Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

w tych kilka ręką skreślonych słów. także gdy był sam. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami. umył ręce. odczekał. z okularami na nosie. Czternasty sierpnia. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. jak wkuwający uczeń. pokrytego cienkim zielonym suknem. Potem umilkł. do balkonowej. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. za rzeźbioną kamienną balustradą. poplamionym atramentem. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. zaś ten pogodniejszy. Przed paroma dekadami. Czterdzieści lat. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. I czterdzieści trzy dni. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. a potem został księciem. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. zaczął się przechadzać. oprawione w płótno w pepitę. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. w bezmyślnej wściekłości podpala pola. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. Pozostawiono jedynie ten filar. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. powiedział w końcu. Żył w tym pokoju jak chory. nim pójdzie w świat. Czterdzieści jeden lat. starannie wygładził papier i w silnym świetle. pomrukiwał. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. aż krępa. jakby każda liczba przypominała coś. rzekł po chwili. wiedział to dokładnie. Liczył czas. Czternasty sierpnia. Za spuszczonymi żaluzjami. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. bardziej przewiewny – garderobą. szkolne zeszyty. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. ogrodowej. zaświecił ją. to wtedy było polowanie. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. zeschniętym ogrodzie. nie lubił dokładnych liczb. Czterdzieści jeden lat. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. spieczonym. który. Generał wszedł do swojego pokoju. Generał wyjął pomięty list. odchylił ciężką głowę. do milimetra. Wtedy zbudowano pałac. Drugi lipca. w tym pokoju. Generał urodził się tutaj. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. poczerwieniał. przymknął klejące się powieki. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. powiedział półgłosem. I jakby nagle ogarnął go spokój. bo w pokoju było ciemno. odprowadził go szklanym wzrokiem. Wiele razy obliczał. był pokojem jego matki. barczysta postać zniknie za załomem. sypialnia i garderoba. drugi lipca. w wysuszonym. A więc tyle to trwało. ochryple. karbowane literami jak drzazgi. Generał spojrzał w sufit. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. Pokój był sklepiony.postawie na baczność. zbudował go pewien dostawca wojenny. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. I jak uczniak. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. podszedł do wysokiego pulpitu. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. niczym podpalacz. w list. ponownie zapatrzył się w tekst. . zmieszany. jeden na drugim. liczył.

Na stoliku.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. – A więc powrócił – powiedział teraz głośno. aż przyszła Nini. pośrodku pokoju. jakby dopiero teraz zrozumiał. Po chwili. niebieski i czerwony. . które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła. gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. nagle poczuł się bardzo zmęczony. przed kamiennymi balustradami balkonów. – Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. leżał srebrny dzwonek. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. zadzwonił. na kasztanowce. Chodził do tłoczarni albo do lasu. zachwiał się. Nie poruszył się. Kiedy wypowiedział te słowa. także zimą. albo – każdego ranka. Po czterdziestu jeden latach. grzeczniej: – Proszę. I czterdziestu trzech dniach. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. Stamtąd okna wychodziły na park. ze złotymi żyrandolami. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. pod ręką. także wtedy.

Zawsze uśmiechnięta. Była tutaj. nigdy jej nie spytano. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. dla którego wezbrało w niej mleko. . przyszła do pałacu. Przeżyła w tym pałacu. że Nini także się uśmiecha. jak może być w dobrym humorze. którego kochała. A że zawsze była w dobrym humorze. Na sam poród. milcząco. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. W takim stanie przybyła do pałacu. Jakby coś ukrywało w kościach. generał czasem wspominał tamtą chwilę. A potem zmarła hrabina. Wykarmiła piersią i wychowała generała. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. Karmiła generała. czytała same litery. muskularna i spokojna. A potem generał ożenił się. Była córką wiejskiego listonosza. Potem zmarła pani. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. nigdy nie rzucała się w oczy. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. I chory wszystko rozumiał. urodziła dziecko. matka generała. skoro odszedł mężczyzna. znacznie później. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy. gdzie być powinna. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. tak jak następowały po sobie.. Czytała mu po francusku.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. kto był ojcem dziecka.. zimnym. nie umiała poprawnie wymawiać słów. Wtedy także uśmiechała się. a że nie znała tego języka. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. namiętność. Jej imię przelatywało przez pokoje. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu. Niska. tajemnicę czasu albo życia. siedemdziesiąt pięć lat. dlatego czytała same litery.” A że była wszędzie tam. Nini. Miała wtenczas szesnaście lat. W tym pokoju niańczyła generała. bardzo powoli. której nie można nikomu wyjawić. Nie miała niczego. i zmarło jej dziecko. bo miała dużo mleka. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. w tym pokoju. w skórze. nie można jej przełożyć na obcy język. po dwudziestu latach. kiedy generał przyszedł na świat. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. śród ogólnej radości spostrzegano. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. próżność. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. we krwi. wówczas. śluzowatym potem. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. i była bardzo piękna. Pielęgnowała go Nini. że też na świecie jest coś innego niż egoizm.

przedmioty niczym tajemniczy prąd. Nikt nie mówił o tym. wielka myśliwska jadalnia. do pokoju swojej matki. rozpadają się. a dalej niebieskosrebrne góry. Przyjdzie wieczorem. kuchnia. Pamiętała wszystko. generał wyjechał. cicho. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. gdzie? – spokojnie spytała Nini. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. jakby od niechcenia. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. Drugie pozostało niebieskie. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. – Usiądź. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć. – Jest tutaj. wiecznie taką samą. Powrócił po roku. Nini nosiła granatową spódnicę. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. duży gabinet z kominkiem i książkami. – Tutaj. ludzi. otwarta weranda. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . posłałem po niego karetę. Energia Nini przepływała przez dom. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. To oko było teraz smutne. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. w mieście – rzekł generał do niani. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. Starzeją się bez obrazy. szare. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. To oko uśmiechało się. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. z której okien było widać dolinę i miasteczko. kilkusetletnie jedwabie. łazienki. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. ale czuło się jej siłę. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. z wyprawionymi głowami kozic. Niekiedy wydawało się. Nini – powiedział generał. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. W ostatnim roku postarzała się. rozejrzało się po pokoju. Tych natomiast. Niania usiadła. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. w sierpniu. I jej niebieskie oko. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. z granatowego sukna. panów urzędników z województwa i z miasta. uniósł list. Zamknął nowe skrzydło. które ulegają unicestwieniu.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. ściany. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. Kiedy zmarła mu żona. sypialnie. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. Jedynie generał mniej więcej orientował się. Będzie tu na kolacji. obszerną jadalnię. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. tak niebieskie. żywe i uśmiechnięte. i skromną bluzkę. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. uczestników wielkiego polowania z nagonką.

Dwa żywoty upływały razem. z ciałem wychylonym ku przodowi. wdychali to samo powietrze. . jakie przeżyli razem pod jednym dachem. że pan domu się nie udziela. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. posłusznie. – Tam – powiedział generał. – zapytał podekscytowany. więcej niż małżonkowie. drzewa przed oknami. która zobaczyła generała. kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. Generał. wszystko było wspólne. odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. Jak ostatnim razem. potem nakryjemy. – Południe – powiedziała niania. – Można. Wspólnota. która widziała go w chwili narodzin. Teraz jest południe. nigdy. Podeszła do generała. – Dobrze – rzekła krótko. I nic nie miało imienia. Było też coś innego. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. Do szóstej każę przewietrzyć. Zycie wymieszało ich dni i noce. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania. gdy to samo jedli. Pleban. nachyliła się i pocałowała żylastą. Może dlatego. i wychylił się z fotela. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. stęchlizna domu. – Dokładnie tak. – W dużej sali. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. więcej niż matka i dzieci. Wiedzieli o sobie wszystko. – Można? – Miesiąc. – Bezgłośnie poruszała wargami.urzędach. gdy przyszedł na świat. spokojnie i stanowczo. Niania powiedziała: – Czy chcesz. jakby liczyła.. Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. ponieważ wiedziano. jakim zawsze rodzi się człowiek. Przymierzała czas do ogromu pracy. z odrobiną dziecięcej ciekawości. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. – Na ósmą wieczór. – Tak – powiedziała w końcu. żeby było tak. Melchiora i Baltazara. przyglądał się jej ciekawie. – Niech się zastanowię. Może sprawiło to mleko niani. które jest większe. jaka łączyła ich ciała. zimą. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. znali nawzajem swoje ciała i sny. który grzebał domowników. we krwi i brudzie. Pewien rodzaj braterstwa. – Obiecuję – powiedział generał cicho. że Nini była pierwszą żywą istotą. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. co niejasno było im wiadome. Nikt więcej. Nikt się nie obrażał. Można?..

w półzaciemnionym pokoju. Matka generała. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. Już od dawna czekał. na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. Teraz. stare strzały. Światło i czas zmywają z płytki ostre. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. . kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. Potem czeka. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. Najpierw się obraża. I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. Przechylił głowę. torby na amunicję. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty. raptem poczuł się zmęczony. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. co więcej. hrabina. Portret ojca. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. gdzie go obrażono i dlaczego. wyrzuciła z pałacu myśliwych. Leżał na kozetce. o każdej porze roku. Potem pragnie zemsty. Włosy miał kędzierzawe. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny. charakterystyczne odcienie linii. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. Odesłał obiad. Nigdy nie wspomniał. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. Już nawet nie wiedział. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. ale będzie bezbarwne. jak te bardzo stare fotografie. Wszystko się zachowa. polował na lisy i wrony. wzdłuż ścian. jak dziewczyna. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. usunęła wszystko. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Trzeba obracać fotografią. niezbędne jest też pewne załamanie światła.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. Na wszelką zwierzynę. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. z dumą i urazą. Polował codziennie. liczne stado. charty i wyżły. Słuchał gorącego bulgotania blasku. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach. obserwował szmery w pałacu. Strzelby belgijskie i austriackie.

Tutaj. także latem. Wtedy już wiedzieli. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. w domu myśliwskim. pałace. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. brzuchaty. muszą żyć razem. była nazwa jego ojczyzny. jak górskie potoki. pośród woalek i okryć. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. I marzła. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu. i tak emanował ciepłem. Cesarz był łaskawy. że matka tutaj marzła. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. bladzi i zmieszani. Marzła. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. Powiedział: „Uważaj. pękatym piecem z porcelany. że nie mogą postąpić inaczej. Tyrol. Było oczywiste. pani! W lesie. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. Przyjechała na Wschód.. jakie sobie powiedzieli. jak dobrotliwy. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. mrużąc oczy jak krótkowidz. który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. stuletni. Wszyscy się uśmiechnęli. padał śnieg. to znaczy gdzie?. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. Pierwszym intymnym słowem. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. cesarz .” – i uśmiechnęła się. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami. wiatr. przez Szwajcarię. Francuska panna powiedziała: „U państwa. I uśmiechnął się. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. Oficer gwardii polował. Uśmiechnęli się. który miał taki smak. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. Jechali przez góry. Podniósł się. że rodzice nie rozumieli się nawzajem.. jacyś inni ludzie – obce miasta. nieodmiennie jesienią. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. Był to wielki piec. Myślał o tym. Paryż. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. stanął przed białym. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie. która ją dotknęła. Matka chciała cudu. Wszyscy pokłonili się. król Francji. On także jest niedźwiedziem”. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. spojrzeli sobie w oczy. seledynowym i różowym. jak w czytankach. dokąd cię zabiera. Tak. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. w którym trafiał się ktoś inny niż on. żyją niedźwiedzie. żył ojciec generała. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. Wielka to była łaska. ostateczne”. Paryska ulica była biała. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. niedźwiedzie i jelenie. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. gnuśny człowiek. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. może to ta podróż. Miała do niej prawo. nieomal po upływie roku. ponieważ namiętność. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. Okna zasłaniały białe jedwabne story.

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

Wszystko miało zapach nie do zniesienia. z siatką robioną szydełkiem. stała obok nich. tylko była bardzo zmęczona. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. na piętrze. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. personel. włosy. Pocałowała dziecko i białymi. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. Nini pieszo dotarła do pałacu. jak z włosów i ust francuskiej babki. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. nachylali się nad dzieckiem. pałacu. Wówczas zadepeszowano po Nini. lasu i porzuconych stron rodzinnych. Miała szare oczy i mały. postanowił umrzeć. jakby czas zapomniał je umyć. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości. nosiła wysoko upięte. przyjęła ich francuska babka. Otworzyła się brama. „Chcę. teraz brudnoryże. Weszła do pokoju. „Tout de même” – rzekła do jego mamy. Nini była spokojna. zanim niania dojechała do Paryża. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach. została w Paryżu. francuska babka. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. na co właściwie to dziecko zachorowało. Chłopiec czuł. Przybyli dostojni lekarze. ponieważ nie spała już szóstą dobę. jak wędrują ptaki.w imieniu taty. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. jakby jej dziecko składało egzamin. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. że umrze. Nikt nie powiedział. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. tylko oczy mu błyszczały. wąski. chłopiec odczuwał mdłości. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. uśmiechając się . Prowadzono go przez sale. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. wzięła go na kolana. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. Nie płakała. dławiąc się łzami. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. Hrabina klęczała przed drzwiami. pełna obaw. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. Naturalnie nikt nie powiedział. majaczył. który ukrywał chore dziecko. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. kiedyś pewnie płomiennie rude. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. psów. czarny wąsik. jeżeli ten zapach nie minie. Wróciła do chłopca. żeby tu była Nini!” – powiedział. puls chwilami ustawał. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. która. Upłynęły cztery dni. nie znała nazwy ulicy. nie umiała mówić po francusku. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. Zjawiła się tak. przyjrzała mu się z góry. skonsternowana i obrażona. który był już zupełnie cichutki. płakała i modliła się. francuska babka. wyjęła z łóżka konającego chłopca. W morzu tkwiły czerwone skały. w surdutach. Byli tam wszyscy. Około północy zaczął płakać i wymiotować. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie.

Szumiało tak samo. wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. szumiał las. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. to tutaj wiele. we dwoje. Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. Siedzieli na plaży. z odchyloną głową. ponieważ wiedział. niczym mędrzec ze Wschodu. także powietrze i kwiaty. – Tata też jest poetą. kiedy morze bezsilnie huczało. w domu. wszystko było słone.patrzyła na morze i niebo tak. w godzinach południowych. Długo przesiadywali pod figowcem. jak tam. że razem. Teraz już się nie bał. że wszystko na świecie tworzy całość. Słuchali morza: jego szum był znajomy. są mocniejsi. przytuliła do piersi główkę chłopca. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. mój aniele. wonny chłód. . chłopiec siadywał z nianią i słuchał. kiedy cofnął się przypływ. Niania objęła go. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. To tutaj. jakby już wcześniej je widziała. będziesz żołnierzem. – Nie idź na słońce. Rano. badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. Rozboli cię głowa. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. Chłopiec szybko się opalił. często się śmiał. Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. Chłopiec i niania myśleli o tym. I rzekła: – Nie. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. Patrzył na morze. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. pirata. który opowiada już tylko najprostsze historie. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach.

Był to żółty budynek. w wąskich. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie. Jesienią. żelaznych łóżkach. Drogą szła jakaś kobieta. oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. W sypialniach spano po trzydziestu. ponieważ oświetlało ją słońce. Rano budził ich dźwięk trąbki. W fontannie. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. w sypialniach. pokasływał. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. z prościutkimi ulicami. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. Chłopca oddano do szkoły kadetów. w jadalni. w klasach. w granatowych bluzach. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. i sposobu. Nosili białe rękawiczki. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. Byli jak dzieci. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. jakby codziennie były urodziny cesarza. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. wdzięcznie salutowali. jakby to było jedyne miejsce na świecie. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. Nauczano greki i balistyki. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. i historii. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. letni pałac cesarza. Otrzymał szabelkę. Chłopiec był blady. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. Mijają dziesięciolecia. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. na szczycie wzgórza. długie spodnie i czako. dawne słowa. w którym ktoś umarł. kiedy wracali z Bretanii. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. jak cesarz. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. Wychowawcami byli starzy oficerowie. z . i naraz słyszą szum morza. szemrała woda w kolorze złota. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. chłopcy prężyli się. Niespiesznie szli alejami. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. Wszystko miało smak saletry.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. pośród przystrzyżonego listowia.

kiedy się poznali. z tytułem i rangą. W Instytucie. czego nie wolno powiedzieć. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. jak chłopcy z bardzo starych rodów. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. Twarz kobiety była bardzo biała. słowiański rys. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. w nieświadomej i karykaturalnej formie. a jednak szczupły. Mieli po dziesięć lat. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. o krótkich nosach z czeskich pałaców. lecz nie leniwy. jakby przed czymś uciekała. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. bardzo zmęczeni. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. Powolny. Trzy kroki za nią. dziecięcy. gdzie uczyło się czterystu chłopców.białym. Jego ojciec. tak samo jak wytworne. wokół jego ust pojawił się bolesny. Byli tu wszyscy. byli niebieskoocy. Od pierwszej chwili żyli razem. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. tak jak to jest. jasnowłosi. szła dama w czerni. w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. nad stołem. – Podobna do mamy – powiedział. tylko do niego. co mu wolno. jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. a czego nie wolno. a wszystko to zostawili w garderobie. jak zwykli to robić rówieśnicy. który należał do nazwiska i teraz uczył się. Kiedy urósł. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę. jakby ją ten spacer zmęczył. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. z gołą głową. . z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. z głębokim nabożeństwem. tutaj. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. panowała taka cisza. z nadanym tytułem barona. dziesięcioletni arystokraci. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. szybko ich minęła. ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. był urzędnikiem w Galicji. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. matka była Polką. w Instytucie. Rzadko się śmiał. Był milczący i uważny. lekko przygarbiona. ze świadomie odmierzonym rytmem. Konrad spał w sąsiednim łóżku. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. – Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. jaki wisiał w gabinecie ojca. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. i dzieciak. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. z dodającą sobie wagi namiętnością. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. Był krępy. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. ponieważ przypomniał sobie obraz. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon.

żeby latem mógł przyjechać do nas. także i w tym. w sklepach – rękawicznik. – Powiadają. Po czym oznajmił: . przyjechał do Wiednia oficer gwardii. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. obaj więc mieszkali w hoteliku. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. bieliźniarz.. w ciemnej. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. Potem jedli w jakiejś restauracji. wszędzie ich znano. koszulę z falbanami. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”. To biedacy. Ale wolałbym. powiedzieli. od pierwszej chwili. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. Chłopiec odetchnął z ulgą. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św. Oziębiło się już. starszy kelner władał nad ich stołem. jakby przywoływał syna do porządku. Na prośbę kierownika zakładu. Chłopiec jadł obok ojca. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu. – Nie boję się. także na ulicy. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. nie jest chory. – Tak. pułkownika z Moraw. nadziewali się na miecze. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. rzęzili. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali. gdzie uroczysty. który długo rozmawiał z lekarzami. w restauracjach. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji. Ojcowskiemu słowu można było ufać. łukowo sklepionych pokojach. jak każde wielkie uczucie. Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. orzekli. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu. był początek listopada. co powiedzieli lekarze. w dwóch ciemnych. jedynie ma skłonność do chorowania. raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. jest wstyd i świadomość grzechu. Ale wiedzieli również.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. – Króla – powiedział ojciec srogo. Z tego wszystkiego. w osobnym pokoju. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości.. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie. bocznej uliczce. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. krawiec. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec.. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. Niebezpieczeństwo.. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. po prawdzie. Chłopiec. jest natury ogólnej. tato – powiedział chłopiec. Nosił frak. W korytarzu wisiały jelenie rogi. zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”. Zamieszkał tu w dwóch pokojach. możesz wrócić do domu. gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. Chciałbym. – Jeżeli chcesz. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem.

– Już do niego nie chodzę. serdeczny. Potrzebny był ktoś. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. Kto tego nie wytrzymuje. jak jakiś twór. Miękkie. a wtedy nie miał gorączki. – Pewnego dnia musimy porzucić tego. ubrania. Ale nie umiał żyć bez miłości. ponieważ nie byli samotni. zarazem bał się każdego. spokojniejszy. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. bo to nie jest pełny człowiek. „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. nakazywało. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. życie towarzyskie i miłość. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. Wychowanie. nie pokasływał. lecz znosił ból w milczeniu. W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. by człowiek nie mówił o tym. bieliznę. Chłopiec zrozumiał. co go boli. Ale Nini nie uśmiechnęła się. książki i polowanie. Już nie był samotny. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. pod koniec pierwszego lata. razem odkrywali Wiedeń i las. których nienawidził. Lecz ojciec był wielkoduszny. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. Wtedy będzie bardzo cierpiał. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. prawdziwy pan. przyzwyczajono się do niej. jeździectwo i żołnierskie cnoty. chłopcy zaczęli stronić od świata. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. Konrad był bardziej męski. Wszystko mieli wspólne. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. Coraz głębszy był ten związek. jak do . Byli w tym wieku. Już cztery lata trwała ta przyjaźń. wcale go nie szkoda. – Któregoś dnia odejdzie od niego. z lasu i z Paryża. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu. kiedy chłopcy wsiedli do karety. Nini bała się. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. coraz bardziej spazmatyczny. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. jak jakieś arcydzieło. To także otrzymał w spadku. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. jednocześnie czytali tę samą książkę. możliwe też. którego kochamy. a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. bał się. jasne włosy. – To ludzka rzecz – odrzekła matka. którego kocha. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. Generał chwalił się Konradem. że każdy odbierze mu tego. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. Francuska mama. mieli swoje sekrety. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. że trochę była zazdrosna. jego szczupłą. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. w pałacu urządzono im wspólny pokój. z charakteru matki.

jakiegoś fenomenu natury. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. bądź w zbyt wczesne hulanki. Konrad zaprzysiągł Henryka. jak ktoś. ciekawskich i niespokojnych. z nagimi torsami. wszystko to jest brutalniejsze. „Henrykostwo”. jak każdy prawdziwy mężczyzna. bezwzględność. Żyli według ścisłego regulaminu. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. odpłacała z nawiązką za to wszystko. co życie przynosi z sobą później. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. Konrad był sztywny. gdy ma dziesięć lat. ale to. bądź w wyczyny cielesne. Potem dosiadali koni. jak taki związek. jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. Co rano. Pewnego lata wybrali się do Galicji. Żądze dawały o sobie znać we krwi. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. w nerwach. powaga. czego się uczył. bardziej nieludzkie. taktownie. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . Ale żyli w czystości. Nic nie jest równie delikatne. Spowiadali się co dwa tygodnie. bądź w naukę. chaotyczne i bolesne miłości. jak małżeństwo. gdy zmieniały się pory roku. więzy wielkich namiętności. razem sporządzali rejestr grzechów. Byli już wtedy młodymi oficerami. Tej przysiędze długo dochowali wierności. Konrad z trudem. Baron. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. bardzo konwencjonalny. w których pokłada swoją nadzieję. łysy i uniżony człowiek. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. coś ostatecznego. aby żyli w czystości. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. Wszystko. chłopcy byli bladzi. że to jest cały jego majątek na tym świecie. także wtedy. do rodziców Konrada. Nie było to łatwe. zarazem wyniośle. co tamtych pozostałych. że żyją w jakimś nienazwanym. Pragną beznadziejnie. Henryk był świetnym jeźdźcem. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. jak bezinteresownej przyjaźni. z bandażem i w hełmach. Ludzie niczego tak nie pragną. Tych dwóch chłopców czuło. jak ktoś. Henryk łatwo się uczył. Lecz nie szydzono z tego związku. jakby przyjaźń. miewali zawroty głowy. kto wie. Konrad był poważny i wstydliwy. podziemnym rewirom życia. stary. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. mocne uczucia. bądź też w przedwczesne.

– Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. na bilety do teatru. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. dom. jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. coś ostatecznego i niezmiennego. czesne. na opłatę za egzamin. jaki posłałem twojej matce. Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. wrzasku i szeptu. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. jakby i w samym mieście. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. delikatnie i spokojnie. Rosjanie. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. Należał do mojej matki. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. ciężkich winach. i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. tylko jakiś godny współczucia. – Pomyśl tylko. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. ziemię. trajkocący niedosyt. Jedynie kościół katedralny. i przywiędła. i aby w tym pokoju stały porządne meble. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. – Chciałem tylko. place. potem sad. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. I tak to trwa od dwudziestu lat. i w niewietrzonych.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. spokój na stare lata. przy rosyjskiej granicy. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. Gdzieś tam daleko w Polsce. przybywa stąd. wygodę. ojciec Konrada. jego matka. Miasto było duszne. Nigdy go nie widziałem. palili papierosy i milczeli. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. Nigdy niczego mi nie zabrakło. trzy tygodnie nie jedzą mięsa. życie w tym mieście. Chłopcy mieszkali w hotelu. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. Wszystko. na bukiet. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. Potem poświęcili zdrowie. bardzo poważnie. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. Jego mieszkańcy: Ukraińcy. jest pewien dwór. ze starymi wieżami. na koszty związane z pojedynkiem. Najpierw wyprzedali meble. Pierwszego wieczoru. Żydzi. ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. żebyś o tym . spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. Niemcy. wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. ozdobionej zakurzonymi palmami. przez dwadzieścia lat. jakie stary urzędnik. przed pójściem spać. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż.

Od dwudziestu lat żadnej podróży. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. że z próżności porąbiemy się tak. wesolutki. jakby to był przedni żart. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. Ale po co oni znoszą to wszystko. poświęcają dla mnie swoje życie. gdy mam coś zrobić. co nie w pełni jest moje. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu. do czego oni.... trwonię coś z ich życia.. Cztery dni pozostali w tym mieście. Kiedy wyjeżdżali. i nie wietrzonej pościeli. może. które może mi wysłać w liście. moje zdrowie.. kiedy co rano spieszy na targ sama. – Ale mnie jest ciężko tak żyć. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał. – Chłopiec umilkł. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło. że jest im z tym bardzo dobrze?. w swoim własnym życiu. coś.. Jakbym nie należał do siebie. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. Wiecznie ta odpowiedzialność. – Nie sądzisz. którzy w Galicji. żadnej wycieczki latem.. żebyś to kiedyś zobaczył. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie.. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. iż obaj zostaniemy kalekami. czego nie można było wyrazić słowami. zacinając się. coś. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho. Kiedy choruję. że trwonię cudzą własność.wiedział. ogarnia mnie przerażenie. – Im. żadnej zbytecznej sztuki odzieży. – Tak – rzekł z powagą generał. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał. skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?. Na to przysięgałem. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. . Czasami. Jakby jeden drugiemu był coś winien. jakie mi zadaje. Teraz to wyrzekł. jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. zobaczyłem twarz mojej matki. zapach jadła i tanich trunków. ręka zamiera mi w powietrzu. byli za słabi. że każde zadraśnięcie. I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka. wychowano mnie tak. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście. bez słowa skargi. Tutaj żyją. w milczeniu. gdzie urodził się i wychował. Jestem żołnierzem. że coś zdarzyło się między nimi. Coś. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów.

W Instytucie nie rozmawiano o muzyce. Człowiek kroczył sprężyściej. Muzyka coś mu mówiła. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. Konrad jednak zawsze bladł. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. który przyjął dobrowolnie. raptem dają komendę „spocznij!”. nie widział otoczenia: zwierzchników. raczej ją wybaczano i tolerowano. uważano. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. Bladł. Każdy ma swoją słabostkę. Jak podczas parady wojskowej. Henryk nie miał słuchu. tak pożądliwie. po długim. Rygor. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. za wszelką cenę. jak wierzący winę i pokutę. kiedy słuchał muzyki. patrzył przed siebie. usta zaczynały mu drżeć. gdy słyszał muzykę. męczącym przemarszu krokiem defiladowym.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. Ale generał czasami podejrzewał. kolegów. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. O muzyce wiedziano jedynie tyle. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. które być może . pięknych dam ani publiczności w teatrze. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. Bezpieczniejsze niż kobiety. A zresztą nikt się nią nie przejmował. Ale usta zaczynały mu drżeć. utrzymywała w karbach krok oddziału. uważano. w takich chwilach rozluźniał się. jakby chciał coś powiedzieć. jak cielesny atak. tajemnicze miejsce. Ta muzyka była głośna i przepisowa. że konieczne są do niej trąbki. Niekiedy muzyka była żartobliwa. w jakim żył. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. Jeden hoduje psy. także najpospolitsza. Wszelkiego rodzaju muzyka. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. niż by miał grać w karty. dotykała go tak dojmująco. wychowywał się. buntu muzyki. Wtedy zapominał. niekiedy nadęta i uroczysta. Całym ciałem słuchał muzyki. gdzie jest. i to było wszystko. Lepsze to. jakby w jego ciele słabła owa napięta. inny jeździ konno. czego inni nie mogli zrozumieć. sztywna postawa. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. oczy mu się śmiały. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię.

jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. o której zapewne ktoś myślał mówiąc. Ze spokojem człowieka. Ojciec i syn w fotelach. przed kolacją. nieco nachyliwszy się do przodu. że ojciec ma rację. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu. Siedzieli w dużej sali. która prowadzi donikąd. Lecz wiedział. powiedział: . umilkli. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. Wieczorem. co pogrzebały ludzkie serca. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. Oficer gwardii bardzo uważnie. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. jakby muzyka. W takich przypadkach nie słyszał. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. Wszyscy troje to spostrzegli. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. gdy się do niego mówiło.przynoszą wieść o wolności. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. w zatracenie. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. obserwował dym z cygara. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. wpatrywał się w przyjaciela syna. kiedy sam z synem pozostał w palarni. zaczęło żyć. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. coś się wydarzyło. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką. z poczuciem wyższości. Wreszcie. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. aby wyzwolić w świecie siły. że muzyka jest niebezpieczna. także poczuli. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. z tą cierpliwością i rutyną. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. po jednym zgodnym akordzie. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. jakby to wszystko. iż „życie jest obowiązkiem. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. jak w intonacji wygnańców. Pewnego lata. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. w snopie światła wirował złoty pył. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. jakby go krępował ten związek. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. jakby muzyka miotała niewidocznym. wieczorem. który zna się na rzeczy. jedwabną zasłoną. co jest galaretowate i zjełczałe. matka i Konrad. że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. – Jego ojciec był Francuzem. Hrabina grała żarliwie. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. Palił cygaro. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. Oficer gwardii wzruszył ramionami.

. kiedy generał zrozumiał to zdanie.– Bo to jest człowiek innego rodzaju. minęło wiele lat. Ojciec już nie żył.

Jakby nie żył na świecie. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. Tak żył. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. wąski i długi ogród. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. nawet we śnie. z którą miał jakąś tajemniczą więź. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. lecz samotność i przytomność umysłu. nie tylko w dzień. rola. coś w nim łamie. jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą. ale i w nocy. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. razem składali przysięgę. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. którą ukrywają okoliczności życia. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika. Bał się muzyki. wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. lecz rzadko grywał. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. pełną wyrzutów jasność słabego światła. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. tak bywał w świecie i w towarzystwie. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. tę inną prawdę. potem Konrad zdawał służbę. tak wypełniał swoją służbę. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. Zawsze spokojny. tak obcował z towarzyszami broni. który odsuwa go od kariery. z balu albo z towarzyskiego spotkania. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. kostiumy. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. i nie była to jedynie więź świadomości. tak.7 Człowiek zawsze zna prawdę. jakby się bał muzyki. Mieli tam trzy pokoje. Konrad wynajął fortepian. z dorożki. wypełniony renklodami. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. Syn oficera gwardii dał . i już z ulicy. że Konrad żyje jak zakonnik. bardziej skomplikowana. Nigdy nie polemizował.

trzeba być posłusznym głębiej. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. pije czerwone francuskie wino. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą. niż to określają prawa. którzy przysięgali na jego imię. a jedynie nosi ze czcią mundur. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. gdy nie robi nic innego. budziła poczucie winy. że wszystko jest na swoim miejscu. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. ale także odrobinę pachnące. młodego Straussa. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. cicho pogwizdywać walczyka. Owego roku we Wiedniu. klatka schodowa. że jest posłuszny. z przekory. bardzo mocnym nakazom. sklepionej łukowo klatki schodowej. W . Grano. Syn oficera gwardii czuł. ściągnął rękawiczki. Spał głęboko. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. a ci. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. w restauracjach i w salach balowych. Lecz muzyka. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. gdzie cicho grano. Wszystko to było łagodne. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. czego od niego oczekują. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. w złotych i białych salach. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. wieczorami bywa w towarzystwie. czuwa nawet wtedy. przy biurku. który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. nie chciała przynosić zapomnienia. Żyli w Wiedniu. Odszukał klucz. i zaczął. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza. Syn oficera gwardii czuł. Naturalnie. pisanym i niepisanym. Wiedeń już spał. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. Przybywał ze świata. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. i nad ich bezpieczeństwem. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom.dorożkarzowi monetę. i padał śnieg. a już o piątej rano wstaje. słucha walców. Cesarz także już spał w Burgu. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. jaką kochał Konrad. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. Człowiek musiał wierzyć. byli młodymi oficerami. Taka muzyka jest groźna. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. myślał. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. dotykała w ludziach ich namiętności. chciała. syn oficera gwardii i jego przyjaciel.

Potem szedł na spacer. Serbowie. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. Stefana. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. bowiem był karnawał. skłonności i porywów. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. Wiedeń. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. Imperium. wypijał kieliszek. Wiedeń był w dobrym humorze. i miłość tak wrzała i władała miastem. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. kiedy wydawało się. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. Horwaci i Włosi. wszyscy mieścili się w hierarchii. kapelusze z piórami. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win. czako i rękawiczki. że pośród tych awanturniczych żądz. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. niosąc butelkę na srebrnej tacy. jak ci. bo był młody. które omotało wszystkie klasy społeczne. ponieważ był podobny do ojca. w półmroku pokoju. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. on. przed pójściem spać. Myślał o tym syn oficera gwardii. jego pan każdego wieczora. a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. cicho pogwizdując i uśmiechając się. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. dopóki nie wygasł piec. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. Służący odskoczył od pieca. gdy padał śnieg. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. Wielka to była rodzina. Na godzinę przed otwarciem teatru. Morawianie. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. odmierzano najlepsze piwo świata. że wszyscy są szczęśliwi. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. nieskończonej i przyjaznej ludziom. W śródmieściu wystawał przed sklepami. gapił się. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. Konrad mówił o swoich . Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. podburzali i niepokoili dusze. Czesi. W stęchłych. Niemcy. a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia. Węgrzy. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach.

mówił o świecie. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. nie wiedział co począć. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. Bracia mówili o tym głośno. cicho i długo rozmawiali. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. obojętnym i budzącym lęk domem. że nie może przyjąć jednego filera. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. na całe życie. syn oficera gwardii o życiu. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. Konrad tłumaczył mu. O wiele bardziej napawało go lękiem to. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. Syn oficera gwardii cicho błagał. jak wspólnicy przestępstwa. którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. nad którymi panujemy. . dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. Posada w wojsku.lekturach. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. jakby Konrad był czarodziejem. że należało uratować tę przyjaźń. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. którzy są zmuszeni ulec. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. była dla niego posadą uciążliwą. stosownie do swojej pozycji i nazwiska. o historii współżycia ludzi. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania. który siedzi w domu. Konrad szybko się starzał. z którym. że bywa w świecie. a Konrad tutaj. wiecznie tęskni za podejrzanym. Ale nie to było ważne. gdy poznamy. trzeba uniezależnić od pieniędzy. z mundurem i stopniem oficerskim. tym swoim lekko szyderczym. na tamtym brzegu można dostrzec. jakby to wszystko. w mieszkaniu na Hietzingu. Ta „inność”. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. głosem. czego doznawał w świecie. Jak każdy człowiek. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. o której mówił ojciec. A ponieważ kochali się. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. który był skomplikowany i kruchy. o społecznej ewolucji. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym. co tam. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. tak i Konrad. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu. I obaj wiedzieli. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. że ich przyjaźń i sojusz. któremu na imię świat. Syn oficera gwardii czuł. To nie było łatwe. Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. Konrad nie miał pieniędzy na życie. jak każdy podarowany przez los ludzki związek. po prawdzie.

i z roztargnieniem sobie przypomina. to jednak Weronika. rozbicie smutnej spoistości ciała.. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. tancerka. dopasowaną w talii. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie. tancerka. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. chwila poza świadomością. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie. A potem Angela. Pili lekkie czerwone wino. tak ona strzegła swych nóg. Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków. jakby badał obraz przez szkło powiększające. i mile. delikatnie. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce. a młoda kobieta często się śmiała. która była również profesją. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. nie bez wzruszenia. Na imię mu przyjaźń. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać. grając rolę. Ach. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. ponad obowiązkiem. Weronika bezwiednie objęła ich obu. tych arcydzieł. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. pachnące listowiem lasy. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. pewien styryjski malarz. i czarne jedwabne półbuciki. Tutaj żyła Weronika. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. przez parne. Była to chwila szczęścia. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. które było silniejsze od wszystkiego. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. różową jedwabną suknię. z głębi powozu. Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. w atelier. Ależ nie. Weronika. I wszystkie inne. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. I Angela.. Po kamienistej drodze. kwiaty i po jednej rękawiczce. zazdrość i pełną rozterki samotność. Weronika. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. listy. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt. jakby każdy ziemski krok. . Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć. gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń. przydając mu napięcia. jak ktoś. na przykład do restauracji. ponad światem jaśniało pewne uczucie. co oznacza miłość: pożądanie. pośród liści. opary olejku różanego i francuskich wód. w atelier. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. które poprzedni podnajemca atelier. stąpała tak niepewnie. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. zniesienie praw grawitacji. białe. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. Ta od koni. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. kto ocknął się ze snu. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. chwila czystego istnienia. był niegodny jej nóg. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. To uczucie znają tylko mężczyźni. we troje. Lecz ponad kobietami. Przyjechali tam powozem. pozostały po nich wstążki. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. i to wszystko. tak.

jak myśliwy. wsypał ordery z powrotem do szuflady. Podszedł do stołu i niezdecydowaną. wzruszył ramionami. długo mu się przyglądał. przyjęcie na peszteńskim zamku. Gdy spał. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. na ogród spadła ulewa. w głębi – zarysom miasta. . pamiętną paradę w Wiedniu. W ostatnich latach. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. zielonym i białym jedwabiem. wprawnymi ruchami. z rękami założonymi na piersi. sprawdził pistolet.8 Generał przebrał się. dolinie. żółtej drodze na dole. cienki tomik. Następnie drobiazgowo. wyjął z szafy galowy mundur. jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. Przyglądał się okolicy. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. Roztargniony. Wzruszył ramionami. Stał przy oknie nieporuszony. Podszedł do okna i otworzył okiennice. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. głęboką szufladę. wzdłuż Dniepru. srebrne i złote medale. Długo trzymał w rękach tomik. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. widział pewien przyczółek mostowy. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. Otworzył szufladę. przymknąwszy jedno oko. Włożył czarny garnitur. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. kiedy celuje. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit. Już zmierzchało. lasowi. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz. Ubierał się sam. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. jakby rzecz całą bagatelizował. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. poszukał swoich odznaczeń.

który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. dawni pracownicy. byli to rówieśnicy oficera gwardii. ale i sławniejszych. Potem następowało kilka spokojnych. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. daleka rodzina jego matki. W rodzinie generała była taka tradycja. z niewzruszoną twarzą. z węgierskim wąsem. niczym zakonnym ślubom. świetlicą. o ustach żądnych rozkoszy. zamiast portretu. w kapeluszu z piórami. Obcy ludzie. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. co był tu przejazdem. kiedy generał wyszedł z gabinetu. Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. Dalej już były same pejzaże. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. milkli. w galowych strojach. To było dobre pokolenie. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. w samotność i w dane słowo. przeszedł przed pustym czworokątem. oddając się obowiązkom i milczeniu. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. Większość milczała przez całe życie. Ofiarą pędzla błąkających się. poważnych męskich twarzy. W końcu korytarza stała niania. w męskie cnoty. I jeden z portretów mamy. Generał. w milczenie. wędrownych portrecistów. kto nawinął mu się pod pędzel. prawdziwi mężczyźni. prapradziadkowie i praprababki. jak woltyżerka. lecz wierzyli w coś: w honor. pokojem muzycznym i salonami. obcych panów w perukach. szedł powoli. długim korytarzem. portrety tłustych. To było dobre pokolenie. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem.9 Minęła godzina siódma. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. A potem portret ojca. w mundurze oficera gwardii. krok za krokiem. także w kobiety. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. przyjaciół i kolegów z pułku.. w czarnej . ze szpicrutą w ręce. znajomi. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem. jak praskiego artystę S. majordomusa i co znaczniejsze konie. że tutaj też kiedyś wisiał obraz. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach. I kiedy doznawali zawodu. towarzysze pułkowi. byli dumni. A teraz.

tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. na rozmieszczenie foteli. sensu pewnej godziny. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. – Nic od tego nie zależy.sukni. który nakręcono. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. – Tutaj siedział Konrad. tą w kwiaty – powiedziała niania. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. W kominku polana przygotowane do podpalenia. na salon w głębi. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. przy ogniu. lecz jedna chwila. Przed czterdziestu jeden laty. w fotelu. Pałac. Generał patrzył na obszerny westybul. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. – Dobrze. żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. w głąb westybulu. – Tak – powiedział. spojrzeli z góry w jej głąb. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. już ciszej: – Nie wiedziałem. które strzegły pamięci. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. Nie tylko meble zaczęły żyć. – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. sprzed czterdziestu jeden lat. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. – Tak. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. Pośrodku. Potem. pod zegarem. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół. – A więc pamiętasz. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. – Nie chcesz. drewna. wilgotnymi. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. – Pamiętam – powiedział spokojnie. i ta . – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. pewnej chwili. że strzeże obrazu. w nowiusieńkim. na kwiaty ustawione na stole przy kominku. – Tak. na florenckim krześle siedziałem ja. Krystyna siedziała naprzeciwko. metalu. fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. na potężne meble. Niania skinęła potakująco. – Uspokojony skinął głową. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz. naprzeciwko kominka. wielkie żelazne świeczniki. ponieważ po północy. – A jest jeszcze? – spytał generał. że go spaliłaś. Myślałem. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. że jeszcze go chronisz. Przedmioty. ale i obrazy na ścianach. jak mechanizm. który przywiozła jeszcze moja matka.

I butelkę ze starego Mumm. zna ją. żebyś wiedział. – Kiedy właśnie prawdy nie znam. . Krystyna także nie znała prawdy. Powiedziała – w stronę pokoju. przedmioty owe również o tym pamiętają. jak wspólnik przestępstwa. a oni. I teraz. Sam jego ton sprawił. jakby mówił do siebie. Wtedy były również raki – powiedział cicho. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. – Bacz. Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. dzisiaj wieczorem. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. bądź kogoś ze służby. – Zawsze tylko jeden łyk. – Prawdy – powiedział generał. nad ranem. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. jak mechanizm. Byłeś tak daleko. jakbyś dokądś wyjechał. – Z tamtego jest tylko wytrawne. pozostali sami. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. Pamiętasz? – Tak. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. na górze. Po czym umilkł. – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. do pieczeni. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry. a ona konała. na dźwięk jego głosu. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. Wtedy jeszcze były raki w potoku. Kiedy Krystyna konała. Była tylko ze mną. – Krystyna lubiła raki. I płonące lody. – Rzeczywistość to tylko ułamek. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. wzywała ciebie. Może on. Pod każdą postacią. zaczepnym tonem. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. do ryby. – Zupę i pstrąga. gdy zaczęły żyć. Jedną z tych olbrzymich butelek. – Jeden łyk – powiedział generał. – Byłem tutaj. pochyliła głowę. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. Konrad.chwila była sensem ich istnienia. Krystyna piła półsłodkie. – Dobrze znasz prawdę. że lokaj i pokojówka. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. aby było dobrze. Stek i sałatę. Nie lubiła szampana. Perliczkę. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. Teraz już nie ma. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. – Tak – powiedziała spokojnie niania. – Tak – powiedział generał. by dokładniej zrozumieć słowa. I chablis. – Niania zamyśliła się. – Prawdę – odparł krótko. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. Mówię to po to. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. który nakręcono. Byłeś w swoim gabinecie.

Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji. niebieskie.. i na wszystko. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się. powoli schodził po schodach. – Pamiętasz?. – Zdaje się. Nini.. Świece stołowe.Generał milczał.. pojawił się stary człowiek. Wyprostowany. . – A ja tak – odparł przekornie. w ślad za lokajem. Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa. – Świece – powiedział. Niech się palą. jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho. Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie. – Bacz na wina. w czarnym ubraniu. Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi. starczo i uroczyście.. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. – Widzisz. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął.

i Schadenfreude. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. Po to żyli. On również miał na sobie czarne ubranie. Przetrwaliśmy. Kiedy powróciłem z tropiku.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat. śladowych resztek ochoty do życia. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić. Pod Londynem. a generał wiedział. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. A gość. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. lecz pierwszorzędną odzież. a jednak każdego dnia. Mam niewielki dom. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. Konrad wiedział. dlatego jest taki silny”. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. – Skąd przybywasz? – spytał generał. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. – Z Londynu. Obaj czuli w owej chwili. Chyba jest bogaty. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli. myślał generał. czas oddalenia – czas. Jak ktoś. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa. myślał generał. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. poważną. szukając w twarzy. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. – Gdzie byłeś w tropiku? . kiedy się nie widywali. mrugając oślepionymi oczyma. z dziwnym zadowoleniem. Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. – Mieszkasz tam? – W pobliżu. w postawie. zostałem tam.

Coś w człowieku zabija. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. Czuł się jak myśliwy. – Podniósł białą rękę. – Nie? – zapytał gość. kiedy usiadł obok kominka. Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. I również usiadł. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem. w tonie konwersacji. w fotelu.– W Singapurze. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. jak my. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. przed i po kolacji. To było jego miejsce. Krystyna i Konrad. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. . gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. w starym fotelu. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. czterdzieści jeden lat temu. spala tkanki. Teraz. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. – Ale po tobie tego nie widać. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. co wieczór. on. i rozmawiali. Witaj! Wypili i usiedli. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. – Ohydnie – powiedział Konrad. kiedy we troje siedzieli w salonie. Wcześniej w głębi półwyspu. – Nie znosi takich ludzi. – Ale to tylko w ostatnim czasie. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. naprzeciwko kominka. Nie odpowiedział na pytanie. który stał pod zegarem. Zużywa narządy. Generał uważnie obserwował jego ruchy. który do tej pory przezornie omijała. wśród Malajczyków. gdzie kiedyś żył.

który nie ma bakcyla chorobotwórczego. w łóżku i przy stole. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze. przecież pamiętasz. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. Podejrzany jest każdy. ci się bronią. Może to te malajskie kochanki. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet. Trzeba. w domu. dobre wychowanie. kto dłuższy czas spędził w tropiku. Święcie wierzę. Albo: „Szpiegostwo”. Może rośliny. owszem. Francuzi. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. Miesiącami obojętny. ponieważ . Tę swoją uprzejmą pychę. że przywykniesz. po pstrągu. Belgowie.. obyczajach. pola golfowe i korty tenisowe. że umrzesz. – Zrazu myślisz. whisky. ten szał. w domach o blaszanych dachach. W pierwszym roku myślisz. zamknięcie się w sobie. – Byłem jeszcze młody. – Rzadziej. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. coś się w tobie pali. Jest absolutnie pewne. kiedy nie wiesz. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. a jednocześnie jesteś obojętny. że to jest choroba. Oczywiście nie każdy. w środku bagien. Szanują go. jak pozostali. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. niekiedy już w pierwszych miesiącach.. jakby zmienił się rytm twojego życia. Napad szału. Wszyscy piją. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. Ci są legendą. Nie miałem pieniędzy. – Mówił o tropiku. że ten. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. Anglicy. Jakby powiedziano: „Syfilis”. A większość po czterech. tam. pięciu latach bydlęcieje. który wkładają wieczorem. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. w ruchach. rozpoznają. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. Raptem znalazłem się wśród bagien. w uśmiechach. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. Są wśród nich piękności. – Anglicy również? – spytał generał. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. Miałem trzydzieści dwa lata.11 – Tak to jest – powiedział Konrad. serce bije ci inaczej. kiedy usługują. lecz jest podejrzany. Później drętwiejesz. Żyjesz szybciej. kiedy tam dotarłem. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. abyś wiedział. na wyspie jest podejrzany. Może to woda. Holendrzy. ludzie mają przekrwione oczy. smoking. W trzecim roku czujesz. Ale ich także zatruwa ta gorączka. A potem ta chwila. kto dłuższy czas spędził w tropiku.

– Kto tylko pije. poprawny i dobrze wychowany. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. w mundurze. aby to powiedzieć. Ponieważ przeżył tropik. pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem. w sercu. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. jak tornado za bagnem. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia. z tropiku nigdy.. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. pomiędzy nimi. jest czymś takim jak sala w muzeum. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. co jest w jego krwi. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. ucieka najtaniej. daremnie. zważa równie pilnie. przełykając ze znawstwem. Sala. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. Tropik to choroba. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. Wschodu i Zachodu. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. Daremnie zachowywał te dziwne. która nie widziała gości od śmierci Krystyny. pomiędzy górami i lasami. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. to pewne. męczące i kłopotliwe maniery. ponieważ jest podejrzany. Daremnie prenumeruje czasopisma. Niecałkowicie jest nim. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. Nie można stwierdzić. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. w obszernej jadalni. Południa.. a szare. meble pochodzące z Wersalu. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. Siedzą przy długim stole. Przed generałem stoi symbol Zachodu. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami. – Rozumiem – powiedział generał. niebieskimi świecami kościelnymi. – Powiedz. z odchyloną głową. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. kto przybywa z tropiku. Świece płoną wysokimi płomieniami. Ale w środku jest inny. wśród ludzi takich jak on. w oddali . cztery arcydzieła fabryki w Sevres. na rządowych przyjęciach. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku. w którym jest także coś pociągającego. – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem. z orderami na piersi. jest bardzo gładki. orchidee w kryształowym wazonie.. na które biały człowiek w tropiku. Tam namiętność kryje się w życiu tak. Wszelkiego rodzaju namiętność.. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. – Gość smakował chablis. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem.daremnie grał w golfa i w tenisa. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe.

– Nie – mówi Konrad. starym drewnem. – Przed czterdziestu laty. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. słoń i człowiek o czarnej twarzy. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. zgodnie czegoś strzegą. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. w dużej sali. – Rozumiem – mówi generał. z którego jest zrobiony instrument. straż przy podstoliku. Niedługo umrę. Krystyny. talerz. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło. ponieważ byłem we Wiedniu. jak ty. ba. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. mimo woli milknie. kieliszki i tapety. w burnusie.migocące światła małego miasteczka. nieporuszony. a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. jak drewno. dlatego też przyjechałem i tutaj. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów. i ten dom. . a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym.. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. w drodze do Singapuru. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu. – A więc byłeś we Wiedniu. złote sztućce. Niegdyś było to miejsce żony generała. W sali jest tak cicho. kryształy. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. odbija dźwięk strun. ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. dwaj starzy mężczyźni. – mówi niepewnie i – zmieszany. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. Co prawda. pokryte gobelinem. Majordomus w czarnym surducie trzyma. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. który poznałeś tropik i namiętność. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. eleganckimi gestami. Wtenczas. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel. daleko od siebie. że słychać nawet trzaskanie polan. – Dawno – odpowiada. – Przyjechałem tutaj. Dlatego wyruszyłem w podróż. Mówią cicho. To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. który słuchając jadł i myślał. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. – Mam siedemdziesiąt pięć lat. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim. lecz ze starczą żarłocznością. Je łapczywie. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza..

– Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. kiedy namiętności już nie bolą. Obiecałem ojcu. oporny. co kochałem. jak ów przyjaciel. Zawsze słyszałem jego głos. w ich stylu. – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. Tak sprawdzałem ludzi. wcześnie przeszedłem na emeryturę. U nas niewiele jest zmian. Dlatego pozostałem. Zrozumieli i zaakceptowali. .– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. wiesz. Ten. Miałem pięćdziesiąt lat. rozglądnąć się. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. No. a potem obserwować. W Wiedniu tak żyje muzyka. to potem żyje tak długo. A Wiedeń także był czymś takim. nie był moim człowiekiem. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. ponieważ miałem przyjaciela. szukać. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. czym w świecie jest kamerton. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. Białe konie hiszpańskiej szkoły. – Zmianę. służba. tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. Człowiek robi się sztywny. obojętnie. generał w chybotliwy płomień świecy. lecz pewnym dźwiękiem. – Tak – odpowiada gość. – Słyszałem o tym. i wszystko to. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. To było najpiękniejsze w moim życiu. – Generał patrzy w płomień świecy. poszukać czegoś albo kogoś. Rewolucja. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. – Wiesz. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. w tropiku. ale nie byłem samotny. Radykalna zmiana. Do pewnego czasu myślałem nawet. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. ile wymagała służba. wielka. kto nie potrafił odpowiedzieć. – Ale w końcu jednak zostałem. Dlatego zrzekłem się. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. że nie miałem już sił na dalszą służbę. kiedy mi powierzono korpus. kiedy myślałem o tym. Rozumiesz. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. ten. nieomal wstydliwie. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. gdy padał deszcz. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. w kamieniach. w spojrzeniu ludzi. Byłem biedny. – Wiedeń – mówi. Czułem. Była taka chwila. że Wiedeń był dla mnie tym. Owszem. – Tyle tylko. Żeby wyjechać w świat. Zimowy Wiedeń i wiosenny. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. jak wywołać dźwięk kamertonu. z którym właśnie rozmawiam. Kiedy indziej także. aż się znudzi. który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. tak jak ty to zrobiłeś. Niebieskie światło w sypialni Instytutu. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. że jestem do tego zbyt młody. żeby porzucić służbę. że odsłużę mój czas do końca. Mówi to bez nacisku.

bez aparatów i telefonów. zaopatrzenie także. jak chciała. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. – Tak – mówi generał. – W dwudziestym ósmym roku życia. na bagnach. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. Niczego tam nie wiedzieliśmy. Gdzie może być? Tylko w grobie. wszystko było po dawnemu.. Potem zrozumiałem. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. dosyć. i powiedzieli. Bez żadnego powodu. ani dyscyplina. Ale nie ma jej tutaj. Ani dobrze. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. w południe o dwunastej. nagle zmieniając temat. Chińczycy są najlepsi. – Myślisz? – pyta generał. jak to tam jest możliwe. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. Ani radia. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. Człowiek wie. pewnego dnia porzucili pracę. – Dowiedziałem się. ubłoceni po pas. ale zrozumiano mnie. Tak. – Gdyby żyła. – Żyłeś w tropiku. cztery tysiące kulisów. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. – Siedemnasty. w puszczy. półgłosem. Nic się wokół nich nie zmieniło. siekiery. W świecie szalała wojna. jak odszedłeś. nie siedzi pomiędzy nami. bez gazety i radia. z nagimi korpusami. tak. jak tam być powinno. co jest dla niego ważne. To było niepojęte. pośrodku oranżerii. co moi kulisi. Byłaby starą kobietą.. który się dowiedział. ani warunki pracy. od tygodni z dala od wszystkiego. – Spoczywa w ogrodzie. Pracowałem na bagnach. . położyli narzędzia. – Tak. łopaty. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. – Skąd wiesz. Domagali się różności. Żyliśmy głęboko na bagnach. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. Przyszli z gąszczu. – Może. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. pośród bagien. że już nie pracują. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. I pewnego dnia. powiedzieli. W południe. o dwunastej. co przynosi wieści ze świata. Tak. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. – Znowu liczy. Chcieli podwyżki płac. ani źle. Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. że nazywa się Lenin. Dłuższej przerwy w pracy.– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. Było niepojęte. w siedemnastym. z chińskimi i malajskimi kulisami. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. Wyczułeś. Lecz pewnego dnia. Tak. Nie było telefonu. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. Że pewien człowiek. bez telefonu i radia. Dlatego powróciłem do tropiku. co w nich wstąpiło. w głębi puszczy. Oni takie rzeczy rozumieją. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. że w Rosji wybuchła rewolucja. Tam dopiero zrozumiałem.

. w Europie. zrzekli się tego. Dość rzadka choroba. – Awantur?. . jakby dodawał mu otuchy. Służyłem do końca wojny. jak ktoś. Nie znam się na tym.. że nie jestem tutaj. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. dokąd? – pyta chłodno generał. Znieważono to subtelne uczucie. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. żeby powrócić i zameldować się w pułku. że zmarła na anemię złośliwą. – W czas. Tak. Zmieniają się warunki życia człowieka. W pułku. Zwłaszcza ostatnia zima. – Możliwe. W tropiki albo jeszcze dalej. – Ohydna. – Dalej.. to tajemnicze spoiwo już nie działa. co to wszystko wiązało w całość. Co pozostało z tego? To. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. Tutaj. kiedy wy biliście się. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. prawie całe życie. i on również podnosi kielich. Możesz mi wierzyć. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy. Co najwyżej może wymienić dokumenty. odeszli. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń.. rozpadła się. No. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć. – Ja też nie bardzo. ale nie przyjechałeś. Na północy. a na takie zmiany reaguje morfologia. Ten świat umarł. – Wszyscy umarli. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. – Często występuje w tropiku. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. Myślałem o tym. na co przysięgaliśmy. – Nie ma już tego.– Na co chorowała? – Powiedziano. – Nie – mówi zgodnie generał. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. czasami cierpiałem na samą myśl. że często występuje i w Europie. Upłynęło tyle lat. Był niegdyś świat. gdy zmieniają się warunki życia. Galicja i Chopin. W takich przypadkach człowiek odchodzi. – Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. uprzejmie. ten dom tutaj i koszary w mieście. Człowiek powoli staje się znachorem. jak tropik. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. nie akcentując tych słów. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. – Gość zgodnie kiwa głową. możliwe. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. – Inni – mówi generał bez nacisku. – Myślę. Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. – Możliwe – mówi generał. kiedy złożyliśmy przysięgę. Bardzo stare wino.

co mogę powiedzieć. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. co mogę powiedzieć. wzajemnie się pozdrawiając. To wszystko. ponieważ przysięgałem właśnie na niego. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć. . – Tak. ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. i w milczeniu piją czerwone wino. To wszystko. Żyje. – Dla mnie ten świat żyje.

Tego. Wtedy człowiek prędko zapomina. – Przed tobą stał Wschód. Mniej więcej wiążą całość. albo ten pokój. co najważniejsze. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. jeśli ich pamiętasz. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. nigdy nie zapomnisz. ponieważ wiedzieli. jak sny. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. zlepiają surowiec . – Świat to jest nic. przyznaję. ponieważ rozumieli. Nie rozumieli twojego odejścia. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie. Krystyna też. że miałeś swój powód.. – Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. prawdziwi żołnierze. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. Nie dziwiliśmy się. ja także. – Tak. że pewnego dnia powrócisz. – Wszystko pamiętam. Siedziała tutaj. – Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. Wszyscy czekali na ciebie. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza.. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. Zrozumiałem to później. dla nas było przeznaczeniem. Żyłeś w świecie. Albo napiszesz. Krystyna jeszcze żyła. Po dziesięciu. – Tak. To. dwudziestu latach okazuje się. dla nas było powołaniem. że jeszcze powrócisz. co istotne. co dla ciebie było kostiumem. – Nie – mówi. Lecz wierzyliśmy. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi. Wiedzieli. Trochę byłeś dziwakiem. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to. To. A przede mną Zachód. co ważne. przed Krystyną Południe. – Tak – mówi generał. mrużąc oczy. Wybaczyli ci. krępujące już sobie powiedzieli. pośrodku. nie gniewaj się. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. musiałeś wiele przejść. człowiek je wyrzuca z pamięci. kiedy się już zestarzałem. było nas troje. że wszystko znosisz trudniej niż my. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. Kilku w pułku. Wielu tak to odczuwało. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. lecz pogodzili się z nim. jakby to. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie.

Można zwariować. jak tybetańskie psy. – Całymi miesiącami. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. Jakby stale ktoś cię głaskał. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej. zabójcę. że przecież siedzi gdzie indziej. które są tak potrzebne. czarodzieja i głupka w jednej osobie. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. kiedy człowiek nie dba już o to. Wtedy trzeba decyzję odwołać. bardzo dużo wódki. Silne jak dotyk. Ciągle rodzą dzieci. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. . Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. jakby zaczynał mówić o czymś innym. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. Ale i to nie pomoże: wiesz. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. a jednak rzeczywiście. deszcz jest ciepły. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. jak człowiek. pijesz wódkę. Chcesz czytać. Aby działać. lecz nikt o tym nie mówi. usiądzie na progu domu i patrzy. chleb. nie dosłownie. Wszystko się lepi. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. nakazujesz. Kobieta. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. w którymś z pokojów. Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. Malajowie śpiewają. Wszystko jest wilgotne. ta parująca jasność. pościel. ważniejsze jest. gdy gromadzi w sobie siły. Czasami myślałem o tym w tropiku. kapłankę. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. odrobinę mlaskając. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. tytoń w blaszanej puszce. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. A potem stajesz się nerwowy. niewiele mówi. te milczące bestie. Pada deszcz. aby wyszła z pokoju. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. książki. jest kleiste. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. Siedzisz w domu. aby jeść pięknie.pamięci. Gdy ją odprawisz. w ciemnym winie. Ale potem i to ci zobojętnieje. Jedzą. Zrazu tego nie zauważasz. Chcesz grać na fortepianie. by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. i patrzy. ponieważ słuchasz deszczu. Człowiek prędko się starzeje. bielizna. w czterech ścianach. ponieważ to spojrzenie jest tak silne. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. Ten deszcz – mówi. trzeba mieć siłę. najmniej one same. kiedy padał deszcz. Po czym przychodzi susza. Potem się zmęczysz. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. Patrzą tymi błyszczącymi. czujesz to spojrzenie. Czasami ktoś przybywa. w krwistym mięsie. którą wziąłeś do domu. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. palisz słodkawy tytoń. Mają wielkie brązowe oczy. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. Siedzisz w swoim pokoju. Bagno paruje. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. a siła jest także w jedzeniu.

szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. Jedzą winogrona i niespliki. bo stało przed nim. Gość zastanawia się. co najważniejsze. Teraz. macając w ciemnościach. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. Siedzą bez słowa w ciemnościach. dlatego teraz są czerwoni. Taka była hierarchia napojów u króla. kiedy zrywa się burza. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. Pokój jest przegrzany. – Nie – mówi. w tym pokoju. by podano jeszcze czerwone wino. trawi. Daje znak. i tyle mógł wypić. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. niczym złoty miecz ciało ofiary. gdy jedli i pili. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. w tropiku? – pyta jeszcze raz. niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. niemal dziecinnie. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. Dlatego dobrze. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. półtora litra. Czy nie grałeś tego później. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. Stołowego. Niebo na chwilę się rozjaśnia. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. Pinta. ile tylko chciał. jak ktoś. że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. jak na wielkim statku. Dużo jedli i pili. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. Spał na piętrze. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. Dlatego nazywało się stołowe. Osobna butelka dla każdego gościa. Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. To był przydział gościa. Gość. . A teraz już widać. Wicher już wdarł się do pokoju. jakby wreszcie przypomniał sobie to. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. w pokoju żółtym. Ciężkie. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. na stole. Dziadek opowiadał. Majordomus spieszy do okien i. Siedział tutaj. nagle robi się ciemno. Po czym lokaje wnoszą nowy. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów. po lewej pleban. starczo. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. wieloramienny lichtarz. – Popatrz. zajmując główne miejsce przy stole. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. które nie zgasły. przygląda się tym zabiegom. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. – Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. Piorun uszkodził elektrownię miejską. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. kto wspomina. mrużąc oczy. Wiesz przecież.

grzeją się. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. z jadalni przez zimne salony. ciepłego porcelanowego pieca. Teraz obaj zapalają cygara. Siedzą w milczeniu. Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan.– Tam – powtarza generał. jak ich cienie na ścianie. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę. Pozostali sami. odrobinę kołysząc się i ociągając. Lokaj stawia na stoliku. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. . do pokoju. płonącymi świecami. jak ktoś. którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. kawę. Zamknięto za nimi drzwi. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. w zasięgu ich rąk. Tutaj siadają. pudełko cygar. grubości dziecięcej ręki. a ponad ich głowami kołysze się światło świec.

czego doświadczałem sam wśród lasów. która kryje się między tobą i mną. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. najpierw w tropiku. Dobrze to przemyślałeś. ponieważ ma wiarę. może życie zderzy go z tysiącem przeszkód. Nie biegnie donikąd. lecz zakonnikowi jest łatwiej.. – Rok. wszystko wokół niego eksploduje. świeckiej reguły.. abyś żył. Na ten dzień albo na tę godzinę. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię. z bronią w ręku albo bez broni. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. Znam wszystkie jej odmiany. Nie pożyjemy długo. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. i rozbije się. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. pod Londynem. Sam dobrze o tym wiesz. żyje.. co zmusiło go do samotności. wściekłego psa. Tylko czeka. Może wpadnie na mur. co dotychczas stanowiło jego treść. nie ma wiary. nie burzy porządku... kupuje kobiety. tytuł i pozycję. że spotkamy się jeszcze raz. szuka zwady i wszędzie ją znajduje. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie.. Rzuca się w wir świata. ponieważ powróciłeś. czasami tak. i co wywoływało w nim napięcie. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. Po której następują gwałtowne wybuchy. potem w swoim domu. a może i to nie.13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. aby o tym myśleć.. Co robi? Żyje. w gruncie rzeczy. kiedy to wszystko. aż pewnego dnia dostaje amoku. jak twoi Malajowie. jak dżungla – powtarza uparcie. który duszę i los oddał samotności. jest szczególna siła. Jedzie do wielkich miast. Obaj wiedzieliśmy. dwa. Nudę. kiedy ty byłeś w tropiku. a to jest może i bardziej niebezpieczne. bo nie mogłeś postąpić inaczej. prawda?. Naszego życia i tego wszystkiego. jest dosyć osobliwa. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. Ponieważ w takich tajemnicach.. wedle jakiejś pogańskiej. Gorzej. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. Opowiem ci. to jeszcze nie jest najgorsze. jak ta. którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia.. Ma pałac. Samotność. jak puszcza. Zmusza cię. żyje w surowym rygorze. raz jeszcze będzie mógł .. A jednak powróciłeś. A człowiek. Dość miałeś czasu. I powiadam ci. w świecie. Samotność jest tak samo tajemnicza. czeka. jakiś człowiek. – Ktoś. Nikogo nie pobije. i wtedy nastąpi koniec. Żyje jak zakonnicy. z tym swoim drętwym spojrzeniem.

Natomiast ważne jest to. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. to można było na tym . do którego warto się przygotować kompletnie. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. zna.przedyskutować z tymi (albo z tym). Wydaje się. pomiędzy Malajami. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. na dole. kiedy kres jest bliski. wiele myślę o dzieciństwie. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. że żyjesz. jak na przedmiot. Bo chciałem cię odszukać. że ja nie targuję się ze światem. On wtedy uznał cię za przyjaciela. I kiedy gość milczy: – Teraz. to był mój problem. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. i w jakim żyłem. że to zwykły bieg rzeczy. Masz rację. co było na początku. gdy już jestem stary. wszelki brud i głupi zgiełk. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. że pewnego dnia powrócisz. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. nie od wczoraj. ma ono swoje ograniczenie w czasie. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. jakby przygotowywał się do pojedynku. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. że ty również tak myślisz – mówi generał. albo na dnie piekła. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. – Dokładnie tak – mówi gość. Owszem. aby. Jeżeli dobrze liczę. wczoraj lub przed dwudziestu laty. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. wyjechałem nagle. albo. odebrać wolność i życie. Widzę tę chwilę. w jakim się urodziłem. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. To nad tym się głowię. że nie mogłem postąpić inaczej. Naturalnie. Ale. Widzę twarze i słyszę głosy. I patrzy na popiół swojego cygara. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. skoro już tak powiedział. przez czterdzieści jeden lat. radia także nie mam. jak wszystko w życiu. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. I co dnia ćwiczy. jest tam. aby trans czasu. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. żeby już być całkiem dokładnym. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila. w biurze rządcy. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. Wszystko to jest mi obojętne. w tym. dobrze wiesz o tym. jeżeli padnie. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. W moim domu nie ma telefonu. że miałem również powód. bez szabli. – Właśnie o to chodzi. od czterdziestu jeden lat. nikomu nie być dłużnym. bez pożegnania. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. w których mieszkam. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. Ta chwila nadeszła. I to jest najbardziej niebezpieczne. którzy go do tego doprowadzili. Powiadają. aby samotność. Gdybym nie wiedział. Nie przyspieszałem tej chwili. aby cię odszukać. ponieważ byłeś moim przyjacielem. Wolałem czekać. Możliwe. – Cieszę się.

pod kasztanami. I muszę ci powiedzieć. że rzadko podawał rękę. Nie niepokój się. Na dnie każdej miłości. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. albowiem działa podniecająco. czasami. Zacząłem od tego. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. nie mając nic do roboty. co było ważne w życiu. i ojciec uścisnął ci rękę. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. znałeś go przecie. co honor. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. jak wszystko inne. – Powóz czeka. – Dzisiaj piszą o . Właśnie tak uścisnął ci rękę. jeszcze więcej. Ale. to samo ich bawi. na dziedzińcu Instytutu. że dla mnie znaczyło. w samotności. co teraz mówię. niemal ciepło. jeśli zechcesz stąd wyjść.. możesz wrócić do miasta. Dobrze o tym wiedziałeś. jałowe słowo. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. jak to słowo. ono mu nawet przeszkadza. co to dla niego znaczyło. w każdej chwili. Czy pamiętasz tę chwilę?. że jest to najsilniejszy związek w życiu. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. Słuchasz mnie? Dziękuję. możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie. Postaram się mówić składnie. być może. – Wysłucham cię – mówi gość. Wiesz. że mój ojciec uznał cię za przyjaciela. To była ostatnia chwila dzieciństwa. każdego ludzkiego związku żyje Eros. jeśli sobie życzysz. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. do samej śmierci. u początku długiego podjazdu. Wybacz. Ale to nie jest przyjaźń. do domu. skoro już tutaj jesteś. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo. Ale najpierw wysłuchaj mnie. Wobec tego będę mówił. kiedy słońce już nad nimi zapada. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. Ale teraz. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. mimochodem. jeśli to. ponieważ się spotkali.. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. dokąd zechcesz. Sądzę. myślałem o tym. w biedzie. wspomina wiele różnych rzeczy. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. Staliśmy pod kasztanami. albo w tropiki. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie. Dwóch starych przyjaciół.. Niekiedy myślę zgoła. że nic nie było dla niego równie ważne.. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. dobrze wiedziałeś. wśród lasów. Powrócisz do miasta. Może więc coś innego?. Prawda. powóz czeka.polegać do śmierci... ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. może na niego liczyć w każdym kłopocie. w pobliżu Londynu. Wiesz dobrze. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. że ten. będziemy mówić tylko o prawdzie. – Mów.. może dlatego taki rzadki. Ale jeśli już.. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. to bez reszty. Myślę. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała. komu podaje rękę. A jednak Eros. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. Przyjaźń to naturalnie coś innego. za słabe. ponieważ mają podobny gust.

podobnie jak zakochany. zna jej błędy. żarliwym zaufaniem. Sympatie. a potem musi na własne oczy zobaczyć. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. nie uważa za istotę nierealną. jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. że ten drugi jest niewierny i nikczemny.. żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. jego charakter. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. czy warto żyć. Wreszcie. nie jest prawdziwe. Ani księgi dawne. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. sam widziałem. skłonne dopomóc słabszym. możnaż go oskarżać. bardziej nowoczesna niż u nas. ale zawsze. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. Nie chce kompensaty. nie pamiętam jego nazwiska. Przyjaciel. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. W książkach również jej nie znalazłem. która niczego.tym o wiele swobodniej. Samotność. byłże on. kiedy zostałem sam. Tego. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. Ale Platona także czytałem. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. To byłby ideał. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. który dużo jeździłeś po świecie. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. w naszym zacofanym świecie. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. ale do czasu skłonni są wierzyć. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. bezwarunkowym. jakby było przyjaźnią. Wszystko to. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca.. wielokrotnie. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. Pisał o tym pewien rosyjski książę. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. Swoją drogą. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. bezinteresowność. naturalnie. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. Ciekawe. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi. co więcej. że znają go zwierzęta. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. oszukany i porzucony. wierność. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. Są lwy i cietrzewiesamce. aczkolwiek najczęściej tego żałują. kogo obdarzył przyjaźnią. czyż ma prawo obrazić się. oczywiście. gotowość przyjścia z pomocą. które wpadły w tarapaty. przyjacielem? Widzisz więc. w której kochamy w innym cnoty. prace myślicieli . która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. bardziej postępowa. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń.

Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. niż prawdę. Ucieczka. a jednak wypowiadają raczej słowa. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. Jej powodu – nie. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. Właśnie o tym mówimy. ani też współczesnych. Człowiek nie grzeszy tym. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. mocne słowo – mówi poważnie. gdy zdarzenia pokazały. nawet wtedy. że gniew. spojrzysz z pewnego dystansu. co prawnicy nazywają motywem. – To mocne słowo. które studiowałem. żydowskich i łacińskich. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. ba. wiedzą to i głoszą. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. że trudno znaleźć . a w środku pozostać czystym. iż ów przyjaciel był wiarołomny. coś najgorszego. nikomu nie obiecałem niczego takiego. dawne. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. Możesz mi wierzyć. co się stało. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. Fakty mówią. – Dlatego jesteś tutaj. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. odrobinę obruszony. Zawsze jest tylko następstwem. Zdarzyło się to i to. ale zamiarem. popełnić podłość. gdy na to. jak się godziło. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. Nietrudno się o tym dowiedzieć. nie jest całkowicie szczery. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. Wielkie. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. jak zwykły mówić. Jedynie prawda może dać odpowiedź. Wszystko jest zamiarem. który doprowadził do tego czy tamtego. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. Tak i tak. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. nieomal nikną w półmroku. co uczynił. zrobiło się gęsto od wspomnień. W końcu nie byłem nikomu nic winny. Nagromadziło się wiele książek. – Możliwe. jak skazańcy na torturach. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. Odchyla się w fotelu. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. będziesz musiał przyznać. a każde wspomnienie mówiło mi. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. oparte na religii systemy prawne. ponieważ musiałby znać to. Lecz po drżeniu jego głosu znać.chińskich. czego bym nie dotrzymał. Wtedy i wtedy. może zabić. – Ale. którzy są otwarci. Zrzekłem się mojej szarży. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową. niepozorni.

z Krystyną i ze mną. w pałacu. dzieciństwo. nie rozmawiają ze sobą. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. w którym żyłeś. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. młodość. O tym także możemy dziś pomówić. owe dziwne istoty. w mieście. – Umilkł. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście. nie wierzyłem. To prawda i nieprawda. .. a potem najlepsze lata wieku męskiego. by chorowali na to samo. Tak. zapadają na tę samą chorobę. jak wychodzący ukradkiem złodziej. że wyjechałeś. Poprosiłem go. Dowiedziałem się o zmierzchu. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku. to znów miałem nadzieję. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków. co uczyniłeś.. jak było w łonie matki. a drugi gdzieś daleko.. Spokojnym. aby zostawił mnie samego w pokoju. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. wśród szczególnych okoliczności. a może jest chory. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie. dokładnie dwadzieścia dwa lata.. w pewnej chwili. dłonią przysłania oczy. jedzą co innego. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. pamiętam nawet dzień. naturalnie. tak. Odjechałeś jak jakiś defraudant. czterdziestu lat. A jednak. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko. Niekiedy dopuszczałem myśl. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor. Wspólny organizm ma dwa ciała. Na to nie było usprawiedliwienia. zastosował się do mojego rozkazu. że może przyjaźń jest to taka więź. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. oddzieleni tysiącami kilometrów. A jednak. kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. które kaprys natury związał na śmierć i życie. to była środa – porzuciłeś miasto. ale może i nie tak rzadko. wiedziałeś. w ostatnich latach. Pozostałem sam w pokoju. sprawozdawczym tonem mówi dalej. w innych warunkach. myślałem. Niezbyt często. by zachorowali jednocześnie. że zostawiasz za sobą dług. Jest tak w przyrodzie. Nie piszą do siebie. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. w obcym kraju. w którym żyłeś. Naturalnie. Bliźnięta. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. że uchybiłeś mnie. kultury. nawet wtedy. jakby patrzył w przeszłość. jeśli zechcesz. w wieku trzydziestu. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. Osobliwa identyczność skłonności. Powiadasz. a czasami i nocnych godzin. sympatii. rozumiesz. by człowiek. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. Odchyla się w fotelu.. które z dala od siebie. nie mógł wszak inaczej. Tego nie rozumiałem. gdy jeden żyje w Londynie. jak się to ludziom na ogół zdaje. Udałem się do twojego mieszkania. – Ordynans. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. Miałem taką nadzieję. mieszkają. nie dziw się. w pobliżu nas. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. inaczej żyją. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. smaku. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego. kiedy służyłeś tutaj. że nikomu nie byłeś nic winny. mógł uciec. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. ponieważ słyszałem. o tej samej godzinie. jaką znają jedynie bliźnięta. Obejrzałem wszystko dokładnie. z którym spędziłem kawał mojego życia..

że wstydzisz się przede mną. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę. który wynająłeś i umeblowałeś. że wynajmujesz dom na skraju miasta. lecz twoja pycha nie miała granic. Tapczan był wielki.. Majątek.. zdawało się. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. myślałem. dla dwojga.. i nigdy mi go nie pokazałeś. nieproszony. kiedy życie mijało. do którego sam kupowałeś meble. tapczan. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom. – Dlatego pomyślałem sobie. Duży pokój na parterze. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. a ja. Widzę tę chwilę wyraźnie. był tak przytłaczający. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. – Jedno. głosem pełnym zaciekawienia. Właściwie to nie był tapczan. widzę meble. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania. ponieważ bez tajemniczego. oświetlenie pokoju. teraz widzę to jasno. wizerunki koni na ścianie. Obserwuje dym. na przykład w tropiki. – Okno wychodziło na ogród. w opuszczonej dzielnicy. I daremnie jeden ucieka przed drugim. iż między nami dwoma jest różnica. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. może nawet wszystko zależy od słów. Dodawałeś nawiasem.dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. – Nic nie zależy od słów. z roztargnieniem. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo. idealny dla namiętnego palacza. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. bardzo daleko. które człowiek w swoim czasie wypowiada. dobrze o tym wiesz. Mów dalej. skoro zacząłeś. nie mogłem cię odwiedzić. Bo ty byłeś bardzo. co istotne. człowiekiem bogatym. wierzę. To głupia hipoteza. że niechętnie słuchasz tego słowa. że bardzo wiele. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. – Nie przerywaj – mówi gość.. Szczerze mówiąc. Ja urodziłem się w nim. przemilcza albo zapisuje.. stałem pośrodku twojego pokoju. ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano.. w dniu twojej ucieczki. było prawdziwym dziełem sztuki. wielki wschodni dywan. bowiem wspólny jest ich los. dwa mniejsze na . a przecież niekiedy także czułem.. że jestem bogaty. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. ponieważ wiedzą o sobie wszystko. lecz szerokie francuskie łoże. Dobrze pamiętam?. widzę. że te meble są biedniutkie.. Czasami wydaje mi się. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. by w sprawach finansowych dawać odczuć. I zawsze grymaśnie uważałeś na to. że nie sposób tego wybaczyć. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. Biedacy. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. To mieszkanie. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał.. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. Może uważałeś. abym cię odwiedził. szczególnie wytworni biedacy.. tego mieszkania. wykonany specjalnie dla ciebie. którego ty byłeś stałym gościem. Później. Nigdy nie chciałeś. dom i ogród. Los takich ludzi spełnia się równolegle. Tak. Myślałem o tym. myślałem. Nie było wielkie. kiedy stałem w twoim pokoju.

ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. meble. z kryształowym wazonem. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. ja także odpowiedziałem.. szczerze albo kłamliwie. – To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność.piętrze. które świat zadaje mu z takim uporem. na polowaniu... A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy. odpowiedziałeś swoim życiem. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. .. to już się wyjaśniło. Ty zrzuciłeś mundur. Wtedy zrozumiałem. patrzyłem na orchidee – mówi dalej. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki. że w owym czasie zmarła twoja matka. gdy wszystko już przeminęło.. tak jak umie. Nie liczy się. Ważne jest to. bo poprzedniego dnia. rzadkie tkaniny. faktami swojego życia odpowiada na pytania.. że u kresu odpowiada całym swoim życiem. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. tak. nie szczędząc sił. – Wszystko zrozumiałem. a przecież nie wszedłeś między nas. i trzy pokoje. a zresztą teraz. Zakłada ręce na piersiach.. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. I jak żebrak skradzione rzeczy. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci. Przeszedłem przez pokoje. że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu. z uporem. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. Takie są te pytania. kryształy i meble. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. – Stałem przed fortepianem. Do czego byłeś odważny. dopóki żądał tego ode mnie świat. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi. kto nie znosi sprzeciwu. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. Człowiek rzadko wie. Nie. mówi tak sucho. w którym stały trzy orchidee. pokoje. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. tak ty znosiłeś tutaj wszystko. wszystko było takie. Zrozumiałem również. u kresu wszystkiego. Wiem. Odszedłeś bez pożegnania. dopóki wymagała tego służba. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom.. obojętnie. jak ktoś. stare brązy i srebra. Zrozumiałem. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania. To było jedno pytanie. Zrozumiałem... czego sens pojąłem później. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. Czemu byłeś wierny i niewierny?. co tam mówi po drodze. ale ogród.. przykryty starym brokatem.. że żyłeś wśród nas. A ja zachowałem go do ostatniej chwili. A człowiek odpowiada. Co naprawdę wiedziałeś?. czymś takim. I w tym momencie weszła Krystyna. Czego naprawdę chciałeś?. i że kiedyś ten dom będzie twój. że naprawdę jesteś artystą. swoje mieszkanie. zdarzyło się coś. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. pomiędzy ludźmi innego rodzaju.. ale to nie jest takie ważne.. w jakiej żyłeś pomiędzy nami. co piękne i szlachetne: firany i dywany. wszystko gruntownie obejrzałem. i to już było pożegnanie.

prawdziwe polowanie było czymś innym. powracające stale. na swój sposób. Polowałeś ze wzgardą na twarzy. czas. właśnie tamtego dnia. Podróżowaliśmy wśród Arabów. ty również. wszyscy milczeli.. abyśmy zabijali. Może pamiętasz. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu. jakby sam odpowiadał sobie na pytania... Nie. rozumiem to tak. że to jest ta chwila. Człowiek zabija. meldunku. że szykujesz się do ucieczki?. prawdziwi myśliwi. Tak. który wspomina. jak ktoś. zabija. – To było piękne polowanie – mówi. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia. Ty tego nie zrozumiesz. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. może i dzisiaj żyją. który musi przeżyć. goście. jak wieczny ogień w ziemi. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce. Ta namiętność – to żądza zabijania. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. który miałby jakiś szczególny sens.. jak każde żyjące stworzenie. pańskim... że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie. jak pewnego razu. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. Czy jeszcze żyje? Owszem. Uśmiechasz się?. A jednak wiedziałem. i z hukiem strzelają sobie w lesie.. aby coś zdobyć. kiedy wszystko dojrzało. jak konna jazda albo życie towarzyskie. I wsłuchuje się w siebie. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz. jak to drzewo za oknem. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. Ona wiedziała. który wtedy już był pusty?. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. ale tylko jak ktoś. Jesteśmy ludźmi. i ja podróżowałem po Wschodzie. Polowanie. Myślisz.. kto ulega społecznej presji. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka.. Polowałeś. kiedy wszystko się wyjaśnia. która niezależnie od pozycji.... zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. aby coś pomścić. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. Żyje tak. każdy.które jego słowo lub działanie. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?. dawno temu. . – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie. To są najznakomitsi ludzie. przestrogi.. aby coś obronić... Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny. w twojej duszy wydelikatniały te niecne. którzy bawią w mojej posiadłości. Nie można inaczej.. które posadził był jeszcze mój pradziadek. tak głęboko. i ja. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia. jak laseczkę. Nie otrzymałem poufnej informacji. nieomal ciepło. należącym do fachu obowiązkiem. Ale nie wyrzekła jednego słowa. zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi. jak wyrzut. nakazem naszego życia jest. A i broń też nosiłeś tak niedbale. kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety.. niskie instynkty?.. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. W tamte dni byłem zupełnie sam. zabija. nie wiem. żyje. – Nadszedł taki wieczór. Ma swój czas. iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór.

Ale oczy mu lśniły. kiedy człowiek po raz pierwszy. wanna była ze szczerego srebra... jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. Nie znam się na tym. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. a więc złapać w garść broń.. Arabski pan zarżnął jagnię. zarżnął go. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność. zachowanie się. jak wschodni arcykapłan.. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny.. możliwe. Ich pycha. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania. nie wiem. krew ściekającą strumieniem. krew jest im . wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. Te chłodne.. widzieli gest zabijania. gospodarz wyjął nóż i gestem. przed ludami. drgające ciało jagnięcia. tym gestem w dawnych świątyniach. białego baranka. Nie wiem.. gdy chciał go ofiarować. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. u zarania dziejów. że wszyscy tam są panami. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. człowiecza duma. przed bóstwem. z zamierzchłych czasów. Potem przyniesiono jagnię. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. w zamęcie tworzenia. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem.. wokół zaległa śmiertelna cisza. jaką był.. odmłodniał na moment. i wszystkim błyszczały oczy. jest to gest wschodni. Tego gestu nie można się nauczyć. w domu jak pałac. Siedzieli dokoła ognia. także brudni wielbłądnicy. przed symbolem boga. pan domu był sędzią i przemytnikiem. w białym burnusie. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. z ofiarą.. znasz je? Wielki dziedziniec. Po zachodzie słońca przybyli goście. plemionami. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu. kulturami. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem.. z pewnością wiesz. gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. z czasów. To bardzo stary gest.. było tożsame z czymś istotnym. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. przed ołtarzem. białe domy. sami mężczyźni. Być może tym gestem zaczął się człowiek. błysk noża. iż zaczął się od duszy. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy. Może dlatego są tacy dumni. panowie i służba.. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. nieruchomych kamieni.. jakiej są krwi i jakiej rangi. którego nie sposób zapomnieć. naprawdę był taki. Jak mówię. na który nie spadła ani jedna kropla krwi. ich zabawy i błysk w oku. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. To pełne godności i uparte próżnowanie. Wtedy zrozumiałem. wzajemnie wyczuwają. w głębi świata arabskiego. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. gdy zabicie miało jeszcze sens religijny. symboliczny. uświadomił sobie swoją ludzką godność. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. gdy składa ofiarę. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. tę inną. arabskich gości. narzędzie. podróżnik. mieszkaliśmy u tuziemców. parlament i plac przed świątynią. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. Możliwe wszakże.o czym ty. nie od zgiętego kciuka. ich porywczość i spokój. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec.

. sukno napełniało się zapachem lasu. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. a więc po trosze i kapłanem. szlachetne twarze. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. taką nam wyznaczono rolę. odrobinę dyskursywnym. mamy świadomość grzechu. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. Kochałem to wszystko – mówi. potem zbladła. dziwnie się ubiera. śmiały się. ale bardziej skomplikowanie. Bo to nieprawda. aż po nasze dni. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. i odwróciła głowę. jak owych świtów. tonem nabożnym. zabijamy tak. jak pozwala i określa prawo. że znają także jego sens tajemniczy. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. niemal wstydząc się. zagryzając zimnym mięsem. jak ktoś. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. Bowiem te ciemne. Naszą historię wypełnia. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. już czekają twoi . Ale czy krew jest brudem?.. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania.dobrze znaną materią. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione. zawsze składał mu ofiarę krwi. naturalnie. taką. surowy zapach skórzanych fatałaszków. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. inaczej niż w dni powszednie. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. uczuciowy. Inaczej nie wolno. a ich krew brudziła kurtkę. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. oczywiście. aby zachować ład ludzkiego współżycia. resztką potwornych i rytualnych. To jest najszlachetniejsza materia na świecie. Może niczego w życiu tak nie kochałem. Jesteśmy chrześcijanami.. ciężko oddychała. Oszczędzamy zwierzynę. nie bez nagany. zaczerwieniła się. zbladło z czasem. jak ktoś. poważnie. Nie wiem. kto wyznaje prawdę o swojej słabości. My także zabijamy. Zjełczały. My. nie możemy uczynić nic innego. starych jak sam człowiek praktyk religijnych. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. poranków przed polowaniem. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. zabijamy. Zrozumieliśmy – sądzę. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. co innego je na śniadanie. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). jak pocałunek. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. wkłada celowo dobrane części garderoby. Otóż to. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. że myśliwy zabija dla zdobyczy. powietrza i wytryśniętej krwi. – Potem wychodzisz z domu na podwórze. Wszystko to. że Krystyna także zrozumiała. liści.. – Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. ciąg masowych morderstw. coś niemożliwego do wysłowienia. kto nagle się rozwesela. Przecież to tylko polowanie – mówi. ewentualnie lekarską.

jakby sennymi ruchami przecierał oczy. która nie jest dobra ani zła. ponieważ wie. odstawia kieliszek na stół. że to nie jest wypadek. niczego nie widzi. bo wiatr wieje prosto na ciebie. w zasadzce. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami. Ptaki też już zaczynają śpiewać. tę coraz silniejszą namiętność. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. wysiadasz.współtowarzysze. tej. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny.. nie chybić. Okolica już się budzi. o jakieś trzysta kroków od ciebie. To właśnie czułeś ty. gdy szykuje się do skoku. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. słońce jeszcze nie wzeszło. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. gęsty jak syrop. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. to zakazane przyciąganie. ty. podnosi głowę.. obserwujesz. i człowiek. bez ruchu. W ręce czujesz to drżenie. ciało sarny się napina. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. obraca delikatną szyją. Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. tę podnietę. aby mnie zabić. kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. zadowolony. daleko. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. przed kominkiem. sęp. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. . Nachyla się nad stolikiem. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. może po raz pierwszy w życiu. łowca. Zwierzę zatrzymuje się. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. a jednak wie. pozostać mistrzem. Jesteś z psem. Wszystko ma taką czystą woń. las się przeciąga. które jest tak stare jak człowiek. Ty także cofasz się w gęstwinie. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. zręczniejszym. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. a ty wchodzisz w gęstwinę. nic nie czyniąc. że w pobliżu czai się nieszczęście. w lesie. I teraz już żałujesz. który stoi pomiędzy nimi. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. wąż. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. że nieszczęście nie jest przypadkowe. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. Czuje to pantera. niczego nie węszy. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. czujesz tę gotowość zabijania. sarna przebiega leśnym duktem. Po czym.

zgniłej szyszki. omszałych odpadków drzew. – To była ta chwila. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. igieł. jak budzący się ze snu. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie. wydychać swój sekret i złe westchnienia. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. na którym się urodził. wałęsanie się. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. a jeszcze nie nastała jasność. ni błyskiem oczu nie daje znać. dzikiej paproci. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. kiedy noc rozstaje się z dniem. butny i potargany. miłość. tak oto człowiek przywiązany do materii. że to już koniec nocnego piekła. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów. chorzy jęczą. w owym magicznym oczekiwaniu. Już ustąpiła ciemność. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. Wstaje wiatr. żbik jeszcze stoi na czatach. zarówno rośliny. Woń mokrych liści. gdy ten drugi nie odpowiada. co to słowo znaczy: zdobycz. starożytni. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. uświadamiając sobie istnienie świata. To jest ostatnia sekunda. co wypełnia życie nocnych zwierząt. gdzie odbył się miłosny pojedynek. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. staje pośrodku polany. sekretnym pragnieniem. czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. ponieważ czują. z twarzą obróconą na Wschód. jeszcze nie osłabło. Jest to chwila tajemnicza. spontaniczną radość życia i . a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. To jest ta chwila. niedźwiedź pożera resztę padliny. epileptycznym porywem. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy. z gniewu podbiegłymi krwią. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. Nie protestuje. tak ostrożnie. i wszystko. kiedy wzdycha. ani jednym ruchem ręki. że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego. zwierzęta jak i ludzie. w głębi lasu: noc. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata. Możliwe. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. jak ktoś. dziki. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami. zwiędłego listowia. Noc jeszcze żyje w owej chwili. że słucha oskarżenia. kto na wieki pamięta o swojej pasji. zapach miękkiego.

ponieważ było we mnie coś. Trzeba zgodzić się z tym. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo. również i wtedy. I są takie chwile. z porywami. byłeś tym. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. z tą pasją. nie roztopiła się. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego. To jest ta chwila. ale i w mroku ludzkich serc.. Sen. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. niż tym. chce bez reszty wyrazić samą siebie. mądra spolegliwość. szakal w pustyni arabskiej nocy. nie dopuściłeś. pozostała zbita i twarda. który coś ukrywa. Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. kiedy w naszych sercach porusza się. a dzień jeszcze w nim nie nastał. czego tobie brakowało. lecz ugoda. Każda wielka namiętność jest beznadziejna.. Nienawidziłeś.. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. co znaczymy dla siebie i dla świata. całości. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. kto nie przyjmuje części. grzeczność. Bo serce człowieka także ma swoją noc. niż jesteś. rzeczywistość się nie zmienia. pożądanie. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. usilne starania. prawdopodobnie chce wszystkiego. niż ze świadomością. co otrzymuje od drugiego. i . że godzimy się z tym wszystkim. zazdrość. chce bez reszty oddać własną wolę. Dla namiętności jest całkowicie obojętne.. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem.. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. ty – ten pilny i cnotliwy. Wszystko było na próżno. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony. musiałbym wiedzieć.. Rzeczywistość była taka. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. w pierwszej chwili. że to znak podejrzany i niebezpieczny. a gdy uczucie. byłeś butny. sęp. kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie. w tym dziwnym domu. żądza zemsty. lubieżna ruja. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność. próżność. Nienawidziłeś. kiedy cię poznałem. a to stwarza więź równie silną. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. przyjaźń albo cierpliwość.. pozbawione żaru wzajemne usługi. Był czas. Pragnienie bycia kimś innym. miłość. Bo ten. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata. ty byłeś talentem. Dlaczego nienawidziłeś?. które są tak samo dzikie.świadomość walki o życie. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. jaki fatum może zadać człowiekowi. daremna jest wszelka argumentacja. samolubstwo. To najdotkliwszy cios. nienawidziłeś. żarzy się i dymi żądza zemsty. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. jak tylko subtelne uczucia. jakbyś kochał. na spodzie takiego stosu. obok entuzjazmu.. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak. czają się w sercu człowieka jak puma. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. że jesteśmy tacy lub inni. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka.

Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. Widzisz. a kto szuka prawdy. i wszystko to. który rozbrajał ludzi. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. o czym mówię. przez cały ten dzień. . Ludzie. Tak. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok. że brakuje ci czegoś. Że ci. że Bóg ma ich w swojej pieczy. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat. myliłeś się. kiedy się z tym godzimy. jakby zachęcał drugiego. Trzeba znosić zdradę i niewierność. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się.. cudowna pora. Są ludzie. niekiedy wrogo. Jedynie zazdrość. coś z obyczajów ulicznicy. mogła mnie przedstawić właśnie takim. ależ tak. iżby i on się nie bał. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. na starość. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. przez cały ten dzień. co mnie dawało pochodzenie. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. wskazujący. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. jaką świat promieniował ku mnie. żeśmy go dostąpili. naturalnie. Musimy to znosić. Pamięć. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa.. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. w środku lasu. których wszyscy kochają. nie kochają nas albo. jak wtedy. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. kiedy stałem w twoim pokoju. lecz mgliste uczucia – że w tym. Musimy znosić nasz charakter. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. Nie bronię się. nie przypną nam do piersi orderu. tam. których kochamy. – W dzieciństwie. musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. Był taki czas w moim życiu. ponieważ chcę prawdy. że jest kochany – jest coś nierządnego. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. należy wiedzieć. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. kiedy wiemy i znosimy to. iż ktoś jest pieszczochem losu. podziękujmy losowi. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. konstatując. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. Trzeba znosić i to. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. I milknie. jest takie odległe. chciwości. samolubstwa. naszą naturę. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. aby obdarzali mnie życzliwością. że nie kochają tak. kto szuka usprawiedliwienia. tutaj. jak ktoś.wiedzieć. jak się spodziewamy. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. na których czołach odbija się znak nieba. że jesteśmy próżni. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. oto i cała tajemnica. która deformuje. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. – To był piękny czas. i to. To. kiedy. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. skąd ty uciekłeś. uśmiechem i zaufaniem. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu.

Kto wtedy staje się butny. uczucie. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. Nasza przyjaźń była przecież taka. że to ja popełniłem błąd. że ciebie to cieszy. prócz tego. kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. Wtedy każdy spieszy do ciebie. tak – przytakuje generał. tutaj. iż jestem za pan brat z całym światem. – Ale to wszystko prowadzi do polowania.. że i ty przebaczasz mi. ten przegra. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. i później. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak. podobnie jak świat. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. to. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości. że ów stan łaski trwa dopóty. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi.. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. jakbyś był zdobywcą. Godziłem się z tym. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. szanowałem twój intelekt. że wybaczasz mi. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. Czas łaski. w czasie owej dekady. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność. tajemniczego związku. to. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. którzy w swych sercach są skromni i pokorni. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. o czym mówiłem. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale. uwierzyłem. Wierzyłem. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych.dekada młodości. jaka promieniowała z twojej istoty. splecionych więzami wymagającego. ty pozostawałeś w cieniu. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. którego należy czcić winem. Nie wiem. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. gorzką wyniosłość. jak w umowie kupna-sprzedaży. kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. bardzo wiele. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. Możliwe jednak. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . umiem być pożądanym tam. – To największa łaska. kto będzie zarozumiały i zuchwały. świadomie. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. a potem podnosi broń. gdzie ciebie jedynie tolerują. że ładuje. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją. Wcześniej dzieje się również to.. naturalnie. że każde z nich stawia swoje warunki. że przyjaźń. moje wymagania. kto nie wie. To również powinniśmy wiedzieć. nie chcemy niczego. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. – O polowaniu. Nie ma smutniejszego. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata. tajemniczą.. że otacza mnie miłość i zaufanie. kiedy żyliśmy w jednostce. że nie odsłaniasz się bez reszty. tę dziwną. właśnie to. I naprawdę. – Kiedy młodość zaczęła mijać. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. że nie umiałeś mi wybaczyć. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi.

Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. zniszczyłeś moje życie. umową ludzką. jakiej żąda to słowo. I było silniejsze niż namiętność. który zakrada się na miejsce przestępstwa. może rani moją próżność. co docierało do mnie bardzo powoli. ponieważ byłeś moim przyjacielem. lecz zostajesz tutaj. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. Wydaje się. jak to. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. że świat był dla mnie miły. widzisz. ale pozostaniesz moim przyjacielem. – Zrozum. w co nie uwierzyłem. Byliśmy przyjaciółmi. To prawo żyło w ludzkich sercach. Coś we mnie zabiłeś. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. których przenika swoją energią. nie towarzyszami broni. ale to wszystko nie jest tak złe. poza porywem. Bo różniliśmy się. co zrobiłeś. i później. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. to jest prawo przyjaźni. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. gdy podnosi broń. Bo musiałeś powrócić. można było zabić przyjaciela. czy naprawdę się zepsuła. która zatruła naszą przyjaźń. zdradzasz. gdybyś tego nie wiedział. może to i boli. w tropikach czy gdziekolwiek. a jednak należeliśmy do siebie. I to. Powinieneś poznać odpowiedzialność. to ty tamtego ranka w lesie. I kiedy mówię. I teraz powinienem ci powiedzieć to. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. zamiar jest winą.momencie. czemu przeczyłem przed samym sobą. iż wiąże się z nim odpowiedzialność. Bo to także powinniśmy wiedzieć. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. jaką znają jedynie mężczyźni. a również o tym wszystkim. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. na polowaniu. ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. na wypadek. a więc nie kompanami. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. z miejsca przestępstwa. Byliśmy przyjaciółmi. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. jak pamięć cichego . jak zabójcy i złoczyńcy. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. którego tajemnicy strzegłeś. czego brakowało twojej istocie. byliśmy związkiem. co przyszło po nim. nie bratającymi się wyrostkami. co może zastąpić przyjaźń. złej i niepojętej tajemnicy. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. aby kogoś zabić. z zasięgu mojego wzroku. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. a jeśli tak. Wina jest wcześniej. przyjaźni nie może spotkać zawód. a to rzadko zdarza się w życiu. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. albo do piekła. nie podnosisz na mnie broni. powinienem wiedzieć. poza egoizmem. to co i kto ją popsuł. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. oszukujesz. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie.

gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. aby mnie zabić. który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. Jeleń obserwował. stał jak zaczarowany.. na jej skraju. jak wszelkie ludzkie zachowanie. także w ciemności.. Ja zawsze tak czułem. wyszedł jeleń. czuje. Nie ruszał się. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. a my dość długo staliśmy bez ruchu. zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. przez chwilę. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. I w chwili. w środku tej samotności. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. ja z przodu. czynem bohaterskim. I ja tak czułem w owej chwili. Pamiętasz tę chwilę. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. to również wiem na pewno. być może. kilka kroków za mną. które jest bezinteresowne. ta przyjaźń. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. bo spomiędzy świerków. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość. siły. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. I tak czułeś ty. na odwieczną scenę życia. Instynkt. Byliśmy sami w środku lasu. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. Przejaśniało się już. zziajani wspinaniem się ścieżką. Tak czuł jeleń w owej chwili. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. kiedy jeszcze polowałem. spojrzało w gęstwinę. pomiędzy świerkami. lecz tak ostrożnie.bohaterskiego czynu. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. pomiędzy drzewami. jakie ci pozostały. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. ten fenomen. wiem to na pewno. na przykład sztylet. także nie oglądając się za siebie. Tutaj zaczyna się ścieżka. i urok. z tym zimnym i cichym trzaskiem. Ja też ją pamiętam. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. lasu i zwierzyny. na głębokie wody. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. gdzie las żyje już sam sobą. nie karczowany. albo szlachetna . Myśliwy pozostał z psem. nie. nazywając nas mniej więcej po imieniu. kiedy podniosłeś broń. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal. dobrze o tym wiedziałeś. ciemny. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki. Taka przyjaźń była między nami. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. i gdzie człowiek zawsze. ten szósty zmysł. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. w lesie i w gęstwinie. Powietrze było czyste i pachnące. tam. jakieś trzysta kroków dalej. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby. podniosło głowę. Jakiego rodzaju fale. ty za mną. która jest samotnością świtu. Staliśmy w gąszczu. że zbłądził w życiu i w świecie. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się.

W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem. że wyczułem twoje ruchy. Wiedziałem. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. Moja głowa i głowa jelenia. Tę chwilę. który . to także wiem. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie. W takich chwilach człowiek wie wszystko.. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. dokładnie informował mnie o tym. Stałeś za mną. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się. na polowaniu. nie ma takiego człowieka ni sędziego. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. strzał się opóźniał. gdy odciąga się jej spust. A więc stałem i czekałem na strzał. przepadł w gęstwinie. Minęło pół minuty. że wystarczy jeden ruch.. Po czym powoli opuściłeś broń. sytuacja była modelowa. przypasowujesz do ramienia i celujesz. na równej wysokości. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. bez zegarka. Trochę się na tym znałem. myśliwy był daleko. – Naturalnie. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. ponieważ ty także znasz prawdę. Wyczułem. żadnych świadków. że nie jesteś dobrym strzelcem. że drżą ci ręce. Opuściłeś broń. Wiedziałem. I teraz zdarzyło się coś. że niepodobna. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. idealna. wystarczy. Poczułem. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. a pocisk pozostanie w strzelbie. – Tak – powiedział gość. parę kroków za moimi plecami. to znaczy. bym nieco w bok odwrócił głowę. niż jej charakter ludzki. abym się poruszył. coś się musi dokonać. czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. co robisz. Celowałeś pół minuty. w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie.. ponieważ owa chwila już minęła. na swój sposób i wedle własnego porządku. Ale wiedziałem także. bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. Sytuacja była wymarzona. intymniej. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. spodziewam się. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. pamiętasz?. ciekawe jest to. Co się stało?. chodził z psami na obrzeżu lasu. który był niczym eksplozja. Poczułem. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela. – To była znamienna chwila – mówi generał. A jednak ja słyszałem i widziałem go. na tym. o jakim rokrocznie donoszą gazety. bardzo ostrożnie. czekałem. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. na ukos.broń angielska. aby kogoś zabić. w małej odległości. jakbym stał naprzeciwko ciebie. z dokładnością do jednej sekundy. że podnosisz broń. w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. rzekłbym. ale mogę powiedzieć tobie.. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. To. bardzo powoli. jakbym widział.

nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. To była kwestia sekund. kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił. Dlaczego?. Gdzież jest człowiek. że chciałeś mnie zabić. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu. który mój dom mogłeś uważać za własny. który śmie wnosić oskarżenie.. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . że ty. ponieważ tragiczny przypadek zabił. gdzie prokuratura. który je wnosi.. scena popsuła się. co było ci w życiu potrzebne. mnie. przy okazji towarzyskich spotkań. było precyzyjne i doskonałe. wstyd. Nie ma żadnych dowodów na to. oskarżenie spada na tego. krewnych oraz łowieckiej braci. jak przedtem. świat okazałby ci współczucie.. moją rodzinę za swoją. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz. a ty opuściłeś broń. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek... gdybyś to zrobił. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach. każdy podałby ci współczującą rękę. gdybyś mnie zabił. To była taka sytuacja. przypadkiem. Nikt. zrozumiałbym wszystko. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. widziano nas razem.. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni. od którego mogłeś otrzymać wszystko. Istnieje pewien rodzaj wstydu. który śmiałby coś takiego oświadczyć. co sobie zaplanowałeś. na dobre i na złe. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca.. któż by tam dzielił włos na czworo. że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat... byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. Faktem jest. któż może pomyśleć. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca. który mógłby je uznać. Fakt jest rozstrzygający.. niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych. i osądzał?. zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. w gronie przyjaciół. było dobre. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni. a później. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. na służbie. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu. Zresztą. W przeddzień razem jedliśmy kolację. To. jesteś członkiem mojej rodziny. w towarzystwie mojej żony. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. jaki odczuwa ofiara. nieważne. gdzie ten ordynus.. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną. twojego najlepszego przyjaciela. niewiarygodna hipoteza. Możliwe. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?. ten cios srogo dotknął ciebie. a natura ludzka jest taka. który śmie wykrzykiwać przed światem coś. i nie ma takiego człowieka. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. nie poruszyliśmy się.mógłby cię potępić. Kastor i Polluks. ale może potrzebny był do tego także jeleń. Nie jesteś mi winien pieniędzy. ty. przyjaciel nad przyjaciółmi. że mnie zabiłeś?. dzielono by z tobą żałobę. niż wszystko. Nie odwróciłem się. swojego przyjaciela. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie. Staliśmy jeszcze jakiś czas. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę.. w pałacu. który jest większą udręką. posłużywszy się twoją ręką. gdzie od lat jesteś codziennym gościem.

opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. pełnią światła. jakby wiedzieć. w dolinie trzaskały strzelby.. przebrałem się. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie.. Kolację jedliśmy we troje.porażający czar. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą. w podobnej sytuacji. jakby mnie przesłuchiwała. odszedłem ścieżką. Ponieważ każdy inny. Nakryto w dużej sali. tak badawczo. ponieważ pora była wilgotna. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. z lekką hinduską chustą na ramionach. szeroko otwartymi oczyma. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. kiedy już stałem przed nią. o wpół do ósmej. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. Ty także ruszyłeś. Bo zawsze najważniejsze. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. W kominku płonął ogień. Czekał tam już myśliwy. który spętał nas obu. jak przedtem. pragnąc. – Ale tego samego dnia. Lokaj zameldował. Patrzyła na mnie bez słowa. Nie odpowiedziała. zaczyna mówić. Gość zapala. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. Nasze drogi rozeszły się. Przyjechałeś o zwykłej porze. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. Nie odpowiedziałeś.. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. także później. co przypominało jej przeszłość. To milczenie było potwierdzeniem. przegapiłem okazję. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. kiedy wszedłem do pokoju. że wyjechała wczesnym popołudniem. jak każdego wieczora. szlachetniejsze formy życia. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. czy coś wiem. długo. razem z Krystyną. ale zląkłem się bladości jej twarzy. jak dzień. siedziała przed kominkiem. wieczorem. Patrzyła mi w oczy. czekały nasze psy.. jak podczas wielu poprzednich wieczorów. . bryczką. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. machinalnie.. co myśli o nas ofiara albo ten. co ja w owej chwili myślę.. W czasie obiadu – był to obiad myśliwski. mglista. gdy wstaje – może to sprawił blask świec. że powróciłeś do miasta. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. – Tak. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. A ty milczałeś.. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. Czytała i nie zauważyła. Sądzę. lubiła wszystko. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. do miasta. Krystyna już czekała. czy w ogóle coś myślę. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. kierując się na szczyt wzgórza. jak dzisiejszego wieczora. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. ręka mu nie drży. powozem. jak poprzedniego wieczora. W tamtej chwili. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. czasy minione. – Dziękuję – mówi gość. zlekceważył szanse celowania. żeby cię zabić”. zaczęło się polowanie. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. ze wstydem lub z entuzjazmem. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. Lubiła światło świec.. tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. Spotkaliśmy się przy stole.

oszalał: powtarzałem to uparcie. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. że tę książkę. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd. ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. i Krystyna. jak w inne wieczory. ustrzelił kozła. pytasz Krystynę o tytuł tej książki.. postanowiłem. od świtu.. Chciałbyś poznać opinię Krystyny. znaczy to. o książce.. kiedy przyszedłeś do nas. Krystynie i niani. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. Ja. I naprawdę. gdy nie jest się rasowym myśliwym. Mówisz o czymś innym. jaki powód – aby podnieść broń na mnie.byłem spokojny. Pytasz Krystynę. utraciliśmy naszą ludzką rangę. bo. że oszukaliście mnie tego wieczora. tego ranka i po południu. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. Rozmawialiśmy. zachowujesz się jak ktoś. Człowiek. przeciwne koleżeńskiej umowie. na ten sam temat. że przegapiłeś zwierzynę. jaka wiązała nas obu. chcesz wiedzieć. i ja. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. kiedy już wiem. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. nie mówisz o tym. i zasiedliśmy do kolacji. Długo rozmawialiście o tej lekturze. Później. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. szczególnie interesuje cię. do salonu. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. że my wszyscy. o zwyczajnej lekturze. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. ale to słowo nie pada. Mówiliśmy także o polowaniu. w wieczorowym ubraniu.. profan. Stawiając tę hipotezę. jakkolwiek nie miał do tego prawa. a także inne. którzy żyliśmy w tym domu. Wyłączyłem się z rozmowy. nieomal z rozpaczą. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. zdumione spojrzenie Krystyny. powracam myślą do tej sceny. tak myślałem. Kobiety wyczuwają coś takiego. Nie mówisz o tym. że oboje graliście naprawdę doskonale. przez cały wieczór. całe przedpołudnie i popołudnie. Co . że cokolwiek życie przyniesie. o zaniechaniu wspaniałego jelenia. jak wygląda życie w tropikach. o meldunku naganiaczy. i masz powód ku temu – wszystko jedno. kogo bardzo interesuje ten temat. kiedy przyszedłeś do nas. Potem przyszedłeś ty. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną.. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam. o tym. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. wypytujesz. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście. co czytała wieczorem. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach.. Zdecydowałem. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. na tym dziwnym polowaniu. który należał do mnie. Krystyna czytała o tropikach. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach.

Wszystko powraca. gorące mgły. deszcz i parująca mgła. ciepłe opary.. dławiące. w tym pokoju.. I dzisiaj.myśli o tym Krystyna?. (Mnie nie pytasz. dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie. słowa powracają. kiedy było polowanie – mówi.. przed czterdziestu jeden laty. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. – A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną. samotność pośrodku moczarów i puszczy?. pierwszymi słowami..) I czy ona. . czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. wracasz do miasta. jakie wypowiedziałeś. osobiście. Tak. o moczarach. z rezygnacją. Krystyna. a potem spotykają się. słowa powracają. kiedy wróciłeś do tego domu. sprawy i słowa chodzą w kółko. były: moczary. Widzisz. o ciepłej mgle i o deszczu. To stało się tego dnia. potrafiłaby znieść deszcz. tropik. Około północy prosisz o powóz. systematycznego. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia. w tym fotelu. mówiłeś o tym samym: o tropiku. przejrzystego klasyfikowania faktów.

z którymi. W owej chwili czuję tak wiele. to nie Krystyna. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Jasne jak słońce. co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców. poza moim ojcem. Oto. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. Książkę.15 – Kiedy odchodzisz. rzeczy zaczęły do mnie mówić. i chyba rozumiem wiele. trzeba to tylko zrozumieć. myślę. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. I zrozumiałem. i chce stąd odejść. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. Myśli o innych światach. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. podnoszę tę książkę i kartkuję. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. ostatni etap mojego życia. coś jeszcze: wreszcie. dlatego czyta fachowe książki o tropikach. Dziwi mnie. kiedy dwoje ludzi. ty i to wszystko. nie mogła dowiedzieć się niczego. tym swoim pytającym spojrzeniem. myślę. Wiem i czuję. wszystko jest znakiem i ryciną. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. coś się wydarzyło. blada. A jednak książka mówi. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. a więc chce innego niż ten świat. tego dnia. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. naraz zrozumiałem. nienaturalnie zdyscyplinowany. na fotelu. napisaną w języku angielskim.. myślę. że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. pozostawiła tam. Krystyna coś czuje i coś wie. i to mówi nie tylko po angielsku. przemówiło życie. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. odeszło ode mnie. Krystyna. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. – Sam zostaję w tym pokoju. że ta książka jest również sygnałem. A w samej . Krystyna również się żegna – kontynuuje później. Nie mogła się dowiedzieć. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki. wszystko ostrzega. myślę. po północy. jak okolica. ale możesz być i ty. książkę o tropikach. po której muszę się tułać. Nie chce mi się spać. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. chociaż mgliście.. I naraz zrozumiałem. To wszystko. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. W takich momentach bardzo trzeba uważać. łączy mnie w życiu najwięcej. Przyglądam się ilustracjom. co mi się udało. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania. sam w pokoju. kiedy patrzyła na mnie. co oznaczało minione życie.

kiedy znam prawdę. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział. że jakiś głos. także sekrety. Namiętnych uczuć... że oszalałeś. jestem spokojny. ten trzeci. byś trzy. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. daleki.. gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. Masz powód. moje małżeństwo. że byłbym wariatem. To. Brak danych. w koszarach. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. nie ma tygodnia. jest głębsze. nawet jeśli są pomylone. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście.. Noce i dnie Krystyny. Głupia hipoteza. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. uwieńczenie całego życia. ty i ja. którą znalazłem w świecie tak. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. woła we mnie – tak niedwuznacznie. wiemy o sobie wszystko. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. nie jesteś szaleńcem. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. Powinienem pomówić z tobą. Może to ta muzyka. bardziej tajemnicze. o których człowiek myśli jedynie we śnie. i to tak niewzruszenie i pewnie. dowody przesypują się przez palce. gwałtowna namiętność. wątpliwości – że się nie mylę. aby mnie nienawidzić i zabić. który jest mocniejszy od każdego dowodu. nasze poznanie Krystyny. namiętności. A jednocześnie wiem. wszystko to jest takie otwarte. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. jakiś jej ślad nawet ja. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna. Zawsze byłeś dziwny. dlatego. inny. nie wolno zatajać. jej ciało i duszę znam jak samego siebie. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego . że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości. czy mamy grać komedię we troje. co się wydarzyło. Co za śmieszny. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. Krystyna. kiedy myślę o Krystynie. nie ma żadnych oznak. przejrzyste. arcydzieło wśród swoich zbiorów. Znam Krystynę. znam każdą jej myśl. która zmusza opętanego. prawda? Czy tę pewność. nieomal doznaję ulgi. nie można miesiącami ukrywać przed światem. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. Tutaj w grę wchodzi coś innego. sprzeciwu. miałem nadzieję. muszę ją odrzucić. myślałem. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. wzięty z powietrza zarzut. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem.rzeczy. straszniejszą od faktu. że znam prawdę. wiecznie ślepy i głuchy. Życie nas trojga. bardziej niedocieczone. na służbie. czyste. nie mogę zwodzić samego siebie. nasza przyjaźń. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina. Lecz teraz. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. że ty i Krystyna. A prawda jest taka. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna.

czym nie będzie mogła podzielić się ze mną. Trudno o tym mówić. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia. znacznie później zrozumiałem. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. Krystyna jest zakochana. co powinien wyznać. pisemne przekazywanie wiadomości. swoje uczucia i ukryte myśli. kto wie. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. do bezwzględnej szczerości. myślę. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. uważałem za niezrozumiały. co więcej. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. Krystyna chce mi dać wszystko. że kto tak ucieka w szczerość. i wstaję. dlatego będzie zapisywać wszystko to. jednym. sama z cichym i chorym starcem. Ale szuflada jest pusta.małżeństwa. . bała się. zeszytem nutowym i wspomnieniami. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. o czym trudno jest mówić.. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś. w biednym domu. jutro ją zapytam. co myślał lub co czuł ów człowiek. opowiada wszystko. Przymyka oczy. z uczuć i pragnień. w czasie naszej podróży poślubnej.. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. Jak powiadam.. Bo musisz wiedzieć. która chciała czynić wyznania – i później. idę do bawialni Krystyny. za pośrednictwem naszego pamiętnika. duszę i ciało. Krystyna jest zmęczona. abym wiedział. ponieważ uzgodniliśmy. znacznie później. dziennik by o tym zasygnalizował. pomyśl tylko.. zrozumiałem. że nie chce ukrywać przede mną sekretów. i co znaczyło dla niej to wszystko. to sekretne. Odpowiadała. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą. to ona była tą osobą. kiedy już nie było Krystyny. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. ze strzępów ludzkiej duszy. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. ona i ja. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem. I naraz życie daje jej wszystko. prosiła mnie o to w Paryżu. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. Jakby szukał właściwego słowa. że ten poufny zeszyt. wielki świat. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju. czegoś się boi. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. co jest prawdziwą tajemnicą. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. ten zamek.. pod wpływem pewnej sytuacji. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. wszystko. nie chcę jej przeszkadzać. chodzę po ciemnym domu. moje nazwisko. To był pomysł Krystyny. – Już północ minęła.. skąd przyszła. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz. dom śpi.. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej. pałac w Paryżu. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli.. – Nie chcę jej przeszkadzać. jak nieustające miłosne wyznanie. co jej dałem. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica. który żyje już tylko swoim instrumentem. dwoma słowami zawiadamia mnie. tak sobie myślę – mówi spokojnie. Prawda.

sposób. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . jakby rozmawiała z nim przez sen. bo jesteś wierny”. że mogłaby z nim odejść. dystyngowanym młodym człowiekiem. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku.. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. morze. być może czyni to dlatego. służbę. zagadnął ją. która pojechała w podróż poślubną z mężem. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę. kocham życie. jak widzi. naturalnie. że bankier. potem Wschód. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. uważnie. miesiące wśród oaz. mam trzydzieści lat. przygląda się rysunkowi na dywanie. opiera się łokciami o kolana. zarozumiałej pewności siebie. aby uniknąć mówienia o czymś. bez pęknięć. owe dziwne. – Ciasno splata palce. Świat należy do mnie. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. której każde słowo. które czekały na mnie w portach. Krystyna jest niespokojnym duchem. z bogatym. dostaję mdłości od tej cmokającej. jest tylko wdzięczna. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. Krystyna. na sposób młodej kobiety. I jak każdy człowiek. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. od tego poczucia szczęścia. Opisuje mnie tak. dlatego wynajduje pamiętnik. bardzo wdzięczna. moją karierę. mam pozycję. Opisuje to. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. wierzy. spotkałem kobietę. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. w skupieniu. Niekiedy pisze jedną linijkę. idealne. Londyn. czy coś w tym rodzaju. paroma słowami. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. Później dowiaduję się. kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. bezbłędne. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere. by w listach z domu. Teraz. ma dla mnie złe wiadomości. w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. Wszystko to jest zbyt piękne. kiedy patrzę za siebie. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą. że nie jest zakochana. Albo pisze o tym. a ona poczuła. Chciałbym złożyć losowi ofiarę. niekiedy tylko jedno słowo.. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. Widzisz. na swój sposób. co jest ważne i istotne. że ten. nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. ten dziwny prezent. kiedy czytam pamiętnik. Paryż. myślę. lecz bardzo trafnie. Nie myślę o tym. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. Ale jestem szczęśliwy. Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. gdybym na przykład dowiedział się. Splata palce. Rzym.pełnymi garściami. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. Po czym tygodniami nie pisze nic. nie miałbym nic przeciwko temu. w owym czasie to też nie jest to. że jest zakochana. jestem bogaty. tę całoroczną podróż poślubną. małżeństwo. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach.

że wydarzyło się i dzieje coś. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. Kręci głową. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić.. ponieważ teraz jest już pewne. Wydaje się. Nie myślę teraz o kłamcach. – Zapytać. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. o co? – mówi cicho. To wszystko. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia.. podług mnie. na próżno gromadzą doświadczenia. starczo. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku. do twojego mieszkania. bo to wszystko dzieje się także ze mną. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. pewne jest i to. schodząc ze ścierwem z gór. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw. Możliwe też. nie tylko z tobą. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. Tak samo śpię tamtej nocy. że. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru. Lecz i przy pomocy słów. jakby go zdumiewał postępek dziecka. można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą.. ale jeszcze nie wiem. o łajdakach. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. o co ja mogę zapytać. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego. jakby co ciekawszymi fragmentami . uprzejmie i przyjaźnie. lecz słowami?. dusznym pokoju. jeździł konno albo wędrował. ciężki był. a jednak potem zdumiewało mnie. w którym meldujesz. ty odjeżdżasz od nas. bez snów. jakby szydził z samego siebie. że wyjechałeś. Śpię głęboko.. w śniegu. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. napchanym okazałymi przedmiotami. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. co możemy zrobić. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. naturę człowieka. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. jakby z twojej broni padł strzał. nie zmieni faktów. Milknie. nie. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. że chciałeś mnie zabić. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji.noc. Myślę o tym. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia.. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej.. i wszystko to. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. Postanawiam. co dotyczy tropiku. Nastaje noc. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty. lekceważącym tonem. Wtedy zapadłem w głęboki sen. Chcę mówić z tobą. że ludzie daremnie poznają prawdę. czy to wszystko. Możliwe. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni.. Opowiadający mówi głośno. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia. dopóki ma w życiu cel. umęczywszy się w dolinie. A więc stoję w twoim zagadkowym. można poznać fakty. co ty możesz odpowiedzieć. Śpię głęboko. Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem. pewne jest. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu. z wyczerpania.. w szufladzie biurka Krystyny. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór. jadę do miasta.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Nie ma człowieka. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne. Po południu przybywamy do Arco samochodem. która miała wówczas siedemnaście lat. gdy natychmiast. wysoko zamek. nie wypuszcza z rąk tego. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska. Znała cię w dzieciństwie. w którym zmarła jej matka. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. w mglistej.. szlachetnych dźwięków. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. Człowiek i los trzymają się nawzajem. czuje i wie. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. Po latach. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. – Człowiek również ma wpływ na to. letniej atmosferze. odnajdujemy to sanatorium. ukryty wśród skał. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium. jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. co musi się wydarzyć. z charakteru. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. Taki jest człowiek. jest fatalne. Krystyna chce zobaczyć pokój. który byłby dość silny i mądry. Postępuje tak i wtedy. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. nie. co robi. które ze swej istoty. to ty byłeś tym. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę.. by utrzymać skrzypce i smyczek.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę. z sali koncertowej. To nieprawda. jedno przyzywa drugie. knoty świec poczerniały. lecznica chorych na serce. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. działa z żelazną konsekwencją. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. pod koniec naszej podróży poślubnej. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę. przywołuje do siebie. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne.. że to. pędzimy do samego końca. wcześnie musi zrezygnować z kariery. Brzegami jeziora Garda. ale nie mającego dość sił. Przyczynia się. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. . jedno nadaje drugiemu formę. co się z nim dzieje. od pierwszej chwili. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne. musi zadowolić się tym skromnym. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. które my sami przed nim otwieramy. dodatkowym zarobkiem. że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia..

ta sama bezczynna i smutna wola. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. jak ty i Krystyna. stopnie władzy.. letnia i wonna mgła. jakby zamknął w sobie wszystek smutek. gdziekolwiek spojrzysz. że jego los trwa dalej we mnie. swoją krew. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. jeśli nie jest „inna”. a wypowiada to imię bez gniewu i złości. To wtedy. którą bardzo kochał i obok której.. jak płótna owijają serca chorych. z zarania dziejów słyszę głos. dwu odmiennych rytmów życia.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie. Pierwszy raz czuję. Krystyna obchodzi dom dookoła. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. Cisza. że wszystko zależy od niej. było jedno i to samo: ta sama tęsknota. pozostał samotny. Uczucie. oddając bliźnim. że Krystyna nie jest całkowicie ze mną. dwu temperamentów. jeśli jej istota. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. ponieważ moja matka również była „inna”. złudzeniem. światopoglądowe. z bardzo daleka. na który chorują ludzkie serca. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy. przemocą i podstępnie. jest podobna. że do stwarzania świata. W wielkiej ciszy bladożółty dom. który nie czytał książek. ta wonna i parna letniość. Prąd zmienny. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. rozumiesz.. kobieta i mężczyzna. w Arco. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. które wiecznie poszukuje drugiego. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. ta sama niestrudzona nadzieja. przyjaciele. poczułem. na czym polega ta różnica?. że święto się skończyło. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. co więcej. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. Niekiedy zgoła myślę.. jakby natura.. a moja matka. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa. która owija tutaj wszystko. do ciebie i do Krystyny. . do odnawiania się życia konieczne jest napięcie. jeśli jej ogląd świata. I przypomniały mi się słowa mojego ojca. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty. każde z was miało inną rolę do odegrania. on także spotkał kobietę. Jest to takie rzadkie. jak w oranżerii.. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. smutny i mądry głos mojego ojca. mimo to. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. Nie rozumiem tego słowa. wiedział o owej dwoistości. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. że Krystyna także jest „innego rodzaju”. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. tak tajemniczy. co on. obojętnie i uprzejmie – i mówi. które przywiązało mnie do matki. wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy. jedną matka. Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak.. Mój ojciec mówi o tobie. uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego.. skrytsza niźli przekonania. jeszcze nie wiem... z daleka. która rozrywa ludzkość na dwie części. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. ja mam tego rodzaju charakter i gust. zapach ciernistych roślin południowych. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. o pokrewnej strukturze krwi. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów.

tak. właśnie owej odmienności. że interesuje cię Krystyna. zaznajomienie się z Krystyną. Owszem. kultura i czułość jej ojca. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. z której by się wycofała. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. całym sobą reagować na wszystko. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. którzy są dumni ze swojej rangi. klasztor. na . Wniosła nie tylko swoją młodość..drugą przyjaciel. skłonności. Ja to spotkanie.. w pokoju. Pamiętasz – tak. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. pochodzenia. w którym umarła jej matka. na poranny spacer w lesie. Możliwe. majątku. co daje mu świat i życie: na muzykę.. Rozumiała coś jeszcze. nie do oswojenia: wszystko. w domu – mówi. nie. Przedstawiłeś mnie Krystynie. jaka była prawdziwą treścią jej natury. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. do którego ją wprowadziłem. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu.. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. niezależną i wolną. suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu. na tamtym brzegu. Wniosła namiętność i hardość. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. W życiu wszystko możesz osiągnąć. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę. Odchyla się w fotelu. który umiałby. nic. Nie można było jej obrazić. a to już jest bardzo rzadkie. Na drugim brzegu. który jest ci bliski. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. Krystyna od wewnątrz była dzika. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś. rzadkością jest człowiek suwerenny. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. Czuję to po raz pierwszy w Arco. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. gestem bezradnym i zrezygnowanym. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła.. uważałem za coś tak niepojętego. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom. co jej dałem.. nigdy. rytmu życia. spotkanie nas dwojga. – Resztę znasz. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. głowę chowa w dłoniach. a reszta węgierska. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu. majątek i pozycję towarzyską. jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. na który nigdy nie można się przeprawić. jak ona. Wydaje się. jak żadne inne spotkanie przedtem. który jest dla ciebie ważny. jak człowiek. trzecią miła i kochająca żona. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. który coś zrozumiał. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru. który zrozumiał także i to. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. trochę włoski.

Nie. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. Pomiędzy moją matką. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę. jakby ciągle czuła. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. ostatniego wieczora. Przyjrzyj się ich twarzom. tak wyraźnie widzę jej twarz. co świat może pokazać i ofiarować.. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . z pasją. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. co się wydarzyło. abyście kiedykolwiek grali razem. ojciec i ja. Jakby ją. gwiazdy i książki. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. jak wydarzyć się musiało. nie. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. kiedy mówimy o niej. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. ty to z pewnością rozumiesz. jak przed czterdziestu jeden laty. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. Bo to był ostatni wieczór. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. zdjęto ze ściany. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. kiedy słuchają muzyki. wszystko ją ciekawiło. Wydaje się. nieomal z zadowoleniem. a wielki obraz. niekonwencjonalnego. Nie znałem nikogo. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. nie ma jej fotografii. co więcej. – Ale niekiedy widzę jej twarz. nie rozumieli. że życie jest wielką łaską i przywilejem. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. my dwaj. Tu chodziło o muzykę. osobiście. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta. powinieneś to wiedzieć. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora.zapach i barwę kwiatu.. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. na cztery ręce. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. obchodziło każde ziemskie stworzenie. kiedy tutaj siedziała między nami. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. na przykład muzyka. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. rozumiesz?. a tej drugiej mowy. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. dwaj jakże inni od was ludzie. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. Nie tylko ty. I teraz. jak dziwnie się zmieniają. Tak. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. którą dla was w pełni wyrażała muzyka. powracające elementy. I patrzy w ogień. w każdym razie nigdy w mojej obecności. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. ona zbliżała się do wszystkiego. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. czasami wydaje mi się. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku.

prawdopodobnie ma jakiś inny. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś. to drukowane huczenie i świstanie. i ten zamek. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. Akurat powróciłem z wojny. które jest światową literaturą muzyczną. któremu w przyrodzie na imię wicher. Jak my obaj – mówi krótko. Pozostało to jedno drzewo na polanie. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las. starzy ludzie. nachalniejszy. co doń należało. I to drzewo. pogrążając się w myślach. a on naprawdę znał się na muzyce. a i ja nie byłem już młody. niż trwać tak długo. z którym raz. widzisz. Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. ulotniła się wszelka ludzka treść. drzewo. że człowiek. o Krystynie. abym mówił co innego. – Potem on także umarł. – Nie szukałem śmierci. ojciec Krystyny – mówi.” Zabrzmiało to jak wyrok. jedynemu człowiekowi. niebezpieczny sens. Kto coś przeżyje. i las... Chce zostać przy życiu. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi. także dzisiaj. który coś przeżyje. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. nie ma prawa wnosić oskarżenia. – . tak. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. I jak swego rodzaju oskarżenie. o muzyce. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. on był sprytniejszy.. krótko po naszej rozmowie umarł. co żyje. którzy mają nie tylko słuch muzyczny. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko. wszędzie leżały tomy nut. A ja opowiedziałem jemu. na półkach. gdzie wszystko miało taki stary zapach. jest silniejszy. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. – Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. wszystko. obecnie. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. pośród starych mebli i dawnych instrumentów. jakie upłynęło w tym pokoju. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew. powywracał wokół niego wszystko. – Ojciec Krystyny też tak uważał.. był już bardzo stary. Nie uważasz?. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. Wydaje się. że wszystko. w półmrok.mojej obecności. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju. z jakimś niezrozumiałym celem. dochodziłem do pięćdziesiątki. ty i Krystyna. ukrywało się w pokoju. Patrzą na siebie. matka. Wszyscy już pomarli i odeszli. ten wygrywa własny proces. niema muzyka utrwalona w znakach.. w pobliżu domku myśliwskiego. Jaki może mieć cel?. od dziesięciu lat. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. że życie. co warto było opowiedzieć. badają się nawzajem. nie ma innego celu. w szafach. nie ma prawa i powodu oskarżać. Wszyscy umarli. A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. jak to możliwe. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las. jakby z życia. sucho. Krystyna też już wtedy nie żyła. Wydaje się. dzięki potężnej i nierozumnej sile. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. Żadnego. Wówczas zrozumiałem. i odnawiać się. ojciec. jednakowoż żyje. o tobie. Bo to był jedyny człowiek. Wtedy był już stary. powyżej osiemdziesiątki. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami.. jak my żyjemy.

co tu jeszcze znaczy zemsta?. – mówi obiektywnie. tyle że teraz znowu się roznosi. a nie umarłem. W jaki sposób? – zapytasz teraz. Mijał czas i świat ponownie się zapalił... Wiele na to wskazuje.Dokoła mnie umierali ludzie. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu. nie: byłem spokojny. w której rozmawialiśmy. tak obliczono. indywidualny problem i pojedynczy gniew. którym teraz nie jest już wojna. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. nawet te słowa. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie.. aby się zemścić. którzy jesteśmy już u kresu życia. Znowu pali się świat. wszystko to już należy do przeszłości. do domu i załatwić ze mną to wszystko. co było regułą i ugodą. że coś dojrzało w duszach ludzi. kogo już nie ma. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione. my także pragniemy zemsty. – Możliwe że ta forma życia. gdzie znalazłbym sposób. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. Co to za zemsta?. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem.. – Możliwe że w świecie wygasną światła. i dlatego czekałem na ciebie. To pytanie zadaje twoje spojrzenie. że to jest jeszcze ten sam ogień.. wszędzie na świecie. który czas jedynie zdusił. na których czeka już tylko śmierć?. i co w nich znajdujemy? Gniew. którą poznaliśmy. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. lecz coś więcej. że człowiek niekiedy sądził. Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej.. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem. iż wypala się każda osobista wątpliwość. aby umrzeć. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. wszystko. ba. Tak. w ataku i w starciu.. obcy ludzie drą z siebie pasy. Ale nie wypalił się.. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą. czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. z drugiego brzegu. A ja odpowiadam ci. jest nieważne. od ludzi? Przecież my obaj. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza.. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty. giną miliony ludzi. ponieważ czekałem. Głupie afekty. zemsta. Każdy umiera. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę. ale nie potrafił zgasić jego żaru. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę. zemsty. w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. tak iż stał się bledszy. porywów i gwałtowności.. możliwe też.. tylko ogień żyje i pali się. Dlatego powróciłeś. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny. zbyt wiele złości. Spójrzmy w nasze serca. wiem. ten dom. zemsty. aby jeszcze raz wrócić. które uznał za pytanie swojego życia. płonie aż po samo niebo... Powróciłem z wojny. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. bo wiedziałem. Czego więc innego oczekujemy od świata.. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. Widzę po twoich oczach. i odpowiadam tak: . Możliwe.. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości.. w książkowym znaczeniu tych słów. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. ta kolacja. mądrzy i starzy.

zemsta przyszła. Zemsta to jest to. Pytaj. że przyjechałeś do mnie. Teraz będziesz odpowiadał. patrzy uważnie. w ogrodzie. przez zaminowane oceany. na miejsce zajścia. chwała losowi. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. pośród wielkich drzew. w pokoju. tak jak chciałem. To jest zemsta. Może potrafię odpowiedzieć.a jednak to jest zemsta. Nie. poranny wiatr. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. Wokół nich. przez świat pogrążony w wojnie. wieje wczesny. Światło świec już zamiera. wyruszyłeś tutaj. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny. – Możliwe. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. że masz rację. jest prawie ciemno. dlatego ja nie zabiłem nikogo. – Możliwe – mówi. .

i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. na swój sposób. Straszna może być chwila. Nie mówię tego w trybie oskarżenia. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas. aby zabić drugiego człowieka. ta poranna chwila. Miejmy to za sobą. w minionych dziesięcioleciach.. Tak dokładnie wiem.. kiedy czekałem na ciebie. Nie zaprzeczasz?. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. już nie warto zapalać nowych świec. myślisz.. Milczysz?. co czułeś. Nie pytam. na polowaniu. Była to chwila utraty przytomności. kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. mówi to szeptem.. czy się nie mylę.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. Krystyna także odpowiedziała. Na dwa pytania. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. że chciałbym się dowiedzieć. mój przyjacielu. które dawno sformułowałem.. Jak widzę. porzuciłeś sztandar. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie. czy naprawdę. zdradziłeś. W mroku nie widzę twojej twarzy. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. który jest mu bliski. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia.. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. z intymnymi wspomnieniami . ponieważ wiem z całą pewnością. z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić. jak to mówiono drzewiej. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie... kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. i czy ona zdradziła. chwila zemsty. jak to zwykło się mówić. ty w tej formie. kiedy nadeszła ta chwila. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej.. Znam ją. co i tak wiem sercem i umysłem. w prawdziwym. zwłaszcza teraz. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś. widzisz. Niebezpieczna to chwila. poufnie. Wszyscy odpowiedzieli. od swojego urzędu. te dwa pytania już mnie nie interesują. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. w tamten poranek.. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili. – Na dwa pytania. raczej żal mi ciebie. kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta. sądzisz. od nas. Bo to stało się z tobą tamtej chwili. kiedy jeden człowiek podnosi broń.

gdybym wymógł na tobie zeznanie. gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia.. – Chcę prawdy. którego już nie ma? Co to jest wierność. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. a następnie pomarli. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu. odpytywał cię z tego wszystkiego. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak. u kresu życia. jakie to ma znaczenie: kiedy. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym. z tajemnicą pewnego ciała. kiedy ją obejmowałeś. moim jedynym przyjacielem?.. co jest możliwe do opowiedzenia. wyznasz wszystko. że nie wytrzymamy już dłużej. czy kochamy tego. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie.. niegodne ciebie i mnie. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę.. trochę później. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy.. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . wiem tak dokładnie. Wszystko to byłoby hańbiące. że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. także o tym. zbutwiałego kobiecego ciała. u siebie. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. gdybym teraz.. jakaż to zazdrość i zawiść. wierności albo ofiary? Teraz. a my jesteśmy starcami – i czy warto. Ja to wszystko wiem. kiedy tego ciała już nie ma. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. aby uczynić go szczęśliwym. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz. Mogę ci przedstawić materiał sądowy. czy chcemy zarazem. ja tutaj. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. iż myśleliśmy. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. gdzie i ile razy moja żona. co niegdyś było faktem. wiele myślałem. oszustwo. spróbowali dowiedzieć się prawdy. czy mamy prawo żądać czegokolwiek.. opowiesz dokładnie. jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. To. a ty gdzieś tam w świecie. Krystyna. czego oczekujemy od tego. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. co czułeś. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni... Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków. powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko. kogo kochamy? Stary już jestem. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. zdrada. jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. jak to się zaczęło.. co rozpalało nasze serca tak. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność.zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny. zdradziła mnie z tobą. u kresu życia. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo. co było i co być mogło. hańbiący byłby to proces.

potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. kiedy człowiek jest młody.. obojętnie.twoim mieszkaniu. próżność. przez osiem lat. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj. najbliższych mi na świecie.. niedaleko stąd. dokładnie tak jak życie. widzisz. na co starczyło im ułomnej wiedzy. Wiedziałem. Co wieczór. kiedy Nini zawiadomiła mnie. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych. to. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie. Dlatego bałem . próżność. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie... – I to wszystko. kimś bardzo bliskim. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego.. Teraz wiesz to już i ty. to naturalnie czuje się tak. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. kiedy postanowiła.. taki jest człowiek. Dlatego bałem się tajemnicy. że mogę powrócić. i w którym dwoje ludzi. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. jedyna tajemnica. znudzonym głosem. Jest coś. To są te słowa. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. a ja jej przebaczę. powiadasz. co potrafi tak boleć. aby ją uratować. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. Próżność. Bo to się stało – mówi lekceważąco. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. co jest gorsze od śmierci i namiętności. poszedłem do mojego pokoju. i później. Stałem w sekretnym mieszkaniu. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. Ale to mija. wiem także. bliższym od brata. to odejście. nie. Czekałem. ponieważ zazdrość. co ludzie nazywają „zdradą”. ranić i palić. że zachoruje i umrze.. niezrozumiale mija. Udałem się do pałacyku myśliwskiego. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni. gdy spojrzymy wstecz. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. jako dziecinadę. Ale. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. straszliwie obojętnym. rozczarowanie. Zobaczyłem ją dopiero martwą.. Czekałem do wieczora. ba.. aby ją zabić. co dzieje się w zamku. tak trywialnie. po latach. w każdym razie czekałem. donoszono mi.. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. że choruje. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. Bo wierzę. tak haniebnie.. który znasz. rano. Może to było dziecinne. do którego często przychodziła przede mną. miesiącami i zrobili wszystko. Tak. że powie prawdę. naszej wspólnej – Krystyny.. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko. bądź też czekałem. twojej i mojej – tajemnicy. u kresu życia – obojętnym. gdy nie przyszła.. to oczekiwanie. jakby dokoła niego zawalił się świat. bo umarła. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. bo niepodobna wiedzieć. tapczanowi. i czekałem na Krystynę. udałem się do domu myśliwskiego. bez mała godnym pożałowania. widzę i odczuwam tę pychę. Prawdopodobnie zrobili to i owo. co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. Wróciłem do zamku. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. w zamku.. tak. nie z dnia na dzień. Bezwarunkowo tak się czuje. teraz. przyglądając się meblom.

zrobię to. Ale widzisz. Los dotknął nas i spełnił się nad nami.. ostateczną – niekiedy myślę. tak jak mogła. że poznał prawdę. tak mnie wychowano. tutaj. że konając. Nie widziałem jej osiem lat. bo widzisz. także na rozwiązania podłe. drugi tym. Umarła młodo. Ona odpowiedziała nam obu. jeden tym. abym cię zabił. których kocha. kogo obrazili ci. nie chciała rozmawiać z nami. dwie godziny drogi powozem. co wreszcie trzeba omówić. Przedtem.się tej tajemnicy. poszukam cię w świecie. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. to ostatnia obrona instynktu życia. wyjadę. Wzywała mnie. na jakąś wieść. nie.. że uciekł przed namiętnością. czekał i milczał. kimś. tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas. W ciągu tych lat stało się coś także z nią. o którym wiedział. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. Jeżeli zechce się rozwieść. nie tylko z tobą i ze mną. . Widziałem to. Ale te dwie godziny. Jeśli zażyczy sobie. dobrze to sobie zapamiętaj. tak się wszystko uformowało. a Krystyna umarła. niewiele można zdziałać takimi słowami. dam jej rozwód. Ale nie chciała niczego. Powróciłem do domu. bo nie mamy dużo czasu. i to jest coś. martwi dają dobre odpowiedzi. że jest tragiczny. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. A więc stało się. Ale zobaczyłem ją już martwą. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. kto jest martwy. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to.. Nie ciebie. Była piękną umarłą.. Ja żyłem w samotności. Nie ja. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny.. nie ty. jak teraz kończy się dla nas. którego zdradziła z tobą. Tak. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. Krystyna.. Krystyna także miała charakter. Bo ona także była kimś. daje dobrą odpowiedź. abyśmy omówili to. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. wezwę tutaj. Ale Krystyna nie przyszła. że spośród nas trojga. Nie wezwała mnie przez osiem lat. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. wygraną była ona. abym cię wezwał z powrotem. Taka jest moja natura. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. Ale gdy wszystko się kończy. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. i nie mówię tego z satysfakcją. drugi pozostaje na miejscu i milczy. gdyby życie tak się ułożyło. – Ty żyłeś w świecie. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. Z pałacyku myśliwskiego do zamku. na swój sposób. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. wzywała mnie. Przeżyłem to. czekałem do wieczora. na jakieś słowo. niż rozumiemy je my. że umarła?. kiedy czekałem na ciebie. choć przecież nie tak wiele.. Jeśli zażyczy sobie. z urazą. nie był skłonny spłonąć w związku.. ponieważ boi się tajemnicy. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się. na sposób kobiecy. których kochała. w innym znaczeniu tego słowa. ale nie mówię też z przykrością. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola.. Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania. ten. a Krystyna umarła. mężczyźni. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. Czasami mam takie uczucie.. co za słowo! Są takie słowa. samotność nie zeszpeciła jej. Więcej człowiek nie może powiedzieć. To nie jest tchórzostwo.

i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. pogodę. nie pozostaje nic innego. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. porządek dnia. dzisiaj po południu także ją widziałem.. w częściach. budzącego grozę. wysmukła. co pokazuje słońce. dlaczego się obudziłeś. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego.. co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. Pewnego dnia budzisz się. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów. to właśnie jest starość. dekoracje życia. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. nadchodzi od strony oranżerii. po chińsku. nie. czuję. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. Człowiek powoli pojmuje świat. A kiedy mija to pragnienie radości. to oszustwo. tylko pamięć i próżność. było już za późno. Kiedy już wiesz. chciałbyś coś powiedzieć. biedny człowiek. w wielkim florenckim kapeluszu. ani na złe. przecierasz oczy: już nie wiesz.. jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. jak idzie przez ogród. dziwiąc się. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. ostatecznie i nieodwołalnie. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się. tę zdradę nas obojga. którego te słowa dotyczą.. – Widziałem rozmaite obrazy. co nie jest słowem. w białej sukni. wszystko się powtarza. jakieś wspomnienie. wiesz. kiedy nie żyje już ten. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się. na jawie i we śnie. jakiś mglisty cel. i wtenczas starzejesz się naprawdę. zdrada. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. I już znowu widuję Krystynę. To. że Krystyna nie żyje. To. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz. Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. Po czym. albo coś mówi do swojego konia. Nie wiedzą niczego o sobie. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. albo żołądek i serce. niczym innym jak tylko człowiekiem. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. śmiertelnym. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania.. to jest ta niema rzeczywistość. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko. niezwyczajnego. poznajesz sens wszystkiego. po czym umiera. szuka i raduje się. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. a my obaj żyjemy. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. ani na dobre. na wszystko już liczyłeś. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. To także starość. tak okropnie i nudno. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność.. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. bardzo dawnych czasów. pragnie radości. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. niewierność. I kiedy zrozumiałem to. powoli wszystko staje się takie oczywiste.. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i . ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. nie od razu. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew. Potem starzeje się twoje ciało. cokolwiek by robił. A człowiek. Ja już rozumiem prawdę. Tak starzeje się człowiek. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. wszystko to tylko słowa.Oszustwo. Język migowy nieświadomości. Widuję ją.. to. ponieważ znasz każdą szansę. z dawnych. nie czekasz już na nic.

musiałbyś się obawiać. podnosisz broń. zabić kogoś. a później. nie możesz przyjąć niczego ode mnie. Później. które nakazuje wam. właśnie mnie. Tak. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. I pewnego dnia. a jesteś biedny. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. władzę ziemianina. Krystyna mnie zdradziła. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. to zamknięcie. ale nie mogliście mnie ominąć. władzę męża. że opowiesz mi wszystko. kiedy myślicie o mnie. parę buntowników. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały.. co starość i śmierć. o to. albo tenisa. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić. samowolnie.. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. w każdej chwili potykacie się o moją władzę. która wypełnia wasze serca.. którzy ze świadomością winy. kto jest nam bliski – mówi nawiasem.. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. której każdy krok. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem. wyobrażam sobie nienawiść.. Ale wtedy już nic nie boli. kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. – Nie jesteś dość silny. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli.. i jednocześnie tę dręczącą jawność. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań... Życie staje się nieomal interesujące. w domu na skraju miasta. to drżenie i ukrywanie się przede mną. władzę pana. A może ta chwila mija. Opada ci ręka z bronią. Krystyna też jest biedna. te spacery w lesie. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty. kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili.. i już nie możesz nic zrobić. nie. nie możesz z nią uciec. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. moją żonę i przyjaciela. tego ukrywania się.. I to zdradziła z tobą. kiedy przy każdym kroku. nie tylko my . Biedni! – myślałem. co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. w małym miasteczku. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was. służby i otoczenia. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. mogliście mnie oszukać. tę miłość. dwoje ludzi. szczękając zębami.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. przyjacielowi i bratu. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. tej nędzy. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. niczym na statku. o moją wyższość społeczną i majątkową. co za głupie słowo!. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia. by wykonać to zadanie. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie. o rój moich służących. Myślałem tak nie jeden raz.

albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna. ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. Ale ja zostaję tutaj. wiem wszystko. Krystyna i ja. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób. a gdy ta chwila mija. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie. dwóch mężczyzn. także wtedy. z tak naprężoną ciekawością w głosie. musi na coś czekać.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. jesteś bezradny. jak dziecko. może tylko chce się upewnić. na polowaniu. że umiemy milczeć. że w tamten poranek. I wtedy umiera. Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. a my zostaliśmy tutaj. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. Opada ci ręka z bronią. Jest tak. a jednak czegoś nie wiem. bo ty odjechałeś. my obaj. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. . Wszystko się wyjaśnia. Odpowiedz. ty i ja. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. gdy w pobliżu nie ma nikogo. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. jak to pomiędzy ludźmi bywa. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku. żywi. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas.

Bo Krystyna. nieledwie tonem usprawiedliwienia. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. ponieważ chcesz odpowiedzieć. kto oskarżył cię o tchórzostwo. ponieważ ty stchórzyłeś?. dlaczego?. przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. Stchórzył. – A więc widzisz. Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata.. czuję. To jest to. Stchórzył. jedną ręką pociera czoło. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. Teraz oddycha głęboko. o świcie. Nad tym się zastanawiam. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami. i ostatni sąd nad tobą. także nie przed oszustwem. i nie przed śmiercią... że uciekłeś. i teraz.. teraz. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. że tę chwile poprzedzały inne chwile. chcesz powiedzieć prawdę. znacznie później. nie. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę. trzeźwe. okazją. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi. że nie zapytałem właściwie. jakie od niej słyszę. z zapałem. Chce odpowiedzieć. na polowaniu. pomysłem. była nie tylko przypadkiem. który chciałby wiedzieć. dla jedynego człowieka. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. kiedy dowiedziała się. ale jest ważna dla mnie. stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. kiedy już ten ktoś. nie przed ucieczką. jasne jak słońce. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. powiedziałem to – kontynuuje szybko.. – zastanawiam się później. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje. abym ja zrezygnował z Krystyny. dręczy mnie podejrzenie. a ja nie zapytałem właściwie.. nie przed życiem. kiedy to powiedziałem. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. jaki wypowiada. Nie przeczę. kiedy zobaczyłem. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się. pochyla się. wybacz. jeśli . że szykujesz się do odpowiedzi. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. i nie wiem nic. to są ostatnie słowa. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć. że ta chwila w lesie. – Musiałem powiedzieć.18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. postawiłem cię w przykrej sytuacji. dlatego przerwałem ci. co mówi.

przed którego wykonaniem. sygnet ojca. Nie rozerwałem wstążki. i ja ją znalazłem. bardziej na miarę człowieka. a on chce odpowiadać. Pewnego dnia. nie mogłem też wiedzieć. w pudełku. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. czy tobie. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. będzie takie blade. bo istnieje pewien porządek rzeczy. – To pozostało po Krystynie. Nic już mnie nie interesuje. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. na których cienie czasu zakrywają postaci. Potem Krystyna zmarła. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. intryga. w których się urodziłem. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. wręcza przyjacielowi. także żyła na swój zagadkowy sposób. w wiele lat po jej śmierci. Zawsze jest tak dlatego. ostatecznie. i tak się stało. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . byłoby to bardziej ludzkie. ta osobliwa „księga szczerości”. gdyby kula rozstrzygnęła to. ty żyłeś gdzieś daleko. taka jest prawda. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. Byłoby lepiej. i nie ma człowieka. obok nas i ponad nami w czasie. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. że tak być musiało. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. żyli i pomarli moi przodkowie. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. pewnego dnia. co powinno się wiedzieć. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. nie chcę znać szczegółów. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. ty nazajutrz wyjechałeś. tylko ty jeden. w których urodzili się. Nie chciałbym tak umrzeć.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. miłość. oprawna w żółty aksamit książka. pomiędzy rzeczami Krystyny. Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit. to straszne wyznanie. Lecz książka. ja pytam. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. sprawca i oskarżony – jeśli chce. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. ja czekałem na ciebie tak. Bo wszystko inne to jedynie słowa. I teraz to się stało. przyjaźń. w przeciwnym bowiem razie. nie. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. później. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. znacznie później. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. Nie warto. który mógłby mi pomóc. tak. jak to stwierdziła Krystyna. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. co powinien wiedzieć on. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. a ja żyłem w tym domu. Żyła. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. jak umarli i jak malowidła. wypytywać o szczegóły. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. u kresu.

patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit. mora. jedwabisty jak czarny żałobny materiał. prawie obojętnie. jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. spiczaste litery z zawijasami.. w lesie. Żar rozpala się w ciemności. przewiązany niebieską wstążką. Czy Krystyna wiedziała. – Nie – mówi Konrad. – pyta generał. lecz i te litery. ponad książką. – Dobrze – mówi generał głucho. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. wydając cierpki dym. jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej. nie drgnie mu oko.. zaczyna dyszeć i błyszczeć. który by zeznawał przeciwko tobie. . czarny popiół. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. Nie rusza się. tak samo jak ta ręka. drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. płomienie buchają wysoko. dymiąc. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. pełnym namaszczenia. będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. wsysa materiał książeczki. – Rozumiem – mówi generał. w tym czasie nie drży mu ręka. którą generał wyciąga w stronę Konrada.głosem surowym. jak płomienie zaczynają łopotać. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?. Nieruchomo patrzą. zamknięty niebieską pieczęcią. rano. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. ogień już żyje. – Czy chcesz. żółty aksamit pali się. wszystko obróciło się w popiół. – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. przyjmuje ofiarę... która niegdyś zapisała te stronice. Chowa głowę w dłoniach. wyniośle. wosk pieczęci już się stopił. ta książka. siedzi bez ruchu. ten papier. Nie ma już świadka. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. powoli. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze. że wtedy.

Stoją naprzeciwko siebie. dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. – Wracasz do Londynu – mówi generał. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. – Tak – mówi generał. wrażliwe na zimno. Generał. Lecz mówi niezdecydowanie. pochylają się. na pół godziny przed świtem. . automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. obaj są bardzo starzy. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. jak ktoś. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi. wrażliwy na zimno. ale przez półotwarte. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. Teraz czują jedynie to. chude ręce. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. ni stąd. jak ktoś. na pożegnanie. która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. Gość. mrugając. Teraz. do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą. burza. gotowi do pożegnania. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. kto teraz. szuka i nie znajduje właściwych słów. – Dziękuję – odpowiada generał. zaciera ręce. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. Jeszcze nie świta. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. Generał kładzie rękę na klamce. – Tak – odpowiada gość. jak postaci tłukące się po kostnicy. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. – To naturalne. Obaj wstają. kto czegoś szuka. taktowni. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. abym odjechał. przeszła obok zamku. ni zowąd.19 W pokoju oziębiło się. Czas. że przemarzli i drżą. w półmroku. noc z nagła oziębiła się. odruchowo podchodzą do kominka. z lekko nachylonymi korpusami. I idą w stronę drzwi. jakby do samego siebie.

– Drugie pytanie. Przeżyliśmy. że wyjechałeś. – Drugie?. – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. bo my obaj. że coś przeżył. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to. jest jedną z tajemniczych.. i na którym też ci zależy?. To dobra odpowiedź. że żyje na ziemi pewna kobieta. że pozostałem tutaj.– Świece – mówi z roztargnieniem. albo na ślepo. ja. że trzeba pozostać przy życiu. tak czy inaczej. przeżyliśmy. – Spójrz tylko. że przeżyłem wszystko. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić. która umarła. umarła. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. Taka jest prawda.. mężczyźni. Tak to odczuwaliśmy. w samotności. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. że wszelką urażoną. Nie myślisz. w tym domu: zresztą już to wiem. Ja też będę to wiedział. że przeżyłem. a zatem odpowiedziała nam obu.. tchórzliwie. ponieważ ona umarła. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. – odpowiada generał. – Wiemy też. I ten. Popatrz. ponieważ przeżyliśmy. Jakie jest to drugie?. że przeżyłeś. dwa pytania. – Drugie pytanie?. bo ona na to umarła. – Dwa pytania – mówi ni stąd. i są pewni. umarła. Co chciałeś przez to osiągnąć. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. o to. którzy boją się własnych cieni. z urazą. i coś nas troje łączyło. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. Nie myślisz. Przeżyć kogoś. a my pozostaliśmy tutaj. dumniejsi. bo umarła. ojciec Krystyny oskarżył mnie. z kim tyle nas łączyło. Nie zwalnia klamki u drzwi. uciekliśmy przed nią. że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. bo ty odjechałeś. który jest twoim przyjacielem. kiedy wszystko dobiegnie kresu. w ostatniej godzinie. tchórzliwsi. kiedy idzie o prawdę życia. – powtarza szeptem. Liczy się tylko to. byliśmy podlejsi. a ta kobieta jest żoną człowieka. zdradziliśmy ją. że umiera... do których należała. tutaj. Kodeks nie zna takiej zbrodni. na której ci zależy. albo rozumnie. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety.. kogo tak bardzo kochaliśmy. nie był aby prawdziwym sensem . To są fakty. co zostaje w naszych sercach. żywi. i to jest fakt.. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. a my żyliśmy. a kiedy już zrozumie. że ściany mają uszy. w Londynie.. Powinieneś to wiedzieć.. zawsze pozostanie zdrajcą. – Drugie pytanie – odpowiada generał. świece już się wypaliły. która mimo wszystko była jednak czymś więcej.. że był ku temu powód?. oschle. jej... Rozumiał to tak. – Ty w ten sposób. Umarła. i nie wolno tego upiększać. że jesteśmy jej coś winni. w życiu i w śmierci. nie opuści go dziwny niepokój. Nic – mówi zwyczajnie. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta. bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę... kto kogoś przeżyje. Ale odpowiada także poprzez fakt. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością. że omal nie umarliśmy. i tego nie wolno upiększać. przeżyć kogoś. co przez to wygrałeś?... – U kresu świat nic nie znaczy.

że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. Widziałem pokój i widziałem wojnę.. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka. ale intensywność namiętności.naszego życia? Wiem. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. być może jednak był ten węzeł. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. być może zła. widziałem wszystko. lecz jedynie żądzy?. zaskrzypiały koła powozu. tak nieludzka jest namiętność?. – Wiesz. od stóp do głów. niemym uściskiem dłoni. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. która pewnego dnia przenika nasze serca. widziałem walkę i zgodę. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. to jest to pytanie.. abyś powiedział – ciągnie. . a potem wiecznie się pali. Naciska klamkę. tak zła. Żegnają się bez słowa. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność. zataczają się światła. która być może jest dobra. odpowiedz – mówi głośniej. Ale sensem każdego naszego postępku. u samego rdzenia życia. Przeżyłem wszystko. tonem żądania.. że tak jest. jakby się obawiał. aż do śmierci? Niezależnie od tego. na białym żwirze. I to jest to pytanie. Generał ciężko oddycha. I przyglądają się sobie. obaj głęboko się pochylają. z płaszczem i kapeluszem. co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy. ale tak cicho. Tak.. Oto jest pytanie. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. tak wspaniała. jak chcesz. widziałem nędzę i świetność. nazwij to. W milczeniu idą schodami w dół. Może nie dotyczy osoby. że to trudne pytanie. I nie umiem na nie odpowiedzieć. Przed dwuskrzydłową bramą. dusze i ciała. służący biegną ku nim ze światłami. Chciałbym. która nas do niej przywiązuje.

Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami. – Tak – mówi niania. Niezdarny jest ten pocałunek. zatrzymuje generała. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. kreśli znak krzyża na czole starca. którego nie da się wyrazić słowami. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. Pusty prostokąt. – To już nie ma znaczenia – mówi generał. Razem idą w stronę pokoju generała. – Wiem. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra.20 Generał wraca do swojego pokoju. Całują się. – Dobranoc. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. Niania porusza się żwawo. z pewnością się uśmiecha. – Dobranoc. Generał kroczy powoli. . Ale jak każdy pocałunek. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. – Tak – odpowiada generał. drobnymi krokami. jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. Nini. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. U końca korytarza czeka niania. opiera się o laskę.

Po miażdżącej krytyce Györgya . Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. miasto-mit w dziele Máraiego). Dopiero w roku 1928. młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. duński. Powieści Máraiego. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch. udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś. w Szwajcarii. zamieszkują w Budapeszcie. nawet sztuki teatralne. portugalski i turecki. chorwacki. skupione na moralnych dylematach bohaterów. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. powraca z żoną na Węgry. francuski. włoski. w latach 1945-1948. w Austrii. po upadku Węgierskiej Republiki Rad. afabularne. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. pisarza niezależnego. Po wojnie. szwedzki. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. Napisał sztukę w języku niemieckim. opuszcza Budapeszt. olśniewające stylem. Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu. najpierw zapewniający mu bezpieczne życie. po dziesięciu latach emigracji. o którym pisał: wykształcony mieszczanin. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. Jego czytelnikiem był ten. opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). fiński. gdzie ukończył studia dziennikarskie. Współpracował z prasą niemiecką. Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. hiszpański.Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. psychologiczną dociekliwością. Był studentem prawa. Jest tłumaczony na angielski. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. Pisze do szuflady. czeski.

chorej na raka gardła. który odrzucił cały dorobek pisarza. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. następnie w USA. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. Młodszy brat Sándora. W roku 1956. Do 1952 roku mieszka we Włoszech. dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. Pięć tomów wydanych za życia. już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy). którą sam zakładał.. na zawsze.. udają się na emigrację. W rok później zmarł w wieku 82 lat. skąd powrócili do Ameryki. Kuriera z Budapesztu. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. każdy na własną rękę. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. tracił chwilami kontrolę. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. Notabene jego brat.Lukácsa. który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. sztuki i słuchowiska). jest pozycją niezwykłą. reżyser filmowy Géza Radványi. leci do Europy. gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. na wieść o wybuchu powstania. który ukazał się pośmiertnie. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. ten. dziennik. eseje. Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. odprawił z niczym. Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. skorzystał z zaproszenia. Nie brak też takich. W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. półślepy. reżyser filmowy. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów). W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. Obaj bracia. po wielkim. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. nad którą autor. a . jak się okaże. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci. szósty. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. niektóre nakładem własnym. Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. w Nowym Jorku. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947.

mimo powtórzeń.jednak. i narastającej niechęci do literatury. jest to dzieło wielkiego formatu. słabnącej pamięci. Feliks Netz .

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful