Akademia Pana Kleksa_Original

Jan Brzechwa

Akademia pana Kleksa

TA ORAZ INNE BAJKI Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe. Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane na klucz. Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona, zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów, sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj: - Oszę, u emia ana eksa! Oznacza to: - Proszę, tu Akademia pana Kleksa. Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle na drugie śniadanie. Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa. Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie, ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może sto, a może dwieście. Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i powiedział: - Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami, powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek. Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden płatek śniegu. Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan, pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem: - Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie. Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś? - Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał. - Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je mówiąc: - Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe. Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki. Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo zazdrościli, że poznałem pana Andersena. Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w sekretach pana Kleksa pojawiły się

myszy i trzeba było sprowadzić samego kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze. Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa. Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł. Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na mnie i na jednego z Andrzejów rzekł: - Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację. - Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja będzie przed szóstą. Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki, truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w czekoladowych foremkach. Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie zauważył. Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa. - Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie. A po chwili dodała: - Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić. W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie później.

przymierza przed lustrem. i przynosi panu Kleksowi świeże piegi. Mateusz nie jest skory do rozmów. że jeszcze za mało umiem. a rano przytwierdza je z powrotem. Nie pamiętam. ale pan Kleks powiada. Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi.piegi. ale za każdym razem na innym miejscu. w której ma mnóstwo zapasowych piegów rozmaitej wielkości i barwy. że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa. że twarz pana Kleksa po prostu upstrzona jest piegami. Dlatego też. Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz. imieniem Filip. Okazało się. nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to. i nigdy jej nie zdejmuj. Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo. Pan Kleks nigdy nie rozstaje się ze swoją tabakierką. pan Kleks uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą. Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże. W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi: . żeby otrzymać takie odznaczenie. jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii. że piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos pana Kleksa. a niektórzy z chłopców dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą dumą Zazdroszczę im i nie wiem. a zdarzają się nawet takie dni.No. Skoro tedy Mateusz zaniemówi. muszę powiedzieć.W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem. który na noc zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność. czerwone lub żółte piegi. nie używaną jeszcze piegę i przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc: . Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie. Taki sposób wymyślił na niego pan Kleks! . a mianowicie . że przepada on za piegami pana Kleksa i uważa je za największy przysmak. po czym chowa starannie do tabakierki. które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia. aby trzeciego dnia pojawić się na brodzie albo na szyi.Noś ją godnie. Otóż wracając do Mateusza. Skutek jest natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. jest to bowiem najwyższa odznaka. czy wspomniałem już o tym. że w ogóle z nikim nie chce gadać.Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru . jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji.zwykł mawiać do nas pan Kleks. mój chłopcze. a teraz zażyjmy sobie piegów. . co dałbym za to. pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. aby dowiedzieć się od niego o wszystkim.

Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu wielkiego i potężnego władcy.Któregoś dnia. trzecia portugalską. gdy płakałem. złote korony i berła. każdy mój kaprys był natychmiast zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan.jestem księciem. jak to opisuje się w owych bajkach. Cichaczem pozbierałem je w trawie i zaniosłem Mateuszowi. Zaczął się tak zawzięcie drapać w nos. . jak i pośród ludzi. nigdy jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści. była liczona. w obawie o moje zdrowie. Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak. czwarta holenderską. Okręty królewskie panowały na czterech morzach. król. Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy. stąpałem po perskich dywanach. druga włoską. było to w połowie czerwca. że o niczym innym nie umiałem myśleć. że zdrapał sobie wszystkie piegi. Powtarzam ją tutaj w całości. do długości mego ramienia i do mego oka. z których każda wyszła za mąż za innego króla: jedna była królową hiszpańską. co sami wiedzą i umieją. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. Miliony ludzi drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. który czuje się obco zarówno pośród ptaków. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i złotem. jak go pogryzły komary. powierzył mnie dwunastu najznakomitszym uczonym i rozkazał im. drogocenne kamienie. Dlatego też ojciec. Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. ojciec mój. W latach mego dzieciństwa nieraz opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta. aby nauczyli mnie wszystkiego tego. ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby rozpalał mózg i duszę do tego stopnia. że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca. każda moja łza. każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi uśmiechów książęcych a dziś jestem szpakiem. Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów. Gdy ukończyłem siedem lat. Miałem cztery siostry. wykonane przez najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu. NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA Nie jestem ptakiem . o jakich nikomu się nie śni należały do mego ojca. że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. a wojsko było tak liczne i tak potężne. W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie. pan Kleks usnął w parku i zupełnie nie zauważył. Uczyłem się dobrze. Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. Nieprzebrane skarby i pałace. z tym oczywiście. bogactwa. zabronił mi jeździć konno.

który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie. Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały wierzchowiec Ali-Baba. zapomniałem o zakazie ojca. nie chciałem się uczyć i siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie. Upojony tą nocną jazdą. bale i zabawy zostały odwołane. jak mój ojciec nad królestwem. zwolnił bieg. Rumak ruszył z kopyta. Wilk z rozwartą paszczą powoli zbliżał się ku mnie. koń zaczął okazywać dziwny niepokój. dopóki nie ukończy lat czternastu. ujołem wodze w ręce i skierowałem się do widniejącego opodal lasu. Miałem wówczas osiem lat. wyskoczyłem przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Krzyknąłem więc: . że nie ma za nami pogoni. a łzy te cztery damy zbierały starannie do kryształowego flakonu. gdy zaś okazło się. stanie się jednak tak. aż wreszcie stanął jak wryty. że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i że panuję nad koniem tak samo sprawnie. unosząc mnie nie wiadomo dokąd. o tym. a całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi. Nie mogłem pojąć. skoro było powszechnie wiadomo. moje ukochane wierzchowce i przez sen wymawiałem ich imiona. które pamiętałem tak dobrze. Gdy flakon już się napełnił po brzegi. nie odzywając się do nikogo i nie odpowiadając na pytania.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami. przesadził kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie. Zdrowie następcy tronu stawiam ponad kaprys mego dziecka. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych postanowień. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca. Gdy wjechałem do lasu. Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt. Rzekł tylko: Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. jak i moja matka usiłowali nakłonić króla. Serce mi się kraje na widok jego smutku. stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg trzech dni. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Niebawem zrozumiałem. Po nocach śniły mi się moje bachmaty. porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę. co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał olbrzymi wilk. Zarówno uczeni. ażeby cofnął zakaz . ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu królewskich grenadierów razem wziętych. czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno. Ubrałem się po ciemku. Zerwałem się z łóżka i wyjrzałem do ogrodu. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska.jednak na próżno. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia. drżąc i parskając. jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy. Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. Książę nie dosiądzie więcej konia. że coraz bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie. a teraz na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno.

-W imieniu. widząc swoją bezsilność. ale ich wysiłki również spełzły na niczym. Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne. jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki. którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego zwierza. Czas upływał. i pocwałowałem w kierunku pałacu. Żaden z nich jednak nie zdołał mnie uleczyć. straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego. Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę. Wówczas odwiodłem kurek. Gdy wkradłem się do ogrodu. za której cenę można było nabyć całe państwo. cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej. krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób nie mogli jej zatamować. ale już po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię. wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w otwarty pysk wilka. podziwiając jego wielki wspaniały łeb. zalewała się łzami. oglądali mnie i badali. przeciągłe wycia wilków. tłumy ludu klęczały na placach i ulicach stolicy. Z mego odsłoniętego uda małymi kroplami sączyła się krew. wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi kieł. Byli też i tacy. czuwając przy mnie. Matka. Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. . w prawe udo. Strzał był niechybny. Niebawem przybyło ich tak wielu. dosiadłem Ali-Baby. Kiedy się rano zbudziłem. W chwili jednak gdy stałem nad nim. zanosząc modły o moje wyzdrowienie. Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności. króla rozkazuję ci. wyprężył jakby do skoku. że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń. który stawił sie na wezwanie mego ojca. gasłem i nikłem w oczach. a ojciec mój i król rozesłał do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów. była jeszcze noc. inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec przyczyny krwotoku. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy. abyś mi dał wolną drogę. Wieść o mojej chorobie rozszerzyła się po całym kraju. Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze. i krew sączyła się ze mnie nadal. opuścili pałac. toteż jak najszybciej położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Poczułem przeszywający ból. Półprzytomny z bólu i przerażenia. Zbliżyłem się do okna i wskoczyłem do pokoju. pozostawiając konia własnemu losowi. ostry jak sztylet. wreszcie padł tuż u kopyt AliBaby. ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym ciągu. Wilk skulił się. Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka. ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem. wilku.

Doktorze Paj-Chi-Wo. Mówiąc to.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka.przemówił wreszcie doktor Paj-Chi-Wo chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim dostojnym pacjentem. mój mały książę. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. w jaki sposób powstała twoja rana. że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tego nigdy. Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała. niegodzien jestem również pomnika. ile ich pomieści się w tym pokoju. Odtąd grozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. rubinów i szmaragdów.Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco . Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie: . ozdobioną na czubku dużym guzikiem. .Wyleczyłem cię. że krew odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć. gdyż mógłbym popaść w twoją niełaskę. po czym ciągnął dalej: . którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie. aby mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie. nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jak oka w głowie. ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić. włożysz cudowną czapkę bogdychanów. wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłą czapeczkę z czarnego sukna. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł: . a wiedz o tym. albowiem w mojej ojczyźnie pomniki stawia się tylko poetom. Jest to pierwszy król wilków. . Zastrzeliłeś króla wilków. Wiem. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo. obejrzał ranę. albowiem znam tajemnice niedostępne dla ludzi białych.zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju. przyłożył do niej usta i począł wsączać we mnie swój oddech. Dlatego daję ci cudowną czapkę bogdychanów.odrzekł doktor Paj-Chi-Wo pochylając się do ziemi . mój mały książę. pociągniesz tylko za guzik i znowu odzyskasz swoje książęce kształty.Weź ją. otrzymasz ode mnie tyle brylantów. Po tych słowach zbliżył się do mnie. Gdy niebezpieczeństwo minie. a wówczas będziesz mógł się przemienić w jaką zechcesz istotę.rzekł Chińczyk wstając i składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon. -Książę jest zdrów i może opuścić łóżko . uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa. Nie chcę być ministrem. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu. z tym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce. który padł z ręki człowieka.Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu . rana znikła bez śladu. a o nagrodzie pomówimy później. . nikt już bowiem nie wierzył. Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. a jeśli zechcesz. i cały kraj był pogrążony w żałobie. Pozwól mi wpierw zbadać chorego.

Precz stąd! . Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nie rozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. Nie było takiej siły. on zaś ucałował mą dłoń i opuścił pokój. Rozsypywano po lasach truciznę. a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziły mi z pamięci. Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazał wyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać im dwanaście worków brylantów. stojących dotąd nieruchomo u wrót sali tronowej. chwycił mnie nagle za rękę i zbliżając swoją twarz do mojej ryknął: . niepokoiła mnie nieustannie. rubinów i szmaragdów. Król raz po raz zmieniał ministrów. Ze wszystkich stron kraju donoszono. Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach. że olbrzymie stada wilków napadają na wsie i miasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała. Lata biegły. one jednak mnożyły się z taką szybkością. Lud oskarżał ministrów i dwór o niedołęstwo i złą wolę. . Stopniowo zaczął szeżyć się głód. Zniknął bez śladu. że poczęły zagrażać całemu państwu. którędy następnie wydalił się z pałacu. Pewnego listopadowego ranka wilki wtargnęły do pałacu. nie żegnając się z nikim i nie żądając zapłaty za moje uzdrowienie. Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głodu ludzi. Gdy wyzdrowiałem. Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. gdzie zasiadali moi rodzice. Chwyciłem najlepszą strzelbę. zastawiano pułapki i kopano wilcze doły. a równocześnie straciłem zupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania. mężowie żon. Ryk i skowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę. tępiono wilki w dzień i w nocy. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. która mogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. Nikt nie widział. Myśl o tym.zawołałem z wściekłością w głosie. naładowałem ją i stanąłem u wejścia do sali tronowej. że zabiłem króla wilków.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setki tysięcy ciągnących na północ wilków. Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyły je w przeciągu kilku minut. Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska. znowu wziąłem się do nauki. ale byłem silny i odważny. tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem. po nocach pełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci. mimo to napady wilków nie ustawały. Już miałem wystrzelić. gdy jeden z halabardników. Miałem wówczas lat czternaście. ale nikt nie mógł zaradzić nieszczęściu.

. a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów. Wsie i miasta opustoszały. a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. Stałem się szpakiem. poczułem okropną słabość. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem: . takim właśnie. oczy zaszły mi mgłą . ale zewsząd dolatywały tylko dzikie wrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. . Wzywałem pomocy.ujrzałem przed sobą rozwartą czerwoną paszczę króla wilków. bez którego już nigdy nie będę mógł stać się człowiekiem? Wiedziałem. Byłem wolny! Długo unosiłem się nad moją ojczyzną. jąłem zastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów. stać się ptakiem. która dotknęła mój kraj. Pozostało mi to już zresztą na zawsze.W imieniu króla wilków rozkazuję ci. Co działo się potem . że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie. ramiona przeobraziły mi się w skrzydła. że ocalałem jedynie dzięki temu. bez nadziei odzyskania kiedykolwiek własnej postaci! Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. Szybując nad ziemią. "Co tu począć? . Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka. Zemsta króla wilków była straszna.myślałem. Rozważając rozpaczliwie moje położenie. Nie miałem czasu do namysłu. a potem . abyś mi dał wolną drogę. psie. Z łatwością wydostałem się spod rumowisk. Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę. wydostać się z pałacu. opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę. jeśli zechcę. wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów. że nie było na niej guzika. jakim jestem dzisiaj. Strzelba wypadła z rąk. gdy naraz spostrzegłem. w przeciwnym razie będę musiał cię zabić! Ogarnęło mnie przerażenie. wilki grasowały w pałacu. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy. pośród których szalały głód i rozpacz.Jak wydostać się z tego piekła? O Boże. . Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!" I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. zrozumiałem.nie wiem.Chcę być ptakiem! W tej samej chwili zacząłem się kurczyć. Czy mam ją przy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. Gdzie zatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik. uciec z tego niewdzięcznego kraju. Głowę miałem potłuczoną. rodzice moi już nie żyli. Gdy odzyskałem przytomność. A więc mogę. upłynęło sześć lat.zostać ptakiem już na zawsze.

które powinno być. może unosić się w powietrzu. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie. ale którego wcale nie ma. ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemu handlarzowi za kilka pesetów. potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce od kamizelki przez kilka dni. Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami.. że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju. a pewna starsza pani. OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSA Opowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości. Ach. którego nie posiadałbym w swojej kolekcji. Nazywał się Ambroży Kleks. Postanowiłem uczynić wszystko. Odtąd przechodziłem z rąk do rąk. Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików. Przecież gdyby tylko chciał.Poleciałem kolejno do moich sióstr. może usiąść na krześle. którego zaciekawiła moja mowa. czy na ulicy. jakie udawało mi się znaleźć.niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt. aż wreszcie na targu w Salamance nabył mnie pewien cudzoziemski uczony. bo pan Kleks potrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy. Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął się dotychczas tą sprawą. ale żadna nie zdołała zrozumieć mojej mowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. obiła mnie parasolką. Krótko mówiąc .potrafi wszystko. gdzie się tylko da. a nadto. mógłby z łatwością odnaleźć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania. żakietów i marynarek napotykanych pań i panów. z których każdy jest inny.czy to w tramwaju. kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach. który zauważył te moje myśli. zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce na imieniny. co będzie w mojej mocy. Niestety. Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki. pogroził mi palcem i rzekł: . której by nie potrafił. Może zawsze z całą dokładnością określić. będąc poza Akademią pana Kleksa . której urwałem guzik od płaszcza. aby odnaleźć zgubiony guzik i przywrócić Mateuszowi jego prawdziwą postać. oddała mnie swojej służebnej. może z małych przedmiotów robić duże i odwrotnie. Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogę powiedzieć. co kto o której godzinie myślał. Najstarsza z nich. jak gdyby był balonem. umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaite potrawy. pan Kleks. Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji. Poprzysiągłem więc sobie. dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzika doktora Paj-Chi-Wo. czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek . królowa hiszpańska. w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika od swej czapki.

którzy na przykład uważają.No.Pomyślałeś sobie teraz. To wszystko.rzekł pan Kleks. tak sobie właśnie pomyślałem. uśmiechnął się i rzekł do mnie: . chłopcy! Niektórym z was wydaje się. Nie wtrącam się do cudzych spraw. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. że co dzień o północy pan Kleks zaczyna się zmniejszać. traci włosy.Z bajkami bywa rozmaicie . co wierzą. ale mnie się zdaje. . Mateuszu? . że jest głupi.Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach. Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. też są zmyślone? . Następnie łyka kilka pigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać. prawda? A tymczasem jestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie. O świcie pan Kleks wstaje. Takiemu. Być może.. że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona.są to zmyślone historyjki. powiedzcie. Nie dziwię się. stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka od cygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. Długo jednak zastanawiałem się nad tym.A moim zdaniem . używaną do oliwienia maszyny do szycia. panie profesorze.ciągnął dalej pan Kleks .. . w które ja wierzyć nie mam zamiaru. że to nieprawda. że mam pewno ze sto lat. dzięki temu również na obiad dla całej Akademii wystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni. Z wyglądu przypomina zwykłą oliwiarkę.Awda. . Gdy pan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko. Są tacy. Dzięki temu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się w dorosłego człowieka. Prawda. a bajki. Możecie sobie roić.zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa. mój chłopcze! A po chwili. awda! . przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. że w takim łóżeczku może zmieścić się szpak. gdyż nigdy się nie gniewa i jest nadzwyczajnie dobry. dodał: . że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla. Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa.. Otóż Mateusz opowiedział mi. Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy. gdyż po upieczeniu pan Kleks powiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. aż wreszcie staje się mały jak niemowlę. patrząc na mnie badawczo. Pewnego dnia. w jaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy. ale pan Kleks?. co tak myśli. że na drugim piętrze. . wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i po chwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości. to mnie to wcale nie obchodzi. dlatego też zrobiło mi się przykro. Szczególna właściwość powiększającej pompki polega jeszcze na . wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiego łóżeczka w sąsiedztwie Mateusza. Istotnie. w każdym razie opowiedział mi.Słuchajcie. że pan Kleks te myśli zauważył. że człowiek może przedzierzgnąć się w ptaka. kiedy spotkał mnie w parku. gdzie mieszka z panem Kleksem.zapytał niespodziewanie Anastazy. Nie mogłem tego pojąć. co tylko wam się podoba.Są tacy.

Dlatego też. których ma niezliczoną po prostu ilość. Nosi szerokie spodnie. pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć. sztywny. Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowego szkła i popija je zielonym płynem. ale pan Kleks obiecał. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał: . który ma prawo przebywać w niej. które chwilami. bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata. gdy tego naprawdę potrzeba. zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek. długi surdut koloru czekoladowego lub bordo. . i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd. Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby. Jest to płyn. ale to wszystko zapomina.według słów Mateusza . Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaście kieszeni. kiedy mu się tylko spodoba. Dlatego właśnie pan Kleks o północy zaczyna się zmniejszać. ak! Co znaczy: . tylko szpakiem. bo podczas snu pan Kleks wszystko. czy jest gruby. który . Bardzo nas to wszystko martwi.przywraca w pamięci pana Kleksa to. W surducie natomiast jest tylko jedna kieszeń. że Mateusz nie jest psem. Przeznaczona jest ona dla Mateusza. z chwilą gdy potrzeba taka ustaje. i to w dodatku z tyłu. ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększony przedmiot wraca do swego normalnego stanu. niezwykle obszerny. aksamitną cytrynową kamizelkę. że do powiększania deserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd.Aga. że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzech wesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu.Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi! Gdyby nie to. ażeby nie przygnieść Mateusza. gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść w fotelu. zwłaszcza podczas wiatru. z tych samych powodów również wnet po zjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni. tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu. Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie. czy chudy. Pan Kleks jest średniego wzrostu. z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos: . Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi i zaczyna się ubierać. co działo się przedtem. ale nie wiadomo zupełnie.Uwaga. kim jest ani jak się nazywa. nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem. powiększająca pompka nie ma nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości.tym. przypominają balon. pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia. szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie. że powiększa ona przedmioty tylko wtedy. albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. gdyż zapomniał. w kamizelce zaś dwadzieścia cztery.

mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. bez dna. Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa. Pan Kleks kazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik. Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu. przy czym nieraz zdarza się tak. a niekiedy nawet trzeci pokój. Mateusz opowiadał mi. . przybiegł z miasta Filip i opowiedział. co stało się tramwajowi. akurat w tym miejscu. po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi pana Kleksa. w zależności od pory roku. pod nosem zaś rosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj. czego nie widzi. do koszyczka przytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko. że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkie kieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju. do drogi . Dopiero przed paru tygodniami dowiedziałem się. Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki z przyczepionymi do nich małymi koszyczkami. które je osłaniają. Oczy pana Kleksa są jak dwa świderki i gdyby nie binokle.Przygotujcie się. złote kluczyki oraz rozmaite inne osobliwości pana Kleksa. jest bardzo ruchliwy i przekrzywiony w prawo albo w lewo. Ruszamy! Anastazy. co tylko zechce. które się kiedykolwiek w życiu widziało.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna. Pokryta jest ogromną czupryną. moim zdaniem. że wchodząc rano do klasy pan Kleks mówi: . gdyż zdarza się nieraz. Pan Kleks wyjął z koszyka oko. W istocie. . powiększająca pompka. całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. że cokolwiek w nich się znajduje.Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole. gdzie przypadało siedzenie fotela. też ma na to sposób. a motorniczemu spuchła wątroba. Pan Kleks widzi absolutnie wszystko. Kieszenie spodni są. włożył je na swoje miejsce i powiedział z uśmiechem: . że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzeba otworzyć dodatkowo drugi. czarną jak smoła. kilka płomyków świec. a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. tabakierka z zapasowymi piegami.rzekł do nas pan Kleks. zabierz ten fotel. otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy! . i pójdziemy go ratować. Gdy zaś fotel jest zabrany. chłopcy.Za chwilę już będę widział. Pan Kleks może schować w nich. na pewno przekłuwałby nimi na wylot. Jest tam flaszka z zielonym płynem. W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty. Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów. bardzo przypominające mały rower. senny kwas. Na nosie tkwią srebrne binokle. pigułki na porost włosów. nastawił odpowiednio blaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta.Adasiu. i nigdy nie znać. pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty. o którym jeszcze opowiem. które budzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. i okolona bujną zwichrzoną brodą. a kiedy chce zobaczyć to. kolorowe szkiełka. do czego służą one panu Kleksowi.

pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnej chwili tak się nieszczęśliwie przechylił. osłuchał go dokładnie. sapiąc i ocierając pot. jak pan Kleks. Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. młoteczek. Osie pokropił jodyną. Rybak złowił go na wędkę. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę. po czym wysmarował żółtą maścią motor i korbę. Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw. . z wesołym uśmiechem wskoczył na pomost. przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęły rosnąć. Bo miał dużo ważnych spraw. że można z nich zestawić bardzo ładne wierszyki. i dał mu połknąć małe niebieskie szkiełko. pan Kleks wsiadł na nie i pojechał naprzód wskazując nam drogę. . słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. po czym zbliżył się do motorniczego. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. że z kamizelki wypadła mu powiększająca pompka. a pan Kleks podążał za nami. który wił się w bólach. Po chwili zdjął z nosa binokle. a w końcu wdrapał się na dach tramwaju i pozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu. Po naprawieniu tramwaju wróciliśmy do domu. W kilka dni później widziałem jeszcze raz. Gdy stały się już tak duże jak rower. poszła na dno. całkowicie tamując ruch. i zanim pan Kleks zdążył ją złapać. W poprzek ulicy istotnie stał pusty tramwaj.Gotowe . Widzieliśmy wszyscy. Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut. Gdyśmy siedzieli nad stawem. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniu poszczególne sylaby i okazało się. angielski plasterek. jak zanurzyła się w wodzie. Pan Kleks kazał nam otoczyć tramwaj i wziąć się za ręce. śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa. jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. wysłał oko na oględziny.rzekł pan Kleks . Opukał tramwaj ze wszystkich stron i boków. Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy w zeszytach kumkanie żab. zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekko po szynach. Wyjął więc ze swych bezdennych kieszeni małą słuchawkę. Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie. wyleczony przez pana Kleksa. Kilku tramwajarzy i mechaników. krzątało się dookoła zepsutego wozu. mówiąc jego słowami. ażeby nikt nie miał do niego dostępu.można jechać! Po tych słowach motorniczy.Czwórkami wyszliśmy na ulicę. W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej.

jakie są w czereśniach lub wiśniach. kto mieszka na księżycu. gdy udaje się na połów motyli. ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smaczne rzeczy. że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróci przed Bożym Narodzeniem. gdzie i kiedy zechce. Nadymają się więc z całych sił. a na drugie śniadanie nie jada nic innego. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je z powrotem na miejsce. Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. wydymąją policzki. że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego. ale może również unosić się swobodnie w górę. Dlatego też jadam tylko to.Zapamiętajcie sobie. Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby. W tym celu nabiera pełne usta powietrza.że smak mieści się nie tylko w samym pożywieniu. że jada tylko specjalny gatunek motyli. gdzie leży pompka. gdyż zjeżdża po poręczy. chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj. że pan Kleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. bo chcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. gdzie mi wskazał pan Kleks. Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa. a więc motyle. gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów. a jeden z Antonich o mało nie pękł. Pan Kleks jednak powiada. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem. siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binokle na nosie.Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki. Na pożywieniu mi nie zależy. różne kolorowe szkiełka oraz potrawy. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa. Dowiemy się zaraz. . wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. gdy tylko pan Kleks się ubierze. Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą. moi chłopcy . ale upływał dzień za dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek.Wysyłam oko na oględziny. naśladując ruchy pana Kleksa. drugie zaś zalepił sobie angielskim plasterkiem. Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody. Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił. Kazał przynieść sobie z piwnicy niebieski balonik. gdyby nie to. które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jak fasolę. że rano.Nie namyślając się długo. skoczyłem do stawu. Właściwie nie można powiedzieć. . Muszę dowiedzieć się.Wysyłam je na księżyc. Arturowi z wysiłku krew poszła z nosa. mówiąc: . zawołał: . ale mimo to nic im się nie udaje. co jest kolorowe. że to bardzo łatwo unosić się w powietrzu tak jak on. ale dotąd jeszcze nie wrócił. że pan Kleks schodzi. cztery metry od brzegu.oświadczył nam kiedyś pan Kleks . jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. Balonik niebawem uniósł się w górę. kwiaty. Zauważyłem jednak. Po prostu znikła bez śladu. a zwłaszcza wtedy. które sam sobie pomaluję na jakiś smaczny kolor. wysiłki moje pozostały bez rezultatu. włożył prawe oko do koszyczka i rzekł: . a za mną kilku innych chłopców. schodzi na dół na lekcje. lecz również w jego barwie. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy.

zielony usuwa łupież. Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza: . natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawy rozmaitymi sosami. długich spodni. wstawać! Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej. zaczyna przez nie sączyć się zimna woda. Gdy je Mateusz otwiera. aż spotkała mnie owa niezapomniana przygoda. za którym przepadam. wówczas za karę musi nosić przez cały dzień żółty krawat w zielone grochy. NAUKA W AKADEMII Co rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. przy którym każdy uczeń ma swoje stałe miejsce. białych. niebieski poprawia wzrok.Udka. czego nas tym razem będzie uczył pan Kleks. Myjemy się bardzo chętnie. Stoi tam pośrodku duży okrągły stół. ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się w górę. Są to niewielkie otwory w suficie. Soki pana Kleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakoś dziwnie. gdyż tego dnia do wody dodawany jest sok malinowy. która wprawiła w zdumienie nawet samego pana Kleksa. . awać! Co znaczy: . Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdy z nas ma swój własny prysznic. żółty reguluje oddech. szary oczyszcza krew. O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalni na śniadanie. a gdy nadto jeszcze wydąłem policzki. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul. Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno. że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. przy czym na każdy dzień tygodnia przypada inny sok. Jeśli któryś z chłopców coś przeskrobie albo nie umie lekcji. Szyby w oknach są różnokolorowe. czyli ogółem dwadzieścia cztery. Krawat taki jest bardzo piękny i właściwie każdy powinien by go chętnie nosić. ile łóżek. my jednak martwimy się okropnie. Oszołomiony z wrażenia. Jeśli chodzi o mnie. toteż sypialnia nasza zawsze z rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. co bardzo podnosi smak wszystkich potraw. poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców. granatowych pończoch i białych trzewików. leciałem coraz wyżej i wyżej. gdyż umieramy po prostu z ciekawości. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby. która kapie prosto na nasze nosy. gdy spotka którego z nas taka kara.Pobudka. Otworów takich jest tyle. gdyż z pryszniców tryska woda sodowa z sokiem. W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa. to najstaranniej myję się w środy.

Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie. zajęć i ćwiczeń z całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce. że w niedzielę po południu sen ten odczytany zostanie na głos. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa. jak trzeba obchodzić się z atramentem. przybierając kształty rozmaitych figur. wykładów. zwierząt i postaci. gdyż na opisanie wszystkich lekcji. wymyślone przez pana Kleksa. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. że zapisał go w senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. gdzie pan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło. które są zazwyczaj wykładane w szkołach. Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przez okienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. przedmiotów.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. Ażeby każdy mógł zorientować się. Mają one swoje szczególne przeznaczenie. do których dopisujemy odpowiednie historyjki.wszystko. Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano. Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterek wszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. ogląda on dokładnie. gdy lusterka oddajemy panu Kleksowi. . Mateusz jest zdania. nie dokończone. a pozostają tylko te. chłopcy . ani tych wszystkich nauk. Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny. co śniło się każdemu z nas. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach. opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego. pan Kleks na specjalnej maszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki. czego się uczymy. Ponadto zapowiedział całej klasie. ani gramatyki. że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionego atramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. Naukę tę wymyślił pan Kleks. które wszyscy zażywamy na noc. Kleksografia polega na tym. Gdy wyschną już na proszek.Pamiętajcie. co pan Kleks danego dnia wymyśli. Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki.rzekł do nas na samym początku pan Kleks . które spodobały się panu Kleksowi. że na arkuszu papieru robi się kilka dużych kleksów.że nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia. Przede wszystkim nigdy nie wiadomo. głupie i nieodpowiednie idą do śmietnika. Odbijają się w nich nasze sny i rano. O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek i dzwoni na apel. . że po panu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia są całkiem prawdopodobne. po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się po papierze. a po wtóre . a najpiękniejsze z nich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii. jak w Akademii pana Kleksa. Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi. Sny niedobre. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju. Myślę. Tam suszą się one przez jakiś czas. jest ogromnie ciekawe i zabawne. abyśmy wiedzieli. jakiego rodzaju nauki pobieramy w Akademii pana Kleksa. ani kaligrafii.

powykrzywiane szafy. tak że na półkach zostały tylko puste stronice. czy nosorożec. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu i wiązać supełki. który stał w rogu sali. popaczone stoły. nie męcząc wzroku. Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa.Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przez palce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę. Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugie piętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów. a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici. Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne. do którego zbliżał się pan Kleks. . . aby żadnego z nich nie urazić. prawda? Gorączka minęła. bez liter. nauczę was również czytać palcami. mój maleńki? Już cię nie boli. Czy to ptak. trzeszczał lub skrzypiał na jego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. Zabrał się on przede wszystkim do stołu. nie mówiąc już o tym. Zauważyliście pewno wszyscy. Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. którą następnie nawija się na szpulkę. że drukowane litery w książkach składają się z czarnych niteczek. Poszło na nią kilka flaszek atramentu i cały stos papieru. zepsute zegary. po czym przemówił niezmiernie czule: . na których pan Kleks następnie wiąże supełki. dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitych innych zniszczonych sprzętów. Gdy zapytałem go. Opukał go dokładnie na wszystkie strony. Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. Krzesła i stołki z radości tupały nogami. gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk i twarzy.w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów. W ten sposób nawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa. Pamiętacie. musicie uważać. Jest to największa pasja Pana Kleksa. odrzekł mi wielce zdziwiony: . Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. że wszyscy byliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. jak wyleczyłem zepsuty tramwaj? Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów. posplatanych w najrozmaitszy sposób. za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie.rzekł pan Kleks wpuszczając nas do środka . tapczany bez sprężyn.Wchodźcie ostrożnie. sam natomiast zabrał się do pracy. Wieczorem musieliśmy użyć do mycia soku cytrynowego. Każdy sprzęt. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery. ale wolę je niż czytanie wypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych. deski się zrosły. Gdy nawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki. Były tam fotele bez nóg. a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec. moi chłopcy .No co. po co to robi. Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami. ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls. rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je w jedną długą nitkę. Z jednej książki można otrzymać siedem. popękane lustra.

bądź tylko dobrej myśli. wtykając dziób do rozmaitych szpar i szczelin w podłodze i w ścianach. smarować i nacierać pękniętą sprężynę. . Pan Kleks również był bezsilny. uczcie się. że pan Kleks zgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę. po czym napuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego. tylko pan Kleks siedział w powietrzu z nogą założoną na nogę. Następnie zbliżył się do szafy. . Mateusz fruwał po całej sali. Wkrótce już będziesz zdrowa. jodynować wahadło.Nie wyjdę stąd. zapuszczać kropelki. Poszukiwania nasze trwały długo. Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital. Rozpoczęły się poszukiwania. Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce. wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak. Jest już zdrowe . dopóki zguba się nie znajdzie . tik-tak.Jutro cię jeszcze odwiedzę . Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa. . przeszukiwaliśmy zakamarki. tylko się nie martw. zegar nagle wydzwonił godzinę. .Podczas gdy stół cichutko skomlał. tik-tak". chłopcy. wszystko będzie dobrze. jak trzeba leczyć pęknięte szkło! .Jak tam? . bo mu kilka ze zmartwienia wypadło. . .rozczulał się nad nim pan Kleks . i rozmyślał. poklękaliśmy na podłodze i pełzając na czworakach. jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty. .oznajmił pan Kleks. a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się. bardzo uważnie wysłuchał. Na ścianie wisiało pęknięte lustro. przyłożył ucho do jej pleców. Byliśmy po prostu zdumieni. Wszyscy.zawołał do nas wesoło pan Kleks. pan Kleks wysmarował mu blat żółtą maścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem. Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką.zapytał pan Kleks.Biedactwo .rzekł pan Kleks .powiedział pan Kleks. ale nic. Mówiąc to. a gdy po chwili odlepił plasterek. gdyż jego prawe oko nie wróciło jeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny. No. kąty i skrytki. łykał pigułki na porost włosów. ilu nas tylko było. Trzeba było przepłukiwać wszystkie śrubki.tyle musisz się nacierpieć. która straszliwie zaskrzypiała obojgiem drzwi. nie było już ani śladu pęknięcia. a mimo to nie zdołaliśmy odnaleźć wykałaczki.Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie.Patrzcie. gdy nagle okazało się. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie. wyjął z kieszeni czarny angielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia. ' Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze.

Zimno-zimno-ciepło. pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki. Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół. gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu. że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nad podłogą. .Londyn! .Skierniewice! . W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa. Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna piec zawołał: . lustra usiłowały odbić po kolei wszystko.Australia! . gdy któryś z nas popełniał błędy. na lekcję geografii. rzekę albo górę. jak do gry w piłkę nożną. Mateusz był sędzią. Kulawe stoliki i stołki kuśtykały po całej sali. a potem zabrał się do przeszukiwania firanek. zimno-ciepło-ciepło. pan Kleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli. chore sprzęty. Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy: . Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie. szuflady powysuwały się pojękując dnami. Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa. co tylko mogły w sobie pomieścić.Radom! .wołał piec. my zaś udajemy się nad staw lub na boisko. Cała zaś sztuka polegała na tym.Wisła! .Tatry! . fruwał nieustannie w ślad za piłką i gwizdał. ale po raz pierwszy w życiu widziałem taką lekcję geografii. wymieniać równocześnie miasto.Gorąco-gorąco! . w którą właśnie trafił czubek trzewika.Ciepło-ciepło-ciepło! Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna. Byłem już poprzednio w dwóch szkołach. że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność.Nic też dziwnego. powtarzał nieustannie: . Biegaliśmy za globusem jak szaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił. Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. same zabrały się do szukania zguby. rozdzielił nas wszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak. wreszcie piec. dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła. Okazało się. Mateusz natomiast zarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko. aby uderzając w piłkę nogą.

Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka.Zapomniałam. że Antoni wymienił Skierniewice zamiast Mysłowic. Albert pomieszał Kielce z Chinami. ale pod warunkiem. czy też może do Sindbada Żeglarza. że wzbił się on niezmiernie wysoko. przewracaliśmy się na ziemię. a następnie spadł nie na boisko. wykrzykiwaliśmy nazwy miast. gdyż nie wiedzieliśmy. czy do Trzech Świnek. . opcy! Co miało oznaczać: .Berlin! . że u was jest przecież lato .Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek. szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: .. a wraz z nią dwunastu jej poddanych. biedna Królewna Śnieżka z każdą chwilą malała topniejąc coraz bardziej. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła: . a za nią dwunastu krasnoludków dźwigało na plecach nasz globus. Połączyło się z nim dwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej z furtek w murze. rozległ się nagle wesoły głos Mateusza: . że nauczycie moich krasnoludków geografii. a jednak nauczyłem się przy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzech lat. zaczęli pomału topnieć i rozpływać się w gorących promieniach sierpniowego słońca.szepnęła zawstydzona Królewna Śnieżka. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji. Mateuszowi pot spływał z dzioba. który był najśmielszy z nas wszystkich. Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. popychaliśmy jeden drugiego. chłopcy! Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: od strony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka.Grecja! Mateusz gwizdał raz po raz. ja sapałem jak miech kowalski. Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek: jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus. co począć. Byliśmy ogromnie zakłopotani. .Uwaga. okazywało się bowiem.Doskonale! Bardzo chętnie! .Aga. w jakiej bajce mamy szukać naszej piłki: czy udać się do Tomcia Palucha. aż wreszcie rozpuściła się całkiem i zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. mimo to jednak zwracam ją wam. Gra ta bawiła nas niesłychanie.zawołał Anastazy. lecz przeleciał przez mur i dostał się w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. zaś Anastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie. Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym. krajów i mórz.

że dbają o jej czystość. po czym na zakończenie dorzucił kilka płomyków świec. które zaprowadził tam pan Kleks. to znaczy. Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia. Stał na nim pękaty szklany słój. gdzie Alfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu. ja zaś udałem się do kuchni. ale wstęp do kuchni był zabroniony. że nie jestem ze śniegu" . Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymi kwiatami. a nadto zarządza balonikami pana Kleksa. Pośrodku kuchni wznosił się wielki stół z metalowym blatem. oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem. Anastazy otwiera i zamyka bramę. trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu. od których woda w rondlu natychmiast . patrząc na oddalający się coraz bardziej strumyczek. wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. Artur sprząta salę szkolną. Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał się do przyrządzania potraw. Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki. wypełnione szkiełkami przeróżnych barw i odcieni. trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni. Do domu by się szło! "Jak to dobrze. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademii dumny jak paw. Gdy tak stałem zamyślony. rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka. Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa. pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi i jedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks. że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. dosypał garstkę białego proszku.Hej-ho. Dopiero w zeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił. Obowiązki podzielone są między uczniami w ten sposób. Po przeciwległej stronie umieszczone były naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszych pędzli i pędzelków. drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia. cerują pończochy i przyszywają guziki. To Mateusz wzywał nas na obiad. KUCHNIA PANA KLEKSA W Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynności wykonywane są przez nas samych. dolał wody. że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie. Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko. napełniony płomykami świec. hej-ho. Gdy Mateusz zadzwonił na obiad. wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni. Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu. Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną. jak pan Kleks radzi sobie z gotowaniem na tyle osób. cienkim pędzelkiem wymalował na powierzchni zielone grochy.pomyślałem sobie. Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi. sypialni oraz na schodach.

zawrzała. Wówczas pan Kleks wymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł do mnie: - Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będzie dzisiaj doskonała. Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nic równie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut. Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jeden płomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwa szkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarym proszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się, przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jej denko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonną pieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Na kartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni. Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilka listków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował. - Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin. Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go w czerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy. Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu, co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażeby pieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła. Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innych zajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie: - No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz, co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jaką masz apetyt. Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnie ogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, i wreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem. Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbach i łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił do środka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc: - Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity. Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach. W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią i pierogi z jagodami. - A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.

W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko z pigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej i rzekł: To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubioną kolorową potrawę. Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie, potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnym smakiem. Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. - Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyjaźniłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo. Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktor Paj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencję rozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb powstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej. W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrze doktora Paj-ChiWo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego. Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść: Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mnie wszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenie ludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylko uczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkie pomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka. Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym - zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcy na nas czekają. Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dla nas przeróżne zabawy i rozrywki. Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów. Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks. Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, aby poszedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czego zabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy. Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa był niezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowce strzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn, bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie do przebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było w jarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę, gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywały tajemnicze odgłosy i szumy.

Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociaż wszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżej położonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych w stuletnich drzewach, ale wyobraźnię naszą drażniły stale owe niezbadane i nieprzebyte gąszcze. Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóż myśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowych szkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku. Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępy dzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęzie drzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszcie stanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny. Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nas ciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelest suchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki. Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary starego dębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała. - Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur. - No chyba! - odrzekłem z zapałem. Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlę i zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocno zawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwili Artur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli. Uczyniłem to samo i niebawem obaj znaleźliśmy się we wnętrzu dębowego pnia. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów, prowadzących w dół. - Schodzimy? - zapytał Artur. - Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem. Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskich stopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem. Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samym dole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmy przed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że ze strachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicie nie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmy skręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znaleźliśmy się w ogromnej sali, oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakież było nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkę z maleńką złotą koroną na głowie. Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii pana Kleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, do bajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemienicie się w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdzie bardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, aby ktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie

Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytne wyróżnienie! Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił po jednej mnie i Arturowi.A wy coście znaleźli? . . jak gdyby zobaczył coś niezwykłego. gdzie była poprzednio. a za to będziecie mogli zabrać sobie wszystko. pierścienie z drogimi kamieniami. Były więc złote monety. Słysząc te słowa. zbliżyłem się do trzeciej skrzyni. .Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to.rzekł do nas po chwili. tabakierki. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość. Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: Weź sobie ten gwizdek. co dzisiaj znalazł . Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nic więcej. Wobec tego. kubek z ametystu. gdzie się być pragnie. skrzypce ze złotymi strunami. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nich skarby. W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysoko w górę. Artur uważnie oglądał gwizdek. ja zaś przez ten czas otworzyłem trzecią skrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk.To są nieocenione skarby . aby znaleźć się tam. . co znajduje się w dwóch pozostałych skrzyniach. Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem. srebrne talerze. że w niej również ukryta jest jakaś niespodzianka. Przejęci naszą przygodą. przyłożyłem go do ust i zagwizdałem.zapytał nas z uśmiechem pan Kleks. Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka. posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innych cennych przedmiotów.oświadczył pan Kleks.A to ci dopiero skarby! . zazdrościli nam bardzo naszej przygody. ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni. . że wystarczy na nim zagwizdać. obejdę się bez niego! I nie czekając na towarzysza. A teraz nie traćmy więcej czasu. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów. ruszyliśmy w kierunku stawu. Wziąłem z rąk Artura gwizdek. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty. Zanim zdążyliśmy się opamiętać. gdyż wszyscy już wrócili ze swych poszukiwań. jednak na próżno szukaliśmy dziupli w tym miejscu. O czwartej mamy pójść do miasta.zawołałem ze śmiechem. uszanujcie moją wolę. gdzie miał nas oczekiwać pan Kleks. Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów.Kluczyk ten otwiera wszystkie bez wyjątku zamki. sznur pereł.mnie w spokoju. . że zostały . staliśmy na ziemi u stóp dębu. Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek. a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce.

jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachy i przyglądali mi się przez długie lunety. Po chwili jednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto. Widziałem. ale wszystko na próżno. a po chwili poczułem na sobie światło reflektorów. ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować. spodziewałem się. Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnaleźć jakieś wejście. a już można poszybować wzorem ptaków aż pod samo niebo. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem. niechaj nam Adaś Niezgódka opowie. że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa. Nagle obudziło mnie silne uderzenie w plecy. Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza i poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość. usiłowałem naśladować przelatujące w pobliżu ptaki. Poprzez wąziutkie uliczki przebiegały maleńkie tramwaje. że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa. płaczem i strachem. że już gotów jestem do lotu. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi. Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie. nie wiedząc kiedy i jak. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie. w którym domy stały obok siebie jak pudełka zapałek. Bajek nie było nawet śladu i mur. ale ziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. o który widocznie uderzył mnie podmuch wiatru. że nikt mi nie uwierzy. Mur zbudowany był z niebieskiego matowego szkła. jak to było wtenczas. gdyż jego wszechwidzące oko znajdowało się na księżycu. aż wreszcie tak jak przewidywałem. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur. park malał i jakby uciekał w dół. okazało się jednak. Zauważyłem. wyczerpany lotem. Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiej przygodzie. jak całą historię opowiedzieć od początku do końca. Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd. która oddalała się ode mnie z wielką szybkością. nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. natrafiłem . w jaki sposób wrócić na ziemię. Stałem wprawdzie na ziemi. zrozumiałem. kiedy mu się zachciało latać. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa. że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczy tylko unieść się w powietrze. Wreszcie. do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. tak jak każdy inny mur. a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkie strony. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy. że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki. MOJA WIELKA PRZYGODA Zawsze wydawało mi się. Z nastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. zapadłem w głęboki sen. Teraz jednak. brzozowego gaju i obsypanych kwiatami łąk. gdyż obawiałem się. Szybko zapadał mrok.jeszcze trzy kwadranse. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się coraz wyżej. wobec żądania pana Kleksa. i co przy tej sposobności widział. Dokoła widziałem już tylko gwiazdy. wstrzymywałem oddech. Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do góry głowami. Poza murem jednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków. nie pozostawało mi nic innego. Jest to bardzo ciekawa historia. Wiedziałem. że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą w powietrzu. a na nikogo innego liczyć nie mogłem. koledzy poczęli gwałtownie się zmniejszać.

Reks . Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący. Zdziwienie moje nie miało granic. . a raczej nieduże domki. każdy.Nie dziw się. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go w nos. kto do nas zawita. mlasnął językiem i zaszczekał. o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach. udając się do ludzkiego raju. Miałem bowiem przed paru laty ulubionego mopsa imieniem Reks.na dużą bramę z matowych szyb. jak gdyby spotkał starego znajomego. zapragnąłem upodobnić się do otaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach. Chcąc naśladować psią mowę. Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykły widok. Wasz ludzki raj mieści się o wiele. gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośne szczekanie. ale z moich ust wydobyły się słowa. co przyszło mi bardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie.Hau! hau! hau! . który przyjaźnie wyszczerzył zęby. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzo chętnie i gościnnie.Reksie mój drogi. Trafiłeś po prostu do psiego raju. Zdawało się. wiele wyżej. a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. wesołym szczekaniem. wiesz o tym. Różne inne psy z zaciekawieniem. Adasiu. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia. Takie same słowa rozlegały się dokoła i naraz doleciał mnie znajomy głos Reksa: . że na mój widok wyskoczy po prostu ze skóry. gdzie jesteś? . Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi. Czy i ty się wybierasz do ludzkiego raju? . który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. a ja również nie mogłem się nim nacieszyć. Po krótkim wahaniu zapukałem. zaczyna rozumieć naszą mowę i sam potrafi nią władać również dobrze. po obydwóch jej stronach stały długim szeregiem psie budy. wesoło poszczekując i merdając ogonami.odrzekłem.Pojęcia nie mam . że nie mogłem odpowiedzieć psom taką samą serdecznością. ale przyjaźnie obwąchiwały mnie. rozbawionych szczeniaków. gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. Czy się domyślasz. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla. a niektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. zawadza o nas. bo czuję się pomiędzy nimi cokolwiek obco. pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Reks łasił się do mnie bez przerwy. może mi objaśnisz. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd. Psy bardzo kochają ludzi. Niech cię to nie martwi. Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. otoczone prześlicznymi ogródkami. Nasz znajduje się na połowie drogi i bardzo wiele ludzi. jak i my. pobudowane z różnokolorowych cegiełek i kafli. Wszystkie psy po śmierci dostają się tutaj. to ty? . a z okienek wyglądały różowe pyszczki puszystych. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszych ras i gatunków. na którego zazwyczaj w ten sposób gwizdałem. Od bramy prowadziła szeroka ulica.Reks. .odpowiedział mi Reks długim. on zaś polizał mnie tak czule. których dotąd zupełnie nie znałem.wołałem . Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem groźną głowę buldoga. a następnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami. spróbowałem szczeknąć lub warknąć. że aż mi serce mocniej zabiło.

Adasiu .Ulica. jeszcze inne łapały muchy. Oto buldog Tom. Rozejrzałem się dokoła.nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. a Reks ciągnął dalej: . że przed paru miesiącami wpadł pod koła samochodu. pan Niezgódka. Od Reksa dowiedziałem się. dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. dobroczyńcy i lekarzowi zwierząt.Powiem ci.A teraz .że ludzie nie rozumieją naszej mowy. ma na imię Glu-Glu. Przed domkami na miękkich poduszkach leżały świeżo wykąpane szczenięta. Pomnik był cały zrobiony z czekolady i mnóstwo psów oblizywało go dookoła. Zresztą stopniowo poznasz się z pozostałymi psami.Bardzo mi przyjemnie . inne ssały kawałki cukru. Lordzie . ma na imię Jaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. Żaden Pies nigdy nie bywa zły. Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzanie psiego raju.Pozwoli pan. którą teraz biegniemy. który pilnuje naszej bramy.odrzekłem. jak u siebie w domu. wdzięczne psy.ciągnął Lord . chociaż mówimy przecież zupełnie wyraźnie. w psim raju. a może nawet jeszcze lepiej. wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiego raju. był moim panem i czułem się w jego domu nie gorzej aniżeli tutaj. Ten pudel. . Pośrodku placu stał pomnik starszego pana.Jakie to dziwne . a to dobermanka Kora. Nieraz też zastanawiałem się nad tym.Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie.Jestem Adam Niezgódka. pod którym umocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle. Oprowadzę cię po naszym rajskim mieście. oto jest ten plac. a to owczarek Kuba.mówił Reks. . Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięć koziołków.rzekł Reks . Nazywam się Lord. Plac był po prostu wspaniały. które dobrowolnie wpadały im do pyszczków. .Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. . Jest doskonale wytresowany i zabawia nas przeróżnymi sztuczkami. którego poznałeś. o którym nigdy dotąd nie słyszałem. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle. Chodź. że ci przedstawię moich przyjaciół. a ten piękny chart to chluba naszego raju. Niektóre z nich bawiły się piłkami. o tym. nazywa się ulicą Białego Kła . Mamy wrażliwe serca i przywiązujemy się do ludzi. Popatrz. Schludne jasne domki otaczały go ze wszystkich stron. Istotnie. Mój przyjaciel. że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa. . . Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie: .Ten szpic ma na imię Azorek. . dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies. którzy nieraz bywają dla nas źli i niegodziwi.pozwól.że jesteś właściwie niedelikatny. że się przedstawię. . przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setką rozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze.dodał zwracając się do mnie . a to pekińczyk Ralf. To nieprawda.przerwał mu Reks . Służył niegdyś wiernie królowej angielskiej. gdyż żyjemy tutaj w zgodzie i przyjaźni.

Istotnie.Jestem dręczycielem. Bez trudu zerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki. którą zjadłem ze smakiem. . Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. .Codziennie . Ten wielki dog nazywa się Tango. że drzewka rosnące pod oknami miały zamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowym szpikiem. Nigdy nie rozstaje się z parasolką. . Na ganku leżały poduszki i dywany. Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie: .mówił drugi.mówił czwarty. . Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synów biedaków. Po obu jej stronach na kamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitym wyglądzie. .zapytałem. i umorusanych. Reks nacisnął wystający ze ściany kran.zjadamy cały pomnik doktora Dolittle i codziennie odbudowujemy go na nowo. Czekolady nam nie brak.zamiast spodziewanej wody trysnęło do szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych.rzekł Reks .Reks utorował mi drogę do pomnika. A ta para jamników to Sambo i Bimbo. na których wygrzewały się maleńkie mopsiki. . jesteśmy przecież w raju. Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę: . . chociaż deszczów u nas nie bywa. W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. po czym ruszyliśmy z Reksem w dalszą drogę.Jestem dręczycielem. Wstyd mi się przyznać. gdyż zacząłem odczuwać głód. . czyli około pół kilo czekolady. starannie ubranych. chłopców czystych.mówił trzeci.Bardzo chce mi się pić.Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli.Ta wyżlica to pani Nola. gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon . ale zabrałem się do lizania czekolady na równi z psami.Jestem dręczycielem. że krzywe nogi są najładniejsze. Gdy rozgościliśmy się w salonie.Nic łatwiejszego! . gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko . Wypiłem duszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju.mówił jeden. gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem .ku memu wielkiemu zdziwieniu . aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika. Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawsze coś do powiedzenia. Zobaczysz coś ciekawego. Zauważyłem nadto. a słońce świeci od spodu.A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? . .Jestem dręczycielem. ulica ta przedstawiała widok niezwykły. . z którego .Jesteśmy właśnie przed moim pałacykiem. rozczochranych brudasów. Nie rozstają się nigdy i usiłują wszystkich przekonać. gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz . które zjadłem z wielką przyjemnością. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. zapewne dzieciarnia mego przyjaciela. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka.zawołał wesoło Reks.

miód i inne smakołyki. kazał on swoim szczeniętom opróżnić poduszki na ganku . hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych. Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa. wyścigi chartów i Teatr Trzech Pudli. kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle. gdzie leżały stosy biszkoptów maczanych w miodzie. Gdy znaleźliśmy się na placu Robaczków Świętojańskich. Wracając na plac Doktora Dolittle. liznąłem mego fryzjera w nos i wyszedłem na ulicę.odrzekłem . Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie. huśtawki. że na to właśnie jest raj. chociaż wcale nie byłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem go całego czerwoną farbą. po czym jeden z nich rzekł do mnie z dumą: . . Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. szczenięcą łaźnię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia. że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie. skąd biorą się parasolki. gdzie mieszkał Reks.Nie wiem. Było mi wesoło jak nigdy dotąd. w które przystrajają się psy oraz ich rodziny. . idąc więc śladem Reksa. Uważałem jednak. że nie mogłem się od nich oderwać. Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina.macie tutaj rajskie życie. Pomyślałem sobie zresztą. czapraki.rzekł do mnie. po czym wracają do domu w przekonaniu. Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową.Zjemy coś lekkiego. ażeby wszystko zjawiło się się w mig i nie wiadomo skąd. ogródki salcesonowe. chłopcy. Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową. że nie powinienem o to pytać. że wszystko to im się tylko śniło. ulicę Baniek Mydlanych. jednak głód zaczął mi doskwierać i zauważyłem. Stwierdziłem ze zdziwieniem. skąd w psim raju bierze się czekolada. czy szanowny pan zauważył. którzy dręczą psy. że udało mi się uniknąć takiej hańby. beczki śmiechu i różne tak zwane psie figle. a potem wrócimy do domu na serdelki. że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty.Istotnie . więc nam nic nie może zaszkodzić.Chodź .Opamiętaj się . wstąpiliśmy jeszcze do zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej.ostrzegł mnie Reks . Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczy nigdy już więcej swojego psa. Były tak smaczne. rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy. . gdzie stały karuzele. że Reks począł niespokojnie węszyć. grzecznie podziękowałem. dostają się do psiego raju podczas snu. Bardzo mnie interesowało. nigdy nie zachodziło. . ale ty łatwo możesz się rozchorować. Byłem szczęśliwy. kapelusze. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela. Jak mnie objaśnił Reks. biszkopty. gdyż byłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstw popełnionych względem tego lub innego psa.my jesteśmy w raju.

w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze. mile sobie gawędząc i przyglądając się ruchowi na placu. aby dowolnie kierować swoim lotem. dowiedziałem się od niego rozmaitych szczegółów o pośmiertnym życiu psów. kierując się wskazówkami. na które patrzyłem z obrzydzeniem. abym wyciągnął się obok niego.Gdy pomnik doktora Dolittle zostaje doszczętnie zjedzony. żeś po mnie przyleciał. wydąłem policzki i uniosłem się w górę. uścisnąłem na pożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nim i z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. co by było. że upłynął jeden dzień. wesoło pogwizdując.Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego .Jak to dobrze. niebawem jednak psi raj począł oddalać się ode mnie. że cię znowu widzę! . Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. . który pouczał mnie. gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju. Uprosiłem Toma. czekolada i wędliny i ogromnie zachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki. Leciałem obok Mateusza. wiemy. W ten sposób obliczymy tutaj czas. . Budowa nowego pomnika zabiera tyleż godzin. ak! . Tak sobie gawędząc z Reksem. Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem z małymi mopsikami Reksa. Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów. Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów.Bardzo prosto . po pewnym jednak czasie zacząłem się nudzić. po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnne progi. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba.Aga. . Leżeliśmy tak. .skoro słońce u was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy? . które zbiegły się na widok Mateusza. podziękowałem im za gościnę i za dobre serca. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów. Co za szczęście! Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. Tydzień określamy nazwą siedmiu pomników.zawołałem. stał się jak mały niebieski obłoczek. który siedział na gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie.i zaproponował mi. Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem.usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. Zerwałem się na równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza.odrzekł Reks. Nade mną zwisały z krzaków serdelki. Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym. którzy stale są zajęci liczeniem kolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju.zagadnąłem Reksa . co jego zjedzenie. Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu pomników. Odpowiada to razem ziemskiej dobie. Mateusz leciał nade mną. aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka. .Mateusz! Jak się cieszę. . ak! Aga. Był to list od pana Kleksa. aż wreszcie całkiem zniknął mi z oczu. Czułem się bardzo dobrze w jego domu. którą tak pogardzałem w domu. Sprzykrzyły mi się biszkopty. których udzielił mi w liście pan Kleks.

nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię. Opisałem lekcję kleksografii. dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halach fabrycznych. opowiedziałem o poszukiwaniu skarbów i o moich przygodach w psim raju. który miał zawieść nas do fabryki. co znaczyło: . Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Nie umiem po prostu opisać radości. FABRYKA DZIUR I DZIUREK Miałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii pana Kleksa. gdzie znajdował się końcowy przystanek tramwajowy. odmalowałem kuchnię pana Kleksa. park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa. przędzenia liter.Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie. że nieobecność moja trwała dwanaście dni. Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. Sama fabryka ukazała się naszym oczom za zakrętem. abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu. schludne miasteczko. Jak nam objaśnił pan Kleks. dzięki czemu z ukrytych w nim trąbek popłynęły dźwięki marsza ołowianych żołnierzy. po chwili dostrzegłem mury Akademii. Proszę ustawić się w czwórki. Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny. gdy o godzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie i rzekł: . ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu. Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju. Od wielu dni spędzam cały wolny czas nad tym pamiętnikiem. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki. który wyleciał mi na spotkanie i z daleka wymachiwał rękami na powitanie. Okazało się. Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia. co się dzieje od chwili naszego przebudzenia aż do południa. Mój przyjaciel. Po drugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze. Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku. po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzeg rzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć. że nigdy już więcej nie będę latał. jaką odczuwałem z okazji powrotu na ziemię. Idziemy. przy których pracuje dwanaście tysięcy majstrów i robotników. Były to domki robotników zatrudnionych w fabryce. Opowiedziałem więc wszystko. natomiast pan Kleks kazał mi złożyć uroczyste przyrzeczenie. gdyż nieprzywykli do takiego środka komunikacji.krzyknął mi w ucho Mateusz. inżynier Kopeć.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońca dachy domów i ulice naszego miasta. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca.Emia uż isko! . Będzie to bardzo pouczająca wycieczka. . Droga początkowo prowadziła przez miasto. Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć. .Akademia już blisko! Rzeczywiście. pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń.

objął serdecznie pana Kleksa i pocałował go w obydwa policzki.A to jest mój ulubiony szpak Mateusz . chłopcy . Bardzo też chętnie oprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. palce obu rąk pozaplatał jak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku w kierunku fabryki. którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek. jak również inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru. a po napełnieniu chwytały je specjalne ruchome dźwigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu. Praca wrzała. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów. dopiero co utoczone. których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy.w fabryce nie wolno niczego dotykać. który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem. wybrał sobie dwie nowe. Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle. Z daleka już można było rozpoznać potężne koła maszyn. Wyglądały . o mało nas nie oślepiły snopy różnokolorowych iskier. Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik. Tylko pamiętajcie. pogłaskał Mateusza i rzekł bawiąc się końcem swojej bródki: . Przypominał mi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku. Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystych murach i oszklonych dachach. a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia. tryskających z pasów transmisyjnych. Gdy weszliśmy do pierwszej hali. chudy. elektrycznych świdrów i tokarek. do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością. inne zawieszone były na linach i dźwigach. dziurki w nosie i dziurki w uszach. Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników. Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie. długimi rękami. wyjął z nosa obie zużyte swoje dziurki. że ci zaprezentuję moich uczniów.dodał pan Kleks wyjmując go z kieszeni. i włożył je do nosa na miejsce starych. przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotników ubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach.Pozwolisz. długich nogach i wymachiwał cienkimi. mój Ambroży. siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej. Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy. . Stał na cienkich.Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię. Jest ich dwudziestu czterech .rzekł pan Kleks. . . Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników. ak! .rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa.Aga.zwrócił się do nas .Był to wysoki. kochany Bogumile.

Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków. opowiadając przeróżne historie ze swego życia. podług których młodzi inżynierowie wycinali formy służące do wyrobu tych dziur. Popękane. Pan Kopeć pokazał nam różne pomysłowe rysunki i wzory. Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnować Alfreda. wystawały wysoko ponad dach fabryki. Był to wóz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa.zauważył pan Kleks. Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego.i dziesięciokilowych skrzynek. dziury w moście. wygięte i uszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów. było już prawie ciemno. gdzie przetapiano je ponownie. nie mogliśmy wprost oderwać oczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności. Tam specjalne robotnice ważyły dziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio. z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wyciera nos. Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków. tramwaj stał już na przystanku i cierpliwie czekał. źle wypolerowane. niektórych z nas połaskotał swoją kozią bródką. W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większych rozmiarów.ślicznie. pomiarami i sprawdzaniem gotowych już dziur i dziurek. którymi zajadaliśmy się przez cały wieczór. aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej. że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje w cyrku jako linoskoczek. gdzie mnóstwo doświadczonych majstrów zajętych było kontrolą. W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny. Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie. . a nawet dziury w niebie. W ostatniej hali mieściła się pakownia. Okazało się. aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy. połyskiwały polerowanymi brzegami i widzieliśmy. które oświetlały całą okolicę jak fajerwerki. dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca. gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwila odruchowo wyciągał palec. zielonych i czerwonych. Gdy opuściliśmy fabrykę. od tokarek i wszelkiego rodzaju narzędzi. po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panem Kleksem w jakimś nieznanym języku. Gdy znaleźliśmy się przy końcu ruchomego chodnika. a robotnicy pracujący przy nich musieli. na których je toczono. a więc dziury na łokciach. Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki. Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi i wymagały szczególnej staranności robotników. Z oddali widzieliśmy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich. których nazw nie znaliśmy wcale.Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy . wspinać się po olbrzymich rusztowaniach. zdaje .

Niebawem wjechaliśmy na samogrający most. długa jego postać sięgała aż pod samo niebo. obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty. . Wszystkie pokoje. pragnąc uniknąć ścisku. niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. wstrzymywać oddech i opędzać się od nich obiema rękami. opadł wreszcie z sił. korzystając z nieobecności domowników. formowały się w klucze.prowadził z muchami zaciętą walkę. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much. na tle łuny bijącej od fabryki. było to nazwisko doktora Paj-ChiWo. które przechowywał w kieszonce od kamizelki. który niezwłocznie ruszył. wirującą w powietrzu chmurę. wleciała z głośnym brzękiem królowa much. który tym razem odegrał na trąbkach marsz muchomorów. pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu. na piecach i pod stołami. pomieszczenia i przejścia opanowane były przez muchy. i w ten sposób dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem do naszej Akademii. w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłos wojennych trąb. zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę. w kątach. depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much. chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka na pożegnanie. Chodziliśmy po omacku.się. było już zupełnie ciemno. W ciemnościach wieczoru. zamyślał się głęboko. Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną. że po chińsku. Na miejsce zabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszcze natręctwem. wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu. straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. Bolesne ukłucia. wojowniczością i odwagą. który zrozumiałem. który dotąd . że walka prowadzona jest na śmierć i życie. w czworoboki. Nieznośne te owady. Na to. kotłowały się we włosach. trzeba było zamykać oczy. wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki. Pan Kleks. gdyż jedyny wyraz.fruwając po pokojach . Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu. wtórował mostowi nucąc melodię przez nos. W domu czekała nas przykra niespodzianka. Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju. by przejść z pokoju do pokoju. szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoim wodzom. Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżyniera Kopcia. Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek. Leciały w bojowym szyku. Pan Kleks. Wdzierały się do ust i nosów. Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów. kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami. przez który usiłowałem przebiec. sale. wpadały do oczu. Pan Kleks. że nie było go wcale spoza nich widać. ale wcale ich przez to nie ubywało. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości. wskazywały na to. dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec. W pewnej chwili do pokoju. jak wielkie eskadry samolotów. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł.

Wypuszczał coraz to nowe bańki. ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił. całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawione sieci. uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko. a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwie części. kazał nam wyjść z gabinetu. W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna część much była już wytępiona. Wypłynął szybko przez okno i po paru minutach wrócił niosąc w palcach pająka . Przyłożył doń powiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. Początkowo nie zauważyliśmy go zupełnie. kiedy jednak wreszcie dostrzegł go któryś z chłopców. Setki i tysiące much. że nie był to sen przyjemny ani błogi. ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha. Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą. która uwolni naszą Akademię od plagi much. miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami. tajemniczą rozmowę. mszcząc się w ten sposób za klęskę swych towarzyszek. które jedna po drugiej unosiły się w powietrze. Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa. tak był oblepiony przez muchy. Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogąc się już oderwać. Jedynie głośne. Gdy był już wielkości kota. zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą. Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy. tylko kilkanaście prześlicznie mieniących się baniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami. które go szczelnie obsiadły. przerywane chrapanie pozwalało się domyślać. paczkę gumy arabskiej. który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż do podłogi. że najście much. pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go na suficie. Pająk zaczął się zmniejaszać. zdradliwą powierzchnię i chmarami przylepiały się do nich. przysłane z Zakładu Oczyszczania Miasta. nie mogliśmy wyjść z podziwu. sale. mydło i szklaną rurkę. pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanej rurki zaczął wypuszczać bańki mydlane. wrócił do swej normalnej wielkości. my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawo wymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much. Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii nie było już ani jednej muchy. Muchy rzucały się na ich tęczową. pomieszczenia i korytarze zapełniły się mydlanymi bańkami pana Kleksa. razem z nimi opadały na podłogę.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. że działanie powiększającej pompki ustało. wysysał z nich wszystkie soki. Pan Kleks nie ustawał w pracy. Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił. pożerał ich szturmujące oddziały. Niebawem wszystkie pokoje.krzyżaka. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu. zdarty niby skalp z pleców pająka. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki. Królowa much uniosła z sobą jako trofeum krzyż. Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty i dopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki. zmniejszyła się również jego pajęczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy. . że właśnie przed chwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki. nie zdołało zakłócić jego snu. Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami. spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postać fryzjera Filipa.

Przyprowadzę go w tym tygodniu. Gdy owego dnia. obserwował życie mrówek. Po chwili doleciał nas z parku jego przeraźliwy śmiech. że Filip chyba zwariował. Anastazy strzelał z łuku. gdyż jak oznajmił. że Filip może być kimś ważnym w życiu pana Kleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos i trzaskać drzwiami. Dla niego miała być ta Akademia. Nie będę więcej strzygł ani pana. Filip wyszedł bardzo wzburzony i oświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem: . ułożyłem z moich guzików pięknego zająca. Pan Kleks przygarbił się nieco. pobiegł w kierunku drzwi i uciekł unosząc z sobą moje guziki. I to nieodwołalnie. udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmy się niebawem w głębokim śnie. gdyż zaczął się głośno śmiać. Na tym kończy się opis jednego dnia. jeden z Antonich. a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał do okna i nerwowo szarpał brwi.Od dzisiaj proszę sobie znaleźć innego fryzjera. klęcząc nad wielkim mrowiskiem. a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał się Mateuszem. Gdy Andrzeje wykonali to polecenie.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się. ja zaś bawiłem się moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie. co mu się tylko podobało. Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść do naszej sypialni dwa łóżka i pościel. Pan Kleks nie mylił się. miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka. natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł: . w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je na nieodpowiednie kolory. jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową w kierunku miasta. Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowym proszkiem. który opisuję. Albert zbierał kasztany i żołędzie. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni z Filipem. W świetle księżyca widzieliśmy przez okno. Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart. Nie przypuszczałem. wyszedł z Akademii. Pan Kleks był nie w humorze. panie Kleks. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic. Pan Kleks przez cały czas nad czymś rozmyślał i był tak roztargniony. Późną nocą zasiedliśmy do kolacji. Artur uczył swego tresowanego królika rachować. które dla nas przyrządził. spodziewa się w każdej chwili dwóch nowych uczniów. ani pańskich uczniów. spędzonego przeze mnie w Akademii pana Kleksa. Alfred wycinał fujarki. trzaskając po drodze wszystkimi drzwiami. Była to niedziela i każdy z nas mógł robić. I nie zwracając na nas uwagi. Zając nagle poruszył się. że kalafiory. SEN O SIEDMIU SZKLANKACH Dzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości. chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojej powiększającej pompki.

i domyśliłem się od razu. na farbach i na szkiełkach. że ta historia bardzo żałośnie się skończy. Kiedy podszedłem do niej. Zobaczysz. Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu. Filip domaga się. że moje rodaczki z waszego stawu poszły za mną. że w razie ich nieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu. W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. Cała woda była spuszczona. robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. i grozi mi. które zaczynają się na literę A. Udałem się więc do parku w nadziei. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mój podziemny pałac. które w zgodnych podskokach. nie robiąc sobie nic z mojej obecności. przybliżył się do mnie i dalej mówił szeptem: .Poznaję cię. pozostawiając wszystkie żaby. nie ulegało wątpliwości. Przeczuwam. aby się przyjrzeć. Skakały przy tym tak wysoko. trawa się kołysała. Powymyślał dla nich nowe imiona. Czy widzisz. . zrozumiałem. . gdy będzie wracał do Akademii. zdążały za przewodniczką. Towarzyszyłem im przez pewien czas. Królewno Żabko? . Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa. omijając drogi i ścieżki. abym przyjął do Akademii dwóch jego synów.My chcemy do stawu! .Mogę zaprowadzić je do jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonej wodnicy.. a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyły w świat w poszukiwaniu jakiejś nowej. Nic też dziwnego.zapytałem wzruszony jej słowami. aby taki wielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić.A dokąd je prowadzisz. rzucił je na podłogę tak zręcznie. Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików. gdyż nie wyobrażałem sobie. chłopcze. Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży. Pan Kleks. że znam się na kolorowych proszkach. że dostrzegę go w chwili. Po prostu uwziął się na mnie. . Pożółkłe już nieco podszycie parku wrzało.Cóż z tego. i wyszedł z pokoju kurcząc się i podskakując na jednej nodze. którą już niegdyś widziałem. dokąd latał na naukę słowiczego śpiewu. ryby i raki na pastwę losu. podziwiając zwłaszcza żaby. zobaczyłem. . W dodatku ostatnio zwariował. że pochód ich przypominał żabi cyrk. że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. że postanowiłem odszukać Mateusza i wypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem. zgadując moje myśli. że to Królewna Żabka. że ma złotą koronę na głowie. ale żaba łatwiej zrozumie żabę niż pana Kleksa. jeśli taki gdziekolwiek istnieje.zarechotały chórem żaby. kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobie miłe wspomnienie.Tobie jednemu mogę to wyznać. ryby trzepotały się rozpaczliwie na suchym dnie. że same ułożyły się w figurę mego zająca. . bo jesteś moim najlepszym uczniem.Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana . że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodem parku. co zaszło. Chociaż jestem z innej bajki. odpowiedniej siedziby.odrzekła. . krzaki chwiały się. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała.

rzekł rozdrażnionym głosem. Pan Kleks był tam. z trudem tylko powłóczyły kleszczami. Niektóre spośród nich. jak podczas twej bytności w moim pałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będę się teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie tak parzyć od pewnego czasu. Zdaje się. jakby je kto polał wrzątkiem. przeprosiłem więc Królewnę Żabkę i chciałem już odejść. chętnie ci go zwrócę. rozkurczył się. Adasiu. Pana Kleksa żaden z nich nie widział. ani do bajki o zielonej wodnicy. Poczekaj chwilę. przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie.Kluczyk? . że uczę zegar mówić.Kluczyk? Ależ tak. że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni i . błagam cię. Nie wiedziałem. powtarzając raz po raz głośno: . Była ich nieprzebrana wprost ilość. a może nawet jeszcze więcej. Nie większy od Tomcia Palucha. . co robił.Przykro mi. ale skoro los zesłał mi ciebie. ale to.rzekłem. zaraz do ciebie wrócę. że robisz takie zdziwione oczy. zeskoczył na podłogę. Chce mnie po prostu zniszczyć.Adasiu.Bim-bam-bom. pozostawionych bez wody. wpadłem do szpitala chorych sprzętów. do czego wpierw mam się zabrać. opowiedziałem im o tym. a przecież tylko w bajce może się znaleźć miejsce dla moich żab i raków. które tu widzisz. jak zazwyczaj: . .Tik-tak. i namówiłem ich. zapewne z wysiłku i ze zmęczenia. zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórował mu dźwięcznym basem: . że zabrał go pan Kleks. Pobiegłem co sił do Akademii. a ocalisz wszystkie stworzenia.Zawsze musicie mi przeszkadzać! . tik-tak. Dosłownie maleję z dnia na dzień. Rozejrzałem się po sali. zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz. lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos: . Żal mi było żab. porobiły się zupełnie czerwone.O co chodzi? Przecież widzisz. rozprostował i jakby na poczekaniu urósł. Nie pamiętam tylko. przypomniałem sobie jednak o nieszczęśliwych rybach. ani w jego pokoju. zwróć mi złoty kluczyk. . królewo. co zaszło. Tak. niemal tyleż co żab. Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. . zebrałem kilku chłopców. aby zajęli się losem ryb. które słabły już wskutek braku wody. ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu. wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jak na huśtawce.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie. to wszystko wina tego podłego Filipa. Ach. Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie. Na mój widok przerwał huśtanie. którzy nawinęli mi się po drodze. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. gdzie go schowałem. tik-tak. Nie mogąc go znaleźć ani na dole. oczywiście. Nie wydawały żadnych dźwięków.

. że wcale jej nie poczułem. A co się stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich. Od czasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. który jak domyślałem się . zanieś go Królewnie Żabce.. wielka szkoda! . .Tik-tak.Biorę ten kluczyk. Miała barwę jasnozieloną i lśniła. Zaraz.. .Za mną . Mówiąc to. fatalne! Nie opowiadaj tego nikomu. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach. Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim. a była tak mała.Najlepiej ukryj ją we włosach i dawaj jej codziennie jedno ziarnko ryżu.rzekła królewna. .. Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkich koszów sprowadzonych z lamusa. Masz. Ale nie miałem przecież innego wyjścia.Szkoda. Wśliznęła się natychmiast pomiędzy włosy. tik-tak.zalać wodą ze stawu.zauważył szeptem . Musiałem ugasić płomyki świec.Żaby nie będą nam więcej układały swoich wierszyków.rzekł po chwili. Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili z tłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki.Muszę ci wyznać . W zamian za to otrzymasz ode mnie Żabkę Podajłapkę. . pobiegłem nad staw. . Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. bo stracę do ciebie zaufanie. pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczenie stawu. że będziesz pokrzywdzony. powtarzając za każdym odchyleniem: . . Pan Kleks sposępniał. w przeciwnym bowiem razie cała Akademia poszłaby z dymem. Aha.Weź ją sobie . Czego sobie życzysz ode mnie? Po co przyszedłeś? Opowiedziałem panu Kleksowi.Jestem ci niezmiernie wdzięczna . które przedsięweźmiesz. pożegnałem ją z wielkim szacunkiem i przeskakując przez gromady żab i raków. jakby była pokryta emalią. jak żałosne w swych skutkach było spuszczenie stawu. Nie mogę już wcale do nich się dostać. . Wyglądał tak jak zazwyczaj. Zastałem tam już pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów. tylko był znowu cokolwiek mniejszy. pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie. prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk..schował w bezdennych kieszeniach swych spodni. . .. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem.rzekła królewna. Następnie podziękowałem królewnie. Fatalne to wszystko. powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mi złotego kluczyka. tik-tak. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. ale nie sądź.że mam jeszcze jedną zgryzotę.rzekł pan Kleks.

a potem. Ale na to przyjdzie czas. począł przybliżać się coraz bardziej.odezwał się Anastazy.Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił! Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa. a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen.wołał z zachwytem.Teraz pójdziemy do domu na obiad. Gdy wróciliśmy do parku.Moje oko wraca z księżyca! Balonik opadał coraz szybciej. Pan Kleks zatrzymał się przed furtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. uginając się pod ciężarem koszów. idąc za radą rybaka. który stał jak urzeczony i upajał się księżycowymi widokami. nie było już ani żab. pan Kleks wyjął z koszyczka swoje oko. minęliśmy kasztanową aleję i malinowy chruśniak. wiszący wysoko w górze. a po dnie stawu spacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. nie wyjmując z ust glinianej fajeczki. onik! Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce. gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza.Aga. .Nie! No. ani raków. dotarliśmy do muru bajek. po czym zebraliśmy się w sali szkolnej. onik! Aga. skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu. Szybko tedy zjedliśmy obiad. Po chwili i on również zawołał: . .Ruszyliśmy za nim. Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością. który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby. gdyż dzień był nadzwyczaj ciepły. raz po raz powtarzał: .A może pan profesor opowie nam ją teraz? . Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na cały głos: . . . Z daleka już ujrzeliśmy rybaka. . mały punkcik. Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody.Uwaga.Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. a gdy już był na wysokości ramienia. Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad.odrzekł pan Kleks. zerwał z prawej powieki plaster i włożył oko na miejsce. który się przyśnił Adasiowi Niezgódce. coś podobnego! . balonik! Istotnie. aż wreszcie zupełnie wyraźnie można było rozróżnić niebieski balonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. . przedzierając się przez gąszcze drzew.Na wszystko musi być odpowiednia pora . a po niejakim czasie. Opanował się wreszcie i rzekł do nas: .

że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. że zebrałem łyżką całą chmurę. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek. gdzie stał pociąg pana Kleksa. otworzył wielką księgę. które rzędem leżały na ziemi. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę. Nie oglądając się na nikogo. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła. do czego służyć ma siódma szklanka.oświadczył pan Kleks. przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. . z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. nikogo już nie zastałem. mój pociąg! . Gdy tylko znalazłem się na szczycie. który powywracał pudełka od zapałek. Zerwał się wicher. którą zabrałem z kuchni. ale w miejscu. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para. tak jak zbiera się kożuch z mleka. i że niebo dzięki temu już się wypogodziło.Pan Kleks siadł przy katedrze. gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. że się zbudziłem. przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad. Wobec tego pobiegłem do kuchni. i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę. . złożony z pudełek od zapałek. ławki i wieszadła. Zapowiadała się straszliwa burza. Adasiu. że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. ustawiłem je na tacy. która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami.błyskawicę. i jąłem nią rozgarniać chmurę. do czwartej . zawierającą opisy najpiękniejszych snów.Ratuj. ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg. Gdy wyjrzałem przez okno. do szóstej .wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. drabina zaczęła się wydłużać tak szybko. wziąłem siedem szklanek. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się. stoły i stołki.grzmot. łóżka. wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. okazało się. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół.wiatr. tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce. do piątej . szafy i półki. .Zawiozę was dzisiaj do Chin . Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć. Nie wiedziałem tylko. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki.

. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz. jąłem okładać nim głowę pana Kleksa. porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa.Ukradłeś chmurę. że zdejmowanie ich nie miało końca. lecz z dołu do góry. na jakim siedział pan Kleks. ani nawet wiatru. że jest to emaliowany niebieski czajnik. znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. a srebrne widelce. Równocześnie lunął rzęsisty deszcz. nie mogąc znieść takiego upału. w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się. Wpadłem tedy na pomysł. Kiedy zobaczyłem.Śniegu! . Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu. Zrobiło się bardzo zimno. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę.Coś ty narobił! . niebieskawy krem. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem. jedzie mróz. to Alfreda. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura. a raczej złocisty wrzątek. co tylko napotkał na drodze. uniesione w górę. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce. Śnieg natychmiast stopniał.rzekł do mnie wreszcie pan Kleks.Śniegu. to Anastazego. zupełnie taki sam. Wyglądało to tak. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. Rzeczywiście. zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. zawisły w niebie jak gwiazdy. . Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału.wołał pan Kleks. że po prostu nic nie było widać. . że pan Kleks odmroził sobie rozum. który parzył nas niemiłosiernie. zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. . Śnieg rozwiał się natychmiast. gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością. jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. unosząc z sobą wszystko. jak fontanna tryskająca z ziemi. dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką. tylko że padał tym razem nie z góry na dół.Został tylko pan Kleks. to znowu jakiegoś innego kolegę. że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. ale miał na sobie tyle surdutów. Pan Kleks. który wyglądał jak rzadki. . zaczął szybko rozbierać się. Skutek był zdumiewający. Wziąłem więc szklankę z wiatrem. że pokrył cały park. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak. aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. tylko wielkości całego nieba. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach.

a to z tego powodu. że pszczoły. bezradnie wymachując rękami. w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. Była cała poparzona. . ale nic mi nie odpowiedział.Chętnie bym coś zjadł . W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę.Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu.Doskonale! . . gdyż począł żałośnie jęczeć. gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały. co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy. obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem. jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. gdyż nie miał czym. Dawała tyle światła. Wyglądało to tak. wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie. Przynieś go tutaj. Grudzień znów się stanie majem. . że było widno jak w dzień. jedyną rzeczą. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu. aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. Tymczasem pan Kleks. głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel. którą posiadałem. Znalazłem ją wśród pokrzyw. udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa. że głowa potoczyła się w innym kierunku. Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę. jak się czuje bez głowy. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi. w której mieścił się grad.Naprzód wypuścił liście. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę. zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa. Zapytałem pana Kleksa. potem pączki. Niestety. przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem. była szklanka z grzmotem. tak niezręcznie nadstawił ręce. .zawołał pan Kleks. że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. nie mogąc widzieć własnej lecącej ku niemu głowy. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. Pan Kleks stał bez głowy. Po chwili jednak stracił humor. błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię.powiedział pan Kleks.

Nudno mi . . rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. osaczyły mnie ze wszystkich stron. Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek. pokrajał grzmot na ćwiartki.zawołał jeden z Antonich. szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: .zapytał Anastazy. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. rozsadzony od środka.pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. gdzie był maleńki pan Kleks. zdaje się. Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam. a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami. że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. niż był dotychczas? . Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. który stał wpatrzony w moje senne lusterko. .rzekł jeden z Aleksandrów. pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny. jednym słowem . No. usiłowały dostać się do szklanki. Nie brałem udziału w rozmowie.Istotnie! . gdyż byłem bardzo senny. Ratując go przed widelcami. . A ja wam coś powiem . Była to piękna czerwona kula. przypominająca owoc granatu.. pustej szklanki.Sen o siedmiu szklankach. Czy żaden z was nie zauważył. stojącej na tacy. oblizując się smakowicie. włożyłem do siódmej. zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie. że Antoni i Albert. Sen o siedmiu szklankach.odezwał się nagle Artur ..wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem..A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? . no! ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. i zaniosłem do kuchni. . Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk. szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. a dwa spośród nich. że stał się trochę mniejszy. Na krok nie wychodziliśmy z domu. Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks.. W tej samej chwili obudziłem się.Pan Kleks maleje. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce.

Jestem Anatol Kukuryk.zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąc latarkami.Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. . pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia. że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę.Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca. przedstaw się kolegom. . W szklance siedział pan Kleks. Począłem więc nasłuchiwać. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. . pobiegliśmy do parku.Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! . masło. kurę na zimno. i Filip przestał się śmiać i oznajmił. Panowie pozwolą za mną. trochę sera. A to jest mój młodszy brat Alojzy. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Maleńki pan Kleks. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. Nacisnąłem klamkę. . że może Mateusz usłyszy moje stukanie. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. Sądziłem. że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. Nowi uczniowie pana Kleksa! . bądź dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: . Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców i dla Filipa.Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Nie ulegało wątpliwości. panowie. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem.rzekł z galanterią Anastazy. ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. cha-cha! Nieprawdaż. cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa. że wreszcie się obudziłem. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. Drzwi były zamknięte na klucz.Przyszłe znakomitości słynnej Akademii. . pieczywo. zapukałem powtórnie. nawet piegi na jego nosie. potem jeszcze raz.Będzie to dla mnie wielki zaszczyt . jego dziwaczny strój. . Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia. . gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka.odrzekł grzecznie Anatol. Zbudziłem natychmiast Anastazego. . którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. napełniło mnie przerażeniem. po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole.zawołał Filip śmiejąc się znowu. Anatolu? .Mam dla niego świeżutkie piegi. . a drugi Alojzy. ale uderzenia nie ustały. To.Bardzo nam przyjemnie panów poznać . Siedział na dnie szklanki i spał.Jesteście pewno.nikt mi nie odpowiadał. na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi . Udaliśmy się wszyscy do Akademii. co zobaczyłem. że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. cha-cha! Anatolu. Byli widać bardzo zmęczeni. W przekonaniu. cha-cha! Jeden ma na imię Anatol. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę. Ponieważ nikt nie odpowiedział. Obydwaj na A.rzekłem. głodni .Śniło mi się.

nie. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem. Alojzy bardzo nie lubi. zwykłym panem Kleksem. to będzie chluba waszej Akademii. .Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu. szybko rozejrzał się dookoła. wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie opowiadać komukolwiek. aby przygotować łóżka dla obu chłopców. a rano z nimi porozmawiam. żeby go budzić . Niebawem też zaczął się powiększać. jak po poręczy wjeżdżał na górę.śmiał się Filip zjadając kurę.pomyślałem. bo cóż innego miałem uczynić. To zbyteczne! .wyjaśnił raz jeszcze Anatol. .rzekł pan Kleks. jak się zachować. ten śpiący królewicz! . . Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj! Przeprosiłem pana Kleksa. ja zaś udałem się do sypialni. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. . w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. Dobranoc.O. który spał w sąsiednim łóżku. . Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami.Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. aż wreszcie rzekł do mnie surowo: . Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego.Zobaczycie. Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku. nie zwracając na niego uwagi. . Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu. .zagadnął Anastazy Anatola. potem na podłogę.Bardzo nie lubi.Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. Zerwał się na równe nogi. .Poradźcie sobie beze mnie .odrzekł Anatol. a po paru chwilach stał się normalnym. Gdy kończyłem przygotowania. rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. Wybiegłem za nim i widziałem. żeby go budzić. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. "Coś się psuje w Akademii" . Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie. chłopcy. po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłopcami.Daj im kolację i niech idą spać.Może obudzić pańskiego brata? . Wróciłem do kuchni. Alojzy spał w dalszym ciągu. i opowiedziałem mu .To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny. . zeskoczył z talerzyka na krzesło.Pewno jest bardzo głodny. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia. Szturchnąłem Alfreda.

Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks. Adasiu. Alfred zbudził śpiącego obok Artura. Alojzy nie drgnął. Alojzy? . a to mój młodszy brat. Wskazał przy tym na Alojzego. Spróbuję. Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy. Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Jeśli nie będzie deszczu. wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho: . Anatolowi. Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju. panie profesorze. możecie pójść z Mateuszem do parku. Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach. i rzekł uprzejmie: . . chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron.zwrócił się do nas pan Kleks. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie. Muszę go nauczyć czuć. Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej Akademii. Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie. chłopcy . Chłopcy przyglądali się ciekawie. prawda? Alojzy nie drgnął. Był lekki jak piórko. Nazywam się Anatol Kukuryk. który przez cały czas nawet nie drgnął. Gdy trzymałem go na rękach. pragnąc dokładnie się przyjrzeć. . może mi się uda. weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. dłonią potarł mu policzki i czoło. .Dzień dobry.szeptem o Anatolu i Alojzym.Popatrzcie.zawołał od progu. . Ale teraz już nic nie poradzę. myśleć i mówić. gdyż jestem zajęty. że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego.Jestem. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. gdy okazało się. chłopcy! .Gdzie są wasi nowi koledzy? Anatol usiadł na łóżku.Alojzy nie jest żywym człowiekiem. oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku.Nazywasz się Alojzy. . którego obudziła nasza krzątanina. .Czy mnie słyszysz. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. poklepał po rękach. Ale i to nie zdołało obudzić Alojzego. tylko lalką.krzyknął znowu pan Kleks.

Zacznij od nóg. i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. a przy tym pożerała nas ciekawość. że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. ręce i paznokcie na palcach. miała elastyczność i ciepło. którą kochał jak brata. z której ulepiona była twarz i ręce. .A więc mogę tu zostać? . Musisz uzbroić się w cierpliwość. Nawet masa.Owszem . zarys czoła. że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy. tak łudząco prawdziwe. a ja zajmę się przez ten czas płucami i sercem. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce. układ ust. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania. Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł: . Skorzystałem z tego. Zachwyt nasz nie miał granic. czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką. doprowadziłem jednak wreszcie do tego. abym Alojzego rozebrał. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki.Nogi mają już dosyć . Pan Kleks. aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek. Okazało się. który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów. . włosy.Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo. wyraz twarzy. niezwykłej lalki godne było najwyższego podziwu.potrzebna mi będzie pomoc. po czym polecił mi.rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. rozprostował plecy. nosa i podbródka. . wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa. pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów. wilgotna powłoka oczu. purpurowy z napięcia i wysiłku. . Zajmij się teraz rękami. gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad. wykonanie tej wspaniałej. przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem: .odparł pan Kleks . właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. wszystko to było tak naturalne.rzekł do mnie . . Krótko mówiąc. Pan Kleks odśrubował blachę. wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku.zapytałem nieśmiało.Kształt głowy. która stanie się sztucznym człowiekiem. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy.natychmiast zabierzemy się do roboty. która pokrywała klatkę piersiową lalki.Połóż go na tym stole .Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad. Właśnie w tej chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne. a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera.

olśniony widokiem lalki. Alojzy takim samym powolnym.odrzekł Alojzy wymawiając z trudem każdą sylabę.doskonale! Siadaj teraz do stołu. .klasnął w dłonie pan Kleks . . Dwadzieścia pięć par oczu zwróciło się w ich kierunku.Poznajcie się z waszym kolegą.Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni.Co robi pan Kleks? .zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.Czy Alojzy już myśli? Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim. Alojzy! .Co Alojzy ma w głowie? .A-loj-zy Ku-ku-ryk.odezwał się pierwszy Anatol.Dzień dobry. wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol.zawołał z tryumfem pan Kleks. Stawiając niezręczne i płochliwe kroki. W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa.Kiedy zejdzie na dół? . drzwi od jadalni otworzyły się nagle.Macie go! . Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej: .Czy mówi? . a potem szybko zabrałem się do jedzenia.Doskonale .No. Pan Kleks otworzył mu usta.krzyknął mu w ucho pan Kleks. chłopcy. Gdy byliśmy już przy deserze.A-loj-zy Ku-ku-ku. rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk. a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań: .Dzień do-bry . . . .. aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy. .. . . dajcie mu coś do zjedzenia. co działo się w szpitalu chorych sprzętów.Czy Alojzy już chodzi? . spróbuj mówić teraz. . posuwał się z wolna naprzód. ostrożnym krokiem zbliżył się do stołu. a wy.Powiedz jak się nazywasz! . siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem: .

abyście wyglądali schludnie i czysto. zaglądał w najmniejsze szpary. . uczesał i ubrał. w Akademii zawrzało jak w ulu. aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. Chciałbym. czyli historię o księżycowych ludziach. Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. gdy już opróżnił talerz. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. panie profesorze! . Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu. Jadł coraz staranniej. o co chodzi. cośmy zrobili. a na trzeci dzień sam się umył. abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii.Smaczne . Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola. HISTORIA O KSIĘŻYCOWYCH LUDZIACH Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka.Słuchajcie.zawołaliśmy chórem. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki powołanej do życia przez pana Kleksa. chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii.powiedział z bladym uśmiechem. że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii. pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie: . kąpali się. a pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. jednym słowem. inni zaciągali i froterowali podłogi. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. Mateusz bez przerwy krążył nad nami.Daj-cie mi jeść. Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec. ale zaczepił się o własną nogę i upadł. Zdawało się. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust. Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. uprzątali ścieżki. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną. myli okna. resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał.Tak jest. . Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania. w ruchach i w mowie. Poza tym proszę. co moje prawe oko widziało na księżycu. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. pucowali obuwie. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec. poganiał nas i sprawdzał to. Jedni z nas trzepali fotele i dywany.. Czy mogę na was liczyć? . Domyślacie się zapewne. Otóż opowiem wam.

że Alojzy sam wreszcie się uspokoi.Nie chcę się opamiętać! . który go skonstruował. opamiętaj się .zawołał Alojzy. ale nie przerywał bynajmniej swojego zajęcia. bo nigdzie go nie mogę znaleźć. że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem.rzekł z zakłopotaniem. lecz mechanizmu. meble i nasze ubrania. że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim. Idźcie do swojej pracy.Będę wszystko niszczył. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić. . Dajcie mu. i zasępił się bardzo. . Wyrwałem mu z rąk nożyczki. Nauczył się już w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego. Obsiadło ono dywany. . wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę. gdy zobaczy. Jest to sekret Filipa. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. Artur. spostrzegł przypadkowo przez uchylone drzwi Alojzego. wchodząc po schodach na pierwsze piętro. że z tym Alojzym będą nieprzyjemności . Byliśmy wściekli. Jest po prostu cudownym tworem. W sypialni naszej ni z tego. Zdaje mi się. Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodzianie wpadliśmy do pokoju. . tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. które wietrzyły się na dziedzińcu. ale i kuchnię. to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. Po południu jednak bomba wreszcie pękła. to nie jest wina jego. po czym pan Kleks ciągnął dalej: . że nikt nie zwraca na niego uwagi. można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności.rzekł Artur.Trudno. Czuję w tym sprawę Filipa.Stało się jednak inaczej. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. Okazało się. podpalę całą tę budę i już! Przerażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. że cała nasza praca idzie na marne. Myślę. .Nie znam mechanizmu Alojzego. Z poduszek. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. Fruwała po pokoju opadając na czystą pościel i bieliznę. Pan Kleks upuścił na podłogę tort. który nożyczkami przecinał druty elektryczne. Rozumiecie? Jestem bezsilny. ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. . Alojzy roześmiał się głupio. co na nim stało. gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. spokój. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę. który trzymał właśnie w rękach. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali. bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie. Ale to jeszcze nie koniec. Tak go to rozgniewało. Przez chwilę panowało milczenie. kto tu jest winowajcą. że dosłownie zjadł mój słownik chiński. zaczęły się nagle unosić tumany pierza.Przewidziałem. chłopcy. Ale jestem zupełnie bezsilny. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie rozdarł sobie spodnie.Alojzy. to ja podziurawiłem poduszki.

jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonymi wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. Skorzystałem z tego. . Właśnie nigdzie indziej. po nocach nie dawał nam spać. dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu. chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności. tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem.rzekł szeptem Alojzy. Właściwie nie cierpię was wszystkich. aż przyjemnie było spojrzeć. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. czemu wcale się nie dziwiłem. gdyż wiedziałem. Mówił coraz głośniej. . aby uczył mnie myśleć.Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. obrzydliwym chłopcem. ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna. Nic mu na to nie odpowiedziałem. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. pobiegłem do Akademii. Był antypatycznym. Postanowił widocznie spędzić noc w parku. którego nieustannie dręczył. Długo będziecie mnie pamiętali. wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach. a Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. inteligencji i sprytu. sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach. aby poszedł ze mną do parku na szczygły. w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. Pokoje i sale lśniły czystością.Jesteście głupcy. . przygotowaliśmy pętlice z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki. odnosił się z lekceważeniem do pana Kleksa. że ciało jego nie odczuwa chłodu. oparł głowę na rękach i po chwili usnął. . Zobaczysz. potrącał i szczypał. Był cokolwiek mniejszy niż dnia poprzedniego. Wiem. potem jednak zaczęliśmy go unikać. tylko do Chin.Nie prosiłem pana Kleksa. chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. Tak sobie postanowiłem. Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. Zjedliśmy wcześnie kolację i poszliśmy spać. on zaś snuł dalej swoje zwierzenia. co ja jeszcze narobię. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą. wobec czego urwaliśmy kilka gałązek ostu na przynętę. jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. Alojzy zgodził się. a na pana Kleksa nie mogę patrzyć. wreszcie jednak uspokoił się. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego.Nudno mi . Mogłem bez tego się obejść. Aczkolwiek była to już późna jesień. Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci. że jestem zupełnie niepodobny do was.

doznawałem uczucia dumy. gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. pierniki. gdzie już nikt nie mieszka. co widziało.Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety. Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. Indian i Chińczyków oraz innych najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych ludów. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii. a więc kot w butach. Kaczka Dziwaczka. że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością. a co najdziwniejsze. W swym tabaczkowym fraku. wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich. napoje gorące i zimne. po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa. którzy nazywają się Lunnami. w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. kremy. jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. srebra i żelaza. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę. z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale. Nie brak też było Arabów. ustawiliśmy się pod ścianami. że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów. lody. co bardzo ułatwiło mi pracę. z motyli i z pelargonii. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi. za borem. czapla i żuraw. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. a nawet konik polny i mrówka. Moje prawe oko bywało wysoko. kogo i jak mam obsłużyć. Muszę również stwierdzić. niedźwiadek Miś. wszystko. Widząc to. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi. kura znosząca złote jajka. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. sny w pastylkach oraz zielony płyn. lis-przechera. każdego znał osobiście. Były tam różne torty i ciastka. kwiaty i owoce w cukrze. że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka. krętymi korytarzami. Koziołek Matołek. daleko. . winogrona i orzechy. biegnie wąska ścieżka. Sala szkolna. od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach.Daleko. na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca. Mieszkają w nich księżycowi ludzie. a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. Salę zaległa cisza. stała się tak obszerna. przez białe obłoki biegnie w świat wysoki. Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść: . za rzeką. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek. mnie opowiedziało. czekoladki. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi. a nawet kompot i cukierki z kolorowych szkiełek. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą. a dookoła niej pluskały się złote rybki. z Mateuszem na ramieniu.

zapuszczają się w głąb swojej planety. Żywią się zielonymi kulkami. . które wybierają z miedzi. Lunnowie nie posiadają ani ciała. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt. długiego miecza. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego. Powłokę przekłutego Lunna król Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła. posługują się różnymi promieniami. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką. dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. Są to przeróżne krążki. trzask łamanych gałęzi. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim. przekłuwa go ostrzem swej klingi. Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. Zgiełk przybliżał się coraz bardziej. w którym spędzają czas wolny od pracy.płynąc.. Z parku dolatywały krzyki. Światła Lunnowie nie posiadają. potężny i groźny król Niesfor. wędrują z piętra na piętro. przypominającą żelatynę.Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz. Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki. brzęk tłuczonych szyb. ubranie miał pomięte. misy. płytki. Snują się nieustannie po swoich korytarzach. ma nawet ręce i nogi. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi.w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. mieszka władca Lunnów. dowolne kształty. które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew. drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Widocznie zaszło coś szczególnego. . Był rozczochrany. której nikt nie był w stanie przewidzieć. aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. które z siebie wydzielają. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie.. nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Wtedy właśnie stała się rzecz. natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. ani kości. dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębnić się jedni od drugich. co robią. Na południu półkuli księżyca. to znaczy . w Wielkiej Srebrnej Górze. poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego. talerze. brak mu tylko twarzy. W dłoni trzymał sękaty kij. Roślinności na księżycu nie ma żadnej. brudny.

Jestem Wieszczką lalek. Kaczko Dziwaczko. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. Pan Kleks zaniemówił. aż wreszcie opustoszała całkiem.Na twarzy jego malowała się wściekłość. nie mogąc znieść tej sceny.A cóż to znaczy. . mrówko. Roześmiał się jej szyderczo w twarz. który zamroził i przeraził wszystkich. . Anatol usiłował obezwładnić Alojzego. panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości. a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie. a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. Rozległ się trzask. wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd.zawołał głosem. panowie! . Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały. pókim dobry! Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości. bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię. abyś natychmiast opuścił salę! . Żądam od ciebie. Rozumie pan? Tro-ci-ny! Alfred. Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli.krzyczał Alojzy . Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. zawołał: . wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem: . ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę. spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali. pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczeli uciekać drzwiami i oknami. odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie.może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj. cha-cha-cha! Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie.To jeszcze nie koniec. skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego.Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy.Hej! Panowie. Sala stopniowo opróżniała się. bo cię zjem na obiad! Uciekaj. rozpłakał się. Powstał popłoch nie do opisania. panie Kleks?! . odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony. .

Mateuszu? . uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem. chłopcy. że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. Taki to był wspaniały człowiek! SEKRETY PANA KLEKSA Kiedy przed półrokiem zacząłem pisać ten pamiętnik. przechodziło wszelkie wyobrażenie. że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka. Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. Innym razem. czego wcale nie zauważył. przewyższał go niemal o głowę. Alfred. że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych. Zdaje się. Wreszcie pan Kleks się ocknął. Nie zwracając uwagi na Alojzego. który był najmniejszy spośród nas. Jak już wspomniałem przedtem. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. zapomniał. że jeśli tak dalej pójdzie.drwił sobie na głos Alojzy. że czas już na obiad. przedziwnych wydarzeń. że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleks .Awda.Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów. popatrzył na nas. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić. . że jest w powietrzu. że to. odbiło się to w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego.Szkoda. co Alojzy wyprawiał w Akademii. że spadł na półmisek z pieczenią baranią.zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni. Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. Rozejrzał się po pustej sali. fruwając nad stołem z polewaczką w ręce. pan Kleks przeszedł obok niego. . niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz. Muszę zaznaczyć. że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. potem na Alojzego i rzekł spokojnie.Zobaczycie. stojących pod ścianami. Prawda. Wprawiło go to w stan zdenerwowania. a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko. wcale nie przypuszczałem. Najważniejsze jest to. awda! . i zadumał się tak głęboko. jak gdyby nigdy nic: . coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych.

gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. kiedy chciał. po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. meble i sprzęty zmniejszyły się. Przykro mi będzie rozstać się z wami. na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa. Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł: . Mówiąc do was. jak od pewnego czasu zmalałem. Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa. . Mało tego . po czym klucz wrzuć do stawu. który dotąd przypominał rozległą puszczę. że zbliża się koniec naszej Akademii. pokoje zrobiły się niższe. muszę stać. drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki. Park. . Wszystko. tak jak gdyby się bał. że Akademia ta w ogóle przestanie istnieć. trzaskał drzwiami. nie mogliście nie zauważyć tego. zmniejsza się i maleje. było nam wesoło i przyjemnie. drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie. a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. Zrozumieliśmy. ale przecież wszystko musi mieć swój koniec. a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów. podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. co was otacza. jaka jest tego przyczyna. gwizdał. Rozumiecie chyba sami. Spędziliśmy wspólnie cały rok. potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. Znajdziesz przy brzegu przeręblę.Drodzy moi chłopcy. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał. co dzieje się dookoła was. opuszczał wykłady. Ot. panie profesorze? . śpiewał na cały głos. każdy z was ma swój dom. nie dbał zupełnie o swoje piegi. Widzicie. W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie: . wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi. a łóżka stały się krótsze. Bądźcie przygotowani na to. jak ręce dziecka. słabła władza i powaga pana Kleksa. zmalał i przerzedził się.zawołał Anastazy tłumiąc płacz. a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Również gmach Akademii skurczył się nieco. Ale dziwna przemiana dotknęła nie tylko samego Kleksa. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś w o północy obowiązkowo otwórz bramę.w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego. Pan Kleks obejmował nas serdecznie. które stały się już tak małe. Otoczyliśmy Pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu. ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry.A co z nami się stanie. jednak po miesiącu stała się już tak widoczna.Mój Anastazy. którą specjalnie w tym celu wyrąbałem w lodzie.Alojzy wstawał. do którego wróci. wybijał kamieniami kolorowe szyby.

Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. dosyć. które nam rozdawał niczym święty Mikołaj. spostrzegłem. żeby tego nie robił. połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe. że nie ma go pośród nas. Byliśmy olśnieni. pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi od pokojów. krzesła. Były to stoły. które dotąd stale były pozamykane. stoliki. . Pan Kleks zaniepokoił się bardzo. Pan Kleks otworzył lufcik. wyleczone przez pana Kleksa. Tymczasem nadszedł wieczór.No. którą przez całe życie zachowałem w pamięci. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy. Nie chciał mnie usłuchać. że nie było go również podczas wieczerzy. łańcuchami. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły. chodźcie ze mną na górę.zawołał . salaterek i waz. Anatol przerażony zerwał się z krzesła. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli. uginające się pod ciężarem półmisków. Mrok jednak zapadł tak szybko. wpił się palcami w jego ramię: . że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać.Była to bardzo wzruszająca scena. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze. złotymi i srebrnymi nićmi. gdzie on jest! Prosiłem go i błagałem. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. lśniły. okazało się. i nagle stwierdziliśmy. gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dookoła niezwykła jasność. rozświetlona setkami płonących świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami.Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy?! . leć czym prędzej i szukaj Alojzego. przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną. które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie. Gdy przyszła kolej na Alojzego. zegary. . my zaś podążyliśmy za nim przeskakując po kilka schodów na raz. że byliśmy w tej samej sali. chłopcy. spojrzał w niebo i rzekł do nas z łagodnym uśmiechem: . blady jak płótno.ja wiem. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki. teraz zaś. w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. Pan Kleks podbiegł do Anatola i.Gdzież jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu. Rozglądając się wkoło.Panie profesorze .

Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa. Zrozumieliśmy. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego. że nie zdąży odczytać tajemniczych chińskich tabliczek.rzekł pan Kleks głosem spokojnym. W . nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy.Ja jeden tu czytam po chińsku! . Kiedy wpłynął do sali. co to znaczy. otworzył ją i postawił na stole. . był o połowę mniejszy niż przedtem. aż potłukł je i starł na drobny proszek. . Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. . Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju. Spojrzałem odruchowo na sufit. poza innymi karami. że stała się rzecz straszna. Alojzy widząc. zuchwała. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa.Mam sekrety pana Kleksa! . połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym. cały wysmarowany sadzą. cha-cha-cha! Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę.Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym oddechem. . Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę. . . wypędzenie z Akademii.wyszeptał Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu.. Nikt z nas nie znał chińskiego. rozmawiając szeptem między sobą.Alojzy jest w sekretach pana profesora . kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha! Naraz w otworze lufcika ukazała się blada. Alojzy . wykrzywiona twarz pana Kleksa. aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. Wiedzieliśmy.wołał Alojzy. że za coś podobnego groziło. nacisnął ją parokrotnie.Zniszczyłeś moje sekrety.zawołał zdyszany.Zaraz je obejrzymy! Patrzcie. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich zginiesz. zmiótł je jednym zamachem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami. lecz surowym. Nie rozumieliśmy. W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. wspaniałym panem Kleksem. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie. Dowiemy się wreszcie. posadził go na stole obok walizki. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia. zapisanych drobnym chińskim pismem. odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę.Wobec tego ja zniszczę ciebie. ta znienawidzona przez wszystkich. otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek. otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. zarozumiała i przemądrzała lalka. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa. oto są sekrety.

unoszenie się w powietrzu. żeby się do was dostać. śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł: . . Wówczas pan Kleks odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud. Były tam litery. otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. Domyślałem się. otworzył ją.. aby mógł pan stworzyć tę głupią Akademię.przestał istnieć.Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką. cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem.ta niegodziwa karykatura człowieka . panie Kleks! . Alojzy milczał. powiększanie przedmiotów. zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy .A więc tak.Nie przejmujcie się. Ja panu pokażę. z których słynąłem w sąsiednich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. płytki dźwiękowe. Alojzy. odgadywanie waszych myśli. części te ułożył wraz z głową w walizce i walizkę zamknął.syknął przez zęby.szeptał . . Utraciłem wszystkie moje umiejętności. Alojzy wykradł mi moje sekrety. że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki.. leczenie chorych sprzętów.. Na tych porcelanowych tabliczkach.wybełkotał z przerażeniem w głosie. oddałem panu cały mój majątek. . Ja panu pokażę! . Durnie! Dosyć mam tej całej waszej Akademii! Anatolu. . szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Zgoda? Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń.podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. w tej walizce . Filip podbiegł do walizki. tym wszystkim. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka.wołał trzęsąc się z gniewu. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego. Gdzie Alojzy? Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa. panie Kleks. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek. którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. tam. Niebawem będzie już po wszystkim..Mój Boże ..Alojzy. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. które podepał i potłukł. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach.Musiałem przełazić przez mur. znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka.mój Boże. co potrafi Filip. Taka piękna lalka. Zamiast jednak martwić się. .. Był czerwony od mrozu i wściekłości. kiedy chce się zemścić.. chłopcy. . Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. wypisana była cała wiedza. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem.Czemuż to nie otwieracie bramy? . Taka piękna! Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. nie. zabieram cię do domu. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową..

Cała Akademia. POŻEGNANIE Z BAJKĄ Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Nie spostrzegłem zupełnie. ale głos zamarł mi w krtani. chłopcy!. Całym wysiłkiem woli panowałem nad sobą. nie wiem. Filip. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak znalazłem się na dziedzińcu. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. Co się działo dalej. Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. nie powstrzymywany przez nikogo. Szumiało mi w uszach. Był to pan Kleks. . że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. otworzył ją i zbliżył się do choinki. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. aż wreszcie zapadł zupełny mrok. jakim widziałem go niegdyś w szklance. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać. a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. aniżeli był przedtem. przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. a przed oczami fruwały czerwone płatki. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność. mroźna noc grudniowa. zabrał się do roboty. Usiadłem na ławce. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy. Chciałem krzyknąć: Do widzenia. Gdy po chwili otworzyłem oczy. z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać która zbliżyła się do mnie. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. aby nie usnąć. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. jej mury i park widoczne były jak na dłoni. że niepostrzeżenie usnąłem. Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy. Taki sam pan Kleks. gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy. Była piękna.Po tych słowach wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę.

Adasiu. wiele innych. Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem: . Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion. bajka o dziadku do orzechów. Mateusz. Siedziałem na tapczanie. Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy. Życzę ci powodzenia w życiu. o Kaczce Dziwaczce i wiele. mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się.Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. o włosach przyprószonych lekką siwizną. że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów. W miejscu gdzie przypadał park. Wyfrunął z klatki. Sądzę. Przybierając coraz bardziej na wzroście. usiadł mi na ramieniu. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie: . w której siedział zamyślony Mateusz. I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana. nogi wydłużyły się. że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca. a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek. czekał tylko na ten moment. który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka? Jeżeli chodzi o mnie. a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. zdawało się. uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas. . krzaki i kwiaty. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm. Czyż nie domyśliliście się jeszcze. Był wielkości śliwki. potem zeskoczył na moją dłoń. a potem potem już tylko wielkości orzecha laskowego. Tam. cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo. który udawał żebraka. o wilku. Był już nie większy niż mój mały palec. haftowany w drzewa. na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. stała biblioteka. Po prostu zwyczajnym guzikiem. musimy się pożegnać. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem.Cieszę się. Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. że pan Kleks był owym guzikiem. porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. o krasnoludkach i sierotce Marysi. gdzie był mur. o rybaku i rybaczce. Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. Kto wie. Gmach Akademii przemienił się w klatkę.Bądź zdrów. na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. ujrzałem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu. może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce. leżał piękny zielony dywan. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. A stał się guzikiem.

sam bawię się znakomicie.Kim więc jesteś. a tyś uwierzył w jej prawdziwość. . a potem nagle roześmiał się serdecznie. aby je sobie obmyślić i przygotować. .zapytałem zdziwiony. gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je.Bajka zawsze jest tylko bajką. . a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? . Z tymi słowy wziął ze stołu otwartą książkę. która tam leżała. Po prostu opowiedziałem ci bajkę.Napisałem tę opowieść. Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.zawołałem gubiąc się już zupełnie. przeobrażony w człowieka.Przemówienie moje nie bardzo było udane. Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa . Mateusz. .odrzekł z uśmiechem. pogłaskał mnie po twarzy i rzekł: . Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! .Jestem autorem historii o panu Kleksie . mój chłopcze . wysłuchał mych słów z powagą. . ale przecież nie miałem nawet czasu.Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem.odparł szpakowaty pan.No. zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful