P. 1
Kroniki Archeo. Klątwa złotego smoka - Agnieszka Stelmaszyk - ebook

Kroniki Archeo. Klątwa złotego smoka - Agnieszka Stelmaszyk - ebook

|Views: 29|Likes:
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.

This is free publication and have only free pieces of full version digital book.

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.

This is free publication and have only free pieces of full version digital book.

More info:

Published by: Darmowe E-booki on Sep 18, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

11/23/2013

pdf

text

original

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.

Po​mysł se​rii: Agniesz​k a So​bich i Agniesz​k a Stel​ma ​szyk Tekst: Agniesz​k a Stel​ma ​szyk Ilu​stra ​cje: Ja ​cek Pa ​ster​nak Re​d ak ​tor pro​wa ​d zą ​cy: Agniesz​k a So​bich Ko​rek ​ta: Agniesz​k a Skó​rzew​ska Pro​jekt gra ​ficz​ny i DTP: Ber​nard Pta s ​ zyń​ski © Co​p y​ri​g ht for text by Agniesz​k a Stel​ma ​szyk © Co​p y​ri​g ht for il​lu​stra ​tions by Ja ​cek Pa ​ster​nak © Co​p y​ri​g ht for this edi​tion by Wy​d aw​nic​two Zie​lo​na Sowa Sp. z o.o., War​sza ​wa 2012 All ri​g hts re​se​rved ISBN 978-83-265-0394-8 Wy​d aw​nic​two Zie​lo​na Sowa Sp. z o.o. 00-807 War​sza ​wa, Al. Je​ro​zo​lim​skie 96 tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 www.zie​lo​na ​so​wa.pl wy​d aw​nic​two@zie​lo​na ​so​wa.pl Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Rozdział I Atak ninja Rozdział II Prorocze słowa? Rozdział III Pierniczki i zapowiedź przygody Z Kronik Archeo Rozdział IV Uśmiech Mona Lisy Rozdział V Zawieszenie broni Rozdział VI Niezapowiedziana wizyta Rozdział VII Trafiony zatopiony! Rozdział VIII Pierwszy trop Z Kronik Archeo Rozdział IX Bractwo Wybrzeża Rozdział X Śmiertelne żniwo klątwy Rozdział XI Upiory i mgła Rozdział XII Na podsłuchu Rozdział XIII Złe sny Z Kronik Archeo Rozdział XIV Przesłuchanie Rozdział XV Nieoczekiwany wybawiciel Rozdział XVI Przyjaciel czy wróg? Rozdział XVII Tajemnica dziadka Rozdział XVIII Ważne konsultacje i wielkie pakowanie Rozdział XIX Zagrożenie Z Kronik Archeo Rozdział XX Ujma dla królestwa

Z Kronik Archeo Rozdział XXI Spotkanie w świątyni Z Kronik Archeo Rozdział XXII Mata Hari Rozdział XXIII Palce lizać! Z Kronik Archeo Rozdział XXIV W potrzasku Rozdział XXV Zawartość kufra Rozdział XXVI 24 godziny Rozdział XXVII Ofelio, tylko spokojnie! Rozdział XVIII Szczur czy Batman? Rozdział XXIX Dobre i złe wiadomości Rozdział XXX Historia magicznego wachlarza Rozdział XXXI Droga do skarbu Rozdział XXXII Ostateczne rozstrzygnięcie Z Kronik Archeo Rozdział XXXIII Bankiet u cesarza Rozdział XXXIV Bohater narodowy Rozdział XXXV Klątwa złotego smoka Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

– Osiemdziesiąt milionów funtów! – Roslyn Emmerson obwieściła głośno. Choć w domu aukcyjnym Christie’s, mieszczącym się przy King Street 8 w Londynie, pracowała już od pięciu lat i prowadziła wiele aukcji, takiej jak ta, która się właśnie odbywała, jeszcze nie widziała. Roslyn nie spodziewała się, że kolekcja sześciu starych japońskich obrazów malowanych na jedwabiu wzbudzi na li​cy​ta​cji aż ta​kie za​in​te​re​so​w a​nie. – Osiemdziesiąt milionów funtów po raz pierwszy! – zakomunikowała pewnym głosem. Nim zdążyła powiedzieć „po raz drugi”, stawkę podbił pewien dżentelmen wyróżniający się nieco ekstrawaganckim stylem ubioru. Miał na sobie świetnie skrojony ciemny garnitur, jasny kapelusz, okulary w czarnych oprawkach, czerwoną, jedwabną chusteczkę w górnej kieszonce marynarki, a zamiast krawata etniczne koraliki i muszelki. W ustach trzymał fajkę ozdobioną tygrysimi pa​zu​ra​mi. – Osiemdziesiąt pięć milionów! – zawołała prowadząca li​cy​ta​cję. Elegancka kobieta o długich mahoniowych włosach i pełnych ustach obrzuciła dżentelmena z fajką wściekłym spoj​rze​niem i na​tych​miast pod​bi​ła cenę. – Sto milionów! – Roslyn Emmerson po raz kolejny stuknęła aukcyjnym młotkiem, z trudem utrzymując zawodowy spokój. Czuła, jak powietrze w sali zrobiło się gę​ste i za​czę​ło drgać od emo​cji. Mężczyzna zagryzł cybuch fajki i pogładził nerwowo lekko siwiejącą bródkę. Jego przeciwniczka obrzuciła go zwycięskim spojrzeniem. Pozostali kolekcjonerzy będący na sali już dawno przestali się liczyć. Z zapartym tchem ob​ser​w o​w a​li zma​ga​nia tej pary. – Sto milionów po raz pierwszy… po raz drugi… po raz trze​ci… Roslyn uniosła młotek, aby ostatecznie przypieczętować zwy​cię​stwo dłu​go​w ło​sej ko​bie​ty. Chri​stie’s

to słyn​ny dom au​kcyj​ny w Lon​dy​nie. Zo​stał za​ło​żo​ny w 1766 roku przez Ja​m e​sa Chri​stie.

– Sprze…

Nie zdążyła wypowiedzieć słowa do końca, gdy w sali rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a przez okna wpadło na linach trzech zamaskowanych osobników ubranych na czarno. Rzucili na podłogę pusz​ki, z któ​rych za​czął wy​do​by​w ać się gę​sty, gry​zą​cy w oczy dym. – Aaa! Ratunku! Policja! Pomocy! – rozległy się krzyki przerażonych i zdezorientowanych ludzi. Wszyscy zaczęli uciekać i tłoczyć się przy wyjściu. Roslyn, ukryta za stołem aukcyjnym, z łomoczącym sercem obserwowała napastników. Ich ruchy były niesamowicie zwinne. Na plecach mie​li dłu​gie, pro​ste mie​cze, a w ich dło​niach mi​gnę​ło kil​ka sre​brzy​stych gwiaz​dek. Ro​slyn prze​łknę​ła śli​nę. W sto​le, za któ​rym się cho​w a​ła, utkwił lśnią​cy shu​ri​ken! Chociaż dym okropnie szczypał w oczy, wolała nie wychylać się nawet na milimetr. Tymczasem ban​dy​ci znik​nę​li rów ​nie nie​spo​dzie​w a​nie, jak się po​ja​w i​li. Gdy kłęby szarego dymu opadły, niedoszła właścicielka japońskich obrazów zobaczyła, co się sta​ło. Cała ko​lek​cja znik​nę​ła! Kaszląc, wypadła na ulicę. Z oddali niósł się dźwięk policyjnych syren i po chwili przed dom au​kcyj​ny za​je​cha​ło kil​ka ra​dio​w o​zów. – Okra​dli mnie! – ko​bie​ta wrzesz​cza​ła. – Te ob​ra​zy na​le​ża​ły do mnie! – wy​gra​ża​ła pię​ścią. Natychmiast pojawiły się również karetki pogotowia i sanitariusze zajęli się poszkodowanymi

Shu​ri​ken: ja​poń​ska broń do ręcz​ne​go mio​ta​nia, uży​wa​na przez wo​jow​ni​ków nin​ja.

Nin​ja: ro​dzaj ja​poń​skich wo​jow​ni​ków wy​szko​lo​nych do za​dań spe​cjal​nych i taj​nych ope​ra​cji. Dys​po​no​wa​li róż​no​rod​nym ar​se​na​łem bro​ni, świet​nie zna​li róż​ne sztu​ki wal​ki. Byli wy​spe​cja​li​zo​wa​ni w szpie​go​wa​niu i za​m a​chach, czę​sto słu​ży​li jako płat​ni na​jem ​ni​cy. Czar​ny strój i za​m a​sko​wa​na twarz, któ​ra obec​nie ko​ja​rzy się z wo​jow​ni​ka​m i nin​ja, jest efek​tem znacz​nie póź​niej​szych wy​obra​żeń. Wi​ze​ru​nek taki może rów​nież wy​wo​dzić się z tra​dy​cyj​ne​go ja​poń​skie​go te​atru ka​bu​ki, w któ​rym po​stać ubra​na na czar​no su​ge​ro​wa​ła, że jest ona nie​wi​docz​na.

ludźmi. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie sta​ło. Ro​slyn Emmerson także wybiegła na ulicę, żeby zaczerpnąć świe​że​go powietrza. Wciąż jeszcze nie mogła dojść do siebie, jak wielu innych uczestników tego zda​rze​nia. – To byli ninja! Jestem pewien! – wykrzykiwał jakiś starszy pan do po​li​cjan​ta. – Dobrze, dobrze – funkcjonariusz przy​tak​nął do​bro​dusz​nie, naj​w y​raź​niej sądząc, że starszy pan jest w szoku i mówi od rze​czy. – Mówię prawdę! – upierał się staruszek, a inni świadkowie zaczęli potwierdzać jego

wer​sję. – Wysłać specjalną jednostkę do chińskiej dzielnicy! Niech tam popytają, może wpadną na trop tych rze​ko mych nin​ja – rzu​cił roz​kaz do swo​ich lu​dzi je​den z wyż​szych ran​gą po​li​cjan​tów.

Nawet Roslyn przyznała, że wszystko potoczyło się jak w hollywoodzkim filmie. Jedynie dżentelmen z fajką i czarnowłosa kobieta nie wydawali się być szczególnie zdziwieni całą sytuacją i obec​no​ścią wo​jow ​ni​ków nin​ja przy spo​koj​nej King Stre​et. – Za​pła​cisz mi za to! – syk​nę​ła ko​bie​ta do męż​czy​zny z faj​ką. – O co mnie po​dej​rze​w asz? – wzru​szył ra​mio​na​mi. Ko​bie​ta od​rzu​ci​ła dłu​gie wło​sy i zmie​rzy​ła męż​czy​znę nie​na​w ist​nym spoj​rze​niem. – Gra się jeszcze nie skończyła! Pamiętaj o tym! – wycedziła zjadliwie, po czym szybkim krokiem ode​szła, nie roz​ma​w ia​jąc na​w et z po​li​cją, a wręcz jej uni​ka​jąc. Mężczyzna włożył do ust fajkę ozdobioną tygrysimi pazurami i, zamyślony, wolno odszedł w prze​ciw ​nym kie​run​ku.

Następnego dnia sir Edmund Gardner wbiegł po schodkach do swojego domu przy ulicy Kensington. Był tak poruszony, że nawet nie zauważył prószącego śniegu ani przyglądającego mu się niskiego mężczyzny stojącego przy latarni. Gdy sir Gardner, znany londyński egiptolog i poszukiwacz skarbów, zniknął za drzwiami swojego domu z charakterystycznymi białymi kolumienkami, obserwujący go mężczyzna w beżowej kurtce zmrużył lekko skośne oczy, jakby się nad czymś za​sta​na​w iał, a po​tem od​da​lił się, mru​cząc coś pod no​sem do sie​bie. Żona sir Edmunda, Melinda, ciesząca się uznaniem konserwator zabytków oraz towarzyszka jego licznych wypraw archeologicznych, właśnie nakrywała do stołu. Pomagała jej Mary Jane. Jim w swoim pokoju nie mógł oderwać się od konsoli do gier, a jego brat bliźniak, Martin, zgłębiał życie morskich stworzeń zamieszkujących Wiel​ką Rafę Ko​ra​lo​w ą. – Tato, co się stało? – Mary Jane pierwsza dostrzegła po​ru​sze​nie na twa​rzy ojca. – Dosłownie przed chwil ą dostałem informację o zu​chwa​łej kra​dzie​ży w Bri​tish Mu​seum! – Co? – pani Melinda wypuściła z ręki łyżkę. – Co Wiel​ka Rafa Ko​ra​lo​wa ukra​dli? – za​nie​po​ko​iła się. roz​cią​ga się u wy​brze​ży Au​stra​lii. Jest – I to jest wprost zdumiewające! – wykrzyknął sir naj​więk​szą rafą ko​ra​lo​wą na świe​cie. Zaj​m u​je ob​szar oko​ło 350 ty​się​cy Edmund, kładąc swoją teczkę na krześle. – Ukradli ki​lo​m e​trów kwa​dra​to​wych. Astro​nau​ci wi​dzą ją z ko​smo​su. Rafę za​m iesz​ku​je wie​le japoński obraz. Tylko jeden spośród całej kolekcji ja​poń​skiej i wie​lu in​nych za​byt​ków! ga​tun​ków ryb, ro​ślin, mię​cza​ków oraz in​nych zwie​rząt. W 1981 roku jako park – Jak do tego do​szło? – spy​ta​ła Mary Jane. mor​ski zo​sta​ła ob​ję​ta ochro​ną i wpi​sa​na na – Nie uwierzycie, ale kradzieży dokonano w biały dzień, Li​stę Świa​to​we​go Dzie​dzic​twa Kul​tu​ral​ne​go w muzeum pełnym zwiedzających! – odparł ojciec, i Przy​rod​ni​cze​go UNE​SCO.

gestykulując żywo. – Świadkowie mówili coś o zamaskowanych spraw ​cach podobnych do wo​jow ​ni​ków ninja! Ochronie nie udało się ich za​trzy​mać. – To zupełnie jak wczorajszego dnia Bri​tish Mu​seum w Lon​dy​nie w domu po​wsta​ło z ini​cja​ty​wy sir Han​sa Slo​ane’a. au​kcyj​nym! Jest to jed​no z naj​więk​szych na świe​cie natychmiast mu​ze​ów hi​sto​rii sta​ro​żyt​nej. De​cy​zja o jego – utwo​rze​niu za​pa​dła w 1753 roku, a 15 skojarzyła Mary stycz​nia 1759 roku po raz pierw​szy zo​sta​ło Jane. Wszystkie otwar​te dla pu​blicz​no​ści. Mu​zeum po​sia​da telewizyjne po​nad sie​dem mi​lio​nów eks​po​na​tów. W jego stacje zbio​rach znaj​du​je się m.in. słyn​ny nadal informowały ba​zal​to​wy ka​m ień z Ro​set​ty, dzię​ki któ​re​m u o tym zda​rze​niu. uda​ło się roz​szy​fro​wać hie​ro​gli​fy. – No właśnie – W 2002 roku dy​rek​to​rem Bri​tish Mu​seum zo​stał Neil Mac​Gre​gor. przy​tak​nę​ła mama. – Co jest? O czym mówicie? – bliźniacy wreszcie zeszli na dół. Usłyszeli z kuchni podniesione głosy i przybiegli spraw ​dzić, co się sta​ło. Mary Jane prze​ka​za​ła im naj​now ​szą no​w i​nę, któ​rą do​pie​ro co przy​niósł oj​ciec. Chwilę później usiedli do obiadu, ale i wtedy rozmawiali tylko o tym. Cały czas zastanawiali się, kto stoi za tymi kra​dzie​ża​mi. – Bez wątpienia to jakaś zaplanowana operacja – orzekła Melinda Gardner. – Co mówi policja? – zwró​ci​ła się do męża.

– Na razie niewiele – odparł. – Trwają przesłuchania świadków. Nie wiem, czy do tej pory w ogó​le wpa​dli na ja​kiś trop. – Pewnie nie uda im się znaleźć tych ninja. Założę się, że nie ma ich już w Anglii – powiedział Jim. – Ktoś mu​siał im zle​cić te kra​dzie​że – wtrą​cił Mar​tin. – Może ja​kiś eks​cen​trycz​ny ko​lek​cjo​ner? – Tak, szef ja​poń​skiej ma​fii – za​śmiał się Jim. Po chwi​li spo​w aż​niał. Mary Jane i Martin wpatrywali się w niego, jakby powiedział coś proroczego albo wpadł na roz​w ią​za​nie ca​łej za​gad​ki. – Myślicie, że naprawdę za tym stoi… – Jim wolał nie kończyć. Samo słowo „mafia” było groźne, a co do​pie​ro ja​poń​ska! Sir Ed​mund uciął jed​nak te dy​w a​ga​cje: – Dzieci, nie mieszajcie w to japońskiej mafii! Wyobraźnia nadto was ponosi. Sprawa jest na pew ​no o wie​le prost​sza niż na to wy​glą​da. Mary Jane nic nie od​po​w ie​dzia​ła, ale za to spoj​rza​ła wy​mow ​nie na bra​ci. Po skończonym obiedzie, gdy rodzice wrócili do swoich zajęć, rodzeństwo spotkało się w pokoju Mary Jane, pełnym zdjęć pozawieszanych na ścianach. Siostra Jima i Martina wciąż rozwijała swo​ją pa​sję i nadal pra​gnę​ła zo​stać naj​lep​szym fo​to​gra​fem w Wiel​kiej Bry​ta​nii. – Powinniśmy skontaktować się z Bartkiem i Anią, na pewno zaciekawi ich zaginięcie japońskich ob​ra​zów – po​w ie​dzia​ła do bra​ci przy​szła fo​to​graf​ka. – Uwa​żam, że po​w in​ni​śmy trzy​mać się z dala od tej spra​w y. – Martin wyraził swoje zdanie na ten temat. – Jeśli rzeczywiście maczali w tym palce yakuza, to ja dziękuję! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! – chłopiec ostentacyjnie zatopił nos w książce o rafie

ko​ra​lo​w ej. – E tam, przecież tata powiedział, że to niemożliwe – uspokoił go Jim. – Nie ciekawi cię, po co komuś te obrazy? – szturch​nął bra​ta w bok. Martin oddał mu kuksańca. Przez moment udawał, że się boczy i że nic a nic go ta sprawa nie interesuje. Wrodzona ciekawość jednak zwyciężyła i już po chwili dał się wcią​gnąć w roz​mo​w ę.
Yaku​za: ja​poń​ski gang​ster, czło​nek zor​ga​ni​zo​wa​nej gru​py prze​stęp​czej. Yaku​za uwa​ża​ją się za spad​ko​bier​ców sa​m u​ra​jów.

– W pierwszej kolejności musimy dowiedzieć się, co przedstawiały obrazy albo kto był ich autorem, żeby znaleźć jakieś powiązania między nimi – Mary Jane mówiła, skubiąc róg ozdobnej po​dusz​ki. – Ra​cja – zgo​dził się Jim. – Ob​ra​zy z domu au​kcyj​ne​go i z mu​zeum coś mu​sia​ło łą​czyć. – No i ta spektakularna akcja! – Martin pokręcił z podziwem głową. – Komuś diabelnie na nich za​le​ża​ło. – Włączę Skype’a i sprawdzę, czy Ostrowscy są dostępni. Ania zna się na sztuce, może podsunie nam jakieś rozwiązanie – powiedziała Mary Jane, po czym usiadła przy swoim biurku, na którym stał lap​top z ka​mer​ką in​ter​ne​to​w ą i spró​bo​w a​ła po​łą​czyć się z przy​ja​ciół​mi w Pol​sce. Gardnerowie mieli szczęście, bo komputer Bartka był akurat włączony. Gdy usłyszał

charakterystyczny dźwięk powiadomienia, natychmiast odebrał połączenie. Kiedy zobaczył pod​eks​cy​to​w a​ne twa​rze przy​ja​ciół, od razu wie​dział, że wy​da​rzy​ło się coś nie​zwy​kłe​go. W tym samym czasie Aurora Clarkson, ta, która utraciła wylicytowaną na aukcji kolekcję japońskich obrazów, dojeżdżała metrem do chińskiej dzielnicy Chinatown. Była tam umówiona z Mi​na​mo​to na bar​dzo waż​ne spo​tka​nie.

W domu Ostrowskich panował przedświąteczny rozgardiasz. Korzenny zapach pierniczków sprawiał, że Ania coraz bardziej nie mogła doczekać się świąt Bożego Narodzenia. Jak co roku, razem z mamą, Bartkiem i panną Ofelią, piekli wspólnie pierniki, a potem ozdabiali je kolorowym lu​krem. Ro​dzeń​stwo bar​dzo lu​bi​ło te chwi​le. Było wte​dy we​so​ło i gwar​nie. – Cie​ka​w e, co mi przy​nie​sie Świę​ty Mi​ko​łaj? – Ania za​sta​na​w ia​ła się gło​śno. – To zależy od tego, czy byłaś grzeczna – wtrąciła panna Ofelia, siedząca po przeciwnej stronie du​że​go ku​chen​ne​go sto​łu. Bartek roześmiał się. Natomiast Ania westchnęła. Panna Ofelia naprawdę czasami zapominała, że mło​dzi Ostrow ​scy nie są już ma​ły​mi dzieć​mi. Pani Be​ata tak​że się ro​ze​śmia​ła. – Zapewniam cię, Ofelio, że moja córeczka była grzeczna – powiedziała, układając gotowe pier​nicz​ki w ko​lo​ro​w ej pusz​ce. – No, może nie za​w sze, ale… – Mamo! – Ania jęk​nę​ła. – Bartek również sprawował się dobrze, więc zasługuje na prezent od Świętego Mikołaja – mama puściła oko do syna. – Świetnie się w tym semestrze uczy i nie sprawia kłopotów – pochwaliła. – Mógł​by tyl​ko czę​ściej sprzą​tać po so​bie, bo ostat​nio zro​bił się tro​chę ba​ła​ga​niar​ski – do​da​ła.

– Och, mamo! – teraz z kolei Bartek jęknął, a panna Ofelia popatrzyła na niego takim wzrokiem, że zaraz zaczął się tłumaczyć. – Jeśli chodzi o te ubrania leżące w moim pokoju, to mówiłem już, że cza​sem mu​szę się za​sta​no​w ić i doj​rzeć do de​cy​zji, któ​re są do pra​nia, a któ​re moż​na jesz​cze za​ło​żyć. – Dobrze, dobrze – mama pokiwała głową z lekkim ubolewaniem. – A wiesz, Ofelio – pani Beata zmieniła temat – że dzieci od dawna nie wdały się w żadną awanturę? Żadnych skarbów, żadnych prze​stęp​ców! – chwa​li​ła, wy​li​cza​jąc. – Bo jest zima, moja droga – odparła panna Ofelia. – Minus piętnaście stopni mrozu i gruba war​stwa śnie​gu! Gdzie mają szu​kać skar​bów? – za​py​ta​ła re​to​rycz​nie. Pani Beata z niepokojem zerknęła na dzieci, jakby sprawdzała, czy żadne niecne plany nie krążą im po głowach. Może Ofelia miała rację? Może jej latorośle jednak coś knują i czekają tylko na wio​sen​ne roz​to​py, by zno​w u wdać się w ja​kąś na​rwa​ną przy​go​dę? Ale Ania i Bartek, pochyleni nad świątecznymi pierniczkami, wyglądali zupełnie normalnie i nad​zwy​czaj nie​w in​nie. „Jak dobrze, że jest zima!” – pomyślała pani Beata z ulgą, choć nie za bardzo lubiła tę porę roku. Ona również razem z mężem nie musiała nigdzie wyjeżdżać. W teren pojadą dopiero wiosną i wtedy dzieci znowu na parę tygodni zostaną pod opieką panny Ofelii, babci i wujka Ryszarda. A na razie spę​dzą miłe świę​ta w ro​dzin​nym gro​nie. – My​ślę, Ofe​lio, że na​sze dzie​ci są już star​sze, a więc doj​rzal​sze i roz​sąd​niej​sze, i mo​że​my być o nie zu​peł​nie spo​koj​ne – gło​śno po​w ie​dzia​ła pani Ostrow ​ska, z wia​rą w to, co mówi. Ania i Bartek wymienili nad stołem ukradkowe spojrzenia. Mama nie mogła przecież wiedzieć, że wczoraj skontaktowali się z nimi Gardnerowie z ekscytującymi wieściami z Londynu. I że już po

cichu zajęli się sprawą skradzionych japońskich obrazów. Ania rozpoczęła nawet czwarty tom Kronik Archeo! A zawsze, kiedy to robiła, przygoda nabierała tempa. Rodzeństwo nie chciało jednak psuć humoru mamie ani pannie Ofelii, która zwykle gwałtownie reagowała na wszelkie prze​ja​w y ich ar​che​olo​gicz​nej dzia​łal​no​ści. Bartek przyjrzał się uważnie pannie Łyczko, chcąc sprawdzić, czy czegoś już się przypadkiem nie do​my​śla. Mia​ła nie​w ąt​pli​w ie szó​sty zmysł wy​czu​lo​ny na ta​kie spra​w y. Ale w tej właśnie chwili panna Ofelia zapatrzyła się w okno z muślinową firanką. Na dworze w świetle ulicznej latarni tańczyły płatki śniegu. Przypomniały jej święta spędzone w rodzinnym domu, gdy sama była jeszcze małą dziewczynką. Ojciec brał ją wtedy na kolana i opowiadał niezwykłe baśnie, a ona wpatrywała się w błyszczące bombki na choince i wyobrażała sobie elfy i prze​róż​ne ba​śnio​w e kra​iny ze snu​tych opo​w ie​ści. A potem on zaginął gdzieś w amazońskiej dżungli i już nigdy święta nie były takie same. Boże Narodzenie było najtrudniejszym okresem dla panny Łyczko, bo wtedy ojca brakowało jej naj​bar​dziej.

Z Kronik Archeo

W Londynie dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw był napad na słynny dom aukcyjny Christie’s. Przestępcy wdarli się do sali aukcyjnej w trakcie trwania zażartej licytacji i skradli sześć japońskich obrazów wykonanych na jedwabiu. Złodzieje byli zamaskowani, ubrani na czarno i wyglądali zupełnie jak ninja z filmów. Następnego dnia, prawdopodobnie ci sami osobnicy wpadli do British Mu​seum i skra​dli ko​lej​ny ja​poń​ski ob​raz. W obu przy​pad​kach sta​ło się to w bia​ły dzień, w po​miesz​cze​niach peł​nych lu​dzi! Być może dzie​ła te skra​dzio​no na zle​ce​nie ja​kie​goś ko​lek​cjo​ne​ra. Mary Jane bie​rze rów ​nież pod uwa​gę ja​poń​ską ma​fię! Dla​cze​go te ob​ra​zy po​sia​da​ły tak nie​zwy​kłą war​tość i zna​cze​nie dla zło​dziei? To wła​śnie chce​my od​kryć. Ania

Wieść, że dochodzenie w sprawie skradzionych japońskich obrazów objął detektyw Gordon Archer, obiegła cały Londyn. Nawet Mary Jane uznała, że sprawa musi być wyjątkowo poważna i skomplikowana, skoro Scotland Yard wybrał do rozwikłania zagadki swojego najlepszego czło​w ie​ka. Detektyw odznaczał się wyjątkową inteligencją i niekonwencjonalnymi metodami śledczymi. Ten lekko łysiejący mężczyzna o rumianych policzkach miał swoje małe dziwactwa, jak większość niepospolitych umysłów. Lecz zarówno jego przełożeni, jak i współpracownicy, wybaczali mu te nie​ty​po​w e przy​zwy​cza​je​nia. Gordon Archer, ubrany w swoją ulubioną tweedową marynarkę w drobną krateczkę, która ledwo dopinała się na jego wydatnym brzuchu, już od pół godziny badał miejsce przestępstwa w British Museum. Sprawcy napadu nie pozostawili żadnych odcisków palców i nie zgubili nawet włosa. Ba, unieszkodliwili również kamery. Zresztą, nagrania i tak na wiele pewnie by się zdały, gdyż, jak zgodnie twierdzili świadkowie, złodzieje byli od stóp do głów zamaskowani. Sprawa przedstawiała się bez​na​dziej​nie. – Panie Archer, czy już coś pan znalazł? Zebrał pan jakieś poszlaki? – niecierpliwie dopytywał się dy​rek​tor mu​zeum, Neil Mac​Gre​gor. Detektyw nie reagował. Poprawił jedynie na nosie okulary w okrągłych oprawkach. Był całkowicie pochłonięty oglądaniem katalogu, w którym znajdowała się ilustracja skradzionego dzieła. Obraz właściwie nie przedstawiał nic nadzwyczajnego. Był to portret kobiety ubranej w pięk​ne, tra​dy​cyj​ne ki​mo​no. W dło​ni trzy​ma​ła wa​chlarz. Pod ob​ra​zem wid​niał pod​pis: Gło​w a ko​bie​ty, ma​lo​w i​dło na je​dwa​biu, po​cho​dze​nie nie​zna​ne, okres Edo, XVII w. I to wszystko. Żadnych dodatkowych informacji. Detektyw czuł, że przez cały czas umyka mu coś istot​ne​go. – Już nas pan opuszcza? – zdumiał się dyrektor muzeum, gdy Archer bez słowa pożegnania skie​ro​w ał się do wyj​ścia. – Po​zwo​li pan, że za​trzy​mam ten ka​ta​log – od​rzekł tyl​ko de​tek​tyw. – Ależ naturalnie – zgodził się MacGregor. – Mamy Okres Edo: wie​le ta​kich ka​ta​lo​gów, niech go pan so​bie za​trzy​ma. okres w hi​sto​rii Ja​po​nii przy​pa​da​ją​cy na lata Lecz Gordon Archer już go nie słuchał. Wyszedł 1603-1868, w któ​rym wła​dzę spra​wo​wa​li szo​gu​no​wie z rodu To​ku​ga​wa. z muzeum i wsiadł do czekającej na niego taksówki. Gdy

rozwiązywał jakąś wyjątkową sprawę, nigdy sam nie prowadził samochodu, był wtedy zbyt rozkojarzony. Poza tym w taksówce dobrze mu się myślało. Jeździł zawsze z tym samym kierowcą o imieniu Jasper, który był małomówny i dość ponury. Jasper Grave przyczynił się nawet do rozwikłania kilku spraw, ponieważ, jak to taksówkarz, dużo wiedział, sły​szał i wi​dział. Po​nu​ry tak​sów ​karz i de​tek​tyw Ar​cher sta​no​w i​li bar​dzo sku​tecz​ną parę. Tym razem detektyw kazał zawieźć się do domu, gdyż nadeszła pora na jego codzienną porcję cie​płe​go ka​kao.

Tego dnia Jasper Grave był jeszcze bardziej ponury i milczący niż zwykle, ale Archerowi zupełnie to nie prze​szka​dza​ło. Taksówkarz zatrzymał się na Baker Street pod numerem 122. Detektyw wy t iadł i wszedł do swojego mieszkania. W kuchni przygotował sobie kakao, obowiązkowo w filiżance koloru toffi, a potem zamknął się w swoim gabinecie. Rozłożył na biurku katalog z muzeum i w zadumie, pijąc ciepły napój, przypatrywał się portretowi skośnookiej kobiety. Niby był to zwyczajny obraz, zwy​czaj​ny por​tret, ale było w nim coś in​try​gu​ją​ce​go. – Mój drogi Watsonie, spójrz, ta kobieta skrywa jakąś tajemnicę – detektyw zwrócił się do swojego kwiatka geranium, którego nazywał Watsonem na cześć słynnego doktora, pomocnika równie słynnego Sherlocka Holmesa. Rozmowa z kwiatkiem doniczkowym była kolejnym drobnym dziwactwem detektywa Gordona. Ale ponieważ ludzie mają o wiele gorsze dziwactwa, to i tę przy​pa​dłość de​tek​ty​w a trak​to​w a​no z na​le​ży​tym zro​zu​mie​niem. Kobieta z obrazu, który wskazywał Gordon Archer, zamyślona patrzyła gdzieś w dal, ale na jej ustach wid​niał ta​jem​ni​czy uśmiech. – Ten uśmiech przypomina mi Mona Lisę Leonarda da Vinci – Archer znowu podzielił się swoim spostrzeżeniem z Watsonem. Roślinka jakby poruszyła listkami na znak, że też tak uważa. – Uśmiech Mona Lisy od zawsze wszystkich intrygował – mężczyzna kontynuował głośny wywód. – Niektórzy uwa​ża​ją, że tak na​praw ​dę ob​raz ten jest ukry​tym au​to​por​tre​tem sa​me​go mi​strza. Za​raz, za​raz…

Detektyw znowu poruszył się niespokojnie, aż listki Watsona zadrżały jak na chłodzie i rozsiały wokół siebie cy​try​no​w y za​pach. – Może obraz Mona Lisa: ko​bie​ty ob​raz olej​ny na​m a​lo​wa​ny przez Le​onar​da da wachlarzem Vin​ci na po​cząt​ku XVI wie​ku. Jest to por​tret z ko​bie​ty, praw​do​po​dob​nie Lisy Ghe​rar​di​ni, również skrywa żony za​m oż​ne​go flo​renc​kie​go kup​ca jakąś tajemnicę? – Fran​ce​sca Gio​con​do. Hi​sto​ry​cy sztu​ki zastanawiał się spie​ra​ją się jed​nak, kim była mo​del​ka. Za​gad​ko​wy uśmiech Mona Lisy do dziś podekscytowany. – bu​dzi za​in​te​re​so​wa​nie. Nie​któ​rzy uwa​ża​ją Może nie ważne jest na​wet, że ob​raz jest ukry​tym au​to​por​tre​tem to, co widać, ale to, sa​m e​go ma​la​rza. co pozostaje niewidoczne? Być może ten obraz zawierał jakiś prze​kaz, Le​onar​do da Vin​ci uro​dził się 15 kwiet​nia 1452 roku informację, która w An​chia​no, nie​da​le​ko mia​sta Vin​ci we była komuś Wło​szech. Je​den z naj​słyn​niej​szych ma​la​rzy potrzebna? – re​ne​san​so​wych, czło​wiek wszech​stron​nie uta​len​to​wa​ny. detektyw snuł Oprócz ma​lar​stwa zaj​m o​wał się rów​nież śmiałe rozważania. wie​lo​m a in​ny​m i dzie​dzi​na​m i, m.in. – Muszę ar​chi​tek​tu​rą, fi​lo​zo​fią, mu​zy​ką, ma​te​m a​ty​ką, me​cha​ni​ką, ana​to​m ią i geo​lo​gią. Był tak​że dowiedzieć się, czy pi​sa​rzem i wy​na​laz​cą. Znacz​nie wy​prze​dzał to malowidło epo​kę, w któ​rej żył. Pro​jek​to​wał ma​chi​ny pod​da​w a​no wo​jen​ne, jak he​li​kop​ter czy czołg. Za​pro​jek​to​wał spa​do​chron i lot​nię, i wie​le szcze​gó​ło​w ym in​nych, za​ska​ku​ją​cych współ​cze​snych mu badaniom, czy lu​dzi, wy​na​laz​ków. Naj​bar​dziej zna​ne ob​ra​zy prześwietlano je Le​onar​da to „Mona Lisa” i „Ostat​nia Wie​cze​rza”. W Pol​sce znaj​du​je się jego albo coś w tym dzie​ło „Dama z gro​no​sta​jem”. rodzaju – Archer Da Vin​ci zmarł 2 maja 1519 roku w Clos Lucé mówił głośno do we Fran​cji. siebie i do swojego drogiego Watsona. Odstawił pusty ku​bek po ka​kao i się​gnął po małą, wy​po​le​ro​w a​ną ko​new ​kę. – Ach, mój przyjacielu, ty dzisiaj również jeszcze nic nie piłeś – powiedział z troską i obficie zrosił roślinkę. Kiedy napoił Watsona, złapał za telefon i zadzwonił do dyrektora British Museum. Musiał dowiedzieć się, jakim badaniom do tej pory poddawano skradziony obraz. Uśmiech ta​jem​ni​czej ja​poń​skiej ko​bie​ty nie da​w ał mu spo​ko​ju.

Aurora Clarkson nie przypadkiem znalazła się w chińskiej dzielnicy Chinatown. Tę część Londynu nazwano tak dlatego, że mieszkała w niej liczna społeczność chińskich emigrantów. Czerwone lampiony rozwieszone nad ulicą, którą szła Aurora, przydawały dzielnicy jeszcze bardziej eg​zo​tycz​ne​go cha​rak​te​ru. Kobieta weszła do jednej z wielu restauracyjek. Usiadła przy stoliku i zamówiła kawę. Po chwili dosiadł się do niej mężczyzna w nieco za dużym, czarnym garniturze i tlenionych na żółty blond wło​sach. Jego azja​tyc​kie rysy twa​rzy su​ge​ro​w a​ły, że jest to Mi​na​mo​to, z któ​rym była umó​w io​na. – Za​w io​dłaś pana Oku​ga​w ę! – za​czął bez​ce​re​mo​nial​nie. – Jak to zawiodłam?! – Aurora prychnęła z irytacją. – Kupiłam tę kolekcję. Nie moja wina, że zjawili się jacyś ninja i mi ją ukradli! Teraz szuka mnie policja, chcą ze mną rozmawiać! Jestem pewna, że to ten przeklęty Jack maczał w tym palce! – Zniżyła nieco głowę i dodała cichszym głosem: – Bardzo mu zależało na tej aukcji. O mały włos, a by mnie przelicytował. Jestem bardzo cie​ka​w a, skąd miał tyle for​sy i skąd wie​dział o je​dwa​biach? Męż​czy​zna mil​czał. Twarz miał ścią​gnię​tą, groź​ną. – Nic mnie to nie obchodzi – odezwał się w końcu. – Musisz odzyskać kolekcję! Pan Okugawa nie wy​ba​cza błę​dów – do​dał lo​do​w a​to. Jego spoj​rze​nie mó​w i​ło, że nie żar​tu​je.

Aurora zastanawiała się, co stało się z małym palcem lewej ręki jej rozmówcy. Najwyraźniej był obcięty. Czyżby to była pamiątka po niewykonanym zadaniu dla pana Okugawy? Kobieta zadrżała. Ale jako profesjonalistka w swoim fachu, nie dała tego po sobie poznać. Nie da się zastraszyć! Od dawna kradła dzieła sztuki na zlecenie ekscentrycznych kolekcjonerów i jeszcze nigdy nie została złapana. Tym razem zadanie wydawało się o wiele prostsze. Jako podstawiona osoba miała za pana Okugawę kupić na aukcji kolekcję sześciu japońskich obrazów. Cena nie grała roli. Miała po prostu wygrać aukcję, a jej zleceniodawca dokonałby przelewu za dokonany zakup. Obowiązywała ją tylko jedna klauzula: nikt nie mógł poznać nazwiska pana Okugawy. Mimo to, zadanie wydawało się dziecinnie proste. Aurora zastanawiała się nawet, gdzie w tym wszystkim tkwił haczyk. Dlaczego do tak prostego zadania wynajęto właśnie ją? Zwykle brała udział w akcjach typu „mission impossible”. Potrafiła zdobyć każde dzieło sztuki i obejść wszelkie zabezpieczenia. Teraz zaś miała jedynie udawać posiadaczkę olbrzymiej fortuny zafascynowaną japońską sztuką z okresu Edo. Kiedy jed​nak do​sta​ła po​kaź​ną za​licz​kę, prze​sta​ła o tym roz​my​ślać. Problemy zaczęły się dopiero na samej aukcji, gdy pojawił się ten okropny Jack Fox. Od razu mogła się domyślić, że wynikną z tego kłopoty. Ten stary lis wiedział zapewne coś, o czym ona nie miała pojęcia. Na dodatek dysponował ogromną gotówką. Albo znowu znalazł jakiś skarb, albo jego również ktoś wynajął – Aurora medytowała. Z całą pewnością pan Okugawa nie powiedział jej wszyst​kie​go o tych ob​ra​zach. – Powtórz panu Okugawie – zwróciła się do siedzącego przed nią Minamoto – że odnajdę kolekcję i mu ją dostarczę, chociaż ja już wywiązałam się ze swojej części umowy – zastrzegła

z naciskiem. – Poza tym, umowa nie obejmowała walki z wojownikami ninja! – dodała. – Ale niech wie, że Aurora Clarkson nie ma sobie równych! – rzekła z wyższością, wstając od stolika. Zapłaciła kelnerowi za kawę i skierowała się do wyjścia. – Żegnam! – rzuciła oschle, wychodząc na gwarną uli​cę. Za​ło​ży​ła swo​je ulu​bio​ne oku​la​ry sło​necz​ne mar​ki Ray-Ban i ru​szy​ła do naj​bliż​szej sta​cji me​tra. – Wdepnęłam w niezłe bagno – mruczała do siebie pod nosem. Wiele wskazywało na to, że pan Okugawa jest bossem japońskiej mafii! Że też wcześniej nie przyszło jej to do głowy A ci ninja pracują pewnie dla konkurencji pana Okugawy – Jak się teraz z tego wyplątać? – Aurora zacisnęła małe pal​ce u rąk, jak​by spraw ​dza​ła, czy są jesz​cze na swo​im miej​scu.

Potem wyciągnęła z torebki komórkę. Przez chwilę wahała się. Nie znosiła Jacka, ale chyba nie mia​ła wy​bo​ru. Mu​sia​ła do nie​go za​dzwo​nić i do​w ie​dzieć się cze​goś wię​cej o tej ko​lek​cji ob​ra​zów. Niegdyś z Jackiem Foxem byli bliskimi przyjaciółmi. Aurora wyciągnęła go nawet z afrykańskiego więzienia. Trafił tam za kratki, gdy nielegalnie wydobył ładunek złotych monet z wraku okrętu leżącego na dnie morza. Bo Jack był marynarzem, poszukiwaczem skarbów i awanturnikiem w jednym, dość atrakcyjnym ciele. Nie straszni mu byli nawet somalijscy piraci. Większą część roku spędzał na morzu. Aurora musiała się z nim skontaktować, nim znowu zwinie manatki i gdzieś wypłynie. Należało schować dawne urazy. Wcale nie dlatego, że już o nich za​po​mnia​ła, ale dla​te​go, że od tego za​le​ża​ło jej ży​cie! – Halo? Jack? – po​w ie​dzia​ła do słu​chaw ​ki, wy​braw ​szy uprzed​nio wła​ści​w y nu​mer. Od​po​w ie​dzia​ło jej roz​ba​w io​ne chrząk​nię​cie. – No pro​szę, kogo ja sły​szę – za​śmiał się miły, mę​ski głos. – Za​mknij się! – ko​bie​ta wark​nę​ła. – Schowaj pazurki, Auroro. Skoro do mnie dzwonisz, musisz być w niezłych kłopotach – iro​ni​zo​w ał głos po dru​giej stro​nie słu​chaw ​ki. – Słu​chaj, mu​si​my się spo​tkać – Clark​son pu​ści​ła mimo uszu jego ko​men​tarz. – Pro​po​nu​jesz za​w ie​sze​nie bro​ni? – Chwi​lo​w e – przy​zna​ła z nie​chę​cią. – My​śla​łem, że nie do​ży​ję tej chwi​li! – Skończ już i daruj sobie te docinki – Aurora czuła, że za chwilę puszczą jej nerwy. – Muszę wie​dzieć, dla​cze​go bra​łeś udział w li​cy​ta​cji. – I my​ślisz, że po tym, jak mnie po​trak​to​w a​łaś, wszyst​ko ci opo​w iem? – To ty mnie wtedy oszukałeś! – kobieta zripostowała, czyniąc aluzję do zdarzenia z niedalekiej prze​szło​ści. – Nie​praw ​da, to ty się ulot​ni​łaś z moim skar​bem! – ton Jac​ka za​brzmiał oskar​ży​ciel​sko. – Przecież już tyle razy tłumaczyłam, że to nie byłam ja! Albo ty mnie oszukałeś, albo ktoś mnie wro​bił! – Mimo wszystko dobrze nam się razem pracowało i przez wzgląd na stare czasy spotkam się z tobą. Nie je​stem za​w ist​ny – Jack rzekł ła​ska​w ie. – Gdzie i o któ​rej? – O pierwszej, w Kensington Gardens, koło pomnika Piotrusia Pana – Aurora podała miejsce spo​tka​nia. – Tam nikt nie bę​dzie nam prze​szka​dzał. – Może być. Sprawdź tyl​ko, czy nie bę​dziesz śle​dzo​na – Jack prze​strzegł. – Ja​sne! – Clark​son od​par​ła i od​ru​cho​w o obej​rza​ła się za sie​bie za​nim wsia​dła do ko​lej​ki me​tra. Je​śli Jack oba​w iał się szpie​gów, spra​w a mu​sia​ła być na​praw ​dę bar​dzo po​w aż​na.

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->