Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

Czterdzieści lat. zaświecił ją. Czterdzieści jeden lat. ponownie zapatrzył się w tekst. pomrukiwał. nim pójdzie w świat. ogrodowej.postawie na baczność. poczerwieniał. aż krępa. odprowadził go szklanym wzrokiem. drugi lipca. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. sypialnia i garderoba. Żył w tym pokoju jak chory. to wtedy było polowanie. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. oprawione w płótno w pepitę. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji. Potem umilkł. powiedział półgłosem. Generał urodził się tutaj. barczysta postać zniknie za załomem. umył ręce. za rzeźbioną kamienną balustradą. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. w tych kilka ręką skreślonych słów. Generał wyjął pomięty list. . zmieszany. Drugi lipca. zeschniętym ogrodzie. w bezmyślnej wściekłości podpala pola. powiedział w końcu. ochryple. który. podszedł do wysokiego pulpitu. a potem został księciem. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. zbudował go pewien dostawca wojenny. w wysuszonym. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. do balkonowej. był pokojem jego matki. niczym podpalacz. w list. bo w pokoju było ciemno. wiedział to dokładnie. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. jakby każda liczba przypominała coś. nie lubił dokładnych liczb. Wiele razy obliczał. liczył. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami. zaś ten pogodniejszy. przymknął klejące się powieki. Generał spojrzał w sufit. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. Wtedy zbudowano pałac. I czterdzieści trzy dni. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. Generał wszedł do swojego pokoju. poplamionym atramentem. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. A więc tyle to trwało. rzekł po chwili. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. odczekał. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. także gdy był sam. jak wkuwający uczeń. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. I jakby nagle ogarnął go spokój. Czternasty sierpnia. odchylił ciężką głowę. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. pokrytego cienkim zielonym suknem. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. spieczonym. I jak uczniak. karbowane literami jak drzazgi. zaczął się przechadzać. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. Czternasty sierpnia. Czterdzieści jeden lat. Liczył czas. z okularami na nosie. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. Pozostawiono jedynie ten filar. Za spuszczonymi żaluzjami. w tym pokoju. do milimetra. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. Przed paroma dekadami. Pokój był sklepiony. bardziej przewiewny – garderobą. szkolne zeszyty. jeden na drugim. starannie wygładził papier i w silnym świetle.

I czterdziestu trzech dniach. zadzwonił. Stamtąd okna wychodziły na park.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Po czterdziestu jeden latach. . gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. także zimą. jakby dopiero teraz zrozumiał. Kiedy wypowiedział te słowa. grzeczniej: – Proszę. przed kamiennymi balustradami balkonów. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. – A więc powrócił – powiedział teraz głośno. które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła. Na stoliku. Chodził do tłoczarni albo do lasu. leżał srebrny dzwonek. aż przyszła Nini. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. – Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. pod ręką. Nie poruszył się. pośrodku pokoju. albo – każdego ranka. na kasztanowce. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. zachwiał się. także wtedy. niebieski i czerwony. Po chwili. ze złotymi żyrandolami. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. nagle poczuł się bardzo zmęczony.

Była córką wiejskiego listonosza. kto był ojcem dziecka. Nini. którego kochała. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu. Wykarmiła piersią i wychowała generała. namiętność. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. dla którego wezbrało w niej mleko. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. skoro odszedł mężczyzna. Jej imię przelatywało przez pokoje. bardzo powoli. że też na świecie jest coś innego niż egoizm. po dwudziestu latach. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. A że zawsze była w dobrym humorze.. muskularna i spokojna. matka generała. Na sam poród. urodziła dziecko. A potem zmarła hrabina. w skórze. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. A potem generał ożenił się. a że nie znała tego języka. nigdy jej nie spytano. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. znacznie później. siedemdziesiąt pięć lat. Karmiła generała. Wtedy także uśmiechała się. dlatego czytała same litery. w tym pokoju. Niska. Nie miała niczego. we krwi. gdzie być powinna. .. że Nini także się uśmiecha. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. bo miała dużo mleka. tak jak następowały po sobie. tajemnicę czasu albo życia. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. Miała wtenczas szesnaście lat. Przeżyła w tym pałacu. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała. W takim stanie przybyła do pałacu. i zmarło jej dziecko. nie umiała poprawnie wymawiać słów. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. W tym pokoju niańczyła generała. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. próżność. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. i była bardzo piękna. milcząco. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie. czytała same litery. Była tutaj. nie można jej przełożyć na obcy język. jak może być w dobrym humorze. I chory wszystko rozumiał.” A że była wszędzie tam. której nie można nikomu wyjawić. śluzowatym potem. nigdy nie rzucała się w oczy. kiedy generał przyszedł na świat. śród ogólnej radości spostrzegano. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. przyszła do pałacu. generał czasem wspominał tamtą chwilę. zimnym. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. wówczas. Jakby coś ukrywało w kościach. Czytała mu po francusku. Potem zmarła pani. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. Pielęgnowała go Nini. Zawsze uśmiechnięta.

generał wyjechał. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. Będzie tu na kolacji. uniósł list. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. Niania usiadła. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . z granatowego sukna. Drugie pozostało niebieskie. Nini nosiła granatową spódnicę. panów urzędników z województwa i z miasta. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. Zamknął nowe skrzydło. To oko było teraz smutne. kuchnia. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. duży gabinet z kominkiem i książkami. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. Energia Nini przepływała przez dom. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. szare. i skromną bluzkę. W ostatnim roku postarzała się. żywe i uśmiechnięte. uczestników wielkiego polowania z nagonką. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. rozejrzało się po pokoju. przedmioty niczym tajemniczy prąd. Tych natomiast. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. wiecznie taką samą. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. ale czuło się jej siłę. Kiedy zmarła mu żona. w mieście – rzekł generał do niani.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. – Tutaj. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. które ulegają unicestwieniu. ludzi. wielka myśliwska jadalnia. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. Nikt nie mówił o tym. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce. obszerną jadalnię. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. ściany. Jedynie generał mniej więcej orientował się. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. w sierpniu. tak niebieskie. do pokoju swojej matki. – Jest tutaj. rozpadają się. Powrócił po roku. posłałem po niego karetę. otwarta weranda. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. Starzeją się bez obrazy. Niekiedy wydawało się. – Usiądź. z której okien było widać dolinę i miasteczko. a dalej niebieskosrebrne góry. kilkusetletnie jedwabie. cicho. Pamiętała wszystko. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. Nini – powiedział generał. sypialnie. Przyjdzie wieczorem. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. I jej niebieskie oko. z wyprawionymi głowami kozic. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć. To oko uśmiechało się. jakby od niechcenia. łazienki. gdzie? – spokojnie spytała Nini.

gdy przyszedł na świat. Niania powiedziała: – Czy chcesz. Jak ostatnim razem.. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. więcej niż małżonkowie.urzędach. nachyliła się i pocałowała żylastą. I nic nie miało imienia. że pan domu się nie udziela. odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. znali nawzajem swoje ciała i sny. zimą. Melchiora i Baltazara. Pewien rodzaj braterstwa. przyglądał się jej ciekawie. – Obiecuję – powiedział generał cicho. – Południe – powiedziała niania. we krwi i brudzie. potem nakryjemy. – zapytał podekscytowany. że Nini była pierwszą żywą istotą. Dwa żywoty upływały razem. Nikt więcej. z odrobiną dziecięcej ciekawości. – Dokładnie tak. Może dlatego. Wspólnota. Przymierzała czas do ogromu pracy. jaka łączyła ich ciała. spokojnie i stanowczo. kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. jakim zawsze rodzi się człowiek. – Niech się zastanowię. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. – Można. Zycie wymieszało ich dni i noce. ponieważ wiedziano. Można?. – W dużej sali. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. która widziała go w chwili narodzin. wdychali to samo powietrze. jakby liczyła. – Dobrze – rzekła krótko. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania.. co niejasno było im wiadome. Może sprawiło to mleko niani. gdy to samo jedli. Do szóstej każę przewietrzyć. Pleban. drzewa przed oknami. posłusznie. i wychylił się z fotela. Nikt się nie obrażał. Teraz jest południe. – Na ósmą wieczór. które jest większe. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. Wiedzieli o sobie wszystko. więcej niż matka i dzieci. – Można? – Miesiąc. wszystko było wspólne. . Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. Generał. żeby było tak. stęchlizna domu. – Tam – powiedział generał. – Bezgłośnie poruszała wargami. – Tak – powiedziała w końcu. Podeszła do generała. nigdy. z ciałem wychylonym ku przodowi. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. jakie przeżyli razem pod jednym dachem. Było też coś innego. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. który grzebał domowników. która zobaczyła generała.

kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. . A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. charakterystyczne odcienie linii. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny. z dumą i urazą. Światło i czas zmywają z płytki ostre. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. Włosy miał kędzierzawe. charty i wyżły. Trzeba obracać fotografią. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. Teraz. obserwował szmery w pałacu. na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Strzelby belgijskie i austriackie. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. Potem pragnie zemsty. stare strzały. torby na amunicję. wzdłuż ścian. Matka generała. I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. Już od dawna czekał. w półzaciemnionym pokoju. Przechylił głowę. kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. Potem czeka. Nigdy nie wspomniał. gdzie go obrażono i dlaczego. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Już nawet nie wiedział. niezbędne jest też pewne załamanie światła. Leżał na kozetce. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. Odesłał obiad.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. jak te bardzo stare fotografie. Portret ojca. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. liczne stado. raptem poczuł się zmęczony. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. jak dziewczyna. ale będzie bezbarwne. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. Polował codziennie. co więcej. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. usunęła wszystko. Wszystko się zachowa. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. polował na lisy i wrony. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. o każdej porze roku. Na wszelką zwierzynę. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach. wyrzuciła z pałacu myśliwych. Słuchał gorącego bulgotania blasku. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. hrabina. Najpierw się obraża.

król Francji. Okna zasłaniały białe jedwabne story. Matka chciała cudu. pękatym piecem z porcelany. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. nieodmiennie jesienią. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu. dokąd cię zabiera. Uśmiechnęli się. żyją niedźwiedzie. jacyś inni ludzie – obce miasta. że rodzice nie rozumieli się nawzajem. może to ta podróż.. Wtedy już wiedzieli. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami. mrużąc oczy jak krótkowidz. w domu myśliwskim. pośród woalek i okryć. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. Wszyscy się uśmiechnęli. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie. Miała do niej prawo. I marzła. Jechali przez góry.” – i uśmiechnęła się.. Cesarz był łaskawy. przez Szwajcarię. jak górskie potoki. pałace. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. ostateczne”. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. Tyrol. Paryska ulica była biała. padał śnieg. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. muszą żyć razem. także latem. wiatr. Był to wielki piec. I uśmiechnął się. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. On także jest niedźwiedziem”. jak dobrotliwy. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. Oficer gwardii polował. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu. seledynowym i różowym. Marzła. ponieważ namiętność. była nazwa jego ojczyzny. stuletni. Podniósł się. Pierwszym intymnym słowem. brzuchaty. to znaczy gdzie?. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. niedźwiedzie i jelenie. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny. pani! W lesie. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. Powiedział: „Uważaj. który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. który miał taki smak. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. bladzi i zmieszani. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. cesarz . Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. Wielka to była łaska. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. że matka tutaj marzła. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. że nie mogą postąpić inaczej. Myślał o tym. Wszyscy pokłonili się. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. Tak. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. i tak emanował ciepłem. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. żył ojciec generała. spojrzeli sobie w oczy. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. jakie sobie powiedzieli. w którym trafiał się ktoś inny niż on. stanął przed białym. gnuśny człowiek. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. Przyjechała na Wschód. Francuska panna powiedziała: „U państwa. nieomal po upływie roku.Tutaj. Było oczywiste. jak w czytankach. która ją dotknęła. Paryż.

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

Byli tam wszyscy. jak wędrują ptaki. Weszła do pokoju. francuska babka. lasu i porzuconych stron rodzinnych. stała obok nich. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości. personel. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. kiedyś pewnie płomiennie rude. wąski. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. jakby czas zapomniał je umyć. nachylali się nad dzieckiem. majaczył. który był już zupełnie cichutki.w imieniu taty. jak z włosów i ust francuskiej babki. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. francuska babka. jeżeli ten zapach nie minie. Miała szare oczy i mały. Upłynęły cztery dni. że umrze. Wróciła do chłopca. Nini pieszo dotarła do pałacu. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. nie umiała mówić po francusku. włosy. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach. puls chwilami ustawał. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. nosiła wysoko upięte. uśmiechając się . jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. pełna obaw. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. tylko była bardzo zmęczona. Nini była spokojna. wzięła go na kolana. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. chłopiec odczuwał mdłości. z siatką robioną szydełkiem. „Tout de même” – rzekła do jego mamy. Naturalnie nikt nie powiedział. W morzu tkwiły czerwone skały. dławiąc się łzami. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. Przybyli dostojni lekarze. na co właściwie to dziecko zachorowało. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. Zjawiła się tak. Nikt nie powiedział. zanim niania dojechała do Paryża. Nie płakała. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. Otworzyła się brama. psów. została w Paryżu. tylko oczy mu błyszczały. teraz brudnoryże. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. Około północy zaczął płakać i wymiotować. przyjęła ich francuska babka. Pocałowała dziecko i białymi. Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. żeby tu była Nini!” – powiedział. jakby jej dziecko składało egzamin. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie. przyjrzała mu się z góry. ponieważ nie spała już szóstą dobę. postanowił umrzeć. „Chcę. skonsternowana i obrażona. który ukrywał chore dziecko. płakała i modliła się. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. na piętrze. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. Wówczas zadepeszowano po Nini. Chłopiec czuł. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. czarny wąsik. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. Prowadzono go przez sale. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. Wszystko miało zapach nie do zniesienia. wyjęła z łóżka konającego chłopca. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. Hrabina klęczała przed drzwiami. która. nie znała nazwy ulicy. pałacu. w surdutach.

także powietrze i kwiaty. wonny chłód. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. – Nie idź na słońce. Siedzieli na plaży. to tutaj wiele. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach. przytuliła do piersi główkę chłopca.patrzyła na morze i niebo tak. kiedy morze bezsilnie huczało. . badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. I rzekła: – Nie. ponieważ wiedział. jak tam. Szumiało tak samo. Rano. To tutaj. często się śmiał. – Tata też jest poetą. pirata. będziesz żołnierzem. Rozboli cię głowa. Patrzył na morze. jakby już wcześniej je widziała. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. są mocniejsi. w domu. wszystko było słone. kiedy cofnął się przypływ. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. w godzinach południowych. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. Niania objęła go. chłopiec siadywał z nianią i słuchał. Słuchali morza: jego szum był znajomy. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. Chłopiec i niania myśleli o tym. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. który opowiada już tylko najprostsze historie. że razem. we dwoje. Teraz już się nie bał. niczym mędrzec ze Wschodu. Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. szumiał las. Długo przesiadywali pod figowcem. mój aniele. z odchyloną głową. wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. że wszystko na świecie tworzy całość. Chłopiec szybko się opalił.

ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. kiedy wracali z Bretanii. żelaznych łóżkach. Nosili białe rękawiczki. i historii. i sposobu. Wszystko miało smak saletry. w jadalni. jakby codziennie były urodziny cesarza. w granatowych bluzach. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. Chłopca oddano do szkoły kadetów. Mijają dziesięciolecia. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. na szczycie wzgórza. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. z prościutkimi ulicami. chłopcy prężyli się. szemrała woda w kolorze złota. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. Otrzymał szabelkę. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. pokasływał. w którym ktoś umarł. Chłopiec był blady. długie spodnie i czako. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. Byli jak dzieci. jakby to było jedyne miejsce na świecie. Wychowawcami byli starzy oficerowie. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. Niespiesznie szli alejami. W sypialniach spano po trzydziestu. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. z . w wąskich. w sypialniach. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. w klasach. Jesienią. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. Nauczano greki i balistyki. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. Drogą szła jakaś kobieta. W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. pośród przystrzyżonego listowia. ponieważ oświetlało ją słońce. letni pałac cesarza. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. dawne słowa. Rano budził ich dźwięk trąbki. jak cesarz. wdzięcznie salutowali. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. W fontannie. Był to żółty budynek. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. i naraz słyszą szum morza.

i dzieciak. jakby ją ten spacer zmęczył. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. a czego nie wolno. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. a jednak szczupły. i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów.białym. . ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. Powolny. co mu wolno. z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. ponieważ przypomniał sobie obraz. Jego ojciec. z tytułem i rangą. jak zwykli to robić rówieśnicy. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. matka była Polką. tak jak to jest. lekko przygarbiona. nad stołem. w nieświadomej i karykaturalnej formie. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. szła dama w czerni. tak samo jak wytworne. Od pierwszej chwili żyli razem. z gołą głową. panowała taka cisza. – Podobna do mamy – powiedział. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. o krótkich nosach z czeskich pałaców. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. szybko ich minęła. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. wokół jego ust pojawił się bolesny. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. Trzy kroki za nią. jakby przed czymś uciekała. byli niebieskoocy. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. jasnowłosi. jaki wisiał w gabinecie ojca. Konrad spał w sąsiednim łóżku. z głębokim nabożeństwem. tylko do niego. gdzie uczyło się czterystu chłopców. z nadanym tytułem barona. Twarz kobiety była bardzo biała. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon. Kiedy urósł. Rzadko się śmiał. czego nie wolno powiedzieć. Mieli po dziesięć lat. w Instytucie. – Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. W Instytucie. bardzo zmęczeni. który należał do nazwiska i teraz uczył się. dziesięcioletni arystokraci. Był krępy. Byli tu wszyscy. tutaj. kiedy się poznali. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. jak chłopcy z bardzo starych rodów. Był milczący i uważny. ze świadomie odmierzonym rytmem. z dodającą sobie wagi namiętnością. lecz nie leniwy. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. a wszystko to zostawili w garderobie. dziecięcy. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. słowiański rys. był urzędnikiem w Galicji.

starszy kelner władał nad ich stołem. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. w restauracjach.. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii. gdzie uroczysty. orzekli. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. rzęzili. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. był początek listopada. Chłopiec jadł obok ojca.. To biedacy. także na ulicy. zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”. nadziewali się na miecze. w sklepach – rękawicznik. raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. Ale wiedzieli również. możesz wrócić do domu. w dwóch ciemnych. który długo rozmawiał z lekarzami. nie jest chory. – Króla – powiedział ojciec srogo. łukowo sklepionych pokojach. Nosił frak. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. Chłopiec odetchnął z ulgą. Potem jedli w jakiejś restauracji.. – Powiadają. obaj więc mieszkali w hoteliku. bocznej uliczce. Chłopiec. koszulę z falbanami. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. żeby latem mógł przyjechać do nas. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. bieliźniarz. po prawdzie. Po czym oznajmił: . Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. przyjechał do Wiednia oficer gwardii. powiedzieli. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. jedynie ma skłonność do chorowania. wszędzie ich znano. w osobnym pokoju. jak każde wielkie uczucie. Chciałbym. Z tego wszystkiego. od pierwszej chwili. Niebezpieczeństwo. także i w tym. – Nie boję się. jakby przywoływał syna do porządku. co powiedzieli lekarze. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. tato – powiedział chłopiec. Oziębiło się już. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. – Tak. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości. W korytarzu wisiały jelenie rogi. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu. – Jeżeli chcesz. jest natury ogólnej. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. krawiec. jest wstyd i świadomość grzechu. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św. Zamieszkał tu w dwóch pokojach. Ojcowskiemu słowu można było ufać. w ciemnej. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. Ale wolałbym. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji. pułkownika z Moraw. Na prośbę kierownika zakładu. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie..

lecz znosił ból w milczeniu. nakazywało. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. Już nie był samotny. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. życie towarzyskie i miłość. możliwe też. bieliznę. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. Generał chwalił się Konradem. chłopcy zaczęli stronić od świata. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. bo to nie jest pełny człowiek. którego kochamy. Wychowanie. Lecz ojciec był wielkoduszny. Konrad był bardziej męski. że każdy odbierze mu tego. Potrzebny był ktoś. jak do . – Pewnego dnia musimy porzucić tego. – To ludzka rzecz – odrzekła matka. serdeczny. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. mieli swoje sekrety. W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. zarazem bał się każdego. a wtedy nie miał gorączki. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. spokojniejszy. wcale go nie szkoda. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. Wszystko mieli wspólne. prawdziwy pan. jak jakiś twór. którego kocha. Już cztery lata trwała ta przyjaźń. książki i polowanie. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. Wtedy będzie bardzo cierpiał. by człowiek nie mówił o tym. jak jakieś arcydzieło. Ale Nini nie uśmiechnęła się. jeździectwo i żołnierskie cnoty. Miękkie. przyzwyczajono się do niej. bał się. kiedy chłopcy wsiedli do karety. z lasu i z Paryża. coraz bardziej spazmatyczny. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. że trochę była zazdrosna. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. ponieważ nie byli samotni. Nini bała się. jego szczupłą. ubrania. pod koniec pierwszego lata. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. w pałacu urządzono im wspólny pokój. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. Francuska mama. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. To także otrzymał w spadku. Chłopiec zrozumiał.– Już do niego nie chodzę. Ale nie umiał żyć bez miłości. Kto tego nie wytrzymuje. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. – Któregoś dnia odejdzie od niego. nie pokasływał. jednocześnie czytali tę samą książkę. Coraz głębszy był ten związek. razem odkrywali Wiedeń i las. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. co go boli. Byli w tym wieku. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. jasne włosy. z charakteru matki. których nienawidził. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu.

czego się uczył. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. że to jest cały jego majątek na tym świecie. jak ktoś. w nerwach. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. co tamtych pozostałych. jak ktoś. „Henrykostwo”. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. stary. Ale żyli w czystości. jak bezinteresownej przyjaźni. kto wie. Konrad zaprzysiągł Henryka. Konrad z trudem. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . Pragną beznadziejnie. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. Lecz nie szydzono z tego związku.jakiegoś fenomenu natury. Konrad był poważny i wstydliwy. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. coś ostatecznego. ciekawskich i niespokojnych. Konrad był sztywny. jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. jak małżeństwo. zarazem wyniośle. Tej przysiędze długo dochowali wierności. Byli już wtedy młodymi oficerami. bardzo konwencjonalny. Spowiadali się co dwa tygodnie. Ludzie niczego tak nie pragną. jakby przyjaźń. bądź w naukę. chłopcy byli bladzi. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. bardziej nieludzkie. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. jak każdy prawdziwy mężczyzna. bezwzględność. powaga. bądź w wyczyny cielesne. łysy i uniżony człowiek. aby żyli w czystości. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. bądź w zbyt wczesne hulanki. Nic nie jest równie delikatne. Potem dosiadali koni. Baron. chaotyczne i bolesne miłości. taktownie. bądź też w przedwczesne. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. wszystko to jest brutalniejsze. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. Nie było to łatwe. podziemnym rewirom życia. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. Pewnego lata wybrali się do Galicji. w których pokłada swoją nadzieję. ale to. gdy ma dziesięć lat. Żyli według ścisłego regulaminu. miewali zawroty głowy. Żądze dawały o sobie znać we krwi. więzy wielkich namiętności. razem sporządzali rejestr grzechów. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. Co rano. jak taki związek. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. gdy zmieniały się pory roku. z bandażem i w hełmach. Wszystko. odpłacała z nawiązką za to wszystko. Henryk łatwo się uczył. że żyją w jakimś nienazwanym. do rodziców Konrada. mocne uczucia. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. co życie przynosi z sobą później. Tych dwóch chłopców czuło. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. także wtedy. z nagimi torsami. Henryk był świetnym jeźdźcem.

Jego mieszkańcy: Ukraińcy. palili papierosy i milczeli. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. trzy tygodnie nie jedzą mięsa. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż. Nigdy go nie widziałem. wygodę. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. Rosjanie. Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. jakby i w samym mieście. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. tylko jakiś godny współczucia. żebyś o tym . wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. Miasto było duszne. Żydzi. dom. Gdzieś tam daleko w Polsce. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. jego matka. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo. wrzasku i szeptu. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. przez dwadzieścia lat. Należał do mojej matki. Nigdy niczego mi nie zabrakło. Najpierw wyprzedali meble. trajkocący niedosyt. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. ozdobionej zakurzonymi palmami. Chłopcy mieszkali w hotelu. I tak to trwa od dwudziestu lat. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. Potem poświęcili zdrowie. i przywiędła. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. Pierwszego wieczoru. i aby w tym pokoju stały porządne meble. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. czesne. delikatnie i spokojnie. przybywa stąd. potem sad. Wszystko. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. coś ostatecznego i niezmiennego. życie w tym mieście. jest pewien dwór. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. na opłatę za egzamin. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. ciężkich winach. jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. – Pomyśl tylko. przy rosyjskiej granicy.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. Jedynie kościół katedralny. jaki posłałem twojej matce. ze starymi wieżami. – Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. na bilety do teatru. na koszty związane z pojedynkiem. na bukiet. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. bardzo poważnie. spokój na stare lata. jakie stary urzędnik. Niemcy. place. i w niewietrzonych. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. przed pójściem spać. ziemię. – Chciałem tylko. ojciec Konrada.

.. że jest im z tym bardzo dobrze?. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział.. bez słowa skargi. zacinając się. coś. gdzie urodził się i wychował. ręka zamiera mi w powietrzu. Teraz to wyrzekł. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. – Ale mnie jest ciężko tak żyć. co nie w pełni jest moje. ogarnia mnie przerażenie. coś. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie. – Tak – rzekł z powagą generał. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. iż obaj zostaniemy kalekami. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. wychowano mnie tak. w swoim własnym życiu. Na to przysięgałem. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. żebyś to kiedyś zobaczył. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał. zapach jadła i tanich trunków. . I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka. że trwonię cudzą własność. Czasami. żadnej wycieczki latem. które może mi wysłać w liście. czego nie można było wyrazić słowami. Kiedy wyjeżdżali. żadnej zbytecznej sztuki odzieży. trwonię coś z ich życia. że z próżności porąbiemy się tak.wiedział. gdy mam coś zrobić. jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. – Im. do czego oni. wesolutki. że coś zdarzyło się między nimi. moje zdrowie. Jestem żołnierzem. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. i nie wietrzonej pościeli. którzy w Galicji. – Nie sądzisz. Tutaj żyją.. że każde zadraśnięcie. Jakby jeden drugiemu był coś winien. Od dwudziestu lat żadnej podróży.. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. Kiedy choruję.. byli za słabi. poświęcają dla mnie swoje życie. jakby to był przedni żart. Cztery dni pozostali w tym mieście.. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho. Ale po co oni znoszą to wszystko. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu. kiedy co rano spieszy na targ sama. Coś. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło. może. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. Wiecznie ta odpowiedzialność. zobaczyłem twarz mojej matki. – Chłopiec umilkł. jakie mi zadaje. w milczeniu. Jakbym nie należał do siebie.. skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?.

Ale generał czasami podejrzewał. jakby w jego ciele słabła owa napięta. raptem dają komendę „spocznij!”. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. Niekiedy muzyka była żartobliwa. tak pożądliwie. w jakim żył. dotykała go tak dojmująco. Ale usta zaczynały mu drżeć. pięknych dam ani publiczności w teatrze. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. sztywna postawa. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. jak cielesny atak. w takich chwilach rozluźniał się. niekiedy nadęta i uroczysta. gdy słyszał muzykę. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. uważano. Wszelkiego rodzaju muzyka. A zresztą nikt się nią nie przejmował. tajemnicze miejsce. Muzyka coś mu mówiła. nie widział otoczenia: zwierzchników. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. niż by miał grać w karty. Rygor. Konrad jednak zawsze bladł. oczy mu się śmiały. a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Bladł. że konieczne są do niej trąbki. Ta muzyka była głośna i przepisowa. Henryk nie miał słuchu. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. gdzie jest. utrzymywała w karbach krok oddziału. także najpospolitsza. i to było wszystko. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. czego inni nie mogli zrozumieć. Jeden hoduje psy. męczącym przemarszu krokiem defiladowym. patrzył przed siebie. Człowiek kroczył sprężyściej. usta zaczynały mu drżeć. O muzyce wiedziano jedynie tyle. buntu muzyki. Każdy ma swoją słabostkę. Bezpieczniejsze niż kobiety. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. uważano. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. Wtedy zapominał. jak wierzący winę i pokutę. Lepsze to. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. kiedy słuchał muzyki. który przyjął dobrowolnie. kolegów. inny jeździ konno. które być może . za wszelką cenę. raczej ją wybaczano i tolerowano. Jak podczas parady wojskowej. po długim. jakby chciał coś powiedzieć. Całym ciałem słuchał muzyki. wychowywał się.

iż „życie jest obowiązkiem. jakby muzyka. wieczorem. Wieczorem. Ze spokojem człowieka. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. Oficer gwardii wzruszył ramionami. z tą cierpliwością i rutyną. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu. pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. jakby go krępował ten związek. jakby muzyka miotała niewidocznym. także poczuli. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. gdy się do niego mówiło. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. Wreszcie. Oficer gwardii bardzo uważnie. po jednym zgodnym akordzie. powiedział: . jedwabną zasłoną. Pewnego lata. w snopie światła wirował złoty pył. nieco nachyliwszy się do przodu. Lecz wiedział. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. aby wyzwolić w świecie siły. co jest galaretowate i zjełczałe. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. Ojciec i syn w fotelach. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. w zatracenie. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. Siedzieli w dużej sali. Hrabina grała żarliwie. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. o której zapewne ktoś myślał mówiąc. – Jego ojciec był Francuzem. jak w intonacji wygnańców. Wszyscy troje to spostrzegli. wpatrywał się w przyjaciela syna. przed kolacją. co pogrzebały ludzkie serca. coś się wydarzyło. obserwował dym z cygara. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. matka i Konrad. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. W takich przypadkach nie słyszał. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. że muzyka jest niebezpieczna. kiedy sam z synem pozostał w palarni. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. jakby to wszystko. z poczuciem wyższości. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. zaczęło żyć. umilkli. że ojciec ma rację. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. Palił cygaro. że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. która prowadzi donikąd. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa.przynoszą wieść o wolności. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. który zna się na rzeczy. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką.

Ojciec już nie żył.– Bo to jest człowiek innego rodzaju. . minęło wiele lat. kiedy generał zrozumiał to zdanie.

że Konrad żyje jak zakonnik. Jakby nie żył na świecie. z którą miał jakąś tajemniczą więź. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. ale i w nocy. którą ukrywają okoliczności życia. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. wąski i długi ogród. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. potem Konrad zdawał służbę. nawet we śnie. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. tak bywał w świecie i w towarzystwie. Konrad wynajął fortepian. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. wypełniony renklodami. bardziej skomplikowana. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. Syn oficera gwardii dał . pełną wyrzutów jasność słabego światła. Bał się muzyki. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. tak wypełniał swoją służbę. razem składali przysięgę. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. lecz samotność i przytomność umysłu. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika.7 Człowiek zawsze zna prawdę. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. i już z ulicy. na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. Nigdy nie polemizował. Zawsze spokojny. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. kostiumy. jakby się bał muzyki. coś w nim łamie. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. Mieli tam trzy pokoje. i nie była to jedynie więź świadomości. z dorożki. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. lecz rzadko grywał. jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu. Tak żył. nie tylko w dzień. tak obcował z towarzyszami broni. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. rola. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. z balu albo z towarzyskiego spotkania. tak. tę inną prawdę. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. który odsuwa go od kariery.

młodego Straussa. Owego roku we Wiedniu. dotykała w ludziach ich namiętności. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. że jest posłuszny. a już o piątej rano wstaje. Naturalnie. bardzo mocnym nakazom. trzeba być posłusznym głębiej. i nad ich bezpieczeństwem. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. a jedynie nosi ze czcią mundur. jaką kochał Konrad. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. wieczorami bywa w towarzystwie. pisanym i niepisanym. klatka schodowa. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. a ci. czuwa nawet wtedy. Syn oficera gwardii czuł. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje. że wszystko jest na swoim miejscu. czego od niego oczekują. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. z przekory. gdy nie robi nic innego. W . którzy przysięgali na jego imię. chciała. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. Wiedeń już spał. syn oficera gwardii i jego przyjaciel. sklepionej łukowo klatki schodowej. Spał głęboko. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. niż to określają prawa. Żyli w Wiedniu. i padał śnieg. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. nie chciała przynosić zapomnienia. przy biurku. słucha walców. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. Taka muzyka jest groźna. Lecz muzyka. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. Człowiek musiał wierzyć. pije czerwone francuskie wino. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. gdzie cicho grano. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. Grano. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą. ale także odrobinę pachnące. byli młodymi oficerami. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. ściągnął rękawiczki. Wszystko to było łagodne. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur.dorożkarzowi monetę. myślał. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza. w złotych i białych salach. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. w restauracjach i w salach balowych. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. Syn oficera gwardii czuł. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. budziła poczucie winy. i zaczął. Przybywał ze świata. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. Cesarz także już spał w Burgu. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. cicho pogwizdywać walczyka. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. Odszukał klucz. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata.

Potem szedł na spacer. Wiedeń był w dobrym humorze. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia. podburzali i niepokoili dusze. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. Wiedeń. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. gdy padał śnieg. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę. on. Stefana. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. dopóki nie wygasł piec. bowiem był karnawał. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. przed pójściem spać. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. odmierzano najlepsze piwo świata. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. Węgrzy. W śródmieściu wystawał przed sklepami. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach. Niemcy. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. Imperium. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek. wypijał kieliszek. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. Morawianie. a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. Serbowie. wszyscy mieścili się w hierarchii. Konrad mówił o swoich . ponieważ był podobny do ojca. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. czako i rękawiczki. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. nieskończonej i przyjaznej ludziom. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. W stęchłych. że pośród tych awanturniczych żądz. Myślał o tym syn oficera gwardii. skłonności i porywów. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. Czesi. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. Służący odskoczył od pieca. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. i miłość tak wrzała i władała miastem. w półmroku pokoju. bo był młody. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. jego pan każdego wieczora. jak ci. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. które omotało wszystkie klasy społeczne. Wielka to była rodzina.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. że wszyscy są szczęśliwi. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego. cicho pogwizdując i uśmiechając się. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. Na godzinę przed otwarciem teatru. kiedy wydawało się. Horwaci i Włosi. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. gapił się. kapelusze z piórami. niosąc butelkę na srebrnej tacy.

Posada w wojsku. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania. po prawdzie. Konrad szybko się starzał. którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. o społecznej ewolucji. O wiele bardziej napawało go lękiem to. Konrad tłumaczył mu. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. tym swoim lekko szyderczym. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. głosem. To nie było łatwe. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. że nie może przyjąć jednego filera.lekturach. Syn oficera gwardii czuł. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. nie wiedział co począć. który siedzi w domu. z mundurem i stopniem oficerskim. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. . jak każdy podarowany przez los ludzki związek. I obaj wiedzieli. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. w mieszkaniu na Hietzingu. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. trzeba uniezależnić od pieniędzy. wiecznie tęskni za podejrzanym. o której mówił ojciec. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. tak i Konrad. Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. jak wspólnicy przestępstwa. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. o historii współżycia ludzi. czego doznawał w świecie. a Konrad tutaj. Bracia mówili o tym głośno. gdy poznamy. że ich przyjaźń i sojusz. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. któremu na imię świat. była dla niego posadą uciążliwą. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. Jak każdy człowiek. z którym. co tam. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko. Syn oficera gwardii cicho błagał. którzy są zmuszeni ulec. stosownie do swojej pozycji i nazwiska. syn oficera gwardii o życiu. mówił o świecie. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. Ale nie to było ważne. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu. nad którymi panujemy. który był skomplikowany i kruchy. obojętnym i budzącym lęk domem. cicho i długo rozmawiali. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. na całe życie. Ta „inność”. że bywa w świecie. jakby Konrad był czarodziejem. na tamtym brzegu można dostrzec. dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. jakby to wszystko. że należało uratować tę przyjaźń. A ponieważ kochali się. Konrad nie miał pieniędzy na życie.

tancerka. opary olejku różanego i francuskich wód. delikatnie. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. pozostały po nich wstążki.. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. pachnące listowiem lasy. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. grając rolę. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. zniesienie praw grawitacji. ponad światem jaśniało pewne uczucie. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. rozbicie smutnej spoistości ciała. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce. które było silniejsze od wszystkiego. listy. Weronika bezwiednie objęła ich obu. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. z głębi powozu. kwiaty i po jednej rękawiczce. Przyjechali tam powozem. co oznacza miłość: pożądanie. Weronika. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. kto ocknął się ze snu. pewien styryjski malarz. Ach. w atelier. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację. tak ona strzegła swych nóg. różową jedwabną suknię. tak. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. . jakby każdy ziemski krok. dopasowaną w talii. stąpała tak niepewnie. To uczucie znają tylko mężczyźni. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć. chwila czystego istnienia. Po kamienistej drodze. białe. pośród liści. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać. ponad obowiązkiem. Była to chwila szczęścia. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. przydając mu napięcia. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. Pili lekkie czerwone wino. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie. to jednak Weronika. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. Tutaj żyła Weronika. gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. które poprzedni podnajemca atelier. która była również profesją. i czarne jedwabne półbuciki. w atelier. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. jak ktoś. zazdrość i pełną rozterki samotność. tancerka. był niegodny jej nóg. we troje. Ta od koni. I wszystkie inne. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. i to wszystko. Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków. Lecz ponad kobietami. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę. i mile. Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. i z roztargnieniem sobie przypomina. a młoda kobieta często się śmiała.. tych arcydzieł. A potem Angela. przez parne. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie. nie bez wzruszenia. na przykład do restauracji. Weronika. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. Ależ nie. jakby badał obraz przez szkło powiększające. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. I Angela. Na imię mu przyjaźń. chwila poza świadomością.

jakby rzecz całą bagatelizował. wzruszył ramionami. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. Podszedł do stołu i niezdecydowaną. w głębi – zarysom miasta. wprawnymi ruchami. długo mu się przyglądał. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. z rękami założonymi na piersi. żółtej drodze na dole. na ogród spadła ulewa. dolinie. sprawdził pistolet. przymknąwszy jedno oko. Podszedł do okna i otworzył okiennice. kiedy celuje. Otworzył szufladę. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. głęboką szufladę. zielonym i białym jedwabiem. Gdy spał. jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. Długo trzymał w rękach tomik. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. wyjął z szafy galowy mundur. widział pewien przyczółek mostowy. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. przyjęcie na peszteńskim zamku. poszukał swoich odznaczeń. jak myśliwy. Przyglądał się okolicy. cienki tomik. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. Ubierał się sam. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. Stał przy oknie nieporuszony. W ostatnich latach. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. lasowi. Następnie drobiazgowo. . srebrne i złote medale. wzdłuż Dniepru. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. Roztargniony. Wzruszył ramionami. Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit.8 Generał przebrał się. wsypał ordery z powrotem do szuflady. Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Włożył czarny garnitur. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. pamiętną paradę w Wiedniu. wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. Już zmierzchało.

świetlicą. w męskie cnoty. że tutaj też kiedyś wisiał obraz. wędrownych portrecistów. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. długim korytarzem. byli to rówieśnicy oficera gwardii. ze szpicrutą w ręce. Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. Ofiarą pędzla błąkających się. byli dumni. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. w kapeluszu z piórami. w milczenie. To było dobre pokolenie. w mundurze oficera gwardii. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. w galowych strojach. W rodzinie generała była taka tradycja. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach. jak praskiego artystę S. który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. niczym zakonnym ślubom. w samotność i w dane słowo. Większość milczała przez całe życie. I jeden z portretów mamy. obcych panów w perukach. A teraz. także w kobiety. prawdziwi mężczyźni. prapradziadkowie i praprababki. Potem następowało kilka spokojnych. W końcu korytarza stała niania. szedł powoli. I kiedy doznawali zawodu. w czarnej . jak woltyżerka.. portrety tłustych. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem. majordomusa i co znaczniejsze konie. kto nawinął mu się pod pędzel.9 Minęła godzina siódma. lecz wierzyli w coś: w honor. towarzysze pułkowi. o ustach żądnych rozkoszy. daleka rodzina jego matki. z węgierskim wąsem. A potem portret ojca. z niewzruszoną twarzą. poważnych męskich twarzy. zamiast portretu. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. przeszedł przed pustym czworokątem. Dalej już były same pejzaże. co był tu przejazdem. pokojem muzycznym i salonami. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem. Obcy ludzie. krok za krokiem. milkli. dawni pracownicy. kiedy generał wyszedł z gabinetu. przyjaciół i kolegów z pułku. ale i sławniejszych. znajomi. To było dobre pokolenie. oddając się obowiązkom i milczeniu. Generał.

pod zegarem. Generał patrzył na obszerny westybul. – Nic od tego nie zależy. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. że go spaliłaś. który nakręcono. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. – A więc pamiętasz. w nowiusieńkim. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. że jeszcze go chronisz. fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. – Tak. Nie tylko meble zaczęły żyć. – Tutaj siedział Konrad. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. już ciszej: – Nie wiedziałem. Pośrodku. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. na potężne meble. tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. na kwiaty ustawione na stole przy kominku. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. Pałac. który przywiozła jeszcze moja matka. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. wielkie żelazne świeczniki. – Tak. wilgotnymi. Krystyna siedziała naprzeciwko. gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. metalu. sprzed czterdziestu jeden lat. przy ogniu. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz.sukni. – A jest jeszcze? – spytał generał. – Dobrze. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. ale i obrazy na ścianach. tą w kwiaty – powiedziała niania. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. na salon w głębi. drewna. Przed czterdziestu jeden laty. w głąb westybulu. – Uspokojony skinął głową. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. na rozmieszczenie foteli. – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. sensu pewnej godziny. ponieważ po północy. że strzeże obrazu. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. pewnej chwili. W kominku polana przygotowane do podpalenia. – Nie chcesz. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. Potem. jak mechanizm. naprzeciwko kominka. w fotelu. które strzegły pamięci. – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. spojrzeli z góry w jej głąb. lecz jedna chwila. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. i ta . Myślałem. na florenckim krześle siedziałem ja. Przedmioty. – Pamiętam – powiedział spokojnie. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. – Tak – powiedział. Niania skinęła potakująco.

chwila była sensem ich istnienia. – Jeden łyk – powiedział generał. Pod każdą postacią. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. na dźwięk jego głosu. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry. jakbyś dokądś wyjechał. nad ranem. Byłeś tak daleko. . żebyś wiedział. – Niania zamyśliła się. – Tak – powiedziała spokojnie niania. – Byłem tutaj. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. pozostali sami. Wtedy były również raki – powiedział cicho. Była tylko ze mną. bądź kogoś ze służby. Mówię to po to. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. Krystyna piła półsłodkie. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. Stek i sałatę. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. – Zawsze tylko jeden łyk. jakby mówił do siebie. – Krystyna lubiła raki. jak mechanizm. Pamiętasz? – Tak. I butelkę ze starego Mumm. do pieczeni. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. Po czym umilkł. Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. gdy zaczęły żyć. Byłeś w swoim gabinecie. Perliczkę. Powiedziała – w stronę pokoju. I chablis. – Z tamtego jest tylko wytrawne. I płonące lody. Konrad. Krystyna także nie znała prawdy. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. pochyliła głowę. Kiedy Krystyna konała. przedmioty owe również o tym pamiętają. jak wspólnik przestępstwa. Teraz już nie ma. na górze. dzisiaj wieczorem. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. – Kiedy właśnie prawdy nie znam. a ona konała. – Tak – powiedział generał. aby było dobrze. – Bacz. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. – Prawdę – odparł krótko. zaczepnym tonem. Sam jego ton sprawił. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. Wtedy jeszcze były raki w potoku. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. – Dobrze znasz prawdę. który nakręcono. – Rzeczywistość to tylko ułamek. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. by dokładniej zrozumieć słowa. zna ją. a oni. – Zupę i pstrąga. Może on. Jedną z tych olbrzymich butelek. I teraz. że lokaj i pokojówka. – Prawdy – powiedział generał. – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. Nie lubiła szampana. do ryby. wzywała ciebie.

. jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho.. Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie. – Pamiętasz?. – A ja tak – odparł przekornie. . Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi.Generał milczał. – Widzisz. powoli schodził po schodach. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął. Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji. Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa. w czarnym ubraniu. pojawił się stary człowiek. Świece stołowe. w ślad za lokajem. – Świece – powiedział. Niech się palą.. niebieskie. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się. – Zdaje się. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania. – Bacz na wina. Nini. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. i na wszystko. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się.. Wyprostowany. starczo i uroczyście.

a jednak każdego dnia. myślał generał. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. – Z Londynu. Chyba jest bogaty. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat. Przetrwaliśmy. myślał generał. Pod Londynem. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. w postawie. Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. dlatego jest taki silny”. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. i Schadenfreude. On również miał na sobie czarne ubranie. kiedy się nie widywali. czas oddalenia – czas. – Gdzie byłeś w tropiku? . że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. śladowych resztek ochoty do życia. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. A gość. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. poważną. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli. z dziwnym zadowoleniem.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. a generał wiedział. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. Mam niewielki dom. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić. – Mieszkasz tam? – W pobliżu. mrugając oślepionymi oczyma. Jak ktoś. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. Po to żyli. lecz pierwszorzędną odzież. – Skąd przybywasz? – spytał generał. Konrad wiedział. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. Kiedy powróciłem z tropiku. szukając w twarzy. zostałem tam. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. Obaj czuli w owej chwili. Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa.

Coś w człowieku zabija. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. w starym fotelu. kiedy we troje siedzieli w salonie. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. który do tej pory przezornie omijała. w tonie konwersacji. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. w fotelu. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. Generał uważnie obserwował jego ruchy. on. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. który stał pod zegarem. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. kiedy usiadł obok kominka. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. naprzeciwko kominka. . I również usiadł. Teraz. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. Wcześniej w głębi półwyspu. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. Czuł się jak myśliwy. Witaj! Wypili i usiedli. wśród Malajczyków. co wieczór. Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. gdzie kiedyś żył. spala tkanki. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. jak my. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem. To było jego miejsce. – Nie? – zapytał gość. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania. Krystyna i Konrad. Nie odpowiedział na pytanie. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. – Ale to tylko w ostatnim czasie. – Ale po tobie tego nie widać. i rozmawiali. czterdzieści jeden lat temu. gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. – Podniósł białą rękę. Zużywa narządy. – Nie znosi takich ludzi. – Ohydnie – powiedział Konrad. przed i po kolacji.– W Singapurze.

jakby zmienił się rytm twojego życia. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet. kiedy nie wiesz. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. a jednocześnie jesteś obojętny. Święcie wierzę. kiedy usługują.. Anglicy. zamknięcie się w sobie. – Anglicy również? – spytał generał. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. który nie ma bakcyla chorobotwórczego. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. w domu. lecz jest podejrzany. Nie miałem pieniędzy. coś się w tobie pali. Szanują go. pola golfowe i korty tenisowe. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. ci się bronią. Ci są legendą. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. Raptem znalazłem się wśród bagien. Trzeba. rozpoznają. Później drętwiejesz. po pstrągu. whisky. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. że ten. na wyspie jest podejrzany. że to jest choroba. Napad szału. w środku bagien.. że przywykniesz. Holendrzy. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. w domach o blaszanych dachach. Podejrzany jest każdy. Tę swoją uprzejmą pychę. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. Miesiącami obojętny. Wszyscy piją. A potem ta chwila. Ale ich także zatruwa ta gorączka. w uśmiechach. kto dłuższy czas spędził w tropiku. niekiedy już w pierwszych miesiącach. jak pozostali. Może rośliny. tam. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. Są wśród nich piękności. ludzie mają przekrwione oczy. – Byłem jeszcze młody. Albo: „Szpiegostwo”. dobre wychowanie. – Rzadziej. abyś wiedział. pięciu latach bydlęcieje. w łóżku i przy stole. Może to te malajskie kochanki. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. Może to woda. Miałem trzydzieści dwa lata. owszem. ten szał. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze. – Mówił o tropiku. obyczajach. kiedy tam dotarłem. – Zrazu myślisz. W trzecim roku czujesz. Francuzi. W pierwszym roku myślisz. Jakby powiedziano: „Syfilis”. w ruchach. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. smoking. który wkładają wieczorem. ponieważ .11 – Tak to jest – powiedział Konrad. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. serce bije ci inaczej. kto dłuższy czas spędził w tropiku. przecież pamiętasz. A większość po czterech. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. Oczywiście nie każdy. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. że umrzesz. Żyjesz szybciej. Jest absolutnie pewne. Belgowie.

cztery arcydzieła fabryki w Sevres. z tropiku nigdy. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to.. jak tornado za bagnem. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. z orderami na piersi. co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami. orchidee w kryształowym wazonie. – Powiedz. Nie można stwierdzić. pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem.. kto przybywa z tropiku. ponieważ jest podejrzany. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. poprawny i dobrze wychowany. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem. Sala. Południa. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. w którym jest także coś pociągającego. Siedzą przy długim stole. która nie widziała gości od śmierci Krystyny. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem. meble pochodzące z Wersalu. Wszelkiego rodzaju namiętność. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. wśród ludzi takich jak on. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. zważa równie pilnie. Daremnie prenumeruje czasopisma. Wschodu i Zachodu. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku.. Niecałkowicie jest nim. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. a szare. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe.. w oddali . męczące i kłopotliwe maniery. Tam namiętność kryje się w życiu tak. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia. daremnie. Przed generałem stoi symbol Zachodu. z odchyloną głową. w obszernej jadalni. w sercu. wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. ucieka najtaniej. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. pomiędzy nimi. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. pomiędzy górami i lasami. Ponieważ przeżył tropik. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. to pewne. w mundurze. – Kto tylko pije. niebieskimi świecami kościelnymi. jest bardzo gładki. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. aby to powiedzieć. na rządowych przyjęciach. przełykając ze znawstwem. Świece płoną wysokimi płomieniami. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. – Gość smakował chablis. – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem. na które biały człowiek w tropiku. jest czymś takim jak sala w muzeum. Tropik to choroba. co jest w jego krwi. – Rozumiem – powiedział generał. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. Ale w środku jest inny.daremnie grał w golfa i w tenisa. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. Daremnie zachowywał te dziwne.

a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. nieporuszony. w dużej sali. – Mam siedemdziesiąt pięć lat. odbija dźwięk strun. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów. kieliszki i tapety. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. Dlatego wyruszyłem w podróż. który poznałeś tropik i namiętność. zgodnie czegoś strzegą. . od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim. Krystyny. Majordomus w czarnym surducie trzyma. talerz. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu.. – Przed czterdziestu laty. Co prawda. jak drewno. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. Je łapczywie. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. – mówi niepewnie i – zmieszany. – A więc byłeś we Wiedniu. To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. Niedługo umrę. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada. dlatego też przyjechałem i tutaj. ponieważ byłem we Wiedniu. dwaj starzy mężczyźni. że słychać nawet trzaskanie polan. – Rozumiem – mówi generał. słoń i człowiek o czarnej twarzy. złote sztućce. ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. lecz ze starczą żarłocznością. starym drewnem. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. jak ty. Wtenczas. i ten dom.migocące światła małego miasteczka. Mówią cicho.. – Przyjechałem tutaj. pokryte gobelinem. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło. który słuchając jadł i myślał. a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. daleko od siebie. kryształy. w burnusie. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. W sali jest tak cicho. z którego jest zrobiony instrument. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. mimo woli milknie. ba. w drodze do Singapuru. Niegdyś było to miejsce żony generała. – Nie – mówi Konrad. – Dawno – odpowiada. eleganckimi gestami. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. straż przy podstoliku.

gdy padał deszcz. tak jak ty to zrobiłeś. Kiedy indziej także. obojętnie. Białe konie hiszpańskiej szkoły. wcześnie przeszedłem na emeryturę. – Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. żeby porzucić służbę. Żeby wyjechać w świat. aż się znudzi. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. Dlatego zrzekłem się. Zrozumieli i zaakceptowali. – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. z którym właśnie rozmawiam. W Wiedniu tak żyje muzyka. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. U nas niewiele jest zmian. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. a potem obserwować. . Była taka chwila. nie był moim człowiekiem. – Wiesz. tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. szukać. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. – Tak – odpowiada gość. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. ponieważ miałem przyjaciela. Czułem. który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. że Wiedeń był dla mnie tym. w spojrzeniu ludzi. – Zmianę. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. wiesz. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. jak ów przyjaciel. i wszystko to. Zawsze słyszałem jego głos. A Wiedeń także był czymś takim. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. To było najpiękniejsze w moim życiu. Obiecałem ojcu. No. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. ten. rozglądnąć się. czym w świecie jest kamerton. Niebieskie światło w sypialni Instytutu. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. Owszem. Zimowy Wiedeń i wiosenny. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. Miałem pięćdziesiąt lat. w kamieniach. wielka. Tak sprawdzałem ludzi. w tropiku. Rewolucja. Do pewnego czasu myślałem nawet. ile wymagała służba. nieomal wstydliwie. służba. poszukać czegoś albo kogoś. Człowiek robi się sztywny. w ich stylu.– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. – Tyle tylko. jak wywołać dźwięk kamertonu. Ten. – Ale w końcu jednak zostałem. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. Radykalna zmiana. kiedy myślałem o tym. Dlatego pozostałem. generał w chybotliwy płomień świecy. kto nie potrafił odpowiedzieć. – Generał patrzy w płomień świecy. że jestem do tego zbyt młody. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. ale nie byłem samotny. Mówi to bez nacisku. to potem żyje tak długo. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. kiedy namiętności już nie bolą. oporny. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. kiedy mi powierzono korpus. co kochałem. lecz pewnym dźwiękiem. Rozumiesz. – Wiedeń – mówi. – Słyszałem o tym. Byłem biedny. że nie miałem już sił na dalszą służbę. że odsłużę mój czas do końca.

że nazywa się Lenin. co przynosi wieści ze świata. od tygodni z dala od wszystkiego. i powiedzieli. Domagali się różności. z nagimi korpusami. Że pewien człowiek. o dwunastej. w siedemnastym. Chińczycy są najlepsi. wszystko było po dawnemu. Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. pośrodku oranżerii. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. jak chciała. Ani radia. W świecie szalała wojna. tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. cztery tysiące kulisów. Dlatego powróciłem do tropiku. Nic się wokół nich nie zmieniło. To było niepojęte. . Oni takie rzeczy rozumieją. Tak. bez aparatów i telefonów. bez gazety i radia. siekiery. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył. jak to tam jest możliwe. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. Nie było telefonu. – Może. Gdzie może być? Tylko w grobie.– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. – Tak. – Żyłeś w tropiku. – Znowu liczy. położyli narzędzia. dosyć. w puszczy. z chińskimi i malajskimi kulisami. który się dowiedział. Tak. tak. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. ale zrozumiano mnie. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. Było niepojęte. Żyliśmy głęboko na bagnach. Chcieli podwyżki płac. Wyczułeś. Potem zrozumiałem.. ubłoceni po pas. że w Rosji wybuchła rewolucja. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. – Gdyby żyła. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. ani warunki pracy. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. bez telefonu i radia. – W dwudziestym ósmym roku życia. – Siedemnasty. – Myślisz? – pyta generał. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. Ani dobrze. Dłuższej przerwy w pracy. w głębi puszczy. Lecz pewnego dnia. zaopatrzenie także. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. Ale nie ma jej tutaj. półgłosem. jak tam być powinno. Byłaby starą kobietą. Przyszli z gąszczu. Tak. nie siedzi pomiędzy nami. ani źle. I pewnego dnia. W południe. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć. – Tak – mówi generał. powiedzieli. że już nie pracują. – Skąd wiesz. jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. jak odszedłeś. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. na bagnach. Tam dopiero zrozumiałem. pośród bagien. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. w południe o dwunastej. pewnego dnia porzucili pracę. Bez żadnego powodu. Człowiek wie. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. co w nich wstąpiło. Niczego tam nie wiedzieliśmy. co jest dla niego ważne. Pracowałem na bagnach.. – Dowiedziałem się. – Spoczywa w ogrodzie. łopaty. ani dyscyplina. nagle zmieniając temat. co moi kulisi.

. że nie jestem tutaj.. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń. No. Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. – Wszyscy umarli. – Awantur?. – Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. żeby powrócić i zameldować się w pułku. Znieważono to subtelne uczucie. gdy zmieniają się warunki życia. Tak. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. uprzejmie. czasami cierpiałem na samą myśl. i on również podnosi kielich. Dość rzadka choroba. – Ja też nie bardzo. Nie znam się na tym. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. Na północy. – Często występuje w tropiku. W pułku. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. Zwłaszcza ostatnia zima. – Możliwe. W takich przypadkach człowiek odchodzi. Co najwyżej może wymienić dokumenty. Możesz mi wierzyć. jak ktoś. jak tropik. – Nie – mówi zgodnie generał. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. że zmarła na anemię złośliwą. rozpadła się. jakby dodawał mu otuchy. ten dom tutaj i koszary w mieście. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć. dokąd? – pyta chłodno generał. możliwe. to tajemnicze spoiwo już nie działa. odeszli. Co pozostało z tego? To. – Nie ma już tego. Myślałem o tym. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. a na takie zmiany reaguje morfologia. zrzekli się tego. . Upłynęło tyle lat. na co przysięgaliśmy. Ten świat umarł. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. w Europie. – Myślę.– Na co chorowała? – Powiedziano. kiedy złożyliśmy przysięgę. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy. Zmieniają się warunki życia człowieka. Galicja i Chopin. Służyłem do końca wojny.. nie akcentując tych słów. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym. Był niegdyś świat. że często występuje i w Europie. ale nie przyjechałeś. – Ohydna. kiedy wy biliście się. Człowiek powoli staje się znachorem.. prawie całe życie. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. – Inni – mówi generał bez nacisku. Tutaj. Bardzo stare wino. – Gość zgodnie kiwa głową. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. – Możliwe – mówi generał. – Dalej. W tropiki albo jeszcze dalej. co to wszystko wiązało w całość. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. – W czas.

. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. i w milczeniu piją czerwone wino. To wszystko. wzajemnie się pozdrawiając. – Dla mnie ten świat żyje. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć. – Tak. ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość. To wszystko. co mogę powiedzieć.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. ponieważ przysięgałem właśnie na niego. co mogę powiedzieć. Żyje.

– Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. – Tak. dwudziestu latach okazuje się. kiedy się już zestarzałem. Nie rozumieli twojego odejścia. jeśli ich pamiętasz. że pewnego dnia powrócisz. Wszyscy czekali na ciebie. – Przed tobą stał Wschód. musiałeś wiele przejść. Krystyna też. To. zlepiają surowiec . jak sny. człowiek je wyrzuca z pamięci. że miałeś swój powód. Wtedy człowiek prędko zapomina. Żyłeś w świecie. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. Trochę byłeś dziwakiem. Nie dziwiliśmy się. – Wszystko pamiętam. Mniej więcej wiążą całość. przed Krystyną Południe. co dla ciebie było kostiumem. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie. co istotne. przyznaję. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie. dla nas było powołaniem.. albo ten pokój. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. lecz pogodzili się z nim. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. Albo napiszesz. ponieważ wiedzieli. – Tak – mówi generał. – Tak. Wielu tak to odczuwało. – Nie – mówi. prawdziwi żołnierze. pośrodku. Lecz wierzyliśmy. nie gniewaj się. że jeszcze powrócisz.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. Siedziała tutaj. Po dziesięciu. co najważniejsze. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. – Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem. ponieważ rozumieli. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. że wszystko znosisz trudniej niż my. Krystyna jeszcze żyła. – Świat to jest nic.. Zrozumiałem to później. ja także. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to. mrużąc oczy. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi. krępujące już sobie powiedzieli. Wiedzieli. jakby to. Wybaczyli ci. – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. co ważne. dla nas było przeznaczeniem. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. było nas troje. Tego. A przede mną Zachód. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. To. Kilku w pułku. nigdy nie zapomnisz.

Potem się zmęczysz. które są tak potrzebne. tytoń w blaszanej puszce. Zrazu tego nie zauważasz. i patrzy. bielizna. kiedy padał deszcz. Po czym przychodzi susza. Jakby stale ktoś cię głaskał. aby wyszła z pokoju. Ciągle rodzą dzieci. aby jeść pięknie. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. usiądzie na progu domu i patrzy. nie dosłownie. Można zwariować. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. Wtedy trzeba decyzję odwołać. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. Czasami myślałem o tym w tropiku. czujesz to spojrzenie. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. zabójcę. w krwistym mięsie. ważniejsze jest. najmniej one same. Ten deszcz – mówi. Ale i to nie pomoże: wiesz. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. Malajowie śpiewają. w ciemnym winie. w którymś z pokojów. Siedzisz w swoim pokoju. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. Mają wielkie brązowe oczy. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. a jednak rzeczywiście. Chcesz czytać. pijesz wódkę. Aby działać. Pada deszcz. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. niewiele mówi. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. Wszystko się lepi. Człowiek prędko się starzeje. Chcesz grać na fortepianie. odrobinę mlaskając. ta parująca jasność. czarodzieja i głupka w jednej osobie. bardzo dużo wódki. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. że przecież siedzi gdzie indziej. gdy gromadzi w sobie siły. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. Patrzą tymi błyszczącymi. ponieważ słuchasz deszczu. kapłankę. Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. Silne jak dotyk. trzeba mieć siłę. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. jakby zaczynał mówić o czymś innym. by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. pościel. jak człowiek. lecz nikt o tym nie mówi. chleb. Czasami ktoś przybywa. nakazujesz. Kobieta. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. a siła jest także w jedzeniu. Wszystko jest wilgotne. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej. jak tybetańskie psy. A potem stajesz się nerwowy. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. książki. . Gdy ją odprawisz. deszcz jest ciepły. palisz słodkawy tytoń. ponieważ to spojrzenie jest tak silne. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. Siedzisz w domu. – Całymi miesiącami.pamięci. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. kiedy człowiek nie dba już o to. Ale potem i to ci zobojętnieje. te milczące bestie. Bagno paruje. którą wziąłeś do domu. w czterech ścianach. jest kleiste. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. Jedzą. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym.

starczo. jak na wielkim statku. Daje znak. szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. zajmując główne miejsce przy stole. Dlatego nazywało się stołowe. Spał na piętrze. Wicher już wdarł się do pokoju. po lewej pleban. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. w pokoju żółtym. jakby wreszcie przypomniał sobie to. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. kiedy zrywa się burza. które nie zgasły. . półtora litra. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. macając w ciemnościach. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. Dlatego dobrze. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. A teraz już widać. mrużąc oczy. dlatego teraz są czerwoni. ile tylko chciał. trawi. jak ktoś. Niebo na chwilę się rozjaśnia. by podano jeszcze czerwone wino. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. Pokój jest przegrzany. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. Piorun uszkodził elektrownię miejską. Teraz. Dużo jedli i pili. niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. niemal dziecinnie. To był przydział gościa. – Popatrz. Ciężkie. i tyle mógł wypić. Wiesz przecież. Pinta. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. Siedział tutaj. Po czym lokaje wnoszą nowy. na stole. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. – Nie – mówi. Siedzą bez słowa w ciemnościach.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. Osobna butelka dla każdego gościa. Stołowego. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały. Gość. Taka była hierarchia napojów u króla. co najważniejsze. wieloramienny lichtarz. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. Gość zastanawia się. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. w tym pokoju. gdy jedli i pili. bo stało przed nim. Jedzą winogrona i niespliki. przygląda się tym zabiegom. nagle robi się ciemno. Majordomus spieszy do okien i. Czy nie grałeś tego później. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. Dziadek opowiadał. kto wspomina. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. w tropiku? – pyta jeszcze raz. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. – Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. niczym złoty miecz ciało ofiary. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów.

Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan. do pokoju. a ponad ich głowami kołysze się światło świec. w zasięgu ich rąk. grubości dziecięcej ręki. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę. jak ktoś. . jak ich cienie na ścianie. Pozostali sami. Lokaj stawia na stoliku. ciepłego porcelanowego pieca. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. grzeją się. Teraz obaj zapalają cygara. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. pudełko cygar. którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. kawę. z jadalni przez zimne salony. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. Tutaj siadają. odrobinę kołysząc się i ociągając.– Tam – powtarza generał. płonącymi świecami. Zamknięto za nimi drzwi. Siedzą w milczeniu.

czeka. i co wywoływało w nim napięcie. świeckiej reguły. Samotność jest tak samo tajemnicza. bo nie mogłeś postąpić inaczej. co dotychczas stanowiło jego treść.. a to jest może i bardziej niebezpieczne. ponieważ ma wiarę. jest szczególna siła. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. może życie zderzy go z tysiącem przeszkód. a może i to nie. którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia. A jednak powróciłeś. – Ktoś.. abyś żył. aż pewnego dnia dostaje amoku. lecz zakonnikowi jest łatwiej. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie.. Opowiem ci. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. Nikogo nie pobije. Na ten dzień albo na tę godzinę. Może wpadnie na mur. Nie pożyjemy długo. to jeszcze nie jest najgorsze. kiedy ty byłeś w tropiku. kupuje kobiety. jak puszcza. i wtedy nastąpi koniec. w świecie. Obaj wiedzieliśmy. wedle jakiejś pogańskiej. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię. z bronią w ręku albo bez broni.13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. która kryje się między tobą i mną. jak dżungla – powtarza uparcie. z tym swoim drętwym spojrzeniem. Po której następują gwałtowne wybuchy. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. Sam dobrze o tym wiesz.. Tylko czeka. żyje w surowym rygorze. Jedzie do wielkich miast.. wściekłego psa. jak twoi Malajowie.. że spotkamy się jeszcze raz. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. najpierw w tropiku. raz jeszcze będzie mógł . Co robi? Żyje. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. potem w swoim domu. Dość miałeś czasu. kiedy to wszystko. A człowiek.. Dobrze to przemyślałeś. czasami tak. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. Naszego życia i tego wszystkiego. wszystko wokół niego eksploduje.. dwa. Znam wszystkie jej odmiany. który duszę i los oddał samotności. pod Londynem. jest dosyć osobliwa. aby o tym myśleć. nie burzy porządku. Żyje jak zakonnicy. prawda?. jakiś człowiek. – Rok. Gorzej. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. nie ma wiary.. i rozbije się. I powiadam ci. Ma pałac. w gruncie rzeczy. żyje. co zmusiło go do samotności.. tytuł i pozycję. Zmusza cię. Nudę. Rzuca się w wir świata. Nie biegnie donikąd. jak ta. Ponieważ w takich tajemnicach. Samotność. szuka zwady i wszędzie ją znajduje. czego doświadczałem sam wśród lasów. ponieważ powróciłeś.

To nad tym się głowię. Masz rację. Natomiast ważne jest to. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. odebrać wolność i życie. jak na przedmiot. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. na dole. aby cię odszukać. aby trans czasu. jakby przygotowywał się do pojedynku. Możliwe. którzy go do tego doprowadzili. od czterdziestu jeden lat. nikomu nie być dłużnym. w których mieszkam. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. że miałem również powód. Jeżeli dobrze liczę. Wszystko to jest mi obojętne. On wtedy uznał cię za przyjaciela. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. aby. – Dokładnie tak – mówi gość. wyjechałem nagle. Powiadają. wiele myślę o dzieciństwie. jeżeli padnie. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. że pewnego dnia powrócisz. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. ma ono swoje ograniczenie w czasie. jak wszystko w życiu. bez szabli. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. co było na początku. – Właśnie o to chodzi. skoro już tak powiedział. albo na dnie piekła. pomiędzy Malajami. – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. radia także nie mam. żeby już być całkiem dokładnym. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. Widzę tę chwilę. nie od wczoraj.przedyskutować z tymi (albo z tym). I kiedy gość milczy: – Teraz. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. Naturalnie. gdy już jestem stary. to był mój problem. wszelki brud i głupi zgiełk. dobrze wiesz o tym. aby samotność. I patrzy na popiół swojego cygara. Wydaje się. Wolałem czekać. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. Ta chwila nadeszła. Owszem. I co dnia ćwiczy. wczoraj lub przed dwudziestu laty. że żyjesz. w jakim się urodziłem. – Cieszę się. Widzę twarze i słyszę głosy. to można było na tym . Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. Bo chciałem cię odszukać. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. bez pożegnania. i w jakim żyłem. albo. W moim domu nie ma telefonu. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. że ja nie targuję się ze światem. kiedy kres jest bliski. że ty również tak myślisz – mówi generał. zna. w tym. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. do którego warto się przygotować kompletnie. że to zwykły bieg rzeczy. Gdybym nie wiedział. Ale. przez czterdzieści jeden lat. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. Nie przyspieszałem tej chwili. że nie mogłem postąpić inaczej. jest tam. w biurze rządcy. I to jest najbardziej niebezpieczne. ponieważ byłeś moim przyjacielem.

że mój ojciec uznał cię za przyjaciela. powóz czeka. jak wszystko inne. do domu. – Powóz czeka.. myślałem o tym.. Właśnie tak uścisnął ci rękę. każdego ludzkiego związku żyje Eros. Wybacz.. skoro już tutaj jesteś. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie. ponieważ mają podobny gust. Powrócisz do miasta. będziemy mówić tylko o prawdzie. ono mu nawet przeszkadza. może dlatego taki rzadki.polegać do śmierci. Prawda. i ojciec uścisnął ci rękę. jeśli to. jeszcze więcej. To była ostatnia chwila dzieciństwa. niemal ciepło. nie mając nic do roboty. czasami. Ale. ponieważ się spotkali. albowiem działa podniecająco. w pobliżu Londynu. Nie niepokój się. pod kasztanami. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. Słuchasz mnie? Dziękuję. – Dzisiaj piszą o . Myślę. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. jeśli zechcesz stąd wyjść. Staliśmy pod kasztanami. – Wysłucham cię – mówi gość. Sądzę. u początku długiego podjazdu. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo. I muszę ci powiedzieć. dobrze wiedziałeś. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. że rzadko podawał rękę. Dobrze o tym wiedziałeś. być może. możesz wrócić do miasta. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi. co to dla niego znaczyło. Czy pamiętasz tę chwilę?. jeśli sobie życzysz. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie. Przyjaźń to naturalnie coś innego. Wiesz. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. że ten. Wiesz dobrze. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. Postaram się mówić składnie. może na niego liczyć w każdym kłopocie. co honor. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. mimochodem. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała. w samotności. Ale teraz.. że dla mnie znaczyło. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. to bez reszty. Ale najpierw wysłuchaj mnie. jałowe słowo. albo w tropiki.. kiedy słońce już nad nimi zapada. na dziedzińcu Instytutu. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. w biedzie. co było ważne w życiu. to samo ich bawi. Ale to nie jest przyjaźń. Może więc coś innego?. że nic nie było dla niego równie ważne. Dwóch starych przyjaciół. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. do samej śmierci. za słabe. wspomina wiele różnych rzeczy. że jest to najsilniejszy związek w życiu. wśród lasów. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia.. Ale jeśli już. Niekiedy myślę zgoła. w każdej chwili. dokąd zechcesz. komu podaje rękę. co teraz mówię. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej.. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. jak to słowo. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. Na dnie każdej miłości. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. – Mów. Zacząłem od tego. A jednak Eros. Wobec tego będę mówił. znałeś go przecie..

Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. sam widziałem. która niczego. nie pamiętam jego nazwiska. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń. co więcej. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. wielokrotnie. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. wierność. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. że ten drugi jest niewierny i nikczemny. czyż ma prawo obrazić się. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. nie uważa za istotę nierealną. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. w której kochamy w innym cnoty. Wszystko to. Sympatie. a potem musi na własne oczy zobaczyć. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. jakby było przyjaźnią.. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. Wreszcie. gotowość przyjścia z pomocą. Ani księgi dawne. Nie chce kompensaty. oszukany i porzucony. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. byłże on. To byłby ideał. Samotność. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. możnaż go oskarżać. Przyjaciel. czy warto żyć. naturalnie. ale do czasu skłonni są wierzyć. aczkolwiek najczęściej tego żałują. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. nie jest prawdziwe. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. zna jej błędy. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. Pisał o tym pewien rosyjski książę. oczywiście. bezwarunkowym. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. Swoją drogą. Ale Platona także czytałem. w naszym zacofanym świecie. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. które wpadły w tarapaty. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. przyjacielem? Widzisz więc. podobnie jak zakochany. który dużo jeździłeś po świecie. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. Tego. kogo obdarzył przyjaźnią. bardziej nowoczesna niż u nas. jego charakter. W książkach również jej nie znalazłem. kiedy zostałem sam. że znają go zwierzęta. prace myślicieli . jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. żarliwym zaufaniem. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi.tym o wiele swobodniej. Są lwy i cietrzewiesamce. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. ale zawsze. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca.. bardziej postępowa. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. skłonne dopomóc słabszym. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. Ciekawe. bezinteresowność.

jak zwykły mówić. że gniew. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. niepozorni. Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. ponieważ musiałby znać to. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. że trudno znaleźć . Wszystko jest zamiarem. Wtedy i wtedy. Właśnie o tym mówimy. które studiowałem. Wielkie. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. wiedzą to i głoszą. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową. może zabić. W końcu nie byłem nikomu nic winny.chińskich. oparte na religii systemy prawne. a jednak wypowiadają raczej słowa. a każde wspomnienie mówiło mi. Odchyla się w fotelu. Nietrudno się o tym dowiedzieć. Zrzekłem się mojej szarży. Tak i tak. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. gdy zdarzenia pokazały. gdy na to. który doprowadził do tego czy tamtego. Człowiek nie grzeszy tym. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. – Ale. nawet wtedy. popełnić podłość. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. Zdarzyło się to i to. – Możliwe. żydowskich i łacińskich. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. coś najgorszego. co uczynił. będziesz musiał przyznać. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. ale zamiarem. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. Ucieczka. odrobinę obruszony. nieomal nikną w półmroku. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. którzy są otwarci. Możesz mi wierzyć. co prawnicy nazywają motywem. Zawsze jest tylko następstwem. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. Fakty mówią. – To mocne słowo. Nagromadziło się wiele książek. niż prawdę. ba. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. iż ów przyjaciel był wiarołomny. nie jest całkowicie szczery. mocne słowo – mówi poważnie. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. Jedynie prawda może dać odpowiedź. dawne. jak skazańcy na torturach. jak się godziło. spojrzysz z pewnego dystansu. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. zrobiło się gęsto od wspomnień. czego bym nie dotrzymał. – Dlatego jesteś tutaj. a w środku pozostać czystym. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. co się stało. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. Jej powodu – nie. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. ani też współczesnych. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. nikomu nie obiecałem niczego takiego. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. Lecz po drżeniu jego głosu znać.

kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. jedzą co innego. nie mógł wszak inaczej. wśród szczególnych okoliczności. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku. by chorowali na to samo. to znów miałem nadzieję. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. jakby patrzył w przeszłość. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. – Umilkł. że uchybiłeś mnie. naturalnie. jak było w łonie matki. zastosował się do mojego rozkazu. że może przyjaźń jest to taka więź. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. nawet wtedy. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. z którym spędziłem kawał mojego życia. Dowiedziałem się o zmierzchu. kiedy służyłeś tutaj. To prawda i nieprawda. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego. Miałem taką nadzieję. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. a potem najlepsze lata wieku męskiego. w wieku trzydziestu. Tak. jak wychodzący ukradkiem złodziej. a czasami i nocnych godzin. w pałacu. Nie piszą do siebie. nie wierzyłem. owe dziwne istoty. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. oddzieleni tysiącami kilometrów. zapadają na tę samą chorobę. aby zostawił mnie samego w pokoju. które kaprys natury związał na śmierć i życie. gdy jeden żyje w Londynie.. kultury. Spokojnym. Odchyla się w fotelu. Naturalnie. w którym żyłeś. w pewnej chwili. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków.. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. dokładnie dwadzieścia dwa lata. nie rozmawiają ze sobą. by zachorowali jednocześnie. jak się to ludziom na ogół zdaje. to była środa – porzuciłeś miasto. A jednak. Bliźnięta. Niekiedy dopuszczałem myśl. Obejrzałem wszystko dokładnie. smaku. Udałem się do twojego mieszkania. tak. sympatii. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście.. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor. Powiadasz. Wspólny organizm ma dwa ciała. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie.. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego. że nikomu nie byłeś nic winny. A jednak. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. że zostawiasz za sobą dług. . dzieciństwo. inaczej żyją.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. dłonią przysłania oczy. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. z Krystyną i ze mną. młodość. Tego nie rozumiałem. co uczyniłeś. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. o tej samej godzinie. mieszkają. Jest tak w przyrodzie. a drugi gdzieś daleko. O tym także możemy dziś pomówić. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. Pozostałem sam w pokoju. by człowiek. rozumiesz. ale może i nie tak rzadko. mógł uciec. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. ponieważ słyszałem. wiedziałeś. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. że wyjechałeś. w mieście. sprawozdawczym tonem mówi dalej. pamiętam nawet dzień. jeśli zechcesz. a może jest chory. czterdziestu lat. – Ordynans. nie dziw się. w pobliżu nas. Poprosiłem go. jaką znają jedynie bliźnięta. w obcym kraju. myślałem. Niezbyt często. w którym żyłeś.. Odjechałeś jak jakiś defraudant. Osobliwa identyczność skłonności. w ostatnich latach. Na to nie było usprawiedliwienia. które z dala od siebie.. w innych warunkach.

– Okno wychodziło na ogród. co istotne. Obserwuje dym. Czasami wydaje mi się. dwa mniejsze na . Duży pokój na parterze. że wynajmujesz dom na skraju miasta. dom i ogród... był tak przytłaczający. I zawsze grymaśnie uważałeś na to. Dobrze pamiętam?. Tapczan był wielki. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. – Dlatego pomyślałem sobie. wielki wschodni dywan. teraz widzę to jasno. zdawało się. kiedy życie mijało. Majątek. w opuszczonej dzielnicy. Tak. nie mogłem cię odwiedzić. bowiem wspólny jest ich los. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. Myślałem o tym. i nigdy mi go nie pokazałeś. głosem pełnym zaciekawienia. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo. Mów dalej. który wynająłeś i umeblowałeś. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. szczególnie wytworni biedacy. którego ty byłeś stałym gościem.. kiedy stałem w twoim pokoju.. było prawdziwym dziełem sztuki. wierzę.. Los takich ludzi spełnia się równolegle. – Nic nie zależy od słów. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę. To głupia hipoteza. bardzo daleko. a przecież niekiedy także czułem. człowiekiem bogatym. które człowiek w swoim czasie wypowiada. myślałem. Bo ty byłeś bardzo. Biedacy. dobrze o tym wiesz. a ja. ponieważ bez tajemniczego. skoro zacząłeś.. że bardzo wiele.. dla dwojga. przemilcza albo zapisuje. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. Właściwie to nie był tapczan. nieproszony. Widzę tę chwilę wyraźnie. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. Nie było wielkie. myślałem. Nigdy nie chciałeś. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. wizerunki koni na ścianie. wykonany specjalnie dla ciebie. ponieważ wiedzą o sobie wszystko. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania.. – Jedno. że niechętnie słuchasz tego słowa. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. lecz szerokie francuskie łoże. ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom. lecz twoja pycha nie miała granic. z roztargnieniem. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego.dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. oświetlenie pokoju. Dodawałeś nawiasem. by w sprawach finansowych dawać odczuć. idealny dla namiętnego palacza. że te meble są biedniutkie. w dniu twojej ucieczki. Może uważałeś. To mieszkanie. widzę meble. do którego sam kupowałeś meble. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. stałem pośrodku twojego pokoju. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu. że wstydzisz się przede mną. I daremnie jeden ucieka przed drugim. Później. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. że jestem bogaty.. widzę. że nie sposób tego wybaczyć. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał. tapczan. może nawet wszystko zależy od słów. Ja urodziłem się w nim. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. abym cię odwiedził. – Nie przerywaj – mówi gość. na przykład w tropiki. Szczerze mówiąc. iż między nami dwoma jest różnica. tego mieszkania..

ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki. a przecież nie wszedłeś między nas. bo poprzedniego dnia.. meble. mówi tak sucho.. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. Ważne jest to. pomiędzy ludźmi innego rodzaju. ja także odpowiedziałem. rzadkie tkaniny.. – Wszystko zrozumiałem. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee.. Co naprawdę wiedziałeś?. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi. że u kresu odpowiada całym swoim życiem. I jak żebrak skradzione rzeczy. dopóki wymagała tego służba. z uporem. i trzy pokoje.. szczerze albo kłamliwie. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. czymś takim. pokoje. że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło. tak jak umie. Zrozumiałem. Przeszedłem przez pokoje. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. Ty zrzuciłeś mundur. – Stałem przed fortepianem. Odszedłeś bez pożegnania.. przykryty starym brokatem. tak. że w owym czasie zmarła twoja matka. co piękne i szlachetne: firany i dywany. Czego naprawdę chciałeś?. Nie liczy się. wszystko było takie.. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy.. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. z kryształowym wazonem. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. Czemu byłeś wierny i niewierny?. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania. nie szczędząc sił. I w tym momencie weszła Krystyna. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. że żyłeś wśród nas. a zresztą teraz. zdarzyło się coś. czego sens pojąłem później. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. i że kiedyś ten dom będzie twój. Wiem. Zrozumiałem. dopóki żądał tego ode mnie świat.. ale ogród. swoje mieszkanie. obojętnie. Zrozumiałem również. w jakiej żyłeś pomiędzy nami. kto nie znosi sprzeciwu.. Do czego byłeś odważny. jak ktoś. – To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. Człowiek rzadko wie. faktami swojego życia odpowiada na pytania. stare brązy i srebra. odpowiedziałeś swoim życiem. gdy wszystko już przeminęło. ale to nie jest takie ważne. A ja zachowałem go do ostatniej chwili. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. kryształy i meble.piętrze. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. że naprawdę jesteś artystą. To było jedno pytanie.. to już się wyjaśniło. tak ty znosiłeś tutaj wszystko. na polowaniu. Nie. patrzyłem na orchidee – mówi dalej. A człowiek odpowiada. u kresu wszystkiego. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu. Zakłada ręce na piersiach. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś.. które świat zadaje mu z takim uporem. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. w którym stały trzy orchidee. Takie są te pytania. i to już było pożegnanie.. Wtedy zrozumiałem. wszystko gruntownie obejrzałem. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność. .. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. co tam mówi po drodze. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom.

kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety. każdy. który wtedy już był pusty?. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. Podróżowaliśmy wśród Arabów. Nie otrzymałem poufnej informacji. Polowałeś.. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem. kto ulega społecznej presji.. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. prawdziwi myśliwi. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko. i ja. powracające stale. że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie. może i dzisiaj żyją. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz. A i broń też nosiłeś tak niedbale. Ale nie wyrzekła jednego słowa. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. abyśmy zabijali. który musi przeżyć.. właśnie tamtego dnia. tak głęboko. pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu. ale tylko jak ktoś. Nie.. która niezależnie od pozycji. jak wyrzut. zabija. należącym do fachu obowiązkiem. wszyscy milczeli. nie wiem. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. Polowałeś ze wzgardą na twarzy. który wspomina. Ona wiedziała. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. który miałby jakiś szczególny sens. Człowiek zabija. Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. Ty tego nie zrozumiesz... iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór. A jednak wiedziałem. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia... – Nadszedł taki wieczór. Jesteśmy ludźmi. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny. nakazem naszego życia jest. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia. niskie instynkty?. meldunku. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. Nie można inaczej. jak konna jazda albo życie towarzyskie. zabija.. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce. zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi.. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?. Uśmiechasz się?. aby coś obronić. . żyje. ty również. dawno temu.. To są najznakomitsi ludzie. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny. W tamte dni byłem zupełnie sam. – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie. którzy bawią w mojej posiadłości. i ja podróżowałem po Wschodzie. Ta namiętność – to żądza zabijania. kiedy wszystko dojrzało.. Tak. goście. czas. prawdziwe polowanie było czymś innym. kiedy wszystko się wyjaśnia. Czy jeszcze żyje? Owszem. jak wieczny ogień w ziemi.. I wsłuchuje się w siebie.. na swój sposób. rozumiem to tak. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka. Myślisz. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym. i z hukiem strzelają sobie w lesie. aby coś zdobyć. aby coś pomścić. jak ktoś. jak pewnego razu. jak laseczkę. – To było piękne polowanie – mówi. że to jest ta chwila. że szykujesz się do ucieczki?. zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. pańskim. w twojej duszy wydelikatniały te niecne. nieomal ciepło.. Ma swój czas. które posadził był jeszcze mój pradziadek. jakby sam odpowiadał sobie na pytania.które jego słowo lub działanie. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad.. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. jak każde żyjące stworzenie. jak to drzewo za oknem. Może pamiętasz. Żyje tak. przestrogi... Polowanie.

podróżnik. błysk noża. możliwe. jakiej są krwi i jakiej rangi. jaką był. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. także brudni wielbłądnicy.. jak wschodni arcykapłan. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. krew ściekającą strumieniem. tę inną. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania.o czym ty. zarżnął go. wzajemnie wyczuwają. Arabski pan zarżnął jagnię. sami mężczyźni. uświadomił sobie swoją ludzką godność. parlament i plac przed świątynią. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu. Ich pycha. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. przed bóstwem. ich porywczość i spokój. z zamierzchłych czasów. panowie i służba. pan domu był sędzią i przemytnikiem. krew jest im . w domu jak pałac. Te chłodne. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. zachowanie się. z pewnością wiesz. mieszkaliśmy u tuziemców.. wokół zaległa śmiertelna cisza... i wszystkim błyszczały oczy. Nie znam się na tym. plemionami. Ale oczy mu lśniły. gdy chciał go ofiarować. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec. białe domy. Nie wiem. gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. Wtedy zrozumiałem. jest to gest wschodni. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. narzędzie. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. którego nie sposób zapomnieć. w głębi świata arabskiego. wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. Jak mówię... gdy zabicie miało jeszcze sens religijny. kiedy człowiek po raz pierwszy. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. w zamęcie tworzenia. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny. odmłodniał na moment. iż zaczął się od duszy. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. człowiecza duma. na który nie spadła ani jedna kropla krwi. symboliczny. przed ludami.. że wszyscy tam są panami. ich zabawy i błysk w oku. przed symbolem boga. z ofiarą. To bardzo stary gest. Potem przyniesiono jagnię.. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność. drgające ciało jagnięcia. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. Być może tym gestem zaczął się człowiek.. gdy składa ofiarę.. z czasów.. arabskich gości. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Możliwe wszakże. wanna była ze szczerego srebra. Siedzieli dokoła ognia. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem. kulturami. tym gestem w dawnych świątyniach. gospodarz wyjął nóż i gestem.. a więc złapać w garść broń. u zarania dziejów. Po zachodzie słońca przybyli goście.. Może dlatego są tacy dumni. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. było tożsame z czymś istotnym. w białym burnusie. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. naprawdę był taki. znasz je? Wielki dziedziniec. To pełne godności i uparte próżnowanie. nie wiem. białego baranka. nieruchomych kamieni. Tego gestu nie można się nauczyć.. nie od zgiętego kciuka. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. przed ołtarzem. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy. widzieli gest zabijania.

jak ktoś. Może niczego w życiu tak nie kochałem. a ich krew brudziła kurtkę. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. uczuciowy. jak pozwala i określa prawo. nie możemy uczynić nic innego. aż po nasze dni. Oszczędzamy zwierzynę. powietrza i wytryśniętej krwi. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. – Potem wychodzisz z domu na podwórze. Naszą historię wypełnia. ewentualnie lekarską. jak ktoś. jak owych świtów. Kochałem to wszystko – mówi. szlachetne twarze. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. inaczej niż w dni powszednie. nie bez nagany. dziwnie się ubiera. zawsze składał mu ofiarę krwi. śmiały się... że myśliwy zabija dla zdobyczy. oczywiście. patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. ale bardziej skomplikowanie. Przecież to tylko polowanie – mówi. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki. już czekają twoi . To jest najszlachetniejsza materia na świecie. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). Zjełczały. niemal wstydząc się. wkłada celowo dobrane części garderoby. że znają także jego sens tajemniczy. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. poważnie. kto wyznaje prawdę o swojej słabości. taką.dobrze znaną materią. zbladło z czasem. jak pocałunek.. poranków przed polowaniem. resztką potwornych i rytualnych. My. zabijamy. kto nagle się rozwesela. ciężko oddychała. tonem nabożnym. Bo to nieprawda. Nie wiem. liści. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. taką nam wyznaczono rolę. Inaczej nie wolno. zagryzając zimnym mięsem. – Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. odrobinę dyskursywnym. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. i odwróciła głowę. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. Zrozumieliśmy – sądzę. aby zachować ład ludzkiego współżycia. surowy zapach skórzanych fatałaszków. coś niemożliwego do wysłowienia. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. potem zbladła. Bowiem te ciemne. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. Jesteśmy chrześcijanami. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. sukno napełniało się zapachem lasu. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione. mamy świadomość grzechu. Otóż to. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. Wszystko to. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie.. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności. zabijamy tak. zaczerwieniła się. że Krystyna także zrozumiała. naturalnie. Ale czy krew jest brudem?. a więc po trosze i kapłanem. ciąg masowych morderstw. My także zabijamy. co innego je na śniadanie. starych jak sam człowiek praktyk religijnych.

gęsty jak syrop. a ty wchodzisz w gęstwinę. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny. słońce jeszcze nie wzeszło. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. to zakazane przyciąganie. ty. który stoi pomiędzy nimi. bo wiatr wieje prosto na ciebie. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. i człowiek. wąż. myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. w lesie. aby mnie zabić. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. To właśnie czułeś ty. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. może po raz pierwszy w życiu. pozostać mistrzem. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. zadowolony. Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. ciało sarny się napina. kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. tej. w zasadzce. łowca. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. podnosi głowę. odstawia kieliszek na stół. Po czym. W ręce czujesz to drżenie. czujesz tę gotowość zabijania. Czuje to pantera. jakby sennymi ruchami przecierał oczy. ponieważ wie. a jednak wie. sarna przebiega leśnym duktem. Ty także cofasz się w gęstwinie. gdy szykuje się do skoku. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. przed kominkiem. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. Jesteś z psem. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. obraca delikatną szyją. wysiadasz. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. I teraz już żałujesz. że to nie jest wypadek. sęp.. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. niczego nie węszy. las się przeciąga. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. zręczniejszym. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami.. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. Zwierzę zatrzymuje się. Okolica już się budzi. Ptaki też już zaczynają śpiewać. która nie jest dobra ani zła. obserwujesz. że nieszczęście nie jest przypadkowe. tę podnietę. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. daleko. . Nachyla się nad stolikiem. tę coraz silniejszą namiętność. że w pobliżu czai się nieszczęście. bez ruchu. Wszystko ma taką czystą woń. które jest tak stare jak człowiek. nie chybić. nic nie czyniąc. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. niczego nie widzi. o jakieś trzysta kroków od ciebie.współtowarzysze.

tak oto człowiek przywiązany do materii. dziki. sekretnym pragnieniem. a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. zwierzęta jak i ludzie. tak ostrożnie. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. spontaniczną radość życia i . zarówno rośliny. żbik jeszcze stoi na czatach. jak ktoś. Noc jeszcze żyje w owej chwili. co to słowo znaczy: zdobycz. co wypełnia życie nocnych zwierząt. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie. że słucha oskarżenia. omszałych odpadków drzew. kiedy wzdycha. gdy ten drugi nie odpowiada. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. Wstaje wiatr. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. w głębi lasu: noc. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. na którym się urodził. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. gdzie odbył się miłosny pojedynek. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. z twarzą obróconą na Wschód. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. Woń mokrych liści. dzikiej paproci. Nie protestuje. ni błyskiem oczu nie daje znać. butny i potargany. czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. zwiędłego listowia. To jest ostatnia sekunda. – To była ta chwila. a jeszcze nie nastała jasność. jeszcze nie osłabło. kto na wieki pamięta o swojej pasji. jak budzący się ze snu. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. niedźwiedź pożera resztę padliny. w owym magicznym oczekiwaniu. kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów. wydychać swój sekret i złe westchnienia. starożytni. ani jednym ruchem ręki. igieł. zapach miękkiego. To jest ta chwila. Jest to chwila tajemnicza. zgniłej szyszki. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. chorzy jęczą. uświadamiając sobie istnienie świata. wałęsanie się. i wszystko. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego. Możliwe. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami. z gniewu podbiegłymi krwią. Już ustąpiła ciemność. kiedy noc rozstaje się z dniem. że to już koniec nocnego piekła. epileptycznym porywem. miłość. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. ponieważ czują. staje pośrodku polany. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy.

I są takie chwile.. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę. ty – ten pilny i cnotliwy. chce bez reszty oddać własną wolę. mądra spolegliwość. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność. sęp. które są tak samo dzikie. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. przyjaźń albo cierpliwość. ale i w mroku ludzkich serc. niż jesteś. kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. że godzimy się z tym wszystkim. lecz ugoda. grzeczność. Był czas. żarzy się i dymi żądza zemsty. Dla namiętności jest całkowicie obojętne. z tą pasją. Wszystko było na próżno. To najdotkliwszy cios. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. Pragnienie bycia kimś innym. Bo serce człowieka także ma swoją noc. kiedy cię poznałem. Dlaczego nienawidziłeś?. Nienawidziłeś.świadomość walki o życie. nie dopuściłeś. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata.. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. w pierwszej chwili. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. nie roztopiła się. Sen. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. że to znak podejrzany i niebezpieczny. a gdy uczucie. ty byłeś talentem. w tym dziwnym domu. lubieżna ruja.. To jest ta chwila. rzeczywistość się nie zmienia. co znaczymy dla siebie i dla świata. a to stwarza więź równie silną. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?... kiedy w naszych sercach porusza się. daremna jest wszelka argumentacja. jaki fatum może zadać człowiekowi. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. miłość. który coś ukrywa. jakbyś kochał. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem.. czają się w sercu człowieka jak puma.. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony. żądza zemsty. na spodzie takiego stosu. próżność. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo.. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. niż ze świadomością. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. niż tym. prawdopodobnie chce wszystkiego. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. i . że jesteśmy tacy lub inni. byłeś tym. Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. pozostała zbita i twarda. zazdrość. co otrzymuje od drugiego. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. Nienawidziłeś. musiałbym wiedzieć. chce bez reszty wyrazić samą siebie. usilne starania. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego. pożądanie. Rzeczywistość była taka. Bo ten. kto nie przyjmuje części. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak. jak tylko subtelne uczucia. samolubstwo. z porywami. nienawidziłeś. szakal w pustyni arabskiej nocy. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał. pozbawione żaru wzajemne usługi. Trzeba zgodzić się z tym. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. a dzień jeszcze w nim nie nastał. również i wtedy. obok entuzjazmu. byłeś butny. czego tobie brakowało. całości. Każda wielka namiętność jest beznadziejna. ponieważ było we mnie coś.

musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. a kto szuka prawdy. Trzeba znosić zdradę i niewierność. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu. tutaj. I milknie. ponieważ chcę prawdy. kiedy stałem w twoim pokoju. że brakuje ci czegoś. w środku lasu. że Bóg ma ich w swojej pieczy. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. naturalnie. Pamięć. nie kochają nas albo. skąd ty uciekłeś. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok.. Tak. że jesteśmy próżni. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. iżby i on się nie bał. nie przypną nam do piersi orderu. jest takie odległe. To. na których czołach odbija się znak nieba. żeśmy go dostąpili. myliłeś się. przez cały ten dzień. jaką świat promieniował ku mnie. Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. który rozbrajał ludzi. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie. i to. niekiedy wrogo. kto szuka usprawiedliwienia. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. Ludzie. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. kiedy. Musimy to znosić. jak wtedy. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat.. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. chciwości. jak się spodziewamy. lecz mgliste uczucia – że w tym. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. iż ktoś jest pieszczochem losu. aby obdarzali mnie życzliwością. która deformuje. których wszyscy kochają. naszą naturę. jakby zachęcał drugiego. Że ci. i wszystko to. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. Musimy znosić nasz charakter. kiedy się z tym godzimy. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. przez cały ten dzień. konstatując. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. Nie bronię się. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. . uśmiechem i zaufaniem. – W dzieciństwie. o czym mówię. Jedynie zazdrość. Widzisz. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności. których kochamy. mogła mnie przedstawić właśnie takim. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. że jest kochany – jest coś nierządnego. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach. Są ludzie. należy wiedzieć. Trzeba znosić i to. samolubstwa. że nie kochają tak. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. co mnie dawało pochodzenie. jak ktoś. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. oto i cała tajemnica. cudowna pora. Był taki czas w moim życiu. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. – To był piękny czas.wiedzieć. coś z obyczajów ulicznicy. kiedy wiemy i znosimy to. podziękujmy losowi. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. na starość. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. wskazujący. ależ tak. tam.

kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. gorzką wyniosłość. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. To również powinniśmy wiedzieć. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. jak w umowie kupna-sprzedaży. że nie odsłaniasz się bez reszty.. ten przegra. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. to. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to. że każde z nich stawia swoje warunki. Godziłem się z tym. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją. uwierzyłem. właśnie to. jaka promieniowała z twojej istoty. splecionych więzami wymagającego. kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. – To największa łaska. uczucie. to. Czas łaski. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata. a potem podnosi broń. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak. że ładuje. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. gdzie ciebie jedynie tolerują. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. że nie umiałeś mi wybaczyć. i później. Nie wiem. którego należy czcić winem. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. tutaj. że to ja popełniłem błąd. że ciebie to cieszy. ty pozostawałeś w cieniu. Wtedy każdy spieszy do ciebie. – Kiedy młodość zaczęła mijać. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. tak – przytakuje generał. tajemniczą. Nie ma smutniejszego. Kto wtedy staje się butny. że wybaczasz mi. Możliwe jednak. naturalnie. tajemniczego związku.. że i ty przebaczasz mi. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . iż jestem za pan brat z całym światem. Wierzyłem. moje wymagania. – O polowaniu. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. szanowałem twój intelekt. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. – Ale to wszystko prowadzi do polowania. umiem być pożądanym tam. Nasza przyjaźń była przecież taka. I naprawdę. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. że ów stan łaski trwa dopóty. nie chcemy niczego. którzy w swych sercach są skromni i pokorni. że otacza mnie miłość i zaufanie. w czasie owej dekady. że przyjaźń. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. jakbyś był zdobywcą. o czym mówiłem. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. świadomie.. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości.dekada młodości. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych. prócz tego.. kiedy żyliśmy w jednostce. tę dziwną. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. kto będzie zarozumiały i zuchwały. bardzo wiele. kto nie wie. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. Wcześniej dzieje się również to. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. podobnie jak świat.

Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. ponieważ byłeś moim przyjacielem. Byliśmy przyjaciółmi. umową ludzką. na polowaniu. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. nie podnosisz na mnie broni. a jednak należeliśmy do siebie. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie. co zrobiłeś. To prawo żyło w ludzkich sercach. a więc nie kompanami. to jest prawo przyjaźni. Powinieneś poznać odpowiedzialność. ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. I było silniejsze niż namiętność. i później. można było zabić przyjaciela. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. nie bratającymi się wyrostkami. widzisz. gdy podnosi broń. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. która zatruła naszą przyjaźń. którego tajemnicy strzegłeś. byliśmy związkiem. co przyszło po nim. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. jak pamięć cichego . na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. może to i boli. z miejsca przestępstwa. Bo musiałeś powrócić. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. czego brakowało twojej istocie. Coś we mnie zabiłeś. że świat był dla mnie miły. I teraz powinienem ci powiedzieć to. nie towarzyszami broni. lecz zostajesz tutaj. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. oszukujesz. to ty tamtego ranka w lesie. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. czy naprawdę się zepsuła. może rani moją próżność. jaką znają jedynie mężczyźni. Wydaje się. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. zamiar jest winą. na wypadek. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. powinienem wiedzieć. I to. I kiedy mówię. co może zastąpić przyjaźń. czemu przeczyłem przed samym sobą. Byliśmy przyjaciółmi.momencie. jakiej żąda to słowo. a to rzadko zdarza się w życiu. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. – Zrozum. z zasięgu mojego wzroku. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. ale pozostaniesz moim przyjacielem. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. poza porywem. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. złej i niepojętej tajemnicy. zniszczyłeś moje życie. ale to wszystko nie jest tak złe. jak zabójcy i złoczyńcy. których przenika swoją energią. Bo różniliśmy się. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. to co i kto ją popsuł. w tropikach czy gdziekolwiek. który zakrada się na miejsce przestępstwa. a jeśli tak. gdybyś tego nie wiedział. aby kogoś zabić. Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. a również o tym wszystkim. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. Wina jest wcześniej. w co nie uwierzyłem. co docierało do mnie bardzo powoli. jak to. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. przyjaźni nie może spotkać zawód. zdradzasz. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. iż wiąże się z nim odpowiedzialność. poza egoizmem. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. albo do piekła. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. Bo to także powinniśmy wiedzieć. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem.

która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. czuje. I w chwili. dobrze o tym wiedziałeś. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. bo spomiędzy świerków. kilka kroków za mną. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. spojrzało w gęstwinę. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. wiem to na pewno. ciemny. a my dość długo staliśmy bez ruchu. i urok. z tym zimnym i cichym trzaskiem. nazywając nas mniej więcej po imieniu. na przykład sztylet. Jeleń obserwował. być może. lasu i zwierzyny. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. czynem bohaterskim. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. stał jak zaczarowany. Tutaj zaczyna się ścieżka. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. jak wszelkie ludzkie zachowanie.. na jej skraju. Ja zawsze tak czułem. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. wyszedł jeleń. I ja tak czułem w owej chwili. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. jakieś trzysta kroków dalej. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. w lesie i w gęstwinie. Powietrze było czyste i pachnące. która jest samotnością świtu. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. gdzie las żyje już sam sobą. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. Przejaśniało się już. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal. i gdzie człowiek zawsze. także w ciemności. ta przyjaźń. kiedy podniosłeś broń. Jakiego rodzaju fale. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się. Tak czuł jeleń w owej chwili. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. albo szlachetna . zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. Pamiętasz tę chwilę.. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość. Taka przyjaźń była między nami. to również wiem na pewno. Instynkt. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. kiedy jeszcze polowałem. pomiędzy drzewami. że zbłądził w życiu i w świecie. w środku tej samotności. Staliśmy w gąszczu. Myśliwy pozostał z psem. także nie oglądając się za siebie. zziajani wspinaniem się ścieżką.bohaterskiego czynu. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. które jest bezinteresowne. ty za mną. lecz tak ostrożnie. Nie ruszał się. Byliśmy sami w środku lasu. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. pomiędzy świerkami. ten fenomen. na odwieczną scenę życia. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. ten szósty zmysł. na głębokie wody. nie karczowany. podniosło głowę. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. przez chwilę. ja z przodu. jakie ci pozostały. siły. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. nie. gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. Ja też ją pamiętam. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki. tam. I tak czułeś ty. aby mnie zabić.

z dokładnością do jednej sekundy. że wyczułem twoje ruchy. że niepodobna. Co się stało?.. Trochę się na tym znałem. Minęło pół minuty. W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem. Wyczułem. czekałem. przepadł w gęstwinie. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie. a pocisk pozostanie w strzelbie. spodziewam się. który . czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie. na swój sposób i wedle własnego porządku. Poczułem. że wystarczy jeden ruch. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie. Po czym powoli opuściłeś broń. to znaczy. w małej odległości.. A jednak ja słyszałem i widziałem go. nie ma takiego człowieka ni sędziego. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. Ale wiedziałem także. dokładnie informował mnie o tym. który był niczym eksplozja. co robisz. że drżą ci ręce. na równej wysokości. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. chodził z psami na obrzeżu lasu. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. to także wiem. I teraz zdarzyło się coś. jakbym widział. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. niż jej charakter ludzki. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. wystarczy. ponieważ owa chwila już minęła. przypasowujesz do ramienia i celujesz. ciekawe jest to. aby kogoś zabić. na polowaniu.. żadnych świadków. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. bardzo powoli. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się. na ukos. że nie jesteś dobrym strzelcem. A więc stałem i czekałem na strzał. bym nieco w bok odwrócił głowę. Opuściłeś broń. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. Wiedziałem. intymniej. Moja głowa i głowa jelenia. parę kroków za moimi plecami. bardzo ostrożnie. Tę chwilę. – Tak – powiedział gość. W takich chwilach człowiek wie wszystko. – To była znamienna chwila – mówi generał. gdy odciąga się jej spust. Poczułem. o jakim rokrocznie donoszą gazety. idealna. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. że podnosisz broń. Sytuacja była wymarzona. myśliwy był daleko. strzał się opóźniał. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. Stałeś za mną. – Naturalnie. Celowałeś pół minuty. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. pamiętasz?. bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. ponieważ ty także znasz prawdę. coś się musi dokonać.. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. na tym. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. Wiedziałem. sytuacja była modelowa. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. jakbym stał naprzeciwko ciebie. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela. bez zegarka.broń angielska. abym się poruszył. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. rzekłbym. ale mogę powiedzieć tobie. To.

któż by tam dzielił włos na czworo. wstyd. a ty opuściłeś broń. który jest większą udręką. który śmie wnosić oskarżenie.. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni. że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie. na dobre i na złe. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną. przy okazji towarzyskich spotkań. przypadkiem.mógłby cię potępić. twojego najlepszego przyjaciela. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat.. świat okazałby ci współczucie. i nie ma takiego człowieka. w towarzystwie mojej żony. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra. dzielono by z tobą żałobę. który je wnosi. ten cios srogo dotknął ciebie.. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. jaki odczuwa ofiara. oskarżenie spada na tego. który mój dom mogłeś uważać za własny. jesteś członkiem mojej rodziny. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca. co sobie zaplanowałeś. któż może pomyśleć. krewnych oraz łowieckiej braci. a później. Istnieje pewien rodzaj wstydu. który mógłby je uznać. Staliśmy jeszcze jakiś czas. To była kwestia sekund. swojego przyjaciela. Nikt. byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. było dobre. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. niż wszystko. Zresztą. gdzie od lat jesteś codziennym gościem. Dlaczego?. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka.. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz. gdybyś mnie zabił.. Fakt jest rozstrzygający.. Faktem jest. przyjaciel nad przyjaciółmi.. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych. kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni. nieważne. gdybyś to zrobił. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu. co było ci w życiu potrzebne. który śmie wykrzykiwać przed światem coś. że chciałeś mnie zabić. było precyzyjne i doskonałe. który śmiałby coś takiego oświadczyć. Nie ma żadnych dowodów na to. niewiarygodna hipoteza. że ty. zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. Nie jesteś mi winien pieniędzy. jak przedtem. ale może potrzebny był do tego także jeleń. ty. scena popsuła się. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek. nie poruszyliśmy się. od którego mogłeś otrzymać wszystko. W przeddzień razem jedliśmy kolację.. każdy podałby ci współczującą rękę. zrozumiałbym wszystko.. a natura ludzka jest taka. na służbie. i osądzał?. To była taka sytuacja. ponieważ tragiczny przypadek zabił. Gdzież jest człowiek. nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach. gdzie prokuratura.. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz.. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. w pałacu. Nie odwróciłem się. moją rodzinę za swoją. To. w gronie przyjaciół. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie.. mnie. gdzie ten ordynus. Możliwe. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę. widziano nas razem. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. posłużywszy się twoją ręką. że mnie zabiłeś?. Kastor i Polluks.

z lekką hinduską chustą na ramionach. W tamtej chwili.. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. lubiła wszystko. Czytała i nie zauważyła. szlachetniejsze formy życia. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. w podobnej sytuacji. ze wstydem lub z entuzjazmem. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć. jakby wiedzieć. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. jak dzisiejszego wieczora. razem z Krystyną. żeby cię zabić”. jak przedtem. także później. zaczyna mówić. Lubiła światło świec. czy w ogóle coś myślę. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował.. pragnąc. Przyjechałeś o zwykłej porze. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. Patrzyła na mnie bez słowa. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość.. przegapiłem okazję. zlekceważył szanse celowania. tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. zaczęło się polowanie. Krystyna już czekała. jakby mnie przesłuchiwała.. Kolację jedliśmy we troje. – Tak. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie. do miasta. kierując się na szczyt wzgórza. Spotkaliśmy się przy stole. o wpół do ósmej. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. Patrzyła mi w oczy. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. ponieważ pora była wilgotna. Nie odpowiedziała. Gość zapala. Lokaj zameldował. przebrałem się. Sądzę. że powróciłeś do miasta.. szeroko otwartymi oczyma. tak badawczo.. – Dziękuję – mówi gość. czekały nasze psy. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. To milczenie było potwierdzeniem. Ponieważ każdy inny. czasy minione. Bo zawsze najważniejsze. co myśli o nas ofiara albo ten. w dolinie trzaskały strzelby. jak dzień. bryczką. że wyjechała wczesnym popołudniem. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. jak poprzedniego wieczora. Czekał tam już myśliwy. wieczorem. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. gdy wstaje – może to sprawił blask świec. ale zląkłem się bladości jej twarzy. Nie odpowiedziałeś. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. A ty milczałeś. . W czasie obiadu – był to obiad myśliwski. Nasze drogi rozeszły się. siedziała przed kominkiem.. W kominku płonął ogień. który spętał nas obu. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą. co przypominało jej przeszłość. jak każdego wieczora. długo. pełnią światła. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę.porażający czar. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. mglista.. czy coś wiem. co ja w owej chwili myślę. kiedy już stałem przed nią. jak podczas wielu poprzednich wieczorów. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. odszedłem ścieżką. powozem. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. Nakryto w dużej sali. machinalnie. opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem. kiedy wszedłem do pokoju. – Ale tego samego dnia. Ty także ruszyłeś. ręka mu nie drży.

przeciwne koleżeńskiej umowie. o meldunku naganiaczy. że cokolwiek życie przyniesie. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. że tę książkę. i Krystyna.. Później. Krystyna czytała o tropikach. nie mówisz o tym. I naprawdę. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście. którzy żyliśmy w tym domu. na ten sam temat. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. chcesz wiedzieć.. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. nieomal z rozpaczą. kiedy przyszedłeś do nas.. do salonu. postanowiłem. na tym dziwnym polowaniu. jak w inne wieczory. jaka wiązała nas obu. Zdecydowałem. jaki powód – aby podnieść broń na mnie. co czytała wieczorem.. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach. całe przedpołudnie i popołudnie. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. o tym. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. Mówiliśmy także o polowaniu. a także inne. pytasz Krystynę o tytuł tej książki. i ja. Rozmawialiśmy. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną. Nie mówisz o tym. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. w wieczorowym ubraniu. Krystynie i niani. profan. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. Chciałbyś poznać opinię Krystyny. jakkolwiek nie miał do tego prawa. Wyłączyłem się z rozmowy. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem. Człowiek. że oboje graliście naprawdę doskonale. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. który należał do mnie. zachowujesz się jak ktoś. kiedy przyszedłeś do nas. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. Kobiety wyczuwają coś takiego. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach. że oszukaliście mnie tego wieczora. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. o książce. i zasiedliśmy do kolacji. Stawiając tę hipotezę. Mówisz o czymś innym. Potem przyszedłeś ty. znaczy to. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. kiedy już wiem.byłem spokojny. gdy nie jest się rasowym myśliwym. szczególnie interesuje cię. Co . przez cały wieczór.. kogo bardzo interesuje ten temat. ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. tego ranka i po południu. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom. utraciliśmy naszą ludzką rangę. zdumione spojrzenie Krystyny. Długo rozmawialiście o tej lekturze. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. wypytujesz. Ja. jak wygląda życie w tropikach.. i masz powód ku temu – wszystko jedno. ale to słowo nie pada. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. ustrzelił kozła. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam. że przegapiłeś zwierzynę. powracam myślą do tej sceny. bo. od świtu. o zaniechaniu wspaniałego jelenia. Pytasz Krystynę. oszalał: powtarzałem to uparcie. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. o zwyczajnej lekturze. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. że my wszyscy. tak myślałem.

kiedy wróciłeś do tego domu. wracasz do miasta. a potem spotykają się. tropik. To stało się tego dnia. słowa powracają. gorące mgły..myśli o tym Krystyna?. deszcz i parująca mgła. przed czterdziestu jeden laty. Widzisz. w tym pokoju. kiedy było polowanie – mówi. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. – A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną. I dzisiaj. osobiście..) I czy ona. mówiłeś o tym samym: o tropiku. słowa powracają. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia. dławiące. jakie wypowiedziałeś. pierwszymi słowami. samotność pośrodku moczarów i puszczy?. systematycznego. o moczarach. czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. z rezygnacją. były: moczary. w tym fotelu.. Tak. o ciepłej mgle i o deszczu. (Mnie nie pytasz. Krystyna. ciepłe opary. Około północy prosisz o powóz. sprawy i słowa chodzą w kółko. Wszystko powraca. . dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie.. przejrzystego klasyfikowania faktów. potrafiłaby znieść deszcz.

co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. ale możesz być i ty. wszystko jest znakiem i ryciną. łączy mnie w życiu najwięcej. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. pozostawiła tam. sam w pokoju. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania. rzeczy zaczęły do mnie mówić. że ta książka jest również sygnałem. I naraz zrozumiałem. a więc chce innego niż ten świat. Przyglądam się ilustracjom. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie. że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. jak okolica. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców.. Krystyna. i to mówi nie tylko po angielsku. dlatego czyta fachowe książki o tropikach.. blada. myślę. nienaturalnie zdyscyplinowany. nie mogła dowiedzieć się niczego. wszystko ostrzega. podnoszę tę książkę i kartkuję. Oto. kiedy patrzyła na mnie. To wszystko. przemówiło życie. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego. I zrozumiałem. myślę.15 – Kiedy odchodzisz. napisaną w języku angielskim. poza moim ojcem. co mi się udało. coś się wydarzyło. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. A jednak książka mówi. odeszło ode mnie. to nie Krystyna. tym swoim pytającym spojrzeniem. Dziwi mnie. kiedy dwoje ludzi. ostatni etap mojego życia. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. z którymi. książkę o tropikach. Krystyna również się żegna – kontynuuje później. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. po północy. – Sam zostaję w tym pokoju. tego dnia. co oznaczało minione życie. W takich momentach bardzo trzeba uważać. na fotelu. myślę. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki. Wiem i czuję. Krystyna coś czuje i coś wie. po której muszę się tułać. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. trzeba to tylko zrozumieć. Myśli o innych światach. ty i to wszystko. Jasne jak słońce. Nie chce mi się spać. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. coś jeszcze: wreszcie. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. A w samej . i chce stąd odejść. Książkę. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. chociaż mgliście. W owej chwili czuję tak wiele. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. i chyba rozumiem wiele. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. naraz zrozumiałem. Nie mogła się dowiedzieć. myślę.

Zawsze byłeś dziwny. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. nawet jeśli są pomylone. sprzeciwu. Powinienem pomówić z tobą. straszniejszą od faktu. aby mnie nienawidzić i zabić.rzeczy. nie ma tygodnia. że ty i Krystyna. kiedy znam prawdę. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. bardziej tajemnicze. muszę ją odrzucić. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. Życie nas trojga. znam każdą jej myśl. jest głębsze. byś trzy. jej ciało i duszę znam jak samego siebie. uwieńczenie całego życia. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. dowody przesypują się przez palce. co się wydarzyło. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. A jednocześnie wiem. Namiętnych uczuć. jestem spokojny. Lecz teraz. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna. Głupia hipoteza. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. nie można miesiącami ukrywać przed światem. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina.. myślałem. arcydzieło wśród swoich zbiorów. przejrzyste. woła we mnie – tak niedwuznacznie. w koszarach. Masz powód. że oszalałeś. wiemy o sobie wszystko. czy mamy grać komedię we troje. Znam Krystynę. że byłbym wariatem. że znam prawdę. miałem nadzieję. którą znalazłem w świecie tak. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. Krystyna. prawda? Czy tę pewność. że jakiś głos. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. inny. i to tak niewzruszenie i pewnie. gwałtowna namiętność. Noce i dnie Krystyny. wiecznie ślepy i głuchy. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości. na służbie. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego ... gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. o których człowiek myśli jedynie we śnie. A prawda jest taka. Brak danych. czyste. daleki. ty i ja. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. nie jesteś szaleńcem. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. nieomal doznaję ulgi. wątpliwości – że się nie mylę. bardziej niedocieczone. nasza przyjaźń. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. Tutaj w grę wchodzi coś innego. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. nasze poznanie Krystyny. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście. Co za śmieszny. Może to ta muzyka. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem. nie wolno zatajać. która zmusza opętanego. dlatego. ten trzeci. namiętności. który jest mocniejszy od każdego dowodu. wzięty z powietrza zarzut. moje małżeństwo. wszystko to jest takie otwarte. kiedy myślę o Krystynie. nie mogę zwodzić samego siebie. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. nie ma żadnych oznak. To. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział.. jakiś jej ślad nawet ja. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik. także sekrety.

moje nazwisko. Krystyna jest zmęczona. zrozumiałem. że kto tak ucieka w szczerość. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą. Jakby szukał właściwego słowa. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. za pośrednictwem naszego pamiętnika. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia.. myślę. co powinien wyznać. Prawda. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju. – Już północ minęła. co więcej. to ona była tą osobą. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. co jej dałem. pałac w Paryżu. dlatego będzie zapisywać wszystko to. Jak powiadam.. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś. pisemne przekazywanie wiadomości. ponieważ uzgodniliśmy. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. – Nie chcę jej przeszkadzać. bała się. znacznie później. duszę i ciało. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. w czasie naszej podróży poślubnej. to sekretne. która chciała czynić wyznania – i później. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. ten zamek. do bezwzględnej szczerości. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy.. i wstaję. Krystyna chce mi dać wszystko. czegoś się boi. prosiła mnie o to w Paryżu. nie chcę jej przeszkadzać. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika.. I naraz życie daje jej wszystko. jutro ją zapytam. który żyje już tylko swoim instrumentem. i co znaczyło dla niej to wszystko. że ten poufny zeszyt. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli. Krystyna jest zakochana. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica.. czym nie będzie mogła podzielić się ze mną. zeszytem nutowym i wspomnieniami. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. ona i ja. . swoje uczucia i ukryte myśli. ze strzępów ludzkiej duszy. dziennik by o tym zasygnalizował. kiedy już nie było Krystyny. dwoma słowami zawiadamia mnie.. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. pod wpływem pewnej sytuacji.. wszystko. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą.małżeństwa. opowiada wszystko. że nie chce ukrywać przede mną sekretów. co myślał lub co czuł ów człowiek. sama z cichym i chorym starcem. kto wie. Trudno o tym mówić.. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej. idę do bawialni Krystyny. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz. Odpowiadała. Bo musisz wiedzieć. skąd przyszła. pomyśl tylko. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. co jest prawdziwą tajemnicą. dom śpi. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. uważałem za niezrozumiały. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. abym wiedział. znacznie później zrozumiałem. jak nieustające miłosne wyznanie. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. w biednym domu. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. z uczuć i pragnień. jednym. Przymyka oczy. wielki świat. chodzę po ciemnym domu. o czym trudno jest mówić. tak sobie myślę – mówi spokojnie. Ale szuflada jest pusta. To był pomysł Krystyny.

nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. lecz bardzo trafnie. Opisuje mnie tak. dystyngowanym młodym człowiekiem. myślę. Rzym. dostaję mdłości od tej cmokającej. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. by w listach z domu. opiera się łokciami o kolana. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach. kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. uważnie. jakby rozmawiała z nim przez sen. że jest zakochana. moją karierę. zarozumiałej pewności siebie. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. Albo pisze o tym. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. potem Wschód. Krystyna. Ale jestem szczęśliwy. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę. paroma słowami. że ten. przygląda się rysunkowi na dywanie. naturalnie. czy coś w tym rodzaju.pełnymi garściami. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. Później dowiaduję się. Teraz. mam pozycję. kocham życie. I jak każdy człowiek. morze. Opisuje to. której każde słowo. dlatego wynajduje pamiętnik. w owym czasie to też nie jest to. że nie jest zakochana. Widzisz. owe dziwne. kiedy patrzę za siebie. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. aby uniknąć mówienia o czymś. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. kiedy czytam pamiętnik. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. Nie myślę o tym. zagadnął ją. gdybym na przykład dowiedział się. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. Krystyna jest niespokojnym duchem. być może czyni to dlatego. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku. ma dla mnie złe wiadomości. Po czym tygodniami nie pisze nic. służbę. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. ten dziwny prezent. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. bezbłędne. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. z bogatym. od tego poczucia szczęścia. na swój sposób. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. małżeństwo. Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. które czekały na mnie w portach. że mogłaby z nim odejść. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. mam trzydzieści lat.. bardzo wdzięczna. idealne. Wszystko to jest zbyt piękne. Londyn. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą. która pojechała w podróż poślubną z mężem. wierzy. miesiące wśród oaz. Chciałbym złożyć losowi ofiarę.. a ona poczuła. Paryż. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . sposób. jestem bogaty. Splata palce. tę całoroczną podróż poślubną. bez pęknięć. – Ciasno splata palce. bo jesteś wierny”. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. Niekiedy pisze jedną linijkę. w skupieniu. co jest ważne i istotne. na sposób młodej kobiety. Świat należy do mnie. jest tylko wdzięczna. nie miałbym nic przeciwko temu. jak widzi. że bankier. niekiedy tylko jedno słowo. spotkałem kobietę.

więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku. Śpię głęboko. można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą. czy to wszystko. pewne jest. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Opowiadający mówi głośno. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. ciężki był. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. – Zapytać. o co ja mogę zapytać. w śniegu. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór. podług mnie. i wszystko to. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. Kręci głową. o co? – mówi cicho. co możemy zrobić. Milknie. że wyjechałeś. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty. o łajdakach. Wydaje się... nie. bez snów. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. że chciałeś mnie zabić. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru. ale jeszcze nie wiem. napchanym okazałymi przedmiotami. do twojego mieszkania. Lecz i przy pomocy słów. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. Tak samo śpię tamtej nocy. pewne jest i to. a jednak potem zdumiewało mnie. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw.. jakby co ciekawszymi fragmentami . Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem. Nastaje noc.. dopóki ma w życiu cel. w szufladzie biurka Krystyny.. Myślę o tym. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego.. lekceważącym tonem. naturę człowieka. nie zmieni faktów. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić. że wydarzyło się i dzieje coś. Możliwe. nie tylko z tobą. jakby szydził z samego siebie. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. co dotyczy tropiku. że ludzie daremnie poznają prawdę. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu.. jadę do miasta. jeździł konno albo wędrował. z wyczerpania. Nie myślę teraz o kłamcach. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej.noc. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia. co ty możesz odpowiedzieć. bo to wszystko dzieje się także ze mną. ty odjeżdżasz od nas. Wtedy zapadłem w głęboki sen. w którym meldujesz. na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia. jakby z twojej broni padł strzał. Chcę mówić z tobą. że. ponieważ teraz jest już pewne. starczo.. A więc stoję w twoim zagadkowym. Śpię głęboko. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. na próżno gromadzą doświadczenia. schodząc ze ścierwem z gór. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. lecz słowami?. dusznym pokoju. To wszystko. uprzejmie i przyjaźnie. Możliwe też. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji. jakby go zdumiewał postępek dziecka. Postanawiam. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. umęczywszy się w dolinie. można poznać fakty.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

nie wypuszcza z rąk tego.. z charakteru. Znała cię w dzieciństwie. Po południu przybywamy do Arco samochodem. Człowiek i los trzymają się nawzajem. pędzimy do samego końca. wcześnie musi zrezygnować z kariery. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne. Taki jest człowiek.. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. co się z nim dzieje. które my sami przed nim otwieramy. Postępuje tak i wtedy.. Brzegami jeziora Garda. szlachetnych dźwięków. ukryty wśród skał. Krystyna chce zobaczyć pokój. z sali koncertowej. pod koniec naszej podróży poślubnej. nie. by utrzymać skrzypce i smyczek. że to. ale nie mającego dość sił. jest fatalne. dodatkowym zarobkiem. odnajdujemy to sanatorium. w którym zmarła jej matka. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. wysoko zamek. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. czuje i wie. co robi. to ty byłeś tym. knoty świec poczerniały.. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium. jedno nadaje drugiemu formę. jedno przyzywa drugie. letniej atmosferze. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. To nieprawda. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. przywołuje do siebie. gdy natychmiast. w mglistej. Nie ma człowieka. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. która miała wówczas siedemnaście lat. Po latach. – Człowiek również ma wpływ na to. Przyczynia się. jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę. lecznica chorych na serce. działa z żelazną konsekwencją. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. . które ze swej istoty. że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia. co musi się wydarzyć. od pierwszej chwili. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne. musi zadowolić się tym skromnym. który byłby dość silny i mądry.

Nie rozumiem tego słowa. Uczucie. który nie czytał książek. swoją krew. obojętnie i uprzejmie – i mówi. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. gdziekolwiek spojrzysz. jak płótna owijają serca chorych. Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak. jakby natura. a wypowiada to imię bez gniewu i złości. I przypomniały mi się słowa mojego ojca. złudzeniem. na który chorują ludzkie serca. Cisza.. do odnawiania się życia konieczne jest napięcie.. jakby zamknął w sobie wszystek smutek. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów. do ciebie i do Krystyny. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. o pokrewnej strukturze krwi. że do stwarzania świata. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa. która rozrywa ludzkość na dwie części. kobieta i mężczyzna. jak ty i Krystyna. wiedział o owej dwoistości. Jest to takie rzadkie. oddając bliźnim. jedną matka. uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco. dwu temperamentów. poczułem.. że święto się skończyło. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny. każde z was miało inną rolę do odegrania. jeśli nie jest „inna”. które wiecznie poszukuje drugiego. która owija tutaj wszystko. w Arco. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty. ja mam tego rodzaju charakter i gust. rozumiesz. ponieważ moja matka również była „inna”. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. jeszcze nie wiem. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. na czym polega ta różnica?.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie. a moja matka. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. światopoglądowe.. Niekiedy zgoła myślę. przyjaciele. jeśli jej ogląd świata. on także spotkał kobietę. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. tak tajemniczy. z zarania dziejów słyszę głos. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. że jego los trwa dalej we mnie. które przywiązało mnie do matki. skrytsza niźli przekonania.. że wszystko zależy od niej. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy... że Krystyna także jest „innego rodzaju”. Prąd zmienny. Pierwszy raz czuję.. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. . wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy. ta wonna i parna letniość. ta sama bezczynna i smutna wola. Mój ojciec mówi o tobie. zapach ciernistych roślin południowych. którą bardzo kochał i obok której.. z bardzo daleka. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę.. jest podobna. że Krystyna nie jest całkowicie ze mną. jeśli jej istota. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. Krystyna obchodzi dom dookoła. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. mimo to. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. co więcej. pozostał samotny. smutny i mądry głos mojego ojca. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. To wtedy. z daleka. dwu odmiennych rytmów życia. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. jak w oranżerii. letnia i wonna mgła. stopnie władzy. W wielkiej ciszy bladożółty dom. ta sama niestrudzona nadzieja. przemocą i podstępnie. co on. było jedno i to samo: ta sama tęsknota.

pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. Wydaje się. Możliwe. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. W życiu wszystko możesz osiągnąć. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu.drugą przyjaciel. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. Wniosła namiętność i hardość. jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. – Resztę znasz. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. Krystyna od wewnątrz była dzika. na poranny spacer w lesie. kultura i czułość jej ojca. Owszem. zaznajomienie się z Krystyną. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. który zrozumiał także i to.. klasztor. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła. Czuję to po raz pierwszy w Arco.. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. na . suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. Nie można było jej obrazić. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. na który nigdy nie można się przeprawić. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. spotkanie nas dwojga. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. jak żadne inne spotkanie przedtem. Na drugim brzegu. Wniosła nie tylko swoją młodość. w pokoju. tak. Przedstawiłeś mnie Krystynie. którzy są dumni ze swojej rangi. rytmu życia. nic. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. na tamtym brzegu. w domu – mówi. pochodzenia. trzecią miła i kochająca żona. całym sobą reagować na wszystko. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. majątku. Odchyla się w fotelu. co daje mu świat i życie: na muzykę. Ja to spotkanie. który jest dla ciebie ważny. nie. jaka była prawdziwą treścią jej natury. jak człowiek. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu. z której by się wycofała. co jej dałem. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom.. a to już jest bardzo rzadkie. w którym umarła jej matka. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. który coś zrozumiał. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania.. głowę chowa w dłoniach. nie do oswojenia: wszystko.. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu. majątek i pozycję towarzyską. że interesuje cię Krystyna. nigdy. do którego ją wprowadziłem. uważałem za coś tak niepojętego. trochę włoski. gestem bezradnym i zrezygnowanym. który umiałby. właśnie owej odmienności. który jest ci bliski. Rozumiała coś jeszcze. rzadkością jest człowiek suwerenny. niezależną i wolną. Pamiętasz – tak. skłonności. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. jak ona.. a reszta węgierska.

Nie tylko ty. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta. osobiście. obchodziło każde ziemskie stworzenie. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. jak przed czterdziestu jeden laty. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. my dwaj. co świat może pokazać i ofiarować. na cztery ręce. wszystko ją ciekawiło. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. nie ma jej fotografii. tak wyraźnie widzę jej twarz. kiedy słuchają muzyki. jak wydarzyć się musiało. Tu chodziło o muzykę. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. Tak. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. co się wydarzyło. czasami wydaje mi się. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. I teraz. ojciec i ja. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. ona zbliżała się do wszystkiego. że życie jest wielką łaską i przywilejem. Nie. którą dla was w pełni wyrażała muzyka. powinieneś to wiedzieć. nieomal z zadowoleniem. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną. z pasją. w każdym razie nigdy w mojej obecności. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. abyście kiedykolwiek grali razem. – Ale niekiedy widzę jej twarz. Bo to był ostatni wieczór. na przykład muzyka. nie. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku. kiedy tutaj siedziała między nami. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . Jakby ją. nie rozumieli. Nie znałem nikogo.. jakby ciągle czuła.. I patrzy w ogień. Przyjrzyj się ich twarzom. rozumiesz?. powracające elementy. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. ostatniego wieczora. niekonwencjonalnego. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. a tej drugiej mowy. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. Pomiędzy moją matką. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. kiedy mówimy o niej. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. zdjęto ze ściany. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. ty to z pewnością rozumiesz. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. gwiazdy i książki. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. Wydaje się. jak dziwnie się zmieniają. a wielki obraz. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. dwaj jakże inni od was ludzie.zapach i barwę kwiatu. co więcej. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy.

– Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las. Wydaje się. Wszyscy umarli. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi. powyżej osiemdziesiątki. wszędzie leżały tomy nut. tak. który coś przeżyje.. był już bardzo stary. badają się nawzajem. i las. co warto było opowiedzieć. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. jest silniejszy.mojej obecności. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. starzy ludzie. nachalniejszy. co doń należało. jak my żyjemy. obecnie. że życie. wszystko. Wówczas zrozumiałem. a i ja nie byłem już młody. pogrążając się w myślach. którzy mają nie tylko słuch muzyczny. Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. ten wygrywa własny proces.. ty i Krystyna. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju. Krystyna też już wtedy nie żyła.” Zabrzmiało to jak wyrok. w szafach. Akurat powróciłem z wojny. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. dochodziłem do pięćdziesiątki. z którym raz. a on naprawdę znał się na muzyce. co żyje. to drukowane huczenie i świstanie. na półkach. I to drzewo. niż trwać tak długo. A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. jedynemu człowiekowi. Pozostało to jedno drzewo na polanie. – . Wydaje się. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś. Chce zostać przy życiu. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. pośród starych mebli i dawnych instrumentów. Nie uważasz?. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko. Kto coś przeżyje. nie ma prawa wnosić oskarżenia.. i ten zamek. A ja opowiedziałem jemu. – Nie szukałem śmierci. widzisz. abym mówił co innego. gdzie wszystko miało taki stary zapach. drzewo.. Jak my obaj – mówi krótko. w pobliżu domku myśliwskiego. także dzisiaj. o muzyce. matka. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. ulotniła się wszelka ludzka treść. że wszystko. nie ma prawa i powodu oskarżać. Jaki może mieć cel?. Żadnego. on był sprytniejszy.. jak to możliwe. – Potem on także umarł. niema muzyka utrwalona w znakach. powywracał wokół niego wszystko. prawdopodobnie ma jakiś inny. sucho. jakie upłynęło w tym pokoju. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. Wtedy był już stary. i odnawiać się. – Ojciec Krystyny też tak uważał. jednakowoż żyje. ojciec. ojciec Krystyny – mówi. Wszyscy już pomarli i odeszli. z jakimś niezrozumiałym celem. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. które jest światową literaturą muzyczną. krótko po naszej rozmowie umarł. niebezpieczny sens. Bo to był jedyny człowiek. ukrywało się w pokoju. dzięki potężnej i nierozumnej sile. od dziesięciu lat. że człowiek.. o tobie. któremu w przyrodzie na imię wicher. o Krystynie. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las. I jak swego rodzaju oskarżenie. Patrzą na siebie. w półmrok. nie ma innego celu. jakby z życia.

Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. giną miliony ludzi. my także pragniemy zemsty. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. zemsta. czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. że człowiek niekiedy sądził. – mówi obiektywnie. – Możliwe że ta forma życia. którą poznaliśmy. i odpowiadam tak: . do domu i załatwić ze mną to wszystko.. w ataku i w starciu. jest nieważne. Możliwe. zbyt wiele złości. – Możliwe że w świecie wygasną światła. wszystko. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia.. tylko ogień żyje i pali się.. aby się zemścić. ba. tyle że teraz znowu się roznosi.. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś..Dokoła mnie umierali ludzie. mądrzy i starzy. Widzę po twoich oczach. aby jeszcze raz wrócić.. i co w nich znajdujemy? Gniew. i dlatego czekałem na ciebie. że to jest jeszcze ten sam ogień.. Znowu pali się świat. ta kolacja. Głupie afekty. tak obliczono. kogo już nie ma. z drugiego brzegu. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. W jaki sposób? – zapytasz teraz. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie. nie: byłem spokojny. od ludzi? Przecież my obaj. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości. a nie umarłem. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę. To pytanie zadaje twoje spojrzenie. ten dom. zemsty. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu.. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem. gdzie znalazłbym sposób. wszędzie na świecie. obcy ludzie drą z siebie pasy. co tu jeszcze znaczy zemsta?.. co było regułą i ugodą. Mijał czas i świat ponownie się zapalił. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. który czas jedynie zdusił. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza. indywidualny problem i pojedynczy gniew. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. płonie aż po samo niebo. Każdy umiera. Tak. na których czeka już tylko śmierć?. Czego więc innego oczekujemy od świata. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę. Dlatego powróciłeś. Co to za zemsta?. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. Powróciłem z wojny. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. tak iż stał się bledszy.. ale nie potrafił zgasić jego żaru. Spójrzmy w nasze serca.. w której rozmawialiśmy. w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. którzy jesteśmy już u kresu życia. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. bo wiedziałem. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. które uznał za pytanie swojego życia.. A ja odpowiadam ci.. Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej. możliwe też. lecz coś więcej. którym teraz nie jest już wojna. porywów i gwałtowności. bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie... wiem. w książkowym znaczeniu tych słów. aby umrzeć. Ale nie wypalił się. ponieważ czekałem. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny. że coś dojrzało w duszach ludzi.. nawet te słowa. wszystko to już należy do przeszłości. iż wypala się każda osobista wątpliwość. Wiele na to wskazuje. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty. zemsty.

To jest zemsta. na miejsce zajścia. poranny wiatr. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny.a jednak to jest zemsta. . – Możliwe – mówi. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. Teraz będziesz odpowiadał. że przyjechałeś do mnie. przez zaminowane oceany. Światło świec już zamiera. chwała losowi. w pokoju. zemsta przyszła. Może potrafię odpowiedzieć. jest prawie ciemno. patrzy uważnie. dlatego ja nie zabiłem nikogo. w ogrodzie. Nie. wyruszyłeś tutaj. pośród wielkich drzew. że masz rację. przez świat pogrążony w wojnie. Zemsta to jest to. tak jak chciałem. wieje wczesny. – Możliwe. Wokół nich. Pytaj.

poufnie. Bo to stało się z tobą tamtej chwili. chwila zemsty. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej. w tamten poranek.. już nie warto zapalać nowych świec. i czy ona zdradziła. co i tak wiem sercem i umysłem. zdradziłeś. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie.. Była to chwila utraty przytomności. jak to mówiono drzewiej. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów. Nie zaprzeczasz?. co czułeś. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas. porzuciłeś sztandar. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. Milczysz?. mówi to szeptem. które dawno sformułowałem. od swojego urzędu. Krystyna także odpowiedziała. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. Niebezpieczna to chwila. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. który jest mu bliski. że chciałbym się dowiedzieć. Miejmy to za sobą. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. W mroku nie widzę twojej twarzy. Tak dokładnie wiem. ty w tej formie. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta.. Znam ją.. Nie mówię tego w trybie oskarżenia. sądzisz. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. te dwa pytania już mnie nie interesują. Wszyscy odpowiedzieli. kiedy nadeszła ta chwila. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie.. Na dwa pytania. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. w prawdziwym... kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. aby zabić drugiego człowieka. Nie pytam. w minionych dziesięcioleciach. jak to zwykło się mówić. – Na dwa pytania. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. ta poranna chwila. Jak widzę. na polowaniu. czy się nie mylę. raczej żal mi ciebie. z intymnymi wspomnieniami .. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie.. mój przyjacielu. kiedy jeden człowiek podnosi broń. myślisz. kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć. czy naprawdę. widzisz. Straszna może być chwila. na swój sposób. ponieważ wiem z całą pewnością. kiedy czekałem na ciebie.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla. zwłaszcza teraz.. od nas. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili.

Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. iż myśleliśmy. Ja to wszystko wiem.. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. gdybym wymógł na tobie zeznanie. Krystyna.. jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność. u kresu życia. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. wiele myślałem. kiedy tego ciała już nie ma. trochę później. Mogę ci przedstawić materiał sądowy. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko.. ja tutaj. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz.. kiedy ją obejmowałeś. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. hańbiący byłby to proces.zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny. spróbowali dowiedzieć się prawdy. co było i co być mogło. Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. wiem tak dokładnie. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę. odpytywał cię z tego wszystkiego. wyznasz wszystko. że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. u siebie. co jest możliwe do opowiedzenia. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. kogo kochamy? Stary już jestem. co czułeś. zdrada.. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania.. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. a następnie pomarli. moim jedynym przyjacielem?. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. z tajemnicą pewnego ciała. którego już nie ma? Co to jest wierność. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy.. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami. a my jesteśmy starcami – i czy warto. czy chcemy zarazem. jakie to ma znaczenie: kiedy. wierności albo ofiary? Teraz. – Chcę prawdy. To. u kresu życia. gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty. oszustwo.. zdradziła mnie z tobą. jakaż to zazdrość i zawiść. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. że nie wytrzymamy już dłużej. jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo.. opowiesz dokładnie. czego oczekujemy od tego.. co niegdyś było faktem. a ty gdzieś tam w świecie. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. jak to się zaczęło. aby uczynić go szczęśliwym. czy mamy prawo żądać czegokolwiek. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia. także o tym. niegodne ciebie i mnie. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?. co rozpalało nasze serca tak. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków. gdybym teraz. Wszystko to byłoby hańbiące. czy kochamy tego. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie. zbutwiałego kobiecego ciała. gdzie i ile razy moja żona.

Bo to się stało – mówi lekceważąco. bliższym od brata. powiadasz. bądź też czekałem. przez osiem lat.. gdy spojrzymy wstecz. w każdym razie czekałem. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi. rozczarowanie.twoim mieszkaniu. kiedy człowiek jest młody. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. obojętnie. na co starczyło im ułomnej wiedzy. naszej wspólnej – Krystyny. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni. to. Zobaczyłem ją dopiero martwą. Bezwarunkowo tak się czuje.. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. tak haniebnie. rano... i później. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. do którego często przychodziła przede mną. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. Czekałem do wieczora. taki jest człowiek.. Stałem w sekretnym mieszkaniu. próżność. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie. niezrozumiale mija. co ludzie nazywają „zdradą”. Ale to mija. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. Ale. Teraz wiesz to już i ty. – I to wszystko. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. Może to było dziecinne. tapczanowi. jako dziecinadę. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko.. co dzieje się w zamku. znudzonym głosem. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny.. który znasz. co potrafi tak boleć. Dlatego bałem . nie. teraz. Próżność. Tak. to naturalnie czuje się tak. Udałem się do pałacyku myśliwskiego. niedaleko stąd. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. po latach. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. Czekałem. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. próżność. gdy nie przyszła. najbliższych mi na świecie. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. bo niepodobna wiedzieć. Jest coś. nie z dnia na dzień. twojej i mojej – tajemnicy. jedyna tajemnica. aby ją zabić. co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś. ponieważ zazdrość.. kiedy postanowiła. co jest gorsze od śmierci i namiętności. kiedy Nini zawiadomiła mnie. Dlatego bałem się tajemnicy.. potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. to odejście. że zachoruje i umrze. jakby dokoła niego zawalił się świat. ba. poszedłem do mojego pokoju. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała. miesiącami i zrobili wszystko. ranić i palić.. straszliwie obojętnym.. że powie prawdę. aby ją uratować. widzisz. i czekałem na Krystynę.. donoszono mi. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego. tak trywialnie. wiem także. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. To są te słowa. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie. tak. i w którym dwoje ludzi. Wróciłem do zamku. w zamku. dokładnie tak jak życie.. udałem się do domu myśliwskiego. u kresu życia – obojętnym. widzę i odczuwam tę pychę. że choruje. Wiedziałem. to oczekiwanie. bo umarła. Prawdopodobnie zrobili to i owo. kimś bardzo bliskim. przyglądając się meblom. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie.. Co wieczór. bez mała godnym pożałowania. a ja jej przebaczę. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych. Bo wierzę. że mogę powrócić.

Ja żyłem w samotności. Z pałacyku myśliwskiego do zamku. Ona odpowiedziała nam obu. na jakieś słowo. to ostatnia obrona instynktu życia. abyśmy omówili to. kiedy czekałem na ciebie.. Ale zobaczyłem ją już martwą.. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. i to jest coś. Nie ja. Powróciłem do domu. abym cię wezwał z powrotem. ponieważ boi się tajemnicy.. niewiele można zdziałać takimi słowami. niż rozumiemy je my. bo widzisz. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. że jest tragiczny. samotność nie zeszpeciła jej. tak jak mogła. tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. dobrze to sobie zapamiętaj. Więcej człowiek nie może powiedzieć. kto jest martwy. choć przecież nie tak wiele.. z urazą. A więc stało się. a Krystyna umarła. co za słowo! Są takie słowa. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to.. czekał i milczał. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. Nie widziałem jej osiem lat. jeden tym. nie chciała rozmawiać z nami. o którym wiedział. martwi dają dobre odpowiedzi. wezwę tutaj. ale nie mówię też z przykrością. i nie mówię tego z satysfakcją. Była piękną umarłą. Krystyna. jak teraz kończy się dla nas. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. Nie wezwała mnie przez osiem lat. dam jej rozwód. Jeśli zażyczy sobie. poszukam cię w świecie. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. wyjadę. czekałem do wieczora. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. Ale nie chciała niczego. ostateczną – niekiedy myślę. Jeżeli zechce się rozwieść. Ale Krystyna nie przyszła. drugi pozostaje na miejscu i milczy. Krystyna także miała charakter. a Krystyna umarła. Jeśli zażyczy sobie. Umarła młodo. Wzywała mnie. na swój sposób. co wreszcie trzeba omówić. dwie godziny drogi powozem. – Ty żyłeś w świecie.. mężczyźni. wzywała mnie. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. że umarła?. nie ty. Nie ciebie. Tak. nie tylko z tobą i ze mną. Ale te dwie godziny. Los dotknął nas i spełnił się nad nami. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. że poznał prawdę. których kochała. kimś. To nie jest tchórzostwo. zrobię to. . Ale widzisz. bo nie mamy dużo czasu. tak się wszystko uformowało. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. tutaj.się tej tajemnicy. że uciekł przed namiętnością.. W ciągu tych lat stało się coś także z nią. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. drugi tym. Przedtem. którego zdradziła z tobą. nie był skłonny spłonąć w związku. Bo ona także była kimś. Ale gdy wszystko się kończy. w innym znaczeniu tego słowa.. że spośród nas trojga. gdyby życie tak się ułożyło. że konając. daje dobrą odpowiedź. na jakąś wieść. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. kogo obrazili ci. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. tak mnie wychowano. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. Przeżyłem to. Widziałem to. na sposób kobiecy. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. Taka jest moja natura.. wygraną była ona. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. abym cię zabił. których kocha. nie.. Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania. także na rozwiązania podłe. Czasami mam takie uczucie. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. ten.

w częściach. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. nadchodzi od strony oranżerii. nie od razu. albo żołądek i serce. w białej sukni. Tak starzeje się człowiek.. ani na złe. Kiedy już wiesz. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. to. pragnie radości. I już znowu widuję Krystynę. jakiś mglisty cel. to właśnie jest starość. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się. wiesz. niezwyczajnego. z dawnych. że Krystyna nie żyje. budzącego grozę. bardzo dawnych czasów. niczym innym jak tylko człowiekiem. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz. Człowiek powoli pojmuje świat. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. dekoracje życia. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. wszystko się powtarza. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego.Oszustwo. szuka i raduje się. na wszystko już liczyłeś. na jawie i we śnie. dzisiaj po południu także ją widziałem. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko. nie pozostaje nic innego. Język migowy nieświadomości. i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. po chińsku. wysmukła. przecierasz oczy: już nie wiesz. co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. A człowiek. albo coś mówi do swojego konia. jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. Po czym. ponieważ znasz każdą szansę. Widuję ją. tak okropnie i nudno. co nie jest słowem. To także starość. jakieś wspomnienie.. a my obaj żyjemy. jak idzie przez ogród. zdrada. To. tylko pamięć i próżność. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i . nie. pogodę. Potem starzeje się twoje ciało... chciałbyś coś powiedzieć. To. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. wszystko to tylko słowa. tę zdradę nas obojga. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania. i wtenczas starzejesz się naprawdę. Ja już rozumiem prawdę.. porządek dnia. Nie wiedzą niczego o sobie. nie czekasz już na nic. było już za późno.. ani na dobre. poznajesz sens wszystkiego. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. w wielkim florenckim kapeluszu. powoli wszystko staje się takie oczywiste. I kiedy zrozumiałem to. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. dziwiąc się. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. to oszustwo. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. niewierność. kiedy nie żyje już ten. – Widziałem rozmaite obrazy. to jest ta niema rzeczywistość. dlaczego się obudziłeś. którego te słowa dotyczą. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. co pokazuje słońce. czuję. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów. ostatecznie i nieodwołalnie. cokolwiek by robił. biedny człowiek.. śmiertelnym. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się.. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. Pewnego dnia budzisz się. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. A kiedy mija to pragnienie radości. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność. ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. po czym umiera.

dwoje ludzi. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie. nie tylko my . moją żonę i przyjaciela. I pewnego dnia. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną. – Nie jesteś dość silny.. przyjacielowi i bratu. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. Krystyna mnie zdradziła. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. tej nędzy. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. której każdy krok. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. to drżenie i ukrywanie się przede mną. władzę pana. a jesteś biedny. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. tego ukrywania się... którzy ze świadomością winy. wyobrażam sobie nienawiść. kto jest nam bliski – mówi nawiasem. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. co starość i śmierć. która wypełnia wasze serca. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. tę miłość. i już nie możesz nic zrobić. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały. Krystyna też jest biedna.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. w domu na skraju miasta. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. Opada ci ręka z bronią. ale nie mogliście mnie ominąć. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. to zamknięcie. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić. I to zdradziła z tobą. A może ta chwila mija. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań. kiedy przy każdym kroku. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was. podnosisz broń. Tak. mogliście mnie oszukać. te spacery w lesie. Myślałem tak nie jeden raz. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. zabić kogoś.. nie możesz z nią uciec.. służby i otoczenia. musiałbyś się obawiać. samowolnie. i jednocześnie tę dręczącą jawność. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. a później. co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. albo tenisa. właśnie mnie. władzę ziemianina. parę buntowników. w każdej chwili potykacie się o moją władzę. kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. nie możesz przyjąć niczego ode mnie. Życie staje się nieomal interesujące.. kiedy myślicie o mnie.. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty. Biedni! – myślałem. o to.. o moją wyższość społeczną i majątkową. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. które nakazuje wam. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. Później. władzę męża. by wykonać to zadanie. o rój moich służących. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. nie. w małym miasteczku. szczękając zębami. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli. Ale wtedy już nic nie boli. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. niczym na statku. że opowiesz mi wszystko. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia... kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. co za głupie słowo!.

gdy w pobliżu nie ma nikogo. ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. może tylko chce się upewnić. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. Odpowiedz. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. . że w tamten poranek. Ale ja zostaję tutaj. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. a my zostaliśmy tutaj. I wtedy umiera. ty i ja. jak to pomiędzy ludźmi bywa. musi na coś czekać. jesteś bezradny. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. z tak naprężoną ciekawością w głosie. Jest tak. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. że umiemy milczeć. bo ty odjechałeś. Krystyna i ja. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. żywi. na polowaniu. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. jak dziecko. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie. Wszystko się wyjaśnia. Opada ci ręka z bronią. Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. a gdy ta chwila mija. wiem wszystko. dwóch mężczyzn.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas. a jednak czegoś nie wiem. także wtedy. my obaj. albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna.

okazją. Teraz oddycha głęboko. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko. kiedy to powiedziałem. na polowaniu. nie. jeśli . Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata. a ja nie zapytałem właściwie. który chciałby wiedzieć. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. że nie zapytałem właściwie. z zapałem. i nie wiem nic. jaki wypowiada. dręczy mnie podejrzenie. Stchórzył.. jasne jak słońce. że ta chwila w lesie. Chce odpowiedzieć. nie przed życiem. była nie tylko przypadkiem. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. nieledwie tonem usprawiedliwienia. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. – Musiałem powiedzieć. trzeźwe. pochyla się. postawiłem cię w przykrej sytuacji.. przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. To jest to. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. dlaczego?. abym ja zrezygnował z Krystyny. o świcie. powiedziałem to – kontynuuje szybko. ale jest ważna dla mnie. to są ostatnie słowa. chcesz powiedzieć prawdę. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi.. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę. Bo Krystyna. i ostatni sąd nad tobą. Nie przeczę. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. dla jedynego człowieka. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. dlatego przerwałem ci. kiedy dowiedziała się. co mówi.. Nad tym się zastanawiam. stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. że uciekłeś. teraz. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. kiedy zobaczyłem. ponieważ ty stchórzyłeś?. także nie przed oszustwem.18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. Stchórzył.. kiedy już ten ktoś. ponieważ chcesz odpowiedzieć. znacznie później. jedną ręką pociera czoło. wybacz. czuję. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się. że tę chwile poprzedzały inne chwile. – zastanawiam się później. – A więc widzisz. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje. że szykujesz się do odpowiedzi. pomysłem. nie przed ucieczką. kto oskarżył cię o tchórzostwo. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć. i nie przed śmiercią.. jakie od niej słyszę. i teraz.

czy tobie. Nie warto. – To pozostało po Krystynie. co powinien wiedzieć on. to straszne wyznanie. Lecz książka. że tak być musiało. obok nas i ponad nami w czasie. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. przed którego wykonaniem. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. żyli i pomarli moi przodkowie. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit. gdyby kula rozstrzygnęła to. ostatecznie. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. a ja żyłem w tym domu. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . później. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. jak to stwierdziła Krystyna. taka jest prawda. w pudełku. Bo wszystko inne to jedynie słowa. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. Nie chciałbym tak umrzeć. Pewnego dnia. I teraz to się stało. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. nie. na których cienie czasu zakrywają postaci. ja pytam. znacznie później. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. jak umarli i jak malowidła. ty nazajutrz wyjechałeś. w przeciwnym bowiem razie. także żyła na swój zagadkowy sposób. oprawna w żółty aksamit książka. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. i tak się stało. Potem Krystyna zmarła. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. pomiędzy rzeczami Krystyny. i nie ma człowieka. a on chce odpowiadać. Nie rozerwałem wstążki. w których urodzili się. nie chcę znać szczegółów. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. nie mogłem też wiedzieć. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. intryga. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. bo istnieje pewien porządek rzeczy. wręcza przyjacielowi. będzie takie blade. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. u kresu. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. który mógłby mi pomóc. miłość. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. i ja ją znalazłem. ja czekałem na ciebie tak. w wiele lat po jej śmierci. ta osobliwa „księga szczerości”. przyjaźń. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. tylko ty jeden. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. sprawca i oskarżony – jeśli chce. Zawsze jest tak dlatego. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. wypytywać o szczegóły. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. byłoby to bardziej ludzkie. pewnego dnia. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. w których się urodziłem. co powinno się wiedzieć. ty żyłeś gdzieś daleko. tak. bardziej na miarę człowieka. Nic już mnie nie interesuje. Byłoby lepiej. Żyła. sygnet ojca.

będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad. wydając cierpki dym. ten papier. którą generał wyciąga w stronę Konrada. – Rozumiem – mówi generał..głosem surowym. Czy Krystyna wiedziała. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. która niegdyś zapisała te stronice. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. żółty aksamit pali się. ta książka. Nie ma już świadka. przewiązany niebieską wstążką. tak samo jak ta ręka. w lesie. – Nie – mówi Konrad. spiczaste litery z zawijasami. siedzi bez ruchu. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze. wszystko obróciło się w popiół. nie drgnie mu oko. jedwabisty jak czarny żałobny materiał. Nie rusza się. prawie obojętnie.. – pyta generał. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. że wtedy. . drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. płomienie buchają wysoko. patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit. ponad książką. przyjmuje ofiarę. który by zeznawał przeciwko tobie. ogień już żyje. mora. powoli. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. zamknięty niebieską pieczęcią. – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. Nieruchomo patrzą. wyniośle. zaczyna dyszeć i błyszczeć. – Dobrze – mówi generał głucho.. wsysa materiał książeczki. wosk pieczęci już się stopił. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. jak płomienie zaczynają łopotać. lecz i te litery. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. Chowa głowę w dłoniach. – Czy chcesz. Żar rozpala się w ciemności. rano. abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. pełnym namaszczenia. dymiąc. w tym czasie nie drży mu ręka.. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. czarny popiół. jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej.

kto czegoś szuka. obaj są bardzo starzy. Teraz czują jedynie to. Czas. na pożegnanie. – Wracasz do Londynu – mówi generał. jakby do samego siebie. dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą. jak ktoś. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. – To naturalne. – Tak – odpowiada gość. Lecz mówi niezdecydowanie. chude ręce. szuka i nie znajduje właściwych słów. taktowni. pochylają się. wrażliwe na zimno. ni stąd. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. noc z nagła oziębiła się. Obaj wstają. Gość. na pół godziny przed świtem. Generał kładzie rękę na klamce. ale przez półotwarte. – Tak – mówi generał. . – Dziękuję – odpowiada generał. I idą w stronę drzwi. Teraz. jak ktoś. Stoją naprzeciwko siebie. z lekko nachylonymi korpusami. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. że przemarzli i drżą. zaciera ręce. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. wrażliwy na zimno.19 W pokoju oziębiło się. w półmroku. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. odruchowo podchodzą do kominka. ni zowąd. kto teraz. abym odjechał. mrugając. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. Jeszcze nie świta. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. gotowi do pożegnania. automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. jak postaci tłukące się po kostnicy. Generał. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. przeszła obok zamku. burza.

a my żyliśmy. – Ty w ten sposób. i są pewni. bo ona na to umarła. tchórzliwie. kto kogoś przeżyje. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. w ostatniej godzinie. świece już się wypaliły. który jest twoim przyjacielem. uciekliśmy przed nią. – Drugie?. którzy boją się własnych cieni. i to jest fakt. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić. ponieważ ona umarła. i coś nas troje łączyło. z kim tyle nas łączyło. albo rozumnie. tchórzliwsi. w samotności. Nie zwalnia klamki u drzwi. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta. z urazą. bo my obaj. zdradziliśmy ją. Jakie jest to drugie?.. zawsze pozostanie zdrajcą. – U kresu świat nic nie znaczy.. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. Taka jest prawda. że trzeba pozostać przy życiu. żywi. Popatrz. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia.. że przeżyłem wszystko.. Ja też będę to wiedział. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to. – Drugie pytanie?.– Świece – mówi z roztargnieniem. że jesteśmy jej coś winni. nie był aby prawdziwym sensem . Co chciałeś przez to osiągnąć. w tym domu: zresztą już to wiem. kogo tak bardzo kochaliśmy. – powtarza szeptem. – Drugie pytanie – odpowiada generał. że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. i na którym też ci zależy?. jej. co zostaje w naszych sercach. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. – Dwa pytania – mówi ni stąd. która mimo wszystko była jednak czymś więcej.. bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę. ja. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. że wyjechałeś. Przeżyć kogoś. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością. o to.. mężczyźni. kiedy wszystko dobiegnie kresu... – Spójrz tylko. bo ty odjechałeś. tutaj. umarła. umarła. Tak to odczuwaliśmy. na której ci zależy. i nie wolno tego upiększać. jest jedną z tajemniczych. a my pozostaliśmy tutaj. że umiera. To dobra odpowiedź.. pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety. Ale odpowiada także poprzez fakt. byliśmy podlejsi. nie opuści go dziwny niepokój. że przeżyłeś... Powinieneś to wiedzieć. Rozumiał to tak. że przeżyłem. że był ku temu powód?. a ta kobieta jest żoną człowieka. kiedy idzie o prawdę życia.. Przeżyliśmy. dumniejsi.. – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. Liczy się tylko to. bo umarła. a zatem odpowiedziała nam obu. Kodeks nie zna takiej zbrodni. a kiedy już zrozumie. dwa pytania. To są fakty. oschle. – Drugie pytanie. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. albo na ślepo.. Nie myślisz. i tego nie wolno upiększać. tak czy inaczej.. I ten. która umarła. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. że omal nie umarliśmy. w życiu i w śmierci. że pozostałem tutaj. ponieważ przeżyliśmy. w Londynie. Nic – mówi zwyczajnie. że żyje na ziemi pewna kobieta. ojciec Krystyny oskarżył mnie. że ściany mają uszy. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. że coś przeżył. Umarła. przeżyć kogoś. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. – Wiemy też. przeżyliśmy. że wszelką urażoną. do których należała.. co przez to wygrałeś?. – odpowiada generał. Nie myślisz.

jakby się obawiał. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. widziałem nędzę i świetność. nazwij to. na białym żwirze. widziałem walkę i zgodę. która być może jest dobra. I przyglądają się sobie. co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy. odpowiedz – mówi głośniej. ale tak cicho. tak nieludzka jest namiętność?. tonem żądania.. Chciałbym. służący biegną ku nim ze światłami. Widziałem pokój i widziałem wojnę. a potem wiecznie się pali. Może nie dotyczy osoby. że tak jest. z płaszczem i kapeluszem. lecz jedynie żądzy?. aż do śmierci? Niezależnie od tego. . tak wspaniała. obaj głęboko się pochylają. Żegnają się bez słowa. że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś. Naciska klamkę. jak chcesz.. niemym uściskiem dłoni. – Wiesz. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. dusze i ciała. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie.naszego życia? Wiem. abyś powiedział – ciągnie.. zataczają się światła. Generał ciężko oddycha. ale intensywność namiętności. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka. W milczeniu idą schodami w dół. Przeżyłem wszystko. od stóp do głów. tak zła. która pewnego dnia przenika nasze serca. I to jest to pytanie.. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. Oto jest pytanie. która nas do niej przywiązuje. u samego rdzenia życia. to jest to pytanie. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. Ale sensem każdego naszego postępku. Przed dwuskrzydłową bramą. widziałem wszystko. być może jednak był ten węzeł. zaskrzypiały koła powozu. I nie umiem na nie odpowiedzieć. być może zła. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. że to trudne pytanie. Tak.

– Wiem. – Tak – mówi niania. z pewnością się uśmiecha. Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami. opiera się o laskę. którego nie da się wyrazić słowami. Niania porusza się żwawo. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. drobnymi krokami. U końca korytarza czeka niania. – Dobranoc. – To już nie ma znaczenia – mówi generał. zatrzymuje generała. kreśli znak krzyża na czole starca. Niezdarny jest ten pocałunek. Ale jak każdy pocałunek. – Dobranoc. Generał kroczy powoli. – Tak – odpowiada generał. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra.20 Generał wraca do swojego pokoju. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. Nini. Całują się. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania. . Pusty prostokąt. Razem idą w stronę pokoju generała.

chorwacki. w Austrii. powraca z żoną na Węgry. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. Dopiero w roku 1928. olśniewające stylem. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. w Szwajcarii. gdzie ukończył studia dziennikarskie. fiński. duński. młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. Powieści Máraiego. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. zamieszkują w Budapeszcie. Współpracował z prasą niemiecką. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. portugalski i turecki. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. Pisze do szuflady. skupione na moralnych dylematach bohaterów. Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. włoski.Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. po dziesięciu latach emigracji. udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś. po upadku Węgierskiej Republiki Rad. szwedzki. Po miażdżącej krytyce Györgya . Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu. psychologiczną dociekliwością. Był studentem prawa. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). najpierw zapewniający mu bezpieczne życie. Jest tłumaczony na angielski. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). pisarza niezależnego. francuski. Po wojnie. opuszcza Budapeszt. nawet sztuki teatralne. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. miasto-mit w dziele Máraiego). I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. o którym pisał: wykształcony mieszczanin. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. Napisał sztukę w języku niemieckim. afabularne. czeski. hiszpański. Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. w latach 1945-1948. W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. Jego czytelnikiem był ten. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch.

Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. jest pozycją niezwykłą.. W rok później zmarł w wieku 82 lat.Lukácsa. już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy). niektóre nakładem własnym. ten. leci do Europy. każdy na własną rękę. który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. dziennik. eseje. który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. w Nowym Jorku. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. który odrzucił cały dorobek pisarza. dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. na zawsze. odprawił z niczym. skorzystał z zaproszenia. następnie w USA. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. Do 1952 roku mieszka we Włoszech. który ukazał się pośmiertnie. chorej na raka gardła. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. nad którą autor. na wieść o wybuchu powstania. W roku 1956. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947. Młodszy brat Sándora. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. Pięć tomów wydanych za życia. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. jak się okaże. półślepy. szósty. Obaj bracia. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci. a . reżyser filmowy. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. Notabene jego brat. Kuriera z Budapesztu. Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. po wielkim. sztuki i słuchowiska).. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów). nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. Nie brak też takich. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. którą sam zakładał. skąd powrócili do Ameryki. reżyser filmowy Géza Radványi. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. tracił chwilami kontrolę. Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai. udają się na emigrację. W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej.

mimo powtórzeń. słabnącej pamięci. jest to dzieło wielkiego formatu. i narastającej niechęci do literatury.jednak. Feliks Netz .

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful