P. 1
W Pustyni i w Puszczy

W Pustyni i w Puszczy

|Views: 1,027|Likes:
Wydawca: poul

More info:

Published by: poul on May 05, 2009
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as TXT, PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

02/01/2013

pdf

text

original

Henryk Sienkiewicz W pustyni i w puszczy

ROZDZIA� I

� Wiesz, Nel � m�wi� Sta� Tarkowski do swojej przyjaci�ki, ma�ej Angielki � wczoraj przyszli zabtie (policjanci) i aresztowali �on� dozorcy Smaina i jej troje dzieci � t� Fatm�, kt�ra ju� kilka razy przychodzi�a do biura do twojego ojca i do mego. A ma�a, podobna do �licznego obrazka Nel podnios�a swe zielonawe oczy na Stasia i zapyta�a na wp� ze zdziwieniem, a na wp� ze strachem: � Wzi�li j� do wi�zienia? � Nie, ale nie pozwolili jej wyjecha� do Sudanu i przyjecha� urz�dnik, kt�ry jej b�dzie pilnowa�, by ani krokiem nie wyruszy�a z Port-Saidu. � Dlaczego? Sta�, kt�ry ko�czy� rok czternasty i kt�ry sw� o�mioletni� towarzyszk� kocha� bardzo, ale uwa�a� za zupe�ne dziecko, rzek� z min� wielce zarozumia��: � Jak dojdziesz do mego wieku, to b�dziesz wiedzia�a wszystko, co si� dzieje nie tylko wzd�u� kana�u, od Port-Saidu do Suezu, ale i w ca�ym Egipcie. Czy ty nic nie s�ysza�a� o Mahdim? � S�ysza�am, �e jest brzydki i niegrzeczny. Ch�opiec u�miechn�� si� z politowaniem. � Czy jest brzydki � nie wiem. Suda�czycy utrzymuj�, �e jest pi�kny. Ale powiedzie�, �e jest niegrzeczny, o cz�owieku, kt�ry wymordowa� ju� tylu ludzi, mo�e tylko dziewczynka o�mioletnia, w sukience, ot! takiej � do kolan! � Tatu� mi tak powiedzia�, a tatu� wie najlepiej. � Powiedzia� ci tak dlatego, �e inaczej by� nie zrozumia�a. Do mnie by si� tak nie wyrazi�. Mahdi jest gorszy ni� ca�e stado krokodyli. Rozumiesz? Dobre mi powiedzenie: �niegrzeczny�, tak si� m�wi do niemowl�t. Lecz ujrzawszy zachmurzon� twarz dziewczynki umilk�, a potem rzek�: � Nel! wiesz, �e nie chcia�em ci zrobi� przykro�ci; przyjdzie czas, �e i ty b�dziesz mia�a czternasty rok. Obiecuj� ci to na pewno. � Aha! � odpowiedzia�a z zatroskanym wejrzeniem � a je�eli Mahdi wpadnie przedtem do Port-Saidu i mnie zje? � Mahdi nie jest ludo�erc�, wi�c ludzi nie zjada, tylko ich morduje. Do Port-Saidu te� nie wpadnie, a gdyby nawet wpad� i chcia� ci� zabi�, pierwej mia�by ze mn� do czynienia. O�wiadczenie to oraz �wist, z jakim Sta� wci�gn�� nosem powietrze, nie zapowiadaj�cy nic dobrego dla Mahdiego, uspokoi�y znacznie Nel co do w�asnej osoby. � Wiem � odrzek�a. � Ty by� mnie nie da�. Ale dlaczego nie puszczaj� Fatmy z PortSaidu?

� Bo Fatma jest cioteczn� siostr� Mahdiego. M�� jej, Smain, o�wiadczy� rz�dowi egipskiemu w Kairze, �e pojedzie do Sudanu, gdzie przebywa Mahdi, i wyrobi wolno�� dla wszystkich Europejczyk�w, kt�rzy wpadli w jego r�ce. � To Smain jest dobry? � Czekaj. Tw�j i m�j tatu�, kt�rzy znali doskonale Smaina, nie mieli wcale do niego zaufania i ostrzegali Nubara Pasz�, by mu nie ufa�. Ale rz�d zgodzi� si� wys�a� Smaina i Smain bawi od p� roku u Mahdiego. Je�cy jednak nie tylko nie wr�cili, ale przysz�a z Chartumu wiadomo��, �e mahdy�ci obchodz� si� z nimi coraz okrutniej, a �e Smain, nabrawszy od rz�du pieni�dzy, zdradzi�. Przysta� ca�kiem do Mahdiego i zosta� mianowany emirem. Ludzie powiadaj�, �e w tej okropnej bitwie, w kt�rej poleg� jenera� Hicks, Smain dowodzi� artyleri� Mahdiego i on to podobno nauczy� mahdyst�w obchodzi� si� z armatami, czego przedtem, jako dzicy ludzie, wcale nie umieli. Ale Smainowi chodzi teraz o to, by wydosta� z Egiptu �on� i dzieci, tote� gdy Fatma, kt�ra widocznie z g�ry wiedzia�a, co zrobi Smain, chcia�a cichaczem wyjecha� z Port-Saidu, rz�d aresztowa� j� teraz razem z dzie�mi. � A co rz�dowi przyjdzie z Fatmy i jej dzieci? � Rz�d powie Mahdiemu: �Oddaj nam je�c�w, a my oddamy ci Fatm�...� Na razie rozmowa urwa�a si�, albowiem uwag� Stasia zwr�ci�y ptaki lec�ce od strony Echtum om Farag ku jezioru Menzaleh. Lecia�y one do�� nisko i w przezroczystym powietrzu wida� by�o wyra�nie kilka pelikan�w z zagi�tymi na grzbiety szyjami, poruszaj�cych z wolna ogromnymi skrzyd�ami. Sta� pocz�� zaraz na�ladowa� ich lot, wi�c zadar� g�ow� i bieg� przez kilkana�cie krok�w grobl�, machaj�c roz�o�onymi r�koma. � Patrz, lec� i czerwonaki � zawo�a�a nagle Nel. Sta� zatrzyma� si� w jednej chwili, gdy� istotnie za pelikanami, ale nieco wy�ej, wida� by�o zawieszone na b��kicie jakby dwa wielkie, r�owe i purpurowe kwiaty. � Czerwonaki! Czerwonaki! � One wracaj� pod wiecz�r do swoich siedzib na wysepkach � rzek� ch�opiec. � Ach, gdybym mia� strzelb�! � Po c� by� mia� do nich strzela�? � Kobiety takich rzeczy nie rozumiej�. Ale p�jd�my dalej, mo�e zobaczymy ich wi�cej. To powiedziawszy wzi�� dziewczynk� za r�k� i poszli ku pierwszej za Port-Saidem kana�owej przystani, za nimi za� nad��a�a Murzynka Dinah, niegdy� piastunka ma�ej Nel. Szli wa�em oddzielaj�cym wody jeziora Menzaleh od kana�u, przez kt�ry przep�ywa� w tej chwili, prowadzony przez pilota, du�y parowiec angielski. Zbli�a� si� wiecz�r. S�o�ce sta�o jeszcze do�� wysoko, ale przetoczy�o si� ju� na stron� jeziora. S�onawe jego wody poczyna�y l�ni� z�otem i drga� odblaskami pawich pi�r. Po arabskim brzegu ci�gn�a si�, jak okiem si�gn��, p�owa piaszczysta pustynia � g�ucha, z�owroga, martwa. Mi�dzy szklanym, jakby obumar�ym niebem a bezmiarem pomarszczonych piask�w nie by�o �ladu �ywej istoty. Podczas gdy na kanale wrza�o �ycie, kr�ci�y si� �odzie, rozlega�y si� �wisty parowc�w, a nad Menzaleh migota�y w s�o�cu stada mew i dzikich kaczek � tam, na arabskim brzegu, by�a jakby kraina �mierci. Tylko w miar� jak s�o�ce zni�aj�c si� stawa�o si� coraz czerwie�sze, piaski pocz�y przybiera� barw� liliow�, tak�, jak� jesieni� maj� wrzosy w polskich lasach. Dzieci id�c ku przystani ujrza�y jeszcze kilka czerwonak�w, do kt�rych �mia�y si� ich oczy, po czym Dinah o�wiadczy�a, �e Nel musi wraca� do domu. W Egipcie po dniach, kt�re nawet w czasie zimy cz�sto bywaj� upalne, nast�puj� noce bardzo zimne, a �e zdrowie Nel wymaga�o wielkiej ostro�no�ci, ojciec jej, pan Rawlison, nie pozwala�, by dziewczynka znajdowa�a si� po zachodzie s�o�ca nad wod�. Zawr�cili wi�c ku miastu, na kt�rego kra�cu sta�a w pobli�u kana�u willa pana Rawlisona � i w chwili gdy s�o�ce zanurzy�o si� w morzu, znale�li si� pod dachem. Niebawem przyby� te� zaproszony na obiad in�ynier Tarkowski, ojciec Stasia � i

ca�e towarzystwo, wraz z Francuzk�, nauczycielk� Nel, pani� Olivier, zasiad�o do sto�u. Pan Rawlison, jeden z dyrektor�w kompanii Kana�u Sueskiego, i W�adys�aw Tarkowski, starszy in�ynier tej�e kompanii, �yli od wielu lat w naj�ci�lejszej przyja�ni. Obaj byli wdowcami, ale pani Tarkowska, rodem Francuzka, zmar�a z chwil� przyj�cia na �wiat Stasia, to jest przed laty przesz�o trzynastu, matka za� Nel zgas�a na suchoty w Heluanie, gdy dziewczynka mia�a lat trzy. Obaj wdowcy mieszkali w s�siednich domach w Port-Saidzie i z powodu swych zaj�� widywali si� codziennie. Wsp�lne nieszcz�cie zbli�y�o ich jeszcze bardziej do siebie i umocni�o zawart� poprzednio przyja��. Pan Rawlison pokocha� Stasia jak w�asnego syna, a za� pan Tarkowski by�by skoczy� w ogie� i wod� za ma�� Nel. Po uko�czeniu dziennych prac najmilszym dla nich odpoczynkiem by�a rozmowa o dzieciach, ich wychowaniu i przysz�o�ci. Podczas podobnych rozm�w najcz�ciej bywa�o tak, �e pan Rawlison wychwala� zdolno�ci, energi� i dzielno�� Stasia, a pan Tarkowski unosi� si� nad s�odycz� i anielsk� twarzyczk� Nel. I jedno, i drugie by�o prawd�. Sta� by� troch� zarozumia�y i troch� che�pliwy, ale uczy� si� doskonale, i nauczyciele szko�y angielskiej, do kt�rej chodzi� w Port-Saidzie przyznawali mu istotnie niezwyk�e zdolno�ci. Co do odwagi i zaradno�ci, odziedziczy� j� po ojcu, albowiem pan Tarkowski posiada� te przymioty w wysokim stopniu i w znacznej cz�ci im w�a�nie zawdzi�cza� obecne swe wysokie stanowisko. W roku 1863 bi� si� bez wytchnienia w ci�gu jedenastu miesi�cy. Nast�pnie ranny, wzi�ty do niewoli i skazany na Sybir, uciek� z g��bi Rosji i przedosta� si� za granic�. By� ju� przed p�j�ciem do powstania sko�czonym in�ynierem, jednak�e rok jeszcze po�wi�ci� na studia hydrauliczne, a nast�pnie otrzyma� posad� przy kanale i w ci�gu kilku lat � gdy poznano jego znajomo�� rzeczy, energi� i pracowito�� � zaj�� wysokie stanowisko starszego in�yniera. Sta� urodzi� si�, wychowa� i doszed� do czternastego roku �ycia w Port-Saidzie, nad kana�em, wskutek czego in�ynierowie, koledzy ojca, nazywali go �dzieckiem pustyni�. P�niej, b�d�c ju� w szkole, towarzyszy� czasem ojcu lub panu Rawlisonowi, w czasie wakacji i �wi�t, w wycieczkach, jakie z obowi�zku musieli czyni� od Port-Saidu a� do Suezu, dla rewizji rob�t przy wale i przy pog��bianiu �o�yska kana�u. Zna� wszystkich � zar�wno in�ynier�w i urz�dnik�w komory, jak i robotnik�w, Arab�w i Murzyn�w. Kr�ci� i wkr�ca� si� wsz�dzie, wyrasta�, gdzie go nie posiali, robi� d�ugie wycieczki wa�em, je�dzi� ��dk� po Menzaleh i zapuszcza� si� nieraz do�� daleko. Przeprawia� si� na brzeg arabski i dorwawszy si� do czyjego b�d� konia, a w braku konia � do wielb��da, a nawet i os�a, udawa� farysa w pustyni, s�owem, jak si� wyra�a� pan Tarkowski, �bobrowa�� wsz�dzie i ka�d� woln� od nauki chwil� sp�dza� nad wod�. Ojciec nie sprzeciwia� si� temu wiedz�c, �e wios�owanie, konna jazda i ci�g�e �ycie na �wie�ym powietrzu wzmacnia zdrowie ch�opca i rozwija w nim zaradno��. Jako� Sta� wy�szy by� i silniejszy, ni� bywaj� ch�opcy w jego wieku, a do�� mu by�o spojrze� w oczy, by odgadn��, �e w razie jakiego wypadku pr�dzej zgrzeszy zbytkiem zuchwa�o�ci ni� boja�ni�. W czternastym roku �ycia by� jednym z najlepszych p�ywak�w w Port-Saidzie, co niema�o znaczy�o, albowiem Arabowie i Murzyni p�ywaj� jak ryby. Strzelaj�c z karabink�w ma�ego kalibru � i tylko kulami, do dzikich kaczek i do egipskich g�si, wyrobi� sobie niechybn� r�k� i oko. Marzeniem jego by�o polowa� kiedy� na wielkie zwierz�ta w Afryce �rodkowej; chciwie te� s�ucha� opowiada� Suda�czyk�w zaj�tych przy kanale, kt�rzy spotykali si� w swej ojczy�nie z wielkimi drapie�nikami i grubosk�rnymi. Mia�o to i t� korzy��, �e uczy� si� zarazem ich j�zyk�w. Kana� Sueski nie do�� by�o przekopa�, trzeba go jeszcze i utrzyma�, gdy� inaczej piaski z pusty�, le��cych po obu jego brzegach, zasypa�yby go w ci�gu roku. Wielkie dzie�o Lessepsa wymaga ci�g�ej pracy i czujno�ci. Tote� do dzi� dnia nad pog��bieniem jego �o�yska pracuj� pod dozorem bieg�ych in�ynier�w pot�ne maszyny i tysi�ce robotnik�w. Przy

przekopywaniu kana�u pracowa�o ich dwadzie�cia pi�� tysi�cy. Dzi�, wobec dokonanego dzie�a i ulepszonych nowych maszyn, potrzeba ich znacznie mniej, jednak�e liczba ich jest dotychczas dosy� znaczna. Przewa�aj� w�r�d nich ludzie miejscowi, nie brak jednak i Nubijczyk�w, i Suda�czyk�w, i Somalis�w, i rozmaitych Murzyn�w mieszkaj�cych nad Bia�ym i Niebieskim Nilem, to jest w okolicach, kt�re przed powstaniem Mahdiego zaj�� by� rz�d egipski. Sta� �y� ze wszystkimi za pan brat, a maj�c, jak zwykle Polacy, nadzwyczajn� zdolno�� do j�zyk�w pozna�, sam nie wiedz�c jak i kiedy, wiele ich narzeczy. Urodzony w Egipcie, m�wi� po arabsku jak Arab. Od Zanzibaryt�w, kt�rych wielu s�u�y�o za palacz�w przy maszynach, wyuczy� si� rozpowszechnionego wielce w ca�ej Afryce �rodkowej j�zyka ki-swahili, umia� nawet rozm�wi� si� z Murzynami z pokole� Dinka i Szylluk, zamieszkuj�cych poni�ej Faszody nad Nilem. M�wi� pr�cz tego biegle po angielsku, po francusku i po polsku, albowiem ojciec jego, gor�cy patriota, dba� o to wielce, by ch�opiec zna� mow� ojczyst�. Sta�, oczywi�cie, uwa�a� mow� t� za najpi�kniejsz� w �wiecie i uczy� jej, nie bez powodzenia, ma�� Nel. Nie m�g� tylko dokaza� tego, aby jego imi� wymawia�a �Sta��, nie �Stes�. Nieraz te� przychodzi�o mi�dzy nimi z tego powodu do nieporozumie�, kt�re trwa�y jednak dop�ty tylko, dop�ki w oczach dziewczyny nie zaczyna�y �wieci� �ezki. W�wczas �Stes� przeprasza� j� � i bywa� z�y na samego siebie. Mia� jednak brzydki zwyczaj m�wi� z lekcewa�eniem o jej o�miu latach i przeciwstawia� im sw�j powa�ny wiek i do�wiadczenie. Utrzymywa�, �e ch�opiec, kt�ry ko�czy lat czterna�cie, je�li nie jest jeszcze zupe�nie doros�ym, to przynajmniej nie jest ju� dzieckiem, a natomiast zdolny ju� jest do wszelkiego rodzaju czyn�w bohaterskich, zw�aszcza je�li ma w sobie krew polsk� i francusk�. Pragn�� te� najgor�cej, �eby kiedykolwiek zdarzy�a si� sposobno�� do takich czyn�w, szczeg�lniej w obronie Nel. Oboje wynajdywali rozmaite niebezpiecze�stwa i Sta� musia� odpowiada� na jej pytania, co by zrobi�, gdyby na przyk�ad wlaz� do jej domu przez okno krokodyl maj�cy dziesi�� metr�w albo skorpion tak du�y jak pies. Obojgu ani na chwil� nie przychodzi�o do g�owy, �e wkr�tce gro�na rzeczywisto�� przewy�szy wszelkie ich fantastyczne przypuszczenia.

ROZDZIA� II

Tymczasem w domu czeka�a ich podczas obiadu dobra nowina. Panowie Tarkowski i Rawlison byli zaproszeni przed kilku tygodniami, jako biegli in�ynierowie, do obejrzenia i oceny rob�t prowadzonych przy ca�ej sieci kana��w w prowincji ElFajum, w okolicach miasta Medinet, blisko jeziora Karoun oraz wzd�u� rzeki Jussef i Nilu. Mieli tam zabawi� ko�o miesi�ca i uzyskali na to urlopy od w�asnej kompanii. Poniewa� zbli�a�y si� �wi�ta Bo�ego Narodzenia, wi�c obaj nie chc�c rozstawa� si� z dzie�mi postanowili, �e Sta� i Nel pojad� tak�e do Medinet. Po us�yszeniu tej nowiny dzieci omal nie wyskoczy�y ze sk�ry z rado�ci. Dotychczas zna�y miasta le��ce wzd�u� kana�u, a mianowicie Izmail� i Suez, poza kana�em za� � Aleksandri� i Kair, pod kt�rym ogl�da�y wielkie piramidy i Sfinksa. Ale by�y to kr�tkie wycieczki, gdy wyprawa do Medinet-el-Fajum wymaga�a ca�ego dnia jazdy kolej� wzd�u� Nilu na po�udnie, a potem od El-Wasta na zach�d, ku Pustyni Libijskiej. Sta� zna� Medinet z opowiada� m�odszych in�ynier�w i podr�nik�w, kt�rzy je�dzili tam na polowanie na wszelkiego rodzaju ptactwo wodne oraz na wilki z pustyni i hieny. Wiedzia�, �e jest to osobna wielka oaza le��ca po lewym brzegu Nilu, ale niezale�na od jego wylew�w i maj�ca sw�j w�asny system wodny, utworzony

przez jezioro Karoun, przez Bahr-Jussef i przez ca�� wi� drobnych kana��w. Ci, kt�rzy oaz� t� widzieli, m�wili, �e jakkolwiek kraina ta nale�y do Egiptu, jednak�e, oddzielona od niego pustyni�, tworzy odr�bn� ca�o��. Tylko rzeka Jussef wi��e, rzek�by�, niebieskim cienkim sznurkiem t� okolic� z dolin� Nilu. Wielka obfito�� w�d, �yzno�� gleby i wspania�a ro�linno�� tworz� z niej jakby raj ziemski, a rozleg�e ruiny miasta Krokodilopolis �ci�gaj� tam setki ciekawych podr�nik�w. Stasiowi jednak u�miecha�y si� g��wnie brzegi jeziora Karoun z rojami ptactwa i wyprawy na wilki do pustynnych wzg�rz Gue-bel-el-Sedment. Ale wakacje jego zaczyna�y si� dopiero za kilka dni, poniewa� za� rewizja rob�t przy kana�ach by�a spraw� piln� i starsi panowie nie mogli traci� czasu, u�o�yli si� przeto, �e wyjad� niezw�ocznie, a dzieci wraz z pani� Olivier w tydzie� p�niej. I Nel, i Sta� mieli ochot� jecha� zaraz, ale Sta� nie �mia� o to prosi�. Pocz�li natomiast wypytywa� o rozmaite sprawy tycz�ce podr�y i z nowymi wybuchami rado�ci przyj�li wiadomo��, �e nie b�d� mieszkali w niewygodnych utrzymywanych przez Grek�w hotelach, ale w namiotach dostarczonych przez Towarzystwo Podr�nicze Cooka. Tak zwykle urz�dzaj� si� podr�nicy, kt�rzy z Kairu wyje�d�aj� na d�u�szy nawet pobyt do Medinet. Cook dostarcza namiot�w, s�u�by, kucharzy, zapas�w �ywno�ci, koni, os��w, wielb��d�w i przewodnik�w, tak �e podr�nik nie potrzebuje o niczym my�le�. Jest to wprawdzie do�� kosztowny spos�b podr�owania, ale panowie Tarkowski i Rawlison nie mieli potrzeby si� z tym liczy�, wszelkie bowiem wydatki ponosi� rz�d egipski, kt�ry ich zaprosi�, jako bieg�ych, do oceny i rewizji prac przy kana�ach. Nel, kt�ra nad wszystko w �wiecie lubi�a je�dzi� na wielb��dzie, otrzyma�a obietnic� od ojca, �e dostanie osobnego, garbatego wierzchowca, na kt�rym wraz z pani� Olivier albo z Dinah, a czasem i ze Stasiem, b�dzie bra�a udzia� we wsp�lnych wycieczkach w bli�sze okolice pustyni i do Karoun. Stasiowi przyrzek� pan Tarkowski, �e pozwoli mu kiedy noc� p�j�� na wilki � i �e je�eli przyniesie dobre �wiadectwo szkolne, to dostanie prawdziwy angielski sztucer i wszelkie potrzebne dla my�liwego przybory. Poniewa� Sta� pewny by� cenzury, wi�c od razu zacz�� uwa�a� si� za posiadacza sztucera i obiecywa� sobie dokona� z nim rozmaitych zdumiewaj�cych i wiekopomnych czyn�w. Na takich projektach i rozmowach zeszed� uszcz�liwionym dzieciom obiad. Stosunkowo najmniej zapa�u okazywa�a do zamierzonej podr�y pani Olivier, kt�rej nie chcia�o si� rusza� z wygodnej willi w Port-Saidzie i kt�r� przestrasza�a my�l zamieszkania przez kilka tygodni w namiocie, a zw�aszcza zamiar wycieczek na wielb��dach. Zdarzy�o si� jej ju� kilkakrotnie pr�bowa� podobnej jazdy, jak to zwykle robi� przez ciekawo�� wszyscy Europejczycy zamieszkali w Egipcie, i zawsze te pr�by wypada�y niepomy�lnie. Raz wielb��d podni�s� si� za wcze�nie, gdy jeszcze nie zasiad�a si� dobrze na siodle, i skutkiem tego stoczy�a si� przez jego grzbiet na ziemi�. Innym razem nie nale��cy do lekkono�nych dromader utrz�s� j� tak, �e przez dwa dni nie mog�a przyj�� do siebie, s�owem, o ile Nel po dwu lub trzech przeja�d�kach, na kt�re pozwoli� pan Rawlison, zapewnia�a, �e nie ma nic rozkoszniejszego na �wiecie, o tyle pani Olivier zosta�y przykre wspomnienia. M�wi�a, �e to jest dobre dla Arab�w albo dla takiej kruszynki jak Nel, kt�ra nie wi�cej si� utrz�sie ni� mucha, kt�ra by siad�a na garbie wielb��da, ale nie dla os�b powa�nych i niezbyt lekkich, a zarazem maj�cych pewn� sk�onno�� do niezno�nej choroby morskiej. Lecz co do Medinet-el-Fajum mia�a i inne obawy. Oto w PortSaidzie, zar�wno jak w Aleksandrii, Kairze i ca�ym Egipcie, nie m�wiono o niczym wi�cej, tylko o powstaniu Mahdiego i okrucie�stwach derwisz�w. Pani Olivier nie wiedz�c dok�adnie, gdzie le�y Medinet, zaniepokoi�a si�, czy to nie b�dzie zbyt blisko od mahdyst�w, i wreszcie pocz�a wypytywa� o to pana Rawlisona. Lecz on u�miechn�� si� tylko i rzek�: � Mahdi oblega w tej chwili Chartum, w kt�rym broni si� jenera� Gordon. Czy pani wie, jak daleko z Medinet do Chartumu? � Nie mam o tym �adnego poj�cia. � Tak mniej wi�cej jak st�d do Sycylii � obja�ni� pan Tarkowski.

� Mniej wi�cej � potwierdzi� Sta�. � Chartum le�y tam, gdzie Nil Bia�y i Niebieski schodz� si� i tworz� jedn� rzek�. Dzieli nas od niego ogromna przestrze� Egiptu i ca�a Nubia. Nast�pnie chcia� doda�, �e cho�by Medinet le�a�o bli�ej od kraj�w zaj�tych przez powstanie, to przecie on tam b�dzie ze swoim sztucerem, ale przypomniawszy sobie, �e za podobne przechwa�ki dosta� ju� nieraz bur� od ojca � umilk�. Starsi panowie pocz�li jednak rozmawia� o Mahdim i o powstaniu, by�a to bowiem najwa�niejsza dotycz�ca Egiptu sprawa. Wiadomo�ci spod Chartumu by�y z�e. Dzikie hordy oblega�y ju� miasto od p�tora miesi�ca; rz�dy egipski i angielski dzia�a�y powolnie. Odsiecz zaledwie wyruszy�a i obawiano si� powszechnie, �e mimo s�awy, m�stwa i zdolno�ci Gordona wa�ne to miasto wpadnie w r�ce barbarzy�c�w. Tego zdania by� i pan Tarkowski, kt�ry podejrzewa�, �e Anglia �yczy sobie w duszy, by Mahdi odebra� Sudan Egiptowi po to, by p�niej odebra� go Mahdiemu i uczyni� z tej ogromnej krainy posiad�o�� angielsk�. Nie podzieli� si� jednak pan Tarkowski tymi podejrzeniami z panem Rawlisonem nie chc�c ura�a� jego uczu� patriotycznych. Pod koniec obiadu Sta� j�� wypytywa�, dlaczego rz�d egipski zabra� wszystkie kraje le��ce na po�udnie od Nubii, a mianowicie Kordofan, Darfur i Sudan a� do AlbertNianza � i pozbawi� tamtejszych mieszka�c�w wolno�ci. Pan Rawlison postanowi� mu to wyt�umaczy�: z tej przyczyny, �e wszystko, co czyni� rz�d egipski, to czyni� z polecenia Anglii, kt�ra rozci�gn�a nad Egiptem protektorat i w rzeczywisto�ci rz�dzi�a nim, jak sama chcia�a. � Rz�d egipski nie zabra� tam nikomu wolno�ci � rzek� � ale j� setkom tysi�cy, a mo�e i milionom ludzi przywr�ci�. W Kordofanie, w Darfurze i w Sudanie nie by�o w ostatnich czasach �adnych pa�stw niezale�nych. Zaledwie tu i �wdzie jaki� ma�y w�adca ro�ci� prawo do niekt�rych ziem i zagarnia� je wbrew woli ich mieszka�c�w, przemoc�. Przewa�nie jednak by�y one zamieszka�e przez niezawis�e pokolenia AraboMurzyn�w, to jest przez ludzi maj�cych w sobie krew obu tych ras. Pokolenia te �y�y w ustawicznej wojnie. Napad�y na siebie wzajem i zabiera�y sobie konie, wielb��dy, byd�o rogate i przede wszystkim niewolnik�w. Pope�niano przy tym wiele okrucie�stw. Ale najgorsi byli kupcy poluj�cy na ko�� s�oniow� i niewolnik�w. Utworzyli oni jakby osobn� klas� ludzi, do kt�rej nale�eli wszyscy niemal naczelnicy pokole� i zamo�niejsi kupcy. Ci czynili zbrojne wyprawy daleko w g��b Afryki, grabi�c wsz�dy k�y s�oniowe i chwytaj�c tysi�ce ludzi: m�czyzn, kobiet i dzieci. Niszczyli przy tym wsie i osady, pustoszyli pola, przelewali rzeki krwi i zabijali bez lito�ci wszystkich opornych. Po�udniowe strony Sudanu, Darfuru i Kordofanu oraz kraje nad g�rnym Nilem a� po jeziora � wyludni�y si� w niekt�rych okolicach prawie zupe�nie. Lecz bandy arabskie zapuszcza�y si� coraz dalej, tak �e ca�a �rodkowa Afryka sta�a si� ziemi� �ez i krwi. Ot� Anglia, kt�ra, jak ci wiadomo, �ciga po ca�ym �wiecie handlarzy niewolnik�w, zgodzi�a si� na to, by rz�d egipski zaj�� Kordofan, Darfur i Sudan, by� to bowiem jedyny spos�b zmuszenia tych grabie�c�w do porzucenia tego obrzydliwego handlu i jedyny spos�b utrzymania ich w ryzach. Nieszcz�liwi Murzyni odetchn�li, napady i grabie�e usta�y, a ludzie pocz�li �y� pod jakim takim prawem. Ale oczywi�cie taki stan rzeczy nie podoba� si� handlarzom, wi�c gdy znalaz� si� mi�dzy nimi Mohammed-Achmed, zwany dzi� Mahdim, kt�ry pocz�� g�osi� wojn� �wi�t� pod pozorem, �e w Egipcie upada prawdziwa wiara Mahometa, wszyscy rzucili si� jak jeden cz�owiek do broni. I oto rozpali�a si� ta okropna wojna, kt�ra, przynajmniej dotychczas, bardzo �le idzie Egipcjanom. Mahdi pobi� we wszystkich bitwach wojska rz�dowe, zaj�� Kordofan, Darfur, Sudan; hordy jego oblegaj� obecnie Chartum i zapuszczaj� si� na p�noc a� do granic Nubii. � A czy mog� doj�� a� do Egiptu? � zapyta� Sta�. � Nie � odpowiedzia� pan Rawlison. � Mahdi zapowiada wprawdzie, �e zawojuje ca�y �wiat, ale jest to dziki cz�owiek, kt�ry o niczym nie ma poj�cia. Egiptu nie zajmie nigdy, gdy� nie pozwoli�aby na to Anglia. � Je�li jednak wojska egipskie zostan� zupe�nie zniesione? � W�wczas wyst�pi� wojska angielskie, kt�rych nie zwyci�y� nigdy nikt.

� A dlaczego Anglia pozwoli�a Mahdiemu zaj�� tyle kraj�w? � Sk�d wiesz, �e pozwoli�a � odpowiedzia� pan Rawlison. � Anglia nie �pieszy si� nigdy, albowiem jest wieczna. Dalsz� rozmow� przerwa� s�u��cy Murzyn, kt�ry oznajmi�, �e przysz�a Fatma Smainowa i b�aga o pos�uchanie. Kobiety na Wschodzie zajmuj� si� sprawami prawie wy��cznie domowymi i rzadko nawet wychodz� z harem�w. Tylko ubo�sze udaj� si� na targi lub pracuj� w polach, jak to czyni� �ony fellach�w, to jest wie�niak�w egipskich. Ale i te przes�aniaj� w�wczas twarze. Jakkolwiek w Sudanie, z kt�rego pochodzi�a Fatma, zwyczaj ten nie bywa przestrzegany i jakkolwiek przychodzi�a ona ju� poprzednio do biura pana Rawlisona, jednak�e przyj�cie jej, zw�aszcza o tak p�nej porze i do prywatnego domu, wywo�a�o pewne zdziwienie. � Dowiemy si� czego� nowego o Smainie � rzek� pan Tarkowski. � Tak � odpowiedzia� pan Rawlison daj�c zarazem zna� s�u��cemu, aby wprowadzi� Fatm�. Jako� po chwili wesz�a wysoka, m�oda Sudanka, z twarz� zupe�nie nie os�oni�t�, o bardzo ciemnej cerze i przepi�knych, lubo dzikich i troch� z�owrogich oczach. Wszed�szy pad�a zaraz na twarz, a gdy pan Rawlison kaza� jej wsta�, podnios�a si�, ale pozosta�a na kl�czkach. � Sidi � rzek�a � niech Allach b�ogos�awi ciebie, twoje potomstwo, tw�j dom i twoje trzody! � Czego ��dasz? � zapyta� in�ynier. � Mi�osierdzia, ratunku i pomocy w nieszcz�ciu, o panie! Oto jestem uwi�ziona w Fort-Saidzie i zatrata wisi nade mn� i nad mymi dzie�mi. � M�wisz, �e� uwi�ziona, a przecie� mog�a� tu przyj��, a do tego w nocy. � Odprowadzili mnie tu zabliowie, kt�rzy we dnie i w nocy pilnuj� mego domu, i wiem, �e maj� rozkaz poucina� nam wkr�tce g�owy. � M�w jak niewiasta roztropna � odpowiedzia� wzruszaj�c ramionami pan Rawlison. � Jeste� nie w Sudanie, ale w Egipcie, gdzie nie zabijaj� nikogo bez s�du, wi�c mo�esz by� pewna, �e w�os nie spadnie z g�owy ani tobie, ani twym dzieciom. Lecz ona pocz�a go b�aga�, by wstawi� si� za ni� jeszcze raz do rz�du, wyjedna� jej pozwolenie na wyjazd do Smarna: �Anglicy tak wielcy jak ty, panie (m�wi�a), wszystko mog�. Rz�d w Kairze my�li, �e Smain zdradzi�, a to jest nieprawda! Byli u mnie wczoraj kupcy arabscy, kt�rzy przyjechali z Souakimu, a przedtem kupowali gum� i ko�� s�oniow� w Sudanie, i donie�li mi, �e Smain le�y chory w El-Faszer i wzywa mnie wraz z dzie�mi do siebie, by je pob�ogos�awi�...� � Wszystko to jest tw�j wymys�, Fatmo � przerwa� pan Rawlison. Lecz ona zacz�a zaklina� si� na Allacha, �e m�wi prawd�, a nast�pnie m�wi�a, i� je�li Smain wyzdrowieje � to wykupi niezawodnie wszystkich je�c�w chrze�cija�skich, je�li za� umrze, to ona, jako krewna wodza derwisz�w, �atwo znajdzie do niego przyst�p i uzyska, co zechce. Niech jej tylko pozwol� jecha�, albowiem serce w jej piersiach skowyczy z t�sknoty za m�em. Co ona, nieszcz�sna niewiasta, zawini�a rz�dowi i chedywowi? Czy to jej wina i czy mo�e za to odpowiada�, �e ma nieszcz�cie by� krewn� derwisza Mohammeda-Achmeda? Fatma nie �mia�a wobec �Anglik�w� nazwa� swego krewnego Mahdim, poniewa� znaczy to: odkupiciel �wiata � wiedzia�a za�, �e rz�d egipski uwa�a go za buntownika i oszusta. Ale bij�c wci�� czo�em i wzywaj�c niebo na �wiadectwo swej niewinno�ci i niedoli, pocz�a p�aka� i zarazem wy� �a�o�nie, jak czyni� na Wschodzie niewiasty po stracie m��w lub syn�w. Nast�pnie rzuci�a si� znowu twarz� na ziemi�, a raczej na dywan, kt�rym przykryta by�a posadzka � i czeka�a w milczeniu. Nel, kt�rej chcia�o si� troch� spa� pod koniec obiadu, rozbudzi�a si� zupe�nie, a

maj�c poczciwe serduszko chwyci�a r�k� ojca i ca�uj�c j� raz po raz, pocz�a prosi� za Fatm�: � Niech jej tatu� pomo�e! � niech jej pomo�e! Fatma za�, rozumiej�c widocznie po angielsku, ozwa�a si� w�r�d �ka�, nie odrywaj�c twarzy od dywanu: � Niech ci� Allach b�ogos�awi, kwiatku rajski, rozkoszy Omaja, gwiazdko bez zmazy! Jakkolwiek Sta� by� w duszy bardzo zawzi�ty na mahdyst�w, jednak�e wzruszy� si� tak�e pro�b� i b�lem Fatmy. Przy tym Nel wstawia�a si� za ni�, a on ostatecznie zawsze chcia� tego, czego chcia�a Nel � wi�c po chwili ozwa� si� niby do siebie, ale tak, by s�yszeli go wszyscy: � Ja, gdybym by� rz�dem, pozwoli�bym Fatmie odjecha�. � Ale poniewa� nie jeste� rz�dem � odpowiedzia� mu pan Tarkowski � lepiej zrobisz nie wdaj�c si� w to, co do ciebie nie nale�y. Pan Rawlison mia� r�wnie� lito�ciw� dusz� i odczuwa� po�o�enie Fatmy, ale uderzy�y go w jej s�owach rozmaite rzeczy, kt�re wyda�y mu si� prostym k�amstwem. Maj�c prawie codzienne stosunki z komor� w Izmaili wiedzia� dobrze, �e �adne nowe �adunki gumy ani ko�ci s�oniowej nie przechodzi�y w ostatnich czasach przez kana�. Handel tymi towarami usta� prawie zupe�nie. Kupcy arabscy nie mogli te� wraca� z le��cego w Sudanie miasta El-Faszer, gdy� mahdy�ci w og�le z pocz�tku nie dopuszczali do siebie kupc�w, a tych, kt�rych mogli z�apa�, rabowali i zatrzymywali w niewoli. By�o to te� rzecz� niemal pewn�, �e opowiadanie o chorobie Smaina jest k�amstwem. Lecz poniewa� oczki Nel patrzy�y wci�� b�agalnie na tatusia, wi�c ten nie chc�c zasmuca� dziewczynki rzeki po chwili do Fatmy: � Fatmo, pisa�em ju� do rz�du na twoj� pro�b�, ale bez skutku. A teraz s�uchaj. Jutro z tym oto mehendysem (in�ynierem), kt�rego tu widzisz, wyje�d�amy do Medinet-el-Fajum; po drodze zatrzymamy si� przez jeden dzie� w Kairze, albowiem chedyw chce rozm�wi� si� z nami o kana�ach prowadzonych od Bahr-Jussef i da� nam co do nich polecenia. W czasie rozmowy postaram si� przedstawi� mu twoj� spraw� i uzyska� dla ciebie jego �ask�. Ale nic wi�cej uczyni� nie mog� i nie przyrzekam. Fatma podnios�a si� i wyci�gn�wszy obie r�ce na znak dzi�kczynienia, zawo�a�a: � A wi�c jestem ocalona! � Nie, Fatmo � odpowiedzia� pan Rawlison � nie m�w o ocaleniu, albowiem powiedzia�em ci ju�, �e �mier� nie grozi ani tobie, ani twoim dzieciom. Czy jednak chedyw pozwoli na tw�j odjazd, nie r�cz�, albowiem Smain nie jest chory, ale jest zdrajc�, kt�ry zabrawszy rz�dowe pieni�dze nie my�li wcale o wykupieniu je�c�w od Mohammeda-Achmeda. � Smain jest niewinny, panie, i le�y w El-Faszer � powt�rzy�a Fatma � a gdyby on sprzeniewierzy� si� nawet rz�dowi, to ja przysi�gam przed tob�, moim dobroczy�c�, �e je�li pozwol� mi wyjecha�, p�ty b�d� b�aga� Mohammeda-Achmeda, p�ki nie wyprosz� waszych je�c�w. � A wi�c dobrze. Obiecuj� ci raz jeszcze, �e wstawi� si� za tob� do chedywa. Fatma pocz�a bi� pok�ony. � Dzi�ki ci, sidi! Jeste� nie tylko pot�ny, ale i sprawiedliwy. A teraz b�agam ci� jeszcze, aby� pozwoli� s�u�y� nam sobie jak niewolnikom. � W Egipcie nikt nie mo�e by� niewolnikiem � odpowiedzia� z u�miechem pan Rawlison. � S�u�by mam dosy�, a z twoich us�ug nie mog� korzysta� jeszcze i dlatego, �e jak ci powiedzia�em, wyje�d�amy wszyscy do Medinet i mo�e by�, �e pozostaniemy tam a� do ramazanu. � Wiem, panie, albowiem powiedzia� mi to dozorca Chadigi, ja za�, dowiedziawszy si� o tym, przysz�am nie tylko b�aga� ci� o pomoc, ale by ci powiedzie� tak�e, �e dwaj ludzie z mego pokolenia Dangal�w, Idrys i Gebhr, s� wielb��dnikami w Medinet

i �e uderz� przed tob� czo�em, gdy tylko przyb�dziesz, ofiaruj�c na twe rozkazy siebie i swe wielb��dy. � Dobrze, dobrze � odpowiedzia� dyrektor � ale to sprawa kompanii Cooka, nie moja. Fatma uca�owawszy r�ce obu in�ynier�w i dzieci wysz�a b�ogos�awi�c szczeg�lniej Nel. Dwaj panowie milczeli przez chwil�, po czym pan Rawlison rzeki: � Biedna kobieta... ale k�amie tak, jak tylko na Wschodzie k�ama� umiej� � i nawet w jej o�wiadczeniach wdzi�czno�ci brzmi jaka� fa�szywa nuta. � Niezawodnie � odpowiedzia� pan Tarkowski � ale co prawda, to czy Smain zdradzi�, czy nie zdradzi�, rz�d nie ma prawa zatrzymywa� jej w Egipcie, gdy� ona nie mo�e odpowiada� za m�a. � Rz�d nie pozwala teraz nikomu z Suda�czyk�w wyje�d�a� bez osobnego pozwolenia do Souakimu i do Nubii, wi�c zakaz nie dotyka tylko Fatmy. W Egipcie znajduje si� wielu, przychodz� tu bowiem dla zarobku, a mi�dzy nimi jest pewna liczba nale��cych do pokolenia Dangal�w, to jest tego, z kt�rego pochodzi Mahdi. Oto na przyk�ad nale�� do niego, pr�cz Fatmy, Chadigi i ci dwaj wielb��dnicy w Medinet. Mahdy�ci nazywaj� Egipcjan Turkami i prowadz� z nimi wojn�, ale i mi�dzy tutejszymi Arabami znalaz�oby si� sporo zwolennik�w Mahdiego, kt�rzy by ch�tnie do niego uciekli. Zaliczy� trzeba do nich wszystkich fanatyk�w, wszystkich dawnych stronnik�w Arabiego paszy i wielu spo�r�d klas najubo�szych. Bior� oni za z�e rz�dowi, �e podda� si� ca�kiem wp�ywom angielskim, i twierdz�, �e religia na tym cierpi. B�g wie, ilu uciek�o ju� przez pustyni�, omijaj�c zwyk�� drog� morsk� na Souakim, wi�c rz�d dowiedziawszy si�, �e Fatma chce tak�e zmyka�, przykaza� j� pilnowa�. Za ni� tylko i za jej dzieci, jako za krewnych samego Mahdiego, mo�e b�dzie mo�na odzyska� je�c�w. � Czy istotnie ni�sze klasy w Egipcie sprzyjaj� Mahdiemu? � Mahdi ma zwolennik�w nawet w wojsku, kt�re mo�e dlatego bije si� tak �le. � Ale jakim sposobem Suda�czycy mog� ucieka� przez pustyni�? Przecie to tysi�ce mil? � A jednak t� drog� sprowadzono niewolnik�w do Egiptu. � S�dz�, �e dzieci Fatmy nie wytrzyma�yby takiej podr�y. � Chce te� j� sobie skr�ci� i jecha� morzem do Souakimu. � W ka�dym razie biedna kobieta... Na tym sko�czy�a si� rozmowa. A w dwana�cie godzin p�niej �biedna kobieta� zamkn�wszy si� starannie w domu z synem dozorcy Chadigiego szepta�a mu ze zmarszczonymi brwiami i ponurym spojrzeniem swych pi�knych oczu: � Chamisie, synu Chadigiego, oto s� pieni�dze. Pojedziesz dzi� jeszcze do Medinet i oddasz Idrysowi to pismo, kt�re na moj� pro�b� napisa� do niego �wi�tobliwy derwisz Bellali... Dzieci tych mehendys�w s� dobre, ale je�li nie uzyskam pozwolenia na wyjazd, to nie ma innego sposobu. Wiem, �e mnie nie zdradzisz... Pami�taj, �e ty i tw�j ojciec pochodzicie tak�e z pokolenia Dangal�w, w kt�rym urodzi� si� wielki Mahdi.

ROZDZIA� III

Obaj in�ynierowie wyjechali nazajutrz na noc do Kairu, gdzie mieli odwiedzi� rezydenta angielskiego i by� na pos�uchaniu u wicekr�la. Sta� oblicza�, �e mo�e im

to zaj�� dwa dni, i pokaza�o si�, �e obliczenia jego by�y trafne, gdy� trzeciego dnia wieczorem otrzyma� od ojca, ju� z Medinet, nast�puj�c� depesz�: �Namioty przygotowane. Macie wyruszy� z chwil� rozpocz�cia twoich wakacji. Fatmie daj zna� przez Chadigiego, �e nie mogli�my dla niej nic zrobi�...� Podobn� depesz� otrzyma�a r�wnie� pani Olivier, kt�ra te� zaraz rozpocz�a przy pomocy Murzynki Dinah przygotowania podr�ne. Sam ich widok rozradowa� serca dzieci. Lecz nagle zaszed� wypadek, kt�ry popl�ta� wszelkie przewidywania i m�g� nawet ca�kiem powstrzyma� wyjazd. Oto w dniu, w kt�rym zacz�y si� zimowe wakacje Stasia, a w wigili� wyjazdu, pani� Olivier uk�si� podczas jej drzemki popo�udniowej w ogrodzie skorpion. Jadowite te stworzenia nie bywaj� zwykle w Egipcie zbyt niebezpieczne, tym razem jednak uk�ucie mog�o si� sta� wyj�tkowo zgubnym. Skorpion pe�zn�� po g�rnym oparciu p��ciennego krzes�a i uk�u� pani� Olivier w szyj�, w chwili gdy przycisn�a go g�ow�; �e za� poprzednio cierpia�a ona na r�� w twarzy, wi�c zachodzi�a obawa, �e choroba si� powt�rzy. Wezwano natychmiast lekarza, kt�ry przyby� jednak dopiero po dwu godzinach, gdy� by� zaj�ty gdzie indziej. Szyja, a nawet i twarz by�y ju� opuchni�te, po czym zjawi�a si� gor�czka ze zwyk�ymi objawami zatrucia. Lekarz o�wiadczy�, �e nie mo�e by� mowy w tych warunkach o wyje�dzie, i kaza� chorej po�o�y� si� do ��ka � wobec tego dzieciom grozi�o sp�dzenie �wi�t Bo�ego Narodzenia w domu. Trzeba odda� sprawiedliwo�� Nel, �e w pierwszych zw�aszcza chwilach wi�cej my�la�a o cierpieniach swej nauczycielki ni� o utraconych przyjemno�ciach w Medinet. Pop�akiwa�a tylko po k�tach na my�l, �e nie zobaczy ojca a� po kilku tygodniach. Sta� nie przyj�� wypadku z tak� sam� rezygnacj� i wyprawi� naprz�d depesz�, a potem list z zapytaniem, co maj� robi�. Odpowied� przysz�a po dwu dniach. Pan Rawlison porozumia� si� naprz�d z doktorem i dowiedziawszy si� od niego, �e dora�ne niebezpiecze�stwo jest usuni�te i �e tylko z obawy odnowienia si� r�y nie pozwala na wyjazd pani Olivier z Port-Saidu, zapewni� przede wszystkim doz�r i opiek� dla niej, a nast�pnie dopiero przesia� dzieciom pozwolenie na podr� wraz z Dinah. Ale poniewa� Dinah, mimo ca�ego przywi�zania do Nel, nie umia�aby sobie da� rady na kolejach i w hotelach, przeto przewodnikiem i skarbnikiem w czasie drogi mia� by� Sta�. �atwo zrozumie�, jak by� dumny z tej roli i z jak rycerskim animuszem zar�cza� ma�ej Nel, �e jej w�os z g�owy nie spadnie, jakby rzeczywi�cie droga do Kairu i do Medinet przedstawia�a jakiekolwiek trudno�ci lub niebezpiecze�stwa. Wszystkie przygotowania by�y ju� poprzednio uko�czone, wi�c dzieci wyruszy�y tego samego dnia kana�em do Izmaili, a z Izmaili kolej� do Kairu, gdzie mia�y przenocowa�, nazajutrz za� jecha� do Medinet. Opuszczaj�c Izmail� widzia�y jezioro Timsah, kt�re Sta� zna� poprzednio, albowiem pan Tarkowski, zapalony w wolnych od zaj�� chwilach my�liwy, bra� go tam czasem z sob� na ptactwo wodne. Nast�pnie droga sz�a wzd�u� Wadi-Toumilat, tu� przy kanale s�odkiej wody id�cym od Nilu do Izmaili i Suezu. Przekopano ten kana� jeszcze przed Sueskim, inaczej bowiem robotnicy pracuj�cy nad wielkim dzie�em Lessepsa pozbawieni by byli ca�kiem wody zdatnej do picia. Ale wykopanie go mia�o jeszcze i inny pomy�lny skutek: oto kraina, kt�ra by�a poprzednio ja�ow� pustyni�, zakwit�a na nowo, gdy przeszed� przez ni� pot�ny i o�ywczy strumie� s�odkiej wody. Dzieci mog�y dostrzec po lewej stronie z okien wagon�w szeroki pas zielono�ci, z�o�ony z ��k, na kt�rych pas�y si� konie, wielb��dy i owce � i z p�l uprawnych, mieni�cych si� kukurydz�, prosem, alfalf� i innymi gatunkami ro�lin pastewnych. Nad brzegiem kana�u wida� by�o wszelkiego rodzaju studnie, w kszta�cie wielkich k� opatrzonych wiadrami lub w kszta�cie zwyk�ych �urawi, czerpi�ce wod�, kt�r� fellachowie rozprowadzali pracowicie po zagonach lub rozwozili beczkami na w�zkach ci�gnionych przez bawo�y. Nad runi� zb� buja�y go��bie, a czasem zrywa�y si� ca�e stada przepi�rek. Po brzegach kana�u przechadza�y si� powa�nie bociany i �urawie. W dali, nad glinianymi chatami fellach�w, wznosi�y si� jak pi�ropusze korony palm daktylowych.

Natomiast na p�noc od linii kolejowej ci�gn�a si� szczera pustynia, ale niepodobna do tej, kt�ra le�a�a po drugiej stronie Kana�u Sueskiego. Tamta wygl�da�a jak r�wne dno morskie, z kt�rego uciek�y wody, a zosta� tylko pomarszczony piasek, tu za� piaski by�y bardziej ��te, pousypywane jakby w wielkie kopce pokryte na zboczach k�pami szarej ro�linno�ci. Mi�dzy owymi kopcami, kt�re gdzieniegdzie zmienia�y si� w wysokie wzg�rza, le�a�y obszerne doliny, w�r�d kt�rych od czasu do czasu wida� by�o ci�gn�ce karawany. Z okien wagonu dzieci mog�y dojrze� ob�adowane wielb��dy id�ce d�ugim sznurem, jeden za drugim, przez piaszczyste roz�ogi. Przed ka�dym wielb��dem szed� Arab w czarnym p�aszczu i bia�ym zawoju na g�owie. Ma�ej Nel przypomnia�y si� obrazki z Biblii, kt�re ogl�da�a w domu, przedstawiaj�ce Izraelit�w wkraczaj�cych do Egiptu za czas�w J�zefa. By�y one zupe�nie takie same. Na nieszcz�cie, nie mog�a przypatrywa� si� dobrze karawanom, gdy� przy oknach z tej strony wagonu siedzieli dwaj oficerowie angielscy i zas�aniali jej widok. Lecz zaledwie powiedzia�a to Stasiowi, on zwr�ci� si� z wielce powa�n� min� do oficer�w i rzek� przyk�adaj�c palec do kapelusza: � D�entelmeni, czy nie zechcecie zrobi� miejsca tej ma�ej miss, kt�ra pragnie przypatrywa� si� wielb��dom? Obaj oficerowie przyj�li z tak� sam� powag� propozycj� i jeden z nich nie tylko ust�pi� miejsca ciekawej miss, ale podni�s� j� i postawi� na siedzeniu przy oknie. A Sta� rozpocz�� wyk�ad: � To jest dawna kraina Goshen, kt�r� faraon odda� J�zefowi dla jego braci Izraelit�w. Niegdy�, i jeszcze w staro�ytno�ci, szed� tu kana� wody s�odkiej, tak �e ten nowy jest tylko przer�bk� dawnego. Ale p�niej poszed� w ruin� i kraj sta� si� pustyni�. Teraz ziemia poczyna by� zn�w �yzna. � Sk�d to d�entelmenowi wiadomo? � zapyta� jeden z oficer�w. � W moim wieku takie rzeczy si� wie � odrzek� Sta� � a pr�cz tego niedawno profesor Sterling wyk�ada� nam o Wadi-Toumilat. Jakkolwiek Sta� m�wi� bardzo biegle po angielsku, jednak�e odmienny nieco jego akcent zwr�ci� uwag� drugiego oficera, kt�ry zapyla�: � Czy ma�y d�entelmen nie jest Anglikiem? � Ma�� jest miss Nel, nad kt�r� ojciec jej powierzy� mi w drodze opiek�, a ja nie jestem Anglikiem, lecz Polakiem i synem in�yniera przy kanale. Oficer u�miechn�� si� s�ysz�c odpowied� czupurnego ch�opaka i rzek�: � Bardzo ceni� Polak�w. Nale�� do pu�ku jazdy, kt�ry za czas�w Napoleona kilkakrotnie walczy� z polskimi u�anami, i tradycja ta stanowi dotychczas jego chwa�� i zaszczyt. � Mi�o mi pana pozna� � odpowiedzia� Sta�. I rozmowa posz�a dalej �atwo, albowiem oficerowie bawili si� widocznie. Pokaza�o si�, �e obaj jad� tak�e z Port-Saidu do Kairu dla widzenia si� z ambasadorem angielskim i po ostatnie instrukcje co do d�ugiej podr�y, kt�ra ich niebawem czeka�a. M�odszy z nich by� doktorem wojskowym, ten za�, kt�ry rozmawia� ze Stasiem, kapitan Glen, mia� z rozporz�dzenia swego rz�du jecha� z Kairu przez Suez do Mombassa i obj�� w zarz�d ca�y kraj przyleg�y do tego portu i ci�gn�cy si� a� do nieznanej krainy Samburu. Sta�, kt�ry z zami�owaniem czytywa� podr�e po Afryce, wiedzia�, �e Mombassa le�y o kilka stopni za r�wnikiem i �e kraje przyleg�e, jakkolwiek zaliczone ju� do sfery interes�w angielskich, s� jeszcze naprawd� ma�o znane, zupe�nie dzikie, pe�ne s�oni, �yraf, nosoro�c�w, bawo��w i wszelkiego rodzaju antylop, z kt�rymi wyprawy i wojskowe, i misjonarskie, i kupieckie zawsze si� spotykaj�. Zazdro�ci� te� kapitanowi Glenowi z ca�ej duszy i zapowiedzia�, �e musi go w Mombassa odwiedzi� i zapolowa� z nim na lwy lub bawo�y.

� Dobrze, ale prosz� o odwiedziny z t� ma�� miss � odpowiedzia� �miej�c si� kapitan Glen i ukazuj�c na Nel, kt�ra w tej chwili odesz�a od okna i siad�a przy nim. � Miss Rawlison ma ojca � odpowiedzia� Sta� � a ja jestem tylko w drodze jej opiekunem. Na to zwr�ci� si� �ywo drugi oficer i zapyta�: � Rawlison? � czy nie jeden z dyrektor�w kana�u i ten, kt�ry ma brata w Bombaju? � W Bombaju mieszka m�j stryjek � odpowiedzia�a Nel podnosz�c w g�r� paluszek. � A wi�c tw�j stryjek, darling, jest �onaty z moj� siostr�. Ja nazywam si� Clary. Jeste�my powinowaci i prawdziwie rad jestem, �em ci� spotka� i pozna�, ma�y, kochany ptaszku. I doktor rzeczywi�cie by� rad. M�wi�, �e zaraz po przybyciu do Port-Saidu rozpytywa� si� o pana Rawlisona, ale w biurach dyrekcji powiedziano mu, �e wyjecha� na �wi�ta. Wyrazi� te� �al, �e statek, kt�rym maj� jecha� z Glenem do Mombassa, wychodzi z Suezu ju� za kilka dni, skutkiem czego nie b�dzie m�g� wpa�� do Medinet. Poleci� tylko Nel pozdrowi� ojca i obieca� napisa� do niej z Mombassa. Obaj oficerowie zaj�li si� teraz przewa�nie rozmow� z Nel, tak �e Sta� pozosta� troch� na boku. Za to na wszystkich stacjach pojawia�y si� ca�ymi tuzinami mandarynki, �wie�e daktyle, a nawet i wyborne sorbety. Pr�cz Stasia i Nel � korzysta�a z nich tak�e Dinah, kt�ra przy wszystkich swych przymiotach oznacza�a si� niepowszednim �akomstwem. W ten spos�b pr�dko zesz�a dzieciom droga do Kairu. Przy po�egnaniu oficerowie uca�owali r�czki i g��wk� Nel i u�cisn�li prawic� Stasia, przy czym kapitan Glen, kt�remu rezolutny ch�opiec bardzo si� podoba�, rzek� na wp� �artem, na wp� naprawd�: � S�uchaj, m�j ch�opcze! Kto wie, gdzie, kiedy i w jakich okoliczno�ciach mo�emy si� jeszcze spotka� w �yciu. Pami�taj jednak, �e zawsze mo�esz liczy� na moj� �yczliwo�� i pomoc. � I wzajemnie! � odpowiedzia� z pe�nym godno�ci uk�onem Sta�.

ROZDZIA� IV

Zar�wno pan Tarkowski, jak pan Rawlison, kt�ry kocha� nad �ycie swoj� ma�� Nel, ucieszyli si� bardzo z przybycia dzieci. M�oda parka powita�a te� z rado�ci� ojc�w, ale zaraz pocz�a si� rozgl�da� po namiotach, kt�re by�y ju� zupe�nie wewn�trz urz�dzone i gotowe na przyj�cie mi�ych go�ci. Okaza�o si�, �e s� wspania�e, podw�jne, podbite jedne niebiesk�, drugie czerwon� flanel�, wy�o�one na dole woj�okiem i obszerne jak du�e pokoje. Kompania, kt�rej chodzi�o o opini� wysokich urz�dnik�w Towarzystwa Kana�owego, do�o�y�a wszelkich stara�, by im by�o dobrze i wygodnie. Pan Rawlison obawia� si� pocz�tkowo, czy d�u�szy pobyt pod namiotem nie zaszkodzi zdrowiu Nel, i je�li si� na to zgodzi�, to tylko dlatego, �e w razie niepogody zawsze mo�na by�o przenie�� si� do hotelu. Teraz jednak rozejrzawszy si� dok�adnie we wszystkim na miejscu, doszed� do przekonania, �e dni i noce sp�dzane na �wie�ym powietrzu stokro� b�d� dla jego jedynaczki korzystniejsze ni� przebywanie w zat�ch�ych pokojach miejscowych hotelik�w.

Sprzyja�a temu i prze�liczna pogoda. Medinet, czyli El-Medine, otoczone naok� piaszczystymi wzg�rzami Pustyni Libijskiej, ma klimat o wiele lepszy od Kairu i nie na pr�no zwie si� �krain� r�. Z powodu ochronnego po�o�enia i obfito�ci wilgoci w powietrzu noce nie bywaj� tam wcale tak zimne jak w innych cz�ciach Egiptu, nawet po�o�onych daleko dalej na po�udnie. Zima bywa wprost rozkoszna, a od listopada rozpoczyna si� w�a�nie najwi�kszy rozw�j ro�linno�ci. Palmy daktylowe, oliwki, kt�rych w og�le jest ma�o w Egipcie, drzewa figowe, pomara�czowe, mandarynki, olbrzymie rycynusy, granaty i rozmaite inne ro�liny po�udniowe pokrywaj� jednym lasem t� rozkoszn� oaz�. Ogrody zalane s� jakby olbrzymi� fal� akacyj, bz�w i r�, tak �e w nocy ka�dy powiew przynosi upajaj�cy ich zapach. Oddycha si� tu pe�n� piersi� i �nie chce si� umiera�, jak m�wi� miejscowi mieszka�cy. Podobny klimat ma tylko le��cy po drugiej stronie Nilu, lecz znacznie na p�noc, Heluan, chocia� brak mu tej bujnej ro�linno�ci. Ale Heluan ��czy� si� dla pana Rawlisona z �a�osnym wspomnieniem, tam bowiem umar�a matka Nel. Z tego powodu wola� Medinet � i patrz�c obecnie na rozja�nion� twarz dziewczynki obiecywa� sobie w duchu zakupi� tu w nied�ugim czasie grunt z ogrodem, wystawi� na nim wygodny angielski dom i sp�dza� w tych b�ogos�awionych stronach wszystkie urlopy, jakie b�dzie m�g� uzyska�, a po uko�czeniu s�u�by przy kanale mo�e nawet zamieszka� tu na sta�e. By�y to jednak plany na dalek� przysz�o�� i nie ca�kiem jeszcze stanowcze. Tymczasem dzieci kr�ci�y si� od chwili przyjazdu wsz�dzie jak muchy, pragn�c jeszcze przed obiadem obejrze� wszystkie namioty oraz os�y i wielb��dy naj�te na miejscu przez Cooka. Pokaza�o si� jednak, �e zwierz�ta by�y na odleg�ym pastwisku i �e zobaczy� je b�dzie mo�na dopiero jutro. Natomiast przy namiocie pana Rawlisona Nelly i Sta� spostrzegli z przyjemno�ci� Chamisa, syna Chadigiego, swego dobrego znajomego z Port-Saidu. Nie nale�a� on do s�u�by Cooka i pan Rawlison by� nawet zdziwiony spotkawszy go w El-Medine, ale poniewa� u�ywa� go poprzednio do noszenia narz�dzi, przyj�� go i teraz jako ch�opca do posy�ek i wszelkiego rodzaju pos�ug. Obiad wieczorny okaza� si� wyborny, gdy� stary Kopt, pe�ni�cy ju� od lat wielu obowi�zki kucharza w kompanii Cooka, chcia� popisa� si� swoj� sztuk�. Dzieci opowiada�y o znajomo�ci, jak� zawar�y w czasie drogi z dwoma oficerami, co szczeg�lnie zaj�o pana Rawlisona, kt�rego brat Ryszard, �onaty z siostr� doktora Clarego, przebywa� rzeczywi�cie od wielu lat w Indiach. Poniewa� by�o to ma��e�stwo bezdzietne, wi�c �w stryjaszek kocha� bardzo swoj� ma�� synowic�, kt�r� zna� przewa�nie tylko z fotografii � i wypytywa� o ni� starannie we wszystkich swoich listach. Obu ojc�w zabawi�o r�wnie� zaproszenie, jakie otrzyma� Sta� od kapitana Glen do Mombassa. Ch�opak bra� je zupe�nie powa�nie i obiecywa� sobie stanowczo, �e kiedy� musi odwiedzi� swego nowego przyjaciela za r�wnikiem. Dopiero pan Tarkowski musia� mu t�umaczy�, �e urz�dnicy angielscy nigdy nie zostaj� d�ugo na urz�dzie w tej samej miejscowo�ci, a to z powodu zab�jczego klimatu Afryki, i �e nim on � Sta� � doro�nie, kapitan b�dzie ju� na dziesi�tej z rz�du posadzie albo nie b�dzie go wcale na �wiecie. Po obiedzie ca�e towarzystwo wysz�o przed namioty, gdzie s�u�ba poustawia�a sk�adane krzes�a p��cienne, a dla starszych pan�w przygotowa�a syfony z wod� sodow� i brandy. By�a ju� noc, ale nadzwyczaj ciep�a, a poniewa� przypada�a pe�nia ksi�yca, wi�c jasno by�a jak we dnie. Bia�e mury budynk�w miejskich, naprzeciw namiot�w, �wieci�y zielono, gwiazdy skrzy�y si� na niebie, a w powietrzu rozchodzi� si� zapach r�, akacyj i heliotrop�w. Miasto ju� spa�o. W ciszy nocnej s�ycha� by�o tylko niekiedy dono�ne g�osy �urawi, czapli i flaming�w, przelatuj�cych znad Nilu w stron� jeziora Karoun. Nagle jednak rozleg�o si� g��bokie, basowe szczekanie psa, kt�re zdziwi�o Stasia i Nel, zdawa�o si� bowiem

wychodzi� z namiotu, kt�rego nie zwiedzili, przeznaczonego na sk�ad siode�, narz�dzi i rozmaitych podr�nych przybor�w. � Co to za ogromny musi by� pies. Chod�my go zobaczy� � rzek� Sta�. Pan Tarkowski pocz�� si� �mia�, a pan Rawlison strz�sn�� popi� z cygara i rzek�, r�wnie� �miej�c si�. � Well! na nic nie zda�o si� zamkni�cie. Po czym zwr�ci� si� do dzieci: � Jutro � pami�tajcie � jest Wigilia i ten pies mia� by� niespodziank� przeznaczon� przez pana Tarkowskiego dla Nel, ale poniewa� niespodzianka pocz�a szczeka�, zmuszony jestem zapowiedzie� j� ju� dzi�. Us�yszawszy to Nel wdrapa�a si� w jednej chwili na kolana pana Tarkowskiego i obj�a go za szyj�, nast�pnie przeskoczy�a na ojcowskie: � Tatusiu, jaka ja jestem szcz�liwa! jaka szcz�liwa! U�ciskom i poca�unkom nie by�o ko�ca; wreszcie Nel, znalaz�szy si� na w�asnych nogach, pocz�a zagl�da� w oczy panu Tarkowskiemu: � Mister Tarkowski... � Co, Nel? � Bo je�li ja ju� wiem, �e on tam jest, to czy ja mog� go dzi� zobaczy�? � Wiedzia�em � zawo�a� z udanym oburzeniem pan Rawlison � �e ta ma�a mucha nie poprzestanie na samej nowinie. A pan Tarkowski zwr�ci� si� do syna Chadigiego i rzek�: � Chamisie, przyprowad� psa. M�ody Suda�czyk znikn�� za namiotem kuchennym i po chwili ukaza� si� zn�w prowadz�c olbrzymie zwierz� za obro��. A Nel a� si� cofn�a. � Oj! � zawo�a�a chwytaj�c ojca za r�k�. Sta� natomiast wpad� w zapa�: � Ale� to lew, nie pies! � Nazywa si� Saba (lew) � odpowiedzia� pan Tarkowski. � Nale�y on do rasy mastyf�w, to za� s� najwi�ksze psy na �wiecie. Ten ma dopiero dwa lata, ale istotnie jest ogromny. Nie b�j si�, Nel, gdy� �agodny jest jak baranek. Tylko �mia�o! Pu�� go, Chamisie. Chamis pu�ci� obro��, za kt�r� przytrzymywa� brytana, a �w poczuwszy, �e jest wolny, pocz�� macha� ogonem, �asi� si� do pana Tarkowskiego, z kt�rym pozna� si� ju� dobrze poprzednio, i poszczekiwa� z rado�ci. Dzieci patrzy�y z podziwem przy blasku ksi�yca na jego pot�ny okr�g�y �eb ze zwieszonymi wargami, na grube �apy, na pot�n� posta� przypominaj�c� naprawd� posta� lwa p�owo��t� ma�ci� ca�ego cia�a. Nic podobnego nie widzia�y dot�d w �yciu. � Z takim psem mo�na by bezpiecznie przej�� Afryk� � zawo�a� Sta�. � Spytaj si� go, czyby potrafi� zaaportowa� nosoro�ca � rzek� pan Tarkowski. Saba nie m�g�by wprawdzie odpowiedzie� na to pytanie, ale natomiast macha� ogonem coraz weselej i garn�� si� do ludzi tak serdecznie, �e Nel od razu przesta�a si� go ba� i pocz�a go g�aska� po g�owie. � Saba, mi�y, kochany Saba. Pan Rawlison pochyli� si� nad nim, podni�s� jego �eb ku twarzyczce dziewczynki i

rzek�: � Saba, przypatrz si� tej panience. Oto twoja pani! Masz jej s�ucha� i strzec � rozumiesz? � Wow! � ozwa� si� na to basem Saba, jakby rzeczywi�cie zrozumia�, o co chodzi. I zrozumia� nawet lepiej, ni� mo�na si� by�o spodziewa�, gdy� korzystaj�c z tego, �e g�owa jego znajdowa�a si� prawie na wysoko�ci twarzy dziewczynki, poliza� na znak ho�du swym szerokim ozorem jej nosek i policzki. Wywo�a�o to powszechny wybuch �miechu. Nel musia�a p�j�� do namiotu, by si� umy�. Wr�ciwszy po kwadransie czasu ujrza�a Sab� z �apami za�o�onymi na ramiona Stasia, kt�ry ugina� si� pod tym ci�arem. Pies przewy�sza� go o g�ow�. Nadchodzi� czas spoczynku, ale ma�a uprosi�a sobie jeszcze p� godziny zabawy, by zapozna� si� lepiej z nowym przyjacielem. Jako� poznanie posz�o tak �atwo, �e pan Tarkowski posadzi� j� wkr�tce po damsku na jego grzbiecie i podtrzymuj�c j�, z obawy, by nie spad�a, kaza� Stasiowi prowadzi� psa za obro��. Ujecha�a tak kilkana�cie krok�w, po czym pr�bowa� i Sta� dosi��� osobliwego wierzchowca, ale �w siad� w�wczas na tylnych �apach, tak �e Sta� znalaz� si� niespodzianie na piasku ko�o ogona. Dzieci mia�y ju� uda� si� na spoczynek, gdy z dala, na o�wieconym przez ksi�yc rynku, ukaza�y si� dwie bia�e postacie zd��aj�ce ku namiotom. �agodny dotychczas Saba pocz�� warcze� g�ucho i gro�nie, tak �e Chamis na rozkaz pana Rawlisona musia� go zn�w chwyci� za obro��, a tymczasem dwaj ludzie, przybrani w bia�e burnusy, stan�li przed namiotami. � A kto tam? � zapyta� pan Tarkowski. � Przewodnicy wielb��d�w � ozwa� si� jeden z przyby�ych. � Ach! to Idrys i Gebhr? Czego chcecie? � Przyszli�my spyta�, czy nie b�dziemy potrzebni na jutro? � Nie. Jutro i pojutrze s� wielkie �wi�ta, w czasie kt�rych nie godzi nam si� robi� wycieczek. Przyjd�cie pojutrze rano. � Dzi�kujemy, efendi. � A wielb��dy macie dobre? � zapyta� pan Rawlison. � Bismillach! � odpowiedzia� Idrys � prawdziwe hegin (wierzchowe) o t�ustych garbach i �agodne jak ha'-ga (owce). Inaczej Cook nie by�by nas naj��. � Nie trz�s� nadto? � Mo�na, panie, po�o�y� gar�� fasoli na grzbiecie ka�dego z nich i �adne ziarnko nie spadnie w najszybszym biegu. � Jak przesadza�, to ju� po arabsku � rzek� �miej�c si� pan Tarkowski. � Albo po suda�sku � doda� pan Rawlison. Tymczasem Idrys i Gebhr stali wci�� jak dwie bia�e kolumny, przypatruj�c si� pilnie Stasiowi i Nel. Ksi�yc o�wieca� ich bardzo ciemne twarze, kt�re przy jego blasku wygl�da�y jakby wykute z br�zu. Bia�ka ich oczu po�yskiwa�y zielonawo spod turban�w. � Dobranoc wam! � rzek� pan Rawlison. � Niech Allach czuwa nad wami, efendi, w nocy i we dnie. To rzek�szy sk�onili si� i odeszli. Przeprowadza�o ich g�uche, podobne do dalekiego grzmotu warczenie Saby, kt�remu dwaj Suda�czycy nie podobali si� widocznie.

ROZDZIA� V

Przez nast�pne dni nie by�o �adnych wycieczek. Natomiast wieczorem w Wigili�, gdy na niebie pokaza�a si� pierwsza gwiazda, w namiocie pana Rawlisona zaja�nia�o setkami �wieczek drzewko przeznaczone dla Nel. Choink� zast�powa�a wprawdzie tuja wyci�ta w jednym z ogrod�w El-Medine, niemniej jednak Nel znalaz�a mi�dzy jej ga��zkami mn�stwo �akoci i wspania�� lalk�, kt�r� ojciec sprowadzi� dla niej z Kairu, a Sta� sw�j upragniony sztucer angielski. Od ojca dosta� przy tym �adunki, rozmaite przybory my�liwskie i siod�o do konnej jazdy. Nel nie posiada�a si� ze szcz�cia, a Sta�, lubo s�dzi�, �e kto posiada prawdziwy sztucer, powinien posiada� i odpowiedni� powag�, nie m�g� jednak wytrzyma� � i wybrawszy chwil�, w kt�rej ko�o namiotu by�o pusto � obszed� go woko�o na r�kach. Sztuk� t�, uprawian� mocno w szkole w Port-Saidzie, posiada� w zadziwiaj�cym stopniu i nieraz bawi� ni� Nel, kt�ra zreszt� zazdro�ci�a mu jej szczerze. Wigilia i pierwsze �wi�to sp�yn�y dzieciom cz�ci� na nabo�e�stwie, cz�ci� na rozpatrywaniu dar�w, jakie otrzyma�y, i na tresurze Saby. Nowy przyjaciel okazywa� si� poj�tny nad wszelkie oczekiwanie. Zaraz pierwszego dnia nauczy� si� podawa� �ap�, aportowa� chustki do nosa, kt�rych jednak nie oddawa� bez oporu � i zrozumia�, �e obmywanie ozorem twarzy Nel nie jest rzecz� godn� psa-d�entelmena. Nel trzymaj�c palec na nosku udziela�a mu rozmaitych nauk, on za� potakuj�c ruchami ogona dawa� w ten spos�b do poznania, �e s�ucha z nale�yt� uwag� i bierze je do serca. Podczas przechadzek po piaszczystym placu miejskim s�awa Saby w Medinet ros�a z ka�d� godzin�, a nawet, jak ka�da s�awa, zaczyna�a mie� przykr� stron�, �ci�ga�a bowiem ca�e zast�py dzieciak�w arabskich. Z pocz�tku trzyma�y si� one z daleka, nast�pnie jednak o�mielone �agodno�ci� �potwora� zbli�a�y si� coraz bardziej, a w ko�cu obsiada�y namioty, tak �e nikt nie m�g� porusza� si� swobodnie. Nadto, poniewa� ka�dy dzieciak arabski ssie od rana do nocy trzcin� cukrow�, przeto za dzie�mi ci�gn� zawsze legiony much, kt�re, uprzykrzone same przez si�, bywaj� i niebezpieczne, roznosz� bowiem zarazki egipskiego zapalenia oczu. S�u�ba usi�owa�a z tego powodu dzieci rozp�dza�, ale Nel wyst�powa�a w ich obronie, a co wi�cej, rozdawa�a najm�odszym helou, to jest s�odycze, co zjednywa�o jej wielk� ich mi�o��, ale oczywi�cie powi�ksza�o ich zast�py. Po trzech dniach zacz�y si� wsp�lne wycieczki, cz�ci� w�skotorowymi kolejkami, kt�rych du�o nabudowali w Medinet-el-Fajum Anglicy, cz�ci� na os�ach, a czasem i na wielb��dach. Pokaza�o si�, �e w pochwa�ach oddawanych tym zwierz�tom przez Idrysa by�o wprawdzie wiele przesady, bo nie tylko fasoli, ale i ludziom nie�atwo by�o utrzyma� si� na siod�ach, lecz by�a te� prawda. Wielb��dy nale�a�y oczywi�cie do rodzaju hegin, to jest wierzchowych, a �e karmiono je dobrze durr� (kukurydz� miejscow� lub syryjsk�), wi�c garby mia�y t�uste i okazywa�y si� tak ochocze do biegu, �e trzeba je by�o powstrzymywa�. Suda�czycy Idrys i Gebhr zjednali sobie, mimo dzikiego po�ysku ich oczu, ufno�� i serca towarzystwa, a to przez wielk� us�u�no�� i nadzwyczajn� troskliwo�� o Nel. Gebhr mia� zawsze okrutny i troch� zwierz�cy wyraz twarzy, ale Idrys zmiarkowawszy pr�dko, �e ta ma�a os�bka jest okiem w g�owie ca�ego towarzystwa, o�wiadcza� przy ka�dej sposobno�ci, �e chodzi mu o ni� wi�cej ni� o �w�asn� dusz�. Pan Rawlison domy�la� si� wprawdzie, �e przez Nel chce Idrys trafi� do jego kieszeni, ale mniemaj�c zarazem, �e nie ma na �wiecie cz�owieka, kt�ry by nie musia� pokocha� jego jedynaczki, by� mu jednak�e wdzi�czny i nie �a�owa� �bakszysz�w�. W ci�gu pi�ciu dni towarzystwo zwiedzi�o le��ce blisko miasta ruiny staro�ytnego Krokodilopolis, gdzie Egipcjanie czcili niegdy� bo�ka zwanego Sebak, kt�ry mia� posta� ludzk�, a g�ow� krokodyla. Nast�pna wycieczka by�a do piramidy Hanara i do

szcz�tk�w Labiryntu, najd�u�sza za� i ca�a na wielb��dach - do jeziora Karoun. P�nocny brzeg jego jest szczer� pustyni�, na kt�rej pr�cz ruin dawnych miast egipskich nie ma �adnego �ladu �ycia. Natomiast na po�udnie ci�gnie si� kraj �yzny, wspania�y, a same brzegi, poro�ni�te wrzosem i trzcin�, roj� si� od pelikan�w, czerwonak�w, czapli, dzikich g�si i kaczek. Tam dopiero Sta� znalaz� sposobno�� popisania si� celno�ci� swych strza��w. Zar�wno ze zwyk�ej strzelby, jak i popisowe ze sztucera by�y tak nadzwyczajne, �e po ka�dym dawa�o si� s�ysze� zdumione cmokanie Idrysa i wio�larzy arabskich, a spadaj�cym w wod� ptakom towarzyszy�y stale okrzyki: Bismillach i Maszallach! Arabowie zapewniali, �e na przeciwleg�ym brzegu �pustynnym� jest du�o wilk�w i hien i �e podrzuciwszy w�r�d osypisk padlin� owcy mo�na prawie na pewno przyj�� do strza�u. Wskutek tych zapewnie� pan Tarkowski i Sta� sp�dzili dwie noce na pustyni, przy ruinach Dine. Ale pierwsz� owc� ukradli zaraz po odej�ciu strzelc�w Beduini, druga za� zwabi�a tylko kulawego szakala, kt�rego po�o�y� Sta�. Dalsze polowania musia�y by� od�o�one, gdy� dla obu in�ynier�w nadszed� czas wyjazdu na rewizj� rob�t wodnych prowadzonych przy Bahr-Jussef, ko�o El-Lahum, na po�udniowy wsch�d od Medinet. Pan Rawlison czeka� tylko na przybycie pani Oliwier. Na nieszcz�cie, zamiast niej przyszed� list od lekarza donosz�cy, �e dawna r�a na twarzy odnowi�a si� po uk�szeniu i �e chora przez czas d�u�szy nie b�dzie mog�a wyjecha� z Port-Saidu. Po�o�enie sta�o si� istotnie k�opotliwe. Zabiera� z sob� dzieci, star� Dinah, namioty i ca�� s�u�b� by�o niepodobna, cho�by z tej przyczyny, �e in�ynierowie mieli by� dzi� tu, jutro tam, a mogli otrzyma� polecenie dotarcia a� do wielkiego Kana�u Ibrahima. Wobec tego, po kr�tkiej naradzie, postanowi� pan Rawlison zostawi� Nel pod opiek� starej Dinah i Stasia oraz ajenta konsularnego w�oskiego i miejscowego mudira (gubernatora), z kt�rym si� poprzednio pozna�. Obieca� te� Nel, kt�rej �al by�o rozstawa� si� z ojcem, �e ze wszystkich bli�szych miejscowo�ci obaj z panem Tarkowskim b�d� wpadali do Medinet albo je�li znajdzie si� co godnego widzenia, wzywali dzieci do siebie. � Bierzemy z sob� Chamisa � m�wi� � kt�rego w danym razie po was przy�lemy. Dinah niech zawsze towarzyszy Nel, ale poniewa� Nel robi z ni� wszystko, co jej si� podoba, wi�c ty, Stasiu, czuwaj nad obiema. � Mo�e pan by� pewny � odpowiedzia� Sta� � �e b�d� pilnowa� Nel tak jak rodzonej siostry. Ona ma Sab�, a ja sztucer, wi�c niech kto spr�buje j� pokrzywdzi�... � Nie o to chodzi � rzek� pan Rawlison. � Saba i sztucer nie b�d� wam z pewno�ci� potrzebne. Ty b�d� tak dobry i chro� j� tylko od zm�czenia, a zarazem uwa�aj, by si� nie przezi�bi�a. Prosi�em konsula, aby w razie gdyby si� czu�a niezdrowa, wezwa� zaraz z Kairu doktora. Chamisa b�dziemy tu przysy�ali po wiadomo�ci jak najcz�ciej. Mudir b�dzie was tak�e odwiedza�. Spodziewam si� przy tym, �e nasza nieobecno�� nie potrwa nigdy d�ugo. Pan Tarkowski nie szcz�dzi� tak�e Stasiowi przestr�g. M�wi� mu, �e Nel nie potrzebuje jego obrony, gdy� w Medinet jak r�wnie� w ca�ej prowincji El-Fajum nie ma ani dzikich ludzi, ani dzikich zwierz�t. My�le� o czym� podobnym by�oby rzecz� �mieszn� i niegodn� ch�opca, kt�ry ko�czy nied�ugo rok czternasty. Wi�c ma by� tylko troskliwy i uwa�ny, nie przedsi�bra� na w�asn� r�k�, a tym bardziej razem z Nel, �adnych wypraw, zw�aszcza za� na wielb��dach, na kt�rych jazda b�d� co b�d� zawsze m�czy. Lecz Nel s�ysz�c to zrobi�a tak smutn� mink�, �e pan Tarkowski musia� j� uspokaja�. � Owszem � rzek� g�aszcz�c jej czuprynk� � b�dziecie je�dzili na wielb��dach, ale przy nas albo ku nam, je�li przy�lemy po was Chamisa. � A samym nam nie wolno robi� �adnych wycieczek, cho�by tycich, tyciutkich? � pyta�a dziewczynka.

I pocz�a pokazywa� na paluszku, o jak ma�e wycieczki jej chodzi. Tatusiowie w ko�cu przystali z warunkiem, �e b�d� si� odbywa�y na os�ach, nie na wielb��dach � i nie do ruin, gdzie �atwo wpa�� w jak� dziur�, ale po drogach na pobliskie pola i ku ogrodom po�o�onym za miastem. Dragoman wraz z inn� s�u�b� Cooka mia� dzieciom zawsze towarzyszy�. Po czym obaj starsi panowie wyjechali, ale wyjechali blisko, do Hamaret-el-Makta, tak �e po dziesi�ciu godzinach wr�cili na noc do Medinet. Powtarza�o si� to przez kilka dni z rz�du, p�ki nie zwiedzili rob�t najbli�szych. Potem, gdy prace ich obj�y dalsze, ale niezbyt jeszcze odleg�e okolice, przyje�d�a� w nocy Chamis i wczesnym rankiem zabiera� Stasia i Nel do tych miasteczek, w kt�rych ojcowie chcieli im co� ciekawego pokaza�. Dzieci sp�dza�y wi�ksz� cz�� dnia z tatusiami, a pod zach�d s�o�ca wraca�y do Medinet, do namiot�w. Bywa�y jednak dni, w kt�rych Chamis nie przyje�d�a�, i w�wczas Nel, pomimo towarzystwa Stasia i Saby, w kt�rym odkrywa�a coraz nowe przymioty, wygl�da�a z ut�sknieniem pos�a�ca. W ten spos�b up�yn�� czas a� do �wi�ta Trzech Kr�li, na kt�re obaj in�ynierowie powr�cili do Medinet. W dwa dni p�niej wyjechali jednak znowu, zapowiedziawszy, �e wyje�d�aj� tym razem na d�u�ej i �e prawdopodobnie dotr� a� do Beni-Suef, a stamt�d do El-Fachen, gdzie zaczyna si� kana� tego� nazwiska, id�cy daleko na po�udnie wzd�u� Nilu. Wielkie te� by�o zdziwienie dzieci, gdy trzeciego dnia ko�o jedenastej rano Chamis pojawi� si� w Medinet. Spotka� go pierwszy Sta�, kt�ry poszed� na pastwisko przypatrywa� si� wielb��dom. Chamis rozmawia� z Idrysem i powiedzia� tylko tyle Stasiowi, �e przyjecha� po niego i po Nel i �e natychmiast przyjdzie do namiot�w oznajmi�, dok�d z polecenia starszych pan�w maj� wyruszy�. Ch�opiec polecia� zaraz z dobr� nowin� do Nel, kt�r� zasta� bawi�c� si� z Sab� przed namiotem. � Wiesz! jest Chamis! � zawo�a� ju� z daleka. A Nel pocz�a zaraz podskakiwa� trzymaj�c obie n�ki razem, jak czyni� dziewczynki skacz�ce przez sznur. � Pojedziemy! pojedziemy! � Tak, pojedziemy, i daleko. � A dok�d? � spyta�a rozgarniaj�c r�czkami czupryn�, kt�ra jej spad�a na oczy. � Nie wiem. Chamis powiedzia�, �e za chwil� tu przyjdzie i powie. � To sk�d wiesz, �e daleko? � Bo s�ysza�em, jak Idrys m�wi�, �e on i Gebhr rusz� z wielb��dami natychmiast. To znaczy, �e pojedziemy kolej� i zastaniemy wielb��dy tam, gdzie b�d� tatusiowie, a stamt�d b�dziemy robili jakie� wycieczki. Czupryna z powodu ci�g�ych podskok�w pokry�a zn�w nie tylko oczy, ale ca�� twarz Nel, a n�ki jej odbija�y si� tak od ziemi, jakby by�y z kauczuku. W kwadrans p�niej przyszed� Chamis i pok�oni� si� obojgu: � Khanag� (paniczu) � rzek� do Stasia � jedziemy za trzy godziny pierwszym poci�giem. � Dok�d? � Do El-Gharak-el-Sultani, a stamt�d razem ze starszymi panami na wielb��dach do Wadi-Rajan. Serce zabi�o Stasiowi z rado�ci, ale jednocze�nie zdziwi�y go s�owa Chamisa. Wiedzia�, �e Wadi-Rajan jest to wielkie kolisko piaszczystych wzg�rz wznosz�ce si� na Pustyni Libijskiej na po�udnie i na po�udniowy zach�d od Medinet, a tymczasem pan Tarkowski i pan Rawlison zapowiedzieli wyje�d�aj�c, �e udaj� si� w stron� wprost przeciwn�, w kierunku Nilu. � C� si� sta�o? � zapyta� Sta�. � To ojciec m�j i pan Rawlison nie s� w Beni-Suef, tylko w El-Gharak?

� Tak im wypad�o � odrzek� Chamis. � Ale przecie kazali pisywa� do siebie do El-Fa-chen. � W tym li�cie pisze starszy efendi, dlaczego s� w El-Gharak. I przez chwil� szuka� przy sobie listu, po czym wykrzykn��: � Och, Nabi (proroku)! zostawi�em list w torbie przy wielb��dnikach. Polec� zaraz, p�ki Idrys i Gebhr nie odjad�. I pobieg� do wielb��dnik�w, a tymczasem dzieci pocz�y wraz z Dinah przygotowywa� si� do drogi. Poniewa� zanosi�o si� na d�u�sz� wycieczk�, wi�c Dinah zapakowa�a par� sukienek, troch� bielizny i cieplejsze ubranie dla Nel. Sta� tak�e pomy�la� o sobie, a zw�aszcza nie zapomnia� o sztucerze i �adunkach, maj�c nadziej� spotka� si� w�r�d osypisk Wadi-Rajan z wilkami i hienami. Chamis wr�ci� dopiero po godzinie, tak spocony, zziajany, �e przez chwil� nie m�g� tchu z�apa�. � Nie znalaz�em ju� wielb��dnik�w � m�wi� � i goni�em za nimi, ale na pr�no. Nic to jednak nie szkodzi, gdy� i list, i samych starszych efendich znajdziemy w ElGharak. Czy i Dinah ma jecha� z nami? � Albo co? � Mo�e lepiej, �eby zosta�a. Starsi panowie nie m�wili o niej wcale. � Ale zapowiedzieli wyje�d�aj�c, �e Dinah zawsze ma towarzyszy� panience, wi�c pojedzie i teraz. Chamis sk�oni� si� przy�o�ywszy d�o� do serca i rzek�: � �pieszmy si�, panie, bo inaczej katr (poci�g) odejdzie. Rzeczy by�y gotowe, wi�c znale�li si� na czas na stacji. Odleg�o�� z Medinet do Gharak nie wynosi wi�cej jak trzydzie�ci kilometr�w, ale kolejka poboczna, kt�ra ��czy te miejscowo�ci, idzie wolno i zatrzymuje si� niezmiernie cz�sto. Gdyby Sta� by� sam, by�by niew�tpliwie wola� jecha� na wielb��dzie ni� kolej�, gdy� wyliczy�, i� Idrys i Gebhr, wyruszywszy na dwie godziny przed poci�giem, b�d� wcze�niej od nich w El-Gharak. Ale dla Nel by�aby to droga zbyt d�uga, wi�c ma�y opiekun, kt�ry wzi�� bardzo do serca przestrogi obu ojc�w, nie chcia� nara�a� dziewczynki na zm�czenie. Zreszt� czas zszed� obojgu szybko, tak �e ani obejrzeli si�, kiedy stan�li w Gharak. Ma�a stacyjka, z kt�rej Anglicy robi� zwykle wycieczki do Wadi-Rajan, by�a zupe�nie pusta. Zastali tylko kilka zakwefionych kobiet z koszami mandarynek, dw�ch nieznajomych wielb��dnik�w-Beduin�w oraz Idrysa i Gebhra z siedmiu wielb��dami, z kt�rych jeden by� silnie objuczony. Natomiast pana Tarkowskiego ani pana Rawlisona nie by�o ani �ladu. Ale Idrys w ten spos�b wyt�umaczy� ich nieobecno��: � Starsi panowie pojechali na pustyni�, aby ustawi� namioty, kt�re przywie�li z Etsah, i kazali nam jecha� za sob�. � A jak�e znajdziemy ich w�r�d wzg�rz? � zapyta� Sta�. � Przys�ali przewodnik�w, kt�rzy nas poprowadz�. To powiedziawszy wskaza� na Beduin�w. Starszy z nich sk�oni� si�, przetar� palcem jedno oko, jakie posiada�, i rzek�: � Nasze wielb��dy nie tak t�uste, ale nie mniej �cig�e od waszych. Za godzin� tam b�dziemy. Sta� by� rad, �e sp�dz� noc na pustyni, ale Nel odczu�a pewien zaw�d, albowiem poprzednio by�a pewna, �e zastanie tatusia w Gharak. Tymczasem naczelnik stacji, zaspany Egipcjanin w czerwonym fezie i w ciemnych

okularach, zbli�y� si� i nie maj�c nic innego do roboty, pocz�� przypatrywa� si� europejskim dzieciom. � To dzieci tych Inglezi, kt�rzy pojechali rano ze strzelbami na pustyni� � rzek� Idrys sadowi�c Nel na siodle. Sta� oddawszy sztucer Chamisowi siad� przy niej, albowiem siod�o by�o obszerne i maj�ce kszta�t palankinu, tylko bez dachu. Dinah usadowi�a si� za Chamisem, inni zaj�li osobne wielb��dy i ruszyli. Gdyby naczelnik stacji popatrzy� by� d�u�ej za nimi, by�by mo�e zdziwiony, �e owi Anglicy, o kt�rych wspomnia� Idrys, pojechali wprost do ruin na po�udnie, oni za� skierowali si� od razu ku Talei, w stron� przeciwn�. Ale naczelnik wr�ci� jeszcze przedtem do domu, poniewa� �aden poci�g nie przychodzi� tego dnia do Gharak. Godzina by�a pi�ta po po�udniu. Pogoda wspania�a. S�o�ce przesz�o ju� na t� stron� Nilu i zni�y�o si� nad pustyni� ton�c w z�otych i purpurowych zorzach p�on�cych po zachodniej stronie nieba. Powietrze tak by�o przesycone r�owym blaskiem, �e oczy mru�y�y si� od jego zbytku. Pola przybra�y odcie� liliowy, a natomiast odlegle wzg�rza, odrzynaj�ce si� twardo na tle z�rz mia�y barw� czystego ametystu. �wiat traci� cechy rzeczywisto�ci i zdawa� si� by� jedn� gr� zaziemskich �wiate�. P�ki jechali przez kraj zielony i uprawny, przewodnik-Beduin prowadzi� karawan� krokiem umiarkowanym, z chwil� jednak gdy pod nogami wielb��d�w zaskrzypia� twardy piasek, zmieni�o si� wszystko od razu. � Yalla! yalla! � zawy�y nagle dzikie g�osy. A jednocze�nie da� si� s�ysze� �wist bat�w i wielb��dy, przeszed�szy z k�usa w cwa�, pocz�y p�dzi� jak wicher, wyrzucaj�c nogami piasek i �wir pustyni. � Yalla! yalla! K�us wielb��da bardziej trz�sie, cwa�, kt�rym te zwierz�ta rzadko biegn�, bardziej ko�ysze, wi�c dzieci bawi�a z pocz�tku ta szalona jazda. Ale wiadomo cho�by z hu�tawki, �e zbyt szybkie ko�ysanie si� powoduje zawr�t g�owy. Jako� po pewnym czasie, gdy p�d nie ustawa�, ma�ej Nel pocz�o si� kr�ci� w g��wce i �mi� w oczach. � Stasiu, czemu my tak lecimy? � zawo�a�a zwracaj�c si� do towarzysza. � My�l�, �e pozwolili zanadto rozp�dzi� si� wielb��dom, a teraz nie mog� ich wstrzyma� � odrzek� Sta�. Ale zauwa�ywszy, �e twarz dziewczynki troch� poblad�a, pocz�� wo�a� na Beduin�w p�dz�cych na przedzie, by zwolnili. Wo�anie jego mia�o jednak tylko ten skutek, �e rozleg�y si� zn�w okrzyki: Yalla! � i �e zwierz�ta przyspieszy�y jeszcze biegu. Ch�opiec s�dzi� w pierwszej chwili, �e Beduini go nie dos�yszeli, gdy jednak na powt�rne wezwanie nie by�o �adnej odpowiedzi i gdy jad�cy za nimi Gebhr nie przestawa� smaga� tego wielb��da, na kt�rym oboje z Nel siedzieli, pomy�la�, �e to nie wielb��dy ponios�y, ale �e ludzie tak spiesz� z jakiej� nie znanej mu przyczyny. Przysz�o mu do g�owy, �e mo�e pojechali z�� drog� i �e chc�c wynagrodzi� czas stracony p�dz� teraz z obawy, by starsi panowie nie wy�ajali ich za zbyt p�ne przybycie. Lecz po chwili zrozumia�, �e to nie mo�e by�, gdy� pan Rawlison bardziej by si� rozgniewa� za zbytnie um�czenie Nel. Co to wi�c znaczy? i dlaczego nie s�uchaj� jego rozkaz�w? W sercu ch�opaka pocz�� wzbiera� gniew i obawa o Nel. � St�j! � krzykn�� z ca�ej si�y, zwracaj�c si� do Gebhra. � Ouskout (milcz)! � zawy� w odpowiedzi Suda�czyk. I p�dzili dalej.

Noc zapada w Egipcie ko�o godziny sz�stej, wi�c zorze wkr�tce zgas�y, a po pewnym czasie na niebo wytoczy� si� wielki, czerwony od blasku z�rz ksi�yc i roz�wieci� pustyni� �agodnym �wiat�em. W ciszy s�ycha� by�o tylko zziajany oddech wielb��d�w i g�uche, szybkie uderzenia ich n�g o piasek, a czasem �wist bat�w. Nel by�a ju� tak znu�ona, �e Sta� musia� podtrzymywa� j� na siodle. Co chwila zapytywa�a, czy pr�dko dojad�, i widocznie krzepi�a j� tylko nadzieja rych�ego zobaczenia ojca. Ale na pr�no rozgl�dali si� oboje doko�a. Up�yn�a godzina, potem druga: ani namiot�w, ani ognisk nigdzie nie by�o wida�. W�wczas w�osy powsta�y na g�owie Stasia, albowiem zrozumia�, �e ich porwano.

ROZDZIA� VI

A panowie Rawlison i Tarkowski oczekiwali rzeczywi�cie dzieci, ale nie w�r�d wzg�rz piaszczystych Wadi-Rajan, dok�d nie mieli ani potrzeby, ani ochoty jecha�, lecz w zupe�nie innej stronie, w mie�cie El-Fachen, nad kana�em tego� nazwiska, przy kt�rym ogl�dali dokonane przed ko�cem roku roboty. Odleg�o�� mi�dzy El-Fachen a Medinet wynosi w prostej linii oko�o czterdziestu pi�ciu kilometr�w. Poniewa� jednak nie ma bezpo�redniego po��czenia i trzeba jecha� na El-Wasta, co podwaja niemal drog�, przeto pan Rawlison, rozgl�daj�c si� w przewodniku kolejowym, czyni� nast�puj�ce wyliczenia: � Chamis wyjecha� onegdaj wiecz�r � m�wi� do pana Tarkowskiego � i w El-Wasta z�apa� poci�g id�cy z Kairu, w Medinet jest zatem dzi� rano. Dzieci zapakuj� si� w godzin�. Wyjechawszy wszelako w po�udnie, musia�yby czeka� na nocny poci�g id�cy wzd�u� Nilu, a poniewa� nie pozwoli�em Nel jecha� noc�, wi�c wyrusz� dzi� rano i b�d� tu zaraz po zachodzie s�o�ca. � Tak � rzek� pan Tarkowski � Chamis musi troch� odpocz��, a Stasiowi pali si� wprawdzie w g�owie, jednak�e gdy chodzi o Nel, mo�na zawsze na niego liczy�. Zreszt� pos�a�em mu tak�e kart�, by nie wyje�d�ali na noc. � Dzielny ch�opiec i ufam mu zupe�nie � odpowiedzia� pan Rawlison. � Co prawda, to i ja. Sta� przy swoich rozmaitych wadach ma prawy charakter i nigdy nie k�amie, albowiem jest odwa�ny, a k�ami� tylko tch�rze. Energii te� mu nie brak i je�li z czasem zdob�dzie si� na spokojn� rozwag�, to my�l�, �e da sobie rad� na �wiecie. � Z pewno�ci�. Co za� do rozwagi, to czy ty by�e� rozwa�ny w jego wieku? � Musz� przyzna�, �e nie � odpowiedzia� �miej�c si� pan Tarkowski � ale mo�e nie by�em tak pewny siebie jak on. � To przejdzie. Tymczasem b�d� szcz�liwy, �e masz takiego ch�opca. � A ty, �e masz takie s�odkie i kochane stworzenie jak Nel. � Niech j� B�g b�ogos�awi � odpowiedzia� ze wzruszeniami pan Rawlison. Dwaj przyjaciele u�cisn�li sobie d�onie, po czym zasiedli do przegl�dania plan�w i kosztorys�w rob�t. Na tym zaj�ciu up�yn�� im czas a� do wieczora. O godzinie sz�stej, gdy ju� zapad�a noc, znale�li si� na stacji i chodz�c po peronie rozmawiali w dalszym ci�gu o dzieciach. � Pyszna pogoda, ale ch�odno � ozwa� si� pan Rawlison. � Czy aby Nel wzi�a ze sob� ciep�e ubranie?

� Sta� b�dzie o tym pami�ta� i Dinah tak�e. � �a�uj� jednak�e, �e zamiast sprowadza� ich tu, nie pojechali�my sami do Medinet. � Przypomnij sobie, �e tak w�a�nie radzi�em. � Wiem � i gdyby nie to, �e mamy st�d jecha� dalej na po�udnie, by�bym si� na to zgodzi�. Wyliczy�em wszelako, �e droga zaj�aby nam du�o czasu i �e byliby�my kr�cej z dzie�mi. Przyznam ci si� zreszt�, �e to Chamis podda� mi my�l, �eby je tu sprowadzi�. O�wiadczy� mi, �e ogromnie do nich t�skni i �e by�by szcz�liwy, gdybym go po oboje pos�a�. Nie dziwi� si�, �e si� do nich przywi�za�... Dalsz� rozmow� przerwa�y sygna�y oznajmiaj�ce zbli�anie si� poci�gu. Po chwili w ciemno�ci ukaza�y si� ogniste oczy lokomotywy, a jednocze�nie da� si� s�ysze� zdyszany jej oddech i gwizdanie. Szereg o�wieconych wagon�w przesun�� si� wzd�u� peronu, zadrga� i stan��. � Nie widzia�em ich w �adnym oknie � rzek� pan Rawlison. � Siedz� mo�e g��biej i zapewne zaraz wyjd�. Podr�ni zacz�li wysiada�, ale przewa�nie Arabowie, gdy� El-Fachen pr�cz pi�knych gaj�w palmowych i akacjowych nie ma nic ciekawego do widzenia. Dzieci nie przyjecha�y. � Chamis albo nie z�apa� poci�gu w El-Wasta � ozwa� si� z odcieniem z�ego humoru pan Tarkowski � albo te� po nocnej podr�y zaspa� i przyjad� dopiero jutro. � Mo�e by� � odpowiedzia� z niepokojem pan Rawlison � ale i to by� mo�e, �e kt�re� zachorowa�o. � Sta� by w takim razie zatelegrafowa�. � Kto wie, czy depeszy nie zastaniemy w hotelu. � P�jd�my. Ale w hotelu nie czeka�a ich �adna wiadomo��. Pan Rawlison by� coraz niespokojniejszy. � Wiesz, co si� jeszcze mog�o zdarzy�? � rzek� pan Tarkowski. � Oto, je�li Chamis zaspa�, to nie przyzna� si� do tego dzieciom, przyszed� do nich dopiero dzi� i powiedzia� im, �e maj� jutro jecha�. Przed nami b�dzie si� wykr�ca� tym, �e nie zrozumia� naszych rozkaz�w. Na wszelki wypadek zatelegrafuj� do Stasia. � A ja do mudira Fajumu. Po chwili dwie depesze zosta�y wys�ane. Nie by�o jeszcze wprawdzie powod�w do niepokoju, jednak�e w oczekiwaniu na odpowied� in�ynierowie �le sp�dzili noc i wczesny poranek zasta� ich na nogach. Odpowied� od mudira przysz�a dopiero ko�o dziesi�tej i brzmia�a jak nast�puje: �Sprawdzono na stacji. Dzieci wyjecha�y wczoraj do Gharak-el-Sultani.� �atwo zrozumie�, jakie zdumienie i gniew ogarn�y ojc�w na t� niespodzian� wiadomo��. Przez czas jaki� spogl�dali na siebie, jakby nie rozumiej�c s��w depeszy, po czym pan Tarkowski, kt�ry by� cz�owiekiem porywczym, uderzy� d�oni� w st� i rzek�: � To pomys� Stasia, ale ja go oducz� takich pomys��w. � Nie spodziewa�em si� tego po nim � odpowiedzia� ojciec Nel. Lecz po chwili zapyta�: � No a c� Chamis? � Albo ich nie zasta� i nie wie, co pocz��, albo pojecha� za nimi. � Tak i ja my�l�. I w godzin� p�niej wyruszyli do Medinet. W namiotach dowiedzieli si�, �e nie ma wielb��dnik�w, a na stacji potwierdzono, �e Chamis wyjecha� z dzie�mi do El-

Gharak. Sprawa przedstawia�a si� coraz ciemniej i rozja�ni� j� mo�na by�o tylko w El-Gharak. Jako� dopiero na tej stacji zacz�a si� ods�ania� straszliwa prawda. Zawiadowca, ten sam zaspany w ciemnych okularach i czerwonym fezie Egipcjanin, opowiedzia� im, �e widzia� ch�opca oko�o lat czternastu i o�mioletni� dziewczynk� z niem�od� Murzynk�, kt�rzy pojechali na pustyni�. Nie pami�ta, czy wielb��d�w by�o razem osiem, czy dziewi��, ale zauwa�y�, �e jeden objuczony by� jak do dalekiej drogi, a dwaj Beduini mieli tak�e du�e juki przy siod�ach; przypomina te� sobie, �e gdy przypatrywa� si� karawanie, jeden z wielb��dnik�w, Suda�czyk, rzek� mu, �e to s� dzieci Anglik�w, kt�rzy przedtem pojechali do Wadi-Rajan. � Czy ci Anglicy wr�cili? � zapyta� pan Tarkowski. � Tak jest. Wr�cili jeszcze wczoraj z dwoma zabitymi wilkami � odpowiedzia� zawiadowca � i zdziwi�o mnie to nawet, �e nie wracaj� razem z dzie�mi. Ale nie pyta�em ich o pow�d, gdy� to do mnie nie nale�y. To powiedziawszy odszed� do swoich obowi�zk�w. Podczas tego opowiadania twarz pana Rawlisona sta�a si� bia�a jak papier. Patrz�c b��dnym wzrokiem na przyjaciela zdj�� kapelusz, podni�s� d�o� do spotnia�ego czo�a i zachwia� si�, jakby mia� upa��. � Rawlison, b�d� m�czyzn�! � zawo�a� pan Tarkowski. � Dzieci nasze porwane. Trzeba je ratowa�. � Nel! Nel! � powtarza� nieszcz�sny Anglik. � Nel i Sta�! To nie Stasia wina. Zwabiono tu oboje podst�pnie i porwano. Kto wie � dlaczego. Mo�e dla okupu. Chamis jest niezawodnie w spisku. Idrys i Gebhr tak�e. Tu przypomnia� sobie, co m�wi�a Fatma, �e obaj Suda�czycy nale�� do pokolenia Dangal�w, w kt�rym urodzi� si� Mahdi, i �e z tego� pokolenia pochodzi Chadigi, ojciec Chamisa. Na to wspomnienie serce zamar�o mu na chwil� w piersiach, zrozumia� bowiem, �e dzieci mog�y by� porwane nie dla okupu, ale dla zamiany na rodzin� Smaina. Ale co z nimi zrobi� wsp�plemie�cy z�owrogiego proroka? Skry� si� na pustyni lub gdzie� nad brzegiem Nilu nie mog�, bo na pustyni pomarliby wszyscy z g�odu i pragnienia, a nad Nilem z�apano by ich z pewno�ci�. Chyba wi�c zbiegn� z dzie�mi a� do Mahdiego. I ta my�l nape�ni�a pana Tarkowskiego przera�eniem, ale energiczny eks�o�nierz pr�dko przyszed� do siebie i pocz�� przebiega� my�l� wszystko, co si� sta�o, a jednocze�nie szuka� �rodk�w ratunku. �Fatma � rozumowa� � nie mia�a powodu m�ci� si� ani nad nami, ani nad naszymi dzie�mi, je�eli wi�c zosta�y porwane, to widocznie dlatego, aby wyda� je w r�ce Smaina. W �adnym razie �mier� im nie grozi. I to jest szcz�cie w nieszcz�ciu, ale natomiast czeka je straszna droga, kt�ra mo�e by� dla nich zgubn�.� I natychmiast podzieli� si� tymi my�lami z przyjacielem, po czym tak m�wi�: � Idrys i Gebhr, jako dzicy i g�upi ludzie, wyobra�aj� sobie, �e zast�py Mahdiego s� ju� niedaleko, a tymczasem Chartum, do kt�rego Mahdi dotar�, le�y st�d o dwa tysi�ce kilometr�w. T� drog� musz� przeby� wzd�u� Nilu i nie oddala� si� od niego, gdy� inaczej wielb��dy i ludzie popadaliby z pragnienia. Jed� natychmiast do Kairu i ��daj od chedywa, by wys�ano depesze do wszystkich posterunk�w wojskowych i by urz�dzono po�cig na prawo i lewo wzd�u� rzeki. Szejkom przybrze�nym przyrzecz za schwytanie zbieg�w wielk� nagrod�. Po wsiach niech zatrzymuj� wszystkich, kt�rzy si� zbli�� po wod�. W ten spos�b Idrys i Gebhr musz� wpa�� w r�ce w�adzy, a my odzyskamy dzieci.

Pan Rawlison odzyska� ju� zimn� krew. � Jad� � rzek�. � Te �otry zapomnia�y, �e armia angielska Wolseleya �piesz�ca na pomoc Gordonowi jest ju� w drodze i �e odetnie ich od Mahdiego. Nie umkn�. Nie mog� umkn��. Wysy�am w tej chwili depesz� do naszego ministra, a potem jad�. Co ty zamierzasz? � Telegrafuj� o urlop i nie czekaj�c odpowiedzi ruszam w ich �lady Nilem do Nubii, by dopilnowa� po�cigu. � Wi�c si� musimy spotka�, gdy� i ja uczyni� z Kairu to samo. � Dobrze! a teraz do roboty. � Z pomoc� Bo��! � odpowiedzia� pan Rawlison.

ROZDZIA� VII

A tymczasem wielb��dy p�dzi�y jak huragan po b�yszcz�cych od ksi�yca piaskach. Zapad�a g��boka noc. Ksi�yc, z pocz�tku wielki jak ko�o i czerwony, zblad� i wytoczy� si� wysoko. Oddalone wzg�rza pustyni pokry�y si� mu�linowym, srebrnym oparem, kt�ry nie przes�aniaj�c ich widoku zmieni� je jakby w �wietlane zjawiska. Od czasu do czasu spoza ska� tu i �wdzie rozsianych dochodzi�o �a�osne skomlenie szakali. Up�yn�a znowu godzina. Sta� otoczy� ramieniem Nel i podtrzymywa� j�, usi�uj�c przez to z�agodzi� m�cz�ce rzuty szalonej jazdy. Dziewczynka coraz cz�ciej zacz�a wypytywa� go, dlaczego tak p�dz� i dlaczego nie wida� ani namiot�w, ani tatusi�w. Sta� postanowi� wreszcie powiedzie� jej prawd�, kt�ra i tak pr�dzej czy p�niej musia�a si� wyda�. � Nel � rzek� � �ci�gnij r�kawiczk� i upu�� j� nieznacznie na ziemi�. � Dlaczego, Stasiu? A on przycisn�� j� do siebie i odpowiedzia� z jak�� niezwyk�� mu tkliwo�ci�: � Zr�b, co ci m�wi�. Nel trzyma�a si� jedn� r�k� Stasia i ba�a si� go pu�ci�, ale poradzi�a sobie w ten spos�b, �e pocz�a �ci�ga� z�bkami r�kawiczk� � z ka�dego palca osobno � a wreszcie, zsun�wszy j� zupe�nie, upu�ci�a na ziemi�. � Po niejakim czasie rzu� drug� � ozwa� si� znowu Sta�. � Ja rzuci�em ju� swoje, ale twoje �atwiej b�dzie dostrzec, bo jasne. I widz�c, �e dziewczynka patrzy na� pytaj�cym wzrokiem, tak m�wi� dalej: � Nie przestrasz si�, Nel... Ale widzisz... by� mo�e, �e my wcale nie spotkamy ani twego, ani mojego ojca... i �e nas ci szkaradni ludzie porwali. Ale si� nie b�j... Bo je�li tak jest, to p�jdzie za nami pogo�. Dogoni� i odbior� nas z pewno�ci�. Dlatego kaza�em ci rzuci� r�kawiczki, �eby pogo� znalaz�a �lady. Tymczasem nie mo�emy zrobi� nic innego, ale p�niej co� obmy�l�... Z pewno�ci� co� obmy�l�, tylko nie b�j si� i ufaj mi... Lecz Nel dowiedziawszy si�, �e nie zobaczy tatusia i �e uciekaj� gdzie� daleko na pustyni�, zacz�a dr�e� ze strachu i p�aka�, tul�c si� jednocze�nie do Stasia i wypytuj�c w�r�d �ka�, dlaczego ich porwali i dok�d ich wioz�. On pociesza� j�, jak umia� i prawie takimi s�owami, jakimi jego ojciec pociesza� pana Rawlisona. M�wi�,

�e ojcowie i sami b�d� ich �cigali, i zawiadomi� wszystkie za�ogi wzd�u� Nilu. Na koniec zapewnia� j�, �e cokolwiek b�d� by si� sta�o, on jej nie opu�ci nigdy i b�dzie jej zawsze broni�. Ale w niej �al i t�sknota za ojcem wi�ksze by�y nawet od strachu, wi�c d�ugi czas nie przestawa�a p�aka� � i tak lecieli, oboje �a�o�ni, w�r�d jasnej nocy po bladych piaskach pustyni. Stasiowi jednak �ciska�o si� serce nie tylko �alem i obaw�, lecz i wstydem. Temu, co si� sta�o, nie by� wprawdzie winien, natomiast przypomnia� sobie swoj� dawn� che�pliwo��, kt�r� tak cz�sto gani� w nim ojciec. Poprzednio by� przekonany, �e nie ma takiego po�o�enia, w kt�rym by nie da� sobie rady; poczytywa� si� za jakiego� niezwyci�onego junaka i got�w by� wyzywa� ca�y �wiat. Obecnie za� zrozumia�, �e jest ma�ym ch�opcem, z kt�rym ka�dy mo�e zrobi�, co zechce � i �e oto p�dzi wbrew woli na wielb��dzie dlatego tylko, �e tego wielb��da pogania z ty�u p�dziki Suda�czyk. Czu� si� tym okropnie upokorzony, a nie widzia� �adnego sposobu oporu. Musia� przyzna� sam przed sob�, �e si� po prostu boi � i tych ludzi, i tej pustyni, i tego, co ich oboje z Nel mo�e spotka�. Obiecywa� jednak szczerze nie tylko jej, ale i sobie, �e b�dzie nad ni� czuwa� i broni� jej, cho�by kosztem w�asnego �ycia. Nel, zm�czona p�aczem i szalon� jazd�, trwaj�c� ju� od sze�ciu godzin, pocz�a wreszcie drzema�, a chwilami i zasypia� zupe�nie. Sta� wiedz�c, �e kto spadnie z cwa�uj�cego wielb��da, mo�e si� zabi� na miejscu, przywi�za� j� do siebie sznurem, kt�ry znalaz� na siodle. Lecz po niejakim czasie wyda�o mu si�, �e p�d wielb��d�w staje si� mniej szybki, chocia� lecia�y teraz przez g�adkie i mi�kkie piaski. W oddali wida� by�o majacz�ce wzg�rza, za� na r�wninie rozpocz�y si� zwyk�e na pustyni nocne u�udy. Ksi�yc �wieci� na niebie coraz bledziej, a tymczasem przed nimi pojawia�y si� pe�zn�ce nisko, dziwne, r�owe ob�oki, zupe�nie przezrocze, utkane tylko ze �wiat�a. Tworzy�y si� one nie wiadomo dlaczego i posuwa�y si� naprz�d, jakby popychane lekkim wiatrem. Sta� widzia�, jak burnusy Beduin�w i wielb��dy r�owia�y nagle, wjechawszy w te o�wiecone przestrzenie, a nast�pnie ca�� karawan� ogarnia� delikatny, r�owy blask. Czasem ob�oki przybiera�y barw� b��kitnaw� i tak by�o a� do wzg�rz. Przy wzg�rzach bieg wielb��d�w zwolni� jeszcze bardziej. Naok� wida� by�o teraz ska�y stercz�ce z piaszczystych kopc�w lub porozrzucane w�r�d osypisk w dzikim nie�adzie. Grunt stawa� si� kamienisty. Przebyli kilka wg��bie� zasianych kamieniami i podobnych do wysch�ych �o�ysk rzek. Chwilami drog� tamowa�y im w�wozy, kt�re musieli obje�d�a�. Zwierz�ta pocz�y st�pa� ostro�nie, przebieraj�c jakby w ta�cu nogami w�r�d suchych i twardych k�p utworzonych przez r�e jerycho�skie, kt�rymi osypiska i ska�y pokryte by�y obficie. Raz w raz kt�ry� wielb��d potkn�� si� i widoczne by�o, �e nale�y im da� wypoczynek. Jako� Beduini zatrzymali si� w zapad�ym w�wozie i zsun�wszy si� z siode�, zabrali si� do rozwi�zywania juk�w. Idrys i Gebhr poszli za ich przyk�adem. Pocz�to opatrywa� wielb��dy, rozlu�nia� popr�gi, zdejmowa� zapasy �ywno�ci i wyszukiwa� p�askich kamieni na za�o�enie ogniska. Drzewa suchego ani suchego nawozu, kt�rym pos�uguj� si� Arabowie, nie by�o, ale Chamis, syn Chadigiego, nazrywa� r� jerycho�skich i u�o�y� z nich spory stos, kt�ry zapali�. Przez czas jaki�, gdy Suda�czycy zaj�ci byli wielb��dami, Sta�, Nel i jej piastunka, stara Dinah, znale�li si� razem, w odosobnieniu. Lecz Dinah by�a bardziej jeszcze przera�ona od dzieci i nie mog�a s�owa przem�wi�. Owin�a tylko Nel w ciep�y pled i siad�szy ko�o niej na ziemi, pocz�a z j�kiem ca�owa� jej r�czki. Sta� natychmiast zapyta� Chamisa, co znaczy to wszystko, co si� sta�o, ale �w �miej�c si� ukaza� mu tylko swe bia�e z�by i poszed� zbiera� w dalszym ci�gu r�e jerycho�skie. Zapytany nast�pnie Idrys odpowiedzia� jednym s�owem: �zobaczysz� � i pogrozi� mu palcem. Gdy wreszcie zab�ys�o ognisko z r�, kt�re wi�cej tli�y si�, ni� p�on�y, otoczyli

je wszyscy ko�em, pr�cz Gebhra, kt�ry zosta� jeszcze przy wielb��dach, i pocz�li je�� placki z kukurydzy oraz suszone baranie i kozie mi�so. Dzieci, wyg�odzone przez d�ug� drog�, jad�y r�wnie�, cho� Nel klei�y si� jednocze�nie oczy ze snu. Ale tymczasem w md�ym �wietle ogniska pojawi� si� ciemnosk�ry Gebhr i po�yskuj�c oczyma podni�s� w g�r� dwie ma�e jasne r�kawiczki i zapyta�: � Czyje to? � Moje � odpowiedzia�a sennym i zm�czonym g�osem Nel. � Twoje, ma�a �mijo? � sykn�� przez zaci�ni�te z�by Suda�czyk � To znaczysz drog� dlatego, by tw�j ojciec wiedzia�, kt�r�dy nas �ciga�? I tak m�wi�c uderzy� j� korbaczem, strasznym batem arabskim, kt�ry przecina nawet sk�r� wielb��da. Nel, lubo owini�ta w gruby pled, krzykn�a z b�lu i ze strachu, lecz Gebhr nie zdo�a� uderzy� jej po raz drugi, gdy� Sta� skoczy� w tej chwili jak �bik, uderzy� go g�ow� w piersi, a nast�pnie chwyci� za gard�o. Sta�o si� to tak niespodzianie, �e Suda�czyk upad� na wznak, a Sta� na niego i obaj pocz�li przewraca� si� po ziemi. Ch�opak na sw�j wiek by� wyj�tkowo silny, jednak�e Gebhr pr�dko da� sobie z nim rad�. Naprz�d oderwa� od swego gard�a jego d�onie, po czym obr�ci� go twarz� do ziemi i przycisn�wszy mu pi�ci� kark pocz�� smaga� korbaczem jego plecy. Krzyk i �zy Nel, kt�ra chwytaj�c r�ce dzikusa b�aga�a go jednocze�nie, by Stasiowi �darowa��, nie by�yby si� na nic przyda�y, gdyby nie to, �e Idrys przyszed� niespodzianie ch�opcu z pomoc�. By� on starszy od Gebhra, daleko silniejszy i od pocz�tku ucieczki z Gharak-el-Sultani wszyscy stosowali si� do jego rozkaz�w. Teraz wyrwa� korbacz z r�k brata i odrzuciwszy go daleko zawo�a�: � Precz, g�upcze! � Za�wicz� tego skorpiona! � odpowiedzia� zgrzytaj�c z�bami Gebhr. Lecz na to Idrys chwyci� go za opo�cz� na piersiach i popatrzywszy mu w oczy pocz�� m�wi� gro�nym, cho� cichym g�osem: � Szlachetna Fatma zakaza�a tym dzieciom czyni� krzywdy, albowiem wstawia�y si� za ni�... � Za�wicz�! � powt�rzy� Gebhr. � A ja ci powiadam, �e nie podniesiesz na �adne z nich korbacza. Je�li to uczynisz, za ka�de uderzenie oddam ci dziesi��. I pocz�� nim trz��� jak ga��zi� palmy, po czym tak dalej m�wi�: � Te dzieci s� w�asno�ci� Smaina i gdyby kt�re z nich nie dojecha�o �ywe, sam Mahdi (niech B�g przed�u�y dni jego niesko�czenie) kaza�by ci� powiesi�. Rozumiesz, g�upcze! Imi� Mahdiego sprawia�o tak wielkie na wszystkich jego wyznawcach wra�enie, �e Gebhr opu�ci� natychmiast g�ow� i j�� powtarza� jakby z przestrachem: � Allach akbar! � Allach akbar! Sta� podni�s� si� zziajany i zbity, ale czu�, �e gdyby ojciec m�g� go w tej chwili widzie� i s�ysze�, by�by dumny z niego, albowiem nie tylko skoczy� by� bez namys�u na ratunek Nel, ale i teraz, cho� razy korbacza pali�y go jak ogniem, nie my�la� o w�asnym b�lu, a natomiast pocz�� pociesza� dziewczynk� i wypytywa�, czy uderzenia nie zrobi�y jej krzywdy. A nast�pnie rzek�: � Com dosta�, tom dosta�, ale on si� wi�cej na ciebie nie porwie. Ach, gdybym mia� jak� bro�! Ma�a kobietka obj�a go obu r�koma za szyj� i mocz�c mu �zami policzki j�a zapewnia�, �e nie bardzo j� bola�o i �e p�acze nie z b�lu, tylko z �alu nad nim.

Na to Sta� przesun�� usta do jej ucha i rzek� szepcz�c: � Nel, nie za to, �e mnie zbi�, ale za to, �e ciebie uderzy�, przysi�gam, �e mu nie daruj�. Na tym sko�czy�o si� zaj�cie. Po pewnym czasie Gebhr i Idrys, pogodzeni ju� z sob�, porozci�gali na ziemi opo�cze i pok�adli si� na nich, a Chamis poszed� wkr�tce za ich przyk�adem. Beduini zasypali wielb��dom durry, po czym wsiad�szy na dwa lu�ne, pojechali w stron� Nilu. Nel opar�a g��wk� o kolana starej Dinah i usn�a. Ognisko przygas�o i wkr�tce s�ycha� by�o tylko chrz�st durry w z�bach wielb��d�w. Na niebo wytoczy�y si� ma�e ob�oczki, kt�re zakrywa�y chwilami ksi�yc, ale noc by�a widna. Za ska�ami odzywa�o si� ci�g�e �a�osne skomlenie szakali. Po dw�ch godzinach Beduini wr�cili z wielb��dami d�wigaj�cymi nape�nione wod� sk�rzane wory. Podsyciwszy ogie� zasiedli na piasku i zabrali si� do jedzenia. Przybycie ich zbudzi�o Stasia, kt�ry si� poprzednio by� zdrzemn��, oraz dw�ch Suda�czyk�w i Chamisa, syna Chadigiego. Wtedy przy ognisku rozpocz�a si� nast�puj�ca rozmowa: � Mo�emy jecha�? � zapyta� Idrys. � Nie, albowiem musimy odpocz�� � my i nasze wielb��dy. � Czy nie widzia� was nikt? � Nikt. Dotarli�my do rzeki mi�dzy dwiema wioskami. Z daleka tylko szczeka�y psy. � Trzeba b�dzie zawsze je�dzi� po wod� o p�nocy i czerpa� j� w pustych miejscach. Byle min�� pierwsz� challal (katarakt�), to dalej wsie ju� rzadsze i prorokowi przychylniejsze. Po�cig p�jdzie za nami z pewno�ci�. Na to Chamis przewr�ci� si� plecami do g�ry i podpar�szy d�o�mi twarz rzek�: � Mehendysi b�d� naprz�d czekali dzieci w El-Fachen przez ca�� noc i do nast�pnego poci�gu, potem pojad� do Fajum, a stamt�d do Gharak. Tam dopiero zrozumiej�, co si� sta�o, i w�wczas musz� wr�ci� do Medinet, aby wys�a� s�owa lec�ce po miedzianym drucie do miast nad Nilem � i je�d�c�w na wielb��dach, kt�rzy b�d� nas �cigali. Wszystko to zabierze najmniej trzy dni. Przedtem nie potrzebujemy m�czy� naszych wielb��d�w i mo�emy spokojnie �pi� dym� z cybuch�w. To rzek�szy wydoby� z ogniska p�on�cy pr�cik r�y jerycho�skiej i zapali� nim fajk�, a Idrys pocz��, zwyczajem arabskim, cmoka� z zadowolenia. � Dobrze to urz�dzi�e�, synu Chadigiego � rzek� � ale nam trzeba korzysta� z czasu i zajecha� przez te trzy dni i noce najdalej na po�udnie. Odetchn� spokojniej dopiero w�wczas, gdy przejedziemy pustyni� mi�dzy Nilem a Kharge (wielka oaza na zach�d od Nilu). Da�by B�g, aby wielb��dy wytrzyma�y. � Wytrzymaj� � ozwa� si� jeden z Beduin�w. � Ludzie m�wi� te� � wtr�ci� Chamis � �e wojska Mahdiego (niech B�g przed�u�y jego �ywot) dochodz� ju� do Assuanu. Tu Sta�, kt�ry nie traci� ani s�owa z tej rozmowy i zapami�ta� r�wnie�, co przedtem m�wi� Idrys do Gebhra, podni�s� si� i rzek�: � Wojska Mahdiego s� pod Chartumem. � La! La! (nie, nie) � zaprzeczy� Chamis. � Nie zwa�ajcie na jego s�owa � odpowiedzia� Sta� � bo on ma nie tylko sk�r�, ale i m�zg ciemny. Do Chartumu, cho�by�cie co trzy dni kupowali �wie�e wielb��dy i p�dzili tak jak dzi�, zajedziecie za miesi�c. A i tego mo�e nie wiecie, �e drog� przegrodzi wam armia, nie egipska, ale angielska... S�owa te uczyni�y pewne wra�enie, a Sta� spostrzeg�szy to m�wi� dalej: � Zanim znajdziecie si� mi�dzy Nilem a wielk� oaz�, wszystkie drogi na pustyni b�d� ju� pilnowane przez szereg stra�y wojskowych. Ha! s�owa po miedzianym drucie pr�dzej biegn� od wielb��d�w! Jak�e zdo�acie si� przemkn��? � Pustynia jest szeroka � odpowiedzia� jeden z Beduin�w. � Ale musicie trzyma� si� Nilu.

� Mo�emy si� nawet przeprawi� i gdy nas b�d� szuka� z tej strony, my b�dziemy z tamtej. � S�owa biegn�ce po miedzianym drucie dojd� do miast i wsi po obu brzegach rzeki. � Mahdi ze�le nam anio�a, kt�ry po�o�y palec na oczach Anglik�w i Turk�w (Egipcjan), a nas os�oni skrzyd�ami. � Idrysie � rzek� Sta� � nie zwracam si� do Chamisa, kt�rego g�owa jest jak pusta tykwa, ani do Gebhra, kt�ry jest pod�ym szakalem, ale do ciebie. Wiem ju�, �e chcecie nas zawie�� do Mahdiego i odda� w r�ce Smaina. Lecz je�li to czynicie dla pieni�dzy, to wiedz, �e ojciec tej ma�ej bint (dziewczynki) jest bogatszy ni� wszyscy Suda�czycy razem wzi�ci. � I co z tego? � przerwa� Idrys. � Co z tego? Wr��cie dobrowolnie, a wielki mehendys nie po�a�uje wam pieni�dzy i m�j ojciec tak�e. � Albo oddadz� nas rz�dowi, kt�ry ka�e nas powiesi�. � Nie, Idrysie. B�dziecie wisieli niezawodnie, lecz tylko w takim razie, je�li was z�api� w ucieczce. A tak si� stanie z pewno�ci�. Ale je�li sami wr�cicie, �adna kara was nie spotka i pr�cz tego zostaniecie bogatymi lud�mi do ko�ca �ycia. Ty wiesz, �e biali z Europy dotrzymuj� zawsze s�owa. Ot� daj� wam s�owo za obu mehendys�w, �e b�dzie tak, jak m�wi�. I Sta� pewien by� istotnie, �e ojciec jego i pan Rawlison b�d� stokro� woleli dotrzyma� uczynionej przez niego obietnicy ni� nara�a� ich oboje, a zw�aszcza Nel, na okropn� podr� i jeszcze okropniejsze �ycie w�r�d dzikich i rozszala�ych hord Mahdiego. Tote� z bij�cym sercem oczekiwa� na odpowied� Idrysa, kt�ry pogr��y� si� w milczeniu i dopiero po d�ugiej chwili rzek�: � M�wisz, �e ojciec ma�ej bint i tw�j dadz� nam du�o pieni�dzy? � Tak jest. � A czy wszystkie ich pieni�dze potrafi� otworzy� nam drzwi do raju, kt�re otworzy jedno b�ogos�awie�stwo Mahdiego? � Bismillach! � krzykn�li na to obaj Beduini wraz z Chamisem i Gebhrem. Sta� straci� od razu wszelk� nadziej�, wiedzia� bowiem, �e jakkolwiek ludzie na Wschodzie chciwi s� i przekupni, to jednak gdy prawdziwy mahometanin spojrzy na jak�� rzecz od strony wiary, w�wczas nie ma ju� na �wiecie takich skarb�w, kt�rymi da�by si� skusi�. Idrys za�, zach�cony okrzykiem, m�wi� dalej � i widocznie ju� nie dlatego, by odpowiedzie� Stasiowi, lecz w tej my�li, by zyska� tym wi�ksze uznanie i pochwa�y towarzysz�w: � My mamy szcz�cie nale�e� tylko do tego pokolenia, kt�re wyda�o �wi�tego proroka, ale �szlachetna� Fatma i jej dzieci s� jego krewnymi � i wielki Mahdi je kocha. Gdy wi�c oddamy mu ciebie i ma�� bint, on zmieni was za Fatm� i jej syn�w, a nas pob�ogos�awi. Wiedz o tym, �e nawet ta woda, w kt�rej on si� co rano, wedle przepis�w Koranu, obmywa, uzdrawia choroby i g�adzi grzechy, a c� dopiero jego b�ogos�awie�stwo! � Bismillach! � powt�rzyli Suda�czycy i Beduini. Lecz Sta� chwytaj�c si� ostatniej deski ratunku rzek�: � To zabierzcie mnie, a Beduini niech wr�c� z ma�� bint. Za mnie wydadz� Fatm� i jej syn�w. � Jeszcze pewniej wydadz� j� za was oboje. Na to ch�opak zwr�ci� si� do Chamisa: � Ojciec tw�j odpowie za twoje post�pki. � M�j ojciec jest ju� w pustyni, w drodze do proroka � odpar� Chamis. � Wi�c go z�api� i powiesz�.

Tu Idrys uzna� jednak za stosowne doda� otuchy swym towarzyszom. � Te s�py � rzek� � kt�re objedz� cia�o z naszych ko�ci, mo�e nie wyl�g�y si� jeszcze. Wiemy, co nam grozi, ale�my nie dzieci, i pustyni� znamy od dawna. Ci ludzie (tu wskaza� na Beduin�w) byli wiele razy w Berberze i wiedz� o takich drogach, kt�rymi biegaj� tylko gazele. Tam nikt nas nie znajdzie i nikt nie b�dzie �ciga�. Musimy zaiste skr�ca� po wod� do Bahr-el-Jussef, a p�niej do Nilu, ale b�dziemy to czynili w nocy. Czy my�licie przy tym, �e nad rzek� nie ma ukrytych przyjaci� Mahdiego? A ja ci powiem, �e im dalej na po�udnie, tym ich wi�cej, �e i ca�e pokolenia, i ich szejkowie czekaj� tylko pory sposobnej, by chwyci� za miecze w obronie prawdziwej wiary. Ci sami dostarcz� wody, jad�a, wielb��d�w � i zmyl� pogo�. Zaprawd� wiemy, �e do Mahdiego daleko, ale wiemy i to tak�e, �e ka�dy dzie� przybli�y nas do owczej sk�ry, na kt�rej �wi�ty prorok kl�ka do modlitw. � Bismillach! � zakrzykn�li po raz trzeci towarzysze. I wida� by�o, �e powaga Idrysa wzros�a pomi�dzy nimi znacznie. Sta� zrozumia�, �e wszystko stracone, wi�c chc�c przynajmniej uchroni� Nel od z�o�ci Suda�czyk�w rzek�: � Po sze�ciu godzinach ma�a panienka dojecha�a ledwie �ywa. Jak�e mo�ecie my�le�, �e ona wytrzyma tak� drog�? Je�li za� umrze, to i ja umr�, a w�wczas z czym przyjedziecie do Mahdiego? Teraz Idrys nie znalaz� odpowiedzi, co widz�c Sta� tak m�wi� dalej: � ...I jak was przyjmie Mahdi i Smain, gdy si� dowiedz�, �e za wasz� g�upot� Fatma i jej dzieci przyp�aci� musz� �yciem? Lecz Suda�czyk opami�ta� si� ju� i odpowiedzia�: � Widzia�em jak chwyci�e� za gardziel Gebhra. Na Allacha, ty� jest lwie szczeni� i nie umrzesz, a ona... Tu popatrzy� na g��wk� �pi�cej Nel, opart� na kolanach starej Dinah, i doko�czy� jakim� dziwnie �agodnym g�osem: � Jej uwijemy na garbie wielb��da gniazdko jak ptaszkowi, aby wcale nie czu�a zm�czenia i mog�a spa� w drodze r�wnie spokojnie, jak �pi teraz. To powiedziawszy podszed� ku wielb��dowi i wraz z Beduinami pocz�� na grzbiecie najlepszego z dromader�w mo�ci� siedzenie dla dziewczynki. Gadali przy tym du�o i sprzeczali si� troch�, ale wreszcie za pomoc� powroz�w, koc�w oraz bambusowych dr��k�w urz�dzili co� w rodzaju g��bokiego, nieruchomego kosza, w kt�rym Nel mog�a siedzie� lub le�e�, lecz z kt�rego nie mog�a spa��. Nad tym siedzeniem, tak obszernym, �e i Dinah mog�a si� w nim pomie�ci�, rozpi�li p��cienny daszek. � Oto widzisz � rzek� Idrys do Stasia � jaja przepi�rki nie pot�uk�yby si� w tych woj�okach. Stara niewiasta pojedzie z panienk�, aby jej s�u�y� i we dnie, i w nocy... Ty si�dziesz ze mn�, ale mo�esz jecha� przy niej i czuwa� nad ni�. Sta� by� rad, �e uzyska� cho� tyle. Zastanowiwszy si� nad po�o�eniem, doszed� do przekonania, �e najprawdopodobniej z�api� ich, zanim dojad� do pierwszej katarakty, i ta my�l doda�a mu otuchy. Tymczasem chcia�o mu si� przede wszystkim spa�, obiecywa� wi�c sobie, �e przywi��e si� jakim� powrozem do siod�a i poniewa� nie b�dzie musia� podtrzymywa� Nel, za�nie na kilka godzin. Noc czyni�a si� ju� bledsza i szakale przesta�y skomle� w�r�d w�woz�w. Karawana mia�a zaraz wyruszy�, ale Suda�czycy spostrzeg�szy brzask udali si� za odleg�� o kilka krok�w ska�� i tam, zgodnie z przepisami Koranu, pocz�li ranne obmywania, u�ywaj�c jednak�e piasku zamiast wody, kt�rej pragn�li zaoszcz�dzi�. Nast�pnie zabrzmia�y ich g�osy odmawiaj�ce soubhg, czyli pierwsz� porann� modlitw�. W�r�d g��bokiej ciszy s�ycha� by�o wyra�nie ich s�owa: �W imi� lito�ciwego i mi�osiernego Boga. Chwa�a niech b�dzie Panu, w�adcy �wiata, lito�ciwemu i

mi�osiernemu w dniu s�du. Ciebie wielbimy i wyznawamy, Ciebie b�agamy o pomoc. Prowad� nas po drodze tych, kt�rym nie szcz�dzisz dobrodziejstw i �aski, nie za� po �cie�kach grzesznik�w, kt�rzy �ci�gn�li na si� gniew Tw�j i kt�rzy b��dz�. Amen.� A Sta� s�uchaj�c tych g�os�w podni�s� oczy w g�r� � i w tej dalekiej krainie, w�r�d p�owych, g�uchych piask�w, pocz�� m�wi�: �Pod Twoj� obron� uciekamy si�, �wi�ta Bo�a Rodzicielko...�

ROZDZIA� VIII

Noc blad�a. Ludzie mieli ju� siada� na wielb��dy, gdy nagle spostrzegli pustynnego wilka, kt�ry wtuliwszy ogon pod siebie przebieg� w�w�z o sto krok�w od karawany i wydostawszy si� na przeciwleg�e p�askowzg�rze bieg� dalej z wszelkimi oznakami strachu, jakby ucieka� przed jakim� nieprzyjacielem. W egipskich pustyniach nie masz takich dzikich zwierz�t, przed kt�rymi wilki czu�yby trwog�, i dlatego widok ten zaniepokoi� wielce suda�skich Arab�w. C� by to by� mog�o? Czy�by nadchodzi�a ju� pogo�? Jeden z Beduin�w wdrapa� si� szybko na ska��, ale zaledwie spojrza�, zsun�� si� z niej jeszcze pr�dzej. � Na proroka! � zawo�a� zmieszany i przel�k�y � chyba lew bie�y ku nam i jest ju� tu�! A wtem spoza ska� ozwa�o si� basowe: �wow�, po kt�rym Sta� i Nel zakrzykn�li razem: � Saba! Saba! Poniewa� po arabsku znaczy to: lew, wi�c Beduini przestraszyli si� jeszcze bardziej, lecz Chamis roze�mia� i si� i rzek�: � Ja znam tego lwa. To powiedziawszy gwizdn�� przeci�gle � i w tej�e chwili olbrzymi brytan wpad� mi�dzy wielb��dy. Ujrzawszy dzieci skoczy� ku nim, przewr�ci� z rado�ci Nel, kt�ra wyci�gn�a do niego r�ce, wspi�� si� na Stasia, nast�pnie skowycz�c i poszczekuj�c obieg� oboje kilkakrotnie, zn�w przewr�ci� Nel, zn�w wspi�� si� na Stasia i wreszcie, leg�szy u ich st�p, pocz�� zia�. Boki mia� zapad�e, z wywieszonego j�zyka spada�y mu p�aty piany, macha� jednak ogonem i podnosi� oczy pe�ne mi�o�ci na Nel, jakby jej chcia� powiedzie�: �Ojciec tw�j kaza� mi ci� pilnowa�, wi�c oto jestem!� Dzieci siad�y przy nim z jednej i drugiej strony i pocz�y go pie�ci�. Dwaj Beduini, kt�rzy nie widzieli nigdy podobnej istoty, spogl�dali na niego ze zdumieniem, powtarzaj�c: �Allach! o kelb kebir!� (Na Boga, to wielki pies!) � on za� le�a� przez jaki� czas spokojnie, nast�pnie podni�s� jednak �eb, wci�gn�� powietrze w sw�j czarny, podobny do ogromnej trufli nos, zawietrzy� i skoczy� ku wygas�emu ognisku, przy kt�rym le�a�y resztki po�ywienia. W tej samej chwili kozie i baranie ko�ci pocz�y trzaska� i kruszy� si� jak s�omki w jego pot�nych z�bach. Po o�miu ludziach, licz�c ze star� Dinah i z Nel, by�o tego dosy� sporo nawet dla takiego kelb kebir.

Lecz Suda�czycy zak�opotali si� jego przybyciem i dwaj wielb��dnicy odwo�awszy na bok Chamisa pocz�li z nim rozmawia� z niepokojem, a nawet ze wzburzeniem. � Iblis przyni�s� tu tego psa! � zawo�a� Gebhr � i jakim sposobem trafi� tu za dzie�mi, skoro do Gharak przyjecha�y kolej�? � Zapewne �ladem wielb��d�w � odpowiedzia� Chamis. � �le si� sta�o. Ka�dy, kto zobaczy go przy nas, zapami�ta nasz� karawan� i wska�e, kt�r�dy przechodzi�a. Trzeba si� go pozby� koniecznie. � Ale jak? � spyta� Chamis. � Jest strzelba, we� j� i strzel mu w �eb. � Jest strzelba, ale ja nie umiem z niej strzela�. Chyba �e wy umiecie?... Chamis od biedy by�by mo�e potrafi�, Sta� bowiem kilkakrotnie otwiera� przy nim swoj� bro� i zamyka�, lecz �al mu by�o psa, kt�rego polubi� opiekuj�c si� nim jeszcze przed przyjazdem dzieci do Medinet. Wiedzia� natomiast doskonale, �e obaj Suda�czycy nie maj� �adnego poj�cia, jak obchodzi� si� z broni� najnowszego systemu, i �e nie dadz� sobie z ni� rady. � Je�li wy nie umiecie � rzek� z chytrym u�miechem � to psa m�g�by zabi� tylko ten ma�y nouzrani (chrze�cijanin), ale ta strzelba mo�e wystrzeli� kilka razy z rz�du, wi�c nie radz� dawa� mu jej do r�ki. � Niech B�g broni � odpowiedzia� Idrys. � Powystrzela�by nas jak przepi�rki. � Mamy no�e � zauwa�y� Gebhr. � Spr�buj, ale pami�taj, �e masz i gard�o, kt�re pies rozerwie, nim go zak�ujesz. � Co wi�c robi�? A Chamis ruszy� ramionami. � Dlaczego wy chcecie tego psa zabi�? Cho�by�cie go potem przysypali piaskiem, hieny go wygrzebi�, pogo� znajdzie jego ko�ci i b�dzie wiedzia�a, �e nie przeprawili�my si� przez Nil, lecz uciekali�my z tej strony. Niech leci za nami. Ilekro� Beduini pojad� po wod�, a my si� skryjemy w jakim w�wozie, mo�ecie by� pewni, �e pies zostanie przy dzieciach. Allach! Lepiej, �e teraz przylecia�, bo inaczej by�by prowadzi� pogo� naszym �ladem a� do Berberu. Karmi� go nie potrzebujecie, gdy� je�li mu resztek po nas nie starczy, to o hien�, albo szakala nie b�dzie mu trudno. Zostawcie go w spokoju, m�wi� wam � i nie tra�my czasu na gadanie. � Mo�e masz s�uszno�� � rzek� Idrys. � Je�li mam s�uszno��, to mu dam i wody, aby sam nie lata� do Nilu i nie pokazywa� si� w wioskach. W ten spos�b zosta� rozstrzygni�ty los Saby, kt�ry wypocz�wszy nieco i po�ywiwszy si� nale�ycie, wych�epta� w mgnieniu oka misk� wody i pu�ci� si� z nowymi si�ami za karawan�. Wjechali teraz na wysok� p�aszczyzn�, na kt�rej wiatr pomarszczy� piasek i z kt�rej wida� by�o na obie strony ogromn� przestrze� pustyni. Niebo przybra�o barw� muszli per�owej. Lekkie chmurki, zgromadzone na wschodzie, mieni�y si� jak opale, po czym nagle zabarwi�y si� z�otem. Strzeli� jeden promie�, potem drugi � i s�o�ce, jak zwykle w krajach po�udniowych, w kt�rych nie ma prawie zmierzchu i �witu, nie wzesz�o, ale wybuchn�o zza ob�ok�w jak s�up ognia i zala�o jasnym �wiat�em widnokr�g. Powesela�o niebo, powesela�a ziemia i niezmierne obszary piaszczyste odkry�y si� oczom ludzkim. � Musimy p�dzi� � rzek� Idrys � bo st�d wida� nas z daleka. Jako� wypocz�te i napojone wielb��dy p�dzi�y z szybko�ci� gazeli. Saba pozosta� za nimi, ale nie by�o obawy, by si� zab��ka� i nie zjawi� na pierwszym popasie. Dromader, na kt�rym jecha� Idrys ze Stasiem, bieg� tu� obok wierzchowca Nel, tak �e dzieci mog�y rozmawia� swobodnie. Siedzenie, kt�re wymo�cili Suda�czycy, okaza�o si� wyborne i dziewczynka wygl�da�a w nim rzeczywi�cie jak ptaszek w

gniazdku. Nie mog�a spa��, nawet �pi�c, i jazda m�czy�a j� daleko mniej ni� w nocy. Jasne �wiat�o dzienne doda�o obojgu dzieciom otuchy. W serce Stasia wst�pi�a nadzieja, �e skoro Saba ich do�cign��, to i pogo� potrafi uczyni� to samo. T� nadziej� podzieli� si� natychmiast z Nel, kt�ra u�miechn�a si� do niego po raz pierwszy od chwili porwania. � A kiedy nas dogoni�? � spyta�a po francusku, by Idrys nie m�g� ich zrozumie�. � Nie wiem. Mo�e dzi� jeszcze, mo�e jutro, mo�e za dwa lub trzy dni. � Ale nie b�dziemy jechali z powrotem na wielb��dach? � Nie. Dojedziemy tylko do Nilu, a Nilem do El-Wasta. � To dobrze, oj, dobrze! Biedna Nel, kt�ra tak lubi�a poprzednio t� jazd�, mia�a jej teraz widocznie dosy�. � Nilem... do El-Wasta i do tatusia! � pocz�a powtarza� sennym g�osem. I poniewa� na poprzednim postoju nie wyspa�a si� nale�ycie, wi�c usn�a znowu g��bokim snem, takim, jakim po wielkim zm�czeniu �pi si� nad ranem. Tymczasem Beduini p�dzili wielb��dy bez wytchnienia i Sta� zauwa�y�, �e kieruj� si� w g��b pustyni. Wi�c chc�c zachwia� w Idrysie pewno��, �e zdo�aj� uj�� przed pogoni�, a zarazem pokaza� mu, �e sam liczy na ni� niezawodnie, rzek�: � Odje�d�acie od Nilu i od Bahr-Jussef, ale nic wam to nie pomo�e, bo przecie nie b�d� was szukali nad brzegiem, gdzie wsie le�� jedna przy drugiej, ale w g��bi. A Idrys zapyta�: � Sk�d wiesz, �e odje�d�amy od Nilu, skoro brzeg�w nie mo�esz st�d dostrzec? � Bo s�o�ce, kt�re jest po wschodniej stronie nieba, grzeje nas w plecy; to znaczy, �e skr�cili�my na zach�d. � M�dry z ciebie ch�opiec � rzek� z uznaniem Idrys. Po chwili za� doda�: � Ale ani pogo� nas nie do�cignie, ani ty nie uciekniesz. � Nie � odnek� Sta� � ja nie uciekn�... chyba z ni�. I ukaza� na �pi�c� Nel. Do po�udnia p�dzili prawie bez wytchnienia, ale gdy s�o�ce wzbi�o si� wysoko na niebo i pocz�o przypieka�, wielb��dy, kt�re z natury ma�o si� poc�, obla�y si� jednak potem i bieg ich sta� si� znacznie wolniejszy. Karawan� otoczy�y znowu ska�y i osypiska. W�wozy, kt�re w czasie deszcz�w zmieniaj� si� w �o�yska strumieni, czyli tzw. khory, zdarza�y si� coraz cz�ciej. Beduini zatrzymali si� na koniec w jednym z nich, ca�kiem ukrytym w�r�d ska�. Lecz zaledwie zsiedli z wielb��d�w, podnie�li krzyk i rzucili si� naprz�d, schylaj�c si� co chwila i ciskaj�c przed siebie kamieniami. Stasiowi, kt�ry jeszcze nie zsun�� si� z siod�a, przedstawi� si� dziwny widok. Oto spo�r�d suchych krzak�w porastaj�cych dno khoru wysun�� si� du�y w�� i wij�c si� z szybko�ci� b�yskawicy mi�dzy okruchami ska�, umyka� do jakiej� znanej sobie kryj�wki. Beduini �cigali go zaciekle, a na pomoc im poskoczy� Gebhr z no�em w r�ku. Ale z powodu nier�wno�ci gruntu zar�wno trudno trafi� by�o w�a kamieniem, jak przygwo�dzi� go no�em � wkr�tce te� wr�cili wszyscy trzej z widocznym w twarzach przestrachem. I � � � zabrzmia�y zwykle u Arab�w okrzyki: Allach! Bismillach! Maszallach!

Nast�pnie obaj Suda�czycy pocz�li spogl�da� jakim� dziwnym, zarazem badawczym i pytaj�cym wzrokiem na Stasia, kt�ry nie rozumia� wcale, o co chodzi.

Tymczasem Nel zsiad�a tak�e z wielb��da i jakkolwiek mniej by�a zm�czona ni� w nocy, Sta� rozci�gn�� dla niej woj�ok w cieniu na r�wnym miejscu i kaza� si� jej po�o�y�, by mog�a, jak m�wi�, rozprostowa� n�ki. Arabowie zabrali si� do po�udniowego posi�ku, kt�ry jednak sk�ada� si� tylko z suchar�w i daktyli oraz z �yku wody. Wielb��d�w nie pojono, albowiem pi�y w nocy. Twarze Idrysa, Gebhra i Beduin�w by�y wci�� frasobliwe i post�j odbywa� si� w milczeniu. Na koniec Idrys odwo�a� Stasia na bok i pocz�� wypytywa� go z twarz� zarazem tajemnicz� i niespokojn�: � Widzia�e� w�a? � Widzia�em. � Nie ty� go zakl��, by si� nam ukaza�? � Nie. � Spotka nas jakie� nieszcz�cie, gdy� ci g�upcy nie zdo�ali w�a zabi�! � Spotka was szubienica. � Milcz. Czy tw�j ojciec jest czarownikiem? � Jest � odpowiedzia� bez wahania Sta� zrozumiawszy w jednej chwili, �e ci dzicy i przes�dni ludzie uwa�aj� ukazanie si� p�aza za z�� wr�b� i za zapowied�, �e ucieczka im si� nie uda. � To wi�c tw�j ojciec nam go zes�a� � odpowiedzia� Idrys � ale powinien zrozumie�, �e za jego czary mo�emy si� pom�ci� na tobie. � Nic mi nie zrobicie, gdy� przyp�aciliby za moj� krzywd� synowie Fatmy. � I to ju� zrozumia�e�? Ale pami�taj, �e gdyby nie ja, by�by� sp�yn�� krwi� pod korbaczem Gebhra � ty i ma�a bint tak�e. � Wstawi� si� te� tylko za tob�, a Gebhr p�jdzie na powr�z. Na to Idrys popatrzy� na niego przez chwil� jakby ze zdziwieniem i rzek�: � �ycie nasze nie jest jeszcze w twoich r�kach, a ty przemawiasz ju� do nas jak nasz pan... Po chwili za� doda�: � Dziwny z ciebie uled (ch�opiec) i takiego jeszcze nie widzia�em. By�em dotychczas dobry dla was, lecz ty si� miarkuj i nie gro�. � B�g karze zdrad� � odpowiedzia� Sta�. By�o jednak rzecz� widoczn�, �e pewno��, z jak� m�wi� ch�opak, w po��czeniu ze z�� wr�b� pod postaci� w�a, kt�ry zdo�a� umkn��, zaniepokoi�a w wysokim stopniu Idrysa. Siad�szy ju� na wielb��da powt�rzy� kilkakrotnie: �Tak! ja by�em dla was dobry!�, jakby na wszelki wypadek chcia� wrazi� to Stasiowi w pami��, a nast�pnie zacz�� przesuwa� ziarnka r�a�ca wyrobione ze skorupy orzecha dum i modli� si�. Ko�o godziny drugiej po po�udniu upa�, mimo i� pora by�a zimowa, uczyni� si� niezwyk�y. Na niebie nie by�o �adnej chmurki, ale kra�ce widnokr�gu poszarza�y. Nad karawan� unosi�o si� kilka s�p�w, kt�rych rozpostarte szeroko skrzyd�a rzuca�y ruchome, czarne cienie na p�owe piaski. W rozpalonym powietrzu czu� by�o jakby sw�d. Wielb��dy nie przestaj�c p�dzi� pocz�y dziwnie chrz�ka�. Jeden z Beduin�w zbli�y� si� do Idrysa. � Zanosi si� na co� niedobrego � rzek�. � Co my�lisz? � zapyta� Suda�czyk. � Z�e duchy zbudzi�y wiatr �pi�cy na zachodzie pustyni, a �w wsta� z piask�w i bie�y ku nam. Idrys podni�s� si� nieco na siodle, popatrzy� w dal i odpowiedzia�: � Tak jest. Idzie z zachodu i po�udnia, ale on nie bywa tak w�ciek�y jak khmasin. � Trzy lata temu zasypa� jednak ko�o Abu-Hamel ca�� karawan�, a odwia� j� dopiero zesz�ej zimy. Ualla! Mo�e mie� dosy� si�y, by pozatyka� nozdrza wielb��d�w i wysuszy� wod� w workach. � Trzeba p�dzi�, by zawadzi� nas jednym tylko skrzyd�em.

� Lecimy mu w oczy i nie potrafimy go omin��. � Im pr�dzej przyjdzie, tym pr�dzej przewieje. To rzek�szy Idrys uderzy� wielb��da korbaczem, a za jego przyk�adem poszli inni. Przez jaki� czas s�ycha� by�o tylko t�pe razy grubych bat�w, podobne do klaskania w d�onie, i okrzyki: yalla!... Na po�udniowym zachodzie bia�awy przedtem widnokr�g pociemnia�. Upa� trwa� ci�gle i s�o�ce pali�o g�owy je�d�c�w. S�py wzbi�y si� widocznie bardzo wysoko, albowiem cienie od ich skrzyde� mala�y coraz bardziej, a w ko�cu znik�y zupe�nie. Uczyni�o si� duszno. Arabowie krzyczeli na wielb��dy, p�ki nie wysch�y im gard�a, po czym umilkli i nasta�a cisza �miertelna, przerywana st�kaniem zwierz�t. Ma�e dwa liski piaskowe o ogromnych uszach przemkn�y si� ko�o karawany, uciekaj�c w stron� przeciwn�. Ten sam Beduin, kt�ry poprzednio rozmawia� z Idrysem, ozwa� si� znowu jakim� dziwnym, jakby nie swoim g�osem: � To nie b�dzie zwyk�y wiatr. �cigaj� nas z�e czary. Wszystkiemu winien w��... � Wiem � odpowiedzia� Idrys. � Patrz, powietrze dr�y. Tego nie bywa w zimie. Jako� rozpalone powietrze pocz�o drga�, a wskutek z�udzenia oczu je�d�com wyda�o si�, �e drgaj� i piaski. Beduin zdj�� z g�owy przepocon� myck� i rzek�: � Serce pustyni bije trwog�. A wtem drugi Beduin, jad�cy na czele jako przewodnik wielb��d�w, odwr�ci� si� i j�� wo�a�: � Idzie ju�! idzie! I rzeczywi�cie wiatr nadchodzi�. W oddali pojawi�a si� jakby ciemna chmura, kt�ra czyni�a si� w oczach coraz wy�sz� i zbli�a�a si� do karawany. Poruszy�y si� te� naok� najbli�sze fale powietrza i nagle podmuchy pocz�y skr�ca� piasek. Tu i �wdzie tworzy�y si� lejki, jakby kto� wierci� kijem powierzchni� pustyni. Miejscami wstawa�y chybkie wiry, podobne do kolumienek cienkich u spodu, a rozwianych jak pi�ropusze w g�rze. Ale wszystko to trwa�o przez jedno mgnienie oka. Chmura, kt�r� pierwszy ujrza� przewodnik wielb��d�w, nadlecia�a z niepoj�t� szybko�ci�. W ludzi i zwierz�ta uderzy�o jakby skrzyd�o olbrzymiego ptaka. W jednej chwili oczy i usta je�d�c�w nape�ni�y si� kurzaw�. Tumany py�u zakry�y niebo, zakry�y s�o�ce i na �wiecie uczyni� si� mrok. Ludzie pocz�li traci� si� z oczu, a najbli�sze nawet wielb��dy majaczy�y jak we mgle. Nie szum � bo na pustyni nie ma drzew � ale huk wichru g�uszy� nawo�ywania przewodnika i ryk zwierz�t. W powietrzu czu� by�o tak� wo�, jak� wydaje czad w�gli. Wielb��dy stan�y i odwr�ciwszy si� od wiatru, powyci�ga�y d�ugie szyje w d�, tak �e nozdrza ich dotyka�y prawie piasku. Suda�czycy nie chcieli jednak pozwoli� na post�j, gdy� karawany, kt�re si� wstrzymuj� w czasie huraganu, bywaj� cz�sto zasypywane. Najlepiej wtedy jest p�dzi� razem z wichrem, ale Idrys i Gebhr nie mogli i tego uczyni�, albowiem w ten spos�b wracaliby do Fajumu, sk�d spodziewali si� pogoni. Wi�c gdy pierwsze uderzenie przesz�o, pognali zn�w wielb��dy. Nasta�a chwilowa cisza, lecz rudy mrok rozprasza� si� bardzo powoli, albowiem s�o�ce nie mog�o przebi� si� przez tumany zawieszone w powietrzu. Grubsze i ci�sze drobinki piasku pocz�y jednak opada�. Nape�ni�y one wszystkie szpary i za�amania w siod�ach i zatrzymywa�y si� w fa�dach odzie�y. Ludzie i zwierz�ta za ka�dym oddechem wci�gali py�, kt�ry dra�ni� ich p�uca i skrzypia� w z�bach.

Przy tym wicher m�g� si� zerwa� na nowo i przes�oni� ca�kiem �wiat. Stasiowi przysz�o na my�l, �e gdyby w chwili takich ciemno�ci znalaz� si� na jednym wielb��dzie z Nel, to m�g�by go zawr�ci� i ucieka� z wiatrem na p�noc. Kto wie, czyby dostrze�ono ich w�r�d mroku i zam�tu �ywio��w, a je�liby zdo�ali dotrze� do pierwszej lepszej wioski nad Bahr-Jussef przy Nilu, byliby ocaleni � Idrys i Gebhr nie o�mieliliby si� nawet ich �ciga�, albowiem wpadliby natychmiast w r�ce miejscowych zabti�w. Sta� zwa�ywszy to wszystko tr�ci� w rami� Idrysa i rzek�: � Daj mi gurd� z wod�. Idrys nie odm�wi�, gdy� jakkolwiek rano skr�cili znacznie w g��b pustyni i byli do�� daleko od rzeki, mieli wody do��, a wielb��dy napi�y si� obficie w czasie nocnego postoju. Pr�cz tego, jako cz�owiek obeznany z pustyni�, wiedzia�, �e po huraganie przychodzi zwykle deszcz i wyschni�te khory zmienia chwilowo na strumienie. Stasiowi chcia�o si� rzeczywi�cie pi�, wi�c poci�gn�� dobrze wody, po czym nie oddaj�c gurdy tr�ci� znowu w rami� Idrysa. � Zatrzymaj karawan�. � Dlaczego? � zapyta� Suda�czyk. � Dlatego �e chc� przesi��� si� na wielb��da ma�ej bint i da� jej wody. � Dinah ma wi�ksz� gurd� od mojej. � Ale jest �akoma i pewnie j� wypi�a. Musia�o si� te� nasypa� du�o piasku do siod�a, kt�re uczynili�cie podobnym do kosza. Dinah nie da sobie z tym rady. � Wiatr zerwie si� za chwil� i zn�w wszystko zasypie. � Tym bardziej ma�a bint b�dzie potrzebowa�a pomocy. Idrys uderzy� batem wielb��da � i przez chwil� jechali w milczeniu. � Czemu nie odpowiadasz? � zapyta� Sta�. � Bo si� namy�lam, czy lepiej przywi�za� ci� do siod�a, czy zwi�za� ci r�ce z ty�u. � Oszala�e�! � Nie. Ale odgad�em, co� chcia� uczyni�. � Pogo� i tak nas do�cignie, wi�c nie potrzebuj� tego czyni�. � Pustynia jest w r�ku Boga. Umilkli znowu. Grubszy piasek opad� zupe�nie; pozosta� w powietrzu tylko subtelny, czerwony py�, co� w rodzaju �re�ogi, przez kt�r� s�o�ce prze�wieca�o jak miedziana blacha. Ale wida� ju� by�o dalej. Przed karawan� ci�gn�a si� teraz p�aska r�wnina, na kt�rej kra�cu bystre oczy Arab�w dostrzeg�y zn�w chmur�. By�a ona wy�sza od poprzedniej, a pr�cz tego wystrzela�y z niej jakby s�upy, jakby olbrzymie rozszerzone u g�ry kominy. Na ten widok zadr�a�y serca Arab�w i Beduin�w, albowiem rozpoznali wielkie wiry piaszczyste. Idrys podni�s� r�ce i zbli�ywszy d�onie do uszu pocz�� bi� pok�ony nadlatuj�cemu wichrowi. Jego wiara w jedynego Boga nie przeszkadza�a mu widocznie czci� i ba� si� innych, albowiem Sta� us�ysza� wyra�nie, jak m�wi�: � Panie! my dzieci twoje, a wi�c nie po�resz nas! A �pan� w�a�nie nadlecia� i targn�� wielb��dami z si�� tak straszliw�, �e omal nie poupada�y na ziemi�. Zwierz�ta zbi�y si� teraz w ciasn� gromad�, z g�owami zwr�conymi w �rodek ku sobie. Poruszy�y si� ca�e masy piasku. Karawan� ogarn�� mrok g��bszy ni� poprzednio, a w tym mroku przelatywa�y obok je�d�c�w jakie� jeszcze ciemniejsze, niewyra�ne przedmioty, jakby olbrzymie ptaki lub rozp�dzone wraz z huraganem wielb��dy. L�k ogarn�� Arab�w, kt�rym zdawa�o si�, �e to s� duchy zaginionych pod piaskami zwierz�t i ludzi. W�r�d huku i wycia wichru s�ycha� by�o dziwne g�osy podobne do szlochania, to do �miechu, to do wo�ania o pomoc. Lecz to by�y z�udy. Karawanie grozi�o stokro� straszniejsze, rzeczywiste

niebezpiecze�stwo. Suda�czycy wiedzieli dobrze, �e je�li kt�ry z wielkich wir�w tworz�cych si� ustawicznie w �onie huraganu pochwyci ich w swe skr�ty, to postr�ca je�d�c�w i porozprasza wielb��dy, a je�li za�amie si� i zwali na nich, w�wczas w mgnieniu oka usypie nad nimi olbrzymi� piaszczyst� mogi��, w kt�rej b�d� czekali, p�ki nast�pny huragan nie odwieje ich ko�ciotrup�w. Stasiowi kr�ci�o si� w g�owie, tchu brak�o w piersiach i o�lepia� go piasek. Ale zdawa�o mu si� chwilami, �e s�yszy p�acz i wo�anie Nel, wi�c my�la� tylko o niej. Korzystaj�c z tego, �e wielb��dy sta�y w zbitej kupie i �e Idrys nie mo�e na niego uwa�a�, postanowi� przele�� po cichu na wielb��da dziewczynki, ju� nie dlatego, by ucieka�, ale by jej da� pomoc i doda� odwagi. Zaledwie jednak wzi�� nogi pod siebie i wyci�gn�� r�ce chc�c schwyci� za kraw�d� Nelinego siod�a, szarpn�a nim olbrzymia pi�� Idrysa. Suda�czyk porwa� go jak pi�rko, po�o�y� przed sob� i pocz�� go kr�powa� palmowym powrozem, a po zwi�zaniu mu r�k przewiesi� go przez siod�o. Sta� �cisn�� z�by i opiera� si�, jak m�g�, ale na pr�no. Maj�c wysch�e gard�o i zasypane usta, nie m�g� i nie chcia� przekonywa� Idrysa, �e pragnie przyj�� tylko z pomoc� dziewczynce, nie za� ucieka�. Po chwili jednak czuj�c, �e si� dusi, pocz�� wo�a� zd�awionym g�osem: � Ratujcie ma�� bint!... ratujcie ma�� bint! Lecz Arabowie woleli my�le� o w�asnym �yciu. Wieja uczyni�a si� tak straszna, �e ani nie mogli usiedzie� na wielb��dach, ani wielb��dy usta� na miejscu. Dwaj Beduini oraz Chamis i Gebhr zeskoczyli na ziemi�, aby trzyma� zwierz�ta za postronki przywi�zane do kantar�w pod ich szcz�k� doln�. Idrys zepchn�wszy Stasia w ty� siod�a uczyni� to samo. Zwierz�ta rozstawia�y jak najszerzej nogi, by oprze� si� w�ciek�ej wichurze, ale brak�o im si�, i karawana, smagana �wirem, kt�ry zacina� jakby setkami bicz�w, i piaskiem, kt�ry k�u� jak szpilkami, pocz�a to powolniej, to po�pieszniej kr�ci� si� i cofa� pod naporem. Chwilami wicher wyrywa� do�y pod jej nogami; to zn�w piasek i �wir, obijaj�c si� o boki wielb��d�w, tworzy�y w mgnieniu oka kopce si�gaj�ce do ich kolan i wy�ej. W ten spos�b p�yn�a godzina za godzin�. Niebezpiecze�stwo stawa�o si� coraz straszliwsze. Idrys zrozumia� wreszcie, �e jedynym zbawieniem b�dzie si��� na wielb��dy i lecie� z wichrem. Ale by�oby to wraca� w stron� Faju-mu, gdzie czeka�y na nich s�dy egipskie i szubienica. �Ha! trudno � pomy�la� Idrys. � Huragan wstrzyma� tak�e i pogo�, a gdy ustanie, pu�cimy si� zn�w na po�udnie.� I pocz�� krzycze�, by wsiadano na wielb��dy. A wtem zasz�o co�, co zmieni�o ca�kiem po�o�enie. Oto nagle mroczne, prawie czarne chmury piasku prze�wieci�y si� sinawym �wiat�em. Ciemno�� potem uczyni�a si� jeszcze g��bsza, ale jednocze�nie wsta� �pi�cy na wysoko�ciach i zbudzony przez wicher grzmot i pocz�� przewala� si� mi�dzy Pustyni� Arabsk� i Libijsk� � pot�ny, gro�ny, rzek�by�: gniewny. Zdawa�o si�, �e z niebios staczaj� si� g�ry i ska�y. Og�uszaj�cy �oskot wzmaga� si�, r�s�, wstrz�sa� �wiatem, j�� obiega� ca�y widnokr�g � miejscami wybucha� z si�� tak straszliw�, jakby sp�kane sklepienie niebieskie wali�o si� na ziemi�; potem zn�w toczy� si� z g�uchym, ci�g�ym turkotem; zn�w wybucha�, zn�w �ama� si�, o�lepia� b�yskawic�, razi� gromami, zni�a� si�, podwy�sza�, hucza� i trwa�. Wiatr ucich� jakby przera�ony, a gdy po d�ugim czasie � gdzie� z niezmiernej oddali wrzeci�dze niebios zatrzasn�y si� za grzmotem, nasta�a martwa cisza. Lecz po chwili w tej ciszy rozleg� si� g�os przewodnika: � B�g jest nad wichrem i burz�! Jeste�my ocaleni!

Ruszyli. Ale otacza�a ich noc tak nieprzebita, �e cho� wielb��dy bieg�y blisko, ludzie nie mogli si� widzie� � i musieli co chwila odzywa� si� g�o�no, by si� wzajemnie nie pogubi�. Od czasu do czasu jaskrawe b�yskawice, sine lub czerwone, roz�wieca�y piaszczyst� przestrze�, lecz po nich zapada�a ciemno�� tak g�sta, �e prawie namacalna. Mimo otuchy, kt�r� wla� w serce Suda�czyk�w g�os przewodnika, niepok�j nie opu�ci� ich jeszcze w�a�nie dlatego, �e posuwali si� na o�lep, nie wiedz�c naprawd�, w kt�r� stron� d��� � czy nie kr�c� si� w k�ko lub nie wracaj� na p�noc. Zwierz�ta potyka�y si� co chwila i nie mog�y biec pr�dko, a przy tym dysza�y jako� dziwnie i tak rozg�o�nie, �e je�d�com wydawa�o si�, i� to ca�a pustynia dyszy z trwogi. Spad�y na koniec pierwsze wielkie krople d�d�u, kt�ry prawie zawsze nast�puje po huraganie, a jednocze�nie g�os przewodnika ozwa� si� w�r�d ciemno�ci: � Khor!... Byli nad w�wozem. Wielb��dy zatrzyma�y si� na brzegu, po czym zacz�y ostro�nie zst�powa� ku do�owi.

ROZDZIA� IX

Khor by� szeroki, zasypany na dole kamieniami, mi�dzy kt�rymi ros�y kar�owate cierniste krzaki. Po�udniow� jego �cian� stanowi�y wysokie ska�y, pe�ne za�ama� i rozpadlin. Arabowie rozeznali to wszystko przy �wietle cichych, ale coraz cz�stszych b�yskawic. Wkr�tce te� odkryli w skalistej �cianie rodzaj p�ytkiej jaskini, a raczej obszerna wn�ka, w kt�rym ludzie �atwo mogli si� pomie�ci� i w razie wielkiej ulewy znale�� przed ni� schronienie. Wielb��dy pomie�ci�y si� te� wygodnie na lekkim wzniesieniu, tu� przed wn�k�. Beduini i dwaj Suda�czycy pozdejmowali z nich ci�ary i siod�a, by mog�y dobrze wypocz��, a Chamis, syn Chadigiego, zaj�� si� tymczasem �cinaniem krzak�w cierniowych na ognisko. Du�e, pojedyncze krople deszczu spada�y ci�gle, ale ulewa rozpocz�a si� dopiero w�wczas, gdy ju� ludzie roz�o�yli si� na nocleg. Z pocz�tku by�y to jakby sznurki wody, potem powrozy, a w ko�cu zdawa�o si�, �e ca�e rzeki zlatuj� z niewidzialnych chmur na ziemi�. Takie to w�a�nie d�d�e, kt�re zdarzaj� si� raz na kilka lat, wzdymaj� nawet w zimie wod� w kana�ach i w Nilu, a w Adenie nape�niaj� olbrzymie cysterny, bez kt�rych miasto nie mog�oby wcale istnie�. Sta� nigdy w �yciu nie widzia� nic podobnego. Na dnie khoru pocz�� szumie� potok, wej�cie do wn�ki zas�ania�y jakby firanki wody, naok� s�ycha� by�o tylko plusk i be�kotanie. Wielb��dy sta�y na wzniesieniu i ulewa mog�a co najwy�ej sprawi� im k�piel, jednak�e Arabowie wygl�dali co chwila, czy nie grozi zwierz�tom niebezpiecze�stwo. Ludziom natomiast mi�o by�o siedzie� w zabezpieczonej od deszczu jaskini, przy jasnym ogniu z chrustu, kt�ry nie zd��y� zamokn��. Na twarzach malowa�a si� rado��. Idrys, kt�ry zaraz po przybyciu rozwi�za� Stasiowi r�ce, aby m�g� je��, zwr�ci� si� teraz do niego i rzek� u�miechaj�c si� wzgardliwie: � Mahdi wi�kszy jest od wszystkich bia�ych czarownik�w. On to pot�umi� huragan i zes�a� deszcz. Sta� nie odpowiedzia� nic, albowiem zaj�� si� Nel, kt�ra ledwie �y�a. Naprz�d powytrz�sa� piasek z jej w�os�w, nast�pnie, poleciwszy starej Dinah rozpakowa� rzeczy, kt�re w przekonaniu, �e dzieci jad� do ojc�w, zabra�a z Fajumu, wzi�� r�cznik, namoczy� go w wodzie, przetar� nim oczy i twarz dziewczynki. Dinah nie

mog�a tego uczyni�, gdy� widz�c, i to �le, na jedno tylko oko, zaniewidzia�a prawie zupe�nie podczas huraganu i przemywanie rozpalonych powiek nie przynios�o jej na razie ulgi. Nel poddawa�a si� biernie wszelkim zabiegom Stasia, patrzy�a tylko na niego tak jak zm�czony ptaszek � i dopiero gdy zdj�� jej trzewiczki, by powysypywa� z nich piasek, a nast�pnie us�a� jej woj�ok, zarzuci�a mu r�czki na szyj�. A w jego sercu wezbra�a wielka lito��. Uczu� si� opiekunem, starszym bratem i jedynym w tej chwili obro�c� Nel i poczu� zarazem, �e t� ma�� siostrzyczk� kocha ogromnie, daleko wi�cej ni� kiedykolwiek przedtem. Kocha� j� przecie i w PortSaidzie, ale uwa�a� za �berbecia� � wi�c na przyk�ad nie przychodzi�o mu nawet do g�owy, by na dobranoc ca�owa� j� w r�k�. Gdyby mu kto� podda� tak� my�l, uwa�a�by, �e kawaler, kt�ry sko�czy� lat trzyna�cie, nie mo�e bez ujmy dla swej godno�ci i wieku czego� podobnego uczyni�. Ale obecnie wsp�lna niedola wzbudzi�a w nim u�pion� tkliwo��, wi�c uca�owa� nie jedn�, ale obie r�czki dziewczynki. Po�o�ywszy si� my�la� o niej w dalszym ci�gu i postanowi� dokona� dla wyrwania jej z niewoli jakiego� nadzwyczajnego czynu. Got�w by� na wszystko, nawet na rany i �mier�, tylko z tym utajonym w duszy ma�ym zastrze�eniem, �eby rany nie bola�y zanadto, a �mier� �eby ju� tam nie by�a koniecznie i naprawd� �mierci�, gdy� w takim razie nie m�g�by widzie� szcz�cia oswobodzonej Nel. Nast�pnie j�� zastanawia� si� nad najbardziej bohaterskimi sposobami ratunku, ale my�li pocz�y mu si� m�ci�. Przez chwil� wyda�o mu si�, �e zasypuj� je ca�e chmury piasku, potem, �e wszystkie wielb��dy pakuj� mu si� do g�owy � i usn��. Arabowie po obrz�dzeniu wielb��d�w, zmordowani walk� z huraganem, posn�li te� kamiennym snem. Ogniska przygas�y, we wn�ce zapanowa� mrok. Wkr�tce rozleg�o si� chrapanie ludzi, a z zewn�trz dochodzi� plusk ulewy i szum wody rozbijaj�cej si� o kamienie na dnie khoru. W ten spos�b up�ywa�a noc. Lecz przed �witem zbudzi�o Stasia z twardego snu uczucie zimna. Pokaza�o si�, �e woda zebrana w za�amach na wierzchu ska�y, przedostaj�c si� z wolna i kropla po kropli przez jak�� szpar� w sklepieniu jaskini, zacz�a wreszcie s�czy� mu si� na g�ow�. Ch�opak siad� na woj�oku i przez jaki� czas zmaga� si� ze snem nie mog�c zmiarkowa�, gdzie jest i co si� z nim dzieje. Po chwili jednak wr�ci�a mu przytomno��. �Aha! � pomy�la�. � Wczoraj by� huragan, a my jeste�my porwani i to jest jaskinia, do kt�rej schronili�my si� przed deszczem.� I j�� rozgl�da� si� doko�a. Naprz�d spostrzeg� ze zdziwieniem, �e deszcz przeszed� � i �e w jaskini nie jest wcale ciemno, gdy� ro�wieca j� ksi�yc bliski ju� zachodu, wi�c tkwi�cy nisko na niebosk�onie. Przy bladych jego promieniach wida� by�o ca�e wn�trze szerokiej, lecz p�ytkiej wn�ki. Sta� ujrza� wyra�nie le��cych obok siebie Arab�w, a pod drug� �cian� jaskini bia�� sukienk� Nel �pi�cej przy Dinah. I zn�w wielka tkliwo�� opanowa�a mu serce. ��pi Nel... �pi � m�wi� sobie � a ja nie �pi�... i musz� j� ratowa�.� Po czym spojrzawszy na Arab�w doda� w duszy: �Ach, chcia�bym tych wszystkich �otr�w...� Nagle drgn��.

Oto wzrok jego pad� na sk�rzane pud�o, w kt�rym by� sztucer ofiarowany mu na gwiazdk� � i na puszk� z �adunkami le��c� mi�dzy nim a Chamisem tak blisko, �e do�� by�o wyci�gn�� r�k�. Serce pocz�o mu bi� jak m�otem. Gdyby m�g� dorwa� si� do strzelby i �adunk�w, sta�by si� po prostu panem po�o�enia. Do�� by�o w takim razie wysun�� si� cicho z wn�ki, ukry� si� o jakie kilkadziesi�t krok�w mi�dzy z�amami kamieni i stamt�d pilnowa� wyj�cia. �Suda�czycy i Beduini � my�la� � gdy zbudz� si� i spostrzeg�, �e mnie nie ma, wypadn� razem z jaskini, ale w�wczas dwoma strza�ami powal� dw�ch pierwszych, a zanim drudzy nadbiegn�, strzelba zn�w b�dzie nabita. Zostanie Chamis, ale z tym �atwo dam sobie rad�.� Tu wyobrazi� sobie cztery trupy le��ce we krwi i jednak�e strach i zgroza chwyci�y go za pier�. Zamordowa� czterech ludzi! Wprawdzie s� to �otry, ale w ka�dym razie to rzecz przera�aj�ca. Przypomnia� sobie, jak raz w Port-Saidzie zobaczy� robotnika-fellacha zabitego przez korb� parowej pog��biarki i jakie straszne wra�enie zrobi� na nim ten drgaj�cy w czerwonej ka�u�y szcz�tek ludzki. I wzdrygn�� si� na samo wspomnienie. A teraz trzeba by czterech... I grzech, i okropno��!... Nie, nie! tego nigdy nie potrafi uczyni�. Pocz�� si� bi� z my�lami. Dla siebie by tego nie zrobi� � tak! Ale tu chodzi o Nel, chodzi o jej obron�, ocalenie i o jej �ycie, bo przecie� ona tego wszystkiego nie wytrzyma i umrze z pewno�ci� albo w drodze, albo w�r�d dzikich i rozbestwionych hord derwisz�w. Co znaczy krew takich n�dznik�w wobec �ycia Nel i czy w podobnym po�o�eniu wolno si� waha�? � Dla Nel! Dla Nel! Lecz nagle przez g�ow� Stasia przelecia�a jak wicher my�l, od kt�rej w�osy zje�y�y mu si� na g�owie. Co b�dzie, je�li kt�ry z tych zb�j�w przy�o�y Nel n� do piersi i zapowie, �e j� zamorduje, je�li on � Sta� � nie podda si� i nie zwr�ci im strzelby. W�wczas co? � W�wczas � odpowiedzia� sobie ch�opak � poddam si� natychmiast. I w poczuciu swej niemocy rzuci� si� zn�w bezw�adnie na woj�ok. Ksi�yc zagl�da� ju� tylko z ukosa przez otw�r jaskini i zrobi�o si� w niej ciemniej. Arabowie chrapali ci�gle. Sta� przele�a� czas jaki�, po czym nowa my�l pocz�a mu �wita� w g�owie. A gdyby, wysun�wszy si� z broni� i ukrywszy w�r�d ska�, nie zabija� ludzi, ale powystrzela� wielb��dy? Szkoda i �al niewinnych zwierz�t � to prawda, c� jednak robi�! Ludzie zabijaj� przecie zwierz�ta nie tylko dla ocalenia �ycia, lecz na ros� i piecze�. Ot� pewn� jest rzecz�, �e gdyby zdo�a� zabi� cztery, a tym bardziej pi�� wielb��d�w, to dalsza podr� by�aby niemo�liwa. Nikt z karawany nie �mia�by si� uda� do nadbrze�nych wiosek dla zakupu nowych wielb��d�w. A w takim razie Sta� obieca�by w imieniu ojc�w ludziom bezkarno��, a nawet nagrody pieni�ne � i... nie pozosta�oby im nic innego, jak wraca�. Tak. Je�li jednak nie dadz� mu czasu do zrobienia tych obietnic i zabij� go w pierwszej chwili z�o�ci? Da� czas i wys�ucha� go musz�, albowiem maj�c w r�ku strzelb� potrafi utrzyma� ich w przyzwoitej odleg�o�ci, p�ki wszystkiego nie wypowie. Gdy to uczyni, zrozumiej�, �e jedynym dla nich ratunkiem jest podda� si�. W�wczas stanie na czele karawany i poprowadzi j� wprost do Bahr-Jussef i do Nilu. Wprawdzie s� obecnie od nich do�� daleko, mo�e o dzie� lub dwa drogi, gdy� Arabowie skr�cili przez ostro�no��

znacznie w g��b pustyni. Ale to nic nie szkodzi; zostanie przecie kilka wielb��d�w, a na jednym z nich pojedzie Nel. Sta� pocz�� si� przypatrywa� uwa�nie Arabom. Spali wszyscy mocno, jak �pi� ludzie niezmiernie strudzeni, ale poniewa� noc mia�a si� ku ko�cowi, mogli si� wkr�tce przebudzi�. Trzeba by�o dzia�a� zaraz. Zabranie puszki z �adunkami nie przedstawia�o trudno�ci, gdy� le�a�a tu� obok. Trudniejsza by�a sprawa ze strzelb�, kt�r� Chamis po�o�y� przy drugim swym boku. Sta� mia� nadziej�, �e mu si� uda j� wykra��, ale postanowi� wydoby� j� z pudelka i w�o�y� osad� z lufami dopiero, gdy b�dzie o kilkadziesi�t krok�w od jaskini, gdy� obawia� si�, by szcz�k �elaza o �elazo nie pobudzi� �pi�cych. Chwila nadesz�a. Ch�opak wygi�� si� jak pa��k nad Chamisem i chwyciwszy za ucho pud�a podni�s� je i pocz�� przenosi� na swoj� stron�. Serce i t�tna bi�y mu ci�ko, w oczach ciemnia�o, oddech sta� si� szybki, ale on �cisn�� z�by i stara� si� opanowa� wzruszenie. Jednak�e gdy rzemyki opasuj�ce pud�o zaskrzypia�y z lekka, krople zimnego potu wyst�pi�y mu na czo�o. Ta sekunda wyda�a mu si� wiekiem. Lecz Chamis ani drgn��. Pud�o opisa�o nad nim �uk i stan�o cicho obok puszki z nabojami. Sta� odetchn��. Po�owa roboty by�a wykonana. Teraz nale�a�o wysun�� si� bez szelestu z jaskini, ubiec kilkadziesi�t krok�w, nast�pnie schowa� si� w za�amach, otworzy� pud�o, z�o�y� strzelb�, nabi� j� i wsypa� sobie kilkana�cie �adunk�w do kieszeni. Karawana by�aby w�wczas istotnie na jego �asce. Czarna sylwetka Stasia zarysowa�a si� na ja�niejszym tle otworu jaskini. Jeszcze sekunda, a b�dzie ju� na zewn�trz. Jeszcze minuta, a ukryje si� w za�amach skalnych. A wtedy, cho�by kt�ry ze zb�j�w si� zbudzi�, nim pomiarkuje, co si� sta�o, nim rozbudzi innych � b�dzie za p�no. Ch�opak z obawy, by nie zrzuci� jakiego kamienia, kt�rych du�o le�a�o na progu wn�ki, wysun�� jedn� nog� i pocz�� szuka� stop� pewnego gruntu. I ju� wychyli� z otworu g�ow�, ju� mia� wysun�� si� ca�y, gdy nagle sta�o si� co� takiego, od czego krew �ci�a mu si� lodem w �y�ach. Oto w�r�d g��bokiej ciszy rozgrzmia�o jak grom radosne szczekanie Saby, nape�ni�o ca�y w�w�z i zbudzi�o �pi�ce w nim echa. Arabowie porwali si� ze snu jak jeden cz�owiek i pierwszym przedmiotem, kt�ry uderzy� ich w oczy, by� widok Stasia z pud�em w jednej i puszk� z nabojami w drugiej r�ce.

Ach, Sabo, co� ty uczyni�!...

ROZDZIA� X

Wszyscy w jednej chwili rzucili si� z okropnym krzykiem na Stasia, w mgnieniu oka wydarli mu strzelb�, naboje i przewr�ciwszy go na ziemi� skr�powali mu r�ce i nogi postronkami, bij�c go przy tym i kopi�c, p�ki wreszcie nie odp�dzi� ich Idrys w obawie o �ycie ch�opca. Nast�pnie pocz�li rozmawia� urywanymi s�owami, jak ludzie, nad kt�rymi zawis�o straszliwe niebezpiecze�stwo i kt�rych ocali� tylko wypadek. � To szatan wcielony! � zawo�a� Idrys z twarz� poblad�� ze strachu i wzruszenia.

� By�by nas powystrzela� jak dzikie g�si na karm!� doda� Gebhr. � Ach, gdyby nie ten pies. � B�g go zes�a�. � A chcieli�cie go zabi�! � rzek� Chamis. � Nikt go odt�d nie dotknie. � B�dzie mia� zawsze ko�ci i wod�. � Allach! Allach! � powtarza� nie mog�c si� uspokoi� Idrys � �mier� by�a nad nami. Uf! I pocz�li spogl�da� na le��cego Stasia z nienawi�ci�, ale i z pewnym zdumieniem, �e jeden ma�y ch�opak m�g�by sta� si� przyczyn� ich kl�ski i zguby. � Na proroka! � ozwa� si� jeden z Beduin�w � trzeba przecie zapobiec temu, by ten syn Iblisa nie poskr�ca� nam kark�w. W�a wieziemy Mahdiemu! Co my�licie z nim teraz uczyni�? � Trzeba mu obci�� praw� pi��! � zawo�a� Gebhr. Beduini nie odpowiedzieli nic, lecz Idrys nie chcia� si� na to zgodzi�. Przysz�o mu na my�l, �e gdyby pogo� ich schwyta�a, kara za okaleczenie ch�opca spad�aby na nich tym straszniejsza. Wreszcie kt� m�g� zar�czy�, czy Sta� nie umrze po operacji? A w takim razie na zamian� za Fatm� i jej dzieci pozosta�aby tylko Nel. Wi�c gdy Gebhr wydoby� n� chc�c spe�ni� sw� gro�b�, Idrys chwyci� go za przegub r�ki i zatrzyma�: � Nie! � rzek�. � Wstyd by�by dla pi�ciu wojownik�w Mahdiego ba� si� tak jednego chrze�cija�skiego szczeniaka, by a� obcina� mu pi�ci. B�dziemy wi�zali go na noc, a za to, co chcia� teraz uczyni�, otrzyma dziesi�� uderze� korbaczem. Gebhr got�w by� natychmiast do wykonania wyroku, ale Idrys odepchn�� go zn�w i nakaza� bi� jednemu z Beduin�w, szepn�wszy mu do ucha, �eby nie czyni� tego zbyt mocno. Poniewa� Chamis mo�e ze wzgl�du na sw� dawn� s�u�b� u in�ynier�w, a mo�e z jakiej innej przyczyny, nie chcia� si� do niczego miesza�, drugi Beduin przewr�ci� Stasia grzbietem do g�ry i egzekucja mia�a si� ju� rozpocz��, gdy wtem zasz�a niespodziewana przeszkoda. Oto w otworze wn�ki ukaza�a si� Nel wraz z Sab�. Zaj�ta swoim ulubie�cem, kt�ry wpad�szy do jaskini rzuci� si� zaraz do jej n�ek, s�ysza�a ona wprawdzie krzyki Arab�w, ale �e w Egipcie zar�wno Arabowie, jak i Beduini wrzeszcz� przy ka�dej sposobno�ci, tak jakby si� mieli wzajem mordowa�, wi�c nie zwraca�a na to uwagi. Dopiero zawo�awszy Stasia i nie otrzymuj�c od niego odpowiedzi wysz�a zobaczy�, czy nie siedzi ju� na wielb��dzie, i z przera�eniem ujrza�a przy pierwszych blaskach poranku Stasia le��cego na ziemi, a nad nim Beduina z korbaczem w r�ku. Na ten widok pocz�a krzycze� wniebog�osy i tupa� n�kami, a gdy Beduin nie zwa�aj�c na to wymierzy� pierwsze uderzenie, rzuci�a si� naprz�d i przykry�a sob� ch�opca. Beduin zawaha� si�, gdy� nie mia� rozkazu bi� dziewczynki, a tymczasem rozleg� si� jej pe�en rozpaczy i przera�enia g�os: � Saba! Saba! A Saba zrozumia�, o co chodzi � i w jednym skoku znalaz� si� przy dzieciach. Sier�� zje�y�a mu si� na karku i grzbiecie, oczy zap�on�y czerwono, w piersiach i w pot�nej gardzieli zahucza� jakby grzmot. A nast�pnie wargi pomarszczonej paszczy podnios�y si� z wolna w g�r� � i z�by oraz d�ugie na cal bia�e k�y ukaza�y si� a� do krwawych dzi�se�. Olbrzymi brytan pocz�� teraz zwraca� g�ow� w prawo i w lewo, jakby chcia� pokaza� dobrze Suda�czykom i Beduinom sw�j straszliwy �garnitur�, powiedzie� im: � Patrzcie! oto, czym b�d�

broni� dzieci. Oni za� cofn�li si� po�piesznie, albowiem naprz�d wiedzieli, �e Saba uratowa� im �ycie, a po wt�re by�o rzecz� jasn�, �e kto by zbli�y� si� w tej chwili do Nel, temu rozw�cieczony mastyf utopi�by natychmiast k�y w gardle. Wi�c stali bezradni, spogl�daj�c na si� niepewnym wzrokiem i jakby pytaj�c jeden drugiego, co obecnie nale�y czyni�. Wahanie si� ich trwa�o tak d�ugo, �e Nel mia�a do�� czasu, by zawo�a� star� Dinah i kaza� jej porozcina� wi�zy Stasia. Wtedy ch�opiec wsta� i trzymaj�c d�o� na g�owie Saby, zwr�ci� si� do napastnik�w: � Nie chcia�em pozabija� was, tylko wielb��dy � rzek� przez zaci�ni�te z�by. Lecz i ta wiadomo�� przerazi�a tak Arab�w, �e byliby si� niezawodnie rzucili zn�w na Stasia, gdyby nie p�on�ce oczy i nie zje�ona jeszcze sier�� Saby. Gebhr chcia� nawet skoczy� ku niemu, ale jedno g�uche warkni�cie przyku�o go na miejscu. Nasta�a chwila milczenia � po czym zabrzmia� dono�ny g�os Idrysa: � W drog�! W drog�!

ROZDZIA� XI

Min�� dzie�, noc i jeszcze dzie�, a oni p�dzili wci�� na po�udnie, zatrzymuj�c si� tylko na czas kr�tki w khorach, by nie zmordowa� zbyt wielb��d�w, napoi� je, nakarmi�, a zarazem rozdzieli� �ywno�� i wod� mi�dzy sob�. Z obawy pogoni wykr�cili jeszcze bardziej na zach�d, o wod� bowiem nie potrzebowali si� przez pewien czas troszczy�. Ulewa trwa�a wprawdzie nie wi�cej nad siedem godzin, ale by�a tak niezmierna, jakby nad pustyni� nast�pi�o oberwanie si� chmur, wi�c zar�wno Idrys i Gebhr, jak i Beduini wiedzieli, �e na dnie khor�w i w tych miejscach, gdzie ska�y tworz� naturalne wg��bienia i ocembrzyny, znajdzie si� przez par� dni tyle wody, �e nie tylko starczy dla nich i dla wielb��d�w, ale nawet na zrobienie zapas�w. Po wielkim d�d�u nasta�a, jak zwykle bywa, wspania�a pogoda. Niebo by�o bez chmurki, powietrze tak przezroczyste, �e wzrok si�ga� na niezmiern� odleg�o��. W nocy niebo nabite gwiazdami skrzy�o si� i migota�o, jakby tysi�cami diament�w. Od piask�w pustyni szed� rze�wy ch��d. Garby wielb��d�w sta�y si� ju� mniejsze, ale zwierz�ta karmione dobrze, by�y wci�� wedle arabskiego wyra�enia �harde�, to jest nie podupad�y na si�ach i bieg�y tak ochoczo, �e karawana posuwa�a si� naprz�d niewiele wolniej ni� pierwszego dnia po wyruszeniu z Gharak-el-Sultani. Sta� ze zdziwieniem zauwa�y�, �e w niekt�rych khorach, w rozpadlinach skalnych zabezpieczonych od deszczu, Beduini znajduj� zapasy durry i daktyli. Domy�li� si� z tego, �e przed porwaniem ich zosta�y poczynione pewne przygotowania i �e wszystko by�o z g�ry u�o�one mi�dzy Fatm�, Idrysem i Gebhrem z jednej a Beduinami z drugiej strony. �atwo by�o r�wnie� odgadn��, �e dwaj ci ludzie byli to stronnicy i wyznawcy Mahdiego, kt�rzy chcieli do niego si� przedosta� i dlatego �atwo dali si� wci�gn�� Suda�czykom do spisku. W okolicach Fajumu i ko�o Gharak-el-Sultani sporo by�o Beduin�w, kt�rzy wraz z dzie�mi i wielb��dami koczowali na pustyni i przychodzili do Medinet lub do stacji kolejowych dla zarobku. Tych dw�ch Sta� nie widywa� jednak nigdy poprzednio � i oni r�wnie� nie musieli bywa� w Medinet, skoro, jak si� pokaza�o, nie znali Saby.

Ch�opcu przychodzi�o na my�l, czyby nie spr�bowa� ich przekupi�, ale przypomniawszy sobie ich pe�ne zapa�u okrzyki, ilekro� wspominano przy nich imi� Mahdiego, uzna� to za rzecz niemo�liw�. Nie podda� si� wszelako biernie wypadkom, albowiem w tej ch�opi�cej duszy tkwi�a zadziwiaj�ca istotnie energia, kt�r� podnieci�y jeszcze dotychczasowe niepowodzenia. �Wszystko, com przedsi�wzi�� � m�wi� sobie � sko�czy�o si� na tym, �e mnie obito. Ale cho�by mnie mieli co dzie� smaga� korbaczem, a nawet zabi�, nie przestan� my�le� o tym, by wyrwa� Nel i siebie z r�k tych �otr�w. Je�eli pogo� ich schwyci, to tym lepiej, ja jednak b�d� tak post�powa�, jakbym si� jej wcale nie spodziewa�.� � I na wspomnienie o tym, co go spotka�o, na my�l o tych zdradliwych i okrutnych ludziach, kt�rzy po wyrwaniu mu strzelby ok�adali go pi�ciami i kopali, burzy�o si� w nim serce i ros�a zawzi�to��. Czu� si� nie tylko zwyci�onym, lecz i upokorzonym przez nich w swej dumie bia�ego cz�owieka. Przede wszystkim jednak czu� krzywd� Nel � i to poczucie wraz z gorycz�, kt�ra zapiek�a si� w nim po ostatnim niepowodzeniu, zmieni�o si� w nieub�agan� nienawi�� do obu Suda�czyk�w. S�ysza� wprawdzie nieraz od ojca, �e nienawi�� za�lepia i �e poddaj� jej si� tylko takie dusze, kt�re nie umiej� zdoby� si� na co� lepszego; na razie jednak nie m�g� jej w sobie pokona� i nie umia� jej ukry�. Nie umia� za� tak dalece, �e Idrys zauwa�y� j� i pocz�� si� niepokoi�, zrozumia� bowiem, �e w razie je�li pogo� ich schwyta, nie mo�e ju� liczy� na wstawiennictwo ch�opca. Idrys got�w by� zawsze do czyn�w najzuchwalszych, ale jako cz�owiek nie pozbawiony rozumu s�dzi�, �e nale�y wszystko przewidzie� i w razie nieszcz�cia zostawi� sobie jak�� otwart� furtk� ocalenia. Z tego powodu chcia� si� po ostatnim zaj�ciu jako tako ze Stasiem pojedna� i w tym celu na pierwszym przystanku rozpocz�� z nim nast�puj�c� rozmow�: � Po tym, co� zamierza� uczyni� � rzek� � musia�em ci� ukara�, gdy� inaczej tamci byliby ci� zabili, ale zakaza�em Beduinom bi� ci� zbyt mocno. A gdy nie otrzyma� �adnej odpowiedzi, tak po chwili m�wi� dalej: � S�uchaj, sam powiedzia�e�, �e biali dotrzymuj� zawsze przysi�gi, wi�c je�li mi przysi�gniesz na twego Boga i na g�ow� ma�ej bint, �e nie uczynisz nic przeciw nam, to nie ka�� ci� na noc wi�za�. Sta� nie odrzek� i na to ani s�owa i tylko z b�ysku jego oczu Idrys pozna�, �e przemawia na pr�no. Jednak�e mimo nam�w Gebhra i Beduin�w nie kaza� go na noc wi�za�, a gdy Gebhr nie przestawa� nalega�, odrzek� mu z gniewem: � Zamiast p�j�� spa� b�dziesz dzi� sta� na stra�y. Postanawiam te� odt�d, �e jeden z nas b�dzie zawsze czuwa� podczas snu innych. I rzeczywi�cie zmiany stra�y zaprowadzone zosta�y od owego dnia na sta�e. Utrudnia�o to i niweczy�o w wysokim stopniu wszelkie zamys�y Stasia, na kt�rego ka�dy wartownik zwraca� baczn� uwag�. Lecz natomiast zostawiono dzieciom wi�ksz� swobod�, tak �e mog�y zbli�a� si� do siebie i rozmawia� bez przeszk�d. Zaraz te� na pierwszym przystanku Sta� siad� ko�o Nel, pilno mu bowiem by�o podzi�kowa� jej za pomoc. Ale cho� czu� dla niej wielk� wdzi�czno��, nie umia� wyra�a� si� g�rnolotnie ani czule, wi�c pocz�� tylko potrz�sa� obie jej r�czki. � Nel! � rzek�. � Jeste� bardzo dobra i dzi�kuj� ci, a pr�cz tego otwarcie powiadam, �e post�pi�a� jak osoba co najmniej trzynastoletnia. W ustach Stasia podobne s�owa by�y najwy�sz� pochwa��, wi�c serce ma�ej kobietki zap�on�o rado�ci� i dum�. Wyda�o jej si� w tej chwili, �e nie masz dla niej nic niepodobnego. � Niech ja tylko ca�kiem dorosn�, to oni obacz�! � odrzek�a spogl�daj�c wojowniczo

w stron� Suda�czyk�w. Ale poniewa� nie rozumia�a jeszcze, o co chodzi�o i dlaczego Arabowie rzucili si� wszyscy na Stasia, wi�c ch�opak pocz�� opowiada�, jak postanowi� wykra�� strzelb�, pozabija� wielb��dy i zmusi� wszystkich do powrotu nad rzek�. � Gdyby mi by�o si� to uda�o � m�wi� � byliby�my ju� wolni. � Ale oni przebudzili si�? � pyta�a z bij�cym sercem dziewczynka. � Przebudzili si�. Zrobi� to Saba, kt�rzy przylecia� i pocz�� tak szczeka�, �e zbudzi�by umar�ego. W�wczas oburzenie jej zwr�ci�o si� przeciw Sabie. � Brzydki Saba! brzydki! Za to, jak teraz przyleci nie przem�wi� do niego ani s�owa i powiem mu, �e jest szkaradny. Na to Sta�, cho� nie by�o mu w og�le do �miechu, u�miechn�� si� jednak i zapyta�: � Jak�e b�dziesz mog�a nie przem�wi� do niego ani s�owa i jednocze�nie powiedzie� mu, �e jest szkaradny? Brewki Nel podnios�y si� do g�ry i na twarzy odbi�o si� zak�opotanie, po czym odrzek�a: � Pozna to z mojej miny. � Chyba. Ale on nie jest winien, bo nie m�g� wiedzie�, co si� dzieje. Pami�taj tak�e, �e potem przyszed� nam na ratunek. Wspomnienie to z�agodzi�o troch� gniew Nel, nie chcia�a jednak udzieli� od razu winowajcy przebaczenia. � To dobrze � rzek�a � ale kto jest prawdziwym d�entelmenem, ten nie powinien szczeka� na powitanie. Sta� u�miechn�� si� znowu: � Prawdziwy d�entelmen nie szczeka i na po�egnanie, chyba �e jest psem, a Saba jest nim. Lecz po chwili smutek zamgli� oczy ch�opca � westchn�� raz, drugi, po czym wsta� z kamienia, na kt�rym siedzieli, i rzek�: � Najgorsze to, �e nie mog�em ciebie uwolni�. A Nel wspi�a si� na paluszki i zarzuci�a mu r�ce na szyj�. Chcia�a go pocieszy�, chcia�a z bliska, z noskiem przy jego twarzy, wyszepta� podzi�kowanie, ale poniewa� nie umia�a znale�� s��w odpowiednich, wi�c �cisn�a go tylko jeszcze mocniej za szyj� i poca�owa�a w ucho. Tymczasem Saba, kt�ry sp�nia� si� zawsze � nie tyle dlatego, �e nie m�g� zd��y� za wielb��dami, ile dlatego, �e polowa� po drodze na szakale lub obszczekiwa� s�py siedz�ce na zr�bach ska� � nadlecia� z nie mniejszym ni� zwykle ha�asem. Dzieci na jego widok zapomnia�y o wszystkim i mimo ci�kiego ich po�o�enia zwyk�e pieszczoty i zabawy rozpocz�y si� na dobre, p�ki nie przerwali ich Arabowie. Chamis da� psu je�� i wody, po czym siedli wszyscy na wielb��dy i ruszyli w najwi�kszym p�dzie na po�udnie.

ROZDZIA� XII

By� to najd�u�szy etap, jechali bowiem z ma�� tylko przerw� przez godzin osiemna�cie. Tylko prawdziwie wierzchowe wielb��dy maj�ce dobry zapas wody w �o��dkach mog� tak� drog� wytrzyma�. Idrys nie oszcz�dza� ich, albowiem ba� si� rzeczywi�cie pogoni. Rozumia�, �e musia�a ju� od dawna wyruszy�, a przypuszcza�, �e obaj in�ynierowie znajduj� si� na jej czele i �e czasu nie trac�. Niebezpiecze�stwo grozi�o od strony rzeki, albowiem by�o rzecz� pewn�, �e zaraz po porwaniu dzieci zosta�y wys�ane rozkazy telegraficzne do wszystkich osad pobrze�nych, a�eby szejkowie czynili wyprawy w g��b pustyni na obie strony Nilu i zatrzymywali wszystkich jad�cych na po�udnie. Chamis zapewnia�, �e rz�d i in�ynierowie musieli wyznaczy� wielkie nagrody za ich schwytanie i �e wskutek tego pustynia roi si� zapewne od poszukuj�cych. Jedyn� na to rad� by�oby skr�ci� jak najdalej na zach�d; ale na zachodzie le�a�a wielka oaza Kharge, do kt�rej depesze mog�y doj�� tak�e, a pr�cz tego, gdyby odjechali za daleko od rzeki, po kilku dniach zabrak�oby im wody i czeka�aby ich �mier� z pragnienia. A chodzi�o tak�e o �ywno��. Beduini w ci�gu dw�ch tygodni poprzedzaj�cych porwanie dzieci przygotowali wprawdzie w znanych sobie kryj�wkach zapas durry, suchar�w i daktyl�w, ale tylko na odleg�o�� czterech dni drogi od Medinet. Idrys ze strachem my�la�, �e gdy zabraknie po�ywienia, trzeba b�dzie koniecznie wys�a� ludzi po zakup zapas�w do wiosek nadbrze�nych, a wtedy ludzie ci, wobec rozbudzonej czujno�ci i przyobiecanych za schwytanie zbieg�w nagr�d, �atwo mog� wpa�� w r�ce miejscowych szejk�w � i wyda� ca�� karawan�. Po�o�enie by�o istotnie trudne, niemal rozpaczliwe, i Idrys widzia� z ka�dym dniem ja�niej, na jakie szalone porwa� si� przedsi�wzi�cie. �Byle min�� Assuan! byle min�� Assuan!� � m�wi� sobie z trwog� i rozpacz� w duszy. Nie dowierza� on Chamisowi, kt�ry twierdzi�, �e wojownicy Mahdiego dochodz� ju� do Assuanu, albowiem Sta� temu zaprzeczy�, Idrys za� pomiarkowa� od dawna, �e bia�y uled wie wi�cej od nich wszystkich. Ale przypuszcza�, �e za pierwsz� katarakt�, gdzie lud jest dzikszy, mniej podleg�y wp�ywom Anglik�w i egipskiego rz�du, znajdzie si� wi�cej utajonych wyznawc�w proroka, kt�rzy w danym razie dadz� im pomoc, dostarcz� �ywno�ci i wielb��d�w. Lecz i do Assuanu by�o jeszcze, jak wyliczyli Beduini, oko�o pi�ciu dni drogi, coraz bardziej pustynnej, a ka�dy post�j zmniejsza� w oczach zapasy dla zwierz�t i ludzi. Na szcz�cie, mogli przynagla� wielb��dy i p�dzi� w najwi�kszym po�piechu, albowiem upa�y nie wyczerpywa�y ich si�. W dzie�, podczas godzin po�udniowych, s�o�ce przypieka�o wprawdzie mocno, ale powietrze by�o wci�� rze�we, a noce tak ch�odne, �e Sta� przesiada� si� za zgod� Idrysa na wielb��da Nel, chc�c czuwa� nad jej zdrowiem i broni� j� od zazi�bienia. Lecz jego obawy by�y p�onne, gdy� Dinah, kt�rej stan oczu, a raczej oka, poprawi� si� znacznie, pilnowa�a z wielk� troskliwo�ci� swej panienki. Ch�opca zdziwi�o to nawet, �e zdrowie ma�ej nie ponios�o dotychczas szwanku i �e t� drog�, z coraz mniejszymi odpoczynkami, znosi�a r�wnie dobrze jak on sam. Zmartwienie, obawa i �zy, kt�re przelewa�a z t�sknoty za tatusiem, nie zaszkodzi�y jej zbyt widocznie. Mo�e wychud�a troch� i jasna twarzyczka sczernia�a jej od wiatru, ale w nast�pnych dniach podr�y odczuwa�a daleko mniej zm�czenia ni� z pocz�tku. Prawda, �e Idrys odda� jej najl�ej nios�cego wielb��da i urz�dzi� siod�o znakomicie, tak �e mog�a w nim sypia� le��c, g��wnie jednak �wie�e powietrze pustyni, kt�rym dzie� i noc oddycha�a, dodawa�o jej si� do znoszenia trud�w i niewywczas�w. Sta� nie tylko czuwa� nad ni�, ale umy�lnie otacza� j� jakby czci�, kt�rej mimo ogromnego przywi�zania do ma�ej siostrzyczki wcale dla niej nie odczuwa�. Zauwa�y� jednak, �e to udziela si� Arabom i �e ci mimo woli utwierdzaj� si� w przekonaniu, i� wioz� co� nies�ychanie cennego, jak�� wyj�tkowo wa�n� brank�, z kt�r� trzeba post�powa� jak najostro�niej. Idrys przyzwyczai� si� do tego jeszcze w Medinet � tote� wszyscy obchodzili si� z ni� dobrze. Nie �a�owano jej wody ani daktyl�w.

Okrutny Gebhr nie �mia�by ju� teraz podnie�� na ni� r�ki. Mo�e przyczynia�a si� do tego nadzwyczajna uroda dziewczynki i to, �e by�o w niej co� jakby z kwiatu i jakby z ptaszka, a urokowi temu nie umia�y oprze� si� nawet dzikie i nierozwini�te dusze Arab�w. Nieraz te�, gdy na postojach stawa�a przy ognisku nanieconym z r� jerycho�skich lub cierni � r�owa od p�omienia i srebrna od ksi�yca, zar�wno Suda�czycy, jak Beduini nie mogli od niej oczu oderwa� cmokaj�c wedle swego zwyczaju z podziwu i pomrukuj�c: Allach, Maszallach lub Bismillach. Drugiego dnia w po�udnie, po owym d�ugim etapie, Sta� i Nel, kt�rzy jechali tym razem na jednym wielb��dzie, mieli chwil� radosnego wzruszenia. Zaraz po wschodzie s�o�ca unosi�a si� nad pustyni� jasna i przezrocza mg�a, kt�ra jednak wnet opad�a. Potem, gdy s�o�ce wzbi�o si� wy�ej, upa� uczyni� si� wi�kszy ni� w dniach poprzednich. W chwilach gdy wielb��dy przystawa�y, nie by�o czu� najmniejszego powiewu, tak �e zar�wno powietrze, jak i piaski zdawa�y si� spa� w cieple, �wietle i ciszy. Karawana wjecha�a w�a�nie na wielk�, jednostajn� r�wnin� nie poprzerywan� khorami, gdy nagle oczom dzieci przedstawi� si� cudny widok. K�py smuk�ych palm i drzew pieprzowych, plantacje mandarynek, bia�e domy, ma�y meczet ze strzelistym minaretem, a ni�ej mury otaczaj�ce ogrody, wszystko to pojawi�o si� z tak� wyrazisto�ci� i w odleg�o�ci tak niewielkiej, i� mo�na by�o mniema�, �e po up�ywie p� godziny karawana znajdzie si� w�r�d drzew oazy. � Co to? � zawo�a� Sta�. � Nel! Nel! patrz! Nel podnios�a si� i na razie zamilk�a ze zdumienia, ale po chwili pocz�a krzycze� z rado�ci: � Medinet! do tatusia! do tatusia! A Sta� a� poblad� ze wzruszenia. � Doprawdy... Mo�e to Kharge... Ale nie! to chyba Medinet... Poznaj� minaret i widz� nawet wiatraki na studniach. Jako� istotnie w oddali b�yszcza�y wysoko wzniesione wiatraki studni ameryka�skich podobne do wielkich bia�ych gwiazd. Na zielonym tle drzew wida� je by�o tak dok�adnie, �e bystry wzrok Stasia m�g� odr�ni� pomalowane na czerwono brzegi skrzyde�. � To Medinet!... Sta� wiedzia� przecie i z ksi��ek, i z opowiada�, �e na pustyni istniej� majaki, zwane fatamorgana, i �e nieraz podr�nym zdarza si� widzie� oazy, miasta, k�py drzew i jeziora, kt�re s� niczym innym jak z�ud�, gr� �wiat�a i odbiciem rzeczywistych, dalekich przedmiot�w. Ale tym razem zjawisko by�o tak wyra�ne, tak niemal dotykalne, �e jednak nie m�g� w�tpi�, i� widzi prawdziwe Medinet. Oto wie�yczka na domu mudira, oto urz�dzony pod samym szczytem minaretu kolisty ganek, z kt�rego muezin wo�a do modlitwy, oto znajome grupy drzew � i zw�aszcza te wiatraki! Nie � to musi by� rzeczywisto��. Ch�opcu przysz�o na my�l, �e mo�e Suda�czycy zastanowiwszy si� nad po�o�eniem przyszli do przekonania, �e nie uciekn�, i nic mu nie m�wi�c nawr�cili do Fajumu. Ale spok�j ich nasun�� mu pierwsze w�tpliwo�ci. Gdyby to istotnie by�o Fajum, czy�by patrzyli na nie tak oboj�tnie? Widzieli przecie zjawisko i pokazywali je sobie palcami, ale w ich twarzach nie by�o zna� najmniejszej niepewno�ci lub wzruszenia. Sta� spojrza� jeszcze raz i mo�e ta oboj�tno�� Arab�w sprawi�a, �e obraz wyda� mu si� bledszy. Pomy�la� tak�e, �e gdyby naprawd� wracali, to karawana skupi�aby si� i ludzie, cho�by tylko z obawy, jechaliby wszyscy razem. A tymczasem Beduin�w, kt�rzy z rozkazu Idrysa od kilku dni wysuwali si� znacznie naprz�d, wcale nie by�o wida� � a Chamis jad�cy w tylnej stra�y wydawa� si� z oddali nie wi�kszy od lec�cego przy ziemi s�pa. �Fatamorgana!� � rzek� sobie Sta�.

Tymczasem Idrys zbli�y� si� ku niemu i zawo�a�: � Hej! pop�dzaj wielb��da! widzisz Medinet? M�wi� widocznie �artobliwie i w g�osie jego by�o tyle przekory, �e w duszy ch�opca znikn�� ostatni cie� nadziei, by mia� przed sob� prawdziwy Medinet. I z �alem w sercu zwr�ci� si� do Nel chc�c rozpr�szy� i jej z�udzenie, gdy niespodzianie zaszed� wypadek, kt�ry zwr�ci� uwag� wszystkich w inn� stron�. Naprz�d pojawi� si� Beduin p�dz�c co si� ku nim i machaj�c z daleka d�ug� arabsk� strzelb�, kt�rej poprzednio nikt w karawanie nie posiada�. Dopad�szy do Idrysa zamieni� z nim kilka po�piesznych s��w, po czym karawana skr�ci�a �ywo w g��b pustyni. Lecz po up�ywie pewnego czasu ukaza� si� drugi Beduin wiod�cy za sob� na powrozie t�ust� wielb��dzic� z siod�em na garbie i ze sk�rzanymi workami zawieszonymi po bokach. Zacz�a si� zn�w kr�tka rozmowa, z kt�rej Sta� nie m�g� jednak nic pochwyci�. Karawana w wielkim p�dzie d��y�a wci�� na zach�d i zatrzyma�a si� dopiero w�wczas, gdy trafiono na w�ski khor, pe�en porozrzucanych w dzikim nie�adzie ska�, rozpadlin i pieczar. Jedna z nich by�a tak obszerna, �e Suda�czycy ukryli w niej ludzi i wielb��dy. Sta�, jakkolwiek domy�la� si� mniej wi�cej, co zasz�o, po�o�y� si� obok Idrysa i uda� �pi�cego w nadziei, �e Arabowie, kt�rzy zamienili dotychczas zaledwie kilka s��w o zdarzeniu, zaczn� o nim teraz rozmawia�. Jako� nadzieja nie zawiod�a go, albowiem zaraz po zasypaniu wielb��dom obrok�w Beduini i Suda�czycy wraz z Chamisem zasiedli do narady. � Mo�emy odt�d jecha� tylko noc�, a w dzie� musimy si� przytaja� � ozwa� si� jednooki Beduin. � Khor�w b�dzie teraz du�o i w ka�dym znajdzie si� bezpieczna kryj�wka. � Czy jeste�cie pewni, �e to by� stra�nik? � zapyta� Idrys. � Allach! Rozmawiali�my z nim. Szcz�cie, �e by� tylko jeden. Sta� zakryty ska��, tak �e nie mogli�my go widzie�, ale us�yszeli�my z dala g�os wielb��da. Wtedy zwolnili�my biegu i podjechali�my tak cicho, �e zobaczy� nas dopiero, gdy�my byli o kilka krok�w. Przestraszy� si� bardzo i chcia� zmierzy� ku nam ze strzelby. Gdyby by� wystrzeli�, cho�by �adnego z nas nie zabi�, mogli us�ysze� strza� inni stra�nicy, wi�c co tchu powiadam: �St�j! �cigamy ludzi, kt�rzy porwali dwoje bia�ych dzieci, i wkr�tce nadbiegnie tu ca�a pogo�.� Ch�opiec by� m�ody i g�upi, wi�c uwierzy�, kaza� nam tylko przysi�c na Koran, �e tak jest. Zsiedli�my z wielb��d�w i przysi�gli... Mahdi nas rozgrzeszy... � I pob�ogos�awi � rzek� Idrys. � M�w, co�cie nast�pnie uczynili. � Oto � ci�gn�� Beduin � gdy�my mu przysi�gli, powiadam ch�opcu tak: �Ale kt� nam zar�czy, czy ty sam nie nale�ysz do zb�jc�w, kt�rzy uciekaj� z bia�ymi dzie�mi, i zali to nie oni zostawili ci� tu, by� wstrzyma� pogo�.� I kaza�em mu tak�e przysi�c, a on si� na to zgodzi� i tym bardziej nam uwierzy�. Zacz�li�my go wypytywa�, czy przysz�y jakie rozkazy po miedzianym drucie od szejk�w i czy na pustyni po�cig jest urz�dzony. Powiedzia�, �e tak, �e obiecano im wielkie nagrody i �e wszystkie khory s� strze�one na dwa dni drogi od rzeki, a po rzece przep�ywaj� ci�gle wielkie babury (parowce) z Anglikami, z wojskiem... � Nie pomog� babury ani wojsko przeciw sile Allacha i proroka... � Niech si� stanie, jak m�wisz! � A ty powiedz, jak sko�czyli�cie z ch�opcem? Jednooki Beduin wskaza� swego towarzysza. � Abu-Anga � rzek� � zapyta� go jeszcze, czy w pobli�u nie ma drugiego stra�nika, a gdy odpowiedzia�, �e nie, w�wczas pchn�� go no�em pod szyj� tak nagle, �e �w nie wyda� �adnego g�osu. Wrzucili�my go w g��bok� szczelin� i przykryli�my kamieniami i cierniem. W wiosce b�d� my�leli, �e uciek� do Mahdiego, bo m�wi� nam, �e to si� trafia. � Niech B�g b�ogos�awi tych, kt�rzy uciekaj�, jak pob�ogos�awi� was � odpowiedzia� Idrys. � Tak! pob�ogos�awi� � odpar� Abu-Anga � albowiem wiemy teraz, �e musimy trzyma�

si� o trzy dni drogi od rzeki, a opr�cz tego zdobyli�my strzelb�, kt�rej nam brak�o, i dojn� wielb��dzic�. � Gurdy � doda� jednooki � s� nape�nione wod� i w biesagach jest sporo prosa, tylko prochu znale�li�my ma�o. � Chamis wiezie kilkaset �adunk�w do tej strzelby bia�ego ch�opca, z kt�rej nie umiemy strzela�. Proch zawsze jest jednaki i przyda si� do naszej. To rzek�szy Idrys zamy�li� si� jednak i ci�ka troska odbi�a si� na jego ciemnej twarzy, zrozumia� bowiem, �e gdy raz trup pad� za nimi, to gdyby obecnie wpadli w r�ce egipskiego rz�du, ju� i wstawiennictwo Stasia nie ochroni�oby ich od s�du i kary. Sta� s�ucha� z bij�cym sercem i nat�on� uwag�. By�y w tej rozmowie rzeczy pocieszaj�ce, a mianowicie to, �e po�cig by� urz�dzony, nagrody obiecane i �e szejkowie plemion pobrze�nych odebrali rozkazy zatrzymywania karawan jad�cych na po�udnie. Ucieszy�a ch�opca i wiadomo�� o parowcach p�yn�cych w g�r� rzeki, nape�nionych wojskiem angielskim. Derwisze Mahdiego mogli si� mierzy� z armi� egipsk� i nawet zwyci�a� j�, ale z Anglikami by�a ca�kiem inna sprawa, i Sta� ani na chwil� nie w�tpi�, �e pierwsza bitwa sko�czy si� doszcz�tn� zag�ad� dzikich t�um�w. Wi�c z pociech� w duszy m�wi� sobie tak: �Cho�by nas dowie�li do Mahdiego, to mo�e si� zdarzy�, �e nim nas dowioz�, nie b�dzie ju� ani Mahdiego, ani jego derwisz�w.� Lecz t� pociech� zatru�a mu my�l, �e w takim razie czekaj� ich jeszcze ca�e tygodnie drogi, kt�ra w ko�cu musi jednak wyczerpa� si�y Nel � i przez ca�y ten czas czeka ich towarzystwo �otr�w i morderc�w. Na wspomnienie tego m�odego Araba, kt�rego Beduini zar�n�li jak barana, ogarn�� Stasia l�k i �al. Postanowi� nie m�wi� o tym Nel, by nie przestraszy� jej i nie powi�ksza� smutku, kt�ry odczuwa�a po znikni�ciu z�udnego obrazu oazy Fajum i miasta Medinet. Widzia� przed przybyciem do w�wozu, �e mimo woli �zy cisn�y si� jej do oczu; przeto gdy dowiedzia� si� z opowiadania Beduin�w wszystkiego, czego chcia�, uda�, �e si� rozbudzi�, i podszed� ku niej. A ona siedzia�a w k�cie przy Dinah i jedz�c daktyle skrapia�a je troch� �zami. Ale ujrzawszy Stasia przypomnia�a sobie, �e niedawno uzna� jej post�powanie za godne osoby co najmniej trzynastoletniej, wi�c nie chc�c pokaza� si� zn�w dzieckiem �cisn�a z ca�ej si�y z�bkami pestk� daktyla, aby pohamowa� �kanie. � Nel! � rzek� ch�opak � Medinet to by�o z�udzenie, ale wiem na pewno, �e nas �cigaj�, wi�c nie martw si� i nie p�acz. Na to dziewczynka podnios�a ku niemu za�zawione �renice i odpowiedzia�a przerywanym g�osem: � Nie, Stasiu... ja nie chc� p�aka�... tylko mi si� tak... oczy poc�... Ale w tej chwili br�dka pocz�a si� jej trz���, spod stulonych rz�s wybieg�y wielkie �zy i rozszlocha�a si� na dobre. �e jednak wstyd jej by�o tych �ez i oczekiwa�a za nie bury od Stasia, wi�c ze wstydu, a troch� i ze strachu, pochowa�a g��wk� na jego piersiach, mocz�c mu obficie ubranie. Lecz on j�� j� zaraz pociesza�. � Nel, nie b�d� fontann�. Widzia�a�, �e oni odebrali jakiemu� Arabowi strzelb� i wielb��dzic�? A wiesz, co to znaczy? To znaczy, �e na pustyni pe�no jest stra�y. Raz si� tym niegodziwcom uda�o przy�apa� stra�nika, a drugi raz ich samych z�api�. Po Nilu kr��y te� mn�stwo statk�w... A jak�e! Wr�cimy, Nel, wr�cimy � i do tego parowcem. Nie b�j si�!... I by�by j� d�u�ej w ten spos�b pociesza�, gdyby uwagi jego nie zwr�ci� dziwny d�wi�k dochodz�cy z zewn�trz od wydm piaszczystych, kt�rych ostatni huragan nawia� na dno w�wozu. By�o to co� podobnego do cienkiego, metalicznego g�osu trzcinowej

piszcza�ki. Sta� przerwa� rozmow� i pocz�� nas�uchiwa�. Po chwili takie cieniutkie i �a�osne g�osy ozwa�y si� z wielu stron naraz. Ch�opcu przeb�ys�a my�l, �e to mo�e stra�e arabskie otaczaj� w�w�z i nawo�uj� si� za pomoc� gwizdawek. Serce pocz�o mu bi�. Spojrza� raz i drugi na Suda�czyk�w, w nadziei, �e na twarzach ich ujrzy trwog�, ale nie! Idrys, Gebhr i dwaj Beduini gry�li spokojnie suchary, tylko Chamis zdawa� si� by� troch� zdziwiony. A g�osy trwa�y ci�gle. Po pewnym czasie Idrys wsta� i wyjrza� z pieczary, po czym wracaj�c zatrzyma� si� ko�o dzieci i rzek�. � Piaski zaczynaj� �piewa�. Sta� by� tak rozciekawiony, �e zapomnia� w tej chwili, i� postanowi� nie rozmawia� wcale z Idrysem, i zapyta�: � Piaski? Co to znaczy? � Tak bywa, a znaczy to, �e d�ugo nie b�dzie deszczu. Ale upa� nam nie dokuczy, gdy� a� do Assuanu b�dziemy jechali tylko noc�. I wi�cej nie mo�na si� by�o od niego dowiedzie�. Sta� i Nel ws�uchiwali si� d�ugo w te osobliwe d�wi�ki, kt�re trwa�y dop�ty, dop�ki s�o�ce nie zni�y�o si� ku zachodowi. Po czym zapad�a noc i karawana ruszy�a w dalsz� drog�.

ROZDZIA� XIII

We dnie chronili si� w ukrytych i trudno dost�pnych miejscach w�r�d ska� i rozpadlin, a nocami p�dzili bez wytchnienia, p�ki nie min�li pierwszej katarakty. A� na koniec, gdy Beduini z po�o�enia i postaci khor�w rozpoznali, �e Assuan zosta� ju� za nimi, wielki ci�ar spad� z piersi Idrysa. Poniewa� cierpieli ju� na brak wody, zbli�yli si� wi�c na p� dnia drogi od rzeki. Tam nast�pnej nocy Idrys ukrywszy karawan� wys�a� z Beduinami wszystkie wielb��dy do Nilu, aby napoi�y si� dobrze i na czas d�u�szy. Pas urodzajny wzd�u� rzeki Nilu by� ju� za Assuanem w�szy. W niekt�rych miejscach pustynia dochodzi�a do rzeki. Wsie le�a�y w znacznej od siebie odleg�o�ci. Beduini zatem wr�cili szcz�liwie, przez nikogo nie widziani, ze znacznymi zapasami wody. Nale�a�o tylko my�le� o �ywno�ci, gdy� zwierz�ta, karmione sk�po, od tygodnia wychud�y bardzo. Szyje ich wyd�u�y�y si�, garby opad�y, a nogi sta�y si� s�abe. Durry i zapas�w dla ludzi mog�o z wielk� bied� wystarczy� jeszcze na dwa dni. Idrys my�la� jednak�e, �e po dw�ch dniach mo�na b�dzie, je�eli nie we dnie, to w nocy, zbli�y� si� do pastwisk nadrzecznych, a mo�e i zakupi� suchar�w i daktyl�w w jakiej wiosce. Sabie nie dawano ju� wcale je�� ani pi� i tylko dzieci chowa�y dla niego resztki po�ywienia, ale on sobie jako� radzi� i na postoje przylatywa� cz�sto z zakrwawion� paszcz� i ze �ladami uk�sze� na szyi i piersiach. Czy �upem tych walk stawa�y si� szakale czy hieny, czy mo�e lisy piaskowe lub gazele, tego nie wiedzia� nikt, do��, �e nie by�o na nim zna� wielkiego g�odu. Czasem te� czarne wargi jego bywa�y wilgotne, jakby pi�. Beduini domy�lali si�, �e musia� wykopywa� g��bokie jamy na dnie w�woz�w i w ten spos�b dokopywa� si� do wody, kt�r� w�chem pod ziemi� wyczuwa�. Tak rozkopuj� nieraz dna rozpadlin zb��kani podr�ni i je�li cz�sto nie znajd� wody, to prawie zawsze dostaj� si� do wilgotnych piask�w i wysysaj�c je oszukuj� w ten spos�b m�czarnie pragnienia. I w Sabie zasz�y jednak znaczne zmiany. Piersi i kark mia� zawsze pot�ne, ale boki

mu zapad�y, przez co wydawa� si� jeszcze wy�szy. W jego oczach o zaczerwienionych bia�kach by�o teraz co� dzikiego i gro�nego. Do Nel i do Stasia by� przywi�zany jak i poprzednio i pozwala� robi� z sob�, co im si� podoba�o. Chamisowi kiwa� jeszcze niekiedy ogonem, ale na Beduin�w i Suda�czyk�w warcza� albo k�apa� swymi strasznymi k�ami, kt�re uderza�y w�wczas o siebie jak stalowe bretnale. Idrys i Gebhr pocz�li si� go po prostu ba� i mimo us�ugi, jak� im odda�, znienawidzili go do tego stopnia, �e byliby go prawdopodobnie zabili z owej zdobycznej strzelby, gdyby nie ch�� przywiezienia Smainowi osobliwego zwierz�cia i gdyby nie to, �e min�li ju� Assuan. Min�li Assuan! Sta� my�la� o tym ci�gle i w dusz� pocz�a mu z wolna wkrada� si� w�tpliwo��, czy po�cig ich dogoni. Wiedzia� wprawdzie, �e nie tylko w�a�ciwy Egipt, kt�ry ko�czy si� za Wadi-Halfa, to jest za drug� katarakt�, ale i ca�a Nubia jest dotychczas w r�ku rz�du egipskiego, ale rozumia�, �e za Assuanem, a zw�aszcza za Wadi-Halfa, pogo� b�dzie trudniejsza, a rozkazy rz�du niedbalej wykonywane. Mia� tylko jeszcze nadziej�, �e ojciec wraz z panem Rawlisonem po urz�dzeniu pogoni z Fajumu sami udali si� do Wadi-Halfa parowcem i tam, uzyskawszy od rz�du �o�nierzy na wielb��dach, b�d� starali si� przeci�� drog� karawanie z po�udnia. Ch�opak wyrozumowa� sobie, �e na ich miejscu by�by tak w�a�nie zrobi�, i dlatego uwa�a� przypuszczenie swe za bardzo prawdopodobne. Nie zaniecha� jednak my�li o ratunku na w�asn� r�k�. Suda�czycy chcieli mie� proch do zdobycznej strzelby i w tym celu postanowili porozkr�ca� kilkana�cie �adunk�w sztucerowych, wi�c powiedzia� im, �e on sam tylko potrafi to zrobi� i �e gdy kt�ry z nich we�mie si� do tego nieumiej�tnie, w�wczas �adunek wybuchnie mu w palcach i pourywa r�ce. Idrys boj�c si� w og�le rzeczy nieznanych i wynalazk�w angielskich postanowi� wreszcie powierzy� ch�opcu t� czynno��. Sta� wzi�� si� do tego ch�tnie, naprz�d w nadziei, �e silny angielski proch rozsadzi przy pierwszym strzale star� arabsk� strzelb�, a po wt�re, �e b�dzie m�g� ukry� troch� �adunk�w. Jako� posz�o mu to �atwiej, ni� my�la�. Niby to pilnowano go przy robocie, ale Arabowie pocz�li zaraz gada� mi�dzy sob� i wkr�tce zaj�li si� wi�cej rozmow� ni� dozorem. Ostatecznie ta ich gadatliwo�� i wrodzone niedbalstwo pozwoli�o Stasiowi ukry� w zanadrzu siedem �adunk�w. Teraz nale�a�o si� tylko dobra� do sztucera. Ch�opiec s�dzi�, �e za Wadi-Halfa, to jest drug� katarakt�, nie b�dzie to rzecz� zbyt trudn�, gdy� przewidywa�, �e czujno�� Arab�w zmniejsza� si� b�dzie w miar�, jak b�d� bli�ej celu. My�l, �e b�dzie musia� pozabija� Suda�czyk�w i Beduin�w, a nawet i Chamisa, przejmowa�a go zawsze dreszczem, ale po morderstwie, kt�rego dopu�cili si� Beduini, nie mia� ju� �adnych skrupu��w. M�wi� sobie, �e przecie� chodzi o obron�, o wolno�� i �ycie Nel i �e wobec tego mo�e nie liczy� si� z �yciem przeciwnik�w, zw�aszcza je�li si� nie poddadz� i je�li przyjdzie do walki. Ale chodzi�o o sztucer. Sta� umy�li� dosta� go w r�ce podst�pem i gdyby si� zdarzy�a sposobno��, nie czeka� a� do Wadi-Halfa, ale dokona� dzie�a jak najpr�dzej. Jako� nie czeka�. Przesz�y ju� dwa dni, jak min�li Assuan � i Idrys musia� wreszcie o �wicie trzeciego dnia wyprawi� Beduin�w po �ywno��, kt�rej zabrak�o zupe�nie. Wobec zmniejszonej liczby przeciwnik�w Sta� powiedzia� sobie: �Teraz albo nigdy� � i natychmiast zwr�ci� si� do Suda�czyka z nast�puj�cym pytaniem: � Idrysie, czy wiesz, �e kraj kt�ry zaczyna si� niedaleko za Wadi-Halfa, to ju� Nubia? � Wiem. Mia�em pi�tna�cie lat, a Gebhr osiem, gdy ojciec przywi�z� nas z Sudanu do Fajumu, i pami�tam, �e przejechali�my w�wczas na wielb��dach ca�� Nubi�. Ale kraj ten nale�y jeszcze do Turk�w (Egipcjan). � Tak, Mahdi jest dopiero pod Chartumem � i widzisz, jak g�upio gada� Chamis, gdy

m�wi� wam, �e wojska derwisz�w dochodz� ju� do Assuanu. Ja jednak zapytam si� o co innego. Oto czyta�em w ksi��kach, �e w Nubii du�o jest dzikich zwierz�t i du�o rozb�jnik�w, kt�rzy nikomu nie s�u�� i napadaj� zar�wno Egipcjan, jak i wiernych Mahdiego. Czym�e b�dziecie si� bronili, je�li napadn� was dzikie zwierz�ta albo rozb�jnicy? Sta� przesadza� umy�lnie, m�wi�c o dzikich zwierz�tach, natomiast rozboje w Nubii od czasu wojny zdarza�y si� do�� cz�sto, zw�aszcza w po�udniowej, granicz�cej z Sudanem cz�ci kraju. Idrys zastanowi� si� przez chwil� nad pytaniem, kt�re zaskoczy�o go niespodzianie, gdy� dotychczas nie pomy�la� o tym nowym niebezpiecze�stwie � i odrzek�: � Mamy no�e i strzelb�. � Taka strzelba jest na nic. � Wiem. Twoja jest lepsza, ale nie umiemy z niej strzela�, a tobie nie damy jej w r�ce. � Nawet nie nabitej? � Tak jest, albowiem mo�e by� zaczarowana. Sta� wzruszy� ramionami. � Idrysie, gdyby to m�wi� Gebhr, to bym si� nie dziwi�, ale o tobie my�la�em, �e masz wi�cej rozumu. Z nie nabitej strzelby nie wystrzeli i sam wasz Mahdi. � Milcz � przerwa� surowo Idrys. � Mahdi potrafi wystrzeli� nawet z palca. � To strzelaj�e tak i ty. Suda�czyk popatrzy� bystro w oczy ch�opca. � Dlaczego chcesz, �eby da� ci strzelb�? � Chc� ci� nauczy� z niej strzela�. � Co ci na tym zale�y? � Bardzo wiele, bo je�li napadn� nas rozb�jnicy, to mog� wszystkich pozabija�! Ale je�li si� boisz i strzelby, i mnie, to mniejsza o to. Idrys zamilk�. Ba� si� istotnie, ale nie chcia� si� do tego przyzna�. Zale�a�o mu jednak na tym bardzo, by zapozna� si� z broni� angielsk�, albowiem posiadanie jej i umiej�tno�� u�ycia podnios�yby jego znaczenie w obozie mahdyst�w � nie m�wi�c o tym, �e w razie jakiego napadu �atwiej by by�o mu si� obroni�. Wi�c po kr�tkim namy�le rzek�: � Dobrze. Niech Chamis poda strzelb�, a ty j� wyjmij. Chamis spe�ni� oboj�tnie rozkaz, kt�remu Gebhr nie m�g� si� sprzeciwi�, albowiem zaj�ty by� opodal przy wielb��dach. Sta� wyj�� troch� dr��cymi r�koma osad�, nast�pnie lufy � i poda� je Idrysowi. � Widzisz, �e s� puste � rzek�. Idrys wzi�� lufy i spojrza� przez nie w g�r�. � Tak jest, nie ma w nich nic. � Teraz uwa�aj � m�wi� Sta� � tak si� strzelba sk�ada (i to m�wi�c z�o�y� lufy z osad�), a tak si� otwiera. Widzisz? Rozk�adam j� zn�w, a teraz z�� j� ty... Suda�czyk, kt�ry przypatrywa� si� z wielk� uwag� ruchom Stasia, pocz�� pr�bowa�. Nie od razu posz�o mu �atwo, ale poniewa� Arabowie odznaczaj� si� w og�le wielk� zr�czno�ci�, wi�c po chwili strzelba zosta�a z�o�ona. � Otw�rz! � komenderowa� Sta�. Idrys otworzy� sztucer �atwo. � Zamknij.

Posz�o jeszcze �atwiej. � Teraz mi daj dwie puste gilzy. Naucz� ci�, jak si� zak�ada �adunki. Arabowie zachowali wykr�cone gilzy, poniewa� mia�y dla nich warto�� mosi�dzu, wi�c Idrys poda� dwie z nich Stasiowi � i nauka rozpocz�a si� na nowo. Suda�czyk w pierwszej chwili przestraszy� si� troch� trzasku tkwi�cych w gilzach kapiszon�w, ale ostatecznie przekona� si�, �e zar�wno z pustych luf, jak z pustych �adunk�w nikt nie zdo�a wystrzeli�. Zaufanie jego do Stasia wr�ci�o przy tym i dlatego, �e ch�opiec oddawa� mu co chwila bro� do r�ki. � Tak � rzek� Sta� � umiesz ju� sk�ada� sztucer, umiesz otwiera�, zamyka� i trzyma� przy twarzy oraz poci�ga� za cyngiel. Ale trzeba si� jeszcze nauczy� mierzy�. To jest rzecz najtrudniejsza. We� pust� gurd� od wody i postaw j� o sto krok�w... oto, na tych tam kamieniach, a potem wr�� tu do mnie � poka�� ci, jak si� mierzy. Idrys wzi�� gurd� i bez najmniejszego wahania poszed� umie�ci� j� na wskazanych kamieniach. Ale zanim zrobi� pierwsze sto krok�w, Sta� wysun�� puste gilzy, a wsun�� na ich miejsce pe�ne �adunki. Nie tylko serce, ale i t�tna w skroniach pocz�y mu bi� z tak� si��, �e my�la�, �e mu rozsadz� g�ow�. Chwila stanowcza nadesz�a � chwila wolno�ci dla Nel i dla niego � chwila zwyci�stwa � zarazem straszna i po��dana! Oto �ycie Idrysa jest w jego r�ku. Jedno poci�gni�cie za cyngiel i �w zdrajca, kt�ry porwa� Nel, padnie trupem. Ale Sta�, kt�ry mia� w �y�ach polsk� i francusk� krew, uczu� nagle, �e za nic w �wiecie nie zdo�a strzeli� do cz�owieka odwr�conego plecami. Niech si� przynajmniej zawr�ci � i niech spojrzy �mierci w oczy. A potem co? Potem przyleci Gebhr i nim przebie�y dziesi�� krok�w, r�wnie� chwyci z�bami za kurzaw�. Pozostanie Chamis. Ale Chamis straci g�ow�, a cho�by jej nie straci�, b�dzie czas wsun�� nowe �adunki do luf. Gdy nadjad� Beduini, zastan� trzy trupy i sami znajd� to, na co zas�u�yli. Potem do�� b�dzie skierowa� wielb��dy ku rzece. Wszystkie te my�li i obrazy przelatywa�y jak wichry przez g�ow� Stasia. Czu�, �e to, co za par� minut ma si� sta�, jest zarazem straszne i konieczne. W piersiach sk��bi�a mu si� duma zwyci�zcy z poczuciem okropnego wstr�tu do zwyci�stwa. By�a chwila, �e si� zawaha�, ale wspomnia� na te m�ki, kt�re znosili biali je�cy, na ojca, na pana Rawlisona, na Nel, na Gebhra, kt�ry uderzy� dziewczynk� korbaczem, i nienawi�� wybuchn�a w nim z now� si��. �Trzeba! Trzeba!� � m�wi� sobie przez zaci�ni�te z�by i nieub�agane postanowienie odbi�o si� na jego twarzy, kt�ra sta�a si� jakby wykuta z kamienia. Tymczasem Idrys umie�ci� sk�rzan� gurd� na odleg�ym o sto krok�w kamieniu i zawr�ci�. Sta� widzia� jego u�miechni�t� twarz i ca�� wysok� posta� na r�wnej, piaszczystej p�aszczy�nie. Po raz ostatni przeb�ys�a mu my�l, �e oto ten �ywy cz�owiek padnie za chwil� na ziemi� i palcami b�dzie rwa� piasek w ostatnich konwulsjach konania. Ale wahania ch�opca sko�czy�y si� � i gdy Idrys uszed� pi��dziesi�t krok�w, pocz�� z wolna podnosi� bro� do oka. Lecz zanim dotkn�� palcem cyngla, zza osypisk, odleg�ych o kilkaset krok�w, da� si� s�ysze� gromki okrzyk i w tej samej minucie oko�o dwudziestu je�d�c�w na koniach i wielb��dach wyroi�o si� na p�aszczyzn�. Idrys skamienia� na ich widok. Sta� zdumia� nie mniej, ale natychmiast zdumienie jego ust�pi�o szalonej rado�ci. Oto wreszcie oczekiwana pogo�! Tak! to nie mo�e by� nic innego! W wiosce schwytano widocznie Beduin�w i ci wskazali, gdzie ukrywa si� reszta karawany! Zrozumia� to tak samo i Idrys, kt�ry och�on�wszy przybieg� do Stasia z twarz� popielat� z przera�enia i kl�kn�wszy u jego n�g pocz�� powtarza� zdyszanym g�osem: � Panie, ja by�em dla was dobry! By�em dla ma�ej bint dobry � pami�taj o tym!... Sta� wysun�� mechanicznie �adunki z luf � i patrzy�. Je�d�cy p�dzili ile tchu w koniach i wielb��dach, krzycz�c z rado�ci i wyrzucaj�c w g�r� d�ugie arabskie

strzelby, kt�re �apali w biegu z nadzwyczajn� zr�czno�ci�. W jasnym, przezroczystym powietrzu wida� ich by�o doskonale. W �rodku na czele lecieli dwaj Beduini machaj�c jak op�ta�cy r�koma i burnusami. Po kilku minutach ca�a banda dopad�a do karawany. Niekt�rzy z je�d�c�w zeskakiwali z koni i wielb��d�w; niekt�rzy zostali na siod�ach, ale wrzeszcz�c ci�gle wniebog�osy. W�r�d tych krzyk�w mo�na by�o odr�ni� tylko dwa wyrazy: � Chartum! Gordon! Gordon! Chartum!... Na koniec jeden z Beduin�w � ten, kt�rego towarzysz zwa� Abu-Ang� � przypad� do Idrysa skurczonego u n�g Stasia i pocz�� wo�a�: � Chartum wzi�te! Gordon zabity. Mahdi zwyci�zca! Idrys wyprostowa� si�, ale jeszcze uszom nie wierzy�. � A ci ludzie? � zapyta� dr��cymi wargami. � Ci ludzie mieli nas schwyta�, a teraz id� wraz z nami do proroka! Stasiowi pociemnia�o w oczach...

ROZDZIA� XIV

I rzeczywi�cie zgas�a ostatnia nadzieja ucieczki w czasie podr�y. Sta� wiedzia� ju� teraz, �e ani jego pomys�y na nic si� nie przydadz�, ani pogo� ich nie do�cignie i �e je�li wytrzymaj� trudy drogi, to dojad� do Mahdiego i zostan� wydani w r�ce Smaina. Jedynym pokrzepieniem by�a mu teraz tylko my�l, �e zostali porwani dlatego, by Smain odda� ich za swe dzieci. Ale kiedy si� to stanie i co ich przedtem mo�e spotka�? Jak straszliwa czeka ich niedola w�r�d spitej krwi� dzikiej hordy? Czy Nel wytrzyma te wszystkie trudy i niewygody � na to nikt nie m�g� odpowiedzie�. Wiadomo by�o natomiast, �e Mahdi i jego derwisze nienawidz� chrze�cijan i w og�le Europejczyk�w; wi�c w duszy ch�opca zrodzi�a si� obawa, czy wp�yw Smaina b�dzie dostateczny, by os�oni� ich oboje przed zniewagami, przed okrucie�stwem i w�ciek�o�ci� wyznawc�w Mahdiego, kt�rzy mordowali nawet i wiernych rz�dowi mahometan? Po raz pierwszy od chwili porwania ogarn�a Stasia g��boka rozpacz, a jednocze�nie i jakie� przesadne przypuszczenie, �e prze�laduje ich z�y los. Przecie� sam pomys� porwania ich z Fajumu i zawiezienia ich do Chartumu by� po prostu szale�stwem, kt�rego mogli dopu�ci� si� tylko tak dzicy i g�upi ludzie, jak Idrys i Gebhr, nie rozumiej�cy, �e musz� przeby� tysi�ce kilometr�w krajem podleg�ym rz�dowi egipskiemu, a w�a�ciwie Anglikom. Na dobr� spraw� powinni by� schwytani na drugi dzie�, a jednak wszystko sk�ada�o si� tak, �e oto s� ju� niedaleko drugiej katarakty � i �e nie do�cign�y ich �adne poprzednie pogonie, a ostatnia, kt�ra mog�a ich zatrzyma�, po��czy�a si� z nimi i b�dzie im odt�d pomoc�. Do rozpaczy Stasia, do jego boja�ni o los ma�ej Nel do��czy�o si� jeszcze uczucie upokorzenia, �e jednak nic nie potrafi poradzi� i co wi�cej, nie zdo�a ju� nic wymy�li�, albowiem cho�by mu oddano teraz strzelb� i �adunki, nie mo�e przecie� powstrzyma� wszystkich Arab�w sk�adaj�cych karawan�. I gryz� si� tymi my�lami tym bardziej, �e zbawienie by�o ju� tak bliskie. Gdyby Chartum nie by� upad� lub upad� o kilka dni p�niej, ci sami ludzie, kt�rzy przeszli teraz na stron� Mahdiego, byliby ich schwytali i oddali w r�ce rz�du. Sta� siedz�c na wielb��dzie za Idrysem i s�uchaj�c ich rozm�w przekona� si�, �e

by�oby tak niezawodnie. Zaraz bowiem po wyruszeniu w dalsz� drog� naczelnik pogoni zacz�� opowiada� Idrysowi, co ich sk�oni�o do zdrady chedywa. Wiedzieli poprzednio, �e wielka armia � ju� nie egipska, ale angielska � wyruszy�a na po�udnie przeciw derwiszom pod wodz� jenera�a Wolseleya. Widzieli mn�stwo statk�w, kt�re wioz�y gro�nych �o�nierzy angielskich z Assuanu do Wadi-Halfa, sk�d budowano dla nich kolej do Abu-Hammed. Przez d�ugi czas wszyscy szejkowie pobrze�ni � i ci, kt�rzy pozostali wierni rz�dowi, i ci, kt�rzy w g��bi duszy sprzyjali Mahdiemu � byli pewni, �e zguba derwisz�w i ich proroka jest nieuchronna, albowiem Anglik�w nigdy nikt nie zwyci�y�. � Akbar Allach! � przerwa� wznosz�c do g�ry r�ce Idrys � a jednak�e zostali zwyci�eni! � Nie � odpowiedzia� naczelnik pogoni � Mahdi wys�a� przeciw nim plemiona D�allno, Barbara i Dad�im, razem blisko trzydzie�ci tysi�cy najlepszych swych wojownik�w, kt�rymi dowodzi� Musa, syn Helu; pod Abu-Klea przysz�o do strasznej bitwy, w kt�rej B�g da� zwyci�stwo niewiernym. � Tak jest, Musa, syn Helu, poleg�, a z jego �o�nierzy gar�� tylko wr�ci�a do Mahdiego. Dusze innych s� w raju, a cia�a le�� w piaskach, czekaj�c dnia zmartwychwstania. Wie�� o tym pr�dko rozesz�a si� nad Nilem. Wtedy my�leli�my, �e Anglicy p�jd� dalej na po�udnie i oswobodz� Chartum. Ludzie powtarzali: �Koniec, koniec!� A tymczasem B�g zrz�dzi� inaczej. � Jak? co si� sta�o? � pyta� gor�czkowo Idrys. � Co si� sta�o? � m�wi� z rozja�nion� twarz� naczelnik. � Oto tymczasem Mahdi zdoby� Chartum, a Gordonowi uci�to w czasie szturmu g�ow�. A �e Anglikom tylko o Gordona chodzi�o, wi�c dowiedziawszy si� o jego �mierci wr�cili z powrotem na p�noc. Allach! widzieli�my zn�w statki z ogromnymi �o�nierzami p�yn�ce w d� rzeki, ale nie rozumieli�my, co to znaczy. Anglicy dobre tylko nowiny rozg�aszaj� natychmiast, a z�e taj�. Niekt�rzy z naszych m�wili, �e Mahdi ju� zgin��. Ale wreszcie prawda wysz�a na jaw. Kraj ten nale�y jeszcze do rz�du. W Wadi-Halfa i dalej, a� do trzeciej, a mo�e i do czwartej katarakty, znajduj� si� jeszcze �o�nierze chedywa, wszelako teraz, po odwrocie Anglik�w, my wierzymy ju�, �e Mahdi podbije nie tylko Nubi� i Egipt, nie tylko Mekk� i Medin�, ale i ca�y �wiat. Dlatego, zamiast was schwyta� i wyda� w r�ce rz�du, idziemy razem z wami do proroka. � Wi�c przysz�y rozkazy, by nas schwyta�? � Do wszystkich wiosek, do wszystkich szejk�w, do za��g wojskowych. Gdzie miedziany drut, po kt�rym przelatuj� rozkazy z Kairu, nie dochodzi, tam przyje�d�ali zabtiowie (�andarmi) z oznajmieniem, �e kto was schwyta, dostanie tysi�c funt�w nagrody. Masz-allach... to wielkie bogactwo!... wielkie!... Idrys spojrza� podejrzliwie na m�wi�cego: � Ale wy wolicie b�ogos�awie�stwo Mahdiego? � Tak jest. A przy tym zdoby� on tak ogromne �upy i tyle pieni�dzy w Chartumie, �e funty egipskie mierzy workami od obrok�w i rozdaje je mi�dzy swych wiernych... � Jednak�e je�li �o�nierze egipscy s� jeszcze w Wadi-Halfa i dalej, to mog� nas schwyta� po drodze. � Nie. Trzeba si� tylko �pieszy�, p�ki si� nie opami�taj�. Oni teraz, po odwrocie Anglik�w, potracili ca�kiem g�owy � zar�wno wierni rz�dowi szejkowie, jak �o�nierze i zabtiowie. Wszyscy my�l�, �e Mahdi lada chwila nadejdzie, tote� ci z nas, kt�rzy mu w duszy sprzyjali, uciekaj� teraz �mia�o do niego i nikt ich nie �ciga, albowiem w tych pierwszych chwilach nikt nie wydaje rozkaz�w i nikt nie wie, kogo s�ucha�. � Tak � odpowiedzia� Idrys � ale prawd� rzek�e�, �e trzeba si� �pieszy�, p�ki si� nie opami�taj�, gdy� do Chartumu jeszcze daleko... Stasiowi, kt�ry wys�ucha� dok�adnie ca�ej tej rozmowy, zab�ysn�� zn�w na chwil� nik�y promyk nadziei. Je�li �o�nierze egipscy zajmuj� dotychczas rozmaite miejscowo�ci pobrze�ne w Nubii, to wobec tego, �e Anglicy zabrali wszystkie statki, musz� ust�powa� przed hordami Mahdiego l�dem. A w takim razie mo�e si�

zdarzy�, �e karawana wpadnie na kt�rykolwiek z cofaj�cych si� oddzia��w i zostanie otoczona. Sta� wyliczy� r�wnie�, �e nim wie�� o zdobyciu Chartumu rozesz�a si� pomi�dzy plemionami arabskimi mieszkaj�cymi na p�noc od Wadi-Halfa, up�yn�o niezawodnie sporo czasu, tym bardziej �e rz�d egipski i Anglicy j� taili � przypuszcza� zatem, �e i rozprz�enie, kt�re musia�o zapanowa� w pierwszej chwili w�r�d Egipcjan, ju� przesz�o. Niedo�wiadczonemu ch�opcu nie przysz�o to jednak na my�l, �e w ka�dym razie upadek Chartumu i �mier� Gordona ka�� ludziom zapomnie� o wszystkim innym i �e szejkowie wierni rz�dowi jako te� miejscowe w�adze egipskie b�d� teraz mia�y co innego do roboty ni� my�le� o ratowaniu dwojga bia�ych dzieci. I rzeczywi�cie Arabowie, kt�rzy przy��czyli si� do karawany, niezbyt obawiali si� pogoni. Jechali wprawdzie z wielkim po�piechem i nie �a�owali wielb��d�w, ale trzymali si� blisko Nilu i cz�sto nocami skr�cali do rzeki, by napoi� zwierz�ta i nabra� wody w sk�rzane worki. Czasem o�mielali si� zaje�d�a� nawet w dzie� do wiosek. Dla bezpiecze�stwa wysy�ali zawsze naprz�d na zwiady kilku ludzi, kt�rzy pod pozorem zakup�w �ywno�ci dowiadywali si�, co s�ycha� w okolicy, czy nie ma w pobli�u wojsk egipskich i czy mieszka�cy nie nale�� do wiernych �Turkom�. Je�li trafili na ludno�� sprzyjaj�c� tajemnie Mahdiemu, w�wczas ca�a karawana zje�d�a�a do wsi � i cz�sto zdarza�o si�, �e opuszcza�a j� zwi�kszona o kilku lub nawet kilkunastu m�odych Arab�w, kt�rzy chcieli tak�e ucieka� do Mahdiego. Idrys dowiedzia� si� te�, �e prawie wszystkie oddzia�y egipskie stoj� od strony Pustyni Nubijskiej, zatem po prawej, wschodniej stronie Nilu. �eby unikn�� spotkania si� z nimi, nale�a�o tylko trzyma� si� lewego brzegu i omija� znaczniejsze miasteczka i osady. Przysparza�o to wprawdzie du�o drogi, albowiem rzeka pocz�wszy od Wadi-Halfa tworzy olbrzymi �uk, kt�ry schodzi daleko ku po�udniowi, a potem skr�ca zn�w na p�nocny wsch�d, a� do Abu-Hammed, gdzie przybiera ju� zupe�nie po�udniowy kierunek, ale za to ten lewy brzeg, zw�aszcza od oazy Selima, prawie wcale nie by� strze�ony, droga za� up�ywa�a Suda�czykom weso�o w�r�d zwi�kszonej kompanii, przy obfito�ci wody i zapas�w. Min�wszy trzeci� katarakt� przestali si� nawet �pieszy� � i jechali tylko nocami ukrywaj�c si� we dnie w�r�d piaszczystych wzg�rz i w�woz�w, kt�rymi ca�a pustynia by�a poprzecinana. Rozci�ga�o si� teraz nad nimi niebo bez jednej chmurki, szare na kra�cach widnokr�gu, w �rodku wyd�te jakby olbrzymia kopu�a, ciche i spokojne. Z ka�dym dniem jednak upa�, w miar� jak posuwali si� na po�udnie, czyni� si� coraz straszliwszy i nawet w w�wozach, w g��bokim cieniu, �ar dokucza� ludziom i zwierz�tom. Noce natomiast by�y bardzo ch�odne, roziskrzone od migotliwych gwiazd tworz�cych jakby mniejsze i wi�ksze stadka. Sta� spostrzeg�, �e to ju� nie s� te same konstelacje, kt�re �wieci�y nocami nad Port-Saidem. Marzy� on o tym nieraz, �eby kiedy w �yciu zobaczy� Po�udniowy Krzy� � i wreszcie ujrza� go za El-Orde. Ale obecnie blask jego zwiastowa� mu tylko nieszcz�cie. �wieci�o im tak�e od kilku dni co noc blade, rozpierzch�e i smutne �wiat�o zodiakalne, kt�re po zga�ni�ciu z�rz wieczornych do p�nej godziny rozsrebrza�o zachodni� stron� nieba.

ROZDZIA� XV

We dwa tygodnie po wyruszeniu z okolic Wadi-Halfa karawana wesz�a w kraj zdobyty

przez Mahdiego. Przebyli w skok pag�rkowat� pustyni� Gezire i w pobli�u Chendi, gdzie przedtem Anglicy znie�li doszcz�tnie Mus�-uled-Helu, wjechali w okolice wcale ju� do pustyni niepodobne. Piask�w ani osypisk nie by�o tu wida�. Jak okiem si�gn�� rozci�ga� si� step poro�ni�ty w cz�ci zielon� traw�, w cz�ci d�ungl�, w�r�d kt�rej ros�y k�pami kolczaste akacje, wydaj�ce znan� gum� suda�sk�, a tu i �wdzie pojedyncze, olbrzymie drzewa nabaku, tak roz�o�yste, �e pod ich konarami stu ludzi mog�o znale�� przed s�o�cem schronienie. Od czasu do czasu karawana mija�a wysokie, podobne do s�up�w kopce termit�w, czyli termitiery, kt�rymi ca�a podzwrotnikowa Afryka jest zasiana. Zielono�� pastwisk i akacyj mile n�ci�a oczy po jednostajnej, ja�owej barwie piask�w pustyni. W miejscach, gdzie step by� ��k�, pas�y si� stada wielb��d�w strze�onych przez zbrojnych wojownik�w Mahdiego. Na widok karawany zrywali si� oni jak ptaki drapie�ne, biegli ku niej, otaczali j� ze wszystkich stron i potrz�saj�c dzidami oraz wrzeszcz�c wniebog�osy, wypytywali si� ludzi, sk�d s�, dlaczego ci�gn� z p�nocy i dok�d d���? Czasami przybierali postaw� tak gro�n�, �e Idrys musia� z najwi�kszym po�piechem odpowiada� na pytania, aby unikn�� napa�ci. Sta�, kt�ry wyobra�a� sobie, �e mieszka�cy Sudanu r�ni� si� od wszystkich Arab�w zamieszkuj�cych Egipt tym tylko, �e wierz� w Mahdiego i nie chc� uzna� w�adzy chedywa, spostrzeg�, �e omyli� si� zupe�nie. Ci, kt�rzy zatrzymywali teraz co chwila karawan�, mieli po wi�kszej cz�ci sk�r� ciemniejsz� nawet ni� Idrys i Gebhr, a w por�wnaniu z dwoma Beduinami prawie czarn�. Krew murzy�ska przewa�a�a w nich nad arabsk�. Twarze ich i piersi by�y tatuowane, a nak�ucia przedstawia�y albo rozmaite rysunki, albo napisy z Koranu. Niekt�rzy byli prawie nadzy, inni nosili d�iuby, czyli opo�cze z bia�ej tkaniny bawe�nianej naszywanej w r�nobarwne �atki. Wielu mia�o ga��zki z korala lub kawa�ki ko�ci s�oniowej przeci�gni�te przez nozdrza, wargi i uszy. Przyw�dcy okrywali g�owy bia�ymi krymkami z takiej�e tkaniny jak i opo�cze, pro�ci wojownicy nosili g�owy odkryte, lecz nie golone tak jak Arabowie w Egipcie, ale przeciwnie, poro�ni�te ogromnymi, kr�conymi kud�ami, spalonymi cz�sto na kolor czerwony od wapna, kt�rym namazywali czupryny dla ochrony przed robactwem. Bro� ich stanowi�y przewa�nie dzidy, straszne w ich r�ku, ale nie brak�o im tak�e i karabin�w Remingtona, kt�re zdobyli w zwyci�skich walkach z armi� egipsk� i po upadku Chartumu. Widok ich by� w og�le przera�aj�cy, a zachowanie si� wzgl�dem karawany wrogie, albowiem pos�dzali, �e sk�ada si� ona z kupc�w egipskich, kt�rym w pierwszej chwili po zwyci�stwie Mahdi zabroni� wst�pu do Sudanu. Zwykle otoczywszy karawan� si�gali w�r�d wrzasku i gr�b dzidami ku piersiom ludzi lub mierzyli do nich z karabin�w, na co Idrys odpowiada� krzykiem, �e on i jego brat nale�� do pokolenia Dangal�w, tego samego, do kt�rego nale�y Mahdi, i �e wioz� prorokowi bia�e dzieci jako niewolnik�w. To jedno wstrzymywa�o dzidy od gwa�t�w. W Stasiu, gdy wreszcie zetkn�� si� z t� okropn� rzeczywisto�ci�, zamiera�a dusza na my�l, co czeka ich oboje w dniach nast�pnych, a i Idrys, kt�ry �y� poprzednio d�ugie lata w kraju ucywilizowanym, nie wyobra�a� sobie nic podobnego. Rad te� by�, gdy pewnego wieczora ogarn�� ich zbrojny oddzia� emira Nur-el-Tadhila i poprowadzi� do Chartumu. Nur-el-Tadhil, zanim uciek� do Mahdiego, by� przedtem oficerem egipskim w pu�ku murzy�skim chedywa, nie by� wi�c tak dziki jak inni mahdy�ci i Idrys m�g� si� z nim �atwiej porozumie�. Ale i tu czeka� go zaw�d. Wyobra�a� on sobie, �e przybycie jego z bia�ymi dzie�mi do obozu Mahdiego wzbudzi podziw, cho�by tylko ze wzgl�du na szalone trudy i niebezpiecze�stwo drogi. Spodziewa� si�, �e mahdy�ci przyjm� go z zapa�em, z otwartymi ramionami i �e go odprowadz� w tryumfie do proroka, a �w obsypie go z�otem i pochwa�ami, jak cz�owieka, kt�ry nie waha� si� narazi� g�owy, by odda� us�ug� jego krewnej Fatmie. Tymczasem mahdy�ci przyk�adali dzidy do piersi uczestnik�w karawany, a Nur-el-Tadhil s�ucha� do�� oboj�tnie opowiada� o podr�y; w ko�cu zapytany, czy zna Smaina, m�a Fatmy, rzek�:

� Nie, w Omudurmanie i w Chartumie znajduje si� przesz�o sto tysi�cy wojownik�w, wi�c �atwo si� nie spotka� i nie wszyscy oficerowie si� znaj�. Pa�stwo proroka jest ogromne, a przeto wielu emir�w rz�dzi odleg�ymi miastami, w Sennarze, w Kordofanie i Dar-furze, i oko�o Faszody. By� mo�e, �e tego Smaina, o kt�rego si� pytasz, nie ma obecnie przy boku proroka. Idrysa dotkn�� pewien lekcewa��cy ton, z jakim Nur m�wi� o �tym Smainie�, wi�c odpowiedzia� z odcieniem niecierpliwo�ci: � Smain �onaty jest z siostr� cioteczn� Mahdiego, a zatem dzieci Smaina s� krewnymi proroka. Nur-el-Tadhil wzruszy� ramionami. � Mahdi ma wielu krewnych i nie mo�e o wszystkich pami�ta�. Czas jaki� jechali w milczeniu, po czym Idrys zn�w zapyta�: � Jak pr�dko dojedziemy do Chartumu? � Przed p�noc� � odpowiedzia� Tadhil spogl�daj�c na gwiazdy, kt�re pocz�y ukazywa� si� na wschodniej stronie nieba. � Czy o tak p�nej godzinie b�d� m�g� dosta� �ywno�ci i obrok�w? Od ostatniego wypoczynku w po�udnie nie jedli�my nic... � Dzi� przenocuj� i po�ywi� was w domu swoim, ale jutro w Omdurmanie sam musisz si� stara� o jad�o � i z g�ry ci� uprzedzam, �e nie przyjdzie ci to �atwo. � Dlaczego? � Bo jest wojna. Ludzie od kilku lat nie obsiewali p�l i �ywili si� tylko mi�sem, wi�c gdy wreszcie zbrak�o i byd�a, przyszed� g��d. G��d jest w ca�ym Sudanie i worek durry kosztuje dzi� wi�cej ni� niewolnik. � Allach akbar! � zawo�a� ze zdziwieniem Idrys. � Widzia�em jednak na stepie stada wielb��d�w i byd�a. � Te nale�� do proroka, do �szlachetnych� i do kalif�w... Tak... Dangalowie, z kt�rych pokolenia wyszed� Mahdi, i Baggarowie, kt�rych naczelnikiem jest g��wny kalif Abdullahi, maj� jeszcze do�� liczne stada, ale innym pokoleniom coraz trudniej �y� na �wiecie. Tu Nur-el-Tadhil poklepa� si� po �o��dku i rzek�: � W s�u�bie proroka mam wy�szy stopie�, wi�cej pieni�dzy i wy�sz� w�adz�, ale brzuch mia�em wi�kszy w s�u�bie chedywa... Lecz zmiarkowawszy, �e mo�e za du�o powiedzia�, po chwili doda�: � Ale to wszystko przeminie, gdy prawdziwa wiara zwyci�y. Idrys, s�uchaj�c tych s��w, mimo woli pomy�la�, �e jednak w Fajumie, w s�u�bie u Anglik�w, nigdy g�odu nie zazna� i o zarobki by�o mu �atwo � wi�c zas�pi� si� mocno. Po czym j�� dalej pyta�: � Jutro przeprowadzisz nas do Omdurmanu? � Tak jest. Chartum z rozkazu proroka ma by� opuszczone i ma�o kto tam ju� mieszka. Burz� teraz co wi�ksze domy i ceg�� wywo�� wraz z innymi �upami do Omdurmanu. Prorok nie chce mieszka� w mie�cie splamionym przez niewiernych. � Uderz� mu jutro czo�em, a on ka�e zaopatrzy� mnie w �ywno�� i obroki. � Ha! je�li naprawd� nale�ysz do Dangal�w, to mo�e b�dziesz dopuszczony przed jego oblicze. Ale wiedz o tym, �e domu jego strze�e dzie� i noc stu ludzi zaopatrzonych w korbacze i ci nie �a�uj� raz�w tym, kt�rzy by chcieli wej�� bez pozwolenia do Mahdiego. Inaczej t�umy nie da�yby �wi�temu m�owi ani chwili wypoczynku... Allach! widzia�em nawet i Dangal�w z krwawymi pr�gami na plecach. Idrysa z ka�d� chwil� ogarnia�o wi�ksze rozczarowanie. � Wi�c wierni � zapyta� � nie widuj� proroka?

� Wierni widuj� go co dzie� na placu modlitwy, gdy kl�cz�c na owczej sk�rze wznosi r�ce do Boga lub gdy naucza t�umy i utrwala je w prawdziwej wierze. Ale dosta� si� do niego i m�wi� z nim jest trudno � i kto dost�pi tego szcz�cia, wszyscy zazdroszcz� mu, albowiem sp�ywa na niego �aska bo�a, kt�ra g�adzi poprzednie jego grzechy. Zapad�a g��boka noc, a z ni� razem przyszed� i dojmuj�cy ch��d. W szeregach rozleg�o si� parskanie koni, a przeskok od dziennego upa�u do zimna by� tak mocny, �e sk�ry rumak�w pocz�y dymi� i oddzia� jecha� jak we mgle. Sta� pochyli� si� zza Idrysa ku Nel i zapyta�: � Nie zimno ci? � Nie � odpowiedzia�a dziewczynka � ale... ju� nas nikt nie obroni... I �zy st�umi�y dalsze jej s�owa. Sta� nie znalaz� tym razem dla niej �adnej pociechy, bo i sam by� przekonany, �e nie masz dla nich ratunku. Oto wjechali w krain� n�dzy, g�odu, zwierz�cych okrucie�stw i krwi. Byli jak dwa listki marne w�r�d burzy, kt�ra nios�a �mier� i zniszczenie nie tylko pojedynczym g�owom ludzkim, ale ca�ym grodom i ca�ym plemionom. Jaka� r�ka mog�a wyrwa� z niej i ocali� dwoje ma�ych, bezbronnych dzieci? Ksi�yc wytoczy� si� wysoko na niebo i zmieni� jakby w srebrne pi�ra ga��zki mimozy i akacyj. W g�stych d�unglach rozlega� si� tu i �wdzie przera�liwy, a zarazem jakby radosny �miech hien, kt�re w tej krwawej krainie znajdowa�y a� nadto ludzkich trup�w. Kiedy niekiedy oddzia� wiod�cy karawan� spotyka� si� z innymi patrolami i zamienia� z nimi um�wione has�o. Przybyli wreszcie do wzg�rz nadbrze�nych i d�ugim w�wozem dotarli do Nilu. Ludzie, konie i wielb��dy weszli na szerokie i p�askie dahabije i wkr�tce ci�kie wios�a j�y miarowym ruchem rozbija� i �ama� g�adk� to� rzeki usian� diamentami gwiazd. Po up�ywie p� godziny w po�udniowej stronie, w kt�r� p�yn�y pod wod� dahabije, zab�ys�y �wiat�a, kt�re, w miar� jak statki zbli�a�y si� ku nim, zmienia�y si� w snopy czerwonego blasku le��ce na wodzie. Nur-el-Tadhil tr�ci� Idrysa w rami�, po czym wyci�gn�wszy przed siebie r�k� rzek�: � Chartum!

ROZDZIA� XVI

Stan�li na kra�cu miasta, w domu, kt�ry poprzednio by� w�asno�ci� bogatego kupca w�oskiego, a po zamordowaniu jego w czasie szturmu do miasta dosta� si� przy podziale �up�w Tadhilowi. �ony emira zaj�y si� w do�� ludzki spos�b ledwie �yw� ze zm�czenia Nel i chocia� w ca�ym Chartumie dawa� si� uczu� brak �ywno�ci, znalaz�y dla ma�ej d�anem troch� suszonych daktyl�w i troch� ry�u z miodem, po czym zaprowadzi�y j� na pi�tro i u�o�y�y do snu. Sta�, kt�ry nocowa� mi�dzy wielb��dami i ko�mi na dworze, musia� poprzesta� na jednym sucharze, natomiast nie brak�o mu wody, albowiem fontanna w ogrodzie nie zosta�a dziwnym trafem zrujnowana. Pomimo ogromnego znu�enia d�ugo nie m�g� zasn��, naprz�d z powodu skorpion�w w�a��cych ustawicznie na woj�ok, na kt�rym le�a�, a po wt�re, z powodu �miertelnego

niepokoju, �e roz��cz� go z Nel i �e nie b�dzie m�g� nad ni� osobi�cie czuwa�. Niepok�j ten podziela� widocznie i Saba, kt�ry wietrzy� naok�, a niekiedy wy�, za co gniewali si� �o�nierze. Sta� uspokaja� go, jak umia�, w obawie, by nie czyniono mu krzywdy. Na szcz�cie, olbrzymi brytan wzbudzi� taki podziw samego emira i wszystkich derwisz�w, �e �aden nie podni�s� na� r�ki. Idrys nie spa� tak�e. Od wczorajszego dnia czu� si� niezdr�w, a przy tym po rozmowie z Nur-el-Tadhilem straci� du�o z�udze� � i na przysz�o�� patrzy� jakby przez grub� zas�on�. Rad by�, �e przeprawi� si� jutro do Omdurmanu oddzielonego tylko szeroko�ci� Bia�ego Nilu; mia� nadziej�, �e odnajdzie tam Smaina, ale co dalej? W czasie drogi wszystko przedstawia�o mu si� jako� wyra�niej i daleko wspanialej. Wierzy� on szczerze w proroka i serce ci�gn�o go tym bardziej ku niemu, �e pochodzili obaj z jednego pokolenia. Ale by� przy tym, jak ka�dy prawie Arab, chciwy i ambitny. Marzy�, i� obsypi� go z�otem i uczyni� co najmniej emirem; marzy� o wyprawach wojennych przeciw �Turkom�, o zdobytych miastach i �upach. Tymczasem teraz, po tym co s�ysza� od Tadhila, pocz�� si� obawia�, czy wszystkie jego czyny nie znikn� tak wobec daleko wi�kszych zdarze�, jak kropla deszczu ginie w morzu. �Mo�e � my�la� z gorycz� � nikt nie zwr�ci uwagi na to, czegom dokona�, a Smain nie b�dzie nawet rad, �em mu przywi�z� te dzieci.� I gryz� si� t� my�l�. Jutrzejszy dzie� mia� rozproszy� lub potwierdzi� jego obawy, wi�c czeka� go niecierpliwie. O sz�stej rano wzesz�o s�o�ce i rozpocz�� si� ruch w�r�d derwisz�w. Wkr�tce pojawi� si� Tadhil i kaza� im gotowa� si� do drogi. Zapowiedzia� przy tym, �e p�jd� do przeprawy piechot�, przy jego koniu. Ku wielkiej rado�ci Stasia Dinah sprowadzi�a z g�rnego pi�tra Nel, po czym ruszyli wa�em wzd�u� ca�ego miasta a� do miejsca, w kt�rym sta�y �odzie przewozowe. Tadhil jecha� naprz�d konno. Sta� prowadzi� za r�k� Nel, za nim szli Idrys, Gebhr i Chamis ze star� Dinah i z Sab� oraz trzydziestu �o�nierzy emira. Reszta karawany pozosta�a w Chartumie. Sta� rozgl�daj�c si� wok�, nie m�g� zrozumie�, jakim sposobem upad�o miasto tak silnie obwarowane i le��ce w wid�ach utworzonych przez Bia�y i Niebieski Nil, a zatem z trzech stron otoczone wod�, a dost�pne tylko od po�udnia. P�niej dopiero dowiedzia� si� od niewolnik�w chrze�cijan, �e rzeka w�wczas opad�a i ods�oni�a szerokie �achy piaszczyste, kt�re u�atwi�y przyst�p do wa��w. Za�oga, straciwszy nadziej� odsieczy i wycie�czona g�odem, nie mog�a odeprze� szturmu rozw�cieczonej dziczy, i miasto zosta�o zdobyte, po czym nast�pi�a rze� mieszka�c�w. �lady walki, lubo od szturmu up�yn�� ju� miesi�c, wida� by�o wsz�dzie wzd�u� wa�u, wewn�trz stercza�y gruzy zburzonych dom�w, na kt�re zwr�ci� si� pierwszy impet zdobywc�w, a w fosie zewn�trznej pe�no by�o trup�w, kt�rych nikt nie my�la� grzeba�. Zanim doszli do przeprawy, Sta� naliczy� przesz�o czterysta. Nie zara�a�y one jednak powietrza, gdy� s�o�ce suda�skie wysuszy�o je na mumie, wszystkie mia�y barw� szarego pergaminu, tak jednostajn�, �e cia� Europejczyk�w, Egipcjan i Murzyn�w nie mo�na by�o odr�ni�. W�r�d trup�w roi�y si� ma�e jaszczurki, kt�re przed nadchodz�cymi lud�mi chowa�y si� szybko pod te szcz�tki ludzkie, cz�sto do ich ust lub mi�dzy wyschni�te �ebra. Sta� prowadzi� Nel tak, by jej zas�oni� ten okropny widok, i kaza� jej patrze� w drug� stron�, ku miastu. Ale i od strony miasta dzia�y si� rzeczy, kt�re nape�nia�y oczy i dusz� dziewczynki przera�eniem. Widok �angielskich� dzieci wzi�tych w niewol� i Saby prowadzonego na smyczy przez Chamisa �ci�ga� t�umy, kt�ra w miar� jak poch�d posuwa� si� do przeprawy, powi�ksza�y si� z ka�d� chwil�. Ci�ba uczyni�a si� po pewnym czasie tak wielka, �e trzeba by�o si� zatrzyma�. Zewsz�d ozwa�y si� gro�ne okrzyki. Straszne, tatuowane twarze pochyla�y si� nad Stasiem i nad Nel. Niekt�rzy z dzikich wybuchali na ich widok �miechem i uderzali si� z rado�ci d�o�mi po biodrach, inni z�orzeczyli im, niekt�rzy ryczeli jak dzikie zwierz�ta, wyszczerzaj�c bia�e z�by i przewracaj�c oczyma, w ko�cu pocz�to im grozi� i si�ga� ku nim no�ami. Nel, na wp� przytomna, w strachu tuli�a si� do

Stasia, on za� os�ania� j�, jak umia�, w przekonaniu, �e nadchodzi ostatnia dla nich obojga godzina. Na szcz�cie �w nap�r rozbestwionej ci�by sprzykrzy� si� w ko�cu i Tadhilowi. Kilkunastu �o�nierzy otoczy�o z jego rozkazu dzieci, pozostali za� pocz�li smaga� bez mi�osierdzia korbaczami wyj�ce gromady. Zbiegowisko rozproszy�o si� na przedzie, natomiast t�umy pocz�y zbiera� si� za oddzia�em i w�r�d dzikich wrzask�w przeprowadzi�y go a� do �odzi. Dzieci odetchn�y w czasie przewozu. Sta� pociesza� Nel, �e gdy derwisze oswoj� si� z ich widokiem, w�wczas przestan� im grozi� � i zapewnia�, �e Smain b�dzie ich oboje, a zw�aszcza j�, ochrania� i broni�, albowiem gdyby sta�o im si� co z�ego, to nie mia�by kogo odda� za swoje potomstwo. By�a to prawda, ale dziewczynk� tak przerazi�y poprzednie napa�ci, �e chwyciwszy r�k� Stasia nie chcia�a ani na chwil� jej pu�ci�, powtarzaj�c ci�gle jakby w gor�czce: �Boj� si�! Boj� si�!� On �yczy� sobie istotnie z ca�ej duszy, by jak najpr�dzej dostali si� w r�ce Smaina, kt�ry zna� ich od dawna i kt�ry w Port-Saidzie okazywa� im wielk� przyja�� albo przynajmniej j� udawa�. W ka�dym razie nie by� to cz�owiek tak dziki jak inni Suda�czycy Dangalowie i niewola w jego domu mog�a by� zno�niejsza... Chodzi�o tylko o to, czy go znajd� w Omdurmanie. O tym samym rozmawia� Idrys z Nur-el-Tadhilem, gdy� �w przypomnia� sobie wreszcie, �e przed rokiem, bawi�c z polecenia kalifa Abdullahi daleko od Chartumu, w Kordofanie, s�ysza� o jakim� Smainie, kt�ry uczy� derwisz�w strzela� z armat zdobytych na Egipcjanach, a potem sta� si� wielkim �owc� niewolnik�w. Nur wskazywa� Idrysowi nast�pny spos�b odnalezienia emira: � Gdy us�yszysz po po�udniu g�os urabai, b�d� wraz z dzie�mi na placu modlitwy, na kt�ry prorok udaje si� codziennie, by budowa� wiernych przyk�adem pobo�no�ci i utwierdza� ich w wierze. Tam pr�cz �wi�tej osoby Mahdiego zobaczysz wszystkich �szlachetnych�, a tak�e trzech kalif�w oraz pasz�w i emir�w; mi�dzy emirami odnajdziesz Smaina. � A co mam czyni� i gdzie si� podzia� a� do czasu po�udniowej modlitwy? � Zostaniesz mi�dzy mymi �o�nierzami. � A ty, Nur-el-Tadhilu, opu�cisz nas? � Ja udam si� po rozkazy do kalifa Abdullahiego. � Czy to najwi�kszy z kalif�w? Przybywam z daleka i jakkolwiek imiona wodz�w obija�y si� o moje uszy, jednak�e ty dopiero mo�esz mnie pouczy� o nich dok�adniej. � Abdullahi, m�j w�dz, to miecz Mahdiego. � Niech Allach uczyni go synem zwyci�stwa. Przez czas jaki� �odzie p�yn�y w milczeniu. S�ycha� by�o tylko chrobot wiose� o brzegi �odzi, a niekiedy plusk wody uderzonej ogonem krokodyla. Du�o tych strasznych p�az�w nap�yn�o z po�udnia a� pod Chartum, gdzie znalaz�y obfite po�ywienie, albowiem rzeka roi�a si� od trup�w nie tylko ludzi pomordowanych po zdobyciu miasta, ale i zmar�ych z chor�b grasuj�cych w�r�d mahdyst�w, a szczeg�lniej w�r�d ich niewolnik�w. Rozkazy kalif�w zabrania�y wprawdzie �psu� wody� � ale nie baczono na nie, i cia�a, kt�rych nie zdo�a�y po�re� krokodyle, p�yn�y z wod� twarzami na d� do sz�stej katarakty i nawet dalej, a� na Berber. Ale Idrys my�la� teraz o czym innym i po chwili zn�w rzek�: � Dzisiejszego rana nie dostali�my nic do zjedzenia. Zali wytrzymamy do godziny modlitw o g�odzie � i kto nas p�niej po�ywi? � Nie jeste� niewolnikiem � odpowiedzia� Tadhil � i mo�esz p�j�� na rynek, gdzie kupcy rozk�adaj� swoje zapasy. Tam dostaniesz suszonego mi�sa i czasem dochnu (prosa), ale za grube pieni�dze, gdy�, jak ci to m�wi�em, g��d panuje w Omdurmanie. � A tymczasem �li ludzie porw� lub zabij� mi dzieci. � �o�nierze je obroni� � a je�li dasz kt�remu pieni�dzy, to ci ch�tnie sam p�jdzie po �ywno��.

Idrysowi, kt�ry mia� wi�ksz� ochot� bra� pieni�dze ni� je komukolwiek dawa�, nie bardzo podoba�a si� ta rada, ale nim zdoby� si� na odpowied�, �odzie przybi�y do brzegu. Omdurman inaczej przedstawi� si� dzieciom ni� Chartum. Tam by�y murowane domy pi�trowe, by�a mudiria, to jest pa�ac gubernatora, w kt�rym zgin�� bohaterski Gordon, by� ko�ci�, szpital, budynki misyjne, arsena�, wielkie koszary dla wojska i pe�no wi�kszych i mniejszych ogrod�w ze wspania�� podzwrotnikow� ro�linno�ci�. Omdurman za� wygl�da� raczej na wielkie obozowisko dzikich. Fort, kt�ry wznosi� si� w p�nocnej stronie osady, zosta� z rozkazu Gordona zburzony. Zreszt�, jak okiem si�gn��, miasto sk�ada�o si� z okr�g�ych sto�kowatych chat skleconych ze s�omy dochnu. W�skie, cierniowe p�otki oddziela�y te budy od siebie i od ulicy. Gdzieniegdzie wida� by�o tak�e namioty, widocznie zdobyte na Egipcjanach. Indziej kilka palmowych mat pod rozpi�tym na bambusach kawa�kiem brudnego p��tna stanowi�o ca�e mieszkanie. Ludno�� chroni�a si� pod dachy tylko w czasie deszczu lub wyj�tkowych upa��w, poza tym przesiadywa�a, pali�a ognie, gotowa�a straw�, �y�a i umiera�a na dworze. Tote� na ulicach by�o tak rojno, �e miejscami oddzia� z trudno�ci� przeciska� si� przez t�umy. Omdurman by� przedtem n�dzn� wiosk�, obecnie jednak, licz�c z niewolnikami, sk��bi�o si� w nim przesz�o dwie�cie tysi�cy ludzi. Nawet Mahdi i jego kalifowie zaniepokoili si� tym zbiegowiskiem, kt�remu zagra�a� g��d i choroby. Wysy�ano te� ci�gle nowe wyprawy w stron� p�nocn� na podb�j okolic i miast wiernych jeszcze rz�dowi egipskiemu. Na widok bia�ych dzieci rozlega�y si� i tu tak�e nieprzyjazne okrzyki, ale mot�och nie grozi� im przynajmniej �mierci�. Mo�e nie �mia� tego uczyni� tu� pod bokiem Mahdiego, a mo�e bardziej przywyk� do widoku je�c�w, kt�rych wszystkich przeniesiono zaraz po zdobyciu Chartumu do Omdurmanu. Sta� i Nel widzieli jednak piek�o na ziemi. Widzieli Europejczyk�w i Egipcjan bitych do krwi korbaczami, g�odnych, spragnionych, zgi�tych pod ci�arami, kt�re kazano im przenosi�, lub pod wiadrami z wod�. Widzieli kobiety i dzieci europejskie, niegdy� wychowane w dostatku, obecnie �ebrz�ce o gar�� durry lub skrawek suchego mi�sa � okryte �achmanami, wychud�e, podobne do mar o sczernia�ych z n�dzy twarzach i ob��kanym wzroku, w kt�rym zastyg�o przera�enie i rozpacz. Widzieli, jak dzicz wybucha�a na ich widok �miechem, jak popycha�a je i bi�a. Na wszystkich ulicach i uliczkach nie brak�o widok�w, od kt�rych oczy odwraca�y si� ze zgroz� i wstr�tem. W Omdurmanie sro�y�a si� w okropny spos�b dyzenteria i tyfus, a przede wszystkim ospa. Chorzy, okryci wrzodami, le�eli u wej�cia do chat, zara�aj�c powietrze. Je�cy d�wigali poobwijane w p��tno trupy �wie�o zmar�ych, by je pochowa� w piasku za miastem, gdzie prawdziwym ich pogrzebem zajmowa�y si� hieny. Nad miastem unosi�o si� stado s�p�w, od kt�rych skrzyde� pada�y na roz�wiecony piasek �a�obne cienie. Sta� widz�c to wszystko pomy�la�, �e najlepiej i dla niego, i dla Nel by�oby jak najpr�dzej umrze�. Jednak�e i w tym morzu n�dzy i z�o�ci ludzkiej rozkwita�o tam czasem mi�osierdzie, jak blady kwiatek rozkwita na zgni�ym bagnie. W Omdurmanie by�a gar�� Grek�w i Kopt�w, kt�rych Mahdi oszcz�dzi�, albowiem ich potrzebowa�. Ci nie tylko chodzili wolno, ale zajmowali si� handlem i rozmaitymi sprawami, a niekt�rzy, tacy zw�aszcza, co udawali, �e zmienili wiar�, byli nawet urz�dnikami proroka i to dawa�o im w�r�d dzikich derwisz�w znaczn� powag�. Jeden z takich Grek�w zatrzyma� oddzia� i pocz�� wypytywa� dzieci, sk�d si� tu wzi�y. Dowiedziawszy si� ze zdziwieniem, �e dopiero co przyby�y, a zosta�y porwane a� z Fajumu, obieca� wspomnie� o nich Mahdiemu i dowiadywa� si� o nie w przysz�o�ci. Tymczasem pokiwa� lito�nie g�ow� nad Nel i da� obojgu po sporej gar�ci suszonych dzikich fig i po talarze srebrnym z wyobra�eniem Marii Teresy. Po czym przykaza� �o�nierzom, by nie wa�yli si� krzywdzi� dziewczynki i odszed� powtarzaj�c po angielsku: �Poor little bird!� (biedny ma�y ptaszek).

ROZDZIA� XVII

Przez kr�te uliczki doszli na koniec do rynku, po�o�onego w �rodku miasta. Po drodze widzieli wielu ludzi z obci�t� jedn� r�k� lub jedn� nog�. Byli to przest�pcy, kt�rzy zataili �upy, albo z�odzieje. Kary wymierzane przez kalif�w i emir�w za niepos�usze�stwo lub przekroczenie praw og�aszanych przez proroka by�y straszne i nawet za lekkie przewinienia, jak na przyk�ad za palenie tytoniu, bito do krwi i do nieprzytomno�ci korbaczami. Ale sami kalifowie stosowali si� do przepis�w tylko pozornie, w domach za� pozwalali sobie na wszystko, tak �e kary spada�y tylko na biednych ludzi, kt�rym zagrabiano za jednym zachodem ca�e mienie. Nie pozostawa�o im potem nic innego, jak �ebra�, a poniewa� w og�le w Omdurmanie brak�o zapas�w, wi�c przymierali g�odem. Pe�no te� �ebrak�w roi�o si� ko�o stragan�w z �ywno�ci�. Pierwszym jednak przedmiotem, jaki zwr�ci� uwag� dzieci, by�a g�owa ludzka zatkni�ta na wysokim bambusie wkopanym w �rodku rynku. Twarz tej g�owy by�a wyschni�ta i prawie czarna, natomiast w�osy na czaszce i brodzie bia�e jak mleko. Jeden z �o�nierzy obja�ni� Idrysa, �e to jest g�owa Gordona. Stasia, gdy to us�ysza�, ogarn�� niezg��biony �al, oburzenie i pal�ca ch�� zemsty, a zarazem przestrach zmrozi� mu krew w �y�ach. Tak wi�c sko�czy� �w bohater, �w rycerz bez skazy i boja�ni, cz�owiek przy tym sprawiedliwy i dobry, kochany nawet w Sudanie. I Anglicy nie przyszli mu na czas z pomoc�, a potem cofn�li si� pozostawiaj�c jego zw�oki bez chrze�cija�skiego pogrzebu, na poha�bienie! Sta� straci� w tej chwili wiar� w Anglik�w. Dotychczas mniema� naiwnie, �e Anglia za najmniejsz� krzywd� wyrz�dzon� jednemu z jej obywateli gotowa jest zawsze do wojny z ca�ym �wiatem. Na dnie duszy tai�a mu si� nadzieja, �e i w obronie c�rki Rawlisona rusz�, po nieudanej pogoni, gro�ne zast�py angielskie, cho�by do Chartumu i dalej. Teraz przekona� si�, �e Chartum i ca�y kraj jest w r�ku Mahdiego i �e rz�d egipski r�wnie� jak Anglia my�l� raczej o tym, jak by obroni� Egipt przed dalszymi zaborami, nie za� o wydobyciu z niewoli je�c�w europejskich. Zrozumia�, �e oboje z Nel wpadli w przepa��, z kt�rej nie masz wyj�cia � i te my�li, w po��czeniu z okropno�ciami, jakie widzia� na ulicach Omdurmanu, przybi�y go ostatecznie. Zwyk�� mu energi� zast�pi�o na chwil� zupe�nie bierne poddanie si� losowi i boja�� przysz�o�ci. Tymczasem pocz�� prawie bezmy�lnie rozgl�da� si� po rynku i po straganach, przy kt�rych Idrys targowa� si� o �ywno��. Przekupnie, g��wnie za� kobiety suda�skie i Murzynki, sprzedawa�y tu d�iuby, to jest bia�e p��cienne cha�aty ponaszywane w r�nokolorowe p�atki, gum� akacjow�, wydr��one tykwy, paciorki szklane, siark� i wszelkiego rodzaju maty. Stragan�w z �ywno�ci� by�o ma�o i naok� wszystkich cisn�y si� t�umy. Mahdy�ci kupowali po wyg�rowanych cenach przewa�nie suszone paski mi�sa z byd�a domowego tudzie� z bawo��w, antylop i �yraf. Daktyli, fig, manioku i durry brak�o zupe�nie. Sprzedawano tylko gdzieniegdzie wod� z miodem dzikich pszcz� i ziarna dochnu rozmoczone w odwarze z owoc�w tamaryndy. Idrys wpad� w rozpacz, pokaza�o si� bowiem, �e wobec cen targowych wyda wkr�tce wszystkie otrzymane od Fatmy Smainowej pieni�dze na �ycie, a potem b�dzie musia� chyba �ebra�. Nadziej� mia� teraz tylko w Smainie i rzecz szczeg�lna, �e i Sta� liczy� obecnie jedynie na pomoc Smaina. Po up�ywie godziny wr�ci� Nur-el-Tadhil od kalifa Abdullahiego. Widocznie spotka�a go tam jaka� niemi�a przygoda, gdy� wr�ci� w z�ym humorze. Tote� gdy Idrys zapyta�

go, czy nie dowiedzia� si� czego o Smainie, odrzek� mu opryskliwie: � G�upcze, czy my�lisz, �e kalif i ja nie mamy nic lepszego do roboty, jak szuka� dla ciebie Smaina? � Wi�c co teraz ze mn� zrobisz? � R�b sobie, co chcesz. Przenocowa�em ci� w domu moim i udzieli�em ci kilku dobrych rad, a teraz nie chc� o tobie nic wiedzie�. � To dobrze, ale gdzie ja si� na noc podziej�? � Wszystko mi jedno. I tak m�wi�c zabra� �o�nierzy i poszed�. Idrys zaledwie go uprosi�, �eby mu odes�a� na rynek wielb��dy i reszt� karawany wraz z tymi Arabami, kt�rzy przy��czyli si� do niej mi�dzy Assuanem a Wadi-Halfa. Ludzie ci nadeszli dopiero w po�udnie i nast�pnie pokaza�o si�, �e wszyscy razem wzi�ci nie wiedz�, co maj� pocz��. Dwaj Beduini j�li si� k��ci� z Idrysem i Gebhrem twierdz�c, �e ci obiecywali im zgo�a inne przyj�cie i �e ich oszukali. Po d�ugich sporach i naradach postanowili wreszcie zbudowa� na ko�cu miasta sza�asy z ga��zi i trzciny dochnu, by zapewni� sobie na noc schronienie, a reszt� zda� na wol� Opatrzno�ci i � czeka�. Po zbudowaniu sza�as�w, kt�ra to czynno�� nie zabiera wcale Suda�czykom i Murzynom d�u�szego czasu, udali si� wszyscy pr�cz Chamisa, kt�ry mia� sporz�dzi� wieczerz�, na miejsce mod��w publicznych. �atwo im by�o trafi�, gdy� d��y�y tam t�umy z ca�ego Omdurmanu. Plac by� obszerny, okolony p�otem cierniowym, a w cz�ci glinianym parkanem, kt�ry pocz�to niedawno lepi�. W �rodku wznosi�o si� drewniane podwy�szenie. Prorok wst�powa� na nie w�wczas, gdy chcia� naucza� lud. Przed podwy�szeniem rozes�ano na ziemi sk�ry owcze dla Mahdiego, dla kalif�w i znakomitych szejk�w. Po bokach pozatykane by�y chor�gwie emir�w, kt�re �opota�y na wietrze, mieni�c si� i graj�c wszelkimi barwami jak wielkie kwiaty. Cztery strony placu otacza�y zbite szeregi derwisz�w. Naok� wida� by�o stercz�cy, nieprzeliczony las dzid, w kt�re byli uzbrojeni wszyscy niemal wojownicy. By�o to prawdziwe szcz�cie dla Idrysa i Gebhra oraz innych uczestnik�w karawany, �e poczytani za orszak jednego z emir�w, mogli przedosta� si� do pierwszych rz�d�w zgromadzonego t�umu. Przybycie Mahdiego oznajmi�y najprz�d pi�kne i uroczyste d�wi�ki umbai, lecz gdy ukaza� si� na placu, rozleg�y si� przera�liwe g�osy piszcza�ek, huk b�bn�w, grzechot kamieni potrz�sanych w pustych tykwach i �wistanie na s�oniowych przednich z�bach, co wszystko razem uczyni�o piekielny ha�as. T�umy ogarn�� nieopisany zapa�. Jedni rzucali si� na kolana, inni wrzeszczeli co si�: �O, zes�any od Boga! o, zwyci�ski! o, lito�ciwy! o, �askawy!� Trwa�o to dop�ty, dop�ki Mahdi nie wst�pi� na kazalnic�. W�wczas zapad�a cisza �miertelna, on za� podni�s� r�ce, przy�o�y� wielkie palce do uszu i przez jaki� czas modli� si�. Dzieci nie sta�y daleko i mog�y mu si� dobrze przypatrzy�. By� to cz�owiek w �rednim wieku dziwnie oty�y, jakby rozpuchni�ty, i prawie czarny. Sta�, kt�ry mia� wzrok nadzwyczaj bystry, dostrzeg�, �e twarz jego by�a tatuowana. W jednym uchu nosi� du�� obr�czk� z ko�ci s�oniowej. Przybrany by� w bia�� d�iub� i bia�� krymk� na g�owie, a nogi mia� bose, gdy� wst�puj�c na podwy�szenie zrzuci� czerwone ci�my i zostawi� je przy sk�rach owczych, na kt�rych mia� si� nast�pnie modli�. W ubiorze jego nie by�o najmniejszego zbytku. Tylko chwilami wiatr przynosi� od niego mocny zapach sanda�owy, kt�ry wierni chciwie wci�gali w nozdrza, przewracaj�c przy tym z rozkoszy oczyma. W og�le Sta� wyobra�a� sobie inaczej strasznego proroka, grabie�c� i morderc� tylu tysi�cy ludzi, i patrz�c teraz na t� t�ust� twarz z �agodnym wejrzeniem, z za�zawionymi oczyma i z u�miechem jakby do ust przyros�ym, nie m�g� po prostu wyj�� ze zdziwienia. My�la�, �e taki cz�owiek powinien nosi� na ramionach g�ow� hieny lub krokodyla, a widzia� natomiast przed sob� pyzat� dyni�, podobn� do rysunk�w przedstawiaj�cych ksi�yc w pe�ni.

Lecz prorok rozpocz�� nauk�. G��boki i d�wi�czny g�os jego s�ycha� by�o doskonale na ca�ym placu, tak �e ka�de s�owo dochodzi�o do uszu wiernych. M�wi� naprz�d o karach, jakie B�g wymierza tym, kt�rzy nie s�uchaj� przepis�w Mahdiego, lecz zatajaj� �upy, upijaj� si� meris�, kradn�, oszcz�dzaj� w bitwach nieprzyjaci� i pal� tyto�. Z powodu tych zbrodni Allach zsy�a na grzesznik�w g��d i t� chorob�, kt�ra zmienia twarz w plaster miodu. Doczesne �ycie jest jak dziurawy buk�ak na wod�. Bogactwo i rozkosze wsi�kaj� w piasek, kt�ry zasypuje zmar�ych. Jedynie wiara jest jako krowa daj�ca s�odkie mleko. Ale raj otworzy si� tylko dla zwyci�zc�w. Kto zwyci�a nieprzyjaci�, zdobywa sobie zbawienie. Kto umiera za wiar�, zmartwychwstaje na wieczno��. Szcz�liwi, stokro� szcz�liwi ci, kt�rzy ju� polegli!... � Chcemy umrze� za wiar�! � odpowiedzia�y jednym gromkim okrzykiem t�umy. I na chwil� wszcz�� si� zn�w piekielny ha�as. Ozwa�y si� g�osy umbai i b�bn�w. Wojownicy uderzali mieczami o miecze i dzidami o dzidy. Zapa� wojenny szerzy� si� jak p�omie�. Niekt�rzy wo�ali: �Wiara jest zwyci�ska!�, inni: �Przez �mier� do raju!� Sta� zrozumia� teraz, dlaczego tym dzikim zast�pom nie mog�y si� oprze� wojska egipskie. Gdy uciszy�o si� nieco, prorok zn�w zabra� g�os. Opowiada� o widzeniach, jakie miewa, i � o pos�annictwie, jakie od Boga otrzyma�. Oto Allach kaza� mu oczy�ci� wiar� i rozszerzy� po ca�ym �wiecie. Kto go nie uzna za Mahdiego, odkupiciela, ten skazany jest na zatracenie. Koniec �wiata ju� bliski, ale przedtem obowi�zkiem wiernych jest podbi� Egipt, Mekk� i wszystkie te krainy, w kt�rych za morzami �yj� poganie. Taka jest wola bo�a i nic nie zdo�a jej zmieni�. Du�o jeszcze krwi pop�ynie, wielu wojownik�w nie wr�ci do �on i dzieci, pod swe namioty, ale szcz�cia tych, kt�rzy legn�, �aden j�zyk ludzki nie zdo�a wys�owi�. Po czym wyci�gn�� r�ce ku zgromadzonym i tak sko�czy�: � Wi�c oto ja, odkupiciel i s�uga Bo�y, b�ogos�awi� wojn� �wi�t� i was, wojownicy. B�ogos�awi� wasze trudy, rany, �mier�, b�ogos�awi� zwyci�stwo i p�acz� z wami jak ojciec, kt�ry was umi�owa�... I rozp�aka� si�. Ryk i wrzawa rozleg�y si�, gdy zst�powa� z kazalnicy. P�acz sta� si� powszechny. Na dole dwaj kalifowie, Abdullahi i Ali-uled-Helu, wzi�li proroka pod r�ce i wprowadzili na owcze sk�ry, na kt�rych kl�kn��. Przez t� kr�tk� chwil� Idrys wypytywa� gor�czkowo Stasia, czy w�r�d emir�w nie ma Smaina. � Nie! � odrzek� ch�opiec, kt�ry na pr�no szuka� oczyma znajomej twarzy. � Nie widz� go nigdzie. Mo�e poleg� przy zdobyciu Chartumu. Modlitwy trwa�y d�ugo. Mahdi rzuca� podczas nich r�koma i nogami jak pajac lub wznosi� w zachwycie oczy powtarzaj�c: �Oto on! oto on!� i s�o�ce pocz�o ju� chyli� si� ku zachodowi, gdy podni�s� si� i poszed� ku domowi. Dzieci mog�y si� teraz przekona�, jak� czci� otaczaj� derwisze swego proroka, albowiem ca�e gromady ludzi rzuci�y si� w jego �lady i rozdrapywa�y ziemi� w tych miejscach, kt�rych dotkn�y jego stopy. Dochodzi�o przy tym do k��tni i bitew, a wierzono, �e ziemia taka zabezpiecza zdrowych i uzdrawia chorych. Plac modlitwy opr�nia� si� z wolna. Idrys sam nie wiedzia�, co z sob� zrobi�, i ju� chcia� wraz z dzie�mi i z ca�� czered� wr�ci� na noc do sza�as�w i Chamisa, gdy niespodzianie stan�� przed nimi ten sam Grek, kt�ry rano da� po talarze i po gar�ci daktyli Stasiowi i Nel. � M�wi�em o was z Mahdim � rzek� po arabsku � i prorok chce was widzie�. � Dzi�ki Allachowi i tobie, panie � zawo�a� Idrys. � Zali przy boku Mahdiego odnajdziemy i Smaina? � Smain jest w Faszodzie � odpowiedzia� Grek. Po czym zwr�ci� si� w j�zyku angielskim do Stasia:

� By� mo�e, �e prorok we�mie was w opiek�, gdy� stara�em si� go na to nam�wi�. Powiedzia�em mu, �e s�awa jego mi�osierdzia rozejdzie si� w�wczas w�r�d wszystkich bia�ych narod�w. Tu dziej� si� straszne rzeczy i bez jego opieki zginiecie niezawodnie z g�odu, z niewyg�d, z chor�b lub z r�ki szale�c�w. Ale musicie sobie go zjedna�, a to zale�y od ciebie. � Co mam czyni�, panie? � zapyta� Sta�. � Naprz�d, gdy staniesz przed nim, rzu� si� na kolana, a je�li poda ci r�k�, to j� ze czci� uca�uj i b�agaj go, by was oboje wzi�� pod swoje skrzyd�a. Tu Grek przerwa� i zapyta�: � Czy nikt z tych ludzi nie rozumie po angielsku? � Nie. Chamis zosta� w sza�asie, Idrys i Gebhr rozumiej� tylko kilka pojedynczych s��w � a inni i tego nie. � To dobrze. Wi�c s�uchaj dalej, albowiem trzeba wszystko przewidzie�. Ot� Mahdi zapyta ci� prawdopodobnie, czy got�w jeste� przyj�� jego wiar�. Odpowiedz na to natychmiast, �e tak � i �e na jego widok od pierwszego rzutu oka sp�yn�o na ciebie nieznane �wiat�o �aski. Zapami�taj sobie: �Nieznane �wiat�o �aski!...� To mu pochlebi i zaliczy ci� mo�e do mulazem�w, to jest do swych s�ug osobistych. B�dziecie mieli w�wczas dostatek i wszelkie wygody, kt�re uchroni� was od chor�b... Gdyby� post�pi� inaczej, narazi�by� siebie, to ma�e biedactwo, a nawet i mnie, kt�ry chce waszego dobra. Rozumiesz? Sta� zacisn�� z�by i nie odrzek� nic, tylko twarz mu skrzep�a i oczy za�wieci�y ponuro, co widz�c Grek tak m�wi� dalej: � Ja wiem, m�j ch�opcze, �e to jest rzecz przykra, ale nie ma innej rady! Ci, kt�rzy ocaleli po rzezi w Chartumie, wszyscy przyj�li nauk� Mahdiego. Nie zgodzi�o si� na to kilku katolik�w misjonarzy i kilka zakonnic, lecz to jest co innego. Koran zabrania mordowa� kap�an�w, wi�c cho� los ich jest straszny, nie grozi im przynajmniej �mier�. Natomiast dla �wieckich ludzi nie by�o innego ratunku. Powtarzam ci, �e wszyscy przyj�li mahometanizm: Niemcy, W�osi, Koptowie, Anglicy, Grecy... i ja sam... I tu, jakkolwiek Sta� upewnia� go, �e nikt w gromadzie nie rozumie po angielsku, zni�y� jednak�e g�os: � Nie potrzebuj� ci przy tym m�wi�, �e to nie jest �adne zaparcie si� wiary, �adna zdrada, �adne odst�pstwo. W duszy ka�dy pozosta� tym, czym by�, i B�g to widzi... Przed przemoc� trzeba si� ugi��, cho�by pozornie... Obowi�zkiem cz�owieka jest broni� �ycia, i by�oby szale�stwem, a nawet grzechem nara�a� je � dlaczego? Dla pozor�w, dla kilku s��w, kt�rych jednocze�nie mo�esz si� w duszy zaprze�? A ty pami�taj, �e masz w r�ku �ycie nie tylko swoje, ale i �ycie swojej ma�ej towarzyszki, kt�rym nie wolno ci rozporz�dza�. Oczywi�cie!... Mog� ci zar�czy�, �e je�li B�g wybawi ci� kiedy z tych r�k, to ani sam sobie nie b�dziesz mia� nic do zarzucenia, ani nikt nie b�dzie ci robi� zarzut�w � tak samo jak i nam wszystkim. Grek m�wi�c w ten spos�b oszukiwa� mo�e w�asne sumienie, ale oszuka�o go tak�e i milczenie Stasia, w ko�cu bowiem poczyta� je za przestrach. Postanowi� wi�c doda� ch�opcu otuchy. � Oto domy Mahdiego � rzek�. � Woli on mieszka� w tych drewnianych budach w Omdurmanie ni� w Chartumie, chocia� tam m�g�by zaj�� pa�ac Gordona. No, �mia�o! Nie tra� g�owy! Na pytania odpowiadaj rezolutnie. Oni ceni� tu odwag�. Nie my�l te�, �e Mahdi ryknie zaraz na ciebie jak lew. Nie! On u�miecha si� zawsze � nawet wtedy, kiedy nie zamy�la nic dobrego. I to rzek�szy pocz�� wo�a� na gromady stoj�ce przed domem, by rozst�pi�y si� przed �go��mi� proroka.

ROZDZIA� XVIII

Gdy weszli do izby, Mahdi le�a� na mi�kkim tapczanie, otoczony przez �ony, z kt�rych dwie wachlowa�y go wielkimi strusimi pi�rami, inne dwie drapa�y mu lekko podeszwy u n�g. Pr�cz �on byli obecni tylko: kalif Abdullahi i kalif Szeryf, gdy� trzeci, Ali-uled-Helu wyprawia� w tym czasie wojska na p�noc, a mianowicie do Berberu i Abu-Hammed, kt�re ju� przedtem zosta�y zdobyte przez derwisz�w. Na widok wchodz�cych prorok odsun�� �ony i siad� na tapczanie. Idrys, Gebhr i dwaj Beduini padli na twarze, a potem ukl�kli ze skrzy�owanymi na piersiach r�koma. Grek skin�� na Stasia, by uczyni� to samo, ale ch�opiec udaj�c, �e tego nie widzi, sk�oni� si� tylko i pozosta� wyprostowany. Twarz mu zblad�a, ale oczy �wieci�y mocno i z ca�ej jego postawy i podniesionej hardo do g�ry g�owy, z zaci�ni�tych ust, �atwo by�o pozna�, �e co� przewa�y�o si� w nim, �e niepewno�� i obawa przesz�y, �e powzi�� jakie� nieugi�te postanowienie, od kt�rego za nic nie odst�pi. Grek zrozumia� to widocznie, gdy� wielki niepok�j odbi� si� w jego rysach. Mahdi obj�� oboje dzieci przelotnym spojrzeniem, rozja�ni� sw� t�ust� twarz zwyk�ym u�miechem, po czym zwr�ci� si� naprz�d do Idrysa i Gebhra. � Przybyli�cie z dalekiej p�nocy � rzek�. Idrys uderzy� czo�em o ziemi�. � Tak jest, o Mahdi! Nale�ymy do pokolenia Dangal�w, przeto porzucili�my nasze domy w Fajumie, aby kl�kn�� u twoich b�ogos�awionych st�p. � Widzia�em was w pustyni. Straszna to droga, ale pos�a�em anio�a, kt�ry was strzeg� i ochrania� od �mierci z r�ki niewiernych. Wy�cie go nie widzieli, ale on czuwa� nad wami. � Dzi�ki ci, odkupicielu. � I przywie�li�cie Smainowi te dzieci, aby je zamieni� na w�asne, kt�re Turcy uwi�zili wraz z Fatm� w Port-Saidzie. � Tobie chcieli�my s�u�y�. � Kto mnie s�u�y, s�u�y w�asnemu zbawieniu, wi�c otworzyli�cie sobie drog� do raju. Fatma jest moj� krewn�... Ale zaprawd� m�wi� wam, �e gdy podbij� ca�y Egipt, w�wczas krewna moja i jej potomstwo odzyskaj� i tak wolno��. � A wi�c uczy� z tymi dzie�mi, co chcesz, b�ogos�awiony!... Mahdi przymkn�� powieki, potem je otworzy�, u�miechn�� si� dobrotliwie i skin�� na Stasia. � Zbli� si� tu, ch�opcze. Sta� post�pi� kilka krok�w energicznym, jakby �o�nierskim chodem, sk�oni� si� po raz drugi, potem wypr�y� si� jak struna i patrz�c wprost w oczy Mahdiego czeka�. � Czy radzi jeste�cie, �e przyjechali�cie do mnie? � zapyta� Mahdi. � Nie, proroku. Zostali�my porwani mimo naszej woli od naszych ojc�w. Prosta ta odpowied� uczyni�a pewne wra�enie � i na przywyk�ym do pochlebstw w�adcy, i na obecnych. Kalif Abdullahi zmarszczy� brwi. Grek przygryz� w�sy i pocz�� wy�amywa� sobie palce, Mahdi jednak�e nie przesta� si� u�miecha�. � Ale � rzek� � jeste�cie za to u �r�d�a prawdy. Czy chcesz napi� si� z tego �r�d�a? Nasta�a chwila milczenia, wi�c Mahdi s�dz�c, �e ch�opiec nie zrozumia� pytania, powt�rzy� je wyra�niej: � Czy chcesz przyj�� moj� nauk�?

Na to Sta� r�k�, kt�r� trzyma� przy piersiach, zrobi� nieznacznie znak krzy�a �wi�tego, jakby z ton�cego okr�tu mia� skoczy� w odm�t wodny. � Proroku � rzek� � twojej nauki nie znam, wi�c gdybym j� przyj��, uczyni�bym to tylko ze strachu jak tch�rz i cz�owiek pod�y. A czy� zale�y ci na tym, by wiar� twoj� wyznawali tch�rze i ludzie podli? I tak m�wi�c patrzy� wci�� wprost w oczy Mahdiego. Uczyni�a si� taka cisza, �e s�ycha� by�o brz�czenie much. Lecz sta�a si� zarazem rzecz nadzwyczajna. Oto Mahdi zmiesza� si� i na razie nie umia� znale�� odpowiedzi. U�miech znikn�� mu z twarzy, na kt�rej odbi�o si� zak�opotanie i niech��. Wyci�gn�wszy r�k� wzi�� tykw� nape�nion� wod� z miodem i pocz�� pi�, ale widocznie dlatego tylko, by zyska� na czasie i pokry� zmieszanie. A dzielny ch�opak, nieodrodny potomek obro�c�w chrze�cija�stwa, prawa krew zwyci�zc�w spod Chocimia i Wiednia, sta� z podniesion� g�ow� czekaj�c wyroku. Na wychud�ych, opalonych przez pustynny wicher policzkach wykwit�y mu jasne rumie�ce, oczy rozb�ys�y, a cia�em wstrz�sn�� dreszcz zapa�u. �Oto � m�wi� sobie � wszyscy inni przyj�li jego nauk�, a jam nie zapar� si� wiary ni duszy.� I l�k przed tym, co mog�o i mia�o nast�pi�, przytai� mu si� w tej chwili w sercu, a natomiast zala�a je rado�� i duma. A tymczasem Mahdi postawi� tykw� i zapyta�: � Wi�c odrzucasz moj� nauk�? � Jestem chrze�cijaninem jak m�j ojciec...

� Kto zamyka uszy na g�os bo�y � rzek� z wolna, zmienionym g�osem Mahdi � jest tylko drzewem na opa�. Na to � znany ze srogo�ci i okrucie�stwa kalif Abdullahi zab�ysn�� swymi bia�ymi z�bami jak dziki zwierz i ozwa� si�: � Zuchwa�a jest mowa tego ch�opca, przeto ukarz go, panie, lub pozw�l, abym ukara� go ja. �Sta�o si�!� � pomy�la� Sta�. Lecz Madhi pragn�� zawsze, by s�awa jego mi�osierdzia rozchodzi�a si� nie tylko mi�dzy derwiszami, ale i w ca�ym �wiecie, pomy�la� wi�c, �e wyrok zbyt surowy, zw�aszcza na ma�ego jeszcze ch�opca, m�g�by zaszkodzi� tej s�awie. Przez chwil� przesuwa� paciorki r�a�ca i my�la�, a nast�pnie rzek�: � Nie. Te dzieci porwano dla Smaina, wi�c cho� ja w �adne uk�ady z niewiernymi wchodzi� nie b�d�, trzeba odes�a� je Smainowi. Taka jest wola moja. � Stanie si� wedle niej � odpowiedzia� kalif. Lecz Mahdi wskaza� mu Idrysa, Gebhra i Beduin�w: � Tych ludzi nagr�d� ode mnie, o Abdullahi, albowiem wielk� i niebezpieczn� odbyli podr�, aby s�u�y� Bogu i mnie. Po czym skin�� na znak, �e pos�uchanie sko�czone, a zarazem rozkaza� Grekowi, by wyszed� tak�e. �w, gdy znalaz� si� znowu w ciemno�ciach na placu modlitw, schwyci� za rami� Stasia i pocz�� nim potrz�sa� z gniewem i rozpacz�. � Przekl�ty! zgubi�e� to dziecko niewinne � m�wi� wskazuj�c na Nel � zgubi�e� siebie, a mo�e i mnie. � Nie mog�em inaczej � odpowiedzia� Sta�.

� Nie mog�e�! Wiedz, �e skazani jeste�cie na drug� podr� stokro� gorsz� od pierwszej. I to jest �mier� � rozumiesz? W Faszodzie febra zabije was w ci�gu tygodnia. Mahdi wie, dlaczego wysy�a was do Smaina. � W Omdurmanie pomarliby�my tak�e. � Nieprawda! Nie pomarliby�cie w domu Mahdiego, w dostatku i wygodach. A on got�w by� wzi�� was pod swoje skrzyd�a. Wiem, �e by� got�w. Odp�aci�e� si� tak�e dobrze i mnie za to, �em si� za was wstawia�. Ale r�bcie teraz, co chcecie! Abdullahi wysy�a poczt� wielb��dzi� za tydzie� do Faszody, a przez ten tydzie� r�bcie co chcecie! Nie zobaczycie mnie wi�cej!... I to powiedziawszy odszed�, ale po chwili zn�w wr�ci�. By� wielom�wny jak wszyscy Grecy i potrzebowa� si� wygada�. Chcia� wyla� ���, kt�ra si� w nim zebra�a, na g�ow� Stasia. Nie by� okrutny i nie mia� z�ego serca, pragn�� jednak�e, by ch�opiec zrozumia� jeszcze dok�adniej okropn� odpowiedzialno��, jak� wzi�� na siebie nie pos�uchawszy jego rad i przestr�g. � Kto by ci zabroni� zosta� w duszy chrze�cijaninem? � m�wi�. � My�lisz, �e ja nim nie jestem? Ale nie jestem g�upcem. Ty� za� wola� si� popisa� ze swym fa�szywym bohaterstwem. Oddawa�em dot�d wielkie us�ugi bia�ym je�com, a teraz nie b�d� m�g� ich oddawa�, bo Mahdi zagniewa� si� i na mnie. Wszyscy pogin�. A twoja ma�a towarzyszka niedoli na pewno! Zabi�e� j�! W Faszodzie doro�li nawet Europejczycy gin� z febry jak muchy, a c� dopiero takie dziecko. A je�li ka�� wam i�� piechot� przy koniach i wielb��dach, to ona padnie pierwszego dnia. To ty� tego narobi�. Ciesz�e si� teraz... ty chrze�cijaninie! I oddali� si�, a oni skr�cili z placu modlitwy przez ciemne uliczki ku sza�asom. Szli d�ugo, gdy� miasto by�o rozci�gni�te na ogromnej przestrzeni. Nel, zbiedzona przez trudy, g��d, boja�� i okropne wra�enia ca�ego dnia, pocz�a ustawa�. Idrys i Gebhr nap�dzali j�, by sz�a pr�dzej. Lecz po pewnym czasie nogi omdla�y zupe�nie pod ni�. Wtedy Sta� wzi�� j� bez namys�u na r�ce i ni�s�. Po drodze chcia� do niej m�wi�, chcia� si� usprawiedliwi� przed ni�, �e nie m�g� inaczej post�pi�, ale my�li zdr�twia�y i jakby obumar�y mu w g�owie, tak �e powtarza� tylko w k�ko: �Nel! Nel! Nel!� � i tuli� j� do siebie nie mog�c nic wi�cej powiedzie�. Po kilkudziesi�ciu krokach Nel usn�a mu z wyczerpania na r�ku, wi�c szed� w milczeniu w�r�d ciszy u�pionych uliczek przerywanej tylko rozmow� Idrysa i Gebhra. A ich serca przepe�nia�a rado��, co by�o rzecz� pomy�ln� dla Stasia, inaczej bowiem mo�e by znowu chcieli ukara� go za zuchwa�e odpowiedzi Mahdiemu. Byli jednak tak zaj�ci tym, co ich spotka�o, �e nie mogli my�le� o czym innym. � Czu�em si� chory � m�wi� Idrys � ale widok proroka uzdrowi� mnie. � Jest on jak palma na pustyni i jako zimna woda w dzie� upalny, a s�owa jego s� jako dojrza�e daktyle � odpowiedzia� Gebhr. � K�ama� Nur-el-Tadhil m�wi�c, �e on nie dopu�ci nas przed swe oblicze. Dopu�ci�, pob�ogos�awi� i kaza� nas obdarzy� Abdullahiemu. � Kt�ry obdarzy nas hojnie, albowiem wola Mahdiego jest �wi�ta. � Bismillach! Niechaj tak b�dzie, jak m�wisz � ozwa� si� jeden z Beduin�w. A Gebhr pocz�� marzy� o ca�ych stadach wielb��d�w, byd�a rogatego, koni i o workach pe�nych piastr�w. Z tych marze� rozbudzi� go Idrys, kt�ry wskazawszy na Stasia nios�cego u�pion� Nel zapyta�: � A co uczynimy z tym szerszeniem i z t� much�? � Ha! Smain powinien wynagrodzi� nas za nich osobno. � Skoro prorok m�wi, �e na �adne uk�ady z niewiernymi nie pozwoli, to Smainowi nic ju� na nich nie zale�y. � W takim razie �a�uj�, �e nie dostali si� w r�ce kalifa, kt�ry by�by nauczy� tego szczeniaka, co to jest szczeka� przeciw prawdzie i bo�emu wybra�cowi. � Mahdi jest mi�osierny � odpowiedzia� Idrys.

Po czym zastanowi� si� przez chwil� i rzek�: � Jednak�e Smain maj�c oboje w r�ku b�dzie pewien, �e ani Turcy, ani Anglicy nie zabij� jego dzieci i Fatmy. � Wi�c mo�e nas wynagrodzi? � Tak. Niech ich poczta Abdullahiego zabierze sobie do Faszody. Nam spadnie ci�ar z g�owy. A gdy Smain tu powr�ci, upomnimy si� u niego o zap�at�. � M�wisz zatem, �e pozostaniemy w Omdurmanie? � Allach! Nie do�� ci drogi z Fajumu do Chartumu? Przyszed� czas na odpoczynek. Sza�asy by�y ju� niedaleko. Sta� jednak zwolni� kroku, bo i jego si�y pocz�y si� wyczerpywa�. Nel, jakkolwiek lekka, ci��y�a mu coraz bardziej. Suda�czycy, kt�rym pilno by�o do snu, krzyczeli na niego, by po�piesza�, a nast�pnie pop�dzali go bij�c ku�akami po g�owie. Gebhr uk�u� go nawet bole�nie no�em z �opatk�. Ch�opak znosi� to wszystko w milczeniu, ochraniaj�c przede wszystkim sw� ma�� siostrzyczk�, i dopiero gdy jeden z Beduin�w pchn�� go tak, �e o ma�o nie upad�, rzek� im przez zaci�ni�te z�by: � Mamy �ywi dojecha� do Faszody. I s�owa te powstrzyma�y Arab�w, albowiem bali si� przest�pi� rozkazu Mahdiego. Jeszcze skuteczniej powstrzyma�o ich jednak to, �e Idrys dosta� nagle zawrotu g�owy tak silnego, �e musia� wesprze� si� na ramieniu Gebhra. Po chwili zawr�t przeszed�, ale Suda�czyk przestraszy� si� i rzek�: � Allach! co� ze mn� niedobrze. Czy nie chwyta mnie jaka choroba? � Widzia�e� Mahdiego, wi�c nie zachorujesz � odpowiedzia� Gebhr. Doszli wreszcie do sza�as�w. Sta�, goni�c resztkami sil, odda� u�pion� Nel w r�ce starej Dinah, kt�ra, lubo tak�e niezdrowa, wymo�ci�a jednak dla swej panienki do�� wygodne pos�anie. Suda�czycy i Beduini po�kn�wszy po kilka pask�w surowego mi�sa rzucili si� jak kloce na woj�oki. Stasiowi nie dano nic do jedzenia � tylko stara Dinah wsun�a mu w r�k� gar�� rozmoczonej durry, kt�rej pewn� ilo�� wykrad�a wielb��dom. Ale jemu nie by�o ani do snu, ani do jedzenia. Brzemi� bowiem, kt�re zaci�y�o na jego ramionach, by�o istotnie zbyt ci�kie. Czu� oto, �e odrzuciwszy �ask� Mahdiego, za kt�r� trzeba by�o zap�aci� zaparciem si� wiary i duszy, post�pi�, jak by� powinien, czu�, �e ojciec by�by z jego post�pku dumny i uszcz�liwiony, a jednocze�nie my�la�, �e zgubi� Nel, towarzyszk� niedoli, ma��, ukochan� siostrzyczk�, za kt�r� by�by ch�tnie odda� ostatni� kropl� krwi. Wi�c gdy wszyscy posn�li porwa� go ogromny p�acz � i le��c na kawa�ku woj�oku p�aka� d�ugo jak dziecko, kt�rym ostatecznie by� jeszcze.

ROZDZIA� XIX

Odwiedziny u Mahdiego i rozmowa z nim widocznie nie uzdrowi�y Idrysa, gdy� w nocy jeszcze zachorowa� ci�ko, rano by� ju� nieprzytomny. Chamis, Gebhr i dwaj Beduini zostali wezwani do kalifa, kt�ry trzyma� ich kilka godzin i wychwala� ich odwag�. Ale wr�cili w najgorszych humorach i ze z�o�ci� w duszy, spodziewali si� bowiem B�g wie jakich nagr�d, a tymczasem Abdullahi da� na ka�dego po funcie egipskim i po koniu.

Beduini rozpocz�li k��tni� z Gebhrem, w kt�rej o ma�o nie przysz�o do bitki, w ko�cu o�wiadczyli, �e pojad� wraz z poczt� wielb��dzi� do Faszody, by upomnie� si� u Smaina o zap�at�. Przy��czy� si� do nich Chamis, kt�ry spodziewa� si�, �e protekcja Smaina wi�cej mu przyniesie korzy�ci ni� pobyt w Omdurmanie. Dla dzieci rozpocz�� si� tydzie� g�odu i n�dzy, gdy� Gebhr ani my�la� ich �ywi�. Na szcz�cie Sta� posiada� dwa talary z Mari� Teres�, kt�re dosta� od Greka, poszed� wi�c na miasto kupi� daktyl�w i ry�u. Suda�czycy nie sprzeciwiali si� wcale tej wycieczce wiedz�c, �e z Omdurmanu nie mo�na ju� uciec i �e w �adnym razie nie opu�ci�by ma�ej bint. Nie oby�o si� jednak bez przyg�d, albowiem widok ch�opca w europejskim ubraniu kupuj�cego na rynku �ywno�� �ci�gn�� znowu gromady p�dzikich derwisz�w, kt�re przyjmowa�y go �miechem i wyciem. Na szcz�cie wielu widzia�o, �e wczoraj by� u Mahdiego, i ci, wstrzymywali tych, kt�rzy chcieli si� na niego porwa�. Tylko dzieci rzuca�y na� piaskiem i kamieniami, ale on na to wcale nie zwa�a�. Na rynku ceny by�y wyg�rowane. Daktyl�w nie m�g� Sta� dosta� zupe�nie, a znaczn� cz�� ry�u odebra� mu �dla chorego brata� Gebhr. Ch�opiec opiera� si� temu z ca�ej si�y, wskutek czego sko�czy�o si� na szarpaninie i bitwie, z kt�rych oczywi�cie s�abszy wyszed� z mn�stwem si�c�w i guz�w. Okaza�o si� przy tym i okrucie�stwo Chamisa. Okazywa� on przywi�zanie tylko do Saby i karmi� go surowym mi�sem. Natomiast na n�dz� dzieci, kt�re zna� przecie od dawna i kt�re zawsze by�y dla niego dobre, patrzy� z najwi�ksz� oboj�tno�ci�, a gdy Sta� zwr�ci� si� do niego z pro�b�, by przynajmniej Nel udziela� troch� pokarmu, odpowiedzia� �miej�c si�: � Id� �ebra�. I dosz�o na koniec do tego, �e Sta� w nast�pnych kilku dniach, chc�c ratowa� Nel od g�odowej �mierci � �ebra�. Nie zawsze by�o to bezskuteczne. Czasem jaki� dawny �o�nierz lub oficer egipskiego chedywa da� mu par� piastr�w lub kilka fig suszonych i obieca� wspom�c go jeszcze nazajutrz. Raz trafi� na misjonarza i siostr� mi�osierdzia, kt�rzy wys�uchawszy jego historii zap�akali nad losem obojga dzieci � i lubo sami wycie�czeni g�odem, podzielili si� z nim wszystkim, co mieli. Obiecali mu te� odwiedzi� ich w sza�asach i nazajutrz przyszli rzeczywi�cie w nadziei, �e mo�e uda si� im zabra� dzieci, a� do czasu wyruszenia poczt�, do siebie. Ale Gebhr z Chamisem przep�dzili ich korbaczami. Nazajutrz Sta� spotka� ich jednak znowu i dosta� od nich miark� ry�u oraz dwa proszki chininy, kt�re misjonarz poleci� mu zachowa� jak najstaranniej, w przewidywaniu, �e w Faszodzie niechybnie czeka ich oboje febra. � Pojedziecie teraz � m�wi� � wzd�u� rozlewisk Bia�ego Nilu, czyli w�r�d tak zwanych sudd�w. Rzeka nie mog�c p�yn�� swobodnie przez zatory utworzone z ro�lin i z li�ci, kt�re pr�d wody znosi i osadza w p�ytszych miejscach, tworzy tam obszerne i zara�liwe b�ota, w�r�d kt�rych febra nie oszcz�dza nawet Murzyn�w. Strze�cie si� szczeg�lnie nocleg�w bez ognia, na go�ej ziemi. � My by�my ju� chcieli umrze� � odpowiedzia� prawie z j�kiem Sta�. Na to misjonarz podni�s� sw� wyn�dznia�� twarz i przez chwil� modli� si�, po czym prze�egna� ch�opca i rzek�: � Ufaj w Bogu. Nie wypar�e� si� Go, wi�c mi�osierdzie Jego i opieka b�dzie nad tob�. Sta� pr�bowa� nie tylko �ebra�, ale i pracowa�. Widz�c pewnego dnia gromady ludzi pracuj�ce na placu modlitwy, przy��czy� si� do nich i j�� nosi� glin� na parkan, kt�rym plac mia� by� otoczony. �miano si� z niego i potr�cano go, ale pod wiecz�r, stary szejk pilnuj�cy rob�t da� mu dwana�cie daktyl�w. Sta� rad by� z tej zap�aty niezmiernie, daktyle bowiem stanowi�y obok ry�u jedyny zdrowy pokarm dla Nel, a by�o o nie coraz trudniej w Omdurmanie.

Przyni�s� je wi�c z dum� ma�ej siostrzyczce, kt�rej oddawa� wszystko, co m�g� dosta�, sam �ywi�c si� od tygodnia prawie wy��cznie durr� wykradan� wielb��dom. Nel ucieszy�a si� bardzo na widok ulubionych owoc�w, ale chcia�a, �eby si� z ni� podzieli�. Wi�c wspi�wszy si� na paluszki po�o�y�a mu r�ce na ramionach i zadar�szy g��wk� pocz�a patrze� mu w oczy i prosi�: � Sta�! zjedz po�ow�, zjedz! A on na to odrzek�: � Jad�em ju�, jad�em! O, taki jestem syty! I u�miechn�� si�, ale zaraz pocz�� przygryza� wargi, by si� nie rozp�aka�, gdy� by� po prostu g�odny. Obiecywa� sobie, �e nazajutrz p�jdzie zn�w na zarobek. Tymczasem sta�o si� inaczej. Rano przyszed� mulazem od Abdullahiego z oznajmieniem, �e poczta wielb��dzia wychodzi na noc do Faszody, i z rozkazem kalifa, by Idrys, Gebhr, Chamis i dwaj Beduini gotowali si� wraz z dzie�mi do drogi. Gebhra zdumia� i oburzy� ten rozkaz, wi�c o�wiadczy�, �e nie pojedzie, gdy� brat jego chory i nie ma go kto pilnowa�, a gdyby nawet by� zdr�w, to i tak obaj postanowili pozosta� w Omdurmanie. Lecz mulazem odpowiedzia�: � Mahdi ma jedn� tylko wol�, a Abdullahi, jego kalif, a m�j pan, nie zmienia nigdy rozkaz�w. Brata twego b�dzie pilnowa� niewolnik, ty za� pojedziesz do Faszody. � Wi�c p�jd� i oznajmi� mu, �e nie pojad�. � Do kalifa wchodz� tylko ci, kt�rych on sam chce widzie�. A je�li gwa�tem wedrzesz si� do niego bez pozwolenia, wyprowadz� ci� � na szubienic�. � Allach akbar! to powiedz mi wyra�nie, �e jestem niewolnikiem. � Milcz i s�uchaj rozkaz�w! � odpowiedzia� mulazem. Suda�czyk widzia� w Omdurmanie szubienice �ami�ce co dzie� z wyrok�w srogiego Abdullahiego ubierano co mu powiedzia� mulazem, �e Mahdi ma tylko jedn� rozkazuje � powtarzali wszyscy derwisze. Nie by�o jecha�. si� pod ci�arem wisielc�w, kt�re w nowe cia�a � i zl�k� si�. To, wol�, a Abdullahi raz tylko wi�c rady � i trzeba by�o

�Nie zobacz� ju� wi�cej Idrysa!� � my�la� Gebhr. I w jego tygrysim sercu tai�o si� jednak jakie� przywi�zanie do starszego brata, gdy� na my�l, �e musi go opu�ci� w chorobie, ogarn�a go rozpacz. Pr�no Chamis i Beduini przek�adali mu, �e mo�e w Faszodzie b�dzie lepiej ni� w Omdurmanie i �e Smain prawdopodobnie wynagrodzi ich hojniej, ni� to uczyni� kalif. �adne s�owa nie mog�y z�agodzi� �alu i z�o�ci Gebhra, kt�ra to z�o�� odbi�a si� przewa�nie na Stasiu. By� to dla ch�opca prawdziwie m�cze�ski dzie�. Nie pozwolono mu p�j�� na rynek, wi�c nie m�g� nic zarobi� ani uprosi�, a musia� pracowa� jak niewolnik przy jukach, kt�re przygotowywano do podr�y, co przychodzi�o mu tym trudniej, �e z g�odu i zm�czenia os�ab� bardzo. By� ju� pewien, �e w drodze umrze, je�li nie pod korbaczem Gebhra, to z wycie�czenia. Na szcz�cie Grek, kt�ry mia� dobre serce, przyszed� przed wieczorem odwiedzi� dzieci i po�egna�, a zarazem opatrzy� je na drog�. Przyni�s� im tak�e kilka proszk�w chininy, a pr�cz tego troch� paciork�w szklanych i troch� �ywno�ci. Przede wszystkim jednak, dowiedziawszy si� o chorobie Idrysa, zwr�ci� si� do Gebhra oraz Chamisa i Beduin�w. � Wiedzcie � rzek� im � �e przychodz� tu z rozkazu Mahdiego. A gdy s�ysz�c to uderzyli czo�em, tak m�wi� dalej: � Macie w drodze �ywi� dzieci i obchodzi� si� z nimi dobrze. Maj� one zda� spraw� z waszego post�powania Smainowi. Smain za� napisze o tym do proroka. Je�li przyjdzie tu na was jakakolwiek skarga, nast�pna poczta przywiezie wam wyrok

�mierci. Nowy pok�on by� jedyn� odpowiedzi� na te s�owa, przy czym Gebhr i Chamis mieli miny ps�w, kt�rym na�o�ono kaganiec. Grek za� kaza� im p�j�� precz, po czym tak odezwa� si� po angielsku do dzieci: � Zmy�li�em to wszystko, gdy� Mahdi nie wyda� co do was �adnych nowych rozkaz�w. Ale poniewa� powiedzia�, �e macie jecha� do Faszody, wi�c trzeba, �eby�cie mogli do niej �ywi dojecha�. Licz� te� i na to, �e �aden z tych ludzi nie zobaczy ju� przed wyjazdem ani Mahdiego, ani kalifa. Po czym do Stasia: � Mia�em do ciebie, ch�opcze, uraz� i mam j� jeszcze. Czy wiesz, �e omal mnie nie zgubi�e�? Mahdi obrazi� si� i na mnie i �eby uzyska� jego przebaczenie, musia�em znaczn� cz�� maj�tku odda� Abdullahiemu, a i to jeszcze nie wiem, czy uratowa�em si� na d�ugo. W ka�dym razie nie b�d� m�g� pomaga� je�com tak, jak pomaga�em dotychczas. Ale mi was �al, a zw�aszcza (i tu ukaza� na Nel) jej... Mam c�rk� w tym samym wieku... kt�r� kocham wi�cej ni� w�asne �ycie... Dla niej uczyni�em wszystko to, com uczyni�... Chrystus b�dzie mnie za to s�dzi�... Nosi ona dotychczas pod sukni� na piersiach srebrny krzy�yk... Na imi� jej tak jak tobie, moja ma�a. Gdyby nie ona, wola�bym i ja umrze� ni� �y� w tym piekle. I wzruszy� si�. Przez chwil� zamilk�, na koniec potar� r�k� czo�o i pocz�� m�wi� o czym innym. � Mahdi wysy�a was do Faszody w tej my�li, �e tam pomrzecie. W ten spos�b zem�ci si� na was za tw�j, ch�opcze, op�r, kt�ry go dotkn�� g��boko, a nie straci s�awy �mi�osiernego�. Taki on zawsze... Ale kto wie komu pierwej �mier� przeznaczona! Abdullahi podda� mu my�l, �eby tym psom, kt�rzy was porwali, kaza� jecha� z wami. Marnie ich wynagrodzi�, a teraz boi si�, �eby si� to nie rozg�osi�o. Obaj z prorokiem wol� przy tym, by ci ludzie nie opowiadali, �e w Egipcie s� jeszcze wojska, armaty, pieni�dze i Anglicy... Ci�ka to b�dzie droga i daleka. Pojedziecie krajem pustym i niezdrowym, wi�c pilnujcie jak oka w g�owie tych proszk�w, kt�re wam da�em. � Przyka�, panie, jeszcze raz Gebhrowi, by nie wa�y� si� g�odzi� i bi� Nel � rzek� Sta�. � Nie b�jcie si�. Poleci�em was staremu szejkowi, kt�ry wiezie poczt�. To m�j dawny znajomy. Da�em mu zegarek i tym zjedna�em dla was jego opiek�. Tak m�wi�c pocz�� si� �egna�. Wzi�wszy Nel na r�ce przycisn�� j� do piersi i powt�rzy�: � Niech B�g b�ogos�awi ci�, moje dziecko!... Tymczasem s�o�ce zasz�o i uczyni�a si� noc gwia�dzista. W ciemno�ci ozwa�o si� parskanie koni i st�kanie ob�adowanych wielb��d�w.

ROZDZIA� XX

Stary szejk Hatim dotrzyma� wiernie obietnicy danej Grekowi i opiekowa� si� dzie�mi starannie. Droga w g�r� Bia�ego Nilu by�a ci�ka. Jechali przez Ketain�, Ed-Ducim i Kan�, po czym min�li Abb�, lesist� wysp� nilow�, na kt�rej przed wojn�

mieszka� w wypr�chnia�ym drzewie Mahdi jako derwisz-pustelnik. Karawana cz�sto musia�a okr��a� obszerne, poro�ni�te papirusem rozlewiska, czyli tak zwane suddy, od kt�rych powiew przynosi� zatrut� wo� rozk�adaj�cych si� li�ci, naniesionych pr�dem wody. Angielscy in�ynierowie poprzecinali byli w swoim czasie te zapory i statki parowe mog�y w�wczas chodzi� z Chartumu do Faszody i dalej. Obecnie jednak rzeka zatka�a si� znowu i nie mog�c p�yn�� swobodnie, rozlewa�a na obie strony. Okolica po prawym i lewym brzegu pokryta by�a wysok� d�ungl�, w�r�d kt�rej wznosi�y si� kopce termit�w i pojedyncze olbrzymie drzewa; gdzieniegdzie lasy dochodzi�y a� do rzeki. Na suchszych miejscach ros�y gaje akacji. Przez pierwsze tygodnie spotykali osady i miasteczka arabskie z�o�one z dom�w o dziwnych baniastych dachach uwitych ze s�omy dochnu, lecz za Abb�, od osady Goz-Abu-Guma, wjechali w kraj czarnych. By� on jednak zupe�nie pusty, gdy� derwisze wygarn�li prawie do szcz�tu miejscow� murzy�sk� ludno�� i sprzedawali j� na targach Chartumu, Omdurmanu, Dary, Faszeru, El-Obeidu i innych miast suda�skich, darlurskich i kordofa�skich. Tych mieszka�c�w, kt�rzy zdo�ali si� ukry� przed niewol� w g�szczach, w lasach, wyniszczy� g��d i ospa, kt�ra rozpanoszy�a si� z niebywa�� si�� wzd�u� Bia�ego i Niebieskiego Nilu. Sami derwisze m�wili, �e wymiera�y na ni� �ca�e narody�. Dawne plantacje sorga, manioku i banan�w pokry�a d�ungla. Tylko zwierz dziki, nie �cigany przez nikogo, rozmno�y� si� obficie. Nieraz pod zorz� wieczorn� dzieci widzia�y z dala gromady s�oni, podobne do ruchomych ska�, d���ce powolnym krokiem do znanych sobie wodopoj�w. Na widok ich Hatim, dawny handlarz ko�ci� s�oniow�, cmoka�, wzdycha� i tak w zaufaniu m�wi� do Stasia: � Maszallach! � ile tu bogactwa! Ale teraz nie warto polowa�, bo Mahdi zabroni� kupcom egipskim przyje�d�a� do Chartumu i nie ma komu sprzedawa� k��w, chyba emirom na umbaje. Pr�cz s�oni spotykano tak�e i �yrafy, kt�re ujrzawszy karawan� ucieka�y po�piesznie ci�kim k�usem, kiwaj�c d�ugimi szyjami, jakby by�y kulawe. Za Goz-AbuGuma pojawia�y si� coraz cz�ciej bawo�y i ca�e stada antylop. Ludzie z karawany, gdy im brak�o �wie�ego mi�sa, polowali na nie � wszelako prawie zawsze bezskutecznie, albowiem czujne i chybkie zwierz�ta nie dawa�y si� podej�� ani otoczy�. �ywno�ci w og�le by�o sk�po, gdy� z powodu wyludnienia kraju nie mo�na by�o dosta� ani prosa ani banan�w, ani ryb, kt�rych w dawnych czasach dostarczali karawanom Murzyni z pokole� Szylluk i Dinka, wymieniaj�c je ch�tnie za paciorki szklane i drut mosi�ny. Hatim nie da� jednak dzieciom mrze� g�odem, a co wi�cej, trzyma� kr�tko Gebhra i gdy �w raz na noclegu uderzy� Stasia przy zdejmowaniu siode� z wielb��d�w, kaza� go rozci�gn�� na ziemi i wyliczy� mu po trzydzie�ci raz�w w ka�d� pi�t� bambusem. Okrutny Suda�czyk przez dwa dni m�g� chodzi� tylko na palcach i przeklina� chwil�, w kt�rej opu�ci� Fajum, i m�ci� si� na m�odym, darowanym sobie niewolniku, imieniem Kali. Sta� z pocz�tku prawie rad by�, �e opu�cili zapowietrzony Omdurman i �e widzi kraje, o kt�rych marzy� zawsze. Jego silny organizm wytrzymywa� dotychczas doskonale trudy podr�y, a obfitsze po�ywienie wr�ci�o mu energi�. Nieraz zn�w w czasie drogi i na postojach szepta� do ucha siostrzyczce, �e uciec mo�na i znad Bia�ego Nilu i �e wcale nie zaniecha� tego zamiaru. Lecz niepokoi�o go jej zdrowie. Po trzech tygodniach od dnia wyjazdu z Omdurmanu Nel nie zapad�a wprawdzie jeszcze na febr�, ale twarz jej schud�a i zamiast opali� si�, stawa�a si� coraz przezroczystsza, a jej ma�e r�czki wygl�da�y jakby ulepione z wosku. Nie brak�o jej stara� ani nawet takich wyg�d, jakie Sta� i Dinah mogli jej przy pomocy Hatima zapewni�, ale brak�o zdrowego powietrza pustyni. Wilgotny i upalny klimat w po��czeniu z trudami drogi podkopywa� coraz bardziej si�y w�t�ego dziecka. Sta� pocz�wszy od Goz-Abu-Guma dawa� jej codziennie po p� proszka chininy i martwi� si� okropnie na my�l, �e nie starczy mu na d�ugo tego lekarstwa, kt�rego

nigdzie nie b�dzie mo�na p�niej dosta�. Ale na to nie by�o rady, nale�a�o bowiem przede wszystkim zapobiega� febrze. Chwilami bra�a go rozpacz. �udzi� si� tylko nadziej�, �e Smain, je�li zechce wymieni� ich oboje na w�asne dzieci, to musi wyszuka� dla nich jakiej� zdrowszej ni� Faszoda okolicy. Lecz nieszcz�cie zdawa�o si� ci�gle �ciga� swe ofiary. Na dzie� przed przybyciem do Faszody Dinah, kt�ra jeszcze w Omdurmanie czu�a si� s�ab�, zemdla�a nagle przy rozwi�zywaniu tobo�ka z rzeczami Nel zabranymi z Fajumu i spad�a z wielb��da. Sta� i Chamis docucili si� jej z najwi�ksz� trudno�ci�. Nie odzyska�a jednak przytomno�ci, a raczej odzyska�a j� dopiero wieczorem, po to tylko, by po�egna� ze �zami sw� ukochan� panienk� i umrze�. Gebhr chcia� koniecznie obci�� jej po �mierci uszy, aby pokaza� je Smainowi na dow�d, �e sko�czy�a w drodze, i za��da� osobnej i za jej porwanie zap�aty. Tak czyniono zmar�ym w czasie podr�y niewolnikom. Ale Hatim, na pro�b� Stasia i Nel, nie zgodzi� si� na to, wi�c pochowano j� uczciwie, a mogi�� jej zabezpieczono przed hienami za pomoc� kamieni i cierni. Dzieci uczu�y si� jeszcze samotniejsze, straci�y w niej bowiem jedyn� blisk� i przywi�zan� dusz�. By� to szczeg�lnie okrutny cios dla Nel, tote� Sta� na pr�no stara� si� j� utuli� przez ca�� noc i dzie� nast�pny. Nadszed� sz�sty dzie� podr�y. Nazajutrz w po�udnie karawana dotar�a do Faszody, ale znalaz�a tylko zgliszcza. Mahdy�ci biwakowali pod go�ym niebem lub w skleconych napr�dce sza�asach z trawy i ga��zi. Trzy dni temu osada zgorza�a by�a ca�kowicie. Pozosta�y jedynie osmalone dymem �ciany glinianych okr�g�ych chat i stoj�ca tu� nad wod� wielka drewniana szopa, kt�ra za czas�w egipskich s�u�y�a jako sk�ad ko�ci s�oniowej, a w kt�rej mieszka� obecnie w�dz derwisz�w, emir SekiTamala. By� to znakomity mi�dzy mahdystami cz�owiek, skryty nieprzyjaciel kalifa Abdullahiego, ale natomiast osobisty przyjaciel Hatima. Ten przyj�� go�cinnie u siebie starego szejka wraz z dzie�mi, zaraz jednak na wst�pie opowiedzia� im niepomy�ln� nowin�. Oto Smaina nie zastan� w Faszodzie. Przed dwoma dniami uda� si� na wsch�d i po�udnie od Nilu na wypraw� po niewolnik�w i nie wiadomo, kiedy wr�ci, gdy� najbli�sze okolice by�y ju� wyludnione, tak �e ludzkiego towaru nale�a�o szuka� bardzo daleko. Blisko od Faszody le�a�a wprawdzie Abisynia, z kt�r� derwisze byli r�wnie� w wojnie. Ale Smain maj�c tylko trzystu ludzi nie m�g� odwa�y� si� na przekroczenie jej granic, strze�onych obecnie pilnie przez wojowniczych mieszka�c�w i przez �o�nierzy kr�la Jana. Wobec tego Seki-Tamala i Hatim pocz�li zastanawia� si�, co robi� z dzie�mi. Narada toczy�a si� g��wnie przy wieczerzy, na kt�r� emir zaprosi� tak�e Stasia i Nel. � Ja � m�wi� do Hatima � musz� wkr�tce wyruszy� ze wszystkimi lud�mi na dalek� wypraw� na po�udnie przeciw Eminowi paszy, kt�ry siedzi w Lado maj�c tam parowce i wojsko. Taki rozkaz przywioz�e� mi, Hatimie... Ty musisz wraca� do Omdurmanu, wi�c w Faszodzie nie zostanie jedna �ywa dusza. Mieszka� tu nie ma gdzie, je�� nie ma co i panuj� choroby. Wiem wprawdzie, �e biali nie choruj� na osp�, ale febra zabije te dzieci w ci�gu miesi�ca. � Kazano mi je przywie�� do Faszody � odpowiedzia� Hatim � wi�c je przywioz�em i m�g�bym si� o nie wi�cej nie troszczy�. Ale poleci� mi je przyjaciel m�j, Grek Kaliopuli, dlatego nie chcia�bym, by pomar�y. � A to si� stanie z pewno�ci�. � Co zatem robi�? � Zamiast pozostawia� je w pustej Faszodzie, ode�lij je do Smaina wraz z tymi lud�mi, kt�rzy przywie�li je do Omdurmanu. Smain poszed� ku g�rom, do suchego i wysokiego kraju, gdzie febra nie zabija tak ludzi jak nad rzek�. � Jak�e odnajd� Smaina? � �ladem ognia. B�dzie on pali� d�ungl�; raz dlatego, by nap�dzi� zwierzyn� do skalistych w�woz�w, w kt�rych �atwo j� otoczy� i wybi�, a po wt�re, by wyp�asza� z g�szcz�w pogan, kt�rzy si� w nich pokryli przed po�cigiem... Smaina nietrudno

znale��... � Czy go jednak dogoni�? � B�dzie on czasem sp�dza� i po tygodniu w jednej okolicy, poniewa� musi w�dzi� mi�so. Cho�by wyjechali za dwa i trzy dni, dogoni� go z pewno�ci�. � Ale dlaczego maj� go goni�? On przecie� wr�ci i tak do Faszody. � Nie. Je�li po��w niewolnik�w uda mu si�, poprowadzi ich do miast na targi... � Co robi�? � Pami�taj, �e gdy obaj odjedziemy z Faszody, dzieci, cho�by ich nie zabi�a febra, umr� tu z g�odu. � Na proroka! To prawda! I rzeczywi�cie nie by�o innej rady, jak wys�a� dzieci na now� tu�aczk�. Hatim, kt�ry okaza� si� zupe�nie dobrym cz�owiekiem, troszczy� si� tylko o to, czy Gebhr, kt�rego okrucie�stwo pozna� w czasie drogi, nie b�dzie zn�ca� si� nad nimi. Ale gro�ny Seki-Tamala, wzbudzaj�cy strach nawet we w�asnych �o�nierzach, kaza� przywo�a� Suda�czyka i zapowiedzia� mu, �e ma odwie�� dzieci �ywe i zdrowe do Smaina, a zarazem obchodzi� si� z nimi dobrze, gdy� inaczej zostanie powieszony. Dobry Hatim uprosi� jeszcze emira, by darowa� ma�ej Nel niewolnic�, kt�ra by jej s�u�y�a i opiekowa�a si� ni� w drodze i w obozie Smaina. Nel ucieszy�a si� bardzo tym podarkiem, zw�aszcza gdy okaza�o si� �e niewolnica jest m�od� dziewczyn� z pokolenia Dinka, o mi�ych rysach i s�odkim wyrazie twarzy. Sta� wiedzia�, �e Faszoda to �mier�, wi�c nie prosi� bynajmniej Hatima, by nie wyprawiano ich w now�, trzeci� z kolei podr�. W duszy my�la� te�, �e jad�c na wsch�d i po�udnie zbli�y� si� musz� bardzo do po�udniowych granic abisy�skich, i �e b�dzie mo�na uciec. Mia� nadziej�, �e na suchych wy�ynach Nel uchroni si� mo�e od febry, i z tych wszystkich przyczyn ch�tnie i gorliwie zaj�� si� przygotowaniami do drogi. Gebhr, Chamis i dwaj Beduini nie byli tak�e przeciwni wyprawie licz�c i na to, �e przy boku Smaina uda im si� upolowa� spor� ilo�� niewolnik�w, a potem sprzeda� ich korzystnie na targach. Wiedzieli, �e handlarze niewolnik�w dochodz� czasem do wielkich maj�tk�w, w ka�dym razie woleli jecha� ni� pozostawa� na miejscu pod r�k� Hatima i Seki-Tamali. Przygotowania zabra�y jednak sporo czasu, zw�aszcza �e dzieci musia�y wypocz��. Wielb��dy nie mog�y ju� by� u�yte do tej podr�y, wi�c Arabowie a z nimi Sta� i Nel mieli jecha� konno, Kali za�, niewolnik Gebhra, i Mea, tak nazwana z porady Stasia s�u��ca Nel, i�� piechot� przy koniach. Hatim wystara� si� te� o os�a, kt�ry ni�s� namiot przeznaczony dla dziewczynki i �ywno�� dla dzieci na trzy dni. Wi�cej nie m�g� jej udzieli� Seki-Tamala. Dla Nel urz�dzono co� w rodzaju kobiecego siod�a z woj�oku, mat palmowych i bambus�w. Trzy dni sp�dzi�y dzieci dla odpoczynku w Faszodzie, lecz niezmierna ilo�� komar�w nad rzek� czyni�a tu pobyt wprost niezno�nym. W dzie� pojawia�y si� roje wielkich niebieskich much, nie gryz�cych wprawdzie, ale tak uprzykrzonych, �e w�azi�y w uszy, obsiada�y oczy i wpada�y nawet w usta. Sta� s�ysza� jeszcze w Port-Saidzie, �e komary i muchy roznosz� febr� i zarazki zapalenia oczu; w ko�cu wi�c sam prosi� Seki-Tamal�, by ich jak najpr�dzej wyprawi�, zw�aszcza �e zbli�a�a si� wiosenna pora d�d�ysta.

ROZDZIA� XXI

� Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma, tak nie ma? � Nie wiem. Zapewne idzie szybko naprz�d, �eby jak najpr�dzej doj�� do okolic, w kt�rych b�dzie m�g� na�apa� Murzyn�w. Czy chcia�aby�, �eby�my si� ju� po��czyli z jego oddzia�em? Dziewczynka skin�a swoj� p�ow� g��wk� na znak, �e bardzo jej o to chodzi. � Co ci na tym zale�y? � zapyta� Sta�. � Bo mo�e Gebhr nie b�dzie �mia� przy Smainie tak okropnie bi� tego biednego Kali. � Smain pewnie nie lepszy. Oni wszyscy nie maj� mi�osierdzia dla swoich niewolnik�w. � Tak? By�o to dziewi�tego dnia podr�y. Gebhr, kt�ry teraz by� wodzem karawany, odnajdowa� z pocz�tku �atwo �lady pochodu Smaina. Wskazywa�y jego drog� szlaki wypalonej d�ungli i obozowiska pe�ne ogryzionych ko�ci i rozmaitych szcz�tk�w. Ale po up�ywie pi�ciu dni trafiono na niezmiern� przestrze� spalonego stepu, na kt�rym wiatr rozni�s� po�ar na wszystkie strony. �lady sta�y si� m�tne i zawi�e, gdy� widocznie Smain rozdzieli� sw�j oddzia� na kilkana�cie mniejszych, by u�atwi� im otaczanie zwierzyny i zdobywanie �ywno�ci. Gebhr nie wiedzia�, w jakim kierunku i��, i cz�sto zdarza�o si�, �e karawana po d�ugim ko�owaniu wraca�a na to samo miejsce, z kt�rego wysz�a. Potem trafili na lasy, a po przebyciu ich weszli w kraj skalisty, gdzie grunt pokrywa�y p�askie g�azy lub drobne kamienie rozrzucone na wielkich rozleg�o�ciach tak g�sto, �e dzieciom przypomina�y si� bruki miejskie. Ro�linno�ci by�o tam sk�po. Tylko gdzieniegdzie w rozpadlinach ska� ros�y euforbie, starce, mimozy, a rzadziej jeszcze wysmuk�e jasnozielone drzewa, kt�re Kali nazywa� w j�zyku ki-swahili �m'ti� i kt�rych li��mi karmiono konie. W okolicy brak�o ca�kiem rzeczu�ek i strumieni, na szcz�cie pocz�y ju� od czasu do czasu pada� deszcze, wi�c znajdowano wod� we wg��bieniach i wydr��eniach ska�. Zwierzyn� wyp�oszy�y oddzia�y Smaina i karawana by�aby mar�a g�odem, gdyby nie mn�stwo pentarek, kt�re co chwila zrywa�y si� spod n�g koni, a pod wiecz�r obsiada�y drzewa tak g�sto, �e do�� by�o strzeli� w odpowiednim kierunku, a�eby kilka spad�o na ziemi�. Nie by�y przy tym wcale p�ochliwe i pozwala�y si� zaj�� blisko, a podrywa�y si� tak ci�ko i opieszale, �e Saba, biegn�cy przed karawan�, chwyta� je i dusi� prawie ka�dego dnia. Chamis zabija� ich po kilkana�cie dziennie ze starej kapiszonowej strzelby, kt�r� by� wyszachrowa� od jednego z podw�adnych Hatimowi derwisz�w podczas drogi z Omdurmanu do Faszody. �rutu jednak nie posiada� ju� wi�cej jak na dwadzie�cia naboj�w i niepokoi� si� my�l�, co b�dzie, gdy ca�y zapas si� wyczerpie. Wprawdzie pomimo przep�oszenia zwierzyny pojawia�y si� niekiedy w�r�d ska� stadka arieli, pi�knych antylop pospolitych w ca�ej �rodkowej Afryce, ale do arieli trzeba by�o strzela� ze sztucera, oni za� nie umieli u�y� strzelby Stasia, a Gebhr nie chcia� mu jej da� do r�ki. Suda�czyk r�wnie� pocz�� si� niepokoi� d�ug� drog�. Przychodzi�o mu chwilami do g�owy, by wraca� do Faszody, w razie bowiem gdyby si� rozmin�li ze Smainem, mogli si� zab��ka� w dzikich okolicach, w kt�rych nie m�wi�c ju� o g�odzie, grozi�y im napady dzikich zwierz�t i dzikszych jeszcze Murzyn�w, dysz�cych zemst� za �owy, kt�re na nich wyprawiono. Ale poniewa� nie wiedzia�, �e Seki-Tamala wybiera si� przeciw Eminowi, gdy� rozmowa o tym odbywa�a si� nie przy nim, wi�c bra� go strach na my�l, �e przyjdzie mu stan�� przed obliczem pot�nego emira, kt�ry kaza� mu odwie�� dzieci do Smaina i da� mu do niego list, zapowiedziawszy przy tym, �e je�li nie wywi��e si� nale�ycie z obowi�zku � p�jdzie na powr�z. Wszystko to razem wzi�te przepe�nia�o mu dusz� gorycz� i z�o�ci�. Nie �mia� ju� jednak m�ci� si� za

swe zawody na Stasiu i Nel, natomiast plecy biednego Kalego broczy�y co dzie� krwi� pod korbaczem. M�ody niewolnik zbli�a� si� do srogiego pana zawsze z dr�eniem i trwog�. Ale na pr�no obejmowa� jego nogi i ca�owa� r�ce, na pr�no pada� przed nim na twarz. Kamiennego serca nie wzrusza�a ni pokora, ni j�ki i korbacz rozdziera� z lada powodu, a czasem i bez powodu, cia�o nieszcz�liwego ch�opca. Na noc wk�adano mu nogi w drewnian� desk� z otworami, by nie uciek�. W dzie� szed� na powrozie przy koniu Gebhra, co nadzwyczaj bawi�o Chamisa. Nel oblewa�a �zami niedol� Kalego, Sta� burzy� si� w sercu i kilkakrotnie ujmowa� si� za nim zapalczywie, ale gdy spostrzeg�, �e to podnieca jeszcze Gebhra, zaciska� tylko z�by i milcza�. Lecz Kali zrozumia�, �e tych dwoje ujmuje si� za nim, i pokocha� ich swym zbola�ym, biednym sercem g��boko. Od dwu dni jechali skalistym w�wozem o wysokich, stromych ska�ach. Z naniesionych i porozrzucanych bez�adnie kamieni �atwo by�o pozna�, �e w czasie pory d�d�ystej w�w�z nape�nia� si� wod�, ale obecnie dno jego by�o zupe�nie suche. Pod �cianami ros�o po obu stronach troch� trawy, du�o cierni, a nawet gdzieniegdzie i drzewa. Gebhr zapu�ci� si� w t� kamienn� gardziel dlatego, �e sz�a ustawicznie w g�r�, s�dzi� wi�c, �e doprowadzi go do jakiej wy�yny, z kt�rej �atwiej mu b�dzie dostrzec w dzie� dymy, a w nocy ogniska obozu Smaina. Miejscami w�w�z stawa� si� tak ciasny, �e tylko dwa konie mog�y i�� w pobok, miejscami rozszerza� si� w ma�e, okr�g�e doliny, otoczone jakby wysokimi kamiennymi murami, na kt�rych siedzia�y wielkie pawiany igraj�c z sob�, szczekaj�c i pokazuj�c karawanie z�by. By�a godzina pi�ta po po�udniu. S�o�ce zni�y�o si� ju� ku zachodowi. Gebhr my�la� o noclegu; chcia� tylko dotrze� do jakiej� dolinki, w kt�rej mo�na by urz�dzi� zerib�, to jest otoczy� karawan� wraz z ko�mi p�otem z kolczastych mimoz i akacji, chroni�cych od napadu dzikich zwierz�t. Saba bieg� naprz�d, poszczekuj�c na ma�py, kt�re na jego widok rzuca�y si� niespokojnie, i raz w raz znika� w zakr�tach w�wozu. Echo powtarza�o rozg�o�nie jego szczekanie. Nagle jednak umilk�, a po chwili przybieg� p�dem do koni ze zje�on� sier�ci� na grzbiecie i wtulonym pod siebie ogonem. Beduini i Gebhr zrozumieli, �e musia�o go co� przestraszy�, ale spojrzawszy po sobie i chc�c przekona� si�, co to by� mog�o, ruszyli dalej. Lecz przejechawszy ma�y zakr�t, zdarli konie i stan�li w jednej chwili jak wryci na widok, kt�ry uderzy� ich oczy. Oto na niewielkiej skale, le��cej w samym �rodku do�� szerokiego w tym miejscu w�wozu, le�a� lew. Dzieli�o ich od niego najwy�ej sto krok�w. Pot�ny zwierz ujrzawszy je�d�c�w i konie podni�s� si� na przednie �apy i pocz�� na nich patrze�. Nisko stoj�ce ju� s�o�ce o�wieca�o jego ogromn� g�ow�, kud�ate piersi � i w tym czerwonym blasku podobny by� do jednego z takich sfinks�w, jakie zdobi� wej�cia do staro�ytnych �wi�ty� egipskich. Konie j�y przysiada� na zadach, kr�ci� si� i cofa�. Zdumieni i przera�eni je�d�cy nie wiedzieli, co pocz��, wi�c z ust do ust przelatywa�y tylko trwo�ne i bezradne s�owa: �Allach! Bismillach! Allach akbar!� A kr�l puszczy patrza� na nich z g�ry, nieruchomy, jakby odlany z br�zu. Gebhr i Chamis s�yszeli od kupc�w przybywaj�cych z ko�ci� s�oniow� i gum� z Sudanu do Egiptu, �e lwy k�ad� si� czasem na drodze karawan, kt�re wobec tego musz� po prostu zbacza�. Lecz tu nie by�o gdzie zboczy�. Wypada�o chyba zawr�ci� i ucieka�! Tak, ale w takim razie by�o rzecz� niemal pewn�, �e straszny zwierz rzuci si� za nimi w pogo�.

Zn�w zatem zabrzmia�y gor�czkowe pytania: � Co robi�? � Co robi�? � Allach! mo�e ust�pi. � Nie ust�pi. I znowu zapad�a cisza. S�ycha� by�o tylko chrapanie koni i przyspieszony oddech piersi ludzkich. � Spu�� Kalego z powroza � ozwa� si� nagle do Gebhra Chamis � a my uciekajmy na koniach, w�wczas lew jego pierwszego dogoni i jego tylko zabije. � Uczy� tak! � powt�rzyli Beduini. Lecz Gebhr odgad�, �e w takim razie Kali wdrapie si� w mgnieniu oka na �cian� skaln�, a lew pogna za ko�mi, przeto do g�owy wpad� mu inny, okropny pomys�. Oto zar�nie ch�opca i rzuci go przed siebie, a wtedy zwierz skoczywszy za nimi ujrzy na ziemi krwawe cia�o i zatrzyma si�, by je po�re�. Wi�c przyci�gn�� Kalego powrozem do siod�a i ju� podni�s� n�, gdy w tej samej sekundzie Sta� chwyci� go za szeroki r�kaw d�iuby. � Co robisz, �otrze? Gebhr pocz�� si� szarpa� i gdyby ch�opiec chwyci� by� go za r�k�, wyrwa�by si� natychmiast, ale z r�kawem nie posz�o tak �atwo, wi�c szarpi�c si� pocz�� jednocze�nie charcze� st�umionym ze w�ciek�o�ci g�osem: � Psie, je�li jego nie starczy, zak�uj� i was! Allach! zak�uj�, zak�uj�! A Sta� poblad� �miertelnie, albowiem b�yskawic� przebieg�a mu my�l, �e lew, goni�c przede wszystkim za ko�mi, mo�e istotnie pomin�� w p�dzie trupa Kalego, a w takim razie Gebhr z najwi�ksz� pewno�ci� zar�nie kolejno ich oboje. Wi�c ci�gn�c ze zdwojon� si�� za r�kaw krzykn��: � Daj mi strzelb�!... zabij� lwa! Beduin�w zdumia�y te s�owa, ale Chamis, kt�ry widzia� jeszcze w Port-Saidzie, jak Sta� strzela, pocz�� natychmiast wo�a�: � Daj mu strzelb�! On zabije lwa! Gebhr przypomnia� sobie od razu strza�y na jeziorze Karouni wobec straszliwego niebezpiecze�stwa pr�dko zaniecha� oporu. Z wielkim nawet po�piechem poda� ch�opcu sztucer, a Chamis otworzy� co duchu pud�o z nabojami, z kt�rego Sta� zaczerpn�� pe�n� gar�ci�. Potem zeskoczy� z konia, wsun�� �adunki w lufy i ruszy� naprz�d. Przez pierwszych kilka krok�w by� jakby odurzony i widzia� tylko siebie i Nel z szyjami poder�ni�tymi no�em Gebhra. Ale wnet bli�sze i straszniejsze niebezpiecze�stwo kaza�o mu zapomnie� o wszystkim innym. Mia� przed sob� lwa! Na widok zwierza pociemnia�o mu w oczach. Poczu� zimno w policzkach i w nosie, poczu�, �e nogi ma jak o�owiane i �e mu brak tchu. Po prostu ba� si�. W PortSaidzie czytywa�, nawet i w czasie lekcji, o polowaniach na lwy, ale co innego by�o ogl�da� obrazki w ksi��kach, a co innego stan�� oko w oko z potworem, kt�ry teraz oto patrzy� na niego jakby ze zdziwieniem, marszcz�c swe szerokie, podobne do tarczy czo�o. Arabowie przytaili dech w piersiach, albowiem nigdy w �yciu nie widzieli nic podobnego. Z jednej strony ma�y ch�opiec, kt�ry w�r�d wysokich ska� wydawa� si� jeszcze mniejszy, z drugiej pot�ny zwierz, z�oty w promieniach s�o�ca, wspania�y,

gro�ny � �pan z wielk� g�ow��, jak m�wi� Suda�czycy. Sta� przem�g� ca�� si�� woli bezw�adno�� n�g i posun�� si� dalej. Jeszcze przez chwil� wyda�o mu si�, �e serce podchodzi mu a� do gard�a � i trwa�o to dop�ty, dop�ki nie podni�s� strzelby do twarzy. W�wczas trzeba by�o my�le� o czym innym. Czy zbli�y� si� wi�cej, czy ju� strzela�? Gdzie mierzy�? Im mniejsza odleg�o��, tym strza� pewniejszy... a zatem dalej! dalej! krok�w czterdzie�ci jeszcze za du�o... trzydzie�ci! � dwadzie�cia! Ju� powiew przynosi ostry zwierz�cy sw�d... Ch�opiec stan��. �Kula mi�dzy oczy albo po mnie! � pomy�la�. � W imi� Ojca i Syna!...� A lew podni�s� si�, przeci�gn�� grzbiet i zni�y� g�ow�. Wargi pocz�y mu si� odchyla�, brwi nasun�y si� na oczy. Ta drobna jaka� istotka o�mieli�a si� podej�� zbyt blisko � wi�c gotowa� si� do skoku przysiadaj�c, z drganiem ud, na tylnych �apach... Lecz Sta� przez jedno mgnienie oka dostrzeg�, �e muszka sztucera przypada na czole zwierza, i poci�gn�� za cyngiel. Hukn�� strza�. Lew wspi�� si� tak, �e przez chwil� wyprostowa� si� na ca�� wysoko��, po czym run�� na wznak, czterema �apami do g�ry. I w ostatniej konwulsji stoczy� si� ze ska�y na ziemi�. Sta� trzyma� go jeszcze przez kilka minut pod strza�em, lecz widz�c, �e drgawki ustaj� i �e p�owe cielsko wypr�y�o si� bezw�adnie, otworzy� strzelb� i za�o�y� nowy �adunek. �ciany skaliste rozbrzmiewa�y jeszcze gromkim echem. Gebhr, Chamis i Beduini nie mogli zrazu dojrze�, co si� sta�o, gdy� poprzedniej nocy pada� deszcz i z powodu wilgoci powietrza dym zas�oni� wszystko w ciasnym w�wozie. Dopiero gdy dym opad�, pocz�li krzycze� z rado�ci i chcieli skoczy� ku ch�opcu, ale na pr�no, gdy� �adna si�a nie mog�a zmusi� koni do kroku naprz�d. A Sta� zawr�ci�, obj�� wzrokiem czterech Arab�w i wpi� oczy w Gebhra. � Ach, do��! � rzek� zaciskaj�c z�by. � Przebra�e� miar�. Nie zamordujesz ani Nel, ani nikogo wi�cej! I nagle uczu�, �e nos i policzki bledn� mu znowu, ale by�o to inne zimno, p�yn�ce nie ze strachu, lecz ze strasznego i nieub�aganego postanowienia, od kt�rego serce w piersiach czym si� na razie �elazne. � Tak! To przecie �otry, katy, mordercy, a Nel w ich r�ku!... � Nie zamordujesz jej � powt�rzy�. Zbli�y� si� ku nim � zn�w stan�� i � nagle z b�yskawiczn� szybko�ci� podni�s� strzelb� do twarzy. Dwa strza�y jeden za drugim targn�y echem w�wozu: Gebhr run�� na ziemi� jak w�r piasku, a Chamis pochyli� si� w kulbace i uderzy� krwawym czo�em o kark ko�ski. Dwaj Beduini wydali okropny okrzyk przera�enia i zeskoczywszy z koni rzucili si� ku Stasiowi. Zakr�t by� za nimi niedaleko i gdyby byli uciekali za siebie, czego Sta� �yczy� sobie w duszy, byliby mogli uchroni� si� przed �mierci�. Ale za�lepionym trwog� i w�ciek�o�ci� wyda�o si�, �e dopadn� ch�opca wpierw, nim zdo�a zmieni� naboje, i zad�gaj� go no�ami. G�upcy! ledwie przebiegli kilkana�cie krok�w, szcz�kn�a zn�w z�owroga strzelba, w�w�z odegrzmia� echem nowych strza��w i

obaj padli twarzami na ziemi�, rzucaj�c si� i t�uk�c jak wyj�te z wody ryby. Jeden � gorzej w po�piechu strzelony � podni�s� si� jeszcze i wspar� na r�kach, ale w tej chwili Saba zatopi� mu k�y w karku. Nasta�a �miertelna cisza. Przerwa�y j� dopiero j�ki Kalego, kt�ry rzuci� si� na kolana i wyci�gn�wszy przed si� r�ce krzycza� w �amanym j�zyku ki-swahili: � Bwana kubwa! (Panie wielki) zabi� lwa, zabi� z�ych ludzi, ale nie zabija� Kalego! Sta� jednak nie zwa�a� na jego wo�anie. Czas jaki� sta� jak b��dny, po czym spostrzeg�szy zbiela�� twarzyczk� Nel i jej na wp� przytomne, rozszerzone z przera�enia oczy skoczy� ku niej: � Nel! nie b�j si�!... Nel! jeste�my wolni...

Jako� byli istotnie wolni, ale i zab��kani w dzikiej bezludnej puszczy, w czelu�ciach �czarnego l�du�.

ROZDZIA� XXII

Zanim Sta� i m�ody Murzyn poodci�gali na boki w�wozu zabitych Arab�w i ci�kie cielsko lwa, s�o�ce zni�y�o si� jeszcze i wkr�tce mia�a zapa�� noc. Ale niepodobna by�o nocowa� w s�siedztwie trup�w, wi�c chocia� Kali ukazuj�c na zabitego zwierza g�aska� si� po piersiach i powtarza� mlaskaj�c j�zykiem: �Msuri nyama� (dobre, dobre mi�so), Sta� nie da� mu si� zaj�� �nyam��, a natomiast kaza� mu �apa� konie, kt�re poucieka�y po strza�ach. Czarny ch�opak wywi�za� si� z tego nadzwyczaj zr�cznie, zamiast bowiem goni� je w�wozem, w kt�rym to razie by�yby ucieka�y coraz dalej, wdrapa� si� na g�r� i skracaj�c sobie drog� przez wymijanie zakr�t�w, zabieg� sp�oszonym rumakom drog� od przodu. W ten spos�b schwyta� z �atwo�ci� dwa, a dwa inne nap�dzi� na Stasia. Tylko koni Gebhra i Chamisa nie mo�na ju� by�o odszuka�, ale i tak pozosta�y cztery, nie licz�c objuczonego namiotem i rzeczami k�apoucha, kt�ry wobec tragicznych wypadk�w okaza� prawdziwie filozoficzny spok�j. Znaleziono go za zakr�tem, szczypi�cego dok�adnie, ale bez po�piechu, traw� rosn�c� na dnie w�wozu. Mierzyny suda�skie przyzwyczajone s� w og�le do widoku dzikich zwierz�t, ale boj� si� lw�w, by�o wi�c sporo trudno�ci z przeprowadzeniem ich obok ska�y, przy kt�rej czernia�a ka�u�a krwi. Konie chrapa�y rozdymaj�c nozdrza i wyci�gaj�c szyje ku zakrwawionym kamieniom, wszelako gdy osio� przystrzyg�szy tylko nieco uszyma przeszed� spokojnie, przesz�y i one. Noc by�a tu�, ujechali jednak oko�o kilometra i zatrzymali si� dopiero w miejscu, w kt�rym w�w�z rozszerza� si� zn�w w ma��, amfiteatraln� dolink�, poro�ni�t� g�sto cierniem i krzewami kolczastej mimozy. � Panie � rzek� m�ody Murzyn � Kali napali� ogie�, du�y ogie�! I wzi�wszy suda�ski, szeroki miecz, kt�ry zdj�� by� z trupa Gebhra, pocz�� �cina� nim ciernie, a nawet i wi�ksze drzewka. Po napaleniu ognia �cina� jeszcze, p�ki

nie nagromadzi� tak wielkiego zapasu, �e mog�o wystarczy� go na ca�� noc. Po czym obaj ze Stasiem ustawili namiocik dla Nel pod wysok� prostopad�� �cian� doliny, a nast�pnie otoczyli go p�kolistym, szerokim i wysokim kolczastym p�otem, czyli tak zwan� zerib�. Sta� wiedzia� z opis�w afryka�skich w�dr�wek, �e podr�nicy ubezpieczaj� si� w ten spos�b przed napadami dzikich zwierz�t. Konie jednak nie mog�y si� za p�otem pomie�ci�, wi�c ch�opcy rozkulbaczywszy je i zdj�wszy z nich naczynia blaszane i worki pop�tali je tylko, by nie oddali�y si� zanadto w poszukiwaniu trawy lub wody. Mea znalaz�a zreszt� wod� w pobli�u, we wg��bieniu skalnym tworz�cym jakby ma�y basen, pod przeciwleg�ymi ska�ami. By�o jej sporo, tak �e starczy�o i dla koni, i na ugotowanie pentarek, zastrzelonych rano przez Chamisa. W jukach, kt�re wraz z namiotem d�wiga� osio�, znalaz�o si� te� oko�o trzech garncy durry i kilka gar�ci soli oraz wi�zka suszonych korzeni manioku. Starczy�o wi�c na obfit� wieczerz�. Korzystali z niej jednak przewa�nie tylko Kali i Mea. M�ody Murzyn, kt�rego Gebhr g�odzi� w okropny spos�b, zjad� tak� ilo�� pokarmu, jaka mog�a nasyci� dw�ch ludzi. Ale te� by� za to ca�ym sercem wdzi�czny swoim nowym pa�stwu i natychmiast po wieczerzy pad� na twarz przed Stasiem i Nel na znak, �e pragnie do ko�ca �ycia zosta� ich niewolnikiem, a nast�pnie z�o�y� r�wnie pokorn� czo�obitno�� strzelbie Stasia rozumiej�c widocznie, �e bezpieczniej jest zjedna� sobie �ask� tak gro�nego narz�dzia. Po czym o�wiadczy�, �e podczas snu �pana wielkiego� i bibi b�dzie czuwa� na przemian z Me�, by ogie� nie zgas� � i siad� przy nim w kucki mrucz�c z cicha co� w rodzaju piosenki, w kt�rej powtarza�y si� co chwila wyrazy: �Simba kufa! simba kufa!�, co znaczy w j�zyku kiswahili: lew zabity. Ale �panu wielkiemu� ani ma�ej bibi nie by�o do snu. Nel na wielkie pro�by Stasia prze�kn�a zaledwie par� kawa�k�w pentarki i kilka ziarnek rozgotowanej durry. M�wi�a, �e nie chce si� jej ani je��, ani spa�, tylko pi�. Stasia chwyci�a obawa, czy nie dosta�a gor�czki, ale przekona� si�, �e r�ce ma ch�odne, a nawet a� nadto zimne. Nam�wi� j� jednak, aby wesz�a pod namiot, gdzie przygotowa� dla niej pos�anie, obszukawszy wpierw starannie, czy w trawie nie ma skorpion�w. Sam siad� na kamieniu ze sztucerem w r�ku, by broni� jej od napadu dzikich zwierz�t, w razie gdyby ogie� okaza� si� niedostateczn� obron�. Ogarn�o go niezmierne zm�czenie i wyczerpanie. W duszy powtarza� sobie: �Zabi�em Gebhra i Chamisa, zabi�em Beduin�w, zabi�em lwa i jeste�my wolni.� Ale by�o to tak, jakby te s�owa szepta� mu kto inny i jakby on sam nie rozumia� dobrze, co to znaczy. Mia� tylko poczucie, �e s� wolni, ale �e sta�o si� zarazem co� okropnego, co nape�nia�o go niepokojem i przygniata�o ma piersi jak ci�ki kamie�. Wreszcie my�li pocz�y mu dr�twie�. D�ugi czas patrzy� na wielkie �my kr���ce nad p�omieniem, a w ko�cu j�� kiwa� si� i drzema�. Kali drzema� tak�e, ale budzi� si� co chwila i dorzuca� ga��zi do ognia. Noc uczyni�a si� g��boka i co rzadko zdarza si� pod zwrotnikami, bardzo cicha. S�ycha� tylko by�o trzask p�on�cych cierni i syczenie p�omienia, kt�ry roz�wieca� zatoczone p�kolem wiszary skalne. Ksi�yc nie rozja�nia� g��bin w�wozu, ale w g�rze migota�y roje nieznanych gwiazd. Powietrze sta�o si� tak ch�odne, �e Sta� zbudzi� si�, otrz�sn�� senne odr�twienie i pocz�� troszczy� si� o to, czy ch��d nie dokuczy ma�ej Nel. Lecz uspokoi� si� przypomniawszy sobie, �e zostawi� jej pod namiotem na woj�okach pled, kt�ry Dinah zabra�a jeszcze z Fajumu. Przysz�o mu te� na my�l, �e jad�c od samego Nilu ci�gle, lubo nieznacznie, pod g�r�, musieli przez tyle dni zajecha� ju� do�� wysoko, a zatem do kraj�w, w kt�rych febra nie grozi ju� tak jak w niskim �o�ysku rzeki. Dojmuj�cy ch��d nocny zdawa� si� potwierdza� to przypuszczenie. I my�l ta doda�a mu otuchy. Podszed� na chwil� pod namiot, by pos�ucha�, czy Nel �pi spokojnie, po czym wr�ci�, siad� bli�ej ognia i zn�w pocz�� drzema�, a nawet zasn�� g��boko.

Nagle zbudzi�o go warczenie Saby, kt�ry poprzednio u�o�y� si� do snu tu� przy jego nogach. Kali ockn�� si� tak�e i obaj pocz�li spogl�da� niespokojnie na brytana, kt�ry wyci�gni�ty jak struna, nastawi� uszy i �opoc�c nozdrzami wietrzy� w stron�, z kt�rej przybyli, wpatruj�c si� zarazem w ciemno��. Sier�� zje�y�a mu si� na karku i grzbiecie, a piersi wzdyma�y si� od powietrza, kt�re warcz�c wci�ga� w p�uca. M�ody niewolnik dorzuci� co pr�dzej suchych ga��zi na ogie�. � Panie � szepta� � wzi�� strzelb�! wzi�� strzelb�! Sta� wzi�� strzelb� i wysun�� si� przed ogie�, by widzie� lepiej mroczn� g��b w�wozu. Warczenie Saby zmieni�o si� w urywane poszczekiwanie. Przez d�ug� chwil� nie by�o nic s�ycha�, po czym jednak�e do uszu Kalego i Stasia dolecia� z odleg�o�ci g�uchy t�tent, jakby jakie� wielkie zwierz�ta bieg�y szybko w stron� ognia. T�tent �w odbija� si� w�r�d ciszy echem o skalne �ciany i stawa� si� coraz g�o�niejszy. Sta� zrozumia�, �e zbli�a si� �miertelne niebezpiecze�stwo. Ale co to by� mog�o? Mo�e bawo�y, mo�e jaka para nosoro�c�w, kt�ra szuka wyj�cia z w�wozu? W takim razie, je�li huk strza�u nie sp�oszy ich i nie zawr�ci, nic nie uratuje karawany, albowiem zwierz�ta te, nie mniej z�o�liwe i napastnicze od drapie�nych nie boj� si� ognia i roztratuj� wszystko po drodze... Gdyby to by� jednak jaki oddzia� Smaina, kt�ry, natkn�wszy si� na trupy w w�wozie, �ciga morderc�w? Sta� sam nie wiedzia�, co by�oby lepsze � pr�dka �mier� czy nowa niewola? Przebieg�o mu przy tym przez g�ow�, �e je�eli sam Smain znajdzie si� w oddziale, to ich mo�e oszcz�dzi, ale je�li go nie ma, to derwisze albo zamorduj� ich natychmiast, albo co gorzej, um�cz� ich przed �mierci� w okrutny spos�b. �Ach � pomy�la� � daj Bo�e, �eby to by�y zwierz�ta, nie ludzie!� Tymczasem t�tent r�s� i zmieni� si� w grzmot kopyt � a� na koniec z ciemno�ci wy�oni�y si� b�yszcz�ce oczy, rozd�te chrapy i rozwiane od biegu grzywy. � Konie! � zawo�a� Kali. Jako� by�y to konie Gebhra i Chamisa. Przybieg�y oba w dzikim p�dzie, gnane widocznie trwog�, lecz wpad�szy w kr�g �wiat�a i ujrzawszy swych pop�tanych towarzysz�w wspi�y si� na zadnich nogach, po czym parskaj�c zary�y si� kopytami w ziemi� i pozosta�y przez chwil� nieruchome. Lecz Sta� nie odj�� strzelby od twarzy. By� pewien, �e za ko�mi wychyli si� lada chwila kud�ata g�owa lwa lub p�aska czaszka pantery. Ale czeka� na pr�no. Konie uspokaja�y si� z wolna, a co wi�cej, Saba przesta� po niejakim czasie wietrzy�, natomiast okr�ciwszy si� kilkakrotnie na miejscu, jak czyni� zwykle psy, po�o�y� si�, zwin�� w k�ko i zamkn�� oczy. Widocznie je�li jaki zwierz drapie�ny �ciga� konie, to poczuwszy dym lub zobaczywszy odblask ognia na ska�ach, cofn�� si� z daleka. � Musia�o jednak co� mocno je nastraszy� � rzek� do Kalego Sta� � skoro nie ba�y si� przebiec obok trup�w ludzi i lwa. � Panie � odrzek� ch�opak. � Kali domy�la� si�, co si� sta�o. Du�o, du�o hien i szakali wej�� do w�wozu i i�� do trup�w. Konie przed nimi ucieka�, ale hieny ich nie goni�, bo one je�� Gebhra i tamtych innych... � By� mo�e; ale ty teraz id�, rozsiod�aj konie, zabierz naczynia i worki i przynie� tu. A nie b�j si�, bo strzelba ci� obroni. � Kali si� nie ba� � odpowiedzia� ch�opak. I rozsun�wszy nieco cierni przy samej skale, wysun�� si� za zerib�, a tymczasem

wysz�a z namiotu Nel. Saba podni�s� si� natychmiast i tr�caj�c j� nosem, upomina� si� o zwyk�e pieszczoty. Ale ona wyci�gn�wszy zrazu r�k� cofn�a j� natychmiast jakby ze wstr�tem. � Stasiu, co si� sta�o? � spyta�a. � Nic. Przybieg�y tamte konie. Czy to ich t�tent ci� rozbudzi�? � Obudzi�am si� ju� przedtem i chcia�am nawet wyj�� z namiotu, ale... � Ale co? � My�la�am, �e si� mo�e rozgniewasz. � Ja? na ciebie? A Nel podnios�a oczy i pocz�a na niego spogl�da� jakim� szczeg�lnym wzrokiem, takim, jakim nie patrzy�a nigdy przedtem. Po twarzy Stasia przemkn�o wielkie zdziwienie, albowiem w jej s�owach i spojrzeniu wyczyta� wyra�nie obaw�. �Ona si� mnie boi!� � pomy�la�. I w pierwszej chwili odczu� jakby przeb�ysk zadowolenia. Pochlebi�a mu my�l, �e po tym, czego dokona�, nawet Nel uwa�a go nie tylko za cz�owieka zupe�nie doros�ego, ale za gro�nego wojownika rozsiewaj�cego wok� trwog�. Ale trwa�o to kr�tko, albowiem niedola rozwin�a w nim umys� i dar spostrzegawczy, pomiarkowa� przeto, �e w zaniepokojonych oczach dziewczynki wida� obok trwogi jakby odraz� do tego, co si� sta�o, do tej przelanej krwi i do tej okropno�ci, kt�rej by�a dzi� �wiadkiem � przypomnia� sobie, jak przed chwil� cofn�a r�k� nie chc�c pog�aska� Saby, kt�ry dodusi� jednego z Beduin�w. Tak! Sta� sam czu� przecie na piersiach zmor�. Inna rzecz by�a czyta� w Port-Saidzie o traperach ameryka�skich zabijaj�cych na Dalekim Zachodzie tuzinami czerwonosk�rych Indian, a inna dokona� tego osobi�cie i widzie� �ywych przed chwil� ludzi chrapi�cych w drgawkach w�r�d ka�u� krwi. Tak! Nel ma niezawodnie w sercu pe�no l�ku, ale zar�wno i odrazy, kt�ra w niej pozostanie na zawsze. �B�dzie si� mnie ba�a � pomy�la� Sta� � ale w g��bi serca, mimo woli, nie przestanie mie� mi tego za z�e i to b�dzie moja zap�ata za to wszystko, com dla niej zrobi�.� Na t� my�l wielka gorycz wezbra�a mu w piersiach, albowiem zdawa� sobie doskonale spraw�, �e gdyby nie Nel, to ju� dawno albo zosta�by zabity, albo by�by uciek�. Dla niej wi�c przecierpia� to wszystko, co przecierpia�, a te m�ki i g�ody na to tylko si� przyda�y, �e oto teraz stoi przed nim sp�oszona, jakby nie ta sama, ma�a siostrzyczka i wznosi ku niemu oczy nie z dawn� ufno�ci�, ale ze zdziwionym l�kiem. Sta� uczu� si� nagle bardzo nieszcz�liwy. Po raz pierwszy w �yciu zrozumia�, co to jest roz�alenie. �zy nap�ywa�y mu mimo woli do oczu i gdyby nie to, �e �gro�nemu wojownikowi� �adn� miar� nie wypada�o si� rozp�aka�, by�by to mo�e uczyni�. Pohamowa� si� jednak i zwr�ciwszy si� do dziewczynki zapyta�: � Czy ty si� boisz, Nel?... A ona odpowiedzia�a cicho: � Jako�... tak straszno! Na to Sta� kamie�, na � Si�d� tu to oprzesz kaza� Kalemu przynie�� woj�oki spod siode� i nakrywszy jednym z nich kt�rym poprzednio drzema�, drugi rozes�a� na ziemi i rzek�: przy mnie ko�o ognia... Prawda, jaka noc ch�odna? Je�li sen ci� zmorzy, o mnie g�ow� i za�niesz.

Nel za� powt�rzy�a: � Jako� tak straszno!...

Sta� owin�� j� starannie pledem i przez czas jaki� siedzieli w milczeniu, wsparci o siebie i o�wieceni r�owym blaskiem, kt�ry pe�ga� po ska�ach i iskrzy� si� migotliwie na blaszkach miki, kt�rymi upstrzone by�y kamienne z�omy. Za zerib� s�ycha� by�o parskanie koni i chrz�st trawy w ich z�bach. � S�uchaj, Nel � ozwa� si� Sta� � ja musia�em to zrobi�... Gebhr zagrozi�, �e nas zak�uje, je�li lew nie poprzestanie na Kalim, i b�dzie ich dalej goni�. S�ysza�a�?... Pomy�l, �e zagrozi� tym nie tylko mnie, ale i tobie. I by�by to zrobi�! Ja powiem ci szczerze, �e gdyby nie ta gro�ba, to jednak, cho� my�la�em ju� o tym dawniej, nie by�bym do nich strzela�. My�l�, �e nie m�g�bym... Ale on przebra� miar�. Widzia�a�, jak okropnie zn�ca� si� przedtem nad Kalim. A Chamis? jak�e on nikczemnie nas zaprzeda�. Przy tym czy wiesz. co by si� sta�o, gdyby oni nie byli znale�li Smaina? Oto Gebhr zacz��by si� zn�ca� tak samo nad nami... nad tob�. Okropno�� pomy�le�, �e bi�by ci� korbaczem i by�by nas oboje zam�czy�, a po naszej �mierci wr�ci�by sobie do Faszody i powiedzia�, �e�my pomarli z febry... Ja, Nel, nie z �adnego okrucie�stwa tak zrobi�em, ale musia�em my�le� o tym, jak by ci� uratowa�... O ciebie tylko mi chodzi�o... I w g�osie jego odbi�o si� wyra�nie to roz�alenie, kt�re przepe�nia�o mu serce. Nel zrozumia�a to widocznie, gdy� przytuli�a si� do niego mocniej, on za� opanowawszy chwilowe wzruszenie tak m�wi� dalej: � Ja si� przecie nie zmieni� i b�d� ci� strzeg� i pilnowa� jak poprzednio. P�ki oni �yli, nie by�o �adnej nadziei ratunku. Teraz mo�emy uciec do Abisynii. Abisy�czycy s� czarni i dzicy, ale chrze�cijanie i nieprzyjaciele derwisz�w. Byle� by�a zdrowa, to nam si� to uda, bo do Abisynii nie jest bardzo daleko. A cho�by nam si� nawet nie uda�o, cho�by�my wpadli w r�ce Smaina, to nie my�l, �e on si� b�dzie na nas m�ci�. On nigdy w �yciu nie widzia� ani Gebhra, ani Beduin�w; zna� tylko Chamisa, ale co mu tam Chamis! Mo�emy przy tym nie m�wi� wcale Smainowi, �e Chamis z nami by�. Je�li nam si� uda przedosta� do Abisynii, to b�dziemy ocaleni, a je�li nie, to i w takim razie nie b�dzie ci gorzej, tylko lepiej, bo takich okrutnik�w jak tamci nie ma chyba wi�cej na �wiecie... Nie b�j si� ty mnie, Nel!... I chc�c wzbudzi� jej zaufanie, a zarazem doda� otuchy, pocz�� j� g�aska� po p�owej g��wce. Dziewczynka s�ucha�a podnosz�c nie�mia�o na niego oczy. Widoczne by�o, �e chce co� powiedzie�, ale si� oci�ga i waha � i obawia. Na koniec schyli�a g�ow�, tak �e w�osy zakry�y ca�kiem jej twarz, i zapyta�a jeszcze ciszej ni� poprzednio i troch� dr��cym g�osem: � Stasiu... � Co, kochanie? � A oni tu nie przyjd�?... � Kto? � zapyta� ze zdziwieniem Sta�. � Tamci... zabici? � Co ty m�wisz, Nel?... � Boj� si�! boj� si�!... I poblad�e usta pocz�y si� jej trz���. Zapad�o milczenie. Sta� nie wierzy�, by zabici mogli zmartwychwsta�, ale poniewa� by�a noc i cia�a ich le�a�y niedaleko, wi�c uczyni�o mu si� jako� dziwnie nieswojo: dreszcz przebieg� mu po plecach. � Co ty m�wisz, Nel? � powt�rzy�. � To Dinah nauczy�a ci� ba� si� duch�w... Umarli nie... I nie sko�czy�, bo w tej chwili nocnej w g��biach w�wozu, w tej jaki� nieludzki okropny �miech, i b�l, i �kanie, i szyderstwo � sta�o si� co� przera�aj�cego. Oto w�r�d ciszy stronie, gdzie le�a�y trupy, rozleg� si� nagle w kt�rym drga�a rozpacz i rado��, i okrucie�stwo, rozdzieraj�cy i spazmatyczny �miech ob��kanych lub

pot�pie�c�w. Nel krzykn�a i z ca�ych si� obj�a Stasia ramionami. A jemu wszystkie w�osy stan�y d�bem. Saba zerwa� si� i pocz�� warcze�. Lecz siedz�cy opodal Kali podni�s� spokojnie g�ow� i rzek� prawie weso�o: � To hieny �mia� si� z Gebhra i z lwa.

ROZDZIA� XXIII

Wielkie wypadki poprzedniego dnia i wra�enia nocne tak wym�czy�y Stasia i Nel, �e gdy wreszcie zmorzy� ich sen, zasn�li oboje kamiennym snem i dziewczynka dopiero ko�o po�udnia ukaza�a si� przed namiotem. Sta� zerwa� si� nieco wcze�niej z woj�oku rozci�gni�tego blisko ogniska i w oczekiwaniu na towarzyszk� kaza� Kalemu zaj�� si� �niadaniem, kt�re ze wzgl�du na p�n� godzin� mia�o by� zarazem obiadem. Jasne �wiat�o dnia rozp�dzi�o nocne strachy; oboje zbudzili si� nie tylko wypocz�ci, ale i pokrzepieni na duchu. Nel wygl�da�a lepiej i czu�a si� silniejsza, �e za� oboje chcieli odjecha� jak najdalej od miejsca, w kt�rym le�eli postrzelani Suda�czycy, wi�c zaraz po posi�ku siedli na ko� i ruszyli przed siebie. O tej porze dnia wszyscy podr�nicy po Afryce zatrzymuj� si� na po�udniowy wypoczynek i nawet karawany z�o�one z Murzyn�w chroni� si� pod cie� wielkich drzew, s� to bowiem tak zwane �bia�e godziny� � godziny upa�u i milczenia, podczas kt�rych s�o�ce pra�y niemi�osiernie i spogl�daj�c z wysoka, zdaje si� szuka�, kogo by zabi�. Wszelki zwierz zaszywa si� w�wczas w najwi�ksze g�szcze; ustaje �piew ptak�w, ustaje brz�czenie owad�w i ca�a natura zapada w cisz�, przytaja si�, jakby chc�c uchroni� si� przed okiem z�ego b�stwa. Lecz oni jechali w�wozem, w kt�rym jedna ze �cian rzuca�a g��boki cie�, wi�c mogi� posuwa� si� naprz�d nie nara�aj�c si� na spiek�. Sta� nie chcia� opuszcza� w�wozu naprz�d dlatego, �e na g�rze mogli by� dostrze�eni z dala przez oddzia�y Smaina, a po wt�re, �e �atwiej w nim by�o znale�� w rozpadlinach skalnych wod�, kt�ra w miejscach odkrytych wsi�ka�a w ziemi� lub zmienia�a si� pod wp�ywem promieni s�onecznych w par�. Droga ci�gle, lubo nieznacznie, sz�a w g�r�. Na �cianach skalnych wida� by�o miejscami ��te z�ogi siarki. Woda w szczelinach przej�ta by�a tak�e jej zapachem, co obojgu dzieciom przypomina�o w niemi�y spos�b Omdurman i mahdyst�w, kt�rzy namaszczali g�owy t�uszczem ugniecionym z proszkiem siarczanym. W innych natomiast miejscach czu� by�o koty pi�mowe, a tam, gdzie z wysokich wiszar�w spada�y a� na d� w�wozu przepyszne kaskady lian�w, rozchodzi�a si� upajaj�ca wo� wanilii. Mali w�drowcy ch�tnie zatrzymywali si� w cieniu tych kotar haftowanych kwieciem purpurowym i lila, kt�re wraz z li��mi dostarcza�o pokarmu dla koni. Zwierz�t nie by�o wida�, tylko gdzieniegdzie na zr�bach ska� siedzia�y w kucki ma�py, podobne na tle nieba do takich fantastycznych bo�yszcz poga�skich, jakie w Indiach zdobi� kraw�dzie �wi�ty�. Wielkie grzywiaste samce pokazywa�y Sabie z�by lub wyci�ga�y w tr�bk� paszcz� na znak zdumienia i gniewu, podskakuj�c jednocze�nie, mrugaj�c oczyma i drapi�c si� po bokach. Ale Saba, przyzwyczajony ju� do ich ci�g�ego widoku, niewiele zwraca� na te gro�by uwagi.

Jechali ra�nie. Rado�� z odzyskanej wolno�ci sp�dzi�a z piersi Stasia t� zmor�, kt�ra d�awi�a go w nocy. G�ow� mia� obecnie zaj�t� tylko my�l�, co dalej czyni�, jak wyprowadzi� Nel i siebie z okolic, w kt�rych grozi�a im ponowna niewola u derwisz�w, jak radzi� sobie podczas d�ugiej podr�y przez puszcz�, by nie umrze� z g�odu i pragnienia, i na koniec: dok�d i��? Wiedzia� jeszcze od Hatima, �e z Faszody w prostej linii do granicy abisy�skiej nie ma wi�cej ni� pi�� dni drogi � i wyrachowa�, �e wyniesie to oko�o stu mil angielskich. Ow� od wyjazdu ich z Faszody up�yn�o blisko dwa tygodnie, jasn� wi�c by�o rzecz�, �e nie szli t� najkr�tsz� drog�, lecz w poszukiwaniu Smaina musieli skr�ci� znacznie na po�udnie. Przypomnia� sobie, �e w sz�stym dniu podr�y przebyli rzek�, kt�ra nie by�a Nilem, a potem, zanim kraj zacz�� si� wznosi�, przeje�d�ali ko�o jakich� du�ych b�ot. W szkole w Port-Saidzie uczono bardzo dok�adnie geografii Afryki i Stasiowi zosta�a w pami�ci nazwa Ballor, oznaczaj�ca rozlewiska ma�o znanej rzeki Sobbat, wpadaj�cej do Nilu. Nie by� wprawdzie pewny, czy pomin�li te w�a�nie rozlewiska, ale przypuszcza�, �e tak by�o. Przysz�o mu do g�owy, �e Smain chc�c na�apa� niewolnik�w nie m�g� ich szuka� wprost na wsch�d od Faszody, gdy� kraj by� tam ju� ca�kowicie wyludniony przez derwisz�w i osp�, lecz musia� i�� ku po�udniowi, w okolice dotychczas przez wyprawy nie nawiedzane. Sta� wywnioskowa� z tego, �e id� �ladami Smaina � i ta my�l przestraszy�a go w pierwszej chwili. Pocz�� wi�c zastanawia� si�, czy nie nale�y porzuci� w�wozu, kt�ry skr�ca� coraz wyra�niej na po�udnie, i i�� wprost na wsch�d. Lecz po chwili rozwagi zaniecha� tego zamiaru. Owszem, ci�gn�� w trop za band� Smaina na odleg�o�� dw�ch lub trzech dni � wyda�o mu si� najbezpieczniej, gdy� by�o zupe�nie nieprawdopodobne, by Smain wraca� z towarem ludzkim t� sam� ko�uj�c� drog� zamiast skierowa� si� wprost do Nilu. Sta� zrozumia� te�, �e do Abisynii mo�na si� by�o przedosta� tylko od strony po�udniowej, w kt�rej kraj ten styka si� z dzik� puszcz�, nie za� od granicy wschodniej, pilnie strze�onej przez derwisz�w. I wskutek tych my�li postanowi� zapu�ci� si� jak najdalej w stron� po�udniow�. Mo�na tam by�o wprawdzie natkn�� si� na Murzyn�w, b�d� zbieg�ych znad brzeg�w Bia�ego Nilu, b�d� miejscowych. Ale z dwojga z�ego Sta� wola� mie� do czynienia z czarnymi ni� z mahdystami. Liczy� przy tym i na to, �e na wypadek spotkania zbieg�w lub osad miejscowych Kali i Mea mog� mu by� pomocni. Na m�od� Murzynk� do�� by�o spojrze�, aby odgadn��, �e nale�y do plemienia Dinka lub Szylluk, mia�a bowiem niezmiernie d�ugie i cienkie nogi, jakimi odznaczaj� si� oba te szczepy zamieszkuj�ce pobrze�a Nilu i brodz�ce na podobie�stwo �urawi lub bocian�w po jego rozlewiskach. Kali natomiast, lubo pod r�k� Gebhra sta� si� podobny do ko�ciotrupa, mia� zupe�nie inn� posta�. By� kr�py i mocno zbudowany; ramiona mia� silne, a stopy w por�wnaniu ze stopami Mei stosunkowo ma�e. Poniewa� nie m�wi� prawie wcale po arabsku, a �le j�zykiem ki-swahili, kt�rym mo�na rozm�wi� si� prawie w ca�ej Afryce i kt�rego Sta� wyuczy� si� jako tako od Zanzibaryt�w pracuj�cych przy Kanale, widoczne wi�c by�o, �e pochodzi� z jakich� odleg�ych stron. Sta� postanowi� wybada� go, z jakich. � Kali, jak si� zowie tw�j nar�d? � zapyta�. � Wa-hima � odpowiedzia� m�ody Murzyn. � Czy to jest du�y nar�d? � Wielki, kt�ry wojuje ze z�ymi Samburu i zabiera im byd�o. � A gdzie le�y twoja wie�? � Daleko! daleko!... Kali nie wie gdzie. � Czy w takim kraju jak ten? � Nie. Tam jest wielka woda i g�ry. � Jak nazywacie t� wod�? � Nazywamy j� �Ciemna Woda�. Sta� pomy�la�, �e ch�opiec mo�e pochodzi� z okolic Albert-Nianza, kt�re by�o

dotychczas w r�kach Emina paszy, wi�c chc�c to sprawdzi� pyta� dalej: � Czy nie mieszka tam bia�y naczelnik, kt�ry ma czarne dymi�ce �odzie i wojsko? � Nie. Starzy ludzie m�wi� u nas, �e widzieli bia�ych ludzi (tu Kali rozstawi� palce) raz, dwa, trzy!... Tak. By�o trzech w d�ugich bia�ych sukniach. Szukali k��w... Kali ich nie widzia�, bo nie by� jeszcze na �wiecie, ale ojciec Kalego przyjmowa� ich i da� im du�o k��w. � Czym jest tw�j ojciec? � Kr�lem Wa-hima. Stasiowi pochlebi�o to troch�, �e ma za s�ug� kr�lewicza. � Czy chcia�by� zobaczy� ojca? � Kali chcie� zobaczy� matk�. � A co by� uczyni�, gdyby�my spotkali Wa-hima, i co by oni uczynili? � Wa-hima pa�� na twarz przed Kalim. � Wi�c zaprowad� nas do nich, to w�wczas ty zostaniesz z nimi i b�dziesz panowa� po ojcu, a my p�jdziemy dalej a� do morza. � Kali do nich nie trafi� i nie zosta�, bo Kali kocha� pana wielkiego i c�rk� ksi�yca. Sta� zwr�ci� si� weso�o do towarzyszki i rzek�: � Nel, zosta�a� c�rk� ksi�yca! Lecz spojrzawszy na ni� posmutnia� nagle, przysz�o mu bowiem na my�l, �e zbiedzona dziewczynka wygl�da ze swoj� blad� i przezroczyst� twarzyczk� istotnie wi�cej na ksi�ycow� ni� na ziemsk� istot�. M�ody Murzyn zamilk� na chwil�, po czym powt�rzy�: � Kali kocha� bwana kubwa, bo bwana kubwa nie zabi� Kalego, tylko Gebhra, a Kalemu da� du�o je��. I pocz�� g�adzi� si� po piersiach powtarzaj�c z widoczn� rozkosz�: � Mn�stwo mi�sa, mn�stwo mi�sa! Sta� chcia� jeszcze dowiedzie� si�, jakim sposobem ch�opiec dosta� si� w niewol� do derwisz�w, ale pokaza�o si�, �e od czasu gdy pewnej nocy z�apano go przy do�ach wykopanych na zebry, przechodzi� przez tyle r�k, i� z odpowiedzi jego nie by�o mo�na wcale wywnioskowa�, przez jakie kraje i kt�r�dy prowadzono go a� do Faszody. Zastanowi�o Stasia to tylko, co m�wi� o �Ciemnej Wodzie�, gdyby bowiem pochodzi� z okolic Albert-Nianza, Albert-Edward-Nianza albo Wiktoria-Nianza, przy kt�rym le�a�y pa�stwa Unioro i Uganda, by�by niew�tpliwie s�ysza� co� o Eminie paszy, o jego wojskach i o parowcach, kt�re wzbudza�y podziw i strach w Murzynach. Tanganaika by�a zbyt odleg�a, pozosta�o zatem tylko przypuszczenie, �e nar�d Kalego ma swe siedziby gdzie� bli�ej. Z tego powodu spotkanie si� z lud�mi Wa-hima nie by�o ca�kiem niepodobne. Po kilku godzinach jazdy s�o�ce pocz�o si� zni�a�. Upa� zmniejszy� si� znacznie. Trafili na szerok� dolin�, w kt�rej by�a woda i ros�o kilkana�cie dzikich fig, wi�c zatrzymali si�, by da� wytchnienie koniom i pokrzepi� si� zapasami. Poniewa� �ciany skaliste by�y w tym miejscu ni�sze, Sta� rozkaza� Kalemu, by wydosta� si� na g�r� i zobaczy�, czy w okolicy nie wida� jakich dym�w. Kali spe�ni� rozkaz i w mgnieniu oka znalaz� si� na kraw�dzi ska�. Rozejrzawszy si� dobrze na wszystkie strony, zsun�� si� po grubej �odydze lianu i o�wiadczy�, �e dymu nie ma, ale jest nyama. �atwo si� by�o domy�li�, �e m�wi nie o pentarkach, lecz o grubszej jakiej� zwierzynie; ukazawszy bowiem na strzelb� Stasia przy�o�y� nast�pnie palce do g�owy na znak, �e jest to zwierzyna rogata. Sta� wdrapa� si� z kolei na g�r� i wychyliwszy ostro�nie g�ow� ponad kraw�d�,

pocz�� patrze� przed siebie. Nic nie zas�ania�o mu widoku w dal, gdy� dawna, wysoka d�ungla by�a spalona, a nowa, kt�ra pu�ci�a si� ju� ze sczernia�ej ziemi, mia�a zaledwie kilka cali wysoko�ci. Jak okiem si�gn��, wida� by�o rzadko rosn�ce wielkie drzewa z osmalonymi przez ogie� pniami. Pod cieniem jednego z nich pas�o si� stadko antylop gnu, podobnych z kszta�t�w cia�a do koni, a z g��w do bawo��w. S�o�ce przedzieraj�c si� przez li�cie baobabu, rzuca�o drgaj�ce �wietliste plamy na ich brunatne grzbiety. By�o ich dziewi�� sztuk. Odleg�o�� wynosi�a nie wi�cej jak sto krok�w, ale wiatr wia� od zwierz�t ku w�wozowi, pas�y si� wi�c spokojnie nie podejrzewaj�c niebezpiecze�stwa. Sta�, chc�c zaopatrzy� karawan� w mi�so, strzeli� do najbli�ej stoj�cej sztuki, kt�ra run�a, jak piorunem ra�ona na ziemi�. Reszta stada pierzch�a, a wraz z ni� i wielki baw�, kt�rego nie dostrzegli poprzednio, gdy� le�a� ukryty za kamieniem. Ch�opiec, nie z potrzeby, ale przez �y�k� my�liwsk�, upatrzywszy chwil�, w kt�rej zwierz zwr�ci� si� nieco bokiem, pos�a� i za nim kul�. Baw� zachwia� si� silnie po strzale, poci�gn�� zadem, ale pobieg� dalej i nim Sta� zd��y� zmieni� naboje, znik� w nier�wno�ciach gruntu. Zanim dym si� rozwia�, Kali siedzia� ju� na antylopie i rozcina� jej brzuch no�em Gebhra. Sta� podszed� ku niemu chc�c si� bli�ej zwierz�ciu przypatrzy� � i wielkie by�o jego zdziwienie, gdy po chwili m�ody Murzyn poda� mu zakrwawionymi r�koma dymi�c� jeszcze w�trob� antylopy. � Dlaczego mi to dajesz? � zapyta�. � Msuri, msuri! Bwana kubwa je�� zaraz. � Zjedz�e sam! � odpowiedzia� Sta�, oburzony propozycj�. Kali nie da� sobie tego dwa razy powtarza�, lecz natychmiast pocz�� rwa� z�bami w�trob� i �yka� z chciwo�ci� surowe kawa�y, a widz�c, �e Sta� patrzy na niego z obrzydzeniem, nie przestawa� mi�dzy jednym a drugim �ykiem powtarza�: �Msuri! msuri!� Zjad� w ten spos�b przesz�o p� w�troby, po czym zabra� si� do oprawienia antylopy. Czyni� to nadzwyczaj szybko i umiej�tnie, tak �e niebawem sk�ra by�a zdj�ta i udziec oddzielony od grzbietu. W�wczas Sta�, zdziwiony nieco, �e Saba nie znalaz� si� przy tej robocie, gwizdn�� na niego, by zaprosi� go na waln� uczt� z przednich cz�ci zwierz�cia. Lecz Saba nie pojawi� si� wcale, natomiast schylony nad antylop� Kali podni�s� g�ow� i rzek�: � Wielki pies polecie� za bawo�em. � Widzia�e�? � zapyta� Sta�. � Kali widzie�. To rzek�szy za�o�y� na g�ow� pol�dwic� antylopy, a dwa ud�ce na ramiona i ruszy� do w�wozu. Sta� gwizdn�� jeszcze kilka razy i czeka�, ale widz�c, �e czyni to na pr�no, poszed� za nim. W w�wozie Mea zaj�ta ju� by�a �cinaniem cierni na zerib�, Nel za� skubi�c swymi ma�ymi paluszkami ostatni� pentark� zapyta�a: � Czy to na Sab� gwizda�e�? on polecia� za wami. � Polecia� za bawo�em, kt�rego postrzeli�em, i jestem bardzo niespokojny � odpowiedzia� Sta�. � To s� zwierz�ta ogromnie zawzi�te, a tak silne, �e lew nawet boi si� na nie napada�. Z Sab� mo�e by� �le, je�li rozpocznie walk� z takim przeciwnikiem. Us�yszawszy to Nel zaniepokoi�a si� bardzo i o�wiadczy�a, �e nie p�jdzie spa�, p�ki Saba nie wr�ci. Sta� widz�c jej zmartwienie z�y by� na siebie, �e nie zatai� przed ni� niebezpiecze�stwa, i pocz�� j� pociesza�. � Poszed�bym za nimi ze strzelb� � m�wi� � ale musz� ju� by� bardzo daleko, a wkr�tce zapadnie noc i �lady stan� si� niewidzialne. Baw� jest mocno strzelony i mam nadziej�, �e padnie. W ka�dym razie os�abi go utrata krwi i je�li nawet rzuci si� na Sab�, to Saba potrafi uciec... Tak! Wr�ci mo�e dopiero w nocy, ale wr�ci na

pewno. I m�wi�c to sam nie bardzo wierzy� we w�asne s�owa, pami�ta� bowiem, co czytywa� o nies�ychanej m�ciwo�ci afryka�skiego bawo�u, kt�ry nawet ci�ko ranny obiega ko�em i zasadza si� przy �cie�ce, kt�r� idzie my�liwy, a potem atakuje niespodzianie, porywa go na rogi i wyrzuca w g�r�. Z Sab� mog�o si� �atwo wydarzy� co� podobnego, nie m�wi�c o innych niebezpiecze�stwach, kt�re grozi�y mu w powrotnej drodze � w nocy. Jako� niebawem noc zapad�a. Kali i Mea urz�dzili zerib�, rozpalili ogie� i zaj�li si� wieczerz�. Saba nie wraca�. Nel strapiona by�a coraz wi�cej i w ko�cu zacz�a p�aka�. Sta� zmusi� j� nieledwie, �eby si� po�o�y�a, obiecuj�c, �e b�dzie czeka� na Sab�, a jak tylko si� rozwidni, p�jdzie sam go szuka� i przyprowadzi. Nel posz�a wprawdzie pod namiot, ale co chwila wychyla�a g��wk� spod jego skrzyde� pytaj�c, czy pies nie wr�ci�. Sen zmorzy� j� dopiero po p�nocy, gdy Mea wysz�a, by zast�pi� Kalego, kt�ry czuwa� nad ogniem. � Czemu c�rka ksi�yca p�aka�? � zapyta� Stasia m�ody Murzyn, gdy obaj pok�adli si� do snu na czaprakach. � Kali tego nie chce. � �al jej Saby, kt�rego baw� pewno zabi�. � A mo�e nie zabi� � odrzek� czarny ch�opak. Po czym umilkli i Sta� zasn�� g��boko. By�o jednak jeszcze ciemno, gdy si� obudzi�, albowiem pocz�� mu dokucza� ch��d. Ogie� przygas�. Mea, kt�ra mia�a go pilnowa�, zdrzemn�a si� i od pewnego czasu przesta�a dorzuca� chrustu na w�gle. Woj�ok, na kt�rym spa� Kali, by� pusty. Sta� sam dorzuci� paliwa, po czym tr�ci� Murzynk� i spyta�: � Gdzie jest Kali? Chwil� patrzy�a na niego nieprzytomnie, po czym roztrze�wiwszy si� nale�ycie rzek�a: � Kali wzi�� miecz Gebhra i poszed� za zerib�. My�la�am, �e chce naci�� wi�cej chrustu, ale on wcale nie wr�ci�. � Dawno wyszed�? � Dawno. Sta� czeka� przez pewien czas, ale gdy Murzyna nie by�o d�ugo wida�, mimo woli zada� sobie pytanie: � Uciek�? I serce �cisn�o mu si� przykrym uczuciem, jakie budzi zawsze niewdzi�czno�� ludzka. Przecie on ujmowa� si� za tym Kalim i broni� go w�wczas, gdy Gebhr zn�ca� si� nad nim po ca�ych dniach, a nast�pnie ocali� mu �ycie. Nel by�a zawsze dla niego dobra i p�aka�a nad jego niedol�, a oboje obchodzili si� z nim jak najlepiej. On za� uciek�! Sam przecie m�wi�, �e nie wie, w kt�rej stronie le�� osady Wa-hima, i �e nie zdo�a�by do nich trafi�, a jednak uciek�! Stasiowi zn�w przypomnia�y si� podr�e afryka�skie czytane w Port-Saidzie i opowiadania podr�nik�w o g�upocie Murzyn�w, kt�rzy porzucaj� �adunki i uciekaj� nawet w�wczas, gdy ucieczka grozi im niechybn� �mierci�. Oczywi�cie, �e i Kali, maj�c za ca�� bro� tylko suda�ski miecz Gebhra, musi umrze� z g�odu lub � o ile nie wpadnie w ponown� niewol� u derwisz�w � sta� si� �upem dzikich zwierz�t. � Ach! Niewdzi�cznik i g�upiec! Sta� pocz�� nast�pnie rozmy�la� i nad tym, o ile podr� bez Kalego b�dzie

trudniejsza dla nich i k�opotliwsza, a praca ci�sza. Poi� konie i p�ta� na noc, rozpina� namiot, budowa� zerib�, pilnowa� w czasie drogi, by nie pogin�y zapasy i juki z rzeczami, obdziera� i dzieli� zabit� zwierzyn� � wszystko to, z braku m�odego Murzyna, mia�o teraz spa�� na niego, a on przyznawa� w duchu, �e o niekt�rych czynno�ciach, na przyk�ad o obdzieraniu ze sk�ry zwierzyny, nie ma najmniejszego poj�cia. �Ha! trudno � rzek� sobie � trzeba!...� Tymczasem s�o�ce wysun�o si� zza widnokr�gu i � jak zawsze bywa pod zwrotnikami � dzie� zrobi� si� w jednej chwili. Nieco p�niej woda do mycia, kt�r� Mea przygotowa�a na noc dla panienki, pocz�a chlupa� pod namiotem, co znaczy�o, �e Nel wsta�a i ubiera si�. Jako� wkr�tce ukaza�a si� ubrana ju�, ale z grzebieniem w r�ku i z nastroszon� jeszcze czuprynk�. � A Saba? � zapyta�a. � Nie ma go dot�d. Usta dziewczynki pocz�y zaraz drga�. � Mo�e jeszcze wr�ci � rzek� Sta�. � Pami�tasz, �e na pustyni nie bywa�o go czasem po dwa dni, a potem zawsze nas dogania�. � M�wi�e�, �e p�jdziesz go poszuka�?... � Nie mog�. � Dlaczego, Stasiu? � Bo nie mog� zostawi� ci� tylko z Me� w w�wozie. � A Kali? � Kalego nie ma. I zamilk� nie wiedz�c sam, czy ma jej powiedzie� ca�� prawd�; ale poniewa� rzecz nie mog�a si� ukry�, wi�c pomy�la�, �e lepiej jest wyjawi� j� od razu. � Kali zabra� miecz Gebhra � rzek� � i w nocy poszed� nie wiadomo dok�d. Kto wie, czy nie uciek�. Murzyni cz�sto tak robi�, nawet na w�asn� zgub�. �al mi go... Ale mo�e jeszcze zrozumie, �e g�upstwo zrobi�, i... Dalsze s�owa przerwa�o mu radosne szczekanie Saby, kt�re nape�ni�o ca�y w�w�z. Nel rzuci�a grzebie� na ziemi� i chcia�a biec na spotkanie � wstrzyma�y j� jednak ciernie zeriby. Sta� pocz�� je co pr�dzej rozrzuca�, zanim wszelako otworzy� przej�cie, naprz�d zjawi� si� Saba, a za nim Kali, tak �wiec�cy i mokry od rosy jakby po najwi�kszym deszczu. Rado�� ogromna ogarn�a oboje dzieci i gdy Kali, nie mog�c z�apa� tchu ze zm�czenia, znalaz� si� za p�otem zeriby, Nel zarzuci�a mu swoje bia�e r�czki na czarn� szyj� i u�ciska�a go z ca�ej si�y. A on rzek�: � Kali nie chce widzie� bibi p�aka�, wi�c Kali znale�� psa. � Dobry Kali! � odpowiedzia� Sta� klepi�c go po ramieniu. � A nie ba�e� si� spotka� w nocy lwa albo pantery? � Kali ba� si�, ale Kali p�j�� � odpowiedzia� ch�opak. S�owa te zjedna�y mu jeszcze bardziej serca dzieci. Sta� na pro�by Nel wydoby� z jednego tobo�a sznurek szklanych paciork�w, w kt�re przy wyje�dzie z Omdurmanu zaopatrzy� ich Grek Kaliopuli, i przyozdobi� nim wspaniale szyj� Kalego, �w za�, uszcz�liwiony z podarku, spojrza� zaraz z wielk� dum� na Me� i rzek�: � Mea nie mie� paciork�w, a Kali mie�, bo Kali jest �wielki �wiat�. W ten spos�b zosta�o nagrodzone po�wi�cenie czarnego ch�opca. Saba natomiast

otrzyma� ostr� bur�, z kt�rej po raz wt�ry od czasu s�u�by u Nel dowiedzia� si�, �e jest zupe�nie brzydki i �e je�li jeszcze raz zrobi co� podobnego, to b�dzie prowadzony na sznurku jak ma�e szczeni�. On s�ucha� tego kiwaj�c w do�� dwuznaczny spos�b ogonem. Nel jednak twierdzi�a, i� wida� mu by�o z oczu, �e si� wstydzi i �e z pewno�ci� si� zaczerwieni�, czego nie mo�na by�o zobaczy� tylko dlatego, �e ma paszcz� pokryt� sier�ci�. Potem nast�pi�o �niadanie z�o�one z wybornych dzikich fig i z combra gnu, a podczas �niadania Kali opowiada� swe przygody. Sta� za� t�umaczy� je nie rozumiej�cej j�zyka ki-swahili Nel na angielski. Baw�, jak si� pokaza�o, uciek� daleko. Kalemu trudno by�o znale�� �lad, poniewa� noc by�a bezksi�ycowa. Na szcz�cie dwa dni przedtem pada� deszcz i ziemia nie by�a zbyt twarda, skutkiem czego racice ci�kiego zwierz�cia wybija�y w niej zag��bienia. Kali szuka� ich za pomoc� palc�w u n�g i szed� d�ugo. Baw� pad� wreszcie i musia� pa�� nie�ywy, gdy� nie by�o �adnych �lad�w walki mi�dzy nim a Sab�. Gdy Kali ich znalaz�, Saba z�ar� ju� by� wi�ksz� cz�� przedniej �opatki bawo�u, ale cho� wi�cej ju� je�� nie m�g�, nie pozwala� jednak zbli�y� si� do mi�sa dwom hienom i kilkunastu szakalom, kt�re sta�y naok� czekaj�c, a� silniejszy drapie�nik uko�czy uczt� i odejdzie. Ch�opiec skar�y� si�, �e pies warcza� tak�e i na niego, ale on w�wczas zagrozi� mu gniewem �pana wielkiego� i bibi, po czym wzi�� go za obro�� i odci�gn�� od bawo�u, a pu�ci� dopiero w w�wozie. Na tym sko�czy�o si� opowiadanie nocnych przyg�d Kalego, po czym wszyscy w dobrych humorach siedli na konie i pojechali dalej. Jedna tylko d�ugonoga Mea, lubo cicha i pokorna, spogl�da�a z zazdro�ci� na naszyjnik m�odego Murzyna i na obro�� Saby i my�la�a ze smutkiem w duszy: �Oni obaj s� �wielki �wiat�, a ja mam tylko mosi�n� obr�czk� na jednej nodze.�

ROZDZIA� XXIV

Przez nast�pne trzy dni jechali wci�� w�wozem i zawsze w g�r�. Dni by�y przewa�nie upalne, noce na przemian ch�odne albo parne. Zbli�a�a si� pora d�d�ysta. Zza widnokr�gu wysuwa�y si� tu i �wdzie chmury, bia�e jak mleko, ale g��bokie i zawalne. Stronami wida� by�o ju� smugi d�d�u i dalekie t�cze. Nad ranem trzeciego dnia jedna z takich chmur p�k�a nad ich g�owami jak beczka, z kt�rej zlecia�a obr�cz, i pokropi�a ich ciep�ym i obfitym, ale na szcz�cie kr�tkotrwa�ym deszczem. Potem pogoda uczyni�a si� jednak pi�kna i mogli jecha� dalej. Pentarki ukazywa�y si� zn�w w takiej ilo�ci, �e Sta� strzela� do nich nie zsiadaj�c z konia i zabi� w ten spos�b pi�� sztuk, co licz�c nawet z Sab� a� nadto starczy�o na jednorazowy posi�ek. Podr� w od�wie�onym powietrzu nie by�a wcale uci��liwa, a obfito�� zwierzyny i wody usuwa�a obaw� g�odu i pragnienia. W og�le sz�o im �atwiej, ni� si� spodziewali, tote� Stasia nie opuszcza� dobry humor i jad�c obok dziewczynki gwarzy� z ni� weso�o, a chwilami i �artowa�: � Wiesz co, Nel � m�wi�, gdy na chwil� zatrzymali konie pod wielkim drzewem chlebowym, z kt�rego Kali z Me� obcinali podobne do ogromnych melon�w owoce � czasem mi si� zdaje, �e ja jestem b��dny rycerz. � A co to jest b��dny rycerz? � zapyta�a Nel zwracaj�c ku niemu sw� �liczn�

g��wk�. � Dawno, dawno temu, w �rednich wiekach, byli tacy rycerze, kt�rzy je�dzili po �wiecie i szukali przyg�d. Walczyli z olbrzymami i smokami i wiesz? ka�dy mia� swoj� dam�, kt�r� opiekowa� si� i kt�rej broni�. � To ja jestem taka dama? Sta� zastanowi� si� przez chwil�, po czym odrzek�: � Nie � ty� na to za ma�a. Tamte wszystkie by�y doros�e. I ani przez g�ow� mu nie przesz�o, �e mo�e �aden b��dny rycerz nie uczyni� tyle dla swojej damy, ile on dla tej ma�ej siostrzyczki � po prostu wydawa�o mu si�, �e to, co czyni�, rozumia�o si� samo przez si�. Lecz Nel uczu�a si� pokrzywdzona jego s�owami, wi�c wysun�wszy z nad�san� mink� usta rzek�a: � A m�wi�e� raz w pustyni, �e post�pi�am jak osoba trzynastoletnia? Aha! � No to raz. Ale masz lat osiem. � To za dziesi�� b�d� mia�a osiemna�cie! � Wielka rzecz! A ja dwudziesty czwarty! W takim wieku cz�owiek nie my�li ju� o �adnych damach, bo ma co innego do roboty. Rozumie si�! � A co b�dziesz robi�? � B�d� in�ynierem albo marynarzem, albo je�li w Polsce b�dzie wojna, to pojad� si� bi� jak m�j ojciec. Ona za� spyta�a niespokojnie: � Ale wr�cisz do Port-Saidu? � Pierwej musimy tam powr�ci� oboje. � Do tatusia! � odpowiedzia�a dziewczynka. I oczy jej zamgli�y si� smutkiem i t�sknot�. Na szcz�cie nadlecia�o w tej chwili stadko prze�licznych papug, szarych, z r�owymi g�owami i z r�ow� podszewk� pod spodem skrzyde�. Dzieci zapomnia�y natychmiast o poprzedniej rozmowie i pocz�y �ledzi� oczyma ich lot. Stadko zakr�ci�o nad grup� euforbii i spad�o na rosn�cy opodal sykomor, w�r�d kt�rego ga��zi rozleg�y si� zaraz g�osy podobne do gadatliwej narady lub k��tni. � To s� papugi, kt�re naj�atwiej ucz� si� m�wi� � rzek� Sta�. � Gdy zatrzymamy si� gdzie na d�u�ej, postaram si� z�apa� tak� dla ciebie. � O Stasiu! Dzi�kuj�! � odpowiedzia�a z rado�ci� Nel. � B�dzie si� nazywa�a Daisy... Tymczasem Mea i Kali naobcinawszy owoc�w z chlebowca, ob�adowali nimi konie i ma�a karawana ruszy�a dalej. Po po�udniu zacz�o si� jednak zn�w chmurzy� i chwilami przelatywa�y kr�tkie d�d�e nape�niaj�c wod� wszystkie za�amy i wg��bienia gruntu. Kali przepowiada� wielk� ulew�, wi�c Stasiowi przysz�o dc g�owy, �e w�w�z, kt�ry zacie�nia� si� zn�w coraz bardziej, nie b�dzie do�� bezpiecznym na noc schronieniem, albowiem zmieni� si� mo�e w potok. Z tego powodu postanowi� nocowa� na g�rze, a postanowienie to ucieszy�o i Nel, zw�aszcza gdy wys�any na zwiady Kali powr�ci� i o�wiadczy�, �e niedaleko znajduje si� lasek z�o�ony z rozmaitych drzew, a w nim du�o ma�ych ma�pek, nie tak brzydkich i z�ych jak pawiany, kt�re spotykali dotychczas. Trafiwszy zatem na miejsce, w kt�rym �ciany skalne by�y niskie i rozchyla�y si� �agodnie, wyprowadzili konie i zanim si� �ciemni�o, roztasowali si� na nocleg. Namiot Nel stan�� w miejscu wysokim i suchym, pod wielkim kopcem termit�w, kt�ry zamyka� ca�kiem przyst�p z jednej strony i u�atwia� przez to robot� zeriby. Blisko wznosi�o si� pot�ne drzewo o szeroko rozpostartych konarach, te za�, okryte

g�stym li�ciem, mog�y da� dobr� ochron� od deszczu. Przed zerib� ros�y pojedyncze k�py drzew, a dalej zbity i powi�zany pn�czami las, ponad kt�rym wystrzela�y wysoko korony jakich� dziwacznych palm, podobne jakby do olbrzymich wachlarzy albo do rozwini�tych pawich ogon�w. Sta� dowiedzia� si� od Kalego, �e przed drug� por� d�d�yst�, a wi�c w jesieni, niebezpiecznie jest nocowa� pod tymi palmami, albowiem dojrza�e w�wczas, ogromne ich owoce obrywaj� si� niespodzianie i spadaj� ze znacznej wysoko�ci z tak� si��, �e mog� zabi� cz�owieka, a nawet i konia. Obecnie jednak owoce by�y dopiero w zawi�zku, i z dala, zanim s�o�ce zasz�o, wida� by�o pod koronami �migaj�ce ma�e ma�peczki, kt�re w weso�ych skokach ugania�y si� wzajem za sob�. Sta� wraz z Kalim przygotowali wielki zapas drzewa, tak aby starczy�o go na ca�� noc, a poniewa� chwilami zrywa�y si� silne podmuchy gor�cego wiatru, wi�c wzmocnili zerib� ko�kami, kt�re m�ody Murzyn pozaostrza� mieczem Gebhra i pozatyka� w ziemi�. Ostro�no�� ta nie by�a wcale zbyteczna, gdy� silny wicher m�g� porozrzuca� kolczaste ga��zie, z kt�rych wzniesiona by�a zeriba i u�atwi� napad drapie�nikom. Jednak�e zaraz po zachodzie s�o�ca wiatr usta�, natomiast powietrze sta�o si� parne i ci�kie. W przerwach mi�dzy chmurami prze�wieca�y z pocz�tku tu i �wdzie gwiazdy, ale nast�pnie noc zapad�a zupe�nie czarna, tak �e na krok nie by�o nic wida�. Mali w�drowcy zgromadzili si� przy ogniu, nas�uchuj�c wrzask�w i skrzeczenia ma�p, kt�re w pobliskim lesie czyni�y prawdziwy jarmark. Wt�rowa�o im skomlenie szakali i rozmaite inne nieznane g�osy, w kt�rych zna� by�o niepok�j i strach przed tym, co pod os�on� ciemno�ci grozi w puszczy ka�dej �ywej istocie. Nagle zrobi�o si� cicho jak makiem sia�, albowiem w mrocznych g��binach rozleg�o si� st�kanie lwa. Konie, kt�re pas�y si� opodal w�r�d m�odej d�ungli, pocz�y zbli�a� si� do �wiat�a, podskakuj�c na sp�tanych przednich nogach, waleczny za� zwykle Saba zje�y� sier�� i z wci�ni�tym ogonem tuli� si� do ludzi szukaj�c widocznie ich opieki. St�kanie rozleg�o si� znowu � rzek�by�, spod ziemi � g��bokie, ci�kie, wysilone, jakby zwierz z trudno�ci� wydobywa� je ze swych pot�nych p�uc. Sz�o nisko nad ziemi�, na przemian wzmaga�o si� i cich�o, przechodz�c chwilami w g�uche, ogromne, pos�pne j�ki. � Kali! dorzu� do ognia! � ozwa� si� Sta�. Murzyn dorzuci� tak skwapliwie na ognisko nar�cze ga��zi, �e naprz�d buchn�y ca�e snopy iskier, po czym dopiero strzeli� w g�r� wysoki p�omie�. � Stasiu, lew nas nie napadnie?... prawda? � szepta�a Nel poci�gaj�c ch�opca za r�kaw. � Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka zeriba wysoka... I m�wi�c tak wierzy� istotnie, �e niebezpiecze�stwo im nie grozi, ale l�ka� si� o konie, kt�re coraz bli�ej cisn�y si� do p�otu i mog�y go stratowa�. Tymczasem st�kanie przesz�o w przeci�g�y grzmi�cy ryk, od kt�rego truchleje wszelkie �ywe stworzenie, a ludziom, nawet nie znaj�cym trwogi, drgaj� tak nerwy, jak drgaj� szyby od dalekich strza��w armatnich. Sta� rzuci� przelotne spojrzenie na Nel i widz�c jej trz�s�c� si� br�dk� i wilgotne oczy rzek�: � Nie b�j si�! nie p�acz! A ona odpowiedzia�a tak samo jak niegdy� w pustyni:

� Ja nie chc� p�aka�... tylko mi si�... oczy poc�! Oj! Ostatni wykrzyk wyrwa� jej si� z ust dlatego, �e w tej chwili od strony lasu zagrzmia� drugi ryk jeszcze pot�niejszy od pierwszego, bo bli�szy. Konie pocz�y wprost pcha� si� na zerib� i gdyby nie d�ugie i twarde jak stal kolce akacjowych ga��zi, by�yby j� prze�ama�y. Saba warcza� i zarazem dr�a� jak li��, Kali za� j�� powtarza� przerywanym g�osem: � Panie! dwa! dwa!... dwa!... A lwy, poczuwszy si� wzajem, nie ustawa�y teraz rycze� i straszliwy koncert trwa� w ciemno�ciach ci�gle, albowiem gdy jeden zwierz milkn��, poczyna� drugi. Sta� nie m�g� wkr�tce rozpozna�, sk�d dochodz� ich g�osy, gdy� echo powtarza�o je w w�wozie, ska�a odsy�a�a je skale, sz�y g�r� i do�em, nape�nia�y las, d�ungl�, nasyca�y ca�� ciemno�� grzmotem i trwog�. Jedna tylko rzecz zdawa�a si� ch�opcu pewna, a mianowicie, �e zbli�a�y si� coraz bardziej. Kali zmiarkowa� r�wnie�, �e lwy obiegaj� obozowisko zataczaj�c coraz mniejsze kr�gi i �e powstrzymywane od napadu tylko blaskiem p�omienia wypowiadaj� rykiem swe niezadowolenie i obaw�. Widocznie jednak i rozstawiwszy palce � Lwy zabi� jeden, � Dorzu� do ognia! on s�dzi�, �e niebezpiecze�stwo grozi jedynie koniom, gdy� rzek�: zabi� dwa � nie wszystkie! nie wszystkie!... � powt�rzy� Sta�.

Buchn�� zn�w �ywszy p�omie�; ryki usta�y nagle. Ale Kali podni�s� g�ow� i patrz�c w g�r� pocz�� nas�uchiwa�. � Co tam? � zapyta� Sta�. � Deszcz! � odrzek� Murzyn. Sta� nastawi� z kolei uszu. Konary drzewa os�ania�y namiot i ca�� zerib�, wi�c na ziemi� nie spad�a jeszcze �adna kropla, ale w g�rze s�ycha� by�o szelest li�ci. Poniewa� parnego powietrza nie porusza� najmniejszy powiew, �atwo si� by�o domy�li�, �e to deszcz poczyna szemra� w g�stwinie. Szelest wzmaga� si� z ka�d� chwil� i po niejakim czasie dzieci ujrza�y krople sp�ywaj�ce z li�ci, podobne przy blasku ognia do wielkich, r�owych pere�. Jak przepowiedzia� Kali, rozpoczyna�a si� ulewa. Szelest zmieni� si� w szum. Spada�o coraz wi�cej kropel, a wreszcie przez g�stw� pocz�y przenika� ca�e sznurki wody. Ognisko pociemnia�o. Pr�no Kali dorzuca� ca�e nar�cza. Z wierzchu mokre ga��zie dymi�y tylko, a od spodu sycza�y w�gle � i p�omie� co si� wzm�g�, to przygasa�. � Gdy ulewa zaleje ogie�, b�dzie nas broni�a jeszcze zeriba � rzek� Sta� dla uspokojenia Nel. Po czym wprowadzi� dziewczynk� pod namiot i otuli� j� pledem, ale sam wyszed� co pr�dzej, gdy� kr�tkie, urywane ryki ozwa�y si� na nowo. Tym razem rozleg�y si� one znacznie bli�ej i brzmia�a w nich jakby rado��. Ulewa pot�nia�a z ka�d� chwil�. Deszcz dudni� po twardych li�ciach nabaku i pluska�. Gdyby ognisko nie by�o pod os�on� konar�w, by�oby zgas�o od razu, ale i tak unosi� si� nad nim przewa�nie dym, w�r�d kt�rego przeb�yskiwa�y w�skie, b��kitne p�omyki. Kali da� za wygran� i nie dok�ada� wi�cej suszu. Natomiast, zarzuciwszy naoko�o drzewa powr�z, wspina� si� za pomoc� niego coraz wy�ej po pniu. � Co robisz? � zawo�a� Sta�. � Kali w�azi� na drzewo. � Po co? � krzykn�� ch�opiec, oburzony samolubstwem Murzyna.

Jasna, przera�liwa b�yskawica rozdar�a ciemno��, a odpowied� Kalego zg�uszy� nag�y grzmot, kt�ry wstrz�sn�� niebem i puszcz�. Jednocze�nie zerwa� si� wicher, targn�� konarami drzewa, rozmi�t� w mgnieniu oka ognisko, porwa� roz�arzone jeszcze pod popio�em w�gle i wraz ze snopami iskier poni�s� je w d�ungl�. Nieprzebita ciemno�� ogarn�a chwilowo obozowisko. Straszna podzwrotnikowa burza rozszala�a si� na ziemi i niebie. Grzmot nast�powa� po grzmocie, b�yskawica po b�yskawicy. Krwawe zygzaki piorun�w rozdziera�y czarne jak kir niebo. Na pobliskich ska�ach pojawi�a si� dziwna b��kitna kula, kt�ra przez czas jaki� toczy�a si� wzd�u� w�wozu, a nast�pnie buchn�a o�lepiaj�cym �wiat�em i p�k�a z hukiem tak okropnym, i� zdawa�o si�, �e ska�y rozsypi� si� w proch od wstrz��nienia. Potem zn�w nasta�a ciemno��. Sta� zl�k� si� o Nel i poszed� omackiem do namiotu. Namiot, os�oni�ty kopcem termit�w i olbrzymim pniem, sta� jeszcze, ale pierwsze silniejsze uderzenie wichru mog�o potarga� sznury i ponie�� go B�g wie dok�d. A wicher to opada�, to zrywa� si� ze w�ciek�� si��, nios�c fale d�d�u i ca�e chmary li�ci i ga��zi na�amanych w pobliskim lesie. Stasia ogarn�a rozpacz. Nie wiedzia�, czy zostawi� Nel w namiocie, czy j� z niego wyprowadzi�. W pierwszym razie mog�a zapl�ta� si� w sznury i zosta� porwana wraz ze zwojami p��tna, w drugim grozi�o jej przemoczenie i tak�e porwanie, gdy� i Sta�, lubo bez por�wnania silniejszy, z najwi�kszym trudem utrzymywa� si� na nogach. Spraw� rozstrzygn�� wicher, kt�ry w chwil� p�niej porwa� dach namiotu. P��cienne �ciany nie dawa�y ju� �adnego schronienia. Nie pozostawa�o nic innego, jak czeka� na przej�cie burzy, w ciemno�ciach, w�r�d kt�rych kr��y�y dwa lwy. Sta� przypuszcza�, �e mo�e i one schroni�y si� w pobliskim lesie przed nawa�nic�, ale by� zupe�nie pewien, �e po jej przej�ciu wr�c�. Groz� po�o�enia zwi�ksza�o i to, �e wiatr rozmi�t� do szcz�tu zerib�. Wszystko grozi�o zgub�. Strzelba Stasia nie mog�a przyda� si� na nic. Jego energia r�wnie�. Wobec burzy, piorun�w, huraganu, d�d�u, ciemno�ci i wobec lw�w, kt�re przytai�y si� mo�e o kilka krok�w, czu� si� bezbronny i bezradny. Szarpane wichrem p��cienne �ciany oblewa�y ich ze wszystkich stron wod�, wi�c otoczywszy ramieniem Nel wyprowadzi� j� z namiotu, po czym oboje przytulili si� do pnia nabaku czekaj�c �mierci lub bo�ego zmi�owania. A wtem, mi�dzy jednym a drugim uderzeniem wiatru, doszed� ich g�os Kalego zaledwie dos�yszalny w�r�d pluskania d�d�u: � Panie wielki, na drzewo! na drzewo! I jednocze�nie koniec spuszczonego z g�ry mokrego sznura dotkn�� ramienia ch�opca. � Przywi�za� bibi, a Kali j� wci�gn��! � wo�a� dalej Murzyn. Sta� nie waha� si� ani chwili. Otuliwszy Nel woj�okiem, by powr�z nie wpi� si� w jej cia�o, obwi�za� j� nim w pasie, nast�pnie podni�s� na wyci�gni�tych ramiona w g�r� i zawo�a�: � Ci�gnij! Pierwsze konary drzewa wyrasta�y do�� nisko, wi�c powietrzna podr� Nel trwa�a kr�tko. Kali chwyci� j� niebawem swymi silnymi r�koma i umie�ci� mi�dzy pniem a olbrzymim konarem, gdzie by�o do�� miejsca nawet i na p� tuzina takich drobnych istotek. �aden wiatr nie m�g� jej stamt�d wydmuchn��, a pr�cz tego, chocia� po ca�ym drzewie sp�ywa�a woda, jednak�e gruby na kilkana�cie st�p pie� chroni� j�

przynajmniej od nowych fal deszczu, niesionych przez wicher uko�nie. Zabezpieczywszy ma�� bibi Murzyn spu�ci� zn�w powr�z dla Stasia, lecz �w jak kapitan, kt�ry z ton�cego okr�tu ust�puje ostatni, kaza� w�azi� przed sob� Mei. Kali nie potrzebowa� jej wcale ci�gn��, gdy� w jednej chwili wdrapa�a si� po powrozie z tak� wpraw� i zr�czno�ci�, jakby by�a rodzon� siostr� szympansa. Stasiowi posz�o znacznie trudniej, lecz i on do�� by� na to dobrym gimnastykiem, by przezwyci�y� ci�ar w�asnego cia�a oraz strzelby i kilkunastu naboi, kt�rymi nape�ni� kieszenie. W ten spos�b wszyscy czworo znale�li si� na drzewie. Sta� tak przyzwyczai� si� my�le� w ka�dym po�o�eniu o Nel, �e i teraz zaj�� si� przede wszystkim sprawdzeniem czy jej nie grozi upadek, czy ma dosy� miejsca i czy mo�e wygodnie si� po�o�y�. Uspokojony pod tym wzgl�dem pocz�� �ama� g�ow�, jak by zabezpieczy� j� od deszczu. Ale na to nie by�o rady. Zbudowa� jaki� daszek nad jej g�ow� by�oby �atwo w dzie�, ale teraz otacza�a ich taka ciemno��, �e nie widzieli si� wzajem wcale. Gdyby� przynajmniej ta burza przesz�a i gdyby uda�o si� rozpali� ogie�, mo�na by osuszy� ubranie Nel! Sta� z rozpacz� my�la�, �e przemoczona do ostatniej nitki dziewczynka dostanie niezawodnie nazajutrz pierwszego ataku febry. Ba� si�, �e nad ranem, po burzy, zrobi si� ch�odno, jak bywa�o poprzednich nocy. Dotychczas jednak uderzenia wiatru by�y raczej gor�ce i deszcz jak ugrzany. Dziwi�a tylko Stasia jego uporczywo��, gdy� wiedzia�, �e burze podzwrotnikowe im bardziej szalej�, tym trwaj� kr�cej. Po d�ugim dopiero czasie ucich�y grzmoty i uderzenia wiatru os�ab�y, ale deszcz pada� ci�gle mniej wprawdzie ulewny ni� poprzednio, ale ci�ki i tak g�sty, �e li�cie nabaku nie dawa�y �adnej przed nim ochrony. Z do�u dochodzi� szum wody, jakby ca�a d�ungla zmieni�a si� w jedno jezioro. Sta� pomy�la�, �e w w�wozie czeka�aby ich �mier� niechybna. Ogromnym �alem przejmowa�a go te� my�l, co si� stanie z Sab� � i nie �mia� m�wi� o nim z Nel. Mia� wszelako troch� nadziei, �e zmy�lny pies znajdzie bezpieczny przytu�ek w�r�d ska� stercz�cych nad w�wozem. Nie by�o jednak mo�no�ci przyj�� mu z jak�kolwiek pomoc�. Siedzieli wi�c jedno przy drugim w�r�d roz�o�ystych konar�w, mokn�c i czekaj�c dnia. Po up�ywie jeszcze kilku godzin powietrze pocz�o si� och�adza� i deszcz na koniec usta�. Woda sp�yn�a te� ju� widocznie po pochy�o�ci na ni�sze miejsca, gdy� nie by�o s�ycha� plusku ni szumu. Sta� zauwa�y� poprzednich dni, �e Kali umie roznieci� ogie� nawet z mokrych ga��zi, przysz�o mu wi�c do g�owy, by kaza� Murzynowi zej�� i spr�bowa�, czy mu si� to nie uda i tym razem. Lecz w chwili, w kt�rej zwr�ci� si� do niego, sta�o si� co� takiego, co wszystkim czworgu zmrozi�o krew w �y�ach. Oto g��bok� cisz� nocn� rozdar� nagle kwik ko�ski, straszny, przera�liwy, pe�en b�lu, trwogi i �miertelnego przera�enia. Zakot�owa�o si� co� w ciemno�ci, rozleg� si� kr�tki charkot, nast�pnie g�uche j�ki, chrapanie, drugi kwik ko�ski, jeszcze przera�liwszy, po czym wszystko umilk�o. � Lwy, panie wielki! lwy zabija� konie! � szepta� Kali. By�o co� tak okropnego w tym nocnym napadzie, w tej przemocy potwor�w i w tym nag�ym morderstwie bezbronnych zwierz�t, �e Sta� struchla� na chwil� i zapomnia� o strzelbie. Na co zreszt� przyda�oby si� strzela� w�r�d takiej �my? Chyba na to, by ci mordercy, je�li �wiat�o i huk ich przestraszy, porzucili zabite konie, a pognali za tymi, kt�re rozproszy�y si� i odlecia�y od obozowiska tak daleko, jak na sp�tanych nogach mog�y odlecie�.

Stasia przesz�y ciarki na my�l, co by si� sta�o, gdyby byli pozostali na dole. Przytulona do niego Nel dygota�a tak, jakby ju� chwyci� j� pierwszy atak febry, ale drzewo zabezpiecza�o ich przynajmniej od napadu. Kali ocali� im po prostu �ycie. By�a to jednak straszna noc � najstraszniejsza w ca�ej podr�y. Siedzieli jak zmok�e ptaki na ga��zi, nas�uchuj�c, co si� dzieje na dole. A tam przez jaki� czas trwa�o g��bokie milczenie, lecz niebawem ozwa�y si� pomruki, odg�os jakby ch�eptania, cmokanie oddzieranych kawa��w mi�sa oraz chrapliwy oddech i post�kiwanie potwor�w. Wo� surowizny i krwi dosz�a a� do drzewa, gdy� lwy ucztowa�y nie wi�cej jak o dwadzie�cia krok�w od zeriby. I ucztowa�y tak d�ugo, �e Stasia porwa�a w ko�cu z�o��. Chwyci� strzelb� i wypali� w kierunku odg�os�w. Ale odpowiedzia� mu tylko urywany, gniewliwy ryk, po czym rozleg� si� trzask gruchotanych w pot�nych szcz�kach ko�ci. W g��bi po�yskiwa�y b��kitno i czerwono oczy hien i szakali czekaj�cych na swoj� kolej. I tak up�ywa�y d�ugie godziny nocy.

ROZDZIA� XXV

S�o�ce wzesz�o nareszcie i roz�wieci�o d�ungl�, k�py drzew i las. Lwy znik�y, zanim pierwszy promie� zab�ysn�� na widnokr�gu. Sta� kaza� Kalemu roznieci� ogie�, a Mei wydoby� rzeczy Nel ze sk�rzanego worka, w kt�rym by�y upakowane, wysuszy� je i przebra� dziewczynk� jak najpr�dzej. Sam wzi�wszy strzelb� poszed� zwiedzi� obozowisko, a zarazem przypatrzy� si� spustoszeniu, jakiego narobi�a burza i dwaj nocni mordercy. Zaraz za zerib�, z kt�rej zosta�y tylko ko�ki, le�a� pierwszy ko� z�arty prawie do po�owy, o sto krok�w drugi ledwie napocz�ty, a zaraz za nim trzeci z wyszarpanym brzuchem i ze zgruchotanym �bem. Wszystkie straszny przedstawia�y widok, oczy bowiem mia�y otwarte, pe�ne zakrzep�ego przera�enia, i wyszczerzone z�by. Ziemia by�a stratowana, w zag��bieniach ca�e ka�u�e krwi. Stasia porwa�a taka z�o��, �e w tej chwili prawie �yczy� sobie, �eby zza jakiej� k�py wychyli�a si� kud�ata g�owa oci�a�ego po nocnej uczcie rozb�jnika i �eby m�g� wpakowa� w ni� kul�. Ale musia� od�o�y� zemst� na czas p�niejszy, obecnie bowiem mia� co innego do roboty. Nale�a�o odnale�� i po�apa� pozosta�e konie. Ch�opiec przypuszcza�, �e musia�y schroni� si� w lesie, r�wnie� jak Saba, kt�rego trupa nigdzie nie by�o wida�. Nadzieja, �e wierny towarzysz niedoli nie pad� ofiar� drapie�nik�w, uradowa�a tak Stasia, �e nabra� lepszej otuchy, a jego rado�� powi�kszy�o jeszcze odnalezienie os�a. Pokaza�o si�, �e m�dry d�ugouch nie chcia� nawet utrudza� si� zbyt dalek� ucieczk�. Zaszy� si� po prostu na zewn�trz zeriby w k�t utworzony przez kopiec termit�w i drzewo � i tam maj�c zabezpieczon� g�ow� i boki czeka�, co si� stanie dalej, got�w w danym razie odeprze� napad za pomoc� bohaterskiego wierzgania. Ale lwy najwidoczniej nie dostrzeg�y go wcale, wi�c gdy s�o�ce wzesz�o i

niebezpiecze�stwo min�o, uwa�a� za stosowne po�o�y� si� i odpocz�� po dramatycznych wra�eniach nocnych. Sta� kr���c ko�o obozowiska odnalaz� wreszcie na rozmi�k�ej ziemi wyciski kopyt ko�skich. �lady sz�y w stron� lasu, a potem skr�ca�y ku w�wozowi. By�a to okoliczno�� pomy�lna, albowiem po�apanie koni w w�wozie nie przedstawia�o wielkich trudno�ci. O kilkana�cie krok�w dalej znalaz�o si� w trawie p�to, kt�ra jeden z koni zerwa� w ucieczce. Ten musia� odbiec tak daleko, �e na razie mo�na go by�o uwa�a� za straconego. Natomiast dwa inne dostrzeg� Sta� za nisk� ska��, nie w samym parowie, lecz na jego brzegu. Jeden z nich tarza� si�, drugi szczypa� m�od� jasnozielon� traw�. Oba wygl�da�y nies�ychanie zm�czone jakby po d�ugiej drodze. Ale �wiat�o dzienne wygna�o trwog� z ich serc, gdy� powita�y Stasia kr�tkim, przyjaznym r�eniem. Ko�, kt�ry si� tarza�, zerwa� si� na nogi, przy czym ch�opiec zauwa�y�, �e i ten wyswobodzi� si� tak�e z p�t, na szcz�cie jednak wola� widocznie zosta� przy towarzyszu ni� ucieka�, gdzie go oczy ponios�. Sta� zostawi� oba pod ska�� i poszed� nad brzeg w�wozu by przekona� si�, czy dalsza nim podr� jest mo�liwa. Jako� obaczy�, �e z powodu wielkiego spadku woda ju� sp�yn�a i �e dno jest prawie suche. Po chwili uwag� jego zwr�ci� jaki� bia�awy przedmiot zapl�tany w pn�cze zwieszaj�ce si� z przeciwleg�ej �ciany skalnej. Pokaza�o si�, �e by� to dach namiotu, kt�ry uderzenie wichru przynios�o a� tutaj i wbi�o w g�stwin�, tak �e woda nie mog�a go porwa�. Namiot zapewnia�, b�d� co b�d�, ma�ej Nel lepsze schronienie ni� sklecony napr�dce z ga��zi sza�as, wi�c odnalezienie tej zguby uradowa�o Stasia mocno. Ale rado�� jego zwi�kszy�a si� jeszcze, gdy z niszy skalnej ukrytej nieco wy�ej pod lianami wyskoczy� Saba trzymaj�cy w z�bach jakie� zwierz�, kt�rego g�owa i ogon zwiesza�y si� po obu stronach jego paszczy. Pot�ny pies wydrapa� si� w mgnieniu oka na g�r� i z�o�y� u n�g Stasia pr�gowan� hien� z pogruchotanym grzbietem i odgryzion� nog�, po czym j�� macha� ogonem i poszczekiwa� rado�nie, jakby chcia� m�wi�: �Stch�rzy�em, wyznaj�, przed lwami, ale co prawda, to i wy siedzieli�cie na drzewie jak pentarki. Patrz jednak, �em nie zmarnowa� nocy.� I tak by� dumny z siebie, �e Sta� zaledwie zdo�a� go sk�oni�, by zostawi� na miejscu cuchn�ce zwierz� i nie zanosi� go w podarunku Nel. Gdy powr�cili obaj, w obozie pali� si� ju� suty ogie�, a w naczyniach wrza�a woda, w kt�rej gotowa�y si� ziarna durry, dwie pentarki i w�dzone paski pol�dwicy z gnu. Nel by�a ju� przebrana w such� odzie�, ale wygl�da�a tak mizernie i blado, �e Sta� zl�k� si� o ni� i wzi�wszy j� za r�k�, by si� przekona�, czy nie ma gor�czki, zapyta�: � Nel, co tobie jest? � Nic, Stasiu, tylko mi si� bardzo chce spa�. � Wierz�! Po takiej nocy! R�ce, chwa�a Bogu, masz zimne. Ach! co to by�a za noc! Oczywi�cie, �e ci si� chce spa�. I mnie tak�e. Ale czy nie czujesz si� chora? � Boli mnie troch� g�owa. Sta� po�o�y� jej d�o� na czole. G��wka by�a zimna tak jak i r�ce, to jednak dowodzi�o w�a�nie ogromnego wyczerpania i os�abienia, wi�c ch�opiec westchn�� i rzek�: � Zjesz co� ciep�ego, a potem zaraz po�o�ysz si� spa� i b�dziesz spa�a a� do wieczora. Dzi� pogoda przynajmniej pi�kna i nie b�dzie tak jak wczoraj. A Nel spojrza�a na niego ze strachem. � Ale my tu nie b�dziemy nocowali? � Tu nie, bo tu le�� zagryzione konie; wybierzemy jakie inne drzewo lub te� pojedziemy do w�wozu i tam urz�dzimy tak� zerib�, jakiej �wiat nie widzia�. B�dziesz tak spa�a spokojnie jak w Port-Saidzie.

Lecz ona z�o�y�a r�czki i pocz�a go prosi� ze �zami, �eby jechali dalej, gdy� w tym strasznym miejscu nie b�dzie mog�a oka zmru�y� i zachoruje z pewno�ci�. I tak go b�aga�a, tak powtarza�a patrz�c mu w oczy: �Co, Stasiu? � dobrze?� � �e zgodzi� si� na wszystko. � Wi�c pojedziemy w�wozem � rzek� � bo tam jest cie�. Przyrzeknij mi tylko, �e je�li ci zbraknie si� albo b�dzie ci s�abo, to mi powiesz. � Nie zbraknie, nie zbraknie! Przywi��esz mnie do siod�a i usn� w drodze doskonale. � Nie. Si�d� na tego samego konia i b�d� ci� trzyma�, Kali i Mea pojad� na drugim, a osio� poniesie namiot. � Dobrze! dobrze! � Zaraz po �niadaniu musisz si� troch� przespa�. Nie mo�emy i tak wyruszy� przed po�udniem, poniewa� jest du�o do roboty. Trzeba po�apa� konie, z�o�y� namiot, urz�dzi� inaczej juki. Cz�� rzeczy zostawimy, bo teraz mamy wszystkiego dwa konie. Zejdzie nam na tym par� godzin, a ty tymczasem prze�pisz si� i wzmocnisz. Dzi� b�dzie upa�, ale pod drzewem cienia nie zbraknie. � A ty i Mea, i Kali? Mnie tak przykro, �e ja jedna b�d� spa�a, a wy si� musicie m�czy�... � Owszem, znajdzie si� i dla nas czas. O mnie si� nie troszcz. Ja w Port-Saidzie w czasie egzamin�w nie sypia�em cz�sto po ca�ych nocach, o czym nawet i m�j ojciec nie wiedzia�... Koledzy nie sypiali tak�e. Ale co m�czyzna, to nie taka ma�a mucha jak ty. Nie masz poj�cia, jak dzi� wygl�dasz... zupe�nie jak szklana! Zosta�y tylko oczy i czupryna, a twarzy wcale nie ma. M�wi� to �artobliwie, ale w duszy si� ba�, gdy� przy mocnym �wietle dziennym Nel mia�a twarz po prostu chor�, i po raz pierwszy zrozumia� jasno, �e je�li tak dalej p�jdzie, to biedne dziecko nie tylko mo�e, ale i musi umrze�. I na t� my�l zadygota�y pod nim nogi, albowiem poczu� nagle, �e w razie jej �mierci on tak�e nie mia�by ani po co �y�, ani po co wraca� do Port-Saidu. �Bo c� bym wtedy mia� do roboty?� � pomy�la�. Na chwil� odwr�ci� si�, by Nel nie dostrzeg�a w jego oczach �alu i l�ku, a nast�pnie poszed� do z�o�onych pod drzewem rzeczy, odrzuci� woj�ok, kt�rym by�a okryta szkatu�ka z nabojami, otworzy� j� i pocz�� czego� szuka�. Chowa� tam w ma�ej szklanej flaszce ostatni proszek chininy i strzeg� go jak oka w g�owie na �czarn� godzin�, to jest na wypadek, gdyby Nel dosta�a febry. Ale teraz by� prawie pewien, �e po takiej nocy pierwszy atak przyjdzie niezawodnie, wi�c postanowi� mu zapobiec. Czyni� to z ci�kim sercem, my�l�c o tym, co b�dzie p�niej, i gdyby nie to, �e m�czy�nie i naczelnikowi karawany nie wypada�o p�aka�, by�by si� nad tym ostatnim proszkiem rozp�aka�. Wi�c chc�c pokry� wzruszenie przybra� wielce surow� min� i wr�ciwszy do dziewczynki rzek�: � Nel, we� przed jedzeniem reszt� chininy. Ona za� spyta�a: � A je�li ty dostaniesz febry? � To si� b�d� trz�s�. We�, m�wi� ci. Wzi�a bez dalszego oporu, albowiem od czasu jak pozabija� Suda�czyk�w, ba�a si� go troch� mimo wszelkich stara�, jakimi j� otacza�, i dobroci, jak� jej okazywa�. Zasiedli potem do �niadania i po zm�czeniu nocnym gor�cy ros� z pentarki smakowa� im wybornie. Nel zasn�a zaraz po posi�ku i spa�a przez kilka godzin. Sta�, Kali i Mea urz�dzili przez ten czas karawan�, przynie�li z w�wozu wierzch namiotu, posiod�ali konie, objuczyli i os�a � i zakopali pod korzeniami nabaku te rzeczy,

kt�rych nie mogli zabra�. Sen morzy� ich przy tej robocie okropnie, ale Sta� z obawy, by nie zaspa�, pozwoli� sobie i im na kolejn� tylko drzemk�. By�a mo�e godzina druga, gdy wyruszyli w dalsz� drog�. Sta� trzyma� przed sob� Nel, Kali jecha� z Me� na drugim koniu. Nie zjechali jednak od razu do parowu, ale posuwali si� mi�dzy jego brzegiem a lasem. M�oda d�ungla podros�a przez t� jedn� d�d�yst� noc bardzo znacznie, grunt jednak pod ni� by� czarny i nosi� �lady ognia. �atwo by�o odgadn��, �e albo przechodzi� t�dy ze swoim oddzia�em Smain, albo �e po�ar przygnany z daleka wichrem, lecia� such� d�ungl� i wreszcie trafiwszy na wilgotny las przesun�� si� niezbyt szerokim szlakiem mi�dzy nim a w�wozem i poszed� dalej. Stasiowi chcia�o si� sprawdzi�, czy na tym szlaku nie znajd� si� jakie �lady obozowisk Smaina albo wyciski kopyt � i z przyjemno�ci� przekona� si�, �e nic podobnego nie by�o wida�. Kali, kt�ry si� na takich rzeczach zna� dobrze, twierdzi� stanowczo, �e ogie� musia� by� przyniesiony przez wiatr i �e od tego czasu up�yn�o ju� dni kilkana�cie. � To dowodzi � zauwa�y� Sta� � �e Smain ze swoimi mahdystami jest ju� B�g wie gdzie � i �e w �adnym razie nie wpadniemy w jego r�ce. Po czym oboje z Nel zacz�li przypatrywa� si� ciekawie ro�linno�ci, poniewa� dotychczas nigdy nie przeje�d�ali tak blisko podzwrotnikowego lasu. Jechali teraz samym jego brzegiem, aby mie� nad g�ow� cie�. Ziemia tu by�a wilgotna i mi�kka, zaro�ni�ta ciemnozielonaw� traw�, mchami i paproci�. Gdzieniegdzie le�a�y stare, spr�chnia�e pnie, pokryte jakby kobiercem, prze�licznymi storczykami o pstrych, podobnych do motyli kwiatach, z r�wnie� pstrym dzbankiem w �rodku korony. Gdzie dochodzi�o s�o�ce, tam ziemia z�oci�a si� od innych dziwnych storczyk�w, drobnych i ��tych, w kt�rych dwa p�atki kwiatu wznosz�c si� po bokach p�atka trzeciego czyni�y podobie�stwo do g�owy zwierz�tka, o du�ych, ostro zako�czonych uszach. W niekt�rych miejscach las podszyty by� krzakami dzikiego ja�minu, upi�tymi w girlandy z cienkich pn�cz�w kwitn�cych r�owo. P�ytkie parowy i wg��bienia porasta�y paprocie zbite w jeden nieprzenikniony g�szcz: to niskie i roz�o�yste, to wysokie, z pniami poobwijanymi jakby k�dziel�, si�gaj�ce a� do pierwszych konar�w drzew i rozpostarte pod nimi w delikatn�, zielon� koronk�. W g��bi nie by�o jednolitych drzew: daktylowce, rafie, palmy wachlarzowe, sykomory, chlebowce, euforbie, olbrzymie odmiany senecjon�w, akacji, drzewa o uli�cieniu ciemnym i l�ni�cym, i jasnym lub czerwonym jak krew, ros�y obok siebie, pie� przy pniu, spl�tane ga��ziami, z kt�rych strzela�y kwiaty ��te i purpurowe, podobne do �wiecznik�w. W niekt�rych ost�pach nie by�o wcale wida� drzew, gdy� od ziemi a� do wierzcho�k�w pokrywa�y je pn�cza przerzucaj�c si� z pnia na pie�, tworz�c jakby wielkie litery: W i M, zwieszaj�c si� na kszta�t feston�w, firanek i ca�ych kotar. Liany kauczukowe dusi�y wprost w tysi�cznych w�owych skr�tach drzewa i zmienia�y je w piramidy zasypane bia�ym kwieciem jak �niegiem. Naok� wi�kszych lian�w obwija�y si� mniejsze i gmatwanina stawa�a si� tak nies�ychana, �e przetwarza�a si� niemal w �cian�, przez kt�r� ani cz�owiek, ani zwierz nie zdo�a�by si� przedrze�. Miejscami tylko, gdzie przedziera�y si� s�onie, kt�rych sile nic nie potrafi si� oprze�, by�y powybijane w g�szczu jakby g��bokie i kr�te korytarze. �piewu ptak�w, kt�ry tak umila lasy europejskie, nie by�o wcale s�ycha�, natomiast w�r�d wierzcho�k�w drzew rozlega�y si� najdziwaczniejsze wo�ania, podobne to do odg�osu, jaki wydaje pi�a, to do bicia w kot�y, to do klekotania bocian�w, to do skrzypienia starych drzwi, to do klaskania w r�ce, do miauczenia kot�w lub nawet do g�o�nej podnieconej rozmowy ludzkiej. Kiedy niekiedy wzbija�o si� ponad drzewa stadko papug szarych, zielonych, bia�ych lub gromadka jaskrawo upierzonych tukan�w, o cichym falistym locie. Na �nie�nym tle kauczukowych pn�czy miga�y niekiedy jak le�ne duchy ma�e ma�pki �a�obniczki, czarne zupe�nie, z wyj�tkiem bia�ego ogona, bia�ych pas�w po bokach i takich�e faworyt�w otaczaj�cych twarz barwy w�gla.

Dzieci patrzy�y z podziwem na ten dziewiczy las, na kt�ry mo�e jeszcze nigdy nie spojrza�y oczy bia�ego cz�owieka. Saba dawa� co chwila nurka w g�szcze, sk�d dochodzi�o jego weso�e szczekanie. Ma�� Nel pokrzepi�a chinina, �niadanie i wypoczynek. Twarzyczka jej o�ywi�a si� i nabra�a lekkich kolor�w, oczki patrzy�y weselej. Co chwila wypytywa�a Stasia o nazwy rozmaitych drzew i ptak�w, a on odpowiada�, jak umia�. Na koniec o�wiadczy�a, �e chce zej�� z konia i nazbiera� du�o kwiat�w. Lecz ch�opak u�miechn�� si� i odrzek�: � Zaraz by ci� tam zjad�y siafu. � Co to siafu? czy to co gorszego od lwa? � I gorszego, i nie gorszego. To s� mr�wki k�saj�ce ogromnie. Pe�no ich na ga��ziach, z kt�rych spadaj� ludziom na plecy jak deszcz ognisty. Ale chodz� i po ziemi. Spr�buj tylko zsi��� z konia i p�j�� troch� w las, a zaraz zaczniesz podskakiwa� i piszcze� jak ma�pka. Nawet od lwa �atwiej si� obroni�. Czasem id� w ogromnych szeregach i wtedy wszystko im ust�puje z drogi. � Ale ty da�by� sobie z nimi rad�? � Ja? Rozumie si�! � A jak? � Za pomoc� ognia albo ukropu. � Ty to sobie zawsze potrafisz poradzi� � rzek�a z g��bokim przekonaniem. Stasiowi pochlebi�y wielce te s�owa, wi�c odpowiedzia� zarozumiale, ale zarazem i weso�o: � Byle� by�a tylko zdrowa, to reszt� mo�esz zda� na mnie. � Mnie ju� nawet i g�owa nie boli. � Chwa�a Bogu, chwa�a Bogu! Tak rozmawiaj�c min�li las, kt�ry jednym tylko bokiem dochodzi� do parowu. S�o�ce sta�o jeszcze wysoko na niebie i dopieka�o pot�nie, gdy� pogoda uczyni�a si� wspania�a i na niebie nie by�o �adnej chmurki. Konie obla�y si� potem, a Nel pocz�a bardzo narzeka� na gor�co. Z tego powodu Sta� upatrzywszy odpowiednie miejsce skr�ci� do w�wozu, w kt�rym zachodnia �ciana rzuca�a g��boki cie�. By�o tam ch�odniej i woda, pozosta�a we wg��bieniach po wczorajszej ulewie, by�a r�wnie� stosunkowo ch�odna. Nad g�owami ma�ych podr�nik�w przelatywa�y ci�gle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych g�owach, niebieskich piersiach i ��tych skrzyd�ach, wi�c ch�opiec j�� opowiada� Nel to, co o ich obyczajach wiedzia� z ksi��ek. � Wiesz � m�wi� � s� takie tukany, kt�re w porze l�gu wyszukuj� dziupl� w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a samiec oblepia otw�r glin�, tak �e tylko jej g�ow� wida�, i dopiero gdy piskl�ta si� wyl�gn�, t�ucze swoim wielkim dziobem glin� i wypuszcza samic� na wolno��. � A co ona przez ten czas je? � Samiec j� karmi. Lata ci�gle naoko�o i przynosi jej rozmaite jagody. � A czy jej pozwala spa�? � pyta�a dalej sennym g�osem. Sta� u�miechn�� si�. � Je�li pani tukanowa ma tak� ochot� jak ty w tej chwili, to jej pozwala. Jako� w ch�odnym w�wozie pocz�� dziewczynk� morzy� nieprzeparty sen, gdy� od rana do wczesnego popo�udnia za ma�o jej by�o wypoczynku. Sta� mia� szczer� ch�� p�j�� za jej przyk�adem, lecz nie m�g�, poniewa� musia� j� trzyma� obawiaj�c si�, by nie spad�a, a przy tym by�o mu ogromnie niewygodnie siedzie� po m�sku na p�askim i szerokim siodle, jakie Hatim wraz z Seki-Tamal� urz�dzili dla ma�ej jeszcze w Faszodzie. Nie �mia� jednak porusza� si� i prowadzi� konia jak najwolniej, by jej nie rozbudzi�.

Ona tymczasem, przechyliwszy si� w ty�, opar�a mu g��wk� na ramieniu i rozespa�a si� na dobre. Ale oddycha�a tak r�wno i spokojnie, �e Sta� przesta� �a�owa� ostatniego proszku chininy. Czu� s�uchaj�c jej oddechu, �e niebezpiecze�stwo febry zosta�o na razie usuni�te, i tak pocz�� rozmy�la�: �W�w�z idzie ci�gle w g�r�, a teraz nawet do�� stromo. Jeste�my coraz wy�ej i kraj jest coraz suchszy. Trzeba tylko b�dzie znale�� jakie miejsce wynios�e, doskonale zas�oni�te, przy bystrej wodzie, tam si� rozgospodarzy�, da� ma�ej par� tygodni wypoczynku, a mo�e i przeczeka� ca�� massik�. Niejedna nie wytrzyma�aby i dziesi�tej cz�ci tych trud�w, ale trzeba, aby wypocz�a! Po takiej nocy inna dosta�aby natychmiast febry, a ona � jak to sobie �pi doskonale! Chwa�a Bogu!� I my�li te wprawi�y go w doskona�y humor, tote� spogl�daj�c z g�ry na g��wk� Nel opart� na jego piersiach m�wi� sobie weso�o, ale zarazem nie bez pewnego zdziwienia: �Szczeg�lna jednak rzecz, jak ja t� ma�� much� lubi�! Co prawda lubi�em j� zawsze, ale teraz to coraz wi�cej!� I nie wiedz�c, jak sobie tak osobliwy objaw wyt�umaczy�, wpad� na nast�puj�ce przypuszczenie: �To pewno dlatego, �e�my tyle razem przeszli i �e ona jest na mojej opiece.� Tymczasem trzyma� t� �much� z wielk� ostro�no�ci� praw� r�k� za pasek, �eby mu nie zlecia�a z siod�a i nie pot�uk�a sobie noska. Posuwali si� noga za nog� i w milczeniu, tylko Kali pod�piewywa� sobie pod nosem na chwa�� Stasia: � Pan wielki zabi� Gebhra, zabi� lwa i bawo�u! yah! pan wielki zabi� jeszcze du�o lw�w! yah! Mn�stwo mi�sa! mn�stwo mi�sa! yah! yah!... � Kali � zapyta� cicho Sta� � czy Wa-hima poluj� na lwy? � Wa-hima ba� si� lw�w, ale Wa-hima kopa� g��bokie do�y i je�li lew w nocy wpadnie, to Wa-hima �mia� si�. � C� wtedy robicie? � Wa-hima rzuca� du�o oszczep�w, a� lew jak je�. Wtedy go wyci�gn�� z do�u i zje��. Lew dobry. I wedle swego zwyczaju pog�adzi� si� po �o��dku. Stasiowi nie bardzo podoba� si� ten spos�b polowania, wi�c pocz�� wypytywa�, jaka inna zwierzyna znajduje si� w kraju Wa-hima, i rozmawiali dalej o antylopach, strusiach, �yrafach i nosoro�cach dop�ty, dop�ki do uszu ich nie doszed� szum wodospadu. � Co to? � zawo�a� Sta� � rzeka przed nami i wodospad? Kali pokiwa� g�ow� na znak, �e widocznie tak jest. I przez czas jaki� jechali bardziej sporym krokiem nas�uchuj�c szumu, kt�ry stawa� si� coraz wyra�niejszy. � Wodospad! � powt�rzy� zaciekawiony Sta�. Lecz zaledwie min�li jeden i drugi zakr�t, gdy nagle przeszkoda nie do przebycia zatamowa�a im dalsz� drog�. Nel, kt�r� poprzednio u�pi� ruch ko�ski, rozbudzi�a si� zaraz. � Czy ju� stajemy na nocleg? � zapyta�a. � Nie, ale patrz! � odpowiedzia� Sta� � ska�a zamyka w�w�z.

� To c� zrobimy? � Przecisn�� si� obok niej niepodobna, bo tu ciasno, wi�c trzeba si� b�dzie troch� wr�ci�, wydosta� si� na g�r� i objecha� przeszkod�, ale do wieczora jeszcze ze dwie godziny, a zatem mamy czas. Niech te� i konie troch� odetchn�. S�yszysz wodospad? � S�ysz�. � Zatrzymamy si� przy nim na nocleg. Po czym zwr�ci� si� do Kalego, kaza� mu wydrapa� si� na brzeg parowu i zobaczy�, czy dalej dno w�wozu nie jest zawalone podobnymi przeszkodami, sam za� pocz�� przypatrywa� si� uwa�nie skale i po chwili zawo�a�: � Ona oderwa�a si� i run�a niedawno. Widzisz, Nel, ten od�am? Przypatrz si�, jaki �wie�y. Nie ma na nim �adnych mch�w ani ro�lin. Rozumiem ju� � rozumiem! I r�k� wskaza� dziewczynce na rosn�cy nad brzegiem w�wozu baobab, kt�rego ogromny korze� zwiesza� si� po �cianie wzd�u� od�amu. � To ten korze� zapu�ci� si� w szpar� mi�dzy �cian� i ska�� i rozrastaj�c si� od�upa� w ko�cu ska��. To jest rzecz bardzo osobliwa, bo przecie kamie� twardszy jest od drzewa, wiem jednak, �e w g�rach cz�sto tak bywa. Byle co tr�ci potem taki g�az, kt�ry si� ledwie trzyma � i g�az si� odrywa. � Ale co go mog�o tr�ci�? � Trudno powiedzie�. Mo�e dawniejsza burza, mo�e wczorajsza. W tej chwili Saba, kt�ry poprzednio pozosta� by� za karawan�, nadlecia�, stan�� nagle jakby poci�gni�ty z ty�u za ogon, zawietrzy�, nast�pnie wcisn�� si� w w�skie przej�cie mi�dzy �cian� a oderwan� ska��, ale natychmiast pocz�� si� cofa� ze zje�on� sier�ci�. Sta� zsiad� z konia, by zobaczy�, co mog�o psa przestraszy�. � Stasiu, nie chod� tam � prosi�a Nel � tam mo�e by� lew. Ch�opiec za�, kt�ry by� troch� junak-samochwa� i kt�ry od wczorajszej nocy mia� nadzwyczajn� uraz� do lw�w, odrzek�: � Wielka rzecz lew � w dzie�! Zanim jednak zbli�y� si� do przej�cia, rozleg� si� z g�ry g�os Kalego: � Bwana kubwa! Bwana kubwa! � Co takiego? � zapyta� Sta�. Murzyn zsun�� si� w mgnieniu oka po �odydze pn�cza. Z twarzy �atwo mu by�o wyczyta�, �e przynosi jak�� wa�n� nowin�. � S�o�! � zawo�a�. � S�o�? � Tak � odpowiedzia� m�ody Murzyn, machaj�c r�koma. � Tam grzmi�ca woda, a tu ska�a. S�o� nie m�c wyj��. Pan wielki zabi� s�onia, a Kali go je��, och, je��, je��! I na t� my�l opanowa�a go taka rado��, �e j�� skaka�, uderza� d�o�mi po kolanach i �mia� si� jak szalony, przewracaj�c przy tym oczy i po�yskuj�c bia�ymi z�bami. Sta� nie zrozumia� od razu, dlaczego Kali m�wi, �e s�o� nie mo�e wyj�� z w�wozu, wi�c chc�c zobaczy�, co si� sta�o, siad� na ko� i powierzywszy Nel Mei, by w danym razie mie� wolne do strza�u r�ce, kaza� Kalemu si��� za sob�, po czym zawr�cili wszyscy i pocz�li szuka� miejsca, przez kt�re by mogli wydosta� si� na g�r�. Po drodze Sta� wypytywa� si�, jakim sposobem s�o� m�g� znale�� si� tam, gdzie by� � i z odpowiedzi Kalego wymiarkowa� mniej wi�cej, co zasz�o. Oto s�o� ucieka� widocznie w�wozem podczas po�aru d�ungli przed ogniem; po drodze

otar� si� silnie o nadwer�on� ska��, a ta zwali�a si� i przeci�a mu odwr�t. Potem dobieg�szy do ko�ca parowu znalaz� si� nad brzegiem przepa�ci, w kt�r� spada�a rzeka, i w ten spos�b zosta� zamkni�ty. Po pewnym czasie m�odzi podr�nicy znale�li wyj�cie, ale do�� strome, tak �e trzeba by�o zsi��� z koni i prowadzi� je za sob�. Poniewa�, wedle zapewnie� Murzyna, do rzeki by�o bardzo blisko, wi�c ruszyli dalej piechot�. Doszli na koniec na wysoki cypel ograniczony z jednej strony rzek�, z drugiej parowem i spojrzawszy w d� ujrzeli na dnie kotliny s�onia. Olbrzymi zwierz le�a� na brzuchu i ku wielkiemu zdziwieniu Stasia nie zerwa� si� na ich widok, tylko gdy Saba pocz�� dopada� do brzegu w�do�u i szczeka� zajadle, poruszy� na chwil� ogromnymi uszami i podni�s� tr�b�, ale opu�ci� j� natychmiast. Dzieci trzymaj�c si� za r�ce d�ugo patrzy�y na niego w milczeniu, kt�re przerwa� dopiero Kali. � On umiera� z g�odu! � zawo�a�. Rzeczywi�cie s�o� wychudzony by� do tego stopnia, �e jego grzbiet tworzy� wzd�u� cia�a jakby stercz�cy grzebie�; boki mia� zapad�e, pod sk�r�, mimo jej grubo�ci, rysowa�y si� wyra�nie �ebra � i �atwo by�o odgadn��, �e nie wstaje dlatego, �e nie ma ju� si�. W�w�z, do�� przy uj�ciu szeroki, zmienia� si� w zamkni�t� z obu bok�w pionowymi ska�ami kotlink�, na kt�rej dnie ros�o kilka drzew. Ot� drzewa te by�y po�amane, kora na nich obdarta, na ga��ziach ani listka. Pn�cze zwieszaj�ce si� ze ska� by�y r�wnie� pozdzierane i objedzone, a trawa w kotlinie wyskubana do ostatniego �d�b�a. Sta�, rozpatrzywszy si� dok�adnie w po�o�eniu, j�� dzieli� si� swymi spostrze�eniami z Nel, ale pod wra�eniem nieuniknionej �mierci olbrzymiego zwierz�cia m�wi� cicho, jakby si� ba�, by nie zam�ci� mu ostatnich chwil �ycia. � Tak, on rzeczywi�cie umiera z g�odu. Siedzi tu ju� pewnie ze dwa tygodnie, to jest od czasu, gdy po�ar spali� star� d�ungl�. Zjad� wszystko, co by�o do zjedzenia, a teraz m�czy si� tylko, tym bardziej �e tu na g�rze rosn� chlebowce i akacje o wielkich str�kach, a on je widzi i nie mo�e si� do nich dosta�. I przez chwil� patrzyli zn�w w milczeniu, a s�o� tak�e zwraca� na nich raz w raz swe ma�e, gasn�ce oczka � i co� w rodzaju gulgotania wydobywa�o mu si� z gard�a. � Doprawdy � ozwa� si� ch�opiec � lepiej b�dzie skr�ci� mu t� m�k�. To rzek�szy podni�s� strzelb� do twarzy, lecz Nel chwyci�a go za kurtk� i opieraj�c si� na obu n�kach pocz�a odci�ga� go z ca�ej si�y znad brzegu parowu. � Stasiu, nie r�b tego! Stasiu, dajmy mu je��! � on taki biedny! Ja nie chc�, �eby� ty go zabija�, nie chc�! nie chc�! I tupi�c n�kami nie przestawa�a go ci�gn��, a on spojrza� na ni� z wielkim zdumieniem, lecz widz�c jej oczy pe�ne �ez rzek�: � Ale�, Nel... � Nie chc�! nie dam go zabi�! Ja dostan� febry, je�li go zabijesz!... Dla Stasia do�� by�o tej gro�by, by si� wyrzec zab�jczych zamiar�w � i wzgl�dem tego s�onia, kt�rego mieli przed sob�, i wzgl�dem wszystkich innych na �wiecie. Przez chwil� milcza� jeszcze, nie wiedz�c, co ma�ej odpowiedzie�, po czym rzek�: � No, dobrze! dobrze!... M�wi� ci, �e dobrze! Nel! pu�� mnie! A Nel u�ciska�a go zaraz i przez jej zap�akane oczy przeb�ysn�� u�miech. Teraz chodzi�o jej tylko o to, by jak najpr�dzej da� s�oniowi je��. Kali i Mea zdziwili

si� bardzo, gdy dowiedzieli si�, �e bwana kubwa nie tylko go nie zabije, ale �e maj� natychmiast narwa� dla niego tyle melon�w z drzewa chlebowego, tyle str�k�w akacji i tyle wszelkiego rodzaju zielska, li�ci i traw, ile tylko zdo�aj�. Obosieczny suda�ski miecz Gebhra przyda� si� Kalemu do tych czynno�ci bardzo i gdyby nie on, robota nie posz�aby �atwo. Nel jednak nie chcia�a czeka� na jej uko�czenie i gdy tylko pierwszy melon spad� z drzewa, porwa�a go w obie r�ce i nios�c go do w�wozu powtarza�a pr�dko, jakby z obaw�, by jej nie chcia� kto inny wyr�czy�: � Ja! ja! ja! Lecz Sta� nie my�la� bynajmniej pozbawi� jej tej rozkoszy, z obawy tylko, by ze zbytku zapa�u nie zlecia�a razem z melonem, chwyci� j� za pasek i zawo�a�: � Ciskaj! Ogromny owoc potoczy� si� po stromej pochy�o�ci i pad� przy nogach s�onia, �w za� wyci�gn�� w mgnieniu oka tr�b�, pochwyci� go, potem j� zgi��, jakby chcia� sobie w�o�y� melon pod szyj� � i tyle go dzieci widzia�y! � Zjad�! � zawo�a�a uszcz�liwiona Nel. � Spodziewam si�! � odpowiedzia� �miej�c si� Sta�. A s�o� wyci�gn�� ku nim tr�b�, jakby chcia� prosi� o wi�cej, i odezwa� si� pot�nym g�osem: � Hrrumf! � Chce jeszcze! � Spodziewam si� � powt�rzy� Sta�. Drugi melon poszed� w �lad za pierwszym i znikn�� w jednej chwili tak samo, potem trzeci, czwarty, dziesi�ty, nast�pnie zacz�y zlatywa� str�ki akacji i ca�e wi�zki traw i wielkich li�ci. Nel nie pozwoli�a si� nikomu zast�pi� i gdy jej ma�e r�ce zm�czy�y si� robot�, spycha�a n�kami coraz nowe zapasy, s�o� za� jad� i podnosz�c kiedy niekiedy tr�b� wyg�asza� swoje grzmi�ce: �hrrumf�, na znak, �e chce jeszcze wi�cej, i � jak utrzymywa�a Nel � na znak, �e dzi�kuje. Lecz Kali i Mea zm�czyli si� na koniec robot�, kt�r� spe�niali bardzo gorliwie, ale tylko w tej my�li, �e bwana kubwa pragnie naprz�d odpa�� s�onia, a potem dopiero go zabi�. Wreszcie jednak bwana kubwa kaza� im przesta�, gdy� s�o�ce zni�y�o si� ju� mocno i czas by�o rozpocz�� budow� zeriby. Na szcz�cie nie by�a to rzecz trudna, albowiem dwa boki tr�jk�tnego cypla by�y zupe�nie niedost�pne, tak �e nale�a�o tylko zagrodzi� trzeci. Akacji z okrutnymi kolcami nie brak�o tak�e. Nel nie odst�powa�a ani na krok od w�wozu i siedz�c w kucki nad jego brzegiem oznajmia�a z dala Stasiowi, co s�o� robi, i raz w raz rozlega� si� jej cienki g�osik: � Szuka ko�o siebie tr�b�! Albo: � Rusza uszami. Ogromne ma uszy! A wreszcie: � Stasiu! Stasiu, wstaje! Oj! Sta� zbli�y� si� szybko i chwyci� Nel za r�k�. S�o� wsta� rzeczywi�cie i teraz dopiero dzieci mog�y przypatrzy� si� jego ogromowi. Widzia�y one poprzednio kilka razy wielkie s�onie, kt�re przez Kana� Sueski przewo�ono na okr�tach z Indii do Europy, ale �aden z nich nie m�g� si� por�wna� z tym kolosem, kt�ry istotnie wygl�da� jak wielka szyfrowej barwy ska�a, chodz�ca na czterech nogach. R�ni� si� tak�e od tamtych niezmiernymi k�ami, kt�re dochodzi�y do pi�ciu lub wi�cej st�p d�ugo�ci, i jak to zauwa�y�a ju� Nel, bajecznymi wprost uszami. Przednie jego nogi

by�y bardzo wysokie, ale stosunkowo cienkie, czego przyczyn� by� zapewne post wielodniowy. � Oto liliput! � zawo�a� Sta�. � Gdyby wspi�� si� i wyci�gn�� dobrze tr�b�, m�g�by ci� z�apa� za n�k�. Ale kolos nie my�la� ani si� wspina�, ani �apa� nikogo za n�k�. Chwiejnym krokiem zbli�y� si� do wylotu w�wozu, popatrzy� przez chwil� w przepa��, na kt�rej dnie kot�owa�a si� woda, potem zwr�ci� si� do �ciany le��cej bli�ej wodospadu, skierowa� ku niemu tr�b� i zanurzywszy j�, jak m�g� najdok�adniej, pocz�� pi�. � Jego szcz�cie � rzek� Sta� � �e m�g� dosta� tr�b� do wody. Inaczej by�by zdech�. S�o� pi� tak d�ugo, �e w ko�cu niepok�j ogarn�� dziewczynk�. � Stasiu, czy on sobie nie zaszkodzi? � zapyta�a. � Nie wiem � odpowiedzia� �miej�c si� � ale skoro wzi�a� go w opiek�, to go teraz przestrze�. Wi�c Nel przechyli�a si� nad kraw�dzi� i nu� wo�a�: � Dosy�, kochany s�oniu, dosy�! A kochany s�o�, jakby zrozumia�, o co chodzi, przesta� zaraz pi�, a natomiast pocz�� tylko oblewa� si� wod�: naprz�d obla� sobie nogi, potem grzbiet, a nast�pnie oba boki. Ale tymczasem �ciemni�o si�, wi�c Sta� odprowadzi� dziewczynk� do zeriby, gdzie czeka�a ju� na nich wieczerza. Oboje byli w doskona�ych humorach: Nel dlatego, �e uratowa�a s�oniowi �ycie, a Sta� dlatego, �e widzia� jej b�yszcz�ce jak dwie gwiazdki oczy i rozradowan� twarzyczk�, kt�ra wygl�da�a czerstwiej i zdrowiej ni� kiedykolwiek od czasu wyjazdu z Chartumu. Do zadowolenia ch�opca przyczynia�o si� i to, �e obiecywa� sobie spokojn� i doskona�� noc. Niedost�pny z dw�ch stron cypel zabezpiecza� ich zupe�nie od napa�ci, a z trzeciej strony Kali z Me� wznie�li tak wysok� �cian� z kolczastych ga��zi akacji i passiflory, �e nie mog�o by� mowy o tym, by jakiekolwiek drapie�ne zwierz� zdo�a�o si� przez tak� zapor� przedosta�. Pogoda przy tym uczyni�a si� pi�kna i niebo zaraz po zachodzie s�o�ca obsypa�o si� gwiazdami. Ch�odnawym z powodu blisko�ci wodospadu powietrzem, przesyconym zapachem d�ungli i �wie�o po�amanych ga��zi, przyjemnie by�o oddycha�. �Nie dostanie ta mucha febry!� � my�la� z rado�ci� Sta�. Nast�pnie zacz�li rozmawia� o s�oniu, gdy� Nel nie by�a zdolna rozmawia� o czym innym i nie przestawa�a unosi� si� nad jego wzrostem, tr�b� i k�ami, kt�re rzeczywi�cie mia� olbrzymie. W ko�cu zapyta�a: � Stasiu, prawda, jaki on rozumny? � Jak Salomon � odpowiedzia� Sta�. � Ale z czego to wnosisz? � Bo jak go poprosi�am, �eby wi�cej nie pi�, zaraz mnie us�ucha�. � Je�li przedtem nie bra� lekcji j�zyka angielskiego, a jednak go rozumie, to istotnie cudowne. Nel pomiarkowa�a, �e Sta� stroi sobie z niej �arty, wi�c fukn�a na niego jak kotka, po czym rzek�a: � M�w sobie, co chcesz, a ja jestem pewna, �e on jest bardzo rozumny i �e si� zaraz oswoi. � Czy zaraz, nie wiem, ale oswoi� si� mo�e. S�onie afryka�skie s� wprawdzie dziksze od azjatyckich, jednak�e my�l�, �e na przyk�ad Hannibal pos�ugiwa� si� afryka�skimi. � A kto to by� Hannibal?

Sta� spojrza� na ni� z wyrozumia�o�ci�, ale i z politowaniem. � Oczywi�cie � rzek� � w twoim wieku nawet takich rzeczy si� nie wie. Hannibal by� to wielki w�dz kartagi�ski, kt�ry u�ywa� s�oni do wojny z Rzymianami, a poniewa� Kartagina le�a�a w Afryce, wi�c musia� u�ywa� afryka�skich... Dalsz� rozmow� przerwa� im rozg�o�ny ryk s�onia, kt�ry najad�szy si� i napiwszy pocz�� sobie tr�bi�, nie wiadomo czy z rado�ci, czy z t�sknoty za zupe�n� wolno�ci�. Saba zerwa� si� i j�� szczeka�, a Sta� rzek�: � Masz tobie! Teraz zwo�uje towarzysz�w. �adnie b�dziemy wygl�dali, je�li nadci�gnie tu ca�e stado. � On powie innym, �e�my byli dla niego dobrzy! � odrzek�a po�piesznie Nel. Lecz Sta�, kt�ry nie zaniepokoi� si� naprawd�, albowiem liczy�, �e gdyby nawet stado nadbieg�o, to sp�oszy je blask ognia � u�miechn�� si� przekornie i rzek�: � Dobrze, dobrze! A je�li si� s�onie poka��, to ty nie b�dziesz ze strachu p�aka�a, o nie! � tylko b�d� ci si� oczy poci�y, jak ju� by�o dwa razy. I pocz�� j� przedrze�nia�: � Ja nie p�acz�, tylko mi si� oczy poc�... Nel jednak widz�c jego weso�� min� domy�li�a si�, �e �adne niebezpiecze�stwo im nie grozi. � Jak go oswoimy � rzek�a � to nie b�d� mi si� oczy poci�y, cho�by dziesi�� lw�w rycza�o. � Dlaczego? � Bo on nas obroni. Sta� uciszy� Sab�, kt�ry nie przestawa� s�oniowi odpowiada�, po czym zastanowi� si� nieco i tak m�wi�: � Nie pomy�la�a� o jednej rzeczy, Nel. Przecie� my tu na wieki nie zostaniemy, ale pojedziemy dalej. Nie m�wi�, �e zaraz... Owszem: miejsce jest dobre i zdrowe, postanowi�em wi�c tu zosta�... mo�e tydzie�, mo�e dwa, bo i tobie, i nam wszystkim nale�y si� wypoczynek. No, dobrze! P�ki tu zostaniemy, b�dziemy s�onia karmili, chocia� to dla wszystkich robota ogromna. Ale on jest przecie� zamkni�ty i nie mo�emy wzi�� go z sob�. Wi�c co p�niej? P�jdziemy, a on tu zostanie i zn�w si� b�dzie m�czy� z g�odu, p�ki nie zdechnie. Wtedy tym bardziej b�dzie go nam �al... Nel zasmuci�a si� bardzo i czas jaki� siedzia�a w milczeniu, nie wiedz�c widocznie, co odpowiedzie� na te s�uszne uwagi, lecz po chwili podnios�a g�ow� i odrzuciwszy czuprynk�, kt�ra jej spad�a na oczy, zwr�ci�a pe�ny ufno�ci wzrok na ch�opca: � Wiem � rzek�a � �e jak ty zechcesz, to go wyprowadzisz z w�wozu. � Ja? A ona wyci�gn�wszy paluszek dotkn�a nim r�ki Stasia i powt�rzy�a: � Ty. Ma�a, chytra kobietka rozumia�a, �e jej zaufanie pochlebi ch�opcu i �e od tej chwili zacznie rozmy�la�, jakby uwolni� s�onia.

ROZDZIA� XXVI

Noc zesz�a spokojnie i lubo na po�udniowej stronie nieba nagromadzi�o si� du�o chmur, ranek uczyni� si� pogodny. Z rozkazu Stasia Kali i Mea zaj�li si� zaraz po �niadaniu gromadzeniem melon�w, str�k�w akacjowych i �wie�ych li�ci oraz trawy i wszelkiego rodzaju �ywno�ci dla s�onia, kt�r� sk�adali nast�pnie nad brzegiem w�wozu. Poniewa� Nel chcia�a koniecznie karmi� osobi�cie swego nowego przyjaciela, wi�c Sta� wyci�� dla niej z m�odego rosochatego figowca co� w rodzaju wide�, aby jej �atwiej by�o spycha� zapasy na dno w�wozu. S�o� tr�bi� od rana, upominaj�c si� widocznie o posi�ek, a gdy nast�pnie ujrza� na kraw�dzi t� sam� bia�� istotk�, kt�ra nakarmi�a go wczoraj, powita� j� radosnym gulgotaniem i natychmiast wyci�gn�� ku niej tr�b�. Przy �wietle poranku wyda� si� dzieciom jeszcze bardziej olbrzymi ni� wczoraj. Chudy by� bardzo, ale wygl�da� ju� ra�niej i zwraca� ku Nel swe ma�e, bystre oczy prawie weso�o. Nel twierdzi�a nawet, �e przednie jego nogi pogrubia�y przez jedn� noc, i pocz�a spycha� �ywno�� z takim zapa�em, �e Sta� musia� j� powstrzymywa�, a w ko�cu, gdy si� zadysza�a zanadto, zast�pi� j� w robocie. Oboje bawili si� wybornie, a zw�aszcza bawi�y ich �grymasy� s�onia. Jad� on z pocz�tku wszystko, co mu pod nogi wpad�o, lecz wkr�tce zaspokoiwszy pierwszy g��d pocz�� przebiera�. Trafiwszy na ro�lin�, kt�ra mniej mu smakowa�a, otrzepywa� j� o przednie nogi, po czym odrzuca� j� tr�b� w g�r�, jakby chcia� m�wi�: �Zjedzcie sami ten przysmak.� Wreszcie, po zaspokojeniu g�odu i pragnienia, j�� wachlowa� si� swymi ogromnymi uszami z widocznym zadowoleniem. � Jestem pewna � m�wi�a Nel � �e gdyby�my do niego teraz zeszli, nie zrobi�by nam nic z�ego. I pocz�a na� wo�a�: � S�oniu, kochany s�oniu, prawda, �e nie zrobi�by� nam nic z�ego? A gdy s�o� kiwn�� w odpowiedzi tr�b�, zwr�ci�a si� do Stasia: � Widzisz, powiada, �e tak. � By� mo�e � odrzek� Sta�. � S� to zwierz�ta bardzo inteligentne i ten zrozumia� ju� niezawodnie, �e oboje jeste�my mu potrzebni. Kto wie, czy nie odczuwa te� i troch� wdzi�czno�ci dla nas; lepiej jednak jeszcze nie pr�bowa�, a zw�aszcza niech nie pr�buje Saba, gdy� jego zabi�by z pewno�ci�. Ale z czasem mo�e si� i oni poprzyja�ni�. Dalsze zachwyty nad s�oniem przerwa� im Kali, kt�ry przewiduj�c, �e b�dzie musia� co dzie� pracowa� na wy�ywienie olbrzyma, zbli�y� si� do Stasia z zach�caj�cym u�miechem i rzek�: � Pan wielki zabi� s�onia, a Kali go je�� zamiast zbiera� traw� i ga��zie. Lecz �pan wielki� by� ju� o sto mil od ch�ci zabicia s�onia, a �e przy tym by� z natury niezmiernie �ywy, odpowiedzia� na poczekaniu: � Jeste� osio�. Na nieszcz�cie zapomnia�, jak jest osio� w j�zyku ki-swahili, i powiedzia� po angielsku donkey. Kali za� nie rozumiej�c po angielsku poczyta� widocznie ten wyraz za jaki� komplement czy jak�� pochwal� dla siebie, gdy� w chwil� p�niej dzieci us�ysza�y, jak zwr�ciwszy si� do Mei m�wi� che�pliwie: � Mea mie� czarn� sk�r� i czarny m�zg, a Kali jest donkey. Po czym doda� z dum�: � Sam pan wielki powiedzia�, �e Kali jest donkey. Tymczasem Sta� przekazawszy obojgu, by pilnowali jak oka w g�owie panienki i w razie jakiegokolwiek wypadku przywo�ali go natychmiast, wzi�� strzelb� i poszed� do owej oderwanej ska�y, kt�ra zamyka�a w�w�z. Przybywszy na miejsce obejrza� j� uwa�nie, zbada� wszystkie jej p�kni�cia, wsun�� pr�t w szpar�, kt�r� znalaz� w

dolnej cz�ci g�azu, zmierzy� starannie jej g��boko��, nast�pnie wr�ci� wolnym krokiem do obozowiska i otworzywszy puszk� z nabojami pocz�� je liczy�. Zaledwie doliczy� jednak do trzystu, gdy z baobabu rosn�cego o pi��dziesi�t krok�w od namiotu rozleg� si� g�os Mei: � Panie, panie! Sta� zbli�y� si� do olbrzymiego drzewa, kt�rego pie�, wypr�chnia�y przy ziemi, wygl�da� jak wie�a, i zapyta�: � Czego chcesz? � Niedaleko wida� du�o zebr, a dalej pas� si� antylopy. � Dobrze. Wezm� strzelb� i p�jd�, bo trzeba b�dzie naw�dzi� mi�sa. Ale po co� ty wlaz�a na drzewo i co tam robisz? Dziewczyna odpowiedzia�a na to swoim smutnym, �piewnym g�osem: � Mea zobaczy�a gniazdo szarych papug i chcia�a przynie�� m�odej panience, ale gniazdo jest puste, wi�c Mea nie dostanie paciork�w na szyj�. � Dostaniesz za to, �e kochasz panienk�. M�oda Murzynka zlaz�a co pr�dzej po chropowatej korze i z oczyma b�yszcz�cymi rado�ci� j�a powtarza�: � O tak! tak! Mea kocha j� bardzo � i paciorki tak�e! Sta� pog�aska� j� �askawie po g�owie, po czym wzi�� strzelb�, zamkn�� pud�o z nabojami i uda� si� w stron�, w kt�rej pas�y si� zebry. Po up�ywie p� godziny odg�os strza�u doszed� do obozowiska, a po godzinie ma�y my�liwy wr�ci� z dobr� nowin�, �e zabi� m�od� zebr� i �e okolica pe�na jest zwierzyny, widzia� bowiem z wynios�o�ci pr�cz zebr i liczne stada antylop-ariel�w oraz gromadk� waterbuck�w, to jest koz��w wodnych, pas�cych si� w pobli�u rzeki. Nast�pnie kaza� Kalemu wzi�� konia i wyprawi� go po zabit� sztuk�, sam za� pocz�� ogl�da� starannie olbrzymi pie� baobabu, obchodzi� go naoko�o i stuka� kolb� w chropowat� kor�. � Co robisz? � zapyta�a Nel. On za� odrzek�: � Patrz, co za ogrom. Pi�tnastu ludzi wzi�wszy si� za r�ce nie obj�oby tego drzewa, kt�re pami�ta mo�e czasy faraon�w. Ale pie� w dolnej cz�ci jest spr�chnia�y i pusty. �Widzisz ten otw�r, przez kt�ry �atwo si� dosta� do �rodka. Mo�na by tam urz�dzi� jakby wielk� izb�, w kt�rej wszyscy mogliby�my zamieszka�. Przysz�o mi to do g�owy, gdym zobaczy� Me� mi�dzy ga��ziami, a potem podchodz�c zebry ci�gle ju� o tym my�la�em. � Ale my mamy przecie ucieka� do Abisynii. � Tak. Trzeba jednak wypocz�� i m�wi�em ci wczoraj, �e postanowi�em zosta� tu tydzie� lub nawet dwa. Ty nie chcesz opuszcza� swego s�onia, a ja si� boj� dla ciebie pory d�d�ystej, kt�ra ju� si� rozpocz�a i w czasie kt�rej febra jest pewna. Dzi� jest pogoda, widzisz jednak, �e chmury gromadz� si� coraz g�stsze � i kto wie, czy deszcz nie lunie jeszcze przed wieczorem. Namiot nie os�ania ci� dostatecznie, a w baobabie, je�li nie jest spr�chnia�y a� do wierzcho�ka pnia, mo�emy sobie �artowa� z najwi�kszej ulewy. By�oby te� w nim i bezpieczniej ni� w namiocie, gdyby si� bowiem za�o�y�o cierniem ka�dego wieczoru i ten otw�r, i okienka, kt�re by�my porobili dla �wiat�a, to mog�oby sobie rycze� naok� drzewa tyle lw�w, ile by chcia�o. Pora d�d�ysta wiosenna nie trwa d�u�ej ni� miesi�c i coraz bardziej my�l�, �e trzeba nam j� przeczeka�. A je�li tak, to lepiej tu ni� gdzie indziej i lepiej w tym olbrzymim drzewie ni� pod namiotem. Nel zgadza�a si� zawsze na wszystko, czego chcia� Sta�, wi�c zgodzi�a si� i teraz, tym bardziej �e my�l pozostania przy s�oniu i zamieszkania w baobabie podoba�a jej

si� nadzwyczajnie. Zacz�a te� zaraz obmy�la�, jak sobie urz�dz� pokoje, jak je umebluj� i jak b�d� si� wzajem zapraszali na five o'clocki i na obiady. W ko�cu rozbawili si� oboje � i Nel chcia�a zaraz rozejrze� si� w nowym mieszkaniu, ale Sta�, kt�ry z ka�dym dniem nabiera� wi�cej do�wiadczenia i przezorno�ci, powstrzyma� j� od zbyt nag�ej gospodarki. � Zanim sami tam zamieszkamy � rzek� � trzeba wyprosi� poprzednich mieszka�c�w, je�li si� tam jacy znajduj�. To rzek�szy kaza� Mei wrzuci� kilka zapalonych i mocno dymi�cych, bo �wie�ych, ga��zi do wn�trza baobabu. Jako� pokaza�o si�, �e dobrze uczyni�, gdy� olbrzymie drzewo by�o zamieszkane, i to przez takich gospodarzy, na kt�rych go�cinno�� nie mo�na by�o liczy�.

ROZDZIA� XXVII

Otwor�w by�o w drzewie dwa: jeden obszerny, na p� metra od ziemi, drugi mniejszy, na wysoko�ci mniej wi�cej pierwszego pi�tra w domach miejskich. Zaledwie Mea wrzuci�a do ni�szego zapalone dymi�ce ga��zie, natychmiast z wy�szego pocz�y wylatywa� wielkie nietoperze i, o�lepione blaskiem s�o�ca, lata�y, piszcz�c, jak b��dne wok� drzewa. Lecz po chwili z dolnego wysun�� si� jak b�yskawica prawdziwy gospodarz, to jest olbrzymi boa, kt�ry trawi� widocznie w p�nie resztki ostatniej uczty i dopiero, gdy dym zakr�ci� mu w nozdrzach, zbudzi� si� i pomy�la� o ratunku. Na widok �elaznego cielska, kt�re na kszta�t potwornej spr�yny wyskoczy�o z dymi�cej w drzewie czelu�ci, Sta� porwa� na r�ce Nel i pocz�� z ni� ucieka� w stron� otwartej d�ungli. Ale p�az, sam przera�ony, nie my�la� ich �ciga�, natomiast wij�c si� w�r�d trawy i roz�o�onych pakunk�w umyka� z nies�ychan� szybko�ci� w stron� w�wozu, chc�c skry� si� w�r�d skalnych za�am�w i rozpadlin. Dzieci och�on�y. Sta� postawi� na ziemi Nel i skoczy� po strzelb�, a nast�pnie za w�em w kierunku w�wozu, a Nel pobieg�a w jego �lady. Lecz po kilkunastu krokach tak nadzwyczajny widok uderzy� ich oczy, �e stan�li oboje jak wryci. Oto wysoko nad w�wozem ukaza�o si� na jedno mgnienie oka cia�o w�a i zakre�liwszy zygzak w powietrzu spad�o zn�w w d�. Po chwili ukaza�o si� po raz drugi i zn�w spad�o. Dzieci dobieg�szy do kraw�dzi ujrza�y ze zdumieniem, �e to nowy ich przyjaciel, s�o�, zabawia� si� w ten spos�b z w�em i wyprawiwszy go naprz�d w podw�jn� podr� napowietrzn�, obecnie rozdeptywa� dok�adnie jego g�ow� sw� olbrzymi�, podobn� do k�ody nog�. Sko�czywszy t� operacj� podni�s� zn�w tr�b� drgaj�ce jeszcze cia�o, jednak�e tym razem nie rzuci� go w g�r�, ale wprost do wodospadu. Po czym kiwaj�c si� w obie strony i wachluj�c si� uszami j�� spogl�da� bystro na Nel, a w ko�cu wyci�gn�� ku niej tr�b�, jakby dopominaj�c si� o nagrod� za sw�j zarazem bohaterski i wielce roztropny uczynek. A Nel pobieg�a natychmiast do namiotu i wr�ciwszy z podo�kiem pe�nym dzikich fig pocz�a mu rzuca� po kilka na raz, on za� wyszukiwa� je w trawie starannie i wk�ada� jedn� za drug� do paszczy. Te, kt�re wpada�y w g��bsze szczeliny wydmuchiwa� przy tym z tak� si��, �e razem z figami wylatywa�y w g�r� kamienie wielko�ci pi�ci ludzkiej. Dzieci przyjmowa�y oklaskami i �miechem te popisy. Nel wraca�a kilkakrotnie po nowe zapasy nie przestaj�c twierdzi� za ka�d� fig�, �e on jest ju� zupe�nie oswojony i �e mog�aby cho�by w tej chwili zej�� do niego. � Widzisz, Stasiu � oto b�dziemy mieli obro�c�!... Bo on si� nie boi nikogo w

pustyni: ani lwa, ani w�a, ani krokodyla. I jest bardzo dobry, i kocha nas z pewno�ci�. � Je�li si� oswoi � rzek� Sta� � i je�li b�d� m�g� zostawia� ci� pod jego opiek�, to rzeczywi�cie z ca�ym spokojem b�d� chodzi� na polowanie, bo lepszego obro�cy nie m�g�bym ci w ca�ej Afryce znale��. Po chwili za� doda�: � Tutejsze s�onie s� dziksze, ale czyta�em, �e na przyk�ad azjatyckie maj� dziwn� s�abo�� do dzieci. Nigdy nie by�o w Indiach wypadku, �eby s�o� dziecko ukrzywdzi�, i je�li wpadnie we w�ciek�o��, co si� czasem zdarza, to kornacy miejscowi wysy�aj� dla uspokojenia go dzieci. � A widzisz, a widzisz! � W ka�dym razie dobrze� post�pi�a, �e� nie da�a mi go zabi�. Na to �renice Nel zap�on�y z rado�ci jak dwa zielonawe ogniki. Wspi�wszy si� na paluszki po�o�y�a Stasiowi na ramionach obie r�ce i przechyliwszy w ty� g��wk�, pyta�a patrz�c mu w oczy: � Post�pi�am, jakbym mia�a ile lat? powiedz! Jakbym mia�a ile? A � � � on odrzek�: Najmniej siedemdziesi�t. Ty sobie zawsze �artujesz. Gniewaj si�, gniewaj! a kto uwolni s�onia?

Us�yszawszy to Nel pocz�a si� zaraz �asi� jak ma�a kotka. � Ty � i b�d� ci� za to bardzo kocha�a, i on tak�e. � Ja my�l� o tym � rzek� Sta� � ale to b�dzie trudna robota i nie zrobi� jej zaraz, tylko dopiero w�wczas, gdy b�dziemy mieli wyruszy� w dalsz� drog�. � Dlaczego? � Dlatego, �e gdybym go uwolni�, nim si� zupe�nie oswoi i do nas przywi��e, to by sobie zaraz poszed�. � O, on ode mnie nie odejdzie. � Ty my�lisz, �e on to ju� tak jak ja! � odpar� z pewn� niecierpliwo�ci� Sta�. Dalsz� rozmow� powstrzyma�o przybycie Kalego, kt�ry przyni�s� zabit� zebr� i jej m�ode, zagryzione przez Sab�. By�o to szcz�cie dla brytana, �e pobieg�szy za Kalim nie by� przy rozprawie z pytonem, by�by bowiem pogoni� za nim i do�cign�wszy go zgin�� w jego morderczych skr�tach, zanim Sta� zdo�a�by mu przyj�� na ratunek. Za zagryzienie �rebi�cia zebry dosta� jednak za uszy od Nel, czego nie wzi�� zreszt� zbyt do serca, gdy� nie schowa� nawet wywieszonego ozora, z kt�rym przylecia� z polowania. Sta� oznajmi� tymczasem Kalemu, �e zamierza urz�dzi� mieszkanie w drzewie, i opowiedzia� mu, co zasz�o w czasie wykurzania pnia dymem oraz jak s�o� poradzi� sobie z w�em. My�l zamieszkania w baobabie, kt�ry m�g� da� ochron� nie tylko przed deszczem, ale i przed dzikimi zwierz�tami, podoba�a si� Murzynowi bardzo, natomiast post�pek s�onia nie zyska� wcale jego uznania. � S�o� jest g�upi � rzek� � wi�c rzuci� niok� (w�a) do grzmi�cej wody, ale Kali wie, �e nioka jest dobra, wi�c jej za grzmi�c� wod� poszuka i upiecze, gdy� Kali jest m�dry i donkey. � Donkey jeste�, zgoda! � odpowiedzia� Sta� � ale przecie nie b�dziesz jad� w�a? � Nioka dobra � powt�rzy� Kali. I ukazuj�c na zabit� zebr� doda�: � Lepsza ni� ta nyama. Po czym obaj udali si� do baobabu i zaj�li si� urz�dzaniem mieszkania. Kali wyszuka� nad rzek� p�aski kamie� wielko�ci du�ego sita i wstawiwszy go w pie�

nasypa� na� roz�arzonych w�gli, a nast�pnie dosypywa� coraz nowych, uwa�aj�c tylko, by pr�chno wewn�trz pnia nie zaj�o si� i nie wywo�a�o po�aru ca�ego drzewa. M�wi�, �e czyni to dlatego, �eby �nic nie uk�si� pana wielkiego i bibi�. Jako� okaza�o si�, �e nie by�a to ostro�no�� zbyteczna, gdy� jak tylko czad wype�ni� wn�trze drzewa i rozszed� si� nawet na zewn�trz, z rozpadlin kory pocz�y wype�zywa� najrozmaitsze istoty: chrz�szcze czarnej i wi�niowej barwy, wielkie jak �liwki w�ochate paj�ki, liszki pokryte jakby kolcami, na palec grube � i wstr�tne, a zarazem jadowite skolopendry, kt�rych uk�szenie mo�e nawet �mier� wywo�a�. A wobec tego, co si� dzia�o na zewn�trznej stronie pnia, �atwo si� by�o domy�li�, ile podobnych stworze� musia�o wygin�� od w�glowego czadu wewn�trz. Te, kt�re z kory i z ni�szych ga��zi spada�y w traw�, Kali rozgniata� niemi�osiernie kamieniami, spogl�daj�c przy tym wci�� na g�rn� i na doln� dziupl�, jakby si� obawia�, �e lada chwila wyjrzy z kt�rej z nich jeszcze co� nowego. � Czego tak patrzysz? � zapyta� Sta� � czy my�lisz, �e drugi w�� mo�e si� ukrywa� w drzewie? � Nie, Kali ba� si� Mzimu. � C� to jest Mzimu? � Z�y duch. � Widzia�e� kiedy w �yciu Mzimu? � Nie, ale Kali s�ysza� okropny ha�as, kt�ry Mzimu robi w chatach czarownik�w. � To jednak wasi czarownicy si� go nie boj�? � Czarownicy umiej� go zakl��, a potem chodz� po chatach i m�wi�, �e Mzimu si� gniewa, wi�c Murzyni znosz� im banany, mi�d, pomb�, jaja i mi�so, aby przeb�aga� Mzimu. Sta� ruszy� ramionami. � Wida� dobrze by� u was czarownikiem. Ale to mo�e ten w�� by� Mzimu? Kali potrz�sn�� g�ow�: � W takim razie nie s�o� by zabi� Mzimu, ale Mzimu zabi� s�onia. Mzimu jest �mier�... Jaki� dziwny �oskot i szum wewn�trz drzewa przerwa�y mu nagle opowiadanie. Z dolnej dziupli buchn�a dziwna, ruda kurzawa, po czym rozleg� si� powt�rnie jeszcze silniejszy ni� poprzednio �oskot. Kali rzuci� si� w mgnieniu oka twarz� na ziemi� i pocz�� krzycze� przera�liwie: � Aka! Mzimu! Aka! aka! aka! Sta� w pierwszej chwili cofn�� si� tak�e, ale niebawem odzyska� zimn� krew i gdy Nel z Me� nadbieg�y, pocz�� im t�umaczy�, co si� sta� mog�o. � Prawdopodobnie � m�wi� � ca�e zwa�y pr�chna wewn�trz pnia rozszerzaj�c si� od gor�ca run�y wreszcie na d� i zasypa�y w�gle. A on my�li, �e to Mzimu. Niech jednak Mea chlustnie kilka razy wod� w otw�r, je�li bowiem w�gle z braku powietrza nie zgas�y i pr�chno si� od nich zatli, to drzewo mo�e sp�on��. Po czym widz�c, �e Kali wci�� le�y i nie przestaje powtarza� z przera�eniem: �aka! aka!�, wzi�� t� strzelb�, z kt�rej strzela� zwykle do pentarek, wypali� w otw�r i rzek� tr�caj�c ch�opca kolb�: � Tw�j Mzimu zabity. Nie b�j si�! A Kali podni�s� si�, ale pozosta� na kl�czkach. � O, pan wielki! wielki!... Pan nie ba� si� nawet Mzimu? � Aka! aka! � zawo�a� przedrze�niaj�c Murzyna Sta�. I pocz�� si� �mia�. Kali uspokoi� si� po pewnym czasie zupe�nie i gdy zasiad� do przygotowanego przez

Me� jedzenia, pokaza�o si�, �e chwilowy przestrach nie odebra� mu wcale apetytu, albowiem pr�cz porcji w�dzonego mi�sa spo�y� jeszcze na surowo w�trob� �rebi�cia zebry nie licz�c dzikich fig, kt�rych dostarczy� w obfito�ci rosn�cy w pobli�u sykomor. Nast�pnie obaj ze Stasiem wr�cili do drzewa, przy kt�rym du�o jeszcze by�o roboty. Wyrzucanie pr�chna, w�gli, popra�onych ca�ych setek chrz�szczy i wielkich ston�g oraz kilkunastu upieczonych nietoperzy zaj�o im przesz�o dwie godziny czasu. Stasia dziwi�o to nawet, �e nietoperze mog�y mieszka� w bezpo�rednim s�siedztwie z w�em, domy�li� si� jednak, �e olbrzymi pyton albo pogardza� tak drobn� zwierzyn�, albo nie mog�c si� we wn�trzu pnia ko�o niczego owin�� nie umia� si� do nich dosta�. �ar w�gli wywo�awszy upadek pok�ad�w pr�chna oczy�ci� to wn�trze znakomicie � i widok jego nape�ni� teraz Stasia rado�ci�, albowiem by�o ono tak obszerne jak du�y pok�j i mog�o da� schronienie nie czworgu ale dziesi�ciu ludziom. Dolny otw�r stanowi� drzwi, g�rny okno, dzi�ki kt�remu w olbrzymim pniu nie by�o ani ciemno, ani duszno. Sta� umy�li� podzieli� ca�o�� za pomoc� p��cien namiotu na dwie izby, z kt�rych jedn� przeznacza� dla Nel i Mei, drug� dla siebie, Kalego i Saby. Drzewo nie by�o spr�chnia�e a� do wierzchu pnia, deszcz wi�c nie m�g� przecieka� do �rodka i aby si� zupe�nie od niego zabezpieczy�, do�� by�o podnie�� i podeprze� nad obu otworami kor� w taki spos�b, aby tworzy�a dwa okapy. Sp�d wn�trza postanowili wysypa� wypra�onym przez s�o�ce piaskiem znad rzeki i powierzchni� jego wymo�ci� suchymi mchami. Robota by�a istotnie ci�ka, a szczeg�lnie dla Kale-go, musia� on bowiem obok tego w�dzi� mi�so, poi� konie i my�le� o �ywno�ci dla s�onia, kt�ry tr�bi� o ni� ustawicznie. Ale m�ody Murzyn zabra� si� do urz�dzenia nowej siedziby z wielk� ochot�, a nawet i z zapa�em, kt�rego przyczyn� wy�uszczy� Stasiowi jeszcze tego samego dnia w nast�puj�cy spos�b: � Gdy pan wielki i bibi � m�wi� bior�c si� pod nie b�dzie potrzebowa� budowa� na noc wielkiej wiecz�r. � To lubisz pr�nowa�? � zapyta� Sta�. � Kali jest m�czyzn�, wi�c Kali lubi pr�nowa�, kobiety. � A widzisz jednak, �e ja pracuj� dla bibi. � Ale za to, gdy bibi doro�nie, b�dzie musia�a nie zechce, to pan wielki pewno j� bi�. boki � zamieszkaj� w drzewie, Kali zeriby i b�dzie m�g� pr�nowa� co gdy� pracowa� powinny tylko pracowa� na pana wielkiego, a je�li

Lecz Sta� na sam� my�l o biciu bibi skoczy� jak oparzony i krzykn�� z gniewem: � G�upcze, czy ty wiesz, kto jest bibi? � Nie wiem � odpowiedzia� z przestrachem czarny ch�opak. � Bibi to jest... to jest... dobre... Mzimu! A Kali a� przysiad�. I po sko�czonej robocie zbli�y� si� nie�mia�o do Nel, po czym pad� przed ni� na twarz i j�� powtarza� wprawdzie nie przera�onym, ale b�agalnym g�osem: � Aka! aka! aka!... Za� �dobre Mzimu� wytrzeszczy�o na niego swoje �liczne, koloru morskiej wody oczy, nie rozumiej�c wcale, co si� sta�o i o co Kalemu chodzi.

ROZDZIA� XXVIII

Nowa siedziba, kt�r� Sta� nazwa� �Krakowem�, zosta�a urz�dzona w przeci�gu trzech dni. Ale przedtem z�o�ono w �m�skim pokoju� g��wne pakunki � i w chwilach wielkiej ulewy m�oda czw�rka znajdowa�a w olbrzymim pniu jeszcze przed wyko�czeniem mieszkania doskona�e schronienie. Pora d�d�ysta rozpocz�a si� na dobre, ale nie by�y to nasze d�ugie, jesienne deszcze, w czasie kt�rych niebo zawleka si� ciemnymi chmurami i nudna, uci��liwa s�ota trwa przez ca�e tygodnie. Tu kilkana�cie razy na dzie� wiatr przep�dza� po niebie wzd�te ob�oki, kt�re zlewa�y ziemi� obficie, po czym zn�w rozb�yskiwa�o s�o�ce, jasne, jakby �wie�o wyk�pane i zalewa�o z�otym �wiat�em ska�y, rzek�, drzewa i ca�� d�ungl�. Trawy ros�y prawie w oczach. Drzewa pokrywa�y si� obfitszym li�ciem i nim stary owoc opad�, tworzy�y si� zawi�zki na nowy. Powietrze, z powodu zawieszonych w nim igie�ek wody, uczyni�o si� tak prze�roczyste, �e nawet odleg�e przedmioty stawa�y si� zupe�nie wyra�ne i wzrok si�ga� w niezmiernie dalek� przestrze�. Na niebie rozwiesza�y si� cudne, siedmiobarwne t�cze, a wodospad by� prawie ci�gle w nie ubrany. Kr�tko trwaj�ce ranne i wieczorne zorze gra�y tysi�cami tak �wietnych blask�w, �e nawet i w Pustyni Libijskiej dzieci nie widzia�y nic podobnego. Najni�sze, bliskie ziemi ob�oki barwi�y si� wi�niowo, g�rne, lepiej o�wiecone, rozlewa�y si� na kszta�t jezior z purpury i z�ota, a drobne, we�niste chmurki mieni�y si� jak rubiny, ametysty i opale. Nocami, mi�dzy jedn� fal� d�d�u a drug�, ksi�yc zmienia� w brylanty krople rosy wisz�ce na li�ciach mimoz i akacyj, a �wiat�o zodiakalne �wieci�o w od�wie�onym powietrzu ja�niej ni� w innych porach roku. Z rozlew�w, kt�re czyni�a rzeka poni�ej wodospadu, dochodzi�o niespokojne rechotanie �ab i melancholijne kumkanie ropuch, a podobne do wielkich b��dnych gwiazd latarniki przelatywa�y z brzegu na brzeg mi�dzy k�pami bambus�w i arum�w. Lecz gdy chmury pokrywa�y chwilami gwia�dziste niebo i deszcz poczyna� pada�, czyni�o si� bardzo ciemno, a we wn�trzu baobabu tak czarno jak w piwnicy. Chc�c temu zaradzi� Sta� kaza� natopi� Mei t�uszczu z zabitych zwierz�t i urz�dzi� z blaszanki lamp�, kt�r� zawiesi� pod g�rnym otworem, zwanym przez dzieci oknem. �wiat�o bij�ce z tego okna, widne z daleka w�r�d ciemno�ci, odp�dza�o dzikie zwierz�ta, ale natomiast przyci�ga�o nietoperze, a nawet i ptaki, tak �e w ko�cu Kali musia� urz�dzi� w otworze rodzaj zas�ony z cierni, podobnej do tej, kt�r� zamyka� na noc otw�r dolny. Jednak�e w dzie�, w chwilach pogody, dzieci opuszcza�y �Krak�w� i kr��y�y po ca�ym cyplu. Sta� wyprawia� si� na antylopy-ariele i na strusie, kt�rych liczne stada pojawi�y si� w dole rzeki, a Nel chodzi�a do swego s�onia, kt�ry z pocz�tku tr�bi� tylko o �ywno��, a potem zacz�� tr�bi� i w�wczas, gdy mu si� nudzi�o bez ma�ej przyjaci�ki. Wita� te� j� zawsze z wyra�n� rado�ci� i nastawia� natychmiast swoje olbrzymie uszy, jak tylko us�ysza� z daleka jej g�os lub kroki. Pewnego razu, gdy Sta� poszed� na polowanie, a Kali �owi� ryby za wodospadem, Nel postanowi�a p�j�� do ska�y zamykaj�cej w�w�z, aby zobaczy�, jak te� Sta� z ni� sobie poradzi i czy ju� czego nie dokona�. Zaj�ta obiadem Mea nie zauwa�y�a jej odej�cia, dziewczynka za� zbieraj�c po drodze kwiatki osobliwej begonii, rosn�cej obficie w�r�d zr�b�w skalnych zbli�y�a si� do pochy�o�ci, kt�r� wyjechali niegdy� z w�wozu i zeszed�szy na d� znalaz�a si� przy skale. Wielki g�az, oderwany od rodzimej �ciany, zamyka� gardziel w�wozu jak i poprzednio. Nel jednak zauwa�y�a, �e mi�dzy nim a �cian� jest przej�cie tak szerokie, �e nawet doros�y cz�owiek m�g�by si� nim przecisn��. Przez chwil� zawaha�a si�, po czym przesz�a i znalaz�a si� po drugiej stronie. Ale by� tam zakr�t, kt�ry trzeba by�o min��, by doj�� do szerokiego uj�cia zamkni�tego wodospadem. Nel pocz�a rozmy�la�: �P�jd� jeszcze tylko troch� dalej, wyjrz� zza ska�y, raz spojrz� na s�onia, kt�ry mnie wcale nie zobaczy, i wr�c�.� Tak rozmy�laj�c posuwa�a si� krok za krokiem coraz dalej, a�

wreszcie dosz�a do miejsca, w kt�rym w�w�z rozszerza� si� nagle w ma�� dolink�, i zobaczy�a s�onia. Sta� odwr�cony ty�em do niej, z tr�b� zanurzon� w wodospadzie, i pi�. To j� o�mieli�o, wi�c przytuliwszy si� do �ciany skalnej post�pi�a jeszcze kilka krok�w � i jeszcze kilka � a wtem olbrzymi zwierz chc�c pola� sobie boki odwr�ci� g�ow�, zobaczy� dziewczynk� i zobaczywszy ruszy� natychmiast ku niej. Nel zl�k�a si� bardzo, ale poniewa� nie by�o ju� czasu cofn�� si�, wi�c przycisn�wszy kolanko do kolanka dygn�a s�oniowi, jak umia�a naj�adniej, po czym wyci�gn�a r�czk� z begoniami i ozwa�a si� troch� dr��cym g�osikiem: � Dzie� dobry, kochany s�oniu! Ja wiem, �e nie zrobisz mi nic z�ego, wi�c przysz�am, �eby ci powiedzie� dzie� dobry... i mam tylko te kwiatki... A kolos zbli�y� si�, wyci�gn�� tr�b�, wyj�� z paluszk�w Nel wi�zk� begonii, lecz w�o�ywszy j� do paszczy wypu�ci� zaraz na ziemi�, gdy� widocznie nie smakowa�y mu ani w�ochate li�cie, ani kwiaty. Nel ujrza�a teraz nad sob� tr�b� na kszta�t ogromnego czarnego w�a, kt�ry wyci�ga� si� i przegina�: dotkn�� jej jednej r�czki i drugiej, potem obu ramion i na koniec opad�szy w d� pocz�� si� chwia� �agodnie na obie strony. � Wiedzia�am, �e mi nie zrobisz nic z�ego � powt�rzy�a dziewczynka, cho� strach nie opuszcza� jej jeszcze. S�o� za� cofn�� w ty� swoje bajeczne uszy, zwijaj�c i rozwijaj�c na przemian tr�b� i gulgoc�c rado�nie, tak jak gulgota� zawsze, gdy dziewczynka zbli�a�a si� do kraw�dzi w�wozu. I jak niegdy� Sta� ze lwem, tak teraz tych dwoje sta�o naprzeciw siebie � on ogrom, podobny do domu lub ska�y � i ona, drobna kruszynka, kt�r� m�g� zgnie�� jednym ruchem, nawet nie ze z�o�ci, ale przez nieuwag�. Lecz dobry i roztropny zwierz nie czyni� �adnych, ani gniewnych, ani nieuwa�nych ruch�w i widocznie rad by� i uszcz�liwiony z przybycia ma�ego go�cia. Nel o�mieli�a si� stopniowo, a wreszcie wznios�a oczy w g�r� i patrz�c tak, jakby patrzy�a na wysoki dach, zapyta�a wysuwaj�c nie�mia�o r�czk�: � Czy mo�na ci� pog�aska� po tr�bie? S�o� nie umia� wprawdzie po angielsku, ale z ruchu jej r�ki zmiarkowa� od razu, o co idzie, i podsun�� pod jej d�o� koniec swego d�ugiego na dwa metry nosa. Nel j�a g�aska� tr�b�, z pocz�tku jedn� r�k� i ostro�nie, potem dwiema, a wreszcie obj�a j� obu ramionkami i przytuli�a do niej z ca�� dziecinn� ufno�ci�. S�o� przest�powa� z nogi na nog� i wci�� gulgota� z rado�ci. Po chwili za� obwin�� tr�b� drobne cia�o dziewczynki i podni�s�szy je w g�r� pocz�� ko�ysa� j� lekko w prawo i w lewo. � Jeszcze! jeszcze! � wo�a�a rozbawiona Nel. I zabawa trwa�a do�� d�ugo, a nast�pnie o�mielona ju� zupe�nie dziewczynka wymy�li�a sobie inn�. Oto znalaz�szy si� na ziemi pr�bowa�a wspina� si� po przedniej nodze s�onia jak po drzewie albo chowaj�c si� pod niego pyta�a go, czy j� znajdzie. Ale przy tych figlach spostrzeg�a jedn� rzecz, a mianowicie, �e w przednich, a zw�aszcza w tylnych nogach s�onia tkwi� liczne kolce, od kt�rych pot�ne zwierz� nie umia�o si� uwolni�, raz dlatego, �e do tylnych n�g nie mog�o dosi�gn�� swobodnie tr�b�, a po wt�re, �e obawia�o si� widocznie zrani� si� w palec, kt�rym tr�ba jest zako�czona i bez kt�rego straci�aby ca�� sw� zr�czno�� i sprawno��. Nel nie wiedzia�a o tym zupe�nie, �e takie kolce w nogach s� prawdziw� plag� dla s�oni w Indiach, a jeszcze bardziej w d�unglach afryka�skich,

sk�adaj�cych si� przewa�nie z ro�lin kolczastych. Poniewa� jednak zrobi�o jej si� �al poczciwego olbrzyma, wi�c bez namys�u siad�szy w kucki przy jego nodze pocz�a wyjmowa� delikatnie naprz�d wi�ksze, a potem mniejsze zadziory, nie przestaj�c przy tym szczebiota� i zapewnia� s�onia, �e nie pozostawi ani jednej. On zrozumia� wybornie, o co chodzi � i zginaj�c nogi w kolanie pokazywa� tym sposobem, �e i w podeszwach mi�dzy kopytami pokrywaj�cymi palce tkwi� tak�e kolce, kt�re przyczyniaj� mu jeszcze wi�ksze dolegliwo�ci. Ale tymczasem nadszed� z polowania Sta� i pocz�� zaraz wypytywa� Me�, gdzie jest panienka. Otrzymawszy odpowied�, �e zapewne jest w drzewie, ju� mia� zajrze� do wn�trza baobabu, gdy wtem wyda�o mu si�, �e s�yszy jej g�os w g��bi w�wozu. Nie wierz�c w�asnym uszom skoczy� natychmiast do kraw�dzi i spojrzawszy w d�, zmartwia�. Dziewczynka siedzia�a przy nodze kolosa, a �w sta� tak spokojnie, �e gdyby nie ruch tr�by i uszu, mo�na by by�o pomy�le�, i� jest wykuty z kamienia. � Nel! � krzykn�� Sta�. A ona zaj�ta swoj� robot�, odpowiedzia�a mu weso�o: � Zaraz, zaraz! Na to ch�opak, kt�ry nie mia� zwyczaju waha� si� wobec niebezpiecze�stwa, podni�s� jedn� r�k� w g�r� strzelb�, drug� chwyci� za obdart� z kory wysch�� �odyg� lianu i obj�wszy j� nogami, w mgnieniu oka zsun�� si� na dno w�wozu. S�o� poruszy� niespokojnie uszami, ale w tej chwili Nel wsta�a i obj�wszy tr�b� zawo�a�a po�piesznie: � Nie b�j si�, s�oniu, to Sta�. Sta� spostrzeg� od razu, �e nie ma dla niej �adnego niebezpiecze�stwa, lecz nogi trz�s�y si� jeszcze pod nim, serce bi�o mu gwa�townie i nim och�on�� z wra�enia, pocz�� m�wi� zd�awionym, pe�nym �alu i gniewu g�osem: � Nel, Nel, jak ty mog�a� to zrobi�?!... Ona za� pocz�a si� t�umaczy�, �e nie zrobi�a nic z�ego, bo s�o� jest dobry i zupe�nie ju� oswojony; �e chcia�a tylko raz na niego spojrze� i wr�ci� si�, ale on j� zatrzyma� i pocz�� si� z ni� bawi�, �e j� hu�ta� bardzo ostro�nie i �e je�li Sta� chce, to i jego pohu�ta. To m�wi�c jedn� r�czk� wzi�a za koniec tr�by i zbli�y�a j� do Stasia, drug� za� r�k� machn�a kilkakrotnie w prawo i w lewo, m�wi�c jednocze�nie do s�onia: � Poko�ysz, s�oniu, i Stasia. M�dry zwierz zn�w odgad� z jej porusze�, czego od niego chce � i Sta�, chwycony za pasek przy spodenkach, w jednej chwili znalaz� si� w powietrzu. By�o przy tym takie jakie� dziwne i zabawne przeciwie�stwo mi�dzy jego rozgniewan� jeszcze min� a tym bujaniem si� nad ziemi�, �e ma�e Mzimu pocz�o �mia� si� do �ez, klaska� w r�ce i krzycze� tak jak poprzednio: � Jeszcze, jeszcze! A poniewa� niepodobna jest zachowa� nale�ytej powagi i prawi� mora��w w�wczas, gdy cz�owiek wisi na ko�cu s�oniowej tr�by i mimowolnie wykonywa ruchy podobne do ruch�w wahad�a, wi�c ch�opiec pocz�� si� w ko�cu �mia� tak�e. Ale po pewnym czasie zmiarkowawszy, �e ruchy tr�by staj� si� wolniejsze i �e s�o� zamierza postawi� go na ziemi, wpad� niespodziewanie na nowy pomys�: mianowicie, korzystaj�c z chwili, w kt�rej znalaz� si� w pobli�u olbrzymiego ucha, chwyci� za nie obu r�koma, wdrapa� si� po nim w mgnieniu oka na g�ow� i siad� s�oniowi na karku. � Aha � zawo�a� z g�ry na Nel � niech zrozumie, �e to on musi mnie s�ucha�. I j� klepa� go d�oni� po g�owie, z min� w�adcy i pana.

� Dobrze! � zawo�a�a z do�u Nel � ale jak teraz zleziesz? � To ma�y k�opot � odpowiedzia� Sta�. I przewiesiwszy nogi przez czo�o s�onia obj�� nimi tr�b� i zsun�� si� po niej jak po drzewie. � Ot, jak zlez�!... Po czym oboje zaj�li si� wyjmowaniem resztek kolc�w z n�g s�onia, kt�ry poddawa� si� temu z nadzwyczajn� cierpliwo�ci�. Tymczasem spad�y pierwsze krople d�d�u, wi�c Sta� postanowi� odprowadzi� natychmiast Nel do �Krakowa� � ale tu zasz�a niespodziewana trudno��. S�o� za nic nie chcia� si� z ni� rozsta� i za ka�dym razem, gdy pr�bowa�a si� oddali�, zawraca� j� tr�b� i przyci�ga� ku sobie. Po�o�enie stawa�o si� ci�kie i weso�a zabawa wobec uporu zwierz�cia mog�a si� �le zako�czy�. Ch�opiec nie wiedzia�, co pocz��, gdy� deszcz pada� coraz g�stszy i grozi�a ulewa. Oboje cofali si� wprawdzie nieco ku wyj�ciu, ale bardzo nieznacznie, i s�o� posuwa� si� za nimi. Na koniec Sta� stan�� mi�dzy nim a Nel, utkwi� w jego oczach ostre spojrzenie, jednocze�nie za� rzek� cichym g�osem do Nel: � Nie uciekaj, ale cofaj si� ci�gle a� do w�skiego przej�cia. � A ty, Stasiu? � zapyta�a dziewczynka. � Cofaj si� � powt�rzy� z naciskiem � bo inaczej musz� zastrzeli� s�onia. Dziewczynka pod wp�ywem tej gro�by pos�ucha�a rozkazu, tym bardziej �e maj�c ju� nieograniczon� ufno�� w s�oniu by�a pewna, �e on w �adnym razie nie zrobi nic z�ego Stasiowi. Ch�opiec za� sta� o cztery kroki od olbrzyma nie spuszczaj�c ze� oczu. Up�yn�o w ten spos�b kilka minut. Nasta�a chwila wprost gro�na. Uszy s�onia poruszy�y si� kilkakrotnie, ma�e oczki b�ysn�y jako� dziwnie i tr�ba wznios�a si� nagle do g�ry. Sta� uczu�, �e blednie. ��mier�!� � pomy�la�. Ale kolos odwr�ci� si� niespodzianie ku kraw�dzi parowu, na kt�rej widywa� zwykle Nel, i pocz�� tr�bi� tak �a�o�nie jak nigdy przedtem. A Sta� poszed� spokojnie ku przej�ciu i za ska�� znalaz� Nel, kt�ra nie chcia�a wraca� bez niego do drzewa. Ch�opak mia� niepohamowan� ochot� powiedzie� jej: �Patrz, czego� narobi�a! o ma�om przez ciebie nie zgin��.� Ale nie by�o czasu na wym�wki, gdy� deszcz zmieni� si� w ulew� i trzeba by�o wraca� jak najpr�dzej. Nel przemok�a do nitki, cho� Sta� owin�� j� we w�asne ubranie. We wn�trzu drzewa kaza� j� zaraz Murzynce przebra� � sam za� odwi�za� naprz�d w m�skim pokoju Sab�, kt�rego poprzednio by� przywi�za� z obawy, aby pobieg�szy w jego �lady nie p�oszy� mu zwierzyny, nast�pnie pocz�� przepatrywa� raz jeszcze wszelkie ubrania i pakunki, w nadziei, �e mo�e znajdzie jak� zapomnian� szczypt� chininy. Ale nie znalaz� nic. Tylko na dnie s�oika, kt�ry da� mu misjonarz w Chartumie, kry�o si� we wg��bieniach troch� bia�ego proszku, tak jednak ma�o, �e starczy� go mog�o zaledwie na pobielenie ko�ca palca. Postanowi� wszelako nala� do s�oika

ukropu i da� Nel do wypicia t� p�ukank�. Po czym, gdy ulewa przesz�a i za�wieci�o zn�w s�o�ce, wyszed� z drzewa, aby popatrzy� na ryby, kt�re przyni�s� Kali. Murzyn z�owi� ich kilkana�cie na w�dki poczynione z cienkiego drutu. Po wi�kszej cz�ci by�y ma�e, ale znalaz�y si� trzy na stop� d�ugie, srebrno nakrapiane i zadziwiaj�co lekkie. Mea, kt�ra wychowana nad brzegami Nilu Niebieskiego zna�a si� na rybach, m�wi�a, �e s� one dobre do jedzenia i �e pod wiecz�r wyskakuj� bardzo wysoko nad wod�. Jako� przy oprawianiu ich pokaza�o si�, �e s� tak lekkie dlatego, i� wewn�trz maj� ogromne powietrzne p�cherze. Sta� wzi�� jedn� z takich baniek, dochodz�c� do wielko�ci du�ego jab�ka, i poni�s� pokaza� j� Nel. � Patrz � rzek� � to siedzi w rybach. Z kilkunastu takich p�cherzy mo�na by zrobi� szyb� w naszym oknie. I pokaza� g�rny otw�r w drzewie. Lecz pomy�lawszy potem przez chwil�, doda�: � I jeszcze co� wi�cej. � Co takiego? � zapyta�a rozciekawiona Nel. � I latawce. � Takie, jakie puszcza�e� w Port-Saidzie? O, dobrze! zr�b! � Zrobi�. Z poci�tych, cieniutkich bambus�w zbij� ramki, a tych b�on u�yj� zamiast papieru. To b�dzie nawet lepsze od papieru, bo l�ejsze � i deszcz tego nie rozmoczy. Taki latawiec p�jdzie ogromnie w g�r�, a przy silnym wietrze zaleci B�g wie dok�d... Tu nagle uderzy� si� w czo�o: � Mam jedn� my�l. � Jak�? � Zobaczysz. Jak sobie to jeszcze lepiej wyobra��, to ci powiem. Teraz ten s�o� tak ryczy, �e nie mo�na si� nawet rozm�wi�... Istotnie s�o� z t�sknoty za Nel, a mo�e za obojgiem dzieci, tr�bi� tak, a� ca�y w�w�z si� trz�s� razem z pobliskimi drzewami. � Trzeba mu si� pokaza� � rzek�a Nel � to si� uspokoi. I poszli do w�wozu. Ale Sta� ca�kiem zaj�ty sw� my�l� pocz�� p�g�osem m�wi�: � �Nelly Rawlison i Stanis�aw Tarkowski z Port-Saidu, uciek�szy z Faszody od derwisz�w, znajduj� si�...� I zatrzymawszy si� zapyta�: � Jak oznaczy� gdzie?... � Co, Stasiu? � Nic, nic. Ju� wiem: �Znajduj� si� o miesi�c drogi na wsch�d od Bia�ego Nilu � i prosz� o pr�dk� pomoc...� Gdy wiatr b�dzie d�� na p�noc albo na wsch�d, puszcz� takich latawc�w dwadzie�cia, pi��dziesi�t, sto, a ty, Nel, pomo�esz mi je klei�. � Latawce? � Tak � i powiem ci tylko tyle, �e mog� nam one odda� wi�ksz� przys�ug� ni� dziesi�� s�oni. Tymczasem doszli do kraw�dzi. I dopiero� zacz�o si� przest�pywanie olbrzyma z nogi na nog�, kiwanie si�, machanie uszami, gulgotanie i zn�w �a�osne tr�bienie, gdy Nel pr�bowa�a si� cho� na chwil� oddali�. W ko�cu dziewczynka pocz�a t�umaczy� �kochanemu s�oniowi�, �e nie mo�e ci�gle przy nim przesiadywa�, bo przecie musi spa�, je��, pracowa� i gospodarzy� w �Krakowie�. Ale on uspokoi� si� dopiero w�wczas, gdy zepchn�a mu wide�kami przygotowan� przez Kalego �ywno�� � a i to wieczorem zacz�� zn�w potr�bywa�.

Dzieci nazwa�y go tego� wieczora: �King�, gdy� Nel zar�cza�a, �e zanim dosta� si� do w�wozu, by� niezawodnie kr�lem wszystkich s�oni w Afryce.

ROZDZIA� XXIX

W ci�gu kilku dni Nel sp�dza�a wszystkie chwile, w kt�rych deszcz nie pada�, u Kinga, kt�ry ju� nie sprzeciwia� si� jej odej�ciu zrozumiawszy, �e dziewczynka wraca po kilka razy dziennie. Kali, kt�ry w og�le ba� si� s�oni, patrzy� na to z nadzwyczajnym zdumieniem, ale w ko�cu doszed� do przekonania, �e pot�ne dobre Mzimu oczarowa�o olbrzyma, i pocz�� go tak�e odwiedza�. King zachowywa� si� wzgl�dem niego jak r�wnie� wzgl�dem Mei �yczliwie, ale tylko jedna Nel robi�a z nim, co chcia�a, tak �e po tygodniu o�mieli�a si� nawet przyprowadzi� mu i Sab�. Dla Stasia by�a to wielka ulga, gdy� m�g� z ca�ym spokojem pozostawi� Nel pod opiek�, czyli jak si� wyra�a�: pod tr�b� s�onia � i chodzi� bez �adnej obawy na polowanie, a nawet czasem zabiera� z sob� Kalego. By� te� teraz pewien, �e zacne zwierz� nie opu�ci�oby ich ju� w �adnym razie, i pocz�� si� namy�la�, jak je z zamkni�cia uwolni�. A w�a�ciwie m�wi�c, spos�b wynalaz� on ju� dawno, ale wymagaj�cy takiej ofiary, �e bi� si� z my�lami, czy go u�y�, a nast�pnie odk�ada� to z dnia na dzie�. Poniewa� nie mia� z kim o tym pom�wi�, postanowi� wtajemniczy� ostatecznie w swe zamiary Nel, chocia� uwa�a� j� za dziecko. � Ska�� mo�na wysadzi� prochem � rzek� � ale na to trzeba b�dzie popsu� mn�stwo �adunk�w, to jest powyci�ga� z nich kule, wysypa� proch i zrobi� z niego jeden wielki nab�j. Taki nab�j wcisn� w najg��bsz� szpar�, jaka si� w �rodku znajdzie, nast�pnie zatkam i podpal�. W�wczas ska�a rozpadnie si� na kilka lub kilkana�cie cz�ci i Kinga mo�na b�dzie wyprowadzi�. � Ale je�li b�dzie wielki huk, to czy on si� nie przel�knie? � To niech si� przel�knie! � odpowiedzia� �ywo Sta�. � To mnie najmniej obchodzi. Z tob� doprawdy nie warto powa�nie m�wi�. Jednak�e m�wi� dalej, a raczej my�la� dalej g�o�no: � Ale je�eli u�yj� za ma�o �adunk�w, to ska�a si� nie rozpadnie i zmarnuj� je na pr�no; je�eli w dostatecznej ilo�ci, to nam ich niewiele zostanie. A gdyby ich zabrak�o przed ko�cem drogi, w�wczas grozi nam po prostu �mier�. Bo z czym�e b�d� polowa�, czym ci� broni� w razie jakiego napadu? Wiesz przecie dobrze, �e gdyby nie ta strzelba i nie te naboje, to zgin�liby�my od dawna albo z r�k Gebhra, albo z g�odu. I szcz�cie to prawdziwe, �e mamy konie, bo sami nie mogliby�my unie�� ani rzeczy, ani �adunk�w. Na to Nel podnios�a palec do g�ry i ozwa�a si� z wielk� pewno�ci�: � Jak ja Kingowi powiem, to King poniesie wszystko. � Jakie� �adunki poniesie, je�li ich ma�o co zostanie? � B�dzie nas za to broni�... � Ale nie b�dzie przecie strzela� ze swej tr�by do zwierzyny tak jak ja ze sztucera. � To mo�emy je�� figi i te du�e dynie, co rosn� na drzewach, a Kali na�apie zawsze ryb. � P�ki zostaniemy nad rzek�. Por� d�d�yst� trzeba tu przeczeka�, gdy� te ci�g�e ulewy nap�dzi�yby ci z pewno�ci� febry. Pami�taj jednak, �e potem ruszamy w dalsz�

drog� i mo�emy trafi� na pustyni�. � Tak� jak Sahara? � zapyta�a z przestrachem Nel. � Nie, tak� jednak, na kt�rej nie ma rzek ani drzew owocowych, a rosn� niskie akacje i mimozy. Tam mo�na �y� tylko z tego, co si� upoluje. King znajdzie tam traw�, a ja antylopy, ale je�li nie b�d� mia� czym do nich strzela�, to King ich nie na�apie. I Sta� mia� rzeczywi�cie o co si� troszczy�, gdy� obecnie, gdy s�o� ju� si� oswoi� i poprzyja�ni� z nimi tak poczciwie, niepodobna by�o go porzuci� i skaza� na �mier� g�odow�; a uwolni� go, to znaczy�o pozbawi� si� wi�kszej cz�ci amunicji i narazi� samych siebie na nieuchronn� zgub�. Wi�c Sta� odk�ada� robot� z dnia na dzie�, powtarzaj�c sobie co wiecz�r w duszy: �Mo�e jutro wynajd� jaki inny spos�b.� A tymczasem do tej troski przy��czy�y si� inne. Naprz�d Kalego straszliwie pok�sa�y w dole rzeki dzikie pszczo�y, do kt�rych doprowadzi� go znany w Afryce niewielki szarozielony ptak, zwany pszczo�owodem. Czarnemu ch�opakowi nie chcia�o si� przez lenistwo podkurzy� ich dostatecznie, wr�ci� wi�c z miodem, ale sk�uty i spuchni�ty tak, �e w godzin� p�niej straci� przytomno��. Dobre Mzimu wyci�ga�o z niego a� do wieczora, przy pomocy Mei, ��d�a a potem ok�ada�o go ziemi�, kt�r� Sta� polewa� wod�. Jednak�e nad ranem zdawa�o si�, �e biedny Murzyn kona. Na szcz�cie starania i silny organizm przemog�y niebezpiecze�stwo � zdrowie jednak odzyska� dopiero po up�ywie dni dziesi�ciu. Druga przygoda spotka�a konie. Sta�, kt�ry podczas choroby Kalego musia� je p�ta� i prowadzi� do wody, zauwa�y�, �e pocz�y straszliwie chudn��. Nie mo�na by�o wyt�umaczy� tego brakiem �ywno�ci, poniewa� wskutek deszcz�w trawa wybuja�a wysoko i wybornej paszy by�o w br�d. A jednak konie wprost nik�y. Po kilku dniach sier�� na nich poszerszenia�a, oczy im zgas�y, a z nozdrzy p�yn�� g�sty �luz. W ko�cu przesta�y je��, a natomiast pi�y chciwie, jakby trawi�a je gor�czka. Gdy Kali przyszed� do zdrowia, by�y to ju� dwa ko�ciotrupy. Ale on tylko spojrza� na nie i od razu zrozumia�, co si� sta�o. � Tse-tse! � rzek� zwracaj�c si� do Stasia. � One musz� umrze�. Sta� zrozumia� tak�e, albowiem jeszcze w Port-Saidzie s�ysza� wielokrotnie o musze afryka�skiej, zwanej tse-tse, kt�ra jest tak straszliw� plag� niekt�rych okolic, �e tam, gdzie ona mieszka stale, Murzyni nie posiadaj� wcale byd�a, a tam gdzie wskutek pomy�lnych chwilowych warunk�w rozmno�y si� niespodzianie, byd�o ginie. Ko�, w� lub osio�, uk�uty przez tse-tse, marnieje i zdycha w ci�gu dni kilkunastu, czasem w ci�gu dni kilku. Zwierz�ta miejscowe rozumiej� te� niebezpiecze�stwo, jakie im od niej zagra�a, zdarza si� bowiem, �e ca�e stada wo��w, gdy przy wodopoju us�ysz� jej brz�czenie, wpadaj� w szalon� trwog� i rozbiegaj� si� na wszystkie strony. Stasiowe konie by�y pok�sane; konie te, a wraz z nimi os�a, Kali naciera� teraz codziennie jak�� nies�ychanie wonn�, podobn� z zapachu do cebuli, ro�lin�, kt�r� w d�unglach wyszuka�. M�wi�, i� wo� jej odp�dza tse-tse, ale pomimo tego zaradczego �rodka konie chud�y. Sta� z trwog� my�la� o tym, co b�dzie, je�eli zwierz�ta padn�? Jak zabra� w�wczas rzeczy, Nel, woj�oki, namiot, �adunki i naczynia? By�o tego jednak tyle, �e chyba jeden King potrafi�by to wszystko ud�wign��. Ale �eby uwolni� Kinga, potrzeba by�o po�wi�ci� przynajmniej dwie trzecie naboi. Coraz wi�ksze troski zbiera�y si� nad g�ow� Stasia, na podobie�stwo tych chmur, kt�re nie przestawa�y poi� d�ungli d�d�em. A na koniec przysz�a najwi�ksza kl�ska, wobec kt�rej zmala�y wszystkie inne: febra!

ROZDZIA� XXX

Pewnego dnia przy wieczerzy Nel podni�s�szy do ust kawa�ek w�dzonego mi�sa odsun�a go nagle jakby ze wstr�tem � i rzek�a: � Nie mog� dzi� je��. Sta�, kt�ry poprzednio dowiedzia� si� od Kalego, gdzie s� pszczo�y, i podkurza� je teraz codziennie, by rabowa� im mi�d, by� pewien, �e ma�a zjad�a w ci�gu dnia za du�o miodu, i dlatego nie zwr�ci� uwagi na jej brak ch�ci do jedzenia. Lecz ona po chwili wsta�a i pocz�a chodzi� spiesznie wedle ogniska, zataczaj�c coraz wi�ksze ko�a. � A nie oddalaj si� zanadto � wo�a� na ni� ch�opiec � bo jeszcze ci� co porwie. W rzeczywisto�ci nie obawia� si� jednak niczego, albowiem obecno�� s�onia, kt�r� dzikie zwierz�ta czu�y, i jego tr�bienie, kt�re dochodzi�o do ich czujnych uszu, trzyma�y je w przyzwoitej odleg�o�ci. Zapewnia�o to bezpiecze�stwo zar�wno ludziom, jak i koniom, albowiem najstraszniejsi nawet w d�ungli drapie�nicy, jak lew, pantera i lampart, wol� nie mie� do czynienia ze s�oniem i nie zbli�a� si� zanadto do jego k��w i tr�by. Jednak�e gdy dziewczynka nie przestawa�a kr��y� coraz pospieszniej, Sta� poszed� za ni� i zapyta�: � Hej, ma�a �mo! czemu tak latasz ko�o ognia? Pyta� jeszcze weso�o, ale ju� si� zaniepokoi�, a niepok�j jego wzr�s�, gdy Nel odpowiedzia�a: � Nie wiem. Nie mog� usiedzie� na miejscu. � Co ci jest? � Tak mi jako� nieswojo i tak dziwnie... A wtem opar�a mu nagle g��wk� na piersiach i jakby przyznaj�c si� do winy, zawo�a�a pokornym, przetkanym �zami g�osem: � Stasiu, ja chyba jestem chora. � Nel!! Po czym po�o�y� jej d�o� na czole, kt�re by�o suche i zarazem lodowate. Wi�c porwa� j� na r�ce i poni�s� ku ognisku. � Zimno ci? � pyta� po drodze. � I zimno, i gor�co, ale bardziej zimno... Jako� z�bki jej uderza�y jedne o drugie, a cia�em wstrz�sa�y ci�gle dreszcze. Sta� nie mia� ju� najmniejszej w�tpliwo�ci, �e dosta�a febry. Kaza� natychmiast Mei zaprowadzi� j� do drzewa, rozebra� i po�o�y�, a nast�pnie okry� j�, czym m�g�, widzia� by� bowiem w Chartumie i Faszodzie, �e ludzie chorzy na febr� okrywali si� owczymi sk�rami, aby si� zapoci�. Postanowi� przesiedzie� przy Nel ca�� noc i poi� j� gor�c� wod� z miodem. Ale ona z pocz�tku nie chcia�a pi�. Przy �wietle kaganka zawieszonego wewn�trz drzewa Sta� dostrzeg� jej b�yszcz�ce �renice. Po chwili zacz�a si� skar�y� na gor�co, a jednocze�nie trz�s�a si� pod woj�okami i pod pledem. R�ce jej i czo�o by�y wci�� zimne, ale gdyby Sta�

zna� si� cho� cokolwiek na febrycznych przypad�o�ciach, by�by pozna� z jej nadzwyczaj niespokojnych ruch�w, �e musi mie� straszliw� gor�czk�. Ze strachem zauwa�y�, �e gdy Mea wchodzi�a z gor�c� wod�, dziewczynka patrzy�a na ni� jakby z pewnym zdziwieniem, a nawet z obaw�, i zdawa�a si� jej nie poznawa�. Z nim jednak rozmawia�a przytomnie. M�wi�a mu, �e nie mo�e le�e�, i prosi�a, �eby pozwoli� jej wsta� i biega�, to zn�w pyta�a, czy si� nie gniewa na ni� za to, �e chora, a gdy zapewnia� j�, �e nie, przyciska�a rz�sami �zy, kt�re nap�ywa�y jej do oczu, i zar�cza�a, �e jutro b�dzie zupe�nie zdrowa. Tego wieczora, a raczej tej nocy, s�o� by� jako� dziwnie niespokojny i ci�gle rycza�, co zn�w pobudza�o Sab� do szczekania. Sta� zauwa�y�, �e chor� to dra�ni, wi�c wyszed� z drzewa, by ich uspokoi�. Z Sab� posz�o mu �atwo, ale s�oniowi trudniej by�o nakaza� cisz�, wi�c wzi�� kilka melon�w, by mu je rzuci� i zatka� mu tr�b� przynajmniej na jaki� czas. Wracaj�c spostrzeg� przy �wietle ognia Kalego, kt�ry z kawa�kiem w�dzonego mi�sa na ramieniu oddala� si� w kierunku biegu rzeki. � Co ty tam robisz i dok�d idziesz? � zapyta� Murzyna. A czarny ch�opak zatrzyma� si� i gdy Sta� zbli�y� si� ku niemu, rzek� z tajemnicz� twarz�: � Kali i�� pod inne drzewo po�o�y� mi�so z�emu Mzimu. � Dlaczego? � Dlatego, �eby z�y Mzimu nie zabi� dobrego Mzimu. Sta� chcia� na to co� odpowiedzie�, lecz nagle �al chwyci� go za piersi, wi�c zacisn�� tylko z�by i odszed� w milczeniu. Gdy wr�ci� do drzewa, Nel mia�a oczy zamkni�te; r�ce jej le��ce na woj�oku drga�y wprawdzie mocno, ale zdawa�o si�, �e usypia. Sta� siad� przy niej i w obawie, by jej nie zbudzi�, siedzia� przez pewien czas bez ruchu. Mea siedz�ca z drugiej strony poprawia�a co chwila kawa�ki ko�ci s�oniowej stercz�ce jej w uszach, by broni� si� tym sposobem od drzemki. Uczyni�o si� cicho, tylko z do�u rzeki od strony rozlewu dochodzi�o rzechotanie �ab i sm�tne kumkanie ropuch. Nagle Nel siad�a na pos�aniu. � Stasiu! � Jestem tu, Nel. A ona dygoc�c jak li�� na wietrze, pocz�a szuka� jego r�ki i powtarza� spiesznie raz po raz: � Boj� si�, boj� si�! daj mi r�k�! � Nie b�j si�, jestem przy tobie. I chwyci� jej d�o�, kt�ra tym razem by�a rozpalona jak w ogniu; nie wiedz�c za� sam, co ma robi�, j�� okrywa� t� biedn� wychudzon� r�czk� poca�unkami. � Nie b�j si�, Nel, nie b�j! Po czym da� jej si� napi� wody z miodem, kt�ra przez ten czas wystyg�a. Nel tym razem pi�a chciwie i przytrzymywa�a mu r�k� z naczyniem, gdy pr�bowa� odejmowa� je od ust. Ch�odny nap�j zdawa� si� j� uspokaja�. Nasta�o milczenie. Lecz po up�ywie p� godziny Nel zn�w siad�a na pos�aniu, a w rozszerzonych jej oczach wida� by�o okropn� trwog�. � Stasiu! � Co ci jest, kochanie? � Czemu � pyta�a przerywanym g�osem � Gebhr i Chamis chodz� ko�o drzewa i zagl�daj� tu do mnie? Stasiowi w jednej chwili wyda�o si�, �e oblaz�y go tysi�ce mr�wek.

� Co ty m�wisz? � rzek�. � Tu nikogo nie ma! To Kali chodzi ko�o drzewa. Lecz ona patrz�c w ciemny otw�r zawo�a�a szcz�kaj�c z�bami: � I Beduini tak�e! Dlaczego� ty ich pozabija�? Sta� otoczy� j� ramieniem i przytuli� do siebie: � Ty wiesz dlaczego! Nie patrz tam! nie my�l o tym. To by�o ju� dawno. � Dzi�! dzi�! � Nie, Nel, dawno!... Jako� i by�o dawno, ale wr�ci�o jak fala odbita od brzegu � i nape�ni�o zn�w przera�eniem my�li chorego dziecka. Wszelkie s�owa uspokojenia okazywa�y si� daremne. Oczy Nel rozszerza�y si� coraz bardziej. Serce bi�o tak gwa�townie, i� zdawa�o si�, �e p�knie lada chwila. Potem zacz�a si� rzuca� jak ryba wyj�ta z wody i trwa�o to prawie do rana. Dopiero nad samym ranem si�y jej wyczerpa�y si� zupe�nie i g��wka opad�a na pos�anie. � S�abo mi! s�abo! � powt�rzy�a. � Stasiu, ja lec� gdzie� na d�. Po czym zamkn�a oczy. Sta� w pierwszej chwili przerazi� si� okropnie, my�la� bowiem, �e umar�a. Ale to by� tylko koniec pierwszego paroksyzmu tej strasznej afryka�skiej febry, zwanej �zgubn��, kt�rej dwa ataki ludzie silni i zdrowi mog� przetrzyma�; trzeciego nie przetrzyma� dotychczas nikt. Podr�nicy opowiadali o tym cz�sto w Port-Saidzie, w domu pana Rawlisona, a jeszcze cz�ciej wracaj�cy do Europy misjonarze katoliccy, kt�rych pan Tarkowski go�cinnie u siebie przyjmowa�. Drugi atak przychodzi� po kilku lub kilkunastu dniach, trzeci za� je�li nie przyszed� w ci�gu dwu tygodni, to nie by� �miertelny, gdy� liczy� si� jako zn�w pierwszy w drugim nawrocie choroby. Sta� wiedzia�, �e jedynym lekarstwem, jakie mog�o przerwa� lub pooddala� od siebie ataki, by�y du�e dawki chininy, ale nie mia� ju� jej ani atomu. Na razie jednak widz�c, �e Nel oddycha, uspokoi� si� nieco � i pocz�� si� za ni� modli�. A tymczasem s�o�ce wyskoczy�o spoza ska� w�wozu i uczyni� si� dzie�. S�o� upomina� si� ju� o �niadanie, a od strony rozlewu, kt�ry tworzy�a rzeka, ozwa�y si� krzyki wodnego ptactwa. Chc�c zabi� par� pentarek na ros� dla Nel ch�opiec wzi�� strzelb� �rut�wk� i poszed� wzd�u� rzeki ku k�pie wysokich krzew�w, na kt�rych ptaki te sadowi�y si� zwykle na noc. Ale tak by� niewyspany i my�li jego tak by�y zaj�te chorob� dziewczynki, �e ca�e stado pentarek przesz�o tu� ko�o niego truchcikiem, jedna za drug�, d���c do wodopoju, a on ich wcale nie spostrzeg�. Sta�o si� tak jeszcze i dlatego, �e wci�� si� modli�. My�la� o zabiciu Gebhra, Chamisa, Bedui-n�w i podnosz�c oczy w g�r� m�wi� ze �ci�ni�tym przez �zy gard�em: �Ja to dla Nel zrobi�em, Panie Bo�e, dla Nel! � bo nie mog�em jej inaczej uwolni�, ale je�li to grzech, to mnie ukarz, a ona niech wyzdrowieje!...� Po drodze spotka� Kalego, kt�ry poszed� zobaczy�, czy z�y Mzimu zjad� ofiarowane mu wczoraj mi�so. M�ody Murzyn kochaj�c ma�� bibi modli� si� tak�e za ni�, ale modli� si� w ca�kiem odmienny spos�b. M�wi� mianowicie z�emu Mzimu, �e je�li bibi wyzdrowieje, to on mu co dzie� przyniesie kawa�ek mi�sa, ale je�li umrze, to chocia� si� go boi i cho� wie, �e potem zginie, tak mu przedtem sk�r� wy�upi, �e z�e Mzimu na wieki go popami�ta. Nabra� wszelako dobrej otuchy, gdy� z�o�one wczoraj mi�so znik�o. M�g� wprawdzie porwa� je jaki szakal, ale m�g� i Mzimu przybra� na si� posta� szakala. Kali zawiadomi� o tym pomy�lnym wypadku Stasia, ten jednak popatrzy� na niego, jakby go wcale nie rozumia�, i poszed� dalej. Min�wszy k�p� krzak�w, w kt�rej pentarek nie znalaz�, zbli�y� si� do rzeki. Brzegi jej zaro�ni�te by�y wysokimi drzewami, z kt�rych zwiesza�y si� na kszta�t d�ugich po�czoch gniazda remiz�w,

�licznych ��tych ptaszk�w z czarnymi skrzyd�ami, a tak�e i gniazda os podobne do wielkich r�, ale koloru szarej bibu�y. W jednym miejscu rzeka tworzy�a szeroki na kilkadziesi�t krok�w rozlew, poro�ni�ty w cz�ci papirusem. Na tym rozlewie roi�o si� zawsze ptactwo wodne. By�y tam bociany, takie same jak nasze europejskie i bociany o wielkim, grubym dziobie zako�czonym hakiem, i czarne jak aksamit ptaki o nogach czerwonych jak krew � i flamingi, i ibisy, i bia�e z r�owymi skrzyd�ami warz�chy maj�ce dzioby podobne do �y�ek � i �urawie z koronami na g�owach, i mn�stwo kulik�w, pstrych i szarych jak myszy, biegaj�cych szybko tam i na powr�t, niby drobne duchy le�ne, na d�ugich, cienkich jak s�omki n�kach. Sta� zabi� dwie du�e kaczki pi�knej cynamonowej barwy i depc�c po nie�ywych bia�ych motylach, kt�rych tysi�ce za�ciela�y brzeg, rozejrza� si� naprz�d dobrze, czy na mieli�nie nie ma krokodyl�w, po czym przeszed� przez wod� i podni�s� zdobycz. Strza� rozproszy� oczywi�cie ptactwo; pozosta�y tylko dwa stoj�ce o kilkana�cie krok�w dalej i zadumane nad wod� marabuty, podobne do dw�ch starc�w o �ysych, wci�ni�tych mi�dzy ramiona g�owach. Te nie poruszy�y si� wcale. Ch�opiec popatrzy� przez chwil� na ich obrzydliwe worki mi�sne zwieszaj�ce si� na piersiach, a nast�pnie zauwa�ywszy, �e osy zaczynaj� coraz g�ciej kr��y� ko�o niego, powr�ci� do obozowiska. Nel spa�a jeszcze, wi�c i on oddawszy Mei kaczki rzuci� si� na woj�ok i zasn�� natychmiast kamiennym snem. Zbudzili si� dopiero po po�udniu � on wcze�niej, Nel p�niej. Dziewczynka czu�a si� nieco silniejsza, a gdy g�sty i mocny ros� pokrzepi� jeszcze jej si�y, wsta�a i wysz�a z drzewa chc�c popatrzy� na Kinga i na s�o�ce. Ale teraz dopiero przy �wietle dziennym mo�na by�o dok�adnie zobaczy�, jakie ta jedna noc gor�czki porobi�a w niej spustoszenia. Cer� mia�a ��t� i prze�roczyst�, usta poczernia�e, oczy podkr��one i twarzyczk� jakby postarza��. Nawet �renice jej wydawa�y si� bledsze ni� zwykle. Pokaza�o si� tak�e, i� wbrew zapewnieniom, jakie dawa�a Stasiowi, �e czuje si� do�� mocna � i mimo sporego kubka roso�u, kt�ry zaraz po przebudzeniu si� wypi�a, ledwie mog�a doj�� o w�asnych si�ach do w�wozu. Sta� my�la� z rozpacz� o drugim ataku i o tym, �e nie posiada ani lekarstw, ani �adnych �rodk�w, kt�rymi m�g�by mu zapobiec. A tymczasem deszcz zlewa� ziemi� po kilkana�cie razy na dzie�, powi�kszaj�c wilgo� powietrza.

ROZDZIA� XXXI

Pocz�y si� ci�kie i pe�ne l�ku dni oczekiwania. Drugi atak przyszed� dopiero po tygodniu � i nie by� tak silny jak pierwszy, ale Nel uczu�a si� po nim jeszcze s�absz�. Wychud�a i zmizernia�a do tego stopnia, �e nie by�a to ju� dziewczynka, ale cie� dziewczynki. P�omyk jej �ycia tli� si� tak s�abo, �e zdawa�o si�, i� do�� jest dmuchn��, aby go zgasi�. Sta� zrozumia�, �e �mier� nie potrzebuje czeka� na trzeci atak, by j� zabra� � i oczekiwa� jej lada dzie�, lada godzina. Sam wychud� i sczernia� tak�e, albowiem nieszcz�cie przechodzi�o jego si�y i jego rozum. Wi�c patrz�c na jej woskow� twarzyczk� m�wi� sobie codziennie: �Na tom�e strzeg� jej jak oka w g�owie, �eby tu j� pochowa� w d�ungli?� � I nie rozumia� wcale, dlaczego tak ma by�. Chwilami zn�w wyrzuca� sobie, �e jeszcze nie do�� jej

strzeg�, �e nie by� dla niej do�� dobry, a w�wczas taki �al chwyta� go za serce, �e chcia�o mu si� gry�� w�asne palce. By�o niedoli po prostu za du�o. A Nel spa�a teraz prawie ci�gle i by� mo�e, �e to utrzymywa�o j� przy �yciu. Sta� budzi� j� jednak kilka razy na dzie�, by j� posili�. W�wczas, ilekro� deszcz nie pada�, prosi�a go, aby wynosi� j� na powietrze, nie mog�a ju� bowiem utrzyma� si� na w�asnych nogach. Zdarza�o si� wszelako, i� zasypia�a nawet na jego r�ku. Wiedzia�a ju�, �e jest bardzo chora i �e mo�e lada dzie� umrze�. W chwilach wi�kszego o�ywienia rozmawia�a o tym ze Stasiem, a zawsze z p�aczem, gdy� ba�a si� �mierci. � Ju� ja nie wr�c� do tatusia � m�wi�a pewnego razu � ale ty powiedz tatusiowi, �e mi by�o bardzo �al � i pro� go, �eby tu do mnie przyjecha�... � Wr�cisz � odpowiedzia� Sta�. I nie m�g� nic wi�cej powiedzie�, gdy� chcia�o mu si� wy�. A Nel m�wi�a dalej ledwie dos�yszalnym, sennym g�osem: � I tatu� przyjedzie, i ty kiedy� przyjedziesz... prawda? Na t� my�l u�miech rozja�ni� jej wyn�dznia�� twarzyczk�, po chwili jednak ozwa�a si� znowu, jeszcze ciszej: � Ale mi tak �al... To rzek�szy opar�a mu g��wk� na ramieniu i pocz�a p�aka�, on za� przem�g� w�asny b�l, przytuli� j� do piersi i odpowiedzia� �ywo: � Nel, ja bez ciebie nie wr�c� i... i wcale nie wiem, co bym bez ciebie robi� na �wiecie. Nasta�o milczenie, podczas kt�rego Nel usn�a znowu. Sta� odni�s� j� do drzewa, ale zaledwie wyszed� na zewn�trz, gdy z wierzcho�ka cypla nadbieg� Kali i machaj�c r�koma pocz�� wo�a� z twarz� wzburzon� i przel�k��: � Panie wielki! panie wielki! � Czego chcesz? � zapyta� Sta�. A Murzyn wyci�gn�� r�k� i ukazuj�c na po�udnie rzek�: � Dym! Sta� przys�oni� oczy d�oni� i wyt�ywszy wzrok we wskazanym kierunku ujrza� rzeczywi�cie przy czerwonawym blasku nisko ju� stoj�cego s�o�ca smug� dymu wznosz�c� si� daleko w�r�d d�ungli, mi�dzy wierzcho�kami jeszcze dalszych, do�� wysokich dw�ch wzg�rz. Kali dr�a� ca�y, albowiem zbyt dobrze pami�ta� straszn� niewol� u derwisz�w, by� za� pewien, �e to ich obozowisko. Stasiowi te� si� wyda�o, i� to nie mo�e by� nikt inny jak Smain, i w pierwszej chwili zl�k� si� tak�e okropnie. Tego tylko brak�o! Obok �miertelnej choroby Nel � derwisze! I zn�w niewola, i zn�w powr�t do Faszody albo i do Chartumu, pod r�k� Mahdiego lub pod bat Abdullahiego. Je�li ich schwytaj�, Nel umrze pierwszego dnia, on za� zostanie niewolnikiem na reszt� �ycia. A gdyby nawet kiedy� uciek�, co mu po �yciu, co mu po wolno�ci bez Nel? Jak�eby spojrza� w oczy ojcu albo panu Rawlisonowi, gdyby derwisze porzucili j� po �mierci hienom, on za� nie potrafi�by nawet powiedzie�, gdzie jest jej gr�b. Takie my�li przelatywa�y mu jak b�yskawice przez g�ow�. Nagle uczu� nieprzepart� ch�� popatrzenia na Nel i skierowa� si� ku drzewu. Po drodze zapowiedzia� Kalemu, by zgasi� ogie� i nie wa�y� si� pali� go w nocy, po czym wszed� do wn�trza. Nel nie spa�a i czu�a si� lepiej. Zaraz te� podzieli�a si� t� wiadomo�ci� ze Stasiem. Saba le�a� przy niej i ogrzewa� j� swym ogromnym cia�em, a ona g�aska�a

go lekko po g�owie, u�miechaj�c si�, gdy chwyta� paszcz� subtelne py�ki pr�chna kr�c�ce si� w smudze �wietlanej, kt�r� tworzy�y w drzewie ostatnie promienie zachodz�cego s�o�ca. By�a widocznie lepszej my�li, gdy� po chwili zwr�ci�a si� z do�� ra�n� mink� do Stasia: � A mo�e ja nie umr�? � Nie umrzesz z pewno�ci� � odpowiedzia� Sta�. � Skoro po drugim ataku czujesz si� silniejsz�, to trzeci wcale nie przyjdzie. Ona za� pocz�a mruga� powiekami jakby si� nad czym� namy�laj�c � i rzek�a: � Gdybym mia�a taki gorzki proszek, co mi tak dobrze zrobi� po tej nocy ze lwami � pami�tasz? to ani troch� nie my�la�abym umiera�, ani tyle! I pokaza�a na paluszku, jak ma�o by�aby w�wczas na �mier� gotowa. � Ach! � ozwa� si� Sta� � odda�bym nie wiem co za �d�b�o chininy. I pomy�la�, �e gdyby jej mia� dosy�, to by pocz�stowa� Nel cho�by dwoma naraz proszkami, a potem owin�� j� pledem, posadzi� przed sob� na koniu � i ruszy� natychmiast w stron� przeciwn� tej, w kt�rej by�o obozowisko derwisz�w. Tymczasem s�o�ce zapad�o i d�ungla pogr��y�a si� nagle w ciemno��. Dziewczynka pogwarzy�a jeszcze z p� godziny, po czym usn�a, a Sta� rozmy�la� dalej o derwiszach i o chininie. Strapiona, ale nadzwyczaj zaradna jego g�owa pocz�a pracowa� i tworzy� plany, jedne �mielsze i zuchwalsze od drugich. Naprz�d pocz�� si� zastanawia� nad tym, czy ten dym w po�udniowej stronie pochodzi koniecznie z obozu Smaina. Mogli to wprawdzie by� derwisze, ale mogli by� i Arabowie znad brzeg�w oceanu, kt�rzy czynili wielkie wyprawy w g��b l�du po ko�� s�oniow� i po niewolnik�w. Ci nie mieli nic wsp�lnego z derwiszami, kt�rzy psuli im handel. M�g� to by� tak�e ob�z Abisy�czyk�w albo jaka podg�rska wioska murzy�ska, do kt�rej �apacze ludzi jeszcze nie dotarli. Czy nie nale�a�o si� o tym przekona�? Arabowie z Zanzibaru, z okolic Bagamojo, z Witu i z Mombassy, a w og�le z pobrze�y oceanu, byli to ludzie, kt�rzy ustawicznie stykali si� z bia�ymi, wi�c kto wie, czy za wielk� nagrod� nie podj�liby si� odprowadzi� ich obojga do kt�rego z najbli�szych port�w. Sta� wiedzia� doskonale, �e mo�e tak� nagrod� przyrzec i �e jego przyrzeczeniu uwierz�. Przysz�a mu te� jeszcze inna my�l, kt�ra poruszy�a go do g��bi. Oto widzia�, �e w Chartumie wielu derwisz�w, szczeg�lnie z Nubii, chorowa�o prawie na r�wni z bia�ymi na febr� � i ci leczyli si� chinin�, kt�r� rabowali Europejczykom albo je�li by�a ukryta u renegat�w Grek�w lub Kopt�w, kupowali na wag� z�ota. Ot� mo�na by�o si� spodziewa�, �e Arabowie znad oceanu b�d� mieli j� na pewno. �P�jd� � m�wi� sobie Sta� � p�jd� dla Nel.� I zastanawiaj�c si� coraz usilniej nad po�o�eniem doszed� w ko�cu do przekonania, �e gdyby to nawet by� oddzia� Smaina, to i tak nale�a�o i��. Przypomnia� sobie, �e z powodu zupe�nego przerwania stosunk�w mi�dzy Egiptem a Sudanem Smain prawdopodobnie nic nie wie o ich porwaniu z Fajumu. Fatma nie mog�a si� z nim porozumie�, wi�c to porwanie by�o tylko jej osobistym pomys�em, wykonanym przy pomocy Chamisa, syna Chadigiego, oraz Idrysa, Gebhra i dw�ch Beduin�w. Ot� ludzie ci nic nie obchodzili Smaina z tej prostej przyczyny, �e zna� mi�dzy nimi tylko jednego Chamisa, a o tamtych nigdy w �yciu nie s�ysza�. Obchodzi�y go tylko jego w�asne dzieci i Fatma. Ale w�a�nie mo�e zat�skni� ju� za nimi i mo�e rad by�by do nich wr�ci�, zw�aszcza je�eli uprzykrzy�a mu si� ju� s�u�ba u Mahdiego. Przy Mahdim nie zrobi� widocznie wielkiego losu, skoro, zamiast przewodzi� pot�nym wojskom lub rz�dzi� jakim obszernym krajem, musia� �apa� niewolnik�w a� B�g wie gdzie za Faszod�. �Powiem mu tak: � my�la� Sta� � je�li odprowadzisz nas do jakiego portu nad Oceanem Indyjskim i wr�cisz z nami do Egiptu, rz�d przebaczy ci

wszystkie winy, po��czysz si� z Fatm� i z dzie�mi, a pr�cz tego pan Rawlison uczyni ci� bogatym; je�li nie, to dzieci i Fatmy nie zobaczysz ju� nigdy w �yciu.� I by� pewien, �e Smain namy�li si� dobrze, nim taki uk�ad odrzuci. Oczywi�cie, nie by�o to wszystko bezpieczne, mog�o nawet pokaza� si� zgubne, ale mog�o r�wnie� sta� si� desk� ocalenia z tej toni afryka�skiej. Sta� pocz�� si� w ko�cu dziwi�, dlaczego mo�liwo�� spotkania ze Smainem tak go na razie przerazi�a � i poniewa� chodzi�o o spieszny ratunek dla Nel, postanowi� p�j�� jeszcze tej nocy. �atwiej to jednak by�o powiedzie� ni� wykona�. Co innego jest siedzie� noc� w d�ungli przy dobrym ogniu, za kolczast� zerib�, a co innego pu�ci� si� w�r�d ciemno�ci w wysokie trawy, w kt�rych poluje o tej porze lew, pantera i lampart, nie m�wi�c o hienach i szakalach. Ch�opiec przypomnia� sobie jednak s�owa m�odego Murzyna, w�wczas gdy �w uda� si� noc� szuka� Saby i wr�ciwszy z nim powiedzia�: �Kali si� ba�, ale p�j��.� I powt�rzy� sobie to samo: �B�d� si� ba�, ale p�jd�.� Czeka� jednak na wzej�cie ksi�yca, gdy� noc by�a nadzwyczaj ciemna, i dopiero gdy d�ungla posrebrza�a od jego blasku, zawo�a� Kalego i rzek�: � Kali, zabierz Sab� do drzewa, zatkaj wej�cie cierniem i pilnujcie mi z Me� panienki jak oka w g�owie, a ja p�jd� zobaczy�, co to za ludzie s� tam w tym obozowisku. � Pan wielki wzi�� z sob� Kalego i strzelb�, kt�ra zabija z�e zwierz�ta. Kali nie zosta�! � Zostaniesz! � rzek� stanowczo Sta� � i zakazuj� ci i�� za mn�. Po czym zamilk� na chwil�, a nast�pnie ozwa� si� g�uchym nieco g�osem: � Kali, jeste� wierny i roztropny, wi�c ufam, �e spe�nisz to, co ci powiem. Gdybym nie wr�ci�, a panienka umar�a, to zostawisz j� w drzewie, ale naoko�o drzewa wzniesiesz wysok� zerib�, a na korze wytniesz taki oto wielki znak. I wzi�wszy dwa bambusy z�o�y� je w krzy�. Po czym tak m�wi� dalej: � Je�li za� bibi nie umrze, ale ja nie wr�c�, to b�dziesz j� czci� i s�u�y� wiernie, a potem zaprowadzisz j� do swego ludu i powiesz wojownikom Wa-hima, �eby szli z ni� ci�gle na wsch�d, a� do Wielkiego Morza. Tam znajdziesz bia�ych ludzi, kt�rzy wam dadz� du�o strzelb, prochu, paciork�w, drutu i tyle p��tna, ile zdo�acie unie��. Zrozumia�e�? A m�ody Murzyn rzuci� si� przed nim na kolana, obj�� jego nogi i pocz�� powtarza� �a�o�nie: � O bwana kubwa! wr�ci�, wr�ci�, wr�ci�! Stasia wzruszy�o przywi�zanie czarnego ch�opaka, wi�c schyli� si�, po�o�y� mu r�k� na g�owie i rzek�: � Id� do drzewa, Kali, i... niech ci� B�g b�ogos�awi! Zostawszy sam namy�la� si� jeszcze przez chwil�, czy nie wzi�� z sob� os�a. By�o to bezpieczniej, albowiem lwy w Afryce, zar�wno jak tygrysy w Indiach, w razie spotkania cz�owieka jad�cego na koniu lub o�le rzucaj� si� zawsze na zwierz�, nie na cz�owieka. Ale zada� sobie pytanie, kto w takim razie b�dzie nosi� namiot Nel i na czym ona sama pojedzie? Po tej uwadze odrzuci� natychmiast my�l zabrania os�a i pu�ci� si� piechot� w d�ungl�. Ksi�yc wyp�yn�� ju� wy�ej na niebo, by�o przeto znacznie widniej. Jednak�e trudno�ci rozpocz�y si� zaraz, jak tylko ch�opiec zanurzy� si� w trawy, kt�re wyros�y ju� tak wysoko, �e i cz�owiek na koniu m�g� si� w nich z �atwo�ci� ukry�.

Nawet w dzie� nie by�o w nich na krok nic wida�, a c� dopiero w nocy, kiedy ksi�yc o�wieca� tylko ich wierzcho�ki, a ni�ej wszystko pogr��one by�o w g��bokim cieniu. W takich warunkach �atwo jest zmyli� drog� i chodzi� w k�ko, zamiast posuwa� si� naprz�d; Stasiowi dodawa�a wszelako odwagi ta my�l, �e naprz�d, obozowisko, ku kt�remu szed�, by�o odleg�e od cypla co najwy�ej o trzy lub cztery mile angielskie, a po wt�re, �e dym ukaza� si� mi�dzy wierzcho�kami dw�ch wynios�ych pag�rk�w � zatem nie trac�c z oczu pag�rk�w nie mo�na by�o zb��dzi�. Ale trawy, mimozy i akacje przes�ania�y wszystko. Na szcz�cie co kilkadziesi�t krok�w wznosi�y si� kopce termit�w, wysokie niekiedy na kilkana�cie st�p. Sta� ustawia� ostro�nie strzelb� pod ka�dym kopcem, potem wdrapywa� si� na jego szczyt � i dojrzawszy wzg�rza rysuj�ce si� czarno na tle nieba, z�azi� i szed� dalej. Strach go tylko bra� na my�l, co b�dzie, je�li chmury zas�oni� ksi�yc i niebo, albowiem w�wczas znalaz�by si� jak w podziemiu. Ale nie by�o to jedyne niebezpiecze�stwo. D�ungla w nocy, gdy w�r�d ciszy s�ycha� ka�dy odg�os, ka�dy krok i niemal szelest, jaki robi� owady �a��ce po trawach, jest wprost przera�aj�ca. Unosi si� nad ni� l�k i zgroza. Sta� musia� zwa�a� na wszystko, nas�uchiwa�, czuwa�, rozgl�da� si� na wszystkie strony, mie� g�ow� jak na �rubkach, a strzelb� gotow� w ka�dej sekundzie do strza�u. Co chwila wydawa�o mu si�, �e co� si� zbli�a, skrada, przyczaja. Niekiedy znowu s�ysza� poruszaj�ce si� trawy i nag�y t�tent uciekaj�cych zwierz�t. Domy�la� si� w�wczas, �e sp�oszy� antylopy, kt�re mimo rozstawionych stra�y �pi� czujnie, wiedz�c, �e niejeden straszny p�owy my�liwiec poluje w ciemno�ciach o tej porze. Ale oto co� wielkiego czerni si� pod parasolowat� akacj�. Mo�e to ska�a, a mo�e nosoro�ec lub baw�, kt�ry zwietrzywszy cz�owieka ocknie si� z drzemki i rzuci si� natychmiast do ataku. Tam zn�w za czarnym krzem wida� dwa b�yszcz�ce punkty. Hej! strzelba do twarzy. To lew! Nie!... Pr�ny alarm! To latarniki, bo jedno �wiate�ko wznosi si� w g�r� i leci nad trawami jak spadaj�ca uko�nie gwiazda. Sta� w�azi� na termitiery nie zawsze dlatego, by przekona� si�, czy idzie w dobrym kierunku, ale i dlatego, by obetrze� spocone zimnym potem czo�o, odetchn�� i poczeka�, a� mu si� uspokoi bij�ce zbyt po�piesznie serce. By� przy tym tak ju� zm�czony, �e ledwie trzyma� si� na nogach. Lecz szed� naprz�d w tej my�li, �e tak trzeba dla uratowania Nel. Po dw�ch godzinach wydosta� si� na grunt g�sto usiany kamieniami, gdzie trawy by�y ni�sze i by�o znacznie widniej. Dwa wynios�e wzg�rza rysowa�y si� r�wnie daleko jak przedtem; natomiast bli�ej bieg� poprzecznie zr�b skalny, za kt�rym wznosi� si� drugi, wy�szy, oba za� otacza�y widocznie jak�� dolin� albo w�w�z podobny do tego, w kt�rym zamkni�ty by� King. Nagle, o jakie trzysta lub czterysta krok�w na prawo, spostrzeg� na �cianie skalnej r�owy odblask p�omienia. I stan��. Serce bi�o mu zn�w tak, �e nieledwie s�ysza� je w�r�d ciszy nocnej. Kogo tam zobaczy na dole? Arab�w ze wschodnich wybrze�y? Derwisz�w Smaina czy te� dzikich Murzyn�w, kt�rzy opu�ciwszy rodzinne wioski chroni� si� przed derwiszami w niedost�pne g�rskie komysze? Czy znajdzie �mier� albo niewol�, czy te� ratunek dla Nel? Trzeba si� by�o o tym przekona�. Cofa� si� ju� nie m�g� i nie chcia�. Po chwili pocz�� si� skrada� w kierunku ognia, id�c jak najciszej i tamuj�c dech w piersiach. Uszed�szy tak oko�o stu krok�w, us�ysza� niespodzianie od strony d�ungli parskanie koni � i zatrzyma� si� znowu. Przy �wietle ksi�yca naliczy� ich pi��. Jak na derwisz�w by�o to ma�o, ale przypuszcza�, �e reszta ukryta jest mo�e w wysokich trawach. Dziwi�o go tylko to, �e nie ma przy nich �adnych stra�y, �e te stra�e nie pal� na g�rze ogni dla odstraszenia dzikich zwierz�t. Ale dzi�kowa� Bogu, �e tak by�o, gdy� m�g� posuwa� si� dalej niedostrze�ony.

Blask na ska�ach czyni� si� coraz wyra�niejszy. Zanim up�yn�� kwadrans, Sta� znalaz� si� w miejscu, w kt�rym przeciwleg�a ska�a by�a najmocniej o�wiecona, co wskazywa�o, �e u jej st�p musi si� pali� ogie�. W�wczas czo�gaj�c si� dope�zn�� z wolna do kraw�dzi i spojrza� w d�. Pierwszym przedmiotem, kt�ry uderzy� jego oczy, by� wielki namiot; przed namiotem sta�o polowe p��cienne ��ko, a na nim le�a� cz�owiek przybrany w bia�y ubi�r europejski. Ma�y, mo�e dwunastoletni Murzynek dok�ada� suchego paliwa do ognia, kt�ry o�wieca� �cian� skaln� i szeregi Murzyn�w �pi�ce pod ni� z obu stron namiotu. Sta� w jednej chwili zsun�� si� z pochy�o�ci na dno w�wozu.

ROZDZIA� XXXII

Przez jaki� czas ze zm�czenia i wzruszenia nie m�g� ani s�owa przem�wi� i sta� dysz�c ci�ko przed le��cym na ��ku cz�owiekiem, kt�ry milcza� tak�e i patrzy� na niego ze zdumieniem granicz�cym niemal z nieprzytomno�ci�. Wreszcie zawo�a�: � Nasibu, jeste�? � Jestem, panie � odpowiedzia� ma�y Murzynek. � Czy widzisz kogo i czy kto stoi przede mn�? Lecz zanim malec zdo�a� odpowiedzie�, Sta� odzyska� mow�: � Panie � rzek� � nazywam si� Stanis�aw Tarkowski. Uciekli�my z ma�� miss Rawlison z niewoli derwisz�w i ukrywamy si� w d�ungli. Ale Nel jest ci�ko chora, wi�c b�agam ci� dla niej o pomoc. Nieznajomy patrzy� jeszcze przez chwil�, mrugaj�c oczyma, po czym przetar� r�k� czo�o. � S�ysz�, nie tylko widz� � ozwa� si� sam do siebie. � To nie z�udzenie!... Co? pomoc? Ja sam potrzebuj� pomocy. Jestem ranny. Nagle jednak otrz�sn�� si� jakby z sennych przywidze� lub odr�twienia, spojrza� przytomniej i z b�yskiem rado�ci w oczach rzek�: � Bia�y ch�opiec!... Jeszcze widz� bia�ego!... Witam ci�, ktokolwiek jeste�. M�wi�e� o jakiej� chorobie? Czego ode mnie ��dasz? Sta� powt�rzy�, �e t� chor� jest Nel, c�rka pana Rawlisona, jednego z dyrektor�w Kana�u, �e mia�a ju� dwa ataki febry i �e musi umrze�, je�li nie b�dzie mia� chininy, by zapobiec trzeciemu. � Dwa ataki � to �le! � odpowiedzia� nieznajomy. � Ale chininy mog� ci da�, ile chcesz. Mam jej kilka s�oik�w, kt�re nie przydadz� mi si� ju� na nic. Tak m�wi�c kaza� ma�emu Nasibu poda� sobie du�e blaszane pud�o, kt�re by�o widocznie apteczk� podr�n�, wydoby� z niego dwa spore s�oiki nape�nione bia�ym proszkiem i wr�czy� je Stasiowi.

� Oto po�owa tego, co mam. Wystarczy to cho�by na rok... Sta� mia� ochot� krzycze� po prostu z rado�ci, wi�c pocz�� mu dzi�kowa� z takim uniesieniem, jakby mu o w�asne �ycie chodzi�o. A nieznajomy skin�� kilkakrotnie g�ow� i rzek�: � Dobrze, dobrze. Nazywam si� Linde, jestem Szwajcar z Zurychu... Dwa dni temu mia�em wypadek: rani� mnie ci�ko dzik ndiri. Nast�pnie zwr�ci� si� do czarnego malca: � Nasibu, na�� mi fajk�. Po czym do Stasia: � W nocy mam zawsze wi�ksz� gor�czk� i troch� mi si� troi w g�owie. Ale fajka rozja�nia mi my�li. Wszak m�wi�e�, �e uciekli�cie z niewoli derwisz�w i ukrywacie si� w d�ungli? Czy tak? � Tak, panie, m�wi�em. � I co zamierzacie czyni�? � Uciec do Abisynii. � Wpadniecie w r�ce mahdyst�w, kt�rych oddzia�y w��cz� si� po ca�ym pograniczu. � Nie mo�emy jednak przedsi�wzi�� nic innego. � Ach! jeszcze przed miesi�cem ja m�g�bym by� wam da� pomoc. Ala teraz jestem sam, tylko na �asce bo�ej i tego czarnego ch�opca. Sta� spojrza� na niego ze zdziwieniem. � A ten ob�z? � To ob�z �mierci. � A ci Murzyni? � Ci Murzyni �pi� i nie rozbudz� si� wi�cej. � Nie rozumiem... � Chorzy s� na �pi�czk�. To s� ludzie znad Wielkich Jezior, gdzie ta straszna choroba panuje ci�gle � i zapadli na ni� wszyscy, pr�cz tych, kt�rzy przedtem pomarli na osp�. Zosta� mi tylko ten jeden ch�opak... Stasia uderzy�o teraz dopiero to, �e w chwili, w kt�rej zsun�� si� by� do w�wozu, �aden Murzyn nie poruszy� si�, nie drgn�� nawet � i �e w czasie ca�ej rozmowy spali wszyscy: jedni z g�owami opartymi o ska��, drudzy z pospuszczanymi na piersi. � �pi� i nie rozbudz� si� ju�? � zapyta�, jakby jeszcze nie zdaj�c sobie sprawy z tego, co us�ysza�. A Linde rzek�: � Ach, to trupiarnia ta Afryka!... Lecz dalsze s�owa przerwa� mu tupot koni, kt�re przestraszywszy si� czego� w d�ungli, poprzyskakiwa�y na swych sp�tanych nogach do kraw�dzi doliny, chc�c by� bli�ej ludzi i �wiat�a. � To nic, to konie! � ozwa� si� zn�w Szwajcar. � Zabra�em je mahdystom, kt�rych pobi�em kilka tygodni temu. By�o ich ze trzystu, a mo�e i wi�cej. Ale oni mieli przewa�nie dzidy, a moi ludzie remingtony, kt�re tam stoj� oto pod �cian� bez �adnego ju� po�ytku. Je�li ci brak broni albo naboj�w, to bierz, ile chcesz. We� tak�e i konia: pr�dzej na nim wr�cisz do twojej chorej. Ile ona ma lat? � Osiem � odpowiedzia� Sta�. � Wi�c to jeszcze dziecko... Niech�e Nasibu da ci dla niej herbaty, ry�u, kawy i wina... Bierz, co chcesz z zapas�w, a jutro przyje�d�aj po nowe. � Wr�c� z pewno�ci�, �eby panu raz jeszcze podzi�kowa� z ca�ego serca i pom�c mu, w czym potrafi�.

A Linde rzek�: � Dobrze cho� popatrze� na europejsk� twarz. Je�li przyjedziesz wcze�niej, to b�d� przytomniejszy. Teraz gor�czka znowu mnie chwyta, bo ci� widz� podw�jnie. Czy was dw�ch stoi nade mn�?... Nie!... Wiem, �e jeste� jeden i �e to tylko gor�czka... Ach, ta Afryka!... I przymkn�� oczy. W kwadrans p�niej Sta� wyruszy� z powrotem z tego dziwnego obozu snu i �mierci, ale tym razem konno. Noc jeszcze by�a g��boka, ale on ju� nie zwa�a� na �adne niebezpiecze�stwa, z kt�rymi m�g� si� spotka� w wysokich trawach. Trzyma� si� jednak bli�ej rzeki przypuszczaj�c, �e oba w�wozy musz� na ni� wychodzi�. Wraca� by�o zreszt� znacznie �atwiej, gdy� w ciszy nocnej dochodzi� z daleka szum wodospadu, a przy tym ob�oki rozproszy�y si� na zachodniej stronie nieba i pr�cz ksi�yca �wieci�o mocno �wiat�o zodiakalne. Ch�opiec k�u� konia w boki ko�cami szerokich arabskich strzemion i lecia� troch� jak na z�amanie karku m�wi�c sobie w duszy: �Co mi tam lwy i pantery! � ja mam chinin� dla mojej ma�ej!� I co chwila dotyka� r�k� s�oik�w, jakby chc�c si� upewni�, �e je naprawd� posiada i �e to wszystko nie by�o snem. Rozmaite my�li i obrazy przesuwa�y mu si� przez g�ow�. Widzia� rannego Szwajcara, dla kt�rego czu� ogromn� wdzi�czno�� i nad kt�rym litowa� si� tym serdeczniej, �e w czasie rozmowy bra� go z pocz�tku za wariata: widzia� ma�ego Nasibu z okr�g�� jak kula czaszk� i szeregi �pi�cych pagazich, i lufy opartych o ska�y remington�w, po�yskuj�ce w ogniu. By� prawie pewien, �e ta bitwa, o kt�rej wspomina� Linde, by�a z oddzia�em Smaina � i dziwnie wyda�o mu si� pomy�le�, �e mo�e i Smain poleg�. Te widzenia miesza�y mu si� z nieustaj�c� my�l� o Nel. Wyobra�a� sobie, jak ona si� zdziwi zobaczywszy jutro ca�y s�oik chininy i �e go chyba we�mie za cudotw�rc�. �Ach � m�wi� sobie � gdybym by� stch�rzy� i nie poszed� przekona� si�, sk�d pochodzi ten dym, nie darowa�bym sobie tego przez ca�e �ycie.� Po up�ywie niespe�na godziny szum wodospadu sta� si� zupe�nie wyra�ny, a z rzechotania �ab Sta� domy�li� si�, �e ju� jest blisko szczerku, na kt�rym strzela� poprzednio wodne ptactwo. Przy blasku ksi�yca rozpozna� nawet z dala stoj�ce nad nim drzewa. Teraz nale�a�o zachowa� wi�cej czujno�ci, rozlew �w bowiem tworzy� zarazem wodop�j, do kt�rego wszelki zwierz okoliczny musia� koniecznie przychodzi�, gdy� gdzie indziej brzegi rzeki by�y strome i ma�o dost�pne. Ale by�o ju� p�no i drapie�nicy poukrywali si� widocznie po nocnych �owach w skalistych jaskiniach. Ko� chrapa� troch�, wietrz�c niedawne �lady lw�w czy te� panter, jednak�e Sta� przejecha� szcz�liwie i w chwil� p�niej ujrza� na wysokim cyplu czarn� wielk� sylwetk� �Krakowa�. Pierwszy raz w Afryce mia� takie uczucie, jakby przyjecha� do domu. Liczy�, �e zastanie wszystkich �pi�cych, ale liczy� bez Saby, kt�ry pocz�� szczeka� tak, �e m�g�by pobudzi� nawet umar�ych. Kali znalaz� si� tak�e w jednej chwili przed drzewem i zawo�a�: � Bwana kubwa na koniu! W g�osie jego by�o jednak wi�cej rado�ci ni� zdziwienia, gdy� tak wierzy� w pot�g� Stasia, �e gdyby �w by� nawet stworzy� konia, czarny ch�opak jeszcze nie by�by bardzo zdziwiony. Ale poniewa� rado�� objawia si� u Murzyn�w �miechem, wi�c j�� bi� si� d�o�mi po biodrach i �mia� si� jak szalony. � Sp�taj tego konia � rzek� Sta� � zdejmij z niego zapasy, napal ognia i zagotuj wody. Po czym wszed� do drzewa. Nel rozbudzi�a si� tak�e i pocz�a go wo�a�. Sta�

odchyliwszy p��cienn� �cian� ujrza� przy �wietle kaganka jej blad� twarz i bia�e chude r�czki le��ce na pledzie, kt�rym by�a przykryta. � Jak si� czujesz, ma�a? � spyta� weso�o. � Dobrze, i spa�am mocno, p�ki mnie nie rozbudzi� Saba. Ale czemu ty nie �pisz? � Bom wyje�d�a�. � Dok�d? � Do apteki. � Do apteki? � Tak, po chinin�. Dziewczynce nie smakowa�y wprawdzie mocno proszki chininy, kt�re bra�a poprzednio, ale poniewa� uwa�a�a j� za niezawodne lekarstwo na wszystkie choroby na �wiecie, wi�c westchn�a i rzek�a: � Ja wiem, �e ty ju� nie masz chininy. Sta� podni�s� ku kagankowi jeden ze s�oik�w i zapyta� z dum� i rado�ci�: � A to co? Nel nie chcia�a oczom wierzy�, on za� m�wi� po�piesznie, ca�y rozpromieniony: � B�dziesz teraz zdrowa! Zaraz spor� doz� owin� w sk�r� �wie�ej figi i musisz to po�kn��, a czym zapijesz, to si� poka�e. Czego tak patrzysz na mnie jak na zielonego kota?... Tak! mam i drugi s�oik. Dosta�em oba od bia�ego cz�owieka, kt�rego ob�z le�y st�d o cztery mile. Od niego wracam. Nazywa si� Linde i jest ranny; jednak�e da� mi du�o dobrych rzeczy. Wr�ci�em na koniu, ale do niego szed�em piechot�. My�lisz, �e to przyjemnie i�� w nocy przez d�ungl�? Brr! Drugi raz za nic bym nie poszed�, chyba �eby zn�w chodzi�o o chinin�! Tak m�wi�c opu�ci� zdumion� dziewczynk�, sam za� uda� si� do �m�skiego przedzia�u�, wybra� z zapasu fig najmniejsz�, wydr��y� j� i nasypa� w �rodek chininy, uwa�aj�c, by doza nie by�a wi�ksza od tych proszk�w, kt�re dosta� w Chartumie. Potem wyszed� z drzewa, zasypa� herbaty do naczynia z wod� i wr�ci� z lekarstwem do Nel. A ona rozmy�la�a przez ten czas o wszystkim, co si� sta�o. By�a ogromnie ciekawa, co to za cz�owiek ten bia�y? sk�d si� Sta� o nim dowiedzia�? czy on do nich przyjdzie i czy b�d� podr�owali dalej razem? Nie w�tpi�a teraz, �e skoro Sta� dosta� chininy, to ona wyzdrowieje. Ale� ten Sta�... poszed� sobie w nocy przez d�ungl�, jak gdyby nic! Nel, pomimo ca�ego podziwu dla niego, uwa�a�a dotychczas, nie zastanawiaj�c si� zreszt� nad tym d�ugo, �e wszystko, co on dla niej robi, to rozumie si� samo przez si�, albowiem jest to prosta rzecz, �e starszy ch�opiec opiekuje si� m�odsz� dziewczynk�. Jednak�e teraz przysz�o jej do g��wki, �e bez jego opieki by�aby dawno zgin�a, �e on o ni� dba ogromnie, �e dogadza jej i broni tak, jak �aden inny ch�opiec w jego wieku i nie chcia�by, i nie umia� � wi�c wielka wdzi�czno�� wezbra�a w jej ma�ym sercu. Tote� gdy Sta� wszed� znowu i pochyli� si� nad ni� z lekarstwem, zarzuci�a mu swe cienkie ramionka na szyj� i u�ciska�a go serdecznie: � Stasiu, ty jeste� dla mnie bardzo dobry. On za� odpowiedzia�: � A dla kog� mam by� dobry? A to doskona�e! We� oto lekarstwo! Jednak�e rad by� bardzo, gdy� oczy b�yszcza�y mu z zadowolenia, i z wielk� zn�w rado�ci� i dum� zawo�a� zwr�ciwszy si� do otworu: � Mea! a teraz podaj bibi herbat�!

ROZDZIA� XXXIII

Sta� wybra� si� do Lindego dopiero nast�pnego dnia w po�udnie, musia� bowiem odespa� noc poprzedni�. Po drodze, w przewidywaniu, �e chory mo�e potrzebowa� �wie�ego mi�sa, zabi� dwie pentarki, kt�re te� istotnie zosta�y przyj�te z wdzi�czno�ci�. Linde by� mocno os�abiony, ale zupe�nie przytomny. Zaraz po powitaniu zapyta� o Nel, po czym przestrzeg� Stasia, �eby nie uwa�a� chininy za zupe�nie stanowczy �rodek przeciw febrze i �eby strzeg� ma�ej od s�o�ca, od przemoczenia, od przebywania w nocy w miejscach niskich i wilgotnych i wreszcie od z�ej wody. Nast�pnie Sta� opowiedzia� mu na ��danie histori� w�asn� i Nel, od pocz�tku a� do przybycia do Chartumu i odwiedzin u Mahdiego, a potem od Faszody do uwolnienia si� z r�k Gebhra i dalszej w�dr�wki. Szwajcar przypatrywa� mu si� w czasie opowiadania ze wzrastaj�c� ciekawo�ci�, cz�sto z wyra�nym podziwem, a gdy historia dobieg�a wreszcie ko�ca, zapali� fajk�, obejrza� raz jeszcze Stasia od st�p do g�owy � i rzek� jakby w zamy�leniu: � Je�li w waszym kraju jest du�o podobnych do ciebie ch�opc�w, to niepr�dko dadz� sobie z wami rad�. A po chwili milczenia tak m�wi� dalej: � Najlepszym dowodem prawdy s��w twoich jest to, �e tu jeste� i �e przede mn� stoisz. I wiesz, co ci powiem: po�o�enie wasze jest straszne, droga w kt�r�kolwiek stron� r�wnie straszna, kto wie jednak, czy taki ch�opak jak ty nie wyratuje z tej toni i siebie, i tamtego dziecka... � Byle Nel by�a zdrowa, to ja zrobi�, co b�d� m�g� � zawo�a� Sta�. � Ale i siebie oszcz�dzaj, albowiem zadanie, kt�re masz przed sob� jest nad si�y nawet doros�ego cz�owieka. Czy ty zdajesz sobie z tego spraw�, gdzie si� obecnie znajdujecie? � Nie. Pami�tam, �e po wyj�ciu z Faszody przeszli�my przy du�ej osadzie, zwanej Deng, jak�� rzeczk�. � Sobbat � przerwa� Linde. � W Dengu by�o sporo derwisz�w i Murzyn�w. Ale za Sobbatem weszli�my w kraj d�ungli i szli�my ca�e tygodnie, a� dotarli�my do tego w�wozu, w kt�rym pan wie, co si� sta�o... � Wiem. Nast�pnie pu�cili�cie si� tym w�wozem dalej, a� do rzeki. Ot� pos�uchaj mnie: pokazuje si�, �e po przej�ciu Sobbatu z Sudanczykami skr�cili�cie na po�udniowy wsch�d, ale wi�cej na po�udnie. Jeste�cie obecnie w okolicy nie znanej podr�nikom i geografom. Ta rzeka, nad kt�r� si� znajdujemy, d��y na p�nocny zach�d i wpada prawdopodobnie do Nilu. M�wi� prawdopodobnie, bo sam dobrze nie wiem i przekona� si� o tym ju� nie mog�, chocia� skr�ci�em od g�r Karamojo dla zbadania jej �r�de�. Od je�c�w-derwisz�w s�ysza�em po bitwie, �e zowie si� Ogeloguen, ale i oni nie byli pewni, gdy� w te okolice zapuszczaj� si� tylko po niewolnik�w. Zajmuje te w og�le ma�o zamieszkane strony plemi� Szylluk, ale obecnie kraj jest pusty, gdy� ludno�� cz�ci� wymar�a na osp�, cz�ci� wymietli j� mahdy�ci, a cz�ci� uciek�a ku g�rom Karamojo. W Afryce nieraz si� to zdarza, �e kraj dzi� g�sto osiad�y � jutro staje si� pustkowiem. Wedle moich obrachowa� jeste�cie mniej wi�cej o trzysta kilometr�w od Lado. Mogliby�cie ucieka� na po�udnie do Emina, ale poniewa� Emin sam jest prawdopodobnie obl�ony przez derwisz�w, wi�c nie ma o czym m�wi�... � A do Abisynii? � zapyta� Sta�. � Tak�e oko�o trzystu kilometr�w. Pami�ta� wszelako nale�y, �e Mahdi wojuje z ca�ym �wiatem, a wi�c i z Abisyni�. Wiem to r�wnie� od je�c�w, �e na zachodniej i po�udniowej granicy kr�c� si� wi�ksze lub mniejsze hordy derwisz�w, wi�c �atwo

mogliby�cie wpa�� w ich r�ce. Abisynia jest wprawdzie pa�stwem chrze�cija�skim, ale po�udniowe, dzikie plemiona s� albo poga�skie, albo wyznaj� islam � i z tego powodu sprzyjaj� po cichu Mahdiemu... Nie, tamt�dy nie przejdziecie. � Wi�c co ja mam pocz�� i dok�d i�� z Nel? � zapyta� Sta�. � M�wi�em, �e po�o�enie jest ci�kie � rzek� Linde. To rzek�szy za�o�y� obie r�ce na g�ow� i d�ugi czas le�a� w milczeniu. � Do oceanu � ozwa� si� wreszcie � b�dzie st�d przesz�o dziewi��set kilometr�w przez g�ry, przez dzikie ludy, a nawet przez pustyni�, bo tam s� podobno ca�e okolice, w kt�rych brak wody. Ale kraj nale�y nominalnie do Anglii. Mo�na trafi� na transporty ko�ci s�oniowej do Kismaja, do Lamu i do Mombassy � mo�e na wyprawy misyjne... Zrozumiawszy, �e z powodu derwisz�w nie zdo�am zbada� biegu tej rzeki, poniewa� skr�ca ona do Nilu, chcia�em i ja i�� na wsch�d, do oceanu... � To wracajmy razem! � zawo�a� Sta�. � Ja ju� nie wr�c�. Ndiri potarga� mi tak musku�y i �y�y, �e musi przyj�� zaka�enie krwi. Tylko chirurg m�g�by mnie uratowa�, gdyby mi odj�� nog�. Teraz wszystko ju� zakrzep�o i odr�twia�o, ale pierwszego dnia gryz�em r�ce z b�lu... � Pan wyzdrowieje z pewno�ci�. � Nie, m�j dzielny ch�opcze, ja umr� z pewno�ci�, a ty mnie przykryjesz dobrze kamieniami, �eby hieny nie mog�y mnie wygrzeba�. Umar�emu to mo�e wszystko jedno, ale za �ycia niemi�o o tym my�le�... Ci�ko umiera� tak daleko od swoich... Tu oczy zasz�y mu jakby mg�� � po czym tak m�wi� dalej: � Ale ja ju� rozprawi�em si� z t� my�l�, wi�c m�wmy o was, nie o mnie. Dam ci jedn� rad�: pozostaje wam tylko droga na wsch�d, do oceanu. Ale wypocznijcie przed t� drog� i nabierzcie si�. Inaczej twoja ma�a towarzyszka zamrze ci w ci�gu kilku tygodni. Od��cie podr� do ko�ca pory d�d�ystej i nawet na d�u�ej. Pierwsze miesi�ce letnie, gdy deszcz przestanie pada�, a woda pokrywa jeszcze b�ota, s� najzdrowsze. Tu gdzie jeste�my, to ju� wy�yna, le��ca na siedemset metr�w nad poziomem. Na wysoko�ci tysi�ca trzystu metr�w febry ju� nie istniej�, a przyniesione z miejsc ni�szych maj� przebieg daleko s�abszy. Zabierz ma�� Angielk� i id�cie w g�ry... M�wienie m�czy�o go widocznie bardzo, wi�c zn�w przerwa� i przez jaki� czas op�dza� si� niecierpliwie od wielkich, b��kitnych much, takich samych, jakie Sta� widzia� na popieliskach Faszody. Po czym tak m�wi� dalej: � Uwa�aj pilnie, co ci powiem. O dzie� drogi st�d na po�udnie wznosi si� osobna g�ra, nie wy�sza nad osiemset metr�w. Wygl�da tak jak rondel przewr�cony dnem do g�ry. Boki ma zupe�nie strome i jedyny do niej dost�p stanowi skalisty grzbiet tak w�ski, �e w niekt�rych miejscach zaledwie dwa konie mog� i�� obok siebie. Na p�askim jej szczycie, rozleg�ym na kilometr albo wi�cej, by�a wioska murzy�ska, ale mahdy�ci ludno�� wyci�li i zabrali. By� mo�e, �e uczyni� to ten Smain, kt�regom rozbi�, lecz kt�remu niewolnik�w nie odebra�em, gdy� wys�a� ich ju� poprzednio pod dobr� eskort� nad Nil. Osi�d�cie na tej g�rze. Jest tam �r�d�o doskona�ej wody, kilka p�l manioku i mn�stwo banan�w. W chatach znajdziecie du�o ludzkich ko�ci, ale zarazy od trup�w si� nie b�j, poniewa� po derwiszach by�y tam mr�wki, kt�re i nas stamt�d wypar�y. Zreszt� ani �ywego ducha! Zosta�cie w tej wiosce miesi�c lub dwa. Na tej wysoko�ci febry nie ma. Noce bywaj� ch�odne. Tam twoja ma�a odzyska zdrowie, ty za� nab�dziesz nowych si�. � A potem co uczyni� i dok�d i��? � Potem b�dzie, co B�g da. Postaracie si� albo przedrze� do Abisynii w miejscowo�ciach po�o�onych dalej, ni� dochodz� derwisze, albo p�jdziecie na wsch�d. S�ysza�em, �e Arabowie z wybrze�y docieraj� a� do jakiego� jeziora w poszukiwaniu ko�ci s�oniowej, kt�r� nabywaj� od szczep�w Samburu i Wa-hima. � Wa-hima? Kali pochodzi ze szczepu Wa-hima.

I Sta� pocz�� opowiada� Lindemu, w jaki spos�b odziedziczy� Kalego po �mierci Gebhra, oraz �e Kali m�wi� mu, i� jest synem naczelnika wszystkich Wa-him�w. Lecz Linde przyj�� t� wiadomo�� oboj�tniej, ni� Sta� si� spodziewa�. � Tym lepiej � rzek� � gdy� mo�e by� wam pomocnym. Bywaj� mi�dzy czarnymi poczciwe dusze, cho� w og�le na ich wdzi�czno�� liczy� nie mo�na: to s� dzieci, kt�re zapominaj� o tym, co by�o wczoraj. � Kali nie zapomni, �em go wybawi� z r�k Gebhra, jestem tego pewny. � Mo�e � rzek� Linde i ukazuj�c na Nasibu doda�: � To tak�e dobre dziecko. Przygarnij go po mojej �mierci. � Niech pan nie m�wi i nie my�li o �mierci. � M�j drogi � odpowiedzia� Szwajcar � ja jej sobie �ycz�, byle przysz�a bez wielkiej m�ki. Pomy�l, �e jestem teraz zupe�nie bezbronny i gdyby kt�ry z tych mahdyst�w, kt�rych rozbi�em, zab��ka� si� przypadkiem do tego parowu, m�g�by mnie sam jeden zar�n�� jak owc�. Tu pokaza� na �pi�cych Murzyn�w: � Tamci si� ju� nie rozbudz�, a raczej �le m�wi�: ka�dy z nich budzi si� na kr�tko przed �mierci� i w ob��kaniu ucieka w d�ungl�, z kt�rej ju� nie wraca... Z dwustu ludzi pozosta�o mi sze��dziesi�ciu. Wielu uciek�o, wielu umar�o na osp�, a niekt�rzy posn�li w innych parowach. Sta� z lito�ci� i przera�eniem pocz�� przypatrywa� si� �pi�cym. Cia�a ich by�y barwy popielatej, co u Murzyn�w oznacza blado��. Jedni mieli oczy zamkni�te, drudzy na wp� otwarte, ale i ci spali g��boko, gdy� �renice ich by�y nieczu�e na �wiat�o. Niekt�rym popuch�y kolana. Wszyscy byli przera�liwie chudzi, tak �e przez sk�r� mo�na im by�o policzy� �ebra. R�ce ich i nogi dr�a�y nieustannie bardzo szybko. Owe b��kitne wielkie muchy obsiad�y im g�sto oczy i wargi. � Czy nie ma dla nich ratunku? � zapyta� Sta�. � Nie ma. Nad Wiktoria-Nianza choroba ta wyludnia ca�e wsie. Czasem sro�y si� bardziej, czasem mniej. Najcz�ciej zapadaj� na ni� ludzie z wiosek po�o�onych w pobrze�nych zaro�lach. S�o�ce przesz�o ju� na zachodni� stron� nieba, ale jeszcze przed wieczorem Linde opowiedzia� Stasiowi swoje dzieje. By� on synem kupca z Zurychu. Rodzina jego pochodzi�a z Karlsruhe, ale od 1848 roku przenios�a si� do Szwajcarii. Ojciec jego zrobi� wielki maj�tek na handlu jedwabiem. Kszta�ci� syna na in�yniera, ale m�odemu Henrykowi u�miecha�y si� od wczesnych lat podr�e. Po uko�czeniu politechniki, odziedziczywszy ca�� fortun� ojcowsk�, przedsi�wzi�� pierwsz� podr� do Egiptu. By�y to czasy jeszcze przed Mahdim, wi�c dotar� a� do Chartumu i polowa� z Dangalami w Sudanie. Potem po�wi�ci� si� geografii Afryki i sta� si� tak bieg�ym jej znawc�, �e wiele towarzystw geograficznych zaliczy�o go w poczet swych cz�onk�w. T� ostatni� podr�, kt�ra mia�a sko�czy� si� dla niego tak fatalnie, rozpocz�� z Zanzibaru. Dotar� do wielkich Jezior i zamierza� przedrze� si� wzd�u� nie znanych dotychczas g�r Karamojo do Abisynii, a stamt�d do wybrze�y oceanu. Ale Zanzibaryci nie chcieli i�� dalej. Na szcz�cie lub na nieszcz�cie by�a w�wczas wojna mi�dzy kr�lem Ugandy a Unioro. Linde odda� znaczne us�ugi kr�lowi Ugandy, kt�ry w zamian za nie darowa� mu przesz�o dwustu pagazich. U�atwi�o to ca�kowicie podr� i zwiedzanie g�r Karamojo, ale nast�pnie ospa objawi�a si� w szeregach, a po niej przysz�a straszna choroba �pi�czki � i ostateczna ruina karawany. Linde posiada� znaczne zapasy wszelkiego rodzaju konserw, ale w obawie szkorbutu polowa� codziennie dla zdobycia �wie�ego mi�sa. By� on wybornym strzelcem, lecz nie do�� ostro�nym my�liwym. I sta�o si�, �e gdy przed kilku dniami zbli�y� si� lekkomy�lnie do powalonego dzika ndiri, zwierz zerwa� si� i poszarpa� mu okropnie nog�, a nast�pnie podepta� krzy�. Zdarzy�o si� to tu� ko�o obozu i w oczach Nasibu, kt�ry podar�szy w�asn� koszul� i uczyniwszy z niej banda� zdo�a� zatamowa�

up�yw krwi i odprowadzi� rannego do namiotu. W nodze jednak od wewn�trznego wylewu krwi potworzy�y si� skrzepy i choremu grozi�a gangrena. Sta� chcia� go koniecznie opatrywa� i o�wiadczy�, �e albo b�dzie przyje�d�a� codziennie, albo by nie zostawia� Nel tylko pod opiek� dwojga czarnych, przewiezie go mi�dzy ko�mi na rozpi�tych woj�okach na cypel, do �Krakowa�. Linde zgodzi� si� na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodzi� si� na przewiezienie. � Ja wiem � m�wi� wskazuj�c na swoich Murzyn�w � �e ci ludzie musz� pomrze�, ale p�ki nie pomr�, nie mog� ich skaza� na rozszarpanie �ywcem przez hieny, kt�re nocami ogie� tylko trzyma w oddaleniu. I pocz�� powtarza� gor�czkowo: � Nie mog�, nie mog�, nie mog�! Lecz uspokoi� si� zaraz i m�wi� dalej jakim� dziwnie wzruszonym g�osem: � Przyjd� tu jutro rano... Ja mam do ciebie pro�b�, kt�r� je�li spe�nisz, to mo�e B�g wyprowadzi was z tych afryka�skich czelu�ci, a mnie da �mier� lekk�. Chcia�em t� pro�b� od�o�y� do jutra, ale poniewa� jutro mog� ju� by� nieprzytomny, wi�c wypowiem j� dzi�: we� wody w jakie naczynie, zatrzymaj si� przed ka�dym z tych �pi�cych biedak�w, pry�nij na niego wod� i powiedz te s�owa: �Ja ciebie chrzcz� � w imi� Ojca, i Syna, i Ducha!...� Tu wzruszenie zatamowa�o mu g�os i umilk�. � Wyrzucam sobie � m�wi� po chwili � �em si� nie �egna� tak z tymi, kt�rzy umierali na osp�, i z tymi, kt�rzy posn�li poprzednio. Lecz teraz �mier� stoi nade mn�... i chcia�bym... cho� z t� reszt� mojej karawany p�j�� razem w t� ostatni� wielk� podr�... To rzek�szy wskaza� r�k� na rozpromienione niebo � i dwie �zy sp�yn�y mu z wolna po policzkach. Sta� p�aka� jak b�br.

ROZDZIA� XXXIV

Nazajutrz poranne s�o�ce o�wieci�o dziwne widowisko. Sta� chodzi� wzd�u� skalnej �ciany, zatrzymywa� si� przed ka�dym Murzynem, skrapia� mu czo�o wod� i wymawia� nad nim sakramentalne s�owa. A oni spali z dr�eniem r�k i n�g, z g�ow� spuszczon� na piersi lub podniesion� do g�ry, �ywi jeszcze, a podobni ju� do trup�w. I tak si� odbywa� ten chrzest �pi�cych, w ciszy porannej, w blasku s�onecznym, w g�uszy pustynnej. Niebo by�o tego dnia bez chmur, wysokie, siwob��kitne i jakby smutne. Linde by� jeszcze przytomny, ale coraz s�abszy. Po opatrunku wr�czy� Stasiowi zamkni�te w blaszanym futerale papiery, poleci� je jego opiece i nie przem�wi� nic wi�cej. Nie m�g� ju� je��, ale pragnienie dr�czy�o go okrutnie. Znacznie przed zachodem s�o�ca zacz�� majaczy�. Wo�a� na jakie� dzieci, by nie odp�ywa�y za daleko na jezioro, a w ko�cu j�� si� rzuca� w dreszczach i obejmowa� g�ow� r�koma. Nast�pnego dnia wcale ju� Stasia nie pozna�, a w trzy dni p�niej zmar� w samo

po�udnie, nie odzyskawszy przytomno�ci. Sta� op�aka� go szczerze, po czym obaj z Kalim zanie�li go do pobliskiej w�skiej jaskini, kt�rej otw�r za�o�yli cierniem i kamieniami. Ma�ego Nasibu zabra� Sta� do �Krakowa�. Kalemu za� kaza� pilnowa� na miejscu zapas�w i pali� nocami przy �pi�cych wielki ogie�. Sam kr��y� ci�gle mi�dzy dwoma w�wozami, przewo��c tobo�y, bro�, a szczeg�lniej �adunki do remington�w, z kt�rych to �adunk�w wydobywa� proch i urz�dza� min� dla rozsadzenia ska�y zamykaj�cej Kinga. Szcz�ciem zdrowie Nel po codziennych dawkach chininy poprawi�o si� znacznie, a wi�ksza rozmaito�� pokarm�w wzmocni�a jej si�y. Sta� opuszcza� j� jednak zawsze niech�tnie i z obaw�, a odje�d�aj�c nie pozwala� jej wychodzi� z drzewa i zamyka� otw�r kolczastymi ga��ziami akacji. Musia� jednak z powodu nawa�u zaj��, jakie na niego spad�y, zostawia� j� pod opiek� Mei, Nasibu i Saby, na kt�rego zreszt� liczy� najwi�cej. Wola� po kilkana�cie razy na dzie� je�dzi� po tobo�y do obozu Lindego ni� zostawia� dziewczynk� sam� na d�u�ej. Spracowa� si� te� okrutnie, ale �elazne jego zdrowie wytrzymywa�o wszelkie trudy. Jednak�e dopiero po dniach dziesi�ciu tobo�y by�y rozdzielone, mniej potrzebne pochowane w jaskiniach, potrzebniejsze dostawione do �Krakowa� - konie sprowadzone r�wnie� na cypel, a na koniach przewieziono spor� ilo�� remington�w, kt�re mia� ponie�� King. Przez ten czas w obozie Lindego raz wraz ktory� ze �pi�cych Murzyn�w zrywa� si� w przed�miertnym paroksyzmie choroby, ucieka� w d�ungl� i ju� nie powraca�. Byli jednak tacy, kt�rzy umierali na miejscu. a niekt�rzy, biegn�c na o�lep, rozbijali sobie g�owy o ska�y w samym obozie lub te� w pobli�u. Tych grzeba� musia� Kali. Po dw�ch tygodniach zosta� ju� tylko jeden, ale i ten zmar� niebawem we �nie � z wycie�czenia. Nadszed� wreszcie czas wysadzenia ska�y i oswobodzenia Kinga. By� on ju� tak oswojony, �e na rozkaz Stasia chwyta� go tr�b� i zak�ada� sobie na kark. Przyzwyczai� si� te� i do d�wigania ci�ar�w, kt�re Kali wci�ga� mu po bambusowej drabince na grzbiet. Nel twierdzi�a, �e obarczaj� go zanadto, ale naprawd� by�o to wszystko dla niego much� i dopiero tobo�y odziedziczone po Lindem mog�y stanowi� powa�niejszy �adunek. Z Sab�, na kt�rego widok okazywa� z pocz�tku wielki niepok�j, zaprzyja�ni� si� ju� ostatecznie i bawi� si� z nim w ten spos�b, �e przewraca� go tr�b� na ziemi�, a Saba udawa�, �e gryzie. Czasami jednak oblewa� niespodzianie psa wod�, co �w uwa�a� za �art w zupe�nie z�ym rodzaju. G��wnie jednak cieszy�o dzieci to, �e poj�tne i powa�nie my�l�ce zwierz� rozumia�o wszystko, czego od niego ��dano, i zdawa�o sobie spraw� nie tylko z ka�dego rozkazu, lecz z ka�dego polecenia, z ka�dego nawet skinienia. Pod tym wzgl�dem s�onie przewy�szaj� niezmiernie wszystkie inne domowe zwierz�ta, a King przewy�sza� bez �adnego por�wnania Sab�, kt�ry na wszelkie przestrogi Nel kiwa� ogonem, a potem robi�, co chcia�. King po kilku tygodniach pomiarkowa� doskonale, �e na przyk�ad osob�, kt�rej najwi�cej trzeba s�ucha� jest Sta�, a osob�, o kt�r� najwi�cej wszyscy dbaj� � Nel. Wi�c spe�nia� najbaczniej rozkazy Stasia, a najbardziej kocha� Nel. Z Kalego mniej sobie robi�, a Me� lekcewa�y� zupe�nie. Sta� po urz�dzeniu miny wcisn�� j� w najg��bsz� szpar�, po czym zalepi� ca�kowicie szpar� glin� zostawiaj�c tylko ma�y otw�r, przez kt�ry zwiesza� si� lont ukr�cony z suchych w��kien palmowych i potarty zmielonym prochem. Stanowcza chwila wreszcie nadesz�a: Sta� zapali� osobi�cie naprochowany sznurek, po czym pomkn��, ile mia� si� w nogach, do drzewa, w kt�rym poprzednio wszystkich pozamyka�. Nel obawia�a si�, czy King nie zanadto si� przestraszy, lecz ch�opiec uspokoi� j� naprz�d tym, �e wybra� dzie�, w kt�rym rano przesz�a burza z grzmotami, a po wt�re, zapewnieniem, �e dzikie s�onie s�ysz� nieraz huk piorun�w, gdy �ywio�y niebieskie rozp�taj� si� nad d�ungl�. Siedzieli jednak z bij�cym sercem, licz�c minut� za minut�. Straszliwy huk targn�� wreszcie powietrzem tak, �e pot�ny baobab zadr�a� od g�ry a� do do�u, a resztki nie wyskrobanego pr�chna posypa�y si� im na g�owy.

Sta� wyskoczy� w tej samej chwili z drzewa i omijaj�c zakr�ty w�wozu pobieg� do przej�cia. Skutki wybuchu okaza�y si� nadzwyczajne. Jedna po�owa wapiennej ska�y rozsypa�a si� w drobne szcz�tki, druga p�k�a na kilkana�cie wi�kszych i mniejszych kawa��w, kt�re si�a eksplozji porozrzuca�a na do�� znacznej przestrzeni. S�o� by� wolny. Uradowany ch�opak poskoczy� teraz na brzeg kraw�dzi, gdzie ju� zasta� Nel wraz z Me� i Kalim. King przestraszy� si� jednak troch� i cofn�wszy si� na sam brzeg w�wozu sta� z podniesion� tr�b� patrz�c w stron�, w kt�rej rozleg� si� grzmot tak niezwyk�y. Lecz gdy Nel pocz�a na niego wo�a�, przesta� zaraz porusza� uszami, gdy za� zesz�a do niego przez otwarte ju� przej�cie, uspokoi� si� zupe�nie. Wi�cej jednak od Kinga przerazi�y si� konie, z kt�rych dwa zbieg�y w d�ungl�, tak �e Kali odnalaz� je dopiero przed samym zachodem s�o�ca. Tego� dnia jeszcze Nel wyprowadzi�a Kinga �na �wiat�. Kolos szed� za ni� pos�usznie jak ma�y piesek, a nast�pnie wyk�pa� si� w rzece i sam pomy�la� o swej wieczerzy, w ten mianowicie spos�b, �e opar�szy g�ow� o du�y sykomor z�ama� go jak w�t�� trzcin�, a nast�pnie objad� starannie owoce i li�cie. Wr�ci� jednak wieczorem pod drzewo i wtykaj�c co chwila sw�j s��nisty nos przez otw�r, szuka� Nel tak gorliwie i natr�tnie, �e w ko�cu Sta� musia� mu da� porz�dnego klapsa po tr�bie. Najwi�cej jednak rad z wyniku tego dnia by� Kali, gdy� spad�o mu z g�owy gromadzenie �ywno�ci dla olbrzyma, co wcale nie by�o �atw� rzecz�. Tote� Sta� i Nel s�yszeli go, jak rozpalaj�c ogie� do wieczerzy �piewa� nowy hymn radosny, u�o�ony w nast�puj�cych s�owach: � Pan wielki zabija� ludzi i lwy! yah, yah, yah! pan wielki kruszy� ska�y, yah! S�o� sam �ama� drzewa, a Kali pr�nowa� i je�� � yah! yah! Pora d�d�ysta, czyli tak zwana massika, mia�a si� ku ko�cowi. Bywa�y jeszcze dni chmurne i ulewne, ale bywa�y i ca�kiem pogodne. Sta� postanowi� przenie�� si� na wskazan� mu przez Lindego g�r� i zamiar ten przeprowadzi� wkr�tce po uwolnieniu Kinga. Zdrowie Nel nie sta�o ju� na zawadzie, gdy� mia�a si� stanowczo lepiej. Wybrawszy wi�c pogodny ranek wyruszyli na po�udnie. Nie bali si� ju� teraz zb��dzi�, gdy� ch�opiec odziedziczy� po Lindem, w�r�d mn�stwa rozmaitych przedmiot�w, kompas i wyborn� lunet�, przez kt�r� �atwo by�o dojrze� odleg�e nawet miejscowo�ci. Sz�o z nimi pr�cz Saby i os�a, pi�� ob�adowanych koni i s�o�. Ten opr�cz tobo��w na grzbiecie ni�s� na karku i Nel, kt�ra mi�dzy jego niezmiernymi uszyma wygl�da�a tak, jakby siedzia�a w wielkim fotelu. Sta� bez �alu porzuca� nadrzeczny cypel i baobab, albowiem ��czy�o si� z nim wspomnienie choroby Nel. Natomiast dziewczynka spogl�da�a smutnymi oczyma na ska�y, na drzewo, na wodospad i zapowiedzia�a, �e wr�ci tu jeszcze, jak b�dzie �du�a�. Jeszcze smutniejszy by� jednak ma�y Nasibu, kt�ry kocha� szczerze dawnego pana � i obecnie, jad�c na o�le na ko�cu karawany, ogl�da� si� co chwila ze �zami w stron�, gdzie biedny Linde pozosta� a� do dnia Wielkiego S�du. Wiatr wia� z p�nocy i dzie� by� niezwykle ch�odny. Dzi�ki temu nie potrzebowali przeczekiwa� od dziesi�tej do trzeciej, dop�ki nie przejdzie najwi�kszy upa� � i mogli zrobi� wi�cej drogi, ni� czyni� zwykle karawany. Droga nie by�a d�uga i na kilka godzin przed zachodem s�o�ca Sta� dojrza� ju� g�r�, ku kt�rej d��yli. W dali rysowa�o si� na tle nieba d�ugie pasmo innych szczyt�w, a ona wznosi�a si� bli�ej i osobno, zupe�nie jak wyspa w�r�d morza d�ungli. Gdy przyjechali bli�ej, okaza�o

si�, �e strome jej boki oblewa p�tlica tej�e samej rzeki, nad kt�r� siedzieli poprzednio. Szczyt by� �ci�ty, p�aski zupe�nie i widziany z do�u, wydawa� si� pokryty jednym g�stym lasem. Sta� wyliczy�, �e skoro cypel, na kt�rym r�s� ich baobab, wyniesiony by� na siedemset metr�w, a g�ra ma osiemset, b�d� wi�c mieszkali na wysoko�ci tysi�ca pi�ciuset metr�w, a zatem w klimacie niewiele ju� gor�tszym od egipskiego. My�l ta doda�a mu otuchy i ch�ci do jak najpr�dszego zaj�cia tej naturalnej fortecy. Jedyny grzbiet skalisty, kt�ry do niej prowadzi�, znale�li �atwo i pocz�li si� nim wspina�. Po up�ywie p�torej godziny stan�li na szczycie. �w las widziany z do�u by� istotnie lasem, ale banan�w. Widok ich uradowa� nadzwyczajnie wszystkich nie wy��czaj�c Kinga, ale szczeg�lnie rad by� Sta�, wiedzia� bowiem, ze nie masz w Afryce posilniejszego, zdrowszego i bardziej zapobiegaj�cego wszelkim chorobom pokarmu jak m�ka z wysuszonych bananowych owoc�w. By�o ich za� tyle, �e mog�o starczy� cho�by na rok. W�r�d olbrzymich li�ci tych ro�lin ukryte by�y chaty murzy�skie, niekt�re popalone w czasie napadu, inne zrujnowane � ale niekt�re ca�e. W �rodku wznosi�a si� najwi�ksza, nale��ca niegdy� do kr�la wioski, pi�knie ulepiona z gliny, z obszernym dachem tworz�cym naok� �cian rodzaj werandy. Przed chatami le�a�y tu i �wdzie ko�ci i ca�e ko�ciotrupy ludzkie, bia�e jak kreda, albowiem oczyszczone przez mr�wki, o kt�rych naj�ciu wspomina� Linde. Od tego naj�cia up�yn�o ju� wiele tygodni, jednak�e w chatach czu� by�o jeszcze zakwas mr�wczany i nie mo�na si� w nich by�o dopatrzy� ani czarnych, wielkich karaluch�w, kt�re roj� si� zwykle w lepiankach murzy�skich, ani paj�k�w, ani skorpion�w, ani najmniejszego owadu. Wszystko wyprz�tn�y straszliwe siafu. Mo�na te� by�o by� pewnym, �e na ca�ym szczycie nie ma ani jednego w�a, gdy� nawet boa padaj� ofiar� tych niepohamowanych ma�ych wojownik�w. Po wprowadzeniu Nel i Mei do chaty naczelnika Sta� wyda� rozkaz Kalemu i Nasibu uprz�tni�cia ludzkich ko�ci. Czarni ch�opcy spe�nili to polecenie w ten spos�b, �e powrzucali je do rzeki, kt�ra ponios�a je dalej. Przy tej czynno�ci pokaza�o si� jednak, �e Linde myli� si� zapowiadaj�c, i� nie zastan� na g�rze ani �ywego ducha. Cisza panuj�ca po zagarni�ciu ludzi przez derwisz�w i widok banan�w przyn�ci�y tu spore stado szympans�w, kt�re na wy�szych drzewach pourz�dza�y sobie nawet rodzaj parasoli lub daszk�w dla ochrony od deszczu. Sta� nie chcia� ich zabija� ale postanowi� je wygna� i w tym celu wystrzeli� w powietrze. Wywo�a�o to og�lny pop�och, kt�ry powi�kszy� si� jeszcze, gdy po strzale rozleg�o si� zajad�e basowe szczekanie Saby i gdy King, podniecony ha�asem, zatr�bi� gro�nie. Ale ma�py dla wykonania rejterady nie potrzebowa�y szuka� skalistego grzbietu i chwytaj�c si� za�am�w ska� pospuszcza�y si� ku rzece i rosn�cym przy niej drzewom z tak� szybko�ci�, �e k�y Saby nie mog�y �adnej dosi�gn��. S�o�ce zasz�o. Kali i Nasibu rozpalili ogie� dla zgotowania wieczerzy. Sta� po rozpakowaniu potrzebnych na noc rzeczy uda� si� do chaty kr�la, kt�r� zaj�a Nel. W chacie by�o widno i weso�o, albowiem Mea rozpali�a nie kaganek, kt�ry roz�wieca� wn�trze baobabu, ale du��, odziedziczon� po Lindem lamp� podr�n�. Nel nie czu�a si� wcale zm�czona podr� w dzie� tak ch�odny i wpad�a w doskona�y humor, zw�aszcza gdy Sta� oznajmi� jej, �e ko�ci ludzkie, kt�rych si� ba�a, s� uprz�tni�te. � Jak tu dobrze, Stasiu! � zawo�a�a. � Patrz, i pod�oga nawet wylana jest �ywic�. B�dzie nam tu doskonale. � Jutro dopiero obejrz� dok�adnie ca�� posiad�o�� � odpowiedzia� � wnosz�c jednak z tego, com dzi� widzia�, mo�na by tu mieszka� cho� ca�e �ycie. � �eby z tatusiami, to mo�na by. Ale jak si� b�dzie nazywa�a posiad�o��? � G�ra powinna si� nazywa� w geografii G�r� Lindego, a ta wioska niech si� nazywa tak jak ty: Nel. � To i ja b�d� w geografii? � zapyta�a z wielk� rado�ci�.

� A b�dziesz, b�dziesz � odpowiedzia� z ca�� powag� Sta�.

ROZDZIA� XXXV

Na drugi dzie� popadywa� troch� deszcz, ale �e by�y i godziny pogody, wi�c Sta� wybra� si� wczesnym rankiem na zwiedzenie posiad�o�ci i do po�udnia obejrza� wszystkie jej k�ty doskonale. Przegl�d wypad� na og� �wietnie. Naprz�d, pod wzgl�dem bezpiecze�stwa, G�ra Lindego by�a jakby wybranym miejscem w ca�ej Afryce. Zbocza jej okaza�y si� dost�pne chyba dla szympans�w. Lwy ani pantery nie mog�yby si� po nich wdrapa� na szczytow� p�aszczyzn�. Co do skalistego grzbietu, do�� by�o umie�ci� przy wej�ciu Kinga, aby spa� bezpiecznie na oba uszy. Sta� doszed� do przekonania, �e potrafi�by si� tu obroni� nawet mniejszym oddzia�om derwisz�w, gdy� droga wiod�ca na g�r� by�a tak w�ska, �e King zaledwie przez ni� przeszed� � i cz�owiek uzbrojony w dobr� bro� m�g� nie przepu�ci� �ywego ducha. W �rodku �wyspy� bi�o �r�d�o ch�odnej, czystej jak kryszta� wody, kt�re zmienia�o si� w strumie� i biegn�c w�owato w�r�d bananowych gaj�w spada�o wreszcie ze stromego wiszaru do rzeki, tworz�c w�ski, podobny do bia�ej ta�my wodospad. W po�udniowej stronie �wyspy� le�a�y pola pokryte bujnie maniokiem, kt�rego korzenie dostarczaj� Murzynom ulubionego pokarmu, a za polami wznosi�y si� grupy wynios�ych niezmiernie palm kokosowych z koronami w kszta�cie wspania�ych pi�ropusz�w. �Wysp� otacza�o morze d�ungli i widok z niej by� ogromnie rozleg�y. Od wschodu sinia�o pasmo g�r Karamojo. Na po�udniu wida� by�o te� znaczne wynios�o�ci, kt�re, wnosz�c z ich ciemnej barwy, musia�y by� pokryte lasem. Natomiast ze strony zachodniej wzrok lecia� a� do granicy widnokr�gu, na kt�rej d�ungla styka�a si� z niebem. Sta� dojrza� jednak�e za pomoc� lunety Lindego liczne parowy i rozrzucone rzadko pot�ne drzewa, wznosz�ce si� jak ko�cio�y nad trawami. W miejscach, gdzie trawy nie wybuja�y jeszcze zbyt wysoko, nawet go�ym okiem mo�na by�o zobaczy� ca�e stada antylop i zebr lub gromady s�oni i bawo��w. Tu i �wdzie �yrafy pru�y szarozielon� powierzchni� d�ungli, jak statki pruj� powierzchni� morza. Tu� nad rzek� igra�o kilkana�cie koz��w wodnych a inne wynurza�y co chwila swe rogate �by z g��biny. Tam gdzie to� by�a spokojna, wyskakiwa�y nad ni� co chwila owe ryby, kt�re �owi� Kali, i migoc�c jak srebrne gwiazdy w powietrzu, zapada�y na powr�t w wod�. Sta� obiecywa� sobie przyprowadzi� tu, gdy si� pogoda ustali, Nel i pokaza� jej ca�� t� mena�eri�. Na �wyspie� nie by�o natomiast �adnych wi�kszych zwierz�t, a za to moc motyli i ptak�w. Wielkie, bia�e jak �nieg papugi o czarnych dziobach i ��tych czubach przelatywa�y nad krzakami gojaw�w; drobne, cudnie upierzone �wdowy� ko�ysa�y si� na cienkich �odygach manioku, mieni�c si� i b�yszcz�c jak klejnoty, a z wysokich kokos�w dochodzi�y g�osy kuku�ek afryka�skich i �agodne, podobne do j�k�w gruchania turkawek. Sta� wraca� z przegl�du z rado�ci� w duszy: �Powietrze jest zdrowe � m�wi� sobie � bezpiecze�stwo zupe�ne, �ywno�ci w br�d i pi�knie jak w raju!� Wr�ciwszy do chaty Nel przekona� si�, �e jednak na wyspie znalaz�o si� wi�ksze zwierz�, a nawet dwoje, gdy� ma�y Nasibu wykry� przez ten czas w g�stwinie banan�w koz� z ko�l�ciem, kt�rych nie zdo�ali zrabowa� derwisze. Koza by�a ju� troch� zdzicza�a, ale ko�l� poprzyja�ni�o si� natychmiast z Nasibu, kt�ry niezmiernie dumny by� ze swego odkrycia i z tego, �e za jego przyczyn� bibi b�dzie mia�a teraz codziennie

wyborne, �wie�e mleko.

� Co teraz b�dziemy robili, Stasiu? � zapyta�a pewnego dnia Nel, gdy ju� dobrze zagospodarowali si� na �wyspie�. � Roboty jest mn�stwo � odrzek� ch�opak, po czym rozstawiwszy palce jednej r�ki pocz�� wylicza� na nich wszystkie czekaj�ce ich prace: � Naprz�d, Kali i Mea s� poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Trzeba ich wi�c o�wieci�, nauczy� wiary i ochrzci�. Po wt�re, trzeba naw�dzi� mi�sa na przysz�� podr�, a zatem musz� chodzi� na polowanie; po trzecie, maj�c du�o broni i naboj�w chc� Kalego nauczy� strzela�, aby nas dw�ch by�o do obrony; a po czwarte, chyba zapomnia�a� o latawcach? � O latawcach? � Tak, kt�re b�dziesz klei�a albo, co jeszcze b�dzie lepiej, zszywa�a. I to b�dzie twoje zaj�cie. � Ja nie chc� si� tylko bawi�. � Wcale te� to nie b�dzie zabawa, ale robota, mo�e najpo�yteczniejsza ze wszystkich. Nie my�l te�, te sko�czy si� na jednym latawcu, bo musisz ich przygotowa� z pi��dziesi�t albo i wi�cej. � Ale na co tyle? � pyta�a rozciekawiona dziewczynka. Wi�c Sta� pocz�� jej wy�uszcza� swoje zamys�y i nadzieje. Wypisze oto na ka�dym latawcu, jak si� zowi�, jak wyrwali si� z r�k derwisz�w, gdzie s� i dok�d id�. Wypisze tak�e, �e prosz� o pomoc i o przes�anie depeszy do Port-Saidu. Potem za� b�dzie puszcza� te latawce zawsze, gdy wiatr b�dzie wia� z zachodu na wsch�d. � Wiele ich � m�wi� � upadnie niedaleko, wiele zatrzymaj� g�ry, ale niech cho� jeden doleci do brzegu i wpadnie w r�ce europejskie � w�wczas jeste�my ocaleni! Nel zachwycona by�a pomys�em i o�wiadczy�a, �e z m�dro�ci� Stasia nawet King nie mo�e si� por�wna�. By�a te� zupe�nie pewna, �e mn�stwo latawc�w doleci nawet do tatusi�w � i obiecywa�a klei� je od rana do wieczora. Rado�� jej by�a tak wielka, �e Sta� w obawie, by nie dosta�a gor�czki, musia� hamowa� jej zapa�. I odt�d prace, o kt�rych m�wi� Sta�, rozpocz�y si� na dobre. Kali, kt�remu kazano na�apa� jak najwi�cej skacz�cych ryb, przesta� je �owi� na w�dk�, a natomiast urz�dzi� z cienkich bambus�w wysoki p�ot a raczej rodzaj kraty � i zastaw� t� przeci�gn�� w poprzek rzeki. W �rodku kraty by� du�y otw�r. przez kt�ry ryby musia�y koniecznie przep�ywa� chc�c dosta� si� na woln� wod�. Otw�r ten zastawia� Kali mocn� sieci�, uplecion� ze sznurk�w palmowych; w ten spos�b zapewni� sobie obfite codzienne po�owy. Nap�dza� za� ryby do zdradzieckiej sieci za pomoc� Kinga, kt�ry, wprowadzony w wod�, m�ci� j� i burzy� tak nies�ychanie, �e nie tylko owe srebrne skoczki, ale wszelkie inne stworzenia umyka�y, ile mog�y, ku niezm�conej toni. Zdarza�y si� z tego powodu i szkody, gdy� kilkakrotnie uciekaj�ce krokodyle przewraca�y krat�, a czasem czyni� to i sam King, �ywi�c bowiem do krokodyl�w jak�� wrodzon� nienawi�� �ciga� je, a gdy znalaz� si� na p�ytkich wodach, chwyta� je tr�b�, wyrzuca� na brzeg i rozdeptywa� zawzi�cie. W sieci znajdowa�y si� tak�e cz�sto ��wie, z kt�rych mali wygna�cy warzyli sobie wyborny ros�. Kali oprawia� ryby i mi�so ich suszy� na s�o�cu, a p�cherze odnosi� do Nel, kt�ra rozcina�a je, rozci�ga�a na desce i zmienia�a je jakby w �wiartki papieru, tak du�e jak dwie d�onie. Pomaga� jej w tym Sta� i Mea, gdy� robota wcale nie by�a �atwa. B�onki by�y znacznie grubsze ni� w p�cherzach naszych ryb rzecznych, ale po wysuszeniu stawa�y si� niezmiernie kruche. Sta� dopiero po niejakim czasie odkry�, �e nale�y je

suszy� w cieniu. Chwilami jednak traci� cierpliwo�� i je�li nie zarzuci� zamiaru robienia latawc�w z b�on, to tylko dlatego, �e uwa�a� je za l�ejsze od papierowych i bardziej oporne na deszcz. Zbli�a�a si� ju� wprawdzie sucha pora roku, ale on nie by� pewien, czy i podczas lata nie przechodz� czasem deszcze, zw�aszcza w g�rach. Klei� jednak latawce i z papieru, kt�rego sporo znalaz�o si� mi�dzy rzeczami Lindego. Pierwszy, du�y i lekki, puszczony z wiatrem zachodnim, wzbi� si� od razu bardzo wysoko, a gdy Sta� przeci�� sznurek, polecia�, porwany silnym pr�dem powietrznym, ku �a�cuchowi g�r Karamojo. Sta� �ledzi� jego lot za pomoc� lunety, p�ki nie sta� si� tak ma�y jak motyl, jak muszka i p�ki nie roztopi� si� wreszcie w bladym b��kicie nieba. Nast�pnego dnia pu�ci� inny, uczyniony ju� z rybich p�cherzy, kt�ry wzbi� si� jeszcze szybciej, ale zapewne z powodu przezroczysto�ci b�on wkr�tce znikn�� zupe�nie z oczu. Nel pracowa�a nadzwyczaj gorliwie i w ko�cu ma�e jej paluszki sta�y si� tak zr�czne, �e ani Sta�, ani Mea nie mogli jej w robocie nad��y�. Si� jej teraz nie brak�o. Zdrowy klimat G�ry Lindego po prostu odrodzi� j� na nowo. Termin, w kt�rym m�g� przyj�� trzeci, �miertelny atak febry, min�� stanowczo. Sta� zaszy� si� tego dnia w g�stwinie banan�w i p�aka� z rado�ci. Po dw�ch tygodniach pobytu na g�rze zauwa�y�, �e dobre Mzimu wygl�da zupe�nie inaczej, ni� wygl�da�o na dole w d�ungli. Policzki jej pope�nia�y; cera z ��tej i prze�roczystej sta�a si� na powr�t r�ana, a spod obfitej czupryny patrzy�y weso�o na �wiat oczy pe�ne blasku. Ch�opiec b�ogos�awi� ch�odne noce, prze�roczyst� zdrojow� wod�, m�k� z suszonych banan�w � i przede wszystkim Lindego. Sam wychud� i sczernia�, co by�o dowodem, �e febra si� go nie ima, gdy� chorzy na ni� nie opalaj� si� na s�o�cu, ale wyr�s� i zm�nia�. Ruch i praca fizyczna spot�gowa�y w nim dzielno�� i si��. Musku�y jego r�k sta�y si� jak stalowe. By� to naprawd� zahartowany ju� podr�nik afryka�ski. Poluj�c codziennie i strzelaj�c tylko kulami sta� si� te� niezr�wnanym strzelcem. Dzikich zwierz�t nie obawia� si� ju� wcale, albowiem zrozumia�, �e kud�atym lub c�tkowanym my�liwcom w d�ungli niebezpieczniej jest z nim si� spotka� ni� jemu z nimi. Raz zabi� jednym strza�em wielkiego nosoro�ca, kt�ry, zbudzony z drzemki pod akacj�, szar�owa� na niego niespodzianie. Z napastliwych bawo��w afryka�skich, kt�re rozpraszaj� czasem ca�e karawany, nic sobie nie robi�. Oboje z Nel, pr�cz klejenia latawc�w i obok innych codziennych zaj��, zabrali si� tak�e do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale posz�o to trudniej, ni� si� spodziewali. Czarna tr�jka s�ucha�a jak najch�tniej nauk, ale pojmowa�a je na sw�j, w�a�ciwy Murzynom, spos�b. Gdy Sta� opowiada� im o stworzeniu �wiata, o raju i o w�u, sz�o jeszcze nie�le, ale gdy doszed� do tego, jak Kain zabi� Abla, Kali mimo woli pog�aska� si� po �o��dku i zapyta� z ca�ym spokojem: � A czy go potem zjad�? Czarny ch�opak twierdzi� wprawdzie zawsze, �e Wa-hima nigdy ludzi nie jedz�, ale widocznie pami�� o tym pozosta�a jeszcze jako narodowa tradycja mi�dzy nimi. Nie m�g� r�wnie� zrozumie�, dlaczego Pan B�g nie zabi� z�ego Mzimu � i wielu podobnych rzeczy. Poj�cia o z�em i dobrem mia� tak�e a� nadto afryka�skie, wskutek czego mi�dzy nauczycielem a uczniem zdarzy�a si� pewnego razu taka rozmowa: � Powiedz mi � zapyta� Sta� � co to jest z�y uczynek? � Je�li kto� Kalemu zabra� krowy � odpowiedzia� po kr�tkim namy�le � to jest z�y uczynek. � Doskonale! � zawo�a� Sta� � a dobry? Tym razem odpowied� przysz�a bez namys�u: � Dobry, to jak Kali zabra� komu krowy.

Sta� by� zbyt m�ody, by zmiarkowa�, �e podobne pogl�dy na z�e i dobre uczynki wyg�aszaj� i w Europie � nie tylko politycy, ale i ca�e narody. Jednak�e powoli, powoli rozja�nia�o si� w czarnych g�owach, a to, czego nie mog�y poj�� g�owy, chwyta�y gor�ce serca. Po pewnym czasie mo�na ju� by�o przyst�pi� do chrztu, kt�ry odby� si� bardzo uroczy�cie. Rodzice chrzestni ofiarowali ka�demu z dzieci po cztery notis bia�ego perkalu i po biczu niebieskich paciork�w. Mea czu�a si� wszelako nieco zawiedziona, albowiem w naiwno�ci ducha rozumia�a, �e po chrzcie wybieleje natychmiast na niej sk�ra, i wielkie by�o jej zdziwienie, gdy spostrzeg�a, �e pozosta�a czarna jak i przedtem. Nel pocieszy�a j� jednak zupe�nie zapewnieniem, �e ma teraz dusz� bia��.

ROZDZIA� XXXVI

Sta� uczy� tak�e Kalego strzela� z karabinu remingtona i ta nauka sz�a �atwiej od nauki katechizmu. Po dziesi�ciodniowym strzelaniu do celu i do krokodyl�w, kt�re sypia�y na pobrze�nych piaskach rzeki, m�ody Murzyn zabi� du�� antylop� pufu, potem kilka ariel�w, a wreszcie dzika ndiri. To jednak spotkanie omal nie sko�czy�o si� wypadkiem takim, jaki zdarzy� si� Lindemu, albowiem ndiri, do kt�rego Kali po strzale zbli�y� si� niebacznie, zerwa� si� i rzuci� si� na niego z postawionym do g�ry ogonem. Kali cisn�wszy karabin schroni� si� na drzewo i siedzia� na nim dop�ty, dop�ki krzykiem nie przywo�a� Stasia, kt�ry jednak�e zasta� ju� dzika nie�ywego. Na bawo�y, lwy i nosoro�ce Sta� nie pozwala� jeszcze ch�opcu polowa�. Do s�oni, kt�re przychodzi�y wieczorami do wodopoju, i sam nie strzela�, gdy� obieca� Nel, �e nigdy �adnego nie zabije. Gdy jednak rano albo w godzinach popo�udniowych dojrza� z g�ry przez lunet� pas�ce si� w d�ungli stada zebr, bubal�w, ariel�w lub koz��w-skoczk�w, bra� Kalego z sob�. W czasie tych wycieczek cz�sto wypytywa� si� o narody Wa-hima i Samburu, z kt�rymi, chc�c i�� na wsch�d do brzeg�w oceanu, musieli koniecznie si� spotka�. � Czy ty wiesz o tym, Kali � zapyta� pewnego razu � �e za dwadzie�cia dni, a na koniach nawet pr�dzej mogliby�my dojecha� do twego kraju? � Kali nie wie, gdzie mieszka� Wa-hima � odpowiedzia� m�ody Murzyn potrz�saj�c smutnie g�ow�. � Ale ja wiem; oni mieszkaj� w tej stronie, z kt�rej rano wstaje s�o�ce, nad jak�� wielk� wod�. � Tak! tak! � zawo�a� ze zdumieniem i rado�ci� ch�opak. � Bassa-Narok! to po naszemu wielka i czarna woda. Pan wielki wiedzie� wszystko. � Nie, bo nie wiem, jak przyj�liby nas Wa-hima, gdyby�my do nich przyszli. � Kali by kaza� im pada� na twarz przed panem wielkim i przed dobrym Mzimu. � A czy by ci� us�uchali? � Ojciec Kalego nosi� sk�r� lamparta i Kali tak�e. Sta� zrozumia�, i� to znaczy, �e ojciec Kalego jest kr�lem, a on sarn najstarszym z jego syn�w i przysz�ym w�adc� Wa-him�w. Wi�c pyta� w dalszym ci�gu: � M�wi�e� mi, �e byli u was biali podr�nicy i �e starsi ludzie ich pami�taj�? � Tak, i Kali s�ysza�, �e mieli na g�owach du�o perkalu.

�Ach! � pomy�la� Sta� � wi�c to nie byli Europejczycy, tylko Arabowie, kt�rych Murzyni z powodu ich ja�niejszej cery i bia�ych ubra� poczytali za bia�ych.� Poniewa� jednak Kali ich nie pami�ta� i nie m�g� da� o nich �adnych �ci�lejszych obja�nie�, wi�c Sta� zada� mu inne pytanie: � Czy Wa-hima nie zabili �adnego z tych bia�o ubranych ludzi? � Nie. Wa-hima ani Samburu nie mog� tego zrobi�. � Dlaczego? � Bo oni m�wili, �e gdyby krew ich wsi�kn�� w ziemi�, deszcz przesta� by pada�. �Rad jestem, �e tak wierz�� � pomy�la� zn�w Sta�. Po czym jeszcze zapyta�: � Czy Wa-hima poszliby z nami a� do morza, gdybym obieca� im du�o perkalu, paciork�w i strzelb? � Kali p�j�� i Wa-hima tak�e, ale pan wielki zwojowa� pierwej Samburu, kt�rzy siedz� z drugiej strony wody. � A kto siedzi za Samburu? � Za Samburu nie ma g�r i jest d�ungla, a w niej lwy. Na tym sko�czy�a si� rozmowa. Sta� coraz cz�ciej my�la� teraz o wielkiej podr�y na wsch�d, pami�taj�c, co m�wi� Linde, �e mo�na tam spotka� Arab�w znad wybrze�y, handluj�cych ko�ci� s�oniow�, a mo�e i wyprawy misyjne. Wiedzia�, �e taka podr� to dla Nel szereg strasznych trud�w i nowych niebezpiecze�stw, ale rozumia�, �e nie mog� przez ca�e �ycie pozosta� na G�rze Lindego i �e trzeba b�dzie wkr�tce wyruszy� w drog�. Czas po porze d�d�ystej, gdy woda pokrywa zara�liwe b�ota, a sama znajduje si� wsz�dzie, by� na to najodpowiedniejszy. Upa�y na wysokim szczycie nie dawa�y im si� jeszcze we znaki; noce bywa�y tak ch�odne, �e trzeba si� by�o dobrze okrywa�. Ale w d�ungli na dole by�o ju� znacznie gor�cej i wiadomo by�o, �e wkr�tce przyjd� skwary niezmierne. Deszcz rzadko ju� teraz zrasza� ziemi� i poziom wody w rzece zni�a� si� codziennie. Sta� przypuszcza�, �e latem zmienia si� ona mo�e w jeden z takich khor�w, jakich wiele widzia� w Pustyni Libijskiej, i �e tylko samym �rodkiem jej koryta p�ynie w�ski pasek wody. Jednak�e odk�ada� wyjazd z dnia na dzie�. Na G�rze Lindego by�o wszystkim tak dobrze, zar�wno ludziom, jak zwierz�tom! Nel pozby�a si� tu nie tylko febry, ale i anemii, Stasia nawet nie zabola�a nigdy g�owa; sk�ra na Kalim i Mei pocz�a si� �wieci� jak ciemny at�as. Nasibu wygl�da� jak melon chodz�cy na cienkich nogach, a King spas� si� nie mniej ni� konie i osio�. Sta� wiedzia� dobrze, �e takiej drugiej �wyspy� w�r�d morza d�ungli nie znajd� ju� do ko�ca podr�y. I z obaw� patrzy� w przysz�o��, jakkolwiek mieli teraz ogromn� pomoc, a w danym razie i obron� w Kingu. W ten spos�b, nim zacz�li przygotowania podr�ne, up�yn�� jeszcze tydzie�. W chwilach wolnych od robienia pakunk�w nie przestawali jednak puszcza� latawc�w z oznajmieniem, �e id� na wsch�d, ku jakiemu� jezioru i ku oceanowi, a puszczali je w dalszym ci�gu dlatego, �e przyszed� silny, podobny chwilami do huraganu wiatr zachodni, kt�ry porywa� je i ni�s� hen, ku g�rom i za g�ry. Aby zabezpieczy� Nel od spiekoty, Sta� zrobi� z resztek namiotu palankin, w kt�rym dziewczynka mia�a jecha� na s�oniu. King po kilku pr�bach przyzwyczai� si� do tego niewielkiego ci�aru, jak r�wnie� do przymocowywania mu na grzbiecie palankinu za pomoc� mocnych sznur�w palmowych. Ten �adunek by� zreszt� pi�rkiem w por�wnaniu do innych, kt�rymi zamierzano go objuczy�, a kt�rych rozdzia�em i wi�zaniem zaj�ci byli Kali i Mea. Ma�y Nasibu dosta� polecenie suszenia banan�w i rozcierania ich mi�dzy dwoma

p�askimi kamieniami na m�k�. W zrywaniu ci�kich wi�zek owocowych pomaga� mu tak�e King, przy czym objadali si� obaj tak nies�ychanie, �e wkr�tce w pobli�u chat zbrak�o zupe�nie banan�w i musieli chodzi� do innej plantacji, po�o�onej na przeciwleg�ym kra�cu p�askowzg�rza. Saba, kt�ry nie mia� nic do roboty, towarzyszy� im najcz�ciej w tych wycieczkach. Ale Nasibu omal nie przyp�aci� swej gorliwo�ci �yciem albo przynajmniej szczeg�ln� w swoim rodzaju niewol�. Zdarzy�o si� bowiem, �e gdy raz zbiera� banany nad brzegiem stromego wiszaru, ujrza� nagle w szczerbie skalnej okropn� twarz, pokryt� czarn� sier�ci�, mrugaj�c� na� oczyma i wyszczerzaj�c� bia�e k�y jakby w u�miechu. Ch�opiec skamienia� w pierwszej chwili ze strachu, a nast�pnie pocz�� zmyka� co si�y. Zanim jednak przebieg� kilkana�cie krok�w, kosmate rami� obwin�o go doko�a, podnios�o w g�r� i czarny jak noc potw�r pocz�� z nim ucieka� do przepa�ci. Na szcz�cie olbrzymia ma�pa porwawszy ch�opca mog�a biec tylko na dw�ch nogach, wskutek czego Saba, kt�ry by� w pobli�u, dogna� j� z �atwo�ci� i zatopi� k�y w jej plecach. Rozpocz�a si� straszliwa walka, w kt�rej pies pomimo swego pot�nego wzrostu i si� by�by uleg� z pewno�ci�, albowiem goryl pokonuje nawet lwa. Ma�py jednak w og�le nie maj� zwyczaju puszcza� zdobyczy, cho�by chodzi�o o ich wolno�� i �ycie. Goryl, pochwycony przy tym z ty�u, nie m�g� �atwo Saby dosi�gn��, wszelako porwawszy go za kark lew� r�k�, ju� podni�s� go w g�r�, gdy wtem zadudni�a pod ci�kimi krokami ziemia � i nadbieg� King. Wystarczy�o jedno lekkie uderzenie tr�b�, by straszny �le�ny diabe��, jak nazywaj� goryl�w Murzyni, leg� ze zdruzgotan� czaszk� i karkiem. King jednak dla wi�kszej pewno�ci lub przez przyrodzon� zapalczywo�� przygwo�dzi� go jeszcze swym k�em do ziemi, a nast�pnie nie przestawa� si� nad nim m�ci�, dop�ki zaniepokojony rykiem i wyciem Sta� nie nadlecia� ze strzelb� od strony chat i nie kaza� mu zaprzesta�. Goryl le�a� teraz w ka�u�y krwi, kt�r� ch�epta� Saba i kt�ra czerwieni�a si� na k�ach Kinga � ogromny, z wywr�conymi bia�kami oczu i z wyszczerzonymi k�ami, straszny jeszcze, cho� ju� nie�ywy. S�o� tr�bi� tryumfalnie, a popielaty z przera�enia Nasibu opowiada� Stasiowi, co si� sta�o. �w namy�la� si� przez chwil�, czy nie sprowadzi� Nel i nie pokaza� jej potwornej ma�py, ale porzuci� ten zamiar, gdy� nagle ogarn�� go strach. Przecie� Nel cz�sto chodzi�a sama po �wyspie�� wi�c j� tak�e mog�o co� podobnego spotka�. Pokaza�o si� zatem, �e G�ra Lindego nie jest tak bezpiecznym schronieniem, jak si� z pocz�tku zdawa�o. Sta� wr�ci� do chaty i opowiedzia� Nel o wypadku, ona za� s�ucha�a z ciekawo�ci� i boja�ni�, otwieraj�c szeroko oczy i powtarzaj�c raz po raz: � Widzisz, co by si� sta�o bez Kinga? � Prawda! � z tak� niani� mo�na si� nie ba� o dziecko, tote� p�ki nie wyjedziemy, nie wychod� ani na krok bez niego. � A kiedy wyjedziemy? � Zapasy przygotowane, �adunki rozdzielone, wi�c nale�y tylko objuczy� zwierz�ta i mo�emy rusza� cho�by jutro. � Do tatusi�w! � Je�li B�g pozwoli � odpowiedzia� powa�nie Sta�.

ROZDZIA� XXXVII

Wyruszyli jednak�e dopiero w kilka dni po tej rozmowie. Odjazd po kr�tkiej modlitwie, w kt�rej polecili si� gor�co Bogu, nast�pi� wraz ze �witem o godzinie sz�stej rano. Na czele jecha� konno Sta�, poprzedzany tylko przez Sab�. Za nim kroczy� powa�nie King machaj�c uszyma i nios�c na swym pot�nym grzbiecie p��cienny palankin, a w palankinie Nel wraz z Me�, nast�pnie sz�y jeden za drugim konie Lindego, powi�zane d�ugim palmowym powrozem i nios�ce rozliczne �adunki, a poch�d zamyka� ma�y Nasibu na spasionym, r�wnie� jak i on sam, o�le. Z powodu wczesnej godziny upa� nie dawa� si� zrazu zbytnio we znaki, cho� dzie� by� pogodny i zza g�r Karamojo wytoczy�o si� wspania�e, nie przys�oni�te �adn� chmurk� s�o�ce. Ale powiew wschodni �agodzi� �ar jego promieni. Chwilami wstawa� nawet do�� mocny wiatr, pod kt�rego tchnieniem pok�ada�y si� trawy i ca�a d�ungla falowa�a jak morze. Po obfitych deszczach wszelka ro�linno�� wyros�a tak bujnie, �e zw�aszcza w ni�szych miejscach chowa�y si� w trawach nie tylko konie, ale nawet i King, tak �e nad rozko�ysan� zielon� powierzchni� wida� by�o tylko bia�y palankin, kt�ry posuwa� si� naprz�d jakby statek na jeziorze. Po godzinie drogi na niewielkiej suchej wynios�o�ci, wznosz�cej si� na wsch�d od G�ry Lindego, trafili na olbrzymie osty, maj�ce �odygi grubo�ci pni drzewnych, a kwiaty tak wielkie jak g�owa ludzka. Na zboczach niekt�rych wzg�rz, kt�re z daleka wydawa�y si� ja�owe, widzieli wrzosy wysokie na osiem metr�w. Inne ro�liny, kt�re w Europie nale�� do najdrobniejszych, przybiera�y tu odpowiednie do ost�w i wrzos�w rozmiary, a olbrzymie pojedyncze drzewa wznosz�ce si� nad d�ungl� wygl�da�y istotnie jak ko�cio�y. Szczeg�lniej figowce, zwane daro, kt�rych p�acz�ce ga��zie zetkn�wszy si� z ziemi� zmieniaj� si� w nowe pnie, pokrywa�y ogromne przestrzenie, tak �e ka�de drzewo tworzy�o jakby osobny gaj. Kraina z dala widziana wydawa�a si�, jak jeden las; z bliska jednak pokazywa�o si�, �e wielkie drzewa rosn� co kilkana�cie, czasem co kilkadziesi�t krok�w. W p�nocnej stronie wida� ich by�o bardzo ma�o i okolica przybiera�a charakter g�rskiego stepu pokrytego r�wn� d�ungl�, nad kt�r� wznosi�y si� tylko parasolowate akacje. Trawy by�y tam bardziej zielone, mniejsze i widocznie lepsze jako pasza, albowiem Nel z grzbietu Kinga, a Sta� z wynios�o�ci, na kt�re wje�d�a�, widzieli tak wielkie stada antylop, jakich nie spotkali dotychczas nigdzie. Pas�y si� one czasem osobno, czasem pomieszane razem: gnu, pufu, ariele, antylopy, krowy, bubale, koz�y skacz�ce i wielkie kudu. Nie brak�o tak�e zebr i �yraf. Stada na widok karawany przestawa�y si� pa��, podnosi�y g�owy i strzyg�c uszami patrzy�y na bia�y palankin z nadzwyczajnym zdumieniem, po czym pierzcha�y w jednej chwili; ubieg�szy kilkaset krok�w zn�w stawa�y, zn�w przypatrywa�y si� tej nie znanej sobie rzeczy, a� wreszcie zaspokoiwszy ciekawo�� poczyna�y si� pa�� spokojnie. Niekiedy zrywa� si� przed karawan� z fukiem i �omotem nosoro�ec, ale wbrew swej pop�dliwej naturze i gotowo�ci do atakowania wszystkiego, co mu si� nawinie przed oczy, pierzcha� sromotnie na widok Kinga, kt�rego tylko rozkazy Stasia powstrzymywa�y od po�cigu. S�o� afryka�ski nienawidzi bowiem nosoro�ca i je�li znajdzie jego �wie�y �lad, w�wczas dufaj�c w si�� przemo�n� idzie za nim, p�ki nie znajdzie przeciwnika i nie stoczy z nim walki, kt�rej ofiar� pada prawie zawsze nosoro�ec. Kingowi, kt�ry zapewne niejednego mia� ju� na sumieniu, nie�atwo przychodzi�o wyrzec si� dawnego zwyczaju, ale tak ju� by� oswojony i tak przywyk� ju� uwa�a� Stasia za swego w�adc�, �e pos�yszawszy jego g�os i spostrzeg�szy gro�nie patrz�ce oczy, opuszcza� podniesion� tr�b�, k�ad� uszy po sobie i szed� dalej spokojnie. A Stasiowi nie brak�o wprawdzie ochoty, by widzie� walk� olbrzym�w, ale obawia� si� o Nel. Gdyby s�o� pu�ci� si� w cwa�, palankin m�g� si� rozlecie�, a co gorzej, ogromny zwierz

m�g� nim zaczepi� o pierwsz� lepsz� ga���, a w�wczas �ycie Nel by�oby w strasznym niebezpiecze�stwie. Sta� wiedzia� z opis�w polowa�, kt�re czytywa� jeszcze w PortSaidzie, �e poluj�cy na tygrysy w Indiach wi�cej ni� tygrys�w obawiaj� si� tego, by s�o� w pop�ochu lub po�cigu nie zawadzi� wie�yczk� o drzewo. Wreszcie i sam cwa� olbrzyma jest tak ci�ki, �e podobnej jazdy nikt bez szwanku dla zdrowia nie m�g�by d�ugo wytrzyma�. Lecz z drugiej strony obecno�� Kinga usuwa�a mn�stwo niebezpiecze�stw. Z�o�liwe i zuchwa�e bawo�y, kt�re spotkali tego� dnia d���ce do ma�ego jeziorka, gdzie zbiera� si� pod wiecz�r wszelki zwierz okoliczny, pierzch�y na jego widok tak�e i okr��ywszy ca�e jeziorko pi�y po drugiej stronie. W nocy King, przywi�zany za tyln� nog� do drzewa, pilnowa� namiotu, w kt�rym spa�a Nel; by�a to za� stra� tak pewna, �e Sta� kaza� wprawdzie pali� ogie�, ale uzna� za rzecz zbyteczn� otacza� ob�z zerib�, chocia� wiedzia�, �e w okolicy zamieszkanej przez tak liczne stada antylop nie mo�e brakn�� i lw�w. Jako� zdarzy�o si� tej samej nocy, �e kilka ich pocz�o rycze� w olbrzymich ja�owcach rosn�cych na zboczach wzg�rz. Mimo p�on�cego ognia lwy, zn�cone zapachem koni, zbli�a�y si� do obozu, lecz gdy wreszcie Kingowi sprzykrzy�o si� s�ucha� ich g�os�w i gdy nagle w�r�d ciszy rozleg� si� na kszta�t grzmotu jego gro�ny �baritus� � umilk�y jak niepyszne, zrozumiawszy widocznie, �e z tego rodzaju osob� lepiej jest nie wdawa� si� w �aden bezpo�redni interes. Dzieci spa�y te� przez reszt� nocy wybornie i dopiero �witaniem pu�ci�y si� w dalsz� podr�. Lecz dla Stasia zacz�y si� zn�w troski i niepokoje. Naprz�d zmiarkowa�, �e podr�uj� wolno i �e nie b�d� mogli robi� wi�cej nad dziesi�� kilometr�w dziennie. Posuwaj�c si� w ten spos�b zdo�aliby wprawdzie za miesi�c dotrze� do granicy Abisynii, poniewa� jednak Sta� postanowi� i�� we wszystkim za rad� Lindego, a Linde twierdzi� stanowczo, �e do Abisynii przedrze� si� nie zdo�aj�, przeto pozostawa�a tylko droga do oceanu. Ale wedle oblicze� Szwajcara od oceanu dzieli�o ich przesz�o tysi�c kilometr�w � i to w prostej linii, albowiem do le��cego bardziej na po�udnie Mombassa by�o jeszcze dalej, przeto ca�a podr� musia�aby zaj�� przesz�o trzy miesi�ce czasu. Sta� z trwog� my�la�, �e jest to trzy miesi�ce znoj�w, trud�w i niebezpiecze�stw ze strony szczep�w murzy�skich, na kt�re mogli natrafi�. Byli jeszcze w kraju pustym, z kt�rego wygna�a ludno�� ospa i wie�ci o rajzach derwisz�w, ale Afryka jest w og�le do�� ludna, musieli wi�c pr�dzej czy p�niej wej�� w okolice zamieszkane przez nieznane pokolenia, rz�dzone jak zwykle przez dzikich i okrutnych kr�lik�w. By�o nie lada zadaniem wynie�� z takich opa��w wolno�� i �ycie. Sta� liczy� po prostu na to, �e je�li trafi� na lud Wa-him�w, to wy�wiczy kilkudziesi�ciu wojownik�w w strzelaniu, a nast�pnie sk�oni ich wielkimi obietnicami, by towarzyszyli mu a� do oceanu. Ale Kali nie mia� �adnego poj�cia o tym, gdzie mieszkaj� Wa-hima, a Linde, kt�ry co� o nich s�ysza�, nie m�g� r�wnie� ani wskaza� drogi do nich, ani oznaczy� dok�adnie miejscowo�ci przez nich zaj�tej. Linde wspomina� o jakim� wielkim jeziorze, o kt�rym wiedzia� tylko z opowiada�, a Kali twierdzi� na pewno, �e z jednej strony tego jeziora, kt�re nazywa� BassaNarok, mieszkaj� Wa-hima, z drugiej Samburu. Ot� Stasia trapi�o to, �e w geografii Afryki, kt�rej w szkole w Port-Saidzie uczono bardzo dok�adnie, nie by�o o takim jeziorze �adnej wzmianki. Gdyby m�wi� mu o nim tylko Kali, przypuszcza�by, �e to jest Wiktoria-Nianza, ale nie m�g� myli� si� w ten spos�b Linde, kt�ry szed� w�a�nie od Wiktorii na p�noc wzd�u� g�r Karamojo i z wie�ci zasi�gni�tych od mieszka�c�w tych�e g�r doszed� do wniosku, �e to tajemnicze jezioro le�y dalej na wsch�d i p�noc. Sta� nie wiedzia�, co o tym wszystkim my�le�, a natomiast obawia� si�, �e mo�e na jezioro i Wa-him�w ca�kiem nie trafi�; obawia� si� tak�e dzikich szczep�w, bezwodnych d�ungli, nieprzebytych g�r, muchy tse-tse, kt�ra zabija zwierz�ta; ba� si� �pi�czki, febry dla Nel, upa��w i tych niezmiernych przestrzeni, kt�re dzieli�y ich jeszcze od oceanu.

Lecz po opuszczeniu G�ry Lindego nie pozostawa�o nic innego jak i�� naprz�d, ci�gle na wsch�d i na wsch�d. Linde m�wi� wprawdzie, �e jest to podr� nad si�y nawet do�wiadczonego i energicznego podr�nika, ale Sta� zdoby� ju� du�o do�wiadczenia, a co do energii, to poniewa� sz�o o Nel, postanowi� wydoby� z siebie tyle zaradno�ci, ile b�dzie potrzeba. Tymczasem chodzi�o o oszcz�dzanie si� dziewczynki, wi�c postanowi� podr�owa� tylko od sz�stej rano do dziesi�tej przed po�udniem, a drugi etap od trzeciej do sz�stej wieczorem, to jest do zachodu s�o�ca, czyni� tylko w�wczas, gdyby na miejscu pierwszego postoju nie by�o wody. Ale tymczasem, poniewa� deszcze pada�y w czasie massiki bardzo obficie, wod� znajdowali wsz�dzie. Jeziorka utworzone przez ulewy w dolinach by�y jeszcze dobrze nape�nione, a z g�r sp�ywa�y tu i �wdzie strumienie tocz�ce kryszta�ow� i ch�odn� wod�, w kt�rej k�piel by�a wyborna, a zarazem zupe�nie bezpieczna, albowiem krokodyle mieszkaj� tylko w wi�kszych wodach, w kt�rych nie brak ryb stanowi�cych ich zwyk�e po�ywienie. Sta� jednak nie pozwala� pi� dziewczynce surowej wody, jakkolwiek odziedziczy� po Lindem doskona�y filtr, kt�rego dzia�anie nape�nia�o zawsze zdumieniem Kalego i Me�. Oboje widz�c, �e filtr zanurzony w m�tn� bia�aw� wod� przepuszcza do zbiornika tylko czyst� i przezroczyst�, pok�adali si� ze �miechu i bili si� d�o�mi po kolanach na znak podziwu i rado�ci. W og�le podr� z pocz�tku sz�a �atwo. Mieli po Lindem spore zapasy kawy, herbaty, cukru, bulionu, r�nych konserw i wszelkiego rodzaju lekarstw. Sta� nie potrzebowa� oszcz�dza� �adunk�w, by�o ich bowiem wi�cej, ni� mogli zabra�; nie brak�o r�wnie� rozmaitych narz�dzi, broni wszelakiego kalibru i rac, kt�re przy zetkni�ciu si� z Murzynami mog�y si� bardzo przyda�. Kraj by� �yzny; zwierzyny, a wi�c �wie�ego mi�sa, wsz�dy obfito��. Owoc�w r�wnie�. Tu i �wdzie w nizinach trafia�y si� b�ota, ale pokryte jeszcze wod�, a zatem nie zara�aj�ce powietrza szkodliwymi wyziewami. Moskit�w, kt�re wszczepiaj� w krew febr�, nie by�o na wy�ynach wcale. Upa� od dziesi�tej rano czyni� si� wprawdzie niezno�ny, ale mali podr�nicy zatrzymywali si� w czasie tak zwanych �bia�ych godzin� w g��bokim cieniu wielkich drzew, przez kt�rych g�stw� nie przedziera� si� �aden promie� s�oneczny. Zdrowie dopisywa�o Nel, Stasiowi i Murzynom doskonale.

ROZDZIA� XXXVIII

Pi�tego dnia podr�y Sta� jecha� razem z Nel na Kingu, trafili bowiem na szeroki pas akacji rosn�cych tak g�sto, �e konie mog�y i�� tylko szlakiem utorowanym przez s�onia. Godzina by�a wczesna, ranek promienny i rosisty. Dzieci rozmawia�y o podr�y i o tym, �e ka�dy dzie� zbli�a ich jednak do oceanu i do ojc�w, do kt�rych oboje nie przestawali t�skni� ci�gle. By� to od chwili porwania ich z Faujmu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozm�w, kt�re wzrusza�y ich zawsze do �ez. I powtarzali wci�� jedno w k�ko: �e tatusiowie my�l�, i� oni ju� nie �yj� albo �e przepadli na wieki � i obaj martwi� si�, i wbrew nadziei wysy�aj� do Chartumu Arab�w po wie�ci, a oni oto s� ju� daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody, a za pi�� dni b�d� jeszcze dalej � a potem zn�w jeszcze dalej, a� wreszcie dotr� do oceanu albo przedtem jeszcze do jakich� miejsc, sk�d b�dzie mo�na przes�a� depesz�. Jedyn� w ca�ej karawanie osob�, kt�ra wiedzia�a, co ich jeszcze czeka, by� Sta� � Nel natomiast by�a najg��biej przekonana, �e nie ma takiej rzeczy na

�wiecie, kt�rej �Stes� nie potrafi�by dokona�, i by�a zupe�nie pewna, �e j� doprowadzi do brzegu. Wi�c nieraz uprzedzaj�c wypadki wyobra�a�a sobie w swej ma�ej g��wce, co to b�dzie, gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomo�� � i szczebioc�c jak ptaszek opowiada�a o tym Stasiowi. �Siedz� � m�wi�a � tatusiowie w Port-Saidzie i p�acz� � a� tu wchodzi boy z depesz�. Co to jest? M�j albo tw�j tatu� otwiera, patrzy na podpis i czyta: �Sta� i Nel�. O, to dopiero si� uciesz�! to dopiero si� zerw�, �eby jecha� naprzeciw nas! to dopiero b�dzie rado�� w ca�ym domu � i tatusiowie si� uciesz�, i wszyscy si� uciesz� � i b�d� ci� chwalili � i przyjad� � i ja obejm� mocno tatusia za szyj�, i potem b�dziemy zawsze razem... i...� I ko�czy�o si� na tym, �e br�dka zaczyna�a si� jej trz���, �liczne oczki zmienia�y si� w dwie fontanny, a w ko�cu opiera�a g�ow� na ramieniu Stasia i p�aka�a zarazem z �alu, t�sknoty i rado�ci na my�l o przysz�ym spotkaniu. A Sta�, lec�c wyobra�ni� w przysz�o��, odgadywa�, �e ojciec b�dzie dumny z niego �e powie mu: �Spisa�e� si�, jak na Polaka przysta�o� � i wzruszenie ogarnia�o go ogromne, a w sercu rodzi�a si� t�sknota, zapa� i nieugi�ta jak stal odwaga. �Musz� � m�wi� sobie � wyratowa� Nel, musz� do�y� takiej chwili.� I w�wczas jemu tak�e zdawa�o si� �e nie ma takich niebezpiecze�stw, kt�rych nie zdo�a�by zwyci�y�, ani takich przeszk�d, kt�rych nie zdo�a�by skruszy�. Ale do ostatecznego zwyci�stwa by�o jeszcze daleko. Tymczasem przedzierali si� przez gaj akacji. D�ugie kolce tych drzew czyni�y nawet na sk�rze Kinga bia�awe rysy. Wreszcie gaj zrzednia�, a poprzez ga��zie rozrzuconych drzew wida� by�o dalej zielon� d�ungl�. Sta�, mimo �e upa� dawa� si� ju� mocno we znaki, wysun�� si� z palankinu i usadowi� si� na karku s�onia, by obaczy�, czy na widnokr�gu nie ma jakich stad antylop lub zebr, postanowi� bowiem odnowi� zapas mi�sa. Jako� po prawej stronie dojrza� stadko ariel�w, z�o�one z kilku sztuk, a w�r�d nich dwa strusie, lecz gdy min�li ostatni� k�p� drzew i s�o� zwr�ci� si� na lewo, inny widok uderzy� oczy ch�opca: oto w odleg�o�ci p� kilometra spostrzeg� obszerny �an manioku, a na skraju �anu kilkana�cie czarnych postaci, zaj�tych widocznie robot� w polu. � Murzyni! � zawo�a� zwracaj�c si� do Nel. I serce pocz�o mu bi� niespokojnie. Przez chwil� zawaha� si�, czy nie zawr�ci� i nie skry� si� na powr�t w akacjach, lecz przysz�o mu na my�l, �e w zaludnionym kraju trzeba b�dzie jednak pr�dzej czy p�niej spotka� si� z mieszka�cami i wej�� z nimi w stosunki i �e od tego, jak si� te stosunki u�o��, zale�e� mo�e los ca�ej podr�y, wi�c po kr�tkim namy�le skierowa� s�onia ku polu. W tej samej chwili zbli�y� si� Kali i ukazuj�c r�k� na k�p� drzew rzek�: � Panie wielki, oto tam wie� murzy�ska, a tu kobiety pracuj� przy manioku. Czy mam podjecha� ku nim? � Podjedziemy razem � odpowiedzia� Sta� � i w�wczas powiesz im, �e przybywamy jako przyjaciele. � Wiem, panie, co im powiedzie� � zawo�a� z wielk� pewno�ci� siebie m�ody Murzyn. I zwr�ciwszy konia ku pracuj�cym, z�o�y� d�onie ko�o ust i j�� krzycze�: � Yambo, he! yambo sana! Na ten g�os zaj�te okopywaniem manioku kobiety zerwa�y si� i stan�y jak wryte, ale trwa�o to tylko jedno mgnienie oka, nast�pnie bowiem, porzuciwszy w pop�ochu motyki i kobia�ki, pocz�y z wrzaskiem ucieka� ku owym drzewom, w�r�d kt�rych kry�a si� wie�. Mali podr�nicy zbli�ali si� wolno i spokojnie. W g�stwinie rozleg�o si� wycie kilkuset g�os�w, po czym zapad�a cisza. Przerwa� j� wreszcie g�uchy, ale dono�ny

huk b�bna, kt�ry nie ustawa� ju� p�niej ani na chwil�. By�o to widocznie has�o do boju dla wojownik�w, albowiem przesz�o trzystu ich wysun�o si� nagle z g�stwiny. Wszyscy ustawili si� w d�ugi szereg przed wiosk�. Sta� zatrzyma� Kinga w odleg�o�ci stu krok�w i pocz�� im si� przypatrywa�. S�o�ce o�wieca�o ich dorodne postacie, szerokie piersi i silne ramiona. Uzbrojeni byli w �uki i w��cznie. Naok� bioder mieli kr�tkie sp�dniczki z wrzos�w, a niekt�rzy � ze sk�r ma�pich. G�owy ich zdobi�y pi�ra strusi, papug lub wielkie peruki zdarte z czaszek pawian�w. Wygl�dali wojowniczo i gro�nie, ale stali nieruchomie w milczeniu, albowiem zdumienie ich nie mia�o wprost granic i pot�umi�o ch�� do boju. Wszystkie oczy wlepione by�y w Kinga, w bia�y palankin i w siedz�cego na karku s�onia bia�ego cz�owieka. A jednak�e s�o� nie by� dla nich zwierz�ciem nie znanym. Przeciwnie! �yli oni pod ci�g�� przemoc� s�oni kt�rych ca�e stada wyniszcza�y nocami ich pola maniokowe oraz plantacje banan�w i palm dum. Poniewa� w��cznie i strza�y nie przebija�y sk�ry s�oniowej, biedni Murzyni walczyli ze szkodnikami za pomoc� ognia, za pomoc� krzyk�w, na�ladowania g�os�w kogucich, kopania do��w i urz�dzania pu�apek z pni drzewnych. Ale tego, by s�o� sta� si� niewolnikiem cz�owieka i pozwala� sobie siedzie� na karku, nikt z nich nigdy nie widzia� i �adnemu podobna rzecz nie chcia�a si� w g�owie pomie�ci�. Tote� widok, jaki mieli przed sob�, tak dalece przechodzi� wszelkie ich poj�cia i wyobra�enia, �e sami nie wiedzieli, co im wypada czyni�: walczy� czy ucieka�, gdzie oczy ponios�, cho�by przysz�o pozostawi� wszystko na wol� losu. Wi�c w niepewno�ci, trwodze i zdumieniu szeptali tylko wzajem do siebie: � O matko! co to za stworzenia przychodz� do nas i co nas czeka z ich r�ki? A wtem Kali, podjechawszy do nich na rzut w��czni, stan�� w strzemionach i pocz�� wo�a�: � Ludzie, ludzie! s�uchajcie g�osu Kalego, syna Fumby, pot�nego kr�la Wa-him�w znad brzeg�w Bassa-Narok, o, s�uchajcie, s�uchajcie! i je�li rozumiecie jego mow�, uwa�ajcie na ka�de jego s�owo! � Rozumiemy! � zabrzmia�a odpowied� z trzystu ust. � Niechaj wyst�pi wasz kr�l, niech powie imi� swoje i niech otworzy uszy i wargi, aby m�g� s�ysze� lepiej! � M'Rua! M'Rua! � pocz�y wo�a� liczne g�osy. M'Rua wysun�� si� przed szereg, ale nie wi�cej ni� trzy kroki. By� to stary ju� Murzyn, wysoki i silnie zbudowany, lecz nie grzesz�cy widocznie zbytni� odwag�, gdy� �ydki tak dr�a�y pod nim, �e musia� wbi� ostrze dzidy w ziemi� i oprze� si� na drzewcu, by utrzyma� si� na nogach. Za jego przyk�adem i inni wojownicy powbijali r�wnie� dzidy w ziemi� na znak, �e chc� wys�ucha� spokojnie s��w przybysza. A Kali podni�s� jeszcze g�os: � M'Ruo i wy, ludzie MRuy! S�yszeli�cie, �e m�wi do was syn kr�la Wa-him�w, kt�rego krowy pokrywaj� tak g�sto g�ry ko�o Bassa-Narok, jak mr�wki pokrywaj� cia�o zabitej �yrafy. A c� powiada Kali, syn kr�la Wa-him�w? Oto zwiastuj� wam wielk� i szcz�liw� nowin�, �e przybywa do waszej wsi � dobre Mzimu! Po czym zawo�a� jeszcze g�o�niej: � Tak jest. Dobre Mzimu! Ooo! Z ciszy, jaka zapad�a, mo�na by�o zmiarkowa�, jak niezmierne wra�enie sprawi�y s�owa Kalego. Zako�ysa�a si� fala wojownik�w, albowiem jedni, parci ciekawo�ci�, posun�li si� o par� krok�w naprz�d, drudzy cofn�li si� z trwogi. M'Rua opar� si�

obu r�koma na w��czni � i czas jaki� trwa�o g�uche milczenie. Dopiero po chwili szmer przebieg� szeregi i pojedyncze g�osy pocz�y powtarza�: �Mzimu!�, �Mzimu!�, a tu i �wdzie ozwa�y si� krzyki: �Yancig, yancig!�, wyra�aj�ce zarazem cze�� i powitanie. Lecz g�os Kalego zapanowa� zn�w nad szmerem i okrzykami: � Patrzcie i cieszcie si�! Oto dobre Mzimu siedzi tam, w tej bia�ej chacie na grzbiecie wielkiego s�onia, a wielki s�o� s�ucha go, jak niewolnik s�ucha pana i jak dziecko s�ucha matki. O! ani wasi ojcowie, ani wy nie widzieli�cie nic podobnego... � Nie widzieli�my! yancig! yancig!... I oczy wszystkich wojownik�w zwr�ci�y si� na �chat�, czyli na palankin. A Kali, kt�ry w czasie lekcji religii na G�rze Lindego dowiedzia� si�, �e wiara porusza g�ry, i by� g��boko przekonany, �e modlitwa bia�ej bibi mo�e wszystko wyjedna� u Boga, tak dalej i z zupe�n� szczero�ci� opowiada� o dobrym Mzimu: � S�uchajcie! s�uchajcie! Dobre Mzimu jedzie na s�oniu w t� stron�, w kt�rej s�o�ce wstaje za g�rami z wody; tam dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przys�a� wam chmury, a te chmury b�d� w czasie suszy polewa�y deszczem wasze proso, wasz maniok, wasze banany i trawy w d�ungli, aby�cie mieli du�o do jedzenia i aby wasze krowy mia�y dobr� pasz� i dawa�y g�ste i t�uste mleko. Czy chcecie du�o jedzenia i mleka, o, ludzie? � He! chcemy, chcemy! � ...I dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przys�a� wam wiatr, kt�ry wywieje z waszej wsi t� chorob�, co zmienia cia�o w plaster miodu. Czy chcecie, by on j� wywia�, o, ludzie? � He! niech j� wywieje! � ...I Wielki Duch na pro�b� dobrego Mzimu obroni was od napa�ci i od niewoli, i od szk�d w waszych polach... i od lwa, i od pantery, i od w�a, i od szara�czy... � Niech tak uczyni... � Wi�c teraz s�uchajcie jeszcze i patrzcie, kto siedzi przed chat� mi�dzy uszyma strasznego s�onia. Oto siedzi tam bwana kubwa � bia�y pan � wielki i mocny, kt�rego boi si� s�o�... � He! � ...Kt�ry ma w r�ku piorun i zabija nim z�ych ludzi... � He! � ...Kt�ry zabija lwy... � He! � ...Kt�ry wypuszcza w�e ogniste * � He! � ...Kt�ry �amie ska�y... � He! � ...Kt�ry jednak nie uczyni wam nic z�ego, je�eli uczcicie dobre Mzimu! � Yancig! yancig! � Je�li naznosicie mu suchej m�ki z banan�w, jaj kurzych, �wie�ego mleka i miodu. � Yancig! yancig! � Wi�c zbli�cie si� i padnijcie na twarz przed dobrym Mzimu. M'Rua i jego niewolnicy poruszyli si� i nie przestaj�c �yancigowa� ani na chwil�, posun�li si� o kilkana�cie krok�w naprz�d, ale zbli�ali si� ostro�nie, albowiem i zabobonny l�k przed Mzimu, i prosty strach przed s�oniem hamowa�y ich kroki. Widok Saby przerazi� ich na nowo, gdy� poczytali go za wobo, to jest za wielkiego p�owego lamparta, kt�ry zamieszkuje tamtejsze okolice oraz po�udniow� Abisyni� i kt�rego miejscowi mieszka�cy boj� si� wi�cej ni� lwa, albowiem mi�so ludzkie przek�ada nad wszelkie inne i z nies�ychan� zuchwa�o�ci� napada nawet na zbrojnych m�czyzn. Uspokoili si� jednak widz�c, �e ma�y brzuchaty Murzynek trzyma straszliwego wobo na powrozie. Ale nabrali jeszcze wi�kszego wyobra�enia o pot�dze

dobrego Mzimu jak r�wnie� bia�ego pana i spogl�daj�c to na s�onia, to na Sab�, szeptali sobie wzajem: �Je�eli oczarowali nawet wobo, to kt� na �wiecie im si� oprze?� Lecz najuroczystsza chwila nadesz�a dopiero w�wczas, gdy Sta� zwr�ciwszy si� ku Nel sk�oni� si� naprz�d g��boko, a nast�pnie porozsuwa� urz�dzone jak firanki �ciany palankinu � i ukaza� oczom zgromadzonych dobre Mzimu. M'Rua i wszyscy wojownicy padli na twarz, tak �e cia�a ich utworzy�y d�ugi �ywy pomost. Nikt nie �mia� si� ruszy�, a trwoga zapanowa�a we wszystkich sercach tym wi�ksza, gdy King, czy to na rozkaz Stasia, czy z w�asnej ochoty, podni�s� do g�ry tr�b� i zarycza� pot�nie, a za jego przyk�adem ozwa� si� Saba najg��bszym basem, na jaki umia� si� zdoby�. W�wczas ze wszystkich piersi wyrwa�o si� podobne do b�agalnego j�ku: �Aka! aka! aka!� - i trwa�o dop�ty, dop�ki Kali zn�w nie przem�wi�: � O, M'Ruo i wy, dzieci M'Ruy! Oddali�cie cze�� dobremu Mzimu, wi�c wsta�cie, patrzcie i nape�nijcie nim oczy wasze, albowiem kto to uczyni, b�dzie nad nim b�ogos�awie�stwo Wielkiego Ducha. Wygnajcie te� strach z piersi i brzuch�w waszych i wiedzcie, �e tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie mo�e by� przelana. Na te s�owa, a zw�aszcza wskutek o�wiadczenia, �e wobec dobrego Mzimu �mier� nie mo�e nikogo spotka�, podni�s� si� M'Rua, a za nim inni wojownicy i pocz�li patrzy� nie�mia�o, ale chciwie, na dobrotliwe b�stwo. Jako� musieliby przyzna�, gdyby Kali zapyta� o to po raz drugi, �e ani ich ojcowie, ani oni nie widzieli nic podobnego. Oczy ich przywyk�y bowiem do poczwarnych, wyrobionych z drzewa i z w�ochatych kokosowych orzech�w postaci bo�k�w, a teraz sta�o przed nimi na grzbiecie s�onia jasne b�stewko, �agodne, s�odkie i u�miechni�te, podobne do bia�ego ptaka i zarazem do bia�ego kwiatu. Tote� strach ich przeszed�; piersi odetchn�y swobodniej, grube wargi pocz�y si� u�miecha�, a r�ce mimo woli wyci�ga� si� do cudownego zjawiska. � O, yancig! yancig! yancig! Wszelako Sta�, kt�ry zwraca� na wszystko jak najbaczniejsz� uwag�, spostrzeg�, �e jeden Murzyn, przybrany w spiczast� czapk� ze sk�ry szczur�w, wysun�� si� zaraz po ostatnich s�owach Kalego z szeregu i pe�zn�c jak w�� w trawie, skierowa� si� ku osobnej chacie stoj�cej na uboczu poza ogrodzeniem, ale otoczonej tak�e wysokim cz�stoko�em powi�zanym pn�czami. Tymczasem dobre Mzimu, lubo wielce zak�opotane rol� b�stwa, wyci�gn�o z polecenia Stasia sw� ma�� r�czk� i pocz�o wita� Murzyn�w. Czarni wojownicy �ledzili z rado�ci� oczyma ka�dy ruch tej ma�ej r�ki wierz�c g��boko, �e s� w tym pot�ne �czary� kt�re uchroni� ich i zabezpiecz� od mn�stwa kl�sk. Niekt�rzy uderzaj�c si� w piersi i biodra m�wili te�: �O matko! teraz dopiero b�dziemy si� mieli dobrze � my i krowy nasze!� M'Rua, o�mielony ju� zupe�nie, zbli�y� si� do s�onia, uderzy� raz jeszcze czo�em dobremu Mzimu, a potem sk�oniwszy si� Stasiowi odezwa� si� w nast�puj�cy spos�b: � Czy wielki pan, kt�ry prowadzi na s�oniu bia�e b�stwo, zechce zje�� kawa�ek M'Ruy i czy zgodzi si� na to, aby M'Rua zjad� kawa�ek jego i aby si� stali bra�mi, mi�dzy kt�rymi nie masz k�amstwa i zdrady? Kali przet�umaczy� natychmiast te s�owa, lecz widz�c z twarzy Stasia, �e nie ma najmniejszej ochoty na �kawa�ek� M'Ruy, zwr�ci� si� do starego Murzyna i rzek�: � O, M'Ruo! czy my�lisz naprawd�, �e bia�y pan, tak pot�ny, kt�rego boi si� s�o�, kt�ry ma w r�ku piorun, kt�ry zabija lwy, kt�remu kiwa ogonem wobo, kt�ry wypuszcza w�e ogniste i �amie ska�y, mo�e zawiera� braterstwo krwi z byle kr�lem? Pomy�l, o M'Ruo, zali Wielki Duch nie ukara�by ci� za zuchwalstwo i zali nie dosy� b�dzie dla ciebie chwa�y, je�li zjesz kawa�ek Kalego, syna Fumby, w�adcy Wa-him�w, i je�li Kali, syn Fumby, zje kawa�ek ciebie? � Nie jest�e� niewolnikiem? � zapyta� M'Rua. � Pan wielki nie porwa� Kalego ani go kupi�, tylko ocali� mu �ycie, przeto Kali prowadzi dobre Mzimu i pana do krainy Wa-him�w, aby Wa-himowie i Fum-ba oddali im cze�� i z�o�yli dary wielkie.

� Niech M'Ruy. � Niech � Gdzie � Gdzie

wi�c b�dzie, jak m�wisz, i niech M'Rua zje kawa�ek Kalego, a Kali kawa�ek tak b�dzie! � powt�rzyli wojownicy. jest czarownik? � zapyta� kr�l. czarownik? gdzie czarownik? gdzie Kamba? � pocz�y wo�a� liczne g�osy.

A wtem zasz�o co� takiego, co mog�o zmieni� ca�kowicie po�o�enie rzeczy, zam�ci� przyjazne stosunki i uczyni� Murzyn�w wrogami �wie�o przyby�ych go�ci. Oto w stoj�cej na uboczu i otoczonej osobnym cz�stoko�em chacie rozleg� si� nagle piekielny ha�as. By� to jakby ryk lwa, jakby grzmot, jakby huk b�bna, jakby �miech hieny, wycie wilka i jakby skrzypienie przera�liwe zardzewia�ych �elaznych zawias. King pos�yszawszy te okropne g�osy pocz�� rycze�, Saba szczeka�, osio�, na kt�rym siedzia� Nasibu, r�e�. Wojownicy skoczyli jak oparzeni i powyrywali dzidy z ziemi. Uczyni�o si� zamieszanie. O uszy Stasia odbi�y si� niespokojne okrzyki: �Nasze Mzimu! Nasze Mzimu!� Cze�� i �yczliwo��, z jak� spogl�dano na przybysz�w, znik�y w jednej chwili. Oczy dzikich pocz�y rzuca� podejrzliwe i nieprzyjazne spojrzenia. Gro�ne szmery j�y podnosi� si� w�r�d t�umu, a straszliwy ha�as w samotnej chacie wzmaga� si� coraz bardziej. Kali przerazi� si� i przysun�wszy si� szybko do Stasia pocz�� m�wi� przerywanym ze wzruszenia g�osem: � Panie, to czarownik zbudzi� z�e Mzimu, kt�re boi si�, �e je omin� ofiary, i ryczy ze z�o�ci. Uspok�j, panie, czarownika i z�e Mzimu wielkimi darami, albowiem inaczej ci ludzie zwr�c� si� przeciw nam. � Uspokoi� ich? � zapyta� Sta�. I nagle ogarn�� go gniew na przewrotno�� i chciwo�� czarownika, a niespodziane niebezpiecze�stwo wzburzy�o go do dna duszy. Smag�a twarz jego zmieni�a si� zupe�nie tak samo jak w�wczas, gdy zastrzeli� Gebhra, Chamisa i dw�ch Beduin�w. Oczy b�ysn�y mu z�owrogo, zacisn�y si� wargi i pi�ci, a policzki poblad�y. � Ach, ja ich uspokoj�! � rzek�. I bez namys�u pogna� s�onia ku chacie. Kali nie chc�c pozosta� sam w�r�d Murzyn�w ruszy� za nim. Z piersi dzikich wojownik�w wydar� si� okrzyk � nie wiadomo: czy trwogi, czy w�ciek�o�ci lecz zanim si� opami�tali, trzasn�� i run�� pod naciskiem g�owy s�onia cz�stok�, potem rozsypa�y si� gliniane �ciany chaty i dach wylecia� w�r�d kurzawy w powietrze, a jeszcze po chwili M'Rua i jego ludzie ujrzeli czarn� tr�b� wzniesion� do g�ry, na ko�cu za� tr�by � czarownika Kamb�. A Sta� spostrzeg�szy na pod�odze wielki b�ben, uczyniony z pnia wypr�chnia�ego drzewa i obci�gni�ty ma�pi� sk�r�, kaza� go sobie poda� Kalemu i zawr�ciwszy stan�� wprost zdumionych wojownik�w. � Ludzie � rzek� dono�nym g�osem � to nie wasze Mzimu ryczy, to ten �otr huczy na b�bnie, by wy�udza� od was dary, a wy boicie si� jak dzieci! To rzek�szy chwyci� za sznur przewleczony przez wyschni�t� sk�r� w b�bnie i pocz�� nim z ca�ej si�y kr�ci� w ko�o. Te same g�osy, kt�re poprzednio tak przerazi�y Murzyn�w, rozleg�y si� i teraz, a nawet jeszcze przera�liwiej, gdy� nie t�umi�y ich �ciany chaty. � O, jak�e g�upi jest M'Rua i jego dzieci! � zakrzykn�� Kali. Sta� odda� mu b�ben, Kali za� pocz�� ha�asowa� na nim z takim zapa�em, �e przez chwil� nie mo�na by�o dos�ysze� ani s�owa. A� nareszcie mia� dosy�, cisn�� b�ben pod nogi M'Ruy. � Oto jest wasze Mzimu! � zawo�a� z wielkim �miechem.

Po czym j�� ze zwyk�� Murzynom obfito�ci� s��w przemawia� do wojownik�w nie �a�uj�c przy tym wcale drwin i z nich, i z M'Ruy. O�wiadczy� im wskazuj�c na Kamb�, �e ��w z�odziej w czapce ze szczur�w� oszukiwa� ich przez wiele p�r d�d�ystych i suchych, a oni pa�li go fasol�, ko�l�tami i miodem. Jest�e drugi g�upszy kr�l i nar�d na �wiecie? Wierzyli w moc starego oszusta i w jego czary, wi�c niech patrz� teraz, jak ten wielki czarownik wisi na tr�bie s�onia i krzyczy: �Aka!�, by wzbudzi� lito�� bia�ego pana. Gdzie� jego moc? gdzie� jego czary? czemu �adne z�e Mzimu nie ryknie teraz w jego obronie? Ach! c� to jest to ich Mzimu? p�achta ma�piej sk�ry i kawa� spr�chnia�ego pnia, kt�ry rozdepce s�o�! U Wa-him�w ani kobiety, ani dzieci nie ba�yby si� takiego Mzimu, a boi si� go M'Rua i jego ludzie. Jedno jest tylko prawdziwe Mzimu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan � niech wi�c oddadz� im cze�� i niech naznosz� jak najwi�cej dar�w, inaczej bowiem posypi� si� na nich kl�ski, o jakich nie s�yszeli dotychczas. Dla Murzyn�w nie potrzeba by�o nawet tych s��w, gdy� ju� to, �e czarownik razem ze swym z�ym Mzimu okaza� si� tak nies�ychanie s�abszym od nowego, bia�ego b�stwa i od bia�ego pana wystarczy�o im najzupe�niej, by go opu�ci� i okry� pogard�. Pocz�li wi�c na nowo �yancigowa�, a nawet z wi�ksz� jeszcze pokor� i skwapliwo�ci�. Ale poniewa� �li byli na siebie, �e przez tyle lat pozwolili si� Kambie oszukiwa�, wi�c chcieli koniecznie go zabi�. Sam M�Rua prosi� Stasia, by pozwoli� go zwi�za� i zachowa� dop�ty, dop�ki nie obmy�l� mu do�� okrutnej �mierci. Nel jednak postanowi�a darowa� mu �ycie, a poniewa� Kali zapowiedzia�, �e tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie mo�e by� przelana, przeto Sta� pozwoli� tylko na wyp�dzenie ze wsi nieszcz�liwego czarownika. Kamba, kt�ry si� spodziewa�, �e umrze w najwymy�lniejszych m�czarniach, pad� na twarz przed dobrym Mzimu i szlochaj�c dzi�kowa� mu za ocalenie. I odt�d nic ju� nie zam�ci�o uroczysto�ci. Zza cz�stoko�u wysypa�y si� kobiety i dzieci, albowiem wie�� o przybyciu nadzwyczajnych go�ci rozesz�a si� po ca�ej wsi i ch�� widzenia bia�ego Mzimu przemog�a strach. Sta� i Nel widzieli po raz pierwszy osad� prawdziwych dzikich, do kt�rych nie dotarli nawet Arabowie. Ubranie tych Murzyn�w sk�ada�o si� tylko z wrzos�w lub ze sk�r pozawi�zywanych naok� bioder; wszyscy byli tatuowani. Zar�wno m�czy�ni, jak kobiety mieli przedziurawione uszy i w tych otworach kawa�ki drzewa lub ko�ci tak du�e, �e porozci�gane klapki uszu si�ga�y ramion. W dolnej wardze nosili pelele, to jest drewniane lub ko�ciane kr��ki, wielkie jak spodki od fili�anek. Znakomitsi wojownicy i ich �ony mieli na szyjach ko�nierze z �elaznego lub mosi�nego drutu tak wysokie i sztywne, �e zaledwie mogli poruszy� g�owami. Nale�eli te� widocznie do szczepu Szylluk�w, kt�ry ci�gnie si� daleko na wsch�d, albowiem Kali i Mea rozumieli wybornie ich mow�, a Sta� w po�owie. Nie posiadali jednak n�g tak d�ugich jak pobratymcy ich mieszkaj�cy nad rozlewiskami Nilu, byli szersi w ramionach, mniej wysocy i w og�le mniej podobni do ptak�w brodz�cych. Dzieci wygl�da�y jak pche�ki i nie zeszpecone jeszcze przez pelele, by�y bez por�wnania od starych �adniejsze. Kobiety, napatrzywszy si� naprz�d z dala dobremu Mzimu, pocz�y na wy�cigi z wojownikami znosi� mu dary sk�adaj�ce si� z ko�l�t, kur, jaj, czarnej fasoli i piwa warzonego z prosa. Trwa�o to dop�ty, dop�ki Sta� nie powstrzyma� tego nap�ywu zapas�w, a poniewa� zap�aci� za nie hojnie paciorkami i kolorowym perkalem, a Nel rozda�a dzieciom kilkana�cie lusterek odziedziczonych po Lindem, przeto rado�� niezmierna zapanowa�a w ca�ej wsi, i naok� namiotu, do kt�rego schronili si� mali podr�nicy, rozlega�y si� wci�� weso�e i pe�ne zachwytu okrzyki. Potem wojownicy odbyli na cze�� go�ci taniec wojenny i stoczyli udan� bitw�, a w ko�cu przyst�piono do zawarcia braterstwa krwi mi�dzy Kalim a M'Ru�. Poniewa� nie by�o Kamby, kt�ry do tej ceremonii by� koniecznie potrzebny, wi�c zast�pi� go stary Murzyn znaj�cy dostatecznie zakl�cia. �w zabiwszy ko�l� wyj�� z

niego w�trob� i podzieli� j� na kilka sporych k�sk�w, po czym j�� obraca� r�k� i nog� rodzaj ko�owrotka i spogl�daj�c to na Kalego, to na M'Ru�, ozwa� si� uroczystym g�osem: � Kali, synu Fumby, czy chcesz zje�� kawa�ek M'Ruy, syna M'Kuli � i ty M�Ruo, synu M'Kuli, czy chcesz zje�� kawa�ek Kalego, syna Fumby? � Chcemy � ozwali si� przyszli bracia. � Czy chcecie, aby serce Kalego by�o sercem M�Ruy, a serce M�Ruy sercem Kalego? � Chcemy. � I r�ce, i w��cznie, i krowy? � I krowy! � I wszystko, co ka�dy ma lub b�dzie mia�? � Co ma i co b�dzie mia�! � I aby nie by�o mi�dzy wami k�amstwa ani zdrady, ani nienawi�ci? � Ani nienawi�ci! � I aby jeden nigdy drugiego nie okrad�? � Nigdy! � I aby�cie byli bra�mi? � Tak! Ko�owrotek obraca� si� coraz pr�dzej. Zgromadzeni naok� wojownicy �ledzili z coraz wi�kszym zaj�ciem jego ruchy. � Ao! � zawo�a� stary Murzyn � lecz gdyby jeden z was ok�ama� drugiego, gdyby go zdradzi�, gdyby go okrad�, gdyby go otru�, gdyby go zabi�, niech b�dzie przekl�ty. � Niech b�dzie przekl�ty! � powt�rzyli wszyscy wojownicy. � A je�li jest k�amc� i knuje zdrad�, niech nie prze�knie krwi swego brata i niech j� zrzuci w naszych oczach! � Och, w naszych oczach! � I niech umrze! � Niech umrze! � Niech go rozedrze wobo! � Wobo! � Albo lew! � Albo lew! � Niech go stratuje s�o� i nosoro�ec, i baw�! � O! i baw� � powt�rzy� ch�r. � I niech go uk�si w��! � W��. � A j�zyk jego niechaj stanie si� czarny! � Czarny. � A oczy niech mu uciekn� w ty� g�owy! � W ty� g�owy. � I niech chodzi pi�tami do g�ry! � Ha! pi�tami do g�ry. Nie tylko Sta�, ale i Kali gry�li wargi, by nie wybuchn�� �miechem, a tymczasem zakl�cia powtarza�y si� coraz straszniejsze, ko�owrotek obraca� si� tak szybko, �e oczy nie mog�y za jego obrotami nad��y�. Trwa�o to dop�ty, dop�ki stary Murzyn nie straci� zupe�nie si� i oddechu. W�wczas siad� na ziemi i przez jaki� czas kiwa� g�ow� na obie strony w milczeniu. Po chwili jednak podni�s� si� i wzi�wszy n� naci�� nim sk�r� na ramieniu Kalego, i umazawszy jego krwi� kawa�ek w�troby ko�l�cej wsun�� go w usta M'Ruy, drugi za� kawa�ek umazany we krwi kr�la, w usta Kalego. Obaj po�kn�li je tak szybko, �e a� zagra�y im krtanie, a oczy wysz�y na wierzch, po czym chwycili si� za r�ce na znak wiernej i wieczystej przyja�ni. Wojownicy za� pocz�li wo�a� z rado�ci�: � Obaj prze�kn�li, �aden nie zrzuci�, a wi�c s� szczerzy i nie masz zdrady mi�dzy

nimi! A Sta� dzi�kowa� w duchu Kalemu, �e go w tej ceremonii zast�pi�, albowiem czu�, �e przy po�ykaniu �kawa�ka M'Ruy� by�by niezawodnie z�o�y� dow�d nieszczero�ci i zdrady. Od tej chwili jednak nie grozi�o rzeczywi�cie ma�ym podr�nikom ze strony dzikich �adne podej�cie ani �aden niespodziany napad, a natomiast otoczy�a ich jak najwi�ksza go�cinno�� i cze�� niemal boska. Cze�� ta wzros�a jeszcze, gdy Sta� spostrzeg�szy wielki spadek odziedziczonego po Lindem barometru przepowiedzia� deszcz i gdy deszcz spad� tego� samego jeszcze dnia do�� obficie, tak jakby massika, kt�ra ju� dawno przesz�a, chcia�a wytrz�sn�� ostatki swych zapas�w na ziemi�. Murzyni byli przekonani, �e darowa�o im t� ulew� dobre Mzimu, i wdzi�czno�� ich dla Nel nie mia�a granic. Sta� �artowa� sobie z niej, �e poniewa� zosta�a bo�kiem murzy�skim, przeto w dalsz� drog� pu�ci si� tylko sam, a j� zostawi we wsi M'Ruy, gdzie Murzyni wybuduj� dla niej kapliczk� z k��w s�oniowych i b�d� jej znosili fasol� i banany. Ale Nel tak by�a go pewna, �e wspi�wszy si� na paluszki szepn�a mu, wedle swego zwyczaju, do ucha dwa tylko wyrazy: �Nie zostawisz!� � po czym j�a podskakiwa� z rado�ci, m�wi�c, �e skoro Murzyni s� tak dobrzy, to ca�a podr� a� do oceanu p�jdzie �atwo i pr�dko. Dzia�o si� to przed namiotem i wobec t�um�w, wi�c stary M'Rua widz�c podskakuj�ce Mzimu zacz�� natychmiast tak�e podskakiwa�, jak m�g� najwy�ej, na swoich krzywych nogach, w przekonaniu, �e daje przez to dow�d pobo�no�ci. Siadem jego pu�cili si� w hopki ministrowie, za nimi wojownicy, za nimi kobiety i dzieci, s�owem, ca�a wie� skaka�a przez jaki� czas, tak jakby wszyscy dostali pomieszania zmys��w. Stasia ubawi� tak ten przyk�ad dany przez b�stwo, �e pok�ada� si� ze �miechu. Jednak�e w nocy odda� rzeczywist� i trwa�� przys�ug� pobo�nemu kr�lowi i jego poddanym, albowiem gdy s�onie napad�y na pola bananowe, pojecha� ku nim na Kingu i pu�ci� mi�dzy stado kilka rac. Pop�och, jaki wznieci�y �w�e ogniste�, przeszed� nawet jego oczekiwania. Olbrzymie zwierz�ta ogarni�te sza�em trwogi nape�ni�y ca�� d�ungl� rykiem i t�tentem, a uciekaj�c na o�lep, przewraca�y si� i tratowa�y wzajem. Pot�ny King �ciga� uciekaj�cych towarzysz�w z nadzwyczajn� ochot�, nie szcz�dz�c im uderze� tr�b� i k�ami. Po takiej nocy mo�na by�o by� pewnym, �e przez d�ugi czas �aden s�o� nie pojawi si� w plantacjach banan�w i palm dum, nale��cych do wsi starego M'Ruy. We wsi panowa�a te� rado�� wielka i Murzyni sp�dzili ca�� noc na ta�cach, na popijaniu piwa z prosa i palmowego wina. Kali dowiedzia� si� jednak od nich wielu wa�nych rzeczy, pokaza�o si� bowiem �e niekt�rzy s�yszeli o jakiej� wielkiej wodzie le��cej na wsch�d i otoczonej g�rami. Dla Stasia by� to dow�d, �e owo jezioro, o kt�rym nie uczy� si� w geografii istnieje rzeczywi�cie, a po wt�re, �e id�c w kierunku jaki obrali, trafi� wreszcie na nar�d Wa-him�w. Wnosz�c z tego, �e mowa Mei i Kalego prawie nie r�ni�a si� od mowy M'Ruy, doszed� do przekonania, �e nazwa �Wa-hima� jest prawdopodobnie jakim� mianem miejscowym i �e ludy mieszkaj�ce nad brzegami Bassa-Narok nale�� do wielkiego szczepu Szylluk�w, kt�ry poczyna si� nad Nilem, a rozci�ga si� nie wiadomo jak daleko na wsch�d.

ROZDZIA� XXXIX

Ca�a ludno�� odprowadzi�a daleko dobre Mzimu i po�egna�a je ze �zami, prosz�c natarczywie, by raczy�o przyby� kiedy jeszcze do M'Ruy i pami�ta� o jego ludzie. Sta� przez chwil� waha� si�, czy nie wskaza� Murzynom w�wozu, gdzie pochowa� te towary i zapasy po Lindem, kt�rych z braku tragarzy nie m�g� zabra�, ale pomy�lawszy, �e posiadanie takich skarb�w mog�oby wywo�a� mi�dzy nimi zawi�ci i niesnaski, zbudzi� �akomstwo i zam�ci� spok�j ich �ycia, porzuci� ten zamiar, a natomiast zastrzeli� wielkiego bawo�u i pozostawi� im jego mi�so na po�egnaln� uczt�. Widok tak wielkiej ilo�ci nyamy pocieszy� ich te� rzeczywi�cie. Przez nast�pne trzy dni karawana sz�a zn�w krajem pustym. Dni by�y upalne, ale noce z powodu wysokiego po�o�enia okolicy tak zimne, �e Sta� kaza� Mei przykrywa� Nel dwoma kocami. Przebywali teraz cz�sto w�wozy g�rskie, czasem ja�owe i skaliste, a czasem pokryte tak zbit� ro�linno�ci�, �e trzeba si� by�o przez nie z najwi�kszym trudem przedziera�. Na brzegach tych w�woz�w widywali wielkie ma�py, a niekiedy lwy i pantery, kt�re gnie�dzi�y si� w jaskiniach skalnych. Sta� zabi� jedn� z nich na pro�b� Kalego, kt�ry przybra� si� nast�pnie w jej sk�r�, aby Murzyni mogli od razu pozna�, �e maj� do czynienia z osob� krwi kr�lewskiej. Za w�wozami na wysokiej r�wninie pocz�y si� zn�w ukazywa� wioski murzy�skie. Niekt�re le�a�y blisko siebie, niekt�re o dzie� lub dwa drogi. Wszystkie by�y otoczone wysokim cz�stoko�em dla ochrony od lw�w i tak spowite w pn�cze, �e nawet z bliska wygl�da�y jak k�py dziewiczego lasu. Dopiero z dym�w wznosz�cych si� w po�rodku mo�na by�o zmiarkowa�, �e tam mieszkaj� ludzie. Karawan� przyjmowano wsz�dzie mniej wi�cej tak jak we wsi M'Ruy, to jest z pocz�tku z trwog� i nieufnie, a nast�pnie z podziwem, zdumieniem i czci�. Raz tylko zdarzy�o si�, �e ca�a wioska na widok s�onia, Saby, koni i bia�ych ludzi uciek�a do pobliskiego lasu, tak �e nie by�o z kim rozm�wi� si�. Jednak�e ani jedna w��cznia nie zosta�a przeciw podr�nikom wymierzona. Murzyni bowiem, p�ki mahometanizm nie wype�ni ich dusz nienawi�ci� do niewiernych i okrucie�stwem, s� raczej boja�liwi i �agodni. Najcz�ciej bywa�o wi�c tak, �e Kali zjada� �kawa�ek� miejscowego kr�la, miejscowy kr�l �kawa�ek� Kalego, po czym stosunki uk�ada�y si� jak najprzyja�niej, a dobremu Mzimu sk�adano wsz�dy dowody ho�du i bogobojno�ci pod postaci� kur, jaj i miodu, wydobywanego z klock�w drzewa zawieszonych za pomoc� sznur�w palmowych na ga��ziach wielkich drzew. �Pan wielki�, w�adca s�onia, piorun�w i w��w ognistych, wzbudza� przewa�nie strach, kt�ry jednak rych�o zmienia� si� w wdzi�czno��, gdy przekonywano si�, �e hojno�� jego dor�wnywa pot�dze. Tam gdzie wioski by�y bli�sze, przybycie nadzwyczajnych podr�nych oznajmia�a jedna drugiej za pomoc� bicia w b�bny, Murzyni bowiem potrafi� wszystko za pomoc� b�bnienia wypowiedzie�. Zdarza�o si� te�, �e ca�a ludno�� wylega�a na ich spotkanie, usposobiona z g�ry jak najprzyja�niej. W jednej wsi licz�cej do tysi�ca g��w miejscowy w�adca, kt�ry by� w jednej osobie czarownikiem i kr�lem, zgodzi� si� na pokazanie im �wielkiego fetysza�, kt�rego otacza�a nadzwyczajna cze�� i boja��, tak �e do hebanowej, pokrytej sk�r� nosoro�ca kapliczki ludzie nie �mieli si� zbli�a� i ofiary sk�adali w odleg�o�ci pi��dziesi�ciu krok�w. Kr�l opowiada� o tym fetyszu, �e spad� niedawno z ksi�yca, �e by� bia�y i �e mia� ogon. Sta� oznajmi�, �e to on w�a�nie wys�a� go na rozkaz dobrego Mzimu i m�wi�c tak nie rozmin�� si� bynajmniej z prawd�, gdy� pokaza�o si�, �e �wielki fetysz� by� po prostu jednym z latawc�w puszczonych z G�ry Lindego. Oboje z Nel ucieszyli si� my�l�, �e inne mog�y przy odpowiednim wietrze zalecie� jeszcze dalej, i postanowili puszcza� je z wy�yn w dalszym ci�gu. Sta� zmajstrowa� i pu�ci� jeden zaraz tego samego wieczoru, co ostatecznie przekona�o Murzyn�w, �e i dobre Mzimu, i bia�y pan przybyli na ziemi� tak�e z ksi�yca i �e s� b�stwami, kt�rym do�� pokornie s�u�y� nie mo�na. Ale wi�cej od tych oznak pokory i ho�du uradowa�a Stasia wiadomo��, �e Bassa-Narok

le�y o kilkana�cie tylko dni drogi i �e mieszka�cy tej wsi, w kt�rej obecnie si� zatrzymali, otrzymuj� czasem z tamtych stron s�l w zamian za wino z palm dum. Kr�l miejscowy s�ysza� nawet o Fumbie jako o w�adcy ludzi zwanych �Doko� � Kali potwierdzi�, �e dalsi s�siedzi tak nazywaj� Wa-him�w i Samburu. Mniej pocieszaj�ce by�y wie�ci, �e nad brzegami wielkiej wody wre wojna i �e trzeba i�� do BassaNarok przez niezmiernie dzikie g�ry i strome w�wozy, pe�ne drapie�nych zwierz�t. Ale z drapie�nych zwierz�t Sta� niewiele ju� sobie robi�, a g�ry cho�by najdziksze, wola� od niskich r�wnin, na kt�rych czyha na podr�nik�w febra. Z dobr� wi�c otuch� wyruszyli w dalsz� drog�. Za ow� ludn� wsi� spotkali ju� tylko jedn� osad�, bardzo lich� i zawieszon� jak gniazdo na skraju urwiska. Potem zacz�o si� podg�rze, poprzecinane z rzadka g��bokimi rozpadlinami. Na wschodzie wznosi� si� mroczny �a�cuch szczyt�w, kt�ry z dala wydawa� si� prawie zupe�nie czarny. By�a to nieznana kraina, do kt�rej w�a�nie szli nie wiedz�c, co ich tam mo�e spotka�, zanim dojd� do dzier�aw Fumby. Na halach, kt�re przechodzili nie brak�o drzew, ale z wyj�tkiem stercz�cych samotnie smokowc�w i akacyj sta�y one k�pami, tworz�c jakby ma�e gaje. Podr�nicy zatrzymywali si� w�r�d tych k�p dla posi�ku i wywczasu oraz dla obfitego cienia. W�r�d drzew roi�o si� ptactwo. Rozmaite gatunki go��bi, wielkie dzioboro�ce, kt�re Sta� nazywa� tukanami, kraski, szpaki, synogarlice i niezliczone prze�liczne bengalis kr�ci�y si� w g�szczu li�ci lub przelatywa�y z jednej k�py na drug�, pojedynczo lub stadami, mieni�c si� jak t�cza. Niekt�re drzewa wydawa�y si� z daleka okryte r�nokolorowym kwieciem. Nel zachwyca�a si� szczeg�lnie widokiem rajskich mucho��wek i czarnych, podszytych p�sowo, sporych ptak�w, kt�re odzywa�y si� g�osem pastuszej fujarki. Cudne �o�ny, z wierzchu r�owe, a pod spodem jasnoniebieskie, uwija�y si� w blasku s�onecznym, chwytaj�c w lot pszczo�y i koniki polne. Na wierzcho�kach drzew rozlega�y si� wrzaski zielonych papug, a czasem dochodzi� g�os jakby srebrnych dzwonk�w, kt�rym wita�y si� wzajem ma�e zielonoszare ptaszyny, ukryte pod li�ciami adausonji. Przed wschodem i po zachodzie s�o�ca przelatywa�y stada miejscowych wr�belk�w, tak niezliczone, �e gdyby nie pisk i szum skrzyde�ek, mo�na by je poczyta� za chmury. Sta� przypuszcza�, �e to te krasnodzi�bki dzwoni� tak, rozpraszaj�c si� w dzie� po pojedynczych k�pach. Lecz najwi�kszym zdumieniem i zachwytem nape�nia�y oboje dzieci inne, lataj�ce w ma�ych stadkach ptaki, kt�re dawa�y prawdziwe koncerty. Ka�de stadko sk�ada�o si� z pi�ciu lub sze�ciu samic i jednego, po�yskuj�cego metalicznymi pi�rami samca. Siada�y one szczeg�lnie na pojedynczych akacjach w ten spos�b, �e on umieszcza� si� na wierzcho�ku drzewa, one poni�ej � i po pierwszych tonach, kt�re wydawa�y si� jakby strojeniem gardzio�ek, on rozpoczyna� �piew, a one s�ucha�y w milczeniu. Dopiero gdy sko�czy�, powtarza�y jednog�o�nym ch�rem ostatni� zwrotk� jego �piewu. Po ma�ej przerwie on zn�w zaczyna� i ko�czy�, one zn�w powtarza�y, po czym ca�e stadko przelatywa�o falistym, lekkim lotem na nast�pn�, najbli�sz� akacj� i koncert z�o�ony z solisty i ch�ru, rozbrzmiewa� w po�udniowej ciszy powt�rnie. Dzieci nie mog�y si� tego do�� nas�ucha�. Nel pochwyci�a przewodni� nut� koncertu i razem z ch�rem samiczek wy�piewywa�a swym cienkim g�osikiem ostatnie tony; brzmi�ce jak szybko powtarzane d�wi�ki: �tui, tui, tui, tui, twiling-ting! ting!� Pewnego razu dzieci id�c od drzewa do drzewa za skrzydlatymi muzykantami odesz�y na kilometr od obozu, pozostawiwszy w nim troje Murzyn�w, Kinga i Sab�, kt�rego Sta�, wybieraj�c si� za jedn� drog� na polowanie, nie chcia� wzi�� z sob�, by szczekaniem nie p�oszy� mu zwierzyny. Gdy wi�c stadko przelecia�o wreszcie z ostatniej akacji na drug� stron� szerokiego w�wozu, ch�opiec zatrzyma� si� i rzek�: � Teraz odprowadz� ci� do Kinga, a potem obacz�, czy w wysokiej d�ungli nie ma antylop albo zebr, bo Kali m�wi, �e w�dzonego mi�sa nie starczy wi�cej ni� na dwa

dni. � Przecie� ju� jestem du�a � odpowiedzia�a Nel, kt�rej zawsze chodzi�o bardzo o to, by pokaza�, �e nie jest ma�ym dzieckiem � wi�c wr�c� sama. Ob�z st�d wida� doskonale i dym tak�e. � Boj� si�, �e zab��dzisz. � Nie zb��dz�. W wysokiej d�ungli mo�e bym zab��dzi�a, ale tu, patrz, jaka trawa niska. � Jeszcze ci� co napadnie. � Sam m�wi�e�, �e lwy i pantery w dzie� nie poluj�. Przy tym s�yszysz, jak King tr�bi z t�sknoty za nami. Jaki tam lew odwa�y�by si� polowa� tam, gdzie dochodzi g�os Kinga? I pocz�a si� napiera�. � M�j Stasiu, p�jd� sama jak kto doros�y. Sta� waha� si� przez chwil�, ale w ko�cu przysta�. Ob�z i dym by�o rzeczywi�cie wida�. King, kt�ry t�skni� za Nel, tr�bi� co chwila. W niskiej trawie nie grozi�o zab��dzenie, a co do lw�w, panter i hien, nie mog�o by� po prostu o nich mowy, gdy� zwierz�ta te szukaj� �upu tylko w nocy. Ch�opiec wiedzia� zreszt�, �e niczym nie zrobi dziewczynce takiej przyjemno�ci, jak gdy poka�e, �e nie uwa�a jej za ma�e dziecko. � Dobrze wi�c � rzek� � id� sama, ale id� prosto i nie marud� po drodze. � A czy mog� tylko narwa� tych kwiat�w? � zapyta�a ukazuj�c na krzak kusso, okryty niezmiern� ilo�ci� r�owego kwiecia. � Mo�esz. To rzek�szy zawr�ci� j�, pokaza� jej raz jeszcze dla pewno�ci k�p� drzew, z kt�rej wychodzi� dym obozowy i w kt�rej rozlega�o si� tr�bienie Kinga, po czym nurkn�� w wysok� d�ungl� obrastaj�c� brzeg w�wozu... Lecz nie uszed� jeszcze stu krok�w, a ju� ogarn�� go niepok�j. �To przecie g�upio z mojej strony � pomy�la� � �em pozwoli� Nel chodzi� samej po Afryce g�upio! g�upio! To takie dziecko! Nie powinienem jej ani na krok odst�powa�, chyba �e jest przy niej King. Kto wie, co si� mo�e trafi�! Kto wie, czy pod tym r�owym krzakiem nie siedzi jaki w��, wielkie ma�py mog� si� tu wychyli� z w�wozu i porwa� mi j� albo pok�sa�. Bro�e Bo�e! � Zrobi�em okropne g�upstwo!� I niepok�j jego przeszed� w gniew na samego siebie, a zarazem w okropny l�k. Nie namy�laj�c si� d�u�ej, zawr�ci�, jakby tkni�ty nag�ym z�ym przeczuciem. Id�c spiesznie, z t� nies�ychan� wpraw�, jakiej ju� nabra� wskutek codziennych polowa�, trzyma� gotow� do strza�u strzelb� i posuwa� si� w�r�d kolczastych mimoz bez �adnego szelestu, zupe�nie jak pantera, gdy noc� skrada si� do stada antylop. Po chwili wysun�� g�ow� z wysokich zaro�li, spojrza� � i skamienia�. Nel sta�a pod krzem kusso z wyci�gni�tymi przed siebie r�czkami; r�owe kwiaty, kt�re upu�ci�a z przera�enia, le�a�y u jej n�g, a w odleg�o�ci dwudziestu kilku krok�w wielki p�owoszary zwierz pe�zn�� ku niej w�r�d niskiej trawy. Sta� widzia� wyra�nie jego zielone oczy wpatrzone w bia�� jak kreda twarz dziewczynki, jego zw�on� z przyp�aszczonymi uszyma g�ow�, jego podniesiona w g�r� z powodu przyczajonej i pe�zaj�cej postawy �opatki, jego d�ugie cia�o i jeszcze d�u�szy ogon, kt�rego koniec porusza� si� lekkim kocim ruchem. Chwila jeszcze � jeden skok i by�oby po Nel. Na ten widok zahartowany i przywyk�y do niebezpiecze�stw ch�opak w mgnieniu oka zrozumia�, �e je�li nie odzyska zimnej krwi, je�li nie zdob�dzie si� na spok�j, przytomno��, je�li �le strzeli i tylko zrani napastnika, cho�by nawet ci�ko, to dziewczynka musi zgin��. Lecz umia� ju� do tego stopnia nad sob� zapanowa�, �e pod

wp�ywem tych my�li r�ce jego i nogi sta�y si� nagle spokojne jak stalowe spr�yny. Jednym rzutem oka dojrza� ciemn� c�tk� w pobli�u ucha zwierz�cia � jednym lekkim ruchem skierowa� ku niej lufy strzelby i wypali�. Huk wystrza�u, krzyk Nel i kr�tki chrapliwy ryk ozwa�y si� w tej samej chwili. Sta� skoczy� ku Nel i zastawiwszy j� w�asnym cia�em zmierzy� zn�w do napastnika. Lecz drugi strza� okaza� si� ca�kiem zbyteczny, albowiem straszliwy kot rozp�aszczy� si� i le�a� jak �achman, nosem przy ziemi, z pazurami wbitymi w traw�, prawie bez drgawek. P�kaj�ca kula odwali�a mu ca�y ty� g�owy wraz z kr�gami karku. Nad oczyma bieli�y mu si� krwawe, poszarpane zwoje m�zgu. A ma�y my�liwiec i Nel stali przez jaki� czas spogl�daj�c na to zabite zwierz�, to na siebie i nie mog�c ani s�owa przem�wi�. Lecz potem sta�a si� rzecz dziwna. Oto ten sam Sta�, kt�ry przed chwil� by�by zdumia� sw� zimn� krwi� i spokojem najwytrawniejszych strzelc�w ca�ego �wiata, poblad� nagle, nogi zacz�y mu si� trz���, z oczu pu�ci�y mu si� �zy, a nast�pnie chwyci� g�ow� w d�onie i zacz�� powtarza�: � O, Nel, Nel! gdybym ja nie by� wr�ci�!... I opanowa�o go takie przera�enie, taka jaka� sp�niona rozpacz, �e ka�da �y�ka drga�a w nim, jak gdyby dosta� febry. Po nies�ychanym napi�ciu woli i wszystkich si� duszy i cia�a przysz�a na� chwila s�abo�ci i folgi. W oczach stan�� mu obraz strasznego zwierza spoczywaj�cego z zakrwawion� mord� w jakiej� ciemnej jaskini i szarpi�cego cia�o Nel. A przecie� tak by� mog�o i tak by si� sta�o, gdyby nie by� powr�ci�! Jedna minuta, jedna sekunda wi�cej � i by�oby za p�no. Tej my�li nie m�g� po prostu przenie��. Sko�czy�o si� wreszcie na tym, �e Nel, och�on�wszy z przera�enia, musia�a go pociesza�. Ma�e, poczciwe stworzenie zarzuci�o mu obie r�czki na szyj� i p�acz�c tak�e, pocz�o na niego wo�a� tak g�o�no, jakby go chcia�o ze snu rozbudzi�: � Stasiu! Stasiu! mnie nic! Patrz, �e mi nic. Stasiu! Stasiu! Lecz on przyszed� do siebie i uspokoi� si� po d�ugim dopiero nadszed� Kali, kt�ry us�yszawszy strza� niedaleko od obozu i kubwa nie strzela nigdy na pr�no, przyprowadzi� z sob� konia zwierzyny. M�ody Murzyn spojrzawszy na zabite zwierz� cofn�� sta�a mu si� od razu popielata: � Wobo! � zakrzykn��. czasie. Zaraz potem wiedz�c, �e bwana dla zabrania si� nagle i twarz

Dzieci zbli�y�y si� dopiero teraz do sztywniej�cego ju� trupa. Sta� bowiem nie mia� dotychczas dok�adnego poj�cia, jaki w�a�ciwie drapie�nik pad� od jego strza�u. Ch�opcu wydawa�o si� na pierwszy rzut oka, �e jest to wyj�tkowo wielki serwal, jednak�e po bli�szym przypatrzeniu si� pozna�, �e tak nie jest, albowiem zabity zwierz przechodzi� rozmiarami nawet lamparta. P�owa jego sk�ra by�a usiana c�tkami barwy kasztanowatej, ale g�ow� mia� od lamparta w�sz�, co czyni�o go podobnym nieco do wilka, nogi wy�sze, �apy szersze i olbrzymie oczy. Jedno z nich kula wysadzi�a zupe�nie na wierzch, drugie patrzy�o jeszcze na dzieci, bezdenne, nieruchome i straszne. Sta� doszed� do przekonania, �e to jest jaki� gatunek pantery, o kt�rym zoologia tak samo nic nie wiedzia�a jak geografia o jeziorze Bassa-Narok. Kali patrzy� wci�� z niezmiernym przestrachem na rozci�gni�te zwierz� powtarzaj�c cichym g�osem, jakby si� ba� je przebudzi�: � Wobo!... Pan wielki zabi� wobo. Lecz Sta� zwr�ci� si� do dziewczynki, po�o�y� jej d�o� na g��wce, jakby chc�c si� ostatecznie upewni�, �e wobo jej nie porwa�, po czym rzek�:

� Widzisz, Nel, widzisz, �e cho�by� by�a ca�kiem du�a, to po d�ungli nie mo�esz sama chodzi�. � Prawda, Stasiu � odpowiedzia�a ze skruszon� mink� Nel. � Ale z tob� albo z Kingiem mog�? � M�w, jak to by�o? Czy� us�ysza�a, jak si� zbli�a�? � Nie... Tylko z kwiat�w wylecia�a wielka z�ota mucha, wi�c odwr�ci�am si� za ni� i zobaczy�am go, jak wy�azi� z w�wozu. � I co? � I stan��, i zacz�� na mnie patrze�. � D�ugo patrzy�? � D�ugo, Stasiu. Dopiero jak upu�ci�am kwiaty i zas�oni�am si� od niego r�koma, zacz�� si� ku mnie czo�ga�... Stasiowi przysz�o do g�owy, �e gdyby Nel by�a Murzynk�, zosta�aby natychmiast porwana, i �e ocalenie zawdzi�cza tak�e i zdziwieniu zwierz�cia, kt�re ujrzawszy po raz pierwszy nie znan� sobie istot� nie by�o na razie pewne, co ma uczyni�. I mr�z przeszed� zn�w przez ko�ci ch�opca. � Bogu dzi�ki! Bogu dzi�ki, �em wr�ci�!... Po czym pyta� dalej: � Co� sobie w tej chwili my�la�a? � Chcia�am na ciebie zawo�a� i... nie mog�am... ale... � Ale co? � Ale my�la�am, �e ty mnie obronisz... Sama nie wiem... To powiedziawszy zarzuci�a mu zn�w ramionka na szyj�, a on pocz�� g�aska� jej czuprynk�. � Nie boisz si� ju�? � Nie. � Moje ma�e Mzimu! moje Mzimu! � widzisz, co to jest Afryka! � Tak, ale ty zabijesz ka�de szkaradne zwierz�. � Zabij�. Oboje zn�w zacz�li si� przygl�da� drapie�nikowi. Sta� chc�c zachowa� na pami�tk� jego sk�r� kaza� j� Kalemu �ci�gn��, ale �w z obawy, by drugi wobo nie wylaz� do niego z w�wozu, prosi�, by go nie zostawiali samego, a na pytanie, czy rzeczywi�cie boi si� wi�cej wobo ni� lwa, rzek�: � Lew rycze� w nocy i nie przeskoczy� przez cz�stok�, a wobo przeskoczy� w bia�y dzie� i zabi� du�o Murzyn�w w �rodku wsi, a potem porwa� jednego i zje��. Od wobo w��cznia nie obroni ani �uk, tylko czary, bo wobo zabi� nie mo�na. � G�upstwo � rzek� Sta�. � Przypatrz�e si� temu, czy nie dobrze zabity? � Bia�y pan zabi� wobo, czarny cz�owiek nie zabi�! � odpowiedzia� Kali. Sko�czy�o si� na tym, �e olbrzymiego kota przywi�zano sznurem do konia � i ko� zawl�k� go do obozu. Stasiowi jednak nie uda�o si� zachowa� jego sk�ry, a to z przyczyny Kinga, kt�ry domy�liwszy si� widocznie, �e wobo chcia� porwa� jego panienk�, wpad� w taki sza� gniewu, �e nawet rozkazy Stasia nie zdo�a�y go pohamowa�. Porwawszy tr�b� zabite zwierz� wyrzuci� je dwukrotnie w g�r�, po czym zacz�� bi� nim o drzewo, a w ko�cu potratowa� je nogami i zmieni� w rodzaju bezkszta�tnej masy przypominaj�cej marmelad�. Sta� zdo�a� ocali� tylko szcz�ki, kt�re z resztkami �ba po�o�y� na drodze kolumny mr�wek, te za� w ci�gu godziny oczy�ci�y ko�ci tak znakomicie, �e nie zosta�o na �adnej ani atomu mi�sa lub krwi.

ROZDZIA� XL

W cztery dni p�niej Sta� zatrzyma� si� na d�u�szy wypoczynek na wzg�rzu podobnym nieco do G�ry Lindego, ale mniejszym i cia�niejszym. Tego samego wieczora Saba zagryz� po ci�kiej walce wielkiego samca pawiana, kt�rego napad� w chwili, gdy �w bawi� si� szcz�tkami latawca, drugiego z rz�du z tych, kt�re dzieci pu�ci�y przed wyruszeniem do oceanu. Sta� i Nel korzystaj�c z postoju postanowili klei� ci�gle coraz nowe, ale puszcza� je tylko w�wczas, gdy silny musson b�dzie d�� z zachodu na wsch�d. Sta� liczy� na to, �e je�li cho� jeden wpadnie w r�ce europejskie lub arabskie, zwr�ci na siebie niezawodnie nadzwyczajn� uwag� i przyczyni si� do wys�ania umy�lnej na ich ratunek wyprawy. Dla tym wi�kszej pewno�ci obok napis�w angielskich i francuskich dodawa� i arabskie, co nie przychodzi�o mu z trudno�ci�, albowiem j�zyk arabski zna� doskonale. Wkr�tce po wyruszeniu z postoju Kali o�wiadczy�, �e w �a�cuchu g�r, kt�re widzieli na wschodzie, poznaje niekt�re szczyty otaczaj�ce wielk� czarn� wod�, czyli BasaNarok, wszelako nie zawsze by� tego pewien gdy� zale�nie od tego, z kt�rego miejsca patrzyli, g�ry przybiera�y kszta�ty odmienne. Po przej�ciu niewielkiej doliny zaro�ni�tej krzakami kusso i wygl�daj�cej jak jedno r�owe jezioro trafili na chat� samotnych my�liwc�w. By�o w niej dw�ch Murzyn�w, z tych jeden uk�szony przez nitkowca i chory. Ale obaj byli tak dzicy i g�upi, a przy tym tak przera�eni przybyciem niespodzianych go�ci i tak pewni, �e zostan� zamordowani, �e w pierwszych chwilach niepodobna by�o od nich niczego si� dowiedzie�. Dopiero kilka p�at�w w�dzonego mi�sa rozwi�za�o j�zyk temu, kt�ry by� nie tylko chory, ale i zg�odnia�y, gdy� towarzysz udziela� mu �ywno�ci bardzo sk�po. Od niego wi�c dowiedzieli si�, �e o dzie� drogi le�� lu�ne wioski rz�dzone przez niezale�nych wzajem od siebie kr�lik�w, a nast�pnie, za strom� g�r�, poczyna si� ziemia Fumby, rozci�gaj�ca si� na zach�d i po�udnie od wielkiej wody. Stasiowi, gdy to us�ysza�, wielki ci�ar spad� z serca, a do duszy wst�pi�a nowa otucha. B�d� co b�d� byli ju� niemal na progu krainy Wa-him�w. Jak dalej p�jdzie podr�, oczywi�cie trudno by�o przewidzie�, wszelako ch�opiec m�g� si� w ka�dym razie spodziewa�, �e nie b�dzie ona ci�sza ani nawet d�u�sza od tej okropnej drogi znad brzeg�w Nilu, kt�r� jednak przeby� dzi�ki swej wyj�tkowej zaradno�ci i w czasie kt�rej uchroni� od zguby Nel. Nie w�tpi�, �e dzi�ki Kalemu Wa-himowie przyjm� ich jak najgo�cinniej i dadz� im wszelk� pomoc. Zreszt� pozna� ju� dobrze Murzyn�w, wiedzia�, jak nale�y z nimi post�powa�, i by� prawie pewien, �e nawet bez Kalego da�by sobie z nimi jako� rady. � Wiesz � m�wi� do Nel � �e od Faszody odbyli�my ju� wi�cej ni� po�ow� drogi, a podczas tej, kt�r� mamy jeszcze przed sob�, spotkamy mo�e bardzo dzikich Murzyn�w, ale nie spotkamy ju� derwisz�w. � Ja wol� Murzyn�w � odpowiedzia�a dziewczynka. � Tak, p�ki uchodzisz za bo�ka. Porwano mnie z Fajumu razem z panienk�, kt�rej by�o na imi� Nel, a odwioz� jakie� Mzimu. Powiem ojcu i panu Rawlisonowi, �eby ci� nigdy nie nazywali inaczej. A jej oczy pocz�y si� zaraz rozja�nia� i �mia�. � Mo�e zobaczymy tatusi�w w Mombassie? � Mo�e. Gdyby nie ta wojna nad brzegami Bassa-Narok, byliby�my tam pr�dzej. Potrzeba te� by�o Fumbie w to si� wdawa�! To rzek�szy skin�� na Kalego: � Kali, czy chory Murzyn s�ysza� o wojnie? � S�ysza�. By� wielka wojna, bardzo wielka: Fumby z Samburu.

� � � �

Wi�c co Sabmuru I przed I przed

b�dzie? Jak�e przejedziemy przez kraj Samburu? uciec przed panem wielkim, przed Kingiem i przed Kalim. tob�? Kalim, poniewa� Kali ma strzelb�, kt�ra grzmie� i zabija�.

Sta� pocz�� rozmy�la� nad udzia�em, jaki mu wypadnie wzi�� w zapasach mi�dzy pokoleniem Wa-him�w a Samburu, i postanowi� pokierowa� spraw� w ten spos�b, by wojna nie utrudnia�a podr�y. Rozumia�, �e przybycie ich b�dzie ca�kiem niespodziewanym wypadkiem, kt�ry od razu zapewni Fumbie przewag�. Nale�a�o tylko wyzyska� odpowiednio przewidywane zwyci�stwo. W wioskach, o kt�rych m�wi� chory my�liwiec, zasi�gn�li nowych wiadomo�ci o wojnie. By�y one coraz dok�adniejsze, ale dla Fumby niepomy�lne. Mali podr�nicy dowiedzieli si�, �e prowadzi� on walk� odporn� i �e Samburu, pod wodz� swego kr�la nazwiskiem Mamba, zaj�li ju� znaczn� przestrze� kraju Wa-him�w i zdobyli mn�stwo kr�w. Opowiadano, �e wojna wre g��wnie na po�udniowym kra�cu wielkiej wody, gdzie na wysokiej i szerokiej skale le�y wielka boma Fumby. Wiadomo�ci te mocno zmartwi�y Kalego, kt�ry te� prosi� Stasia, by jak najpr�dzej przebyli ow� g�r� dziel�c� ich od okolic obj�tych po�arem wojny, zar�czaj�c, �e potrafi znale�� drog�, kt�r� przeprowadzi nie tylko konie, ale i Kinga. By� ju� w stronach, kt�re zna� dobrze, i teraz rozr�nia� z wielk� pewno�ci� znajome od dzieci�stwa szczyty. Jednak�e przej�cie nie okaza�o si� �atwe i gdyby nie pomoc uj�tych darami mieszka�c�w ostatniej wioski, trzeba by by�o szuka� dla Kinga innej drogi. Ci znali jednak jeszcze lepiej od Kalego w�wozy le��ce z tej strony g�ry i po dw�ch dniach uci��liwej podr�y, w czasie kt�rej nocami dokucza�y wielkie zimna, przeprowadzili na koniec szcz�liwie karawan� na prze��cz, a z prze��czy na dolin� le��c� ju� w kraju Wa-him�w. Sta� zatrzyma� si� rano na post�j w tej otoczonej zaro�lami i pustej dolinie. Kali za�, kt�ry prosi�, by mu wolno by�o wyjecha� konno na wywiady w kierunku ojcowskiej bomy, odleg�ej o dzie� drogi, wyruszy� dalej jeszcze tej samej nocy. Sta� i Nel oczekiwali go przez ca�� dob� w najwi�kszym niepokoju � i ju� my�leli, �e zgin�� lub wpad� w r�ce wrog�w, gdy wreszcie zjawi� si� na wychudzonym i spienionym koniu, sam r�wnie� zm�czony i tak przybity, �e �al by�o na niego patrze�. Upad� te� natychmiast do n�g Stasia i pocz�� go b�aga� o ratunek. � O, panie wielki! � m�wi� � Samburu zwyci�y� wojownik�w Fumby, zabi� ich mn�stwo i rozp�dzi� tych, kt�rych nie zabi�, a Fumb� oblega� w wielkiej bomie na g�rze Boko. Fumba i jego wojownicy nie mie� co je�� w bomie i zgin��, je�li pan wielki nie zabi� Mamby i wszystkich Samburu razem z Mamb�. Tak b�agaj�c obejmowa� kolana Stasia, a �w zmarszczy� brwi i zastanawia� si� g��boko nad tym, co mu wypada uczyni�, gdy� jak zawsze i wsz�dzie chodzi�o mu o Nel. � Gdzie s� � zapyta� wreszcie � ci wojownicy Fumby, kt�rych rozp�dzili Samburu? � Kali ich znalaz� i oni tu nadej�� zaraz. � Ilu ich jest? M�ody Murzyn poruszy� kilkana�cie razy palcami obu r�k i n�g, ale widocznie nie m�g� dok�adnie oznaczy� liczby, z tej prostej przyczyny, �e nie umia� rachowa� wi�cej ni� do dziesi�ciu i ka�da wi�ksza ilo�� przedstawia�a mu si� tylko jako wengi, to jest mn�stwo. � Wi�c je�li tu przyjd�, to sta� na ich czele i id� ojcu na odsiecz � rzek� Sta�. � Oni si� ba� Samburu i z Kalim nie p�j��, ale z panem wielkim p�j�� i zabi�

wengi, wengi Samburu. Sta� zamy�li� si� znowu. � Nie � rzek� w ko�cu � ja nie mog� ani bra� bibi do bitwy, ani zostawi� jej samej � i nie uczyni� tego za nic w �wiecie. Na to Kali podni�s� si� i z�o�ywszy r�ce pocz�� powtarza� raz po razie: � Luela! Luela! Luela! � Co to jest Luela? � zapyta� Sta�. � Wielka boma dla kobiet Wa-hima i Samburu � odpowiedzia� m�ody Murzyn. I j�� opowiada� nadzwyczajne rzeczy. Oto Fumba i Mamba prowadzili z sob� od dawnych lat ci�g�e wojny. Niszczono sobie wzajem plantacje, porywano byd�o. Ale by�a na po�udniowym brzegu jeziora miejscowo�� zwana Luela, do kt�rej w czasie nawet najza�artszych walk kobiety obu narod�w schodzi�y si� na targ z zupe�nym bezpiecze�stwem. By�o to miejsce �wi�te. Wojna toczy�a si� tylko z m�czyznami, �adne za� kl�ski ani zwyci�stwa nie wp�ywa�y na los niewiast, kt�re w Lueli, za glinianym ogrodzeniem otaczaj�cym obszerne targowisko, znajdowa�y najzupe�niej bezpieczny przytu�ek. Wiele chroni�o si� tam w czasie zamieszek z dzie�mi i dobytkiem. Inne przychodzi�y z odleg�ych nawet wiosek, znosz�c w�dzone mi�so, fasol�, proso, maniok i rozmaite inne zapasy. Wojownikom nie wolno by�o stacza� bitew w takiej odleg�o�ci od Lueli, z jakiej dochodzi�o pianie koguta. Nie wolno im by�o r�wnie� przekracza� glinianego wa�u, kt�rym rynek by� otoczony. Mogli tylko stawa� przed wa�em, a w�wczas kobiety podawa�y im zapasy �ywno�ci przywi�zane do d�ugich bambus�w. By� to odwieczny zwyczaj i nigdy nie zdarzy�o si�, �eby kt�rakolwiek strona go z�ama�a. Zwyci�zcom chodzi�o te� zawsze o to, aby odci�� zwyci�onym drog� do Lueli i nie pozwoli� zbli�y� im si� do �wi�tego miejsca na tak� odleg�o��, z jakiej dochodzi�o pianie koguta. � O panie wielki � b�aga� Kali obejmuj�c ponownie kolana Stasia � pan wielki odprowadzi� bibi do Lueli, a sam wzi�� Kinga, wzi�� Kalego, wzi�� strzelby, wzi�� w�e ogniste i pobi� z�ych Samburu. Sta� uwierzy� opowiadaniu m�odego Murzyna, albowiem s�ysza� ju� poprzednio, �e w wielu miejscowo�ciach Afryki wojna nie obejmuje kobiet. Pami�ta�, jak niegdy� w Port-Saidzie pewien m�ody niemiecki misjonarz opowiada�, �e w okolicach olbrzymiej g�ry Kilima-Nd�aro niezmiernie wojowniczy szczep Massai dochowuje �wi�cie tego zwyczaju, na mocy kt�rego kobiety walcz�cych stron chodz� zupe�nie swobodnie na wyznaczone targowisko i nie podlegaj� nigdy napa�ciom. Istnienie tego zwyczaju na brzegach Bassa-Narok ucieszy�o Stasia mocno, albowiem m�g� by� pewny, �e Nel nie grozi �adne niebezpiecze�stwo z powodu wojny. Zamierzy� te� wyruszy� z dziewczynk� niezw�ocznie do Lueli, tym bardziej �e przed zako�czeniem wojny nie mo�na by�o i tak my�le� o dalszej podr�y, do kt�rej potrzebna by�a pomoc nie tylko Wa-him�w, ale i Sambur�w. Przywyk�y do szybkich postanowie�, wiedzia� ju�, jak ma post�pi�. Uwolni� Fumb�, pobi� Sambur�w, ale nie pozwoli� Wa-himom na zbyt krwawy odwet, a potem nakaza� spok�j i pogodzi� walcz�cych wyda�o mu si� rzecz� konieczn� i nie tylko dla niego, ale i dla Murzyn�w � najkorzystniejsz�. �Tak ma by� � i tak si� stanie!� � rzek� do siebie w duchu, a tymczasem chc�c pocieszy� m�odego Murzyna, kt�rego mu by�o �al, o�wiadczy� mu, �e pomocy nie odmawia. � Jak daleko st�d do Lueli? � zapyta�. � P� dnia drogi. � S�uchaj wi�c: odwieziemy tam bibi natychmiast, po czym pojad� na Kingu i odp�dz� Samburu od bomy twego ojca. Ty pojedziesz ze mn� i b�dziesz z nimi walczy�. � Kali b�dzie ich zabija� ze strzelby! I przeszed�szy od razu z rozpaczy do rado�ci pocz�� skaka�, �mia� si� i dzi�kowa� Stasiowi z takim zapa�em, jakby to by�o ju� po zwyci�stwie. Lecz dalsze wybuchy

wdzi�czno�ci i wesela przerwa�o mu przybycie tych wojownik�w, kt�rych zebra� w czasie swej wyprawy na zwiady i kt�rym kaza� stan�� przed obliczem bia�ego pana. By�o ich oko�o trzystu, zbrojnych w tarcze ze sk�ry hipopotama, w dziryty, �uki i no�e, G�owy mieli przybrane w pi�ra, w grzywy pawian�w i w paprocie. Na widok s�onia w s�u�bie cz�owieka, na widok bia�ych twarzy, Saby i koni ogarn�� ich taki l�k i takie� samo zdumienie jak i Murzyn�w w tych wioskach, przez kt�re karawana przechodzi�a poprzednio. Ale Kali uprzedzi� ich z g�ry, i� ujrz� dobre Mzimu i pot�nego pana, �kt�ry zabija lwy, kt�ry zabi� wobo, kt�rego boi si� s�o�, kt�ry �amie ska�y, puszcza w�e ogniste� itd. � wi�c zamiast ucieka�, stali d�ugim szeregiem w milczeniu pe�nym podziwu, po�yskuj�c tylko bia�kami oczu, niepewni, czy maj� kl�kn��, czy pada� na twarz, ale zarazem pe�ni wiary, �e je�li te nadzwyczajne istoty im pomog�, to wnet sko�cz� si� zwyci�stwa Samburu. Sta� przejecha� wzd�u� szeregu na s�oniu, zupe�nie jak w�dz, kt�ry czyni przegl�d wojska, po czym kaza� Kalemu powt�rzy� im sw� obietnic�, �e wyswobodzi Fumb�, i da� rozkaz wyruszenia do Lueli. Kali pojecha� z kilku wojownikami naprz�d, aby zapowiedzie� zebranym niewiastom obu szczep�w, �e b�d� mia�y niewypowiedziane i niebywa�e szcz�cie zobaczy� dobre Mzimu, kt�re przyjedzie na s�oniu. Rzecz by�a tak nadzwyczajna, �e nawet te kobiety, kt�re jako Wa-himki pozna�y w Kalim zaginionego nast�pc� tronu, s�dzi�y, �e m�ody syn kr�la �artuje sobie z nich, i dziwi�y si�, �e mu si� chce �artowa� w czasach dla ca�ego szczepu i dla Fumby tak ci�kich. Gdy jednak�e po up�ywie kilku godzin ujrza�y olbrzymiego s�onia zbli�aj�cego si� do wa��w, a na nim bia�y palankin, wpad�y w sza� rado�ci i przyj�y dobre Mzimu takimi okrzykami i takim wyciem, �e Sta� w pierwszej chwili poczyta� owe g�osy za wybuch nienawi�ci, a to tym bardziej �e nies�ychana brzydota tych Murzynek czyni�a je podobnymi do czarownic. Ale by�y to objawy nadzwyczajnej czci. Gdy namiot Nel ustawiono w rogu targowiska, pod cieniem dw�ch g�stych drzew, Wa-himki wraz z Samburkami ubra�y go w girlandy i wie�ce z kwiat�w, po czym naznosi�y tyle zapas�w �ywno�ci, �e wystarczy�oby ich na miesi�c nie tylko dla samego b�stwa, ale i dla jego �wity. Zachwycone niewiasty bi�y pok�ony nawet Mei, kt�ra przybrana w r�owy perkal i w kilka sznur�w niebieskich paciork�w, wyda�a im si� tak�e, jako s�u�ka Mzimu, istot� daleko od zwyk�ych Murzynek wy�sz�. Nasibu, ze wzgl�du na jego wiek dziecinny, zosta� wpuszczony za wa� i skorzysta� natychmiast z ofiar przynoszonych dla Nel tak sumiennie, i� ju� po godzinie brzuszek jego przypomina� wojenny b�ben afryka�ski.

ROZDZIA� XLI

Lecz Sta� po kr�tkim wypoczynku pod wa�ami Lueli ruszy� z Kalim na czele trzystu wojownik�w jeszcze przed zachodem s�o�ca ku bomie Fumby, chcia� bowiem uderzy� na Samburu w nocy, licz�c na to, �e w ciemno�ciach �w�e ogniste� wi�ksze sprawi� wra�enie. Droga od Lueli do g�ry Boko, na kt�rej broni� si� Fumba, wynosi�a licz�c z odpoczynkami dziewi�� godzin, tak �e pod fortec� stan�li dopiero ko�o trzeciej po p�nocy. Sta� zatrzyma� wojownik�w i nakazawszy im do czasu jak najg��bsze milczenie pocz�� rozpatrywa� si� w po�o�eniu. Szczyt g�ry, na kt�rym przytaili si� obro�cy, by� ciemny, natomiast Samburowie palili mn�stwo ogni. Blask ich

roz�wieca� spadziste �ciany ska�y i olbrzymie drzewa rosn�ce u jej st�p. Z daleka ju� dochodzi� g�uchy g�os b�bn�w oraz krzyki i �piewy wojownik�w, kt�rzy widocznie nie �a�owali sobie pombe chc�c uczci� bliskie, ostateczne ju� zwyci�stwo. Sta� posun�� si� na czele swojego oddzia�u jeszcze dalej, tak �e w ko�cu nie wi�cej ni� sto krok�w dzieli�o go od ostatnich ogni. Stra�y obozowych nie by�o ani �ladu, a noc bezksi�ycowa nie pozwoli�a dzikim dojrze� Kinga, kt�rego zas�ania�y przy tym zaro�la. Siedz�cy na jego karku Sta� wyda� po cichu ostatnie rozkazy, po kt�rych da� znak Kalemu, by podpali� jedn� z przygotowanych rac. Czerwona wst�ga wylecia�a, sycz�c, wysoko pod ciemne niebo, po czym z hukiem rozsypa�a si� w bukiet czerwonych, b��kitnych i z�otych gwiazd. Wszystkie g�osy umilk�y i nasta�a chwila g�uchej ciszy. W kilka sekund p�niej wylecia�y jakby z piekielnym chichotem jeszcze dwa ogniste w�e, ale tym razem skierowane poziomo, wprost na ob�z Sambur�w, a jednocze�nie rozleg� si� ryk Kinga i wrzask trzystu Wa-him�w, kt�rzy uzbrojeni w asagaje, maczugi i no�e, rzucili si� w niepohamowanym p�dzie naprz�d. Rozpocz�a si� bitwa, tym straszniejsza, �e odbywa�a si� w ciemno�ciach, gdy� natychmiast rozdeptano w zamieszaniu wszystkie ogniska. Ale zaraz z pocz�tku na widok w�y ognistych ogarn�a Sambur�w �lepa trwoga. To, co si� sta�o, przechodzi�o zupe�nie ich rozum. Wiedzieli tylko, �e napad�y na nich jakie� straszne istoty i �e grozi im zguba okropna i nieuchronna. Wi�ksza cz�� ich pierzcha�a, zanim dosi�g�y ich w��cznie i maczugi Wa-him�w. Stu kilkudziesi�ciu wojownik�w, kt�rych zdo�a� zebra� ko�o siebie Mamba, dawa�o zaci�ty op�r; gdy jednak przy b�yskawicach wystrza��w ujrzeli olbrzymie zwierz�, a na nim bia�o przybranego cz�owieka i gdy o uszy ich obi� si� huk broni, z kt�rej raz po raz strzela� Kali, upad�y i w nich serca. Fumba na g�rze ujrzawszy pierwsz� rac�, kt�ra p�k�a na wysoko�ciach, pad� tak�e ze strachu na ziemi� i le�a� jak nie�ywy przez kilka minut. Ale och�on�wszy zrozumia� z rozpaczliwego wycia wojownik�w jedn� rzecz, a mianowicie: �e jakie� duchy wytracaj� na dole Sambur�w. W�wczas b�ysn�a mu w g�owie my�l, �e gdyby nie przyszed� tym duchom w pomoc, to gniew ich m�g�by si� zwr�ci� i przeciw niemu; poniewa� za� zatrata Sambur�w by�a dla niego zbawieniem, wi�c zebrawszy wszystkich swych wojownik�w wysun�� si� bocznym, ukrytym wyj�ciem z bomy i przeci�� drog� wi�kszej cz�ci uciekaj�cych. Bitwa zmieni�a si� teraz w rze�. B�bny Sambur�w przesta�y hucze�. W pomroce, kt�r� rozdziera�y tylko czerwone b�yskawice wyrzucane przez strzelb� Kalego, rozlega�o si� wycie mordowanych, g�uche uderzenia maczug o tarcze i j�ki rannych. Lito�ci nikt nie prosi�, albowiem Murzyni jej nie znaj�. Kali z obawy, by w ciemno�ciach i zamieszaniu nie razi� w�asnych ludzi, przesta� wreszcie strzela� i chwyciwszy miecz Gebhra rzuci� si� z nim w �rodek nieprzyjaci�. Samburowie mogli teraz ucieka� z g�r ku swoim granicom tylko jednym szerokim w�wozem, ale poniewa� w�w�z ten zamkn�� ze swymi wojownikami Fumba, przeto z ca�ego zast�pu ocaleli ci tylko, kt�rzy rzuciwszy si� na ziemi� pozwalali si� bra� �ywcem, chocia� wiedzieli, �e czeka ich okrutna niewola lub nawet dora�na �mier� z r�ki zwyci�zc�w. Mamba broni� si� bohatersko, dop�ki uderzenie maczugi nie strzaska�o mu czaszki. Syn jego, m�ody Faru, wpad� w r�ce Fumby, a ten kaza� go zwi�za� jako przysz�� ofiar� dzi�kczynn� dla duch�w, kt�re przysz�y mu z pomoc�. Sta� nie pogna� straszliwego Kinga do bitwy, pozwoli� mu tylko rycze� na tym wi�kszy postrach nieprzyjaci�. Sam nie wypali� te� ani razu ze swego sztucera do Sambur�w, albowiem po pierwsze, obieca� ma�ej Nel opuszczaj�c Luel�, �e nikogo nie zabije, a po wt�re � nie mia� istotnie ochoty zabija� ludzi, kt�rzy ani jemu, ani Nel nie uczynili nic z�ego. Do�� by�o, �e zapewni� Wa-himom zwyci�stwo i uwolni� obl�onego w wielkiej bomie Fumb�. Wkr�tce te�, gdy Kali nadbieg� z wie�ci� o ostatecznym zwyci�stwie, da� mu rozkaz, by zaprzestano bitwy, kt�ra wrza�a jeszcze w zaro�lach i za�amach skalnych i kt�r� przed�u�a�a zawzi�to�� starego Fumby. Zanim jednak Kali zdo�a� j� u�mierzy�, uczyni� si� dzie�. S�o�ce, jak zwykle pod zwrotnikami, wytoczy�o si� szybko zza g�r i obla�o jasnym �wiat�em pobojowisko, na kt�rym le�a�o przesz�o dwie�cie trup�w Sambur�w pobodzonych w��czniami lub rozgruchotanych przez maczugi. Po pewnym czasie, gdy bitwa wreszcie usta�a i tylko

radosne wycie Wa-him�w m�ci�o cisz� porann�, zjawi� si� zn�w Kali, ale z twarz� tak pogn�bion� i smutn�, �e ju� z daleka mo�na by�o pozna�, �e spotka�o go jakie� nieszcz�cie. Jako� stan�wszy przed Stasiem pocz�� si� bi� pi�ciami po g�owie i wo�a� �a�o�nie: � O panie wielki � Fumba kufa! Fumba kufa (zabity)! � Zabity? � powt�rzy� Sta�. Kali opowiedzia�, co zasz�o, i ze s��w jego pokaza�o si�, �e przyczyn� wydarzenia by�a tylko zawzi�to�� Fumby, gdy bowiem bitwa ju� usta�a, chcia� jeszcze dobi� dw�ch Sambur�w i od jednego z nich otrzyma� cios w��czni�. Wiadomo�� rozbieg�a si� w mgnieniu oka mi�dzy wszystkimi Wa-himami i naok� Kalego uczyni�o si� zbiegowisko. W chwil� p�niej sze�ciu wojownik�w przynios�o na w��czniach starego kr�la, kt�ry nie by� zabity, ale ci�ko ranny i przed �mierci� chcia� jeszcze zobaczy� pot�nego, siedz�cego na s�oniu pana, prawdziwego zwyci�zc� Samburu. Jako� niezmierny podziw walczy� w jego oczach z mrokiem, kt�rym przys�ania�a je �mier�, a poblad�e i wyci�gni�te przez pelele jego wargi szepta�y cicho: � Yancig! yancig!... Lecz natychmiast potem g�owa przechyli�a mu si� w ty�, usta otwar�y si� szeroko � i skona�. Kali, kt�ry go kocha�, rzuci� si� z p�aczem na jego piersi. W�r�d wojownik�w jedni pocz�li bi� si� w g�owy, drudzy okrzykiwa� Kalego kr�lem i �yancigowa� na jego cze��. Niekt�rzy popadali przed m�odym w�adc� na twarze. Nie podni�s� si� ani jeden przeciwny g�os, gdy� panowanie nale�a�o si� Kalemu, nie tylko z prawa, jako najstarszemu synowi Fumby, ale i jako zwyci�zcy. Tymczasem w chatach czarownik�w ozwa�y si� w bomie na szczycie g�ry dzikie ryki z�ego Mzimu, takie same, jakie Sta� s�ysza� w pierwszej wiosce murzy�skiej, ale tym razem skierowane nie przeciw niemu, lecz domagaj�ce si� �mierci je�c�w za zabicie Fumby. B�bny pocz�y warcze�. Wojownicy uformowali si� w d�ugi zast�p, po trzech ludzi w szeregu, i rozpocz�li taniec wojenny naok� Stasia, Kalego i trupa Fumby. � Oa! oa! yah! yah! � powtarza�y wszystkie g�osy; g�owy kiwa�y si� jednostajnymi ruchami w prawo i w lewo, po�yskiwa�y bia�ka oczu, a ostrza dzid migota�y w porannym s�o�cu. Kali podni�s� si� i zwr�ciwszy do Stasia rzek�: � Pan wielki przywie�� do bomy bibi i zamieszka� w chacie Fumby. Kali by� kr�lem Wa-him�w, a pan wielki kr�lem Kalego. Sta� skin�� g�ow� na znak zgody, ale pozosta� jeszcze przez kilka godzin, poniewa� i jemu, i Kingowi nale�a� si� wypoczynek. Wyjecha� dopiero pod wiecz�r. Przez czas jego nieobecno�ci cia�a poleg�ych Samburu zosta�y uprz�tni�te i powrzucane w poblisk� g��bok� przepa��, nad kt�r� zakot�owa�y si� zaraz stada s�p�w; czarownicy poczynili przygotowania do pogrzebu Fumby, a Kali obj�� w�adz� jako jedyny pan �ycia i �mierci wszystkich poddanych. � Czy wiesz, kto to jest Kali? � zapyta� Sta� dziewczynki w powrotnej drodze z Lueli. Nel spojrza�a na niego ze zdziwieniem. � To tw�j boy. � Aha! boy! Kali � to teraz kr�l wszystkich Wa-him�w.

Nel ucieszy�a si� t� wiadomo�ci� ogromnie. Ta nag�a zmiana, dzi�ki kt�rej dawny niewolnik okrutnego Gebhra, a potem pokorny s�uga Stasia zosta� kr�lem, wyda�a jej si� czym� nadzwyczajnym i zarazem nies�ychanie zabawnym. Jednak�e uwaga Lindego, �e Murzyni s� jak dzieci, kt�re nie s� zdolne zapami�ta�, co by�o wczoraj, nie okaza�a si� w zastosowaniu do Kalego s�uszna, gdy� jak tylko Sta� i Nel stan�li u podn�a g�ry Boko, m�ody monarcha wybieg� skwapliwie na ich spotkanie, powita� ich ze zwyk�ymi oznakami pokory i rado�ci i powt�rzy� te s�owa, kt�re ju� wypowiedzia� poprzednio: � Kali by� kr�lem Wa-him�w, a pan wielki kr�lem Kalego. I otoczy� oboje czci� niemal bosk�, a szczeg�lnie bi� pok�ony wobec ca�ego ludu przed Nel, wiedzia� bowiem z do�wiadczenia nabytego podczas podr�y, �e pan wielki dba o ma�� bibi wi�cej ni� o siebie samego. Wprowadziwszy ich uroczy�cie na szczyt do sto�ecznej bomy odda� im chat� Fumby podobn� do wielkiej, podzielonej na kilka kom�r szopy. Wa-himkom, kt�re przysz�y razem z nimi z Lueli i kt�re nie mog�y si� do�� napatrzy� dobremu Mzimu, poleci� poustawia� w pierwszej komorze dzie�e z miodem i kwa�nym mlekiem, gdy za� dowiedzia� si�, �e znu�ona drog� bibi usn�a, nakaza� wszystkim mieszka�com jak najg��bsz� cisz�, pod kar� uci�cia j�zyka. Lecz postanowi� ich uczci� jeszcze uroczy�ciej i w tym celu, gdy Sta� po kr�tkim wypoczynku wyszed� przed szop�, zbli�y� si� do niego i oddawszy mu pok�on rzek�: � Jutro Kali kaza� pochowa� Fumb� i �ci�� dla Fumby i dla Kalego tylu niewolnik�w, ile obaj maj� palc�w u r�k, ale dla bibi i dla pana wielkiego Kali kaza� �ci�� Faru, syna Mamby, i wengi, wengi innych Sambur�w, kt�rych po�apali Wa-himowie. A Sta� zmarszczy� brwi i pocz�� patrze� swymi stalowymi oczyma w oczy Kalego, po czym odpowiedzia�: � Zakazuj� ci tego uczyni�. � Panie � rzek� niepewnym g�osem m�ody Murzyn � Wa-hima zawsze �cina� niewolnik�w. Stary kr�l umrze� � �cina�; m�ody kr�l nasta� � �cina�. Gdyby Kali nie kaza� ich �cina�, Wa-hima my�leliby, �e Kali nie kr�l. Sta� patrzy� coraz surowiej. � Wi�c c�? � spyta�. � A ty czy� si� niczego nie nauczy� na G�rze Lindego i czy nie jeste� chrze�cijaninem? � Jestem, o panie wielki. � Wi�c s�uchaj! Wa-hima maj� czarne m�zgi, ale tw�j m�zg powinien by� bia�y. Ty skoro zosta�e� ich kr�lem, powiniene� ich o�wieci� i nauczy� tego, czego nauczy�e� si� ode mnie i od bibi. Oni s� jak szakale i jak hieny � uczy� z nich ludzi. Powiedz im, �e je�c�w nie wolno �cina�, bo za krew bezbronnych karze Wielki Duch, do kt�rego modl� si� i ja, i bibi. Biali nie morduj� niewolnik�w, a ty chcesz by� gorszy dla nich, ni� by� dla ciebie Gebhr � ty, chrze�cijanin! Wstyd� si�, Kali, zmie� stare, obrzyd�e zwyczaje Wa-him�w na dobre, a za to pob�ogos�awi ci� B�g i bibi nie powie, �e Kali jest dziki, g�upi i z�y Murzyn. Okropne ryki w chatach czarownik�w zg�uszy�y jego s�owa. Sta� machn�� r�k� i m�wi� dalej: � S�ysz�! to wasze z�e Mzimu chce krwi i g��w je�c�w. Ale ty przecie wiesz, co to znaczy � i ciebie ono nie przestraszy. Wi�c ci powiem tak: we� bambus, id� do ka�dej z chat i bij w sk�r� czarownik�w dop�ty, dop�ki nie zaczn� rycze� g�o�niej ni� ich b�bny. A b�bny powyrzucaj na �rodek bomy, a�eby wszyscy Wa-imowie obaczyli i zrozumieli, jak ich te �otry oszukuj�. Powiedz zarazem twoim g�upim Wa-himom to, co sam og�osi�e� ludziom M'Ruy, �e tam, gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie mo�e by� przelana.

M�odemu kr�lowi trafi�y widocznie do przekonania s�owa Stasia, gdy� spojrza� na niego nieco �mielej i rzek�: � Kali wybi�, ach, wybi� czarownik�w! Wyrzuci� b�bny i powiedzie� Wa-himom, �e tam gdzie jest dobre Mzimu, nie wolno nikogo zabi�. Ale co Kali ma uczyni� z Faru i Samburami, kt�rzy zabili Fumb�? Sta�, kt�ry u�o�y� ju� sobie wszystko w g�owie i kt�ry czeka� tylko na to pytanie, odpowiedzia� natychmiast: � Tw�j ojciec zgin�� i jego ojciec zgin��, wi�c g�owa za g�ow�. Zawrzesz z m�odym Faru przymierze krwi, po czym Wa-hima i Samburu b�d� �yli w zgodzie, b�d� spokojnie uprawiali maniok i polowali. Ty opowiesz Faru o Wielkim Duchu, kt�ry jest ojcem wszystkich bia�ych i czarnych ludzi, a Faru b�dzie ci� kocha� jak brata. � Kali mie� teraz bia�y m�zg! � odpowiedzia� m�ody Murzyn. I na tym sko�czy�a si� rozmowa. W chwil� p�niej rozleg�y si� zn�w dzikie ryki, ale ju� nie z�ego Mzimu, tylko obu czarownik�w, kt�rych Kali bi� w sk�r�, ile wlaz�o. Wojownicy, kt�rzy na dole otaczali wci�� Kinga zwartym pier�cieniem, przylecieli co duchu na g�r�, aby zobaczy�, co si� dzieje, i przekonali si� niebawem i w�asnymi oczyma, i z wyzna� czarownik�w, �e z�e Mzimu, przed kt�rym dr�eli dotychczas, to tylko wydr��ony pie� obci�gni�ty ma�pi� sk�r�. A m�ody Faru, gdy oznajmiono mu, �e nie tylko nie zgruchoc� mu g�owy na cze�� dobrego Mzimu i �wielkiego pana�, ale �e Kali ma zje�� �kawa�ek� jego, a on �kawa�ek� Kalego, nie chcia� uszom wierzy�, a nast�pnie dowiedziawszy si�, komu zawdzi�cza �ycie, po�o�y� si� twarz� do ziemi przed wej�ciem do chaty Fumby i le�a� dop�ty, dop�ki Nel nie wysz�a do niego i nie kaza�a mu powsta�. W�wczas obj�� swymi czarnymi d�o�mi jej ma�� n�k� i postawi� j� na swej g�owie na znak, �e przez ca�e �ycie chce zosta� jej niewolnikiem. Wa-himowie bardzo si� dziwili rozkazom m�odego kr�la, ale obecno�� nieznanych go�ci, kt�rych poczytywali za najpot�niejszych w �wiecie czarownik�w, sprawi�a, �e nikt nie �mia� si� sprzeciwi�. Starzy nie byli jednak radzi nowym zwyczajom, a dwaj czarownicy zrozumiawszy, �e dobre czasy sko�czy�y si� dla nich raz na zawsze, poprzysi�gli w duszy okropn� zemst� kr�lowi i przybyszom. Ale tymczasem pochowano uroczy�cie Fumb� u st�p ska�y pod bom�. Kali zatkn�� na jego grobie krzy� z bambus�w, Murzyni za� postawili kilka naczy� z pombe i z w�dzonym mi�sem, �aby nie dokucza� i nie straszy� po nocy�. Cia�o Mamby po zawarciu braterstwa krwi mi�dzy Kalim a Faru oddano Samburom.

ROZDZIA� XLII

� Nel, potrafisz wyliczy� nasze podr�e od Fajumu? � pyta� Sta�. � Potrafi�. To m�wi�c dziewczynka podnios�a w g�r� brwi i zacz�a rachowa� na paluszkach.

� Zaraz. Od Fajumu do Chartumu � to jedna; od Chartumu do Faszody � to druga; od Faszody do tego w�wozu, w kt�rym znale�li�my Kinga � to trzecia; a od G�ry Lindego do jeziora � to czwarta. � Tak. Chyba nie ma na �wiecie drugiej muchy, kt�ra by przelecia�a taki kawa� Afryki. � �adnie by ta mucha wygl�da�a bez ciebie! A � � � on pocz�� si� �mia�. Mucha na s�oniu! Mucha na s�oniu! Ale nie tse-tse? prawda, Stasiu? nie tse-tse? Nie � odpowiedzia� � taka sobie dosy� mi�a mucha!

Nel, rada z pochwa�y, otar�a mu nosek o rami�, po czym spyta�a: � A kiedy pojedziemy w pi�t� podr�? � Jak ty wypoczniesz, a ja naucz� troch� strzela� tych ludzi, kt�rych obieca� da� nam Kali. � I d�ugo b�dziemy jechali? � Oj! d�ugo, Nel, d�ugo! Kto wie, czy to nie b�dzie najd�u�sza droga. � Ale ty sobie poradzisz jak zawsze! � Musz�. Jako� Sta� radzi� sobie, jak m�g�, ale ta pi�ta podr� wymaga�a wielu przygotowa�. Mieli zapu�ci� si� zn�w w nieznane krainy, w kt�rych grozi�y rozliczne niebezpiecze�stwa, wi�c ch�opiec pragn�� ubezpieczy� si� przeciw nim lepiej, ni� zdo�a� to uczyni� poprzednio. W tym celu �wiczy� w strzelaniu z remington�w czterdziestu m�odych Wa-him�w, kt�rzy mieli stanowi� g��wn� si�� zbrojn� i niejako gwardi� Nel. Wi�cej strzelc�w nie m�g� mie�, gdy� King przyd�wiga� tylko dwadzie�cia pi�� karabin�w, a na koniach przysz�o pi�tna�cie. Reszt� armii mia�o stanowi� stu Wa-him�w i stu Sambur�w zbrojnych we w��cznie i �uki, kt�rych obieca� dostarczy� Faru, a kt�rych obecno�� usuwa�a wszelkie trudno�ci podr�y przez obszern� i bardzo dzik� krain� zamieszka�� przez szczepy Samburu. Sta� nie bez pewnej dumy my�la�, �e uciek�szy w czasie podr�y z Faszody tylko z Nel i z dwojgiem Murzyn�w, bez �adnych �rodk�w, mo�e przyj�� na brzeg oceanu na czele dwustu zbrojnych ludzi ze s�oniem i ko�mi. Wyobra�a� sobie, co na to powiedz� Anglicy, kt�rzy tak wysoko ceni� zaradno��, ale przede wszystkim, co powie jego ojciec i pan Rawlison. My�l o tym os�adza�a mu wszelkie trudy. Jednak�e nie by� wcale spokojny o w�asne i Nel losy. Dobrze! przejdzie zapewne �atwo posiad�o�ci Wa-him�w i Sambur�w, lecz co potem? Na jakie trafi jeszcze szczepy, w jakie wejdzie okolice i ile mu pozostanie drogi? Wskaz�wki Lindego by�y zbyt og�lne. Stasia trapi�o to mocno, �e w�a�ciwie nie wiedzia�, gdzie jest, gdy� ta cz�� Afryki wygl�da�a na mapach, z kt�rych si� uczy� geografii, zupe�nie jak bia�a karta. Nie mia� te� �adnego poj�cia, co to jest to jezioro Bassa-Narok i jak jest wielkie. By� na po�udniowym jego kra�cu, przy kt�rym szeroko�� rozlewu mog�a wynosi� kilkana�cie kilometr�w. Ale jak daleko jezioro ci�gn�o si� na p�noc, tego nie umieli mu powiedzie� ani Wa-himowie, ani Samburowie. Kali, kt�ry zna� jako tako j�zyk ki-swahili, na wszystkie pytania odpowiada� tylko: �Bali! bali!�, co znaczy: daleko! daleko! � ale to by�o wszystko, co Sta� zdo�a� z niego wydoby�. Poniewa� na p�nocy g�ry zamykaj�ce widnokr�g wydawa�y si� do�� bliskie, wi�c przypuszcza�, �e jest to jakie� niezbyt obszerne g�rskie jezioro, takie, jakich wiele znajduje si� w Afryce. W kilka lat pokaza�o si�, jak ogromn� pope�ni� omy�k�, na razie jednak nie tyle chodzi�o mu o dok�adne poznanie obszaru BassaNarok, ile o to, czy nie wyp�ywa z niego jaka rzeka, kt�ra nast�pnie wpada do oceanu. Samburowie, poddani Faru, twierdzili, �e na wsch�d od ich kraju le�y jaka� wielka pustynia bezwodna, kt�rej nikt jeszcze nie przeby�. Sta�, kt�ry zna� Murzyn�w z opowiada� podr�nik�w, z przyg�d Lindego, a po cz�ci i z w�asnych do�wiadcze�, wiedzia�, �e gdy rozpoczn� si� niebezpiecze�stwa i trudy, wielu jego

ludzi zemknie z powrotem do domu, a mo�e nie pozostanie mu �aden. W takim razie znalaz�by si� W�r�d puszcz i pusty� tylko z Nel, z Me� i ma�ym Nasibu. Przede wszystkim jednak rozumia�, �e brak wody rozproszy�by karawan� natychmiast, i dlatego dopytywa� si� tak usilnie o rzek�. Id�c z jej biegiem mo�na by oczywi�cie unikn�� tych okropno�ci, na jakie podr�nicy nara�eni s� w okolicach bezwodnych. Ale Samburowie nie umieli mu powiedzie� nic pewnego, sam za� nie m�g� sobie pozwoli� na d�u�sz� wycieczk� wzd�u� wschodniego wybrze�a jeziora, albowiem inne zaj�cia zatrzymywa�y go w Boko. Wyliczy�, �e z latawc�w puszczanych z G�ry Lindego i po drodze z wiosek murzy�skich, prawdopodobnie �aden nie przelecia� przez �a�cuch szczyt�w otaczaj�cych Bassa-Narok. Z tego powodu nale�a�o robi� i puszcza� nowe, albowiem te dopiero wiatr m�g� zanie�� przez p�ask� pustyni� daleko � mo�e a� do oceanu. Ow� tej roboty musia� dogl�da� osobi�cie: Nel bowiem umia�a doskonale klei� latawce, a Kali nauczy� si� je puszcza� � �adne z nich jednak nie by�o w stanie wypisa� na nich tego wszystkiego, co wypisa� nale�a�o. Sta� uwa�a�, �e jest to rzecz wielkiego znaczenia, kt�rej stanowczo nie wolno zaniedbywa�. Wi�c te roboty zaj�y gotowa do drogi. Ale kr�l Wa-him�w stan�� � Kali p�j�� z panem ludzi. mu tyle czasu, �e karawana dopiero po trzech tygodniach by�a w wigili� tego dnia, w kt�rym miano o �wicie wyruszy�, m�ody przed Stasiem i sk�oniwszy mu si� g��boko, rzek�: i z bibi a� do wody, po kt�rej p�ywaj� wielkie pirogi bia�ych

Stasia wzruszy� ten dow�d przywi�zania, jednakie s�dzi�, �e nie ma prawa zabiera� z sob� ch�opca w tak ogromn� podr�, z kt�rej powr�t by� dla niego bardzo niepewny. � Dlaczego chcesz i�� z nami? � zapyta�. � Kali kocha� pana wielkiego i bibi. Sta� po�o�y� mu d�o� na we�nistej g�owie. � Wiem, Kali, ty jeste� poczciwy i dobry ch�opiec. Ale c� si� stanie z twoim kr�lestwem i kto b�dzie rz�dzi� za ciebie Wa-himami? � M�Tana, brat matki Kalego. Sta� wiedzia�, �e i mi�dzy Murzynami tocz� si� walki o w�adz� i �e panowanie n�ci ich tak samo jak bia�ych, wi�c pomy�la� chwil� i rzek�: � Nie, Kali. Ja ci� nie mog� zabra�. Ty musisz zosta� z Wa-himami, aby uczyni� z nich dobrych ludzi. � Kali do nich powr�ci�. � M�Tana ma wielu syn�w, wi�c co b�dzie, je�li zechce sam by� kr�lem i zostawi� kr�lestwo swoim synom, a Wa-him�w podm�wi, �eby ci� wyp�dzili? � M�Tana dobry. On tego nie zrobi�. � Ale je�eli zrobi? � To Kali p�j�� zn�w nad wielk� wod�, do pana wielkiego i bibi. � Nas ju� tam nie b�dzie. � To Kali si��� nad wod� i z �alu p�aka�. Tak m�wi�c za�o�y� r�ce na g�ow� � po chwili za� wyszepta�: � Kali bardzo kocha� pana wielkiego i bibi � bardzo. I dwie wielkie �zy za�wieci�y mu w oczach. Sta� zawaha� si�, jak ma post�pi�. By�o mu Kalego �al, jednak�e nie zgodzi� si� od razu na jego pro�b�. Zrozumia�, �e � nie m�wi�c ju� o niebezpiecze�stwach powrotu � je�li M�Tana lub czarownicy zbuntuj� Murzyn�w, wtedy ch�opcu zagrozi nie tylko wyp�dzenie z kraju, ale i �mier�. � Lepiej b�dzie dla ciebie zosta� � rzek� � bez por�wnania lepiej! Lecz w czasie gdy to m�wi�, wesz�a Nel, kt�ra przez cienk� mat� przedzielaj�c�

komory pocz�a � Kali � Oho! � Kali � Albo

s�ysza�a doskonale ca�� rozmow�, i ujrzawszy teraz �zy w oczach Kalego je paluszkami �ciera� z jego rz�s, a nast�pnie zwr�ci�a si� do Stasia. p�jdzie z nami � rzek�a z wielk� stanowczo�ci�. � odpowiedzia� nieco ura�ony Sta� � to nie zale�y od ciebie. p�jdzie z nami � powt�rzy�a. nie p�jdzie.

Nagle tupn�a n�k�. � Ja chc�! I sama rozp�aka�a si� serdecznie. Sta� spojrza� na ni� z najwi�kszym zdziwieniem, jakby nie rozumiej�c, co si� sta�o tak zawsze dobrej i �agodnej dziewczynce, lecz widz�c, �e obie pi�stki wsadzi�a w oczy, a w otwarte usta �owi jak ptaszek powietrze, pocz�� wo�a� z wielkim po�piechem: � Kali p�jdzie z nami! p�jdzie! p�jdzie! Czego p�aczesz? Jaka niezno�na! P�jdzie! A to mnie pozbad�a! p�jdzie � s�yszysz? I tak si� sta�o. Sta� wstydzi� si� a� do wieczora swej s�abo�ci dla dobrego Mzimu, a dobre Mzimu postawiwszy na swoim by�o tak ciche, �agodne i pos�uszne jak zawsze.

ROZDZIA� XLIII

Karawana ruszy�a nast�pnego dnia o �wicie. M�ody Murzyn by� wes�, ma�a despotka �agodna i pos�uszna w dalszym ci�gu, a Sta� pe�en energii i nadziei. Sz�o z nimi stu Sambur�w i stu Wa-him�w � czterdziestu z tych ostatnich zbrojnych w remingtony, z kt�rych jako tako umieli strzela�. Bia�y w�dz, kt�ry ich w tym �wiczy� przez trzy tygodnie, wiedzia� wprawdzie, �e w danym razie narobi� daleko wi�cej ha�asu ni� szkody, ale my�la�, �e w spotkaniach z dzikimi ha�as odgrywa nie mniejsz� rol� od kuli, i rad by� ze swej gwardii. Wzi�to wielkie zapasy manioku, plack�w wypieczonych z wielkich i t�ustych bia�ych mr�wek wysuszonych starannie i zmielonych na m�k� oraz moc w�dzonego mi�sa. Z karawan� ruszy�o kilkana�cie kobiet, kt�re nios�y rozmaite dobre rzeczy dla Nel i worki ze sk�r antylop na wod�. Sta� z wysoko�ci grzbietu Kinga pilnowa� porz�dku, wydawa� rozkazy � mo�e nie tyle dlatego, �e by�y potrzebne, ile z tego powodu, �e upaja�a go rola wodza � i z dum� spogl�da� na swoj� ma�� armi�. �Gdybym chcia� � m�wi� sobie � to m�g�bym tu zosta� kr�lem nad wszystkimi ludami Doko � tak jak Beniowski na Madagaskarze!� I przez g�ow� przelecia�a mu my�l, czyby nie dobrze by�o wr�ci� tu kiedy, podbi� wielki obszar kraju, ucywilizowa� Murzyn�w, za�o�y� w tych stronach now� Polsk� albo nawet ruszy� kiedy� na czele czarnych wy�wiczonych zast�p�w do starej. Poniewa� czu� jednak, �e jest w tej my�li co� �miesznego, i poniewa� w�tpi�, czy ojciec da�by mu pozwolenie na odegranie roli Aleksandra Macedo�skiego w Afryce, przeto nie zwierzy� si� ze swymi planami Nel, kt�ra by�a jedyn� zapewne w �wiecie osob� gotow� im przyklasn��. A przy tym przed podbojem tych okolic Afryki nale�a�o si� przede wszystkim z nich

wydosta�; wi�c zaj�� si� bli�szymi sprawami. Karawana rozci�gn�a si� d�ugim sznurem. Sta� siedz�c na karku Kinga postanowi� jecha� na jej ko�cu, aby mie� wszystko i wszystkich przed oczyma. Ow� gdy ludzie przechodzili jeden za drugim ko�o niego, spostrzeg� nie bez zdziwienia, �e dwaj czarownicy, M'Kunje i M'Pua, ci sami, kt�rzy dostali wnyki od Kalego, nale�� do karawany i z pakunkami na g�owach ruszaj� wraz z innymi w drog�. Wi�c zatrzyma� ich i zapyta�: � Kto wam kaza� i��? � Kr�l � odpowiedzieli obaj k�aniaj�c si� pokornie. Ale pod pokrywk� pokory oczy ich po�yskiwa�y tak dziko, a w twarzach odbija�a si� taka z�o��, �e Sta� w pierwszej chwili chcia� ich odp�dzi� i je�li tego nie uczyni�, to jedynie z tego powodu, by nie podkopywa� powagi Kalego. Jednak�e przywo�a� go natychmiast. � Czy to ty � zapyta� � kaza�e� czarownikom i�� z nami? � Kali kaza�, albowiem Kali jest m�dry. � Wi�c pytam jeszcze raz, dlaczego twoja m�dro�� nie pozostawi�a ich w domu? � Bo gdyby MKunje i M'Pua zostawi�, w�wczas obaj namawia� by Wa-him�w, �eby Wahimowie zabi� Kalego po powrocie, ale je�li oni i�� z nami, Kali na nich patrze� i pilnowa�. Sta� pomy�la� chwil� i rzek�: � Mo�e masz s�uszno��, jednak�e zwracaj na nich dzie� i noc piln� uwag�, gdy� �le im patrzy z oczu. � Kali mie� bambus � odpowiedzia� m�ody Murzyn. Karawana ruszy�a. Sta� w ostatniej chwili rozkaza�, by zbrojna w remingtony gwardia zamyka�a poch�d, gdy� byli to ludzie upatrzeni przez niego, wybrani i najpewniejsi. Podczas �wicze� z broni�, kt�re trwa�y do�� d�ugo, przywi�zali si� w pewnym stopniu do swego m�odego wodza, a zarazem, jako najbli�si jego dostojnej osoby, uwa�ali si� za co� lepszego od innych. Obecnie mieli czuwa� nad ca�� karawan� i chwyta� tych, kt�rym by przysz�a ch�tka drapn��. By�o do przewidzenia, �e gdy rozpoczn� si� trudy i niebezpiecze�stwa, nie zbraknie tak�e i zbieg�w. Ale pierwszego dnia wszystko sz�o jak najlepiej. Murzyni z ci�arami na g�owach, ka�dy zbrojny we w��czni� i kilka pomniejszych dziryt�w, czyli tak zwanych asagai, rozci�gn�li si� d�ugim w�em w�r�d d�ungli. Przez czas jaki� posuwali si� po�udniowym brzegiem jeziora po p�aszczy�nie, ale poniewa� jezioro otacza�y ze wszystkich stron wynios�e szczyty, wi�c gdy skr�cili ku wschodowi, trzeba si� by�o pi�� pod g�r�. Starzy Samburowie, kt�rzy znali te strony, twierdzili, �e karawana b�dzie musia�a przej�� przez wysokie prze��cze mi�dzy g�rami, kt�re zwali Kullal i Inro, po czym wejdzie do krainy Ebene le��cej na po�udnie od Borani. Sta� rozumia�, �e nie mo�na i�� wprost na wsch�d, pami�ta� bowiem, �e Mombassa le�y o kilka stopni za r�wnikiem, a zatem znacznie od tego nieznanego jeziora na po�udnie. Posiadaj�c kilka kompas�w po Lindem, nie obawia� si� jednak zmyli� w�a�ciwej drogi. Pierwszy nocleg wypad� im na lesistej wy�ynie. Wraz z nastaniem ciemno�ci zap�on�o kilkadziesi�t ognisk, przy kt�rych Murzyni piekli suszone mi�so i jedli ciasto z korzeni manioku wybieraj�c je z naczy� palcami. Po zaspokojeniu g�odu i pragnienia rozpowiadali sobie, dok�d ich bwana kubwa prowadzi i co za to od niego dostan�. Niekt�rzy �piewali siedz�c w kucki i grzebi�c w ogniu, wszyscy za� gadali tak d�ugo i tak g�o�no, �e Sta� musia� w ko�cu nakaza� milczenie, by Nel mog�a spa�. Noc by�a bardzo ch�odna, ale nazajutrz, gdy pierwsze promienie s�o�ca roz�wieci�y

okolic�, powietrze ociepli�o si� natychmiast. O wschodzie s�o�ca mali podr�nicy ujrzeli dziwne widowisko. Zbli�ali si� w�a�nie do jeziorka rozleg�ego na dwa kilometry, a raczej do wielkiej ka�u�y utworzonej przez d�d�e w kotlinie g�rskiej, gdy nagle Sta�, siedz�c wraz z dziewczynk� na Kingu i rozgl�daj�c si� przez lunet� po okolicy, zawo�a�: � Patrz, Nel, s�onie id� do wody. Jako� na odleg�o�� p� kilometra wida� by�o stadko z�o�one z pi�ciu sztuk zbli�aj�cych si� z wolna jedna za drug� do jeziorka. � To jakie� dziwne s�onie � rzek� Sta� przypatruj�c si� im ci�gle z wielk� uwag�. � S� mniejsze od Kinga, uszy maj� tak�e daleko mniejsze i wcale nie widz� k��w. Tymczasem s�onie wesz�y do wody, lecz nie zatrzyma�y si� na brzegu, jak to czyni� zwykle King, i nie pocz�y si� polewa� tr�bami, ale id�c wci�� naprz�d, zanurza�y si� coraz g��biej, tak �e w ko�cu tylko ich czarne grzbiety wystawa�y nad wod�, na podobie�stwo z�om�w skalnych. � Co to jest? Nurkuj�! � zawo�a� Sta�. Karawana zbli�y�a si� znacznie do brzegu, a wreszcie stan�a tu� nad nim. Sta� zatrzyma� j� i pocz�� spogl�da� z nadzwyczajnym zdumieniem to na Nel, to na jezioro. S�oni nie by�o ju� prawie wida�, tylko na g�adkiej szybie wodnej mo�na by�o nawet go�ym okiem odr�ni� pi�� jakby okr�g�ych czerwonych kwiat�w wystaj�cych nad powierzchni� i ko�ysz�cych si� lekkim ruchem. � One stoj� na dnie, a to ko�ce tr�b � ozwa� si� Sta� nie wierz�c w�asnym oczom. Po czym zawo�a� na Kalego: � Kali! widzia�e�? � Tak, panie, Kali widzie�, to s� s�onie wodne � odpowiedzia� spokojnie m�ody Murzyn. � S�onie wodne? � Kali widzie� je nieraz. � I one �yj� w wodzie? � W nocy wychodzi� w d�ungl� i pa�� si�, a w dzie� mieszka� w jeziorze, tak jak kiboko (hipopotamy). One wyj�� dopiero po zachodzie s�o�ca. Sta� d�ugo nie m�g� och�on�� ze zdziwienia i gdyby nie to, �e pilno by�o mu w drog�, by�by zatrzyma� karawan� a� do wieczora, by lepiej przypatrze� si� osobliwym zwierz�tom. Ale przysz�o mu do g�owy, �e s�onie mog� wynurzy� si� po przeciwnej stronie jeziora, a cho�by wysz�y gdzie bli�ej, trudno b�dzie przyjrze� si� im po ciemku dok�adniej. Da� wi�c znak do odjazdu, ale po drodze m�wi� do Nel: � No! widzieli�my co� takiego, czego nie widzia�y nigdy oczy �adnego Europejczyka. I wiesz, co my�l� � �e je�li dojdziemy szcz�liwie do oceanu, to nikt nam nie uwierzy, gdy powiem, �e s� w Afryce s�onie wodne. � A gdyby� jednego z nich z�apa� i zabra� z nami do oceanu? � rzek�a Nel, przekonana jak zawsze, �e Sta� wszystko potrafi.

ROZDZIA� XLIV

Po dziesi�ciu dniach drogi karawana przesz�a wreszcie prze��cze g�rskie i wesz�a w kraj odmienny. By�a to obszerna r�wnina, gdzieniegdzie tylko powyginana w niewielkie wzg�rza, ale przewa�nie p�aska. Ro�linno�� zmieni�a si� zupe�nie. Nie by�o wielkich drzew wznosz�cych si� pojedynczo lub po kilka nad faluj�c� powierzchni� wysokich traw. Gdzieniegdzie tylko stercza�y w znacznym od siebie oddaleniu akacje wydaj�ce gum�, o pniach barwy koralowej lub parasolowate, ale o uli�cieniu rzadkim i daj�cym ma�o cienia. Mi�dzy kopcami termit�w strzela�a tu i �wdzie w g�r� euforbia, z ga��ziami podobnymi do ramion �wiecznika. Pod niebem unosi�y si� s�py, a ni�ej przelatywa�y z akacji na akacj� ptaki z rodzaju kruk�w, upierzone czarno i bia�o. Trawy by�y ��te i w k�osach, jak dojrza�e �yto. A jednak�e ta sucha d�ungla dostarcza�a widocznie obficie �ywno�ci dla wielkiej ilo�ci zwierz�t, albowiem kilka razy na dzie� podr�nicy spotykali znaczne stada antylop gnu, bubal�w i szczeg�lnie zebr. Upa�y na otwartej i bezdrzewnej p�aszczy�nie uczyni�y si� niezno�ne. Niebo by�o bez chmur, dni znojne, a noce niewiele przynosi�y wypoczynku. Podr� stawa�a si� z ka�dym dniem uci��liwsza. W wioskach, na kt�re natrafia�a karawana, dzika niezmiernie ludno�� przyjmowa�a j� ze strachem, ale przewa�nie niech�tnie, i gdyby nie znaczna ilo�� zbrojnych pagazich, a r�wnie� gdyby nie widok bia�ych twarzy, Kinga i Saby, podr�nikom grozi�oby wielkie niebezpiecze�stwo. Sta� zdo�a� za pomoc� Kalego dowiedzie� si�, �e dalej wcale nie ma wiosek i �e kraj jest bezwodny. Trudno temu by�o uwierzy�, bo liczne stada, kt�re spotykano, musia�y gdzie� pi�. Jednak�e opowiadania o pustyni, w kt�rej nie ma ani rzek, ani ka�u�y, przestraszy�y Murzyn�w i rozpocz�o si� zbiegostwo. Pierwsi dali przyk�ad M'Kunje i M'Pua. Na szcz�cie wcze�nie dostrze�ono ucieczk� i konny po�cig schwyta� ich jeszcze niedaleko obozu, a gdy ich przyprowadzono, Kali przedstawi� im za pomoc� bambusa ca�� niew�a�ciwo�� ich post�pku. Sta� zebrawszy wszystkich pagazich mia� do nich przemow�, kt�r� m�ody Murzyn t�umaczy� na j�zyk miejscowy. Korzystaj�c z tego, �e na poprzednim postoju lwy rycza�y ca�� noc naok� obozu, Sta� stara� si� przekona� swych ludzi, �e kto ucieknie, ten niechybnie stanie si� ich �upem, a gdyby nawet nocowa� na akacjach, to znajdzie tam straszliwsze jeszcze wobo. M�wi� nast�pnie, �e gdzie �yj� antylopy, tam musi by� i woda, je�li za� w dalszej drodze trafi� na okolice wody pozbawione, to mo�na przecie nabra� jej na dwa i trzy dni w worki uszyte ze sk�r antylop. Murzyni s�uchaj�c jego s��w powtarzali co chwila jedni drugim: �O matko, jaka� to prawda!�, ale nast�pnej nocy zbieg�o pi�ciu Sambur�w i dw�ch Wa-him�w, a potem co noc kto� ubywa�. M�Kunje i M'Pua nie pr�bowali jednak szcz�cia po raz drugi z tej prostej przyczyny, �e Kali codziennie po zachodzie s�o�ca kaza� ich wi�za�. Jednak�e kraj stawa� si� coraz bardziej suchy, a s�o�ce wypala�o niemi�osiernie d�ungl�. Nie by�o wida� nawet akacyj. Stada antylop pojawia�y si� ci�gle, lecz mniej liczne. Osio� i konie znajdowa�y jeszcze do�� po�ywienia, gdy� pod wysok� wysch�� traw� ukrywa�a si� w wielu miejscach ni�sza, bardziej zielona i mniej zeschni�ta. Ale King, lubo nie przebiera� � schud�. Gdy trafi� na akacj�, �ama� j� g�ow� i objada� starannie li�cie i str�ki nawet zesz�oroczne. Karawana trafia�a wprawdzie dotychczas codziennie na wod�, ale cz�sto na z��, kt�r� trzeba by�o filtrowa�, lub na s�on�, niezdatn� wcale do picia. Nast�pnie zdarza�o si� kilkakrotnie, �e wys�ani naprz�d przez Stasia ludzie wracali pod wodz� Kalego nie znalaz�szy ani ka�u�y, ani strumienia ukrytego w rozpadlinie ziemnej, i Kali ze strapion� min� o�wiadcza�: �Madi apana� (nie ma wody). Sta� zrozumia�, �e ta ostatnia wielka podr� wcale nie b�dzie �atwiejsza od poprzednich, i pocz�� si� niepokoi� o Nel, gdy� i w niej zasz�y zmiany. Twarzyczka

jej, zamiast opala� si� na s�o�cu i wietrze, czyni�a si� z ka�dym dniem bledsza, a oczy traci�y zwyk�y blask. Na suchej r�wninie, wolnej od komar�w, nie grozi�a wprawdzie febra, ale widoczne by�o, �e straszliwe upa�y wyniszczaj� si�y dziewczynki. Ch�opiec z politowaniem i z obaw� patrza� teraz na jej ma�e r�czki, kt�re sta�y si� tak bia�e jak papier, i gorzko wyrzuca� sobie, �e straciwszy zbyt wiele czasu na przygotowania i na �wiczenia Murzyn�w w strzelaniu, narazi� j� na podr� w porze roku tak znojnej. W�r�d tych obaw up�ywa� dzie� za dniem. S�o�ce wypija�o wilgo� i �ycie z ziemi coraz chciwiej i niemi�osierniej. Trawy pokurczy�y si� i zesch�y do tego stopnia, �e kruszy�y si� pod nogami antylop i �e przebiegaj�ce stada, lubo nieliczne, wznosi�y tumany kurzawy. Jednak�e podr�nicy trafili raz jeszcze na rzeczk�, kt�r� rozpoznali z dali po d�ugich szeregach drzew rosn�cych nad jej brzegami. Murzyni pop�dzili ku drzewom na wy�cigi i dopad�szy do brzegu po�o�yli si� na nim mostem, zanurzaj�c g�owy i pij�c tak chciwie, �e przestali dopiero w�wczas, gdy krokodyl chwyci� jednego z nich za r�k�. Inni rzucili si� na ratunek towarzysza i w jednej chwili wyci�gn�li z wody wstr�tnego jaszczura, kt�ry jednak nie chcia� pu�ci� r�ki cz�owieka, cho� otwierano mu paszcz� za pomoc� dzid i no��w. Spraw� sko�czy� dopiero King, kt�ry postawiwszy na nim nog� rozgni�t� go tak �atwo, jak gdyby to by� zmursza�y grzyb. Gdy ludzie ugasili wreszcie pragnienie, Sta� rozkaza� uczyni� na p�ytkiej wodzie okr�g�� zagrod� z wysokich bambus�w z jednym tylko wej�ciem od brzegu, aby Nel mog�a z zupe�nym bezpiecze�stwem si� wyk�pa�. A i to jeszcze postawi� u wej�cia Kinga. K�piel od�wie�y�a ogromnie dziewczynk�, a wypoczynek wr�ci� jej nieco si�. Ku wielkiej rado�ci ca�ej karawany i Nel � bwana kubwa postanowi� zosta� przez dwa dni przy tej wodzie. Na wie�� o tym ludzie wpadli w doskona�y humor i natychmiast zapomnieli o przebytych trudach. Po przespaniu si� i posi�ku niekt�rzy Murzyni pocz�li w��czy� si� pomi�dzy drzewami nad rzek� upatruj�c palm rodz�cych dzikie daktyle i tak zwanych �ez Hioba, z kt�rych robi� si� naszyjniki. Kilku z nich wr�ci�o do obozu przed zachodem s�o�ca nios�c jakie� kwadratowe bia�e przedmioty, w kt�rych Sta� rozpozna� swoje w�asne latawce. Jeden z tych latawc�w nosi� numer 7, co by�o dowodem, �e zosta� puszczony jeszcze z G�ry Lindego, gdy� dzieci pu�ci�y ich z tamtego miejsca kilkadziesi�t. Stasia nadzwyczaj ucieszy� ten widok i doda� mu otuchy. � Nie spodziewa�em si� � m�wi� do Nel � by latawce mog�y przelecie� tak� odleg�o��. By�em pewny, �e zostan� na szczytach Karamojo, i puszcza�em je tylko na wszelki przypadek. Ale teraz widz�, �e wiatr mo�e je ponie��, dok�d chce, i mam nadziej�, �e te, kt�re wys�ali�my z g�r otaczaj�cych Basaa-Narok i teraz z drogi, zalec� a� do oceanu. � Zalec� z pewno�ci� � odpowiedzia�a Nel. � Daj to Bo�e! � potwierdzi� ch�opiec my�l�c o niebezpiecze�stwach i trudach dalszej podr�y. Karawana ruszy�a znad rzeczu�ki trzeciego dnia, zabrawszy do work�w sk�rzanych wielkie zapasy wody. Zanim uczyni� si� wiecz�r, weszli zn�w w okolic� spalon� przez s�o�ce, w kt�rej nie ros�y nawet akacje, a ziemia w niekt�rych miejscach tak by�a �ysa jak klepisko. Niekiedy tylko spotykali passiflory o pniach wg��bionych w ziemi�, podobnych do potwornych dy�, maj�cych do dw�ch �okci �rednicy. Z tych olbrzymich kul wyrasta�y cienkie jak sznurki liany, kt�re pe�zn�c po ziemi pokrywa�y ogromne przestrzenie, tworz�c tak nieprzebyt� g�stwin�, �e nawet myszom trudno by si� by�o przez ni� przedosta�. Ale pomimo pi�knej zielonej barwy tych ro�lin, przypominaj�cych europejski ostrokrzew, tyle w nich by�o kolc�w, �e ani King, ani konie nie mog�y w nich znale�� po�ywienia. Szczypa� je tylko osio�, ale i ten ostro�nie.

Lecz czasem w ci�gu kilku mil angielskich nie widzieli nic pr�cz szorstkiej, kr�tkiej trawy i niskich, podobnych do nie�miertelnik�w ro�lin, kt�re kruszy�y si� za dotkni�ciem. Po pierwszym noclegu przez ca�y nast�pny dzie� z nieba lecia� �ywy ogie�. Powietrze drga�o jak na Pustyni Libijskiej. Na niebie nie by�o ani chmurki. Ziemia by�a tak zalana �wiat�em, �e wszystko wydawa�o si� bia�e, i �aden g�os, nawet brz�czenie owad�w, nie przerywa�o tej �miertelnej, przesyconej z�owrogim blaskiem ciszy. Ludzie oblewali si� potem. Chwilami sk�adali w jedn� wielk� kup� pakunki z suszonym mi�sem i tarcze, by znale�� pod nimi troch� cienia. Sta� da� polecenie, by oszcz�dzano wody, ale Murzyni s� tak jak dzieci, kt�re nie my�l� o jutrze. W ko�cu trzeba by�o otoczy� stra�� tych, kt�rzy nie�li zapasowe worki, i wydziela� wod� ka�demu pojedynczo. Kali zajmowa� si� tym bardzo sumiennie, ale zabiera�o to ogromnie wiele czasu i op�nia�o poch�d, a zatem i znalezienie jakiego� nowego wodopoju. Samburowie narzekali przy tym, �e wi�cej napoju dostaje si� Wa-himom, a Wa-himowie, �e Samburom. Ci ostatni pocz�li grozi�, �e wr�c�, ale Sta� zapowiedzia� im, �e Faru ka�e im poucina� g�owy, sam za� poleci� wyst�pi� swym strzelcom zbrojnym w remingtony i rozkaza� nie puszcza� nikogo. Drugi nocleg wypad� na go�ej r�wninie. Nie budowano bomy, czyli jak w Sudanie m�wi�, zeriby, bo nie by�o z czego. Stra� obozow� stanowili King i Saba. By�a ona dostateczn�, ale King, kt�ry dosta� dziesi�� razy mniej wody, ni� jej potrzebowa�, tr�bi� o ni� a� do wschodu s�o�ca, a Saba wywiesiwszy j�zyk zwraca� oczy na Stasia i Nel z niem� pro�b� cho�by o jedn� kropl�. Dziewczynka chcia�a, by Sta� udzieli� mu troch� napoju z gumowej, odziedziczonej po Lindem flaszki, kt�r� nosi� przez rami� na sznurku, ale on chowa� te ostatki dla ma�ej na czarn� godzin�, wi�c odm�wi�. Czwartego dnia pod wiecz�r pozosta�o ju� tylko pi�� niewielkich work�w z wod�, czyli �e na ka�dego z ludzi wypada�o niespe�na po p� kieliszka. Poniewa� jednak noce bywaj�, b�d� co b�d�, ch�odniejsze od dni i pragnienie mniej w�wczas dokucza ni� pod pal�cymi promieniami s�o�ca, i poniewa� ludzie dostali jeszcze rano po niewielkiej ilo�ci wody, przeto Sta� kaza� zachowa� owe worki na dzie� jutrzejszy. Murzyni szemrali przeciw temu rozporz�dzeniu, ale strach przed Stasiem by� jeszcze zbyt wielki, wi�c nie �mieli rzuci� si� na ten ostatni zapas, zw�aszcza �e stan�o przy nich na stra�y dw�ch ludzi zbrojnych w remingtony, kt�rzy mieli si� zmienia� co godzin�. Wa-himowie i Samburu oszukiwali pragnienie wyrywaj�c �d�b�a n�dznych traw i �uj�c ich korzonki, jednak�e nie by�o w nich prawie nic wilgoci, gdy� nieub�agane s�o�ce wypi�o j� nawet z g��bi ziemi. Sen, lubo nie gasi� pragnienia, pozwala� przynajmniej o nim zapomnie�, wi�c gdy nasta�a noc, znu�eni i wyczerpani ca�odziennym pochodem ludzie popadali jak nie�ywi, gdzie kt�ry sta�, i zasn�li g��boko. Sta� zasn�� tak�e, ale w duszy za du�o mia� trosk i niepokoju, by m�g� spa� spokojnie i d�ugo. Po kilku godzinach rozbudzi� si�, i pocz�� rozmy�la� o tym, co dalej b�dzie i sk�d wzi�� wody dla Nel i dla ca�ej karawany, razem z lud�mi i zwierz�tami? Po�o�enie by�o ci�kie, a nawet mo�e i straszne, ale zaradny ch�opak nie poddawa� si� jeszcze rozpaczy. Pocz�� sobie przypomina� wszelkie wypadki pocz�wszy od porwania ich z Fajumu a� do tej chwili: wi�c pierwsz� olbrzymi� podr� przez Sahar�, huragan w pustyni, pr�by ucieczki, Chartum, Mahdiego, Faszod�, wyrwanie si� z r�k Gebhra, nast�pnie dalsz� drog� po �mierci Lindego a� do jeziora Bassa-Narok i do tego miejsca, w kt�rym wypad� im nocleg obecnie. �Tyle�my przeszli, tyle�my przecierpieli � m�wi� sobie � tak cz�sto zdawa�o mi si�, �e ju� wszystko przepad�o i �e nie znajd� �adnej rady, a jednak B�g mi dopom�g� i rad� zawsze znalaz�em. Przecie niepodobna, by�my po przebyciu takiej drogi i tylu strasznych niebezpiecze�stw mieli zgin�� w tej ostatniej podr�y. Teraz jest jeszcze troch� wody, a ta okolica � to przecie nie

Sahara, bo gdyby tak by�o, to ludzie by o niej wiedzieli.� Lecz nadziej� podtrzymywa�o w nim g��wnie to, �e na po�udniowym wschodzie dojrza� by� przez lunet� w ci�gu dnia jakie� mgliste zarysy jakby g�r. By�o do nich mo�e setki mil angielskich, mo�e wi�cej. Ale gdyby uda�o si� do nich dotrze�, byliby ocaleni, gdy� g�ry rzadko bywaj� bezwodne. Ile jednak by�o potrzeba na to czasu, tego nie umia� obliczy�, albowiem zale�a�o to od wysoko�ci g�r. Wynios�e szczyty wida� w tak prezroczym powietrzu jak afryka�skie na niezmiern� odleg�o��, wi�c trzeba by�o znale�� wod� przedtem. Inaczej grozi�a zguba. �Trzeba� � powtarza� sobie Sta�. Chrapliwy oddech s�onia, kt�ry wydmuchiwa�, jak m�g�, z p�uc spiekot�, przerywa� co chwila ch�opcu rozmy�lania. Lecz po pewnym czasie wyda�o mu si�, �e s�yszy jaki� g�os podobny do st�kania, dochodz�cy z innej strony obozu, a mianowicie z tej, w kt�rej le�a�y pokryte na noc traw� worki z wod�. Poniewa� j�ki powt�rzy�y si� kilkakrotnie, wi�c wsta� chc�c zobaczy�, co si� tam dzieje, i poszed� ku k�pie odleg�ej o kilkadziesi�t krok�w od namiotu. Noc by�a tak jasna, �e z dala ju� ujrza� dwa ciemne cia�a le��ce ko�o siebie i dwie lufy remington�w b�yszcz�ce w �wietle ksi�yca. �Murzyni zawsze s� tacy sami! � pomy�la�. � Mieli czuwa� nad t� wod�, dro�sz� teraz dla nas nad wszystko w �wiecie, a pospali si� obaj tak jak we w�asnych chatach. Ach! bambus Kalego b�dzie mia� jutro dobr� robot�.� To pomy�lawszy zbli�y� si� i tr�ci� nog� jednego ze stra�nik�w, lecz natychmiast cofn�� si� z przera�eniem. Oto pozornie �pi�cy Murzyn le�a� na wznak z no�em wbitym po r�koje�� w gard�o, a obok drugi, z szyj� r�wnie� tak strasznie przeci�t�, �e g�owa by�a prawie oddzielona od tu�owia. Dwa worki z wod� znik�y, trzy inne le�a�y w�r�d porozrzucanej trawy rozci�te i zakl�s�e. Sta� poczu�, �e w�osy staj� mu d�bem.

ROZDZIA� XLV

Na krzyk jego przybieg� pierwszy Kali, za nim dwaj strzelcy, kt�rzy mieli poprzedni� stra� zluzowa�, a w chwil� p�niej wszyscy Wa-himowie i Samburu zgromadzili si� wrzeszcz�c i wyj�c na miejscu zbrodni. Uczyni�o si� zamieszanie, pe�ne okrzyk�w i trwogi. Ludziom chodzi�o nie tyle o zabitych i o zab�jstwo, ile o te ostatki wody, kt�ra ju� wsi�k�a w spieczony grunt d�ungli. Niekt�rzy Murzyni rzucali si� na ziemi� i wyrywaj�c palcami grudki wysysali z niej resztki wilgoci. Inni krzyczeli, �e pomordowa�y stra�nik�w i porozcina�y worki z�e duchy. Ale Sta� i Kali wiedzieli, co o tym my�le�. Oto M'Kunjego i M'Puy brak�o w�r�d tych wyj�cych nad k�p� trawy ludzi. W tym, co si� sta�o, by�o co� wi�cej ni� zab�jstwo dw�ch stra�nik�w i kradzie� wody. Porozcinane pozosta�e worki �wiadczy�y, �e by� to czyn zemsty i zarazem wyrok �mierci na ca�� karawan�. Kap�ani z�ego Mzimu

pom�cili si� nad dobrym. Czarownicy zem�cili si� na m�odym kr�lu, kt�ry odkry� ich oszustwa i nie by�by pozwoli� im wyzyskiwa� d�u�ej ciemnych Wa-him�w. Nad ca�� karawan� roztoczy�a teraz skrzyd�a �mier� jak jastrz�b nad stadem go��bi. Kali przypomnia� sobie poniewczasie, �e maj�c my�l zatroskan� i zaj�t� czym innym zapomnia� kaza� zwi�za� czarownik�w, jak to od czasu ich ucieczki przykazywa� czyni� co wiecz�r. Widoczne te� by�o, �e dwaj strzelcy stra�uj�cy przy wodzie przez wrodzon� Murzynom niedba�o�� pok�adli si� i zasn�li. To u�atwi�o �otrom robot� i pozwoli�o im zbiec bezkarnie. Zanim zamieszanie uspokoi�o si� cokolwiek i ludzie och�on�li z przera�enia, up�yn�o sporo czasu, jednak�e zbrodniarze nie musieli by� daleko, gdy� ziemia pod rozci�tymi workami by�a wilgotna i krew, kt�ra wyp�yn�a z obu pomordowanych, nie st�a�a jeszcze zupe�nie. Sta� wyda� rozkaz �cigania zbieg�w nie tylko dlatego, by ich ukara�, ale i dlatego, by odzyska� dwa ostatnie worki wody. Kali dosiad�szy konia i wzi�wszy z sob� kilkunastu strzelc�w ruszy� w pogo�. Stasiowi, kt�ry w pierwszej chwili chcia� wzi�� w niej udzia�, przysz�o na my�l, �e nie mo�na zostawia� Nel samej wobec rozdra�nienia i wzburzenia Murzyn�w, wi�c zosta�. Poleci� tylko Kalemu zabra� ze sob� Sab�. Sam zosta�, albowiem obawia� si� wprost buntu � szczeg�lniej ze strony Sambur�w. Ale w tym si� pomyli�. Murzyni w og�le wybuchaj� �atwo i czasem z b�ahych powod�w, ale gdy przyci�nie ich wielka niedola, a zw�aszcza gdy zaci�y nad nimi nieub�agana r�ka �mierci, poddaj� si� jej biernie, nie tylko ci, kt�rych islam nauczy�, �e walka z przeznaczeniem jest pr�na, ale wszyscy. W�wczas ni trwoga, ni m�czarnia chwil ostatnich nie mog� rozbudzi� ich z odr�twienia. Tak sta�o si� i teraz. Wahimowie zar�wno jak Samburowie, gdy pierwsze wzburzenie przesz�o i gdy, my�l, �e musz� umrze�, utwierdzi�a si� ostatecznie w ich umys�ach, pok�adli si� cicho na ziemi�, by czeka� na �mier�, wobec czego nale�a�o si� obawia� nie buntu, ale raczej tego, czy jutro zechc� wsta� i ruszy� w dalsz� drog�. Stasia, gdy to spostrzeg�, ogarn�a ogromna lito�� nad nimi. Kali wr�ci� jeszcze przede dniem i natychmiast z�o�y� przed Stasiem dwa poszarpane worki, w kt�rych nie zosta�o ani kropli wody. � Panie wielki � rzek� � Madi apana! Sta� obtar� r�k� spotnia�e czo�o, po czym zapyta�: � A M'Kunje i M'Pua? � M'Kunje i M'Pua umrze� � odpowiedzia� Kali. � Kaza�e� ich zabi�? � Ich zabi� lew albo wobo. I pocz�� opowiada�, co zasz�o. Trupy dw�ch zbrodniarzy znale�li do�� daleko od obozu, na miejscu, gdzie spotka�a ich �mier�. Obaj le�eli przy sobie, obaj mieli czaszki pogruchotane z ty�u, poszarpane �opatki i objedzone grzbiety. Kali przypuszcza�, �e gdy wobo lub lew ukaza� si� im przy �wietle ksi�yca, padli przed nim na twarz i pocz�li go b�aga�, by im darowa� �ycie. Ale straszny zwierz zabi� obu i nast�pnie zaspokoiwszy pierwszy g��d poczu� wod� i poszarpa� worki. � B�g ich pokara� � rzek� Sta� � i Wa-himowie przekonaj� si�, �e z�e Mzimu nie potrafi nikogo wyratowa�. A � � � Kali powt�rzy�: B�g ich pokara�, ale my nie mamy wody. Daleko, przed nami, widzia�em na wschodzie g�ry. Tam musi by� woda. Kali widzie� je tak�e, ale do nich mn�stwo, mn�stwo dni...

Nasta�a chwila milczenia. � Panie � ozwa� si� Kali � niech dobre Mzimu... niech bibi poprosi Wielkiego Ducha

o deszcz albo o rzek�. Sta� nie odpowiedzia� nic i odszed�. Przed namiotem zobaczy� bia�� figurk� Nel; krzyki i wycia Murzyn�w rozbudzi�y j� ju� od dawna. � Co si� sta�o, Stasiu? � zapyta�a podbiegaj�c ku niemu. A on po�o�y� jej r�k� na g��wce i rzek� powa�nie: � Nel, m�dl si� do Boga o wod�, gdy� inaczej zginiemy wszyscy. Wi�c dziewczynka podnios�a sw� blad� twarzyczk� ku g�rze i utkwiwszy oczy w srebrnej tarczy ksi�yca, pocz�a b�aga� o ratunek Tego, kt�ry na niebie porusza kr�gi gwiazd, a na ziemi stosuje wiatr do we�ny jagni�cia. Po bezsennej, ha�a�liwej i niespokojnej nocy s�o�ce wytoczy�o si� na widnokr�g tak nagle, jak zawsze wytacza si� pod zwrotnikami, i uczyni� si� dzie� �wietlisty. Na trawach nie by�o ani kropli rosy, na niebie �adnej chmurki. Sta� kaza� strzelcom zebra� ludzi i mia� do nich kr�tk� przemow�. O�wiadczy� im �e wraca� do rzeki ju� niepodobna, albowiem wiedz� przecie dobrze, �e dzieli ich od niej pi�� dni i nocy drogi. Ale za to nikt nie wie, czy wody nie ma w przeciwnej stronie. Mo�e nawet niedaleko znajdzie si� jakie �r�d�o, jaka rzeczka albo ka�u�a. Nie wida� wprawdzie drzew, ale bywa tak cz�sto, �e na otwartych r�wninach, gdzie wichry porywaj� nasiona, drzewa nie rosn� i przy wodzie. Wczoraj widzieli kilka wielkich antylop i kilka strusi uciekaj�cych na wsch�d, co jest znakiem, �e tam musi by� jaki� wodop�j, a wobec tego, kto nie jest g�upcem i kto ma w piersi serce nie zaj�ca, ale lwa lub bawo�u, ten b�dzie wola� i�� naprz�d, cho�by w pragnieniu i m�ce, ni� le�e� i czeka� tu na s�py albo hieny. I tak m�wi�c ukaza� r�k� na s�py, kt�rych kilka zatacza�o ju� z�owrogie ko�a nad karawan�. Po tych s�owach Wa-himowie, kt�rym Kali kaza� wsta�, podnie�li si� prawie wszyscy, albowiem przyzwyczajeni do straszliwej w�adzy kr�lewskiej, nie �mieli si� jej oprze�. Ale wielu z Sambur�w, wobec tego, �e kr�l ich, Faru, pozosta� nad jeziorem, nie chcia�o si� ju� podnie�� i ci m�wili mi�dzy sob�: �Po c� mamy i�� naprzeciwko �mierci, kiedy ona sama do nas przyjdzie?� W ten spos�b karawana ruszy�a naprz�d, zmniejszona prawie do po�owy, i wyruszy�a od razu w m�ce. Ludzie od dwudziestu czterech godzin nie mieli w ustach ani kropli wody, ani �adnego innego p�ynu. Nawet w ch�odniejszych klimatach by�oby to przy pracy cierpieniem nie do zniesienia, a c� dopiero w tym rozpalonym piecu afryka�skim, w kt�rym ci nawet, kt�rzy pij� obficie, wypacaj� tak pr�dko wod�, �e mog� j� niemal w tej samej chwili �ciera� r�koma ze sk�ry. By�o te� do przewidzenia, �e wielu ludzi padnie w drodze z wyczerpania i od uderze� s�onecznych. Sta� chroni� Nel, jak m�g�, od s�o�ca i nie pozwala� jej wychyli� si� ani na chwil� spod palankinu, kt�rego daszek pokry� sztuk� bia�ego perkalu, aby go uczyni� podw�jnym. Na tych ostatkach wody, kt�r� mia� jeszcze w gumowej flaszce, zgotowa� jej mocnej herbaty i poda� jej ostudzon�, bez cukru, albowiem s�odycze zwi�kszaj� pragnienie. Dziewczynka nalega�a na niego ze �zami, by napi� si� tak�e, wi�c przy�o�y� flaszk� do ust, w kt�rej pozosta�o zaledwie kilka naparstk�w wody i poruszaj�c gard�em udawa�, �e j� pije. W chwili gdy poczu� na wargach wilgo�, zdawa�o mu si�, �e w piersiach i w �o��dku ma p�omie� i je�li tego p�omienia nie ugasi, to padnie trupem. Przed oczyma zacz�y mu lata� czerwone plamy, a w szcz�kach dozna� przera�liwego b�lu, jakby mu kto wbija� w nie tysi�ce szpilek. R�ka dr�a�a mu tak, �e o ma�o nie rozla� tych ostatnich kilku kropel. Jednak�e tylko dwie lub trzy schwyta� na ustach j�zykiem; reszt� zachowa� dla Nel. Up�yn�� zn�w dzie� m�ki i trud�w, po kt�rym, na szcz�cie, noc przysz�a ch�odniejsza. Lecz nast�pnego rana �ar uczyni� si� na �wiecie okropny. Nie by�o ani tchnienia wiatru. S�o�ce jak z�y duch niszczy�o �ywym ogniem zesch�� ziemi�. Kra�ce widnokr�gu pobiela�y. Jak okiem si�gn�� nie by�o wida� nawet euforbii. Nic � tylko spalona, pusta r�wnina, pokryta k�pami sczernia�ej trawy i wrzos�w. Kiedy

niekiedy rozlega�y si� w niezmiernej odleg�o�ci lekkie grzmoty, ale wobec pogodnego nieba nie zwiastowa�y one burzy, jeno susz�. O po�udniu, gdy upa� czyni si� najwi�kszy, trzeba si� by�o zatrzyma�. Karawana roz�o�y�a si� w g�uchym milczeniu. Pokaza�o si�, �e pad� jeden ko� i kilkunastu pagazich zosta�o w drodze. W czasie wypoczynku nikt nie pomy�la� o jedzeniu. Ludzie mieli zapad�e oczy i pop�kane wargi, a na nich zeschni�te grudki krwi. Nel dysza�a jak ptak, wi�c Sta� odda� jej gumow� flaszk� i krzykn�wszy: �Pi�em, pi�em!� � uciek� w drug� stron� obozu, obawia� si� bowiem, �e je�li zostanie, to odbierze jej t� wod� lub za��da, by si� z nim podzieli�a. I to by� mo�e najbardziej bohaterski jego uczynek w ci�gu podr�y. Sam pocz�� si� m�czy� jednak okropnie. Przed oczyma lata�y mu ci�gle czerwone p�aty. Czu� �ciskanie w szcz�kach tak silne, �e i otwiera�, i zamyka� je z trudno�ci�. Gard�o mia� suche, piek�ce; nic �liny w ustach; j�zyk jakby drewniany. A przecie dla niego i dla karawany by� to dopiero pocz�tek m�czarni. Grzmoty zapowiadaj�ce susz� odzywa�y si� ustawicznie na kra�cach widnokr�gu. Oko�o godziny trzeciej, gdy s�o�ce przechyla si� na zachodni� stron� nieba, Sta� podni�s� karawan� na nogi i ruszy� na jej czele ku wschodowi. Ale sz�o teraz za nim zaledwie siedemdziesi�ciu ludzi, a i to co chwila kt�ry� z nich k�ad� si� obok swego pakunku, aby ju� nie powsta�. Upa� zmniejszy� si� o kilka stopni, ale by� jeszcze straszny. W nieruchomym powietrzu unosi� si� jakby czad. Ludzie nie mieli czym oddycha�, a nie mniej pocz�y cierpie� i zwierz�ta. W godzin� po wyruszeniu pad� znowu jeden ko�. Saba robi� bokami i zia�; z wywieszonego sczernia�ego j�zyka nie spad�a mu ani kropla piany. King, przywyk�y do suchych afryka�skich d�ungli, cierpia� mniej widocznie, lecz pocz�� by� z�y. Jego ma�e oczki po�yskiwa�y jakim� dziwnym �wiat�em. Stasiowi, a zw�aszcza Nel, kt�ra co jaki� czas przemawia�a do niego, odpowiada� jeszcze gulgotaniem, ale gdy Kali przeszed� niebacznie ko�o niego, chrz�kn�� gro�nie i machn�� tak tr�b�, �e by�by go zabi�, gdyby nie to, �e ch�opak odskoczy� w por� na stron�. Kali mia� oczy zasz�e krwi�, �y�y na szyi rozd�te i wargi pop�kane tak jak i inni Murzyni. Ko�o godziny pi�tej zbli�y� si� do Stasia i t�pym g�osem, kt�ry z trudno�ci� wychodzi� mu z gard�a, rzek�: � Panie wielki, Kali nie m�c i�� dalej. Niech ju� tu nadejdzie noc. A Sta� przem�g� b�l w szcz�kach i odpowiedzia� z wysi�kiem: � Dobrze. Sta�my. Noc przyniesie ulg�. � Przyniesie �mier� � szepn�� m�ody Murzyn. Ludzie pozrzucali z g��w �adunki, ale poniewa� gor�czka w ich zg�stnia�ej krwi dosz�a ju� do najwy�szego stopnia, wi�c tym razem nie pok�adli si� od razu na ziemi�. Serca i t�tna w skroniach, w r�kach i nogach bi�y im tak, jakby mia�y p�kn�� za chwil�. Sk�ra na cia�ach zsychaj�c si� i kurcz�c pocz�a ich sw�dzi�; w ko�ciach odczuwali jaki� nies�ychany niepok�j, a we wn�trzno�ciach i gardzielach ogie�. Niekt�rzy chodzili niespokojnie mi�dzy pakunkami, innych by�o wida� dalej w czerwonych promieniach zachodz�cego s�o�ca, jak kr�cili si� jeden za drugim w�r�d suchych k�p jakby czego� poszukuj�c � i trwa�o to dop�ty, dop�ki si�y ich nie wyczerpa�y si� zupe�nie. W�wczas padali kolejno na ziemi�, ale le�eli w drgawkach. Kali siad� w kucki przy Stasiu i Nel �owi�c otwartymi ustami powietrze i j�� powtarza� b�agalnie mi�dzy jednym oddechem a drugim: � Bwana kubwa, wody! Sta� patrza� na niego szklanym wzrokiem i milcza�. � Bwana kubwa, wody! � a po chwili: � Kali umiera�... Wtedy Mea, kt�ra z niewiadomych przyczyn naj�atwiej znosi�a pragnienie i najmniej cierpia�a ze wszystkich, zbli�y�a si�, siad�a ko�o niego i obj�wszy ramieniem jego

szyj� ozwa�a si� cichym, melodyjnym g�osem: � Mea chce umrze� razem z Kalim. Nasta�o d�ugie milczenie.

Tymczasem s�o�ce zasz�o i noc pokry�a okolic�. Niebo uczyni�o si� granatowe. W po�udniowej jego stronie rozb�ysn�� krzy�. Nad r�wnin� zamigota�y roje gwiazd. Ksi�yc wydosta� si� spod ziemi i j�� nasyca� �wiat�em ciemno�ci, a na zachodzie rozci�gn�a si� nik�� i blad� zorz� jasno�� zodiakalna. Powietrze zmieni�o si� w jedn� wielk� �wietlist� topiel. Coraz silniejszy blask zalewa� okolic�. Palankin, o kt�rym zapomniano, na grzbiecie Kinga i namioty b�yszcza�y tak jak b�yszcz� w jasne noce domy wybielone wapnem! �wiat zapada� w cisz�; ziemi� ogarnia� sen. A wobec tej ciszy i tego spokoju natury ludzie w obozie wili si� z bole�ci i czekali na �mier�. Na srebrzystym tle mroku rysowa�a si� twardo olbrzymia, czarna posta� s�onia. Promienie ksi�yca roz�wieca�y pr�cz namiot�w bia�e ubrania Stasia i Nel, a w�r�d k�p wrzos�w � ciemne, pokurczone cia�a Murzyn�w i porozrzucane tu i �wdzie kupy pakunk�w. Przed dzie�mi siedzia� oparty na przednich �apach Saba i podni�s�szy g�ow� ku tarczy ksi�yca wy� pos�pnie. W duszy Stasia ko�ata�y si� tylko resztki my�li, zmienionych w jedno g�uche, rozpaczliwe poczucie, �e tym razem nie ma ju� �adnej rady, �e te wszystkie niezmierne trudy i wysi�ki, te cierpienia, te czyny woli i odwagi, kt�rych dokona� w czasie strasznych podr�y od Medinet do Chartumu, od Chartumu do Faszody i od Faszody a� do nieznanego jeziora, nie przyda�y si� na nic i �e przychodzi nieub�agany kres walki i �ycia. I wyda�o mu si� to tym straszniejsze, �e �w kres przychodzi� w�a�nie w czasie ostatniej drogi, na kt�rej ko�cu le�a� ocean. Ach, nie doprowadzi ju� ma�ej Nel do brzegu, nie odwiezie jej statkiem do Port-Saidu, nie odda jej panu Rawlisonowi, sam nie padnie w ramiona ojca i nie us�yszy z jego ust, �e post�powa� jak dzielny ch�opak i jak prawy Polak! Koniec, koniec! Za kilka dni s�o�ce o�wieci tylko martwe cia�a, a potem wysuszy je na podobie�stwo tych mumii, kt�re w Egipcie �pi� odwiecznym snem po muzeach. Z m�czarni i gor�czki pocz�o mu si� miesza� w g�owie. Nadlatywa�y na� przed�miertne widzenia i z�udy s�uchu. S�ysza� wyra�nie g�osy Suda�czyk�w i Beduin�w, krzycz�ce �Yalla, yalla!� na rozp�dzone wielb��dy. Widzia� Idrysa i Gebhra. Mahdi u�miecha� si� do niego swymi grubymi wargami, pytaj�c: �Czy chcesz napi� si� ze �r�d�a prawdy?...� Potem lew spogl�da� na niego ze ska�y; potem Linde dawa� mu s�oik chininy i m�wi�: ��piesz si�, �piesz, bo ma�a umrze!� A w ko�cu widzia� ju� tylko blad�, bardzo kochan� twarzyczk� i dwie ma�e r�ce, kt�re wyci�ga�y si� ku niemu. Nagle drgn�� i przytomno�� wr�ci�a mu na chwil�, albowiem tu� przy uchu zaszemra� mu cichy, podobny do j�ku szept Nel: � Stasiu... wody! I ona, tak jak poprzednio Kali, od niego tylko wygl�da�a ratunku. Ale poniewa� przed dwunastu godzinami odda� jej ostatnie krople, wi�c teraz zerwa� si� i zawo�a� g�osem, w kt�rym drga� wybuch b�lu, rozpaczy i roz�alenia: � O Nel! jam udawa� tylko, �e pij�! ja od trzech dni nie mia�em nic w ustach! I chwyciwszy si� r�koma za g�ow� uciek�, by nie patrze� na jej m�k�. Bieg� na o�lep mi�dzy k�pami trawy i wrzos�w dop�ty, dop�ki si�y nie opu�ci�y go zupe�nie i dop�ki nie upad� na jedn� z k�p. By� bez broni. Lampart, lew lub nawet wielka hiena znalaz�yby w nim �atwy ob��w. Ale przybieg� Saba, kt�ry obw�chawszy go

pocz�� zn�w wy�, jakby wzywaj�c teraz dla niego pomocy. Nikt jednak nie spieszy� z pomoc�. Tylko z g�ry spogl�da� na niego spokojny, oboj�tny ksi�yc. D�ugi czas ch�opak le�a� jak martwy. Otrze�wi� go dopiero ch�odniejszy powiew wiatru, kt�ry niespodzianie powia�, ze wschodu. Sta� siad� i po chwili usi�owa� powsta�, by wr�ci� do Nel. Ch�odniejszy wiatr wion�� po raz drugi. Saba przesta� wy� i zwr�ciwszy si� ku wschodowi pocz�� �opota� nozdrzami. Nagle szczekn�� raz i drugi kr�tkim, urywanym basem i pu�ci� si� przed siebie. Przez jaki� czas nie by�o go s�ycha�, ale wkr�tce ozwa�o si� zn�w w oddali jego szczekanie. Sta� wsta� i chwiej�c si� na zdr�twia�ych nogach pocz�� patrze� za nim. D�ugie podr�e, d�ugi pobyt w d�ungli, konieczno�� trzymania w ci�g�ym napi�ciu wszystkich zmys��w i ci�g�e niebezpiecze�stwa nauczy�y ch�opaka zwraca� czujn� uwag� na wszystko, co si� ko�o niego dzieje, wi�c mimo m�czarni, kt�r� w tej chwili odczuwa�, mimo na wp� przytomnego umys�u, przez instynkt i przyzwyczajenie pocz�� baczy� na zachowanie si� psa. A Saba po up�ywie pewnego czasu zjawi� si� znowu przy nim, ale jaki� dziwnie poruszony i niespokojny. Kilkakrotnie podni�s� na Stasia oczy, obieg� go wko�o, zn�w zapu�ci� si�, wietrz�c i poszczekuj�c, we wrzosowisko, zn�w wr�ci�, a wreszcie chwyciwszy ch�opca za ubranie j�� go ci�gn�� w stron� przeciwn� od obozu. Sta� oprzytomnia� zupe�nie. �Co to jest? � my�la�. � Albo pies z pragnienia dosta� pomieszania zmys��w, albo poczu� wod�. Ale nie!... Gdyby woda by�a blisko, by�by polecia� pi� i mia�by mokr� paszcz�. Je�li jest daleko, nie by�by jej zwietrzy�... woda nie ma zapachu... Do antylopy by mnie nie ci�gn��, bo nie chcia� je�� wieczorem. Do drapie�nik�w tak�e nie... Wi�c co?� I nagle serce pocz�o mu bi� w piersiach jeszcze mocniej. �Wi�c mo�e wiatr przyni�s� mu zapach ludzi... mo�e... w dali jest jaka� wie� murzy�ska?... mo�e, kt�ry z latawc�w dolecia� a� do... O, Chryste mi�osierny! o, Chryste!...� I pod wp�ywem b�ysku nadziei odzyska� si�y i pocz�� biec do obozu mimo oporu psa, kt�ry ustawicznie zabiega� mu drog�. W obozie zabieli�a mu si� posta� Nel i doszed� go jej s�aby g�os, po chwili potkn�� si� o le��cego na ziemi Kalego, ale nie zwa�a� na nic. Dobieg�szy do pakunku, w kt�rym by�y race, rozerwa� go, wydoby� jedn� z nich, dr��cymi r�kami przywi�za� j� do bambusu, kt�ry wbi� w rozpadlin� ziemi, skrzesa� ogie� i zapali� zwieszaj�cy si� u spodu rurki sznurek. Po chwili czerwony w�� wylecia� z sykiem i zgrzytem w g�r�. Sta� chwyci� obu r�koma za bambus, by nie upa��, i wbi� oczy w dal. T�tna w r�kach i skroniach wali�y mu m�otem; usta porusza�y si� �arliw� modlitw�. Ostatnie tchnienie, a w nim dusz� ca�� wysy�a� ku Bogu. Up�yn�a jedna minuta, druga, trzecia, czwarta. Nic i nic! R�ce ch�opca opad�y, g�owa pochyli�a si� ku ziemi i niezmierny �al zala� mu um�czone piersi. � Na pr�no! na pr�no! � szepn��. � P�jd�, si�d� przy Nel i umrzemy razem.

A wtem daleko, daleko, na srebrnym tle ksi�ycowej nocy, ognista wst�ga wzbi�a si� nagle ku g�rze i rozsypa�a si� w z�ote gwiazdy, kt�re spada�y z wolna jak wielkie �zy na ziemi�.

� Ratunek!!! � krzykn�� Sta�. I sta�o si�, �e ci p�martwi przed chwil� ludzie biegli teraz na wy�cigi przeskakuj�c przez k�py wrzos�w i traw. Po pierwszej racy ukaza�a si� druga i trzecia. Potem powiew przyni�s� odg�os jakby stukania, w kt�rym �atwo by�o odgadn�� dalekie strza�y. Sta� kaza� dawa� ognia ze wszystkich remington�w i odt�d rozmowa karabin�w nie przerywa�a si� wcale i stawa�a si� coraz wyra�niejsza. Ch�opiec siedz�c na koniu, kt�ry odzyska� tak�e jakby cudem si�y, i trzymaj�c przed sob� Nel p�dzi� przez r�wnin� ku zbawczym odg�osom. Obok bieg� Saba, a za nimi dudni� olbrzymi King. Dwa obozy dzieli�a przestrze� kilku kilometr�w, ale poniewa� z obu stron pod��ano ku sobie jednocze�nie, wi�c ca�a droga nie trwa�a d�ugo. Wkr�tce strza�y karabinowe by�o ju� nie tylko s�ycha�, lecz i wida�. Jeszcze jedna raca wylecia�a w powietrze, nie dalej jak o kilkaset krok�w. Potem rozb�ys�y liczne �wiat�a. Lekka wynios�o�� gruntu zakry�a je na chwil�, lecz gdy Sta� j� min��, znalaz� si� prawie tu� przed szeregiem Murzyn�w trzymaj�cych w r�ku pozapalane pochodnie. Na czele szeregu szli dwaj Europejczycy w angielskich he�mach i z karabinami w r�ku. Sta� od jednego rzutu oka rozpozna� w nich kapitana Glena i doktora Clarego.

ROZDZIA� XLVI

Wyprawa kapitana Glena i doktora Clarego nie mia�a bynajmniej na celu odszukania Stasia i Nel. By�a to liczna i sowicie zaopatrzona ekspedycja rz�dowa, wys�ana dla zbadania wschodnio-p�nocnych stok�w olbrzymiej g�ry Kilima-Nd�aro oraz ma�o jeszcze znanych obszernych krain po�o�onych na p�noc od tej g�ry. Zar�wno kapitan, jak i doktor wiedzieli wprawdzie o porwaniu dzieci z Medinet-el-Fajum, gdy� wiadomo�� o tym poda�y dzienniki angielskie i arabskie, ale my�leli, �e oboje pomarli albo j�cz� w niewoli u Mahdiego, z kt�rej nie wydosta� si� dotychczas �aden Europejczyk. Clary, kt�rego siostra by�a za Rawlisonem w Bombaju i kt�ry zachwyci� si� bardzo ma�� Nel w czasie podr�y do Kairu, odczu� nadzwyczaj bole�nie jej strat�. Ale i dzielnego ch�opaka �a�owali obaj z Glenem szczerze. Kilkakrotnie te� wysy�ali depesze z Mombassa do pana Rawlisona zapytuj�c, czy dzieci nie zosta�y odnalezione, i dopiero po ostatniej niepomy�lnej odpowiedzi, kt�ra nadesz�a znacznie przed wyruszeniem karawany, stracili ostatecznie wszelk� nadziej�. I nie przysz�o im nawet do g�owy, by dzieci, uwi�zione w odleg�ym Chartumie, mog�y pojawi� si� w tych stronach. Cz�sto jednak rozmawiali o nich wieczorami po uko�czonych pracach dziennych, albowiem doktor nie m�g� �adn� miar� zapomnie� ma�ej, �licznej dziewczynki. Tymczasem wyprawa posuwa�a si� coraz dalej. Po d�u�szym pobycie na wschodnich stokach Kilima-Nd�aro, po zbadaniu g�rnego biegu rzeki Sobbatu i Tany oraz g�r Kenia kapitan i doktor wykr�cili w kierunku p�nocnym i po przebyciu bagnistej Guasso-Nyjro weszli na obszern� r�wnin�, bezludn�, a zamieszkan� tylko przez niezliczone stada antylop. Po trzech przesz�o miesi�cach podr�y ludziom nale�a�

si� d�u�szy wypoczynek, wi�c kapitan Glen, odkrywszy niewielkie jeziorko obfituj�ce w zdrow�, brunatn� wod�, kaza� rozbi� nad nim namioty i zapowiedzia� dziesi�ciodniowy post�j. W czasie postoju biali zajmowali si� polowaniem i porz�dkowaniem notat geograficznych i przyrodniczych, a Murzyni oddawali si� s�odkiemu zawsze dla nich pr�nowaniu. Ow� zdarzy�o si� pewnego dnia, �e doktor Clary wstawszy rano i zbli�ywszy si� do brzegu ujrza� kilkunastu Zanzibarczyk�w z karawany spogl�daj�cych z zadartymi g�owami na wierzcho�ek wysokiego drzewa i powtarzaj�cych w k�ko: � Ndege? � akuna ndege! � Ndege? (Ptak? � nie ptak! � ptak?) Doktor mia� kr�tki wzrok, wi�c pos�a� do namiotu po szk�a polowe, nast�pnie spojrza� przez nie na ukazywany przez Murzyn�w przedmiot � i wielkie zdziwienie odbi�o si� na jego twarzy. � Popro�cie tu kapitana � rzek�. Lecz zanim Murzyni dobiegli, kapitan ukaza� si� przed namiotem, wybiera� si� bowiem na antylopy. � Patrz, Glen � rzek� doktor wskazuj�c r�k� w g�r�. Kapitan zadar� z kolei g�ow�, przys�oni� oczy r�k� i zdziwi� si� nie mniej od doktora. � Latawiec! � zawo�a�. � Tak, ale Murzyni nie puszczaj� latawc�w, wi�c sk�d si� tu wzi��? � Chyba jaka� osada bia�ych znajduje si� w pobli�u lub jaka� misja?... � Trzeci dzie� wiatr wieje z zachodu, czyli od stron nieznanych i prawdopodobnie tak samo nie zaludnionych jak ta d�ungla. Wiesz zreszt�, �e tu nie ma �adnych osad ani misji. � To rzeczywi�cie ciekawe... � Trzeba koniecznie zdj�� tego latawca... � Trzeba. Mo�e si� dowiemy, sk�d pochodzi. Kapitan da� rozkaz. Drzewo mia�o kilkadziesi�t metr�w wysoko�ci, ale Murzyni wdrapali si� natychmiast na szczyt, zdj�li ostro�nie uwi�zionego latawca i oddali go w r�ce doktora, kt�ry spojrzawszy na� rzek�: � S� jakie� napisy... Zobaczmy... I przymru�ywszy oczy j�� czyta�. Nagle twarz mu si� zmieni�a, r�ce zadr�a�y. � Glen � rzek� � we� to, przeczytaj i upewnij mnie, �em nie dosta� udaru s�onecznego i �e jestem przy zdrowych zmys�ach! Kapitan wzi�� bambusow� ramk�, do kt�rej arkusz by� przytwierdzony, i czyta�, co nast�puje: Nelly Rawlison i Stanis�aw Tarkowski, odes�ani z Chartumu do Faszody, a z Faszody prowadzeni na wsch�d od Nilu, wyrwali si� z r�k derwisz�w. Po d�ugich miesi�cach podr�y przybyli do jeziora le��cego na po�udnie od Abisynii. Id� do oceanu. Prosz� o spieszn� pomoc. Na boku za� arkusza znajdowa� si� jeszcze nast�puj�cy dodatek wypisany drobniejszymi literami:

Latawiec ten, z rz�du pi��dziesi�ty czwarty, puszczony jest z g�r otaczaj�cych nieznane w geografii jezioro. Kto go znajdzie, niech da zna� do Zarz�du Kana�u w Port-Saidzie albo do kapitana Glena w Mombassa. Stanis�aw Tarkowski Gdy g�os kapitana przebrzmia�, dwaj przyjaciele pocz�li spogl�da� na siebie w milczeniu. � Co to jest? � zapyta� wreszcie doktor Clary. � Oczom nie wierz�! � odpowiedzia� kapitan. � To przecie� nie z�udzenie? � Nie. � Wyra�nie napisano: �Nelly Rawlison i Stanis�aw Tarkowski.� � Jak najwyra�niej... � I oni mog� by� gdzie� w tych stronach? � B�g ich uratowa�, a wi�c prawdopodobnie. � Dzi�ki Mu za to! � zawo�a� z zapa�em doktor. � Ale gdzie ich szuka�? � Czy nie ma nic wi�cej na latawcu? � Jest jeszcze kilka s��w, ale w miejscu rozdartym przez ga��zie. Trudno odczyta�. Obaj pochylili g�owy nad arkuszem i po d�u�szym dopiero badaniu zdo�ali przesylabizowa�: Pora d�d�ysta dawno min�a. � Co to ma znaczy�? � zapyta� doktor. � To, �e ch�opiec straci� rachub� czasu. � I w ten spos�b chcia� mniej wi�cej oznaczy� dat�. Masz s�uszno��! A zatem ten latawiec m�g� by� puszczony niezbyt dawno. � Je�li tak jest, to i oni mog� by� niezbyt daleko. Gor�czkowa urywana rozmowa trwa�a jeszcze przez chwil�, po czym obaj zacz�li zn�w bada� dokument i rozprawia� osobno nad ka�dym wypisanym na nim s�owem. Rzecz wydawa�a si� jednak tak nieprawdopodobna, �e gdyby to nie dzia�o si� w stronach, w kt�rych nie by�o wcale Europejczyk�w, o sze��set przesz�o kilometr�w od najbli�szego pobrze�a, doktor i kapitan przypuszczaliby, �e to chyba niewczesny �art, kt�rego dopu�ci�y si� jakie� dzieci europejskie po przeczytaniu dziennik�w opisuj�cych porwanie albo wychowa�cy jakiej� misji. Trudno jednak by�o oczom nie wierzy�: mieli przecie latawca w r�ku i ma�o zatarte napisy czernia�y przed nimi wyra�nie. Ale i tak wiele rzeczy nie mie�ci�o im si� w g�owie. Sk�d dzieci wzi�y papieru na latawce? Gdyby dostarczy�a im go jaka karawana, w takim razie przy��czy�yby si� do niej i nie wzywa�yby pomocy. Z jakich powod�w ch�opiec nie stara� si� uciec wraz z ma�� towarzyszk� do Abisynii? Dlaczego derwisze wys�ali ich na wsch�d od Nilu, w strony nieznane? Jakim sposobem zdo�a�y si� wyrwa� z r�k stra�y? Gdzie si� ukry�y? Jakim cudem przez d�ugie miesi�ce podr�y nie pomar�y z g�odu? nie sta�y si� �upem dzikich zwierz�t? dlaczego nie pomordowali ich dzicy? Na te wszystkie pytania nie by�o odpowiedzi. � Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem � powtarza� doktor Clary � to chyba cud boski! � Niezawodnie � odpowiedzia� kapitan. Po czym doda�: � Ale� i ten ch�opak! Bo to przecie jego dzie�o. � I nie opu�ci� ma�ej. Niech B�g b�ogos�awi jego g�ow� i oczy.

� Stanley, nawet Stanley nie wy�y�by w tych warunkach przez trzy dni. � A jednak oni �yj�. � Ale prosz� o pomoc. Post�j sko�czony! Ruszamy natychmiast. I tak si� sta�o. Po drodze obaj przyjaciele badali jeszcze dokument w przekonaniu, �e mo�e odnajd� w nim wskaz�wki co do kierunku, w jakim nale�a�o zd��a� z pomoc�. Ale wskaz�wek brak�o. Kapitan prowadzi� karawan� zygzakiem, maj�c nadziej�, �e mo�e trafi na jaki �lad, na jakie wygas�e ognisko lub na drzewo z wyci�tymi na korze znakami. W ten spos�b posuwali si� przez kilka dni. Na nieszcz�cie weszli nast�pnie na r�wnin� zupe�nie bezdrzewn�, pokryt� wysokim wrzosowiskiem i k�pami wysch�ej trawy. Niepok�j pocz�� ogarnia� obu przyjaci�, Jak�e �atwo by�o rozmin�� si� na tych niezmiernych przestrzeniach nawet z ca�� karawan�, a c� dopiero z dwojgiem dzieci, kt�re, jak sobie wyobra�ali, pe�z�y gdzie� tam jak dwa ma�e robaczki w�r�d wy�szych od nich wrzos�w. Up�yn�� znowu dzie�. Nie pomaga�y ni blaszane puszki z kartkami w �rodku, zostawiane na k�pach, ni ognie w nocy. Kapitan i doktor poczynali chwilami traci� nadziej�, czy im si� uda odszuka� dzieci, a zw�aszcza czy je odnajd� �ywe. Szukali jednak gorliwie i przez nast�pne dni. Patrole, kt�re Glen wysy�a� w prawo i lewo, da�y wreszcie zna�, �e dalej zaczyna si� pustynia zupe�nie bezwodna, wi�c gdy wypadkiem odkryto jeszcze raz w rozpadlinie ziemnej wod�, trzeba si� by�o przy niej zatrzyma� dla zrobienia zapas�w na dalsz� drog�. Rozpadlina by�a raczej szpar�, g��bok� na kilkana�cie metr�w i stosunkowo bardzo w�sk�. Na dnie jej bi�o ciep�e �r�d�o, kipi�ce jak ukrop, albowiem przesycone kwasem w�glowym. Jednak�e woda po wystudzeniu okaza�a si� dobra i zdrowa. �r�d�o by�o tak obfite, �e trzystu ludzi z karawany nie mog�o jej wyczerpa�. Owszem, im wi�cej czerpano, tym mocniej bi�o i wype�nia�o szpar� wy�ej. � Mo�e z czasem � m�wi� doktor Clary � b�dzie tu jaka miejscowo�� lecznicza, ale obecnie ta woda jest dla zwierz�t niedost�pna z powodu zbyt stromych �cian rozpadliny. � Czy dzieci mog� trafi� na podobne �r�d�a? � zapyta� kapitan. � Nie wiem. By� mo�e, �e znajduje si� ich w okolicy wi�cej. Ale je�li nie, to bez wody musz� zgin��. Nadesz�a noc. Rozpalono n�dzne ognie, wszelako nie budowano bomy, bo nie by�o z czego. Po wieczornym posi�ku doktor i kapitan zasiedli na sk�adanych krzes�ach i zapaliwszy fajki pocz�li rozmawia� o tym, co im najbardziej le�a�o na sercu. � �adnego �ladu! � ozwa� si� Clary. � Przychodzi�o mi do g�owy � odpowiedzia� Glen � by wys�a� dziesi�ciu naszych ludzi na brzeg oceanu z depesz�, �e jest wiadomo�� o dzieciach. Ale rad jestem, �em tego nie uczyni�, gdy� ludzie prawdopodobnie zgin�liby w drodze, a gdyby nawet doszli, to po co budzi� na pr�no nadziej�... � I odnawia� b�l... Doktor zdj�� z g�owy bia�y he�m i obtar� spocone czo�o. � S�uchaj � rzek�. � A gdyby�my wr�cili nad tamto jezioro, kazali na�cina� drzew i palili nocami olbrzymi ogie�. Mo�e dzieci dostrzeg�y... � Gdyby by�y blisko, to znale�liby�my je i tak, a je�li s� daleko, to wypuk�o�ci gruntu ogie� zas�oni�. Ta p�aszczyzna pozornie jest r�wna, a w rzeczywisto�ci ca�a w garbach, pofalowana jak ocean. Przy tym cofaj�c si� straciliby�my ostatecznie mo�liwo�� znalezienia nawet ich �lad�w. � M�w otwarcie, nie masz �adnej nadziei? � M�j drogi, my jeste�my doro�li, silni i zaradni m�czy�ni, a pomy�l, co by si� z nami sta�o, gdyby�my si� znale�li tu tylko we dw�ch, nawet z broni�, ale bez zapas�w i bez ludzi... � Tak! niestety, tak... Wyobra�am sobie dwoje dzieci id�cych w tak� noc przez

pustyni�. � G��d, pragnienie, dzikie zwierz�ta... � A jednak ch�opiec pisze, �e szli tak d�ugie miesi�ce. � Tote� jest w tym co�, co przechodzi moj� wyobra�ni�. Przez d�u�szy czas s�ycha� by�o w�r�d ciszy tylko skwierczenie tytuniu w fajkach. Doktor zapatrzy� si� w blade g��bie nocy, po czym ozwa� si� przyciszonym g�osem: � P�no ju�, ale sen mnie odbiega... I pomy�le�, �e oni, je�li �yj�, to b��dz� tam gdzie� przy ksi�ycu, w�r�d tych suchych wrzos�w... sami... takie dzieci! Pami�tasz, Glen, anielsk� twarz tej ma�ej? � Pami�tam i nie mog� zapomnie�. � Ach! da�bym sobie r�k� uci��, gdyby... I � � � � � � nie doko�czy�, albowiem kapitan Glen zerwa� si� jak oparzony. Raca w oddali! � krzykn�� � raca! Raca! � powt�rzy� doktor. Jaka� karawana jest przed nami. Kt�ra mo�e znalaz�a dzieci! Mo�e. Spieszmy ku niej! Naprz�d!

Rozkazy kapitana rozleg�y si� w jednej chwili w ca�ym obozie. Zanzibarczycy zerwali si� na nogi. Niebawem pozapalano pochodnie. Glen w odpowiedzi na daleki sygna� poleci� wypu�ci� kilka rac, jedn� po drugiej, a nast�pnie dawa� raz po raz karabinowe salwy. Zanim up�yn�� kwadrans, ca�y ob�z by� ju� w drodze. Z dala odpowiedzia�y strza�y. Nie by�o ju� �adnej w�tpliwo�ci, �e to jaka� europejska karawana wzywa z niewiadomych przyczyn pomocy. Kapitan i doktor biegli na wy�cigi, miotani na przemian obaw� i nadziej�. Znajd� dzieci czy ich nie znajd�? Doktor m�wi� sobie w duszy, �e je�li nie, to w dalszej drodze b�d� mogli chyba szuka� tylko ich zw�ok w�r�d tych okropnych wrzosowisk. Po up�ywie p� godziny jedna z takich wypuk�o�ci gruntu, o jakich m�wili poprzednio, zas�oni�a obu przyjacio�om dalszy widok. Ale byli ju� tak blisko, �e s�yszeli wyra�nie t�tent koni. Jeszcze kilka minut � i na grzbiecie wzniesienia pojawi� si� je�dziec trzymaj�cy przed sob� du�y, bia�awy przedmiot. � W g�r� pochodnie � skomenderowa� Glen. W � � � tej samej chwili je�dziec osadzi� konia w kr�gu �wiat�a. Wody! Wody! Dzieci! � zakrzykn�� doktor Clary. Wody! � powt�rzy� Sta�.

I prawie rzuci� Nel w r�ce kapitana, a sam zeskoczy� z siod�a. Lecz natychmiast zachwia� si� i pad� jak martwy na ziemi�.

ZAKO�CZENIE

Rado�� w obozie kapitana Glena i doktora Clarego nie mia�a granic, ale ciekawo�� obu Anglik�w wystawiona by�a na ci�k� pr�b�. Je�li bowiem poprzednio nie chcia�o im si� w g�owie pomie�ci�, by dzieci mog�y same przeby� olbrzymie puszcze i pustynie dziel�ce te strony od Nilu i Faszody, to obecnie nie rozumieli ju� ca�kiem, jakim sposobem ten �ma�y Polak�, jak nazywali Stasia, nie tylko tego dokona�, ale zjawi� si� przed nimi jako w�dz ca�ej karawany, zbrojnej w bro� europejsk�, ze s�oniem d�wigaj�cym palankin, z ko�mi, namiotami i ze znacznymi zapasami �ywno�ci. Kapitan rozk�ada� na ten widok r�ce i m�wi� co chwila: �Clary, du�o widzia�em, ale takiego ch�opca nie widzia�em!� � A poczciwy doktor powtarza� z nie mniejszym zdumieniem: �I ma�� wyrwa� z niewoli � i j� ocali�!� � po czym lecia� do namiot�w zobaczy�, jak si� dzieci maj� i czy �pi� dobrze. A dzieci, napojone, nakarmione, przebrane i u�o�one do snu, spa�y jak zabite przez ca�y nast�pny dzie�; ludzie z ich karawany tak samo. Kapitan Glen pr�bowa� wypytywa� o przygody podr�y i o Stasiowe czyny Kalego, ale m�ody Murzyn otworzywszy jedno oko odpowiedzia� tylko: �Pan wielki wszystko mo�e� � i zasn�� znowu. Ostatecznie trzeba by�o od�o�y� pytania i wyja�nienia do dni nast�pnych. Tymczasem dwaj przyjaciele naradzali si� nad odwrotn� drog� do Mombassa. Dotarli i tak dalej i zbadali wi�cej okolic, ni� im polecono, postanowili wi�c wraca� niezw�ocznie. Kapitana n�ci�o wprawdzie bardzo owo nieznane w geografii jezioro, ale wzgl�d na zdrowie dzieci i ch�� oddania ich jak najpr�dzej stroskanym ojcom przemog�y. Doktor jednak�e zastrzega�, �e trzeba b�dzie wypocz�� na ch�odnych wy�ynach g�r Kenia albo Kilima-Nd�aro. Stamt�d te� dopiero uradzali wys�a� wiadomo�� do ojc�w i wezwa� ich, by przybyli do Mombassa. Odwrotna podr� rozpocz�a si�, po nale�ytym wypoczynku i k�pielach w ciep�ych �r�d�ach, na trzeci dzie�. By� to zarazem dzie� rozstania si� z Kalim. Sta� przekona� ma��, �e ci�gn�� go z sob� d�u�ej, do oceanu albo te� do Egiptu, by�oby z ich strony samolubstwem. M�wi� jej, �e w Egipcie, a nawet i w Anglii, Kali nie b�dzie niczym wi�cej, tylko s�ug�, podczas gdy obj�wszy panowanie nad swym narodem rozszerzy i utwierdzi, jako kr�l, chrze�cija�stwo, z�agodzi dzikie obyczaje Wahim�w i uczyni z nich nie tylko ucywilizowanych, ale i dobrych ludzi. To samo mniej wi�cej powt�rzy� i Kalemu. Wyla�o si� jednak przy po�egnaniu mn�stwo �ez, kt�rych nie wstydzi� si� i Sta�, albowiem i on, i Nel prze�yli przecie� z Kalim tyle z�ych i dobrych chwil i nie tylko nauczyli si� oboje ceni� jego poczciwe serce, ale pokochali go szczerze. M�ody Murzyn d�ugo le�a� u n�g swego bwana kubwa i dobrego Mzimu. Dwukrotnie powraca�, by jeszcze popatrze� na nich, ale wreszcie chwila roz��czenia nadesz�a i dwie karawany ruszy�y w dwie przeciwne strony. W czasie drogi dopiero rozpocz�y si� opowiadania o przygodach dwojga ma�ych podr�nik�w. Sta�, troch� niegdy� sk�onny do che�pliwo�ci, teraz nie che�pi� si� wcale. Po prostu zbyt wielu rzeczy dokona�, zbyt du�o przeszed�, zbyt si� rozwin��, by nie mia� rozumie�, �e s�owa nie powinny by� wi�ksze od czyn�w. By�o zreszt� do�� samych czyn�w, cho�by opowiadanych jak najskromniej. Co dzie�, w czasie upalnych �bia�ych godzin� i wieczorami na postojach � przed oczyma kapitana Glena i doktora Clarego przesuwa�y si� jakby obrazy tych zdarze� i wypadk�w, przez kt�re przesz�y dzieci. Widzieli wi�c porwanie z Medinet-el-Fajumu i straszn� drog� na wielb��dach przez pustyni� � i Chartum, i Omdurman, podobne do piek�a na ziemi � i z�owrogiego Mahdiego. Gdy Sta� opowiada�, co odrzek� Mahdiemu, gdy �w namawia� go do zmiany wiary, obaj przyjaciele powstali i ka�dy z nich u�cisn�� silnie prawic� Stasia, po czym kapitan rzek�: � Mahdi ju� nie �yje! � Mahdi nie �yje? � powt�rzy� ze zdumieniem Sta�. � Tak � ozwa� si� doktor. � Zatchn�� si� w�asnym t�uszczem, czyli inaczej m�wi�c umar� na serce, a panowanie po nim obj�� Abdullahi.

Nasta�o d�ugie milczenie. � Ha � rzek� Sta� � nie spodziewa� si�, gdy nas wyprawia� na zgub� do Faszody, �e �mier� pierwej jego dosi�gnie... Po chwili za� doda�: � Ale Abdullahi jeszcze od Mahdiego okrutniejszy. � Tote� zacz�y si� ju� bunty i rzezie � odpowiedzia� kapitan � i ca�a ta budowa, kt�r� wzni�s� Mahdi musi pr�dzej lub p�niej run��. � A co potem nast�pi? � Anglia � rzek� kapitan.

W dalszym ci�gu drogi Sta� opowiada� o podr�y do Faszody, o �mierci starej Dinah, o wyruszeniu z Faszody do bezludnych okolic i o poszukiwaniu w nich Smaina. Gdy doszed� do tego, jak zabi� lwa, a nast�pnie Gebhra, Chamisa i dw�ch Beduin�w, kapitan przerwa� mu tylko dwoma s�owami: All right!, po czym zn�w u�cisn�li jego prawic� i obaj z Clarym s�uchali ze wzrastaj�cym zaj�ciem dalej: o oswojeniu Kinga, o osiedleniu si� w �Krakowie�, o febrze Nel, o znalezieniu Lindego i o latawcach, kt�re dzieci puszcza�y z g�r Karamojo. Doktor, kt�ry z ka�dym dniem przywi�zywa� si� coraz mocniej do ma�ej Nel, przejmowa� si� tak dalece wszystkim, co jej najbardziej grozi�o, �e co pewien czas musia� pokrzepia� si� kilku �ykami brandy, a gdy Sta� j�� opowiada�, jak o ma�o Nel nie sta�a si� �upem straszliwego wobo, czyli abassanto, porwa� dziewczynk� na r�ce i d�ugo nie chcia� jej pu�ci�, jakby w obawie, by jaki� nowy drapie�nik nie zagrozi� jej �yciu. Co za� i on, i kapitan my�leli o Stasiu, dowodem tego by�y dwie depesze, kt�re w dwa tygodnie po przybyciu do podn�a Kilima-Nd�aro wys�ali przez umy�lnych na r�ce zast�pcy kapitana w Mombassa wraz z poleceniem, by �w przes�a� je dalej do ojc�w. Pierwsza z nich, zredagowana ostro�nie w obawie, by nie uczyni�a zbyt piorunuj�cego wra�enia, i wys�ana do Port-Saidu, zawiera�a s�owa nast�puj�ce: �Dzi�ki ch�opcu wiadomo�� pomy�lna o dzieciach. Przyje�d�ajcie do Mombassa.� Druga zupe�nie ju� wyra�na, z adresem: �Aden�, brzmia�a: �Dzieci s� z nami � zdrowe � ch�opiec bohater.�

Na ch�odnych wy�ynach u st�p Kilima-Nd�aro zatrzymali si� przez dni pi�tna�cie, gdy� doktor Clary koniecznie wymaga� tego dla zdrowia Nel, a nawet i dla zdrowia Stasia. Dzieci podziwia�y z ca�ej duszy t� niebotyczn� g�r�, kt�ra posiada wszystkie klimaty �wiata. Dwa jej szczyty: Kibo i Kima-Wenze, by�y w dzie� najcz�ciej ukryte w g�stych mg�ach. Lecz gdy w pogodne wieczory mg�y rozprasza�y si� nagle i gdy od z�rz wieczornych odwieczne �niegi na Kima-Wenze p�on�y r�owym blaskiem, podczas gdy �wiat ca�y pogr��ony by� ju� w mroku, g�ra wydawa�a si� jakby �wietlistym o�tarzem bo�ym, i r�ce obojga dzieci mimo woli sk�ada�y si� na ten widok do modlitwy.

Dla Stasia min�y dni trosk, niepokoj�w i wysi�k�w. Mieli przed sob� jeszcze miesi�c podr�y do Mombassa i droga wiod�a przez cudny, ale niezdrowy las Taweta, lecz o ile� �atwiej by�o podr�owa� teraz z liczn�, suto zaopatrzon� we wszystko karawan� i znanymi ju� szlakami ni� dawniej b��dzi� w nieznanych puszczach tylko z Kalim i z Me�. Zreszt� odpowiada� teraz za podr� kapitan Glen. Sta� wypoczywa� i

polowa�. Znalaz�szy w�r�d narz�dzi karawany d�uta i m�otki zajmowa� si� pr�cz tego w ch�odniejszych godzinach wykuwaniem na wielkiej gnejsowej skale napisu: �Jeszcze Polska...�, albowiem chcia�, �eby pozosta� jaki� �lad pobytu ich w tych stronach. Anglicy, kt�rym przet�umaczy� napis, dziwili si�, �e ch�opcu nie przysz�o na my�l uwieczni� na tej afryka�skiej skale swego nazwiska. Ale on wola� wyry� to, co wyry�. Nie przesta� jednak opiekowa� si� Nel i budzi� w niej tak nieograniczone zaufanie, �e gdy raz doktor Clary zapyta� jej, czy nie b�dzie si� ba�a burz na Morzu Czerwonym, dziewczynka podnios�a na niego swe �liczne, spokojne oczy i odrzek�a tylko: �Sta� poradzi.� Kapitan Glen twierdzi�, �e prawdziwszego �wiadectwa, czym Sta� by� dla ma�ej, i wi�kszej dla niego pochwa�y nikt nie zdo�a�by wypowiedzie�. Jakkolwiek pierwsza depesza, przes�ana do pana Tarkowskiego do Port-Saidu, zredagowana by�a bardzo ostro�nie, uczyni�a jednak tak wstrz�saj�ce wra�enie, �e rado�� omal nie zabi�a ojca Nel. Ale i pan Tarkowski, jakkolwiek by� cz�owiekiem wyj�tkowo hartownym, w pierwszej chwili po otrzymaniu depeszy ukl�k� do modlitwy i pocz�� prosi� Boga, by ta wiadomo�� nie by�a tylko z�ud�, chorobliwym przywidzeniem, zrodzonym z �alu i t�sknoty, i bole�ci. Przecie tyle napracowali si� obaj, by cho� dowiedzie� si�, czy dzieci �yj�! Pan Rawlison wyprawia� do Sudanu ca�e karawany, pan Tarkowski, przebrany za Araba, dotar� z najwi�kszym niebezpiecze�stwem �ycia a� do Chartumu � i wszystko nie zda�o si� na nic. Ludzie, kt�rzy mogli da� jak�� wiadomo��, pomarli na osp�, z g�odu lub zgin�li podczas ci�g�ych rzezi � i dzieci jak w wod� wpad�y! W ko�cu obaj ojcowie stracili wszelk� nadziej� i �yli tylko wspomnieniami, g��boko przekonani, �e nic ju� ich w �yciu nie czeka i �e dopiero �mier� po��czy ich z tymi najdro�szymi istotami, kt�re by�y dla nich wszystkim na ziemi. Tymczasem spad�a na nich niespodziewanie rado�� prawie nad si�y. Ale ��czy�y si� z ni� niepewno�� i zdumienie. Obaj nie mogli �adn� miar� poj��, jakim sposobem wiadomo�� o dzieciach przysz�a z tej strony Afryki, to jest z Mombassa. Pan Tarkowski przypuszcza�, �e mo�e wykupi�a je lub wykrad�a jaka karawana arabska, kt�ra ze wschodniego brzegu zapu�ci�a si� po ko�� s�oniow� w g��b kraju i dotar�a a� do Nilu. S�owa depeszy: �Dzi�ki ch�opcu'', t�umaczyli sobie tak, �e Sta� zawiadomi� kapitana i doktora listownie, gdzie si� oboje z Nel znajduj�. Wszelako wielu rzeczy niepodobna by�o odgadn��. Natomiast pan Tarkowski rozumia� zupe�nie jasno, �e wiadomo�� nie tylko jest pomy�lna, ale i bardzo pomy�lna, gdy� inaczej kapitan i doktor nie odwa�yliby si� budzi� w nich nadziei i przede wszystkim nie wzywaliby ich do Mombassa. Przygotowania do drogi trwa�y kr�tko i na drugi dzie� po otrzymaniu depeszy obaj in�ynierowie wraz z nauczycielk� Nel znale�li si� na pok�adzie wielkiego parowca �Peninsular and Orient Company�, kt�ry szed� do Indii, a po drodze wst�powa� do Adenu, Mombassa i Zanzibaru. W Adenie czeka�a ich druga depesza, brzmi�ca: �Dzieci s� z nami � zdrowe � ch�opiec bohater.� Po przeczytaniu jej pan Rawlison odchodzi� prawie od zmys��w z rado�ci i �ciskaj�c d�onie pana Tarkowskiego powtarza�. �Widzisz, to on j� ocali�! jemu zawdzi�czam jej �ycie!� � a pan Tarkowski nie chc�c okaza� zbytniej s�abo�ci odpowiedzia� tylko zaciskaj�c z�by: �Tak! dzielnie mi si� ch�opak spisa�!��� ale zostawszy sam w kabinie p�aka� ze szcz�cia. Nadesz�a nareszcie chwila, w kt�rej dzieci wpad�y w obj�cia ojc�w. Pan Rawlison chwyci� na r�ce sw�j odzyskany ma�y skarb, a pan Tarkowski d�ugo trzyma� swego bohaterskiego ch�opca przy piersiach. Niedola ich min�a, jak mijaj� wichry i burze w pustyni. �ycie wype�ni�o si� na nowo pogod� i szcz�ciem, a t�sknota i poprzednia roz��ka powi�kszy�a jeszcze rado��. Dzieci dziwi�y si� tylko, �e g�owy tatusi�w pobiela�y podczas roz��ki zupe�nie. Wracali do Suezu wybornym statkiem francuskim nale��cym do kompanii �Messageries

Maritimes�, pe�nym podr�nych z wysp: Reunion, Mauritius, z Madagaskaru i Zanzibaru. Gdy rozesz�a si� wie��, �e na pok�adzie znajduj� si� dzieci, kt�re uciek�y z niewoli od derwisz�w, Sta� sta� si� przedmiotem powszechnej ciekawo�ci i powszechnego uwielbienia. Ale szcz�liwa rodzina wola�a zamyka� si� w wielkiej kabinie, kt�r� im odst�pi� kapitan, i sp�dza� tam ch�odniejsze godziny na opowiadaniach. Bra�a w nich udzia� i Nel szczebioc�c jak ptaszek, a zarazem ku wielkiej wszystkich uciesze poczynaj�c ka�de zdanie od �i�. Zasiad�szy wi�c na kolanach ojca i podnosz�c ku niemu swe �liczne oczki m�wi�a w ten spos�b: �I tatusiu! I nas porwali, i wie�li na wielb��dach � i Gebhr mnie uderzy� � i Sta� mnie broni� � i przyjechali�my do Chartumu � i tam ludzie marli z g�odu � i Sta� pracowa�, �eby dosta� dla mnie daktyli � i byli�my u Mahdiego � i Sta� nie chcia� zmieni� religii � i Mahdi wys�a� nas do Faszody � i potem Sta� zabi� lwa i wszystkich � i mieszkali�my w wielkim drzewie, kt�re si� nazywa �Krak�w� � i King by� z nami � i mia�am febr� � i Sta� mnie wyleczy� � i zabi� wobo � i zwyci�y� Sambur�w � i by� zawsze dla mnie dobry, tatusiu...� Tak samo opowiada�a o Kalim, o Mei, o Kingu, o Sabie, o G�rze Lindego, o latawcach i o ostatniej podr�y a� do spotkania karawany kapitana i doktora. Pan Rawlison s�uchaj�c tego szczebiotania z trudno�ci� hamowa� �zy � i tylko co chwila tuli� do serca sw� dziewczynk�, a pan Tarkowski nie posiada� si� z dumy i szcz�cia, albowiem nawet z tych dziecinnych opowiada� pokazywa�o si�, �e gdyby nie dzielno�� i energia ch�opca, to ma�a by�aby zgin�a nie raz, ale tysi�c razy, bez ratunku. Sta� zdawa� ze wszystkiego spraw� szczeg�owiej i dok�adniej. Sta�o si� przy tym, �e przy opowiadaniu o podr�y z Faszody do wodospadu spad� mu z serca wielki ci�ar, albowiem gdy m�wi�c o tym, jak zastrzeli� Gebhra i jego towarzysz�w, zaci�� si� i j�� niespokojnie spogl�da� na ojca, pan Tarkowski zmarszczy� brwi, pomy�la� chwil�, a potem rzek� powa�nie: � S�uchaj, Stasiu! �mierci� nie wolno nikomu szafowa�, ale je�li kto� zagrozi twej ojczy�nie, �yciu twej matki, siostry lub �yciu kobiety, kt�r� ci oddano w opiek�, to pal mu w �eb, ani pytaj, i nie czy� sobie z tego �adnych wyrzut�w. Pan Rawlison zaraz po powrocie do Port-Saidu zabra� Nel do Anglii, gdzie osiad� na sta�e. Stasia odda� ojciec do szko�y w Aleksandrii, gdy� tam mniej wiedziano o jego czynach i przygodach. Dzieci pisywa�y do siebie prawie codziennie, ale z�o�y�o si� tak, �e nie widzia�y si� lat dziesi��. Ch�opiec po uko�czeniu szk� w Egipcie wst�pi� na politechnik� w Zurychu, po czym uzyskawszy dyplom pracowa� przy robotach tunelowych w Szwajcarii. I dopiero po latach dziesi�ciu, gdy pan Tarkowski poda� si� do dymisji, odwiedzili obaj przyjaci� w Anglii. Pan Rawlison zaprosi� ich do swego domu po�o�onego w pobli�u Hampton-Court na ca�e lato. Nel sko�czy�a lat osiemna�cie i wyros�a na cudn� jak kwiat dziewczyn�, a Sta� przekona� si� kosztem w�asnego spokoju, �e m�czyzna, kt�ry sko�czy� lat dwadzie�cia cztery, mo�e jednak my�le� jeszcze o damach. My�la� nawet o �licznej Nelly tak nieustannie, �e w ko�cu postanowi� ucieka�, gdzie go oczy ponios�. Ale w�wczas pan Rawlison po�o�y� mu pewnego dnia obie d�onie na ramionach i patrz�c mu wprost w oczy rzek� z anielsk� dobroci�: � Stasiu, powiedz sam, czy jest na �wiecie cz�owiek, kt�remu m�g�bym odda� ten m�j skarb i to moje kochanie z wi�ksz� ufno�ci�? M�odzi pa�stwo Tarkowscy pozostali a� do �mierci pana Rawlisona w Anglii, a w rok p�niej wyruszyli w d�ug� podr�. Poniewa� przyrzekli sobie odwiedzi� te miejsca, w kt�rych sp�dzili najm�odsze lata, a potem b��kali si� niegdy� jako dzieci, pod��yli wi�c przede wszystkim do Egiptu. Pa�stwo Mahdiego i Abdullahiego dawno ju� run�o, a po jego upadku �nast�pi�a�, jak m�wi� kapitan Glen, Anglia. Z Kairu zbudowano do Chartumu kolej. Oczyszczono sudy, czyli rozlewiska nilowe, tak �e

m�oda para mog�a dotrze� wygodnym parowcem nie tylko do Faszody, ale a� do wielkiego jeziora Wiktoria-Nianza. Z miasta Florence, le��cego nad brzegiem tego� jeziora, udali si� kolej� do Mombassa. Kapitan Glen i doktor Clary przenie�li si� ju� byli do Natalu, ale �y� w Mombassa pod troskliw� opiek� miejscowych w�adz angielskich King. Olbrzym pozna� natychmiast dawnych swych pa�stwa i szczeg�lniej Nel wita� tak radosnym tr�bieniem, �e a� pobliskie drzewa mangrowiowe trz�s�y si� jak od wiatru. Pozna� r�wnie� starego Sab�, kt�ry prze�y� niemal dwukrotnie zwyk�e psie lata i cho� troch� ju� niewidomy, towarzyszy� Stasiowi i Nel wsz�dzie. Sta� dowiedzia� si� na miejscu, �e Kali cieszy si� dobrym zdrowiem, �e w�ada, pod protektoratem angielskim, ca�� krain� na po�udnie od Jeziora Rudolfa i �e sprowadzi� misjonarzy, kt�rzy szerz� w�r�d dzikich miejscowych szczep�w chrze�cija�stwo.

Po tej ostatniej podr�y m�odzi pa�stwo Tarkowscy powr�cili do Europy i osiedli wraz z s�dziwym ojcem Stasia na sta�e w Polsce.

KONIEC

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->