P. 1
Edward Kudelski_SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ

Edward Kudelski_SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ

|Views: 136|Likes:

More info:

Published by: Jacek Walczyński on May 03, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

12/15/2013

pdf

text

original

Od edytora przedruku

Powieść którą Państwo za chwilę przeczytacie nosi znamienny tytuł: „Sosnowiec jest takim miastem jak Londyn Paryż Wiedeń”. Dlaczego napisaną tuż przed wojną i wydaną oficjalnie zaledwie jeden raz powieść Autor tak właśnie zatytułował? Skąd przyrównanie przedwojennego Sosnowca, którego powieściowy obraz usytuowany jest w robotniczej a równocześnie slumsowej dzielnicy (Środuli, Konstantynowa) do Londynu, Paryża, Wiednia czy Rzymu? O tym Autor jednoznacznie nas informuje w ostatnich zdaniach powieści ustami Kida: –...Sosnowiec jest takim miastem jak Paryż... Londyn... Wiedeń... bo podobnie jak tamte miasta ma swoje tragedie, swoje blaski i nędze i swoich wielkich i małych ludzi?… Oprócz profilu obyczajowo-dramatycznego, Czytelnik sporo dowie się o dzielnicach Sosnowca: Pogoni, Ostrej Górki, Sielca, Dębowej Góry, Kuźnicy, Radochy, Modrzejowa, Środuli oraz Zagórza. Powieściowi bohaterowie – o ile nie są bezrobotni, ciężko pracują w Wielkich Piecach (huta Katarzyna?), w fabryce Gardo-Hammer (Fitzner-Gamper?), w przędzalni wigonu (przędzalnia Schoena?) lub w kopalniach (Renard, Fanny, Ludmiła?) czy fabryce chemicznej (Środula, Radocha?). Z dorożki, wiedziony opowieściami dorożkarza, wzmacnianymi wyborową i wodą sodową poznaje Sosnowiec angielski dziennikarz. On to – Polak z pochodzenia, Zagłębiak, wypowie na końcu powieści znamienne, zawarte w tytule określenie Sosnowca.

EDWARD KUDELSKI

SOSNOWIEC
JEST TAKIM MIASTEM JAK

LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Opracowanie na podstawie reprintu (przedruku) oryginalnego jedynego wydania F. Hoesicka z 1938 roku w Warszawie. Reprint wydania był zamieszczony w EKSPRESIE ZAGŁĘBIOWSKIM w numerach 80 – 100 na przełomie 1996 i 1997 roku. Magazyn EKSPRES ZAGŁĘBIOWSKI redagowany był przez JANA PRZEMSZĘ ZIELIŃSKIEGO od grudnia 1990 roku (najpierw jako EKSPRES SOSNOWIECKI) do czerwca 1999 roku. Jan Przemsza-Zieliński zmarł 17 maja 1999 roku. Po jego śmierci ukazał się ostatni, podwójny (106–107) numer specjalny. Sosnowiec, 2011 – 2012
[opracowanie edytorskie: Jawa48© tylko do użytku wewnętrznego i osobistego bez prawa przedruku i publikacji tak w części jak i w całości].

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Lemański wstał o 5.30; na wschodzie bieliło się, a z małej izdebki robotniczych baraków widać było smugi na niebie pasami. Miejscami smugi te były szare, miejscami jaśniejsze. Pół nieba zasłaniała ogromna hałda żużli i popiołów z Wielkiego Pieca. Głuchy stuk szedł pod ziemią, krótki, urywany, rytmiczny. Wielki Piec sykał parą, dzwonił pracą wózków żelaznych, dygotał gorącem. Pojękiwała winda i obłoki dymu, raz po raz zasłaniały cielsko stalowego kolosa. Lemański ubierał się powoli, apatycznie. Mechanicznym ruchem wciągał połatane spodnie, przesycone rdzawym pyłem. Odruchowo zapinał pod szyją koszulę niebieską, bez kołnierzyka. Siewierskie buty z juchtowej skóry wciągał na nogi ze zmęczeniem. Czuł ból w plecach i długimi, sinymi rękami splecionymi z żył i muskułów, ciągnął rzemienne sznurowadła. Mocniej ściągał brzuch pasem, tak, że spodnie pofałdowały się wzdłuż jego chudych bioder. Włożył marynarkę i jeszcze raz spojrzał na zegar, była 5.50. Smugi daleko na niebie jaśniały, a na hałdzie kładł się różowy brzask dnia. Mała kolejka sapiąc i prychając, ciągnęła parę koleb naładowanych kaszą z Wielkiego Pieca. Sięgnął po bańkę, wziął w usta łyk bladej, wodnistej herbaty, potrzymał chwilę i przełknął, zamknął bańkę, chleb, owinięty w gazetę, Strona wsunął pod ramię i ciężko stąpając, wyszedł z izby. W przedsionku otworzył

Opracowanie edytorskie Jawa48©

5

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

drzwi z żelaznego skobelka, przystanął chwilę, powiódł zmęczonym wzrokiem po niebie i świtającej zorzy i ruszył ciężko w stronę huty. Tej nocy spał nieszczególnie, sny miał dziwne jak nigdy. Śniło mu się, że oto idzie w stronę Wielkiego Pieca na wysokich, bardzo wysokich nogach, że jest prawie tak wielki jak piec. Przychodzi do roboty, a tu żadnej roboty robić nie może, bo jest za wielki... Wózki mu się plączą między nogami, a lokomotywa nie jeździ na kółkach, ale chodzi na nogach takich krótkich, grubych... Rozzłościł się Lemański we śnie na taką lokomotywę, co to ma nogi zamiast kółek i patrzy na Wielki Piec – a tu znowu dziwo... Piec jest, jak Wielki Piec, tylko, że zamiast klapy do wysypywania koksu, sterczy głowa przedsiębiorcy piecowego... Jest głowa taka wielka, są ręce... Przedsiębiorca patrzy na Lemańskiego, złości się i grozi mu... Wiadomo, przedsiębiorca najmuje robotników, może zredukować. Trzeba się schować i wziąć do pracy, ale jak się tu schować, jeśli się jest takim wielkim chłopem... A przedsiębiorca złości się strasznie i już sięga Lemańskiemu do gardła... Jął tedy uciekać i nagle coś trzasło go w głowę... i zrobiło się ciemno, ciemno wokoło...

 Lemański rzucił się na łóżku, otworzył oczy i oprzytomniał. Zapalił zapalniczkę, przysunął do cyferblatu starego budzika. Była godzina pierwsza w nocy. Zamyślił się chwilę nad snem swoim dziwacznym, potem przewrócił się na drugi bok i po chwili spał już, postękując jak stara maszyna, która niedługo wytrzyma, bo nadaje się jedynie na szmelc. Rano przypomniał sobie sen i myślał o nim całą drogę do huty. Przy murze fabrycznym spotkał się z innymi robotnikami, zdążającymi do pracy. Czarny szereg postaci sunął wzdłuż muru, w stronę portierni. Lemański szedł Strona z innymi, na twarzy jego, na zapadniętych policzkach i woskowej skórze na skroniach znać było ogromne zmęczenie. Huta była coraz bliżej i zdało się
Opracowanie edytorskie Jawa48©



6

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Lemańskiemu, że wszystkie głosy, jakie dochodzą z fabrycznego placu, układają się w smutną, dawno słyszaną pieśń... Pieśń starych bab na uroczystościach pogrzebowych...

 Geolog winien współżyć i współpracować z górnikami, etnograf z ludźmi czy zbiorowiskami ludzkimi, których warunki życia i współżycia chce poznać. Profesor Andrzej Jarocki był geografem – geologiem i socjologiem – etnografem w jednej osobie. Jego prace z zakresu badań geologicznych znane były w świecie naukowym. Nie małą sławę przyniosło mu dzieło Etnografia Sosnowca, zakończone bogatym słownikiem prowincjonalizmów. Profesor nie mógł usiedzieć spokojnie i zawsze się gdzieś włóczył. Był dobrym znajomym wszystkich starych bab, z którymi lubił gawędzić. Zachodził do mieszkań dawnych mieszkańców Sosnowca i okolicy, przysłuchiwał się rozmowom, plotkom i opowieściom, o czasach, dawnych i obecnych. Miał bogatą kolekcję szkiców, sylwetek, twarzy charakterystycznych, rysowanych na prędce. Ze starymi hutnikami i górnikami był za pan brat, pił z nimi wódkę i wyciągał na rozmowy i wspomnienia, które potem zapisywał. Miał gruby tom zasłyszanych opowiadań o skarbniku, duchu huty, utopcu i innych. Przebogatym skarbcem pod tym względem była stara Dębniakowa, babka blisko sto lat licząca, u której przesiadywał, przynosił czasem owoce i słodycze, a ona opowiadała dawne gadki i przeżycia we własnej zapisane pamięci. Profesor ożenił się późno i wcześnie został wdowcem; żona umarła mu młodo i zostawiła śliczną, słodką dziewczynkę o dużych ciemno-niebieskich oczach – małą Jen. Profesor nie miał rodziców, jedynym bliskim krewnym był brat ojca, weteran z 1863 roku, który walczył o niepodległość Polski na terenie Strona



świecie, próbując wszystkich zawodów. Był palaczem, majtkiem okrętowym,

Opracowanie edytorskie Jawa48©

7

Sosnowca, a po upadku powstania uszedł za granicę i tułał się po całym

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

tkaczem, kowalem, ślusarzem, hydraulikiem. Pracował na plantacjach bawełny, był we wszystkich częściach świata, – a zawinąwszy raz do Londynu, poznał przez przypadek Polkę, i to pochodzącą z Zagórza pod Sosnowcem, pannę Helenę Mieroszewską, zakochał się i pozyskał wzajemność. W parę lat po ślubie osiadł na stałe z żoną w Londynie, wychowując dwóch synów, Kida i Erwina i córkę poznać teoretycznie, – a potem umiał swoją wiedzę obrócić na praktyczne korzyści, Kochał swoją Polskę daleką i zawsze wybierał się pojechać. Ale odwlekało się jakoś a potem przyszła podagra, synowie pożenili się, koło dziadkowego fotela pojawiły się wnuki, została tęsknota za ojczyzną i starość. Zawsze wygolony i uczesany, nie zapomniał nigdy przypiąć krzyża Virtuti Militari, jakim za walkę i lata poniewierki z daleka od Ojczyzny odznaczył go Wódz Naczelny w Polsce Odrodzonej. Dzieci wyrosły i dojrzały. Erwin ożenił się i rozwinął lepiej interes ojca. Kid został dziennikarzem, pił gin, gonił za sensacyjkami, a podobny do ojca cieszył się wielkim powodzeniem u kobiet. Nel poza sportem, nie widziała nic w życiu. Krewni w Anglii interesowali się żywo, życiem i sprawami profesora Jarockiego. Wuj Stefan łożył na studia uniwersyteckie profesora, a po śmierci młodej żony, ciotka Helena opisała pokrzepiające listy do zbolałego i zamkniętego w sobie wdowca. Mała Jen musiała ciągle pisać listy do cioc i o wszystkim co robi. Pomiędzy nią a Nel kursowały często bileciki, w których małe dziewczynki zwierzały się wzajemnie ze zmartwień i tajemnic dziecinnych. Profesor zawdzięczał krewnym w Anglii dużo, bardzo dużo. Przede wszystkim nie opuścili go w jego sieroctwie, a potem po śmierci ukochanej żony znajdowali słowa otuchy. Tylko, że jakoś nigdy nie dochodziło do wyjazdu, bo ilekroć któraś strona wybierała się w podróż zaraz stanęło coś na przeszkodzie i trzeba było odłożyć i tak mijały lata. Stary wuj Stefan zdecydował jednak kategorycznie, że przed jego śmiercią ktoś z dzieci musi do Polski pojechać, a ciotka Helena coraz bardziej nalegała na przyjazd Strona Jen.

Opracowanie edytorskie Jawa48©

8

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


 Dnia tego przyszedł list z Londynu. Ciotka Helena pisała: Kochany Andrzeju! Mały synek Erwina wciąż jeszcze jest niemową. Trzyletnie zdrowe dziecko klekoce cały dzień tylko "tokn, tokn, tokn". Zagląda wszędzie, wszystkim się interesuje. Najlepiej czuje się w towarzystwie wielkiego doga Fioka, z którym spędza całe dnie. Chłopak i pies wędrują godzinami po domu i ogrodzie przy czym dziecko trzyma psa za ucho, nie widziałam psa podobnie cierpliwego. Trudno ich rozdzielić, bo mały Eddie płacze, a pies warczy nieprzyjaźnie. Często malec śpiewa psu piosenkę i wtedy "tokn, tokn " jest tkliwe i sentymentalne, na co pies wyraża swe ukontentowanie żywym ruszaniem ogona. Kid ma opinię zdolnego i inteligentnego reportera. Pisze artykuły do Timesa i jest specem od zdarzeń nieprawdopodobnych. Nie zapominaj o ciepłym płaszczyku dla Jen. Tęsknota Stefana za Sosnowcem staje się coraz większa w miarę postępującej choroby nogi. Bardzo jesteśmy ciekawi historii Sosnowca i okolicy. O rodzinnym Zagórzu wiem, że istniał już we wczesnym średniowieczu. Z okna pokoju, który mieścił się w prawym skrzydle pałacu, roztaczał się. Piękny widok na wielkie pola i drogi wysadzane wysokimi topolami. W okolicy dzisiejszego Sosnowca były jeszcze lasy. Pamiętam w dnie czyste widniał na południu potężny łańcuch Karpat. Z górnych okien frontowych widać było zamek w Będzinie, który w owym czasie, o ile sobie przypominam był zamieniony na kaplicę ewangelicką. Na zachodzie, hen, rysowała się potężna pod Grodźcem góra z kościółkiem Św. Doroty. Czy istnieje jeszcze ten mały kościółek z kamienia Strona

słomą i tak mały, że pomieścił zaledwie sześciu ludzi. Opowiadano mi, że
Opracowanie edytorskie Jawa48©

9

wapiennego? Znajdował się za kościołem parafialnym. Kościółek był kryty

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

kiedyś zapalił się dach słomiany, ale wewnątrz nie zajęło się nic; przypisywali to ludzie cudownemu obrazkowi, który tam wisiał... Listy z Londynu były obszerne, pisane drobnym, ale wyraźnym pismem, po polsku.

 Dnia tego Lemański nie wrócił z pracy... Nie wrócił wcale... W wielkim kranie, który transportował ostygłe bloki surowca, zepsuł się opornik; motor windujący szarpnął gwałtownie w połowie drogi do stojących na bocznicy wagonów, pochyliły się ciemne płyty i obluzował łańcuch. W tej chwili idąca do laboratorium praktykantka Jen Jarocka, zbliżyła się niebacznie pod kran, a tu bloki z chrzęstem wysuwają się z obluzowanego łańcucha. O, już spadają... już zabiją... mózg się jeno rozpryśnie... Zauważył to stojący obok robotnik Lemański, jeden skok... jedno potężne pchnięcie... i panienka znalazła się odrzucona daleko na kupę żwiru... A Lemański?... Lemański leżał przetrącony sinymi płytami odlewu i oczy zachodziły mu bielmem... konał... Karawan fabryczny, prosty, ciągniony przez dwa zimnokrwiste konie grzązł w piaszczystej drodze, co prowadziła na cmentarz. Pogrzeb odbył się częściowo na koszt huty. Adwokat fabryczny zastrzegł stanowczo, że wszelkie starania rodziny o odszkodowanie nie odniosą skutku, śmierć bowiem nastąpiła z winy i przez nieostrożność zmarłego, co mogą potwierdzić świadkowie. Świadkowie, dwaj znani pijacy, któryż sprzedaliby rodzone dzieci za kieliszek wódki, szli także za konduktem zapłakani i zawodzący wielkim głosem nad tragiczną śmiercią rzekomo kochanego kolegi Lemańskiego.



Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

wolno, ubrana w długą ciemno-zieloną suknię. Wyblakłymi oczyma patrzyła

10

Za karawanem postępowała matka zmarłego i syn Stach. Staruszka szła

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

za trumną i na jej pomarszczonej twarzy, poznakowanej cierpieniem i wiekiem, płynęły łzy. Orszak pogrzebowy nie był za duży. Szło paru hutników i górników, kolegów zmarłego. Dalej szły przeważnie kobiety, sąsiadki i znajome. Szły po trzy i rozprawiały o swoich kłopotach. Plotki, sąsiedzkie domysły i biadania słychać było w gromadce. Cmentarz miejscowy, odgrodzony od reszty pól drutem kolczastym, biedny był i zaniedbany. Rosło na nim parę sosen pokrzywionych i ostra, sucha trawa. Krzyże najrozmaitszej wielkości i kształtu słaniały się nad grobami. Najczęstszym znakiem były butelki, pozatykane szyjkami w piasek. Wewnątrz butelki, znajdowała sie kartka z wyblakłym, a często już nieczytelnym pismem. Na niektórych kartkach można było przeczytać boleściwe epigramy, np. Umarł mąż jedyny Zonę swą zostawił, Trudno mi z dziećmi, Niechby go Bóg zbawił! albo: Tadziu, dziecko moje Teraz jesteś w niebie Trudno było z Tobą, Trudno jest bez ciebie. Nad otwartym grobem jakiś stary górnik począł wypominać o nędzy robotniczej i krzywdzie, ale kobiety zastrachane, zakrzyczały go swymi wrzaskliwymi śpiewami. Ciężkie grudy żółtego piasku zadudniły na trumnie, każdy przeciskał się z ostatnią przysługą i dosypywał od siebie garść wilgotnej, ciężkiej ziemi. A kiedy zakryło trumnę i grób się wypełnił, wszystk o stało się zwyczajne, ludzie zapomnieli o zmarłym i zaczęli się rozchodzić do domów, do rodzin... Do nowego życia i do nowego umierania...

Wielka hałda to rośnie, to maleje w mroku. Migają lampki elektryczne,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

 Wieczór. Szaruga bezbarwna wchłania wyniosłe kontury kominów.

11



Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

rozhuśtane wiatrem. Gubi się ulica Konstantynowska w dymach i nocy. Zasnuje się czarną mgłą nędza podwórzy żydowskich kamienic. Niedola izb robotniczych mdłym światłem zakwitnie. Wszystko pomniejszy się,

sczernieje. Nad ulicę, nad domy wyniesie się Wielki Piec, ogromny ołtarz ognia z wiankiem dymów u góry... Wielki Piec dyszy, jęczy, stęka. Bulgoce zgrzytliwie a strzępy pary białej, jak oderwane westchnienia przemykają się między żelaznymi wiązaniami. Dym kurzy się wolno z wierzchołków i boków wielkiego cielska... Zda się potwór legendarny, strzeżony przez ludzi, przywiązany setkami wiązań do ziemi, drzemie... Pomrukuje jazgotem, dygoce rytmem potężnego serca i głuchym dudnieniem odzywa się w ziemi. Ale widać bunt podniósł się w nim. Zaryczał, zatrząsł się... i otworzył swoje oko. Ognistą pożogą objął okolice. Oblał czerwoną łuną czarne domy i zajrzał nocą do mieszkań na poddaszu, gdzie szkarłatem zapalił pobielane sufity. Plunął żarem w długą szyję ulicy, prześwietlił nikłe cienie niewolników swoich i zapłakał... Zapłakał ławą roztopionego metalu, krwawymi łzami niedoli swojej i sług swoich obdartych, krzątających się przy nim w sandałach drewnianych z długimi, żelaznymi prętami... W podłużnych rowkach zastygał płynny surowiec i krzepł na płyty, szare, sękate, tzw. gęsi. Górna warstwa żużli miała ujście z boku Wielkiego Pieca i ognistym strumieniem spływała do zbiornika z wodą. W wodzie żużle stygły ze straszliwym sykiem i dzieliły się na drobne cząsteczki żółtego koloru. Nie tonęły... utrzymywały się na powierzchni i pokrywały ją grubą warstwą, przypominającą kolorem kaszę jęczmienną i pewnie dlatego dzieci okoliczne nazywały te żużle kaszą z Wielkiego Pieca. Kasza ta płynęła ze zbiornika razem z wodą rowem poza mury huty, a woda w której płynęły te żużle, była ciepła a nawet chwilami gorąca,. Kiedy odlew z wielkiego pieca zaczerwienił najbliższe kamienice, ulice Konstantynowską i Kamienną, dzieci biegły z

powierzchni żużle.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

brodziły z zadowoleniem po ciepłej wodzie, zagarniały rękami pływające po

12

wrzaskiem radosnym na ulicę Gamperowską, wskakiwały do rowu z kaszą,

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Profesor chodził wielkimi krokami po gabinecie... – Dlaczego pan milczy? – Ja nie wierzę, żeby córka moja była przyczyną śmierci pańskiego ojca... To wypadek, po prostu wypadek, który zdarzyłby się ojcu i wtedy nawet, gdyby córki mojej nie było w pobliżu... – Tu dałem babce pańskiej pięćset złotych... może uważa pan, że za mało daję? Dostała pani pieniądze? – No tak, Stasiu, dostaliśmy pieniądze, trzeba przecież żyć... Trudno, niechaj nas Bóg ma w Swej opiece... Ojciec nie żyje... a szkoda, taki kochany syn był... Tu są pieniądze Stasiu... – Dlaczego Pan milczy?... Ojciec, nie ma go, nic go nie wróci... Ból zamroczył chłopca... Pieniądze... Biedna babka... Pokurczony tobołek steranego życia... Czegóż się boi starość, czego?... Głodu się boi i zimna!... Odparł krótko i twardo... – Ojciec mój, ratując wiedział o grożącym niebezpieczeństwie,

powodował nim szlachetny odruch a nie żadne wyrachowanie. Zresztą czyn ojca nie może być zapłacony. Nie ma sumy, która zwróciłaby ojca mojego... – dalej nie mógł mówić... Wykrztusił jeno... – Żegnam Pana – i wyszedł... Twarz skrzywił mu skurcz hamowanego płaczu, nic nie widział... W przedpokoju ktoś podał mu płaszcz... jakieś oczy niebieskie, śliczne patrzyły na niego rozpacznie. Uciekł za miasto. Na kamionce, w wyrwie pełnej trawy i omszałych kamieni, uspokoił się.

Pieniądze zawinięte w chusteczkę, ściskała w ręce... Doczłapała do
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

pożegnała profesora... Słabo jej było strasznie i niepokoiła się o wnuka.

13

Starowinka drżącą ręką podpisała akt otrzymania pięciuset złotych i

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

mieszkania i drzwi zastała zamknięte... Nie ma Stacha... nie ma – a on ma klucz. Biedne dziecko. Pewnie poszedł gdzieś w pole ze swoją żałością. Usiadła na zydelku pod ścianą... poczeka. Mija pół godziny, godzina, Stacha nie ma... Słabo jej, więc się oparła o ścianę i drzemie... Jest małą dziewczynką, Ślązaczką. W wiejskiej szkole Herr Lehrer chodzi z rózgą pomiędzy ławkami i uczy rachunków... A potem jest łąka pełna kwiatów, a na tej łące ona, Gustla na nią wołają (jest jej Augusta, ale po śląsku to Gustla), chodzi po łące, a potem nad rzeczką czystą... Chodzi z dziewczynkami i śpiewa... Dziecinne głosiki śpiewają pojękliwie wyuczoną piosenkę... Ich weisz nicht, was soli es bedeuten Dasz ich co traurig bin; Ein Marc hen ans alten Zeiten, Das kommt mir bicht aus dem, Sinn Potem jest już szesnastoletnią dziewczyną i jedzie na Litwę do ciotki swojej, która tam prowadzi gospodę... Jedzie długo, strasznie długo... Młoda schludna panna poznaje Romualda Lemańskiego, zdolnego gisera. Wesele, a potem lata wędrówki za mężem, dzieci, troski, same troski... Szumią jej puszcze litewskie a zimą wyją wilki... W chatach, na wielkich piekarokach, snują się opowieści przy świetle łuczywa... I dzwoni pieśń tęskliwego mołojca... Ej, ty koń, ty mój koń... krasawiec, waranoj... I znów płynęły lata... Przyjechała do Sosnowa... Mąż pracował w odlewni, córki wychodziły za mąż... Synowie szli do wojska... Potem była Wielka Wojna i śmierć Stefana, najurodziwszego z chłopców... W legiony poszedł, w legiony... Czapkę z orzełkiem włożył... Rozszarpały go rosyjskie szrapnele... I śnił się potem po nocach wielki, we własnej krwi unurzany i śpiewał... My, pierwsza Brygada... Strzelecka gromada Na stos rzuciliśmy – swój życia los Na stos, na stos...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

14

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Ocknęła się... nie ma Stasia, nie ma... słabo jej strasznie i napiłaby się trochę mleka... Oj jak strasznie spać się chce... I tak wyjechali lub poumierali wszyscy najbliżsi, został tylko ten jeden syn jedyny – Roman. Pracowity był, a jak się czasem i upił to przychodził do domu spokojnie, kładł się spać i prosił... Mama zaśpiewa mi coś, zaśpiewajcie mama... Gładziła go ręką po twarzy i śpiewała cienkim, drżącym głosem... Ich weisz nicht... A głosem mocnym śpiewała pieśń, co pożarem serc niosła w ogień legendarnych straceńców i jej Stefana... My pierwsza Brygada... Słuchał... łzy napływały mu do oczu i zasypiał... O! teraz idzie taki wesoły uśmiechnięty, idzie Romuś kochany... idzie... Stare matczyne serce zatrzepotało mocno ze szczęścia... mocno parę razy... i pękło. I osunęła się z zydelka pod drzwi, uśmiechnięta, jasna...

 Profesor pisał list do Londynu, w pierwszej połowie donosił krótko o wypadku, w którym Jen podobno nie utraciła życia, a w drugiej, odpowiadając na prośbę krewnych, postanowił napisać coś o historii Sosnowca i o każdej z jego dwunastu dzielnic. O Zagórzu pisał: Mniemam, że Zagórz dawniejszy był bardziej malowniczy od dzisiejszego. Z pierwszej wzmianki historycznej o Zagórzu wiemy, że Kazimierz, książę opolski, nadaje w roku 1225 wieś Zagórze i Czeladź, wraz z innymi, Comesowi Klemensowi za zasługi. Od roku 1238, klasztor w Staniątkach, otrzymuje z nadania owe włości darowane przez księcia opolskiego Comesowi Klemensowi. Klasztor pozbył się Zagórza, jak i Czeladzi, jako zbyt oddalonych. W połowie XV wieku wieś Zagórze, należała do parafii Mysłowice, miała piętnaście łanów kmiecych od których dziesięcinę dawano kościołowi w Czeladzi, wartości sześciu grzywien, folwark rycerski, karczmy, zagrod y. Zagrodnicy dawali dziesięcinę parafii w Mysłowicach. Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

15

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

W roku 1581 wieś Zagórze parafii Mysłowice, własność Jarockich... O Jarockich wiemy, że byli posiadaczami nie tylko Zagórza, ale i dóbr Klimontów, Siedlce, Pogonia, które to dobra za zasługi dla kraju położone król Zygmunt I darował z prawem dziedzictwa Stanisławowi na Jaręczynie Jarockiemu. Nadto Stanisław z Jaręczyna otrzymał w posiadanie lenne zamek w Będzinie z przyległymi wsiami i folwarkami. Darowane dobra uwolnił Zygmunt I od podatków. Wspomniany Stanisław na Jaręczynie Jarocki umiera od morowej zarazy, która panowała w Krakowie w roku 1515. W roku 1857 dziedziczka Zagórza, pani Jadwiga Mieroszewska ufundowała kościół. Po wybudowaniu kościoła przeniesiono parafię z sąsiedniej Niwki, której kościół stał się filialnym. Innym musiał być Zagórz za czasów von Kramsta, który postawili tu hutę cynkową. Nie ma już dawnych chat krytych słomą. Miejsce ich zajęły domy murowane. Wybrukowano szosy, po których dawniej wozy tonęły w błocie. Geologiczna budowa terenu, na którym znajduje się Zagórz, składa się z dwóch systemów: systemu triasowego i systemu węgłowego. System węglowy z nagromadzonymi osadami produktywnymi ciągnie się długim pasem na wschód od Gzichowa, Zagórza, Klimontowa i stanowi jeden z elementów budowy geologicznej Zagłębia Dąbrowskiego. W okolicach Zagórza znajdują się wychody pokładu grupy „Reden”. Ponieważ pokłady węgła są blisko powierzchni ziemi, przeto ludzie ubodzy kopią na własnych terenach małe szyby, zwane bieda-szybami i wydobywają węgiel za pomocą wiader. Węgiel taki wożą potem furmankami po Sosnowcu i okolicy i sprzedają na korce. Dudnią po bruku furmanki i już wczesnym rankiem rozlega się po ulicach wołanie przeciągłe... żałosne... Po węęegie!l Wyngiel na kooooorce! Profesor pisał chwilę jeszcze, po czym złożył list do koperty... za oknem w świetle księżycowym rysowały się gałęzie jodeł... zgasił światło i pokój wypełnił mgławy poświt, ramy okien rysowały się na podłodze... Czarny, smukły posążek Chrystusa, który służył za przycisk, zdał się kołysać na pliku Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

16

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

akcji – jak gdyby chciał zejść z biurka i rozpłynąć się w świetle księżycowym... w świetle innego życia...


 Stara Dębniakowa opowiadała profesorowi... – Babka moja to miała zmartwienie z jedną córką. W ciotce mojej, świeć Panie nad jej duszą, zakochał się pewien smolarz z Ostrogórki, a babka mieszkała wtedy na Gzichowie. Babka nie chciała się zgodzić, no ale pobrali się. Wtedy to w tym miejscu, gdzie dzisiaj Sosnowiec, były straszne lasy, a w tych lasach wilki i inne dzikie zwierzęta... Raz babka moja wybrała się do tej córki, co była za smolarzem. Zimą to było i wilki wygłodniałe wył y po lesie. Miała na plecach tobół, a w nim dwa duże bochny chleba, które dla córk i upiekła... Ale, że to staruszka leciwa już była i ciężki tobół miała, więc szła pomału. Zmierzchać się zaczynało i niebo na wierzchołkach sosen stawało się fioletowo-różowe. Na brzegu drogi pojawił się wilk, spojrzał na babkę płonącymi ślepiami, i znikł... Potem pokazał się znów ale bliżej. Mróz stawał się ostrzejszy, tak, że staruszce ręce skostniały, a nos zmarzł całkiem. Przyspieszyła kroku. Wilk pojawił się z przodu i już całkiem blisko. Pogroziła mu pięścią, ale wilczysko tylko kłapało zębami i zaczynało babkę okrążać. Zlękła się starowina nie na żarty. Sama w lesie, bez ludzkiej pomocy. Idzie ona, a wilk przed nią, to w prawo, to w lewo. Jak ona stanie, to i wilk stanie, jak ona idzie – wilk idzie. Zaczęła się rozglądać za jakimś kosturem i spostrzegła leżący na drodze potężny kij. Schyliła się, aby kij podnieść, a wtem z tobołu na plecach wysunął się jeden bochen, skulał się po pochylonych babki plecach prosto w stronę wilka. Wilk aż przysiadł ze strachu, a tu bochen leci prosto na niego... Porwało się wilczysko i jak nie zacznie zmykać, a bochen za nim... i pot em długo, długo jeszcze słychać było obłąkańcze wycie nieprzytomnego ze strachu wilka... Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

17

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Dzięki szczęśliwemu przypadkowi uratowała babka Pani swoje życie! – zauważył profesor. – Nie przypadek tylko, proszę Pana, nie przypadek tylko... mam 97 lat, wiele przeżyłam i wiele przemyślałam – i wierzę, że ludźmi prostymi, niewinnymi a dobrymi, opiekuje się wielka siła, która te szczęśliwe przypadki sprowadza. Ludzie wykształceni, a nie wierzący, muszą sobie pomagać własnym mózgiem i własnym mózgiem wszystko tłumaczyć... i popadają w rozterkę, rzadko bywają szczęśliwi i rzadko mają spokój... –... Męża miałam dobrego, mądrego, oczytanego w książkach samouka – ale ateusza... niewierzącego. Czego ja, prosta kobieta nie mogłam mu darować... Przed śmiercią mówi do mnie... idź, sprowadź księdza... uduchowionego... krasomówcę... Niech mówi o Bogu!... Niech mówi o Niebie!... Tylko niech mówi ładnie... obrazowo... tak, żebym to widział... Teraz kiedy kończę życie i ziemi tej już nie będę oglądał, każda nadzieja, każdy miraż podniesie resztkę świadomości... że życie jest wielkim spektaklem teatralnym, gdzie żyje się tylko złudzeniem i tą właśnie nadzieją... Sprowadziłam... i wie Pan, konając, łzy miał w oczach i uśmiechał się...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

18

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Stach Lemański miał przyjaciela szkolnego Włodka Otońskiego. Był to wypróbowany przyjaciel. Nigdy nie zawodził, nigdy nie lekceważył i chociaż lepiej sytuowany materialnie i z innego, bo inteligenckiego środowiska wywodzący się, nigdy nie dał odczuć różnicy społecznej, a przeciwnie, jako młodszy, szanował Stacha i liczył się z jego zdaniem. Trzeba tu zaznaczyć, że Stach odznaczał się inteligencją wrodzoną, wrażliwością i powagą nad swój wiek. Dwaj tedy chłopcy, poznawszy się we wczesnym dzieciństwie, zaprzyjaźnili się i jeden nie obywał się bez drugiego. Razem czytali książki i razem pławili się w cudnych wizjach wypraw dalekich na wyspy bezludne. Czytali Robinsona Kruzoe, M. Reida, Juliusza Verne, Karola Maya, a później Jacka Londona. Pod wpływem tych książek śnili życie, przeistaczali się w bohaterów, nazywali się ich imionami. Raz nawet postanowili uciec w stepy Dzikiego Zachodu i wziąwszy w plecak dwa bochenki chleba (kupione za wspólne oszczędności), małą siekierkę i parę gwoździ (w celu zbudowania łodzi, którą mieli się przeprawić przez Atlantyk), wybrali się wieczorem we dwóch. Ale kiedy uszli pod Kamionkę, za Konstantynów i spojrzeli raz jeszcze na zadymiony i gasnący w zachodzącym słońcu Sosnowiec, zaczęli zwlekać z odejściem w dalszą drogę. Wreszcie kiedy słońce zgasło, Sosnowiec pociemniał, a Wielki Piec zaczął postękiwać na całą okolicę, postanowili wrócić, a dla upamiętnienia tej chwili, wbili w tym miejscu w ziemię gwoździe i drewnianą zakopiańską laskę, którą mieli ze sobą... A potem w gimnazjum, kiedy przystało do nich paru kolegów, utworzyli związek tajemniczy z własnym lokalem i statutem. Lokal mieścił się w

się po drabinie i siąść nie było można, bo było za nisko, więc członkowie
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

piętrze była szatnia, a na górnym ów gabinet zebrań. Do gabinetu wchodziło

19

komórce, która w tym celu została podzielona na dwa piętra. Na dolnym

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

tajemniczego klubu, a było ich pięciu, zwyczajem starożytnych Rzymian, leżeli na boku. Ha, to były czasy! Wszystko odbywało się na migi, wymyślili nawet własne pismo, a cała klasa szanowała ich i liczyła się z nimi, bo jak chodziły słuchy, ci pięciu są rzeczywistymi członkami amerykańskiego Ku-Klux-Klanu. Mieli wtedy najlepsze stopnie, bo postawili to sobie za punkt honoru i jeden drugiemu pomagał... Ale nieszczęście chodzi po ludziach i nie oszczędza tajemniczych stowarzyszeń. Lokal zapalił się od lampki naftowej w czasie jednego posiedzenia i zrobił się harmider na całą kamienicę. W dodatku jeden z członków o mało nie upiekł się żywcem. Pożar ugasili, ale gospodarz zażądał odszkodowania od rodziców i wszystko się wydało. Biedni chłopcy byli sromotnie wyśmiewani i wytykani palcami długi czas. Przemyśliwali nawet nad popełnieniem zbiorowego samobójstwa. Wtedy jeden Stach Lemański ratował honor upadłego związku, wyzywając na pięści każdego, ktokolwiek ośmielił się wyśmiewać z jego przyjaciół. Przyszły starsze lata, tamci rozproszyli się, zostali znów ci dwaj, Stach i Włodek. Stach najlepiej czuł się w domu państwa Otońskich. Była tam wyjątkowa atmosfera ciepła, pogody i zadowolenia. Pan Otoński, wysoki szczupły mężczyzna, siwy już mimo, że młody jeszcze, miał zacną twarz i życzliwe oczy. Żonę miał gospodarną, skrzętną, wrażliwą na czystość w domu i zawsze mile uśmiechniętą do ludzi. Dom ten stał dla Stacha otworem. Małżonkowie byli zadowoleni, że Włodek ma takiego przyjaciela i jak najczęściej Stacha zapraszali. Za domkiem był ogródek pełen kwiatów i dzikiego wina. Pan Otoński lubił gawędzić ze Stachem, którego uważał za chłopca rozumnego i niezepsutego. W letnie wieczory, kiedy Stach zachodził do Otońskich, ojciec robił mu miejsce obok siebie i zaczynał rozmowę: – No, co słychać, Panie Stasiu, niechże Pan coś powie?

– Nic nowego, proszę Pana...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

przyzwyczaił się.

20

Stach bywał początkowo tym pytaniem zażenowany, ale z czasem

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Pogodę będziemy mieli na jutro, jak Pan myśli? – pytał Otoński. – Nie znam się na tym, ale wolałbym, żeby była – odpowiadał Stach. – A pewnie, pewnie... chociaż deszcz by się też przydał. I tak zwykle zaczynała się rozmowa, która toczyła się coraz swobodniej i pogodniej. Pana Otońskiego ciężko doświadczyło życie. Tego dobrego i łatwowiernego człowieka wciągnęli i zawikłali ludzie w kombinacje pieniężne. Ponapełniali kieszenie i uciekli, zostawiając go samego wśród wierzycieli, na marnie płatnej posadzie. Rozchorował się biedak ze zmartwienia, w ciągu trzech nocy posiwiał, ale wszedł w porozumienie z wierzycielami, którzy mu zaufali i spłacił ich kolejno w ciągu paru lat ze swojej niewielkiej pensji. Żona pomagała mu, oszczędzała, krzepiła słowem, dodawała otuchy więc przetrwał. Został mu na twarzy cień smutku, a w oczach w rozmowie z obcymi – przenikliwość. Stach po śmierci babki i zlikwidowaniu mieszkania, zwrócił się do Otońskiego z prośbą o pracę. – Ja już myślę o tym od paru dni – odpowiedział Otoński – ale widzi Pan, ja nie mam żadnych stosunków, nie znam ludzi, którzy mogliby dla Pana coś zrobić. Tu, gdzie się dało, to już pukałem – na razie bez skutku... Jeden ze znajomych moich, inżynier inspekcyjny z fabryki Gardo-Hammer, mówił mi, że potrzeba tam terminatora do warsztatu elektrycznego, płacą cośk olwiek... Ale przecież Pan nie pójdzie, ukończył Pan gimnazjum i miałby Pan iść do terminu – myślę, że byłoby Panu przykro. – Nie! Dlaczego? – odpowiedział Stach – gotów jestem iść.

Elektromechanika pociągała mnie zawsze. Nauczę się fachu, a to przyda mi się w życiu... Bylebym tylko mógł się utrzymać za to, co zarobię. Jeśli Pan może to dla mnie zrobić, to proszę, niech Pan pomówi z tym inżynierem, chętnie pójdę do warsztatu...

klas gimnazjum, a będzie Pan musiał zacząć od zamiatania, od noszenia
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Otoński, ale myślę, że będzie Panu przykro Panie Stasiu. Ukończył pan osiem

21

– Dobrze!... Poproszę za panem, chętnie poproszę – odpowiedział pan

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

węgla, od grzania kawy, latania na posyłki. Będzie Pan narażony na docinki byle wyrostka, który zaawansował w warsztacie. Będzie Panu przykro, Panie Stasiu... – Trudno! Życie w każdym środowisku ludzkim jest mniej lub więcej przykre. Trzeba się przystosować i podporządkować autorytetowi, który daną grupą rządzi, a z tym zawsze najtrudniej... Ale jak mówię, nie mogę czekać dłużej, muszę brać to co jest. Zresztą myślę, że mi tak źle nie będzie... – No, skoro Pan chce, to niech Pan będzie jutro przed fabryką o 5.30 rano w jakimś starym ubraniu, być może, że Pan od razu pójdzie do roboty... – Dziękuję Panu bardzo... – Nie ma Pan za co... naprawdę, jeśli mogę Panu czymś pomóc, robię to z wielką ochotą... Na drugi dzień Stach został przyjęty do warsztatu.

 W fabryce Gardo-Hammer praca zaczynała się latem o 6-ej, a zimą o 7-ej i trwała osiem godzin z półgodzinną przerwą na śniadanie. Warsztat elektromechaniczny mieścił się w hali z oszklonym dachem. Środek hali zajmowały obrabiarki. Z jednej strony, pod ścianą, na drewnianym warsztacie, stały rzędem przymocowane imadła. Jedną czwartą część całego



pomieszczenia, zajmował skład starych tworników najrozmaitszego typu. Po załatwieniu formalności biurowych, został Stach przedstawiony majstrowi warsztatu. Majster spojrzał ostro na chłopca i rzekł: – No! Jazda do warsztatu! Tam ci powiedzą jakie masz obowiązki. Obowiązki te nie były skomplikowane, trzeba było palić w piecu, grzać elektromonterem kawę, sprzątać, zamiatać warsztat i biegać do magazynu. Najczęściej pomagało się monterom przy pracy, trzymało narzędzia, podnosiło ciężary... Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

22

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Zaraz pierwszego dnia, został Stach oddany do pomocy monterowi Trenciokowi. Trenciok był elektromonterem starej daty. Złośliwi mówili, że naukę w tym zawodzie zaczął przy maglu, a potem był w terminie u kowala, gdzie przez trzy lata wynosił nocniki i bawił nowonarodzone dzieci. Twarz miał małą i nosił na końcu nosa okulary. Podczas roboty, a zwłaszcza piłowania, świstał pod nosem melodię, którą znali na pamięć wszyscy monterzy, a która elektromontera Józefa Krańca, zwanego "Wielkim" doprowadzała do ponurej zadumy.

 Codziennie rano o godz. 6-tej syrena zanosiła się jękliwym rykiem B..u.. u..o..o..o..u..u..i..i..y..y.. Był to znak do rozpoczęcia pracy. Rymnęły młoty parowe, elektryczne i młoty trzymane w żylastych rękach kowali. Raz... dwa... trzy... huk... stuk... puk... huk... stuk... stuk... puk... p uk... Olbrzymi młot parowy walił z łoskotem bum!., bum!., bum!... W oddziale konstrukcyjnym piekielny jazgot jak gdyby tysiąca kulomiotów tratata ta, tra ta ta ta ta... To powietrzne rewolwery do zbijania nitów. W mechanicznym szarpnęły motory, szczęknęły transmisje i obrabiarki zaczęły swą pracę i swój monotonny przyśpiew... o ho bil bil, szczęk, gry, gry, dry, dry...o! oo ho bil bil... Prasa hydrauliczna z sykiem miętosi grube żelaza. W ciągu minuty jedna ściana parowozu wytłoczona z grubej piętnastomilimetrowej blachy. Za ścianą elektrycznego warsztatu zadzwoniły tokarki i tokarnie, a wielki zbiornik od kompresora huczał nabijanym powietrzem. Rano majster wychodził z kantorku i dawał dyspozycje. – Pan, Panie Zgodny, pójdzie do konstrukcyjnej hali, tam kran nie ciągnie, trzeba będzie zobaczyć motor... Zdaje się, że to ten kraniarz, cholera, spalił znów. Chłopów, panie, ze wsi nawpuszczali, to się takiemu chamowi zdaje, że motor a koń to jedno. Powiedz Pan temu draniowi, że mu zęby wybiję... Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

23

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Ze wszystkich elektromonterów Stach najbardziej polubił "Wielkiego Józefa". Sprawiedliwy był, nie pomiatał terminatorem, siłę miał ogromną i spojrzenie wesołe... Podczas śniadania opowiadał nieraz swoje przygody wojenne... – Pamiętam, zabrakło nam węgla... maszynistę mojego ukatrupili i ja sam prowadziłem lokomotywę. Mieliśmy ogromny pociąg taborów, koni i chorych żołnierzy, a tu węgla zabrakło a jechać trzeba... i co? W okolicy zajęliśmy zbiornik ropy i w ciągu ośmiu godzin przerobiliśmy palenisko z węglowego na ropne... i jechało się... – Mówicie, Panowie, że ludzie nie dadzą rady lokomotywie?... podczas wojny na południowym froncie zatarasował nam nieprzyjaciel tor, tak, że nasz pociąg, na którym byłem za pomocnika maszynisty, nie mógł jechać. Przewrócona lokomotywa leżała wśród toru... Uwiązali, panie, parę lin żelaznych do lokomotywy, do jednej uczepiło się ich po pięćdziesięciu chłopa i jak pociągli to lokomotywa fajt kozła, jakby pudełko od zapałek... Panowie, wszystko można zrobić jak się ma głowę na karku. Zaraz po otrzymaniu roboty odesłał Stach na ręce profesora Jarockiego, owe pięćset złotych. Na odcinku dopisał: pieniądze te mogłyby być potrzebne babce mojej, ojciec był bowiem jedynym żywicielem... Babka umarła... ja potrafię sobie zapracować... przeto oddaję z podziękowaniem... W pobliżu fabryki na Konstantynowskiej znalazł pomieszczenie. Wielka, trzypiętrowa kamienica zamieszkana przez biedne rodziny robotnicze. W sąsiedztwie mieszkała wdowa Wiśniewska z trojgiem dzieci, dwie

dziewczynki i jeden chłopak, Felek. Nazywali go Felkiem Kuternogą, bo miał chorą nogę.

Stach żył nędznie, zarabiał mało, a z tego musiał opłacić mieszkanie.

kiju... Wracał z fabryki osłabły, siadał przy oknie i patrzył na mroczne
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

buty i do roboty chodził w ojcowskiej marynarce, co wisiała na nim, jak na

24

Wyprzedał przeto wszystko co miał z garderoby swojej i ojca. Zdarły mu się

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

podwórko, które było, jak na dno studni, otoczone ścianami czteropiętrowych kamienic. Na podwórzu tym zawsze bawiły się dzieci, zbieranina ze wszystkich podwórek. Przewodził im wszystkim chudy Julek z kamienicy Fligiera. Było to w sąsiedztwie Wielkiego Pieca i dzieci czekały na odlew. Kiedy nocą czerwony ogień, odbity na przeciwległej ścianie, rozjaśnił mieszkaniem, w którym spał Stach, pojawiały się w mieszkaniu cienie... cienie z dantejskiego piekła... Wieczorem między szóstą a siódmą, kiedy odlew zaczerwienił najbliższe kamienice Konstantynowskiej i Kamiennej, dzieci biegły z krzykiem radosnym na ulicę Gamperowską, wskakiwały do rowu z "kaszą", brodziły z zadowoleniem po ciepłej wodzie i zgarniały rękami pływające po powierzchni żużle. Nieraz urwisy dzieliły się na dwa zastępy i obsypywali się wzajem mokrą "kaszą", wydając przy tym dzikie okrzyki. Julek, kiedy już dość nagrzał swoje długie nogi, a stojący obok chłopcy obojętnieli na jego szturchańce, mobilizował swoje podwórko przeciwko tym z Kamiennej albo Robotniczej. Ognistymi słowami zachęcał swoich chłopaków... – Hej, chłopcy! nawalimy im! O... Pokażemy im! Nie? Jazda na nich! Najpierw zaczynały się wyzwiska, a potem jak zwyczajnie... – Co stawiasz się?... Co stawiasz się? No, te, nie bądź taki mocny! He! Boi się! Pietrek daj mu w łeb! Mietek, nie daj się! I już wojna gotowa... Pętaki zawzięcie obsypywały się "kaszą", chlustały wodą, zanurzały jeden drugiego w płytkim rowie. Walka ponosiła ich, to też nie obeszło się bez szturchańców i płaczu. Zwykle jednak, któryś z zastępów załamywał się i dzielni wojownicy chyłkiem umykali do domów. Ulica Gamperowską miała także inne atrakcje. Po drugiej stronie tej niezamieszkałej ulicy, w rowie sąsiednim, po dniówce, z kotłowni wypuszczano parę. Była to jakby potężna detonacja. Para, trzymana pod

w białej parze, gubić i odnajdywać się wzajem. Głęboki rów oddzielony był
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

wielkimi kłębami zasłaniała całą niemal Gamperowską. Dzieci lubiły tańczyć

25

wysokim ciśnieniem, wychodziła z hukiem, uderzała o drugą stronę rowu i

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

jednym prętem, wysoko umieszczonym, przeto zdarzył się wypadek tragiczny. Mały Janek Kasiński, syn górnika, zawsze czekał na godzinę czwartą, kiedy para zacznie wybuchać. Razu pewnego, skacząc i tańcząc w białej parze, minął wąski pręt i ześlizgnął się po gładkiej ścianie przez sam otwór rury, z której wydobywała się para. Huk zagłuszył huk dziecka i kiedy wiatr rozwiał białą mgłę i para przestała się wydobywać, ktoś zauważył dziecko w rowie... Było całkowicie ugotowane – tak, że urwano mu rączkę, przez nieostrożny chwyt przy wydobywaniu...


 Jen była panienką urodziwą. Miała ładną buzię, duże ciemnoniebieskie oczy i ładnie wykrojone, małe usta. Włosy koloru chatain, uwiązane w węzeł w tyle głowy. Wzrostu średniego, zgrabna, miała drobne ręce i małe stopy. Była żywym portretem matki swojej, pani Janiny z domu Gorzyckiej. Profesor kochał swą córkę ponad wszystko. Umilała mu dzieciństwem ciężkie i samotne życie. Drugi raz żenić się nie chciał, bo mała Jen przypominała mu każdym ruchem i słowem kochaną, zmarłą żonę, a więc umarła żyła w swej córce. Profesor był twardym człowiekiem, uczucia swego nie uzewnętrzniał, wstydził się prawie rozczulać. Mała Jen, Jen dwuletnia, Jen trzyletnia i starsza zostawiła ojcu najpiękniejsze wspomnienia, którymi żył, które gromadził. Pierwsze zachwyty, filozoficzne rozważania małej, jej zabawy, tym żył ojciec ciągle, gdy był zmęczony pracą lub niepowodzeniami, zamykał oczy i cisnął się do tych wspomnień... Wracały żywe i plastyczne... Chwytał wtedy pióro i gruby przygotowany na to szary brulion i pisał... Po śmierci ojca Jen przeczyta i dowie się jak ją kochał, jak liczył każdy przeżyty z nią dzień... Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

26

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Profesor stanął u okna i zamyślił się... Zmienia się, coś w niej rośnie, coś pochłania ją... Jakaś siła odrywa odeń córkę, a on stoi z wyciągniętymi rękami, rozżalony i bolejący. Mrok, zaczajony pod płotami, za węgłami domów, uciekał. Dzień szedł wielkimi krokami i niebo na wschodzie zapalało się z brzaskiem. Profesor pisał w pamiętniku dla Jen, dla córki swojej... ... pamiętasz ten brzask dnia... w otwarte twoje oczy uderzyła muzyka świateł. Nad wierzchołkami jodeł, na horyzoncie było liliowo. Długie pręty wikliny sterczały jak rozwichrzone włosy, a wyżej jasność złota zlewała się z seledynowym niebem, na którym chmurka różowa przypominała dziecięce straszydła w saniach... Wtedy byłaś małym dzieckiem, a dusza twoja goniła za daleko żeglującym ptakiem i tęskno ci było, tęskno... pamiętasz?.. Letnie popołudnie... Profesor siedzi przy biurku i patrzy w ogród, nic nie widząc. Powoli na złotej smudze słońca, zaglądającego do gabinetu, zamajaczył obraz. Z początku blady, potem mocniejszy, wreszcie wyraźny... Profesor uśmiecha się do widzenia i pisze... ...pamiętasz letnie popołudnie, szliśmy w stronę domku przy szerokiej, polnej drodze. Domek był mleczno-biały, a dach zwisający nisko Jak mocno nasunięta czapa... Domek biały... dach głęboko nasunięty, a za domki em ciemno-zielona sosna, rozpięta jak wachlarz... Na drodze pośród złotego pyłu cztery rubinowe koguty kąpią się w słońcu... ... Ty rozłożyłaś rączki i pobiegłaś do nich... poturlałaś się ku nim, ku tym kogutom... W złotym pyle drogi, twój różowy kapelusik wyglądał jak tańczący kwiat... pamiętasz?... Deszcz bije o szyby ciężkimi kroplami... jesień. Profesor pracuje przy biurku. Ciemno się robi i trzeba zapalić elektryczną lampę, z zielonym kloszem. Profesor patrzy na rozpryskujące się krople deszczu na szybach...

egzaminy, częściowy zarząd domem... Zresztą Jen już dawno nie jest tamtą
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

monotonnie ciągle tę samą melodię... Jest sam... Jen ma dużo pracy... studia,

27

Gałęzie jodeł za oknem ciężko obwisły. W rynnie woda deszczowa gra

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

małą dziewczynką, co tak się bała burzy... Nie przyjdzie w deszczowy dzień, wylękniona, nie usiądzie na ojcowskich kolanach, nie obejmie za szyję i powie: "Tatusiu, ja się tak boję". Jen jest już panną dorosłą, prawie samodzielną... Profesor pisał w brulionie... ...pamiętasz?... chmury zasnuły niebo i jakaś ponurość na ziemi osiadła. Burza trwała długo, bardzo długo. Ile grozy i piękna miały te godziny... Deszcz padał bez ustanku a jodły za oknem płakały... pod wieczór, gdy deszcz przycichł, mały ptaszek zaśpiewał gorącym śpiewem prośby, jak gdyby pragnął wymodlić słońce... Chmury się podarły i ukazały się na niebie oślepiająco jasne miejsca... Siedziałaś u mnie na kolanach i patrzyłaś wielkimi oczyma na mokry za oknem wieczór... Słuchałaś krzyku małego ptaszka i twarzyczkę miałaś smutną... lękliwą... Ty, jak i ten ptaszek, tęskniliście wtedy za słońcem...

 Dnia tego pisał profesor list do Londynu...



Środula jest dzielnicą Sosnowca tak samo jak Konstantynów. Środula jest dzielnicą ciekawą ze względów architektonicznych. Przeważnie wszystkie domki budowane są z białego wapienia, jako taniego budulca i mają obramowanie okien i brzegów fasady z czerwonej cegły. Środula jest górzysta, dachy spadają tarasami, uliczki są wąskie. Tak muszą wyglądać górzyste, hiszpańskie miasteczka. Środula ma swój specyficzny przemysł. Kamieniołomy i piece do wypalania wapna. Dawniej, gdy większość dróg Zagłębia wybijana była kamieniem wapiennym, kamieniołomy Środuli zatrudniały masę

robotników, ale kamień wapienny nie nadaje się na szosy, łatwo się ściera i po krótkim czasie za samochodem podnosi się chmura białego pyłu i biegnie za nim jak skręcony smok. Nogi piechura, idącego szosą, toną jak w mące, a w czasie deszczu robi się lepkie błoto. Gleba Środuli nie jest żyzna, przy tym bardzo kamienista. Spotyka się jeno żyto i kartofle. Właściciele małych poletek Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

28

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

oczyszczają je z pojedynczych kamieni. Kamienie te układają jeden za drugim na miedzy i tak rośnie niski murek, który dzieli jedno poletko od drugiego. Murki te – to pomniki zapobiegliwości i wytrwałości... Dawniej Środula była dzielnicą niebezpieczną. Za czasów zaborców nie było brukowanych ulic, nie było latarni. Młodzież nie miała opieki szkolnej, pasła kozy i urządzała formalne wojny kamieniami. Na okolicznych połach i poletkach toczyły się walki pomiędzy tymi ze Środuli, a tymi z

Konstantynowskiej czy Robotniczej. Chłopcy mieli "wiuchy" tj takie proce z dwóch sznurków, połączonych szerszym paskiem rzemiennym, na którym umieszcza się kamień. Chłopcy odznaczali się dzikością i okrucieństwem. Nie rzadko wybijali sobie oczy, rozbijali głowy – a nawet były wypadki śmiertelne. Od chwili odzyskania Niepodległości, wiele się zmieniło na Środuli. Wybrukowano ulice, obsadzono drzewkami, wyłożono chodniki, ulice oświetlono latarniami elektrycznymi, a na poczesnym miejscu wybudowano wspaniałą szkołę, nowoczesny trzypiętrowy gmach, mogący pomieścić dwa tysiące dzieci. Sale gimnastyczne, specjalne sale do rysunków, plac do gier ruchomych, świetlica, biblioteka... Elektryczny tramwaj dowozi dzieci nieomal do samej szkoły... Konstantynów jest ponury, ulicę Robotniczą zabudowano chaotycznie, jeszcze przed wielką wojną, niskimi barakami i domami czynszowymi. Konstantynów jest brudny i ponury, żydowskie kamienice stoją szeregiem nietynkowane, z wychodkami na podwórkach. Niektóre oficyny przypominają rysunki makabryczne. Dach zapadnięty, w oknach zamiast szyb szmaty lub deski. Walące się balkony, łatane są i podpierane, a schody bez stopni. Ulica sąsiaduje z fabryką, która gdy jest w ruchu, napełnia wszystkie mieszkania na Konstantynowskiej jazgotem. W czasie gdy fabr yka i huta są czynne, dym snuje się po Konstantynowskiej nisko. U zbiegu

w zieleń, dziewczęta wkładają białe sukienki, w oknach i na balkonach
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

procesje Bożego Ciała i ten jeden raz w roku ulica Konstantynowska ubiera się

29

Konstantynowskiej i Kamiennej stoi kapliczka z 1863 roku. Odbywają się tu

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pojawiają się kolorowe kapy, obrusy i obrazy świętych... Dzielnica uśmiecha się wiosną... Za dymiącym, zgiełkliwym Konstantynowem, za ulicą Kamienną, wije się szosą w górę, falistym terenie ku Zagórzowi. Na drodze tej mieści się folwark stary, należący do dóbr Zagórze. Za folwarkiem kamionka wapienna, nieużytki rozkopane, lichą trawą porosłe. W letnie niedziele ludność ubogich baraków robotniczych wychodzi na ową kamionkę, gdzie starzy grają w karty, półleżąc na ziemi lub na rozesłanych płachtach. Dzieci bawią się bieganiem po usypiskach kamiennych. Z podniesienia lego widać rozległe pola, ku Zagórzowi stary cmentarz, a na południowym zachodzie Sosnowiec, położony w dole. Równolegle do szosy biegnie w stronę folwarku dróżka, gdzie w letnie, gorące dnie dzieci lubią się bawić w nagrzanym piasku. Pola okoliczne jałowe i dlatego często łubinem porosłe, pachną mocno, a samotna ogromna topola szumi, powiewając listkami przy lada wietrze...


Dynamomaszyny i motory są rozmaitej konstrukcji i formy. Jedne są bardziej prostej budowy, tak, że każdy potrafiłby zbudować, inne, złożone i skomplikowane, są wy towarami badań i prac laboratoryjnych inżynierów elektryków. Wszystkie prądnice, czy to proste, czy złożone, pracują na zasadzie dwóch pokrewnych sobie sił: magnetyzmu i elektryczności. Jedna z tych sił wywołuje drugą. Jeśli w pobliżu biegunów magnesu obracamy zwoje drutu, to w drutach powstaje elektryczność. Fabryka, w której pracował Stach, produkowała prąd stały. Parowa , stara

prądem miejskim. W hali maszyn stała potężna przetwornica, która
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

120 volt. Nie wystarczało to na potrzeby fabryki, to też posiłkowała się jeszcze

30

maszyna Borsiga obracała dwie dynamomaszyny i wytwarzała prąd o mocy

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przetwarzała prąd zmienny na stały. Średnie napięcie prądu eksploatowanego wynosiło 1500 volt. Józef Kranc zabrał Stacha na robotę. Na kranie zepsuł się motor, nastąpiło przebicie izolacji. Kran był wąski i z trudem dało się zachować równowagę. Trzeba było cały motor odwrócić, następnie odkręcić pokrywę boczną, w której mieści się łożysko i przymocowane są szczotki do kolektora. Motor pachniał spalonym szelakiem i lakierem. Przy pracy Józef mówił: nie należy się nigdy spieszyć i robić gorączkowo. Najpierw należy się zastanowić jak do danej pracy podejść, aby ją sobie ułatwić, no i trzeba pomyśleć nad bezpieczeństwem. Był tu u nas w roku zeszłym jeden elektromonter, Piętka z Lublina. Pracował ze mną na wyższym prądzie przy tablicy rozdzielczej. Mądrala był i nigdy nie dał sobie nic powiedzieć... Niech Pan uważa, Panie Piętka, mówię mu, niech pan chodzi po chodniku gumowym i nie dotyka żelaznej ramy... niech Pan będzie ostrożny i niech Pan nie zbliży klucza do przewodów pod prądem... Tu jest tyle przewodów i tyle nakrętek, że trzeba być bardzo uważnym... Obraził się na mnie, że mu uwagi robię i stoi dalej na mokrej kamiennej podłodze. Widzę ja, że może być nieszczęście, więc zostawiłem go, a sam poszedłem wyłączyć prąd... Nie doszedłem do budki rozdzielczej, a tu słyszę krzyk, wracam pędem za tablicę, a Piętka leży z wyszczerzonymi zębami... czarny i spalony... Miałem potem dużo nieprzyjemności, że to niby ja byłem winien jego śmierci... Uszkodzony twornik opuścili za pomocą bloku. Stach i drugi terminator ujęli za końce długiej ośki i ponieśli do warsztatu. Tam postawili twornik na dwóch koziołkach i Józef wziął się do naprawy. Kolektor składa się z tylu płytek, izolowanych między sobą, ile jest wiązek drutu, nawiniętych lub osadzonych na żelaznym kadłubie twornika. Kadłub twornika składa się z

którego dwa końce przytwierdza się, do odpowiednich dwóch płytek
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

rowkowany. Jeśli jest rowkowany, to w rowki te umieszcza się wiązki drutu,

31

mnóstwa cienkich blaszek, izolowanych między sobą i jest gładki lub

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

kolektora.

Istnieją rozmaite

modele

motorów,

wszystkie są jednak

zbudowane na zasadzie zależności pomiędzy dwiema pokrewnymi siłami, magnetyzmem i elektrycznością... Michalik robił żelazne haki dla izolatorów, pomagał przy tym Trenciok. Michalik walił wielkim młotem: bum, bum, bum, a Trenciok popukiwał małym młotkiem: puk, puk, puk. Stary Trenciok mówił... Panie, już teraz nie ma takich kowali jak dawniej!... Dawniej – to chłopak skończył termin i mówił majstrowi "do widzenia, – zostańcie z Panem Bogiem". Taki był porządek, że młody szedł w świat, aby się czegoś więcej od ludzi nauczył. Nie było żadnej rekomendacji, ani żadnej protekcji. Takiego czeladnika każdy kowal miał obowiązek przyjąć, dać nocleg i nakarmić. Ale przed tym musiał przybysz pokazać, że jest kowalem. Dostawał jakąś robotę i musiał zrobić. A majster się ino patrzył. Jak chłopak umiał ruszać młotem i poznać było kowala, to zostawał, dostawał jeść i spać, i jeszcze pieniędzy na dalszą drogę, a jak nie, to go majster przepędzał na cztery wiatry od swojej kuźni... Do mojego wujka, który był k owalem, przyszedł raz taki jeden... Byłem wtedy małym chłopcem...i wujek dał mu młot do ręki i czeka... a ten chwycił młot jak piórko i jak zacznie wujkowi grać młotem po kowadle – to jakby kto na organach grał... tak ładnie młotem na kowadle zagrał... Z miejsca go wujek wziął i dobrze mu płacił... Flaki do izolatorów, jeśli mają być wkręcane do drzewa, muszą być zaopatrzone w jednym końcu w gwint. Drugi koniec, wykrzywiony w kształcie fajki, gdzie nasadza się izolator, nacina się na podobieństwo gwintu, okręca konopiami, smaruje oliwą i dopiero nakręca porcelanowy izolator... Porcelana jest złym przewodnikiem elektryczności, tak samo fibra, mika i drzewnik...

Wielka Wojną... Był wtedy wesołym młodzieńcem, którego wszyscy lubili i
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

fabryce. Wyterminował, skończył i jako elektromonter pracował tu już przed

32

Elektromonter Naprawka był pacyfistą. Pracował od wielu lat w tej

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

który słynął ze swoich kawałów... Po wojnie wrócił znów do tej samej fabryki, ale jakże zmieniony!... Wychudł i zwiądł... Twarz miała wyraz posępny, mówił mało i szybko się denerwował... Przeżył podczas wojny niejedną tragedię własną, bliskich swoich i znajomych... Wojna! to słowo wyprowadzało Naprawkę z równowagi... Jednego dnia stary Trenciok odezwał się... Ażeby już była ta wojna, bo tych ludzi za dużo, niechby połowę wytłukli... Naprawka spojrzał na Trencioka i krzyknął tak, że słychać było w całym warsztacie... Wy stary!... nic nie mówcie o wojnie, bo kiedy wszyscy się bili, to wyście w tym warsztacie siedzieli i pieniądze zbijali, – tak, żeście sobie potem dwa magle postawili, stary maglarzu... Jak byście tak na front poszli i jakby wam z armaty strzelili – to byście ze strachu do latryny wpadli... Wy wiecie co znaczy wojna?... Wy i ci wszyscy, którzy siedzieli na tyłach i pozajmowali najlepsze posady, wtedy, kiedy inni młodzi leli krew i zostawali dziadami na całe życie... Stary Trenciok mruknął coś pod nosem, – a cały warsztat przyznał Naprawce rację... Moralność czasów wojennych i powojennych znana jest całemu światu... Matka mająca dwie dorosłe córki i drobniejsze dzieci, kiedy mąż był na wojnie i nie było o nim wiadomości, w ucieczce przed śmiercią głodową, kładła na podłodze dwa sienniki i otwierała drzwi dla żołnierzy nieprzyjacielskiego pułku, stacjonującego w mieście... Za bochenek

kwadratowego żołnierskiego chleba w izbie, oświetlonej łuczywem, oddawały się starsze córki, aby młodsze rodzeństwo uchronić od głodu... ... Wojny wam się chce... cholera!... Was nie sprali kolbą karabinu – tak, że wam żebra wyszły bokiem... nie wybili wam zębów, żeście połykali własną krew... A korpieli gotowanych na wodzie też nie jedliście... lepsze dajecie

bękarta ślepego od rzeżączki... Ani też nie zatłukli wam chłopca, złapanego
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

grubym, żołnierskim butem... nie zarazili wam córki syfilisem ani nie urodziła

33

świniom... nie obudził was nikt kopniakiem w brodę lub prosto w twarz

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

ma kradzieży sucharów wojskowych... Nie chodziliście jak chodzi jeniec w jednej potarganej koszuli, żółtej od potu w miesiącu lutym... Lebiody polne j i pokrzyw na surowo nie jedliście, bo po tym leje się z człowieka zieloną farbą i ciągle bolą kiszki... I nie wiecie jak smakuje mięso ludzkie, kiedy człowiek jest obłąkany z głodu... Wojny wam się chce... cholera!...

Józef składał wielki kolektor – szeregi śrubek jedna po drugiej przykręcał i mówił: ... Naprawka ma rację, wojna to zła rzecz, ale wojna trwa ciągle... Są tylko różne rodzaje wojen... Jedne są ukryte, a inne otwarte... Te ukryte i ciche są gorsze... Na otwartej wojnie to krótko i węzłowato – albo ty zabijesz – albo ciebie zabiją... Pamiętam swój pierwszy chrzest bojowy, kolumnę naszą wtedy zdziesiątkowali... Oficer ryknął... (chłopcy na bagnety!!... Za Ojczyznę!... co nam ją te skurwysyny zabrać chcą!... Pomścimy krew zabitych kolegów!... Niech żyje Poo…l.. s...ss…) Trafiła go kulka, zatknął się własną krwią i upadł... Zastąpił go podporucznik... Pochyliłem bagnet i leciałem… Nicem nie widział, tylko żółty piasek okopów z tamtej strony... mgliło mnie się w oczach, krew mnie zalewała... Zęby latały mi jak w febrze ze wściekłości, a byłem jak to żelazo, tu stuknął w stojące obok żelazne kowadło... Koledzy walili się pod moje nogi. Kulki dzwoniły po hełmie, a ja nic – ino naprzód!... Dopadłem okopów, w lewej ręce poczułem ból, ale to mniej jeszcze bardziej rozsierdziło... Hem zabił i kogom zabił – nie pamiętam... Przypominam sobie jak przez mgłę, żem pierwszemu bagnet w oko wraził, tak, żem czaszkę rozerwał, drugi brzuch mi nadstawił... trzeci... czwarty... a potem straciłem przytomność... Obudziłem się w szpitalu, okopy zdobyliśmy i prawie wszystkich moich kolegów wytłukli...

jedni drugich pragną utracić... ale się w oczy uśmiechają i podają sobie ręce
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

widzę wojnę wszędzie, tylko pod różną postacią... Tak ci się ludzie zmawiają i

34

Z tej wojny ja wyszedłem wygrany, bo to była wojna oko w oko... Ja tam

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

po przyjacielsku... A tymczasem mobilizują swoje siły – wpływy. Inteligentnie, dyplomatycznie, bez rozlewu krwi dadzą człowiekowi tak w łeb, że go całkiem utrącą... Chytrością i podstępem, protekcją i wpływami, tą oto bronią dziesiątkują ludzie wyrafinowani ludzi prymitywnych, impulsywnych, uzewnętrzniających swoje przeżycia, ludzi – dzieci... Człowiek – dziecko, jeśli jest zły, to wyrąbie co ma na sercu i zapomni... krzywdy by nie zrobił... a taki przerafinowany intelektualista, to będzie chodził, uśmiechał się grzecznie, a w odpowiedniej chwili nogę podłoży, lub kulkę pośle... A strzela zawsze w plecy. I po śmierci nie dość mu zemsty jeszcze... nagrobek ekskrementami zamaluje, a będzie się przy tym uśmiechał grzecznie, dystyngowanie... ... Wojna trwa!... Wojna pomiędzy prymitywnymi ludźmi, reagującymi uczuciowo na wszystkie fakty życia, a wyrafinowanymi mózgowcami, dla których uczucia nie istnieją, poza uczuciem strachu... tyle, że nie wiele już ludzi serdecznych: zwyciężyło zło i przewala się czarną lawą po ziemi...


 Od wypadku w hucie Jen zmieniła się. Jej zwykle zarumieniona buzia pobladła, a duże ciemnoniebieskie oczy posmutniały. Jen ma własny pokoik, urządzony ze smakiem. W pokoju tym ma kącik ulubiony, głęboki, miękko wyścielany fotel, obok stoliczek niski, ze stojącą na nim amplą niżową, która napełnia pokój wieczorem ciepłym światłem. Tu Jen odpoczywa, tu czyta, tu szuka równowagi. Ostatnio coraz częściej zamyka się u siebie. Siedzi oto zamyślona, z głową odchyloną na oparcie... Myśli... Ach, ojciec jest nieludzki... bez serca... Postąpił tak, aby tych ludzi odpędzić od siebie... Sam ich poprosił i daje jak jałmużnę pięćset złotych... i to ma być rekompensata za uratowanie mi życia!... Ten młody człowiek zachowywał się ze wszech miar szlachetnie... A ze strony ojca... to było poniżające... Powinien się zaopiekować tą babką, a temu młodemu dać jakąś pracę i w ten sposób chociaż częściowo spłacić dług za Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

35

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

uratowanie jej życia i za ich sieroctwo... tymczasem... Dlaczego nie weszła do gabinetu i nie zaprotestowała?... Tak!... a ojciec zrobiłby surowe, poważne oczy i zacząłby się „dziwić niepomiernie”... i ona by się rozpłakała, a tu ten młody... Taki miły... brunet... śniada twarz, oczy szare... naprawdę miły... Ach, ojciec... ciągle ma mnie za taką smarkulę... trzyletnią, a ja mam osiemnaście, ciągle jestem malutka Jen, tylko butlę ze smoczkiem wziąć, siąść w kącie i ssać... straszne!... Ale skończy z tym, bo tak dłużej być nie może!... nie!... między nią, a ojcem przepaść naprawdę... Musi odnaleźć tego młodego i zapewnić go o swojej przyjaźni... życzliwości... Tylko czy on uwierzy?... Powie, że jaki ojciec taka córka... to byłoby okropne!... Teraz jest zupełnie sam... babka umarła, mieszkanie zlikwidował... i przepadł... Jak go tu odnaleźć?... Może przez biuro adresowe?... Jakże on się nazywa?... Stach Lemański... Stach... Odesłał te pięćset złotych, odebrał ojciec i powiedział – To widać jakiś egzaltowany idealista... no niewiele zrobi w życiu, – chyba, że się wyleczy – jak dostanie w skórę raz i drugi... Coś podobnego, tak powiedzieć... dopiero teraz poznaje swojego ojca... Za oknami wiatr przeciska się między gałęziami jodeł i wzdycha... Smutno jest samej!... Jen spoziera po mieszkaniu, każde miejsce zna tu na pamięć... zamyka oczy... marzy... widzi jego sylwetkę... Byłby świetnym partnerem do tenisa... Ale na pewno nie umie grać, bo skądże... może jeszcze i rakiety w ręku nie miał? Nauczyłaby go... O!...jest jakiś wieczór wiosenny, pachnący... idą razem... białe bzy... bzy japońskie pachną tak mocno... bzy... tyle bzów... Oddech Jen stał się miarowy... Sen o bzach pachnących zakołysał się na rzęsach śpiącej jak motyl... a światło ampli ubierało jej głowę i włosy w różowe promyki... Mała, dobra o tkliwym serduszku Jen, – czy żyjesz tylko w mojej

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

36

powieści?!...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Felek Kuternoga, syn wdowy, sąsiadki Stacha, był dzieckiem pechowym, mimo, że nie urodził się w piątek, ani trzynastego. W siódmym miesiącu życia upuściła go wyczerpana matka na ziemię, tak – że dziecko połamało sobie nóżki i jedna została krótsza na całe życie. W dziewiątym roku w czasie nieobecności matki, która pracowała w fabryce włókienniczej, wybił przez nieuwagę synowi kamienicznika oka, – za to ojciec okaleczonego zbił Felka tak strasznie, że chłopak parę miesięcy walczył ze śmiercią i potem długo pluł krwią. W dwunastym roku, podczas pobytu u babki na wsi, – wywołał pożar, który strawił parę większych gospodarstw. W trzynastym roku, w szkole, zamykając drzwi uderzył nimi niechcący, idącą za nim nauczycielkę, krótkowzroczną pannę Weronikę, tak nieszczęśliwie, że doznała złamania nosa, co zadecydowało o dalszej edukacji Felka. I tak wiele, wiele wypadków, które dowodzą, że Felek był dzieckiem nieszczęśliwym, któremu się nie powodziło, dzieckiem, należy to dodać – ładnym – harmonijnie zbudowanym i mimo kalectwa zdrowym... Matka pracowała w fabryce włókienniczej, zarabiała marnie, a Felek miał jeszcze dwie siostrzyczki, Haluśkę i Zosię. Lato było właśnie – druga połowa sierpnia – i Felek postanowić wybrać się na kłóski, jak i inne dzieci... Sklepikarz nie chciał kredytować a w domu chleba nie było. Chłopak myśli sobie... Nazbieram kłósek, ususzy się na piecu, wykruszy ziarno, zmiele na młynku od kawy i będzie taka gruba mąka, z której matka ugotuje potem smaczną polentę ze słoniną... A Haluśka i Zosia będą się cieszyły, będą klaskały w rączki. Umówił się Felek z Julkiem z kamienicy Fligiera i poszli. We dwóch zawsze raźniej. I od polowego łatwiej uciec we dwoje, bo jeden tu – a drugi tam i polowy nie wie kogo gonić.

przemysłowego, jedno było uprzątnięte i gromada biedaków chodziła po nim,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

sąsiadujących

o

miedzę,

a

należących

do

jednego

towarzystwa

37

Ale pech i tego dnia nie odstąpił Felka, a było tak... Z dwóch pól

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

jak głodne ptaki, pochylając się raz po raz, jak gdyby dziobiąc ziemię rękami. Każdy pochylony patrzył uważnie w ściernisko. Niektórzy mieli

poprzewieszane przez ramiona torby, do których wrzucali kłosy krótkie, bez łodyg. Felek popatrzał na swój mały pęczek. Szukał już przeszło godzinę, ale mało było kłosów, bo przeszło tu już wielu poszukiwaczy a przedtem jeszcze dworskie grabiarki. Przysunął się do sąsiedniego pola i zaczął zbierać w miejscu niezgrabionym. Parę bab, które zbierały do fartuchów, poszło za jego przykładem. Zauważył to ekonom, porwał stojącemu obok furmanowi bat i pogalopował w ich stronę. Baby uciekły z wrzaskiem, a utykający na nogę Felek pozostał. Owinął go bat i spadł na plecy ognistym smaganiem. Potoczyły się na głowę ciężkie przekleństwa. Twarz, raz i drugi przeciął ostry, piekący ból. Felek chciał krzyczeć, ale przestrach zatkał mu gardło, więc skurczył się jeno i przysiadł. Koń odjechał... Na ściernisku stał Felek osłupiały. W lewej ręce ściskał pęk kłosów wyżółkłych, chlebnych, na które raz po raz ściekała z rozciętego policzka krew...

 Stach był nieśmiały, bieda i sieroctwo zrobiły go bardziej nieśmiałym. Siły wyczerpywały się, a robota była ciężka. Trzeba było dźwigać motory, co było nieraz nad siły chłopca, odnosić, podtrzymywać. Dźwiganie ciężarów, kucie dziur i rowów pod krytą instalację, wspinanie się po wiązaniach, pośród gór nigdy nie zbieranego to kurzu, jest tę łażenie cięższą po i słupach, brudniejszą wyciąganie część linii



napowietrznych,

roboty

elektromonterskiej – wykonywali terminatorzy. Monter wołał chłopca, kazał mu brać na plecy jakąś maszynę czy narzędzia, a sam szedł obok z pustymi rękami z papierosem w ustach. I trzeba było wszystko robić sprytnie i akuratnie, aby nie ściągnąć na swoją głowę ciężkiego przekleństwa. Za bardzo delikatne uchodziły uwagi takie jak np. "Ty ofermo, jakaś, jak ty to Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

38

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

trzymasz"... albo „ruszajże się, ty patałachu jakiś”... Lub też "ty się na mamkę nadajesz, mendo niemrawa, ale nie na montera"... Do takiej roboty Stach odżywiał się marnie. Śniadanie: suchy chleb, herbata; na obiad: suchy chleb, herbata; na kolację: suchy chleb, herbata. Zmizerniał, policzki mu zapadły i skóra na twarzy straciła zdrowy wygląd. Osłabły poruszał się niezgrabnie, to też monterzy odnosili się do niego niechętnie, a nawet dokuczali mu. Na robotę nie chcieli go brać, bo nie na wiele się zdał – a przy tym takie to nieporęczne i nie sprytne, jakby życia w sobie nie miało, ciągle taki senny... Zostawał więc w warsztacie, a tu byle czeladnik popychał nim, a majster obrał go sobie za kozła ofiarnego, na którym swój humor wyładowywał. Bywało, że coś źle zrobiono, lub nie na czas, wówczas zniecierpliwiony inżynier, kierownik, któremu podlegał warsztat elektromechaniczny, robił majstrowi cierpką uwagę. Jakiś motor od maszyny, wczoraj reperowany, znów się popsuł, jakiś dźwig nie działał, a tu zamówienie terminowe... Kierownik danego wydziału, w którym zepsuły się maszyny, telefonuje do inżyniera inspekcyjnego, któremu podlegał warsztat elektryczny ze słowami mniej więcej takimi: – No, panie kolego Z., jakże wy to reperujecie, przecież tak nie można, ja mam zlecenie biura na taki a taki termin... Inżynier inspekcyjny tłumaczy się, zwala winę na obsługę, która pracuje przy maszynach, przyrzeka to naprawić natychmiast u telefonuje do warsztatu elektromechanicznego w podobny sposób: – Panie Majster, to jest partolenie, nie robota. No, Panie! Albo robimy, albo nie?... No niechże Pan to naprawi jak najprędzej!... Majster wiesza słuchawkę i wściekły nieomal wylatuje z kantorku. Wydaje dyspozycje, przeklina obsługę, a spostrzegłszy niezdarnego i apatycznego Stacha – dalejże na niego... Jak ty łazisz, ty krowo, ja ciebie na zbity pysk

ciężkie i mroczne...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

chce ode mnie? Słyszy śmiechy monterów i czuje, że jest sam, że życie jest

39

wyrzucę... Chłopak chciałby się pod ziemię schować i myśli... Co ten majster

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Najtrudniej było ze wstawaniem, organizm wycieńczony łaknął snu. Na głos syreny podnosiły się ciężko powieki i opadały. Spać, spać jeszcze minutę, niech tam!... Buntowało się coś w nim, coś krzyczało... a niech tam!... wszystko mi jedno!... przecież ja nawet pięści zacisnąć nie mogę. Obrzydził już sobie ten porządek dzienny. Umyć się, zmoczyć wodą twarz, przejechać grzebieniem po głowie, włożyć robocze ubranie, chleba sobie kromkę ukrajać i herbaty nalać w bańkę... Tak co dzień i tak dziś będzie, mechanicznie, ze straszliwym znużeniem i obojętnością krajał chleb, a podczas wlewania herbaty-lury, ogarnia go znów melancholia. I to trzeba robić już, żeby się nie spóźnić do fabryki. Buntowało się w nim coś, – ale wstawał, bo dźwigało go z łóżka poczucie obowiązku. Raz został Stach po fajerancie, zamilkły obrabiarki i przycichł kompresor. Robotnicy wyszli szeregiem i hala opustoszała, zamarła. Przestało w niej bić serce, przestała krążyć krew. Maszyny stanęły nieme, bezradne, jak gdyby niepotrzebne. Tokarki i tokarnie stały pod ścianami, a bliżej wiertarki i nuciarki, a na samym środku ogromna heblarka z prostokątnym blokiem żelaza do obróbki. Przez oszklony dach, przez okna zaczął się sączyć mrok i gęstniał. Kontury maszyn rozlewały się, raz pęczniały, a raz wydłużały. Ogromna heblarka świeciła żelazną platformą jak katafalk... tak katafalk na środku stoi, a na nim podłużny cień... blok żelaza... trumna... Coraz ciemniej... Maszyny wyciągają się i kurczą jak gdyby pełzały i są coraz bliższe katafalku. Transmisje odwróciły się środkowi, pasy obwisły, jak rozpuszczone włosy i jeno czekać... i jeno czekać jak wybuchną szlochem... Teraz katafalk podnosi się ku górze. Postacie w hali pochylają się... Mroczno!... Halę zapełnił czarny tłum, widać zarysy głów, rąk, torsów. Katafalk błyszczy swoją płaszczyzną, trumna świeci czarnością i rysuje się coraz mocniej. Nagle podnosi się wieko i ktoś tam siada... Ojciec! Pochylił głowę, a

grożą...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

hooo... bl, bl, bl, O! liooo... Maszyny modlą się, maszyny proszą, maszyny

40

na dole z ciemności popłynął szept... O! ooo... hoooo.. bl...bl.. bl.. Oo!...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

A to co za cień pojawił się na platformie?... to Kowalik, którego wyrzucili na starość z fabryki, a który się w tej hali z rozpaczy powiesił... A ten?... to chyba ślusarz Bednarczyk?... złapała go transmisja, dwa razy nim o ścianę miotnęła i już. A ten cień diabelsko roześmiany z wyszczerzonymi zębami?... to elektromonter Piętka... O jest i mały Janek Kasiński... jest i Wiśniewski, ale zamiast ciała jest tylko krzyż drewniany, a na krzyżu osadzona głowa...O! wzięli się za ręce i tańczą... Tańczą dokoła trumny!... To nie jest trumna!... to jest armata, lufa armatnia... Gruba Berta!... Nabita!... Nabita umarłymi!... Dużo, bardzo dużo umarłych!... Oooo!... strzelają!... Buum! Elektromonter Naprawka lekko potrząsnął Stachem. – Zdrzemnąłeś się chudzielaku?... Przychodzę do warsztatu, szukam go, a on siedzi w kącie, pięści do oczu przyciska i śpi... Co?... Ty płaczesz?... Co ci się stało?... No, mówże, możeś głodny?... Masz mój chleb i nie płacz, bo nie lubię widoku łez... psiakrew!... Hala rozbłysła światłem... Maszyny stały na swoich miejscach, jeno cienie przylepiły się do ścian... przykucnęły w kątach., czyhały...

 
Kochany Stefanie! Sielce są dzielnicą robotniczą, tak samo Dębowa Góra. Dawniej nazywały się Siedlecz, albo Seydlecz i około roku 1360 były własnością Abrahama z Goszyc. Drogą zamiany przechodzą Sielce i Klimontów, założony przez Klimunta herbu Lis, rycerza żyjącego w XII wieku, na własność Ottona z Pilicy. Piotr Szafraniec nabywa od Ottona z Pilicy wsie Sielce i Klimontów w ziemi krakowskiej, za patronatem kościoła w Mysłowicach za siedemset grzywien groszy praskich. W 1379 roku królowa Elżbieta przenosi Sielce i Klimontów z prawa polskiego na niemieckie. W XV wieku Sielce są własnością Jarockich,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

41

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

mają piętnaście łanów kmiecych, z których dziesięcinę dawano kościołowi w Czeladzi i folwark rycerski, z którego dziesięcinę dawano kościołowi w Mysłowicach. W 1827 r. Sielce liczyły 33 domy i 279 mieszkańców. W 1880 r. Sielce liczyły 46 domów i 1090 mieszkańców. W tym czasie dobra Sielce są własnością hrabiego Renard, składają się z folwarku Sielce z młynem, i osady folwarcznej Andrzejówka i Dębowa Góra. Na obszarze tym, który zajmował 1520 mórg, znajdowały się dwie kopalnie węgla. Sielce są dzielnicą kopalnianą, tak samo Dębowa Góra. Kopalnie są duże i mają wiele szybów. Jedne służą do wyciągania węgla, inne do wyciągania ludzi, a jeszcze inne do zamulania piaskiem wybranych chodników. Piasek zmieszany z wodą, prawem kinetycznym, kierowany jest do odpowiednich chodników. Nocą, górnicy idą na szychtę w czarnych, potarganych ubraniach z cajgu, z karbidkami w rękach. Przez ramię mają przewieszone drewniane skrzynki. Karbidki, lampki acetylenowe migają w ich rękach – raz dwa... raz dwa... Przy miarownym kroku płomień raz zapala się, raz gaśnie. Idą nocą i jeno światełka migają, jak błędne ogniki. Wygląda to na pochód duchów. W kopalniach jest ciepło, na głębokości 25 metrów nie ma różnicy w temperaturze lata czy zimy. Temperaturę na danej głębokości określa się przez stopień geotermiczny. Stopień geotermiczny jest to pewna ilość metrów w głąb ziemi, przy której temperatura podnosi się o jeden stopień. Przeciętna wielkość stopnia geotermicznego dla ziem naszych wynosi 85 metrów. Rozmaite iły, łupki, margle i gliny, wypełniające warstwy między pokładami węgla, są wydobywane i wywożone na wielkie hałdy. Ludzie ubodzy, dzieci wynędzniałe, grzebią kopaczkami w hałdzie i odnajdują węgiel. Sprzedają go potem lub ogrzewają nim swoje mieszkania. Dobra Sieleckie, przedtem niż tu stanęły kopalnie, były dobrami rycerskimi. Zamek dzisiejszy wyglądał inaczej. Zbudowany jeszcze przez templariuszów,

nie są dokładnie zbadane. Stary park jest częścią puszczy wielkiej,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

rycerstwo modlić się chodziło. Były lochy podziemne i wyjścia tajemne, które

42

posiadał mury obronne, fosę, most łyżwowy i kaplicę, do której bracia zakonni i

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

niebezpiecznej puszczy, która otaczała zamek w czasach kiedy Czarna Przemszą płynęła wśród oparzelisk i bagien. Piwnice zamkowe służyły za więzienia. Zamek dzisiejszy nie przypomina dawnego. Obniżono wieże, przerobiono komnaty i piwnice, nawet kaplicy nie oszczędzono. Zostały jeno tablice, signum dawnej wielkości. W przeciwnej zamkowi stronie nad brzegiem stawu, było jedno wyjście tajemne, jak głosi podanie... Dziś jeszcze olbrzymi głaz spoczywa na dwóch mniejszych i, tworzy naturalną zaporę,

przypominającą wyglądem bretońskie dolmeny. Podanie głosi, że jeden z właścicieli zamku pochowany został po śmierci na wysokiej górze, na południowo-wschód od Sielca. W wielkim grobowcu ułożono nieboszczyka, a razem z nim zamurowano żywcem jego ulubionego konia i olbrzymiego psa. Pies dostał bochenek chleba, a koń wiązkę siana. Podanie głosi dalej, że złodzieje, którzy w poszukiwaniu skarbów w wiele dni później do owego grobowca zajrzeli, zastali w nim jedynie żywego psa. Konia, ani nieboszczyka nie było, jeno kości dokładnie ogryzione poniewierały się po kamiennej podłodze. Być może że pies zjadł bochenek chleba, potem zdychającego konia, a w końcu nieboszczyka. Samozachowawczy instynkt życia jest bardzo mocny... Dębowa Góra leży w pasie kopalnianym. W dawnych czasach właścicielem jej był szlachcic pewien, Jan z Dębowej Góry, Dębowski. Na górę prowadzi szosa wysadzana topolami. Szosa ta łączy Sosnowiec z Modrzejowem. Wzdłuż drogi stoją wielkie i małe pojedyncze domki dla robotników. Na zachód od Dębowej Góry płynie Czarna Przemsza. Nad Przemszą stoi kopalnia, wyposażona technicznie we wszystkie potrzebne urządzenia do wydobywania, sortowania i ładowania węgla. Nieczynna kopalnia, kopalnia zatopiona. Jedno krótkie zepsucie pomp, a woda wypełniła kopalnię. Zagraniczni nurkowie schodzili do dna i stwierdzili, że woda wypełniła kopalnię do głębokości 67 metrów.

rzędu miast pod obecną nazwą. Mimo, że tędy prowadził słynny trakt handlowy
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

która zwała się. Mrowisko. August II przywilejem z 1706 r. wyniósł ową wieś do

43

Modrzejów, dawny Modrzew, był w czasach Księstwa Siewierskiego wsią,

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

z Krakowa do Prus, stan Modrzejowa nigdy nie był pomyślny. Modrzejów leży w klinie pomiędzy Białą a Czarną Przemszą, w owym sławnym trójkącie trzech cesarzy. Nie tak dawno, z wysokiego brzegu Przemszy, kamienny pościg Bismarcka urągał światu. Z pamiętników zwycięscy spod Sedanu wynika jasno, że Wilhelm II był głupcem. Przebiegły dyplomata, któremu Niemcy zawdzięczają przedwojenny imperializm, nie przebaczyłby rezydentowi z Doom wielu posunięć strategicznych. Jedni zdobywają i gromadzą, drudzy trwonią – jest w tym prawo równowagi i sprawiedliwości.


Stary Pik miał okrągłą twarz, duży kartoflany nos i włosy na głowie zjeżone w nieładzie. Nosił kapotę wyszmelcowaną, zapiętą na jeden górny guzik i szalik szaro fioletowy, zawiązany na szyi na węzeł. Oczy miał siwe, brwi nasunięte i wyraz twarzy trochę groźny. Chodził po hali, zaglądał do maszyn, poklepywał je, mówił do nich, przykładał ucho do panewek, smarował i czyścił, aż się świeciło. Pilnował, aby się cylindry nie zagrzały, uważał na manometry i zegary. Te maszyny, te silniki, te prądnice czuły nad sobą jego oko. On je zatrzymywał w odpowiednim czasie, on je puszczał w ruch. Jeśli ważniejsze maszyny, wymagające ciągłego baczenia, stały, a stary Pik miał jakąś reperację, wtedy zabierał się do niej dokładnie jak doktór. Najpierw oglądnął, opukał ze wszystkich stron zepsutą część, a potem rozkładał narzędzia, zakasywał rękawy i piłował, piłował, stukał, pukał, próbując ostrożnie miejsca nadwerężonego. Pomrukiwał przy tym

dobrodusznie do kawałka żelastwa, jak do malca – pocieszająco – zrobi się...

elektromonterzy nazywali go Starym Pikiem.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

półgłosem, a potem głośną swoją stereotypową piosenkę, dla której

44

zrobi... wszystko będzie dobrze. Gdy mu robota szła łatwo, zaczynał najpierw

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

... To mówi sławny pik... pik... pok... pok... pok.. widi... wid... wid... wid... Ach, jak mnie strasznie wstydzę cały świat tak zbrzydł. ... To mówi sławny pik... pik... pok... pok... pok.. widi... wid... wid... wid... Poszedłbym sobie w dal... Tylko mi dzieci żal... Stary Pik kochał tę halę, te maszyny i każdą ślusarsko-mechaniczną robotę. Ale gorzkniał z każdym dniem coraz bardziej. Ból jakowyś gryzł go jak robak w środku. Jeszcze jak pił, to lżej było i obojętniej. Im trzeźwiejszy był, tym smutniejszy i często miejsca znaleźć sobie nie mógł. Głową biłby nieraz o ścianę, żeby nie myśleć, żeby nie pamiętać. Krzywdę uczyniono mu, niesprawiedliwości wielkiej nad nim dokonano. Ożenił się z namowy, wepchnęli mu pannę, która dobrej opinii nie miała, ale która umiała go w to małżeństwo zaplątać. Pik nawet nie wiele rozumiał, czego ona chce od niego?... Dlaczego płacze u jego kolan?... Chce, żeby się z nią ożenił – dobrze! może się z nią ożenić... jemu tam bez różnicy. A jak jej tak bardzo zależy – to dobrze – ożeni się. W ciąży była i musiała z tego jakoś wybrnąć. Przysięgała na wszystkie świętości, że to jego – Pika dziecko, a on uśmiechał się dobrodusznie i machał ręką... Nic sobie tam nie przypominał, żeby między nim a nią... ale niech tam, zgodził się byle spokój był... żony nie kochał, domu nie znosił i najlepiej czuł się w swojej hali z maszynami... Ale urodziło się dziecko i stary Pik się odmienił. Jak przedtem do fabryki – tak teraz do domu się spieszył. Stał się dla dziecka najczulszą matką, niańką, pielęgniarką. Kołysał je, bawił, niańczył, pieścił, całował, zmieniał pieluchy. Dziecko nie było do niego podobne i głośno ludzie mówili, że nie jego; podobno znali nawet niektórzy prawdziwego ojca, bo często go z żoną Pika widywali. Ale Pika to nie obchodziło co ludzie mówią, dziecko pokochał i tyle.

kochać... Jedna rączka – to taka jak Pikowy nos. Żona poganiała nim jak służącą do najgorszej posługi. W końcu zostawiała go z dzieckiem jak tylko
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

45

Taki robaczek... takie maleństwo... bezbronne... bezradne... i jak to nie

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przyszedł z pracy, a sama znikała gdzieś na całe godziny. A stary Pik się cieszył... Zostawał sam z małym fąflem, bawił go, kąpał, śpiewał mu bzdurne piosenki, które sam zmyślał – i był w siódmym niebie. Jak się taki mały nosa uczepi, albo włosów, i ciągnie... i śmieje się przy tym całą gębą. Tak stary się odmienił, w fabryce usiedzieć nie mógł i ciągle mu się spieszyło do domu, do małego. Tak było rok. Jednego dnia przychodzi Pik z pracy do domu, a tu zastaje drzwi zamknięte, a klucz u gospodarza. Od dozorcy dowiaduje się, że żona z jednym panem zabrała małego i co było najlepszego w domu i wyjechała. Zostawiła tylko list, w którym groziła Pikowi, żeby się nie ważył stanąć na drodze jej szczęścia. Stary rozpłakał się jak dziecko. Do domu wejść nie chciał... Bo po co, jak tam nie ma małego, to po co?... – Zabierzcie sobie ludzie co tam jeszcze jest, powiedział i poszedł... I wrócił do hali maszyn i przez trzy dni z fabryki nie wychodził. Po dniówce przekradał się z powrotem, siadał między maszyny i patrzył na nie i mówił coś do nich, jakby je przepraszał... A potem zaczął pić... z początku rzadko, potem coraz częściej. Dostał ostrą naganę, drugą od inż. Wody, który go, pijanego i drzemiącego pod warsztatem, znalazł. Za trzecim razem zawołał go do siebie inżynier inspekcyjny. Znał on dobrze starego Pika, lubił go i dowiedział się skądsiś o jego tragedii. Posadził starego vis a vis w swoim gabinecie, popatrzył nań i mówi... – Tu turbiny i silniki w ruchu, a pan pijany – a pan drzemie!... To przecież nieszczęście wydarzyć się może na całą fabrykę. Pan jest mózgiem tej hali, a ta hala to serce całej fabryki... Ona daje siłę, światło i sprężone powietrze wszystkim warsztatom... My Panu zaufaliśmy, a Pan chce na nas nieszczęście sprowadzić!... Pan powinien tu czuwać za wszystkich innych, bo maszyna, to jak małe dziecko, ciągle czuwać nad nią trzeba i pilnować jej. Chcieli Pana już

Panem – wyprosiłem ostatni raz. Ale przestrzegam Pana, że teraz i ja jestem
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

moim słowem, że Pan już nigdy pijany do pracy nie przyjdzie, ja prosiłem za

46

usunąć, inżynier Woda obstawał przy tym, ale ja się wstawiłem za Panem

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

odpowiedzialny... Zwracam Panu uwagę po raz ostatni!... No, niech się Pan trzyma, Panie Pik... A widząc, że staremu twarz tężeje i broda drga lekko, dodał... – Myśmy byli dotychczas zupełnie zadowoleni z Pana... zupełnie... Ale Pan musi mi dać słowo uczciwe, że Pan się już więcej na terenie fabryki nie upije... Stary przytaknął głową... – No to niech Pan się trzyma... Ja prosiłem za Panem... Niech Pan mi nie zrobi zawodu... Niech Pan się trzyma, Panie Pik...

Stary Pik wziął sobie bardzo do serca słowa inżyniera inspekcyjnego i przestał pić wódkę, choć szło mu to z trudem i musiał każdego dnia walczyć z głuchą żałością, która go pchała w stronę knajpy. Jednego dnia, po paru miesiącach pracy, majster zawołał Stacha, do siebie i rzekł mu: – Pójdziesz do hali maszyn, do pomocy staremu Pikowi, telefonował, żeby mu przysłać chłopca, ma trudną reperację. No jazda!... już cię nie ma!...

Stary Pik przyjrzał się Stachowi dobrze i rzekł… – Tu trzeba silniejszego chłopca, no tu trzeba trzymać kawał żelaza, a ty bracie, tak wyglądasz, jakbyś z trumny uciekł... – E, to nic – odparł Stach, – silny jestem i przytrzymam, co Pan potrzebuje, zobaczy Pan... Tak wszyscy wygadują, żem do niczego, a ja nie chciałbym tej pracy utracić, bo gdzie pójdę... Tu Stachowi głos się załamał i w gardle ścisnęło. Pik spojrzał na chłopca – i dodał: – A to zostań... pewno, że się przydasz, damy sobie jakoś we dwóch radę... A gdzie ty masz ojca?... – Nie żyje, zabiło go w hucie...

– To ty nikogo nie masz?...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

– O, już dawno umarła...

47

– A matka?...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– A nikogo... – A ile ty masz lat?... – Dziewiętnaście... – Go? Dziewiętnaście – i tak późno do terminu przyszedłeś?... – Bo byłem w szkole... – W jakiej szkole?... – W gimnazjum... – I skończyłeś gimnazjum?! Nie mogłeś innej pracy znaleźć?... – Kiedy nie było... – A z czego ty żyjesz? – pytał dalej Pik, już w czasie roboty, odkręcając wielkie nakrętki. – A z tego co zarobię... – Jak to, przecież ty bardzo mało zarabiasz? Pracowali dłuższą chwilę w milczeniu. Stary zasępił się i spoglądał ukradkiem na Stacha. Nagle odezwał się... – A to mi szelma zrobił... – Co się stało? – zapytał Stach nieśmiało... – Rzucił robotę i poszedł... – Kto? – A jeden młody rysownik, praktykant, robił mi od czasu do czasu rysunki, dostał pewną lepszą posadę to i poszedł... a mnie teraz będą potrzebne rysunki pewnych maszyn... Ale, ale... słychaj no, czy ty potrafisz rysować? – Trochę, tylko tyle, ile się w gimnazjum nauczyłem... – Hm... to może i wystarczy; przecież nie chodzi o nadzwyczajne rysunki... – A o co chodzi?... – O zwykłe rysunki maszyn i ich części...

Stach wziął kawałek papieru i gruby stolarski ołówek i narysował.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

– Tak? No to narysuj mi odręcznie ramię tej pompy ssąco-tłoczącej...

48

– Możebym spróbował...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– No, nieźle, nieźle... tylko grunt jaka taka dokładność... I nie smaruj mi tłustymi paluchami po papierze... A ile ty chcesz za taki rysunek?... – Jak to?... – No., ile bierzesz pieniędzy za narysowanie takiego czy innego rysunku... – A nic... mogę Panu rysować, jeśli Pan potrzebuje... – Ja tam za darmo nie chcę. Tamtemu płaciłem, to i tobie zapłacę... Dostaniesz pięć złotych od rysunku... – Pan chyba żartuje, pięć złotych, kiedy nie ma za co? – No, jak mi źle narysujesz, to nic nie dostaniesz... Narysuj mi na jutro lokomotywę... – Lokomotywę? Nie, tego się nie podejmuję... Lokomotywa składa się z tylu rozmaitych drobnych części, a Pan chce dokładnie. Na to trzeba być wykwalifikowanym technikiem... – No to narysuj na razie koło od lokomotywy, będziesz potrafił? – Owszem... – Ale w dokładnej skali... wyraźnie i czysto... Na materiały dostaniesz ode mnie. Tu masz pięć złotych... Stach żachnął się... – No bierz! Za darmo nie płacę!... ma być dobrze zrobione!... Zobaczymy, co ty umiesz i jakiś ty pracowity... Staremu poprawił się humor... – Alem zmyślił z tym technikiem – mówił

sobie w duchu. Trzeba przecież temu mizerakowi pomóc. Ledwo to na nogach stoi, a mówi, że siłę ma. Tylko muszę być wymagający w takich rysunkach, bo chłopak by się wszystkiego domyślił... Gwintownica zgrzytała przy imadle; stary dorabiał gwint do urwanej śruby, a Stach wycinał z kawałka płaskownika żelazne podkładki... Pik nucił półgłosem: ... To mówi stawny pik... pik... pok... pok... pok.. widi... wid... wid... wid... Ach, jak mnie strasznie wstydzę cały świat tak zbrzydł. ... To mówi sławny pik... pik... pok... pok... pok.. widi... wid... wid... wid... Poszedłbym sobie w dal... Tylko mi dzieci żal...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

49

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Potężne, stalowe ramiona maszyn migotały w powietrzu w ruchu prawidłowym. Na kolektorach silników i prądnic zapalały się i gasły drobne iskierki. Hala – serce, łomotała równym rytmem: uum!... tum... tum... urn!., tum... tum... uum!.. tum... tum...

 Włodek, wierny przyjaciel Stacha, jak mógł tak starał się rozjaśnić jego niewesołe życie. Bywało, że czekał przed bramą fabryczną z torbą pełną owoców, zadowolony, że sprawi tym radość swemu druhowi. Zapraszał go, jak mógł najczęściej do swego domu, gdzie Stach mógł zawsze zjeść smaczny i obfity obiad i zły był, gdy ten odmawiał, wychodząc z założenia, że gdzie cię lubią, tam się nie naprzykrzaj. Jednego dnia, kiedy pogoda dopisała, wybrali się z młodszymi braćmi Włodka na wycieczkę. Wyszli o piątej, kiedy słońce wspinać się dopiero zaczęło po niebie. Szli spacerem, wdychając pełną piersią powietrze soczyste rosą. Teren falisty daje więcej urozmaicenia wędrowcom, aniżeli teren równinny. Znalazłszy się na jednej wyniosłości i objąwszy wzrokiem horyzont, ciekawi jesteśmy, co będzie za drugą wyniosłością. W lesie nad rzeką czystą Stach położył się na trawie i gonił wzrokiem ciągnące po lazurowym niebie białe obłoki. Wierzchołki sosen szumiały, a miarowy plusk wody ciszył, rozpogadzał... Snuły się Stachowi myśli po głowie, jedna za drugą, jedna za drugą, – długim szeregiem jak łańcuch. Jedna myśl zaczepiała o drugą, zupełnie różną od poprzedniej i słaby z nią mająca, związek... i myślało się o ludziach... o życiu... o świecie... Wrócili wieczorem w dobrych humorach. Pierwotny instynkt człowieka puszczy jest w nas bardzo silny i jak długo nie zdławi go Wódka, kłopoty i życie zmechanizowane, tak długo wrażliwi jesteśmy na żywą w nas tęsknotę za złudą wolności i swobody. Ten instynkt jest najsilniejszy w młodym, zdrowo rozwijającym się chłopcu i dlatego takie powodzenie mają książki i Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

50

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

podróżach i dlatego tak często wyświetlane i nadużywane są filmy z Tarzanami. Gdy Stach zachodził do Otońskich, ojciec witał go zawsze życzliwie, starymi słowami: – Witam Pana, Panie Stasiu!... co słychać... niechże Pan coś powie? Jednego dnia Pan Otoński zapytał, przyglądając się Stachowi uważnie: – Jakże się tam pracuje w tym warsztacie?... – Dobrze proszę Pana... dobrze...O, wiem ja od Władka, jak to dobrze, zresztą, to widać po Panu. Myślę ciągle o tym, żeby dla Pana o jakąś lepiej płatną pracę się postarać. – Zostanę już chyba, proszę Pana w tym warsztacie, bo tak ciągle zmieniać. Ni to, ni owo a lata płyną... – To prawda, ale obawiam się, że Pan zdrowie zmarnuje. A wyczerpany organizm podatny jest wszelkim chorobom... – Myślę, że teraz lżej mi będzie – i tu Stach opowiedział historię ze Starym Pikiem. – I będzie Panu płacił?... – Tak!... – Czy są to jakie odpowiedzialne rysunki, przecież Pan nie jest kreślarzem? – Właśnie, ja to samo mówiłem temu mechanikowi, ale on, po obejrzeniu jednego rysunku, powiedział, że dla niego to wystarczy, że nie potrzeba lepiej… – Jak on się nazywa?... – Pik!... – Pik?... – Pik, ale elektromonterzy mówią na niego Stary Pik, ale właściwe jego

– Co Pan mówi... to oryginał?...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Mówi mało i stale podśpiewuje sobie jedną i tę samą piosenkę.

51

nazwisko brzmi chyba inaczej. Wygląda trochę groźnie, ale to zacny człowiek.

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– I strasznie lubi dzieci. Mówili o nim u nas w warsztacie. Podobno po wypłacie – to kupuje wielką torbę cukierków i rozdaje małym... Sam kiedyś widziałem, jak po wypłacie szedł z fabryki z wielką torbą wiśni, a dzieci chmarą koło niego... Panie Pik, mnie... Panie, Pik, mnie...! Ja jeszcze nie dostałam!... Panie Pik... A on roześmiany i zadowolony, pełnymi garściami te wiśnie rozdawał ze słowami: – Macie pędraki... macie... Wiśnie kazałem

specjalnie umyć, abyście się nie pochorowali... Podobno odprowadzają go do samego domu... I cała ulica, na której mieszka, lubi go... – Co Pan mówi?... co Pan mówi, to naprawdę poczciwy człowiek. Gdy nakryto do stołu, pan Otoński zachęcał słowami... Prosimy z nami, Panie Stasiu... czym chata bogata, jak to się mówi... Bywało, że po obiedzie, po kawie wychodzili do małego ogródka i rozkładali dwie szachownice. Pan Otoński grał ze Stachem, a Włodek z Jurkiem. Najmłodszy Zbycho kibicował zawzięcie, odbierając raz po raz repliki od starszego Jurka... – Zbycho, rolą kibica jest?... – Pouczać kiepsko grających i poprawiać ich haniebne posunięcia!... – Przeciwnie, rolą kibica jest patrzeć i milczeć, zrozumiałeś? – Jakoś nie mogę, powtórz raz jeszcze, mówisz tak niewyraźnie... – Sam grać nie umie, a kogo to by poprawiał... – O, patrzcie go, sławny szachista... – Tatusiu, Zbycho przeszkadza!... – Zbyszku, pozwól im grać... – Kiedy on, Tatusiu, wstyd mi przynosi, gra jak w klipę... – A ja cię proszę, żebyś nie przeszkadzał! – strofował ojciec. – Dobrze Tatusiu... Na krótko jednak, bo po chwili rozległo się znów:

kiedy zmierzch zacierał kontury powyginanych fantastycznie starych grusz, a
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

W domu Otońskich umiano pięknie czas spędzić. W niedzielny wieczór,

52

– Zbycho, rolą kibica jest?...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

zapach maciejek ciężką falą płynął po ogródku, załkały w altance skrzypce do wtóru wiolonczeli. W dyszącą, letnią noc zaczęła się sączyć i rozpływać upojna melodia arii Nadira z "Poławiaczy pereł", później barcarola Czajkowskiego, a później Offenbacha "Opowieści Hoffmana". Rodzina Otońskich była muzykalna. Ojciec grał na wiolonczeli, Włodek na skrzypcach, a Jurek na gitarze... Był taki jeden wieczór dla Stacha niezapomniany, kiedy, zasłuchany w muzykę, miał wrażenie, że cały unosi się gdzieś i jest mu coraz lżej... i lżej... Bywało, że Otoński opowiadał przeżycia swoje i wspomnienia, wtrącając w wątek opowiadany dygresje umoralniające... Wspomnienia swoje zaczynał najczęściej od słów... ... Widzi Pan, Panie Stasiu – ja jestem człowiekiem przedwojennym. Czas płynął u Otońskich szybko – w nastroju pogodnym i wesołym.

 Grupa młodych studentów i studentek, pomiędzy którymi była i Jen, zwiedzała w letnim miesiącu fabryki i kopalnie Sosnowca. Wycieczka udała się jednego dnia do wielkich zakładów mechanicznych Gardo-Hammer. Jen miała nadzieję, że spotka Stacha, dowiedziała się bowiem, że tutaj pracuje. Fabryka Gardo-Hammer była rozległa. Wielkie hale i dużo mniejszych zajmowały znaczną przestrzeń, Studenci oglądali szczegółowo maszyny, dopytywali się o ich produkcję, prosili o zademonstrowanie. Około południa wycieczka znalazła się przed warsztatem elektromechanicznym. Majstra nie było. Miał on przed chwilą bardzo nieprzyjemną rozmowę telefoniczną z inżynierem inspekcyjnym. Inżynier zarzucał majstrowi opieszałość w robocie i niedbalstwo... – Pan wie jakie znaczenie dla wielkiej fabryki, gdzie wszystko idzie elektrycznością, ma warsztat elektro-mechaniczny!?... Obowiązkiem Pana jest robota dokładna i terminowa... Inaczej warsztat nie wywiązuje się z zadań... Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

53

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Być może, że obecny stan rzeczy jest wynikiem pańskiego niefachowego i nieenergicznego prowadzenia. Gdyby ten stan trwał dłużej, musielibyśmy na to coś poradzić. Może mianować kogo innego majstrem. Trudno, proszę Pana – tak dłużej być nie może!... Majster zagryzł wargi i poczerwieniał. Odłożył słuchawkę po skończonej rozmowie i zamyślił się. Pracuje tu już tyle lat, ma dzieci w szkołach, synów, córki... Ma żonę, która czeka na zapracowane przezeń pieniądze... Straci posadę, nastąpi ruina jego domu... Dawniej tego nie było, nigdy mu nie wymyślano i nie odnoszono się doń tak szorstko... Dawniej, kiedy inżynierem inspekcyjnym był obecny kierownik warsztatów, stary inżynier Woda... A ten obecny, inspekcyjny, młody inżynierek, chodzi tu stale, zagląda, pyta, krytykuje... Kogóż mogą na jego miejsce mianować... Kogo?... Na pewno Machalika... Ukończył jakieś szkoły... umie wszystko, zna wszystko... Inżynier inspekcyjny przychodzi tu do niego na pogawędki... Dawniej było inaczej... Inżynier Woda nigdy z

elektromonterami nie rozmawiał, a tylko z nim, z majstrem... Machalik... Majster zatrząsł się... on sobie ze mnie nic nie robi... nie liczy się ze mną... Chłopca to sobie bierze, którego sam chce, – a przeważnie tego inteligenta, – niedorajdę Lemańskiego... W robocie robi tak jak uważa, bo tak jak majster mówi, to nigdy nie jest dobrze. Protekcję ma i trzeba się z takim liczyć... żeby tak tego Machalika usunąć z warsztatu... Majster pójdzie do inżyniera Wody i przedstawi mu... Powie, że elektromonter Machalik nie słucha zleceń, wykonywa robotę źle, wymaga drogich i niepotrzebnych materiałów i postępowaniem swym dezorganizuje pracę w warsztacie. Podburza elektromonterów, wykonywa robotę niesolidnie i summa summarum on, majster nie może ponosić za to odpowiedzialności!... Dawniej, za inspektoratu inżyniera Wody, nie było ani jednego zażalenia, a

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

podobają się, są lekceważone..

54

teraz ci młodzi ciągle coś wynajdują... Dawne zarządzenia inżyniera Wo dy nie

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Inżynier Woda wysłuchał... przytaknął... No tak, on to zna, on słyszy o tym na codzień... Inżynier inspekcyjny skarży się stale na majst ra, a wychwala tego młodego elektromontera Machalika. Podobno to bardzo zdolny fachowiec. Pierwszorzędne kwalifikacje właśnie na majstra. Majster musi uważać. No, prawda, prawda, że tyle lat pracowali razem i było dobrze . Ale teraz ci młodzi mają większe wymagania, sanacja przedsiębiorstwa, naukowa organizacja pracy itd... być może, że są lepszymi fachowcami, Tak, majster musi uważać... Majster wyszedł wzburzony, a inżynier Woda zamyślił się... Ci młodzi inżynierkowie dali mu się już porządnie we znaki. On, inżynier Woda ma ich dość. Zarozumiałe to takie, teorii pełna głowa i pełna walizka świadectw, a praktyki żadnej. Wszystkim imponują swoimi wiadomościami – a kolega słyszał o tym... a kolega słyszał o tym... teorie... teorie... No oczywiście oni lepiej organizują pracę. Oni podnoszą jakość i ilość produkcji... Oni, tylko oni... Wszystko, co dawniej – to niewiele warte. Za jego inspekcji byli ludzie zadowoleni i nie było tego całego aparatu biurokratycznego, który wyrósł przy gabinecie obecnego inżyniera inspekcyjnego. Na Radzie Nadzorczej on ciągle ze swoimi zastrzeżeniami, co do dawnych urządzeń i organizacji... To złe, to niewydajne, niefachowe... to nie odpowiada dzisiejszym wymogom techniki... Stary inżynier Woda połknął już niejedną gorzką pigułkę na k onferencjach. Tak, ale ci młodzi mają tu dobre protekcje... Chociażby taki nielubiany przez inżyniera Wodę, inżynier inspekcyjny – jest nietykalny. Jego żona jest prywatną sekretarką generalnego dyrektora... A kobieta ładna, młoda, zgrabna – i jeszcze wiele lat może być sekretarką... A ten Machalik jest na pewno protegowany inżyniera inspekcyjnego... zarozumialec… Inżynier Woda westchnął ciężko i sięgnął do jednej z szuflad biurka po Na pewno też jakiś

studentów, którzy właśnie szli zwiedzić warsztat. Majster rozejrzał się po nim
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Majster wracał zły... U wejścia do hali spotkał grupę studentek i

55

cygaro...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

i wpadł we wściekłość. Kupy nieuprzątniętych śmieci zaścielały podłogę razem z rozmaitym, powyciąganym żelastwem. Odpadki bawełniane, pęki drutów, starych rurek instalacyjnych, zużytych elementów węglowych... Wszystko, co z reperacji dzisiaj przyszło, leżało nieuprzątnięte. A to dziś dyżur tego niedorajdy Lemańskiego, który zamiast sprzątać pomaga Machalikowi... Jakby to nie było innych chłopców w warsztacie!... Oj! ja mu dam, myśli majster i podbiega do Stacha... Ty cholero!, gamoniu!... od czego ty jesteś w warsztacie... Co! stajnię tu robisz, łobuzie!... A już mi do roboty, bo jak ci wygarnę w łeb, to się nogami przykryjesz!... Tu wycieczka warsztat przyszła obejrzeć, a tu taki śmietnik!... Dlaczego Pan go zatrudnia, jak on ma dziś dyżur i powinien sprzątać?!... – odezwał się majster głośno do Machalika... – Bo pilna robota, ważniejsza niźli sprzątanie, rozumie Pan – odpowiedział ze złym wzrokiem Machalik... – I niech pan nie podnosi głosu, boja nie jestem terminator i może być źle... Spojrzeli sobie w oczy ze złością. Majster mruknął coś i odszedł. – Proszę, niech panowie oglądają, skinął ręką w stronę stojącej grupki. Stach wziął łopatę i miotłę, i ze ściśniętym gardłem począł zamiatać śmiecie, zaczynając od odległego końca warsztatu... Co był tu winien?... – mówił przecież Machalikowi, że ma dziś dyżur i musi sprzątać, ale terminator musi słuchać majstra i elektromonterów... Teraz na nim się skrupiło, myślał... Studenci i studentki przyglądali się jak Wielki Józef rozbierał i reperował kolektor... jak Trenciok zmieniał stare uzwojenie wielkiego twornika na nowe... Jak elektromonter Dworzec budował i próbował akumulatory. Jak czeladnik But naprawiał małą stację telefoniczną, a Machalik montował zegary do nowej tablicy rozdzielczej... Jen stała u wejścia, oparta o barierę, jak gdyby obejmująca wszystko

czarnymi rzęsami pojawiły się dwie duże łzy...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

blada... Kurczowo trzymała się poręczy, żeby nie upaść. Pod jej długimi,

56

wzrokiem... Ale Jen nie patrzyła... Miała zamknięte powieki i była bardzo

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Szła do domu nic nie widząc. U siebie w swym różowym pokoiku zamknęła się, wymawiając od obiadu bólem głowy. Istotnie bolała ją głowa, bolało serce, i chciało się koniecznie samotności, żeby móc się wypłakać... Stach!... Stach... Ty biedaku, więc ty tak żyjesz?... Teraz poczuła jak silnie, – całym sercem kocha tego umorusanego terminatora, na którym majster wyładował swoją złość i swój żal za życiowe niepowodzenie...


 Machalik był królewskim elektromonterem, jak go nazywali. Nie było rzeczy, którejby ten człowiek nie potrafił. Od ogromnej prądnicy do małego sygnałowego motorku – wszystko ten człowiek umiał. Nie było tajemnicy w skomplikowanych urządzeniach i maszynach wysokiego napięcia. Montował kiedyś całe stacje telefoniczne, znał się na aparatach radio i telegraficznych. Był znanym mechanikiem samochodowym. Pracował czas jakiś jako spawacz elektrycznością i acetylenem, a z wojska wyszedł jako pilot-mechanik z najlepszą opinią. Nie dziw tedy, że w warsztatach liczyli się z nim wszyscy, zazdrościli niektórzy, a inni przebąkiwali, że Machalik zostanie majst rem. Machalik sam mówił, że pracuje tu tylko dorywczo, bo myśli nad założeniem własnego przedsiębiorstwa. Inżynier wydziału mechanicznego przychodził radzić go się w niektórych sprawach. Majster tracił na znaczeniu. Na tym tle rosła w nim niechęć do Machalika i niezadowolenie. Zdawało mu się, że Machalik podrwiwa sobie z niego, że ma ironiczny uśmieszek na twarzy. Jego swoboda i pewność siebie denerwowały starego. Marzył o tym, żeby mu się powinęła noga przy jakiejś poważnej robocie. Żeby to tak można było obsztorcować i poderwać to jego znaczenie... Na najtrudniejsze, najbardziej skomplikowane roboty posyłał go z nadzieją, że mu się coś nie uda, że będzie musiał przyjść, zapytać się, poradzić. A wtedy on, majster, powie mu parę cierpkich słów. Ale Machalik robił wszystko bez zarzutu... Gdyby tak Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

57

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

poważniejsza robota, któraby się nie udała i Machalik naraziłby fabrykę na straty. Wtedy majster poszedłby na skargę i żądałby usunięcia Machalika... a gdyby... gdyby...

 Profesor otrzymał list z Londynu. Wuj Stefan pisał... Kochany Andrzeju! Cieszy mnie to, że Sosnowiec ma tak rozwinięty przemysł. Pamiętam, podczas pierwszych lat na obczyźnie wpadła mi w ręce broszurka z roku 1887, napisana przez dr. Janżułła, profesora uniwersytetu moskiewskiego, a traktująca o rozwoju przemysłu fabrycznego w b. Królestwie Polskim. Już wtedy dr Janżułł bił na alarm, opierając się na da nych statystycznych z lat 1867-1879, że przemysł w b. Królestwie Polskim jest dwa i pół razy lepiej rozwinięty aniżeli w Cesarstwie. Pomyśl tylko Stefanie – dwa i pół razy rozwinięty przemysł w Królestwie Polskim, które było sto osiemdziesiąt dwa razy mniejsze od Cesarstwa. Tak, przemysł to bogactwo i potęga, powinniśmy o tym i teraz nie zapominać. Piszesz, że Sosnowiec ma fabryki włókiennicze. Pracowałem w swoim życiu w fabrykach włókienniczych kilkakrotnie. Praca w tych fabrykach nie jest zdrową dla kobiet i młodocianych, ale kobiety są siłą tanią. Nowoczesne samoprząśnice czyli efelfa który nie wymagają dużej obsługi, – kobiety, są zręczne i mają delikatne ręce do wiązania nici. Tkaniny wigoniowe otrzymuje się z wełny lamy, zwanej wigoniem. Wełna kozia, owcza i wielbłądzia ma też szerokie zastosowanie. Największym rynkiem dla handlu wełną jest Londyn. Owce cienko-runne są rezultatem wieloletnich wysiłków i zabiegów nad poprawieniem rasy. Grupa cienko-runnych merynosów, do których należą owce negretti i rambouillets, znaną była w Europie jeszcze przed narodzeniem Chrystusa i pierwsza Hiszpania zajmowała się ich hodowlą. Dzisiaj Australia zajmuje pierwsze miejsce w hodowli merynosów, które, skrzyżowane z Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

58

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

szewiotami, dostarczają wysokiego gatunku wełny, zwanej krzyżówką. Eriometr Dollanda wykazuje grubość wełny, przy tym Id. równa się 000254 m/m. Najlepsza wełna wyrasta na łopatkach, poślednia na kończynach owcy. Zasadniczą zaletą jest karbikowatość czyli puszystość wełny. Razówką nazywamy wełnę z pierwszej strzyży. Angielskie Dead wool oznacza wełnę owiec martwych, to też pojedyncze włoski zakończone są cebulkami. Pracowałem też w sortowni jednej z fabryk, która wydobywała włókno wełniane ze starych szmat i odpadków wełnianych i półwełnianych. Szmaty rozrywano lub poddawano działaniu kwasów. Przedtem jednak szmaty były trzepane dokładnie. W tej fabryce pracował też jeden Polak, nazywał się Szopa Stanisław. Z Polski uciekł, zawikłany w sprawy polityczne – niepodległościowiec. Pracował we wspomnianej fabryce jako pracz. Dziwny to był człowiek. Często bywał zamyślony, a od kolegów i od wódki stronił. Podczas roboty śpiewał sobie półgłosem polskie piosenki i do siebie mówił po polsku. Oczy jego zapatrzone były zawsze gdzieś daleko. Wśród robotników nie miał nikogo ż yczliwego, a przełożeni zwracali się do niego z niechęcią i z góry. "A, co tam znów Pan chce, Panie Szopa"... mówili ilekroć się o coś zwracał. Jedyną osobą, bardzo do niego przywiązaną, była jakaś kulawa dziewczyna, którą do siebie przygarnął i z którą żył. Pewnego razu zawezwał go lekarz do siebie i zawyrokował: "Pan się nie nadaje do nas – do pracy... Musimy Pana zwolnić..." Chłop wziął sobie tak to do głowy, że zwariował. Latał potem środkiem ulicy i krzyczał... "To draw aut!... To draw aut!..." A dzieci biegły za nim gromadą i wołały: "Waszer... Workman!"... Podszedłem do niego raz na ulicy, złapałem za rękę i powiedziałem po polsku: "Obywatelu ocknijcie się! Jestem waszym rodakiem... Obywatelu ocknijcie się!..." Spojrzał na mnie, oczy zaokrągliły mu się i przez chwilę patrzył na mnie surowo... Potem twarz wykrzywił mu grymas i z ust

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

to draw aut!... Ja zostałem i patrzyłem długo za rozczochranym, uciekającym

59

ślina pociekła... Wyrwał się i pobiegł środkiem ulicy krzycząc... to draw aut!...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

cieniem. Żył jeszcze wiele lat ten nieszczęśliwy, którego brak pracy przyprawił o obłąkanie... A może był chory, może chorobą jego była tęsknota za ziemią ojczystą, za Polską...

 W dwa dni po owej wycieczce do fabryki, Jen czekała przed portiernią na wyjście Stacha. Postanowiła zbliżyć się do niego sama. Pewnie mnie zapomniał, a może nawet nie zwrócił na mnie uwagi – myślała. Całe te pół dnia przeżyła w zdenerwowaniu. Od rana czas dłużył jej się niepomiernie. Czytać nie mogła, pracować też nie. Myślała o tym, co mu powie, od czego zacznie rozmowę, jak on ustosunkuje się do niej. Już na kwadrans przed fajerantem stanęła opodal bramy fabrycznej i czekała. Syrena zawyła donośnie. Jen poczuła, że serce mocno bije jej w piersi. Chciała uciekać. Głos jakiś szydził z niej. Chwilami żałowała, że tu przyszła. Ale nie odeszła, stała i patrzyła niespokojnym wzrokiem na wielką, żelazną bramę. Bramę otwarto – i z czeluści jej zaczęła płynąć rzeka szarych, jednakowych, jakby przez maszynę odbijanych postaci. Paru młodych robotników, przechodząc obok niej, zrobiło głośną uwagę... "Patrzcie jaka ładna kobieta... Co za nogi...". Nie słyszała. Szukała wzrokiem Stacha. O idzie... idzie... Nie podejdzie do niego teraz, bo tu za dużo robotników. Pójdzie z nim w pewnej odległości, jak będzie szedł sam, to podejdzie do niego. A przecież musi się trochę opanować, czemu jest taka podniecona?... Na Konstantynowskiej tuż przed domem, w którym Stach mieszkał, podeszła. – Przepraszam Pana! – Odwrócił się zdziwiony. – Proszę... Objął ją całą jednym spojrzeniem. Skąd on zna te oczy?... Gdzie je widział?... Były wtedy załzawione, ale tak samo piękne... Gdzie?... Już Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

60

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przypomina sobie... Tak...

w domu profesora Jarockiego... To pewnie

córka... Cóż ona może chcieć od niego?... – Poznał mnie Pan? – Tak... Czym mogę Pani służyć?... – Chcę z Panem porozmawiać trochę, to dla mnie bardzo ważne, pozwoli pan... – Proszę, proszę, jeśli sobie Pani tego życzy... Ale widzi Pani, ja jestem prosto z fabryki, brudny i w tym ubraniu roboczym, zakurzonym... z bańką... – To nic... niech Pan o tym nie myśli, proszę Pana... to jest bez znaczenia... – No, ja mówię o tym ze względu na Panią... – Pan pozwoli… I nim zorientował się wzięła go pod ramię… – Ale naprawdę, proszę Pani, ludzie się za nami oglądają. Mogą Panią znać... I będą snuli domysły dlaczego to Pani z takim brudasem idzie pod rękę... Naprawdę... niech Pani sobie tego oszczędzi... Spojrzała na jego strapioną twarz i roześmiała się szczerze, wesoło, radośnie... Teraz było jej lekko, jak nigdy dotychczas. Oto szła pod rękę z chłopcem, przez którego straciła spokój. Z chłopcem, o którym musiała myśleć nocami. Za którym tęskniła. Tak ją coś pchało do niego... Tak się chciało być przy nim. Tak, tylko być przy nim... móc na niego patrzeć. I teraz jest jej dobrze. Teraz, kiedy idzie przy jego boku... Tak... ale przecież miała z nim pomówić. Miała przeprosić za niewłaściwe postępowanie ojca. Zawahała się chwilę... Tak dobrze jej z nim teraz. A jeśli mu powie, przypomni, gotów odejść. Ale przecież po to podeszła do niego. Po to wyciągnęła go na spacer. Nie, musi powiedzieć, Ale jak zacząć? – Proszę Pana?...

– Żal? Za co?... Dlaczego...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

– Czy Pan ma wielki żal do nas – to znaczy do mnie i do mojego ojca?...

61

– Słucham Panią?...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Ach, przecież ojciec mój był taki niedobry dla Pana i dla pańskiej babki. Ojciec, muszę to powiedzieć prawdę, skrzywdził Pana i pańską babkę. Ojciec mógł, powinien hojnie... ja wiem... powetować... czy wynagrodzić poniesioną przez Was stratę... inaczej, aniżeli to uczynił. – Ależ proszę Pani – tego się nie wynagradza, ani się za to nie płaci. Do ojca Pani miałem żal, że chciał mnie w tej najboleśniejszej stracie pocieszyć pieniędzmi. O sumę nie chodzi, mniejsza czy większa jest istotą transakcji. Otóż pocieszenie to miało charakter transakcji handlowej i to właśnie mnie bolało... Pieniądze te ciążyły mi i oddałem, kiedy stały się niepotrzebne. – Pan jest bardzo szlachetny! – Ależ nie, proszę Pani?... Za co... Gdybym nawet żywił niechęć do ojca Pani, – to przecież nie do Pani samej. Jest tak, że rodzice ponoszą nieraz konsekwencje za czyny dziecka, ale dziecko nie powinno nigdy ponosić konsekwencji za czyny rodziców… nigdy... Bo to jest już wielka, wielka krzywda... Nie, proszę Pani, nie żywię do Pani ani żalu, ani urazy, przeciwnie, myślę właśnie, że ojciec mój uratował swoim zgonem życie panience ze wszech miar zacnej... Szli dalej w milczeniu. Stach sumitował się w duchu przed sobą samym. Nigdy, – naprawdę nie żywił żalu ani urazy do tej panienki, a tej historii z ojcem nawet nie pamiętał!... Na małym wzniesieniu za miastem Jen wyciągnęła do niego rękę ze słowami: – Jestem Panu bardzo wdzięczna... uspokoił mnie Pan... oto moja ręka, może Pan na mnie liczyć zawsze, zawsze! Jak długo tylko będę żyła! – wyrzekła z mocą... – Chciałabym zostać dla Pana najbardziej oddaną osobą... najlepszym przyjacielem... Pochylił głowę do jej ręki i drżącym ze wzruszenia głosem, powiedział: – Dziękuję Pani za te dobre słowa. Naprawdę, nie żywię najmniejszego

serdecznie.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

wdzięcznym bo nikt tak do mnie nie mówił, jak żyję... Nikt tak nie mówił

62

żalu i nigdy o tym nawet nie myślałem, a teraz jestem pani bardzo

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Jen załopotało coś w piersi, coś chwyciło za serce... On tak samo... on tak samo – nie ma nikogo kto by go prawdziwie kochał i był dla niego prawdziwie dobry!... Załkało w dziewczynie tęsknotą, żalem. Kobieca tkliwość obudziła się w swej najwyższej formie – i nagle oplotła tę pochyloną głowę rękami i zanim zdążył coś powiedzieć zaczęła całować... całować. Te oczy zmęczone, smutne... te policzki umorusane... Nos kurzem pokryty, usta, włosy i mówiła doń w jakimś płaczliwym zapamiętaniu: – Chłopcze mój ty... chłopcze umorusany, brudasku biedny... Kocham

Cię! Kocham nad życie... Ty może nie wiesz o tym, ale ja już nie mogłam dłużej milczeć i trzymać tego... Ty dziecko duże, poczciwe... poznałam się na Tobie, poznałam... Chcę żyć tylko dla Ciebie... Przy tobie, żoną Ci będę najwierniejszą i najlepszą, Jeśli zechcesz być nadal robotnikiem, będę taką jak Ty – Twoją robotnicą... Będę wychodziła przed fabrykę codziennie, jak żona robotnika i będę oczekiwała na Ciebie.., Nie! Nie mogłabym żyć. Czy ty mnie choć trochę kochasz?... Spojrzała mu w oczy... Stał przed nią zaskoczony, bezradny... W jednej ręce trzymał bańkę, a w drugiej czapkę. W głowie mu wirowało, bał się otworzyć oczy, że to się snem okaże... Jen miała już twarz umorusaną podobnie jak Stach... Nagle przypomniała sobie... – Ale Ty przecież jesteś bez obiadu, a ja cię trzymam... – To nic... – wyksztusił...– prze Mówmy sobie na ty... Mów mi Jen. Zresztą jak chcesz możesz mnie nazywać, ja będę na Ciebie mówiła Stach... Dobrze? prze Przytaknął głową..., Oj, to wszystko nieprawda – pomyślał... Ja pewnie śnię, Sen albo może ja już nie żyję i na tym świecie nie jestem?... Może umarłem?... Może więc w raju jestem?... Muszę uszczypnąć się, bo jakoś nie mogę w to wszystko uwierzyć... Boli... to pewnie żyję... I ona idzie przecież obok mnie... Co za dzień. Jedyny dzień w życiu.

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

i jeszcze raz pocałowała go...

63

Zatrzymali się. Jen wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła nią twarz Stacha,

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Wiesz, ja nigdy nie odważyłabym się pocałować pierwsza mężczyzny... – powiedziała – ale Ciebie mogę. Wydaje mi się to dziwnie naturalne... Bo taki jesteś mój... mój chłopak... Tyle myślałam o Tobie... tyle się wytęskniłam za Tobą... Zdaje mi się chwilami, że to jest wszystko za sprawą twego zmarłego ojca... Może on uczynił, że tak za Tobą tęskniłam, że tak chciałam być przy Tobie... Będę jutro przed fabryką... dowidzenia!... Stach chciał zaoponować, niech nie wychodzi przed fabrykę... Może usłyszeć jakieś trywialne docinki... Lepiej niech poczeka gdzie indziej... Ale w ogóle dlaczego ona ma czekać, on przyjdzie pierwszy... Nie wypada, żeby kobieta czekała... (chciał jej to powiedzieć, ale niebieska sukienka była już daleko. Jen pożegnała go z daleka ręką, ukłonił się i stał długo, patrząc za nią. A potem ruszył w stronę domu... Głodny ani zmęczony nie był. Jasno mu było na duszy i świat wydawał mu się piękniejszy niż dotychczas. Uprzytomnił sobie, że szczęście jakoweś narasta w nim i, że jest tego szczęścia cora z więcej... że już nie jest sam, że jest kochanym, że to jest niesłychanie przyjemnie usłyszeć, że jest się kochanym i to przez osobę tak dobrą, tak miłą, tak ładną...

Wieczorem siadł przy oknie i patrzył na mroczne podwórko otoczone czterema kamienicami, ale nic nie widział... Cały był z nią, z Jen... Po raz setny przypomniał sobie, jak to było... A więc podeszła... potem szli... potem ona tłumaczyła się tak wdzięcznie i tak niepotrzebnie... Potem te pocałunki... pocałunki... ukrył twarz w dłonie i przeżywał po raz nie wiedzieć który te niedawne chwile... W zamkniętych, czworobocznych oficynach wysokich czynszowych kamienic noc schodzi pierwej do suteren, potem na parter i tak coraz wyżej. Okno, przy którym siedział Stach, mieściło się na parterze i mrok wcześnie

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

było jeszcze i można było radować oczy światłem dnia.

64

wypełnił mieszkanie, mimo, że tam gdzieś za domami, za ulicą w polu widno

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Mieszkanie, w którym mieszkał Stach, należało do pewnej starej kobiety, która od wielu już lat utrzymywała się z odnajmowania pokojów sublokatorom. Była to osoba gruba, wzrostu średniego z siwymi włosami, zawiązanymi w kok na środku głowy. Nosiła długą, czarną suknię i, jak Stach miał się niebawem przekonać, była uosobieniem najgorszych wad

niewieścich. Twarz miała istotnie nieprzyjemną, grube wywinięte wargi, nos mały, czerwony i dwie obwisłe brody. Znana była nie tylko w kamienicy, ale i na całej ulicy. Trzy czwarte dnia spędzała na plotkach, przesiadując to z jedną, to z drugą sąsiadką. Schodziły się też do niej rozmaite kumoszki świętobliwe, które po skończonych modłach w kościele, spotykały się ze sobą, rozsznurowywały ascetycznie zaciśnięte wargi i szeptały, szeptały, plotły i plotły, pomstowały i pomstowały, czerniąc wszystko co się tylko działo. Jedynie niektórzy święci i patroni kościelni bywali uszanowani. U tej oto Plucińskiej, gospodyni Stacha, mieszkała siostrzenica jej, stara zasuszona panna Prakseda. Ta była jeszcze gorsza od swej ciotki. Przez wiele lat wychowana w atmosferze plotek, małych intryżek i donosów, stała się uosobieniem baby-czarownicy. Miała już na swoim sumieniu wiele rozwiedzionych małżeństw, wiele ognisk domowych zniszczonych i wiele prawdziwych, niepotrzebnie wylanych łez. Stach nie cieszył się sympatią swojej gospodyni, a tym bardziej panny Praksedy, przede wszystkim dlatego, że był małomówny, skryty, a po wtóre wymagał tych świadczeń, które mu się z tytułu opłaconego komornego należały. Gospodyni odnosiła się do niego niechętnie, z lekceważeniem, wyróżniając i faworyzując drugiego sublokatora tego pokoju, terminatora tego samego warsztatu elektro-mechanicznego, Janka Pyrkę. Pyrka mały, krępy chłopak, piegowaty i ryży, o chytrych oczach, dostał się do warsztatu elektro-mechanicznego dzięki staremu Trenciokowi, którego był jakimś

Plucińska wszystko co się dzieje w warsztacie, kiedy i kto obsztorcował
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

zręcznie intrygować i ostentacyjnie być nabożnym. Dzięki Pyrce wiedziała

65

dalekim krewnym. Umiał on sobie pozyskać Plucińską, potrafił bowiem

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Stacha. Początkowo donosy zmieniły się z czasem w formalne plotkarskie pogaduszki. Pyrka, który widział jak Jen podeszła do Stacha, widział jak wzięła go pod ramię i jak poszli razem, uknuł na prędce historię, która zelektryzowała wieczorne posiedzenie starych bab. Plucińska nie chciała wierzyć, ale Pyrka zapewniał ją: – Na własne oczy przecież widziałem... na własne oczy... elegancka kobieta, proszę panią... elegancka kobieta... – I z nim?... Z Lemańskim, co też Pan mówi... – Z nim, właśnie z nim... – No patrzcież państwo, a to udaje takiego porządnego...

 Gabinet profesora wypełniła cisza. Cisza, w której człowiek wchodzi w siebie i zaczyna przeglądać księgę, którą w nim czas zapisał. Człowiek, któż to jest człowiek? To czasem powieść przebogata w zdarzenia i sytuacje... Czasem dramat wielki a nie znany, czasem legenda... A czasem tylko notatnik okrętowy. Na cmentarzyskach świata leży najwięcej zakopanych powieści, dramatów... legend... i notatników okrętowych. Czas je zapisał i czas asystował przy pogrzebie. Ze śmiercią człowieka czas sypie piasek zapomnienia na jego czyny. I tak oto leżą przysypane piaskiem, robakom ziemnym na pożytek, zakopane powieści, legendy, dramaty i notatniki okrętowe. Tak myślał profesor Jarocki, przeglądając karty swego życia, zapisane przez czas. Czasem pismo było zatarte i trzeba było dokładnie przypominać sobie co to było wtedy a wtedy. Nie raz brakowało stron całych i rzeczy błahe, zapisane były przy rzeczach wielkich, ważnych... Jen... wspomnienia jej dzieciństwa, wyławiał profesor niejako z mroku dni minionych. Wszystkie chwile z nią przeżyte są jak wizje malowane, pełne żywych uśmiechów i piękna... Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

66

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Pamiętasz ten wieczór księżycowy... Wiosną było i naokoło pachniało młodymi listkami, młodą zielenią drzew i krzewów. Księżyc żółty, ogromny, opasany niżową chmurką, sposobił się do wędrówki po niebie. Daleko na stawie złoty refleks mienił się i dyszał jak drzemiący smok. Pamiętasz?... To była bajka... Noc przypomniała obrazki z kolorowych książek dla małych dzieci. Ty siedziałaś u mnie na kolanach i patrzyłaś swymi dużymi oczyma na księżyc, na cienie drzew, ginące w szaro-złotej poświacie i słuchałaś szmerów i szeptów, którymi mówi do ludzi przyroda-matka na wiosnę... Czy pamiętasz?

Pamiętasz, ten stary park i wodę zieloną, na której łodzie kołysały się za lada powiewem wiatru… Odwiązaliśmy jedną łódź i popłynęliśmy na drugą stronę. W gęstwę starych topl i olszyn zaszyliśmy się… Pamiętasz? Tam byłaś małą dziewczynką i niosłem cię na ręku, kiedy krzewy były zbyt gęste. A potem maki czerwone i chabry błękitne zobaczyłaś w zbożu za starym parkiem... Kwiatków! Kwiatków! – prosiłaś i klaskałaś w rączki... Narwaliśmy maków pęk i pęk chabrów, z których wianek na twą główkę upletliśmy... A potem szliśmy miedzą... Ty przodem z pękiem płomiennych maków i rumianku białego, a ja za tobą... i przedrzeźnialiśmy przepióreczkę, kląskającą pi pi lit... pit pi lit... pit pi lit... I czemuś potem zdjęła wianek, który miałaś na głowie i włożyłaś małej dziewczynce wiejskiej, co patrzyła na ciebie, jak na królewnę – czemu?... Nie wychowałem cię w miłości bliźniego, a jednak wrażliwą jesteś na każdy smutek i na każdą krzywdę... czemu?...

Pamiętasz tę stacyjkę w W... Jesienią było i czekaliśmy długo na pociąg,

ginący w dymie papierosów... Pod oknem stał człowiek jakiś... może
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

było zimno... Pełno było w poczekalni ludzi, panie ładnie ubrane, panowie,

67

który się spóźnił... Mała, prowizoryczna stacyjka miała małą poczekalnię, a

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

trzydziestoletni. Człowiek o twarzy cichej i oczach wyrozumiałych... ludzkich, ale smutnych... Stał pod oknem – nikogo nie obchodzący, człowiek w kurtce... Nikt na niego nie patrzył, jeno ty... Nagle podeszłaś, wspięłaś się na paluszki i jabłko, które miałaś w rączce dałaś mu. Zażenował się najpierw i stropił, a potem rozjaśniał uśmiechem. Pogładził cię po głowie z wdzięcznością, oddał ci z powrotem jabłko twoje, a potem prędko wyszedł z poczekalni, aby ukryć swoje rozrzewnienie, które na jego twarzy widziałem... A ty patrzyłaś za nim – i żal ci było, że odszedł... Dlaczego to uczyniłaś, mała córko moja?... Dlaczego?...


 Vis a vis mieszkania, które zajmował Stach, w małym korytarzu znajdowały się drzwi do mieszkania wdowy Wiśniewskiej, matki Felka Kuternogi. Chłopca widywał Stach często, wracając z fabryki, miał on bowiem zwyczaj wysiadywać na małych, kamiennych schodkach, prowadzących do mieszkania. Z czasem Stach polubił obdartego kalekę, za jego miłą twarz i jasny uśmiech, z jakim go witał. – Pan już z pracy?... – A, tak... – A ja bardzo żałuję, że nie mogę się dostać do fabryki, bardzo chciałbym pracować, mam już przecież skończone osiemnaście lat. – Osiemnaście lat?... Ty nie wyglądasz na tyle. – Nie wyglądam?... E, chyba Pan się myli, mnie na ulicy mówią – Proszę Pana... Stach pomyślał – cóż to za wspaniały młodzieniec byłby z tego chłopca, gdyby się lepiej rozwinął – gdyby go lepiej odżywiano, gdyby nie to jego kalectwo... Twarz harmonijna krzepkie plecy w łachman otulone, i te ręce... Chłopak pewnie chciałby pracować, ale gdzie przyjmą kulawego, kiedy inni Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

68

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

młodzi ludzie ze zdrowymi nogami, a więc przydatni do pracy, nie mają się czego imać?... Z trojga dzieci wdowy Wiśniewskiej najlepszym dzieckiem była Zośka, młodsza siostra Felka, dziewczyna może czternastoletnia, o płowych włosach i szarych oczach. Robiła wrażenie zamkniętej w sobie, skrytej. Matkę swą kochała nade wszystko, jakby jej stać się pomocną. Najmłodsza, Haluśka nie wiele miała zmartwień... żeby było co jeść, żeby było z kim się bawić i żeby mama od czasu do czasu popieściła... pocałowała... Jednego dnia Stach, wracając z pracy, zastał na kamiennych schodkach małą Haluśkę zapłakaną, a obok niej Felka, opartego o ścianę domu, z twarzą poszarzałą. Cóż wam się stało, zapytał?... Mała Haluśka podniosła zapłakane oczy i spojrzała pytająco na brata... milczeli oboje... – No, mówcież co wam się stało... No, Felek... – Mama choruje od paru dni i do pracy nieprędko pójdzie, tak powiedział doktór... – Ale przecież wyzdrowieje, powiedzże to Halusi... uspokój swoją siostrzyczkę... – Mówiłem jej już, ale ona jest głodna i chce, żeby mama dała jej chleba... – Chleba?... nie macie chleba... Chłopak przytaknął głową. Stach pomyślał – troje głodnych dzieci i chora matka. Głodne dzieci, jak ta Halusia, czują, że są krzywdzone. Dotychczas matka zaspokajała ich głód, a gdy były bardzo malutkie, wystarczyło zapłakać, a już się nimi opiekowano.. . A dziś, teraz płacze daremnie... Małe dziecko myśli... Dlaczego matka nie chce dać chleba, pewnie robi to na złość... Niedobra mama... Stach popatrzył na dziecko... Dostał był dziś od starego Pika trochę pieniędzy za rysunki... Sięgnął do kieszeni, wyjął pieniądze i podał je Felkowi. – Macie tu parę złotych, kupcie sobie chleba i kupcie kawałek mięsa dla

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Felek wziął pieniądze z niedowierzaniem.

69

matki, matka musi się dobrze pożywić, żeby wyzdrowiała...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– No tak, kupcie co potrzeba i zwróćcie się do którejś z sąsiadek – nich zajmie się trochę waszą matką. Zresztą ja sam porozmawiam z gospodynią.

Plucińska zacisnęła usta... – Tu my tu już same opiekujemy się, proszę Pana, nie trzeba się mężczyznom wtrącać... My same wiemy, co potrzeba chorej... Moja znajoma, siostra szarytka, już wczoraj zaniosła tam gromnicę... I we trzy modliłyśmy się przy chorej przez godzinę, ale nią nie trzeba się opiekować – nie jest warta tego. Bo jak myśmy się o jej lekką śmierć do św. Eugenii modliły to ona mówi: "...a idźcież, kobiety, idźcież... nie klepcie pacierzy... Mnie głowa boli o głodne dzieci, a wy mnie tu pacierzami zamęczacie... Taka zbereźnica. Przecież najpierwsza jest modlitwa i święty obrządek... Najpierw trzeba się pomodlić do świętych o chleb, a potem może go się dostanie... – U tej kobiety i jej dzieci prośba trwa za długo, pusty żołądek i jelita, wycieńczony, osłabły z głodu organizm – to najprędsza prośba do Boga, który widzi i wie wszystko. Powinniście kobiety, najpierw nakarmić dzieci, ją... zrobić porządek w jej mieszkaniu i dać jej czystą pościel, chora modliłaby się sama ze łzami w oczach, i to byłoby najwyższe dziękczynienie... – My tam wiemy same co mamy robić z kobietą... Cóż to pan się tak interesuje... Nawet nie wypada... Chociaż prawda, że t o wdowa... A u wdowy chleb gotowy., he... he... Ale ona i tak długo nie pociągnie... he... he... Stach poczuł jakby mu kto ciężar na sercu zawiesił, Strasznie nieprzyjemne uczucie rozgościło w nim. Jakąś obrzydliwość czuł w ustach, chciało mu się splunąć pod stopy tej starej kobiety... Starość bywa rozmaita... Bywa szlachetna... wielkoduszna.., poświęcająca się – wielka starość... Ale bywa i inna starość, szkodliwa, podła... zawzięta w złości... nikczemna... Ta druga starość nie budzi szacunku – a raczej

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

70

pogardę...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

 Jen i Stach poświęcali sobie teraz każdą wolną chwilkę. Spotykali się po godzinach pracy i prowadzili z sobą rozmowy ludzi młodych, którzy mają sobie zwykle tak dużo do powiedzenia, a którzy, będąc razem milczą. Milczenie bywa nieraz wymowniejsze od słów. Spotykali się przy ławeczce miejskiej alei akacjowej. Jen była naturą wrażliwą i poetyczną. Lubiła marzyć i rozmowy ich schodziły na temat ich promiennego jutra... Ojciec na pewno nie zgodzi się na ich małżeństwo, ale oni i tak się pobiorą, a do ojca Jen nie zwróci się nigdy o nic... Bo jakże można im zabronić kochać się, kiedy jest im razem dobrze... Prawda? Przytaknął głową, roztajony wewnętrznie, szczęśliwy, Patrzył na twarz Jen, na której uzewnętrzniało się każde uczucie: radości, smutku, zwątpienia, nadziei, podziwu, zadumy. Ta twarz – to instrument subtelny, pomyślał. Instrument kunsztowny, piękny, te długie czarne rzęsy, buzia młoda, słodka, usta soczyste, ładnie wykrojone. Te usta mówią mu, że są jego, że tylko dla niego żyją, że go kochają. O! bardzo kochają... Chłonął w sobie te słowa jak powietrze. A Jen marzyła. Wszystko będzie dobrze, będzie mieszkanie, w którym będzie słońce, radość, pogoda... I w którym będą oboje zawsze szczęśliwi... I będą zawsze razem... Ona go nie opuści nigdy... Chyba, że on?... Niech powie, czy opuści swoją Jen... żachnął się... On – opuścić?... Ta myśl – to jak gwóźdź w głowie. Jakże ona może tak pomyśleć? Jakże może jej przez gardło przejść takie słowo... Więc już dobrze, ona wierzy mu bezgranicznie, niech on słucha dalej... Będą się więc kochali i będą zawsze szczęśliwi... Tak marzyła Jen... Jakże łatwe, jakże piękne jest życie marzeniem osiągłe... Niech błogosławiona i niech przeklęta będzie owa łatwość, z jaką nędzarz marzy o jutrze, nędzarz, któremu Bóg ulepił serce z nadziei i optymizmu. Jak łatwo budować przyszłość słowami... Wszystko takie proste i łatwe, a przecież w granicach jednego dnia – takie trudne, kiedy jedynym kapitałem są słowa... Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

71

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Ze wspólnych tych spacerów i marzeń, wracał Stach odurzony do swojej ciemnej izby, do kolacji z herbatą i suchym chlebem. Jednego wieczoru, jedząc swoją skromną kolację, pomyślał... Co też teraz robi Jen?... Może też je kolację?... ale nie taką, jak on?... Czy ona długo wytrwałaby przy nim, odżywiając się tak, jak on?... Czy pijąc trzy razy dziennie herbatę i jedząc suchy chleb, rozmawiałaby o miłości, pragnęłaby tak życia z nim?... Zamyślił się nad tym głęboko i długo, długo tej nocy nie mógł zasnąć, przewracając się na swym twardym sienniku. I następnego dnia, przy spotkaniu słuchał, jak dawniej, ze swoim miłym wyrazem twarzy, ale nie promieniał, oczy miał smutne. Wynurzenia nie przychodziły mu łatwo. On, bliski surowego życia, widział tę przyszłość. Cóż miał powiedzieć tej kochanej dziewczynie – terminator warsztatu elektrycznego?... Że skończy termin?... Że zostanie rzemieślnikiem i będzie szukał pracy, jak wielu, i będzie pędzić całe życie z dnia na dzień... To miał powiedzieć?... Jej, która marzyła o ich wspólnym szczęściu ze słonecznym mieszkaniem, schludnym, pełnym radości i pogody... Powoli, ale coraz wyraźniej począł sobie zdawać sprawę, że zbliżenie się Jen do niego jest dla niej zejściem na niższą, o wiele niższą płaszczyznę życia, aniżeli ta, w której się urodziła i wychowała. Potrzeba im do wspólnego szczęścia tak niewiele... Ale i tego nie mógłby jej zapewnić. Potrzeba czystej pościeli, czystej bielizny, czystej podłogi i schludnego, estetycznego mieszkania... Oto najelementarniejsze potrzeby... Czy długo potrwa jej miłość, kiedy zabraknie chleba na śniadanie, a nie będzie pieniędzy i trzeba będzie prosić sklepikarza, aby dał na kredyt bochenek chleba, z którego ona ukroi mu dwie kromki do fabryki? Czy ta dziewczyna, która miała opiekę od dziecka, przyzwyczajona jest do

podłogę, przynieść i wynieść parę wiader wody z odległego podwórza, na
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

trwała przy nim i mówiła o miłości, kiedy przyjdzie jej własnymi rękami umyć

72

łazienki, do delikatnej bielizny i służącej, czy ta dziewczyna będzie długo

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

którym siedzą stare baby – ropuchy, napęczniałe plotkami i złością. Jakie będzie dla niej życie w czynszowej kamienicy, w izbie, której okna wychodzą na inne podobne klatki ludzkie? Czy nie będzie tęsknić za pójściem do teatru, o którym tyle mówi i który tak lubi, czy łatwo wyrzeknie się kina, ładnych sukien, smacznych ciastek z dobrej cukierni, na które w obecnych warunkach może sobie pozwolić, i co wydaje jej się naturalne, bo ojciec daje jej pieniądze w tej ilości, w jakiej zażąda. Miłość nie istnieje długo pomiędzy dwojgiem młodych, którym brak elementarnych potrzeb i wygód. Poświęcenie się i wyrzeczenie w imię miłości staje się z czasem głuchym żalem... W Stachu obudził się niepokój. Nie! On nie powinien do tego dopuścić. To byłoby dla niego klęską i ciosem, którego by nie przeżył, gdyby kiedyś ta ukochana dziewczyna stanęła przed nim z opuszczonymi rękami i powiedziała, że jest już bardzo zmęczona tym życiem i zaczęłaby rozżalonym głosem wspominać przeszłość... Powiedziałaby pewnie, że ona jest ptakiem... jest duszą poetyczną, która roiła o życiu, marzyła, ale, że jest za wątła, żeby nieść z nim pospołu ciężary dnia... Że on, który zna to życie, nie powinien był się zgodzić, aby ona – marzycielka, doświadczyła różnicy, jaka jest między marzeniem a rzeczywistością, że ona nie ma już sił dłużej i niech on się nie gniewa. Żyje tu jak pod kloszem, w dusznej atmosferze czterech biednych ścian, za którymi słychać płacz dzieci i kłótnie zniechęconych, robotniczych małżeństw. A tam gdzieś za murami jest słońce, kwiaty, drzewa i rozbrzmiewa beztroski i wesoły śmiech. Powiedziałaby mu to pewnie, a on stałby z pochyloną głową – winowajca. Dlaczego zabrał ją z tego jej świata?... Popatrzyłaby na niego i zrobiłoby się jej go żal... Owinęłaby jego głowę swymi rękami i przeprosiłaby za to, co mówiła przed chwilą, a potem z udaną radością, zabrałaby się do skrobania kartofli.

crepe de chine... w pięknym białym kapeluszu i eleganckich pantofelkach.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

O! widzi, widzi tę siedzącą obok niego w gustownie uszytej sukience z

73

Jen...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Widzi ją, tę smagłą twarzyczkę z karminowymi usteczkami... Widzi... Idzie oto podwórzem brudnym, cuchnącym od ścieków, w perkalikowej sukience, z wiązką drew na ręku... To dla niego... To jemu ofiara... Dla niego ta dziewczyna wyrzeknie się radości życia i będzie mierzchła, będzie karmiła łzami jego dziecko... tak, że urodzi się smutne i skore do płaczu... Stach pomyślał o tym, nawijało się to w nim jak czarna, żałobna nić. Ale nic nie mówił, nie mógł powiedzieć tego Jen, nie miał sił... Bo przecież mogłaby odejść naprawdę... Ona, która weszła w jego życie jak czarodziejka... rozświetliła je i rozpromieniła... Pewnie, że jemu, takiemu biedakowi – to inna żona, a nie taka Jen!... Jen nie dla niego... Dla niego trzeba twardej

robotnicy, trzeźwo i bez sentymentu życie traktującej. Musi mieć mocne ręce i nogi, aby umiała pracować i zmagać się z ciężarami. Aby nie leżała cały dzień osłabła i rozkapryszona, nie czekała na jego przyjście z pracy i aby nie wymagała opieki. Tak dziewczyna mocna, pyskata, co będzie umiała kłócić się z lokatorami z jednego korytarza, a która jego – swego męża, zbudzi do pracy mocnym klapsem w plecy. Taka kobieta pierze bieliznę z hałasem, zamaszyście i wtedy trzeba chodzić na palcach, aby nie oberwać przez kark wykręcaną właśnie koszulą... Tamta nie zaśpiewa, tak jak Jen, wdzięcznym srebrnym głosem. Nie będzie mówiła tyle pięknych rzeczy o słońcu, o kwiatach, o sztuce, o literaturze, o teatrze. Nie będzie tęskniła za dobrą muzyką, nie będzie opowiadała o nocy letniej, ciepłej i śpiewie słowiczym. Tamta nie będzie umiała tak mówić o duszy swojej, wrażliwej na wszelkie zjawiska. Inna nie będzie umiała deklamować, takim wibrującym i gdzieś do ostatnich zakamarek serca wnikającym głosem, tęsknych wierszy Tetmajera... Żadna inna nie wskrzesi tyle prawdy w ponad życiowych, zaziemskim głosem huczących strofach Wyspiańskiego... Nikt tylko Jen... nikt od dziecka nie

dziewczynie pojawi się na twarzy tylko złość lub zadowolenie – a na
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

skromności, tyle dziewiczości, co onieśmiela... Tamtej, innej grubej

74

patrzył mu tak głęboko z uczuciem w oczy... A przy tym tyle w niej

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

twarzyczce Jen fala uczuć mieni się za każdym przeżyciem. Jen jest wesoła i towarzyska i bezcenne są wszystkie minuty, w których czyta mu książkę, i w których mówi się z nim o wielu, wielu rzeczach. On miałby utracić Jen, tę – tu siedzącą obok Jen? Ktoby tak mówił pięknie, tak słodko marzył, że słuchałoby się, że chciałoby się tak przetrwać całe życie... Całe życie... Tak się gdzieś człowiek zaprzepaści, oglądając te malowane przez nią wizje. Nikt nie poprawi mu tak wdzięcznie włosów i krawata. Nikt go tak nie pogładzi ręką po twarzy, jak to robi ona, że prawie się serce w człowieku roztapia. Nikt do niego nie mówi tyle szlachetnych rzeczy o świecie, o ludziach. Dlaczego jemu gruba, prosta dziewczyna, a nie Jen. Tamta łajać go będzie, że za mało zarabia... Poganiać, jak roboczego wołu... Jen nie powiedziałaby mu przecież nigdy nic szorstkiego, ordynarnego. Gdy siedziałby smutny, wzięłaby jego twarz w dłonie i zaczęłaby, jak gąsienica jedwabnika, snuć w około ich smutku i codzienności kokon fantazji i bajki. A on słuchałby, uspokajał się i tonął w tym jak w wielkiej ciszy. A wcześnie rano szedłby d o pracy, kiedy ona spałaby jeszcze. Niechby sobie spała... On sam ugotowałby śniadanie i obiad po przyjściu z pracy... Ach, on zrobiłby to dla Jen z rozkoszą, i wody przyniósłby, i w piecu będzie palił, i sam podłogę umyje. Byle ona była przy nim... Musi się starać o lepszą pracę... o lepiej płatną... Zrobi wszystko by stworzyć warunki jej potrzebne... Nie chce jej stracić... Boli go coś wewnątrz... boli, gdy sobie pomyśli o tym... On sobie ręce urobi po łokcie dla niej. Ona niech marzy, a on powinien te marzenia realizować. On nigdy nie ożeniłby się z inną, bo nie pokochałby żadnej innej kobiety. Przy niej życie nigdy nie sprzykrzyłoby się. Ona wszystko rozjaśni... każdy smutek przy niej pierzchnie. Ona ma takie dobre, tkliwe serce. Tak... przyszłe życie z Jen zależy od niego. On musi stworzyć warunki, w których mogłaby z nim

dopuszczać?... trzeba się nie dać i tyle! Chwilami jednak ogarniało go
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

siedzącą obok Jen i oczy mu poweselały... Jak można sobie takie myśli

75

żyć... Jest młody, winien być przedsiębiorczy i energiczny. Spojrzał na

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

zwątpienie... Gdzie pójdzie?... W jaki sposób zmieni warunki materialne na lepsze, aby mogli żyć razem we dwoje. Ale jedno spojrzenie w stronę Jen podnosiło go na duchu... Nie poddawać się wątpliwościom... Jen będzie przy nim...

 Życie Stacha stało się weselsze. I w warsztacie czuł się lepiej, na docinki uwagi nie zwracał. Niektórzy elektromonterzy polubili go za jego skorość do pracy. Machalik wyróżniał Stacha ze wszystkich terminatorów i brał najczęściej ze sobą na robotę. Tak samo Wielki Józef. Stary Pik, kiedy potrzebował, telefonował – proszę przysłać Lemańskiego! Nie lubili Stacha tylko majster i stary Trenciok. Inni elektromonterzy, którym zależało na łaskach majstra, łajali Stacha w jego obecności. Byli i tacy, którzy traktowali wszystkich elektromonterów jednakowo. Do takich należał pacyfista Naprawka. Elektromonter Dworzec odznaczał się w całym warsztacie najlepszym humorem. Zawsze był uśmiechnięty i płatał figle swym kolegom. Każdego umiał odegrać i nikt tak lepiej jak on nie naśladował majstra. Cały warsztat zanosił się od śmiechu, kiedy elektromonter Dworzec, włożył na głowę kaszkiet, rozpiął marynarkę, włożył calówkę do górnej kieszeni i odpychając jedną teką powietrze, mamrotał... To do dupy, Panowie, taka robota... Za moich czasów inaczej się robiło... Partolenie psiakrew i tyle!... Jeden z drugim nosa zadziera, ale nikt z Was nie montował tyle tablic rozdzielczych co ja... Nikt nie stawiał tylu dynamo-maszyn co ja... W jednym palcu mam więcej znajomości fachu, niż wy we wszystkich waszych głowach... Machalik udaje mędrca ze wschodu, ale kiedy ja po słupach łaziłem i linie napowietrzne wyciągałem, to on jeszcze w pieluchy robił... Jestem z tych, którzy elektryfikowali Polskę, a dzisiaj przyjdzie byle kto i starym fachowcem pomiata... Cholery, nie ludzie, żyją dzisiaj, Panowie, Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

76

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

cholery – nie ludzie... Dawniej elektromonter był otoczony taką czcią jak dzisiaj... ja wiem?... jak lotnik stratosferyczny. Bali się ludzie porostu... Jeszcze iskra z takiego wyskoczy, myśleli i z honorem się odnosili. I mało było elektromonterów – bo to taki mądry fach był. Patrzyli ludzie na światło elektryczne z szacunkiem. A takiemu, co po słupach łaził i lampy łukowe postawiał, to kłaniali się nawet stójkowi... A majster to już była figura... Jak ten tam Jowisz, czy inny. A dzisiaj co... Panowie?... Co dzisiaj... Byle pętak jest elektromonterem... Namnożyło się tego i partolą i obniżają powagę i znaczenie fachu. Dawniej, grubo przed Wielką Wojną, elektromonter był uważany więcej, aniżeli dzisiaj niejeden inżynier... I jak sobie ludzie wyobrażali elektryczność... Za czarodziejskie światło mieli... Kiedy w Warszawie zainstalowano dwie pierwsze lampy łukowe – to ludziska całą noc pod tymi lampami spacerowali. Tak, dawniej się ludzie inaczej odnosili do elektryczności... i do elektromonterów... Który z Panów widział obraz monachijskiego malarza L. Endlera z roku 1883 wyobrażającego

elektryczność... Kobieta taka wspaniała wymalowana jest, nad jej głową lampa się pali, a po bokach dwa maleńkie amorki telefonują – trzymając w rączkach staroświeckie słuchawki. A pod tą niewiastą czarne morze, rozświetlone błyskawicą... Tak, Panowie, elektryczność – to błyskawica którą ludzie skuli, przywiązali do ziemi i eksploatują na wszystkie boki... Głupia błyskawica!... Dawniej zadowalali się ludzie lampą naftową lub ogarkiem, przy którym wszyscy siedzieli i wytrzeszczali oczy jak koty... Cała rodzina tkwiła przy stole, bo o pół kroku było ciemno, że choć bij w pysk... A jeszcze dawniej – łojówkami świecili i tańczyli przy tym menueta, pieska ich niebieska – i dobrze im było... A dziś elektryczność pracuje za nich, gotuje im, grzeje, świeci, gra i wozi po całej ziemi... I czekajcie Panowie, co oni jeszcze z tej elektryczności zrobią... Ale, biada im, biada – bo nie szanują elektryczności...

dzisiaj...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

groźna i potężna... Dawniej ludzie się mdłym światłem zadowalali... A

77

I zemści się ona na nich kiedyś – zobaczycie Panowie, zemści się, bo to siła

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Dawniej w teatrze świeczki stały przy rampie i ludzie włazili jeden drugiemu na łeb, żeby coś zobaczyć... Byli i tacy, co i na scenie siedzieli, tak, że aktorzy ruszać się nie mogli – tak mi opowiadał mój dziadek, który wędrownym artystą był i nawet po Francji się włóczył... A dziś? Dziś teatr – to elektryczna maszynka... Całe przedstawienie odwalają właściwie motory i lampy... Motory poruszają scenę obrotową czyli całą ziemię w teatrze... A lampy robią noc, dzień, burzę, zachód słońca i ratują kiepską charakteryzację aktorów... Dzisiejsze przedstawienia – to przeważnie tricki techniczne... Taki hokus pokus... gdzie najwięcej napracuje się elektryczność i elektromonter... A dzisiejszy reżyser?... Dzisiejszy reżyser to oczytany elektromonter, Panowie... Tak, Panowie, słusznie nazywają obecną epokę ziemi, epoką elektryczności... Inaczej nazywać się nie powinna. Obecnie ludzie biją się o benzynę i węgiel, a ja wam mówię, że w przyszłości będą się bili o elektryczność... Ja wam to mówię, Panowie... Ja, ale fach elektromonterski na nic... bez znaczenia już jest… Elektryczność stała się popularna jak tytoń. A elektromonterzy schodzą na psy i będą ich niedługo traktować jak wędrownych "ślifierzy"... Tak... A sami elektromonterzy temu winni, bo się nie jednoczą, nie bronią swego mądrego i precyzyjnego fachu, przed bandą partaczy... Takich pseudo-elektro-monterów winno się do lochu wrzucać o chlebie i wodzie... Tak... Sami elektromonterzy temu winni... Nie szanują swoich majstrów, kopią pod nimi dołki i spoufalają się z terminatorami... Terminatorowi, zanim skończył termin, powinno przynajmniej siedem zebrakować, żeby sobie przez całe życie lata terminatorki przypominał i żeby łoił podległych mu terminatorów. Twardo trzymać, Panowie, a będą szanowali fach z trudem zdobyty... Nie powinno się przyjmować tyle terminatorów, bo się ciasno robi w zawodzie... I

takie – że wszystkie książki z tego zakresu zna, ale jak przyjdzie taka robota,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

na montera się pcha... Potem to też tacy monterzy wychodzą. Oczytane to

78

wpajać szacunek dla majstra. Dzisiaj taki, co to piórkiem skrobać powinien,

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

że praktyką trzeba się wykazać – to stanie taki i dłubie placem w nosie z zakłopotania, bo smykałki nie ma i kombinować nie umie... Tylko myśli logicznie i wnioskuje, psia jego mać... Do dupy z całym tym dzisiejszym porządkiem... Do dupy, Panowie!... Tak odgrywał elektromonter Dworzec majstra, a cały warsztat trząsł się z uciechy...

Elektromonter Machalik podniósł swój potężny korpus znad warsztatu, gdzie właśnie reperował samoczynny wyłącznik wysokiego napięcia, rozejrzał się po śmiejący cli i rzekł: – Dla was to jest komiczne, a ja wam mówię, że majster jest barbarzyńcą... Tęskni za dawnymi czasami... Że dawniej ludzi przerażała i zachwycała elektryczność... Każdy większy epokowy wynalazek budził podziw i przerażenie... Dawniej – ludzie jak zobaczyli samolot, taki śmieszny samolot pudło... to uciekali do piwnicy i siedzieli tam trzy dni i trzy noce... Dawniej, co zresztą jest znaną historią, że kiedy samochody były mało

rozpowszechnione i ktoś wybrał się własnym samochodem na wieś, to wszyscy mieszkańcy owej wioski ze strachu przed antychrystem, jak nazywali samochód, do lasu uciekli... I siedzieli tam jak wilki cały tydzień... dopiero ksiądz staruszek, ubrany w ornat, z pięciu ministrantami poszedł do lasu i namówił kmiotków na powrót do wioski. Dawniej! Dawniej!... lud był ciemny, strachliwy i bał się byle czego... Nie podoba się majstrowi, że dzisiaj dużo ludzi zna się na elektryczności i że sami sobie spalone bezpieczniki reperują... Chciałby, żeby było tak jak dawniej, kiedy gdy komu bezpiecznik się spalił, to prosił długo z uniżonym ukłonem Pana Elektromontera, żeby był łaskaw za grubą opłatą zreperować, a pan elektromonter zachowywał się w mieszkaniu jak cudotwórca, spluwał,

kąta na te praktyki... Pojawienie się światła powitano z westchnieniem ulgi, a
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

właściciel mieszkania z rodziną patrzył z nabożnym przerażeniem z odległego

79

wymawiał tajemnicze zaklęcia, wywracał oczyma, mruczał do siebie, a

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pan elektromonter kazał sobie zapłacić jak doktór, który uratował pacjentowi życie... Naciąganie naiwnych... Dawniej – zachwala majster – ludzie nie byli świadomi działania i powstawania tej dobroczynnej i pożytecznej siły jaką jest elektryczność. Dzięki Bogu, dzisiaj jest inaczej... Dzisiaj mały pędrak w szkole powszechnej zna podstawowe wiadomości z elektromechaniki. Korzystamy z siły, która zaspokaja prawie wszystkie nasze kulturalne potrzeby – a mamy o niej nic nie wiedzieć?... To już minęło, majster tęskni za metodami wychowawczymi, jakie istniały w dawnych gildiach rzemieślniczych... Gildie diabli wzięli... Terminatorzy dawniej harowali jak psy, a w przerwach dostawali w skórę, i to miało być sprawiedliwe?... Znamy tych elektromonterów starej daty... Czego nie podpatrzył – tego się nie nauczył. Skąd się bierze to lub owo, dlaczego zachodzą komplikacje i defekty, nie wiedział, gdzie leży źródło złego działania... Jakie mogą być przyczyny nieprzewidzianych pęknięć, przebić, przeskakiwania iskry, zmiany kierunku prądu – tego taki nie wiedział. Wiedział jak zreperować, jeśli to było zepsucie szablonowe, z tych jakie zdarzają się codziennie... – W każdej dziedzinie pracując, jeśli się chce być dobrym specjalistą, trzeba się przygotować teoretycznie. Trzeba korzystać z rad i wskazówek tych, co przed nami byli i przed nami pracowali w tej dziedzinie. Korzystać z rad i wskazówek po to, aby nie popełniać tych samych błędów, na których tamci się sparzyli... Znajomość praktyczna nigdy nie wystarczy, musi być podstawa teoretyczna... Dzięki wiadomościom teoretycznym, dochodzimy do źródła komplikacji, rozumiemy przyczyny, które sprawiły ten czy inny defekt... – U majstra wszystko jest cofnięte w czasie... Naprawia i buduje metodami, jakie dawno już zostały wycofane... Nie ma odwagi na

zwróci uwagę – to się obraża... "jak to, jego majstra, będzie monter uczył jak
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

wszystko robi po staremu, z nakładem czasu i materiałów... A jak mu się

80

eksperymenty, bo a nużby się nie udało... Nie ma zaufania do nowych metod,

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

to się robi... Niesłychane!... On co tyle lat... itd"... Majster jest przeciwnikiem książek... Książka rozjaśnia nam horyzont życiowy i czyni rzeczy, w mroku dotychczas będące, widzialnymi... Nie mówię tylko o książkach fachowych, ale w ogóle o książkach pożytecznych... Lubię książki pouczające i książk i krzepiące... I takie książki, przy czytaniu których odpoczywa się... Ale sam jestem przeciwnikiem książek, których autorowie ubrdali sobie, że mają klucz do tej wielkiej zagadki, jaką jest dusza i sumienie ludzkie... Niedobrze jest, kiedy człowiek po przeczytaniu pewnych teorii, rozgrzesza się z krzywd popełnionych... Na świecie jest dużo książek i dużo teorii, są teorie dla pewnych ludzi wygodne, dla drugich niewygodne... – Ale odszedłem od tego co chciałem powiedzieć... Majster narzeka, że za dużo nagromadziło się partaczy w naszym zawodzie... nieprawda, dobrych monterów, specjalistów, znających swój fach wszechstronnie i solidnie go wykonujących –jest dziś tak samo mało, jak dawniej. Rozmaitych instalatorów i naprawiaczy dzwonków elektrycznych nie należy brać pod uwagę; to jeszcze nie jest elektromonter w całym znaczeniu tego słowa. Pierwszorzędnym fachowcem jest ten – kto w swojej dziedzinie wie maksimum i każdego dnia nadbudowuje nowymi cegiełkami gmach swojej wiedzy... Specjalistą nie można być z musu, specjalistą można być z zamiłowania... Zdolność logicznego myślenia i wnioskowania przy pracy czyni z nas wynalazców. Dobry fachowiec – to właśnie dobry wynalazca. Oczywiście, rozmaite chwyty i sposoby praktyczne przechodzą z pokolenia na pokolenie. Wielu

poprzedników naszych namęczyło się zanim doszło do przeświadczenia, że przy takich środkach i narzędziach i danym rozkładzie sił, ma się takie czy inne ułatwienia w pracy, ale metod, które pozostawili nasi poprzednicy, nie należy przekazywać kalecząc przy tym swoich uczniów... jak za tym tęskni majster... Nie wpajać dzikości i okrucieństwa w młodych chłopców... Bo robi

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

dziś nie wolno bić terminatorów, jakby tego sobie życzył majster...

81

się z nich złych ludzi... A życie i bez tego daje im w skórę... Całe szczęście, że

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Dawność minęła bezpowrotnie. Świat przedwojenny i świat powojenny – to tak różne dwa światy, że czytając stare, z tamtych lat czasopisma, uśmiechamy się ironicznie... Takie to dla nas dziecinne i nienaturalne... Dawniej każdy błahy wynalazek budził podziw i poruszenie w całym świecie – tak, że komentowano go na balach... na przyjęciach... na posiedzeniach... n a herbatkach... wszędzie. Dziadkowie i ojcowie nasi, w sztywnych, wysokich, morderczych kołnierzykach, mieli o czym dyskutować godzinami., a dzisiaj? Ludzie korzystają co dzień z nowego wynalazku i ani zastanowią się co to takiego... zobojętnieli... Dziwić się... znaczy być człowiekiem z puszczy... W historii Robinsona Piętaszek oddawał cześć strzelbie za to, że strzelała, oto co podoba się majstrowi... Zdejmujcie kapelusz przed każdą uliczną lampą elektryczną, bo się obrazi i zagaśnie... Dobry elektromonter dzisiejszy – to bardzo inteligentny człowiek, oczytany w książkach o jego fachu traktujących i o zawodach temu fachowi pokrewnych... I przy tym doświadczony praktyk... Nie ma znaczenia, w tym przypadku, ile lat robimy, ale co robimy i jak robimy... I trzeba zawsze, zawsze od siebie dużo wymagać... Majstra denerwuje to, że ktoś lepiej od niego wyraża się, że nazywa właściwie po polsku rozmaite narzędzia i części maszyn, i że wreszcie zna dobrze fach i całą masę chwytów i sposobów, prace w tym fachu usprawniających... Na pewno niejeden w naszym warsztacie dużo więcej wie i umie od majstra, a zasługa w tym, że interesuje się wszystkimi nowymi zdobyczami w tej dziedzinie i dopełnia swej wiedzy fachowej, aby nie być w tyle, i aby nie być zaskoczonym... Majster jest starym magotem, któremu się zdaje, że cofnie idące naprzód życie o jakieś pięćdziesiąt lat... Dobrze, że jest nas tu paru dobrych fachowców... Ale niechby tak było coś trudnego i skomplikowanego, a nas by nie było – trzebaby znów sprowadzać elektromonterów z zagranicy, jak to było trzy lata

swoim imadle...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Machalik pochylił się nad robotą...

Warsztat milczał, każdy dłubał przy

82

temu.

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Drzwi od kantorku nagle otwarły się i pojawił się w nich majster z zieloną kartką w ręku i skierował się w stronę Machalika... Panie Machalik – w przyszłym tygodniu trzeba będzie zabrać się do tego wielkiego silnika od kompresora... Naprawi pan uzwojenie... Będzie Pan pracował po fajerancie... Robota jest pilna... Machalik skinął głową i podpisał zielony formularz z rubryczkami, w których wyszczególnić trzeba było rodzaj roboty, ilość zużytego materiału, godziny pracy i nazwiska zatrudnionych terminatorów... W tym samym domu, w którym mieszkał Stach i Felek Kuternoga, mieścił się w suterenie skład starego Pfeniga, który handlował łomem żelaznym, szmatami i kośćmi. Pełno w tym składzie było zakamarków, skrytek i dołów, w których chowano i zakopywano rozmaite nielegalnie kupione przedmioty i towary. Felek Kuternoga zachodził czasem do piwnicy, aby sprzedać trochę uzbieranych szmat i kości. Ludno tam było zawsze. Bliskość huty i Wielkiego Pieca była podstawą interesów starego. W składzie pełno było zawsze złodzie i surowca i dziewczyn podejrzanej konduity... Zięciowie starego zajmowali się z nim do spółki, poza swoimi interesami, paserstwem, a w razie awantury czy bójki – cała familia stawała ławą i biła czym się dało napastników. W piwnicy czuć było wódką i podłymi papierosami, a złodzieje surowca ze swymi dziewczynami, wylegiwali się po kątach.

 Najurodziwszą ze wszystkich dziewczyn, które zachodziły do składu starego Pfeniga, była Marcelka, jurna dziewczyna o szerokich biodrach, mocnych nogach i piersiach napęczniałych. Żyła lekkim chlebem i przepadała za chłopcami młodymi, niedoświadczonymi. Spotkała Felka w piwnicy starego i zaczęła go obserwować. Spodobały jej się jego oczy i twarz miła o rysach harmonijnych, zagadnęła go raz i drugi, i wyciągnęła na spacer, Strona



Opracowanie edytorskie Jawa48©

83

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

wieczorem... Poszedł... Pochlebiało mu to, że taka krasna dziewczyna tuli go do siebie... jego Felka Kuternogę... A jak przytula coraz mocniej... Aż gorąco się robi... Serce bije i w gardle zatyka... Szli miedzą za miasto... Księżyc świecił czerwony i noc była parna... Felek dygotał... Obudził się w nim jakiś ogień i było mu raz zimno, raz gorąco... Zatrzymywali się... Marcelka obejmowała Felka i przyciskała do swych piersi dużych, ciepłych... Poszli za górę... na trawę... Potem usiedli w takim wgłębieniu... a po tym... Od tego dnia belek został niewolnikiem Marcelki. Słuchał jej ślepo, a ona wykierowała go na złodzieja surowca... I pokazała, gdzie i jak kraść, a on słuchał... Kradł, przynosił surowiec i mieli potem na wódkę, kiełbasę i papierosy. Felek rozrósł się i zmężniał... Tak... Felek został złodziejem surowca... Nocą przemykał się pod wysokim, z białych cegieł zbudowanym murem... Przemykał się jak kot do wejścia na teren huty. Stali tam strażnicy z rewolwerami i pilnował dozorca z żelaznym prętem. Strażnicy zastrzelili już paru złodziei surowca, a dozorca połamał jednemu kości żelaznym prętem... Ale Felka to nie odstraszało – musiał kraść, bo inaczej Marcelka odej dzie od niego i znajdzie innego chłopca. Wszystko dla niej zrobi, da się porąbać nawet, byle Marcelka była przy nim... Jego Marcelka, jędrna dziewucha o szerokich, chutliwych biodrach i wielkich piersiach... Bili się o nią andrusy na noże, a ona z nim, z Felkiem Kuternogą żyła, jego wolała. Czasem nie przychodziła na noc, ale on jej to zapominał prędko, jak tylko ją zobaczył, jak tylko legli razem... Zrobił się elastyczny, sprężysty i bardzo silny w rękach... Skradał się jak kot i potrafił godzinami przesiedzieć w miejscu, żeby się nie zdradzić przed strażnikami... I zawsze się wślizgnął... A teren huty znał jak własną kieszeń...

rękach i przerzucał na tamtą stronę. Za murem stała Marcelka, która owijała
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

dwie "gęsi" i – do cienia, pod mur... Tam rozhuśtał płyty w swoich krzepkich

84

Podkradał się do poukładanego w wielkie prostokąty surowca... brał jedną lub

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

te płyty w szmatę i niosła w bezpieczne miejsce... A on przeczekał chwilę i znów dwie płyty... i znów dwie... a potem znikał jak cień z terenu fabrycz nego i zanosili razem z Marcelką surowiec do Pfeniga i mieli pieniądze, a potem szli spędzić resztę nocy w swojej suterenie i mieli ze sobą wódkę, kiełbasę, dobry chleb... A potem Marcelka rozpinała bluzkę, zdejmowała suknię i pociągała Felka ku sobie...

Podobno młody, nieświadomy fizycznej miłości chłopak, kocha swą pierwszą kobietę nie mniej, aniżeli młoda, nieświadoma miłości dziewczyna, swego pierwszego mężczyznę. Chłopak jest skory do czynów i spełniłby wszystko czego zażąda odeń ukochana... Istnieje dla niego tylko jedna świętość – to jest jej życzenie. Złe kobiety wykoślawiają charakter wielu młodym chłopcom... Tak, jak gdyby kto młody, rozwijający się pączek palcami roztworzył... Pączek rozwinie się w kwiat, ale zachowa kształt palcami nadany i w społeczeństwie kwiatów będzie innym kwiatem... zdeformowanym,

niezdrowym, nienaturalnie rozwiniętym... chorym kwiatem...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

85

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Przemsza toczy wody swoje. Rzeka ta jest ściekiem dla kopalń, fabryk, kanałów, szpitali. Dzisiaj... A dawniej... Jakże inną być musiała za czasów, kiedy stanowiła naturalną fosę obronną dla wczesnośredniowiecznego zamku w Będzinie... Nad jej brzegami odbywały się królewskie polowania i grały rogi myśliwych. A ona była zawsze czarna, bo z torfiastych terenów płynęła i opłukiwała na swym dnie czarne kamienie, które ludzie epoki pary i elektryczności nazwali węglem... Hej!... hej!... Jakiż to widok miał strażnik z baszty zamkowej będzińskiej, kiedy pilnował grodu i upatrywał rycerzy i kupców na śląskim szlaku... W dzień puszcza ogromna, nieprzebyta kłaniała mu się wokoło, aż hen po powyginany, zamglony horyzont... A nocą świeciła jak wypolerowana zbroica... Hej straszno być musiało strażnikowi, straszno ale i wzniosie... hej... hej... Dawne to były czasy... dawne... hej!... hej!... Dzisiaj rzeka zabarwiona jest rozmaicie, zależnie od tego, która fabryka intensywniej ją zanieczyszcza, to też Przemsza bywa rozmaitego koloru, raz żółta, raz zielona, a często czarna jak atrament. Odchodzi do niej woda wypompowana z kopalń, gęsta od węglowego pyłu, który osiada na dnie lepką grubą warstwą. Na rzece jest dużo spiętrzeń. Każda prawie fabryka pobiera wodę z Przemszy. W gorące dni uboga ludność, chodzi kąpać się do rzeki. Z wrzaskiem pluskają się chude, nagie ciała chłopaków, a zuchowate andrusy wykonują efektowne skoki z poręczy i mostów...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

86

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

 Dębniakowa opowiadała profesorowi o utopcu.



– Utopiec to siedzi sobie na dnie rzeki, jest ślepy i ma białe włosy. Ma kilka miejsc, w których lubi przebywać, bo są tam głębokie doły, w których siedzi i kusi. Jest w pobliżu fabryki Lamprechta, niedaleko fabryki Schöna, koło huty Katarzyna, a specjalnie lubi przebywać koło parku hr. Renarda, bo dno jest tam muliste i dużo dołów... Ludziom przedstawia się utopiec w rozmaitej postaci, raz jako mężczyzna, – innym razem jako chłopczyk mały, lub w postaci czarnego, brzydkiego psa... Przy mnie raz utopiec skusił do wody jedną kobietę. Przedstawił jej się za zmarłego synka i wołał za nią do wody... A było tak... kobieta ta nazywała się Giszewska i mąż jej był rzemieślnikiem w fabryce. Jako panna była biedna, bo pięć ich córek było w domu, a matka –wdowa, Giszewska była więc na służbie u jednej piekarzowej. Dziewczyna dobrze zbudowana, zdrowa a pokorna i cicha, jak jagnię... Poznał ją ten Giszewski i dalejże bałamucić. Wszyscy odradzali dziewczynie, bo to mężczyzna już rozmaitą przeszłość miał i wszystkie ulicznice wołały za nim... Piekarzowa nawet gorąco odradzała dziewczynie, ale co... Giszewski wziął się na sposób, a że dziewczyna była naiwna, cicha, pokorna... to też wróciła kiedyś ze spaceru zapłakana, podrapana, z potarganą suknią... A Giszewski śmiał się i mówił... 'Teraz jak będę chciał to się z nią ożenię...". Ale się ożenił, bo kobiety z całej kamienicy ujęły się za dziewczyną i zagroziły, że mu oczy wrzątkiem wypalą, jeśli się z dziewczyną nie ożeni... A lepiej, żeby się z nią nie ożenił... bo tak kobieta, dostała się jak do ciężkiej katorgi... Wcale się nie ustatkował, żył jak dawniej, z dziewczynami ulicznymi się zadawał – a jak przychodził do domu – to bił żonę i wysyłał ją o pierwszej czy drugiej, zimą po papierosy... Zaraz ją też zaraził jakąś chorobą, bo chodziła do doktora i mimo, że ukrywała to każdy wiedział, że do wenerycznego doktora chodzi, bo ludzie wszystko wiedzą... W siedem miesięcy po ślubie przyszło na świat Strona

Opracowanie edytorskie Jawa48©

87

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

dziecko, chłopczyk, ślepy był i całe ciało miał w strupach... Jedna wielka rana... Giszewska pielęgnowała to dziecko, że nawet muchy do mieszkania nie wpuściła, płakała i modliła się nocami o jego zdrowie, ale umarło. Wtedy mąż do niej z pretensją, że ona temu winna. Przyszło drugie, też umarło, trzecie... czwarte... Giszewski bił żonę, że nie potrafi żadnego dziecka odchować... Co on zrobił z tej kobiety. Twarz miała jak trup, oczy głęboko wpadnięte i była prawie łysa... Giszewskiemu ktoś powiedział, że to pewnie Boża kara, bo do kościoła nie chodzi... Wtedy Giszewski został tercjarzem, ciągle do kościoła latał, do mszy świętej służył i z pielgrzymkami chodził... I przyszło piąte dziecko – synek Jasiek. Dziecko było marne i nogi miało jak patyki, głowę wielką, oczy smutne, ale chowało się. Miało już cztery latka, kiedy jednego dnia przyszedł Giszewski z fabryki pijany... Żona postawiła mu zupę na stół, a sama usiadła w kąciku i czeka, aż on zje zupę, żeby mu podać drugie danie... A on bełta łyżką w zupie i nagle zmiótł talerz ręką na podłogę i idzie bić żonę... Kobieta nadstawiła chude plecy i prosi tylko... nie obudź Jaśka!., nie obudź Jaśka!... Ale on, jak nie zacznie tłuc talerze, rumor robić, przeklinać... Dziecko się obudziło, przelękło strasznie i uciekło na balkon,., a balkon był bez bariery i dziecko spadło z trzeciego piętra na bruk. Tylko chlusnęło ciało o kamienie!... Przynieśli ludzie na górę ochłap skrwawionego mięsa, każda kosteczka była złamana. Giszewski momentalnie wytrzeźwiał... krzyknął strasznym głosem, złapał się za głowę i skoczył na balkon, a z balkonu na ulicę... głową w dół... A Giszewska ugotowała kaszki z mlekiem i karmiła nią nieżywego Jaśka, i prosiła, żeby jadł... Pogrzeb Giszewskiego i małego Jaśka odbył się jednego dnia. Wracałyśmy we trzy: Giszewska, piekarzowa i ja. Ale piekarzowa zostawiła nas, bo miała ważny interes do miasta... Szłyśmy przez Przemszę... Giszewska mówi do mnie... Poczekajcie, Dębniakowa, odpocznę trochę. I oparła się o poręcz

– po chwili mówi do mnie przyciszonym głosem... Widzicie Dębniakowa
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Stałyśmy tak już około godziny... Giszewska wlepiła oczy w wodę i patrzy

88

mostu... Patrzy w wodę...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Jaśka?... Gdzie? – mówię... A tu – odpowiada Giszewska i pokazuje palcem na wodę... Patrzę i nic nie widzę – tylko lejki na wodzie krążą... krążą... E!, przewidziało wam się – mówię, a na to Giszewska... Cicho – mówi – bądźcie, jest tutaj w wodzie, stoi... i ręce do mnie wyciąga... Nic nie odpowiedziałam, bo myślę sobie – kobiecie się w głowie przewróciło z żałości... Ledwie się odwróciłam, a Giszewska hop na poręcz, a z poręczy w wodę... Złapałam ją za suknię, ale, że to lichy materiał był, to mi jeno falbana w ręce została. Giszewska wpadła i znikła... Narobiłam krzyku, ludzie się zbiegli z osękami i zaczęli nurkować. Przemsza w tym miejscu wąska jest, ale głęboka... Daremnie ludzie szukali, nic nie znaleźli... Rzeka czarna jak atrament, jeno lejki po niej krążą... krążą... Widać utopiec zmienił się w zmarłego Jaśka i skusił Giszewską do wody... ...Ano, ulżyło się kobiecie...


Dnia tego przyszedł list z Londynu, ciotka Helena pisała: Kochany Andrzeju! Lato tegoroczne spędzam, podobnie jak poprzednie, w fermie naszego starego przyjaciela J. D. Corringtona... Zmieniło się tu ogromnie... Wielkie, ulubione przeze mnie tuje, ocieniające alejkę starego parku, podrosły i powstał naturalny korytarz, w którym chłodno i przyjemnie. Podobnie jak w lata poprzednie, zachodzi tu do nas na bridge'a zawsze elegancki i dystyngowany pastor Lulefogel, o którym ja jestem zdania, że nadaje się raczej na bisnesmena, aniżeli na pastora... Jednakże dobra prezencja i miłe obejście jednają sympatię i

są wschody słońca, widziane z mego pokoju. Wstaję codzień jak najwcześniej i
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

pożyciu i wielu próbach ocenione być mogą... Pięknie tu jest... A jakie cudowne

89

zaufanie ludzi prędzej, aniżeli zalety charakteru, które dopiero po dłuższym

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

z

nabożeństwem,

ciepło

otulona,

siadam

na

tarasie...

Doznaję

najwznioślejszych uczuć. Brzask nikły, jak szata ducha, na wschodzie bieli się i rozprzestrzenia, rozpościera... O! rozwija się jak wielkie, białe skrzydło, jak dwa wielkie skrzydła anioła stróża nad światem. Bieli się, bieli... Hen na wschodzie zapalił się jeden promyk delikatny, różowy, jak dusza wędrująca w zaświaty... O, drugi... trzeci... czwarty... szereg westchnień zaziemskich pali się. wiankiem na niebie... Na ofiarę... na cud. Ale o czymże ja piszę?... Nasz przyjaciel J. D. Corrington jest artystą, pięknie gra na kobzie dawne szkockie piosenki i maluje na dr zewie sentymentalne obrazki starych domów, młynów i zamków, których podobnie jak w Polsce, dużo jest w Anglii. A przy tym dobrze prowadzi fermę, – hoduje kury rasowe i świetnie gra w tenisa. L. White, przyjaciel Erwina jest człowiekiem interesującym, jego poglądy na świat i ludzi zastanawiają, choć nie mówi on nic nowego, ale prawda i mądrość nigdy się nie starzeją. Niedawno rozmawiał ze mną na temat dzisiejszych małżeństw. Jest zdania, że niespodzianki, które raz po raz rujnują szczęście małżeństw dzisiejszych, są wynikiem lego, że młodzi przed ślubem za bardzo się maskują, przedstawiając lepszymi, aniżeli są w istocie na codzień. L. White jest zdania, że względy natury materialnej są dla spoistości i trwałości małżeństwa bardzo ważne, gruba bowiem i nieprzebierająca w środkach wałka o chleb powinna toczyć się, poza obrębem domu rodzinnego, a nie pomiędzy małżonkami. Najwyższym zadaniem małżeństwa – mówi L. White – jest dać wypoczynek, równowagę, prawdę i zadowolenie. Małżeństwo powinno krzepić i radować, a nie zniechęcać i nużyć... Tak. L. White nie mówi nic nowego. – ale prawda i mądrość się nie starzeją. Mały Eddie, którego nazywają moim pupilem, cieszy się ciągle nieprawdopodobną sympatią psów... W fermie J. D. Corringtona bawi i ugania się za nim dzień cały sfora rasowych buldogów. Psy

dolna warga. Zauważyłam, że dyskusje o tenisie nie przykrzą się zapalonym
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

podkreślają jeszcze dwie równe zmarszczki pomiędzy ślepiami i opuszczona

90

tego gatunku robią wrażenie zatroskanych i strapionych zwierząt, co

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

tenisistom, podobnie jak hodowcom kur rasowych, dyskusje o ich zaletach i wadach... Historia dzielnic Sosnowca jest ciekawa. Zdecydowaliśmy, że Ki d przyjedzie do Was i zabierze Jen. Pozostaje tylko ustalenie terminu.

Listy ciotki Heleny pisane były wyraźnie, drobnym pismem, po polsku.


Przy remoncie silnika, poruszającego kompresor, pracował Machalik i Stach. Stary Pik pomagał tylko dorywczo. Motor zdawało się wymagał tylko reperacji, atoli zaraz pierwszego dnia Machalik stwierdził przy pomocy induktora, że izolacja pomiędzy osią a kadłubem jest uszkodzona. I co ważniejsze, że oś jest w kilku miejscach pęknięta. Należało zbudować nowy wirnik, dać nowe uzwojenie i nowy kolektor. Machalik poszedł z tym do majstra. Majster zaoponował. – Nie zgadzam się – powiedział – motor pracował tak długo i dobrze było – to i dalej będzie pracował – a na budowę nowego rotora nie zgadzam się... – Ale nowy motor konieczny jest i to bezwarunkowo... Niech Pan idzie zobaczyć tę oś... – Widziałem! Widziałem!... Niech Pan mnie nie uczy, tylko niech Pan się zabiera do roboty... – Nie... Ja robił przy tym silniku nie będę... – Musi Pan!... Co to jest, jeśli ja Pana wyznaczyłem do tej reperacji, to musi Pan robić!... Kto tu decyduje, ja czy Pan?!...

urwie, motor się rozleci i pas lub kawałek żelaza wyrżnie kogoś z
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

silnik pracuje przy tak potężnym obciążeniu, to może być wypadek... Ośka się

91

– Pan – ale ja nie jestem partaczem, zresztą jeśli ośka jest pęknięt a, a

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przechodzących czy obsługujących w głowę, zabije – i co?... A przy tym dla fabryki strata... Bo motor – to nie stara komoda, którą można gwoździami zbić, drutem ściągnąć i postawić w kącie na lat sto... Motor to źródło pracy i niesłychanego wysiłku, gdzie wszystko musi być solidnie i mocno zrobione. – Pan mnie nie będzie uczył – co to jest motor i jak powinien być robiony. –Panie młody! – wrzasnął majster... Do roboty proszę! –Ja nie pójdę... Motor musi być odbudowany całkowicie, a nie spartolony –rozumie Pan!... –Za co Panu płacą do licha!... – powiedział w uniesieniu majster... – Będzie mi Pan tu wydziwiał ze swoją mądrością!... Proszę, niech Pan w tej chwili idzie do pracy... – Nie, ja tego twornika reperował nie będę... Bo tu trzeba nowy zbudować... – Zobaczymy! – majster zerwał się od biurka... – Zobaczymy... – odrzekł spokojnie Machalik i wyszedł z kantorku. Obaj poszli do biura warsztatów. Machalik do inżyniera inspekcyjnego, majster do inżyniera nadzorczego Wody... Po niedługim czasie wszyscy czterej – to jest majster, inżynier nadzorczy, Machalik i inżynier inspekcyjny, udali się do hali maszyn... – Zobaczymy i zdecydujemy na miejscu, powiedział pojednawczo inżynier Woda... W hali maszyn obejrzał pierwszy ośkę i zawyrokował... – Pęknięcie nie jest poważne i skoro motor tak długo pracuje z tym defektem, mógłby pracować dłużej, przychylam się więc do wniosku Pana Majstra, aby motor wyreperować tylko... Mniejsze koszta... – Nie mniejsze, bo większe... Panie Kolego... Pęknięcia na ośce są głębokie i prawdopodobieństwo wypadku znaczne... A pęknięcie w tak potężnym motorze, to już nie powtórna reperacja, tylko kompletna ruina silnika, strata parokrotnie większa od odbudowy rotora... W pobliżu jest parę maszyn, niech

stoję na stanowisku, że potrzebny jest nowy, silny rotor.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

obok maszyny parowej... Skutki można sobie wyobrazić. W interesie fabryki,

92

pas lub kawałek ułamanego żelastwa wpadnie pomiędzy ramiona pracującej

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Zwrócę Koledze uwagę na jedno – rzekł lekko podenerwowanym głosem inżynier Woda, że całkowita budowa twornika własnymi środkami i siłami, wydaje się rzeczą ryzykowną. Pan majster słusznie zwraca na to uwagę. Kompletnych rotorów tej mocy jeszcze nie budowaliśmy, inne, dużo słabsze budowaliśmy rzadko, przeważnie posyła się zamówienie do fabryki, gdzie całkowity motor został zakupiony. – Oto też idzie – odpowiedział inżynier inspekcyjny – mając na miejscu maszyny do obróbki, materiał i tak dobrych i wykwalifikowanych rzemieślników jak Pan Machalik... robi się niepotrzebne wydatki i niepotrzebnie płaci się obcej firmie... – Więc Kolega stoi na stanowisku?... – Żeby budować nowy rotor, ciągłe poprawki będą kosztowały nas więcej, tym bardziej, że prawdopodobieństwo wypadku i poważnej straty jest duże. Chyba szanowny Kolega nie odmówi mi słuszności i logicznego w interesie fabryki rozumowania... A jeśli Pan Machalik nie wykona tego należycie, powtarzam, jest to pierwsza poważna budowa w naszym warsztacie, dotychczas sprowadzało się tworniki gotowe, lub sprowadzało się odpowiednich fachowców. Materiał do uzwojenia musimy kupić – co z robocizną i naszymi dodatkami wyniesie i tak poważną sumę... Zwracam Koledze na to uwagę... – Narażenie fabryki na straty, tak w jednym, jak i drugim wypadku jest prawdopodobne, ale w tym, przeze mnie proponowanym wypadku – jest mniejsze, wyrzekł z mocnym przekonaniem w głosie inżynier inspekcyjny... – Dobrze, niech więc Kolega zarządzi całkowitą odbudowę, ale na własną i Pana Machalika odpowiedzialność, powiedział zimnym głosem inżynier Woda, po czym ukłonił się chłodno pozostałej trójce i odszedł... – Niech Pan wypisze odpowiednie zapotrzebowanie na materiał, jakiego

wystarczy...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

inżyniera Wody. – Robota musi iść szybko, bo kompresor zastępczy nie

93

zażąda Pan Machalik, zwrócił się inspekcyjny do majstra, a po wyjściu

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Tak jest... mruknął majster i odszedł... Za drzwiami hali zatrzymał się i oparł o ścianę, na jego czole i na starej, nabrzmiałej twarzy pojawiły się duże, grube krople potu. Patrzył chwilę posępnie na kamienne podmurowanie, o które się opierał, po czym poszedł ciężko z głową obwisłą na piersi... Oto pogrążono go i pobito na głowę... Machalik... Roboty przy motorze było dużo, więcej, aniżeli spodziewał się Machalik. W statorze trzeba było zmienić wszystkie szpule, bo stare były zwęglone i założyć nowe panewki. Budowa odbywać się miała w hali maszyn, bo silnik był za wielki, żeby go windować do warsztatu. Stary twornik musiał być przedtem rozebrany, chodziło bowiem o dokładne wymiary i zbliżony sposób wykonania. W pobliżu Pikowego warsztatu postawiono dwie grube podpórki drewniane, na których ustawiono twornik. Trzeba było rozkręcić kolektor i odlutować końce uzwojenia, które były doń przytwierdzone. Robota, jak obliczył Machalik, trwać miała trzy tygodnie. Po tym czasie motor znów zacznie swą monotonną pracę. Przedtem jednak ślusarze z wydziału mechanicznego zreperują osobno kompresor, dadzą nowe łożyska, wyszlifują tłok i założą nowe pakunki. Tak wyreperowany kompresor popracuje znów z rok, albo dłużej. Pracowali na fajerant. Zaraz pierwszego dnia około godziny trzeciej, kiedy nadeszła pora obiadowa, stary Pik, poszedł do swej kantyny, gdzie się od dawna stołował, a Machalik posłał Stacha do portierni po obiad. Czekała tam już schludna, młoda i mile uśmiechnięta żona Machalika z przygotowanym koszykiem, w którym stały ciepło otulone garnki.

Uśmiechnęła się do Stacha swymi dwoma rzędami równych, białych zębów i powiedziała: "Niech Pan powie mężowi, że postąpiłam tak, jak polecił. Dodatkowa menażka znajduje się na dnie koszyka." Stach przytaknął głową, zabrał koszyk i poszedł do hali. Tam oddał koszyk Machalikowi, a sam sięgnął

Machalikiem. Pracowali ochoczo, roboty ubywało. Kompresor zastępczy
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

kącie i spożył swój skromny posiłek. I tak było codziennie w robocie z

94

po swoją bańkę z herbatą i suchy chleb. Poszedł w drugi koniec hali, siadł w

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pracował ze zdwojoną siłą, huczał i sapał, musiał bowiem zastąpić swojego większego kolegę... Za wielkimi, nieprzezroczystymi, grubymi oknami

fabrycznymi świeciło słońce i lato ostatnimi, gorącymi dniami syciło ziemię. Po rozebraniu starego rotora przystąpili do budowy nowego. Zaczęli od osi... Laboratorium wydziału mechanicznego posłało do kuźni kawał grubego, podłużnego żelaza, z którego w przyszłości miała być oś. Żelazo wyrzucono do wielkiego pieca, a gdy się rozpaliło do czerwoności, złapano je w potężne kleszcze i postawiono pod młoty. Najpierw ciężkie, parowe, potem lżejsze parowe, a końcu elektryczne. Młoty ubijały żelazo, gniotły je po dziesięć razy jak się ubija i gniecie ciasto, aż się zrobi twarde i ścisłe. Waliły raz po raz, bum... bum... bum i żelazo wrzucano i wyjmowano z ognia kilkakrotnie. Pod koniec, dla wygładzenia nierówności, rozgrzano żelazo raz jeszcze i trzech potężnych kowali zadzwoniło na przyszłej osi silnika młotami raz., dwa... trzy... raz... dwa... trzy… huk... puk… stuk... Następnego dnia kuźnia wydała warsztatowi mechanicznemu długi, żelazny drąg. Drąg ten wydział mechaniczny skierował na tokarnię. Tokarnia wgryzła się swoim ostrym, do góry zakrzywionym zębem w ścisłe, twarde mięso przyszłej ośki... Jęknęła ośka, a nóż-ząb zachichotał i tak, jak obiera się kartofel z łupiny, tak ząb tokarni jął obierać chropowatą, czarną skórę, świeżo z kuchni przyniesionego żelaza... Łupina skręcała się w długą sprężynę i z

brzękiem upadała pod chichoczącą i zgrzytającą tokarnię. Tymczasem w warsztacie elektrycznym Machalik i Stach wycinali z miękkiej blachy wielkie; okrągłe płyty. Gdy płyt było dość, umieszczano pomiędzy każdą z nich odpowiednią izolację i skręcano potężnie tak, że powstał jeden wielki walec. Walec, podobnie jak i ośka, znalazł się na tokarni, gdzie go gładko otoczono i zrobiono w nim otwór w celu umieszczenia weń ośki. Aby kadłub nie poruszał i nie obracał się na ośce, wbito odpowiednie

nawinąć należało i uzwojenie umocować...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

spoistość ośki i kadłuba...

W ten sposób powstał szkielet rotora, który

95

kliny, które częścią tkwiąc w ośce a częścią w kadłubie, podtrzymywały

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Z powodu całodziennej pracy Stach nie mógł widzieć się z Jen w dniu powszednim. Spotykali się przeto w niedzielę... O umówionej rannej godzinie udał się Stach na miejsce, gdzie się zwykle spotykali, przy ławeczce mało uczęszczanej alejki akacjowej. Jen czekała już z małą, turystyczną walizką i aparatem fotograficznym, przewieszonym przez ramię. Gdzie Jen idzie?.. Na wycieczkę… Na wycieczkę, powtórzył jak echo żałośnie... Uśmiechnęła się tajemniczo. A co żal mu, że Jen idzie na wycieczkę... a

on zostaje?... Dlaczego milczy?... Tak, jest mu żal tej niedzieli, bo cieszył się na nią cały tydzień. Ale niech Jen o tym nie myśli, niech się wesoło bawi na wycieczce w gronie swoich znajomych. On będzie myślą przy niej... może ją odprowadzić?... W dziewczynie odezwało się serce, spojrzała na jego posmutniałą twarz i oczy. – Robię sobie z niego głupie żarty, pomyślała i powiedziała prędko: – Głuptas jesteś, mój drogi, wielki głuptas. Jak możesz pomyśleć, że pójdę gdzieś bez ciebie I... Jak możesz tak pomyśleć. Nie otwieraj tak szeroko oczu... Ja tu na ciebie czekam... Z tobą chcę iść na wycieczkę, tylko z tobą. Weź tę walizkę – i kierunek – gdzieś do lasu, gdzieś nad rzekę czystą, gdzieś, gdzie dużo kwiatów. – Naprawdę, jak mogłeś pomyśleć, że ja pójdę gdzieś bez ciebie... Ja pójdę, a ty zostaniesz tu w mieście, po całym tygodniu pracy, pośród tych zadymionych kamienic... Jak mogłeś tak pomyśleć – niedobry!.. Czy

Szedł obok niej z głową pochyloną – winowajca – słuchając tych słów, jak najpiękniejszej muzyki. Za miastem poszli drożyną polną pośród ściernisk. – Opowiedz mi każdy przepracowany w tym tygodniu dzień. Stanęło tak między nimi, że opowiadał jej każdy przepracowany dzień z

której ona nie cierpi...

Trenciok… Trenciok... to złośliwa mumia. Jednego

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

nim...

Jak, Machalik – to sympatyczny człowiek... A majster – to kreatura,

96

najmniejszymi szczegółami. Dzięki temu znała prawie cały warsztat i życie w

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

dnia, kiedy czekała na Stacha przy bramie fabrycznej, ten stary, przechodząc, zrobił uszczypliwą uwagę i drwiąco się uśmiechnął. Świat robotniczy – to świat różny od tak zwanego inteligenckiego... Cóż

za głupia nazwa – świat inteligencki... Przecież robotnicy są tak wybitnie inteligentni. O! jeszcze jak!.. Rozmawiając tak, weszli na najwyższe wzniesienie drogi, skąd mieli rozległą perspektywę... Na horyzoncie pojawił się błękitny pas lasu, do

którego szli. Z daleka widać było łęgi piaszczyste, nad którymi tliło i kołysało się rozgrzane powietrze. Stach błądził wzrokiem po horyzoncie… las… Widok lasu jest orzeźwiającym wiatrem dla ludzi roboczych, w ciasnych, pełnych zaduchu izbach mieszkających. Las jest odpoczynkiem dla oczu, zmęczonych widokiem ciągle tych samych kominów, jest ulgą dla oczu przygasłych od dymu i złego światła.

 Nad Białą Przemszą miejsce wybrali cieniste, usiedli. Jen rozłożyła na miękkiej trawie czystą, białą serwetę, wyłożyła na nią przyniesione prowianty – posilili się, odpoczęli... Potem wzięli się za ręce i brodzili boso po płytkiej,



czystym piaskiem wyścielonej rzece.... Potem czytali, robili zdjęcia, przyniesionym przez Jen aparatem, rozmawiali, a czas upłynął im niepostrzeżenie. Dzień ten był dla Stacha dniem pięknym, w surowym i twardym życiu wychowany, znalazł się oto w kręgu ciepła, serdeczności i miłego obejścia Jen... Pragnął, aby dzień ten trwał wiecznie. Ale tak jest, że I ten dzień minął

im szczęśliwsze są chwile, tym szybciej mijają...

niewiadomo kiedy. Miało się ku zachodowi. Jen zdecydowała wracać. Z żalem żegnał wzrokiem miejsce, gdzie siedzieli razem, gdzie czytali, rozmawiali, gdzie robili zdjęcia... Patrzył na pnie sosen, pośród których dźwięczał Strona

niedawno głos i srebrzysty śmiech Jen... To jeden z niewielu pięknych dni, które przeżyłem – pomyślał, pomagając Jen zamknąć walizkę i uprzątnąć

Opracowanie edytorskie Jawa48©

97

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

porozrzucane na trawie papiery. Przeczucie niejasne, niedobre przeczucie mąciło w nim radość... I gdy odchodzili, obejrzał ukradkiem za tym

miejscem, w którym byli razem... Słońca już nie było na niebie, jeno na zachodzie rdzawo-brunatne obłoki podtrzymywały światło dnia, kiedy Jen i Stach żegnali się do następnego widzenia...


 Każda większa kamienica jest miniaturowym państewkiem, które ma swoich władyków i ludzi podległych. Ma swoją burżuazję i swój proletariat. Ludzi cnotliwych i ludzi występnych... Mieszkają w każdej większej kamienicy Pozytywiści i ci inni, niekonsekwentni o duszach nieokiełzanych. Mieszkają duchy wędrowne, które zatrzymują się na czas krótki i tacy, którzy od paru pokoleń siedzą w jednym gnieździe. Bywają w kamienicach ludzie kłótliwi i ludzie spokojni. Ludzie towarzyscy, których wszyscy mają dość i inni, nieprzystępni i obcy, których też nikt nie lubi... Mieszkają jedni o sercach szerokich i tacy, którzy żyją kosztem, a nawet krzywdą drugich. Mieszkają ludzie o nosach spiczastych i tacy nieliczni, których obchodzi własne życie i własna moralność... Każda jednak większa kamienica ma babę-plotkarkę, swoją

ciotkę-przyzwoitkę, swoją starą pannę – nabożnisię. Słowem babę, która wie o każdym to co było, to co jest i to co będzie... Plotka jest potężną więzią między ludźmi a plotkowanie – zajęciem intratnym... Baba–plotkarka żyje z

darmowych obiadów, bywa proszona przez teściowe, matki, ciotki i panienk i

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

matrymonialnie...

98

wyschłe i takie, które bez wywiadu nie postąpią ani kroku tak towarzysko jak i

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Są plotkarki, dla których plotkowanie jest profesją i które mają w tym kierunku zdolności wrodzone. Są. plotkarki, dla których plotkowanie jest potrzebą psychiczną, jest warunkiem życiowego zadowolenia… Takie kobiety mają na sumieniu wiele scen dramatycznych i wiele prawdziwych, niepotrzebnie wylanych łez. Działają impulsywnie, niechęć ich jak wiatr zwraca się znienacka raz w tę, drugi raz w inną stronę. Plotka mówi więcej nie o tym kogo dotyczy, ale o tym kto ją mówi i jak ją mówi…

 Panna Prakseda nie cierpiała Stacha. Nie cierpiała z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że i ciotka jej, Plucińska odnosiła się do niego z niechęcią. Po wtóre, że Stach raz zwrócił pannie Praksedzie uwagę, żeby pilnowała swego nosa. Po trzecie, że bardzo rzadko chodził do kościoła, a już zmienił się całkiem, kiedy poznał tę pannę. I przy tym zupełnie się z nią, z panną Praksedą, nie liczył. A był przecież winien za mieszkanie, za cały miesiąc... On powinien czapką kłaniać się do samej ziemi... Taki mruk... Ta panna – to też musi być ziółko, że z takim terminatorem chodzi... A wygląda tak inteligentnie, jakby



z porządnego domu była... Żeby się tak dowiedzieć, co to za jedna?... Dziewczyna młoda... Nie wiadomo, czy rodzice wiedzą, że ona z tym terminatorem chodzi... Żeby się tak wywiedzieć... Na jednym wieczornym posiedzeniu postanowiły zgodnie, że panna Prakseda musi to wybadać... Musi wyśledzić... Co to za jedna ta elegantka... Gdzie ona mieszka i jakich ma rodziców... I panna Prakseda wyśledziła... Dowiedziała się, że jest to córka jednego, szanowanego powszechnie profesora... Bardzo solidny dom... bardzo ją kocha... Ojciec wdowiec ma tylko tę córkę i Strona

Panna Prakseda dowiedziała się to wszystko od służącej

Opracowanie edytorskie Jawa48©

99

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

profesora. Służąca powiedziała, że panienka jest wykształcona, bardzo miła i bardzo dobra… Ach. więc to tak!.. To ten terminator tę dziewczynę bałamuci… Ten czarny robociarz... taką, panienką z dobrego domu... Poznała się z nim i chodzi, bo nie wie kto on taki... Nie widzi, że jemu źle z oczu patrzy... Trzeba bronić dziewczyny przed niebezpieczeństwem, trzeba ratować dziewczynę od hańby!... I to prędko!... Trzeba już działać!.. Natychmiast!... Jutro pójdzie panna Prakseda do ojca dziewczyny, profesora Jarockiego i ostrzeże go, żeby pilnował córki... Panna Prakseda powie, że jest palcem

Opatrzności, który wskazuje profesorowi niebezpieczeństwo, że oni się spotykają!.. Córka pewnie kocha tego terminatora... Jaka to kariera dla takiej panny z dobrego domu?... Wyjdzie za rzemieślnika panna wykształcona, bogata?.. I czy on, aby zostanie rzemieślnikiem?… Terminator Pyrka mówi, że tego Lemańskiego w warsztacie za nic maja, bo go majster nie lubi… Nędza taka, że za mieszkanie nie ma czym zapłacić, – a takiej panny mu się zachciewa... Trzeba, przestrzec ojca?.. Trzeba przestrzec!... Tego wymaga

chrześcijańska uczynność, żeby się jakie nieszczęście nie zdarzyło… Już jutro, jutro!...

Profesor poprosił starą, pannę do gabinetu. Twarz pobladła mu źle hamowaną złością, kiedy panna Prakseda w zapale wizjonerskim odmalowała mu brukowymi słowami niebezpieczeństwo uwiedzenia i hańby, jakie zagraża jego córce. Podniósł się z gestem zniecierpliwienia i skierował kroki ku drzwiom w celu pozbycia się niemiłego gościa. Słowa jej syczały mu w głowie – paliły… Jego córka?... Jego ukochana,

czysta, miła, dziecinna Jen?… Cóż ta kobieta wygaduje… takie błoto... przerwał – Przepraszam Panią? Nie mogę słuchać takich słów o mojej córce... podobnego jej nie grozi!...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

I Pani niepotrzebnie się tym zajmuje...

Strona

Nic

100

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Dziękuje za troskliwość… i proszę, niech Pani mnie i córkę moją zostawi w spokoju. Panna Prakseda jakby nie słyszała... jakby nie do niej...

– Co nie wierzy Pan?... Może Pan nie wierzyć! Ja spełniłam swój obowiązek... Już cała ulica śmieje się i wytyka Pańską córkę palcami... Taka

ładna panienka z takim...! To ujma dla Pańskiego domu... No, tak, ale jak nie ma matki, to dziecko tak, jakby bez opieki. Niechże Pan nie pozwoli, bo to ostatni czas... pewnie, że taki chłystek, jak ten terminator, to chciałby się do

takiej solidnej rodziny dostać… Może Pan nie wierzyć?!... żeby Pan tylko nie został przedwcześnie dziadkiem… Profesor nie mógł słuchać dłużej. W ustach mełł jakieś grube słowo, którym chciał kłapnąć tę starą, przyzwoitkę w twarz. – Do widzenia Pani!... Do widzenia!... – wyksztusił, wypychając prawie

rozgadaną Praksedę za drzwi… – Niepotrzebnie się pani fatygowała!.. Na przyszłość proszę się mną i córkę moją nie interesować! – rzucił głośno ze złością przez uchylone drzwi za zstępującą, po schodach panną Praksedą… Wrócił do gabinetu wzburzony. Pracować nic mógł. Przed oczyma migały mu sceny i słowa wulgarne świeciły... nie można uwierzyć... idealista... Jen!... jego Jen?.. Nie, to brednie, w to

Ten młody nie jest chyba tak zepsuty… To przecież

Odesłał te pieniądze...

Ale głos jakiś podszepnął, a może dla efektu, żeby Jen zwróciła na niego uwagę... Panienka egzaltowana, może znał ją przedtem... I oto

wykorzystał tragiczny wypadek swego ojca. Cios inny przeczył... ech nie, ten chłopak – to jeszcze dziecko, po co

insynuować mu taką podłość… Ot spotykają się… Może się kochają... Profesor denerwował się coraz bardziej... Zaraz!... zaraz... kochają się?... tak, Jen kocha... na pewno kocha… zmieniła się zupełnie do mnie... ojca... swego

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

101

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

W domu tak, jakby jej nie było... Jen unika swego ojca... uczuciem...

prawie jej nie widzę, myślał z żalem… pewnie swym

I cała pochłonięta czym innym...

Zmieniła się od tego wypadku w fabryce… i od tej wizyty tych dwojga – starej babki i tego młodego… Cóż Jen mogło się w postępowaniu ojca nie podobać?.. Dał przecież pięćset złotych... Więcej dać?.. po co?... Bo cóż go w końcu obchodzi, że

zabiło tam jakiegoś Lemańskiego. On nie wierzy, żeby tamten poniósł śmierć, ratując Jen... To bajka... Nie ma takich ludzi... Zresztą Jen nic nie

groziło… Jen byłoby się nic nie stało... To był tylko pretekst fabryki, ażeby nie zapłacić odszkodowania za śmierć przy pracy… A on, profesor Jarocki, postąpił przecież humanitarnie, altruistycznie A nie miał obowiązku dawać tych pięciuset złotych... .

Ten młody uniósł się

honorem… Mówił o bezinteresownym poświęceniu się ojca… Boże to Jen słyszała?... Potem odesłał pieniądze... Jen była przy tym... To podziałało

na nią pewnie...

Tamten wydał się jej szlachetnym, a ojciec harpagonem,

wyzutym z ludzkich uczuć... A tamten – to pewnie wszystko ukartował. Spotkał potem Jen i rozkochał w sobie dziewczynę... Bo Jen jest wrażliwa, ma tkliwe serduszko i samych dobrych i nieszczęśliwych ludzi widzi na świecie... odważyłby się?... A jeśli ten terminator

Nie! Co za potworna myśl... Przecież Jen jest panienką A jeśli kocha?.. To będzie miękka i powolna we

rozsądną i… opanowaną,...

wszystkim, jak jej matka... Bo Jen to przecież wykapana matka... Jego żona, Jania... nieboszczka... Tak, tak samo Jen, tak samo jak zmarła, żona, jeśli pokocha – to spełni każde życzenie kochanego człowieka... Profesor ścisnął głowę rękami... Precz!.. precz! te myśli... mózgu... Ale słowa panny Praksedy warczały mu w Jemu źle z

Spotykają się, pewnie chodzą razem, ludzie młodzi... Profesor przypominał sobie tę twarz...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

oczu patrzy...

102

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Nie... tylko...

nie, twarz nawet miła, oczy jasne, dość naiwne...

Ale to pozór

Ta kobieta, co tu była przed chwilą, musiała mieć powody do Chodzą, wieczorem... Nie, Jen wcześnie wieczorem jest

podejrzeń...

zwykle w domu. Ale słowa panny Praksedy znów warknęły. Ciągle się spotykają… Ona elegancka panna, widać z dobrego domu, on brudny obdartus… Tak... Jen kocha, kocha prawdziwie... precz myśli!.., precz. W dzień nie ma jej często w domu... Poza uprzejmym "dzień dobry" nic nie mówi do ojca.

Profesorem zatargał niepokój. Do czego doprowadzi ten romans?... Skutki mogą być opłakane... Jen jest stanowcza, uparta... Przecież nie może

pozwolić, żeby córka jego żyła w skrajnej nędzy z jakimś robotnikiem... Zgasłoby dla niej życie i na pewno przeklinałaby kiedyś swoje uniesienie… Jego Jen żoną, biednego robotnika. Takim popychadłem w domu tamtego, gdzie całym umeblowaniem będzie zbity z desek stół, łóżko i walący się w kącie piec... żoną w dzień i w noc!... Myśli i obrazy mieszały się i plątały chaotycznie w głowie... Nie!... trzeba

pomyśleć rozsądnie … i trzeba coś przeciwdziałać… Rozmowa z Jen nie doprowadzi do niczego, tylko zaogni ich wzajemne współżycie... tamtym?... Profesor zdecydował... oczekiwał na Stacha. Ubrał się i wyszedł. Niedaleko bramy fabrycznej Trzeba z

 Robotnicy wyprysnęli z bramy czarnym strumieniem. Stach szedł z Pikiem. Profesor poszedł za nimi i czekał aż się rozłączą, Dzisiaj właśnie ukończyli montowanie i ustawianie na ogromnej podstawie odbudowanego



Jutro rano ma go Pik puścić. Potem przyjdzie inżynier inspekcyjny i majster i zobaczą jak motor pracuje. Skończyły się godziny pofajerantowe i

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

103

silnika. Olbrzym stał zmontowany przed kompresorem, gotowy do pracy.

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Stach miał się spotkać dziś z Jen w alei akacjowej... Szedł obok Pika z radością w sercu... Za chwilę zobaczy Jen... Był tymi fajerantami wyczerpany do ostatka i właściwie ledwie powłóczył nogami Ale to już się skończyło... Zarobi

parę zło tych więcej, zapłaci mieszkanie, kupi jeszcze niektóre drobiazgi... A za chwilę zobaczy Jen… Będzie przy niej… Będzie mógł trzymać w swych rękach jej małe dłonie... Pik szedł obok posępny, niespokojny. Stan ten zaobserwował Stach od przeszło trzech tygodni… Coś pewnie bardzo trapi poczciwca, myślał i współczuł staremu z całego serca... Na zakręcie pożegnali się… Do Stacha podszedł profesor Jarocki. – Proszę pana! Młodzieńcze? Muszę z Panem pomówić. Niech pan pozwoli.. Stach stanął zaskoczony... Profesor Jarocki?.. Co?.. Dlaczego?.. Może jakieś nieszczęście?... Jen?... Jen?... – Proszę – odpowiedział zlęknionym wzrokiem, spojrzawszy na profesora. – Przepraszam? Czy Jen w niebezpieczeństwie?... Czy Pan w sprawie Jen?.. – Tak!.. Tak?.. młody człowieku, Jen w niebezpieczeństwie i ja jestem w jej sprawie... Stach szedł za profesorem zaniepokojony do najwyższego stopnia. – Jestem w sprawie Jen – no i w pańskiej, gdyż to i Pana dotyczy!.. Uważam pana za młodzieńca szlachetnego i rozumnego i dlatego myślę, że wystarczy rozsądna, poważna rozmowa, bez uciekania się do ostrzejszych środków, których użyję bezwzględnie, powtarzam, bezwzględnie, jeśli moja perswazja i apelowanie do pańskiego zdrowego rozsądku nie wystarczy... Spotyka Pan, młodzieńcze, moją córkę?... –Tak... – W jakim celu?.. chcę Pana zapytać?... – Bo kochamy się i pragniemy być razem – odpowiedział Stach, skonsternowany tym pytaniem.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

104

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– He, bzdury, kochamy się... kochacie... Więc co dalej...

dziecinada...

No powiedzmy, że się

– No i pobierzemy się... – W jaki sposób?... za co?... kiedy?... gdzie?., W jakim celu w ogóle?.Czy pan o tym myślał? Stach milczał... – Młody człowieku, chcę ci wyrazić w tej sprawie moją wolę... Moją wolę

kategoryczną i stanowczą! Przedtem jednak pragnę z tobą pomówić o tym życiu we dwoje w twoich warunkach, młodzieńcze, i przy twojej przyszłej perspektywie. Przede wszystkim jesteś Pan za młody, żeby o tym myśleć, po wtóre materialnie jesteś zerem i nigdy niczym więcej nie będziesz... – Przecież tyle ludzi pobiera się i żyją — odezwał się Stach nieśmiało… Mówią sobie będzie jakoś, zawiązują, się w rodziny i mają wypełnione życie... – Otóż to!….otóż to!... tacy ludzie jak ty mówią sobie będzie jakoś... Przedstawię ci to... – Ale my się kochamy – zauważył Stach nieśmiało... – Dobrze, przedstawię ci to... Oto pobraliście się z miłości, pełni

wzniosłego zapału i szlachetnych zamiarów, ale biedni, bo mający w kapitale tylko cztery młode ręce i niezepsute serca... Zasadniczo to dużo – to bardzo dużo… Społeczeństwo winno przede wszystkim taką oto komórką

zaopiekować się, bo to najzdrowsze, najprawdziwsze, najpożyteczniejsze dla kraju. Ale tak nie jest i młodzi znajdą się poza nawiasem zbiorowego życia i będzie się ono tliło na peryferiach w wilgotnej, nieopalonej izbie... i zgorzkniejecie... Będzie... musi być jakoś – mówimy, kiedy zaczynamy życie, mając w zapasie zdolność do marzeń na jawie. Chodzisz za pracą tu, chodzisz tam, ale nie znajdujesz, bo jesteś za biedny, a biednym nie daje się, jeno się odbiera, aby dać tym, którzy mają... Poskarżysz się o tym ukochanej twojej, a ona

sobie, albo powiesz parę szorstkich słów o braku zrozumienia i to może być
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

usiądzie i zapłacze lub westchnie ciężko a ciebie to poruszy i zamkniesz się w

105

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pierwsza scena...

Zbliża młodych instynkt miłości, potrzeba znalezienia,

wypełnienia swego ja w osobie drugiej, ale to ryzykowne... Będziecie uśmiechami okłamywali smutek i niepewność, które będą w sercach waszych. Miłość będzie wam zapomnieniem, będzie haszyszem, którym odurzali się będziecie, aby nie popaść w rozpacz, ale na krótko ... Ciągnął dalej. Tak, rodzina – to rzecz zdrowa, praca dla niej podobna jest budowaniu budowli pożytecznej, ale gdy młodemu trudno ponad siły i budowla wali się, a naokoło nikt przychylny, nikt życzliwy, wtedy może się załamać i powiększy grono tych zgnilców, od których świat stał się ciasny... Młodzi pobierają się dobrzy, ale życie czyni z nich hieny i jest w tym zagadnienie dobrych ludzi i przyszłego dobrego świata... Literatura czy słowa z kazalnicy zaszczepią Im większa inteligencja,

wiarę w dobro, ale nie znajduje się go w życiu...

tym większa zdolność do refleksji i wnioskowania, im większa wrażliwość – tym boleśniejsze życie we dwoje w nędzy i tym większe z tego życia, niezadowolenie.. Żona, twoja, Jen, będzie siedziała, nad jakąś robotą szesnaście godzin dziennie, aby być ci pomocną, aby ci ulżyć i będzie podsycać własnym zdrowiem ten tlący się ogieniek waszej rodzinnej miłości i będzie w ciąży i będzie kaszleć w waszej wilgotnej izbie, a ty będziesz gryzł się w sobie i będziesz pytał: cóż mamy z naszego młodego życia?... i tu możecie zwrócić się przeciwko sobie… Ona jest dobra i cierpliwa jak anioł, ale ciebie doprowadza to do rozpaczy, bo wiesz, że jest lepsza od wielu, wielu kobiet, które mają się dobrze, za dobrze, a powinny siedzieć za kratą, za szerzenie zgnilizny i deprawacji... Czymże jest uśmiech pogodny osoby ukochanej, jeśli wiemy, że cierpi, że gaśnie... Kobieta w ciąży, ludzie zdrowo Zacięży ci ono, młodzieńcze

i prawidłowo żyjący, żałują, że się imali życia...

i będziesz myślał o śmierci jak o wyzwoleniu od trosk t rapiących i myśli, podobnych czarnym ptakom... Powiem ci: zabraniam ci spotykać Jen... bo nie wiesz, ani ty, ani ona z

ilu i jak poważnych drobnostek składa się życie we dwoje, mężczyzny z
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

106

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

kobietą, każdego dnia. We dwoje trzeba żyć rzeczywistością i przyjąć na się wszelkie obowiązki, jakimi życie obarcza... Młody człowieku zapomnij o Jen!... a myśl o zdobyciu jakiej takiej egzystencji i radzę ci, jeśli ciągle będzie ona niepewna bez stałego materialnego oparcia, to zostań lepiej w starokawalerstwie… Ja wiem, że każdy z nas chciałby mieć swoja rodzinę, aby nie spędzić starości w przytułku, ale nie każdy ma dość sił, aby wytrzymać gromy, które zwykłe bić w nędzę. – Niech Pan zapomni o Jen!... Niech Pan zapomni i niech Pan ją zostawi w spokoju… Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której chcę Panu powiedzieć. Oto Pan należy do innej grupy społecznej, aniżeli Jen. Do grupy ciężko pracujących robotników... A jest bezwarunkowo różnica pomiędzy koniem ciężarowym, do ciężkiej pracy nawykłym, a wierzchowcem wyższej klasy... Pierwszy – do pracy służy i jest pożyteczniejszy... Drugi do reprezentacji

służy i zabawy... Jen ma warunki i wychowanie i stanowić może motyw dekoracyjny i osobę reprezentacyjną w domu człowieka, który otoczy ją odpowiednią opieką… Winien to być człowiek ze środowiska inteligenckiego, łatwiej bowiem wtedy o porozumienie. Żyjąc z panem, Jen musiałaby się wyzbyć wielu nawyknień i wielu poglądów, z którymi w swym środowisku wyrosła… Ale to na marginesie... ostatecznie krótko!... zabraniam, kategorycznie

zabraniam... bałamucenia mi córki, mówiąc stylem dla Pana zrozumiałym? Gdyby moje stanowcze słowa nie poskutkowały, użyję środków daleko bezwzględniejszych!... Listów proszę nie pisać, bo odeślę je na policję, jako dowód napastowania mojej córki!... I oszczędzisz mi chyba na przyszłość, młody człowieku,

podobnie przykrej rozmowy. Wędruj więc teraz do domu... wędruj i miej w pamięci naszą rozmowę. Profesor uchylił kapelusza i odszedł w boczną ulicę...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

107

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Stach patrzył za odchodzącym ze ściśniętym sercem… Szeroko otwartymi oczyma patrzył w ulicę, w którą skręcił profesor, patrzył na domy... kominy fabryczne... i nic nie widział… Machinalnie włożył czapkę na głowę i powlókł się do domu... Szedł jak ptak z połamanymi skrzydłami... Szedł do klatki mieszkania, gdzie czekała nań panna Prakseda i pani Plucińska… na


 Panna Prakseda wróciła dziś przed południem zła i rozżalona: Jakże ją ten profesor przyjął.., prawie, że za drzwi ją, wyrzucił... a ona tak z miłosierdzia, nad nim, wdowcem... że to córce jego nieszczęście zagraża... Taka to

wdzięczność za ratowanie córki od hańby... Taka wdzięczność za miłosierdzie i litość chrześcijańską, nad sierotą bez matki, którą ten mruk Lemański do pewnego nieszczęścia prowadzi... Taka zapłata za jej poświęcenie się i

śledzenie tych młodych?.. Za drzwi prawie ją wyrzucił... Panna Prakseda nie mogła się utulić w swojej krzywdzie... Ciotka Plucińska pocieszała ją... – Zostaw te myśli bolesne, zostaw, odegramy się na tym mruku Lemańskim, jak tylko przyjdzie... – Zwymyślamy go od najgorszych – skrzeczała panna Prakseda. – Nie!. nie! – przerwała Plucińska – nic nie będziemy mówiły do takiego. Powiemy poprostu... Wynoś się Pan!.. Zabieraj swoje graty i wynoś się

natychmiast, uwodzicielu?.. Tak i zrobiły... rozumiał... Stach patrzył na dwie rozwścieklone baby i nic nie

się panna Prakseda...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

108

– No, co się Pan jeszcze patrzy, pakuj Pan swoje rzeczy i już!., fora! – darła

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Mechanicznie nieomal, bez słów pochylił się nad swoim kuferkiem, jedynym sprzętem jaki posiadał i począł doń składać te trochę garderoby, książki, pościel... – Świat się na mnie wali! – rozmyślał… Jen!.. Jen!... co to wszystko znaczy? Wziął kuferek na plecy i wyszedł. Trzasnęły za nim drzwiami, aż się kurz podniósł. – A jak pan długu za mieszkanie nie zapłaci, to przyjdę przed fabryką, z policjantem – rzuciła za nim Plucińska przez otwarte okno... – Jutro Pani oddani… – bo pewnie jutro dostanę pieniądze – powiedział słabo, nie wiedząc, gdzie skierować kroki z niesionym na plecach kuferkiem... – Co to, wyrzucili Pana? zagadnął go dozorca domu, od dłuższego czasu przyglądający się z podwórza tej scenie… Stach przytaknął głową. – Daj Pan ten kuferek do mnie, jeśli Pan nie ma go gdzie umieścić… – Naprawdę nie mam gdzie – odpowiedział Stach – będę Panu wdzięczny, jeśli na czas krótki zatrzyma go Pan u siebie... – A zanieś go Pan tam do stróżówki – dodał, patrząc życzliwie za chłopcem... Stach postawił kuferek i wyszedł na ulicę... bezwiednie nogi poniosły go

do alei akacjowej na miejsce, gdzie miał spotkać Jen. Ławka była pusta... Piętnaście minut temu podniosła się z niej Jen, daremnie czekając półtorej godziny na Stacha... Czekała i czekała, a Stach nie pojawiał się, bo zatrzymał

go profesor i dwie złe kobiety, które pozbawiły go dachu nad głową,… Usiadł na ławce, skulił się w sobie i trwał tak wiele godzin, jak bezpański, nikomu niepotrzebny pies, przegnany od ludzi. Ponad nim akacja otrząsała listki swoje, a wyżej roztaczała się bezbrzeżna, granatowa kopuła nieba, gwiazdami utkana z gorejącym księżycem pośrodku... ...a był początek jesieni, noc chłodna...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

109

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Dzień zaczynał się blady jakby chorowity. Świt powoli rozjaśnił, najpierw wierzchołki drzew, potem gałązki i gałęzie, wreszcie konary i pień, a w końcu spłynął na ziemię... Na ławce miejskiej alejki spał młody człowiek i trząsł się we śnie z zimna... Pochylona nad nim akacja użaliła się jego biedzie i bezdomności i nakryła go płatkami listków swoich... jesiennych... obumarłych...

 Pik żył nadzieją. Każdy z nas żyje nadzieją... dziecko... małego...


Ale nadzieją Pika było Cóż to z niej za

Ubrdał sobie, że w przyszłości żona wiarołomna przyśle mu Bo on jej przecież zawadą tylko – myślał...

matka. Cały dzień bawiłaby się tylko, a ten robaczek w domu sam. Chodzi to maleństwo po mieszkaniu od ściany do ściany, jak ptak po klatce... Pikowi żałość zalewała serce. Zabawić by się to chciało, a nie ma z kim, dodawał sobie w duchu... Po co zabrała dziecko?... że to nie moje, że nie Pikowe… Takie

To przecież nieważne kto urodził, ale ważne kto wychowa... maleństwo samo w domu...

jeszcze co spadnie na nie, albo się czego złapie i Cóż zrobiłem tej

wypadek gotowy... Na taką myśl stary cierpł cały... kobiecie?...

Cóż zrobiłem; że tak ze mną postąpiła?... Nie powiedziałem jej Nie... I nie skrzywdziłem nigdy... Nicem nie

przecież złego słowa...

zawinił, nic... Niechby sama pojechała – niechby dziecko zostawiła..::.. Pik przyjąłby jaką starą, babkę – niańkę i dziecko miałoby opiekę i byłoby po co spieszyć do domu z fabryki, a tak… Kiedy takie oto myśli nachodziły Pika zamykał oczy i tonął w swoim smutku. Wszystko było mu wtedy obojętne. Świat wydawał się wielkim głupstwem, a ludzie na nim złymi istotami. Nie cieszyły go nawet maszyny i

upić… żeby nie pamiętać, nie myśleć. Trwać parę godzin w umysłowym

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

110

hala wydawała się więzieniem. Jedno tylko wtedy miał pragnienie... upić się…

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pomieszaniu. Ale trzymał się sił ostatkiem; dało się słowo inżynierowi, mówił sobie – to się wytrzyma... Chodził po hali z zapadniętymi oczyma, mroczny jakiś i nieswój... Z tej

depresji dźwignęła starego tylko nadzieja. Tak, tylko nadzieja… Że to przecież nic straconego... Mały jeszcze będzie z nim... Tylko jej, tej jego matce,

uprzykrzy się chodzenie koło dziecka...

Bo z dzieckiem przecież trzeba

wyjść na spacer, dziecku trzeba pokazać świat, kwiaty, słońce... Taka matka, jak ona, nie będzie miała dla dziecka czasu… Kłopot to dla niej i tyle... Przypomni sobie wtedy jego, Pika. On był jak najlepsza niańka... Ona wiedziała jak on to dziecko kochał, że

Ona to przecież sama mówiła... mógł mu dać opiekę...

Przecież jest w niej chyba tyle matki, że nie będzie

chciała małego zmarnować... Spostrzeże się i przyśle, na pewno przyśle dziecko do Pika… I będą znów razem z tym robaczkiem we dwoje... Pik pocieszał sił... Pik się łudził... A gdyby tak małemu się co stało? Nie, to ponad siły ta myśl... I raz kupił stary atrament i papier, usiadł i napisał list, list do niewiernej żony... Jak gdyby nigdy nic...

Co słychać z małym, czy zdrów, jak wygląda?... Czy uśmiecha się tak, jak dawniej i czy tak jak dawniej wywija rączynami w powietrzu... Czy ma zdrowy, posilny fioka nu i czy jest czysto utrzymany?" I że on, Pik posyła co może na potrzeby dla małego… I posłał stary całą pensję..: No, bo tam się nie przelewało... Ten jej kochanek to hulaka, a

dziecko pewno bije... W starym serce stanęło... bije dziecko, to małe, nawet mówić nie umiejące dziecko... No, chyba tego nie robi... Tam jest przecież

ona – matka... Pocieszał siebie, a na końcu listu dopisał dużymi literami: "Gdyby wychowanie dziecka było dla ciebie choć trochę kłopotliwe, to przyślij mi je... Ty wiesz, że u mnie będzie miało dobrą opiekę, będziesz je

mogła zawsze widywać, kiedy będę w pracy... a jeśli będziesz uważała, że mu źle u mnie, to będziesz mogła zawsze je zabrać:.."

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

111

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Stary zamknął kopertę. Przełamał się do napisania tego listu, bo mu to wcale łatwo nie szło... Pisał do kobiety – co z nim tak postąpiła.:.. Ale napisał. To dla małego zrobiłem – tłumaczył się w duchu i lżej mu potem było, a nawet, nawet wesoło… W starym zagościła nadzieja, tak, błogosławiona nadzieja, która rozjaśnia życie… Ale minęło parę dni, minął tydzień, a odpowiedzi, ani dziecka nie było... Niepokój znów zwyciężył nadzieję… Stary siadł do drugiego listu, w którym wyraźnie pisał, że czeka na dziecko, że tęskni za nim... I wysłał... I

czekał teraz lada dzień wiadomości o przyjeździe dziecka... Niańkę starą przyjął i kazał jej czekać w domu podczas jego nieobecności i szmatek trochę dla dziecka przygotować… Bo może ktoś przyjedzie z dzieckiem, Niechby już miało opiekę... Idąc z fabryki do domu, myślał, że może tam w mieszkaniu jest już mały... Skradał się pod drzwi cicho... Czy nie usłyszy głosu, śmiechu czy kwilenia. może śpi?... Ale nikogo

Ale nie słyszał. Cicho otwierał drzwi i zaglądał...

nie było, tylko stara piastunka siedziała znudzona i przelękniona tym jego skradaniem się do własnego domu...

I znów minęło parę dni, Pik się łudził, a z dzieckiem nikt nie przyjeżdżał... Odpowiedzi też nie było... Stary zaczął się znów niepokoić... Zasępił się i

chodził niespokojny... Potem usiadł i napisał list trzeci, łagodny, proszący… "Dziecko, przyślij dziecko... ono miało dobrze... łatwiej ci będzie bez niego, u mnie będzie

Będziesz je mogła zresztą zawsze odebrać, gdybyś

uważała, że u mnie mu źle." Minęło parę dni i nikt się nie zjawiał, dziecka nie było i nie było odpowiedzi. Stary, wracając do domu, bał się myśleć. Dwa duchy, biały i czarny, duch nadziei i duch zwątpienia towarzyszyły mu bez odpoczynku... Może mały jest... Niańka przywita go uśmiechnięta z dzieckiem na ręku,

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

112

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

mówił duch biały...

a duch czarny przeczył. – Małego nie ma, piastunka

nudzi się, a pośród czterech ścian mieszkania wieje pustką... ...Pewnie jest odpowiedź lub wyjaśnienie, pocieszał duch biały, a duch czarny odzywał się szyderczo... napisać do Starego Pika… I któregoś dnia przyszedłszy z fabryki, napisał czwarty list błagalny, przedstawił w nim swój stan psychiczny, swoją tęsknotą za dzieckiem, słowami, które wzruszyłyby kamień... I nie było odpowiedzi... piąty, szósty, siódmy... I wszystkie były bez odpowiedzi... i napisał list Listu nie ma i nie będzie, nikt nie chce

Ale stary łudził

się, że lada dzień, lada dzień przyjdzie odpowiedź, a z nią dziecko... I przyszła!... Jednego dnia, po powrocie z pracy, dostał dużą kopertę. Zaniósł ją, w drżących rękach do domu... Stanął przy stole i otworzył. Przy otwieraniu listu wyleciało z koperty na stół coś białego. Fotografia!... Stary pochylił się nad nią. i skamieniał!... Trumna!., trumienka!… Jakieś kontury kwiatów wokoło... a w trumience twarz dziecka... wychudzona Mały!... mały!...

mała, biała... rączki złożone:.. Staremu oczy wyszły z orbit... umarł!... O nie!... to nie mały!.. to nic!... to złudzenie!.. Porwał list, otworzył, czytał... targał wzrokiem...

co!.. co???.

Kochany Mężusiu! Kochany! Poczciwy... ciężko. Ale mnie Bóg doświadczył...

Ciężkom Ciebie skrzywdziła... Oto umarło

Przebacz mi, przebacz...

ukochane przez Ciebie dziecko pięć dni temu... A to z winy tego łajdaka, który mnie porzuci nieszczęsną. Mnie bił i dziecko bił i odszedł, a dziecko się rozchorowało. A ja byłam taka przejęta tym jego niecnym postępkiem, tym jego odejściem, że prawie nieprzytomna… prawie chora. I nie mogłam się dzieckiem zająć i umarło. Żałuję, że nie przysłałam dziecka prędzej, ale czasu ni e miałam, bardzo byłam zajęta... Oj, co ja, teraz pocznę biedna, sama sierota Ty

nieszczęśliwa, porzucona, bez warunków do życia. Ty dobry byłeś! ... najlepszy?...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Chcę wrócić do ciebie, chcę wrócić, gdy tamten mną pogardził ...

113

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Chcę zapomnieć o tamtym niegodziwcu. Ach, serce moje biedne... nieszczęśliwa… A oto przysyłam ci fotografię małego w trumience... Specjalnie dla Ciebie kazałam to zrobić... kochałeś...

O ja

bo wiedziałam, jak ty go

Stary Pik nie czytał dalej. Przesunął po twarzy ręką grubą, chropowatą od ciężkiej pracy i smarów... Przesunął ręką po twarzy, po oczach, jakby chciał odsunąć obraz dziecka w trumience. Po czym otworzył drzwi i wyszedł na podwórze, z podwórza na ulicę, z ulicy do knajpy.

Wódki!., wykrztusił – wódki!.... dużą flaszkę! Otworzył butelkę, uderzywszy jej dnem w dłoń otwartą i podniósł drżącą ręką do ust. Pił... Potem siadł w kącie i pił... drugiej... Wypił jedną butelkę, zażądał

Na zesztywniałe z bólu serce polała się wódka strugą i pobudziła je

do szybszego kołatania. Po członkach rozeszło się ciepło i bezwład. Sprawy dnia, nawet najtragiczniejsze, stały się nierealne, nieważne... Tylko przed obłędnie patrzącymi oczyma majaczył obraz... trumience... Pić!....jeszcze pić... wódki! obraz małego dziecka w

Po wyjściu Pika w drzwiach pojawiła się stara piastunka... Co to drzwi otwarte?. A Pika nie ma?.. Pik nie czeka?.. Zwykle siedział po przyjściu z pracy i czekał… A nuż ktoś zapuka... może dziecko... może list... A dziś

wyszedł i mieszkanie zostawił na oścież otwarte...

Chciała go zagadnąć,

dodać nadziei, pokrzepić paru słowami… Spostrzegła leżący na stole list i rzuciła okiem na fotografię... I zrozumiała.:.. Bez pośpiechu zebrała do

zawiniątka szmatki, które dla dziecka przygotowała. Poprawiła chustkę na siwych włosach. Spojrzała raz jeszcze na fotografię, na puste mieszkanie i wyszła, przymknąwszy drzwi za sobą… Nocą... Mieszkanie starego Pika pogrążyło się w ciemności i księżyc w swojej wędrówce trafił jednym promieniom do tego okna. Chwilę posuwał się
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

114

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

po podłodze, po czym wdrapał się na krzesło, a z krzesła na stół. Tu spojrzał bladym światłem na fotografię cichego, niewinnego dzieciątka w trumience i przygasł... księżyc od tysięcy lat patrzy na ludzką słabość, na ludzką, boleść i ludzką złą wolę, – patrzy tak długo, że zobojętniał… Księżycowa twarz zda się być bez wyrazu, jednakowa, jak gdyby znudzona patrzeniem na ziemię, ale to zda się nam tylko księżycowa twarz pełna jest ekspresji, widne są na niej uczucia zachwytu, podziwu, smutku i żalu!... Tylko nie ma na niej uczucia nienawiści. Księżyc świeci nad miastem i nurza je w swym świetle tajemniczym... Zagląda do wielu, wielu okien... bogatych… Wszyscy interesują go jednakowo... O! czemu to wyraz grozy pojawił się nagle na twarzy księżyca?... Czemu? Zajrzał do hali maszyn fabryki Gardo-Hammer i na twarzy księżycowej pojawił się wyraz grozy... Księżyc zobaczył cień człowieka majstrującego Do okien ludzi ubogich i do okien ludzi

przy tablicy rozdzielczej wielkiego kompresora?... Cień włączył przewody wysokiego napięcia na miejsce dawnych, normalnych... zatarł ręce... zamaskował to, A księżyc

uśmiechnął się chytrze, zwycięsko i wyszedł...

spojrzał ze zgrozą na nowoodbudowany kompresor i posmutniał... O czym myślał księżyc?... Pewnie myślał o odwiecznej walce Arymana z Ormuzdem i smutno mu było, że Aryman zwycięża...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

115

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Dzień jak każdy, tylko na niebie chmury wisiały ołowiane i watr zrywał się znienacka z kąta ulicy i dmuchał w górę tuman kurzu i śmieci... Ranek wczesny, godzina piąta... Na pustych ulicach zaczynają się Miasto dopiero pojawiać grupki robotników, którzy do pracy mają daleko... wstaje powoli... Furmanki zaczynają bębnić po bruku. Gdzieś z odległej

ulicy zadzwoni tramwaj... Daleko zagrała jedna syrena, bliżej druga, trzecia, potem czwarta, piąta... dziesiąta... Różne tony, różne wysokości... ryczały na swoich niewolników... Molochy-fabryki obudziły się i

Niewolnicy wstawajcie!... Niewolnicy

chodźcie tu!… Służcie nam!... Spieszcie się!... Macie jeszcze godzinę, macie jeszcze pół godziny czasu!.. A niewolnicy posłusznie podnoszą się ze swoich leż, wysypują z mieszkań-klitek i idą na wezwanie molochów-fabryk… Tak jest codzień rano w miastach przemysłowych... Stach ocknął się i począł rozcierać zesztywniałe nogi i ręce. Kłuło go strasznie pod dolnymi żebrami... Jakby sztyletem dziurawił płuco raz po raz. Stach złapał się za miejsce bolące i trzymał aż przejdzie. Gdy przestało, otrzepał ubranie z drobnych listków akacjowych i ruszył najbliższą ulicą do fabryki... Zęby latały mu jak w febrze i całym ciałem trzęsło. Szedł

zziębnięty i głodny, bo od wczoraj rana nic nie miał w ustach. Spojrzał w ulicę. Na jej końcu zamajaczył cień jakiś i przysiadł... znów, zakołysał i znów przysiadł... I tak kilka razy... Po chwili pojawił się To zwróciło uwagę

Stacha. Co to może być – myślał? Pewno człowiek... O teraz stoi... powietrzu... teraz idzie... teraz kołysze się... teraz macha rękami w

i siada...: nie!... Przewraca się... O... podnosi się na czworakach przytrzymuje

latarni...

idzie...

idzie... klap... leży...:. Stach był już całkiem blisko. Pijany,

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Stach podszedł bliżej...

116

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

na pewno pijany... Ale któż to jest?... Kogóż on przypomina ... ten szalik., włosy!.. Pik!... Nie!... Chyba nie... nie... Rany boskie!...

To ubranie...

Podskoczył ku pijakowi Pik!... tak Pik!...

Przecież on

musi być dzisiaj w fabryce... Musi puścić w ruch ten nowoodbudowany kompresor... Panie Pik!... co Pan robi, krzyknął i całym sobą podtrzymał Ten otworzył do połowy ciężkie powieki

walącego się do rowu mechanika... i spojrzał wzrokiem mętnym... – Co chciałeś smarkaczu?...

nieprzytomnym... Co?...

– Panie Pik, niech Pan wytrzeźwieje, Pan przecież musi iść do fabryki… – Idę przecież, do diaska… idę, zabulgotał... – Więc nie poznaje mnie Pan?... – Ciebie?... Nie… Ale, czekaj no, czekaj, niech ci się przypatrzę... – A kto ty jesteś?

Rzeczywiście twarz znajoma... Pewnie ja ciebie znam, ale sobie ani rusz nie mogę przypomnieć skąd… – Stach jestem, Stach Lemański – terminator z warsztatu elektrycznego... – Stach Lemański... terminator... czekaj no; czy ty, aby nie kłamiesz?... Przecież Pan mnie dobrze zna.

– Co też Pan wygaduje – kłamię...

Wczoraj ukończyliśmy montowanie silnika od kompresora... – Jak mówisz, jak się nazywasz?... – Lemański… – Lemański?... Tak to ja Ciebie znam…,

Szli krótką chwilę w milczeniu... – Panie Pik, Pan chyba nie pójdzie do fabryki?… – A bo co? Dlaczego mam nie iść?...

– Bo Pan jest kompletnie pijany… Ledwo Pan stoi na nogach... – A co Ciebie to obchodzi, gówniarzu,... nos w sos... Patrzcie go on się

tu będzie moim pijaństwem interesował... Za twoje pieniądze nie piję. – Ale przecież Pan nie będzie mógł puścić tego motoru, który zmontował Machalik. Pan nie puści w ruch kompresora jak syrena zahuczy Zresztą

jak Pana zobaczy, takiego pijanego, inżynier inspekcyjny – to co będzie?...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

117

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Pik zatrzymał się i spojrzał na chłopca, marszcząc brwi, jak gdyby chciał się skupić. – Inżynier inspekcyjny, mówisz... – No tak… Czekaj-no, a czy ja naprawdę wyglądam taki pijany; – zbliżył do Stacha twarz swą nabrzmiałą i cuchnącą wódką... – Ależ tak!... I przy tym ubłocony i brudny... – To otrzep mnie porządnie... Stach otrzepał – Ja bym Panu radził iść do domu i wyspać się... Stary wrzasnął: – Do domu nie pójdę... Za nic!... Ja nie mam domu!... – Jak to, przecież mieszka na Pustej, ja wiem gdzie to jest – to Pana zaprowadzę i jeszcze zdążę do fabryki… Stary stanął, tupnął niezdarnie nogą i pogroził Stachowi. – Ani mi się waż!... pójdę... – Kiedy Pan nie będzie mógł puścić tej maszyny... Podeszli pod studnię. Ja do domu!... Tam na stole leży mój umarły synek Ja tam nie Zobaczy mnie pijanego?...

Pompuj-no! Stary napił się. Potem nalał sobie wody na kark i głowę... Mokrą ręką przejechał po twarzy i powiedział: – Dobrze już teraz?... Poszli… – Panie Pik… – Co? – Słyszy Pan?... – Słyszę... – Niech Pan oprze się o mnie... Ja Pana wezmę pod rękę… Bo musimy przejść przez portiernię prosto. Żeby jaki kontroler nie spostrzegł, że Pan jest pijany… – Co mi tu, gówniarzu, będziesz mówił jak mam robić! – Puść mnie sam idę!... – Ja Pana nie puszczę!... bo Pan się przewróci...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Co?… Idziemy…

Strona

118

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Puść mnie!... twarz chłopca...

bo jak cię trzasnę!...

I ręka spadła prędzej niż słowa na

Na dolnej wardze pokazała się krew.

– Dobrze, puszczę Pana, ale zobaczy Pan, że Pana wyrzucą z fabryki?... O? idzie przed nami inżynier inspekcyjny.. – Kto idzie?... inżynier inspekcyjny?... –Tak…

– Prowadź mnie!...

trzymaj mnie mocno!...

Chłopak otarł rękawem krew z ust i ujął starego pod ramię. Przeszli przez portiernię, przez plac fabryczny i weszli do hali maszyn... Stach ostatkiem sił otworzył drzwi... Stary potoczył się ku warsztatowi, chciał się oń oprzeć, ale Ciepło w hali rozeszło się po ciele, nogi i

zatoczył się i upadł pod warsztat...

ręce odmawiają posłuszeństwa, zaklejone powieki i nie chcą się otworzyć. Syrena zaniosła się jękliwym rykiem… Stach skoczył do Pika. – Panie Pik!... Buczy!... Panie Pik!... buczy?... Kompresor trzeba puścić!…

O! światła czerwone zapalają się! Wydziały mechaniczny i konstrukcyjny żądają sprężonego powietrza!… Panie Pik?... Daremnie!... Panie Pik Stary spał... Jeśli w tej chwili

tak, jakby kto workiem piasku poruszał... myślał Stach rozpaczliwie...

– Wyrzucą go, wyrzucą...

nie puści kompresora... Przyleci ktoś z mechanicznego, potem kierownicy... inżynier... i wyrzucą!... wyrzucą starego... Syrena wyje tak donośnie, że w uszach "Powietrza!" wołają lampki –

– A gdybym tak puścił sam?...

boli, a lampki gasną i zapalają się raz po raz... "Powietrza"...

Stach podskoczył do motoru, złapał za wielkie koło od rozrusznika i począł włączać... Szybciej!... kręcił powoli... szybciej!... powoli... nic... nic...

nic... nic... nic. Motor stoi!

Chłopiec zrobił szybki półobrót... i włączył... Zetknęły się grube sztaby miedziane i nagle hala zamieniła się w piekło!..

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

119

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Potężny motor zagwizdał jak kula wypuszczona w powietrze! ... Zaryczał!... Zatrząsł się całym betonowym postumentem... Ogromny pas w

górę pofrunął, jak czarny wąż i słup ognia wytrysnął… Stach upadł na ziemię nieprzytomny... A motor palił się i ryczał... aż trzęsły się ściany ogromnej hali... dym... swąd, wyprysnęły pod szklany pułap... W dymie tym motor jak mgławica wirował... Nagle strzelił z hukiem, jak Dym...

grom!... bluznął ogniem pierścieniowato – i przygasł... Drzwi hali otwarły się z trzaskiem!... Pali się?... pali!...

W dymie ukazała się twarz majstra, który, ubrany w gumowe rękawice, skoczył do motoru... Pokręcił tam chwilę i odszedł...

– Gaśnicę!..:., krzyczał – gaśnicę!... Dwie, trzy gaśnice skierowano ostrymi końcami w stronę ognia. Zapluły pianą ogień i rozproszyły dym. Ktoś zauważył zemdlonego Stacha i podniósł go... Zaalarmowani kierownicy warsztatów pchali się jeden za drugim... Przyszedł inżynier inspekcyjny... inżynier Woda... – Gdzie jest Pik?... Woda... Ktoś wyciągnął starego spod warsztatu... – Co?... co?... Stary z trudem otwierał oczy… Machalik...

Gdzie jest mechanik Pik?... –krzyczał inżynier

– Za bramę z nim!... za bramę!... krzyczał blady inżynier Woda. – Za bramę z pijakiem!... – Kto puścił motor? – zwrócił się do majstra.

– Widać ten terminator. Majster wskazał na zemdlonego Lemańskiego. To straszna niezguła, wcale się na terminatora nie nadaje i po co to przyszło do warsztatu? ... Wyrzucić na zbity pysk?...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

120

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Ale najwięcej odpowiedzialny jest tu Pan Machalik, bo motor był źle zrobiony i dlatego się spalił... Ten chłopak jest tu winien tylko tyle że

wtrącił nos nie do swoich spraw, ale motor się spalił dlatego, że był źle zrobiony… Ja nie ponoszę najmniejszej odpowiedzialności, ja

przestrzegałem...

Wypadek ten to sprawa pana Machalika?...

– Pana Machalika i jego protektora, inżyniera inspekcyjnego – dodał zimno inżynier Woda. – Co pan na to?.:., odezwał się majster, wskazując Machalikowi spalony motor… Przestrzegałem że Pan nie będzie umiał zrobić?... to!? – A nic, silnik był dobrze zrobiony, a spalił się za pańską sprawą... To podstęp!... podstęp z pańskiej strony!... – Co!... –A tak!... Chłopak nie winien, ale ja też nie – motor był dobrze zrobiony... robiłem większe, które chodzą do dziś dnia... – Tak, tak! motor był dobrze zrobiony... powody spalenia... Ja zaręczam, tu muszą być inne No i co Pan na

wtrącił inżynier inspekcyjny... Już Pan zaręczał i fabryka

– Niech Pan nie zaręcza, Panie Kolego!...

poniosła wielkie straty w materiale i w pieniądzach… Pański okres inspektoratu kosztuje fabrykę drogo… Przy tym wprowadza Pan anarchię... kłóci Pan majstrów z rzemieślnikami… Kieruje się Pan sympatiami i antypatiami... A wypróbowanych ludzi i starszych od Pana wiekiem i

znajomością fachu lekceważy Pan... I oto rezultaty... Ja i pan majster mówiliśmy, że wystarczy zreperować... ryzyko – uda się, nie uda... Koszty będą mniejsze, a odpadłoby nie!... Ja przestrzegałem,

I nie udało się!...

teraz będzie Pan ponosił konsekwencje. – Panie inżynierze, Machalik zwrócił się do inżyniera Wody, ja powtarzam, że robiłem już poważniejszą robotę i było dobrze... Jakże się

przewidziałem jednego...

Nie przewidziałem podstępu ze strony majstra...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

może coś nie udać, jeśli jest oparte na ścisłym rachunku... Ale w rachunku nie

121

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

˜– Co za podstęp!… Panie! Co za podstęp? Kogo Pan posądza?... – Pana posądzam!... – Jak Pan śmie!… Panowie będą świadkami... Ja Pana przed sąd pociągnę za obrazę honoru! Co Pan udowodni!... Co?... Niech Panowie obejrzą motor, spalony, bo źle zbudowany!... Partacz Pan jesteś! – wrzeszczał – partacz! Pańskiej dawnej roboty nikt nie widział, a gadać to można dużo!... O!... tu jest pańska robota!... Strata dla fabryki... wiedziałem, że tego nie potrafisz.!... A mówiłem, żebyś Pan nie robił!... bo Toś Pan do inżyniera inspekcyjnego

poleciał!... Nadużyłeś jego zaufania!... chciałeś ośmieszyć mnie, starego fachowca, który zna się na robocie i na ludziach!... Ja pracuję tu lat piętnaście, a Pan trzy... I udaje Pan wielkiego rzemieślnika... Grubego kłopotu przysporzyłeś Pan inżynierowi inspekcyjnemu!... Pan jeszcze rękawem nos wycierał, kiedy ja poważne roboty robiłem... Zniszczył Pan silnik do gruntu i

naraził Pan fabrykę na parę tysięcy strat! A teraz podstęp, podstęp!… Jak Pan śmie!... Ja Pana przed sąd pociągnę, a ci panowie będą świadkami. Zresztą ja

stawiam sprawę kategorycznie – albo ja – albo ten pan w warsztacie... Ten Pan jest zdolniejszy... lepiej robi... zostanie!... Machalik ledwo panował nad sobą... Zaciskał pięści, aż skóra wierzchnia ręki zrobiła się fioletowa... Inżynier Woda i inżynier inspekcyjny oglądali motor i kręcili głowami... Na szmelc!:.. Cały już na szmelc!... – Jest Pan zredukowany bez wymówienia – powiedział inżynier Woda do Machalika przed odejściem... Niech panowie załatwią formalności, związane z usunięciem tego pana, tego pijanicy Pika i tego niedołęgi terminatora, powiedział do stojących obok urzędników administracyjnych... Trzeba umie budować wielkie silniki... Niech on

oczyścić warsztat z niewłaściwych ludzi... A Pan, panie majster, zrobi zamówienie na nowy motor do fabryki w której, kupiliśmy ten tu zniszczony… musi być tej samej siły i wielkości!... No idziemy Panowie…

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

122

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Inżynier inspekcyjny, mocno dotknięty, poszedł wolno za odchodzącymi – majstrem i inżynierem Wodą... Nic Panu nie pomogę, powiedział do Machalika przechodząc obok niego... Sam będę miał wiele przykrości... I nie mylił się... Inżynier Woda zameldował się w sprawie specjalnej u dyrektora generalnego... Dyrektor wrócił właśnie wczoraj ż zagranicy znad Lago di

Como, gdzie miał willę. Pod błękitnym niebem i nad błęk itnym jeziorem przeżył niezapomnianą ima picola favola... Wrócił radosny, wesoły. Przywitała go ta sama sekretarka, z tymi samymi znanymi mu kaprysami i z tą samą, znaną mu kokieterią... Stała się natarczywa i nudna... Chętnie by ją usunął, ale tak od razu nie można... Zameldowano mu inżyniera Wodę. Przywitał go serdecznie, – oto stary pracownik, zawsze dbały o interes fabryki, taktowny, nie naprzykrzający się... Cóż go tu sprowadza?…

Inżynier Woda wyłuszczył powód swego przybycia. Opowiedział historię z silnikiem. Opowiedział o stanowisku, jakie zajął inżynier inspekcyjny wobec jego projektu i o stratach, jakie z tego powodu fabryka poniosła… Dyrektor generalny słuchał z surową ściągniętymi brwiami i kiwał głową z wyraźnym oburzeniem. – Goś podobnego!... Oto dowód braku kwalifikacji tamtego pana na inżyniera inspekcyjnego... nim... Trzeba to naprawić... Wysłuchał, wstał i powiedział: –...Akceptuję w imieniu zarządu wszystkie zmiany, które Pan, inżynierze, interes fabryki mając na względzie, poczynił ... Inżyniera inspekcyjnego odwołamy. Na razie, na czas nieokreślony, będzie Pan łaskaw w zastępstwie obecnego inżyniera objąć tę wakującą posadę.., Musi Pan jakoś pogodzić to ze swoimi dotychczasowymi czynnościami... Pensję, oczywiście, w okresie zastępstwa będzie Pan miał podwójną. Zastępstwo obejmie Pan od jutra, dzisiaj jeszcze osobnym pismem zawiadomimy dotychczasowego inżyniera inspekcyjnego o mojej – to jest zarządu decyzji... Inżynier inspekcyjny zostanie prawdopodobnie Zrobiło się omyłkę, mianując go

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

123

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przeniesiony do biura fabrycznego jako urzędnik...

Gdyby i tu nie wykazał

wymaganej odeń orientacji – trudno!... zwolnimy... Jest tyle materiału ludzkiego!... Inżynier ukłonił się nisko pochyloną głową i wyszedł… Za oknem było słonecznie i twarz inżyniera Wody wewnętrzną jaśniała radością... Zwycięstwo krzepi i podnosi na duchu Brama fabryczna otwarła się dziś wcześniej, przed fajerantem... Trzech robotników znalazło się poza nią... Machalik... Pik... Stach...

Tu na ulicy życie wyglądało inaczej, niż za murami fabryki... Roje much unosiły się w powietrzu... Było więcej swobody i można było iść gdzie się chciało!... ulicy... Byli wolni i równi.. Należeli teraz do klasy bezrobotnych, jak przedtem należeli do warstwy zatrudnionych... potem podali sobie ręce bez słów... Szli parę kroków razem, milcząc, a Co mieli sobie do powiedzenia ci trzej, Czerwono-czarny motyl zabłąkał się pomiędzy chorowite drzewa

których drogi życiowe rozchodziły się każdego w inną stronę... Machalik miał usta zaciśnięte, głowę trzymał wysoko, jak gdyby chciał ją unieść ponad lękliwe i niepewne myśli o przyszłości... Pik pochylił się i postarzał o lat parę... Szedł nieporadnie, jak dziecko i

rozglądał się to w lewo, to w prawo, jak gdyby nie poznawał ulicy, którą chodził do pracy od lat... Gdzie pójdzie stary?… Co zrobi?... Do szynku

pójdzie, gdzieś na zakręcie i przepije, otrzymane po zwolnieniu z pracy, pieniądze... A jutro sprzeda coś... Pojutrze sprzeda to i owo... A za parę

dni może żebrać zacznie, albo wystawać przed dworcem, jako stary obszarpany tragarz... Może będzie wam chciał sprzedać jakieś mydło, lub

sznurowadła jako domokrążca?... Nie besztajcie go, ani spychajcie ze schodów?.. Nie ciskajcie weń złymi słowami, bo może w nim zerwać się ta ostatnia struna, która go trzyma przy życiu i powiesi się stary lub rzuci pod pociąg, którym będą jechali tacy sami jak on ludzie... Tacy sami...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

124

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

A Stach?...

Stach miał usta spieczone, oczy gorączką świecące. W

skroniach mu tętniało i chwilami zdało mu się, że z nieba sypią się czarne płatki... Poszedł ulicą i raz było mu zimno, raz gorąco... skręcił w prawo, a potem w lewo... Kamionce… Szosa leżała w słońcu, a jemu się zdawało, że jest czarnym suknem wybita… Za folwarkiem, za dwiema, starymi topolami, skręcił w miedzę pomiędzy dwa wielkie zagony kartofli... Tam na trawę twardą, kępiastą – tak jak stal… upadł i przytknąwszy spieczone usta do wilgotnej ziemi zaniósł się nieopanowanym… nieuspokojonym płaczem!.. Na Konstantynowską się wydostał, a potem poszedł w górę ku


Dnia tego pisał profesor list do Londynu... Kochany Stefanie! Dzielnica Kuźnica sąsiaduje z dzielnicą Ostrogórką. Dzielnica Kuźnica ma i ulicę tejże nazwy, która jest wyboista, a równoległe do niej zaułki zabudowane są kuckami drewnianymi, zamieszkałymi przez lumpenproletariat. Podczas Wielkiej Wojny biedne izby niskich domków były liczn ie odwiedzane przez stacjonujących w mieście żołnierzy niemieckich. Ilość prostytutek zwiększ a sie zawsze proporcjonalne do rosnącej nędzy i braku środków żywnościowych... W tych czasach w pobliżu Kuźnicy władze wojskowe niemieckie założyły szpital weneryczny, w którym trzymano pozarażane dziewczęta ... Na terenie

Kuźnicy było dawniej wiele odkrywek, z których dobywano węgiel. Podczas Wielkiej Wojny w odkrywkach pracowały kobiety przy ładowaniu, przetaczaniu i segregowaniu węgla. Kobiety wracały z pracy utrudzone, brudne, pokryte
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

125

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

kurzem węglowym, spocone. Chodziły boso, majtek nie nosiły, bo to był luksus. O pracę na kopalni nie było łatwo i kobiety musiały płacić własnym ciałem rozmaitym dozorcom, wachmistrzom i poganiaczom... Ten stan rzeczy istnieje pod każdą szerokością – dziś i wczoraj... Teren tutaj na Kuźnicy jest gliniasty,

woda podskórna wypełnia wszystkie większe wgłębienia, tworząc t.zw. glinianki. Kąpanie się w gliniankach jest niebezpieczne, dno bowiem i brzegi są śliskie i kąpiący się słaby pływak, nie mając się czego chwycić, łatwo może utonąć. Dzielnica Kuźnica i Ostrogórka sąsiadują z sobą, po środku nich płynie Czarna Przemsza. Dzisiaj rzeka jest wąska, brzegi piętrzą mury stojących w pobliżu domów i fabryk. Ale dawniej, dużo dawniej rósł tu las, a góry piachu świeciły słońcem nad brzegiem. Było to wtedy, – nim tu przyszedł człowiek... Na Ostrogórce wznosi się zamek potężny w stylu hohenzollernowskim, o którym ludzie prości mówią rzeczy stracha napędzające. Pod obno dawny właściciel był farmazonem i w tym zamku odbywały się misteria z udziałem najprawdziwszych diabłów... francuskiego franc-maçon..., Dzielnica Radocha znajduje się za dzielnicą Ostrogórka. Przed wojną, produkowano tu parafinę, cerezynę, glejtę ołowianą, cukier ołowiany, kwas winny, kwas cytrynowy, wosk dla szewców, saletrę oczyszczaną, antichlor, bisufilt, ozoceryt – chemia jest tematem dla poetów przyszłości... Dzielnica Pogoń nazywała się dawniej Pogonią i była własnością rycerskiej rodziny Kowaczów, herbu Serpentum. Na terenie tej dzielnicy znajduje się dużo wielkich fabryk i mnóstwo domków – kamieniczek wybudowanych przez robotników – ciułaczy w czasach lepszej koniunktury. Tędy biegnie trakt do Będzina, a na ulicy Czeladzkiej znajdują się najstarsze domki w tej dzielnicy. Domki są kryte gontami lub strzechą, – czego się w przemysłowych wielkich miastach nie spotyka. Sosnowiec leży na starej, słowiańskiej ziemi... Na starej słowiańskiej ziemi. Praojcowie nasi, Polanie – Słowianie, żyli tu, rozwijali się – umierali. Zostawili
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Farmazon jest schłopiałą postacią wyrazu

Strona

126

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pomniki – cmentarzyska. W roku 1880 pojawiły się w gazetach artykuły, donoszące o odkryciach archeologicznych na terenie Sosnowca. Artykuły te zelektryzowały ówczesny świat naukowy i zainteresowały opinię pub liczną. Inteligencja Sosnowca stanęła na wysokości zadania i zaopiekowała się cmentarzyskami i wykopaliskami przedhistorycznymi, odkrytymi na terenie Sielec i w pobliżu wielkiej hałdy, nieistniejącej dziś huty cynkowej. Sosnowiec był zamieszkany przed lat tysiącami przez stare szczepy słowiańskie, które żyły, rozwijały się i kształciły w wielkich epokach ziemi. W epoce kamienia łupanego, w epoce brązu i żelaza. Dorzecza rzek były miejscami, w których osiedlano się i Czarna Przemsza w tych czasach pradawnych była takim samym gościńcem dla wędrówek ludów, jak wszystkie inne rzeki ziemi. Spokojne plemiona słowiańskie, nad Łabą, wyrosłe, a wypierane stamtąd przez Germanów, szły na wschód i osiedlały się w puszczach przepastnych i były korzeniami potężnego dzisiaj, bo dziesiątki milionów liczącego zbiorowiska nacji polskiej. I w Sosnowcu, ongi potężnymi borami porosłym, zamieszkiwała garstka tego ludu, któremu las dostarczał zwierzyny i miodu, rzeki ryb, a który wszelkie zjawiska przyrody, niezrozumiałe dlań i straszne, czcił i ubóstwiał. Cmentarzyska odkryte pochodziły z różnych epok. Jedne, starsze z epoki kamienia łupanego, zawierały szczątki skorup, popielnic i łzawnic, narzędzia kamienne jak dłuta, igły, toporki, skrobaczki i groty do strzał zwane od praczasów bełtami. Znaleziono także pnie kamienne (nucleus), z których łupano owe narzędzia. Warstwy węglowe pod górami piachu były dowodem, że tu palono zwłoki, – a nie chowano w pozycji siedzącej, jaki to zwyczaj istniał w dawnej Rusi... Po spaleniu zwłok, popiół zsypywano do glinianych popielnic i zakopywano w ziemi na głębokości pół łokcia. Nie był to lud prymitywny. Ornamenty zdobniczo wiązał w łuki i koła, co jest świadectwem wyższej kultury. Dziecko bowiem i człowiek, na najniższym stopniu rozwoju stojący, operuje w zdobnictwie i w życiu linią prostą, lub wiązaną pod kątem. Na tych wazach glinianych natomiast spostrzeżono esy i
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

127

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

linie faliste, co mówi samo za siebie. Drugie cmentarzysko, w dzielnicy Sielec odkryte, zawierało wiele przedmiotów z brązu i żelaza. Na dnie jednej łzawnicy znaleziono ząb, którego emalia pokryta była zieloną pleśnią, na dnie innej – trochę cieniutkich dziwnych włókienek... Co zostało nam z tamtych nieznanych, zamierzchłych czasów? Z czasów praojców naszych... Jeno te groby... jeno te popielnice, o innych świadczące

obyczajach i wierze. Po życiu człowieka pozostaje grób, jeno te trochę popiołu i wspomnienie. Ale nie wiele żyje tych wspomnień i miliony ludzi różnych epok zgasło i pamięci o nich ni śladu... Narodzili się oto i wzeszli na ziemię, jak

liście zieleniejącego się na wiosnę starego drzewa. Pokolenie rozwinęło się, dojrzało i doczekało jesieni i jak liście z drzew opadają, tak zaczęło znikać z jej powierzchni, do grobów, do popielnic. Pojawiło się następne młode pokolenie, i tak dalej, tak dalej... Śmierć i życie idą ręka w rękę po ziemi...


Stach obudził się, otworzył oczy i patrzył z trudem półprzytomnie na kołyszącą się nad nim kartoflaną nać. Gdzie jestem?... śniło mu się, że był z Jen w wielkim lesie, gdzie nie było drzew jeno kolumny czarne, wysokie, żółte niebo podpierające – kolumny były czarne jak heban, niebotyczne, a niebo jasno-żółte. Las był nieskończony, zimny, o podszyciu kamiennym, fioletowym... Szli tak od pnia do pnia i pić im się chciało strasznie. A nie było ani kropli wody w tym lesie i nie było ani jednego listka, tylko kolumny, same kolumny... Nagle niebo z jasno-żółtego zrobiło się czerwone jak piec rozpalony, a potem niebotyczne kolumny zaczęły się walić jedna za drugą, tak, jakby się kominy fabryczne waliły... Jen pobiegła przodem, on chciał

skoczyć za nią, być przy niej, ale jedna z kolumn upadła mu na piersi i
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

128

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

przygniotła swym strasznym ciężarem. Zdało mu się, że umiera. Krzyknął – Jen?... i obudził się... Na twarzy miał krople potu. Ból rwał mu płuca i ledwo tak, tak wyrzucili go z

mógł oddychać. Co on tu robi?... przypominał sobie... fabryki, od ludzi i przyszedł tu na pole...

Podniósł się z trudem i rozejrzał. Słońce, już dawno zaszło, a od wschodu zrywał się raz po raz chłodny wiatr i gonił po ściernisku wyschłą słomę i babie lato. Zimno… Za wiatrem szła noc i pierwsze gwiazdy migotały na niebie.. Zebrał się w sobie i ruszył ku miastu… Kiedy się w nim znalazł, mrok zgęstniał i zapłonęły latarnie. Bezwiednie szedł w stronę domu Otońskich. Uliczka, przy której stał dom tonęła w mroku. Najbliższa latarnia była daleko i światła okien padały na ulicę jasnym refleksem. Stach stanął przy furtce... wejść?... mu!... nie... nie może wejść..., nie wolno

dom ten i ci ludzie życzliwi i dobrzy już nie dla niego... Już się nie

będzie mógł pokazać im na oczy… nie będzie śmiał... Naraził pana Otońskiego na wymówki. Zawiódł tak jak inni źli ludzie… Już przez tę furtkę nie przejdzie... Ci ludzie nawet nie będą chcieli z nim rozmawiać... Odszedł od furtki ciężko. Okno... podejdzie... popatrzy... Przecież go nie...

nie zobaczą.., Popatrzy tylko sam niewidoczny... Stanął w cieniu z boku i spojrzał. ...Pan Otoński siedzi przy stole i mówi coś do Włodka żywo... Włodek odłożył książkę czytaną i słucha. Włodek ma minę winowajcy i widać, że mu nieprzyjemnie, pewnie pan Otoński mówi... przyjaciela i cóż, zawiodłem się... człowieku... "Tak mi polecałeś swego

zawiodłem się na jeszcze jednym

Słów przykrych nasłuchałem się od inżyniera inspekcyjnego,

któremu twego przyjaciela poleciłem... Stach patrzy... patrzy... Ten dom już go nie przyjmie... O jakże chciałoby się w tę zimną i wietrzną noc usiąść z nimi, w ich jasnym, ciepłym mieszkaniu, przy jednym stole… Jakżeby się chciało... Już nie będzie mógł...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

129

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Już nie...

Skulił ramiona i załkał. Wiatr zajęczał z nim razem, a potem jęk Tuman kurzu i liści zeschłych

wiatru przeszedł w szloch i uderzył w szyby...

owinął się dookoła Stacha i tańcząc, pofrunął słabo oświetloną ulicą. A tam za szybami w ciepłym mieszkaniu pan Otoński mówił do Włodka. – Niepokoi mnie bardzo niepokazywanie się pana Stasia. Cóż z nim jest Włodziu, powiedz no? Co się dzieje z twoim przyjacielem?.:.. Dlaczego nie odwiedzasz go i nie poprosisz do nas?... Dlaczego tak rzadko widujesz się z

nim ostatnio. Wiesz, że jest nieśmiały, że trzeba go prosić, przyciągać. Młody chłopak, którego los bije raz po raz. Śmierć ojca, strata babki, która mu matkę zastępowała, a więc całkowite sieroctwo, jego ubóstwo i to życie twarde i nielitościwe... A mimo wszystko ten chłopak taki wewnętrznie szlachetny...

Tak mocuje się sam z życiem, – że współczucie bierze i podziw ogarnia... Takiś to przyjaciel? – nie, ty nie jesteś nim… Nagle pies Sidi zaszczekał w stronę okna... zaszczekał raz i drugi. Wszyscy poruszyli się i wytężyli słuch, ale nie usłyszeli nic, tylko jęk i poświst wiatru za oknem. Pan Otoński z Włodkiem wyszli z latarką przed dom. Nie było tam nikogo jeno wiatr zapłakał z końca ulicy, jak gdyby ludzkim głosem. Ojciec z synem nasłuchiwali chwilę; a potem poszli do domu z pochylonymi głowami i w sercu jednego i drugiego zagościł niepokój... cieniowi, co wlókł się u wylotu ulicy resztką sil... A wiatr płakał do wtóru w zmrok... w noc...


 Felek Kuternoga szedł pod hałdę... Spał teraz pod hałdą, od czasu, kiedy Marcelka odeszła odeń. Poszła do rudego Józka, który umiał zarobić pieniądze wtedy, kiedy jemu Felkowi jakoś nie szło. Na hucie straż zdwoili, a świeży odlew układali za płotem z drutu kolczastego. Marcelka przed

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

130

odejściem powiedziała...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Jak będziesz miał pieniądze to mnie znajdziesz – inaczej nie pokazuj się na oczy..." powiedziała i uśmiechnęła się do Felka swymi dwoma rzędami zdrowych, ładnych zębów. Felek Kuternoga szedł spać pod hałdę.. Jego kołysząca się i utykająca sylwetka pojawiała się coraz to w innym kręgu latarni i znikała w cieniu, by znów pojawić się w świetle następnej latarni. Z rękami w kieszeniach szedł obszarpany, głodny. Wiatr zrywał się chwilami mocniejszy i pchał Felka, jak gdyby poganiał… Felkowi się nie śpieszyło... Pod hałdę pomiędzy ciepłe stygnące buły... ma czas.

Spać się nie chce, jeśli człowiek jest głodny... Rozglądał się po ulicy, wiatr kołysał lampami i okrągłe refleksy świetlne tańczyły po bruku. Wtem Felek zatrzymał się. Na przeciwległym chodniku stał cień oparty o płot drewniany i mocno się odeń odcinał. Pijany, pomyślał Felek... Pijanego

można obrać z pieniędzy, a jak będą pieniądze to i Marcelka wróci... Podkradł się bliżej... Oczy miał bystre i z odległości trzech kroków popatrzył na wychudzony, ostry profil, jak gdyby przylepiony do płotu... – O jej! wykrzyknął prawie. – A co Pan tu robi?... Proszę Pana? Głowa odwróciła się w jego stronę, głos zmęczony, pokaleczony zapytał… – Kto? Kto... czego chce?... Felek Kuternoga... Nie wie Pan? W jednej

–To ja Panie... To ja...

kamienicy mieszkaliśmy… Pan dał raz pieniędzy dla mojej chorej matki... – Aaaa.. tak, – powiedziane półszeptem, półprzytomnie... – Czemu Pan tak stoi?... Milczenie… – Panie?... czemu Pan tak stoi?... – Chory jestem, chory i słaby... – To idź Pan do domu!... Milczenie... – Panie…, to idź Pan do domu, powtórzył Felek, mocno potrząsnąwszy Stachem. – Nie mam domu, wyrzucili mnie:... usłyszał Felek z trudem... – Wyrzucili Pana?...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

131

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Felek odsunął się na brzeg chodnika i podrapał się w głowę... robić?...

Co tu

Na dworze zimno, wiatr szarpie człowiekiem, a ten chory i bez

domu...: Wezmę go pod hałdę, pomiędzy dwie ciepłe buły położę; to się ogrzeje i prześpi... a może jutro mu przejdzie ...

Stach pozwolił się prowadzić, wszystko się w nim zginało, nogi miał jak z gumy. Poszli Kamienną i wyszli za miasto. Wiatr przywitał ich głośnym gwizdem i skropił zimnem... Niebo odsłoniło się nad nimi ogromne, niczym

nie przysłonione... W stronie nad wielką hałdą świecił gwiaździsty Orion... Stach bełkotał... – Przyjacielu, nie chodźmy w taką ciemność, tam jest jak w studni, zimno i ciemno, schodzimy jak do studni... zimna... ciemno... woda... brrr...

Potknął się i upadł. Felek z trudem go podtrzymał... – Trzymajże się Pan, trzymaj?... mówił ze złością... chodź Pan tu, już

tylko parę kroków... co to Pan bajdurzy... Stach zwiesił głowę. Felek podtrzymywał go z całej siły oburącz w pół. Rękami namacał portfel... O! portfel... a może on ma pieniądze?.., a może on pijany?... to chory po nocy się włóczył... Może ma pieniądze? Ale bo gdzieby jakiś

głos

wewnętrzny skarcił Felka. Co?.. Tego Pana chciałbyś okraść, takiego dobrego człowieka?... Co teraz w nieszczęściu, jak dziecko pozwala się prowadzić?...

Ani mi się waż?... E, tam – okraść odrazu, odpowiedział inny głos – wcale nie okraść, tylko zobaczyć, co on tam ma... Zresztą, trzeba mu to wziąć, schować, bo się

potyka i przewraca, to jeszcze mu wyleci i zgubi… trzeba mu to schować, rano mu się odda… Rano mu się odda... Ty, ty, nie bujaj... Okraść chcesz, a udajesz

porządnego?... Człowiek chory, biedny, nieszczęśliwy, a on go chce okraść... Znaleźli się u podnóża hałdy. Wielkie buły leżały porozrzucane, w niektórych miejscach piętrzyły się ich całe stosy. Jedne, dawno wystygłe, obrastały kępki trawy, inne ze znacznej wysokości zepchnięte, leżały rozbite
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

132

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

w uderzeniu z innymi twardymi bułami. Jeszcze inne, pod działaniem powietrza i wody, rozsypywały się w kupy guzów. Jedne były stare, drugie świeże... Jedne od lat leżały i tworzyły razem z innymi wielkie usypiska,

nieforemne, pofałdowane... Inne, zwalone tu niedawno, dziś, wczoraj – dymiły gorącem, zatruwały powietrze gazami, a nocą świeciły czerwonością. Buły stygły powoli. Po paru dniach były jak ciepłe kaloryfery, do których zziębnięte, bezdomne łaziki, mali łotrzykowie i złodzieje surowca tulili się nocą... Felek znalazł dwie ciepłe buty i ułożył między nimi chorego... – Tu Panu będzie ciepło – powiedział a sam położył się o jedną bułę dalej... Oparł się Felek plecami o ciepły żużel i patrzy w niebo. Gwiazdy migocą jak rozsypane iskierki, a gdzieś daleko za plecami postękuje Wielki Piec. Felek nie może zasnąć. Myśl o portfelu nie daje mu spokoju. Podnosi się na łokciu i patrzy na twarz leżącego opodal Stacha... Co takiemu po pieniądzach... Chory, pewnie jutro do szpitala go wezmą... W szpitalu zrewidują i jeszcze jaki posługacz zabierze pieniądze... A może on nie ma pieniędzy?... Jak nie ma to w porządku, to mu się portfel odda... Stach jęknął cicho – Boli, boli... Nakryjcie mnie, zimno... – Cicho Pan bądź, nic Pana nie boli, a tu buła jest ciepła, to się Pan do niej przytul, powiedział troskliwie, a jedną ręką szybko wyciągnął mu portfel... Trzeba mu to wziąć, jutro mu się odda – powiedział do siebie na uspokojenie... Chory dzwonił zębami... Felek usiadł na boku i przy słabym świetle gwiazd począł oglądać zawartość portfela. Dwa papierki dwudziestozłotowe zaszeleściły mu w ręku... Pieniądze! Są pieniądze!... a to klawo... Portfel też niczego, można sprzedać paserowi. Głos sumienia stał się nieważny, nie słyszany Stach leżał z półotwartymi powiekami. Świadomość odchodziła odeń gdzieś daleko i wszystko stawało się nierealne, koszmarne... Dwie buły,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

133

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pomiędzy którymi leżał, wydały się dwiema wysokimi ścianami przepaści ciemnej, a on na dnie. Gwiazdy na niebie rozpływały się w kleksy blade... Chwilami i gwiazd nie było, tylko ciemność otchłanna przed nim, a w głowie huk, walenie jakby kto obok bił młotem o ziemię... O! znów gwiazdy. O! gwiazdy się gonią po niebie... Jedna za drugą, jedna za drugą... Jak w dzień pogodny jaskółki..., O!... co to?., co?... to?.. Gwiazdy

się sklejają, zlepiają, zlewają w jedno... Kontury jakieś... ludzkie kontury na niebie... Najpierw kreski proste, od ramion do pasa, od pasa do nóg... Orion!... Tak Orion... wielki z mieczem... Ale kreski grubieją, nogi

napełniają się, tułów, ręce, głowa... usta... szyja…

Głowa..., wyraz czoła, oczy, nos...

Bluza niebieska, granatowa bluza, spodnie rdzawym pyłem przesycone, buty grube, łatane.., ręce, ręce spracowane... popękane od ciężkiej pracy...

Kto?... Kto? O!... O... O... O... Ojciec. Ojciec!... Tak, ojciec zszedł z nieba i idzie powoli ku niemu... ku Stachowi... stromymi ścianami przepaści.. Ojcze!... Podszedł blisko i pochylił nad nim swą twarz... dobrą... uśmiechniętą... i wyciąga ręce do niego... Chodź, mówią jego oczy... Tam jest zimno i ciemno w tej przepaści, w której leżysz Stach zbiera się ciężko, gumowymi rękami podpiera tułów... powoli, oczy otwarte patrzą w noc. Idę, Ojcze!... idę!... To Podnosi się A on leży pomiędzy dwiema

Felek patrzy z przestrachem, co ten robi?.. Do kogo on mówi?... pewnie pomylony... pewnie wariat... zatrzymywał... Ojcze, idę już!... idę...

Niech idzie, przecież nie będę go

Stach podniósł się i zachwiał...

Ojcze!... gdzie idziemy?... Do domu,

długo?... Tak dawno Cię nie widziałem...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

prawda?... Zimno mi strasznie i tu mnie boli!:.. Tu Ojcze!... Gdzie byłeś tak

134

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Pomylony – myśli Felek. – A niech idzie, to miejsce między bułami, gdzie leżał, jest ciepłe, ja się tam położę... Cień Stacha rozpłynął się w nocy. Felek położył się na jego miejscu. Kawałek kamienia podłożył sobie pod głowę. Portfel ukrył głęboko i przysunąwszy plecy do ciepłej buły, zasnął...

Ojcze, dlaczego tak mi źle na świecie?... Dlaczego… Uczyłeś mnie, że pracą, uczciwością i posłuszeństwem jedna się życzliwość ludzi... Robiłem tak, Ojcze... Robiłem i nie zjednałem sobie życzliwości, a raczej lekceważenie i obojętność... każdy mną pomiatał... A że byłem biedny to i byłem w poniewierce między ludźmi... O! Ojcze Nikt się mnie nie bał. Nikt się ze mną nie liczył,

dobrze, że jesteś, bo nikt tak nie umiał mówić ze mną. jak Ty... Rozumiałeś mnie, umiałeś mnie pokrzepić, wlać otuchy i wytłumaczyć zawile sprawy życia. Umiałeś ze mną rozmawiać jak nikt inny i bez Ciebie jestem sam i obcy wśród ludzi… Ale uczyniłeś mnie kaleką, Ojcze! Bo tak mnie wychowałeś, że zaszczepiłeś w mym sercu miłość dla ludzi, dla bliźnich... I teraz serce we mnie chore jest na elefantiasis dobroci i wrażliwy jestem na każdą krzywdę i na każdą łzę... I źle mi z tym na świecie, źle... Bo nie umiem wydrapywać...

Bo nie umiem wyszarpywać egzystencji. I wydaje mi się, że każdy kto obok mnie stoi, że każdy bliźni mój jest pierwszy w potrzebie, a potem ja... I zostaję zepchnięty na najdalszy koniec, na najdalszy koniec życia, gdzie jest źle i ciemno... Każdy wydaje mi się równy i każdy bratem, największy nędzarz i

największy zbrodzień... Ojcze! Dlaczego się oddalasz!... Ojcze! chcę się Tobie wyżalić... Ja już sił nie mam... Ojcze!..

Nie odchodź. Ojcze!... Zataczał się na nogach. Twarz jak w śnie hypnotycznym wolała ku niebu, a wiatr niósł słowa po polu i płakał.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

135

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Na nieboskłonie blady gwiaździsty Orion… Kolejka parowa, pchała pod górę trzy buły z Wielkiego Pieca, umieszczone na trzech żelaznych platformach. Kolejka sykała i prychała jak znarowiony, stary koń. Buły są to w formy kuliste zlane żużle – roztopiono minerały, które przy każdorazowym topieniu i odlewie surowca, jako składniki obce i

niepotrzebne, znajdują ujście z boku Wielkiego Pieca. Formy, do których zlewane są te żużle, mają kształt ściętego stożka i składają się z dwóch części, które po ostygnięciu i powtórnym skamienieniu płynnych żużli bywają zdejmowane. – Mateuszu!... gdzie je wywalimy, zapytał donośny głos w stronę lokomotywki... – A no tam!... Na ten boczny tor musimy pojechać... – Nie jedźmy na boczny tor, Mateuszu... nie jedźmy po nocy. Tamta zwrotnica jest zepsuta, jeszcze nam kolejka z szyn wyskoczy i co będziemy robili w nocy?... Trzeba będzie potem po robotników do huty lecieć, a przedsiębiorca będzie pyskował… – To gdzie je wywalimy!?... – A tu, niedaleko na to stare usypisko... – No, tu już zarząd huty nie pozwala, bo kończą się tereny huty, a zaczyna prywatne pole... – E tam; bujda, tu można jeszcze niejedną setkę buł wywalić... A gdzie tam będziemy jechali… – Tu wywalałem w zeszłym tygodniu, ale inżynier z zarządu mówił, żeby tu już nie zwalać, bo tu się kończą tereny huty i buły staczają się na pole prywatne… – E! będziemy się tam przejmowali tym, co inżynier mówił… Wywalamy tu, – Mateuszu... Tu jeszcze niejedną setkę buł możnaby spuścić...

Wywalajmy tu!.. Zimno jest jak diabli i wiatr ujada jak wściekły pies...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

136

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– A kiedy Pan tak chce – to wywalajmy!.. Podjedziemy chyba pod sam brzeg?! – Ano tak, pod sam brzeg!... kolejka fuknęła jeszcze dwa razy i stanęła. Maszynista i pomocnik wzięli dwa żelazne łomy i poczęli spychać czerwone, gorejące buły na brzegi platformy... zbocze hałdy... Zepchnęli jedną, na ciemne

Strzeliła snopem iskier i potoczyła się jak potężny bochen po

stoku. Ale stanęła, zatrzymała się widać o twardy zrąb kiedyś zepchniętej buły... Podważyli drugą. Szczęknął wózek-platforma, przechylony wielkim ciężarem na jednym brzegu obwisłym.. buła potoczyła się po spadzistości toru i ugrzęzła w piasku... Dał się słyszeć trzask palącej się ziemi… – Nie.:., tu nie możemy wywalać, cofnijmy się trochę... Tę trzecią bułę trzeba spuścić na dół... Kolejka prychnęła i stanęła:... Podważyli bułę... Siedziała jak przylepiona... Namęczyli się i naklęli... – Cholera jedna, trzyma się tej platformy jakby przyrosła!... krzyknął jeden spoconym głosem... – Idzie!.:. już idzie!.. podważcie ją: z tamtej strony!.. Ufff! nareszcie!... Buła znalazła się na brzegu platformy, zakołysała się ciężko i spadła w ciemność, jak czerwony ognisty meteor... – Leci na sam dół!... odezwał się Mateusz... Nie dokończył...

Powietrze rozdarł krzyk – charkot, w którym najmniejszy ludzki nerw wył nie dającym się nazwać bólem... aa, aa, aha, aaha... łoooohhoooo... łał

łyyyyyy–yhhh!!!!.. beczało gdzieś z dołu najsilniejszymi strunami zgrozy... Maszynista i pomocnik stali jak skamieniali... Z dołu krzyk raz jeszcze uderzył w gwiazdy i skonał... – Buła przygniotła jakiegoś łazika – wydusił maszynista i spojrzał wylęknionymi oczyma na niemniej wystraszonego pomocnika...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

137

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Ech!. co za śmierć!... co za śmierć!... jechać w boczny tor...

żywcem spalony!... a mówiłem zabiliśmy człowieka...

to Pan... nie teraz co?...

tego głosu do śmierci nie zapomnę:.:. – A po co, cholera, tam spał... to jest teren huty i o wypadek nietrudno... Skąd miałem wiedzieć, że on tam śpi... tu nie hotel... mógł się zameldować. Maszynista tłumaczył się przed sobą. – Co się dziwić, bezdomny jakiś... mało tego dzisiaj, wszystko przez biedę... Ale jak my się z tego wykręcimy, bo raport policyjny zawsze będzie… – Powiemy, że buła spadła z platformy i kwita! – A, no pewnie, musimy tak zbujać... ale ten krzyk...ten krzyk... do lokomotywki i odjechali milczący – niechętni sobie... Wsiedli

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

138

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Włodek nie mógł zasnąć. Niepokój dziwny, nieokreślony owładnął nim całym. Słowa ojca, zachowanie się Sidiego i ten wiatr, zawodzący za oknem, potęgowały ten stan. Niepokój rósł z każdą chwilą.. Po kolacji usiadł do książki, ale czytać nic mógł... litery zlewały się w czarne linie, a myśl wychodziła wciąż poza dom... Błądziła po półmrocznych ulicach. Szła przed fabrykę, przed dom, gdzie Stach mieszkał, zaglądała do jego pokoju, szukała jego sylwetki... Rozsądek wespół ze świadomością

przywoływały myśl z powrotem. Wracała ociężale, leniwie patrzyła w kartki książki, opuszczała litery i całe zdania, a kiedy uwaga odwróciła oczy na chwilę – myśl uciekała od książki, dotykała sprzętów w pokoju, fruwała wokół żyrandola, zawieszonego nad stołem. Po chwili znów wymykała się na ulicę przed dom Stacha, przed fabrykę... Ojciec ma naprawdę rację... Może

Stach chory?... chory – a tu nikt go nie odwiedza. Ta gospodyni, u której mieszka – to przecież niezbyt życzliwa kobieta... Stachem?... Po kolacji wstał od stołu... swego pokoju... Powiedział rodzicom dobranoc i poszedł do Co może być ze

Za nim powlókł się z opuszczonym łbem pies. Włodek potem rozebrał się i położył,

chodził po swoim pokoju wielkimi krokami...

ale oka zmrużyć nie mógł, ani nawet leżeć spokojnie. Sidi, wyciągnięty na koźlej skórze pod drzwiami, sapał ciężko... słuchał wiatru za oknem... mi znaki abym przybył... Włodek oparł głowę na ręku i

Może Stach chory, bardzo chory?..., Może daje Niepokój doszedł do najwyższego napięcia. Wstał W sypialni

z łóżka, ubrał się ciepło i bez szelestu wyszedł z domu...

rodziców było ciemno a w pokoju dwóch młodszych braci paliła się mała, nocna lampka. Dom spał...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

139

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Włodek zapiął płaszcz szczelnie i obróciwszy w zgrzytliwej furtce dwa razy kluczem, ruszył w noc. Z nim razem – u jego nóg szedł Sidi, którego żadna siła nie zatrzymałaby w domu, wtedy, kiedy Jego pan niebezpieczną, bo nocną przedsiębierze wędrówkę. Przechodząc koło fabryki, Włodek zatrzymał się. A może pracuje dziś na fajerant?... Gdyby się tak zapytać?. Z okna portierni padało światło na czarne, okalające fabrykę sztachety. Światło dodaje odwagi. Włodek nacisnął klamkę, Stary, zaspany portier wysłuchał. – Stach Lemański?... A gdzie pracuje?... – W warsztacie elektrycznym:... – Zaraz zobaczę... – podszedł do szafki i sprawdził znajdujące się w niej karty pracujących na fajerant: – Nie... Nie ma. W warsztacie elektrycznym nie pracuje dzisiaj nikt na fajerant... Brama domu, w którym mieszkał Stach była już dawno zamknięta. Dozorca zagadnął Włodka – A Pan do kogo'?.. Do Pana Stanisława Lemańskiego, sublokatora pani Plucińskiej. – Do którego?... do tego smukłego, czarnego?... –Tak. – To nie ma Pan po co iść, już go tam nie ma… – Nie ma!? Ale co Pan mówi, on przecież tu mieszka... – Mieszkał do wczoraj, ale go te dwie baby wyrzuciły... – Może Pan się myli, może to nie jego… – Co mi Pan tu będzie mówił, że się mylę, albo to nie wiem, co się w moim domu dzieje... Wyrzuciły go te stare niespodziewanie, że nawet nie wiedział

gdzie iść i kuferek u mnie zostawił, bo nie miał go gdzie podziać… – Okropne! no i gdzie poszedł?... – A boja wiem... – Pozwoliłem mu u siebie zostawić kuferek, to zostawił i poszedł a gdzie poszedł, to nie wiem…
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

140

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Włodek pomyślał, – a więc słusznie się niepokoiłem, słusznie... Trzeba go szukać, trzeba!... Ale gdzie?.. – Dobranoc Panu... powiedział dozorcy... – Dobranoc!.. Panie!.. Panie!.. dozorca zatrzymał odchodzącego Władka... A jak Pan znajdzie tego młodego, to niech Pan mu powie, żeby sobie zabrał swój kuferek... – Dobrze, powiem… Brama zawarła się. Włodek rozejrzał się po ulicy. Noc, pusto, godzina może dwunasta, może pierwsza, wiatr wieje, zimno...,. Sidi, gdzie będziemy szukali Stacha, gdzie? Powiedz piesku... Poszli ulicą,... jedną,... drugą..:..

Włodek pytał spotykanych policjantów, szukał na ławkach miejskich, w ciemnych, osłoniętych bramach, zaglądał do rowów... Całą noc z ulicy w ulicę... Słaby świt pojawił się na niebie. Włodek czuł się już zmęczony szukaniem całonocnym... bezskutecznym... Tak szukać to można dwa tygodnie – szukaj igły w stogu siana...

mówił do siebie, miasto duże, ulic dziesiątki...

Całą noc bezskutecznie przewędrowałem. Znalazł się na drodze za miastem. Cóż to za światełko tam? To pewnie Pekin. Tak, to osiedle robotnicze Pekin… Gdzie mnie też licho niesie!... Chciał zawrócić, gwizdnął na Sidiego. Psa nie było... – Sidi... Sidi!... z dołu szedł łoskot od

Odpowiedział mu wiatr pojękliwym szumem...

Wielkiego Pieca… W zachodniej stronie czerniało coś, jak wielka chmura... hałda… Robiło się coraz widniej. – Siidiii!... Gdzież się ten pies podział!... Zapadł się pod ziemię, czy co?... Sidi!.., Siiidiii... Odpowiedziało mu odległe naszczekiwanie gdzieś ze środka wielkiego świeżo zoranego pola... – Sidi… Siiidiii!… chodź tutaj.

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

141

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Odpowiedziało mu znów naszczekiwanie jak gdyby wołanie... szczekał raz po raz i oddalał się...

Pies

– Cóż ten pies tam znalazł, może myszy?... Jemu się chce polować, a ja ledwo nogami powłóczę, zbiję ja mu skórę, zbiję; jak go schwycę... Zrobiło się całkiem widno... Włodek rozejrzał się. Szedł środkiem wielkiego, świeżo zoranego pola. Pole zorane, zbronowane. Z boku wielkiego pola czernił się łan kartofli, stamtąd dochodziło szczekanie. Nagle Włodek pochylił się... Ślady!... tak ślady!... nierówne, powikłane... Sidi!... zaraz …

czyżby?... Włodek popędził ze wszystkich sił w stronę psa... Dopadł kartofliska, przesadził je w trzech susach... – Sidi! Rany Boskie!... Stach... Stachu... Leżał w niskim wgłębieniu w trawie; pośród białych, wapiennych kamieni, z twarzą zwróconą ku niebu, nieprzytomny, zda się bez życia... Puls?... bije?... puls... bije?.. Słabo… bije… Uspokoił się i zebrał w sobie... No, Włodziu, energicznie, powiedział do

siebie. Trzeba go ubrać natychmiast… trzeba go przewieźć... Pierwszego napotkanego furmana co po węgiel jechał, nakłonił do zabrania chorego. Dnia tego Otoński nie poszedł do biura...

 Jen czekała półtorej godziny owego popołudnia bezskutecznie. Pewnie dzisiaj nie przyjdzie, pomyślała i zrobiło jej się niewymownie przykro... Dlaczego nie przychodzi? Musiało się coś niezwykłego wydarzyć?...:. Ale przecież powinien przyjść. Wie, że będę tu czekała… Siedzę już tak długo. Wszyscy oglądają mnie jakbym była dziwolągiem... Podniosła się z ławki…



mężczyźni, kobiety, ale jego sylwetki nie widać… Łzy zakręciły się w jej oczach

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

142

Pójdę już chyba... Popatrzyła w koniec alei... może nadejdzie. Przechodzą

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Dlaczego nie przyszedł?... dlaczego?... listków akacjowych i poszła w stronę domu...

Otrząsnęła suknię z małych

Stach… Myślała o nim coraz natarczywiej i w domu nie mogła nic robić… Nie, musiało się zdarzyć coś niezwykłego… może zachorował... Albo, co nie daj Boże, wypadek w fabryce… Tak, to pewnie jakiś wypadek bo przecież sam przyszedłby… na pewno przyszedłby… Ubrała się ponownie włożyła kapelusz i pojechała na Konstantynowską. Dom, w którym mieszkał Stach, znała. Mała dziewczynka wskazała jej mieszkanie pani Plucińskiej... Zapukała do drzwi delikatnie, nieśmiało. – Proszę – odpowiedziały dwa głosy jednocześnie… Weszła... W mieszkaniu panował półmrok, skąpe światło szło od okna z podwórza… – Aaaaa... – zaskrzeczał jeden głos zdziwieniem... Jen ukłoniła się w stronę panny Praksedy i pani Plucińskiej... … Przepraszam Panie bardzo.:.. Czy pan Stanisław Lemański wrócił z pracy?… – Owszem,... panienka chciała?... – Pragnęłabym widzieć się z panem Lemańskim. – Widzieć!… Proszę, jak się to nie wstydzi!... – Do kawalera, do mieszkania przychodzi!... domu!... Tfu!... Hańba!… Panienka z porządnego wycedziła wolno panna Prakseda… – a bo co?... Co

Pani Plucińska zrobiła gest… Cicho bądź Praksiu, ja powiem… Pana Lemańskiego nie ma i nie będzie, bośmy go wyrzuciły z mieszkania… Owszem przyszedł z fabryki dzisiaj, ale musiał natychmiast spakować sw oje manatki i wynosić się… Gdzie poszedł nie wiem. A teraz powiem... u mnie niech panienka pana Lemańskiego nie szuka, bo u mnie dom za porządny… Do widzenia!... Jen stała blada... osłupiała... Wykrztusiła ze ściśniętego gardła –

dowidzenia – i wyszła... W ślad za nią popełznął, jak gad, śmiech – rechot i
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

143

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

prześladował ją długo jeszcze tej nocy, kiedy zapłakana nie mogła zasnąć w swoim różowym pokoju. Na drugi dzień nie mogła się uspokoić i ani miejsca sobie znaleźć. Gały dzień myślała o Stachu... Może list napisze, zna przecież mój adres... napisać list... było udręką... W nocy spała niespokojnie i na trzeci dzień od samego rana wyglądała listonosza. Gdy go zobaczyła, wybiegła mu naprzeciw... Ale listu od Stacha nie było... Poszła do domu z mocnym postanowieniem: Nie! nie będę czekała, pójdę przed fabrykę. Ubrała się i wyszła. Czuła się strasznie sama... Zatrzymała się u wejścia w pobliżu fabryki... poczeka... Serce zabiło jej mocniej, kiedy syrena dała Ale list nie przyszedł... może jutro... Może

czekanie na wiadomość

znak zakończenia pracy… Zobaczę go, myślała gorączkowo... Robotnicy wpłynęli z bramy czarnym strumieniem, który dalej, za fabryką, rozwidlał się na kilka mniejszych… Szli jeden za drugim, jeden za drugim… Oczy Jen latały... ten... Nie ten... nie ten... nie ten... nie ten... nie ten... nie

Tyle twarzy już przeszło, a żadna nie była twarzą Stacha… Lęk jakiś

dziwny, nieokreślony wkradł się w serce. Robotników było coraz mniej, wychodzili już tylko pojedynczo w odstępach… Wtem ktoś stanął przed nią... Twarz mała, wyschła, nos mały, usta

bezzębne, na nosie okulary... Skąd ona zna tę twarz. Widywała ją już dawniej, kiedy czekała przed tą bramą na Stacha... Trenciok..... Cóż on chce... – Panienki kochanego wyrzucili z fabryki... wyrzucili... he... hee... Trenciok... Tak, stary

Zrobił szkodę na parę tysięcy... Wzięli za halsztuk i wyrzucili... tak!.. Zrobił odpowiedni ruch ręką… Oczy Jen zaokrągliły się przestrachem. – Ale co to panienka będzie się trapić... Co?... Taka ładna, z grabna panienka... Chłopców jest jak psów na świecie...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

144

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Ostatnich słów nie słyszała, szła do domu prędko... Prędko... Być jak najprędzej u siebie... Kiedy przechodziła przed domem, firanka w gabinecie ojca poruszyła się... Jen tego nie spostrzegła...

Drzwi wejściowe otwarła szybko i pobiegła po schodach na górę... drzwi do jej pokoju były lekko uchylone... Nareszcie u siebie... dzisiejsza?... tak!

Gazeta!?… co u niej na stole robi gazeta popołudniowa… Rzuciła po niej, okiem... miejscu czerwono podkreślonym... nabrzmiały... Co!...

nagle wzrok jej zatrzymał się w co!... zaraz!... Skronie jej

oczy rozszerzyły się… twarz stężała skurczem zgrozy... W

rubryce "wypadki miejskie" widniało podkreślone czerwonym ołówkiem…

ŻYWCEM SPALONY! Dziś w godzinach rannych posterunkowy Komisariatu Y natknął się u podnóża Wielkiej Hałdy na zwęglone zwłoki młodego człowieka. Ze znalezionych dokumentów wynika, że jest to dziewiętnastoletni Stanisław Lemański, były terminator fabryki Gardo-Hammer. Krewni i znajomi zmarłego proszeni są o przybycie do Komisariatu Y, w celu zajęcia się pogrzebem, odebrania dokumentów i niewielkiej sumy pieniężnej, którą przy tragicznie zmarłym znaleziono.

Przeczytała raz, drugi, a potem zachwiała się na nogach, jakby w nią wielki wiatr uderzył, ręką przycisnęła serce... mocno ścisnęła powieki i z jękiem osunęła się na podłogę... W tej chwili drzwi się otwarły i do pokoju córki wszedł profesor. Podbiegł szybko do zemdlonej, podniósł ją i położył troskliwie na szezlongu... Z pomocą służącej cucił długo..., Otwarła wreszcie oczy, popatrzyła krótko na pochylone nad nią twarze i zemdlała z powrotem. Leżała tak z zamkniętymi oczyma może godzinę, może dwie. Ojca ogarnął niepokój…

Odchyliła powieki... – Niepotrzebny… powiedziała cicho... nic mi nie jest... zostawcie mnie samą... Proszę...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

145

– Jen, zawezwiemy doktora?...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Nie, samą cię nie zostawię... Marynia będzie czuwała przy tobie... ja wyjdę, jeśli tego chcesz?... Nie zrobiła żadnego gestu, nie zatrzymywała, nie prosiła, nie płakała, nie żaliła się... Leżała tak z zamkniętymi oczyma, obojętna, zimna, bez serca...

Jak gdyby nie jego córka... jak gdyby obca. Profesor podniósł się ciężko i na palcach cicho wyszedł z pokoju… Za drzwiami przystanął i przesunął ręką po czole... Za parę dni przyjedzie Kid, do tego czasu załatwi się wszystkie, potrzebne Jen do wyjazdu zagranicę, dokumenty. Jeszcze tydzień będzie córka z nim, a potem wyjedzie do Anglii, – tam łatwiej przechoruje swoją miłość... Jen...

Zszedł do gabinetu i usiadł przy biurku... Ręką bezwiednie sięgnął do bocznej szuflady po gruby, szary brulion... Przerzucił parę kartek, przeczytał i odszedł wspomnieniem daleko.., zamyślił się... zasłuchał... wokoło, a profesorowi zdało się, że słyszy kroki... smutnej starości... ... Powoli, jak gdyby z żalem, ujął pióro i pisał... Jen – Ty byłaś radością mego życia i już nigdy nie wrócą chwile, które w twym dzieciństwie przeżyłem... Czas nieubłaganie kroczy naprzód... Cicho było

kroki idącej ku niemu

rośniemy, dojrzewamy, a potem starzejemy się i więdniemy, i gdzieś bezpowrotnie odchodzi poezja, która jest udziałem młodości i wiosny... W tydzień później przyjechał Kid. Przyjechał w nocy z hałasem i wrzawą jak każdy reporter. Obudził psa... Przestraszył Marysię. Profesora rozrzewnił swoim pięknym, polskim akcentem, werwą i mocnym uściskiem, – ale spoważniał przy witaniu się z Jen. Spojrzał na nią przenikliwie, zagadnął a potem zaczął pogodnie rozmawiać o rzeczach, które nie wywołują żadnych wspomnień, powoli absorbują i dają odpocznienie. Kid, dobry psycholog, domyślił się i współczuł… –...odpoczniesz jutro, a pojutrze będziesz mógł zwiedzić Sosnowiec... zapowiada się na ładną pogodę, powiedział profesor Kidowi na dobranoc.

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

146

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


U Otońskich już drugi tydzień rozmawiano szeptem. Doktór przychodził dwa razy dziennie i kiwał beznadziejnie głową... Ostre zapalenie płuc, przy tak zbiedzonym organizmie mogło się skończyć tylko śmiertelnie. Pan Otoński, jego żona i Włodek czuwali przy Stachu na zmianę, bo kata strofa mogła nastąpić lada chwila... Przykładano choremu do głowy lód, wlewano przemocą do ust lekarstwo... Chwilami rzucał się na łóżku jak ryba, zaciskał i otwierał pięści i bredził... bredził... ...Panie Pik!... motor kręci się, wiruje... strzela… dymi!... Uważaj... się... Pali... ludzie patrzcie!... Pali

idą takie koła czerwone, trójkąty czerwone... trzymaj!... ooo... lecę!:.,

koła małe... duże... Włodek trzymaj mnie, bo lecę!... spadam!... zabiję się!... zabiję się... zabiję!... ooo...

Pan Otoński zmienił się. Stał się nerwowy i milczący, choroba Stacha pochłonęła go całkowicie. Godzinami siedział przy łóżku i mierzył temperaturę, zmieniał kompresy, dawał lekarstwa... Robił w zastępstwie doktora zastrzyki... Na twarzy jego i w oczach malowała się zawziętość. Wydrzeć śmierci to młode życie... wydrzeć... Najwięcej wyczerpywały chorego ataki gorączki, przychodziła nagle, targała nim i spychała na dno boleści... Widzenia rozmaite prześladowały

go, rzucał się i podnosił z siłą niewytłumaczoną. A potem, po ataku leżał nieruchomo, mokry od potu z tlącą się iskierką życia... Czasem zrywał się i siadał na łóżku i patrzył nieprzytomnie na czuwających przy nim. Raz wlepił w Otońskiego płonące oczy. – Ojcze! ach Ojcze!... dobrze, że jesteś... chodźmy stąd... chodźmy!…

ojcze, zaśpiewam ci piosenkę, twoją ulubioną piosenkę… Jak szybko mija życie…

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

147

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Jak szybko mija czas… ojcze czemu jesteś taki biały?... taki biało-czerwony? – Ach wiem, ty mieszkasz w Wielkim Piecu... O! ooo jak gorąco... jak

gorąco... Nie ciągnij mnie tam, ojcze!... Ty mnie przyklejasz do Wielkiego Pieca!... Oooo!

– Połóż się, połóż – uspakajał Otoński i kładł chorego na poduszki. – Ty nie jesteś mój ojciec... Ty nie jesteś... Stach dzwonił zębami... – Panie Majster!... panie Majster... robię przecież, robię!... panie

Majster... woda!... woda!... zimno… brrr… – Poci się – zauważył doktór, który wszedł w tej chwili. Pochylili się obaj nad chorym. – Przycichł… – Ale niech pan doktór zauważy, jak on się zmienia na twarzy... – Tak... i oddech coraz słabszy... koniec?… Otoński podniósł się wzburzony... – Czy naprawdę jesteśmy bezsilni, panie doktorze!?... Niech pan coś radzi, proszę pana... nikogo!... Doktór uśmiechnął się blado. – Medycyna, proszę pana, tylko trochę pomaga organizmowi w zwalczaniu choroby... nic więcej..., nic więcej... Jeśli sam organizm nie zwycięży choroby, to medycyna może tylko odsunąć moment skonania na czas krótki... I nic więcej, proszę pana... Otoński opuścił głowę… Chory miał twarz jak opłatek, ustami chwytał powietrze... palce i nic więcej... Ten chłopiec to tak, jak gdyby i Pański syn, bo on nie ma tętno wolniejsze... czyżby to już

pracowały nerwowo. Grube krople potu wystąpiły na twarz. Doktór pochylił się nad chorym i patrzył weń długo, długo, jak gdyby chciał przeniknąć odwieczną walkę życia ze śmiercią... – To ostatnia próba, powiedział po chwili – szeptem. – Teraz albo nastąpi przesilenie, albo katastrofa…

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

148

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Do pokoju weszli pozostali członkowie rodziny. Włodek stanął na boku.. Nie mógł patrzeć na łóżko... Głupie łzy, wstyd naprawdę... Do oczu cisnęły mu się łzy, – a tu tyle ludzi… odwrócił się w stronę okna...

Pani Otońska stanęła u wezgłowia z chusteczką przy oczach. Doktór trzymał chorego za puls i patrzył mu w twarz z natężeniem... Zaległa cisza

tak wielka, że słychać było tykanie zegara z trzeciego poko ju. Minuta... dwie... trzy... dziesięć... piętnaście... dwadzieścia... o to już chyba

trwa wiek… Chory podniósł powieki o parę milimetrów, spieczone wargi zamknęły się... – On coś mówi, panie doktorze, to widać po ruchu warg, – odezwał się drżącym głosem Otoński… Doktór pochylił się jeszcze bardziej nad chorym... Chory podniósł powieki o parę milimetrów, spieczone wargi zamknęły się... – On coś mówi, panie doktorze, to widać po ruchu warg, odezwał się drżącym głosem Otoński… Doktór pochylił się jeszcze bardziej nad chorym... – Pić... pić... Doktór napełnił szybko łyżkę jedną, drugą, trzecią. Chory westchnął wolno… – Puls... Cisza... zaraz zobaczymy puls… wszyscy patrzą na pochyloną, skupioną twarz...

– No wiecie państwo, rogata dusza siedzi w tym młodym człowieku – powiedział doktór po chwili z jasnym uśmiechem – będą jeszcze z niego ludzie..., będą... Zostawmy go tak... niech pan, kawalerze, zasłoni okno –

zwrócił się do Włodka... Włodek nie mógł znaleźć sznura od story, ręce trzęsły mu się, śmiał się i płakał na przemian. Zasłonił okno i wyrwał się z domu. W pole pobiegł za miasto, aby się nacieszyć i aby dać folgę radości co go rozpierała...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

149

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

–... uratowany Stach!...

uratowany!... – wrzeszczał jak dzikus, aż

pastuszkowie kóz poczęli się za nim oglądać z lękiem.


 Słońce zachodziło czerwono i dymy ognisk pastuszych wiły się w górę, podobnie skręconym, czarnym i błękitnawym kolumienkom. Zapowiadało się na trwałą pogodę. Pogoda następnego dnia była cudowna. Jesień polska kapryśna i zmienna zachłysnęła przed ludźmi najpiękniejszym swym dniem. Kid ubrał się spiesznie i wyszedł na miasto. Na postoju dorożek zatrzymał się, popatrzył na dorożkarzy. Wybierał z wyglądu... Ten nie, tamten nie... O!

ten. Twarz ciekawa, oczy rozumne, a przy tym ta pewność siebie i zawadiackość w postawie... Podszedł do dorożkarza. – Dawno jeździcie dorożką? – Od urodzenia, Panie, od urodzenia, mój ojciec był dorożkarzem i dziadek też... – To znacie Sosnowiec dobrze?... – Panie! Sosnowiec to znam tak, że mógłbym z zawiązanymi oczyma trafić w każdy kąt. – Obwieziecie mnie więc po Sosnowcu... – Proszę, niech Pan siada. Wio!... – Lubicie swój Sosnowiec?... – Panie, kawał świata objechałem, podczas wojny – to człowiek się obijał po różnych większych miastach... W Berlinie byłem, bo w niewoli niemieckiej mnie trzymali... Przez Paryż przejeżdżałem, bom we Francji pracował jako

robotnik, ale mnie się tylko Sosnowiec podoba, Panie – tylko Sosnowiec.

– Bo widzi Pan, tu się urodziłem, tu pochowałem ojca i matkę, tu się człowiek cieszył i płakał w dzieciństwie…

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

150

– A dlaczego?...

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– …to dlatego...

I nawet jak byłem daleko i było mi dobrze, to zawsze to

miejsce wspominałem... Reporter wyjął notes i zaczął zapisywać swoje spostrzeżenia. Dorożka trzęsła nim i na papierze powstawały kulfony... Jechali tak przeszło godzinę... – To wszystko Sosnowiec?... – Tak, Panie – Sosnowiec... – A to co za fabryka?... – Tu kotły wyrabiają takie, że pierwsze skrzypce... – To takie kotły orkiestrowe? – Jakie tam orkiestrowe!... – No, takie do łaźni... Na parę... i diabli ich

No i lokomotywy, i mosty, i domy...

wiedzą co jeszcze... a przed wojną – to pewnie i samowary wyrabiali i do Besarabii wysyłali… – Gdzie? – Do Besarabii... – A gdzie to jest?... – No, gdzieś za morzem pewnie... chyba, że za morzem... Wio!...

Słońce przygrzewało, reporter kazał zatrzymać przed napotkanym barem. Wysiadł, wypił dwa kieliszki i zabrał do dorożki syfon wody i flaszkę wyborowej... Jechali dalej… Na ulicach, nie mających gładkich nawierzchni,

wybrukowanych kocimi łbami, dorożka chybotała się jak łódź na wodzie, z fali na falę... – To jeszcze Sosnowiec? – Tak, to Sosnowiec... – Czy nie moglibyśmy jechać prędzej, zdaje mi się, że my za wolno jedziemy… – Jeszcze prędzej??... Nie Panie, kobyła nie wróbel, nie pofrunie, a i tak jedziemy więcej w powietrzu, niż na ziemi.

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

151

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Kid spojrzał bokiem na konia, Rosynant, pomyślał. Szkapa była stworzeniem, przemyślnym... Służyła swemu panu wiernie od wielu lat i znała bruki sosnowieckie jak swój worek z obrokiem... metodę galopowania... Miała przy tym własną

Metoda polegała na tym, że kobyła szeroko

przebierała kopytami w powietrzu i podrzucała zadem, jak hyżo pędzący rumak, a w istocie stała w miejscu, ledwo ciągnąc dorożkę ... Przy tych

podrygach pojazd trząsł się mocno, tak, że pasażer i woźnica mieli wrażenie, że jadą ze średnią prędkością. Tak, to rutynowana szkapa dorożkarska umie oszczędzać swe siły… Jechali chwilę w milczeniu... – A to co za fabryka? – Rułkownia – Co tam wyrabiają? – Ruły… – Co? – Ruły… No, nie wie Pan? jak złożę rękę w trąbkę to co będzie?… – Trąbka… – Nie, bo ruła... – I oni tam takie wyrabiają?... – Eee... tam takie... Lepsze, takie jak stąd do Gdyni… – Ou... – No tak, Panie, żeby taki ruch miał... Słońce przygrzewało coraz mocniej. Dorożkarz, odwrócony i pochylony w stronę pasażera, pokazywał część miasta, położoną nad Przemszą. – I to wszystko Sosnowiec?… – Tak, to furt Sosnowiec… Wyborowej i wody w syfonie ubywało… Reporter rozpiął kołnierzyk i kazał postawić budę… Słońce prażyło. – A to co za fabryka?...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

152

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– W tej i w tamtej, cośmy przejeżdżali, wigonię obrabiają. To wielkie fabryki, Panie... wysyłają swoje wyroby do tych kitajców z warkoczami, do

czarnych ludów i do Argentyny też... – A co to jest wigoń? – Wigoń? Hm – nie wie Pan co to jest wigoń?… – Nie. Dorożkarz wzruszył rozpaczliwie ramionami. – Wigoń to jest… to są… kudły baranie, wełna, bawełna i nici – I nici? – I nici… Pracują tu same kobiety, nazywają je mężczyźni szpulami, albo niciami… Jest nawet taka piosenka o niciach, nie wiem, czy Pan zna?... – Nie, nie znam… Zaśpiewajcie… Ukradli nici, Ukradli nici, Bandyci... Oddajcież nici, Oddajcież nici, Bandyci... – I czy to jeszcze Sosnowiec?... – Tak. – A cóż to za miasto. Londyn zwiedzałem autokarem, Wiedeń i Paryż taksówką, ale nigdzie nie trwało to tak długo... – Jechali znów chwilę w milczeniu… Na jednej z ulic zaleciało ostrym, kwaśnym zapachem... – Cóż to za zapach, że aż w nosie kręci... – Bo to, widzi Pan, w Sosnowcu jest dużo chemicznych fabryk. – Tak, a co wyrabiają? – Wszystko i wagonami odsyłają rozmaite sody, siarki, azoty, zajzajery i inne lekarstwa... Tak, Panie!... – Długo to jeszcze będziemy jechali? – Jak się skończy, to staniemy. Uf... gorąco... Wyborowej i wody sodowej nie było już ani kropli.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

153

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Czuję, że od tego wstrząsania dostanę morskiej choroby – mówił sobie reporter... Leżał na oparciu i patrzył leniwie w kierunku, który mu

pokazywał dorożkarz. – Widzi Pan tę hutę? Dawniej nazywała się Aleksander, bo ten car, psia noga, uparł się, żeby jego imieniem tę hutę nazwać... Inaczej, mówi, na żaden odlew nie pozwolę... No i nazwał… Ale jak cara zabrakło, to ludzie w try

miga zmienili i teraz nazywa się inaczej. Był nawet taki wierszyk o tym. Aleksander poszedł na wander... Kupił buty za trzy guty A trzewiki za dwa śpiki Rudi ludi tudi bum... – Ou, ładne... całkiem ładne – Phi, Panie, – my tu lepsze umiemy, mój szwagier raz taki wierszyk ułożył, że cała rodzina pochorowała się od śmiechu. Tak, Panie, żebym taki ruch miał... Przejeżdżali obok kopalni. – Dużo tu macie kopalń? – A jest ich tu sporo... Ale na dół – to górnicy byle kogo nie wpuszczają, – bo skarbnik mógłby się obrazić. – Któż to jest ten skarbnik? – Jak to – nie wie Pan, że każda kopalnia ma swego skarbnika, który siedzi pod ziemią i pilnuje tam porządku?... Raz jeden taki, z gazety wycięty

reporter, czy jak to mówią, zjechał do kopalni i zaczyna tam sobie gwizdać i świstać… Górnicy przestrzegali go delikatnie... gwizdać nie wolno, bo się skarbnik obrazi... zamknij Pan mordę, tu a ten reporter nic, tylko

gwiżdże dalej, a potem mówi... Jaki tam skarbnik, bzdury, panowie górnicy, bzdury... niewierzcie w duchów... ledwo to powiedział, a tu jak go coś nie

wyrżnie ni stąd, ni zowąd pacyną węgla w łeb – to do dzisiejszego dnia guz mu nad lewym uchem... został... żartów… Wio!..
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

Tak, Panie, ze skarbnikiem to nie ma

154

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Kid wrócił do domu około piątej i pod wieczór spał się położył – ale, kiedy noc otuliła miasto i zapłonęły światła uliczne, wstał, ubrał się i wyszedł... Cień jego majaczył chwilę w pustej ulicy, a potem zagubił się na zakręcie... Nocą sylwetki ludzkie podobne są do siebie, przeto cień, zaglądający do okien, za którymi słychać było płacz głodnych, drobnych dzieci, podobny był do cienia, który później w innym miejscu przyglądał się pracy nocnych robotników, który słuchał wymownego, podziemnego dudnienia łub odchylony długo patrzył w niebo... Kid wrócił do domu nad ranem milczący, zamyślony... – Co robił tej nocy Kid?... Co widział?... Co słyszał?…

Może zgrzytliwy Wielki Piec opowiedział mu długą już historię ludzi ubogich?... może maszyny hal fabrycznych wystukały mu odległym rytmem

opowieść o tęsknotach innych maszyn... maszyn-ludzi?... ... a może otworzył przed nim swoje serce, stróżujący nad miastem, gwiaździsty Orion?...


 Stach wracał szybko do zdrowia. Po paru dniach mógł już siąść na łóżku, a nie minęło półtora tygodnia, kiedy o własnych siłach wyszedł na werandę. Osłabienie mijało, a serdeczność i ciepła atmosfera domu Otońskich przyczyniły się do rychłego powrotu do zdrowia. Stach zdawał sobie sprawę jak wielkie zobowiązanie wobec Otońskich zaciągnął. Czymże ja im zapłacę, myślał... czym?... Przecież trzeba by im,

ludzką miarą mierząc, górę złota postawić, a ja im mogę tylko podziękować i odejść z tym długiem wdzięczności.

odejść… gdzie?… gdzie iść?... Przed siebie, za pracą..., Przed siebie... za pracą... Wspomnienia dni minionych wróciły. Śmierć ojca, babki, pobyt w

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

155

A teraz muszę wyzdrowieć jak najprędzej i odejść...

odejść... Gdzie

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

warsztacie... Machalik... Pik, kompresor...

i potem ta noc, kiedy się było

niepotrzebnym, – wyrzuconym od ludzi... Musi wyzdrowieć jak najprędzej i odejść na poniewierkę od dnia do nocy, jak zresztą każdy bezrobotny... Tamto życie w warsztacie było ciężkie, ale była Jen, były godziny z nią ... Jen... – Jakże ma się nasz chory – odezwał się wesoły głos. Otoński wszedł do pokoju... – Dziękuję, już całkiem dobrze, za parę dni wstanę zupełnie – myślę właśnie czym ja to Państwu zapłacę? czym?... Otoński popatrzył na Stacha. – Właśnie i ja myślałem o tym, bo bez zapłaty, widzi Pan, nie obejdzie się, nie! Musi Pan zapłacić... Ja już obmyśliłem nawet sposób, w jaki sobie Na dniach, za tydzień

ściągnę tę należność od Pana... Niech Pan słucha... powinien Włodek wyjechać na studia do Warszawy...

– A więc i Włodka stracę – pomyślał Stach – i oczy posmutniały mu jeszcze bardziej… –...powinien, ale nie chce – powiedział Pan Otoński dramatycznie. – Dlaczego nic chce?., dlaczego? obruszył się Stach. – O, niech Pan pozwoli, ja go przekonam... swą wiedzę. – Ja mu też tak mówiłem, ale on nie chce... nie chce!... – Studiować nie chce? – Studiować chce… – Więc co? – Nie chce sam jechać na studia… – A z kim?... – Z panem… – Ze mną?... Ale przecież?... Przecież to najwyższa radość móc pogłębiać

albo nie jest?
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

– Żadne przecież, panie Stasiu, żadne przecież, jest Pan moim dłużnikiem

156

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Jestem. – Więc pojedzie Pan na studia z Włodkiem. Stach patrzył na Otońskiego oszołomiony, zaskoczony, bezradny – miał minę człowieka, któremu ni stąd, ni z owąd mówią o wielkiej wygranej ... – Ale przecież wtedy dług mój nie zmniejszy się, a wzrośnie... – Przeciwnie, proszę Pana, przeciwnie... My w Warszawie nie mamy rodziny. Włodek byłby sam.., Daleko od domu, mniejsze poczucie odpowiedzialności... nie liczenie się z uciekającym czasem... Zresztą, ja Włodkowi ufam zupełnie, ale jeśli pojedziecie razem będę pewniejszy... Włodek ma miękki, słaby charakter, a przy Panu będzie się więcej przykładał do nauki... Wierzę, że przy Panu wyrobi się na samodzielnego, niezależnego Nie mówię tego, żeby syn mój był mi ciężarem, albo

życiowo człowieka...

żebym chciał go odsunąć od mojej kieszeni… nie, nie mówię tego z tą myślą. Mówię to dlatego, że im dziecko łatwiej radzi sobie w życiu, im bardziej jest samowystarczalne i niezależne, tym większy spokój ojca... Ale sprawy materialne są nieważne, ostatnią koszulę gotów jestem sprzedać byle dziecko moje spokojnie szło ku swojej przyszłości, ale żeby szło, żeby nie stawało. Bo w życiu młodego człowieka szkoda każdego dnia, każdego dnia

zmarnowanego. Każdy dzień młodego powinien być albo prawdziwą, podniosłą zabawą, pełną radości i zadowolenia, albo prawdziwą pracą. Oto, widzi Pan, dlaczego chcę, żeby Pan pojechał z Włodkiem. Pan, jako jego przyjaciel, jest bardzo bliski memu domowi. Zresztą, żeby Pan był w zgodzie z sobą możemy ustalić, że wszelka pomoc z mojej strony będzie tylko pożyczką, zwrotną pożyczką... My się tu na czas waszych studiów ściśniemy

w wydatkach i ile będę mógł, tyle wam poślę... Czesne, co prawda, będzie podwójne; chociaż Pan, jako biedny i bez rodziców uzyska na pewno ulgę w opłacie... A w końcu piszcie nam o swoich powodzeniach i niepowodzeniach szczerze, a, my będziemy was podtrzymywali – ile sił starczy... Stach milczał. Nie wiedział co powiedzieć, słów mu brakowało, uścisnąłby Otońskiemu rękę...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

157

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Więc nie odmawia Pan i przystanie na moją prośbę – panie Stasiu? Przytaknął głową. – Studia były moim skrytym marzeniem – wymamrotał, nie mam słów podzięki... Chciałbym Pana zapewnić, że damy sobie radę z Włodkiem, że

studia pójdą gładko – i że na pewno nie będziemy ciężarem, ale to byłyby słowa... będę się starał ze wszystkich sił...

– Tak, tatusiu, damy sobie na pewno radę – dopowiedział Włodek, który w tej chwili wszedł do pokoju. – Dwóch takich młodych, zdrowych dryblasów... obejdzie się później bez Tatusiowej gotówki, – aby tylko na początek... bo rozumie Tatuś, każdy początek jest trudny... Otońskiemu zwilgotniały oczy... – Niech Pan uważa nasz dom za swój, panie Stasiu – proszę – zupełnie za swój... powiedział jeszcze i wyszedł. Przyjaciele zostali sami, uścisnęli sobie ręce serdecznie. – Więc to Ty zmieniasz wszystko w mym życiu – odezwał się Stach. – Trochę ja, – a przeważnie ojciec. 1 to był właściwie jego projekt. Ja, to widzisz, tylko dlatego, że nie chciałem, abyśmy się rozstawali. Od dzieciństwa idziemy razem, dlaczego mielibyśmy się teraz rozstać – tym bardziej, że wiedziałem, że wyższe studia są, twoim ukry tym marzeniem.. A przy tym, uważasz, we dwóch zawsze raźniej. Ty będziesz mnie trochę poganiał, bo ja, jak wiesz, leń jestem, a ty natura solidna, pracowita, to i sam przykład wystarczy. Będziemy pracowali razem i jeden drugiego wesprze... prawda?... – Przede wszystkim będę dążył żebyśmy nie ciążyli u ojcowskiej kieszeni – zdecydował Stach... – Oj! to już mniej ważne, ważniejsze, że nie rozstaniemy się i kwita... A teraz słuchaj, jest sprawa druga, którą chcę z Tobą wyjaśnić, powiedz no, jak to było z tym portfelem? – Z jakim portfelem? – No z twoim, zaginionym...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

158

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Mój portfel zaginiony? Przecież chyba jest w marynarce, w wewnętrznej kieszeni. – Ależ nie ma... nie ma... Obecnie jest u mnie, a do niedawna był w

komisariacie. Znaleziono go przy spalonych przez buły zwłokach, przy Wielkiej Hałdzie. – Co ty opowiadasz, bredzisz chyba... – Masz go, on mi brednie zarzuca. Czytaj! Oto notatka, która pojawiła się w gazecie, tego samego dnia, w którym znalazłem ciebie nieprzytomnego i chorego na polu... Stach przeczytał i osłupiał. – Zupełnie nie rozumiem. – A oto sprostowanie, wydrukowane po trzech dniach. Sprostowanie, wydrukowane na skutek mojej i ojca interwencji. Osobiście udaliśmy się do komisariatu, gdzie złożyliśmy odpowiednie dowody i zaręczyliśmy, że ty żyjesz, że jesteś chory, że znajdujesz się w naszym domu pod nasze opieką i że nie mylimy się zupełnie, co do twojej, osoby. Był nawet posterunkowy, który sprawdził wiarogodność słów naszych. Ale ty nie możesz tego pamiętać, bo leżałeś nieprzytomny w gorączce. Byłeś krótki czas, mój drogi, kompletnym nieboszczykiem, zmarłym śmiercią tragiczną. Byli nawet świadkowie, którzy potwierdzili tożsamość twojej osoby z dowodami znalezionymi przy owych zwłokach. – Więc kto był ten spalony?... – Według zeznania dwóch strażników huty, pilnujących odłożonego surowca, był to niejaki Wiśniewski, złodziej surowca, zwany Felkiem Kuternogą. Może sobie przypomnisz tę noc... Stach zamknął oczy i widać było, że pamięć pracuje z natężeniem... – Przypominam sobie jak przez sen, że ktoś mnie prowadził i podtrzymywał, ale kto to był – nie pamiętam, pewnie to był ten Felek i mówisz, że go spaliło?... –Tak.
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

159

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

– Szkoda chłopca… marnie żył, marnie zginął... Milczeli dłuższą chwilę, każdy był myślami gdzie indziej... – A widzisz?... Przypomniało mi się, należałoby zapłacić mojej byłej Czy w portfelu zostały pieniądze?… było

gospodyni, pani Plucińskiej... czterdzieści złotych…

– Tak, tyle odebraliśmy i Twojej byłej gospodyni zapłaciłem należność za przemieszkany miesiąc. – A kuferek? zostawiłem go u dozorcy? – Odebrałem, on mi nawet pomógł go przynieść, to zacny człowiek. On był tu też, bo świadczył, że Ty jesteś owym Lemańskim, który mieszkał u pani Plucińskiej, do którego należą, znalezione przy zwłokach, dokumenty. – I pani Plucińska też była... Stach uśmiechnął się gorzko... – A słuchaj, Stachu, powiedz mi, co to była za panienka, z którą się spotykałeś?... – Skąd Ty wiesz o tym?... – Pani Plucińska... Pani Plucińska... Stach spojrzał posępnie... – Nie dziś, nie teraz, może kiedy w przyszłości opowiem ci... nie dziś... nie teraz... Włodek nie nalegał... – A wiec za tydzień będziemy w Warszawie, powiedział z radosnym błyskiem w oczach... Poweselali. – Zaczynamy nowy szmat życia… A tak — zaczynamy... Za oknem w ogródku jesień rozpostarła wdzięki swoje – plamami astrów różnokolorowych, białych... żółtych... czerwonych... fioletowych... Jesień... bardzo cię żałowała...

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

160

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Listy wuja Stefana były właściwie wspomnieniami z włóczęgi po dalekim świecie... Przychodziły rzadziej niż listy ciotki Heleny i były dla prof. Jarockiego prawdziwą radością.,.. W ostatnim liście, który nadszedł następnego dnia po wyjeździe Jen i Kida do Anglii, wuj Stefan pisał…

Kochany Andrzeju... Polska powinna mieć własne plantacje bawełny, inaczej – powinna mieć własne kolonie. Już przed Wielką Wojną w trzechleciu od r. 1909 do r. 1911 ówczesne Królestwo Polskie, znajdujące się pod zaborem rosyjskim, sprowadzało za sześćdziesiąt trzy miliony siedemset sześćdziesiąt tysięcy rubli bawełny... W Polsce Niepodległej w trzechleciu od r. 1927 do r. 1929

sprowadziliśmy za osiemset czterdzieści dziewięć milionów trzysta trzydzieści jeden tysięcy złotych bawełny... Gdybyśmy mieli własne kolonie, nie płacilibyśmy złotem zagranicy i nie bogacilibyśmy obcych, ale swoich, a więc siebie... Samodzielna gospodarka kolonialna – to sprawa dla Polski paląca. Na plantacjach bawełny pracowałem trzy razy... bawełna jest rośliną o ciekawej historii – bawełna jest rośliną starą... Znaną była już za czasów Herodota, a Kajusz Pliniusz w swej historii naturalnej pisze, że uprawiano ją w Egipcie, gdzie służyła do wyrobu tkanin. Arabowie rozpowszechniali uprawę bawełny w niektórych okolicach Europy południowej (Hiszpania). W ogóle Arabom narody cywilizowane mają wiele do zawdzięczenia, nie tylko za prace i studia nad medycyną, matematyką, kulturą agrarną i architekturą... Pierwszą plantację bawełny w Ameryce założono w roku 1639 i z czasem Ameryka zajęła przodujące stanowisko w uprawie tej rośliny..., Bawełna rośnie w okolicach ze średnią roczną temperaturą od 29 do 40 stopni. Niemieckie Katon pochodzi od angielskiego cotton, a ten od keton,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

161

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

oznaczającego, z małą odmianą samogłosek we wszystkich językach semickich, bawełnę, i brzmiącego dotąd jeszcze w nowoarabskim kutun... Ogólnie dzielą botanicy roślinę bawełniną na dwie wielkie rodziny: pochodzenia azjatyckiego i amerykańskiego. Gatunków bawełny jest

kilkanaście. Jest bawełna drzewna, która jest rośliną wieloletnią, dochodzącą do sześciu metrów wysokości i rozpowszechnioną w Indiach Wschodnich, Chinach, Egipcie. Jest bawełna barbadoska, roślina zachodnio -indyjska, dochodząca do trzech i pół metra wysokości i odznaczająca się delikatnym, długim, jedwabistym włóknem. Bawełna kiściasta jest gatunkiem krzewowym, dochodzącym do dwóch i pół metra wysokości, uprawiają ją przeważnie w Stanach Ameryki Północnej, a więc w Arkansas, w stanach Luisiana, Teksas, Mississipi i w Południowej i Północnej Karolinie... Bawełna zielna jest gatunkiem przeważnie jednorocznym i owoce jej po dojrzewaniu nie pękają i trzeba je zrywać rękami i obdzierać z łupin... Jeden wprawny robotnik może zerwać dziennie od stu pięćdziesięciu do dwustu kilogramów bawełny... Z pewnej odmiany chińskiej bawełny zielnej, zwanej świętą, noszą bramini swą niefarbowaną odzież, gdyż tkanin farbowanych, jako nieczystych, nosić im nie wolno... Zbiór bawełny nie jest jednoczesny, bawełnę dzieli się na wczesno - i

późno-jesienną. Zbiór bawełny jesienny daje najlepsze włókno... Plagą plantacji bawełny jest gąsienica zwana caterrpiller, która, jeśli opanuje plantację, potrafi ją zniszczyć całkowicie. Bawełnę pakuje się w bele graniaste i okrągłe różnej wielkości, bele ściska się prasami hydraulicznymi o sile miliona i więcej kilogramów. Bawełnę strzelniczą czyli pyroksylinę otrzymuje się przez działanie stężonego kwasu azotowego i siarkowego na otłuszczone oczyszczone włókno bawełniane. Gatunek, znany w handlu pod nazwą Si Ajlend (Sea ísland), jest gatunkiem najwyższym i oznacza się długim, jedwabistym włóknem o odcieniu żółtawym... Na plantacjach bawełny pracowałem trzy razy... Kiedy pracowałem w Nowej Georgii kolumna nasza robotnicza składała się z cudzoziemców... była to zbieranina z całego świata – Niemcy, Rosjanie, Anglicy, Włosi i Francuzi,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

162

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Hiszpanie, Grecy. Polaków było dwóch –ja i Kola Awakum. W głębi Rosji wychowany syn Polaka – zesłańca, bezimienny Kola Awakum. Nieraz mówił do mnie… – Ja z wami Stefan – ja z wami... Budowy był wątłej, ale głos miał piękny, miękki i liryczny, i talent muzyczny niespotykany... Duszę by w kamieniu obudził grą swą cudowną i śpiewem... Naprawdę wierz mi Andrzeju, że śpiewał i akompaniował tak pięknie, tyle uczucia wlewał w swój śpiew, że człowiek słuchał jak kobra.. Była to sztuka prawdziwa – najwyższa sztuka.. Bo podnosiła i dawała zapomnienie… Ale po polsku śpiewał swoje piosenki – i o to poszło... Nacje rozsierdziły się i każda chciała piosenki w swoim duchu i w swoim języku. I zaczęły się grube wyzwiska, a potem bójka. I ich było trzydziestu a nas dwóch. Kola Awakum wyciągnął się od jednego uderzenia, bo miał wielki talent, ale słabe mięśnie, a ja broniłem się długo, długo... na małej estradzie, aż mnie okrwawionego i nieprzytomnego wyrzucili z szopy… Obudziłem się w białym, szpitalnym łóżku i przez dwa tygodnie lizałem się z ran. Zarząd plantacji usunął mnie z pracy, więc po powrocie do zdrowia puściłem się w dalszą włóczęgę i w San Frisko zaciągnąłem się na frachtowiec "Octopus". A Kola Awakum – zapytasz pewnie?... Kola Awakum został monstra – muzykantem w wędrownym cyrku, gdzie zmarnował się jego wielki talent, gdzie go okradano i oszukiwano, ale został, bo poszedł na lep słów, którymi ujął go chytry właściciel, że prawdziwa sztuka jest kosmopolityczną!

Profesor wyjął z biurka blok listowy i zaczął pisać do Londynu. W pierwszych słowach zawiadamiał... Jen i Kid wyjechali... wczoraj wieczorem nocnym pociągiem. Zaopiekujcie się Jen, drodzy moi, dajcie jej dużo ciepła i serdeczności i nie pytajcie o nic. Młodość bywa rozmaita... Jedna obnosi łzy swoje po ludziach i cierpi krótko, inna zamknięta jest i skryta, – ta druga młodość jest boleśniejsza... Proszę, niech Ciocia przy pomni Jen, aby od czasu

Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

163

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

do czasu napisała do mnie list. Czekam na list od niej... L. White to ciekawy człowiek. Jego poglądy na literaturę i sztukę zgadzają się częstokroć z moimi... O Sosnowcu tym razem niewiele będę pisał... Przed rokiem 1902 Sosnowiec był osadą. Przemiana Sosnowca z osady na miasto nastąpiła 14 października 1902 r... Przed rokiem 1902 Sosnowiec był osadą, która leżała w pasie nadgranicznym i w której z tego powodu nie wolno było budować, nie wolno było wznosić domów... Były kopalnie węgla, były huty, byli ludzie, którzy w

tych kopalniach i hutach pracowali, a nie było domów, bo było prawo, które tych domów wznosić nie pozwalało. Ale przed wojną prawo istniało po to, aby je omijano... Przeto ludzie energiczni, przedsiębiorczy, ludzie zdobywcy, którzy są fundamentem, są solą ziemi każdego nowo odkrytego świata, każdego nowo powstającego państwa i każdego nowo budującego się miasta, ludzie tacy zdobyli się na sposób. Otoczyli place płotami z desek, co przecież każdemu na swoim terenie wolno i na osłonięte place zwozili wapno, cegłę, piasek, a kiedy materiał mieli chyłkiem budowali domy... W ten sposób rosły, jak grzyby po deszczu, trzy i cztero-piętrowe kamienice w miejscach nawet pryncypalnych. Stójkowy, inaczej tak zwany policjant, dziwił się, spluwał z niedowierzaniem, w końcu pisał protokół i odsyłał drogą urzędową do odpowiednich władz... Każda sprawa urzędowa, od początku do schyłku świata, załatwiana jest długo, przez ten więc czas właściciel skończył dom i zapełnił lokatorami... A kiedy dom stał, przyjeżdżał urzędnik, brał odpowiednią grzywnę i wracał ulicami, z których nowo budujących się domów widać nie było... Przemiana osady na miasto jest świadectwem prężności, jest świadectwem wzrastania i rozwijania się... Jest momentem przejścia z prymitywu do cywilizacji, z chaosu do organizacji... Ale ka żdy ustrój ma swoje złe i dobre strony, ma swoich zwolenników i oponentów... Życie prymitywne jest tańsze, nie wymaga ponoszenia większych ciężarów społecznych... mniej krępuje... mniej zobowiązuje... Życie zorganizowane, oparte na zdobyczach cywilizacji, wymaga ofiar, jest droższe, jak droższe jest mieszkanie urządzone nowocześnie, ze wszystkimi wygodami, od mieszkania – kucki drewnianej,
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

164

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

położonej w głębokim lesie, odsuniętej od ludzi i spraw bieżącego dnia, gdzie człowiek cofa się w epokę Starej Baśni... Jedni i drudzy, a więc ci, którzy pragną przemiany osady na miasto, jak i ci, którzy są przeciw temu, mają częstokroć swoje interesy na uwadze i swoje argumenty dla bronienia istniejącego porządku... Jednak ci, którzy pragną

przemiany osady na miasto, fabryczki w wielkie zakłady przemysłowe, flotylli w potężną flotę, państwa w imperium, mają instynkt twórczy i są osobnikami pożytecznymi dla danego zbiorowiska czy nacji, dla której walczą ... Przemiana osady na miasto ma swoich zwolenników i swoich oponentów i jest w tym obraz ciągłych walk pomiędzy tymi, którzy grawitują ku przyszłości – a tymi, którzy trzymają się teraźniejszości i istniejącego porządku kurczowo. Jest to walka pionierów z osobnikami zachowawczymi, jedno i drugie leży w naturze ludzkiej!... Sosnowiec powstał i rozwinął się dzięki dobrym warunkom przyrodzonym. Węgiel i woda były na miejscu, a wybudowanie w roku 1858 linii kolejowej warszawsko-wiedeńskiej połączyło Sosnowiec z całym światem. Wielcy kapitaliści woleli tu zakładać fabryki, aniżeli w odległej Łodzi czy Tomaszowie. Sosnowiec przed Wielką Wojną był skupiskiem wielu narodów... Język niemiecki, włoski, francuski, angielski, nie licząc rosyjskiego, rozbrzmiewały na ulicach... Zasadniczo dwa żywioły cudzoziemskie odegrały w historii So snowca większą rolę. I to nie tylko Sosnowca, ale wielu większych miast przemysłowych Polski... Czas pozwala obiektywnie stwierdzić, który z tych dwóch żywiołów jest z państwowego punktu widzenia pożyteczniejszy... uważają Polskę za kolonię bez zobowiązań... Stosunek ich do ziem naszych jest stosunkiem finansisty do niewolnika. Nigdy nie interesują się potrzebami ludności naszej, która na nich pracuje i sprawami kraju naszego w ogóle... Nędza robotników naszych była i jest im Francuzi uważali zawsze i

wyeksploatować, nabić kieszenie, a kapitał umieścić we własnych bankach...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

obojętna... Pamiętali tylko i pamiętają o jednym, aby należycie kraj

165

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

Francuzi rzadko kiedy zlewają się z ludnością naszą i rzadko kiedy są w stosunku do tej ludności bezinteresowni... Stosunek ich do naszych poczynań

kulturalnych jest i był lekceważący, a o naszej sztuce rodzimej wyrażają się nieomal pogardliwie... Jest w tym i wina Polaków, którzy przed każdą francuską obelgą padają plackiem i kłują sobie nią w oczy, zamiast wymagać szacunku i płacić pięknym za nadobne... Polacy są narodem uczuciowym i to, że lali krew pod Napoleonem, każe im widzieć na zawsze we Francuzach swych pobratymców... Serdeczność – serdecznością, uczuciowość – uczuciowością, –

ale przede wszystkim chytrość i interes własnego kraju – oto podstawowe wychowawcze dla naszych frankofilów... Tak... tak, drodzy moi, Napoleon nic nie zrobił dla Polski i nic dla niej nie zrobi Francja – chyba, że jej się to sowicie opłaci… Tylko na własne ręce i na siebie liczyć możemy, tylko na siebie... Niemcy są jedni i drudzy... Jedni interesują się więcej potrzebami ludności Asymilują się prędzej i po niedługim

miejscowej, jej życiem i zwyczajami ...

czasie stają się dobrymi obywatelami naszego kraju, pisującymi dlań i walczącymi dlań, wrażliwymi na jego potrzeby i los... Historia wielkich ośrodków fabrycznych, historia wielu wsi i miast jest tego dowodem. Mógłbym tu przytoczyć tysiące nazwisk i przykładów, ale list ten nie służy reklamie... Nie piszę tego z jakiejś tam ku Niemcom sympatii. Francuzi, przez swój liberalizm, są bliżsi. Zresztą myślę, że Francuzi nie poczytają mi za złe tych prawdziwie gorzkich słów... przecież szczera przyjaźń nie schlebia!... Francuzi są nacjonalistami, nie kosmopolitami. Francuzi są zagorzałymi nacjonalistami i jeden broni wszystkich, a wszyscy jednego i jego interesów w imię Wielkiej Republiki... tego powinniśmy się nauczyć od Francuzów – przede wszystkim... Jest i drugi rodzaj Niemców, – obcych nam duchem... wrogich… Tych

śniących ciągle sny niezdrowe o die Deutsche Fahne über Polen, über Osten. Tym należy przypomnieć, że Polacy – to naród liczny i potężny, w którym miłości Ojczyzny nic nie ostudzi... o czym poinformuje ich historia naszych

powstań… Lepiej zostawić nas w spokoju, bo zawzięci jesteśmy i odważnych u
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

166

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

nas do szaleństwa tysiące – i trzeba by wybić do jednego, żeby nas Polski pozbawić… Ale wróćmy do Sosnowca... Sosnowiec centralny zabudowany jest gmachami w stylu przedwojennego dobrobytu, ubranymi w gzymsy i aniołki kamienne, o których nigdy nie wiadomo, kiedy spaść mogą na głowę niewinnego przechodnia... W dzielnicy Starym Sosnowcu ulica Marszałka Piłsudskiego jest najdłuższą. Ulica 3 Maja jest szeroka, oświetlona rzęsiście, ubrana latem kwietnikami. Ulica ta przed Wielką Wojną była otoczona z dwóch stron płotem drewnianym, malowanym na żółto, środkiem niej chodzili ludzie i terkotały wozy, co robiło zawsze wrażenie jakby w mieście odbywał się jarmark. Ten charakter jarmarczny zachowała do dziś dnia ulica M odrzejowska z przyczyn zrozumiałych. Właściwa rozbudowa Sosnowca w miasto o wyglądzie europejskim datuje się od czasów odzyskania Niepodległości. Wszystkie nowe gmachy, nowe ulice, wiadukty, kanalizacja, tramwaje, wodociągi, wszystkie nowe gmachy szkolne powstały w tych niewielu latach, w których gospodarujemy sami... ..nie jestem hurra – entuzjastą... ale gdy pomyślę o tym co w Polsce zrobiono i że to w Polsce zrobiono, w państwie, które jedyne ze wszystkich państw Europy najwięcej było okradane, eksploatowane... niszczone i dewastowane od wieków... to ogarnia mnie rozrzewnienie. Pesymistów

ojczystych należałoby ciągnąć na filmy obrazujące to, co było i to, co jest, aby doszli do przeświadczenia, że Polska, ten najwięcej wyniszczony z narodów, zrobiła przez tę parę lat samodzielności ogromny skok naprzód... A tych wzdychających do rosyjskich czasów i pruskich porządków należałoby powiesić wysoko nad gdyńskim portem. Niech dobrze zobaczą... Dla demagogów, pragnących szkodzić memu krajowi, mam list dobrego znajomego z Rosji Sowieckiej, który pisze mi między innymi, że prawdziwej demokracji nie buduje się w białych rękawiczkach... i że drogę wygodną i szeroką, drogę przyszłych pokoleń trzeba wyścielać wyrzeczeniem, ale i ofiarą
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

167

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…

pokoleń dziś żyjących., voila!... Tym argumentem mogą się usprawiedliwiać wszystkie inne państwa nie tylko ZSRR... Dlatego myślę, że nie należy wierzyć, jeśli ktoś mówi, że za jedną lub drugą granicą jest większa wolność, większa łatwość życia i rozwoju, – nie należy wierzyć... Dzisiaj wszystkie rządy są do siebie od wewnątrz bardzo podobne i za jedną granicą to samo, co za drugą, tylko, że się inaczej nazywa... tak, drodzy moi... tak... Niech żyje Wolność!. – André Gide ma rację... A my Polacy czego moglibyśmy sobie życzyć między sobą, czego? Jednego chyba tylko, jednego... Nie wpadać w krańcowość!.. nie wpadać!.. Zbytni fanatyzm religijny prowadzi do inkwizycji i auto da-fe... Zbytni fanatyzm polityczny – do strzelaniny i krwawych grand... w jednym i drugim wypadku dewaluacja ludzkiego życia, poczętego w bólu i łzac h... Polska jest krajem, gdzie ściera się wschód z zachodem i gdzie mieszają się różne prądy... dlatego stojący u steru rządów zawsze będą hołdować zasadzie divide et impera... w interesie kraju... tak, drodzy moi, tak, w interesie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej…

Profesor skłonił głowę i tak trwał czas jakiś, później ujął pióro i dopisał na końcu listu…

... Ja jestem przede wszystkim Polakiem... Ta ziemia mnie wykarmiła – i w tej ziemi mnie zakopią... na jakimś za pomnianym cmentarzu... i niech mi chabry na grobie porosną – polskie chabry...

Odłożył pióro i spojrzał w okno... za gałęziami jodeł gasło słońce... Dzień odchodził... czerwono odśmiechający się kroczącej od wschodu nocy... w pokoju było cicho i pusto.. Fotografia Jen patrzyła z biurka papierowymi oczyma... Profesor słuchał powolnego bicia własnego serca.. Jen...Głowa, oparta na dłoni zaciężyła... nad profesorem pochyliła się starość i ciężko oparła się o jego ramię...
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

168

Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ…


Pociąg transkontynentalny uwoził Jen i Kida nad kanał La Manche. Jen siedziała milcząca, obojętna widokom przelatującym za oknem wagonu. Czuła się jak forma, której wnętrze wydarto i rozbito tam w Sosnowcu. Monotonny stukot kół oddalał ją od pogrobowiska, – ale dusza jej błądziła po mieście rodzinnym, siadała na ławeczce alejki akacjowej i z małych, zwiędłych listków układała jego imię... Stach...

W trzy dni po przyjeździe do Londynu, w "Timesie" pojawił się artykuł Kida, zatytułowany "Sosnowiec jest takim miastem jak Paryż... Londyn... Wiedeń..." W klubie dziennikarzy komentowano ten artykuł rozmaicie... ...zdychająca szkapa woziła go parę godzin po mieście i dlatego wydało mu się ono takie wielkie... ha!., ha?., drwili jedni. Drudzy byli innego zdania, ale daremnie prosili Kida o wyjaśnienie. Milczał, pił gin i milczał.. I dopiero, kiedy stary George Humprey, dziennikarz nazwał tytuł artykułu bezsensownym, Kid podniósł głowę i powiedział uroczyście, z mocą.. –...Sosnowiec jest takim miastem jak Paryż... Londyn... Wiedeń... bo podobnie jak tamte miasta ma swoje tragedie, swoje blaski i nędze i swoich wielkich i małych ludzi?…

KONIEC
Opracowanie edytorskie Jawa48©

Strona

169



Przedruk z jedynego dotychczas wydania jakie ukazało się nakładem Księgarni F. Hoesicka w 1938 roku w Warszawie – Edward Kudelski – SOSNOWIEC JEST TAKIM MIASTEM JAK LONDYN PARYŻ WIEDEŃ z tekstu publikowanego w Ekspresie Zagłębiowskim redagowanego przez Jana Przemszę Zielińskiego.
Edward KUDELSKI Urodzony w 1910 r w Sosnowcu – prozaik, poeta. W latach międzywojennych studiował chemię oraz Wydział Reżyserski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie. W okresie studiów zajmował się pisarstwem dramaturgicznym. W tym czasie napisał sztukę teatralną „Ojciec”, którą przystosował również do potrzeb radia. Wcześniej pisał wiersze, publikując je w „Głosie Ewangelickim”. Był autorem scenariusza filmowego, który nie został zrealizowany. W okresie powojennym większość jego twórczości literackiej niestety nigdy nie wydano. Do nich między innymi należą: powieść „Sen”, dramat „Kosmos”, zbiór wierszy „Intermundia”. Do wydanej twórczości należy: tomik wierszy „Refleksje dramatyczne”, powieść „Dziwny naszego miasta”, powieść „Sosnowiec jest takim miastem jak Londyn, Paryż, Wiedeń”. Zmarł w Krakowie w 1980 roku Powieść ta, wydana po raz pierwszy i jedyny w 1938 roku została udostępniona Czytelnikom na łamach „Ekspresu Zagłębiowskiego” redagowanego przez Jana Przemszę-Zielińskiego na przełomie 1996 – 1997.

Oryginał wydania jest dostępny w oraz w Bibliotece Śląskiej w Katowicach

Bibliotece

Miejskiej

w

Sosnowcu

[Opracowanie edytorskie: Jawa48© tylko do użytku wewnętrznego i osobistego bez prawa przedruku i publikacji tak w części jak i w całości].

Uwaga!!!

Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Nie wymaga zezwolenia twórcy przejściowe lub incydentalne zwielokrotnianie utworów, niemające samodzielnego znaczenia gospodarczego Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia. Pliki można pobierać jeśli posiada się ich oryginał a pobrany plik będzie służył jako kopia zapasowa. Można pobierać pliki nawet jeśli nie posiada się oryginału, pod warunkiem że po 24 godzinach zostaną one usunięte z dysku komputera.
Szczegółowe postanowienia zawiera USTAWA z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Opracowanie edytorskie: Jawa48©

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->