Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

Skoro tedy Mateusz zaniemówi. Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. przymierza przed lustrem. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: .Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. co dałbym za to. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. jest to bowiem najwyższa odznaka. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania.No. mój chłopcze. żeby otrzymać takie odznaczenie. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi. jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji. że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak.zwykł mawiać do nas pan Kleks. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi. a mianowicie . że jeszcze za mało umiem. Nie pamiętam. że w ogóle z nikim nie chce gadać. jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. czy wspomniałem już o tym. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. a teraz zażyjmy sobie piegów. Mateusz nie jest skory do rozmów. czerwone lub żółte piegi. muszę powiedzieć. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. Dlatego też. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. imieniem Filip. a zdarzają się nawet takie dni. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. i nigdy jej nie zdejmuj. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. ale pan Kleks powiada. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. po czym chowa starannie do tabakierki. . że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. Otóż wracając do Mateusza.piegi. Okazało się. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. ale za każdym razem na innym miejscu. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. a rano przytwierdza je z powrotem.Noś ją godnie. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki.

do długości mego ramienia i do mego oka. czwarta holenderską. że o niczym innym nie umiałem myśleć. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. z tym oczywiście. jak to opisuje się w owych bajkach. była liczona. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. a wojsko było tak liczne i tak potężne. druga włoską. było to w połowie czerwca. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. król. co sami wiedzą i umieją. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. Miałem cztery siostry. Gdy ukończyłem siedem lat. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. Uczyłem się dobrze. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi.jestem księciem. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia.Któregoś dnia. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. stąpałem po perskich dywanach. że zdrapał sobie wszystkie piegi. bogactwa. złote korony i berła. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. każda moja łza. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. zabronił mi jeździć konno. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. Nieprzebrane skarby i pałace. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. Powtarzam ją tutaj w całości. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. . W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. trzecia portugalską. o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. gdy płakałem. ojciec mój. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. w obawie o moje zdrowie. Dlatego też ojciec. drogocenne kamienie. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . jak i pośród ludzi. jak go pogryzły komary. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył.

że nie ma za nami pogoni. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. Krzyknąłem więc: . co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę.jednak na próżno. ażeby cofnął zakaz . Rumak ruszył z kopyta. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. aż wreszcie stanął jak wryty. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. które pamiętałem tak dobrze. Serce mi się kraje na widok jego smutku. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. dopóki nie ukończy lat czternastu. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. Miałem wówczas osiem lat. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. stanie się jednak tak. zapomniałem o zakazie ojca. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. zwolnił bieg. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Zarówno uczeni. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. drżąc i parskając. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. Niebawem zrozumiałem. skoro było powszechnie wiadomo. Ubrałem się po ciemku. o tym. bale i zabawy zostały odwołane. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. Gdy wjechałem do lasu.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Upojony tą nocną jazdą. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. jak mój ojciec nad królestwem. Książę nie dosiądzie więcej konia. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. gdy zaś okazło się. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. Nie mogłem pojąć. Po nocach śniły mi się moje bachmaty.

zalewała się łzami. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. była jeszcze noc. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. abyś mi dał wolną drogę. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. za której cenę można było nabyć całe państwo. pozostawiając konia własnemu losowi. czuwając przy mnie. W chwili jednak gdy stałem nad nim. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. i krew sączyła się ze mnie nadal. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. który stawił sie na wezwanie mego ojca. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza.-W imieniu. i pocwałowałem w kierunku pałacu. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. gasłem i nikłem w oczach. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. Matka. Gdy wkradłem się do ogrodu. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. w prawe udo. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. Kiedy się rano zbudziłem. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. Czas upływał. Strzał był niechybny. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. wilku. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. Wówczas odwiodłem kurek. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. wyprężył jakby do skoku. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Poczułem przeszywający ból. Niebawem przybyło ich tak wielu. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. . dosiadłem Ali-Baby. oglądali mnie i badali. Wilk skulił się. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. widząc swoją bezsilność. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. króla rozkazuję ci. ostry jak sztylet. opuścili pałac. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. Byli też i tacy. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. przeciągłe wycia wilków.

Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. obejrzał ranę. Nie chcę być ministrem. .przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. Gdy niebezpieczeństwo minie. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę. uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa.Doktorze Paj-Chi-Wo. Zastrzeliłeś króla wilków.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów.Weź ją. Po tych słowach zbliżył się do mnie. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. Wiem. ile ich pomieści się w tym pokoju. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. który padł z ręki człowieka. Mówiąc to. rana znikła bez śladu. Pozwól mi wpierw zbadać chorego. gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. po czym ciągnął dalej: . niegodzien jestem również pomnika. Jest to pierwszy król wilków. nikt już bowiem nie wierzył. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. .Wyleczyłem cię. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . a o nagrodzie pomówimy później. ozdobioną na czubku dużym guzikiem. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. i cały kraj był pogrążony w żałobie. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. mój mały książę. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. mój mały książę. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. a jeśli zechcesz. którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty. a wiedz o tym. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. w jaki sposób powstała twoja rana. rubinów i szmaragdów.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . .

która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. Miałem wówczas lat czternaście. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. którędy następnie wydalił się z pałacu. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. tępiono wilki w dzień i w nocy. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Nikt nie widział. Król raz po raz zmieniał ministrów. Lata biegły. Stopniowo zaczął szeżyć się głód. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. Ze wszystkich stron kraju donoszono. ale byłem silny i odważny. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. Gdy wyzdrowiałem. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły.Precz stąd! . że zabiłem króla wilków. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. rubinów i szmaragdów. Zniknął bez śladu. Rozsypywano po lasach truciznę. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. Już miałem wystrzelić. one jednak mnożyły się z taką szybkością. gdzie zasiadali moi rodzice. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. że poczęły zagrażać całemu państwu. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. gdy jeden z halabardników. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu.zawołałem z wściekłością w głosie. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. mimo to napady wilków nie ustawały. Myśl o tym. niepokoiła mnie nieustannie. . Nie było takiej siły. znowu wziąłem się do nauki. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. mężowie żon. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. Chwyciłem najlepszą strzelbę. Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką.

Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. jeśli zechcę. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. oczy zaszły mi mgłą . Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. gdy naraz spostrzegłem. "Co tu począć? . Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. takim właśnie.myślałem. . Z łatwością wydostałem się spod rumowisk.nie wiem. rodzice moi już nie żyli. stać się ptakiem. poczułem okropną słabość. że ocalałem jedynie dzięki temu. wilki grasowały w pałacu. Gdy odzyskałem przytomność. upłynęło sześć lat. że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. . bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. jakim jestem dzisiaj. Zemsta króla wilków była straszna. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. psie. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. Głowę miałem potłuczoną. Nie miałem czasu do namysłu. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. uciec z tego niewdzięcznego kraju.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. Strzelba wypadła z rąk. zrozumiałem. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. Wzywałem pomocy.. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. abyś mi dał wolną drogę.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. wydostać się z pałacu. Wsie i miasta opustoszały. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. pośród których szalały głód i rozpacz. A więc mogę. Szybując nad ziemią. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. Pozostało mi to już zresztą na zawsze.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. Co działo się potem . a potem .zostać ptakiem już na zawsze. że nie było na niej guzika. Stałem się szpakiem. która dotknęła mój kraj.

gdzie się tylko da. z których każdy jest inny. czy na ulicy. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. pogroził mi palcem i rzekł: . Nazywał się Ambroży Kleks. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. ale którego wcale nie ma. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. obiła mnie parasolką. której urwałem guzik od płaszcza. Postanowiłem uczynić wszystko. a nadto.. Ach. królowa hiszpańska. może unosić się w powietrzu. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. jakie udawało mi się znaleźć. Poprzysiągłem więc sobie. Niestety. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości.czy to w tramwaju. które powinno być. Krótko mówiąc . Najstarsza z nich. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. co będzie w mojej mocy. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. jak gdyby był balonem.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. Przecież gdyby tylko chciał. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. którego zaciekawiła moja mowa. który zauważył te moje myśli. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. a pewna starsza pani.Poleciałem kolejno do moich sióstr. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. oddała mnie swojej służebnej.potrafi wszystko. pan Kleks. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. Może zawsze z całą dokładnością określić. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. której by nie potrafił. co kto o której godzinie myślał. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki. będąc poza Akademią pana Kleksa . mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. może usiąść na krześle. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji.

Otóż Mateusz opowiedział mi. kiedy spotkał mnie w parku. w które ja wierzyć nie mam zamiaru. że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. ale pan Kleks?. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę. co tylko wam się podoba. Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko.Pomyślałeś sobie teraz. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. że mam pewno ze sto lat. dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. To wszystko. to mnie to wcale nie obchodzi.. Istotnie. . . prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. panie profesorze. Prawda. .zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. którzy na przykład uważają. tak sobie właśnie pomyślałem. że na drugim piętrze. że pan Kleks te myśli zauważył. Być może. Takiemu. że jest głupi. w każdym razie opowiedział mi. ale mnie się zdaje. awda! .No. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości.. dlatego też zrobiło mi się przykro. patrząc na mnie badawczo..są to zmyślone historyjki. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa. dodał: .Awda.Słuchajcie. mój chłopcze! A po chwili. co wierzą. Nie mogłem tego pojąć. Nie wtrącam się do cudzych spraw. używaną do oliwienia maszyny do szycia. traci włosy.Z bajkami bywa rozmaicie . że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. co tak myśli. Pewnego dnia.A moim zdaniem . że to nieprawda.ciągnął dalej pan Kleks . powiedzcie.zapytał niespodziewanie Anastazy. Są tacy. gdzie mieszka z panem Kleksem. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz.rzekł pan Kleks. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. chłopcy! Niektórym z was wydaje się. a bajki. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. uśmiechnął się i rzekł do mnie: . gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. też są zmyślone? . przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona. wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza. Nie dziwię się. Mateuszu? .Są tacy. . O świcie pan Kleks wstaje. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. Długo jednak zastanawiałem się nad tym. Możecie sobie roić.

gdyż zapomniał. kim jest ani jak się nazywa. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. który ma prawo przebywać w niej.Uwaga. Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. czy jest gruby.przywraca w pamięci pana Kleksa to. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu. kiedy mu się tylko spodoba. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. gdy tego naprawdę potrzeba. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. których ma niezliczoną po prostu ilość. Nosi szerokie spodnie. które chwilami. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. ale nie wiadomo zupełnie.tym. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. zwłaszcza podczas wiatru. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. Dlatego też. ażeby nie przygnieść Mateusza. ak! Co znaczy: . który . Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń.Aga. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. ale pan Kleks obiecał. że Mateusz nie jest psem. ale to wszystko zapomina. bo podczas snu pan Kleks wszystko. co działo się przedtem. tylko szpakiem. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. aksamitną cytrynową kamizelkę. przypominają balon. sztywny. Jest to płyn. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu.według słów Mateusza . Bardzo nas to wszystko martwi. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. i to w dodatku z tyłu. czy chudy. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. Pan Kleks jest średniego wzrostu. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. . Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. niezwykle obszerny.

Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. do drogi . pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. bez dna. . pigułki na porost włosów. co tylko zechce. o którym jeszcze opowiem. też ma na to sposób. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. czego nie widzi. czarną jak smoła. Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. bardzo przypominające mały rower. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. Ruszamy! Anastazy. kolorowe szkiełka. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju. a motorniczemu spuchła wątroba. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . gdzie przypadało siedzenie fotela. a kiedy chce zobaczyć to. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . tabakierka z zapasowymi piegami. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle. Gdy zaś fotel jest zabrany. moim zdaniem. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. przy czym nieraz zdarza się tak.Adasiu. i pójdziemy go ratować. Mateusz opowiadał mi. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. w zależności od pory roku. powiększająca pompka. Kieszenie spodni są.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. . Na nosie tkwią srebrne binokle. kilka płomyków świec. senny kwas. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. do czego służą one panu Kleksowi. i nigdy nie znać. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. i okolona bujną zwichrzoną brodą. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. które się kiedykolwiek w życiu widziało. akurat w tym miejscu. które je osłaniają. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi.rzekł do nas pan Kleks. a niekiedy nawet trzeci pokój. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. Pokryta jest ogromną czupryną. Pan Kleks może schować w nich. W istocie. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa.Za chwilę już będę widział. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta. że cokolwiek w nich się znajduje. co stało się tramwajowi. chłopcy. zabierz ten fotel. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko.Przygotujcie się. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. Jest tam flaszka z zielonym płynem. przybiegł z miasta Filip i opowiedział. gdyż zdarza się nieraz.

pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. angielski plasterek. poszła na dno. Osie pokropił jodyną. Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. ażeby nikt nie miał do niego dostępu. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. Gdyśmy siedzieli nad stawem. Widzieliśmy wszyscy. Kilku tramwajarzy i mechaników. sapiąc i ocierając pot. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. osłuchał go dokładnie. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. który wił się w bólach. z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. krzątało się dookoła zepsutego wozu.można jechać! Po tych słowach motorniczy. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. po czym zbliżył się do motorniczego. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. jak pan Kleks. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. Rybak złowił go na wędkę. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. . Bo miał dużo ważnych spraw.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. wysłał oko na oględziny. W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj. a pan Kleks podążał za nami. Po chwili zdjął z nosa binokle. . jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab.Gotowe . Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się.rzekł pan Kleks . całkowicie tamując ruch. jak zanurzyła się w wodzie. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. mówiąc jego słowami. młoteczek. Gdy stały się już tak duże jak rower. wyleczony przez pana Kleksa. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu.

że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. ale może również unosić się swobodnie w górę. Na pożywieniu mi nie zależy. a zwłaszcza wtedy. kto mieszka na księżycu. wydymąją policzki. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. że pan Kleks schodzi. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. Balonik niebawem uniósł się w górę. cztery metry od brzegu. gdy udaje się na połów motyli. zawołał: . kwiaty. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. Dlatego też jadam tylko to.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. mówiąc: . Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. lecz również w jego barwie. ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek. a więc motyle. . a jeden z Antonich o mało nie pękł.Wysyłam je na księżyc. Zauważyłem jednak. Muszę dowiedzieć się. że rano. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . schodzi na dół na lekcje.Wysyłam oko na oględziny. skoczyłem do stawu. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. gdy tylko pan Kleks się ubierze. gdyby nie to. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj.Zapamiętajcie sobie. co jest kolorowe. Po prostu znikła bez śladu. ale mimo to nic im się nie udaje.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . . Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu.Nie namyślając się długo. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie. gdzie i kiedy zechce. moi chłopcy . jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. a za mną kilku innych chłopców. Nadymają się więc z całych sił. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. jakie są w czereśniach lub wiśniach. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. gdzie mi wskazał pan Kleks. naśladując ruchy pana Kleksa. Pan Kleks jednak powiada. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. ale dotąd jeszcze nie wrócił. gdyż zjeżdża po poręczy. W tym celu nabiera pełne usta powietrza. Dowiemy się zaraz. że jada tylko specjalny gatunek motyli. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. Właściwie nie można powiedzieć. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. gdzie leży pompka.

Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. . O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. Jeśli chodzi o mnie. za którym przepadam. leciałem coraz wyżej i wyżej. która kapie prosto na nasze nosy. niebieski poprawia wzrok. to najstaranniej myję się w środy. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. Są to niewielkie otwory w suficie. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. awać! Co znaczy: . czyli ogółem dwadzieścia cztery. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. Gdy je Mateusz otwiera. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. zielony usuwa łupież. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. ile łóżek. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany. Myjemy się bardzo chętnie. Sypialnia nasza jest bardzo obszerna.Pobudka.Udka. białych. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Oszołomiony z wrażenia. żółty reguluje oddech. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. długich spodni. Otworów takich jest tyle. Szyby w oknach są różnokolorowe. gdy spotka którego z nas taka kara. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. my jednak martwimy się okropnie. szary oczyszcza krew. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. granatowych pończoch i białych trzewików. natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy.

Myślę. wymyślone przez pana Kleksa. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. jak trzeba obchodzić się z atramentem. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. ogląda on dokładnie. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. . że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. Kleksografia polega na tym. . które wszyscy zażywamy na noc. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano.wszystko. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. co pan Kleks danego dnia wymyśli. Naukę tę wymyślił pan Kleks.Pamiętajcie. a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. zwierząt i postaci. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. wykładów. do których dopisujemy odpowiednie historyjki. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. Ponadto zapowiedział całej klasie. a po wtóre . ani gramatyki. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. chłopcy . Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki. co śniło się każdemu z nas. nie dokończone. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. które spodobały się panu Kleksowi. Tam suszą się one przez jakiś czas. przedmiotów. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. czego się uczymy. ani tych wszystkich nauk. Odbijają się w nich nasze sny i rano. Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. Gdy wyschną już na proszek. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. Ażeby każdy mógł zorientować się. Sny niedobre. ani kaligrafii.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . abyśmy wiedzieli. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. Mateusz jest zdania. jest ogromnie ciekawe i zabawne. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. przybierając kształty rozmaitych figur. jak w Akademii pana Kleksa. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. a pozostają tylko te.

Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. musicie uważać. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie.No co. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. bez liter. nie męcząc wzroku. mój maleńki? Już cię nie boli. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. Zauważyliście pewno wszyscy. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. moi chłopcy . za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie. Jest to największa pasja Pana Kleksa. którą następnie nawija się na szpulkę. Pamiętacie. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. popękane lustra. Czy to ptak. po co to robi. prawda? Gorączka minęła. . aby żadnego z nich nie urazić. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. czy nosorożec. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. do którego zbliżał się pan Kleks. tapczany bez sprężyn. sam natomiast zabrał się do pracy.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . po czym przemówił niezmiernie czule: . . na których pan Kleks następnie wiąże supełki. odrzekł mi wielce zdziwiony: . Z jednej książki można otrzymać siedem. który stał w rogu sali. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami. powykrzywiane szafy. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. zepsute zegary. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. Opukał go dokładnie na wszystkie strony. Gdy zapytałem go. nauczę was również czytać palcami. posplatanych w najrozmaitszy sposób. popaczone stoły. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. nie mówiąc już o tym. deski się zrosły. Były tam fotele bez nóg. Każdy sprzęt. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki.Wchodźcie ostrożnie. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę.

bądź tylko dobrej myśli. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. Mateusz fruwał po całej sali.zawołał do nas wesoło pan Kleks. Mówiąc to.Patrzcie. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty.rozczulał się nad nim pan Kleks . i rozmyślał. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. przyłożył ucho do jej pleców. Rozpoczęły się poszukiwania.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie. .powiedział pan Kleks. tik-tak. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. wszystko będzie dobrze. kąty i skrytki. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. chłopcy. ilu nas tylko było. Następnie zbliżył się do szafy. nie było już ani śladu pęknięcia. jodynować wahadło. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak.oznajmił pan Kleks. Na ścianie wisiało pęknięte lustro.Jak tam? . łykał pigułki na porost włosów. Jest już zdrowe .Biedactwo . gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! . a gdy po chwili odlepił plasterek. . pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. Pan Kleks również był bezsilny. tik-tak". Poszukiwania nasze trwały długo. gdy nagle okazało się. przeszukiwaliśmy zakamarki. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę.Nie wyjdę stąd.Podczas gdy stół cichutko skomlał.rzekł pan Kleks . . Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa. . .tyle musisz się nacierpieć. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach. bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. ale nic.zapytał pan Kleks. dopóki zguba się nie znajdzie . a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce.Jutro cię jeszcze odwiedzę . bardzo uważnie wysłuchał. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. . Wszyscy. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. zapuszczać kropelki. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. tylko się nie martw. Byliśmy po prostu zdumieni. Wkrótce już będziesz zdrowa. . uczcie się. No. zegar nagle wydzwonił godzinę. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze.

gdy któryś z nas popełniał błędy. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. Mateusz był sędzią. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. rzekę albo górę. wreszcie piec. Cała zaś sztuka polegała na tym. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . jak do gry w piłkę nożną.Australia! . pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa. w którą właśnie trafił czubek trzewika.Wisła! . rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał.Radom! .Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. powtarzał nieustannie: . lustra usiłowały odbić po kolei wszystko.Skierniewice! .Nic też dziwnego. Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: .wołał piec. pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. same zabrały się do szukania zguby. W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa. . Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. na lekcję geografii. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. co tylko mogły w sobie pomieścić. aby uderzając w piłkę nogą.Gorąco-gorąco! . chore sprzęty. wymieniać równocześnie miasto.Zimno-zimno-ciepło. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół.Londyn! . my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek. Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. zimno-ciepło-ciepło. O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. Okazało się. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Tatry! .

opcy! Co miało oznaczać: . że nauczycie moich krasnoludków geografii. gdyż nie wiedzieliśmy. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. przewracaliśmy się na ziemię.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. .Berlin! . krajów i mórz. mimo to jednak zwracam ją wam. że wzbił się on niezmiernie wysoko. który był najśmielszy z nas wszystkich. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze. Mateuszowi pot spływał z dzioba. ale pod warunkiem. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek.Doskonale! Bardzo chętnie! .zawołał Anastazy. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . Albert pomieszał Kielce z Chinami. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca. Gra ta bawiła nas niesłychanie. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka.Uwaga. ja sapałem jak miech kowalski. a następnie spadł nie na boisko. Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. Byliśmy ogromnie zakłopotani. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. że u was jest przecież lato . Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. popychaliśmy jeden drugiego. okazywało się bowiem.Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. . że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: . a wraz z nią dwunastu jej poddanych. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. czy też może do Sindbada Żeglarza..Aga. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. czy do Trzech Świnek. wykrzykiwaliśmy nazwy miast.Zapomniałam. co począć.

gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. Gdy tak stałem zamyślony.pomyślałem sobie. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. To Mateusz wzywał nas na obiad. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. dosypał garstkę białego proszku. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy. cerują pończochy i przyszywają guziki. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. które zaprowadził tam pan Kleks. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. że dbają o jej czystość. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. hej-ho. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. napełniony płomykami świec. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec.Hej-ho. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. ale wstęp do kuchni był zabroniony. Anastazy otwiera i zamyka bramę. że nie jestem ze śniegu" . ja zaś udałem się do kuchni. dolał wody. sypialni oraz na schodach. Stał na nim pękaty szklany słój. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. Artur sprząta salę szkolną. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. to znaczy. od których woda w rondlu natychmiast . Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. ruszyliśmy w kierunku stawu. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem.Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. . O czwartej mamy pójść do miasta. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej. Przejęci naszą przygodą. sznur pereł. jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. że wystarczy na nim zagwizdać. zazdrościli nam bardzo naszej przygody.mnie w spokoju. Zanim zdążyliśmy się opamiętać. A teraz nie traćmy więcej czasu. tabakierki. Były więc złote monety. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. srebrne talerze. pierścienie z drogimi kamieniami. .zapytał nas z uśmiechem pan Kleks. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. . obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi. aby znaleźć się tam. skrzypce ze złotymi strunami. co dzisiaj znalazł . Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. Wziąłem z rąk Artura gwizdek.zawołałem ze śmiechem. . Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. .Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki.To są nieocenione skarby . gdzie się być pragnie.rzekł do nas po chwili. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. Artur uważnie oglądał gwizdek.oświadczył pan Kleks. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów. Słysząc te słowa. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. gdzie była poprzednio.A wy coście znaleźli? .A to ci dopiero skarby! . zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. że zostały . przyłożyłem go do ust i zagwizdałem. Wobec tego. uszanujcie moją wolę. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. kubek z ametystu. staliśmy na ziemi u stóp dębu.

że już gotów jestem do lotu. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. i co przy tej sposobności widział. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. Jest to bardzo ciekawa historia. zrozumiałem. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Wreszcie. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. gdyż obawiałem się. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Szybko zapadał mrok. Teraz jednak. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami.jeszcze trzy kwadranse. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. aż wreszcie tak jak przewidywałem. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. Stałem wprawdzie na ziemi. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. Zauważyłem. tak jak każdy inny mur. Wiedziałem. wyczerpany lotem. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. natrafiłem . Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. nie wiedząc kiedy i jak. zapadłem w głęboki sen. w jaki sposób wrócić na ziemię. że nikt mi nie uwierzy. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. wstrzymywałem oddech. park malał i jakby uciekał w dół. spodziewałem się. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. nie pozostawało mi nic innego. Bajek nie było nawet śladu i mur. jak to było wtenczas. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. okazało się jednak. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. kiedy mu się zachciało latać. ale wszystko na próżno. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. płaczem i strachem. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. wobec żądania pana Kleksa. Widziałem. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony.

Reks. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. Czy się domyślasz. Reks łasił się do mnie bez przerwy. kto do nas zawita. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. otoczone prześlicznymi ogródkami. wiesz o tym. wiele wyżej. może mi objaśnisz. że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj.wołałem . Trafiłeś po prostu do psiego raju. gdzie jesteś? . Chcąc naśladować psią mowę.Nie dziw się. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. mlasnął językiem i zaszczekał. Zdziwienie moje nie miało granic.Hau! hau! hau! . Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. ale z moich ust wydobyły się słowa. każdy. że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. a raczej nieduże domki. rozbawionych szczeniaków. udając się do ludzkiego raju. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. że aż mi serce mocniej zabiło. . Od bramy prowadziła szeroka ulica. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. wesołym szczekaniem. Psy bardzo kochają ludzi. on zaś polizał mnie tak czule. jak i my. Niech cię to nie martwi. Zdawało się. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach.Reksie mój drogi. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie.Pojęcia nie mam . gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. który przyjaźnie wyszczerzył zęby. który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. zawadza o nas. jak gdyby spotkał starego znajomego. . Różne inne psy z zaciekawieniem. Po krótkim wahaniu zapukałem. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . Wasz ludzki raj mieści się o wiele. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks. wesoło poszczekując i merdając ogonami. Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący. to ty? . o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. których dotąd zupełnie nie znałem.Reks .odpowiedział mi Reks długim. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie.odrzekłem.na dużą bramę z matowych szyb. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Adasiu. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby.

Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. To nieprawda. Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. . Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. Żaden Pies nigdy nie bywa zły.że ludzie nie rozumieją naszej mowy. Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: . Chodź. . Mój przyjaciel.Jestem Adam Niezgódka.odrzekłem. o którym nigdy dotąd nie słyszałem.Powiem ci.Jakie to dziwne . a może nawet jeszcze lepiej. ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies.rzekł Reks . Popatrz. o tym. jak u siebie w domu.A teraz . Pośrodku placu stał pomnik starszego pana. pan Niezgódka. a to owczarek Kuba. . Istotnie. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami. a Reks ciągnął dalej: . . Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze. którego poznałeś. Lordzie .Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie.Ulica. . Plac był po prostu wspaniały. że ci przedstawię moich przyjaciół. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj.dodał zwracając się do mnie . .Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle.ciągnął Lord . Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. Niektóre z nich bawiły się piłkami. którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi. Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. ma na imię Glu-Glu. jeszcze inne łapały muchy. Od Reksa dowiedziałem się. a ten piękny chart to chluba naszego raju. dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt. chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. Oto buldog Tom. że się przedstawię. Adasiu . .że jesteś właściwie niedelikatny. Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków. który pilnuje naszej bramy. a to dobermanka Kora. . Ten pudel. a to pekińczyk Ralf.pozwól. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście.Pozwoli pan.Bardzo mi przyjemnie .przerwał mu Reks . że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. nazywa się ulicą Białego Kła . Nazywam się Lord. Rozejrzałem się dokoła. którą teraz biegniemy. w psim raju. wdzięczne psy.Ten szpic ma na imię Azorek. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni. Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. inne ssały kawałki cukru. dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. Nieraz też zastanawiałem się nad tym.mówił Reks. oto jest ten plac.

Jestem dręczycielem. że krzywe nogi są najładniejsze. chociaż deszczów u nas nie bywa.Jestem dręczycielem. . chłopców czystych.Jestem dręczycielem.Reks utorował mi drogę do pomnika. Wstyd mi się przyznać. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. Ten wielki dog nazywa się Tango. . starannie ubranych. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: .ku memu wielkiemu zdziwieniu . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków. Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. Na ganku leżały poduszki i dywany.mówił trzeci. ulica ta przedstawiała widok niezwykły.A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: . .zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych.rzekł Reks . Reks nacisnął wystający ze ściany kran.zapytałem. Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka.mówił jeden.Ta wyżlica to pani Nola. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia. . gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami.Codziennie .zawołał wesoło Reks. .Bardzo chce mi się pić.Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. . na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. . gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem . gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. Czekolady nam nie brak. rozczochranych brudasów. .mówił czwarty. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. którą zjadłem ze smakiem.mówił drugi.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli.Nic łatwiejszego! . aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika.Jestem dręczycielem.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. Istotnie. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. Zobaczysz coś ciekawego. a słońce świeci od spodu. i umorusanych. . A ta para jamników to Sambo i Bimbo. Nigdy nie rozstaje się z parasolką. . Zauważyłem nadto. jesteśmy przecież w raju. Gdy rozgościliśmy się w salonie. które zjadłem z wielką przyjemnością. z którego . czyli około pół kilo czekolady. gdyż zacząłem odczuwać głód.

Zjemy coś lekkiego. ulicę Baniek Mydlanych. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor.Chodź . grzecznie podziękowałem. dostają się do psiego raju podczas snu. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową.odrzekłem . czy szanowny pan zauważył.my jesteśmy w raju. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa. idąc więc śladem Reksa. Jak mnie objaśnił Reks. ogródki salcesonowe. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . . że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. czapraki. . którzy dręczą psy. Byłem szczęśliwy.Opamiętaj się . Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową. po czym wracają do domu w przekonaniu. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem.rzekł do mnie. że wszystko to im się tylko śniło. a potem wrócimy do domu na serdelki. Wracając na plac Doktora Dolittle. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. Bardzo mnie interesowało. miód i inne smakołyki. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina. Uważałem jednak. kapelusze. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. Było mi wesoło jak nigdy dotąd. Stwierdziłem ze zdziwieniem. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. że na to właśnie jest raj. że Reks począł niespokojnie węszyć.ostrzegł mnie Reks . hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych.Nie wiem. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. gdzie stały karuzele. . chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. skąd biorą się parasolki. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę. gdzie mieszkał Reks. skąd w psim raju bierze się czekolada. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. chłopcy. że nie powinienem o to pytać. huśtawki. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. ale ty łatwo możesz się rozchorować. Pomyślałem sobie zresztą. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty. że udało mi się uniknąć takiej hańby. więc nam nic nie może zaszkodzić. nigdy nie zachodziło. biszkopty. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. Były tak smaczne. wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny.Istotnie . że nie mogłem się od nich oderwać.macie tutaj rajskie życie. .

Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów.Jak to dobrze. aby dowolnie kierować swoim lotem. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa.odrzekł Reks. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. . Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów. Mateusz leciał nade mną. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki.i zaproponował mi.skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. kierując się wskazówkami. że upłynął jeden dzień.zagadnąłem Reksa . . który pouczał mnie. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza.Aga.Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. którą tak pogardzałem w domu. po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić.Bardzo prosto . . dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. Uprosiłem Toma. Tak sobie gawędząc z Reksem. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. Był to list od pana Kleksa. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka.Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego . Sprzykrzyły mi się biszkopty.Mateusz! Jak się cieszę. że cię znowu widzę! . . niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. Leżeliśmy tak. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. których udzielił mi w liście pan Kleks. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. . Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. . Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników. W ten sposób obliczymy tutaj czas. wydąłem policzki i uniosłem się w górę. abym wyciągnął się obok niego. wiemy. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem. ak! Aga.zawołałem. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. wesoło pogwizdując. na które patrzyłem z obrzydzeniem.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. stał się jak mały niebieski obłoczek. żeś po mnie przyleciał. co jego zjedzenie. ak! . co by było. Leciałem obok Mateusza. które zbiegły się na widok Mateusza.

natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. Droga początkowo prowadziła przez miasto. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. Opowiedziałem więc wszystko. Nie umiem po prostu opisać radości. Jak nam objaśnił pan Kleks. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. . jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji. że nigdy już więcej nie będę latał. schludne miasteczko. inżynier Kopeć. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. przędzenia liter. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . który miał zawieść nas do fabryki. . Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. Proszę ustawić się w czwórki. nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię.krzyknął mi w ucho Mateusz. co znaczyło: . Idziemy. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. Mój przyjaciel. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta.Emia uż isko! .Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. Okazało się. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. Opisałem lekcję kleksografii. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce.Akademia już blisko! Rzeczywiście. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. po chwili dostrzegłem mury Akademii. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most.

dopiero co utoczone. tryskających z pasów transmisyjnych. Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. że ci zaprezentuję moich uczniów. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. wybrał sobie dwie nowe. kochany Bogumile. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. Praca wrzała. Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. Tylko pamiętajcie. Wyglądały . ak! . długimi rękami. o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: .rzekł pan Kleks. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej.Pozwolisz. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. . Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. . objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki. dziurki w nosie i dziurki w uszach. że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle.Był to wysoki. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem.A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. .rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa. Jest ich dwudziestu czterech . którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. elektrycznych świdrów i tokarek. mój Ambroży. i włożył je do nosa na miejsce starych. Stał na cienkich. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. chudy. inne zawieszone były na linach i dźwigach.Aga. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. chłopcy . długich nogach i wymachiwał cienkimi. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach.w fabryce nie wolno niczego dotykać.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię.dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni.zwrócił się do nas . Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru.

które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. zielonych i czerwonych. na których je toczono. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . a robotnicy pracujący przy nich musieli. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów. zdaje . Okazało się. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. było już prawie ciemno. źle wypolerowane.zauważył pan Kleks. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. W ostatniej hali mieściła się pakownia. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. . niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. których nazw nie znaliśmy wcale. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. gdzie przetapiano je ponownie. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. a nawet dziury w niebie. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. wystawały wysoko ponad dach fabryki. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. Gdy opuściliśmy fabrykę. dziury w moście. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur.i dziesięciokilowych skrzynek. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. a więc dziury na łokciach. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. Popękane. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos.ślicznie. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków.

Pan Kleks. Wszystkie pokoje. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. Nieznośne te owady. Na to. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. Pan Kleks. który niezwłocznie ruszył. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. formowały się w klucze. opadł wreszcie z sił. W pewnej chwili do pokoju. Wdzierały się do ust i nosów. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. że walka prowadzona jest na śmierć i życie. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. jak wielkie eskadry samolotów. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. wirującą w powietrzu chmurę. że po chińsku. który dotąd . Niebawem wjechaliśmy na samogrający most.się. w kątach. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. ale wcale ich przez to nie ubywało. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. Bolesne ukłucia. wskazywały na to. zamyślał się głęboko. przez który usiłowałem przebiec. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. że nie było go wcale spoza nich widać. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. który zrozumiałem. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy.fruwając po pokojach . Pan Kleks. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. by przejść z pokoju do pokoju. w czworoboki. Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami.prowadził z muchami zaciętą walkę. W ciemnościach wieczoru. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. Leciały w bojowym szyku. korzystając z nieobecności domowników. które przechowywał w kieszonce od kamizelki. sale. gdyż jedyny wyraz. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł. Chodziliśmy po omacku. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. W domu czekała nas przykra niespodzianka. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. trzeba było zamykać oczy. na piecach i pod stołami. było już zupełnie ciemno. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. na tle łuny bijącej od fabryki. wpadały do oczu. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. wojowniczością i odwagą. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. . Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. pragnąc uniknąć ścisku. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. kotłowały się we włosach.

Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. tak był oblepiony przez muchy. że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. wysysał z nich wszystkie soki. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. Pająk zaczął się zmniejaszać. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. . wrócił do swej normalnej wielkości. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. że najście much. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. Muchy rzucały się na ich tęczową. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. razem z nimi opadały na podłogę. Gdy był już wielkości kota. która uwolni naszą Akademię od plagi much.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. że nie był to sen przyjemny ani błogi. zdarty niby skalp z pleców pająka. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. że działanie powiększającej pompki ustało. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. Wypuszczał coraz to nowe bańki. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. tajemniczą rozmowę.krzyżaka. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. kazał nam wyjść z gabinetu. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa. Jedynie głośne. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. pożerał ich szturmujące oddziały. Setki i tysiące much. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. które go szczelnie obsiadły. nie mogliśmy wyjść z podziwu. mydło i szklaną rurkę. Niebawem wszystkie pokoje. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. paczkę gumy arabskiej. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. sale. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. Pan Kleks nie ustawał w pracy. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. nie zdołało zakłócić jego snu. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich.

Alfred wycinał fujarki. Pan Kleks nie mylił się. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. które dla nas przyrządził. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. jeden z Antonich. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. Pan Kleks był nie w humorze. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. panie Kleks. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. Zając nagle poruszył się. I to nieodwołalnie. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. ani pańskich uczniów. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie. wyszedł z Akademii. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. I nie zwracając na nas uwagi. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. że Filip chyba zwariował. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. gdyż jak oznajmił. co mu się tylko podobało. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. Gdy owego dnia. który opisuję. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. że kalafiory. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. Dla niego miała być ta Akademia. Nie będę więcej strzygł ani pana. w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. Albert zbierał kasztany i żołędzie. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. Anastazy strzelał z łuku. obserwował życie mrówek. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . Pan Kleks przygarbił się nieco. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. Na tym kończy się opis jednego dnia. Przyprowadzę go w tym tygodniu. gdyż zaczął się głośno śmiać. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. Nie przypuszczałem. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie.

nie ulegało wątpliwości. Cała woda była spuszczona. . a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. zobaczyłem. Powymyślał dla nich nowe imiona. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. omijając drogi i ścieżki. i grozi mi. trawa się kołysała. Nic też dziwnego. że same ułożyły się w figurę mego zająca. W dodatku ostatnio zwariował.zarechotały chórem żaby. ryby i raki na pastwę losu. Udałem się więc do parku w nadziei. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. . dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. którą już niegdyś widziałem. Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. Skakały przy tym tak wysoko. że ma złotą koronę na głowie. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem.zapytałem wzruszony jej słowami. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. krzaki chwiały się. na farbach i na szkiełkach. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. . zgadując moje myśli. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. Czy widzisz. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa. aby się przyjrzeć. pozostawiając wszystkie żaby. Kiedy podszedłem do niej. . rzucił je na podłogę tak zręcznie. które w zgodnych podskokach.My chcemy do stawu! . odpowiedniej siedziby. Zobaczysz. . że pochód ich przypominał żabi cyrk.Poznaję cię. Chociaż jestem z innej bajki.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . zrozumiałem. i domyśliłem się od razu. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie. Filip domaga się. jeśli taki gdziekolwiek istnieje.odrzekła. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. Po prostu uwziął się na mnie.A dokąd je prowadzisz. podziwiając zwłaszcza żaby. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. Towarzyszyłem im przez pewien czas.Tobie jednemu mogę to wyznać. które zaczynają się na literę A. bo jesteś moim najlepszym uczniem. Pan Kleks. Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało. chłopcze.Cóż z tego. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. zdążały za przewodniczką. że znam się na kolorowych proszkach. że dostrzegę go w chwili. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. co zaszło. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. gdyż nie wyobrażałem sobie. że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. Przeczuwam. Królewno Żabko? . aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić.. . gdy będzie wracał do Akademii. że ta historia bardzo żałośnie się skończy. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. że to Królewna Żabka.Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: . że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną.

opowiedziałem im o tym. tik-tak. zaraz do ciebie wrócę. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . Rozejrzałem się po sali. błagam cię.O co chodzi? Przecież widzisz. Niektóre spośród nich. a ocalisz wszystkie stworzenia. to wszystko wina tego podłego Filipa. które tu widzisz. że zabrał go pan Kleks. Nie wiedziałem. ale skoro los zesłał mi ciebie. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. ani do bajki o zielonej wodnicy. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. porobiły się zupełnie czerwone. Pobiegłem co sił do Akademii. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. z trudem tylko powłóczyły kleszczami.Kluczyk? Ależ tak. zebrałem kilku chłopców. co robił.rzekł rozdrażnionym głosem. co zaszło. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie. że uczę zegar mówić. Nie mogąc go znaleźć ani na dole.Bim-bam-bom. że robisz takie zdziwione oczy.Kluczyk? . tik-tak. Dosłownie maleję z dnia na dzień. Adasiu.rzekłem.Adasiu. które słabły już wskutek braku wody.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. Na mój widok przerwał huśtanie. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . . Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. zeskoczył na podłogę. Tak. . przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. Zdaje się. królewo. zwróć mi złoty kluczyk. Nie pamiętam tylko. jakby je kto polał wrzątkiem. Nie wydawały żadnych dźwięków. . a może nawet jeszcze więcej. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. niemal tyleż co żab. Nie większy od Tomcia Palucha. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. do czego wpierw mam się zabrać. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. oczywiście. ani w jego pokoju. rozkurczył się. i namówiłem ich. powtarzając raz po raz głośno: . Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. chętnie ci go zwrócę. Poczekaj chwilę. jak zazwyczaj: .Tik-tak. Chce mnie po prostu zniszczyć. gdzie go schowałem.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. ale to. . którzy nawinęli mi się po drodze. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce. Żal mi było żab. Ach. Była ich nieprzebrana wprost ilość. Pan Kleks był tam. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . pozostawionych bez wody.Przykro mi. aby zajęli się losem ryb.

który jak domyślałem się . Aha.zauważył szeptem .Za mną . fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu.. bo stracę do ciebie zaufanie. Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. Zaraz. Wyglądał tak jak zazwyczaj.Weź ją sobie . .Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu. Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. tik-tak. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków.Muszę ci wyznać .Jestem ci niezmiernie wdzięczna .rzekła królewna. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. wielka szkoda! . A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. .Szkoda. tik-tak. jakby była pokryta emalią. Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi. powtarzając za każdym odchyleniem: . Pan Kleks sposępniał. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. . W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. . Ale nie miałem przecież innego wyjścia.Tik-tak. Mówiąc to.Biorę ten kluczyk. że będziesz pokrzywdzony. . Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim.. ale nie sądź. . pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie.zalać wodą ze stawu. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki.że mam jeszcze jedną zgryzotę.. . jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu.rzekł po chwili. zanieś go Królewnie Żabce. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. Następnie podziękowałem królewnie. pobiegłem nad staw.. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka. że wcale jej nie poczułem.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. Nie mogę już wcale do nich się dostać. Fatalne to wszystko..schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach.rzekła królewna. . . a była tak mała. Musiałem ugasić płomyki świec.. które przedsięweźmiesz. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa.rzekł pan Kleks. Masz.

który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad. coś podobnego! . gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. . balonik! Istotnie.Uwaga.Nie! No. Ale na to przyjdzie czas. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. począł przybliżać się coraz bardziej. . po czym zebraliśmy się w sali szkolnej.A może pan profesor opowie nam ją teraz? . onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu. mały punkcik. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. nie było już ani żab. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. dotarliśmy do muru bajek. Po chwili i on również zawołał: . gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody.Aga.Na wszystko musi być odpowiednia pora .Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością.wołał z zachwytem.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: .Teraz pójdziemy do domu na obiad. onik! Aga.Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. . Gdy wróciliśmy do parku. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. ani raków. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: . . idąc za radą rybaka. . raz po raz powtarzał: . . przedzierając się przez gąszcze drzew. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. wiszący wysoko w górze. a po niejakim czasie. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. Z daleka już ujrzeliśmy rybaka. uginając się pod ciężarem koszów. a potem. Szybko tedy zjedliśmy obiad.odrzekł pan Kleks.odezwał się Anastazy.Ruszyliśmy za nim. a gdy już był na wysokości ramienia.

Czajnik był na kółkach i buchała zeń para.Ratuj. Nie oglądając się na nikogo.oświadczył pan Kleks. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. do piątej . mój pociąg! . którą zabrałem z kuchni. Gdy wyjrzałem przez okno.grzmot. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. Zerwał się wicher.wiatr. ustawiłem je na tacy. i jąłem nią rozgarniać chmurę. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg. stoły i stołki. że zebrałem łyżką całą chmurę. Wobec tego pobiegłem do kuchni. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. do czego służyć ma siódma szklanka. przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. ławki i wieszadła. do szóstej . Gdy tylko znalazłem się na szczycie. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. Nie wiedziałem tylko. Zapowiadała się straszliwa burza. Adasiu. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. gdzie stał pociąg pana Kleksa. ale w miejscu. okazało się. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. które rzędem leżały na ziemi. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. że się zbudziłem.Pan Kleks siadł przy katedrze. szafy i półki. wziąłem siedem szklanek.Zawiozę was dzisiaj do Chin . złożony z pudełek od zapałek. . otworzył wielką księgę. . Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół. że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. . nikogo już nie zastałem. do czwartej . tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. tak jak zbiera się kożuch z mleka. który powywracał pudełka od zapałek. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę.wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. zawierającą opisy najpiękniejszych snów. łóżka.błyskawicę.

zupełnie taki sam. Rzeczywiście. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. . unosząc z sobą wszystko. że zdejmowanie ich nie miało końca. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. tylko że padał tym razem nie z góry na dół. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. że jest to emaliowany niebieski czajnik. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze.Śniegu! . . W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. . Skutek był zdumiewający. Śnieg natychmiast stopniał. Wyglądało to tak. a raczej złocisty wrzątek. to Alfreda. co tylko napotkał na drodze. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce.Śniegu. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. niebieskawy krem. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. Wpadłem tedy na pomysł. to Anastazego. że pokrył cały park. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę. Pan Kleks. jedzie mróz. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. nie mogąc znieść takiego upału. że po prostu nic nie było widać. jak fontanna tryskająca z ziemi. że pan Kleks odmroził sobie rozum. Śnieg rozwiał się natychmiast. który wyglądał jak rzadki. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. zaczął szybko rozbierać się. . uniesione w górę. ani nawet wiatru. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. Kiedy zobaczyłem. Zrobiło się bardzo zimno. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. który parzył nas niemiłosiernie.Został tylko pan Kleks. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem.Coś ty narobił! . jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. na jakim siedział pan Kleks. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. tylko wielkości całego nieba. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. a srebrne widelce. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. .wołał pan Kleks. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu.Ukradłeś chmurę. lecz z dołu do góry. ale miał na sobie tyle surdutów. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. to znowu jakiegoś innego kolegę. zawisły w niebie jak gwiazdy.

a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. a to z tego powodu. że było widno jak w dzień. którą posiadałem.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. gdyż począł żałośnie jęczeć. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. jedyną rzeczą.zawołał pan Kleks. Dawała tyle światła. Tymczasem pan Kleks. Grudzień znów się stanie majem. . obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. że pszczoły. że głowa potoczyła się w innym kierunku. Wyglądało to tak. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. Po chwili jednak stracił humor. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę. była szklanka z grzmotem.Chętnie bym coś zjadł . Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem.powiedział pan Kleks.Naprzód wypuścił liście. gdyż nie miał czym. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. jak się czuje bez głowy. Pan Kleks stał bez głowy. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. ale nic mi nie odpowiedział. potem pączki. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. . Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami.Doskonale! . Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. . Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. bezradnie wymachując rękami. Była cała poparzona. . Niestety. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. Znalazłem ją wśród pokrzyw. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. Przynieś go tutaj. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. w której mieścił się grad. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. Zapytałem pana Kleksa. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. tak niezręcznie nadstawił ręce.

szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. że stał się trochę mniejszy. że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie.. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami.wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks. przypominająca owoc granatu. jednym słowem . Była to piękna czerwona kula. usiłowały dostać się do szklanki. że Antoni i Albert. gdzie był maleńki pan Kleks. Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk.zapytał Anastazy. zdaje się. No. osaczyły mnie ze wszystkich stron. Sen o siedmiu szklankach. niż był dotychczas? .Pan Kleks maleje.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. rozsadzony od środka. pustej szklanki. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny.odezwał się nagle Artur .Nudno mi . Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce. Na krok nie wychodziliśmy z domu. pokrajał grzmot na ćwiartki. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek.. . a dwa spośród nich. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. . obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem.. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem.A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? .. Nie brałem udziału w rozmowie. oblizując się smakowicie. W tej samej chwili obudziłem się. . i zaniosłem do kuchni. A ja wam coś powiem .Sen o siedmiu szklankach. . no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze.Istotnie! . szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: . Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa.rzekł jeden z Aleksandrów.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. gdyż byłem bardzo senny. stojącej na tacy. Czy żaden z was nie zauważył. włożyłem do siódmej. Ratując go przed widelcami.zawołał jeden z Antonich.

Nacisnąłem klamkę. W szklance siedział pan Kleks. trochę sera. cha-cha! Jeden ma na imię Anatol.Jesteście pewno. Anatolu? . że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Począłem więc nasłuchiwać.rzekł z galanterią Anastazy. Siedział na dnie szklanki i spał. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. . co zobaczyłem. a drugi Alojzy. cha-cha! Nieprawdaż. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami. Zbudziłem natychmiast Anastazego. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. . Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. kurę na zimno. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. ale uderzenia nie ustały.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt .odrzekł grzecznie Anatol. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. przedstaw się kolegom. Byli widać bardzo zmęczeni. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. potem jeszcze raz.Śniło mi się. Drzwi były zamknięte na klucz. . . cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa.Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. Udaliśmy się wszyscy do Akademii.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów. głodni .rzekłem. pieczywo. bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . nawet piegi na jego nosie. że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. jego dziwaczny strój. . W przekonaniu. panowie. Sądziłem. . napełniło mnie przerażeniem.Jestem Anatol Kukuryk. Panowie pozwolą za mną. zapukałem powtórnie.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. że wreszcie się obudziłem. To. cha-cha! Anatolu.nikt mi nie odpowiadał. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. Obydwaj na A. Nowi uczniowie pana Kleksa! . gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. Nie ulegało wątpliwości.Mam dla niego świeżutkie piegi. masło. Ponieważ nikt nie odpowiedział. którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. . Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. A to jest mój młodszy brat Alojzy. .Bardzo nam przyjemnie panów poznać . . pobiegliśmy do parku. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. Maleńki pan Kleks.zawołał Filip śmiejąc się znowu.

Wróciłem do kuchni. bo cóż innego miałem uczynić. Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. . a rano z nimi porozmawiam. Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego. .pomyślałem. Szturchnąłem Alfreda. to będzie chluba waszej Akademii. To zbyteczne! .To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia.Zobaczycie. . aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Wybiegłem za nim i widziałem. Alojzy spał w dalszym ciągu. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha.O. "Coś się psuje w Akademii" . aby przygotować łóżka dla obu chłopców. . . jak po poręczy wjeżdżał na górę. nie zwracając na niego uwagi. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami.Pewno jest bardzo głodny.rzekł pan Kleks. Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. Gdy kończyłem przygotowania.Poradźcie sobie beze mnie . . żeby go budzić. zwykłym panem Kleksem. . Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie.Bardzo nie lubi. nie. ten śpiący królewicz! . Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą.zagadnął Anastazy Anatola. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. Alojzy bardzo nie lubi. w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. . a po paru chwilach stał się normalnym. szybko rozejrzał się dookoła.odrzekł Anatol. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie. . Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. ja zaś udałem się do sypialni. Niebawem też zaczął się powiększać. i opowiedziałem mu . Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. chłopcy.Daj im kolację i niech idą spać. żeby go budzić .wyjaśnił raz jeszcze Anatol. Dobranoc. Zerwał się na równe nogi. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek.Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu.Może obudzić pańskiego brata? . który spał w sąsiednim łóżku. zeskoczył z talerzyka na krzesło. potem na podłogę. jak się zachować.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku.śmiał się Filip zjadając kurę.

Gdy trzymałem go na rękach. tylko lalką. którego obudziła nasza krzątanina. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. myśleć i mówić. prawda? Alojzy nie drgnął. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. Spróbuję. . dłonią potarł mu policzki i czoło. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron. Adasiu. Wskazał przy tym na Alojzego.Jestem. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Muszę go nauczyć czuć.zwrócił się do nas pan Kleks. panie profesorze. Anatolowi. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. . poklepał po rękach. Ale teraz już nic nie poradzę. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. . i rzekł uprzejmie: . Alojzy został w nocy podstępnie przemycony.Alojzy nie jest żywym człowiekiem. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: . że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. gdyż jestem zajęty. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku. chłopcy! . a to mój młodszy brat. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju.zawołał od progu. . . może mi się uda.Dzień dobry. możecie pójść z Mateuszem do parku. Chłopcy przyglądali się ciekawie. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. gdy okazało się. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. . Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego.krzyknął znowu pan Kleks. Jeśli nie będzie deszczu.Nazywasz się Alojzy. chłopcy .szeptem o Anatolu i Alojzym.Popatrzcie. który przez cały czas nawet nie drgnął. Nazywam się Anatol Kukuryk. Alojzy nie drgnął.Czy mnie słyszysz. Alojzy? . Był lekki jak piórko.Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku.

wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. Musisz uzbroić się w cierpliwość. Zachwyt nasz nie miał granic. . Skorzystałem z tego. z której ulepiona była twarz i ręce. . czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy.natychmiast zabierzemy się do roboty. ręce i paznokcie na palcach.Owszem . abym Alojzego rozebrał. Zajmij się teraz rękami. wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. Zacznij od nóg. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: . włosy. że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. układ ust. wyraz twarzy. nosa i podbródka. Pan Kleks. którą kochał jak brata. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki.zapytałem nieśmiało. właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. wykonanie tej wspaniałej. .Nogi mają już dosyć . Pan Kleks odśrubował blachę. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu. . Nawet masa. miała elastyczność i ciepło. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. zarys czoła. Krótko mówiąc. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne.Kształt głowy. Okazało się. .Połóż go na tym stole .odparł pan Kleks . wilgotna powłoka oczu. która stanie się sztucznym człowiekiem.A więc mogę tu zostać? .Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. po czym polecił mi. a przy tym pożerała nas ciekawość.potrzebna mi będzie pomoc. która pokrywała klatkę piersiową lalki.rzekł do mnie . który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. rozprostował plecy. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. wszystko to było tak naturalne.Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. tak łudząco prawdziwe. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: . purpurowy z napięcia i wysiłku.

Czy Alojzy już chodzi? . dajcie mu coś do zjedzenia.Macie go! . Alojzy! .Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. drzwi od jadalni otworzyły się nagle. a wy.Poznajcie się z waszym kolegą. spróbuj mówić teraz. Gdy byliśmy już przy deserze. . siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .Dzień dobry.doskonale! Siadaj teraz do stołu.A-loj-zy Ku-ku-ryk.Co Alojzy ma w głowie? . aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy.odezwał się pierwszy Anatol.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę. .klasnął w dłonie pan Kleks .Powiedz jak się nazywasz! .No. olśniony widokiem lalki.krzyknął mu w ucho pan Kleks. . rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką. Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku. chłopcy. Pan Kleks otworzył mu usta.zawołał z tryumfem pan Kleks. .Doskonale . a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: .. posuwał się z wolna naprzód.Dzień do-bry . Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: . wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu.Kiedy zejdzie na dół? . . W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa. . a potem szybko zabrałem się do jedzenia. Stawiając niezręczne i płochliwe kroki. Alojzy takim samym powolnym. co działo się w szpitalu chorych sprzętów. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. . . ..zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.Co robi pan Kleks? .Czy mówi? . Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.A-loj-zy Ku-ku-ku.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni.

Czy mogę na was liczyć? . Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. .Daj-cie mi jeść.Tak jest. Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. abyście wyglądali schludnie i czysto. . aby wszyscy mogli się w niej pomieścić.zawołaliśmy chórem. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. jednym słowem. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. co moje prawe oko widziało na księżycu. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka. Zdawało się. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: .. Domyślacie się zapewne. uprzątali ścieżki. panie profesorze! . zaglądał w najmniejsze szpary. uczesał i ubrał. gdy już opróżnił talerz. poganiał nas i sprawdzał to. pucowali obuwie. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec.powiedział z bladym uśmiechem.Słuchajcie. w ruchach i w mowie. w Akademii zawrzało jak w ulu. cośmy zrobili. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. inni zaciągali i froterowali podłogi. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. kąpali się. Jedni z nas trzepali fotele i dywany. Mateusz bez przerwy krążył nad nami. o co chodzi. Otóż opowiem wam. Chciałbym. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii.Smaczne . myli okna. a na trzeci dzień sam się umył. czyli historię o księżycowych ludziach. Jadł coraz staranniej. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał. Poza tym proszę.

Ale jestem zupełnie bezsilny. Alojzy roześmiał się głupio. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego.Nie chcę się opamiętać! . że nikt nie zwraca na niego uwagi.Będę wszystko niszczył. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. Przez chwilę panowało milczenie. który nożyczkami przecinał druty elektryczne.Trudno. Czuję w tym sprawę Filipa. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. Rozumiecie? Jestem bezsilny. gdy zobaczy. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. meble i nasze ubrania. Jest to sekret Filipa.rzekł z zakłopotaniem. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. że cała nasza praca idzie na marne. który trzymał właśnie w rękach. Okazało się. Byliśmy wściekli. to nie jest wina jego. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. . ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. . Pan Kleks upuścił na podłogę tort. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim.zawołał Alojzy. W sypialni naszej ni z tego.Alojzy. wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności .Stało się jednak inaczej. co na nim stało. które wietrzyły się na dziedzińcu. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie. ale i kuchnię. Dajcie mu. chłopcy. Tak go to rozgniewało. . gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. to ja podziurawiłem poduszki. Obsiadło ono dywany. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. . podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy.Nie znam mechanizmu Alojzego. Z poduszek. opamiętaj się . lecz mechanizmu.Przewidziałem. Ale to jeszcze nie koniec. . bo nigdzie go nie mogę znaleźć. że Alojzy sam wreszcie się uspokoi.rzekł Artur. Idźcie do swojej pracy. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. Zdaje mi się. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. Myślę. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. Jest po prostu cudownym tworem. spokój. Artur. kto tu jest winowajcą. . spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. i zasępił się bardzo. który go skonstruował. zaczęły się nagle unosić tumany pierza.

ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. po nocach nie dawał nam spać. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. Mówił coraz głośniej. że jestem zupełnie niepodobny do was. że ciało jego nie odczuwa chłodu. co ja jeszcze narobię. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. aby poszedł ze mną do parku na szczygły.Jesteście głupcy. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. Skorzystałem z tego. Długo będziecie mnie pamiętali. przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. Nic mu na to nie odpowiedziałem. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. potrącał i szczypał. Właśnie nigdzie indziej. Wiem. aby uczył mnie myśleć. jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. pobiegłem do Akademii. . potem jednak zaczęliśmy go unikać. którego nieustannie dręczył. czemu wcale się nie dziwiłem. Właściwie nie cierpię was wszystkich. Alojzy zgodził się. gdyż wiedziałem. . . chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. . Postanowił widocznie spędzić noc w parku. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. Tak sobie postanowiłem. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały.Nudno mi . Zobaczysz.rzekł szeptem Alojzy. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. inteligencji i sprytu. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem. Aczkolwiek była to już późna jesień. Był antypatycznym. Mogłem bez tego się obejść. wreszcie jednak uspokoił się. obrzydliwym chłopcem. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. tylko do Chin. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. aż przyjemnie było spojrzeć. Pokoje i sale lśniły czystością.Nie prosiłem pana Kleksa. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia.

Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. Nie brak też było Arabów. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . doznawałem uczucia dumy. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. mnie opowiedziało. lis-przechera. W swym tabaczkowym fraku. a dookoła niej pluskały się złote rybki. lody. za borem. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. a nawet konik polny i mrówka. niedźwiadek Miś. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. z Mateuszem na ramieniu. Widząc to. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. gdzie już nikt nie mieszka. co bardzo ułatwiło mi pracę. Kaczka Dziwaczka. srebra i żelaza. Sala szkolna.Daleko. pierniki. napoje gorące i zimne. kura znosząca złote jajka. a więc kot w butach. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. co widziało. Moje prawe oko bywało wysoko. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. Muszę również stwierdzić. kwiaty i owoce w cukrze. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. daleko. każdego znał osobiście. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. krętymi korytarzami. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. ustawiliśmy się pod ścianami. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. Salę zaległa cisza. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. wszystko. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. kremy. za rzeką. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. kogo i jak mam obsłużyć. a co najdziwniejsze. czapla i żuraw. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. którzy nazywają się Lunnami. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. biegnie wąska ścieżka. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach. z motyli i z pelargonii. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. Były tam różne torty i ciastka. stała się tak obszerna. winogrona i orzechy.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. sny w pastylkach oraz zielony płyn. . Koziołek Matołek. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. czekoladki. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów.

przekłuwa go ostrzem swej klingi. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. które z siebie wydzielają. ma nawet ręce i nogi.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. to znaczy . Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. wędrują z piętra na piętro. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Wtedy właśnie stała się rzecz. mieszka władca Lunnów. długiego miecza. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. przypominającą żelatynę. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. w którym spędzają czas wolny od pracy. brudny. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. potężny i groźny król Niesfor. misy. W dłoni trzymał sękaty kij. ubranie miał pomięte. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. . Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. . Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. brak mu tylko twarzy. Był rozczochrany.. dowolne kształty. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. posługują się różnymi promieniami. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. Żywią się zielonymi kulkami. Są to przeróżne krążki. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze.płynąc. w Wielkiej Srebrnej Górze. ani kości. które wybierają z miedzi. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. której nikt nie był w stanie przewidzieć. Na południu półkuli księżyca. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. płytki. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. brzęk tłuczonych szyb. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. Światła Lunnowie nie posiadają. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. trzask łamanych gałęzi.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał.. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. Z parku dolatywały krzyki. Widocznie zaszło coś szczególnego. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. zapuszczają się w głąb swojej planety. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. Lunnowie nie posiadają ani ciała. talerze. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. co robią.

Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. Rozległ się trzask. Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. bo cię zjem na obiad! Uciekaj. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie.Jestem Wieszczką lalek. . ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny.krzyczał Alojzy . Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa.Hej! Panowie.Na twarzy jego malowała się wściekłość. Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. . panowie! . Roześmiał się jej szyderczo w twarz. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. Pan Kleks zaniemówił. wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. . Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. nie mogąc znieść tej sceny. aż wreszcie opustoszała całkiem. panie Kleks?! . Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości.zawołał głosem. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli.A cóż to znaczy. rozpłakał się.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. Kaczko Dziwaczko.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. abyś natychmiast opuścił salę! . Żądam od ciebie. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi.To jeszcze nie koniec. Sala stopniowo opróżniała się. mrówko. zawołał: . Powstał popłoch nie do opisania. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie. który zamroził i przeraził wszystkich. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet.

że spadł na półmisek z pieczenią baranią. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Wreszcie pan Kleks się ocknął. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. stojących pod ścianami. Muszę zaznaczyć. Prawda. Jak już wspomniałem przedtem. coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. popatrzył na nas. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. że to. i zadumał się tak głęboko.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów.Zobaczycie. Rozejrzał się po pustej sali. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. Najważniejsze jest to. przedziwnych wydarzeń. potem na Alojzego i rzekł spokojnie. zapomniał.Szkoda. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. wcale nie przypuszczałem. . niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. awda! . przechodziło wszelkie wyobrażenie. Mateuszu? . . że jeśli tak dalej pójdzie. przewyższał go niemal o głowę. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. Alfred. Nie zwracając uwagi na Alojzego. uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. chłopcy.Awda. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko.drwił sobie na głos Alojzy. jak gdyby nigdy nic: . Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. że jest w powietrzu. Zdaje się. że czas już na obiad.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. co Alojzy wyprawiał w Akademii. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks . przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. który był najmniejszy spośród nas. czego wcale nie zauważył. Innym razem. pan Kleks przeszedł obok niego. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał.

Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. Znajdziesz przy brzegu przeręblę. zmalał i przerzedził się. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . . co dzieje się dookoła was. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. trzaskał drzwiami. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa.A co z nami się stanie.Mój Anastazy. Spędziliśmy wspólnie cały rok. panie profesorze? . Park. tak jak gdyby się bał. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. Widzicie.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. do którego wróci. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu.Alojzy wstawał. kiedy chciał. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. Ot. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna. nie dbał zupełnie o swoje piegi. wybijał kamieniami kolorowe szyby. pokoje zrobiły się niższe. a łóżka stały się krótsze. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. który dotąd przypominał rozległą puszczę. nie mogliście nie zauważyć tego. co was otacza. jak ręce dziecka. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć.Drodzy moi chłopcy. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. było nam wesoło i przyjemnie. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. Rozumiecie chyba sami. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. słabła władza i powaga pana Kleksa. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. zmniejsza się i maleje. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. muszę stać. gwizdał. meble i sprzęty zmniejszyły się. jaka jest tego przyczyna. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. Przykro mi będzie rozstać się z wami. Mało tego . wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. śpiewał na cały głos. . Mówiąc do was. że zbliża się koniec naszej Akademii. a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. Bądźcie przygotowani na to. po czym klucz wrzuć do stawu. Również gmach Akademii skurczył się nieco. każdy z was ma swój dom. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. jak od pewnego czasu zmalałem. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. Wszystko. Zrozumieliśmy. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę. opuszczał wykłady. które stały się już tak małe. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu.

Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. okazało się. Nie chciał mnie usłuchać. blady jak płótno. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. krzesła. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. uginające się pod ciężarem półmisków.Panie profesorze . złotymi i srebrnymi nićmi. żeby tego nie robił. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. spostrzegłem.zawołał . płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. Byliśmy olśnieni. i nagle stwierdziliśmy.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną.ja wiem. że nie było go również podczas wieczerzy. Gdy przyszła kolej na Alojzego. że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. którą przez całe życie zachowałem w pamięci. chodźcie ze mną na górę. łańcuchami. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. salaterek i waz. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami. teraz zaś. Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. że byliśmy w tej samej sali.No. Pan Kleks otworzył lufcik. Tymczasem nadszedł wieczór. Pan Kleks podbiegł do Anatola i. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . stoliki. Były to stoły. . Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli.Była to bardzo wzruszająca scena. lśniły. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. że nie ma go pośród nas. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. wyleczone przez pana Kleksa. zegary. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. dosyć. które dotąd stale były pozamykane. Rozglądając się wkoło. . my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. wpił się palcami w jego ramię: . Mrok jednak zapadł tak szybko. leć czym prędzej i szukaj Alojzego. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. chłopcy.

nacisnął ją parokrotnie. Spojrzałem odruchowo na sufit. był o połowę mniejszy niż przedtem. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków.Wobec tego ja zniszczę ciebie. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. . Alojzy widząc. Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę. wykrzywiona twarz pana Kleksa. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. wypędzenie z Akademii. Nikt z nas nie znał chińskiego. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem.zawołał zdyszany. zuchwała. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę. . Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa.. Alojzy . aż potłukł je i starł na drobny proszek. że za coś podobnego groziło. W . Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. wspaniałym panem Kleksem.Zniszczyłeś moje sekrety. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. poza innymi karami. lecz surowym. rozmawiając szeptem między sobą.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. że stała się rzecz straszna. oto są sekrety. Nie rozumieliśmy. ta znienawidzona przez wszystkich. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. Dowiemy się wreszcie. co to znaczy. . cały wysmarowany sadzą. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. Kiedy wpłynął do sali. zapisanych drobnym chińskim pismem. . .wołał Alojzy.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. .Mam sekrety pana Kleksa! . Zrozumieliśmy. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków.Ja jeden tu czytam po chińsku! . zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy. cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. zarozumiała i przemądrzała lalka. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek. otworzył ją i postawił na stole.Alojzy jest w sekretach pana profesora . kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. Wiedzieliśmy. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. posadził go na stole obok walizki. Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa.

Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego.. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa.. tam. Alojzy. Był czerwony od mrozu i wściekłości.. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. . znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka. Na tych porcelanowych tabliczkach. płytki dźwiękowe. Utraciłem wszystkie moje umiejętności. . leczenie chorych sprzętów. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. kiedy chce się zemścić.Czemuż to nie otwieracie bramy? . Ja panu pokażę! . zabieram cię do domu. wypisana była cała wiedza.Musiałem przełazić przez mur. Alojzy milczał. Zamiast jednak martwić się. .syknął przez zęby. unoszenie się w powietrzu. żeby się do was dostać.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość.szeptał . chłopcy. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia.. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach. . Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń. Domyślałem się.Mój Boże . nie. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: . co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. Filip podbiegł do walizki. tym wszystkim. panie Kleks. Ja panu pokażę. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął.. Taka piękna lalka. . szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki. powiększanie przedmiotów. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa.wołał trzęsąc się z gniewu. panie Kleks! . Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek.A więc tak.. otworzył ją. co potrafi Filip.ta niegodziwa karykatura człowieka . Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy . zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. oddałem panu cały mój majątek. odgadywanie waszych myśli. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową.mój Boże. Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. które podepał i potłukł.wybełkotał z przerażeniem w głosie. . w tej walizce ..Nie przejmujcie się.przestał istnieć..Alojzy. Niebawem będzie już po wszystkim. Alojzy wykradł mi moje sekrety. Były tam litery. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem.

aż wreszcie zapadł zupełny mrok. nie powstrzymywany przez nikogo. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. Co się działo dalej. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. Gdy po chwili otworzyłem oczy. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. Był to pan Kleks. że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. Cała Akademia. mroźna noc grudniowa. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. a przed oczami fruwały czerwone płatki. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. że niepostrzeżenie usnąłem. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. aby nie usnąć. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. chłopcy!. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. aniżeli był przedtem. Nie spostrzegłem zupełnie. Filip. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. jakim widziałem go niegdyś w szklance. zabrał się do roboty. ale głos zamarł mi w krtani. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. . Taki sam pan Kleks. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. Szumiało mi w uszach. Była piękna. nie wiem. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. Usiadłem na ławce.

na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. w której siedział zamyślony Mateusz. nogi wydłużyły się. że pan Kleks był owym guzikiem. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. W miejscu gdzie przypadał park. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. Sądzę. Kto wie. o rybaku i rybaczce. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. czekał tylko na ten moment. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. o krasnoludkach i sierotce Marysi. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. o włosach przyprószonych lekką siwizną. Był wielkości śliwki. Przybierając coraz bardziej na wzroście.Cieszę się. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. krzaki i kwiaty. gdzie był mur. Wyfrunął z klatki. o wilku. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. który udawał żebraka. zdawało się.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. Adasiu. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. Po prostu zwyczajnym guzikiem. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . potem zeskoczył na moją dłoń. Życzę ci powodzenia w życiu. . bajka o dziadku do orzechów. leżał piękny zielony dywan. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. Był już nie większy niż mój mały palec. wiele innych. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. Gmach Akademii przemienił się w klatkę. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . musimy się pożegnać. A stał się guzikiem. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. haftowany w drzewa. Siedziałem na tapczanie. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. usiadł mi na ramieniu. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. Mateusz. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. Tam. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy.Bądź zdrów. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. stała biblioteka. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. o Kaczce Dziwaczce i wiele.

sam bawię się znakomicie. Po prostu opowiedziałem ci bajkę. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . . ale przecież nie miałem nawet czasu. która tam leżała. Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę.Jestem autorem historii o panu Kleksie . a potem nagle roześmiał się serdecznie. wysłuchał mych słów z powagą.Napisałem tę opowieść. . gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je. przeobrażony w człowieka. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek. . aby je sobie obmyślić i przygotować. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. .zawołałem gubiąc się już zupełnie.odparł szpakowaty pan. . Mateusz.zapytałem zdziwiony. mój chłopcze . Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.No.odrzekł z uśmiechem.Przemówienie moje nie bardzo było udane.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem.Bajka zawsze jest tylko bajką. a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? .Kim więc jesteś. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: . Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! .

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful