KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 1 of 12

Udostępnij

0

Więcej

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA __________________________________________________________________________
Translate

Wybierz język
Technologia

OD REDAKCJI 1/2013
Tłumac

z

Redagują
Witold Egerth Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Spis treści
▼ 2013 (15) ► luty (9) ▼ styczeń (6) OD REDAKCJI 1/2013 Felieton: Igor Wieczorek WOKÓŁ TRZECIEJ KULTURY Proza: Józef Baran SPADAJĄC PATRZEĆ W GWIAZDY, odc... Fotografia: Krzysztof Jurecki DZIENNIK PODRÓŹNY An... Esej: Olga Jabłonko BLAKE I SWEDENBORG Konkurs: IX Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Wawrz... ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

Od stycznia do marca będziemy publikować fragmenty najnowszego, III tomu dziennika Józefa Barana zatytułowanego Spadając patrzeć w gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA. Poprzednie tomy dzienników Józefa Barana - cenionego polskiego poety i autora ponad 30 książek - doczekały się wielu omówień krytycznoliterackich i mają swych wiernych czytelników. Profesor Bolesław Faron w książce Okruchy. Szkice o literaturze i kulturze XX wieku – tak o nich napisał: „Zdecydowanie różnią się od dzienników Dąbrowskiej, Nałkowskiej, Herlinga – Grudzińskiego, Gombrowicza czy Lechonia”, stanowiąc „dzieło samodzielne, mozaikowe o charakterze bardziej osobistym i poetyckim”. Ireneusz Kania podkreślał, iż „jest to jeden z ważniejszych współczesnych, osobistych głosów naszych wybitnych twórców”, a Ryszard Kapuściński dodawał, że „proza Józefa Barana wciąga, zjednuje i podbija czytelnika swoja szczerością, rzetelnością i urodą”. Spadając patrzeć w gwiazdy – najnowsze zapiski Józefa Barana z lat 2008 - 2012, są kontynuacją Koncertu dla nosorożca i Przystanku marzenie. To swoiste „silva rerum” utkane ze smacznych anegdot i wspomnień, portretów ludzi sławnych i tych nieznanych, celnych aforyzmów, scen rodzajowych i komentarzy do współczesności, a także impresji z wojaży po kraju, barwnych reportaży z Brazylii, Holandii, Krety, pierwszych rzutów wierszy, wrażeń z lektur, fragmentów listów – m.in. od Sławomira Mrożka… Partie liryczne sąsiadują z partiami humorystycznymi, a sądy ogólne dotyczące filozofii, poezji, religii, miłości i tzw. pytań ostatecznych – wynikają z bardzo osobistych wyznań, doznań i zwierzeń. Książka od pierwszych stron wciąga w swój niepowtarzalny klimat, daje przyjemność „smakowania” zatrzymanych chwil nasyconych poetycką wrażliwością. Redakcja Krytyki Literackiej dziękuje Autorowi i Wydawcy za udostępnienie fragmentów dziennika do publikacji. Słowo na styczeń „Warunkiem podnoszenia poziomu sztuki, jej rozwijania i udoskonalania, jest całkowite opanowanie wszystkich kierunków poprzednich. Każdy kierunek następny jest albo rozwinięciem kierunków poprzednich, albo przeciwstawiającym się uzupełnieniem ich braków. [...] Wytworzyć sztukę nowoczesną może jedynie ten, kto poznał wszystko, co było poprzednio, i to, co jest dziś – i wobec tego wszystkiego zachował wolność stanowiska krytycznego”. Władysław Strzemiński Sztuka nowoczesna a szkoły artystyczne Polecamy Zbiór esejów, felietonów, opowiadań Mariana Lecha Bednarka Sianoskręt, wyd. Text Partner, Katowice 2012; str. 67, ilustracje autora.

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 2 of 12

Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Kisiel Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek Adam T. Witczak Anna Wolska Bohdan Wrocławski Rafał A. Ziemkiewicz Adam A. Zych Leszek Żebrowski ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek Juliusz Słowacki Julian Tuwim

Książkę Mariusza Bobera Rzeczy prozą pisane/Things written in prose, wyd. RaSIL – Konfraternia Kozirynek, Radzyń Podlaski 2012, tłum. na angielski Anna Widlarz. Rozmowę Józefa Barana z Urszulą Kozioł o poezji i sztuce porozumienia http://www.youtube.com/watch?v=C-UEFXds6hE
Poleć to w Google

Felieton: Igor Wieczorek WOKÓŁ TRZECIEJ KULTURY
Nie tak dawno, bo na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, amerykański malarz, rzeźbiarz i performer, James Lee Byars, wpadł na pomysł powołania do życia „Światowgo Centrum Pytań”, w którym stu najbardziej błyskotliwych intelektualistów z całego świata wiodłoby spór o poznawcze i naukowe pryncypia. Efektem owego sporu miała być „synteza całej ludzkiej wiedzy”. Choć z oczywistych przyczyn ten utopijny projekt nie mógł zakończyć się sukcesem, to jednak zainspirował Johna Brockmana, jednego z najbardziej wpływowych agentów literackich świata, do stworzenia internetowego salonu dyskusyjnego „Edge” (http://www.edge.org), w którym liczni myśliciele spod znaku trzeciej kultury usiłują twórczo przekraczać granice dyscyplin poznawczych i naukowych, które sami reprezentują. Najogólniej rzecz biorąc, celem owych karkołomnych zabiegów jest zasypanie przepaści między „kulturą humanistów” kształtowaną przez literaturę piękną, sztuki plastyczne i muzykę , a „kulturą naukowców” kształtowaną przez nauki ścisłe. Idea trzeciej kultury budzi gwałtowne emocje, ma swoich gorących fanów i nieprzejednanych wrogów. Ci pierwsi twierdzą najczęściej, że permanentny brak kontaktu między humanistami o literackiej proweniencji a przedstawicielami nauk ścisłych sprawia, iż obywatele współczesnego świata nie są zdolni do praktycznej i prawdziwej interpretacji rzeczywistości. A ponieważ obraz rzeczywistości w oczach statystycznego obywatela współczesnego świata rozpada się na tysiące niepowiązanych ze sobą, chaotycznie dryfujących fragmentów, idea trzeciej kultury zasługuje na poklask. Jedną z najbardziej entuzjastycznych definicji trzeciej kultury ukuł brytyjski reżyser i pisarz Peter Brook. Według tej definicji trzecia kultura jest „siłą, która może stanowić przeciwwagę dla fragmentacji naszego świata. Jej zadaniem jest odnajdowanie relacji wszędzie tam, gdzie one zanikają lub zostały utracone. Relacji pomiędzy człowiekiem a społeczeństwem, jedną rasą a drugą, mikrokosmosem a makrokosmosem, humanizmem a mechanizacją, widzialnym a niewidzialnym, pomiędzy kategoriami, językami, rodzajami”. Krytycy trzeciej kultury nie są tak entuzjastyczni. Są przekonani o tym, że oto na naszych oczach treści kultury humanistycznej zostały przekazane w obszar badawczy nauk ścisłych i technologicznych, a uczeni i badacze świata empirycznego bez żadnych społecznych konsultacji i często bardzo nieudolnie przejmują rolę tradycyjnej elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na typowo filozoficzne pytania o sens ludzkiego życia. Ci nadgorliwi krytycy zapominają o tym, że pomysłodawcami projektu trzeciej kultury nie byli przyrodoznawcy, ale rasowy artysta James Lee Byars i jego bliski przyjaciel, agent literacki, John Brockman. Natomiast liczni krytycy o przyrodoznawczym rodowodzie, którym nie podoba się fakt, że język trzeciej kultury ma (ze względu na swoją konotacyjność) więcej wspólnego z językiem literackim niż z językiem nauki, zapominają o tym, że projekt trzeciej kultury opiera się właśnie na chęci zasypania przepaści między tymi dwoma językami. Skoro tradycyjny język naukowy jest tak ścisły i hermetyczny, że nie rozumie go

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 3 of 12

S.I. Witkiewicz

nikt oprócz jego autorów, to nie da się go rozluźnić, otworzyć i uprzystępnić inaczej niż tylko na drodze literaturyzacji.

Etykiety

Tomasz

Sobieraj

Józef Baran Witkacy Marek Trojanowski
Krzysztof Jurecki Dariusz Pawlicki Igor Wieczorek Czesław Miłosz Jacek Dehnel Witold Egerth Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wioletta Sobieraj Karol Maliszewski
Wojciech Herbert Wencel Adam Zbigniew Zagajewski

Z mojego punktu widzenia największym osiągnięciem ruchu trzeciej kultury jest właśnie wspaniały rozwój zupełnie nowego rodzaju literatury popularnonaukowej. Zanim J.L.Byars i J.Brockman zaczęli realizować swój utopijny projekt, popularyzacją wiedzy naukowej zajmowali się głównie dziennikarze. Naukowcy nie parali się popularyzacją wyników swoich badań. Dopiero pod koniec minionego stulecia trzeciokulturowe idee zaczęły ich skłaniać do pisania esejów tak znakomitych, jak te opublikowane niedawno przez polskie wydawnictwo „Smak Słowa” w arcyciekawym zbiorze pod wymownym tytułem „Co nas skłania do optymizmu”. Oprócz gwałtownego rozwoju nowej literatury popularnonaukowej idee trzeciej kultury przynoszą ciekawe efekty w sztukach multimedialnych, poezji i kulturoznawstwie. Dobrym tego przykładem jest unikatowa twórczość łódzkiego pisarza, poety, krytyka i fotografa, Tomasza Sobieraja. Tę wielowątkową twórczość charakteryzuje bardzo trzeciokulturowe, choć prawdopodobnie bezwiedne, dążenie do skrajnego indywidualizmu i syntezy różnych kierunków literackich. Witold Egerth, autor posłowia do opublikowanego niedawno nakładem wydawnictwa Editions Sur Ner poematu Tomasza.Sobieraja pt. Krawiec doszedł do wniosku, że „Krawiec to utwór w konstrukcji najbliższy poematowi dygresyjnemu, w którym jednak pojawiają się obficie różne gatunki i formy, co czyni klasyfikację nieco utrudnioną. Opowiadanie, opowieść poetycka, esej filozoficzny, tekst krytyczno-literacki i autorski wykład z teorii sztuki łączą się tutaj swobodnie z satyrą, jadowitą publicystyką i krytyką polityczną”. I chociaż T. Sobieraj nie czuje się przedstawicielem nurtu trzeciej kultury, to właśnie ze względu na ową wielowątkowość znajduje się w jego zasięgu, co świadczy o sile nurtu lub, jeśli ktoś woli, prądu, którego fazę szczytową wciąż jeszcze mamy przed sobą.
Poleć to w Google

Joanna Turek Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Adam Mickiewicz Andrzej Jerzy Lech Janusz Najder Jaroslav Hašek Rafał A. Ziemkiewicz Stefan Okołowicz Joachimiak
Emanuel

Tadeusz

Różewicz
Wat Ewa

Witold Gombrowicz Zbigniew
Aleksander Swedenborg

Thompson Günther Grass Horacy Jarosław Marek Rymkiewicz Kot Jeleński Olga Tokarczuk Peter Brook Philip Larkin William Blake

Łącza
Józef Baran Nick Brandt Robert Frost Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Krzysztof Jurecki Franz Kafka Ryszard Kapuściński Konstandinos Kawafis Michael Kenna Andrzej Jerzy Lech Krzysztof Niemczycki Bolesław Prus Tomasz M. Sobieraj Bruno Schulz Josef Sudek Marek Trojanowski Jacek Trznadel Julian Tuwim Witkacy Witkacy - fotografie, rysunki, obrazy *Masters of photography *Pisarze.pl *Chinese poems *Polona *Sens Unic *Wyspa Muz

Proza: Józef Baran SPADAJĄC PATRZEĆ W GWIAZDY, odc. I
RADOSNA WIADOMOŚĆ Dzięki uporowi dni, konsekwencji godzin, mrówczej pracowitości sekund i minut. Dzięki wschodzącemu i zachodzącemu z niezwykłą punktualnością słońcu, przychylnym i nieprzychylnym wiatrom, sprzyjającej i niesprzyjającej aurze. Dzięki Bogu, dzięki starannie dopracowanym Przypadkom i temu także między innymi, że dinozaury wyginęły, a w ich miejsce pojawił się nasz malutki praszczur: plenosaurus. Dzięki milionom, miliardom, trylionom, bilionom i niezliczonej ilości sprzyjających i niesprzyjających zdarzeń, okoliczności kosmicznych, historycznych i lokalnych. Dzięki harmonii sfer niebieskich, dzięki wszystkiemu co się zdarzyło i nie zdarzyło, dzięki zegarom i kalendarzom, dzięki obrotom kuli ziemskim… Na przekór pesymistom, wbrew katastrofistom, mimo że, pomimo wszystko i nie wiadomo dlaczego… Nastał dla mnie 1 września 2008 roku i znów zastał mnie w Krakowie… UCZTA W PODZIEMIACH DWORCA To nie wykwintne przyjęcie w hotelu „Bristol”, „Marriott” czy „Pałac Dożów”, gdzie panowie w smokingach, panie w wieczorowych kreacjach, kawiory, łososie, przepiórcze jaja, najdroższe gatunki trunków, ptasie mleczko, pieczone prosiaki i drób wszelaki od którego uginają się stoły…

Kontakt
editionssurner@wp.pl

Arts & Letters Daily

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 4 of 12

Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land

Nie. Po stokroć nie. To betonowe podziemia dworca. W przejściu do krakowskiej „Galerii” sześciu bezdomnych meneli przyciśniętych przez życie do ściany, z grubą babą pośrodku, która kroi bochenki na cieniutkie kromki, smaruje masłem, okrasza plasterkiem kiełbasy, serka topionego, ogórka kiszonego ze słoika, doprawia musztardą, po czym sprawiedliwie dzieli smakołyki między członków komuny, klęczących na rozścielonym kocyku — ze szklankami, do których jeden z nich, może szef, wlewa zdobyczne piwa… Spóźnione śniadanie albo lunch, bo zegar wskazuje dwunastą, schludni klienci wchodzą i wychodzą przez oszklone drzwi do galerii i z galerii, mijając grupkę meneli-oberwańców, na twarzach których maluje się rozkosz podniebienia i wielka przyjemność wynikająca z jedzenia. Można stanąć i cieszyć oczy (stoję i cieszę oczy) widząc pokancerowanych przez życie ludzi, w tej jednej chwili w siódmym niebie, gdy zaspokajają elementarną potrzebę, która dla nich — jak dla nas — nie jest rutyną, lecz wspaniałą ceremonią przewodu pokarmowego i grających marsza kiszek. Stoję, patrzę i też mi błogo na duszy… Tak, jestem stuprocentowo pewien przyglądając się, jak poruszają pracowicie i nabożnie żuchwami, chrzęszczą, chrupią, przeżuwają kęs po kęsie przepijając piwem, że ich skala przyjemności w tym momencie, jest nie mniejsza, ba, jest nawet większa od skali doznań estetycznosmakowych wykwintnego, bogatego towarzystwa biorącego udział w kolacji w pięciogwiazdkowym hotelu.

BIBLIOTEKA KRYTYKI LITERACKIEJ
Książki w formacie PDF; wersje papierowe dostępne w redakcji KL.

Krawiec

Obiekty banalne

Dlaczego? Bo ich pragnienie i ich głód są o wiele większe i mocniejsze od pragnień i głodów możnych tego świata, a więc sytych. A ponieważ odległość od pragnienia do zaspakajania pragnień tak duża — tym większa radość spełnienia… Jak to kiedyś powiedział Miron Białoszewski? „Człowiek w kosmosie czy na kanapie w Wołominie ma tę samą skalę wyobraźni i uczuć”, a ja dodałbym i podobną skalę doznań hedonistycznych.

Ogólna teoria jesieni

PĘPEK PĘPKÓW czyli KRAKOWIACZEK CI JA… Na spotkaniach autorskich bywam nazywany poetą krakowskim, czego przez długi czas nie lubiłem, bo primo: wydawało mi się, że jestem autorem wierszy uniwersalnych, a nie lokalnych, secundo: z krakowską mentalnością, z krakowskimi salonami i mieszczuchami, przez długi czas miewałem na pieńku, podejrzewając ich o pewien rodzaj wyniosłej i niecnej świętoszkowatości. Mimo że mieszkam tu od lat — parę słojów mojej duszy (jeśli dusza ma słoje) tuż przy rdzeniu (jeśli dusza ma rdzeń), pozostało borzęckich. Dowód? Odczuwałem zawsze mocniejszy związek z otwartymi przestrzeniami, Naturą, niebem usianym gwiazdami, lasem, niż z zabytkami, historią na Wawelu i krakowskimi kawiarniami. W Szwecji, gdy Anders Bodegard, tłumacz Szymborskiej i Gombrowicza zapytał mnie co już zobaczyłem w Sztokholmie, odpowiedziałem przekornie, że okoliczne lasy, jeziora i wysepki… Myśląc o swojej tożsamości podpisuję się pod słowami węgierskiego Noblisty Imre Kertésza, który pisał: „mam wiele »ja« i wszystkie one obsługują to jedno: moje reprezentacyjne »ja«”. Ale wszystkie moje „ja” — więc i „ja” sam — o nim właśnie wiedzą (wiem) najmniej. Jestem jak ziemia i nawóz na grządkach, a kwiat, któremu pomagam wyrosnąć, jest mi obcy; właściwie tylko z uprzejmości wobec siebie podziwiam go od czasu do czasu przelotnym spojrzeniem”. W „Koncercie dla nosorożca” pisałem trochę podobnie: „Mam wrażenie, że jestem ruską babuszką, w której znajduje się kilkanaście innych coraz mniejszych. Ale która jest mną, z którą utożsamiam się najpełniej?” — to chyba zależy od roli, którą w danym momencie muszę zagrać —

Aleja Róż

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 5 of 12

Wojna Kwiatów

dodałbym dzisiaj. Od czasu do czasu wyskakuje też ze mnie tamten borzęcki zasmarkany pastuszek uczepiony krowiego ogona, choćbym go ukrywał w sobie, więził, głodził i stroił w erudycję, tytuły i garnitury… Zresztą, czy jestem wyjątkowy? Każdy wrażliwy człowiek składa się z wielu „ja”. Tylko ludzkie nosorożce pozbawione wrażliwości - na przykład większość polityków - są tak zamaskowani i żyją za tak grubą szybą dyplomacji, że nie ma do nich dostępu. Niedawno jedna z internetowych krakowskich witryn poprosiła mnie o wypowiedź, czy czuję się krakowianinem i czym krakus różni się od mieszkańców innych miast? Pytania nie za mądre, ale myślałem, myślałem i odpowiedziałem. Choć na wstępie zastrzegłem, że z dużą podejrzliwością przysłuchuję się próbom uogólnień że krakowianie są tacy, a warszawianie, opolanie czy poznaniacy — inni. Zresztą choć, mieszkam w Krakowie już ponad 30 lat, czy czuję się krakusem? Ile lat musi się tu żyć, by zasłużyć na to miano? Większość najznakomitszych artystów, aktorów, poetów, naukowców z grodu nad Wisłą, których znam, to przyjezdni rodem z miasteczek i wsi małopolskich, czy innych miast i regionów. Ściągnęła ich magnetyczna legenda stolicy kultury polskiej, albo są dziećmi rodziców — chłopów lub robotników przybyłych tu, by budować „pomnik socjalizmu”: Nową Hutę. Istnieje taki stereotyp, że krakusy nie lubią warszawiaków… To też nie bardzo sprawdza się na moim przykładzie, bo w stolicy miewałem wypróbowanych przyjaciół i dobrych znajomych (wśród pisarzy: Artura Sandauera, Mariana Pilota, Edka Redlińskiego, Mirona Białoszewskiego czy Wiesława Myśliwskiego). Lepiej się z nimi rozumiałem niż z wieloma krakauerami, z którymi nie czułem żadnego powinowactwa duchowego, choć i ja, i oni, patrzymy prawie codziennie na tę samą Wieżę Mariacką i Wawel, chodzimy do Teatru Starego lub Nowego, słuchamy głosu trąbki z Wieży Mariackiej „płynącej nad dachami kamienic”, ba, oddychamy tym samym zanieczyszczonym powietrzem, bo stara stolica leży niestety w głębokiej niecce i w wilgotne dni smog nie ma stąd odpływu, dlatego człowiek budzi się jak na kacu, choć Bogu ducha winien. Pewnie typowe cechy mieszkańca Krakowa dałoby się wyraźniej wyodrębnić, gdyby je przyrównać na przykład z cechami kresowian (mieszkaniec Krakowa jest rzeczowy, mniej wylewny, postny, nie nawykły do obfitych gestów), typowych dla górali „spode Tater” albo Ślązaków (też zależy jakich), mieszkających za miedzą Małopolski, a różniących się tak bardzo mentalnością, zamiłowaniem do innej kuchni, pewnymi przyzwyczajeniami, wynikającymi z odmiennej kultury regionalnej. Pociąg do tytułomanii, jak i do „Całujerączki Szanownej Pani Prezesowej” — to zaś na pewno galicyjskie relikty. Oczywiście zabytkowa architektura, jeden z najbardziej urodziwych rynków w Europie, masa imprez kulturalnych i wielkie zagęszczenie znanych artystów na 1 m kwadratowy (proszę to odczytać jako hiperbolę) — mogłyby mieć wpływ, choć nie muszą na wzrost duszy mieszkańców. Nie muszą, bo niestety, większość krakowian w ogóle nie wstępują do teatrów, filharmonii, na wernisaże, koncerty, spotkania artystami, czyli nie korzysta z dostępnych im dóbr kulturalnych a wolny czas spędza na zakupach w „globalnych” supermarketach oraz przed telewizorami i komputerami… …Jednak pamiętam jak raz zdziwiłem się jadąc pociągiem, gdy podczas rozmowy z przemiłą panią z północy Polski dowiedziałem się, że mówię z krakowskim akcentem. Było to dla mnie niezwykłe odkrycie, gdyż dotąd nie zdawałem sobie sprawy, że mam jakiś osobliwy akcent, ba, że gdy wyrwie mi się: „chodźże tu!”, „dajże spokój”, albo „ a idze, idze bajtloku!” — to ludzie wyczuleni na odmianki polszczyzny w lot poznają, iż jestem (choć nie jestem) krakowski Antek… Oczywiście im dalej od Polski, tym te szczególne cechy są mniej widoczne. W Singapurze na przykład widać było gołym okiem, że nie jestem Azjatą, ani Singapurczykiem, a przedstawicielem rasy kaukaskiej. Ba, jeśli tamtejszy antropolog wpatrzyłby się w moje rysy, może odgadłby, że jestem Polakiem. Ale już za Chiny Ludowe nie odkryłby we

Dom Nadzoru

Pozycja chwilowo niedostępna

Gra

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 6 of 12

mnie krakowianina. Czyli im dalej, tym te nasze z bliższa widoczne różnice się zacierają… Jako poeta mógłbym się pokusić o opisanie pewnych cech dodatnich krakowskiej szkoły poetyckiej, w porównaniu na przykład z gdańską, mikołowską czy wrocławską. Dbałość o czytelność, ładną klarowną formę, lekkość, ale także pewien tradycjonalizm, nie rezygnowanie z rymów, rytmu czy „staroświeckich” przesłań etycznych… Dalej — poczucie humoru, wdzięk, zwracanie uwagi przez autora na pomysł, koncept, kompozycję, puentę… Tak, to na pewno cechy poezji Szymborskiej i Harasymowicza, Śliwiaka, Zagajewskiego i Ziemianina, ale także Kornhausera, Stabry, Lipskiej, Zechenter-Spławińskiej, Lisowskiego, Świetlickiego, Bursy, Skwarnickiego, Elektorowicza, Gizelli czy Warzechy, choć nie roszczę sobie pretensji do obiektywizmu, bo jak może ktoś, kto siedzi w brzuchu wieloryba, opisać tego wieloryba z zewnątrz? Czy dbałość o atrakcyjność przekazu ma związek z tradycją kabaretową „Piwnicy pod Baranami” i z Teatrem Stu, a wcześniej z „Zielonym Balonikiem” ? Może jakiś ma… Czy krakowski swoisty prowincjonalizm i konserwatyzm — jedni mówią „zatęchły”, inni „szacowny”, jedni uważają, że „zapyziały”, inni „kulturotwórczy, sprzyjający artystycznemu skupieniu” — mają związek z tym, że Kraków otrzymał lokację na prawie magdeburskim już ponad 750 lat temu i w swoich długowiecznych murach udało mu się zakonserwować genius loci: przywiązanie do wartości, szacunek dla tradycji, a także pewnego rodzaju dumę, a nawet, powiedziałbym, pychę? Pewnie mają… Piosenkarz Andrzej Sikorowski napisał tekst „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”, co między wierszami należy odczytywać — i bez tego jesteśmy najlepsi. Oczywiście są tacy, którzy twierdzą, że Gród Podwawelski jest dziś ostoją marazmu i młodzi z Polski nie garną się już tu, tak jak kiedyś na studia — szczególnie dotyczy to uczelni nieartystycznych, gdyż widzą przed sobą lepsze szanse pracy i kariery zawodowej w Warszawie, Wrocławiu czy Poznaniu. Jerzy Zoń — reżyser, animator Festiwali Teatrów ulicznych i dyrektor teatru KTO powiedział mi: „Krakowianina w świecie rozpoznać po tym, że nie wiedzieć czemu uważa, iż Kraków jest pępkiem świata, a w tym pępku właśnie mieszka on, Krakus, Krakowianin, pępek tego pępka”(...) (Początek III tomu dziennika Józefa Barana pt. Spadając patrzeć w gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA w Poznaniu)
Poleć to w Google

Fotografia: Krzysztof Jurecki DZIENNIK PODRÓŹNY Andrzeja Jerzego Lecha
Fotograficzny styl Andrzeja Jerzego Lecha zmienił się od końca lat 90., kiedy ostatecznie artysta rozpoczął tworzenie monumentalnego cyklu, powstającego wszędzie tam, gdzie się pojawia. Zawsze stara się on pozostawiać swój ulotny ślad w postaci zapisu określonych, wybranych przez siebie miejsc. Taką formę jego wysublimowanej twórczości, sięgającej z uwielbieniem i premedytacją do w pewnym sensie „rzemieślniczej”, a więc po części nieartystycznej działalności fotograficznej z XIX wieku, mogliśmy zobaczyć w Polsce w serii wystaw pod tytułem Dziennik podróżny. Andrzej Lech pokazuje nam miejsca niezwykłe, choć widziane przez każdego, kto w nich był. Udało mu się uchwycić formę poetyckich „pustych” przestrzeni, które są pełne znaczeń i symboli. Nie interesują go ludzie, gdyż jego koncepcja fotografii daleka jest zarówno od „fotografii inscenizowanej”, jak też od skomercjalizowanego reportażu. Czego

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 7 of 12

artysta poszukuje w swym dzienniku? Spełnienia, szczególnych stanów duszy, a przede wszystkim pełni bytu, zapełniania swą energią duchową wszystkich miejsc, które go wzruszają i poruszają. Taki rodzaj fotografii dokumentalnej popularny jest na całym świecie, choć tak trudno jest znaleźć własną formułę, która byłaby inna od najczęściej oschłej, architektonicznej koncepcji, wywodzącej się zarówno z dziewiętnastowiecznego dokumentu, jak też dokonań Becherów, które silnie skonceptualizowały przekaz fotograficzny dosłownie na całym świecie. Andrzejowi udało się wyjść z tak trudnej sytuacji, gdyż jest pokornym podróżnikiem, dziewiętnastowiecznym flaunerem, który zachwyca się miejscami opuszczonymi przez czas i Boga. Taką metodą odkrył w końcu XIX wieku Atget, ale Lech jest bardziej malarski, nawet specyficznie piktorialny, nadając swym poszczególnym odbitkom unikatowego charakteru przez tonowanie i barwienie w herbacie. Należy przypomnieć, że już w latach 80. Andrzej Lech miał bardzo istotne dokonania twórcze. Świadomie pozbawił swojej fotografii tak podstawowych dla tej sztuki atrybutów, jak czas i miejsce wykonania. Najlepiej udało mu się zrealizować to w cyklu Warka, Amsterdam, Kazanłyk...(1986) oraz w Kalendarzu szwajcarskim, rok 1912 (1987), w których zaczął miedzy innymi realizować koncepcję „fotograficznej reinkarnacji”. Problem ten jest niezwykle ważny w historii fotografii, gdyż Lech podążył drogą wytyczoną przez Minora White’a i był chyba pierwszym polskim fotografem, który swobodnie penetrował rejony filozofii i sztuki, gdzie wyznacznikiem było pojęcie karmy. Wcześniej Andrzej odkrył dla polskiej fotografii zarówno klasyczny międzywojenny modernizm amerykański spod znaku Edwarda Westona, jak też, poprzez swego nauczyciela fotografii, Bořka Sousedíka, z Państwowego Konserwatorium Sztuk Pięknych w Ostrawie, takich czeskich mistrzów, jak, na przykład, Josef Sudek. Było to bardzo istotne, ponieważ do tej pory nikt w Polsce nie interesował się dokonaniami amerykańskimi, które wytyczyły główne nurty w fotografii światowej od początku XX wieku. Podobnie było z recepcją fotografii czechosłowackiej, następującą także dzięki innym fotografom. Do tej pory ta „stała wymiana kulturowa” jest jedną z najważniejszych tendencji kształtujących naszą fotografię. Lech był także tym, który uprawomocnił w Polsce zainteresowanie, a nawet modę na korzystanie ze starych aparatów fotograficznych, dzięki którym można było przywołać dziewiętnastowieczną „aurę”. Znikała ona, co zauważył przenikliwy myśliciel Walter Benjamin, wraz z unowocześnianiem się sprzętu, w tym optyki fotograficznej. Dlatego artysta z premedytacją powrócił do dawnej dziewiętnastowiecznej fotografii. Przez kilka lat, głównie w latach 80. XX wieku świadomie, choć wybiórczo, sięgał także do tradycji neoawangardowej, biorąc udział w programie i nurcie „fotografii elementarnej”, realizowanych we wrocławskiej galerii „Foto-Medium-Art”. Ostatecznie Dziennik podróżny rozpoczął jeszcze bardziej „fotograficzny” okres jego twórczości. Z innej strony koncepcja sztuki Lecha miała związek z literaturą Jorge Borhesa, z jego zamiłowaniem do tworzenia sytuacji labiryntu i niekończących się nigdy narracji oraz miała tez oparcie o własne teksty – w tym listy, dzienniki podróżne, pisane do Roberta Michela, przyjaciela artysty i tłumacza z Paryża. To bardzo podbudowało wizualną stronę fotografii Lecha. Są to cenne teksty, opowiadające o życiu i obyczajowości, pisane specyficznym stylem. W ten sposób fotografie artysty ukazują znaczenie symulacji, znikania przyrodzonych atrybutów tego medium, a także samego autora, jako podmiotu. Jest to też świadoma obrona „prawdziwej fotografii” przed pseudosztuką i wszechogarniającą nas kulturą masową. I taka właśnie forma obrony naszych wartości i naszego świata bardzo mnie przekonuje. Ranga dokonań Andrzeja Lecha w zakresie fotografii, uzupełnionej bardzo wysublimowaną myślą teoretyczną, należy do najważniejszych polskich osiągnięć po II wojnie światowej i jak sadzę czeka na swoje światowe odkrycie. za: Exit, 4/2006
Poleć to w Google

Esej: Olga Jabłonko BLAKE I SWEDENBORG

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 8 of 12

William Blake (1757-1827) należał do postaci nietuzinkowych: poeta, rytownik, malarz. Jego twórczość umieszcza się zazwyczaj w okresie romantyzmu, a przecież urodził się on w epoce zwanej oświeceniem. Znany przede wszystkim jako autor takich obrazów, jak: Szatan dręczący Hioba, Nabuchodonozor, czy Newton na dnie Morza Czasoprzestrzeni. Zajmował się ilustrowaniem książek podróżniczych, tekstów Miltona, Dantego, a także własnych utworów, m. in. rycin gotyckich nagrobków z Westminsteru. Od tego właśnie momentu rozpoczęła się jego fascynacja gotykiem, trwająca całe życie. Jego praca nad ryciną według projektu Henry Füssliego skłoniła Blake’a ku światu wiedzy ezoterycznej – niewykluczone, że już wcześniej prowadził własne eskploracje w tym kierunku, o czym może świadczyć opublikowana 1790 roku w Conjuror’s Magazine rycina pochodząca z pracy Lavatera Fizjonomia. W Zwierciadle Magicznym i Fizjonomicznym – bowiem taki podtytuł nosił ów periodyk — zamieszczono listę znakomitych wizjonerów, na której znalazł się również i Swedenborg. Wyraźnie świadczy to o tym, że Blake pozostawał w bliskich kontaktach z reklamującymi się na ostatniej stronie gazety tajnymi stowarzyszeniami znawców sztuk magicznych. [ 1 ] Powszechnie znane są przecież kontakty i fascynacje Blake niezwykłymi osobowościami epoki, takimi jak: John Flaxman (1755-1769), William Sharp, Philippe De Loutherbourg (1740-1812) czy Richard Cosway (17421821). Dzięki nim angielski poeta wstąpił do londyńskiej gminy swedenborgian, do której przyłączali się nie tylko artyści, ale również osoby tak zwanych wolnych zawodów: zegarmistrzowie, rytownicy, jubilerzy, złotnicy, mechanicy. Repreznetowali oni miejskie środowiska radykalne w kręgach rzemieślniczych — czyli tę grupę społeczną, do której należał Blake — a ich radykalizm odznaczał się jeszcze specyficzną duchowością i nastrojami millenarystycznymi. Pierwsze spotkanie członków gminy swedenborgian odbyło się w New Court, na miejscu dawnej londyńskiej świątyni templariuszy Middle Temple. Blake wraz ze swoją małżonką pojawili się też później na konferencji Kościoła Nowej Jerozolimy w kaplicy swedenborgiańskiej na Great East Cheap. Spotkanie trwało pięć dni i uczestniczyło w nim około siedemdziesięciu osób. Należy odnotować fakt, że Blake w ogóle uczestniczył w tym spotkaniu, ponieważ ani wcześniej, ani potem nie należał do żadnego zgromadzenia. Już dwa lata wcześniej zainteresował się pracami Swedenborga, co pozwala przypuszczać, że od pewnego czasu czuł się mocno związany z ideami Nowego Kościoła. [ 2 ] Z jednej strony biografowie angielskiego poety dowodzą, że zaczął on namiętnie wczytywać się w pisma Swednborga zaraz po śmierci swojego brata Roberta, kiedy ujrzał, jak jego dusza opuszcza martwe ciało. Prawdopodobnie artysta-rzeźbiarz John Flaxman skierował uwagę Blake’a na ten fragment doktryny szwedzkiego teozofa, mówiący o tym, że po śmierci ciała fizycznego człowiek wchodzi w swoje ciało duchowe. Z drugiej strony zaś dowody te nie wystarczą, aby wyjaśnić związki Blake’a z Nowym Kościołem. Ponieważ odnalezione adnotacje w tekstach Swedenborga, dokonane przez angielskiego poetę dotyczą raczej sensu niektórych maksym filozoficznych niż topografii duchowego świata. Ponadto wynika z nich również, że autor Małżeństwa nieba i piekła próbował przystosować idee szwedzkiego teozofa do własnych przekonań i przemyśleń. Robiąc więc notatki na marginesach pism Swedenborga dopracował się pojęcia „geniuszu poetyckiego”, ciągle odwołując się do własnych doświadczeń. [ 3 ] Swedenborg, podobnie jak Bryant, których czytywał Blake, wierzył w możliwość odkrycia na nowo pewnej starożytnej wiedzy zakrytej przed światem. Pozostałości jej odnaleźć można w egipskich hieroglifach, symbolach, w mitologii Greków i Rzymian, w tradycji wolnomularskiej. Blake myślał zapewne o swedenborgiańskiej teorii odpowiedniości albo korespondencji głoszącej, że wszystkie formy świata rzeczywistego odbijają się w świecie duchowym [ 4 ]. Właśnie dzięki temu można:

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 9 of 12

Świat widzieć w jednym ziarnku piasku, Niebo — w przydrożnej koniczynie. [ 5 ] Koncepcja odpowiedniości silnie wpłynęła na osobowość Blake’a, ponieważ opierała się na wizji, a nie na matematycznych obliczeniach Newtona czy abstrakcyjnych kalkulacjach Locke’a nie dowierzającego snom i fantazjom. Blake zachwycający się rzeźbami Michała Anioła oraz podzielający poglądy Johanna Joachima Winckelmanna, że kształt i piękno ludzkiego ciała są odzwierciedleniem Istoty Najwyższej, bez problemu radził sobie z kabalistycznymi wątkami filozofii Swedenborga, w szczególności z jego ideą Homo Maximusa, w myśl której Bóg jest Człowiekiem i przebywa w nas, a my w nim. Motyw boskiej postaci człowieka wykorzystał też w wierszu Boski wizerunek (The Divine Image). Człowiek kierując się zasadami etycznymi, swoje serce musi otworzyć na Dobro i Prawdę Boga: Człowieka zatem i kształt jego boski Kochajcie w żydzie, turku, poganinie, Bo gdzie siedziba Łaski i Miłości, Tam i Bóg mieszka: tam Jego świątynie. [ 6 ] Prawdopodobnie idee te musiały mocno wpłynąć na Blake’a, który niemal całe swoje życie poświęcił na odrysowywanie i szkicowanie formy ludzkiej — czy to w postaciach z nagrobków królewskich w Opactwie Westminsterskim, czy w płynnych liniach rycin Mantegni. [ 7 ] Blake fascynował się sprawami ostatecznymi, a w szczególności dwoma kwestiami: śmiertelności i zmartwychwstania, co uwiecznił na obrazie Wizja Sądu Ostatecznego, przedstawiającego mnóstwo starannie oddanych, z harmonijną symetrią rozmieszczonych postaci alegorycznych, biblijnych i kabalistycznych: Noego i Albiona, Abrahama i Apolla, Eliasza i Marię, Seta i Jezusa, Elohima i Wieczną Kobietę, Araunah i Eliakima, Adama i Kaina oraz całe zastępy aniołów i diabłów, których kontury ciała ludzkiego przypominają o ich boskim pochodzeniu. Blake kreując owe postacie, odwoływał się do swedenborgiańskiej koncepcji życia po śmierci, w myśl której człowiek doznaje przebudzenia w sensie duchowym: „Owe różne Stany, które widziałem w swej Imaginacji, z odległości jawią się jako Jeden Człowiek, lecz kiedy podchodzisz bliżej, okazują się Wielością Narodów” [ 8 ]. Dlatego też w całej kompozycji Sądu Ostatecznego Blake’a, dopatrywano się zarysu ludzkiej postaci mającej odpowiadać Boskiemu Człowieczeństwu. Wszystko więc odrodzi się w Chrystusie i imaginacji, będącej Jedynym Człowiekiem. [ 9 ] Chrześcijaństwo interpretował Blake jako religię powszechnego i bezwarunkowego przebaczania. Nie dopuszczał istnienia piekła, sądu i kary, w piekle zaś nie płoną ciała grzeszników, ale ludzkie błędy. Piekło jest bowiem stanem duszy człowieka. U Swedenborga piekło nie oznaczało miejsca, lecz sui generis projekcję określonych stanów np. egoizmu, złości, pychy, a więc właściwości charakteru różniące jednego człowieka od drugiego. Badacze Blake’a twierdzą, że poemat Małżeństwo nieba i piekła (Marriage of Heaven and Hell, 1790) nie został, jak późniejsze prace z okresu Lambeth, obdarzony mianem proroctwa i w obrębie kanonu Blakowskiego pozostaje pewną tajemnicą. Zaczyna się bowiem i kończy wierszami, a pozostałą część tekstu wypełniają przysłowia, wizje, argumenty, polemiki oraz ryciny. [ 10 ] Poemat Małżeństwo nieba i piekła rozpoczyna oto takimi słowami: „Jako że nowe Niebo powstało i oto trzydzieści trzy lata mija od początku: wieczne Piekło odzywa. I zaprawdę! Swedenborg to Anioł siedzący u grobu; jego pisma to lniane szaty złożone starannie” [ 11 ]. Blake w przeciwieństwie do Swedenborga uznającego, że człowiek powinien zwalczać zło, aby mógł osiągnąć dobro, występuje z żądaniem połączenia dobra i zła, ponieważ wszelkie przeciwieństwa: przyciąganie i odpychanie, rozum i energia, miłość i nienawiść, polaryzacja płci na męską i żeńską — konieczne są w egzystencji człowieka.

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 10 of 12

Prawdopodobnie autor Małżeństwa nieba i piekła zaczerpnął od Swedenborga formułę wizji godnej zapamiętania, w której przedstawił skandaliczne rozmowy z aniołami [ 12 ]. Tym samym wyjaśniając, że Biblię należy czytać w jej infernalnym sensie, a nie, jak chciał szwedzki teozof, w jej sensie wewnętrznym. Ponadto angielski poeta zakwestionował pojęcie osobowego Boga i odwrócił system norm etycznych: Boga nazywał szatanem, Szatana Bogiem, zło dobrem, dobro złem. Badacze zgodni są co do tego, że Małżeństwo nieba i piekła nie powinno sprowadzać się wyłącznie do polemiki z poglądami Swedenborga, ponieważ tekst ten stanowi apoteozę energii, siły popędu i seksualności. Należy również pamiętać, że Blake nigdy długo nie odwoływał się do jednej koncepcji czy postawy. Lubił przerzucać się z tematu na temat, unikając skupienia na jednym konretnym problemie. [ 13 ] Przypisy [ 1 ] P. Ackroyd, Blake, przekł. E. Kraskowska, Poznań 2001, s. 158. [ 2 ] Ibidem, s. 116-117. „William Sharp przystąpił do Towarzystwa Teozoficznego, z którego niebawem miał powstać swedenborgiański Nowy Kościół. Swedenborgianinem i wolnomularzem był również malarz Cosway, który kiedyś uczył Blake’a w szkole Rysunku na Strandzie. Uprawiał on praktyki okultystyczne i miewał wizje, które następnie uwieńczał w swoich dziełach”. [ 3 ] Ibidem, s. 117-118. [ 4 ] E. Swedenborg, O niebie i jego cudach również o piekle według tego co słyszano i widziano [przekł. pol. wg oryg. De coelo et ejus mirabilibus et de inferno ex auditis et visis, Londini 1758, na podst. wyd. londyńskiego z roku 1880], red. D. Kielczyk, b. daty wyd., § 106, s. 72. [ 5 ] W. Blake, Wróżby niewinności, przekł. J. Kozak, [w:] W. Blake, Wiersze i poematy, oprac. K. Puławski, Izabelin 1997, s. 85. Zob. również: T. Sławek, Człowiek radosny: Blake, Nietzsche, [w:] „Spotkania z literaturą”, nr 15, Kielce 1994, s. 10-11. [ 6 ] W. Blake, Boski wizerunek, przekł. J. Kozak, [w:] Wiersze i poematy, op. cit., s. 18. [ 7 ] P. Ackroyd, Blake, op. cit., s. 119 i s. 326. [ 8 ] Complete, 556-557. Cyt. za: P. Ackroyd, op. cit., s. 358. [ 9 ] P. Ackroyd, op. cit., s. 358. [ 10 ] Ibidem, s. 180. [ 11 ] W. Blake, Małżeństwo nieba & piekła, przekł. F. Wygoda, Wrocław 2002, s. 29. [ 12 ] J. Ross, Aspects Littèraires du mysticisme philosophique, Strasburg 1951, s. 50. [ 13 ] P. Ackroyd, op. cit., s. 181. Zob. również: S. Helsztyński, William Blake, [w:] Czy wiesz kto to jest? Praca zbiorowa, Warszawa 1973, s. 153156. za: www.racjonalista.pl
Poleć to w Google

Konkurs: IX Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Wawrzyn Sądecczyzny”
Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 11 of 12

oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem: Człowiek i sny Zasady: 1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy. 2.Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy. 3.Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim. 4.Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem). 5.Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem). 6.Wszyscy uczestnicy konkursu rywalizują o nagrody pieniężne i wyróżnienia drukiem. 7.Prace konkursowe należy nadsyłać do 20 maja 2013 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki. 8.Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium. 9.Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się 28 września 2013 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie. 10.Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu. 11.Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów. Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia: I nagroda - 700 zł II nagroda - 500 zł III nagroda - 400 zł 2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla: - najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20 - najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody. Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, oksymoron2@gmail.com (Grupa e-mail:

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: styczeń 2013

Page 12 of 12

Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego i przy współudziale Urzędu Miasta Nowego Sącza.
Poleć to w Google

Nowsze posty Subskrybuj: Posty (Atom)

Strona główna

Starsze posty

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_01_01_archive.html

2013-02-07

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 1 of 19

Udostępnij

0

Więcej

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA __________________________________________________________________________
Translate

Wybierz język
Technologia

OD REDAKCJI 2/2013
Tłumac

Słowo na styczeń Co myślę o Polsce? Myślę, podobnie jak Ty, bo nie jestem z tym krajem (jeszcze mniej niż Ty) związany wspólnotą krwi. Ale ta Erde (ohne Blut) jest moja, jak zaraza albo choroba weneryczna... Polska jest 1000-letnim niemowlęciem (milenijny bobas), bez rysów, bez kształtu, bez f o r m y, z jakąś tylko potencjalną metafizyką (ani heretyków, ani metafizyków, ani inkwizytorów), potencjalną misją i d o ś w i a d c z e n i e m nieprzetrawionym. Zbigniew Herbert do Czesława Miłosza, Paryż, 28 września 1967 r. Działa w Polsce cała masa poetów i rocznie wydaje się ponad 300 tomów wierszy. Naród poetów i ubeków. Zbigniew Herbert do Czesława Miłosza, Berlin, 18 czerwca 1969 r. Od redakcji Zapraszamy do lektury 2 części III tomu dziennika Józefa Barana zatytułowanego Spadając patrzeć w gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA w Poznaniu. Najnowsze zapiski poety z lat 2008 - 2012, są kontynuacją Koncertu dla nosorożca i Przystanku marzenie. To swoiste „silva rerum” utkane ze smacznych anegdot i wspomnień, portretów ludzi sławnych i tych nieznanych, celnych aforyzmów, scen rodzajowych i komentarzy do współczesności, a także impresji z wojaży po kraju, barwnych reportaży z Brazylii, Holandii, Krety, pierwszych rzutów wierszy, wrażeń z lektur, fragmentów listów – m.in. od Sławomira Mrożka… Partie liryczne sąsiadują z partiami humorystycznymi, a sądy ogólne dotyczące filozofii, poezji, religii, miłości i tzw. pytań ostatecznych – wynikają z bardzo osobistych wyznań, doznań i zwierzeń. Książka od pierwszych stron wciąga w swój niepowtarzalny klimat, daje przyjemność „smakowania” zatrzymanych chwil nasyconych poetycką wrażliwością. Redakcja dziękuje Autorowi i Wydawcy za udostępnienie fragmentów dziennika do publikacji. Polecamy Stronę internetową i wirtualną wystawę fotograficzną Za bramami Ziemi Obiecanej – Behind the Gates of the Promised Land. Realizacja tego artystyczno-dokumentalnego projektu była możliwa dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na stronie znajdują się 144 fotografie, „które cechuje klarowność prozy i poetycka metafora; to podróż przez czyściec połączona z nauką pokory wobec historii i kaprysów fortuny (...). Autor komunikuje się z odbiorcą

z

Redagują
Witold Egerth Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Spis treści
▼ 2013 (15) ▼ luty (9) OD REDAKCJI 2/2013 Nowe książki: Dariusz Pawlicki „CHWILE, MIEJSCA, N... Proza: Józef Baran SPADAJĄC PATRZEĆ W GWIAZDY, odc... Fotografia: Krzysztof Jurecki KŁOPOTY Z NATALIĄ? Recenzja: Ignacy S. Fiut GRY EGZYSTENCJALNO -POETYC... Esej: Piotr Piętak TRZECIA ŚMIERĆ POETY Stanisław Piętak ALFABET OCZU Felieton: Igor Wieczorek SYNDROM WĘŻA Esej: Dariusz Pawlicki GLOSY & INNE ZAPISKI,cz. II... ► styczeń (6) ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 2 of 19

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Kisiel Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek Adam T. Witczak Anna Wolska Bohdan Wrocławski Rafał A. Ziemkiewicz Adam A. Zych

na wielu poziomach: historycznym, społecznym, filozoficznym i oczywiście artystycznym". (W.E.) www.sobieraj-zabramami.pl Rozmowę Józefa Barana z redaktorem naczelnym miesięcznika Odra Mieczysławem Orskim www.youtube.com/watch?v=-3eqKJXbXj0
Poleć to w Google

Nowe książki: Dariusz Pawlicki „CHWILE, MIEJSCA, NASTROJE”
Nakładem wydawnictwa Miniatura ukazał się zbiór esejów Dariusza Pawlickiego Chwile, Miejsca, Nastroje. Ryszard Sawicki O prozie Dariusza Pawlickiego Dariusz Pawlicki jest współczesnym peregrynatem, spokrewnionym raczej z peregrynatami wcześniejszych wieków, niż ze współczesnymi globetrotterami. Choć długie podróże pociągiem znosi dobrze, to jego cierpliwość wobec zawodnych rozkładów jazdy, tłoku w przedziale oraz innych niedogodności, zdaje się nienaruszalna, jeśli tylko na końcu podróży czeka nań obszar świata, w którym nie trzeba posługiwać się pojazdem, a można chodzić. Pawlicki czuje się dobrze zarówno w przestrzeni poza miejskimi murami, czyli tam, gdzie nic nie stoi na przeszkodzie, nie ogranicza spojrzenia, ani marzenia, jak i tam, gdzie odnajduje konkretne miejsce, które uznał za swoje, albo takie, które uznał za swoje ktoś, kto mu jest bliski. Miejsce oswojone, to miejsce, gdzie marzenie miesza się z przeżyciem rzeczywistości, zarówno tej współczesnej, jak i historycznej. Pawlicki potrafi odnajdywać szczególne miejsca, a co najważniejsze – potrafi opisać je tak, że stają się swojskie dla czytelnika. W szkicach takich, jak O przedzmierzchu i zmierzchu (słowo przedzmierzch autor wymyślił, nie ma go w żadnym słowniku), Drzewa, o których pamiętam, O drwach i ogniu, Pawlicki opisuje swoje doświadczenie miejsc oraz doświadczenie chwil, spędzonych w tych miejscach. Ceni sobie możliwość powrotu do chwili, którą uznał za piękną, tak samo jak możliwość powrotu do obszaru świata, który przechował tę chwilę. Ogarnia go czasem żal, że nie wszystkie miejsca i chwile są takie, jak były. I cieszy się, jeśli zdoła odkryć, że jednak coś nadal jest. „A ponieważ nadal są, więc cieszę się, gdyż stanowią jakąś namiastkę trwałości”, pisze o znajomych drzewach. Potrafi zatrzymać się na progu domu, w którym już nikt nie mieszka po to, by nie zakłócić atmosfery, woli ją taką, jaką przechowuje w pamięci. Ale zbliża się do tego domu, by tym intensywniej wspominać. „Odkąd ich nie ma, nie wchodzę do środka”, pisze Pawlicki o domu dziadków w pobliżu Sejn. „Nic bowiem nie jest tam tak, jak było”, dodaje kończąc O drwach i ogniu. Zarówno w podróży, czyli w ruchu, jak i w spoczynku, czyli u celu wędrówki, ludzie odnajdują lub tracą swoją tożsamość. Zależy to od tego, czy zdołają uchwycić sens doświadczenia. Często tłumią to, czego nie potrafią wyrazić, bo uznają doświadczenie za mało ważne. Pawlicki uważnie stąpa po ziemi i uważnie odpoczywa. Jest szczególne uważnym peregrynatorem. Dariusz Pawlicki, Chwile, Miejsca, Nastroje; wyd. Miniatura, Kraków 2012, www.miniatura.info.pl; rysunki i fotografie Autora.
Poleć to w Google

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 3 of 19

Leszek Żebrowski ORAZ J.W. Goethe Jarosław Hašek Juliusz Słowacki Julian Tuwim S.I. Witkiewicz

Proza: Józef Baran SPADAJĄC PATRZEĆ W GWIAZDY, odc. II
TRZY DNI U MAMY LEKKOMYŚLNIAK… Pierwszy dzień u mamy. Siedzi na łóżko skulona, podparta z tyłu trzema poduszkami. Równocześnie podpiera czoło ręką, trochę podrzemując, a trochę wychylona na jawę, z tobołkiem życia - oczekująca sygnału, znaku, gwizdu Stamtąd (skąd) i terminu odlotu w gwiazdy, albo Bóg wie dokąd, bo już wszyscy jej krewni, znajomi i rówieśnicy- sąsiedzi – są po Tamtej Stronie. Starość coraz bardziej ściska ją w dyby. Już prawie unieruchomiona po ostatniej operacji, w pampersach, które pięć razy na dobę zmienia jej bratowa Ala. Nie mieści się jej w głowie, że tak długo żyje. Już dawno powinna się usunąć „żeby zrobić innym plac”, a tu żadnego znaku, sygnału, gwizdu, trzepotu skrzydeł anioła śmierci - No i cemuz ten Pan Bóg mnie stąd nie zabiera, no i z cegóz mnie tu trzymo? – pojękuje. Nie pozwala, bym nawet na krok się od niej oddalił. W nocy co parę godzin woła. – Musisz, mamo, tak głośno wołać?! – pyta brat Gienek. – A bo mi się beceć chce jak się obudzę i widzę ciemności – mówi mama, która ze szpitala wróciła jakaś zalękniona. Od czasu do czasu ma zwidy, omamy, śnią się jej Stasiu i Boluś, moi braciszkowie, którzy zmarli jako dzieci (do trzech razy sztuka – ja przeżyłem), a teraz przychodzą do niej we śnie a czasem i na pół-jawie. ZADOWOLENIE, NIEZADOWOLENIE Drugi dzień u mamy przy łóżku… Mama dziś nerwowa: – Zamień kołdrę na pierzynę, bo mi straśnie zimno. - Zdrzyj ze mnie pierzyne i daj kołdre, bo mi straśnie goronco. - A cóz tak cytos i cytos? (czytam II tom „Dzienników” Mrożka, też z Borzęcina, który przyszedł na świat niedaleko od mojego rodzinnego domu). - A cóz tak chodzis po izbie, a usiądźze! - Nie kiwoj się tak! - Podnieś mnie wyzej - Opuś mnie nizej - Nizej! - Wyzej! -Wyzej, nizej! - Przynieś mi jeszcze jedno poduske, odkryj mi nogi (odkrywam), rozetrzyj stopy (rozcieram), znajdź sweter w szafie i ubierz (ubieram), zdejm-ze mi ten sweter, bo mi goronco (zdejmuję). A opowiedzże mi co u Ciebie w Krakowie, nie siedź tak, boś do mnie przyjechał, a nie do ksiozki (opowiadam, ale mało słyszy). - Aaaaaaaaaa – znowu poli jak ogień… - Oooooooooo – znowu poli jak ogień… - O mój Jezu Pomózże mi, zaprowadzić mnie do królestwa swego (odmawia modlitwę)… - Kej idzies, siedź przy mnie… - Upleć mi włosy, mocniej przyciśnij grzebień do skóry. Rób to jak człowiek, a nie jak niedołyga jaki! I tak w kółko… Najgorsze są dla mnie momenty, gdy mamę „pali ogień” gdzieś w okolicach podbrzusza. Te fale bólu przychodzą i odchodzą, a mama wtedy krzyczy, bo mówi, że jej dzięki temu krzykowi - lżej. Trzeci dzień… PRZY ŁÓŻKU, POWRÓT MROŻKA,

Etykiety

Tomasz

Sobieraj

Józef Baran Witkacy Marek Trojanowski
Krzysztof Jurecki Dariusz Pawlicki Igor Wieczorek Czesław Miłosz Jacek Dehnel Witold Egerth Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wioletta Sobieraj Karol Maliszewski
Wojciech Herbert Wencel Adam Zbigniew Zagajewski

Joanna Turek Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Adam Mickiewicz Andrzej Jerzy Lech Janusz Najder Jaroslav Hašek Rafał A. Ziemkiewicz Stefan Okołowicz Joachimiak
Emanuel

Tadeusz

Różewicz
Wat Ewa

Witold Gombrowicz Zbigniew
Aleksander Swedenborg

Thompson Günther Grass Horacy Jarosław Marek Rymkiewicz Kot Jeleński Olga Tokarczuk Peter Brook Philip Larkin William Blake

Łącza
Józef Baran Nick Brandt Robert Frost Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Krzysztof Jurecki Franz Kafka Ryszard Kapuściński Konstandinos Kawafis Michael Kenna Andrzej Jerzy Lech Krzysztof Niemczycki Bolesław Prus Tomasz M. Sobieraj Bruno Schulz Josef Sudek Marek Trojanowski Jacek Trznadel Julian Tuwim Witkacy Witkacy - fotografie, rysunki, obrazy *Masters of photography *Pisarze.pl *Chinese poems *Polona *Sens Unic *Wyspa Muz

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 4 of 19

Kontakt
editionssurner@wp.pl

Arts & Letters Daily

Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land

BIBLIOTEKA KRYTYKI LITERACKIEJ
Książki w formacie PDF; wersje papierowe dostępne w redakcji KL.

Krawiec

98-letnia mama labidzi, pojękuje (nie dziwię się jej), ale czterdziestoparoletni Mrożek w „Dzienniku” też na potęgę labidzi, pojękuje. A to że ma spleen, a to że samotny, a to że jałowy, a to że pusty i wie już, że nie rozwiąże zagadki wszechbytu. A to, że źle pisze, a to, że nie pisze. A to, że kobiet mu brakuje i pisanie mu nie idzie. A to, że kobiet za dużo i przeszkadzają mu w pisaniu. A to że łatwe, a to że trudne. A to, że za dużo pije i ma kaca, a to, że pości, żyje w celibacie i się nudzi…A to – że samotny i samotność go męczy, a to, że nie-samotny i to go rozprasza. A to, że stary, bardzo stary i nic go nie cieszy, wszystko kojarzy mu się z rutyną, z powtarzaniem tych samych czynności. A to, że wciąż niedorostek duchowy, niedojrzały, bo ani, mąż poczciwy ani mężczyzna, ani ojciec, ani Polak-katolik… A to, że dużo, za dużo pali i się truje, a to, że dużo, za dużo pije i się truje. A pali i pije, bo lubi i wtedy, gdy szczęśliwy i wtedy, gdy nieszczęśliwy, kiedy pragnie przełamać skrępowanie wynikające z bycia z kobietą (odpancerzyć się) i gdy jest sam i dotyka go smutek, depresja, niepokój, zniechęcenie ogólne i szczegółowe, niezadowolenie z siebie, z innych i ze świata, - słowem „weltschmerze”. Opisuje swoje niepokoje przed i po piciu (na kacu), przed i po nockach miłosnych z nieznającymi się nawzajem: N i Y , pomiędzy którymi bywa rozpięty prowadząc grę (N. poznałem w Paryżu w 1977, więc tym ciekawiej mi się czyta). Najciekawszy to bodaj wątek i najcelniejsze refleksje dotyczące relacji męsko-damskich i w ogóle kobiet, miłości, sfery erotyki (nie seksu),a także opowieść o tym, jak autor sobie radzi lub nie radzi mając „dwie kobiety i jedną literaturę”. Odczuwa „strach, że N. odkryje obecność X. w Paryżu” i „strach, że Y. zniechęci się do mnie z powodu mojego współżycia jednak z N.”. A z tej komplikacji wynika strach, że oba strachy nie pozwolą mu pisać”. Itd. W kółko… Mama labidzi. Mrożek labidzi. Ja – pomiędzy, milczący, mamę nakrywający to odkrywający, karmiący, ubierający cieplej, podkładający poduszki pod głowę i pod plecy, to znów odkładający poduszki…

Obiekty banalne

Zainteresowany mamą (bo to mój święty obowiązek syna) i zainteresowany coraz bardziej Mrożkiem, bo zbliżam się w „Dzienniku” do momentu, gdy zaczęliśmy w 1974 roku korespondencję, a potem prowadziliśmy ją intensywnie do 1982. Oczywiście Mrożek zainteresowany w dziennikach głównie sobą, natrąca o tym tylko paroma zdaniami… W roku 1977 spotkaliśmy się w Paryżu. Wtedy właśnie poznałem N., ale gdy nie należała już do niego, lecz do G. Traf zrządził, że byłem nawet u niej na obiedzie, a następnego dnia z młodym studentem z kraju Grzegorzem Miecugowem i N. zwiedzaliśmy muzeum w Luwrze.

Ogólna teoria jesieni

Opowiadała wówczas, jak to mieszkała z pisarzem („Czy on taki sławny w kraju?, ja mam na strychu tekę jego listów”) drzwi w drzwi i po pięciu latach takiego intymnego-nieintymnego pomieszkania, postanowiła rozmówić ostatecznie, żeby postanowił jak mężczyzna, czy ma zamiar z nią związać się na stałe, czy nie. – Swoim zwyczajem zamknął się na parę dni, myślał, myślał i wymyślił, że się nie zwiąże, bo…tu podał wiele powodów i jeden główny, że się na męża nie nadaje… Dlatego N. wyszła w końcu za bogatego nie-Polaka G. i ma się dobrze… … W trakcie czytania przybliża mi się tamten Paryż i tamten Mrożek, tak daleki mi już w ostatniej dekadzie i właściwie obcy… A jednak czytanie „Dziennika” czyni cuda. Sprawia, że znów staje mi się bardzo bliski, jak wówczas, w latach 70., gdy obdarzał mnie, młodego poetę, wspaniałymi listami. Jego uwagi o N., że literatura to dla niej „terra incognita” pokrywają się z moimi spostrzeżeniami sprzed 35 lat… Tak tak. Wciągnęło mnie pisanie Mrożka. Wszedłem po uszy w jego wewnętrzny świat, w tamten odległy już ode mnie czas, wyjaśniają mi się różne paryskie reakcje pisarza wobec mnie, wyjaśniają mi się różne treści

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 5 of 19

Aleja Róż

Wojna Kwiatów

z jego listów… Zapadam się w Mrożkowym dzienniku coraz bardziej. Ba! W miarę czytania zapadam się tak, że wpadam w podziw, co to za głęboki umysł, globoidalna głowa. Ile trafnych sądów, refleksji mających organiczny związek z nim, z jego nastrojami, z jego ciałem. Myśliciel, ale nie abstrakcyjny jak to bywało drzewiej w sztukach. Równowaga pomiędzy esencją i egzystencją. Szczerość i autentyzm dziennika, jeśli nawet proweniencji literackiej – każą podziwiać odwagę autora… Mimo refrenu pojękiwań – wiele genialnych stron! O tak, drugi tom na pewno ciekawszy i artystycznie bardziej wysmakowany od pierwszego, którego kiedyś nie doczytałem, bo mnie znudził. Teraz to już Mrożek dojrzały, Mrożek nie w kwiecie, ale w owocu wieku. Na pewno dziennikowi dodał też rumieńców wątek romansowy. Kto wie, czy nawet w niektórych fragmentach nie lepsze te zapiski od „Dziennika” Gombrowicza, bo okrutnie samoanalityczne, psychoanalityczne, wiwisekcyjne i o dziwo autentyczne, a Gombrowicz pisał pod publiczkę, na użytek…Mrożek spowiada się jakby samemu sobie, dopuszczając mnie jako czytelnika do konfesjonału. W trakcie czytania zmienia się moje myślenie o nim. Nie znałem go. Myślałem, że pomnikowy, upozowany, papierowy i abstrakcyjny, a on człowiek – z krwi i kości! Ba, facet z jajami! Najbardziej sztuczne (choć może prawdziwe?) wydają mi się rozmyślania 40-parolatka o śmierci, a najbardziej nużące i monotonne - strony dotyczące Mrożkowych „ja”…Ja bym jakąś ćwiartkę z tych dzienników zresetował i odsiałoby się z tego arcydzieło (napisz kotku – a później zresetuj - pewnie i słusznie, by mi na to odpowiedział). Ale metoda Mrożka ma polegać właśnie na tym, by dziennik nie był arcydziełem, na podobieństwo człowieka, który też arcydziełem nie jest. Obok głębokich refleksji, wyskokowych wydarzeń pojawiają się tu więc nawracające opisy nudy, pustki, i tego jak go wewnętrznie ssie niepokój. I jakim jest „gnojkiem” (jego określenie), a nie tylko „bohaterem”. Że w jeden dzień definiuje się tak, a na drugi dzień - czynami swoimi definicję tę w drobny mak rozwala. Ba, w tych neurastenicznych często zapiskach autor jest sobą-pacjentem i sobą psychoterapeuta. Mrożek-psychoterapeuta komentuje czyny i myśli Mrożka pacjenta. Dlatego to dziennik pisany „na brudno”, nie wyczyszczony literacko na glanc, jak u Gombrowicza. I dlatego autor używa do tego celu 800 stron zamiast 400 czy powiedzmy 500… Co byś nie robił drogi ziomku – polemizuję sobie z nim przy czytaniu – to i tak całej prawdy i tylko prawdy o sobie nie wyjawisz. Na skróty i tak musisz iść, bo to literatura. I idziesz. A skoro idziesz, to nie udawaj, że nie idziesz… Przecież każdy z nas parających się literaturą tak zwaną. piękną zmuszony jest do wycinania co nudniejszych fragmentów, pozostawiając czytelnikowi tylko te smaczniejsze kąski, montując, montując, montując o czym doskonale wiesz, jako dramaturg… Ale równocześnie rozumiem Mrożka, że zastosował w „dziennikach” metodę „na brudno”, by nie zacierać śladów codziennej wewnętrznej mordęgi i tej czasami infantylnej szamotaniny duszy z ciałem…Więc wyszło 800 bitych stron, które trzeba „przeskakiwać”, bo wszystkiego nie da się strawić ( są tam np. całe strony po angielsku, a potem - w nawiasie – przetłumaczone na polski). Dwa tomy. Ponad 1600 stron. Mój Boże! Toż to Proust często-gęsto przywoływany… A jeszcze ukaże się za rok trzeci tom…Słowem - dziennik długi jak życie, którego nie da się opowiedzieć i …przeczytać… Tak sobie rozmyślam, tymczasem mama znów każe podkładać poduszki pod głowę i podźwignąć, żeby mogła usiąść, bo na prawym boku leżenie ją znudziło… Właśnie w tym momencie, gdy spełniam życzenia mamy – pojawia się w izbie sąsiad z drugiej strony rzeki, nazywany Palamentrem, który przez

Dom Nadzoru

Pozycja chwilowo niedostępna

Gra

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 6 of 19

całe życie myślał o jednym: o chlaniu. „Nadiełał” piątkę dzieci, ale poza tym, że je stworzył, bo było mu przyjemnie w trakcie tej milej robótki – wcale się nimi nie zajmował. Wszystko wzięły na swoje barki i głowy żona i babcia… A teraz dzieci wyrosły na młodzieńców i panny, a on degenerat i pasożyt jeden, mieszka w zimnym nieogrzewanym pokoju. Ma około pięćdziesiątki, czerwoną gębę, czerwony pijacki nos, głos jak dzwon, zapomogę 425 złotych (przyznaną z uwagi na padaczkę alkoholową) oraz… uśmiech szeroki na całą gębę i poczucie zadowolenia, nie wiadomo z czego (może z tego prozaicznego powodu, że wczoraj nawiedziła go Matka Boska Pieniężna) - Babciu jeszcze wstaniecie i będziemy jeździć wózkiem po wale – woła od progu. - Nie udawajcie, wstawajcie – rezonuje… - A z cegóz-ześ ty bidoku taki zadowolony – mruczy mama. - A z życia babciu, bo z czego by innego – mówi pałaszując michę bigosu, którą dostał od brata. Opowiada, że ma w mieszkaniu lodowato (dziś na dworze mróz 30stopniowy) tak że zamarzła mu przez noc herbata w szklance. Śpi w ubraniu, tak jak chodzi, tylko buty zdejmuje i płaszcz. Palamenter jest jednak jak zawsze zadowolony z życia – mróz, nie mróz, szczególnie jak dostanie od mojego brata 60 groszy i jedzie po parę „fajek”, a kiedy się jeszcze jakaś butelczyna znajdzie – to co mu więcej do szczęścia potrzeba!? I dlaczego ma być niezadowolony? Choć Mrożek w dziennikach - częściej niezadowolony niż zadowolony. I mama – niezadowolona (trudno się dziwić). Ja też nie całkiem zadowolony, bo wolałbym czytać pasjonujące wynurzenia „rozmrażającego się” Mrożka - w samotności. A najlepiej siedzieć sobie przy biurku - w mieszkaniu w Krakowie. Żeby mi nikt nie przeszkadzał. …Palamenter najbardziej z wszystkich zadowolony. Nos buraczany, odarty, plamy liszajowate na gębie. Noga przypalona do łydki, bo po pijanemu włożył ją sobie do ogniska. Mimo że nie brał lekarstw - po pół roku samo się zagoiło jak na psie, choć lekarze grozili, że wywiąże się gangrena. Palamenter zadowolony, choć żyje tylko wiatrem i dniem dzisiejszym. O jutrzejszym nie myśli.. Bratu zapali pod kotłem do centralnego, michę zupy dostanie i trochę księżycówki. Zadowolenie z niego bije jako ta tęcza… - Ja sobie radę dam – odgraża się tym, którzy go już spisali na straty. - I babciu i wy też – będziecie jeszcze tańczyć na weselu wnuczki! – rezonuje wychodząc z mieszkania wraz z unoszącym się wokół niego kwaśnym odorem potu… tak że trzeba wietrzyć chwilę mieszkanie, bo – wiadomo - Palamenter nie przepada za kąpielami, do szczęścia mu to niepotrzebne… (II odcinek fragmentów dziennika Józefa Barana Spadając patrzeć gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA w Poznaniu).
Poleć to w Google

Fotografia: Krzysztof Jurecki KŁOPOTY Z NATALIĄ?

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 7 of 19

„Im więcej wiem, tym mniej rozumiem”. Ten slogan powoli trafia do mojej świadomości, a dzieje się to za sprawą kolejnych prac, wystaw i tekstów poświęconych twórczości Natalii LL. Do niedawna byłem przekonany, że Jej twórczość dla mojej percepcji nie ma żadnych tajemnic. Ale w momencie, kiedy poznałem nowe prace (wystawa Kobieta o kobiecie, BWA Bielsko-Biała, 2007), czy zmienioną wersję realizacji Szuka konsumpcyjna (1972), znajdujące się w bardzo dobrych zbiorach wrocławskiej kolekcji Zachęty, zacząłem nabierać wątpliwości co do słuszności moich wcześniejszych przemyśleń.. Uświadomiłem sobie, że Sztuka konsumpcyjna to forma instalacji z talerzami, wypełnionymi czerwonym woskiem. To z kolei doprowadziło do zadania sobie pytania, jaki impuls zadziałał, że Natalia LL między Fotografią intymną (1971), która była aranżacją przestrzenną w typie environment, na pograniczu fotografii erotycznej, ale i seksualizmu oraz egocentryzmem, z wyraźnymi odwołaniami do pop-artu, ale w stylizacji a przejściem do zdecydowanie bardziej radykalną Sztuką konsumpcyjną (od 1972) i Sztuką post-konsumpcyjną? Nie za bardzo potrafię odpowiedzieć na to proste pytanie - skąd pochodzi polski feminizm? Natalia LL wyznaczyła drogowskazy dla bardzo wielu polskich twórców, i ta fascynacja trwa do chwili obecnej wśród najmłodszego pokolenia. Przykładem może być duet hueckelserafin (Laleczki), a nawet następne generacje artystek z kręgu postfeminizmu francuskiego (Diane Ducruet). [1] Ale droga, jaką zapoczątkowała Natalia od początku lat 70. jest nie do powtórzenia, mimo, że wyznaczyła ona także kierunek dla działalności mężczyzn, np. dla takich artystów, jak Andrzej Dudek-Dürer, który rozwinął swą twórczość w innym, bardzo osobistym wymiarze egzystencjalnym o orientacji dalekowschodniej, ogłaszając się „żywą rzeźbą”, czy w jeszcze innym aspekcie Marek Gardulski koncentrujący się na wątku erotyczno/narcystycznym, ale w warstwie estetycznej neopiktorialnej. Oczywiście listę artystów, którzy postępują drogą wyznaczoną przez Natalię LL lub wprost nawiązującą do jej przesłania można poszerzać. Z pewnością na ten temat powstaną liczne krytyczne teksty. Dlaczego droga artystyczna, jaką stworzyła Natalia LL jest nie do powtórzenia?! Artystka w wyjątkowy sposób wkroczyła na podwójne terytorium antysztuki, gdyż „sztuka ciała” była zakwestionowaniem sztuki klasycznej z pozycji neoawangardy. Wkroczyła w body-art i konceptualizm, ale ujawniała swoje duchowe zainteresowania i aspiracji pokazując jak wygląda osobista, ale i uniwersalistyczna w przesłaniu przemiana ludzkiego „bios” i rozwój psyche. W ten sposób ostatecznie powstała sztuka, która traktuje o kondycji człowieka i jego uwikłaniu w materialne ciało, które podlega nieustannemu starzeniu, czyli umieraniu. Na tym polega wielkie znaczenie jej pracy artystycznej Jak określić feminizm Natalii LL, w którym czytelne są wątki nie tylko mitologiczne ale i ikonografii chrześcijańskiej? W tym momencie na pewno nie był to feminizm, choć punktem wyjścia mógł być body-art. To dowód na to, że może powstawać sztuka najnowsza, penetrująca najtrudniejsze tematy, takie jak Drzewo poznania czy Ukrzyżowanie.[2] Wiele artystek próbowało podążyć za Natalią LL, bądź wraz z Natalią LL. Były to m.in. Ewa Partum w działalności z końca lat 70 (Stupid woman), później w latach 80. Irena Nawrot i Izabella Gustowska, która rozpoczęła grę z badaniem tożsamości/kobiecości. Ale żadna z tych pośpiesznie przywołanych postaci, choć interesujących i ważnych, nie weszła tak głęboko w problematykę egzystencjalną, dotyczącą pokazania przemiany ciała i ducha, czy próby ukazania np. duszy drzewa, co jest praktycznie niewykonalnym zadaniem, podobnie jak namalowanie zasad Dekalogu. W końcu lat 80. Zofia Kulik uczyniła z siebie Bognię świata, co także, choć w innym zakresie i w innej ikonografii, interesowało Natalię LL. Kulik rozszerzyła swoje penetracje twórcze o aspekt ornamentu, tworząc nieznaną wcześniej strukturę „tkaniny dywanowej”. Z pozornie banalnego, a nawet trywialnego gestu, jakim jest rozbieranie się, uczyniła Natalia LL, podobnie jak Jerzy Bereś, rytuał. Ale jakże inne są to formuły! W przypadku tego krakowskiego rzeźbiarza i performera została ona pozbawiona aury parareligijnej, pozostały w niej jedynie odniesienia do sztuki prehistorycznej, jej początków, które, szczególnie w latach 60. i 70. były łączone z aspektami politycznymi. Niestety

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 8 of 19

zdominowała one, a w konsekwencji „rozmazała” interesujący na początku wielki projekt krakowskiego artysty. Nie tak łatwo być twórcą politycznym, może w ogóle nie warto wchodzić w taką materię?. Natalia LL chce pozostawać blisko tradycji body-artu, ale z drugiej strony z programowo sprzeczną tradycją sztuki religijnej czy parareligijnej. Trudność określenia jej sztuki polega na tym, że z erotycznej przeistoczyła się w egzystencjalną, by w latach następnych pytać o fundament istnienia świata i o jego zagrożenia. To dobrze, ze mamy kłopoty z interpretacją prac Natalii LL. Tylko w przypadku realizacji wybitnych możliwe są różne interpretacje, różne konteksty artystyczne, czyli w konsekwencji „problemy z Natalią”. Gdy ich nie ma twórczość szybko ulega zapomnieniu, okazuje się nieistotna, mało twórcza dla następnych pokoleń. A sztuka Natalii LL wpływa i inspiruje kolejne generacje, które edukują się w szkołach artystycznych nie tylko we Wrocławiu. Od początku XXI wieku widziałem wiele prac dyplomowych we Wrocławiu, czy w Łodzi, które chciały wprost nawiązywać do idei artystycznych Natalii LL. [1] Zadziwiające jest, że Diane Ducruet wykonała kilka prawie identycznych realizacji nie znając wówczas twórczości Natalii LL, którą poznała dopiero w 2006. Może to wynikać z kobiecej psychiki i fascynacji body-artem, który zachęca do tego typu rozwiązań. Podobnie można rozpatrywać twórczość Doroty Sadovskiej (ur. 1973), młodej artystki słowackiej, która wykonuje prace oparte na manipulacji ciała kobiecego [2] Natalia LL nigdy nie wykonała prac nawiązujących do tematu ukrzyżowania, ale to zagadnienie nie jest Jej obce. Wielokrotnie na fotografiach z lat 90., czy w pracach fotograficzno-malarskich pojawia się motyw bólu – nieokreślonego i połączonego z przywołaniem cierpiącej twarzy. Kwartalnik Fotografia, 2007 nr 23
Poleć to w Google

Recenzja: Ignacy S. Fiut GRY EGZYSTENCJALNOPOETYCKIE O SENS [o tomiku Joanny Bąk PAN TU NIE LEŻAŁ]
Wielu młodych ludzi próbuje obecnie zmierzyć się ze sztuką poezjowania, i chociaż najczęściej są to próby młodzieńcze, niekiedy bardzo ciekawe, to trudno powiedzieć jak wiele przetrwa próbę czasu i co po nich na trwałe zostanie w narodowej skarbnicy kultury. Przyczyny tego są różne, ale głównie wynikają z „urynkowienia sztuki”, ale i anatemy odwetowej rzucanej na młodych twórców przez „solidarnych bojowników ideowych”, chcących – jak za czasów PRL-u – sprowadzić twórczość do funkcji ideologicznej, czy wyznaniowej. W ostatnich dwudziestu latach zaroiło się od debiutów, ale i tzw. debiutów spóźnionych. Co z tego zostawi ślad w dziejach naszej poezji i co stanowi rzeczywistą wartość artystyczną – na to również trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Często bowiem premiuje się autorów, którzy się dalej nie rozwijają lub twórców przypadkowych, dla których takie nagrody są ostatnimi w ich biografii artystycznej. Wydaje się, że inaczej przedstawia się sprawa w przypadku Joanny Bąk, która wydała swój drugi tomik pt. „Pan tu nie leżał”, sponsorowany przez Fundację Bielecki ART. Ta sympatyczna książeczka, bardzo starannie i estetycznie wydana, stanowi portret artystyczny autorki. Zawiera nie tylko jej wiersze, ale bardzo interesujące fotografie je autorstwa. Poezja Joanny Bąk jest niewątpliwie typową poezją kobiecą, wpisującą się w tę jej wartościową tradycję, do której należy np. twórczość Julii Hartwig, Heleny Gordziej, Ewy Lipskiej, ale i Marii PawlikowskiejJasnorzewskiej, a nawet marzy się jej by dotknąć duszy poezji Zbigniewa Herberta. To co charakteryzuje jej dyskurs wierszowania wyraża się w tym, że każde przeżycie, doznana emocja, postrzeżenie świata

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 9 of 19

zewnętrznego najpierw wywołuje w niej refleksje, zastanowienie się, by następnie poddać performacji tradycyjną składnię języka, w wyniku czego z lekkością uzyskuje znakomite metafory: proste, budzące niepowtarzalne wizje świata, ale i nowatorsko zakotwicza człowieka w jego byciu. Tematyka tych wierszy właściwie sprowadza się do trzech wartości: miłości, domu, słowa, których nowych sensów autorka usilnie poszukuje ważąc tradycyjne ich znaczenia. Wchodzi poprzez nie w grę ze sobą, swoją duszą, oraz światem i jego kulturową otoczką, która narzuca jej pewien zewnętrzny przymus, wyrażający się w normach i wzorcach obcowania ludzi we współczesnym społeczeństwie. Joanna Bąk zdaje sobie sprawę z problemu własnej tożsamości i jakoś podświadomie wie, że ten wybór siebie, wręcz gra z własnym ja o tę „samość”, musi być dopełniona wzajemnością mężczyzny. W wierszu pt. „jeszcze zdążymy” dowiadujemy się, że „zanim usiądziesz na parapecie/mojej filiżanki/przemyśl mnie sobie pod włos/(…)//przemyśl mnie na przyszłość/wymyśl mnie dla siebie/jeszcze zdążymy spróchnieć/ w samotności”. Wie przecież, że miłość prowadzi do idealizacji kochanej osoby, a potem ją od niej alienuje, a więc w utworze – „mniej święta” przypomina: „(…) może się do niej nie módl/nie stworzyła światła/choć obiecywała dom//przed wizytą w pokojach/jej ciała/pomyśl że Ewa/też nie była święta”. Wie również, że miłość romantyczna w dzisiejszym świecie ogarniętym zmysłowością jest pusta i bezproduktywna, bo „z wyobraźni/dzieci nie będzie”, a to przecież one są jej namacalne owocem. Również o domu, nie tym z cegły, drewna, czy betonu marzy autorka. Musiałby on być zbudowany z „prawdziwych ludzi”, a nie tworzyć li tylko gry w niego rekwizytami w świecie odrealnionym i pozbawiony uczuć oraz duszy. W materialnej bowiem wspólnocie zawsze w człowieku rodzi się głębokie poczucie osobności, ale i niepełności, nawet cisza i spokój mogą budować ściany pomiędzy ludźmi. Nasz obecny świat, świat miasta – to w odczuciu poetki złożony i niebezpieczny teatr skłaniający do grania ról niejednokrotnie fałszywych. Jego domem stają się rozmowy o nieobecności. To z kolej zmusza nas do gry z sobą, między sobą; gry o siebie, czyli trudny do uchwycenia sens istnienia. W znakomitym wierszu pt. „gra” czytam więc: „przegrałam casting na mrówkę/zostałam powłoka do roli człowieka/(…)//zagraj sens – podpowiadali aniołowie/no graj – wciąż krzyczą/gdy próbuję uciec/w formę embrionu//nie ma drogi powrotnej/są tylko pierwsze kroki/gra z czasem/w sens”. Sytuacja tej egzystencjalnej niepewności skierowuje poetkę ku Bogu w świecie wirtualnym, ale przekonuje się, że i On nie jest w stanie pomóc ludziom w poszukiwaniu znaczeń, bo to do natury życia należy bezgranicznie gra z sobą i światem w sens, który i tak wymyka się codzienności naszego istnienia. Poetka przyrównuje tu ludzi do ryb, które – jak wiadomo – „głosu nie mają”. Podpowiada, że można jedynie oglądać siebie w świecie z perspektywy jego skamieliny. Nie pozwala, ale i przestrzega, by oglądać ją z perspektywy apteki, czyli antidotum i leguminy na wszystkie niedogodności w świecie ciągle tracącym sens. Przypominając jednocześnie ciepło głębokie uczucie, którym darzyła ją babcia, jej miłość do męża przekraczającą granice życia i śmierci, sądzi, że – podobnie jak zima – znosi granice między światem żywych i światem umarłych, również miłość miedzy kochającymi się tymi żywymi i tymi umarłymi. Miłość rodziców do dzieci widzi jako klucz do nieustannego odradzania się owej duchowej siły sensotwórczej, budującej nasz dom z uczuć i emocjonalnych więzi w naszej codziennej egzystencji. W końcowych partiach tomiku zamiesza krótkie, „haiku-podobne” utwory, stanowiące niejako pointę naszego znaczeniowego odnoszenia się do swojego miejsca w świecie. W tych utworach w formie skondensowanej, pisanych bez tytułu dowiadujemy się, że: „szczęśliwi ludzie/są niebezpieczni/bolą w oczy”, „najlepszą antykoncepcja/jest Internet”, „bój się bocianów/przynoszą co chcą”, a w najbardziej lakonicznym wierszu pt. „świadomość dobra” – czytamy „jestem złym człowiekiem” Modląc się w ostatnim wierszu tomiku – poetka z pokorą prosi: „pozwól mi zostawić/za sobą sens”. Może to niewiele, ale już poniekąd ten tomik może dać jej nadzieję, że naznacza swą obecnością w świecie istotnie fakt swojego, ciepłego, nadspodziewanie wrażliwego, kobiecego i w pełni sensotwórczego istnienia. Pewnie Bóg tak chce!

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 10 of 19

Joanna Bąk, Pan tu nie leżał; fotografie – Joanna Bąk i Andrzej Wysocki, Wydawca: Fundacja Bielecki Art., Kraków 2012, s.86.
Poleć to w Google

Esej: Piotr Piętak TRZECIA ŚMIERĆ POETY
Nie wiem jak zacząć ten artykuł, nie wiem, bo każde zdanie będzie brzmiało – czego się obawiam, a co jest nieuniknione – nieprawdziwie; czy syn ma prawo pisać o ojcu, przypominać jego sylwetkę i twórcze dokonania? Przecież pachnie to z daleka rodzinnymi pretensjami pod adresem dzisiejszych dyktatorów literackich mód, których oglądam czasami w TVP Kultura i którzy sprawiają wrażenie, że literatura polska – oprócz Miłosza a i w to wątpię – jest dla nich ziemią nieznaną. Wystukawszy poprzednie zdanie na ekranie komputera wiem, że powinienem je wykreślić, ale nie wykreślę, bo chcę napisać nie o moich pretensjach, ale o prawdziwym skandalu związanym z funkcjonowaniem naszego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak sama nazwa wskazuje ministerstwo to powinno upowszechniać wiedzę na temat naszej tradycji literackiej, teatralnej, muzycznej to znaczy powinno przypominać – w odpowiednim czasie – o istnieniu w naszej historii kultury twórców już zapomnianych, tak jak mój ojciec. Gdy np. mija 100 lat od śmierci czy urodzin danego pisarza czy kompozytora, to – po to zatrudnia się urzędników, po to płaci się ciężkie pieniądze za ekspertyzy – z inicjatywy ministerstwa ta data powinna być w jakiś sposób upamiętniona, nie jakąś akademią ku czci czy czymś podobnym, ale przynajmniej artykułem opublikowanym na portalu internetowym MKiDN. W 2009 roku minęła setna rocznica urodzin Stanisława Piętaka (1909 – 1964) – i ministerstwo nie zauważyło tej daty, czyli wykreśliło poetę z Dziedzictwa Narodowego. Już słyszę głosy protestu, że urzędnicy nie są od ratowania pamięci o zapomnianych twórcach, i że jeśli są zapomniani to znaczy, że byli kiepskimi pisarzami, poetami i to sami czytelnicy wykreślili ich z polskiej kultury. Otóż zgodziłbym się z taką diagnozą (ale też nie do końca), gdyby analogiczna sytuacja wydarzyła się przed upowszechnieniem się cywilizacji Internetu, czyli wtedy gdy książki były jeszcze kupowane i czytane, kiedy istniało zjawisko zwane kulturą literacką. Sieć likwiduje tradycję, sieć wykreśla całe połacie tradycji pisarskiej (o nią tu głownie chodzi), to dlatego wszyscy teoretycy mediów elektronicznych podkreślają ogromną rolę takich instytucji jak: szkoła, muzea, instytucje państwowe (ministerstwa, instytuty itd.) w zachowaniu naszej narodowej i ludzkiej tożsamości. Jakie są przyczyny tego symbolicznego uśmiercenia czołowego twórcy awangardy poetyckiej przed II wojną światową przez naszą biurokrację - bo niezależnie od moich rodzinnych pretensji, Stanisław Piętak zawsze był za takowego uważany? Otóż sądzę, że przyczyną podstawową jest chęć odcięcia się od swoich chłopskich korzeni większości mieszkańców polskich miast, którzy wstydzą się swego społecznego rodowodu i robią wszystko co możliwe, by zapomnieć o swoim wiejskim pochodzeniu. Mój ojciec był uznany przez krytykę za twórcę chłopskiego nurtu w literaturze polskiej, jego nazwisko biografia, a także po części twórczość symbolizuje to wszystko, co dzisiejsi konsumenci dóbr kultury najchętniej wrzuciliby do kosza na śmieci (co zresztą robią). Stanisław Piętak pisał o wsi. Tęsknił za wsią i w swej pozornie antyintelektualnej żywiołowej poezji był przeciwieństwem prawie wszystkich wybitnych twórców 20-lecia międzywojennego. Nie uprawiał poezji ironicznej czy społecznej, wręcz przeciwnie, opisywał uczucia elementarne: głód , choroby, ciężką pracę wiejskich dzieci. Ta poezja nie nobilituje warstwy chłopskiej, raczej przypomina brutalnie ich – czasami wręcz zwierzęce życie, ich śmierdzące gnojem rodowody, o których – jak już napisałem – chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Ta chęć zapomnienia o własnej historii o własnym pochodzeniu, jest jednym z najważniejszych faktów dzisiejszej sytuacji kulturowej w Polsce charakteryzującej się skrajną sztucznością i wtórnością. Zapominając o naszym podstawowym kulturowym podłożu, którego objawem była m.in. poezja, S. Piętaka, synowie, córki i wnuki małorolnych chłopów zafałszowują nie tylko swoje biografie, ale także historie naszego kraju. W dzisiejszej Polsce wszyscy kogoś udają: byli arystokraci - wczorajszych intelektualistów; robotnicy - polityków; mafiosi – dobroczyńców kultury, chłopi –ziemiaństwo. Fałsz, który płynie strumieniami z ekranów telewizorów, z przeróżnych telenowel,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 11 of 19

jest tak dojmujący, tak rzucający się w oczy, że normalny człowiek czerwieni się ze wstydu, za rodaków, którzy to oglądają i w dodatku sądzą, że te obrazy odzwierciedlają – po części – rzeczywistość. Ktoś kto nienawidzi swojego pochodzenia, nie może cenić kogoś, kogo twórczość jest wyrazem wierności wobec swoich korzeni i swojej biografii. Taka jest – wg. mnie - główna przyczyna wydania wyroku śmierci na poezję mojego ojca przez urzędników MKiDN. Istnieje jednak także przyczyna kulturowo-literacka. S. Piętak i Cz. Miłosz są przedstawicielami tego samego pokolenia literackiego, ba większość krytyków i historyków literatury uważa, że obaj poeci wraz z Czechowiczem i Świrszczyńską są czołowymi twórcami tzw. drugiej awangardy. Jak wszyscy wiemy, Cz. Miłosz oprócz tego, ze był świetnym poetą i eseistą, to był także historykiem literatury polskiej, krytykiem poetyckim rozdającym laury na lewo i prawo; stworzył on pewien kanon lektury poezji polskiej szczególnie XX-wiecznej a już w szczególności awangardowej, który do dzisiaj króluje, więcej, który stał się obowiązkowym wzorcem dla wszystkich krytyków. Otóż Miłosz nie wymienia w swoich esejach i książkach ani razu nazwiska S. Piętaka, tak jakby ten poeta nie istniał, tak jakby jego wiersze były nic nie warte. Więcej - nasz laureat Nagrody Nobla omawia, i to z przejęciem, wiersze poetów uznawanych przez krytykę za poetyckich uczniów właśnie S. Piętaka i Czechowicza – myślę o H. Domińskim, a o tym pierwszym ani słowa ani wzmianki. Czyż możemy dziwić się urzędnikom MKiDN? Polską Poezją XX wieczną rządzi Miłosz – można nawet nazwać to dyktaturą – on ustawia twórców w peletonie, on wywyższa jednych i skazuje na zapomnienie innych, np. mojego ojca. Czy słusznie? Ze swego punktu widzenia - tak, ponieważ debiutancki tomik S. Piętaka pt. „Alfabet oczu” (wydanie – 1934 r.), jest całkowitym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w poezji ceni przyszły noblista. Wiersze z „Alfabetu oczu” szokują wybujałą metaforycznością, zerwaniem z wszystkimi obowiązującymi kanonami poezji, więcej - są apoteozą bezkształtu, mają ambicję odzwierciedlenia strumienia nieuformowanych wrażeń przewijających się przed oczyma chorego wiejskiego chłopca. To jest wulkan; być może w tym tomiku zawarte jest mityczne bogactwo kultury chłopskiej, których nie dało się odkryć i przekazać kulturze narodowej z przyczyn o których wcześniej pisałem. „Alfabet oczu” jest poetyckim manifestem warstwy chłopskiej, jest manifestem drażniącym, te wiersze szokują i denerwują. Wyrok krytyków, przede wszystkim tych, którzy wielbią Cz. Miłosza i których on sam podziwia i stawia im w książkach pomniki, jest jednoznaczny: to nie jest poezja, ten potok nieuformowanych wrażeń, ta szczerość, wręcz obnażanie się są niegodne prawdziwego twórcy! Bolesław Miciński, wybitny młody filozof, przyjaciel Miłosza, pisze wręcz, że S. Piętak powinien spalić cały nakład „Alfabetu oczu” i przestać pisać. Ostro. S. Napierski łagodniej, ale w gruncie rzeczy wyrok jest taki sam: to nie poezja, to nie wiersze, może jakaś zapowiedź. Stara zakorzeniona w kulturze inteligencja uśmierca tę poezję, a poetę symbolicznie rozstrzeliwuje. Czy ich oceny są miarodajne? Jeżeli tak, to dlaczego jednocześnie wielu krytyków stwierdza, że mamy do czynienia z „nieprawdopodobnym talentem”? Rozpatrzmy sprawę na chłodno. Poezją jest to, co czytelnik po przeczytaniu wiersza zapamiętuje. Poetą jest ten, kto uruchamia naszą pamięć i naszą wyobraźnię. Gdy otwieramy „Alfabet oczu” i czytamy pierwsze z brzegu wersy: Pytacie - kto jestem na imię nie wiem jak mi jest lub nie z tego świata jest żałość roztęsknionych psów lub Witaj mi wpływająca w mój wiersz wonią wiatru i ziół nizinna nieśmiertelna ziemio to widzimy, że oceny naszych intelektualistów są funta kłaków warte, że w tych wersach odkrywamy prawdziwą poezję nawiązującą jednocześnie do Whitmana i Mickiewicza. Poezję dziką i zarazem zakorzenioną w literackiej tradycji. Dlaczego mielibyśmy te wiersze palić i unicestwiać? Dlaczego mielibyśmy skazywać na zapomnienie twórcę, który los człowieka XX wieku opisze pascalowską metaforą: człowiek czyli –

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 12 of 19

„gałązka trzęsących się na wietrze snów”. Piękne i prawdziwe - a czyż jednoczesne odkrycie piękna i prawdy nie jest kolejną manifestacją zakorzenienia w europejskiej sztuce i kulturze? Idźmy jednak dalej – „Alfabet oczu” jest opisem życia losów gromady wiejskiej – przy użyciu różnych środków poetyckich – w czasach I wojny światowej, odzyskania przez Polskę niepodległości, wojny bolszewickiej, czasach moru, głodu i zarazy. Jak w jego wierszach odzwierciedla się ta okrutna rzeczywistość, w jakim stopniu poezja ta spełnia główne kryterium sztuki – stosowane np. przez Cz. Miłosza – prawdy o czasach, które opisuje? Poniżej zacytuje dwa fragmenty krótkich poematów. Pierwszy to „Dzień z igieł”, drugi jest zatytułowany po prostu „Głód” Trzy godziny patrzyłem w ziemie koło studni. Rozsypało się, nasypało zachwytu, liliowych chmur i trzmieli, że zadudnił w jelitach bunt glist. Czarne ulice, szatani, czarne psy – Od czekania – w uszach – słona krew Matko i dzisiaj nie przyszedł do nas list!

Gdy pęka sufit, Czerwonymi pąkami serc drzewo grzmi Kamienice, tunele gwiazd, rudawe konie – Zasłaniasz oczy – starzec nogami tratuje ogień. Znów konie zębami za włosy unoszą dziewczyny. Wołasz – leci w najwyższej ciemni czarny ptak, Nadzy młodzieńcy z krzykiem tańczą zanurzeni po kolana we krwi. Pierwszy wiersz to w gruncie rzeczy poetycki reportaż, drugi to zapis głodowych majaków chłopskiego dziecka umierającego na przyzbie z głodu. Są to wiersze wstrząsające i prawdziwe, są to wiersze odzwierciedlające realne życie wsi polskiej w czasach I wojny światowej. Tak dotykalnych wizji głodu w polskiej poezji XX wieku nie ma. Te wiersze – jeszcze dzisiaj – porażają prawdą przeżycia i brutalnym pięknem opisu. Są na tle poezji XX- lecia międzywojennego czymś wyjątkowym i samoistnym. Dlaczego Miłosz i jego przyjaciele nie chcieli tego dostrzec? Dlaczego nasz noblista zachwycał się komunistycznymi reportażami z życia biedoty wiejskiej, przeładowanymi wulgarną sowiecką ideologią drukowanymi w „Miesięczniku Literackim”, a nie dostrzegał szczytów poezji polskiej swego pokolenia, które osiągał jego kolega w opisach głodu? Dlatego, że „Dzień z igieł”, „Głód” i inne wiersze z „Alfabetu oczu” są pamiętnikiem dziecka polskiej wsi, który ani razu nie odwołuje się do ideologicznych „niuansów” socjalistycznej filozofii. Głód jest głodem a nie rezultatem kapitalistycznej gospodarki czy konfliktów między imperialistycznymi potęgami. Głód upodabnia ludzi do ich wiejskich współbraci, krów przeżuwających trawy i kwiaty, koni szczypiących koniczynę. Ta zwierzęco-ludzka solidarność w głodzie jest w przejmujący sposób opisana przez poetę. „Alfabet oczu” jest skrajnie naturalistycznym, wręcz biologicznym opisem życia chłopów, jest pijaną od głodu piosenką śpiewaną przez chore dziecko przerażone wojną i cywilizacją. W tym poetyckim tomiku wszystko jest zadziwiające, oto dziecko polskiej wsi używając najbardziej wyrafinowanych awangardowych metod poetyckich ośmiela się zanegować ideał sztuki polegającej na szlifowaniu formy, na przerabianiu bezkształtu w kształt. To nie harmonia i forma jest poezją – zdaje się mówić poeta – lecz pierwotne uczucie zachwytu i przerażenia nieobleczone jeszcze w poetyckie konwenanse jest autentyczną sztuką. Tego było za wiele. To była bezczelność, to była szaleńcza odwaga kulturowa, którą należało uśmiercić, zniszczyć i ci, którzy wyrok wykonali – Miciński, Miłosz, Napierski – wygrali. Poeta, bard ruchu, biegu dzikości, głodu i nędzy, przestraszył się swojej odwagi; następne tomiki po „Alfabecie oczu” są jego bladym cieniem. Poeta popełnia poetyckie samobójstwo, dokonuje symbolicznej kulturowej autodestrukcji by zostać zaaprobowanym przez szlachecko-inteligencką sztukę. A ponieważ miał talent to te blade grzeczne wierszyki z „Obłoków wiosennych” (wydanie – 1938 r.) przyjęte zostają chórem zachwytu. Karzemy cię za twoja oryginalność, nagradzamy za umiejętność imitacji. Historia „Alfabetu oczu” jest paradygmatem relacji społecznych między warstwą chłopska i warstwą

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 13 of 19

szlachecko-inteligencką, która w Polsce sprawuje rząd dusz od stuleci. Władca – Bolesław Miciński – pisze, że tomik należy zniszczyć – i jego kulturowy poddany, bez słowa sprzeciwu rozkaz wykonuje. S. Piętak zniszczył bowiem w 1935 r. resztki nakładu tomiku, ba według relacji jego przyjaciół, do końca życia, szukał po bibliotekach i u znajomych tego tomiku, pożyczał go pod byle pretekstem a następnie wyrzucał go do śmietnika. Wiersze z „Alfabetu oczu” były wznawiane, ale poprawione - a poprawki były przez poetę wykonane zgodnie z zaleceniami B. Micińskiego. Oto wzór kulturowego niewolnika, który na rozkaz pana unicestwia w sobie to, co ma najcenniejsze. Podobno w Rzymie piękne niewolnice, by przypodobać się swojej pani oszpecały sobie twarze i piersi. „Alfabet oczu” drażni krytyków (i czytelników) spiętrzeniem metafor, których użycie nie ma żadnego poetyckiego uzasadnienia – tego typu opinia upowszechniła się po opublikowaniu tomiku w 1934 r. Czy słusznie? Zacytujmy jedną z nich: Wiatr drzwiami jak sadzą jeżył ciszę kwiatom uchylający horyzont, a gdy samotniej zakwilił drutami elektryczny prąd, jedwabna gałąź snu sfrunęła ku uszom jak błękitne tchnienie. Rzeczywiście szokujące. Zadajmy jednak pytanie, co jaką prawdę próbował tym zgęszczeniem skojarzeń i przerzutni poetyckich wyrazić poeta. Najwnikliwszy krytyk poezji autora „Alfabetu oczu” Wiesław Paweł Szymański analizując motywy najczęściej występujące w wierszach, takie jak „mózg”, „oczy” czy „krew” czy „sen” dochodzi do wniosku, że ukazują one rozbitą – jak stłuczone lustro – psychikę człowieka, którego zmysły funkcjonują niezależnie od siebie. Jest znamienne, że mimo iż motyw „mózgu”, jak i motyw „oczu” występują wielokrotnie w tych samych utworach, to prawie nigdy nie znajdują połączenia we wspólnym obrazie poetyckim. „Oczy” i „mózg” są niezależne od siebie. Krytyk pyta: czyżby człowiek współczesny poddany presji przemysłowej cywilizacji był tylko zlepkiem niezależnych od siebie organów, chorych, bo atakowanych przez bodźce, nie wytrzymujących presji doznań rzeczywistości zewnętrznej? Czy człowiek nie staje się powoli konstrukcją nie powiązanych wzajemnie atomów? Poeta opisuje anihilacje psychiki współczesnego obywatela cywilizacji przemysłowej – psychiki niezdolnej powiedzieć o sobie „ja”, bo indywidualne istnienie roztapia się w masie zdezintegrowanych wrażeń. „Alfabet oczu” rejestruje tą nową sytuacje człowieka. Na koniec kilka słów wyjaśnienia: nie mam rzecz jasna pretensji do urzędników MKiDN, jednak uważam, że poezja XX-lecia międzywojennego byłaby uboższa bez wierszy zawartych w „Alfabecie oczu”; być może warto by w przyszłym roku – 50-lecia śmierci poety - wznowić w niewielkim nakładzie ten zadziwiający tomik poetycki, który wzbudził tyle kontrowersji.
Poleć to w Google

Stanisław Piętak ALFABET OCZU
Dzień z igieł Trzy godziny patrzyłem w ziemię koło studni. Rozsypało się, nasypało zachwytu, liliowych chmur i trzmieli, że zadudnił w jelitach bunt glist. Czarne ulice, szatani, czarne psy – Od czekania – w uszach – słona krew Matko i dzisiaj nie przyszedł do nas list! Z białego puchu na niebie faramuszki. Że nie można wyssać mleka z chmur, Zakrwawiły ssie oczy od żegnania błękitu. Gdym szedł szukając, co by zjeść Na bagnie lśniły się kwiaty – złotoczerwone

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 14 of 19

kwiatuszki. Żeby tak móc je w skibki chleba zmienić Uciszyłby się może w mózgu rozszlochany oczu sznur. Siostra pokaleczyła spojrzeniami zachód. Sina obrączka ust Zaklinała, Aż wstydziło się słońce usiąść na jej głodnych rękach. Cóż, że brat odszedł by w poduszkę wypłakać swój bunt? Nadarłem kwiecia na akacjach, nazbierałem po miedzach szczawiu chyba z funt. Kłuło mnie w oczach - czarne ulice, szatani, czarne psy – Nikt mi nie wyjął spod drżących pach płomienia udręki. Przy studni wytrzymać trudno. Na chwilę odrzucić oczy i krwawiącymi widzeniami mózg – co za rozkosz, gdyby… O matko, to przecie czwarta już! Czemu nie wracasz? Twój synek jest chory. Czy to płacz - a może siostra przeleciała mówiąc: do widzenia braciszku, rzeka jest tam - w rzece można się utopić. Wstałem. W uszach szum, pożar słów nabitymi igłami. Cóż mogłem uczynić? Odrzuciwszy z włosów blask złotych motyli, rozszarpałem z odrazy zębami uśmiechnięty błękit, Przed oczyma zakręt białych drzew. Ścieżyna paliła bose nogi ostro. Siostra i brat odbili ziemię piętami jeszcze raz I odbiegli ode mnie daleko. Gdy szum w oczach obalił mnie z nóg, krew zapłakała cichutko u wylotu pulsów. Czarne ulice, szatani, czarne psy – Ku gardłu wyroił się wianek glist. Było mi żal oczu. Jeśli nie ty wyjąłeś spod żeber noże, To pewnie on, co tak długo każe czekać na swój list. Runęło mi przez usta zgniłej gorczycy strumieniem: Robactwo, szczaw i strąki akacji pomieszane ze śliną. W płucach od goryczy nudno. To serce cichutko się trzepoce – taki liść. Całowałem potem ziemię, tylko nie mogłem się podnieść, aby do ciebie iść. Szłaś ku mnie liliowa, spłynięta oczami w uśmiech, Niosłaś dla mnie na plecach chleb i mleko. Cóż ci mam rzec, matusiu? Twój synek jest bardzo chory Może to śmierć w białym szumie… Nie żałuj. Ojciec nasz jest niedaleko. Powiedział mi o tym mój przyjaciel z chmur.

Głód Zakrzepła krew na ścianie w ust smugi –

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 15 of 19

Wieniec pająków nad czołem, wieniec pająków niżej. Twoja twarz – blady kwiat cierniowej róży. Od stołu ku drzwiom –czarne ścieżyny – Pająki, motyle, warkocz pijawek długi. Gdy pęka sufit, Czerwonymi pąkami serc drzewo grzmi Kamienice, tunele gwiazd, rudawe konie – Zasłaniasz oczy – starzec nogami tratuje ogień. Znów konie zębami za włosy unoszą dziewczyny. Wołasz – leci w najwyższej ciemni czarny ptak, Nadzy młodzieńcy z krzykiem tańczą zanurzeni po kolana we krwi. Za oknami chodzi obłąkany Jan, może to kruk. Po podłodze liżesz wargami sosnowych desek woń – ołtarze , wyrastają na nich aniołowie, w otchłań płyną. Szepcesz: Nie moja Panie wina, nie mogę spożyć pijawek ni glist. Mateczko, tyle u nas kwiecia – i lip, ratuj zbłąkanego syna. Czemu całujesz swoje ręce I w kąt się wtulasz ze strzępem białej chustki? Nie będzie końca twojej męce – nad głową w suficie dzwonki, matkę na srebrzystych skrzydłach unoszą cherubini. To chwila. Wołasz: Tyle u nas kwiecia i lip! Nie moja Panie wina… Za oknem obłąkany Jan wstaje, twarz przesuwa do szyb. Tłumy krwawych pająków, pijawki płyną – ogniste dziewczyny. W mur nie zatopisz oczu, Ciekną smugi krwi, krew jest sypka, Lecz głodu nie utuli. Otchłań pęka jak grzmot, Wypływają złote i błękitne strugi. - Tyle kwiecia i lip… Ciszej, ciszej malutki… Nad zemdlonym z lilij i cegły świt.
Poleć to w Google

Felieton: Igor Wieczorek SYNDROM WĘŻA
Zgodnie z chińskim kalendarzem rok 2013 jest Rokiem Czarnego Wodnego Węża. Mądrzy Chińczycy twierdzą, że Czarny Wodny Wąż jest bardziej łaskawy dla osób rozsądnych i oszczędnych niż dla osób uczuciowych i rozrzutnych. Tę zadziwiającą zgodność Czarnego Wodnego Węża z duchem konfucjanizmu, któremu wężowa mądrość nigdy nie była potrzebna, można próbować wyjaśniać na wiele różnych sposobów, ale właściwie po co? Ten, kto ma węża w kieszeni, nie oczekuje wyjaśnień, bo nadprzyrodzona moc i mocny, choć świecki, duch mają go w swojej opiece, a ten, kto ma pustą kieszeń, próbuje wypełnić ją groszem, a nie legendarnym wężem, czy mocnym, choć świeckim, duchem.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 16 of 19

Tak oto przedziwna zgodność odmiennych autorytetów przestaje być zagadkowa w wymiarze psychologicznym, lecz nadal jest zagadkowa w wymiarze ogólnospołecznym. Bo jak wytłumaczyć fakt, że wiele poprzednich Lat Węża przyniosło całemu światu wiele poważnych konfliktów? W 1941 r. miał miejsce atak na Pearl Harbor, w 1989 r. byliśmy świadkami upadku muru berlińskiego, rozpadu Związku Radzieckiego i masakry na placu Tiananmen, a w 2001 r. terroryści zniszczyli World Trade Center. Chiński horoskop mówi, że źródłem owych konfliktów był odwieczny konflikt wody z ogniem. Czarny Wąż żyje w wodzie, lecz wypełniony jest ogniem, co sprawia, że jego ruchy reprezentują napięcie między wodą a ogniem, a to napięcie z kolei wywołuje konflikty społeczne. Racjonalnie rzecz biorąc, w tym kosmogonicznym micie nie ma ani krzty prawdy o przyczynach konfliktów społecznych i trzeba go uznać za relikt zamierzchłej chińskiej przeszłości. Problem polega na tym, że naukowa wiedza o przyczynach konfliktów społecznych jest bardzo zawodnym orężem w walce o lepsze jutro, a wielkie projekty społeczne oparte na owej wiedzy nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Nie spełnił ich leseferyzm, marksizm, fordyzm, tayloryzm. Nie spełnia ich macluhanizm ani globarytaryzm. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niespełnione nadzieje są nieodzownym warunkiem społecznego postępu, a wielkie projekty społeczne takim warunkiem nie są i można się bez nich obejść. A przecież wcale tak nie jest. Niespełnione nadzieje i utopijne projekty idą ze sobą w parze, wzajemnie się konstytuują i dezabsolutyzują. W arcyciekawej książce pt. Odwaga Utopii niemiecki filozof, Georg Picht, doszedł do wniosku, że „Utopia jest jedyną bazą, dzięki której można w ogóle projektować teorię przyszłej społeczności. Następstwem bowiem wszelkiego innego założenia jako podstawy jest brak przyszłej społeczności. Jesteśmy przeto na utopię skazani”. I może właśnie dlatego, że jesteśmy na utopię skazani, tak bardzo się jej obawiamy, tak mało z niej rozumiemy, tak często jej nadużywamy? Lecz czym ona właściwie jest? Nie jest zjawiskiem fizycznym ani metafizycznym. Nie należy do świata przyrody, bo nie można jej zaobserwować, ale nie jest też naszym wymysłem – chociażby z tego powodu, że jesteśmy na nią skazani. Jej niepojęta natura przywodzi mi na myśl węża, który połyka swój ogon, co może świadczyć zarówno o jego słabości i niebotycznej głupocie, jak i o wielkiej sile i transcendentalnej mądrości. Tak jakoś dziwnie się składa, że obraz owego węża występuje w mitologiach wielu krajów, symbolizuje najczęściej ideę wiecznego powrotu i - co szczególnie ciekawe - zawsze był traktowany jako świadectwo siły i transcendentalnej mądrości., a nie jako świadectwo słabości i głupiej autodestrukcji. Podobnie rzecz ma się z utopią. Ona też zawsze powraca w jakimś nowym wcieleniu i niczym przebiegły wąż , który zrzucił swoją starą skórę, robi wrażenie młodej, pięknej i nieszkodliwej. Kusi nas obietnicą jakiejś świetlanej przyszłości, jakiegoś raju na Ziemi. I niezależnie od tego, co o tych umizgach myślimy, musimy je odwzajemniać. Bo nie ma groźniejszej utopii niż wizja świata wolnego od jakiejkolwiek utopii.
Poleć to w Google

Esej: Dariusz Pawlicki GLOSY & INNE ZAPISKI,cz. II
IX.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 17 of 19

Olga Watowa we Wszystko co najważniejsze (str. 231) wspomina, że, gdy powiadomiona przez Natalię o śmierci Konstantego I. Gałczyńskiego, zjawiła się u niej, zobaczyła stojącą na biurku poety fotografię Stalina. O ile pamiętam, a chyba dobrze pamiętam, Kira Gałczyńska w żadnej ze swych książek poświęconych ojcu, nie wspomina o takowym portrecie. Jak i o szczególnym stosunku autora Zaczarowanej dorożki do Wielkiego Oprawcy. Prawdę mówi ta pierwsza, a ta druga prawdę tę przemilcza? A może Olga Watowa kłamie? X. W Factum est Andrzeja Strumiłły, które czytam kolejny raz, i czytać będę jeszcze nie raz, taka, m. in., myśl: „Zło i śmierć krzyku się nie boją”. A także ta: „(...) planując wieloletni wysiłek, powinniśmy pamiętać o tym, że do mety przyjdziemy inni, i że to zwycięstwo może nam wtedy już nie być potrzebne”. Czytając ów dziennik, pokaźnych zresztą rozmiarów, nie mogę nie myśleć o tym, że z jego autorem rozmawiałem wielokrotnie, także przy stole, przy którym sporządził część owych zapisków. Wypiłem również wiele herbat, które On zaparzył. A mam nadzieję na kolejne rozmowy i kolejne herbaty. XI. Ilekroć moją lekturą jest coś o staroobrzędowcach, tylekroć powracam do cmentarzyka znajdującego się na skraju lasu, przy jednej z dróg łączących Jeziorki z Budą Ruską. Na kilkunastu brzydkich nagrobkach, brzydkich bo z lastryka, widnieją napisy w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. A pamiętam jak kiedyś wszedłem nieco w głąb owego lasu. Ujrzałem wtedy coś, co mnie zdumiało: wiele, wiele dziesiątków wysokich, na wpół spróchniałych greckich krzyży stojących pośród gęsto rosnących sosen. Ich prostota, jak też ilość, robiła wrażenie. XII. W środę pomyślałem, że w dniu następnym, wieczorem zadzwonię do mego kolegi, aby zaproponować mu spotkanie. W ów czwartek o postanowieniu nie zapomniałem. I nadal chciałem je urzeczywistnić. Ale tego dnia, wczesnym przedpołudniem zadzwonił ten właśnie kolega i zaproponował... spotkanie. Chwilę po odłożeniu słuchawki pomyślałem, że to nasi aniołowie stróże, znając nasze myśli, postanowili sprawę wziąć we własne ręce. Może dlatego, że sami też... chcieli się spotkać. Lektura O aniołach umocniła jeszcze moją niewiarę w Coś, co nazywa się przypadkiem. XIII. Jeszcze nie tak dawno wyrażałem pogląd, że człowiek wierzący w Boga, naprawdę wierzący, nie może źle postępować. Z tego wynikał oczywisty wniosek, że prawie wszyscy ludzie określający się mianem wierzących, są faryzeuszami, obłudnikami. Obecnie tak już jednak nie myślę. Wierzę/uwierzyłem bowiem w Boga wybaczającego. Nie wykluczam, a nawet biorę mocno pod uwagę to, że na zmianę mojej oceny wierzących, jak i mojego podejścia do Boga, wpływ miało zdanie sobie przeze mnie sprawy z... własnych grzeszków (żeby nie powiedzieć: grzechów).

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 18 of 19

XIV. Prawie zawsze Okrzyczane książki czytam Z iluśletnim opóźnieniem Ale to wychodzi mi na dobre: Kiedy krzyki umilkną Więcej słychać! Można to też wyrazić tak: Kiedy pył opadnie Więcej widać! Ten wierszy jest moim uzupełnieniem poglądu wyrażonego przez cenionego przeze Williama Hazlitta. A w napisanym w 1827 r. eseju O czytaniu nowych książek, zawarł on, m. in. taką myśl: „Nie mogę pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Gdyby ludzkość przeczytała to wszystko, co się już uprzednio ukazało, mógłbym zrozumieć brak ochoty do powtórnego czytania tego samego”. XV. Cytaty z ogłoszeń, anonsów, tytułów prasowych: „Literatura kobieca”, „Powieść kobieca”, „Malarstwo kobiet”, „Kobieca twórczość”, „Kobiecy film”... Nigdy nie myślałem, że sztuka, literatura, film, to znaczy, ogólnie, kultura ma płeć. I nadal tak nie myślę. XVI. Na wstępie szkicu Grand Tour Bohdan Paczkowski przywołuje postać Johanna Gottfrieda Seume’a (1763-1810. A czyni to w związku z tym, że ten, na początku XIX w., przewędrował z północnego krańca Włoch do Syrakuz na Sycylii. Zajęło mu to pół roku, a każdego dnia, średnio, przemierzał 30 km. „Wszystko, co wziął ze sobą w drogę, to kij i strój podróżny, którego nie zmienił przez trzy miesiące, i plecak z foczej skóry, a w nim tomiki Homera, Wergiliusza, Anakreonta, Tacyta, Swetoniusza, Katullusa, Propercjusza i Horacego”. Pokłosiem tej eskapady odbytej na własnych nogach stał się Spacer do Syrakuz w 1802 r. będący wnikliwym, ale subiektywnym opisem ówczesnej włoskiej rzeczywistości oglądanej przez przybysza z Północy, a konkretnie z Niemiec. W wykazie tego, co J. G. Seume wziął ze sobą zaintrygował mnie/zwrócił moją uwagę stosunek między ilością sztuk odzieży (można ją, w przybliżeniu, obliczyć), a ilością pozycji (choćby jednemu autorowi odpowiadał jeden utwór), jakie zawierał jego przenośny księgozbiór. Zaintrygował mnie dlatego, że jestem prawie pewien, że współczesny (z początku XXI w.) peregrynator, „spacerując” na tej samej trasie, kosztem książek zwiększyłby niepomiernie swą garderobę, szczególnie wzbogaciłby jednak bieliznę. I w tym wyraziłaby się, to fakt, że niezmiernie ogólnie, różnica między epokami, które dzieli przeszło 200 lat. A jeśli chodzi o metodę poznawania jakiegoś kraju, to myślę, że powinno to się odbywać właśnie na własnych nogach, z prędkością 20—30 km na dzień. Natomiast w przypadku zaznajamiania się, odkrywania (dla siebie) jakiegoś regionu, krainy owego kraju, w grę wchodzi nie więcej niż 10 km. W naszych pędzących (dokąd? i po co?) czasach spowolnienie jest wskazane; spowolnienie, nie wyhamowanie!

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: luty 2013

Page 19 of 19

XVII. Thomas Merton w Zapiskach współwinnego widza odnotował, m. in., taki pogląd: „Z nadejściem oświecenia i rewolucji przemysłowej zalęgło się w ludziach niewątpliwe przekonanie, iż »lepszy świat« jest tuż, tuż, i że to tylko obskurantyzm wiary przez długie stulecia stał na przeszkodzie opóźniając jego instalację. Teraz nowa, agresywna, świecka wiara w postęp zawładnęła umysłami”.
Poleć to w Google

Nowsze posty Subskrybuj: Posty (Atom)

Strona główna

Starsze posty

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

2013-02-08

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 1 of 16

Udostępnij

0

Więcej

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA __________________________________________________________________________
Translate

Wybierz język
Technologia

OD REDAKCJI 4/2013
Tłumac

z

słowo na kwiecień Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz. Mahatma Gandhi

Redagują
Witold Egerth Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Kontakt
editionssurner@wp.pl

I Związek Literatów Wrocławiu oraz Klub Muzyki i Literatury zapraszają na WIOSENNE CZYTANIE WIERSZY 15 kwietnia (poniedziałek), godz. 18.oo, KMiL, pl. T. Kościuszki 9, Wrocław Swoje wiersze przeczytają: Anna Maria Zielonka, Jerzy Starzyński, Sas, Wiesław Prastowski, Mariusz Poźniak, Aleksandra PijanowskaAdamczyk, Dariusz Pawlicki, Leszek A. Nowak, Monika Maciejczyk, Halina Kuropatnicka-Salamon, Mirosław Gontarski, Krzysztof Frydrych, Katarzyna Fedyk, Kazimierz Burnat, Anna Brzeska, Andrzej Bartyński, Grażyna AdamczykLidtke. Poetom przy fortepianie towarzyszyć będzie Kacper Bajon. II Nowe książki: S. I. Witkiewicz LISTY DO ŻONY TOM IV (1936–1939) Czwarty tom korespondencji Witkacego z żoną zawiera 336 listów, kart pocztowych, widokówek i odcinków pocztowych z lat 1936¬1939. To w życiu Witkiewicza trudny okres. Dokuczają mu nasilające się dolegliwości fizyczne. Niepowodzeniem zakończyły się starania o wydanie powieści Jedyne wyjście oraz studium społeczno-obyczajowego Niemyte dusze. Ma kłopoty z Izbą Skarbową z powodu niezapłaconych podatków. Źle Polskich Oddział Dolnośląski we

Spis treści
▼ 2013 (29) ▼ kwiecień (7) OD REDAKCJI 4/2013 Rozprawa: Natalia Pałczyńska „DZIENNIK" WITOLDA GO... Recenzja: Witold Egerth - Tomasz Sobieraj KRAWIEC Fotografia: Krzysztof Jurecki DO ŚWIATŁA Esej: Dariusz Pawlicki EPITAFIUM DLA PEWNEGO MIĘDZ... Felieton: Igor Wieczorek Z POEZJĄ KU KOSMOKRACJI Recenzja: Ignacy S. Fiut - Beata Szymańska WYBÓR W... ► marzec (7) ► luty (9) ► styczeń (6) ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 2 of 16

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Denis Dutton Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Kisiel Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Natalia Pałczyńska Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Jarosław M. Rymkiewicz Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek Adam T. Witczak Anna Wolska

układają się stosunki z ciotką Mery i kuzynką Dziudzią, właścicielką „Witkiewiczówki”. Witkacy zastanawia się, czy nie opuścić Zakopanego. Wskutek nieporozumień rozstaje się z oddanymi przyjaciółmi Marią i Edmundem Strążyskimi oraz Józefem Głogowskim. Czesława OknińskaKorzeniowska kilkakrotnie zrywa łączący ich związek, co w kwietniu 1938 doprowadza Witkacego do głębokiej depresji. Coraz częściej pojawia się w listach myśl o samobójstwie, której towarzyszy przeczucie nieuniknionej katastrofy światowej. W czerwcu 1938 powraca do twórczości dramatycznej i pisze sztukę pod znamiennym tytułem Tak zwana ludzkość w obłędzie. O tych wszystkich sprawach (także o romansie z młodziutką narzeczoną zakopiańskiego fryzjera) Witkacy dokładnie informuje żonę, która jak oddany przyjaciel wspiera go i stara się mu pomóc. „Gdyby nie Twoje istnienie – pisze do niej w kwietniu 1938 – to nie wiem, czy bym nie zrobił ze sobą końca”. 24 sierpnia 1939 wysyła do żony ostatnią kartkę z Zakopanego i przyjeżdża do Warszawy, skąd 5 września wyruszy razem z Czesławą w swą ostatnią drogę.
Państwowy Instytut Wydawniczy

Józef Baran SPADAJĄC, PATRZEĆ W GWIAZDY Poprzednie tomy dzienników Józefa Barana - cenionego polskiego poety i autora ponad trzydziestu książek - doczekały się wielu omówień krytyczno-literackich i mają swych wiernych czytelników. Profesor Bolesław Faron w książce Okruchy. Szkice o literaturze i kulturze XX wieku napisał o nich: „Zdecydowanie różnią się od dzienników Dąbrowskiej, Nałkowskiej, Herlinga-Grudzińskiego, Gombrowicza czy Lechonia”, stanowiąc „dzieło samodzielne, mozaikowe o charakterze bardziej osobistym i poetyckim”. Ireneusz Kania podkreślał, że „jest to jeden z ważniejszych współczesnych, osobistych głosów naszych wybitnych twórców”. A Ryszard Kapuściński dodawał, że „proza Józefa Barana wciąga, zjednuje i podbija czytelnika swoją szczerością, rzetelnością i urodą”. Spadając, patrzeć w gwiazdy - najnowsze zapiski Józefa Barana (z lat 2008-2012) - są kontynuacją Koncertu dla nosorożca i Przystanku marzenie. To swoiste silva rerum utkane ze smacznych anegdot i wspomnień, portretów ludzi sławnych i tych nieznanych, celnych aforyzmów, scen rodzajowych i komentarzy do współczesności, a także impresji z wojaży po kraju, barwnych reportaży z Brazylii, Holandii, Krety, z pierwszych rzutów wierszy, wrażeń z lektur, fragmentów listów, m.in. od Sławomira Mrożka... Partie liryczne sąsiadują z partiami humorystycznymi, a sądy ogólne dotyczące filozofii, poezji, religii, miłości i tzw. pytań ostatecznych wynikają z bardzo osobistych wyznań, doznać i zwierzeń. Książka od pierwszych stron wciąga w swój niepowtarzalny klimat, daje przyjemność „smakowania” zatrzymanych chwil nasyconych poetycką wrażliwością.
Zysk i S-ka

Poleć to w Google

Rozprawa: Natalia Pałczyńska „DZIENNIK" WITOLDA GOMBROWICZA W KONTEKŚCIE PAKTU AUTOBIOGRAFICZNEGO
Dziennik Witolda Gombrowicza, którego kolejne tomy autor ogłaszał w 1957, 1962, 1966 roku, wymyka się klasycznemu rozumieniu autobiografii, definiowanej przez Lejeune’a jako "retrospektywna opowieść prozą, gdzie rzeczywista osoba przedstawia swoje życie, akcentując swoje jednostkowe losy, a zwłaszcza dzieje swej osobowości" [1]. Wątki autobiograficzne przeplatają się z elementami fikcyjnymi, polemiką i esejem, partie liryczne współistnieją z groteską,

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 3 of 16

Bohdan Wrocławski Rafał A. Ziemkiewicz Adam A. Zych Leszek Żebrowski ORAZ Andrzej Bobkowski J.W. Goethe Jarosław Hašek Zbigniew Herbert Czesław Miłosz Juliusz Słowacki Julian Tuwim Johannes Vermeer S.I. Witkiewicz

żartem, stylizacją. Polifonia Dziennika czyni zeń dzieło wybitne, uważane przez wielu ekspertów za szczytowe osiągnięcie Gombrowicza. Tekst najpierw ukazywał się w prasie (w postaci fragmentarycznej), a po odpowiedniej modyfikacji przyjął kształt tomu, realizujący założenia autokreacyjnej koncepcji prozy. Autor, poprzez czterokrotnie powtórzone „Ja", już we wstępie określa główny temat i problematykę utworu — siebie. Podobnie jak Miłosz w Ziemi Ulro, Gombrowicz szuka odpowiedzi na pytanie „Kim byłem? Kim jestem teraz"? Autoprezentacja w Dzienniku przebiega wielopoziomowo. Gombrowicz jawi się jako istota fizyczna, czująca, popędliwa, będąca immanentną częścią otaczającej go rzeczywistości. Jest zarówno szarym człowiekiem, borykającym się z trudami codziennej egzystencji, umieszczonym w konkretnych realiach hic et nunc, zdeterminowanym przez moment dziejowy oraz świadomość epoki, jak i artystą, „narratorem własnej historii", jednostką genialną, wybitną, a zarazem wyalienowaną, skłonną do egzageracji i dominowania otoczenia. Gombrowicz to również istota społeczna, będąca członkiem wspólnoty towarzyskiej i narodowej, ustosunkowująca się do zwyczajów, symboliki i treści, którymi zostaje obarczona ze względu na narodową przynależność. Gombrowicz-podmiot jest tworem niedefiniowalnym, pozostającym w ciągłym ruchu, nieustannie przekształcającym się, w dodatku nielinearnie. Gombrowicz w Dzienniku nie tyle opisuje wydarzenia ze swojego życia, ile opowiada siebie. Ego pisarza staje się dyskursem, ukształtowanym na wzór eseju. Człowiek gombrowiczowski, podobnie jak esej jest „zdegradowany formą (będący zawsze "niedo" — niedokształcony, niedojrzały)" [2].Wojciech Karpiński zwrócił uwagę na hybrydyczność eseju, jako że: „traci smak nie tylko poza granicami kultury i języka, ale i generacji, w których powstał. Tu tkwi sekret jego uroku i jego rozlicznych słabości. Cierpi na niedowład formy, tym różni się od poezji; na niedowład wyobraźni, tym różni się od prozy narracyjnej; na niedowład myśli, tym różni się od filozofii" [3]. Odsłonił tym samym paradoks dotyczący eseju, jego aporetyczność, która pozwala ujmować esej jako „jednocześnie anachroniczny i nowoczesny, subiektywny i obiektywny, osobisty i uniwersalny (...), tak że jakakolwiek logiczna definicja, w spekulatywny sposób ujmująca zjawisko, nie jest ostatecznie możliwa" [4]. Sposób, w jaki esej funkcjonuje na gruncie literatury łudząco przypomina usytuowanie Gombrowicza-podmiotu w strukturze Dziennika. Polifonia Dziennika jest w rzeczywistości polifonią Gombrowicza, który usiłuje ogarnąć, przy użyciu formy literackiej, wieloaspektową istotę swojego istnienia. W Rozmowach z Dominique de Roux pisze: „Ale tu — fatalny szkopuł. Albowiem, jeśli zawsze jestem sztuczny, określony własnymi koniecznościami formalnymi, tudzież innymi ludźmi i kulturą, to gdzież szukać tego mojego "ja"? Kim jestem naprawdę i w jakim stopniu w ogóle "jestem"? To pytanie, coraz bardziej palące w myśli nowoczesnej, niepokoiło mnie, gdym pisał Ferdydurke. (...) Nie zdobyłem się na nic więcej, jak tylko na taką odpowiedź: nie wiem, jaki jestem naprawdę, ale cierpię, gdy mnie deformują. A więc wiem przynajmniej, kim nie jestem. Moje "ja" to tylko moja wola, żeby być sobą, nic więcej" [5 ]. Wielogłosowość, rozczłonkowanie „ja" mówiącego jest niewątpliwie jednym z naczelnych zjawisk, powiązanych z kryzysem fikcji i wielkich narracji w XXI wieku. Owo rozbicie „ja" i uzależnienie go od czynników zewnętrznych w interesujący sposób ujmuje Andrzej Falkiewicz, który posługuje się neologizmami, wyprowadzonymi od czasownika być: jestam, byjam, bytam, istam; "jestam — to bytowanie w zapisie; byjam — w kulturze; bytam — w cielesności na sposób roślinny czy zwierzęcy; istam — kiedy nieme dotychczas ciało usiłuje po raz pierwszy dorwać się do głosu i odtąd przekazuje sztuce swe nieludzkie tętnienie" [6]. Tożsamość podmiotu mówiącego w Dzienniku wyłania się z zestawienia drobnych fragmentów. Okruchy narracji tworzą konglomerat, zwany Gombrowiczem, obejmujący zarówno autora dzieła literackiego, podmiot jak również przedmiot opowieści. Wcielając się w postać literacką, Gombrowicz-autor stał się zarazem czynnikiem sprawczym, jak i Gombrowiczem-podmiotem, inherentną częścią świata przedstawionego,

Etykiety

Tomasz

Sobieraj

Józef Baran Witkacy Marek Trojanowski Dariusz Pawlicki Igor Wieczorek Krzysztof Jurecki Czesław Miłosz
Jacek Dehnel Witold Egerth Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wioletta Sobieraj Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Adam Zagajewski
Karol Maliszewski Wojciech Wencel Joanna Turek Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Adam Mickiewicz Andrzej Jerzy Lech Janusz Najder Jaroslav Hašek Jarosław Rafał Marek A. Rymkiewicz

Ziemkiewicz Stefan Okołowicz Tadeusz Różewicz William Blake Zbigniew Joachimiak Aleksander
Wat Emanuel Swedenborg Ewa Thompson Günther Grass Horacy Kot Jeleński Olga Tokarczuk Peter Brook Philip Larkin

Łącza
Józef Baran Nick Brandt Robert Frost Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Krzysztof Jurecki Franz Kafka Ryszard Kapuściński Konstandinos Kawafis Michael Kenna Andrzej Jerzy Lech Krzysztof Niemczycki Bolesław Prus Tomasz M. Sobieraj Bruno Schulz Josef Sudek Marek Trojanowski Jacek Trznadel Julian Tuwim Witkacy

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 4 of 16

Witkacy - fotografie, rysunki, obrazy *Masters of photography *Pisarze.pl *Chinese poems *Polona *Sens Unic *Wyspa Muz

usiłującą zgłębić myśli autora. Kreując swój literacki wizerunek, wpisał się w formę, która w tym przypadku jest ucieczką od chaosu. Rozbudowane autokomentarze i autointerpretacje stanowią próbę „protezowania" rzeczywistości, mitologizowania (auto)biografii, upłynniania granicy pomiędzy referencją a fantazmatem. Literatura odgrywa w tym procesie rolę pożywki, na której rozwijają się Gombrowiczowska rzeczywistość i autobiografia [7]. Zdaniem KotaJeleńskiego, strategia twórcza Gombrowicza jest motywowana „niezdolnością do życia, oddzielenia od rzeczywistości szklaną szybą i zastępczego budowania jej sobie w postaci dzieła literackiego" [8]. Sam Gombrowicz ujmuje tę kwestię następująco: „z walki pomiędzy wewnętrzną logiką dzieła, a moją osobą (gdyż nie wiadomo, czy dzieło jest tylko pretekstem, abym się wypowiedział, czy też ja jestem pretekstem dla dzieła), (...) rodzi się coś (...) jakby nie przeze mnie napisanego, a jednak mojego — nie będącego ani czystą formą, ani bezpośrednią moją wypowiedzią, lecz deformacją, zrodzoną w sferze "między": między mną a formą, między mną a czytelnikiem, między mną a światem" [9]. Rozwiązanie antynomii natury egzystencjalnej, zachodzi u Gombrowicza kosztem asertywności niektórych wypowiedzi. W Dzienniku autor konstruuje literacką formę własnego życia, która wymusza posłuszeństwo wobec „wewnętrznych imperatywów literatury", nadając jego wypowiedziom charakter podmiotowy. Ego Gombrowicza zyskuje samoświadomość i kształt określony dopiero w przestrzeni międzyludzkiej, determinują je nieustanne kontakty i starcia z Innymi, co autor Dziennika komentuje następująco: „starałem się ujawnić, że ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna, i spróbowałem dotrzeć do tego najtrudniejszego królestwa zakochanej w sobie niedojrzałości, gdzie tworzy się nasza nieoficjalna, a nawet nielegalna mitologia" [10]. W odniesieniu do wprowadzonego przez Bachtina pojęcia dialogiczności, intertekstualność u Gombrowicza objawia się przede wszystkim na poziomie uniwersów wypowiedzi. Jest elementem gry, którą autor nieustannie prowadzi z czytelnikiem. Wśród komentarzy do Lechonia, Ciorana, Wyspiańskiego, Sienkiewicza i relacji z podróży, spomiędzy rozważań filozoficznych i doznań, wynikających z obcowania z ludźmi i sztuką, wyłania się sylwetka podmiotu-autora. Podążając dalej tym tropem można zauważyć, że literackie „ja" Gombrowicza jest więc w pewnym sensie „ja" intertekstualnym. Przy rozpatrywaniu tej kwestii wskazana jest jednak duża ostrożność, gdyż intertekstualność zbyt uogólniona traci kontury, rozmywa się. Egzegeza gombrowiczowskiego „ja" możliwa jest jedynie w przestrzeni interpersonalnej i zobiektywizowanej, nie w twórczości własnej, a w obrębie twórczości cudzej, przeszczepianej na grunt prywatnych doświadczeń. Kolejny paralelizm między Dziennikiem Gombrowicza a Ziemią Ulro: w obydwu tych utworach odpowiedź na pytanie: kim jestem? nie została podana wprost. Konkluzja nawarstwia się stopniowo, aczkolwiek w sposób okólny — między komentarzami do cudzej twórczości a elementami dygresyjnymi, będącymi zapisem iluminacji, nagłych przypływów natchnienia, czy dywagacjami na tematy błahe. Umieszczając siebie w świecie przedstawionym, zakłada zarazem istnienie przedmiotu poznania poza granicami wykreowanej rzeczywistości - transcendentalny byt absolutny, odpowiedzialny za poczynania Gombrowicza-podmiotu. „Narrator własnej historii", pisarz i bohater literacki, dokonuje egzegezy własnego „ja" z perspektywy istoty nadrzędnej. Dążność Gombrowicza do określenia, narzucenia sobie absolutu nie jest równoznaczna z aktem nawrócenia. Gombrowicz — bluźnierca i heretyk, nie potrafi skonkretyzować swoich oczekiwań względem religii, którą traktuje jako jeden z przejawów Formy; aczkolwiek w swojej teorii bytu zakłada istnienie płaszczyzny, „na której świat cały jest "prawdziwy", identyczny z samym sobą, niewymagający racjonalizacji" [11]. Ateizm Gombrowicza nie przeszkadza mu w wyrażaniu ludzkiej tęsknoty, w próbach określenia wartości nadrzędnej i niezależnej — absolutnej. Bóg Gombrowicza wyraża odruchowy lęk przed niebytem (chaosem). Epistemologia autora nie wymaga personalizacji — Bóg nie przedstawia konkretnego kształtu, pozostając w sferze

Arts & Letters Daily

Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land

BIBLIOTEKA KRYTYKI LITERACKIEJ
Książki do pobrania w formacie PDF; wersje papierowe dostępne w redakcji KL.

Krawiec

Obiekty banalne

Ogólna teoria jesieni

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 5 of 16

Aleja Róż

metafizycznych rojeń i dociekań. Pojawia się jako skutek działania sił zła, Diabła, którego istnienie również nie zostaje jasno potwierdzone bądź zanegowane. Bez skrystalizowanej tezy, apostazja nie wydaje się już faktem bezapelacyjnym. Poddając w wątpliwość istnienie Boga, Gombrowicz eksperymentuje, wystawia rzeczywistość na próbę, godząc się równocześnie z brakiem rozstrzygających argumentów. W odwróconych realiach gombrowiczowskiego świata, gdzie nawet absolut został wpisany w Formę, kondycja Boga jest kluczem do zrozumienia pozycji człowieka, podmiotu wypowiadającego się. Katolicyzm w polskim wydaniu, wiąże się z upupieniem istoty ludzkiej i boskiej. „Polak uzyskał w ten sposób świat zielony — zielony, gdyż niedojrzały, ale zielony także dlatego, że w nim łąki, drzewa są kwitnące, nie zaś czarne i metafizyczne. Żyć na łonie natury, w świecie ograniczonym, pozostawiając czarny wszechświat Bogu" [12]. Rzeczywistość Gombrowicza rozpięta jest między sferą sacrum a profanum. Owo zawieszenie prowadzi do komparacji pośledniości ze wzniosłością, wyzwala dojrzałość, śmieszy i bawi, a przy tym pobudza do dalszej gry. Autor nie oszczędza niczego i nikogo. Atakuje formę polską, sarmatyzm i zaściankowość. Domagając się rewizji mitów narodowych, oczekuje wykreowania nowej formy Polaka, niezawisłej od pompatycznego patriotyzmu i zinstytucjonalizowanej wiary, co wyraża następująco: „To nie znaczy, abym był przeciwnikiem Pana Boga, lub jego rozlicznych zakonów. Ale nawet religia umiera z chwilą, gdy przeobraża się w obrządek. Zbyt łatwo zaiste poświęcamy na tych ołtarzach autentyczność i wagę naszego istnienia" [13]. W jednym z jego zapisków czytamy: „Uważam, że literatura polska powinna obecnie przyjąć kierunek wręcz przeciwny temu, jaki miała dotychczas. Zamiast dążyć do jak najściślejszego związania Polaka z Polską, powinna raczej zabrać się do wypracowania pewnego dystansu pomiędzy nami a Ojczyzną. Musimy oderwać się uczuciowo i intelektualnie od Polski po to, aby uzyskać w stosunku do niej większą swobodę działania, aby móc ją stwarzać" [14]. Obraca się przeciwko emigracyjnym środowiskom literackim i postaciom zasłużonym dla literatury polskiej. Naświetla sienkiewiczowskie oderwanie od rzeczywistości i służbę „fantazji zbiorowej" czy abstrakcjonizm Wyspiańskiego, bezlitośnie portretuje kolegów-pisarzy, parodiuje próby interpretacji (Filibert dzieckiem podszyty), wyśmiewa infantylizm piszących do gazet czytelniczek, polemizuje na temat tekstów krytycznoliterackich, zżyma się na felietonistów. Gombrowicz nie oszczędza również systemów filozoficznych, ideologii i doktryn politycznych, nierzadko ujawniając swój ambiwalentny stosunek do nich bądź też wyraźną niechęć. Oprócz sprawy polskiej i wymienionych zagadnień, Gombrowicz w Dzienniku relacjonuje przebieg swoich podróży. Na tle pozostałych deskrypcji wyróżnia się Diariusz Rio Parana, stanowiący w obrębie utworu pewną zamkniętą i dopracowaną całość, którą można interpretować w kontekście filozoficznym. Równie istotne miejsce zajmują zmagania Gombrowicza z argentyńskimi autorytetami kulturalnymi, żarliwe dyskusje z uzdolnioną młodzieżą, dla której pełnił funkcję guru, czy wreszcie jego fascynacja młodością, proklamacja niedojrzałości, będącej alternatywą i ratunkiem dla anachronizującej się formy. Dziennikowe „ja", artystyczna wariacja na temat samego siebie, posługuje się różnymi stylami, wykorzystuje figuratywność języka i zmienny ton wypowiedzi. „Ja" Gombrowicza to homo ludens, dysponujący zespołem cech Piotrusia Pana; jednostka ambiwalentna, uwikłana w Formę, z jednej strony skłonna do solipsyzacji, z drugiej zaś — ujmująca społeczeństwo w sposób holistyczny. Wewnętrzne antynomie pchają naprzód Gombrowicza, który w swojej prowokacji intelektualnej przybiera różne postawy, deprecjonuje autorytety i ideały narodowe, krystalizując się w przestrzeni interpersonalnej. „Bo nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę. A przed człowiekiem schronić się można tylko w objęcia innego człowieka. Przed pupą nie ma zaś w ogóle ucieczki — ścigajcie mnie, jeśli chcecie!" [15].

Wojna Kwiatów

Dom Nadzoru

Pozycja chwilowo niedostępna

Gra

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 6 of 16

Pomiędzy twórcą Dziennika a czytelnikiem nawiązuje się swoista umowa czytelnicza, specyficzny rodzaj sytuacji komunikacyjnej, która jednocześnie realizuje założenia kilku paktów, kształtuje się pomiędzy referencją a fikcją, między paktem autobiograficznym, a paktem, który pozwolę sobie określić mianem „fantazmatycznego" (pojęcie nie jest tożsame z terminem utrwalonym w literaturoznawstwie). Wbrew temu, co uważają Lejeune, Nycz i Dubrovski, jestem przekonana, iż autofikcja, której sztandarowym przykładem jest Dziennik Gombrowicza, nie stanowi formy pośredniej pomiędzy (auto)biografią a powieścią. Z tego względu kontrakt autorsko-czytelniczy nie jest stadium przejściowym między paktem autobiograficznym a paktem powieściowym. Swoje założenia przedstawiam za pomocą schematu, który stanowią osie kartezjańskiego układu współrzędnych na płaszczyźnie. Na osi rzędnych zaznaczam opozycję fakt (referencja) — fikcja, zaś na osi odciętych określam relacje autor — bohater. Niniejszy schemat skupia się na określeniu tożsamości „ja" opowiadającego i „ja" opowiadanego oraz stosunku świata przedstawionego w utworze do realiów pozaliterackich (weryfikowalnych elementów świata). Pod tym względem moje spojrzenie na problematykę paktu autobiograficznego jest tożsame ze stanowiskiem Lejeune’a. Podobnie jak autor „Wariacji na temat pewnego paktu" uważam, że kluczową rolę odgrywają w tekście dwie wspomniane wcześniej relacje: tożsamości (podobieństwa) oraz fikcja-referencja. „Ja" Gombrowicza, opowiedziane na kartach Dziennika może zostać wpisane w pierwszą i drugą ćwiartkę układu. Pierwsza ćwiartka odpowiada sytuacji, w której mamy do czynienia z klasyczną, paradygmatyczną autobiografią (co w schemacie Lejeune’owskim odpowiada pozycji 3b), z kolei druga ćwiartka odnosi się do autokreacji, twórczego przetworzenia „ja" (w modelu Lejeune’a są to puste pola, zdaniem badacza — sytuacje niemożliwe). W ten sposób odkrywamy paradoks dotyczący struktury dzieła. Uważam, że Dziennik jest tworem hybrydycznym, rozpiętym pomiędzy autobiografizmem a fikcjonalizowaniem de se ipso. Sposób ukształtowania literackiego „ja" Gombrowicza ukazuje sytuację, której Lejeune nie wziął pod uwagę podczas konstruowania swojego modelu. Zdaniem badacza „z dziewięciu teoretycznie dopuszczalnych kombinacji tylko siedem jest możliwych w praktyce. Na mocy definicji wykluczone jest współwystępowanie identyczności nazwisk i paktu powieściowego oraz paktu autobiograficznego z różnymi nazwiskami". Z niekonsekwencji metodologicznych Lejeune spowiada się w artykule zatytułowanym „Pakt autobiograficzny bis". Spowiedź ta nie jest jednak wystarczająca, gdyż nie dotyczy najistotniejszych, moim zdaniem, uchybień. Badacz przyznaje się do nadmiernej kategoryzacji i właściwego strukturalistom ostrego zarysowywania opozycji — tymczasem w przypadku klasyfikacji dokonywanej w obrębie płaszczyzny obejmującej pisarstwo powieściowe oraz autobiograficzne, granice pomiędzy fikcją a referencją mają charakter płynnych przejść, nie można zatem stosować przedziałów domkniętych. Ponadto Lejeune za nadrzędny wyznacznik tożsamości uznaje identyczność nazw własnych autora i bohatera. Dziennik Gombrowicza, w którym „ja" ulega rozwarstwieniu, autor przełącza się pomiędzy trybami narracji pierwszo i trzecioosobowej, między podmiotowością a przedmiotowością w dziele, bezdyskusyjnie jeśli nie obala tego warunku, to czyni go statystycznie mało istotnym. Lejeune jednak w niewystarczający sposób motywuje niemożność współwystępowania paktu powieściowego z autobiograficznym. Wprawdzie w „Pakcie autobiograficznym bis" odchodzi od wcześniej zaproponowanego modelu, dostrzega płynne granice przedziałów, jednak nie proponuje nic w zamian, nie przedstawia bardziej satysfakcjonującego modelu, sygnalizuje jedynie konieczność dalszych badań. Bibliografia 1. W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1988. 2. W. Gombrowicz, Ferdydurke, Warszawa 2005.

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 7 of 16

3. J. Jarzębski, Gra w Gombrowicza, Warszawa 1983. 4. D. de Roux, Rozmowy z Gombrowiczem, Paryż 1969. 5. W. Karpiński, Herb wygnania, Paryż 1989. 6. J. Błoński, Miłosz jak świat, Kraków 1998. 7. M. Głowiński, O intertekstualności, „Pamiętnik Literacki", 1986 nr 3. 8. P. Lejeune, Wariacje na temat pewnego paktu, Warszawa 2006. 9. E. Kuźma, Gombrowicziada, [w:] Świat przez pryzmat „ja". Teorie i autobiograficzne rekonesanse, red. B. Gontarz, M. Krakowiak, Katowice 2006. 10. R. Sendyka, Nowoczesny esej. Studium historycznej świadomości gatunku, Kraków 2006. 11. L. A. Renza, Wyobraźnia stawia veto: teoria autobiografii, [w:] Autobiografia, red. M. Czermińska, Gdańsk 2009. 12. J. Cieplińska, Montaż i rytuał, czyli o autokreacjach pisarskich, Kraków 2003 13. Autobiografizm — przemiany, formy, znaczenia, red. H. Gosk, A. Zieniewicz, Warszawa 2001. 14. Narracje po końcu (wielkich) narracji. Kolekcje, obiekty, symulakra, red. H. Gosk, A. Zieniewicz, Warszawa 2007. Przypisy [1] P. Lejeune, Pakt autobiograficzny, [w:] Wariacje na temat pewnego paktu, Warszawa 2006, s. 22. [2 ] W. Gombrowicz, Dziennik 1957-1961, Kraków 1988, s. 11. [3] W. Karpiński, Herb wygnania, Paryż 1989, s. 55. [4] R. Sendyka, Nowoczesny esej. Studium historycznej świadomości gatunku, Kraków 2006, s. 64. [5] D. de Roux, Rozmowy z Gombrowiczem, Paryż 1969, s. 60 — 61. [6] E. Kuźma, Gombrowicziada, [w:] Świat przez pryzmat „ja". Teorie i autobiograficzne rekonesanse, red. B. Gontarz, M. Krakowiak, Katowice 2006, s. 18. [7] J. Cieplińska, Montaż i rytuał, czyli o autokreacjach pisarskich, Kraków 2003, s. 15. [8] Ibidem ,s. 15. [9] W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1988, s. 126 — 127 [10] Ibidem, s. 148. [11] J. Jarzębski, Gra w Gombrowicza, Warszawa 1983, s. 131. [12] W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1988, s. 280. [13] Ibidem, s. 155. [14] Ibidem, s. 163. [15] W. Gombrowicz, Ferdydurke, Warszawa 2005, s. 179. za: racjonalista.pl
Poleć to w Google

Recenzja: Witold Egerth - Tomasz Sobieraj KRAWIEC
Witold Egerth HERETYK W POSTETYCZNYM ŚWIECIE - rzecz o Krawcu Tomasza Sobieraja „Kto posługuje się stylem właściwym swojej epoce, nie wyskoczy poza nią, zostanie w swoim miejscu i czasie” – pisał Czesław Miłosz w Ogrodzie nauk. Jednak trzeba niemałej odwagi i sporej dawki testosteronu, by lekceważyć artystyczną modę i tworzyć niezgodnie z obowiązującą konwencją. Krawiec Tomasza Sobieraja to nieczęsty w dzisiejszej literaturze przykład klasycznego ładu i rygoru, precyzyjnego strumienia myśli, jednocześnie to utwór, w którym zacierają się granice pomiędzy opowiadaniem, opowieścią poetycką, esejem filozoficznym, tekstem krytyczno-literackim i autorskim wykładem z teorii sztuki, a jadowita satyra łączy się z publicystyką i krytyką polityczną. Dodatkowo treść dynamizują cytaty, nie tylko z literatury pięknej, oraz charakterystyczne

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 8 of 16

dla Sobieraja erudycyjne aluzje i imitatywy. Autor nazywa ten utwór poematem dygresyjnym, jednak z powodu niezwykłej intensywności przenikania się form, klasyfikacja rodzajowa i gatunkowa Krawca jest niemożliwa; zasadniczo mamy tutaj do czynienia z prozą, jednak zastosowanie podziału zdań na wersy sprawiło, że powstały samodzielne odcinki intonacyjne i wyostrzyła się znaczeniowa struktura tekstu; poprzez ten zabieg poeta również narzucił interpretację oraz nadał inną, niżby przysługiwała prozie, rangę słowom, tworząc w ten sposób oryginalny, nowoczesny poème en prose, dzieło z jednej strony odrębne od literackiej przeszłości i teraźniejszości, ale uważnemu czytelnikowi przywodzące na myśl Sztukę Poetycką Horacego, Beniowskiego Juliusza Słowackiego czy Bal w operze Juliana Tuwima; nawet wielbiciele Allena Ginsberga znajdą w Krawcu właściwą amerykańskiemu poecie romantyczną wizyjność usytuowaną obok niewstrzemięźliwej wulgarności. Fabuła Krawca, opowiedziana w 10 częściach, na którą składają się m.in. narodziny bohatera, dojrzewanie, czas eksperymentów, czynów męskiej odwagi i zwątpień wrażliwego człowieka, wreszcie powstanie świadomego swojej drogi twórczej artysty, jest pretekstem nie tylko do fascynującej gry z formą, ale także do walki ideowej, do rozważań o filozofii, sztuce, życiu, śmierci, miłości, duszy, Bogu... „W dzisiejszym postchrześcjańskim czy wręcz postetycznym świecie te uniwersalne zagadnienia zostały unieważnione, to tematy wstydliwe i niemodne, w najlepszym razie błahe – mówi autor w rozmowie z Januszem Najderem. – Odwrócona aksjologia niszczy także sztukę i dlatego zamiast mądrej, szlachetnej twarzy polskiej literatury mamy gębę żula, dresiarza czy innego półanalfabety”. Nie są to w tekstach Sobieraja nowe poglądy, ale sposób, w jaki przeprowadził swoją polemikę w Krawcu – w IV części, zasługuje na uwagę i z pewnością przysporzy mu zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Sobieraj, podobnie jak jego Mistrzowie (w tym miejscu należy wymienić przede wszystkim Witkacego, Gombrowicza, Miłosza), nie stosuje półśrodków, nie chowa się za plecami zgrabnych metafor, ale tak jak oni staje odważnie do walki, jasno precyzuje swoje poglądy na sztukę, piętnując za poprzednikami powszechną w niej dewaluację wartości, degenerację języka, sprymitywnienie, antyintelektualizm, ucieczkę od metafizyki, wiedzy, wyższej kultury, a przy tym uderza przeciwników (bo nie wrogów przecież) ich własną bronią – wprowadza do tej części kilku współczesnych krytyków i literatów i pozwala im mówić własnym głosem, czyli tekstami zaczerpniętymi z ich recenzji i utworów. Można nawet odnieść wrażenie, że niektóre wypowiedzi umieszczone w nowym kontekście paradoksalnie zyskały na tym zabiegu, i z tekstów krytycznych awansowały do rangi tekstów poetyckich. Jednak Krawiec to, jak napisał znakomity poeta Józef Baran, „nie tylko rozprawa z pseudosztuką, to także frywolny i sokratejski w formie monolog filozoficzno-egzystencjalny o przygodzie człowieka wrzuconego w przypadkowy, ograniczony czas i przestrzeń”. Bohater Sobieraja balansuje na granicy jawy i snu, rzeczywistości i fikcji, konieczności i pragnień. Z naiwnością dziecka cieszy się życiem; jest częścią świata przyrody, którą afirmuje i chłonie wszystkimi zmysłami, nie odgradza się od niej, ale wtapia się w nią, pragnie, być może naiwnie, miłości, prawdy i poznania, co implikuje ciągły rozwój. Zaciera się dla niego granica między życiem a sztuką, chce, jak bohaterowie Witkacego „zostać twórcą samego siebie” – a „inspiracją do niezwykłych myśli, by nie rzec herezji, są lektury”. W swoistym literackim eksperymencie dąży do zrównania się z Bogiem – to oczywiście z jednej strony nawiązanie do wyzywającej postawy Konrada z Wielkiej Improwizacji, a z drugiej hołd złożony Mickiewiczowi. Czuje się tu i podziw dla Wielkiego Mistrza, ale i autoironię, bo przecież bohater Sobieraja rozważa jedynie taką możliwość po to, żeby ostatecznie przestać wątpić i dostrzec doskonałość tego świata, której istnienie wprawdzie zakłada, niby jest jej pewien, ale pragnie absolutnego dowodu. „Zdobyć się na nieśmiertelność, unieść ponad czasem, objąć wszystko jedną myślą” – mówi, a potem przekornie dodaje – „to nie jest takie trudne. Nieśmiertelność mam przecież zagwarantowaną”. Marzy, aby uzyskać taką perspektywę oglądu rzeczywistości, która daje moc zapanowania nad chaosem, umożliwi wypełnienie idealnej formy istotną treścią.

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 9 of 16

Momentem próby jest spotkanie z dziewczyną. Sobieraj rozgrywa to w dwóch oszczędnych dialogach, nad którymi unosi się atmosfera silnego erotycznego napięcia. Eros katalizuje moce twórcze i jednocześnie niszczycielskie bohatera, który wcześniej zwierza się czytelnikowi: „Często rozmyślałem o życiu i śmierci, szyjąc ubrania (…) Pewnie szycie nowych i prucie starych ubrań, ich tworzenie i niszczenie kierowało moje myśli na sprawy ostateczne”. Dziewczyna, której wizyta w pracowni stanowi wyraźną cezurę w życiu krawca, jest jakby materializacją jego sennych marzeń. Czytelnik staje się świadkiem tego procesu przeobrażania się nierealnej, eterycznej postaci w zmysłową, cielesną kobietę, procesu oddzielania się owej zjawiskowej istoty od tego, kto powołał ją do życia i być może sam nie wierzy w możliwość przyobleczenia się własnych pragnień w realny byt, boi się, że „zapłaci gorzki podatek od naiwności”. Dziewczyna na początku wydaje się nie mówić własnym głosem, jest jakby emanacją myśli i wyobrażeń bohatera, by na koniec zyskać świadomość swojej roli i swojej odrębności, „umiem czytać w twoich myślach” – oświadcza w ostatniej scenie, kiedy pojawia się z książką Źródło wszechrzeczy – malarstwo Gustawa Courbeta – „i chociaż, jak sądzę, programowo Courbet jest ci obcy, czasem pociąga cię realistyczną treścią”. Bohater tylko z pozoru jest nikim, nieważnym człowiekiem zanurzonym w przypadkowym, ograniczonym czasie i miejscu, „którego nie uwzględniały nawet najbardziej dokładne mapy topograficzne, zrozpaczone jego prowincjonalnością i bezgraniczną martwotą” – miejscu, można by rzec zapomnianym przez ludzi i Boga. Jednak istnieje! Ma wolny, artystyczny zawód, psa, którego kocha, spacery po okolicy, wrażliwość na przyrodę, ma też wielkie tęsknoty i marzenia, wyzwolone pod wpływem „heretyckich” lektur. Dowodem, że istnieje, jest świadomość i wola działania, wynikająca m.in. z niezgody na pogrążanie się w „imitacji życia”, z właściwą jej „ironią, bezsilnością, patosem i pustką”. Wierzy, że „tak jak na początku świata światło zabiło ciemność, tak myśl jasna zniszczy pustkę i pozór”. W imię jasnej myśli, mądrości, która „jest i początkiem, i źródłem pisania”, jak to ujął Horacy, Sobieraj podejmuje polemikę z tym, co mu się we współczesnej polskiej literaturze nie podoba, czyli z bełkotem półanalfabetów z jednej strony, a z drugiej – z piękną formą klasycznych dandysów, pozbawioną jednak treści i ducha. Wyrazicielem swojej teorii czyni niejakiego Tadka Ćwiartkę, ulicznego menela, któremu inna postać, obecna w Krawcu, odmawia prawa do istnienia, uważając, że to „ewidentna pomyłka Wielkiego Planisty”. Ów „ludzki strzęp”, może wbrew pozorom – to najważniejszy dowód na istnienie Boga w tej książce, mówi: „Świat to symulacja stanów potencjalnie tylko doskonałych. Lecz pod skórą rzeczywistości, nieraz piękną jak u młodej kobiety, nieraz pokrytą brudem i pęcherzami, jak moja, drzemią pokłady olśnień i niespotykanej dziwności, widoczne tylko dla wielkiego poety czy mistyka, niekiedy może dla filozofa. (…) I one, gdy odkryte, mogą uczynić życie znośniejszym. Bo na pewno nie uczynią tego bzdury, pisane przez rzesze wierszokletów, wynoszone na piedestał przez ich kolegów – krytyków, tak jak nie uczynią życia piękniejszym bohomazy tych, którym się wydaje, że są artystami, bo ukończyli szkołę malarzy”. Tu dochodzimy do zasadniczego poglądu Sobieraja na rolę sztuki, która ma nieść człowiekowi nadzieję, a nie pogrążać go w jeszcze większym chaosie niż ten, w którym żyje. Wydobywanie się z tego chaosu to jak pozbywanie się ciasnego kokonu narzuconych mniemań, sądów i politycznej poprawności, przy jednoczesnej nauce samodzielnego oddychania i szukania własnych rozwiązań – niszczenie i tworzenie, prucie i szycie, śmierć i życie – w takiej właśnie kolejności, tak jakby życie było ukoronowaniem, a może raczej zdetronizowaniem śmierci, nie odwrotnie, życie to zaprzeczenie pustki, letargu, bezwolnego trwania. Takiemu procesowi poddał Sobieraj swojego bohatera (samego siebie?); mimo wątpliwości idzie on drogą, która ma go w założeniu doprowadzić do zbliżenia człowieka ze sztuką, do połączenia pierwiastka ludzkiego z Boskim, do syntezy formy i treści. „Najwyżej mi się do końca nie uda – zwierza się krawiec – ale przynajmniej będę wiedział, że próbowałem”. Sobieraj kończy Krawca słowami Eliota: „Chodźmy więc, ty i ja,/ Skoro wieczór na niebie rozpostarty trwa/ Jak pacjent odurzony eterem na stole…” Rzeczywiście po lekturze tego wyjątkowego i, według mnie, bardzo ważnego poetyckiego tekstu jest się oszołomionym. Dzieje się tak za sprawą i wagi poruszanych problemów, i bogactwa rozwiązań formalnych, i brawurowego języka, nie stroniącego nawet od

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 10 of 16

wulgaryzmów – zjawiska do tej pory w twórczości Sobieraja nieznanego. Nie znaczy to, że twórca elitarny postanowił najtańszym kosztem trafić pod przysłowiowe strzechy, eksplorując pokłady wulgarności czy pornografii, bowiem wspomniana maniera to tylko niewielki, wyraźnie wyodrębniony fragment poematu, do tego o charakterze zdecydowanie satyrycznym, ironicznym i polemiczno-zaczepnym. Sobieraj uczynił tutaj rzecz trudną: posługując się ordynarnym językiem, wydobył całą jego soczystość, komizm, wręcz nadał mu wielobarwną urodę, dowcip oraz nowy sens i pełny artystyczny wymiar, co w polskiej Literaturze (tej przez wielkie L) udało się niewielu. I tak parodia przerosła wyszydzaną konwencję, dowodząc niezbicie, że talent i myśl również z pospolitej materii stworzą dzieło doskonałe. Pomimo licznych celowych zakłóceń, zamierzonego dysonansu niektórych partii poematu i jego bujnej dygresyjności, całość utworu jest wypowiedzią spójną formalnie i treściowo; rzekłbym nawet, że jest nową „formą bardziej pojemną”, łączącą w sobie traktat o sztuce i filozofii, fabularną, momentami oniryczną opowieść, niekiedy fantasmagorię, głęboką psychoanalizę czy nawet udaną próbę mityzacji rzeczywistości. Jednak historiozofia, jak już wspomniałem, nie jest tutaj ponura jak np. w zbiorze opowiadań Dom Nadzoru; pojawiają się w Krawcu elementy pogodne a nawet komiczne. Mimo to poecie, a właściwie jego literackiemu alter ego, niezmiennie towarzyszy poczucie obcości, niedopasowania do świata i świadomość zagłady czekającej na ludzi jego pokroju, jednocześnie nie robi nic, by przestać być twórcą dla nielicznych wybranych. Przeciwnie jednak niż we wspomnianych opowiadaniach, nie jest w tej beznadziejnej sytuacji osamotniony ani ta sytuacja nie jest przez to całkowicie beznadziejna. Nadal więc z uporem, godnym Witkacego izoluje się od pospolitej rzeczywistości, wchłaniany przez tajemniczą istność, w której spotykają się Bóg, filozofia i sztuka. Tą istnością jest metafizyka – tak w poemacie obecna, że bez przesady można nazwać jego autora poetą metafizycznym i tym samym zaświadczyć, że wbrew pesymistycznym teoriom Witkacego, sztuka nie umarła całkowicie – jest tylko w letargu, z którego czasem wyrwie ją ktoś tej miary co autor Krawca.

Tomasz Sobieraj, Krawiec, Editions Sur Ner, Łódź 2012. za: Migotania 4 (37) 2012
Poleć to w Google

Fotografia: Krzysztof Jurecki DO ŚWIATŁA
Rozwój stylu fotograficznego Zbigniewa Treppy zapoczątkowały inscenizacje z końca lat 80. i egzystencjalne portrety z cyklu Spółka podróżna o-o oprawca-ofiara. Już wtedy Jego prace wyróżniały się ekspresją i przekroczeniem norm z zakresu „fotografii czystej” na rzecz poszukiwań związanych z zasadą fotogramu i pseudosolaryzacji, w czym należy dostrzec wpływ określonych technik, nie zaś samej ideologii, z zakresu modernizmu fotograficznego. W ostatnim czasie (2007/2008) odbyły się wystawy Znaki Światła, która swe najlepsze miejsce znalazła w Domu Ojca, czyli w kościele pijarów w Krakowie. Od początku lat 90. rozpoczął się nowy okres w fotografii artysty, która się nie tylko teologią, ale nową formułą, która odnalazła w najtrudniejszych tematach ikonograficznych, nowe spełnienie artystyczne. W czasach najnowszych twórczość religijna jest nie tylko niepopularna, ale nawet, podobnie jak w latach 20. i 30. XX wieku, modne jest atakowanie czy obnażanie światopoglądu chrześcijańskiego. Jednak niezwykle trudno jest w twórczy sposób nawiązać to takich tematów, jak: Ukrzyżowanie, Pascha czy chusta św. Weroniki. Przyjrzymy się pierwszemu tematowi. Treppa do tematyki ukrzyżowania dodał światło, ideę Chrystusa, oraz wyobrażenie rozpostartych dziecięcych ramion.

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 11 of 16

Całość jest ekspresyjną formą, z nakładanym obrazem i dramatyzmem ujęcia. Artysta nie korzysta z upiększania ponadhistorycznej sytuacji, nie odgrywa teatru zdarzeń, ale udało mu się w serii tych prac uzyskać wyraz zmagania, cierpienia dotyczące całej ludzkości. W międzyczasie, w 1996 i 1997 r., powstały wystawy (Opera Infinita – Opera Aperta) o instalacyjnym i przede wszystkim teatralnym charakterze, które odebrałem jako sztukę o zbyt rozbudowanym arsenale środków formalnych, o nazbyt ekspansywnym znaczeniu architektury (wystawa w Łodzi). Ale w 1999 r. przy okazji ekspozycji Wobec Apokalipsy – Pocałunek Śmierci, która była jedyną tego typu prezentacją w Polsce i zapoczątkowała inne wystawy poruszające problem śmierci, Zbigniew Treppa okazał się dla mnie bardzo interesującym teoretykiem/teologiem, który w tekście Apokalipsa jedynie ocalająca zamieszczonym w katalogu dał zaskakującą, ale przekonującą diagnozę ostatecznego ocalenia przez Apokalipsę. Zgłębianie natury fotografii, a nawet pokora wobec niej, doprowadziły Go do napisania dwóch książek z zakresu antropologii obrazu. Spośród nich dla fotografii bardzo ważna jest praca Całun turyński. Fotografia Niewidzialnego? (2004), która z pewnością przyśpieszyła formowanie się Jego ekspresyjnego i niematerialnego stylu. To jest prawdziwie energetyczna sztuka, gdyż tak jak relikwie i święte obrazy opiera się wierze. Nie ma innej sztuki niż energetyczna; sztuka by była Sztuką musi posiadać energię tak, jak naczynie wodę. Chyba, że jest to postać sztuki zredukowanej do minimal-artu czy postkonstruktywizmu, który może mieć aspekt duchowy jako artystyczny spadek po doświadczeniach Kazimierza Malewicza, który w realiach Związku Radzieckiego z pewnością nie mógł pisać o religijności, tylko o jej zredukowanej formule. Ale duchowość zawarta jest w wielu obrazach Malewicza, szczególnie tych z krzyżami. Do niego także odwołuje się w swej twórczości Treppa, gdyż jest otwarty na innowacyjne formuły modernizmu, ale o religijnych podtekstach. Widać to w tych fragmentach prac Treppy, w których pojawia się znak, np. w chmurach lub w falach wody. Na tym m.in. polega innowacyjność Jego prac, że nie są bezpośrednim nawiązaniem do koncepcji Malewicza, tylko jej interpretacją. Gdzie zatem sytuuje się twórczość gdańskiego artysty? Prezentuje on postawę typu antropologicznego, posiłkującą się efektami i technikami modernistycznymi, ale wierna pozostaje podstawowej ikonografii chrześcijańskiej. Z tych powodów działalność artystyczna Treppy najbliższa jest Stanisławowi Wosiowi i Andrzejowi Różyckiemu, których twórczość od wielu lat należy do najważniejszych w Polsce, ponieważ łączyli duchowość i energetyczność sztuki z nastawieniem religijnym, w przypadku Wosia nawet mistycznym(!), co jest niezwykle trudne, ale możliwe do osiągnięcia. za: Exit 2/2008
Poleć to w Google

Esej: Dariusz Pawlicki EPITAFIUM DLA PEWNEGO MIĘDZYGÓRZANINA
„(...) tam, gdzie się kończy nieszczęście, musi zaczynać się szczęście”; Andrzej Strumiłło, Factum est.

Piszę ten tekst z potrzeby zapisania tkwiących we mnie emocji związanych z pewnym człowiekiem. Nie wiem jeszcze, jakie one są; jedynie ich się domyślam. Jestem jednak przekonany, że w trakcie pisania poznam je. Impulsem do rozpoczęcia przelewania na papier owych emocji mogło być to, że zlokalizowałem w moim księgozbiorze trzy książki mające z nim bezpośredni związek (dwóch autorskich: zbioru esejów Świat bez prawdy i zbiorku wierszy owoc ja, a także przetłumaczonej z

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 12 of 16

angielskiego Drogi Lao Tsy’ego). Innych Jego publikacji nie posiadam. A to z całą pewnością dlatego, że życiem i twórczością Williama Blake’a interesuję się pobieżnie. Nie to, co adresat niniejszego Epitafium, który nie tylko, że Blake’iem był zafascynowany, ale był jego największym znawcą wśród osób uznających język polski za ojczysty. To dlatego, bodajże w 2004 r., jako jedyna osoba z Polski, został zaproszony do wzięcia udziału w zorganizowanej w Londynie międzynarodowej konferencji poświęconej temu angielskiemu mistykowi, malarzowi, poecie, rytownikowi. Jego wiedza na ten temat zogniskowała się w opublikowanym przez wydawnictwo słowo/obraz terytoria, pokaźnych rozmiarów tomie Boska analogia. William Blake a sztuka starożytności. Ta książka to magnum opus bohatera niniejszego tekstu. Nie wykluczam jednak i tego, że w pewnym momencie szczególnie mocno dał o sobie znać żal związany ze śmiercią człowieka, który mógł jeszcze wiele zdziałać? Zmarł przecież w wieku ledwie 62 lat. Dobrze pamiętam swoje myśli, a były one niezwykle poruszone, wręcz rozedrgane, gdy dowiedziałem się 18 grudnia 2010 r. o jego śmierci (nastąpiła tego właśnie dnia). Choć dla kogoś bliżej związanego z nim i jego rodziną, dysponującego dzięki temu wiadomościami najaktualniejszymi, to odejście pod koniec owego roku, nie było może zaskoczeniem. Ale ja, otrzymawszy jakieś trzy miesiące wcześniej informację o poprawie stanu jego zdrowia, pozostałem przy tej optymistycznej wiadomości. Wręcz liczyłem na to, że następna będzie jeszcze pomyślniejsza. Na moje myślenie o nim, owocujące m. in. tym oto tekstem, wpływ ma również świadomość, że mieszkał w pięknym miejscu – w górach, a konkretnie w Międzygórzu, u stóp Masywu Śnieżnika. I zamieszkiwał je od drugiego roku życia (urodził się w 1948 r., w Warszawie). A tak się składa, że sześć dni przed rozpoczęciem pisania Epitafia zjawiłem się w Międzygórzu. Byłem tam pierwszy raz. Chciałem zobaczyć miejscowość malowniczo położoną w dolinach Wilczki i Bogoryi. W znacznej części zabudowaną pochodzącymi z XIX w. domami w stylu tyrolskim. Przyjechałem jednak przede wszystkim ze względu na Niego. Pragnąłem bowiem odwiedzić jego grób znajdujący się na niewielkim cmentarzu. Jak też rzucić okiem na dom, w którym mieszkał. Pragnienia te spełniłem. Z tym, że gdy patrzyłem na dom (nie jest w stylu tyrolskim), od drogi gruntowej oddzielony bukszpanowym żywopłotem (czuć było delikatny zapach bukszpanu), nie wiedziałem, że to właśnie ten. Brałem to jedynie pod uwagę. Posiadałem bowiem informację, że stoi na obrzeżach Międzygórza, przy jednym ze szlaków turystycznych wiodących do Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, znajdującego się pod szczytem Iglicznej. * Tego, któremu to Epitafium jest poświęcone, nie staram się opisać takim, jakim był. Nie jest to absolutnie moim zamiarem A mógłbym podjąć taką próbę choćby z tej racji, że znam spore grono osób, które znały Go dobrze bądź bardzo dobrze. Nie będę więc próbował sprawić wrażenia, że i ja do nich należałem. Dlatego, od początku do końca, tekst ten będzie subiektywnym i fragmentarycznym opisaniem człowieka, z którym spotkałem się (jedynie!) kilkanaście razy. A w cztery oczy rozmawiałem dwu-trzykrotnie, gdy natknęliśmy się na siebie we Wrocławiu. Pamiętam, że jedno z takich spotkań miało miejsce przy wejściu do siedziby Ossolineum, od strony Zaułka Ossolińskich. Akurat stamtąd wyszedłem, a On miał zamiar wejść. Spotkań i rozmów najpewniej byłoby więcej, gdybym poznał go wcześniej, i przez kilka lat nie przebywał poza krajem. A już na pewno częstotliwości tych kontaktów sprzyjałoby to, gdybyśmy zamieszkiwali tę samą miejscowość: Wrocław albo Międzygórze. Mimo braku znamion zażyłości z nim, piszę Epitafium jemu poświęcone. Odczuwam bowiem taką potrzebę, bo teraz, gdy nie ma go wśród żywych, pojawiło się Coś, co zasługuje na miano... bliskości. *

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 13 of 16

Przebywając w Międzygórzu, przyglądając się budynkom i zboczom porośniętym dorodnym lasem, siedząc we wnętrzu urokliwego, drewnianego kościółka, robiąc zakupy w sklepie spożywczym, spoglądając w bystro płynące wody Wilczki i Bogoryi, podziwiając okazały, strzelisty świerk rosnący nieopodal skweru upamiętniającego Mariannę Orańską, podejmowałem próby (to mogły być tylko próby) spoglądania jego oczami na otoczenie, na rzeczywistość międzygórską. Bo to było do niedawna jego otoczenie, jego rzeczywistość. To, że na wszystkie te punkty nie tylko patrzył, ale również je widział (patrzenie nie jest tożsame z widzeniem), jest rzeczą pewną. Eseiści, poeci są ludźmi spostrzegawczymi. On zaś był zarówno jednym jak i drugim. Do tego był jeszcze malarzem. Niewidzenie, w jego przypadku, nie mogło mieć miejsca. Na dodatek pośród tych punktów żył 60 lat, a Międzygórze jest niewielką miejscowością. A to, że od kilkunastu lat część czasu spędzał w Zielonej Górze, jako wykładowca na tamtejszym uniwersytecie, niczego w tym względzie nie zmieniło. To dlatego młody mężczyzna zamykający akurat kiosk z prasą, odpowiedział z wyrzutem przemieszanym ze zdziwieniem: - Oczywiście, że tak. A zapytałem czy znał tego, któremu niniejsze Epitafium jest poświęcone. * Poniższy fragment utworu Johna Donna był (i będzie) wielokrotnie cytowany: Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z całą ludzkością. Są jednak śmierci, które indywidualnie odczuwamy jako, co najmniej, podwójne umniejszenie. I tak właśnie traktuję odejście Michała Fostowicza-Zahorskiego (nadszedł czas na ujawnienie imienia i nazwiska). Przy czym mogę mówić o szczęściu - mogłem przecież Michała nigdy nie spotkać. Mogłem nie zdążyć go (choć trochę) poznać. Ale zdążyłem: spotkałem i poznałem! Na koniec posłużę się cytatem z Pamięci Stephena Spendera Josifa Brodskiego: „Ludzie są tacy, jak nasza o nich pamięć”. A tak się składa, że w mojej pamięci Michał tkwi jako jasny punkt! P. S. Minęły prawie dwa lata od napisania tego, co widnieje powyżej, gdy kupiłem pokaźnych rozmiarów książkę (566 str.) zatytułowaną... Boska analogia. Teraz czytam ją codziennie. A to znaczy, że „kontaktuję się” wówczas nie tylko z Williamem Blake’iem, ale również z Michałem Fostowiczem.
Poleć to w Google

Felieton: Igor Wieczorek Z POEZJĄ KU KOSMOKRACJI
Długa i zagmatwana historia związków literatury z filozofią obfituje w fabuły inspirowane przez różne teorie filozoficzne tudzież w różne teorie propagujące fabułę jako najlepszy nośnik wszelkich treści poznawczych. Fascynującym efektem tej długiej historii sprzężeń, przenikań i uwarunkowań są takie sposoby myślenia, których nie można opisać i takie sposoby opisu, których nie można zrozumieć, co jednak wcale nie znaczy, że trzeba o nich zapomnieć, bo są z gruntu bezwartościowe.. Można doznawać ich piękna, można odczuwać ich sens, pod jednym wszakże warunkiem, że ma się ku temu sposobność, kulturową sposobność.

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 14 of 16

A trudno o taką sposobność w kulturze zdominowanej przez technikę i kapitał, których zwierzchniej pozycji nic nie jest w stanie zagrozić. Chociaż od wielu lat pisarze i filozofowie o humanistycznym zacięciu krytykują Technopol, czyli tę formę kultury, która polega głównie na deifikacji techniki i finansowego zysku, to jednak nieczuły Technopol wcale nie drży w posadach, nadal ewoluuje w bliżej nieznanym kierunku i – co szczególnie ciekawe – wiele wskazuje na to, że słowa krytyki go krzepią. Jak zatem można go zwalczać, czy choćby modyfikować w duchu humanistycznym? Twórca terminu „Technopol”, amerykański teoretyk informacji, Neil Postman, radzi swoim wyznawcom, aby zachowali w stosunku do Technopolu emocjonalny i epistemologiczny dystans, bo chyba tylko w ten sposób można się mu przeciwstawiać. Znacznie większym optymistą jest polski filozof i poeta, profesor Henryk Skolimowski, który w opublikowanym w 2005 roku w New Delhi zbiorze esejów pt. „Philosophy for a new civilisation” snuje odważną wizję cywilizacji przyszłości, w której nie będzie już miejsca na eksploatacyjne formy rządzenia i zurzędniczałą kulturę. Najogólniej rzecz biorąc, H.Skolimowski uważa, że współczesna cywilizacja industrialna jest ucieleśnieniem siły fizycznej i ma bardzo niewiele wspólnego z cywilizacją ateńską, która służyła przede wszystkim celom społecznym i duchowym. Współczesny świat potrzebuje nowej formy demokracji, jaką jest ekodemokracja, zasadzająca się na szacunku dla sił natury i życia jako takiego. Najwyższą formą demokracji będzie natomiast kosmokracja, która powstanie wtedy, „gdy uogólnieniu ulegną idee ekodemokracji, kiedy na powrót uznamy, że źródłem wszelkiej siły jest kosmos, a jego uświęcenie znajdzie wyraz w systemach politycznych, które uznają, że demokracja nie jest dla garstki wybrańców, lecz dla wszystkich, dla całego kosmosu” Jak wszystkie utopie społeczne, ta również jest poddawana nieustannej krytyce. Pisze się o niej często, że ma niewiele wspólnego z teorią filozoficzną, że nie jest projektem społecznym, że jest kompilacją poezji i jakiejś mistycznej gnozy. Lecz jeśli nawet tak jest, to nic nie umniejsza jej siły i wizjonerskiego blasku. Sam H.Skolimowski uważa, że „tylko wizjami możemy coś osiągnąć, trzeba mieć odwagę myśleć szeroko i daleko”. Podczas promocji swojej książki w Pałacu Kultury i Nauki bez ogródek oświadczył: „Nie chcę, żeby to co piszę przybrało język naukowy, bo nie chcę się stać tak skostniały jak cała nauka. Poezja jest nam potrzebna, bo na co dzień zbytnio żyjemy prozą życia. Nie pozwólmy, aby duchowość, miłość i poezja zostały wyklęte z naszego języka”. Jeżeli te ważkie słowa stanowią credo autora, a prawdopodobnie tak jest, to bardzo podobnym credo kierują się redaktorzy wielu polskich czasopism i portali literackich. Jednym z nich jest np. zacna Gazeta Kulturalna, która w bieżącym miesiącu obchodzi swój jubileusz i jest mi szczególnie bliska. Dwieście numerów Gazety, której największą ambicją jest właśnie obrona poezji i idei humanistycznych, świadczy o tym podobieństwie. Oby tak dalej, Gazeto!
Poleć to w Google

Recenzja: Ignacy S. Fiut - Beata Szymańska WYBÓR WIERSZY
Ignacy S. Fiut POEZJA ŚWIATA PODRĘCZNEGO Debiutowała jeszcze w prasie roku 1961, a w 1962 w Wydawnictwie Literackim ukazały się jej wiersze w „Próbach porównania” publikowane wraz z utworami Mieczysława Czumy, Wincentego Fabera i Leszka Aleksandra Moczulskiego. Jej twórczość należy więc do powojennego i szeroko rozumianego środowiska literackiego Krakowa. Wydała do tej

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 15 of 16

pory siedem tomików wierszy: „Sny o porządku” (1965), „Sztychy reńskie” (1969), „Trzciny” (1970), „Wiersze” (1983), „Anioły mojej ulicy” (2001), Słodkich snów Europo” (2001), „Wiersze wybrane „ 2009), tom opowiadań („Opowiadania” 1997), które niejako obrazują całokształt jej twórczości pisarskiej, związanej przede wszystkim z baczną obserwacją świata, często z perspektywy dziecka oraz badaniami filozoficznymi z perspektywy szeroko rozumianej filozofii kultury, prowadzonymi przez lata w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego jest obecnie profesorem emerytowanym. Jej badania przede wszystkim łączyły w sobie poszukiwania wspólnoty racjonalnej między filozofią europejską oraz filozofią Wschodu, co daje się zauważyć w usytuowaniu podmiotu lirycznego jej wierszy względem świata, w którym postrzega człowieka jako byt znikomy, przypadkowy, w duszy którego dokonuje się jakby ujawnianie jego „kolejnych wersji bytowych”, autoryzowanych przez ludzi zanurzonych w panujących wzorce kultury, w kontekście całości uniwersum naszego świata. Wydaje się, że cała jej twórczość filozoficzna i artystyczna skupia się na poszukiwaniu głębokiego porządku tkwiącego u podstaw bytowych świata i poszukiwanego za natrętnym chaosem rzeczywistości, który człowiek przeczuwa, choć bardzo trudno go ogarnąć, a najczęściej milczenie i doświadczenie pustki prześwitującej pomiędzy naszą jej wersją jest jego najprostszym wyrazem. W wierszu pt. „Sny o porządku” dowiadujemy się, że ”(…)ład zbierania kwiatów/wzór liczby lub cyfry raczej/gładkie ciepło pieca/lecz potem ogień płomienia bezkształtności/co pod dziewczyny drzwiami papierosa gasi//Sny o porządku Dojrzewanie zboża/bezchmurne niebo i słońca okrągłość/(…)i regularność pieśni w kwadratowe/ujęte zwrotki/ale za domem jaki wiatru nieład?/i jakie nieprawnie/przemilczane kiedyś/i zawieszone w połowie pytanie?” Poezja Szymańskiej ze swej natury ma charakter medytacyjny, ale jest również formą stawania na granicy jawy i snu, by lepiej wpatrywać się w dziejący się na naszych oczach świat. W utworze „O wpół do piątej rano” pisze: „Gdy świt cię weźmie na plecy/jak spłowiałego baranka/byłeś głodny i śpiący i miasto/podejrzewałeś o zdradę/ (…)Podobno myślałeś rozległość/i okna otwarte na przestrzał/gdyś ginął przez puste przestrzenie/nierozbudzonych placów/a sen cię ścigał jak wierna/i głupia narzeczona”. Wieś dla poetki jawi się ulubionym miejscem, gdzie łatwiej rozmawiać z sobą, bo pod ręką jest zawsze bezpośrednio świat, który pogłębia refleksyjność owej zadumy nad sobą i nad nim. Człowiek jest jedynym bytem mówiącym, biorącym siebie w świecie na język, dającym możliwość zarówno poezjomania jak i filozofowania, ale i oswajania się z przemijaniem, upływem czasu, mocniejszym zakorzenianiem się w naszym bytowaniu, z dala od jazgotliwego miasta, które zaciera znaczenia mowy i sens istnienia. Poza cywilizacją miasta możemy przecież oczekiwać na bezpośrednie epifanie piękna; na pełną możliwość ich medytowania. Tu udaje się nam utrzymywać w głębokich aktach uczuć i przeżywać naszą pierwotną więź z przyrodą, marzyć i wchodzić w ów splot procesów materii i ducha, który czyni nas ludźmi nadającymi rzeczywistość wymiar pojęciowy oraz aksjologiczny, choć uświadamia nam ciągle, że jesteśmy „żartami istnienia”. Kiedy powracasz więc do prozy życia miejskiego – podpowiada autorka - i wchodzisz w „śpiewkę” pytań: „od kiedy? po co? i za ile?”, stać cię jeszcze na liryczny wiersz o mieście, w którym poetka ogląda je i odnotowuje, że tu: „Wieża jest coraz wyższa/Kraków jest jak fioletowa ostroga/Wieczór to oddech wstrzymany/na jedną chwilę”. Ważnymi metaforami w poezji Szymańskiej są: „rzeka”, „lód na jej powierzchni” „nieboskłon”, które wydają się oznaczać z jej perspektywy egzystencjalnej przemijanie, stawanie się, ale zarazem dojrzewanie i dochodzenie do siebie: docierania do własnej samowiedzy istnienia. W wierszu „Rzeczka właśnie zamarzła” dowiadujemy się, że „Rzeczka właśnie zamarzła i co było nami/można przypisać tej śnieżnej równinie/Jak przypadek nas wiąże szklana przestrzeń zimy/i rude pręgi płoną na pochyłym niebie”. To zdrobnienie „rzeczka” nie jest tu przypadkowe, bo ona jako ja, ty, on, to strumienie tworzące „rzekę naszej rzeczywistości” wkomponowaną w „ocean kosmos” i oglądaną na nieboskłonie. Właściwie jak przysłowiowe ziarenka pisaku przemierzamy tropem wiecznej drogi wraz z naszym światem kosmiczne uniwersum, w które wplatane są nasze istnienia. Medytujemy równocześnie ów przedustawny porządek, „łowimy pojęcia”, „segregujemy wydarzenia”, by uciec choć na chwile przed bezwzględnym przemijaniem i tak rozwija się

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: kwiecień 2013

Page 16 of 16

w tych wierszach krakowskiej poetki ta nasz „mantra istnienia”. Płynność świata możemy tu porównać również z „falami Renu” kiedy „czas nas miłuje” w rytmie „śpiewów ptaków”, szmeru „przewracanych kartek”. Wreszcie udaje się nam wpłynąć na „ocean ciszy”, a świat dalej płynie obok nas, kiedy – jak przysłowiowi stoicy – poddajemy się jego nurtowi. Człowiek to przecież – podkreśla poetka – „znak zapytania”, niewiadoma tego świata: to ów „skrzep jednostkowego istnienia” w „ocenia bycia” – jak to sobie wyobrażali: Hölderlin i Heidegger. Jego porządek istnienia opiera się bowiem na przyjaźni i bliskości ludzi i nie należy do głębokiego porządku bytowania, przez co jest tak kruchy. Życie w świecie oparte jest na ciekawości, zadawaniu mu pytań, wsłuchiwaniu się w głos kosmosu, ale z tego nie wynika możliwość „wiekuistego zbawienia”, a raczej doświadczenie to stanowi drogę jednoczenia się z nim na wieczność. „Ojczyzną rzeczy”, naszego pośród nich istnienia, jest bowiem ciemność, zaś nasza mowa, którą poezjujemy świat, stanowi narzędzie jego stwarzania i wydobywania na jaw. Robimy to w rytm pór roku ukazując niekończące się metamorfozy przyrody, zgodnie z dialektyką gry przemiennego „darowania i zabierania”, by w konkluzji dojść do celnej uwagi – potka sądzi, że właśnie „wiek kobiet” poznaje się po kształcie oraz sposobie noszenia przez nie beretów. Równie z humorem ukazuje stosunek współczesnych ludzi do idei Platona, a w wierszu „Opisanie świat” pisze: „Wielu wstaje wcześnie rano,/żeby dokładnie opisać,/z wielka uwagą nienależną rzeczom/wszystko czego można doznać/ (…) Nie ma się co dziwić,/że Platon chciał pogonić/całe to towarzystwo”. Jednak poetka jest pomimo wszystko koneserem doznań zmysłowych, czemu daje wyraz w utworach szczególnie wtedy, gdy rozkoszuje się formami, barwami i smakami przyrody – np. w wierszu pt. „Wcześnie rano. Powiedzmy w Starym Sączu”. Czytam w nim m.in. „Księżyc zachodzący nad śpiącym miasteczkiem/rozmywa się w zakurzonych szybach/samochodu, źle zaparkowanego/na środku targowego placu./ (…)To słońce wschodzi nad miasteczkiem/i kobiety na placu ustawiają kosze/pełen młodych rzodkiewek. Więc choć nie wiadomo, czy słuszne, czy niesłuszne są sny nasze, to przecież/każdy chciałby się zbudzić/w słońcu i przy rzodkiewkach/a obok jest studnia z bardzo zimną wodą”. I wreszcie Szymańska odkrywa jeszcze jeden ciekawy „dowód istnienia świat”, uczestnicząc w „sporze” o jego istnienie, bardzo namacalny, bo z bólu. W utworze „Jeszcze jeden dowód na istnienie świata” pisze: „Świat, że jest/wcale nie jest wiadomo/Nie można go wywieść/z Bożej dobroci/ani z pierwszej grudki/materii mniejszej niż ziarno gorczycy/Jest może tylko jeden dobry dowód: ex dolore – z bólu/(…)To mocny, krzepki ból twojego ciała/bardziej niż zapach/mokrej trawy,/(…) mówi: nie, nie jesteś tym./Jesteś z tego, co obce, a co obce, boli”. Sądzimy, że warto zwrócić uwagę na tę poezji, którą autorka prawie już pół wieku wzbogaca naszą duchowość i wrażliwość artystyczną, jednocześnie otwierając ją na doświadczenie myślowe oraz artystyczne innych kultur. Poezja ta nie tylko pozwala lepiej zrozumieć i przeżywać własne jednostkowe istnienie w globalizującym się świecie, ale umożliwia również efektywne odczuwanie innych wrażliwość ludzi na naszym globie, ich rozumienie i sytuowanie swego istnienia w nich, ale i komunikowanie się z nimi, wartościująca i kreatywną tolerancję na nie, a konsekwencji budowę nowej jakościowo wspólnoty wokół kwestii tego, co na sposób człowieczy jest dobre, a zarazem wzniosłe i piękne.

Beata Szymańska, Wybór wierszy, Śródmiejski Ośrodek Kultury, seria: Poeci Krakowa, Słowo wstępne – Krzysztof Lisowski, Kraków 2009, s. 104.
Poleć to w Google

Nowsze posty Subskrybuj: Posty (Atom)

Strona główna

Starsze posty

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2013_04_01_archive.html

2013-04-18

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 1 of 20

Udostępnij

0

Więcej

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA __________________________________________________________________________
Translate

Wybierz język
Technologia

OD REDAKCJI 5/2013
Tłumac

z

Słowo na maj Czesław Miłosz wyraził przekonanie, że dobry wiersz oddziałuje nawet wtedy, gdy schowany do szuflady nie trafił do rąk żadnego czytelnika. Z punktu widzenia socjologii wydaje się to niemożliwe. Jeżeli jednak słowo poety jest zakorzenione w słowie Boga, wiersz, samym swoim istnieniem, wiersz jako słowo, które ma w sobie coś boskiego, który posiada byt istotniejszy niż wiele innych bytów, rzeczywiście musi oddziaływać, musi coś „czynić”. Jerzy Poradecki, Prorocy i sztukmistrze Nowe książki: Janusz Drzewucki DWANAŚCIE DNI Tom poezji Dwanaście dni Janusza Drzewuckiego – redaktora działu poezji miesięcznika Twórczość – ukazuje się w trzydzieści lat po debiucie poety na łamach tego najstarszego polskiego czasopisma literackiego i w ćwierć wieku po jego zbiorze Ulica Reformacka, za który w 1988 roku otrzymał nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny, przyznawaną za najlepszy poetycki książkowy debiut roku. Na nowy tom wierszy składają się trzy cykle: Wiersze podróżne powstałe w efekcie wypraw do Serbii, Rumunii i na Węgry, Wiersze podzwonne, czyli elegie poświęcone zmarłym przyjaciołom oraz cykl tytułowy złożony z dwunastu egzystencjalnych i konfesyjnych utworów, w których poeta w lirycznej formie opisał dwanaście, brzemiennych w skutki, dni ze swojego życia. W większości narracyjne, a przy tym silnie osadzone w rzeczywistości wiersze Janusza Drzewuckiego charakteryzują się dynamiczną akcją zdarzeniową, wyróżniają się żywym konwersacyjnym językiem, ponadto jasnością i komunikatywnością przekazu. To wiersze dla tych, którzy lubią, bo znają poezję, ale także dla tych, którzy jej jeszcze nie lubią, bo jeszcze nie znają, wiersze dla każdego, ale i nie da każdego.
Iskry

Redagują
Witold Egerth Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Kontakt
editionssurner@wp.pl

Spis treści
▼ 2013 (36) ▼ maj (7) OD REDAKCJI 5/2013 Esej: Tomasz Sobieraj MIĘDZY POEZJĄ A PROZĄ - o II... Rozmowa: Janusz Najder, Tomasz Sobieraj KRAWIEC, c... Recenzja: Andrzej Koraszewski - Mark Twain AUTOBIO... Przypowieść: Igor Wieczorek HORROR VACUI Esej: Piotr Piętak GDY SZTUKA STAJE SIĘ TECHNIKĄ Pogranicza: Piotr Stanisław Król Barbara Kościus... ► kwiecień (7) ► marzec (7) ► luty (9) ► styczeń (6) ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

Katullus POEZJE WSZYSTKIE Gajusz Waleriusz Katullus urodził się ok. 87 r. p.n.e. w Weronie i żył mniej więcej lat trzydzieści. Zdaniem krytyków, wyrósł „ponad poziom «produkcji» swoich kolegów sztuką, a ponad poziom całej erotyki antycznej – głębią uczucia” po spotkaniu z siostrą osławionego trybuna Publiusza Klodiusza, Klodią. Jako kluczowe dla twórczości Katullusa wskazywano także ścigające go nieszczęścia: śmierć brata, zdradę ze strony przyjaciela i bolesny miłosny zawód, jak również brak zainteresowania polityką i lekceważenie dla republikańskich norm

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 2 of 20

Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Denis Dutton Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Andrzej Koraszewski Kisiel Piotr Stanisław Król Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Natalia Pałczyńska Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Jarosław M. Rymkiewicz Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek Adam T. Witczak Anna Wolska Bohdan Wrocławski

społecznych. W XX wieku mit Katullusa romantyka, dziecka natury tworzącego z porywu serca głęboko emocjonalne wiersze, któremu czasem tylko, niepotrzebnie, zdarzało się zabłądzić w rejony przeintelektualizowanej, quasi-aleksandryjskiej poezji, zastąpiono mitem Katullusa indywidualisty, poety modernistycznego, ceniącego sobie ponad wszystko oryginalność, zbuntowanego przeciw skostniałej tradycji literackiej i zainteresowanego raczej estetyczną niż polityczną stroną życia, dręczonego podobnymi lękami i problemami jak jego dwudziestowieczni czytelnicy. Kolejne pokolenia badaczy niewątpliwie dołożą do tej konstrukcji swoją własną cegiełkę. Katullusa, tak jak Aleksandra Wielkiego, każda epoka tworzy sobie na nowo, wedle własnych potrzeb – zwłaszcza że niewiele w istocie wiemy o nim samym i jego życiu. Prezentowana edycja jest pierwszym kompletnym, bilingwicznym wydaniem poezji Katullusa w Polsce, a poprzedzający ją wstęp – pierwszą pełną naukową monografią werończyka. Wstęp: Aleksandra Klęczar Tłumaczenie: Grzegorz Franczak
Homini i Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec

Tomasz Sobieraj ZA BRAMAMI ZIEMI OBIECANEJ – BEHIND THE GATES OF THE PROMISED LAND Cykl fotograficzny Za bramami Ziemi Obiecanej Tomasza Sobieraja cechuje klarowność prozy i poetycka metafora; to podróż przez czyściec połączona z nauką pokory wobec historii i kaprysów fortuny, które w sposób wyjątkowy obeszły się z Łodzią, a szczególnie z jej śródmiejską tkanką. Autor komunikuje się z odbiorcą na wielu poziomach: historycznym, społecznym, filozoficznym i oczywiście artystycznym. Za bramami Ziemi Obiecanej ustawia wysoko artystyczną poprzeczkę, bo autor, posługując się własnym, oryginalnym stylem obrazowania opartym na szerokim kadrowaniu, często ukośnej i niskiej perspektywie, kontrastach, spłaszczeniu walorów, jednocześnie nawiązuje do twórczości takich artystów i dokumentalistów, jak Brassai, André Kertész, Robert Frank czy Eugene Smith i tworzy z jednej strony dokument historyczny – zapis niewidocznych dla zwykłego przechodnia fragmentów czasoprzestrzeni wolny od pocztówkowatości, krytyczną i realistyczną interpretację przydatną z pewnością dla przyszłych badaczy, np. historyków, antropologów kultury, socjologów, a z drugiej dokonuje realizacji czysto artystycznej, mitologizując rzeczywistość, nadając jej poetycki, kontemplacyjny i zwięzły charakter. Teksty: Krzysztof Jurecki, Witold Egerth Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Editions Sur Ner

Poleć to w Google

Esej: Tomasz Sobieraj MIĘDZY POEZJĄ A PROZĄ o III tomie dzienników Józefa Barana SPADAJĄC, PATRZEĆ W GWIAZDY
Najnowszy trzeci tom dzienników* Józefa Barana Spadając patrzeć w gwiazdy już samym tytułem wskazuje, że mamy do czynienia z diarystyką, która nie stanowi jedynie kronikarskiego zapisu rzeczywistości i komentarza do niej, ale wkracza w rejony zarezerwowane dla poezji, czy szerzej – dla wyobraźni. „Moje wiersze i dzienniki są też rodzajem kreacyjnego autobiografizmu, a więc nadążaniem pisarstwem za życiem i jego najpierwotniejszymi przejawami, włącznie z radością sytego żołądka, przyjemnością ciepła, cierpieniem głodu, udręką samotności, odkryciami wynikającymi ze spotkania dwu ludzi z

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 3 of 20

Rafał A. Ziemkiewicz Adam A. Zych Leszek Żebrowski ORAZ Andrzej Bobkowski J.W. Goethe Jarosław Hašek Zbigniew Herbert Czesław Miłosz Jerzy Poradecki Juliusz Słowacki Julian Tuwim Johannes Vermeer S.I. Witkiewicz

wyobraźnią”, pisze autor. Jednak w tym przypadku ramy są szersze, niż określa to formuła i wyznanie poety, a logika pojemnej formy i emocjonalny ładunek treści znalazły tutaj idealną równowagę. I tak Józef Baran kolejny raz wymyka się definicjom oraz tradycyjnym sposobom opisu, posługując się tonem nieomylnie własnym. Spadając patrzeć w gwiazdy to tyleż samo skoroszyt wspomnień z lat 2008 - 2012, co zbiór niekiedy autoironicznych esejów, traktat poetycki i filozoficzny, psychologiczna i egzystencjalna wiwisekcja, opis dalekich i bliskich podróży (Brazylia, Grecja, Turcja, Szwajcaria, Holandia), zestaw wspomnień i barwnych, nawet pikantnych anegdot o ludziach ze świata literatury, sztuki i nauki (Sandauer, Kawalec, Herbert, Siemion, Kania, Szymborska), recenzje z najważniejszych lektur (Márai, Kertész, Głowacki, Mrożek, Suzuki, Domosławski). Są tu także fragmenty listów od bardziej i mniej znanych postaci (Mrożek, Rybowicz, Dymna, Sobieraj), arcyciekawych wywiadów (jak chociażby ten z indyjskim poetą Aśokiem Wadźpeji i z samym autorem), komentarze do twórczości własnej i innych ludzi pióra (Karpiński, Tranströmer, Stachura, Szymborska, Białoszewski, Jünger, Prado, Rybowicz) oraz, co świadczy o odwadze autora i temperamencie, wypowiedzi dotyczące spraw społecznych, obyczajowych i polityki, do tego niekoniecznie zgodne z poprawnością polityczną i obowiązującą, jakby skądś już znaną doktryną o szczęśliwości w „najlepszym z ustrojów”. A wszystko to pisane językiem wartkim i szerokim, polszczyzną wyśmienitą i bogatą, z humorem i mądrą refleksją, z ciepłą ironią i dystansem do świata i siebie, a nade wszystko z kulturą literacką, dzięki czemu Herbertowska myśl „proza dla mnie jest sprawdzianem języka” znalazła w tej książce swoją świetną realizację. Józef Baran jest jednak przede wszystkim poetą, dlatego, mimo że Spadając... to dziennik, nie brakuje w nim wierszy, w większość do tej pory niepublikowanych, wśród których przeważająca część to utwory spełniające zasadniczy postulat poety, zgodnie z którym poezja powinna oddziaływać jednocześnie na intelekt, uczucia i zmysły. Baran, który od początku artystycznej drogi konsekwentnie opowiada się za szczerością i naturalnością wypowiedzi, a od kilku lat proponuje zamiast powszechnej i nieco zużytej formuły „tu i teraz” uniwersalną formułę „momentu wiecznego”, należy do nielicznych polskich poetów posiadających artystyczną świadomość i jasno sformułowany program, przez co, mimo popularności oraz pewnej arkadyjskości i bukoliczności swojej liryki, nie naraża się na posądzenie o zły smak (a zły smak to rzecz niebezpieczna, bo jak pisał Stendhal, prowadzi do zbrodni). Poglądy na poezję są w tym dzienniku przedstawiane wielokrotnie, stanowią o jego sile i mocno ustawiają głos poety w dyskursie o literaturze; przede wszystkim wyrażone są w obszernych fragmentach eseju Poezja i empatia i wywiadu z autorem, ale pojawiają się też w postaci licznych dygresji i komentarzy, często ostrych i bezkompromisowych, głównie odnoszących się do współczesnej liryki i jej przedstawicieli. Spadając... jest więc także traktatem o poezji, jasno, precyzyjnie i odważnie sformułowanym, do tego nie stroniącym od metafizyki, rozważań o prawdzie, życiu, śmierci, słowem od spraw najważniejszych i bliskich wielkiej poezji, co tylko potwierdza wyjątkowość tej książki. Według powszechnego mniemania czytając literacką fikcję, a szczególnie poezję, wyruszamy na spotkanie z drugim człowiekiem. Rzeczywiście, trudno się nie zgodzić, że dzieło literackie jest w pewnym stopniu projekcją własnego Ja autora, przynajmniej częściowym określeniem siebie. Ale – zwykle jednak to tylko maska, która, jak pisał Claude LeviStrauss, odwołuje się do innych masek, do tego jednocześnie oznajmia i zaprzecza. Taka maska często jest więc idealizacją i mitologizacją, rzadziej szczerym przeniesieniem stanu ducha, nie bardzo zatem pozwala na poznanie człowieka, szczególnie gdy Ja – tak jak u Barana – zbudowane jest ze sprzeczności i wielowarstwowo. Dlatego szukając prawdy o autorze najlepiej sięgnąć do jego listów i dzienników, bo nawet jeśli to epistolografia czy – co zdecydowanie częstsze – diarystyka tworzona z myślą o publikacji (jak w przypadku Gombrowicza, w której widać strojenie min, napinanie muskułów, przybieranie póz, jego cały genialny teatr autokreacji), to jednak niejako z zasady formy zawiera ona w sobie pokłady czystej prawdy wewnętrznej, łatwej do odczytania, jeśli nie bezpośrednio, to poprzez zaprzeczenie masce (ponownie przychodzi

Etykiety

Tomasz

Sobieraj

Józef Baran Witkacy Marek Trojanowski Igor Wieczorek Jacek Dehnel Krzysztof Jurecki
Czesław Miłosz Dariusz Pawlicki Witold Egerth Witold Gombrowicz Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wioletta Sobieraj Zbigniew Herbert Adam Zagajewski
Juliusz Joanna Słowacki Turek Karol Wisława Maliszewski Wojciech Wencel Szymborska Adam Mickiewicz Andrzej Jerzy Lech Janusz Najder Jaroslav Hašek Jarosław Marek Rymkiewicz Kot Jeleński Philip Larkin Rafał A. Ziemkiewicz Stefan Okołowicz Tadeusz Różewicz William Blake Zbigniew Joachimiak Aleksander
Wat Emanuel Swedenborg Ewa Thompson Günther Grass Horacy Olga Tokarczuk Peter Brook

Łącza
Józef Baran Nick Brandt Robert Frost Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Krzysztof Jurecki Franz Kafka Ryszard Kapuściński Konstandinos Kawafis Michael Kenna Andrzej Jerzy Lech Krzysztof Niemczycki Bolesław Prus Tomasz M. Sobieraj Bruno Schulz Josef Sudek Marek Trojanowski Jacek Trznadel Julian Tuwim Witkacy

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 4 of 20

Witkacy - fotografie, rysunki, obrazy *Masters of photography *Pisarze.pl *Chinese poems *Polona *Sens Unic *Wyspa Muz

tu też na myśl Levi-Strauss i jego twierdzenie, że równie ważne jak to, co maska pokazuje, jest to, co wyklucza). Dzienniki Barana stanowią przypadek szczególny. Pisane z myślą o publikacji za życia autora, pozbawione są tej bezwzględnej szczerości dziennika intymnego (Amiel, Márai, Kafka, Mycielski) – arcydzieła introspekcji i wewnętrznego pejzażu, stanowiącego pasjonujące świadectwo zwykłego człowieka, wielkiego artysty, i jego czasów. Z drugiej strony, to właśnie publikacja niemal na bieżąco sprawia, że Baran skreśla, dokonuje wyboru, pracuje nad tekstem, dzięki czemu dotrzymuje pierwszego przykazania pisarza – nie nudzić; przykazania najczęściej przez ludzi pióra łamanego. „Jak nędzne są – niestety – dzienniki, które Andrzejewski publikuje w Literaturze! Zaledwie – czasami – jakieś zdanie, świadczące że to pisarz, że to był pisarz! (…) Czy Andrzejewski nie czuje, co jest warte, a co nie, jeżeli już nie zanotowania, to przynajmniej publikowania? Bo publikuje te kartki jak lecą. Czy naprawdę myśli, że jego temperatura 38 stopni o piątej po południu to coś ważnego?” – komentuje Zygmunt Mycielski w Niby-dzienniku ostatnim, i dodaje: „A więc jednak temat! Czy też sposób podania go i coś, co z tego wynika...” Najlepiej jedno i drugie – pozostaje dodać. Dzienniki Barana są dopracowane, przez co pozbawione nudy, ciamkania, jałowych rozważań, naiwnych refleksji, sztucznych póz, nadymania się i kokieterii, to cenny ładunek, w przeciwieństwie do zwykłego balastu dzienników takich, jak te Andrzejewskiego, Białoszewskiego czy nawet wczesnego Mrożka; nie są też wspaniałą walką o siebie, totalną genialną autokreacją, osią własnego dzieła i jego objaśnieniem, jak Dziennik 1953 - 1969 Gombrowicza, bo autor Spadając... cieszy się uznaniem od lat, zaś Gombrowicz zabiegał o nie prawie całe życie, a uzyskał niemal przypadkowo, o czym – to informacja dla niezorientowanych – pisze Konstanty Jeleński. Najbliżej jest w dziennikach Baranowi do Szkiców piórkiem i Z dziennika podróży Andrzeja Bobkowskiego, kolejnej wielkiej (i niedocenianej) postaci literatury, z jego smakowaniem życia, czerpaniem z niego pełnymi garściami, z nastawieniem się na innych ludzi, spostrzegawczością, rozumieniem świata, inteligentnym komentarzem do rzeczywistości. Baran, jak Bobkowski, to człowiek z krwi i kości oraz humanista w czystej postaci, poeta i pisarz pozbawiony napuszenia i estetycznego nadęcia wielu swoich kolegów po piórze, którym wydaje się, że są Herbertami – ale w istocie to prowincjonalne herbertowskie ersatze, na dodatek strachliwie lub egoistycznie izolujące się od człowieka, świata i rzeczywistości. Dlatego proza i poezja Barana to nie artefakt, sztuczny, wydumany produkt upozowanego na artystę lansjera, literackiego kabotyna, fałszywego arystokraty, jakie pojawiają się czasem na naszym zdegenerowanym rynku wydawniczym, mając stanowić przeciwwagę dla dominujących na nim masowych wytworów literackich jaskiniowców i geszefciarzy, ale szczery, wypływający wprost z serca, ducha i intelektu utwór człowieka wrażliwego i doświadczonego, przykład tego, o czym pisał Michał Anioł: „Mistrzostwa nie nabędzie / Kto najpierw nie sięgnie, / Sztuki i życia krańców...” Takim przykładem mistrzostwa jest w tej książce z pewnością fragment opisujący pobyt poety w Borzęcinie, u umierającej matki. W III tomie dzienników Barana są też oczywiście tezy dyskusyjne, jak na przykład ta, że „internet jest wylęgarnią grafomanii” – biorąc pod uwagę, ilu grafomanów publikowało i publikuje w tzw. oficjalnym obiegu „zaczerniając papier mdłymi fikcjami”, jak to określił Boy – nie wydaje się to zasadne ani nawet bliskie prawdy. Jeden z najlepszych polskich poetów, Przemysław Łośko, opublikował swój poemat I nie zamykaj oczu... tylko w internecie, tam też prezentuje swoje wszystkie wiersze; nie stroni od sieci Edward Pasewicz a enfant terrible krytyki Marek Trojanowski nie wychodzi poza to medium. Dowody na istnienie poważnej twórczości w „wirtualu” są liczne, ale faktem jest, że grafomania też w nim istnieje. Paradoksalne (i symptomatyczne), że cierpią na nią również ci, którzy wytykają tę przypadłość innym – przykładem takiego niepowstrzymanego gaworzenia są internetowe felietony Jacka Dehnela, przypominające stylem i poziomem szkolną gazetkę. Wydaje się też, że nazwanie Iwaszkiewicza „polskim Goethem” jest mocno przesadzone, biorąc pod uwagę szerokie intelektualne horyzonty „oryginalnego” Goethego, mnogość jego zainteresowań i talentów, głęboką wiedzę, potęgę dzieła i jego znaczenie dla kształtowania się europejskiej, czy raczej europoidalnej kultury. No, chyba że określenia typu „polski Goethe”, „polski Tarantino” czy „polski

Arts & Letters Daily

Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land

BIBLIOTEKA KRYTYKI LITERACKIEJ
Książki do pobrania w formacie PDF; wersje papierowe dostępne w redakcji KL.

Krawiec

Obiekty banalne

Ogólna teoria jesieni

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 5 of 20

Aleja Róż

Wojna Kwiatów

Dom Nadzoru

Nobel” mają podkreślać duszną prowincjonalność i tęsknotę za prawdziwą wartością – wtedy mają wydźwięk ironiczny. Cytat z Białoszewskiego, pod którym podpisuje się Baran, mianowicie: „Człowiek w kosmosie czy na kanapie w Wołominie ma tę samą skalę wyobraźni i uczuć”, nie wydaje się myślą ani lotną, ani prawdziwą (zwłaszcza z perspektywy tych, którzy mogli oglądać Ziemię z Kosmosu lub stanęli na szczycie Wielkiej Góry). Fragment o Szymborskiej, że „W odróżnieniu od Miłosza, Herberta, Mrożka czy nawet Różewicza, nie wyjeżdżała w świat, by go »podbijać«, zabiegać o karierę, uznanie. To Świat przyszedł do niej, składając Noblem podziękowanie za to, że pisze tak — jak nikt w świecie…” nie dość, że pompatyczny, to ignorujący okoliczności, które Szymborską wyniosły. Dziwi też – w drugiej dekadzie XXI wieku – niechęć poety do książki elektronicznej i publikacji w internecie, które przecież są doskonałym sposobem na odrodzenie i upowszechnianie czytelnictwa oraz na popularyzację twórczości artystów spoza kręgów towarzyskich, tych mniej zapobiegliwych twórców, którzy nie chcą albo nie potrafią krzątać się wokół swoich spraw; można, na zasadzie analogii, przypuszczać, że kiedy pojawił się druk, też nie brakło głosów mu niechętnych, zarzucających drukowanym książkom miałkość i tandetność. A przecież to nie nośnik czy sposób powielania decyduje o wielkości dzieła; liczy się Słowo, Myśl, Piękno, dlatego jest sprawą drugorzędną, czy Antygonę czyta się z woskowej tabliczki, zwoju pergaminu, ręcznie przepisanego kodeksu, taniej masowej książki czy z ekranu komputera albo tabletu. A i pośród dzisiejszych prac publikowanych elektronicznie bez wątpienia znajdują się i takie, które w przyszłości staną się klasyką albo przynajmniej ważnym dziełem. Nie wieszczę końca papierowej książki, sam ją przedkładam ponad elektroniczne wcielenie, lubię ją i cenię, tak jak wieczne pióro, aparat na błony fotograficzne i archaiczny już nieco (tak!) odtwarzacz CD, ale od ery plików pobieranych z internetu odwrotu nie ma. Na zakończenie powyższych rozważań należy przypomnieć, że Józef Baran to diarysta podróżujący, więc także i w tym dzienniku podróże zajmują dużo miejsca. Jak pisał Zbigniew Herbert w eseju Delta, otwierającym Martwą naturę z wędzidłem, „...idealny podróżnik to ten, kto potrafi wejść w kontakt z przyrodą, ludźmi, ich historią – a także sztuką, i dopiero poznanie tych trzech elementów przenikających się wzajemnie jest początkiem wiedzy o badanym kraju”. Jak to bywa, wygłaszana teoria nie zawsze przystaje do życiowej praktyki. Herberta nie interesowała przyroda ani ludzie żywi, on karmił się historią i zajmował człowiekiem z przeszłości, więc idealnym podróżnikiem z pewnością nie był. Inaczej Baran, którego na równi interesuje historia miejsc odwiedzanych, jak i teraźniejszość, przyroda i cywilizacja, człowiek współczesny i jego przodkowie, społeczeństwo i państwo. To wnikliwy obserwator życia i ludzi, badający rzeczywistość wszystkimi zmysłami i intelektem oraz, co czyni go wyjątkową postacią, obdarzony empatią, bez której nie można być poetą i artystą. Fragmenty Spadając patrzeć w gwiazdy opisujące brazylijskie peregrynacje, wyjazd na Kretę, a szczególnie esej dotyczący Holandii, Delft i Vermeera, należą według mnie do najznakomitszych. Dla kogo jest ta książka? Trudne pytanie, skoro w Polsce prawie nikt już nie czyta, co zresztą nie dziwi, gdy spojrzy się na „gwiazdy” naszej literatury i ich – zawsze oraz niepodważalnie – „wybitne” i „odkrywcze” dzieła, jak je określają sprostytuowani krytycy i recenzenci. Jednak jeśli znajdzie się czytelnik wrażliwy na urodę języka, ciekawy świata, mądry, któremu trudno pogodzić się z powszechnym upadkiem kultury, kontestujący przaśną polską rzeczywistość, poszukujący bezpretensjonalnej prozy, balansującej pomiędzy poezją a publicystyką, realizmem a idealizmem, spojrzeniem romantycznym a pragmatycznym, to książka Barana z pewnością będzie dla niego dobrym wyborem.

Pozycja chwilowo niedostępna

Gra

* Tom I: Koncert dla nosorożca (Dziennik poety z przełomu wieków), Zysk i S-ka, 2005; tom II: Przystanek marzenie, Zysk i S-ka, 2008. Józef Baran, Spadając patrzeć w gwiazdy, Zysk i S-ka, Poznań, 2013.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 6 of 20

Poleć to w Google

Rozmowa: Janusz Najder, Tomasz Sobieraj KRAWIEC, czyli powrót poematu dygresyjnego
Janusz Najder: Twoje utwory nie ukazują się chronologicznie. Z dziwnym upodobaniem wprowadzasz zamieszanie. Także „Krawiec” nie jest twoją ostatnią napisaną książką. Tomasz Sobieraj: Ostatnią jest mikropowieść „Ogólna teoria jesieni”. „Krawca” napisałem blisko cztery lata temu, ale zwlekałem z wydaniem, bo to tekst miejscami polemiczny i chciałem sprawdzić, czy się nie zestarzeje. J.N. I? T.S. Nie zestarzał się. J.N. Ten utwór nawiązuje w formie do modnego w dziewiętnastym wieku poematu dygresyjnego, łączącego elementy liryczne z dyskursywnymi, epickie z refleksyjnymi. Skąd pomysł, by sięgnąć do tego romantycznego gatunku poezji narracyjnej? T.S. Zawsze miałem skłonność do przekraczania granic pomiędzy rodzajami literackimi, bawiłem się kategoriami estetycznymi, a poemat dygresyjny pozbawiony jest klasycznych rygorów, cechuje go bliska mi dyskursywność i ironia. Lubię Słowackiego, który ten romantischironisches Epos wyniósł na szczyty, lubię Byrona i Puszkina. Ponowna, po kilkunastu latach, lektura „Beniowskiego”, „Don Juana” i „Eugeniusza Oniegina” sprawiła, że zdania, wersy, strofy, które miałem gdzieś w głowie jako zalążki osobnych wierszy czy epizody opowiadań, zaczęły się układać w dłuższy tekst fabularny, z czasem przeplatany coraz liczniejszymi dygresjami dotyczącymi sztuki, filozofii, metafizyki i – co nie mniej ważne – dzisiejszej literatury. Po przeniesieniu na papier, dodaniu dialogów i zredukowaniu roli tradycyjnej fabuły, powstała forma dosyć niezwykła, lekceważąca konwencje kompozycja, która łączy w sobie cechy poematu, opowiadania, eseju filozoficznego, tekstu publicystycznego. J.N. Są też w „Krawcu” elementy dramatu, groteski, satyry z jej niekiedy niewybrednymi środkami, jak pamflet, paszkwil czy inwektywa. Nie obawiasz się, że prowokacyjny i satyryczny wiersz „świąteczny coitus” z IV księgi zostanie najczęściej cytowanym fragmentem „Krawca” i przesłoni intelektualne, etyczne i estetyczne wartości całego poematu? T.S. Nie, nie wydaje mi się. To trochę tak jak z trzynastą księgą „Pana Tadeusza”, tylko że tutaj ja sam jestem autorem. IV księga „Krawca” zawiera wprawdzie imagines vulgare, ale służą one podkreśleniu jej satyrycznego i groteskowego charakteru; ten charakter wzmacniają dodatkowo pojawiający się w niej niektórzy współcześni krytycy i literaci, którzy przemawiają tekstami zaczerpniętymi z własnych recenzji i utworów. J.N. Te teksty są absurdalne i komiczne... T.S. To nie moja zasługa. J.N. Ale mamy też w „Krawcu” fragmenty z Horacego, Szekspira, Mickiewicza, Eliota, Gombrowicza, Witkacego... Skąd pomysł na wprowadzenie do poezji elementów dramatu, cytatów i na tak swobodne wymieszanie postaci literackich i ich twórców? T.S. Jak to zwykle u mnie bywa, pomysł przyszedł w trakcie pisania – ja piszę bez planu, bez szkicu, u mnie opowieść tworzy się na gorąco. Wprowadzenie do poematu cytatów i postaci znanych z literatury zdynamizowało historię i nadało jej fragmentom cech dramatu. W ten sposób mogłem też zrezygnować z erudycyjnych aluzji i pewne rzeczy powiedzieć wprost.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 7 of 20

J.N. Bezpardonowo obszedłeś z Henrykiem Berezą – ulokowałeś go w śmietniku, czym z pewnością narażasz się całemu środowisku literackiemu. T.S. Myślę, że nie całemu; zresztą sam się ulokował w śmietniku promując na przykład Masłowską. Bereza konsekwentnie działał przeciwko literaturze pięknej na rzecz literackich odpadów i – w najlepszym przypadku – plebejskości, jakiejś współczesnej jarmarczności. To szkodnik, całkowite zaprzeczenie takich ludzi, jak Poradecki, Sandauer, Błoński, którzy szukali w literaturze mądrości, piękna, wyobraźni, refleksji. Bereza szukał przetrawionych resztek. J.N. Może nic w tym złego, niech każdy je to, co lubi. T.S. Oczywiście. Tylko że lobby odpadkożerców jest bardzo silne i nadaje ton, zdobyło media, więc ma realną władzę i wmawia innym, że tylko jego potrawy mają wartość, ale na pytanie jaką – odpowiedzi brak. Skutkiem takiej nachalnej indoktrynacji i monopolu tandety nic istotnego w literaturze nie może się przebić i ginie pod masą śmieci, a twarz polskiej literatury to Masłowska sprzed liftingu i po nim. Osiągnęliśmy dno, i to zasługa między innymi Berezy. J.N. Przyłączasz się więc w swoim krytycznym spojrzeniu na polską literaturę do Witkacego, Herberta, Miłosza, nawet Gombrowicza, którzy też dostrzegali i piętnowali powszechną w niej dewaluację wartości i degenerację języka, sprymitywnienie, antyintelektualizm, ucieczkę od metafizyki, wiedzy, wyższej kultury. T.S. Takie mam wzory. Każdy ma takich mistrzów, na jakich go stać. J.N. Wykorzystane w „Krawcu” cytaty z Witkacego i Gombrowicza również dzisiaj są bardzo aktualne. Warto przypomnieć, że oni byli niewygodni dla ówczesnego lobby literackiego, w zasadzie funkcjonowali poza oficjalnym obiegiem; często lekceważeni, wyśmiewani, oczerniani, niezrozumiani. Gdyby pojawili się teraz ze swoimi poglądami, pewnie by było podobnie i raczej nie mogliby liczyć na finansowe wsparcie państwa i szersze uznanie, dalej trwaliby w intelektualnym getcie, unieważnieni także przez skostniałe umysłowo środowisko akademickie. T.S. To oczywiste, więc trudno się dziwić, że mam dosyć arogantów, którzy za pieniądze podatnika wydają książki a jednocześnie z pogardą traktują tych, którzy w ten sposób nic wydać nie mogą. J.N. Nie mogą, bo nie znają właściwych osób czy nie wiedzą przed kim klęczeć, żeby dostać z publicznego portfela parę złotych. T.S. Zazwyczaj tak jest. Przecież system wydawniczy w Polsce oparty o państwowe dotacje dla wybranych, zwykle tych samych, autorów a nawet dla wydawnictw to patologia, to nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem, społecznym zapotrzebowaniem czy misją kulturalną, to jedynie znany wyłącznie wtajemniczonym sposób na wygodne życie. J.N. „Cóż, trzeba wiedzieć, z kim pić” – jak powiedział mi kiedyś pewien bardzo znany poeta tuż po odebraniu bardzo znanej nagrody. Jednak „Krawiec” to nie tylko satyra i groteska czy krucjata „przeciw nicości”, do której zmierza sztuka, to także historia, jak to zwykle u ciebie, wielowarstwowa, zmysłowa, balansująca na granicy realności i snu, osadzona w wyimaginowanej przestrzeni, poza czasem. Nie sposób tutaj zidentyfikować miejsce i czas akcji, nie poznajemy nawet imienia bohatera, nie wiemy, jak wygląda. T.S. A od czego jest wyobraźnia? Te rzeczy w „Krawcu” nie mają większego znaczenia, przecież to poemat dygresyjny i filozoficzny; opowieść jest tylko pretekstem do... nazwijmy to... walki ideowej oraz do rozważań o życiu, śmierci, miłości, duszy, Bogu, sztuce... W dzisiejszym postchrześcjańskim czy wręcz postetycznym świecie te uniwersalne zagadnienia zostały unieważnione, to tematy wstydliwe i niemodne, w najlepszym razie błahe. Odwrócona aksjologia niszczy także sztukę i dlatego zamiast mądrej i szlachetnej twarzy polskiej literatury mamy gębę żula, dresiarza czy innego półanalfabety.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 8 of 20

J.N. Czas leci i niekiedy ta gęba jest już przypudrowana i grzeczna – po liftingu, jak powiedziałeś. T.S. Ale zęby ma dalej zepsute i oddech nieświeży. Operacja plastyczna i puder nie zmienią tego, co w środku, szczególnie w głowie. J.N. Tak, w głowie ciągle pusto. Żeby tę twoją walkę o twarz polskiej literatury w „Krawcu” poznać, trzeba iść do biblioteki, kupić tradycyjną książkę u wydawcy albo pobrać z internetu darmowego e-booka. Właśnie – dlaczego wersja elektroniczna jest za darmo? T.S. Wydawca i ja dostaliśmy prywatny grant na tę książkę. Zgodnie z umową większość nakładu ma trafić do bibliotek, nieduża część egzemplarzy znajdzie się w sprzedaży detalicznej u wydawcy i będą one dosyć drogie, a e-booki mają być dostępne za darmo. J.N. Odejdźmy nieco na chwilę od „Krawca”, bo mam pytanie natury ogólnej. Czy darmowa dystrybucja nie jest szkodliwa dla autora książki i dla rynku wydawniczego? Owszem, zyskuje na tym czytelnik, ale traci wydawca, dystrybutor, księgarz i autor. T.S. Autorzy, producenci i handlarze wystarczająco zarobią na innych książkach – jakichś poradnikach, romansach, biografiach gwiazd z telewizora i całej reszcie literatury ubikacyjno-kuchennej oraz na dotacjach, nie trzeba się o nich martwić. Zaś na pytanie o szkodliwość rozdawnictwa udzielę jezuickiej odpowiedzi: czy powszechnie używane darmowe oprogramowanie dostępne w internecie, np. Linux, popularny Open Office, Firefox, Opera czy All Player, jest szkodliwe dla autorów i rynku informatycznego? A czy netart jest szkodliwy dla sztuki i twórców? J.N. Fakt, przysparza im popularności, która w końcu przełoży się na korzyści materialne. T.S. No może, ale przecież nie tylko o pieniądze chodzi. Ja nie jestem wyrobnikiem, tylko artystą, tworzę dla samego tworzenia, dla poznania siebie, nie myśląc o tym, ile na tym zarobię i jaki będę popularny. Tak jak Schulz, Witkacy czy Kafka nie muszę zarabiać pisaniem, więc stać mnie na to, żeby użyczyć swoje dzieło jeśli mam na to ochotę. Niech służy wszystkim, niech kopiują i czytają, byleby respektowali fakt, że to ja je stworzyłem. J.N. Właśnie, kopiowanie to jedno, ale co z kradzieżą pomysłów, zbyt daleko posuniętą inspiracją, cytowaniem bez podania źródła, przerabianiem utworu a nawet podpisywaniem swoim nazwiskiem fragmentów nie swojego dzieła literackiego lub jego przetworzonej całości. Nie obawiasz się, że niejako dajesz na to przyzwolenie publikując jednocześnie książkę papierową i w sieci? T.S. Ależ skąd, jakie znaczenie ma miejsce i forma dystrybucji? Zżynać pomysły można równie dobrze z książki wydanej wyłącznie w wersji papierowej. Masz jednak rację, że najłatwiej jest okradać twórców mało znanych, netartowych, niszowych, którzy mogą stanowić pożywkę dla tych bardziej popularnych i bezpłodnych autorów poszukujących natchnienia w internecie. J.N. Jeszcze chwilę pobądźmy poza „Krawcem”, ale w jego pobliżu. Mimo wzrostu popularności „druku” elektronicznego nadal chyba łatwiej sprzedać poezję w postaci tradycyjnej książki albo audiobooka niż ebooka. T.S. Obawiam się, że poezję w ogóle można sprzedać dopiero wtedy, gdy jej autor dostanie Nobla albo ma program o gotowaniu w telewizji. J.N. Ty nie chciałbyś, żeby twoje książki stały frontem do klienta na półkach empików i hipermarketów w towarzystwie dzieł takich pisarzy jak Krzysztof Ibisz, Jacek Dehnel czy Kasia Cichopek? T.S. Nie. J.N. Wielka sztuka nie syci się popularnością...

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 9 of 20

T.S. Różnie to bywa. Zwykle jednak rodzi się w życiodajnej ciszy i z wewnętrznej potrzeby. J.N. A jak powstał „Krawiec”? Chodzi mi o to, czy jest to utwór dionizyjski, czy apolliński, stworzony w natchnieniu czy wykoncypowany? T.S. Przypomina mi się tutaj świetny esej Nadieżdy Mandelsztam „Mozart i Salieri” i jej rozmowa z Achmatową, kiedy spierały się o to, czy lepszy jest dionizyski sposób tworzenia Mozarta, czy apolliński Salieriego. Wtedy znudzony już nieco Osip Mandelsztam wyszedł ze swojego pokoju i powiedział: „trzeba być i Mozartem, i Salierim”. Uważam dokładnie tak samo – poleganie tylko na trzewiach albo na głowie prowadzi do zabójczej nudy; wie o tym każdy świadomy twórca. Niektóre fragmenty „Krawca” są więc dionizyjskie, inne apollińskie, jedne są czysto „bebechowate”, jak to ujmował Witkacy, inne są dziełem chłodnego umysłu, a jeszcze inne to synteza dwu poprzednich. J.N. Napisałeś ten poemat „jednym rzutem”? T.S. Nie, zacząłem we wrześniu 2008 roku i co jakiś czas dopisywałem kolejne fragmenty; w tym czasie zajmowałem się głównie esejami, fotografią. Skończyłem „Krawca” w maju 2009 a od września zacząłem pisać „Ogólną teorię jesieni”. J.N. Miałeś bardzo twórczy okres. T.S. Nic nie dzieje się bez przyczyny. J.N. Masz na myśli chorobę nowotworową? T.S. Tak. W „Doktorze Faustusie” Tomasza Manna Esmeralda zaraża Adriana Leverkühna śmiertelną chorobą, uwalniając w ten sposób jego geniusz. Myślę, że są tutaj jakieś tajemne zależności, że być może niekiedy śmiertelne choroby wyzwalają twórczą energię. Tego wykluczyć nie można, bo przecież „są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom”. Ludzie są tylko zwierzętami przekonanymi o potędze swojego rozumu, a w istocie tak niewiele wiedzą. Ja jestem coraz starszy, mam coraz więcej doświadczeń, wiedzy, i jednocześnie coraz więcej pytań, których nie miałem będąc młodym. Więcej niż kiedyś zastanawiam się i zdumiewam. Uświadomienie sobie na własnej skórze przemijania i śmiertelności – nie poprzez lektury, rozmyślania czy nawet doświadczenia bliskich, tylko przez brutalne, osobiste obcowanie ze strachem, bólem i odchodzeniem, z ponurą szpitalną rzeczywistością – zmieniło mój sposób postrzegania świata i moją hierarchię wartości. To było prawdziwe przebudzenie. J.N. Twój ulubiony poeta Kawafis twierdził, że poezje napisane przed czterdziestką są nic niewarte, bo jedynie człowiek dojrzały ma coś do powiedzenia. T.S. Jako kontrargument można przywołać chociażby Byrona czy Słowackiego. Stwierdzenie Kawafsa nie do końca jest prawdziwe, bo znam ludzi dojrzałych, w tym poetów, którzy nic do powiedzenia nie mają, są intelektualnymi i emocjonalnymi trzynastolatkami. Dziwi mnie tylko, że wielu młodych z upodobaniem pisze o smutku życia, śmierci, przemijaniu, rozkładzie – myślę, że jeśli nie mają intymnych w tej materii doświadczeń, to jest to zwykła poza, efekciarstwo, cierpienie gimnazjalisty, któremu panienka odmówiła tańca na szkolnej dyskotece. Dopóki lekarz nie powie „został panu najwyżej rok” i nie poczuje się strachu ściskającego za gardło, śmierć jest abstrakcją. J.N. Doświadczony życiowo Mickiewicz użył wobec twórczości aroganckiego i wypieszczonego Słowackiego określenia „kościół bez Boga”. Czy więc nawet zdolny młody poeta, ale bez doświadczeń i przemyśleń nie jest jałowy, czy jego energia nie jest pusta jak kalorie alkoholu i może co najwyżej otumanić albo – w nadmiarze – doprowadzić do torsji. T.S. Zależy o czym pisze, poezja to przecież nie tylko refleksje wynikające z doświadczeń, życiowej mądrości. Ale masz rację mówiąc, że pustymi

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 10 of 20

kaloriami wybrednego umysłu wyżywić się nie da, bo do tego potrzeba bogatej i urozmaiconej strawy, prawdziwych przeżyć i wiedzy. Dlatego w sumie bardziej ufam starym poetom. Thomas Hardy zaczął pisać wiersze dopiero po sześćdziesiątce i okazał się poetą wybitnym, lepszym niż powieściopisarzem. Zebrane poezje dojrzałego Larkina są bardzo skromne objętościowo i doskonałe, ale dużo mniejsze od jego mało znaczących juweniliów. Przykłady można mnożyć. J.N. Ty zacząłeś pisać poetyckie opowiadania tuż przed czterdziestką, wiersze po czterdziestce. Bardzo długo zwlekałeś z ich wydaniem a gdy już się ukazały, pojawiły się sukcesy, i to międzynarodowe, w drugiej dziedzinie, którą się zajmujesz, mianowicie w fotografii, więc dosyć się to wszystko zagęściło w czasie robiąc wrażenie artystycznej eksplozji. Do tego publikowałeś eseje o sztuce i literaturze, prace teoretyczne z dziedziny fotografii, zajmowałeś się krytyką literacką. Ostatnio dostałeś stypendium twórcze Ministerstwa Kultury, dołączyłeś więc do grona profitariuszy. Co dalej? T.S. Skończyłem z krytyką, esejami, recenzjami. Powoli powstaje zbiór wierszy i krótkiej prozy oraz nowe fotografie – w sumie praca na kilka ładnych lat. Poza tym tłumaczenia, lektury. J.N. A co z wierszami z niepublikowanego zbioru „Wściekli ludzie”? T.S. Zostawiam w szufladzie. Kilka najbardziej „ulizanych” ukazało się w „Krytyce Literackiej” w ubiegłym roku. Niektórych opublikować nie mogę, bo byłbym oskarżony co najmniej o terroryzm, działalność antypaństwową, szerzenie nienawiści do polityków, namawianie do zbrodni i pornografię. Nawiasem mówiąc to ciekawe, że orędownicy wolności słowa z czasów PRL-u zamykają usta tym, którzy chcą nieskrępowanej wolności słowa dzisiaj. J.N. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Może jednak kiedyś nastanie wolność wypowiedzi i nie będzie potrzebna autocenzura? T.S. Może kiedyś, ale w dzisiejszej fasadowej demokracji to niemożliwe. Na razie zmierzamy w stronę społeczeństwa orwellowskiego, czyli pełnej kontroli państwa nad zniewolonym obywatelem. J.N. Mimo twojej ponurej historiozofii wizja świata przedstawionego w „Krawcu” nie jest zbyt pesymistyczna. Bohater cieszy się życiem, przyrodą, kocha z wzajemnością, kontempluje, tworzy. T.S. Znalazł wolność w sobie. Dojrzewa, zdaje sobie sprawę z tego, że świat do niego nie pasuje, ponieważ świat został skrojony dla szczęśliwego barbarzyńcy i bezrefleksyjnego zaprogramowanego robota. Mój bohater stara się więc dokonać poprawek w tej konstrukcji, by rzeczywistość go nie uwierała. Usiłuje ją uporządkować, nadać jej głębszy sens, formy. To tylko z pozoru donkiszoteria, bo jednak powoli ewoluuje w stronę świadomego i krytycznego obserwatora, staje na zewnątrz, a co najważniejsze – tworzy. J.N. Co przybliża go do boskości... T.S. W pewnym sensie twórczość artystyczna to powoływanie nowych światów, jakaś namiastka bycia Bogiem. J.N. Podobnie jak odkrycia naukowe. T.S. Te akurat bardziej przypominają odkrycie dziecka, że w kredensie jest schowany cukierek, są bowiem tylko odkryciami tego, co ukryte w Tajemnicy, nie zaś kreacją, tworzeniem nowego. Ale wróćmy do mojego bohatera ‒ poprzez kontemplację i rozmyślania staje się wolny, poznaje siebie, wychodzi poza pospolity układ, który przeistacza się dla niego w rodzaj terrarium czy raczej humanarium. Ogarnia go zrozumienie i spokój. Wie, że to świadomość kształtuje byt, a nie odwrotnie, i to jest warunek prawdziwego szczęścia, które osiąga. J.N. Jednak nie może zostać Bogiem, chociaż w swoich rozważaniach dotyczących potencjalnej boskości człowieka zaczyna dochodzić do interesujących i jednocześnie niepokojących – na przykład z punktu

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 11 of 20

widzenia religijnego – konkluzji, jak chociażby łatwość osiągnięcia tejże boskości. T.S. Nie wyczułeś w tym fragmencie „Krawca” ciepłej ironii i podziwu? To nawiązanie do wyzywającej postawy Konrada z Wielkiej Improwizacji. Nie, mój bohater nie chce zostać Bogiem w sensie posiadania wszechmocy i znajomości Prawdy, on raczej rozważa, jakby to było, gdyby mieć tę moc, ale po to, żeby ostatecznie przestać wątpić i dostrzec doskonałość tego świata, której istnienie zakłada, właściwie jest jej pewien, pragnie tylko absolutnego dowodu. On jest człowiekiem myślącym, więc nieobca jest mu refleksja, skutkiem tego nie przyjmuje religijnych dogmatów, dyskutuje z nimi. Jednak nieszczęściem byłoby dla niego, gdyby świat nie okazał się boskim dziełem, bo to wykluczałoby świata doskonałość i eliminowałoby największy jej przejaw, czyli nieśmiertelność duszy. To deista, ale na sposób bardziej romantycznomłodopolski niż fizyczno-naukowy. J.N. Są w „Krawcu” fragmenty nawiązujące do dramatów i powieści Witkacego, chodzi mi tutaj o nawoływanie do świadomego reżyserowania własnego życia, o przeżycia metafizyczne, o obraz zszarzałego i zobojętniałego społeczeństwa jaki przedstawiasz. T.S. Reżyseria życia ma bohaterom Witkacego dać złudzenie, że spełnia ono w ten sposób warunki dzieła sztuki, oni są uczestnikami gry w poszukiwanie przeżycia „dziwności istnienia” i wszyscy przegrywają. Witkacy jest prorokiem zagłady. U mnie to nie jest już kwestia wiary w zagładę, bo przecież bez wątpienia żyjemy w świecie, który Witkacy dokładnie przewidział – na naszych oczach dogorywa filozofia, etyka, sztuka, logika, metafizyka, ba, nawet edukacja, a postępuje zbydlęcenie człowieka, powstaje homo consumatus felix. Mój bohater jednak walczy z nicością i wygrywa, na ile to możliwe izoluje się od pospolitej rzeczywistości. J.N. Ale nie tylko sprawy ducha liczą się dla bohatera – jest to też człowiek cielesny i namiętny, co widać po jego wizjach nawiązujących do słynnego obrazu Courbeta „Źródło wszechrzeczy”, pornograficznych snach czy erotycznych wspomnieniach z dzieciństwa. T.S. Cóż, pomimo osiągnięcia nadświadomości nadal jest tylko człowiekiem, istotą skazaną na fizjologię, na cielesność i wynikające z niej prawa – prawa zresztą boskie, jeśli przyjąć biblijną koncepcję powstania świata. J.N. Czy można powiedzieć, że „Krawiec” jest wyznaniem twojej filozofii? T.S. Każda moja książka zawiera rozważania filozoficzne. Zastanawiam się nad zagadką bytu, próbuję wyjaśnić sobie świat i go opisać. Robię to za pomocą literatury i fotografii. To są takie molekuły systemu, które może kiedyś stworzą spójną całość. J.N. Ile w bohaterze „Krawca” jest z ciebie? T.S. Dużo. J.N. Czyli jesteś szczęśliwy, jak on! Czego ci zatem życzyć? T.S. Hm... może tych transcendentalnych przeżyć szczytowych, o których pisał Abraham Maslov? Myślę, że bezinteresowna miłość do ludzi i świata, która jest tych przeżyć konsekwencją, to najlepsze, co może nas spotkać.
Poleć to w Google

Recenzja: Andrzej Koraszewski - Mark Twain AUTOBIOGRAFIA
Przez kilka dni siedziałem w fotelu przytłoczony ciężarem pierwszego tomu Autobiografii Marka Twaina. Książka (jak pisze Guy Adams)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 12 of 20

wyszła dokładnie w sto lat po tym jak pogłoski o śmierci Marka Twaina okazały się być całkowicie nieprzesadzone. Decyzja o zakazie publikacji książki przez sto lat była nieco ryzykowna. Wydawca Autobiografii Marka Twaina nie mógł wiedzieć, czy książka będzie ekonomicznym sukcesem, czy niewypałem. W listopadzie ukazał się pierwszy tom i chociaż popularnością Harry Pottera nie przebije, to znajduje całkiem sporą porcję zafascynowanych tym autorem czytelników i już jest na liście bestsellerów. Z 736 stron mnie osobiście około 400 czytało się znakomicie. Książka wydana jest w wydawnictwie uniwersyteckim, ma obszerne wstępy i indeksy, a sam Mark Twain przymierzał się do napisania swojej autobiografii kilka razy i jak całkowicie słusznie zauważył, pierwsze próby były mało udane. Jest to autobiografia mówiona, na zasadzie wolnych skojarzeń i bez trzymania się chronologii. Już pierwszy chwyt okazał sie strzałem w dziesiątkę, bo, żeby sobie ułatwić sobie życie Twain zaczyna od swojej biografii, którą pisała kiedyś jego nastoletnia wówczas córka Susy. Zdania z jej biografii przypominały mu zdarzenia, które rozwijał w opowieść, chyba, że miał danego dnia inny pomysł. Urodzony w 1835 roku Samuel Langhorne Clemens, wychowywał się na długo przed zniesieniem niewolnictwa, o którym pisał: „W czasach kiedy chodziłem do szkoły, nie odczuwałem awersji do niewolnictwa. Nie wiedziałem, że było w nim coś złego. Nikt mi o tym nie mówił; lokalna prasa nie występowała przeciwko niewolnictwu; lokalny kaznodzieja nauczał, że Bóg to aprobuje, że jest to święta instytucja, a wątpiący mogą zajrzeć do Biblii jeśli chcą się uspokoić; jeśli sami niewolnicy mieli awersję do niewolnictwa byli dość mądrzy, żeby o tym nie mówić". Mark Twain przypomina sobie, że był jeszcze małym chłopcem, kiedy zdarzył się incydent, który pozostał mu na zawsze w pamięci. Rodzina wynajęła małego niewolnika, którego ktoś kupił w innym stanie i zabrał od jego rodziny. Chłopiec był hałaśliwy, śpiewał, krzyczał, śmiał się, aż w końcu mały Samuel poszedł na skargę do matki. „Biedne dziecko odpowiedziała matka — kiedy śpiewa widać, że nie rozpamiętuje i to mnie pociesza, ale kiedy jest cicho obawiam się, że rozmyśla i nie mogę tego znieść." O swoim starszym bracie, Orionie, pisał: „Urodzony i wychowany wśród niewolników i właścicieli niewolników, był abolicjonistą od dzieciństwa do śmierci. Był zawsze prawdomówny i szczery, zawsze uczciwy. Tylko w błahych sprawach bez znaczenia, takich jak religia czy polityka i temu podobne, nigdy nie miał wystarczająco zdecydowanych przekonań, które mogłyby wytrzymać krytyczne miauknięcie kota". Autor, nie bez satysfakcji, informuje nas, że mówi do nas z grobu. Dawało mu to poczucie swobody i zwalniało z autocenzury. Mimo tego zabiegu zauważa, że pełna swoboda, mówienia absolutnie o wszystkim nie jest po prostu możliwa. Twain nie należał ani do sympatyków Partii Republikańskiej, ani Demokratów. Jak pisze, jeszcze w 1866 roku sądził, że jest republikaninem, ale do bezpartyjnej wolności przekonał go zagorzały republikanin, który wystraszony ciągiem sukcesów Partii Republikańskiej powiedział mu, że obawia się, iż republikanie zaczynają traktować władzę w Stanach jak swoją własność, że partie powinny mieć wyrównaną siłę, a ojcowie powinni popychać swoich synów do różnych partii politycznych. „Ten niewykształcony człowiek był przynajmniej mądry. Od tamtego dnia nigdy nie głosowałem mechanicznie, nigdy nie należałem do żadnej partii, do żadnego kościoła. Pozostałem absolutnie wolny w tych sprawach".

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 13 of 20

Żadna partia nie mogła mu dyktować jak ma głosować, ani nie określała jego patriotyzmu. „Gdyby partyjna lojalność miała określać patriotyzm, to nie jestem patriotą" — pisał. Z trójki dzieci najbliższa była dla niego córka Susy. Zmarła kiedy miała 24 lata i we wspomnieniach zajmuje najwięcej miejsca. Kiedy miała osiem lat, dowiedziała się od guwernantki o indiańskich mitach religijnych, że mają nie jednego Boga, ale wielu. Tego dnia Susy powiedziała matce, żeby nie przychodziła na wieczorne modlitwy. Na pytanie dlaczego ośmioletnia Susy odpowiedziała: „Widzisz, Indianie wierzyli, że wiedzą, ale teraz wiemy, że byli w błędzie. Z czasem może się okazać, że my też jesteśmy w błędzie. Więc od teraz będę mówiła w modlitwie, że może jest jakiś Bóg w niebie, albo coś takiego". Twain pisze, że zapisał wówczas słowa córki, a jego szacunek dla jej decyzji rósł z każdym rokiem. Odniesień do religii jest w tej autobiografii (a przynajmniej w pierwszym tomie) stosunkowo niewiele. W pewnym miejscu Twain opisuje historię poety Davida Greya. Gray jako dziecko przyjechał z rodzicami ze Szkocji i był wychowywany w rygorystycznie religijnej atmosferze. W wieku 33 lat, kiedy Twain go poznał, był „szczerym racjonalistą i zdecydowanym niewierzącym". W kilka lat później miał udar słoneczny, który spowodował trwałe zmiany w mózgu. Kiedy Twain spotkał go ponownie, nie mógł pisać poezji ani esejów politycznych, zajmował się nauczaniem religii. „Jego niewiara minęła, jej miejsce zajął jego wcześniejszy presbiterianizm". Chwilami Mark Twain przechodził od wspomnień do komentowania wydarzeń bieżących, pod datą 12 marca 1906 znajdujemy jego niesłychanie mocną reakcję na wymordowanie przez armię amerykańską 900 członków plemienia Moro na Filipinach. Jak wynikało z pierwszych depesz zginęło 600 członków plemienia Moro, którzy (z kobietami i dziećmi) ukryli się w kraterze wygasłego wulkanu. Po stronie armii amerykańskiej zginęło 15 osób. Prezydent Theodore Roosevelt pogratulował zwycięstwa głównodowodzącemu i jego podwładnym. Powoli z kolejnych depesz wyłaniał sie prawdziwy obraz wydarzeń — to nie była bitwa tylko rzeź. Rosła stopniowo liczba zabitych, nie wzięto do niewoli ani jednego dziecka, ani jednej kobiety, ani jednego mężczyzny. Straty po własnej stronie spowodowane były przez własną artylerię. Odpowiedzialny był generał Leonard Wood, protegowany przez prezydenta i wyniesiony na najwyższe stanowisko w armii były lekarz wojskowy. Kilka stron opisu tego „incydentu" pokazuje Twaina jakiego nie znamy; człowieka, którego wypełnia gorycz i złość. Na innych stronach powraca Mark Twain satyryk; poznajemy postaci, które były pierwowzorami bohaterów jego książek i łajdacki charakter samego Twaina, który, sadząc z tego co pisze o swoim dzieciństwie, cudem tylko przeżył swoje pomysły. Również jako człowiek dorosły zachował wierność zasadzie, że dla dowcipu wolno wszystko. Wśród licznych pomysłów znanego i szanowanego już autora szczególnie przypadał mi do gustu jego wizyta w Białym Domu. Kiedy otrzymał zaproszenie od prezydenta, żona powiedziała mu, że włożyła mu do kieszeni karteczkę z ważną radą. (Było to o tyle praktyczne, ze Mark Twain należał do ludzi roztargnionych i pamiętał dobre rady nie dłużej niż przez 30 sekund). Zgodnie z przewidywaniami pani Clemens, Twain znalazł karteczkę, kiedy ubierał się w hotelu na przyjęcie. Jak pisze była to porada tak poważna jak jej autorka. Po przybyciu do Białego Domu (była to pierwsza kadencja prezydenta Clevelanda), Twain przywitał się i rozmawiał przez chwilę z prezydentem, ale dostrzegłszy jego młodą i piękną żonę, przerwał rozmowę mówiąc, że ma pilną sprawę do załatwienia. Zwrócił się do pani Cleveland z prośbą, żeby podpisała jego wizytówkę, gdzie na odwrocie było napisane „Nie zrobił tego".

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 14 of 20

Nieco skonsternowana żona prezydenta domagała się wyjaśnień, ale zaklinając ją, żeby mu zaufała, wymusił na niej jej podpis. Dopiero po uzyskaniu podpisu pokazał jej kartkę od swojej żony; „Nie wkładaj ciepłych kalesonów do Białego Domu". Mark Twain równie często kpi z siebie, jak z innych, więc nie tylko wracamy do atmosfery cudownych książek naszego dzieciństwa, ale równocześnie zaglądamy przez dziurkę od klucza w historię Stanów Zjednoczonych, z przewodnikiem, którego lubiliśmy od niepamiętnych czasów. Autobiography of Mark Twain, Volume 1, University of California Press, Berkeley, Los Angeles, London 2010. za: racjonalista.pl
Poleć to w Google

Przypowieść: Igor Wieczorek HORROR VACUI
Na pierwszy rzut oka Piotr Ptak robił wrażenie miłego, pewnego siebie człowieka. Miał w sobie to słynne „coś”, co sprawia, że płoche kobiety tracą grunt pod nogami, a ich niespokojni partnerzy silą się na obojętność. Jego masywna postać była niezwykle foremna, twarz wyrazista i mądra, a w lekkim sposobie bycia nie można się było dopatrzeć żadnych rażących uchybień. Czasami zdarzało się wprawdzie, że bez wyraźnego powodu stroił przedziwne miny i wodził wzrokiem po niebie, jak gdyby tam szukał pomocy, ale ta dziwna maniera dodawała mu tylko uroku. Ci, którzy znali go bliżej, byli nim zachwyceni. Mówili, że zamieszkuje jakieś cudowne domostwa, że ma piękną żonę i kilka jeszcze piękniejszych kochanek, że w każdy sobotni wieczór jego salon gościnny wypełnia grono serdecznych i znakomitych przyjaciół. Wszechstronną działalność Ptaka otaczał nimb tajemnicy, a mnogość jego uzdolnień była wręcz niesłychana. Podobno miał spore udziały w handlu żywym towarem, ikonami, kawiorem, a nawet mumiami i naftą. Organizował koncerty, wyścigi koni i bale, był doskonałym aktorem, żeglarzem, himalaistą – słowem – Ptakiem nad ptaki. Nikomu nie przyszło do głowy, że ten wyjątkowy człowiek może być halucynacją. Nikomu z wyjątkiem samego Ptaka. Od dziecka odnosił wrażenie, że jego ciało i umysł przeżarte są trupią próżnią, a w otaczającym go świecie i w ludziach, z którymi obcował, również odkrywał próżnię – tyle, że otoczoną pancerzem kąśliwych urojeń. Z biegiem lat i doświadczeń stawało się dlań oczywiste, że tym, co zespala próżnię z pancerzem kąśliwych urojeń, nie jest bynajmniej on sam, Bóg, Szatan, historia, czy kosmos, lecz przerażenie nicością – obłędny horror vacui. Kto cierpiał na horror vacui? Wszyscy i nikt jednocześnie. Czym on właściwie był? Wszystkim i niczym zarazem. To wstrząsające odkrycie wpędziło Ptaka w sceptycyzm, solipsyzm i mitomanię. Czuł się na przemian: zwierzęciem, geniuszem, świętym lub trupem, lecz – bóg raczy wiedzieć dlaczego – nie czuł się zwykłym człowiekiem. Nie byłoby w tym nic dziwnego (wszak długa historia ludzkości zna bardzo wiele podobnych i jeszcze gorszych dewiacji), gdyby nie fakt, że Piotr Ptak cieszył się szczerym uznaniem otaczających go ludzi. Mitoman wydawał się ludzki w rażąco nieludzkim świecie, a niekłamana nieprawda robiła lepsze wrażenie niż zakłamane półprawdy. Ptak łamał niewinne serca, zniewalał miękkie umysły, szokował, bawił i wzruszał, bo w głębi jego istoty tętnił horror vacui. Świadomość tego absurdu wcale go nie uskrzydlała – przeciwnie – odnosił wrażenie, że nie rozpościera skrzydeł, które są wciąż rozpostarte jakby bez jego udziału. W końcu doszedł do wniosku, że wcale nie jest zwierzęciem, geniuszem, świętym, czy trupem, lecz pospolitym omamem.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 15 of 20

I właśnie wtedy fortuna przestała mu dopisywać. Handel żywym towarem, kawiorem, mumiami i naftą przestał przynosić dochód, żona i piękne kochanki przepadły nagle bez wieści, a w zapuszczone domostwo z impetem wdarła się próżnia. Przez szereg długich miesięcy Ptak siedział w pustym salonie strojąc przedziwne miny i wodząc wzrokiem po ścianach. Potem sprzedał domostwo, rozszarpał na strzępy dwie mumie, do których czuł obrzydzenie, bo nie znalazły nabywcy i udał się w Himalaje. Nigdy już nie powrócił. Podobno jakiś czas temu wybitny himalaista, który pamięta Ptaka z czasów jego świetności, podczas wchodzenia na górę zwaną „Górą bez Boga” natknął się na istotę niezwykle podobną do Yeti. Ponieważ spojrzenia i ruchy tej unikalnej istoty wydały mu się znajome, zaczął ją obserwować. Kiedy zauważył, że Yeti wlecze za sobą ikonę, która wisiała przez lata w salonie gościnnym Ptaka, od razu przestał się wspinać na mroczną „Górę bez Boga”. Widocznie jest realistą i nienawidzi omamów.
Poleć to w Google

Esej: Piotr Piętak GDY SZTUKA STAJE SIĘ TECHNIKĄ
Dlaczego w okresie naporu awangardy z lat 1911-1929 wypracowano paradygmaty sztuki, która w tej chwili rodzi się w cyfrowych mediach? Artyści z tamtego okresu – poeci, reżyserzy, malarze – traktowali sztukę jako jedną całość. Szukali związków między sztuka kina i sztuka słowa między obrazem i filmowa klatką, a właśnie takie poszukiwania są kamieniem węgielnym sztuki nowych mediów opartych o cyfrowe przetwarzanie. Forma ekranu komputera – prostokąt wypełniony różnego rodzaju symbolami, który pod wpływem użytkownika piszącego tekst na edytorze tekstów albo szukającego informacji w internetowej przeglądarce, zmieniają się w nieskończoną serią ruchomych obrazów przypominających do złudzenia abstrakcyjne kompozycje Malewicza, Strzemińskiego czy polskiego malarza i poety Tytusa Czyżewskiego. Jak do tego doszło, że obraz Kazimierza Malewicza „Czarny kwadrat na białym tle” rozpoczynający okres abstrakcjonizmu w historii malarstwa, przypomina do złudzenia ekran komputera? Jaka jest zależność między ewolucją form malarskich i ewolucja awangardowej poezji – szczególnie w Europie – a wyglądem a nawet funkcjonowaniem narzędzi informatycznych? Czy to przypadek, że piszę te słowa na edytorze tekstów, którego układy strony nazywają się pejzaż i portret a są to podstawowe pojęcia z historii malarstwa? Twierdzenie, ze sztuka ma wpływ na rozwój techniki mogło szokować 100 lat temu, ale dzisiaj jest ono przyjmowane jako aksjomat rozwoju technik komputerowych. Mondrian namalował w 1942 roku obraz łudząco przypominający widok mikroprocesora. Staje się powoli jasne, ze jednym z podstawowych praw funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego jest proces powolnego – trwającego od początku XX wieku - zacierania się granic między sztuką i techniką, który wraz z pojawieniem się komputera doprowadził do sytuacji, że pojęcia z zakresu np. estetyki formalnej wyjaśniają lepiej jego funkcjonowanie niż parametry techniczne. Teoretycy estetyki formalnej – przede wszystkim H. Wolfflin w „Podstawowych pojęciach historii sztuki” – definiując obraz odwołują się do pojęć z zakresu logiki formalnej (przechodniość, asymetryczność itd.) wykazują, że „obraz polega na tym, że jego elementy mają się do siebie w pewien określony sposób” i dlatego można na nim wyróżnić logiczne odniesienia poszczególnych części obrazu. Niemiecki teoretyk obrazów w związku z ich logiczną analizą wyróżnia cztery podstawowe pary pojęć, które łączą dwie podstawowe cechy obrazu: płaszczyznowość i linearność. Są to: - płaszczyzna i głębia obrazu, - forma zamknięta i otwarta, - wielość i jedność, - jasność i niejasność. Otóż wraz z pojawieniem się komputera pojawia się możliwość manipulowania za pomocą regulatora właściwości powierzchni obrazu.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 16 of 20

Komputer przetwarza przy pomocy narzędzi informatycznych infrastrukturę obrazu opierając się na scharakteryzowanych powyżej parach pojęć estetyki obrazu (w zasadzie teorii obrazu). W przypadku pierwszej pary – płaszczyzna i głębia – chodzi o to, czy obiekty obrazu są namalowane obok siebie, czyli na płaszczyźnie, czy przestrzennie - jeden za drugim. Te pojęcia historii sztuki stanowią odpowiedź na pytanie: jak można zmieniać formę obrazu, tak aby relacje między namalowanymi na nim obiektami pozostały takie same? Z tego wniosek, że czytając skomplikowane książki z zakresu estetyki formalnej, teorii obrazu czy krytyki abstrakcjonizmu możemy skonstruować nowe funkcje w grafice komputerowej. Rozdział między sztuką i techniką nie istnieje. Dzisiaj to właśnie sztuka i samowiedza o niej wyrażająca się w filozofii czy teorii obrazu są siłą napędową rozwoju społeczeństwa informacyjnego, czyli informatyki. Rozwój technik komputerowych jest powiązany – jak wspomniałem na początku artykułu – z poetycką i malarską twórczością i samowiedzą teoretyczną twórców awangardy. T. Peiper – jeden z głównych jej teoretyków – wskazywał w 1924 r. (T. Peiper – Tędy Nowe usta -1924) na związek między filmem a malarstwem kubistycznym. Porównał on tzw. „perspektywę okólną” Picassa ze zmianami ustawień i planów w zdjęciach filmowych. Dopiero w 1956 r. R. Jakoobson – wybitny amerykański językoznawca pochodzenia rosyjskiego - wskazał na zbieżną orientacje kubizmu w malarstwie i filmie. Jednocześnie Peiper jako teoretyk awangardy poetyckiej sformułował postulat tzw. „poematu rozkwitającego”, który jest dokładnym odpowiednikiem rozwijalnego menu używanego we wszystkich systemach operacyjnych (w nawiasie dodam, że Joyce zastosował technikę „poematu rozkwitającego” w jednym z rozdziałów „Ulisesa”). Najwybitniejszy – obok Leśmiana – poeta międzywojenny, twórca „drugiej awangardy” J. Czechowicz, swoje dwa pierwsze tomiki wierszy wydał w latach 20-tych na czerpanym papierze, których pokolorowane stronice zapisane były łamiącymi się wersami w poprzek, pionowo i poziomo tworząc coś w rodzaju „poetyckiego plakatu”, gdzie słowo było jednocześnie wyrazem i znakiem graficznym., Tego typu eksperymenty były odpowiednikiem dzisiejszego kompozytowania czyli łączenia wielu elementów z różnych sztuk, w celu stworzenia jednolitego obiektu. Nic błędniejszego od szukania języka nowych mediów tylko i wyłącznie w filmie, fotografii, fotomontażu, jest on wręcz zanurzony w awangardzie poetyckiej , która z zachwytem przyjęła nową cywilizację po I wojnie światowej zarówno w sferze technicznej jak i politycznej. Twórca futuryzmu Marinetti – piewca epoki elektryczności - był faszystą, Majakowski – którego poematy „Lenin” i „Dobrze” pisane techniką „schodkową” były graficzną kalką programu komputerowego – komunistą. Ten okres burzy i naporu, zaczął się na parę lat przed I wojną światową (wtedy ukształtował się futuryzm, ekspresjonizm, kubizm) i trwał przez pierwsze dziesięciolecie powojenne Natomiast ekspresjonizm, futuryzm, kubizm, surrealizm i inne kierunki dwudziestolecia 1910-1930 były jednocześnie prądami w literaturze i plastyce. Polegało to nie tylko na przyjmowaniu tej samej nazwy, a wraz z nią tego samego programu artystycznego i filozoficznego, i nawet nie tylko na wspólnocie organizacyjnej (wspólna prasa, wspólne wystąpienia grupowe), lecz nawet na tożsamości osób uprawiających różne dziedziny sztuki. Nigdy chyba nie zdarzyło się tak często, by wybitny pisarz był jednocześnie wybitnym plastykiem, a przynajmniej teoretykiem sztuki. Wystarczy wspomnieć nazwiska Appolinaire’a, Cocteau, Jacoba, Kandinskyego, Majakowskiego i innych. W Polsce zaś malarzami i pisarzami jednocześnie byli: Czyżewski, Witkacy, Chwistek, teoretykami zaś plastyki: Witkacy, Chwistek, Czyżewski, Peiper, Przyboś. Czyżewski jako teoretyk formizmu z jednej strony chciał przeprowadzić pararelę między nauką i poezją, z drugiej zaś stwierdzał, że zadaniem poezji jest wydobycie maksimum walorów formalnych zdania – przez zaciemnienie jego treści. Czyżewski w szkicu „O odlogicznieniu poezji” pisze : „Pierwszą główną akcja współczesnej poezji i prozy jest wyeliminowanie słowa z niewolnictwa logicznego zdania i składni”. Nazywa to „anarchizacja słowa” . „Dymiące kominy, ogień czad Rozprężonej materii ślad Które żelazo i stal tak bardzo ukochały Urano-blask mgławicy białej Mechanika Duch am bam”

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 17 of 20

Czy wers „urano-blask mgławicy białej”, napisany 20 lat przed rozbiciem atomu nie jest opisem wybuchu bomby atomowej? Czyżewski czy Czechowicz opisywali z precyzją zjawiska czy wydarzenia o których w ich czasach nikomu się jeszcze nie śniło. W wierszach i obrazach awangardowych poetów i malarzy zapowiedziano epokę internetu, komputeryzacji i języka czatów, którego główną cechą jest gubienie końcówek utartych zwrotów zamiast część – cz, zamiast dziękuję – dz , zamiast gratulacje – gr , zamiast pozdrawiam- pzdr . Co ciekawe, ten typ skrótów wymyślił już dawno temu polski poeta M. Białoszewski, który kilkadziesiąt lat temu wcześniej wyśmiał w satyryczno-lingwistycznym wierszu marzenia amerykańskiej młodzieży o „nowym wspaniałym świecie” a ciąg? na smyczy radarowa smocz taka sucz sztuczna nylonozawsze nykoń rola uprawiana przez funkcje rży …yix mrówka pszczoły porozumiewawczarnia Miron Białoszewski, poprzez właśnie ucinanie znanych wyrażeń np. zamiast – a ciąg dalszy – poeta pisze: „a ciąg?” , tworzył bełkotliwy językskrótów – godny społeczeństwa pszczół czy mrówek - którym zaczynamy coraz częściej porozumiewać się w internecie. Jego wizja przyszłości przedstawiona w latach 50-tych XX wieku zaczyna się realizować w tej chwili. Białoszewski – zauważył to polski krytyk Kazimierz Wyka – w swych eksperymentach słowotwórczych realizował postulat „anarchizacji słowa” T. Czyżewskiego. Jednak najbardziej charakterystyczną cechą języka, którym posługują się internauci jest mieszanie słów z symbolami pochodzącymi z kodów języków programowania; na naszych oczach powstaje nowy uniwersalny język dostosowany do epoki w której obraz zmienia się w słowo. Jeżeli w internecie korzystamy z czatów, poczty elektronicznej, grup dyskusyjnych czy nawet stron WWW, to na pewno spotykamy się właśnie ze specyficznym językiem internautów, który składa się on z różnych skrótów i emotikonów. Będąc w kawiarence internetowej spotykamy się ze znaczkami takimi jak: :-), :-( - są to emotikony. W internecie jest ich bardzo wiele i cały czas powstają nowe. Zapoznajmy się z kilkoma: :-) uśmieszek "podstawowy" :-( smutasek czyli odwrotność uśmieszka ":)" uśmieszek miniaturowy ":(" smutasek miniaturowy Już w tym momencie można zauważyć, że język internautów, a w zasadzie ich kod, naśladuje język komputera, który składa się – jak wiemy – tylko z dwóch znaków 0 i 1, czyli potwierdzenia i jego przeciwieństwa; tak samo postępują internauci; jeżeli jednym z elementów „uśmiechu” jest nawias prawoskrętny ) to smutek oznaczamy nawiasem lewoskrętnym ( Innymi słowy internauci zachowują się tak jakby wysyłając do siebie sygnały jednocześnie chcieli się porozumieć ze swoim komputerem i powiedzieć mu jakim w stanie psychicznym znajduje się jego użytkownik, np. :'-( łezka mi się w oku zakręciła ze smutku :'-) łezka mi się w oku zakręciła ze szczęścia Uderzające jest także to, że emotikony internauci tworzą zgodnie z logiką tzw. wyrażeń regularnych, będących podstawą wszystkich języków internetowych i nazywanych „algebrą informatyki”. Na przykład w wyrażeniach regularnych ogromna rolę odgrywają różnego rodzaju nawiasy: { }, [ ], ( ) Czy na podstawie emotikonów powstają już w instytutach badawczych nowe języki programowania? Jesteśmy o krok

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 18 of 20

od wynalezienia kodu (języka) , którym będą mówili zarówno ludzie jak i komputery. Pierwowzór dzisiejszych tendencji wyrażających prymat maszyny nad człowiekiem, możemy odnaleźć w twórczości radzieckiego poety, inżyniera i wynalazcy Aleksieja Gastiewa, który w latach 20- tych XX wieku pisał o „technicyzacji słowa” i „uniwersalnej maszynizacji” życia ludzi. Poeta-inżynier stwierdzał, że to „maszyna steruje żywymi ludźmi”, a jego poezja zebrana została w tomiku wierszy pod wielce znaczącym tytułem „Pakiet zarządzeń”. Wiersze tego pakietu są ponumerowane od 1 do 10, a liczby są zarazem ich tytułami. Zarządzenie 07 jest hymnem na część nowych - wtedy w latach 20 –tych XX wieku – mediów: telegrafu, telefonu i radia. Natomiast zarządzenie 02 jest jak informatyczny program, który składa się z krótkich poleceń : „Kończyć./Włączać./Tryb automatyczny./Zatrzymać”. Jest wielce prawdopodobne, że kod internautów będzie – świadomie lub nieświadomie – nawiązywał z jednej strony do matematyzacji wyrażeń i słów z drugiej zaś do najbardziej radykalnych eksperymentów awangardzistów poetyckich XX wieku. Na przecięciu matematyki i awangardowej poezji rodzi się nowy rodzaj ludzkiej mowy.

Bibliografia: Lev Manovich, Język nowych mediów, WAiP Warszawa 2006 R. Debray, Wprowadzenie do mediologii, Oficyna Naukowa - Warszawa 2010 S. Zieliński, Archeologia mediów, Oficyna Naukowa - Warszawa 2010 A.R. Galloway, Język chce by go nie dosrzegać, Kultura popularna nr 4 2008 Autor jest informatykiem, twórcą stron internetowych.
Poleć to w Google

Pogranicza: Piotr Stanisław Król - Barbara Kościuszko NA KLĘCZKACH ŻYĆ NIE UMIEMY
Słowo na barykadach Wolności Czy słowo może być skutecznym orężem w walce z wrogiem? W zasadzie jest to pytanie czysto retoryczne. Odpowiedzią jest samo życie – paniczny przed nim lęk uzbrojonych po zęby oprawców, którym wydaje się, że można je zatłuc pałą, gazrurką, rozstrzelać z kałasznikowa, strzałem zza węgła... Ofiarą bywa ten, który słowo wypowiada, wykrzykuje; a ONO żyje nadal, jest nieśmiertelne, choć z czasem bywa porzucone, zapomniane... Do czasu. Barbara Kościuszko, po dwudziestu kilku latach, postanowiła za namową swoich przyjaciół, wydać zbiór swoich wierszy pisanych w czasach tzw. „epoki jaruzelskiej”. Wierszy, które niczym pociski na barykadach Wolności, wystrzeliwali w tamtym okresie pisarze „drugiego obiegu”, w walce Solidarności z komuną. Poeci: Woroszylski, Krynicki, Zagajewski, Herbst, Polkowski, Pawlak, Szaruga,. Budrewicz, Jastrun i wielu innych stanowili awangardę bojowników Słowa, do których dołączali z dnia na dzień kolejni, czasem i tacy, którym dopiero stan wojenny rzucał wyzwanie: „pisz i walcz!”. Sztandarowym poematem był napisany w 1983 roku przez Zbigniewa Herberta wiersz pt. : „Raport z oblężonego miasta”. Przytaczam tutaj jego fragment: [...] wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta wzdłuż granic naszej niepewnej wolności patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni [...] Czym broniło się „Miasto”, pod pojęciem którego wpisać można każdy zakątek Polski, nawet ten najmniejszy, po 13 grudnia 1981 roku? Poetka,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 19 of 20

Barbara Kościuszko odpowiada:

w

swoim

wierszu

pt.:

„Usprawiedliwienie”

Rzecz jednak w tym, że gdy zawiodły inne formy walki – ważnym orężem musi stać się SŁOWO, i ono musi świadczyć, że jesteśmy! Tytuł jej tomiku: Na klęczkach żyć nie umiemy, to deklaracja poetki w imieniu milionów rodaków spod sztandaru Solidarności. I nie tylko, także naszych matek, ojców, dziadków, pradziadków... To wyznanie wpisane pod wyrytym w naszych duszach, sumieniach hasłem: BÓG, HONOR, OJCZYZNA. [...] Umieliśmy tak wiele przetrzymać. Losy przecież nie były łaskawe: Tyle wieków nierównych zmagań, Tyle wojen i powstań krwawych... Lecz dlaczego? Dlaczego? Dlaczego Teraz krew na tej biednej ziemi? Przecież wiecie lepiej od obcych, Że na klęczkach żyć nie umiemy! Okres stanu wojennego, to był przede wszystkim czas walki z KŁAMSTWEM, które wdzierało się w każdą szczelinę, każdy zakątek sfery naszego życia. „Prawda gwarancją Wolności” – słowa Jana Pawła II wzbudzały u czerwonej władzy PRL-u odruchy wręcz alergiczne. Prasa, radio, telewizja codziennie wypluwały z siebie stek kolejnych krętactw, zakłamania, fałszu – o czym doskonale wiedzieli zarówno ONI, jak i MY. To była szczególnie wyrachowana gra. Barbara Kościuszko znakomicie to ujęła w wierszu „Małe studium o wielkim kłamstwie”: Spiker telewizyjny czyta komunikat. Patrzy mi w oczy... On wie, że ja wiem, ja wiem, że on wie, że ja wiem... Uśmiechamy się do siebie przez szybkę: ja szeroko on odrobinę. Czasem powiem: „ty skurwysynie!" On wie, że ja to mówię. Ja wiem, że on wie. Czasem chyba mu trochę przykro. Mnie wcale. Ale jutro, jeśli go spotkam przełknę odruch niechęci. Może się nawet uśmiechnę? Bo czyż można, czyż można, czyż można nienawidzić spikera, który myśli, że musi być szmatą? [...] „On wie, ja wiem...” i dalej poruszaliśmy się niczym kukiełki w teatrze politycznego absurdu. Aby jakoś w miarę normalnie w tym wszystkim funkcjonować potrzebne było nam antidotum w postaci czystego, jasnego, prawdziwego SŁOWA. Tylko ono mogło nas obronić przed chorobą „orwellowskiej prawdy” (czyt. kłamstwa), toczącej organizm Polski, niczym rak. A jak tego typu poezję można oceniać dzisiaj, ponad dwadzieścia lat po obaleniu systemu PRL-u? Dlaczego Barbara Kościuszko wydaje zbiór wierszy, które przykrył już kurz zapomnienia? Czy warto...? Poeci są strażnikami Pamięci, należy o tym pamiętać. Pokryte kurzem wersy? Do czasu... Piszę te kilka słów o tomiku Barbary Kościuszko 2 maja 2011 roku, tuz po beatyfikacji Jana Pawła II i czytam słowa wiersza poetki z 1983 o II Pielgrzymce Ojca Świętego do Polski: „Ojcze kochany, tak byśmy pragnęli / serca mieć dobre i czyste jak dzieci / i jeśli płakać – to łzami radości, / że znów tu Jesteś. I złożyć Ci dary...” („List do Ojca Świętego Jana Pawia II”). Dziś wiemy, jak wielkim On darem był dla nas, a słowa sprzed lat brzmią tak aktualnie...

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: maj 2013

Page 20 of 20

Aktualne stają się też niestety dramatyczne wydarzenia, które wydawałoby się, są już zamierzchłą historią z „epoki jaruzelskiej”. Można – rozjechać go kołami, zgnieść gąsienicą czołgu, zmiażdżyć podkutym butem, rozrzucić na świata strony, zatopić, zgarnąć spychaczem, wyrzucić do Wisły, na śmietnik... („Walka z kwietnym krzyżem”) W dniu 10 kwietnia 2011 roku, w rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, na Krakowskim Przedmieściu szuflami zgarniane jeszcze palące się znicze oraz świeże tulipany przez służby miejskie, uzbrojone po zęby oddziały ZOMO, cholera... przepraszam – policji, schowane za stalowymi barierami w obronie przed pokojową demonstracją ludzi, domagających się tylko, a może, aż – PRAWDY. Byłem, widziałem, uwierzyłem..., że historia jednak naprawdę kołem się toczy. Końcowy wiersz Barbary Kościuszko pt. „Co Polakowi w duszy gra...”, to gorzka-satyryczna ballada, jak znalazł dla Janka Kelusa, Jacka Kleyffa lub innego barda tamtych czasów. Czytam, a właściwie śpiewam sobie pod nosem, szukając swojej starej gitary i klnę z poetycką zadumą razem z poetką: Chociaż my orły i sokoły każdy lazł do nas, jak po miód! I nęć Herkules contra plures, orłowi wyskubano pióra... I już nie pomógł żaden cud! Austryjak, wredny Prus i podła swołocz – Ruś... Ach, upierdliwa polska dola – albo powstanie, albo niewola... I la, la, la, orkiestra gra... To jest historia! Voila! Drogi Czytelniku, „to jest historia...” – warto ją przeczytać; ...magistra vitae est –jest ona nauczycielką życia. Wraz z Barbarą Kościuszko i Cyceronem, gorzko się uśmiechając, wykrzykuję – Voila! – i wdrapuję się na barykadę Wolności w walce o Słowo. A wydawało mi się, że już czas na słodkie leniuchowanie... Kolejni niepokorni wobec obecnej władzy dziennikarze, publicyści są „kneblowani”, wyrzucani z radia, telewizji (tzw. publicznej). Pani Barbaro, przecież „na klęczkach żyć nie umiemy”, prawda?
Poleć to w Google

Nowsze posty Subskrybuj: Posty (Atom)

Strona główna

Starsze posty

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_05_01_archive.html

2013-05-08

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 1 of 23

Udostępnij

0

Więcej

Następny blog»

Utwórz bloga

Zaloguj się

KRYTYKA LITERACKA
ISSN 2084-1124 LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA __________________________________________________________________________
Translate

Wybierz język
Technologia

OD REDAKCJI 6/2013
Tłumac

z

Słowo na czerwiec Co?! Jakiś pokątny autorzyna, który nie chce cicho siedzieć i czekać aż go pochwalą, ale sam siebie wypycha do góry? (...) Co to jest?! Autoreklama? Mania wielkości? Kpiny? (...) Pycha tak wielka, że tylko dzięki mojej wyjątkowej skromności stała się możliwa. Ten, kto mówi o sobie „Chcę być wielki” jest mniej do siebie przywiązany, traktuje siebie z większym dystansem, niż ten kto rumieńcem się oblewa na samą myśl o takim wyznaniu. Witold Gombrowicz, Testament. Rozmowy z Dominique de Roux Wielki Gatsby, czyli nasz program walki z bezrobociem Jak znaleźć dobrą pracę i godziwie zarobić nie męcząc się zbytnio? To pytanie zadajemy sobie nie tylko my, tutaj w redakcji, ale pewnie spora część obywateli, która nie załapała się na wygodne posady w spółkach, urzędach oraz innych wspomaganych z publicznych (naszych) pieniędzy instytucjach i codziennie zastanawia się „jak żyć?”. A sposób na wygodną egzystencję jest banalnie prosty, z powodzeniem funkcjonuje od jakiegoś czasu, i aż dziw bierze, że nie został upowszechniony – trzeba zostać tłumaczem literatury. Oczywiście nie takim prawdziwym, erudytą mozolnie pracującym nad oryginalnym tekstem, tylko podróbką, translatorskim fircykiem. Jak to się robi? Łatwizna, bo znajomość obcego języka nie jest w tym wypadku konieczna; dla pozoru i elementarnej przyzwoitości coś tam można stękać w wybranym narzeczu, nikt przecież tego nie sprawdzi. A zatem, krok po kroku, należy: 1) wziąć dowolną, przetłumaczoną już książkę, 2) przepisać ją dokonując liftingu, 3) przedstawić w wydawnictwie. Robota na jakiś tydzień – dwa, w zależności od grubości dzieła. Przydaje się też mieć dobre układy w wydawniczym półświatku i w ogóle układy. Jeśli układów nie ma, to nie zostanie się tłumaczem wybitnym, reinterpretującym, odkrywającym nowe znaczenia i warstwy, wyzwalającym z dotychczasowych schematów, ale to sprawy drugorzędne. Liczy się kasa. A jako że praca łatwiejsza od spania, można wyżej wymienionym sposobem przetłumaczyć na nowo np. całego Galsworthy'ego, Bellowa, Hardy'ego i pójść na ilość – to na wielu robi wrażenie. Przetłumaczony tekst składamy w wydawnictwie, najlepiej w wydawnictwie Znak, którego redaktor naczelny Jerzy Illg jest otwarty na wszelkie propozycje, także translatorskie, i z pewnością pozna się na jakości naszego przekładu. Krótkie wyjaśnienie i dygresja: redaktor Jerzy Illg ma niezwykły dar odkrywania talentów, jednym z jego największych odkryć literackich jest poeta i pisarz Jerzy Illg, któremu redaktor Jerzy Illg wydał w Znaku dwie ostatnie książki – Wiersze z Marcówki i Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach. Rozumiemy, że zbieżność imienia i nazwiska redaktora i literata jest czysto przypadkowa, co pozwala rozwiać etyczne wątpliwości oraz uniknąć niemiłego oskarżenia o grafomanię, które w wypadku self-publishingu rzucają tacy jej niestrudzeni tropiciele jak nasz ulubieniec Jacek Dehnel i jego dzielny giermek Maciej Robert a za nimi cała reszta tych, którzy

Redagują
Witold Egerth Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Kontakt
editionssurner@wp.pl

Spis treści
▼ 2013 (43) ▼ czerwiec (7) OD REDAKCJI 6/2013 Magdalena Gałkowska RATUJMY POETĘ Rozprawa: Magdalena Fabiś PRZERWANE MILCZENIE I ZM... Esej: Dariusz Pawlicki ZE ŻMUDZI POD TATRY Po konferencji: Ignacy S. Fiut NOWE MEDIA W CYBERK... Recenzja: Krystian Tomczyk - Adam Lewandowski GRAN... Felieton: Igor Wieczorek SZCZYPTA PRAWDY W TROCINA... ► maj (7) ► kwiecień (7) ► marzec (7) ► luty (9) ► styczeń (6) ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 2 of 23

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Denis Dutton Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Andrzej Koraszewski Kisiel Piotr Stanisław Król Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Natalia Pałczyńska Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Jarosław M. Rymkiewicz Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek

wydają swoje dzieła za nasze, nie za własne pieniądze, tym samym wisząc bezwstydnie na garnuszku ubogiego społeczeństwa. Wracając do zasadniczego wątku: dobrze by było, gdyby efekt „nowego” tłumaczenia w postaci opublikowanej przez Znak (ewentualnie przez jakieś inne, dotowane przez państwo wydawnictwo) książki szczęśliwym trafem zbiegł się w czasie z wprowadzaną do kin nową jej ekranizacją. Zawsze to łatwiej sprzedać książkę „na film” i film „na książkę”, co pomnoży nasze i wydawcy zyski. Ten geszefciarski ale skuteczny proceder nazywamy w redakcji marketingiem symbiotycznym, i to określenie jest naszym wkładem w teorię ekonomii, mamy nadzieję, że wystarczającym, by dostać Nobla. Nie ukrywamy, że inspiracją dla naszego genialnego programu walki z bezrobociem jest „nowe” tłumaczenie książki Wielki Gatsby F.S. Fitzgeralda, pod którym podpisuje się Jacek Dehnel, i równoczesne wprowadzenie do kin nowej ekranizacji książki – niestety nie w reżyserii Jacka Dehnela z Jackiem Dehnelem, Borysem Szycem, Dorotą Masłowską i Mają Bohosiewicz w rolach głównych, co zapewniłoby rodzimej kinematografii kilka Oskarów. Nie chcielibyśmy przedstawiać jakiejś niedorzecznej teorii spiskowej o powiązaniach wydawnictwa Znak ze Światowym Kongresem Żydów, rabinem Berkiem Zuckermanem, międzynarodowym kapitałem, Internazionale Gruppo Pedale i Gay Fund for the Arts, ale stosunki łączące od lat Jerzego Illga z Pierwszym Dandysem Mazowsza nie są przecież tajemnicą. Nie sądzimy, by miały one znaczenie przy wyborze J. Dehnela na nowego „tłumacza” Wielkiego Gatsby'ego, decyzja Znaku niewątpliwie została spowodowana nagłym i tajemniczym brakiem prawdziwych tłumaczy w kraju. Co prawda można było wznowić pionierski, wierny i doskonały przekład Ariadny DemkowskiejBohdziewicz, ale widać prawo Kopernika – Greshama, według którego gorszy pieniądz wypiera lepszy, nabrało charakteru uniwersalnego. Naszym zdaniem traduttore-traditore Dehnel w nawale rozlicznych i różnorodnych zajęć nie podoła zmasowanemu atakowi hollywoodzkiej produkcji zalewającej świat nowymi ekranizacjami klasyki literatury i nie „przetłumaczy” w ciągu najbliższego roku całego piśmienniczego dorobku ludzkości, ale najwyżej połowę. Druga połowa jest więc wolna i proponujemy się nią zająć w ramach naszego programu, albo poza nim. Zapewne rozlegną się głosy malkontentów, że skoro wybitni tłumacze odpadli w konkurencji z Dehnelem – podobnie zresztą jak pisarze, felietoniści, poeci, malarze, kartografowie, historycy, krawcy, entomolodzy i inni – to nikomu nie uda się przebić. Możliwe, jednak warto próbować, zamiast siedzieć i narzekać powtarzając za nieudacznikami, że „na układy nie ma rady”. Prawdziwe życie Małgorzata Köhler Ważne i pilne! Poeci czytają dla Romana Knapa W Warszawie, 15 czerwca, od godz. 12:00 do 18:00 w pomieszczeniach Centralnej Biblioteki Rolniczej, ul. Krakowskie Przedmieście 66. Jest to jedyny wolny termin, a i tak przygotowywaliśmy się właśnie na połowę czerwca. Jest wielka prośba, szczególnie do osób zamieszkałych w Warszawie: akcję trzeba byłoby jak najszybciej nagłośnić w mediach warszawskich kto mógłby się tym zająć? Chodzi o to, żeby ściągnąć jak najliczniejszą publczność, chętną do słuchania poezji. Sam Fejsbuk i portale poetyckie nie wystarczą - kto ma pomysły na błyskawiczne rozpropagowanie akcji? Potrzebny jest również konkretny plan wydarzenia. Dobrze byłoby, aby ci, którzy mogą przyjechać, zgłosili to teraz jak najszybciej tutaj lub w wątku wydarzenia na fejsbuku: http://www.facebook.com/events/204433389703958/ bo zapraszając publikę na imprezę należałoby podać przynajmniej kilka nazwisk. Być może uda się w terminie wydrukować plakaty z „Jaskółką”, w edycji limitowanej - wartość „kultowa”, zostałyby wystawione na aukcję.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 3 of 23

Adam T. Witczak Anna Wolska Bohdan Wrocławski Rafał A. Ziemkiewicz Adam A. Zych Leszek Żebrowski ORAZ Andrzej Bobkowski J.W. Goethe Jarosław Hašek Zbigniew Herbert Czesław Miłosz Jerzy Poradecki Juliusz Słowacki Julian Tuwim Johannes Vermeer S.I. Witkiewicz

Kto chce podarować Romkowi dochód ze sprzedaży swoich tomików, mógłby je przywieźć ze sobą. Kolejny problem: czy ktoś z Warszawy mógłby udostępnić swój adres, aby ci, co nie mogą przyjechać, mogli na niego w ekspresowym tempie nadesłać swoje książki (może też rękopisy dzieł wiekopomnych? :)), prace plastyczne itp.? Teraz bardzo proszę, aby te osoby, które zadeklarowały przyjazd, no i wszyscy chętni do pomocy autorzy z Warszawy, włączyli się teraz aktywnie w planowanie przebiegu spotkania. Sala została nam udostępniona nieodpłatnie dzięki europosłowi Czesławowi Siekierskiemu. Pan poseł funduje również kawę i mały poczęstunek uczestnikom zlotu. Bardzo dziękujemy! Małgorzata Köhler Zapraszamy na spotkania autorskie z Józefem Baranem i promocje III tomu dzienników poety Spadając, patrzeć w gwiazdy 13 czerwca o godzinie 17.00 do Miejskiego Domu Kultury w Czechowicach Dziedzicach; 23 czerwca o godzinie 11 do Sali Lustrzanej Miejskiej Biblioteki Publicznej im. J. Słowackiego w Tarnowie – „Salon Poezji”.
Poleć to w Google

Etykiety

Tomasz

Sobieraj

Józef Baran Witkacy Igor Wieczorek Jacek Dehnel Marek Trojanowski Dariusz Pawlicki Krzysztof Jurecki Czesław Miłosz
Witold Egerth Witold Gombrowicz Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Wioletta Sobieraj Zbigniew Herbert
Adam Słowacki Zagajewski Karol Juliusz Maliszewski

Magdalena Gałkowska RATUJMY POETĘ
Roman Knap, autor kultowego wiersza „Jaskółka” i fascynującej, przesyconej poezją prozy, znany z wielu publikacji w internecie i nie tylko, zachorował bardzo poważnie na chorobę nowotworową. Zbyt późno rozpoznany rak rozprzestrzenił się w jamie brzusznej w stopniu wykluczającym operację, medycyna oficjalna zaniechała jakiegokolwiek leczenia, lekarze nie prognozują mu zbyt wiele czasu. Roman po usłyszeniu wyroku śmierci napisał o tym na Liternecie, gdzie stale publikował. Po krótkim momencie załamania, wspierany przez wszystkich, postanowił walczyć o życie i stosować terapie alternatywne. Staramy się mu w tym wszyscy pomóc, ludzie wysyłają przekazy pieniężne i paczki z lekarstwami niekonwencjalnymi a nawet ekologiczną żywnością, bo Romek, który czuł się już źle od dawna, stracił pracę i nie ma dochodów, które pozwoliłyby mu na finansowanie terapii. Wielu ludzi piszących nie wchodzi na Liternet, dlatego postanowiłam ogłosić to na Fejsbuku. Zajrzyjcie pod ten link, gdzie opisane są szczególy, i można śledzić Romka walkę z chorobą: http://liternet.pl/grupa/wolnosc-slowa/forum/1764-to-juz-jest-koniec i tutaj, gdzie można poczytać wspaniałą jego prozę: http://newkumpel.liternet.pl/teksty Staramy się pomóc na wszelkie możliwe sposoby, więc jeżeli ktoś jeszcze nie ma „Tocy” a chciałby mieć, można to zrobić w prosty sposób, wpłacić 18 zł na rachunek: 30845700083002006141510001 Oddział banku Bank Spółdzielczy Gliwice Roman Knap

Wojciech Wencel Joanna Turek Wisława Szymborska Adam Mickiewicz Andrzej Jerzy Lech Janusz Najder Jaroslav Hašek Jarosław A. Marek Rymkiewicz Stefan Różewicz
Wat Ewa

Kot Jeleński Philip Larkin Rafał Ziemkiewicz Tadeusz Blake Okołowicz William
Emanuel

Zbigniew

Joachimiak

Aleksander

Swedenborg

Thompson Günther Grass Horacy Olga Tokarczuk Peter Brook

Łącza
Józef Baran Nick Brandt Robert Frost Witold Gombrowicz Zbigniew Herbert Krzysztof Jurecki Franz Kafka Ryszard Kapuściński Konstandinos Kawafis Michael Kenna Andrzej Jerzy Lech Krzysztof Niemczycki Bolesław Prus Tomasz M. Sobieraj Bruno Schulz Josef Sudek Marek Trojanowski

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 4 of 23

Jacek Trznadel Julian Tuwim Witkacy Witkacy - fotografie, rysunki, obrazy *Masters of photography *Pisarze.pl *Chinese poems *Polona *Sens Unic *Wyspa Muz

ul. Rzęczycka 29/7 44-109 Gliwice i przysłać mi na emgie75@gmail.com swój adres, książka z dedykacją trafi do Was, a przy okazji pomożecie komuś, kto tego potrzebuje. Pozdrawiam...
Poleć to w Google

Arts & Letters Daily

Rozprawa: Magdalena Fabiś PRZERWANE MILCZENIE I ZMIENIONY TON. Rozważania o współczesnej prozie Górnego Śląska
Rok 2012 przyniósł współczesnemu życiu literackiemu i dyskusjom wokół niego zaskakująco ciekawy i złożony temat do rozmowy. Wydany po raz pierwszy w maju tego roku kwartalnik kulturalny „Fabryka Silesia”[1] postanowił poddać dyskusji pewne sądy (część z nich nazwać by można po prostu stereotypami) dotyczące, najogólniej mówiąc, literatury, tożsamości i etniczności. Postawione pytanie o kanon i jego sens (wydawałoby się, że już raz po „przełomie” roku 89. przepracowane), zostało, choć kwestia ta jest nadal aktualna dla całości rozważań o dzisiejszym stanie literatury, zawężone do twórczości śląskiej i obraz Śląska tworzącej. Wraz z powyższym odżyły dyskusje dotyczące kategorii śląskości samej w sobie, problemu odrębności etnicznej regionu, jego kulturowej produkcji i jej recepcji na forum ogólnopolskim. Tak żywe tematy jak marginalizacja, odmienność, tożsamość, wstyd, duma, czy język, łączące się z poruszonymi przez śląskie środowisko artystyczne problemami, wpisują się w nurt najbardziej aktualnych rozważań humanistyki w szerokim tego słowa znaczeniu. Pozostając jednak po stronie rozważań literaturoznawczych, pragnę przyjrzeć się „bohaterce” tego zamieszania, czyli śląskiej prozie, wartej bliższego poznania z wielu powodów. Z jednej strony jest ona wyrazem czegoś, co nazwałabym duchem miejsca, z drugiej zaś, swoim bogactwem refleksji nad człowiekiem i światem, w jakim przyszło mu egzystować, wpisuje się w dyskusje o ponowoczesnej kondycji. Regionalizm i uniwersalizm, swojskość i odmienność, konkret i ogół to przestrzenie, w których obracać się będą niniejsze rozważania. W tych samych przestrzeniach rozpięta jest bowiem śląska literatura. Słowem uzupełnienia należy dodać, że niniejsze refleksje oscylują wokół zagadnienia tożsamościowego charakteru literatury górnośląskiej, sposobu doświadczania przestrzeni Śląska Górnego i budowanej na tym doświadczaniu mentalności mieszkańców tego regionu. W dalszej części tego szkicu pojawią się pojęcia skrócone: śląskiej literatury, śląskości i Ślązaków w tym właśnie okrojonym zakresie geograficznoznaczeniowym, bez odniesień do obszarów Śląska Cieszyńskiego, Opolskiego czy Dolnego. Mówiąc zaś o współczesnej prozie Górnego Śląska mam na myśli ważne książki artystów piszących o Śląsku i na Śląsku, które pojawiły się po roku 1989, a więc literackie wypowiedzi Felisa Netza, Kazimierza Kutza, Henryka Wańka, Stefana Szymutki, Aleksandry Ostroch i innych ważnych dla tej dyskusji twórców. Od absurdu historii do historii miejsc
Zainteresowanie lokalnymi, przestrzennymi wymiarami egzystencji nie jest, jak wiadomo, żadną nowością. Przeciwnie: w literaturze XX wieku zrobiło ono oszałamiającą karierę. W świecie przyśpieszonych przeobrażeń, kataklizmów historycznych, przemieszczeń ogromnych mas ludzkich i ruchomych granic było ono wyrazem tęsknoty za czymś trwałym, co można przeciwstawić wszechogarniającemu chaosowi jako pewien wzór lub przynajmniej pamiątkę czytelnego świata. Znaczna część tzw. młodszej literatury charakteryzuje się zintensyfikowaniem owych zainteresowań[2].

Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land

BIBLIOTEKA KRYTYKI LITERACKIEJ
Książki do pobrania w formacie PDF; wersje papierowe dostępne w redakcji KL.

Krawiec

Obiekty banalne

Zgadzając się bądź nie, z szeroko dyskutowaną przez krytyków literackich tezą o przełomowości roku 1989 w polskim życiu literackim[3], należy jednak zauważyć pewne przemiany lub ich symptomy, co do których

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 5 of 23

Ogólna teoria jesieni

zgodni są literaturoznawcy, jak choćby podkreślona przez Zygmunta Ziątka intensyfikacja zainteresowań miejscem. Zgodnie z szerszym kontekstem kierunku przemian i zwrotów w myśli humanistycznej, owe zainteresowania skierowane zostały w stronę tego, co prowincjonalne i pograniczne, lokalne i hybrydyczne ze względu na swoją historię i kulturę. Związany z przemianami polityczno-społecznymi proces decentralizacji objął nie tylko mapę, lecz całą kulturę, na pewien czas lokalne inicjatywy, czasopisma i ośrodki kultury zdominowały rynek kulturalny[4]. Badacze zajmujący się sposobem zapisu i funkcjonowania miejsc w literaturze najnowszej zauważają, że w prozie lat dziewięćdziesiątych dokumentowanie mijającego czasu i historii zastąpione zostało dokumentowaniem miejsc, co nazywa, cytowany już Ziątek, powstaniem literatury miejsca. Wzrost zainteresowania miejscem wiązać można z odejściem od wcześniejszych literackich wzorców kreowania historii i obrazu człowieka w niej zagubionego. Podobną refleksję wysnuwa Hanna Gosk, formułując tezę o przejściu od absurdu historii do historii miejsc, co wiąże się z odwrotem od dawnego rozumienia historii, jako dziejów polityczno-narodowych na rzecz historii lokalnych, prywatnych, zwykłych[5]. W ten sposób rozumiana literatura miejsca jest niewątpliwie związana z pytaniami o tożsamość tak jednostki, jak i zbiorowości, próbą powrotu do korzeni i przerywanej niejednokrotnie przez wydarzenia wojny i PRLu ciągłości tradycji. Źródeł literatury miejsca zapoczątkowanej w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku upatrywać można w modzie na regionalność dwudziestolecia międzywojennego czy literaturze kresowej, małoojczyźnianej, rozwijającej się po drugiej wojnie światowej. Wielu badaczy pragnie widzieć silny związek i kontynuację pomiędzy tradycjami z początków wieku XX, a powrotem literatury małych ojczyzn u końca stulecia. Są jednak i tacy, którzy podkreślają odrębność nowo powstającej literatury miejsca. Przemysław Czapliński, zastanawiający się nad fenomenem popularności nurtu małych ojczyzn w literaturze po 1989, zauważa kolejne podziały tegoż nurtu, wyróżniając ojczyzny utracone, ojczyzny przodków, ojczyzny przenośne, ojczyzny wybrane i ojczyzny wykreowane[6]. Krytyk podkreśla, jak ważnym aspektem przemian prozy miejsc były właśnie zmiany na literackiej mapie zainteresowań: z Kresów na terytoria Polski (przykładowo: bogato opisywane przez wielu pisarzy Gdańsk, Wrocław, Szczecin), z czym wiąże się także zmiana podmiotu: już nie wygnaniec, ale osadnik opisuje swoje miejsce, obok problemu pamięci o miejscu pojawia się w rozważaniach prozaików kwestia wrastania w nową małą ojczyznę, która bynajmniej nie jest biała kartą, lecz posiada swoją bogatą historię, utrwaloną w miejscach, rzeczach, pamięci o ludziach, którzy kiedyś byli mieszkańcami danego miasta[7]. Wszystko to dodatkowo przybiera nową formę dialogu bądź gry z tradycją, co spowodowane jest większą świadomością konwencji literackiej. Tak odmieniony, przedefiniowany nurt małoojczyźniany przyczynił się do powrotu kulturowych debat o tożsamości, indywidualizmie, prawdach i złudzeniach mitograficznego utrwalenia[8], wykraczając daleko poza to, co pod nazwą „literatury korzennej” zwykło się znajdować. Obecnie wznowione przez pisarzy i badaczy zainteresowanie relacją tożsamość-miejsce-literatura, wraz z wejściem na scenę kolejnego pokolenia literackiego zmieniało swoje oblicza, ewoluując w stronę rozpoznania przestrzeni otwartej, kosmopolitycznej, a następnie powrotu do miejsc, powrotu nieudanego, bo niosącego ze sobą doświadczenie atopiczne[9]. W większym też stopniu w centrum rozważań znalazł się obszar miejski, jako najczęstszy ze sposobów doświadczania świata w kategoriach przestrzennych. Zmiana tonu? Pomimo pojawienia i utrwalenia się wśród krytyków tezy o wyczerpaniu i autokompromitacji literatury miejsca[10], a także wejściu nowych tendencji w opisie przeżywania przestrzeni, nie można powiedzieć, że nurt ten faktycznie przestał istnieć na polskim rynku literackim, o czym świadczą kolejne ukazujące się pozycje książkowe, ale i właśnie owa dążąca dalej refleksja humanistyczna nad znaczeniem miejsca w procesie budowania tożsamości. Zintensyfikowane rozważania teoretyczne stały się impulsem do ponownego przyjrzenia się sposobom i funkcjom reprezentowania miejsc w kulturze. Przed literackimi topografiami

Aleja Róż

Wojna Kwiatów

Dom Nadzoru

Pozycja chwilowo niedostępna

Gra

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 6 of 23

postawione zostało wyzwanie ponowoczesności, wiążące się ze świadomością końca wielkich narracji, a więc i ustalonego arbitralnie, jedynego właściwego kodu wartości. Kazimierz Brakoniecki, autor artykułu[11], który otwiera pole do namysłu nad przyszłością ponowoczesnej literatury regionalnej, dalszego rozwoju tego nurtu upatruje w połączeniu prywatnych doświadczeń historii i regionów z powszechnymi lekcjami historii i epok, a dalej w reinterpretacji rzeczywistości, idei religii, dokonujących się w określonych miejscach.
Wierzę, że przypadkowy człowiek i przypadkowy rodzinny krajobraz, prowincja człowieka mogą stać się przykładowym wędrowaniem do prawdy, światła i ciemności. Do źródła[12].

W dalszych rozważaniach olsztyński twórca i teoretyk nakreśla nowe zadania, z którymi zmierzyć musi się odnowiony nurt literatury miejsc:
Przyszedł czas na odmitologizowanie prowincjonalnych nostalgii, kiczowatych i ponownie powierzchownych uniesień wielokulturowych, sentymentalnych zauroczeń kresami i rozpoznanie zagęszczonej do czarnych dziur rzeczywistości społecznej i politycznej. Ten postulowany proces demitologizacji miejsca, to żądanie zmiany tonu narcystycznego i nostalgicznego na ton odpowiedzialności egzystencjalnej, to wskazywanie wartości literatury w krytycznym rozpoznawaniu schematów emocjonalnych i poznawczych tu i teraz nie powinien dotyczyć tylko polskiej literatury „małych ojczyzn”, ale również literatury naszych sąsiadów (…)[13].

Postulując szerszy namysł nad miejscem w literaturze ponowoczesnej, nie tylko w zakresie refleksji historycznej, ale przede wszystkim egzystencjalnej wpisuje się Brakoniecki w szersze dyskusje dotyczące fenomenu miejsc, prowadzone przez polskich literatów i krytyków[14]. Uczestnicy dyskusji odwoływali się w swych rozważaniach do tradycji literackich, obserwacji zjawisk współczesnych oraz własnych doświadczeń twórczych. Na przecięciu się romantycznych tradycji regionalnych, globalizacji i kultury masowej pojawiło się wiele znaków zapytania, ale i refleksja nad ocalającym więzi międzyludzkie i egzystencjalny sens charakterze literatury małych ojczyzn. Koniunktura na miejsca w literaturze nie skończyła się wraz ze złowrogimi wróżbami krytyków. Płynna nowoczesność, tożsamość zadana, dyslokacja miejsc to zjawiska, które nie dość, że nie przyczyniły się do zerwania głębszych związków człowieka i jego tożsamości z miejscem, ale sprawiły, że region ponownie stał się ważnym punktem odniesienia na mapie ludzkiej tożsamości. Co do wzmożonej wartości miejsca zgodni są Zygmunt Bauman, podkreślający ludzką potrzebę przynależności do „konkretnego gdzieś”[15], czy interesujący się niemiejscami (przestrzeniami tranzytywnymi jak dworce, lotniska, supermarkety, galerie handlowe) Marc Auge, którzy przekonują, że paradoksalnie – dominujące w dzisiejszym świecie nie-miejsca budzą tęsknotę za miejscami tradycyjnymi, będącymi opoką tożsamości człowieka[16]. Wobec tak bardzo rozwiniętej współczesnej refleksji nad rolą przestrzeni w procesie budowania tożsamości i daleko idących rozważań na temat literackiego odbicia realnych miejsc analiza narracji regionalnych nadal pozostaje wyzwaniem dla badaczy i krytyków literatury. Ciągle nowe narzędzia i języki interpretacji dostarczane przez teoretyków pozwalają na coraz to ciekawsze ujęcia zagadnienia stosunku miejsca do tożsamości człowieka. Dlaczego więc pewne miejsca zdają się nie istnieć lub istnieć w bardzo ograniczony sposób w tej bogatej już historii namysłu nad przestrzennością egzystencji? O czym milczał Górny Śląsk? Polemika z myślą nieprecyzyjną
O czym milczy nowsza literatura na Śląsku? (…) na Śląsku wyraźnie nieobecny jest temat gdzie indziej bardziej szeroko poddawany analizom pisarskim. Myślę o problematyce „małej ojczyzny”, kultury i historii lokalnej, która zwłaszcza po roku 1989 zyskała szeroki rozgłos w literaturze polskiej. Na Śląsku jednak ten wątek pojawił się sporadycznie i w ograniczeniu[17].

Wydawać by się mogło, że Górny Śląsk ze swoją wielokulturowością, skomplikowaną historią i zapoczątkowanymi w latach dziewięćdziesiątych gwałtowanymi przemianami społecznymi jest idealnym regionem do literackiej eksploatacji, ciekawym tak dla pisarzy, jak i odbiorców literatury. Jednak przyglądając się literackim topografiom, obok dobrze opisanego Gdańska, Szczecina, Wrocławia, a

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 7 of 23

nawet Mazur, Śląsk nie zajmuje znaczącej pozycji. Wypadałoby chyba jednak powiedzieć: nie zajmował. Pytanie o obecność tego regionu Polski we współczesnej literaturze najszerzej stawia Elżbieta Dutka w swojej pracy Zapisywanie miejsca. Szkice o Śląsku w literaturze przełomu wieków XX i XXI:
(…) pragnę postawić pytanie o Śląsk: na ile ten region stał się na przełomie wieków XX i XXI okolicą literacką, jakie są jego „topografie” – zapisy w tekstach kultury powstałych po 1989 roku [18]?

O ile pytanie postawione powyżej jest trafne, o tyle odpowiedź na nie nie wydaje się być ujęciem pełnym. Autorka stwierdza, że pomimo rozbudzenia się życia literackiego i środowisk twórczych po „przełomowym” roku 89. za sprawą roli, jaką odegrały czasopisma „Faart.”, „Opcje” i „Śląsk”, a także ożywienia się twórczego poetówdebiutantów, formujących się w grupy (Na Dziko, Estakada) oraz kontynuatorów takich jak Cezary Kęder, Grzegorz Słobodnik czy Tadeusz Sławek, śląski regionalizm nie odcisnął tak dużego śladu w literaturze małych ojczyzn, jak przykładowy Gdańsk. Można się z tym stwierdzeniem zgodzić jedynie częściowo. Dutka przyglądając się wydarzeniom ostatnich dwudziestu lat odnotowuje, że ani poezja, ani proza o śląskim rodowodzie nie uzyskały znaczącego rozgłosu we współczesnym życiu literackim, w którym najdonioślejszym (sic!) wydarzeniem dotyczącym śląskiej kultury literackiej stało się wydanie w 1994 roku w całości poświęconego śląskiej sztuce numeru „NaGłosu”[19]. O niezwykłości tego numeru wypowiada się w słowie do czytelników Bronisław Maj:
Dzisiejsze spotkanie w „NaGłosie” jest niezwykłe. Przenosimy się bowiem do przedziwnej krainy: na pozór – doskonale znanej i nieciekawie szarej, ponurej, zimnej i smutnej, a tak naprawdę – krainy tajemniczej, fantasmagorycznej, mitycznej. Krainy krzyżowania się dróg wielu narodów i kultur, ojczyzny wielu twórców, matecznika zdumiewającej wyobraźni, wrażliwości… Przenosimy się na Śląsk[20].

Wśród twórców, którzy przypomniani bądź zaprezentowani zostali na stronach „NaGłosu” znaleźli się pisarze polsko- i niemieckojęzyczni, młodsi i starsi: Horst Bienek, Piotr Lachmann, Adam Zagajewski, Julian Kornhauser, Maciej Melecki, Wojciech Kuczok, Kazimierz Kutz i wielu innych twórców, obok literatów malarze, rzeźbiarze, fotograficy. Wyciągnięcie jednak przez Dutkę wniosku, że to właśnie temu numerowi „NaGłosu” Śląsk zawdzięcza wpisanie na mapę polskiej literatury najnowszej, na forum ogólnopolskim, jest jednak nieprecyzyjne. Tak jak i nieprecyzyjna wydaje się konkluzja, że wynik tego przeglądu nie pozostawia złudzeń, co do faktu, że młodzi twórcy, debiutanci raczej nie byli zainteresowani pielęgnowaniem śląskiego regionalizmu. Warto przypomnieć, że od wydania pamiętnego numeru czasopisma, a więc roku 1994, do wydania Szkiców o Śląsku w literaturze przełomu wieków XX i XXI, czyli anno domini 2011, minęło mnóstwo czasu, który przyniósł wiele zmian w życiu literackim Górnego Śląska, o których autorka zdaje się milczeć, jak i milczy w jej pracy Śląsk. Nieuważne spojrzenie historyczno- i krytycznoliterackie prowadzi do zgubnej stereotypizacji literatury górnośląskiej, utrwalając odbiorców i badaczy literatury w powszechnym pod koniec XX wieku (i może wciąż jeszcze na początku wieku XXI) odczuciu, że Śląsk nadal jest „niezapisany” w literaturze najnowszej i pozostaje „Wielką Niemową”[21]. Okazuje się jednak, że milczenie błędnie uznane zostało za niezdolność wyrażania, a osąd ten skutkował w przeoczeniu słów ważnych, które - mimo wszystko - zostały wypowiedziane. Ostatnie lata przyniosły w literaturze i krytyce literackiej ożywienie dyskusji nad kategorią szeroko rozumianej śląskiej tożsamości, kwestii odrębności kulturowej tego regionu, specyfiki mentalności jego mieszkańców, ich doświadczenia miejsca, czasu i historii. Piszący o Śląsku i na Śląsku poruszyli niewygodne tematy etnicznej odmienności, wstydu, wykluczenia, politycznego uzależnienia i krzywdzącej stereotypizacji. Kolejne wypowiedzi górnośląskich artystów, nie tylko literatów, ale i performerów (przykładowo bytomskie performance Jerzego Beresia), fotografików (zdjęcia Jerzego Lewczyńskiego, Joanny Chudy) zdają się wybrzmiewać coraz głośniej. Literatura, tożsamość, etniczność. Głośniej

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 8 of 23

Jeżeli założymy, zgadzając się z refleksją nad podmiotowością Charlesa Taylora, który zwraca uwagę na zakorzenienie jako jedną z podstaw tworzenia się tożsamości[22], że samoidentyfikacja współczesnego człowieka nie jest już zdeterminowana tylko przez genealogię bądź różnie rozumianą przynależność, lecz jest kategorią zadaną, musimy też zastanowić się nad stopniem, w jakim jest ona, jak widziałby to Alsdair MacIntyre, autokreacją, czy „permanentną konstrukcją”[23]. Pomijanie uwarunkowań zewnętrznych wobec solipsystycznego ja, nie wydaje się być rozwiązaniem satysfakcjonującym i wyczerpującym. Wpływ określonej przestrzeni kulturowej i geograficznej, konkretnych miejsc, które budują swoistą siatkę obiektywnych i zasadniczo stałych wyznaczników dla owej indywidualnej konstrukcji, jaką jest tożsamość, jest niebagatelny. Powracający wciąż w rozważaniach humanistów problem zadomowienia, wykorzenienia, przesunięć w przestrzeni fizycznej i ich przełożenia na przesunięcia w przestrzeni egzystencjalnoaksjologicznej dowodzi ważności zagadnienia. Zagadnienia, które intensyfikuje się na niejasnych, palimpsestowych obrzeżach mapy, gdzie procesy tożsamościowe niejednokrotnie ulegają „rozmyciu. Jednym z najtrudniejszych do uchwycenia, padającym najczęściej ofiarą uproszczeń regionem-kolażem jest właśnie obszar Górnego Śląska. Jego tożsamościowa niejasność łączy się jednak (w sposób charakterystyczny i odróżniający od innych granicznych kolaży) z innym zjawiskiem: usilnym dążeniem do wykrystalizowania odpowiedzi na pytanie o słuszność mówienia o kategorii śląskości i jej problematyczności.
Śląsk jawi się jako locum europejskie. Znajdując się w różnych strefach wpływów, jego udziałem był ferment myślowy i pewne rozmycie procesów tożsamościowych. Podobne rozmycie stało się udziałem różnych regionów europejskich. Ale udziałem Śląska stało się też dążenie do krystalizacji tożsamości, gdyż trudno na Śląsku nie zauważyć siły świadomego lokowania siebie w przestrzeni mentalnej[24].

To „lokowanie siebie w przestrzeni mentalnej”, a więc próby zdefiniowania własnej tożsamości w stosunku do miejsca, a jak miejsca to i jego nieodłącznych filarów: czasu, historii, drugiego człowieka stało się siłą napędową wielu tekstów kultury, które na Śląsku i o Śląsku powstały i mówią. Niezależnie od odpowiedzi na pytanie o to, czy zasadnym jest mówienie o „śląskim locum kulturowym”[25] należy zauważyć, jak bogatą i rozległą, rozpiętą pomiędzy polskość, niemieckość, i śląskość właśnie (a więc kategorię wymykającą się klasyfikacji narodowej) tekstowością stały się górnośląskie topografie. Zapisy Śląska, tego bezpowrotnie minionego (Śląsk Henryka Wańka), współczesnego (jak w twórczości Wojciecha Kuczoka), uobecnianego (powieści Kazimierza Kutza, Feliksa Netza) i fantastycznego (literacka wizja Grzegorza Kopaczewskiego) stają się ważnym świadectwem sposobów doświadczania miejsca pochodzenia, często odczuwanego jako wstydliwe, niewygodne, zbytnio obarczone stereotypem etnicznym, historią, polityką, nadmiarem pamięci zbiorowej i pamięci indywidualnych.
Problem rozpiętości przestrzeni tekstowej prowadzi do niemocy poznawczej, która odsłaniana jest przy próbach określania tego, czym jest Śląsk i śląskość. Przekłada się to prosto na wagę i banał dyskusji. (…) zbyt wiele jest tych utartych szlaków w myśleniu o Śląsku, które oswajają poznawczo przedmiot i jednocześnie go unicestwiają[26].

Być może wspomniana przez Aleksandrę Kunce niemoc poznawcza stała się podstawą, na której wyrósł kolejny ze stereotypów łączonych z regionem Górnego Śląska: jego rzekome milczenie, kulturalna i literacka pustka, z rzadka znaczona ciekawszymi dyskusjami bądź tekstami. Milczenie tej przestrzeni zostało przerwane wieloma ważnymi tekstami, wpisującymi się w kulturę w najszerszym tego słowa znaczeniu, wykraczającym poza fenomen środowiska kulturalnego obszaru górnośląskiego. Wspominane książki Feliksa Netza, Henryka Wańka, Kazimierza Kutza, Stafana Szymutki – wymieniając tylko najbardziej znane nazwiska mające swój wkład w wielką, płynną opowieść o miejscu „nieopowiedzianym”, przekraczają tradycyjnie rozumiany nurt małoojczyźniany, kierując się ku uniwersalizmowi rozważań, uciekając od banału konwencji, rozpatrując kwestie tożsamości, miejsca, czasu i pamięci z wielu różnych perspektyw.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 9 of 23

Paradoksalnie odnotowywane przed laty mniejsze zainteresowanie nurtem „małych ojczyzn” na Śląsku przyczyniło się do tego, że temat śląski nie uległ w literaturze nadmiernej schematyzacji, wciąż jest wyzwaniem, które może być na nowo realizowane. Podejmując lokalne tematy artyści muszą mieć świadomość schematów, konwencji, banałów, których nie uniknęli pisarze związani z innymi regionami. Konieczne okazuje się nie tylko poszukiwanie nowych rozwiązań artystycznych, ale także pogłębianie rozpoznanych tematów, odkrytych już wcześniej problemów, przez lata przemilczanych, które miały status „białych plam” w dziejach regionu i jego mieszkańców oraz – przede wszystkim – odmienna problematyzacja stosunku jednostki do miejsca zamieszkania (poszukiwanie „niezdewaluowanych” określeń, kategorii, weryfikacji dotychczas używanych, takich jak zadomowienie, swojskość, obcość, bliskość). Wciąż okazuje się, że nie ma łatwych odpowiedzi na pytanie o tożsamość kulturową Śląska i Ślązaków. Sprawy tego regionu w utworach literackich nie są czymś danym, ale ciągle są zadane, domagają się poszukiwań wciąż nowych perspektyw, punktów widzenia, sposobów artystycznego wyrażenia [27].

Milczenie przerwane zostało także w dyskusjach literaturoznawczych i krytycznych. Realne potrzeby wypowiadania się na Śląsku i o Śląsku, umiejscowienia i uporządkowania faktów kulturalnych, literackich i inicjatyw kulturotwórczych przyczyniły się do powstania i funkcjonowania nowych (obok „Fa-artu”, kolejno powstających, manifestujących swą odrębność i znikających grup poetyckich) środowisk takich jak prowadzący działalność kulturotwórczą, wydawniczą i naukową Instytut Mikołowski, czy w końcu głośnego w ostatnich dniach otoczenia twórców i współpracowników kwartalnika „Fabryka Silesia”, któremu zawdzięczamy ponowne otwarcie dyskusji o tym czy i czym jest literatura śląska[28]. I choć pytanie o kanon wydaje się być nieco opóźnione, w zasadzie przez literaturę najnowszą przepracowane, jednak wyrosło ono z tej samej potrzeby, co i sama literatura, o której mowa: z pragnienia krystalizacji. Owa parokrotnie powracająca kategoria krystalizacji wydaje się być jednak – paradoksalnie – potrzebą ponownej rozmowy, ponownego namysłu, wypowiedzenia pewnych kwestii pozostających ciągle w cieniu dyskusji publicznej, bardziej niż potrzebą ustanawiania porządku, kanonu, hierarchii.
Wszelka opowieść o śląskiej kulturze, która miałaby być okrzepłą formą po latach tych wydzielonych historycznie górniczych migracji, jest chybioną historią. (…) kultura śląska jest czasoprzestrzenią rozpiętą przez wielość narodową, wyznaniową, warstwową, cywilizacyjną. To rozległa czasowość i brzemienna wielością pamięć historyczna. Pełna pęknięć, napięć, zgrzytów [29].

Świadomość niebezpieczeństwa, jakie niosą ze sobą próby zamykania różnorodności w zbyt stałych formach i sztywnych strukturach powoduje, że decyduję się jedynie na zasygnalizowanie pewnych wątków, moim zdaniem kluczowych, konstytuujących specyficzny charakter literatury górnośląskiej, podkreślający jej kontekst mentalny. Wybrane przeze mnie tropy są tylko próbą dotknięcia tożsamościowego charakteru wspominanej prozy, prezentującego tak różne przecież style myślenia czy prywatne mitologie. Próba ta jednak ma swój wyraźny cel: jest nim myślenie wielkościowe o zróżnicowanej i niekoherentnej prozie Górnego Śląska ostatnich lat. Powaga i śmieszność. literatury górnośląskiej O tożsamościowym charakterze

Badacze literatury zwracają uwagę na fakt, że twórczość śląska ma charakter palimpsestowy, zanurzona jest w konkretnym kontekście mentalnym tworzonym przez czas, przestrzeń, doświadczenia historyczne, a wreszcie nawyki myślowe i zachowaniowe. Można też na nią patrzeć jak na kumulację doświadczeń jednostkowych, które oscylują między przeszłością a teraźniejszością[30] Nie jest to jednak specyfikacja, która uchwyciłaby tylko i wyłącznie twórczość związaną z Górnym Śląskiem, wszak wszelka twórczość może zostać w podobny sposób scharakteryzowana. Można zaryzykować stwierdzenie, że wyjątkowość śląskich tekstów leży gdzie indziej - w osobliwych tropach odciśniętych w narracjach tego regionu, powracających niezależnie od osoby autora czy rodzaju realizowanej fabuły. Tropy te nie zawsze i nie dla wszystkich są czytelne, zawierają na wielu różnych płaszczyznach, od językowej po symboliczną. Realizowane są u większości przywołanych

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 10 of 23

pisarzy także w postaci wątków, które konstytuują śląskość jako specyficzną mentalność, przekraczającą klasyfikacje narodowe (deklarowaną polskość czy niemieckość). Wizje pisarzy tak różnych poglądowo, wiekowo i artystycznie jak Netz, Kutz, Waniek, Szymutko, Ostroch, a nawet dalej, sięgając do źródeł najnowszej powieści górnośląskiej, a więc Bienka i Janoscha łączy oczywiście, jak wskazuje większość literaturoznawców, konkret historyczny, gospodarczy, obyczajowy, językowy – mówiąc prościej – konkret miejsca, jakim jest Górny Śląsk. Spoiwem tego wielogłosu o tożsamości „piątej strony świata” i jej mieszkańców wydaje się być jednak coś więcej, pewne kategorie, wśród których najbardziej symptomatyczne wydają się być: obcość, tęsknota i melancholia. Piętno obcości, łączy się u górnośląskich artystów z pojęciem wstydu, trudnej tożsamości postrzeganej jako rany[31]; tęsknota kojarzona bywa z nieobecnością, brakiem i ubywaniem; w końcu osobliwa melancholijna zaduma sprzężona zostaje z dystansem wobec tego, co wokół. Wymienione wyznaczniki mogłyby wskazywać na literaturę śląską jako „doloryczną”, koncentrującą się wokół traumy etnicznej odmienności i niesprawiedliwości narosłych stereotypów. Tak jednak, co pokazuje praktyka czytelnicza, nie jest. Ciągle bolesne, często rozliczeniowe tematy realizowane są z typowym dla śląskiego sposobu postrzegania rzeczywistości dystansem, balansując pomiędzy powagą a śmiesznością, lub – jak u Kutza, Janoscha - wagą poruszanych kwestii a przaśnym poczuciem humoru. Wspomniane przeze mnie jako pierwsze piętno obcości powraca w twórczości prozatorskiej zwykle jako stygmat języka bądź, z tym się łączącej, wymuszanej odgórnie deklaracji narodowości, światopoglądu, „opowiedzenia się” po jednej ze stron granicy. Ślązacy mieli nader wyraziste piętno: mówili gwarą, która była traktowana jako nieczysta polszczyzna, a rodzinne powiązania wielu z nich stawiły pod znakiem zapytania czystość ich polskiego pochodzenia. I coz tego, że czuli się Polakami, że ich przodkowie walczyli w trzech powstaniach o polskość Śląska[32]? Stygmat bycia Ślązakiem, a więc politycznie niedookreślonym (z perspektywy narodowej), podejrzanym człowiekiem, wyróżniającym się sposobem mówienia i myślenia pojawia się w Piątej stronie świata Kutza, którego bohater do perfekcji doprowadza swoją literacką polszczyznę i oducza się wyniesionego z domu akcentu, aby nikt spoza Śląska nie podejrzewał jego pochodzenia.
Trudność w przyswojeniu czystej polszczyzny wiąże się z melodyką naszej gwary. Człowiek pozbawiony słuchu nigdy nie nauczy się dobrze mówić po polsku, bo być muzykalnym w tym wypadku oznacza nie tyle nauczyć się melodii, ile umieć się pozbyć własnej. (…) Wtedy, w Tczewie, mówiłem po polsku, nie bucząc z tutejsza. Nawet w alkoholowym zamroczeniu beblałem jak trzeba. (…)Dziś tamto wspomnienie wprawia mnie w rozrzewnienie, ale wtedy czułem się odmieńcem – jakimś Indianerem – i topiłem swój żal w wódce[33].

Z kolei Kazik Kranz, bohater Urodzonego w Święto Zmarłych Feliksa Netza na każdym kroku, już od pierwszych klas szkoły podstawowej, zmuszany jest do wyraźnego określenia swojej narodowości, bowiem jego „niemieckie nazwisko” i „tyn [niemieck] akcynt” wzbudzają nieufność i wrogie reakcje otoczenia, piętnującego po wojnie wszystko, co niemieckie. Usilny namysł nad tożsamością, wymóg czystości narodowoideowej i zdeklarowania były wynikiem fundującej niejednolitą przynależność państwową historii. Jakby wbrew tym stereotypom ciążącym ku jednolitemu obrazowi rzeczywistości pisarze wskazują na niemożność zastosowania tego typu narodowych i folklorystycznych szablonów, które deprecjonują wielokulturowość i wielowymiarowość społeczno-historyczno-narodowego kolażu. Piętno stereotypu historycznego, gospodarczego, społecznego, stygmat klarowności politycznej, w końcu język (bohater większości tych narracji) to stale nie dość opisany wątki górnośląskiej prozy. Uniwersalny wymiar tej refleksji krążącej wokół – tak modnych dzisiaj, a obecnych na Śląsku od dawna – kategorii wykluczenia, inności, obcości wpisuje się we współczesną refleksją nad tożsamością marginalizowaną, odmienną. Piętno zmusza do bycia czujnym i świadomym własnej inności.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 11 of 23

(… )my tu, na tym przeklętym Śląsku, musimy mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo, czy znowu nie przyjdą tacy, którzy „odwrócą koszulę na drugą stronę” i powiedzą, że jestem Szwab. Albo Polak – bo to nigdy nie wiadomo, co się komu podoba[34].

Wspomniane czujność i świadomość własnego bycia w przestrzeni podejrzanej, ciągle poddawanego wartościowaniu z zewnątrz, kieruje myśl w stronę kolejnego tropu łączącego powstającą na Śląsku literaturę – tęsknocie, która zwraca się w przeszłość, pochylając się nad tym, co nieobecne bądź niemożliwe do uobecnienia.
Śląsk obecnie jest w dużej mierze tęsknotą za tym, co było: dawnym domem, dawną przestrzenią, dawnymi ludźmi, dawną świętością, dawnym azylem. Azyl ten jest utopijny, przywołuje, a raczej powołuje czasy spokoju i trwania, które nie tyle są stanem, ile jedynie punktem w natłoku zdarzeń. Czy były kiedyś złote czasy Śląska[35]?

Przywołane słowa Aleksandry Kunce mogłyby sugerować, że nieprzepracowany temat małej ojczyzny powraca w scenerii Górnego Śląska. To jednak nie do końca prawda. Oparte na wspomnieniu i fascynacji nietrwałością narracje Wańka (jak choćby najbardziej bolejąca nad tym, co minione książka Finis Silesiae), powracające do przeszłości z pewną dozą sentymentu historie Kutza, Netza i Ostroch wykraczają jednak daleko poza prozę wspomnieniowo-nostalgiczną w ogólnie przyjętym znaczeniu tego terminu bądź w ogóle się w nią nie wpisują. Trafnie postawione przez Kunce pytanie: czy złote czasy Śląska miały w ogóle miejsce, zwraca uwagę na rewers powracającej w prozie przeszłości i pamięci o niej – na teraźniejszość. Obecna u wspomnianych prozaików pamięć to struktura powołująca, bardziej niż przywołująca minione czasy, mająca być swoistym dopełnieniem i jednocześnie remedium teraźniejszości. Śląska współczesność odbierana jest bowiem jako pęknięcie, luka, powodująca tęsknotę za czymś nieobecnym, co być może nigdy nie było obecne. Poszukujący we własnej pamięci odpowiedzi na dręczące pytania Kutz, balansujący na granicy istnienia i nieistnienia (tego, co było lub być mogło) Waniek, wracający do historii i wydarzeń czasów PRL-u Netz, nie budują w swoich narracjach mitu złotej przeszłości, krainy ładu czy wielkiej wspólnoty. Ich powroty do Śląska sprzed lat zdają się poszukiwać odpowiedzi na pytanie o utratę pewnych mentalnych wartości i granic dzielących świat na to, co swoje i obce, oczywiste i ukryte. Nie są to także wycieczki w poszukiwaniu tożsamości u korzeni. Pytanie ciążące nad tymi rozważaniami dotyczy kwestii dookreślenia człowieka przez czynniki etniczne, polityczne, przestrzenne właśnie. Powraca nurtująca współczesnych humanistów kwestia: czy wspólna czasoprzestrzeń jest wystarczającą podstawą dla utożsamiania siebie z całością? Napięcia w doświadczeniu tożsamości, dziś nazwanej zadaną, płynną są obecne w prozie górnośląskiej niezwykle intensywnie. To, co jednak uderza najbardziej, a jednocześnie wynika z powyższych rozważań nad tęsknotą i pamięcią, to zjawisko oplatające zarówno śląską literaturę, jak i inne formy wyrazu artystycznego (wspomnianą fotografię, performance), które rozpoznane zostało już wcześniej jako rodzaj osobliwej melancholii. Znaczący jest koloryt, nastrój, w jakich utrzymuje się większość tekstów kultury tego regionu Polski. Nieprzepracowane jeszcze kategorie krzywdy, wstydu, zakłamanego wizerunku, pękniętej tożsamości odbijają się w tytułach, w sposobie obrazowania, symbolach i porównaniach, jakie wiązane są ze Śląskiem. Dominująca czerń tej ziemi, jej ogrodów, ulic, nawet świecącego nad nią słońca, narzucona przez dominujący dyskurs peryferyjność piątej strony świata, przypisywana przaśna, wręcz prostacka ludowość i religijność to „znaki rozpoznawcze” tego, co śląskie. Tak jakby duch miejsca kształtował spojrzenie artystów (częstokroć bawiących się etnicznymi stereotypami), ale i recepcję odbiorców, mających pewien wizerunek miejsca utrwalony w świadomości. Wiszący nad omawianą twórczością ciężar Saturnowej zadumy jest wynikiem pewnego myślowego rozproszenia, o którym Marek Bieńczyk powie, że jest:
(…) powodowane przez uporczywe roztrząsanie straty, jest dryfowaniem wśród kalekich, naruszonych sensów, i zarazem, paradoksalnie, jest ciężkim bezruchem wobec nadchodzącej ponaddźwiękowej szybkości nowoczesnego miasta[36].

Na zawieszenie pomiędzy przeszłością – tą historyczną i polityczną, czyli z jednej strony charakterem robotniczo-przemysłowym, wraz z później przyczepioną łatką peerelowskiego pieszczocha i gospodarczego herosa,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 12 of 23

teraźniejszym rozbiciem, bezrobociem i wzrastającą nędzą i nadciągającą przyszłością miasta post-przemysłowego wskazują socjologowie. Dziwność i smutek dużych miast dzisiejszego Górnego Śląska, jak przykładowych Katowic Wańka oraz całkowite zatracenie małych miejscowości jak opisywane przez Kutza Szopienice, Roździeń tworzą coś, co nazwać by można „duchem miejsca”. Duch ten napędzany jest mechanizmem wspomnienia, mnożącego kolejne obrazy przeszłości w świecie, który nieustannie i gwałtownie się przeobraża, represywnie przekształcając przestrzeń i jednocześnie – przekształcając tożsamość Górnoślązaków. Niezamknięta przeszłość, objawiająca się w bezkresnym rozpamiętywaniu krzywd, win i zasług, z drugiej zaś strony bardzo silne współcześnie stereotypizcja i generalizacja wiedzy o Śląsku (do dziś dla niektórych podejrzanym politycznie i narodowo) to kontekst dla melancholii, która – jeszcze raz wracając do Bieńczyka – „nigdy nie odnajdzie straty”. Nie odnajdzie, bo też nie odnaleziona do tej pory została odpowiedź, co czyniło i czyni Górny Śląsk odmiennym kulturowym locum, w czym zawarta została jego siła i ponadczasowa wartość i czy w ogóle możliwym jest mówienie w tych kategoriach. Wspomniani artyści dotykają kolejnych kręgów wtajemniczeń śląskiej duszy i ducha miejsca, ciągle jednak natrafiając na to, co niewysłowione, nieuświadomione, pęknięte. Pewnych odczytań losu i historii oraz związanych z nimi uczuć nie da się ująć słowem, nienazwane zaś wytwarzają melancholijną aurę, która, gdy zawiśnie nad zbiorowością, przeradza się w mit miejsca. W tym przypadku w mit zapomnianego „szmaragdu Europy[37]” czy „czarnego ogrodu”. Mity bowiem tłumaczą najwięcej. Przypisy [1] Nowy kwartalnik kulturalno-artystyczny wydawany od maja 2012 przez ROK Katowice. [2] Z. Ziątek, Sierpień – grudzień – historia. Od dokumentów czasu do literatury miejsca w: Sporne sprawy polskiej literatury współczesnej, red. A. Brodzka, L. Burska, Warszawa 1998, s. 321.[3] M.in. J. Jarzębski, Apetyt na przemianę. Notatki o prozie współczesnej, Kraków 1997., P. Czapliński, Ślady przełomu. O prozie polskiej 1976-1996, Kraków 1997., M. Stala, Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć. Z przygód poezji w latach dziewięćdziesiątych w tegoż: Przeszukiwanie czasu, Kraków 2004, D. Nowacki, Zawód: czytelnik. Notatki o prozie polskiej lat 90., Kraków 1999. [4] Przykładowe lokalne inicjatywy i pisma: olsztyńska „Borrusia”, lubelskie „Kresy”, gdański „Tytuł”, sopocki „Topos”, śląski „Fa-art.” I wiele innych. [5] H. Gosk, Zamiast końca historii. Rozumienie oraz prezentacja procesu historycznego w polskiej prozie XX i XXI wieku podejmującej tematy współczesne, Warszawa 2005. [6] Czapliński, Wzniosłe tęsknoty. Nostalgie w prozie lat dziewięćdziesiątych, op.cit., s. 105-128. [7] Jednymi z najciekawszych realizacji tego typu refleksji są powieści S. Chwina, Hanneman, Gdańsk 1995 i I. Iwasiów, Bambino, Warszawa 2008. [8] P. Majerski, Literacki syndrom”małej ojczyzny” w: Dialog regionów: jedność państwa, prywatność regionu (Śląsk – Małopolska Morawy) red. S. Krawczyk, P. Majerski, Czerwionka-Leszczyny 2005. [9] E. Rybicka, Globalni i lokalni w: „Autoportret” [10] Opinie takie prezentowali m.in.: K. Uniłowski, Skądinąd. Zapiski krytyczne, Bytom 1998., T. Komendant, Czym była, czym mogła być literatura korzenna w: „Tytuł” 1997, nr 1, s. 97., D. Nowacki, Zawód: czytelnik, op.cit. i wielu innych. [11] K. Brakoniecki, Ponowoczesny regionalizm w: „Nowy Nurt” 1996, nr 8, s.1. [12] Ibidem, s. 11. [13] K. Brakoniecki, Prowincja człowieka. Obraz Warmii i Mazur w literaturze olsztyńskiej, Olsztyn 2003, s. 11. [14] Małe ojczyzny – raj dla twórców? Debata z udziałem T. Dąbrowskiego, P. Huellego, W. Kudyby, prowadzenie: W. Wencel w: „ Nowe Państwo” 2003, nr 1, s. 17-21. [15] Z. Bauman, Wspólnota. W poszukiwaniu bezpieczeństwa w niepewnym świecie, Kraków 2008.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 13 of 23

[16] M. Auge, Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności, Warszawa 2010. [17] M. Kisieli, Cnota nieobecności w: „Gazeta Wyborcza” (dodatek katowicki), 2000, 17 maj, s. 12. [18] E. Dutka, Zapisywanie miejsca. Szkice o Śląsku w literaturze przełomu wieków XX i XXI, Katowice 2011, s. 27 [19] „NaGłos” 1994, nr 15/16. [20] B. Maj, Od redakcji w: „NaGłos” 1994, nr 15/16, s. 3. [21] E. Dutka, op.cit., s. 36. [22] Ch. Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej, tłum, M. Gruszczyński i in., Warszawa 2001. [23] A. MacIntyre, Dziedzictwo cnoty, tłum. A. Chmielewski, Warszawa 1996, s. 390. [24] A. Kunce, Myśleć Śląsk w: A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk. Wybór esejów, Katowice 2007, s. 233. [25] W kwestii tej toczą się gorące dyskusje wśród zwolenników i przeciwników poglądu o odrębności kulturowej Śląska – patrz:. A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk…, op.cit., s. 233-234 i in., rozmowy na łamach kwartalnika „Fabryka Silesia”, nr 1, 2012. [26] A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk…, op.cit., s.234-235. [27] Ibidem, op.cit., s. 37-38. [28] „Fabryka Silesia” nr 1, 2012: tutaj dyskusje wokół kanonu literatury śląskiej i kategorii śląskości, w których głos zabrali m.in. A. Nawarecki, J. Lyszczyna, Sz. Twardoch i inni. [29] Ibidem, s. 238-239. [30] A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk…, op.cit. 234 i in. [31] Ibidem, [32] S. Gębala, Gorzki to chleb jest śląskość, w: Etniczność, tożsamość, literatura, red. P. Bukowiec, D. Siwor, Kraków 2010, s. 205. [33] K. Kutz, Piąta strona świata, Kraków 2010, s. 34. [34] K. Karwat, Ten przeklęty Śląsk, Katowice 1996, s. 15. [35] A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk…, op.cit., s. 240-241. [36] M. Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 2012, s. 13. [37] O Śląsku jako drogocennym kamieniu: Z. Kadłubek, W poszukiwaniu śląskiego szmaragdu, w: A. Kunce, Z. Kadłubek, Myśleć Śląsk…, op.cit. s. 189-228.
Poleć to w Google

Esej: Dariusz Pawlicki ZE ŻMUDZI POD TATRY
Panorama Tatr przyciąga wzrok każdego, kto zbliża się ku nim od strony Nowego Targu. A góry te są takie same, jakie były wieki temu. Tak więc patrząc na nie teraz, widzi się je takimi samymi, jak widziano je, na przykład, przed rokiem 1899. To znaczy przed uruchomieniem połączenia kolejowego z Chabówki do Zakopanego, kiedy to trasę tę pokonywano góralskimi wozami konnymi (możemy wyobrazić sobie, towarzyszące temu, skrzypienie kół, rżenie koni, pokrzykiwania woźniców, zwłaszcza jednak ustawiczne „podskakiwanie” wozów wraz z pasażerami na kamienistej drodze). Nie można wykluczyć tego, że spojrzenia dziewiętnastowiecznych podróżnych, tak jak wcześniejszych i późniejszych, pozostawiły jakieś ślady na bądź w skałach. Kto wie, są przecież sprawy, które nie śniły się filozofom. Wspomniałem o XIX w., gdyż patrząc na Tatry, myślałem o postaciach należących do artystyczno-literackiego środowiska zakopiańskiego z przełomu tego i XX wieku. A Zakopane ma to do siebie, że można w nim mieć częsty kontakt, także dotykowy, z miejscami związanymi bezpośrednio z twórcami, którzy odcisnęli ślad w kulturze polskiej. Tyle bowiem ich, na szczęście, się zachowało; do tego skupionych na niewielkiej przestrzeni. Ale obfitość owych miejsc wynika przede wszystkim z obecności w Zakopanem, choćby we wspomnianym okresie, tylu wybitnych artystów i ludzi pióra np. Mieczysława Karłowicza, Władysława Orkana, Jana Kasprowicza, Stefana Żeromskiego, ale przede wszystkim Stanisława Witkiewicza. Właśnie jego, gdyż, jak nikt nigdy, przykuł moją uwagę.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 14 of 23

* To chyba moje pojawienie się przy „Kolibie” (byłem tam po raz pierwszy), sprawiło, że ponownie zainteresowałem się Witkiewiczem. I to na tyle intensywnie, że zacząłem przerabiać tekst jemu poświęcony, który napisałem 7 lat temu. A następnie, niewycyzelowany ostatecznie, odłożyłem na przysłowiową półkę. Wokół okazałego domu rośnie wiele drzew. Te wyjątkowo duże spośród nich, gdy były bardzo młodymi, z pewnością „przyglądały się”, powstawaniu w latach 1892-94 drewnianej „Koliby”. To znaczy pierwszego obiektu wzniesionemu w stylu, który od początku nazywano zakopiańskim. Dom ten, z całą pewnością zasługujący na miano pięknego, powstał według projektu Stanisława Witkiewicza, będącego zresztą twórcą tego stylu. Belki, z jakich go wzniesiono, są tymi samymi, które widział Stanisław Witkiewicz, gdy pojawiał się na budowie, aby doglądać realizacji swej architektonicznej wizji. Niejednego elementu konstrukcyjnego przy tym dotykał. Drewno, z którym miał wówczas do czynienia, było bardzo jasne, nie tak jak obecnie. No i wydzielało zupełnie inny zapach. Teraz czuje się bowiem wyraźnie impregnaty ochronne, którymi pokryto ściany, jak też środki owadobójcze wstrzyknięte w belki. No ale Cicha Woda płynąca za „Kolibą”, szemrze tak samo, jak czyniła to w ostatniej dekadzie XIX w. Aby mieć jakiś kontakt ze Stanisławem Witkiewiczem, choćby z jego... cieniem, dobrze jest odwiedzić także inne jego dzieła architektoniczne znajdujące się w Zakopanem. Chociażby te, obok „Koliby”, najbardziej znane. To znaczy kaplicę na Jaszczurówce i dom „Pod Jedlami”. Jeśli chodzi o pierwszy z tych obiektów, to najzupełniej zgadzam się z opinią, że w porównaniu z nim nowe świątynie zakopiańskie wyglądają jak hangary. I nie dzieje się tak dlatego, że kaplica, jak to kaplica, jest niewielka. Wpływ na to ma przede wszystkim bryła powodująca, że po dziele Witkiewicza chce się wodzić wzrokiem: poczynając od dwuspadowego dachu zwieńczonego sygnaturką. Do tego dochodzi bezpośrednie otoczenie w postaci starego lasu świerkowego. Nietrudno wyobrazić mi sobie Stanisława Witkiewicza stojącego przed wejściem do kaplicy. Uśmiechającego się przy tym lekko – zadowolonego ze swego dzieła. Nie inaczej jeśli chodzi o niego, rzecz ma się z domem „Pod Jedlami”. Oczami wyobraźni widzę, jak po okazałych, kamiennych schodach wchodzi na piętro. Puka do drzwi. A po zniknięciu we wnętrzu, po jakimś czasie, przez jedno z okien wychodzących na północ, podziwia rozległy widok na Zakopane (wówczas jeszcze wieś), jak też łagodne szczyty, w tym Gubałówkę. Zaś znalazłszy się po przeciwnej stronie domu, spogląda na panoramę Tatr. Piękna architektura tego domu usytuowanego celowo na okazałym wzniesieniu, przyciąga uwagę. Tak jak i panorama gór stanowiących jego naturalne tło. I to bez względu na to, z której strony, by się na niego patrzyło. Olśnienie Tym, co sprawiło, że kilka lat temu napisałem wspomniany tekst o Stanisławie Witkiewiczu, który teraz zdecydowanie przerabiam, był pewien obraz. A dokładnie jego reprodukcja. Mam na myśli Wiatr halny namalowany przez twórcę stylu zakopiańskiego w 1895 r. Ta praca wciąż robi na mnie duże wrażenie. Na pierwszym planie widać rozległą białą przestrzeń i dwa pochylone drzewa iglaste. A w tle - fragment panoramy Tatr. Wiatr wiejący od ich szczytów, unosi w stronę widza tumany śniegu. Jest to niewątpliwie apoteoza potęgi gór. Z tym, że niejedna osoba patrząca na ten obraz, może pomyśleć: „Jak dobrze, że mnie tam nie ma!”. Stanisławów Witkiewiczów było dwóch

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 15 of 23

W świadomości większości ludzi znających nazwisko Witkiewicz, istnieje tylko jeden Witkiewicz - Stanisław Ignacy Witkiewicz, który przyjął przydomek Witkacy; wybitny dramaturg, oryginalny malarz, teoretyk sztuki; znany także ze swego ekscentrycznego życia. Na powstanie jego swoistej legendy wpływ też miało samobójstwo, które popełnił 18 września 1939 r., na wieść o wkroczeniu do Polski, dzień wcześniej, armii radzieckiej. Ale bohaterem tego szkicu będzie jego ojciec Stanisław Witkiewicz, ów drugi Witkiewicz, niesłusznie moim zdaniem, zapomniany przez wspomnianą większość. Stanisław Witkiewicz Ród Witkiewiczów wywodzi się ze Żmudzi. I tam, a konkretnie w rodzinnym majątku w Poszawszu*, 8 maja 1851 r. urodził się Stanisław Witkiewicz. Na ukształtowanie światopoglądu przyszłego autora Wiatru halnego wielki wpływ wywarło powstanie styczniowe. Z podziwem patrzył na zaangażowanie swego ojca w narodową sprawę. Ignacy Witkiewicz pełnił bowiem funkcję naczelnika cywilnego powiatu szawelskiego. Młody Witkiewicz dostarczał zaś do obozów powstańczych żywność, amunicję, obrok dla koni. Po upadku powstania majątek Witkiewiczów został skonfiskowany a Ignacego Witkiewicza skazano na śmierć. W wyniku starań jego żony, Elwiry z Szemiotów, wyrok zamieniono na zesłanie na Sybir. W Tomsku dokąd został zesłany, Ignacemu towarzyszyła dobrowolnie prawie cała najbliższa rodzina: żona, trzy córki i dwóch synów, w tym Stanisław. Wiosną 1868 r. Stanisław Witkiewicz wyruszył do kraju. Pragnął podjąć starania o wcześniejszy powrót z zesłania ojca (w tym samym roku rodzina Witkiewiczów wróciła z zesłania, jednak Ignacy Witkiewicz zmarł w drodze powrotnej). Chciał też wziąć udział w kolejnym zrywie narodowym. Wychowany w tradycji powstańczej, był bowiem pewien, że społeczeństwo polskie wkrótce ponownie zerwie się do walki. Ale podczas pobytu w Królestwie i Galicji stwierdził, że o kolejnym powstaniu myśli bardzo niewielu. Rozczarowany tym, wyjechał na studia artystyczne do St. Petersburga. Przebywał tam w latach 1868-1871. Studia te kontynuował, od 1872 do 1875, w Monachium. W stolicy Bawarii poznał licznych polskich artystów. Cierpiał tam jednak niedostatek, często głodował, początkowo odczuwał też samotność. I to sprawiło, że młodemu Żmudzinowi, w tym okresie, nie były obce myśli samobójcze. Ale na pobyt w Monachium składał się też początek jego przyjaźni z Józefem Chełmońskim. A także poznanie Adama Chmielowskiego (późniejszy Brat Albert), którego poglądy na sztukę wywarły wielki i trwały wpływ na Stanisława Witkiewicza. Po powrocie do kraju, wraz z J. Chełmońskim, Antonim Piotrowskim i A. Chmielowskim, otworzył „wielką malarnię”. Mieściła się ona na poddaszu hotelu „Europejskiego”.Warszawska publiczność, gustująca w tradycyjnej, uwznioślonej sztuce, odrzuciła jednak proponowane przez trzech artystów malarstwo realistyczne. Aby zarobić na utrzymanie, Stanisław Witkiewicz wykonywał w tym okresie ilustracje do czasopism i książek. Z powrotem Witkiewicza do kraju, wiązał się też początek jego miłości do Heleny Modrzejewskiej; miłości niespełnionej, która zresztą nigdy nie wygasła. Na początku lat 80. zachorował na gruźlicę. Na leczenie wyjechał w Alpy Tyrolskie. Niedługo po powrocie, w 1884 r., objął funkcję kierownika artystycznego Wędrowca, redagowanego w Warszawie. Żona i syn

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 16 of 23

Wkrótce po objęciu posady w Wędrowcu, Witkiewicz ożenił się z Marią Pietrzkiewicz, nauczycielką muzyki. W roku 1885 przyszedł na świat Stanisław Ignacy Witkiewicz. Warte odnotowania jest to, że został ochrzczony dopiero... sześć lat później. Stanisław Witkiewicz obiecał bowiem Helenie Modrzejewskiej, że będzie matką chrzestną jego dziecka. A wielka aktorka dopiero w 1891 r. wróciła z zagranicznych wojaży (ojcem chrzestnym chłopca był słynny Jan Krzeptowski zwany Sabałą). * Małżeństwo Witkiewiczów nie należało do udanych. Maria Witkiewiczowa, zawiedziona w miłości małżeńskiej, całą miłością obdarzyła swe jedyne dziecko. Wychowywała je zresztą we wrogości do ojca. Na początkową niechęć syna do ojca wpływ miał też fakt, że Stanisław traktował potomka, jak człowieka dorosłego - bez żadnych roztkliwień. W późniejszych latach, to Stanisław Witkiewicz zajął się wychowaniem syna. Czynił to zresztą w bardzo oryginalny sposób. Na przykład, jako zdecydowany przeciwnik systemu szkolnego, zorganizował Stasiowi lekcje w domu. Jedynie egzaminy semestralne zdawał on w szkołach. Pozwalał również synowi czytać wszystko, na co tylko miał ochotę. Sprzyjał też rozmaitym zainteresowaniom syna. O tym, co to wychowanie przyniosło, przekonano się najpierw w Polsce, potem na świecie. O jego podejściu do sztuki, co dla niego było tożsame z życiem, świadczy, m. in., taki oto fragment listu do syna (czerwiec 1905 r.): „Można jeść z głodu tanie pomyje (...), ale nie wolno jest pić pomyj ducha, pomyj sztuki dlatego, że tanie. Oddaj wszystko, co masz za jeden diament myśli i wróć bosy, oberwany, ścigany przez wierzycieli, ale nie kupuj taniej wiedzy, tandentnego ducha, tandetnej rozkoszy dlatego, że tania. Otrząśnij się z przygnębienia – bądź dumny, nie zadowalaj się byle czym ani w sztuce, ani w życiu (...)”. W innym liście do syna, będącym reakcją na jego zamiar podjęcia, w 1905 r., studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, m. in., napisał : „Co za szczególną mieszaniną sprzeczności jest życie i czy koniecznie każde nowe pokolenie musi być antytezą i reakcją poprzedzającego? Więc po to my walczyliśmy przeciwko niewoli szkolnej, przeciw stadnemu duchowi w sztuce (...) żebyście wy właśnie czuli się dobrze w szkolnym systemie?” Zachowane w znacznej części, zresztą bardzo liczne, listy** Witkiewiczaseniora do Witkiewicza-juniora, uzmysławiają, jak bardzo przejmował się losem syna (ten zaś listy swoje do ojca zniszczył po jego śmierci). Jak starał się, mimo upływu lat, wciąż nim kierować, jak też doradzać, chronić. Jaki też potrafił być, zwłaszcza w początkowym okresie, apodyktyczny. Wszechstronny artysta Stanisław Witkiewicz był nie tylko architektem i malarzem, ale również teoretykiem sztuki, krytykiem artystycznym, poetą, publicystą, projektantem przedmiotów użytkowych (w tym mebli), strojów, biżuterii, instrumentów muzycznych. W jednym ze swoich tekstów napisał: „Artysta musi być bezwzględnie szczery. To co czuje i jak czuje w (...) chwili, w której w jego umyśle powstaje obraz – to musi on wypowiedzieć bez żadnych zastrzeżeń, żadnych zboczeń, z całą żywiołową bezwzględnością”. Do tego dochodziło jeszcze propagowane przez niego pojęcie prawdy artystycznej. Nie polegającej jednak na wiernym, fotograficznym przedstawieniu na obrazie natury. Uważał bowiem, że artysta ma prawo do dokonywania wyboru i przekształcania w wyobraźni elementów występujących w naturze. Owo przekształcanie może być jednak tylko takie, aby widz oglądający dzieło czuł, że ma do czynienia z czymś rzeczywistym, prawdziwym. Pojęcie prawdy artystycznej, według Witkiewicza, dotyczy doskonałości kształtu przedstawianych obiektów, harmonii barw,

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 17 of 23

światłocienia. Z tym, że może ona się ograniczyć do doskonałości w przedstawieniu jednego z tych elementów. To dlatego wyraził pogląd, że można „samo światło uznać za treść obrazu”. Witkiewicz był także wyrazicielem poglądu, że „bezwzględną wartość dzieła mierzy się tylko jego cechami artystycznymi”. Wierny temu poglądowi zwalczał konsekwetnie wyznawany przez rodaków (zresztą nie tylko przez nich) prymat w sztuce treści, który zaowocował stworzeniem hierarchii tematów. Właśnie tej kwestii był poświęcony szkic Witkiewicza Malarstwo i krytyka u nas, zawierający następujący spektakularny fragment: „Z jakichkolwiek też powodów i ktokolwiek się smuci lub cieszy, światło rozkłada się na nim zawsze według jednej i tej samej zasady. Czy to będzie Zamoyski pod Byczyną, czy Kaśka zbierająca rzepę, nie przybędzie ni w pierwszym, ni w drugim wypadku ani jednego połysku, ani jednego cienia albo refleksu, jeżeli będą o tej samej porze dnia oglądani (...)”. Wręcz policzkiem, żeby nie wyrazić dosadniej, dla osób głoszących wyższość tematu w sztuce, było owo zrównanie zwycięskiego hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego z Kaśką zbierającą rzepę. * Na kontrowersyjny odbiór Witkiewiczowskich poglądów na sztukę, w wielu punktach zbieżnych z tzw. nową sztuką, która u schyłku XIX w. kształtowała gusta estetyczne w Europie, wpływało nie tylko to, że polska publiczność ceniła dzieła o tematyce patriotycznej. Równie ważne było to, że winny one być tworzone w duchu akademickim. Tymczasem w kwestii „ducha akademickiego”, autor Wiatru halnego głosił pogląd zdecydowanie przeciwny. Odrzucał bowiem ograniczenia akademickie i wzory pochodzące z antyku, jak też dziewiętnastowieczną konwencję odtwarzania rzeczywistości. Tatry i Podhale Od 1886 r. Stanisław Witkiewicz był częstym gościem w Zakopanem. A w czerwcu 1890 r., ze względu na stan zdrowia (gruźlica) zamieszkał w nim na stałe z rodziną. Tak jak wielu współczesnych jemu polskich artystów i pisarzy, należał do wielbicieli skrawków Polski, które nazywały się: Tatry i Podhale. Świadczy o tym, z jednej strony to, że w stolicy Tatr mieszkał przez kilkanaście lat (ze względu na stan zdrowia nie mógł dłużej), jak i to, że te góry, jak i Podhale, były częstymi tematami jego prac malarskich i literackich. Przykładami tych pierwszych mogą być takie obrazy, jak: Owce we mgle, Czarny Staw-kurniawa, Widok tatrzański-gniazdo zimy, Pejzaż zimowy w Tatrach, Morskie Oko. Jego teksty prozatorskie związane tematycznie z Tatrami, są zapisem aktualnych wrażeń, nastrojów, widzianych kolorów. A np. takie utwory Witkiewicza, jak Na przełęczy, Wrażenia i obrazy z Tatr są powszechnie uważane za najpiękniejsze współczesne opisy przyrody. A pierwsza z tych pozycji, będąca także opisem życia górali tatrzańskich, przez kilka dziesięcioleci była niezwykle popularną pozycją, rodzajem Biblii Tatr. Obecnie już nie jest, ale i żadna książką nie zastąpiła w tej roli Na przełęczy. W 1891 r. ukazało się pierwsze wydanie Sztuki i krytyki u nas, analizującej stan sztuk plastycznych, jak też krytyki sztuki na terenie ziem polskich. W roku następnych, na łamach Kuriera Warszawskiego, Stanisław Witkiewicz opublikował cykl artykułów zatytułowanych Styl zakopiański, które miały na celu, m. in., nadanie charakteru rodzimego, podhalańskiego zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego. Szkoła ta, kierowana przez obcokrajowców, była bowiem rozsadnikiem obcych wzorów, np. tyrolskich. Witkiewicz nie tylko stworzył styl zakopiański, lecz też bardzo wiele uczynił dla jego popularyzacji. Twierdził bowiem, że styl ten stanowi „resztki zaginionego, dawnego, drewnianego stylu polskiego, że z tych resztek da się styl polski odtworzyć”. W związku z popularnością tego stylu, pod koniec XIX w., miał bardzo wiele zamówień na projekty domów. Nie pobierał za to jednak honorariów w ogóle, albo bardzo

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 18 of 23

niewielkie. Propagowanie bowiem budownictwa w stylu zakopiańskim, jako rdzennie polskiego, traktował, jako swój obowiązek patriotyczny. Zdecydowanie inny punkt widzenia na tę sprawę miała jego żona, która zajmowała się finansami rodziny. Ostatnie lata życia W 1904 r. zdrowie Stanisława Witkiewicza, ze względu na stan płuc i serca, gwałtownie się pogorszyło; niemal nie opuszczał domu. Za namową lekarzy zdecydował się wyjechać na pewien czas na Południe. Pocieszeniem dla niego było to, że w tej podróży mógł mu towarzyszyć syn. 21 października wspomnianego roku wyruszyli do Lovrany na półwyspie Istria (obecnie w granicach Chorwacji), niedaleko Triestu (pierwotnie miejscem pobytu miała być mała wyspa na Adriatyku – Lussin Piccolo). Witkacy powrócił stamtąd do Zakopanego na początku stycznia 1905 r., zaś jego ojciec – w maju. W listopadzie 1908 r., pod opieką Marii Dembowskiej i swej siostry Eugenii, Witkiewicz-senior ponownie wyjeżdża do Lovrany. Był przekonany, że tak jak poprzedni, będzie to pobyt tylko kilkumiesięczny. W najczarniejszych snach nie przypuszczał, że do Polski już nie powróci. Choć stale łudził się, żył nadzieją, że powrót jednak nastąpi. Postępy gruźlicy sprawiły, że był coraz słabszy, coraz bardziej wyniszczony. Dawał mu się we znaki także artretyzm. Tak więc o podróży do Zakopanego mógł już tylko... marzyć. I marzył! O tym w jakiej kondycji fizycznej, znajdował się wówczas, świadczy, na przykład, to, że po 1908 r. nie powstała już żadna praca malarska – nie był bowiem w stanie posługiwać się pędzlem. Choroba, w swym zaawansowanym stadium, w połączeniu z artretyzmem, dokonała też, dosłownego, rozstrzygnięcia swoistej rywalizacji jaka w nim dotąd się odbywała. Do wspomnianego roku Witkiewicz-artysta rywalizował bowiem o czas z Witkiewiczem-pisarzem. I przez większą część życia twórczego autora Mgły wiosennej, ten pierwszy najczęściej wygrywał. To że pisanie stało się dla Stanisława Witkiewicza jedyną dostępną mu formą wypowiedzi, nie było, co należy podkreślić, formą zastępczą, rodzajem namiastki twórczości. Była bowiem traktowana jak najbardziej poważnie. Została zresztą przyjęta z radością, można powiedzieć, że z wdzięcznością. Nietrudno wyobrazić sobie, jak czułby się ten niezwykle aktywny intelektualnie człowiek, gdyby także możliwość pisania została mu odebrana. A o tym, czym stało się dla niego pisanie, świadczy i takie zdanie z listu do syna (21 stycznia 1912 r.): „Marzę o dniu, w którym porwę za pióro”. „Marzę” występujące w powyższym wyrażeniu, wynika z faktu, że nie zawsze, z powodu oczywiście choroby, był w stanie pisać. Ale gdy było to możliwe, czuł się szczęśliwy. Starał się wówczas zapisać dziennie przynajmniej kilka stron.Teksty które wówczas powstały (znaczna ich część zaginęła) nie dotyczyły jednak sztuki. Były to bowiem rozważania poświęcone polityce, sprawom społecznych, etyce, mające, w zamierzeniu ich autora, wskazać Polakom drogę do odbudowania własnej państwowości, jak też umożliwić naprawę ludzkości. Z tym, że w lovrańskim okresie swego życia napisał szczególnie wiele listów (pisał je również wcześniej). Była to bowiem forma kontaktu, przede wszystkim z żoną i synem, ale także z innymi osobami, w tym z siostrą, Marią. Sprawy związane z sztuką, krytyką artystyczną nie przestały być nigdy bliskie autorowi Sztuki i krytyki... Do końca jego dni, członkowie rodziny, ale nie tylko oni, przesyłali do Lovrany katalogi z wystaw, albumy z reprodukcjami plac plastycznych. Zresztą planował pisać na tematy np. sztuki awangardowej. Planów tych jednak nie zrealizował. Podobnie jak w sferze zamierzeń pozostała praca poświęcona malarstwu Józefa Chełmońskiego. Stan finansów Witkiewicza podczas pobytu na półwyspie Istria był opłakany. Pozbawiony możliwości zarobkowania utrzymywany był przez siostry i Marię Dembowską – swego anioła opiekuńczego. Musiał się zresztą wyrzec wielkiego marzenia – zobaczenia syna, któremu nie był w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 19 of 23

stanie opłacić podróży, jak też pobytu. A Witkiewicz-syn był w takiej samej sytuacji finansowej. 5 września 1915 r., schorowany, tęskniący za synem, Stanisław Witkiewicz zakończył w Lovranie bardzo pracowite życie. A 12 dni później jego ciało spoczęło na Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, które dla niego było bardzo ważnym miejscem na Ziemi. Na jego mogile stoi wysoki słup zwieńczony drewnianym, czterospadowym daszkiem – typowym żmudzkim smektalisem przypominającym skąd pochodził, ten który, m. in., był twórcą stylu zakopiańskiego.

* Dwór Witkiewiczów w Poszawszu, w znakomitym stanie dotrwał do naszych czasów. ** Stanisław Witkiewicz, Listy do syna. Opracowały Bożena DanejWojnowska i Anna Micińska. PIW, Warszawa 1969, s. 835.
Poleć to w Google

Po konferencji: Ignacy S. Fiut NOWE MEDIA W CYBERKULTURZE
W dniu 26 kwietnia 2013 roku w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie z inicjatywy działającego tam czasopisma kulturalnego „Fragile” odbyła się jednodniowa konferencja naukowa na temat „Cyberartywizmu”. Termin ten została stworzony przez organizatorów na potrzeby opisu nowych zjawisk kulturowych, wynikających z połączenia terminów „cyberaktywizmu” oraz „artywizmu”, które opisują aktywność artystyczna w cyberprzestrzeni oraz wynikające z niej hybrydu, pojawiające się w świecie realnym. W informacji o konferencji na stronie Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie organizatorzy zamieścili, prócz informacji o konferencji, następujący anons: „Termin cyberartywizm został skonstruowany przez połączenie słów cyberaktywizm i artywizm a jego definicja, którą prawdopodobnie powołamy do życia, będzie swoistą kompilacją m.in. definicji cybernetyki i artywizmu, rzeczywistości wirtualnej czy aktywizmu społecznego. Pojęcie będzie w sobie zawierać refleksy niepokoju twórców cyberpunku o kształt relacji społecznych w świecie opanowanym i zdemoralizowanym przez nowoczesne technologie oraz socjologiczne analizy wirtualnej przestrzeni społecznej, w ramach której w dużej mierze realizują się potrzeby kontaktu i komunikacji współczesnego człowieka. Na terytorium sieci połączonych komputerów i innych maszyn przekazywane i wytwarzane przez ludzi informacje poddawane są różnorodnym przetworzeniom, adaptacjom, manipulacjom i kontroli. Czas spędzony w przestrzeni informatycznej powoduje kurczenie się czasu możliwego do wygospodarowania na aktywność w świecie realnym, ale nie bądźmy naiwni, nie da się już z czystym sumieniem przeciwstawić sobie pojęć wirtualności i realności. Opozycja została raz na zawsze unicestwiona, pozostaje namysł nad powstałą w ten sposób hybrydą. Nie sposób na przykład przecenić znaczenia Internetu dla funkcjonowania globalnego społeczeństwa obywatelskiego. Należy docenić choćby aspekt tworzenia dyskursu alternatywnego wobec treści i sposobu komunikacji (w tym języka) tradycyjnych mass mediów. Sieć pozwala userom zabrać głos w ważnych dla nich kwestiach w sposób łatwy, bezpośredni i błyskawiczny. Niekiedy te akty obywatelskiego sprzeciwu lub poparcia przybierają formę o znaczeniu jakby rewolucyjnym, czasem stają się tylko iluzją działania na rzecz sprawiedliwości i porządku, kliktywizmem, który pozostawia pseudoaktywistę w poczuciu spełnienia obowiązku względem świata czy jego biedoty, a nie prowadzi do efektywnych gestów dobroci. Zasadniczym przedmiotem przeprowadzanych analiz i badań oraz prowadzonych dyskusji na tak nakreślonym tle będzie sztuka współczesna. Aktywizm społeczny nader często przybiera formy działań artystycznych a artystom od dawna nieobce są akty zaangażowania politycznego czy społecznego. Czy artystyczny aktywizm w

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 20 of 23

cybernetycznej sferze ma siłę społecznego protestu? Czy ta społeczna przestrzeń jest szczególnie bogata w artefakty kultury, które mają szansę ją kształtować?” Na konferencję zakwalifikowano 14 referatów z różnych ośrodków akademickich w Polsce: Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Łódzkiego, Uniwersytetu Wrocławskiego, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego oraz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Radę Programową konferencji tworzyli profesorowie: dr hab. Ignacy Stanisław Fiut (AGH), dr hab. Michał Ostrowicki (UJ) i dr hab. Piotr Zawojski (UŚ) oraz doktorzy: Krzysztof Mazur, Piotr Sobolczyk, Agata Świerzowska i mgr Anna Gregorczyk i mgr Agnieszka Kwiecień – przedstawicielki organizatorów konferencji. Wystąpienia autorów zgłoszonych referatów podzielono na cztery grupy tematyczne, a po każdej z nich odbywały się żywe i bardzo ciekawe dyskusje, których przedmiotem były analizy ewolucji omawianych przez autorów zjawisk artystycznych w cyberprzestrzeni i ich wpływ na dalszy rozwój kultury popularnej, ale i wyższej. Wszyscy podkreślali, że obecnie nie tylko twórczość amatorska, ale i profesjonalna rozwija się w cyberprzestrzeni i odnosi tam znaczące sukcesy. Wszyscy dyskutanci krytykowali jednogłośnie diagnozy Andre Keena co do amatorskiego charakteru sztuki i kultury w cyberprzestrzeni, pokazując, że ulega ona tam szybkiej profesjonalizacji, co ma również wpływ na rozwój tej dziedziny świadomości kulturowej w świecie rzeczywistym i społecznym życiu ludzi w społeczeństwie ponowoczesnym. Podkreślano również, że najnowsze zestawy aplikacji dostępne indywidualnym użytkownikom Internetu dają możliwość skutecznego ich konkurowania w obszarze twórczości w sferze publicznej, którą chcą zagospodarowywać głównie w celach komercyjnych przez instytucje państwowe i prywatne, szerząc tam kult konsumpcjonizmu. Omówiono wiele czasopism literackich i artystycznych obecnie ukazujących się jedynie w formie internetowej wskazując, że jest to przyszłościowa forma rozwoju tego typu prasy, ale i innych wydawnictw o charakterze medialnym. Sztuka tworzona przez kolejne generacje użytkowników nowych mediów rozwijana w modelu Web 3.0. – podkreślali dyskutanci - niebawem przejdzie do modelu Web 4.0. i stanie się równorzędnym partnerem oddolnie inicjującym i kontrolującym rozwój twórczości, ale i działalności społecznej i politycznej w przestrzeniach publicznych. Na program wystąpień konferencyjnych składał się więc następujące referaty połączone z prezentacjami multimedialnymi: mgr. Grzegorza Jędreka, „Zmiana nośnika czy zmiana systemu? O dwóch manifestach, jednej rewolucji i cyberpoezji”, Anny Kurdy, „YouTube Musical – zjawisko fandomu i twórczość fanów na przykładzie grupy StarKid”, mgr. Macieja Marylaka, „Kompendium jako źródło sieciowej wiedzy”, mgr. Michała Hyjeka, „Ewolucja radiowego nadawania danych – od fal LF i pirackich audycji radiowych do przestrzeni Herza i smartphonów”, mgr. Mateusza Curyły, „Dobro, piękno, prawda, Counter Strike”, Macieja Kozłowskiego, „Bioshock: Infinite – gra komputerowa jako komentarz polityczny i arena walki ideologicznej”, dr. Agnieszki Dytman-Stasieńko, „Laughtivism – czy nowe zjawisko (cyber)aktywizmu?”, Emilii Mazik, „Nieformalne obiegi kultury jako szansa społecznej zmiany – Tajni Kulturalni a cyberaktywizm”, dr. Anny Nacher, „Przedmioty na Twitterze: aktywizm napędzany danymi w dobie internetu rzeczy”, mgr. Marty Lisok, „Awatary. Marzenia o uwolnionym ciele”, dr. Tomasza Sikory, „Cyberporno”, dr. Sławomira Czapnika, „Kryterium uliczne. Cybertywizm a Arabskie Przebudzenie”, Jakuba Wydrzyńskiego, „Movimento 15-M jako przejaw cyberartywizmu w Hiszpanii czasów kryzysu” i dr hab. Ewy Łukaszyk, „Nagłość i emergencja. Przełamywanie lokalności „samego ciała” a transformacyjna skuteczność człowieka wobec historii”. W dyskusjach panelowych zwracano przede wszystkim uwagę szczególnie na transformację, jakiej ulega współczesna poezja w wydaniach nowomedialnych, aż po jej nowy gatunek, jakim staje się obecnie „cyberpoezja” i związane z tym przemiany w literaturze po ogłoszeniu Manifestu Lingiwistycznego (2003) i Neolinmgwistycznego (2011), co owocuje w zacieraniu się granic między tradycyjnymi gatunkami literackimi. Również wiele emocji budziły spektakle teatralne i musicale tworzone w cyberprzestrzeni, a następnie już w formie profesjonalnej przenoszone do świata rzeczywistego. Wielkie wrażenie na

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 21 of 23

dyskutantach wywarła możliwości stosowania wobec obiektów kultury zabiegów transformacyjnych przez osobiste aplikacje: tzw. „Przestrzeni Herza”, które są w stanie wyprzeć nie tylko graffiti ze sfery publicznej, ale i stwarzać szansę osobistego wpływu na sens innych obiektów kulturowych w obiegu publicznym. Zwracano także uwagę na rozwój gier komputerowych i ich wpływ na powstawanie nowych gatunków medialnych, które dają szansę kontroli ideologicznej zawartości przekazów instytucjonalnych rozsiewanych zarówno przez stare, ale i nowe media. Podkreślano, że w Internecie rozwija się znakomita dokumentacja często zapomnianych i pomijanych przez czynniki instytucjonalno-ideologiczne postaci twórców, np. poetę i prozaika – Tadeusza Nowaka, czy twórczość Stanisława Ignacego Witkiewicza, Marka Hłaski, ale i różnych wybitnych postaci z dziedziny sztuki, polityki, życia społecznego czy religijnego. Rozważano również możliwe konsekwencje przekraczania przez aplikacje sieciowe ograniczeń własnego ciała i transcendowania własnej tożsamości na jego performacje, do czego służ m.in. postawa cyberartywistyczna. Niektórzy podkreślali, że faktycznie nie ma już obecnie autorów-twórców, a w ich miejsce pojawiają się producenci, konsumenci i prosumenci artystyczni. Dyskutowano sytuację konstatującą w tej przestrzeni kulturowej, kiedy w twórczości nie ma oryginału, wszystko staje się kopia i symulakrą, a podmiot awatarem, tekst hipertekstem, zaś sam np. wiersz tylko aplikacją. Mocno akcentowano, że współczesna cyberkultura i cyberartywizm doprowadził do rozpadu centrów kulturowych na rzecz wielu ośrodków konkurujących ze sobą. Zwracano uwagę także na ewolucję tzw. „kultury obnażania” i pojawianie się nowych form sztuki erotycznej oraz pornografii rozwijające się w sieci. Analizowano również dalsze możliwości związane z przekształcaniem tożsamości autorów, użytkowników, ich utworów i możliwości zmiany optyki historycznej na wiele zjawisk dziejowych w historii sztuki i kultury. Podkreślano przy tym, że cyberartywizm pozwala pojawić się nowym odmianom i dziedzinom sztuki, które w naturalnym obiegu byłyby niemożliwe do zaistnienia. Można zatem powiedzieć, że dyskusje, prócz analizy kwestii szczegółowych, antycypowały przyszłe formy życia społecznego i kulturalnego w globalizujacych się społeczeństwach światowych, nowe formy oraz gatunki komunikacyjne daleko odmienne od tych obecnych, które zapewne stworzą model komunikacji wewnątrz-, ale międzykulturowej, określanych obecnie jako model Web. 4.0., w którym oddolny nacisk użytkowników będzie miła ogromny wpływ na rozwój życia społecznego ludzi, a w konsekwencje będzie skutecznie wpływał na powstawanie nowych form demokracji, stwarzającej coraz większe szanse rozwoju unikatowych inicjatyw artystycznych dostępnych zainteresowanym mieszkańcom naszej planety. Ten optymizm jednak nie był aż tak naiwny, by nie zauważać negatywnych skutków, które towarzyszą współczesnej rewolucji medialnej i komunikacyjnej, a związane są przede wszystkim z przestępczością sieciową, możliwością totalnej kontroli i manipulacji przekazami, obniżaniem się standardów moralnych ludzi, ale i powszechnieniem wcześniej adorowanych idei piękna, dobra i sprawiedliwości społecznej. Warto podkreślić, że zgodnie z zapowiedziami organizatorów wystąpienia pokonferencyjne po wcześniejszej kwalifikacji przez członków Komitetu Programowego zostaną opublikowane w kolejnych numerach czasopisma „Fragile” w roku 2013.
Poleć to w Google

Recenzja: Krystian Tomczyk - Adam Lewandowski GRANICE MYŚLENIA O... CZYLI WIERSZE PISANE KOMÓRKĄ
Krystian Tomczyk WSPOMNIENIA SMARTFONA Autor książki pełni funkcję burmistrza wielkopolskiego miasta Śremu.Z wykształcenia jest ekonomistą. Do tej pory wydał pięć tomików wierszy, jego utwory znajdowały się w licznych dziełach zbiorowych, jest też eseistą i twórcą polskich tłumaczeń czeskiej poezji.

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 22 of 23

Najnowsza książka Adama Lewandowskiego zatytułowana Granice myślenia o… czyli wiersze pisane komórką jest zbiorem specyficznym. Jego wyjątkowość możemy rozpoznać głównie poprzez formę. Jak wskazuje tytuł – narzędziem, które uczestniczyło w uwiecznianiu myśli poety był telefon komórkowy. Zanim przejdę do omówienia treści – chciałbym się skupić na tym wyborze autora. Żyjemy w świecie zdominowanym przez technologię. To ona staje się naszym władcą, a jej aparatem przymusu i socjalizacji zarazem stają się nowe media w postaci interaktywnej telewizji i Internetu. Moim zdaniem pisanie wierszy za pomocą telefonu komórkowego pogłębia intymność utworów. Telefon już od jakiegoś czasu jest dla większości ludzi formą osobistego dziennika. Jest prywatny, za-wiera informacje o nas, nie mają do niego dostępu osoby postronne. Możemy wyczytać z niego to co dana osoba myśli oraz z kim i jak często się kontaktuje. Posiadacz komórki sam decyduje jak dystrybuować swoją prywatność poprzez udostępnianie swojego numeru tym, którzy w jego odczuciu powinni tenże numer posiadać. W świecie, w którym dominuje komunikacja globalna, której jądrem stał się Internet jest to swoista sentymentalna ucieczka do czasu, gdy nie mogliśmy tak szybko rozprzestrzeniać swoich myśli. Dodatkowo autor zachowuje swoją intymność, może kierować swoje dzieła tylko do osób, do których są one przeznaczone i jednocześnie poznawać osobiste opinie odbiorców, nieskalane poglądami reszty czytelników. Umieszczenie ich w Internecie byłoby obdarciem z tej niecodziennej w dzisiejszym świecie intymności, stanowiłoby poddanie utworów ocenie wszystkich, a zarazem nikogo stałoby się w oczach Andrew Keena obiektem rozprzestrzeniającej się w sieci głupoty i cwaniactwa zbiorowego. Urządzenie jest również naszym codziennym towarzyszem - mogło pozwolić autorowi na przelanie myśli w dowolnym czasie i miejscu, gdy tylko do głowy zaświtał nowy pomysł. Pozwoliło również na możliwość refleksji nad napisanymi słowami i ich edycję w każdej chwili. Mówi się, że dobry wiersz powinien dojrzewać w szufladzie autora długi czas. Dlaczego nie miałby on dojrzewać w kieszeni, będąc zawsze na wyciągnięcie ręki? W skład tego zbioru wchodzą 33 wiersze białe stanowiące spójną całość. Każdy z nich jest dla autora swoistą granicą myślenia o pewnych zjawiskach. Granice te odnoszą się zarówno do spraw ogólnych (jak świata, religii, historii, czy życia), ale też indywidualnych (uśmiechu, ciekawości, flirtu, czy długów). Poeta wchodzi w filozoficzne dyskusje ze sobą i światem zarazem starając się odnaleźć odpowiedzi na egzystencjonalne pytania. Stara się dociec gdzie rzeczywiście kończy się człowiek, a zaczyna otaczający go świat. Ze wszystkich wierszy emanuje przekonanie, że to jednostka i jej myślenie wywierają wpływ na postrzeganie świata, a nie jak przyjęło się w dzisiejszych czasach – że to zmediatyzowany świat jest źródłem naszych opinii. Zwraca uwagę na ważność bliskich relacji pomiędzy ludźmi, co możemy zauważyć już w pierwszym wierszu cyklu, gdzie ślad pozostawiony przez ludzkie myślenie staje się determinantem nieodwracalnych motywacji. Podmiot liryczny apeluje, ażebyśmy nie patrzyli w przeszłość, na którą nie mamy wpływu, i która już nie powróci, a zamiast tego skupili się na teraźniejszości i przyszłości, która jest drganiami codziennych dni zamkniętymi w słoju. Zauważa również, że to miłość jest największą siłą człowieka i to na niej powinniśmy opierać swoje ciągłe dążenia. W oczach poety bliskość staje się czynnikiem, który konstytuuje ludzi do życia. Rozróżnia on pojęcia „bliskości” i fizycznego „bycia blisko” jako właściwie przeciwstawne. Będąc blisko siebie nie jesteśmy w stanie zmierzyć naszej bliskości z innymi, to właśnie odległość ukazuje nam jak bardzo inni ludzie są dla nas ważni. Poeta krytycznie wypowiada się również na temat dzisiejszej twórczości. Według niego:

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: czerwiec 2013

Page 23 of 23

Literatura to rozmowa o życiu bez kalkulacji o słowach bez epistemologii o nudnych wersjach pożycia o słownych mdłych kalkulacjach o słowach bez wyrazu (Granice myślenia o… literaturze) Ta krytyka odwołuje się do unormowania literatury, która stała się wyłącznie opisem prostego, zwykłego życia, świat bezpowrotnie stracił wielkie narracje i nie ma nadziei na ponowny ich powrót. Sytuacja ta ma miejsce dzięki złemu podejściu twórców do krytyki. Autor zauważa, że krytyka powinna być odpowiednio dawkowana, gdyż z jednej strony duża jej ilość uzależnia i autor przestaje się nią przejmować, albo wręcz przeciwnie – karmi się nią i działa na przekór krytyce, z drugiej zaś – gdy nie ma krytyki – autor uważa się za istotę nieomylną, bezbłędną, aspirującą wręcz do ascendencji, która nie podlega już jakiejkolwiek krytyce. Świat przedstawiony przez Lewandowskiego nie jest idylliczny, rządzi w nim: bezlitosna demografia (…) tworząc podwaliny wielkich bogactw królów i władców tego świata. Drugim rządzącym światem elementem jest kłamstwo, które autor widzi jako raka, chorobę przynoszącą swoje konsekwencje nawet po długim czasie. Jedynym sposobem na pozbycie się tej choroby jest chirurgiczny zabieg, czyli przyznanie się do kłamstwa, dzięki czemu jego konsekwencje będziemy odczuwać krótko i nie wrócą do nas w przyszłości. W wierszach możemy zauważyć brak niektórych znaków diakrytycznych, co na pierwszy rzut oka wy-gląda na niedopatrzenie, jednak po przeczytaniu całej treści książki odnalazłem sens tego zabiegu. Adam Lewandowski stara się nam uzmysłowić, że żyjemy na tyle szybko, że błędy są wkalkulowane w nasze życie, a narzędzia bezpośredniego kontaktu (jak w tym przypadku telefon komórkowy) uniemożliwiają nam korekcję błędów, gdy już wyślemy nasz komunikat. Książka jest z pewnością po części wynikiem pracy samorządowca wykonywanej na co dzień przez au-tora, który zastanawia się nad istotą społeczeństwa i sposobami na jego poprawę, z drugiej zaś – głębokie, osobiste przemyślenia nakłaniają go do refleksji nad otaczającym nas światem i naszym miejscu w przestrzeni i czasie. Dodatkowego wymiaru dodaje jej niezwykły sposób, w jaki została napisana będący zmierzeniem się poety z cyfrową rzeczywistością jaka nas otacza w szczególny, intymny sposób. A. Lewandowski, Granice myślenia o… czyli wiersze pisane komórką. Redakcja: Paweł Kuszczyński. Pomysł okładki: Adrian Wartecki. Libra. Związek Literatów Polskich. Poznań 2012, s. 64
Poleć to w Google

Nowsze posty Subskrybuj: Posty (Atom)

Strona główna

Starsze posty

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013_06_01_archive.html

2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: Felieton: Igor Wieczorek SZCZYPTA PRAWDY W TR...

Page 1 of 5

0

__________________________________________________________________________

T

Felieton: Igor Wieczorek SZCZYPTA PRAWDY W TROCINACH
Gdyby zapytano mnie o to, którą z polskich powieści napisanych po transformacji ustrojowej uważam za najciekawszą, bez wahania wymieniłbym Trociny Krzysztofa Vargi. Gdyby poproszono mnie jednak o uzasadnienie tego werdyktu, miałbym poważny kłopot. Dlaczego? Sam chciałbym wiedzieć. Jeśli wierzyć neurofizjologom, lewa półkula ludzkiego mózgu zawiaduje mówieniem, pisaniem i rozumieniem tego, co do niej dociera z prawej półkuli mózgu w postaci jakby surowej, bez pośrednictwa liter. Prawa półkula zajmuje się głównie penetrowaniem środowiska i nie musi posługiwać się językiem po to, by ustalić, jaki jest związek między postrzeganymi zjawiskami. Natomiast lewa półkula wyspecjalizowała się w operowaniu symbolami. Obie półkule są połączone grubym pęczkiem włókien nerwowych. Można zatem przypuszczać, że serce literatury bije w zwojach nerwowych łączących obie półkule. W mózgu Krzysztofa Vargi te łącza są bardzo mocne, misterne i efektywne, czego dowodem jest łatwość i niepospolita finezja, z jaką ubiera w słowa swoje uczucia i myśli. W mózgu Igora Wieczorka te łącza są jakieś liche, czego dowodem jest trudność, z jaką przychodzi mu mówić i pisać o swoich doznaniach. A jednak obaj autorzy są trochę do siebie podobni. Prawe pólkule ich mózgów generują gwałtowne, nie zawsze dobre uczucia, a w lewych półkulach aż iskrzy od nadmiaru niemodnych wzorców postępowania i bezużytecznych idei. – „Zostaną po nas trociny” – stwierdza posępnie K.Varga, nie mając bynajmniej na myśli swojej głośnej powieści, ale zwyczajne trociny. – „Zostaną po nas Trociny” – potwierdza skwapliwie I.Wieczorek, mając na myśli powieść, a nie jakieś zwykłe trociny. Cóż, różnie można umierać na wielkim cmentarzu książek. K.Varga umiera pięknie, ale bez optymizmu, bez wiary w twórczą moc fikcji. Z jego punktu widzenia śmierć na śmietniku kultury jest piękna, lecz bezużyteczna. Uważa, że śmietnik kultury jest miejscem odosobnienia, azylem dla pięknoduchów, artystów i zbiegów społecznych. W jednym ze swych felietonów wyznał niezwykle szczerze: „Zamieszkanie na śmietniku kultury wydaje się dzisiaj jedyną logiczną obroną przed każdym innym śmietnikiem, wszelka zbędność staje się dziś wielce pociągająca. Umrzeć na śmietniku kultury jest stokroć piękniejszą śmiercią, niż umrzeć na śmietniku historii, umrzeć jako czytelnik książek na wielkim książek cmentarzysku lepiej jest, niż umierać na takim śmietniku, na jakim umierał Maciek Chełmicki w Popiele i diamencie”. Z mojego punktu widzenia rzecz ma się nieco inaczej. Nie przeczę, że Maciek Chełmicki umierał na znacznie gorszym, bardziej śmierdzącym śmietniku. To jasne, że bezideowy, ogłupiający pokój jest lepszy, niż święta wojna. Mój problem polega na tym, że jakoś nie umiem uwierzyć

z

Tomasz M. Sobieraj (od listopada 2011) Janusz Najder (od marca 2012)

Kontakt
editionssurner@wp.pl

Spis treści
▼ 2013 (43) ▼ czerwiec (7) OD REDAKCJI 6/2013 Magdalena Gałkowska RATUJMY POETĘ Rozprawa: Magdalena Fabiś PRZERWANE MILCZENIE I ZM... Esej: Dariusz Pawlicki ZE ŻMUDZI POD TATRY Po konferencji: Ignacy S. Fiut NOWE MEDIA W CYBERK... Recenzja: Krystian Tomczyk - Adam Lewandowski GRAN... Felieton: Igor Wieczorek SZCZYPTA PRAWDY W TROCINA... ► maj (7) ► kwiecień (7) ► marzec (7) ► luty (9) ► styczeń (6) ► 2012 (79) ► 2011 (78) ► 2010 (41) ► 2009 (4)

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013/06/felieton-igor-wieczorek-szczypta-prawd... 2013-06-07

KRYTYKA LITERACKA: Felieton: Igor Wieczorek SZCZYPTA PRAWDY W TR...

Page 2 of 5

Autorzy tekstów
Józef Baran Klaudia Bączyk Michał Bąkowski Mariusz Bober Jan Z. Brudnicki Marek J. Chodakiewicz Maciej Cisło Michał Dec-Budziszyński Stanley Devine Andrzej Dębkowski Marek Doskocz Denis Dutton Witold Egerth Stanisław Esden-Tempski Ignacy S. Fiut Piotr Grobliński W.A. Grzeszczyk Tadeusz Isakowicz-Zaleski Izabela Iwańczuk Olga Jabłonko Łukasz Jasiński Zbigniew Joachimiak Krzysztof Jurecki Katarzyna Karczmarz Roman Kaźmierski Andrzej Koraszewski Kisiel Piotr Stanisław Król Marcin Królik Andrzej Jerzy Lech Marek Ławrynowicz Przemysław Łośko Dariusz Magier Roberto Michel Joanna Mieszkowicz Zbigniew Milewski Janusz Najder Krzysztof Niemczycki Stanisław Obirek Stefan Okołowicz Natalia Pałczyńska Edward Pasewicz Dariusz Pawlicki Piotr Piętak Stanisław Piętak Mirosław Pisarkiewicz Mateusz Rawicz Dariusz Rohnka Robert Rutkowski Jarosław M. Rymkiewicz Ryszard Sawicki Jan Siwmir Tomasz M. Sobieraj Wioletta Sobieraj Agnieszka Sokołowska Jan Stępień Anna Szczepanek Andrzej Tchórzewski Janusz Termer Ewa Thompson Marek Trojanowski Zygmunt Trziszka Jacek Trznadel Joanna Turek Wojciech Wencel Igor Wieczorek

ani w realność śmierci ani w realność życia. Jeżeli potrafię uwierzyć w jakąkolwiek realność, to tylko w realność fikcji. Śmierć na śmietniku kultury traktuję jako przywilej i nieodzowny warunek recyklingu kultury, a nie jako wypadek przy pracy. Spróbuję wyrazić się w sposób nieco metaforyczny. Zwyczajne drewniane trociny są bardzo dobrym nawozem i jeszcze lepszym paliwem. To są po prostu zastygłe krople uniwersalnej energii, która nigdy nie ginie. Książki też są kroplami uniwersalnej energii, lecz w odróżnieniu od trocin są jednocześnie szczyptami uniwersalnej prawdy. Nie mam pojęcia, dlaczego szczypta prawdy zawarta w Trocinach K.Vargi wydaje mi się szczególnie, niemal boleśnie doniosła. Może po prostu dlatego, że nie chcę pogodzić się z faktem, iż pozostaną po nas jedynie zwyczajne trociny.
Poleć to w Google

Nowszy post

Strona główna

Starszy post

http://krytykaliteracka.blogspot.com/2013/06/felieton-igor-wieczorek-szczypta-prawd... 2013-06-07