ISSN 2084-1124

9 (47) WRZESIEŃ 2013

KRYTYKA LITERACKA
LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA

OD REDAKCJI Dominique de Roux ● Łukasz Nicpan ● Johann Wolfgang Goethe ● Manfred Osten ● Stefan H. Kaszyński ● Józef Baran ● Kinga Rataj ● Letnie Czytanie Wierszy POEZJA Łukasz Nicpan RECENZJA Józef Baran ROZMOWA Antoni Libera, Magdalena Miecznicka FELIETON Wojciech Wencel POGRANICZA Marek Jastrząb SZKIC Igor Wieczorek POGRANICZA Piotr Stanisław Król ROZMOWA Jerzy Dąbrowski, Joanna Gwiazda, Andrzej Gwiazda SZTUKA Hieronim Bosch

Redakcja Tomasz M. Sobieraj, Witold Egerth, Janusz Najder Współpraca Krzysztof Jurecki, Dariusz Pawlicki, Igor Wieczorek Strona internetowa http://krytykaliteracka.blogspot.com/ Kontakt editionssurner@wp.pl, t.sobieraj@wp.pl,

w.egerth@wp.pl
Adres ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

OD

REDAKCJI

Słowo na wrzesień W literaturze, podobnie jak gdy chodzi o plany zawładnięcia światem, liczą się tylko zamierzenia długofalowe. W tych dziedzinach jest to źródło zarówno wszelkiej możliwej skuteczności, jak i wszelkich możliwych nieporozumień. Dominique de Roux, Gombrowicz – odprężenie i napięcia

Przepraszamy Nabroiliśmy. I to strasznie. W lipcowo-sierpniowym numerze „KL” wydrukowaliśmy wiersze Łukasza Nicpana z tomu Do czytającej list; popełniając grzech niedbałości, opublikowaliśmy je z błędami wynikającymi z niestarannego przepisania tekstu. Winni zostali ukarani i już nigdy niczego nie przepiszą. Autora serdecznie przepraszamy, wiersze publikujemy ponownie. Dobre książki Manfred Osten „LUCYFEROWY POŚPIECH”, CZYLI GOETHE ODKRYWA ZALETY POWOLNOŚCI To nieprawda, że Goethe skostniał w konwencjach XIX wieku, że stał się prorokiem zapomnianych myśli, które współczesnym ludziom, zabieganym w staraniach o dobra doczesne, niewiele lub zgoła nic nie mówią. Przeciwnie, w swych dalekowzrocznych diagnozach rzeczywistości potrafił on naukowo wyodrębnić i artystycznie opisać syndromy wyobcowania człowieka z jego naturalnego środowiska, które sygnalizują realna groźbę samozniszczenia. Wśród tych potencjalnych zagrożeń bytu ludzkiego na pierwszym miejscu stawiał Goethe zabójcze tempo życia, uwidaczniające się we wszystkich przejawach nadchodzącej cywilizacji niekontrolowanego pośpiechu. Przyspieszenie technologiczne, błędnie utożsamiane z postępem myśli ludzkiej, stało się fragmentem rzeczywistości pchającej ludzkość w otchłań zagłady. Takie myśli nachodziły Johanna Wolfganga Goethego u progu XIX wieku. O tym, że nie są to bynajmniej wydumane mrzonki nieżyjącego już od dawna klasyka literatury światowej, przekonuje najnowsza książka niemieckiego eseisty Manfreda Ostena. Przestrogi Goethego nie tylko nic nie straciły ze swej kasandrycznej wymowy, ale na dodatek znalazły potwierdzenie w rozwoju współczesnych nauk i technologii przyrodniczych, powiada Osten. Znamienny tytuł jego książki Lucyferowy pośpiech sugeruje niedwuznacznie złowieszcze pochodzenie lęków Goethego, co w całej książce poparte jest nie tyle argumentami metafizycznymi, ile przykładami z zakresu biotechnologii i fizyki molekularnej. [Stefan H. Kaszyński] [Wydawnictwo Poznańskie]
1

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Zapraszamy 9 września (poniedziałek) do Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu na Letnie* Czytanie Wierszy, w ramach którego swoje utwory zaprezentują: Aleksandra Pijanowska-Adamczyk, Andrzej Bartyński, Anna Brzeska, Sas, Grażyna AdamczykLidtke, Halina Kuropatnicka-Salamon, Jerzy Starzyński, Kazimierz Burnat, Krzysztof Frydrych, Leszek A. Nowak, Mariusz Poźniak, Wiesław Prastowski. Organizatorami spotkania są: Oddział Dolnośląski Związku Literatów Polskich oraz Klub Muzyki i Literatury. KMiL, godz. 18, pl. T. Kościuszki 9, Wrocław. Wstęp wolny! ________________ * Letni w sensie pory roku, a nie, że pozbawiony żywszych uczuć, temperamentu itd.

Zdarzyło się 11 sierpnia w XV-wiecznym zamku w Dębnie (oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie) odbyło się Letnie Spotkanie Przy Winie – kolejne z cyklu „Spotkań przy Napojach” w ramach projektu RODZIME KRAJOBRAZY, EGZOTYCZNE PEJZAŻE, realizowanego przy wsparciu finansowym Starostwa Powiatowego w Brzesku i Gminy Dębno. Ideą projektu jest przybliżanie innych kultur w zderzeniu z rodzimą twórczością. Gościem specjalnym tego poetycko – muzycznego wieczoru był poeta Józef Baran, mocno zakorzeniony i związany z Małopolską poprzez urokliwy Borzęcin – leżące nieopodal Dębna miejsce swego urodzenia i dzieciństwa, do którego nieustannie powraca i któremu wiele miejsca poświęca w swojej twórczości. Józef Baran wiele podróżował jako poeta i dziennikarz (m.in. w 2000 r. brał udział w spotkaniu 3 poetów polskich i 3 poetów amerykańskich w ONZ w Nowym Jorku, a w 2001 w Światowym Kongresie Poezji w Sydney; odwiedził także Brazylię, Singapur, Szwajcarię, Grecję, Rosję, Holandię i wiele innych krajów), a podróże te zawsze obfitowały w interesujące obserwacje i niecodzienne doświadczenia dostarczając nowych bodźców do twórczości zarówno poetyckiej jak i prozatorskiej. Jego wiersze stały się również inspiracją dla piosenkarzy i kompozytorów, m.in. dla Starego Dobrego Małżeństwa, Elżbiety Adamiak, Hanny Banaszak oraz zaproszonej na ten wieczór, obdarzonej niezwykłym głosem artystki Kingi Rataj, wykonującej pieśni fado, opowiadające o tęsknocie, miłości, śmierci, wierze w przeznaczenie, dominacji duszy i serca nad rozumem. ●

2

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

POEZJA Łukasz Nicpan Mikrokosmos Widziałem dziś rój mrówek w puszczy Kampinoskiej szły szeroką rzeką jak napoleońskie wojska na plastycznej mapie Europy przypominały również tycie samochody płynące autostradą w dwie przeciwne strony w cztery pasy, cztery zatrute zagony byłem z nimi, z pozoru jedynie osobny i z pozoru olbrzymi jak kolos rodyjski mieć je za nic bo drobne? – zbyt łatwa pokusa to jakby gwiazdy mieć za nic na niebie stare zdjęcia i lalkę co rzęsami rusza Oda do grawitacji Jakże cię lubię ty siło ciążenia za to że zbroje spajasz po muzeach że w ołowianych drzemiesz żołnierzykach i sputnik na swą aureolę nizasz za to żeś Mekką jest dla mojej pięty że się na każdej krupie gradu skupiasz i o łzie każdej troskliwie pamiętasz za to że skoczków narciarskich poskramiasz że tłuczesz szklanki i Trzech Królów wiodłaś bo duszą żeś każdego zgromadzenia i tylko w snach się tracisz i wspomnieniach o przyziemna i przeciwulotna matko nasza do gruntu kamienna Martwy ptaszek Zmarł po zderzeniu ze światem odbitym z obłokiem za szybą ze szklanym błękitem teraz leży cicho jakby spał na boku z pazurkami w górze
3

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

z bielmem pustki w oku nic się nie zmieniło ma wszystko co trzeba skrzydełka ogonek by wzlecieć do nieba lecz czegoś mu brakuje skoro nie wzlatuje choć się nad nim lituję i mówię mu: wstań więc go ujmę w dwa palce za fraczek ogona i wyrzucę za siatkę niech się tam dokona Rozmowa z siedmiolatkiem Zaczęło się od zdjęcia, z czasów drugiej wojny: grób Sienkiewicza roztrzaskany, czaszka bezwstydnie jawna, więc to wszystkich czeka? no tak, syneczku, nie oszukasz śmierci ja nie chcę, nie chcę! i płacze w ramionach zaskoczonego ojca, który już zapomniał jaki strach budzi ta straszna nowina gdy po raz pierwszy dociera po bajkach to zwiastowanie czarne i przeklęte wszyscy umrzemy, ja nie chcę, ja nie chcę! dlaczego człowiek nie jest nieśmiertelny? to by ci było dopiero okropne – kłamie mu ojciec tuląc jasną główkę, kto się urodził już nie zdoła uciec i musi bać się, chociaż coraz mniej bo się przywyka, synku, z biegiem lat Kolorowe zdjęcie mózgu Oglądałem dziś w kolorze zdjęcie mózgu przypomina skołtuniony łeb szamana lub ukwiały z grzebykami bystrych rybek albo Wersal galaktyczny pełen intryg jakiż musiał go powołać stary praktyk jakaż wielka wyobraźnia z chęcią przygód czy po łokcie urobiona ewolucja
4

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

czy ów sprawca znany dzieciom jako Bóg? zginam palec, pukam ostrym knykciem w kość gdzie ta barwna biblioteka wszystkich ksiąg i ja mały w niej robaczek, mól i gość z tych ukwiałów tryskający jak polucja zapukałem i z nadzieją pytam – kto? kto tam? – kosmos do kosmosu z rewizytą sto miliardów neuronów do miliardów słońc swój, swój! – wołam lecz do kogo i kto pyta? ● RECENZJA Józef Baran ZNÓW POEZJA! [Łukasz Nicpan Do czytającej list] W wydawnictwie VEDA ukazał się – rzadko używam tego określenia – wybitny tom Łukasza Nicpana pt. Do czytającej list. Kiedy czyta się tak „pełne” wiersze, powraca wiara w sens pisania poezji, nadwątlona zalewem miernych książeczek. Zbiór to bardzo współczesny, bo autor widzi człowieka w perspektywie ostateczno-galaktycznej (Nicpan jest tłumaczem z angielskiego wielu powieści, także z zakresu fantastyki naukowej), a równocześnie, podobnie jak to było u Szymborskiej, Miłosza czy nawet Herberta – nie rezygnuje z rytmu i specyficznego rymu. Tradycję łączy z nowoczesnością pozostając przy tym bardzo oryginalnym poetą, jednocześnie zmysłowym i intelektualnym. Pisałem kiedyś, że „poezja to równoczesny błysk spojrzeń na ziemię i Ziemię, z perspektywy księżyca i przez najczulszy mikroskop”. Owa optyka łączy prawie wszystkie utwory zawarte w zbiorze i decyduje o wyjątkowości tej liryki. Czy ich tematem (punktem wyjścia) jest martwy ptaszek czy rój mrówek, kolorowe zdjęcie mózgu czy bal, stara Gawrońska czy siedmiolatek, siła odrzutowa czy siła ciążenia, zawsze w końcu autor – w sposób ekwilibrystyczny – dochodzi do ważnych i uniwersalnych pytań egzystencjalnych i metafizycznych, związanych z naturą człowieka, świata, Kosmosu. Pod piórem Nicpana nie ma tematów błahych. Piękną metaforą, zaskakującym skojarzeniem, mądrą refleksją, nobilituje je do rangi ważkich. Dawno nie czytałem tak wyważonych wierszy, gdzie treść i forma uzyskują idealną równowagę – stąd ich przystępność i czytelność, choć sondują niełatwą problematykę. … I pomyśleć, że Nicpan po wydaniu dwu pierwszych zbiorków (debiut wysoko oceniony przez Artura Sandauera) przez prawie 30 lat milczał! Wynika z tego, że nigdy nie należy stawiać na pisarzu krzyżyka… ●

5

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

ROZMOWA Antoni Libera, Magdalena Miecznicka O KRYTYCE LITERACKIEJ. CZAS PRZEŁAMAĆ KOMPLEKS NIŻSZOSCI Ostatnie 50 lat polskiej literatury to okres, w którym tworzyli Miłosz, Herling, Mackiewicz, Iwaszkiewicz, Herbert, Różewicz, Szymborska, Białoszewski, Hertz, Stempowski, Lem, Mrożek, Barańczak... To wielka, barwna konstelacja. Czy wolno tu mówić o kryzysie? W dyskusji o współczesnej literaturze Antoni Libera mówi: polska krytyka w zasadzie nie istnieje, ale proza i poezja mają się dobrze. „Dziennik” niedawno publikował dyskusję o krytyce literackiej w Wielkiej Brytanii, Francji i USA. Jak ocenia pan sytuację naszej krytyki? To zależy, o jaką krytykę chodzi. Jeśli chodzi o krytykę opisową, która graniczy z historią literatury i zajmuje się porządkowaniem i analizowaniem dorobku współczesnych pisarzy uznawanych za kandydatów na klasyków, to mógłbym wymienić co najmniej kilku krytyków bardzo rzetelnych, jeżeli nie wybitnych. Na przykład Włodzimierza Boleckiego, którego prace o Herlingu-Grudzińskim, J. Mackiewiczu, Miłoszu i Gombrowiczu są absolutnie wzorowe i znakomicie napisane. Podobnie oceniam Jana Zielińskiego i Andrzeja Makowieckiego. Mam tu też na myśli Henryka Markiewicza, który jest wręcz chodzącą instytucją – niebywała erudycja, wszechstronność i swada narracyjna – choć zdaję sobie sprawę, że potocznie postrzega się go głównie jako akademickiego historyka i teoretyka literatury, a nie jako krytyka opisowego. Znacznie gorzej jest z krytyką postulatywną i wartościującą, czyli taką, która wchodzi w dialog z literaturą właśnie powstającą, próbuje pouczać, wykłócać się, mieć wpływ na literaturę. Krytyki postulatywnej, która tworzy programy estetyczne, wskazuje literaturze kierunek rozwoju, filozofuje i pozyskuje dla swoich idei autorów, właściwie nie ma. Nie widzę obecnie nikogo, kto choćby aspirował do roli, jaką pełnił w naszej kulturze Brzozowski, Irzykowski czy choćby Kazimierz Wyka. Jedynym idealistą, któremu prawdziwie o coś chodzi i z uporem godnym lepszej sprawy przekonuje do swoich racji, jest – niestety wołający na puszczy – Tomasz Burek. Natomiast krytyka wartościująca, czyli recenzjopisarstwo i sztuka omawiania bieżącej produkcji literackiej, znajduje się w stanie raczej opłakanym. Panuje w niej kompletny chaos, brak rzemiosła, szkaradny styl, a przy tym niebywała pewność siebie i arogancja. Trudno jednak, żeby było inaczej, gdy przez lata wiedli prym i uczyli tego fachu – bo jest to fach, jak sama literatura – z jednej strony Maria Janion (skrzydło totalistyczne), a z drugiej – Henryk Bereza (skrzydło arywistyczne: bełkot, mętniactwo, idiotyzm). Zasmucające jest, że ostatni krytycy z prawdziwego zdarzenia, tacy jak Błoński, Kijowski, Najder i Puzyna, nie wychowali godnych siebie następców. Dlaczego skończyli się krytycy, którym autentycznie o coś chodzi w literaturze? Nie wiem, czy skończyli się oni w ogóle, czy tylko u nas w Polsce. W Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych, moim zdaniem, dalej istnieją i wciąż pojawiają się nowi bardzo ciekawi pisarze krytyczni, którzy poprzez literaturę mówią coś o świecie, a przy tym swoiście literaturę wspierają czy wręcz ją dopingują do takich czy innych prób i dokonań. George Steiner, Harold Bloom, nieżyjący już Malcolm Bradbury – oto trzy dość wyraziste przykłady takich autorów. Tak, ale oni analizują najchętniej dawnych mistrzów: Szekspira, Tołstoja,
6

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Dostojewskiego, i często narzekają na upadek literatury współczesnej. A przecież gdyby chcieli się zająć autorami żyjącymi, to w swoich krajach znaleźliby ciekawszy materiał niż krytycy polscy. Nie wiem, czy jest z nami aż tak źle. W końcu ostatnie pięćdziesiąt lat to okres, w którym tworzyli i byli w różnoraki sposób aktywni tacy twórcy, jak Miłosz, Herling, Mackiewicz, Iwaszkiewicz, Herbert, Różewicz, Szymborska, Białoszewski, Hertz, Stempowski, Lem, Mrożek, Barańczak... To wielka, barwna konstelacja. Czy wolno tu mówić o kryzysie? Nie wiem, kiedy poprzednio literatura polska czuła się tak dobrze i obfitowała w tak różnorodne zjawiska. Jest raczej pytanie, dlaczego ten trend się załamał, a zwłaszcza dlaczego nie zaowocował większą myślą krytyczną. Sądzę, że wynika to ze słabości myślenia w Polsce w kategoriach idei, w perspektywie filozoficznej. Tak potrafili myśleć, z jednej strony, Gombrowicz i Witkacy, a z drugiej, Miłosz i Lem. Miłosz w Ziemi Ulro dał wielką lekcję myślenia krytycznego. Lem z kolei, choć nie był krytykiem w sensie ścisłym, zarysował, jakby mimowolnie, wielki literacki program. Oczywiście nie chodzi mi o gatunek science fiction, który sam uprawiał, tylko o wskazanie na cały, ogromny front nowych tematów zrodzonych przez współczesną cywilizację, z którymi literatura piękna, czy chce tego, czy nie, będzie musiała się zmierzyć. W Polsce nikt tego nie podjął, a na Zachodzie owszem. Jakie są te problemy, z którymi polska literatura musi się dzisiaj zmierzyć, a nie umie? Nie akcentowałbym tu pierwiastka narodowego. Literatura to literatura. Albo jest dobra, albo zła. Albo dotyka czegoś istotnego, albo nie. Dopiero później można brać pod uwagę jej uwarunkowania narodowe. Inaczej mówiąc, jako krytyk postulatywny nie zaczynałbym od stawiania literaturze narodowej jakichś szczególnych zadań – np. rozliczyć się z komuną, z historią ostatniego półwiecza, wyrazić doświadczenie „Solidarności" itp. Pisarz przede wszystkim musi być sobą, to znaczy, zaczynać od tego, co gra mu w duszy, co go osobiście obchodzi, co mu nie daje spokoju. Jeśli są to akurat sprawy historyczno-społeczne, dotyczące losów jego wspólnoty, to proszę bardzo, nie ma w tym nic złego. Chodzi tylko o to, na jakim poziomie zostanie to zrobione i czy będzie komunikatywne i interesujące dla szerszego audytorium niż tylko owa wspólnota. Tutaj mamy dobry przykład z naszą literaturą romantyczną. Nie można odmówić jej wielkości. Pod względem estetycznym stoi na wysokim poziomie i z pewnością dorównuje standardom europejskim, zwłaszcza Mickiewicz. A jednak jest mało czytelna dla innych i przez to nie stała się powszechna. Nie należy się jednak z tego powodu obrażać na świat – że nas nie słucha, nie rozumie, nie docenia – ani też popadać w drugą skrajność, tj. przezwyciężać kompleks niższości poprzez odcinanie się od korzeni, desperackie odrzucanie tradycji i gorliwe naśladowanie wzorów uchodzących za uniwersalne. Obie drogi wydają mi się jałowe. Trzeba mieć odwagę konfrontacji ze światem. Nie należy nim ani gardzić, wpadając w złudną megalomanię, jak czynią to od lat Rosjanie (a w ślad za nimi nieszczęsny Mariusz Wilk) – ani starać mu się przypodobać, strojąc się w nieswoje piórka, by wkupić się w jego łaski. Czy jest w takim razie coś, co moglibyśmy wnieść do literatury światowej? To jest pytanie otwarte. To może się dopiero okazać, jeśli coś takiego rzeczywiście jest i jeśli komuś uda się to wydobyć. Na razie można powiedzieć tyle, że zawsze liczy się warsztat i dobrze
7

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

wykonana robota. Pisarstwo Ryszarda Kapuścińskiego, na przykład, nie jest specyficznie polskie, autor ten nie zajmuje się właściwie polskim problemami, a jednak zdobył sobie międzynarodową renomę i wszędzie jest czytany. Więcej, jest to bodaj jedyny polski pisarz, i to nie tylko żyjący, który w księgarniach na Zachodzie dorobił się własnej półki, sygnowanej jego nazwiskiem. Takiej półki nie ma nawet Gombrowicz ani polscy nobliści. Dobry warsztat to chyba akurat nie jest szczególna cecha polskiej literatury. A co nią jest? Widzę, że nalega pani, abym pospekulował, czym miałby być specyficznie polski wkład w literaturę światową. Upatrywałbym go w tym, w czym i Gombrowicz szukał inspiracji, to znaczy w polskiej zachowawczości, w polskim konserwatyzmie. Tyle że obecnie taki projekt polegałby już na czymś innym, niż miało to miejsce u Gombrowicza. Ostatnie pół wieku z okładem mocno zweryfikowało jego idee. Najogólniej rzecz biorąc, Gombrowicz chciał, aby naszą duchową i cywilizacyjną słabość – „niedojrzałość", „młodszość", „gorszość" – przekuć na wartość, uczynić z niej siłę. Nie udawać więc, że dorównuje się Zachodowi, nie zgrywać kogoś, kim w rzeczywistości się nie jest, lecz właśnie utożsamić się z własną niższością i tą niższością rozsadzić napuszoną wyższość, czyli skostniałą formę Zachodu. A przynajmniej ją rozcieńczyć. Projekt ten, jako zadanie postawione polskiej kulturze, z wielu powodów, głównie politycznych, oczywiście nie wyszedł. Spełnił się jednak – niezależnie i paradoksalnie zarazem – na Zachodzie, gdzie doszło do serii rewolucji młodzieżowych. Dzięki nim zresztą Gombrowicz osiągnął sukces, został uznany za prekursora i proroka tych przemian. Co jednak z tego wynikło – z tej rewolty „synczyzny" obalającej „ojczyznę" – widzimy teraz, po latach. Nawiasem mówiąc, kwestii tej poświęcona jest bardzo ciekawa książka włoskiego znawcy twórczości Gombrowicza i przyjaciela Polski Francesca Cataluccia pt. Niedojrzałość opublikowana niedawno w Znaku i chyba recenzowana na tych łamach. Według mnie z niebezpiecznych skutków owej rewolty sam Gombrowicz zdał sobie sprawę pod koniec życia, na co wskazują jego ostatnie zapisy w Dzienniku, a zwłaszcza apologia własnego szlachectwa, chłopskiego czy wiejskiego zdrowego rozsądku i prowincjonalności. Na czym więc obecnie miałby polegać ten Gombrowiczowski projekt promocji polskiego konserwatyzmu? Po pierwsze, na zbadaniu, czym ten konserwatyzm w ogóle jest naprawdę, a po drugie, w jakim sensie jest wartością godną kultywowania. Chodzi, jak myślę, o podjęcie w nowych kategoriach i w nowym kontekście dawnego Mickiewiczowskiego dylematu: „szkiełko i oko" kontra „wiara i czucie", rozważanego również przez Miłosza. „Szkiełko i oko" to oczywiście symbole racjonalnej, materialistycznej i zeświecczonej cywilizacji zachodniej oskarżanej obecnie o monstrualny konsumpcjonizm, hedonizm i cynizm, nazywanej „cywilizacją śmierci", postrzeganej jako świat zniewieściały i umierający, a nawet samobójczo przyspieszający swój zgon. To wszystko może i prawda – choć według mnie sporo w tym przesady i czarnowidztwa – ale przede wszystkim trzeba podkreślić, że cokolwiek złego o tej cywilizacji powiemy i jakkolwiek będziemy ją krytykować, to ona istnieje, jest sprawdzalną rzeczywistością. Tymczasem nie jestem pewien, czy w taki sam sposób istnieje cywilizacja oparta na „czuciu i wierze", którą nieraz cywilizacji „szkiełka i oka" się przeciwstawia. Według mnie cywilizacja oparta na „czuciu i wierze" jest albo nieziszczalną utopią, albo ideą, której wciąż jeszcze z takich czy innych względów nie udało się zrealizować. Tu właśnie upatrywałbym szansy dla literatury: przekonać,
8

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

że taka kultura w ogóle – faktycznie – istnieje, na czym polega i czy da się ją zastosować jako antidotum na chorobę „szkiełka i oka", trawiącą laicki Zachód. Ale czy ten podział nie jest trochę cliché? Ja wcale nie jestem pewna, że na Zachodzie – przynajmniej w literaturze – panuje taki zimny obiektywizm. Dominuje dzisiaj literatura przerabiająca artystycznie obsesję – jak Bernhard, Jelinek, Houellebecq, Kertész. Natomiast ich słabsi koledzy, którzy nie umieją się zdobyć na sublimację literacką, piszą o swoich bebechach wprost. Wszystko razem to przecież nic innego jak wyciągnięcie ostatecznych konsekwencji z modernistycznego i romantycznego imperatywu „patrzaj w serce" – szczególnie swoje własne. Inaczej pojmuję to, co robią wymienieni przez panią pisarze zachodni. Nie przeczę, że w ich pisarstwie dominuje obsesja, że od niej wychodzą lub też że to ona właśnie napędza ich działanie. Rozumiem to jednak jako rozpaczliwą, spazmatyczną reakcję na niepodzielną władzę czy wręcz tyranię obiektywizmu. Według mnie Zachód trawi od lat następująca bolączka: z jednej strony, zdaje on sobie sprawę i daje temu wyraz, że przeżywa głęboki kryzys metafizyczny i zabrnął w ślepy zaułek materializmu, a z drugiej, nie jest zdolny tego przezwyciężyć; wszelkie próby rewizji lub odwrotu odrzuca jako obskurantyzm, zamach na wolnomyślicielstwo, irracjonalizm. André Malraux, jeden z wybitniejszych pisarzy francuskich XX wieku, wygłasza bodaj jeszcze w latach 50. przepowiednię memento, że wiek XXI będzie religijny albo go w ogóle nie będzie, a w kilkadziesiąt lat później Unia Europejska, przy szczególnym udziale Francji, odżegnuje się od chrześcijańskich korzeni i za nic nie chce wpisać tej tradycji do konstytucji. Wspomniany przez panią Houellebecq w Cząstkach elementarnych, ale nie tylko, pisze o chwilowej fascynacji słowiańskim papieżem i związanych z nim nadziejach, po czym bardzo wyraźnie mówi o niemożności podjęcia wyzwania religijnego i o nieodwracalności „mutacji metafizycznej", jak nazywa on przejście od światopoglądu opartego na wyobraźni do świadomości ukształtowanej przez scjentyzm. No więc czują potrzebę zmiany, ale nie są w stanie podjąć wyzwania religijnego. Podobnie by było, obawiam się, z wyzwaniem konserwatywnym. Okazałoby się anachroniczne. Jak na przykład Stasiuk i inni resentymentalni piewcy własnego prowincjonalizmu... Paradoks polega na tym, że Stasiuk, a także na przykład Olga Tokarczuk bynajmniej nie są odbierani na Zachodzie jako reprezentanci postawy czy też opcji konserwatywnej. Wręcz przeciwnie, postrzegani są jako pisarze postępowi, wręcz lewicujący. Oczywiście, jest to absurdalne, ale w ramach obowiązującej na Zachodzie politycznej poprawności, ideologii niebywale wprost zakłamującej rzeczywistość, taka klasyfikacja jest logiczna. Ponieważ jedną z idei politycznej poprawności jest wielokulturowość, popieranie małych ojczyzn i wszelkich mniejszości. A zatem, skoro ci pisarze właśnie tym się zajmują i są orędownikami prowincji, uznawani są za... awangardowych. Oczywiście nie mają oni nic wspólnego ani z awangardą, ani z konserwatyzmem, ale to już nikogo nie obchodzi. Czy widzi pan w Polsce pisarzy, którzy by umieli stworzyć program konserwatywny, a przy tym nie śmiesznie anachroniczny? A może zamiast konserwatywnego odwrotu z jednej strony, a z drugiej niemądrego nowinkarstwa,
9

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

powstanie raczej coś nowego, zupełnie innego? Przykładem pisarza uniwersalnego, nie anachronicznego, a zarazem konserwatywnego, jest Sławomir Mrożek. Jego estetyka – język, forma, narzędzia wyrazu – jest zgodna z duchem czasu. Mrożek spełnia wszelkie standardy zachodniej literatury, a nawet je przewyższa. Natomiast jego etyka, czyli to, co ma do powiedzenia, idzie pod prąd nowoczesności. Mrożek przeszedł bardzo ciekawą ewolucję. Zaczął od buntu przeciw zacofaniu i prowincjonalności, przeciw polskiej zapyziałości i mitomanii. Potem z pasją obrócił się przeciw totalitarnej tyranii przebranej w kostium „przodującego ustroju". Wreszcie ukazał wewnętrzną sprzeczność liberalizmu: jego nieuchronną tendencję do samozagłady. Według mnie jego opis tego, co stało się i dalej się dzieje z cywilizacją europejską, nie ma sobie równych. To dlaczego nie chcą go słuchać? Właśnie dlatego, że mówi im prawdę w oczy. Ale to nie powinno zrażać. Chyba że pisze się dla pieniędzy, poklasku i nagród. ● FELIETON Wojciech Wencel WUJEK WŁODEK W życiu kulturalnym III RP roi się od literatów pokroju Włodka – dobrych wujków, którzy wiedzą, gdzie stoją konfitury. Chętnie pomogą młodszym kolegom i koleżankom na początku ich kariery, załatwią recenzję, stypendium, może nawet nominację do głośnej nagrody. Któż mógł przypuszczać, że Adam Włodek, patron stypendium ustanowionego na mocy testamentu Wisławy Szymborskiej, okaże się konfidentem UB? „Informacje o przeszłości Adama Włodka były nieznane Instytutowi Książki w chwili podejmowania decyzji” – oświadczył Grzegorz Gauden, a kierowana przez niego „narodowa instytucja kultury” wycofała się ze współorganizowania projektu. Przykra sprawa, zwłaszcza w kontekście ostatniej woli noblistki. Żegnając się z naszym chaotycznym światem, Szymborska pragnęła upamiętnić zasługi byłego męża, który w okresie stalinizmu „opiekował się Kołem Młodych przy Związku Literatów Polskich i pomógł wielu znakomitym poetom u początku ich twórczej drogi”. A tu się okazuje, że ślęcząc nad becikami literackich niemowląt, Włodek pisywał donosy na Macieja Słomczyńskiego. Biedna Szymborska. Przecież gdyby o tym wiedziała, na pewno wskazałaby innego męża opatrznościowego dla stypendystów-nieboraków. Trzeba przyznać, że Włodek był perfekcyjnym donosicielem. Znakomicie się kamuflował. Także przed samym sobą udawał, że nie jest świnią. W listach do UB, pisanych w poczuciu „czujności partyjnej i obywatelskiej”, podkreślał, że „podane fakty powiązane są przypuszczeniami – a nie twierdzeniami”. I że „nie jest to oskarżenie, lecz zwrócenie Waszej uwagi”. Ubecy nie potrzebowali dokładniejszych danych. Tak intensywnie zwrócili uwagę na Słomczyńskiego, że ten po paru przesłuchaniach podpisał deklarację Tajnego Współpracownika. Co ciekawe, złamany pisarz wybrał sobie pseudonim... „Włodek”. Od stycznia 1953 r.
10

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

w środowisku krakowskich literatów działało więc dwóch Włodków – jawny i tajny. Nie trwało to jednak długo, bo po kilku miesiącach Słomczyński, próbując zerwać kontakt z UB, wyjechał do Gdańska. Jego denuncjator został pod Wawelem. Dla ludzi zainteresowanych kulturą ta historia to żadna nowość. W 2007 r. opowiedział ją Maciej Gawlikowski w poświęconym Słomczyńskiemu filmie z cyklu „Errata do biografii”. Jeśli dyrektor Gauden usłyszał o niej wczoraj, to pewnie dlatego, że w Instytucie Książki ogląda się wyłącznie filmy Wajdy i Almodóvara. A szkoda, bo dokument Gawlikowskiego zasługuje na wnikliwą analizę. Jest tam np. kadr z donosem, w którym Adam Włodek precyzuje źródła swoich newsów: „Pochodzą one z obserwacji i rozmów przeprowadzonych ze Słomczyńskim przeze mnie, żonę moją Wisławę Szymborską-Włodkową (również członka Partii i literata) oraz Sławomira Mrożka (kandydata Partii i literata)”. Konfident dodaje: „Towarzysz Mrożek nie jest poinformowany, iż oświadczenie to składam”. A towarzyszka Szymborska? Czyżby nasza kochana noblistka została wtajemniczona w korespondencję męża? A mimo to po latach zdecydowała się wskazać go jako autorytet dla młodych twórców? Najgorsza jest obłuda. Instytucje kulturalne III RP co pewien czas godzą się na deprecjację jakiegoś nieistotnego, dawno zmarłego stalinisty, żeby zasłonić przeszłość aktualnych „autorytetów”. Włodek – mały człowiek, ale Szymborska – wielka poetka, Mrożek – wielki prozaik, Bauman – wielki filozof. Klientom tego systemu wydaje się, że żyją w normalnej kulturze, która rozliczyła się z komunizmem. Nie dostrzegają, że choć nastąpiła wymiana pokoleń, przetrwały mechanizmy światopoglądowego monopolu, konformizmu, wykluczeń. Pożegnalny gest Szymborskiej, wyznaczającej młodym twórcom protektorat komunistycznego „opiekuna”, jest prowokacyjny, ale bardzo szczery. To odpowiedź na rzeczywistość, w której roi się od literatów pokroju Włodka – dobrych wujków, którzy wiedzą, gdzie stoją konfitury. Chętnie pomogą młodszym kolegom i koleżankom na początku ich kariery, załatwią recenzję, stypendium, może nawet nominację do głośnej nagrody. Od literackich niemowląt wcale nie będą żądać partyjnego zaangażowania. Wręcz przeciwnie: będą je przekonywać, że literatura to beztroska zabawa językiem, a polityką, zwłaszcza w wydaniu prawicowych „oszołomów”, należy się brzydzić. Dopiero gdy któryś z osesków zacznie myśleć samodzielnie i zapragnie opuścić Koło Młodych, szczerze się zmartwią. A podczas najbliższego bankietu podzielą się tym zmartwieniem z zaprzyjaźnionymi wydawcami, jurorami i redaktorami gazet. Oczywiście z zastrzeżeniem, że „nie jest to oskarżenie, lecz zwrócenie Waszej uwagi”.
http://wojciechwencel.blogspot.com

● POGRANICZA Marek Jastrząb HENRYK BERGSON Jak dla Szekspira, tak dla Bergsona, życie nigdy nie było skończone i zamknięte. Stanowiło rozprawę w toku, księgę nieprzerwanie otwartą na zadziwienia i ciekawość ludzkim losem; był to poetycki proces i jego przedstawienie, silne promieniujące na kulturę i obyczaje, a rozprawy i egzystencjalne paradoksy lub metafizyczne dialogi z własnymi wątpliwościami, polegały na odrzucaniu i ponownym gromadzeniu doświadczeń wyznaczających każdemu człowiekowi rozmiar osobowości.
11

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Doświadczenia składające się na osobowość są w stanie ciągłego przenikania się i wrzenia. Dobre i złe, łącząc się, porządkując i uzupełniając nawzajem, tworzą podstawę do podejmowania decyzji, działania, ruchu. Życie było dla Bergsona znajdowaniem odpowiedzi na fundamentalne pytanie o sens istnienia, poruszaniem się ośnieżonej kuli ogarniętej przez lawinę, kuli toczącej się po pochyłej równi i w miarę pokonywania przestrzeni – obrastającej w śnieg; lawina, to galopada rozedrganych wydarzeń, a śnieg, to wynikająca z nich konkluzja. Ten wojujący przeciwnik sekciarstwa, w doktrynach wyrażał pogląd, że dotychczasowe hipotezy są li tylko sezonowymi przeświadczeniami, niemal zręcznym i ledwie znakomitym opisaniem realiów miotających ludzkim istnieniem, hipotetyczną strawą duchową przyrządzoną przez ułomną inteligencję. Henryk Bergson, zagorzały intuicjonista, zwolennik twórczej ewolucji, miłośnik rozumowania pozarozumowego, wyznawca i przewodnik po idei uczuciowego poznawania rzeczywistości, nieustającego, nieprzerwanie dynamicznego oddziaływania na siebie zjawisk, nonkonformistyczny mędrzec, dla którego nową regułą była walka z regułami zwietrzałymi, powiadał, że nasza karykaturalna, wycinkowa wiedza ujawnia się w swoich mirażach. Traktował ludzkie istnienie jako nieskończoną fluktuację podskórnych dążeń, jako jednostajnie przyspieszony, cykliczny ruch, jako wewnętrzną, harmonijną wymianę jednych doświadczeń na inne. Mówił, że działanie jawne, widoczne, społecznie aprobowane, jest zawsze fragmentaryczne, szczątkowe, okaleczone i zmasakrowane poprzez dyskursywne sito, przez hamulcowy aparat nazywany intelektem, jest konsekwencją i wypadkową mózgowej cenzury blokującej zrozumienie całkowite, natomiast poczynania na pierwszy rzut oka – dwuznaczne i zaskakujące, nieoczekiwane i niewytłumaczalne, nierozpoznawalne i osobliwe, uzasadniał – INTUICJĄ. Według Bergsona, umysł zniekształca, zawęża i tak szczątkowe rozumienie rzeczywistości. Intelekt nie tylko ją zubaża, ale pomniejszając ją, nakazuje nam wierzyć w nią i widzieć – w jej ulotnościach, frakcjach, skrótach i migawkowych blikach – kompletny kształt; przypatrując się jej części, wyrokujemy o jej całokształcie. Twierdził, że przeczucie jest instrumentem badawczym dokonującym właściwej i wystarczającej oceny obrazu naszej niezafałszowanej rzeczywistości, że zmysły, do których przywiązuje się nadmierną wagę, są w istocie pętlą skutecznie zaciskającą się na hipotezach i blokującą ludzki rozwój; zmysły, jako narzędzia zależne i nieoddzielne od intelektu, badają, analizują i dokonują powierzchownej analizy cząstkowych zjawisk i na tak wątłej podstawie konstruują uogólnione wnioski (nawyki decydują o sposobach interpretacji: widzimy za pośrednictwem powtarzalności przyzwyczajeń). Uważał, że faktyczne poznanie otaczającego świata nie może odbywać się na drodze intelektualnej. Postrzeganie, to kontrowersyjny wybór jednego z wielu segmentów otaczającego świata, wybór niezależny od woli jednostki, lecz dyktowany, narzucany przez grupowe nawyki. To skrót, bryk, wariant prawdy o świecie, lecz prawdy rudymentalnej, szczątkowej, ledwie zarysowanej, gdyż przykrojonej do obiegowych pojęć i ogólnoludzkich zachowań. Mówił, że nasz doczesny, ziemski padół, świat powierzchniowy, zdefasonowany futerał na niedomówienia, ma obrzęki wywołane fałszem i kierowany jest przez bezkrytyczną wiarę w rozum. Wychodził z założenia, że obraz realnego świata buduje się w zależności od dostępnych faktów, że mechanizmy człowieczego samopoznania zależne są od liczby przetworzonych informacji, a ich emisja do ludzkiej psychiki odsiana jest z istotnych danych przez rozumowy przetak (cenzura mózgowa), który, badając świat za pomocą własnych ograniczeń, spłyca i deformuje faktyczny kształt rzeczywistości. Mózg, posługując się sloganami, kliszami, rutyną, działa niczym Peepernkorn z powieści Czarodziejska Góra, wypowiada zdania niedokończone i mało precyzyjne w nadziei, że rozmówca uzupełni je własnym schematem i zgodnie ze swoimi upodobaniami, intuicja
12

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

natomiast, jak narrator z Poszukiwań straconego czasu Marcela Prousta, prezentuje, przedstawia i proponuje nam interpretacyjny chaos rzeczywistości. Dopiero intuicja (nazywana przezeń „uświadomionym instynktem”) poszerza ją, rejestruje wszystkie doznania bez wyjątków i przedstawia je mózgowi niejako na brudno, w miarę ich napływania, zgodnie z rzeczywistością, nie selekcjonując ich i nie upiększając korektą, a mózg przetwarza ją, dostosowuje do naszego gustu i do naszych myślowych matryc. Dopiero intuicja gromadzi zamierzenia, kumuluje nasze wewnętrzne racje i stanowiska, i uzewnętrzniając je za pośrednictwem naszych indywidualnych pragnień, każe nam działać podświadomie, instynktownie. Zmysłowe poznanie było przez niego traktowane jako błąd wynikający z nieznajomości rozmiarów szkód wyrządzonych człowiekowi – jako błąd usankcjonowany przez ślepe i bezpodstawne poleganie na fizjologicznych ocenach działania, na niedoskonałym, bo wybiórczym przyswajaniu wiedzy. Prawdy częściowo słuszne są nieprawdami w całości. ● SZKIC Igor Wieczorek WAMPIRYCZNY PAN OCZKO Większość antropologów zgadza się co do tego, że zanim słowiańską duszą zawładnął chrześcijański Bóg, władały nią rozmaite nieosobowe bóstwa i odrażające demony. Jednym z nich był przez lata upiór zwany Wąpierzem, protoplasta wampira. Zanim ten obrzydliwiec zrobił światową karierę jako główny bohater kiczowatych horrorów, błąkał się po obrzeżach środkowo-wschodniej Europy i dręczył słowiańską duszę. A czynił to z takim uporem, perfidią i skutecznością, że w końcu słowiańska dusza skazała go na wygnanie. Wąpierz wyjechał do Anglii i ku wielkiemu zdziwieniu słowiańskich kulturoznawców zrobił zawrotną karierę jako niejaki Vampyre. Wybitny znawca wampirów, Mickiewicz, był przekonany o tym, że przyczyn angielskiej kariery słowiańskiego demona należy szukać w odmiennym rozumieniu relacji między poezją a wiarą. O ile w kulturze słowiańskiej wiara rządzi poezją, o tyle w kulturze angielskiej poezja zarządza wiarą. W swoich prelekcjach paryskich Mickiewicz powiedział wyraźnie, że „Wiara w upiory jest wyłączona z poezji słowiańskiej. Mówi się bowiem o tym zabobonie z trwogą, a styl słowiański nie jest w stanie swobodnie zapanować nad takim przedmiotem”. Jeżeli Mickiewicz miał rację, a wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście ją miał, to znaczy, że nasza poezja nigdy nie zrobi zawrotnej, ogólnoświatowej kariery z powodów ideologicznych. I chociaż sukces wampira nie jest najlepszym przykładem zasłużonego, podziwu godnego sukcesu, to przecież istota problemu, którą postać wampira wyraźnie symbolizuje, jest godna najwyższej uwagi. Wszak wampir to zło wcielone, a zło wcielone to problem, z którym wypada się zmierzyć. Wiele wskazuje na to, że literatura polska boi się tego problemu jak diabeł święconej wody. Zwracali na to uwagę Brzozowski, Gombrowicz, Miłosz i kilku innych autorów, lecz problem wciąż jest otwarty. W arcyciekawym eseju O kulturze, która utraciła swój cień krytyk literacki, Marek Lubański, postawił ciekawą tezę, że większość naszych pisarzy „wyjałowiona” urazem rosyjskim i niemieckim, nie chce, nie może i nie potrafi podejmować trudnych zagadnień egzystencjalnych i ustosunkować się do problemu zła w jego metafizycznym, a nie tylko geograficznohistorycznym wymiarze. To z całą pewnością prawda.
13

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Na szczęście obok rzeczonej „wyjałowionej” większości istnieje też gniewna mniejszość, którą zło prowokuje do odważnego pisania na temat niepokojąco cienistej natury umysłu. Jednym z przedstawicieli owej gniewnej mniejszości jest chociażby Henryk Gała, poeta i dramatopisarz, który uraczył niedawno słuchaczy radiowej Trójki słuchowiskiem na temat ledwie uchwytnej granicy między potrzebą miłości a seksualną przemocą. Główny bohater dramatu to starszy samotny mężczyzna, który zabiega o względy ponętnej młodej kobiety. Podczas owych zalotów dopuszcza się drobnych kłamstewek, kóre z punktu widzenia adorowanej kobiety jawią się, nie bez kozery, jako zapowiedź gwałtu. Tak oto nieszczęsny samotnik przekształca się mimowolnie w wampirycznego Pana Oczko, który – co bardzo ciekawe – nie budzi żadnego strachu, a tylko szczere współczucie. W tym sensie nie różni się wiele od realnego wampira, który jest w rzeczy samej sprofanowanym ciałem niewinnego człowieka. O tym, że każdy wampir jest sprofanowanym ciałem niewinnego człowieka mówią nam archeolodzy, historycy i etnolodzy, a o tym, że mniej realny, bo mitologiczny, wampir też może budzić współczucie, przekonał nas Werner Herzog, wybitny reżyser filmowy, który w ekranizacji powieści Brama Stokera Dracula ukazał figurę wampira w rewolucyjnym świetle jako ofiarę pustki tudzież bezsensu istnienia. To dobrze, że taki poeta, jakim jest Henryk Gała, należy do tej mniejszości mistrzów polskiego pióra, którzy tak wielostronnie, odważnie i sardonicznie opisują cienistość prawdziwej natury ludzkiej, a nie jej promienny ideał. ● POGRANICZA Piotr Stanisław Król MANIPULACJA HISTORIĄ NASZYCH MATEK I OJCÓW Gdyby dzisiaj, w roku 2013, pojawił się wśród nas historyczny zombie (nie życzę tego nikomu, nawet tym, co za nim tęsknią za naszą zachodnią granicą) Heinrich Himmler, jeden z głównych przywódców hitlerowskich Niemiec i zbrodniarzy II wojny światowej, współtwórca SS, Gestapo, odpowiedzialny za eksterminację Żydów w Europie i wymordowanie setek tysięcy ludzi innych narodowości, byłby kompletnie zdezorientowany i zaskoczony! – Deutschland űber alles! – krzyknąłby z faszystowskim zacięciem w głosie, wyćwiczonym wznoszeniem okrzyków: „Heil Hitler!” – Przecież to moja, nasza ciężka robota – nadludzi III Rzeszy – nad stworzeniem tych znakomicie funkcjonujących obozów koncentracyjnych, a wy głosicie na prawo i lewo, że to polskie obozy? Że to oni, słowiańscy bałaganiarze znad Wisły, przeznaczeni w naszym programie cywilizacyjnym do pozyskiwania co najwyżej podstawowej wiedzy i wykonywania poddańczej pracy, na tym mogli się znać? Protestuję! A gdyby pojawił się koło niego ukochany Fűhrer, zapewne wynagrodziłby swojego wiernego Heinricha wielką, złotą blachą za zasługi w obronie prawdy historycznej. Herr Himmler, prawda historyczna nabrała obecnie nieco innego kolorytu, a dzieci, wnuki, kolejne pokolenia z waszego Vaterlandu mają podawane na medialnych talerzykach nieco inne jej wizerunki. Powoli przestajesz być Niemcem, a stajesz się tylko nazistą, faszystą, jakimś osobnikiem spod znaku swastyki. I tak naprawdę, to może tyś nie aus Deutschland, lecz... aus Polen...?

14

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Gdybym napisał powyższe słowa-dywagacje kilkanaście lat temu, uznano by mnie pewnie za podejrzanego manipulatora historią, który swoim „humorystycznym śrubokrętem” chce czytelnikom wciskać jakieś głupoty. Przecież prawda jest jedna. Hm, jak to o niej mówią nasi górale? A no są trzy: cała prawda, też prawda i gówno prawda. Z którą mamy do czynienia obecnie w niemieckim spojrzeniu w naszą przeszłość? „Polskie obozy śmierci, polskie obozy koncentracyjne” – te zafałszowane zbitki słowne ukazują się od dłuższego czasu w ich mediach i są przekazywane dalej, na cały świat. Odcinane protestami odradzają się niczym głowy lernejskiej hydry w kolejnych tytułach, programach. To nie są pomyłki redakcyjne, to są tryby potężnej manipulacji faktami historii sprzed lat. Nie od dziś wiadomo, że obraz ma większą siłę przekazu niż tysiąc słów, a jak powiedział Lenin: „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Dla współczesnej propagandy to potężne narzędzie. Tym bardziej, że dociera nie do setek, tysięcy odbiorców, ale do milionów, a nawet i miliardów. Serial z 2013 roku, niemieckiej telewizji publicznej ZDF pt. Nasze matki, nasi ojcowie (Unsere Műtter, unsere Väter) jest pod względem sztuki filmowej na bardzo wysokim poziomie. Trzeba to przyznać. Jest to także maestria w dziedzinie propagandy i mataczenia historią II wojny światowej. Przyznam osobiście – po wyciągnięciu ręki w stronę naszych zachodnich sąsiadów w latach 60. ubiegłego wieku przez kardynała Stefana Wyszyńskiego w chrześcijańskim przekazie: „wybaczamy, prosimy o wybaczenie”, miałem nadzieję, że będziemy szczerze rozmawiać o naszych matkach i ojcach, otworzymy nową, dobrą drogę następnym pokoleniom. Że przeszłość pozostawimy rzetelnym historykom, a nie manipulatorom, inżynierom socjotechniki i propagandy. Niestety, dzieje się inaczej. A ostatnio za sprawą telewizji publicznej, czyli rządowej. Jakich fałszywych „kluczy” użyto, żeby z faszystowskiego kata spod znaku Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Pracy (NSDAP) uczynić uwrażliwioną ofiarę, a z ofiary bezdusznego, zimnego oprawcę? Przytoczę zaledwie kilka. TOPOGRAFICZNA ZMYŁKA – Pojawiające się w filmie wskazania geograficzne, np.: „Kopice – Polen – 170 km do Auschwitz”, „Gliwice – Polen – 50 km do Auschwitz”. W 1941 roku, w którym rozpoczyna się akcja serialu, a także przed wybuchem II wojny światowej obydwie te miejscowości należały do Niemiec. Oświęcim, pod nową nazwą – Auschwitz, został wcielony dekretem Adolfa Hitlera do III Rzeszy 9 listopada 1939 roku. W Gliwicach, już w 1938 roku, w ramach tzw. kryształowej nocy, rozpoczęto zbrodniczą eksterminację Żydów, spalono synagogę, wywieziono ich do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Buchenwald, a później do Auschwitz. Pytanie: skąd tutaj wziął się napis – Polen (Polska)? Pomyłka czy zmyłka. Odpowiedź pozostawiam czytelnikowi. ARMIA KRAJOWA ŻYDÓW NIE LUBI – Wyjątkowo podle potraktowano w filmie Polaków, a w szczególności żołnierzy Armii Krajowej służących w Państwie Podziemnym. Wyżej wspomniana zbitka słowna: „Polen – Auschwitz” i scena obojętności żołnierzy AK wobec wywożonych tam Żydów, rubaszne śmiechy podczas pertraktacji z polskimi chłopami o żywność dla oddziału partyzanckiego AK i chamskie komentarze dotyczące Żydów, mają wyraźnie jeden propagandowy cel: Polak=antysemita=Auschwitz. Zbitka słowno-myślowa ma tak trafiać do głów milionów odbiorców na świecie. Goebbels się kłania! ŁZY WRAŻLIWEGO NIEMCA – Poruszająca scena: SS-man zabija żydowską dziewczynkę, by chwilę później pochylić się nad nią i ścierając jej z policzka krew wykazać skruchę, że musiał, że on ma ludzkie uczucia... Niemiecki humanizm, a wokół ukraińscy, polscy zezwierzęceni antysemici. I ta topograficzna tabliczka: „Polen – Auschwitz”. Goebbels zza grobu kłania się po raz kolejny. Na tym kończę z tą serialową papką propagandową. Świetnie nakręcony film. Ale z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego. Drodzy Niemcy, my też mamy matki i ojców.
15

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Zapraszam was do obejrzenia naszego serialu pt. „Czas honoru”. Film o trudnych czasach, niełatwych relacjach narodowościowych, ale o niebo bliżej prawdy. Jednak wątpię, by wam odpowiadała „cała prawda” lub „też prawda”. Bliżej wam do propagowania „gówno prawdy”. Góral polski się kłania! ●

ROZMOWA Jerzy Dąbrowski, Andrzej Gwiazda, Joanna Gwiazda O NIEWYGODNEJ PRAWDZIE SIERPNIOWYCH STRAJKÓW Jeżeli główni fałszerze historii się kłócą, to otwiera się furtka dla prawdy. W tym sporze Borusewicz jest bez szans. Wałęsa jest zdemaskowany, nie ma już nic do stracenia. A Wałęsa kradnąc swoje donosy z akt SB, ponoć ukradł też akta Borusewicza. Konflikt zgasł, gdy Wałęsa zagroził, że powie kto nas truł w czasie strajku…

Jerzy Dąbrowski: W połowie lat 70-tych w Polsce zaczęła się organizować antykomunistyczna opozycja. Czy wówczas byli Państwo obecni w jakiś opozycyjnych strukturach? Joanna i Andrzej Gwiazdowie: Oficjalnie weszliśmy w struktury opozycji w 1976 r., pisząc do sejmu PRL list w obronie KOR-u. Pozostaliśmy jego sympatykami aż do 88r, kiedy spod maski dawnego KOR-u wylazła „Gazeta Wyborcza”. 1 maja 1978r ogłosiliśmy powołanie Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych. Od tego momentu zaczęła się poważna działalność opozycyjna. Głównie w środowiskach robotniczych. Życie opozycjonisty w PRL – u nie było łatwe. Jak wyglądała inwigilacja ze strony bezpieki? Łaziła za nami bez przerwy „obstawa”, mieszkanie pod obserwacją i na podsłuchu. Gdy wyłączali prąd w dzielnicy (oszczędność), nasz blok świecił jak latarnia na morzu ciemności. Bali się zostawić nas bez posłuchu nawet na jeden dzień. A my opowiadając o wycieczkach, psach, kotach i wspomnieniach, pisaliśmy na karteczkach natychmiast palonych. Mieliśmy też symbole migowe: Mysz trzymana za ogon – Myszk, nożyczki – mec. Taylor, dłoń nisko – mały czyli Borusewicz. Ale podsłuch to świetne narządzie dezinformowania SB i wpuszczania ich w kanał. Wiele akcji udało się tylko dzięki umiejętnemu wykorzystaniu podsłuchu. A agenci? Byli obecni i aktywni. Czy nikt nie miał wobec nich cienia podejrzenia? Jak to możliwe, że podczas sierpniowych strajków, oni w ogóle znaleźli się w Prezydium Komitetu Strajkowego? Jak Pan mówił, na 11 jego członków, aż 5 było agentami. Przykrą stroną opozycji była konieczność podejrzewania wszystkich najlepszych kolegów. A proces potwierdzenia lub wykluczenia agentury jest długi i uciążliwy. Dziś wiemy, że proces przygotowania pieriestrojki zaczął się w 1968r. Mieli więc 10 lat na werbunek i wyszkolenie
16

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

nowej agentury. Zadaniem tej agentury nie była obrona komunizmu, lecz takie mentalne obezwładnienie, by społeczeństwo pozwoliło komunistom zmienić się na kapitalistów, rozkraść narodowy majątek i utrzymać władzę. Ciągle jednak zadajemy sobie pytanie, jak to możliwe, że nikt nie domyślał się nawet, że w opozycji było tylu agentów? Trzeba sobie raczej zadać pytanie, jakim cudem w wolnych związkach, oprócz agentów, my się tam znaleźliśmy? Agenci odgrywali pierwszoplanową rolę. Myśmy tam byli jak ziarnka piasku, które wpadły w dobrze naoliwioną maszynę. Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, to był taki wypadek przy pracy. To, że ideę WZZ-tów podjęły miliony, o mało nie zakończyło się katastrofą komunizmu. Pomimo wszystkich zastrzeżonych w IPN-ie zbiorów, wychodzi na jaw, że w opozycji i w Solidarności było aż gęsto od agentów. A Państwo podejrzewali kogoś o współpracę z SB? Mieliśmy oko na Lecha Wałęsę i na Myszka. Edwin Myszk cieszył się dużym zaufaniem Bogdana Borusewicza, który stawiał go nam za wzór. Borusewicz mówił, że jak trzeba pojechać po powielacz, to my sobie nie potrafimy załatwić urlopu, a Myszk dostawał delegację z pracy. Gdy dowiedzieliśmy się, że Myszk był oszustem matrymonialnym, doszliśmy do wniosku, że skoro facet jest w stanie udawać miłość, to jest też w stanie udawać przyjaźń. On się do tego przyznał. Przy okazji doniósł nam, że Wałęsa nie rozdał ulotek w Somoninie, które od nas dostał. Jak ich razem skonfrontowaliśmy, to obaj krzyczeli na siebie – ty Ubeku! Gdy Myszk potwierdził swą agenturalność wydając fałszywy numer „Robotnika Wybrzeża”, większość kolegów uznała, że Wałęsa został oczyszczony. W książce Anna Solidarność Cenckiewicz pisze, że Wałęsa spóźnił się na sierpniowy strajk. Jaka była jego prawdziwa rola w strajku? Każdy z działaczy WZZ przygotowywał swój zakład do strajku. Jedynym niepracującym był Borusewicz, zaproponował więc, że wspomoże Stocznię Gdańską i zainstalował Wałęsę w mieszkaniu opozycyjnym, na rogu ul. Wałowej i Gazowniczej, żeby mógł rano wejść do stoczni. Po latach, w 1991 roku, były pracownik Elmoru i były Ubek powiedział mi, że Wałęsa był zainstalowany w mieszkaniu operacyjnym SB i pokazał mi okna tego samego mieszkania. Jest kilka wersji tego, jak Wałęsa dostał się do stoczni. W „Nie” był rysunek: spocony Kwaśniewski podsadza Wałęsę, by mógł przeleźć przez mur, ale bez skutku, więc mówi: „Lechu może lepiej wrócimy do motorówki”. Coś z tą motorówką musiało być, bo Wałęsę nazywali pontonem. Tak na prawdę, to nikt tego nie widział jak on się dostał do stoczni. Żołnierz pełniący wartę w porcie Marynarki Wojennej 13.08. widział jak o godz. 18-tej Wałęsa wsiadał do motorówki d-cy Marynarki Wojennej. Tylko jak on rozpoznał, nikomu nieznanego Wałęsę? W 2000 roku śp. pan Mościbrocki opowiedział mi, że w pierwszym dniu strajku spytał Wałęsę, czy nie boi się, że ten strajk się za bardzo rozbucha. Wałęsa odparł: „coś pan, za 3 dni zagonię hołotę do roboty”. To było pierwsze zadanie. Lecz odpowiedzią na zerwanie strajku, było powołanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, który mógł się okazać całkowicie niezależny. Dlatego Wałęsie kazano wrócić na Stocznię by wejść do MKS-u. Możliwa jest też inna interpretacja: Wałęsa jako agent SB, podlegał ministrowi Spraw Wewnętrznych
17

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

S. Kowalczykowi. Kowalczyk uspakajał Edwarda Gierka, żeby się nie martwił, bo na czele strajku stoi jego człowiek. Gierek posłał potem Wałęsie książkę Przerwana Dekada, w której było napisane, że był on człowiekiem Kowalczyka, a Wałęsa posłał Gierkowi książkę Droga Nadziei, w której napisał na okładce, że z bezpieką współpracował na gruncie politycznym, a gdy się umocnił, to pokazał im drzwi. I że to było jego pokerowe zagranie. Wałęsa zerwał strajk jako człowiek Kowalczyka, ale zaraz zdradził Kowalczyka i Gierka, przechodząc na stronę Kani czyli ekipy pierestrojki. Do sierpniowego strajku w Stoczni doszło po zwolnieniu Anny Walentynowicz. Czy uczestniczyli Państwo w jego ogłoszeniu? Strajk ogłaszała załoga każdego zakładu indywidualnie. Stocznia Gdańska stanęła na apel WZZ o obronę Anny. Do apelu dołączona była instrukcja: „Jak strajkować”. 15-tego zastrajkowało kilka następnych fabryk, w tym Elmor. 16-tego kilkadziesiąt. Oczywistą koniecznością stało się powołanie wspólnego kierownictwa strajku. Z tą propozycją grupa WZZ udała się do Stoczni. Lecz Wałęsa z Borusewiczem nie wpuścił nas na obrady Komitetu Strajkowego. Czekając na zakończenie obrad, ze zdumieniem usłyszeliśmy przez głośniki Wałęsę, ogłaszającego zakończenie strajku, wzywającego do opuszczenia Stoczni i obiecującego: „wytężoną pracą nadrobimy wszystkie straty spowodowane strajkiem”. Pobiegliśmy do Elmoru, mijając stoczniowców ze spuszczonymi głowami słuchających, jak Wałęsa solo śpiewa Hymn. W Elmorze zwołaliśmy załogę na plac. Powiedziałem, że wobec zdrady Stoczni, jedyną szansą uratowania strajku jest utworzenie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Mówiłem, że musi się znaleźć jedna załoga, która obieca, że się nie wyłamie niezależnie od tego, co by się działo. W razie przegranej, cała nienawiść władzy skupi się na tej załodze. Tak się złożyło, że obowiązek ratowania strajku spadł na nas. Pytałem kto jest za. Powoli podniósł się las rąk. Na 2200 pracowników Elmoru tylko 2 osoby się wstrzymały. No, to pojechaliśmy po strajkujących zakładach, wzywając na zebranie MKS-u w Elmorze. Wracając zobaczyliśmy na murach stoczniowców z polskimi flagami. Strajk w Stoczni trwał, gdyż Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska i Ewa Osowska (wykreślona z historii) przekonały niewielką część załogi do dalszego strajkowania. Wobec tego zdecydowaliśmy by zebranie założycielskie MKS-u przenieść na teren Stoczni. Uczestniczyło w nim 28-u delegatów strajkujących zakładów, którzy mieli czynne i bierne prawo wyborcze, oraz wiele osób bez uprawnień delegata. Ci ludzie widzieli się po raz pierwszy w życiu. W ciągu 8-u godzin ustaliliśmy regulamin działania, zasady podejmowania decyzji i uchwał, stworzyliśmy listę 21 żądań strajkowych oraz wybraliśmy władze MKS-u. O godz. 6.oo rano mieliśmy wszystkie dokumenty, oraz listę 21 żądań strajkowych porządnie przepisane na maszynie. Jak to możliwe, że Wałęsa został wybrany na przewodniczącego MKS? To proste. Delegaci nie znali się. Gdy trzeba było zgłaszać kandydatów na przewodniczącego, ktoś rzekł: „Proponuję aby przewodniczącym MKS-u, został gospodarz, czyli przewodniczący Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej”. Logiczne prawda? Wniosek został przegłosowany. A wnioskodawca nie musiał być agentem. Ja już od trzeciego dnia strajku wiedziałem, że Wałęsa był agentem. Kiedy ktoś przemawiał na sali obrad, to Wałęsa dawał znaki swojemu zaufanemu koledze, który obsługiwał mikrofon, kiedy ma go wyłączyć. Nazywaliśmy go „ministrem łączności”. On się okazał agentem w stanie wojennym. Kiedy powiedziałam Wałęsie, że jest agentem, to on odpowiedział: „dobrze, zawsze będziesz miała prąd w mikrofonie”. Poza tym
18

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

Wałęsie pomagał inny agent, Florian Wiśniewski. Jakaś dziewczyna z Warszawy spała pod stołem nakrytym serwetą i słyszała jego rozmowę z czerwonymi przez telefon. Wywaliliśmy go z władz pod pretekstem przyjęcia talonu na samochód, bo też nie mieliśmy dowodu. A rola Bogdana Borusewicza w strajku? Borusewicz powiedział, że to on sam osobiście zastrajkował i ponoć Wałęsa umówił się z Borusewiczem, który go wprowadził. Nikt z nas i naszych znajomych nie pracował w Stoczni Gdańskiej. Myśmy robili strajki w naszych zakładach. Tym młodym chłopakom ze Stoczni Borusewicz obiecał, że przyśle im kogoś, no i przysłał Wałęsę. Myśmy chcieli Wałęsę wyrzucić, ale zawsze wstawił się za nim Borusewicz. Kilkakrotnie go zresztą ratował. Proszę podać przykłady. Zrobiliśmy takie duże zebranie i była ciekawa dyskusja na temat strajku grudniowego w 70 r. Podczas tego spotkania Wałęsa przyznał się, że po 1970 roku rozpoznawał dla milicji kolegów na zdjęciach, bo mówił, że władza musi wiedzieć. Borusewicza nie było na tym spotkaniu. Mieliśmy dowód nagrany na taśmę i dałem ją Bogdanowi, bo chciał ją przesłuchać. W rezultacie nigdy tej taśmy nie dostałem z powrotem, a Borusewicz zawsze uchylał się od odpowiedzi co się z nią stało. Jaka była rola Lecha Kaczyńskiego w podczas sierpniowego strajku? Czy był obecny w Stoczni? My wróciliśmy z urlopu w początku sierpnia na wiadomość o ciężkiej chorobie Mamy. Leszek był na urlopie w Bułgarii, wrócił natychmiast na wiadomość o strajku. Ale wtedy kierownictwo strajku było już wybrane. Gdyby był od początku, z całą pewnością zostałby członkiem prezydium, a być może przewodniczącym MKS. Leszek był popularny i niezwykle ceniony wśród robotników. Przez ponad rok, prowadził szkolenia z prawa pracy na tajnych kilku osobowych zebraniach. Ich uczestnicy przekazywali zdobytą wiedzę kolegom. Wieść, że doktor Prawa Pracy, naukowiec z uniwersytetu, uczy prawa robotników rozchodziła się szeroko. Ponieważ Mazowiecki nie zgodził się włączyć Kaczyńskiego do swego zespołu, MKS mianował go niezależnym doradcą. No właśnie. Doszliśmy do grupy tak zwanych „ekspertów” i doradców. Jak oni się znaleźli wśród strajkujących? W strajku nie było ekspertów, byli doradcy, a to istotna różnica. Doradcy nie mieli prawa podejmować żadnych decyzji, mogli jedynie odpowiadać na zadane pytania. Za podjęte decyzje odpowiadały wyłącznie władze strajku, a nie doradcy. Doradcami MKS-u byli: Lech Kaczyński, Jan Olszewski, Romuald Kukołowicz, Jadwiga Staniszkis, oraz zespół T. Mazowieckiego. Zespół Mazowieckiego utworzył warszawski „salon” na prośbę premiera Jagielskiego. Do Gdańska przywieziono ich specjalnym samolotem i zakwaterowano w hotelu. Ich zadaniem było zmiękczenie naszego stanowiska, co się im nie udało. My przyjęliśmy ten zespół, gdyż w niczym nie mógł nam zaszkodzić, a mógł pomóc w załagodzeniu ostrego konfliktu z komisją rządową. Czarna legenda „ekspertów” Mazowieckiego, powstała znacznie później, gdy ludzie winę za szkodliwe wypowiedzi Wałęsy zwalali na doradców. Było to o tyle słuszne, że Mazowiecki i s-ka, mając znikomy wpływ na prezydium i Komisję Krajową, realizowali swe cele poprzez Wałęsę. A jak wyglądała sytuacja po podpisaniu porozumień sierpniowych?
19

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

To był czas niesłychanie intensywnej pracy nad budową Związku. Pracy z załogami w całym kraju, które popierały Gdańsk i 21 postulatów, ale nie bardzo wiedziały co dalej. Nie znały sposobu działania związków zawodowych. Dla „warszawki” był to „karnawał”, dla nas mordercza praca. Wiedzieliśmy, że „porozumienie” jest wybiegiem, wiedzieliśmy o licznej agenturze. Musieliśmy przed agenturą dotrzeć do załóg i tak je przygotować, by agentura stała się bezradna. Aby wybuch sierpniowego entuzjazmu przekuć w sprawną, bojową i zdyscyplinowaną organizację, konieczna było poświęcenie, inteligencja i ciężka praca tysięcy ludzi. Oczywiście wiedzieliśmy o walce doradców o ucho Wałęsy, walkę karierowiczów o solidarnościowe stołki kwitowaliśmy: „ci durnie nie wiedzą, że walczą o długość wyroku”. Pomimo tak ogromnej liczby agentów, komunistom nie udało się całkowicie przechwycić władzy w związku i trzeba było wprowadzić stan wojenny. Płynie z tego ważna nauka na przyszłość: Jeżeli naród kieruje się solidarnością i demokracją, nawet tak liczna i fachowa agentura okazuje się bezradna. Ewa Kubasiewicz, skazana na 10 lat w stanie wojennym opowiadała, że prosiła Bogdana Borusewicza o jakąś maszynę, aby mogła drukować ulotki. Borusewicz odmówił jej, pomimo, że był szefem podziemnej Solidarności w Gdańsku. Mówił otwarcie, że nie chce, aby ludzie Gwiazdy mieli na czym drukować. Każdy, kto miał niezależne poglądy, kto drukował pisma niecenzurowane przez Borusewicza, stawał się jego wrogiem, zwalczanym bez etycznych czy moralnych ograniczeń, np. ogłaszając, że niewygodna osoba jest agentem SB. Borusewicz w swych magazynach miał ogromne ilości powielaczy i offsetów, lecz nie tylko Ewa ich nie dostała, nie miała maszyny nawet podziemna drukarnia Stoczni Gd. A gdy świetnie zakonspirowane pismo „Robotnik Lęborski” dostało powielacz, to z nadajnikiem „tu jestem”. W piętnaście minut po włączeniu do prądu weszła bezpieka. My mamy mocne podstawy do skrajnej nieufności wobec Borusewicza. Po wyjściu z internowania, przez Alinę Pieńkowska posłałam Borusewiczowi pytanie, w czym mogę mu pomóc? Borusewicz odpisał, żebym nigdy nie próbowała się z nim kontaktować, zakazał mi działalności związkowej i polecił żebym zajęła się rozdawnictwem darów u księdza Henryka Jankowskiego. A gdy ja wyszedłem z więzienia, w wielkiej konspiracji koledzy z „S” przepraszali, że nie mogą się ze mną kontaktować, bo Borusewicz im kategorycznie zabronił. Co Państwo myślą o ostatnim konflikcie Wałęsy z Borusewiczem? Jeżeli główni fałszerze historii się kłócą, to otwiera się furtka dla prawdy. W tym sporze Borusewicz jest bez szans. Wałęsa jest zdemaskowany, nie ma już nic do stracenia. A Wałęsa kradnąc swoje donosy z akt SB, ponoć ukradł też akta Borusewicza. Konflikt zgasł, gdy Wałęsa zagroził, że powie kto nas truł w czasie strajku. Czy oprócz Pana, w latach osiemdziesiątych, siedzieli w więzieniu jeszcze inni działacze Solidarności? Tak. Ok. 10 000 w internie, kilka tysięcy w więzieniu, kilkuset z dużymi wyrokami. Ze znanych – Romaszewski, Rozpłochowski no i Jacek Kuroń, który podczas przesłuchań doradził gen. Kiszczakowi, żeby skłócił nas o pieniądze. JD: Niemożliwe!
20

Krytyka Literacka 9 (47) 2013

On sam mi to powiedział. A po uwolnieniu, na naradach „pod legendą przesłuchań” obiecywał Kiszczakowi utworzenie listy osób, które nie będą się mogły zapisać do nowej Solidarności. /patrz raport o likwidacji WSI/. Czy na takich samych zasadach siedział w więzieniu Adam Michnik? Pisał tam przecież książki, więc miał raczej luksusowe warunki. On mógł pisać książki, a ja nie mogłam Andrzejowi wysłać nawet „Głosu Wybrzeża”. Przy kapusiu pod każdą celą, częstych „kipiszach” i drobiazgowej rewizji osobistej z obmacywaniem szwów ubrania, z trudem dawało się wynieść gryps na kawałku bibułki z papierosa. Ale książkę można było napisać wyłącznie za zgodą władz. Wywiad autoryzowany 16.08.2013 roku. ●

NIE TYLKO DLA AUTORÓW
Teksty prosimy nadsyłać na adres poczty elektronicznej: editionssurner@wp.pl, t.sobieraj@wp.pl lub w.egerth@wp.pl. Powinny być poprawne pod względem ortograficznym i gramatycznym oraz sformatowane zgodnie z obowiązującymi zasadami, które można znaleźć m.in. na stronach: http://jakub.chalupczak.pl/dydaktyka1/ms-word-formatowanie-tekstu http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Sk%C5%82ad_i_%C5%82amanie_tekstu http://pl.wikipedia.org/wiki/Pauza_%28znak_typograficzny%29 Prosimy również o stosowanie polskich znaków diakrytycznych i właściwych znaków typograficznych. Numery archiwalne Krytyki Literackiej znajdują się m.in. pod adresami: http://pl.scribd.com/KrytykaLiteracka http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka Strona internetowa: http://krytykaliteracka.blogspot.com/

21

Hieronim Bosch Człowiek-drzewo rysunek piórem, brązowy tusz, ok. 1505 Albertina, Wiedeń