P. 1
Karol May - Rzeka

Karol May - Rzeka

|Views: 38|Likes:
Wydawca: Angie
Karol May - Rzeka
Karol May - Rzeka

More info:

Published by: Angie on Aug 24, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as DOC, PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

05/31/2014

pdf

text

original

May Karol - Rzeka

Południowoamerykańska pampa jest terenem, na którym rozgrywają się kolejne przygody Old Shatterhanda i jego przyjaciół. Oprócz wielu już nam znanych, pojawiają się nowi bohaterowie, tacy jak brat Jaguar czy Mauricio Monteso, poszukiwacz przygód. Będą nam oni towarzyszyć także w kolejnych powieściach tego cyklu, opisującego wyprawę po legendarne złoto Inków przez pampasy, Andy i tajemnicze Grań Chaco. Niebawem ukażą się nakładem naszego wydaw-nictwa „Skarb Inków” i „W Kordylierach”, teraz natomiast zapraszamy do przeczytania „Nad Rio de la Pląta”.

Życzymy przyjemnej lektury W Montevideo
Z obszernej zatoki La Pląta ciągnął chłodny pampero i wznosił na ulicach Montevideo tumany kurzu, zmieszanego z grubymi kroplami deszczu. Niepodobna było w taką porę wychodzić do miasta, więc siedziałem w swoim pokoju w hotelu „Oriental”, zajęty czytaniem książki o kraju, do którego przybyłem, a który nie był mi jeszcze znany. Książka ta była napisana w języku hiszpańskim, a ustęp, który właśnie przebiegałem oczyma, był mniej więcej tej treści; Ludność Urugwaju i Argentyny składa się z emigrantów hiszpań-skich oraz z kilku nielicznych szczepów Indian i wreszcie z tzw. gauczów, mieszańców będących potomkami dawnych osadników hiszpańskich i miejscowych kobiet. Gauczowie ci uważają się pomimo to za przynależnych do rasy białej i są dumni z tego, choć, żeniąc się najczęściej z Indiankami, wracają do swej pierwotnej rasy’. Gauczo odznacza się szaloną odwagą dzikiego człowieka, ceni nade wszystko pierwotną wolność i niezależność, ma jednak poczucie honoru, a obok dumy jest uczciwy, otwarty i nawet towarzyski, jak prawdziwy hiszpański caballero. Skłonności wrodzone ciągną go jednak do życia koczowniczego i w ogóle do włóczęgi, pełnej przygód i niebezpieczeństw. Jest on wrogiem wszelakiego przymusu, gardzi majątkiem, uważając go za zbyteczny kłopot i ciężar, natomiast kocha się w błyskotkach, które 5 lekkomyślnie traci. Śmiały i odważny, a gdy chodzi o obronę rodziny przed niebezpieczeństwem, nawet bohaterski, jest jednak względem niej surowy, tak jak i względem siebie samego. Będąc niejednokrotnie oszu-kiwanym, jest w kontaktach niedowierzający i podejrzliwy, wykazując się wrodzonym sprytem. Poważa obcych, nie okazując im wszakże serdecz-ności; służy bez zbytniej uniżoności. Oburza go, że obcy śmią wkraczać do jego ojczyzny i zajmować się hodowlą trzód, co dawniej było jego wyłączną domeną. Pomimo to służy tym ludziom z dnia na dzień, nie troszcząc się o jutro. Uzbrojenie gaucza składa się z długiego rzemienia z pętlą na końcu, zwanego lassem, oraz z bolas i, na wypadek wojny lancy. Słynie on z niesłychanej zręczności w rzucaniu lassa. Bolas jest to długi rzemień, zaopatrzony w trzy ciężkie ołowiane kule l przytroczony do siodła. Gauczo rzuca je niezawodnym ruchem na ścigane zwierzę lub człowieka z odległości dochodzącej nawet do stu kroków, a bolas owija się dookoła nóg ofiary i powala j ą na ziemię. Jest to groźna broń w jego ręku. Słabą stroną charakteru gaucza jest hazard. Gauczo pracuje tylko wówczas, gdy ma ochotę, a zachowuje się przy tym jak zupełnie niezależny, wolny obywatel, ba, nawet jak

caballero, i nie znosi, by go inaczej traktowano, jak tylko z uprzejmością, praktykowaną w warstwach wykształconych. Jeżeli nie podoba mu się praca, której się podjął, wówczas oświadcza, że będzie pracował tylko do oznaczonej godziny i pod umówionymi warunkami. Gdyby zaś obchodzono się z nim inaczej niż się tego spodziewał, domaga się natychmiast zapłaty, ale uprzejmie i z godnością, a orrzymawszy ją dosiada konia i jedzie szukać zarobku tam, gdzie właściciel nie jest tak względem robotników wyma-gający. Tyle wyczytałem we wspomnianej książce. Co do mnie - przybyłem do Montevideo przed paru godzinami i choć nie miałem pojęcia o kraju ani o jego mieszkańcach, jednak informacje, znalezione w książce, wydały mi się niezupełnie prawdzi-we. 6 Przede wszystkim zauważyłem, że ludność, o której była mowa w książce, składa się nie z samych tylko gauczów, Indian oraz emigran-tów hiszpańskich, ale są tu również Anglicy, Francuzi, Polacy, Włosi, Niemcy, Węgrzy, nie licząc mniejszych narodowości, jak Rusini, Cze-si, Słoweńcy, Szwajcarzy i inni. Nie dowierzałem też ścisłości innych twierdzeń, pocieszając się, że w krótkim czasie sam będę mógł skonfrontować je z rzeczywistością. W tej właśnie chwili poczęło się wypogadzać niebo i wkrótce na ulicach ludnego portowego miasta zapanował wzmożony ruch. Posta-nowiłem wyjść. Zaledwie jednak włożyłem kapelusz, zapukał ktoś do drzwi i - na słowo „proszę^ - wszedł do mego pokoju mężczyzna, ubrany podług francuskiej mody w uroczysty strój: frak, białą kami-zelkę, lakierki, w rękach trzymał lśniący cylinder, przyozdobiony długimi białymi wstążkami, z czego na razie wywnioskowałem, że przybysz należy do orszaku ślubnego i pojawił się u mnie z zaprosze-niem.

Elegancki ów człowiek ukłonił mi się z przesadną czołobitnością i
rzekł:
- Moje najgłębsze uszanowanie panu pułkownikowi!

A następnie z wyszukaną uprzejmością powtórzył ukłon jeszcze
dwa razy. Co znaczy ten wojskowy tytuł? - pomyślałem zdumiony. - Czyżby w Urugwaju panowały te same zwyczaje, co na przykład w Galicji, gdzie kelnerzy każdego okazalszego gościa tytułują panem hrabią lub baronem?

Przybysz miał w swej twarzy coś odpychającego już na pierwszy rzut
oka, dlatego odpowiedziałem krótko:
- Dzień dobry. Czym mogę służyć?

- Przychodzę złożyć do usług pana wszystko, czym tylko rozpo-rządzam - ozwał się, wywijając cylindrem to w jedną, to w drugą

stronę i spojrzał na mnie z ukosa.
-Tak? Może mi pan będzie łaskaw przynajmniej powiedzieć,

7 z kim mam przyjemność... - Nazywam się senior Esquilo Anibal Andaro i jestem właści-cielem wielkiej hacjendy w okolicy San Fructuoso. Wasza wysokość raczyła słyszeć już o mnie zapewne... Zdarza się czasem, że już samo nazwisko człowieka mówi coś o nim. I w tym wypadku nazwisko Ajschylos Hannibal Przemytnik nie wzbudziło we mnie zbytniego ku przybyłemu zaufania. - Przykro mi, - rzekłem - że dotychczas nie miałem sposobności słyszeć tak znakomitego nazwiska. No, ale skoro je już znam, może by mi pan powiedział, co właściwie ma do zaproponowania.
- Ja? A, no, pieniądze i... wpływy.

To powiedziawszy, znowu spojrzał na mnie z ukosa szelmowskim wzrokiem, jakby wyczekując odpowiedzi. - Hm! Pieniądze i wpływy... To są rzeczy wcale nie do pogar-dzenia. Czy pan przybył do mnie istotnie w celu ofiarowania mi swoich usług tego właśnie rodzaju? - Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby czcigodny pan raczył sko-rzystać... Szczególne! Obcy zupełnie człowiek ofiaruje mi pieniądze oraz rozmaite ułatwienia w stosunkach towarzyskich i społecznych! Co to ma znaczyć?... - Dobrze, senior; zgadzam się i na jedno, i na drugie, ale najpierw wezmę pieniądze.
- Wasza wielmożność raczy tedy oznaczyć wysokość sumy. - Przydałoby mi się na razie pięć tysięcy peso.

- Drobnostka! - odrzekł ucieszony. - Wasza wielmożność otrzyma tę sumę w przeciągu pół godziny... Tylko omówimy warunki, które przedłożyć się ośmielę.
- Słucham.

- Wprzód rad bym wiedzieć, - rzekł, przybliżając się do mnie i spoglądając znacząco - czy pieniądze te pójdą na wydatki osobiste?
- Oczywiście, że na osobiste wydatki.

8 - Jeżeli tak, to jestem gotów sumę tę wręczyć nie jako pożyczkę, lecz wprost złożyć mu ją jako dar, na dowód mego wysokiego szacun-ku dla waszej wielmożności.
- Nie mam nic przeciwko temu.

- Cieszy mnie to niezmiernie i rad bym tylko prosić waszą łaska-wość, by raczyła położyć swój godny podpis pod kilkoma wierszami, które tu natychmiast skreślę.
- Jaką treść zawierać będą te wiersze?

- O, to drobnostka! Wasza wielmożność stwierdzi swoim podpi-sem tylko tyle, że ja, Esguilo Anibal Andaro, do pewnego terminu i pod pewnymi ściśle oznaczonymi warunkami mam zaopatrzyć wasz korpus w karabiny. Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że mogę w przeciągu dni kilku postarać się o dostateczny zapas wspomnianego towaru.

Teraz dopiero domyśliłem się, że usłużny senior Andaro wziął mnie za jakiegoś oficera, do którego zapewne jestem podobny. Najwidocz-niej chciał on przy pomocy łapówki w kwocie pięciu tysięcy peso zbyć zapasy dawno już przestarzałej i nie nadającej się do użytku broni, nabytej przez niego za bezcen po jakiejś wojnie, zapewne hurtem w magazynach wojskowych. Gość nazwał mnie pułkownikiem. Zadałem sobie jednak pytanie, czy pierwszy lepszy pułkownik może na własną rękę nabywać broń dla swego pułku... Chyba, że byłby to tak zwany libertodor, czyli „oswobodziciel”, jakich nad La Pląta nie brak. Są to przywódcy band łupieskich, które mieszkańcom południowej Ameryki dały się już nieraz we znaki. Sprawa zainteresowała mnie żywo. Ledwie bowiem wstąpiłem na terytorium obcego mi kraju, a już miałem sposobność wniknięcia w najtajniejsze miejscowe stosunki. Ogarnęła mnie początkowo ochota do dalszego odgrywania roli osoby, za jaką mnie wziął w swej nieświadomości senior Andaro, ale się rozmyśliłem. Jeszcze bowiem przed podróżą starałem 9 się wywiedzieć o tutejszych stosunkach i pomyślałem teraz, że najle-piej dla mnie będzie, gdy pozostanę tym, kim jestem, bez podszywania się pod obce nazwiska. Tak więc w odpowiedzi na propozycję seniora Andaro odrzekłem: - Niestety, nie mogę podpisać panu podobnego poświadczenia, gdyż nie miałbym co robić z tymi karabinami. - Jak to? - zapytał zdziwiony - przecie wasza wielmożność może w ciągu tygodnia zgromadzić około tysiąca ludzi!
- Po co?

Cofnął się krok w tył i przymrużywszy jedno oko, uśmiechnął się chytrze, jakby chciał przez to wyrazić, że poznał się na moim wykręcie. - Czyżbym miał sam przypomnieć to waszej wielmożności? Do-wiedziałem się, że przybywa pan do Montevideo, a że mam honor już go tu oglądać, więc... i celu domyślać się już nie trzeba, bo jest znany.
- Myli się pan, zapewne biorąc mnie za inną osobę.

- To niemożliwe! Osłania się pan tajemnicą z pewnością dlatego, że nie pasuje panu interes z karabinami. Ja jednak mogę zaofiarować swoje usługi w każdej innej dziedzinie. - I to się na nic nie przyda, bo niewątpliwie pomyliłeś się pan co do osoby. Zapewnienia moje jednak nie wyprowadziły go z błędnego mnie-mania, bo ciągle jeszcze uśmiechał się tajemniczo, nagabując mnie uporczywie: - Z rozmowy tej wnioskuję, że wasza wielmożność nie jest dziś skłonny do zrobienia jakiegokolwiek interesu, wolę więc zaczekać kilka godzin, a może nadejdzie pomyślniejsza dla mnie chwila. Po-zwoli pan, że zgłoszę się później?
- Szkoda czasu. Nie jestem tym, za którego mnie pan uważa. - To znaczy, że nie życzy pan sobie, abym przybył powtórnie?

- Tego nie powiedziałem. Być może, iż towarzystwo pańskie będzie dla mnie miłe, ale pod warunkiem, że dasz pan sobie wytłumaczyć pomyłkę. Zechciej przynajmniej powiedzieć, jak się

10 nazywa owa osoba, którajest tak łudząco do mnie podobna. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głowy i wzruszywszy ramiona-mi, odrzekł: - Znam waszą łaskawość, jako walecznego i wysoce zasłużonego oficera, który w najbliższej przyszłości wybije się na pierwsze stano-wisko w państwie. Zdolności dyplomatyczne, które od razu w panu można zauważyć, poświadczają to w zupełności.
- Sądzi więc pan, że się ukrywam? Proszę, oto mój paszport.

Podałem mu dokument, który on przejrzał, porównując szczegó-łowo rysopis, przy czym twarz mu się coraz bardziej wydłużała. - Do diabła! - mruknął, rzucając paszport na stół. - Teraz doprawdy nie wiem, co myśleć. Nie tylko ja, ale również i dwóch moich przyjaciół wzięło pana za kogoś innego.
- Kiedyście mnie widzieli?

- W chwili pańskiego przybycia, przed hotelem. Ale ten paszport to dla mnie kłopot. Czy istotnie przybył pan z Nowego Jorku? - Owszem, na „Seagallu”, który dotąd jeszcze stoi na kotwicy w porcie. Może pan to sprawdzić u kapitana statku. - Niech pana diabli wezmą! - krzyknął gniewnie. - Czemu mi pan tego od razu nie powiedział? - Boś się pan o to nie pytał. Zachowanie pańskie było tego rodzaju, że musiałem przypuszczać, iż zna mnie pan doskonale. Do-piero, gdy mi pan powiedział o karabinach, uznałem, że to jakaś pomyłka i zwróciłem na to pańską uwagę, co musisz pan przyznać. - Niczego nie przyznaję! Powinieneś był przedstawić mi się zaraz po moim wejściu! - odrzekł gburowato. Na to spokojnym tonem zwróciłem mu uwagę: - Bądź pan łaskaw przestrzegać zwykłej uprzejmości, nie jestem bowiem przyzwyczajony do tego, by mnie ktoś posyłał do diabła. Nie jestem zresztą prorokiem, abym, zobaczywszy obcego człowieka, mógł natychmiast odgadnąć jego myśli i zamiary. Zresztą mogłeś pan zasięgnąć o mnie wiadomości w recepcji. 11 - Owszem, dowiadywałem się, ale nie uwierzyłem, sądząc, że przybywasz pan tu incognito. Zresztą mówisz pan tak wyśmienicie po hiszpańsku, że już to samo mogło zrodzić we mnie wątpliwość co do pochodzenia pańskiej osoby. Uwaga ta pochlebiła mi. Bawiąc bowiem przed laty w Meksyku, pomimo gorliwego ćwiczenia się w języku hiszpańskim, kaleczyłem tę mowę niemiłosiernie. Praktyka jednak jest najlepszą nauczyciel-ką: w ciągu długich podróży po Ameryce Środkowej i Południowej nabyłem widocznie wprawy, skoro gość mój tak otwarcie to przyznał. - A zresztą - ciągnął dalej - dlaczego pan strzyże brodę na sposób mieszkańców naszego kraju? - Przede wszystkim z uprzejmości dla nich, a następnie dlatego, aby mnie tu nie uważano za cudzoziemca. - Otóż to! Wynika z tego, że pan sam przyczyniłeś się do tego, iż pana nie poznałem. Żadnemu bowiem cudzoziemcowi nie wolno naśladować naszych zwyczajów. Są na przykład liczne gatunki

zwie-rząt, które w ten sposób postępują, a rozumny człowiek nie powinien doprowadzać do tego, by go z nimi porównywano. - Jestem panu wdzięczny za tę wskazówkę, ale pomimo to pro-szę pana uprzejmie, byś zechciał ograniczyć się w udzielaniu mi rad. Dotychczas przyjmowałem je z grzeczności, ale teraz byłbym zmuszo-ny wypłacić panu odpowiednie do pańskiej zasługi honorarium.
- Grozisz mi, senior? - Nie, tylko pana przestrzegam. - Proszę nie zapominać, gdzie się pan znajduje!...

- Pan również zechciej uprzytomnić sobie, że nie jesteś w pokoju własnej hacjendy, lecz w pomieszczeniu, należącym obecnie do mnie! No, zdaje mi się, że już dosyć tego! Pozwoli pan, że go pożegnam... Otworzyłem drzwi na oścież i ukłoniłem mu się, zachęcając, by skorzystał z ułatwienia mu drogi odwrotu. Wahał się chwilę, mocno zdetonowany moim sposobem pożegna-nia, po czym wybiegł szybko, grożąc mi pięścią zza progu: 12
- Do widzenia! Policzymy się jeszcze kiedyś ze sobą!

Taka była pierwsza moja rozmowa z tubylcem, początek, niezbyt różowo zapowiadający dalszy mój pobyt tutaj. Nie obudziło to jednak we mnie żadnych obaw, gdyż miałem czyste sumienie. Człowiek ów obraził mnie i dlatego wyprawiłem go za drzwi; jest to rzecz prosta i sama przez się zrozumiała, nie miałem więc potrzeby nawet zastana-wiać się nad tym. Zresztą hacjendero ów, nie robił wrażenia człowie-ka, przed którym należałoby się strzec. Przed wyjściem do miasta wydobyłem kilka listów polecających, które przywiozłem ze sobą. Korzystając dawniej z tego rodzaju uła-twień, przekonałem się wprawdzie, że owo polecenie mnie przez znajomych innym osobom bardziej było uciążliwe, niż użyteczne i dlatego też w czasie ostatnich swych podróży wolałem zawiązywać znajomości na własną rękę oraz wedle własnego upodobania, a listy polecające oddawałem na krótko przed odjazdem z danej miejscowo-ści, z czego adresaci byli również bardzo zadowoleni. Obecnie jednak postanowiłem z posiadanych listów skorzystać od razu. Jeden z nich był od naczelnika biura wysyłkowego w Nowym Jorku do jego wspólnika, kierującego filią w Montevideo. Owemu nowojorskiemu Jankesowi wyświadczyłem kiedyś w pewnej okoliczności drobną przysługę, za co odwdzięczając się, uważał za swój obowiązek polecić mnie listownie uprzejmości i opiece swego wspólnika. Ponadto w liście tym był przekaz bankowy na złożoną przeze mnie w Nowym Jorku sumę do odebrania w filii w Montevideo. Trzy inne listy schowawszy do kieszeni, ten jeden rzuciłem na stół, ale tak niezręcznie, że spadł na podłogę, przy czym zabezpieczająca go pieczęć łąkowa odleciała i koperta się otworzyła. List w takim stanie rzecz prosta - nie mógł być doręczony, należało zapieczętować go ponownie i to w taki sposób, aby tej zmiany na kopercie adresat nie dostrzegł. A korzystając ze sposobności, nie zaszkodziłoby list przejrzeć. Wahałem się chwilę czy to zrobić, miałem pewne obiekcje, w końcu nie do mnie był adresowany. Przeważył jednak wzgląd na 13

ewentualne korzyści i moje bezpieczeństwo. Wyjąłem arkusz z koperty i przeczytałem. Treść, z opuszczeniem wstępu, brzmiała następująco: List Pański otrzymałem i zgadzam się z jego treścią najzupełniej. Interes jest bardzo ryzykowny, ale, jeśli się uda, możemy liczyć na olbrzy-mi zysk, dla którego warto zaryzykować ewentualne straty. Proch zała-dowano na „Seagall”. Domieszaliśmy doń trzydzieści procent węgla drzewnego, i mam nadzieję, że uda się panu wyładować go na ląd, unikając opłaty cła. Niniejszym upoważniam pana do zawarcia kontra-ktu z Lopezem Jordanem. Przesianie dokumentu jednak jest bardzo niebezpieczne, gdyż w razie schwytania przez rebeliantów posłańca i znalezienia przy nim papieru mógłby to przypłacić życiem. Na szczęście mogę panu polecić pewnego człowieka, który nadaje się do tej roli wybornie, jest nim oddawca niniejszego listu. Należy on do ludzi niezwy-kle śmiałych i odważnych, przez długie lata przebywał wśród Indian, posiada znakomite doświadczenie, ale jest przy tym głupi, jak stołowa ~ noga i nadzwyczaj łatwowierny. O ile wiem, dąży on do Santiago i Tucuman, a zatem droga jego wiedzie przez prowincję Entre Rios. Niech Pan wręczy mu list polecający do Jordana, włożywszy do środka obydwa kontrakty. Jeśli go schwytają po drodze i rozstrzelają, to świat straci tylko jednego durnia i dla ludzkości nie stanie się przez to wielka szkoda. Oczywiście niechaj Pan nie kładzie swego podpisu na dokumentach; mogą być podpisane dopiero po odebraniu odJordana. Zresztą podróż-nik ten nie sprawi Panu wiele kłopotu, bo nie ma zbytnich wymagań: szklanka kwaśnego wina i kilka słodkich słówek wystarczą do uszczęśli-wienia go w zupełności.

Oto co pisał o mnie „życzliwy” Jankes!
Gdybym nie odczytał listu, kto wie, czy nie wpadłbym całkiem niepotrzebnie w pułapkę. Postępek Jankesa względem mnie był iście amerykański... „Dureń” z Europy miał z woli łajdaka z Ameryki odegrać bezwiednie wielką rolę w wybuchu rebelii! A bez wątpienia nie szło tu właśnie o nic innego, skoro w liście była mowa o 14 prochu i wspomniane było nazwisko sławnego rebelianta, który tak dalece zagalopował się w stronę władzy, że kazał zamordować włas-nego teścia, byłego generała i prezydenta Urquiza. Jemu to właśnie zamierzano przesłać zapasy prochu i gotówki, a ja miałem wziąć w tym udział, jako pośrednik. Włożyłem pismo do koperty i zapieczętowałem ją na nowo przy po-mocy zapałki, po czym wyszedłem do sympatycznego przedsiębiorcy, który ród swój wywodził z Hiszpanii, nazywał się Tupido i mieszkał przy Plaża de la Independencia. Na ulicy nie było już ani śladu błota; pampero również przeminął. Montevideo leży na wąskim półwyspie o pofałdowanej powierzch-ni. Z jednej strony teren spada do zatoki, z drugiej do morza. Na sku-tek takiego ukształtowania gruntu woda po deszczu spływa z miasta tak szybko, że ulice już po kilkunastu minutach są absolutnie suche. Piękna, urządzona na sposób europejski stolica Urugwaju posiada ulice wybrukowane znakomicie, chodniki wygodne i równe, domy okazałe, przeważnie otoczone ogrodami, a nie brak też przepysznych pałaców, będących bądź własnością prywatną, bądź też mieszczących w sobie lokale różnych klubów, restauracji i teatrów. Fasady domów prywatnych są godne szczególnej uwagi. Upiększają je bogate sztuka-terie oraz marmury, sprowadzone aż z Włoch, pomimo, że w kraju jest ich pod dostatkiem. Kto sądziłby, że mieszkańcy stolicy stanowią przeciętny typ lud-ności kraju, ten bardzo by się mylił. Na ulicy nie spotkasz ani jednego gaucza, rzadko też widzi się tu Indian, a Murzyna łatwiej

zobaczyć w Hamburgu lub Trieście, niż tutaj. Jak mężczyźni, tak i kobiety hołdują tu francuskiej modzie, bo też i ludność prawie w połowie jest pocho-dzenia europejskiego. Na skutek pomieszania między sobą rozmai-tych narodowości każdy prawie mieszkaniec mówi kilkoma językami. Cywilizacja na wskroś raczej europejska i jak długo podróżny obraca się w granicach rogatek miejskich, nie widzi żadnych oznak świadczących, że znalazł się w Ameryce Południowej. Takie same 15 bowiem scenki, tę samą publiczność, ten sam ruch uliczny można widzieć w Bordeaux, Genui i innych wielkich miastach portowych. Nie spodziewałem się szczerze mówiąc, że napotkam tu tego rodza-ju europejską kopię i tylko jedna oryginalna rzecz rzuciła mi się w oczy, mianowicie białe lub czerwone wstęgi, które mężczyźni noszą na kapeluszach. Później dopiero dowiedziałem się, że ci, którzy noszą wstęgi białe, należą do stronnictwa zwanego blanco, a noszący wstęgi czerwone do ugrupowania colorado. Senior Asquilo Anibal Andaro ze swymi białymi wstążkami przy cylindrze nie był więc drużbą, ale członkiem partii blanco, a najprawdopodobniej pułkownik, za którego ten człowiek mnie wziął, też musiał zaliczać się do tego stronnictwa. Znalazłszy się na Plaża de la Independencia, spostrzegłem ol-brzymi szyld filii mego „przyjaciela” z Nowego Jorku. Dom ten przedstawiał się na zewnątrz bardzo okazale, aczkolwiek posiadał tylko jedno piętro. Na parterze widniała wykuta artystycznie z żelaza brama. Wchodziło się przez nią do sieni, wyłożonej marmurem i dalej na dziedziniec, również przyozdobiony marmurami. Kwitły tu w ol-brzymich wazonach rośliny egzotyczne, roztaczając dokoła odurzają-cą woń. Drzwi biura były zamknięte, pomimo, że przed nimi znajdowało się wielu interesantów. Pociągnąłem za dzwonek i automatycznie ot-warły się same. Lokal biurowy mieścił się po prawej ręce od głównego wejścia. Znajdowało się tu wielu ludzi, zajętych pracą przy stolikach i biur-kach. W jednym kącie stał długi stół, a za nim siedział okazały męż-czyzna, zapewne kierownik. Rozmawiał w tej chwili gburowato z jakimś, bardzo licho odzianym człowiekiem. Dowiedziawszy się od jednego z urzędników, ze ów pan, rozmawia-jący z obszarpańcem, jest szefem biura, podszedłem bliżej i słyszałem całą ich rozmowę. Senior Tupido z całą pewnością pochodził z Hiszpanii; zdradzały to jego ostre rysy i pyszałkowaty wyraz twarzy. Brodę strzygł wedle 16 miejscowego zwyczaju w klin. Jego interesant miał wygląd typowego ulicznika. Bosy, w obszar-panych, sięgających powyżej łydek spodniach, miał na grzbiecie po-darty kubrak nieokreślonego koloru. Zza pasa sterczała rękojeść noża. W ręku trzymał stary, słomkowy kapelusz, pozbawiony jakiego-kolwiek fasonu. Twarz miał opaloną od słońca i wiatru. Prawie brą-zowy jej odcień oraz wystające szczęki i długie czarne włosy kazały się domyślać, że w żyłach tego człowieka płynie po części krew czerwonej rasy. Tupido nie zauważył mnie prawdopodobnie, będąc zwrócony bo-kiem. - Długi... i znowu nic, tylko długi! - mówił wyniośle do intere-santa. - To się musi już raz skończyć! Pracujcie nieco pilniej! Matę obradza znakomicie i jest jej aż nadto wszędzie, tylko trzeba trochę dobrych chęci i pracy. Próżniak oczywiście nie uzbiera nic.

Bosy gentleman ściągnął brwi, ale odpowiedział spokojnie i uprzej-mie: - Próżniakiem nie jestem i nigdy nim nie byłem. Pracowaliśmy kilka miesięcy w dziewiczych lasach, żyjąc wśród dzikich zwierząt i jak dzikie zwierzęta. Trzeba też było walczyć z nimi na każdym kroku, a jednak ani jednego dnia nie zaniedbaliśmy pracy, ciesząc się już z góry na myśl o zapłacie, której pan nam odmawia, nie dotrzymując słowa. - Nie obowiązuje mnie ono, skoro spóźniliście się z dostawą o dwa dni. - Dwa dni, senior? Czy to tak wiele? Czy poniósł pan jakieś straty z tego powodu? - Oczywiście, bo wskutek waszego opóźnienia i ja muszę opóź-nić wysyłkę o dwa dni, narażając się na zniżkę ceny co najmniej o dwadzieścia procent.
- Naprawdę?

- Skoro tak mówię, to musi być prawda. Powinniście być zado-woleni, gdy potrącę wam tylko tyle, a nie więcej. Obiecałem wam 17 dwieście czterdzieści peso za belę; od tego odpada dwadzieścia pro-cent, zostaje więc sto dziewięćdziesiąt dwa; dwa peso potrąca się za czynności biurowe, pozostaje sto dziewięćdziesiąt. Pomnóżcie to przez ilość bel, które dostawiliście, a przekonacie się, że pozostajecie mi winni okrągłe dwieście peso, to znaczy, że pobraliście zadatek o tyle wyższy i teraz musicie go zwrócić. - Rachunek istotnie zgadza się, jeżeli pan tyle potrąca. Ale proszę wziąć pod uwagę i to, że pan liczył nam woły po sto pięćdziesiąt peso, podczas gdy mogliśmy je kupić po sto. Podobnie policzył pan o trzecią część drożej wszystkie inne artykuły, dane nam w formie zadatku i dlatego zamiast zapłaty za pracę, mamy długi! Zresztą nie mam ani jednego peso przy duszy, a towarzysze moi również oczekują na pieniądze, bo nie mają nic. Co mi powiedzą, gdy wrócę z próżnymi rękoma i oświadczę, że mają jeszcze dług do spłacenia? - Nie udawaj głupiego i nie tłumacz się brakiem pieniędzy. Od-robicie mi je. - Ależ my nie mamy na to wcale ochoty, bo upatrzyliśmy sobie inne zajęcie.
- I ja również obejdę się bez was i znajdę lepszych zbieraczy matę.

Ale w takim razie musicie mi wypłacić dwieście peso w gotówce, i to zaraz! - Niestety, powiedziałem już panu, że nie posiadam żadnych środków. Zresztą niech pan zważy, że byłaby to nasza krzywda. Poli-czył nam pan towary na zadatek bardzo drogo, my zaś narażaliśmy własne zdrowie i życie przez parę miesięcy, dostarczając towar i oto nagle spotyka nas taka niespodzianka. Dosyć tego, nie będziemy już robili na pana!... - Nie mam nic przeciwko temu, musicie tylko natychmiast wyp-łacić mi dwieście peso... tam, przy kasie! Biedak stał bezradnie. Współczułem mu, gdyż z opisów miałem pojęcie, jak niebezpieczne i pełne trudów oraz niewygód jest życie zbieraczy matę. Teraz ludzie ci muszą wrócić do swoich rodzin bez 18 grosza i być jeszcze uzależnionymi od bogatego przedsiębiorcy. Nie dziwota, że takiego właśnie człowieka dobrał sobie za wspólnika chytry nowojorski Jankes. Zbieracz matę począł prosić o zmniejszenie żądanej kwoty bodaj o kilkanaście peso, daremnie.

- Jedno, co dla was mogę zrobić, to zwłoka do wieczora - zadecydował w końcu nieugięty kapitalista. - W przeciwnym razie pozostaniecie w mojej służbie, dopóki nie odrobicie całej należności. To moje ostatnie słowo! Żegnam! Biedny człowiek ruszył się ku drzwiom. Gdy przechodził koło mnie, i szepnąłem mu:
- Zaczekać przed bramą!

Popatrzył na mnie zdziwiony i wyszedł, ja zaś przystąpiłem do handlowca, który zmierzył mnie badawczo od stóp do głów i skło-niwszy mi się, zapytał: - Senior, czemu mam zawdzięczać zaszczyt tak niespodziewanej pańskiej wizyty? Z takiego powitania wywnioskowałem, że i on wziął mnie za kogoś innego. Odrzekłem więc uprzejmie, ale bez uniżoności: - Obecność moja w pańskim biurze nie jest niczym nadzwyczaj-nym. Jestem najzwyklejszym pod słońcem śmiertelnikiem, podróżu-jącym po świecie, i zobowiązałem się oddać panu ten oto list. Wziął ode mnie kopertę z listem, przeczytał adres, obrzucił mnie raz jeszcze badawczym wzrokiem i uśmiechnął się dyplomatycznie: - Od mego wspólnika z Nowego Jorku! Czy pan utrzymuje z nim stosunki handlowe? Szkoda, że nie uprzedził mnie wcześniej o pań-skim przybyciu. - Nie słyszałem o panu nigdy przedtem, a z pańskim wspólnikiem zetknąłem się tylko przypadkowo... Tupido, jakby nie słysząc moich słów, rozerwał kopertę, nie zauważywszy, na szczęście, naruszenia pieczęci, przeczytał list bardzo uważnie i wreszcie schował go do kieszeni. 19 - Szczególne! Czy pan istotnie jest owym podróżnikiem, o którym mowa w tym liście?
- Przypuszczam, że w liście jest mowa o mnie.

- Ależ rozumie się; wspólnik mój poleca mi pana jak najgoręcej, i jestem też gotów do wszelkich usług. - Uprzejmie dziękuję, senior! Nie mam zamiaru narażać pana na kłopoty. - Bynajmniej, panie, bynajmniej! Niech się pan niczym nie krę-puje! Z początku zdziwiłem się, zobaczywszy pana, bo mi pan przy-pominał bardzo żywo pewną osobę...
- Czy nie mógłbym pana prosić o podanie mi jej nazwiska?

- Dlaczego miałbym odmówić panu tej przyjemności... Jest to pułkownik Latorre, o którym może już pan słyszał!... - Tak, słyszałem to nazwisko. Człowiek, który je nosi, jest podo-bno bardzo popularny i wiele sobie po nim obiecują. Proszę mi jednak wierzyć, że ja, oprócz zewnętrznego wyglądu, nic z nim nie mam wspólnego. Jestem zwykłym turystą i nie posiadam żadnego zamiło-wania do polityki. - Mówi pan to przez skromność. Mój przyjaciel z Nowego Jorku pisze właśnie, że przebywał pan kilka lat wśród Indian, a więc musi pan posiadać talent, że się tak wyrażę, wojenny. Mam nadzieję, że zechce mnie pan łaskawie zaszczycić dziś wieczorem swymi odwiedzi-nami w domu, a przy tej sposobności spodziewam się usłyszeć coś o pańskich przygodach.

- Jestem do usług. - Pozwolę więc sobie zaprosić pana na obiad o godzinie ósmej.

Adres mój - tu dał mi bilet wizytowy - znajdzie pan na tej karcie. Czym jeszcze mogę panu służyć? - Jeżeli można, prosiłbym o wypłacenie mi kwoty, przykazanej przez pańskiego wspólnika odrzekłem, podając mu przekaz, który senior Tupido obejrzał, nakreślił coś na nim i oddając mi, wskazał kasę: 20 - Tam panu wypłacą. Tymczasem muszę pana pożegnać. Do zoba-czenia wieczorem! To mówiąc, chciał odejść do drugiego pokoju. Ja jednak, na pier-wszy rzut oka przekonawszy się, iż uprzejmy handlowiec chce mnie okpić, zawołałem:
- Senior, proszę jeszcze na sekundę! •a. - Cóż jeszcze? - odmruknął szorstko, jakby nie ten sam człowiek.

- Prawdopodobnie zaszła tu mała pomyłka. Należy mi się z prze-kazu nieco większa suma.
- Zapomina pan zapewne o należności dyskontowej.

- Za pozwoleniem! To jest przekaz i o należności takiej nie może być tu mowy. Odciąga mi pan pięć procent, jakby to był weksel na dłuższy termin, nie zaś czek gotówkowy.
- U nas jest taki zwyczaj, że się tyle potrąca...

- Wiem, że zbieracz matę musi się stosować do pańskich zwycza-jów, bo jest od pana zależny; ja jednak znajduję się w innym po-łożeniu. Wspólnik pański nie wystawił mi tego przekazu z łaski lub przez grzeczność; wypłaciłem mu gotówką tyle co do grosza i tyle też mi się należy bez żadnych potrąceń.
- Jak pan uważa, ja nie dam więcej.

- Wobec tego zatrzymaj pan sobie pieniądze, a przekaz proszę mi zwrócić. - To niemożliwe, bo już zlikwidowany... zresztą oddał mi go pan i jest on od tej chwili moją własnością. - Spodziewam się, że nie na długo, tylko do chwili, gdy wrócę tu z komisarzem policji. Żegnam. Zaciekawieni sprawą współpracownicy aż poodkładali pióra, ja zaś kiwnąłem ich szefowi głową, zamierzając odejść. Jednak ostatnie moje słowa wywarły swój skutek. - Proszę zaczekać, senior! - powiedział, podążając za mną ku drzwiom.

Widocznie zagrożenie policją napełniło go pewną obawą, co
21 ważniejsze jednak, zadarłszy ze mną, nie mógłby już mnie użyć w ekspedycji proponowanej przez nowojorskiego wspólnika. Wydobył list i przebiegłszy go szybko wzrokiem, rzeki z poprzed-nią uprzejmością: - Przepraszam pana bardzo, przeoczyłem dopisek, w którym mój wspólnik zastrzega się przed ściąganiem procentu według naszego zwyczaju. Otrzyma więc pan całą sumę, i spodziewam się, że wskutek tego małego nieporozumienia nie cofnie pan swego słowa i zaszczyci mnie swoją obecnością wieczorem.

- Oczywiście, ale pod warunkiem, że w domu pańskim nie spot-kam się znowu z jakimś innym tutejszym zwyczajem, który znowu zmusiłby mnie do takiej reakcji. - O, nie, nie! - usiłował mnie udobruchać i z zachęcającym uśmiechem zniknął za drzwiami sąsiedniego pokoju. Odebrawszy swoje pieniądze, wyszedłem z biura. Przed bramą spostrzegłem zbieracza matę, któremu dałem znak, aby zaczekał na mnie. Teraz skinąłem na niego, aby szedł za mną. Zaprosiłem go do cukierni. Było tu pełno gości, należących, jak mi się zdawało z powierzchowności, do „dobrego towarzystwa”. W chwili naszego wejścia oczy wszystkich zwróciły się na obdartusa; ale ani on, ani ja niewiele robiliśmy sobie z tego. Z chwilą, gdyśmy usiedli przy stoliku, inni goście nieznacznie odsunęli się od nas, tak, że mieliśmy dosyć miejsca. Pokryta silnym zarostem twarz mego towarzysza była bardzo cha-rakterystyczna. Z rysów jej, a zwłaszcza z oczu, przebijała wrodzona inteligencja i siła woli. Zdawało się, że człowiek ten posiada dwie natury: jedną pokorną i potulną uciemiężonego robotnika, drugą śmiałą i butną. - Dał mi pan znak, - mówił - ażebym zaczekaŁ Spełniłem pańską wolę i oczekuję rozkazów. - Nie mam zamiaru rozkazywać panu - odrzekłem. - Chciałem tylko prosić o jedno. Byłem świadkiem pańskiego rozejścia się z 22 Tupidem i wywnioskowałem stąd, że pozostaje pan w niemiłej zależ-ności od tego dorobkiewicza. - Hm... niby tak - odparł z uśmiechem i miną człowieka, który mógłby wyrzucić tysiąc peso bez zbytniego uszczerbku dla własnej kieszeni. ^ - Słyszałem, że gdyby pan był w posiadaniu dwustu peso, mógłby się pan wyzwolić spod jego władzy. Otóż czy byłby pan skłonny przyjąć ode mnie tę kwotę? Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Kwota wprawdzie nie była wiel-ka, ale dla biednego zbieracza matę mogła mieć wielkie znaczenie. Położenie tego człowieka wzbudziło we mnie coś w rodzaju litości i aczkolwiek sam nie jestem bogaty, jednak postanowiłem podarować mu te pieniądze.
- Żartujesz senior? Co pana ku temu skłania? - Co skłania? Radbym panu dopomóc w przykrej sytuacji. - Z litości? Chce mi pan dać jałmużnę?

- Nie, tylko zapomogę, a raczej pożyczkę. Uważam pana za ca-ballero, jakże śmiałbym więc pomyśleć o jałmużnie. Więc weźmie pan pożyczkę? - Może... a może i nie. Zależy to od warunków. Czy mógłby mi je pan przedstawić? - Otóż zapłaci mi pan trzy od stu. Wypowiedzenie roczne. Każdy z nas przy najbliższym spotkaniu ma prawo umowę wypowiedzieć, a od tej chwili za rok zwróci mi pan cały kapitał z procentem.
- A jeśli się nie spotkamy nigdy?

- Wówczas zatrzyma pan pieniądze dla siebie, albo je wręczy uboższemu.
- Senior, jesteś godnym człowiekiem - rzekł, ściskając mi rękę.

- Przyjmę pożyczkę i jestem pewien, że będę mógł ją oddać panu co do peso. Rad bym tylko wiedzieć, kim jest i skąd pochodzi senior, który okazał mi tak bezinteresownie swą życzliwość.

Dałem mu kartę wizytową. Przeczytał ją i uśmiechnął się, a
23 sięgnąwszy do bocznej kieszeni swego podartego kubraka, wyjąłwcale przyzwoity portfel i wręczył mi swoją wizytówkę, na której byto napi-sane:

Sennor Mauricio Monteso
Guia y Yerbatero. Był więc przewodnikiem podróżnych i zbieraczem matę. Wiado-mość dla mnie nie najgorsza. - Po jakich okolicach pan podróżował? - zapytałem go. - Ja zmierzam do Santiago i Tucuman i potrzebuję dobrego przewodnika. - Naprawdę? Mogę więc panu polecić dzielnego i doświadczone-go człowieka, mego przyjaciela. Niech pan nie myśli, że to zwykły arriero, który tylko patrzy, jak na każdym kroku oszwabić obcego podróżnego, to prawdziwy sendador.
- A pan sam nie miałby chęci i czasu podjąć się tego zadania?

- Hm... - mruknął, patrząc na mnie badawczym wzrokiem. - Czy należy pan do ludzi bogatych?
-Nie.

- A...a... pieniądze mi pan pożycza! Czy mogę zapytać, w jakim celu pan podróżuje? Czy jest pan poszukiwaczem złota, lub może jeździ pan dla innych celów spekulacyjnych?
-Nie. - Może się namyślę... Kiedy pan stąd wyrusza? - Jak najprędzej.

- Ja nie mógłbym jechać natychmiast, bo muszę załatwić pewną sprawę, która nie cierpi zwłoki. A zresztą mój przyjaciel, którego pragnę panu polecić, nie mieszka tutaj; musiałbym pana zaprowadzić do niego, a to kawał drogi w głąb Paragwaju. Nałożenie jednak drogi opłaciłoby się panu, bo sendador ów, nazwiskiem Geronimo Sabuco, jest, mogę rzec, w całym kraju najlepszy. Proszę tedy namyślić się nad tą sprawą i nie brać byle kogo, bo szkoda byłoby czasu i pieniędzy. - Kiedy więc i gdzie mógłbym się spotkać z panem i powiedzieć mu, co postanowiłem? 24 - Ja właściwie miałem zamiar zostać tu tylko do jutra, ale prze-dłużę swój pobyt jeszcze o jeden dzień. Do swej nory nie chciałbym pana zapraszać i lepiej będzie, jeżeli sam przyjdę do pana.
- Dobrze, proszę przyjść jutro w południe do hotelu „Oriental”.

Przypuszczam, że do tego czasu podejmę decyzję. - Przyjdę, senior. Czy pozwoli pan jeszcze zapytać, co łączy pana z Tupidem? Zapewne interesy handlowe? - Wcale nie. Oddałem mu tylko list od naszego wspólnego zna-jomego z Nowego Jorku.
- Zaprosił pana do siebie? - Tak, na dziś wieczór do swego domu.

- Wiem... przy, prowadzącej do La Unia boczneuj licy. Mieszka w pięknej willi, która się panu spodoba. Ale czy domownicy również spodobają się panu, mocno w to wątpię. - Gospodarza już poznałem i nie jestem nim zachwycony. Zaszła dziś nawet między nami mała sprzeczka.

Zauważyłem, że od pewnego czasu towarzysz mój spozierał ciągle przez okno na ulicę, jakby kogoś tam obserwował. Nie mogłem jed-nak widzieć, co zajmowało jego uwagę, gdyż byłem odwrócony ple-cami do okna.
- Carramba! - rzekł z zakłopotaniem. - Obraziłeś go pan może?

- No, nie. Wymieniliśmy ze sobą kilka przykrych słów, ale do obrazy nie doszło.
- I mimo to zamierza pan pójść do niego wieczorem? - Czemu nie miałbym iść?

- Ha, słusznie. Tylko niech się pan ma na baczności. U nas ludzie obrażają się o byle co, a mszczą się w sposób wyszukany, zachowując przy tym wszelkie pozory przyzwoitości. - Czy ma pan jakieś podstawy do tego, żeby mnie ostrzegać przed tym człowiekiem? - Proszę, niech się pan obejrzy - odrzekł. - Tam, naprzeciw, stoi oparty o sztachety mężczyzna. Widzi pan? 25 Spojrzałem w okno i istotnie zauważyłem po przeciwnej stronie ulicy człowieka, z którego postawy i zachowania się można było od razu wywnioskować, że kogoś śledzi. Ubrany był czarno, a na głowie miał sombrero o szerokich kresach. Palił papierosa, rozkoszując się wonnym dymem z miną wytrawnego znawcy.
- Co to za osobistość? - zapytałem towarzysza.

- Jest to pewien znany mi człowiek do wynajęcia, specjalista w pewnych sprawach. Obecnie, jak sądzę, zadaniem jego jest śledzić pana.
-Czyżby?

- Tak myślę. Zauważyłem go jeszcze na Plaża de la Independen-cia, jak czatował na pana, udając, że spaceruje bez celu i dla zabicia nudów przypatruje się obojętnie przechodniom. Potem, gdy pan wyszedł od seniora Tupido, jegomość ten podążył za nami krok w krok aż tutaj. Jestem mocno przekonany, że ma on na oku nie mnie, lecz pańską osobę.
- Ee, może się panu tylko tak wydaje?... Przypadek, nic więcej.

- Przypadków podobnych u nas nie ma, senior! Zresztą proszę go obserwować dokładniej, tak, aby tego nie zauważył. Czy zachowanie się jego nie zdradza profesji? Zobaczy pan, gdy się stąd oddalimy, że pójdzie za panem krok w krok. Jutro powie mi pan, czy się myliłem; dziś jednak radzę panu szczerze zachować jak najdalej idącą ostroż-ność.
- Ależ, senior! Nie obraziłem Tupida tak śmiertelnie, aby aż

godził na moje życie za pośrednictwem wynajętego draba. - Może u was nie zwraca się uwagi na błahe nieporozumienia, tu jednak są inne zwyczaje. Proszę pamiętać, że ludność tutejsza, wywo-dząca się ze starej Hiszpanii, posiada bardzo żywy temperament. Zresztą może się pan naraził komuś innemu, oprócz Tupida? -Ach, prawda! Jakiś komiczny człeczyna był u mnie dzisiaj w hotelu i istotnie rozeszliśmy się w ten sposób, że groził mi pięścią. Jednak nie obawiam się ani trochę zemsty tego półgłówka.

26
- Hm! Komiczny człeczyna!... Zemsta!... To już coś konkretnego!

Jak się nazywał ów pański gość?
- Esquilo Anibal Andaro.

- Do licha! Ależ to wcale nie jest komiczny człowiek! To naj-bardziej zagorzały blanco, jakiego znam i po nim spodziewać się można wszystkiego. Znam go doskonale. Czy może mi pan powiedzieć, w jakim celu odwiedził pana? Opowiedziałem towarzyszowi zabawny przebieg zajścia w hotelu, co przyjął z wielką powagą i rzekł:
- Założę się, że to właśnie Andaro nasłał na pana tego draba.

Niechże się pan ma na baczności i nie wychodzi z domu bez broni!
- A owego pułkownika zna pan również?

- Nie widziałem go nigdy, wiem jednak, że pewna partia spodzie-wa się po nim wielkich rzeczy. Ponieważ senior zewnętrznym wyg-lądem jest do niego podobny, mogą stąd wyniknąć dla pana wcale niepożądane następstwa. Żaden ze znanych członków jednej i dru-giej partii politycznej nie jest nigdy pewny swego życia, może więc i pana całkiem nieoczekiwanie spotkać nieszczęście.
- Do diabła! To rzecz nieprzyjemna, ale za to bardzo zajmująca!

- Dziękuję za tego rodzaju zajmujące rzeczy, gdybym miał przy tym położyć głowę! Ów Andaro, sądząc, że pan jest Latorrem, dybie najwyraźniej na pańskie życie.
- To niemożliwe! - Tik pan sądzi?

- Bo obaj należą do jednego stronnictwa. Będąc pewny, że jestem owym pułkownikiem, Andaro przybył w zamiarze zrobienia ze mną interesu.
- Ja w ten interes nie wierzę. - Przecież ofiarował mi nawet pieniądze...

- Senior, jesteś molem książkowym, niczym więcej - zaśmiał się dobrodusznie. - W życiu jednak rzeczy układają się inaczej, niż w książkach. Latorre nie należy do tego samego stronnictwa, co 27 Andaro. Jest to człowiek bardzo sprytny i przezorny, ale mimo to wiemy dobrze, do której partii naprawdę należy.
- Dlaczegoż więc Andaro chce wejść z nim w handlowe stosunki?

- Pozornie tylko się o to stara, aby go potem zdemaskować; tak przynajmniej mnie się wydaje. Proszę sobie wyobrazić, co to byłaby za sensacja, gdyby „biali” mogli ogłosić, że są w posiadaniu podpisu Latorre, którym ten potwierdza odbiór pięciu tysięcy za broń, po-trzebną do celów powstańczych! To by go po prostu zdruzgotało!
- Teraz pojmuję... - Andaro uważa pana, mimo wszystko, za Latorre i jest wściekły,

że nie dał mu się pan wciągnąć w sprytnie obmyśloną zasadzkę. Albo też uwierzył on, że pan jest kimś innym, i również wścieka się, że tak nieopatrznie zwierzył się przed obcym z tajemnic swego stronnictwa i że mogą stąd wyniknąć dla niego i dla wszystkich członków nastę-pstwa bardzo niepożądane. W obu więc wypadkach nie powinien pan spodziewać się niczego dobrego od „białych”. A stąd wniosek, że musi pan jak najprędzej usunąć im się z oczu.
- Pan mnie naprawdę niepokoi!

- I mam powody. Ów drab nie dla zabawy wystaje godzinami na ulicy. Znam tutejsze stosunki doskonale i proszę mi wierzyć, że się nie mylę.
- No proszę! Już na progu tego pięknego kraju spotykam się z tak

niemiłą awanturą!
- Tak, tak! Radzę więc panu mieć się dziś na baczności, a jutro

wyjechać stąd, i będzie wszystko dobrze. Jestem zresztą pewien, że tej nocy nie obejdzie się pan bez przygody i dlatego rad będę dowiedzieć się jutro od pana, iż ostrzeżenie moje było w istocie użyteczne.
- Skorzystam chętnie z pańskiej przestrogi, a tymczasem wypłacę

panu dwieście peso. Wręczyłem mu pieniądze, które schował do portfela z taką miną, jakby chodziło o bibułkę do papierosów, po czym uścisnął mi rękę, skłonił się uprzejmie i wyszedł. 28 Zająłem natychmiast jego miejsce, by mieć widok na ulicę, gdzie czatował licencjonowany opryszek. Widziałem, że przypatrywał się uważnie wychodzącemu z cukierni yerbaterowi i miał minę bardzo zniecierpliwionego, spostrzegłszy, że pozostałem w środku. Nieba-wem jednak wyszedłem i ja, udając, że nie zwracam uwagi na owo indywiduum. Przebiegłem kilka ulic, zatrzymując się tu i ówdzie przed oknami wystawowymi i przekonałem się, że osobnik ten nie spuszcza mnie z oczu. Upłynęła może godzina i począł zapadać zmrok. Nagle odgłos dzwonów zwrócił moją uwagę, że znajduję się obok kościoła. Spy-tałem jednego z przechodniów, co to za kościół. Dowiedziałem się, że to katedra i że za chwilę rozpocznie się codzienne nabożeństwo, zwaneAve Maria de la noche. Zmieszałem się więc z tłumem wiernych i wszedłem do świątyni, pełnej jarzących się świateł. W prezbiterium śpiewał chór mieszany z towarzyszeniem organów. Śpiewacy byli nieźle wyćwiczeni w swej sztuce, ale organista - pożal się Boże! Nie miał pojęcia o użyciu rejestrów i fałszował co chwila tak nieznośnie, że chciało się uszy zatykać! Najulubieńszym moim instrumentem są organy, nie dziw więc, że od razu poznałem się na partactwie organisty. Wszedłem zaciekawio-ny na chór, aby zobaczyć tego fałszerza najpiękniejszej kompozycji Palestriny. Był to niepokaźny i bardzo ruchliwy człowieczek. Spostrzegłszy, że mu się przypatruję, postanowił popisać się przede mną i w tym celu powyciągał wszystkie rejestry. Rzecz prosta - organy huknęły całą siłą, zagłuszając całkowicie głosy śpiewaków. Mimo to, dyrygent chóru nie dał mu żadnego znaku i pieśń doprowa-dzono w takich warunkach do końca. Nastąpiła krótka przygrywka znanej mi dobrze melodii. Niestety, organista wyciągnął na górze vox angelica, vox humana, aeolina i flanta amabile, a w basie najniższe i najsilniejsze rejestry, na skutek 29 czego bas zagłuszył w zupełności całą piękną melodię.

Tego było już za wiele. Nie zważając, że w osobie mistrza mo- gę uczynić sobie śmiertelnego wroga, przystąpiłem bliżej ku organom i zarejestrowałem inaczej. W pierwszej chwili organista popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale odczuwając, że melodia po mej poprawce wychodzi znacznie lepiej, grał dalej spokojnie. Po trzeciej zwrotce kapłan zaśpiewał głośno u ołtarza modlitwę, a organista, korzystając z chwili, szepnął do mnie:
Gra pan na organach? Trochę. Może pan spróbuje? Jaką melodię?

- Otworzę panu śpiewnik. Są tylko trzy wiersze. Dam panu znak, kiedy zacząć. Najpierw bardzo miła i piękna przygrywka, potem me-lodia w tonacji dosyć silnej, a po trzecim wierszu fuga na wszystkie głosy i kontrapunkt. Skłoniłem głową twierdząco, pomimo, że wskazówki jego przecho-dziły moją znajomość rzeczy. Fuga... kontrapunkt!... Gdy kapłan skończył modlitwę, organista szturchnął mnie potęż-nie w bok, co niewątpliwie miało być owym umówionym znakiem. Zacząłem... Jak grałem, mniejsza o to. Nie należę do skończonych wirtuozów i nie wiem, co powiedziałby znawca na mój „kontrapunkt”. Ale lu-dzie, przyzwyczajeni do partackiej gry swego organisty, byli bardzo przejęci. W nawie kościelnej nikt nie myślał o wyjściu, pomimo, że nabożeństwo już się skończyło, a śpiewacy otoczyli mnie kołem i słuchali w skupieniu. Musiałem dodać jeszcze jedną fugę i zakończy-łem, tłumacząc się brakiem czasu. Zachwycony organista wziął mnie pod rękę, sprowadził z chóru i, gdyśmy się znaleźli na ulicy, oświadczył, że muszę udać się do niego w gościnę.
- To niemożliwe, senior - wymawiałem się - gdyż właśnie

30 jestem już zaproszony gdzie indziej.
- Do kogo? - Do seniora Tupido.

- Jeżeli tak, to trudno. Ale może zechce mnie pan zaszczycić jutro? Proszę pana do siebie na śniadanie.
- Z przyjemnością!

- A więc spotkamy się u mnie o dziesiątej, a potem zagramy na organach na cztery ręce i cztery nogi. Mam znakomite nuty. Zostanie pan także u mnie na obiedzie. - Co do obiadu, to niestety nie będę mógł korzystać z pańskiej gościnności, gdyż o tej porze będę zajęty. - Szkoda! A może dałoby się to jakoś zmienić? Nie znam pań-skiego nazwiska i nie wiem, kim pan jest, ale po fachu jesteśmy niejako kolegami i spodziewam się, że...
- Oto mój bilet wizytowy.

- Dziękuję, ale niestety swoim służyć nie mogę, bo portfel zos-tawiłem w domu. Zresztą to drobnostka. Rad bym nauczyć się od pa-na rejestrowania, bo mi to sprawia najwięcej trudności. Między nami mówiąc, mylę się zawsze, wyciągając zgoła nie te rejestry, które należy. Nie dziwota zresztą! Człek musi w jednym momencie pamiętać o rękach, nogach, nutach i śpiewniku, a przy tym uważać na księdza, więc z rejestrami kłopot. No, ale mam nadzieję, że pan mi pokaże, jak się to robi. Zresztą, jeżeli pan zmierza do Tupido, to pójdziemy razem. Mój dom znajduje się niedaleko jego willi.

Opisał mi drogę do willi i jej położenie tak dokładnie, że mogłem trafić z zamkniętymi oczyma. Tymczasem zapadł piękny, nie dający się opisać wieczór wiosenny. Księżyc, będący właśnie w pełni, zalewał miasto potokami srebrzys-tych blasków, odbijających się od białych marmurów. Z ogrodów i parków szła odurzająca woń egzotycznych kwiatów. Organista mieszkał za miastem, jak się wyraził, „na zielonym”. Nie było to jednak przedmieście, jakie się spotyka w Europie, z małymi 31 domkami robotników, lecz dzielnica willowa. Uszedłszy spory kawał, towarzysz mój skręcił w wąską nieoświetloną uliczkę.
- Dokąd? - zapytałem.

- Do mnie. Musi pan przynajmniej wypić ze mną na pożegnanie szklankę wina, a jutro o dziesiątej nie będzie pan błądził, szukając mego domku. Domek ów znajdował się prawie na samym końcu ogrodów i parków. Nie było w nim widać okien, a^tylko niskie drzwi, prowadzące do wnętrza. Nie chciałem wejść, gdyż obawiałem się spóźnić z wizy-tą, więc rozmawialiśmy chwilę przed drzwiami domku. Gdy nagle w uliczce, którą tu przybyliśmy, posłyszałem czyjeś kroki. Obejrzałem się i przede wszystkim spostrzegłem sombrero. Pod tym kapeluszem musiała kryć się niezawodnie głowa ludzka, no i jej właściciel. Zauwa-żyłem, że w pierwszej chwili chciał się cofnąć, ale że wzbudziłoby to w nas podejrzenie, więc wybrał sposób inny: podszedł wprost ku nam. Był to ów typek, przed którym ostrzegał maieyerbatero. - Kim pan jesteś? Czego sobie Tyczysz7 - pytał zaniepokojony organista, z czego wywnioskowałem, że drobny ten człowieczek miał również „drobną”, lękliwą duszę. Zapytany przystąpił jeszcze bliżej, ja zaś usiłowałem zajrzeć mu w oczy. Ale, pomimo księżycowej jasności, nie mogłem rozeznać rysów twarzy, bo zakrywał je szerokimi kresami kapelusza. Byłem pewny, że przyszedł tutaj z zamiarem dokonania na mnie napadu. - Pardon, seniores’. - odrzekł przytłumionym głosem. - Poszu-kuję domu Arriqueza i wskazano mi tę drogę. - Źle panu ktoś doradził. Tu nie mieszka nikt o podobnym naz-wisku - objaśnił organista. Nieznajomy postąpił ku nam jeszcze jeden krok odwracając się od światła, co dla mnie było o tyle dogodne, że mogłem dokładnie obserwować każdy jego ruch.
- Zapewne ktoś zakpił sobie z pana - zauważył znowu organista.

32 - Nie sądzę. Osobą o tym nazwisku ma być ów senior, który nie-dawno grał na organach w katedrze. - Ten senior stoi właśnie przed panem... Ale nie nazywa się on Arriquez, lecz... Mały człowieczek do tej pory jeszcze trzymał w ręku mój bilet wizytowy i obecnie chciał przy świetle księżyca odczytać na nim moje nazwisko. Tę chwilę wykorzystał przybysz, rzucając się na mnie z wydobytym z kieszeni nożem.

Na szczęście zawczasu ostrzeżony przezyerbatera co do tożsamoś-ci draba w sombrero, miałem się na baczności. W krytycznej chwili odskoczyłem w bok, i ostrze noża błysnęło mi tylko przed oczyma. Jednocześnie zaś wymierzyłem napastnikowi tak potężne uderzenie pięścią w skroń, że się aż zatoczył. Wykorzystując zaskoczenie, chwy-ciłem go za gardło i rzuciłem o ziemię. Padł, nie dając znaku życia, a organista z przerażenia wypuścił z ręki mój bilet i w pierwszej chwili oniemiał, a następnie począł krzyczeć:
- Gwałtu! Na pomoc! - Cicho! - rozkazałem. - Nic się jeszcze nie stało. - Jak to nic się nie stało? Tli musi być ich więcej! Uciekajmy!...

Ale dokąd?... Ach, prawda! Mam klucz od swego mieszkania... jestem uratowany!... Otworzył szybko drzwi swego domu, a wbiegłszy do środka, zat-rzasnął je natychmiast za sobą, nie troszcząc się wcale, co będzie z zaproszonym gościem, rad, że sam znalazł się w bezpiecznym miejscu. Zza kraty wołał tylko do mnie: - Chwała Bogu, jestem uratowany! Niech pan czym prędzej ucie-ka! - Dokąd mam uciekać? Najłatwiej byłoby panu ukryć mnie w swoim domu... - Dziękuję bardzo za radę, ale nie mam ochoty narażać się dla pańskich pięknych oczu. Niech pan już sobie idzie. Nie chcę, żeby pan stał dłużej przed moim domem! 33 , - Ach tak? Dopiero przed chwilą nazywał mnie pan swoim przyja-cielem, zapraszając do siebie na wino! - Ee, gdy grozi mi niebezpieczeństwo, to puszczam na bok wszel-kie czułości... Nie mogę przecież dać się zarżnąć za pana, jak baran...
- Tego od pana nie wymagam i... odchodzę. Do zobaczenia jutro.

I zawróciłem. Ale organista, słysząc moją obietnicę, począł krzy-czeć z przerażeniem: - Co pan mówi? Ja nie życzę sobie, żebyś pan jutro przychodził do mnie!... Nie chcę w ogóle pana znać!... Trwoga organisty rozśmieszyła mnie. Drab, który napadł na mnie, leżał teraz, jak się zdawało, beż życia na ziemi. Byłem pewny, że nie ma żadnych pomocników i czułem się zupełnie bezpieczny. Podszed-łem więc do drzwi domu organisty i zawołałem, udając wielce zdzi-wionego: - Nie, panie organisto! Pan mnie zaprosił do siebie i jutro o dziesiątej z pewnością przyjdę do pana na śniadanie! - Idź pan sobie na śniadanie do wszystkich diabłów, ale nie do mnie!
- Czego pan się boi? Przecie tu o mnie szło, a nie o pana!

- Niby tak; ale pan nie zna tych ludzi: postanowili zgładzić pana ze świata i nie oszczędzą wszystkich tych, którzy są pańskimi przyja-ciółmi, bo tu idzie zapewne o sprawy polityczne. Niechże więc pan ucieka i zejdzie mi z oczu raz na zawsze! - Dobrze, ale może pan przyśle mi tu kogoś do pomocy, abym mógł zaprowadzić tego bandytę na policję.
- Co też pan mówi? To byłoby wielkie głupstwo z mojej strony.

Gdybym nawet miał tysiąc służących, nie wysłałbym ani jednego do pomocy panu. O, jestem na to za mądry, aby się narażać bandytom. No, ale nareszcie idzie moja żona ze światłem... Żegnam pana i niech pan ucieka, żebyś nie pożałował. Zobaczyłem za kratą drzwi światełko i w tej chwili rozległ się swarliwy głos kobiecy. Widocznie połowica zacnego organisty 34 czyniła mu wyrzuty za to, że wyprawia po nocy awantury. Zwróciłem się teraz do napastnika, który właśnie w tej chwili, zerwawszy się z ziemi, jak spłoszony zając, rzucił się w to miejsce, gdzie leżał porzu-cony przez niego nóż. Musiałem się pośpieszyć, aby przed nim chwycić to narzędzie, nie miałem bowiem przy sobie żadnej broni. Udało mi się go uprzedzić, więc pogroził mi tylko pięścią i uciekając w pola, zawołał:
- Niebawem się spotkamy!

Nie mając tu już nic do roboty ruszyłem tą samą uliczką, którą przybyliśmy, nie spotykając po drodze żywej duszy i skierowałem się do willi Tupida. Niebawem stanąłem przed żelazną furtką, poza którą był mały ogródek, a w głębi budynek. Schowałem nóż do kieszeni i zadzwo-niłem.
- Kto tam? - zapytał ktoś z głębi ogródka.

Powiedziałem swoje nazwisko. Służący otworzył furtę i zaprowa-dził mnie, nie mówiąc jednego słowa, do wykwintnie urządzonego pokoju. Tlipido siedział na sofie, paląc wonne cygaro. Na moje wejście powstał i podszedłszy ku mnie, podał mi rękę ze słowami:
- No, nareszcie! Spóźnił się pan o cały kwadrans.

- Proszę mi wybaczyć niepunktualność, która zresztą spowodo-wana została przez nieoczekiwaną przygodę. Mam nadzieję, że pan to łaskawie uwzględni. - Ależ naturalnie! - śmiał się. - Jak mógłbym gniewać się o taką drobnostkę! I zresztą żona moja nie jest jeszcze gotowa z przygoto-waniami do stołu, będzie pan więc zmuszony przez kilka minut zado-wolić się wyłącznie moim towarzystwem. Posadził mnie obok siebie na sofie i podał przybory do palenia. Skorzystałem z zaproszenia i zapaliwszy cygaro, rozmyślałem nad doskonałym pozorem uprzejmości ze strony mego gospodarza, który, położywszy mi rękę na ramieniu, mówił: 35 - Muszę się przyznać, iż mocno jestem zobowiązany memu wspól-nikowi, że dał mi sposobność poznać pana. Przede wszystkim jestem zawsze bardzo rad ludziom ze starego kraju, a po wtóre poczułem szczególną sympatię dla pana, którego mi przedstawiono, jako czło-wieka wielkich zdolności i wiedzy oraz przymiotów towarzyskich. Cieszę się ogrommnie, że raczyłeś pan zaszczycić mój skromny dom swoją obecnością. Z całej tej tyrady wnosiłem, że człowiek ten uważał mnie za bar-dzo naiwnego, skoro sądził, że dam mu się złowić na tak prymitywne dusery. Odrzekłem skromnie:

- Przykro mi, że list polecający skłonił pana do mylnej oceny mojej osoby. Podróżuję bowiem, aby się uczyć sam, a nie nauczać drugich i do tego ostatniego nie mam żadnych zdolności. Kto więc chwali mnie w żywe oczy, wprawia jedynie w zakłopotanie. - Spodziewałem się podobnej odpowiedzi, senior. Im ktoś więcej wart, tym jest zazwyczaj skromniejszy. Dajmy jednak temu pokój i pomówmy raczej o czymś innym. W jakim właściwie celu przedsięw* ział pan obecną swą podróż? Przypuszczam, że w sprawach kupiec-kich? A może w celu badań naukowych?... - Ani jedno, ani drugie, senior. Podróżuję dla podróżowania. Nie jestem specjalistą ani w handlu, ani w naukach przyrodniczych. Są ludzie, którzy wybierają się co dzień na długie przechadzki jedynie po to, by się rozkoszować widokiem krajobrazów. Podobne upodobania powodują i mną, tylko czynię to na większą skalę. Niech więc pan nie ma o mnie niewłaściwego wyobrażenia i nie przecenia mojej war-tości... Odpowiedzi moje musiały go trochę ostudzić w zbytniej dla mnie uprzejmości, gdyż spuścił z tonu, pytając znowu: - Nie wyobrażam sobie jednak, jak można odbywać tak dalekie podróże bez określonego celu. Należy pan widocznie do ludzi wyjątkowych, do idealistów. Mówi pan o przechadzce dla napawania się pięknymi widokami, a wybiera pan sobie kraj, który obfituje we 36 wszystko, prócz pięknych krajobrazów. Czyżby pan naprawdę nie miał pojęcia o niebezpieczeństwach, jakie mogą panu zbyt często psuć przyjemność podróży? - Starałem się zawczasu zapoznać ze stosunkami tutejszymi, oczy-wiście, o ile to było teoretycznie możliwe. Zresztą niechętnie zmie-niam raz powzięte postanowienia.
- Doceniam to, senior!

- Co? Postanowienia moje, czy też ryzykowne kroki, na które nie ważyłby się może kto inny? Moim zdaniem, jeśli się jest niedoświad-czonym, a pragnie coś poznać i czegoś nauczyć, nie ma innego sposo-bu, tylko trzeba tego i owego doświadczyć, trzeba ryzykować... Potrząsnął głową znacząco, jakby chciał przez to zaznaczyć, że uważa mnie za głupszego, niż sobie wyobrażał. Dlatego też zapewne wypytywał mnie dalej z lekkim odcieniem politowania: - I pan naprawdę nie boi się podróży do Santiago, czy nawet Tucuman? A wie pan, jak to u nas jest? Przede wszystkim mamy w kraju liczne stronnictwa polityczne, które się nawzajem zwalczają, nie przebierając w środkach. Tfe zaś okolice, przez które wypada panu droga, są właśnie najbardziej niespokojne i niebezpieczne. Istotnie ryzykujesz pan bardzo wiele... może nawet życie... i radziłbym panu namyślić się dobrze nad swym krokiem. Poznałem z jego miny, że mówi z udaną troskliwością. Odrzekłem więc: - Słyszał pan przed chwilą, że prawie nigdy nie zmieniam posta-nowień, a i obecnie chcę dokonać tego, co przedsięwziąłem. - Ha, jeśli tak... Ja spełniłem swoją powinność i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ułatwić panu tę podróż, oczywiście, o ile to będzie w mojej mocy, no i pod warunkiem, że pan się na to zgodzi.
- Ależ będę bardzo wdzięczny, senior!

- Cieszy mnie to i sądzę, że skorzysta pan z mojej rady. Dla pana byłoby najwygodniej jechać stąd przez Buenos Aires. Ale, niestety, musiałby pan w takim razie przedostać się przez okolice, w których 37 grasują liczne bandy wojskowe. Biorąc to pod uwagę, radziłbym panu obrać inną drogę, nie uczęszczaną wprawdzie, ale za to najzupełniej bezpieczną. Pojedzie więc pan prosto na zachód przez Urugwaj i prowincję Entre Rios do Parany albo Santa Fe’, a stamtąd już łatwo będzie dostać się przez Cordobę do Santiago i Tucuman. - Dziękuję, senior. Zdaje mi się, że to będzie dla mnie najlepsza droga. - Z pewnością uczyni pan najrozsądniej, stosując się do moich wskazówek. W takim przypadku mógłbym nawet dać panu list pole-cający do pewnego oficera wysokiej rangi, który posiadając rozliczne stosunki, zapewniłby panu wiele ułatwień. Jest to Lopez Jordan, zięć byłego prezydenta Urquiza. Słyszał pan o nim zapewne?...
- Tylko tyle, że to osobistość bardzo wpływowa.

- O, tak. Nie ma wątpliwości, że wybije się on wkrótce bardzo wysoko w hierarchii społecznej naszego kontynentu. Mogę się po-szczycić, że pozostaję z nim w serdecznej przyjaźni i jestem pewien, że moje polecenie do tego sławnego człowieka będzie dla pana bardzo korzystne. Polecono mi pana, mam więc obowiązek uczynić dla niego wszystko, co będzie w mojej mocy, nie zastrzegając sobie jakiegokol-wiek rewanżu. I cóż? Zgoda? - Oczywiście. Byłbym bardzo niemądry, gdybym nie skorzystał z tak wyśmienitej sposobności.
- Czy długo pan jeszcze pozostanie w naszej stolicy?

- Mogę wyruszyć każdej chwili, bo nie mam tu żadnych spraw do załatwienia, a miasto nie budzi we mnie zbytniej ciekawości. Pilno mi raczej w głąb kraju, którego nie znam i który bardzo mnie interesuje. - To bradzo dobrze, senior. Dziś jeszcze wiem, dokąd zaadre-sować list polecający; jutro byłoby już za późno, gdyż Lopez Jordan wybiera się właśnie w sprawie urzędowej na prowincję. Im wcześniej pan do niego przybędzie, tym lepiej dla pana. Byłoby nawet wskazane, abyś senior przyłączył się do niego, bo on właśnie ruszy w te strony, co i pan. Z tego względu radziłbym panu wybrać się w drogę jutro, 38 skoro świt. Mówił to z tak udaną życzliwością, że nie znając treści listu z Nowego Jorku, byłbym mu uwierzył. Nie okazując cienia nieufności, zgodziłem się i na to:
- Dobrze, wyjadę jutro rano.

- Znakomicie! Zaraz zaopatrzę pana w obiecane pismo. Otwar-cie mówiąc, pomyślałem o tym jeszcze po południu, gdyż byłem pewny pańskiego przybycia, no i tego, że się pan zgodzi na wszystko. List więc mam już gotowy. Lopez Jordan przebywa chwilowo w Paranie. Najkrótsza droga dla pana wiedzie przez Mercedes i Villaguay. W jaki sposób zamierza pan odbyć podróż? - Nie wiem jeszcze - odrzekłem, wzruszając ramionami - i prosiłbym pana o udzielenie mi rady i w tym względzie. - Niech pan jedzie dyliżansem. Szczęśliwym zbiegiem okolicz-ności znam właśnie pewnego woźnicę, który jutro rano wyrusza w tamte strony. Będzie pan mógł odbyć podróż bardzo tanio, a

tak wygodnie, jak tylko w naszych warunkach jest to możliwe. Jeżeli pan pozwoli, napiszę zaraz list do tego przedsiębiorcy. Uprzejmy gospodarz usiadł przy biurku i zabrał się do pisania. Po chwili otwarły się drzwi i wbiegli do pokoju dwaj chłopcy. Jeden liczył może dziesięć, drugi około dwunastu lat. Chłopcy wystrojeni jak lalki podeszli do mnie i zaczęli się cie-kawie przyglądać. - Tatku! - zapytał po chwili jeden z nich. - Czy to ten Europej-czyk, o którym wspominałeś? - Tak, moje dziecko - odpowiedział ojciec obojętnie, zajęty pisaniem. Mały ciekawski zwrócił się następnie do mnie z pytaniem:
Czy jesteś naprawdę idiotą? A kto ci o tym powiedział? - zapytałem. Tato mówił tak do mamusi - ozwał się drugi. Co ty pleciesz? - wtrącił ojciec. - Mowa była nie o panu, lecz

39 o robotniku z Europy, który pracuje u mnie i niczego nie można go nauczyć. Ale malec nie dal się zbić z tropu i odrzekł:
- A jednak zaprosiłeś go w gościnę...

- No, no! Nie wtrącaj się! - zgromił go Tupido. Mnie zaś zagad-nął szybko: - Przede wszystkim proszę, oto list do Jordana. Zaadre-sowałem go właśnie. I oddał mi w ręce dużego formatu kopertę, naładowaną grubo, mieszczącą w sobie najmniej ze trzy arkusze papieru. Koperta była starannie zaklejona. - Czy tu nie jest w zwyczaju oddawanie listów polecających bez zaklejania? - Nie, senior; tego się u nas nie praktykuje, gdyż zdarza się bardzo często, że w liście jest dopisek w jakiejś innej sprawie.
- Czy i w tym liście jest coś podobnego? - Owszem.

- W takim razie dopisek ten musi być bardzo obszerny i przyznam się szczerze, że byłoby mi o wiele przyjemniej, gdyby pan wyłączył go z właściwego listu. - Ee, po co ten kłopot?... Taka drobnostka!... Zresztą nigdy nie robię nic dwa razy i nie zmieniam powziętego zamiaru, nawet w rzeczach tak błahych. - Hm! Nie dawniej jednak, jak dziś, zmienił pan postanowienie, wypłacając mi przekaz bez odliczenia procentu. Ale mniejsza o to. Oddam list w takim stanie, w jakim go otrzymałem. Tupido podszedł znowu do biurka, by zapieczętować drugi list, gdy wtem starszy chłopak zbliżył się do mnie i zapytał:
- Co to masz? Pokaż! - i chwycił za list, chcąc mi go wyrwać. - To nie dla ciebie - odrzekłem. • „

Ale było już za późno; chłopak szarpnął kopertę i rozdarł ją, wysypując jej zawartość na podłogę. Ucieszyło mnie to niezmiernie. Podjąłem szybko pismo w taki sposób, aby właściwy list oddzielił się 40

od załączników. - No, i podarłeś kopertę! -rzekłem surowo. - Tata musi teraz przygotować drugą... Ale... co to? Co ja widzę?
- Proszę nie czytać! - krzyknął Tupido, skoczywszy ku mnie.

Cofnąłem się tak, aby mi nie wyrwał papierów z ręki. Ale począł na mnie nastawać, chcąc odebrać mi je z rąk przemocą. Byłem jednak silniejszy od niego. Odepchnąłem go tak silnie, że się przewrócił na sofę, a następnie wypchnąłem za drzwi niesfornych chłopców. Tupido zerwał się z sofy i znowu skoczył ku mnie, by odebrać mi papiery. Krzyknąłem: - Ani kroku dalej, bo rzucę pana o ścianę tak, że przylepisz się do niej, jak budyń! Dwa formularze kontraktu oddaję, bo mnie nic nie obchodzą; ale list zatrzymam, ponieważ dotyczy on mojej osoby... A na przyszłość niech pan więcej starań poświęci wychowaniu dzieci, aby się nie narażać na podobne przykrości! - Zawołam służbę, aby odebrała panu list przemocą i wyrzuciła pana za drzwi! - krzyczał wściekły.
- Ludzie pańscy nie odważą się ani na jedno, ani na drugie.

Zresztą odejdę sam, bo w tym domu nie mam już co robić. Daję pa-nu jednak do wyboru: albo pozwolisz mi pan odczytać natychmiast treść listu, po czym go panu oddam; albo odejdę zaraz i zaniosę go tam, gdzie będę uważał za właściwe. Musiałem postawić sprawę w ten sposób, gdyż w tej właśnie chwili ukazała się we drzwiach postać niewieścia w towarzystwie służącego. Patrzyli zdziwieni, co się tu stało, ale Tupido, zorientowawszy się szybko, że ze mną nie ma żartów, kazał oddalić się natychmiast obojgu i rzekł do mnie: - To czytaj pan, do stu diabłów! Ale musisz mi pan potem list oddać i niech mi pan zejdzie z oczu raz na zawsze! Gdy obie postacie zniknęły za drzwiami, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i począłem czytać:

Senior! Otrzymałem właśnie wiadomość od swego wspólnika, że się
41 zgadza na wszystko, wobec czego posyłam panu kontrakty do podpisu i proszę o odesłanie mi ich przez zaufanego, pewnego posłańca, po czym nastąpi natychmiast wysyłka towaru. Oddawca niniejszego nie wie o niczym. Jest to głupi Szwab czy też Francuz z Europy. Wiadomo panu, ze przybysze z Europy są przeciwni-kami pańskiego stronnictwa, wobec czego, pomimo, że niby polecam tego durnia pańskim względom, możesz się pan obejść z nim, jak się panu spodoba, bez świadczenia mu jakichkolwiek grzeczności. Upatrzyłem go sobie na posłańca z uwagi na to, że u obcego obie-żyświata, który dziś dopiero wysiadł na ląd z okrętu, nie będą szukali tak ważnych papierów. A zresztą, gdyby go nawet schwytano i znaleziono je przy nim, dostanie kulę w łeb i na tym koniec. Na dokumentach nie ma żadnego podpisu, więc w najgorszym razie moglibyśmy się tłumaczyć, że to jakiś względem nas podstęp. Nie napotka pan na zbytnie trudności, chcąc pozbyć się tego idioty, bo jest on o wiele głupszy, niż na to wygląda. Najlepiej, gdybyś go pan wpakował w szeregi swoich żołnierzy. Jest podobno

niezłym strzelcem, a zresztą nie zaszkodzi, gdy mu się w potrzebie utoczy trochę krwi dla dobra ojczyzny... Tak brzmiał dotyczący mnie ustęp listu „polecającego”. Wstałem i cisnąwszy go na stół, rzekłem do Tupida: - Weź pan sobie tę swoją szmatę! Może nabierzesz pan innego o mnie wyobrażenia, gdy powiem, że jeszcze przed przybyciem tutaj wiedziałem o tej całej, pożal się Boże intrydze. Tak głupi, jak się panu zdawało, nie jestem; przeciwnie, uważam, że pan, pomimo słynnej swej „uczciwości” i „honoru”, możesz być porównany pod względem bystrości umysłu z pierwszym lepszym opryszkiem! Nie widząc pana jeszcze, znałem go już dobrze... - Kogo pan ma na myśli, mówiąc o opryszku? - zapytał, schowa-wszy list do kieszeni.
- Zechciej pan sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. - A czy pan wiesz, jak wielką obrazę stanowi ta odpowiedź? -

42 odparł, przystępując do mnie w groźnej postawie. - Jeżeli się ma do czynienia z ludźmi honoru, to, przyznaję, iż jest to obraza. Ale jednak pan do nich nie należysz, więc nie mam powodu łamać sobie głowy nad daną panu odpowiedzią...
- No, no! Zobaczysz pan jeszcze, co z tego wyniknie...

- Nie boję się, wiedząc z góry, że może to być jedynie zbójecka zasadzka, a w takich wypadkach umiem dawać sobie radę. Zresztą ludzie pańskiego pokroju nie są niebezpieczni. Wobec pana wystarczy silna pięść, by się skutecznie obronić. Gdybyś pan jednak chciał grozić mi zemstą, to możesz być spokojny, że nie będę się włóczył po poli-cyjnych biurach, ale przyjdę tu wprost i wypoliczkuję pana we włas-nym jego domu. Proszę to sobie zapamiętać... I żegnam pana życzeniem, abyśmy się nigdy nie spotkali! Prócz wiele znaczącego grymasu lekceważenia i nienawiści, nie dał mi na to żadnej odpowiedzi. Służący, któremu kazałem otworzyć sobie furtę, poprowadził mnie na miejsce nic nie mówiąc i dopiero, gdy brama stanęła otworem, zapytał urągliwie z ukłonem: - Więc opuszcza pan łaskawie nasz dom? Czy jednak przypad-kiem nie schował pan czego do kieszeni? W takim razie... Co byłby w takim razie uczynił, nie dowiedziałem się, bo otrzymał ode mnie na pamiątkę tak solidny policzek, że zatoczywszy się kilka kroków, rozciągnął się na ziemi, jak długi. Przypuszczam, że od tej chwili odechciało mu się raz na zawsze stawiać gościom podobne pytania. Nie troszcząc się o to, w jakim stanie go pozostawiam, zatrzas-nąłem furtę i poszedłem ku miastu. Trzymałem się środka ulicy w obawie przed zasadzką. Wkrótce przekonałem się, że ostrożność moja była uzasadniona, bo usłyszałem w pewnej odległości za sobą po prawej stronie drogi spieszne kroki dwu ludzi. Zboczyłem na lewo w cień drzew, a po pewnym czasie obejrzawszy się, zobaczyłem umykającą szybko przed jakimś mężczyzną kobiecą postać. 43
- Ratunku! - zawołała. - Na miłość boską, ratujcie!

Wysunąłem się z cienia na środek drogi, a kobieta podbiegła ku mnie, błagając: - Panie, ratuj! Patrz! Ten łotr ściga mnie!... Nie mam siły już uciekać!...

Mężczyzna spostrzegłszy mnie, odwrócił się i zaczął biec z pow-rotem, mogłem podziwiać tylko jego plecy. Napastowana kobieta, ubrana z miejska, miała na głowie, zamiast kapelusza, hiszpańską woalkę, która podczas ucieczki zsunęła się jej nieco na ramiona i w świetle księżyca ujrzałem bardzo interesującą, młodą twarz. - O, senior! - odezwała się, oddychając głęboko. - Jakie szczę-ście, że trafiłam na pana! Jestem tak wystraszona, że nie mogę utrzy-mać się na nogach... Widząc, że dziewczyna istotnie chwieje się, podałem jej ramię.
- Wezmę panią pod opiekę, nic się złego już stać nie może...

- Ten bandyta - westchnęła przyciskając moje ramię - pędził za mną od pierwszych domów, i dalej już nie mogłam uciekać.
- Któż to taki? - Jakiś zbój! Nie widziałam go nigdy przedtem!

- Czy pani nie wiedziała o tym, że tą ulicą o tak późnej godzinie jest niebezpiecznie przechodzić? - Wiedziałam, ale byłam zmuszoną pójść do apteki po lekarstwo dla chorej babki.
- Gdzież pani mieszka?

- Niedaleko stąd, ale pomimo to bardzo się boję, bo ów opryszek może jeszcze wrócić!
- Jeżeli pani pozwoli, to odprowadzę ją do domu. - Skorzystam chętnie z pańskiej uprzejmości...

Patrzyła na mnie z całą powagą i ufnością, a jednak sprawa wydawała mi się nieco podejrzana. Ruszyliśmy we wskazanym przez nią kierunku. Towarzyszka opowiadała mi po drodze, że jest od dawna 44 sierotą i mieszka u babki, pochodzącej ze Szwajcarii. Zastanowiło mnie to, że wyraz „Szwajcaria” wymówiła ze szczególnym naciskiem, ale pozwoliłem jej opowiadać dalej. Minęliśmy willę Tupida i wkrótce wyszliśmy za miasto w szczere pole, przez które wiódł gościniec, wysadzony po obu stronach drzewami. - Domek nasz znajduje się tam w górze, niedaleko stąd - szcze-biotała dziewczyna, wskazując ręką bielejący w oddaleniu około pię-ciuset kroków budynek. - Może pan zechce łaskawie podprowadzić mnie jeszcze nieco, bo naprawdę boję się iść sama. Zgodziłem się. Uszedłszy jednak kilkanaście kroków, musiałem przystanąć, bo z cienia drzew wyłoniło się nagle pięć czy sześć postaci, z których jedna podbiegła ku nam, a reszta stała nieruchomo.
- Stać! Ani kroku dalej! - krzyknąłem. - Czego chcecie?

Dziewczyna zadrżała i przytuliła się do mnie. - Czego chcę? - ozwał się znajomy mi głos. - Oczekuję tu na pana! Jestem... czyżby naprawdę pan mnie nie poznał?... Mauricio Monteso! Był to istotnie yerbatero; poznałem go, gdy się zbliżył. - To pan? - zapytałem zdziwiony. - Co za niespodzianka! Ale zapytam pana jeszcze raz, co pan tu robi?

- Dowie się pan zaraz. Proszę nam zaufaći zejść wraz z nami nieco w cień, bo tu nas zewsząd widać.
-W jakim celu? - Nie ma czasu na wyjaśnienia, bo on wnet się tu pojawi. - Kto? - Ten sam, który napadł na seniorkę... jej ojciec... - Jej ojciec? Czy to możliwe?

- Owszem, to jest jej ojciec. Ale niech pan teraz o nic nie pyta i raczej trzyma dobrze senioritę, aby nie uciekła. Rzekłszy to, przystąpił do niej i błysnąwszy nożem przed oczyma, zagroził:
- Jeżeli uczynisz choćby krok, albo wypowiesz jedno stowo, by nas

45 zdradzić, wówczas zrobię z tego noża użytek. Czy to jasne? Dziewczyna drżała na całym ciele. Ująłem ją silnie za rękę, by nie uciekła i cofnęliśmy się wszyscy w cień. Po chwili dały się słyszeć kroki i zjawił się ów mężczyzna, który dopiero co uciekł w kierunku miasta. Przystanął i jakiś czas się rozglądał. - Ani słowa! - szepnął yerbatero mojej towarzyszce, trzymając nóż gotowy do pchnięcia. Tajemniczy człowiek puścił się tymczasem drogą ku domkowi, w którym, wedle opowiadania dziewczyny, leżała chora babka. Zaled-wie jednak przebiegł kilkanaście kroków, wyskoczyli z ukrycia moi nieznani towarzysze i dopadłszy go, powalili na ziemię. O pomoc wołać nie mógł, gdyż yerbatero, przycisnąwszy mu kola-nem pierś, groził: - Milcz, bo cię zakłuję, jak prosię! Tym razem nie udała ci się sztuczka! Związać go i zanieść do chaty... a wiecie już, jak się to robi. Na ten rozkaz związano go i poniesiono w kierunku domu. Z nami pozostał tylko yerbatero. - Czy znasz tego człowieka, którego zabrali w tej chwili moi towarzysze? - zapytał ją.
- Znam - odrzekła wylękniona. - To mój ojciec... - Ten sam, który poprzednio napadł na ciebie?

Dziewczyna milczała. - Dlaczego nie odpowiadasz? - krzyknął. - Gadaj natychmiast, albo użyję noża! Na ten argument rzekła cichym głosem:
- Tak, ten sam. - Kogo upatrzyliście sobie na dzisiaj?

Milczała, spuściwszy głowę. - Zapewniam cię, że wiem wszystko i pytam tylko dlatego, aby mój przyjaciel, ten oto senior, dowiedział się o wszystkim z twoich ust. Mów szczerą prawdę, bo nie mam czasu na żarty i zrobię użytek 46

z noża!... - Niech mi pan nie grozi śmiercią - prosiła - przecież nie zrobiłam nic złego.
- Kto mieszka tam, w tym domu? - Mój ojciec, babka i ja. - Skąd ojciec czerpie dochody na utrzymanie domu? Z gry?

Nieprawdaż?
-Tak.

- A wasz dom jest pułapką, do której zwabia się ptaszki, by je do naga oskubać. Przynętą jesteś ty. Ładna rola, jak na panienkę w tym wieku! - Ja... ja... muszę przecież słuchać ojca... •- broniła się ze łzami w oczach. - Jedynie na to mam wzgląd, jednakże tylko dopóty, dopóki mówisz prawdę. Dziś miałaś zwabić do chaty tego oto seniora?
-Tak.

- Zaczailiście się w pobliżu willi Tupida. Ty miałaś wciągnąć tego pana do chaty, wprowadzając go w błąd zmyślonymi opowiadaniami o chorej babce ze Szwajcarii...
-Tak... - Czy wiesz, co czekało tego pana w waszym domu? - Musiałby grać w karty...

- Tak ci powiedział ojciec, ale rzeczywiście jego zamiary były inne... morderstwo...
- Sama Madonna’. To nieprawda!

Powiedziała to z taką naiwnością, że istotnie wierzyć się nie chciało, aby była świadomą swego postępowania. - Owszem, całkowita prawda! Ojciec twój zaplanował, że kiedy udasz się ze swoją babką na spoczynek, zamordują go. - Mój ojciec gra w karty, jak każdy inny tutejszy obywatel, to prawda; ale mordercą nie jest.
- Mało jeszcze wiesz.

47 Rzekłszy to, zwrócił się do mnie: - Senior zapewne rad by się dowiedzieć, w jaki sposób znalazłem się tutaj i skąd znam tajemnicę tego domu? Opowiem to później. Teraz możesz senior zobaczyć swoich niedoszłych morderców. Ja się oddalę, a pan pójdzie z tą panienką prosto do domu. Resztę proszę pozostawić mnie...
- A czemu pan nie chce iść razem z nami?

- Bo oczekują tam tylko pana i ją, musi więc pan zadowolić się na razie towarzystwem tej ślicznotki. Gdyby ktoś trzeci był z wami, sprawa wydawałaby się im podejrzana. Ja zresztą muszę podążyć za swoimi towarzyszami, którzy w tej chwili są już zapewne za domem i czekają na dalszy ciąg sprawy.
- Cóż to za jedni?

- Są toyerbaterzy, zbieracze matę. Możesz polegać na nich. Pozna pan ich niebawem. Do widzenia więc! Za kilka minut zobaczymy się, znowu. Oddalił się szybko i znikł w cieniu przydrożnych drzew. Dziew-czyna zaś, chcąc wykorzystać sposobność, usiłowała wyrwać się z mych rąk, bezskutecznie.

Nie chciałem wierzyć, aby to dziecko niemal, o niewinnej twa-rzyczce, służyło bandzie karciarzy i morderców, jako przynęta, wobec czego byłem skłonny ochronić ją przed odpowiedzialnością za całą sprawę. - Czy pan wierzy w to, że mój ojciec chciał pana sprowadzić do siebie, aby go zamordować? zapytała. - Nie mogę na to na razie nic odpowiedzieć. Ojca twojego nie znam, ale też nie mam powodu nie wierzyć zapewnieniom człowieka, który widocznie ma jakieś dowody, że jest tak w istocie. Jestem jednak przekonany, że nie byłaś wtajemniczona w plany ojca. - Istotnie nic o nich nie wiem, senior. Babce mojej również nie są one znane.
- Kochasz swą babkę?

48
- O, bardzo! Więcej nawet, niż ojca. - A mimo to nadużywałaś jej imienia, by mnie zwabić do waszego

domu.
- Tak mi kazał ojciec, i musiałam to uczynić, pan go nie zna.

- Tak czy owak, odegrałaś swą rolę tak znakomicie, że muszę przyznać, iż masz wielkie zdolności aktorskie.
-Dios\ To z przyzwyczajenia...

Zdziwienie jej utwierdziło mnie w przekonaniu o jej niewinności. Że prędzej czy później spotka ją nieszczęście, w to nie wątpiłem. Cóż jednak mogłem uczynić?

Księżyc oświecał jasno całą przestrzeń i w jego świetle stojący na
uboczu domek wyglądał dziwnie tajemniczo.
- Sądzi pan - ozwała się dziewczyna, - że ci ludzie, którzy nas

zatrzymali, zrobią memu ojcu coś złego? - Nic nie wiem. Bądź co bądź, nie mają oni najmniejszego po-wodu obchodzić się z nim życzliwie.
- Muszę więc ostrzec ludzi, znajdujących się w domu.

To rzekłszy, wyrwała się z zamiarem ucieczki, lecz w kilku skokach
dogoniłem ją i chwyciłem ponownie za rękę. - Powoli! - rzekłem. - Nie powinniśmy się rozstawać tak nagle i bez pożegnania. To nieładnie z twojej strony, bo świadczy o niewdzię-czności za okazaną ci przeze mnie opiekę. Popatrzyła na mnie spod oka.

Gdy zbliżyliśmy się do chaty, we drzwiach ukazał się jakiś czło-wiek, stojąc na progu z ukrytą poza sobą lampą. Na głowie miał chustkę, jak każdy gauczo. Twarzy nie mogłem w cieniu rozeznać.
- No, nareszcie jesteś! - rzekł ponuro. - Babcia myślała, że nie

doczeka się już lekarstwa...
- To ty, wuju? - zapytała zdziwiona. - Cóż tu robisz o tak późnej

godzinie?
- Niepokoiłem się o chorą... Ale... widzę, że nie jesteś sama. Od

kiedyż to pozwalasz mężczyznom odprowadzać się do domu po nocy? 49 - Napadł na mnie jakiś rabuś, na szczęście ten senior obronił mnie. Poproś go do chaty. Panienka odgrywała swą rolę tak, jak ją nauczono, chociaż wie-działa dobrze, że nie ma to większego sensu. Widocznie nie umiała się zdobyć na żaden inny dowcip. - Owszem - odrzekł wuj. - Pro^ę, senior, do środka! Jesteśmy ci wdzięczni z całego serca... Ustąpił na bok, by zrobić dla nas miejsce w drzwiach i w tej chwili strumień światła padł na jego twarz. Poznałem w nim typka, z którym niedawno miałem niemiłe dla niego spotkanie. Teraz zmienił głos, a chustka na kapeluszu, zawiązana pofl brodą, nadawała mu inny zu-pełnie wygląd. - Dziękuję, senior - odrzekłem _ Nie chcę wam sprawiać kłopotu o tak późnej porze. Odprowadziłem senioritę aż do drzwi mieszkania, bo jej to przyrzekłem. Straciłem na to sporo czasu i teraz muszę się śpieszyć do domu.
- Ale na chwilę może pan przecież...

- No, dobrze, ale tylko na chwilę, by pozdrowić chorą. Czy jest u was ktoś jeszcze? - Tylko mój ojciec i brat, więcej nikogo. Musi pan z nami napić się szklaneczkę wina, zanim nadejdzie ojciec tej małej. Nieprawdaż, że to miła dziewczyna? Proszę wejść senior. Prosił tak serdecznie, że niepodobna było się oprzeć. Ociągałem się jedynie dla pozoru. Nagle odezwał się ktoś za moimi plecami: - Proszę, niech pan wejdzie bez wahania. Poczciwy wuj zawsze rad gościom i spędzi tu senior miłą chwilę. Ja idę również... Proszę! Był toyerbatero. Opryszek jednak zapytał zaskoczony:
- Jeszcze jeden? Kim jesteś senior?

- Towarzyszem ojca tej panienki -,. odrzekłyerto^ro. - Proszę! chodźmy do chaty!

Popchnął mnie naprzód, a ja dziewczynę, która wprowadziła nas
50

do izby. Znalazłszy się w środku, sięgnąłem przede wszystkim do kieszeni, by mieć pod ręką nóż, który niedawno zdobyłem koło domku organisty. Należało przygotować się na każdą ewentualność, gdyż nawet sarayerbatero, którego jeszcze właściwie nie znałem, budził we mnie pewną nieufność. Jego zachowanie się nasuwało mi myśl, że mógł on należeć do tej samej bandy. Podejrzenie to jednak rozwiało się, skoro spostrzegłem pięciu innych yerbaterów, którzy weszli za nami z nożami w rękach. Dom składał się z dwu izb. Do drugiej z nich drzwi były obecnie zamknięte. Zamiast okien domek miał tylko otwory bez ram i bez szyb. W kącie na stołku siedziała staruszka, która zdawała się być mocno zaniepokojoną przyjściem naraz tylu ludzi. Na ziemi leżały maty słomiane i stał nieduży stołek. Poza tym nie było tu żadnych sprzętów. Nie tylko babka, ale i domniemany wuj zobaczywszy tak liczne to-warzystwo, zaniepokoił się i począł krzyczeć:
- Coście za jedni? Czego tu chcecie? Kto wam pozwolił wejść?

- Sami sobie pozwoliliśmy - odrzekł Monteso. - Ten senior wziął w opiekę dziewczynę, a my znowu mamy jego w opiece; tym sposobem jesteśmy ze sobą w pewnym związku i dlatego weszliśmy tutaj wszyscy. Ale gdzież jest kochany ojczulek i syn jego zacny?
- Zapewne tam - rzekła żywo dziewczyna, wskazując drzwi do

drugiej izby. - Zaraz poproszę ich tutaj.
- Owszem, bardzo rad będę poznać całe zacne towarzystwo.

Gdy dziewczyna weszła do przyległej uby,yerbaterzy stanęli u drzwi i okien, a wylękniona staruszka, milcząc, patrzyła na nas z ukosa. Mauricio Monteso, spojrzawszy badawczo na opryszka zapytał:
- Zdaje się, senior, żeśmy się dziś widzieli... niedaleko biura

seniora Tupido.
-- Być może przechodziłem tamtędy.

- Nie. Stałeś pan, oczekując na kogoś. A potem dłuższy czas tkwiłeś naprzeciw cukierni, następnie przeszedłszy się po ulicach, 51 zatrzymałeś się pan przed katedrą, do czasu aż nie zamilkły organy.
- Co pana obchodzi moja przechadzka?

- Nawet bardzo, a głównie interesuje mnie to, co pan robiłeś dzisiejszego wieczora. Wydaje mi się zwłaszcza dziwne, że ten właśnie senior - tu wskazał na mnie - szedł przez cały czas... przed panem, no, a jeszcze dziwniejsza jest ta okoliczność, ze gdzie tylko pan ruszyłeś, postępowałem znowu ja ze swoimi towarzyszami...
- Wybaczcie, ale ja z wami nie mam nic wspólnego.

- Tak, ale my z tobą pragnęlibyśmy się zapoznać. Niestety, popeł-niliśmy błąd, nie idąc za tobą aż pod domek organisty. Zresztą i tak nie udały się twoje zamiary, bo ten senior umie się sam znakomicie obronić. Gdy bawił później u Tupida, udałeś się tutaj i umówiłeś z mieszkańcami tego miłego domku w pewnej sprawie, a ja, niezauwa-żony, stałem za oknem i wszystko słyszałem.

- Nic a nic nie rozumiem, czego ode mnie chcesz - powiedział tamten, blednąc.
- Mniejsza o to! My za to rozumiemy wszystko.

- Mój panie, ja znalazłem się w tej chacie dzisiaj po raz pierwszy, przed chwilą dopiero. Proszę zapytać o to gospodarza, gdy wróci. - On już wrócił i właśnie pytaliśmy go o to. Leży na polu, związany lassem. Wyznał nam wszystko.
- Głupiec!

- Och, gdyby tak tobie przytknięto koniec noża do piersi, to zdaje się, że nie postąpiłbyś inaczej. Z nami nie ma żartów. - Co to jest? Co to za napaść? Zawołam tu policję, aby was przytrzymała... - Owszem, proszę bardzo! Ale nie uczynisz tego, bo jesteś z nią w niezbyt przyjacielskich stosunkach. - Mnie się zdaje, że znasz ten przedmiot -wtrąciłem, pokazując drabowi jego własny nóż. - Może zaprzeczysz? - Dajcie mi spokój! - odparł. - Podobnego noża nie widziałem nigdy. 52 Teraz dopiero zauważyłem na jego czole spuchnięte od stłuczenia miejsce. - A gdzieżeś to senior nabił sobie tak okazałego guza? - zapy-tałem, wskazując stłuczone miejsce na głowie. - Czy przypadkiem nie uderzyłeś się o mur domu organisty, gdy ja... - Troszcz się pan o swoje własne oblicze, - odparł gburowato - na które nie zamieniłbym się z panem. Zresztą nie masz pan prawa indagować mnie ani mi rozkazywać! Proszę natychmiast wyjść, jeśli pan nie chcesz, bym go stąd wyrzucił! - Cóż to się stało? Przed chwilą zapraszałeś mnie pan tak uprzej-mie. - Bo widziałem w panu caballero. Teraz jednak przekonywam się o swej pomyłce. Proszę nie myśleć, że się pana boję! Nie jestem tu sam i zawołam o pomoc... I otwarłszy drzwi do przyległej izby, krzyknął: - Chodź tutaj, pate, bo mamy gości, którzy chcieliby się prze-konać o sile naszych pięści i czy mamy ostre noże! Lecz, zamiast ojca, wyszła z izby dziewczyna, oznajmiając mu z tajemniczym uśmiechem, że obaj znajdujący się tam mężczyźni już dawno umknęli przez okno, bo przelękli sis^yerbaterów. - Tchórze! - huknął. - Uciekli, jak zające, zostawiając mnie samego! Ale ja pomimo to nie boję się nikogo... Na bok! Kto mnie tknie, przebiję go! I z nożem w ręku zwrócił się ku drzwiom. Cofnąłem się, robiąc mu specjalnie miejsce, a gdy wyminął mnie, chwyciłem go za ramiona, jeden zaś z yerbaterów w okamgnieniu zarzucił na niego lasso. Bandyta próbował się uwolnić, lecz daremnie, zaczął więc krzyczeć, miotając na nas obelgami, wobec czego zatkano mu usta własną jego chustą. Podczas, gdyśmy się tym zajmowali, niewinna panienka korzystając z zamieszania, wysunęła się wraz ze staruszką z chaty. Nie ścigaliśmy ich.

53 - No, mamy już jednego! - powiedział Monteso. - Dawajcie tu tamtych! Dwuyerbaterów wybiegło z chaty, lecz po chwili jeden z nich wrócił, oznajmiając:
- Uciekł! Nie ma go przed domem!

- Jakim cudem?! Przecież związaliśmy go jak barana i leżał przed Chwilą pod oknem. - To sprawka tych, co uciekli tamtędy - zauważyłem. - Naj-pierw ulotnił się ojciec z synem, no, a teraz te dwie kobiety. Przy sposobności zaś oswobodzili jeńca. - Do stu tysięcy diabłów!... Czyżby naprawdę wymknęli się nam bezkarnie wszyscy? Szkoda było mego lassa!... Oto skutki naszej nieostrożności! Ale mamy przynajmniej tego łotra... herszta całej bandy. Zapłaci nam za wszystkich. Co z nim zrobimy, senior? Ostatnie pytanie zwrócił do mnie. - Hm! -wzruszyłem ramionami. - Czyja wiem? Nie znam tutej-szych praw ani zwyczajów, więc i sędzią być nie mogę... - Ech, kto myślałby teraz o sędziach, czy o policji! Przyspo-rzyłoby to nam najzupełniej niepotrzebnie kłopotu. Musielibyśmy pozostać w mieście, jako świadkowie, aż do ukończenia procesu i kto wie, czy ci złoczyńcy nie sprzątnęliby nas tymczasem. Może nawet władzom przyszłaby ocho ta pozamykać i nas dla pewności, abyśmy się przed czasem nie wydalili z miasta. Znam dobrze tutejsze stosunki! Lepiej więc będzie, gdy załatwimy sprawę sami, bez oglądania się na to, co powie władza i ustawa. My tu umiemy sami sobie tworzyć paragrafy. W dziewiczych lasach i w pampasach jest zwyczaj, że każdego mordercę i rabusia unieszkodliwia się w sposób bardzo krótki i prosty, a mianowicie pakuje mu się kulę w łeb... i po krzyku. Tak też zrobimy i teraz.
- Nie, panowie! Ja się na to nie zgadzam! - rzekłem. - Dlaczego? - Bo nie chcę być sędzią ani katem tego człowieka.

54
- My też od pana wcale tego nie wymagamy, biorąc całe zadanie

na swoje barki.
- Ku temu nie macie prawa, bo ten drab zawinił wobec mnie, nie

zaś wobec was. - Caramba\ Gonię łotra przez całe popołudnie, zziajany, jak pies, trudzę swoich towarzyszy, udaje mi się udaremnić morderstwo... i w końcu wszystko to ma łotrowi ujść na sucho? Czy słyszał kto coś podobnego! Wyświadczył mi pan wielką przysługę, przez to samo stając się moim przyjacielem, a jeżeli ktoś mojemu przyjacielowi wyrządzi krzywdę lub dybie na jego życie, staje się przez to samo moim wrogiem. Takie przynajmniej pojęcia i zwyczaje istnieją wśród yerbaterów. Chciano pana zamordować, to tak samo, jakby usiłowano zamordować mnie, mam więc prawo ukarać za to złoczyńcę. - Gdybym istotnie padł ofiarą, wówczas miałby pan prawo pomsz-czenia mnie, ponieważ jednak żyję i nic mi się dotychczas nie stało, śmiem prosić, abyście wypuścili tego typka na wolność!

- Widać, że pan ze starego kraju... Czy u was, senior, mordercy otrzymują ordery lub legie honorowe? Senior, jeżeli puścimy zło-czyńcę, to on uczyni wszystko, aby się pomścić na panu za to, że mu się teraz nie udało! - Niech spróbuje! Znane mi są jego zamiary i dlatego właśnie nie obawiam się go. Zresztą możecie mu odmierzyć na grzbiecie kilka kijów, aby wyznał, kto nakłonił go do zamachu na mnie.
- Dobrze, senior; postaramy się wydobyć z niego tę wiadomość.

Ile mu wyliczyć?
- Tyle, ile trzeba będzie do uzyskania zeznania.

Wyszedłem z domu, by nie być świadkiem egzekucji. Gdy po dzie-sięciu minutach wróciłem, opryszek leżał na ziemi na środku izby, pokrwawiony, a mimo to, powitał mnie szyderczym uśmiechem. Nie przyznał się do niczego, a podczas chłosty nie krzyczał nawet. - Co robić, senior? - zagadnął mnie Monteso. - Nie wydobyliś-my z niego nic, a gdyby ponowić próbę, wyzionie ducha. 55 - Dosyć mu będzie. Zostawcie go; wiemy i bez tego, kto był zle-ceniodawcą. - A może zgasić światło i zaczaić się, by pochwycić mieszkańców tej chaty?
- Nie zależy mi na nich.

- A niechże pana z taką łagodnością! - zaśmiał się Monteso. - Ale, skoro już pan tak chce, chodźmy. Wyszliśmy, zamknąwszy dom, a klucz od drzwi rzucił któryś w trawę. Skierowaliśmy się w stronę miasta. Przez drog^yerbaterzy milczeli, snadź niezbyt zadowoleni z miękkości, z jaką potraktowałem całą tę sprawę. Dopiero, gdyśmy się znaleźli w mieście, zapytał mnie Monteso:
- Pójdzie pan do swego hotelu, czy też może zechce zaszczycić nas

łaskawie i wypić razem z nami szklankę wina? Bylibyśmy bardzo zobowiązani. Przyjąłem tę propozycję, gdyż nie mogłem jej odmówić ludziom, którzy ocalili mi życie. Poszedłem więc z nimi w jedną z bocznych ulic i niebawem zatrzymaliśmy się przed nędznym domem, w którym się mieścił zwykły, brudny szynk. Przez otwarte drzwi wydobywał się z wnętrza gęsty tytoniowy dym oraz gwar rozbawionych gości. Już żałowałem w myśli swego kroku i chciałem się cofnąć, ale Monteso minął szynk i wprowadziwszy nas w podwórze domu, zapukał do drzwi kuchennych. Otwarła je jakaś kobieta.
- Czy otwarte na górze? - zapytał Monteso. - Otwarte. Jest tam tylko paru gości. Usługuje moja siostra.

- Wejdziemy więc i proszę się postarać o to, by nam niczego nie brakło. Brzmiało to z taką wyniosłością, jakby yerbatero był od dzieciń-stwa przyzwyczajony do wydawania rozkazów.

Niewiasta ukłoniła się znowu jak przed wielkim panem i wesz-liśmy po schodach na górę.

W przedpokoju spostrzegliśmy kilka kapeluszy i lasek. Monteso
56 odchylił pluszową kotarę i weszliśmy do elegancko urządzonego sa-loniku. Lustra, żyrandole, dywany, plusze... jednym słowem - nie-zwykła dla mnie niespodzianka. Na marmurowych stolikach stały butelki z winem rozmaitego gatunku. Dość powiedzieć, że salonik przypominał lokale tego rodzaju w pierwszorzędnych hotelach euro-pejskich. Powitała nas bardzo uprzejmie, wyszedłszy zza bufetu, młoda dziewczyna. Jacyś czterej eleganccy panowie, siedzący przy najbliż-szym stoliku, skłonili nam głowami przyjaźnie, a jeden z nich podał rękę naszemu przewodnikowi. W takich to „szynkach” bywali yerbaterzy\ Wszyscy byli ubrani jednakowo, jak Monteso, a więc prawie w łachmanach i na bosaka! Brody, wąsy i fryzury mieli w zupełnym zaniedbaniu, jakby nie myli się i nie czesali od miesięcy. Dziwiło mnie to wszystko, ale nie dałem tego poznać po sobie. Monteso zaprosił nas do jednego ze stołów w samym kącie saloni-ku i podszedł do bufetu zamówić, co potrzeba. Zaraz też dziewczyna zabrała z naszego stołu butelki, przykryła go świeżym obrusem i ustawiła nową baterię. Na butelkach ze zdziwieniem zauważyłem etykiety: „Chateau Yquem”, „Latour blanche” i „Haut Brion”. Je-żeli to były wina prawdziwe, oryginalne, to ceny ich nie odpowiadały z pewnością kieszeni bosych gości. Monteso usiadł naprzeciw mnie, skłonił głową uprzejmie i rzekł: - Nie spuszczałem dziś pana z oka przez całe popołudnie i wiem, że nie spożywał pan jeszcze wieczerzy. U Tupida bawił pan krótko, z czego wnioskuję, że nie korzystał pan u niego z przyjęcia. Dlatego proszę, by pan był naszym gościem i zjadł razem z nami kolację. Oczywiście możemy służyć tylko tym, na co stać biednych yerbaterów. - Widać to - zaśmiałem się, wskazując butelki z winami. - Je-żeli i potrawy, które spożywacie, odpowiadają temu napojowi, to chciałbym sam zostać... yerbaterem. 57 - Bo też istotnie nie jest tak źle z nami, jakby ktoś sądził z pozorów. Mam nadzieję, że pozna pan bliżej nasze życie i że niejeden raz zejdziemy się przy takim stole. Odkorkował kilka butelek, napełnił szklanki i trącił się z nami „za pomyślność nowo zawartej znajomości”. Po chwili zaś wydobył z zanadrza grubo wypchany portfel, a wyjąwszy zeń banknoty, rzekł:
- Pozwoli pan łaskawie, że mu oddam zaciągnięty dziś dług.

Wprawdzie zobowiązałem się zwrócić go dopiero po upływie roku, ale ponieważ, pożyczając od pana pieniądze, bynajmniej ich nie po-trzebowałem i tylko pozwoliłem sobie na żart, który mi pan zechce wybaczyć, więc, rozumie się, mogę pominąć umówione warunki. Nie jestem bowiem wcale tak ubogi, jak się panu wydałem. Gdyby jednak nie to mylne o mnie mniemanie, nie byłbym doświadczył pańskiej uprzejmości i nie bylibyśmy się ze sobą zaprzyjaźnili. Słuchałem wyznania tego z ukrywanym zdziwieniem. Zestawienie zwłaszcza niektórych faktów nie mogło mi się pomieścić w głowie.

Zapytałem mimowolnie: - Ależ, senior, jeżeli nie jesteś w potrzebie i posiadasz stanowisko tak niezależne, to dlaczego zachowywałeś się wobec tego pyszałka Tupida z przesadną uległością? Czy szło panu istotnie o tę kwotę, której żądał od pana? - Ech nie, senior! Chciałem go tylko podejść. Jesteśmy ludźmi uczciwymi i nigdy nie oszukujemy tego, kto względem nas postępuje szczerze. Gdy płacą nam za robotę uczciwie, my też uczciwie wywią-zujemy się ze swego zadania. Ów Tupido wszakże jest oszustem jakich mało, więc odpłacamy się mu pięknym za nadobne, przy każdej spo-sobności naciągając go, ile się da. Próbka herbaty, którą mu dostar-czyliśmy, była znakomita, ale reszta towaru to najzwyklejsza... trawa. Dostaliśmy się w nocy do jego składów i zamieniliśmy wszystkie bele...
- Ależ to oszustwo, senior! -Oszustwo? Nie znasz, senior, tutejszych poglądów na tego

58 rodzaju sprawy i gdybyś nie był Europejczykiem, uważalibyśmy się za obrażonych i żądali satysfakcji. My tu inaczej to oceniamy. Bo czy można nazwać kradzieżą to, gdy potajemnie odbiorę złodziejowi to, co on mnie samemu ukradł? - Mnie się zdaje, że w tym wypadku sprawiedliwość powinien wy-mierzyć sąd. - Dajmy pokój sądowi, bo to się na nic nie zda. Tu jest tak, że gdy na przykład złodziej ukradnie mi sto peso, a ja go złapię na gorącym uczynku i zaskarżę do sądu, to proces będzie mnie kosztował cztery razy tyle ile mi ukradziono, nie licząc straty czasu, a mimo to złodziej wykręci się z tej sprawy nieraz zupełnie bezkarnie. Nasz złodziej uważa się za równego urzędnikowi. Tamten nigdy nie kradnie, tylko rozmaite rzeczy same wędrują do jego domu w nocy. Mając to wszy-stko na uwadze, lepiej jest samorzutnie wymierzać sprawiedliwość za swoje krzywdy. Tupido oszukał nas bezczelnie, my zaś, zamiast zwra-cać się o sprawiedliwość do władz, odwdzięczyliśmy się mu tą samą monetą i mamy czyste sumienie. Nie zna pan życia yerbaterów i nie wie, ile trudów i niebezpieczeństw pokonywać trzeba na każdym kroku, zanim się coś zarobi. Czyż więc możemy poświęcać swoje zdrowie i życie, jak niewolnicy, po to, by pierwszy lepszy szachraj kosztem naszego zdrowia lub życia został milionerem? - Istotnie nie mam pojęcia o owych niebezpieczeństwach, zagra-żających waszemu życiu. Nie wiem mianowicie, dlaczego zrywanie liści z krzaków matę jest rzeczą tak ogromnie trudną i niebezpieczną... - Gdybyś senior nie był w tej chwili naszym gościem, uśmielibyś-my się z pana. Pan zapewne przypuszcza, że matę rośnie na plan-tacjach, gdzie nad jej zbiorem pracują robotnicy w taki sam sposób, jak w ogrodzie. Czy nie tak? - Tak przynajmniej sądziłem po przeczytaniu opisów plantacji herbaty w Chinach. - Domyślałem się tego. Otóż myli się pan całkowicie. Spróbuję to panu wyjaśnić. * 59 Dziewczyna przyniosła właśnie nakrycie, i to nie byle jakie. Pra-wdziwa, sewrska porcelana i srebrne sztućce, po czym zjawiły się na stole potrawy, podane nie gorzej niż w pierwszorzędnej restauracji w dużym mieście. Oprócz zupy było sześć dań, a na deser tort i owoce. Monteso odgrywał rolę gospodarza z taką miną, jakby co najmniej był właścicielem zamku, a zachowując się przy stole ze swobodą światowca, podsuwał mi raz po raz najlepsze kąski i mówił:

- Prawdziwy yerbatero poszukuje herbaty w lasach dziewiczych, w okolicach, gdzie jeszcze stopa ludzka nie stanęła i gdzie na każdym kroku czyha na niego jaguar, puma, aligator lub dziki Indianin. Czy pan o tym nie słyszał? - Owszem, ale przypuszczałem, że coś podobnego zdarza się tylko wyjątkowo. Bardzo chciałbym dowiedzieć się bliższych szczegółów o waszym życiu. - To wszystko da się streścić w krótkich słowach. Przede wszys-fkimyerbatero nie wybiera się do puszczy sam. Przedsiębiorca zatrud-nia ich dziesięciu, dwudziestu lub trzydziestu, zaopatruje w niezbędne artykuły, jak wódka, tytoń, broń i inne rzeczy oraz daje pewną liczbę wołów na mięso w ciągu całej wyprawy. Oddział yerbaterów wybiera następnie spośród siebie dowódcę i wyrusza do pracy. Przybywszy w dziewicze lasy, kierownik ekspedycji wyznacza miejsce na obóz, stąd rozpraszają się robotnicy w różnych kierunkach po dwu lub trzech. Obłamują malutkie gałązki matę i znoszą je następnie do obozu. Gdy nazbiera się dosyć i gdy już spożyto tyle wołów, że skóry ich mogą wystarczyć na opakowanie zbiorów, sporządzają robotnicy niedaleko szałasu suszarnię. Gdy matę w suszarni dojdzie już do odpowiedniego stanu, pakują ją w worki ze skóry wołowej, ubijając ją w nich tak mocno, że tobół, względnie worek, jest twardy niemal jak kamień i waży sto kilkadziesiąt kilogramów. - Widzę z tego, - rzekłem - że zajęcie yerbatera jest podobne do zabiegów poszukiwacza barci w Ameryce Pomocnej.
- Porównanie bardzo trafne. Ale właściwego pojęda o naszej

60 pracy nabierze pan dopiero wówczas, gdy osobiście pozna te dzikie i niedostępne okolice, gdzie rośnie matę. - Ja jedynie dlatego całe życie podróżuję, aby poznać osobliwości i zwyczaje różnych części świata. Szczególnie rad bym poznać dokład-nie pampasy.
- A lasy dziewicze nie nęcą pana? - Ależ owszem! - Czy rozporządza pan czasem swoim dowolnie, czy też może ma

pod tym względem jakieś ograniczenia?
- Jestem panem swego czasu. - Może więc zechce udać się pan razem z nami w puszczę na parę

tygodni?
- Chętnie.

- W takim razie będzie pan miał sposobność poznać życie yerba-terów. Czy słyszał pan kiedyś o Grań Chaco? Okolica to ogromnie ciekawa i jeżeli uda się pan z nami, to przedstawię mu owego senda-dora, którego właśnie chcę panu polecić na przewodnika w dalszej podróży. Oczekuje on tam na nas, bo mamy przedsięwziąć bardzo ważną sprawę.
- Mógłbym się dowiedzieć, co to za sprawa?

- Hm..., - mruknął - właściwie jest to tajemnica, ale możemy ją panu powierzyć z zastrzeżeniem, że nas nie wyśmieje. - Cóż znowu!... Dlaczego ja, nie znający wcale tutejszych sto-sunków, miałbym was wyśmiać? Yerbatero spojrzał po swoich towarzyszach, a widząc, że kiwają głowami potakująco, pogładził rozczochraną głowę i rzekł:

- Podobno przebywał pan dłuższy czas wśród Indian na północy i umie się obchodzić z koniem, a także z bronią. Dzisiaj zaś zauważy-łem, że nie brak panu także rozsądku. Wnoszę stąd, że właśnie towarzystwo pańskie byłoby nam ogromnie na rękę. Zaproponuję panu coś, najpierw jednak muszę zastrzec, by pan nas nie wykpił i odpowiedział zupełnie szczerze. 61
- Proszę!

- A więc... co by pan uczynił, znając miejsce, w którym ukryto skarb?
- Zwróciłbym na to uwagę jego prawowitemu właścicielowi.

- Właścicielowi, mówi pan?... Hm... A gdyby takiego wcale nie było?
- Wówczas zabrałbym skarb dla siebie. - Czy posiada pan znajomość magii?

- Przesąd! Żadna magia nie istnieje, a choćby i była, to wcale jej nie potrzeba do wykrycia skarbu, o którym się wie wszystko. - Hm..., - mruczał dalej, widocznie z przyzwyczajenia - jeżeli tak, to tym lepiej dla nas. Jest pan wykształconym, rozumnym czło-wiekiem i posiada pan zdolność przekonywania ludzi. Chyba Bóg zesłał nam pana... Znamy miejsce, gdzie leży wielki skarb... a właściwie aż dwa miejsca. - Śpieszcie więc tam, panowie, czym prędzej i zabierzcie ów skarb, aby was ktoś nie ubiegł. - Hm... Gdyby to było takie łatwe... Przyznam się, że czyniłem już poszukiwania, ale, nie znając pewnego pisma...
- Aha, idzie o jakieś pismo?... - Właśnie! Pan, jako uczony...

- Proszę mnie nie przeceniać - przerwałem. - W jakim języku napisany jest ten dokument? - W języku Inków, ale łacińskimi literami, w narzeczu zwanym kiczua. - Zaczyna mnie to interesować. Podczas mego pobytu wśród pół-nocno-amerykańskich Indian badałem ich narzecza, a wybierając się do Ameryki Południowej, poczyniłem również pewne studia, doty-czące języka tutejszych plemion, zwłaszcza zaś wspomnianego kiczua. Kto posiada ten dokument? - Właśnie ów nasz znajomy Geronimo Sabuco, którego panu chcę polecić na przewodnika. Wręczył mu go pewien umierający mnich. 62
- A dlaczego wręczył to właśnie jemu?

- Sendador ów przeprowadził przez Andy na tę stronę zakonnika, dążącego do klasztoru Dominikanów w Tucuman. Nagle jednak sta-ruszek zachorował i na krótko przed śmiercią powierzył przewodni-kowi dokument. Widziałem ten papier. Są na nim dwa rysunki...
- I nie mógł pan przeczytać?

- Nie. Ale sendador, jako bardziej wykształcony, zadał sobie wiele trudu w tym kierunku i był pewny, że sprawa się uda. Wezwał mnie do spółki dla poszukiwania skarbu, niestety jednak, zupełnie bezowoc-nie.
- Czy objaśnił panu treść pisma? - Owszem, o ile sam ją zrozumiał. - Ciekaw jestem...

- Ów podrę był bardzo uczonym człowiekiem. Dążył właśnie do Peru, aby tam odczytać tajemnicze sznurki.

- To ciekawe!

- Inkowie nie znali pisma literalnego i posługiwali się w tym względzie sznurkami. Wiedziałem nawet, jak się one nazywają, ale mi to wyszło z pamięci.
-Kipu? - Tak... istotnie, kipu.

- Każde kipu składa się z jednego sznurka, do którego przymoco-wują wiele mniejszych rozmaitej barwy. Otóż barwa i grubość każ-dego z frendzli ma pewne znaczenie. - Tak samo wyjaśniał mi sendador. Podobnych „dokumentów” ma być bardzo wiele zakopanych. Padre znalazł ich kilka, a ślęcząc nad tym długie lata, zdołał wreszcie rozwiązać ich zagadkę. Pewna stara Indianka, wywdzięczając się mu za wyleczenie jej choroby, ofiarowała mu dwa takie kipu, które, wedle jej opowiadania, zawierały tajemnicę ukrytego skarbu. Padre odcyfrował te dokumenty, ale tajemnicę za-brał ze sobą do grobu. Co zaś do innych kipu, to napisał on całą księgę, ale nie wydał jej drukiem. Staruszek miał zamiar udać się z dwoma kipu do Dominikanów w Tucuman i tu je przetłumaczyć. Ale, jak wspomniałem, zaskoczyła go w drodze śmierć. W ostatniej chwili oddał rękopis sendadorowi.
- A kipu nie?

- Te zostawił wśród swoich zbiorów w Peru, dokąd zamierzał pow-rócić. - Widocznie przeprawiał się przez Andy jedynie dla odszukania owego skarbu. Powiada pan, że wędrował do Dominikanów?
-Tak. - No, to ów sendador wydaje mi się podejrzany. - Dlaczego?

- Przede wszystkim proszę mi powiedzieć, co pan wie o treści pisma. - Zaraz to powiem. Było dwu Inków, którzy wsławili się zwycięs-twami na wyżynach. Otóż obiegli oni pewne miasto nad jeziorem, a mieszkańcy w obawie przed rabunkiem złożyli ogromną ilość złota do beczek i spuścili je na dno jeziora. Gdy przyszło do ostatecznej rozprawy, mieszkańcy wyginęli lub rozproszyli się, a skarby ich pozo-stały na dnie aż do dziś. Nikt o nich nic pewnego nie wie i tylko mówią o tym skarbie właśnie owe kipu.
- W jaki jednak sposób zdołano wydobyć te kipu z owego miasta?

- Niektórzy z mieszkańców zdołali uciec w góry i tam urządzili sobie nową siedzibę, wmurowując kipu oraz uratowaną część skar-bów w skały. Niestety, zwycięzcy wytropili ich niebawem i pomordowali. Nie wszyscy jednak wyginęli; jednemu z napadniętych udało się zbiec. Nie widząc już wrogów, udał się na miejsce zburzonej siedziby i tu, w znajomej sobie skrytce, znalazł kipu. Nie wiadomo, dlaczego z nich nie skorzystał. Może nie znał się na tego rodzaju piśmie, albo może zaszła inna przeszkoda, dosyć, że drogocenny przedmiot przekazał w spadku swoim następcom, aż przeszły one wreszcie w posiadanie wspomnianej kobiety, która wręczyła je mni-chowi.
- Jeżeli to nie jest bajką, to chyba nie ma już bajek na świecie. - Więc pan mi nie wierzy?

- Owszem, wierzę panu, ale wątpię, aby to, co panu opowiadano, było prawdą.
- Sendador przecież mnie nie okłamał.

- Nie przeczę również i temu, ale mógł on sam być mylnie poin-formowany. Przede wszystkim w całej tej sprawie uderza wiele nie-prawdopodobnych rzeczy, a po wtóre podejrzewam sendadora, jak to już przed chwilą wspomniałem. - Podejrzewa pan mego starego, dobrego przyjaciela? Gdyby go pan znał osobiście, z pewnością zmieniłby o nim przekonanie.

- Bardzo to pięknie, że pan broni swego przyjaciela; lecz ja niestety muszę wyznać, że podejrzenia moje względem niego opie-rają się na pewnych podstawach. Czy sendador znał mnicha, zanim został jego przewodnikiem?
-Nie. - I nie był też jego krewnym? - Ani jedno, ani drugie.

- Może podczas podróży wyświadczył staruszkowi jakąś przysłu-gę?
- Nie. Ale dlaczego pan mnie o to wszystko pyta? Co to ma

wspólnego z kipu ? - Ma pewien związek. Ale proszę mi jeszcze powiedzieć, czy miejsca, w których mają być ukryte skarby, znajdują się w okolicy Tucuman?
- Przeciwnie, są one w całkiem innej stronie.

- Dlaczego więc pobożny podrę przedsięwziął wyprawę do Tu-cuman, a nie wprost do owych miejsc? Przyzna pan zresztą, że przejście przez wysokie i strome Andy jest nie tylko uciążliwe, ale i niebezpieczne, zwłaszcza dla starego człowieka. Jeżeli więc mnich nie zawahał się wobec tych trudności, niewygód i niebezpieczeństw przejść przez góry, to miał zapewne jakiś ważny cel i prawdopodobnie 64 65 chodziło mu o odszukanie owych skarbów. Być może, człowiek ten nie pragnął ich dla siebie wyłącznie, bo tacy ludzie nie cenią zbytnio dóbr doczesnych, i przypuszczam, że zamierzał wydobyć owe skarby dla kogoś. A w takim razie... jak pan sądzi? Czy owym człowiekiem, którego staruszek pragnął wzbogacić, mógł być sendador? - Na razie mnich nie miał zapewne zamiaru być dobroczyńcą sen-dadora...
- Otóż mnie się zdaje, że i później nie miał ku temu przyczyny.

Sendador nie mógł przecież domyślić się istnienia skarbu i mnich dopiero przed samą śmiercią mógł mu wyjawić tajemnicę, a wyjawił mu nie dobrowolnie, lecz pod przymusem. Zachodzi teraz pytanie, komu właściwie staruszek miał zamiar wyjawić ową tajemnicę skar-bu, zanim wydarł mu ją sendador?
- Myślę, że Dominikanom w Tucuman. - I ja tak sądzę. Bracia zakonni mogliby dojść po nitce do kłębka

o wiele łatwiej, niż sendador, bo mają więcej danych na to, aby odczytać kipu.
- Alepadre nie miał ich wówczas przy sobie. - W to nie wierzę.

- Powiedział mi o tym wszystkim mój przyjaciel, a ja nie mam powodu podawać w wątpliwość jego opowieści.
- Natomiast ja mam ku temu powody. Skąd pochodził ówpadre? - O tym sendadorowi nie powiedział.

- A gdzie znajdowały się jego zbiory naukowe, o których po-przednio pan wspominał?
- Nie wiadomo. - Czyżby więc podrę umarł, nie wyjawiwszy tego wszystkiego?

Czyż dalej jest to możliwe, aby on, mając rękopis przy sobie, pozosta-wił fa/?u gdzie indziej? Toż one więcej były warte, niż pismo!
- Hm... Istotnie, zaczyna mnie pan przekonywać.

- Jestem pewien, że przyjaciel pański zdobył owo pismo i obydwa przedmioty w sposób nieuczciwy. 66
- Jak to już wspomniałem, podrę nie miał kipu przy sobie.

- A ja twierdzę, że miał i sendador dostał je w swoje ręce. Czy rozumie on kiczua?
- Tak jest. - Ale nie umie rozszyfrować kipu? -Nie.

- Wobec tego były one dla niego nie tylko nieprzydatne, ale nawet niebezpieczne. Poznawszy już tajemnicę z rękopisu, zniszczył kipu w obawie, aby nie dostały się w ręce kogoś innego, który potrafiłby je odczytać i ubiec go w zdobyciu skarbów. Cóż on postanowił przedsię-wziąć, gdyby poszukiwania okazały się daremne?
- Nie myśli ich zaprzestać. - I znowu bez skutku...

- A gdyby... Ma on zamiar wyszukać kogoś, kto rozumiałby się na załączonych do rękopisu rysunkach i w tym celu prosił mnie, abym w czasie bytności w Montevideo rozejrzał się za takim właśnie znawcą. Zdaje mi się teraz, że go znalazłem.
- Ma pan zapewne mnie na myśli? -Pana.

- Wobec tego zmuszony jestem oświadczyć, że się pan myli. Nie mam ani chęci, ani zdolności do przeprowadzenia waszych zamia-rów. Zresztą sprawa jest niezbyt czysta. Dlaczego mianowicie senda-dor sam nie szuka odpowiedniego dla swych celów człowieka, lecz obciąża pana swymi zleceniami, sam nie wychylając nawet nosa z dzikich lasów? Mnie się zdaje, że gdyby się tylko pojawił z tym między ludźmi, wzbudziłby silne podejrzenia. Pan, jako osoba trzecia, może się wywinąć ze wszystkiego. Ale inaczej byłoby z nim. - Gdy się pan z nim zobaczy osobiście, wyjaśni on wszelkie wątpliwości w tej sprawie. - I cóż z tego? Cóż wówczas mógłbym zrobić? Na zawrócenie z drogi byłoby dla mnie za późno.
- Będzie pan mógł w każdej chwili odłączyć się od nas bez żadnej

67 przeszkody. - Dziękuję! Sam jeden wśród dzikiej puszczy, albo gdzieś na pustyni Grań Chaco! Monteso wetknął wszystkie palce w czuprynę i ozwal się zakłopo-tany: - Widzę, że nie będziemy mieli z pana pociechy! A szkoda! Wiel-ka szkoda! Chyba, że pan da się jeszcze przekonać i pojedzie razem z nami... - Powtarzam, proszę nie liczyć na mnie w tej sprawie, bo nic wam nie mogę pomóc. Jestem tu obcy, nie znam kraju, ludzi ani stosunków tutejszych. Wszak wyobraża pan sobie zapewne, ile trudności należy pokonać, by odkryć owo miejsce, ukryte gdzieś w skale, lub inne, na dnie jeziora.
- Ową skrytkę wśród skał istotnie będzie nam trudno znaleźć;

natomiast jezioro znane nam jest dobrze na całym obszarze, a po-mimo to nie znaleźliśmy nic.

- Oczywiście. Gdybyście nawet natrafili na owo miejsce, gdzie skarb zatopiono, to przecież nie wystarczy zanurzyć się tylko i chwycić go w ręce. Dla wydobycia potrzebne są wiadomości, o jakich nie macie najmniejszego pojęcia. Wiadomości te może posiadać tylko ktoś z tubylców, albo jakiś wielce uczony człowiek, który poszukiwaniom tego rodzaju poświęcił całe życie. Ja zaś nie tylko, że pierwszy raz znajduję się w tym kraju, ale i nie jestem uczonym, jak to wam zresztą już oświadczyłem. - Ech, jakoś to będzie! Mam wielkie zaufanie do pana i to mi na razie wystarcza. Do niebezpieczeństw podróży jesteś senior przyzwy-czajony, a przede wszystkim o to idzie. Nie potrzebuje pan zobowią-zywać się do niczego i będzie pan rozporządzał swoją osobą wedle własnego upodobania. Zresztą... co ja mógłbym od pana wymagać? Gdybyśmy jednak mogli porozumieć się w tej sprawie, nie byłoby to bez korzyści tak dla nas, jak i dla pana. Zresztą nie ma się nad czym teraz rozwodzić. Już mi pan przyrzekł, że z nami pojedzie. 68
- I nie odwołuję tego.

- Proszę więc rozważyć, jakby to było pięknie, gdyby nam się poszczęściło. Zostałby pan od razu milionerem. Oczywiście musimy umówić się z góry, jaką część otrzyma każdy z nas.
- Nie ma o czym mówić. - A więc przyłączy się pan do naszej wyprawy?

- Owszem! Pojadę z wami, nie zobowiązując się jednak do nicze-go- Wspaniale! - powiedział yerbatero, a twarz rozpromieniła mu

się radością. - Porozumieliśmy się nareszcie! - Niech pan nie bierze sprawy tak łatwo... Nie uśmiecha mi się wasz skarb, ale co innego, mianowicie podróż razem z wami w dzi-kie okolice. A, że jestem tu zupełnie obcy, uczynię tak, jak ów czło-wiek, który, chcąc prędko nauczyć się pływać, wskoczył w wodę w najgłębszym miejscu. Jeżeli zatem chcecie mnie wziąć ze sobą, pojadę z wami. Ale mam pewne zastrzeżenia. - Owszem, proszę je wyjawić, a spróbujemy się do nich zastoso-wać - rzekł Monteso, wyraźnie zadowolony. - Właściwie stawiam tylko jeden warunek - odrzekłem. - Kto weźmie udział w wyprawie? - My wszyscy, jak tu jesteśmy, oraz Sabuco. Co do nas sześciu, których tu widzisz senior, to wszyscy pracujemy razem od szeregu lat, zżyliśmy się więc, przyzwyczailiśmy do siebie nawzajem i ciężko było-by rozstać się nam kiedykolwiek. A może pan być pewien, że są to ludzie dzielni, którym można zaufać i którzy umieją milczeć, gdy taka zajdzie potrzeba, więc tajemnica nie wyjdzie poza obręb naszego kręgu. - Otóż chciałem się zastrzec w tym właśnie względzie. Wymagam jak najściślejszej dyskrecji w sprawach, które wskażę. Przyznałem się na przykład wobec was otwarcie, że podejrzewam sendadora. Otóż w naszym wspólnym interesie leży, aby on się o moim podejrzeniu nie dowiedział. Jeżeli przyrzekniecie mi w tej sprawie dyskrecję, przyłączę 69 się do was. - Zgoda! Oto moja ręka, senior! A i towarzysze moi potwierdzą to podaniem dłoni.

Uczynili to natychmiast i odtąd stałem się członkiem gromady yerbaterów. - Dotychczas wszystko poszło dobrze, - zauważył Monteso - a reszta ułoży się sama z biegiem czasu. Wypada nam teraz omówić czas odjazdu i zaopatrzyć się na drogę. Czy będzie pan gotów jutro przed południem?
- Owszem. Ale o jakim zaopatrzeniu pan myśli?

- Otóż musi pan mieć przede wszystkim/wicAo. Kapelusz, chwa-lić Boga, posiada pan dobry i tylko potrzebny do niego szal, który się wiąże pod brodą w ten sposób, aby podczas jazdy wiatr, odbijając się odeń, ochładzał szyję, ramiona i grzbiet. Rano przyjdę do pana i obaj wybierzemy się po sprawunki. Opróczponcha będzie panu potrzebną także chiripa.
- Cóż to znowu za dziwoląg?

- Jest to rodzaj koca, który umocowuje się z tyłu u pasa i przeciąga przez krocze do przodu. Rzecz ta jest niezbędna, jeśli się nie chce odparzyć sobie skóry już pierwszego dnia jazdy. Trzeba też kupić spodnie, podobne do tych, jakie nosi gauczo, oraz buty bez podeszw, siodło, strzelbę, lasso, bolas i nóż. Mam nadzieję, że z czasem nauczy się pan władać tutejszą bronią, do której zalicza się właśnie lasso i bolas. Ponieważ uważam pana za swego gościa, raczy pan zezwolić, abym sprawunki te poczynił na własny koszt. - Łaskawość pańska wzrusza mnie, ale nie mogę skorzystać z niej, bo zaopatrzyłem się już we wszystko, co potrzebne do podróży. Ubiorę się tak, jak to czyniłem na prerii. - Ależ, senior, to byłoby rzeczą ogromnie niepraktyczną. Proszę wziąć pod uwagę różnicę między tamtejszymi a tutejszymi warunkami. - Jeżeli idzie o ubiór, to różnicy nie ma prawie żadnej. Karabin mam własny i wypróbowany. Kupiłem lasso i bolas, brakuje mi tylko 70 siodła i konia!
- Postaram się o jedno i o drugie, senior.

W tej chwili wszedł jakiś nowy gość, pozdrowił uprzejmie obecnych i usiadł przy najbliższym stoliku, biorąc się skwapliwie do butelki. Ponieważ odwrócony był do nas plecami i zajął się czytaniem gazet, można było sądzić, że jesteśmy mu zupełnie obojętni i dlatego nie mieliśmy powodu zmieniać tematu rozmowy. <
- Którędy jedziemy? - spytałem.

- Poprzez Urugwaj i Entre Rios do Parany, a potem rzeką do Cor-rientes, stamtąd zaś musimy zboczyć na lewo w kierunku Chaco. Pierwszy etap tej podróży był taki sam, jaki mi doradzał Tupido i to mnie zastanowiło. - Dla pana oczywiście podróż ta będzie trochę uciążliwa - ciąg-nął yerbatero - i dlatego urządzimy częstsze i dłuższe postoje, aby pan nie odczuwał zbytniego zmęczenia. Z tych słów można było sądzić, że Monteso miał mnie za delikat-nego i nieprzyzwyczajonego do niewygód podróżnika. Postanowiłem więc wyjaśnić mu tę sprawę. - Nie krępujcie się mną zbytnio, panowie... Jeżdżę znakomicie konno i nie brak mi wytrwałości na trudy.

- Wiem, wiem... - uśmiechnął się Monteso. - Pierwszy dzień w takiej podróży mija jako tako, drugiego dnia krwawią nogi, a na trzeci powstają rany, no i nie pozostaje nic innego, jak tylko położyć się na parę tygodni, aby się to zagoiło... Senior, aby być dobrym jeźdźcem, trzeba się urodzić na stepie. Jutro dotrzemy nie dalej, jak tylko do San Jose’, pojutrze do Perdido, a potem zboczymy do Mercedes, aby wypocząć dni parę w hacjendzie mego stryja. Dalszy plan podróży ułożymy później. Wypadnie nam droga ku granicy, w okolice bardzo w tych czasach niebezpieczne. - Mnie się zdaje, że z tego powodu nie mamy się czego obawiać, bo co nas obchodzą polityczne awantury tego kraju?
- Nie myśl tak, senior. Stosunki tu są zupełnie odmienne, niż w

71 Europie. Szczególnie obcy podróżni muszą się bardzo mieć na baczności. Wyjeżdżasz rano, jako wolny, bezpartyjny i niezależny obywatel, a wieczorem już Jesteś z musu żołnierzem i walczysz na rzecz Stronnictwa, w którego łapy wpadłeś, a którego sprawy są ci najzupeł-niej obojętne.
- Ba! Ale ja jestem obywatelem państwa, które ma tu swoich

przedstawicieli i w takim wypadku do nich mogę się zwrócić na-tychmiast o obronę. - Natychmiast? No, nie bardzo, bo do tego nie dopuszczą. A każ-dy samowolny krok uwaźanoby za dezercję i najniespodziewaniej mogłaby pana za byle co spotkać śmierć. Zresztą choćby się nawet udała ucieczka, to, zanim zdążyłby pan do swego konsula, popuch-fyby panu w stepie nogi i zaskoczył głód. Nie ma co tu liczyć na legalne środki, ale jedynie na własną przezorność i ostrożność. Ponieważ jednak będzie pan pod naszą opieką, nie pozwolimy uczynić mu żadnej krzywdy i może się pan czuć zupełnie bezpiecznym. No, zakończył - rzecz więc omówiona. A teraz niech tu nam uprzątną ze stołu, abyśmy mogli sobie zagrać. Słowo to podziałało na jego towarzyszy, jak prąd elektryczny. Natychmiast porwali się pomagać dziewczynie w uprzątnięciu na-czyń, po czym Monteso wyjął karty i rzucono na stół pieniądze, a było ich tyle, że mimowolnie cofnąłem się z krzesłem w tył. - Proszę się nie usuwać, senior, - rzekł Monteso - przecież pan zagra z nami jedną partyjkę?
- Niestety nie grywam i nie mam pojęcia o kartach.

Monteso spojrzał na mnie z niedowierzaniem. W tym kraju z niezwykłą namiętnością grają w karty wszyscy i to na grube stawki. Jeżeli więc ktoś odrzuca zaproszenie do gry, to według tutejszych pojęć, popełnia duży nietakt.
- Cóż znowu? - zaniepokoił się Monteso. - Może pan chory? - Nie, ale ogromnie zmęczony i muszę udać się na spoczynek. - To pana usprawiedliwia, tym bardziej, ze ma pan przed sobą

72 jutro forsowną podróż. W tej chwili nowo przybyły gość podszedł do moich towarzyszy i oświadczył, że chętnie zagrałby z nimi.

Yerbaterzy z ochotą przyjęli go do swego grona, zajął więc miejsce. Ja zaś wstałem i sięgnąłem do kieszeni po portfel, by zapłacić swoją część. Spostrzegł to Monteso i obruszył się: - Co? Chce pan płacić? Ależ to byłaby dla nas obraza. To już rzecz załatwiona i nie ma o czym mówić. Teraz zechce pan wypocząć, a jutro rano o dziewiątej będę u niego przed hotelem z koniem i potrzebnymi rzeczami... Albo może lepiej, gdy pana odprowadzę na miejsce, bo... wie pan...
- Dziękuję, senior. Nic mi się nie stanie po drodze do hotelu.

Umiem być uważny i przezorny. Buenos noches\
- Dobrej nocy! - odpowiedzieli yerbaterzy, podając mi rękę, a Monteso dodał:

- Przyjemnych marzeń o naszym skarbie... Może się panu przyśni jakiś dobry sposób odnalezienia go...

Uprowadzenie
Na drugi dzień rano wstałem wcześnie i zanim przybył Monteso, przygotowałem się do drogi. Przygotowania te zresztą nie wymagały zbytnich trudów: cały swój majątek wziąłem na siebie, a opróżnioną walizkę podarowałem kelnerowi, ubranie służącemu hotelowemu; trochę niezbędnej bielizny i innych drobiazgów zapakowałem w skó-rzaną torbę i byłem gotów. Kelner, Szwajcar z pochodzenia, otrzymawszy oprócz walizy także suty napiwek, wdał się ze mną w dłuższą rozmowę, chcąc mi się odwdzięczyć życzliwymi radami. Pochwalił, że wybieram się w drogę na koniu i z ludźmi doświadczonymi, zamiast jechać dyliżansem. Dyliżans tutejszy, jak mi go opisał kelner, jest to ogromny wóz, zawierający przedział dla dziesięciu, dwunastu podróżnych. Do za-przęgu używają zwykle siedmiu „rumaków”, wygłodzonych w nielito-ściwy sposób. Cztery konie zaprzężone są bezpośrednio do dyszla, dwa przed nimi, a jeden na samym przedzie. Na tym pierwszym koniu siedzi jeden z peonów i kieruje całym ekwipaźem. Drugi peon siedzi na koniu z owej czwórki przy dyszlu, trzeci wreszcie, galopuje konno obok dyliżansu, okładając batem zaprzężone zwierzęta bez względu na to, czy jest potrzeba, czy nie. Wysoko na koźle wozu siedzi właściwy woźnica, zwany mayoral, 74 który, choć ma ogólny nadzór nad końmi, jednak zazwyczaj nie troszczy się o to, gdy któryś z nich padnie, lub gdy dyliżans wysypie pasażerów na step, jak gruszki z worka. Koniom nie pozwala się nigdy biec truchtem, lecz zmusza się je do ustawicznego galopu, najbardziej zaś w tych miejscach, gdzie droga najgorsza i najtrudniejsza. Wobec tego dyliżans odbywa dziennie około piętnastu mil drogi. Oczywiście mówię tu o „drodze” w przenośni, gdyż właściwie nie ma tu żadnych dróg. Jedzie się na przełaj przez step i choć brak na nim kamieni, jednak znajdują się liczne wyrwy, doły i osypiska. W ogóle teren jest tego rodzaju, że wóz skacze ustawicznie, grożąc wywróceniem się, podróżni nie mają chwili spokoju, aby porozma-wiać pomiędzy sobą lub rozejrzeć się po okolicy. W czasie jazdy często napotyka się na szkielety końskie. Nikt tu bowiem nie troszczy się o te szlachetne stworzenia, gdyż jest ich w kraju aż za dużo. Szkapę można tu kupić za małe pieniądze. Hodowla w ogóle jest tu tak tania, że kośćmi końskimi i tłuszczem palą w cegielnianych piecach.

W całym kraju nie ma stajen. Konie przebywają na wolnym powie-trzu, bez względu na porę roku, nikt o to zbytnio się nie troszczy. Obroku, np. owsa czy kukurydzy, nie znają tu wcale. Koń musi zazwyczaj sam troszczyć się,o przeżycie. Jedynym wyrazem opieki właściciela nad zwierzęciem jest wypalanie na skórze specjalnego znaku. TUbylcy nazywają Urugwaj Banda orientale, co znaczy strona wschodnia, i Urugwajczyk bardzo często z tego powodu chełpi się nazwą oriental - mieszkaniec wschodu. Kraj graniczy na pomocy z Brazylią, na zachodzie z rzeką Urugwaj, skąd też jego nazwa, na południu z rzeką La Pląta, a na wschodzie z Oceanem Atlantyckim. Powierzchnia kraju jest pofałdowana wzgórzami, wśród których płynie rzeka Rio Negro, co do wielkości równająca się Odrze. Równolegle za rzeką biegnie łańcuch górski, zwany Cuchilla Grandę. Cuchilla 75 znaczy po hiszpańsku „nóż” - i słowo to bardzo celnie określa łańcuch górski, z lotu ptaka przypominający zwrócone ku niebu ostrze. Prawie cała powierzchnia Urugwaju poprzecinana jest wzgó-rzami. Niewielkie lasy spotyka się tu bardzo rzadko, zazwyczaj nad brzegami rzek lub potoków; właściwego lasu nie znajdziesz wcale. Nie ma również w Urugwaju wsi w naszym rozumieniu, a tylko większe dobra i folwarki, które mają dwojaki charakter. Jedne z nich poświęcone są wyłącznie hodowli bydła i noszą nazwę estancja, dru-gie, których głównym zadaniem jest uprawa roli, na wzór naszych majątków ziemskich, nazywają się hacjenda. Hacjendy owe, z wybie-lonymi starannie zabudowaniami, czynią z daleka bardzo dobre wra-żenie i łudzą dostatkiem; przy bliższym jednak poznaniu następuje rozczarowanie, gdyż są to bardzo prymitywne budynki, a nieraz po prostu rudery. Oprócz wyżej wymienionych większych majątków, są tu jeszcze mniej zamożne, drobniejsze gospodarstwa czyli folwarki. Zagroda taka, zwana ranczo, zbudowana jest zazwyczaj z nieobrobionego kamienia i pokryta słomą lub trzciną. Oczywiście w tym stepowym kraju jest ogromna ilość bydła, koni i owiec, które wypasają się całymi stadami pod nadzorem peonów. Wół opasowy, przeznaczony na rzeź, kosztuje tu niewiele. Wobec tak niskich cen nie ma się co dziwić, że właściciel mało dba o pojedyncze sztuki i obojętne mu, czy zwierze zginie z głodu, czy też je zamęczy peon. Orientale wyśmiałby naszego rolnika, gdyby widział jego troskę o dobytek. Około godziny dziewiątej rano doszedł uszu moich tętent kopyt końskich na ulicy. Wychyliłem się przez okno i ujrzałem wjeżdżających w podwórze hotelu yerbaterów. Byli w komplecie i przedstawiali się oryginalnie. Ubrani, jak zwykle, w łachmany, siedzieli na koniach, również nie świadczących o dostatku. Były to chude, pokaleczone szkapy. Za to miały na sobie siodła i uzdy, ozdobione bogato srebrnymi świecidełkami, piórami i dzwonkami, a grzywy i ogony 76 posplatane barwnymi jedwabnymi wstążkami. Jeźdźcy mieli u bosych nóg srebrne ostrogi nadzwyczajnych rozmiarów. Jak często ostrogi te byty w użyciu, świadczyły najlepiej rany na bokach zwierząt. Zdobienie koni jest w Ameryce Południowej powszechnym zwy-czajem, więc iyerbaterzy stosują się do tego. Marzeniem najbiedniej-szego z nich, który się jeszcze nie dorobił, jest przede wszystkim po ukończeniu pracy w puszczy sprawić sobie najbogatszy rząd dla swego konia i żaden nie szczędzi na to ciężko zapracowanego grosza. Dla-tego też spotyka się w tym kraju jeźdźców,

którzy sami wyglądają jak nędzarze, ale siodła, uzdy, strzemiona i inne części rzędu końskiego warte są kilka razy więcej, niż sam koń. Tb jedna ze słabości yerbaterów. Poza tym lubią oni hazard i picie, aż do utraty ostatniego grosza. Gdy zaś im i tego nie starczy, sprzedają cały swój ruchomy majątek, to jest konia z bogatym rzędem i wędrują na powrót w puszczę by znowu pracować ciężko przez kilka miesięcy z tą myślą, że nadejdą szczęśliwe chwile, gdy będzie można ponownie paradować na koniach po ulicach Montevideo, Assuncion albo Corrientes. To, że moi towa-rzysze, wyruszając do pracy w puszczy, mieli jeszcze konie i rzędy, świadczyło tylko o ich szczególnej zamożności. Senior Mauricio Monteso, przybywszy przed hotel na czele swych towarzyszy, zsiadł z konia i po chwili wszedł do mego pokoju. Zale-dwie jednak spojrzał na mnie, ogromne zdziwienie odmalowało się na jego twarzy i nawet nie posłyszał mego pozdrowienia, ani nie spostrzegł ręki, którą wyciągnąłem do niego na powitanie. Stał chwilę, u progu, jak wryty z otwartymi szeroko ustami. - Cóż to? Nie chce się pan ze mną przywitać? - rzekłem po chwili. - Zdaje mi się, że pan mnie zna... widzieliśmy się przecież wczoraj.
- Do licha! - ledwie wykrztusił i zamilkł znowu.

- Co pana tak wytrąciło z równowagi? - spytałem, zaczynając się dziwić zachowaniu yerbatera. 77 Monteso postąpił na środek pokoju, zamykając za sobą drzwi, po czym wziął mnie za rękę, podprowadził do okna, obejrzał od stóp do głów i... wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem. - Co się z panem stało? Kto pana tak ubrał? Może mi pan zechce wytłumaczyć, czy to przypadkiem nie karnawał mamy teraz i czy nie wybiera się pan na maskaradę... Domyśliłem się, że to mój ubiór tak bardzo go zdziwił i takim go natchnął humorem. Pozwoliłem mu jednak wyśmiać się, ile zechce, czekając, aż się uspokoi. Yerbatero odstąpił ode mnie parę kroków, złożył ręce w trąbki, i przyłożywszy je do oczu, patrzył na mnie znowu przez chwilę, niby przez lornetę - w końcu zapytał: - Proszę mi powiedzieć, ale szczerze, kto z nas jest wariatem: ja, czy pan? Na takie odezwanie si^yerbatera uważałem za właściwe przybrać bardzo poważną minę, nie chcąc, aby się ze mną nadmiernie spoufalał i odrzekłem: - Z pewnością... pan! Zobaczywszy pierwszy raz pana, byłem zdziwiony pańskim ubraniem tak samo, jak pan teraz moim, a jednak nie pozwoliłem sobie na żarty i nie nazwałem pana wariatem... Słowa moje poskutkowały nadspodziewanie. Począł się natych-miast usprawiedliwiać, mówiąc: - Proszę mi wybaczyć, senior. Nie miałem wcale zamiaru obrażać pana. Sam jednak chyba przyznasz, że w ubiorze tym wyglądasz arcy komicznie... - Nie wydaje mi się. O wiele komiczniejszy widok przedstawia bosy jeździec, który wybierając się w dziewicze lasy, zdobi swego konia świecidełkami, a sam nie ma na sobie całych portek ani kurtki. Jeżeli zresztą uważa pan, że jestem śmieszny i mogłoby to pana również narazić na śmieszność, to zechciej pan rozejrzeć się za innym towa-rzyszem...

- Ależ najserdeczniej pana przepraszam - usprawiedliwiał się skonfundowany. - Cała moja wina, że nie mogłem powstrzymać się 78 od szczerości, co niech mi pan wybaczy. Ale też racz mnie pan objaśnić, na co się mu przyda w podróży to skórzane ubranie... - Takie ubranie nosi w Ameryce Północnej każdy porządny wę-drowiec. - Ba, ale jesteś senior w tej chwili w Ameryce Południowej, a to całkiem co innego. - Panu się zdaje, że na północy musi być zimno, a na południu gorąco, czy nie tak? Otóż proszę posłuchać. Na równiku mamy klimat najgorętszy; lecz im dalej od równika ku północy lub południowi, tym chłodniej. Obecnie znajdujemy się w oddaleniu czterdziestu stopni od równika na południe i mamy taki sam klimat, jak w tym samym oddaleniu na północy. Byłem zresztą jeszcze bliżej w kierunku rów-nika i nosiłem skórzane spodnie.
- Tego dobrze nie rozumiem. - Wyjaśnię to inaczej. W tym kraju są gorące dnie, a zimne noce.

Skóra jest złym przewodnikiem ciepła, czego nie można powiedzieć o materiałach waszych ubrań. Otóż ja w dzień nie będę się pocił, a w nocy marzł w takim stopniu, jak wy.
- Niby wygląda to na rzecz praktyczną.

- Bywają też w tutejszym klimacie częste deszcze. Skóra ta, wy-prawiona na sposób indiański, nie przepuszcza wody; nie czepiają się też jej w gąszczach leśnych gałęzie, podczas gdy wasze ubrania z łatwością ulegną podarciu na strzępy. Niech pan zresztą zobaczy, jak to ubranie przylega ściśle do ciała. Nie dostanie się doń ani komar, ani żaden inny owad. A czy wasze ubranie chroni was dostatecznie przed tym? - Niestety, -westchnął - skóra moja już po kilku dniach pracy zgryziona jest miejsce w miejsce.
- A zatem widzi pan, że nie było z czego się tak bardzo śmiać.

- Słusznie. Ale... niech się pan nie gniewa... mimo tych wszystkich zalet, ubranie to krępuje panu ruchy. Awygląda pan, jak nurek... Zaś te olbrzymie buty... 79 Tb mówiąc, obmacał rękoma cholewy, sięgające mi powyżej kolan. - Te buty - rzekłem - są praktyczne. Ani nie ukąsi mnie wąż, ani w wodzie nóg nie przemoczę, gdy się zdarzy jechać przez rzekę głęboką aż po siodło.
- Aż czego zrobione jest to ubranie?

- Spodnie uszyte są z wyprawionej przez Indian skóry łosia, a bluza ze skóry bydlęcej. Jest ona tak cienka i lekka, jak wełniana koszula, przy czym nie drze się i można ją prać. Kurtka zaś zrobiona jest z takiej skóry, której wyprawienie trwa rok. Pomimo jej cienkości, nie przejdzie przez nią najostrzejsza strzała. - O, to ważna rzecz, bo kto wie, czy nie będziemy mieli do czynienia z mieszkającymi w okolicach Grań Chaco Indianami, którzy posługują się zatrutymi strzałami. Niech taki patyk zadraśnie tylko skórę, a człowiek w ciągu kilku godzin umiera. Widzę teraz, że nie miałem racji, krytykując pański ubiór... Ale jeszcze jedno mnie zasta-nawia, mianowicie... nie ma pan ostróg.
- Mam je w kieszeni i wkładam na nogi tylko w razie potrzeby.

- Ależ to niemożliwe. Żaden tutejszy koń nie pobiegnie, jeśli się go nie zmusi do tego ostrogami.

- Ba, zawsze konie się narowią, gdy nadużywa się ostróg; przyzwy-czajają się one szybko do nich i wreszcie nic sobie z nich nie robią. Co do mnie, całymi tygodniami jeździłem na koniu bez ostróg i było dobrze. Nie używając ich, a właściwie nie nadużywając, wystarczy lekko tylko pocisnąć konia piętami, aby ruszył ostro do przodu. Yerbatero nie był przygotowany na tego rodzaju lekcję, że zaś każdy jego zarzut zbijałem natychmiast dobrze umotywowanym dowodem, więc pogodził się wreszcie ze wszystkim i j uż w milczeniu przypatrywał się moim rewolwerom, karabinom, zawartości pasa. Ja natomiast ciekawy byłem przeznaczonego dla mnie konia, więc wyjrzałem przez okno, a zobaczywszy wśród yerbaterów jedną wolną szkapę, pokale-czoną i zdaje się ślepą, zapytałem:
- Czy to koń dla mnie?

80
- Tak, senior. Wybrałem jak najspokojniejszego i posłusznego.

- No, za ten wybór, niestety, nie mogę być wam wdzięczny, tak jak i za ozdoby w krzyczących kolorach. Nie lubię tego i proszę zaraz to usunąć, a zostawić tylko siodło! - Trzeba zostawić przynajmniej koc - perswadował. - Pań nie wie, jaka to przykra sprawa, gdy się odparzy skórę...
- Nie. Proszę i koc zabrać.

Monteso wyszedł, wzruszając ramionami, a zbliżywszy się do towa-rzyszy, mówił im coś przez chwilę, zapewnię ostrzegał, by się ze mnie nie śmiali. Gdy następnie poprowadził mego konia parę kroków, spostrzegłem, że marne to stworzenie kuleje na jedną nogę. - Aha... - pomyślałem, - uważają mnie za tak lichego jeźdźca, iż wybrali mi kulawe zwierzę! - Senior! - zawołałem przez okno. - Temu koniowi brakuje coś w nodze!
TYochę tylko... to nic nie szkodzi. Przepraszam, wcale nie trochę. Skoro będzie pan w siodle, to nic nie odczuje. Ależ ja na tego kalekę wcale nie mam ochoty wsiadać...

Zamknąłem okno i wyszedłem zobaczyć się z gospodarzem. Nale-żał on do tych wyjątkowych ludzi, którzy dla swoich koni mają stajnię. Przedtem już spostrzegłem tutaj kilka rosłych rumaków, z których jeden podobał mi się szczególnie. Po długich namowach, ceregielach i targach udało mi się wreszcie kupić porządnego konia. Zapłaciłem za niego stosunkowo drogo, ale wołałem mieć dobrego konia i przy-zwyczaić się do niego, niż gdybym miał byle jakiego i zmuszony był co kilkanaście mil rozglądać się za innym. Kupiony koń należał do dobrej rasy, liczył cztery lata i odznaczał się nie tylko wspaniałym wyglądem, ale i żywością oczu oraz właści-wymi tym zwierzętom kaprysami, co zresztą nie było dziwne, bo niedawno wyrwano go spośród prawie dziko żyjącej stadniny. Yerba-terzy oglądali go z podziwem i pewną trwogą, a Monteso zauważył: 81 - Ee, co panu z takiego dzikusa, skoro nawet wsiąść na niego będzie trudno. Trzeba prowadzić go luzem ze dwa dni, aby się dobrze zmęczył i dopiero wtedy spróbować jazdy. - O, tak - potwierdził gospodarz, - będzie pan miał z nim dużo kłopotów. - Tak pan sądzi? - rzekłem. - Szkoda, że nie mam siodła. A może odstąpiłby mi pan jedno ze swoich, wisi ich kilka pod daszkiem.
- Owszem, sprzedam panu jedno; proszę sobie wybrać.

Zapłaciwszy żądaną kwotę, obmyślałem sposób, w jaki uchwycić w ręce zwierzę, które ani przez chwilę nie pozostawało w spokoju. Cala służba hotelowa wyległa na dziedziniec popatrzyć, jak sobie z nim poradzę, tym bardziej, że peon, zmęczony już i spocony, nie mógł sobie dać rady, bo koń wierzgał nogami na wszystkie strony. Przynie-siono więc lasso. Koń jednak znał widocznie przeznaczenie tego rzemienia, bo zobaczywszy go, stał się jeszcze bardziej niespokojny i wyswobadzał się za każdym razem z narzuconej mu pętli w sposób godny podziwu. Monteso pokpiwał sobie z nieudolności parobków, twierdząc, że nie umieją posługiwać się lassem. A gdy sam spróbował i również mu się nie powiodło, powstało wśród obecnych wielkie zadowolenie. - Musi pan użyć bolas - rzekł do mnie, - bo koń widocznie ma diabła w sobie i jeżeli mu się przy pomocy bolas nie oplącze tylnych nóg, to nie weźmie go pan w inny sposób. - Tak pan sądzi? A mnie się zdaje, że lasso najzupełniej wystarczy, jeżeli .oczywiście ktoś umie nim władać. Monteso na te słowa popatrzył na mnie z politowaniem, jak zawo-dowy rachmistrz na uczniaka, który śmie stanąć z nim w zawody w pamięciowym obliczeniu pierwiastka kubicznego z kilkunastocyfro-wej liczby. - To brzmi bardzo ładnie - zaśmiał się po chwili. - Ale proszę spróbować; zobaczymy, jak to się panu uda.

Nic na to nie rzekłem, zwinąłem lasso, zbliżyłem się do konia i
82 uczyniłem ruch, jakbym chciał zarzucić pętlę na szyję. Wiedziałem z góry, że koń swoim zwyczajem szarpnie się w bok, co się też stało. Rzuciłem lasso i... trafiło, a zwierzę, obiegłszy raz dokoła mnie, musiało wreszcie stanąć, bo pętla zacisnęła mu się na szyi, tamując oddech. Wówczas zbliżyłem się do rumaka i wskoczyłem na grzbiet, rozluźniając jednocześnie rzemień na szyi, by koń się nie udusił. Teraz zdenerwowanie konia doszło do ostatnich granic, i na różne sposoby usiłował mnie zrzucić z siebie. Byłem na to przygotowany, więc osta-tecznie zwyciężyłem jego opór. Gdy mi się całkowicie poddał, zesko-czyłem z grzbietu i posłałem po swoje rzeczy na górę, tymczasem zaś nałożyłem koniowi uzdę i siodło. Monteso, stojąc z boku, patrzył uśmiechnięty i kiwał głową. Wreszcie rzekł do mnie:
- No, no! Z pana nie byle jaki jeździec... - A co do lassa?

- Co do lassa... to umie pan nim rzucać wybornie. Widzę, że nie będzie pan dla nas ciężarem w podróży. - Dziękuję za łaskawe uznanie i mam nadzieję, że nie tylko nie będę dla panów ucięźarem ale nawet się przydam. Wsiadajmy więc i jazda! Zabrawszy wszystkie swoje rzeczy na konia, wskoczyłem na siodło i wyjechałem na ulicę, żegnany głębokimi ukłonami gospodarza i całej służby. Widocznie zwycięstwo moje nad koniem i fakt, że nie dałem się mu zrzucić z grzbietu, wzbudziły szacunek otoczenia. Pierwszym człowiekiem, którego zobaczyłem na ulicy, był senior Esquilo Anibal Andaro, ten sam, który wczoraj nasłał mi na kark mordercę. Stał po drugiej stronie ulicy przed bramą domu i zdawało mi się, że przybył tu wyłącznie w tym celu, by być świadkiem mego odjazdu.

Zauważyłem, że patrzył na mnie szyderczym wzrokiem, z wyrazem triumfu, jakby chciał powiedzieć: - Nie udało mi się wczo-raj, ale zastawiłem na ciebie inną sieć, w którą musisz wpaść. Gdy yerbaterzy, wyjechawszy z podwórza, zgromadzili się koto mnie, Andaro przesunął się w poprzek ulicy tuż przed głową mego 83 konia i rzekł do mnie kpiąco:
- Szczęśliwej podróży, senior!

Oczywiście nic nie odrzekłem na to, udając, że nie tylko nie słyszę, ale nawet nie widzę mówiącego. Monteso jednak, człowiek gorętszej krwi, spiął swą szkapę i najechał na eleganta, powalając go na ziemię. Andaro, podniósłszy się, począł kląć, nie żałując gardła. My zaś puściliśmy się kłusem przez miasto. - Szkoda, że mój koń nie zgniótł na śmierć tego łobuza - mówił Monteso. - Z jego twarzy bardzo źle patrzyło i gdybyśmy pozostali tu dłużej, należałoby mieć się przed nim na baczności. - Bez wątpienia, - odrzekłem - a nawet jestem pewien, że uknuł już coś przeciw nam i możemy po drodze wpaść w zasadzkę, nie wiedząc, gdzie, kiedy i jak. - Ba, ale co mógłby nam zrobić? Najwyżej wyśle jakiegoś zbira, aby strzelił do pana z ukrycia.
- To bardzo możliwe. Pojedziemy przez las?

- Przez las? O iym nie ma mowy; lasów tu nie ma, a drzewa można zobaczyć jedynie w pobliżu domów, rozrzuconych tu i ówdzie wśród stepu, a gdzieniegdzie nad potokami mizerne krzaki.
- Więc możliwą zasadzkę łatwo zauważyć z daleka?

- Rozumie się. A zresztą ilekroć tylko teren będzie nierówny, dwu naszych pojedzie przodem. Przy tym grono nasze powiększyło się, bo jedzie z nami pewien senior, który może się nam w drodze przydać. - Jak to? Pozwolił pan przyłączyć się do nas komuś, nie porozu-miawszy się ze mną?
- No, tak, bo z góry byłem pewny, że pan się temu nie sprzeciwi - odrzekł z pewnym odcieniem zarozumiałości.

- A jednak mógł pan zapytać mnie o zdanie, bo dla mnie ma to wielkie znaczenie, z kim jadę w tak daleką podróż. - Proszę jednak pamiętać, że właściwie to ja jestem kierownikiem naszej małej, że tak powiem, karawany.
- Przepraszam! Nie uznaję tu potrzeby żadnego kierownictwa, bo

84 każdy ma swoją wolę i swoje prawa. Może pan zresztą kierować swoimi towarzyszami podczas zbierania matę. Ja jednak, nie będąc zbieraczem matę, nie mam też potrzeby uznawać pana, jako swego przywódcy i w ogóle, gdyby mi proponowano, abym się miał stosować do cudzych rozkazów, wolałbym jechać sam jeden. Słowa moje zmitygowały go natychmiast. - Źle mnie pan zrozumiał - odparł szybko. - Nie mam ochoty rozkazywać panu i wiem o tym dobrze, że nie zgodziłby się pan na to. Jeżeli jednak coś radzę, to jedynie z dobrego serca i z troski o pana...
- Przeciw temu oczywiście nic mieć nie mogę.

- A że ów caballero pojedzie z nami, również nie ma pan powodu gniewać się na mnie.
- A więc nie jest to zwykły obywatel, lecz caballero^

- O, to człowiek bardzo wykształcony... wyższy urzędnik policji.

- Hm, w takim razie nie mam nic przeciwko temu, jeżeli w rzeczywistości jest on policjantem. - Dlaczego mielibyśmy w to wątpić? I z jakiego powodu miałby mnie okłamywać?
Z tych słów wnioskuję, że pan go właściwie nie zna. O, znam go i to nawet bardzo dobrze. Od kiedy? Od kiedy? - powtórzył zakłopotany. - No... od wczoraj. Ach, więc to nazywa pan dobrą znajomością?

- Cóż w tym dziwnego? Pan zna go również. Proszę sobie przypo-mnieć owego pana, który wczoraj przysiadł się do nas w restauracji...
- A, to ten? - mruknąłem.

Zamilkliśmy.
- O czym pan myśli? - zapytał mnie po chwili. - O tym, że ów caballero jest za młody na wyższego urzędnika.

- Zdaje się panu. U nas robi się karierę bardzo szybko, i nieraz jeszcze spotka się pan z młodszymi nawet ludźmi, posiadającymi wyższe rangi. Odrzućmy jednak wszelkie przedwczesne podejrzenia. 85 Spodziewam się, że bę^ P-*” miał w nim bardz0 „”^ towarzysza podróży, gdyż i on bard^0 się uradował’ dowiedziawszy się, że będzie mógł zetknąć się bliżej z ^ropejczykiem.
- Gdzie on jest obec^9 Może wstąpimy po niego do mieszkania? - Nie. Pojechał nap^’ ^”^a^ sie z nim dopiero za miastem.

- W tym jest coś ai(/wyTiiine&o• Pędnik na wyższym stanowisku nie czyniłby znajomość;1 ukradkiem- Dlaczego właściwie nie przybył do hotelu przedstawić n41 slę) lub czemu nie Poprosił, abyśmy po niego wstąpili do domu? Czy /vie P3” przynajmniej, gdzie mieszka?
- Nie wiem. - To może znane je^ P3”” choć ^8° nazwisko? - Nazywa się Carre/8’

- Brzmi to nienajgo^’i „”^ wdzieję, że odpowiada charak-terowi człowieka, który ^ nosi-^Y^my zajechali przed jego dom, to...

Urwałem nagle, a zat rzymawszy konia, obmacałem wszystkie swe Idf^sy^nif^
- Ach, senior, co za r^ołęstwb z mej strony! - rzekłem. - Nie

mam portfela z pieniędz^”’ został P^”^ w hote\u- Ee... - uspokajał mme Montes0- - Nic się jeszcze wielkiego nie stało; w tak krótkim czasie nikt S° i”e mógł jeszcze sprzątnąć. Poślę jednego z moich td^^^- Nie! Wolę już sam wrócić’ bo mam szybszego konia, więc do

pędzę was w krótkim cza^10’

I nie czekając na odpo^^’ zawróciłem swego rumaka, ruszając galopem - ale nie do lu^111’ b0 P^n^dze miałem przy sobie, lecz do komendy policji, któr^ znajdowała się w pobliżu katedry. Przybywszy na miejsce, uwiążą^” konia j ka7ałem „ę zaprowadzić do najstarszego z obecnych t<*111 „”edników, który zdziwił się ogromnie moim szczególnym wygiął- Przedstawiłem mu się i zapytałem, czy zna komisarza nazwiskiei<1 rrera- Nie, senior; nie zna<11 ^S0 - odrzeki- - Prawdopodobnie

86 przesłyszało się panu. - O, nie; człowiek o tym nazwisku oświadczył mi najwyraźniej, że jest komisarzem policji.
- To chyba zażartował z pana.

- W takim razie należałoby rozpatrzyć się bliżej w tym żarcie, bo obawiam się, że jakiś kryminalista, podszywając się pod policjanta knuje coś przeciw mojej osobie.
- Ha, skoro pan tak myśli, muszę istotnie zająć się bliżej tą sprawą.

Proszę, niech pan usiądzie. Wskazał mi krzesło, po czym zasiadł przy biurku, dobył kilka arkuszy papieru, zamaczał pióro w kałamarzu i rzekł: - Przede wszystkim poda pan swoje imię i nazwisko, wiek, naro-dowość, miejsce urodzenia, stan, sposób utrzymania, powody, dla których pan podróżuje po naszym kraju i inne niezbędne rzeczy. Bądź więc pan łaskaw odpowiadać na moje pytania. - Na miłość boską! - krzyknąłem, zrywając się. - Czyżby to miało być formalne przesłuchanie?
- Rozumie się; bez tego niepodobna nic zacząć.

- Ależ ja przybyłem tylko po to, by się dowiedzieć, czy istnieje policjant nazwiskiem Carrera, nic więcej. - O, to już bardzo wiele. Czy ma pan jakieś szczególne powody do podejrzeń, iż człowiek ów żywi względem pana złe zamiary?
- Oczywiście. Wczoraj dwukrotnie urządzono na mnie zamach.

Obecnie zamierzam udać się do Mercedes, a będąc już w drodze, dowiedziałem się, że w moim towarzystwie ma jechać młody, nie-znany mi człowiek, który podaje się za komisarza policji. Tego właśnie człowieka podejrzewam. - Co też pan mówi? Dwa zamachy na pańskie życie, a my nic o tym nie wiemy?... Otóż nie pojedzie pan do Mercedes, lecz zostanie tutaj, jako świadek.
- Jak długo? - Nie wiem. Być może nawet kilka miesięcy.

87 - Dziękuję! Nie mam tyle czasu, a życzeniem moim jest tylko, by policja uwolniła mnie od człowieka, który podszywa się pod czyjeś nazwisko i nawet przywłaszcza sobie tytuł urzędnika. - No, dobrze. Ale musi pan wystosować odpowiednie doniesienie w pisemnej formie.
- Czynię to właśnie w tej chwili.

- Ba, ale nie ma pan chęci poddać się formalnościom. Tak, czy owak, muszę zadać panu wspomniane pytania.

- I odpowiedzi wciągnąć do protokołu?

- Tak... Po czym wyślę z panem dwóch agentów, by aresztowali owego podejrzanego człowieka i sprowadzili go tu razem z panem.
A potem? Potem załatwię formalności i oddam sprawę sądowi karnemu. Będzie zatem przeprowadzone całe śledztwo i proces? To się rozumie. I jak długo potrwa to wszystko? Powiedziałem już panu, że może nawet kilka miesięcy.

- Wobec tego zmuszony jestem oświadczyć panu, że podobny proceder nie jest mi na rękę... i nie ma dla mnie innej rady, jak tylko jechać do Mercedes. Bardzo mi przykro, że pana niepotrzebnie tru-dziłem. Żegnam! - Proszę zaczekać, senior! - krzyczał urzędnik. - Pan nie może oddalić się bez uczynienia zadość formalnościom i stwierdzenia, że... Nie słyszałem dalszych wywodów, gdyż byłem już za drzwiami. Urzędnik jednak wypadł za mną i wołał:
- Usiłowano pana dwukrotnie zamordować i jestem zmuszony...

Coś mówił jeszcze, biegnąc za mną aż na dziedziniec. Ja zaś odwią-załem konia i wskoczywszy na siodło, skierowałem się na ulicę. - Zatrzymać go! - wołał, wyciągając ku mnie ramiona, jakby chciał mnie pochwycić... - i zamknąć na tak długo, dopóki... Dalej już nic nie słyszałem bo koń mój, wystraszony tym krzykiem, poniósł mnie galopem przez ulice miasta, co mi zresztą było na rękę, 88 gdyż nie miałem najmniejszej ochoty wikłać się w proces i tracić z tego powodu kilka miesięcy czasu. W kilka minut okrążywszy zatokę, wyjechałem za miasto, gdzie yerbaterzy oczekiwali mnie niecierpliwie. Gdy się do nich zbliżyłem, Monteso rzekł:
- No, nareszcie jesteś, senior! Obawialiśmy się, że pan zbłądziłeś...

Są pieniądze? - Są. A gdzie jest ów caballero, który ma jechać z nami? Miał przecież oczekiwać na nas za miastem. - Widocznie pojechał jeszcze dalej. Czy pan nie będzie dla niego uprzejmy?
- Zastosuję się pod tym względem do was.

- Cieszy mnie to bardzo. Pan nie wie, do jakiego stopnia jest on ugrzeczniony i uprzejmy. Z krwi i kości... caballero. - Nic dziwnego; jest przecież komisarzem policji - powiedziałem to w tonie nieco sarkastycznym, co nie uszło uwagi yerbatera, zapytał więc:
- Czyżby pan mu nie dowierzał?

- Uczynię panu tę przyjemność, iż wstrzymam się od wyrażania swych wątpliwości.

- Doskonale! Przekona się pan, co to za miła osoba. Opowiadał nam bardzo ciekawe zdarzenia z własnej praktyki kryminalnej. Podzi-wialiśmy go. Ten człowiek wielokrotnie ryzykował nawet życie... Ujechaliśmy niebawem tak daleko, że miasto zupełnie zniknęło nam z oczu. Od czasu do czasu przejeżdżaliśmy jeszcze tu i ówdzie obok uprawnych poletek, obwiedzionych dla ochrony przed bydłem żywopłotami z wysokich kaktusów i agaw. Mimo to, krajobraz miał już charakter stepowy, właściwy całej tej krainie. Był to obszar falisty, pokryty trawą wysokości stopy, a we wgłębieniach zaś, karłowatymi krzakami. Na obszarze tym widać było nieprzeliczone stada bydła, koni, a miejscami owiec.

Przed nami w pewnym oddaleniu jechał konno jakiś człowiek, co
89 raz oglądając się poza siebie. Spostrzegłszy nas, zatrzymał się, aż zbliżyliśmy się ku niemu. Poznałem w nim natychmiast owego cabal-lero, który wczoraj przysiadł się doyerbaterów w restauracji. Miał na sobie szerokie spodnie z jasnoniebieskiego sukna i z tego samego materiału kurtkę, przepasaną białą szarfą, za którą tkwił nóż i pistolet. Karabin przymocowany był osobno do siodła. - Dzień dobry panu! Nareszcie jesteśmy razem - zagadnął Mon-teso z daleka. - Przedstawiam panu Europejczyka, o którym panu opowiadałem. Jeździec nie odrzekł na to nic, lecz zwrócił się do mnie z uprzejmym ukłonem: - Bardzo mi przyjemnie poznać pana. Czy pan pozwoli mi łaska-wie przyłączyć się do waszego szanownego towarzystwa? - Z ludźmi zacnymi i uczciwymi przystaję bardzo chętnie - odrzekłem. - Cieszy mnie to i mam nadzieję, że wkrótce będziemy serdeczny-mi przyjaciółmi - odrzekł, podając mi rękę. Domniemany mój wróg liczył najwyżej trzydzieści lat. W twarzy jego nie mogłem ujrzeć ani odwagi, ani nawet zuchwałości. Wyglądał raczej na skrytego tchórza,-zdolnego posługiwać się w swoich dąże-niach jedynie podstępem. Wyprzedziliśmy nieco naszą kawalkadę, przy czymyerbaterzy, wi-docznie z grzeczności, by nie przeszkadzać nam w rozmowie oraz przez szacunek dla nas, jako ludzi wykształconych i stojących wyżej od nich pod względem towarzyskim, trzymali się za nami w pewnej odległości. Jadąc tedy we dwójkę, zamienialiśmy od czasu do czasu kilka słów. Ale w krótkim czasie zmiarkowałem, że towarzyszowi memu niewiele zależy na rozmowie ze mną, bo przeważnie milczał, zapewne w obawie, aby się nie zdradzić jakimś prostackim słowem. Monteso, choć obiecywał, że wyśle naprzód dwóch swych towarzyszy w roli straży przedniej, dotychczas tego nie uczynił. Zresztą ze względu na to, że równina, przez którą jechaliśmy, na ogromnej 90 przestrzeni była zupełnie otwarta, uważałem to za zbyteczne. Okolica zajmowała mnie, mimo swej jednostajności, a fałszywy komisarz po-licji był widocznie rad z tego, że nie zwracałem na niego

uwagi. Konie nasze szły wybornie, a droga nie była uciążliwa. Miałem trochę kło-potu z moim gniadoszem i zmuszony byłem trzymać go silnie w cuglach. Przed południem natrafiliśmy na małe pagórki, pokryte tu i ówdzie odłamkami skał. Wzgórza te były odnogami łańcucha Cuchilla, przez który mieliśmy się przeprawiać. W godzinę później ujrzeliśmy po prawej ręce zamieszkaną miejsco wość, której nazwy dziś sobie nie przypominam. Na skraju tej osady widniał okazały budynek, który Monteso nazwał stacją pocztową. Można było zresztą domyślić się tego z licznych śladów kół, zbiegają-cych się tutaj niemal ze wszystkich stron. Zatrzymaliśmy się przed owym domem dla odpoczynku. Gdyśmy zajęli miejsca na ławce pod ścianą na zewnątrz domu, Carrera wszedł do środka i niebawem wyniósł trzy butelki wina w celu poczęstowania yerbaterów. Na zaproszenie musiałem i ja wziąć udział w wypiciu, ale rewanżować się nie miałem zamiaru. Niedaleko stacji pocztowej płynęła w kierunku Rio Negro niewiel-ka rzeczka. Aczkolwiek brzegi jej były dość strome, przejeżdżano przez nią wozami, o czym świadczyły wgłębienia kół w miękkim gruncie. W jaki sposób odbywa się taka przeprawa, miałem sposobność prze konać się niebawem. Wsiadaliśmy już na konie, by wyruszyć w dalszą drogę, gdy uszu naszych doleciały hałaśliwe głosy ludzkie, coś jakby podczas polowa-nia z nagonką, a wkrótce ukazał się na przebytym przez nas szlaku typowy, opisany już dyliżans. Woźnica i trzej peoni niemiłosiernie walili szkapy batogami i zdawało się, że olbrzymi wehikuł lada chwila rozleci się w kawałki. Podróżni, usadowieni wewnątrz pudła i na platformie, krzyczeli 91 wniebogłosy, domagając się na próżno zwolnienia jazdy. Parobcy, klnąc, krzycząc i wyjąc, pognali obok nas dalej, jak wściekli, w kierun-ku rzeczki i przejechali przez nią w galopie, aż woda wystąpiła falą na obie jej strony, a na przeciwnym brzegu szkapy popadały na przednie kolana. No, podróżować w ten sposób-dziękuję! - pomyślałem. - Wo-lałbym już wlec się na ślepej i kulawej szkapie. Za chwilę ruszyliśmy i my przez tę samą rzeczkę, w której woda sięgała koniom po tułów, a gdyśmy się znaleźli na drugim brzegu, yerbaterzy powzięli zamiar dogonienia wehikułu i ruszyli pełnym ga-lopem. Zauważyli to parobcy i popędzili swoje szkapy jeszcze energi-czniej, przez co wehikuł na nierównościach gruntu począł chwiać się gwałtownie, przechylając się niemal ku ziemi to na jedną, to na drugą stronę. Zachodziła poważna obawa o całość nieszczęsnych podróż-nych. Starałem się powstrzymać yerbaterów, nawołując, by zaniechali niemądrego wyścigu, lecz okazało się to bezskuteczne. Pozostałem więc daleko za nimi, przygotowany na to, że prędzej, czy później będę świadkiem katastrofy dyliżansu. Niebawem spostrzegłem w dali przed sobą brzegi krętego potoku. Niewątpliwie widzieli tę przeszkodę i peoni od dyliżansu. Jednak, pomimo grożącego niebezpieczeństwa, najwidoczniej mając w zwy-czaju w takich okolicznościach pędzić jeszcze gwałtowniej, ze zdwo-joną energią poczęli okładać szkapy batogami. W pełnym galopie wjechano w wodę, po czym na tamtym już brzegu powtórzyła się ta sama scena, jak po przebyciu poprzedniej rzeczki. Ale tym razem... stało się. Wehikuł runął całym ciężarem na bok, omal nie przygniata-]ącyerbaterów, którzy przebyli potok jednocześnie z dyliżansem. Trzej podróżni z platformy oraz woźnica wylecieli daleko w

trawę, jak wystrzeleni z procy, przedni koń padł razem z peonem i padł również jeden ze środkowych, przy czym rzemienie uprzęży porwały się lub poplątały. Tli należy zauważyć, że uprząż w tym kraju jest bardzo prymitywna, 92 składa się bowiem z jednego tylko rzemienia w rodzaju szlei, oczywi-ście bez chomąta. Gdy szkapa padnie na drodze, to zdejmuje się z niej tę szleję - i sprawa skończona. Pospieszyłem na miejsce wypadku, gdzie powstał zgiełk nie do opisania. Konie, peoni, podróżni leżeli kupą na ziemi, wierzgając w górę nogami i wymachując rękoma. Gorzej jednak było tym, którzy się znajdowali wewnątrz wywróconego pudła, na kształt śledzi w beczce, w pozycji godnej politowania. Krzyczeli wszyscy, nie mogąc się wydobyć ze środka, a nad wrzaskami ogólnymi górował zwłaszcza jeden przeraźliwy głos kobiecy, powtarzający bez ustanku:
- - Mój kapelusz! Mój kapelusz!

- Niech diabli porwą pani kapelusz! - odkrzyknął na to jakiś mężczyzna. - Przydeptała mi pani żebra!...
- Jestem ranny! Ratujcie mnie! - błagał ktoś inny.

Zeskoczyłem z siodła i trzymając jedną ręką swego konia za uzdę, drugą otwarłem drzwiczki, które były teraz w takiej pozycji, jak wieko skrzyni. Szyby były rozbite i kawałki poleciały zapewne do środka między zbitą masę podróżnych. Najpierw wylazł jakiś człowiek ze złamaną ręką, tak przynajmniej można było sądzić, gdyż nie mógł nią władać i wrzeszczał z bólu na całe gardło. Potem wyciągnąłem jakiegoś wyrostka, a następnie przy-szła kolej na pokaźnego grubasa, którego jednak, pomimo swej siły, nie mogłem wydostać z pudła sam i dopiero Monteso pomógł mi dobyć go na światło dzienne. -Mój kapelusz! Mój kapelusz! -brzmiał ciągle jeszcze donośny głos z wnętrza pudła. - Niech się pan nie rusza, bo mi się do reszty kapelusz połamie!...
- Co mnie obchodzi pani kapelusz! Proszę mnie puścić!

Mężczyzna, który gniewnym głosem wypowiedział te słowa, wylazł niebawem z pudła, a po chwili spostrzegłem wysunięte przez otwór dwa ramiona kobiece oraz rozwichrzoną fryzurę, zasłaniającą twarz i usta, z których wciąż wybiegały rozpaczliwe krzyki: „Mój kapelusz! 93 Mój kapelusz!’1... - Proszę tylko wydostać się ze środka, seniora! - rzekłem, biorąc ją za rękę.
- Och, senior! Co za nieszczęście! Najnowszy paryski fason!...

Kupiłam wczoraj w Montevideo... Gtos jej brzmiał tak żałośnie, jakby tu szło o stratę ukochanego dziecka. Odrzuciła jedną ręką włosy z twarzy i wtedy zobaczyłem na niej krew. Widocznie niewiasta pokaleczyła się szkłem.
- Niechże pani ratuje przede wszystkim siebie-perswadowałem. - Kapeluszowi nic się nie stanie.

Wydobyłem ją prawie przemocą, lecz to nic nie pomogło, bo wpakowała się zaraz na powrót do środka, by zabrać swój „paryski fa-son”. Wreszcie wydostawszy się z nim na wierzch, poczęła lamen-tować: - Co za nieszczęście!... Pudełko całe pogięte!... Jak wobec tego musi wyglądać sam kapelusz!...

Lecz nie ona jedna lamentowała. Wszystko bowiem, co tylko miało organa głosowe, krzyczało i jęczało wniebogłosy. Jedni klęli woźnicę, drudzy peonów, inni znowu pasażerów, zwalając winę jedni na dru-gich; podróżni grozili obsłudze wytoczeniem procesu o odszkodowa-nie i nawiązkę, ci znowu czynili im nawzajem wyrzuty, że właśnie z powodu ich krzyku wewnątrz budy stało się nieszczęście i że zaskarżą ich o odszkodowanie za konie i wehikuł. Byłoby nawet przyszło do krwawej bójki między jedną stroną a drugą, gdyby yerbaterzy nie rozdzielili rozwścieczonych. O wóz i o konie nie troszczył się nikt, choć było czym się martwić, bo prawe koła, przednie i tylne połamały się niemal w kawałki. Gdy to nareszcie raczył spostrzec woźnica i oznajmił, że dalsza jazda jest niemożliwa i trzeba długiego czasu, aby te koła jakoś rzemieniami powiązać, wszczął się na nowo wśród podróżnych niesłychany zgiełk, po czym najgłośniej lamentowała znowu ta sama wysoka, chuda dama. Pochylona nad pudłem z kapeluszem, wołała teraz: 94 - Ja się na to nie zgadzam! Ja tu nie mogę czekać! -^i _ j przystani wszy do woźnicy, spytała płaczliwym tonem. - Czy Hy naprawdę nie możemy dalej jechać? - Przecież pani sama widzi, że koła pogruchotane. M^ugy^y dowler jakoś wóz do Santa Lucia i tam dopiero może znajdzieriemy inny - „Może! Może znajdziemy!” Ja nie mogę polegagac na waszym „może” i rozkazuję wam znaleźć natychmiast nowy dyliyij^g . jept”>x dalej!
- Widzi pani, że to niemożliwe.

- Ja nic nie widzę! Ja nie chcę nic widzieć! Żądam ^ ^^p (,”<”,” natychmiast ruszyli dalej!... Czy wiecie, kto ja jestem?
- Pochlebiam sobie, że widziałem panią nieraz - ^rzeki woźnica - ale na pytanie to odpowiedzieć, niestety, nie umiem !i;

- Jestem siostrą burmistrza w San Jose’, nazywaniu się seniora Rudo, a mąż mój należy do najpoważniejszych kupców^ ^ nlieśdei Rozumiecie? Woźnica skinął głową potakująco. - Muszę bezwarunkowo być dziś w domu! - ciągnęła ^g. _ ^ właśnie dziś wieczorem ma się odbyć u mnie wielkie zebranie towa-rzyskie, tertulia, na którą zaproszony jest kwiat naszego miasta Nie mogę więc zaniedbać obowiązku pani domu, tym bardzo, ^g jestem duszą i królową całego życia towarzyskiego w naszym mng^g Musi-cie więc uznać to i nie narażać mnie na nieprzyjemności; i Jazda wiec i to w tej chwili! „Królowa życia towarzyskiego” powiedziała to z tak^ nioca że w zwykłych okolicznościach byłby wykluczony jakikolwie^ yp^y T- podróżni, uspokojeni nareszcie, otoczyli wojowniczą dai[ię pewni że ona załatwi sprawę za nich wszystkich. Ale mayoral ki^ głowa i wskazując ciągle połamane koła, mruczał pod nosem: - Bezwarunkowo żądaniu temu zadośćuczynić nie m(,nę j musi się pani pogodzić z losem.
- Ani mi się śni! Umyślnie jeździłam do Montevideo ,o kanelusy

95 by go mieć na tertulię, a wy każecie mi tu siedzieć!... Nie... za żadną cenę... Do licha! - krzyknęła jeszcze bardziej podniesionym głosem, - najmodniejszy paryski fason leży na ziemi zmarnowany!

Wasz dyliżans nic mnie nie obchodzi i niech się nawet w drobne drzazgi połamie... Ale mój kapelusz, mój kapelusz!... Tyle kosztował i na nic!... Ja chyba zwariuję, gdy otworzę futerał! Pobiegła na miejsce, gdzie leżało pudło. Żaden artysta-malarz nie mógłby odtworzyć wyrazu jej oblicza, gdy patrzyła na pomięte ze wszystkich stron pudło. Nigdy jeszcze nie widziałem kobiety z wyrazem takiej boleści na twarzy. Próbowała je otworzyć, ale wskutek pogniecenia żadną miarą nie mogła tego uczynić; ze złością więc odrzuciła je daleko od siebie, skarżąc się płaczliwym głosem: - Nawet nie mogę zobaczyć, co się stało z fasonem. Przepadło wszystko i kto mi zwróci pieniądze? Kto może mi dać odszkodowanie za to, że nie będę na tertulli we własnym domu? Chyba poproszę brata, aby całe towarzystwo zamknął do kryminału... To jedyna moja pocie-cha! Podniosłem odrzucone pudło i, oglądając je, rzekłem pocieszają-cym tonem:
A może da się jeszcze naprawić szkodę? To niemożliwe! Wiem z góry, że cały kapelusz na nic... Pozwoli pani, że otworzę pudło? Proszę, ale to mu nic już nie pomoże.

Po długich usiłowaniach udało mi się nareszcie otworzyć pudło w ten sposób, że wyjąłem drewniane listewki. W jakim stanie był dro-gocenny kapelusz - łatwo się domyślić. Był to model bardzo wysoki, ale wskutek zgniecenia wyglądał, jak złożony szapoklak. Po bliższym przyjrzeniu się spostrzegłem, że stelarz zrobiony był z cienkiej siatki drucianej, którą powleczono czarną gazą. Na upiększenie składały się dwie jedwabne wstęgi, dwie rozety i białe strusie pióro. Te części składowe znajdowały się oczywiście w stanie bardziej niż opłakanym. 96 Tak samo mniej więcej wyglądała zmięta i wykrzywiona twarz właś-cicielki.
- Umieram ze zgrozy! - jęczała, jak konający.

- Niech się pani uspokoi - rzekłem troskliwie. - Może się da jeszcze jako tako poprawić. Stelarz można wyprostować, pióro ufry-zować... - Naprawdę? - przerwała mi takim tonem, jakby tu szło o uratowanie życia drogiej jej osoby. - Bez wątpienia. Trzeba tylko wstęgi odpiąć i rozprasować; nawet rozety są do uratowania.
- Pan zna się na tych rzeczach? Może pan jest modystą? - Ależ nie, seniora... - To może kapelusznikiem?

- I to nie. Ale mam siostrę, która zazwyczaj sama sobie sporządza kapelusze. Przyglądałem się nieraz jej robocie i mam nadzieję, że uda mi się naprawić kapelusz pani bez wielkich trudności. - Ja pana ozłocę, ja... ja... nie wiem, co ja dla pana zrobię, byle tylko był pan łaskaw zająć się tym. - Bardzo chętnie; ale przecież tu, na stepie, nie ma ani żelazka, ani deski...
- Ależ my tutaj nie zostaniemy. Dokąd pan jedzie?

- O, daleko, ale na razie tylko do San Jose’, gdzie zamierzam przenocować. - Jak to się pięknie składa, senior! Zanim rozpocznie się u mnie tertulia, pan naprawi mi kapelusz, i wszystko będzie bardzo dobrze. Czy nie odmówi pan mej prośbie? - Jestem do usług pani, o ile tylko leży to w mojej mocy. Ale w jaki sposób dostanie się pani przed nocą do San Jose’? O naprawieniu dyliżansu nie ma przecież co marzyć.
- Ach, tak!... Wobec tego jestem zgubiona!

Było mi żal kobieciny, pomimo niesłychanego komizmu całej sytuacji. Po chwili namysłu rzekłem: 97
- Gdyby pani umiała jeździć konno...

- Ależ umiem, umiem! W naszym kraju nie ma ani jednej kobiety, która nie jeździłaby na koniu. Ja pochodzę z Matara nad Rio Salado, a więc z okolicy, gdzie kobiety jeździć umieją bez siodła i to nawet we dwójkę, gdy taka zajdzie potrzeba...
- Jak to?

- Tak, że jedna osoba siedzi na przedzie, a druga w tyle. Jeździłam tak z siostrą wiele razy.
- Wobec tego będzie pani obecna na tertulii.

Dając tę obietnicę, miałem na myśli luźnego konia, którego pro-wadził ze sobą Monteso. Zwróciłem się więc do yerbatera, który rozmawiał żywo z jednym z pasażerów i spytałem, czy nie pożyczyłby zrozpaczonej damie owego konia. - Szkoda, że mi pan tego wcześniej nie zaproponował - rzekł Monteso. - Sprzedałem go właśnie temu podróżnemu. I przy tych słowach wskazał człowieka, z którym przed chwilą rozmawiał.
- Rzeczywiście szkoda. I nie może się pan wycofać?

- Niestety, już mi zapłacił - odrzekł, pokazując mi pełną garść banknotów. - To ja od niego odkupię tego konia - wtrąciła dama - i jeżeli nie starczyłoby mi pieniędzy, to może pożyczy mi któryś z panów, a oddam natychmiast po przybyciu do San Jose’.
- Dobrze, pożyczę pani; tylko, czy nabywca zechce go odsprzedać?

Zapytajmy go. - Powinien być dla kobiety uprzejmy - rzekła; - inaczej nie byłby caballero... Niestety, podróżny wolał zrzec się tytułu caballero, niż zostać w pustym stepie i czekać Bóg wie jak długo i Bóg wie na co. Gdy oznajmiłem to damie, wskazała mego konia i zapytała:
- Kto jedzie na tym wspaniałym rumaku? - Ja,seniora.

98
- Może on uniósłby dwie osoby?

Wiedziałem do czego zmierza i omal nie parsknąłem śmiechem.
- No, siły posiada dosyć - rzekłem, siląc się na powagę.

- Jeśli tak, to może pan wziąć mnie ze sobą... Usiądę za kułbaką i pojadę. Kapelusz można przywiązać z drugiej strony, albo dać go któremuś z towarzyszy. Jeżeli pan zgodzi się na moją prośbę, to wdzięczność moja będzie bez granic.
Cóż mam zrobić... Znają pana w San Jose’? Nie, seniora. Nigdy tam jeszcze nie byłem. A ma pan już zamówiony nocleg?

- Nie, ale przypuszczam, że na stacji pocztowej nietrudno będzie zanocować.

- Otóż ja w żaden sposób nie zgodzę się na to, aby pan nocował w zajeździe i zapraszam pana do siebie, do domu. Przedstawię pana swemu bratu i, oczywiście, musi pan wziąć udział w tertulii. - Nie wiem, seniora, czy będę mógł skorzystać. Nie mam odpo-wiedniego ubrania. A naprawdę żałuję, że nie będzie mi wolno z tak błahej przyczyny wejść do raju, dokąd mnie pani łaskawie zaprasza. - Mówi pan: do raju? - zapytała, promieniejąc radością. - Gotowam pomyśleć, że jest pan poetą. Mniejsza zresztą o to. Będzie pan u nas na balu i to w tym samym ubraniu, które pan ma na sobie. Usprawiedliwię go przed obecnymi, nie ma o czym mówić. Więc jakże? Weźmie mnie pan na swego konia?
- Owszem. - I przyjmuje pan moje zaproszenie?

- Jeżeli mogę liczyć na pobłażliwość z powodu niestosownego stroju, to bardzo chętnie. - Ależ proszę nie wątpić! Spotka pan u mnie dystyngowane towarzystwo, które jest na tyle delikatne, że nie weźmie mu tego za złe. Zresztą niezwykłym swoim ubiorem wzbudzi pan jedynie miłe zainteresowanie. Cieszę się naprawdę, że będę miała u siebie tak 99 zacnego gościa. Mój syn przybędzie również z Mercedes, gdzie stoi na kwaterze jego szwadron. Jest on w randze rotmistrza i służy pod komendą Latorre, o którym pewnie pan już słyszał. - Słyszałem. Być może, powierzę synowi pani przy tej sposobności bardzo ważną wiadomość. Widziała pani Latorre?
-Nie. - To dobrze. Sprawię panu rotmistrzowi pewną niespodziankę.

Ale o tym później. Czy pani pozwoli, żebym zabawił się w lekarza i opatrzył pani ranę na twarzy? Prawdopodobnie pochodzi od szkła z potłuczonej szyby. Kobieta skinęła głową potakująco i umywszy twarz w potoku, poddała się memu opatrunkowi, właściwie zaś zaklejeniu rany plas-trem, który miałem przy sobie. Popsuło jej to trochę wygląd, ale nie było innej rady. „fa podeszła w latach seniora, pomimo swej porywczości, nie przy-pominała z wyglądu Ksantypy. Była wprawdzie chuda, wysoka, a w przystępie gniewu, jak to miałem sposobność stwierdzić, czyniła wra-żenie zbyt... energicznej. Teraz jednak, gdy się uspokoiła, można było sądzić, że należy do kobiet stanowczych wprawdzie, ale dobrodusz-nych i miłych, kiedyś była może nawet bardzo przystojna. Przechodząc koło dyliżansu, spostrzegłem, że jednego konia, który upadł i podnieść się już nie mógł, wyprzągnięto z wozu i, odsunąwszy na bok, pozostawiono. Biedne zwierzę jęczało głośno z bólu i wierz-gało kopytami.
Co się stało temu koniowi? - zapytałem. Złamał nogę i jest dla nas już bezużyteczny - odrzekł mayoral. Którą nogę? Tylną lewą. Co zamierzacie uczynić z tym nieszczęśliwym zwierzęciem? Zostawimy je tutaj; niech sobie zdechnie. To znaczy: niech je żywcem szarpią szakale i ptaki drapieżne.

Przecież szkapa jest całkiem zdrowa, a tylko nogę ma złamaną, więc 100 może żyć jeszcze kilka dni i przez ten czas będzie żywcem pożerana...

- Co mnie to obchodzi? Albo raczej, co to obchodzi pana?

- Za pozwoleniem!... Konie Bóg stworzył nie na to, by je ludzie dręczyli przez całe życie, a potem rzucali żywcem na pastwę drapież-nych zwierząt. Domagam się, abyś pan dobił natychmiast to cierpiące stworzenie.
- Szkoda na to prochu; nie mogę marnować go na byle co.

Po tych słowach odwrócił się, okazując przez to, że nie myśli wdawać się w dalszą ze mną dysputę, ani też dobijać zwierzęcia, choć pistolet miał za pasem. Nie namyślałem się dłużej i, przyłożywszy lufę karabinu do czoła szkapy, wystrzeliłem. Peoni widząc to, zebrali się szybko w gromadkę i poczęli coś radzić, po czym przystąpił do mnie mayoral i rzekł surowo:
- Czy właściciel pozwolił panu zabić to zwierzę? -Nie.

- A zatem popełnił pan przestępstwo i musi pan zapłacić za konia sto peso. - Ach, tak? Wcale nieźle pan liczysz... Koń był już nie do użycia, i wyście go pozostawili na łaskę i niełaskę losu, a właściwie na powolne męczarnie oraz śmierć. Zlitowałem się nad nieszczęsnym zwierzę-ciem, skracając jego męczarnie. I sądzisz pan, że teraz możesz coś na tym zarobić, bezczelnie likwidując sobie spowodowaną przez was samych stratę. Otóż nie myślcie, abym był tak naiwny i pozwolił się obedrzeć dlatego jedynie, że się wam podobają moje pieniądze.
- Ja jednak nie odstąpię od swego żądania...

- Ależ nie wzbraniam panu trwać przy nim! Możesz pan czekać sobie na pieniądze do sądnego dnia. I rzekłszy to, chciałem odejść. Ale peoni obstąpili mnie wokoło i przyjęli bardzo groźną postawę, a mayoral nalegał: - My pana nie wypuścimy stąd, póki nie będziemy mieli pieniędzy w ręku. 101 - Oho! - wtrącił Monteso, przybywając mi na pomoc ze swoimi yerbaterami, - prawo jest po stronie tego seniora. Byliśmy wszyscy świadkami, że porzuciliście konia, nie troszcząc się o niego. - Proszę was - rzekłem mu, - nie narażajcie się na nieprzyje-mności z mojej przyczyny. Ja z tymi czterema panami dam sobie doskonale radę sam.
- A my z panem jeszcze prędzej - zawołał grubiańsko mayoral. - Zapłacisz pan, czy nie?

I przystąpiwszy do mnie, ujął mnie za ramię. - Precz z ręką! - rozkazałem. - Nie znoszę, by mnie ktoś dotykał! - Mimo to, będzie pan musiał uczynić dla mnie wyjątek. Proszę dać natychmiast pieniądze, a jeżeli nie, weźmiemy je sami! Nie mogłem czekać dłużej. Wywinąwszy się z uchwytu draba, złapa-łem go z tyłu jedną ręką za kołnierz, a drugą za portki, podniosłem w górę i rzuciłem na pudło karety, aż zatrzeszczała. Widząc to, peoni skoczyli ku mnie, by mnie pochwycić; ale pierwszego, który się zbliżył, rzuciłem również na pudło dyliżansu, a drugiego palnąłem w głowę pięścią tak silnie, że się zatoczył kilka kroków, trzeci zaś, otrzymawszy uderzenie w twarz, poleciał w tył i nakrył się nogami.

- Znakomicie! - wołał Monteso. - Widzę, że pan i bez pomocy potrafi sobie radzić. Gdyby jednak draby nie chciały się zadowolić tym poczęstunkiem, my z naszej strony dodamy im kilka klapsów na pożegnanie. Tego jednak nie było już potrzeba, bo peoni nabrawszy przed nami respektu, stulili uszy i odeszła im ochota dalszych prób zastraszania mnie, tylko mayoral pozbierawszy się z trudem, groził:
- Dostaniemy pana w San Jose’ i wsadzimy do kryminału.

- Owszem, spróbujcie! - wtrąciła seniora. - Mój brat zamknie was przede wszystkim za usiłowanie wymuszenia. Opowiem mu wszy-stko, jak było. Ale chodźmy już! - zwróciła się do mnie. - Wszak nie będziemy kłócili się z parobkami. 102 Odeszliśmy do naszych koni, by ruszyć w dalszą drogę. - Podejrzany nasz towarzysz, którego ciągle miałem na oku, wydał mi się teraz tym bardziej dziwny, że zauważyłem rzecz szczególną: najwyraźniej unikał owej damy, jakby się jej obawiał. Teraz, kiedy dłubał coś koło swego siodła, niby je poprawiając, podszedłem umy-ślnie bliżej niego i rzekłem do seniory: - Gdyby się peoni nie uspokoili, mógłbym ich natychmiast oddać w ręce władzy. Bo oto jedzie z nami senior Carrera, komisarz policji z Montevideo. Właśnie ten pan. Tu wskazałem skulonego przy siodle towarzysza drogi. Oczywiście uwaga ta zmusiła go do pokazania się spod konia. Se-niora zaś, ledwie rzuciła na niego okiem, rzekła, wielce zdziwiona:
- To ty, Mateo? Tutaj?

Twarz zagadniętego sponsowiała na te słowa. Opanował się jednak i zapytał z wyrazem zdziwienia:
- Czy pani mówi do mnie? Co znaczy to imię? - Jak to? Przecież się tak nazywasz! Skąd się tu wziąłeś?

- Zachowanie się pani każe mi przypuszczać, że przypominam jej kogoś swoim wyglądem. Raczy więc pani... - Co za „raczy”? Jakie „raczy”? - oburzyła się. - Niepotrzebnie odgrywasz komedię! Tak, to Mateo. Byłeś kiedyś praktykantem u mego męża. - Ależ pani się bardzo myli! Nie miałem nigdy przyjemności widzieć pani. Mieszkam stale w Montevideo i zajmuję stanowisko komisarza tamtejszej policji, jak to już ten senior pani objaśnił. - No, no! Nie żartuj, Mateo! - mówiła dalej, nie zrażona wyraźnym jego niezadowoleniem i nawet gniewem. - Z pana taki sam komisarz, jak ze mnie prezydent republiki. - Ja nigdy nie żartuję, seniora. Jestem uprzejmy dla pań, o ile na to pozwala moje stanowisko; ale w tym wypadku muszę stanowczo zaprotestować przeciw obrażaniu mnie i naruszaniu mojej urzędowej powagi nieuzasadnionymi podejrzeniami. Powiedziałem pani, kim 103 jestem i niech będzie pani łaskawa poprzestać na tym.

Na taką bezczelność fałszywego komisarza towarzyszka moja nie wiedziała, co uczynić: wybuchnąć śmiechem, czy gniewem. Nie zdo-była się wszakże ani na jedno, ani na drugie, natomiast odrzekła z wielką powagą: - Proszę cię, Mateo, abyś przez wzgląd na twoich biednych rodzi-ców nie popełnił znowu jakiejś niedorzeczności. Z twojego zachowa-nia się wnioskuję, że nie skorzystałeś z naszych rad i wskazówek. Maskujesz się z pewnością w celu ukrycia jakiejś podłości, a najle-pszym dowodem tego jest właśnie podszywanie się pod obce nazwisko i udawanie urzędnika. - Dosyć już tego! - krzyknął „komisarz”. - Proszę mnie zosta-wić w spokoju, bo każę panią zamknąć i nie pomogą jej nawet wpływy brata, który, jak słyszałem z ust pani, jest burmistrzem! Na te słowa twarz mojej towarzyszki oblała się rumieńcem oburzenia. Chciała już odwrócić się z pogardą od aroganta, gdy zapytałem

W
- Proszę pani, kto jest ów Mateo, o którym pani wspomina?

- Były praktykant w sklepie mego męża. Musieliśmy go wyrzucić, bo mąż złapał go na gorącym uczynku przy kasie! - I pani utrzymuje, że ten podróżny jest właśnie owym praktykan-tem? Nie myli się pani? - O pomyłce nie ma mowy. Znam go przecież od dziecka, pocho-dzi z San Jose’. -Babskie gadanie! - sarknął fałszywy komisarz, siadając na ko-nia. - Proszę - wmieszałem się - liczyć się ze słowami i nie zarzucać kłamstwa seniorze. Pan jesteś owym byłym praktykantem i zarazem złodziejem! A teraz jesteś pan na drodze do jeszcze większej zbrodni, niż wówczas.
- Cóż to znowu? Wiesz pan przecież, kim jestem... - Owszem, bardzo nawet dokładnie: jesteś bezczelnym kłamcą!

104
- Czy mam na to odpowiedzieć z lufy mego karabinu?

- Proszę bardzo, ale nie z ukrycia, jak to zaplanowałeś. Dowiady-wałem się w policji w Montevideo i tam mnie poinformowano, że komisarz nazwiskiem Carrera nie istnieje. A kto wie, czy terazwłaśnie policja nie pędzi za panem, by go aresztować. Zatrzymaj się więc tutaj i nie ciągnij za sobą policjantów tak daleko w głąb kraju! Odruchowo spojrzał w tył przestraszonym wzrokiem, a nie spo-strzegłszy nikogo, odparł wyzywająco: - Skoro pan powiada, że policjanci jadą za mną, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zawrócić na ich spotkanie i rozkazać, by dopędzili pana i aresztowali razem z tą seniora, która mnie obraziła. Płazem tego nie puszczę w żadnym razie! Wsiadł na konia i pogalopował w kierunku, skąd przybyliśmy, niebawem niknąc nam z oczu. - Co pan zrobił? - powiedział zaniepokojony Monteso. - Ob-raził go pan śmiertelnie i niezawodnie czeka pana za to odpowiedzial-ność.
- Głupstwo! - odrzekłem. - To jest bezczelny oszust! - W jakim celu kłamałby przed nami?

- Aby zawrzeć ze mną znajomość i tym łatwiej wciągnąć w jakąś zasadzkę. Do dokonania mordu na własną rękę nie ma on ani zdol-ności, ani odwagi; obmyślił więc coś innego... ale co, tego na razie nie mogę się domyślić... Dowiem się jednak z czasem.
- W jaki sposób, skoro Carrera powrócił do Montevideo?

- Wcale nie wrócił. Przekona się pan, że pojechał w kierunku miasta jedynie tylko po to, by nas podejść, a znalazłszy się poza naszym wzrokiem podąży znowu za nami, śledząc nas potajemnie. Z Montesem wsiedliśmy na konie i podjechali na pobliski pagórek, skąd przez chwilę było go jeszcze widać. Po kwadransie, gdy znikł nam z oczu, wyjąłem lornetkę, by zobaczyć, co z sobą uczyni. Galopował czas jakiś w kierunku stolicy, lecz nareszcie zwolnił kroku i korzystając z nierównego w tym miejscu terenu, skręcił na lewo, ku 105 północy. Chcąc przekonać Montesa o słuszności swych przewidywań, dałem mu szkła.
- Tak! Istotnie okrąża nas. - A więc dałeś się pan przekonać? - Najzupełniej.

- Łotr ten będzie nas śledził i musimy się mieć na baczności. Nie ma zresztą wątpliwości, że seniora nie myliła się, poznając w nim złodzieja, który chciał okraść jej męża. I skoro tylko nawinie mi się przed oczy, postąpię z nim krótko i skutecznie. Wracając, spotkaliśmy dwóch peonów z dyliżansu, którzy szli do stacji pocztowej, zapewne w celu pożyczenia kół dla zastąpienia połamanych. Mayoral z peonem został na miejscu, a podróżni pokład-li się na trawie, oczekując z niecierpliwością ratunku z niemiłej przygody. Jeden tylko z pasażerów dyliżansu miał wesołą minę, ten mianowicie, który kupił konia uyerbaterów. Podszedł teraz ku nam i prosił, byśmy mu pozwolili jechać razem, przeciw czemu nikt z nas nie oponował. Monteso pomógł wsiąść seniorze na mego konia i wkrótce się przekonałem, że przywykła najwidoczniej do tego rodzaju jazdy. Można się domyślić, że położenie moje było jednak nie do poza-zdroszczenia; za mną kobieta, która aczkolwiek trzymała się mej kurtki, mogła łatwo zlecieć i poturbować się, z przodu zaś pudło, zawierające cenny klejnot tej niewiasty, co prawda prawie doszczętnie zniszczony. Na szczęście, jak wspomniałem, towarzyszka moja umiała mocno siedzieć na koniu, oczywiście po damsku, nogami na jedną stronę, co było w takich warunkach nie lada sztuką. Wkrótce też oswoiłem się jakoś ze swym położeniem i nawet nie odczuwałem zbytniej niewygody, bo towarzyszka, jak mogła, uprzyjemniała mi podróż opowiadaniami o swym mieście, o jego mieszkańcach i o gospodarstwie. Że zaś niewiasty zawsze mają niewyczerpany temat do rozmowy, więc zanim przybyliśmy na miejsce, dowiedziałem się o całym przebiegu jej życia, 106 no i o wszystkich plotkach jej miasta. W San Jose’ znajduje się niewielki rynek, pośrodku którego zbu-dowano kościół, na razie bez wieży. Otóż naprzeciw owego kościoła mieszkał mąż mej towarzyszki podróży, zamożny kupiec, nazwiskiem Rudo. Zawiózłszy ją aż przed same drzwi mieszkania i przyrzekłszy, że przybędę wkrótce do jej domu, aby zrobić porządek z nieszczęsnym kapeluszem, zawróciłem do budynku pocztowego, gdzie zakwatero-wali si^yerbaterzy.

Zaledwie jednak zdołałem oczyścić się na poczcie z kurzu, przybył do mnie młody oficer i, przedstawiwszy się jako rotmistrz Rudo, prosił, abym natychmiast udał się razem z nim do jego rodziców, co też uczyniłem. Dom państwa Rixio był dosyć obszerny, ale nie miał w sobie owego smaku, jaki się widzi w domach zamożnych Europejczyków. Rodzice młodego rotmistrza przyjęli mnie w salonie niezwykle grzecznie i życzliwie, a pani domu nie mogła znaleźć słów, opisując naszą wspólną podróż, która dla niej „w towarzystwie poety z Europy była arcyprzyjemną”. Uważała mnie bowiem wciąż za poetę, pomi-mo zaprzeczeń z mej strony. Po krótkiej pogawędce zaprowadzono mnie do pokoju gościnnego, abym się tu urządził wedle własnego upodobania, i przeniósłszy tutaj z kwatery pocztowej moje rzeczy, umieszczono we własnej stajni mojego wierzchowca. Zostałem więc w tym domu gościem. Rotmistrz prosił mnie, bym się z nim udał na przechadzkę do ogrodu, lecz musiałem odmówić z powodu braku czasu. Wypadło mi bowiem wywiązać się przede wszystkim z przyrzeczenia danego pani domu, że doprowadzę do porządku jej kapelusz. Była pełna niepewności, czy istotnie zdołam sobie poradzić, a gdy po półgodzinnej pracy oddałem jej kapelusz prawie jak nowy, omal nie posiadała się z radości. Dopiero wówczas wyszliśmy z rotmistrzem do ogrodu. Nie był on zbyt cienisty. Rosło w nim zaledwie kilka topoli oraz jakieś dwa 107 nieznane mi drzewa. Jedynie w altance, oplecionej dzikim winem, można było znaleźć przytulne schronienie od słońca. Usiedliśmy w niej, a oficer przeprosił mnie grzecznie, że będę zmuszony tymczasem korzystać jedynie z jego towarzystwa, bo rodzice są ogromnie zajęci przygotowaniami do przyjęcia. Zbyteczne zresztą były te przeprosiny, bo młody człowiek należał do ludzi inteligentnych i miłych, a mógł się podobać każdemu, zwłaszcza z powodu swej dużej, jak młody wiek, powagi i jasności umysłu. Nie mogłem też powstrzymać się od wyra-żenia mu z tego powodu uznania. - Wydaje mi się pan ogromnie doświadczonym i statecznym człowiekiem, pomimo stosunkowo młodego wieku. - Przyjemnie mi jest słyszeć to łaskawe zdanie z ust pańskich, ale nie zawdzięczam tego sobie samemu. Zasługa w tym mego nauczycie-la, którego serdecznie podziwiam. Słyszał pan o nim, mam na myśli Latorre.
- Ach, tak! Skąd pan wie, że słyszałem już o tym człowieku?

- Gdy pana po raz pierwszy zobaczyłem na poczcie, uderzyły mnie rysy pańskiej twarzy. Zresztą nawet wspominał pan mojej matce o swym podobieństwie do pewnej znanej w naszym kraju osobistości - rzekł, uśmiechając się tajemniczo i z wyrazem zaufania.
- Tak, przyznaję...

- Jest pan łudząco podobny do Latorre i z racji tego podobieństwa miał pan już różne przejścia.
- Istotnie. Ale skąd pan wie, że...

- Pst! Ciszej! Nie ma pan pojęcia, jak rozpowszechnione jest w naszym kraju szpiegostwo i jak bardzo należy mieć się w każdej chwili na baczności. Widziano pana w Montevideo i z powodu owego właś-nie podobieństwa z Latorrem zwrócono na pana baczną uwagę. Wszak był u pana w hotelu pewien człowiek i może się dowiem, czego od pana żądał? Wziął on pana za Latorre.
- Zadziwia mnie pan! Skąd pan wie o tym wszystkim? - Nie ma w tym nic nadzwyczajnego! W kraju, w którym można

108 bardzo szybko i łatwo zrobić karierę, jak również łatwo i szybko spaść niżej przeciętnego poziomu, przezorność należy do największych przymiotów i cnót obywatela. Po nieudanej misji Andara byłby pan miał jeszcze jedną wizytę, tym razem ze strony naszego stronnictwa, ale zaniechano jej, gdy się dowiedzieliśmy, że jedzie pan do Mercedes przez San Jose’. Byłbym tu oczekiwał na pana w budynku pocztowym. - Skąd wiedziano, że mam zamiar udać się do Mercedes? Wszak zdecydowałem się na to dopiero wczoraj późnym wieczorem... - No, tak; stało się to w pewnej restauracji, gdzie znajdowali się pewni ludzie w celu podsłuchania pańskiej rozmowy. Widziano wcześniej pana w towarzystwie yerbaterów, a że ci zbierają się stale w tym lokalu, była pewność, że i pan z nimi tam przyjdzie... Ale oto i mój ojciec. Nie mówmy już o tym, dokończymy później. Gdyby jednak ojciec mój zaczął mówić o tej sprawie, prosiłbym pana o zupełną względem niego otwartość i szczerość, gdyż jedynym wyjściem w pańskim położeniu jest zdobycie sobie życzliwości naszego stronnic-twa. Przyniesie to panu nieocenione korzyści. Brzmiało to jak prośba, którawsposób bardzo uroczysty wpisywała mnie do partii białych. Pomimo jednak tak grzecznej formy, nie wzruszyła mnie, bo cóż mnie obchodzić mogły tutejsze stronnictwa? Zarówno biali, jak i czerwoni, byli mi najzupełniej obojętni i nie miałem najmniejszej ochoty wyjmować kasztanów zognia dla jednych lub dla drugich. Senior Rixio przystąpił do nas, pełen powagi, a pokłoniwszy mi się z hiszpańską przesadą, prosił, bym mu pozwolił usiąść obok siebie. Nie był to już ten sam uprzejmy i serdeczny gospodarz, przyjmujący mnie przed kwadransem w salonie. Twarz jego przybrała teraz pewien uroczysty odcień i stało się to, co przewidział rotmistrz; stary Rixio wpadł od razu w temat naszej rozmowy, pytając syna:
- Porozumiałeś się już z szanownym gościem w naszych sprawach?

- Mówiliśmy tylko ogólnikowo, nie wdając się w szczegóły - odrzekł oficer. - Powiedziałem, że gdyby nawet pan nie spotkał się 109 w drodze z matką, bylibyśmy zaprosili go do siebie. - A więc pierwsze lody przełamane - rzekł Rudo, zwracając się do mnie - i proszę mi wybaczyć, że zapytam, do której partii pan należy: do białych, czy do czerwonych? I spojrzał mi w oczy badawczo z takim zainteresowaniem, jakby od mojej odpowiedzi zależały losy całego kraju. - Szczerze panu odpowiem, że dziwi mnie to pytanie. Tam, za oceanem, mam swoją ojczyznę; tak w Europie, jak w innych częściach świata, nie zmieniam dla niej swych uczuć. - Być może, niewłaściwie sformułowałem swe pytanie. Której mianowicie partii przyznaje pan słuszność, białej, czy czerwonej? - Przepraszam, ale nie czuję się powołanym do wydawania o tutejszych stronnictwach jakichkolwiek opinii. - Ależ, senior! Tli nie idzie o żadne wyroki czy opinie, a tylko o pańskie osobiste poglądy i uczucia.

- Niestety, nie dowie się pan o nich, a to z tego powodu, że ich wcale nie posiadam. Aby móc określić, które stronnictwo opiera się na prawdziwej słuszności, musiałbym zbadać dokładnie tutejsze sto-sunki. Jednak, jak panom wiadomo, przybyłem do tego kraju dopiero wczoraj, a polityką się nie zajmuję i nie posiadam w tym kierunku jakichkolwiek zdolności. Interesują mnie jedynie warunki geografi-czne i etnograficzne kraju, po którym podróżuję. Inne sprawy nie obchodzą mnie wcale. Na to moje oświadczenie Rixio zmarszczył brwi i z oczu mu wyczy-tałem, że się hamuje, aby nie zdradzić uczucia zawodu, jakiego doznał. Pomimo jednak braku punktu oparcia dla swych wywodów w obcho-dzącej go sprawie, nie stracił jeszcze nadziei i mówił dalej: - Ależ to niemożliwe, aby panu mogły być zupełnie obojętne stosunki polityczne kraju, po którym zamierza pan podróżować przez kilka tygodni lub nawet miesięcy, tym bardziej, że należy to również do zakresu krajoznawstwa...
- O tyle, o ile... Może nawet jest to błąd z mojej strony, ale trudno.

110 Spożywam chleb spokojnie, nie zadając sobie trudu dociekania, jaki piekarz go upiekł. Rzecz to nawet wygodna. Miliony ludzi cieszą się urokami przyrody, nie mając najmniejszego pojęcia o astronomii, naukach przyrodniczych czy geografii, i nie bierze ich chęć zbadania przyczyn, powodujących te nieocenione przyjemności. - Umie pan wyślizgiwać się w kwestiach polityki, jak węgorz, pomimo, że z mojej strony nie ma żadnych względem pana ukrytych zamiarów i wie pan doskonale, do czego zmierzam, a przynajmniej wie pan, że u nas są dwa zwalczające się stronnictwa.
- Wiem o tym.

- Stronnictwo, do którego ja należę, ma na celu tylko dobro kraju i chce zaprowadzić w nim ład, porządek oraz sprawiedliwość, podczas gdy stronnictwo przeciwne życzy sobie zamieszania w naszej ojczyźnie, by mogło łatwiej w mętnej wodzie łowić dla siebie ryby. My jesteśmy pewni zwycięstwa. Ale, nim to nastąpi, musimy ponieść bardzo wiele trudów i ofiar. Aby zaś oszczędzić sobie nadmiaru tych ofiar, postanowiliśmy uczynić wielki, decydujący krok. Jeżeli się on nam uda, przeciwnicy nasi będą zdruzgotani raz na zawsze, albo przynajmniej unieszkodliwieni na całe lata. A człowiekiem, który ułatwiłby nam to zadanie więcej, niż w połowie, jest właśnie pan. - Ja? Doprawdy nie mogę się otrząsnąć ze zdumienia... Bo cóż może dla was uczynić przybysz z daleka, nie posiadający żadnych zdolności strategicznych ani politycznych? - Jedno i drugie jest tu zbyteczne. Nieoceniona wartość pańska polega na podobieństwie pana z osobą, którą zamierzamy postawić na czele naszego ruchu. - Podobieństwo z Latorrem? Czy mogę prosić o bliższe wyjaśnie-nia? - Rzecz jest bardzo prosta. Idzie jednak o to, czy możemy polegać na panu co do zachowania planów naszych w tajemnicy.
- Mogę panu przyrzec pełną dyskrecję. - Otóż... aczkolwiek nie znam pana bliżej i tylko z pańskich cech

111 zewnętrznych odgaduję, że mam do czynienia z człowiekiem honoru, objaśnię pana o pewnych częściach naszego planu. Przede wszystkim chcielibyśmy wysunąć Latorre na stanowisko prezydenta kraju...

- O tym wiedziałem już przedtem...

- Aby celu tego dopiąć nie możemy czekać z założonymi rękoma, lecz musimy pracować, i to nie tylko my, ale również i przede wszy-stkim sam Latorre musi przedsięwziąć akcję, która zaabsorbuje wszy-stkie jego siły. - Rzecz zupełnie naturalna... Bez pracy i trudów, a nawet ofiar niepodobna uzyskać tego, co się zamierza. - Latorre jest oficerem i na tym stanowisku ma wiele zadań, co udaremnia mu oczywiście akcję w innym kierunku. Musi więc albo wystąpić ze służby i to na zawsze, albo, wziąć dłuższy urlop, ażeby oddać się pracy w konspiracji. - Zupełnie słusznie. Ale w jaki sposób może być w tym wszystkim użyteczna moja osoba? - Może pan nam bardzo pomóc. Nasz przyszły prezydent musi wydawać rozkazy, jak to już wspomniałem, w najściślejszej tajemnicy; musi odbywać podróże, aby być tam, gdzie tylko sprawa będzie tego wymagać; przeciwnicy zaś nie powinni nic wiedzieć o jego działalności i podróżach. Aby więc umożliwić mu swobodę ruchów, wymyśliliśmy pewien sposób, który może odciągnąć od niego uwagę szpiegów. Postanowiliśmy mianowicie prosić pana o łaskawe dopomoźenie nam w tej sprawie.
- No, no?

- Czyżby pan nie rozumiał?... Chcielibyśmy, aby przeciwnicy mieli na oku-pana, sądząc, że to Latorre we własnej osobie. - Pojmuję! Chcecie, bym przywdział uniform i objął niektóre obowiązki za Latorre, podczas gdy on zająłby się pracą na rzecz waszego stronnictwa. - Domyśla się pan, ale niezupełnie. Niepodobna bowiem, aby pan stanął na jego miejscu w armii, bo poznano by się na tej maskaradzie 112 od razu. Chcielibyśmy urządzić to inaczej. Latorre weźmie kilkumie-sięczny urlop pod pozorem potrzeby ratowania zdrowia i pozornie uda się do odległej hacjendy lub estancji. W rzeczywistości jednak nie on, lecz pan zajmie jego miejsce w owej hacjendzie. Przeciwnicy nasi \ będą mieli utrudnione zadanie, gdyż pan w jego roli, chcąc wykorzy-stać czas wypoczynku, nie będzie się nigdzie udzielał, tymczasem zaś Latorre uda się potajemnie w zupełnie inną okolicę i tam zacznie swoją pracę, po czym w odpowiedniej chwili wystąpi jawnie.
- A co stałoby się wówczas ze mną?

- Pojechałby pan sobie w dalszą podróż, oczywiście wynagro-dzony przez nas po królewsku.
- A w jaki sposób? Pieniędzmi?

- Pieniędzmi?... Kto tu mówi o pieniądzach? Możemy przecież określić to, jako honorarium, dotację, albo dar. Rozumie się, że określenie wysokości tego daru z góry pozostawiam panu. Proszę więc, jeśli pan... - Ba! Ależ ja nie mam pojęcia, ile mnie ta ofiara będzie koszto-wała, ile czasu stracę na to, a może nawet ryzykuję tu własne życie! - O tym ostatnim nie ma mowy! Tb jest wykluczone! Może się pan nie obawiać! - Przeciwnie! Jeżeli prawdziwy Latorre wypłynie nagle, jako do-wódca powstania, to zdarzyć się może, iż przeciwnicy, złudzeni podo-bieństwem, napadną na jego sobowtóra, czyli na mnie. A

gdyby mnie zlikwidowali, to honorarium, które mi łaskawie ofiarowujecie, zupeł-nie straciłoby dla mnie wartość. Rotmistrz przez cały czas mojej rozmowy z ojcem nie wtrącił do niej ani słowa i dopiero teraz odezwał się, usiłując mnie przekonać: - Czyżby pan się obawiał? Przyznam się, że uważam pana za człowieka o dużej odwadze... - Nie jestem tchórzem, panie rotmistrzu i dowiodłem tego już niejednokrotnie, a i w przyszłości, być może, będę miał ku temu sposobność. Jednak co innego narażać życie dla samego siebie, za 113 swoich lub za ojczyznę, a co innego rzucać je na szalę w sprawie zupełnie sobie obcej i... za pieniądze! To wielka różnica! Co się tyczy ryzyka, to mógłbym śmiało przyjąć na siebie rolę Latorre i czekać spokojnie końca sprawy, bo nie obawiam się waszych przeciwników, tak samo, jak nie trwoży mnie wasze stronnictwo. I gdybym wskutek zbiegu okoliczności miał się spotkać oko w oko z niebezpieczeń-stwem, to ufny w siebie, w swój spryt i odwagę, nie sądzę, abym nie potrafił wyjść zeń obronną ręką. Otóż nie względy na możliwą osobi-stą szkodę powstrzymują mnie od przyjęcia waszej oferty.
- A jaki inny miałby pan powód?

- Jedynie ten, że cała sprawa nie podoba mi się. Brzydzę się fałszem i kłamstwem, a gdybym spełnił wasze życzenia, sprzeniewie-rzyłbym się tej zasadzie.
- Przecież tu idzie o najsłuszniejszą sprawę!

- To samo powiedziałby mi każdy z członków przeciwnego stron-nictwa.
- Widzę, że pana trudno przekonać.

- I nic dziwnego, bo najwyraźniej nie chcę dać się przekonać - odrzekłem, wstając. Lecz w tej chwili kupiec przytrzymał mnie za ramię, mówiąc: - Niechże pan nie postępuje tak gorączkowo. Jest pan i będzie moim miłym gościem bez względu na to, czy się porozumiemy, czy nie. Mam zresztą nadzieję, że po namyśle da się pan przekonać. Bo nie ma pan pojęcia, jak wielka czekałaby pana nagroda za wyświadczoną nam przysługę. Do naszego stronnictwa należą ludzie ogromnie bo-gaci i wpływowi, a korzyść, jaką odnieślibyśmy z pańskiej pomocy, jest dla nas tak wielka, że wynagrodzenie za nią mogłoby być podstawą pańskiego szczęścia.
- A co pan nazywa szczęściem?

- Jako kupiec, wiem, że na tym świecie prawdziwie trwałe szczę-ście może człowiekowi zapewnić taki kapitał, który wystarczyłby na spędzenie reszty życia bez najmniejszej troski. Niech pan sam określi 114 wysokość takiej sumy.
To zbyteczne, bo nie jestem skłonny spełnić waszych życzeń. Mam nadzieję, że to jeszcze nie ostatnie słowo. Przeciwnie! Co raz powiedziałem, od tego nigdy nie odstępuję. A jednak, bardzo pana proszę o rozważenie bliżej całej rzeczy.

Nie będę dalej nalegał na pana. Dziś wieczorem znajdzie pan sposob-ność poznania nas wszystkich i jeżeli pan potem rzecz rozważy, jestem niemal pewien, że zmieni pan zdanie.

Chciałem ponownie zaprotestować, lecz on uprzedził mnie zdecy-dowanym ruchem, mówiąc dalej: - Proszę, niech pan teraz już nic o tym nie mówi! Wie pan, o co idzie i do rana może się pan namyśli. Widzę, że zapalają już światła, i niebawem zaczną się schodzić goście. Proszę, pan pozwoli z nami... Poczęło się ściemniać. Był to bowiem październik i wieczory zapa-dały wcześnie. W domu zapalono rzęsiste światła i wkrótce miała się rozpocząć tertulia. Ojciec i syn pośpieszyli do pokoju przyjęć, a ja, nie chcąc być jednym z pierwszych gości, poszedłem do pobliskiego sklepu i kupi-wszy bochenek razowego chleba, zaniosłem go swemu koniowi do stajni. Obecny tam peon był ogromnie zdziwiony mymi odwiedzinami w stajni; nie mniej zdziwiony był gniadosz, który zapewne po raz pierwszy w życiu doznał podobnej troski. Z początku nie chciał jeść; lecz, gdy mu prawie przemocą wepchnąłem jeden kęs do pyska, zasmakował i po zjedzeniu z apetytem całego bochenka zarźałwesoło, pozwalając, pomimo dzikiego temperamentu, głaskać się. Dało mi to nadzieję, że szlachetne zwierzę przyzwyczai się do mnie bardzo szyb-ko. Ze stajni udałem się do przeznaczonego dla mnie pokoju, którego okna wychodziły na podwórze. A były to okna prawdziwe, bo miały szklane szyby, co dla podróżnika w tych stronach jest rzeczą tak niezwykłą, jak dach nad głową. Znalazłem też w pokoju wygodne łóżko, stół, kilka krzeseł, umywalnię, dzbanek z wodą i ręcznik. 115 Zamiast sofy, rozwieszony był hamak na dwu hakach, wbitych w ścianę. Na stole stało pudełko z papierosami, co świadczyło o niezwy-kłej troskliwości gospodarza. Z zadowoleniem zauważyłem w drzwiach rygiel. Oczywiście, nie podejrzewałem mieszkańców tego domu o jakiekolwiek nieprzyjazne względem mnie zamiary, jednak musiałem mieć w pamięci pseudoko-misarza policyjnego, który najprawdopodobniej przybył również do tego miasteczka. Będąc niegdyś subiektem u Rixiów, musiał nieza-wodnie znać rozkład domu, a teraz mogła mu przyjść ochota złożenia mi wizyty. Dzięki jednak znajdującej się u drzwi zasuwie miałem możność uchylić się od tego zaszczytu. Postawiwszy na stole świecznik z zapaloną świecą, spróbowałem, czy rygiel jest do użycia i zacząłem rozglądać się po pokoju. Nagle, znalazłszy się przy oknie, ujrzałem za szybą czyjąś twarz, która jednak natychmiast zniknęła, tak że nie mogłem nawet stwierdzić, kto to mógł być. Nie miałem nawet pewności, czy była to twarz męska, czy też kobieca. Chciałem szybko otworzyć okno, ale niestety miało ono zardzewiałe okucia, widocznie od dawna nie było otwierane. Gdy nareszcie siłą udało mi się otworzyć jedno skrzydło i wyjrzałem na zewnątrz, nie spostrzegłem już nikogo, noc była ciemna, a księżyc jeszcze nie wzeszedł. Rzecz prosta, nie przykładałem do tego wielkiej wagi, gdyż mógł to być ktoś z licznej w tym domu służby, któremu przyszła ochota zajrzeć przez okno dla zobaczenia, co obcy przybysz robi w swoim pokoju. Zamknąwszy starannie okiennicę, by nikt nie mógł dostać się do środka od zewnątrz, począłem przechadzać się po pokoju. Niebawem nadszedł rotmistrz z oświadczeniem, że chcieliby wprowadzić mnie między gości. Nie wrócił już ani jednym słowem do poprzedniej rozmowy i był dla mnie bardzo uprzejmy. Widocznie miał nadzieję, tak samo, jak i jego ojciec, że po namyśle zgodzę się na ich projekty.

W salonie znajdowało się już liczne towarzystwo, złożone z pań i
116 panów. Gdy wszedłem, oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Przed-stawiono mnie poszczególnym gościom, przy czym słyszałem bardzo długie nazwiska i tytuły, których oczywiście nie starałem się zapamię-tać.

Hiszpan kocha się w długich nazwiskach, podobnie jak Arab i
chętnie przyswaja sobie godności przodków. W języku hiszpańskim godności te i tytuły brzmią bardzo mile dla ucha, ale przetłumaczone na inną mowę tracą swój wdzięk i poezję. Don Gęsismalec de Przy-piecek, Donna Maria Małpiskok de Beczkowóz i tym podobne nazwi-ska oraz przydomki efektowne są tylko w języku hiszpańskim; w innym języku jak widzimy, są śmieszne. Człowiek mało wybredny, zadowalający się powierzchownym po-glądem na ludzi, oceniłby całe towarzystwo bardzo pochlebnie. Nie-stety, ja, mając wrodzony dar spostrzegawczości i będąc przyzwycza-jony do wnikania w głąb dusz ludzkich, zauważyłem od razu, że cały ten przepych jest tylko zewnętrzny. Pudrowane obficie twarzyczki, czernione brwi i malowane usta, loki i warkocze z obcych włosów, sztuczne klejnoty, szeleszczące jedwabie-wszystko to dostrajało się do wewnętrznej wartości zebranych. Powierzchowny przepych, we-wnątrz zaś pustka. Również i przy stole dała się zauważyć tandeta. Noże i widelce posrebrzane; łyżka moja była nawet kiedyś złamana i na nowo zespa-wana. Kosztowne patery z owocami pochodziły ze zdekompletowa-nych garniturów: jedna bez ucha, druga wyszczerbiona. Potrawom jednak nie można było nic zarzucić. Szczególnie smako-wało mi asado, ulubiony przysmak w tym kraju. Gauczowie sporzą-dzają sobie sami ten specjał. Z zabitego wołu lub konia odkrawa gauczo tęgi kawał razem ze skórą, zatyka na żelazny pręt i piecze nad ogniem, odkrawając nożem w miarę pieczenia się drobne kąski - i czyni to dopóty, aż pozostanie na pręcie tylko skóra. Nazywa się to asado con cuero. Asado, które podano na stół u Rixiów, było już odłączone od skóry, ale to nie odebrało mu wybornego smaku. 117 Niektóre damy, nie chcąc zadawać sobie trudu z nożem i widelcem, brały kawałki asado w paluszki i jadły z apetytem, co tutaj jest przyjęte. Zaproszono też i mnie, bym się nie krępował, jak guwernantka i spożywał boże dary w sposób wygodny. Po wieczerzy rozpoczęły się tańce przy dźwięku gitar. Grano is-totnie pięknie. Miałem wielką chęć nie uczestniczyć w tańcach, usiąść w kącie i przypatrywać się z dala. Niestety, nie dano mi spokoju i zajmowano się mną, jakbym był wśród zebranych najdostojniejszą osobą; troszczono się o mnie na każdym kroku, zasypywano rozmai-tymi pytaniami, na które chcąc nie chcąc musiałem dawać odpowiedzi - i doprawdy puchacz, otoczony stadem wron lub kawek, nie czuje się tak zrozpaczony, jak byłem ja, w tym uprzejmym aż do przesady towarzystwie. A wszystkim się zdawało, że czynią mi tym wielką przyjemność! Gdy już ucichł taneczny zapał, pozostała z programu zabawy jedna rzecz: gra w karty. Porozstawiano więc stoliki i całe towarzystwo, nie wyłączając kobiet, zasiadło do gry. Do tego nie dałem się namówić więc spotkały mnie ze wszystkich stron wymówki. Przez pewien czas przypatrywałem się grze z daleka. Lecz, skoro wśród grających poczęły ujawniać się temperamenty, akcentujące się niezbyt przyzwoitymi wyrazami i przekleństwami, wyniosłem się z salonu niepostrzeżenie.

W przedpokoju siedzieli peoni, przeznaczeni do usługiwania goś-ciom i również grali w karty z takim przejęciem, że żadnemu z nich nie przyszło nawet do głowy poruszyć się, gdy wychodziłem. Pokój mój podczas mej nieobecności nie był zamknięty, bo, opu-szczając go, miałem na uwadze, że służba może jeszcze mieć w nim coś do uporządkowania. Wszedłszy, nie zapaliłem nawet świecy, gdyż księżyc świecił jasnym blaskiem i przy jego świetle mogłem się roze-brać. Przekonawszy się, czy okna dobrze zamknięte, zamknąłem drzwi na zasuwę i rzuciwszy się na łóżko, natychmiast prawie zasnąłem. Raczono mnie tak obficie winem i to fałszowanym, że byłem cokolwiek podchmielony, wskutek czego nawet na myśl mi nie 118 przyszło rozejrzeć się szczegółowo po pokoju dla pewności, czy się ktoś w nim nie zaczaił, co zwykłem czynić zawsze, znalazłszy się w niezna-nym miejscu. Co prawda, w czasie ustawicznych wędrówek po świecie i licznych przygód zmysły moje tak się wyostrzyły, że nawet w głębokim śnie nie całkiem ustawały w swej czynności. Teraz też, aczkolwiek byłem bar-dzo znużony, czuwała we mnie jakaś siła samozachowawcza. Śniło mi się mianowicie, że śpię w olbrzymim dzikim lesie i że mnie zdradziec-ko otoczyli żądni krwi Indianie, a jeden z nich pochylił się nade mną, chąc zadać mi śmiertelny cios... Zerwałem się na równe nogi i... chwała Bogu!... stwierdziłem, że nie jestem w lesie, lecz w pokoju. Księżyc rzucał jeszcze przez okna swe jasne promienie, ale po stronie drzwi panował już mrok. Spojrzałem w tę stronę i nagle wydało mi się, że widzę tam jakąś postać.
- Kto tu? - krzyknąłem.

Nie było odpowiedzi. Natomiast posłyszałem lekki szelest i następnie coś, jakby skrzypnięcie drzwi. Skoczyłem w ich kierunku w mgnieniu oka, - nie znalazłem jednak nikogo, drzwi zaś były zamknięte. A zatem była to senna zmora, przywidzenie... Uspokoiłem się i spałem już spokojnie do rana. Przebudziwszy się, umyłem się i ubrałem, po czym skierowałem się do wyjścia. Lecz o dziwo! Zasuwa u drzwi była odsunięta! Pamiętałem doskonale, że zasunąłem ją w nocy dokładnie; również przypomnia-łem sobie, że była zasunięta i wówczas, gdy się zerwałem ze snu pod wpływem męczącej zmory. Cóż więc u licha mogło tu się stać? Obszukałem cały pokój i nie natrafiłem na jakikolwiek ślad czyjeś bytności. Z rzeczy moich nie brakowało nic. Tylko kawałek czerwonej nici, złożonej we czworo, zwrócił moją uwagę, jakby ktoś szył igłą o dość obszernym uszku i resztę odciął. Czyżby ta nić leżała tu jeszcze przed moim przybyciem? Być może. Bo zresztą któż chciałby zadawać sobie tyle trudu w tym jedynie celu, aby, ukradkiem w nocy dostawszy się do mego pokoju, położyć strzępek nici? Może nawet wówczas, gdy 119 mi się coś przywidziało, sam odryglowałem drzwi, a będąc rozespany, zapomniałem na nowo zabezpieczyć je zasuwą. Rozumowanie takie uspokoiło mnie zupełnie. Więcej już nie za-stanawiając się nad tym faktem, udałem się do pokoju stołowego, gdzie domownicy przed chwilą właśnie zasiedli do śniadania. Po śniadaniu pani domu wyszła z pokoju, a mąż jej i syn wszczęli ze mną znowu rozmowę na wczorajszy temat. Z usposobienia ich wywnioskowałem, że pokładali we mnie wielkie nadzieje.

Niestety, zawiedli się jednak ponownie, gdyż powtórzyłem im to samo, co usłyszeli już wczoraj. Przytaczali tysiące argumentów, by mnie prze-konać, daremnie. Było dla mnie najzupełniej obojętne, kto dziś, jutro, lub za rok będzie prezydentem ich republiki, i nie miałem ochoty wystawiać się na niebezpieczeństwa dla korzyści politycznych obcego mi zupełnie kraju i społeczeństwa. Odmowa moja sprawiła na obu bardzo przygnębiające wrażenie. Wyczytałem z ich oczu, że się hamowali, aby nie wybuchnąć. - Ha, skoro tak - ozwał się Rudo prawie z gniewem - to nie zmuszamy pana przemocą. Pozwoli pan jednak mieć nadzieję, że dotrzymasz słowa i nie wyjawisz przed nikim tajemnicy naszej rozmo-wy.
- Możecie panowie być o to najzupełniej spokojni. - Czy długo pan zamyśla zabawić w naszej ojczyźnie?

- Postanowiłem odbyć podróż przez kraj i nie mam nawet zamiaru zatrzymywać się nigdzie dłużej. W przeciągu kilku dni będę już poza granicami Urugwaju. - To bardzo dobrze. Podobieństwo pańskie z Latorrem mogłoby pana narazić na nieobliczalne następstwa, radzę więc panu we włas-nym jego interesie nie wchodzić ludziom przed oczy i nigdzie po drodze nie zatrzymywać się dłużej. Uwaga ta była wypowiedziana w takim tonie, jakby się mnie chciał natychmiast pozbyć.
-Z życzliwej rady pańskiej - rzekłem - skorzystam z

120 wdzięcznością i to w tej chwili. Wyjeżdżam, i żegnam panów. Wstałem i zawróciłem w kierunku drzwi. - Przepraszam, senior - rzekł Rudo powstrzymując mnie - pan mnie nie zrozumiał... Dom mój jest do pańskiej dyspozycji, jak długo panu się spodoba... a zresztą było postanowione, że syn mój pojedzie z panem... - Proszę go więc, by się pośpieszył, gdyż w przeciągu pół godziny będę już poza obrębem San Jose’. - Ależ ja nie jestem w stanie zebrać się tak prędko - tłumaczył się oficer - i gotów będę najwcześniej po południu. Wyjaśniłem, że nie mogę zatrzymywać się tak długo i udałem się do stajni, by osiodłać swego konia, a będąc już gotowy do drogi, poszedłem pożegnać się ostatecznie z gospodarzami. W przeciwieństwie do wczorajszego przyjęcia byli dla mnie oziębli. Rozdawszy służbie napiwki, które, nawiasem mówiąc, wyniosły więcej, niż całe moje utrzymanie w tym domu, wsiadłem na konia i pojechałem w kierunku poczty. Yerbaterzy oczekiwali mnie tam niecierpliwie, a Monteso zaczął od razu: - Miał pan słuszność. Komisarz policji nie wrócił do Montevideo, lecz przybył tutaj. Widziałem go wczoraj wieczorem, gdy się kręcił po miasteczku. Być może, iż coś knuje przeciwko nam.
- Musimy się strzec. Jak daleko pojedziemy dzisiaj?

- Do Perdido, gdzie jest bardzo wygodna stacja dla ruchu koło-wego.
- Rzekomy policjant wie od pana, gdzie się zatrzymamy?

- Niestety, tak. Źle się stało, że mu to nieopatrznie powiedziałem i dlatego musimy zanocować w innej miejscowości. - Hm... niezła myśl, ale trudna do wykonania. Czy stacja w Perdido znajduje się na otwartej przestrzeni?
- Jest to jeden domek, z rozległym widokiem dokoła. - Lepiej więc, jeśli się tam zatrzymamy, bo przynajmniej będziemy

121 mieli możność ujrzeć tego draba z daleka i łatwiej będzie ustrzec się przed nim, podczas gdy, ulokowawszy się na innej kwaterze, mogliby-śmy go nie zauważyć. - Dobrze, zgadzam się. Jeśli pan rozkaże, możemy ruszyć natych-miast. W pięć minut później mieliśmy już poza sobą miasteczko, w któ-rym najniespodziewaniej brałem udział w tertulii, nigdy przedtem nie marząc o tym. Okolica, przez którą przejeżdżaliśmy, nie różniła się niczym od już przebytej poprzednio. Konfiguracja gruntu w całym Urugwaju jest lekko falista z licznymi rozpadlinami, wśród których płyną liczne potoki i rzeczki, wpadające do Rio Negro. Jak okiem sięgnąć, wszę-dzie trawa pampasowa, wyglądająca, jak jedno wielkie morze zieleni. Zbliżało się południe, gdy spostrzegliśmy w oddali budynek po-cztowy. Oddalał się stamtąd na zachód jakiś jeździec w pełnym galo-pie i po chwili znikł nam z oczu za horyzontem. Niebawem przybyliśmy na miejsce. W budynku pocztowym był sklep i szynk. Dowiedziałem się, że ów jeździec czekał przed stacją kilka godzin i wyruszył w chwili, gdy nas spostrzegł w oddali. Sądząc z opisu gospodarza, uznałem, że jeźdźcem tym był z całą pewnością Mateo. Wyruszywszy dalej, w godzinę drogi od stacji pocztowej natknęli-śmy się na pasmo górskie, zwane Cuchilla Grandę. Pomimo swej nazwy, nie były to w dosłownym znaczeniu tego wyrazu wielkie góry. Na niewielkim wzniesieniu sterczące złomy skalne przypominały ra-czej ruiny jakiegoś zamczyska. Za owymi wzniesieniami rozciągała się znowu podobna do poprzedniej równina, urozmaicona jednak tu i ówdzie kępami ostów wysokości człowieka. Osty te są prawdziwą plagą dla mieszkańców, gdyż bardzo szybko pieniąc się, zachwaszczają ogromnie pastwiska, a z wykarczowaniem ich połączone są wielkie koszty. Kępy owe stanowią doskonałą kryjówkę dla rozmaitych dzikich zwierząt. Słyszałem, że 122 kryją się tu nawet jelenie i strusie, ale sam nie spostrzegłem ani jednego z nich. Jechaliśmy aż do wieczora, a przy końcu dnia konieyerbaterów były tak przemęczone, że biegły już tylko pod wpływem batów i ostróg. Mój gniadosz trzymał się znakomicie. Zanim zapadł zmierzch, dotarliśmy nad Rio Perdido, nad którą znajdowała się stacja pocztowa tej samej nazwy. Ściany budynku sporządzone były z twardo ubitej gliny, a dach pokryty trzciną. W całym tym zabudowaniu było w tej chwili tylko troje ludzi: stara służąca i dwóch peonów. Gospodarz pojechał do Mercedes i miał wrócić na drugi dzień rano. Chociaż stacja ta znajdowała się na odludziu, znaleźliśmy tu bardzo wygodny nocleg i dobry, tani posiłek.

Obaj peoni byli jak niemi i nie można było z nich wydobyć ani słowa. Widocznie przywykli już do milczenia wśród tego pustkowia. Mniej skąpa w mowie była natomiast służąca, od której chciałem się dowiedzieć, czy był tu po południu jakiś jeździec. Peoni, usłyszawszy moje pytanie, wynieśli się natychmiast z izby, chcąc uniknąć widocz-nie dawania jakichkolwiek wyjaśnień, a służąca odpowiadała nam tylko krótkimi słowami: tak lub nie. Z twarzy jej wyczytałem, że coś przede mną ukrywa. - Piękna seniorito! -zagadnąłem, - nie przypuszczałem, że będziesz tak nieuprzejma względem caballero, który zwraca się do ciebie z całym zaufaniem. Nie licuje to z twoją ładną twarzyczką. Służąca była stara i brzydka. Nazwa jednak seniority i inne piękne słówka, których jej nie szczędziłem, rozbroiły ją widocznie, gdyż uśmiechnęła się, mówiąc: - Zapewne, wygląda pan, jak wytworny caballero, ale ostrzeżono mnie przed panem...
-Kto? - Właśnie ów jeździec, o którego pan pyta. - Cóż ci powiedział, urocza panienko?

123
- Ech, nie mogę..., stanowczo nie mogę tego powtórzyć.

- Bardzo mi przykro, że masz więcej zaufania do pospolitego łobuza, niż do porządnego człowieka... - Ależ... panie!... ów człowiek powiedział właśnie, że on jest uczciwym caballero, a pan...
- To kłamstwo, moja droga. - Opowiadał nam, że jest komisarzem policji w Montevideo. - Dokąd on jedzie i po co?

- Do Mercedes, ażeby tam aresztować pana, skoro tylko przybę-dziecie na miejsce.
- Powiedział może, za co?

- Owszem. Mówił, że pan jest przywódcą jakiegoś spisku, który może narazić kraj na wielkie nieszczęścia.
- I ty mu uwierzyłaś? Czy jednak teraz, widząc mnie wierzysz w to? - Nie, panie! Pan nie wygląda na żądnego krwi człowieka.

- Słuszna uwaga. Nie należę do żadnego spisku, nie urodziłem się nawet w tym kraju i jestem tu zaledwie dwa dni. Cóż więc obchodzić mnie mogą miejscowe sprawy? Nie krwi jestem żądny, piękna senio-rito, lecz wypoczynku, bo cały dzień jechałem bez przerwy. Czy znaj-dzie się więc tu dla mnie łóżko? - Niby łóżko jest, ale on mi nie pozwolił przyjąć pana i muszę go słuchać, bo to przecież rozkaz urzędowy. - Ech, tak źle znowu nie będzie. Znajdzie się dla nas kąt, no i wieczerza. Jesteśmy głodni. - Ha, cóż mam robić! - zaśmiała się. - Pan taki uprzejmy, traktuje mnie pan po ludzku i widać, że mam do czynienia z człowie-kiem szlachetnym i godnym. Czyż więc mogłabym dopuścić, aby pan spał pod gołem niebem i o głodzie... - Może ów pan umyślnie tak chciał urządzić, żebyśmy spali na polu?
- Tak, tak! Mówił o tym. - To bezczelny łgarz, seniorito. Nie jest on wcale urzędnikiem

124

policyjnym, ale pospolitym złodziejem, którego my właśnie mamy zamiar uwięzić. Czyżbyś chciała być sojusznikiem podobnego nicpo-nia? - Ależ nigdy! Jeżeli to wszystko prawda, co pan mówi, to niech się on u nas nie pokazuje więcej, bo byłoby z nim bardzo źle. My z takim ludźmi nie żartujemy. A teraz przepraszam, że odejdę; muszę przygotować wam wieczerzę. Mam też nadzieję, że nie będziecie narzekali u nas na niewygody. Mateo życzył więc sobie, abyśmy spali na polu i miał zapewne w tym jakiś cel. Wieczór był prześliczny, a pogoda bezwietrzna. Yerbaterzy oświad-czyli, że w tak piękny czas nie będą spali w izbie, a moje przestrogi nie odniosły żadnego skutku. Po obfitej i dobrej wieczerzy poowijali się w koce i pokładli na słomie pod brogiem, znajdującym się w pobliżu domu. Konie puszczone były wolno na pastwisku. Mając się na baczności przed swym prześladowcą, kazałem zapro-wadzić swego gniadosza do korralu, to jest w miejsce, otoczone ze wszystkich stron wysokim kaktusowym żywopłotem. Służąca dla wię-kszego bezpieczeństwa uwiązała mego wierzchowca w pobliżu tęgie-go psa, aby w razie zbliżenia się złodzieja ostrzegł nas zawczasu. Dach domu urządzony był w ten sposób, że na obu szczytach nie posiadał pokrycia. Z jednej strony prowadziły na strych wąskie schod-ki, podobne do drabiny. Prawdopodobnie mieszkańcy wchodzili tam, ilekroć chcieli zobaczyć, czy nie nadjeżdżają podróżni, lub co się dzieje z trzodą, roztaczał się stąd bowiem rozległy widok na okolicę. Po kolacji nie będąc zmęczonym, urządziłem sobie małą przecha-dzkę nad rzekę. Robaczki świętojańskie uwijały się w cichym powietrzu; niewi-dzialne kwiaty rozsiewały iście balsamiczną woń; gwiazdy południa lśniły na niebie, odbijając się w przezroczu wodnym. Poeta, gdyby się znalazł tu na moim miejscu, wpadłby niezawodnie w ekstazę. Co do mnie, odczuwałem piękno przyrody jak zwykły 125 śmiertelnik, nie myśląc o czekających mnie trudach dnia następnego. Ostatecznie trzeba było wracać, bo i tak przechadzka moja prze-ciągnęła się, spędziłem na niej przeszło dwie godziny. Wróciwszy znad rzeki na miejsce naszego postoju, usiadłem pod brogiem, gdzie pokładli się przedtem do snu moi towarzysze. Jeżeli jeszcze czuwali, mogli mnie widzieć z daleka, bo księżyc właśnie wzeszedł. W pobliżu jednak brogu było ciemno, księżyc znajdował się poza dachem domostwa i rzucał jego cień na miejsce naszego wypo-czynku. Usiadłszy w owym właśnie cieniu na ziemi, rozglądałem się po okolicy, gdy nagle zdało mi się, jakoby jakaś postać przesunęła się przede mną i zniknęła za domem. Zerwałem się i pobiegłem szybko w tym kierunku, lecz nie znalazłem nikogo. Stanąwszy na przeciwnym rogu domu, począłem rozglądać się wokół. Niedaleko, może jakieś sto kroków ode mnie, znajdowała się obszerna kępa ostów. W ciągu chwili, gdy przebiegłem długość domu, nie mógł nikt oczywiście prze-być tej jasno oświetlonej przestrzeni, chyba więc ukrył się po drugiej stronie domu. Zawróciłem i obiegłem go naokoło, daremnie; ani śladu jakiejkolwiek żywej istoty. Wróciłem do yerbaterów, którzy spali w najlepsze, a rzeczy ich leżały obok nienaruszone. A przecież, gdyby tu był złodziej, zabrałby przede wszystkim ich strzelby.

Co było robić? Zbudzić Montesa z głębokiego snu? Szkoda. Zre-sztą tajemnicza owa postać mogła być przywidzeniem. Poszedłem do swojego pokoju i już miałem się rozebrać, aby się położyć do łóżka, gdy wtem błysnęła mi w głowie pewna myśl. Przecież mogę wejść po schodkach na strych i tam poczekać chwilę. A nuż... Zabrałem lornetkę i wszedłszy po cichu na strych, rozejrzałem się wokoło, jednak bez jakiegokolwiek rezultatu. Nie zniechęcony tym, zwróciłem jeszcze lornetkę w dal, kierując nią po okolicy i pomimo, że szkła przy niedostatecznym świetle księżyca nie mogły mi oddać należytej usługi, spostrzegłem na skraju najbliższej kępy jakiś 126 poruszający się przedmiot. Był to koń. Awięc - pomyślałem, -jeżeli jest koń i to osiodłany, musi tam być i jeździec, bo konie, należące do tego domu, spędzano na noc do korralu, a szkapy yerbaterów pasły się po drugiej stronie domu. Niezwłocznie ruszyłem w kierunku kępy i znalazłem tam szkapę Matea. Aby utrudnić mu ucieczkę, wsiadłem na konia i odjechałem spory kawał po linii łuku aż nad rzekę, i tam uwiązałem go do krzaka. Z powrotem ku domowi skradałem się z wielką ostrożnością, gdyż byłem pewny, że drab kręci się gdzieś w pobliżu. Okazało się, że przypuszczenia moje były zupełnie trafne. Podcho-dząc do brogu, spostrzegłem z daleka, że ktoś klęczy nad śpiącym Montesem. Podsunąłem się bliżej, ale w tej chwili ów „ktoś’ wstał i począł oddalać się szybko od brogu. Puściłem się więc za nim, wołając:
- Stój! Będę strzelał!

Drab w potężnych susach uciekał w kierunku kępy i byłby nieza-wodnie umknął, gdyby znalazł swego konia na miejscu. Podczas, gdy się za nim rozglądał, dopędziłem go i chwyciłem za kołnierz. Ale on wydobył błyskawicznym ruchem nóż i zamierzył się na mnie. Na szczęście przewidziałem to i równie błyskawicznie wymierzyłem mu potężny cios pięścią w głowę, tak, że się rozciągnął na ziemi jak długi. W tej właśnie chwili nadbiegli yerbaterzy, wrzeszcząc wszyscy ra-zem i dopytując, co się dzieje.
- Leży tutaj - rzekłem. - Przed chwilą zastałem go przy was.

Przeszukiwał zapewne kieszenie Montesa. - Moje kieszenie? - wrzasnąlyerbatero. - Poczekaj, ptaszku! Ja cię nauczę! Ale przede wszystkim muszę cię zobaczyć... - A pochy-liwszy się nad nim, dodał: - Toż to „komisarz policji z Montevideo”! - Tak jest; on we własnej „urzędowej” osobie. Odbierzcie mu pistolet i zaprowadźcie do izby! Wskutek wszczętego przez nas hałasu pobudzili się również mieszkańcy domu i bardzo zdziwieni, dopytywali, co się stało. 127 Samozwańczy „komisarz” milczał, jak mumia. Uśmiechał się tylko złośliwie, jakby urągając nam nawet w chwili, gdy opowiadałem, jak uprowadziłem jego konia. - A więc mamy już złodzieja - rzekł Monteso, - a on będzie miał sto uderzeń lassem. Skąd ci jednak przyszło do głowy, łotrze, okradać biednego yerbatera ?

- Milcz! Nie jestem złodziejem! - odciął się Mateo.

- No, no! Nie tak ostro! - zgromiłem go. - Poznałem się na tobie od razu. Jesteś pospolitym rzezimieszkiem, a przywłaszczasz sobie bezczelnie tytuł urzędnika policji. Czego właściwie od nas chcesz? Po co nas prześladujesz, senior comisario? Czego szukałeś koło tych ludzi podczas snu? Oczywiście obszukiwałeś ich, aby ich okraść!
- Proszę mi dowieść złodziejstwa!

- Bardzo łatwo. Przeliczcie panowie swoje pieniądze, - zwróci-łem się doyerbaterów. - Owszem, niech liczą i jeżeli się okaże, że ukradłem cokolwiek, wartości choćby jednego grosza, pozwalam, abyście mnie powiesili. Yerbaterzy przeszukiwali swoje kieszenie, stwierdzając, że mają wszystko; również nic z ich rzeczy leżących pod brogiem nie brako-wało.
- No i co? Jestem złodziejem? - triumfował Mateo.

- W każdym razie schwytałem cię na gorącym uczynku i oczywiście przeszkodziłem w wykonaniu zamiaru - odrzekłem. - Coyerbalerowi można ukraść? Głupi byłby złodziej, który liczył-by tu na zysk.
- Czegóż więc u licha szukałeś koło nich?

- Hę, hę! - zaśmiał się drwiąco. - Jesteś pan tak mądry, a nie możesz tego odgadnąć. No, proszę! Proszę teraz dowieść tej wielkiej mądrości! - Tylko ostrożnie z gębą! - zgromiłem go. - Jeżeli usłyszę choć jedno jeszcze słowo, uwłaczające mi, dam ci takiego klapsa, że się 128 nakryjesz nogami i zobaczysz wszystkie gwiazdy na niebie. Masz jakieś względem nas zamiary i teraz musimy dowiedzieć się o nich. Mateo usiadł na krześle, które stało obok niego i obrzuciwszy mnie drwiącym spojrzeniem, odrzekł: - No, dobrze, powiem wszystko. Ale każdy inny na waszym miejscu uważałby to za zupełnie zbyteczne. Jestem komisarzem poli-cji kryminalnej.
- Nie wierzę w to. - Czy pan wierzy, czy nie, jest mi wszystko jedno. - Proszę o dowody!

- Owszem, gdy tylko zajdzie tego potrzeba, okażę je. Pan jednak nie jest tym człowiekiem, który miałby prawo domagać się ode mnie dowodów. Legitymuję się tylko wobec władzy.
- W takim razie daj pan nam święty spokój i odczep się od nas! - E, to niemożliwe! - zaśmiał się. - Jesteście mocno podejrzani. - To raczej pan jest podejrzany.

- Okaże się to później, kto z nas ma słuszność. Wzbudził pan swoją osobą podejrzenie u władz, które poleciły mi, abym pana śledził w czasie podróży. - Kłamie pan z niezłą wprawą! Wiem przecież dobrze, że przycze-piłeś się do nas w zupełnie innym celu i zamierzasz popełnić jakieś łotrostwo. Ostrzegam jednak, że byłaby to wielka głupota z pańskiej strony. - Ba, ale czasem umyślnie popełnia się głupstwa, które bywają uwieńczane znakomitymi skutkami. - Wątpię, czy na tym coś zyskasz. Następnym razem oddamy cię. w ręce policji.

- Myślę, że policja byłaby z tego zadowolona, bo rozpoznałaby we mnie wyższego urzędnika. Polecono mi przyłączyć się do was, by się przekonać, kim pan jesteś i co w naszym kraju robisz. Pozbyliście się mnie, musiałem więc potajemnie podążyć za wami, a spostrzegłszy śpiących, zbliżyłem się po cichu, by sprawdzić, czy to są pańscy 129 towarzysze. Jeżeli o to chcesz mnie oskarżyć, nie oponuję. Domagam się tylko zwrotu mego konia, bo czas mi w drogę. - Może pan jechać - rzekłem, puszczając go. - Zwracam jednak pańską uwagę, że drugim razem nie wymkniesz się nam z rąk tak tanim kosztem. - Ja zaś, że gdy dostanę pana w swoje ręce, to nie wymknie mi się pan już nigdy!
- Precz! - krzyknąłem. - Konia swego znajdziesz nad rzeką.

Chwycił ze stołu swoje rzeczy i wybiegł z izby, a w kilka minut później odjechał. - Czyżby naprawdę był urzędnikiem? - zauważył Monteso zakło-potany. - Wystąpił z taką pewnością siebie... •
- To nie pewność siebie, lecz bezczelność. - Dlaczegóź więc go pan puścił? - Bo innego wyjścia nie było.

- Jak to? Jeżeli istotnie jest pan przekonany, że przywłaszcza on sobie bezprawnie tytuł urzędnika, to bez wątpienia jest pospolitym przestępcą i niezawodnie zamierzał nas okraść. Szkoda, żeśmy go puścili bez cięgów, to by go raz na zawsze odstraszyło. - To by nie pomogło. Zresztą kradzieży nie było, bo w chwili, gdy go spostrzegłem, oddalał się od was.
- Czegóż więc chciał?

- Ba! Gdybym ja to wiedział! Szukał czegoś właśnie koło pana, proszę raz jeszcze przekonać się, czy wszystko jest. Może strzelba rozbrojona?
- Nic, senior; wszystkie moje rzeczy są w porządku.

- Poczekajcie, pomyślę nad tym, a może uda mi się rozwiązać tę ciekawą zagadkę. - Byłoby dobrze! Sądzi pan, że będziemy mogli teraz spać spokoj-nie? - On jest zadowolony, że uszedł cało i jestem pewien, iż nie pojawi się przy nas prędko. 130 Poszedłem do swej izby i długo rozmyślałem nad rozwiązaniem zagadki, przypominając sobie dokładnie każde słowo, każdy gest Matea. Niestety, nie wymyśliłem nic nowego. Wreszcie zmorzył mnie sen. Ale nie był to sen pokrzepiający, gdyż trapiły mnie jakieś złe przeczucia. Rano zerwałem się dość wcześnie; yerbaterzy spali jeszcze. Ob-szedłem bróg oraz cały dom, w nadziei, że natrafię na jakieś poszlaki, nic jednak nie znalazłem. Opanowało mnie dziwne przygnębienie, jakiś niepokój przed czymś groźnym i nieznanym... Obudziłem towarzyszy podróży i po spożyciu śniadania, zapłaci-wszy za wszystko, pojechaliśmy w dalszą drogę. Okolica była podobna do przebytej wczoraj, jednostajna i bezlud-na. Spotkaliśmy tylko kilku peonów, ale nie można się było od nich nic dowiedzieć o naszym prześladowcy.

Dopiero około południa wjechaliśmy w okolicę bardziej ożywioną, było bowiem już niedaleko do Mercedes. Wyminąwszy tę miejsco-wość, skręciliśmy na północ, gdzie znajdowała się posiadłość krew-nych Montesa. Jechaliśmy odtąd wzdłuż Rio Negro, nieraz nawet nad samą rzeką, na której uwijały się liczne łodzie i statki. Mieszkańcy Mercedes prowadzą bowiem bardzo ożywiony handel z miastami, leżącymi w głębi kraju. Wedle zapewnień Montesa, estancja jego krewnych leżała o dwie godziny drogi od Mercedes. Jechaliśmy jednak cale cztery godziny i jeszcze nie dosięgliśmy celu. Droga nie była nużąca, okolice nadrze-czne były interesujące i czas mijał nam szybko. Natrafiliśmy tu nawet na gaje, które w Urugwaju są rzadkością. Miałem też okazję widzieć po drodze całą gromadę strusi. Stworzenia te pasły się niedaleko rzeki, a spostrzegłszy nas, poczęły uciekać. Zabawny to był widok i yerbaterzy nie mogli powstrzymać się od głośnej wesołości. Słońce zbliżało się już ku zachodowi, gdyśmy się natknęli na ol-brzymie stada bydła. Monteso wskazał mi znaki, wypalone na skórze, i rzekł: 131
- To trzody mego krewnego. Jesteśmy już niedaleko estancji.

Sądząc z tak licznych stad bydła, koni i owiec, nabrałem przekona-nia, że ów krewny yerbatera był wielkim bogaczem. Poszczególne stada oddzielone były jedno od drugiego wysokimi żywopłotami z agaw, ciągnącymi się całe mile, a wśród nich uwijali się na szybkich koniach peoni, rozpędzając walczące ze sobą byki. Niebawem spostrzegliśmy w stronie północnej kępę drzew, pośród których bieliły się ściany budynków. Estancja składała się z kilku zabudowań, które tworzyły zamkniętą całość. Wyglądała jak twierdza otoczona wysokim murem. Szczegól-ny podziw wzbudziły we mnie wspaniałe dęby, topole i wierzby, bardzo rozłożyste, a jednak kształtne. W głębi wśród tych drzew wznosił się dwupiętrowy dworek. Przede wszystkim uderzyła mnie nadzwyczajna schludność, co w tych stronach spotyka się bardzo rzadko. Peoni byli zajęci rozmaitymi czynnościami przy gospodarstwie i gdy spostrzegli nas, podjeżdżających ku bramie estancji, wybiegli na nasze spotkanie z ukłonami i przesadną uprzejmością. Zwłaszcza z radością i szacunkiem zwrócili się do Montesa, który stał przed nimi w łachmanach i boso, wypytując:
- Czy senior w domu?

- Nie - odrzekł jeden z parobków. - Pojechał do Pray Bentos w sprawie trzody, którą odstawiliśmy tam niedawno.
- A seniora? -Jest... i seniorita również. - Idź i powiedz, że przybyłem.

Peon pobiegł spiesznie w kierunku domu, a Monteso rozkazał pozostałym: - Nasze konie puśćcie, niech się pasą swobodnie; tego zaś gnia-dosza zaprowadźcie do stajni i pamiętajcie, aby mu nic nie brakowało! Yerbazero mówił to takim tonem, jakby sam był tu panem i władcą. Towarzysze jego rozeszli się w różne strony, mnie zaś poprowadził 132

Monteso do domu. Weszliśmy po schodach, wysłanych chodnikiem, na górę, gdzie peon, który nas wyprzedził, otworzył nam drzwi pro-wadzące do wnętrza domu. Zastaliśmy tu dwie panie: żonę i córkę gospodarza domu. Monteso pocałował starszą w rękę, a młodszą w policzek, jak to jest w zwyczaju pomiędzy bliskimi krewnymi, przy czym ku wielkiemu memu zdziwieniu posłyszałem, że córka nazywa go stryjem. - A więc, - pomyślałem - Monteso jest bratem właściciela estancji, która niezawodnie należy do bogatszych w kraju. Przywitawszy się z niewiastami, Monteso przedstawił mnie. Powitany zostałem z niesłychaną uprzejmością, a po wymianie kilku grzecznościowych ida6.yerbatero zaprowadził mnie do pokoju gościnnegoUrządzenie w całym domu, a więc i w tym pokoju, było nadspodzie-wanie eleganckie, co zdziwiło mnie ogromnie. Wyczytawszy to z mych oczu, Monteso uśmiechnął się z zadowoleniem i zauważył:
- I jakże się panu tu podoba? - Ależ to istny pałac!

- Ech, nie ma tu nic nadzwyczajnego. Tb zwykła estancja, zwykłe-go yerbatera. - Estancja zbieracza herbaty? - spytałem z nieukrywanem zdzi-wieniem. - Jestem naprawdę zaintrygowany... - Może i słusznie... Byłem kiedyś, tak jak i mój brat, ubogim zbieraczem herbaty. Pracowaliśmy uczciwie, oszczędzaliśmy, no i wreszcie mój brat poślubił posażną pannę. Kupiliśmy wówczas do spółki tę estancję, którą on zarządza, a ja pozostałem wspólnikiem. Dzięki wpływowi żony, brat jest już dziś prawdziwym caballero. Co do mnie, wolę się włóczyć po świecie. Teraz, gdy tu już jesteśmy, powiem, że gdy kogoś z sobą przyprowadzę, uważany jest tutaj za członka rodziny. Proszę więc uważać, że się pan tu urodził i ma takie same prawa w tym domu, jak i ja. Ile czasu potrzebuje pan na oczyszczenie się z kurzu? 133
- Pół godziny.

- Dobrze. Gdy się pan uporządkuje, sprowadzę pana na dół. A i ja, korzystając z tego, że jestem w domu, mogę również przebrać się odpowiednio... bo tylko w podróży ubieram się byle jak. Śmieją się wprawdzie ze mnie ludzie, nazywając mnie dziwakiem, ale mnie to nie przeszkadza. Najwygodniej mi jest w stroju yerbatera. Był to więc naprawdę dziwak, skoro, posiadając tak znaczny mają-tek, gustował w prostocie i trudach tułaczki. Teraz dopiero zrozumia-łem, dlaczego z taką swobodą zasiadał do stołu w pierwszorzędnej restauracji, używając srebrnych łyżek, noży, widelcy i pijąc szampana!

A ja takiemu „biedakowi” zaofiarowałem dwieście peso jałmużny!
Ponieważ w estancji była do dyspozycji łazienka, wykąpałem się. Nie zmieniłem jednak ubrania i wróciłem do przeznaczonego mi pokoju. Na stoliku leżały przybory do golenia, papierosy i cygara; były wśród nich oryginalne hawańskie! Zapaliłem jedno i w tej oto chwili zapukał ktoś do drzwi, a następnie ukazała się w nich rozpromieniona twarz mego towarzysza podróży, który w ciągu krótkiego czasu zmie-nił się nie do poznania. Miał na sobie dobrze skrojone ubranie; z kieszonki

jedwabnej kamizelki zwisał złoty łańcuszek; na nogach lśniły... lakierki! Wyglądało na to, że i Monteso wykąpał się oraz przystrzygł sobie brodę i uczesał starannie włosy.
- No! Jakże się panu teraz podoba yerbatero? - zapytał. - Chciał pan powiedzieć caballerol - Naprawdę? Bardzo mi miło, że jest pan dla mnie tak uprzejmy.

No, ale jutro rano, gdy się wybierzemy na przejażdżkę dla obejrzenia stad, będę znów tym samym, co przedtem, obdartusem. Obecnie ośmielam się prosić pana do ogrodu na podwieczorek. Zszedłem za nim po schodkach na dół, przez obszerną sień i malutkie podwórze, dotarliśmy do ogrodu kwiatowego. I tu czekała mnie niespodzianka, gdyż nie myślałem, że w zapadłym kącie kraju można znaleźć coś podobnego.

Podwieczorek zastawiono w altanie, oświetlonej lampionami. Stół
134 uginał się od potraw i baterii butelek. Najbardziej jednak ujęła mnie serdeczność i miłe obejście zarówno Montesa, jak i gospodyni domu oraz jej córki. Zorientowałem się z rozmowy, że yerbatero przedstawił mnie pa-niom w jak najkorzystniejszym świetle. Mimo to, w całym przyjęciu nie było owej sztuczności, z jaką wczoraj przyjmowano mnie w San Jose’. W tej chwili z innej strony ogrodu doleciał nas wesoły gwar i brzęk szkła. - Słyszy pan? - zapytał Monteso. - To moi towarzysze zaczynają się bawić. Gdy ja jestem głodny, to i oni kłapią zębami, a gdy ja mam, co potrzeba, to i im niczego brakować nie powinno. Podczas posiłku Monteso opowiadał niewiastom, w jaki sposób mnie poznał i cośmy razem przeszli, gdy nagle pojawił się u wejścia do altany peon i oznajmił przybycie jakiegoś obcego, w mundurze porucznika kawalerii, który pragnąłby rozmówić się z seniora, skoro pana nie ma w domu. Gospodyni kazała poprosić nieznajomego do altany. Zjawił się po paru minutach. Dowiedzieliśmy się, że przybywa tu w zamiarze kupienia pewnej ilości koni i chętnie załatwiłby ten interes natychmiast, gdyż ma przy sobie gotówkę, żałuje jednak, że z powodu nieobecności gospodarza musi odjechać z niczym. - Mój mąż z całą pewnością powróci jutro rano - oświadczyła seniora - i jeżeli może pan do tego czasu pozostać, będzie nam bardzo miło go ugościć. - Hm! - namyślał się oficer. - Mam, co prawda, urlop, ale nie chciałbym tracić całego jutrzejszego ranka. - Może pan zechce skorzystać z mojej pomocy? - wtrącił Mon-teso. - Jestem bratem seniora Montesa i jego wspólnikiem, mogę więc pokazać panu stadninę, a nawet zawrzeć z nim umowę.
- Skoro tak, to przybędę tu jutro rano. - Cóż znowu? Przecież może pan u nas zanocować.

135 - Serdecznie dziękuję, senior, ale nie mogę narażać państwa na niepotrzebny kłopot. Zresztą niech to będzie dla mnie karą za to, że tak późno tu przybyłem. - A jeżeli my pana nie puścimy? Chyba, że pan nie ma zaufania do naszego domu. W takim razie...

- Nie, senior; proszę mnie nie posądzać o coś podobnego. Mam ze sobą pięciu kawalerzystów, którzy są mi potrzebni do transporto-wania zakupionych koni; nie śmiałbym z tyloma ludźmi... - Drobiazg! W estancji jest więcej miejsca, niż potrzeba dla pięciu ludzi i proszę mi pozwolić, że się zajmę ich rozmieszczeniem. To rzekłszy, Monteso wyszedł, a porucznik rad nierad usiadł przy stole. Przyglądając mu się czas jakiś spod oka, zauważyłem, że sili się na uprzejmość. I przyznam szczerze, że nie podobał mi się od pier-wszego wejrzenia, z jakiego jednak powodu, nie umiałem tego sobie wytłumaczyć. Liczył lat co najmniej czterdzieści, wobec czego dziw-nym mi się wydało, zew tym wieku jest zaledwie porucznikiem. Twarz miał pokrytą gęstym zarostem, brwi krzaczaste, łączące się ze sobą u nasady nosowej, a z oczu wyzierał mu temperament, pomimo, że człowiek ten starał się zachowywać bez zarzutu. Także w ubiorze znać było pewną niedbałość. Krótko mówiąc, człowiek ten wywarł zarówno na mnie, jak i na innych, wrażenie niezbyt korzystne. Po jego przybyciu zapanowało przy stole kłopotliwe milczenie, obecni starali się bezskutecznie o odzyskanie swobody oraz dobrego humoru. Obcy zwracał się z różnymi pytaniami przede wszystkim do mnie, i znać było, że interesował się mną szczególnie. Pytania te jednak byty czasem tak naiwne i głupie, że naprawdę nie wiedziałem, jak postąpić, by go uchronić przed kompromitacją. Nic dziwnego, że obecność tego człowieka, pod względem umysłowym równego pierwszemu lepszemu peonowi, popsuła nam nastrój na cały wieczór. Zrozumiał to wkrótce i on sam, gdyż niebawem wstał z miejsca i bez ceremonii oświadczył: ‘ 136 - A teraz przepraszam, że opuszczę towarzystwo, ale jestem bardzo zmęczony i chce mi się spać. Słowa te dopełniły niemiłego wrażenia, jakie wywarł na obecnych, gdyż przekonali się ostatecznie, że mają do czynienia z prostakiem. Pani domu skinęła tylko głową na znak przyzwolenia, a Monteso zadzwonił na peona, który wnet się zjawił i odprowadził gościa do przeznaczonego mu pokoju. Odetchnęliśmy wszyscy po jego odejściu, ale przez jakiś czas jesz-cze panowało przy stole milczenie i dopiero po upływie dłuższej chwili zapytał mnie Monteso:
- No, jakże się panu podoba nasza konnica? - Czy ten porucznik jest typowym okazem oficera kawalerii?

- O, nie! Dziwię się, jak mógł ktoś wysłać podobnego niezdarę w celu zakupu koni. Właściwie nie mam ochoty zawierać z nim interesu i dla pozbycia się go jak najprędzej zażądam wysokiej ceny. - Można było pozbyć się go, zanim jeszcze usiadł przy stole - zauważyła gospodyni z uśmiechem. Ale stało się! Zapomnijmy o tym. Po tych słowach pani domu całe towarzystwo wnet się ożywiło i na miłej pogawędce zeszło nam prawie do północy. Wreszcie wstaliśmy od stołu, by się przejść po ogrodzie. Pospacerowawszy czas jakiś, rozeszliśmy się na spoczynek. Odprowadzony do swego pokoju przez uprzejmego Montesa, w niedługim czasie zasnąłem twardym snem. Rano dowiedziałem się, że do śniadania nakryto znowu w altance. Wyszedłem więc do ogrodu, ale spostrzegłem, że jestem pierwszy, a nie chcąc zasiadać sam do stołu, począłem przechadzać się po alejach.

W głębi ogrodu pod samym murem znajdowała się druga altanka, urządzona na nasypie, a z niej roztaczał się widok na okoliczne pastwiska. Wszedłem po schodkach i usiadłem w owej altance, pa-trząc z ciekawością na okolicę, płaską wprawdzie i monotonną, ale pełną bydła i peonów. Upłynęło ledwie kilka minut, gdy posłyszałem w ogrodzie kroki. 137 Altanka była tak gęsto opleciona dzikiem winem, że mnie nie byto widać, ja zaś mogłem przez szpary między liśćmi widzieć, co się dzieje dokoła. Dwóch mężczyzn zbliżało się w kierunku altany, żywo o czymś rozmawiając i gestykulując. Ubrani byli w niebieskie bluzy z czerwo-nym oblamowaniem i w czerwone spodnie, na głowach zaś mieli czerwone kaszkiety, a na nogach wysokie buty z okazałymi ostrogami. Domyśliłem się natychmiast, że to dwaj podkomendni zagadkowego oficera. Na razie nie mogłem nic uchwycić z ich rozmowy, gdyż byli za daleko. Lecz wkrótce zbliżyli się ku altanie i posłyszałem następują-cych kilka zdań: - Nie potrzebujemy obawiać się niczego, bo cóż mamy do strace-nia? - mówił jeden. - I ja tak myślę. Lepiej jednak zawczasu być przygotowanym na to, że sprawa wypadnie inaczej, niż się planowało.
- Z powodu tegoyerbatera?

- Tak. Któż by pomyślał, że jest on bratem właściciela estancji i jego wspólnikiem. Wobec tego cała sprawa musi wziąć inny obrót. Przede wszystkim co do kupna koni, to... Nie dokończył, gdyż wszedłszy przy tych właśnie słowach do altany, spostrzegł mnie i stanął jak wryty, zatrzymując towarzysza. Na ich ogorzałych od słońca i wiatru twarzach odmalowało się zaskoczenie. - Przepraszam - wyjąkał jeden z nich zmieszany, - nie wiedzie-liśmy, że senior jest tutaj. Nic na to nie odrzekłszy, spojrzałem im prosto w oczy, co ich jeszcze bardziej zmieszało. Zawrócili na miejscu iwynieśli się z altany, a po chwili dobiegły mych uszu słowa: - Do diabła! Kto by się spodziewał, że ten... - reszty wynurzeń już nie słyszałem. Zdawałoby się, że kilka tych zdań nie zawierało w sobie nic takiego, co mogło być powodem jakichkolwiek podejrzeń, jednak dały mi one do myślenia. Czegoś „nie potrzebowali się obawiać”, „nie mieli nic do stracenia”, „sprawa wypadnie inaczej, niż 138 przypuszczali” - te zwroty z ich rozmowy miały tajemniczy charakter i budziły we mnie podejrzenie. Byłem przekonany, że coś mi z tej strony grozi, ale co, nie miałem niestety pojęcia. Przeczekawszy chwilę, wróciłem do ogrodu i w drodze ku drugiej altanie spotkałem Montesa, który właśnie mnie szukał. Opowiedziałem mu o zasłyszanej przypadkiem rozmowie dwóch żołnierzy, na co odrzekł:
- Czy to pana niepokoi?

- Oczywiście. Przyzna pan, że podobne wynurzenia mają podej-rzany charakter.
- Dlaczego? Co do mnie, nie widzę w tym nic niepokojącego. - Żołnierze wspominali, że nie mają nic do stracenia.

- Nic dziwnego. Wszak idzie tu o kupno koni, a wiadomo, że na kupnie można albo zarobić, albo stracić.

- Wyrazili też obawę o swoje własne osoby. Jeden z nich mówił, że sprawa stoi gorzej, niż się im wydawało, gdyż nie przypuszczali, że pan jest współwłaścicielem estancji. - Widocznie obawiają się, że ja, jako doświadczony yerbatero, zażądam za konie wyższych cen, niż to uczyniłby mój brat. - A mnie się zdaje, że słowa te miały zupełnie inne znaczenie. Czy nie wchodzi tu w grę nasz fałszywy komisarz policji? - Nie widzę tu żadnego związku i wybaczy pan, ale zdaje mi się, że niebezpieczeństwa, które pan przewiduje ze strony przybyłych, są urojone! Tak, pańskie podejrzenia nie mają podstaw. Ale oto idzie moja bratowa z córką, a towarzyszy im ów oficer. Proszę nie wspomi-nać przed moją bratową o niczym, nie ma powodu jej niepokoić. Monteso ubrany był dziś w swą codzienną odzież, gdyż mieliśmy jechać na pastwiska, jedyną odmianę w zwykłym stroju stanowiły długie buty, które świadczyły o jego pozycji. Śniadanie spożyliśmy prawie w milczeniu, gdyż obecność oficera nie zachęcała specjalnie do rozmowy. Tylko Monteso wypowiedział kilka słów, oświadczając, że wybieramy się na pastwiska w celu 139 obejrzenia stadniny. Po śniadaniu udałem się do swego pokoju, by przygotować się na tę wycieczkę. Rozumie się, niepodobna było brać ze sobą karabinu, a noże, których aż dwa miałem przy pasie, nie stanowiły dostatecznej broni. Zabrałem więc ze sobą rewolwery, nie umieszczając ich jednak w kaburach, bo zwracałyby niepotrzebnie uwagę, lecz chowając za cholewy butów, podniesione i odgięte powyżej kolan, po czym wy-szedłem na dziedziniec, gdzie Monteso i oficer ze swymi ludźmi gotowi już byli do odjazdu. Brakowało tylko jednego z żołnierzy. Nie zastanowiłem się niestety nad tym, a jednak okazało się później, że nawet ten drobny szczegół należało wziąć pod uwagę, gdyż ów właśnie człowiek, którego w naszym gronie brakowało, wysłany został na-przód, aby zastawić na mnie i na Montesa pułapkę. Wyruszywszy z estancji,ja, Monteso i oficer jechaliśmy obok siebie przodem, a pozostali podążali za nami. Teraz dopiero nabrałem wyobrażenia o zsimożnościyerbatera i jego brata, zobaczywszy ogromną liczbę należących do dwóch braci stad bydła, koni i owiec. Część pasła się wolno na stepie, a setki i tysiące mieściły się tu i ówdzie na łąkach, ogrodzonych żywopłotami. Pomię-dzy stadami uwijali się gauczowie na koniach. Oficer oznajmił, że chciałby przede wszystkim obejrzeć całą stad-ninę, zanim wybierze dla siebie pewną liczbę koni, wobec czego musieliśmy objechać z nim wszystkie pastwiska, oddalając się wciąż od estancji. Podczas tego przeglądu miałem się ustawicznie na bacz-ności, a i Monteso widać instynktowanie coś przeczuwał, gdyż, upa-trzywszy dogodną chwilę, zbliżył się do mnie i spytał:
Czy ma pan jeszcze jakie obawy? Niestety, tak. Sądzę jednak, że tutaj nic nam grozić nie może. Okaże się to niebawem.

- Spokojnie. Przecież żołnierze ci nie mogą nam nic złego uczynić, choćby nawet żywili względem nas nieprzyjazne zamiary, bo wystarczy 140

abym tylko gwizdnął, a wnet przybyłyby nam z pomocą dziesiątki moich gauczów.
- Ach, tak? To mnie nieco uspokaja. - Ależ rozumie się! Nie ma się czego obawiać. - Obawiać? Ech!

Miałem coś odpowiedzieć, ale w tej chwili wsunął się między nas porucznik z widocznym zamiarem przeszkodzenia w rozmowie, co spotęgowało tylko moje podejrzenia. Wkrótce Monteso oświadczył, że zbliżamy się do ogrodzeń, w których znajdują się nie oswojone jeszcze, lecz najlepsze konie jego stadniny. Żywopłot był tu wyższy i gęstszy, niż gdzie indziej. Rozejrzawszy się wśród tego stada, stwierdziłem, że istotnie znaj-dowało się tu sporo pięknych dzikich rumaków, ale ani jeden nie dorównywał memu gniadoszowi. Porucznik zaś, powierzchownie ob-rzuciwszy okiem stadninę, oświadczył, że dla szwadronu potrzebne są konie już dobrze ujeżdżone. Wobec tego, opuściliśmy ten obszar, położony co najmniej o godzinę drogi od estancji i pojechaliśmy wzdłuż żywopłotu do następnego ogrodzenia. W chwili, gdyśmy się znaleźli na początku następnego obszaru, spostrzegłem po przeciwnej stronie grupę żołnierzy na koniach, zbli-żających się ku nam.
- Dość! - rzekłem, - dalej nie pojadę.

Na te słowa porucznik z rozmachem uderzył batem mego konia, aż zwierzę skoczyło gwałtownie kilka kroków i zanim zdołałem go osa-dzić, otoczyło nas co najmniej pięćdziesięciu jeźdźców, umundurowa-nych tak samo, jak ci, co byli z nami. Była to raczej banda opryszków, niż oddział żołnierski, co dało się zauważyć z ich wcale nie wojskowe-go zachowania. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego jeden z żołnierzy odjechał z estancji wcześniej, wysłany został najwidoczniej dla uprzedzenia ukrytej w zasadzce bandy o naszej wycieczce w te strony.
- Co to ma znaczyć? - krzyknąłem, gdy nas otoczono ze

141 wszystkich stron.
- Jesteście naszymi jeńcami - burknął porucznik. - Z jakiego powodu? - Dowiecie się o tym później.

- Jeżeli tak, to... miejsce! - krzyknąłem, ściskając gniadosza ostrogami. Rumak mój stanął dęba, po czym wierzgnął kilka razy, tak potęż-nie, że otaczające nas koło napastników rozstąpiło się, ja zaś po-mknąłem naprzód. Dowódca oddziału krzyknął:
- Nie puszczać go! Galop!

I cała banda ruszyła za mną, co koń wyskoczy, tak, że nie znalazłem już ani czasu, ani miejsca, by się wydostać z otaczającego mnie pier-ścienia. Monteso zupełnie zgłupiał i nie myślał nawet o przywołaniu swoich gauczów. Zresztą, choćby to uczynił, na nic by się nie zdało, gdyż oddział był zbyt liczny. Pędziliśmy jakiś czas po stepie, jak estampeda, spłoszone stado koni. Monteso, jadąc za mną, klął głośno, na czym świat stoi i wymyślał napastnikom. Ja zaś, widząc, że wszelkie moje usiłowania, by się wydostać z matni, nic w tej chwili nie pomogą, poddałem się losowi i pędziłem na oślep wśród tej bandy, która usiłowała oddalić się od miejsc, gdzie znajdowali się w większej liczbie

gauczowie. Ci zaś, nie wiedząc, co to wszystko ma znaczyć, patrzyli na nas spośród stad, jak na jakieś przedstawienie. Galopowaliśmy przeszło pół godziny, a gdy konie na dobre się zmęczyły, zwolniono trochę, jadąc dalej kłusem. Nie tracąc spokoju, przyglądałem się uważnie całej otaczającej nas grupie. Umundurowani byli niejednolicie. Kurtki, bluzy i spodnie zwracały na siebie uwagę krzyczącymi kolorami. Co do uzbrojenia, tylko niektórzy mieli przy sobie broń palną; reszta posiadała tylko lance lasso zaś i bolas miał każdy z nich. Dowódca różnił się od innych tym 142 chyba tylko, że ubrany był najbardziej pstrokato. Gdybym nie miał nawet najmniejszego pojęcia o stosunkach tego kraju, domyśliłbym się od razu, że nie mam do czynienia z oddziałem regularnego wojska. Monteso, wysunąwszy się nareszie po długich usiłowaniach na równą ze mną linię biegu, zapytał, wzburzony mocno:
Cóż pan na ten gwałt? Nic! - odrzekłem krótko. Wszystkich sił dołożę, by ukarać napastników jak najsurowiej. Zdaje mi się, że to będzie niemożliwe.

- Co to znaczy niemożliwe? Skoro tylko staniemy, nauczymy łotrów respektu! Z tych gróźb i przekleństw Montesa tamci drwili sobie tylko, pozwalając nam mówić ze sobą, ile zechcemy. Yerbatero był zdania, że należy bronić się do upadłego; ja zaś byłem temu przeciwny. Wszak do tej chwili - mówiłem mu - jeszcze nic nam nie wiadomo, czego chcą od nas ci ludzie. Nie popełniliśmy nic takiego, co mogłoby pociągnąć za sobą jakieś groźne dla nas następstwa. Na razie mieliśmy chyba jedynie prawo narzekać, że zmuszono nas do nałożenia zupeł-nie niepotrzebnie drogi. Wytłumaczyłem toyerbaterowi by powstrzy-mać go przed jakimś nierozważnym krokiem. Uspokoił się wreszcie na tyle, że nie stawiał już oporu. Ujechaliśmy jeszcze spory kawał kłusem, nim zwolniono biegu pozwalając koniom odetchnąć. Teraz postanowiłem zwrócić się do dowódcy z żądaniem wyjaśnienia i zapytałem: - Kiedyż to, senior, dowiemy się, w jakim celu zmusiliście nas do tej jazdy? - Dowie się pan w obozie - odparł krótko - i proszę nie pytać mnie o nic, bo nie mam ochoty wdawać się z panem w rozmowę! Wypowiedział to surowym i lekceważącym tonem, wobec czego odciąłem się w ten sam sposób:
- Zechcesz pan obchodzić się ze mną nieco uprzejmiej! Nie masz

143 do czynienia z parobkiem! - Kto pan jesteś, powiem panu później. Teraz proszę milczeć; w przeciwnym razie każę pana związać, a to nie będzie przyjemne. Zamilkłem. Monteso zgrzytnął zębami z oburzenia. Aż dotąd jechaliśmy przez gładką równinę, dalej jednak teren stawał się falisty i pagórkowaty, co w tym kraju nazywa się już górami. Za tymi wzgórzami, pełnymi bloków skalnych i kamieni, widniała rzeka, płynąca prostopadle do kierunku naszej drogi. - To Rio Yi, która nieco dalej uchodzi do Rio Negro - objaśniał mnie Monteso. - Zapewne niedaleko znajduje się obóz.

Po obu stronach wspomnianej rzeki ciągnęły się wąskim pasmem drzewa i krzaki, czego jednak nie można było nazwać lasem. Dalej widniał jakiś odosobniony dom. Zresztą okolica była prawie bezludna i nawet żadnych stad nie spostrzegliśmy na tym rozległym obszarze. Gdyśmy się zbliżali ku rzece, napotkaliśmy dążącego naprzeciw nam jeźdźca, który okazał się znany tak mnie, jak iyerbaterowi. - Widzi pan tego draba? - zapytał Monteso. - I tu go licho przyniosło! - „Komisarz policji”. Domyślałem się, że cała ta awantura jest jego sprawką.
- Gdybym miał karabin, uśmierciłbym łotra bez namysłu! - Nie ma o czym mówić! - rzekłem. - Musimy być teraz cicho.

Łotrzyk z wielką uniźonością pokłonił się dowódcy, tytułując go majorem, a na nas spojrzał wyniośle. Można sobie wyobrazić jego triumfującą minę, gdy nas zobaczył. Oczywiście zawrócił konia i po-jechał wraz z oddziałem. Przybywszy nad rzekę, stanęliśmy i Rozsiadaliśmy z koni. Grunt był tu bagnisty i dlatego zapewne nie nadający się dla trzód i bydła. W miejscu jednak, gdzie oddział rozłożył się obozem, było niewielkie wzniesienie, powstałe z piasków naniesionych przez wodę. W obawie, byśmy nie umknęli, umieszczono nas w środku obozowiska, tak, że z trzech stron byliśmy otoczeni przez żołnierzy, a z 144 czwartej naturalną przeszkodę do ucieczki stanowiła rzeka. Nie była ona wprawdzie zbyt szeroka, ale sądząc ze wzniesienia brzegów oraz prądu wody, musiała być dość głęboka. Ponieważ oddział rozłożył się obozem w miejscu najmniej się ku temu nadającym, gdyż pełnym bagiennych wyziewów oraz dokuczli-wych szczególnie dla koni owadów, potwierdzało to poprzedni mój wniosek, że oddział ów jest faktycznie bandą opryszków, nie zaś regularnym wojskiem, które przecież nie miałoby powodu kryć się i wybrałoby sobie odpowiedniejsze miejsce na obóz. Przypuszczałem też, że sławetna kawaleria nie mogła pozostawać tu zbyt długo i że losy nasze rozstrzygną się zapewne w tym miejscu. Obóz rozbito na wolnej od krzaków przestrzeni, przy czym mnie i Montesa umieszczono w ten sposób, że znaleźliśmy się na małym placyku, otoczeni pierścieniem żołnierzy. Major kazał rozkułbaczyć kilka koni, a siodła ich ułożyć na ziemi dokoła nas, po czym wezwawszy kilku ze starszyzny, by usadowili się na owych siodłach i rozpoczęli sąd wojenny. Major był przewodniczącym, a trzej inni, których przedstawiono nam jako rotmistrza, porucznika i wachmistrza, byli członkami owego „trybunału”. „Komisarz” przyłączył się do tego grona jako oskarżyciel. Monteso, oburzony tym wszystkim, zżymał się z wściekłości i próbował kilka razy wybuchnąć, powstrzymałem go jednak. Gdy „wysoki sąd” zajął już swe miejsca dokoła nas, usiłując przybrać jak najuroczystsze miny i największą powagę, major zwrócił się do mnie z pytaniem:
- Pytałeś senior niedawno o przyczynę swego aresztowania. Otóż

teraz dowiesz się o tym. Jest pan oskarżony o zamach stanu, zdradę kraju i podburzanie do zbrojnego powstania.

Mówiąc to, patrzył na mnie badawczo spode łba i zdawało mu się, że słowa te zdruzgocą nas doszczętnie. Wywnioskowałem to z jego miny. Monteso w odpowiedzi na to żachnął się i byłby się pewnie wyrwał z jakimś przekleństwem, lecz go powstrzymałem i zapytałem 145 oficerów:
- Któż nas o to oskarża?

- Ten oto senior - odrzekł major i wskazał rzekomego komisa-rza. - Podobne oskarżenie może wnieść jedynie prokuratura, a nie zwykły człowiek; ten, którego mi pan wskazał, mógłby jedynie wystą-pić w roli świadka. - Owszem, będzie on także świadczył, a prokuraturę zastępujemy my; to jest sąd wojenny. - Gdybym nawet uznał wasze prawo do tworzenia sądu wojenne-go, to jeszcze nie bylibyście kompetentni w tym wypadku. Choć jestem obcym w tym kraju, ale wiem, że podobne sprawy należą do ławy przysięgłych i trybunału apelacyjnego.
- My się pana nie pytamy o zdanie w tym względzie.

- Za pozwoleniem! Nawet zbrodniarz ma prawo do obrony, a zarzut zbrodni można mu uczynić dopiero wówczas, gdy się posiada na to dowody.
- Zaraz to panu udowodnimy.

- Wątpię. Uważając ten gwałt nade mną za bezprawie, gdybym miał przy sobie broń, rozmawiałbym z panem nie słowami, lecz oło-wiem. Powiedziałem to świadomie, aby wprowadzić ich w błąd, iż nie posiadam przy sobie broni palnej, dotychczas nie przyszło im bowiem na myśl przeszukać mnie. Uważałem rewolwery w tej awanturze za jedyny nasz ratunek. Przy tak nierównej sile myśl walki wydać się może komuś szaleń-stwem. Ale co do mnie, który już nieraz w życiu byłem w podobnych opałach, decydowałem się na to szaleństwo, wiedząc dobrze, że cza-sem podstęp i rewolwer mogą dokazać więcej, niż pół tuzina armat. Ci zaś, w których moc dostałem się obecnie, nie wyglądali na takich, których nie można było podejść. Na razie jednak postanowiłem udawać, że godzę się z losem. 146 - Dla wszelkiej jednak pewności - odrzekł major - wprawdzie nie macie karabinów, ale widzę przy was noże, które odłożycie na bok.
- Tego nie uczynię, a żądanie pańskie w tym względzie uważam za

bezprawie. - Nie pytam pana, co myślisz o tym, lecz żądam! A protesty swoje możesz sobie schować do kieszeni... My tu rozkazujemy, nie pan. I zwrócił się do żołnierzy:
- Odebrać im broń!

Na te słowa zerwało się kilku w celu odebrania nam broni. Monteso również zaprotestował, lecz na nic się to nie zdało. Ja oddałem noże dobrowolnie, a major wetknął je zaraz za pas, jak swoją własność i ciągnął dalej:

- Postawię wam teraz pewne pytania i mam nadzieję, że będziecie odpowiadali bez wykrętów. Obaj stoicie nad grobem i sądzę, że posiadacie przynajmniej tyle rozumu, iż w ostatniej swej godzinie nie zechcecie się narażać na to, abym użył ostrych środków przymusu dla wydobycia z was zeznań. Przede wszystkim zabierze głos świadek. Tu zwrócił się do „komisarza”:
- O co pan ich oskarża, panie Carrera? - O usiłowanie morderstwa, ciężkie uszkodzenie ciała i spisek

antypaństwowy.
- Czy ma pan na to dowody? - Owszem i to takie, które niczym zbić się nie dadzą.

- Wobec takich oskarżeń sprawę rozpatrzymy szczegółowo. Prze-de wszystkim co do usiłowanego morderstwa: gdzie i kiedy miało to miejsce?
- W Montevideo przed trzema dniami. - Kogo miano zamordować? - Mego kuzyna. Ten cudzoziemiec napadł na niego w nocy na ulicy

koło domu organisty z katedry.
- I zabił go? - Nie, bo napadnięty zdołał uratować się ucieczką. Ale niebawem

147 obaj oskarżeni udali się za nim aż do jego mieszkania, napadli na niego, związali i tak zbili, że omal ducha nie wyzionął.
- Czy są na to świadkowie? - Są. Mogę wymienić ich nazwiska. Mieszkają w Montevideo.

- To niepotrzebne. Nie mamy tyle czasu, aby ich stamtąd sprowa-dzać. Zresztą wystarczą same dowody i bez świadków, jak również pańskie zeznania, panie Carrera, którym wierzę w zupełności. Rzekłszy to, major zwrócił się do mnie:
- Co macie na swoją obronę?

Nie oburzył mnie tendencyjny sposób traktowania sprawy, gdyż z góry wiedziałem, że skoro w niej macza swą rękę „komisarz”, to wszystko od początku do końca oparte będzie na kłamstwie. Zeznania więc tego świadka i zarazem oskarżyciela nie wyprowadziły z równo-wagi ani mnie, ani nawet Montesa, w którego żyłach płynęła krew południa. Na pytanie majora, yerbatero podszedł do niego bliżej i rzekł: - Co mamy na swoją obronę? Na kłamstwo i fałsz mogę wam tylko odpowiedzieć prawdą. To nie mój przyjaciel napadł na owego draba, o którym mowa, lecz przeciwnie, przyjaciel mój był przez niego napadnięty.
- Ma pan na to dowody? - Możemy obaj stwierdzić to przysięgą.

- Nie miałaby ona żadnej wartości, gdyż nie jesteście tu świadka^-mi, lecz oskarżonymi.
- Może więc przysiąc organista, który był świadkiem zajścia.

-Czy jesion tutaj? - Przecież sam pan wie doskonale, że nie ma go wśród nas.

- Toteż, skoro go tutaj nie ma, nie może on świadczyć w waszej sprawie.
- Żądam, aby go powołano.

- Nie mamy na to czasu. A zresztą i bez niego jesteśmy dostate-cznie przekonani o waszej winie. 148 - Wobec stawiania w ten sposób sprawy, wątpię, abyście w ogóle byli zdolni do rozsądnego myślenia! - Uwagi te racz pan zachować przy sobie, gdyż w razie powtórze-nia się ich ja, jako przewodniczący sądu wojennego, zmuszę pana do należytego zachowania się względem tegoż sądu. Surowa ta przestroga wyprowadziła Montesa do reszty z równowa-gi. Podniesionym głosem rzekł do przewodniczącego: - Ja sam wiem, jak się mam tutaj zachowywać! Świadek oskarża nas, a my twierdzimy, że to kłamstwo. Jego świadkowie są tak samo nieobecni, jak i nasi, a jednak jemu pan wierzy, nam zaś nie. Cóż to za sąd? Jakaż to sprawiedliwość?
- Świadek oświadczył gotowość przysięgi - burknął major.

- My również gotowi jesteśmy stwierdzić przysięgą, że wszystkie zarzuty przeciw nam są kłamstwem.
- Ba, ale już wam raz powiedziałem, że jako oskarżeni, nie macie

prawa do przysięgi.
- No, to niech was wszyscy diabli porwą! - Nie! - rzekł major - Nie spełni się to, czego nam życzysz.

Zapewniam cię i zarazem ostrzegam, że jeżeli raz jeszcze odezwiesz się w podobny sposób, każe was obu oćwiczyć. Zapamiętaj to sobie! - Poważ się tylko! Już za ten gwałt, jaki nam w tej chwili zadajecie, nie omieszkam was oskarżyć. - Na to nie będziesz miał już czasu, bo w przeciągu kilkunastu minut wydamy na was wyrok. Zostaniesz powieszony, a następnie zwłoki twoje wrzucone będą do rzeki!
- Spróbujcie to uczynić! - Owszem, spróbujemy... chyba, że... że zdołacie udowodnić nam

swą niewinność.
- W jaki sposób, skoro pan nie dopuszcza powołania świadków? - Nie ma na to czasu, a zresztą byłoby to zbyteczne.

- Możemy więc tylko raz jeszcze oświadczyć z całą stanowczością, że senior Carrera kłamie. 149 - My jednak nie dajemy wiary waszym twierdzeniom, natomiast do niego mamy zupełne zaufanie. Cudzoziemiec zamierzał zabić jego przyjaciela i ten fakt pogrąża go dostatecznie.
- Jeżeli tak, to czego chcecie ode mnie?

- Pan byłeś z nim w zmowie. Udaliście się obaj do mieszkania upatrzonej przez siebie ofiary i tam pobiliście ją niemiłosiernie. Czy zaprzeczysz pan temu?
- Nie przeczę, otrzymał, co mu się należało. - Przyznaje się więc pan do winy?

- Nie przyznaję się. Oćwiczyliśmy łajdaka, to prawda, aż mu trochę popękała skóra na grzbiecie, ale uczyniliśmy tak za to, że dybał na nasze życie. Uważa pan, że to uszkodzenie cielesne, dobrze; nie mam nic przeciw temu twierdzeniu.
- No, i to nam wystarczy! Po co było mówić, że się jest niewinnym?

Takimi wykrętami utrudnia pan tylko sobie śmierć, która cię czeka. - Jak to śmierć? Któż mógłby mnie zasądzić na śmierć za to, że łotrowi spod ciemnej gwiazdy za jego sprawki wygarbowałem skórę?
- My, senior! My was zasądzimy, a wy musicie się z tym pogodzić.

I radzę wam nawet nie próbować żadnych sztuczek, bo to się na nic nie zda. Zginiecie obaj, i nie jesteśmy w stanie nic dla was uczynić. Chyba tylko jedno, a mianowicie złagodzić wam śmierć, o ile oczywi-ście leży to w naszej mocy. - Do diabła! W łagodny, czy w gwałtowny sposób, nie mam ochoty być zamordowany! Czy pan rozumie? Byłby to mord, zbrodnia z waszej strony! - Bynajmniej. Postępujemy ściśle wedle prawa wojennego. Jako dowódca siły zbrojnej, ogłaszam po prostu w miejscu swego obozo wania stan wojenny i na tej podstawie mogę stosować odpowiednie prawo. - To jest zbrodnicze „widzimisie’ i nikt inny go nie uzna. Oświad-czam też stanowczo, że nie dam sobie wyrządzić krzywdy.
- A ja panu powtarzam, że nie mam ochoty znosić twoich obelg,

150 i jeżeli zechcesz dalej przemawiać do mnie w ten sposób, to będę zmuszony odwołać się do jak najostrzejszych środków. - Groźby się nie boję! Na jakiej podstawie postępujesz pan ze mną, jak z pospolitym zbrodniarzem?
- Na jakiej? Ano, na takiej: związać go! - i skinął na żołnierzy.

Kilku drabów rzuciło się aayerbatera. Bronił się, ile miał sił, ale w końcu związano mu z tyłu ręce, co go tak oburzyło, że począł wymy-ślać. Uspokajałem go, lecz bezskutecznie. Domagał się, bym go bro-nił, a gdy nie posłuchałem, począł wymyślać i mnie. Wkrótce zacho-waniem się swoim doprowadził do tego, że związano mu również nogi i ułożono na piasku. Była chwila, w której miałem ochotę wydobyć rewolwery i napędzić opryszkom trochę strachu. Ale po namyśle dałem spokój, bo to pogorszyłoby jeszcze nasze położenie. Czekałem cierpliwie na spo-sobność, gdy będzie uśpiona ich uwaga, a wówczas - myślałem - dopadnę konia i umknę. Mieli oni wprawdzie karabiny, lance i lassa, ale tej broni się nie lękałem. Natomiast obawę wzudzały we mnie bolas. Osobliwą tę broń uważałem w danym wypadku za najnie-bezpieczniejszą. Z zimną krwią czekałem więc, co będzie dalej, na Montesa już nie licząc, gdyż leżał na ziemi, skrępowany, jak baran, którego wkrótce miano zarżnąć. Raczej on mógł liczyć na moją pomoc. Ale w jaki sposób? - aż do tej chwili nie miałem o tym pojęcia. Tymczasem major zwrócił się do mnie: - Spodziewam się, że pan nie utrudni mi urzędowania, mając przykład, do czego prowadzi krnąbrne zachowanie. Niechże się pan podda spokojnie swemu losowi!

- Podać się nieuniknionemu losowi nie jest żadną sztuką. Ale, jak długo nie uwierzę w to, że jest on istotnie nieunikniony, poty nie myślę się poddawać. - Niech się pan zastanowi trochę, a przyjdzie ostatecznie do przekonania, że nie ma dla pana żadnego ratunku! 151 - Otóż właśnie nie mogę się z tym pogodzić. Bezprawnie pozba-wiliście mnie wolności i nie stanowicie tu żadnej władzy, która byłaby uprawnioną do sądzenia mojej osoby.
- A ja pana zapewniam, że jesteśmy najzupełniej kompetentni.

- Wobec tego zechciejcie mnie spokojnie wysłuchać. Jestem ca-ballero i sądzę, że mam do czynienia z równymi sobie. Dlatego też mogę chyba spodziewać się, że nie postąpicie ze mną jak zbóje i liczyć się będziecie z zasadami prawa. - Prawo w tym wypadku to drobnostka. Główna rzecz, że pan nie utrudnia swego położenia i gotów jest odpowiadać otwarcie i rzeczo-wo, co mnie bardzo cieszy. Otóż proszę mi powiedzieć, czy przyznaje się pan do usiłowania morderstwa w Montevideo. - Niestety, nie mogę na to odpowiedzieć twierdząco, gdyż nie usiłowałem nikogo zabić w Montevideo. Major wydobył papierośnicę i poczęstowawszy mnie papierosem, ciągnął dalej: - Obiecał pan zachowywać się jak caballero i mam nadzieję, że dotrzyma pan słowa. Proszę, niech pan zapali, - tu podał swego papierosa, abym od niego odpalił - i proszę nie rozwodzić się długo, wyznając wszystko od razu. Zapaliwszy papierosa, podziękowałem skinieniem głowy i rze-kłem: - Gdyby nawet mogła być mowa o przyznaniu się do czegoś, to musiałyby poprzedzić je różne inne okoliczności, których dotychczas panowie zaniedbali.
- Czegośmy to zaniedbali? Proszę mówić, słuchamy.

- Otóż przede wszystkim powtarzam, że nie jesteście upoważnieni do sądzenia nas. A gdybyście nawet mieli tę kompetencję, musieliby-śmy wiedzieć coś o sobie wzajemnie. Oskarżeni powinni wiedzieć, co to za sąd, przed którym ich postawiono; należy wymienić im nazwis-ka sędziów, jak też nazwiska świadków; dalej musiałby oskarżać z ramienia rządu prokurator, a oskarżonym zapewnić obrońców. 152 Tego wszystkiego zaś tutaj nie ma. Przyzna więc pan sam, że mam słuszność. - Nie przeczę, ale niestety rzeczy stoją tak, że nie mamy czasu na formalności, które zresztą są właściwie bez znaczenia. Oskarżono panów, my wydamy wyrok śmierci; to rzecz główna i zasadnicza, wszystko zaś inne jest nieważne. Że jednak zachowuje się senior o wiele przyzwoiciej, niż pański towarzysz, mogę panu zrobić przyje-mność i oznajmić, że jestem majorem gwardii narodowej i nazywam się Cadera. Przypuszczam, że nazwisko to nie jest panu obce. - Niestety, pierwszy raz je słyszę, a to z tej prostej przyczyny, że w kraju tym bawię zaledwie od trzech dni. - Nic nie szkodzi, poznał mnie pan teraz osobiście. Przedstawię też panu swoich kolegów.

- Dziękuję. Wystarczy, gdy znane mi jest nazwisko pańskie.

- Cieszy mnie to. Zarazem jest mi ogromnie przykro, iż pomimo pańskiego wykształcenia i godności, zmuszony będę kazać pana po-wiesić. Zapewne wybaczy mi pan to jednak, gdyż wykonuję tylko swój obowiązek. - Ja zaś - rzekłem na to - żałuję ogromnie, że sprawię panu pewną przykrość, gdy oświadczę, że moją śmierć uważam za coś bardzo wątpliwego... - Wkrótce zmieni pan to mniemanie. Znane nam są dostatecznie pańskie przestępstwa, a śmierć pańska jest już postanowiona.
Jak się nazywa ów człowiek, który nas oskarża? Senior Mateo Zarfa. Podobno poznał go pan w drodze. Czy to kupiec z zawodu? Nie. Był nim kiedyś.

- Tak przypuszczałem. A więc nie jest on komisarzem policji, okłamał nas bezczelnie. - Nic to w waszej sprawie nie zmienia. Spotkał się z nami, wniósł skargę i oczywiście nie wolno mu było nic przemilczeć. Teraz zna pan mnie i jego, o co właśnie panu chodziło. Dla zupełnego jednak 153 zadośćuczynienia żądaniom pańskim wypada stwierdzić teraz identy-czność oskarżonych. Z towarzyszem wszakże pańskim nie myślę już wdawać się w rozmowę, gdyż dopuścił się obrazy trybunału. Pan zaś, jak się przekonałem, należy do ludzi dobrze wychowanych i inteligen-tnych, więc proszę o wyjawienie mi nazwiska swego przyjaciela. - Senior Mauricio Monteso, współwłaściciel tej właśnie estancji, skąd właśnie nas przed chwilą uprowadzili.
- Myli się pan. Towarzysz pański nie jest tym, za kogo się podaje. - Owszem jest, ja to poświadczam.

- Pańskie świadectwo nie ma tu znaczenia, gdyż jesteś pan sam oskarżony. Przyjaciel pański jest zwykłym yerbaterem, który kręcił się dłuższy czas po Montevideo, jako podżegacz i spiskowiec, a pan dałeś mu się zbałamucić. Zostawmy to jednak i zajmijmy się raczej pańską osobą. Twierdzi pan, że jest cudzoziemcem i że w kraju tym znajduje się zaledwie od paru dni. Czy może pan to udowodnić?
- Mam paszport. - Proszę mi pokazać.

Właściwie nie powinienem dawać mu do rąk tak ważnego doku-mentu, bo z góry było do przewidzenia, że mi go nie odda. Niestety, major miał do swych usług pięćdziesięciu ludzi, wobec czego rad nierad, wydobyłem portfel i wyjąwszy zeń paszport oddałem mu go spokojnie. Major przeczytał dokument, złożył go i następnie schował do kieszeni, po czym zapytał:
- Czy to istotnie pański paszport? - Nie podróżuję nigdy z obcym paszportem.

- I jest pan istotnie tym samym, na którego dokument został wydany?
- To jest pewne!

- Wierzę, bo nie wygląda pan na kłamcę. Ma pan jednak zapewne przy sobie i inne jeszcze rzeczy. Oskarżony zaś nie powinien mieć przy sobie nic. Niechże więc pan odda mi swoje pieniądze. 154

- Proszę - odrzekłem, dając mu portfel.

- Tchórz! - krzyknął oburzony moim postępkiem Monteso, na co jednak nie zważałem, bacząc natomiast pilnie na kieszeń kurtki, do której major schował mój majątek. - Jak widzę, ma pan i zegarek - ciągnął dalej. - Przepraszam pana, że i o ten przedmiot muszę się upomnieć.
- Oto on - odrzekłem posłusznie.

Major schował zegarek do drugiej kieszeni i zauważył tonem zado-wolenia:
- Czy ma pan przy sobie jeszcze coś do skonfiskowania?

- Niestety, przykro mi bardzo, ale oddałem już cały mój majątek i nie mam nic więcej dla pana. - Broń pańską i konia biorę również. No, przyzna pan teraz, ze los jego zależy od nas w zupełności?
- Przyznaję.

- Cieszy mnie to i spodziewam się, że się pan podda swemu losowi z rezygnacją. Formalności, których pan pragnął, zostały już wypełnio-ne. Teraz pozostaje do załatwienia rzecz główna, a mianowicie pań-skie zeznania. Pytam więc raz jeszcze, czy przyznaje się pan do usiło-wania morderstwa? - O tym nie może być mowy, gdyż na nikogo nie napadałem i to ja jestem tym, którego usiłowano zamordować. „Wysoki sąd” w zasadzie nie zważał na moje odpowiedzi. Zajmo-wało go więcej to, że oddałem pieniądze i zegarek. Major słuchał moich słów jakby od niechcenia.
- A zatem obstaje pan przy swoich twierdzeniach? -Tak jest.

Tu wystąpił rzekomy „komisarz”: - To kłamstwo! Powtarzam, że ten właśnie człowiek, napadł na mego przyjaciela i wraz zyerbaterami ścigał go aż do jego domu, gdzie go dogonili i omal nie zabili.
-Słyszy pan?- wtrącił major.- Świadek nazywa pańskie

155 twierdzenie kłamstwem. -Ma prawdopodobnie ku temu swoje powody. Zresztą, gdy-by chciał, mógłby mnóstwo podobnych bajek z dobrym skutkiem naopowiadać, gdyż jemu pan wierzy, a mnie nie.
- Rozumie się, że muszę przede wszystkim wierzyć jemu.

- A jednak powiedział pan przed chwilą, jakobym nie wyglądał na kłamcę.
- Tak, ale tylko w tej sprawie, o której była mowa wówczas.

- A jeżeli ja dowiodę, że świadek jest właśnie łotrem, nie zasługu-jącym na wiarę? Na przykład, że okradł on swoich chlebodawców? - To nie należy do rzeczy, senior. On pana oskarża i to mi wystarcza do wydania wyroku śmierci. Teraz pozostaje jeszcze do rozpatrzenia zbrodnia zdrady stanu i spisek w celu wzniecenia zbroj-nej rewolucji. Co pan w tej sprawie ma nam do powiedzenia? - To, że trudno mi samemu pojąć, w jaki sposób i z jakich pobudek mógłbym się dopuścić podobnej zbrodni.

- Mówi pan nieprawdę i udowodnimy to natychmiast. Senior Mateo! Coś pan słyszał w ogrodzie Ruda w San Jose’? Pytanie to było istotnie dla mnie niespodzianką. A więc łotr ten, który ongiś był praktykantem u Rixiów i znał rozkład domu oraz ogrodu, zakradł się widocznie tam podczas mego pobytu u nich i podsłuchał naszą rozmowę. Byłem bardzo ciekawy, co ma do powie-dzenia w tej materii. - Podczas mojej bytności w San Jose’, - zaczął - odwiedziłem swego znajomego, który służy u Rixiów. Weszliśmy obaj do ogrodu i przy tej sposobności podsłuchałem rozmowę, jaką prowadził w alta-nie ten cudzoziemiec z seniorem Rixio i jego synem. Oświadczyli oni, że Latorre należy koniecznie obalić. Ponieważ zaś cudzoziemiec jest łudząco do niego podobny, postanowiono wykorzystać tę okoliczność w taki sposób, że miał się on udać w północne strony kraju, aby tam, podając się za Latorre, przygotować powstanie. Tymczasem spiskowcy mieli pojmać Latorre i ukryć go w jakimś odludnym 156 folwarku, aby potem nie mógł udowodnić swego alibi i aby uwie-rzono, że właśnie on, a nie kto inny, wywołał zbrojne rozruchy. Byłem zdumiony. Człowiek ten widocznie słyszał wszystko, ale obrócił, jak to mówią, kota ogonem, to jest zrozumiał rzecz zupełnie z innej strony. Złożywszy teraz zeznanie, obrzucił mnie triumfującym i bezczelnym spojrzeniem. Żołnierze jednak, słuchając tego opowiadania, zachowywali się tak, jakby o wszystkim już wiedzieli i tylko zaciekawieni są, co ja na to odpowiem.
- Słyszałeś, senior? - zapytał major. - Cóż pan na to? - Kłamstwo! Wszystko kłamstwo!

- Tak? Może nie byłeś u Rixiów w San Jose’? Nie siedziałeś ze wspomnianymi w altanie?
- Temu nie mogę zaprzeczyć.

- I nie mówiliście o polityce, a Latorre nie był przedmiotem waszych rozważań?
- Owszem, mówiliśmy. - A czy panu wiadomo, że jesteś łudząco podobny do Latorre? - Mówiono mi o tym.

- I to samo właśnie jest już najlepszym dowodem prawdziwości stów Mateo. - No, do prawdziwości jego zeznań bardzo jeszcze daleko. Mówi-liśmy o pułkowniku Latorre, ale coś zupełnie innego.
- Jednak nie udowodni pan tego?

- Nawet bardzo łatwo. Czy wiadomo panu, że Rixio junior jest oficerem?
- Znam go osobiście. Należy on do partii colorado. - A wy? Do jakiej partii wy należycie? - Pan masz tylko odpowiadać, a nie zadawać pytania.

- Dobrze. Niech więc, pan zapyta rotmistrza Rixio, a dowie się, że Mateo bezczelnie skłamał. - Na to nie mamy czasu; przepisy sądu wojennego wymagają szybkiego działania. - Róbcie więc sobie, co chcecie. Odpowiedzialność za wasze postępki spadnie na was. - Odpowiedzialność tę przyjmuję całkowicie na siebie bez żadnej obawy, gdyż jestem w stanie udowodnić, że zgodziłeś się pan na ich plany.
- Proszę, to uczynić. - Zaraz, senior, Mateo ma głos.

- I nie była to taka sobie zwykła rozmowa - mówił przywołany do głosu Mateo. - Omówiono bowiem wszelkie, nawet najdrobniej-sze szczegóły całego planu, a cudzoziemiec, podjąwszy się owego zadania, otrzymał pismo polecające i przekaz na pieniądze. Obydwa te dokumenty miał oddać w Salto. Ażeby jednak upewnić się na wszelki wypadek, sporządzono odpisy i powierzono jeyerbaterowi do przechowania.
- Przyznaje się pan do tego? - zapytał major. - To kłamstwo!

- Na nieszczęście pańskie jesteśmy w stanie udowodnić, że to nie kłamstwo, lecz prawda. Mateo wie, gdzie pan przechowuje te papiery.
- To szczególne, że wie on o mnie więcej, aniżeli ja sam. - Niech się pan dobrze zastanowi i przypomni sobie dokładnie.

Mateo podpatrzył Montesa i gotów jest wskazać, w którym miejscu ten ukrył owe duplikaty. - Co? Jakie duplikaty? Czyście powariowali? - ozwał się Mon-teso. - No, no! - mruknął Mateo, - nie obrażaj mnie. Masz papiery zaszyte w kubraku.
- Do licha! Jestem sam ciekaw...

- Wobec tego oświadczenia świadka może panowie oficerowie zechcą się przekonać o jego prawdziwości.

Wszyscy członkowie „trybunału” w liczbie pięciu powstali z miejsc
158 i zbliżyli się do Montesa, a Mateo ściągnął z niego kubrak i wydobył spod podszewki papiery, które oddał do rąk majora. - Oto dowód! - rzekł. - Teraz może te bydlaki nie będą już tak bezczelnie wypierali się wszystkiego. - To chyba jakaś diabelska sztuczka! - krzyknął Monteso wzbu-rzony. - Milcz! Nie pogrążaj się bardziej! - ofuknął go major. A zwró-ciwszy się do Matea, dodał: - Czy i cudzoziemiec ma przy sobie takie papiery?
- Owszem, ma przy sobie oryginały. - Czy pan to przyznaje? - zwrócił się oficer do mnie. - Tak! - odrzekłem bez wahania.

‘Warto było zobaczyć zabawnie głupią minę Matea, gdy usłyszał „tak”. Był bowiem przekonany, że się wyprę, gdyż wiedział, że o żadnych papierach nie mam najmniejszego pojęcia. - To bardzo dobrze! - zauważył major. - Cieszy mnie mocno, że pan, jak prawdziwy caballero, przyznaje się otwarcie. Gdzież są te papiery? - Tego nie wiem, bo nie ja zaszywałem je w ubranie, a tylko uczynił to Mateo. On więc niech wskaże panu to miejsce!
- Co? Mateo zaszył w pańskie ubranie kompromitujące papiery?

- Tak jest. Podjąwszy się wykonania na nas zemsty, przyłączył się do nas w Montevideo, aby w drodze znaleźć sposobność zapędzenia nas w pułapkę. Przewidziałem jednak jego zamiary i odpędziłem , co go jeszcze gorzej względem mnie usposobiło, i od tej chwili podążał za nami w tajemnicy. Wiedząc, że zatrzymam się u Rmów i znając rozkład domu, jako były praktykant w sklepie tego pana, zakradł się do ogrodu i podsłuchał naszą rozmowę. Zaznaczam, że podczas tej

rozmowy nie wypowiedziałem ani jednego nieprzychylnego dla rządu słowa. Ale Mateo przekręcił wszystko na swój sposób i nawet postarał się o sfałszowanie dowodów, stwierdzających jego kłamstwo. Podczas tertulii u Ririów, gdy bawiłem w salonie, zakradł się on do mego 159 pokoju, wlazł pod łóżko i gdy usnąłem, wyszedł stamtąd po cichu, by wszyć w moje ubranie papiery, które sam sporządził... - A mnie się zdaje, - przerwał major - że ta cała historia jest jedynie pańskim wymysłem. - Nie, panie, jest to szczera prawda. Spostrzegłem nawet w nocy Matea, ale było zbyt późno, więc zaniechałem schwytania go. Rano znalazłem w swym pokoju na podłodze kawałek czerwonej nici i teraz dopiero wiem, skąd ona się tam wzięła. Mateo wiedział, że moja kurtka ma czerwoną podszewkę, więc postarał się o takie nici i zapewne podczas mojego snu wszył owe papiery. Później, w drodze już, gdy yerbaterzy pewnej nocy spali pod brogiem, Mateo zakradł się do nich i w ten sam sposób umieścił w ubraniu Montesa znalezione przy nim teraz papiery.
- Ależ to wszystko bajki! Głupie bajki, których słuchać nie warto! - drwił Mateo.

- Niech to pana nie drażni - rzekł major. - Nie wierzę w te brednie. Czy zapamiętał pan sobie miejsce, w którym ten cudzozie-miec ukrywa owe dokumenty? - Bardzo dokładnie. Za podszewką na plecach. Sam stary Rudo dał mu w celu ich zaszycia, igłę i nici. • - Proszę mi wskazać palcem to miejsce.
- Tutaj oto! - wskazał drab ręką na moje plecy.

Sięgnąłem dłonią i istotnie poczułem tam jakiś przedmiot. Zdjąłem z siebie kurtkę, której podszewka uszyta była z delikatnego jelonkowego futerka barwionego na czerwono i spostrzegłem, że w jednym miejscu szew był rozpruty, a następnie zszyty szerokim ście-giem. Poprosiłem majora, by mi dał nóż, i rozpruwszy szew, wydoby-łem dwa papiery, podobne do tych, jakie znaleziono u Montesa. Bardzo byłem ciekaw treści tych „dokumentów”, ale major odebrał mi je szybko, tak jak i nóż. Teraz dopiero przekonałem się, że źyde moje było poważnie zagrożone. Kto to wszystko obmyślił i za co się mścił, dowiedziałem się 160 dopiero później. Chciano usunąć mnie spośród żyjących za wszelką cenę, a powodem ku temu było moje podobieństwo z Latorrem! Oficerowie, dostawszy do rąk papiery, zajęli ponownie swoje miej-sca i czytali je, podając z rąk do rąk. Po przeczytaniu zaś naradzili się z sobą po cichu, po czym major rzekł do mnie: - Teraz jesteśmy już najzupełniej przekonani o pańskiej winie i mam nadzieję, że nie będzie pan dalej próbował się wypierać.
- Nie przeczę. - Bardzo ładnie, że się pan przyznaje... - Przepraszam - przerwałem mu, - o przyznaniu się ani myślę.

Nie zrozumiał mnie pan. Wypierać się można tylko czegoś, czego się istotnie dokonało. Że jednak ja nie poczuwam się do żadnego z zarzucanych mi przestępstw, więc i wypierać się nie mam potrzeby. O papierach nie miałem najmniejszego pojęcia. Mateo sam podłożył je nam podstępnie.

- Nie weźmie mi pan za złe, gdy zauważę - mówił major, - że tak panu, jak i jego towarzyszowi, nie brak fantazji. Jeżeli jednak sądzicie, że niedorzeczne wasze wymysły przekonają nas, mylicie się grubo. Co do mnie, traktowałem pana z całą uprzejmością i miałem nadzieję, że doceni to pan, wywdzięczając mi się szczerością, jak przystało na człowieka honoru. - Dziękuję za to zaufanie, ale pomimo swej dla pana wdzięczno-ści, nie mam zamiaru dać się powiesić za to jedynie, że pan traktuje mnie, jak szlachcica. Czy nie mógłbym się dowiedzieć treści tych papierów? - To niemożliwe. Sprawa jest tak ważna, że musi być utrzymana w tajemnicy. Twierdzi pan zatem, że treść owych dokumentów nie jest mu wiadoma?
Nie mam o niej najmniejszego pojęcia. Ale zgadza się pan z tym, że papiery znaleziono u pana? Oczywiście. To nam wystarcza. Czy ma pan coś na swoją obronę?

161 - Nic. Mógłbym zresztą powiedzieć Jeszcze niejedno, ale wiem z góry, że szkoda każdego słowa. - Dobrze. Teraz udamy się na naradę, by wydać wyrok, który będzie wykonany natychmiast. Podczas, gdy członkowie trybunału po cichu rozmawiali między sobą, Monteso szepnął do mnie: - Nie pojmuję pana. Zachowuje się pan, jak tchórz! Rozstrzelają nas...
- Mnie tak, ale nie pana; tu idzie wyłącznie o moją osobę. - Bardzo wątpię.

- A ja jestem najmocniej przekonany, że pana nie stracą. Jednak bez szwanku z tej całej afery pan nie wyjdzie. - Nieszczęście! Zbłądziłem, nie zwracając uwagi na pańskie prze-strogi! - Nie czas teraz na wyrzuty. Szkoda, że jesteś pan związany. Może jednak zdołasz się uwolnić; dam panu do tego sposobność.
- W jaki sposób?

- Ucieknę, i cała banda rzuci się za mną w pogoń, a wtedy może pan również czmychnąć.
- To niemożliwe! Myśleć nawet o tym nie chcę.

- Dla mnie zaś wykonanie tego planu ma tak ważne znaczenie, że nawet obojętne mi jest, co ci ludzie teraz w mej sprawie uradzą. - Ależ pan nie zdoła nawet dostać się do konia! Przecież umyślnie odprowadzili pańskiego gniadosza tak daleko stąd, by go pan nie mógł dosiąść. A gdyby zresztą i udało się panu dopaść konia, pierwszy rzut bolas połamie mu nogi.
- Ucieknę im pieszo. - To tym pewniej dogonią pana.

- Zobaczymy. Przede wszystkim nie trać pan nadziei. Ucieknę i skieruję się wprost do estancji.
- Koni jest dość i mój brat będzie zapewne już w domu. - Przybędziemy tu obaj z pomocą, tylko nie daj pan poznać po

162 sobie, że na to liczysz. Dowiodę panu, że nie jestem tchórzem. Prawdę mówiąc o wiele bardziej obawiałbym się trzech lub czterech Indian, niż tych pięćdziesięciu ludzi. Jestem pewny, że

ucieczka mi się uda.’ Przedtem jednak muszę naszemu oskarżycielowi, poczciwemu Ma-teo, zostawić pamiątkę na całe życie. Cały plan miałem j uż w głowie. Nie potrzebując do jego wykonania rewolwerów, gdyż przewidywałem, że nóż wystarczy mi najzupełniej, zacisnąłem paski u cholew, aby woda nie dostała się do obuwia i nie zamoczyła broni. Indianin od razu wiedziałby, co zamierzam, ale obecne otoczenie nie zwróciło najmniejszej uwagi na moje przygoto-wania. Rada wojenna skończyła się właśnie, i członkowie jej powstali z miejsc. Z min ich poznać było można, jaki na nas wydali wyrok. Wyglądało to wszystko, jak głupia komedia, gdyż wyrok ten był wiadomy jeszcze przed „osądzeniem” sprawy i ciekawi byli tylko, jak go przyjmiemy. Co do mnie, byłem przygotowany na wszystko. W dalszym ciągu jednak obmyślałem szczegółowo plan ratunku. Jedyną drogą ucieczki była woda, gdyż w niej tylko mogłem się czuć bezpiecznym przed bolas. Rzeka była wąska i głęboka, dwie te okoliczności dodawały mi otuchy. Raz, dwa razy wytężyć siły, i jest się po tamtej stronie. Co się zaś tyczy moich rzeczy, które przywłaszczył sobie major, to wcale nie myślałem wyrzekać się ich. Widziałem, że major umieścił je w zewnę-trznych kieszeniach. Zegarek miał szczelną budowę, a portfel zrobio-ny był z nieprzemakalnej skóry i zamykał się hermetycznie, nie było więc obawy, aby się te rzeczy w wodzie zniszczyły. Konia swego również nie zamierzałem pozostawić na łup opryszkom i obiecywałem sobie odebrać go później, gdy przedsięwezmę wyprawę w celu uwol-nienia Montesa. Gdy właśnie rozmyślałem o tym, „sędziowie” skończyli naradę, a major wstał z siodła i zaczął głosem uroczystym:
- Wysoki sąd postanowił, a ja, jako przewodniczący tegoż,

163 ogłaszam, co następuje: uwalnia się seniora Montesa od winy i kary za usiłowanie morderstwa, natomiast uznaje się go winnym zbrodni uszkodzenia ciała, tudzież należenia do spisku, mającego na celu zamach przeciw ojczyźnie. Ponieważ jednak zamach ten do skutku nie doszedł, a podsądny w tej sprawie był tylko pomocnikiem, skazuje się go na karę ciężkiego więzienia przez lat dziesięć. Kara rozpocznie się natychmiast. - A co! Nie mówiłem, że tu nie chodzi o pańską skórę? - szepnąłem do Montesa.
- Tak, o skórę im nie chodzi, ale o okup. - I mnie się tak zdaje.

- Następnie - ciągnął dalej major - wysoki sąd, przekonawszy się bezsprzecznie, że towarzysz Montesa był właściwym sprawcą usi-łowania morderstwa, ciężkiego uszkodzenia ciała, jako też zdrady naszej ojczyzny, niniejszym wydaje na niego wyrok śmierci, przez rozstrzelanie. Wyrok ten będzie wykonany bezzwłocznie. Oczy wszystkich zwróciły się na mnie, ja jednak zachowałem spokój marmuru.
- Czy zasądzeni mają coś do powiedzenia?

- Ja nie - odrzekł Monteso, zaciskając zęby. - To, co mógłbym powiedzieć, usłyszycie ode mnie później.

Głos jego drżał, a twarz była blada, jak płótno. Widocznie stracił już wszelką nadzieję w powodzenie planowanej przeze mnie ucieczki, od której zależał i jego los. Ja przeciwnie, byłem pewny siebie i najzupełniej spokojny. Dowiedziona to zresztą rzecz, że w obliczu bliskiego niebezpieczeństwa trwoga zazwyczaj ustaje, a miejsce jej zajmuje spokój. Uczeń na przykład przez kilka tygodni przed egzami-nem może odczuwać lęk, ale gdy nadejdzie jego chwila, pierwsze pytanie lęk ten rozwiewa. - A pan? - zapytał mnie z kolei major. - Co ma pan do powiedzenia?
- Ja mogę tylko oświadczyć, że nie uznaję w was swoich sędziów.

164 Nie macie najmniejszego prawa sądzenia kogokolwiek, a tym bardziej mnie, obcokrajowca. A gdybyście i posiadali to prawo, to obowiąz-kiem sędziów jest wiedzieć, że zasądzonemu przysługuje apelacja do wyższych instancji, wobec czego o natychmiastowym wykonaniu wyroku nie może być mowy. Zaznaczam przy tym, że nie jestem obywatelem tego kraju i żądam przedstawienia całej mojej sprawy przedstawicielowi mojego kraju. Na te słowa „członkowie sądu” jednogłośnie wybuchnęli śmie-chem, a major rzekł: - Oświadczam panu, że tego rodzaju żądania pańskie do niczego nie doprowadzą. Uważamy się tutaj za najzupełniej kompetentnych do wydania i wykonania wyroku. Czy ma pan coś jeszcze prócz tego do powiedzenia?
- Owszem, prosiłbym o kilka rzeczy.

- Proszę mówić, a skoro uznam za stosowne, postaram się uczynić zadość pańskiemu życzeniu. - Pragnąłbym wiedzieć, jak długo jeszcze mam żyć, panie majo-rze? Zapytany wyjął mój zegarek, spojrzał nań i odrzekł: - Powiedzmy... kwadrans. Czy zdoła pan przygotować się na śmierć w tak krótkim czasie? - O, z pewnością. Rad bym jednak umrzeć, jak caballero, z otwar-tymi oczyma i nie związany.
- Na to nie mogę pozwolić, bo zabraniają tego przepisy wojskowe.

Przywiąźemy pana i zasłonimy oczy. - Może więc mógłbym zobaczyć przynajmniej miejsce, na którym mam zostać rozstrzelany? Major rozejrzał się i wzrok jego spoczął na pniu drzewa, znajdują-cego się tuż nad wodą. - Czy na przykład to drzewo podobałoby się panu? - zapytał i wskazał upatrzone miejsce. - Może się pan oprzeć o nie, aby żołnie-rze mieli pewny cel. 165
- Mogę stanowić dla nich dobry cel i bez opierania się o drzewo.

Nie boję się śmierci i nie padnę ze strachu.
- No, i jakie jeszcze życzenie? - Jeszcze jedno, ale już nie dla mnie; tyczy się ono właściwie pana. - Ach, mnie? Proszę!

- Pragnąłbym mianowicie, aby wykonanie na mojej osobie wyro-ku nie zaszkodziło panu i żebyśmy mogli być przyjaciółmi, gdy się ponownie zobaczymy. - Żadnej szkody się nie obawiam, - rzekł major - a spotkanie nasze nastąpi tam, gdzie milknie wszelka nienawiść.

- Byłbym bardzo obowiązany panu, gdybyś pozwolił memu przy-jacielowi być świadkiem mojej śmierci. Leży on związany i nie będzie mógł tego widzieć. Każ mu więc, majorze, zdjąć więzy z nóg. Przecież już same związane ręce nie pozwolą mu uciec.
- Dobrze, spełnię to życzenie.

I zwrócił się do jednego z żołnierzy:
- Rozwiązać mu nogi!

Żołnierz wykonał rozkaz. Równocześnie zbliżył się do mnie Ma-teo, trzymając w jednej ręce lasso, a w drugiej chustę.
- Czego pan chcesz? - zapytał go major.

- Chcę związać skazańca. Czynność ta należy do mnie, gdyż byłem w jego sprawie świadkiem. I nie czekając, czy major na to pozwoli, przybliżył się do mnie ze słowami:
- Czas już! Proszę dać ręce do tyłu. - Po co? - zapytałem. - Bo przyszła już na ciebie chwila zasłużonej kary.

- Wpierw jednak ty poniesiesz swoją - rzekłem i twardo ścisną-wszy pięść, uderzyłem go w nos z taką siłą, że mu się całkiem rozpła-szczył, a krew buchnęła strumieniem. Drab zatoczył się kilka kroków i runął z jękiem na ziemię. Nikt z obecnych, dziwna rzecz, nie podbiegł mu na pomoc. 166 Przeciwnie, widać było pewne zadowolenie na twarzach opryszków. Zresztą przeważnie tak bywa, że zdrajcami brzydzą się najbardziej ci, którym się oni wysługują. Major ozwał się tylko oschle:
- Co to? Rzuca się pan na człowieka w mojej obecności?

- Powinien zostawić mnie w spokoju. Bo zresztą kto tu rozkazuje, on, czy pan? Przykro mi było umierać, nie zapłaciwszy łotrowi hono-rarium, które mu się ode mnie należało. - Daruj pan, ale kwadrans już się kończy. Okażę panu dowód swej życzliwości i przywiąźę pana sam do drzewa. Proszę za mną!
- Czy już pan wyznaczył żołnierzy, którzy mają mnie rozstrzelać? - Zaraz to uczynię. - Pozwól pan jeszcze, że pożegnam się ze swoim przyjacielem...

Chwyciłem Montesa w ramiona i począłem go długo ściskać, szep-cząc mu do ucha:
- Rzucę panu nóż. Staraj się pan rozciąć nim lasso na rękach.

Nadeszła wreszcie moja „ostatnia” chwila. Koło żołnierzy rozwarło się, a major poprowadził mnie do drzewa. Nikt z bandy nie okazał mi najmniejszego współczucia, widocznie stracenie człowieka było u tych ludzi czymś całkowicie naturalnym. Major, wziąwszy lasso i chustę, porzuconą przez Matea, rzekł do mnie: - A więc, senior, nadeszła chwila... Widzę, że jest pan odważny i nie stchórzysz.

- Bądź pan o to spokojny, panie majorze. A czy mógłbym wie-dzieć, co się stanie z moimi rzeczami?
- Odeślę je zwierzchnikom, zresztą panu one już niepotrzebne.

Proszę dać ręce w tył. Trzymał w ręku rzemień, żołnierze zaś przygotowywali broń. Mon-teso z zapartym oddechem patrzył na mnie, jak się patrzy na człowieka bezpowrotnie zgubionego.
- A jednak, panie majorze,- odrzekłem - rzeczy te będą mi

167 potrzebne i zastrzegam sobie ich zwrot.
- Jak to pan rozumie? - zapytał zdziwiony. - A, tak. Proszę uważać!

I chwyciwszy w Jednej chwili obiema rękoma za jego kurtkę przy kołnierzu, oderwałem cały jej przód wraz z kieszeniami. Następnie w mgnieniu oka wyrwawszy mu zza pasa dwa moje noże, jeden chwyci-łem w zęby, a drugi rzuciłem w stronę Montesa. - Hola, senior! Co?!... - krzyknął major, ale już nie zdążył dokończyć, gdyż porwałem go za kołnierz i skoczywszy w rzekę, pociągnąłem własnym ciężarem za sobą. Wszystko to stało się błyskawicznie i żołnierze, nie przygotowani na tego rodzaju niespodziankę, po prostu osłupieli, stali bezczynnie trzymając bolas w rękach. Major, znalazłszy się nagle w rwących falach rzeki, stracił również rozeznanie w sytuacji i odruchowo borykał się z prądem, silną dłonią trzymany przeze mnie za kołnierz. W nasadzonym głęboko na uszy kapeluszu, by mi go nie zerwały fale, w nieprzemakalnym, sporządzonym na sposób indiański ubra-niu, tak obcisłym, że nie stanowiło dla mnie w wodzie zbytniej prze-szkody do pływania, czułem się, jak ryba, umiejąc zresztą niewiele gorzej poruszać się w tym żywiole. Majora pociągnąłem za sobą nie po to, by go utopić, lecz, aby utrudnić pogoń za sobą. Gdybym go zostawił na brzegu, on pierwszy rzuciłby się za mną do wody, a wówczas, zamiast być stroną zaczepną, musiałbym się bronić, co byłoby dla mnie niebezpieczniejsze. Poza tym podkomendni jego, zaskoczeni takim obrotem sprawy, musieli przede wszystkim ratować swego dowódcę, zostawiając pogoń za mną na później. Wypuściwszy z rąk kołnierz oszołomionego majora, obejrzałem się ku brzegowi. Żołnierze potracili głowy. Jedni biegali nad wodą z przygotowanymi do rzutu bolasami, inni zaś z karabinami przy ramieniu czekali odpowiedniej chwili do strzału. Spostrzegłszy to, dałem nurka, a gdy po chwili wynurzyłem głowę dla zaczerpnięcia powietrza, 168 woda zerwała mi z głowy kapelusz i musiałem go w kilku mocniejszych ruchach ramion dogonić. W tej chwili rozległ się odgłos strzałów, a zamieszanie wśród żołnierzy zwiększyło się jeszcze; niektórzy wrzesz-czeli przeraźliwie, rzucając ku mnie raz po raz bolas, i niektóre omal mnie nie dosięgły. Na szczęście, przepłynąłem już na ukos z prądem rzeki prawie dwie trzecie jej szerokości, i wystarczyłoby jedno zanu-rzenie się w wodzie, by osiągnąć stały grunt pod nogami. Dałem więc nurka znowu, ale, zamiast wydostać się na brzeg, pozwoliłem się unieść prądowi w dół rzeki, po czym, obróciwszy się na wznak i wychylając nieznacznie na powierzchnię twarz tylko, by móc

oddy-chać, przepłynąłem w tej pozycji spory kawał. Manewru tego prześla-dowcy moi nie dostrzegli. Długo patrzyli w owo miejsce, gdzie po raz drugi zniknąłem pod wodą, ja zaś tymczasem, płynąc wciąż na wznak, po jakimś czasie, o wiele niżej obserwowanego punktu dobiłem szczę-śliwie do brzegu, który w tym miejscu był dosyć wysoki. Nie wysko-czyłem jednak od razu na ląd, tylko wysunąłem nad poziom wody przede wszystkim głowę, na tyle, aby zobaczyć, co się dzieje. W podobny sposób usadawiają się nilowe hipopotamy, których płaskie łby z osadzonymi na jednej płaszczyźnie oczami, uszami i nozdrzami są do tego doskonale przystosowane. Dla mnie oczywiście pozycja ta była nieco trudniejsza, ale wykorzystawszy jakiś korzeń przybrzeżny, uzyskałem wcale znośne oparcie. O parę kroków dalej zaczynały się krzaki i zarośla, wysuwając swe obwisłe gałęzie daleko ponad wodę. Przeczekawszy chwilę, posunąłem siew to miejsce i znalazłem znako-mitą kryjówkę, gdyż spod gałęzi mogłem już swobodnie rozejrzeć się wokół. W tej chwili właśnie wyciągano z wody majora. Nie poruszał się i w bezwładzie ciała wydawał się martwym. Dotychczas nikt z oddziału nie ruszył w pogoń za mną i dopiero teraz spostrzegłem, że wsiedli na konie, wciąż obserwując miejsce, gdzie zniknąłem im z oczu, jakby wyczekując chwili, gdy wydostanę się z wody. Pięciu czy sześciu żołnierzy krzątało się wokół majora. 169 Wyniósłszy go na brzeg, nachyleni nad nim, cucili go, i starali się wydobyć od niego odpowiednie rozkazy. Niebawem obawa moja, czy nie mam na sumieniu morderstwa, pierzchnęła, bo major zerwał się na równe nogi, otrząsnął z siebie wodę i cofnął się wraz z owymi kilkoma podkomendnymi w krzaki. Po chwili ukazał się znowu na brzegu, ale już nie pieszo, lecz na moim gniadoszu. Przyglądając się z kryjówki, co się dzieje na drugim brzegu, zaob-serwowałem nerwowe zaniepokojenie, które się dało spostrzec wśród bandy. Do tej chwili bowiem nie byli pewni, czy wydobyłem się z wody i w jakim kierunku umknąłem, czy też pochłonęły mnie nurty rzeki. Na straży koło Montesa pozostał jeden tylko człowiek, cały zaś oddział szykował się najwyraźniej do pogoni. Pomimo to, myślałem w tej chwili nie o sobie, lecz o moim towa-rzyszu. Teraz właśnie zdarzała mu się najodpowiedniejsza chwila do ucieczki, bo uwaga wszystkich zwrócona była na rzekę. I przyszło mi na myśl, że Monteso mógłby im się wymknąć wówczas, gdybym po-ciągnął całą bandę za sobą, ukazując się jej ze swego ukrycia. Posta-nowiłem uczynić to natychmiast. Zresztą niepodobna było siedzieć dłużej w wodzie, bo i ubranie poczynało mi dokuczliwie ciążyć, a schowane w nim pieniądze przemokłyby ostatecznie. Do wieczora zaś było jeszcze daleko, a zniecierpliwiony dowódca oddziału, tak czy owak, kazałby w końcu przeszukać krzaki i wówczas znaleziono by mnie w nie nadającej się do obrony pozycji. Wziąwszy to wszystko pod uwagę, zdecydowałem się opuścić swą kryjówkę natychmiast. Chwyciwszy się więc jedną ręką gałęzi, wyskoczyłem na brzeg i w jednej chwili zwróciłem na siebie uwagę całej bandy. Wśród żołnierzy powstał zgiełk i na rozkaz majora rzucono się ku mnie w bród. Później opowiadał mi Monteso, że i jego dozorca nie mógł się powstrzymać od ciekawości zobaczenia pościgu i pobiegł nad rzekę, zostawiając go samego. Wówczas yerbatero skorzystał ze sposobności 170

i przysunąwszy się nieznacznie na grzbiecie do podrzuconego mu przedtem przeze mnie noża, w krótkim czasie zdołał rozciąć lasso, po czym dosiadł konia. Niestety, jeźdźcy, którzy jeszcze pozostali na brzegu, spostrzegłszy umykającego yerbatera, rzucili się za nim w pogoń. Major zaś, widząc, co się dzieje, w pierwszej chwili zawahał się, co czynić, czy ścigać Montesa, czy też puścić się śladem tych, którzy popędzili za mną na drugą stronę rzeki. Bardziej mu chodziło o mnie, niż o mego towarzysza, ale mógł być pewien, że mnie pochwycą jego podkomendni, którzy wydostali się na przeciwny brzeg i tam w poszu-kiwaniu za mną rozproszyli się. Ja zaś w owej chwili nie byłem daleko. Kiedy bowiem spostrzeżono mnie z przeciwnego brzegu, dla zmylenia pogoni pobiegłem chyłkiem w górę rzeki, pozostawiając miejsce, w którym się ukazałem, o wiele niżej za sobą. Ścigający nie spostrzegli mojego manewru i zwrócili się w kierunku owego miejsca, o co mi właśnie chodziło. Na brzegu były krzaki, stanowiące niezłą kryjówkę, ale nie na długo. Zdecydowałem się tedy, bez względu na niebezpieczeństwo, biec dalej w górę rzeki, uważając ten manewr za jedyny środek ocale-nia. Niewątpliwie sprzyjało mi osobliwe szczęście, bo chociaż padło kilka strzałów, jednak niecelnych, bolas zaś zaplątywały się w krzakach, nie dosięgając mojej osoby. Biegłem ze trzysta kroków w górę, dając się ciągle widzieć, po czym skręciłem na otwarty step, ginąc drabom z oczu wśród wysokich burzanów i zarośli. Był to z mej strony fortel, gdyż, zamiast podążyć w głąb stepu, zawróciłem chyłkiem ku rzece i zmyliwszy pogoń słyszałem tylko, jak moi prześladowcy z hałasem popędzili w step, myszkując wśród wysokich traw. Nieco poniżej z drugiej strony rzeki spostrzegłem majora, jak wyciągnięty w strzemionach, oglądał się to w jedną, to w drugą stronę, niepewny, dokąd się zwrócić. Nie będąc sam widzianym, dostrzegłem to wahanie i wpadła mi do głowy szalona myśl: gdyby go tak dosięgnąć i odebrać mu konia oraz wszystko, co mi zrabował. Zelektryzowany gwałtowną chęcią realizacji tego zamiaru, rzuciłem się do wody, a dawszy kilka-krotnie nurka, aby nie być spostrzeżonym, przepłynąłem rzekę z powrotem i już miałem wyskoczyć na brzeg, gdy major, postanowi-wszy dognać swą bandę dla uczestniczenia w pościgu za mną, wjechał w wodę na moim gniadoszu. Nie mogło być dla mnie lepszego obrotu sprawy. W kilku potężnych rzutach ramion z prądem rzeki znalazłem się tuż za nim i w chwili, gdy koń, przepłynąwszy rzekę, oparł się przednimi kopytami o stały grunt, ja trzymałem się już lewą ręką ogona swego gniadosza, a w prawej miałem nóż, przygotowany do walki. - Senior Cadera! - krzyknąłem, gdy obaj znaleźliśmy się na brzegu. Usłyszawszy głos, obejrzał się i aż zadrżał z zaskoczenia.
- Carramba\ Czy to pan?

- Ciszej, bo w przeciwnym razie tym oto nożem przebiję pana na wylot! - rzekłem i dodałem natychmiast: - Precz z mego konia! - Ani myślę! - odparł. - I jeżeli nie wypuścisz pan z rąk noża, będę strzelał. I przy tych słowach sięgnął ręką do rewolweru. Nie zdążył go już jednak wyjąć, gdyż chwyciłem go za pas i szarpnąłem z taką siłą, że zwalił się z konia na ziemię, a równocześnie złapałem konia za uzdę. Major, zerwawszy się natychmiast z ziemi, rzucił się na mnie, koń zaś począł wierzgać i omal mi się nie wyrwał. Nie było czasu na zastana-

wianie się, palnąłem więc przeciwnika w skroń z taką siłą, że się rozciągnął na ziemi, a następnie, trzymając wciąż konia za uzdę, wyrwałem powalonemu rewolwer z kabury i rzuciłem go daleko w trawę, po czym podjąłem z ziemi drugi, który przed chwilą mu wypadł i uczyniłem z nim to samo, jak również z szablą, którą odciąłem wraz z rapciami i złamałem. Pozbawiwszy przeciwnika w ten sposób broni, skoczyłem na mego gniadosza i przede wszystkim sięgnąłem do torby dla przekonania się, czy nic w niej z mych rzeczy nie brakuje. Znalazłszy wszystko, co mi zrabował, miałem się już najspokojniej oddalić, 172 gdy major, który miał widać twardą głowę, skoro po takim poczęstun-ku nie utracił na dłużej przytomności, zerwał się nagle i krzyknął:
- Stój! Jeżeli zrobisz choć krok, to...

Nie dokończył, gdyż, pomacawszy się po boku, nie znalazł ani rewolwerów, ani swej rycerskiej szabli. - Co? Jak, panie majorze? - odrzekłem, dobywając zza cholewy rewolwer. - Radzę panu mówić ciszej, bo poczujesz pan natychmiast sześć kuł w głowie. - Sześć kuł? - powtórzył zaskoczony, cofając się odruchowo. - Pan tego nie uczynisz. Obchodziłem się z panem bardzo oględnie...
O, tak! I chciałeś mnie pan rozstrzelać. Nie mogłem postąpić z panem inaczej, bo miałem taki rozkaz. Od kogo? Tego powiedzieć nie mogę. A jeżeli ja pana zmuszę do szczerości tym rewolwerem? Może mnie pan zastrzelić, mimo to nic panu nie powiem.

- Nie, to nie! Właściwie jest mi rzeczą obojętną, kto mnie chciał chwycić za kołnierz, skoro kołnierz ów mam jeszcze w całości.
- Ale ja go nie mam. Wydarł mi pan kawałek uniformu.

- O, przepraszam! Ale musiałem to uczynić dla odzyskania swojej własności. Mówiłem przecież panu jeszcze w obozie, że jest mi po-trzebny mój zegarek i pieniądze, a pan nie chciał w to uwierzyć. - Tak. Widzę teraz, że miał pan już wówczas na myśli dalszą podróż, nie zaś śmierć.
- To się rozumie.

- Diabolo\ - mruknął skonfundowany. - To pan już wtedy planował ucieczkę?
- To chyba zrozumiałe.

- Widzę, że z pana nie lada zuch! Ale, do licha, ja rozporządzam pięćdziesięcioma ludźmi! - Nic mi oni nie zrobią, a jeżeli pan jeszcze kiedyś spotkałbyś Europejczyka, to wiedz o tym z góry, że umie on dokazać więcej, niż 173 pięćdziesięciu pańskich gwardzistów.
- Hm! Wyglądasz pan istotnie na diabła.

- Ale na bardzo w tej chwili mokrego. Zresztą nie widzę potrzeby zaprzeczać pańskim twierdzeniom - rzekłem, uśmiechając się, po czym dodałem: - No, żegnam pana. Poszukaj pan swojej szabli i rewolwerów. Rzuciłem je tam, w trawę.
- Dokąd pan jedzie?

- Po co panu ta wiadomość? Czyżbyś chciał mnie ścigać?

Widziałem, że zaciskał zęby i hamował gniew, upokorzony, że go tak łatwo wystrychnąłem na dudka. Udając więc spokój i pewność siebie, rzekł wyniośle: - Uszedł pan tym razem z mej ręki, ale miej się na baczności, bo drugi raz nie pójdzie ci tak łatwo i zemszczę się za to, że mnie wyprowadziłeś w pole. - Owszem, nic nie mam przeciwko temu, ale odłóż pan to na później. Tymczasem... do widzenia! I po tym miłym pożegnaniu skierowałem gniadosza w wodę. Przepłynąwszy na drugą stronę, rozejrzałem się i ku wielkiej swej radości spostrzegłem, że Montesa nie było, a dwa kawałki pociętego lassa świadczyły wymownie, że udało mu się uciec. Gdy jednak podjechałem nieco dalej, zauważyłem ślady wielu kopyt końskich, a przypatrzywszy się tym śladom, doszedłem do wniosku, że przyjaciela mego ścigało co najmniej dziesięciu jeźdźców. Być może - pomyślałem - ludzie ci dogonili zbiega. A chociażby nie dogonili, to będą wracali ku rzece tą właśnie drogą, jaką ja sobie wytknąłem, to jest od estanc]iyerbatera. W zwyczajnych warunkach nie obawiałbym się tak szczupłej garstki przeciwników, tym bardziej, że miałem pod sobą wyśmienitego wierzchowca. Ale pamiętałem o tym, że niechybnie mają przy sobie bolas, przeciw którym nie ma ochrony. Ta prymitywna, ale dowcipnie pomyślana broń, jest niebezpieczniejszą od lassa, przed którym można się zastawić karabinem, nie dopuszczając do siebie pętli, a w ostateczności wystarczy nóż do rozcięcia rzemienia, 174 gdy się go ma już na sobie. Inaczej jest z bolas. Rzucają je pomiędzy tylne nogi konia w ten sposób, że ciężkie, metalowe kule, umieszczo-ne na końcu rzemienia, powalają rozpędzone zwierzę w jednej chwili, i wówczas nieprzyjaciel dopędza z łatwością swą ofiarę. Ucieczka moja była o tyle utrudniona, że cofnąć się było niepodo-bieństwem, bo mógłbym natknąć się na bandę, która, zwołana przez majora, przeprawiła się już prawdopodobnie w pościgu za mną na tę stronę rzeki. Na prawo i lewo ciągnęły się rozległe bagniste łąki, już przez to samo niebezpieczne. Pozostała mi zatem jedynie droga wprost przed siebie, a więc ta, którą nas uprowadzono. Ścisnąłem tedy konia ostrogami i popędzi-łem naprzód w pełnym galopie. Woda ociekała jeszcze ze mnie kroplami i tylko nogi miałem już suche. Wyjąłem więc zza pasa oddartą część uniformu majora, a wydobywszy stamtąd portfel i zegarek, schowałem je w cholewy. W kilka minut byłem już na wzgórzu, zarzuconym gęsto kamien-nymi głazami, skąd spostrzegłem oddział dążących ku rzece jeźdźców. Stało się więc, jak przewidywałem. Byli to ci sami żołnierze, którzy puścili się w pogoń za Montesem. Teraz powracali, trzymając go w środku między sobą. Dostrzegłszy mnie z dala, zatrzymali się, a poznawszy po ubraniu, pomknęli w pełnym galopie ku mnie. Wobec tego, że miałem pod sobą doskonałego rumaka, a dzieliła nas spora odległość, mogłem się ich nie obawiać, bo szkapy ich w żadnym razie nie doścignęłyby mego gniadosza. Popędziłem więc, jak wiatr, prosto ku północy, a za mną o jakieś siedemset kroków gnała banda z dzikimi okrzykami triumfu i gotowymi do rzutu bolas. Cie-kawe było to, że nie pędzili za mną w prostej

linii, lecz trzymali się w pobliżu pagórków, ażeby w ten sposób przyprzeć mnie do rzeki, skąd w każdej chwili mógł wypaść na mnie drugi oddział. Jakoż niebawem usłyszałem jeszcze liczniejsze okrzyki. Spojrzałem za siebie i spostrze-głem, że spośród nadrzecznych zarośli wypadł istotnie drugi oddział. 175 Obawy moje spełniły się. Major pozbierał swych ludzi, rozproszo-nych po tamtej stronie rzeki i przeprawiwszy się przez nią, pędził ku mnie co sił. Położenie moje stało się krytyczne. Za mną bagno, a z jednej i z drugiej strony pogoń. Obydwie grupy przybrały względem mnie kierunek ukośny, usiłując zabiec mi drogę. Bezpośrednio przede mną, na kierunku ucieczki, znajdowało się wśród rozległego stepu zupełnie odosobnione ranczo. Rzecz prosta, nie łudziłem się nadzieją, że tam w żabydowaniach znajdę schronienie, bo otoczono by mnie i prędzej czy później schwy-tano; ale, mając do rancza krótszą do przebycia przestrzeń, aniżeli moi prześladowcy i posiadając szybkiego, wytrwałego konia, liczyłem na to, że osiągnę go prędzej od nich i już nie będę miał pościgu z dwu stron, lecz tylko za sobą. Opryszki mieli w pogotowiu bo las i wywijali nimi ponad głowami, wrzeszcząc głośniej, niż to mają zwyczaj czynić atakujący Indianie. Major był pewien, że mu się nie wymknę. Gdybym miał przy sobie mój sztucer! Byłbym wówczas niezawod-nie dał radę całej bandzie napastników. Rewolwery w tej sytuacji były bez znaczenia. Podniosłem się w strzemionach i klepiąc rumaka po szyi, pędziłem jak wicher. Szlachetne zwierzę rozumiało mnie, przeczuwając instyn-ktem niebezpieczeństwo, nie mniej podniecająco działały na nie dzi-kie wrzaski pogoni, więc przestrzeń między mną a ścigającymi, zwię-kszała się z każdą sekundą. Dopadłem właśnie rancza, gdy nagle zaszumiało coś w powietrzu i tuż za mną upadły w trawę ciężkie kule bolas, potem dalsze, nie dosięgając mnie na szczęście. Byłem ocalony, a przynajmniej tak mi się zdawało. Ranczo było niewielkie, a naokoło niego wznosił się mur, poza nim zaś, wśród drzew, bielały ściany domu. W murze obwodowym znajdowała się szeroka brama wjazdowa, która w tej chwili była otwarta, a w niej stało kilku ludzi, przypatrując się ze zdziwieniem dzikiej pogoni 176 za mną. Jeden z mężczyzn wyglądał na duchownego. W chwili, gdy koń mój miał wpaść w ową bramę, mnich wybiegł przede mnie i rozkrzyżowawszy ręce, jakby mi chciał zagrodzić drogę, krzyknął:
- Stój! Tu pewna zguba!

Człowiek, należący do stanu duchownego, musiał chyba być go-dzien zaufania.

Obejrzałem się, a spostrzegłszy, że pogoń daleko, osadziłem konia
i zapytałem obcego:
- Jaka zguba? - Uciekasz przed tymi ludźmi? -Tak.

- Czy im pan czymś zawinił? -Uchowaj Boże! Nie wyrządziłem nikomu najmniejszej krzywdy.

Jestem podróżnym z Europy i jeszcze nigdy...
- Z Europy? - spytała obok stojąca kobieta. - Proszę tutaj, do

nas, ale prędko, bo rzucą za panem bolas! Ledwie to rzekła, gdy dwadzieścia kroków za mną znów upadły na ziemię bolas. Skoczyłem przez bramę na malutki dziedziniec rancza, po czym mieszkańcy szybko zaparli bramę i zaryglowali ją dwoma drągami. Do dziedzińca przypierał przyczółek murowanego domu, zaś mię-dzy tym przyczółkiem a murem obwodowym znajdowała się mocna i ciężka brama z tarcic, którędy wchodziło się do obszernego miejsca, ogrodzonego kaktusowym żywopłotem. Tu trzymano złośliwe, niepo-skromione byki.
- Więc pan jesteś z Europy? - pytała kobieta. - Jakże się cieszę,

że mogłam wyświadczyć panu przysługę i uratować w niebezpieczeń-stwie! - Dziękuję pani bardzo za tę przysługę. Jednak, daruje pani, na nic się ona nie przyda. Niebezpieczeństwo dla mnie bynajmniej jesz-cze nie minęło, a przy okazji pani i wszyscy domownicy mogą ucierpieć 177 z mojej przyczyny. - E, cóż znowu! Skoro brat Hilario jest z nami, nic nam grozić nie może. Wiesz pan coś o nim zapewne... - Nie wiem, pani. Nie znam tu nikogo. Wszak jestem w tym kraju zaledwie od czterech dni. W tej chwili za bramą usłyszałem wzmagającą się wrzawę, prze-kleństwa, a następnie gwałtowne dobijanie się do wrót. - Otworzyć! Otworzyć, bo wywalimy bramę! - wołano z zew-nątrz. Tu przystąpił do mnie wspomniany przez kobietę brat Hilario i zapytał: - Powiedz mi pan szczerze, i otwarcie, co zawiniłeś względem tych ludzi. Jeżeli mają do pana jakieś uzasadnione pretensje, spróbuję pośredniczyć pomiędzy panem a nimi; jeśli zaś napaść ich jest niesłu-szna, będziemy pana bronili, bo jako człowiek niewinny, znajdujesz się pan pod opieką Boga i musimy nieść panu pomoc.
- Zapewniam księdza, że nic nie zawiniłem. - Zapewnienie to, senior, nie jest wystarczające. - Zaraz opowiem księdzu, co spowodowało ich pościg za mną.

- Dobrze, senior, opowiesz mi później, a teraz podejdę rozmówić się z tymi ludźmi. Brat Hilario był potężnej budowy ciała, budzącej szacunek dla siły, a jednak twarz jego, o szlachetnym wyrazie i wielkich niebieskich oczach, odznaczała się niezwykłą łagodnością. Tym dziwniejszy z tą cechą duchownego kontrast stanowiło jego uzbrojenie. Na długim habicie wisiał

pas, zza którego sterczały dwa rewolwery wielkiego kalibru, tudzież długi nóż. Na nogach miał wysokie buty z ostrogami. W bramie, ku której się zwrócił brat Hilario, znajdowało się nie-duże okienko, którego otwór pokrywała drewniana zasuwa. Mnich odsunął ją, wyjrzał na zewnątrz i zapytał:
- Czego panowie sobie życzycie’! - Otworzyć! - krzyknął gromko major, którego głos natychmiast

178 poznałem.
- Coście za jedni? - Major Cadera z oddziałem gwardii narodowej. - Aha! W jakim celu dobijacie się z taką gwałtownością do bramy?

- Bo skrył się u was pewien człowiek, który został zasądzony na śmierć i przed samą egzekucją umknął.
Za cóż go zasądzono na tak surową karę? Za morderstwo, spisek i zdradę kraju. Któż to go sądził? Sąd wojenny. Z którego garnizonu?

- Do diabła! Bierzesz nas za żaków, że się w ten sposób wypytu-jesz! Nie jestem do tego przyzwyczajony. - Za to ja jestem przyzwyczajony do zbadania gruntownie każdej sprawy, która się o mnie opiera. Jeżeli mam wydać wam zbiega, to muszę się dowiedzieć, czy posiadacie prawo żądać wydania go w wasze ręce.
- Owszem, mamy prawo, bośmy go sami zasądzili.

Brat milczał przez chwilę, obserwując napastników przez otwór w
bramie, po czym rzekł: - Więc to wy sami założyliście sąd wojenny? Hm... Pomówimy o tym jeszcze, a tymczasem zapytam obcego, jak on się zapatruje na to wasze żądanie.
- Głupstwa pleciesz! Mielibyśmy tu czekać, zanim on wybaje wam

setki kłamliwych wykrętów? Na to nie mamy ani czasu, ani chęci, a jeżeli brama nie będzie w tej chwili otwarta, wyłamiemy ją przemocą i dostaniemy się do środka.
- Ba, ale my do tego nie dopuścimy!

- Spróbujcie! Jest nas pięćdziesięciu i nie będziemy się długo namyślali, czy wysadzić bramę, czy też puścić z dymem całą zagrodę. - Ależ, panie, nie tak groźnie! Tu są ludzie, którzy nie dadzą się niczym zastraszyć. Ja jeden nie boję się was wszystkich!

179
- Ach, tak? Z jakim to bohaterem mam do czynienia? - Brat Hilario...

- Aha, brat... to co innego. A wiesz ty, świątobliwy człeku, że przed mnichem nawet kura nie ucieka? Zresztą szkoda czasu na pustą gadaninę. Proszę bezzwłocznie wydać nam zbiega, bo weźmiemy go sami. - Zupełnie niepotrzebnie silisz się senior na rozkazy. Zapamiętaj to sobie, że ja tu jestem dowódcą! - No, no! Mnich dowódcą twierdzy... to paradne! Śmiać mi się chce z pańskich fantazji. Czym będziecie się bronili? - Przede wszystkim bronią moją będzie prosta przestroga: biada temu, kto, choćby najmniejszą krzywdę uczyni temu domowi, lub zechce grozić jego mieszkańcom! Tu, w tym domu, jest w tej chwili” konający człowiek! - A niech go diabli wezmą! Co on nas może obchodzić? Tyle chyba, co ty, mnichu! - Uprzedzam, że prócz imienia zakonnego, noszę jeszcze inne, które w całym niemal kraju jest znane. Brat Jaguar! Słyszał pan zapewne?
- Brat... Jaguar? - powtórzył major, przeciągając wyrazy.

Wśród bandy zaś na dźwięk tego imienia zapanowało milczenie. Mnich tymczasem zwrócił się do mnie ze słowami: - Jest pan tutaj zupełnie bezpieczny. Nie pozwolę nic złego panu uczynić.

Brat Jaguar
Nagły zwrot w mojej sytuacji, spowodowany przez brata Hilaria, jak też ostatnie jego słowa, wypowiedziane do mnie, wprawiły mnie w zdumienie. Skąd osoba duchowna, należąca zapewne do jakiegoś stowarzyszenia misyjnego, nosi tak egzotyczne nazwisko? Czyżby to był przydomek, charakteryzujący czyny tego człowieka? Jaguar należy do najniebezpieczniejszych zwierząt w Ameryce Południowej. Jeżeli więc ludzie nazywają tego zakonnika Jaguarem, to jest to prawdopodobnie usprawiedliwione. A jednak imię to nie harmonizowało z wyrazem jego twarzy. Tym bardziej więc zainteresował mnie swoją osobą, kryjącą pod dziwnym przydomkiem jakąś tajemnicę. Rozmowa brata Jaguara z dowódcą bandy przez okienko w bramie brzmiała groźnie i widać było, że mnich jest pewny siebie. A gdy zwrócił się do mnie, poznałem z jego miny, że gotów jest odważnie stanąć sam jeden wobec groźnego nieprzyjaciela i że nie wątpi o pokonaniu go, pomimo liczebnej przewagi. Podszedł teraz ponownie do otworu i rzekł opryszkom: - Zaczekajcie! Po upływie pół godziny powiem wam, co posta-nowiłem. Gdyby jednak w tym czasie poważył się ktoś z was bodaj palcem kiwnąć przeciw nam, pozna natychmiast bliżej brata Jagu-ara. Pamiętajcie! 181 Zamknął okienko i odwrócił się, a widząc mnie głaszczącego pie-szczotliwie gniadosza, który tak wiele uczynił dla uratowania mnie z niebezpieczeństwa, przystąpił bliżej i, ściskając mi rękę serdecznie, rzekł:

- Człowiek, który dobrze i łagodnie obchodzi się ze zwierzęciem, jest rzadkością w tym kraju. Widząc pańskie zachowanie względem konia, myślę, że należy pan do ludzi zacnych. Chodźmy do izby! Otworzył przede mną wąskie drzwi i weszliśmy do utrzymanej bardzo schludnie izby. Podłoga była wymyta jak stół, czyste były szyby w oknach oraz wszelkie sprzęty. Naprzeciw drzwi umieszczone było na ścianie wielkie lustro, a po obu jego stronach dwa obrazy - Matki Boskiej i Pana Jezusa w cierniowej koronie. W jednym rogu wznosił się wysoko piec kaflowy, a w drugim stała sofa, pokryta skórą. Już przy pierwszym wejrzeniu zdawało mi się, że jestem nie w Ameryce Południowej, lecz w Bawarii lub gdzieś w krajach alpejskich. Mili i bardzo uprzejmi byli też mieszkańcy tego domu. Kobieta, która tak skwapliwie zaprosiła mnie do rancza, liczyła najwyżej lat czterdzieści, mąż jej był starszy może o lat dziesięć. Mieli na sobie szwajcarski strój ludowy. Druga kobieta, którą zauważyłem po moim przybyciu, była służącą w tym domu, jej pochodzenie było niewątpli-wie indiańskie. Nie weszła ona z nami do izby, lecz zawróciła do kuchni, skąd dolatywał dźwięk garnków i talerzy. W izbie więc było nas czworo. Podczas gdy gospodarz f gospodyni zaprosili mnie do stołu, brat Hilario rzekł: - Dowiedział się pan przed chwilą, kim jestem, a teraz mam zaszczyt przedstawić panu gospodarzy tego domu, są to senior i seniora Burgli. - Ach, pochodzą państwo prawdopodobnie ze Szwajcarii? - zwróciłem się do gospodarza. Wnioskuję to z nazwiska i ubioru.
- Tak. Oboje jesteśmy rodowitymi Szwajcarami. - Bardzo mi miło poznać i przede wszystkim podziękować za

182 uratowanie z groźnego położenia. - No, nie było z panem tak źle, jak pan przypuszcza - uśmiech-nęła się kobieta. - Jak to? Przecież lada chwila mogłem być powalony przez bolas i dostać się w ręce opryszków. Gdyby mnie schwytali, już bym nie żył.
- Za cóż to uwzięli się tak na pana?

- Za rzekomą zdradę stanu i za morderstwo, które jakobym usiłował popełnić, a które nie było niczym innym, jak tylko odparciem zamachu, jaki na mnie w Montevideo przygotowano. - Zechce pan nam zapewne opowiedzieć swoje przejścia i przy-gody? - Z całą gotowością. Jest to zresztą moim obowiązkiem względem tych, którzy mi przynieśli pomoc w ciężkiej chwili. Opowiedziałem mym wybawcom wszystko, co mnie spotkało w tym kraju od czasu opuszczenia pokładu statku aż do ostatniej chwili. Gdy skończyłem, brat Hilario rzekł: - To ciekawe! Rzadki to wypadek, aby w tak krótkim czasie przeżyć tyle groźnych przygód. Wygląda na to, że śmierć urządziła pościg za panem.
- Gdybym chociaż wiedział, kto mi nastał na kark tych ludzi. - Może się jeszcze dowiemy. - Podejrzewam Ruda.

- Ja również. Ale mniejsza o to. Skoro bowiem nie zamierza pan zatrzymywać się dłużej w tym kraju, to obojętne jest, kto dybie na pańskie życie. Główna rzecz, to uwolnić się od niebezpieczeństwa.
- To będzie trudna sprawa. - Mam jednak nadzieję, że panu w tym dopomogę.

- A mnie się zdaje, że prześladowcy moi czekać tu będą na mnie, póki nie opuszczę waszego gościnnego domu.
- Jeżeli oczywiście nie zabraknie im cierpliwości.

- Będziemy bardzo radzi - wtrąciła gospodyni - mieć pana u siebie jak najdłużej. Szkoda tylko, że smutek gości w naszym domu. 183
- Czy ktoś jest chory? - zapytałem.

- Mój wuj - odrzekła. - Leży w drugiej izbie, zapewne zauważył pan. Istotnie kilka razy w trakcie mego opowiadania uszu moich doszły ciężkie westchnienia i jęki chorego.
- Czy ciężko chory?

- Tak. Trapi go nie tylko choroba ciała, ale i choroba duszy - odrzekła. - O wyzdrowieniu zaś nie ma mowy, katastrofa nastąpi prawdopodobnie w przeciągu kilku dni. Najgorsze jednak są jego cierpienia psychiczne, na skutek których nieszczęśliwy nie chce nawet słyszeć o pokarmie, ani o lekach.
- To nieszczęście. Utracił zapewne nadzieję?

- Nie sądzę, ale o ile mi się zdaje, coś go okropnie gnębi. Może nawet jakieś przewinienie, którego ciężar pragnąłby usunąć ze swego sumienia przed śmiercią, a brak mu na to odwagi. Przebywał długie lata w górach na Zachodzie, ale czym się właściwie trudnił, nie wiemy. Wspominał tylko, że zajęty był jakimiś poszukiwaniami szczątków zwierząt przedpotopowych, pozostających w ziemi, przy czym dorobił się pewnej kwoty i zakupił z nami do spółki to ranczo. Zanim zachorował, przebywał prawie zawsze w Kordylierach, a do nas zaglądał zaledwie na kilka tygodni dla wypoczynku. Ostatni raz przybył tu przed dwoma miesiącami, a był tak wyczerpany i zabiedzony, że się aż przelękliśmy. Od tej chwili leży chory, za życia już robi wrażenie trupa i bezustannie gnębi go przeczucie, że wkrótce umrze. - W takim razie powinniście państwo przedsięwziąć starania, aby uspokoić jego sumienie.
- Ma pan słuszność - wtrącił brat Hilario.

Nagle rozmowa nasza przerwana została dzikimi wrzaskami, które rozległy się na zewnątrz domostwa. Ranczero chwycił strzelbę i chciał wybiec z budynku, lecz brat Hilario powstrzymał go:
- Daj pan spokój! Obejdziemy się bez broni. Przypuszczam, że

184 nietrudno mi będzie uporać się z tymi ludźmi. Senior mażesz wyjść do nich razem z nami. Wyszliśmy na dziedziniec. Wierzchowca mego już V nie było, dowiedziałem się, że peon zaprowadził go na drugą stfonę domu, gdzie znajdował się obszerny korral dla koni. Napastnicy walili z zewnątrz w bramę i domagali się, by ich wpuścić do środka. Brat Hilario otworzył okienko, a major piorunującym głosem krzyczał:

- Do diabła! Jak długo będziemy tu czekali? Pół godziny już dawno upłynęło!
- Jeżeli nie macie czasu na czekanie, to sobie jedźcie z Bogiem.

- Owszem, pojedziemy, ale dopiero wówczas, gdy wyjdzie tu do nas cudzoziemiec.
- Ba, ale my go wam nie wydamy.

- Troszczyłbyś się, sługo Boży, raczej o sprawy duchowe, zamiast wtrącać się w nieswoje rzeczy. Muszę wracać do garnizonu i nie mam czasu wystawać tu godzinami.
- Któż was trzyma? Jedźcie sobie, gdzie wam nakazuje obowiązek.

Odczepiwszy się od nas, sprawicie nam prawdziwą przyjemność.
- Pojedziemy natychmiast, ale dawajcie tu cudzoziemca! - Tego nie uczynię.

- Nie? No to, zobaczymy. Daję wam pięć minut czasu do namysłu, i jeżeli nie wydacie nam zbiega, zabierzemy go sobie sań”.
- Drogo to was będzie kosztowało!

- Oho! Zdaje ci się, mnichu, że skoro ty go bronis?., jest on już bezpieczny. Nie łudź się, bo mi twoja zakonna godność jest zupełnie obojętna i nie zawahamy się postąpić z tobą tak samo, jak z naszym zbiegiem.
- Proszę! Spróbuj senior! Daję ci szansę!

Przy tych słowach brat Hilario zamknął okienko, odsunął rygle i rozwarł bramę na oścież. Ciężkie wrota pod ręką jego poruszyły się, jak kartki papieru. Teraz znaleźliśmy się wobec napastników oko 185 .-. ,. . , , , .., z niezdecydowaniem patrząc na w oko. Nie ruszyli jednak ku nafli^ . / r „i ...... . „,, .^ajor zawołał do podkomendnych: brata Hilana i na mnie. Wówczas v ‘ ‘ J _ . • , .< i- ^wa^m1 P°^z kieszenią! Bierzcie
- Tam stoi ten pies, który obel r -

go! _ ,..,.., . - (O mi się dziwne wobec dotychczaTb grubiańskie odezwanie, wyda» , . _ ,
. ... „lędem mnie. Przecież tak niedawsowego zachowania się majora wzg, , . „łowicka uprzeimego l dobrze wyno, usiłował nadać sobie pozory ci’ r J & J . , . « swej mocy. Teraz zmienił się chowanego, mimo ze miał mnie , . „,,” .^olwer, ten sam, który rzuciłem w diametralnie. Wydobył zza pasa re^ ‘ , . . , /a nim reszta. Lecz brat Hilario, trawę za rzeką i ruszył ku nam, a ‘

... ,,/yknął gromko:

zastąpiwszy mu drogę w bramie, kr-‘ - °
-Precz! •,,,...

_ . . ... .y jednak, nie bacząc na mnicha Żołnierze zatrzymali się, majot ^ usiłował przedostać się na dziedzin^ ‘
- „ , , ,^znie zakonnik, podnosząc rękę. - Precz, albo... - powtórzył gr’7 ‘r „<’(.<

, . . , . ii naprzeciw siebie, mocując się Major zatrzymał się i obaj siat r ‘ .11 -c wzrokiem. 1.1 , , ,. .
.,., ,,^^ha’ al6 prawdopodobnie wzrok Nie mogłem widzieć twarzy mu1

. , , , .. - , oficer rzekł po chwili: jego posiadał druzgocącą siłę, gdyż ... domu bez pozwolenia. Ponieważ
- No dobrze, nie wejdę do tego

, . . , , . -idzoziemca, wykonam wyrok na jednak wzbraniasz się wydać mi er miejscu.
.” z rewolweru. I podniósł rękę, mierząc do mni^

• . , , ,,/ał mnich ponownie. - Stój! Precz z bronią! - rozkaż r
,,^cił rękę. Alewsekundę podniósł Major, jak zahipnotyzowany, opu • j’ą znowu i wymierzył, mówiąc: , . ‘ .... (ios katabasowi i tego włóczęgę...

- Dosyć! Nie dam się wodzić za’ 6 w ,-..,, ... . . ,yiewaniej mnich wydarł mu silną Nie dokończył, gdyż najniespod^ . „ . „ . , , .... , ,”<iiec, a chwyciwszy śmiałka w pół, dłonią bron z ręki i rzucił na dziedzr J r „ . , . ... .Mardzo zresztą ostrożnie, na ławce jak lalkę, podniósł go i posadził, niev pod murem wewnątrz dziedzińca. ..... „ . „. , . , ;»;taty»a jeżeli się tylko ruszysz,

-Siedź tu człowieku zapanw •” ‘ „ •’ -‘ ^

porozmawiamy ze sobą inaczej! Zawarłszy następnie wrota, zaryglował je przed nosem pozosta-łych, bez najmniejszego z ich strony protestu. Major patrzył na to, jak osłupiały. - Masz pan, czego chciałeś - rzekł mnich do niego. - Żądałeś pan, by go wpuścić do środka, uczyniłem to. Proszę teraz powiedzieć, czym mogę służyć, ale krótko, bo szkoda czasu na długie gawędy. - Czy masz czas, czy nie, jest mi to zupełnie obojętne. Pozostanę tu, dopóki mi się spodoba. - Albo dopóki ja tego będę chciał! - rzekł Hilario. - Jeżeli bowiem zechcę się pana pozbyć, wyrzucę go przez mur na tamtą stronę... ot, tak! To mówiąc, chwycił majora w pół, podniósł w górę i zakotysał kilka razy w powietrzu. - Dios mio\ Wstrzymaj się! - wrzeszczał major. - Odejdę stąd sam. - Teraz już za późno! Oświadczam ci, że nie możesz ani pozostać tu wedle swego upodobania, ani się samowolnie oddalić. Od chwili bowiem, gdy posadziłem cię na tej ławce, jesteś moim jeńcem. Major spojrzał na Hilaria z osłupieniem, po chwili zerwał się z ławy i krzyknął:
- Co to ma znaczyć? Jakim prawem śmiesz mnie więzić?

Brat Hilario wziął go za ramię i ponownie posadziwszy siłą na ławie, rzekł: - Kieruję się tym samym prawem, jakim aż do tej chwili rządziłeś się ty, odbierając wolność cudzoziemcowi... mianowicie prawem sil-niejszego, z tą jednak różnicą, że mam pewniejsze podstawy do uwięzienia ciebie, aniżeli ty miałeś względem tego obcokrajowca. Bo on nie uczynił nic takiego, co upoważniałoby was do targnięcia się na jego wolność, jak również nie zawinił w niczym jego towarzysz, ty zaś nie tylko samowolnie, ale i bezprawnie pozwoliłeś sobie na wymierzanie sprawiedliwości ludziom niewinnym, a nam groziłeś bronią 187 oraz spaleniem rancza. - Proszę pamiętać, że jestem majorem, a wkrótce osiągnę rangę pułkownika!... - Zupełnie mi to obojętne. Zresztą, porywając się na osoby bezbronne i niewinne, znieważyłeś swój mundur i honor. Skazując na śmierć człowieka niewinnego, zamierzałeś go stracić, wobec czego jesteś raczej bandytą i katem w jednej osobie, niż oficerem. Awreszcie cudzoziemiec ów złamał twoją szablę, jesteś więc, jako oficer, zhań-biony...
- Senior! - ryknął major, zaciskając pięści i zrywając się z ławy.

- Milczeć i siedzieć spokojnie! Możesz poruszać się z miejsca jedynie wówczas, gdy ci na to pozwolę! - odrzekł mnich, przygniata-jąc gościa żelazną dłonią do ławki. Nieszczęsny major, którego ambicja podrażniona była w najwy-ższym stopniu, nie wiedział, czy się ma złościć, czy też zupełnie poddać. Pierwsze wydawało się bezskuteczne, drugie zaś uwłaczało jego honorowi, o ile oczywiście posiadał go jeszcze. Przy tym tak zachowaniem swoim, jak

również i ubiorem, przemokniętym i na pół podartym, nie czynił nadzwyczajnego wrażenia, budząc raczej polito-wanie.
- Czego wy chcecie ode mnie? - spytał, wybałuszywszy oczy.

- Będziesz ukarany za usiłowanie zamordowania cudzoziemca i za groźbę podpalenia.
- Do diabła! Wy... macie mnie ukarać?

- Nie inaczej. Tymczasem zaś racz wyrażać się przyzwoicie, bo żadnych grubiańskich wykrzykników nie ścierpię. - Cóż to? Naprawdę uważasz się za kogoś, mającego władzę nade mną? - Tak jest w istocie. Przestępstwo, którego się dopuściłeś, impro-wizując sąd wojenny z naruszeniem ustaw, daje mi władzę nad tobą i jeśli obaj poszkodowani wniosą skargę, poniesiesz surową karę.
- Nie zapominaj, z kim masz do czynienia. Wymieniłem przecież

188 swoje nazwisko i godność.
- Ba, ale ja ci nie wierzę.

- Do diab... chciałem powiedzieć... Co to ja chciałem powie-dzieć?... Czyżbyś śmiał... to jest czyżby brat nie ufał mym słowom? Chyba mnie słuch myli... - Mogę to jeszcze powtórzyć, abyś dobrze zrozumiał: nie wierzę, abyś był tym, za kogo się podajesz.
- To obraza mojej godności!

- Jeśli ją masz. Armia naszego kraju jest tak nieliczna, że nazwiska wszystkich wyższych oficerów można na poczekaniu wyliczyć z pamię-ci i pochlebiam sobie, że znani mi są wszyscy osobiście. „Major Cadera” jednak to dla mnie coś zupełnie nowego.
- Źle brata poinformowano...

- Wiem co mówię! Ponadto znam pewnego człowieka, imieniem Enricio Cadera, jednego z owych wichrzycieli argentyńskich, którzy sieją zamęt, gdzie się da. Jak mi opowiadano, gromadzi on oddziały, niewiadome w jakim celu i nieraz zapuszcza się do naszego kraju. Co ciekawsze, że gdzie się tylko ów opryszek pojawi, hodowcy ponoszą znaczne straty w stadninach. - O czymś podobnym nie słyszałem - odparł major, spoglądając wilkiem na zakonnika. - Jak to? Pan, będąc oficerem, nie słyszałeś o tym bandycie? To szczególne! Jeżeli jesteś istotnie wyższym oficerem, to z urzędu mu-siałeś być poinformowany o tym, że rząd Urugwaju wysłał oddział wojska przeciw temu koniokradowi. Wobec faktu, że o tym nic nie wiesz, umacnia się moje podejrzenie co do tożsamości twojej osoby i tym bardziej czuję się w obowiązku zatrzymać cię tutaj. - Powiększysz w ten sposób karę, jaka cię spotka za targnięcie się na moją wolność. - Ślicznie! Aby zaś ułatwić ci pociągnięcie mnie do odpo-wiedzialności, wyślę w tej chwili posłańca do Mercedes, gdzie, jak ci zapewne wiadomo, stoi obecnie wojsko. Rzecz prosta jednak, że dla 189 uniknięcia nieporozumień zatrzymam cię tutaj aż do nadejścia od-działu z owego garnizonu. Na to oświadczenie brata Hilaria major, jakby ukłuty przez skor-piona, zerwał się z ławy i krzyknął:

- Do stu diabłów! Ja na to nie pozwolę! - Czy sądzisz, że odwiedziesz mnie od tego przemocą?

- Tak! Niech tylko rozkażę, a moi ludzie zburzą to wasze parszywe ranczo. - A więc użyjesz gwałtu, aby się stąd wyrwać? Obawiasz się wojska? Ślicznie! Dałeś w tej chwili najlepsze o sobie świadectwo. Nie myliłem się. Jesteś dowódcą owej bandy opryszków argentyńskich, która kradnie naszym obywatelom stadniny i przeciw której wysłano wojsko. Zatrzymuję cię więc tutaj aż do powrotu posłańca, którego zaraz wyprawię do Mercedes. - Wysyłaj, jeżeli zdążysz - krzyknął i skoczył ku miejscu, gdzie leżały jego rewolwery, odrzucone przez mnicha. Na to byłem przygotowany. Wyprzedziwszy go, pchnąłem w bok, aż się zatoczył, i jak pijany padł na ławkę całym ciężarem ciała. Zerwał się natychmiast i skoczył ku mnie, jak wściekły. Ale brat Hilario chwycił go za ramię i z taką siłą posadził z powrotem, iż zdawało się, że w ciele opryszka zagrzechotały wszystkie kości. - No, przekonaliśmy się teraz, co jesteś wart - rzekł mnich. - „Radzę pogodzić się z losem, bo opór na nic się nie zda. Należymy do tych ludzi, którzy nie boją się bandytów, a nawet mają dosyć siły, aby oddać ich w ręce sprawiedliwości... to znaczy, nie tylko ciebie, ale i całą bandę uwięzimy, abyście po trudach wypoczęli sobie pod klu-czem. - Jestem bardzo ciekaw, jak się do tego zabierzecie - odparł szyderczo major. - W sposób zupełnie prosty. Zwabimy ich wszystkich tu na dziedziniec, a następnie wypuścimy na nich byki, które znajdują się za tym ogrodzeniem. Zobaczysz, jakie będą mieli miny twoi 190 bohaterowie na widok owych miłych zwierząt. Gdy na te słowa major uśmiechnął się sceptycznie, Hilario rzekł: - A może ci się zdaje, że żołnierze nie dadzą się zwabić tu, do środka? W tej chwili wszyscy oni pozsiadali z koni i nie są przygoto-wani do natychmiastowej ucieczki. Wystarczy, gdy otworzę bramę od strony ogrodzenia i wypuszczę na nich gromadę byków. Zobaczysz, że w takich okolicznościach nie uratuje się ani jeden żołnierz. Czy mam spróbować tej sztuki, panie majorze? To mówiąc, zawrócił ku ogrodzeniu, jakby chciał je otworzyć. - Na miłość boską! - krzyknął Cadera. - Byki rzucą się przede wszystkim na nas! - Rozumie się. Ale ranczera i mnie znają doskonale, cudzoziemca zaś zasłonimy przed nimi i w taki sposób ty jeden będziesz wystawiony na atak. Co więc wolisz, albo byki rozniosą cię na swoich rogach, albo też zaczekasz spokojnie, dopóki nie przybędzie wojsko z Mercedes? Jedno z dwojga. Oszczędzać zbójów nie mam zamiaru.
- Ja zaś nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Puśćcie mnie!

- Hm, może nawet zgodziłbym się spełnić twoją prośbę pod warunkiem, że zwrócisz nam jeńca. - Tego nie doczekacie się nigdy i proszę mnie puścić! To niesły-chane bezprawie.
- A ty zatrzymując seniora Montesa, nie popełniasz bezprawia?

Zresztą nie będę się z tobą sprzeczał o to, kto z nas właściwie je popełnia, bo kwestia ta wyjaśni się jak tylko przybędzie wojsko z Mercedes. Senior Burgli, wybierz mi pan rozgarniętego peona i dobrego konia.

- Owszem, zaraz to uczynię, znajdzie się i peon i koń - odrzekł ranczero, który aż do tej chwili przypatrywał się całej scenie w milcze-niu. - Każ pan natychmiast osiodłać konia, a ja tymczasem napiszę parę słów do komendanta garnizonu w Mercedes. Ponieważ zaś ta banda opryszków wciąż jest przed bramą i gotowi go zatrzymać, niech 191 więc wyjedzie tylną bramą, tak, aby go nie spostrzeżono. Burgli skierował się ku drzwiom izby, a major, widząc, co się święci, krzyknął: - Zaczekajcie! Jeszcze jedno słowo! Nie obawiam się wojska z Mercedes, bo to moi koledzy; ale gdyby zastano mnie tu, niejako w niewoli, byłbym ośmieszony. Aby więc tego uniknąć, zgadzam się na propozycję i oddam wam Montesa, ale, rzecz prosta, gdy mnie stąd wypuścicie. Mnich poruszył głową przecząco i odpowiedział: - Mowy nie ma. Będzie tak, jak powiedziałem. Otworzę bramę, aby żołnierze mogli cię widzieć, a wówczas rozkażesz im przyprowa-dzić tutaj Montesa. Jak tylko jeniec znajdzie się z tej strony wrót, będziesz mógł sam stąd odejść. Co ty na to?
- Dobrze, zgadzam się.

- Ba, ale musisz jeszcze dać słowo, że znikniesz stąd natychmiast ze swymi ludźmi. Przyrzekniesz to pod przysięgą? Major skinął głową na znak, że się zgadza. - A więc otwieram bramę - rzekł mnich i odsunął rygle, a otwarłszy oba skrzydła wrót, stanął pośrodku. Żołnierze siedzieli opodal na trawie, a między nimi leżał Monteso. Na ten widok Cadera uśmiechnął się ironicznie, ja zaś, spostrzegłszy to, zbliżyłem się ku niemu, by mieć go na oku. Okazało się, że miałem rację, gdyż, widząc przed sobą otwartą drogę, skoczył ku wyjściu, chcąc uciec. Pomylił się jednak w swych obliczeniach, gdyż w jednej sekundzie chwyciłem go za kołnierz i rzuciłem nim o ziemię, aż jęknęła.
- Na pomoc! Do mnie! - krzyknął do swoich.

Ruszyli się natychmiast na ratunek swemu dowódcy, ale zakonnik w jednej chwili powstrzymał ich.
- Stać! Nie ruszajcie się! - rozkazał groźnie.

Napastnicy stanęli, jakby ich jakaś magiczna siła przygwoździła do ziemi. Tajemniczą tą siłą był paraliżujący przeciwników wzrok 192 mnicha. - Kłamco! - zwrócił się do majora. - Mienisz się oficerem, a brak ci poczucia honoru! Cóż znaczy twoje słowo, skoro je łamiesz? Powinienem ci za to wygarbować skórę i dziękuj okolicznościom, że nie mam na to czasu! Czy wydasz nam Montesa? Decyduj się natych-miast!
- Wydam; - wycedził przez zęby - ale mnie puśćcie!

- O, nie! - rzekłem, przyciskając mu piersi kolanami. - Naj-pierw daj rozkaz!
- Ha, no, niech go tu przyprowadzą.

Zmusiłem bandytę, aby rozkaz ten powtórzył głośno, tak, by go posłyszeli jego ludzie, a w chwilę później Monteso był już między nami. - Teraz puśćcie mnie, skoro spełniłem warunek! - stękał bandy-ta, oddychając z trudem pod moim kolanem. - Owszem, uczynimy to, ale wprzód powtórz raz jeszcze oficerskie słowo, że oddalisz się natychmiast i nie przedsięweźmiesz względem nas żadnych nieprzyjaznych kroków. - Dobrze, daję na to słowo honoru, że opuszczę tę okolicę zaraz i nic przeciw wam nie przedsięwezmę.
- Aha, jeszcze jedno. Masz zwrócić konia yerbaterowi. - Weźcie go sobie, ale prędko, bo mi się śpieszy.

Monteso przyprowadził swego wierzchowca, po czym puściłem majora na wolność. Wyrwał się, jak ptak z klatki, a wskoczywszy szybko na siodło, natychmiast odjechał ze swymi ludźmi. Mnich był na tyle przezorny, że wysłał za nimi potajemnie jednego z gauczów dla przekonania się, czy istotnie odjechali i czy nie zechcą zagrodzić nam drogi, gdy będziemy wracali do estanc] [yerbatera. Po jakimś czasie gauczo wrócił i oznajmił nam, że banda przepra-wiła się na tamtą stronę rzeki, co świadczyło, iż przynajmniej na razie zrezygnowała z prześladowania nas.

Przez cały ten czas żona ranczera wyglądała zaniepokojona zza
193 firanki na dziedziniec, a jednak, gdyśmyweszli do izby, zastaliśmy suto zastawiony na nasze przyjęcie stół. A że byliśmy głodni, jak wilki, więc nie daliśmy się długo prosić. Podczas posiłku rozmowa toczyła się oczywiście na temat całej tej przygody. Monteso z najwyższym wzbu-rzeniem opowiadał, w jaki sposób uciekł i jak go ponownie schwyta-no. Nóż, który mu rzuciłem, był dla niego ratunkiem. Dosiadłszy konia, pędził co tchu i byłby niewątpliwie uszedł, gdyby nie przypadek. Koń jego, potknąwszy się na kretowisku, padł na ziemię i zanim ponownie zdążył wskoczyć na siodło, żołnierze dopędzili go i schwy-tali za pomocą bolas. - Ale, ale! - zapytałem mnicha. - Dlaczegóż to wielebny kazał mi schronić się w ranczu, i co miał na myśli, ostrzegając mnie, że pędzę na swoją zgubę? - Bo po tamtej stronie rancza znajduje się rzeczka, wpadająca do Rio Negro. Nie mógłbyś pan przedostać się przez nią, gdyż brzegi jej są tak bagniste, że byłbyś niezawodnie ugrzązł i został natychmiast schwytany. Są tam wprawdzie miejsca, nadające się do przebycia, ale pan ich na pewno nie znasz. Zatrzymałem więc pana tutaj, i widzisz, jaki obrót sprawa wzięła -jesteś uratowany. - Ale przypuszczam, że nie na długo. Nie wierzę tym typkom, a szczególnie ich dowódcy. Choć przyrzekł pod słowem dać nam spokój, to nie czuję się zabezpieczony przed napaścią i rad bym sam pojechać ku rzece, by przekonać się naocznie, że zbóje naprawdę opuścili te okolice. - Szkoda na to czasu. Niech pan będzie najzupełniej spokojny, bo nic już panu nie grozi. Opryszki popędzą co sił, by się wydostać poza granice Urugwaju.
- Czy są to rzeczywiście Argentyńczycy?

- Jestem pewien. Przybyli w nasze strony kraść konie, a że dowie-dzieli się od nas o wojsku, stacjonującym w Mercedes, więc zmykają stąd, jak zające.

W tej chwili posłyszeliśmy głos z sąsiedniej izby. Brat Hilario
194 pośpieszył tam natychmiast, a powróciwszy niebawem, oznajmił mi, że chory chce rozmawiać ze mną. Słyszał on naszą rozmowę i dopyty-wał się o bliższe szczegóły napadu. Zainteresowało go to, że jestem Europejczykiem i pragnął zamienić ze mną choćby kilka słów. - Niech mu pan nie odmawia - prosił Hilario. - Biedny ten człowiek jest naprawdę godzien pożałowania, ma na sumieniu jakieś ciężkie przewinienie, ale mimo wielu wysiłków z mej strony nie udało mi się uspokoić go bodaj odrobinę. Może pan będzie miał więcej szczęścia ode mnie.
- Czyżby brat naprawdę obiecywał sobie po mnie aż tak wiele?

- Nie, panie; nie żądam, abyś mu udzielał jakichkolwiek rad duchowych lub wskazówek. Ale pochodzi on również z Europy i gdy zobaczy się z Europejczykiem, być może, rozmowa z nim uspokoi go. Niedługo już jego życia; może kilka dni, a może nawet mniej; nie można więc odmawiać mu tej drobnej pociechy. Bardzo możliwe, że przed panem, jako współziomkiem, otworzy on swe serce. Zobaczymy zresztą... Udałem się do przyległej izby, miło i schludnie urządzonej. Było to - coś w rodzaju izby góralskiej, mającej w sobie coś odświętnego i uroczystego. Wśród innych mebli stało pianino, które, jak się później dowiedziałem, gospodarz wygrał na loterii dobroczynnej w Montevi-deo i zabrał do domu, mimo że nie umiał na nim grać. Chory leżał w łóżku na czystej pościeli. Oczy miał wpadnięte głęboko, policzki wychudłe, a głowa świeciła łysiną. To wszystko razem czyniło ją podobną do trupiej czaszki. Miałem wrażenie, że wydaje ostatnie tchnienia. Na pozdrowienie moje nie odpowiedział zrazu, lecz przez dłuższą chwilę przypatrywał mi się badawczo. I być może, że odkrył w mej twarzy to, czego pragnął, gdyż, kiedy podszedłem bliżej do łóżka, wyciągnął ku mnie obie wychudłe ręce i rzekł, siląc się na uśmiech: - Witam pana serdecznie. Wiem, że odwiedzanie umierających nie należy do przyjemności, ale czasem trzeba się zdobyć na to 195 poświęcenie. Rad bym zasięgnąć pańskiej opini w pewnej sprawie, czy jednak będzie pan względem mnie szczery? - Ależ rozumie się. Może pan być pewny, że odpowiem otwarcie na każde pytanie.
- Cieszy mnie to. Od pańskiej odpowiedzi zależy bardzo wiele...

Mówił przerywanym głosem, oddychając ciężko i głęboko, tak, że pierś wznosiła mu się wysoko i opadała. Podsunąłem choremu podu-szkę, by się o nią oparł i podniósł nieco głowę, co mu trochę ulżyło. W chwili, gdy przysuwałem sobie krzesło do łóżka, by usiąść, chory przyglądał mi się z tą samą przenikliwością, co przedtem, jakby chciał zgłębić dno mojej duszy. Współczułem nieszczęśliwemu. - Proszę mówić swobodnie i otwarcie - rzekłem. - Wyobraź pan sobie, że jestem najżyczliwszym jego przyjacielem. - Muszę umrzeć - zaczął. - Wiem to, przeczuwam... Zresztą rad uwolnię się już z tego padołu... Ale, niestety, duszę moją przygniata olbrzymi ciężar i przemocą chce ją w ciele zatrzymać. Pan należy do wierzących, czy też jest ateistą?

- Zaliczam się do tych pierwszych, ale i dla drugich mam zrozu-mienie. Żywię przekonanie, że dusza ludzka może osiągnąć wolność jedynie przez wiarę. - Przepięknie. Takiego właśnie człowieka pragnąłem spotkać przed śmiercią. Co pan sądzi o przysiędze? Było to bardzo wiele mówiące pytanie. Domyśliłem się, że sumie-nie nieszczęśliwego obciąża jakaś przysięga, lub też może przyrzekł dochować jakiejś tajemnicy, a teraz, przed śmiercią, napełnia go to trwogą. Nie odpowiedziałem zaraz, a chory dodał:
- Może pan jej w ogóle nie uznaje?

- Przysięga jest świętym przyrzeczeniem w obecności Boga, jako świadka. Kto ją złamie, winien jest jego obrazy.
- Sądzi więc pan, że przysięgi należy bezwarunkowo dochować? - Tak, bezwarunkowo.

196 - I ja byłem tego samego zdania - rzekł smutno. - Dlatego też ciężar, który mnie gniecie, nie jest do usunięcia.
- Ba, ale czy pan przysięgał dobrowolnie? - Nie, nie dobrowolnie! - Zmuszono więc pana do tego! Ja nigdy nie dałbym się zmusić

do złożenia przysięgi.
- Nawet pod grbźbą śmierci? - Tak, nawet, gdyby mi zagrożono śmiercią. - I wolałby pan raczej umrzeć?

- Hm... na to pytanie trudno odpowiedzieć bez namysłu. Trwoga przed śmiercią może bowiem być silniejsza, niż wola, zależy to od okoliczności. Co do mnie, w każdym razie wytężyłbym wszystkie siły w celu wydobycia się z podobnego położenia. Gdyby jednak wyjścia takiego nie było, to wymuszone na mnie pod grozą śmierci przyrze-czenie mogłoby mnie obowiązywać tylko wówczas, gdyby nie sprzeci-wiało się przykazaniom bożym i dobru bliźniego. Gdyby zaś przyrzeczenie moje miało osłaniać jakąś zbrodnię, to oczywiście nie czułbym się nim związany.
- Czy mówi pan to z przekonaniem? - Tak. Przysięga, zmuszająca mnie do grzechu sama jest grzechem,

i to bynajmniej nie powszednim. - Niesie mi pan ulgę - szepnął chory. - Byłem świadkiem zbrodni. Złoczyńca napadł na mnie i zmusił do przysięgi, mocą której zobowiązałem się nawet na łożu śmierci nie zdradzić tajemnicy.
- Jakaż to była zbrodnia?

- Morderstwo. Pewien przewodnik zabił podróżnego w czasie przeprawy przez Kordyliery. Podróżnym tym był człowiek duchowny. Obaj przybyli z Peru. Przypadkowo znajdowałem się w pobliżu i byłem świadkiem mordu.
- I nie mógł pan temu przeszkodzić?

- Nie, było już za późno. Dzieliła mnie od miejsca zbrodni stroma

skała. 197
- A nie można byto odstraszyć mordercy krzykiem?

- Wolałem. Ale on, widząc, że nie mogę dostać się do niego, odpowiedział mi na wołanie śmiechem i na moich oczach dobił swą ofiarę.
- Nie miał pan karabinu?

- Owszem, miałem, ale zabrakło mi amunicji. Puściłem się nastę-pnie w pogoń za mordercą, by go pochwycić i oddać w ręce władzy. Ale za mało byłem ostrożny. Drab zaczaił się na mnie w pewnym miejscu nad przepaścią, powalił na ziemię i byłby niezawodnie zamor-dował, gdyby nie wzgląd na to, że znaliśmy się przedtem osobiście.
- Więc nie rozpoznał go pan od razu?

- W chwili mordu nie mogłem dokładnie widzieć twarzy zbrod-niarza, bo dzieliła nas spora odległość. Dopiero później rozpoznałem go. W pierwszej chwili chciał mnie zamordować, ale gdy mu przypo-mniałem, że winien mi jest wdzięczność za pewną ważną przysługę - którą mu oddałem, darował mi życie pod warunkiem, że do grobu dochowam tajemnicy. Byłem wyczerpany fizycznie, nie mogłem się bronić, trudno mi też było zebrać myśli wobec grożącej śmierd. ‘ Przysiągłem więc i przysięga ta prześladuje mnie bezustannie aż do tej chwili, jak krwawy upiór. Zamilkł wyczerpany i chwilę odpoczywał. Wyznanie nieszczęśliwe-go wziąłem głęboko do serca i przyszedł mi na myśl ów sendador, o którym opowiadał mi Monteso. Wszak ów sendador prowadził rów-nież przez Kordyliery jakiegoś mnicha, który podobno, umierając w drodze, przekazał mu tajemnicę. Czy nie jest to przypadkiem jedna i ta sama sprawa? Czy ów sendador nie jest właśnie zabójcą zakonnika, któremu wydarł kipu?
- Czy nie mógłby mi pan wymienić nazwiska owego zbrodniarza? - spytałem.

Chory przecząco poruszył głową i takim samym ruchem odpowie-dział na pytanie co do nazwy miejscowości, gdzie zbrodnia została dokonana. 198 - Może panu wiadomo, z jakiego powodu ów człowiek zamordo-wał zakonnika? Może chodziło mu o jakieś papiery, w których mie-ściła się wiadomość o zakopanych przez Inków skarbach? - Wielki Boże! - szepnął chory. - Pan wie o tym? W jaki sposób posiadł pan tę tajemnicę?
- To tylko wniosek, jaki wysnuwam z pańskiego opowiadania.

Zakonnik ów zmierzał do Dominikanów w Tucman? Nieprawdaż?
- Wie pan wszystko!... Boże! - szeptał chory. - Morderca zaś jest słynnym przewodnikiem?

- Nawet to panu wiadomo! Ale, przecież ja nic konkretnego nie powiedziałem panu, nie zdradziłem tajemnicy ani jednym słowem...
- Tak, ale ja wiedziałem o wszystkim już przedtem.

Powiedziałem to umyślnie, by uspokoić chorego i nie dać mu czasu na rozmyślania. Następnie zagadnąłem: - A więc tylko to ciąży panu na sumieniu? Na twoim miejscu, przyjacielu, dawno już byłbym się pozbył tej troski. Należało zasięg-nąć porady spowiednika i to właśnie jest jedynym pańskim

grzechem, że tego zaniedbałeś. Nie ma tu, co prawda, księdza, ale możemy przecież wezwać brata Hilaria. On panu na pewno poradzi życzliwie i dobrze.
- Nie mogę...

- Owszem. Przecież sprawa ta przestała już być tajemnicą, skoro na przykład ja wiem tyle, co i pan. Brat Hilario zaś należy do ludzi godnych i dochowa tajemnicy tak samo, jakby to była spowiedź. Jestem pewien, że odpowiedź jego na pańskie pytania będzie ta sama, co i moja. - Ostatecznie muszę przyznać panu słuszność - rzekł po dłuższej chwili milczenia. - Jednak nie wie pan jeszcze wszystkiego. Senda... co to ja chciałem... Mniejsza z tym... Ów morderca powiedział mi wiele innych rzeczy. - Ta okoliczność nie czyni już różnicy w całej sprawie. Nie idzie tu bowiem o to, co pan powinien przemilczeć, ale o to, że już nie wiąże 199 pana przysięga co do tajemnicy, która jest mi wiadoma. Zresztą w obliczu śmierci powinieneś pan być szczery. Nie mówię tego od siebie, lecz stawiam się w położenie pana, bardzo ciężkie i smutne, i zaręczam słowem honoru, że będąc na pańskim miejscu, nie wahałbym się ani chwili uczynić wyznania. Przesunął wyschniętymi palcami po brzegu łóżka, opuścił bezwład-nie głowę na bok i rzekł:
- Namyślę się nad tym.

- Niech pan nie zwleka. Każdego z nas czeka chwila, w której za późno już na jakąkolwiek zwłokę.
- Śmierć? - westchnął. - Czy pan się jej boi? -Nie!

- Domyślam się, że nie brak panu odwagi, by zajrzeć jej w oczy, ale mam tu na myśli coś innego, mianowicie to, co oczekuje nas poza grobem. - Rozumiem pana. Śmierć sama jest dla ludzi wierzących aniołem wybawicielem, posłanym przez Boga w celu odszukania zaginionego dziecka i zaprowadzenia go do domu ojca. Kto więc spełnił uczciwie swoje obowiązki tu, na ziemi, może bezpiecznie i z ufnością w miło-sierdzie Boże, zamknąć oczy na sen wieczny. Chory milczał przez czas dłuższy z przymkniętymi oczyma, rozmy-ślając najwidoczniej. Prawdopodobnie przywodził sobie na pamięć całe życie i obrachowywał się z sumieniem. Wreszcie otworzył oczy i odezwał się: - Tak, ma pan słuszność. Poradzę się zakonnika. Proszę go przy-wołać. Spełniłem natychmiast to życzenie i Hilario wszedł niebawem do chorego, ja zaś pozostałem w pierwszej izbie. Po upływie godziny, gdy zakonnik wyszedł ze świetlicy, zauważyłem na jego poważnej twarzy coś, jakby przebłysk radości. Podał mi rękę, mówiąc:
- Prosił o księdza, trzeba natychmiast posłać do Montevideo.

200 Najważniejsze jednak jest to, że chory jest już spokojny. Oświadczył mi, że pragnąłby zobaczyć się jeszcze dzisiaj z panem i prosił, aby go pan odwiedził.
- Ależ my musimy zaraz wracać do estancji - wtrącił Monteso.

- Możecie tu jeszcze zostać, - odparł ranczero - przecież rozporządzacie własnym czasem. , I wyszedłszy na dziedziniec, wydał rozkaz jednemu /. gauczów, aby pojechał po księdza. Na prośbę gospodyni i mnicha obiecałem pozostać do jutra. Mon-teso jednak nie dał się namówić. Zresztą nie dziwiłem się jego pra-gnieniu powrotu do domu, gdyż niewątpliwie niepokojono się już o niego. Ze względu jednak na mogące go spotkać w drodze niebezpie-czeństwo, ostrzegłem go: - Lepiej by pan zrobił, zostając tutaj. Nie wierzę tym pseudożoł-nierzom, może spotkać pana z ich strony przykra niespodzianka.
- Przecież oni są już daleko, więc nie ma powodu się obawiać.

- A jednak radziłbym, abyś pan poprosił gospodarza o kilku peonów, jako eskortę, aż do miejsca, gdzie pan byłby już bezpieczny. - To niepotrzebne. Zresztą słońce wnet zajdzie i nie mam czasu czekać, zanim peoni będą gotowi do drogi. Nie mogąc przekonać yerbatera, poprosiłem sam gospodarza, aby mu dał eskortę, na co ten się zgodził. Obiecawszy powrócić po mnie nazajutrz rano, Monteso odjechał. Niestety, po upływie kwadransa eskorta wróciła, oświadczając, że yerbatero odprawił ich, gdyż nie chce się narażać na śmiech i uchodzić za tchórza, potrzebującego opieki. Żałowałem teraz, że mu nie narzuciłem swego towarzystwa przy-najmniej do połowy drogi, owładnęło mną jakieś złe przeczucie. Rozejrzawszy się jednak po stepie, nikogo nie zobaczyłem i wróciłem do izby. Chory zapadł w ciężki sen, a mieszkańcy zajęli się zwykłą codzienną robotą. Aby im nie przeszkadzać, wyprowadził mnie brat Hilario na 201 pole i pokazał ogrodzenie, w którym trzymano nieoswojone byki. Zapadał zmrok, usiedliśmy więc na ławce pod domem i paląc papie-rosy, gawędziliśmy o różnych sprawach. Od chwili odwiedzin chorego Hilario ani słowem nie wspominał mi o nim, ja też nie poruszyłem tej sprawy. O sobie i swoim życiu również nic nie mówił. Byłem bardzo zaciekawiony tą tajemniczą osobistością. Jedno tylko zauważyłem, że był to człowiek bardzo wykształcony. Przedmiotem naszej rozmowy byłem wyłącznie ja. Słuchał z uwagą moich opowiadań z podróży, a gdy mu wspomniałem, że obecnie zamierzam dostać się do Tucuman gdzie spodziewam się spotkać mego znajomego nazwiskiem Pena, zdziwił się bardzo.
- Senior Pena? Skąd pan go zna?

- Spotkaliśmy się przed dwoma laty w Meksyku. Obecnie donie-siono mi, że przebywa w Tucuman. - Tak jest, zastanie go tam pan z pewnością. Wybiera się jednak na wycieczkę. Czy jedzie pan tam prosto?
- Nie, zawadzę o Grań Chaco.

- A! To mnie interesuje, senior. Podobny zbieg okoliczności jest naprawdę szczególny, gdyż i ja zamierzam właśnie udać się do Grań Chaco, potem zaś do Tucuman.
- To się wspaniale składa! Będziemy mogli odbyć tę podróż razem. - To możliwe. Kiedy pan wyrusza?

- W przeciągu kilku dni.

- Chętnie przyłączę się, jeżeli tylko pańscy towarzysze zgodzą się na to. Kto jedzie z panem? - Monteso i pięciu yerbaterów. Jestem pewien, że będą bardzo zadowoleni, gdy się dowiedzą, że brat chce jechać z nami. - Po co jednak dążą oni do Grań Chaco? Przecież mogą w innych okolicach, mniej niebezpiecznych, mieć większy zbiór matę?
- Tym razem nie o matę im chodzi, lecz zgoła o inną rzecz. -Tajemnica?

202
- Właściwie tak. Czy Grań Chaco jest istotnie tak niebezpieczne?

- Bardzo, ale przypuszczam, że nie dla pana. Kto tyle, co pan, przebywał wśród czerwonoskórych i spotykał się z dzikimi zwierzęta-mi na północy, ten może tam jechać spokojnie. Tyle tam niebezpie-czeństw akurat, co na prerii lub na pustyni.
- Jakie zwierzęta można spotkać w Grań Chaco?

- Jaguary, których jednak nie należy porównywać z indyjskimi tygrysami, następnie pumy, daleko mniej groźne od lwów afrykań-skich, jakkolwiek spotkanie tak z jednym, jak i z drugim, wcale nie należy do przyjemności. Właśnie tych drapieżników należy się oba-wiać najbardziej, gdyż skradają się zazwyczaj ku upatrzonej ofierze niepostrzeżenie jak wąż.
- Coś podobnego i ja umiem.

- Pozwolę sobie zwrócić pańską uwagę, oczywiście nie obrażając pana, że pod tym względem porównanie pańskie jest przesadne. - W takim razie załóżmy się. Teraz jest ciemno. Brat siedzi tu na ławce, a ja stanę za bramą. Mamy taką ciszę, że najmniejszy szelest nie może ujść uwagi. Mimo to, ja przyjdę i usiądę obok, a brat wcale tego nie zauważy.
- Zadziwiasz mnie, senior, ale nie bardzo w to wierzę.

- Poznasz mnie bracie, bliżej, gdy będziemy razem podróżowali, i przyznasz wówczas, że nie przesadzam. - W jaki jednak sposób możesz pan przedostać się tu zza bramy, skoro zamknięta?
- Poradzę sobie przy pomocy lassa. - Hm, to możliwe, ale chyba tylko przy pomocy lassa.

- Umiem przejść nawet przez kaktusy, bez względu na to, czy rosną bezładnie, czy też stanowią żywopłoty. Wystarczy mi do tego nóż. - W takim razie niebezpieczny z pana człowiek; masz niepospo-lite zdolności na włamywacza. Pomimo to jednak wątpię, abyś pan mógł przedostać się tu przez ten mur, nie zauważony przeze mnie. 203
- Może więc spróbujemy?

- Po co, skoro z góry wiem, że się to panu nie uda. Niepodobna, abym nie usłyszał odgłosu pańskich kroków, zdradzą je te olbrzymie buty. - Więc przekonam pana. Wprawdzie nie mamy jeszcze egipskich ciemności, ale zmrok zapadł już na dobre. Oddalę się w ten kąt z prawej strony, a brat położy swój kapelusz na tym miejscu, gdzie ja teraz siedzę. Kapelusz, jeżeli go nie będziesz przytrzymywał ręką, ukradnę bratu spod nosa.
- Dobrze.

- Otóż, kiedy tylko brat zauważy moją obecność, proszę mnie schwytać. Od chwili jednak, gdy się stąd oddalę, nie wolno tknąć kapelusza.
- Zgadzam się i będę patrzył w ciemność, jak sroka w kość.

Powstałem, a Hilario położył na opróżnionym przeze mnie po lewej stronie miejscu, kapelusz. Ciemność zapadała coraz głębsza, i nawet z bliska nie można już było nic dostrzec. Oddaliłem się we wskazane miejsce na prawo, a zatem, chcąc wziąć leżący po lewej stronie ławki kapelusz, musiałbym przechodzić tuż przed oczyma zakonnika i dlatego był on tak pewny, że mnie schwyta. Ja jednak, skierowawszy się istotnie kilka kroków w prawo, zboczyłem następnie niepostrzeżenie na lewo, w stronę bramy i wreszcie wzdłuż żywopłotu po lewej stronie pełznąc na czworakach, na palcach rąk i czubkach butów, skradałem się ku ławce. Poszło mi to o tyle łatwiej, że grunt wysypany był wilgotnym piaskiem. Aby zmylić czujność Hilaria, rzu-ciłem małą grudkę ziemi tak, aby upadła ona po jego prawej stronie, po czym zbliżyłem się ku ławce i znowu rzuciłem na prawo grudkę ziemi. Hilario nadsłuchiwał, zwracając wytężoną uwagę w stronę, skąd pochodziły ciche szelesty opadających grudek ziemi, ja zaś w tej samej chwili miałem już kapelusz w ręku i siedziałem na poprzednim swym miejscu, tuż u jego boku. Wreszcie odezwałem się:
- Brat ciągle mnie jeszcze oczekuje?

204
- Jak to? Pan już tutaj ? - krzyknął, zrywając się na równe nogi.

- Tak i to od paru minut - rzekłem, po czym opowiedziałem, jak to się stało. W trakcie zaś wyjaśnienia mu tej sztuki zdjąłem z siebie lasso i zaczepiłem jego koniec o wstążkę kapelusza. - Ba, jeżeli pan uczynił to w taki sposób, to i ja coś podobnego potrafię. - Proszę! Ale teraz ja w to wątpię. Co do mnie, odróżniam z łatwością szmer rzuconej grudki ziemi od odgłosów stąpania, i nie jest to dla mnie czymś nadzwyczajnym. Fortele zaś tego rodzaju prakty-kowałem przez długie lata, przebywając wśród puszczy i na prerii. Najwięcej uczy doświadczenie życiowe, a potrzeba jest matką pomy-słów.
- Jednak drugi raz już mnie pan nie wyprowadzi w pole. - Naprawdę? Spróbujemy.

- Dobrze. Jeżeli i tym razem uda się panu zmylić moją czujność, to uznam pana za najlepszego myśliwego pod słońcem. - Znakomicie. Kładę ponownie kapelusz na tym samym miejscu, co przedtem. Proszę się przekonać, że istotnie leży on na ławie. A teraz oddalę się i po pewnym czasie znowu go zabiorę. Brat Hilario sięgnął ręką do kapelusza, mnie zaś ogarnęła obawa, aby nie namacał lassa, bo haniebnie bym się skompromitował. - Proszę więc uważać - rzekłem i oddalając się, chrząknąłem głośno, aby nie słyszał jak ściągnięty lassem kapelusz powlókł się za mną z ławki. Okrążywszy podwórze, otarłem kapelusz z piasku, zwi-nąłem lasso i zbliżyłem się do ławki w taki sam spoób, jak poprzednio, lecz od strony prawej. Brat Hilario z wytężnoną uwagą nasłuchiwał mnie od strony lewej, ja zaś, usiadłszy cichutko po prawej jego ręce, wydobyłem papierosa i zapalając, rzekłem:
- Zobacz, bracie, gdzie kapelusz.

- Hm! - mruknął, macając ręką po stronie, gdzie przedtem leżał kapelusz.
- Nie tam! Jest już na mojej głowie!

205

- Tak, istotnie! Zadziwia mnie pan. Patrzyłem w lewo, a tu pan pojawia się z prawej strony, i to w kapeluszu. Jak to pan zrobił? - Tym razem niech to pozostanie moją tajemnicą. Widzi brat teraz, że posiadam niezwykłe zdolności do forteli.
- Tak. Muszę to przyznać.

- Otóż w podobny sposób potrafiłbym wprowadzić w błąd nawet Indian i cieszę się, że w Grań Chaco będę miał sposobność wypróbo-wania swych umiejętności, przekonując o nich brata jeszcze dobitniej.
- Czy owiyerbaterzy to porządni ludzie?

- Właściwie nie miałem jeszcze czasu wypróbować ich, ale mam przekonanie, że tak. - Wspomniał pan, że udają się oni w te okolice w jakimś innym celu, niż zbieranie matę. - Cel ich właściwie powinien być tajemnicą. Że jednak brat pojedzie z nami, więc niebawem dowie się, o co im idzie. Zamierzają oni mianowicie odnaleźć w pustyni sławnego sendadora i udać się z nim w Kordyliery na poszukiwanie ukrytych skarbów.
- A pan z nimi?

- Tak. Mam być, że tak powiem, rzeczoznawcą w całej tej wypra-wie.
- Cóż to za skarby? - Nie wiem dokładnie, podobno jeszcze z epoki Inków. - Czy miejsce ich jest wam znane? - Są plany. -Któż je zdobył?

- Sendador otrzymał je od mnicha, który umarł podczas przepra-wy przez Kordyliery. Pytał na pozór obojętnie, ja zaś odpowiadałem otwarcie. Spod maski spokoju nie mogłem wywnioskować czy się dowiedział od chorego, że i ja wiem coś w tej sprawie. Wreszcie rzekł:
- Chcesz mnie pan podejść, wiedząc, że sprawa ta nie jest mi obca. - Istotnie przypuszczam, że chory zwierzył się przed bratem.

206 - Nie mogę w tej chwili nic w tej sprawie mówić, ale skoro nadejdzie odpowiednia chwila, wystąpię czynnie. Jestem zdecydowa-ny odbyć podróż w towarzystwie yerbaterów i poznać owego sendado-ra. Proszę jednak nie zdradzić mnie w niczym przed yerbaterami lub sendadorem. Miałem jechać do Tucuman przez Santa Fe’ i Santiago, a jeżeli zboczę z tej drogi do Grań Chaco, nie będzie to wielką ofiarą z mej strony. Wyruszymy jutro wczesnym rankiem. A teraz trzeba mi zajrzeć do chorego. Okazało się jednak, że chory był pogrążony w głębokim śnie, więc Hilario wrócił i zasiedliśmy do kolacji, a spożywszy ją, długo jeszcze rozmawialiśmy. Około północy chory przebudził się i zawołał głośno. Brat Hilario wszedł natychmiast do świetlicy, a po chwili przywołał oboje gospo-darzy i słychać było przez jakiś czas przytłumione głosy rozmowy, po czym uciszyło się nagle. Po upływie kwadransa wrócili wszyscy troje od chorego, smutni i przygnębieni. - Zasnął... nie doczekał się spowiednika - rzekł mnich. -Requ-iescat in pace\ Umarł jednak skruszony na duchu i pełen ufności w Miłosierdzie Boże! Niech mu też Bóg będzie miłościw.

Smutek w tym domu po umarłym był głęboki i szczery. Niestety, wypadek ten pokrzyżował nam plany o tyle, że musieliśmy przyrzec gospodarzowi uczestnictwo w pogrzebie, a więc o parę dni opóźnić swój wyjazd. Burgli dla pewności, że istotnie dotrzymamy obietnicy, zatrzymał nasze konie, a dał nam swoje, byśmy pojechali do estancji Del Yerbatero, dokąd też udaliśmy się nazajutrz przed południem. Hilario znał doskonale okolicę, więc wymijaliśmy miejsca uciążli-we do jazdy, nie zbaczając wszelako z prostego kierunku i dzięki temu drogę odbyliśmy w dwie godziny. Oddawszy konie peonom, udaliśmy się do domu, gdzie nas powitał dosyć chłodno estancjero, z którego rysów domyśliłem się, że jest bratem mego znajomego yerbatera.
- Witam panów - odezwał się, obrzucając nas badawczym

207 spojrzeniem. - Sądząc z tego skórzanego ubioru, przypuszczam, że jest pan owym Europejczykiem, który wczoraj wyjechał z moim bra-tem.
- Tak jest - odrzekłem. - A towarzysz mój nazywa się Hilario.

Czy zastaliśmy brata?
- Jak to? - zapytał zdziwiony. - Przecież pojechał on z panem.

Wróciłem do domu wczoraj wieczorem, a dowiedziawszy się od żony, żeście wyjechali rano i nie wrócili, zaniepokoiłem się ogromnie. - Ależ brat pański jeszcze wczoraj wybrał się do domu z rancza Burglich. - Nie widzieliśmy go wcale - rzekł zaniepokojony. - Może spotkało go w drodze jakieś nieszczęście. - Niestety, i ja tak przypuszczam. Być może, iż schwytali go po raz wtóry żołnierze - odrzekłem z uczuciem troski. - Żołnierze? Tak, opowiadali moi parobcy, że widzieli oddział jeźdźców, który przegalopował przez nasze pastwiska, jak wicher i znikł.
- Istotnie. Napadli nas obu i wzięli do niewoli. -Dios\ Cóż to było?

- Wierzyć trudno, a jednak zaskoczyli nas tak z nienacka, ze niemożliwa była jakakolwiek obrona. Zresztą było ich pięćdziesięciu, a nas tylko dwóch. - Hm! To mnie bardzo niepokoi, senior. Pojmano więc pana i mego brata? Ale co się z nim stać mogło teraz? Proszę wejść do pokoju. Żona moja i córka są ogromnie zatroskane. Opowie pan nam, jak to było. Widocznie bandyci czyhali na mnie, a schwytali was i przeze mnie znalazł się pan w niebezpieczeństwie. - O, przecież tu ani pan, ani brat pański nie jesteście winni, tylko w najgorszym razie ja sam. A właściwie trudno i mnie winić. Wpraw-dzie napad planowany był na mnie, ale bez żadnej z mojej strony przyczyny; że zaś brat pański jechał ze mną, więc i jego spotkało nieszczęście. 208 Weszliśmy do pokoju, gdzie się znajdowały niewiasty. Były strapio-ne z powodu zniknięcia yerbatera, że zaś pragnęły się dowiedzieć o okolicznościach, jakie towarzyszyły napadowi, więc opowiedziałem drobiazgowo całą naszą przygodę, po czym odbyliśmy naradę, co nam wypada czynić. Po długich rozstrząsaniach doszliśmy do wniosku, że mogą być co do losu Montesa dwa przypuszczenia: albo go ponownie schwytali bandyci, albo też zdarzył mu się w drodze inny jakiś

nie-szczęśliwy wypadek. Ja osobiście skłaniałem się do tego pierwszego wniosku, podczas, gdy Hilario obstawał przy drugim, twierdząc: - Jeźdźcy przeprawili się przez rzekę i umknęli, co sił starczyło, w obawie przed wojskiem. Zresztą, gdyby mieli w dalszym ciągu wzglę-dem nas złe zamiary, nie opuściliby tych stron, a przecież rzecz’ sprawdzona, że się oddalili za rzekę. - Bynajmniej. Dla wprowadzenia nas w błąd udali tylko, że opu-szczają nasze strony, a mając pewność, że daliśmy się im wyprowadzić w pole, zawrócili i urządzili zasadzkę na Montesa. - Ależ mówił pan przed chwilą, że uwzięli się oni wyłącznie na pana, cóż im tedy przyjdzie z Montesa? - Ba! Niezawodnie przypuszczali, że obaj pojedziemy do estancji, a spotkawszy tylko jego, musieli się tym zadowolić.
- Czy mógłby mi pan opisać tych opryszków? - zapytał estancjero.

Gdy uczyniłem zadość jego żądaniu, zawołał podniecony: - Cadera? No, tak! To najniebezpieczniejszy opryszek argentyń-ski, który już niejednokrotnie wpadał w granice naszego kraju i rabował stadniny. Opowiadano mi wczoraj w drodze, że pojawił się znowu w naszych stepach i że wysłano przeciw niemu wojsko. - Ja mu też to w oczy powiedziałem, - wtrącił Hilario - ale on się wyparł, twierdząc, że jest oficerem armii.
- Po co go puściliście? - Ba, musieliśmy to uczynić dla ratowania pańskiego brata.

- I cóż z tego? Złapali go powtórnie. Zresztą, jak długo Cadera był waszym jeńcem, ludzie jego nie mogli nic złego uczynić memu 209 bratu.
- Co za nieszczęście! Zamordują go! - biadała seniora.

- O tym nie ma mowy - rzekł Monteso. - W najgorszym razie wciągną go w swoje szeregi, albo zażądają okupu. - Zdaje mi się, że należy się spodziewać tego ostatniego -wtrącił mnich. - Nie zabiją go, to pewne, a taki przymusowy żołnierz przy-sporzyłby im więcej kłopotu, niż pożytku. Słyszałem, że brat wasz jest zamożny i oni zapewne o tym wiedzą, należy więc być przygotowanym, iż zażądają pokaźnej sumy. - Wymuszenie! Rabunek! W tej chwili pojadę do Montevideo postarać się, aby rząd poczynił odpowiednie interwencje w Buenos Aires z powodu tego łotra. - To nic nie pomoże - zauważyłem. - Zanim pan przybędzie do Montevideo, zanim rząd wyśle odpowiednie pismo i zanim potem zarządzi odpowiedzie dochodzenia, upłynie sporo czasu i brat pański może już nie żyć, albo w najpomyślniejszym wypadku, stracić zdrowie na całe życie. - Ma pan rację. Ale co w takim razie czynić? Urządzić pościg za bandytami na własną rękę? - Rozumie się. Nie spoczniemy, póki nie uwolnimy pańskiego brata z niewoli. A czy potrzebna będzie do tego siła, czy podstęp, okaże się to w swoim czasie. - Bardzo mądra rada, i tak uczynimy. Zwołam natychmiast wszy-stkich swoich gauczów i uzbroję ich.

- Proszę zaczekać! - zatrzymałem go, gdy chciał wyjść w celu wydania rozporządzeń. - To na razie zbyteczne.
- Ależ, senior, nie mamy ani chwili do stracenia!

- Nie przeczę. Przede wszystkim jednak musimy obmyślić dokład-nie cały plan. Czy i pan ma zamiar wziąć udział w tej wyprawie?
- Ależ naturalnie!

- Czyż obecność pańska nie jest konieczna w domu? Czy można pozostawić panie bez opieki? 210 - Ważniejszy tu jest ratunek brata! - rzekła seniora. - Zresztą dom nasz nie jest łatwy do zdobycia dodała. - A więc nie ma co namyślać się dłużej - rzekł gorączkowo gospodarz. - Musimy zaraz wyruszać. - Jeszcze nie zaraz. Przede wszystkim trzeba się dobrze zaopatrzyć w żywność, która by nam wystarczyła na kilka dni, następnie musimy mieć, o ile możności, najlepsze konie.
- To wszystko się zrobi.

- Wreszcie potrzebna będzie pewna kwota na wykupienie brata, jeżeli w żaden inny sposób nie zdołamy go uratować. - Wszystko uczynię, ale nie zwlekajmy. Zaraz wezwę gauczów, by... - To zbyteczne - przerwałem. - Nie przydadzą się nam, a nawet mogą być przeszkodą, bo im więcej ludzi weźmiemy, tym bardziej utrudnimy sobie swobodę ruchów. Opryszków jest pięćdziesięciu i gdybyśmy ich chcieli pokonać przemocą, musielibyśmy mieć co naj-mniej taką samą liczbę ludzi, a to przecież niemożliwe. Pozostaje nam tylko jeden sposób - podstęp. - Zgadzam się z panem najzupełniej - wtrącił Hilario - i również jestem zdania, że należy unikać gwałtownego starcia oraz rozlewu krwi. Mniej ludzi, a dzielnych, może zdziałać więcej, niż cały oddział. - Brat wyraża się tak, jakby zamierzał sam wziąć udział w wypra-wie. Czy się nie mylę?
- Bardzo chętnie przyłączę się do was.

- Ba! Ale pomijając, iż wyprawa ta będzie niebezpieczna i ucią-żliwa, może być niestosowna dla duchownej osoby. - Czyżby mój zawód miał być przeszkodą, abym był dobrym jeźdźcem?
- Nie to mam na myśli. Ale, gdyby przyszło do walki... - To będziemy walczyć!

Gospodarz cofnął się o krok i Spojrzał ze zdumieniem na mnicha. 211
- Jak to? Brat wziąłby udział w walce?

- A któż mi zabroni? Czyż zakonnik pozbawiony jest prawa do obrony, gdy życiu jego zagraża niebezpieczeństwo? - Hm, nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. Słyszałem, że takie poglądy na tego rodzaju sprawy ma jedynie sławny brat Jaguar.
- Zna go pan?

- Nie widziałem go, co prawda, ale mówiono mi o nim tyle, że mam wyobrażenie, co to za dzielny człowiek. Należy on do zakonu w Tucuman, ale przebywa ustawicznie w podróży, zapuszczając się w puszczę między Indian, w pampasy i Kordyliery. Słyszałem wiele o jego odwadze. Nie boi się on

nikogo i niczego; nie cofa się przed żadnym niebezpieczeństwem; jaguara chwyta podobno jedną ręką, jakby to była potulna i łagodna owca; drwi sobie ze zbójców, nato-miast wszyscy się go boją, aczkolwiek nigdy prawie krwi nie przelewa. Posiada podobno olbrzymią siłę. Może brat zna go bliżej, albo też słyszał o nim coś więcej? - Słyszałem - odrzekł, uśmiechając się, - ale od ludzi, którzy go nigdy nie widzieli. Ci zaś, którzy go znają, nie mówiliby o nim do niego samego.
-Dios\ Czyżbym miał zaszczyt? - Alei tak! Jestem właśnie tym, o którym mowa.

- Co za szczęście! Jakże rad jestem z poznania brata! Nie umiem wyrazić swojej radości, że się brat do naszej wyprawy przyłączy. - Wybieram się jednak z wami, senior, wcale nie z chęci szukania walk lub przygód. Brat pański oraz ten cudzoziemiec postanowili udać się do Grań Chaco; ponieważ zaś i moje sprawy wymagają odwiedzenia tej krainy, więc będę im towarzyszył. Że zaś przyszły mój towarzysz podróży, brat pański, znalazł się w niebezpieczeń-stwie, więc obowiązkiem moim jest nieść mu pomoc, oczywiście taką, jaka licować będzie z moim stanem duchownym. Żadnego z jego nieprzyjaciół nie zabiję i nie splamię rąk krwią ludzką. Ale, jako obeznany dobrze z warunkami terenowymi, mogę się wam przydać w 212 tej wyprawie. - Dziękuję z całego serca. Przyszło mi jednak na myśl, i musimy to wziąć pod uwagę, że brat mój mógł utknąć gdzieś w drodze z powodu jakiegoś wypadku. Mógł na przykład złamać nogę i leży gdzieś na stepie. Słowa te przerwało wejście peona, który oznajmił gospodarzowi, że przybył do estancji jakiś jeździec i chce z nim mówić.
- Któż to jest? - spytał Monteso.

- Jeden z tych żołnierzy, którzy tu byli wczoraj z porucznikiem w celu zakupu koni.
- Przyprowadź go tu.

Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni. Major Cadera wysłał do nas posłańca! Ciekawa rzecz, w jakim celu? - Nareszcie się dowiemy, jak sprawa stoi - rzekł gospodarz. - Najgorszym stanem duszy jest niepewność. - Byłbym panu bardzo obowiązany, gdybyś pozwolił mi rozmówić się z tym posłańcem - rzekłem.
- Dlaczego? Czyżby pan przypuszczał, że nie potrafię go wybadać?

- Ależ nie to mam na myśli. Na pewno zna pan lepiej stosunki tutejsze, aniżeli ja. Ale pan jest bratem jeńca, a sądzę, że obcy człowiek może być o wiele bardziej obiektywny w traktowaniu tej sprawy. - Słuszna uwaga. Niech więc pan rozmówi się z posłańcem w moim zastępstwie. Wszedł i od razu poznałem w nim jednego z tych, których onegdaj podsłuchałem w altanie. Prawdopodobnie spodziewał się zastać tu tylko samego gospodarza, bo, spostrzegłszy nagle mnie i Hilaria, zaniepokoił się.
- Czego pan sobie życzy? - zapytałem go.

- Od pana niczego nie chcę - odrzekł. - Mam interes do seniora Montesa.
- On właśnie prosił mnie, bym go zastąpił.

213
- Jeżeli tak, to proszę mu oddać ten lis^-

Wydobył papier z kieszeni i wręczył fi11 go. Adres na kopercie napisany był atramentem. Oddałem list ]0ontesowi, który, spojrza-wszy na pismo, rzekł:
- Od mego brata.

Po czym rozdarłszy kopertę, przebiegł s^Y^o oczyma treść listu i zbladł. Nie rzekłszy jednak ani słowa, wydo^ ołówek, zanotował coś na marginesie listu i oddał go do przeczyta^13 mnichowi, a następnie mnie. Yerbatero pisał: Drogi Bracie! Dostałem się powtórnie w rece tych, którzy mnie już przedtem więzili. Pojmany też został Jose, kt^S0} przypadkowospotka-łem, a który opuścił Santa Fe’ wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Przez oddawcę niniejszego listu prześlij natychmifl51 dziesięć tysięcy peso, z którą to kwotą mogę zrobić znakomity interef’ Jeżeli ją na czas dostanę. Gdybyś się spóźnił, to mogłoby spowodować wielkie dla nas i dla ciebie niebezpieczeństwo. Zaufaj posłańcowi i nil? PY^J S° o nic, gdyż ma surowo zakazane mówić cokolwiek. Nie wys^^ też m nim pościgu, bo przez to pogorszyłbyś tylko całą sprawę. Twój brat Mauricio. Dopisek gospodarza ołówkiem zawiera1 krótką wskazówkę dla nas: Moje panie nie powinny nic wiedzieć o ujęciu Jose, gdyż wypadek ten przygnębiłby je do reszty. Aby więc list t^” nie ^stał się przypad-kowo do rąk seniory, schowałem go do swój®] kieszeni. - Czy znana jest panu treść pisma, któr^ przywiozłeś? - zapyta-łem posłańca.
- Tak. Mam otrzymać dziesięć tysięcy p^o. - Czy przybyłeś pan tutaj sam? -Tak.

Owo „tak” było wypowiedziane natychn*135*1 P” moim pytaniu, a jednak byłem przekonany, że kłamie.
- To nieprawda! Ktoś jest jeszcze z pan^”1’

214
- Nie, senior.

- Proszę się nie wypierać, gdyż wiem o tym. Wysłano z panem jeszcze kogoś, aby w razie zatrzymania pana tutaj doniósł o tym bezzwłocznie majorowi.
- Ależ zapewniam pana, że przybyłem tu sam.

- Zobaczymy. A wie pan, na co seniorowi Monteso potrzebne są pieniądze?
- Nic o tym nie wiem.

- Znowu kłamstwo! Wiesz bardzo dobrze, że jest to okup. Dziwię się, że miałeś śmiałość przybyć w takiej sprawie aż tutaj. Wiesz, co cię tu czeka?
- Wiem! Życzliwe przyjęcie. - A jeżeli się mylisz?

- Ha, wówczas nie chciałbym byćw skórzeyerbatera. Jeśli bowiem nie powrócę do oddziału w ściśle oznaczonym czasie z pieniędzmi, to kto wie, czy zobaczycie go jeszcze żywym. Wysłany zostanie w daleki kraj, z którego zazwyczaj nikt już nie wraca. - Tak sądzisz? Muszę przyznać, że macie środki do wymuszenia okupu. Któż jednak zapewni nas, że otrzymawszy okup, postąpicie uczciwie? - Major zapewnia słowem honoru, że senior Mauricio uzyska wolność, skoro tylko przywiozę pieniądze. - Wasz major już dwukrotnie nie dotrzymał słowa, wobec czego nie mogę mu wierzyć. Jestem pewien, że otrzymawszy żądaną sumę, postawi nowe warunki.
- Bynajmniej.

- Dobrze. Przypuśćmy więc, że major w istocie poprzestanie na wymienionej sumie. Któż jednak nam zaręczy, że wręczone pieniądze dojdą w całości do jego rąk? Dziesięć tysięcy boliwijskich peso to dla ciebie majątek, a gdyby tak nie zechciało ci się wrócić z nimi do majora?
- Nie jestem złodziejem, senior.

215 - Któż o tym mówi? Nie wyglądasz na takiego i mógłbym ci ostatecznie zaufać. Ale przyznasz sam, że sprawa jest bardzo śliska i wymaga namysłu.
- Jak pan uważa. Ja dłużej czekać nie mogę.

- Możesz. Proszę się udać do kuchni i kazać sobie dać coś zjeść, a my tymczasem naradzimy się, jak postąpić. Właściwie jestem za tym, by sprawę załatwić po myśli majora, ale trzeba, aby się na to zgodziła rodzina uprowadzonego. Zawołałem peona, który stał za drzwiami i kazałem mu zaprowa-dzić posłańca do kuchni. Dziesięć tysięcy peso to majątek. Nie zdziwiło mnie więc pytanie gospodarza: - Czy pan istotnie uważa za konieczne, abym wyłożył tę sumę na okup za brata?
- O konieczności nie ma mowy. - No, to brat mój zginie.

- Przeciwnie, właśnie dlatego odzyska wolność. Na razie wiemy przynajmniej, w czyich rękach jest brat pański, a wiadomość ta ma wielkie dla nas znaczenie.
- Cóż z tego, skoro nie wiemy, gdzie się znajduje ta banda? - Dowiemy się o tym od posłańca. Zresztą nie przybył tu sam. - Tak pan przypuszcza?

- Major nie mógł powierzyć załatwienia dla niego tak ważnej sprawy jednemu człowiekowi i niezawodnie dodał mu do towarzystwa kilku innych. Bo przypuśćmy nawet, że posłaniec ten jest pewny, major ma do niego całkowite zaufanie, to jednak ze względu na mogące mu grozić na stepie rozmaite niebezpieczeństwa, a w wyniku nich możliwość utracenia tak poważnego okupu, musiał mu major dodać eskortę i to nie byle jaką. Może nawet sam ukrywa się gdzieś w pobliżu, albo powierzył pieczę nad posłańcem, co najmniej swemu porucznikowi i kilku żołnierzom. Jeżeli przybył w te strony sam major, tym łatwiejsze będzie nasze zadanie; jeśli zaś porucznik, to również zyskamy wiele, bo jeniec wskaże nam właściwą drogę. - Czy zamierza pan targować się z nimi? Obawiam się, aby to nie pogorszyło sprawy mojego brata.

- Proszę nie troszczyć się o to. Postaram się pokierować sprawą należycie. Ów jeździec, który w tej chwili posila się w kuchni, powie wszystko, co nam będzie potrzebne, sam nie wiedząc, kiedy i jak. Czy posiada pan w domu tyle pieniędzy, ile wynosi żądany okup? - Na szczęście, tak. Wczoraj właśnie przywiozłem z sobą większą sumę. - Jednak posłaniec nie powinien o tym wiedzieć. Oświadczymy mu, że mamy tylko połowę i że drugą połowę postara się pan pożyczyć u sąsiada, i w tym celu musi pan wybrać się zaraz w drogę. Drab nie zechce czekać tak długo i pojedzie do swych towarzyszy, którzy ukryci są gdzieś niedaleko. Ja zaś udam się za nim i odnajdę kryjówkę. Proszę mi tylko dać do pomocy dwóch tęgich i rozgarniętych gauczów. Osiodłane konie niech stoją w pogotowiu na dziedzińcu. Posłaniec dla wprowadzenia nas w błąd zechce zmylić pogoń, ale o to się nie martwię.
- Czy mogę jechać z panem? - Właściwie obecność pańska mogłaby pokrzyżować moje plany.

Jeżeli jednak przyrzeknie mi pan, że będzie się zachowywał ściśle wedle moich wskazówek, to możemy wybrać się obaj.
- Ależ rozumie się, spełnię każde pańskie życzenie. - Więc każ pan osiodłać dwa konie i przygotować dwa lassa. - Mamy już dwa: ja jedno, a pan drugie.

- Właśnie oprócz tych przydadzą się nam jeszcze dwa, a nawet nie zawadzi wziąć bolas. Konie trzeba ukryć, aby ich odjeżdżający nie zobaczył. Nie przypuszczam, aby kryjówka eskorty posłańca znajdo-wała się na pańskim obszarze. Ludzie ci przybyli z zachodu, a więc od granicy, i w tamtej też stronie musimy ich szukać w jakimś parowie lub rozpadlinie. Możliwe nawet, że dotrzemy do ich kryjówki prędzej, niż posłaniec, który dla zmylenia pościgu nadłoży prawdopodobnie 216 217 sporo drogi w innym kierunku. Gospodarz wydał odpowiednie rozkazy, po czym zawezwa-no z kuchni posłańca. Z twarzy jego można było wyczytać pewność siebie. W przypuszczeniu, że gościnne przyjęcie, jakie tu znalazł, miało na celu zjednanie go dla sprawy, stał się niemal arogancki.
- No i co postanowiliście? - zapytał gburowato.

- Obraliśmy drogę ugody - rzekłem. - Jednak żądana suma jest dla nas za wysoka - dodałem, aby wpoić w niego mniemanie, że zamierzam się targować.
- Wcale nie! - odparł. - Proszę zważyć, to majątek!

- Yerbatero jednak wie chyba najlepiej, że stać was na taką sumę, gdyż inaczej nie byłby jej zażądał.
- Zmuszono go do tego. - Nie. On sam oznaczył jej wysokość... z dobrej woli. -- Nieprawda! Powiedz raczej, ile możesz z tej sumy spuścić?

- Ani jednego peso, tak mi polecono i tego ściśle trzymać się muszę. Yerbatero zgodził się na tę kwotę i zapewnił, że brat może ją wypłacić w każdej chwili. - W takim razie popełnił niedorzeczność, bo wie doskonale, że tylu pieniędzy nikt w domu nie trzyma.
- Co mnie to obchodzi? Wasza to rzecz, nie moja.

- Przepraszam! To rzecz również i twoja. Co ci kazano uczynić na wypadek, gdyby senior Monteso nie złożył tej sumy?

- Na taki wypadek nie otrzymałem żadnej instrukcji i uczynię to, co uznam za odpowiednie. - Może więc zgodzisz się przyjąć sześć tysięcy gotówką, a na resztę wystawimy weksel. - O nie! O tym nie może być mowy! Bo w jaki sposób moglibyśmy ów weksel zrealizować? - Masz słuszność. Pozostaje nam tylko jedna droga, senior Mon-teso musi pożyczyć brakującą sumę. Jeden z sąsiadów zainkasował 218 niedawno sporo pieniędzy za sprzedane konie; otóż Monteso wystawi ci przekaz do niego na cztery tysiące. - Dziękuję za takie dobrodziejstwo, ale nie mam ochoty jeździć od estancji do estancji.
Musi więc senior Monteso pofatygować się sam. Gdyby to nie trwało długo. Najwyżej trzy godziny. Chyba, że nie zastałby sąsiada w domu. Hm... ostatecznie... Nie jest mi to na rękę, ale cóż zrobić. Zostaniesz tutaj te parę godzin i odpoczniesz sobie.

- Dziękuję uprzejmie za gościnność, senior. Nie chcę jednak państwu sprawiać kłopotu i wolę wyjechać, a po trzech godzinach wrócę. - Ha! Jeżeli nie chcesz, to trudno. Ale..., ale! Wystawisz nam, rzecz prosta, pokwitowanie za otrzymane pieniądze.
- To ode mnie nie zależy.

- Nie możemy odstąpić od tego żądania! Jeżeli major nie dał ci gotowego kwitu ze swym podpisem, to przynajmniej musisz nam potwierdzić odbiór pieniędzy.
- I co panom z tego przyjdzie? Mogę przecież zmyślić nazwisko. - No, no, nie wyglądasz na takiego, który postąpiłby w ten sposób. - Bardzo mi to pochlebia i widzę, że mam do czynienia zcaballero.

Tym lepiej. Zaufanie będzie obustronne. A Dios\ Wyszedł. Ja zaś, ukrywszy się w oknie za firanką, śledziłem go, póki nie wyjechał za bramę, po czym zbiegłem na dół do ogrodu i, wdrapa-wszy się na mur, okalający estancję, obserwowałem jeźdźca. Pogalo-pował prosto na wschód. Wróciłem prędko do swego pokoju, zabra-łem strzelbę, kapelusz i wybiegłem. W sieni spotkałem się z gospodarzem, który mnie zagadnął:
- No, i dokąd pojechał?

- Na wschód... ale wkrótce zmieni kierunek. Niech się pan nie gniewa, że go zapytam, czy umie pan dobrze jeździć konno?
- Ależ, senior, czyż można pytać o to właściciela stadniny?

219 - Przypuszczam, że nadarzy się sposobność do stwierdzenia tego, senior. Czy umie pan w pełnym biegu trzymać się nachylony u boku konia? - Jak pan powiada? U boku? Nie, nie widziałem jeszcze nigdy czegoś podobnego. - Ten sposób jazdy znany jest dobrze Indianom Ameryki Północ-nej. Umieściwszy się podczas jazdy wzdłuż tułowia końskiego, można być niespostrzeżonym przez nieprzyjaciela, a nawet w razie zauważe-nia przez niego jest się ukrytym przed strzałami.
- Ba, ale wtedy bardzo łatwo spaść z konia!

- Otóż właśnie dla zabezpieczenia się przeciw temu potrzebne są dwa lassa. Uwiązuje się je na szyi konia i na tym polega cała sztuka jazdy. Przypuśćmy, że nieprzyjaciel znajduje się z prawej strony. Nie chcąc, aby nas zobaczył, musimy się umieścić po lewej stronie koń-skiego tułowia w ten sposób, że przechylamy się w tę stronę zupełnie, pozostawiając prawą nogę w strzemienia, przesuniętym w tył za siod-ło, rękoma zaś chwytamy się lassa, umocowanego do szyi, i możemy patrzyć pod szyją końską w prawo, lub nawet strzelać. - Ba, ale w jaki sposób utrzymać nogę w strzemieniu? Może się wysunąć! - Wasze strzemiona są bardzo niepraktyczne, ale i one mają podwójne rzemienie, między które można wsadzić nogę i jako tako się utrzymać. Takie ukrycie za tułowiem może zmylić nieprzyjaciela, zwłaszcza na dalszą odległość, bo może mu się wydawać, że koń jest bez jeźdźca i pasie się wolno na stepie.
- Takiej jednak sztuki nie potrafię dokonać, senior. - Zobaczymy.

Wyszliśmy na dziedziniec, gdzie stały osiodłane konie, uwiązałem im lassa u szyi. Stał tu jeszcze ów koń, na którym przybyłem z rancza. Odwiązałem od siodła lornetkę, po czym wsiedliśmy na konie i odjechaliśmy w kierunku północno-zachodnim, żegnani przez Hila-ria oraz niewiasty życzeniami powodzenia. 220 Oddaliwszy się na tyle, że nie było już widać estancji, wstrzymali-śmy konie i wówczas rozejrzałem się wokoło przez lornetę w nadziei, że spostrzegę posłańca majora. Jakoż istotnie dostrzegłem go. Jechał ciągle w pierwotnym kierunku*, ale już nie kłusem, lecz stępa. Popędziliśmy galopem, skręcając łukiem ku południowi, a przy-bywszy niedaleko granicy posiadłości, zwolniliśmy jazdę, poszukując bacznie śladów, co było tym łatwiejsze, że pasterze zawracają stąd swoje trzody i stadninę, aby nie przekroczyły przypadkowo granicy. Estancjero, przekonawszy się, że nie dorównuje mi w jeździe, chciał teraz wziąć mnie z innej strony i okazać się zręczniejszym tropicielem śladów. Udawałem, że tego nie widzę i rozglądałem się również po gruncie. Wkrótce jednak, spostrzegłszy ślady, wyprosto-wałem się w siodle, on zaś wciąż jeszcze jechał nachylony. - Hm... - ozwał się wreszcie, - zdaje mi się, że poszukiwania nasze są daremne, i szkoda tylko czasu.
- To prawda. - A więc nie mamy tu już czego szukać? - Naturalnie. - Zatem myliłeś się pan. -Nie.

1- Jak to nie, skoro nie znalazłeś pan śladów?
- Owszem, znalazłem. Minęliśmy je przed chwilą. - Czemu pan mi nic o tym nie powiedział?

- Bo chciałem pana przekonać, że sprytny Europejczyk może się czuć tak samo swojsko w tych stronach, jak i doświadczony krajowiec. Wróćmy tedy do śladów. Podjechawszy na miejsce, Rozsiadaliśmy z koni. Grunt był tu gli-niasty, ale suchy, a trawa spasiona. Wprawne oko mogło zauważyć w suchej glinie odciski kopyt końskich, ale towarzysz

mój patrzył na mnie zdziwiony, nie mogąc sobie wytłumaczyć, w jaki sposób zauwa-żyłem tak nieznaczne ślady trzech koni.
- A więc na posłańca czeka dwóch eskortujących go towarzyszy

221
- rzekłem, wskakując na siodło.

Ujechawszy za tymi śladami spory kawał drogi, zsiadłem z konia, a wziąwszy karabin do rąk, zarzuciłem uzdę na ramię i zaleciłem estan-cjerowi, aby uczynił to samo.
- Pójdziemy więc teraz pieszo? - zapytał zdziwiony.

- Tak jest. Siedząc na koniach, moglibyśmy być łatwo zauważeni z daleka, a wówczas znaleźliby dosyć czasu, aby przygotować się na nasze przyjęcie. Wziąłem znów lornetkę i powiodłem wzrokiem dokoła. Na jednym z pagórków zauważyłem siedzącego człowieka, na szczęście, odwró-conego do nas plecami. - To z pewnością jeden z tych, których szukamy - zadecydował Monteso, przypatrzywszy się z kolei przez lornetkę. - Co teraz wypada nam czynić? - Wsiądziemy na konie i podjedziemy bliżej. Ale jadąc, trzymajmy się wgłębień gruntu. Wgłębienia te ciągnęły się licznymi zakrętami. Tu i ówdzie pokryte były krzakami. Ziemia była wilgotna, więc ślady kopyt końskich od-znaczały się w niej wyraźnie. Zbliżywszy się do owego pagórka, gdzie przez lornetkę zauważyli-śmy człowieka, który gdzieś teraz znikł, upatrzyłem odpowiednie miejsce, gdzie zsiedliśmy z koni. Domyślałem się, że człowiek ów skrył się w zagłębieniu, gdzieś niedaleko od nas. Uwiązawszy konie do jednego z gęsto rosnących tu krzaków mimozy, zabraliśmy lassa i ostrożnie, bez szelestu poczęliśmy się skradać wśród krzaków. Nieba-wem spostrzegliśmy w niewielkim parowie sadzawkę, a tuż nad nią dwie pasące się szkapy. Z lewej strony dolatywały nas głosy dwóch rozmawiających ze sobą mężczyzn, których jednak nie było stąd widać.
- Czy pochwycimy tych drabów? - zagadnął mój towarzysz.

- Tak. Przede wszystkim podsuniemy się do nich bliżej. Nie będzie to trudne, bo mimozy dają z wierzchu niezłe pokrycie, a przy ziemi jest dosyć miejsca, aby popełznąć. Pan za mną. Ale proszę pamiętać, 222 że lada szmer może nas zdradzić, musimy podejść ich znienacka. Pan rzuci się na jednego, ja na drugiego, chwytając ich za gardło. Proszę jednak nie zaczynać pierwszy!
- To coś jakby indiańska zasadzka, senior - zauważył estancjero.

Mimozy rozrastały się w zbitą gęstwinę mniej więcej pół metra nad ziemią, trawa zaś, stanowiąca ich poszycie, była tu z powodu wilgoci wyższa, niż gdzie indziej, te okoliczności pozwoliły nam podsunąć się ku rozmawiającym niemal tuż za ich plecy. Z zapartym oddechem zatrzymaliśmy się, nasłuchując.
- A jeżeli on nie wróci? Jeżeli go tam zatrzymają? - pytał jeden.

- Na to się nie poważą - odparł drugi, w którym poznałem porucznika.
- Jednak przypuśćmy, że postanowią go zatrzymać.

- Wówczas będzie z nimi bardzo źle. Puścimy pod estancję czer-wonego kura, a potem załatwimy obu jeńców. - Ba, ale co nam z tego przyjdzie? Co mnie niepokoi najbardziej, to myśl, że może wrócił do estancji ów cudzoziemiec. Jeżeli tak, to nasz posłaniec będzie miał bardzo trudne zadanie. - Nie ma w tym nic trudnego. Albo się zgodzą na spełnienie naszego żądania, albo się nie zgodzą, - A może dadzą mu pieniądze, a następnie będą go potajemnie śledzili? Na te słowa estancjero szturchnął mnie w bok, najwidoczniej ponoszony chęcią rzucenia się na bandytów. Ja jednak uspokoiłem go znakiem, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się z ich rozmowy, a zwłasz-cza, gdzie przebywa obecnie major. Wiadomość ta była dla nas bardzo ważna, bo, znając miejsce jego pobytu, oszczędzilibyśmy sobie długich poszukiwań. Porucznik na ostatnie słowa swego towarzysza, wyrażające przypu-szczenie, że posłaniec ich może być śledzony, odparł: - Oni tego nie uczynią. Zresztą nakazałem surowo posłańcowi, by wracając obrał przeciwny kierunek i zmylił w ten sposób 223 ewentualny pościg. - Gdy powróci - rzekł drugi, - rozdzielimy się dla wprowadzenia ich znowu w błąd i spotkamy się gdzieś dalej. Gdy ścigający znajdą trzy tropy, nie będą wiedzieli, za którym się udać. - Głupiś! Mogą przecież udać się którymkolwiek śladem, aż trafią na miejsce, gdzie zejdziemy się znowu.
- Hm! O tym nie pomyślałem!

- Najlepiej byłoby, gdybyś nie zadawał sobie trudu z myśleniem, bo to ci szkodzi. Jedyna nasza nadzieja w szybkości koni. Trzeba będzie jechać całą noc. Na szczęście, niebawem wzejdzie księżyc.
- Tak, ale i im jasna noc będzie na rękę.

- Bynajmniej. Szukanie śladów kopyt końskich przy świetle księ-życa nie jest łatwe, należy więc skorzystać z pory nocnej i jak najprę-dzej dostaćsię do obozu, a gdy już się tam znajdziemy, będziemy mogli sobie kpić z pościgu. Wyjedziemy wprost na spotkanie ścigających nas i przyjmiemy ich w odpowiedni sposób. Gdyby jednak schwytano nas przedtem, to...
- To i w takim razie nic nam nie zagraża. -Jak to?

- Bo przecież nic nam złego zrobić nie mogą ze względu na jeńców. - No, przynajmniej raz powiedziałeś coś mądrego. Mimo wszy-stko, musimy zachować wielką ostrożność, mając na uwadze wojsko. Gdyby ono wzięło nas w swe obroty, nic nie pomógłby nam, nawet sam Lopez Jordan. Na szczęście, Peninsula del Crocodiio jest tak położona, że... Przerwał nagle, po czym szepnął:
-Słuchaj!

Usłyszeliśmy tętent kopyt końskich i obaj bandyci podnieśli się z trawy. Musieliśmy, rzecz prosta, zaniechać zamiaru wykonania napaści na

bandytów, gdyż w tej chwili przycwatował na koniu trzeci opryszek 224 i spiesznie zsiadł z konia. Był to ów posłaniec, którego, jadąc prostą drogą, wyprzedziliśmy znacznie.
- No i jak? - spytał porucznik.

- Pieniądze otrzymamy - brzmiała odpowiedź. - Estancjero nie miał całej sumy, więc pojechał do sąsiada dopoźyczyć resztę.
- Z kim rozmawiałeś? - Z cudzoziemcem i z mnichem. - A estancjera nie było? -Był. - Czemu nie rozmówiłeś się z nim samym?

- Zwróciłem się zaraz po przybyciu do niego, ale nie chciał ze mną mówić i polecił cudzoziemcowi, by go w omawianiu warunków zastą-pił. Jestem nawet rad z takiego obrotu sprawy, bo ów Europejczyk jest bardziej szczery. Monteso byłby się może nie przyznał, że ma pieniądze w domu; ten zaś obcy od razu go z tym zdradził.
- A jednak ja bym cudzoziemcowi nie wierzył. Opowiadaj dalej!

- Nie mogę się długo rozwodzić, bo muszę jechać z powrotem, i aby wprowadzić ich w błąd, trzeba mi będzie znowu nałożyć drogi, co potrwa półtorej godziny. Przybyłem tylko na chwilę, aby was uspoko-ić. Słuchajcie! I począł opowiadać z całą dokładnością rozmowę z estancji. Gdy skończył, zapytał go porucznik:
- Uważałeś, czy ktoś nie jedzie za tobą?

- Zatrzymywałem się bardzo często i rozglądałem na wszystkie strony, ale nigdzie żywego ducha nie spostrzegłem. - Więc cudzoziemiec domagał się twego podpisu na pokwitowa-niu?
- Tak, i to uparcie. - Mnie się zdaje, że za tym kryje się jakiś podstęp. -A cóż by nam złego mogli zrobić?...

- Ba, gdybyśmy to wiedzieli! W każdym razie zachowaj wielką ostrożność. Skoro tylko dostaniesz pieniądze, nie kołuj po stepie, lecz 225 bezzwłocznie jedź tu prosto.
- Tb niebezpieczne, odkryją nas i będą ścigali.

- Nie obawiaj się. Nie stracimy ani sekundy i umkniemy. A co do podpisu, to oczywiście zmyślone nazwisko powinno im wystarczyć.
- Rozumie się. No, ale czas na mnie.

- Dobrze. Jedź więc i spraw się szybko, abym nie potrzebował się niepokoić. Wobec tego, że idzie o tak pokaźną sumę, będę z niecier-pliwością czekał twego powrotu. - Ja jednak wierzę w pomyślne załatwienie sprawy - rzekł posła-niec. - Zresztą, gdyby mnie zatrzymali, nie będzie mi trudno wbić nóż w tego europejskiego przybłędę i uciec. Nim się zorientują, będę już w bezpiecznym miejscu. Adios\ Dosiadł konia i odjechał, odprowadzony na pagórek przez obu swych kamratów. Patrzyli oni za nim czas jakiś, wreszcie wrócili do swej kryjówki wśród krzaków mimozy.

- Sprawa zaczyna mi się nie podobać - zauważył porucznik. - Gdyby przynajmniej wziął te pieniądze, które estancjero miał do dyspozycji. Na to drugi wyjął z kieszeni karty i odrzekł:
- Po co się martwić zawczasu, skoro się to na nic nie przyda!

Czekajmy cierpliwie, aby zaś czas prędzej nam zleciał, utnijmy sobie partyjkę! Dobrze? - Może masz rację. Zagrajmy. Co będzie, to będzie. My tutaj w każdym razie jesteśmy bezpieczni.
- Mylisz się! - krzyknąłem i obaj wyskoczyliśmy z krzaków.

Jedno potężne uderzenie pięścią w skroń i porucznik rozciągnął się na ziemi, jak długi. Monteso z drugim drabem nie sprawił się tak zwinnie, wobec czego musiałem mu przyjść z pomocą. Chwyciłem opryszka za krtań, aż mu białka oczu wylazły na wierzch, po czym rozbroiliśmy go i związali. Ponieważ zaś porucznik odzyskał tymcza-sem przytomność, więc zręcznym zarzuceniem lassa obezwładniłem go na nowo. 226 Przerażenie ich nie miało granic.
- Cudzoziemiec! - krzyknął porucznik.

- Tak jest, cudzoziemiec z Europy - odpowiedziałem. - Bardzo mi pochlebia, że łaskawy pan raczył sobie zapamiętać rysy mej twarzy.
- Ty diable!

- O, nie, poruczniku! Jestem raczej aniołem, skoro mogłem zdobyć się na cierpliwość, siedząc tu w krzakach za waszymi plecami z pół godziny i słuchając waszych obelg, skierowanych przeciwko mojej osobie. No, ale mniejsza o to. Przebaczam panu nawet i ten nietakt, że zamiast zaszczycić nas sam swą wizytą, przysyłasz do nas zwykłego szeregowca. My jednak jesteśmy pomimo to gościnni i zapraszamy do estancji Del Yerbatero.
- Masz mnie uwolnić! - ryczał, pieniąc się ze złości.

- Niech się pan uspokoi. A o wolności pańskiej będziemy-mówili, ale za jakieś parę miesięcy. - Proszę nie drwić! Pamiętaj, senior, że mamy w swym ręku dwóch jeńców. - Wiem o tym, ale nie macie jeszcze dziesięciu tysięcy peso, o które wam przede wszystkim idzie. Otóż ja właśnie przybyłem, aby się porozumieć z panem w tej sprawie. Chciałem mianowicie powiedzieć wam, że nie tylko nie dostaniecie ani grosza, ale i oddacie jeńców. - Tb się okaże. Przede wszystkim domagam się, by mnie trakto-wano, jako oficera spod komendy Latorre. - Tak? A przed chwilą przyznawałeś się pan do zwierzchnictwa Lopeza Jordana!... Otóż ja panu powiem, kim właściwie jesteś... Jesteś pospolitym złodziejem i stosownie do tego będziemy się z tobą obchodzić.
- Jeńcy za to odpowiedzą głową, i

- Postaram się dowieść, że mimo aresztowania was, jeńcom włos z głowy nie spadnie.
- Tak? Nie wiecie nawet, gdzie się znajdują! - rzekł szyderczo. - Prawdopodobnie spotkamy ich na Peninsula del Crocodiio,

227 dokąd bezzwłocznie się wybierzemy.
- Bydlę!

- Powiedziałeś przecież, że tam skryła się cała banda. Być może, major będzie się bronił na tym półwyspie, ale możliwe też, że napad-nięty od strony lądu, zechce szukać ucieczki w nurtach rzeki, gdzie go powitają z radością zgłodniałe krokodyle.
- Nie będą one zgłodniałe, bo zjedzą najpierw jeńców.

- Zobaczymy. Aby jednak nie tracić wiele czasu na gadanie po próżnicy, uprzejmie proszę pana porucznika, byś raczył pozwolić na obsłużenie go przy wsiadaniu na konia.
- Ja się stąd nie ruszę! - Moja uprzejmość zniewoli pana bardzo prędko do ruszenia się.

Zwiążemy panu ręce na plecach, a nogi pod brzuchem końskim i poprosimy, abyś z nami jechał bez szemrania. Gdyby zaś przyszła panu ochota odpowiedzieć niegrzecznością na naszą uprzejmość, obe-rwiesz siarczysty policzek, a to uczyni cię bardzo grzecznym.
- Mnie? Policzek? - Ludzie pańskiego pokroju nie zasługują na nic innego. - Spróbujcie mnie tylko tknąć!

- Ty łajdaku! Schwytaliście mnie podstępem i chcieliście zamor-dować, uwięziliście teraz niewinnych ludzi, żądając za nich wysokiego okupu, a ja za to mam obchodzić się z takimi łotrami łagodnie? Jeżeli usłyszę bodaj jedno twoje słowo, które mi się nie spodoba, to pożeg-nasz się z życiem! Ta groźba poskutkowała. Chwyciłem oniemiałego draba za koł-nierz i wsadziłem na konia, oczywiście rozwiązawszy mu nogi, które związałem ponownie, gdy już siedział w siodle, po czym w ten sam sposób uporawszy się szybko z drugim, wsiedliśmy na swoje konie i popędzili do estancji. Gauczowie, spostrzegłszy nas, powracających z jeńcami, poczęli wrzeszczeć z radości. Uspokoiłem ich skinieniem i zapowiedziałem, aby na przyszłość owacji podobnych nie wyprawiali, gdyż może to 228 sprowadzić niebezpieczeństwo na estancję i jej właścicieli. Chodziło mi zwłaszcza o to, aby nie zdradzić się czymkolwiek wobec posłańca bandy, który lada chwila mógł się tu pojawić. Następnie obu jeńców wnieśliśmy na górę. Tu w jednym z pokoi posadziliśmy ich na krzesłach, przymocowując tak, by się nawet ruszyć nie mogli. Estancjero podczas tej operacji opowiadał o przebiegu wyprawy. Hilario, wysłuchawszy z uwagą jego sprawozdania, podał mi rękę i rzekł: - Widzę, senior, że będę miał bardzo cennego towarzysza podróży do Grań Chaco. We dwóch nie damy sobie nikomu w kaszę dmuchać. Co zamierzasz uczynić z tymi oprychami? - Przede wszystkim ich i nasze konie trzeba zaprowadzić do korralu, aby oczekiwany lada chwila posłaniec nie zobaczył ich i nie domyślił się, co zaszło, mógłby bowiem umknąć. - To mu się nie uda - wtrącił Monteso. - Już ja tak zarządzę, żeby się stąd nie wydostał. - Czy ma pan w estancji jakieś pomieszczenie, gdzie można by ukryć jeńców? - Znajdzie się i to nawet dobrze zabezpieczone. Czy jednak długo będę ich musiał trzymać u siebie? - Dopóki się panu spodoba. Możesz pan oddać ich w ręce władz choćby natychmiast.
- Ba, ale czy nie byłoby to dla nas ze szkodą?

- Na razie, idzie o naszych, może lepiej byłoby nie zaczynać z władzami. Sprawa rozniosłaby się szybko po całym kraju, a major, dowiedziawszy się o rezultacie swych zabiegów, umknąłby za granicę.

- Słusznie. Zatrzymam więc jeńców pod kluczem, dopóki nie wrócimy z wyprawy. - ‘fak będzie najlepiej. Później odda pan ich w ręce władz, lub też puści wolno, aby nie narażać się na zemstę. W tej chwili jednak musimy przygotować wszystko do drogi, bo wybierzemy się 229 natychmiast, kiedy tylko posłaniec będzie w naszym ręku. Bracie Hilario, czy wiesz, gdzie się znajduje Półwysep Krokodyli? - Niestety, nie słyszałem o nim. Zdaje mi się, że znam dokładnie okolice nadrzeczne, ale podobnej nazwy nigdy nie słyszałem. Co prawda, na lagunach jest dosyć krokodyli i nie brak tam też półwyspów. Zapytajmy jeńców. - Szkoda czasu. Nie powiedzą prawdy. Zresztą przypuszczam, że znajdzie się ktoś w okolicy rzeki, kto nas objaśni. W tej chwili wszedł peon i oznajmił przybycie posłańca bandy. Wezwaliśmy go do tego samego pokoju, w którym poprzednio odbyły się rokowania. Rozejrzał się uważnie wokoło i spojrzał po nas kolej-no, jednak z twarzy naszych mógł wyczytać jedynie powagę.
- No i jak? Był pan u sąsiada? Są pieniądze? - zapytał szorstko.

- Niestety, nie zastałem go i dopiero jutro mogę się wystarać o brakującą kwotę.
- Ja czekać tak długo nie będę! - Możesz poczekać; nic ci się nie stanie do jutra.

- Nie mogę! Mam wyraźny i nieodwołalny rozkaz. Daj pan zresztą na razie to, co masz. - Ależ ta kwota memu bratu nie pomoże. Przecież mówiłeś, że nie wolno ci wziąć części okupu, lecz tylko całą sumę.
- Tak, ale resztę odbiorę później.

- Lepiej będzie, gdy odbierzesz od razu całą kwotę. Przynajmniej będę spokojny, że otrzymawszy ją w całości, nie zażądacie więcej i od razu darujecie wolność jeńcom. Częściowa wypłata, zamiast mnie uspokoić, powiększyłaby jeszcze moje obawy. W czasie rozmowy brat Hilario trzymał się w pobliżu drzwi, aby przeszkodzić ewentualnej ucieczce opryszka. Co do mnie, nie wtrą-całem się tym razem do targu. Spoglądając przez otwarte okno na dziedziniec, zauważyłem, że gauczowie przezornie usunęli sprzed bramy konia.
- Wobec tego naprawdę nie wiem, co począć - rzeki w końcu

230 zakłopotany posłaniec.
- Ja, na twoim miejscu będąc, - wtrąciłem dopiero teraz -

wiedziałbym, co mi czynić wypada: nie czyniłbym nic na swoje ryzyko, lecz wróciłbym do majora po dalsze instrukcje. - To przewlekłoby sprawę i groziłoby jeńcom niebezpieczeń-stwem.
- Niestety, pozostaje ci tylko jedna droga. Zresztą, Peninsula del

Crocodiio będzie dla ciebie miejscem o wiele przyjemniejszym, niż
nasza estancja.
- Co pan mówi? - krzyknął zmieszany. - Skąd pan wie o miejscu

pobytu majora?
- Wiem... A skąd, nie potrzebuję się tłumaczyć. - W takim razie major wcale się nie mylił, twierdząc, że jesteś pan

niebezpieczny. - Dziękuję bardzo za komplement. Pozdrów więc ode mnie ma-jora i ostrzeż go przed Latorrem.
- My... my przecież jesteśmy jego podwładnymi.

-Jesteście pachołkami Lopeza Jordana, chciałeś zapewne powie-dzieć. Między tymi dwoma ludźmi jest wielka różnica, przynajmniej taka, że Latorre jest biczem na bandy Jordana. Wysłał właśnie przeciw waszemu majorowi na wspomniany półwysep duży oddział wojska. - No, no! Niepotrzebne strachy! Sam diabeł się nie dowie, gdzie ów półwysep leży. Niechże go sobie wojsko szuka do sądnego dnia!
- rzekł drab niebacznie. - Diabeł może się nie dowie, - rzekłem - ale ja znam to miejsce.

- Ba, dowiedział się pan tego w zupełnie prosty sposób, mianowi-cie od Pedro Aynasa. Możesz pan być jednak pewny, że ten czerwonoskóry nie zdradzi tajemnicy przed Latorrem. - Pedro Aynas? - zapytał teraz żywo brat Hilario, rzucając ku mnie porozumiewawcze spojrzenie. Znam go, to mój przyjaciel. Skoro go tylko odnajdę, powie mi wszystko, o co poproszę.

Niewiele już pozostało do dowiedzenia się i mogłem wziąć draba
231 w obroty. - Widzisz, że wiemy już dosyć, a potrzebną resztę wypaplałeś sam, nie wiedząc nawet, kiedy i jak.
- Jak to wypaplałem?

- Mniejsza o to. Obiecałeś nam szczerość, a usłyszeliśmy z ust twoich same kłamstwa. Powiedziałeś na przykład, że jesteś tu sam. Czyż nie tak?
- I powtarzam to jeszcze raz.

- Otóż kłamiesz. A ci dwaj towarzysze, co oczekują na ciebie nad sadzawką, w zacisznym ustroniu, pod krzakami mimozy? - Co u licha! - wyjąkał zdumiony. - Pan... no... pan naprawdę masz diabła w sobie. - Cieszy mnie to bardzo, bo, jak ci wiadomo, diabła nie ima się ani kula, ani nóż.
- Nóż? - bąknął z głupią miną.

- Tak! Na przykład ten nóż, o którym wspomniałeś przed godziną porucznikowi. Obiecałeś przecież rzucić się na mnie niespodzianie, a zamordowawszy mnie, skorzystać z popłochu i uciec.

Drab otworzył usta szeroko i stał oniemiały. Po chwili sięgnął ręką do pasa, ja zaś równocześnie wycelowałem do niego rewolwer i rze-kłem:
- Zostaw nóż na miejscu, bo strzelam!

Zbladł i opuścił bezwładnie rękę, a Hilario, zaszedłszy go z tyłu, znienacka wyrwał mu nóż zza pasa. Opryszek, skorzystawszy z tego, że zakonnik opuścił swe stanowisko przy drzwiach, zawrócił w mgnie-niu oka, chcąc czmychnąć. Byłem jednak na to przygotowany i, ują-wszy go silną dłonią za kołnierz, rzekłem surowo:
- Zostań tu, bo zrobię użytek z broni!

A pociągnąwszy go ku oknu, dodałem:
- Patrz! Nie miałbyś na czym uciekać! - Gdzie mój koń? - zapytał zaskoczony. - Odprowadzono go, żebyś nie mógł umknąć. Zresztą ucieczka

232 twoja byłaby zbyteczna, i lepiej, że zostaniesz tutaj... dla towarzy-stwa... Zobacz sam! To mówiąc, pociągnąłem go ku drzwiom przyległego pokoju i otworzyłem je na oścież. Zobaczywszy swych kamratów, wyszeptał: - Teraz to już nie mam żadnej wątpliwości, że pan jesteś wcielo-nym diabłem! - Słyszałem to już kilka razy i dziękuję za uznanie. Licząc zaś nadal na twoją uprzejmość, spodziewam się, że będziesz rozsądny i poddasz się swemu losowi spokojnie. Zresztą nie czeka cię z mojej ręki taki wyrok, jaki dla mnie obmyśliłeś. Bo jakkolwiek widzisz we mnie diabła, myślę o wiele bardziej po ludzku, niż wy wszyscy z całej tej totrowskiej bandy. Przywiązaliśmy go do krzesła w taki sam sposób, jak i jego towa-rzyszy. Nie bronił się wcale. Uciec nie mogli, a jeden drugiemu nie mógł udzielić żadnej pomocy; dla pewności jednak postawiliśmy na straży przy jeńcach tęgiego gaucza. - Jestem panem zachwycony - rzekł estancjero, gdyśmy stamtąd wyszli. - Ale to jeszcze nie wszystko. Mamy przed sobą nie lada zadanie i bardzo się boję, czy będziemy mogli mu podołać. - Jestem o to zupełnie spokojny - odparłem - i, jak to już poprzednio zaznaczyłem, byłbym pewny dobrego rezultatu, gdyby mi wolno było wybrać się na wyprawę samemu. Kucharz może najlepiej sporządzać potrawy wówczas, gdy kieruje się własnym gustem. Kiedy dodadzą mu pomocnika, któremu również pozostawiona jest swobo-da kierowania się własnym smakiem, wówczas potrawa jest albo przepieprzona czy przesolona, albo odwrotnie, chyba że pomocnik musi stosować się ściśle do wskazówek kucharza. Wtedy można się spodziewać dobrego wyniku )ch pracy. - Przykład bardzo jasny i zrozumiały. Chcę towarzyszyć panu, jednak będziesz miał senior nieograniczoną władzę rozkazywania mnie i innym, którzy będą ci towarzyszyć.
- Nie miałem na myśli nieograniczonej władzy, a tylko prosiłbym

233 o stosowanie się ściśle do moich wskazówek. Znasz pan lepiej ode mnie ten kraj i ludzi, aleja za to posiadam więcej danych do przepro-wadzenia zamierzonego planu. Przede wszystkim musimy z góry wy-rzec się użycia przemocy i ograniczyć głównie do forteli. Będziemy nawet musieli zabawić siew złodziei, gdyż zamierzam wykraść jeńców, a ku temu niezbędna jest nadzwyczajna ostrożność i spryt. Nauczyłem się jednego i drugie od Indian, mogę więc bez obawy przystąpić do

wykonania planu. Wyruszymy w drogę bezzwłocznie, więc postaraj się pan natychmiast o żywność, broń i amunicję. Bratu pańskiemu, jak również jego towarzyszowi, broń zapewne odebrano i dlatego musimy zabrać dla nich inną. Zanim wyruszyliśmy, trzech naszych jeńców sprowadzono do piw-nicy i tam zamknięto, a estancjero wydał surowe zarządzenie, ażeby ich strzeżono, jak oka w głowie. Porucznik przy tej sposobności odgrażał się oburzony, krzycząc, iż należy do armii rządowej i, że za porwanie się na niego, spotka nas surowa kara. Wybieg ten nie przyniósł mu żadnej korzyści, a na pogróżki nie zwracaliśmy naj-mniejszej uwagi. Wreszcie nadeszła przykra chwila pożegnania się z kobietami, które w obawie o nasze życie płakały ukradkiem. Uspokoiłem je, obiecując, oczywiście na osobności, że będę strzegł estancjera przed niebezpieczeństwem i, że ręczę za jego życie oraz zdrowie. Wziąwszy ze sobą zapasowego konia do dźwigania żywności i innych rzeczy, opuściliśmy estancję i późno po południu zostawiliśmy za sobą granice posiadłości Montesów. Było nas ośmiu; ja, estancjero, Hilario i pięciuyerbaterów, którzy postanowili za wszelką cenę wydo-być swego towarzysza z niewoli. Droga wiodła koło owego rancza, gdzie wczoraj znalazłem ocale-nie. Postanowiliśmy wstąpić tam i wziąć udział w pogrzebie zmarłego wędrowca. -Burgli, gdyśmy mu opowiedzieli o celu naszej wyprawy, chciał się przyłączyć do naszego grona, ale nie zgodziliśmy się na to, bo niewiele 234 by nam pomógł, a zostawiając ranczo bez opieki, mógłby je narazić na niebezpieczeństwo. Pogrzeb nieznajomego odbył się o zmroku w obecności księdza, sprowadzonego z Montevideo, po czym odjechaliśmy, odprowadzeni przez ranczera aż za rzekę. Przeprawił on nas na drugą stronę we własnej łodzi, którą miał ukrytą w zaroślach. Obiecałem mu, że jeżeli wyprawa się powiedzie, co nie było takie pewne, gdyż zadanie nasze było połączone z wielu trudnościami, nie omieszkam wstąpić do niego, jadąc z powrotem. Począwszy od Rio Negro, przewodniczył naszemu gronu Hilario. Mijaliśmy rancza, estancję, hacjendy i niewielkie wioski, których nazwy wypadły mi z pamięci. Monteso wybrał dla yerbaterów najlepsze wierzchowce, brat Hilario miał rumaka, dorównywającego memu gniadoszowi, i dlatego pierwszej nocy ujechaliśmy spory kawał drogi. Na postojach, które urządzaliśmy od czasu do czasu, pamiętałem zawsze, aby wszystkie konie były napojone, o co yerbaterzy zupełnie nie dbali, twierdząc, że koni w okolicy jest dosyć i jeżeli któryś padnie, to go się zastąpi innym. Podczas jednego z takich postojów, spostrzegliśmy w oddali dym. - W tamtej stronie jest folwark, - rzekł Hilario - a zabudowania już stąd powinny być widoczne. Tymczasem nie widzę ich i dym ten wydaje mi się podejrzany. Czyżby tych biednych ludzi nawiedził po-żar?...
- Czy brat zna właściciela?

- Owszem. Jest to starszy człowiek, bardzo zacny i szlachetny, podobnie, jak i jego żona. Mają jednego syna. W gospodarstwie zatrudnionych jest zazwyczaj pięciu gauczów. Stary słynie z umiejęt-ności tresowania koni. Wśród tej dzikiej, nie zamieszkanej prawie okolicy, był to jeden jedyny dom. Widać go było z dala. Teraz go nie spostrzegam. Być może, spalono go. Jedźmy! Już w kilkanaście minut później stwierdziliśmy, że istotnie mamy

przed sobą pogorzelisko. Ściany zawaliły się, a z kupy zgliszcz i 235 popiołu unosiły się jeszcze gęste smugi dymu. Korrale byty próżne, bez bydła, a tylko tu i ówdzie w pobliżu pasły się pojedynńzo sztuki wołów i krów.
Tu niedawno dokonano napadu - zawyrokował mnich. Skąd brat to wnosi? Bo zwierzęta się porozbiegały. Mogły się przestraszyć ognia.

- O, to nie powód. Proszę zobaczyć, jak mocne jest kaktusowe ogrodzenie; najsilniejsze i najdziksze bydlę nie byłoby w stanie prze-drzeć się przez nie. Wnoszę, że ktoś rozmyślnie wypędził bydło, robiąc wyłomy w żywopłocie. Ale zobaczymy, może się da coś stwierdzić. Wzięliśmy drągi, które znajdowały się w pobliżu, i poczęliśmy rozgarniać gruzy i ciepłe jeszcze popioły, szukając szczątków ludz-kich, ale na szczęście nie znaleźliśmy nic. - To jeszcze nie koniec - konkludował Hilario. - Trzeba prze-szukać dobrze cały korral, a może wpadniemy na jakieś ślady. Rozbiegliśmy się wokół. Yerbaterzy na koniach, a my trzej pieszo zabraliśmy się do przeszukania wszystkich zakamarków. Niebawem yerbaterzy coś odkryli, a na ich okrzyki pobiegliśmy ku nim co tchu. Oczom naszym przedstawił się niespodziany widok. Wśród kol-czastych kaktusów leżeli, skrępowani lassami i prawie nie dający znaku życia: właściciel, jego żona i trzej gauczowie. Ani chwili nie zwlekając, postaraliśmy się o wodę z pobliskiej studni, urządzonej jak w węgierskiej puszcie, z wysokim żurawiem. Okazało się to zbawien-ne, bo oboje starzy byli niezwykle wyczerpani, i z trudnością udało się nam ich docucić. Gauczowie odzyskali świadomość dosyć szybko. Wlaściciele rancza, gdy spojrzeli na pogorzelisko, ciężko i boleśnie westchnęli; gauczowie zaś, poczęli przeklinać zbójów, którzy im wyrządzili tak straszną krzywdę. - Nie przeklinajcie! - rzekł do nich Hilario - bo to wam nic nie pomoże. Widocznie niedawno tu służycie, gdyż was nie znam i wy mnie również. Ale zna mnie senior i seniora. Oni wiedzą, że pomogę im w nieszczęściu, o ile tylko siły moje na to pozwolą.
- Jak tu pomóc, strata jest za duża - zauważył jeden z gauczów.

- Przecież całe mienie poszło z dymem, a trzodę i stadninę zabrali zbóje.
- Cóż to byli za jedni? -Jakaś banda, podająca się za wojsko. - My ich właśnie szukamy. W którą stronę podążyli? - Stąd pojechali na południe. - A kiedy się tu pojawili?

- Przedwczoraj w nocy. Rano spostrzegliśmy ich, biwakujących w pobliżu domu. Dowódca ich chciał zakupić u nas konie.
- Raczej ukraść, lub zrabować.

- No tak, ale tego nie powiedział od razu. Mieli ze sobą dwóch czy trzech związanych jeńców i strzegli ich pilnie, bo to podobno jacyś przestępcy polityczni.
- Kłamali.

- I nam się tak zdawało. Młody senior żądał nawet uwolnienia nieszczęśliwych.
- Któż to jest ten młody senior? - zapytał brat Hilario.

- To senior Jose’ Monteso z estancji Del Yerbatero. Powracał on z Santa Fe’ i nocował u nas. - To mój syn! - potwierdził Monteso. - Ja jestem właścicielem tej estancji. Proszę nam opowiedzieć dokładnie, jak to było, bo my, dowiedziawszy się, że syn mój i brat znajdują się w niewoli u tych łotrów, wybraliśmy się, by ich z niej wydobyć. - Ach, to dobrze. Weźcie i nas ze sobą, abyśmy mogli odpłacić zbrodniarzom za naszą krzywdę.
- Nie. Musicie zostać tutaj i zaopiekować się gospodarzami.

Zresztą jesteście za słabi, abyście mogli brać udział w pościgu.
- Więc dobrze, wy nas pomścicie.

- Owszem, ale opowiedzcie nam jak się to wszystko stało. Czy znaliście mego syna? - Powiedział nam zaraz po przybyciu, kim jest i dokąd zdąża. Gdy wczesnym rankiem wybrał się w dalszą drogę, spotkał bandę oprysz-ków, a wśród niej swego stryja. Domagał się uwolnienia go i oczywi-ście sam dostał się do niewoli.
- Wy zaś dopuściliście do tego, nic nie robiąc?

- Co mogliśmy uczynić wobec pięćdziesięciu uzbrojonych dra-bów? Było nas tylko czterech. Te draby wniosły jeńców do izby i rozmawiały z nimi o czymś na osobności, po czym nasz senior musiał dać im pióro i atrament. Podobno jeden z jeńców napisał jakiś list. Z listem tym major wysłał jeźdźca, nakazując mu, by się śpieszył i dotarł do celu w południe. Dokąd jednak jeźdźca owego wysłano, nie wiemy.
- Do mojej estancji, list był wystosowany do mnie. Cóż dalej? - Potem zbóje zażądali od nas wołu, którego zabito i upieczono.

Nie ruszyli się stąd bowiem przez cały dzień i mieli jeszcze zostać na noc. Nasz senior, w obawie, żeby nie odjechali nocą, nie zapłaciwszy za wołu, poprosił ich o pieniądze. To im się tak nie podobało, że napadli na niego i pobili srodze.
- A wy co na to?

- My pośpieszyliśmy mu z pomocą, jednak w okamgnieniu obez-władniono nas wszystkich, nie wyłączając seniory i związanych zawle-czono do korralu, tam gdzieście nas znaleźli. Trzech z nas pobito przy tym do krwi.
- To okropne! - Tak, to są zwykli zbrodniarze, na których nie ma sposobu.

Zgrzytaliśmy tylko zębami, poprzysięgając zemstę. Widziałem ich wszystkich dokładnie i mógłbym każdego poznać. Biada łotrom, jeśli mi któryś stanie kiedykolwiek na drodze!
- Kiedy podpalili dom?

- Nie zaraz. Najpierw wypędzili z korralu bydło i konie. Najlepsze woły pozabijali i przyrządzili sobie zapasy żywności, konie zaś powią-zali jeden do drugiego w ósemki i popędzili.
- Doprowadzili mnie do zupełnej ruiny -wtrącił drżącym głosem

238 stary. - Konie uprowadzone, majątek ruchomy zrabowany, z domu kupa popiołów. Zostałem nędzarzem! - Niech się pan uspokoi - upomniał go estancjero. - Wybrali-śmy się właśnie w pościg za bandytami i może nam się uda coś uratować.
- Nie mam nadziei na powodzenie waszej wyprawy.

- Nawet gdyby się nam nie powiodło, to nie należy upadać na duchu. Założy pan gospodarstwo na nowo, w czym ja panu pomogę. Jestem bogaty, a ponieważ obecność mego syna i brata w tym

domu, naraziła pana na nieszczęście, czuję się w obowiązku wynagrodzić panu poniesione straty. Pomówimy o tym szczegółowo, gdy wstąpimy tu, wracając z wyprawy. Obiecuję panu dać tyle pieniędzy, ile będzie potrzeba na zbudowanie nowego domu i zakup bydła oraz koni.
- Chyba pan żartuje?

- Nie żartuję i żebyś pan nie miał żadnej wątpliwości, mogę już teraz dać panu pewną sumę, dla zaspokojenia najpilniejszych po-trzeb. Estancjero, aby mieć możność w razie konieczności złożenia zbó-jom okupu za brata i syna, nie omieszkał zabrać ze sobą większej sumy pieniędzy, a mając je przy sobie, wydobył portfel i wręczył staremu sporą paczkę banknotów.
- Ależ nie tyle! - wzbraniał się ranczero, licząc pieniądze.

- No, no. Nie mam w tej chwili czasu targować się z panem i choć chętnie pozostalibyśmy tu czas jakiś, aby wam pomóc w spędzeniu rozproszonego bydła i trzody, nie możemy sobie na to pozwolić, bo musimy natychmiast jechać, mając do załatwienia ważniejszą sprawę. Zresztą gauczowie sami dadzą sobie z tym radę. Bydło jest znaczone i przepaść nie powinno. Po drodze poprosimy najbliższego sąsiada, by wam pospieszył z pomocą. Ruszyliśmy dalej, żegnani przez pogorzelców, jednak nie podążyliśmy śladami bandy, choć łatwo je było rozeznać, ale na propozycję Hilaria postanowiliśmy odszukać przede wszystkim Indianina Aynasa, 239 ażeby dowiedzieć się od niego, gdzie leży Półwysep Krokodyli. Po godzinie jazdy wśród pustkowia natrafiliśmy na hacjendę, gdzie wypoczęliśmy, a estancjero poprosił mieszkańców, aby poratowali najbliższych swych sąsiadów. Wysłano natychmiast kilku ludzi na pogorzelisko, w celu niesienia pomocy. Mieszkańcy tej hacjendy nie widzieli bandy Cadery.
- Dlaczego ci zbóje pojechali na południe? - spytał Monteso. - Ażeby na wypadek pogoni wprowadzić ścigających w błąd.

- Pędzą jednak przed sobą stadninę, więc chyba najwłaściwszą byłaby dla nich droga najkrótsza. - To prawda, ale mimo to mogli uznać za konieczne nałożyć nieco drogi, dla większego bezpieczeństwa. - A może śpieszą nie tam, gdzie spodziewamy się ich znaleźć. Czy się panu nie przesłyszało wczoraj tam, pod krzakami mimozy?
- Bądź pan o to spokojny - rzekłem, - nie przesłyszało mi się.

Zresztą draby nie mają potrzeby tak bardzo się spieszyć, jak pan przypuszcza.
- Jak to? Przecież muszą się liczyć z tym, że ich będziemy ścigali! - Mogą się liczyć, ale są pewni, że jesteśmy od nich bardzo daleko.

Odjechali ze spalonego rancza wieczorem i wyprzedzili nas o jakieś sześć godzin, a że są przekonani, iż nie wiemy o miejscu ich kryjówki, nie mają powodu do obaw. Jak daleko stąd do granicy?
- Od mojej estancji jest około dwudziestu godzin jazdy konnej.

Przypuszczam, że zdążymy tam przed wieczorem. - Tak jest istotnie - potwierdził Hilario. - Skoro jednak musimy po drodze odszukać Indianina, więc możemy się spóźnić. Mieszka on w pobliżu rzeki, ale kto wie, czy zastaniemy go w domu, a jeżeli żona jego nie udzieli’ nam potrzebnych wskazówek, będziemy zmuszeni czekać jego powrotu, lub też udać się za nim na poszukiwanie.

- A tymczasem nasi przeciwnicy przeprawią się przez rzekę. - Wątpię. Wszak oczekują powrotu porucznika z pieniędzmi.

Ponieważ jednak konie nasze dobrze już odpoczęły, więc nie traćmy 240 czasu i ruszajmy. Jadąc stale w kierunku zachodnim, około południa wypoczęliśmy znowu w jakimś ranczo. Mieszkańcy jego również nie umieli nam nic powiedzieć o Półwyspie Krokodyli i również nie widziano tu oddziału argentyńskich bandytów. Po południu, gdyśmy dalej wyruszyli, nie dowiedzieliśmy się o nich nic w napotykanych po drodze osiedlach ludzkich. Przed wieczorem znaleźliśmy się wreszcie na przestrzeni między dwoma rzekami, wpadającymi do Urugwaju. Wilgotna okolica pokry-ta była bujną trawą stepową, wśród której tu i ówdzie sterczały krzaki, a nawet drzewa. Nie można było nazwać tego lasem, ani nawet gajem, gdyż drzewa owe i krzaki nie stanowiły zwartej masy, lecz rosły z rzadka, małymi kępami lub pojedynńzo. Niebawem charakter roślin-ności znowu się zmienił, gdy wjechaliśmy w rozległą okolicę, pozba-wioną traw stepowych, natomiast obfitującą w gęstwy trzcin, bambu-sów i innych drzew liściastych, wśród których sączyły się leniwie drobne strumyki, bądź też rozprzestrzeniały się w fantastycznych liniach liczne laguny. Pnące rośliny oplatały pnie drzew od dołu aż po wierzchołki, tworząc chaotyczną plątaninę tak, iż nie można było wśród niej rozróżnić, co należało do drzew, a co do owych pnączy, rozpiętych na nich, jak na rusztowaniach. Teren był coraz bardziej wilgotny, aż wreszcie o zmroku wjechali-śmy w okolicę, pokrytą bagnami i trzęsawiskami, utworzonymi przez niezliczone źródła, zasilające rzekę, która w niewielkiej już od nas odległości przeświecała tu i ówdzie przez rzednący miejscami drzewo-stan, połyskliwym zwierciadłem swych wód. Nagle spostrzegłem chla-piące się w błocie jakieś opasłe niezgrabne zwierzę.
- A cóż to za bestia? - zapytałem Hilaria. - To świnia wodna - odrzekł.

Dalej, w jednym ze źródeł, tuż przy brzegu zauważyłem coś, jakby kilka kłód drzewa wystających z wody i Hilario objaśnił mnie, że są to aligatory, krokodyle Ameryki Południowej. 241 - Czy jadąc tak blisko nich, nie narażamy się na niebezpieczeń-stwo? - Nic nam nie zrobią. Moglibyśmy się obawiać, gdybyśmy weszli między to miłe grono.
- Jednak droga nasza, nie wydaje mi się zbyt bezpieczna?

- O tak, tu trzeba się mieć na baczności. Ja pojadę na przedzie, a wy trzymajcie się za mną gęsiego, ponieważ wkrótce znajdziemy się w tak niepewnym miejscu, że lada potknięcie może spowodować nie-szczęście.
- Czy nie ma innej, bezpieczniejszej drogi do owego Indianina?

- Nie. Obrał on sobie siedzibę właśnie w tak zabezpieczonym od wszelkiej napaści miejscu, że ma ono dostęp z jednej tylko strony. Chata jego jest trudną do zdobycia warownią. Brat Hilario musiał znać drogę doskonale, skoro odważył się prze-prowadzić nas prawie przez sam środek niebezpiecznego trzęsawiska. Po kwadransie dostrzegliśmy przed sobą małe światełko. - Teraz zsiądziemy, - rzekł brat - bo ścieżka jest tu nadzwyczaj wąska i lepiej będzie przeprawić się dalej pieszo. Konie poprowadzi-my za sobą.

Grunt, po którym teraz stąpaliśmy, był istotnie niepewny i zapadał się pod nogami, jak warstwa zastygłego na wodzie łoju. Na szczęście wydostaliśmy się wnet na szerszą ścieżkę, ale dla pewności wciąż szliśmy gęsiego. Wreszcie oczom naszym ukazała się niewielka chatka. Stała pod rozłożystym jak parasol drzewem. Ściany obłożone były darnią, a dach pokryty trzciną. Okien w niej nie było, tylko drzwi, które stały w tej chwili otworem, tworząc na ciemnym tle ściany jasny prostokąt, wewnątrz bowiem płonął ogień. Nad ogniskiem wisiał na trójnogu wielki kocioł, wypełniony jakąś śmierdzącą masą. W chacie nie było nikogo.
- To jest mieszkanie owego Indianina? - zapytałem. -Tak.

242 - Niezawodnie zastaliśmy go, skoro jest ogień i coś się na nim gotuje. - Prawdopodobnie jest w domu przynajmniej jego żona - odparł brat Hilario. - Zobaczymy, co się tu warzy. Zajrzał do kotła i, powąchawszy, rzekł:
- Masa do zatruwania strzał.

Zaciekawiony, jak to wygląda, zajrzałem również do kotła. Gotu-jący się w nim płyn był gęsty jak syrop i miał zielone zabarwienie. Kawałek drewna, widocznie zastępujący chochlę, sterczał ze środka. Braciszek wyjął go, zwilżył palec w masie i, pokosztowawszy, potwier-dził:
- Tak, jest to trucizna do strzał, poznaję po smaku. - I nie boi się brat kosztować jej?

- Trucizna ta żołądkowi nie szkodzi, ale jest zabójcza, gdy dosta-nie się do krwi.
- Z czego się ją sporządza?

- Nie wiem, to tajemnica Indian. Najprawdopodobniej jest to mieszanina, złożona z wężowego jadu, soku wilczych jagód oraz pewnych roślin i ziół, ale jakich, tego nie wiem. Mieszaninę tę gotuje się dopóty, aż osiągnie gęstość syropu. Po ostygnięciu tężeje ,i jest podobna do żywicy. Przed użyciem rozgrzewają ją na nowo.
- Jak długo nie traci swej mocy?

- Do półtora roku, jeżeli oczywiście sporządzona jest dobrze i nie skruszeje. Brat Hilario widocznie nie po raz pierwszy był w tej budzie, gdyż, wyjaśniwszy, że strzały znajdują się w komorze, wszedł tam i wyniósł * kilka gotowych wiązek. Zaostrzone końce nosiły na sobie ślady truci-zny; końce przeciwne zaopatrzone były w lotki z ptasich piór. Pod jedną ze ścian znajdowało się kilka okrągłych, niedużych drążków. Brat wziął jeden z nich do ręki i pokazując mi, objaśnił: - Ta żerdka jest wewnątrz wydrążona i służy właśnie jako przyrząd do wyrzucania strzał za pomocą płuc strzelca. 243
- Jak daleko wyrzucić można strzałę przez taką dmuchawę?

- Na odległość czterdziestu kroków, przy czym wyrzucanie strzał nie czyni żadnego hałasu.
- A jak długo może żyć trafiony zatrutą strzałą?

- Małpy i papugi giną w przeciągu paru sekund, człowiek zaś i jaguar najwyżej po trzech minutach.
- A czy jest jakiś środek zaradczy przeciw zatruciu taką strzałą? - Niestety, nie ma.

- Ta broń jest straszna i rząd nie powinien pozwolić na jej używa-nie. - Ba! Zapobieżenie używaniu tych strzał jest niewykonalne, rząd nie miałby sposobu na wyegzekwowanie podobnego zakazu. Przy tym Indianin jedynie dzięki tej broni daje sobie radę z dzikimi zwierzęta-mi, wśród których żyje. Bez zatrutych strzał nie mógłby mieszkać w tych ogromnych puszczach, a drapieżne zwierzęta rozmnożyłyby się wkrótce do tego stopnia, że rząd zmuszony byłby wielkim kosztem prowadzić uciążliwą selekcję. Tymczasem Indianie utrzymują względ-ną równowagę, nie żądając za to wynagrodzenia. Jeżeli tylko strzała taka zadraśnie chociażby lekko skórę jaguara lub pumy, śmierć dra-pieżnika jest nieunikniona.
- Czy mięso zabitych w ten sposób zwierząt jest również trujące?

- Nie. Jadłem niezliczoną ilość razy takie mięso i nic mi się nie stało. Trucizna bowiem, jak to już mówiłem, działa jedynie bezpośred-nio na krew, a w przewodzie pokarmowym jest zupełnie nieszkodliwa. W tej chwili weszła do chaty nikła, karzełkowata i nie bardzo do człowieka podobna postać. Była to stara i chuda jak patyk Indianka, wzrostem przypominająca ośmioletnie dziecko.
- Witaj, Daya! - powiedział Hilario.

Na te słowa potworek skinął głową i przeżegnał się.
- Mąż w domu?

Skinęła znowu głową i przeżegnała się powtórnie.
- Mów coś! - ozwał się surowo.

244
- A czy dostanę coś? - odparła cichym głosem.

- Dostaniesz, Daya, ale później. Najpierw musisz mi odpowie-dzieć na kilka pytań.
- Ja nic nie wiem. - Kłamiesz! A ja tego nie znoszę!

Spojrzała nań, jak małpa, i odrzekła:
- Ale ty jesteś dobry i nie gniewasz się za to.

- No, no! Nie widziałaś mnie jeszcze nigdy w gniewie, ale dziś może ci się to zdarzyć, więc uważaj! Byli tu dziś jacyś ludzie?
- Nie wiem.

- Hm, widzę, że trzeba inaczej. Mów więc, co byś chciała otrzy-mać?
- Ładny, błyszczący guzik od ubrania. - Dobrze, dostaniesz - odrzekł, sięgając do kieszeni.

Był widocznie przygotowany na tego rodzaju wypadek, skoro nosił przy sobie rozmaite świecidełka. Gdy wyjął z kieszeni mosiężny guzik, karlica wyrwała mu go z rąk chciwie i nie zwlekając, przyczepiła sobie do „sukni”, ucieszona podarkiem, jak dziecko.
- Jesteś zadowolona? - zapytał brat. - Tak, ja jestem zadowolona, a ty jesteś dobry. - Bądź więc i ty dobra i odpowiedz mi prawdę na moje pytania. - Daya nigdy nie kłamie. - Czy byli tu dzisiaj jacyś ludzie? -Nie.

- Nikt? Na pewno? - nalegał braciszek. - No... był... jakiś mężczyzna. - A widzisz, że przedtem skłamałaś! Czy znasz tego mężczyznę?

Wiesz, kim on jest?
-Nie. - Przybył pieszo, czy na koniu? - Na koniu. -Jak był ubrany?

245
- Jak każdy biały senior. Miał lancę. - Czy rozmawiał z tobą? - Nie, tylko z Pedro. - A więc z twoim mężem. O co go pytał? - Nie słyszałam. - Ale wiesz przynajmniej, czego chciał? - Wiem. Chciał, żeby mój maź poszedł z nim. - I poszedł? Dokąd? - Nie mówili. - A kiedy Pedro obiecał wrócić? - Nic o tym nie mówił. - Kiedy był ów mężczyzna? - Przed zmrokiem. - Czy nie widziałaś nikogo więcej? -Nie. - A widziałaś kiedyś człowieka, który nazywa się Enrico Cadera? - Nie. - Albo takiego, którego nazywają majorem? - Także nie. - Czy nie opowiadał ci Pedro o jakichś dwóch jeńcach? - Nie.

- No, to powiedz mi przynajmniej, czy jest ci znane miejsce, które się nazywa Peninsula del Crocodiio?
Owszem, znam to miejsce. Czy daleko stąd? Niedaleko. Możesz nas tam zaprowadzić? Chętnie.

- Zaprowadź więc nas natychmiast, ale tak, żeby nikt tego nie zauważył.
- Daya pójdzie naprzód przekonać się, czy tam kogoś nie ma. - Dobrze. Ale co będzie, gdy spotkasz się ze swoim mężem?

246
- Czy muszę widzieć się z nim? - Niekoniecznie. - W takim razie postaram nie pchać mu się przed oczy.

- Pięknie! Podobasz mi się! I jeżeli wywiążesz się dobrze z zada-nia, patrz! Otrzymasz jeszcze jeden guzik. I pokazał Indiance drugi mosiężny guzik. Karlica aż krzyknęła z zachwytu i rzekła szybko:
- Daya dostanie guzik. Daya idzie i nikt jej nie zobaczy, nawet

Pedro.

To mówiąc, wysunęła się z chaty bez szelestu, jak nietoperz i zniknęła w ciemnościach. Hilario opuścił matę w drzwiach, by na zewnątrz nie było widać światła, ja zaś zauważyłem:
- Ta Daya nie należy chyba do istot, którym można zaufać.

- O, tak - odparł Hilario. - To coś jakby nie człowiek, a właściwie pół człowieka, pół dzikiego kota. Nęcą ją jednak świecidełka i dlatego może być nam pomocna. Zna doskonale te bagniska i umie tak świetnie się skradać, że nawet mąż jej nie zauważy, choćby mu się przesunęła pod nosem. Pod tym względem dorównuje ona drapież-nym zwierzętom.
- Jestem ciekaw, czy zbóje są już tutaj.

- Rozumie się. Ów mężczyzna, o którym wspominała Daya, po-chodzi niezawodnie z ich bandy.
- A gdyby to był ktoś inny?

- Nie wydaje mi się. Miał lancę, a te noszą tylko Indianie i kawalerzyści. Zamilkliśmy, ja zaś począłem rozglądać się z ciekawością po cha-cie, w nadziei znalezienia tu czegoś godnego uwagi. Nic jednak nie zauważyłem. Po upływie kwadransa Indianka wróciła i wetknąwszy głowę przez drzwi, rzekła:
- Dawaj guzik! - E, nie tak łatwo. Najpierw musisz zasłużyć sobie na to. Co

247 widziałaś?
-Nic. - No, to chyba oślepłaś! - Daya nie jest ślepa; Daya widzi nawet w nocy. - Więc kłamiesz! - Daya wobec świętego człowieka nie kłamie, bo on jest dobry. - A może chcesz nas umyślnie wprowadzić w błąd? - Nie, bo nie dostałabym guzika.

- No dobrze, wierzę ci. Masz guzik, ale musisz nas jeszcze zapro-wadzić na półwysep. Skinęła głową na znak zgody i natychmiast przyczepiła do łachma-na drugi guzik. - Ale zaprowadzisz nas tam całkiem po kryjomu - mówił dalej Hilario. - Nikt nie powinien nas spostrzec!
To niemożliwe. Dlaczego? Bo masz konie. Zostawimy je tutaj. A jeżeli się tu ktoś zjawi? To je zobaczy! Cóż stąd? Nic. Może Daya je ukryje. Jeżeli masz bezpieczne dla nich miejsce, to tak. Jest w pobliżu. Zaprowadzimy je tam sami. To niemożliwe, bo tylko jeden człowiek potrafi przejść tamtędy;

więcej ludzi ugrzęzłoby w bagnie. Daj jeszcze jeden guzik, to Daya zaprowadzi wasze konie sama.
- Jesteś nienasycona!

Spojrzała nań z uśmiechem, będąc pewna, że otrzyma żądany guzik.
- Daya lubi tylko guziki - rzekła.

- Wiem o tym, a że ja lubię Dayę, więc dam jej trzeci guzik, ale nie teraz, lecz później, gdy przyprowadzi nam konie na powrót. Daya 248 musi ich strzec pilnie.
- Dobrze, Daya to uczyni - rzekła i oddaliła się natychmiast.

Chciałem iść za nią, ale mnich mnie powstrzymał.
- Mam ważne przedmioty w kieszeniach przy siodle - rzekłem. - Bądź pan o nie spokojny - odparł brat Hilario.

- Ależ sam brat mi opowiadał, że tutejsi Indianie to bezwstydni złodzieje! - Mnie jednak nie okradnie żaden z nich, a że pan znajdujesz się w moim towarzystwie, więc możesz być spokojny o swe rzeczy. Dla tej kobiety więcej wart jeden guzik, otrzymany ode mnie, niż całe pańskie mienie. W tej chwili posłyszeliśmy stłumione odgłosy kopyt końskich, co się powtórzyło tyle razy, ile było koni, gdyż Indianka wprowadzała je do kryjówki pojedynczo. Następnie wywołała nas z chaty i poprowa-dziła wąską, zygzakowatą ścieżyną w stronę rzeki. Ścieżki tej nie znaleźlibyśmy sami nawet w biały dzień. Nie dowierzając Indiance, miałem w pogotowiu rewolwery. Cho-dziło mi o zabezpieczenie się przed tymi, którzy nawinęliby się nam przed oczy i zachowali względem nas nieprzyjaźnie. Indianka zaprowadziła nas przez zarośla, trzciny i sitowia na brzeg niewielkiej zatoki rzecznej i szepnęła:
-Tu!

- Ależ to nie jest wcale półwysep - odrzekł również szeptem Hilario. - Owszem, to jest Peninsula del Crocodiio. Po lewej ręce jest wąski ląd, a za tym lądem znów woda, więc ląd ten jest półwyspom.
- I nazywa się Peninsula del Crocodiio? Nie mylisz się, Daya?

- Nie myli się. Daya wie, że to jest Peninsula del Crocodiio, i Pedro wie, a więcej nikt.
- Nieprawda! Wie o tym jeszcze ktoś. - Daya i Pedro nie zdradzą tego nikomu i wiedzą, dlaczego. - No, dlaczego?

249
- Daya nie powie. - Nawet, gdybym dał jeszcze jeden guzik? - Tak, nawet za guzik nie powiem.

- Dlaczego? Mam tu w kieszeni bardzo piękne guziki, jakich jeszcze nigdy w życiu nie widziałaś.
- Pedro mi zabronił.

- Jeżeli tak, to nie nalegam, winnaś mężowi posłuszeństwo. Czy jednak rzeczywiście nie ma tu nikogo?
- Nikogo. - Może byś się rozejrzała lepiej? - Dobrze - odrzekła i oddaliła się.

Staliśmy, nie poruszając się z miejsca, a jednak nie usłyszeliśmy kroków Dai, najlżejszy szelest nie zdradził przygniecenia jej stopą źdźbła trawy lub liścia. Umiała się genialnie skradać. Wróciwszy po paru minutach, oznajmiła, że w pobliżu nie ma żywej duszy.
Dobrze. Więc idź teraz do chaty - rozkazał Hilario. Czy mam wrócić tu jeszcze? Nie potrzeba. Przyjdziemy sami o świcie. Cóż wy tu będziecie robili tak długo? Dowiesz się później. Czy powiedzieć Pedro, że jesteście tutaj? Owszem, ale tak, żeby tylko on jeden słyszał, więcej nikt! Któż by inny mógł słyszeć, skoro w okolicy nie ma żywej duszy?

Po tych słowach oddaliła się, pozostawiając nas własnemu losowi wśród tych nieznanych topieli. - No, senior, - ozwał się do mnie estancjero - jesteśmy w pobliżu Półwyspu Krokodyli i teraz na pana kolej. Co mamy czynić? - Czekać, dopóki się tu nie zjawią... chyba, że się dowiemy, iż nie przybędą tu wcale.
- Daya mówiła, że nie ma ich w okolicy. - Nie wierzę jej. - Krzywdzisz ją pan, posądzając o kłamstwo -wtrądł Hilario. -

250 Znam ją i wierzę, że mówi prawdę. Wprawdzie Indianie dla wypro-wadzenia białego w pole nie cofają się przed niczym, ale wobec mnie to stworzenie nie odważyłoby się na coś podobnego.
- Wolałbym jednak przekonać się o prawdzie jej stów osobiście.

Potrzymajcie mi karabin, pójdę się rozejrzeć. Było dość ciemno, więc miałem pewność, że nie zostanę spostrze-żony i śmiało ruszyłem naprzód.

Półwysep w głównych zarysach przedstawiał się jako wąski pas
lądu, wybiegający ku środkowi rzeki i wzniesiony nieco ponad jej poziomem. Zadrzewiony był dość gęsto, więc, posuwając się od drzewa do drzewa, mogłem niepostrzeźony obejść go wzdłuż i wszerz. Gdyby się tu znajdowali ludzie, z wszelką pewnością byłbym ich zauważył. Nie znalazłszy na półwyspie nikogo, wróciłem do towarzyszy, a gdy im to oświadczyłem, brat Hilario rzekł:
- Teraz przyzna pan, że Daya nie kłamie.

- Wątpię. Bandyci muszą być w okolicy i myślę, że będą szukali odpowiedniego miejsca, aby przez rzekę przeprowadzić uprowadzo-ną stadninę. - Oczywiście, przeprawić się muszą i bardzo im będzie zależało na czasie, ale nie tutaj, gdyż to miejsce nie nadaje się do tego. - Istotnie! Nie pomyślałem o tym, nie mogliby tutaj doprowadzić koni. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać, aż wzejdzie księżyc. Nastąpi to za jakieś pół godziny i wówczas będziemy mogli łatwiej zorientować się w sytuacji. Usiedliśmy w trzcinach. Dokoła panowała cisza, przerywana tylko miarowym pluskiem rzecznych fal, uderzających o brzegi.

Niebawem przez gałęzie drzew przedarły się pierwsze blaski wscho-dzącego księżyca i powierzchnia wody zasrebrzyła się wspaniale. Względna jasność pozwoliła nam baczniej rozejrzeć się w położeniu. Po przeciwnej stronie rzeki widniały nad wodą liczne drobne wysepki, przez co koryto jej zwężało się znacznie. Po naszej stronie 251 wrzynający się w rzekę półwysep jeszcze bardziej ją zwężał, z czego można było wnioskować, że prąd wody w tym miejscu jest niezwykle silny i uniemożliwiający przeprawę nawet dla koni. Siedząc w trzcinie, wygniecionej dosyć szeroko, mieliśmy przed sobą zatokę, po lewej ręce półwysep, a po prawej łagodnie wznoszący się brzeg. Za nami był gęsty i wysoki las. Zbyt długie i nużące wyczekiwanie zniecierpliwiło nas i doszedłem do wniosku, że ulokowaliśmy się w niewłaściwym miejscu. Tego samego zdania był i brat Hilario, bo po długotrwałym milczeniu mruknął: - Gdyby nie pewność, że Daya powiedziała prawdę, uwierzyłbym, że to nie jest Półwysep Krokodyli. Nie mam zaufania do tego miejsca.
- I ja również - rzekłem. - Dlaczego?

- Trudno określić podobne uczucie, jest ono identyczne z owym pierwszym wrażeniem na widok jakiejś twarzy, która nam się nie podoba, budząc w nas niechęć z niewytłumaczonej przyczyny.
- Tak. To ustronie budzi i we mnie jakąś odrazę.

- A przy tym jest niedogodne do naszych celów. Ani się podkraść, ani napaść, ani ukryć się gdziekolwiek. - Dlatego też wyniesiemy się stąd i poszukamy sobie odpowied-niejszego punktu obserwacji. - Uczyńmy to jak najprędzej, bo gdyby bandyci przybyli teraz, spostrzegliby nas natychmiast. Jedyną dla nas kryjówką byłaby gęstwi-na drzew. Wszakże skierują się oni przede wszystkim tutaj, a wówczas my, nie mogąc tego miejsca należycie wykorzystać do napaści, wpad-niemy sami w ich ręce.
- Cóż więc czynić?

- Poszukajmy sobie innego schronienia, ale tak, bysię zbytnio nie oddalać od półwyspu. Na lewo ku południu czerniała zwarta grupa drzew, w których gęstwinie spodziewaliśmy się znaleźć kryjówkę. Skierowaliśmy się ku 252 niej i istotnie znaleźliśmy tu niezwykle wygodne oparcie dla dalszej obserwacji okolicy. Miejsce to z trzech stron było osłonięte roślinno-ścią, a z czwartej, zupełnie otwartej, można było doskonale widzieć, co się dzieje na półwyspie. Jedna tylko okoliczność nie bardzo się nam podobała; było z tej strony za dużo księżycowego światła. Usadowiliśmy się i oczekiwaliśmy przybycia opryszków, niestety daremnie. - A może zmienili swój pierwotny plan i nie przybędą tutaj - zauważył estancjero. - Jeśli tak, to szkoda naszego trudu. - To niemożliwe. Wszak umówili się, że będą tu czekać na posłań-ca, muszą więc tu przybyć prędzej czy później.
- Ba, ale kiedy?

- Może nad ranem. Przypuszczam, że w nocy boją się zapuszczać w te niebezpieczne, bagniste miejsca, tym bardziej, że mają z sobą uprowadzone konie i może bydło, które przecież bardzo trudno przeprawić przez rzekę, zwłaszcza w tym miejscu, gdzie woda jest rwąca.
- Słuszna uwaga.

- W ogóle nie sądzę, aby zechcieli przeprawiać się przez rzekę wpław. Wszak mają pięćdziesiąt swoich koni, a doliczmy jeszcze do tego skradzione. To wszystko najłatwiej przeprawić na promie lub tratwie. Czy znany tu jest ten sposób? - Owszem. Tutejsi mieszkańcy zbijają tratwy z nieciosanych klo-ców lub belek i tarcic. Na południu drzewo jest bardzo drogie, więc przedsiębiorcy robią na jego spławie znakomite interesy. - Taka tratwa byłaby dla tych bandytów najlepszym i jedynym środkiem do przeprawienia swego łupu przez rzekę.
- Ba, ale skąd ją wezmą? Czy flisacy zechcą im jej pożyczyć?

- Za pieniądze, lub pod przymusem. Tratwa przecież zależna jest od prądu rzeki, i gdy prąd zbliży ją do brzegu, łatwo będzie bandytom karabinami zmusić flisaków do posłuszeństwa. Gdyby nie potrafili sobie poradzić w tym wypadku, musiałbym ich uważać za niedołęgów. 253 Zaledwie dokończyłem tych stów, gdy nagle o pierś moją uderzyła strzała i opadła mi na kolana. Wziąłem ją do ręki i ku swemu przera-żeniu stwierdziłem, że jest zupełnie taka, jakie widziałem w chacie Indianina. - Co się panu stato? - zapytał estancjero, spostrzegłszy wyraz mej twarzy. - Kładźcie się wszyscy natychmiast na ziemię! - rozkazałem, - natychmiast! Przyległem twarzą do ziemi, a towarzysze moi poszli za moim przykładem.
- Co to było? - pytał szeptem brat Hilario. - Ktoś do nas strzelił. - Nie słyszałem. - Oczywiście, bo strzały słyszeć nie można. -Dios\ Strzała? Może zatruta? Gdzie? - Proszę zobaczyć! - odrzekłem, podając mu pocisk. - Cielo mio\ - szepnął przerażony. - Czy trafiła pana? - Trafiła, ale nic mi nie będzie, bo utknęła w skórzanej kurtce. - Czy jest pan pewien, że nie zadrasnęła ciała?

- Jestem o to spokojny, bo mam na sobie podwójne ubranie z wyprawionej na indiański sposób skóry. Stanowi ono dobre zabezpie-czenie przed strzałami. - Co za szczęście! Gdyby nie to, juźbyś pan nie żył. Muszę zapo-biec dalszej strzelaninie.
- Czy zechcą jednak usłuchać pana? - To strzelał nie kto inny, jak tylko Aynas, poznaję po strzale.

Niebezpieczny człowiek! Nie przypuszczałem, że gotów jest strzelać do ludzi, którzy mu nic złego nie zrobili. Gdyby trafił kogoś innego, byłaby śmierć. Rzekłszy to, włożył palce do ust i gwizdnął przytłumionym głosem, naśladując jakiegoś ptaka.
- To hasło? - zapytałem.

254 - Tak. Teraz już wie, że strzelał do przyjaciół. Wszyscy jego znajo-mi znają to hasło. Gdy go nie zastaną w domu, wówczas przywołują w ten właśnie sposób.

- Sądzi brat, że Indianin przybędzie tutaj?

- Niezawodnie. Przeląkł się zapewne, usłyszawszy moje gwizdnię-cie, że uśmiercił kogoś z przyjaciół.
- Gdzie się teraz ukrywa? - pytał estancjero. - Oczywiście tu gdzieś. Zobaczył nas zapewne w świetle księżyca.

Słuchajcie! Po przeciwnej stronie bagna rozległo się takie samo gwizdnięcie, ale tak ciche, jakby ktoś gwiżdżący obawiał się, by go gdzieś dalej nie usłyszano.
- Indianin? -Tak. - Proszę mu odpowiedzieć po cichu, bo zbóje są niedaleko. - Skąd pan to przypuszcza?

- Stąd właśnie, że Indianin gwizdnął tak cicho. Poznał przyjaciela i nie chce go zdradzić przed opryszkami.
- Istotnie wniosek słuszny.

- Niech brat gwizdnie stojąc, aby Indianin mógł rozpoznać go z odległości. Mnich wstał i gwizdnął przytłumionym głosem, po czym spostrze-gliśmy o pięćdziesiąt przeszło kroków przed nami wysuwającą się z cienia drzew postać. Dobry to musi być strzelec, - pomyślałem - skoro z takiej odległości strzała jego dosięgła celu. - Idzie - rzekł Hilario. - Ciekaw jestem, co go skłoniło do słania nam śmiertelnych pocisków. Między nami a Indianinem znajdowało się bagno, które szybkim krokiem okrążył i stanął przed nami w mocno zakłopotanej postawie. - Skąd ci przyszło do głowy, aby strzelać do ludzi? - zapytał surowo zakonnik. 255 - Nie wiedziałem, że to czcigodny brat - rzekł wylękniony. - Czy trafiłem?
-Tak. -Dios\

- Na szczęście, jeszcze nie, bo człowiek, w którego strzała trafiła, nosi skórzane ubranie...
- Skórzane ubranie? A więc jest to...

Zaciął się nagle.
- Co chciałeś powiedzieć? - Nic, już nic...

Wiedziałem, co chciał powiedzieć i dlaczego się wstrzymał. Powstrzymała go wzmianka brata Hilaria o moim skórzanym ubraniu. Wiedział już zatem coś o mnie i to zapewne od bandytów, którzy prawdopodobnie znajdowali się w pobliżu. Nie przypuszczał, że znaj-duję się w towarzystwie zakonnika, a więc jestem niejako pod osłoną jego powagi. Hilario nie domyślił się przyczyny rezerwy Indianina, więc pytał: - Jestem zaskoczony. Pedro, Pedro! Kto by się spodziewał, że zdolny jesteś popełnić morderstwo! - Bracie Hilario! Wymówka twoja jest bardzo bolesna... obraża mnie ona...

-

Jak to? A więc nie strzelałeś do nas? Strzelałem, ale nie wiedząc o tym, że tu są ludzie. A za kogo nas wziąłeś? Za małpy... /

- Małpy? - powtórzył Hilario. - Nas wziąłeś za małpy? Nie gadaj głupstw! - Niepewne światło księżyca zwiodło mnie... Siedzieliście razem, jak to mają w zwyczaju małpy... Zresztą... proszę mówić ciszej...
- Dlaczego? - Bo, bo... w nocy nie jest bezpiecznie mówić głośno... - Są w pobliżu jacyś ludzie?

256 - Ludzie... nie, ale przed kilku dniami przybłąkała się tu para ogromnych jaguarów, a brat wie dobrze, jak trzeba być ostrożnym w takim sąsiedztwie. Tylko ja i moja Daya możemy się ich nie obawiać.
- Nie boję się ich również i ja.

- Wiem, ale towarzysze brata mogliby się znaleźć w niebezpie-czeństwie i dlatego proszę zachować ciszę, aby nie zwabić tych bestii. Z tych słów zrozumiałem, o co chodziło przebiegłemu Indianinowi. Bez wątpienia był w porozumieniu z bandytami, ale żywiąc przyjaźń dla zakonnika, nie chciał zdradzić tak jego, jak i ich, - wymyślił więc na poczekaniu bajkę o jaguarach.
- Może tu przyjść do nas jaguar ze swoją samicą - rzekł Hilario

- nie boimy się ich. Ale słuszna jest twoja rada, byśmy nie byli zbyt głośni. Usiądź, muszę cię o coś zapytać. Zakłopotany Indianin spojrzał na nas i rzekł do zakonnika:
- Może nie tu? Lepiej gdzie indziej. Tu niebezpiecznie.

Wywnioskowałem, że chciałby nas stąd usunąć ze względu na grożące nam ze strony opryszków niebezpieczeństwo, ale usunąć tak, byśmy się tego nie domyślili. - Nie! Zostaniemy tutaj - odparł Hilario, nie domyślając się intencji Indianina. - Znam miejsce o wiele bezpieczniejsze - próbował namówić go Pedro.
- Nie potrzeba; tu nam dobrze. Skąd wracasz? - Z polowania.

- Nie kłam, Pedro. Nie widzę zdobyczy. Zdarzyłoby ci się chyba po raz pierwszy w życiu, że wracasz do chaty z próżnymi rękoma. - Upolowałem trochę, ale zostało tam... - i wskazał w stronę, skąd przybył.
- Tak? A dlaczego wyszedłeś z domu o tak późnej porze?

Słuchając tej wymiany zdań, pomyślałem sobie, że zakonnik mógł być znakomitym członkiem zgromadzenia w klasztorze, a nawet doskonałym myśliwym, ale do prowadzenia śledztwa nie zdradzał 257 najmniejszych zdolności, zwłaszcza w tym wypadku. Zanadto ufał Indianom. Jakkolwiek Pedro Aynas nie żywił do nas nieprzyjaznych zamiarów, o czym byłem przekonany, ale też nie chciał zdradzić naszych przeciwników, z którymi się porozumiał, zanim poznał bliżej okoliczności,

łączące ich z naszą sprawą. Usiłował nas bałamucić, co mogło mu się udać z poczciwym braciszkiem, który formalnie kładł mu w usta gotowe odpowiedzi, ale nie udałoby się ze mną. Do tego lisa trzeba się było wziąć inaczej, więc postanowiłem wybadać go sam. Pociągnąłem więc nieznacznie Hilaria za rękaw, aby mi nie przeszko-dził wziąć w obroty Indianina i wtrąciłem:
- Za pozwoleniem... może ja się tym zajmę. - Chętnie - odparł zakonnik.

Indianin jednak, spojrzawszy na mnie podejrzliwie, zaprotestował: - Nie mogę się z tym zgodzić, abym odpowiadał obcemu człowie-kowi. Przy tych słowach spojrzał na mnie nieufnie, a na jego twarzy, oświetlonej promieniami księżyca, ujrzałem wyraz przebiegłości. Od kilku minut obserwowałem go. Nie miał tak odrażającej powierzchowności, jak jego małżonka Daya. Był to mężczyzna wzrostu śred-niego, barczysty i muskularny. Głowę miał krótko ostrzyżoną i nie osłoniętą, plecy tylko i biodra okryte były jakimś łachmanem, na nogach nie miał nic. Uzbrojenie jego składało się z noża, dmuchawy do strzał i kołczanu, wiszącego u pasa. Zrozumiałem, iż człowiek ten nie chciał wdawać się ze mną w rozmowę, obawiając się, że go podejdę. Utwierdziło mnie to w prze-konaniu, że jest on w porozumieniu z bandytami, którzy niezawodnie ostrzegli go, aby się miał na baczności, głównie przede mną. - Czyżbyś miał nieczyste sumienie, Pedro Aynas, że się boisz mówić z obcymi ludźmi? zapytałem. - Gdybym miał nieczyste sumienie, - odrzekł - to obawiałbym się przede wszystkim wielebnego brata, jako duchownego.

Ta odpowiedź dowodziła, że Indianin był nie tylko chytry, ale i
258 dowcipny. - Jeżeli więc nie obawiasz się mnie, co cię skłania do unikania ze mną rozmowy? Nieufność ta budzić może wzajemną nieufność.
Jestem człowiekiem uczciwym. Dotychczas nie wątpiłem o tym. Gdzie twoja chata? Niedaleko stąd. Może więc pozwolisz, abyśmy tam zanocowali? Nie, senior! To niemożliwe! - odparł stanowczo.

Z tej kategorycznej odmowy domyśliłem się, że w nocy ma mieć w chacie jakieś odwiedziny, prawdopodobnie Argentyńczyków. - Dlaczego nam odmawiasz gościnności? - zapytałem. - Brat Hilario mówił mi wiele o tobie i sądziłem, że jesteś gościnny.
- W mojej chacie łatwo o febrę. - Ee, nie boję się febry. - Chwyciłaby pana niezawodnie, bo jest pan w tym kraju obcy.

Znowu więc wygadał się niebacznie.
- Skąd wiesz, że jestem obcokrajowcem?

Nie stropił się tym pytaniem i odrzekł:
- Wyglądasz senior na obcego.

- Myślę - rzekłem, - że masz bardzo kiepski wzrok. Ale mniej-sza o to. Ponieważ nie pozwolisz zanocować w twojej chacie, musimy znaleźć sobie inne miejsce na nocleg. Znasz dobrze okolicę? - Znakomicie! Mogę panom wskazać wygodne schronienie nieco dalej, w górę rzeki.
- Daleko? - Możemy tam być za pół godziny.

Nie zdawał sobie sprawy, jak ważne były wiadomości, których nam udzielił, odpowiadając na moje pytania. Doradzał schronienie w górze rzeki, a więc można się było domyślić, że nasi przeciwnicy znajdowali się poniżej. Z zapowiadanej pół godziny mogło się zrobić drobnych kilka godzin. Odprowadziłby nas za daleko i uniemożliwił zetknięcie się z bandytami, którzy tymczasem mogli się spokojnie 259 przeprawić przez rzekę.
- Może byśmy się wybrali tam zaraz? - zapytał. - Już późna noc.

- Jeszcze nie, bo chciałbym dowiedzieć się paru rzeczy. Długo polowałeś?
- Bardzo długo. - Kiedy wyszedłeś z chaty? -Rano. - Ale od tego czasu byłeś w domu kilka razy? - Nie byłem wcale.

Tym zaprzeczeniem chciał wykazać swoje alibi na wypadek, gdyby to było potrzebne. Widocznie nie przypuszczał, że byliśmy już w jego chacie, a ponadto szczegół, że nie mieliśmy koni, mógł zwrócić jego uwagę.
- Nie wiadomo ci więc, kto był dzisiaj u was? - pytałem dalej. - Nie. Dowiem się o tym po powrocie.

- Zależy mi bardzo, abyś się dowiedział, czy byli dzisiaj w waszym domu ludzie, z którymi chcemy się spotkać.
Zapytam Dai i powiem wam o tym. A co to mają być za ludzie? Żołnierze. Nie było ich u mnie. A skądże wiesz o tym, skoro od rana nie byłeś w domu?

- Wiem, bo chata moja jest tak ukryta, że znaleźć ją bardzo trudno. Zresztą zapytam Dai.
- Tak, tak, zapytaj. Czy znane ci są nazwiska Monteso i Cadera? - Nie. Ale dlaczego mnie pan o to wszystko pyta?

- Na wiadomościach tych bardzo mi zależy. Ale się już dowiedzia-łem, co potrzeba i tylko proszę odpowiedz mi na jedno jeszcze pyta-nie, a mianowicie, kto ci kazał strzelać do człowieka, który nosi skórzane ubranie?
- Nikt mi tego nie nakazał. Stało się to tylko na skutek pomyłki.

Proszę mi wierzyć.
- Wierzę i nie mam do ciebie żalu, że chciałeś mnie uśmiercić.

260
- To wszystko? - Skończyłem. - Więc chodźmy, bo już bardzo późno.

- Dobrze, pójdziemy tam, gdzie nam radzisz, ale chcielibyśmy przedtem kupić od ciebie zdobycz, którą dziś upolowałeś. Nieźle ci za nią zapłacimy.

-

Nie mogę jej sprzedać, senior - odparł z zakłopotaniem. Dlaczego? Bo to mięso nie dla was, Europejczycy nie jedzą świń wodnych. A kto ci powiedział, że jestem Europejczykiem? Przecież to można od razu poznać.

- Mój drogi Pedro! Zadziwiasz mnie bystrością swego wzroku, przed którym nie ma żadnych tajemnic. Chcę nabyć wodną świnię; czy sprzedasz mi ją?
- Sam potrzebuję mięsa - odparł po krótkim namyśle.

- Jest was tylko dwoje - rzekłem - i nie zjedlibyście całej świni, która waży co najmniej cetnar. Zresztą odstąp nam tylko część, wszakże byłoby ci przykro, gdyby brat Hilario cierpiał głód. - Tak, ale mogę wam dać ryb, których Daya nałowiła. Mięso świni nie dla wielebnego dobrodzieja.
- A jednak żądam, abyś tu natychmiast przyniósł ową zwierzynę. - Ha, jeżeli to koniecznie, to pójdę zaraz i wkrótce wrócę.

To rzekłszy, oddalił się szybko. - Nigdy bym się nie spodziewał po tym człowieku - zauważył Hilario, - że chce nas okpić. - Ale w dobrej wierze, - odparłem - dla naszego dobra. Argen-tyńscy bandyci znajdują się niedaleko stąd, na lewo od nas.
- Skąd pan o tym wie? - Powiedział to Indianin. - Kiedy? Nie słyszałem.

- Pytania moje były tego rodzaju, ze z odpowiedzi wysnułem wszystko, co potrzeba. Pedro nie upolował świni. 261
- Więc sądzi pan, że skłamał?

- Z pewnością. Zresztą zobaczy brat, że wcale nam jej nie przy-niesie.
- Przecież musi się czymś usprawiedliwić.

- Toteż wymyśli nową bajkę, wróci i powie nam na przykład, że w pobliżu jest jaguar. - W takim razie posądziłbym go, że jest stronnikiem naszych wrogów. - Jest, ale naszym również. Waha się tylko, na którą stronę się przechylić... kto da więcej za usługi. - Bandyci z pewnością obiecali mu złote góry, więc chętnie będzie im służył. - I ja tak sądzę. Aby jednak i nasza szala nie była zbyt lekką, użyję groźby... Przy tych słowach spostrzegłem wracającego Indianina, więc zamil-kliśmy. Stało się, jak przypuszczałem. Nie przyniósł ze sobą nic, a na moje pytanie, gdzie zwierzyna, odrzekł, udając niezwykły przestrach: - Senior, nie myliłem się, ostrzegając was przed niebezpieczeń-stwem, jaguar kręci się w pobliżu.
- Nic nas nie obchodzi jaguar! Dlaczego nie przyniosłeś świni?

- Bo mi ją pożarł ten drapieżnik i cieszę się nawet z tego, gdyż zgłodniały napadłby niezawodnie na nas. Dla pewności jednak ucie-kajmy stąd czym prędzej! - Nie ma potrzeby uciekać. Jaguar twój obżarł się świnią i będzie teraz spał spokojnie przez całą noc.
- Ba, ale i samica jego jest tu niedaleko.

- Zapewniam cię, że jaguar był na tyle uprzejmy, iż podzielił się zdobyczą ze swoją małżonką.

- Pan jest naprawdę zuchwały!

- To nie zuchwalstwo, tylko nie dam się nastraszyć wówczas, gdy nie ma żadnego niebezpieczeństwa.’ 262 _ Jak pan chce - mruknął, siadając niechętnie - ja umywam ręce, jeżeli stanie się nieszczęście. A stanie się ono, jeśli natychmiast nie opuścimy tego miejsca. _ Owszem, możemy pójść stąd zaraz, ale nie w górę rzeki, lecz w dół, gdzie możemy znaleźć nie tylko nocleg, ale i wyborną wieczerzę.
- Gdzie? U kogo? • - U majora Cadery. - Nie rozumiem pana.

- To bardzo możliwe, za to ja ciebie rozumiem dobrze, Pedro Aynas! Jesteś naprawdę złym i niegodziwym człowiekiem! - Ja? Skąd panu przyszło nazywać mnie niegodziwym człowie-kiem?
- Z powodu twoich kłamstw. - Mylisz się senior! Kłamliwe słowo nigdy nie wyszło z moich ust.

- Tak? A czy nie mówiłeś przed chwilą, że cię cały dzień w domu nie było, chociaż tam byłeś?
- Przez cały dzień nie zajrzałem do chaty. - Nawet wówczas, gdy major przysłał po ciebie swego posłańca? - Pierwsze słyszę - odparł zaniepokojony.

- Przypomnij sobie! Był u was człowiek z lancą. Wyszedłeś z nim, aby Daya nie słyszała o czym będziecie mówili.
- Senior... ja... ja nic o tym nie wiem... Nie byłem w domu od rana.

- Przypomnij sobie dobrze, czy nie byłeś na krótko przed zmierz-chem, gdy twoja żona przyszła z rybami. Sam je wpuściłeś do sadzawki.
-Senior!... - No! Zapomniałeś o tym? - Nie byłem w domu... nie widziałem żadnych ryb. - A jednak obiecywałeś nam je w miejsce świni. - Tak... żartowałem tylko... - Bądź jednak na przyszłość ostrożniejszy w odpowiedziach.

- Żadnej nieostrożności nie popełniłem... nic ważnego nie powie-działem... 263 - Owszem, powiedziałeś nam, że major Cadera rozłożył się obo-zem w pobliżu nad rzeką.
-To nieprawda!

- Ba! Ja twierdzę inaczej. Powiedziałeś również, że Argentyńczycy będą tej nocy w twojej chacie, a ponieważ chcesz uchronić nas przed ich napadem, radziłeś nam przenieść się stąd w bezpieczne miejsce. Czyż nie tak?
- Nie!

- Możesz mnie okłamywać spokojnie, bo jestem obcy, ale czy godzi się okłamywać również osobę duchowną, brata Hilaria?
- Ja... ja nie mogę inaczej...

- Owszem, człowiek uczciwy nie tylko może, ale i powinien mówić zawsze prawdę.
- Nie, nie! Ja nic nie wiem... Dajcie mi już raz spokój! - Utrzymujesz więc, że wszystko, co powiedziałeś jest prawdą?

Dobrze. Pamiętaj jednak, że zależnie od tego postąpię z tobą w odpowiedni sposób. Ostrzegam cię po raz ostatni! - Nie ma pan przed czym mnie ostrzegać, bo powiedziałem pra-wdę co do słowa. - Dobrze! Czy widziałeś już kiedyś coś podobnego? - zapytałem, pokazując Indianinowi rewolwer.
Widziałem, senior! Otóż strzeż się, bo... Pan mi grozi... Ale brat Hilario nie pozwoli zrobić mi krzywdy... Owszem, pozwoli, bo go okłamałeś, tak jak i mnie.

- Pomimo to, nie zlęknę się pańskiego rewolweru. Moja broń jest groźniejsza od niego!
- Dotychczas tak! Ale teraz już nie!

Między jednym a drugim zdaniem szarpnąłem go za szmatę, która była pasem, i odrzuciłem ją na stronę wraz z nożem oraz kołczanem, napełnionym zatrutymi strzałami.
-Sen...!

264 Porwał się z miejsca, by pochwycić wyrwaną broń, ale w tym mo-mencie powaliłem go na ziemię i przygniotłem kolanami.
- Puść go, senior, bo się udusi! - wołał Hilario, biorąc mnie za

rękę.
- Nic mu się nie stanie.

- Puść! Ręczę za niego. Nie zamierzał przecież względem nas nic złego. - Cenię bardzo twoją porękę, bracie Hilario, ale przyjąłem zasadę sam sobie zapewniać obronę przeciw wrogom.
- Możesz to pan uczynić, nie dusząc tego biedaka.

- Powiedziałem, że nic mu złego nie uczynię, tylko zwiążę ręce na grzbiecie, a właściwie uczyni to senior Monteso. Rzekłszy to, zwróciłem się do estancjera:
- Proszę, oto rzemień!

I przyłożyłem lufę rewolweru prawie do nosa Indianinowi, Monte-so związał mu tymczasem ręce w tyle. - Ratujcie, bracie Hilario! - błagał Indianin, nie mogąc oprzeć się przemocy. - Ten Europejczyk to okropny człowiek.
Skąd wiesz, że jest on Europejczykiem? Tego nie mogę powiedzieć. Czy przysięgałeś komuś, że tego nie wyznasz? Nie przysięgałem, ale dałem słowo.

- Nie powinno się dotrzymywać słowa w sprawach niesłusznych i zbrodniczych.
- Wiem, że ten cudzoziemiec jest mordercą, złodziejem i rabusiem. - To wszystko kłamstwo. - Chciał podstępnie wydać Urugwaj w ręce Brazylijczyków.

- Powtarzam ci, że to kłamstwo. Czyżbyś wierzył tym opryszkom bardziej niż mnie? - Nie mieli oni powodu mówić mi nieprawdy. Zresztą sam brat dał się podejść temu człowiekowi.
- Mylisz się. Cudzoziemca tego znam lepiej, niż ciebie. Zamierza

265 on zwiedzić kraj i czas jakiś spędzić wśród Indian. Jest im życzliwy i wiezie dla nich podarki. Okłamano cię bezczelnie, Pedro Aynas. Ci właśnie, którzy tyle głupstw nagadali o nim, są zbójami i mordercami.
- Czy to być może?

- Wiesz przecież, Pedro, że nie kłamię. Wszyscy sąjeźdźcami?Nie-prawdaż? - Tak. Było ich około pięćdziesięciu i prowadzili ze sobą dużo koni luzem. - Otóż te właśnie konie zrabowali ranczerowi, spaliwszy mu przedtem dom i całe mienie.
- To zbrodnia! - Tak, mój drogi. Czy zbóje ci mieli ze sobą jeńców? - Z początku mieli tylko dwóch, ale dzisiaj przyprowadzili więcej.

- Otóż ci dwaj pierwsi to: brat i syn tego oto seniora, który siedzi koło mnie. Ujęto ich, by wymusić bardzo wysoką sumę okupu. Tego cudzoziemca zaś schwytali również i bez żadnego powodu chcieli rozstrzelać. I dokonaliby tej zbrodni, gdyby się im nie wywinął. Są to najpospolitsi złoczyńcy i ścigamy tych łotrów, by wydrzeć z ich rąk nieszczęsnych jeńców.
- I brat bierze udział w pościgu? - Tak, Pedro!

- Teraz cała sprawa przedstawia się inaczej. Wierzę, iż ten cudzo-ziemiec jest człowiekiem uczciwym i, że jeńcy również nie są zbrod-niarzami, gdyż brat nie spieszyłby z pomocą złoczyńcom.
- Czy więc nabrałeś teraz do nas zaufania? - Tak. Rozwiążcie mi ręce. Jestem na wasze usługi. - Nie przedsięweźmiesz więc przeciw nam nic złego?

- Przyrzekam, iż będę waszym przyjacielem i uczynię wszystko, czego ode mnie zażądacie. - No, dobrze. Jesteś wolny - rzekłem, rozwiązując Indianinowi ręce. Podniósł się, podał mi dłoń i rzekł: 266 - Dziękuję, senior! Strzelałem do pana bez skutku, a pan znowu omal mnie nie zadusił, rachunek więc między nami wyrównany. - O, jeszcze nie! Chciałeś mnie uśmiercić naprawdę, a ja ciebie chwyciłem za gardło jedynie w tym celu, byś nie wołał o pomoc.
- Jeżeli więc winienem coś jeszcze, to proszę o przebaczenie.

- Chętnie przebaczam i mam nadzieję, że naprawisz błąd przede wszytkim potwierdzeniem, że major istotnie znajduje się niedaleko.
- Stąd o dziesięć minut drogi. - Czy rozstawił straże? -Tak. - Ale patroli nie wysyła?

- Nie. Dopóki nie posłyszą mego sygnału, możemy być pewni, że nie będą nas prześladowali. - Skoro więc jesteśmy tu bezpieczni, powiedz nam, w jaki sposób ci zbóje pozyskali cię do swych usług. - Był u mnie w tym celu przed tygodniem pewien senior i pytał mnie, czy nie ma tu w pobliżu promu.
- Na cóż mu była potrzebna ta wiadomość?

- Nie wiem. Pytał, czy znam dobrze okolice nadrzeczne, a gdy potwierdziłem, dopytywał się dalej, czy tędy nie płyną tratwy i w którym miejscu prąd zbliża je najbardziej do brzegu.
- Czy jest tu takie miejsce?

- Jest. Poniżej stąd woda rwie tak wartko, że przeprawa tamtędy możliwa jest tylko dniem, i dlatego spóźnieni flisacy zatrzymują się przed owym miejscem u brzegu na noc.
- Czy przystań ta jest niedaleko? - Tak. Właśnie w tym miejscu obozują teraz żołnierze. - Czy ma ono jakąś nazwę?

- Tak. Obok jest półwysep, który się nazywa Peninsula del Jacare, Półwyspem Aligatorów.
- Nie del Crocodiio? - Półwysep Krokodyli znajduje się powyżej.

267 - Hm, więc zaszło nieporozumienie, bo my słyszeliśmy, że zbóje zatrzymają się na Peninsula del Crocodiio. - Widocznie ten, który tak objaśniał, brał za jedno obydwa te półwyspy. - To szczególne, że dwa miejsca, sąsiadujące ze sobą, nazywają się tak podobnie. - Peninsula del Jacare wciska się daleko ku środkowi rzeki, a w zatoce znajdują się całe gromady aligatorów. Półwysep zaś Krokodyli nazywa się tak dlatego, że jest bardzo wąski i swym kształtem przypo-mina tę bestię. - Ale półwysep ten połączony jest z jakąś tajemnicą, i ty wiesz o niej?
- Skąd to panu wiadomo? - Mówiono mi, że o owej tajemnicy niezbyt chętnie wspominasz. - Tak, i mam swoje powody, by jej nie zdradzić przed nikim.

- Ja zaś nie chcę się wdzierać w niczyje sprawy, obecnie idzie mi tylko o tamten drugi półwysep. Czy wiesz, w jakim celu, ów obcy człowiek dopytywał się przed tygodniem o flisaków?
- Tak, ale dowiedziałem się o tym dopiero dzisiaj. - A przez ten cały czas nie zaszło tu nic ważnego?

- Nie. Dopiero dziś rano przybył znowu ów człowiek na koniu, tak zmęczonym, że biedna szkapa ledwie trzymała się na nogach. Puścił ją więc na paszę i usiadłszy na brzegu rzeki, przypatrywał się tratwom i łodziom, które przepływały tamtędy.
- Czy mówił coś?

- Opowiadał, że Latorre wyśle wkrótce oddział konnicy, która w tym miejscu musi się przeprawić przez rzekę. Oddział ten prowadzi jakoby ze sobą bardzo ważnych jeńców. Prosił mnie też, abym uczynił, co będę mógł, dla ułatwienia tej przeprawy i miał na oku całą okolicę ze względu na bezpieczeństwo wojska.
- I zgodziłeś się na to? - Nie zgodziłem się, bo mnie to nic nie obchodziło. Zresztą bytem

268 zmęczony i poszedłem do chaty odpocząć. Ale po południu przyszedł do mnie żołnierz z wezwaniem, abym się stawił przed majorem, który rozłożył obóz na Półwyspie Aligatorów. Skoro tylko przybyłem, dał mi sztukę złota i polecił, abym uważał na okolicę, a w razie ukazania się tu jakiś podejrzanych ludzi, miał ich na oku.
- A kto ci kazał strzelać do mnie?

- To nie major, ktoś inny wydał mi takie polecenie. Opowiadał mi, że jeden z jego ludzi podsłuchał jakichś włóczęgów, którzy mieli zamiar poszukiwać czegoś na Półwyspie Krokodyli.

- Dlaczego zależy d na tym, aby przeszkodzić takim poszukiwaniom? - Bo mi to pod pewnym względem nie na rękę.

- Ach, tak? Rzeka w tym miejscu stanowi granicę i domyślam się, że jesteś przemytnikiem. - Mógłbym odpowiedzieć tak lub nie, i nic by panu z tego nie przyszło, bo nie zna senior tutejszych stosunków. Aby jednak nie podejrzewał mnie pan o jakieś nieuczciwe sprawy, powiem, że tajemnicę swoją zachowuję jedynie dlatego, aby nie stracić czegoś, co się na tym półwyspie znajduje.
- A skąd major wie o tej twojej tajemnicy?

- Nad tym i ja się zastanawiałem. Bardzo możliwe, że wygadałem się z czymś nieopatrznie przed jego posłańcem, a reszty sam się domyślił.
- Czy i o mnie mówił major, że należę do owych włóczęgów?

- Tak i objaśnił, że senior jest ich hersztem i że zna pan moją tajemnicę ze szczegółami. Major opisał mi pańską osobę tak dokład-nie, że poznałem pana od razu, pomimo nocy. Mówił mi też major, że jeden z pańskich towarzyszy będzie ubrany w habit, nie wiedział tylko, ilu ludzi będzie pan miał ze sobą. A przybycia pańskiego spodziewał się najdalej jutro lub pojutrze. - Sprytny jest ten opryszek! Zmyślił bajkę, aby cię wrogo do mnie usposobić, na wypadek, gdybym go ścigał.
- Teraz to i ja tak myślę. Dziś przez cały dzień chodziłem od

269 jednego półwyspu do drugiego, nasłuchując i wypatrując, czy się nie zjawią owi zapowiedziani przez majora zbóje. Będąc na Półwyspie Krokodyli, spostrzegłem was w świetle księżyca i poznałem w panu owego herszta bandy, która zamierzała mnie obrabować, a przy tym działała na rzecz Brazylii.
- Jesteś widocznie bardzo lojalnym obywatelem.

- Tak, jak powinien być każdy człowiek dla kraju, w którym mieszka.
Nienawidzisz zapewne Brazylii? Oczywiście. Przeżyłem tam zresztą straszne lata. Wspominałeś o tym majorowi? Tak, bo mnie wypytywał.

- Hm, przebiegły człowiek z tego majora. Wyzyskał twoją niena-wiść do Brazylii przeciw mojej osobie. Mów dalej. - Chcąc przede wszystkim uśmiercić pana, chwyciłem strzałę i wsadziwszy do dmuchawy, wycelowałem w samą twarz, ale się przeli-czyłem, bo strzała trafiła poniżej, w pańską pierś i temu tylko zawdzię-czasz senior ocalenie. Szczęście pańskie, że się tak stało. - I twoje szczęście również, bo zanim bym skonał, ciebie trafiłaby moja kula.
- To niemożliwe, bo przecie senior nie wiedział, gdzie jestem. - Owszem. Popatrz na ten wąski krzak, który wystaje z trzciny. - Widzę. - Tam byłbym celował. -Dios\ Zza tego krzaka właśnie strzelałem.

- Wiem o tym, poznałem to z kierunku i świstu strzały. Zresztą i bez tego widziałem cię dobrze. Czekałeś chwilę, wypatrując, co się ze mną stanie. - Istotnie. Widzę z tego wszystkiego, że przed panem trudno się ukryć i trudno coś zataić! Pan jesteś strasznym człowiekiem!
- Czy major mówił ci coś o mnie? - Radził mi nadzywczajną ostrożność przed panem i nazywał go

270

diabłem. - Mówił tak, bo dałem mu ku temu powody. A więc nie zabijesz teraz, że mnie nie uśmierciłeś? - Całe szczęście! Przestraszyłem się, słysząc potem znane mi gwizdnięcie, gdyż od razu przyszło mi na myśl, że skoro z panem jest ktoś z moich znajomych, to oczywiście nie może pan być tym, za kogo go miałem. - A więc między nami wszystko wyrównane i teraz możemy przystąpić do rzeczy. Co to za ludzie, których major dzisiaj pojmał? - Flisacy. Przybyli tu wczoraj pod wieczór na tratwie i zatrzymali się u brzegu, aby przeczekać do rana, a skoro świt, przeprawić się przez niebezpieczne wiry. - Dziwne to, że uciekł się aż do gwałtu, by zmusić ich do posłu-szeństwa. - Nie chodziło mu o zapłatę, lecz o czas. Major nie wie jeszcze, kiedy będzie mógł przeprawić się na drugi brzeg, a dowie się o tym dopiero wówczas, gdy powróci wysłany przezeń posłaniec. Do chwili jego powrotu chciał major zatrzymać flisaków, a że się wzbraniali długo czekać, zatrzymał ich siłą.
- Czy są wśród flisaków jacyś obcokrajowcy? - Jest dwóch. - Z jakiego kraju?

- Nie wiem. Rozmawiali z majorem trochę po hiszpańsku, a trochę w innym jakimś języku, którego nie zrozumiałem.
- Jak byli ubrani?

- Na niebiesko, jak marynarze. Jeden miał kapelusz z tak szero-kimi kresami, jakiego nigdy jeszcze nie widziałem. Ten właśnie stawiał się najbardziej. Obaj zaś bronili się ostro i wielu bandytom dostało się od nich.
- Zuchy! Postaramy się ich uwolnić. - Niepodobna! - Ech, nie będzie to takie trudne. Dwóch poprzednich jeńców i

271 ośmiu nowych, to razem dziesięciu; nas jest ośmiu; stanowimy więc razem siłę osiemnastu ludzi, a ty jesteś dziewiętnasty.
- Tak, ja będę dziewiętnasty.

- Sądzę, że damy sobie radę z tymi pięćdziesięcioma drabami, nie przygotowanymi do walki. Ty zaś nie będziesz żałował swej przysługi. - O, tak! - wtrącił estancjero. - Jeżeli tylko uda się nam uwolnić mego brata i syna, dostaniesz nie jeden, ale dziesięć dukatów. - Senior! Istotnie otrzymam dziesięć dukatów? - zapytał India-nin, a z oczu omal nie posypały mu się iskry.
- Tak, wypłacę ci nawet nie dziesięć, lecz dwadzieścia.

- Ale pod warunkiem, - wtrąciłem żywo - że będziesz się ściśle stosował do moich wskazówek.
- Zastosuję się, senior, jak najskrupulatniej.

- Dobrze. Być może, iż ty właśnie odegrasz główną rolę w całej tej sprawie. A teraz powiedz mi, jak duży jest ów Półwysep Aligatorów?
- Ma on szerokości ze dwadzieścia kroków i tyleż długości. - Czy pokryty lasem?

- Tak, same wysokopienne drzewa, krzaków nie ma, bo flisacy ciągle karczują je, aby mieć wygodne miejsce na noclegi.
- Gdzie rozstawione są straże?

- U nasady półwyspu stoi czterech, co pięćdziesiąt kroków jeden ,od drugiego, a więc nikt nie mógłby się tam przedostać niepostrzeże-nie... chyba moja Daya. Ona potrafi przeczołgać się lepiej od węża.
- I ja to potrafię - odparłem. - Dlatego też sądzę, że...

- Pan umiałby tam się dostać? - przerwał mi Indianin. - To niemożliwe! Nie uwierzę w to, dopóki nie zobaczę. - Możesz być pewny, Pedro, że ten senior posiada więcej zdolności w tym kierunku, niż twoja Daya - potwierdził brat Hilario. - Nie będzie nam ona potrzebna.
- Czy palą na półwyspie ognie? - pytałem dalej. - Rozpalili dwa wielkie ogniska, przy których pieką mięso. - Mięso ze skradzionych wotów. A gdzie umieszczeni są jeńcy?

272 - Poprzywiązywano ich do drzew, ale w sporej odległości jeden od drugiego, aby się nie mogli porozumieć. O ile wiem, major zamierza umieścić ich na tratwie i postawić podwójną straż, to zaś nie byłoby dla nas pomyślne. - Tak z lądu, jak i z tratwy, równie trudno ich będzie wydostać i tylko okoliczności mogą usiłowaniom naszym dopomóc. Aby zaś wywnioskować, jakie to mogą być okoliczności, muszę sam udać się na miejsce w celu zbadania wszystkiego osobiście.
- To niebezpieczne, senior. Zobaczą pana i pochwycą.

- Bynajmniej. Nie zechce im się chwytać człowieka, który ma dwa rewolwery z dwunastoma kulami. - Ależ ich jest pięćdziesięciu, a do tego księżyc świeci tak jasno, że można dostrzec nawet pełzającego węża. - Nie zobaczą mnie, pomimo księżyca, bo moje jasne ubranie nie będzie widoczne na tle trzciny. - Hm, nie mogę wprawdzie narzucać panu swego zdania, ale radziłbym nie porywać się na to, bo zaszkodzi pan i sobie, i jeńcom. - Dobrze, dobrze. Prowadź mnie tylko aż do miejsca, skąd można rzucić okiem na półwysep.
- Pan rozkazuje, ja słucham. Zrobiłem swoje i ostrzegłem pana.

Moi towarzysze również usiłowali przekonać mnie, że zamiar mój jest równoznaczny z szukaniem śmierci, jednak postanowiłem wyko-nać go natychmiast. Indianin, któremu, pomimo wszystko, nie bardzo ufałem, odprowadził mnie ku zatoce między półwyspami Krokodyli i Aligatorów, stamtąd zaś odesłałem go, a sam, ukrywszy się za krza-kiem mimozy, począłem się rozglądać wokół. Tratwy po tej stronie nie było, a więc należało jej szukać po stronie przeciwnej. Półwysep wyglądał jak jedna zbita masa roślinności, wyłaniająca się ze zwier-ciadła wody. Ludzi nie można było dostrzec, tylko światło ognisk przedzierało się-ku mnie spomiędzy drzew i zarośli. Rozejrzawszy się, spostrzegłem przed sobą dwie ścieżki. Jedna prowadziła na prawo wzdłuż brzegu, druga równolegle do niej 273 środkiem krzaków. Wybrałem tę ostatnią, gdyż wydała mi się bardziej bezpieczna.

Uszedłem ze sto kroków bez żadnej przeszkody i bez zbytecznej ostrożności, gdyż draby, których już przecież miałem sposobność poznać, byli głusi i ślepi na wszystko i wierzyli tylko w swą fizyczną siłę, nie posiadając zdolności w żadnym innym kierunku. Nagle spostrzegłem o jakieś trzydzieści kroków od siebie jednego z nich, opartego o pień drzewa. Był to pierwszy posterunek. Przypadłem do ziemi i począłem się czołgać, mijając kolejno wszy-stkie straże, rozstawione w taki właśnie sposób, jak opowiadał India-nin. Pozostało mi przedostać się jeszcze przez strzeżoną linię, ale to już było bardziej niebezpieczne i wolałem na razie czołgać się dalej, aż do drugiej zatoki, gdzie uwiązana była na dwóch linach spora tratwa. Na środku jej stała buda, koło której spostrzegłem dwie postacie. Po chwili jedna z nich skierowała się ku końcowi tratwy, który dotykał brzegu. Domyśliłem się, że ów ktoś chciał wyjść na brzeg, i postano-wiłem wykorzystać tę okoliczność w odpowiedni sposób. Podbiegłem szybko ku brzegowi w to miejsce, gdzie stykała się z nim tratwa, i ukryłem się wśród rosnącej tu wysokiej trzciny, czekając z zapartym tchem na ową postać. W parę sekund stwierdziłem ku wielkiej radości, że postacią ową jest major Cadera we własnej osobie! Wyszedłszy na ląd, przypomniał coś sobie, gdyż zwrócił się do pozostałego na tratwie człowieka i rzekł: - Jeńców trzeba poprzywiązywać do tratwy i muszą tak przeleżeć do rana. Ty będziesz miał nadzór nad wartą. Tylko pamiętaj, że gdyby choć jeden z jeńców uciekł, dostaniesz kulę w łeb! Powiedz to również strażom, które taki sam los czeka w razie ucieczki któregoś z jeńców. W tej chwili owładnęła mną szalona myśl: a gdyby tak schwytać majora? Z półwyspu nie spostrzeżono by tego, bo miejsce, w którym stał Cadera, znajdowało się poza drzewami. Jedynym świadkiem wypadku mógł być tylko ów człowiek na tratwie, ale był on w tej chwili 274 odwrócony od nas i czymś zajęty przy budzie. Nie namyślając się długo, skorzystałem ze sprzyjającej chwili i wyskoczyłem z ukrycia, stając tuż za plecami majora. Obrócił się nagle, i w świetle księżyca ujrzałem jego twarz. Wychudłe policzki pokrywała chorobliwa bla-dość. Wyglądał raczej na poruszającego się trupa, niż na żyjącego człowieka, wobec czego uważałem, że zbyteczne byłoby ogłuszać go uderzeniem pięści. Major, zobaczywszy mnie, oniemiał i z otwartymi ustami patrzył przerażony. W okamgnieniu zarzuciłem na niego lasso i obezwładniłem bez oporu. Tak przerażonego człowieka nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy widzieć. - Ani słowa! - szepnąłem mu do ucha, - gdyż w przeciwnym razie utopię ci nóż w sercu. Widzę, że sprawił pan sobie nowy surdut. Niestety, muszę go panu także popsuć, bo potrzebna mi jest szmata do sporządzenia knebla. Przy tych słowach oderwawszy majorowi klapę od surduta, zawiązałem mu starannie usta, przy czym nie usłyszałem najmniejszego protestu. Dziwiłem się później, dlaczego major przy spotkaniu ze mną nie bronił się, ani nie uciekał. Przecież jeden tylko skok na tratwę mógłby go uratować. Dopiero po skrępowaniu mu rąk lassem i zakneblowaniu ust, gdy mu jeszcze, nakazując spokój, błysnąłem nożem przed oczami, ożywił się nagle, zrozumiawszy swoje położenie, począł się gwałtownie szamotać. Dla uspokojenia go zmuszony byłem uciec się ostatecznie do radykalnego środka: ukłułem go nożem w

ramię, puszczając nieco krwi. Nie szło mi tutaj o barbarzyńskie pastwienie się nad bezbronnym, ale o moje bezpieczeństwo. Operacja poskutkowała znakomicie i major, prowadzony przeze mnie, szedł tam, gdzie go ciągnąłem, a mianowicie w przeciwną półwyspowi stronę. Ponieważ jednak trzeba było ominąć rozciągające się tu bagnisko i zmuszony byłem przekradać się ze swym jeńcem w pobliżu obozu, szabla jego pobrzękiwała zdradziecko, więc przeciąłem podtrzymujące ją rapcie i rzuciłem broń w trzcinę. Gdy się zbliżyliśmy o 275 jakieś czterdzieści kroków do linii straży, pilnujących półwyspu, ma-jor targnął się, chcąc mi się wyrwać, ale go przytrzymałem, zaś ostrze noża przypomniało mu o potrzebie posłuszeństwa. O bliskości obozu świadczyła unosząca się w powietrzu woń pie-czonego mięsiwa i słyszałem nawet, jak ktoś niedaleko wołał:
- Pieczeń gotowa!

Takie swobodne zachowanie się ludzi, którzy bądź co bądź nie mieli czystego sumienia i mogli spodziewać się lada chwila pościgu, dowo-dziło absolutnego braku karności w tej bandzie. Mogłem przypusz-czać, że i strażnicy zejdą z posterunków dla wzięcia udziału w wiecze-rzy. I nie myliłem się. Na ów okrzyk, pobudzający ich apetyt, pobiegli - wszyscy czterej do ognisk, przy czym tylko jeden wziął ze sobą swój karabin, inni zaś pozostawili broń na stanowiskach. I oto błysnęła mi nagle myśl, nad którą nie było czasu długo się zastanawiać. Związałem majorowi nogi jego własnym paskiem od szabli, ułożyłem go na ziemi i pobiegłem na półwysep. Przy ogniskach jeden przez drugiego tłoczyli się ludzie, aby jak najprędzej otrzymać swoją porcję mięsa, przy czym nie zachowywano najmniejszego porządku, ani kolejności. Popychania, żarty i prze-kleństwa jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że z tym bezładnym stadem ludzkim nie bardzo trzeba się liczyć. Dotarłem spiesznie do miejsca, gdzie leżeli jeńcy i przeciąłem dwóm najbliższym więzy, dając znak, by podążyli za mną. Trzeba było się śpieszyć, więc nie miałem nawet czasu spojrzeć im bliżej w twarze i tylko po chwili, obejrzawszy się, spostrzegłem, że mają ze sobą karabiny; widocznie zabrali je spod drzew tym strażnikom, którzy oddalili się do ogniska po swoje porcje mięsa. - Heigh day! Rue alagria! - szepnął za mną po angielsku i po hiszpańsku jeden z oswobodzonych. To było znakomite! Widzia-łem, jak senior zbliżałeś się do nas i domyśliłem się od razu, że jesteś naszym wybawcą. Przy sposobności zabraliśmy warcie karabiny. Do-kąd idziemy, sir? Kim pan jesteś? Komu mamy być wdzięczni? 276 Zaintrygował mnie głos mówiącego, znany mi skądś, ale nie byto czasu na rozmowę, odwróciwszy się, dałem więc znak ręką, aby był cicho, i tylko zauważyłem, że miał na głowie kapelusz panamski z szerokim rondem, który pokrywał mu cieniem całe oblicze.
- Cicho! Za mną, prędko! - szepnąłem.

Dopadłszy do miejsca, gdzie leżał major, przeciąłem mu nożem więzy na nogach i podniósłszy go z ziemi, pchnąłem naprzód przed siebie.

_ Do diabła! - zauważył ów w panamskim kapeluszu. - Toż to generał tej bandy! Niezły połów uczyniłeś, sir. Pomogę ci prowadzić tego draba - chwycił majora pod ramię, podczas gdy ja ująłem go pod drugie. Pośpiech naglił, więc ponieśliśmy niemal jeńca w kierunku kryjów-ki, gdzie pozostawiłem towarzyszy. Spostrzegłszy nas czterech i nie poznawszy, bo przecież spodziewali się tylko mnie, chwycili za broń. Ale dałem znak ręką i uspokoiłem słowami:
- To ja! Nie bójcie się!

- Bogu dzięki! - rzekł Hilario, podbiegając ku nam. - A...a... kogóż to senior prowadzisz? - Dwóch jeńców, którzy teraz są wolni i jednego wolnego, który teraz jest jeńcem.
- To są ci z tratwy - zauważył Indianin. - A ten?... Cóż to?... Major? - zapytał zdziwiony mnich.

- Tak, major - odpowiedziałem. - Zrobił nam zaszczyt i pofa-tygował się do nas. Oczywiście nie dobrowolnie, musiałem go związać i zakneblować mu usta, by się zbyt głośno i szeroko nie wywnętrzał. - A więc zwyciężyliśmy! - krzyknął estancjero. - Muszą nam teraz oddać mego brata i syna w zamian za swego herszta.
- Nie tak głośno, senior! - prosiłem. - Musimy być ostrożni.

Przypuszczam, że bandyci będą poszukiwali tych trzech ludzi i mogą nas odkryć. Pedro, obmyśl dla nas miejsce, gdzie można bezpiecznie rozłożyć ogień. 277
- Owszem, jest doskonały zakątek. Chodźmy!

I poprowadził nas przez bagniste, zarosłe trzciną, sitowiem i krza-kami wertepy na suchą, okoloną drzewami polankę, gdzie ku wielkiej radości spostrzegliśmy nasze konie. Indianin zaprowadził nas tutaj, gdyż, dowiedziawszy się, że byliśmy w jego chacie i Dai powierzyliśmy swoje konie, domyślił się, gdzie mogła je ukryć. Nowa nasza kryjówka znakomicie nadawała się na obóz. Dookoła polanki wznosiły się olbrzymie drzewa, tworząc swymi konarami i listowiem wspaniały dach nad głowami, dołem zaś gęstwina krzaków stanowiła ścianę. Pośrodku polany szemrał niewielki strumyk. Dla ochrony przed komarami roznieciliśmy ognisko i zaledwie błysnęły pierwsze płomienie, przystąpił do mnie ów człowiek w panamskim kapeluszu i krzyknął: - Heavens\ Czy to możliwe? Pan Charley? Niechże pana uści-skam, a prędko, bo serce omal mi z piersi nie wyskoczy. I zdjąwszy z głowy olbrzymi kapelusz, począł mnie ściskać tak serdecznie, jakby mi chciał pogruchotać wszystkie kości. Można sobie wyobrazić, jak miłą niespodziankę sprawiło mi spot-kanie w tej puszczy człowieka, który był moim starym, dobrym znajo-mym. Był to kapitan Frick Turnerstick, słynny wilk morski, zapalony orator, ongiś uczestnik słynnej podróży do Chin. Ucieszyłem się niewymownie z tego miłego spotkania. Ale, nieste-ty, nie było czasu na rozmowy. - Kapitanie, - rzekłem - proszę siadać. Pogadamy później, gdyż w tej chwili wypada mi załatwić ważniejsze sprawy. - Ależ naturalnie! - odparł. - Rozumiem dobrze, że masz pan przed sobą poważne zadanie.

Musiałem przede wszystkim zająć się majorem, którego przywią-zaliśmy do pnia drzewa. Opowiedziawszy towarzyszom, w jaki sposób udała mi się wyprawa, wyjąłem jeńcowi knebel i zagroziłem śmiercią, w razie, gdyby chciał wołać o pomoc.
- Byłeś już w naszych rękach - rzekłem mu - i obiecałeś nam

278 święcie, że zaniechasz wszelkich względem nas nieprzyjaznych kro-ków. Wierząc pańskiemu słowu, oszczędziliśmy go. Zawiodłeś pan icdnak naszą dobrą wiarę i złamałeś dane przyrzeczenie, musimy więc postąpić z panem tak, jak na to zasłużyłeś. Pedro, przeszukaj mu kieszenie i odbierz wszystko, co ma przy sobie!
- Precz, bydlaku - ryknął major, gdy Indianin sięgnął mu ręką do

kieszeni. - Sam jesteś bydlakiem - odciął się Indianin, wymierzając majo-rowi policzek - i kłamcą! Teraz wiem już, z kim miałem do czynienia. Otumaniłeś mnie, nagadawszy niedorzeczności o tych ludziach! Milcz teraz, trzymając mocno język w gębie, bo gdy mnie jeszcze raz obra-zisz, palnę cię w gębę tak, że ci się głowa na kawałki rozleci. Major miał przy sobie zegarek, portfel i sakiewkę. Zegarek włoży-łem mu na powrót do kieszeni; natomiast zatrzymałem sakiewkę i portfel, a zbadawszy ich zawartość, znalazłem około osiemnastu ty-sięcy peso. - Czy mogłoby dwóch z was pojechać do spalonego folwarku? - zapytałem yerbaterów.
-W jakim celu?

- Oddać ranczerowi dwanaście tysięcy peso od majora Cadery tytułem odszkodowania za straty, jakie spowodował. Wszystkich pięciu zaofiarowało się spełnić poselstwo. Ponieważ jednak do wykonania trzeba było tylko dwóch, więc ich wyznaczyłem. - Powiedzcie ranczerowi - rzekłem do nich - ażeby przysłał tu natychmiast swoich gauczów po konie, które mu major zrabował.
- Przecież ich jeszcze nie mamy - zauważył Monteso.

- Ale wkrótce będziemy mieli. Nie sądzi pan chyba, abym puścił majora prędzej, niż otrzymam skradzione konie. - Na zabranie koni potrzebne jest przede wszystkim moje przy-2wolenie - odezwał się major gniewnie. - To zbyteczne - rzekłem. - Wystarczy, gdy ja wydam odpowied-nie polecenie. _.,.. 279
- Ale ja muszę swym ludziom coś w tej sprawie powiedzieć! - Nie! Pan musisz milczeć! - Nie uczyniliśmy jeszcze ze sobą żadnej ugody.

- Co pan przez to rozumie? Czyżby się panu zdawało, że istotnie będziemy się liczyli z pańskim zdaniem? Nie, majorze! Pańskie słowa tyle nas obchodzą, co na przykład szmer liści, albo rechotanie żab w bagnie.

- Senior! Jestem oficerem Latorre!

- Tym gorzej dla pana, bo ja należę do najzagorzalszych przeciw-ników Latorre, a więc przyznawanie się do niego pogarsza jeszcze bardziej pańskie położenie. - Pomijając to, nie podoba mi się pański ton, jakim do mnie przemawiasz i pańskie obelżywe porównanie mnie z żabami.
- Ależ ja się pana nie pytam, co ci się podoba, a co nie.

- Proszę pamiętać, że w rękach moich ludzi znajdują się zakład-nicy i że lada chwila może ich spotkać śmierć. - Źle pan sobie to wyobrażasz. Ja jeden wziąłem pana do niewoli, a przy sposobności uwolniłem jeszcze dwóch jeńców. Czyżby więc trudniej mi było uwolnić jeszcze tamtych dwóch? Zobaczy pan, że i to potrafię. A zresztą są tu jeszcze oprócz mnie i inni ludzie, którzy również nie boją się pana i całej pańskiej bandy.
- Zażądasz pan zapewne wymiany?

- Być może, że zwrócę panu wolność za wydanie mi yerbatera i jego bratanka. Możliwe też, że uwolnię ich sam, a panu, tytułem wynagrodzenia, dam kulę w łeb, na co moi towarzysze, jak sądzę, zgodzą się bardzo chętnie. - No, nie mamy o co się przedwcześnie sprzeczać. Póki co, zazna-czam, że nie wolno panu rozporządzać moimi pieniędzmi.
- Tak? Więc to pańska własność? Przyznajesz to wobec świadków? - Przyznaję.

- Doskonale się składa, bo gdyby te pieniądze były własnością kogoś innego, nie śmiałbym wynagradzać nimi krzywdy, wyrządzonej przez pana. Ponieważ są to pańskie pieniądze, mogę bez skrupułów wziąć z nich dwanaście tysięcy peso i dać ranczerowi, jako odszkodo-wanie za spalony mu przez pana dom i inwentarz.
-To rabunek! - Możesz pan nazwać to rabunkiem, nie sprzeczam się o to.

Wyobraź sobie, że jestem złodziejem, ale uczciwym, pan zaś jesteś nikczemnym podpalaczem i koniokradem. Abyś jednak wiedział, że jestem uczciwym złodziejem, zwrócę mu sześć tysięcy peso. Nie zdo-byłbyś się pan zapewne na taki postępek. Ja zaś nie zdobyłbym się na to, aby kupować woły, rżnąć je, pożerać ze swoimi ludźmi i potem nie płacić, jak również nie zdobyłbym się na chwytanie uczciwych ludzi po to, by następnie wymuszać za nich okup. - Okup? Nie rozumiem. Ująłem yerbatera, bo razem z panem dopuścił się ciężkiej zbrodni. O żadnym okupie nie było mowy. - Tak? Sądzisz pan zapewne, że twój posłaniec przybył do estancji Del Yerbatero z żądaniem okupu już po naszym wyruszeniu w pościg?
- Mój posłaniec? - zawołał, udając zdziwienie. - Tak, i w dodatku porucznik z drugim żołnierzem. - Byli w estancji?

- No, no! Nie udawaj pan, że nie wiedziałeś o niczym, bo strasznie głupio przy tym wyglądasz. Oczywiście schwytaliśmy wszystkich trzech i zamknęliśmy pod silną strażą do czasu, aż zabierze ich oddział wojska z Mercedes i przykładnie ukarze. W całym tym procesie nazwisko pańskie odegra główną rolę... ba, nie tylko nazwisko, ale i osoba, gdyż mam chęć zaprosić pana w gościnę do estancji Del Yerbatero. Potem odstawimy pana do Montevideo, gdzie będziesz mógł szukać protekcji u osławionego komisarza Mateo.

Major, słuchając tych słów, milczał i spoglądał obojętnie, jak}w-baterzy, otrzymawszy ode mnie pieniądze, odjechali w stronę spalo-nego rancza. Dwanaście tysięcy peso stanowiło niewielki kapitał, ale mogło być dla pogorzelca znakomitą pomocą na pierwsze potrzeby. 280 281 Indianin podjął się podprowadzić dwóch yerbaterów aż do miejsca, gdzie mogli być bezpieczni, że zaś noc była księżycowa, mogli więc jechać bez zwłoki.

Major z trudem powstrzymywał złość, obrzucając nas wszystkich
kolejno nienawistnym spojrzeniem. Aby nie słyszał, o czym rozma-wiamy, poleciłem odwiązać go od drzewa i skrępowawszy nogi, ułożyć w trawie na uboczu. Byłem jednak na tyle przezorny, że kazałem go dodatkowo przymocować na lassie do pnia, aby utrudnić mu ucieczkę. Teraz mogliśmy się zabrać do wieczerzy, na którą zaprosiliśmy także Dayę, bo ją Pedro, odprowadziwszy yerbaterów, przywiódł ze sobą.

Towarzysz Turnersticka, tytułowany przez niego sternikiem, był
rosłym i barczystym zuchem o wybitnym typie marynarza. Jasne jego włosy i niebieskie oczy kazały się domyślać w nim rasy germańskiej i dlatego odezwałem się doń po niemiecku:
- Dziwi mnie to, że pan, posiadając takie potężne muskuły i pięści,

dałeś się wziąć tym drabom do niewoli.
- Co pan mówi? Ależ!... Doprawdy!... Nie spodziewałem się...

Jestem Fryzem znad Morza Północnego i nazywam się Jan Larsen. Moje pięści... no!... TU ścisnąwszy je, jak to czynią bokserzy, podniósł w górę. Były to pięści „uczciwe” i wątpię, czy w jakimkolwiek sklepie znalazłyby się na nie odpowiednie rękawiczki. - Moje ręce, - ciągnął - nie są od parady. Tysiące razy spuszczały i podnosiły kotwicę, a w razie potrzeby zastępowały nie raz szablę i karabin. Niestety, w tym wypadku nie mogłem się nimi posłużyć, napad był zupełnie niespodziewany.

Zatkał sobie usta potężnym kęsem mięsiwa i umilkł. Turnerstick
zaś zapytał mnie:
- Podoba się panu ten zuch? - Owszem. Musi być z niego tęgi marynarz i uczciwy człowiek. - Istotnie. Ale opowiadaj pan, skąd się tu wziąłeś, co pan

282 porabiałeś od czasu, gdyśmy się rozstali. - O tym wszystkim później, kapitanie. Obecnie ważniejszą dla nas rzeczą jest dowiedzieć się, w jaki sposób dostałeś się pan w łapy tych opryszków. - Całkiem po prostu. Tak samo, jak mój „The Wind”, wlazłem w tę mysią norę w Buenos Aires, którą nazywają portem... Żabi staw!... Byłem w Bahii i otrzymałem ładunek do Buenos Aires. Wyładowa-wszy się tam, chciałem wziąć nowy ładunek, że zaś słyszałem wiele o produktach stanu Rio Grandę do Sul, które spławiają Urugwajem, jak na przykład kosztowny materiał drzewny, herbata paragwajska, miedź, cynk i inne minerały oraz drogie kamienie, więc dla obejrzenia ich popłynąłem parowcem aż do Salto Grandę. Ta zamówiłem towary i popłynąłem z powrotem do Buenos. Przyszła mi jednak ochota poznać lepiej okolice rzeki, więc wsiadłem ze swoim sternikiem na tratwę i pięć dni płynęliśmy na niej, jak muchy na liściu ogórka. Wreszcie dziś wieczorem zatrzymaliśmy się tutaj.
- I tu na was napadnięto?

-Well\ Leżeliśmy w kojach, to jest w budzie na tratwie, któ-rą krajowcy nazywają cabanna, i najspokojniej w świecie paliliśmy cygara. Wtem na przednim pokładzie, chciałem powiedzieć na prze-dniej części tratwy wszczęło się pogańskie widowisko. Wystawiłem nos z cabanny i dostawszy porządnego „byka”, cofnąłem się. Był to bardzo grubiański postępek ze strony tych ludzi. Well\ Potem przy-czołgało się do nas kilku drabów, którzy oświadczyli nam, że musimy tu zostać przez kilka dni. Odmówiliśmy, bo co komu do tego, kiedy pojedziemy. Wówczas obrzucono nas grubiańskimi wyrazami. Nie chcieliśmy być dłużni, więc poczołgaliśmy się za nimi, aby oddać im tego szturchańca, którym mnie obdarzono i dodać coś jeszcze jako napiwek. Ale... do stu diabłów! Myśleliśmy, że jest ich pięciu, może dziesięciu, a tu, prosit, było przeszło pięćdziesięciu drabów! Nie zo-stawili nam czasu na przypatrzenie się szlachetnym swym obliczom, ale opadli nas z tymi swoimi bolasami i lassami, no, i po długim 283 szamotaniu wzięli jak swoich. Przy tej sposobności jednak zaszczyci-liśmy ich sporą dozą sińców i ciosów, sami zaś wyszliśmy z całą skórą. Skrępowano nas, zawleczono na ląd i poprzywiązywano do pni. Byli-byśmy się tam na śmerć zanudzili, gdybyś pan nas nie uwolnił, za co wdzięczność moja, sir, nie będzie miała granic! Wprawdzie sytuacja nasza nie była niebe2pieczna, ale diabelnie przykra!
- A jak się ma spawa z pańskim mieniem? Obrabowano was?

- Nie, aczkolwiek mieli dobre chęci. Frick Turnerstick jednak nie jest tak głupi, aby sokie dał ogolić głowę pierwszemu lepszemu cyru-likowi. Nie pokazałem nic. W sakiewce miałem tylko kilka głupich papierów, które w tyn kraju nazywają peso, reszta była schowana, ale tak, że, gdybym nie wiedział, sam bym nie znalazł. Peso oczywiście zabrano mi i niech sobie za to kupią chleba... żebraki! Ale, sir! Co będzie dalej? Ja wale nie mam ochoty siedzieć godzinami w tym bagnie i dostać febry
- Mam nadzieję, że kiedy nastanie dzień, udacie się w drogę.

- Czy tylko bandi zechce uwolnić tratwę?

- Przypuszczam, że uwolni, a jeżeli nie zechce uczynić tego dobrowolnie, zmusiny ją. - Ach, tak. Ma pin przecież majora w ręku i może pan się z nim układać. W całej jednak sprawie nie brak też i pewnego sęku. Przy-puśćmy, że zwolniwszy oficera, otrzymacie w zamian jeńców, oraz pozwolenie dla nas ra odjazd. Ale, dopóki bandyci nie znajdą się po tamtej stronie rzeki, poty nie będziecie bezpieczni.
- Słuszna uwaga.

- Staraniem wię< waszym powinno być, aby się odgrodzić przy-zwoitą granicą od tycti opryszków, a to byłoby możliwe tylko wówczas, gdyby się przeprawili tratwą na drugą stronę rzeki. Przypuszczam, że i majorowi zależy na tym, by się stąd mógł jak najprędzej ulotnić, a do tego przydałaby mu się najlepiej nasza tratwa. Znowu jednak nieszczęsne „ale” włazi nam tu w drogę, bo jeżeli udostępnimy mu tratwę, to kto ją przyholuje z powrotem do tego brzegu? Gdybyśmy 284 zaś dali ludzi w tym celu, to major może ich zatrzymać i tratwy nie odesłać. Wobec tego czyż mogę pozwolić mu na to, by się przeprawił na mojej tratwie? Gdy zaś mu jej nie użyczę, utrudnię tym samym wasze położenie. Co robić? _ Może się znajdzie jakieś inne wyjście. Gdyby tak na przykład nadpłynęła jakaś inna tratwa... _ Ba! Gdyby! Zresztą, do licha, może dać mu tratwę i niech go piorun trzaśnie! Zaczekamy tu, dopóki nie nadpłynie z góry jakiś parowiec. W tym poczciwym kraju jest taki zwyczaj, że wystarczy zawołać z brzegu, a statek zatrzymuje się i zabiera pasażera z każdego miejsca. - To byłoby najlepsze, gdyż ani my, ani wy nie ponieślibyście zbytniej szkody. - Dobrze więc, uczynię tak. Zaczekam na parowiec, lub choćby na jakąś inną tratwę. A pan dokąd się stąd uda? - To zależy od tego, jaki obrót weźmie nasza obecna sprawa. Nie mogę bowiem zdecydować się na nic bezyerbatera, z którym razem mamy odbyć podróż, a który jeszcze w tej chwili znajduje się w niewoli u tych opryszków. - Czy wybieracie się może do Buenos Aires? Wprawdzie port nędzny, ale mimo to moglibyśmy spędzić ze sobą kilka dni.
- Moja droga prowadzi w zupełnie przeciwnym kierunku. - Czy mogę wiedzieć, dokąd pan jedziesz? - Do Grań Chaco, a potem przez pampasy do Tucuman.

- Hm! - mruknął, namyślając się. - Właściwie zazdroszczę panu tej podróży. Nieraz już marzyłem o takiej wyprawie na koniu przez pampasy, ale nie było ku temu sposobności. Niestety i teraz nie mogę pozwolić sobie na tę przyjemność, bo dopóki mój „Wiatr” trzyma się kupy i dźwiga ładunek, trudno mi myśleć o przedzierzgnięciu się w półdzikiego gaucza. Interesy pędzą mnie nielitościwie do tej dziury... chciałem powiedzieć, do Buenos Aires.
- Czy zna pan miejscowy język? - zapytał po chwili.

285 - Bardzo dobrze. Jak panu od dawna wiadomo, mówię niemal wszystkimi językami cywilizowanego świata. Jeździć konno i strzelać umiem również nie najgorzej. Przerwaliśmy dalszą rozmowę, gdyż w tej chwili właśnie powrócił ze zwiadu Indianin i oznajmił, że na półwyspie zauważono już brak majora oraz dwóch jeńców i ruszono na poszukiwania.

- Odwiedzą zapewne i twoją chatę? - Prawdopodobnie. - Czy nie zechcą zajrzeć i tutaj?

- Stanowczo nie. Obcy nie mógłby przejść przez te bagna, zwłasz-cza w nocy. - Wyślij więc Dayę do domu, aby na wypadek, gdy się tam pojawią ci zbóje, oznajmiła im, że ciebie wcale tam nie było. Pedro wysłał żonę natychmiast. Po niejakim czasie wróciła z oznaj-mieniem, że przed chatą spotkała kilku ludzi z bandy i że pytali ją o męża, któremu, o ile wywnioskowała, zaczynają nie dowierzać. Powo-dem zaś nieufności ich jest to, że od paru godzin nie pojawił się u nich w obozie. Wobec tego Aynas zapytał mnie, czy nie byłoby dobrze, aby natychmiast udał się do nich i spróbował wprowadzić w błąd. Na to odpowiedział brat Hilario: - To zupełnie zbyteczne. Wszak powiedziałeś przed chwilą sam, że nas tutaj nie znajdą. Zresztą, choćby dowiedzieli się, że się tu ukrywamy i że mamy ich dowódcę w ręku, to i tak możemy się ich nie obawiać. Czy nie tak, senior? - dodał, zwracając się do mnie. - Najzupełniej słusznie. Jestem zresztą zdania, że powinni wie-dzieć, iż dowódca ich znajduje się w naszych rękach. Jakim jednak sposobem zawiadomić ich o tym? Chyba ja pójdę otwarcie do obozu i poinformuję, że mamy ich herszta. Bierze mnie na to ochota.
- O, nie! To byłoby niebezpieczne. - Ależ ja się wcale ich nie lękam!

- Wiem o tym, ale, mimo wszystko, nie wolno narażać się na takie niebezpieczeństwo. Jestem pewny, że zatrzymano by pana, jako zakładnika. _ Ba, ale ja się im nie dam ująć! _ Jak pan to uczyni? Mogłoby dojść do walki. Tego ja nie chcę. Zostanie pan tutaj, ja natomiast pójdę do nich. Żaden z nich bowiem nie będzie miał odwagi targnąć się na Brata Jaguara. _ Czy brat jest pewien, że nie uczynią mu krzywdy? _ Liczę na to. Ale, gdyby mnie nawet ujęto, nie stałoby się wielkie nieszczęście, gdyż pan, pozostawszy tutaj, dałbyś sobie radę, gdyby zaś zatrzymano pana, byłoby nam o wiele trudniej przeprowadzić sprawę uwolnienia jeńców. Zbóje ci zresztą żywią do pana szczególną niena-wiść, podczas gdy do mnie nie mają żadnej urazy. Mówił tak przekonywująco, że musiałem się zgodzić na jego pro-jekt, zwłaszcza, że poparli go wszyscy moi towarzysze.
- Dobrze - rzekłem. - Brat pójdzie, ale i ja również.

- To byłoby największym głupstwem z naszej strony. Nie możemy iść razem. - Ja też nie myślę iść razem, lecz z daleka i niepostrzeżenie, by widzieć, co się będzie działo. - Skoro pan tak chce, to muszę się zgodzić. Ale nie wolno panu pod żadnym warunkiem wejść ze mną na półwysep. Ponadto niech pan weźmie ze sobą karabin. - To właśnie byłoby nieprzezornością. Przecież karabin zawadzał-by mi tylko. Wystarczą mi rewolwery. Proszę także zabrać i swoje. - Rozumie się, że je wezmę, aczkolwiek nie mam zamiaru strzelać do tych łotrów. Jestem pewien, że już sam widok dwóch rewolwerów wzbudzi w nich należyty respekt. Do tego dodajmy moją

powagę, jako osoby duchownej i wreszcie opinię, brata Jaguara, to wystarczy. Wiem z doświadczenia, że kto słyszał o mnie, ten nie poważy się podnieść na mnie ręki.
- Dlaczego?

- Zobaczy pan to. Proszę uważać i nie obawiać się, nie uczynię panu nic złego. 287 Chwycił mnie prawą ręką za ramię i podniósł z wolna wysoko w górę, po czym z taką samą powolnością postawił na nogi. - Do licha! - krzyknąłem. - Domyślałem się w bracie siły, ale żeby ona była aż tak wielka, nie sądziłem.
- Istotnie? - uśmiechnął się. - Otóż mojej siły boją się wszyscy.

Niech mi pan wierzy, że wśród znających mnie nie ma takiego, który by się na mnie porwał, zgniótłbym go na miazgę. Na te słowa wstał ze swego miejsca Larsen i powiedział do mnie dość poprawnym hiszpańskim:
- Powiada pan, że to olbrzymia siła? Chciałbym i ja coś pokazać.

Podziwiał pan moje ręce, a teraz przekonam pana, co one potrafią. Przy tych słowach zbliżył się do mnie i chwycił prawą ręką w ten sam sposób, jak poprzednio uczynił to Hilario, lewą zaś chwycił tego ostatniego, podniósł nas w górę równocześnie i trzymał tak w powie-trzu przez chwilę, a postawiwszy na ziemi, rzekł: - Szkoda, że mam tylko dwie ręce, bo gdybym miał więcej, potra-fiłbym w ten sposób podnieść w górę kilku najcięższych chłopów. - Ależ, człowieku! - krzyknąłem zdumiony, - gotów jestem uwierzyć, że mam przed sobą sobowtóra Goliata! Pan możesz mury walić!
- Ee, bez przesady! - Aż bronią umie się pan obchodzić?

- Żadna sztuka. Miałem z nią wiele do czynienia, włócząc się po Indiach od portu do portu. Zresztą przekonacie się sami, jeśli weźmiecie mnie z sobą na łąkę, którą krajowcy, nie wiadomo z jakiego powodu, nazywają pampa. Usiadł i przybrał taką minę, jakby wypowiedział coś epokowego. Był to również swego rodzaju oryginał. Mnich przyznał, że nie chciał-by zmierzyć się z nim, aczkolwiek często daje przewagę nie siła, lecz spryt i inteligencja. Po tej próbie mięśni ja i Hilario opuściliśmy kryjówkę i udaliśmy się w kierunku półwyspu. Zakonnik szedł przodem, ja zaś kilka 288 kroków za nim. Wkrótce Hilario natknął się na dwóch bandytów i zamieniwszy z nimi kilka słów, poszedł w ich towarzystwie w kierunku półwyspu. Idąc chyłkiem za nimi, dotarłem na miejsce, gdzie podczas swojej poprzedniej wyprawy położyłem związanego majora. Zatrzymałem się tu dla obserwowania, jak brat Hilario zostanie przyjęty w obozie. Dwaj, którzy go przyprowadzili, opowiedzieli coś jednemu z żołnie-rzy, widocznie najstarszemu rangą i zaraz rozległy się głosy, nawołu-jące innych, rozproszonych po okolicy w poszukiwaniu za uprowa-dzonym dowódcą. Zbiegło się kilkudziesięciu i, otoczywszy mnicha kołem, rozmawiali z nim, jakby się targując. Zauważyłem, że trakto-wał ich wyniośle, jakby rozkazując, oni zaś odpowiadali mu szorstko. Wreszcie inni ucichli,

i słyszałem tylko dwa głosy: mnicha oraz do-mniemanego zastępcy majora. Uspokoiło to obawy moje o losy Hila-ria, gdyż pomyślałem, że jeżeli przyszło do układów, to nic mu nie grozi. Uwagę moją zwróciła okoliczność, że wszyscy cisnęli się do-okoła zakonnika, nie wyłączając wartowników, którzy opuścili swo-je stanowiska, z czego postanowiłem jeszcze raz skorzystać. Po długich targach z Hilariem otaczający go rozstąpili się wreszcie, i mnich ruszył z powrotem prowadząc ze sobą jednego z żołnierzy. Reszta pozostała w obozie. Domyśliłem się, że Hilario zabrał tego człowieka, by go zaprowadzić do naszej kryjówki. Zatrzymali się niedaleko miejsca, gdzie byłem ukryty, i ku wielkiemu memu zado-woleniu Hilario zawiązał drabowi oczy chustką. Podobała mi się ta przezorność zakonnika, bo obcy nie powinien poznać drogi, prowa-dzącej do naszej kryjówki, a przy tym ułatwiło mi to powrót jedno-cześnie z nimi. Gdy mijali miejsce, gdzie byłem ukryty, dałem bratu znak ręką, aby się do mnie nie odzywał, i zapadłem w krzaki, chyłkiem go wyprzedzając. Towarzysze nasi, spostrzegłszy nas z daleka, wstali z miejsc. Gdy-śmy się znaleźli wśród nich, Hilario zdjął chustkę z oczu wysłańca, który rozejrzał się ciekawie dokoła. 289 - Kogo to nam brat przyprowadza? - zagadnął Monteso. - Czy było to konieczne? - Owszem, konieczne, bo człowiek ten będzie pośrednikiem mię-dzy nami a nimi.
- Jakże brata przyjęto w obozie?

- Z początku z wielkim zdziwieniem, bo nie spodziewali się, że się tu pojawimy tak prędko.
- Czy grozili?

- Mieli ochotę, ale ostrzegłem ich, że może to wyjść na złe majorowi. - Rozumie się. Za jeden włos z głowy brata rozbójnik ten zapła-ciłby życiem i zginęliby również ci trzej, zatrzymani przeze mnie w estancji. Nie chciano zapewne uwierzyć, że mamy majora w ręku?
Tak, na razie nie wierzyli. Wysłaniec będzie mógł naocznie się o tym przekonać. Nie tylko ma się on przekonać, ale i rozmówić z majorem. Na to nie pozwolę. Dlaczego, senior?

W tej chwili wziąłem mnicha na stronę i szepnąłem mu do ucha, ze wysłaniec nie powinien się nawet domyślić, w jaki sposób major wpadł w nasze ręce, bo gdyby się bandyci dowiedzieli, że byłem na półwyspie, to mieliby się na ostrożności, co niezmiernie utrudniłoby moje zamiary odnośnie uwolnienia jeńców.
- Senior, pamiętaj, że to rzecz bardzo niebezpieczna!

- Wcale nie i nawet nie będzie trudna, jeżeli brat odegra dobrze swoją rolę, jaką dla niego obmyśliłem.
Jaka to rola? Proszę mi powiedzieć, czy zbóje godzą się na wydanie jeńców? Nie chcą o tym słyszeć.. Jakie są ich żądania?

- Wydadzą obydwu Montesów tylko w zamian za majora i poru-cznika z jego dwoma towarzyszami. 290 D- Nie, to za długo by trwało.
-1 ja tak myślę.

- Czy zagroził im brat, że jesteśmy zdecydowani odebrać życie »m, będących w naszym ręku, lub wydać ich władzy?
- Owszem, ale nie lękają się tego i twardo obstają przy swoim.

- Nietrudne to do wytłumaczenia, bo atuty mają prawie takie ie, jak my. tak jedna, jak i druga strona, nie może nic złego zrobić swym jeńcom, bo wywołałoby to wzajemną zemstę. Dlatego zamie-rzam wykraść yerbatera i jego bratanka, a jeżeli mi się to uda, będzie po sprawie.
- Ale pan sam narazi się przy tym na niebezpieczeństwo.

- Udało mi się raz, to może się udać i drugi raz. Brat teraz odprowadzi wysłańca na półwysep, uważając pilnie, by się nie zapuścić zbyt daleko, a ponadto musi brat udać, że nie całkiem ufa przeciwni-kom. Jestem pewien, że gdy się tam brat ukaże, zlecą się do niego natychmiast wszyscy nie wyłączając warty, a wówczas ja będę miał wolną rękę do działania.
- Plan istotnie niezły, ale niebezpieczeństwo, mimo to, istnieje.

- Odważnym sprzyja szczęście. Proszę iść z wysłannikiem powoli i manewrować tak, aby odwrócić uwagę zbójów od miejsca, gdzie są jeńcy, ja zaś tymczasem postaram się tam przedostać.
- Czy ma pan zamiar uwolnić również flisaków? - Jeżeli to będzie możliwe. - Sześciu! Niech pan rozważy, ile na to potrzeba czasu!

- To się okaże na miejscu. Jeżeli jednak nie zdołam ich wykraść, to i tak nic złego im się nie stanie; bandyci więzili ich jedynie tylko w tym celu, by zdobyć tratwę. Zwróciłem się następnie do wysłannika, który natarczywie doma-gał się, by mu pozwolono zobaczyć majora.
- Czy chcesz z nim mówić? - zagadnąłem. - Oczywiście. Muszę go zapytać, jak postąpić w tym wypadku. - To zbyteczne. Jest was pięćdziesięciu i znajdą się wśród was

291 zapewne tacy, którzy będą wiedzieli co czynić. - Bez pozwolenia majora nikomu z nas nie wolno nic robić na swoją rękę. - Przecież major, jako nasz jeniec, nie może wam teraz wydawać rozkazów. Obierzcie sobie tymczasem innego dowódcę.
- Już to zrobiliśmy. - Zwróćcie się więc po rozkazy do niego, nie zaś do naszego jeńca.

Mogę ci tylko go pokazać, abyś powiedział towarzyszom, że istotnie znajduje się on w naszym ręku, nic ponadto. Brat Hilario pójdzie z tobą do obozu, byście mu oznajmili swoją decyzję, i na tym się skończy. To rzekłszy, poszedłem po majora, założyłem mu knebel i odwiązawszy od pnia, przyprowadziłem do ogniska. Gdy zobaczył swego podwładnego, chciał, pomimo knebla, coś rzec, ale wydał tylko niewyraźny głos.
- No? Major Cadera? - zapytałem wysłannika.

- Tak. Ale ponieważ zakneblowaliście mu usta, my uczynimy to samo naszym jeńcom. - Możecie, nie bronimy wam. Zresztą otrzymał knebel tylko na tę chwilę, aby się z tobą nie porozumiał i zdejmiemy mu go po twoim odejściu. Czy masz jeszcze coś do powiedzenia?
- Chciałbym o coś zapytać majora. - Dobrze - odrzekłem, ale knebla jeńcowi nie zdjąłem. - Czy pozwala pan, majorze, na wymianę jeńców? - zapytał podwładny swego przełożonego. Major przecząco poruszył głową.

- Więc co robić?

W odpowiedzi na to pytanie major podniósł trzy palce i wskazał na wschód, a na pytanie, czy mają żądać wydania także trzech jeńców z estancji, pokazywał na migi pieniądze.
- Co to znaczy? - pytał pośrednik. - Wytłumaczę d to - wtrąciłem. - Major oddał nam część

292 pieniędzy, które miał przy sobie, a myje wysłaliśmy owemu ranczero-wi, którego puściliście z dymem, jako odszkodowanie za poczynione mu przez was straty. Otóż teraz chciałby otrzymać te pieniądze z powrotem. Cadera potwierdził to skinieniem głowy, a wysłaniec pytał dalej: - A więc możemy wydać jeńców tylko wtedy, jeżeli zwrócą panu wolność, wypuszczą porucznika z dwoma ludźmi i oddadzą pienią-dze?
- Mm, mm! - mruczał major, potakując głową.

- Słyszy pan? - ozwał się do mnie żołnierz. - Musimy się zastosować do tego rozkazu. Co pan na to? - W tej chwili nic. Pójdzie z tobą zakonnik, aby oznajmić waszym towarzyszom moje warunki. - Może mi pan powiedzieć już teraz, czy się pan zgadza na warunki majora. - Nie zgadzam się. W żadnym wypadku nie zwrócę pieniędzy, których już nie mam, ponadto domagam się zwrotu skradzionych koni.
- Nie oddamy, bośmy ich wcale nie ukradli, lecz kupili. - Nieprawda!

- Owszem, prawda. Ów ranczero okłamał was. Zresztą to nie my podłożyliśmy ogień pod jego dom. - Nie mówmy o tym, bo to obecnie nie należy do rzeczy. Brat Hilario przyniesie mi waszą odpowiedź na moje żądania. A żądam bezwarunkowego wydania jeńców i koni, w zamian za co puszczę majora i na tym koniec, przynajmniej na razie. Yerbaterzy odprowadzili majora na poprzednie miejsce, a brat Hi-lario, zawiązawszy bandycie oczy, podążył z nim do obozu. Po oddaleniu się ich rozkazałem towarzyszom zabrać karabiny i iść ze mną. Na straży koło majora pozostał tylko estancjero. Wszyscy, nie wyłączając Indianina, byli niezwykle przejęci chwilą i zaciekawieni, co zamierzam uczynić. Nie powiedziałem im jednak nic o moim planie, 293 tylko zaleciłem, aby zachowywali się jak najciszeJ. Odpowiednio do wskazówki, udzielonej na odchodnym mnichowi, szedł on powoli w kierunku półwyspu, a za nim w niewielkim odda-leniu postępowałem ja z towarzyszami. Doszedłszy do zatoki koło półwyspu, ukryłem ich w cieniu drzew i oddawszy karabin, rzekłem:
- Stójcie tu i nie ruszajcie się z miejsca.

- Czy mamy zastrzelić któregoś z tych łotrów, sir? - spytał Turnerstick.
- Nic teraz nie wiem, dowiecie się, gdy powrócę. - Jak to? Pan chce nas tu zostawić i iść sam? - Niedaleko. Nie bójcie się, a przede wszystkim bądźcie ostrożni.

Cokolwiek się stanie, nie wolno wam ruszyć się z tego miejsca, chyba, że usłyszycie wystrzał z mego rewolweru. Wówczas macie z bracisz-kiem cofnąć się do naszej kryjówki i czekać tam spokojnie. Na półwyspie ogniska jeszcze gorzały jasnym płomieniem i przy ich świetle można było dojrzeć wyraźnie siedzące naokoło postacie. Brat Hilario, prowadząc żołnierza, podążył ku nim, a znalazłszy się w pobliżu obozowiska, zatrzymał się, zdjął chustkę z oczu swego towa-rzysza i zbliżył się do obozujących. W tej chwili zauważyli go i tłumnie otoczyli kołem. Przypuszczałem, że rozmowa z zakonnikiem nie potrwa dłużej, niż kilka minut, więc musiałem się śpieszyć, by wykorzystać każdą sekun-dę. Położyłem się na piasku nadbrzeżnym i począłem się czołgać ostrożnie, w kierunku obozu. Byłem pewny, że mnie nie dostrzegą, gdyż barwa mego ubrania niezbyt się różniła od piasku. Nagle od strony obozu doleciał mych uszu hałas, z czego się domy-śliłem, że nie podobały się im moje warunki, przedstawione przez Hilaria. Wśród wielu głosów słyszałem przekleństwa. Krzyki te skupiły wszystkich dokoła zakonnika i wkrótce już ani jednego żołnierza nie było w pobliżu jeńców. Skoczyłem kilkoma susami przez otwartą przestrzeń na półwysep i skierowałem się ku miejscu, gdzie byli umieszczeni. 294 Obaj Montesowie przywiązani byli do pni drzew, niedaleko jeden od drugiego, flisacy zaś znajdowali się w pewnym oddaleniu i nie mogłem nawet marzyć o ratunku dla nich. Chyłkiem podbiegłem do yerbatera, który poznał mnie od razu i rzekł cicho:
- Senior! Na miłość Boską! To szaleństwo z pańskiej strony! - Cicho bądź! Rozetnę wam rzemienie. - Dobrze, ale natychmiast, bo za chwilę mogą wrócić straże.

- Zostańcie chwilę w takiej samej pozycji, jakbyście byli przywią-zani, i zaczekacie, dopóki stąd nie odejdę, po czym dam wam znak, a wówczas zerwijcie się nagle i pędźcie ku krzakom nad zatoką. Tam na was oczekujemy. Nie uczyńcie tego wszystkiego przedwcześnie, gdyż popsułoby to całą sprawę. Rozciąłem następnie więzy młodemu Montesowi i powtórzyłem mu to samo zlecenie, oddaliłem się jak najprędzej i zapadłem w .krzaki. A była to ostatnia chwila, bo kilku z żołnierzy skierowało się właśnie od gromady ku ognisku. Szczęśliwie przepełznąwszy przez piaszczystą wydmę dostałem się nareszcie w cień drzew do ukrytych towarzyszy. - Do licha! Byłeś pan niezawodnie na półwyspie? - zagadnął mnie kapitan.
Owszem. W celu wyzwolenia jeńców? Tak. Już są wolni. Czemuż ich pan nie przyprowadziłeś tutaj? Bo najpierw Hilario musi się znaleźć w bezpiecznym miejscu.

Gdyby zbóje spostrzegli, że wykradziono im jeńców, niezawodnie zatrzymaliby zakonnika.
- Well\ Słuszna uwaga!

- Otóż proszę teraz uważać, gwizdnę na palcach i jeńcy pobiegną ku nam, przez piasek. Sądzę, że w pierwszej chwili nie przyjdzie na myśl bandytom strzelać do nich, ale potem urządzą zapewne pościg. Aby im w tym przeszkodzić, damy jedną salwę, ale w powietrze, dla

295 powstrzymania ich. Tylko ja nie wystrzelę, aby mieć na wszelki wypa-dek gotową kulę na później. W tej chwili zauważyłem, że bandyci poczęli rozchodzić się z gromady, a więc prawdopodobnie układy z bratem Hilario już się skończyły. A trwały one dłużej, aniżeli przypuszczałem, czyli, jakieś półgodziny. Niebawem spostrzegliśmy wracającego mnicha. Nie wie-dział, że jesteśmy tutaj wszyscy.
Pssst! - syknąłem ostrzegawczo, gdy się zbliżył. - Proszę tutaj! Jak to? Pan już tu? - zapytał zdziwiony. - I cóż? Udało się? Owszem. A jak poszło bratu? Co odpowiedzieli? Nie zgodzili się. Nic nie szkodzi. Zaczynamy!

Włożyłem palce do ust i gwizdnąłem z całej siły. Zapadła cisza. W chwilę zaś potem ujrzeliśmy yerbatera i jego bratanka, biegnących w naszą stronę przez piasek. Spostrzeżono to również w obozie opry-szków, wśród których wszczął się zgiełk i zamieszanie, a nawet dały się słyszeć strzały. Jeńcy tymczasem dobiegli ku nam, a gdy po chwili ukazali się ścigający, towarzysze moi dali salwę, która poskutkowała znakomicie, bo zbóje natychmiast cofnęli się, co nam pozwoliło na spokojny odwrót. - Chodźmy - rzekłem. - Żaden z nich nie pojawi się tu do rana w obawie zasadzki. Obaj uwolnieni Montesowie nie posiadali się z radości. Jednak powstrzymałem ich od zbyt głośnego manifestowania jej, bo nie było na to czasu. Dopiero, gdy się znaleźliśmy w bezpiecznym miejscu, yerbatero chwycił mnie za rękę i rzekł: - Nie mogę już dłużej milczeć. Powiedz, senior, w jaki sposób dostaliście się tutaj?
- Konno - odpowiedziałem z uśmiechem.

- Domyślam się tego, choć jestem zdumiony, że tu trafiliście. Nie miałem najmniejszej nadziei, abyście mogli wpaść na nasze ślady i przybyć nam z pomocą. _ Jak się to stało, dowie się pan, kiedy tylko nadejdzie stosowna chwila. _ Czyście istotnie schwytali majora?
- Tak. A skąd pan o tym wie?

_ Wywnioskowałem to z przekleństw bandziorów, którzy potracili wprost głowy, gdy spostrzeżono jego zniknięcie. Obawialiśmy się, że może się to skrupić na nas.
- Tym większa będzie pańska radość, gdyż spotka się pan z bratem. - Z bratem? Jest tutaj? - zapytał zdziwiony. - Chcę z nim mówić.

- Powoli, senior! Musimy zachować wszelkie środki ostrożności, a przede wszystkim major nie powinien jeszcze dowiedzieć się, że jesteście wolni. Ciekaw jestem, jaką zrobi minę, gdy was zobaczy. Proszę was, niech powitanie wasze z seniorem Monteso nie będzie zbyt głośne. Zbliżyliśmy się do ogniska tak ostrożnie, aby major tego nie spo-strzegł. Krewni przywitali się z sobą serdecznie, ale po cichu, po czym poleciłem yerbaterowi i jego bratankowi ukryć się w

krzakach, a Indianin przyprowadził do ogniska majora. Ten ostatni rozejrzał się dokoła i popatrzył na nas badawczo, jakby chciał z naszych min wyczytać, jaki był wynik pertraktacji z jego ludźmi. Zauważywszy to, powiedziałem do niego:
- Będzie pan zmuszony długo jeszcze pozostać u nas.

- Chętnie! - odparł z szyderczym uśmiechem. - Zaczekam jeszcze trochę, chociażby z tego względu, że się pan chyba nieco przeliczył, sądząc, iż moi ludzie będą na tyle głupi, że przystaną na pańskie warunki.
- Niestety, ma pan rację, przeliczyłem się. - Zatem niech pan poczeka, aż wydadzą panu Montesów.

- Więc pan wyobraża sobie, że umiałbym tak długo być cierpli-wym? Otóż myli się pan, sam sobie jeńców przyprowadzę z pańskiego obozu. 296 297
- Niech mnie pan nie rozśmiesza.

- Dlaczego? Chyba sprawia to panu przyjemność, więc śmiej się ile dusza zapragnie. Chwyciłem pana i dwóch marynarzy, których miałeś w więzach, więc mam teraz prawo wierzyć w powodzenie dalszych kroków. Zresztą, jeżeli ja coś zacznę, to musi się powieść. - No, a gdyby tak panu przypadkiem zachciało się zdjąć księżyc z firmamentu, czy i wówczas byłbyś pan pewny, że się to mu uda?
- Bez przesady! Tym razem idzie o rzecz znacznie łatwiejszą. - Bynajmniej”. Ludzie moi na pewno zdwoili czujność.

- Nie ma się o co sprzeczać, majorze. Wszak tu idzie o wolność pańskiej osoby. Jedno słowo, a będziesz wolny.
- Kiedy ja nie proszę o wolność.

- Nie? Chyba nie będzie to dla pana przyjemne, gdy go odstawię do Montevideo?
- Postaram się ze swej strony, abyś pan tego nie uczynił. - A jednak odwiozę tam pana prosto stąd, i to zaraz. - Albo też nie prosto i nie zaraz.

Wypowiedział te słowa w tonie tak stanowczym, jakby miał gotowy jakiś plan, a może tylko udawał pewność siebie, aby się z nami targować. Nie miałem jednak ochoty wdawać się z nim w dalsze wywody i rzekłem: - Jeżeli jesteś pan tak pewny siebie, dobrze. Zaraz stąd wyrusza-my.
- I zostawicie Montesów? - Tak, albo i nie. Być może jednak, są oni już w moim ręku. - Diabła pan ma, nie ich w swoim ręku!

- Przecież wedle pańskiego zdania, majorze, ja sam jestem diab-łem, a kogo mam w ręku, możesz się zaraz przekonać. Przy tych moich słowach obaj Montesowie wyszli z ukrycia, ukazu-jąc się majorowi, który na ich widok aż przykucnął, a następnie począł się szamotać, jak szaleniec.
-Diabolo\ Wierzę teraz... wierzę, że diabeł i pan, to jedna osoba.

298

_ Widzisz więc łotrze, - rzekł yerbatero - ze zanadto byłeś pewny swojej przewagi nad nami. Ten Europejczyk wydostał nas z rąk twojej bandy bez żadnego trudu, a teraz... koń pański czeka już osiodłany, aby cię zanieść... do piekła. Ułatwi to panu teraz mój nóż... Major w osłupieniu rozglądał się dokoła, jakby obudzony ze snu, i bąknął: - Co się stało? Śnię chyba, u diabła, czy jestem w gorączce?... Nie rozumie... - To może i teraz nie wierzy pan - rzekłem mu, - ze jedziemy do Montevideo?
- Ależ, powiedziałem, że wierzę! Diabeł wszystko potrafi!

- No! O to mi właśnie chodziło. Przegrałeś ostatnią kartę i nie zechcesz zapewne grać dalej.
- Owszem, będę grał dalej - syknął. - Ale czym?

Na to pytanie major zamilkł i dopiero po chwili rzekł: - Prawda! Zabrakło mi już atutów! - po czym dodał, zgrzytając zębami. - A temu wszystkiemu winien ten łajdak! I rzuciwszy się ku Indianinowi, kopnął go w brzuch tak silnie, że biedak padł na ziemię i skręcił się z bólu, jak wąż, przygwożdżony nożem. - Majorze! - krzyknąłem groźnie. - Uważaj! Jesteś zdany cał-kowicie na naszą łaskę lub niełaskę, i możemy z tobą postępować trochę inaczej, niż dotychczas.
- Najlepiej wpakować mu żelazo pod żebro -wtrącił yerbatero,

- łotr ten nie wart zmiłowania, a tym bardziej jakichkolwiek wzglę-dów. Groźba ta podziałała na rozjuszonego draba. Zrozumiał, że byłoby szaleństwem dopuszczać się dalszych wybryków i po chwili zapytał zupełnie już innym tonem: - Proszę zatem powiedzieć mi otwarcie, co zamierzacie uczynić ze mną? 299 - Powinienem właściwie oddać pana w ręce sprawiedliwości. Ale zaniecham tego, gdyż... - Senior! - przerwał mi estancjero. - Najlepiej właśnie będzie, gdy weźmiemy go z sobą i wydamy w ręce władzy. - A mnie się zdaje, że szkoda naszego czasu i fatygi. Pozostawmy go raczej tutaj. Słusznie, czy nie? - dodałem, zwracając się do Hilaria.
- Zgadzam się z pańskiem zdaniem - odrzekł zakonnik.

- Słyszy pan? - zapytałem majora. - Jesteśmy skłonni puścić pana, ale, rozumie się, pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim oddasz nam skradzione konie, a następnie, skoro świt, przeprawisz się ze swymi opryszkami na drugą stronę rzeki. - Bardzo mi będzie miło i uczynię to, chociażby dlatego, aby się pozbyć widoku waszych twarzy. - Nam również będzie niezmiernie przyjemnie nie patrzyć więcej na pana. Ponadto podpiszesz pokwitowanie na sumę, którą wypłaci-łem pogorzelcom tytułem odszkodowania.
- No, proszę! Co jeszcze? - Wolisz iść pod sąd?

-Caracho\ Podpiszę, co zechcecie. Czy macie jeszcze jakieś żąda-nia?

- Zapewne! Spójrz, coś uczynił! - tu wskazałem leżącego na ziemi Indianina. - Widocznie uszkodziłeś temu biedakowi wnętrz-ności, a przynajmniej przyprawiłeś o chorobę. Należy mu się również odszkodowanie.
- Czy pan to mówisz na serio? - Zupełnie.

- Senior, gdyby tak pana w tej chwili jasny piorun spalił, sprawi-łoby mi to niewymowną radość. - Wierzę! Ale na szczęście nie jesteś gromowładnym Jowiszem, więc przestań tracić czas i odpowiedz na pytanie: zapłacisz, czy nie?
- Ile mam zapłacić? - Pięćset peso.

300 Niewielka to była kwota, a jednak major próbował coś wytargować. Nie ustąpiłem i musiał dać żądaną sumę, a nawet stwierdzić pisemnie, że daje to dobrowolnie.
- Teraz idzie nam o konie. Kiedy je otrzymamy? - W każdej chwili... chociażby zaraz.

- E, trudno nam będzie teraz, po nocy, odbierać je. Wolimy załatwić to rano, tym bardziej, że pragnęlibyśmy uniknąć zetknięcia się z pańską bandą.
- I chcecie mnie zatrzymać tu do jutra?

- Czyżby źle było panu u nas? Musimy przecież całą sprawę załatwić porządnie. Brat Hilario uda się jeszcze raz na półwysep i przyprowadzi jednego z żołnierzy, któremu pan oznajmisz, że pokój pomiędzy nami zawarty. Teraz usiądziesz pan tu koło mnie i napiszesz pokwitowania. - Jak napiszę, skoro mam związane ręce? - zapytał, a chytry uśmiech przemknął mu po twarzy. Przypuszczał zapewne, że mu rozwiążę ręce i będzie mógł swobód nie czmychnąć w gęstwinę.
- Postaramy się o to, abyś pan mógł pisać - odrzekłem. - Siadaj!

Związaliśmy mu nogi, a ręce pozostawiliśmy wolne, by mógł pisać pod moje dyktando. Uczynił to bez oporu, a następnie bez przypomi-nania wyłożył kwotę, przeznaczoną dla Pedra, który nareszcie uspo-koił się i siedząc na ziemi, patrzył pożądliwie na wyliczane dla niego pieniądze. Gdy mu tę sumę oddawałem, estancjero wręczył od siebie jeszcze dwadzieścia peso, przy czym biedakowi zaświeciły się z radości oczy, tym bardziej, że, dając mu pieniądze, Monteso obiecał ponadto dobre stanowisko u siebie. Brat Hilario udał się bezzwłocznie na półwysep i przyprowadził tego samego żołnierza, który był już u nas przedtem. Rozumie się, nie mieliśmy teraz powodu taić przed nim, w jaki sposób uwolniłem jeńców. Dopuściliśmy go do rozmowy z majorem, który kazał zanieść mu rozkaz do oddziału, aby nie przedsiębrano żadnych przeciw nam 301 kroków, rano zaś wydano mnichowi, który w tym celu do nich przy-będzie, uprowadzoną stadninę. Po oddaleniu się wysłannika sporo czasu zabrała nam rozmowa, przy czym miałem sposobność poznać młodego Montesa. Był to młodzieniec cichy, poważny i choć nie miał w sobie owej tężyzny męskiej, która niezbędna jest w samodzielnym życiu na stepie, wśród licznych niebezpieczeństw, jednak wywarł na mnie dobre wrażenie. Z Turnerstickiem rozmawialiśmy długo o moich i jego podróżach oraz przygodach od chwili naszego rozstania, zapominając nawet, że po-trzebny jest nam wypoczynek. Późno już było, gdy postanowiliśmy przespać się nieco. Straż nad naszym bezpieczeństwem podjął się trzymać Pedro ze swą żoną.

Nazajutrz o świcie, zbudzeni przez Indianina, postanowiliśmy wy-szukać przede wszystkim odpowiednie miejsce dla ukrycia koni, które miały być odesłane z obozu majora. Kryjówka ta potrzebna była na wypadek, gdyby majorowi, po uwolnieniu, przyszła ochota odebrać nam konie ponownie. Aynas zaofiarował się wskazać mi takie miejsce, udałem się więc z nim w kierunku jego chaty. Gdyśmy się nie opodal niej znaleźli, posłyszeliśmy w pewnej odle-głości od rzeki, od strony skąd wczoraj przybyliśmy, parskanie koni. Ukrywszy się w zaroślach, po krótkiej chwili stwierdziliśmy, że to wracają dwaj yerbaterzy, wysłani wczoraj z pieniędzmi dla pogorzel-ców. Wraz z nimi jechało konno ośmiu czy dziewięciu mężczyzn. Wysunęliśmy się więc z krzaków, ukazując się, ku wielkiej ich radości, gdyż, jak się okazało, nie byli pewni drogi do kryjówki. Opowiedzieli mi, że po drodze wstąpili do jakiegoś rancza wypocząć trochę i spotkali tam podróżnych. Jednym z nich był syn pogorzelca. Człowiek ten, wróciwszy do domu, wkrótce po naszym odjeździe, chcąc się zemścić na bandytach, którzy zniszczyli mienie jego rodziców, postanowił podążyć naszymi śladami, by nas dopędzić i pomóc w ściganiu rabusiów. Po drodze dobrał sobie jeszcze paru ludzi, a spotkawszy yerbaterów, zdążających do jego rodziców i dowiedziawszy się, że wiozą odszkodowanie od majora, zawrócił na pogorzelisko, po czym wraz z nimi podążył nad rzekę, by się połączyć z nami dla odebrania zbójom zabranej stadniny. Gdy mu zakomuni-kowałem, że i konie zostaną jego rodzicom zwrócone, uradował się niezmiernie, a przybywszy do naszej kryjówki, dał upust swoim uczu-ciom względem majora przez kilkakrotne kopnięcie go nogą, po czym nie zajmował się już nim więcej. Hilario wybierał się właśnie do obozu opryszków dla załatwienia sprawy zwrotu koni, choć powątpiewał w powodzenie swojej misji. - Zobaczymy, czy pójdzie mi gładko - mówił. - Mogą nam znowu stawiać przeszkody i warunki. - Nie ma obawy- rzekłem. - Dopóki major jest w naszej mocy, wszystko pójdzie dobrze. Konie trzeba powiązać w ten sposób, aby szły jeden za drugim, a do przyprowadzenia ich nie trzeba więcej niż czterech ludzi, i to tylko do miejsca, gdzie wczoraj oczekiwaliśmy na Montesa. Tam brat/znajdzie nas czekających na niego, a z nami będzie właściciel koni, który stwierdzi po stemplach, czy są to te, które mu uprowadzono. Skoro tylko brat wróci, będziemy mogli puścić majora.
- A gdyby major zechciał ścigać tego młodego człowieka?

- Nie dopuścilibyśmy do tego. Zresztą nietrudno byłoby nam powstrzymać jego bandę na owej wąskiej ścieżce wśród bagien.
- Więc pozwolimy bandytom odpłynąć na tratwie przez rzekę?

- Oczywiście - odrzekłem. - Będziemy dopiero wówczas spo-kojni, gdy się ich pozbędziemy. Wrócić nie mogą, bo spostrzeglibyśmy ich z brzegu i nie pozwolili wylądować. Brat Hilario odszedł, a w dziesięć minut później udaliśmy się wszyscy za nim. Przy majorze pozostał tylko estancjero. Znalazłszy się w miejscu naszej wczorajszej kryjówki, nie czekaliśmy zbyt długo. Jak przewidywałem, sprawa poszła gładko. Czterech zbirów odprowadziło do nas całą zrabowaną stadninę, którą od tej chwili objął w posiadanie młody ranczero. Nie omieszkał zaprosić nas, abyśmy, powracając, wstąpili do niego, to odda pieniądze, które 302

303 estancjero pożyczył jego ojcu. Pożegnawszy się z nami, ruszył w drogę pod przewodnictwem Indianina, my zaś wróciliśmy do kryjówki, by oswobodzić majora. Zdjąwszy z niego rzemienie, którymi był przywią-zany do drzewa, i pozostawiwszy mu tylko związane ręce, rzekłem:
- Jesteś pan ostatecznie wolny i rozliczony.

- Tak pan myśli? Ja jednak sądzę inaczej, bo pozostaje między nami do wyrównania znaczny rachunek. Ale spotkamy się jeszcze i wówczas zmuszę pana do uregulowania go.
- Co do mnie, mam nadzieję, że życzenie pańskie się nie ziści.

- Owszem, zapewniam pana, że zdasz mi jeszcze kiedyś rachunek za swoje względem mnie postępowanie - rzekł, obrzucając mnie wściekłym spojrzeniem. - Bardzo to głupio z pańskiej strony, że jesteś pan przede mną tak naiwnie szczery. Będę się tym bardziej miał na baczności.
- Niewiele to panu pomoże. Musimy się kiedyś spotkać.

- Ha, może się i spotkamy, ale zapewne nie gdzie indziej, tylko tutaj. I jeżeli pan urządzisz na nas pułapkę, potrafimy mimo wszystko obronić się przed twoją bandą. - Tutaj miałbym urządzać pułapkę? Nie myśl pan, iż jestem tak nieroztropny. Zobaczy pan zresztą za chwilę, jak odpłyniemy na drugi brzeg.
- Aby wkrótce powrócić tu niepostrzeżenie. - Mylisz się pan. Zobaczymy się później... później, powiadam...

Słyszałem coś o tym, że zamierzacie się również przeprawić przez rzekę, aby się udać do Grań Chaco i Tucuman. Będziemy więc mieli sposobność zobaczyć się jeszcze. - Ach, tak? No, dobrze! Pozwól pan jednak powiedzieć sobie, że gdy drugi raz dostanę cię w ręce, to nie będę oszczędzał tak, jak to uczyniłem teraz. Na te słowa major spojrzał na mnie przeciągle i zaśmiawszy się szyderczo, oddalił się.
- Może by tak posłać mu kulę, senior? - rzekł Monteso, oburzony

304 jego zachowaniem. _ Nie jesteśmy mordercami - rzekłem. _ przekonasz się pan jednak, że będziemy tego kiedyś żałowali. Teraz jeszcze czas. _ Ten łotr nie jest wart nawet kuli. _ Ja jednak sądzę, że byłoby bezpieczniej dla nas zlikwidować go. Schowaliśmy się wśród zarośli, by mieć na oku ruchy bandy. Żoł-nierze powitali dowódcę w milczeniu, on zaś powiedział do nich kilka słów i zaraz zaczęto sprowadzać konie na tratwę. Gdy wreszcie cała banda znalazła się na rzece i odbiła od brzegu, poszliśmy na półwysep, by stamtąd być świadkami przeprawy oddziału, na drugi brzeg. Tamci pracowali wiosłami z wielkim wysiłkiem, aby tratwa, o ile możności, nie zboczyła w dół z prądem wody. Podeszliśmy następnie kawał wzdłuż brzegu i przez cały czas obserwowałem bandytów przez lor-netkę. Niebawem wylądowali po tamtej stronie rzeki, a flisacy puścili się z prądem w dalszą drogę. Postanowiłem obejrzeć miejsce ich obozowiska dla sprawdzenia, czy nie pozostawili czegoś, co wskazywałoby, że zamierzają powrócić.

Kapitan dowiedział się od Indianina, że dziś po południu spodzie-wane jest ukazanie się na rzece statku pasażerskiego i zaproponował, byśmy razem z nim zaczekali. Nie widząc w tym dla siebie żadnego niebezpieczeństwa, przenieśliśmy się ze swojej kryjówki na półwysep, zabierając nasze konie i zaczęliśmy się krzątać koło przyrządzenia rannego posiłku. Dla pewności ustawiłem poniżej półwyspu na brze-gu wartę, zmieniającą się co pół godziny i w ten sposób zabezpieczeni przed niespodziankami, zasiedliśmy do posiłku. Humory nam dopi-sywały. Tylko Pedro posmutniał i trzymał się ciągle za brzuch, skarżąc się na ból. Kazałem mu iść do chaty i położyć się, a Dai zaleciłem, aby mu zaparzyła ziół.

W paszczy lwa
Jakkolwiek byliśmy świadkami oddalenia się bandytów za rzekę i tratwa z flisakami również zniknęła nam wkrótce z oczu, jednak miałem wciąż niewytłumaczone uczucie, że pomimo wszystko wisi nad nami jakieś niebezpieczeństwo. Pod wpływem tego wrażenia postanowiłem dobrze rozejrzeć się w okolicy i w tym celu poszedłem brzegiem w dół rzeki. Nic podejrzanego nie zauważywszy i nie spostrzegłszy w okolicy żywej duszy, prócz postawionego przeze mnie na straży yerbatera, zawróciłem już ku swoim, gdy nagle uszu moich doleciał szelest i w tej sekundzie wyskoczył z krzaków jakiś człowiek i zanim się spostrzegłem, zarzucił na mnie lasso. Miałem jeszcze tyle przytomności umysłu, że w chwili krytycznej podniosłem w górę lufę karabinu, i lasso zatrzymało się na niej, ale napastnik szarpnął rzemieniem z taką siłą, że pętla zacisnęła się gwałtownie, przy czym własny karabin tak silnie uderzył mnie w głowę, aż mi w oczach pociemniało. A w tejże chwili wyskoczyło z zarośli jeszcze kilku drabów, kierując się ku mnie. Wyrwałem rewolwer zza pasa, lecz już nie zdążyłem go użyć, gdyż z błyskawiczną szybkością zarzucono na mnie bolas i kule jego oplątawszy mi nogi rzemieniem, powaliły mnie na ziemię. Napastnicy skoczyli ku mnie i obezwładniwszy 306 całkowicie, zabrali wszystko, co miałem przy sobie, dC””^ P^ tym ze mnie i obrzucając obelgami oraz groźbami, na co ni^ odpowiedzia-łem ani słowem.

Łotry należeli do bandy majora Cadery, poznałem i^ 0(^razu^le
mogłem jednak wytłumaczyć sobie, w jaki sposób znal^11 s1^ vata^taK szybko po swym odwrocie i dlaczego jeden z naszych, st0]^ na ^”ży. nie ostrzegł mnie zawczasu. Czyżby usnął na posterun^ • me ^Y^’ łem ani strzału, ani krzyku, ani w ogóle nic co zdr^ż^0^’ ze 8° napadnięto. Najwidoczniej nie tylko mnie, ale i jego sp01^3 smutna niespodzianka, a może moi towarzysze wpadli równi67 w P””?1^ * zmuszeni zostali do poddania się bez oporu.

Ponieważ byłem związany, więc przypuszczałem, f^ ronię zaniosą
do swego obozu. Lecz stało się inaczej, ujęto mnie la^6111 P°- P^^Y i wleczono za sobą aż na półwysep. Gdybym nie miał ubrania ze f”ioTy’

byłbym niezawodnie przy takiej przeprawie, pokal60^ s1^ wśroa trzcin i ostrej trawy mokradła. Ci, którzy mnie schwytali, poczęli wykrzykiwać, daj^0 znac ° swolm zwycięstwie pozostałym na półwyspie. A był tam jak ^ mozna łatwo domyślić, major ze swoimi ludźmi, którzy zwartym ^em otac7&h leżących na ziemi i powiązanych moich towarzyszy. ^le brakc)wato wśród nich żadnego, ale też żaden z nich nie był ranny- Najwidoczniej wszyscy wpadli w urządzoną podczas mojej nieobecr10^1 zasadzkę, a major, nie znalazłszy wśród nich mnie, rozesłał w fó2^ strony po kilku swych ludzi, by mnie odnaleźli. Obecnie wrac^11 om grupkami, posłyszawszy widocznie radosne okrzyki, zwiastuj^’ ze ż051^”1 pojmany.

Oczywiście smutny dla nas zwrot miał swe uspf^1^^1®111® w
braku należytej ostrożności z naszej strony i czynił6111 soble z ^8° powodu gorzkie wyrzuty. Ale kto mógł się spod/16^ pot1”1511®) zasadzki wobec faktu, że zbóje na naszych oczach przeprawili się na drugą stronę rzeki? Czemu jednak nikt z moich tffW^7ysv/ me wystrzelił bodaj w powietrze w chwili, gdy zostali osac^®1117 307 Gdy mnie zawleczono przed majora, powitał mnie słowami okra-szonymi szyderczym uśmiechem: - Moje uszanowanie panu... Cieszy mnie to niewymownie, że mam możność widzieć pana znowu. Jak pańskie zdrowie? A gdy nie odrzekłem na to ani słowa, wrzasnął: - Mów pan! Aha, rozumiem! Pan, jako caballero, nie możesz prowadzić rozmowy w pozycji leżącej, bo to nie należy do dobrego tonu i duma pańska na to nie pozwala. Podnieście go - zwrócił się do żołnierzy - i oprzyjcie o pień drzewa, a może wówczas zechce zaszczycić nas łaskawie odpowiedzią. Rozkaz ten wykonano natychmiast, ja zaś pomyślałem sobie, że jeżeli major był niedawno zdecydowany zastrzelić mnie, to prawdo-podobnie myśli tej nie wyzbył się i teraz, tym bardziej, iż obecnie miał więcej powodów do zemsty na mnie, niż poprzednio. Wobec tego postanowiłem, o ile możności, nie drażnić go i odpowiadać na pytania. - No, senior! - zaczął znowu. - Teraz jesteś w pozycji nie uwłaczającej pańskiej godności i mam nadzieję, że raczysz łaskawie porozmawiać ze mną. Powiedz pan otwarcie, czy rad jesteś, tak jak ja, z naszego spotkania?
- Nadzwyczaj się cieszę.

- Widzisz pan! Stało się to prędzej, niż myślałeś, a przecież nie ukrywałem przed panem swojej co do tego nadziei. Że mi pan nie wierzyłeś, nie moja w tym wina. Przypuszczam jednak, że nie zapomniałeś jeszcze o swojej obietnicy, którą uczyniłeś podczas rozstania się ze mną. Powiedziałeś pan, że nie będziesz mnie oszczędzał tak, jak dotąd. Przypominasz to sobie zapewne!
- Doskonale.

- Ba, ale inaczej się rzeczy ułożyły. Nie ja w pańskich, lecz pan w moich znalazłeś się rękach. Czy spodziewa się pan, że go oszczędzę?
- Nie wiem, co pan rozumie pod słowem „oszczędzanie”.

- Oszczędzeniem na przykład byłoby to, gdybym panu nie odebrał życia, ale dla unieszkodliwienia go wypalił mu oczy. Co pan na to? 308 _ Nie uczynisz, majorze, ani jednego, ani drugiego. _ „fak pan przypuszczasz? Na czym opierasz tę swoją pewność? _ Na tym, że uważam pana nie za drapieżne zwierzę, lecz za człowieka. Wiesz bardzo dobrze, że dotychczasowa wrogość między nami nie powstała z mojej winy. - Również i nie z mojej. Wystarcza mi to zupełnie, że jesteś zdrajcą kraju i mordercą, a jako taki, zasłużyłeś na kulę albo stryczek. - Pan sam nie wierzy w to, co powiedział. Zresztą, gdybym się nawet poczuwał do zarzucanej mi zbrodni, to nie masz pan najmniej-szego prawa sądzić mnie za to, ani tym bardziej karać. - Do czego mam prawo i co mi wolno, to moja rzecz i wskazówki pańskie są zbyteczne. Miałem zamiar rozstrzelać pana, bo wymagały tego bardzo ważne okoliczności. Obecnie jednak zmieniłem postano-wienie i zamiast zabić pana, wolę go wcielić do naszych szeregów, jako rekruta.

Słowa te uspokoiły mnie. Skoro tylko major postanowił zachować
mnie przy życiu, o resztę mogłem się nie troszczyć. Nie mogłem jednak zrozumieć, z jakiego powodu chciał mnie rozstrzelać wówczas nad Rio Negro, jak również, dlaczego obecnie tego zamiaru zanie-chał.
- Spodziewam się, - ciągnął dalej major - że będzie mi pan

wdzięczny za zmianę postanowienia? - Bynajmniej, majorze.Upieram się przy swym zdaniu, że nie ma pan prawa, ani mnie rozstrzelać, ani też wcielić w szeregi swych żołnierzy. - Dobrze, ale gdybym nawet nie miał prawa, to je sobie stworzę i na tej podstawie ogłaszam, że jako przełożony pański, wszelkie obja-wy niesubordynacji ukarzę jak najsurowiej.
- Nie jestem obowiązany wobec pana do żadnego posłuszeństwa.

- A ja panu udowodnię, że się mylisz. Przedłożę całą sprawę generałowi i jestem pewien, że odda cię podmoją komendę. Na tej to podstawie uważam pana za podwładnego mi w tej chwili żołnierza. 309 - Ja jednak mimo to utrzymuję, że jestem osobą cywilną i nikomu nie przysięgałem na sztandar.
-- To nic nie szkodzi. Możesz to pan uczynić każdej chwili razem

ze swoimi towarzyszami, którzy już mi oświadczyli, że chętnie zaciąg-ną się w moje szeregi.

- Co oni postanowili, to ich rzecz, nie moja. Ja nigdy się nie zgodzę na coś podobnego. - Zgodzi się pan, bo to jedyny sposób uratowania życia. Co mi obecnie przeszkadza w zastrzeleniu pana? Nic! Że tego nie czynię, zawdzięcza pan mojej łaskawości, na którą nie zasłużyłeś, ale mam nadzieję, że uczynisz to wkrótce. Obejrzał wszystkie przedmioty, które mi odebrano i kazał ponadto raz jeszcze przeszukać moje kieszenie, a nic nie znalazłszy, dodał: - Miałem sposobność poznać, jaki jest z pana niezrównany jeździec i jak szaloną posiadasz odwagę, sądzę więc, że armia nasza zyska w tobie znakomitego żołnierza, jeśli oczywiście nie będziesz się dalej upierał. Czy służyłeś pan w wojsku?
- Nie.

- Tb nic nie szkodzi. Wyuczę pana musztry w krótkim czasie i możesz się spodziewać bardzo szybko awansu, za co będziesz mi wdzięczny. Chciałbym nawet należycie pana wyposażyć, ale na to nie wystarcza gotówki, którą miałeś przy sobie. - Kto chce mieć żołnierza, ten powinien go uzbroić - rzekłem, domyślając się, czego major żąda teraz ode mnie. - A zresztą suma, którą mi zabrałeś, wystarczy na uzbrojenie dziesięciu oficerów. - Widzę, że nie masz pan o tym pojęcia. Czy rozporządzasz senior, jeszcze jakimi środkami?
- Nie mam już żadnych pieniędzy. - Ale posiadasz pan kredyt?

Nie miałem w całej Ameryce Południowej jednego człowieka, na
którego mógłbym liczyć, że mi bodaj grosz pożyczy; mimo to, aby uprościć rzecz, oświadczyłem: 310 _Rozporządzam kredytem bardzo nieznacznym.
-U kogo? - _ u bankiera Haufera w Buenos Aires. -- Do jakiej wysokości?

- Suma nie jest jeszcze właściwie oznaczona. Zresztą nie należę do ludzi zamożnych. _ Pańskie zachowanie jednak świadczy o czymś innym. Wystawisz mi więc pan przekaz do tego bankiera. - Mylisz się, majorze, nie wystawię żadnego przekazu - upiera-łem się pozornie.
- Nie, to nie! Jeżeli wolisz pan być rozstrzelany.

- Pan tego nie uczynisz, bo przyrzekłeś już, że zachowasz mnie przy życiu. - Prawda, ale dałem słowo pod warunkiem, że się pan zgodzisz na wszystko, czego zażądam. Ponieważ jednak upierasz się przy swoim, - mogę słowo to cofnąć.
- Chyba pan żartuje?

- Nie, senior. Mówię zupełnie poważnie. Podpisze pan przekaz, czy nie?

- Ha, wymusza to pan na mnie, majorze - odrzekłem po chwili udanego namysłu.
- Ja nic na nikim nie wymuszam, senior.

- Jeżeli żądania przekazu pieniężnego pod groźbą śmierci nie uważa pan za wymuszenie, to nie wiem, co na to odpowiedzieć.
- Mniejsza o to! Ważniejsze, co pan postanowiłeś.

- Rozumie się, że nie mogłem nic innego postanowić, jak tylko wystawić panu przekaz. - Na razie wystarczy, jeżeli potwierdzisz pan na papierze, że jesteś mi winien dziesięć tysięcy peso. Formalny przekaz wystawisz później. - Dziesięć tysięcy! No no! Nie zauważyłem, aby żołnierze wasi byli tak wspaniale wyposażeni!
- Przynajmniej pan będzieszwyposażonywspaniale. Proszę usiąść

311 i pisać. Oto kartka papieru i ołówek!. Po tych słowach majora na jego rozkaz rozwiązano mi ręce i posadzono obok niego. W chwili, gdy byłem zajęty pisaniem, ukazał się nad rzeką Pedro Aynas ze swą Dayą. Nie wiedzieli oni, co się tu stało. Zobaczywszy więc żołnierzy, zdziwieni zatrzymali się oboje, patrząc ku nam, a major krzyknął:
- Tutaj, do mnie! Bo inaczej karzę strzelać!

Groźba majora nie poskutkowała, Indianin i jego kobieta najspo-kojniej poszli dalej, znikając w zaroślach. - Marsz za nimi! - rozkazał major kilku swoim ludziom. -Prze-szukać ich chatę i zabrać wszystko, co się da. Może znajdziecie pieniądze, które niedawno otrzymał. Pobiegli natychmiast, ale niedługo wrócili z próżnymi rękami oświadczając, że Aysan z żoną zniknęli jak kamfora, w chacie zaś, nie było nic do zabrania. Major po otrzymaniu ode mnie przekazu rozkazał związać mnie ponownie i zawlec do reszty jeńców, przy czym pozwolono nam rozmawiać ze sobą, co uważałem za wielki błąd z ich strony. Następnie dwóch bandytów pobiegło w górę rzeki aż do najbliższego zakrętu, mając nakazane dopilnować chwili, gdy przepływać tam będzie jakiś statek lub tratwa. Major wydawszy im to polecenie, zwrócił się do mnie ze słowami: - Jak się pan domyśla, mamy zamiar przeprawić się przez rzekę po raz wtóry, i prawdopodobnie rad byś pan wiedzieć, w jaki sposób znaleźliśmy się tutaj tak prędko po przepłynięciu na tamtą stronę. Nie odrzekłem na to nic, a on ciągnął dalej: - Pan sam ułatwiłeś nam szybki powrót... Aha, mam przekazać panu ukłony od flisaków. Przesyłają serdeczne podziękowanie za to, żeś ich uwolnił z mych rąk.
- Głupcy! - mruknąłem.

- A jednak, gdybyś pan ich oswobodził, to sytuacja w tej chwili byłaby zupełnie inna. 312 _ po cóż miałem ich oswabadzać, skoro nie groziło im żadne niebezpieczeństwo? Zresztą nawet czasu na to nie było.

_ Nie troszczyłeś się pan o nich i dlatego zemścili się na was, przewożąc mój oddział z powrotem na tę stronę rzeki, tylko nieco niżej. Widzisz więc, że umiemy dać sobie radę nawet z takimi śmiałkami, jak pan, no i potrafimy wykorzystać ich zdolności dla swoich celów. Jesteś pan odtąd żołnierzem mojego oddziału. Że jednak mam niezachwiane przekonanie, iż przy najbliższej sposobności będziesz usiłował uciec, więc musisz być skrępowany aż do chwili, gdy się przekonam, że ucieczka będzie niemożliwa. Jesteśmy więc tymczasem ze sobą w porządku, senior! Tb rzekłszy, odszedł, nie troszcząc się już o mnie dalej. Jeńcy słyszeli naszą rozmowę, bo ułożono mnie tak, że po jednej stronie miałem brata Hilaria, a po drugiej kapitana. Nie ustawiono przy nas straży, gdyż był jasny dzień i każdy nasz ruch mógł być natychmiast zauważony. Frick Turnerstick po krótkiej chwili rzekł do mnie przyciszonym głosem:
- Uf, co za przykra historia, sir! - Nie trzeba było dać się pokonać - odparłem.

- W rekruty! I to do takiego wojska! O, zwrócę się natychmiast do konsula Stanów Zjednoczonych.
-W jaki sposób? - Umknę im. - Złapią pana i rozstrzelają. - Tak, istotnie... Do diabła! Tb wcale nie pocieszająca myśl!

Czyżby w tej pięknej krainie był zwyczaj werbowania żołnierzy drogą przymusu?
- Prawdopodobnie. - Ależ to się sprzeciwia najprostszym prawom.

- Czyż pan sam nie łamałeś zasad tego prawa? Nie zmuszałeś ludzi do służby na swoich statkach? 313
- Hm... Tb prawda! Pies psa je, gdy barana nie ma. - A widzisz pan.

- Sir, to zupełnie inna sprawa. Jeżeli na przykład marynarze moi zdezerterują, to muszę się postarać o innych, gdyż inaczej zbankruto-wałbym i przepadł z kretesem. - Zdaje się tylko panu, że masz słuszność. Ale mniejsza o to. W jaki sposób obezwładniono pana?
- W sposób najgłupszy na świecie. - Bez oporu? - Stało się to tak nagle, że nawet myśli zebrać nie było czasu.

- Tb dziwne. Jesteś pan mistrzem we władaniu bronią, podobno nawet umiesz trafić z armaty prosto w zęby muchy, siedzącej na liściu krzaka.
- Drwij pan sobie! Nie byłeś przecież obecny przy tym.

- Albo pański sternik, ten kolos, czyż nie mógł użyć bodaj swych pięści? - On wszystkich drabów zmełłby na mąkę kartoflaną, ale nie mógł tego uczynić, bo leżał prawie bez życia w zaroślach.
- Czym się tak przeląkł, że aż stracił przytomność?

- Sir, nie złość mnie! Przestań szydzić, bo ja tego nie lubię. Jeżeli chcesz wiedzieć, jak było, to proszę zapytać brata Hilaria albo innych ludzi, bo co do mnie, nie chcę być igraszką pańskiego humoru. Mam już i tak dosyć. A co do pana, to sądzę, że nie masz wcale podstawy do dmuchania na tak wysoką nutę, bo leżysz obok mnie. Gdybyś pan był tutaj, wypadki byłyby się potoczyły tą samą koleją. ... - O, nie! - wtrącił Hilario. - Senior nie dałby się wziąć w zasadzkę tak haniebnie, jestem o tym najmocniej przekonany.
- Cóż to była za zasadzka? - zapytałem.

- Głupia, senior! Tak głupia, że wstydzę się nawet na samą myśl, żeśmy w nią z taką łatwością wpadli. Opowiem ci, jeśli mnie nie wyśmiejesz.
-Nie widzę powodu. Sprawa jest zbyt poważna i nie nadaje się do

314 _ Niestety, tak. Sternik poszedł zluzować yerbatera na posterun-ku ale nie zastawszy go na miejscu, poszedł go szukać, przy czym został nagle napadnięty i obezwładniony uderzeniem kolby w głowę. _ A więc przeciwnicy byli już tutaj i przede wszystkim załatwili się ze strażą? - I to tak cicho, że niczego nie zauważyliśmy. Po pewnej chwili Monteso posłyszał wołane w oddaleniu swoje nazwisko i myśląc, ze wzywa go wartownik, poszedł i przepadł. Potem zawołano mnie...
- I brat poszedł również bez namysłu?

- Daj pan spokój! Wszystko to odbyło się tak szybko i gładko, że nie było czasu na rozważania.
- Więc brat nie stawiał oporu?

- Nie mogłem. Uderzono mnie znienacka kolbą w głowę. W taki sposób obezwładniono nas kilku, a na pozostałych napadli tutaj, tak, że żaden nie miał czasu nawet pomyśleć o obronie. - Stało się! Ważniejszą rzeczą jest obmyślić środki wydostania się z tej matni.
- Czy ma pan jakąś nadzieję? - Owszem, nie tracę jej nigdy, w żadnym przypadku życiowym.

Nie ma bowiem nieszczęścia, któremu nie towarzyszyłoby szczęście! - Ale w jaki sposób ujęto pana? Nie mogę sobie wyobrazić, jak to się stać mogło właśnie z panem.
- Dziękuję za uznanie. Byłem tak samo nieprzezorny, jak i wy.

I opowiedziałem, jak zarzucono na mnie lasso, a następnie bolas. Słuchali ciekawie, a sternik syczał przez zaciśnięte zęby:
- Gdybym tylko mógł uwolnić ręce z więzów... dałbym ja im!

Pogniótłbym im łby, jak orzechy! - No, no! - rzekłem, - uspokój się pan. Żadnemu z nas nie wolno nic przedsiębrać bez zgody wszystkich. Obecnie musimy udawać, że jesteśmy skłonni pogodzić się z losem. Na razie życiu naszemu nie grozi ź;;dne niebezpieczeństwo, i to powinno nas 315 uspokoić. - Ba, ale później ratunek nasz będzie znacznie trudniejszy, niż teraz - powiedział yerbatero. Porozdzielają nas zapewne. Bo wątpię, aby zaniechali wcielenia nas do bandy.
- Nie zaniechają tego!

- A więc gdyby nas rozdzielono, nie moglibyśmy porozumiewać się ze sobą. - Do tego jeszcze daleko. A zresztą nie wiemy, do jakiej to armii zostaniemy wcieleni.
- Ależ bez wątpienia do oddziałów Lopeza Jordana.

- Hm... Gdyby tylko mieć pewne dowody, że przygotowuje on rebelię przeciw obecnemu rządowi...
- O tym wszyscy wiedzą doskonale. - Wobec tego rząd może się z nim załatwić bardzo szybko.

- No, niekoniecznie. Jordan posiada podobno liczną jazdę, a wojsko rządowe nie uporałoby się z nim łatwo, na tym terenie.
- Czy on ma pieniądze? - Owszem, odziedziczył wielki majątek po teściu. - Którego kazał właśnie w tym celu zamordować, wiem o tym.

Majątek jednak, choćby był bardzo znaczny, nie wystarczy na koszty przewrotu. Na to potrzebne są miliony. - Tb się postara o potrzebne pieniądze drogą rabunku lub wymu-szenia. Ciągle wysyła swych drabów nawet w dalekie strony, by kradli, i to nie tylko konie, ale również pieniądze, jak tego na sobie samych doświadczyliśmy.
Jak to? Major zabrał wam pieniądze? Wszystko, wszystko; nie pozostawił nam nic. Tylko moich pieniędzy nie ruszył - uśmiechnął się kapitan. Czy masz je pan jeszcze? - zapytałem.

-Yes\ Powiedziałem przecież panu niedawno, że sam bym ich nie znalazł, gdybym nie wiedział, gdzie są ukryte. Ja się nie dam wziąć łatwo na kawał. 316
- Czy pana znają w Nowym Jorku? - Bardzo dobrze nawet.

_ Może więc ma pan tam kogoś, kto pomógłby nam w nieszczę-ściu.
- Owszem, mam.

_ Doskonale się składa! Kto to? _ Jest to kupiec, właściciel domu handlowego.
- Ach, tak? Gdzie znajduje się jego biuro?

_ przy Placu Bankierskim. Spekuluje w rozmaity sposób i nie bardzo pyta o autentyczność papierów. A nazywa się...
Może Hounters? Tak, William Hounters. Ależ, sir, znam go również, jak własną kieszeń. Czy miewał pan z nim stosunki handlowe?

- Kilkakrotnie miałem z nim do czynienia, ale zerwałem, bo to osobnik zbyt przemądrzały i w dodatku nie bardzo uczciwy. Czyżby na niego pan liczył? - Mnie się zdaje, że to przelewanie z pustego w próżne. Człowiek, który pomógłby nam, musiałby być tutaj. - W tym wypadku niekoniecznie. Idzie głównie o to, abyś pan dął w tę samą trąbę co ja.
- Proszę tylko dać mi tę trąbę, a będę grzmiał, nie tylko dął.

- Cieszy mnie to. Otóż konieczną rzeczą jest, abyś pan powiedział, że statek pański stoi w porcie w Buenos Aires, ale z jakimi towarami, z tym niech się pan nie wygada, udając, że to wielka tajemnica.
- W jakim celu?

- O tym później. Właściwie sam pan nie wie, co zawierają skrzynie i paki, które załadowałem na pański okręt.
- Pan? - przerwał mi zdumiony.

- Tak, ja. Przybyłem razem z panem z Nowego Jorku. W Montevideo wysadziłeś mnie na ląd, a sam udałeś się do Buenos Aires, aby tam oczekiwać mego powrotu. 317
- Ależ, sir, nie rozumiem z tego ani słowa!

- To nic nie szkodzi. Wywiozłeś pan z Nowego Jorku jedynie moje towary w pakach i beczkach, zakupione u owego Hountersa. Mnie wysłał on, jako swego pełnomocnika i kazał panu stosować się we wszystkim do moich wskazówek. - Teraz to już gotów jestem uwierzyć, sir, że komar może zostać wielbłądem. Wszystko to, co mi pan opowiada, wije mi się w głowie, jak kłąb gąsienic.
- Ale taka gąsienica przeradza się następnie w pięknego motyla.

Otóż ja wysiadłem w Montevideo i mniej więcej za tydzień miałem spotkać się z panem w Buenos Aires. Że jednak czas panu pozwalał, puściłeś się pan zwiedzić Urugwaj w celu wyszukania towaru na powrotny fracht, no i przy tej sposobności, spotkałeś się zupełnie niespodziewanie z nami. - Chyba pan żartuje? Czyżby znalazł się ktoś taki, by uwierzył w podobne brednie?
Owszem, uwierzy i nawet bardzo go ta bajka ucieszy. Ba, ale kto to ma być? Nikt inny, tylko Lopez Jordan we własnej osobie. Nie mam przyjemności znać tego pana.

- Ale go pan poznasz, bo najprawdopodobniej będziemy z nim mieli wkrótce do czynienia. Otóż może pan powtórzyć tę bajkę, ale tylko jemu samemu, nikomu więcej. Przy tym tajemnicę tę wolno panu zdradzić przed nim jedynie w mojej obecności. Musimy się postarać, by nas zawsze przesłuchiwano razem, a więc, abyśmy nie zostali rozdzieleni. Gdyby zaś któryś z was nie wiedział, co ma odpo-wiedzieć, niech odeśle pytającego do mnie.
- Czy wchodzi tu w grę jeszcze ktoś inny, oprócz mnie? - Senior Mauricio Monteso. - Ja? - wtrącił yerbatero, zdziwiony.

-Tak. Stwierdzisz pan mianowicie, żeśmy się spotkali u Tupidy w Montevideo. 318
- Przecież tak było rzeczywiście.

- Tym lepiej. Cieszy się pan wielkim zaufaniem Tupidy i on wysłał pana ze mną do prowincji Entre Rios, nakazując surowo, abyś pan starał się ułatwić mi tę podróż. Resztę może pan powiedzieć, jak było naprawdę.
- Ale w jakim celu mam to wszystko opowiadać?

- Aby ułatwić sobie wydobycie z niewoli. Jestem pewien, że przeprowadzą nas do oddziałów, dowodzonych bezpośrednio przez Lopeza Jordana. - Nawiasem mówiąc, nie bardzo pojmuję pańskie plany, ale zastosuję się do nich. Czy jednak nie byłoby dobrze, gdyby nam pan przedstawił tę sprawę jasno i zrozumiale? - Nie. Muszę zachować tajemnicę, i właśnie za to Lopez Jordan będzie mi bardzo wdzięczny. Przerwaliśmy rozmowę, gdyż w tej chwili wrócili owi ludzie, wysłani przez Caderę w górę rzeki na zwiady, i oznajmili, że nadpływa jakaś tratwa, Major wziął karabin i oddalił się ze zwiadowcami ku rzece.

Po kilku minutach usłyszeliśmy huk wystrzału. To Cadera wystrzelił prawdopodobnie w celu porozumienia się z flisakami. Wkrótce wró-cił ze zwiadowcami do obozu i rozkazał swym ludziom, aby zakneb-lowali nam wszystkim usta, a gdy tratwa przypłynęła na to samo miejsce, gdzie stała jej poprzedniczka, zaniesiono nas na nią i uloko-wano wraz z naszymi końmi. Major przez chwilę rozmawiał z flisakami po cichu, dając im jakieś pieniądze, przy czym patrzyli oni na nas bardzo nieżyczliwie, z czego domyśliłem się, że przedstawił nas jako skończonych łotrów. Przeprawa na lewy brzeg Urugwaju odbyła się bardzo szybko i bez przeszkód, po czym flisacy, podziękowawszy majorowi, popłynęli dalej, a nas poniesiono przez moczary i zarośla daleko od brzegu na suche miejsce, gdzie kilku żołnierzy pilnowało należących do oddziału pozostawionych tu koni. Na rozkaz majora poprzywiązywano 319 nas do najnędzniejszych szkap, on zaś sam, widocznie niezły znawca, wybrał dla siebie mego gniadosza, który istotnie był najlepszym ze wszystkich zebranych tu koni wierzchowcem. Jednak, skoro tylko major chwycił za cugle i wsadził nogę w strzemię, mój gniadosz stanął dęba i począł gwałtownie wierzgać.
- Co ta bestia wyprawia! - krzyczał zaperzony Cadera.

Nie mając już zakneblowanych ust, odpowiedziałem mu: - Mój koń ma tylko jedną wadę, majorze: pozwala wsiąść na siebie tylko dobremu jeźdźcowi.
- Myślisz pan więc, że ja nie umiem jeździć? - Mniejsza o to, co ja myślę, ważne co myśli koń. - A ja go przekonam, że się myli - rzekł z całą pewnością siebie.

Przy tych słowach chciał wskoczyć na siodło. Próba jednak, znowu spełzła na niczym, choć paru drabów trzymało konia z obydwóch stron. - Prawdziwy diabeł, jak i jego pan! - mruczał Cadera - Ach, ja go nauczę posłuszeństwa! I zamierzył się, by uderzyć rumaka. Ale, widząc to, krzyknąłem:
- Nie bij! To zwierzę nie jest przyzwyczajone do bicia! - Dlaczegoź nie pozwala wsiąść na siebie?

- On tylko mnie przyjmuje na siodło. Zresztą proszę przyprowa-dzić mi go tutaj, a może da się nakłonić i będzie przychylniejszy dla pana. Gdy podprowadzono go do mnie, istotnie przestał się narowić i pozwolił majorowi wsiąść. Ale skoro tylko ten oddalił się ode mnie o parę kroków, nastąpiła katastrofa. Wierzchowiec stanął nagle dęba i szarpnął się w bok tak zwinnie, że major zleciał, jak gruszka z drzewa. Byłem z góry przekonany, znając gniadosza, że sprawi majorowi niespodziankę. Ku mojej, nietajonej radości niefortunny jeździec, podnosząc się z trawy, stękał i klął niemiłosiernie, wreszcie rozkazał:
- Zastrzelić kanalię! Natychmiast! - Stać! - krzyknąłem, widząc, jak kilku żołnierzy podniosło

karabiny, aby wykonać rozkaz majora. - Chcesz pan zabić najlepsze-go z koni, który przecież da się powoli ujeździć?...

_ Może i masz pan słuszność - potwierdził Cadera. - Dajcie mu spokój. Perez, wsiądź ty! Wywołany żołnierz próbował wskoczyć na siodło, ale daremnie, tak jak i kilku innych. Wreszcie major, klnąc i odgrażając się, oddał konia do mojej dyspozycji, bo gdyby tego nie uczynił, musiałby chyba jeden z żołnierzy iść obok kapryśnego rumaka pieszo. Gdy mnie na nim posadzono i przywiązano, zachowywał się zadziwiająco spokojnie. Zaraz też ruszyliśmy w drogę, przy czym nas, jeńców, wzięto do środka. Okolica nie różniła się prawie od tej, którą przebyliśmy po tamtej stronie rzeki. Jechaliśmy bez wytchnienia, mijając rozrzucone tu i ówdzie samotne rancza i hacjendy, od których jednak trzymaliśmy się z dala. Że zaś nie mówiono podczas drogi ani słowa, nie mogłem się dowiedzieć ani też domyślić celu naszej podróży. Po południu znaleźliśmy się wśród ożywiających się coraz bardziej stepów. Luźno pasące się trzody zdarzyło się nam już spotykać, teraz . wymijaliśmy od czasu do czasu jakichś jeźdźców, dążących przez step w różnych kierunkach, którzy przy zetknięciu się z nami, oddawali majorowi honory wojskowe. Niebawem spostrzegliśmy mężczyzn, zajętych musztrą, a dalej wielki kompleks budynków, które jak się teraz przekonaliśmy, byty celem naszej podróży. - To castiiio del libertador - rzekł major, zwracając się do nas. - Tam rozstrzygną się wasze losy. Zapowiadany jednak szumnie przez majora „zamek”, gdyśmy się do niego zbliżyli, okazał się zbiorowiskiem ubitych z gliny i mizernych domków z trzcinowymi dachami, a raczej chat. Liczba ich jednak była znaczna, również ogrodzony obszar imponował swymi rozmiarami, i wywnioskowałem, że właściciel tej posiadłości musiał należeć do najbogatszych ludzi w kraju. Wprawdzie w pobliżu nie zauważyłem 320 321 stad bydła, natomiast budziła podziw olbrzymia stadnina końska. Uwijało się wśród niej mnóstwo ludzi. Po bliższym przyjrzeniu się można było przypuszczać, że są to koszary, zamieszkałe przez wojsko. Mundury ich niezwykle kolorowe i fantastycznego kroju, tworzyły bezładną pstrokaciznę; to samo dało się powiedzieć o broni. Żołnierze ci byli przeważnie boso, żadnemu jednak nie brakowało wielkich ostróg, umocowanych do gołych pięt. Zdarzyło się wśród tej zbieraniny ludzkiej widzieć szczególnych „ry-cerzy” bez butów, ale w cylindrach i anglezach, skrojonych na modłę francuską lub angielską, co czyniło niezwykle komiczne wrażenie. Karabiny mieli tylko niektórzy z tych wojaków, natomiast każdy z nich posiadał bolas i lasso.

Zatrzymaliśmy się przed budynkiem głównym, przed którym w
•pewnej odległości stało kilkuset tych „rycerzy”. Wywnioskowałem, że to zapewne kwatera miejscowego Napoleona. Przed owym domem, major zsiadł z konia i udał się do wnętrza, widocznie dla zameldowania przybycia; reszta drabów, trzymając nas ciągle w środku, oczekiwała jego powrotu.

Po upływie pół godziny major wyszedł ku nam, zachowując w ruchach i wyrazie twarzy wielką powagę.
- Wprowadzić ich! - rozkazał ostrym tonem.

Zsadziwszy nas z koni, wprowadzono, w jakąś sień, gdzie uwijała się spora liczba mężczyzn, a stamtąd weszliśmy do zupełnie pustej izby.
- Tu zarzucamy kotwicę - ozwał się ponuro Turnerstick, gdy

zaryglowano za nami drzwi. - Diabelnie obrzydliwy port, gorszy, niż w Buenos Aires, dokąd miałem zamiar podążyć. Ha! Wiatr powiał z innej strony i zmienił mój kierunek. Ciekaw jestem, co z nami zrobią? Przynajmniej muszę postarać się o uwolnienie rąk.
- Daj pan spokój, - rzekłem - bo pokaleczysz ręce. Rozwiążemy

je sobie kolejno.

Pokazawszy następnie swym współtowarzyszom na własnych
rękach sposób, w jaki je można bez trudności rozwiązać, przekonałem się że najpojętniejszy bylyerbatero, który wnet dokonał tej sztuki. Ma)’ąc ręce wolne, rozwiązaliśmy wszystkim rzemienie, po czym ka-pitan, podnosząc swą ogromną pięść, rzekł groźnie: _ No, niechby teraz przyszedł tu który, a wnet rozleje się mazią po ziemi! _ Zachowaj pan spokój - ostrzegłem go, - bo tu nic nie da się uzyskać gwałtownością. Jedyną dla nas deską ratunku jest podstęp. Przecież widzieliście, że tu w pobliżu uwija się co najmniej tysiąc tych, pożal się Boże, żołnierzy.
- To po co nam pan porozwiązywałeś ręce?

- Bo wnet zaprowadzą nas przed oficera wyższej rangi i uważam, że, Stając przed nim, nie powinienem mieć związanych rąk.
- Zwiążą je panu na nowo.

- Przypuszczam, że nie. Proszę was wszystkich, byście zachowali jak największą ostrożność, gdyż wszelki opór z naszej strony może pogorszyć sprawę. Zresztą pozwolimy się związać na nowo jedynie w ostateczności. Jeżeli Lopez Jordan znajduje się tutaj, to możecie być pewni, że w krótkim czasie odzyskamy wolność. Nie mając więzów na nogach, mogliśmy swobodnie poruszać się w naszym więzieniu. Składało się ono jedynie z czterech nagich ścian. Zamiast podłogi, była twardo ubita ziemia. Pokładaliśmy się na niej, oczekując, co nam przyniesie los. Po upływie kilku godzin odryglowano drzwi i ukazał się w nich major w towarzystwie obdartego żołnierza.
- Niech wyjdzie ten... ten... Europejczyk - rozkazał. - Ja? Sam? - zapytałem. -Tak.

- Zarzuć mi pan rzemień na ręce - szepnąłem do yerbatera, trzymając dłonie z tyłu, - ale tak, bym każdej chwili mógł mieć je wolne. Major nie mógł widzieć tej manipulacji, bo w izbie było ciemno. 322

323 - No, prędzej tam! Generał czeka! - niecierpliwił się major, widząc, że się ociągam.
Mam się stawić przed generałem? Po co? Zaraz się pan dowiesz. Ale dlaczego tylko ja, a nie wszyscy? Co to pana obchodzi! Prędzej!

Poszedłem z majorem. Za drzwiami oczekiwało nas jeszcze czte-rech żołnierzy, którzy wzięli mnie między siebie i poprowadzili przez jakieś drzwi do obszernej sali, w której leżeli lub siedzieli żołnierze, paląc papierosy i cygara. Pod ścianami ustawiona była lub porozwie-szana na kołkach broń. Na ziemi bieliło się od niedopałków papiero-sów, a powietrze było nie do zniesienia. Przeszedłszy przez tę izbę, weszliśmy do następnej, równie obszernej, ale nieco schludniej utrzymanej. Na środku stał stół; a na nim paliła się lampa. Na zydlach naokoło stołu siedzieli jacyś mężczyźni, którzy, jak wywnioskowałem to z ich butnej postawy, należeli do korpusu oficerów, ale w jakich byli rangach, nie mogłem odgadnąć, gdyż nie mieli na sobie żadnych odznak. Zostawiwszy żołnierzy, przeszliśmy do następnej izby, urzą-dzonej w stosunku do poprzednich z pewnym komfortem. TU stały dwa stoły: jeden koło okna, drugi na środku pokoju. Przy pierwszym siedzieli dwaj oficerowie, paląc papierosy; przed nimi stały szklanki z winem. Przy drugim stole, miejsce zajmował oficer w starszym wieku. W tej chwili przyglądał się pilnie rozłożonej przed nim mapie, szuka-jąc widocznie na niej jakiejś miejscowości. Był to człowiek około lat sześćdziesięciu, a jednak nie miał jeszcze siwych włosów. Ubranie jego składało się z bogato haftowanego złotem, niebieskiego fraka i białych spodni. Na nogach miał buty z długimi cholewami. Buliony przy naramiennikach zwisały mu niemal po łokcie. Zdawało mi się, że mam przed sobą jakiegoś operetkowego generała - tak komiczna wydała mi się ta postać wyzłoconego dowódcy bosych i obszarpanych żołnierzy. Nic nie zmąciło mego spokoju, a tylko gniewało mnie w tej chwili to, że stojący obok mnie major 324 miał na sobie mój pas, a przy nim moje rewolwery. Najwidoczniej drab ten przywłaszczył sobie wszystkie moje rzeczy. Staliśmy przy drzwiach około pięciu minut, a major, nie mając odwagi przystąpić wprost do zwierzchnika swego, chrząkał i kaszlał, dzięki czemu generał, nie znalazłszy widać na mapie szukanej miej-scowości, raczył wreszcie podnieść głowę, a obrzucając mnie bystrym i przenikliwym spojrzeniem, zapytał majora:
- Czy to ten przybłęda z Europy? - Tak, generale. - Dobrze. Zostaniesz pan tutaj, aby go potem odprowadzić.

Tb mówiąc, wyjął z pudełka, leżącego na stole, papierosa, zapalił i założywszy nogę na nogę, spojrzał raz jeszcze na mnie niechętnym i lekceważącym wzrokiem, po czym zapytał:
- W jakim kraju się urodziłeś?

Major stał za mną. Usunąłem się w bok i zwróciłem na niego spojrze-nie, jakbym przypuszczał, że pytanie skierowane jest do niego. - Pytam się, w jakim kraju się urodziłeś - powtórzył podniesio-nym głosem generał.

Ja uparcie patrzyłem na majora, jakby zaciekawiony, dlaczego nie odpowiada. - Ciebie pytałem! Ciebie! - krzyknął generał, zrywając się z krzesła na równe nogi.
- Mnie? - wzruszyłem ramionami zdziwiony. - Ciebie, ciebie! Odpowiadaj, bo inaczej cię zmuszę do tego.

-Zdawało mi się, że pytanie to skierowane było do seniora Cadery i przyznam, że ucieszyło mnie to, iż między argentyńskim generałem, a majorem panuje stosunek tak familiarny.
- Człowieku! Czy wiesz, z kim mówisz? - Oczywiście z tobą!

Generał cofnął się krok w tył, a obaj oficerowie zerwali się ze stołków, major chwycił mnie groźnie za ramię.
- Chispas\ - krzyknął generał. - Czy słyszał ktoś, żeby pierwszy

325 lepszy włóczęga przemawiał do generała przez „ty”? Obaj oficerowie dobyli szabel, a major chwycił klamkę u drzwi i zapytał:
- Czy mam przywołać profesora, panie generale?

Generał przecząco potrząsnął głową i siadłszy na miejscu, mruknął: - Nie. Takie coś nie jest przecież w stanie mnie obrazić. Ale pan, majorze, miałeś słuszność, opisując mi tego człowieka. Po nim wszy-stkiego można się spodziewać. Już to samo, na co się wobec mnie poważył, potwierdza pańskie słowa. Ale mniejsza o to - machnął ręką, a rozparłszy się na krześle, zapytał mnie raz jeszcze:
- Jesteś pan z Europy? - Tak, senior - odrzekłem. - Czym się pan zajmujesz? -Jestem uczonym i podróżnikiem.

- O...! Jeżeli tam, w starym kraju, wszyscy uczeni podobni są do pana, to rad bym wiedzieć, jak wobec tego wygląda prostak. - U nas, panie generale, nie ma prostaków w ogóle. Wątpię, czy nawet pospolity analfabeta mówiłby u nas na „ty” obcemu człowieko-wi. - Zastrzegam, że uwag podobnego rodzaju nie zniosę i może być z panem bardzo źle. - Nie obawiam się pańskiej groźby i nie wiem, kto pana upoważnił aby przemawiać do mnie podobnym tonem. To, że pan jesteś genera-łem, nie stawia pana wyżej ode mnie. Zresztą pierwszy lepszy frajter z którejkolwiek armii europejskiej, posiada niewątpliwie więcej ta-ktu, niż pan. Mniejsza jednak o to. Zapytam tylko, jakim prawem śmiesz pan wymyślać mi od włóczęgów. Czy znasz mnie pan? Czy dochodziłeś, dlaczego, z jakiego powodu znalazłem się przed panem? Czy jesteś pan pewny, że nie dałeś się wprowadzić w błąd? Włóczęgami są ci, którzy mnie tu przyprowadzili i ja domagam się, abyś ich pan jak najsurowiej ukarał.

Wypowiedziałem to wszystko tak szybko, że nie był w stanie
326 orzerw^ mi. a mla^ P^ tym ^ygl^d człowieka, którego najniespo-dziewaniej spoliczkowano. Obecni zaś patrzyli na mnie z nieopisa-nym zdziwieniem, zaskoczeni również mym zachowaniem.

postawa moja wobec generała nie była wyrazem odwagi, lecz jedynie taktyki. Wiedziałem z góry, do czego zmierzam. Orientowałem się w sytuacji. Okna były tu tak małe, że nikt przez nie nie mógł wejść ani wyjść, drzwi zaś za mną zaryglowano. Generał nie miał przy sobie żadnej broni, obaj oficerowie uzbrojeni byli jedynie w szable. A major? Ten stał właśnie obok mnie... - Proszę siadać panowie. - ozwał się po chwili generał, zwracając się do oficerów. - To wariat i nie można przywiązywać wagi do tego, co mówi. Chciałbym jednak usłyszeć jeszcze, jakie niedorzeczności przytoczy na swoje usprawiedliwienie.
- Proszę, - przerwałem mu - może ja mógłbym dowiedzieć się

pierwszy, jakie niedorzeczności wymyślono przeciwko mnie? - Nie mój kochany, to zbyteczne. Nie mam ochoty słuchać tego drugi raz. Pan tylko odpowiesz mi na kilka pytań. Porwałeś się pan na majora Caderę? - Owszem, ale dopiero wówczas, gdy mnie zupełnie bezpodstaw-nie zaczepił.
Znasz pan niejakiego Esquilio Anibal Andaro? Znam. Gdzie go pan poznałeś? W Montevideo. Przy jakiej sposobności? Wziął mnie za pułkownika Latorre i przyszedł do mnie.

- Tak, wiem o tym. Następnie ciąży na panu zarzut, że przy pierwszym spotkaniu z majorem złamałeś mu szablę, a wczoraj wie-czorem uwięziłeś go i zabrałeś mu pieniądze.
- Tak jest.

- To wystarczy, nic więcej nie muszę wiedzieć. Zbliż się pan do okna i popatrz na zewnątrz. 327 Podszedłem do okna, generał zaś zapytał:
Co pan tam widzi? Widzę dwunastu żołnierzy. Co mają w rękach? Karabiny. Otóż dowiedz się pan, że za dziesięć minut kule z tych dwunastu

karabinów znajdą się w twojej głowie. Powiedział to tonem poważnym i nie na postrach. Wróciwszy na poprzednie miejsce, gdzie stał major, rzekłem:
- Pan generał wyrzekł słowa, które nie są dla mnie pocieszające.

Śmiem jednak zauważyć, że mimo twierdzących odpowiedzi na pań-skie pytania, nie popełniłem nic takiego, za co można by mnie ukarać choćby w najlżejszy sposób, a cóż dopiero skazywać na rozstrzelanie. Lecz przypuśćmy, że istotnie popełniłem coś złego, to jeszcze przysłu-guje mi prawo przesłuchania przez upoważniony do tego sąd.
- Owszem, ja i ci dwaj oficerowie tworzymy właśnie taki sąd.

- Ach, tak! A gdzież jest mój obrońca? - Nie potrzeba tu żadnego obrońcy. - Nie? A czy byłem przy tym, gdy mnie oskarżano?

- To rzecz zbyteczna, to formalność. Tu obowiązuje stan wyjątko-wy. Porwałeś się pan na oficera, winien jesteś zbrodni i za to właśnie będziesz pan rozstrzelany. - Więc nie jest możliwe żadne odwołanie się do wyższych instan-cji?
- Nie. Mam od naczelnego wodza całkowite pod tym względem

pełnomocnictwo.
- Czy mógłbym wiedzieć, jak się nazywa ta wysoka osobistość? - Lopez Jordan. - Jordan? Jeżeli tak, to bezwarunkowo domagam się rozmowy z

nim. - Jego tu nie ma! Lecz choćby i nawet był, nie spełniłbym pańskie-go żądania, bo nie mogę przecież obarczać go takimi drobnostkami. _ A co się stanie z moimi towarzyszami?
- Zostaną wcieleni do naszej armii.

- Otóż posłuchaj pan, generale. Mam do zakomunikowania Jor-danowi ogromnie ważną wiadomość.
- Nie wierzę.

- Bez tego, co mu mam powiedzieć, przedsięwzięcie jego w żaden sposób się nie uda! - Wykręty! Każdy zasądzony zmyśla podobne niedorzeczności, aby tylko odwlec chwilę egzekucji. Nie! Nie zobaczysz się pan z naszym wodzem, zresztą zachowanie pańskie jest tego rodzaju, że już z samej przezorności nie mógłbym dopuścić do czegoś podobnego. - Więc chcecie mnie rozstrzelać natychmiast, pomimo, że nie macie do mnie, jako do obcego obywatela, żadnych praw?
- Powiedziałem panu przecież, że tu obowiązuje stan wyjątkowy. - Generale! Bierzesz na siebie wielką odpowiedzialność.

- Wiem, co czynię. Majorze, wyprowadzić delikwenta i złożyć mi raport o egzekucji. - Ależ w ten sposób nie tracą nawet zbrodniarzy! - rzekłem surowo, wysuwając równocześnie ręce z rzemieni. - Czy nie mógł-bym przynajmniej prosić o księdza?
- Nie potrzeba ! Zabrać go!

- Szkoda, generale, że pan mnie nie zna, gdyż w przeciwnym razie postąpiłbyś ze mną trochę oględniej. Nie rozstrzelacie mnie. - Na co pan jeszcze czeka majorze? - krzyknął, tupiąc nogą i wskazując drzwi. Major chciał mnie chwycić za ramię, ale nie zdążył, gdyż otrzymał ode mnie potężny cios pięścią w głowę i zatoczywszy się, runął na podłogę. W tej chwili wyrwałem mu zza pasa obydwa moje rewolwery i skierowawszy jeden w stronę oficerów, drugi w generała, ostrzegłem: - Panowie, proszę mówić po cichu, aby ci, co są w przyległej sali, niczego się nie domyślili. Jeżeli któryś z was choćby ręką poruszy bez mego zezwolenia, dostanie kulę w łeb! 328

329 Ten nagły zwrot sytuacji oszołomił obecnych. Stali, jak wryci, a ja mówiłem:
- Wspominałeś generale, że po mnie można się wszystkiego

spodziewać. No, i nie myliłeś się. Możecie panowie być pewni, że zanim dam się rozstrzelać, padniecie wszyscy trzej od moich kuł. Przeliczyliście się bowiem. Nie jestem argentyńskim pastuchem, który na samo słowo „generał” dałby się zapędzić w kozi róg. Cenię ludzi, nie tytuły i nie dam się wywieść w pole byle łobuzom. Ten oto tak zwany „major” wpadł w granice Urugwaju, jako pospolity zbój, a że chcieliśmy mu przeszkodzić w jego zbrodniach, przyszła wam ochota pozbyć się nas. Widzicie jednak, że sprawa nie jest taka łatwa. Proszę zająć miejsca! Wahali się przez chwilę czy spełnić mój rozkaz, więc powtórzyłem: - No, proszę siadać! Te rewolwery zrabował mi major, należą do mnie; znam ich cudowne własności i umiem się nimi posługiwać. Postąpiłem dwa kroki naprzód, trzymając rewolwery w obu rękach, gotowe do strzału. Domyślam się, że twarz moja wyglądała o wiele groźniej, niż lufy mojej broni, gdyż oficerowie usiedli, a generał ledwie zdołał wykrztusić: r
- Nie będzie pan strzelał... to byłoby zbyt ryzykowne z pańskiej

strony, i
- Co pan mówisz? Cóż może mieć do zaryzykowania człowiek,

skazany na śmierć? l
- Ale krok ten i tak pana nie uratuje!

- To się jeszcze okaże, generale! Przy tym zbrodnia, którą na mnie chcieliście popełnić, wydając barbarzyński „wyrok”, a nie mając do tego najmniejszego prawa, wymaga zemsty. Zresztą skąd pan wie, że się stąd nie uwolnię? Może się panu zdaje, że się boję tych wyrostków za drzwiami? Zanim by mnie rozbroili, padłoby ich co najmniej, ze stu. Uważam jednak użycie broni za zbyteczne i jestem skłonny dać panu sposobność do naprawienia dopiero co popełnionego błędu, ażebyś pan później gorzko tego nie żałował. Major Cadera oświadczył 330 mi że należy do armii Latorre i to właśnie spowodowało moją nieuf-ność względem niego. Gdyby bowiem przyznał się, że należy do partii Jordana, nie przyszłoby między nami do scysji. Ja właśnie zdążałem do Jordana w sprawie olbrzymiej wagi. _ Powtarzam, że znam się na wykrętach - rzekł generał, patrząc na mnie nieufnie.
- No, jeżeli pan chcesz koniecznie uważać to za wykręt, nic na to

nie poradzę. Jak daleko stąd przebywa Jordan?

- O trzy godziny drogi.

‘ - Poślij więc natychmiast po niego, generale.
-- Nie mogę. Jestem przekonany, że pan kłamie.

- Pomimo, że mnie pan obrażasz, - rzekłem - podyktuję ci łagodne warunki i musisz je przyjąć. Wszak życie pańskie zależy w tej chwili od poruszenia mego palca! Puścisz mnie teraz, a właściwie każesz zaprowadzić do wygodnego pomieszczenia, gdzie można bę-dzie przynajmniej siedzieć, następnie wydasz polecenie, aby przepro-wadzono tam również moich towarzyszy i każesz nas pilnować, a tymczasem wyślesz posłańca do Jordana z wezwaniem, by przybył tu bezzwłocznie. Chcę się z nim rozmówić. I jeżeli on potwierdzi wasz wyrok na mnie, dam się zastrzelić nie tylko bez oporu, ale nawet bez szemrania.
- Obmyśliłeś pan jakiś podstęp - zauważył generał, patrząc na

mnie podejrzliwie.
- Nie, idę najprostszą drogą i jestem najzupełniej szczery.

- Ba, ale co, do stu diabłów, pomyśli sobie Jordan, gdy się dowie, że... że... Nie mógł jakoś wykrztusić reszty słów, więc podchwyciłem żywo: - Że dałeś się pan przycisnąć do muru „jakiemuś włóczędze” z Europy? Możesz być pewny, generale, że wybaczy to panu. Bo w każdym razie lepsze to, niż gdyby miał później dowiedzieć się, że przez zamordowanie mnie, wynikła dla niego niepowetowana strata.
- A gdybym się zgodził na pańskie warunki, czy odda pan broń?

331
- zapytał wymijająco.

- Nie. Oddam ją jedynie Jordanowi. Widzę tu jakieś drzwi. Co się znajduje poza nimi?
-Pusty pokój. - Nie można z niego uciec? -Nie.

- Wobec tego zechciej pan sprowadzić tu moich towarzyszy i dostarczyć nam pożywienie. Gdy przybędzie tu Jordan, oddam mu osobiście przez drzwi moje rewolwery. Tymczasem do chwili jego przybycia, zatrzymam je przy sobie. - Czy przyrzekniesz nam, że nie spróbujesz ucieczki i nie uknujesz względem nas żadnego zamachu? - Owszem, przyrzeknę, ale pod warunkiem, że pan również pod słowem honoru spełni moje żądania.
- Dobrze, zgadzam się. Oto moja ręka!

Ujął ją, ale widziałem, że wiele go to kosztowało. Przy tej sposob-ności rzekłem:
- Major Cadera dał mi dwa razy słowo honoru i dwa razy je złamał.

Sądzę jednak, że pan generale, cenisz honor więcej, niż on. Ufam panu najzupełniej. Teraz cofnę się do tego pokoju i oczekiwać tam będę natychmiastowego przybycia moich towarzyszy. - Bądź pan pewny, że dotrzymam słowa. Chciałbym tylko prosić, aby pan zachował w tajemnicy przed moimi podwładnymi to, co tu zaszło. Jedynie Jordanowi możesz o tym opowiedzieć.
- Przyrzekam, generale, zastosować się do twych życzeń.

- Proszę więc - rzekł, otwierając mi drzwi. - Towarzysze zaraz tu przybędą.

Major aż do tej chwili leżał omdlały na ziemi. Pochyliłem się nad nim i odpiąłem swój pas, w którym znajdowały się naboje, po czym wszedłem do wskazanego pokoju. Gdy drzwi za mną przymknęły się, generał mruknął:
- Prawdziwy diabeł! Major miał rację!

332 Nie przypuszczał oczywiście, że sprawa weźmie taki obrót. Co do mnie, analizując szczegóły tego zajścia, nie mogłem sobie wytłuma-czyć, dlaczego w chwili przedstawienia mnie generałowi towarzyszył mi jedynie major. Gdyby nie ta okoliczność, kto wie, czy udałaby mi się ta sztuka tak gładko. Generałowi uwierzyłem na słowo i nie zawiodłem się. Po upływie paru minut przyprowadzono moich towa-rzyszy i zamknąwszy drzwi, zaryglowano je od zewnątrz. - Co się stało? - pytał brat Hilario. - W tamtym pokoju leży major bez znaku życia.
- Nic mu nie będzie.

- Domyślam się. Widocznie dołożyłeś mu pan swoim zwyczajem pięścią w głowę. Muszę jednak przyznać, że ryzykowałeś dużo. Proszę powiedzieć, po co nas sprowadzono do tej izby? Jak wygląda nasza sytuacja? - Co się tyczy was, to nicwam nie grozi. Tylko mnie postanowiono rozstrzelać. Wiadomość ta wywarła na nich przygnębiające wrażenie, a gdy opowiedziałem szczegóły zajścia, nastrój się nie poprawił. Ich zda-niem, od Jordana nic dobrego spodziewać się nie można i powinienem przygotować się na to, że każe mnie zamordować za zuchwałe obejście się z jego podwładnymi. Ja jednak byłem jak najlepszej myśli i korzystając z czasu, udzieliłem im wskazówek, o sposobie postępo-wania wobec Jordana. Niebawem przyniesiono nam mięso, sól, wodę i butelkę wina. Więcej nie mogliśmy już wymagać, skoro dla każdego z nas przezna-czono nawet dwa cygara. Usiedliśmy na ziemi, spożyliśmy posiłek i zapaliliśmy cygara. Za drzwiami, w pokoju generała, przez długi czas panowała cisza. Jakieś cztery godziny po zamknięciu nas usłyszeliśmy tam przyciszoną rozmowę i odgłosy kroków, po czym odryglowano drzwi i uchylono je na tyle, że powstała szpara na szerokość ręki, przez którą przemówił do mnie generał:
-- Dotrzymałem słowa, senior Jordan przybył i oczekuje pana, ale

333 najpierw musi pan dotrzymać przyrzeczenia i oddać rewolwery. - Proszę - rzekłem, podając mu je. - Kiedy będę mógł rozmówić się z senior Jordanem?
- Natychmiast. - Czy możemy wyjść wszyscy? - Nie, tylko pan.

I otworzył drzwi przede mną. W przyległym pokoju sytuacja zmieniła się na tyle, że obaj ofice-rowie i generał uzbrojeni byli w rewolwery, przy jednym zaś ze stołów siedziało trzech ludzi, z których dwaj mieli na sobie uniformy oficer-skie, a trzeci, zajmujący naczelne miejsce, ubrany był po cywilnemu. Przed każdym z nich leżał rewoler. Koło drzwi stał major Cadera, uzbrojony w dwa pistolety. Był blady jak ściana, widocznie uderzenie mojej pięści było, nie lada jakie. Z oczu wyglądała mu nietajona chęć zemsty, czułem to dobrze. Powagi dodawała okoliczność, że wzdłuż wszystkich czterech ścian

ustawiono żołnierzy z bronią u nogi. Można się było spodziewać, że przy najmniejszym, podejrzanym ruchu z mojej strony miałbym na sobie nie skórę, lecz rzeszoto. Pomimo wszystko jednak uśmiechałem się i najspokojniej rozglądałem wokół. Ciekawa rzecz, co by się stało, gdyby żołnierze d zaczęli strzelać ze wszystkich stron. Zresztą już samo zmobilizowanie tylu ludzi przeciw jednemu bezbronnemu człowiekowi, wyglądało śmiesznie. Generał wskazał mi ręką miejsce, naprzeciwko owego ubranego po cywilnemu mężczyzny, w którym miałem stanąć. Ten zmierzył mnie od stóp do głowy świdrującym wzrokiem. Ja zaś, nic sobie z tego nie robiąc, rozglądałem się dalej wśród obecnych. Z wszystkich twarzy mogłem wyczytać jedynie wyrok śmierci dla siebie. Nieszczególne położenie! - pomyślałem. - Nazywam się Lopez Jordan - rzekł do mnie po chwili cywil - Domagałeś się rozmowy ze mną, i przypuszczam, że nie bez ważnej przyczyny tracę dla ciebie drogocenny czas. Jeżeli się okaże, że nie miałeś powodu do wzywania mnie, to wydany na ciebie wyrok śmierci 334 znacznie zaostrzę. Na zaimki „ty”, „ciebie” kładł szczególny nacisk z czego wywnio-skowałem, że generał, opowiedział mu o naszej słownej utarczce. Generalissimo prowdopodobnie chciał się przekonać, czy i wobec niego zachowam się tak samo. Skoro odważyłem się poprzednio na ryzyko względem generała, należało być konsekwentnym i nie zmieniać tonu wobec jego przeło-żonego. Pewność siebie, czy pokora nic mi nie gwarantowały. Wola-łem więc utrzymywać się w dotychczasowym tonie i rzekłem: _ pomimo, że z innej strony zachowano się wobec mnie bardzo wrogo, wyrażam moją radość z racji życzliwego traktowania mnie w tym domu. Już poprzednio bowiem generał raczył łaskawie zaszczycić mnie braterskim „ty”, a że i od ciebie słyszę to samo, więc sądzę... - Psie! - wrzasnął Jordan, posdkoczywszy ku mnie. - Śmiesz tak do mnie przemawiać?
- A dlaczego nie? - odrzekłem w miarę możliwości spokojnie. - Wzoruję się w tym-wypadku na tobie.

- Co szczekasz? Każę cię wrzucić między byki, żeby rozniosły cię na rogach! - Straciłbyś na tym, gdyż wtedy ani William Hounters, ani Tupido, którzy mnie do ciebie wysłali, nie mogliby... Nie dokończyłem, bo już te słowa okazały się wystarczające. Twarz tego wściekłego człowieka zmieniła się w okamgnieniu, wypogodziła się, po czym przystąpił do mnie bliżej i odezwał się już spokojnie:
- Wymieniłeś pan nazwiska dwóch osób, które nie są mi obojętne.

Więc to pańscy znajomi?
Tak. Hounters wysłał mnie do Tupida, a ten... Przysyła pana do mnie? Tak jest. I co pan masz do powiedzenia: „tak”, czy „nie”? To pierwsze. Wszystko już w drodze. Ah, que’ alegria\ I pana chciano rozstrzelać? Przecież ja

335 oczekiwałem tego poselstwa z ogromną niecierpliwością!

Po tych słowach zwrócił się do żołnierzy i krzyknął:
- Marsz stąd, chłystki!

Na ten rozkaz żołnierze wynieśli się czym prędzej, a major zrobił tak głupią minę, że na widok jej omal nie wybuchnąłem śmiechem. Ogarnęło mnie uczucie skazańca, któremu najniespodziewaniej zdję-to stryczek z szyi. Wyglądało na to, że plan się powiódł: - Możemy teraz swobodnie porozmawiać o naszej sprawie. Prze-de wszystkim miło mi powitać pana... To mówiąc, uścisnął mi po przyjacielsku rękę. - Przede wszystkim, senior, mam sprawę osobistą, która wymaga niezwłocznego załatwienia rzekłem. - Obrażono mnie śmiertel-nie w drodze do pana, zamiast mi ją ułatwić, omal nie rozstrzelano. Daruje więc pan, że go najpierw poproszę o ukaranie winnych, a potem dopiero przystąpimy do rzeczy. - Ależ rozumie się, że prośbie pańskiej uczynię zadość. Tylko nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności zawdzięczać należy tak przy-kre i niebezpieczne dla pana nieporozumienie. - Nie, wina nie ciąży na okolicznościach, lecz na osobach. Wpro-wadzono rozmyślnie w błąd zarówno generała, jak i pana i dlatego stanowczo proszę, aby pan wysłuchał mnie i dowiedział się prawdy.
- Słucham pana.

- Muszą być jednak przy tym obecni moi towarzysze, aby w razie jakiejś wątpliwości mogli poświadczyć moje słowa...
- O nie! Oni nie powinni wiedzieć, że pan...

- No tak, nie powinni wiedzieć o naszej sprawie, ale to co teraz będę mówił, nie odnosi się do tajemnicy i mogą tutaj być. Przede wszystkim muszę wyjaśnić sprawę naszego uprowadzenia.
- Dobrze więc, niech przyjdą.

Otwarłem drzwi i towarzysze na moje skinienie weszli do pokoju. Brat Hilario postępował na czele, pozostali za nim. Zobaczywszy Jordana, zakonnik skierował się ku niemu i rzekł: 336 _ Sądzę, że mam do czynienia z seniorem Jordanem, chcę się poskarżyć na pańskich podwładnych, którzy dopuścili się względem nas całego szeregu nadużyć. Nie wiem, jakie są pańskie zamiary, ale nie może się pan spodziewać dla swych przedsięwzięć błogosławień-stwa Bożego, jeżeli ludzie pańscy postępują jak złodzieje i zbóje, nie umieją nawet uszanować sukni duchownej. _ Przemawiasz, bracie, zbyt śmiało - odrzekł Jordan, przypatru-jąc się zakonnikowi uważnie i z pewną niechęcią. - Słyszałem nazwi-sko brata i wiem, że oznacza ono niepospolitego człowieka. Ale, przestrzegam, to jeszcze nie upoważnia cię do zuchwałości. - Za pozwoleniem, senior! Nie jest to zuchwałością, że składam skargę. Dostarczono nas tutaj związanych, jak gdybyśmy byli zbrod-niarzami.
- Widzę jednak, że brat nie ma kajdan na rękach.

- Do tej chwili bylibyśmy skrępowani, jak barany, gdybyśmy sami sobie nie poradzili. Zdjęto nam rzemienie jedynie pod groźbą rewol-werów.
- Dobrze, zbadam sprawę, ale wprzód proszę, by się brat uspokoił.

Cenię odwagę, ale nie znoszę, gdy ją ktoś wobec mnie chce manife-stować. Nie wchodząc na razie w to, kto miał słuszność, wyrażam ubolewanie, że zaszła niedopuszczalna sytuacja! Jeden człowiek i do tego obcy, śmiał w samym środku mego garnizonu, w otoczeniu setek żołnierzy porwać się na moich oficerów i grozić im śmiercią! - Musiał to uczynić w ostateczności. Wszak chciano go rozstrzelać bez najmniejszej racji. - Gdybym nawet przypuścił, że słuszność była po jego stronie, to i w takim razie krok jego sam brat musiałby określić, jako... no, powiedzmy otwarcie, jako zadziwiającą zuchwałość. Gdyby mi to opowiadał ktoś mniej znany, nie mógłbym uwierzyć w coś podobnego. Człowiek ten wziął w niewolę oficera, mimo obecności pięćdziesięciu uzbrojonych żołnierzy, złamał mu szablę, wykradł jeńców, a gdy go ostatecznie schwytano i przyprowadzono tutaj, by mu wymierzyć 337 zasłużoną karę, obala uderzeniem majora i z bronią w ręku dyktuje oficerom warunki kapitulacji! Tego rodzaju sprawa wcale nie jest dla nas zaszczytna, i musimy oczyścić swój honor! - Czy może pan czynić zarzut Hountersowi, że powierzył tak ogromnie ważną sprawę człowiekowi tego pokroju? - wtrąciłem się do rozmowy. - Przeciwnie, muszę mu nawet wyrazić za to pochwałę. Ale pan sam przyzna, że zachowanie się pańskie wobec mych podkomen-dnych, było karygodne. - Zna pan zapewne przysłowie: „tonący brzytwy się chwyta”. Otóż ł ja nie uczyniłem nic innego. Chwyciłem się brzytwy i dzięki temu żyję jeszcze. - A ja panu powtórzę inne przysłowie: „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”. A gdyby się pan przeliczył? - Niewątpliwie umrę, jak i każdy z nas, ale obecnie nic mi z pańskiej ręki nie grozi.
- A jeżeli się pan myli w tym punkcie?

- Gdybym się mylił, wówczas pomyłka moja mogłaby przynieść nieobliczalne szkody przede wszystkim panu. Z kimże pan zawarłby kontrakt, gdyby mnie rozstrzelano?
- Oczywiście z panem, ale jeszcze za życia.

Mówiąc to, spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem na ustach. Był widocznie ciekaw, co mu na to odpowiem, gdyż od tej odpowiedzi zależało wszystko. Wprawdzie, gdy się dowiedział, że jestem pełno-mocnikiem Hountersa, zmienił zupełnie sposób traktowania mnie, z czego mogłem wnosić, że nic mi już nie grozi, ale nie zachęcało mnie to bynajmniej do otwartości i nie dowierzałem mu ani odrobinę. Wszak człowiek ten kazał zamordować własnego teścia. Mógł przecież złamać słowo i zamordować mnie bez żadnych skrupułów, tym bardziej, że byłem mu zupełnie obcy. Zorientowawszy się szybko w sytuacji, postanowiłem wywołać w nim pewność, że przeprowadzenie interesu z dostawcami byłoby beze mnie absolutnie niemożliwe i 338 .dlatego rzekłem: - Pan mnie nie zna, tak jak i pańscy podwładni nie poznali się na mnie. Nie powiem panu ani jednego słowa w interesującej go sprawie, dopóki nie zaręczy mi pan słowem honoru, że ja i moi towarzysze nie doznamy tu żadnej krzywdy.
- A gdybym dał słowo i złamał je następnie?

- Wówczas zaszkodziłby pan przede wszystkim samemu sobie, gdyż odtąd nie uwierzyłby mu nikt z ewentualnych dostawców. A przecież zaufanie tych, z którymi wiążą pana stosunki handlowe, jest dla niego sprawą doniosłej wagi. Zresztą sama logika wskazuje, że przedsięwziąłem podróż w te strony nie po to, by się narażać na niebezpieczeństwa, lecz żeby załatwić ważny interes handlowy. Zre-sztą... czy pan chce dotrzymać słowa, czy też nie, jest mi to całkiem obojętnie, gdyż na szczęście sprawa wzięła taki obrót, że jestem w stanie zmusić pana do jego dotrzymania. Powtarzam panu raz jeszcze, że nie przystąpię do rzeczy tak długo, aż pan nas upewni, że nie zastawiono na nas tutaj żadnej pułapki.
- Mogę panu dać słowo, że postępuję z panem całkiem otwarcie.

- To brzmi dwuznacznie i mógłbym żądać od pana jaśniej sfor-mułowanego oświadczenia, choć jestem przekonany, że to nie na wiele by mi się przydało. - Zdaje mi się, że już porozumieliśmy się i możemy zacząć mówić o interesie.
- Nie. Przede wszystkim, wnoszę skargę na majora Caderę. - Przecież możesz to pan uczynić później.

- Nie. Od sposobu załatwienia tej sprawy zależy moje postępo-wanie z panem w wiadomej sprawie. - Dobrze. Ale jak mi pan udowodni, że jesteś pełnomocnikiem Hountersa i TUpidy?
-A jakiego pan żąda dowodu? - Rozumie się, że na piśmie. - Daruje mi pan, że wyrażę swoje zdziwienie. Cóż bowiem stałoby

339 się ze mną, no i z panem, gdybym przypadkowo schwytany został przez waszych wrogów i gdyby znaleźli przy mnie żądany przez pana doku-ment?
- A więc nie posiada pan formalnego pełnomocnictwa?

- Owszem, ale tylko ustne. Jeżeli jednak nie zechce pan uwierzyć moim słowom, proszę, byś wysłał posłańca do Montevideo i przekonał się, czy to prawda, a sprawa cała niech pozostanie w zawieszeniu, aż do jego powrotu. - Ależ ja nie mam czasu na coś podobnego i wolę już uznać w panu pełnomocnika, oczekując podania warunków.
- Podam je nie tutaj, lecz w Buenos Aires.

- Zwariowałeś pan? - krzyknął. - Toż tam właśnie znajduje się gniazdo moich wrogów. Przecież tam ma swą siedzibę rząd, któremu wypowiedziałem wojnę, tam ma też swoją siedzibę prezydent Sar-miento, którego chcę obalić. Jakże więc pan może proponować mi to miejsce na załatwienie naszej sprawy? - Czynię to z dwóch powodów senior. Po pierwsze, w tamtym porcie stoi na kotwicy statek z naszym towarem, po wtóre... - Tam? Na kotwicy? Toż to szaleństwo ulokować się w podobnym miejscu!
- Powiedział pan przed chwilą, że jestem bezczelnie odważny.

Waśnie najbezpieczniejszy ten ładunek jest tam, gdzie go się naj-mniej spodziewają. Beczki, paki i bele zadeklarowane zostały jako nafta, zabawki i tytoń, nawet opłacono już za nie odpowiednie cło.
- Więc urzędnicy celni nie sprawdzili zawartości pak?

- Tylko niektóre z brzegu, ale te zawierały istotnie to, co deklaro-wano. - No, ma pan ogromne szczęście. Ale w każdym razie lepiej byłoby, abyś pan temu szczęściu zbytnio nie ufał i usunął sta tek z portu jak najprędzej. Czy to parowiec? - Nie. Szybki żaglowiec typu amerykańskiego. Nazywa się „The Wind”.

340 _ A więc jest to statek nieduży i może podpłynąć Paraną aż do Rosario? _ Nawet do samej stolicy Entre Rios. _ Ti-zeba natychmiast wydobyć statek z Buenos Aires, gdzie lada pampero może nam poczynić wielkie szkody. Podam panu nazwę miejscowości nad rzeką Paraną, gdzie statek ma się zatrzymać, a pan wyślesz posłańca do kapitana z odpowiednimi rozkazami.
- To niemożliwe, senior. - Dlaczego?

_ Bo pan sam sprawę utrudnia. Postępowanie pańskie względem mojej osoby jest tego rodzaju, że nie bardzo wierzę, abyś mnie pan wypuścił stąd i z tej przyczyny nie mogę się zgodzić na sprowadzenie okrętu w takie miejsce, gdzie miałbyś go całkowicie w ręku. Być może bowiem, za kilka dni ogłosi się pan gubernatorem tych okolic, no i ja byłbym wówczas zdany zupełnie na jego łaskę lub niełaskę.
- To znaczy, że pan mi niedowierza.

- Istotnie. Zresztą sam mi pan dał do zrozumienia, że możesz nie dotrzymać danego nam słowa. A moją rzeczą jest dbać o to, by uzyskać zupełne bezpieczeństwo tak dla siebie, jak i dla swoich towarzyszy. - Za wiele pan sobie pozwala! Licząc na moje względy, nie waha się pan wypowiadać słów, które są dla mnie obrazą. - Przepraszam! W słowach tych zawiera się tylko prawda, nic więcej. A ja zresztą nie mogę wysłać nikogo do kapitana, z tego choćby powodu, że znajdujesię on właśnie tutaj. Proszę oto jest kapitan Frick Turnerstick z Nowego Jorku, któremu mister Hounters powierzył ładunek. Słowa te wypowiedziałem dobitnie, aby kapitan, nie umiejący po hiszpańsku, mógł łatwo zrozumieć, że o nim mowa. Istotnie Turnerstick, usłyszawszy swoje nazwisko i widząc, ze wska-zuję go Jordanowi, domyślił się, o co chodzi. Postąpił więc krok naprzód i rzekł:
- Yes, seniora. Jestem kapitano Fricko Turnersticko z Nowo

341 Jorko. Moje barko nazywa się „The Windo” i zdaje mi się, że to wystarczy. Jordan popatrzył na niego uważnie, wzruszył ramionami i rzekł do mnie:
- Co to za język? Czy nie angielski? - Kapitan nie umie po hiszpańsku, senior. - I takiemu człowiekowi powierza się tak ważne zadanie?

- Ależ to właśnie lepiej, bo nikomu nawet na myśl nie przyjdzie posądzić go o załatwienie interesu, do którego potrzebna jest znajo-mość języka hiszpańskiego. Zresztą ma on na swym statku ludzi, którzy mogą mu posłużyć w razie potrzeby, jako tłumacze. Do nich należy ten choćby sternik.
- O i sternik tutaj? Cóż on tu ma do roboty? - Nic. Przypędzono go tu przemocą, wbrew woli. - A dlaczego opuścili Buenos Aires?

- Bo wymagały tego ich interesy handlowe. Mister Hounters wysłał mnie z nimi, jako pełnomocnika, przede wszystkiem do Tupidy w Montevideo. Tam wysiadłem na ląd, kapitan zaś pożeglował dalej, do Buenos Aires i miał tam na mnie oczekiwać. Ponieważ spodziewał się mego przybycia dopiero za dni kilka, wykorzystał wolny czas i przedsięwziął podróż w górę rzeki Urugwaj, aby w okolicy poszukać odpowiedniego towaru, na drogę powrotną do Nowego Jorku. Gdy powracał z wyprawy na jakiejś tratwie, został nagle przez majora Caderę napadnięty, no a później szczególnym trafem spotkał się z nami. - To rzeczywiście szczególny traf - zauważył Jordan, patrząc mi w oczy z niedowierzaniem. - Tak jest, szczególnie godnym uwagi jest to, że major przedsię-wziął wrogie zamiary przeciw wszystkim osobom, które idą wam z pomocą. No, ale na szczęście spotkałem się z panem i sądzę, że nie odmówi pan nam wszystkim zadośćuczynienia za doznane krzywdy.
- Owszem, dam je, o ile na to pozwolą okoliczności.

342
- To zbyt dwuznaczne, senior!

- Bo też i pan sam jesteś w wysokim stopniu człowiekiem dwu-znacznym. Wszystko, co mi pan tak pięknie przedstawia, wydaje mi się całkiem nieprawdopodobne. - To znaczy, że mi pan nie wierzy. Ha, w takim razie nie mówmy już o tym. Bo jeżeli pan żywi do mnie mniej zaufania, niż ja do pana, to lepiej dać spokój wszystkiemu. Zechce więc pan uwolnić nas natychmiast, bo szkoda nam czasu.
- Co takiego? Uwolnić? Ależ o tym mowy być nie może. - Jak się panu podoba. Ja uważam sprawę za skończoną.

Cofnąłem się parę kroków, przybierając obojętną minę. Zrobiło to swoje, moja nadzwyczajna pewność siebie zaimponowała mu, jednak dla ostatecznego wypróbowania mnie rzekł: - Zechce pan teraz przypomnieć sobie przyrzeczenie, mocą któ-rego ma pan poddać się spokojnie memu wyrokowi. - Oczywiście. Powiedziałem, że bez szemrania dam się rozstrze-lać, jeżeli pan zatwierdzi wyrok śmierci na mnie.
- No, a gdybym uczynił to właśnie w tej chwili?... Co wtedy? - Nic, senior. - Czyżby naprawdę śmierć była panu obojętna?

:- Tego nie mówię. Ale jeśli idzie o dotrzymanie słowa-Zresztą świat się nie zawali, jeżeli będzie na nim jeden człowiek mniej... pomimo, że śmierć moja wywrze olbrzymi wpływ na pańskie losy. - Dlatego, że kupno nie doszłoby do skutku? Myli się pan. Pozo-stanie mi przecie kapitan.
- On nie ma pełnomocnictwa. - To nic nie szkodzi. Wystarczy, że ma on potrzebny mi towar.

Zwrócę mu wolność tylko pod warunkiem dostarczenia mi towaru w bezpieczne miejsce.
- Tak się nie stanie. Ładunek pozostaje w ręku seniora Tupidy.

Jeżeli pan zamorduje mnie i zatrzyma kapitana oraz sternika, to trudno, zapobiec temu nie mogę. Ale w takim przypadku zawarcie 343 interesu nie dojdzie do skutku.

- A cóż Tupido ma do gadania na statku?

- Przecież to wspólnik Hountersa i ładunek jest w połowie jego własnością. Jeżeli nie wrócimy w określonym terminie do portu w Buenos Aires, będzie to dla niego znak, że spotkało nas jakieś nieszczęście z pańskich rąk i byłby chyba głupi, gdyby nadal zechciał wdawać się z panem w interesy.
- Ależ on sam poniósłby stratę.

- Taaak? - zaśmiałem się. - Wrogowie pańscy potrzebują rów-nież broni i amunicji.
- Tak, ale nie zapłaciliby za nią ani peso.

- Przeciwnie, zapłaciliby gotówką, podczas gdy senior chcesz wziąć wszystko na kredyt. - Jesteś pan naiwny - zaśmiał się. - Gdyby Tupido przyznał się tylko, jaki ładunek ma na statku, wówczas Sarmiento skonfiskowałby po prostu wszystko z urzędu i jeszcze zamknął go w więzieniu. - Widzę, że naiwność pańska jest większa, niż moja. Tupido nie piśnie nikomu słówka, dopóki ładunek nie znajdzie się w bezpiecz-nym porcie, na przykład w Montevideo. Sprawę tę omówiliśmy już dokładnie. Na wypadek zaś, gdyby pan towaru nie kupił, Tupido ma zaofiarować prezydentowi, oprócz towaru, także inne usługi, jak na przykład różne wiadomości o pańskich przedsięwzięciach i zamia-rach. Przyzna więc pan, że nie opłaci się dla kaprysu głupiego majora, który, nawiasem mówiąc, nie powinien być nawet sierżantem, zabijać mnie i narażać się na tak dotkliwe straty, a może nawet na zupełną klęskę. Generalissimo przeszedł się kilka razy po pokoju, stanąłw przeciw-ległym kącie i skinąwszy na generała, rozmawiał z nim chwilę cicho, po czym generał wrócił na swoje miejsce, a Jordan, nie ruszając się z kąta, zadał mi pytanie:
Proszę mi wyjaśnić. Po co zawieźliście ładunek do Buenos Aires? Z przezorności i dla upewnienia się, że pan mnie nie oszuka. Jesteś pan wyjątkowo szczery! Mam nadzieję, że i pan będzie taki sam wobec mnie. A więc dobrze, będę szczery. Uważam pana za wyrafinowanego

łotra! - Dzięki senior! Jest to dla mnie wielka pochwała i uznanie. A zresztą nie przybyłem tutaj dyskutować z panem na temat, kim jestem, a kim nie i żądam kategorycznej odpowiedzi: czy chce pan zawrzeć ze mną umowę? Tak czy nie? - Proszę mi najpierw powiedzieć, dlaczego pan nie popłynął do Buenos Aires na statku, lecz wybrał się konno? - Bo to była najkrótsza droga do pana. Co prawda, nie miałem zamiaru nadkładać drogi jak mnie do tego zmusił major. Sądziłem, że znajdę pana w San Jose’, w dobrach, gdzie Urguiza, ojciec pański, aostał zamordowany. Słowa te były bardzo ryzykowne, ale wypowiedziałem je w pewnym ściśle określonym celu. Jordan przecież sam kazał zamordować teścia i już na samo wspomnienie o tej własnej zbrodni ogarnęła go wście-kłość. Poskoczył ku mnie o dwa kroki i wyciągnął ręce przed siebie, jakby zamierzał mnie udusić, a następnie, stanąwszy tuż koło mnie, wrzasnął:
Co pan wiesz o tym morderstwie? Tyle, co każdy inny człowiek. Czy mówią o tym także za granicą? Owszem, mówią. Co mówią? Nie jestem obowiązany do składania sprawozdań przed panem.

- Zamordowali go gauczowie... łotry przeklęte!... - To bardzo możliwe. - A może mówią, że... -Że co? - Że ci gauczowie byli tylko czyimś narzędziem ? - Owszem, mówią i o tym.

344 345
- Ale, do stu diabłów, czyim ?

Utkwił we mnie wzrok, jakby chciał nim zasztyletować. Ja zaś odparłem spokojnie:
- Narzędziem w pańskim ręku oczywiście.

Brat Hilario, przerażony moją śmiałą odpowiedzią, wydał mimo woli ciężkie westchnienie, a oficerowie zerwali się z miejsc. Jordan zaś chwycił mnie za ramiona, potrząsnął z całej siły i wrzasnął ochry-płym głosem:
- Psie! Ja cię zaduszę, ja... ja...

- Niech się pan uspokoi - rzekłem, siląc się na zimną krew. - Żądałeś pan ode mnie bym mówił prawdę, a gdy to uczyniłem, zacho-wujesz się tak, jakby w tej plotce kryło się chociaż część prawdy. - Powiadasz pan... plotce? No, pańskie szczęście!- rzekł, pusz-czając mnie. - Uważa pan to rzeczywiście za plotkę? - Nie inaczej. Toż tylko plotkarze mogli roznieść po świecie to, co w innym przypadku musiałby pan głową przypłacić.
Więc istotnie mówią o mnie? Utrzymują, że... Tak - skinąłem głową. Czy i w Europie? Tak, i w Europie.

- Co za podłość! Aż wstręt człowieka ogarnia! Więc pan naprawdę nie wierzy tym pogłoskom?
- Pytanie pańskie jest tu zupełnie zbyteczne, senior. Bo czyż

moglibyśmy wchodzić w tak ważny układ handlowy z człowiekiem, na którym ciąży zbrodnia ojcobójstwa? - Przyznać muszę, że mówi pan bardzo rozsądnie -rzekł i znowu począł się przechadzać po izbie, jakby dla uspokojenia rozdrażnio-nych moją otwartością nerwów. Po chwili podszedł ku mnie, a poło-żywszy mi rękę na ramieniu, rzekł: - Pan jesteś albo wariat, który sam nie wie, co mówi i czyni, albo mój major nie pomylił się, nazywając pana diabłem. Tak, czy owak, Jest pan człowiekiem wysoce niebezpiecznym. Cóż pan na to? - Jestem tylko szczery, senior. Powiedziałem panu prawdę, bo tego ode mnie pan wymagał. Zresztą kto chce się wybić nad przecięt-ność, ten musi wiedzieć o wszystkim, co się tyczy jego zamiarów, no i nawet jego własnej osoby. - Takie jest pańskie zdanie? Moje jest zupełnie inne. Jest pewna kategoria szczerości, którą bezwarunkowo uważać należy za karygod-ną. A, że pańska otwartość należy właśnie do tej kategorii, więc widzę się zmuszonym, zamiast oczekiwanej przez pana wdzięczności, odpła-cić mu właściwą monetą, to jest każę pana rozstrzelać, a do Tupidy wyślę pośrednika.

- To się panu nie uda. Tupido bez mego pozwolenia nie może wydać nawet garstki prochu. Wszcząłeś pan już kroki przygotowaw-cze, co pochłonęło cały pański majątek i mógłbyś prowadzić swoje dzieło dalej jedynie wówczas, gdybyśmy mu przyszli z pomocą, dostar-czając broni i amunicji na kredyt. Jeżeli jednak mnie choćby włos z głowy spadnie, interes nie dojdzie do skutku, o czym pan możesz być najzupełniej przekonany. Oto wóz i przewóz! Jordan w odpowiedzi na moje słowa spojrzał po obecnych zakło-potany. Generał wzruszył ramionami, oficerowie milczeli. Po chwili genemlissimo zaczął: - Przypuśćmy, że zgodzę się na pańskie wywody - rzekł - W takim razie mam do czynienia z panem, z kapitanem i sternikiem. Ale po co tu są ci inni? Nie mogę przecież okazywać im względów, skoro nie oczekuję od nich żadnej przysługi. - Przepraszam. Obecny tu senior Maurycy Monteso podjął się razem ze swoimi yerbaterami zaprowadzić mnie do pana.
- No, a estancjero ze swoim synem? - Na to pytanie niech odpowie major Cadera. - A brat Hilario?

- Tb mój przyjaciel, na którego ludzie pańscy rzucili się bez żadnego powodu. Jeżeli więc chcesz pan porozumieć się ze mną, to jedynie pod tym warunkiem zgodzę się na układy, że żadnemu z moich 346 347 towarzyszy nie stanie się krzywda. - Niechże pana diabli wezmą! Nie pojmuję, jak mógł Hounters wysłać mi człowieka, z którym w żaden sposób do ładu dojść nie można! - Zarówno Hounters, jak i Tupido, postarali się o człowieka, który jest przede wszystkim odpowiedni dla nich. A czy się on spodoba panu, jest im to zupełnie obojętne. - Może mi pan powie przynajmniej, w jaki sposób ma być zała-twiona cała sprawa. Przecież musi się podpisać kontrakt. Czy dokument jest już przygotowany?
- Jest, ale ma go Tupido w Buenos Aires. - Kto go podpisał z waszej strony?

- Jeszcze nikt. Przecież nie wiemy z góry, czy we wszystkich punktach nastąpi zgoda. Dopiero po omówieniu warunków senior podpisze za siebie, a ja za Hountersa.
- Więc ja mam podpisać umowę? a|a

- Pan albo inna upełnomocniona przez pana osoba, która uda s ze mną do Buenos Aires.
- Hm, byłoby to bardzo niebezpieczne dla mego wysłannika.

- Większe niebezpieczeństwo groziło mnie u was, a jednak odwa-żyłem się. I sądzę, że pan wśród swoich oficerów znajdzie chociażby jednego, który się zdecyduje na tę podróż, pomimo, iż wydaje się ona trochę niebezpieczną. - Znowu chcesz mnie pan dotknąć! Wśród moich ludzi nie ma tchórzy. - Po cóż w takim razie zaznacza pan, że podróż do Buenos Aires jest niebezpieczna? - Czy zapewniasz mnie senior, słowem honoru, że żaden z pań-skich towarzyszy nie zdradzi mego wysłannika w Buenos Aires?
- Owszem, daję panu na to słowo.

- Przyjmuję je do wiadomości. Ale proszę sobie nie wyobrażać, że już zgodziłem się na warunki. Muszę najpierw naradzić się nad tym 348 ze swymi oficerami. Zaczeka pan tymczasem w przyległej izbie na rezultat. _ Zgadzam się senior. Ale może nareszcie mógłbym wytoczyć skargę przeciw majorowi?
- To zbyteczne.

- Bynajmniej. Zależy mi bardzo na tym, abyś pan rozpatrzył całe zajście raz jeszcze w mojej obecności, bo poinformowano pana stron-niczo, na swoją korzyść. Długo to nie potrwa, bo będę mówił o ile możności treściwie. - No, proszę - odburknął niechętnie i usiadłszy słuchał w mil-czeniu mego opowiadania do końca. Cadera również podczas mej przemowy nie odezwał się ani sło-wem, pomimo, że zarzuty moje, skierowane prawie wyłącznie przeciw niemu, były bardzo obciążające. Widziałem tylko, że z oczu tryska mu śmiertelna nienawiść. Po ukończeniu opowiadania wezwałem towarzyszy, by potwierdzili prawidłowość moich słów, co też się stało. - A więc - ozwał się Jordan - opowiadanie pańskie zgadza się z tym, czego się dowiedziałem od majora; tylko że każda ze stron maluje żagle tak, jak jej wygodnie. Uważajmy więc sprawę za defini-tywnie załatwioną. - Nawet i na to mogę się zgodzić, senior, i nie żądać ukarania winnych, ale pod warunkiem, że każe pan zwrócić natychmiast rzeczy, które mi zrabowano.
- Oho! Tb już nieco wygórowane żądanie.

- Proszę pana! Czy major dowodzi żołnierzami, czy też bandą złodziei?
- Oczywiście, że żołnierzami.

- I ja tak myślę, bo zresztą z opryszkami nie można utrzymywać stosunków handlowych. Uczciwy żołnierz nie kradnie i nie rabuje. - No dobrze, dobrze! Naradzimy się nad tą kwestią, a pan zaczeka na wynik obrad. Wezwę pana natychmiast, kiedy tylko podejmiemy 349 ostateczne postanowienie. Cofnęliśmy się wszyscy do przyległej izby i gdzie rozmawialiśmy między sobą bardzo cicho. Kapitan, dowiedziawszy się od sternika o całym przebiegu mojej rozmowy z Jordanem, uścisnął mi rękę i rzekł:
- Wspaniale, sir! Tylko pan Charley mógł wymyślić taką bajeczkę.

Po upływie dobrej godziny wezwano nas ponownie. Wszedłem pierwszy i stanąłem, o ile to było możliwe, blisko Jordana, mając na względzie to, że moje rewolwery leżały przed nim na stole. Major Cadera zdradzał na twarzy coś w rodzaju tłumionego triumfu. - Jesteśmy gotowi, senior - rzekł Jordan, - może pan sobie pogratulować wyniku naszych obrad. Wypadły one dla pana bardzo korzystnie.

- Niestety, nie mogę tego potwierdzić, dopóki nie dowiem się wszystkiego dokładnie. Przy pomyślnym dla mnie postawieniu sprawy korzyść byłaby obustronna. My ze swej strony nie chcemy żadnych łask, a tylko sprawiedliwości. Co panowie przede wszystkim postano-wili odnośnie mojej osoby ?
- Nie będzie pan rozstrzelany.

- Znakomicie! Wobec tego mogę zabrać moje rewolwery - odrzekłem, chwytając je ze stołu i wsuwając do kabury, po czym cofnąłem się o dwa kroki. - Co to znaczy? - krzyknął Jordan. - Myśmy postanowili ina-czej: panu nie wolno nosić broni! - Ba, ale ja tego zakazu nie spełnię. Pozwoli więc pan, że zatrzy-mam rewolwery przy sobie.
- O, nie! Przyrzekł pan przecież zastosować się do mego wyroku.

- Przepraszam! Przyrzeczenie moje dotyczyło jedynie wyroku śmierci. Skoro go pan unieważnił...
- Zmuszasz mnie do użycia przemocy!

- Ja? Cóż ja takiego robię? Schowałem rewolwery, bo tp moja własność. 350
- Taaak? Nie chce pan słuchać mych poleceń? No, to zobaczymy!

Majorze, odebrać mu broń! Widziałem, że major rad by zastosować się do tego rozkazu, ale po prostu się bał. Stanął o dwa kroki przede mną i powiedział zdławio-nym głosem:
- Oddać broń!

- Niech ją pan sobie weźmie, proszę! - zaśmiałem się. - Tylko ostrzegam pana przed moją pięścią, do której nie warto się zanadto zbliżać. Powinien pan coś o tym wiedzieć. - Słyszysz, generalissimo? - rzekł major do Jordana, rozkładając bezradnie ręce; - nie chce mi oddać broni. - Ale ja każę! - odparł ten ostatni ostro. -Ja rozkazuję, a major musi słuchać! Na te słowa major biedaczysko, cały spięty począł się do mnie zbliżać, a ja tymczasem rzekłem do Jordana: - Proszę nie wymagać tego od niego, senior, bo skoro tylko zbliży się do mnie, przypłaci to życiem. - Niech pan weźmie pod uwagę, że i on ma przy sobie pistolet, z którego pozwolę mu zrobić użytek w razie dalszego pańskiego oporu. - Do tej chwili, owszem. Ale teraz...o, widzi pan? Już pański major nie ma pistoletu! - mówiąc to zbliżyłem się nagle do majora i po prostu wyrwałem mu pistolet z ręki. - Diabolol - wykrztusił Jordan, blednąc. - To już przechodzi wszelkie granice zuchwalstwa! Ale my sobie damy z panem radę. Proszę oddać broń! - krzyknął, - bo wezwę żołnierzy. A i my jesteśmy przecież uzbrojeni! - Broń oddam, senior, ale moim towarzyszom - odparłem, wręczając pistolet yerbaterowi, a jeden z rewolwerów kapitanowi, który umiał znakomicie obchodzić się z tą bronią. Następnie cofnąłem się pod drzwi i, wycelowawszy w Jordana, rzekłem:
-Jeżeli pan krzykniesz, będę strzelał!

351

Wszystko to stało się tak szybko, że major nie zdążył ruszyć się z miejsca, a oficerowie, jakkolwiek chwycili za pistolety, ale nie odwa-żyli się strzelać. Tymczasem zaś sternik Larsen zaszedł Jordana z tyłu i, patrząc na mnie porozumiewawczo, oczekiwał sygnału.
Do licha ! Czy to możliwe - mruczał Jordan przez zęby. Owszem, zupełnie możliwe i ma pan tego dowód - rzekłem. Moi ludzie rozniosą was wprost na lancach i szablach! Niech tylko spróbują! Pan za to zapłaci!

- Zamierzałem zatrzymać jedynie pana, a towarzyszy pańskie! puścić wolno.
- Oni mnie tak polubili, że nie będą się chcieli ze mną rozstać.

- Cóż to? Gwałt? To... to... Ja sobie w inny sposób poradzę... - Przy tych słowach wyciągnął dłoń po leżący przed nim rewolwer. Wa tej chwili Larsen objął go z tyłu muskularnymi ramionami, jak olbrzy-mi pająk wątłą muchę. - Zostawić rewowery, senior!- szepnął wystraszonemu genem’ lissimo, - bo zgniotę pana, jak cytrynę!
- Puścić mnie - charczał Jordan. - Żebra mi połamiesz, łotrze!’

I rzecz dziwna! Nikt nie pospieszył z pomocą zagrożonemu. Major stał niby słup, tak samo oficerowie, przeciw którym skierowaliśmy teraz lufy, ja zaś rzekłem do nich: - Panowie zechcą złożyć swe pistolety na stole i to natychmiast, gdyż ten olbrzym gotów istotnie pogruchotać kości waszemu przeło-żonemu. To wystarczyło. Złożyli pistolety, nie zdradzając nawet specjanych emocji. Na twarzy zaś generała można było zauważyć wyraz zadowo-lenia. Nie ulegało wątpliwości, że byłby od swego zwierzchnika dostał szkołę za to, że poprzednio dał się przeze mnie zapędzić w kozi róg, ale nagle taki sam zaszczyt spotyka tego przełożonego. Musiało mu więc to sprawić siłą rzeczy nie lada satysfakcję. - Odłożyć szable! - rozkazał oficerom yerbatero, co też bez wahania uczynili. 352 A ja zwróciłem się do majora: _ precz stąd, tam do kąta! Słowa te obudziły go z osłupienia i rad nierad podążył na wskazane miejsce. Na mój znak Larsen puścił Jordana, ale został tuż za jego plecami. Generalissimo opadł bezwładnie na krzesło i westchnął:
- Cascarasi A wy co na to? - dodał zwracając się do oficerów.

Ci zaś stali bezradni, z opuszczonymi głowami, nie znajdując żadnej odpowiedzi. Uważałem za stosowne wyręczyć ich w tym i rzekłem: - A czemu to pan nie pomógł sam sobie? Generalissimo powinien zawsze wiedzieć, co mu należy czynić w każdej sytuacji. Zresztą przekonałeś się pan naocznie, że nie jest rzeczą łatwą rozporządzać życiem i mieniem bliźnich, zwłaszcza, jeżeli to nie są jakieś łotry czy awanturnicy, zazwyczaj tchórze, lecz ludzie uczciwi, no i odważni. - Wszystko to dobrze, senior, ale weź pod uwagę, że tu, wokoło nas, są tysiące moich żołnierzy.

- Cóż, kiedy my się ich wcale nie boimy i niewiele nas obchodzi ich obecność tutaj. Jestem pewny, że żaden z nich na wasze wezwanie nawet palcem nie kiwnie, wiedząc z góry, iż wódz naczelny przypłacił-by to życiem. - Jak to? Ja? - zapytał, patrząc na mnie z wyrazem nieopisanego zdumienia. - Jest nas tu dziesięciu - rzekłem, - a was jest tylko sześciu, wobec czego możemy bez trudności obezwładnić was wszystkich i powiązać.
- Po co? W jakim celu?

- Aby wyprowadzić was stąd, spośród tych tysięcy żołnierzy, w miejsce dla nas bezpieczniejsze. Nikt nie poważy się nawet ręki na nas podnieść, bo w tej chwili odebralibyśmy życie wszystkim jeńcom, a przede wszystkim panu. Jestem zdecydowany uczynić to w każdej chwili, jeżeli tylko zechcesz mnie zmusić do złożenia dowodu, że podobne przedsięwzięcie udać się musi. Miałem już do czynienia z 353 ludźmi nie takimi, jak pan. Walczyłem z różnego rodzaju łotrami: handlarzami niewolników, Indianami i to najczęściej sam jeden prze-ciw wielu. Mam więc dosyć doświadczenia w tym względzie, i ilość wrogów wcale mnie nie przeraża. Zobaczy pan zresztą, jak was wszy-stkich stąd wyprowadzę i odstawię nad rzekę. Będziecie błagali o łaskę, bo zawiśnie nad waszymi głowami groźba wielkiej przegranej, no i dostania się do niewoli, a następnie na szafot. Tak się przedstawia wasza sprawa w tej chwili, tylko dzięki waszej głupocie. A przecież przyszedłem do was, jako przyjaciel, przynosząc istotną pomoc. Pięk-nie odwdzięczyliście się nam za życzliwość, potraktowaliście nas nie-godnie, odebraliście mienie, a wreszcie zagroziliście śmiercią. Ko-niec! Już nie dam sięwam wodzić za nos, nie pozwolę sobą pomiatać. Słowa te wywarły na Jordanie wielkie wrażenie.
- Czego pan właściwie od nas chce? - spytał niepewnym głosem.

- Uczciwego postępowania z nami! Niczego więcej! Chcę być wolny i to natychmiast! - Miałem zamiar wysiać pana rano do Buenos Aires razem z moim pełnomocnikiem. - Bardzo pięknie, ale to jeszcze nie daje powodu do traktowania mnie dzisiaj, jak więźnia. Któż ma być tym pełnomocnikiem?
- Major Cadera. - Ależ to śmieszne!

- Wybrałem go dlatego, że po pierwsze nie jest znany w Buenos Aires, a po wtóre, mogę na nim w zupełności polegać.
- W gruncie rzeczy jest mi to zupełnie obojętne, on, czy ktoś inny.

Żądam tylko, aby się obchodzono ze mną z szacunkiem tak, jak na to zasługuję.
- Dobrze więc. Będziesz pan moim gościem. Zadowala to pana? - Tak. Jeżeli oczywiście dotyczy to również moich towarzyszy.

- Rozumie się. Jutro rano odjedziecie z majorem Cadera, które-mu dodam tylu ludzi, ilu sami liczycie.
- A to po co?

354 _- Nie mogę go przecież wysłać bez odpowiedniego zabezpiecze-nia.
- Jak pan uważa. Ja jednak jestem zdania, że ta właśnie asysta

może wzbudzić podejrzenie u waszych wrogów. Moi towarzysze zre-sztą nie wszyscy ze mną pojadą. Estancjero z synem uda się prosto do swego domu, zostaną ze mną jedynie tylko brat Hilańo,yerbaterzy, no i kapitan ze sternikiem. A w jaki sposób odbędziemy tę podróż? - Na tratwie. Na parowcu nie możecie się pokazywać, bo wzbu-dziłoby to podejrzenie. - Zgadzam się. A więc major podpisze kontrakt w pańskim zastępstwie?
- Tak, senior.

- Co do mnie, to mógłbym się tym zadowolić, ale Tupido zażąda z pewnością pisemnego pełnomocnictwa.
- Zaopatrzę go w ten dokument. - Bardzo ładnie. A co się tyczy naszej własności?

Jordan z całą pewnością miał zamiar zatrzymać sobie część naszych rzeczy i pieniędzy. Ale wobec tego, co zaszło, odeszła go chęć ku temu. Teraz na moje słowa spojrzał pytającym wzrokiem na generała, a widząc, że ten twierdząco skinął głową, rzekł do mnie: - Otrzymacie z powrotem wszystko, oprócz sumy, którą odebra-liście majorowi. - Tej nie dam sobie odliczyć, gdyż major wypłacił ją pogorzelcom, jako odszkodowanie za swoje wybryki względem nich. - Co pana właściwie może obchodzić puszczenie z dymem tych obcych mu ludzi? - Każdego uczciwego człowieka uważam za swego bliźniego i nie mogę być obojętnym, gdy mu ktoś wyrządza krzywdę. - Zresztą nie potrzebnie się pan targuje. Pieniądze te odliczymy z sumy estancjera, nie zaś z pańskiej. - Z mojej, czy też z estancjera, to wszystko jedno. Nie zgadzam się na to i kwita! 355 - Czyżby układy nasze miaty się rozbić z racji tego jednego pun-ktu?
- Owszem, jeżeli pan od swego żądania nie odstąpi. - Ba! Cadera domaga się bezwarunkowo zwrotu tych pieniędzy.

- A my bezwarunkowo domagamy się zwrotu naszych. Po co major podpalił dom ranczera?
- Odbiliście mu też stadninę... - Zupełnie sprawiedliwie, przecież ją zrabował. - Jest pan nieznośnie uparty.

- Tak. I niech pan weźmie pod uwagę, że przy takim charakterze nie byłoby dziwne, gdybym cofnął to, na co już się zgodziłem.
-Cóż ja zrobię? Cadera zażąda wynagrodzenia...

- To pańska rzecz, nie moja. Zresztą jestem pewien, że pieniądze, które mu zabrałem, nie były jego własnością. Przecież on, działając w interesie pańskim, musiał być przez pana zaopatrzony w potrzebną sumę. - Widzę, że z panem w żaden sposób nie dojdę do ładu. Niechże więc pan odbierze sobie wszystko. Czy teraz jest pan zadowolony? - Jeszcze nie. Zechcesz, senior, łaskawie wszystkie punkty umowy potwierdzić swym podpisem, jak również panowie oficerowie.
- Ależ, senior, to nam ubliża!

- Być może. Ale pan sam jesteś temu winny. Ja muszę żądać wszystkiego, co jest niezbędne dla naszego bezpieczeństwa.

- Sądzisz pan, że ja nie mógłbym w pewnych okolicznościach cofnąć słowa, danego na piśmie, tak samo, jak gdyby było dane ustnie? - Owszem, tak sądzę i dlatego domagam się podpisów panów oficerów, którzy, jestem tego pewien, umieją przecież szanować swą godność. Kapitan, yerbaterzy i ja aż do tej chwili trzymaliśmy broń, skiero-waną na Jordana i jego oficerów, co mocno go denerwowało. - Z pana istotnie straszny człowiek - westchnął. - Przyznam, że takiego typa nigdy jeszcze nie widziałem. Jakiego pisma pan od nas 356 żąda?
- Ja je panu podyktuję.

_ Chyba nie mnie. Może rotmistrz napisze, a my się tylko podpi-szemy. Schowajcie już tę broń. _ Jeszcze nie! Schowamy ją dopiero po złożeniu podpisów. Oficer, nazwany rotmistrzem, wziął papier, pióro i począł pisać pod moje dyktando zobowiązanie o treści zwięzłej, bardziej dotyczącej oficerów, niż samego ich wodza. Tym można było chyba bardziej dowierzać. Zobowiązanie to podpisali wszyscy obecni. - Tak! - rzekł Jordan, wstając od stołu. - Teraz oddajcie nam naszą broń. - A na co ona panu? Chciałbym przede wszystkim przekonać się, czy pan dotrzyma słowa. A więc proszę nam najpierw zwrócić nasze rzeczy.
- Ma je generał, niech odda.

- Pozwalam mu więc, aby się oddalił, panowie jednak zostańcie tu wszyscy. Dziesięć minut wystarczy zupełnie na wydanie odpowied-niego zarządzenia. Proszę cię jednak generale, abyś zechciał pośpie-szyć się, gdyż zwłoka wzbudziłaby we mnie podejrzenie i spowodowała groźne skutki. Niech pan więc nie próbuje podstępu, gdyż to narazi-łoby pańskich kolegów na wielkie niebezpieczeństwo. Generał na te słowa skinął tylko głową i, nic nie rzekłszy, wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Obecni milczeli również, a z min ich wyczy-tałem, że było im bardzo głupio wobec tak sromotnej porażki. Bo też istotnie kapitulacja na podobnych warunkach była dla nich rzeczą niezwykle poniżającą i, z wyjątkiem rotmistrza, który spoglądał na mnie od czasu do czasu niemal przyjaźnie, musieli żywić względem mnie niezbyt przyjazne uczucia. Ten ostatni był człowiekiem młodym, bardzo przystojnym, o śmiałej postawie. Po upływie kilku minut zapukano do drzwi. Uchyliłem je ostrożnie, trzymając w pogotowiu rewolwer. Za drzwiami stał generał z kilku żołnierzami, którzy trzymali w rękach nasze karabiny i inne drobiazgi. 357 - Proszę mnie wpuścić - rzekł. - Jak pan widzi, kazałem opróżnić z żołnierzy obie sąsiednie izby, nawet nie ma w nich warty. Wpuściłem ich do środka, a żołnierze złożyli nasze rzeczy na stole. Kiedy jednak towarzysze moi rozdzielili je pomiędzy siebie, okazało

się, że brakuje jeszcze kilku naszych przedmiotów. Generał raz jeszcze wyszedł i po chwili wrócił, przynosząc nam wszystko. Brakowało tylko pewnej sumy pieniędzy. Estancjero otrzymał o trzy tysiące peso za mało. Można było przyjąć dwie ewentualności, albo pomylił się estancjero w określeniu sumy, albo brakujące trzy tysiące, przywłasz-czył sobie major. - Iii! Trzy tysiące peso to drobnostka i stratę taką można ostate-cznie przeboleć - rzekł sternik. Posądzacie majora niesłusznie i spodziewam się, - dodał, wyciągając ku niemu dłoń - ze pan to słowem oficerskim zaręczy. - Ależ zapewniam pana słowem honoru, że nie zatrzymałem tych pieniędzy - rzekł major, wyciągając rękę do sternika. Ten zaś pochwycił ją w ogromną swą dłoń i zapytał ironicznie:
- Istotnie pan nie masz? Powiedz pan prawdę.

- Cielo! Cieeeelo! - krzyknął major, przysiadając aż z bólu. - Puść mnie pan! - Aha! Puścić?... Gdzie się podziały pieniądze? - pytał sternik, ściskając wciąż rękę draba.
- Nie mam ich! Nie mam... słowo honoru!

- Masz, hultaju! I jeśli się nie przyznasz, to z twojej łapy zrobię marmoladę! - Que dolar, que lormento\ - krzyczał major, podskakując z bólu, jak pajac - Ja nie mam... nie wiem... - Proszę go puścić! - domagał się generał. - Niepodobna prze-cież... - Milczeć! - przerwał mu sternik. - Ja wiem, co robię! Ten drab ma na czole wypisane, że pieniądze ukradł i zaraz się przyzna, tylko go mocniej przycisnę. Gdzie są pieniądze? 358 _ Są... tu... w kapeluszu... pod podszewką...
- Dawaj go natychmiast!

I Larsen zdjął mu kapelusz z głowy, a wydobywszy pieniądze, rzekł do generała: - No? Kto miał słuszność? Gdybyś pan miał tak silne garście, jak ja, wyłowiłbyś jeszcze nie jednego złodzieja u siebie! Estancjero schował podane mu pieniądze, a Jordan, który przypa-trywał się nie bez obawy całej tej scenie przystąpił teraz do mnie i zapytał:
- Czy jesteś pan nareszcie zadowolony?

- W zupełności i mam nadzieję, że pokój, zawarty między nami, będzie trwały i nienaruszony. - Zależy to jedynie od pana, nie ode mnie. Okaże się wkrótce, czy umie pan dotrzymać słowa tak, jak to ja uczyniłem. No, a teraz odejdę wydać odpowiednie zarządzenia. Jesteś pan moim gościem i... - A niech pan łaskawie zapamięta, że jest nas dziesięciu i, ze ja wcale nie mam ochoty odłączać się od swoich towarzyszy. - Owszem, owszem. Polecę nadto rotmistrzowi, by był do waszych usług.

Wyszedł wraz z oficerami, wśród których podążył i major. W izbie został tylko rotmistrz, który zwróciłsię do mnie przyciszonym głosem: - Przekonałem się, że z panem i z pańskimi towarzyszami postą-piono tu niegodnie. Przyłączając się do armii Jordana, sądziłem, że będę służył dobrej sprawie. Tymczasem pan otworzył mi oczy. Dzię-kuję za to i ofiaruję pomoc oraz liczę na dyskrecję. Nie zostanę tu długo. Na wszelki jednak wypadek, póki nie opuszczę tych bandytów, możesz pan liczyć na mnie. - Dziękuję rotmistrzu, rad jestem, że spotkałem jednego uczci-wego człowieka wśród tej armii, rekrutowanej, jak się zdaje, z samych jedynie szumowin. - Niestety, ma pan rację. Poznałem to wkrótce po moim przybyciu i teraz myślę tylko, jak się wydostać z tej bandy. Trudna to sprawa, bo 359 Jordan wtajemniczył mnie w swoje sprawy i zechce zatrzymać przemocą, gdybym się chciał oddalić,
- Może pan przecież zniknąć po angielsku.

- Mógłbym to uczynić, ale tylko pod jakimś pretekstem, testem jednak pewny, że ścigano by mnie zawzięcie. - E! Nie takie to znowu straszne. Czy składał pan Jorcanowi przysięgę? -Nie, - Cóż więc pana wiąże? Jeżeli pan ma istotnie zamiar wydostać się z tej matni, to postaram się być w tym pomocny. - Pan? - zapytał zdziwiony. - Ależ pan sam jest w położeniu, które wymaga pomocy. - Mnie się zdaje, że skoro odzyskaliśmy naszą broń, to potrtfimy sobie dać radę. Zresztą Jordan musi nas puścić, a pan przy tej sposob-ności mógłby się do nas przyłączyć. - Zobaczymy. A tymczasem niech pan będzie pewny, że stoję po waszej stronie i postaram się ostrzec was przed niebezpieczeństyem, gdyby wam jakieś groziło. Teraz muszę się oddalić, aby mnie nie podejrzewano, że się z wami porozumiewam. Wyszedł, a po kilku minutach wrócił, ażeby zaprowadzić nal do przeznaczonego dla nas pomieszczenia. Znajdowało się ono w sąsiednim budynku, więc musieliśmy prze-chodzić przez dziedziniec, zapełniony żołnierzami, którzy ciekawe się nam przyglądali, nie tając przy tym wrogiego nastawienia. Budynek, w którym się mieściło przeznaczone dla nas lokum, był zwykłą szopą. Ściany jego, zbite byle jak z desek, ułożonych rzadko, świeciły na wylot szerokimi szparami. Ponieważ miejsca w szopie owej było dosyć, poprosiliśmy rotmistrza, aby nam pozwolił przyprowadzić tu nasze konie, na co chętrie zezwolił. Jednak, jak się później dowiedziałem, za to uwzględnienie naszej prośby otrzymał od Jordana ostrą wymówkę. Widocznie gensraiissimo, mając w stosunku do nas jakieś ukryte zamiary, nie chciał,

360 abyśmy konie nasze mieli przy sobie, co w znacznym stopniu w razie potrzeby, ułatwić nam mogło ucieczkę. Rotmistrz postarał się dla nas o dwie lampy i o mięso, którym nasyciliśmy głód, dający się nam już we znaki. Na polu paliły się ognie i mogliśmy przez szpary przypatrywać się skupionym dookoła nich ludziom. Na nas w ogóle nie zwracano uwagi. Późno już było, gdy pogaszono ogniska, a na odgłos trąbki żołnierze poczęli się zbierać na nocny spoczynek. Nam również czas było ułożyć się do snu, tym bardziej, że byliśmy zmęczeni po przejściach ubiegłego dnia. Położyliśmy się więc na ubitej, gołej ziemi, gdyż słomy nam nie dano i stosownie do mego zarządzenia każdy z nas, kolejno miał trzymać wartę. Zaledwie ułożyłem się do snu, a już oczy mi się zaczęły kleić, gdy uszu moich doleciał jakiś szmer pod drzwiami. Podszedłem do nich i spostrzegłem przez szparę rotmistrza. Zapukał lekko, gdy się odezwa-łem, poprosił mnie, bym go wpuścił do środka. - Przepraszam senior, że nie mogłem przyjść do was wcześniej, - rzekł - ale postawiono tu wartę z poleceniem by uważała, co robicie. Teraz dopiero, gdy żołnierz czuwający u drzwi położył się i usnął, mogłem przyjść.
- Moglibyśmy teraz najspokojniej stąd umknąć - rzekłem.

- O nie! - odparł rotmistrz. - Zauważono by to od razu, przecież stukot kopyt końskich zbudziłby ich niezawodnie. - Ja też nie myślę uciekać - rzekłem. - Mogę przecież zupełnie swobodnie w biały dzień pożegnać to szczególne gniazdo szerszeni i odjechać. Jakże rotmistrzu? Co tam postanowiono w sprawie naszej podróży? - Pierwszy raz w życiu zabawiłem się, że tak powiem, w szpiega i podsłuchałem Jordana, gdy pouczał majora, jak się ma w tej podróży zachować.
- A więc major, mimo wszystko, będzie nam towarzyszył do

361 Buenos Aires? - Dodadzą mu do eskorty tylu ludzi, ilu was jest. A, że konie nie będą im potem potrzebne, mam polecenie udać się z wami aż do rzeki, aby je potem przyprowadzić z powrotem i przy tej sposobności zdać Jordanowi relację o waszym odpłynięciu. - Więc koniecznie na tratwie? Widocznie Jordan boi się wsadzić nas na parowiec, abyśmy się nie oddali w opiekę załodze. - Istotnie. Dał też majorowi pełnomocnictwo do podpisania kon-traktu. Statek z ładunkiem ma popłynąć Paraną aż do wyznaczonego przez Jordana miejsca, gdzie nastąpi wyładowanie.
- Czy znane jest panu to miejsce?

- Niestety, tylko major wie o nim. Mówili ze sobą tak cicho, że nie wszystko dobrze słyszałem. Ale ostrzegam pana, abyś się miał na baczności. Major otrzymał polecenie uwięzienia pana w chwili, gdy wszystko już będzie miał w swym ręku.

- Spodziewałem się tego. Mam jednak nadzieję, że nie schwyci on już mnie w swoje ręce, a raczej sam wpadnie w nasze. Gdzie jest w tej chwili Jordan?
- Jeszcze się znajduje tutaj. - Zechce zapewne rozmówić się z nami przed odjazdem?

- Owszem, będzie nawet bardzo uprzejmy. Ale niech mu pan nie wierzy. - No! To, co tu zaszło, nie może usposobić mnie do niego życzliwie i będę się miał na baczności. A co pan postanowił uczynić ze sobą? - Nic jeszcze nie obmyśliłem. Ale, że stąd ucieknę przy najbliższej sposobności, to pewne. - Mnie się zdaje, że później nie znajdzie pan już takiej okazji, jaka zdarza się teraz. Może pan przecież bez trudności pojechać z nami.
- To niemożliwe.

- Co to znaczy „niemożliwe”? Słowa tego nie powinno się nigdy wymawiać, nawet w sytuacjach najbardziej rozpaczliwych.
-W zasadzie ma pan słuszność. Czy jednak mogę zaufać panu

w zupełności? _ Zapewniam pana słowem honoru, że nie żywię względem niego żadnych ukrytych i nieprzyjaznych zamiarów, i że byłbym zadowolony, gdyby mi się udało pomóc panu w ucieczce z tej jaskini łotrów. - Nie znam pana dostatecznie, jednak wierzę pańskiemu zapew-nieniu. Przeczucie mi mówi, że mam do czynienia z człowiekiem uczciwym.
- I nie zawiedzie się pan. Czy ma pan dużo rzeczy?

- Prawie żadnych. Żyjemy tu, jak na stepie. Cały mój majątek to koń, uzbrojenie, drugi mundur i trochę bielizny. - Mógłby pan przenieść bagaż do nas. Moi ludzie z łatwością schowają to przy sobie. Pojedzie pan z nami aż do rzeki, a następnie na tratwę i żegnaj, panie Jordanie!
- Jak to? Przecie muszę tu wrócić. - Ba! Najlepszym antidotum na „muszę” jest „nie chcę?’. - Cóż by na to powiedział major?

- Niech to pan już mnie zostawi. Postaram się ułożyć sprawę tak, że na pewno zgodzi się na pańskie towarzystwo.
- Przecież to mój przełożony.

- Owszem, ale tylko tak długo, dopóki go pan za takiego zechce uważać. Proszę wziąć pod uwagę, że jestem po pańskiej stronie. A przekonałeś się naocznie, że potrafię dać sobie radę z tym człowiekiem. Może pan być więc pewien, że ucieczka powiedzie się z łatwo-ścią.
- A jednak to rzecz ryzykowna.

- Zapewniam pana, że nie ma tu najmniejszego ryzyka. Nie obawiam się tych kilku ludzi, którzy będą nam towarzyszyli.
- Może łatwo dojść do walki... - To ją wygramy. - Dobrze więc. Rzeczy swoje przyniosę zaraz.

Wysunął się cicho i po kilkunastu minutach wrócił ze swymi rzeczami. Nie mówiliśmy już nic o planie ucieczki, bo też i nie można 362 363

było wiedzieć, jak się rzeczy ułożą i jakie wyłonią się przeciwności. Pożegnałem więc rotmistrza i położyłem się spać. Nazajutrz zbudziłem się dość późno, gdy w koszarach i na dziedziń-cach panował już ruch w całej pełni. Żołnierze rozniecili na nowo ognie, by upiec mięso, które stanowiło prawie wyłączny ich pokarm, spożywany trzy razy na dzień. Inni krzątali się około koni, a niektórzy | pędzili je do wody. Byłem przygotowany, że Jordan zawezwie mnie do siebie w celu ostatecznego omówienia obchodzącej go sprawy. Pomyliłem się jed-nak. Ambitny generalissimo pofatygował się do mnie sam, w towarzy-stwie generała. - Dzień dóbr}’ panom! - rzekł uprzejmie. - Przyszedłem oznaj-mić wam, że dostaniecie za chwilę śniadanie i jazda w drogę! Dotrzy-muję więc słowa, czyż nie? - Tak. Nie wątpiłem w to - odrzekłem. - Jesteśmy więc zupełnie wolni, a pan żadnych pretensji względem nas nie ma? - Bądź pan o to spokojny. Jednakże ze względu na wypadki, jakie tu miały miejsce, nie mogę pozwolić, aby major wybrał się z wami sam jeden. - Może pan wysłać z nim choćby całą swoją armię, mnie to nie robi żadnej różnicy. - Major otrzymał ode mnie pisemnne pełnomocnictwo, - ciągnął dalej generalissimo - które okaże w Buenos Aires panu i seniorowi Tupido. Jest on przy tym poinformowany dokładnie, jak daleko może iść z wami w układach, a jeżeli się z nim zgodzicie, będzie to zupełnie równoznaczne, jak gdybym ja osobiście zawarł z wami tę umowę. Rozumie się, że towar nie może być wyładowany w Buenos Aires, lecz trzeba go przewieźć w górę Parany.
Dokąd? Major powie wam to później. Wolałbym jednak wiedzieć zaraz. Ba! Wszak umowa jeszcze nie zawarta i może się zdarzyć, że

364 interes nie dojdzie do skutku. Na ten wypadek muszę zachować pewne szczegóły w tajemnicy. _ No, mniejsza o to - rzekłem, machnąwszy ręką. _ Stąd pojedziecie konno aż do rzeki, a następnie wsiądziecie na pierwszą tratwę, jaka z góry nadpłynie. Oprócz żołnierzy dodanych majorowi, wyślę z wami maty oddział pod dowództwem rotmistrza, którego pan już poznał. Oddział ten jednak towarzyszyć wam będzie nie dlatego, żebym wam nie dowierzał, lecz dla odprowadzenia koni, których major wziąć z sobą przecież nie może.
- Wcale mi to zarządzenie pańskie nie przeszkadza.

- Mam nadzieję, że nareszcie porozumiemy się i obopólnie zapo-mnimy o wszystkim, co pomiędzy nami zaszło, a działać będziemy tylko w interesie i dla dobra obu stron. - Major, spodziewam się, dowiedzie panu, że jest pańskim przy-jacielem, nie zaś wrogiem. - I wyjdzie to przede wszystkim na jego własną korzyść, gdyż inaczej zaszkodziłby niepotrzebnie sobie i oczywiście panu. - Znowu zaczyna pan być względem mnie arogancki - rzekł groźnie. - Obszedłem się z panem łaskawie i powinieneś to docenić, bez puszenia się przede mną. Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? Może potrzebujesz jakich wyjaśnień? - Chciałbym tylko prosić o zapas żywności na drogę, gdyż nie będziemy mogli w podróży bawić się w polowanie.

- Pomyślałem już o tym, będziecie zaopatrzeni we wszystko.

Żegnam panów i mam nadzieję, że spotkamy się następnym razem, jako przyjaciele, co zależy tylko wyłącznie od pana. - O, od pana również. Racz, senior, przyjąć od nas podziękowa-nie za gościnność.
- Nie ma za co. Do widzenia!

Po tych słowach oddalił się ze swoim towarzyszem, który nie mieszał się do naszej rozmowy. Niebawem przyniesiono nam sakwy z mięsem i dano dla koni obroku, a wkrótce przybył i major z 365 oznajmieniem, że czas wybrać się w drogę. Jordan był na tyle przezorny, ze całą prawie załogę castiiio wysłał na ćwiczenia. W obrębie koszar pozostawiono zaledwie garstkę żołnierzy, prócz tych, rzecz prosta, których przeznaczono do towarzyszenia nam w podróży. Ci ostatni byli dobrze uzbrojeni, co mnie zresztą nie dziwiło. Z min ich można było wyczytać, że nie są nam zbyt przyjaźni, a i na obliczu majora widoczne było silenie się zaledwie na obojętność. Eskorta, mająca nam towarzyszyć do Buenos Aires, składała się z tylu ludzi, ilu nas było, a oprócz tego rotmistrz miał pod swoją komendą dziesięciu jeźdźców. Gdy wyjeżdżaliśmy, Jordan stał opodal z generałem i dawał nam ręką znak’ pożegnania. Podążyliśmy ku rzece nie tą drogą, którą nas tutaj przypędzono, lecz zboczyliśmy nieco na południe. Major, zapytany przeze mnie o przyczynę tego, wyjaśnił, że w miejscu, do którego zdążamy, rzeka tworzy znaczne zakole w głąb stepu, tą więc drogą dojedziemy do niej o wiele szybciej. Do rotmistrza nie odzywałem się wcale, by nie wzbudzać podejrzeń. W drodze stwierdziłem ku wielkiemu zadowoleniu, że zarówno kapitan, jak i sternik, trzymali się w siodle wyśmienicie. Dotychczas trudno mi było coś o tym powiedzieć, gdyż wszyscy podczas jazdy byliśmy przywiązywani do siodeł, co - rzecz prosta - nie pozwalało wykazać zdolności w tym kierunku. - Charley! - zagadnął mnie Turnerstick, gdyśmy wyjechali na szczery step. - Gdy teraz pomyślę o przejściach ostatnich dni, do-chodzę do wniosku, że mieliśmy wiele szczęścia. Ciekaw jestem, co sobie pomyślą te draby, gdy po przybyciu do Buenos Aires spostrzegą się, żeśmy ich w rezultacie tak sromotnie podeszli. - Przede wszystkim oni do Buenos nie dojadą, bo ich po drodze wysadzę z tratwy na ląd. - To się nie obejdzie bez walki. Ale, dobrze. Rad nawet jestem z tego, bo mnie pięść swędzi. Co Jednak będzie potem? Pojedziemy do 366 Buenos ? - Nie wiem jeszcze, jak wypadnie. Przecież ja z kilku towarzyszami zmierzamy do Grań Chaco. Niestety, nie wiadomo, czy się tam bę-dziemy mogli udać, gdyż bardzo możliwe, że Jordan obsadził już swymi ludźmi tamte okolice, a nie chciałbym ponownie wpaść w ich ręce. - Jedźmy więc prosto do Buenos, a stamtąd już bezpieczną drogą do swego celu. Ja pojadę z wami również.

- Pan? Czyż ma pan na to czas?

- Statek mój musi zostać w porcie jeszcze parę tygodni. Weź mnie ze sobą sir, a będę ci bardzo wdzięczny. - Zobaczymy jeszcze, co nam wypada uczynić. Zdaje mi się, że jednak nie ma innej rady, jak tylko popłynąć do Buenos. Zresztą trudno przewidzieć, co się stać może, zanim jeszcze znajdziemy się na rzece.
- Czyżbyś pan miał jakieś obawy?

- Obawy nie, ale przypuszczenia. Ach, patrz pan! Jacyś dwaj jeźdźcy zbliżają się ku nam. Rozmawialiśmy po cichu, aby nas nie słyszeli ludzie Jordana. Acz-kolwiek wątpliwe było, czy ktoś z nich znał na tyle język angielski, aby nas zrozumieć, jednak ostrożności nigdy nie za wiele. Jeźdźcy zbliżyli się ku nam i zatrzymali konie, a sądząc, że major jest dowódcą oddziału, zwrócili się do niego, a jeden z nich rzekł uprzejmie: - Przepraszam, senior. Jedziemy do Lopeza Jordana i chcieliby-śmy was poprosić o wskazanie drogi. Czy byłby pan łaskaw udzielić nam wskazówaek? - Z chęcią. My właśnie wyjechaliśmy z jego gtównej kwatery - odrzekł major.
- Czy należy pan może do jego armii?

- Tak, senior, jestem w niej majorem. Czy madę jakiś interes do Jordana? 367
- Bardzo nawet ważny. - No, słucham? - Nie wolno nam o tym mówić majorze. - Czy macie jakieś pismo? - Nie, senior—odrzekł jeździec z pewnym wahaniem. - Skąd jedziecie? - Od rzeki - odrzekł wymijająco. - To sam widzę. Pytam, czy jedziecie z Urugwaju? -Tak. - Z jakiego miasta? - Możemy to powiedzieć tylko samemu Jordanowi. - A kto was wysyła? - Niestety, majorze, i o tym nam mówić nie wolno.

- Do licha! Musi to być wyjątkowo ważna sprawa! Co jednak będzie, jeżeli was zmuszę do wyjawienia jej?
- Ściągnąłbyś p<»n przez to gniew Jordana na siebie.

_ Hm! - pomyślał chwilę. - Właściwie to powinienem was zatrzymać i przynajmniej... Nie dokończył i potarł czoło, jakby się namyślając, co czynić. Mnie w tej chwili przyszło na myśl, że ci ludzie mogą być wysłanni-kami Tupida, któreinu odmówiłem pośrednictwa w zawarciu kontra-ktu z Jordanem. Chcąc się dowiedzieć coś w tej materii, zbliżyłem się do nich i rzekłem:
- Z góry się zastrzegam, że nie chcę wnikać w wasze tajemnice.

Ale możecie mi bez obawy odpowiedzieć na jedno pytanie. Jedziecie z Montevideo? Nie otrzymawszyzaś odpowiedzi, dodałem:
- Wysłał was senior Tupido?

I na to odpowiedziano mi milczeniem. Mnie jednak wystarczyło to zupełnie. Dodałem więc:

- Znane mi jest wasze zadanie i dlatego major was zatrzymywać dłużej nie może. Jedźcie! ^- Hola! - wtrącił Cadera. - Kto tu rozkazuje, ja czy pan?
- Rozumie się, że ja - odrzekłem.

ważałem za odpowiednie wystąpić tak stanowczo, aby przeszkodzić dalszej rozmowie majora z jeźdźcami. Na moje stanowcze słowa major spojrzał na mnie zmieszany i rzekł: - Zapomina pan, że jestem oficerem armii Jordana i mam nadzór nad panem. - Eee! Zapewniam pana, że nie ma człowieka, któremu pozwo-liłbym mieć nadzór nad sobą. Ci ludzie odjadą natychmiast.
- Zostaną i każę ich zrewidować. - Nie łudź się, majorze! - Cóż to, śmiałby pan w tym przeszkodzić?

- Owszem, przeszkodzę i w to w sposób bardzo prosty. Jeżeli pan tylko tkniesz, któregoś z nich, dostaniesz kulę w łeb. Idzie tu o wygraną lub klęskę Jordana i życie pańskie wobec doniosłości tej sprawy ma taką samą wartość, jak na przykład życie komara. Przy tych słowach trzymałem rewolwer w ręku, a i towarzysze moi byli gotowi do strzału. Żołnierze majora, widząc, na co się zanosi, poczęli się cisnąć do niego w nieładzie, niezbyt widocznie radzi z tej sprzeczki. Dla przekonania ich, iż się ich nie boimy i, że w żadnym razie nie poddamy się pod zwierzchnictwo majora, postanowiłem być jak najbardziej stanowczy. Cadera na widok skierowanego ku sobie rewolweru wzburzył się i sięgnął do pasa po swój pistolet. Spostrzegłszy to, krzyknąłem:
- Stój! Jeżeli tylko ruszysz ręką, zastrzelę cię natychmiast!

- Oszalałeś, senior! - rzekł, cofając rękę. - Zdaje ci się chyba, że jesteś co najmniej dowódcą w Entre Rios. - Mylisz się pan! Nic mi się nie zdaje, tylko nie pozwolę rozkazy-wać sobie byle komu. Zapewnił mnie wasz generalissimo, że będziesz moim przyjacielem, gdy tymczasem, jak widzę rzecz się ma przeciw-nie, zmuszony więc jestem odpowiednio postępować. To rzekłszy, zwróciłem się do jeźdźców: 368 369 - Jedźcie dalej i pozdrówcie ode mnie seniora Jordana. Jadąc naszym śladem nie zbłądzicie. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy, popędzili pełnym galopem we wskazanym kierunku, a major, patrząc na mnie bezsilnie, warknął przez zaciśnięte zęby:
- Zapiszę to sobie w pamięci, senior.

- Nie mam nic przeciwko temu, majorze. - rzekłem -Jedziemy dalej.

I wysunąłem się naprzód. Majorowi najwidoczniej odeszła ochota czynić jeźdźcom przeszkody, gdyż ruszył za nami, pomimo, że puści-liśmy się kłusem, bo wobec tego niespodziewanego spotkania każda sekunda była nam teraz droga. - Sądzi pan, ze ci dwaj jeźdźcy są istotnie wysłańcami Tupida? - zapytał mnie Hilario.
- Niewątpliwie. - Nasze szczęście, że nie przybyli do Jordana wcześniej. - Musielibyśmy walczyć.

- Kto wie jeszcze, czy do tego nie dojdzie w drodze. Jordan, otrzymawszy kontrakty, każe nas niezwłocznie ścigać.
- I ja tak przypuszczam.

-Jesteśmy w drodze zaledwie godzinę, a więc za godzinę dojadą ci posłańcy do głównej kwatery, my zaś dostaniemy się do rzeki nie wcześniej, jak za cztery godziny, wobec czego musimy się spieszyć, na ile tylko konie wydolą. - Tak. Ale pomimo wszystko mogą nas dopędzić, jeżeli będziemy zmuszeni czekać kilka godzin na tratwę.
- Cóż więc robić, aby uniknąć walki i rozlewu krwi?

- Zobaczymy. Jeżeli na rzece nie będzie tratwy, pojedziemy w górę rzeki, może jakąś napotkamy. - Dobra myśl, bo jednocześnie wydłużymy drogę pogoni. Ale czy major zgodzi się na to?
- Nie będę się go pytał!

370 Puściliśmy konie galopem, major na próżno usiłował kilkakrotnie zatrzymać nas, udawaliśmy, że nie słyszymy jego nawoływań. Mimo nadzwyczajnego pośpiechu, przybyliśmy nad rzekę po czterech godzi-nach. Z miejsca, gdzieśmy się zatrzymali, odsłaniała się daleka prze-strzeń w górę rzeki. Niestety, nie było na niej ani jednej tratwy, ani w ogóle niczego. - Nareszcie odpoczniemy - rzekł Cadera. - Jechaliśmy, jak wariaci; dziwię się, że konie nam nie popadały.
Pan chce wypocząć, majorze? Proszę bardzo, ale ja jadę dalej. Gdzie? Po co? Tu nie ma paszy dla koni, sama trzcina. Przecież konie pasły się całą noc. Ba, ale nasze stały w szopie i gryzły tylko suche liście kukurydzy.

Nie możemy przecież głodzić zwierząt w drodze.
- Na tratwie będą mogły wypocząć.

- Ale na tratwie nie rośnie trawa, ani owies. Jedziemy tam! - wskazawszy ręką w górę rzeki, puściłem się kłusem, a za mną towa-rzysze.
- Zostać tu! Hej! - krzyczał major.

Nie zważałem jednak na jego wołania i nie myślałem, rzecz jasna, o powrocie.
- Będziemy strzelać! - groził z wściekłością.

- I ja również będę strzelał! - odkrzyknąłem mu. - Tylko pamiętaj pan, że ja w swych rewolwerach mam dwanaście kuł, a pan jedną. Zresztą spróbuj pan! I nie oglądając się, popędziliśmy galopem. Wprawdzie żołnierze majora mogli rozpocząć strzelaninę za nami, ale nie zważaliśmy na to. Słyszałem tylko, że klnąc i złorzecząc na czym świat stoi, pędzą za nami. Droga była uciążliwa, a właściwie nie było żadnej drogi, tylko

trzęsawiska, porosłe trzciną i aby się w nich nie zapaść, zmuszeni byliśmy kołować od czasu do czasu, zbaczając w głąb lądu. Żołnierze 371 majora mieli oczywiście te same przeszkody, dodatkowo gorsze konie, więc nie byli w stanie nas dopędzić. Przez długi czas na rzece, jak na złość, nie napotkaliśmy żadnego statku, ani tratwy. Za to trafiliśmy nareszcie na suchszy teren, gdzie możliwy był dostęp do samej rzeki. Tu zatrzymaliśmy się dla dania s wypoczynku koniom i niebawem dopadł nas major ze swymi ludźmi, zziajany i na zmęczonych koniach. Wypocząwszy nieco, spostrzegliśmy nareszcie płynącą w oddali tratwę, a major na jej widok aż podskoczył z radości, j
Chwała Bogu, że się już skończy ta szalona jazda! -rzekłz ulgą. | Ci flisacy muszą nas zabrać. ° Jeżeli zechcą - rzuciłem mu w odpowiedzi. Jak to „zechcą”? Zmusimy ich do tego!

- Niech się pan nawet nie waży na to. Lepiej zaoferować im dobrą zapłatę za przewóz.
- Ba, ale kto da na to pieniądze? -Ja. - A, chyba! To mi się podoba.’ W takim razie pan się z nimi umówi.

Podjechałem kawałek naprzód i przyłożywszy ręce do ust, krzyk-nąłem do zbliżających się flisaków:
- Hej! Czy weźmiecie nas do Buenos Aires?! - Tratwa nasza nie płynie aż tam! - odkrzyknięto z tratwy. - To nic nie szkodzi! -Ile osób?! - Dwadzieścia i dziesięć koni. Ile chcecie za drogę? - Sto peso. - Zgoda. - Zaraz dobijemy. Poczekajcie!

Tratwa była bardzo długa, składała się z dwunastu pól. Na przedzie l w tyle umieszczone były budki. Kierowało nią dwunastu tęgich mężczyzn, którzy byli prawie całkiem obnażeni. Zanim tratwa dobiła do brzegu i została umocowana, upłynęło 372 z piętnaście minut, a w ciągu tego czasu nasłuchiwałem, czy od strony lądu nie usłyszę odgłosu kopyt końskich. Jeżeli wysłańcy Tupida od razu trafili do Jordana, pościg mógł lada chwila znaleźć się na naszych karkach. Major zsiadł z konia, my uczyniliśmy to samo. ^ Zbliżyłem się do rotmistrza i zapytałem go po cichu: - No, senior! Teraz najodpowiedniejsza pora. Chcesz pan dopro-wadzić do skutku swój zamiar?
- Czy myśli pan, że uda się? - Jestem najzupełniej pewny. - Ale w jaki sposób?

- Proszę przede wszystkim zaprowadzić swego konia na tratwę i zostać tam, schowawszy się za budkę.

Tratwa była już przycymowana do brzegu, więc rotmistrz, zabra-wszy swego konia, skierował się ku niej, ja zaś wydałem odpowiednie zarządzenie bratu Hilario, zalecając, by je przekazał szeptem reszcie. Tymczasem major zwrócił się z poleceniami do żołnierzy, którzy mieli wracać z końmi do castiiio Jordana. Spostrzgłszy jednak rotmi-strza, wstępującego na tratwę w otoczeniu moich towarzyszy, zapytał:
- Cóż to? Rotmistrz na tratwie?

Ponieważ wydawałem w tej chwili polecenieyerbaterowi, aby wpro-wadził na tratwę mego konia, więc słów majora mogłem nie dosłyszeć.
- Co się stało? - zapytałem, zwracając się ku niemu. - Po co rotmistrz wszedł na tratwę? - powtórzył pytanie Cadera. - Prawdopodobnie po to, by z nami popłynąć - rzekłem. -Diabolo\ Kto mu na to pozwolił? - Czyż Jordan nie wspomniał panu o tym?

- Nie wiem nic o takim poleceniu - rzekł zaniepokojony i zwrócił się do żołnierzy, mających wracać. Ja tymczasem przystąpiłem do starszego flisaków, który stał na brzegu, i szepnąłem mu:
- Pięćdziesiąt peso więcej, jeżeli ci żołnierze zostaną na brzegu.

373
- Dobrze, senior! - odrzekł kierownik.

Zwróciłem się następnie do tracącego głowę majora i rzekłem:
Wcale się temu nie dziwię. Teraz przekonasz się pan nareszcie... O czym? Że znajdujesz się pan pod moim nadzorem. Jak to? Co pan pleciesz? Ja? Pod pańskim nadzorem?

- Powiedziałem to panu przecież nie tak dawno i chyba nie mogłeś jeszcze zapomnieć.
- Nic nie rozumiem...

- Muszę więc powiedzieć to panu wyraźniej, prawdopodobnie senior Jordan nie ma do pana zbytniego zaufania.
- Ależ to dla mnie obraza!

- Oczywiście ja na pańskim miejscu czułbym się bardzo na niego obrażony, że podejrzewa pana o konszachty ze mną.
- Co pan mówisz? Nic nie rozumiem.

- A może panu przyszła do głowy niemądra myśl, aby w chwili, gdy ładunek, przeznaczony dla Jordana, znajdzie się w bezpiecznym miejscu, uwięzić mnie powtórnie?
- Senior!

- No, no! Niech pan nie udaje! Znam nawet pańskie myśli! Aby jednak podobnym głupstwom z pańskiej strony zapobiec, Jordan wysłał rotmistrza, nakazując mu kuratelę nad panem.
Co pan mówi? To... to... Taka jest wola Jordana, nie moja. Czym pan udowodni prawdziwość tego twierdzenia? Czym? Pisemnym poleceniem, które rotmistrz ma przy sobie.

Może je nawet panu pokazać! Proszę! Niech pan wejdzie na tratwę do rotmistrza...

- Tormento\ Żartuje pan chyba?’ - Niech on panu powie.

- Rzecz prosta! Musi powiedzieć i okazać mi pismo. Jeżeli je ma, to nie pojadę z wami. Muszę się z nim natychmiast rozmówić. 374 Wskoczył na tratwę, a ja podążyłem za nim. Widziałem, że wrzał z gniewu i nie zwrócił nawet uwagi, że zbliżyłem się do starszego tratwy, która trzymała się już tylko jednym rogiem brzegu i dałem polecenie,, aby bezzwłocznie odbijać. Major nie dostrzegając tego, zbliżył się właśnie do rotmistrza i począł obrzucać go wyzwiskami.
- Niech pan tak nie ryczy - rzekłem, podchodząc do Cadery - bo się pan tylko niepotrzebnie spoci. To mówiąc, wyrwałem mu pistolet zza pasa. - Co to znaczy? Jak pan śmie? - krzyknął. - Uspokój się, majorze. Pistolet już jest panu niepotrzebny. - To... to... bezczelny rabunek!... To...

Chciał się zwrócić ku swym ludziom, którzy właśnie w tej chwili wszczęli hałas na brzegu, odwrócił się i zgłupiał, tratwa bowiem, odbiwszy od brzegu, wypłynęła właśnie na pełny prąd. - Co to ma znaczyć? - rzucił się, jak wściekły. - Przybić do brzegu! Natychmiast do brzegu! - Ciekawy pan jesteś, - rzekłem - co to ma znaczyć? Otóż powiem panu; znaczy to, że jest pan moim więźniem i, że w razie najmniejszego oporu zastrzelę pana bez żadnych ostrzeżeń. - Jak to? Więźniem?... Pan mnie zastrzeli?... Zwariował pan chyba! - bełkotał, blednąc, jak płótno. - Jestem całkowicie przy zdrowych zmysłach - rzekłem. - Nie wiem natomiast co z pańską głową, skoro dałeś się tak łatwo podejść.
- Rotmistrz do mnie! - krzyknął, zwracając się do kolegi.

Ale rotmisrz, wzruszył tylko obojętnie ramionami. - Rotmistrzu! - powtórzył. - Jestem zdumiony pańskim zacho-waniem się... Czyżbyś trzymał stronę tego... - Ani słowa więcej! - przerwałem mu groźnie, zapobiegając dalszym wybuchom jego wściekłości. Zapowiadam panu, że nie zniosę najmniejszej obrazy!
-A ja nie zniosę podobnego obchodzenia się ze mną. Każę swoim

375 ludziom strzelać... natychmiast...
- Na nic się to panu nie przyda, gdyż oni, nic ci Już nie pomogą.

A poza tym gdybyś pan chociaż ręką ruszył, przypłacisz to życiem. To mówiąc, chwyciłem go za ramię i pociągnąłem poza budkę. Tratwa tymczasem szybko oddalała się z miejsca swej przystani, co widząc pozostali na brzegu żołnierze wsiedli na konie i puścili się wzdłuż brzegu, nie tracąc nas z oczu. - Chispas\ - przeklinał major. - Płyniemy szybko, to prawda, ale moi ludzie nadążą. A tam, poniżej, z całą pewnością czeka już Jordan z masą... - Zbirów, - dokończyłem - którzy zechcą nas schwytać. Niepra-wdaż? Złudna jest pańska nadzieja, że się ich przestraszymy - do-kończyłem.

Istotnie jednak w pewnej odległości od miejsca, z którego przed chwilą wypatrywaliśmy nad rzeką jakiejkolwiek tratwy czy statku dla siebie, ukazał się w tej chwili na horyzoncie spory oddział konnicy. Posługując się lornetką, poznałem Jordana, który w otoczeniu liczne-go sztabu oficerów jechał na czele. Nie spuszczając ich z oka, dostrze-głem po pewnym czasie, że dołączyli do nich żołnierze, pozostawieni przez nas na brzegu. Widziałem jak wyciągali ramiona, wskazując nas, po czym oddział rozwinął się w linię bojową i zaczęła się strzelanina. Na szczęście, znajdowaliśmy się tak daleko od strzelających i strze-lali oni tak marnie, że kule ich dosięgnąć nas nie mogły. Major nie posiadał się z wściekłości i rozpaczy. Czas jakiś klął, rzucał się, a w końcu widząc, że to do niczego nie prowadzi, uspokoił się i siadłszy na klocu, patrzył przed siebie nieruchomo dzikim wzro-kiem. Pampero Wśród naszego grona tylko ja jeden odczuwałem prawdziwą radość z pokonania niebezpieczeństw jakie nas dotychczas długim łańcu-chem prześladowały. Towarzysze moi znękani nimi, wciąż jeszcze wyrażali obawę, że wpadniemy ponownie w ręce bandy, która nas ścigała i zaalarmowała rozległą okolicę po prawym brzegu Urugwaju. Co do mnie, byłem przekonany, że nic nam nie grozi, gdyż bagniste pobrzeże rzeki i rwące prądy jej nurtów sprawiły, że znacznie wyprzedziliśmy ścigających. Major Cadera widząc, że po kilku godzinach zrezygnowali oni z pościgu, począł się na nowo wściekać, grożąc nam i wrzeszcząc niemal do utraty sił, aż zmuszeni byliśmy wysadzić go w końcu na jedną z pływających po rzece kęp, aby na niej dobił do brzegu. Niebawem znalazłszy się poza zasięgiem władzy Jordana, przybili-śmy do lewego brzegu rzeki i wysadziliśmy na ląd estancjera oraz jego syna, którzy, pożegnawszy nas serdecznie zapraszali, byśmy przy spo-sobności wstąpili do nich w gościnę, po czym odjechali do domu. Dalszą podróż do Buenos Aires odbyliśmy już bez żadnych prze-szkód. Wynagrodziwszy suto flisaków i pożegnawszy się z rotmistrzem, podjęliśmy na nowo myśl przerwanej podróży do Grań Chaco 377 w zwiększonym gronie, gdyż Turnerstick oraz sternik postanowili towarzyszyć nam w tej wyprawie, na co się chętnie zgodziłem. Kilka dni wypoczęliśmy w Buenos Aires, na czym skorzystał kapi-tan i załatwił niektóre ze swych interesów. Dla ułatwienia i przyśpieszenia drogi, postanowiliśmy jej część, do Corrietes - odbyć na statku, wobec czego towarzysze moi musieli posprzedawać konie. Co do mego gniadosza, nie chciałem się z nim rozstawać za żadną cenę, więc postanowiłem wyjednać u kapitana okrętu pozwolenie na wzięcie go z sobą, na co się ostatecznie zgodził. Umieściłem swego faworyta na przednim pokładzie między pakami i worami, jakby w stajence i żal mi tylko było, że nie miał dachu nad głową. La Pląta stanowi największy po Amazonce system rzeczny w Ame-ryce Południowej. Powstała ze zlewisk Uragwaju i Parany i ma naj-szersze ze wszystkich rzek na kuli ziemskiej ujście. Bezpośrednio po zlaniu się obu wymienionych rzek, szerokość La Płaty wynosi czter-dzieści kilometrów, koło Montevideo zaś przeszło sto pięć kilome-trów, wreszcie u ujścia dwieście

dwadzieścia. Ogromne to ujście ma wodę tak brudnożółtą, że odróżnia się ona od wody morskiej jeszcze w oddaleniu stu trzydziestu kilometrów w głąb morza. Rzeka Parana przy zbiegu z La Pląta jest głęboka na trzydzieści metrów, można więc sobie wyobrazić, jak jest szeroka. Nie tworzy jednego szerokiego koryta, lecz dzieli się na liczne ramiona, wskutek czego pełno na niej wysp, nieraz nawet bardzo znacznej wielkości. Jest też niezwykle rybna, pomimo swej mętnej wody. Statek, na który wsiedliśmy, zawijał po drodze do różnych mniej-szych portów. Nie wysiadałem jednak nigdzie na ląd, nie chcąc nara-żać się na jakieś niepożądane spotkanie. Nawet w Santa Fć i w Paranie nie schodziłem z pokładu i dopiero znacznie dalej, poza tymi miasta-mi, odetchnąłem z ulgą. Gdy minęliśmy Puerto Antonio i La Paź, statek zawinął do ujścia Rio Guayguaro, wpadającej od wschodu do Parany. 378 Pasażerowie naszego statku stanowili mieszaninę ludzi z rozmai-tych prowincji, nie brakowało tu nawet Indian z kobietami i dziećmi. Biali prawie wszyscy byli uzbrojeni, nie czując się bezpieczni nawet na pokładzie statku, gdyż w tym właśnie czasie w Entre Rios zanosiło się na rewolucję. Wśród Indian odbywających z nami podróż moją szczególną uwa-gę zwrócił pewien młodzieniec. Jechał w towarzystwie chorej kobiety, zapewne matki, z którą obchodził się niezwykle troskliwie i serdecz-nie. Zastanowiło mnie to, gdyż u Indian manifestacyjna miłość do rodziców zdarza się bardzo rzadko. Indianka tak samo, jak i na Wschodzie, czy to jako żona, czy też matka, uważana bywa tylko za robotnicę oraz dostarczycielkę potomstwa. Oboje zaobserwowani przeze mnie ludzie odziani byli bardzo ubogo. Młodzieniec miał na sobie zaledwie koszulę, spodnie, buty i pas, od którego zwisał na rzemyku nóż. Wyrazem inteligencji, bijącym mu z oczu, wyróżniał się wśród osobników swojej rasy. Uwagę moją zwrócił jeszcze jeden człowiek, tym razem nie India-nin, lecz biały, który uczynił na mnie zupełnie odmienne wrażenie. Zajmował miejsce na tylnym pokładzie, w pobliżu sternika i mane-wrował w ten sposób, aby o ile możności, nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, a równocześnie widzieć wszystkich i wszystko, co się na pokła-dzie dzieje. Ubrany był elegancko, na modłę paryską, brodę miał przystrzyżo-ną, jak wszyscy w tym kraju. Z rysów jego twarzy i z wyrazu oczu można było wnioskować, że odznacza się niezwykłą inteligencją i siłą woli. Sądząc z ogorzałej od słońca twarzy, nie można go było, pomimo eleganckiego wyglądu, zaliczać do rzędu salonowych bawidamków. Trudno też było powiedzieć coś o jego postawie, gdyż cały czas siedział i nie podnosił się z zajmowanego miejsca. Z niektórych jednak szcze-gółów jego wyglądu domyśliłem się, że jest wojskowym, być może nawet, wyższej rangi oficerem. Niedaleko od niego siedział Murzyn, prawdopodobnie jego 379 służący, gdyż spoglądał ku niemu ustawicznie, Jakby oczekiwał na jego skinienie. Obaj wsiedli na okręt w Rosario i od razu oddzielili się od reszty podróżnych. Turnerstick JUŻ w przeciągu pierwszej godziny naszej podróży zaznajomił się z kapitanem statku i prawie go nie odstępował, opo-wiadając ciągle o czymś. Kapitan słuchał go w milczeniu i od czasu do czasu uśmiechał się z wyrazem szczerości na twarzy. Sternik Larsen wepchał się między paki i nie wdając się z nikim w rozmowę, oglądał okolicę.

Brat Hilario przysiadł się do mnie, ayerbaterzy swoim zwyczajem uwijali się pomiędzy podróżnymi, nawiązując, licho wie po co i na co, zupełnie zbyteczne znajomości. Podróż Paraną jest bardzo urozmaicona, tak, jak na przykład Dunajem, Renem lub Łabą. Pominąwszy rozmaite osobliwości, będące dziełem rąk ludzkich, jak domy, porty i tym podobne, okolice rzeki i obfitują również w piękne widoki. Szczególnie uwagę podróżnika zwraca bogata roślinność, tym bujniejsza, im dalej na północ. Brzegi rzeki przeważnie wznoszą się stromo, tworząc tak zwane przez krajowców barranca, a wysokość ich sięga przeciętnie do dwudziestu metrów. Widać na nich dwie warstwy ziemne, wapienną i gliniastą, przedzielone smugą skamieniałych muszli. Owe barranca są po części nagie, po części zaś pokryte krzakami, wśród których wyróżniają się liczne gatunki palm. Tli i ówdzie brzegi Parany poprzerywane są przez większe dopływy lub potoki, wpadające do głównego łożyska. Nie należy jednak z podanego opisu wnioskować, że obydwa brzegi rzeki w każdym miejscu i zawsze są widoczne. Wielka jej szerokość, tudzież licznie rozsiane wysepki uniemożliwiają to. Żegluga po Paranie połączona Jest z wielkimi trudnościami, gdyż trzeba nieraz przeciskać się przez wąskie cieśniny między wysepkami. Postanowiliśmy płynąć statkiem 380 tylko do Goya, a stąd już konno wybrać się do Grań Chaco. Za przewóz statkiem pierwszą klasą, przeszło siedemset kilometrów, zapłaciłem razem z utrzymaniem, stosunkowo niedużo. Yerbaterzy w klasie drugiej zapłacili oczywiście o połowę mniej. Z tego widać, że ceny nie były obliczone na drenaż kieszeni podróżnych, a liberalizm kapitana statku był tak daleko posunięty, że kilka Indianek, które prosiły go o przyjęcie bezpłatnie na pokład, nie spotkało się z odmową. Posilaliśmy się zazwyczaj na pokładzie, po czym gromadzono Indian i dawano im to, co pozostało z pierwszego stołu. W nocy pasażerowie tej kategorii kładli się spać na pokładzie, gdzie kto chciał i przechodząc tamtędy, trzeba było bardzo uważać, żeby nie nastąpić na przykład komuś na głowę. Ponieważ wszyscy podróżni bez wyjątku posiadali broń palną, słychać było często strzały, wymierzone do ptaków wodnych, które w wielkiej ilości unosiły się w nadrzecznej okolicy. Wśród ptactwa tego na szczególną uwagę zasługuje rodzaj dzikich kaczek, zwanych cuerro. Ptaki te siedzą całymi stadami na wysepkach, a gdy się je przypadkowo spłoszy, uciekają na wodę i zanurzają się w niej tak, że tylko głowy im widać na powierzchni. Oprócz tego gatunku czarno upierzonych kaczek, spotyka się roz-maite inne ptactwo wodne, jak jaskółki morskie, mewy, a na lagunach można nawet zauważyć bociana, którego tu zowią tujuju. Ze zwierząt zauważyłem spore świnki morskie i wydry, określane tu wyrazem lobo co znaczy tyle, co wilk. Zdarzyło mi się też widzieć parokrotnie wśród nadbrzeżnych zaro-śli jaguary, które zwłaszcza o świcie urządzają swe polowania na świnki morskie i inne zwierzęta. Podróżni strzelali najczęściej, obok ptactwa wodnego, do aligato-rów, zwanych w języku krajowym jacare. Bestie te leżą zazwyczaj na piasku jedna obok drugiej i nic ich stamtąd poruszyć nie jest w stanie. Dopiero, gdy o pancerz aligatora obije się kilka kuł, złazi on

leniwie do wody, lecz i tu płynie tak, że cała głowa sterczy ponad 381 powierzchnią. Pancerz aligatora jest tak twardy, że zwykła kula nie-zdolna jest go przebić i aby go uśmiercić, trzeba celować w miejsca miękkie, a więc na przykład w spodnią część ciała, co znowu jest trudne do wykonania, gdyż zwierzę spoczywa właśnie na brzuchu. Strzelanie z pokładu do aligatorów dało mi sposobność nawiązania rozmowy z owym eleganckim podróżnym, który, znudzony długim siedzeniem, wstał nareszcie ze swego miejsca i podszedł do burty statku, by zobaczyć, jak inni strzelali. Popatrzywszy jednak czas jakiś, wzruszył ramionami, a z miny jego wyczytać było można, że go to niezdarne i bezskuteczne strzelanie irytuje. Gdy zaś statek zbliżył się do piaszczystego brzegu, na którym wylegiwały się liczne aligatory i niefortunni strzelcy przygotowywali się do ponownego psucia kuł i prochu, elegancki podróżny zwrócił się do Murzyna i kazał mu podać swój karabin. Stałem w tej chwili obok i zauważyłem, że się mną jakby zainteresował, teraz zaś, być może, chciał się popisać swymi zdolnościami w strzelaniu gdyż, spojrzawszy na mnie, zbliżył się do burty statku i wycelowawszy strzelił do jednego z potworów. Chybił jednak i kula zaryła się obok w piasek. Strzelił więc drugi raz. Aligator, trafiony w grzbiet, pod niósł wysoko głowę, a następnie opuścił ją z powrotem na piasek z taką obojętnością, jakby ktoś grochem rzucił. O ile przedtem z oczu strzelca biła duma i pewność, o tyle teraz zabłysły one gniewem i niezadowoleniem z samego siebie. Spojrzał na mnie z takim wyrazem jakby się wstydził i chciał przeprosić, że mnie zawiódł. Odwrócił się do Murzyna i oddał mu swój karabin.
- Naładować ? - zapytał czarny.

- Szkoda prochu i ołowiu - rzekł.- Kule nie są niebezpieczne dla aligatora.
- Oczywiście, jeżeli bestia leży na brzuchu, to trudno ją uśmiercić - zauważył Hilario, który stał tuż obok mnie. - A jednak mnie się zdaje, że mimo to... -A gdzie by pan celował, skoro zwierzę pokryte jest pancerzem?

382
- Celowałbym w oko! - rzekłem.

- Spróbuj pan. Ja jestem niezłym strzelcem, a jednak nie pokusił-bym się o to.
- Zresztą dla zabicia aligatora niekoniecznie trzeba trafić w samo

oko. Ponad nim znajduje się cienka skóra i delikatna kość, które kula przebije.
- I pan trafiłby w to miejsce? - Nie tylko w to, ale nawet w samo oko. - Rad bym widzieć. Ale... czy to nie przechwałka?

- Jeżeli chce się pan przekonać, że nie, proszę mi wskazać, które-go skazujesz na śmierć. To mówiąc, wziąłem do rąk swój karabin. Jednak okręt oddalił się już od miejsca, gdzie leżały aligatory, trzeba więc było zaczekać na nową sposobność. Nieznajomy podczas naszej rozmowy przypatrywał mi się ciekawie,

ja zaś udawałem, że jest mi to zupełnie obojętne. Po pewnym czasie zbliżyliśmy się do łachy piaskowej, na której leżały dwa wielkie aliga-tory, w oddaleniu dwudziestu kroków jeden od drugiego i w takiej samej odległości od wody.
- Będzie pan strzelał? - zapytał mnie Hilario. - Tak, proszę uważać.

Podszedłem do relingu, a tuż za mną podążył elegancki pan, zdradzając wielką ciekawość, nie usprawiedliwioną zresztą, gdyż dla prawdziwego i doświadczonego westmana zastrzelić aligatora to żadna sztuka. Aligatory leżały zwrócone bokiem do strzału, a więc miałem znakomicie ustawiony cel. Byli tacy, którzy również chcieli strzelać, ale yerbatero wstrzymał ich, mówiąc:
- Popatrzcie raczej, jak się strzela, no i jak się trafia w aligatora,

niejednemu z was przydać się to może. Oczy wszystkich zwróciły się na mnie, co trochę mnie denerwowało, bo nie miałem pewności, czy naboje były dobre i czy w razie 383 wadliwego ich sporządzenia nie skompromituję siebie i swego karabinu. W chwili, gdy statek znalazł się w najmniejszej odległości od lachy złożyłem się i oddałem dwa strzały jeden po drugim, co wywołało wrażenie, jakobym wcale nie celował. Tak czynią strzelcy na preriach, chwytając wprawnym okiem cel, nim jeszcze broń do ramienia przyłożą. Cała sztuka polega na tym, aby lufę przenieść od razu na linię, łączącą oko z celem i aby nią nie wodzić zbyt długo, szukając punktu, gdyż przez to powoduje się zwykle drżenie ręki. Takiego strzelania uczyłem się całe miesiące, a znać go powinien każdy, kto w puszczy lub na stepie chce ujść z życiem. Z obecnych na pokładzie pasażerów żaden nawet pojęcia o takim strzelaniu nie miał, co dało się wywnioskować z ogólnego zdziwienia, gdy wystrzeliłem dwa razy prawie w jednej sekundzie i nie bez skutku. Pierwszy aligator rzucił swym cielskiem w górę, uderzył ogonem o ziemię i przewróciwszy się brzuchem do góry znieruchomiał, jak kłoda; drugi skoczył kilka kroków naprzód, zatrzymał się podniósł głowę i również powalił się na bok bezwładnie.
- Co za celność - krzyknął elegancki pan - co za mistrzostwo!

Albo... może tylko przypadek.
- Ech, senior, cóż znowu! To nie żadna sztuka - odrzekłem.

Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, uchylił kapelusza i wrócił na swoje miejsce. Z zachowania się jego wywnioskowałem, że intereso-wała go moja osoba. Poleciłem wi^cyerbatemwi, by się dowiedział, co to za jegomość. Niestety, nie znał go nikt, prócz kapitana statku, ten zaś na moje pytanie nie wymienił nazwiska nieznajomego, a tylko napomknął wymijająco, że jest to oficialo nombrado, wyższy oficer który, siadając na okręt, zastrzegł sobie incognito. Pogoda sprzyjała nam dotąd doskonale. Ale gdy statek znalazł się niedaleko Rio Guayguiaro, horyzont w południowej stronie przybrał

barwę ciemnożółtą, a leciutki wiatr poruszył wysokimi źdźbłami trzci-ny przybrzeżnej. Zanosiło się na burzę. Kapitan niespokojnym okiem począł spoglądać na południe, co 384 nie uszło uwagi Turnersticka, który ozwał się do mnie; _ Widzisz, sir, kapitan ma taką minę, jakby przeczuwał tajfun. Czyżby wietrzyk stepowy był tak niebezpieczny? Przecież, u licha, nie jesteśmy na pełnym morzu! _ I dlatego właśnie obawy jego są uzasadnione. Burza na morzu, gdzie nie ma lądu, ani skał, nie jest tak niebezpieczna, jak tutaj.Tu statek z łatwością rozbić się może o brzeg lub o którąś z wysepek.
- Przecież można zarzucić kotwicę i czekać, by burza minęła.

- Tb się łatwo mówi, sir, ale w praktyce nie można tego stosować, bo przede wszystkim do zarzucenia kotwicy trzeba znaleźć dogodne miejsce, a po wtóre wicher silniejszy jest od lin okrętowych i z łatwością porwać je może na strzępy, statek zaś rzucić o brzeg.
- Nie zdaje mi się... - Bo pan widocznie nie wie jeszcze, co znaczy pampero.

- No niechby sobie przyszedł mister pampero, rad bym mu zajrzeć w ślepia.
- Oj! Radzę panu nie obrażać tego olbrzyma...

W czasie naszej krótkiej rozmowy niebo całe pokryło się chmura-mi, powodując groźny mrok, a silny wiatr począł uginać przybrzeżne trzciny do samej ziemi. Udałem się na przedni pokład zobaczyć, jak się miewa mój gnia-dosz, i przywiązać go dobrze. Kapitan właśnie wołał głośno;
-Pampero się zbliża! I to mokry! Proszę pod pokład!

Marynarze poczęli uwijać się po pokładzie, przygotowując się na przyjęcie burzy, ja zaś wyciągnąłem gniadosza spomiędzy pak i skrzyń, bo groziło mu tam niebezpieczeństwo i nie pytając o pozwolenie, wyprowadziłem swego ulubieńca na środek okrętu. Tli pod rozpiętym płótnem przywiązałem silnie do żelaznego kółka. Ledwie wydostałem się spod płótna, wicher uderzył tak silnie, że omal mnie nie zmiótł z pokładu. Powierzchnia wody fałdowała się głęboko, uderzając o burty statku spienionymi falami. Widziałem, że kapitan przywiązał się do żelaznej balustrady na 385 mostku, zaś czterech majtków stanęło u steru i zabrało się do ciężkiej pracy. Nagle wicher zerwał płótno w tym miejscu, gdzie umieściłem swego konia i byłby zmiótł zwierzę do wody, gdybym nie zarzucił nań l»ssa i nie powalił na ziemię. Z wielką trudnością, ale udało mi się następnie związać mu nogi i ułożyć na pokładzie, przytwierdzonego z obu stron linami. Tymczasem poczęty padać olbrzymie krople deszczu, zrazu z rzadka, potem coraz gęściej, aż wreszcie polały się z nieba strumienie wady. - Dzwonić, dzwonić! Bez przerwy! - wołał kapitan z całej sijy, by wśród burzy można go było słyszeć. Orkan srożył się coraz straszniej i ciemność zapanowała taka, jak wśród nocy.

Z trudnością odnalazłem schodki, prowadzące pod pokład i napo-tkałem na nich ‘Hirnersticka, który właśnie chciał wyjść na pokład i nawymyślać zefirowi stepowemu z dumą prawdziwego i nieustraszo-‘ nego marynarza. Zawrócił jednak i zeszliśmy na dół. -Alldevils\ - rzekł. - Nigdy nie przypuszczałem, żeby na marnej rzeczułce mogło się srożyć takie piekło! Mówiąc to stał tuż obok mnie, a jednak musiał krzyczeć na całe gardło. Podróżni zbili się w gromadę, jak strwożone stado baranów, znik-nęły wśród nich różnice, wynikające z pozycji towarzyskiej. Od gwał-townego kołysania i podskoków okrętu jedni o drugich obijali się ustawicznie, tylko silniejsi utrzymywali się jako tako na nogach. Jeżeli ktoś chociaż na chwilę stracił oparcie, toczył się natychmiast po podłodze, jak kłoda. Komuś przyszło na myśl zapalić wiszącą lampę. W jej świetle zaobserwowałem zabawną scenę. Na środku kajuty podpokładowej stał Larsen, rozkraczywszy nogi, jak kolos rodyjski, a trzech Indian trzymało się go ze wszystkich stron, jak deski 386 ratunkowej. Nagle pod nogi Larsena zatoczył się Murzyn i cała grupa runęła, zatrzymując się aż pod ścianą. Chora stara Indianka leżała w kąciku pod schodami, a syn zasłaniał ją ciałem, by ktoś, zataczając się, nie uczynił jej przypadkiem krzyw-dy.Wykorzystawszy dogodny moment, wbiłem silnym uderzeniem nóż w ścianę izby i trzymając się go, nie dopuszczałem toczących się do kąta, w którym leżała staruszka. Indianin zauważył to i odtąd patrzył na mnie z wyrazem wdzięczności w oczach. Wobec krótkich, a niezwy-kle silnych fal na rzece, w przeciwstawieniu do morskich długich bałwanów, statek nasz był w ruchu, przypominającym ruch pytla młyńskiego. Wicher zaś przy akompaniamencie gromów i błyskawic wył straszliwie, a strumienie deszczu waliły w pokład z taką siłą, że zdawało się, jakby ziemia miała ulec lada chwila ostatecznemu kata-klizmowi. Oślepiające błyskawice prawie bez przerwy oświetlały bu-laje, jakby się chciały przez nie wedrzeć do środka. Nie były to owe długie zygzaki, ale przypominały wybuchy fantastycznych ogni sztucznych. Przy ogłuszającym huku piorunów i okropnej wichurze jęki ludzkie, będące wyrazem trwogi, nikły zupełnie, groza bynajmniej nie była przez to mniejsza. Podobnej burzy nie widziałem jeszcze w życiu, a grozę jej przypo-minała mi jedynie zamieć śnieżna z grzmotami i piorunami, którą przeżyłem w okolicach Sioux. I kiedy porównywałem w myśli oba żywioły, poczułem nagle uderzenie statku, któremu nikt już oprzeć się nie mógł. Wszyscy padli na podłogę. Komu rozkołatane członki nie odmawiały posłuszństwa, zerwał się natychmiast na nogi i już bez wysiłku stał na nich, bo okręt się już nie . kołysał, a tylko przybrał jakąś dziwną pozycję. Nie był to pocieszający objaw, gdyż zauważono natychmiast, że podłoga przyjęła w stosunku do poziomu położenie ukośne, a równo-cześnie boczne koła napędowe poczęty warczeć w powietrzu, zamiast obracać się w wodzie. 387

Wstałem i począłem nasłuchiwać, zaś Turnerstick podszedł do mnie i rzekł poważnie:
- Uderzyliśmy o brzeg...

- Chyba nie! - krzyknąłem tak, by mógł mnie usłyszeć. - To zderzenie z innym statkiem albo z tratwą.
- Well\ Może i racja. W takim razie wynośmy się stąd.

I mówiąc to, pobiegł na schody, a za nim podążył Larsen, ja zaś, nie namyślając się wiele, wziąłem starą Indiankę na plecy i wyniosłem na pokład. Syn jej podążył za mną. Oczom moim przedstawił się widok pełen nieopisanej grozy. Deszcz ustał, chociaż niebo ciągle zaciągnięte było czarnymi chmura-mi. Na południu horyzont świecił jasną wstęgą, rozświetlającą cie-mności o tyle, że mogliśmy widzieć, co się stało. Okazało się miano-wicie, że statek wpadł gwałtownie na tratwę i utknął między grubymi jej klocami. Dziób statku podniósł się na skutek tego w górę tak, że koła znalazły się w powietrzu. Część tylna natomiast zanurzyła się głęboko w wodę, która sięgała zajętym u steru czterem ludziom po pachy. Mimo to, nie opuścili swego stanowiska, jakby im nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Na razie nie można było zmiarkować, czy znajdujemy się pomiędzy dwoma wyspami, czy też pomiędzy brzegiem a wyspą, po obu stro-nach bowiem roztaczał się równy ląd, po lewej stronie pokryty trzciną, po prawej zaś widać było wznoszące się łagodnie wydmy, a w oddali grupy drzew. Wicher dął silnie, nurt zaś, w którym właśnie znajdowaliśmy się, nie był zbyt szeroki. W zwykłych warunkach mogłyby się tu bez trudu wyminąć dwa statki, a więc i tratwa byłaby przeszła obok nas zupełnie swobodnie. Burza jednak oraz ciemności spowodowały wypadek. Flisacy wprawdzie usłyszeli dzwonienie na pokładzie statku, ale było już za późno, aby uniknąć zderzenia. Na szczęście, zdołali oni spostrzec niebezpieczeństwo na tyle wcześnie, że cofnęli się i 388 żaden z nich nie doznał szwanku przy zderzeniu. Widząc następnie, co się stało, nie potracili głów, lecz co prędzej wytężyli wszystkie siły, by dalsze pola tratwy przyciągnąć do brzegu, co też udało im się dokonać szczęśliwie i właśnie w tej chwili, ostatnie jej pole umocowy-wali linami do wbitych na prędce przy pobliskim brzegu pali. Kapitan rozkazał zastopować maszynę, ale niestety, trochę za późno, gdyż statek wpakował się już dziobem na pierwsze pole tratwy i utknął na niej mocno, a rufa wskutek tego zanurzona była głęboko w wodzie. Łódź ratunkowa z powodu zbyt krótkiej uwięzi napełniła się szybko wodą i poszła pod powierzchnię. Na domiar złego wiązania na pierwszym polu tratwy przerwały się w kilku miejscach, a olbrzy-mie kloce drzewa poczęły uderzać gwałtownie o burtę, zachodziła więc obawa, że wybiją w niej dziurę, powodując zatonięcie w przecią-gu kilku minut, przy czym nie obeszłoby się oczywiście bez ofiar w ludziach. Mając to na uwadze, należało bezzwłocznie ewakuować pasa-żerów ze statku. Ale w jaki sposób, skoro łódź ratunkowa była pod wodą? Gdyby koła napędowe nie znajdowały się nad powierzchnią wody, można byłoby puścić w ruch maszynę i cofnąć statek. Rozbić siekierami pierwsze pole tratwy dla osadzenia statku w wodzie? To znowu trwałoby zbyt długo, a statek w razie przedziura-wienia mógł natychmiast pójść na dno. Wszyscy prawie podróżni byli już na pokładzie. Zapanowało wśród nich niesłychane zamieszanie oraz trwoga, trzeba więc było wszcząć natychmiastową akcję ratunkową.

Podszedłem do mego gniadosza, który wciąż leżał obezwładniony na pokładzie i ku wielkiej radości przekonałem się, że nic mu nie jest. Gdy odwiązałem go, zerwał się natychmiast z ziemi, otrząsnął kilka razy i począł parskać. Poprawiłem popręg i, zwracając się do młodego Indianina, spytałem:
- Umiesz pływać?

Odpowiedział mi niemym, twierdzącym ruchem głowy, po czym 389 wskazał ręką matkę jakby chciał wyrazić zwątpienie, czy zdoła prze-nieść ją do brzegu.
- Wezmę ją - rzekłem - i przewiozę na koniu.

Słysząc to, przystąpił do mnie ów elegancki pan, który podziwiał moje popisy strzeleckie i rzekł: - Mam bardzo ważne papiery i boję się, by mi nie zamokły. Czy nie zechciałby pan wziąć je ze sobą na brzeg? Ja puszczę się wpław. Na moje przyzwalające skinienie głowy oddał mi napełniony portfel. Schowałem go do kapelusza, który po włożeniu na głowę przywiązałem dla bezpieczeństwa chustką pod brodą, wskoczywszy na siodło, zabrałem Indiankę, którą syn jej pomógł mi podnieść. Był już wielki czas opuścić statek. Zrozpaczeni podróżni poczęli się tłoczyć na pokładzie, lamentując i krzycząc wniebogłosy. Hilario rzucił się wpław, a za nim yerbaterzy i elegancki pan z Murzynem. Zjechałem na tył statku do miejsca zalanego wodą i poklepawszy konia po szyi, zachęciłem go do skoku. Rumak rzucił się naprzód, znalazłem się w wodzie, która sięgnęła mi niemal po piersi. Dzielne zwierzę, pomimo podwójnego ciężaru, opanowało prąd i popłynęeo w poprzek do brzegu. Całe szczęście, że wicher dął z dołu, gdyż inaczej fale uniosłyby mego gniadosza daleko pod stromy brzeg, gdzie wylą-dowanie byłoby niemożliwe. Niebawem rumak trafił na stały grunt i po chwili znalazłem się na lądzie, najwcześniej oczywiście ze wszystkich podążających do brzegu. Zeskoczyłem z siodła wraz ze swym żywym ciężarem, ułożyłem Indian-kę na ziemi i rzuciłem czym prędzej lasso bratu Hilario, który borykał się jeszcze z prądem. Potem, w ten sam sposób pomogłem wydostać się na brzeg Montesowi, który natychmiast rzucił swoje lasso do wody i tak we dwójkę pracując, wydobyliśmy na ląd wszystkich. Jednocześnie wydostał się z wody ów tajemniczy oficer, więc pod-szedłszy do niego, oddałem mu zupełnie suchy portfel z papierami choć sam, jak i wszyscy, przemoknięty byłem do suchej nitki, z wyjątkiem kapelusza. 390 Tymczasem niebo znacznie się już rozjaśniło, tylko gwałtowny wicher się nie uspokoił. Pozostali na statku podróżni, zbici w groma-dę, wyciągali ku nam ręce, błagając o ratunek, gdyż statek począł coraz głębiej zanurzać się pod wodę. Flisacy tymczasem dla ocalenia nie-szczęśliwych, z narażeniem własnego życia, zebrawszy się na końcu drugiego pola tratwy, rąbali siekierami więzy, a fale zabierały tęgie kloce drzewa i unosiły z prądem. Dzięki wytężonej pracy udało się osadzić dziób statku w wodzie, a koła jego osiągnęły naturalne poło-żenie, po czym kapitan zarządził ostrożne cofnięcie statku i skiero-wanie go do brzegu. A był już na to czas najwyższy. W jednej burcie wybita została pokaźna dziura, przez którą poczęła się wdzierać gwał-townie woda, grożąc rychłym zatonięciem. Wysiłki energicznego kapitana nie poszły na marne, bo zbliżywszy statek do brzegu, zdołano oprzeć jego dno na stałym gruncie i zarzu-cono kotwice. Następnie majtkowie wydobyli spod wody łódź ratun-kową i przeprawili wszystkich podróżnych na brzeg.

Rozumie się, że gdybyśmy mogli przypuszczać, iż statek zostanie ocalony, bylibyśmy pozostali na jego pokładzie i nie ociekali teraz wodą, drżąc z zimna i kłapiąc zębami. O dalszej podróży rzeką nie mogło być mowy, gdyż przede wszy-stkim kapitan musiał zarządzić wyczerpanie wody z dolnych części statku, a następnie naprawienie bardzo poważnych uszkodzeń. Dziki brzeg Parany ożywił się wysadzonymi ze statku pasażerami, którzy suszyli się po przymusowej kąpieli, że zaś wiatr dął silny, więc odzież w ciągu paru godzin wyschła zupełnie. Sądziłem, że kąpiel w burzliwych nurtach rzeki przyprawi niejednego o przeziębienie, ale jakoś wszyscy wyszli obronną ręką, a co dziwniejsze na chorą Indiankę wypadek ten podziałał w sposób niespodziewany, czuła się znacznie lepiej. Według oświadczenia kapitana, naprawa statku wymagała całego dnia, a nadejścia innego można się było spodziewać nie prędzej, niż pojutrze. Radził, byśmy na brzegu rzeki postawili szałasy z trzciny, 391 oświadczył też gotowość wydania nam wszystkiego, co tylko mojto zapewnić jaką taką wygodę na czas obozowania. Stwierdził, że tylko niewielka część zapasów żywności została zniszczona, a reszta powin-na wystarczyć dla wszystkich co najmniej na dwa dni. Oczywiście nie było innej możliwości, jak tylko zastosować się dfl rad kapitana i już myślałem nad planem budowy rezydencji z trzciny i gałęzi, gdy zbliżył się do mnie syn starej Indianki i rzekł: - Mnie się zdaje, senior, że pobyt tutaj będzie dla nas niedogodny ze względu na dokuczliwe owady, jakich nad rzeką zazwyczaj pełno. Czy więc nie lepiej byłoby wyszukać odpowiedniejsze miejsce pobytu?
- Jakie miejsce?

- Znam w pobliżu ranczo, gdzie niedawno służyłem. Właścicielem jest pewien Indianin, mój daleki krewny nazwiskiem Antonio Go-marra i mam nadzieję, że przyjmie nas do swego domku bardzo życzliwie.
- Daleko to stąd?

- Pieszo trzeba iść około trzech godzin, konno można su tam dostać za godzinę. - Bardzo chętnie skorzystałbym z twojej rady, ale niestety, nie mogę opuścić swoich towarzyszy.
- Mogą również znaleźć tam schronienie. -Ba, ale jest ich dziewięciu.

- No, nie jest ich tak wielu. Nie byłoby jednak pożądane, aby udali się tam wszyscy podróżni, dlatego proszę nie mówić nikomu, dokąd się wybieramy. Miałem zaufanie do młodzieńca, a zresztą wygodniej było przsno-cować w ranczo, niż pod gołym niebem. Przedstawiłem swoim towa-rzyszom jego projekt i wszyscy chętnie się nań zgodzili. W chwili gdyśmy już mieli puścić się w drogę, podszedł do mnie przebrany po cywilnemu oficer i podziękowawszy za wyświadczona przysługę poprosił o chwilę rozmowy.
- Senior, jesteś tu obcy - rzekł. - Czy mógłbym wiedzieć, dekad

392 pan zmierza?
-Na razie jadę niedaleko, kawałek drogi od rzeki- odparłem.

- Nie zrozumiałeś mnie senior, ja pytałem o główny cel pańskiej podróży.
- Chciałbym poznać Grań Chaco i tam zmierzam. - Tb niebezpieczne strony. Czy pan jest przyrodnikiem?

- Tak jest - odrzekłem, aby wiedział, że nie mam żadnych celów politycznych.
- Polityka więc nie interesuje pana? - Niestety, ani trochę.

- To mnie bardzo cieszy i rad bym towarzyszyć panu w tej wycie-czce, a w tym czasie i tak naprawiać będą statek. Czy pozwoli pan na to? - Owszem, proszę. Udaję się wraz z towarzyszami, za wskazówką tego młodego Indianina, do pewnego ranczera, jego krewnego. Ale nie mówmy o tym głośno, aby inni nie zabrali się z nami, bo wówczas gospodarz nie przyjąłby tak wielu ludzi. Chciałem wsadzić Indiankę na konia, ale sprzeciwiła się temu, oświadczając, że może iść pieszo i poprosi o podwiezienie, gdy nie będzie się czuła na siłach iść dalej. Nie chcąc korzystać z konia sam, podczas gdy inni musieli iść pieszo, kazałem włożyć na niego bagaże moich towarzyszy i szedłem z innymi. Jeden z yerbaterów prowadził gniadosza, który miał prawo być obrażonym, że zdegradowałem go do roli zwierzęcia jucznego. Okolica była z początku bardzo urozmaicona. TU i ówdzie zdobiły ją grupy drzew mimozy oraz rzadko rosnących krzaków. Młody India-nin znał doskonale teren i wymijał zdradliwe laguny i trzęsawiska. Niebawem weszliśmy w las mimozowy, którego drzewa, nie dochodzące dziesięciu metrów, oddalone na pewną odległość jedno od drugiego i pokryte od dołu do wierzchołków pnącymi roślinami, budziły w nas podziw swymi przepysznymi sylwetkami. Burza i tu poczyniła szkody, niektóre z drzew leżały wyrwane z ziemi wraz z 393 korzeniami, zauważyłem wiele polamamych od szalonej wichury ga-łęzi. W tej chwili jednak dopisywała nam pogoda i stonce wyj rżało spoza resztek chmur wesołe i uśmiechnięte. W drodze rozmawiałem cały czas z bratem Hilario, a oficer idący obok mnie, choć słyszał naszą rozmowę, nie mieszał się jednak do niej, i dopiero, gdy mnich wspomniał imię majora, oficer zapytał żywo:
- Cadera? Panowie go znają?

- Znamy, nie wiadomo tylko czy to ta sama osoba, o której pan myśli - odrzekł Hilario. - Z pewnością ta sama, bo tylko jeden człowiek nosi to nazwisko Czy panowie są jego przyjaciółmi? - Nie senior. Nie jesteśmy ani jego przyciółmi, ani też wrogami, major Cadera jest osobą najzupełniej nam obojętną. - Ale go panowie znają i byłbym bardzo zobowiązany, gdybyście mi udzielili bliższych o nim wiadomości. - Daruje pan, że odmówię jego prośbie - rzekł Hilario. - Poznaliśmy Caderę w takich warunkach, że byłoby nam obecnie przyjemniej nie słyszeć jego nazwiska. - Domyślam się. Musiał coś względem was zawinić i nie chcecie przypominać sobie tej przykrości.
- Być może - rzekł brat Hilario.

Oficer, widząc, że nie wydobędzie nic z zakonnika, zwrócił się do mnie w zamiarze zapytania o coś, lecz udałem, że tego nie spostrze-gam, z czego powinien był zrozumieć, iż temat rozmowy i mnie nie odpowiada. Nie zraziło go to jednak i rzekł: - Przepraszam, bardzo przepraszam, senior! Zauważyłem, że pan niechętnie wspomina o tym człowieku, a jednak chciałbym prosić o odpowiedź na kilka tylko pytań. - Niestety, nie mogę udzielić informacji osobie, której nie znam, i to o kimś, kto nie jest wart bym się nim zajmował. 394 - Więc uważa mnie pan za osobę podejrzaną?-zapytał. - Czy istotnie wyglądam na takiego? - a po chwili dodał: - Zresztą... może ma pan i rację. Wszak i ja pana nie znam. Pan nietutejszy? _ proszę się przekonać - odparłem, podając mu paszport Nieznajomy przejrzał go a oddając rzekł: - Teraz już wiem. Jak wynika z pieczęci przebywa pan tutaj zaledwie od dwóch tygodni. - A widzi pan. Czy możliwe, abym w tak krótkim czasie wdał się w rozgrywki polityczne w kraju zupełnie mi obojętnym?
- No, tak... A kim są pańscy towarzysze?

- O mnie pan pyta? - wtrącił żywo zakonnik. - Nazywają mnie powszechnie bratem Jaguarem... - Brat Jaguar? - powtórzył obcy ze zdziwieniem. - Ależ, jeżeli tak, to mogę wam najzupełniej zaufać. Czy znane wam jest nazwisko Alsina? - Alsina ? Ma pan zapewne na myśli Rudolfa Alsinę, pułkownika wojsk argentyńskich, który wsławił się niedawno zwycięstwami na Południu?
Tak, ten sam. Zna go pan? Owszem. Czy mogę jednak liczyć na waszą dyskrecję? Najzupełniej. A może mam przyjemność mówić z nim samym? Tak, jestem istotnie Rudolf Alsina.

- Cielol Więc to pan! Podziwiam pańską odwagę. Ogromnie ryzykujesz, senior, zapuszczając się w te okolice.
- Musiałem to uczynić.

- A wie pan o tym, że cała prowincja Entre Rios objęta jest rebelią, no i, że obecnie znajdujemy się już w jej granicach? - Wiem o tym. Ale trudno! Są sprawy, dla których należy zdobyć się na wszystko. Najbardziej się obawiałem na rzece, wśród mnóstwa nieznanych ludzi, gdzie łatwo mógłbym wpaść w ręce zbirów Lopeza Jordana. Dlatego też uznałem za pewniejsze dla siebie oddalić się 395 nieco w głąb kraju od tego nieznanego mi tłumu podróżnych. - Potem, gdy przejdziesz granice prowincji, zamierzasz pan za-pewne wrócić ku rzece? - Być może, o ile przedtem nie będę zmuszony zmienić planu podróży... Mianowicie...
- Drogą lądową do obozu Jordana...

- Jordana pan mówi? Zna go pan? - Byłem niedawno jego jeńcem.

- Ależ to dla mnie, senior, niezmiernie ciekawa sprawa! Proszę opowiedzieć mi wszystko.
- 7b się nie da opowiedzieć od razu, trzeba na to czasu.

- Ależ zechce mi pan poświęcić z pół godziny, a będę panu niezmiernie zobowiązany. Proszę wziąć pod uwagę, że wybrałem się specjalnie do prowincji Corrientes, aby z tamtej strony zaatakować Jordana, podczas gdy inni napadną nań z południa. Naturalnie, zech-cecie panowie zachować to przy sobie. - Proszę być spokojnym. Ale śmie zauważyć, ze zadanie pańskie będzie ogromnie trudne.
- Dlaczego? - Bo Jordan posiada znaczną siłę.

- No w tej chwili jestem sam, ale mam nadzieje, że w przeciągu kilku tygodni zwerbuję dostateczną ilość ludzi i będę mógł z powo-dzeniem plan mój doprowadzić do skutku. - Do tego będzie panu potrzeba bardzo wielu koni, a mieszkańcy Corrientes nie dostarczą tylu.
- Czyżby armia Jordana była tak wielka?

- To poważna siła! W samej głównej kwaterze zgromadziłon kilka tysięcy konnicy, a drugie tyle zapewne rozmieścił w innych garnizo-nach. Ma więc do dyspozycji wcale pokaźną armię. Ponadto prowincja Entre Rios leży, jak panu wiadomo, między dwiema rzekami, które stanowią znakomitą naturalną linię obronną.
- Ba, my za to mamy okręty.

396
- Które nie na wiele się tu przydadzą.

- Tak, ale sądzę, że jedna prowinja nie będzie mogła opierać się długo przeciw kilku innym. Zresztą Jordan nie ma pieniędzy, a musi przecież wypłacać spory żołd swym żołnierzom, aby mu nie dezertero-wali.
- Pieniędzy dostarczy mu zagranica.

- Tak pan myśli? Mnie się jednak zdaje, że żadne z państw nie zechce popierać człowieka, na którym ciąży zbrodnia. - Zupełnie słusznie. Ale jemu pieniędzy dostarczą prywatne oso-by i instytucje. Proszę wziąć pod uwagę na przykład budowę kolei żelaznych w Argentynie. Pewne amerykańskie towarzystwo wniosło ofertę, której nie przyjęto. Gdyby więc tak towarzystwo to poparło Jordana materialnie, w zamian żądając do niego koncesji w razie zwycięstwa?
- Czy brat uważa to za możliwe? - Myślę nawet, że jest to bliskie prawdy.

- Ogromnie cenne są dla mnie wasze uwagi, dlatego zwracam się do was z całym zaufaniem, prosząc wzajemność i udzielenie mi mo-żliwych wskazówek co do Jordana. Przecież idzie tu zarówno o słuszną sprawę, jak i o spokój w kraju. - Tb prawda. Ale ja, po pierwsze, nie mam przyjemności znać pana, a,po wtóre, jestem zakonnikiem i nie wolno mi mieszać się w podobne sprawy. Może więc ten oto senior zechce udzielić panu potrzebnych informacji - dodał, wskazując mnie. - Czy mogę pana o to poprosić?- zapytał pułkownik, zwracając się do mnie. - Opowiem panu cośmy przeszli - odrzekłem, - ale nie tu i nie teraz. Może po przybyciu do rancza, wieczorem, gdy wszyscy pokładą się spać, znajdziemy swobodniejszą chwilę.
- Dziękuję za obietnicę i liczę na to.

Po godzinie drogi las począł rzednąć i wyszliśmy na step, zupełnie taki sam, jak w Urugwaju. Z początku spotykaliśmy po drodze 397 rozmaite drobne dzikie zwierzątka i drapieżne ptaki. Po jakimś jed-nak czasie spostrzegliśmy w zachodnio-północnej stronie stada bydła i tabuny koni, bądź pasące się na otwartym stepie, bądź też pomiędzy wysokimi ogrodzeniami z kaktusów. Wreszcie przed naszymi oczyma ukazały się niskie budynki rancza, do którego zdążaliśmy. Stanęliśmy na miejscu krótko przed zachodem słońca. W pobliżu zabudowań stróżowali liczni czerwonoskórzy gauczowie. Zwróciliśmy się do nich z pytaniem o gospodarza, ale nie chcieli nam udzielić żadnych wyjaśnień, w końcu odjechali pozostawiając nas samych. Widocznie wzięli nas za włóczęgów, których całe kawalkady przeciągały w tym czasie po kraju. Bo nawet najnędzniejszy gauczo w tych okolicach posiada wierzchowca, my zaś, przybywszy tu w liczbie dwunastu ludzi, mieliśmy tylko jednego konia, co nie mogło nikogo usposobić dla nas przychylnie. Ranczo znajdowało się wśród czterech wielkich ogrodzeń, stykają-cych się ze sobą i stanowiących znakomitą ochronę w razie napadu. Z przepływającego w pobliżu strumyka za pomocą przekopanych kanałów, doprowadzona była woda do każdego z korrali. Budynki rancza otoczone były niewielkim ogrodem. Przed domem mieszkal-nym, bardzo prymitywnie zbudowanym i podobnym bardziej do szo-py, niż do siedziby właściciela licznych stad, znajdowały się deski, ułożone na wbitych w ziemię słupkach przeznaczone do siedzenia. Drzwi wejściowe domu były zamknięte, a w pobliżu nie zauważyliśmy ani żywego ducha, nie odezwał się też nikt na nasze pukanie. I to miało być gościnnym przyjęciem, jakie nam obiecywał młody Indianin? Sądząc, że mieszkańcy znajdują się z innej strony domostwa, obe-szliśmy je naokoło. Zauważywszy otwarte jedno z okien, zbliżyłem się do niego, by zajrzeć do wnętrza i zawołać na gospodarza. Zaledwie jednak podszedłem, zmuszony byłem cofnąć się, gdyż z okna wysunęła się ku mnie lufa strzelby i ktoś krzyknął z wnętrza:
- Precz stąd, bo strzelam! - No chwała Bogu! Dowiedziałem się nareszcie, ze tu jednak

398 mieszkają ludzie. Czemuście się tak pozamykali?
- Bo nam się tak podoba! Precz stąd! - powtórzył głos ze środka. - Nie jesteśmy zbójami.

_ Tylko włóczęgami, których nawet na szkapy nie stać i chcieliby-ście je zapewne nabyć drogą kradzieży. _ Bynajmniej. Przybyliśmy w te okolice statkiem, który został uszkodzony przez pampero i nie może dalej płynąć. Zamierzaliśmy tam czekać dwa dni na naprawę statku, ale jeden z podróżnych zaproponował, abyśmy się udali do was i obiecał, że znajdziemy tu na te dwa dni, szczerą gościnność. - Obejdzie się! Nie potrzeba nam gości! Wynoście się natych-miast! -odpowiedziano z wnętrza. Uważałem, że nie mam już nic do powiedzenia i cofnąłem się. Wówczas podszedł do okna młody Indianin i zapytał:
- Gdzie jest senior Gomarra?

- Nie ma go w domu - odrzekł ktoś z wnętrza. - A dokąd poszedł? - Nic wam do tego!

- Ależ dajcie sobie wytłumaczyć, o co idzie. Służyłem w tym ranczo dłuższy czas, a senior Gomarra jest nawet moim krewnym.
- Jak się pan nazywasz? - Gomez. -A! To twoja matka była tutaj gospodynią? - Tak jest. Jest ona tu z nami. - Jeżeli tak, to co innego. Proszę zaczekać, zaraz do was wyjdę.

Po krótkiej chwili otworzyły się drzwi chaty i wyszedł ku nam tęgi gauczo, o dumnym spojrzeniu, a za nim trzech innych, którzy zmie-rzyli nas wzrokiem od stóp do głów. - Czemu pan od razu nie powiedział swego nazwiska? -zauważył gauczo. - Byłbym was przecież wpuścił do domu natychmiast. Więc mówisz pan, że chcecie tu zostać dwa dni.
- Tak, do pojutrza rano. Zdaje mi się, że mój stryj Gomarra nie

399 będzie miał nic przeciwko temu. - Oczywiście, że nie, bo ranczo nie Jest już jego własnością. Ja je od niego kupiłem.
- Czyżby stryj wyprowadził się stąd? - Nie! Mieszka jeszcze, ale tylko jako mój gość.

- Hm! Nie bardzo mnie ta wiadomość cieszy, senior. Dlaczego stryj sprzedał to rancho? - Bo sprzykrzyło mu się siedzieć na jednym miejscu i woli włóczyć się po świecie, szukając przygód. Przypuszczam, że wieczorem powró-ci. Wyjechał na dłuższą przejażdżkę.
- Czy pan zechce udzielić nam gościny? - Owszem.

- Ja lyerbaterami mogę się przespać na polu, a tylko idzie nam o kwaterę dla pozostałych panów. Czy ma pan jakąś wolną izbę? - Niestety, zamówili ją już wcześniej inni goście, którzy tu wnet przybędą. Jeżeli zechcecie rozłożyć ognisko na wolnej przestrzeni, to będzie wam o wiele przyjemniej, niż w dusznej izbie. - Słusznie - wtrąciłem. - Pozostaniemy więc na polu i proszę nam tylko wskazać miejsce, gdzie moglibyśmy rozłożyć ogień. - Możecie to uczynić niedaleko od domu, gdzie są już ślady ognisk.
- A pozwolicie mi zaprowadzić swego konia do korralu?

- O, nie radziłbym - rzekł gaucho. -Mam tam bardzo niesforne zwierzęta i towarzystwo ich byłoby dla pańskiego konia niebezpiecz-ne. Może pan zgodziłby się umieścić go w szopie, gdzie przechowuję narzędzia.O obrok i wodę postaram się sam. - Gdybyś pan postarał się również o kawał mięsa dla nas, oczywi-ście za wynagrodzeniem, bylibyśmy bardzo zadowoleni. Na wspomnienie o zapłacie twarz gaucza rozjaśniła się nagle i stał się natychmiast uprzejmiejszy. Bezzwłocznie też zaprowadził mego konia do szopy, dokąd i ja się udałem. Szopa była tak obszerna, że zmieściłoby się w niej ze dwadzieścia 400

koni. Były tu ułożone motyki, łopaty, siekiery i wiele innych narzędzi, niezbędnych w gospodarstwie. Wrota szopy umieszczone były na wprost drzwi, prowadzących do domu i można stąd było ogarnąć okiem całe obejście. Odległość zaś pomiędzy szopą a domem, wyno-siła nie więcej niż dwadzieścia kroków. W ścianach szopy po lewej i prawej stronie od wejścia, były otwory okienne, które w razie potrzeby można było od wewnątrz zamknąć i zaryglować. Podłogi w niej nie było, tylko nie ubita i wilgotna ziemia. Dach tworzyły zwykłe tarcice, zbite ze sobą. Ranczero dał memu koniowi zielonej paszy i wszedł ze swymi towarzyszami do domu w celu przygotowania posiłku, gauczo-wie tymczasem naznosili nam suchych łodyg kaktusowych do palenia, za co wynagrodziłem ich niewielkim napiwkiem. Ogień rozłożyliśmy niedaleko wejścia do szopy, a zapas paliwa kazałem umieścić pod ścianą na kupie. Niebawem ranczero przyniósł nam spory kawał mięsa i podczas gdyśmy je piekli na ogniu, spoglądał z boku ciekawie na pułkownika. Nie przywiązywałem do tego żadnej wagi i dopiero później okazało się, co oznaczały te spojrzenia. Później również dowiedziałem się o pewnej sprawie, która na razie nie zwróciła mej uwagi. Oto trzej towarzysze ranczera, wkrótce po naszym przybyciu pojechali gdzieś chyłkiem na koniach, on sam zaś, ciągle nas obserwując, pomagał piec mięso, przy czym milczał jak grób. Po wieczerzy weszliśmy z pułkownikiem i bratem Hilario do szopy i siedliśmy u wejścia. - Spodziewam się, - rzekł pułkownik- że pan, mając teraz czas, opowie mi o Jordanie wszystko, co tylko o nim wie. - Skoro już wiem kim i czym pan jest, mogę udzielić pewnych informacji, chciaż jeszcze się waham czy nie powinienem zachować dyskrecji. - Co też pan mówi? Jestem wykonawcą planów prawowitej władzy i obrońcą słusznej sprawy, podczas gdy Jordan to nieokiełznany warchoł i buntownik. Jeżeli więc pan przyczyni się do wyjawienia jego 401 planów, może to być poczytywane jedynie za zasługę.
- Być może mi pan rację, powiem więc panu to i owo. - Czy znane są panu jakieś ważne szczegóły, dotyczące Jordana? - Tak myślę.

- W takim razie, przez podanie mi ich, może pan oszczędzić wiele ludzkiej krwi. - Jestem tego samego zdania i to właściwie skłania mnie do udzielenia panu pewnych informacji. Jordan ma otrzymać broń i pieniądze od pewnsgo pośrednika z Montevideo, który nazywa się Tupido. - Ach, Tupido! Myśmy już zwrócili na niego baczną uwagę. Czy ma pan na to dowody?
- Ja właśnie miałem zawieźć Jordanowi kontrakt. - I nie zawiózł go pan? -Nie. - Chciał pan może zabrać go i dostarczyć nam w Buenos Aires?

-Za pozwoleniem! Nie jestem szpiegiem, a cała ta sprawa bardzo mało mnie obchodzi. Obecnie zaś mówię panu o tym, bo tak mi nakazuje sumienie. Proszę posłuchać, jak zawikłana to afera. Gdybym sam nie był w nią mimo swej woli wmieszany, nigdy nie uwierzyłbym w jej prawdziwość.

I opowiedziałem mu, w miarę możności dokładnie wszystko, co spotkało mnie od czasu wstąpienia na ziemię tego niespokojnego kraju, nie wyłączając oczywiście i tego, że dostawa dla Jordana znaj-duje się w Buenos Aires. Słuchał z rosnącym zainteresowaniem, a gdy skończyłem, wykrzyk-nął: - Ależ, senior, istotnie trudno w to wszystko uwierzyć, tak fanta-stycznie wygląda cała la opowieść. - Mogę prawdziwość jej ze spokojnym sumieniem potwierdzić nawet przysięgą.
- Odkrywając mi machinacje Jordana, wyświadczyłeś pan

402 ogromną przysługę naszej sprawie, wyślę natychmiast posłańca do Buenos Aires, aby powiadomił o wszystkim prezydenta. Może jeszcze nie będzie za późno.
- Kogóż pan wyśle?

- Mego Murzyna.lb bardzo rozgarnięty i zupełnie oddany mi człowiek.
W jakiż sposób on tam dotrze? Statkiem. Niech go pan wyśle tak, aby nikt tego nie zauważył. Dlaczego? Czy nie dowierza pan tutejszemu ranczerowi?

- Nie znamy go i to wystarczy, aby mu zbytnio nie ufać, tym bardziej, że niedobrze mu z oczu patrzy. - Słusznie, senior. Napiszę parę słów i dla wszelkiej pewności. pouczę Murzyna ustnie, bo kto wie, co go w drodze może spotkać. To mówiąc, wyjął z kieszeni portfel, zapełniony dokumentami i banknotami, wyrwał kartkę z notatnika i napisawszy parę słów przy-wołał Murzyna, aby udzielić mu odpowiednich instrukcji. Ranchero w tym czasie poszedł po coś do izby, wobec czego służący mógł spokojnie i nie zauważony przez nikogo ruszyć w drogę, a ja opowie-działem pułkownikowi wszystko, co mogło mieć dla niego znaczenie. - I pan chce jechać prosto do Grań Chaco? - spytał pułkownik, gdy skończyłem swe opowiadanie. Czyż nie lepiej byłoby, aby mi pan towarzyszył do Palmar?
- Po co? Nie mam tam żadnego interesu.

- Ale dla mnie byłoby to bardzo pożądane. Na statku nie czuję się bezpieczny i wolałbym odbyć tę podróż konno, oczywiście, gdyby i pan ze swymi ludźmi zdecydował się tamte strony odwiedzić, bo sam na tego rodzaju wyprawę nie odważyłbym się. Konie moglibyśmy zakupić tutaj, a co się tyczy fatygi pańskich towarzyszy, to wynagrodziłbym ich sowicie za trudy. Rozumie się i dla pana nie byłoby to bez korzyści. To mówiąc, patrzył mi w oczy pytająco, jakby w nich chciał wyczytać moją odpowiedź, a po chwili zapytał: 403 - No jakże? Proszę, niech się pan zdecyduje. Będę mu za to niezmiernie zobowiązamy. Wyrażona w ten sposób obietnica pułkownika, który później dobił się ogromnej sławy, przeważyła szalę. Domyślając się że jestem gotów zgodzić się na jego propozycję, wyciągnął ku mnie rękę i rzekł:

-A więc zgoda?

- Nie mogę sam decydować i muszę porozumieć się z towarzysza-mi - odrzekłem i przywoławszy Montesa, zapytałem, czy zna drogę stąd do Palmar i jakie są warunki podróży w tamte strony. - Nic szczególnego - odrzekł. - Jechać trzeba przez step, po części przez lasy, ale nie gęste, a gdzieniegdzie spotyka się bagna i jeziora.
- A jak długo trzeba jechać?

- Gdybyśmy wyruszyli jutro rano, to przybylibyśmy na miejsce pojutrze około południa. Tak mi się przynajmniej zdaje. Gdyby nie trzeba było okrążać jezior i bagnisk, to drogę tę odbylibyśmy w ciągu jednego dnia. Dlaczego pan mnie o to pyta? - Ten senior, pułkownik Alsina, chce, żebyśmy mu tam towarzy-szyli.
- Co? Senior Alsina? Pogromca Indian? Czy mnie uszy nie mylą?

- Niech pan tak głośno nie mówi - ostrzegłem go. - Nikt bowiem nie powinien wiedzieć, kim jesteśmy, gdyż znajdujemy się, jak przypuszczam, jeszcze w granicach Entre Rios i trzeba się mieć na baczności.
- Mnie się zdaje, że Jordan nie dotarł jeszcze do granic tego kraju.

- Jeżeli jest mądry, to właściwie powinien zwrócić baczniejszą uwagę na pogranicze. Niech pan spyta swych towarzyszy, czy zechcą jechać do Palmar. Ale dyskretnie, gdyż mieszkańcy rancza nie powin-ni nic o tym wiedzieć. - Jeśli chcemy kupić u nich konie, to muszą się przecież dowiedzieć. 404 - Ale nie wcześniej, niż rano. Zresztą konie możemy sobie wybrać tylko za dnia.Tymczasem nikt nie powinien wiedzieć o naszych zamia-rach. Yerbatero odszedł, a niebawem zbliżył się do nas Turnerstick i szepnął: _ pojedziemy wszyscy, sir. Wolę już tłuc się lądem, niż używać przyjemności podróży na statkach argentyńskich, na których nie jest się pewnym życia. Niech ich diabli na samo dno rzeki pociągną, albo tajfun weźmie na skrzydła! Wolę jechać konno, well\ Tb rzekłszy, wrócił do towarzyszy, krzątających się przy ogniu. Alsina nie taił radości, że mu się udało namówić nas. Co do mnie, nęciło mnie poznanie nowych okolic i myśl, że przerwę nareszcie nudną i monotonną podróż po rzece. - Jestem szczęśliwy, - mówił pułkownik - że pan razem ze swoim oddziałem zdecydował się mi towarzyszyć.
- Przecenia mnie pan!

- Bynajmniej. Sądząc z tego, co się od pana dowiedziałem, mam prawo przypuszczać, że nie boi się pan nawet samego diabła.
- Sprawia to moje czyste sumienie... - No tak, mówię to tylko w przenośni, a gdyby w drodze napadli

na nas wrogowie...
- Ja właściwie nie mam żadnych wrogów. Wszak nie jestem ani

zwolennikiem, ani przeciwnikiem Jordana. Ale, gdyby mi ktoś stanął

na przeszkodzie, postaram się go usunąć. Czy ma pan przy sobie jakieś ważne papiery?
- Mam nie tylko papiery, ale i znaczną sumę pieniędzy, których

utrata byłaby dla nas wielkim nieszczęściem. - No, postaramy się manewrować tak, aby do Palmar dotrzeć bez narażania się na niebezpieczeństwo. A teraz czas spocząć, bo musimy jutro wstać wcześnie. Może zostać na noc w szopie?
- I ja tak myślę. Ale czy nie spotka nas tu jakaś niespodzianka?

Ranczero wspominał o gościach, którzy mają tu przybyć w nocy. 405 - Zapewne będzie ich więcej, skoro rezerwuje dla nich caty dom, a mego konia nie chciał przyjąć do korralu. W tym musi coś być i dlatego należy zaczekać, nie kładąc się spać, aż do przybycia tych gości. A nuż są to stronnicy Jordana? - Nie tęsknię do nich. Mogliby mnie rozpoznać i uwięzić. Wielu z ludzi Jordana zna mnie doskonale. - Więc nie kładźmy się jeszcze spać. Zastanawia mnie, że ranczero nagle gdzieś zniknął, a i jego gauczów również nie widać. W całym też rancho nie ma ani jednej kobiety, dom wydaje się prawie pusty. Niepokoją mnie te okoliczności. Zajrzę do środka, a pan tymczasem zechce tutaj poczekać! Przebiegłszy podwórze, wszedłem cicho przez otwarte drzwi do obszernej, zajmującej całą szerokość domu izby. Stąd prowadziły jedne drzwi na prawo, drugie na lewo.Te ostatnie były lekko przy-mknięte. Ponieważ ziemię w izbie pokrywały maty więc pozwoliło mi to cicho podejść do tych drzwi. Zajrzałem przez szczelinę do wnętrza i stwierdziłem, że jest to rodzaj sypialni. Na ziemi urządzone były dwa legowiska, z których jedno zajmowała jakaś kobieta, a na drugim bawiło się dwoje dzieci. Twarzy ani ubrania nie mogłem dobrze wi-dzieć, gdyż kaganek łojowy oświecał izbę bardzo skąpo. Nie spodziewając się usłyszeć tu nic ciekawego, podszedłem do drzwi naprzeciw. Były zaopatrzone w drewnianą klamkę.Uchyliłemje ostrożnie i spojrzałem do środka. Skąpa struga światła z przeciwle-głych drzwi oświetlała tę izbę na tyle, że mogłem widzieć jej urządze-nie, które kazało mi się domyślić, iż jest to kuchnia. Przeszedłszy ją w poprzek, wyszedłem przeciwległymi drzwiami na zewnątrz domostwa i wróciłem do ogniska, gdzie stali pułkownik z mnichem. Nie zdążyłem jeszcze opowiedzieć im o rezultacie moich oględzin domostwa i o tym, że znalazłem w nim kobietę z dwojgiem dzieci, gdy nadszedł od strony korralu ranczero w towarzystwie jakiegoś obcego człowieka. Mężczyzna ten, w młodym wieku, ubrany był jak każdy inny gauczo. Tylko obuwie i ostrogi świadczyły, że gauczem nie był. Posta-wą swoją i ruchami zdradzał człowieka inteligentnego, który dla jakiejś przyczyny starannie się maskuje. _ Jaki w tym ma interes? - pomyślałem. Obaj zbliżyli się do nas, a ranchero zapytał: _ Czy zadowoleni jesteście panowie z gościny? Nie trzeba panom czegoś? _ Dziękujemy - odparłem. - Nic nam nie trzeba i zaraz idziemy

spać. Podczas tej wymiany słów młody człowiek przyglądał się uważnie pułkownikowi, który jednak odwrócił się szybko od światła, po czym obcy zwrócił się do mnie z pytaniem:
- Może napoić pańskiego konia? - Dziękuję. Uczyniłem to już. Zresztą nie chcę pana obciążać.

Przecież nie jesteś pan gauczem.
- Z czego pan to wnosi? - Z różnych rzeczy. Skąd pan tu się znalazł? - Przychodzę z korralu.

- Tak? - rzekłem z wyrazem pewnego powątpiewania, po czym dodałem: - Zresztą mniejsza z tym! Niczego nam nie brakuje. Nie rzekłszy już na to ani słowa, obaj weszli do wnętrza domu.’ Pułkownik po ich odejściu chciał mnie o coś zapytać, lecz mnie już nie było. W kilku susach skoczyłem za węgieł domostwa i, dopadłszy przeciwległej ściany przyczaiłem się pod drzwiami, prowadzącymi do sieni, zajrzałem przez szparę do środka. Na środku sieni stał ów obcy przybysz, ranczera zaś nie było. Dopiero po kilku minutach dał się słyszeć jego głos na progu izby z przeciwnej strony: - Zgaście światło i nie pokazujcie się dopóki po was nie przyjdę, co nastąpi nie prędzej, jak rano! Wydawszy to polecenie, skierowane do owej kobiety z dziećmi, zamknął drzwi i ozwał się do przybysza:
- No i cóż, poruczniku? Czy sierżant pomylił się? Toż to z wszelką

406 407 pewnością Alsina! - Nie ulega żadnej wątpliwości. Widywałem go przecież w Buenos Aires.
- Do licha! Będziemy mieli znakomity połów.

- Ba! Jeszcze jaki! Ale, jestem pewny, że nie przyjdzie to z łatwością,
- Cóż znowu? Prawda, że to człowiek o sławie bohatera. Ale tylu

żołnierzy da przecież sobie z nim radę. Jego eskortę zaś wystrzelamy co do jednego. - Nie będzie to takie łatwe, jak się panu zdaje. Ale ten potów jeżeli się nam uda, przyniesie więcej, niż się pan spodziewa, gdyż te draby, którzy są z Alsina, poszukiwani są przez Jordana.
- Co to za ludzie?

- To jacyć niezwykle bezczelni oszuści, którzy usiłowali okpić Jordana. Major Cadera odstawił ich do naszego obozu, ale się wyłgali, wyrządzając przy tym mistrzowskiego figla. Nie dotrzymawszy danego słowa, czmychnęli w drodze do Buenos Aires, wysadziwszy majora na jedną z wysepek Parany.
- Utonął?

- Nie. Wydostał się szczęśliwie na brzeg, odebrał jakiemuś jeźdźcowi konia i pocwałował do Jordana, który obsadził brzegi rzeki i polecił zatrzymywać wszystkie przepływające nią statki. Zarządzenie

to byłoby spóźnione, ale na szczacie pampero zatrzymał ich w drodze l zmusił do wylądowania niedaleko stąd.
- Tak, ale czy to są istotnie ci sami, co się wymknęli Jordanowi? - Z pewnością. Najbezczelniejszy i najniebezpieczniejszy z nich

wszystkich jest ten, w skórzanym ubraniu. Jordan obiecał trzy tysiące peso temu, kto go schwyta.
-Animol Peso te znajdą się na pewno w mojej kieszeni. - Sprawdzę zresztą to dokładnie, aby się nie pomylić. Mamy wśród

swoich ludzi jednego, który był w głównej kwaterze w czasie pobytu tych ludzi, przywołam go. 408 _ Ale ostrożnie, aby nie wzbudzić w nich podejrzenia! _ Oczywiście! Ten skórzany jegomość od razu zauważył, że nie jestem gauczem. To ogromnie sprytny i przebiegły człowiek. No, ale my mu przytniemy skrzydeł! _ Czy istotnie byłby on dla nas niebezpieczny? - Nie tylko on sam, ale każdy z tego miłego towarzystwa. Toteż użyjemy względem nich podstępu, bo to pewniejsze, niż przemoc. - Moim zdaniem, podstęp tu zbyteczny. Przecież mamy w pobliżu około czterystu żołnierzy. Połowa z nich obsadziła już przejścia mię-dzy korralami, a reszta pojawi się tu najdalej za kwadrans. Po co więc taka ostrożność? - Nie znasz pan tych ludzi. Najlepiej będzie, gdy zaczekamy, aż posną, a następnie osaczymy ich po cichu i obezwładnimy bez przele-wu krwi. Gdzie mają nocować?
Przed szopą, a może w samej szopie. Dlaczego nie w izbie? / Bo tu przecież musi być miejsce dla panów oficerów. Szkoda. Gdyby nocowali w izbie, mielibyśmy ułatwione zadanie.

- Nie mogłem wiedzieć, co to za ludzie. Zdawało mi się, że to banda zwykłych włóczęgów. To co się dowiedziałem, wystarczało mi najzupełniej. Chcąc, by w razie przechadzki zastali mnie przy ognisku, wycofałem się z niebez-piecznego stanowiska. Dobrze się stało, gdyż po krótkiej chwili wy-szedł z izby porucznik, niestety sam, co wprawiło mnie w zakłopota-nie. Co miałem czynić? Gdybym przytrzymał oficera, ranczero uciekłby niezawodnie i sprowadził na nas całą bandę. Ujęcie zaś samego ranchera na nic nam przydać się nie mogło. Postanowiłem ostatecznie dać spokój obu i porozumieć się przede wszystkim z Alsina. Towarzysze moi, mimo domysłów, że wisi nad nami coś złego, nie odzywali się, a ja na razie zostawiłem ich w nieświadomości. Zwróciłem się natomiast do pułkownika: 409
- Dlaczego pan o4wrócił się od tego przybysza? - Obawiam się, że mnie rozpoznał - odrzekł. - Czyżby ten rzekomy gauczo znał pana?

_ Tak. Był on porucznikiem w służbie Jordana.

- I widywał pana V Buenos Aires. - Skąd pan o tymwie ?

- Podsłuchałem Ph. Jeden z tych ludzi, których tu przedtem zastaliśmy, jest sierżantem. Poznał pana i pojechał natychmiast za-wiadomić o tym-Wojsko? Czyżby- Tak jest. Około dwustu żołnierzy okrążyło ranczo, a niebawem

przybędzie drugi oddział, tak samo liczny.
- Co u diabła aż t^lu ludzi może mieć tutaj do roboty ?

- Odkomenderowano ich do obsadzenia granicy. A, że przypad-kowo sierżant, bawiąc/ tu w roli kwatermistrza, poznał pana i zawia-domił ich o tym, przyPyli więc ująć pana.
- Wobec tego musimy uciekać ku granicy, nie tracąc ani chwili. -Ba, ale w jaki sposób?

- Tak. Tb trudna sprawa wobec okrążenia rancha - rzekł z rezygnacją pułkownik, - Nie ma więc ratunku... - Na razie, do rani nic nam nie grozi, ale niczego przedsięwziąć nie możemy. Musimy przede wszystkim zobaczyć, z kim mamy do czynienia.
- Więc przypuszcza pan, że rano znajdziemy jakieś wyjście z tej

matni?
- Mam nadzieję. Nie uda się nam jedno, to uda się drugie.

- Ciekaw jestem, co pan może przedsięwziąć wobec siły czterystu żołnierzy. Zadziwia mJlie pan pewnością siebie. - Bo nie odczuwam najmniejszej trwogi. Panu konieczny jest ratunek, byłoby dobrz? gdyby Murzyn pański przedostał się do rzeki i wsiadł na statek.
- Ale ja nie o sobie myślałem. Zaciekawiony jestem, w jaki sposób

410 pan wydostanie się z tej matni? _ To się dopiero okaże. W każdym razie ujdziemy stąd, bądź potajemnie, bądź całkiem otwarcie. Podczas rozmowy Turnerstick, nie rozumiejący po hiszpańsku, przystąpił do nas i zapytał, o czym tak żywo rozmawiamy, a gdy go objaśniłem, rzekł gniewnie; _ Znowu te łotry! Mogliby już raz dać nam spokój! Bo zresztą po kiego diabła mamy ciągle szarpać się z nimi? Jeżeli tym razem nie ustąpią nam z drogi, to będą sobie liczyć dziury w skórze od moich kuł. Drugi raz nie dam się wziąć do niewoli, a tym bardziej być zastrzelonym i z tych nieciekawych stepów wstąpić do towarzystwa wszystkich swoich dziadków i pradziadków! - Och, nareszcie będę miał sposobność - dodał Larsen - schwy-tać kilku tych bydlaków w swoje ręce. Będzie miła zabawa! Miałem mu coś odpowiedzieć, ale się wstrzymałem, gdyż w tej chwili na progu domostwa ukazał się ranczero i skierował się ku nam, aby dać sposobność żołnierzowi zobaczenia nas z bliska.

Żołnierz ten zmierzał właśnie ku nam. Ubrany był jak gauczo. - Panie Larsen - szepnąłem do stojącego obok sternika, - na mój znak chwyć pan ranchera za gardło, ale w ten sposób, żeby nie mógł nawet krzyknąć.
- Dobrze! - odpowiedział sternik, zacierając dłonie.

Ranczero zrobił taką minę, jakby dopiero teraz spostrzegł zbliża-jącego się żołnierza, i zwróciwszy się do niego krzyknął:
- Czego chcesz? Goście nie potrzebują już niczego. - Chciałem tylko zabrać konia na paszę.

- Dziękuję! - odrzekłem. - Wolę, aby koń pozostał w pobliżu nas, będziemy się czuli bezpieczniej. - Niepotrzebnie się senior obawia, bo cóż mu grozić może na stepie ? Zwierząt drapieżnych tu nie ma.
- Ale bywają drapieżni ludzie i koniokrady. - Co też pan mówi? Jak świat światem, nikt u nas nikomu konia

411 nie ukradł - odparł rzekomy gauczo. - No, ale gdyby tak na przykład tobie pierwszemu zachciało się spróbować szczęścia w tym zawodzie? - Co? Mnie? - zapytał, przeciągając ostatnie słowo. - Ja od dawna służę u ranczero i za nic w świecie, nie śmiałbym uczynić nic złego jego gościom.
- Ja swoje wiem! Spodobał ci się mój koń, więc chcesz go ukraść.

Znam doskonale twoje zamiary.
- Zamiary ? Ja przecież pana nigdy w życiu nie widziałem.

- Po co te wykręty? Przysłał cię tu porucznik w celu przekonania się, czy jesteśmy tymi którzy byli u Lopeza Jordana. Bo ty byłeś tam na pewno.
- Pan bierze mnie za kogoś innego!

- Wiem dobrze, co mówię. Towarzyszyłeś nam z głównej kwatery do rzeki w eskorcie prowadzonej przez rotmistrza.
- To nieprawda! To nieporozumienie! - Tak ? A więc jesteś w służbie u ranczera? - Ależ rozumie się! Zapewniam pana...

- Dobrze! Skoro więc jesteś jego służącym, nie będziesz się wzbra-niał pozostać z nami tu w szopie do rana.
Oczywiście! Tylko muszę być jeszcze w korralu. O, nie ! Nie puszczę cię stąd ani na krok. Dlaczego zależy panu na tym, abym nocował z wami? Tym właśnie nas przekonasz, że jesteś w służbie u ranczera.

Żołnierz miał przy sobie tylko nóż, wobec czego nie trudno go było obezwładnić. Towarzysze moi, przygotowani zawczasu na taki rozwój sytuacji, obstąpili go i ranczera. - Dziwię się, - wtrącił się ranczero - że macie jakieś podejrzenia względem tego gaucza. Jest to bardzo porządny człowiek. - Mamy podejrzenie nie tylko do niego - odrzekłem. - Czy pan nie słyszałeś o poruczniku, który był tutaj przebrany za gaucza?
- To jakieś nieporozumienie, panowie.

412 - Czy i to, co pan mówiłeś przed chwilą w izbie, jest również nieporozumieniem ?
- Co takiego ?

- Nakazałeś pan swej żonie, aby nie wychodziła z domu, bo obawiasz się, aby się niebacznie nie wygadała przed nami. - Co pan mówi? - syknął przez zęby ranczer. - Wypraszam sobie podobne zarzuty. - Nie krzycz tak głośno, senior! Jak można określić zamiary gospodarza, który swych gości zamierza wydać w ręce bandytów.
- Kto ma takie zamiary? -Pan! - Nieprawda!

- To gołosłowne zaprzeczenie. Po naszym przybyciu wysłałeś pan do oddziału sierżanta z zawiadomieniem, że znajdujemy się na ran-czo. Zapewne wiesz pan o tym, że ranczo zostało obsadzone przez dwustu żołnierzy, że drugie tyle przybędzie tu wkrótce, no i nie zaprzeczysz, że ten żołnierz miał się przekonać, czy istotnie jesteśmy tymi, których Jordan chce schwytać, ofiarowując nawet za moją głowę trzy tysiące peso. Czy to prawda?
- Pan nas podsłuchiwał? - Owszem.

- Ale to wszystko, co pan słyszał, było tylko żartem. Proszę się osobiście przekonać, czy w pobliżu jest chociażby jeden żołnierz. - Dziękuję za życzliwą radę, nie skorzystam z niej, gdyż nie chcę wpaść w pułapkę.
- Ależ, senior, możesz mi wierzyć.

- Dobrze więc! Skoro nie poczuwasz się pan do niczego, to nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli cię zaprosimy do pozostania w ciągu nadchodzącej nocy w naszym towarzystwie.
- Nie mogę się na to zgodzić.

- W takim razie muszę stwierdzić, że już sama odmowa świadczy przeciw panu. 413 - Nie mam ochoty tracić czasu na niepotrzebną gadaninę! - ozwa} się gniewnie. - Proszę mnie przepuścić! - Zostaniesz pan tutaj! - rzekłem twardo. - Wspomniał panu porucznik, że mamy między sobą prawdziwego diabła, a mimo to twierdziłeś, że schwytać nas będzie łatwo. Aby więc pana przekonać, że właśnie rzecz ma się inaczej, zostaniesz tutaj!
-A jeśli mi się nie spodoba ?... - I tak zostaniesz - rzekłem, dając jednocześnie znak sternikowi.

Larsen chwycił go w pół, omal przy tej sposobności nie udusiwszy i położył na ziemi, towarzysze zaś moi związali go lassami, ayerbatero przyłożył oniemiałemu ze strachu nóż do piersi, grożąc przebiciem, gdyby zechciał wołać o pomoc. Podczas tej sceny żołnierz był tak wystraszony, że stał jak słup i dopiero po chwili powiedział:
- Co wy robicie? Przecież ranczero nie jest waszym wrogiem! - Tak, jak i ty! Przecież jesteś żołnierzem z bandy Jordana...

- Proszę mnie puścić! - odparł wymijająco i szarpnął się w zamiarze ucieczki. Zatrzymałem go mówiąc;

- Nie tak energicznie, mój drogi! Widzisz ten rewolwer? Jeden ruch bez mego pozwolenia, a strzelę ci w łeb! Na te groźbę zmienił taktykę i począł się tłumaczyć:
- Cóż ja jestem winien, senior ? Muszę robić to, co mi każą.

- Rozumie się i dlatego nie mam zamiaru wyrządzać ci krzywdy, jeżeli tylko zechcesz odpowiedzieć na kilka pytań. Być może gdy się dowiem co mi potrzeba, wypuszczę cię na wolność. Ostrzegam jed-nak, że jeżeli złapię cię na kłamstwie, źle z tobą będzie!
- Dobrze, proszę pytać.

Łatwe poddanie się moim żądaniom dawało mi wystarczające o nim pojęcie. Nie należał do śmiałków, a wysłano go tu dlatego, że widział nas przedtem u Jordana.
Gdzie znajduje się obecnie Lopez Jordan? A ilu żołnierzy jest tu, koło rancza? Czterystu. Kto nimi dowodzi? Pewien major.

_ Czy Antonio Gomarra, były właściciel tego rancza, jest także wśród was? - Tak. Służy nam jako przewodnik, bo zna dobrze okolicę. Jest w randze porucznika.
- Dokąd zmierza wasz oddział? - Do Corrientes w celu zakupu koni i zwerbowania żołnierzy.

- Znaczy w celu kradzieży koni. Wiem coś o tym. Czy w okolicach są jeszcze jakieś bandy Jordana? - Nie. Ale za parę dni można się spodziewać przybycia tu kilku oddziałów.
- Czy dowodzący znajduje się tutaj? - Owszem, u wejścia do obu korrali. - W jaki sposób rozstawione jest wojsko ?

- U każdego wyjścia stoi po pięćdziesięciu ludzi, a gdy nadciągnie druga część oddziału, odkomenderują na te punkty do osaczenia was także po pięćdziesięciu. - A więc, gdybyśmy chcieli stąd uciec, natknęlibyśmy się, w każ-dym kierunku, na stu ludzi rzekłem z miną człowieka, który stracił nadzieję. Żołnierz, spostrzegłszy to, potwierdził żywo:
- Tak jest, senior. Nie ujdziecie naszym wojskom. Nie madę szans. - Prawda! - rzekłem. - Jesteśmy zgubieni. - Tak, tak! I dlatego radziłbym poddać się dobrowolnie.

414 415 - Tak pan radzi? - zapytałem z wyrazem zakłopotania, a po chwili, udając, jakobym istotnie był na to zdecydowany, rzekłem:
- Tak, nie ma innej rady, tylko poddać się...

Żołnierz, widocznie człek bardzo tępego umysłu, wziął moje słowa za dobrą monetę i począł mi doradzać : - Oczywiście, że najmądrzej pan zrobi, poddając się. Proszę mi wierzyć, że bardzo dobrze panu życzę.

- Tak pan sądzi? Hm ... czyżby jednak nie było żadnego dla nas wyjścia? Gdybyśmy tak na przykład nie ruszyli się z tego miejsca?
- Wówczas major rozpocznie atak.

- Tak, o ile byłoby to możliwe. Przecież obsadzimy szopę i dom, mamy broń. - Myją mamy również. Cztery oddziały natrą na was jednocześnie i ścisną tak, że nie będzie innej rady, jak tylko kapitulować lub zginąć - rezonował żołnierz, uśmiechając się chytrze.
- No, dobrze pomyślę nad tym.

- Być może, że major zdecyduje się udzielić wam czasu do namy-słu. Czy zapytać go o to ?
- Jak? Przecież go tutaj nie ma? - rzekłem. - Pójdę do niego - odparł z całą pewnością siebie.

Widoczne było, że przygłupowi bardzo zależało na tym, by jak najprędzej wyrwać się, pomimo że czuł dobrze, iż nic mu z naszej ręki nie grozi. Przeciwnie, udawałem przecież, iż sam jestem mocno przy-gnębiony. Uzyskanych od żołnierza wiadomości nie można było uznać za pocieszające. Ale pomimo to nie straciłem otuchy i byłem pewny, że wyjdziemy z tej niespodzianej opresji obronną ręką. Udając jednak dalej, odezwałem się do żołnierza :
- Wszystko przepadło!

- A widzi pan! - zaśmiał się poufale. - My umiemy zastawiać pułapki.
- Co was naprowadziło na nasze ślady? - Przypadek. Kilku z nas wybrało się do rancza jako kurierzy, no

416
• przypadkowo poznał was sierżant. Byliśmy oczywiście przebrani za

eauczów, bo przezorność nigdy nie zawadzi. _ A gdzie są wasze konie? W korralu? _ Nie, nie byliśmy tak głupi, aby je tam umieszczać. Zwróciłoby to waszą uwagę. Aby się więc nie zdradzić, woleliśmy zostawić konie poza ranczem. _ Czy w korralach są jakieś konie ranchera ? _ Nie, wypędzono je na step, aby zrobić miejsce dla naszych. _ Ach, tak? No, ale teraz możecie zapędzić konie między ogro-dzenie, gdyż obawa, aby się nie zdradzić, już przecież minęła. _ Tego nie uczynimy, senior. Bo nuż udałoby się wam przebić przez kordon, wówczas, nim żołnierze dosiedliby koni, po was nie byłoby śladu. - Racja ! Wasz major obmyślił cały plan znakomicie, co świadczy o jego wielkiej roztropności. Proszę mu to oświadczyć w moim imie-niu. - Dziękuję za radę, ale nie mam zamiaru przyznawać się przed nim, że się tu wygadałem ze wszystkiego. - Prawda. Ale ja przecież znajdę jakieś środki obrony, mam zakładnika.
- Ach, rozumiem. Może mnie? -Bynajmniej! - Majorowi na mnie nie zależy.

- Wiem o tym, chyba że byłby pan wyższym oficerem. Mam jednak w swym ręku osoby, które majorowi nie są obojętne.

- Czyżby pan miał na myśli ranczera? l ten nic dla majora nie znaczy. - O, nie! Myślę o pułkowniku Alsinie, którego nazwisko mogę już spokojnie wymienić, bo go rozpoznano. On właśnie rozmówi się z wami. Byłem pewny, ze pułkownik zechce wypytać żołnierza o plany Jordana. Dlatego to ruszyłem do domu, w zasadzie bez celu, aby się 417 usunąć. Wstąpiłem do izby, gdzie ranczer pozostawił kobietę z dziećmi. Nie spała jeszcze. Kazałem jej przygotować natychmiast obfitą wieczerzę, zapowiadając, że wkrótce przybędą tu oficerowie. Przy-rzekła skwapliwie postarać się o wszystko, przy czym robiła wrażenie nie wtajemniczonej w całą sprawę, lub też nie wiedzącej, z kim mówi. Wyszedłszy z izby, skinąłem na młodego Indianina i rzekłem doń:
- No ! Ładna gościnność! Nie ma co mówić!

- Senior! Ja nie miałem wyobrażenia o niczym. Przecież, gdybym wiedział o zmianach, jakie tu zaszły, nie namawiałbym was do uloko-wania się w tym ranczo i nie narażałbym świadomie na niebezpieczeń-stwo siebie i matki?
- Warn przecież nic nie grozi.

- Owszem i nam grozi niebezpieczeństwo, chociażby tylko dlate-go, że jesteśmy w waszym towarzystwie. - No, tak źle nie będzie, abyśmy sobie nie dali rady. Ale powiedz mi, co to za człowiek ten twój krewny, były właściciel rancha?
- Nie jest on złym człowiekiem. Zimny tylko i zamknięty w sobie.

Zamordowano mu brata, którego ogromnie kochał i odtąd stracił zaufanie do ludzi.
- Jest stronnikiem Jordana?

- Otóż nie pojmuję, w jaki to sposób się stało. Nigdy przedtem nie do należał do żadnego stronnictwa. - Jordan obiecuje podobno Indianom bardzo wiele, nic więc dziwnego, że twój krewny przyłączył się do niego. Sądzę jednak, że niekoniecznie musi być nim zachwycony. - Ciekawe jest to, że mianowano go porucznikiem... chyba nie za darmo...
- Czym się zajmował dawniej? - Polował w Andach na chinchilla.

Wiedziałem, że chinchilla są to zwierzątka z rodziny gryzoniów, żyjące w górach na znacznej wysokości, a dające bardzo cenne i poszukiwane futra. Wiedziałem też, że polowanie na te stworzenia 418 połączone jest z wielkim ryzykiem ze względu na niedostępność tereJeżeli więc krewny Indianina zajmował się tym, to widocznie oosiadał niepospolite zdolności i doświadczenie. _ Każę go tu przywołać i rozmówię się z nim - rzekłem do Indianina. _ Być może, że go tu przyślą, ale to się na nic nie przyda.

_ Wiem o tym, że w naszym obecnym położeniu nic on nam nie poradzi. Ale chodzi mi o coś innego. Zbliżyłem się do ognia, gdzie Alsina rozmawiał z żołnierzem. Z miny pułkownika poznałem, że dowiedział się ważnych rzeczy. _ Zdaje mi się, że nie ma innego wyjścia, jak tylko złożyć broń - rzekł do mnie. - Za małe są nasze siły.
- Tak. Osaczyli nas w ten sposób, że żywa dusza stąd nie ujdzie. - Cóż więc poczniemy? - Czy panu bardzo się śpieszy zostać jeńcem Jordana?

- Rozumie się, że nie i wolałbym się bronić, aczkolwiek bez nadziei wygranej. Wszak jeżeli zginąć, to po bohatersku... - Ja jestem również tego zdania. Ale wpadła mi niespodziewanie do głowy pewna myśl, i może mi się uda uniknąć ataku. Ranczer jest obezwładniony. Teraz każę związać jego żonę oraz dzieci i w razie, gdyby wojsko przedsięwzięło przeciw nam kroki zaczepne, wystrze-lam całą rodzinę.
- Och, senior! -jęknął ranczer żałośnie.

- Sam jesteś winien wszystkiemu, - rzekłem - bo wydałeś nas tym zbójom, pomimo, że byliśmy twoimi gośćmi! Zwróciwszy się do Larsena, dodałem: - Zanieś go pan do szopy, a ja tymczasem każę ująć jego żonę i dzieci. Larsen chwycił ranczera w pół, a żołnierz odezwał się:
- To byłby mord, senior! Zresztą nic wam to nie pomoże.

- Zobaczymy. Tymczasem muszę jeszcze rozmówić się z majo-rem. 419
- Czy mam pójść i zawezwać go tu? - zapytał skwapliwie.

- Poproszę pana o to. Ale najpierw niech tu przyjdzie senior Gomarra.
- A na co on tu potrzebny ?

- Tib już moja rzecz - rzekłem i dodałem. - Proszę zaczekać chwilę. Wziąłem pułkownika pod ramię i odprowadziwszy go na bok kilka kroków, pouczyłem po cichu, jak się ma w tej chwili zachować. Udawa-liśmy, że rozmawiamy o czymś bardzo ważnym i to jakby ukradkiem przed żołnierzem. Wreszcie pułkownik wyrwał się dość głośno;
- Ależ ja się na to nie zgodzę! - Ciszej, na Boga! - upominałem go, udając zniecierpliwienie, - bo ten drab nas podsłuchuje.

- Wszystko mi jedno! - mówił pułkownik. - Mogę udzielić panu jedynie godziny zwłoki do namysłu. Rozmawialiśmy znowu czas jakiś po cichu, po czym pozornie wpadłem w gniew i rzekłem głośno:
- Nic w tym niebezpiecznego. Uciekniemy wszyscy... wszyscy... - Na tamten świat...

- Założę się, że te bydlaki nie zauważą, gdyż są zmęczeni i drzemią, a my przedrzemy się przez ich stanowiska tak niespodziewanie, że pogłupieją. Nim zaś się spostrzegą, dopadniemy rzeki, wsiądziemy na statek i jazda!

- Hm, może to i dobra myśl - rzekł po pozorowanym namyśle Alsina. - Najlepiej byłoby prosto na południe, aby nie nakładać drogi. - Ciszej, senior ! Ten drab może usłyszeć i wówczas wszystko na nic. Jeszcze przez chwilę zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy prowadzili żywą rozmowę, po czym wróciliśmy do ogniska. Na ustach żołnie- rżą pojawił się uśmieszek ironii i triumfu. Był przekonany, że przypadkowo wdarł się w nasze tajemnice. Odegraliśmy wyborną 420 komedię. _ porozumiałem się już z pułkownikiem - rzekłem do żołnierza, _ zgodził się na prowadzenie układów. Niech major powie, kogo z nas chce wziąć do niewoli. _ Wszystkich ! To nie ulega żadnej wątpliwości. _ Wszystkich! Są tu przecież tacy, na których mu wcale nie zależy Idźcie więc i powiedzcie majorowi, żeby nam przysłał Gomarrę, jako parlamentariusza, samego i bez żadnej broni. I proszę jeszcze powie-dzieć, że obsadzimy wszystkie cztery przejścia między korralami i każdego, kto się zbliży przywitamy ogniem. Ma tu przyjść tylko jeden Gomarra, a tymczasem trwa między nami zawieszenie broni. Marsz! Żołnierz odetchnął głęboko, rad, że się nareszcie wyrwał z naszych kleszczy. Po jego odejściu pułkownik zwrócił się do mnie:
- Czyżby pan miał jakiś plan wyjścia? Bo zdaje mi się...

- Owszem, wydostaniemy się stąd jeszcze przed ukończeniem układów.
- Ku południowi, jak to pan mówił?

- Ech, nie! Ruszymy na północ. Poprzednio umyślnie mówiłem, że uciekniemy ku rzece, aby żołnierz zameldował to majorowi, który niezawodnie skieruje w tamtą stronę baczniejszą uwagę, a my tym czasem czmychniemy w stronę przeciwną.
- Tam żołnierze również obsadzili wyjście.

- Toteż nie myślę iść im wprost w objęcia, zamierzam po cichu przejść tam, gdzie nikogo nie będzie na straży, a mianowicie przez żywopłot. -Tak ? - powiedział zdziwiony. - Ależ to zupełnie niewykonal-ne! Dosłyszą szmer i albo nas wyłowią, albo po prostu wystrzelają.
- Jestem innego zdania, pułkowniku, proszę tylko posłuchać.

Cała ta posiadłość tworzy wielki prostokąt, składający się z czterech mniejszych prostokątów, czyli korrali ogrodzonych żywopłotami kaktusowymi. U zbiegu ich w samym środku znajduje się ranczo, skąd wychodzą cztery główne ulice. Otóż u ich zewnętrznych wylotów 421 usadowił major część swego oddziału, będąc pewnym, że przez ogro-dzenie kaktusowe nikt się nie wydostanie, zresztą nie wystarczyłoby mu nawet ludzi do obstawienia całego wielkiego prostokąta. W tym więc miejscu, gdzie najprawdopodobniej nie ma żadnej warty, musi-my wybić w żywopłocie dziurę i ulotnić się przez nią. - Nie wierzę w powodzenie tego planu, senior. Żywopłot jest nie do sforsowania. - Spokojnie pułkowniku, zobaczy pan, jak to łatwo pójdzie Nie pierwszy zresztą raz spróbuję tej sztuki. Ale cicho! Ktoś się zbliża...

Nie obsadziłem dotychczas wewnętrznych wylotów ulic, gdyż byłem pewny, że major wstrzyma się jeszcze z atakiem. Było to z mej strony lekkomyślnością. Ale na szczęście, zamiast uzbrojonego oddziału, nadszedł jeden tylko człowiek i to bezbronny. Był to mężczyzna wysoki, chudy, ubrany, jak zwykły gauczo, na głowie miał kapelusz z szerokimi kresami, przewiązany pod brodą. W ostrych rysach Indianina czaiła się surowość, a oczy patrzyły ponuro, choć widoczna w nich była inteligencja. Nasz przewodnik, zobaczy-wszy go, zerwał się, chwycił za rękę i rzekł:
- Nareszcie sobrino, jesteś tutaj i mam nadzieję, że nam pomożesz.

- Spokojnie! - odparł chłodno przybysz. - Nie masz się czego obawiać, nic ci nie będzie. - Nic nie będzie! Dobrze to stryjowi mówić! Wszyscy bez wyjątku jesteśmy zagrożeni.
- Tak, istotnie zgubieni są wszyscy, z wyjątkiem jednak ciebie-

- Ależ ci ludzie są moimi przyjaciółmi i ja ich tu na nieszczęście sprowadziłem.
- I co z tego? Powinni ci za to dobrze zapłacić.

- Nie, nie! Ten senior, - wskazał na mnie - ratował moją matkę podczas burzy na okręcie. - Tb bardzo ładnie z jego strony i zapewne matka twoja wyraziła mu już za to podziękowanie.
- A ja miałbym się przyczynić do jego uwięzienia? Przecież on tu

422 przybył jedynie z mojej namowy. - Z twojej, nie z twojej... nie ma o czym mówić! Czeka go śmierć, i basta! A zresztą czyż śmierć jest tak straszna? Tylu ludzi umiera, niektórzy nawet giną z ręki morderców. Nie trwóż się więc i siedź cicho. Zabiorę cię stąd.
- Ja go za nic nie opuszczę.

- Widzę, że jesteś uparty, a na to nie ma lekarstwa. Rób więc, jak ci się podoba, możesz zostać... A zwróciwszy się do mnie, rzekł: - Sądząc z ubioru, przypuszczam, że mam do czynienia z cudzo-ziemcem.
-Tak, w istocie-odrzekłem. - Chciałeś pan mówić ze mną. Co więc mi powiesz?

- Przede wszystkim rad bym wiedzieć, co pan ma nam do powie-dzenia.
- Major oznajmił mi, że to pan życzy sobie mówić ze mną. - Tak. Omówmy przede wszystkim warunki porozumienia się.

Czego od nas żąda major?
Abyście się wszyscy poddali. A jeżeli tegq nie uczynimy? Powystrzela was co do jednego. Co jednak stanie się z nami, gdybyśmy się poddali? Tb już zależy całkowicie od decyzji Jordana. Mamy prawo domagać się przynajmniej darowania nam życia. Major na to się nie zgodzi.

- Ależ, senior! Proszę się zastanowić, czego żądacie od nas! Mamy się poddać na łaskę i niełaskę i nie otrzymać za to nic, nawet zapew-nienia, czy też nadziei, że przynajmniej śmierć nam nie grozi?
-Tak! - I za co? Cóż jesteśmy winni? - O tym najlepiej sami wiecie, a mnie nic to nie obchodzi. - Przecież nam właśnie wyrządzono krzywdę.

423

- Nie ma o czym mówić. Spełniłem swoje zadanie i mogę teraz odejść. Sprawa wasza już mnie nie interesuje. - Jeśli tak... Proszę więc oznajmić majorowi, że nie poddamy się za nic w świecie i że wcale nie znajdujemy się w jego mocy, pomimo skłonności z naszej strony do rokowań.
Jak to? Nie jesteście w naszych rękach? Jest pan naiwny. Takie jest pańskie zdanie, ale nie moje. Opór do niczego tu nie doprowadzi. Może nawet nie będzie potrzeby oporu. A, wiem...

Uśmiechnął się znacząco. Widocznie dowiedział się już od żołnie-rza, że mamy zamiar przebić się przez kordon ku południowi. Nif okazywałem oczywiście zadowolenia z tego, że fortel mój zaczyna wydawać owoce. - A jednak mimo wszystko jest dla nas ratunek. Przede wszystkim obsadzimy wyloty ulic tutaj i wytłuczemy mnóstwo waszych ludzi... - Głupota! Dziesięciu ludzi przeciw czterystu! - uśmiechnął się ironicznie.
- Ba, ale każdy z nas ma po kilkadziesiąt naboi.

- Tb jest bez znaczenia. Nawet bowiem z rewolweru nie wystrzel człowiek dwadzieścia razy na minutę. - A zresztą... - tu spojrzał na mnie lekceważąco i wzruszył ramionami, - czy mogę powiedzieć panu coś otwarcie? Ale to zupeł-nie otwarcie?
- Proszę. - Chciałbym powiedzieć, że jesteś pan idiotą!

Słowa te były dla mnie istotnie niespodzianką. Moi towarzysze skierowali wzrok ku mnie, sądząc, że rozgniewam się. Ale ja nie pomyślałem nawet o tym. Nie okazując Indianowi ani oburzenia, ani gniewu, odrzekłem: - Wcale się nie dziwię, że pan przemawiasz do mnie w ten sposób, bo jesteś pewny, że jako parlamentariuszowi, nic ci nie zagraża. 424 Nieprawdaż? - Względem mnie nie ważyłbyś się pan na nic, nawet wówczas, gdybym nie był parlamentariuszem - odparł szybko. - Pan mnie nie znasz. Wprawdzie urodziłem się z rodziców Indian, ale umiem czytać i pisać tak jak i pan, a ponadto podróżowałem po świecie. Polowałem w Andach i niejednemu niebezpieczeństwu zajrzałem w oczy. Kto z was mógłby się poszczycić czymś podobnym? Nikt! Tb wszystko, co wam miałem powiedzieć! Wyznanie to również mnie nie oburzyło, ani nie zdziwiło. Bo, moim zdaniem, człowiek zdolny i silny, ale nie mający poczucia własnej siły i zdolności, godzien jest pogardy w tym samym stopniu, co głupi i pyszałkowaty samochwał. A przy tym niepodobna było spodziewać się od półdzikiego mieszkańca Ameryki Południowej, aby umiał zacho-wać między jednym, a drugim należytą miarę. Ponieważ wobec odezwania się Indianina zachowałem zupełny spokój, milczeli również moi towarzysze. Tylko Larsen nie mógł wytrzymać i rzekł:

- Niech, pan trochę spuści z tonu! Wprawdzie i mnie uczono czytać i pisać, ale to było już dawno, i rad bym zmierzyć się z panem na inny sposób... Przy tych słowach przystąpił do Indianina, chwycił go za pas, pod-niósł w górę i wywinął ponad głową młynka kilka razy, po czym postawił go znowu jak lalkę na ziemi i zacisnąwszy pięści, dodał:
- O, tak! A teraz niech pan spróbuje zrobić ze mną to samo!

Indianin popatrzył ze zdumieniem na olbrzyma i ledwie wykrztusił:
- No, co do tego, to ja... ja... nie bardzo... - Niechże się więc pan nie chełpi! My tu umiemy różne sztuki.

Nawet słabsi z nas znają sposoby, za pomocą których dadzą sobie radę z dziesięcioma przeciwnikami z waszego obozu i szczerze radziłbym panu, abyś nie próbował przekonywać się, co potrafimy. Tb mówiąc, usiadł i spojrzał po obecnych, patrząc jakie wrażenie popis jego wywarł na nich. Indianin usiadł również, a choć był bardzo 425 zdziwiony zachowaniem się i siłą olbrzyma, rzekł do mnie: - Zapamiętaj pan sobie, że nawet tego rodzaju siłacze nie pomogą panu. Bo co znaczy olbrzym wobec kuli? Pan podobno jesteś najnie-bezpieczniejszym ze wszystkich i dziwię się ogromnie, że ktoś mógł powiedzieć coś podobnego.
- A więc opisywał mnie tam ktoś, jako strasznego człowieka?

- I to jeszcze jakimi barwami! Słysząc to, sądziłem, że pan miaż-dżysz ludzi już samym wzrokiem, że umiesz pan odgadywać w lot myśli przeciwnika. Ale przekonałem się, że to nieprawda. Pan nie jesteś zdolny do walki i poddasz się dobrowolnie. - Oczywiście, ale chciałbym wytargować pewne ulgi dla siebie i towarzyszy. - Niech się pan nie łudzi! Żadnej łaski, żadnych względów dla pana nie będzie, a dla towarzyszy... możliwe..., że... - Cóż robić! Może jednak nie będzie wam tak bardzo zależało na mojej osobie, i sprawa później weźmie inny obrót. Tymczasem doma-gam się wypuszczenia na wolność naszego przewodnika i jego matki, a my wszyscy poddamy się dobrowolnie.
- Dobrze. - Czy będziemy zmuszeni oddać broń? - Oczywiście! Jakże mogłoby być inaczej?

- Przypuszczam jednak, że pieniądze i inne rzeczy pozwolicie nam zatrzymać przy sobie.
- No i co jeszcze? - zapytał z ironicznym półuśmiechem. - I konie, które nam będą potrzebne do drogi. - Jak to? Przecie macie tylko jednego.

- Na statku mamy ich więcej. Tylko ja wziąłem swego konia, bo był potrzebny dla chorej.
- Ach, tak ? Dobrze więc, przyprowadzimy tu konie. I co więcej?

- Warunek nieodzowny: nie wolno nas wiązać, a tylko weźmiecie nas w środek między siebie.
- Czy to wszystko ?

426

- Tak, wszystko. Punktualnie za godzinę oczekuję waszej odpo-wiedzi, ale nie wcześniej i nie później, gdyż w razie niepunktualności będziemy zmuszeni strzelać. Wejścia do rancha natychmiast każę obsadzić - dodałem, skinąwszy nayerbaterów. Zrozumieli w lot mój rozkaz i ustawili się z bronią we wskazanych miejscach. Gomarra zaczekał chwilę, po czym, położywszy mi rękę na ramieniu, rzekł: - A może byłoby lepiej, senior, abyś pan omówił warunki wprost osobiście z majorem, który mógłby zaraz z miejsca dać decydującą odpowiedź?
Ba! Ale w jaki sposób mógłbym się z nim zobaczyć? Proszę iść ze mną, zaprowadzę pana do niego. Dziękuję za łaskawą propozycję... Byłbyś pan tam, jako parlamentariusz, osobą nietykalną.

- Dobrze, dobrze! Znam ja tych ludzi lepiej od pana. Już nieraz złamali dane słowo.
- A zatem chcesz pan, aby major przyszedł tutaj?

- Tak jest. Nikt z nas dotąd danego słowa nie złamał. Proszę zapewnić majora w moim imieniu, że mu nic nie grozi i może bez żadnej obawy pokazać się tutaj.
- Czy i pan pułkownik zaręczy to swoim słowem? - Zaręczam słowem oficerskiem - odparł zapytany. - Dobrze, powiem mu więc to wszystko.

- Jeden wszakże warunek - dodałem, - aby się tu nikt inny nie pokazywał. Albo major, albo żaden z was! Zrozumiano? Chcemy jak najprędzej skończyć z tym wszystkiem. Aby zaś pan mógł opowiedzieć majorowi szczegółowo, co tu słyszałeś i widziałeś, przeznaczam na to całą godzinę czasu. - Dobrze! - odrzekł, spoglądając na mnie z wyrazem politowa-nia. - Rad bym na odchodnym powiedzieć panu coś innego, ale nie mogę... szkoda, że nie mogę. Przedstawiono mi pana w zupełnie mylnym świetle. Myślałem bowiem, że będę miał do czynienia z 427 człowiekiem roztropnym, mądrym, groźnym, przebiegłym, nieubła-ganym, a tymczasem poznałem, zwykłego przeciętniaka. Hołd skła-dam i żegnam ! - rzekł ironicznie i zadowolony ze swego konceptu, odszedł. Po chwili brat Hilario zwrócił się do mnie z wymówką : - Jestem naprawdę zdziwiony pańską uległością. Jak pan mogłeś znosić grubiaństwa tego człowieka ! - Jak mogłem? Tolerowałem je z tej prostej przyczyny, by tego głupca wprowadzić w błąd i rzecz ta udała mi się doskonale. Ludzie ci muszą teraz uwierzyć, że jesteśmy bezsilni i bezradni, że nie posia-damy ani rozumu, ani odwagi, by się stąd wydostać. Zresztą szkoda obecnie czasu na bliższe wyjaśnianie mego postępowania. Idę do korralu, a tu niech wszystko pozostanie tak, jak jest. Gdyby się ktoś zbliżył przed upływem godziny, proszę strzelać! Poszedłem do izby i tamtędy przez otwór, założony grubymi belka-mi, dostałem się do północnego korralu. Wystarczało odsunąć tylko dwa z tych kloców. Zwierząt w korralu nie było. Dla pewności chciałem zbadać dokładnie, czy nie ma tu gdzieś w pobliżu patroli. Zaniechałem jednak tego zamiaru ze względu na brak czasu. Sta-nąłem niedaleko wejścia i rozglądnąłem się w sytuacji. Za sobą mia-łem ranczo, po prawej i lewej ręce ciągnęły się żywopłoty, a naprzeciw widniała z dala, zewnętrzna ściana korralu. W rogach na lewo i na prawo znajdowały się wrota z belek, podobne do tych, przez które się tu dostałem. U tych właśnie wrót po stronie zewnętrznej stały straże.

Znajdujący się na wprost mnie wysoki żywopłot kaktusowy nie był wcale strzeżony, gdyż nikomu prawdopodobnie nie przychodziło do głowy, aby przez podobnie piekielny szaniec można się było wydostać z ogrodzenia. Skierowałem się w tę stronę, a że ziemia była wilgotna, więc kroki moje nie wydawały żadnego odgłosu, zresztą na zewnątrz, tak czy owak, nie można ich było słyszeć, gdyż korral zajmował spory obszar. Przybywszy pod samo ogrodzenie kaktusowe, położyłem się na ziemi, nasłuchując bacznie, czy nie ma kogoś na zewnątrz. Nie 428 posłyszawszy jednak żadnego podejrzanego szmeru, zabrałem się do roboty. Przede wszystkim trzeba było wyciąć w żywopłocie otwór tak wielki, aby przezeń można było przeprowadzić konia. Otwór ten jednak nie mógł być przebity na wylot, bo gdyby przypadkiem prze-chodził tamtędy, któryś z żołnierzy, mógłby go natychmiast zauważyć i plany nasze zostałyby wykryte. Rzecz prosta, że wykrojenie takiego kawałka w grubej, gęsto zarośniętej i najeżonej kolcami ścianie kaktusowego żywopłotu, przedstawiało sztukę nie lada. Byłem z tym wszakże doskonale obeznany, więc rzecz, choć trudna, była możliwa do wykonania. Dobyłem swój ostry jak brzytwa nóż, sporządzony specjalnie do podobnych celów i przeciąłem żywopłot przez całą jego grubość w kształcie litery „U”. W ten sposób wielki płat w formie języka zwisał swobodnie w wyciętym otworze od górnej, nieprzeciętej listwy żywopłotu i można go było z łatwością odchylić dla przejścia. Robota moja nie byłaby poszła tak łatwo, nawet przy użyciu ostrego noża, gdyby kaktus był suchy i stwardniały. Na szczęście, roślina żyjąca, soczysta i miękka, poddała się operacji, bez wielkich wysiłków i bez najmniejszego szmeru, a kolce kaktusa, ostre i gęsto rozmiesz-czone, nie uczyniły mi żadnej krzywdy. Wiedziałem zresztą, z której strony brać się do tych istotnie odstraszających żywych igieł. Ponie-waż, jak już wspomniałem, nie pierwszyzną było dla mnie podobne przedsięwzięcie, uporałem się z nim w niespełna kwadrans, a położy-wszy w tym miejscu widoczny dla siebie znak, wróciłem do ogniska. . - Obawialiśmy się już o pana, - zauważył pułkownik - tak długo pana nie było. - Bo też wycięcie otworu w żywopłocie kaktusowym jest nie lada robotą - odrzekłem.
- Co? Udało się panu tego dokonać? - Zobaczy pan to na własne oczy - odrzekłem.

Wyprowadziłem następnie z szopy mego konia i umieściłem go wewnątrz korralu tuż za wrotami, a towarzysze na mój rozkaz pozbierali swoje rzeczy, aby w każdej chwili mogli być gotowi do 429 drogi. Po upływie całej godziny sternik oznajmił, że ktoś się zbliża do rancha. Zasiedliśmy natychmiast koło ogniska, nie zapominając zo-stawić po dwu wartowników u każdego z wylotów. Przybyły parlamentariusz wyglądał na lat pięćdziesiąt i ubrany był po wojskowemu, ale stosownie do umowy, nie miał przy sobie żadnej broni. Podszedł do ogniska, rozejrzał się wśród nas, oddał ukłon pułkownikowi, udając, że inni nic go nie obchodzą i rzekł:
- Pan pułkownik życzył sobie rozmówić się ze mną i prośbie tej

czynię zadość. Proszę, słucham ! Pułkownik jednak udał, że tych słów nie bierze do siebie i spojrzał na mnie porozumiewawczo, jakby mnie pozostawiał rozmówienie się z przybyszem.
- Bardzo to pięknie z pańskiej strony - rzekłem do majora, -

że raczyłeś pofatygować się osobiście. Byłem i jestem pewny, że wprost, bez pośrednictwa, porozumiemy się .najprędzej i najłatwiej.
- A pan kim jesteś? - zapytał, rzucając na mnie lekceważące

spojrzenie.
- Przypuszczam, że panu już o tym powiedziano.

- Być może, ale ja z panem nic nie mam do gadania i zwracam się do pańskiego przełożonego, nie zaś do pana. - W takim razie pomyliłeś się majorze. Nie jestem niczyim pod-władnym. Przeciwnie, w tej chwili ja właśnie jestem dowódcą tej oto oblężonej załogi. - Pan nie jesteś nawet oficerem, jakże więc możesz dowodzić pułkownikiem? - zauważył tym samym lekceważącym tonem. - Jako oficer, mogę rozmawiać tylko z oficerem, a więc, z obecnym pułkownikiem.
- Za pozwoleniem! Nie może pan liczyć na to, bo nie jesteś ani

prawdziwym oficerem, ani człowiekiem uczciwym, lecz buntowni-kiem i zdrajcą. Ja, jako osoba cywilna, mogę z mniejszym narażeniem honoru wdawać się z panem w rozmowę.
- Do diabła! Pan śmiesz mnie obrażać? Ja pana każę oćwiczyć.

430 _; Na razie jednak musisz pan wyrzec się tej przyjemności, bo nie jesteś u siebie, ani też ja nie znajduję się jeszcze w twej mocy. _ Ale wkrótce się to stanie. _ Uważam to za zupełnie możliwe i dlatego życzyłem sobie roz-mowy z panem. - Ale słyszałeś pan przed chwilą, co powiedziałem: nie mam z panem o czym mówić. - W takim razie szkoda, że się pan tu fatygowałeś - odrzekłem i odwróciłem się do niego plecami, co go trochę zbiło z tropu. Po krótkim namyśle odezwał się:
- Zresztą wszystko mi jedno. Proszę tu bliżej do mnie.

Usłuchałem wezwania, podszedłem i usiadłem naprzeciw przyby-łego. Musiała to być harda dusza, i można było wyczytać z jego oczu, że gdybyśmy się dostali w jego ręce, nie miałby żadnych dla nas względów. - Po co ci tam stoją? - zapytał, wskazując yerbaterów u wylotu ulic. - Aby zastrzelić każdego, kto się poważy zbliżyć tutaj bez mego pozwolenia. - Możesz ich pan stamtąd cofnąć, bo na nic się to wam nie przyda, a za jakiś kwadrans nie będziesz pan miał tu nic do rozkazywania.
- Wiem o tym. - Dlaczego więc zabawiasz się pan w wojaka?

- Bo mi się tak podoba i bądź pan pewien, że aczkolwiek nie jestem żołnierzem z zawodu, rozumie się lepiej na sprawach wojen-nych, niż pan. Bywają też tacy majorowie, którzy powinni raczej drwa rąbać lub tłuc kamienie, niż dowodzić wojskiem. - Aaa! Pokazuje pan nareszcie rogi, których Gomarra wcale nie zauważył. No, dobrze! Wolę rozmowę cokolwiek ożywioną, niż śla-mazarną, jak z początku. Rad bym tylko wiedzieć, czy w tej chwili grozi mi coś z waszej strony.
- Nic panu nie grozi... chyba, że podczas pańskiej tutaj obecności

431 T żołnierze przedsięwzięliby przeciw nam kroki zaczepne, wówczas odczułbyś to na własnej skórze.
- Coś podopnego nie nastąpi.

- Tym lepiej dla pana. Możesz się czuć tutaj bardziej nawet bezpieczny, niż pośród swoich kolegów oficerów.
- A mimo te* będziesz pan miał z nimi do czynienia.

- Wszystko mi jedno. Zresztą czy pan sądzisz naprawdę, że dla nas nie ma już żadnego wyjścia?
- Żadnego. - A gdybyśmy się bronili?

- Na nic się to nie zda. Z nastaniem dnia żołnierze poczynią wyłomy w żywopłotach i przypuszczą atak. - Ba! Ale i my również możemy zrobić wyłom i uciec wam sprzed nosa.
- Nie macie koni.

- Tym lepiej, PO łatwiej się ukryjemy przed wami. Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego pan zamierzasz zaatakować nas dopiero rano?
- Widać z te^o pytania, że nie jesteś pan oficerem. Przecież,

gdybyśmy w nocy zaczęli rąbać żywopłot, ludzie pańscy strzelaliby do nas.
- Tak, istotnie. Ale dlaczego, u licha, ja nie wpadłem na myśl

przedostania się w ten sposób na zewnątrz korralu przez wyłamanie żywopłotu? - Nie udałoby się to wam. Wystrzelalibyśmy was albo połapali na bolas. - Tak, nie pomykałem o tym... Słyszałeś, bracie Hilario? - doda-łem, zwracając się do zakonnika. A major mówił d?lcp - Wy nawet pojęcia nie macie, co to jest kaktus z jego strasznymi kolcami. Przecież gdybyście spróbowali wyrąbać sobie w żywopłocie wyjście, nie uszłoby P naszej uwagi, bo niezbędne są ku temu siekiery i żerdzie. Pierwsze uderzenie topora sprowadziłoby na wasze głowy 432 tysiąc moich żołnierzy.
- Tysiąc? Słyszałem tylko o czterystu.

- Mylnie pana poinformowano. Mam pod swą komendą tysiąc ludzi, wobec czego możesz pan być pewny, że żywcem stąd w żaden sposób się nie wydostaniecie. Mówię panu wszystkie te szczegóły

jedynie dlatego, abyście nie narażali się zbytecznie. I gdy poddacie się dobrowolnie, uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby złagodzić waszą dolę. Przewodnik ze swą matką jest wolny.
- Czy moglibyśmy jechać z wami bez więzów? - Nie mogę wam tego obiecać. - To trudno! W tym właśnie punkcie nie mogę ustąpić.

- Ja również nie ustąpię. I daję panu dziesięć minut czasu do namysłu. Jeżeli się zdecydujecie, dobrze, jeżeli nie, nic na to nie poradzę. Skończyłem i więcej nie mam nic do powiedzenia.
- Trudno! Proszę udać się za mną do izby. - Po co? - Chcielibyśmy się naradzić między sobą tak, aby pan nie słyszał.

Zresztą chcemy dać dowód, że umiemy być uprzejmi dla posłów.
- Tego nie spodziewałem się po was. Jestem diabelnie głodny.

Zaprowadziłem go do izby i kazałem kobiecie podać przybyłemu mięso, chleb i wino, co też natychmiast uczyniła.
- Smacznego! - rzekłem. - Wychodzę i za dziesięć minut dam

ostateczną odpowiedź.
- Czy jednak nie knujesz pan czegoś przeciw mnie?

- Boże uchov/aj! Jeżeli się panu podoba, możesz pan odejść w tej chwili. Nic nie mam przeciw temu. - No, dobrze, zostanę tutaj, a wy nie traćcie czasu, bo tylko dziesięć minut wam pozostaje. Wyszedłem na pole i z zadowoleniem stwierdziłem, że towarzysze moi byli gotowi do ucieczki; zrozumieli widocznie, że musi ona nastąpić teraz.
- Już? - zapytał pułkownik.

433
- Tak - odrzekłem. - Szybko, ale po cichu i ostrożnie.

Larsen już podczas tych kilku minut, gdy byłem w izbie z majorem, zdążył odsunąć wrota, więc, nie tracąc nawet sekundy, weszliśmy do korralu i złożywszy dyle bramy na powrót dla ukrycia kierunku naszej ucieczki, podążyliśmy do wyciętego przeze mnie otworu. Pchnąwszy lufą wycięty splot gęstwy kaktusowej, wyjrzałem na zewnątrz. Za żywopłotem nie było w pobliżu żywego ducha, więc po cichu wysunę-liśmy się wszyscy z korralu i chyłkiem ruszyliśmy w step, koniowi swemu położyłem dłoń na nozdrzach, aby przypadkiem nie parsknął. Zatrzymaliśmy się dopiero w oddaleniu co najmniej sześciuset kro-ków. - Senior! Szkoda każdej chwili.’ -rzekł pułkownik. - Uciekaj-my jak najprędzej, bo nas dogonią.
- Hm ! Niełatwo uciekać pieszo! Potrzeba nam koni. -Tak, ale skąd je wziąć? Chyba żeby ukraść? - A chociażby. W podobnych okolicznościach nie jest to prześlę- ^

pstwem, zwłaszcza, że ukradniemy je żołnierzom, którzy z pewnością ||’ ich nie kupili, lecz również ukradli. ^
- No, no! Nie wiedziałem, że ma pan żyłkę koniokrada. Ciekaw

tylko jestem, jak się pan do tej rzeczy zabierze. Sprawa ogromnie ryzykowna!
- Kto chce kraść konie, musi oczywiście odważyć się na ryzyko.

Na to już nie ma rady. Zresztą uda się ze mną po konie tylko senior Monteso, a wy wszyscy zaczekacie tutaj.
- No, proszę! - zaśmiał się po cichu Monteso. - Całe życie

byłem uczciwy, a teraz muszę zostać koniokradem. Znakomita spo-sobność! Chyłkiem podążyliśmy obaj w prawo pod otaczające rancho korraie, gdzie spodziewałem się znaleźć konie. Niebawem usłyszeliśmy ich parskanie. - Połóż się pan teraz w trawie - szepnąłem do yerbatera - i czołgaj się za mną, ale ostrożnie, bo najlżejszy szmer może nam 434 popsuć całą sprawę. _ Dokąd mamy się czołgać, skoro konie są już tutaj? _ Chciałbym oprócz koni ukraść także człowieka.
-Czyś pan zwariował? Kogóż to pan chce ukraść?

- Zabiorę porucznika Gomarrę. Rad bym go ukarać za to, że mnie lekceważył. Przy tym jest on znakomitym przewodnikiem i bardzo się nam przyda. Trzeba się tylko spieszyć, bo major, spostrze-głszy naszą ucieczkę, zaalarmuje wojsko. Naprzód! Dostawszy się w pobliże koni i zaleciwszy yerbaterowi, aby tu pozostał, posunąłem się ostrożnie nieco dalej dla wyszukania żołnie-rzy, pilnujących koni. Jakoż o kilkanaście kroków natknąłem się na jednego, który siedział na ziemi i, oparłszy się na łokciu, drzemał w najlepsze. Dobyłem noża i przyłożywszy mu go do piersi, szepnąłem :
- Gdzie jest porucznik Gomarra? Gadaj, bo zakłuję!

Przetarł oczy i spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem ale, spostrzegłszy nóż, zrozumiał groźbę i odpowiedział:
- Tu, o kilka kroków, jest jego koń. Może i on sam tam będzie! - „fam, na prawo? -Tak.

Żal mi było biedaka, a jednak musiałem z konieczności zapłacić mu za tę przysługę wypróbowanym sposobem, mianowicie pięścią w skroń i poszedłem dalej. Nagle rozległ się donośny głos majora, biegnącego od rancza:
-Alarm! Do mnie wszyscy! Oblężeni uciekli!

Przykucnąłem w trawie w pobliżu wskazanego konia, gdy nagle spostrzegłem nadbiegającego Gomarrę. Rzuciłem się na niego i chwyciwszy za gardło, ogłuszyłem, po czym zarzuciłem go sobie na plecy i pośpieszyłem do najbliższej grupy koni, gdzie oczekiwał na mnieyerbatero. Niestety, całkiem niespodziewanie natknąłem się po drodze na jeszcze jednego żołnierza, który zbudzony wołaniem majora, biegł, nie wiedząc sam, dokąd i po co. 435
-Co się stało?-pytał nieprzytomnie. - Major wzywa do siebie żołnierzy - odpowiedziałem. -Po co? - Dowiesz się na miejscu. Biegnij.’

Żołnierz dopiero teraz spostrzegł, że niosę na plecach człowieka, więc zapytał:
- A to co znowu? Co to za człowiek? Kim jesteś?

- Cudzoziemcem, którego chcieliście złowić w ranczo z jego towarzyszami, a na plecach mam porucznika Gomarrę. Zamelduj to majorowi, gdy się wyśpisz i powiedz mu jeszcze, że pożyczyłem u niego kilka koni. Dobranoc! To rzekłszy, grzmotnąłem go kolbą rewolweru w głowę tak, ze padł na ziemię jak długi.
- Monteso.’ - zawołałem półgłosem na towarzysza. - Co? - odpowiedział jak spod ziemi.

- Weź pan jednego konia i jedź do naszych, aby natychmiast przybyli tu po konie ! Yerbatero dosiadł pierwszego z brzegu rumaka i popędził na miejsce, a ja położywszy Gomarrę na drugiego konia i wziąwszy go przed siebie, pojechałem im naprzeciw. Niebawem nadbiegli i dopadli koni, które uwiązane na lassach i osiodłane, stały niedaleko. Nie minęło kilka minut, gdy już wszyscy byliśmy w siodłach, a każdy ponadto wziął po kilka koni luzem. Nawet stara Indianka spisała się dzielnie, trzymając się w siodle jak kawalerzysta.
- Dokąd ? - pytał pułkownik, nie znający okolicy.

- Na północ ! - odrzekł yerbafero. - Musimy, o ile można, trzymać się z dala od trzęsawisk, rozciągających się wzdłuż Parany. Niebawem wzejdzie księżyc i wtedy będziemy bezpieczniejsi. I popędziliśmy ku północy, po upływie zaś pół godziny, gdy noc rozjaśniła się od księżyca, skierowaliśmy się na południowy zachód. Okolica obfitowała w mniejsze i większe rzeczki, które jednak nie utrudniały nam zbytnio jazdy, bagniste zaś miejsca nietrudno było w 436 jasną noc poznać po roślinności, różniącej się znacznie od trawy stepowej. Dwie godziny forsownej jazdy minęły, jak jedna chwila, a jeniec nasz nie dawał znaku życia. Zacząłem się obawać czy go przypadkiem nie udusiłem. Zaniepokojony stanem Indianina, kaza-łem pozostałym zatrzymać się i zsiąść z koni, po czym ułożyliśmy biedaka na ziemi i rozwiązaliśmy mu nogi. Jeniec, gdy tylko poczuł, że jest wolny, zerwał się z ziemi i jął nam wymyślać, na czym świat stoi. Gdy wylał już z siebie całą żółć i uspokoił się, rzekłem do niego: - Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak nagle zmartwy-chwstał. Zachowywałeś się pan przez parę godzin tak spokojnie, że obawiałem się, iż nie żyjesz. Dlaczego nie poruszałeś się dotychczas?
- Alboż mogłem ? Skrępowaliście mnie, jak barana. - Mogłeś pan przynajmniej mówić.

- Po co? Aby panu powiedzieć, że jesteś istotnie niebezpiecznym łotrem? Na to jest i teraz dosyć czasu! Gdybym tylko nie był obezwła-dniony!... No! - To cóż byłoby wówczas ? Powiedziałbyś pan zapewne, że jestem głupcem, idiotą, czy wreszcie człowiekiem wyzutym z wszelkiej god-ności. A jednak właśnie dlatego, że jestem mądrzejszy od pana i posiadam więcej od niego godności ludzkiej, puściłem pańskie obelgi mimo uszu wiedząc, że niebawem będziesz wobec mnie upokarzająco zawstydzony. Nie bój się jednak niczego. Podobasz mi się, mimo wszystko.

-

Radbym jednak wiedzieć, co zamierzasz ze mną uczynić. Będziesz pan naszym przewodnikiem. Dziękuję za łaskawe zaufanie, ale do tego nikt mnie nie zmusi. Nie będzie to takie trudne. Naprawdę? A gdybym was umyślnie wprowadził w błąd?

- Wówczas zastrzelibym pana bez wahania. A zresztą niech pan nie myśli, że nas tak łatwo wyprowadzić w pole. - Mimo to jednak oświadczam panu, że spróbuję zbiec przy najbliższej sposobności. 437 - Owszem, wolno panu próbować. Ale ręczę, że to się mu na nic nie zda. Przywiążemy pana do konia. Nie mogąc zbyt dużo czasu tracić, kazałem przywiązać czerwono-skórego mocno do siodła, przy czym lasso uwiązane do uzdy zatrzymał yerbatero i puściliśmy się w dalszą drogę. Następny postój urządzili-śmy w napotkanej dolince, zarosłej gęstą trawą i krzakami. Konie przywiązaliśmy na lassach, by się pasty, a sami pokładliśmy się w trawie, znużeni gwałtownymi przejściami. Jeden z nas zawsze miał czuwać, zwłaszcza mieć baczne oko na Gomarrę. Nie było tu co jeść, ani nawet wody do picia, nikt też o to nie pytał, rad, że przynajmniej może chwilę odpocząć. Obowiązek czuwania w pierwszych godzinach przyjąłem na siebie i usiadłem obok leżącego Gomarry. Księżyc rzucał mdłe blaski na rozległą płaszczyznę stepu. Gdzieś w pobliskim bagnie rechotały żaby, a w bujnej trawie grały koniki polne. Poza tym wokoło panowała głęboka cisza. Aby śpiącym nie przeszkadzać, nie podnosi-łem się z ziemi i siedząc skulony z opartymi na kolanach łokciami, ukryłem twarz w dłonie i oddałem się myślom. O czym się myśli w takiej godzinie, tego się nawet nie wie, nie pamięta się później. Możliwe, że działalność mózgu staje, jak zegar, w którym zapomniano naciągnąć sprężynę. Siedziałem tak dłuższą chwilę, zasłuchany w majestat ciszy i wpa-trzony w bezmierny step, gdy nagle usłyszałem szept:
- Senior!

Zwróciłem głowę w kierunku głosu. To Gomarra chciał czegoś ode mnie.
- Czego pan sobie źyciy? - Czy pan... czy powie mi pan prawdę, ale tylko szczerą? -Jeżeli tylko będę mógł, owszem...

- Wyraził się pan o mnie pozytywnie. Była to ironia, czy też prawda?
- Prawda. - Tak... tak... Może pan nazwie to dzieciństwem, ale są pewne

438 chwile i okoliczności, które dziwnie wpływają na najtwardsze nawet charaktery. Prosiłbym tylko o jedno jeszcze wyjaśnienie... Dlaczego? Właściwie nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego człowiek ten wy-warł na mnie dodatnie wrażenie. Może z tego powodu, że wiele przeżył, wiele przecierpiał, nie wiem. I w tej chwili, choć twarzy jego nie mogłem widzieć, zdawało mi się że kryje się w niej rys, odzwier-ciadlającyjego prawą duszę. Odrzekłem więc przyjaźnie: - Pan podobno nie byłeś dawniej tak ponury i zgorzkniały jak obecnie i tylko jakiś bolesny wypadek wpłynął na zmianę usposobie-nia i poglądów na życie.

- Bardzo możliwe, ale ja o tym z nikim nie lubię mówić.

- Szkoda! Czasem takie wynurzenie wobec osoby życzliwej przy-nosi znaczną ulgę. - To prawda. Ale czy dzisiaj łatwo znaleźć szczerego, życzliwego człowieka? - Dlaczego nie. Są przecież na świecie ludzie współczujący i dobrzy. Pan sam wszakże byłeś takim kiedyś. - Nie przeczę. Ale to już minęło. Gdybym zresztą znalazł jakąś życzliwą sobie duszę, o której pan wspomina, to i tak niczego od niej, prócz współczucia, oczekiwać nie mogę. - Jeżeli pan nie masz zaufania, to trudno. Wdzierać się przemocą w pańskie tajemnice nie mam zamiaru. A jednak domyślam się...
- Czego?... Przecież pan jesteś tu obcy...

- Mogę jednak pomimo to wiedzieć, że na zmianę usposobienia pańskiego wpłynęła zbrodnia. Zamordowano panu brata.
- Skąd pan o tym wie?- podchwycił żywo. - Powiedział mi to pański krewny. - Plotkarz! I kto mu pozwolił rozpowiadać o moich sprawach?

- Niech się pan nie gniewa na niego, bo gdyby tego nie powiedział, byłbyś pan w tej chwili już nie żył. Pan przecież obraziłeś mnie ciężko i jedynie przez wzgląd na to, co opowiadał mi bratanek, darowałem ci życie. 439
- Bytem przecież parlamentariuszem!

- Ich również obowiązuje, Jak każdego innego, grzeczność, a przede wszystkim ostrożność. Pan jednego i drugiego zaniedbałeś, życie pańskie wisiało na włosku. Słyszałem jednak, że pan od chwili tego morderstwa zmienił się nie do poznania, i to właśnie usposobiło mnie dla ciebie życzliwie. Bo kto wziął sobie tak bardzo do serca śmierć brata, ten niezawodnie jest godnym człowiekiem.
- Tak pan myśli?... Rozumiem... - odszepnął i zamikł.

Dopiero po upływie dłuższej chwili zapytał:
- Ale pan nie zna szczegółów tego okropnego zdarzenia? - Tylko tyle, co mi powiedział pański krewniak. Od pana zaś nie

wymagam szczerości, bo zresztą nie mam żadnej podstawy liczyć na pańskie zaufanie. - A jednak ja je dla pana mam. Dziwne to, ale prawdziwe. Jesteś, senior, moim wrogiem, nie wiem nawet, co zamyślasz uczynić ze mną... A jednak zdaje mi się, że jesteś człowiekiem dobrym i, że nie byłbyś nawet w stanie uczynić jakiejkolwiek krzywdy. Teraz dopiero czuję, że tam, przy ognisku, pomyliłem się bardzo w ocenie pana. Po drodze słyszałem waszą rozmowę i wiem, jaki z pana dzielny człowiek. Wiem, że wybawiłeś sam, wyłącznie sam, garstkę towarzyszy ze strasznego położenia, gorszego jeszcze, niż paszcza lwa. Widzę, że jeżeli pan coś przedsiębierzesz, to ma to zawsze ściśle określony cel. Tak na przykład nie bez celu uprowadziłeś mnie z rancza i niedaremnie też jedziesz do Grań Chaco. Bo przecież pan tam zmierza?
- Owszem, jadę do Grań Chaco. - Dalej w górę rzeki też? - To zależy od okoliczności. Może nawet podążę aż do oceanu.

- Hm ! To się dobrze składa. Interesuje mnie ten zamiar. Udaje się pan w te strony, gdzie został zamordowany mój brat. A może podróż pańska przyczyniłaby się... może byś pan przy tej sposobności mógł wpaść na ślad mordercy mojego brata...
- Cóż znowu? Sądzisz pan, że jestem jakimś cudotwórcą? De lat

440 upłynęło od chwili śmierci brata? - Wiele. Ale mimo to można jeszcze wpaść na ślad zbrodniarza i gdybym posiadał w tym kierunku zdolności, przedsięwziąłbym po-szukiwania. Gdy cokolwiek zacząłem w tej sprawie, zawsze jakaś przeszkoda zniweczyła wszelkie moje wysiłki. Otóż zdaje mi się, że gdybyś pan znalazł się tam... Ale... co ja mówię?... To niemożliwe...
-Co?

- Nawet najmądrzejszy i najbardziej zdolny człowiek nie byłby w stanie wykryć mordercy po tylu latach, tym bardziej, że miejsce zbrod-ni znajduje się wśród dzikich, pustynnych okolic...
- Czy brat pański został tam pogrzebany? -Tak. - I za punkt wyjścia do wykrycia mordercy uważa pan jego grób?

- Na szczęście, mam inny przedmiot, który mógłby dopomóc w poszukiwaniach, a mianowicie butelkę, zawierającą jakieś sznurki, którą morderca tam zakopał. - Sznurki, mówisz pan? Może to są peruwiańskie kipu? Jeżeli tak, to proszę mi dokładnie wszystko opowiedzieć. Mimo woli przyszedł mi na myśl ów sendador, o którym mówił Monteso, a którego podejrzewałem o zbrodnię. Przypomniałem so-bie, że według opowiadania Montesa, miał on jakieś rysunki, ale o kipu nic yerbaterowi nie wspomniał i domyślałem się, że musiał je ukryć starannie, aby się nie dostały w obce ręce i aby ktoś, odcyfrowa-wszy je, nie odnalazł ukrytych skarbów. Posłyszawszy teraz od Gomarry o owych sznurkach, zainteresowa-łem się sprawą. Indianin poznał to widocznie, gdyż rzekł:
- Widzę, że sprawa ta interesuje pana. - Bo wspomniał pan o przedmiotach, o których cokolwiek wiem. - Umie pan może odczytać węzły na tych sznurkach?

- Czytałem wiele książek naukowych, traktujących o kipu i znam trochę narzecze, w którym one wyrażają swą treść. Ale pomimo to wątpię, aby mi się udało uczynić coś dla pana. Możliwe byłoby jedynie 441 to wówczas, gdybym wiedział dokładnie, skąd pochodzą te sznurki. Czy, pańskim zdaniem, sznurki te mają coś wspólnego z zamordowa-niem brata?
- Tak, senior.

- Więc proszę mi odpowiedzieć na kilka pytań. Przede wszystkim, gdzie leży miejscowość, w której popełniono morderstwo? - W górach na pustynnej wyżynie Pampa de Salinas, w Andach boliwijskich. Czy był pan kiedyś w tych górach? - Nie, ale czytałem o nich wiele. Czy owa pustynia solna jest naprawdę tak ponura i straszna, jak ją opisują? - O, to niezwykle dzika miejscowość. Jedzie się tam całymi dnia-mi, nie oglądając żadnej roślinności, prócz niektórych, właściwych słonemu podłożu. Przez tę martwą pustynię muszą przedzierać się myśliwi, polujący na chinchilla, które w odległych górach żyją całymi stadami.
- Czy jest tam woda?

- Jest jedno bardzo wielkie Słone Jezioro, pokrywające dno całej obszernej i zacisznej kotliny. Opowiadają, że dawniej na tym miejscu znajdowało się kilka pięknych miast i sporych wsi, ale zostały one zniszczone podczas najazdu na ten kraj Europejczyków. Dziś nie ma ani śladu z tych wspaniałych osad ludzkich.
Może przynajmniej pozostały jakieś ruiny? Nie ma żadnych. A jakieś wulkany są w pobliżu? Owszem, nawet kilka. Czy to jezioro, o którym pan wspomniał, ma jakieś dopływy? Nawet bardzo liczne, ale nieduże i krótkie. Słyszałem, że to Słone Jezioro pokryte jest stężałą warstwą soli.

- Tak, i to taką grubą, że można przejść po niej, jak po lodzie, a nawet przejechać na koniu. Sam tego próbowałem. W porze deszczo-wej wzbierają jednak potoki, a wówczas w jeziorze przybywa wody i pokrywa solna podnosi się, pływając po wierzchu. 442 - Być może, iż jezioro to było kiedyś niewielkie i dopiero z biegiem lat powiększyło się. Bo skoro na wierzchu znajduje się sko-rupa solna, to woda nie może wyparowywać, a nowej ciągle w nim przybywa, powodując co roku znaczny przyrost, „fa właśnie okolicz-ność mogła być przyczyną zalania nisko położonych ruin dawnych miast. Więc mówi pan, że w okolicy tego właśnie jeziora zginął pański brat?
- Tak. Wybraliśmy się na polowanie w Andy, było nas ośmiu

tęgich myśliwych, doskonale umiejących chodzić po górach. Przenocowawszy w owym strasznym miejscu przy słabym ogniu z solnych roślin, puściliśmy się rano w dalszą drogę, tylko brat mój pozostał by odszukać muła, który mu uciekł. Sądził, że znajdzie go i niebawem nas dogoni.
- Czy są tam jakieś zwierzęta drapieżne?

- Nie! Wszak one wiedzą, że w tej martwej okolicy nie ma żeru i poginęłyby z głodu.
- A ludzi spotyka się często?

- Nie. Przez Andy prowadzi jedna droga i to ogromnie uciążliwa oraz niebezpieczna. Tylko śmiałek decyduje się na jej przebycie i to w dogodnej porze, a przy tym wyłącznie dolinami, zawalonymi śnie-giem. Czasem zapuszczają się w te ponure ustronia poszukiwacze złota, ale ci nie idą zbyt daleko. - Zdarzyło mi się niedawno spotkać jednego z takich poszukiwa-czy złota, który wałęsał się po tych górach. - Któż to był? - zapytał Gomarra, zaciekawiony. - Może i ja go znam? Może to stary gambusino ze Szwajcarii?
- Znasz pan jego nazwisko?

- Nie. Nazywano go tylko gambusino, a wiem o nim tylko tyle, że miał krewnych w Banda Oriental, w pobliżu Mercedes.
- Tak, istotnie. Tego właśnie człowieka poznałem niedawno.

- Szczególny traf! Czy nie mógłby mi pan powiedzieć, gdzie on obecnie przebywa?

443
- Umarł. Bytem obecny przy jego śmierci.

- Umarł? I to w domu... zamiast jak prawdziwy gambusino, na pustyni. Niech mu światłość wiekuista przyświeca! Był to człowiek zamknięty w sobie, ponury, smutny, jakby miał na sumieniu jakieś przewinienie. Czy pan coś o tym wie? Nie chciałem oczywiście odpowiedzieć otwarcie na to pytanie, bo nie ulegało już wątpliwości, że mordercą brata Indianina był ten sam człowiek, który zmusił gambusina pod przysięgą do zachowania taje-mnicy morderstwa. A tym podwójnym mordercą był niewątpliwie sendador. Odrzekłem więc wymijająco: - Jeżeli, jak pan powiada, człowiek ów był zamknięty w sobie, to dlaczego miał zrobić wyjątek dla mnie? - Niby racja. Ale przecież mógł pan coś więcej usłyszeć w tej sprawie, która jak się domyślam, nie jest panu obojętna. - Być może. Czy ów gambusino wiedział o zamordowaniu pań-skiego brata?
- Nie! Nigdy z nim o tym nie mówiłem, jak i w ogóle z nikim.

Zresztą nie znaliśmy się zbyt blisko, gdyż on był odludkiem i szukał raczej samotności. Widywaliśmy się zwykle krótko, ledwie kilka słów zamieniając ze sobą. Nie dowiadywałem się o nim nic bliższego, on też nie był mną specjalnie zainteresowany.
- Czy to był jedyny człowiek, z którym się pan tam spotykał?

- Tak, oprócz oczywiście strzelców, o których wiadomo, że wybrali się w góry w nie bardzo uczciwych zamiarach.
- A zatem zdarzają się i tacy?

- Niestety, nie brak łotrów, którzy podszywając się pod płaszczyk przewodników, zwabiają w góry podróżnych, obrabowują ich i nieraz mordują. Takiemu właśnie drabowi wpadł w ręce i mój brat. - Po cóż jednak bratu potrzebny był arriero, skoro on sam znał dokładnie okolicę? -Prawda, brat znał drogę doskonale i zbyteczny mu był prze-wodnik. Ale został po prostu napadnięty przez tego łotra zupełnie 444 przypadkowo.
- Skąd pan o tym wie?

_ Brat powiedział mi to przed śmiercią. Ach, panie! Serce mi się kraje na samo wspomnienie. Jak już rzekłem, zostawiliśmy brata, bo musiał szukać swego muła i pojechaliśmy dalej w góry. Z doliny wznosi się łagodne zbocze górskie, a po nim wije się serpentyna, z której widoczna jest na sporą odległość cała okolica wraz z jeziorem. Wspinając się po owej serpentynie w górę, spotkaliśmy pewnego arriero, który schodził w dół, prowadząc ze sobą dwa muły. Widocznie, odprowadziwszy jakiegoś podróżnego na drugą stronę, wracał do domu; tak zresztą oświadczył moim towarzyszom, ja przy tej rozmo-wie nie byłem obecny, bo właśnie oddaliłem się na krawędź zbocza, aby spojrzeć w dół, czy nie widać mego brata. Gdy wróciłem arriero już pojechał w dalszą drogę.
- Czy pytał się pan o jego nazwisko ?

- Owszem. Podał swoje nazwisko, ale było zmyślone, bo, jak się później przekonałem, arriero o tym nazwisku, nie znano w całej okolicy.

- Czy towarzysze pańscy, gdyby go teraz zobaczyli, mogliby go poznać ? - Zapewne. Ale ich już nie ma, niektórzy poginęli nieszczęśliwie w górach, jeden udał się do Brazylii i nie wrócił, a reszta zaciągnęła się w szeregi armii, by w tych burzliwych czasach walczyć za ojczyznę. - A więc nikt panu w jego sprawie dopomóc nie może, pan sam musisz sobie radzić, mając jedynie ową butelkę. Proszę mi o niej powiedzieć coś więcej. - Było tak, senior. W południe owego nieszczęsnego dnia zatrzy-maliśmy się, by zaczekać na mego brata. Czekaliśmy daremnie. Za-niepokoiłem się, bo sądząc z tego, co mi towarzysze opowiadali o spotkanym przewodniku, miałem powód do obaw. Wróciłem więc na dół z jednym z nich i gdyśmy przybyli na występ skalny nad jeziorem, zobaczyliśmy brata, leżącego bez ruchu na ziemi. Zostawiwszy tedy nasze muły na górze, pobiegliśmy do niego. Ślady krwi świadczyły wymownie, że popełniono tu morderstwo. Brat leżał, jak martwy. Wręcz opisać nie mogę boleści, jaka mnie ogarnęła na ten widok.
- Wyobrażam sobie.

- Nie! Pan tego wyobrazić sobie nie może. Mój brat i ja tworzyli-śmy niejako jedną istotę, kochaliśmy się niezmiernie. I patrząc na zamordowanego, miałem w pierwszej chwili wrażenie, że kula prze-szyła nie jego pierś, lecz moją. Rzuciwszy się ku nieszczęśliwemu, począłem go potrząsać i nagle umierający otworzył na chwilę oczy, poznał mnie, szepnął kilka stów, po czym wyzionął ducha.
- I powiedział panu, kto go zamordował?

- Tak. Mordercą jego był ów (yriero, a popełnił tę zbrodnię, by brat mój nie zdradził jego tajemnicy. W chwili bowiem, gdy brat, znalazł swego muła i wsiadł nań chcąc się oddalić, zobaczył w pobliżu człowieka, który zakopywałw ziemi butelkę.^l/new, zobaczył niespodziewanego świadka tej czynności, wymierzył doń i strzelił. Trafiony w pierś, spadł z muła, ale po chwili, odzyskawszy przytomność i widząc, że morderca już się oddalił, zebrał ostatek sił i zawlókł się na krawędź skały, aby zobaczyć, gdzie się podział arriero, no i widział, jak morderca zakopywał butelkę w innym miejscu, pod skałą nad jezio-rem. Później zasłabł i ocknął się dopiero, gdy go znalazłem.
- Co pan zrobił potem? Ścigałeś zapewne mordercę?

- Niestety, noc zapadła i wszelkie wysiłki w tym kierunku na nic się nie przydały. Wykopaliśmy obaj z towarzyszem grób i pochowali-śmy zwłoki, a na tym miejscu ustawiliśmy krzyż, kładąc na mogile ka^nień. Potem przyjaciel mój oddalił się, a ja jeszcze zostałem.
- Trudno było panu rozstać się z bratem?

- Tak, senior. A przy tym nie chciałem, aby ktoś drugi był wtaje-mniczony w sprawę owej butelki, która musiała niezawodnie być bardzo ważna, skoro ów arriero dla ukrycia jej poważył się nawet na ł morderstwo. Po oddaleniu się towarzysza rozpocząłem natychmiast poszukiwania butelki i aczkolwiek w miejscu, gdzie została 446 zakopana, wiatr zatarł już ślady, jednak udało mi się ją odnaleźć. - I nie wie o tym nikt, prócz pana? Przecież to, co opowiadał panu przed śmiercią brat pański, mógł słyszeć ów towarzysz, co był z panem.
- Nie słyszał naszej rozmowy, bo pobiegł szukać mordercy. - Czy wiedziałeś pan, że owe sznurki są cennymi dokumentami?

- Wówczas jeszcze nie miałem o tym pojęcia, ale później dowie-działem się i byłem bardzo rad, że ich nie zniszczyłem.
- Zabrałeś je ze sobą ?

- O, nie. Byłem na tyle przezorny, że zakopałem na nowo butelkę z jej zawartością, aby morderca nie domyślił się odkrycia tajemnicy.
- Przypuszczałeś więc pan, że powróci on tam jeszcze ? - Oczywiście i nie myliłem się. Bywał tam potem często. - Skąd pan wiesz? Widziałeś go?

- Nie, ale poznałem ze znaków, które tam poczyniłem. Niestety, jego samego nie spotkałem nigdy, ani też nie mogłem się o nim niczego w okolicy dowiedzieć. - Nie starał się pan wyszukać kogoś, kto umiałby odcyfrować owe dokumenty? - Owszem, ale nie natrafiłem na takiego. Dopiero teraz... Ale co ja mówię?... To niemożliwe... przerwał wątek rozmowy. - Proszę, mów pan dalej! - zachęcałem go, widząc, że obawia się, aby nie powiedzieć za wiele. - Jestem pańskim jeńcem... czeka mnie śmierć... po co więc łudzić się?
- A gdybym pana puścił wolno?... - Co pan mówi - szepnął półgłosem,. - Byłby pan skłonny?

Jeżeli wielkoduszność pańska sięga tak daleko, to proszę o pozwole-nie...
- Podróżowania ze mną? - Tak, senior. Proszę się nie gniewać, że...

- Wprawdzie nie miałem przedtem zamiaru wlec się aż do Pampa de Salinas, - przerwałem mu - ale w tej chwili jestem na to zdecydowany i mam nawet nadzieję, że uda mi się schwytać mor-dercę.
- Cielol Gdyby to byto możliwe! - Owszem, przypuszczam, że podołam temu zadaniu. Ale... co pan

robił potem, po śmierci brata? Miał pan ranczo... Czy porzuciłeś po tym wypadku polowanie w górach ? - Tak, musiałem zaprzestać tych wędrówek, gdyż wyczerpały się wszystkie moje siły i nie mogłem wpaść na trop mordercy. Siedziałem nad jeziorem całymi tygodniami, myśląc, że go schwytam... niestety daremnie. Szkoda było tylko trudów moich, znoszenia głodu i zimna. Skoro jednak oddaliłem się stamtąd, pojawiał się nagle on, jakby wyrósł spod ziemi lub spadł z chmur. Poznawałem to z pozostawio-nych przeze mnie znaków. - Widocznie sprytny to człowiek i posiada nie byle jakie zdolności, jeżeli umie czaić się, jak jaguar. Przy tym zna zapewne każdą ścieżkę, każdą szczelinę w owej górskiej pustyni.
- O, tak! Nie dorównałby mu chyba nawet Geronimo Sabuco... - Cóż to za osobistość?

-Niesłyszałpan tego nazwiska ? Toż to najsłynniejszy przewodnik i znawca Andów, nazywają go z tego powodu sendadorem.
-Widziałeś go pan kiedyś? -Nie, nie miałem tego szczęścia. - Czy bywa on często w tamtych stronach ?

- On bywa wszędzie, ale główna jego kwatera znajduje się w Grań Chaco. Opowiadają o nim, że zna każdą piędź ziemi w Andach. I

jeżeli pan chce przedostać się ku oceanowi, radziłbym panu wziąć go za przewodnika.
- Myślałem już o tym. - Czyżbyś pan wiedział o nim przedtem ? -Tak.

- Jeżeli więc istotnie uda się pan w tamte strony i nie odmówi mej prośbie, to pojadę z nim razem aż do Pampa de Salinas. Cieszę się 448 ogromnie, senior... _ Ba, ale przecież należy pan do armii Jordana. _ Co mnie może w tej chwili obchodzić Jordan? Nie przyłączyłem się do niego z przekonania. Nie mogłem wytrzymać dłużej w spokoj-nym, odludnym ranczo, więc sprzedałem je, a uzyskane pieniądze zawiozłem do głównego miasta Entre Rios, umieściłem w banku, po czym puściłem się w Andy. Po drodze zatrzymali mnie ludzie Jordana i najęli na przewodnika do Corrientes, a że mi Jordan dobrze zapłacił i dał rangę oficera, pozostałem w jego armii. To wszystko! - Z pierwszego spotkania z panem wyniosłem wrażenie, że jest pan zagorzałym jego stronnikiem. - Gdy się wlezie między wrony, trzeba krakać, jak i one. Ale w tej chwili mam do pana więcej zaufania, niż do Jordana i całej jego armii. - Mamw to wierzyć? Czym pan udowodnisz to, co obecnie mó-wisz? - Bardzo łatwo dowiodę panu swej lojalności, wydam mu miano-wicie w ręce wszystkich tych, którzy nas teraz niezawodnie ścigają.
-W jaki sposób ?

- W ten, że ścigającą bandę wciągnę w bagna rzeki Espinuili, która odgranicza Entre Rios od Corrientes. - Przypuszcza pan, że pogoń jest już w drodze? Wszak w nocy niemożliwe jest rozpoznanie śladów. Zresztą oddaliliśmy się znacznie od rancza i powodzenie pościgu jest bardzo wątpliwe, a może zanie-chano go zupełnie. - Mylisz się senior! Nie darują wam i z całą pewnością są już niedaleko. O ślady nie potrzebują się troszczyć, gdyż wiedzą dobrze, że mogliśmy się skierować jedynie do granicy i w tym kierunku bez wytchnienia nas ścigają. - Może ma pan rację. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak natychmiast wyruszyć w dalszą drogę.
- Dobrze! Pojedziemy prosto w kierunku bagien, a oni za nami.

Ponieważ znam przejście przez te niebezpieczne obszary, zwabimy 449 ścigających w sam środek trzęsawisk i schwytamy wszystkich bez jednego wystrzału. - Sądzi pan, że Ja wierzę w to, co pan mi obiecuje... pan, zagorzały jordanista? Kto mi zaręczy, że nie będzie to pułapka właśnie dla nas?
- Senior! Pański brak zaufania do mnie Jest przykry.

- Jak mogę panu zaufać? Wszak planuje pan zdradę wobec swych dotychczasowych przyjaciół, a czy zdrajca zasługuje na wiarę?

Gomarra zamilkł i dopiero po dobrej chwili rzekł: - Przyznaję panu słuszność, pomimo, że słowa pańskie nie są dla mnie pochlebne. Ale proszę tylko wziąć pod uwagę, że Jordan sam właściwie jest zdrajcą i sprawiedliwie będzie, gdy zbierze to, co sam sieje. Służyłem mu wiernie, jak długo byłem do tego obowiązany. Obecnie jednak nie znajduję się w jego służbie. Zresztą pamięć mego zmarłego brata cenię o wiele wyżej, niż względy dla buntownika, u którego byłem wprawdzie oficerem, ale tylko za żołd. Dodam jeszcze, że ma pan mnie w swej mocy i w razie najmniejszego podejrzenia może mi pan odebrać życie, na co z góry jestem przygotowany.
- Tak, ale co by mi to pomogło, gdybyśmy już wleźli w zasadzkę...

- Nie mam żadnych środków, aby przekonać pana o mojej szcze-rości. Bardzo mi jednak zależy, abym mógł wziąć udział w waszej wyprawie w Kordyliery. Jest to sprawa mojego życia. - Ponieważ może być pan przydatny jako przewodnik podejmę ryzyko, ostrzegam jednak, że każda próba zdradzenia mnie będzie dla pana ostatnią w życiu. Pochyliłem się nad nim i przeciąłem więzy, Indianin zerwał się z ziemi i rzekł:
- Uwolnił mnie pan i mógłbym teraz uciec.

- Nie byłaby to ucieczka, nie jesteś już pan jeńcem i możesz iść, gdzie chcesz. Mam jednak nadzieję, że zostaniesz przy nas. - Dziękuję - odrzekł wyciągając do mnie rękę. - Ale co na to powiedzą pańscy towarzysze, gdy się obudzą? Niedługo czekał na odpowiedź, bo właśnie pułkownik, który spał 450 tuż obok, zerwał się i krzyknął;
- Co u diabła! Jeniec wolny? Co to ma znaczyć, senior?

- Jak pan widzi. Nie mogę przecie dręczyć sprzymierzeńca. Czło-wiek ten zobowiązał się pomóc nam w ujęciu napastników, którzy nas ścigają.
- I pan mu wierzy? - Spróbuje.

-Ha! Skoro tak, to się nie wtrącam. Ale w jaki sposób dopełni on swego przyrzeczenia? - W bardzo prosty - odparł Gomarra. - Wiadomo panu, że graniczna rzeka tworzy w niektórych miejscach zdradliwe bagna. - Owszem, oznaczone są na naszych mapach. Nie ważyłbym się tam zapuszczać. - Ja jednak nie obawiam się ich, bo znam każdą niemal piędź ziemi w tych okolicach. Jordaniści niezawodnie nas ścigają, i już niedługo zobaczymy ich. Dlatego to poprowadzę was znanymi mi ścieżkami w bezpieczne miejsce, tam rozdzielimy się na dwie grupy i wciągniemy całą zgraję w nieprzebyte topieliska. Szkoda tylko, że jest nas tak mało. - Hm! - mruknął pułkownik. - Może znalazłaby się jakaś pomoc i mam na to pewne widoki, ale nie wiem, czy wolno mi mówić otwarcie... Wszak senior Gomarra aż do tej chwili był naszym wrogiem.
- Biorę go na siebie - odrzekłem. - Czy ma pan jakiś plan?

- Otóż jak panu wiadomo, podążałem do Corrientes, żeby stam-tąd zorganizować atak na Jordana, oczekują tam na mnie wysłani przodem oficerowie, którzy mają polecone zwerbować żołnierzy, po-starać się o konie, oraz obsadzić natychmiast granicę. Przypuszczam, że do akcji tej użyto piechotę, gdyż zdobyć dostateczną liczbę koni nie jest tak łatwo. Wyprzedził nas w tym Jordan, zarządziwszy jeszcze przed wybuchem rebelii masowe kradzieże koni. Dlatego cieszę się, że mu zabraliśmy kilkanaście wierzchowców, bo lepsze to, niż nic. 451 - Wkrótce będziemy ich mieli kilkaset - wtrącił Gomarra,-tylko idzie o to, czy znajdzie się tylu jeźdźców. - Postaram się o nich z rejonów nadgranicznych - odrzekł puł-kownik. - Przydałby mi się jednak człowiek, który znałby dobrze okolicę i wskazał drogę aż do granicy, gdyż mapy moje nie są wystar-czające.
- Decyduję się pojechać z panem - zaofiarował się Gomarra. - Kto w takim razie poprowadzi innych?

- Również ja. Pojedziemy razem aż do rzeki. Znam wąską ścieżkę przez trzęsawiska. Ścieżka jest szeroka nie więcej niż metr i prowadzi na zupełnie suchy i bezpieczny brzeg rzeki. Tam pozostali mogą zaczekać, a my obaj udamy się na granicę, ażeby ściągnąć z posterun-ków trochę wojska i skierować je z drugiej strony, na tyły nieprzyja-ciela, który niewątpliwie da się zwabić naszymi śladami na wspomnia-ną ścieżkę i wówczas będzie miał drogę z obu stron zamkniętą.
- Niezły plan, - zauważył pułkownik - byle się udał.

- Musi się udać, jeżeli tylko na czas zdołamy ściągnąć wojsko z granicy. Dlatego też musimy wyruszyć stąd natychmiast.
- Czy jednak potrafi pan znaleźć drogę w nocy? - Owszem, gdyby nawet księżyc nie świecił, to i tak nie zbłądziłbym.

- Dobrze. Ale raz jeszcze ostrzegam, każda próba oszukania nas to pańska śmierć. Zbudziliśmy towarzyszy i w chwilę później ruszyliśmy galopem przez step. Jechałem z Gomarra przodem. Jakkolwiek nie podejrzewałem go o złe zamiary, to jednak uważałem za konieczne zachowanie wszelkich środków ostrożności i gotowości zabicia przewodnika, gdy-bym spostrzegł, że chce nas wprowadzić w błąd. Nad ranem wjechaliśmy w las, niezbyt gęsty, widny i tu również mogliśmy pędzić galopem. Nie staraliśmy się ukrywać swych śladów, przeciwnie, czyniliśmy wszystko, aby ułatwić nieprzyjacielowi trzyma-nie się ich. 452 Niebawem znaleźliśmy się w okolicy nadrzecznej, poprzecinanej gęsto małymi, leniwie sączącymi się strumykami. _ Ą więc zbliża się chwila, w której pan dowiedzie swej przydat-ności - rzekłem do Gomarry. _ I mam nadzieję, że panowie będziecie ze mnie zadowoleni - odparł, uśmiechając się. _ Jeżeli pan istotnie wywiążesz się z zadania dobrze, to odpłacę się ci tak, jak o tym nawet marzyć nie mogłeś. - Bardzo mnie to cieszy. Czy może mi pan powiedzieć już teraz coś o tym?

- Owszem. Obiecuję panu, że zobaczysz mordercę swego brata. - Co pan mówi? Czyżbyś miał już teraz jakieś wiadomości o nim? -Mam! - Senior! Proszę przynajmniej wymienić mi jego nazwisko. - Pan mi je sam niedawno wymienił. - Ja? Nie przypominan sobie tego. - Niech pan pomyśli nieco...

- A więc... hm!... Wspominałem o tym starym strzelcu, który podobno umarł. Ale nazwiska jego sam nie znam. Kazał się tytułować gambusino. - To nie ten. Wspomniał pan też o innym, który podobno zna całe Andy, jak nikt inny w tym kraju.
- Czyżby Geronimo Sabuco?... Nie, senior! To niemożliwe! - Dlaczego?

- Myli się pan zapewne! Sendador i morderca? Człowiek ten narażał tysiące razy swoje życie w celu ratowania innych! - A jednak to nie zmienia mego zdania o nim. Są ludzie na oko zacni i szlachetni, a w gruncie rzeczy to skończone łotry. Pan go ani widziałeś, ani go znasz, a stajesz w jego obronie! - Bo wiem, jaką opinią cieszy się ten człowiek w całym kraju. Czy ma pan pewne podstawy do podobnych podejrzeń?
- Nie mówmy teraz o tym...

453 - Przepraszam! Musimy o tym mówić, bo zadręczy mnie cieka-wość. - Później, senior Gomarra! Teraz chciałem tylko dać panu do zrozumienia, że mogę się wywdzięczyć za okazaną nam przysługę.
- Ależ ja skonam z niecierpliwości!

- Wobec tego pośpiesz się pan i jak najprędzej oddaj nam w ręce jordanistów, a znajdzie się dosyć czasu na uratowanie panu życia!
- Czy towarzysze pańscy wiedzą coś o tym?

- Prócz mnie, tylko brat Jaguar wie, że sendador jest mordercą. Z nim możesz pan o tym mówić, ale tak, aby nie słyszał nikt inny, zwłaszcza yerbateny, którzy do czasu powinni uważać sendadora za człowieka uczciwego. Jest to dla naszej sprawy konieczne. - Nie będzie to trudne, bo ja sam wierzę dotychczas w prawość i uczciwość sendadora.
- Zapewniam jednak pana, że się nie mylę i o jedno tylko zapytam:

wszak nie posądzasz pan stargo gambusina o kłamstwo? - Nie, panie. Mówił on raczej mało, ale to co mówił, było zawsze szczerą prawdą. - Otóż proszę uważać. Człowiek ten opowiedział mi przed śmier-cią, że był świadkiem zbrodni sendadora.
- Czy to możliwe? Ja... ja...

- Sendador zamordował starego mnicha, a spostrzegłszy, że w chwili zbrodni został podpatrzony przypadkowo przez gambusina, chciał go również uśmiercić, aby się pozbyć świadka. Że jednak obaj byli dobrymi przyjaciółmi, sandador darował gambusinowi życie, a tylko wymógł na nim przysięgę, że przed nikim tego nie zdradzi. - To wstrętne! To okropne!... Alegambusino nie dotrzymał przy-sięgi, skoro opowiedział to panu. - Nie wyznał mi on tego wprost, tylko dał pewne wskazówki, z których sam domyśliłem się reszty, bo sprawa już przedtem nie była mi obca.

- Ach, tak?... Kto by to pomyślał? Sendador mordercą! Ale czy się

454 pan nie myli co do wyznania gambusina^ Może był w gorączce? - Nie, był zupełnie przytomny. Zresztą wszystko się mniej więcej zgadza z tym, co mi pan opowiedział. Obydwa morderstwa zostały popełnione w krótkim po sobie czasie. Butelka, którą pan odnalazł, zawiera właśnie sznurki, zrabowane owemu mnichowi.
- Jesteś pan tego pewny?

- Najzupełniej! Sendador zrabował je mnichowi z innych jeszcze pobudek, ale o tym dowie się pan później. Wtajemniczam pana w to wszystko, pomimo, że nawet yerbateny nic o tym nie wiedzą. Spodzie-wam się, że nie naduźyjesz pan mego zaufania.
- Na pewno. A moja zemsta?

- Już coś wymyślimy. Gdyby go pan jednak oskarżył wprost, wykręciłby się kłamstwem i szkoda byłoby zachodu. Musimy go po-dejść z innej strony. Sprowadzimy go podstępem na miejsce zbrodni, a następnie wytoczymy mu zarzuty tak nagle i niespodziewanie, a poparte tak przekonywującymi dowodami, że musi się przyznać, choćby pod wpływem zaskoczenia. No, ale powiedziałem już i tak za wiele. - Dziękuję senior! Doceniam to i mam nadzieję, że się będę mógł odwdzięczyć. Dotarliśmy właśnie do miejsca, o którym mówiłem i muszę odłączyć się od pana, razem z pułkownikiem.
- Ale ja go nie opuszczę. - Dlaczego? Przecież ja z nim pojadę.

- Ja również. Co trzech, to nie dwóch, okolice pogranicza są niebezpieczne. Pułkownik rad był, że będę mu towarzyszył, gdyż w dalszym ciągu nie dowierzał przewodnikowi. Znajdowaliśmy się na płaskiej równinie, porosłej bujną trawą, a o kilka kroków przed nami trawa ta miała inną barwę i można było od razu wywnioskować, że mamy przed sobą trzęsawiska. Zsiadłem z konia, ale Gomarra krzyknął:
-.Uważaj, senior! Ani kroku dalej, gdyż zapadnie się pan w

455 trzęsawisko! Zaraz też naocznie się przekonaliśmy, jakie groziło nam niebez-pieczeństwo. Bowiem poprzedni nasz przewodnik, zrzuciwszy z siebie ubranie i przewiązawszy się pod pachami lassem, którego drugi ko-niec pozostał w ręku Montesa, puścił się na trzęsawisko, lecz zaledwie postąpił dwa kroki, ugrzązł po pas, a w następnej chwili zniknął zupełnie pod powierzchnią i dopiero z wielkim wysiłkiem udało się nam wydobyć go z tej osobliwej kąpieli. Oczywiście musieliśmy jechać jeden za drugim. Gomarra był na samym przedzie, ja za nim, potem szedł luźny koń, dalej jeździec, znowu koń - i tak dalej. Szerokość tej osobliwej grobli między bagniskami nie przekraczała metra i ciągnęła się zakolami o wiele dalej, niż sobie wyobrażałem. Mogła na całej swej długości zmieścić ścigających nas czterystu żołnierzy, gdyby puścili się gęsiego naszymi śladami, a w takim wypadku moglibyśmy ich wszystkich zamknąć na owym przesmyku z obu końców ; my od rzeki, a żołnierze pułkownika od stepu. Osobliwa ta dróżka nie była zresztą twarda; miejscami konie grzęzły po kolana. Ale przebyliśmy ją szczęśliwie, wydostając się na obszerną polanę tuż nad samą rzeką. Dokoło rosły drzewa i krzaki. Chciałem na tej polanie zatrzymać wszystkich, aby czekali na nasz powrót, ale Gomarra rzekł: - Pojedziemy jeszcze kawałek, a potem oni wrócą tu pieszo i rozłożą się na wypoczynek.

- Dlaczego pieszo?

- Bo żołnierze pułkownika, stojący na pograniczu, nie mają koni i musimy je dostarczyć im jak najprędzej. Mamy przecież dla nich przeszło trzydzieści koni. Gdy na każdego wsiądzie po dwu żołnierzy, to w krótkim czasie przetransportujemy na miejsce około siedem-dziesięciu ludzi. - Niezła myśl, - rzekł na to pułkownik - ale czy znasz pan dobrą drogę do granicy? - Owszem, po tamtej stronie rzeki znane mi jest takie samo przejście, jak to, którym dostaliśmy się tutaj. Musimy jednak 456 podjechać nieco dalej, a panowie niech nam towarzyszą, bo sami nie dalibyśmy rady przeprowadzić tyle koni do wspomnianego miejsca. Stosownie do tej rady, skierowaliśmy się na prawo w górę rzeki i niebawem znaleźliśmy się znów na niebezpiecznej ścieżce wśród ba-gien. Przebyliśmy ją szczęśliwie, bo konie instynktownie były bardzo ostrożne i posłuszne. Wydostawszy się z tych zdradliwych miejsc, znaleźliśmy się na stałym gruncie nad samą rzeką. Po drugiej stronie wody widniała piaszczysta łacha. - Przeprawimy się tędy - rzekł Gomarra, wskazując łachę. - Panowie pomogą nam popędzić konie wpław, a potem wrócą pieszo na poprzednie miejsce. Pułkownik, Gomarra i ja wjechaliśmy do wody, a towarzysze wpę-dzili za nami konie, przykróciwszy im przedtem cugle i strzemiona. Rzeka nie była tu szeroka, a i prąd wody niezbyt rwący, wobec czego przeprawiliśmy się bez trudności i ująwszy konie na lassa, pojechali-śmy zrazu powoli, ze względu na moczary, a następnie przez step galopem do miejsc, gdzie zdaniem pułkownika powinno było znajdo-wać się jego wojsko. Po upływie kwadransa ukazało się przed nami w oddali dwóch jeźdźców. Dążyli prosto ku nam i pułkownik niebawem poznał, że byli to wysłani przez niego dwaj oficerowie, rotmistrz Mauricio z adjutantem. Obaj zdziwili się bardzo na widok swego wodza, którego nie spodziewali się spotkać w tej okolicy.
- Co wy tu robicie ? - zapytał jeźdźców pułkownik.

- Wybraliśmy się na kontrolę posterunków granicznych - od-rzekł rotmistrz. - Tam - wskazał ku wschodowi - stacjonuje nasz oddział.
- W jakiej liczbie?

- Dwustu ludzi i około siedemdziesiąt koni. Więcej zgromadzić nie mogliśmy, bo Jordan nas w tym ubiegł. - Wiem o tym. Macie siedemdziesiąt koni, a my trzydzieści, razem sto. Jeżeli na jednego konia wsiądzie dwu żołnierzy, to będzie dwustu ludzi. Pytanie jednak, czy damy radę dwa razy liczniejszemu 457 nieprzyjacielowi. - Z pewnością, przy tym ukształtowaniu terenu nie może być inaczej.
-Jaką broń mają nasi żołnierze ? - Karabiny Remingtona. - Doskonale! Nie traćmy więc czasu i jedźmy!

Ruszyliśmy natychmiast. Niebawem natknęliśmy się na małe od-działy żołnierzy, których rozmieszczono wzdłuż rzeki. Była to wpraw-dzie zbieranina rozmaitych ludzi, ale oceniając ją

wedle miejscowych stosunków, nie wyglądało to najgorzej. Wszyscy byli dobrze umundu-rowani i uzbrojeni, brakowało im tylko koni. Urządziliśmy więc rzecz tak, jak przedtem omówiono, to jest na każdego konia wsiadło po dwu żołnierzy i po krótkiej naradzie wojennej pojechaliśmy z powrotem tą samą drogą, jaką tu przybyliśmy, kierując się jednak nieco wyżej od miejsca poprzedniej przeprawy. Przepłynąwszy rzekę, podążyliśmy za Gomarrą, który drugim znanym sobie przejściem wśród bagien po-prowadził pułkownika z wojskiem na ląd, gdzie znajdowały się krzaki i zarośla, po czym wrócił do mnie. Część żołnierzy, którą tu pozosta-wiono, ukryła się w zaroślach, a ja z Gomarrą poszedłem pieszo do towarzyszy, oczekującycB nas u wylotu ścieżki. Szczęśliwe dotychczas uniknięcie niebezpieczeństw napełniało nas wszystkich otuchą i nadzieją na dalsze powodzenie sprawy. Jednak pościgu jakoś długo nie było widać, znużenie zaś kleiło niektórym z nas powieki. Widząc to, zaproponowałem, aby kto pragnie spocząć, położył się natychmiast, inni zaś będą czuwali, uważając na step i w razie pojawienia się pościgu zbudzą pozostałych. Z propozycji mojej skorzystali wszyscy z wyjątkiem Hilaria, który pierwszy podjął się czuwania. Sposobność lę wykorzystałem, opowiadając mu o całej rozmowie z Gomarrą. - I niech ktoś powie, - rzekł, wysłuchawszy mnie - że opatrzność nie kieruje sprawami ludzkimi! Bo jakże bez niej mogłyby się tak ułożyć okoliczności? Spotkałeś pan naprzód yerbatera, potem 458 gambusino, wreszcie Gomarrę, gromadząc doskonały materiał do rozwiązania zagadek i przypuszczam, że wobec tego wszystkiego po-stanowiłeś pan udać się do Słonego Jeziora.
- T^k jest. - W takim razie pojadę i ja, asendador musi nas tam zaprowadzić. - Czy tylko zechce?

- Grdy mu dobrze zapłacimy, zgodzi się. Czy ma pan nadzieję odczytania sznurków? - Na razie nie, bo brak mi pewnych wiadomości. Ale kiedy będę miał w ręku kipu, nie spocznę póki nie rozwiążę jego zagadki.
- Czy powiedziałeś pan to wszystko temu Indianinowi?

- Nie wszystko. Na przykład nie wspomniałem o ukrytych skar-bach, aby mu to niepotrzebnie nie zawróciło w głowie.
- Domyślam się, że nie bardzo pan wierzysz w owe ukryte skarby - zauważył z uśmiechem.

- Hm! Inkowie posiadali istotnie olbrzymie skarby i nie ulega wątpliwości, że je gdzieś ukryli. Gdyby więc były pod ręką prawdziwe kipu i odpowiednie plany, to oczywiście nie wątpiłbym w powodzenie całego przedsięwzięcia.
- A jednak widzę, że jesteś pan dość obojętny dla całej tej sprawy.

Jak to mam rozumieć? - Są różne skarby na ziemi. Bryła złota lub okazały diament należą bezsprzecznie do rzeczy, którymi gardzić nie należy. Ale kubek wody,, gdy się ma pragnienie, lub chwila snu po zmitrężonej nocy więcej nieraz są od nich warte. A w tej chwili, ogromnie rad bym bodaj chwilę się zdrzemnąć. Czy zgoda? Położyłem się na trawie i od razu usnąłem. Niedługo jednak było tej rozkoszy, bo wkrótce posłyszałem głos zakonnika:
- Wstawajcie!

Pozrywaliśmy się wszyscy na równe nogi spoglądając na step, skąd oddział żołnierzy pędził w pełnym galopie wprost ku nam.
-- C/e/o! - krzyknął zakonnik. - Pędzą w rozwiniętym szyku i

459 potopią się w bagnach! Trzeba ich ostrzec. I położył dłonie do ust, chcąc krzyknąć. Przeszkodziłem mu jednak: - Spokojnie! W razie, gdyby któryś zapadł się w bagno, inni go wyratują. Spostrzegli się jednak natychmiast i zrozumiawszy, co im grozi, osadzili konie, po czym kilku żołnierzy zsiadło w celu wyszukania przejścia, sądując grunt lancami. Major, przekonawszy się, że prze-szkoda jest poważna, zebrał oficerów na naradę.
- Oby tylko nie zechcieli zawrócić ! - zauważył Monteso.

- I ja się tego obawiam - wtrącił któryś z naszych. - Nie wiedzą przecież, że znajdujemy się tutaj. - Może się im ukazać na wabia ? Ale... patrzecie! Major wysyła dwu jeźdźców brzegiem bagna, prawdopodobnie dla wyszukania do-godnej drogi. Istotnie dwaj jeźdźcy oddalili się od oddziału i podążyli powoli naszymi śladami. - Kiepsko ! - ozwał się Turnerstick. - Gdy ci dwaj przybędą aż tutaj i zobaczą nas, to wszystko przepadło, bo w takim razie major nie przeprawi się przez bagno. - Zróbmy więc tak, aby nas nie zobaczyli - odrzekłem. - Jest przecież gdzie się ukryć. Krzaki, trzcina... - Ale ci dwaj zostaną pewnie tutaj, dopóki tamci się nie przepra-wią, wobec czego nasza akcja będzie poważnie utrudniona. - Już ja ich usunę z drogi - zerwał się Larsen, zaciskając odruchowo pieści. - Przecież i ja mogę raz pokazać, co umiem, sir! - Tylko nie porywczo! - ostrzegłem go. - Przede wszystkim trzeba się tak wziąć za nich, aby nie mogli krzyczeć.
- Postaram się.

Ukryliśmy się, a tymczasem dwaj jeźdźcy, znalazłszy się na twardym gruncie niedaleko od nas, rozejrzeli się i spostrzegłszy nasze ślady dalej w górę rzeki, doszli zapewne do wniosku, że w tym miejscu odpoczywaliśmy i, że następnie pojechaliśmy dalej. Nie mogliśmy 460 oczywiście ich od razu zaatakować i trzeba było czekać, aż na ich znak oddział wjedzie na ścieżkę między bagna. Okazało się jednak, że mieli oni widocznie inne polecenia od majora, gdyż po chwili ruszyli z powrotem do oddziału.
- Szkoda! - biadał Larsen. - Taką miałem ochotę!

- Nic się złego nie stało i lepiej dla nas, że się wrócili - rzekłem, _ bo prawdopodobnie będziemy tu mieli za chwilę samego majora.

I rzeczywiście, zaledwie wysłańcy wrócili, major dał znak żołnie-rzom, by jechali za nim. Zaciekawiony widocznie, dokąd prowadzą nasze ślady, popędzał swego konia i znacznie wyprzedził innych.
- Co zrobimy ? - spytał Hilario. - Przepuścimy go aż tutaj? - Oczywiście.

- Ba! Ale jego ludzie wnet mogą uzyskać twardy grunt pod nogami i wówczas przyjdzie do walki, czego przecież nie planowaliśmy.
- Proszę się nie obawiać. Skoro go tylko chwycę, będzie tak

krzyczał, że tamci muszą stanąć.
- Jak to? Pan go zamierza pochwycić? - pytał sternik. - Czy nie

lepiej, abym ja go wziął w swoje objęcia? - Ależ owszem, tylko proszę, nie połam mu pan żeber. Wystarczy, gdy go pan wysadzi z siodła i położy na ziemi. Major, trafiwszy na stały grunt, pocisnął konia ostrogami tak, że ten przesadził wysoki krzak i najniespodziewaniej znalazł się tuż przed nami. Major stanął jak wryty, lecz po krótkiej chwili począł wołać ku swoim;
- Stać! Zawracać!

Wyjątkowa odwaga. Wybrał się dla schwytania wroga, a zobaczywszy go nagle, struchlał ze strachu. Widziałem, że uczynił ruch, jakby się chciał cofnąć, ale nie było już czasu, bo sternik pochwycił go z tyłu za pas i niezbyt delikatnie zsadził na ziemię. Na ten widok cały łańcuch żołnierzy zatrzymał się na ścieżce, znalazłszy się nagle w samym środku naszej pułapki.
- Dzień dobry panu - ozwałem się do majora, który siedział na

461 ziemi u nóg Larsena, jak przygwożdżony i patrzył wokół z przeraże-niem. - Zobaczyliśmy się znowu, ale już w innym miejscu. Co prawda, czekaliśmy na pana poprzednio, ale zbyt długo siedziałeś przy wieczerzy w ranczo. Smakowało panu zapewne? Daruje nam pan, że dłużej czekać nie mogliśmy. Było to trochę z naszej strony niegościn-ne, ale trudno! Tak się okoliczności złożyły, że straciliśmy cierpliwość. Major na te słowa przygryzł wargi niemal do krwi, a yerbatero, widząc to zauważył: - Biedaczysko tak się ucieszył naszym widokiem, że języka w gębie z tej radości zapomniał. - Proszę mnie nie prowokować ! - odezwał się jeniec z oburze-niem. - Odpłacę wam dziesięciokrotnie za każdą obrazę ! - W jaki sposób? - zapytałem. - Przecież pan znajduje się w naszej niewoli.
- W niewoli? Co to ma znaczyć? Jakim prawem? - Takim, jakim wy nas prześladujecie.

Na te słowa zacietrzewiony major zerwał się nagle i dobył szabli. Ale w tej chwili skierowałem ku niemu lufę rewolweru, wołając:
- Precz z szablą, bo strzelam!

- Spróbuj pan! Ludzie moi zgniotą was na miazgę!

- Taak? Niech spróbują ruszyć naprzód, a zaraz pierwszy trafiony kulą zamknie drogę innym.
- Każę im zawrócić i objechać bagno, a wówczas... - Nie! Każesz im pan złożyć broń i poddać się!

- Co?-krzyknął rozwścieczony. - Czterystu żołnierzy ma złożyć broń przed dziesięcioma cywilami? To śmieszne! - To się pan śmiej, - rzekłem - ale ludzie pańscy muszą się poddać nie nam dziesięciu, lecz nawet mnie jednemu, bo skoro zastrzelę trzy pierwsze konie i kilka ostatnich, to dla całego oddziału nie będzie żadnego wyjścia, chyba, że na dno bagna. Niech pan spojrzy, konie, zwłaszcza te, które po dwóch dźwigają na grzbiecie, już grzęzną po kolana, a błoto nie wytrzyma takiego ciężaru. Za jakieś 462 dziesięć minut wszyscy pójdą na dno. Major spojrzał w kierunku trzęsawiska i zbladł. Żołnierze jego istotnie poczęli się zapadać coraz głębiej. Ponadto wobec rozkazu majora, aby się cofali, powstał wśród nich niesłychany zamęt.
- Widzisz, majorze, iż z tej pułapki nie ma wyjścia. I patrz pan!

Tu dałem znakyerbaterowi, by wystrzelił. Był to umówiony znak dla pułkownika, który teraz na czele swego oddziału jeźdźców wypadł od stepu jak wicher na tyły nieprzyjaciela, którego łańcuch przełamał się natychmiast w wielu miejscach.
- No! Co pan na to? - zapytałem. - Nic! Niech raczej wszyscy zginą, niżby się mieli poddać.

- Skoro pan jesteś tego zdania, - rzekłem - zwracam panu wolność i niech się pan uda do nich, aby razem z nimi zginąć. Będzie to jedyne wyjście dla pana i zasłużysz sobie na miano bohatera.
- Żartujesz pan w takiej chwili? - zapytał blednąc.

- Nie żartuję, majorze. Chcę tylko dać panu dobrą sposobność do odznaczenia się. A jeżeli nie zechcesz pan uczynić tego dobrowolnie, to zmuszę cię w ten sposób, że ludzie moi odpędzą cię stąd lassami! Gdy to mówiłem, na ścieżce wśród trzęsawiska położenie stawało się coraz groźniejsze. Twarda jej skorupa pod ciężarem kilkuset jeźdźców coraz bardziej poczęła się zapadać, a zamieszanie wśród zamkniętych na niej żołnierzy pogarszało sytuację. Widząc to, puł-kownik, któremu przede wszystkim zależało, aby się oddział poddał mu dobrowolnie, począł nawoływać stojących bliżej żołnierzy, aby zawrócili ku niemu, z czego oczywiście skorzystali bezwłocznie. Żoł-nierze zaś z tej strony poczęli wzywać majora na cały głos, nie wiedząc, co z sobą uczynić. - A więc pytam po raz ostatni, poddaje się pan? - zwróciłem się do majora. - Wygrałeś pan tym razem - rzekł. - Ale mam nadzieję, że przy najbliższej sposobności odbiję to sobie na was. Obecnie poddaję się!
- Proszę więc dać znak żołnierzom, aby zawrócili i złożyli broń

463 przed pułkownikiem. Major uczynił zadość temu żądaniu. Ale ci, którzy byli bliżej nas, w obawie, by na środku ścieżki nie ugrzęznąć w bagnie, nie chcieli zawrócić, a puścić ich na tę stronę nie miałem ochoty, gdyż nasza garstka nie mogła się im przeciwstawić, a poza tym nie było tu miejsca na większą liczbę ludzi. Dopilnowałem więc, aby się wszyscy cofnęli na przeciwną stronę, po czym pułkownik ze

swoimi ludźmi otoczył ich i kazał złożyć broń. Ani jeden z napastników nie uszedł. Ponieważ ścieżka na bagnie była prawie zupełnie zniszczona i nie nadawała się do przebycia, zabrałem majora i wraz z towarzyszami okrążyłem bagno nad rzeką, aby inną ścieżką przedostać się na drugą stronę trzęsawiska. Gdyśmy się tam złączyli z oddziałem pułkownika, major przedstawił się mu i rzekł: - Tym razem służyło panu szczęście i mam nadzieję, że pan obejdzie się z nami łagodnie, jeżeli chce, abym ja w razie zwycięstwa tak samo się z panem obszedł. Na te słowa pułkownik obrzucił go lekceważącym spojrzeniem i odparł: - Nie uznaję tu żadnego szczęścia i kieruję się zawsze prawami obowiązku. Kto zaś nie czyni zadość temu, ten nie może liczyć na żadne moje względy. Podeptałeś pan przysięgę i stałeś się buntowni-kiem, tym gorszym, że jesteś na usługach ludzi podłych. Godność, którą pan piastuje, nie może być powodem, abym obchodził się z| panem łagodniej, niż z jego podwładnymi. Przeciwnie, tamci nie są| nawet świadomi, jak ciężka jest ich zbrodnia względem kraju, bo to l ludzie niewykształceni. Pan zaś poszedłeś w służbę rebelii z całą świadomością i dlatego zasłużyłeś na surową karę. Więcej nie mam nic do powiedzenia. To rzekłszy, odwrócił się, a major rzekł, trzęsąc się od gniewu: - Zwyciężył pan jedynie dzięki zdradzie. Człowiek zaś honorowy, który zawdzięcza swoje powodzenie zdrajcy, powinien okazywać mniej pychy. 464 A do Gomarry dodał: _ 1y^ zdrajco, winny jesteś wszystkiemu i nie ominie cię za to stryczek! _ Szczekanie pańskie mnie nie wzrusza - odciął się Indianin bo gdybym nawet popełnił zdradę, to nie mógłbyś jej potępiać ty, który, sam będąc zdrajcą, złamałeś przysięgę wierności. Ja nikomu wierności nie przyrzekałem. Kto więc jest tu większym łotrem? - Łajdaku! Zaduszę cię! - krzyknął major, rzucając się wściekle na Gomarrę. Ale w tej chwili skoczył między nich pułkownik i rozkazał swoim ludziom: - Związać go! Tak samo i wszystkich jeńców! Powiązać ich włas-nymi lassami i każdego przymocować dobrze do siodła, bo jedziemy natychmiast do Palmar. Na ten rozkaz podkomendni pułkownika obezwładnili majora, po czym związali każdemu jeńcowi jego własnym lassem ręce w tyle i powsadzali wszystkich na siodła, łącząc znowu konie lassami tak, by nikt nie mógł się wymknąć. Otoczywszy jeńców ze wszystkich stron, puściliśmy się w dalszą drogę do Palmar. KONIEC Spis treści W Montevideo., Uprowadzenie.. Brat Jaguar........

W paszczy lwa... Pampero........... .....5 ...74 .181 ..306

,.377 BANK WSPÓŁPRACY REGIONALNEJ ŚLĄ. WKRAKOWIE ZAPRASZA TYCH, KTÓRZY MAJĄ PIENIĄDZE I OFERUJE :
- PROWADZENIE

RACHUNKÓW BIELĄCYCH
-KORZYSTNE

OPROCENTOWANIE LOKA T ZŁOTOWYCH l DEWIZOWYCH
- PROWADZNIE ROZLICZEŃ

FINANSOWYCH
- DOKONYWANIE OPERACJI CZEKOWYCH l WEKSLOWYCH

... l TYCH , KTÓRZY POTRZEBUJĄ PIENIĘDZY
- KORZYSTNE KREDYTY

ZŁOTOWE
- OPŁACALNE KREDYTY

I POŻYCZKI DEWIZOWE
- KORZYSTNE WARUNKI SPRZEDAŻY RATALNEJ l LEASINGU - WYKUP I KOMPENSATA

WIERZYTELNOŚCI
- PROWADZENIE WSPÓLNYCH PRZEDSIĘWZIĘĆ GOSPODARCZYCH

31-047 KRAKÓW UL.SAREG02SKR. POCZT.531, TEL. (012) 219642, FAX(012)219652, • TLX.03 262223

OlńfK bank

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->