Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. Dlatego też. imieniem Filip. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. Nie pamiętam. a rano przytwierdza je z powrotem. a mianowicie . mój chłopcze. a zdarzają się nawet takie dni. muszę powiedzieć. Mateusz nie jest skory do rozmów. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to.piegi. Otóż wracając do Mateusza. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. czerwone lub żółte piegi. i nigdy jej nie zdejmuj. jest to bowiem najwyższa odznaka. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. po czym chowa starannie do tabakierki. żeby otrzymać takie odznaczenie. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . czy wspomniałem już o tym. Skoro tedy Mateusz zaniemówi.Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . a teraz zażyjmy sobie piegów.zwykł mawiać do nas pan Kleks. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. że w ogóle z nikim nie chce gadać. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. . Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. Okazało się. co dałbym za to. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia.Noś ją godnie. że jeszcze za mało umiem. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: . ale za każdym razem na innym miejscu. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą.No. ale pan Kleks powiada. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. przymierza przed lustrem. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa.

z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. Nieprzebrane skarby i pałace. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan. do długości mego ramienia i do mego oka. . z tym oczywiście. co sami wiedzą i umieją. że zdrapał sobie wszystkie piegi. a wojsko było tak liczne i tak potężne. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. Powtarzam ją tutaj w całości. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. gdy płakałem. w obawie o moje zdrowie. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. stąpałem po perskich dywanach.Któregoś dnia. Dlatego też ojciec. jak go pogryzły komary.jestem księciem. było to w połowie czerwca. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. druga włoską. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. Miałem cztery siostry. czwarta holenderską. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. każda moja łza. jak to opisuje się w owych bajkach. zabronił mi jeździć konno. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. bogactwa. złote korony i berła. trzecia portugalską. drogocenne kamienie. ojciec mój. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . była liczona. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. jak i pośród ludzi. że o niczym innym nie umiałem myśleć. król. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. Uczyłem się dobrze. Gdy ukończyłem siedem lat. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie.

moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. jak mój ojciec nad królestwem. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. że nie ma za nami pogoni. które pamiętałem tak dobrze. bale i zabawy zostały odwołane. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Serce mi się kraje na widok jego smutku. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. Miałem wówczas osiem lat. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. zapomniałem o zakazie ojca.jednak na próżno. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. Krzyknąłem więc: . o tym. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. aż wreszcie stanął jak wryty. zwolnił bieg. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. Nie mogłem pojąć. ażeby cofnął zakaz . Upojony tą nocną jazdą. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. dopóki nie ukończy lat czternastu. Ubrałem się po ciemku. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. drżąc i parskając. Rumak ruszył z kopyta. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. Zarówno uczeni. skoro było powszechnie wiadomo. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Gdy wjechałem do lasu. Książę nie dosiądzie więcej konia. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. stanie się jednak tak. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. gdy zaś okazło się. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. Niebawem zrozumiałem. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno.

zalewała się łzami. widząc swoją bezsilność. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. abyś mi dał wolną drogę. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. Gdy wkradłem się do ogrodu. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. ale ich wysiłki również spełzły na niczym.-W imieniu. . i krew sączyła się ze mnie nadal. wyprężył jakby do skoku. Wilk skulił się. przeciągłe wycia wilków. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. Matka. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. Kiedy się rano zbudziłem. była jeszcze noc. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Byli też i tacy. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. ostry jak sztylet. oglądali mnie i badali. i pocwałowałem w kierunku pałacu. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Niebawem przybyło ich tak wielu. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. W chwili jednak gdy stałem nad nim. króla rozkazuję ci. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. opuścili pałac. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. Czas upływał. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. w prawe udo. Poczułem przeszywający ból. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. który stawił sie na wezwanie mego ojca. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. Strzał był niechybny. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. za której cenę można było nabyć całe państwo. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. czuwając przy mnie. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. dosiadłem Ali-Baby. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. pozostawiając konia własnemu losowi. Wówczas odwiodłem kurek. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. gasłem i nikłem w oczach. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. wilku.

Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. a o nagrodzie pomówimy później. . gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów.Doktorze Paj-Chi-Wo.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. nikt już bowiem nie wierzył. Gdy niebezpieczeństwo minie. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. obejrzał ranę. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. Wiem. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . Mówiąc to. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. Nie chcę być ministrem. po czym ciągnął dalej: .Wyleczyłem cię. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . rubinów i szmaragdów.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. mój mały książę. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. Po tych słowach zbliżył się do mnie. który padł z ręki człowieka. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. w jaki sposób powstała twoja rana. włożysz cudowną czapkę bogdychanów.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju. a jeśli zechcesz. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . i cały kraj był pogrążony w żałobie.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo.Weź ją. że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. ile ich pomieści się w tym pokoju. . Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. a wiedz o tym. niegodzien jestem również pomnika. aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. ozdobioną na czubku dużym guzikiem. mój mały książę. rana znikła bez śladu. Jest to pierwszy król wilków. . albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych. Zastrzeliłeś króla wilków. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę.

Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. Miałem wówczas lat czternaście. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. że poczęły zagrażać całemu państwu. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. . stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów.Precz stąd! . Rozsypywano po lasach truciznę. że zabiłem króla wilków. ale byłem silny i odważny. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. Gdy wyzdrowiałem. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę. mężowie żon. Król raz po raz zmieniał ministrów. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. niepokoiła mnie nieustannie. gdzie zasiadali moi rodzice. Zniknął bez śladu. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . rubinów i szmaragdów. Lata biegły. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. one jednak mnożyły się z taką szybkością. Nikt nie widział. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. mimo to napady wilków nie ustawały. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. tępiono wilki w dzień i w nocy. Już miałem wystrzelić. którędy następnie wydalił się z pałacu. Chwyciłem najlepszą strzelbę. Ze wszystkich stron kraju donoszono. znowu wziąłem się do nauki. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. Myśl o tym. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. Nie było takiej siły. gdy jeden z halabardników.zawołałem z wściekłością w głosie.

ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. Stałem się szpakiem. rodzice moi już nie żyli. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. że nie było na niej guzika. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Zemsta króla wilków była straszna. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. "Co tu począć? . bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. upłynęło sześć lat. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. Wzywałem pomocy. że ocalałem jedynie dzięki temu. poczułem okropną słabość.. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. a potem . gdy naraz spostrzegłem. stać się ptakiem. pośród których szalały głód i rozpacz. Szybując nad ziemią. Strzelba wypadła z rąk. A więc mogę. Co działo się potem . uciec z tego niewdzięcznego kraju.zostać ptakiem już na zawsze. Gdy odzyskałem przytomność. jakim jestem dzisiaj.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. wydostać się z pałacu. . takim właśnie. abyś mi dał wolną drogę. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy.myślałem. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. Nie miałem czasu do namysłu. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka.nie wiem. Rozważając rozpaczliwie moje położenie.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. psie. Głowę miałem potłuczoną. która dotknęła mój kraj. Wsie i miasta opustoszały. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. . oczy zaszły mi mgłą . Pozostało mi to już zresztą na zawsze. jeśli zechcę. wilki grasowały w pałacu. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. zrozumiałem.

obiła mnie parasolką. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. Przecież gdyby tylko chciał. Poprzysiągłem więc sobie. oddała mnie swojej służebnej.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. pogroził mi palcem i rzekł: . Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . będąc poza Akademią pana Kleksa . Niestety. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. może unosić się w powietrzu. jak gdyby był balonem. Może zawsze z całą dokładnością określić. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. Postanowiłem uczynić wszystko.Poleciałem kolejno do moich sióstr. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. który zauważył te moje myśli. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. a nadto. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. Ach. może usiąść na krześle. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. a pewna starsza pani. Krótko mówiąc . królowa hiszpańska. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. z których każdy jest inny. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. której urwałem guzik od płaszcza. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć.czy to w tramwaju. czy na ulicy.. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. pan Kleks. Najstarsza z nich. gdzie się tylko da.potrafi wszystko. które powinno być. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. ale którego wcale nie ma. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. jakie udawało mi się znaleźć. Nazywał się Ambroży Kleks. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. co kto o której godzinie myślał. co będzie w mojej mocy. której by nie potrafił. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. którego zaciekawiła moja mowa. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości.

używaną do oliwienia maszyny do szycia. że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości.A moim zdaniem . Pewnego dnia. To wszystko.. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. Możecie sobie roić. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. traci włosy. O świcie pan Kleks wstaje.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach.Z bajkami bywa rozmaicie . gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. uśmiechnął się i rzekł do mnie: . co tak myśli. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. tak sobie właśnie pomyślałem. ale mnie się zdaje. wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza. panie profesorze. Nie dziwię się. też są zmyślone? .zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. Otóż Mateusz opowiedział mi. Prawda. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko.rzekł pan Kleks. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. że jest głupi. Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. ale pan Kleks?. którzy na przykład uważają. Być może. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. w każdym razie opowiedział mi. . że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. Mateuszu? .Awda. awda! . że to nieprawda. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. Są tacy. a bajki. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . dlatego też zrobiło mi się przykro. .. . że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona.. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę.zapytał niespodziewanie Anastazy. co wierzą.ciągnął dalej pan Kleks . w które ja wierzyć nie mam zamiaru. Długo jednak zastanawiałem się nad tym. Takiemu. gdzie mieszka z panem Kleksem. . że na drugim piętrze. dodał: . to mnie to wcale nie obchodzi. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. Nie wtrącam się do cudzych spraw.Są tacy. mój chłopcze! A po chwili.No. przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. powiedzcie. chłopcy! Niektórym z was wydaje się. co tylko wam się podoba. że pan Kleks te myśli zauważył. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy.Słuchajcie. Istotnie. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. kiedy spotkał mnie w parku. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę.Pomyślałeś sobie teraz. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. że mam pewno ze sto lat. Nie mogłem tego pojąć.są to zmyślone historyjki. patrząc na mnie badawczo. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka.

aksamitną cytrynową kamizelkę. kim jest ani jak się nazywa. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. Bardzo nas to wszystko martwi. czy chudy. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . Jest to płyn. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. kiedy mu się tylko spodoba. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. ak! Co znaczy: . które chwilami. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . niezwykle obszerny. gdyż zapomniał. który .Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to.według słów Mateusza . długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. tylko szpakiem. sztywny. gdy tego naprawdę potrzeba. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. ale nie wiadomo zupełnie. których ma niezliczoną po prostu ilość. czy jest gruby. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd. Pan Kleks jest średniego wzrostu.tym. ale to wszystko zapomina. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd.Aga. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. że Mateusz nie jest psem. i to w dodatku z tyłu. przypominają balon. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. Nosi szerokie spodnie. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. zwłaszcza podczas wiatru. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. ale pan Kleks obiecał. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. co działo się przedtem. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. ażeby nie przygnieść Mateusza.przywraca w pamięci pana Kleksa to. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. . Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. Dlatego też. bo podczas snu pan Kleks wszystko. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. który ma prawo przebywać w niej.Uwaga. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje.

gdzie przypadało siedzenie fotela. przy czym nieraz zdarza się tak. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. Jest tam flaszka z zielonym płynem. W istocie. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. senny kwas. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. pigułki na porost włosów. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. bardzo przypominające mały rower. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: .Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: .Adasiu. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii.rzekł do nas pan Kleks. . pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. gdyż zdarza się nieraz. czego nie widzi. a niekiedy nawet trzeci pokój. bez dna. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. że cokolwiek w nich się znajduje. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. które się kiedykolwiek w życiu widziało. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle. które je osłaniają. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. kilka płomyków świec. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. kolorowe szkiełka. i pójdziemy go ratować. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. Kieszenie spodni są. a kiedy chce zobaczyć to. w zależności od pory roku.Za chwilę już będę widział. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. zabierz ten fotel. też ma na to sposób. akurat w tym miejscu. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. moim zdaniem. o którym jeszcze opowiem. tabakierka z zapasowymi piegami. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. Na nosie tkwią srebrne binokle. Gdy zaś fotel jest zabrany. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. i nigdy nie znać. czarną jak smoła. do czego służą one panu Kleksowi. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. Mateusz opowiadał mi. a motorniczemu spuchła wątroba. Pan Kleks może schować w nich. do drogi . i okolona bujną zwichrzoną brodą. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . chłopcy.Przygotujcie się. powiększająca pompka. . Pokryta jest ogromną czupryną. co tylko zechce. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. co stało się tramwajowi. Ruszamy! Anastazy. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko.

po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. Rybak złowił go na wędkę. . i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. angielski plasterek.można jechać! Po tych słowach motorniczy. mówiąc jego słowami. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. Gdyśmy siedzieli nad stawem. młoteczek. który wił się w bólach. Widzieliśmy wszyscy. jak pan Kleks. pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. a pan Kleks podążał za nami.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. krzątało się dookoła zepsutego wozu. wyleczony przez pana Kleksa. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. sapiąc i ocierając pot. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. . Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. Gdy stały się już tak duże jak rower. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. jak zanurzyła się w wodzie. Po chwili zdjął z nosa binokle. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. wysłał oko na oględziny. Kilku tramwajarzy i mechaników. całkowicie tamując ruch. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. Osie pokropił jodyną. Bo miał dużo ważnych spraw. po czym zbliżył się do motorniczego.Gotowe . poszła na dno. W kilka dni później widziałem jeszcze raz.rzekł pan Kleks . słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. osłuchał go dokładnie. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć.

Balonik niebawem uniósł się w górę. naśladując ruchy pana Kleksa. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. gdy udaje się na połów motyli. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. Nadymają się więc z całych sił. gdzie leży pompka. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. że jada tylko specjalny gatunek motyli. co jest kolorowe. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. gdzie i kiedy zechce. gdyby nie to. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . W tym celu nabiera pełne usta powietrza. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. Po prostu znikła bez śladu. ale dotąd jeszcze nie wrócił. Pan Kleks jednak powiada. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. zawołał: . Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. gdy tylko pan Kleks się ubierze. gdyż zjeżdża po poręczy. skoczyłem do stawu.Zapamiętajcie sobie. .oświadczył nam kiedyś pan Kleks . że rano. jakie są w czereśniach lub wiśniach. Muszę dowiedzieć się. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. Na pożywieniu mi nie zależy. Zauważyłem jednak. Dlatego też jadam tylko to. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. moi chłopcy . Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą.Wysyłam je na księżyc. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. gdzie mi wskazał pan Kleks. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. mówiąc: . wydymąją policzki. schodzi na dół na lekcje. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. Właściwie nie można powiedzieć. a jeden z Antonich o mało nie pękł. że pan Kleks schodzi. Dowiemy się zaraz. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. a zwłaszcza wtedy. kwiaty. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. . kto mieszka na księżycu. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. lecz również w jego barwie.Nie namyślając się długo. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. cztery metry od brzegu. ale może również unosić się swobodnie w górę. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. a więc motyle. a za mną kilku innych chłopców. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. ale mimo to nic im się nie udaje.Wysyłam oko na oględziny.

leciałem coraz wyżej i wyżej. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. długich spodni. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. Jeśli chodzi o mnie. niebieski poprawia wzrok. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. która kapie prosto na nasze nosy. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. zielony usuwa łupież. za którym przepadam. Myjemy się bardzo chętnie. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Szyby w oknach są różnokolorowe. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. to najstaranniej myję się w środy. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. . gdy spotka którego z nas taka kara. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. ile łóżek. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. białych. Otworów takich jest tyle. my jednak martwimy się okropnie.Pobudka.Udka. czyli ogółem dwadzieścia cztery. żółty reguluje oddech. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. Oszołomiony z wrażenia. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. szary oczyszcza krew. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. Są to niewielkie otwory w suficie. Gdy je Mateusz otwiera. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. awać! Co znaczy: . czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. granatowych pończoch i białych trzewików. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby.

chłopcy . gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. Ponadto zapowiedział całej klasie. . gdyż na opisanie wszystkich lekcji. ani gramatyki. abyśmy wiedzieli. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. ogląda on dokładnie. nie dokończone.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . które wszyscy zażywamy na noc. Naukę tę wymyślił pan Kleks. zwierząt i postaci. Gdy wyschną już na proszek. przedmiotów.Pamiętajcie. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. co pan Kleks danego dnia wymyśli. Myślę. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. wykładów. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. wymyślone przez pana Kleksa. Sny niedobre.wszystko. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. jak w Akademii pana Kleksa. Odbijają się w nich nasze sny i rano. a po wtóre . ani kaligrafii. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. przybierając kształty rozmaitych figur. co śniło się każdemu z nas. Kleksografia polega na tym. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. Ażeby każdy mógł zorientować się. Tam suszą się one przez jakiś czas. ani tych wszystkich nauk. do których dopisujemy odpowiednie historyjki. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. jest ogromnie ciekawe i zabawne. czego się uczymy.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. a pozostają tylko te. które spodobały się panu Kleksowi. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. . Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. Mateusz jest zdania. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. jak trzeba obchodzić się z atramentem. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce.

No co. Z jednej książki można otrzymać siedem. Czy to ptak. tapczany bez sprężyn. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. Były tam fotele bez nóg. Pamiętacie. moi chłopcy . rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. po czym przemówił niezmiernie czule: .w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. czy nosorożec. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. odrzekł mi wielce zdziwiony: . musicie uważać. zepsute zegary. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. do którego zbliżał się pan Kleks. Opukał go dokładnie na wszystkie strony. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. popękane lustra. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. Gdy zapytałem go. . bez liter. na których pan Kleks następnie wiąże supełki. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. Jest to największa pasja Pana Kleksa. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. sam natomiast zabrał się do pracy. nauczę was również czytać palcami. mój maleńki? Już cię nie boli.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. Zauważyliście pewno wszyscy. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. . że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. aby żadnego z nich nie urazić. posplatanych w najrozmaitszy sposób. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. Każdy sprzęt. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. prawda? Gorączka minęła. nie męcząc wzroku.Wchodźcie ostrożnie. powykrzywiane szafy.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. którą następnie nawija się na szpulkę. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. po co to robi. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. deski się zrosły. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. popaczone stoły. który stał w rogu sali. nie mówiąc już o tym.

jodynować wahadło. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce. tik-tak".Jutro cię jeszcze odwiedzę . kąty i skrytki.powiedział pan Kleks. . . . Jest już zdrowe . Pan Kleks również był bezsilny. wszystko będzie dobrze. Byliśmy po prostu zdumieni. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak.rozczulał się nad nim pan Kleks . zapuszczać kropelki. Wszyscy. Mówiąc to. . pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni.zapytał pan Kleks. No. Na ścianie wisiało pęknięte lustro. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. . Rozpoczęły się poszukiwania. . że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny.Podczas gdy stół cichutko skomlał. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty.Jak tam? .tyle musisz się nacierpieć. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . ilu nas tylko było. bardzo uważnie wysłuchał. dopóki zguba się nie znajdzie . a gdy po chwili odlepił plasterek.rzekł pan Kleks . łykał pigułki na porost włosów. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze. ale nic. przyłożył ucho do jej pleców.Biedactwo . tylko się nie martw. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. uczcie się. Mateusz fruwał po całej sali. nie było już ani śladu pęknięcia. i rozmyślał.oznajmił pan Kleks. . tik-tak. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło.Patrzcie. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki. Wkrótce już będziesz zdrowa. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. chłopcy. Poszukiwania nasze trwały długo.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. gdy nagle okazało się.Nie wyjdę stąd. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi.bądź tylko dobrej myśli. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. przeszukiwaliśmy zakamarki. Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa.zawołał do nas wesoło pan Kleks. zegar nagle wydzwonił godzinę. Następnie zbliżył się do szafy.

Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa.Londyn! . gdy któryś z nas popełniał błędy. aby uderzając w piłkę nogą. rzekę albo górę. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. co tylko mogły w sobie pomieścić. zimno-ciepło-ciepło. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek. powtarzał nieustannie: . Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się.Zimno-zimno-ciepło. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. same zabrały się do szukania zguby. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał.Radom! . Mateusz był sędzią. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. w którą właśnie trafił czubek trzewika. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa. wymieniać równocześnie miasto. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. na lekcję geografii. Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak.Wisła! . szuflady powysuwały się pojękując dnami. .wołał piec. Okazało się.Gorąco-gorąco! . Cała zaś sztuka polegała na tym. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. jak do gry w piłkę nożną. wreszcie piec. lustra usiłowały odbić po kolei wszystko. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa.Nic też dziwnego.Australia! . pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. chore sprzęty.Tatry! .Skierniewice! . Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: .

ale pod warunkiem. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. Mateuszowi pot spływał z dzioba. Byliśmy ogromnie zakłopotani. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. Gra ta bawiła nas niesłychanie. popychaliśmy jeden drugiego.Berlin! . . lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. przewracaliśmy się na ziemię. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. że nauczycie moich krasnoludków geografii.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. mimo to jednak zwracam ją wam. Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze.Doskonale! Bardzo chętnie! .Zapomniałam.zawołał Anastazy. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka. okazywało się bowiem. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. czy też może do Sindbada Żeglarza. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. Albert pomieszał Kielce z Chinami. a następnie spadł nie na boisko. .Aga. że wzbił się on niezmiernie wysoko. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . a wraz z nią dwunastu jej poddanych.. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. czy do Trzech Świnek. krajów i mórz. gdyż nie wiedzieliśmy. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. który był najśmielszy z nas wszystkich. co począć. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . ja sapałem jak miech kowalski. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka.Uwaga. opcy! Co miało oznaczać: .szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus. że u was jest przecież lato .

Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. cerują pończochy i przyszywają guziki. Gdy tak stałem zamyślony. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. że nie jestem ze śniegu" . Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie.pomyślałem sobie. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. hej-ho. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. to znaczy. ale wstęp do kuchni był zabroniony. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. od których woda w rondlu natychmiast . pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. dolał wody. Artur sprząta salę szkolną. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. sypialni oraz na schodach. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. dosypał garstkę białego proszku. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. które zaprowadził tam pan Kleks. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. Anastazy otwiera i zamyka bramę. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. że dbają o jej czystość. Stał na nim pękaty szklany słój. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. To Mateusz wzywał nas na obiad. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. napełniony płomykami świec. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych.Hej-ho. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. ja zaś udałem się do kuchni.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

O czwartej mamy pójść do miasta. aby znaleźć się tam. staliśmy na ziemi u stóp dębu.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. zazdrościli nam bardzo naszej przygody. . . że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks.rzekł do nas po chwili. . gdzie była poprzednio. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka.A wy coście znaleźli? .mnie w spokoju. tabakierki.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. ruszyliśmy w kierunku stawu. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. gdzie się być pragnie. że wystarczy na nim zagwizdać. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem.oświadczył pan Kleks. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. Wobec tego. A teraz nie traćmy więcej czasu. uszanujcie moją wolę. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. Były więc złote monety. Przejęci naszą przygodą. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów. że zostały . . a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. sznur pereł. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. skrzypce ze złotymi strunami. kubek z ametystu. Słysząc te słowa. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. srebrne talerze. . Zanim zdążyliśmy się opamiętać. pierścienie z drogimi kamieniami.zawołałem ze śmiechem. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks.A to ci dopiero skarby! . W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. Artur uważnie oglądał gwizdek. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu.To są nieocenione skarby . co dzisiaj znalazł . gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego.

gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. Jest to bardzo ciekawa historia. wstrzymywałem oddech. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. że już gotów jestem do lotu. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. wyczerpany lotem. tak jak każdy inny mur. że nikt mi nie uwierzy. ale wszystko na próżno. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Widziałem. spodziewałem się. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. kiedy mu się zachciało latać. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. w jaki sposób wrócić na ziemię. aż wreszcie tak jak przewidywałem. Bajek nie było nawet śladu i mur.jeszcze trzy kwadranse. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. i co przy tej sposobności widział. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. Wreszcie. zrozumiałem. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. Szybko zapadał mrok. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. nie wiedząc kiedy i jak. zapadłem w głęboki sen. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Zauważyłem. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. park malał i jakby uciekał w dół. gdyż obawiałem się. natrafiłem . okazało się jednak. nie pozostawało mi nic innego. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. płaczem i strachem. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. Wiedziałem. Stałem wprawdzie na ziemi. jak to było wtenczas. wobec żądania pana Kleksa. Teraz jednak. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki.

Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. wesoło poszczekując i merdając ogonami.Pojęcia nie mam . ale z moich ust wydobyły się słowa. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . Psy bardzo kochają ludzi.Reksie mój drogi. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. gdzie jesteś? .wołałem . rozbawionych szczeniaków. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie. udając się do ludzkiego raju. jak gdyby spotkał starego znajomego. może mi objaśnisz. Trafiłeś po prostu do psiego raju. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. . gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. . to ty? . Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga.odpowiedział mi Reks długim. wesołym szczekaniem. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych.Nie dziw się.Hau! hau! hau! .odrzekłem. otoczone prześlicznymi ogródkami. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi. Chcąc naśladować psią mowę. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. Czy się domyślasz. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. mlasnął językiem i zaszczekał. zawadza o nas. Reks łasił się do mnie bez przerwy. jak i my. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. każdy. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . że aż mi serce mocniej zabiło. Adasiu.Reks. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie.na dużą bramę z matowych szyb.Reks . wiesz o tym. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. Zdawało się. wiele wyżej. Niech cię to nie martwi. Od bramy prowadziła szeroka ulica. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. kto do nas zawita. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. a raczej nieduże domki. Różne inne psy z zaciekawieniem. Zdziwienie moje nie miało granic. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. on zaś polizał mnie tak czule. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. których dotąd zupełnie nie znałem. Po krótkim wahaniu zapukałem.

. Nieraz też zastanawiałem się nad tym. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków.dodał zwracając się do mnie . w psim raju. oto jest ten plac. Oto buldog Tom. pan Niezgódka. To nieprawda. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. Ten pudel. a to dobermanka Kora. inne ssały kawałki cukru.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem.przerwał mu Reks . Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. Żaden Pies nigdy nie bywa zły. . Od Reksa dowiedziałem się. Lordzie . .odrzekłem. którego poznałeś. a Reks ciągnął dalej: .że ludzie nie rozumieją naszej mowy. wdzięczne psy. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie.Ten szpic ma na imię Azorek. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. Adasiu .mówił Reks.Ulica.Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. o którym nigdy dotąd nie słyszałem. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. . był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. że ci przedstawię moich przyjaciół. ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. ma na imię Glu-Glu. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. a to pekińczyk Ralf.ciągnął Lord .że jesteś właściwie niedelikatny. Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. .Pozwoli pan. nazywa się ulicą Białego Kła . który pilnuje naszej bramy. . Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła.Jestem Adam Niezgódka. Mój przyjaciel. . którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. Nazywam się Lord. jeszcze inne łapały muchy. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. Niektóre z nich bawiły się piłkami. Istotnie. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. Popatrz. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. a ten piękny chart to chluba naszego raju.A teraz . dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. . o tym. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. Rozejrzałem się dokoła. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies.Powiem ci. Plac był po prostu wspaniały. że się przedstawię. a to owczarek Kuba. a może nawet jeszcze lepiej. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. którą teraz biegniemy. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze. Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. Chodź. jak u siebie w domu.pozwól. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: .Jakie to dziwne . dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy.rzekł Reks .Bardzo mi przyjemnie .

.Ta wyżlica to pani Nola.Reks utorował mi drogę do pomnika. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem. Gdy rozgościliśmy się w salonie.zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. chociaż deszczów u nas nie bywa.Jestem dręczycielem. a słońce świeci od spodu. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. . . i umorusanych. .zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka.Nic łatwiejszego! . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli.mówił jeden. Istotnie.Jestem dręczycielem. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju. Ten wielki dog nazywa się Tango. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. . którą zjadłem ze smakiem. gdyż zacząłem odczuwać głód. . Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia. gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . A ta para jamników to Sambo i Bimbo.zapytałem. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . . . Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. rozczochranych brudasów.A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? .mówił czwarty. chłopców czystych. Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: .ku memu wielkiemu zdziwieniu .Jestem dręczycielem. po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. Na ganku leżały poduszki i dywany.Bardzo chce mi się pić. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon .mówił drugi. które zjadłem z wielką przyjemnością. .Codziennie . zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. ulica ta przedstawiała widok niezwykły. Zauważyłem nadto. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane.rzekł Reks . gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . Reks nacisnął wystający ze ściany kran. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. Nigdy nie rozstaje się z parasolką. jesteśmy przecież w raju. że krzywe nogi są najładniejsze. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem . z którego .Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika.mówił trzeci. . ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami.Jestem dręczycielem.zawołał wesoło Reks. Czekolady nam nie brak. Wstyd mi się przyznać. czyli około pół kilo czekolady. starannie ubranych. Zobaczysz coś ciekawego.

gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw.ostrzegł mnie Reks . skąd w psim raju bierze się czekolada.Chodź . Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem. ale ty łatwo możesz się rozchorować. Jak mnie objaśnił Reks. Stwierdziłem ze zdziwieniem. Uważałem jednak. czapraki. . że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. Było mi wesoło jak nigdy dotąd. biszkopty. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej.my jesteśmy w raju.Nie wiem. że nie mogłem się od nich oderwać. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. miód i inne smakołyki.odrzekłem . grzecznie podziękowałem. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. że nie powinienem o to pytać. . gdzie mieszkał Reks. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor.macie tutaj rajskie życie. idąc więc śladem Reksa. po czym wracają do domu w przekonaniu. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. czy szanowny pan zauważył. Bardzo mnie interesowało. kapelusze. Pomyślałem sobie zresztą. że na to właśnie jest raj. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę. huśtawki.Opamiętaj się . skąd biorą się parasolki. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. chłopcy. .Zjemy coś lekkiego.Istotnie .W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. ulicę Baniek Mydlanych. więc nam nic nie może zaszkodzić. . ogródki salcesonowe. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli.rzekł do mnie. że Reks począł niespokojnie węszyć. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. gdzie stały karuzele. Były tak smaczne. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. a potem wrócimy do domu na serdelki. którzy dręczą psy. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. nigdy nie zachodziło. Wracając na plac Doktora Dolittle. że udało mi się uniknąć takiej hańby. Byłem szczęśliwy. że wszystko to im się tylko śniło. dostają się do psiego raju podczas snu.

Był to list od pana Kleksa.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. . wydąłem policzki i uniosłem się w górę. kierując się wskazówkami.i zaproponował mi. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. W ten sposób obliczymy tutaj czas. . po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów.Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić. których udzielił mi w liście pan Kleks. które zbiegły się na widok Mateusza. który pouczał mnie. co jego zjedzenie. . mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. . wiemy. abym wyciągnął się obok niego. ak! . w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. żeś po mnie przyleciał. że cię znowu widzę! . Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. Sprzykrzyły mi się biszkopty. Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. Odpowiada to razem ziemskiej dobie.Mateusz! Jak się cieszę. wesoło pogwizdując. . że upłynął jeden dzień. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. Leciałem obok Mateusza. którą tak pogardzałem w domu. . aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu.odrzekł Reks. ak! Aga. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka.Aga. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju. na które patrzyłem z obrzydzeniem. Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. Tak sobie gawędząc z Reksem. Uprosiłem Toma. co by było.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? .zawołałem. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. Leżeliśmy tak. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. stał się jak mały niebieski obłoczek.Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę.Jak to dobrze. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. Mateusz leciał nade mną.zagadnąłem Reksa .Bardzo prosto . aby dowolnie kierować swoim lotem. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników.

schludne miasteczko. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. przędzenia liter. Proszę ustawić się w czwórki. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. że nigdy już więcej nie będę latał. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. co znaczyło: . co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. . jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. Nie umiem po prostu opisać radości. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. Mój przyjaciel. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . .krzyknął mi w ucho Mateusz. inżynier Kopeć. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. Okazało się. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki.Emia uż isko! . Droga początkowo prowadziła przez miasto. Jak nam objaśnił pan Kleks. Idziemy. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. Opowiedziałem więc wszystko. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. po chwili dostrzegłem mury Akademii. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. Opisałem lekcję kleksografii. który miał zawieść nas do fabryki.Akademia już blisko! Rzeczywiście. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię.

Wyglądały . dopiero co utoczone. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. elektrycznych świdrów i tokarek.rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn. Praca wrzała. że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. . Gdy weszliśmy do pierwszej hali. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. chłopcy .Aga. . . Stał na cienkich.zwrócił się do nas .A to jest mój ulubiony szpak Mateusz .dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. Jest ich dwudziestu czterech .w fabryce nie wolno niczego dotykać. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. mój Ambroży. długimi rękami. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. chudy. i włożył je do nosa na miejsce starych. Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. dziurki w nosie i dziurki w uszach. ak! . jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru.Pozwolisz. Tylko pamiętajcie. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. długich nogach i wymachiwał cienkimi. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej. że ci zaprezentuję moich uczniów. kochany Bogumile.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. inne zawieszone były na linach i dźwigach. objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki.Był to wysoki. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle.rzekł pan Kleks. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . tryskających z pasów transmisyjnych. Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. wybrał sobie dwie nowe.

wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. było już prawie ciemno.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. zielonych i czerwonych. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. na których je toczono. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. gdzie przetapiano je ponownie. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. wystawały wysoko ponad dach fabryki.ślicznie. dziury w moście. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. W ostatniej hali mieściła się pakownia. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. a robotnicy pracujący przy nich musieli. Gdy opuściliśmy fabrykę.zauważył pan Kleks. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. a nawet dziury w niebie. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. Okazało się. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. których nazw nie znaliśmy wcale. Popękane. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur.i dziesięciokilowych skrzynek. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. zdaje . . a więc dziury na łokciach. źle wypolerowane. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów.

sale. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. Nieznośne te owady. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. korzystając z nieobecności domowników. wirującą w powietrzu chmurę. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. było już zupełnie ciemno. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. Pan Kleks. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. Na to. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. pragnąc uniknąć ścisku. Chodziliśmy po omacku. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. opadł wreszcie z sił. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. przez który usiłowałem przebiec. . założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Wszystkie pokoje. wojowniczością i odwagą. na tle łuny bijącej od fabryki. gdyż jedyny wyraz. że po chińsku. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo.fruwając po pokojach .się. w czworoboki. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. formowały się w klucze. Pan Kleks. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. W domu czekała nas przykra niespodzianka. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. wskazywały na to. w kątach. jak wielkie eskadry samolotów. który dotąd . które przechowywał w kieszonce od kamizelki. że nie było go wcale spoza nich widać. zamyślał się głęboko. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. ale wcale ich przez to nie ubywało. Pan Kleks. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. który zrozumiałem. Bolesne ukłucia. który niezwłocznie ruszył. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. Leciały w bojowym szyku. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. kotłowały się we włosach. trzeba było zamykać oczy. W ciemnościach wieczoru. na piecach i pod stołami. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. by przejść z pokoju do pokoju. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. wpadały do oczu. Wdzierały się do ust i nosów. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb.prowadził z muchami zaciętą walkę. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. W pewnej chwili do pokoju.

pożerał ich szturmujące oddziały. sale. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. Jedynie głośne. Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. wrócił do swej normalnej wielkości. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. paczkę gumy arabskiej. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. nie zdołało zakłócić jego snu. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. które go szczelnie obsiadły. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. zdarty niby skalp z pleców pająka. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. Pan Kleks nie ustawał w pracy. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. . tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami.krzyżaka. że nie był to sen przyjemny ani błogi. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. tak był oblepiony przez muchy. mydło i szklaną rurkę. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. tajemniczą rozmowę. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . Wypuszczał coraz to nowe bańki. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. nie mogliśmy wyjść z podziwu. Gdy był już wielkości kota. Pająk zaczął się zmniejaszać. Setki i tysiące much. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. kazał nam wyjść z gabinetu. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. wysysał z nich wszystkie soki. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Niebawem wszystkie pokoje. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. Muchy rzucały się na ich tęczową. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. która uwolni naszą Akademię od plagi much. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. razem z nimi opadały na podłogę. że najście much. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. że działanie powiększającej pompki ustało. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa.

wyszedł z Akademii. Anastazy strzelał z łuku. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. Alfred wycinał fujarki. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. Zając nagle poruszył się. Gdy owego dnia. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. gdyż zaczął się głośno śmiać. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. Nie przypuszczałem. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . obserwował życie mrówek. Pan Kleks przygarbił się nieco. że kalafiory.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. jeden z Antonich. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. ani pańskich uczniów. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. Przyprowadzę go w tym tygodniu. Dla niego miała być ta Akademia. co mu się tylko podobało. Na tym kończy się opis jednego dnia. I to nieodwołalnie. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. I nie zwracając na nas uwagi. gdyż jak oznajmił. panie Kleks. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. które dla nas przyrządził. Pan Kleks nie mylił się. Nie będę więcej strzygł ani pana. Albert zbierał kasztany i żołędzie. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. który opisuję. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. Pan Kleks był nie w humorze. że Filip chyba zwariował.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami.

bo jesteś moim najlepszym uczniem. Powymyślał dla nich nowe imiona. .zapytałem wzruszony jej słowami.. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. Nic też dziwnego. krzaki chwiały się. co zaszło. i domyśliłem się od razu. Przeczuwam. że to Królewna Żabka.Tobie jednemu mogę to wyznać. zobaczyłem. zgadując moje myśli. że same ułożyły się w figurę mego zająca. rzucił je na podłogę tak zręcznie. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić. Chociaż jestem z innej bajki. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu.odrzekła. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. że pochód ich przypominał żabi cyrk. Cała woda była spuszczona. pozostawiając wszystkie żaby. zrozumiałem. Towarzyszyłem im przez pewien czas.My chcemy do stawu! . Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. odpowiedniej siedziby. . Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. Po prostu uwziął się na mnie. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. i grozi mi. gdy będzie wracał do Akademii. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. którą już niegdyś widziałem. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . . ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. . jeśli taki gdziekolwiek istnieje. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. gdyż nie wyobrażałem sobie. trawa się kołysała.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. W dodatku ostatnio zwariował.zarechotały chórem żaby. że dostrzegę go w chwili.A dokąd je prowadzisz. . Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. omijając drogi i ścieżki. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną. że ta historia bardzo żałośnie się skończy.Cóż z tego. Zobaczysz. ryby i raki na pastwę losu. . Kiedy podszedłem do niej. chłopcze. Filip domaga się. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. które w zgodnych podskokach. podziwiając zwłaszcza żaby. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa. Pan Kleks. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie.Poznaję cię. że znam się na kolorowych proszkach. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. Czy widzisz. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. zdążały za przewodniczką. Królewno Żabko? . na farbach i na szkiełkach. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. Skakały przy tym tak wysoko. które zaczynają się na literę A. nie ulegało wątpliwości. że ma złotą koronę na głowie. aby się przyjrzeć. Udałem się więc do parku w nadziei.

Niektóre spośród nich. jak zazwyczaj: . zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. . oczywiście. błagam cię.rzekł rozdrażnionym głosem. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. . co robił. a ocalisz wszystkie stworzenia. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. którzy nawinęli mi się po drodze. zaraz do ciebie wrócę. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: .Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie. Nie wydawały żadnych dźwięków. . rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. ani do bajki o zielonej wodnicy. zebrałem kilku chłopców. . gdzie go schowałem. tik-tak. aby zajęli się losem ryb. Nie pamiętam tylko. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. opowiedziałem im o tym.Przykro mi. rozkurczył się. powtarzając raz po raz głośno: . Pan Kleks był tam. Nie wiedziałem. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu.Kluczyk? Ależ tak.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . porobiły się zupełnie czerwone. Zdaje się. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . zeskoczył na podłogę. Była ich nieprzebrana wprost ilość. Adasiu.Adasiu. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. Poczekaj chwilę. Dosłownie maleję z dnia na dzień. Rozejrzałem się po sali. Chce mnie po prostu zniszczyć. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku.Bim-bam-bom. chętnie ci go zwrócę. że zabrał go pan Kleks. Na mój widok przerwał huśtanie. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. co zaszło. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. Nie większy od Tomcia Palucha. zwróć mi złoty kluczyk. tik-tak. i namówiłem ich. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. które słabły już wskutek braku wody. ale to. niemal tyleż co żab. że robisz takie zdziwione oczy. a może nawet jeszcze więcej. Tak. do czego wpierw mam się zabrać.Tik-tak. ale skoro los zesłał mi ciebie. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. że uczę zegar mówić. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . Pobiegłem co sił do Akademii. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. Ach. które tu widzisz.Kluczyk? . jakby je kto polał wrzątkiem. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. pozostawionych bez wody.rzekłem. królewo. Żal mi było żab. ani w jego pokoju. to wszystko wina tego podłego Filipa.O co chodzi? Przecież widzisz.

zauważył szeptem . .Tik-tak.Za mną . prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk.rzekł pan Kleks. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. . Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. wielka szkoda! .Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. Zaraz.Szkoda. a była tak mała. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim. pobiegłem nad staw.Weź ją sobie . które przedsięweźmiesz. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi. który jak domyślałem się . .Muszę ci wyznać . . że wcale jej nie poczułem. jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu.Biorę ten kluczyk. tik-tak. zanieś go Królewnie Żabce.. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. Pan Kleks sposępniał. W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę.rzekła królewna. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. Aha.że mam jeszcze jedną zgryzotę. .rzekła królewna. ale nie sądź..schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. tik-tak. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. . Mówiąc to. powtarzając za każdym odchyleniem: . Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów.rzekł po chwili. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. . Wyglądał tak jak zazwyczaj. Fatalne to wszystko. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. ..Jestem ci niezmiernie wdzięczna ..zalać wodą ze stawu. że będziesz pokrzywdzony. Następnie podziękowałem królewnie.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. Musiałem ugasić płomyki świec. Ale nie miałem przecież innego wyjścia. bo stracę do ciebie zaufanie. jakby była pokryta emalią. .. Masz.. Nie mogę już wcale do nich się dostać.

Aga. .Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. coś podobnego! .Nie! No. . onik! Aga. przedzierając się przez gąszcze drzew. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu.wołał z zachwytem. . a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen. mały punkcik.A może pan profesor opowie nam ją teraz? .Ruszyliśmy za nim. uginając się pod ciężarem koszów. .Uwaga. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce.Na wszystko musi być odpowiednia pora . Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. Po chwili i on również zawołał: . a potem. . Ale na to przyjdzie czas.odrzekł pan Kleks.Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. Szybko tedy zjedliśmy obiad. . onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Gdy wróciliśmy do parku. ani raków. a gdy już był na wysokości ramienia. balonik! Istotnie. począł przybliżać się coraz bardziej.Teraz pójdziemy do domu na obiad. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody. idąc za radą rybaka. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka.odezwał się Anastazy. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: . wiszący wysoko w górze. dotarliśmy do muru bajek.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: . raz po raz powtarzał: . nie było już ani żab. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. a po niejakim czasie.

ławki i wieszadła. . i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się.Zawiozę was dzisiaj do Chin . która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami.Ratuj. okazało się. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. Nie wiedziałem tylko. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para.Pan Kleks siadł przy katedrze. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. i jąłem nią rozgarniać chmurę.wiatr. otworzył wielką księgę. Gdy wyjrzałem przez okno. nikogo już nie zastałem. gdzie stał pociąg pana Kleksa. do szóstej . mój pociąg! .oświadczył pan Kleks. łóżka. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. . wziąłem siedem szklanek. szafy i półki.błyskawicę. stoły i stołki. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. Zerwał się wicher. do czego służyć ma siódma szklanka. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. które rzędem leżały na ziemi. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. Zapowiadała się straszliwa burza. tak jak zbiera się kożuch z mleka. Adasiu. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę.grzmot. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. . że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. który powywracał pudełka od zapałek. Wobec tego pobiegłem do kuchni. Gdy tylko znalazłem się na szczycie. którą zabrałem z kuchni. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. że się zbudziłem. ustawiłem je na tacy. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. ale w miejscu. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. Nie oglądając się na nikogo. do czwartej . do piątej . złożony z pudełek od zapałek. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg. że zebrałem łyżką całą chmurę.

że zdejmowanie ich nie miało końca. który wyglądał jak rzadki. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. który parzył nas niemiłosiernie. .Coś ty narobił! .Został tylko pan Kleks. Śnieg rozwiał się natychmiast.wołał pan Kleks. Zrobiło się bardzo zimno. Pan Kleks. jedzie mróz. zaczął szybko rozbierać się.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. unosząc z sobą wszystko. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. niebieskawy krem. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. ale miał na sobie tyle surdutów.Śniegu! . . Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. zupełnie taki sam. Rzeczywiście. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. Skutek był zdumiewający. .Śniegu. to Anastazego. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. to znowu jakiegoś innego kolegę. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. Wyglądało to tak. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. a raczej złocisty wrzątek. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. to Alfreda. że po prostu nic nie było widać. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. że pokrył cały park. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. Kiedy zobaczyłem. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. ani nawet wiatru. że jest to emaliowany niebieski czajnik. a srebrne widelce. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. nie mogąc znieść takiego upału. zawisły w niebie jak gwiazdy. lecz z dołu do góry. Wpadłem tedy na pomysł. tylko że padał tym razem nie z góry na dół.Ukradłeś chmurę. uniesione w górę. . Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. że pan Kleks odmroził sobie rozum. Śnieg natychmiast stopniał. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. tylko wielkości całego nieba. na jakim siedział pan Kleks. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. . jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę. jak fontanna tryskająca z ziemi. co tylko napotkał na drodze. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze.

że było widno jak w dzień.zawołał pan Kleks. Grudzień znów się stanie majem. gdyż nie miał czym. . nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. jedyną rzeczą. że pszczoły. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. . . Wyglądało to tak. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. ale nic mi nie odpowiedział. była szklanka z grzmotem. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. . bezradnie wymachując rękami. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. Znalazłem ją wśród pokrzyw. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. gdyż począł żałośnie jęczeć. Niestety. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy.Naprzód wypuścił liście. Po chwili jednak stracił humor. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. Była cała poparzona. Tymczasem pan Kleks. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. Zapytałem pana Kleksa. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. w której mieścił się grad.Chętnie bym coś zjadł . obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. jak się czuje bez głowy. Dawała tyle światła. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. Przynieś go tutaj. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. potem pączki. a to z tego powodu. którą posiadałem. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. tak niezręcznie nadstawił ręce. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. że głowa potoczyła się w innym kierunku. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. Pan Kleks stał bez głowy.powiedział pan Kleks.Doskonale! .

. . pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. oblizując się smakowicie.Pan Kleks maleje. rozsadzony od środka. usiłowały dostać się do szklanki.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . A ja wam coś powiem . Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks. włożyłem do siódmej.zapytał Anastazy.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. gdyż byłem bardzo senny. no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. W tej samej chwili obudziłem się. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem. . a dwa spośród nich. Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk.Sen o siedmiu szklankach. Sen o siedmiu szklankach. i zaniosłem do kuchni. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem. zdaje się.odezwał się nagle Artur . a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami. jednym słowem .. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek. . szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: . Czy żaden z was nie zauważył. przypominająca owoc granatu. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. .Nudno mi . Ratując go przed widelcami.rzekł jeden z Aleksandrów. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. Nie brałem udziału w rozmowie.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. że stał się trochę mniejszy. No. pokrajał grzmot na ćwiartki. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie.. pustej szklanki. osaczyły mnie ze wszystkich stron. Na krok nie wychodziliśmy z domu. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. niż był dotychczas? . że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać.zawołał jeden z Antonich. że Antoni i Albert. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce.Istotnie! .pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie.. gdzie był maleńki pan Kleks. Była to piękna czerwona kula. stojącej na tacy. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki.

Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . Byli widać bardzo zmęczeni. Udaliśmy się wszyscy do Akademii.Jesteście pewno. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki.rzekłem. . Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. . a drugi Alojzy. Anatolu? .zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . .nikt mi nie odpowiadał. przedstaw się kolegom. Nie ulegało wątpliwości.zawołał Filip śmiejąc się znowu. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. masło. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. Począłem więc nasłuchiwać. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. nawet piegi na jego nosie. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . Nowi uczniowie pana Kleksa! . Drzwi były zamknięte na klucz. W przekonaniu. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. co zobaczyłem. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. jego dziwaczny strój. W szklance siedział pan Kleks. Ponieważ nikt nie odpowiedział. cha-cha! Nieprawdaż.Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. To. . kurę na zimno. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa. cha-cha! Anatolu. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. że wreszcie się obudziłem.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca.Jestem Anatol Kukuryk.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. panowie. którego obaj z Filipem trzymali pod ręce.Mam dla niego świeżutkie piegi. ale uderzenia nie ustały.odrzekł grzecznie Anatol.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. potem jeszcze raz. Siedział na dnie szklanki i spał. głodni . Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. . . cha-cha! Jeden ma na imię Anatol. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. trochę sera.Śniło mi się. Sądziłem. pobiegliśmy do parku. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. napełniło mnie przerażeniem. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem. Zbudziłem natychmiast Anastazego. . że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Maleńki pan Kleks. pieczywo. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. . A to jest mój młodszy brat Alojzy. Panowie pozwolą za mną. Obydwaj na A. zapukałem powtórnie. że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. Nacisnąłem klamkę. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. .rzekł z galanterią Anastazy.

Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Niebawem też zaczął się powiększać. żeby go budzić .Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. nie. ja zaś udałem się do sypialni. chłopcy. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . nie zwracając na niego uwagi. .Bardzo nie lubi. Alojzy spał w dalszym ciągu. a po paru chwilach stał się normalnym. żeby go budzić. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. a rano z nimi porozmawiam. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa.Poradźcie sobie beze mnie . bo cóż innego miałem uczynić. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. Zerwał się na równe nogi. zeskoczył z talerzyka na krzesło. aby przygotować łóżka dla obu chłopców. Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. Alojzy bardzo nie lubi. szybko rozejrzał się dookoła. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem.pomyślałem. ten śpiący królewicz! .O.Pewno jest bardzo głodny. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. Wróciłem do kuchni. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. jak się zachować. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie. . Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. . . . "Coś się psuje w Akademii" .Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu. . potem na podłogę. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą.To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. to będzie chluba waszej Akademii. zwykłym panem Kleksem. . Gdy kończyłem przygotowania.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie.wyjaśnił raz jeszcze Anatol. To zbyteczne! . Szturchnąłem Alfreda. i opowiedziałem mu .Może obudzić pańskiego brata? .rzekł pan Kleks. . po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami.zagadnął Anastazy Anatola. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni.odrzekł Anatol. który spał w sąsiednim łóżku. Wybiegłem za nim i widziałem. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy.Daj im kolację i niech idą spać. . Filip i Anatol zabrali się do jedzenia.śmiał się Filip zjadając kurę.Zobaczycie. Dobranoc. jak po poręczy wjeżdżał na górę.

tylko lalką. poklepał po rękach. który przez cały czas nawet nie drgnął. Chłopcy przyglądali się ciekawie. myśleć i mówić. Ale teraz już nic nie poradzę. Spróbuję. że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. gdyż jestem zajęty. i rzekł uprzejmie: . Alojzy? .szeptem o Anatolu i Alojzym.Jestem. gdy okazało się. możecie pójść z Mateuszem do parku.Dzień dobry. może mi się uda. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. . Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. panie profesorze.Czy mnie słyszysz. .zawołał od progu. . . oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. chłopcy . Adasiu. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. chłopcy! . Muszę go nauczyć czuć. Jeśli nie będzie deszczu.Popatrzcie. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. prawda? Alojzy nie drgnął. którego obudziła nasza krzątanina.zwrócił się do nas pan Kleks. Anatolowi.Alojzy nie jest żywym człowiekiem. Wskazał przy tym na Alojzego. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. . a to mój młodszy brat. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. . Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. Nazywam się Anatol Kukuryk. dłonią potarł mu policzki i czoło. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów.Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku.Nazywasz się Alojzy. Był lekki jak piórko. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka.krzyknął znowu pan Kleks. Gdy trzymałem go na rękach. Alojzy nie drgnął. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: .

Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: .Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. Pan Kleks. tak łudząco prawdziwe. czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. wyraz twarzy. Nawet masa. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. Zachwyt nasz nie miał granic. rozprostował plecy. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku.zapytałem nieśmiało.natychmiast zabierzemy się do roboty. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. . Zajmij się teraz rękami. Okazało się.rzekł do mnie . Zacznij od nóg. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. układ ust. włosy. właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. . niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów.odparł pan Kleks . purpurowy z napięcia i wysiłku. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów.Kształt głowy. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. wykonanie tej wspaniałej. miała elastyczność i ciepło. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: . że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. a przy tym pożerała nas ciekawość. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa.Połóż go na tym stole . aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne.A więc mogę tu zostać? .potrzebna mi będzie pomoc. zarys czoła. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. nosa i podbródka. która pokrywała klatkę piersiową lalki. wszystko to było tak naturalne.Nogi mają już dosyć .Owszem . że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. wilgotna powłoka oczu. z której ulepiona była twarz i ręce. która stanie się sztucznym człowiekiem. . Skorzystałem z tego. Musisz uzbroić się w cierpliwość. abym Alojzego rozebrał. Krótko mówiąc. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki. . po czym polecił mi. Pan Kleks odśrubował blachę. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. którą kochał jak brata. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. ręce i paznokcie na palcach. .

Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni. chłopcy. dajcie mu coś do zjedzenia. Stawiając niezręczne i płochliwe kroki. siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .Kiedy zejdzie na dół? .Powiedz jak się nazywasz! .Doskonale . Pan Kleks otworzył mu usta.doskonale! Siadaj teraz do stołu.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę. aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy. . .zawołał z tryumfem pan Kleks.zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.klasnął w dłonie pan Kleks .Czy Alojzy już chodzi? . co działo się w szpitalu chorych sprzętów. wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę.Poznajcie się z waszym kolegą. Alojzy takim samym powolnym. posuwał się z wolna naprzód.A-loj-zy Ku-ku-ryk.Macie go! . Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.krzyknął mu w ucho pan Kleks. Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku. W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa. olśniony widokiem lalki. Alojzy! . . . Gdy byliśmy już przy deserze. a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: . Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką. spróbuj mówić teraz.Co Alojzy ma w głowie? .. .. a wy.Czy mówi? . .Dzień do-bry .Co robi pan Kleks? . . .Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. . a potem szybko zabrałem się do jedzenia.Dzień dobry. ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu.No.A-loj-zy Ku-ku-ku.odezwał się pierwszy Anatol. drzwi od jadalni otworzyły się nagle.

Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. o co chodzi. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. co moje prawe oko widziało na księżycu. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . Jedni z nas trzepali fotele i dywany. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania.Daj-cie mi jeść. cośmy zrobili. Chciałbym. . Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. Zdawało się. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. jednym słowem. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii.powiedział z bladym uśmiechem. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. gdy już opróżnił talerz. inni zaciągali i froterowali podłogi. w Akademii zawrzało jak w ulu. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał. pucowali obuwie. czyli historię o księżycowych ludziach. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. Poza tym proszę. kąpali się. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni.. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa.Tak jest. Domyślacie się zapewne. uprzątali ścieżki. a na trzeci dzień sam się umył. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. Mateusz bez przerwy krążył nad nami.Słuchajcie. Czy mogę na was liczyć? . że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. poganiał nas i sprawdzał to.Smaczne . chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. w ruchach i w mowie. Otóż opowiem wam. panie profesorze! . Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. abyście wyglądali schludnie i czysto. myli okna. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. . zaglądał w najmniejsze szpary. uczesał i ubrał.zawołaliśmy chórem. Jadł coraz staranniej. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust.

że cała nasza praca idzie na marne. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . i zasępił się bardzo. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. . Alojzy roześmiał się głupio. Zdaje mi się. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. Jest po prostu cudownym tworem. opamiętaj się . to ja podziurawiłem poduszki. zaczęły się nagle unosić tumany pierza. ale i kuchnię. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. to nie jest wina jego. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. co na nim stało. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. kto tu jest winowajcą. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. Artur. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. chłopcy. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. Myślę. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. .rzekł z zakłopotaniem. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. . meble i nasze ubrania. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. Jest to sekret Filipa.Alojzy. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. Okazało się. . Obsiadło ono dywany. gdy zobaczy.Trudno. Przez chwilę panowało milczenie. spokój. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie.Przewidziałem. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. Ale jestem zupełnie bezsilny.Nie chcę się opamiętać! . Byliśmy wściekli. Z poduszek. który nożyczkami przecinał druty elektryczne. Rozumiecie? Jestem bezsilny. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. . Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. Czuję w tym sprawę Filipa. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. Idźcie do swojej pracy.zawołał Alojzy.Stało się jednak inaczej. Dajcie mu.rzekł Artur. które wietrzyły się na dziedzińcu. W sypialni naszej ni z tego. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. że nikt nie zwraca na niego uwagi. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. który go skonstruował. który trzymał właśnie w rękach. . Tak go to rozgniewało. Ale to jeszcze nie koniec. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. lecz mechanizmu.Będę wszystko niszczył.Nie znam mechanizmu Alojzego.

Nic mu na to nie odpowiedziałem. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. gdyż wiedziałem. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. Był antypatycznym. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. . a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. . którego nieustannie dręczył. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. Zobaczysz. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. Właściwie nie cierpię was wszystkich. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. Skorzystałem z tego. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. aby uczył mnie myśleć. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. Tak sobie postanowiłem. Alojzy zgodził się. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. potem jednak zaczęliśmy go unikać. Mówił coraz głośniej. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. aż przyjemnie było spojrzeć. że ciało jego nie odczuwa chłodu. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie.Jesteście głupcy. Wiem.Nudno mi . Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. pobiegłem do Akademii. Pokoje i sale lśniły czystością. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. że jestem zupełnie niepodobny do was. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. wreszcie jednak uspokoił się. . tylko do Chin. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię.Nie prosiłem pana Kleksa. po nocach nie dawał nam spać. Mogłem bez tego się obejść. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. co ja jeszcze narobię. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. inteligencji i sprytu. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. Długo będziecie mnie pamiętali. obrzydliwym chłopcem. czemu wcale się nie dziwiłem. Właśnie nigdzie indziej.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. potrącał i szczypał. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. Aczkolwiek była to już późna jesień. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach.rzekł szeptem Alojzy. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. . ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna.

Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: .Daleko. . że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. co widziało. wszystko. gdzie już nikt nie mieszka. z Mateuszem na ramieniu. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. lis-przechera. kura znosząca złote jajka. pierniki. kwiaty i owoce w cukrze. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. lody. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. za rzeką. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. za borem. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. co bardzo ułatwiło mi pracę. Koziołek Matołek. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. Moje prawe oko bywało wysoko. daleko. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. czapla i żuraw. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. czekoladki. kremy. Salę zaległa cisza. a dookoła niej pluskały się złote rybki. Kaczka Dziwaczka. ustawiliśmy się pod ścianami. winogrona i orzechy. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. sny w pastylkach oraz zielony płyn. a nawet konik polny i mrówka. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Muszę również stwierdzić. biegnie wąska ścieżka. krętymi korytarzami. Sala szkolna. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. każdego znał osobiście. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. Były tam różne torty i ciastka. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. mnie opowiedziało. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. a więc kot w butach. Nie brak też było Arabów. kogo i jak mam obsłużyć. niedźwiadek Miś. z motyli i z pelargonii. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. a co najdziwniejsze. napoje gorące i zimne. doznawałem uczucia dumy. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. W swym tabaczkowym fraku. srebra i żelaza. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. którzy nazywają się Lunnami. Widząc to. stała się tak obszerna.

posługują się różnymi promieniami. ubranie miał pomięte. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. wędrują z piętra na piętro. co robią. Był rozczochrany. misy. ani kości. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. które wybierają z miedzi. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. mieszka władca Lunnów. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. przypominającą żelatynę. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. brudny.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości.płynąc. W dłoni trzymał sękaty kij. Są to przeróżne krążki. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. Z parku dolatywały krzyki. w Wielkiej Srebrnej Górze. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. potężny i groźny król Niesfor. Wtedy właśnie stała się rzecz. które z siebie wydzielają. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. . brzęk tłuczonych szyb. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. Lunnowie nie posiadają ani ciała. płytki. Widocznie zaszło coś szczególnego. . Żywią się zielonymi kulkami. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. talerze. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. to znaczy . brak mu tylko twarzy. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. w którym spędzają czas wolny od pracy. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. której nikt nie był w stanie przewidzieć.. ma nawet ręce i nogi. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. dowolne kształty. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. długiego miecza.. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. zapuszczają się w głąb swojej planety.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. trzask łamanych gałęzi. Na południu półkuli księżyca. przekłuwa go ostrzem swej klingi. Światła Lunnowie nie posiadają.

krzyczał Alojzy .A cóż to znaczy. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. zawołał: . abyś natychmiast opuścił salę! . aż wreszcie opustoszała całkiem. . panowie! . Rozległ się trzask. .Hej! Panowie. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego. a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. . wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. panie Kleks?! . Żądam od ciebie. mrówko. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. bo cię zjem na obiad! Uciekaj. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię. Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. nie mogąc znieść tej sceny.Na twarzy jego malowała się wściekłość. Anatol usiłował obezwładnić Alojzego.To jeszcze nie koniec. który zamroził i przeraził wszystkich. Pan Kleks zaniemówił. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. Sala stopniowo opróżniała się. ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach.zawołał głosem. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . Kaczko Dziwaczko.Jestem Wieszczką lalek. rozpłakał się. Roześmiał się jej szyderczo w twarz. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. Powstał popłoch nie do opisania. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi.

Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. że czas już na obiad. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. . czego wcale nie zauważył. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. Innym razem. Rozejrzał się po pustej sali.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. popatrzył na nas. jak gdyby nigdy nic: .Awda. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. stojących pod ścianami. Zdaje się. . Wreszcie pan Kleks się ocknął. niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. przewyższał go niemal o głowę. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. przedziwnych wydarzeń. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. przechodziło wszelkie wyobrażenie.Szkoda.drwił sobie na głos Alojzy. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. zapomniał. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. Najważniejsze jest to. Prawda. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. awda! . że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. Alfred. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. chłopcy. Nie zwracając uwagi na Alojzego. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . że jeśli tak dalej pójdzie. Mateuszu? . że spadł na półmisek z pieczenią baranią. który był najmniejszy spośród nas. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. Jak już wspomniałem przedtem. że jest w powietrzu. Muszę zaznaczyć. co Alojzy wyprawiał w Akademii. pan Kleks przeszedł obok niego. że to.Zobaczycie. wcale nie przypuszczałem. i zadumał się tak głęboko. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. Wprawiło go to w stan zdenerwowania.

Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. . Spędziliśmy wspólnie cały rok. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. słabła władza i powaga pana Kleksa. Wszystko. trzaskał drzwiami. nie dbał zupełnie o swoje piegi. wybijał kamieniami kolorowe szyby. Przykro mi będzie rozstać się z wami. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. Mało tego . opuszczał wykłady. Rozumiecie chyba sami. który dotąd przypominał rozległą puszczę. co was otacza. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. które stały się już tak małe. jak od pewnego czasu zmalałem. każdy z was ma swój dom. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. zmalał i przerzedził się. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. do którego wróci. a łóżka stały się krótsze. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. panie profesorze? . a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . jaka jest tego przyczyna. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. Bądźcie przygotowani na to.Alojzy wstawał. Ot. kiedy chciał. co dzieje się dookoła was. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. . Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. nie mogliście nie zauważyć tego. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. śpiewał na cały głos. Również gmach Akademii skurczył się nieco. Park. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. zmniejsza się i maleje. że zbliża się koniec naszej Akademii. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. Widzicie.Mój Anastazy. meble i sprzęty zmniejszyły się. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. jak ręce dziecka. muszę stać. po czym klucz wrzuć do stawu.Drodzy moi chłopcy. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. pokoje zrobiły się niższe. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . Znajdziesz przy brzegu przeręblę. było nam wesoło i przyjemnie.A co z nami się stanie. tak jak gdyby się bał. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. Zrozumieliśmy. Mówiąc do was.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. gwizdał. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec.

gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. żeby tego nie robił. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. okazało się. Tymczasem nadszedł wieczór.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! .No.Panie profesorze . Gdy przyszła kolej na Alojzego. złotymi i srebrnymi nićmi. dosyć. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. . Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. Nie chciał mnie usłuchać. Pan Kleks otworzył lufcik. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. że byliśmy w tej samej sali. wyleczone przez pana Kleksa. salaterek i waz. . Byliśmy olśnieni. chłopcy. blady jak płótno.Była to bardzo wzruszająca scena. które dotąd stale były pozamykane.ja wiem. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. którą przez całe życie zachowałem w pamięci. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. Rozglądając się wkoło. uginające się pod ciężarem półmisków. krzesła. my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz.zawołał . spostrzegłem. chodźcie ze mną na górę. łańcuchami. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. stoliki. leć czym prędzej i szukaj Alojzego. zegary. że nie było go również podczas wieczerzy. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. Mrok jednak zapadł tak szybko. teraz zaś. Były to stoły. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. że nie ma go pośród nas. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . i nagle stwierdziliśmy. lśniły. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. wpił się palcami w jego ramię: .

niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę. Zrozumieliśmy. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. oto są sekrety. wspaniałym panem Kleksem. zuchwała. Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. Dowiemy się wreszcie. . cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. że za coś podobnego groziło. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. . Kiedy wpłynął do sali. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków.zawołał zdyszany. że stała się rzecz straszna. Nie rozumieliśmy. Alojzy widząc. Spojrzałem odruchowo na sufit. .wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. . był o połowę mniejszy niż przedtem.Alojzy jest w sekretach pana profesora .Mam sekrety pana Kleksa! . Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz.. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. Alojzy . odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. lecz surowym. wypędzenie z Akademii. cały wysmarowany sadzą. . poza innymi karami. rozmawiając szeptem między sobą. . co to znaczy.Ja jeden tu czytam po chińsku! . Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. zarozumiała i przemądrzała lalka.Zniszczyłeś moje sekrety. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. otworzył ją i postawił na stole. Wiedzieliśmy.Wobec tego ja zniszczę ciebie. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. W . Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. ta znienawidzona przez wszystkich. aż potłukł je i starł na drobny proszek. zapisanych drobnym chińskim pismem. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem. nacisnął ją parokrotnie.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz.wołał Alojzy. wykrzywiona twarz pana Kleksa. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. Nikt z nas nie znał chińskiego.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. posadził go na stole obok walizki. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa.

szeptał . Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. Alojzy.. które podepał i potłukł. chłopcy.. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Filip podbiegł do walizki. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. Ja panu pokażę. odgadywanie waszych myśli. panie Kleks. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: . że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki.syknął przez zęby. leczenie chorych sprzętów. Był czerwony od mrozu i wściekłości.wołał trzęsąc się z gniewu.Alojzy. powiększanie przedmiotów. Ja panu pokażę! . ..Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką..mój Boże. Alojzy wykradł mi moje sekrety. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. Taka piękna lalka. Alojzy milczał. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. zabieram cię do domu. . Na tych porcelanowych tabliczkach. Niebawem będzie już po wszystkim.przestał istnieć. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. Domyślałem się. tam.wybełkotał z przerażeniem w głosie. panie Kleks! . nie. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. . unoszenie się w powietrzu.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Były tam litery. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. tym wszystkim.Musiałem przełazić przez mur. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę.. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka.. kiedy chce się zemścić. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. . otworzył ją. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy . płytki dźwiękowe. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. Zamiast jednak martwić się. w tej walizce . . żeby się do was dostać. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. . Na stole pozostał jedynie kadłub z głową. oddałem panu cały mój majątek. co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał.Mój Boże . co potrafi Filip.Czemuż to nie otwieracie bramy? .Nie przejmujcie się. wypisana była cała wiedza.. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip.ta niegodziwa karykatura człowieka ..A więc tak.

przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. . Co się działo dalej. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. Gdy po chwili otworzyłem oczy. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. Była piękna. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. Był to pan Kleks. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Nie spostrzegłem zupełnie. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. a przed oczami fruwały czerwone płatki. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. aniżeli był przedtem. Cała Akademia. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. mroźna noc grudniowa.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. jakim widziałem go niegdyś w szklance. ale głos zamarł mi w krtani. że niepostrzeżenie usnąłem. Taki sam pan Kleks. nie wiem. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. nie powstrzymywany przez nikogo. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. aby nie usnąć. Usiadłem na ławce. Filip. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. Szumiało mi w uszach. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. chłopcy!. zabrał się do roboty.

Cieszę się. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. o krasnoludkach i sierotce Marysi. W miejscu gdzie przypadał park. bajka o dziadku do orzechów. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. stała biblioteka. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . Po prostu zwyczajnym guzikiem. potem zeskoczył na moją dłoń. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. leżał piękny zielony dywan. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. gdzie był mur. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. nogi wydłużyły się. wiele innych. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. Był wielkości śliwki. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. Czyż nie domyśliliście się jeszcze.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. Życzę ci powodzenia w życiu. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. haftowany w drzewa. czekał tylko na ten moment. A stał się guzikiem. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. Wyfrunął z klatki. . Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. Mateusz. Siedziałem na tapczanie. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. krzaki i kwiaty. o rybaku i rybaczce. Był już nie większy niż mój mały palec. Tam. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Sądzę. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. musimy się pożegnać. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły.Bądź zdrów. usiadł mi na ramieniu. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. o wilku. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. zdawało się. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. o włosach przyprószonych lekką siwizną. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . Adasiu. który udawał żebraka. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. że pan Kleks był owym guzikiem. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. o Kaczce Dziwaczce i wiele. Przybierając coraz bardziej na wzroście. Kto wie. w której siedział zamyślony Mateusz.

. . . Mateusz. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: .Jestem autorem historii o panu Kleksie .Kim więc jesteś. a potem nagle roześmiał się serdecznie. wysłuchał mych słów z powagą.Napisałem tę opowieść.odrzekł z uśmiechem. Po prostu opowiedziałem ci bajkę.Bajka zawsze jest tylko bajką. aby je sobie obmyślić i przygotować. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . sam bawię się znakomicie. . Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona. przeobrażony w człowieka. Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. ale przecież nie miałem nawet czasu.zawołałem gubiąc się już zupełnie. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek. mój chłopcze .No. która tam leżała.odparł szpakowaty pan.zapytałem zdziwiony. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. . gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem. a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! .Przemówienie moje nie bardzo było udane.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful