zwariował. że pochód ich przypominał żabi cyrk. Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. Zobaczysz. Chociaż jestem z innej bajki. Cała woda była spuszczona. Udałem się więc do parku w nadziei. że ma złotą koronę na głowie.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . którą już niegdyś widziałem. . kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. nie robiąc sobie nic z mojej obecności.zarechotały chórem żaby.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie.Poznaję cię. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. podziwiając zwłaszcza żaby. aby się przyjrzeć. . przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie. jeśli taki gdziekolwiek istnieje. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. że same ułożyły się w figurę mego zająca. rzucił je na podłogę tak zręcznie. gdyż nie wyobrażałem sobie. i grozi mi.Tobie jednemu mogę to wyznać. krzaki chwiały się.My chcemy do stawu! . że znam się na kolorowych proszkach. i domyśliłem się od razu. omijając drogi i ścieżki. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. nie ulegało wątpliwości. zobaczyłem. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. co zaszło. gdy będzie wracał do Akademii. Powymyślał dla nich nowe imiona. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. ryby i raki na pastwę losu. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. trawa się kołysała. . zgadując moje myśli.Cóż z tego. Czy widzisz. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. na farbach i na szkiełkach. Po prostu uwziął się na mnie. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić. Skakały przy tym tak wysoko. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. Towarzyszyłem im przez pewien czas. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. Kiedy podszedłem do niej. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa.

gdzie go schowałem. które słabły już wskutek braku wody.Tik-tak. Pobiegłem co sił do Akademii. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. Nie większy od Tomcia Palucha.Bim-bam-bom. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. aby zajęli się losem ryb. zaraz do ciebie wrócę. a może nawet jeszcze więcej. powtarzając raz po raz głośno: . Rozejrzałem się po sali. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. Żal mi było żab. Na mój widok przerwał huśtanie. Nie wydawały żadnych dźwięków. niemal tyleż co żab. zebrałem kilku chłopców. do czego wpierw mam się zabrać. królewo. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost.rzekłem. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. Ach. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . co zaszło. że uczę zegar mówić. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. jakby je kto polał wrzątkiem. . Niektóre spośród nich. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. Poczekaj chwilę. że zabrał go pan Kleks. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. błagam cię. jak zazwyczaj: . Pan Kleks był tam. Zdaje się. .Zawsze musicie mi przeszkadzać! . ani do bajki o zielonej wodnicy. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. Chce mnie po prostu zniszczyć. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. porobiły się zupełnie czerwone. rozkurczył się. zwróć mi złoty kluczyk. a ocalisz wszystkie stworzenia.Kluczyk? . że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . to wszystko wina tego podłego Filipa. co robił. . które tu widzisz. oczywiście. Nie wiedziałem. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . ale to. ale skoro los zesłał mi ciebie. . Tak. Dosłownie maleję z dnia na dzień. i namówiłem ich. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł.Adasiu. którzy nawinęli mi się po drodze.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. tik-tak. Nie pamiętam tylko. tik-tak. Była ich nieprzebrana wprost ilość. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. pozostawionych bez wody. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie.Przykro mi. zeskoczył na podłogę. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. chętnie ci go zwrócę. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. Adasiu.O co chodzi? Przecież widzisz.rzekł rozdrażnionym głosem. opowiedziałem im o tym.Kluczyk? Ależ tak. ani w jego pokoju. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. że robisz takie zdziwione oczy.

że będziesz pokrzywdzony.Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. powtarzając za każdym odchyleniem: . .schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. tylko był znowu cokolwiek mniejszy.Za mną . Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów.. Fatalne to wszystko.rzekł pan Kleks. Ale nie miałem przecież innego wyjścia.. .zauważył szeptem . że wcale jej nie poczułem. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka.. . prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk. . Masz.Muszę ci wyznać . fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu.. pobiegłem nad staw. ale nie sądź. bo stracę do ciebie zaufanie. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. jakby była pokryta emalią. Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. które przedsięweźmiesz.Biorę ten kluczyk. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków.że mam jeszcze jedną zgryzotę. . Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi.Tik-tak. zanieś go Królewnie Żabce.Weź ją sobie . a była tak mała. który jak domyślałem się .rzekł po chwili.rzekła królewna. Wyglądał tak jak zazwyczaj.zalać wodą ze stawu.rzekła królewna. tik-tak. jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. . Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. Mówiąc to. Pan Kleks sposępniał.Jestem ci niezmiernie wdzięczna . Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. . Aha. tik-tak.Szkoda. Nie mogę już wcale do nich się dostać. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem.. wielka szkoda! .. . Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. Zaraz. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. Musiałem ugasić płomyki świec. Następnie podziękowałem królewnie. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. . Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim.

Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. dotarliśmy do muru bajek. przedzierając się przez gąszcze drzew. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: .Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. a potem. począł przybliżać się coraz bardziej.odezwał się Anastazy. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: . Z daleka już ujrzeliśmy rybaka. nie było już ani żab. onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody.wołał z zachwytem. idąc za radą rybaka. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad.Aga. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen. ani raków. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. wiszący wysoko w górze. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. . . dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko.Ruszyliśmy za nim.Nie! No. mały punkcik. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. . skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu.odrzekł pan Kleks. a gdy już był na wysokości ramienia.Teraz pójdziemy do domu na obiad. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej. balonik! Istotnie. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami.Na wszystko musi być odpowiednia pora . uginając się pod ciężarem koszów.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki.Uwaga. . a po niejakim czasie. . który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. Szybko tedy zjedliśmy obiad. Ale na to przyjdzie czas. . aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. onik! Aga. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. Gdy wróciliśmy do parku. Po chwili i on również zawołał: . a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. raz po raz powtarzał: .A może pan profesor opowie nam ją teraz? . coś podobnego! .

ale w miejscu. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. Zerwał się wicher. Nie oglądając się na nikogo. . Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. Gdy tylko znalazłem się na szczycie. gdzie stał pociąg pana Kleksa. otworzył wielką księgę.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. do piątej . Adasiu. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. łóżka. złożony z pudełek od zapałek.grzmot. mój pociąg! .wiatr. który powywracał pudełka od zapałek. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. nikogo już nie zastałem. Gdy wyjrzałem przez okno. Wobec tego pobiegłem do kuchni. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. szafy i półki. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. do czwartej . że się zbudziłem.Pan Kleks siadł przy katedrze. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. okazało się. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. ustawiłem je na tacy.Ratuj. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. którą zabrałem z kuchni. tak jak zbiera się kożuch z mleka. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. że zebrałem łyżką całą chmurę. ławki i wieszadła. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para.oświadczył pan Kleks. . stoły i stołki. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. które rzędem leżały na ziemi. do szóstej .Zawiozę was dzisiaj do Chin . wziąłem siedem szklanek. Nie wiedziałem tylko. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg. i jąłem nią rozgarniać chmurę. do czego służyć ma siódma szklanka. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. Zapowiadała się straszliwa burza.błyskawicę. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. .

to znowu jakiegoś innego kolegę. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. . Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. co tylko napotkał na drodze. Pan Kleks. że pokrył cały park. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. tylko wielkości całego nieba.Został tylko pan Kleks. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. . że jest to emaliowany niebieski czajnik. jedzie mróz.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. lecz z dołu do góry. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. a srebrne widelce. to Anastazego. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. że pan Kleks odmroził sobie rozum. Śnieg natychmiast stopniał.Coś ty narobił! . to Alfreda. Kiedy zobaczyłem. jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. Wpadłem tedy na pomysł. który wyglądał jak rzadki. Wyglądało to tak. Skutek był zdumiewający. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. że po prostu nic nie było widać. zawisły w niebie jak gwiazdy. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. Rzeczywiście. . jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. zaczął szybko rozbierać się.Ukradłeś chmurę. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura.Śniegu! . że zdejmowanie ich nie miało końca. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. ale miał na sobie tyle surdutów. jak fontanna tryskająca z ziemi. Śnieg rozwiał się natychmiast. . w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. unosząc z sobą wszystko. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę. nie mogąc znieść takiego upału. uniesione w górę. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością.wołał pan Kleks. ani nawet wiatru. . niebieskawy krem. który parzył nas niemiłosiernie. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu.Śniegu. Zrobiło się bardzo zimno. zupełnie taki sam. na jakim siedział pan Kleks. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. a raczej złocisty wrzątek.

Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. gdyż począł żałośnie jęczeć. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa.Naprzód wypuścił liście. gdyż nie miał czym. Znalazłem ją wśród pokrzyw. którą posiadałem. że było widno jak w dzień. jedyną rzeczą. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa.zawołał pan Kleks. . Pan Kleks stał bez głowy. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. Po chwili jednak stracił humor. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. tak niezręcznie nadstawił ręce. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. że głowa potoczyła się w innym kierunku. . że grę w piłkę lubi tak samo jak ja.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. potem pączki. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę.Chętnie bym coś zjadł . Była cała poparzona. a to z tego powodu. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Zapytałem pana Kleksa. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. Dawała tyle światła. Niestety. w której mieścił się grad. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. Grudzień znów się stanie majem. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. . Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. Tymczasem pan Kleks. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach.powiedział pan Kleks. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. że pszczoły. bezradnie wymachując rękami. Wyglądało to tak. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. była szklanka z grzmotem. . wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. ale nic mi nie odpowiedział. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. jak się czuje bez głowy.Doskonale! . Przynieś go tutaj.

usiłowały dostać się do szklanki.. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. . Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. stojącej na tacy. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. że Antoni i Albert.Nudno mi .. A ja wam coś powiem . Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa.Istotnie! . jednym słowem . Ratując go przed widelcami.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. Była to piękna czerwona kula. że stał się trochę mniejszy. Na krok nie wychodziliśmy z domu.Pan Kleks maleje. . osaczyły mnie ze wszystkich stron. W tej samej chwili obudziłem się. zdaje się.rzekł jeden z Aleksandrów. Czy żaden z was nie zauważył.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. pustej szklanki.odezwał się nagle Artur . że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać.. . rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. No. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami.zapytał Anastazy. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem. oblizując się smakowicie. niż był dotychczas? .Sen o siedmiu szklankach. pokrajał grzmot na ćwiartki. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . przypominająca owoc granatu. . Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. Sen o siedmiu szklankach. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie. i zaniosłem do kuchni. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni..wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. gdzie był maleńki pan Kleks. Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk. rozsadzony od środka. włożyłem do siódmej. szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: .zawołał jeden z Antonich. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. Nie brałem udziału w rozmowie. gdyż byłem bardzo senny. a dwa spośród nich. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek.

.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . masło. co zobaczyłem. cha-cha! Anatolu. Nie ulegało wątpliwości. przedstaw się kolegom. napełniło mnie przerażeniem. . którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka.odrzekł grzecznie Anatol. cha-cha! Nieprawdaż. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole.Jesteście pewno. Maleńki pan Kleks.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca. Siedział na dnie szklanki i spał. kurę na zimno. . ale uderzenia nie ustały. To.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . . . Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. Udaliśmy się wszyscy do Akademii.zawołał Filip śmiejąc się znowu. a drugi Alojzy. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia.rzekł z galanterią Anastazy.Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. trochę sera.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów. Nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. nawet piegi na jego nosie. . zapukałem powtórnie. A to jest mój młodszy brat Alojzy.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . pobiegliśmy do parku.rzekłem. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. panowie. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. Byli widać bardzo zmęczeni. Panowie pozwolą za mną. głodni . . ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. . Sądziłem. potem jeszcze raz. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . że wreszcie się obudziłem. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami. Nowi uczniowie pana Kleksa! . W szklance siedział pan Kleks. Począłem więc nasłuchiwać. W przekonaniu. jego dziwaczny strój. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę.Mam dla niego świeżutkie piegi. pieczywo.Jestem Anatol Kukuryk. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa.Śniło mi się. że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. . Ponieważ nikt nie odpowiedział. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. Obydwaj na A. Zbudziłem natychmiast Anastazego.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. Anatolu? . cha-cha! Jeden ma na imię Anatol.nikt mi nie odpowiadał.

Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie.To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. to będzie chluba waszej Akademii. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. nie zwracając na niego uwagi.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. chłopcy. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. Wybiegłem za nim i widziałem. . nie. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. zwykłym panem Kleksem.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. .Poradźcie sobie beze mnie . .pomyślałem. Wróciłem do kuchni. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni.śmiał się Filip zjadając kurę. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. To zbyteczne! . zeskoczył z talerzyka na krzesło. jak się zachować. Gdy kończyłem przygotowania. jak po poręczy wjeżdżał na górę.zagadnął Anastazy Anatola. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. . który spał w sąsiednim łóżku. Szturchnąłem Alfreda. a po paru chwilach stał się normalnym. Alojzy bardzo nie lubi. Niebawem też zaczął się powiększać.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. .O. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. i opowiedziałem mu .Pewno jest bardzo głodny.Zobaczycie.Daj im kolację i niech idą spać. .Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu.odrzekł Anatol. . po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami. .Może obudzić pańskiego brata? . Dobranoc. ja zaś udałem się do sypialni. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia. szybko rozejrzał się dookoła. bo cóż innego miałem uczynić. ten śpiący królewicz! . Zerwał się na równe nogi. Alojzy spał w dalszym ciągu. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą.rzekł pan Kleks. a rano z nimi porozmawiam. . "Coś się psuje w Akademii" . aby przygotować łóżka dla obu chłopców.Bardzo nie lubi. żeby go budzić . Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. potem na podłogę. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. żeby go budzić.

Chłopcy przyglądali się ciekawie. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. możecie pójść z Mateuszem do parku. panie profesorze. i rzekł uprzejmie: . chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy.krzyknął znowu pan Kleks.Popatrzcie. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. którego obudziła nasza krzątanina. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. dłonią potarł mu policzki i czoło. . który przez cały czas nawet nie drgnął. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: .Alojzy nie jest żywym człowiekiem. tylko lalką. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. prawda? Alojzy nie drgnął. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Był lekki jak piórko. .Nazywasz się Alojzy. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. Alojzy? . Adasiu. myśleć i mówić. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie.zawołał od progu.Dzień dobry. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. Muszę go nauczyć czuć. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. Ale teraz już nic nie poradzę. gdyż jestem zajęty. Gdy trzymałem go na rękach. . Jeśli nie będzie deszczu. . że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Wskazał przy tym na Alojzego. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. . Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. gdy okazało się. chłopcy! . Spróbuję. chłopcy . Anatolowi. poklepał po rękach.Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku. a to mój młodszy brat.zwrócił się do nas pan Kleks. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. Nazywam się Anatol Kukuryk.Czy mnie słyszysz.Jestem.szeptem o Anatolu i Alojzym. . może mi się uda. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. Alojzy nie drgnął.

Okazało się. która stanie się sztucznym człowiekiem. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów.rzekł do mnie . wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. a przy tym pożerała nas ciekawość.A więc mogę tu zostać? . układ ust. purpurowy z napięcia i wysiłku. .Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. . Zacznij od nóg. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. . tak łudząco prawdziwe.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. miała elastyczność i ciepło. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku. włosy. wykonanie tej wspaniałej. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. którą kochał jak brata. po czym polecił mi. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. wilgotna powłoka oczu. rozprostował plecy. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. Zachwyt nasz nie miał granic. Musisz uzbroić się w cierpliwość. wszystko to było tak naturalne. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: . że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne.potrzebna mi będzie pomoc.natychmiast zabierzemy się do roboty. Zajmij się teraz rękami.Kształt głowy. Pan Kleks odśrubował blachę. która pokrywała klatkę piersiową lalki. Skorzystałem z tego. zarys czoła. z której ulepiona była twarz i ręce. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad.odparł pan Kleks . właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem.Nogi mają już dosyć . Nawet masa. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. nosa i podbródka. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: .Połóż go na tym stole . Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. . Pan Kleks.zapytałem nieśmiało. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. . abym Alojzego rozebrał. wyraz twarzy.Owszem . Krótko mówiąc. ręce i paznokcie na palcach. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów.

dajcie mu coś do zjedzenia..doskonale! Siadaj teraz do stołu.A-loj-zy Ku-ku-ku. Gdy byliśmy już przy deserze. co działo się w szpitalu chorych sprzętów.No. Stawiając niezręczne i płochliwe kroki.Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim.A-loj-zy Ku-ku-ryk. chłopcy.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni.odezwał się pierwszy Anatol. a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . Alojzy takim samym powolnym.Czy mówi? . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy.klasnął w dłonie pan Kleks .Co robi pan Kleks? .Poznajcie się z waszym kolegą. . W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk.Powiedz jak się nazywasz! . Pan Kleks otworzył mu usta. spróbuj mówić teraz.zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska. .zawołał z tryumfem pan Kleks.Kiedy zejdzie na dół? .Macie go! . Alojzy! .Doskonale . ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu. . Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku.Co Alojzy ma w głowie? . wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką.Dzień dobry. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę.Czy Alojzy już chodzi? . drzwi od jadalni otworzyły się nagle. . .krzyknął mu w ucho pan Kleks.. olśniony widokiem lalki. . a potem szybko zabrałem się do jedzenia. siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .Dzień do-bry . a wy. Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . posuwał się z wolna naprzód. . . .

Otóż opowiem wam. panie profesorze! . ale zaczepił się o własną nogę i upadł. o co chodzi.Smaczne . Jadł coraz staranniej. zaglądał w najmniejsze szpary. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust. czyli historię o księżycowych ludziach.Słuchajcie. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. myli okna. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. cośmy zrobili. Chciałbym. . pucowali obuwie. Jedni z nas trzepali fotele i dywany. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. co moje prawe oko widziało na księżycu. Poza tym proszę. a na trzeci dzień sam się umył. . Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. jednym słowem. poganiał nas i sprawdzał to. Domyślacie się zapewne. abyście wyglądali schludnie i czysto. w ruchach i w mowie. inni zaciągali i froterowali podłogi. gdy już opróżnił talerz. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. uczesał i ubrał.Tak jest. kąpali się.Daj-cie mi jeść.zawołaliśmy chórem. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty.powiedział z bladym uśmiechem. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. Mateusz bez przerwy krążył nad nami. uprzątali ścieżki. w Akademii zawrzało jak w ulu. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec.. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał. Zdawało się. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Czy mogę na was liczyć? .

Będę wszystko niszczył. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. które wietrzyły się na dziedzińcu. zaczęły się nagle unosić tumany pierza. Jest po prostu cudownym tworem.Trudno. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. . to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. Ale jestem zupełnie bezsilny. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. Jest to sekret Filipa. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. to nie jest wina jego.rzekł Artur. kto tu jest winowajcą. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. . Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. Zdaje mi się. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . ale i kuchnię. Z poduszek. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. który nożyczkami przecinał druty elektryczne. gdy zobaczy. . który go skonstruował. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. lecz mechanizmu. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. . Tak go to rozgniewało. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. meble i nasze ubrania. .Nie znam mechanizmu Alojzego. i zasępił się bardzo. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. Okazało się. Dajcie mu. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. że nikt nie zwraca na niego uwagi.zawołał Alojzy. co na nim stało. że cała nasza praca idzie na marne. opamiętaj się . Alojzy roześmiał się głupio. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. Czuję w tym sprawę Filipa. Obsiadło ono dywany.Stało się jednak inaczej. wchodząc po schodach na pierwsze piętro.Przewidziałem. Rozumiecie? Jestem bezsilny. Myślę.Nie chcę się opamiętać! . spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. który trzymał właśnie w rękach. Byliśmy wściekli. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. Ale to jeszcze nie koniec. spokój. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. Przez chwilę panowało milczenie. W sypialni naszej ni z tego. Artur. to ja podziurawiłem poduszki. Idźcie do swojej pracy. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. chłopcy. .rzekł z zakłopotaniem.Alojzy.

że jestem zupełnie niepodobny do was. pobiegłem do Akademii. Mówił coraz głośniej. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. potrącał i szczypał. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. Był antypatycznym. potem jednak zaczęliśmy go unikać. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. Pokoje i sale lśniły czystością. Postanowił widocznie spędzić noc w parku.Jesteście głupcy. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. Zobaczysz. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. Długo będziecie mnie pamiętali. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. którego nieustannie dręczył. czemu wcale się nie dziwiłem. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Skorzystałem z tego. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. Wiem. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek.Nie prosiłem pana Kleksa. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. po nocach nie dawał nam spać. tylko do Chin. Alojzy zgodził się. . że ciało jego nie odczuwa chłodu. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. aby uczył mnie myśleć. inteligencji i sprytu. Tak sobie postanowiłem. obrzydliwym chłopcem. Aczkolwiek była to już późna jesień. co ja jeszcze narobię. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. . Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. aż przyjemnie było spojrzeć. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. wreszcie jednak uspokoił się. Mogłem bez tego się obejść. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. Właśnie nigdzie indziej. Właściwie nie cierpię was wszystkich. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii.rzekł szeptem Alojzy. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać.Nudno mi . . . gdyż wiedziałem. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem.

niedźwiadek Miś. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. kura znosząca złote jajka. a co najdziwniejsze. kogo i jak mam obsłużyć. winogrona i orzechy. krętymi korytarzami. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. kremy. z motyli i z pelargonii. Moje prawe oko bywało wysoko.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. Muszę również stwierdzić. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. co widziało. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. wszystko. a dookoła niej pluskały się złote rybki. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. Nie brak też było Arabów. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. czekoladki. Kaczka Dziwaczka. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. . za borem. gdzie już nikt nie mieszka. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. srebra i żelaza. Były tam różne torty i ciastka. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. a nawet konik polny i mrówka. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. W swym tabaczkowym fraku. stała się tak obszerna. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. daleko. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. napoje gorące i zimne. biegnie wąska ścieżka. którzy nazywają się Lunnami. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. Sala szkolna. czapla i żuraw. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. ustawiliśmy się pod ścianami. Widząc to. a więc kot w butach. co bardzo ułatwiło mi pracę. lody. mnie opowiedziało. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. pierniki. z Mateuszem na ramieniu.Daleko. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. za rzeką. doznawałem uczucia dumy. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. lis-przechera. Koziołek Matołek. każdego znał osobiście. Salę zaległa cisza. kwiaty i owoce w cukrze. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. sny w pastylkach oraz zielony płyn. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny.

On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Lunnowie nie posiadają ani ciała. brzęk tłuczonych szyb. co robią. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. Z parku dolatywały krzyki. trzask łamanych gałęzi. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia.. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. W dłoni trzymał sękaty kij. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. przekłuwa go ostrzem swej klingi. potężny i groźny król Niesfor. Wtedy właśnie stała się rzecz. Światła Lunnowie nie posiadają. misy. wędrują z piętra na piętro. to znaczy . które z siebie wydzielają. Był rozczochrany. ubranie miał pomięte. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. w którym spędzają czas wolny od pracy.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. . Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. przypominającą żelatynę. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. posługują się różnymi promieniami.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. Żywią się zielonymi kulkami. Widocznie zaszło coś szczególnego. zapuszczają się w głąb swojej planety. której nikt nie był w stanie przewidzieć. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. dowolne kształty. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. brak mu tylko twarzy.. w Wielkiej Srebrnej Górze.płynąc. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. które wybierają z miedzi. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. brudny. Na południu półkuli księżyca. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. długiego miecza. płytki. mieszka władca Lunnów. ma nawet ręce i nogi. . Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. talerze. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. ani kości. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. Są to przeróżne krążki. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili.

a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. Powstał popłoch nie do opisania. Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. aż wreszcie opustoszała całkiem.To jeszcze nie koniec. Pan Kleks zaniemówił. ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. zawołał: . a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. . nie mogąc znieść tej sceny. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. Sala stopniowo opróżniała się. . panowie! . . Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. Rozległ się trzask.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. mrówko. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego.Jestem Wieszczką lalek.Na twarzy jego malowała się wściekłość. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. który zamroził i przeraził wszystkich. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości.krzyczał Alojzy . bo cię zjem na obiad! Uciekaj. rozpłakał się. Żądam od ciebie. Kaczko Dziwaczko. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. panie Kleks?! . Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie.Hej! Panowie. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: .A cóż to znaczy. Roześmiał się jej szyderczo w twarz. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred.zawołał głosem. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. abyś natychmiast opuścił salę! . Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli.

Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. Nie zwracając uwagi na Alojzego. że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. przechodziło wszelkie wyobrażenie. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. który był najmniejszy spośród nas.Awda. wcale nie przypuszczałem. awda! . . Rozejrzał się po pustej sali. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. popatrzył na nas. Wreszcie pan Kleks się ocknął. Jak już wspomniałem przedtem. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. pan Kleks przeszedł obok niego. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. Innym razem. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. chłopcy. że to. że jest w powietrzu. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. przedziwnych wydarzeń. czego wcale nie zauważył. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. że czas już na obiad. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. Alfred. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . co Alojzy wyprawiał w Akademii.Zobaczycie. stojących pod ścianami. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Najważniejsze jest to. Mateuszu? . że spadł na półmisek z pieczenią baranią. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. . coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. Prawda. przewyższał go niemal o głowę. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. Muszę zaznaczyć. zapomniał. i zadumał się tak głęboko.drwił sobie na głos Alojzy.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. Zdaje się.Szkoda. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. jak gdyby nigdy nic: . że jeśli tak dalej pójdzie.

Mój Anastazy. Również gmach Akademii skurczył się nieco. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. tak jak gdyby się bał. Znajdziesz przy brzegu przeręblę. słabła władza i powaga pana Kleksa. śpiewał na cały głos. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. Widzicie. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. było nam wesoło i przyjemnie. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. .w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. jak od pewnego czasu zmalałem.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. nie dbał zupełnie o swoje piegi. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. trzaskał drzwiami. każdy z was ma swój dom. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. jaka jest tego przyczyna. Bądźcie przygotowani na to. co was otacza. Rozumiecie chyba sami. panie profesorze? . pokoje zrobiły się niższe. Mówiąc do was. a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. zmalał i przerzedził się. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. meble i sprzęty zmniejszyły się. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . który dotąd przypominał rozległą puszczę. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. Zrozumieliśmy. jak ręce dziecka. Park. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. Przykro mi będzie rozstać się z wami. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. co dzieje się dookoła was. Mało tego . jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. że zbliża się koniec naszej Akademii. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. Ot. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. po czym klucz wrzuć do stawu.Alojzy wstawał. . Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. kiedy chciał. wybijał kamieniami kolorowe szyby. Spędziliśmy wspólnie cały rok. a łóżka stały się krótsze. nie mogliście nie zauważyć tego. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. zmniejsza się i maleje.Drodzy moi chłopcy. które stały się już tak małe.A co z nami się stanie. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. do którego wróci. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. gwizdał. Wszystko. muszę stać. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. opuszczał wykłady.

Panie profesorze . że byliśmy w tej samej sali. Pan Kleks otworzył lufcik. i nagle stwierdziliśmy. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. złotymi i srebrnymi nićmi. leć czym prędzej i szukaj Alojzego. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. stoliki. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. lśniły. wpił się palcami w jego ramię: . przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. że nie ma go pośród nas. . Gdy przyszła kolej na Alojzego. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. wyleczone przez pana Kleksa. Nie chciał mnie usłuchać. uginające się pod ciężarem półmisków. którą przez całe życie zachowałem w pamięci.ja wiem. żeby tego nie robił. Mrok jednak zapadł tak szybko.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. . spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. chłopcy. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. że nie było go również podczas wieczerzy. Byliśmy olśnieni. spostrzegłem.No. chodźcie ze mną na górę. Rozglądając się wkoło. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. okazało się. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. które dotąd stale były pozamykane. łańcuchami. teraz zaś. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. salaterek i waz.Była to bardzo wzruszająca scena.zawołał . Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. Tymczasem nadszedł wieczór. blady jak płótno. Były to stoły. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. zegary. krzesła. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. dosyć.

Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. Nie rozumieliśmy. wypędzenie z Akademii. Nikt z nas nie znał chińskiego. cały wysmarowany sadzą. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. wspaniałym panem Kleksem. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. Wiedzieliśmy. nacisnął ją parokrotnie. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. Dowiemy się wreszcie. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. lecz surowym. Alojzy widząc. ta znienawidzona przez wszystkich. wykrzywiona twarz pana Kleksa. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. .wołał Alojzy.Mam sekrety pana Kleksa! .Zniszczyłeś moje sekrety.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie.zawołał zdyszany. . zuchwała. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. był o połowę mniejszy niż przedtem. Zrozumieliśmy. aż potłukł je i starł na drobny proszek. że za coś podobnego groziło. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. zarozumiała i przemądrzała lalka. Kiedy wpłynął do sali.Alojzy jest w sekretach pana profesora .rzekł pan Kleks głosem spokojnym.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. Alojzy . oto są sekrety.Ja jeden tu czytam po chińsku! . otworzył ją i postawił na stole. Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. rozmawiając szeptem między sobą. . Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. . co to znaczy. . Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa. W . . posadził go na stole obok walizki. że stała się rzecz straszna. zapisanych drobnym chińskim pismem. poza innymi karami..Wobec tego ja zniszczę ciebie. kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę. Spojrzałem odruchowo na sufit. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem.

. Zamiast jednak martwić się. zabieram cię do domu.wybełkotał z przerażeniem w głosie. żeby się do was dostać. kiedy chce się zemścić. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. nie... spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. tam..Nie przejmujcie się. powiększanie przedmiotów..szeptał . Taka piękna lalka. panie Kleks. panie Kleks! . wypisana była cała wiedza. Ja panu pokażę! .syknął przez zęby. . Domyślałem się. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: .Musiałem przełazić przez mur.Mój Boże . Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. Były tam litery. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud.Alojzy. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa. Alojzy milczał.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. otworzył ją.wołał trzęsąc się z gniewu. . płytki dźwiękowe. Ja panu pokażę. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. chłopcy. Na tych porcelanowych tabliczkach.A więc tak. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Alojzy.ta niegodziwa karykatura człowieka . Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy . części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął. . Niebawem będzie już po wszystkim. oddałem panu cały mój majątek. Alojzy wykradł mi moje sekrety. Był czerwony od mrozu i wściekłości. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego.. . unoszenie się w powietrzu. .mój Boże. które podepał i potłukł.Czemuż to nie otwieracie bramy? . tym wszystkim. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. Filip podbiegł do walizki.. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. w tej walizce . Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka.. odgadywanie waszych myśli. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. .podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek. co potrafi Filip. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. leczenie chorych sprzętów. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu.przestał istnieć.

Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. . nie wiem. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. Był to pan Kleks. Taki sam pan Kleks. Filip.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. chłopcy!. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. Cała Akademia. a przed oczami fruwały czerwone płatki. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. nie powstrzymywany przez nikogo. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. zabrał się do roboty. aniżeli był przedtem. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. Szumiało mi w uszach. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. mroźna noc grudniowa. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. Była piękna. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. Nie spostrzegłem zupełnie. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. Usiadłem na ławce. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. Co się działo dalej. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. że niepostrzeżenie usnąłem. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. jakim widziałem go niegdyś w szklance. aby nie usnąć. ale głos zamarł mi w krtani. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Gdy po chwili otworzyłem oczy.

że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. gdzie był mur. o Kaczce Dziwaczce i wiele.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. nogi wydłużyły się. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. o włosach przyprószonych lekką siwizną. o rybaku i rybaczce. haftowany w drzewa. Mateusz. musimy się pożegnać. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. bajka o dziadku do orzechów. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. który udawał żebraka. Po prostu zwyczajnym guzikiem. A stał się guzikiem. W miejscu gdzie przypadał park. Był wielkości śliwki. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. Życzę ci powodzenia w życiu. krzaki i kwiaty. zdawało się. w której siedział zamyślony Mateusz. czekał tylko na ten moment. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. że pan Kleks był owym guzikiem. potem zeskoczył na moją dłoń. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. Tam. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. Przybierając coraz bardziej na wzroście. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. Kto wie. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . leżał piękny zielony dywan. stała biblioteka. Był już nie większy niż mój mały palec. Sądzę.Bądź zdrów. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. wiele innych. o wilku. usiadł mi na ramieniu. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. Adasiu. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. . Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. o krasnoludkach i sierotce Marysi. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. Wyfrunął z klatki.Cieszę się. Siedziałem na tapczanie. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza.

mój chłopcze . . Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa .Jestem autorem historii o panu Kleksie . Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona. a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . a tyś uwierzył w jej prawdziwość. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.zapytałem zdziwiony. wysłuchał mych słów z powagą. ale przecież nie miałem nawet czasu. . Mateusz. aby je sobie obmyślić i przygotować. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: . .Napisałem tę opowieść.zawołałem gubiąc się już zupełnie. . przeobrażony w człowieka. Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! .odrzekł z uśmiechem. Po prostu opowiedziałem ci bajkę.No. która tam leżała.Kim więc jesteś. sam bawię się znakomicie.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem. . Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę.odparł szpakowaty pan.Bajka zawsze jest tylko bajką. gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je.Przemówienie moje nie bardzo było udane. a potem nagle roześmiał się serdecznie.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->