Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. zbudował go pewien dostawca wojenny. pomrukiwał. A więc tyle to trwało. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. nim pójdzie w świat. odczekał. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. Żył w tym pokoju jak chory. Pozostawiono jedynie ten filar. do milimetra. nie lubił dokładnych liczb. . w tych kilka ręką skreślonych słów. w list. Czternasty sierpnia. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami. spieczonym. liczył. z okularami na nosie. I jak uczniak. zmieszany. bo w pokoju było ciemno. jakby każda liczba przypominała coś. Czterdzieści jeden lat. szkolne zeszyty. był pokojem jego matki. przymknął klejące się powieki. do balkonowej. Za spuszczonymi żaluzjami. a potem został księciem. Przed paroma dekadami. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. bardziej przewiewny – garderobą. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. rzekł po chwili. ogrodowej. pokrytego cienkim zielonym suknem. powiedział półgłosem. odprowadził go szklanym wzrokiem. Liczył czas. odchylił ciężką głowę. powiedział w końcu. drugi lipca. zeschniętym ogrodzie. wiedział to dokładnie. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. poczerwieniał. aż krępa. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. oprawione w płótno w pepitę. Generał wyjął pomięty list. Pokój był sklepiony. Wiele razy obliczał. I czterdzieści trzy dni. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. Czternasty sierpnia. starannie wygładził papier i w silnym świetle. ponownie zapatrzył się w tekst. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. jak wkuwający uczeń. Generał spojrzał w sufit. poplamionym atramentem. sypialnia i garderoba. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. ochryple. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. podszedł do wysokiego pulpitu. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. zaś ten pogodniejszy. także gdy był sam. zaczął się przechadzać. który. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. w tym pokoju. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. Wtedy zbudowano pałac. Generał urodził się tutaj. w wysuszonym.postawie na baczność. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji. jeden na drugim. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. umył ręce. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. Generał wszedł do swojego pokoju. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. Drugi lipca. to wtedy było polowanie. barczysta postać zniknie za załomem. I jakby nagle ogarnął go spokój. Czterdzieści jeden lat. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. niczym podpalacz. Czterdzieści lat. za rzeźbioną kamienną balustradą. karbowane literami jak drzazgi. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. Potem umilkł. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. zaświecił ją. w bezmyślnej wściekłości podpala pola.

ze złotymi żyrandolami. – A więc powrócił – powiedział teraz głośno. leżał srebrny dzwonek. Kiedy wypowiedział te słowa. pod ręką. Po chwili. grzeczniej: – Proszę. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. pośrodku pokoju. nagle poczuł się bardzo zmęczony. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem. które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła. zadzwonił. przed kamiennymi balustradami balkonów.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. I czterdziestu trzech dniach. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. aż przyszła Nini. . Po czterdziestu jeden latach. Chodził do tłoczarni albo do lasu. także wtedy. niebieski i czerwony. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. Stamtąd okna wychodziły na park. na kasztanowce. Na stoliku. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. albo – każdego ranka. Nie poruszył się. zachwiał się. jakby dopiero teraz zrozumiał. także zimą. – Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami.

Wykarmiła piersią i wychowała generała. i była bardzo piękna. że też na świecie jest coś innego niż egoizm. Miała wtenczas szesnaście lat. W takim stanie przybyła do pałacu. siedemdziesiąt pięć lat. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. Pielęgnowała go Nini. Jakby coś ukrywało w kościach. A potem zmarła hrabina. próżność. Nini. generał czasem wspominał tamtą chwilę. bardzo powoli. matka generała. wówczas. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. . Karmiła generała. zimnym. nie umiała poprawnie wymawiać słów. przyszła do pałacu. Przeżyła w tym pałacu. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. we krwi. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. Jej imię przelatywało przez pokoje. nie można jej przełożyć na obcy język. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. w skórze. śród ogólnej radości spostrzegano. bo miała dużo mleka. A potem generał ożenił się.” A że była wszędzie tam. W tym pokoju niańczyła generała. nigdy nie rzucała się w oczy. Potem zmarła pani. Na sam poród. Nie miała niczego. której nie można nikomu wyjawić. dla którego wezbrało w niej mleko. milcząco. Zawsze uśmiechnięta. tak jak następowały po sobie. kiedy generał przyszedł na świat. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. Była córką wiejskiego listonosza. muskularna i spokojna. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. Była tutaj. Wtedy także uśmiechała się. śluzowatym potem. i zmarło jej dziecko. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. nigdy jej nie spytano. a że nie znała tego języka. skoro odszedł mężczyzna. dlatego czytała same litery. znacznie później. kto był ojcem dziecka. namiętność. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. tajemnicę czasu albo życia. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała. po dwudziestu latach. czytała same litery. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. A że zawsze była w dobrym humorze. urodziła dziecko. którego kochała.. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. gdzie być powinna. w tym pokoju. że Nini także się uśmiecha. jak może być w dobrym humorze.. Czytała mu po francusku. I chory wszystko rozumiał. Niska. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy.

i skromną bluzkę. łazienki. jakby od niechcenia. cicho. wiecznie taką samą. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. posłałem po niego karetę. Nikt nie mówił o tym. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. Tych natomiast. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. uniósł list. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. Zamknął nowe skrzydło. żywe i uśmiechnięte. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. panów urzędników z województwa i z miasta. Powrócił po roku. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . Kiedy zmarła mu żona. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. z granatowego sukna. Drugie pozostało niebieskie. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. do pokoju swojej matki. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. rozpadają się. otwarta weranda. szare. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. kuchnia. – Jest tutaj. Jedynie generał mniej więcej orientował się. duży gabinet z kominkiem i książkami. rozejrzało się po pokoju. W ostatnim roku postarzała się. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. ale czuło się jej siłę. kilkusetletnie jedwabie. ściany. I jej niebieskie oko. Niekiedy wydawało się. Będzie tu na kolacji. generał wyjechał. Pamiętała wszystko. przedmioty niczym tajemniczy prąd. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. obszerną jadalnię. a dalej niebieskosrebrne góry. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. – Tutaj. wielka myśliwska jadalnia. uczestników wielkiego polowania z nagonką. To oko było teraz smutne. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. Przyjdzie wieczorem. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. z której okien było widać dolinę i miasteczko. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. w mieście – rzekł generał do niani. które ulegają unicestwieniu. ludzi. Nini – powiedział generał. Niania usiadła. Energia Nini przepływała przez dom. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. gdzie? – spokojnie spytała Nini. Nini nosiła granatową spódnicę. – Usiądź. sypialnie. w sierpniu. Starzeją się bez obrazy. tak niebieskie. To oko uśmiechało się. z wyprawionymi głowami kozic. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć.

odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. gdy przyszedł na świat. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. Teraz jest południe. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. Nikt więcej. – Można? – Miesiąc. posłusznie. że pan domu się nie udziela. jaka łączyła ich ciała. nachyliła się i pocałowała żylastą. który grzebał domowników. Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. wdychali to samo powietrze. z odrobiną dziecięcej ciekawości. Wiedzieli o sobie wszystko. potem nakryjemy. – Dokładnie tak. Przymierzała czas do ogromu pracy. Wspólnota. i wychylił się z fotela. – Można. – Południe – powiedziała niania. Jak ostatnim razem. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. – zapytał podekscytowany. – Dobrze – rzekła krótko. z ciałem wychylonym ku przodowi. co niejasno było im wiadome. – Niech się zastanowię. . jakie przeżyli razem pod jednym dachem. Niania powiedziała: – Czy chcesz. zimą. gdy to samo jedli. Pewien rodzaj braterstwa. Można?. I nic nie miało imienia. Podeszła do generała. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. – Bezgłośnie poruszała wargami. Było też coś innego. wszystko było wspólne. – W dużej sali. stęchlizna domu. – Tak – powiedziała w końcu. żeby było tak. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania.urzędach. we krwi i brudzie. – Obiecuję – powiedział generał cicho.. Pleban. kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. jakby liczyła. więcej niż matka i dzieci. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. która widziała go w chwili narodzin. Może sprawiło to mleko niani. że Nini była pierwszą żywą istotą. drzewa przed oknami.. Zycie wymieszało ich dni i noce. jakim zawsze rodzi się człowiek. – Tam – powiedział generał. ponieważ wiedziano. Melchiora i Baltazara. – Na ósmą wieczór. Nikt się nie obrażał. Dwa żywoty upływały razem. przyglądał się jej ciekawie. które jest większe. nigdy. Generał. znali nawzajem swoje ciała i sny. Do szóstej każę przewietrzyć. Może dlatego. więcej niż małżonkowie. która zobaczyła generała. spokojnie i stanowczo.

I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. Już od dawna czekał. jak dziewczyna. w półzaciemnionym pokoju. Potem pragnie zemsty. Trzeba obracać fotografią. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty. gdzie go obrażono i dlaczego. charty i wyżły. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. z dumą i urazą. Potem czeka. jak te bardzo stare fotografie. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. niezbędne jest też pewne załamanie światła. usunęła wszystko. ale będzie bezbarwne. Włosy miał kędzierzawe. co więcej. polował na lisy i wrony. A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. Na wszelką zwierzynę. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. wyrzuciła z pałacu myśliwych. kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. stare strzały. Już nawet nie wiedział. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. Słuchał gorącego bulgotania blasku. Leżał na kozetce. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. obserwował szmery w pałacu. charakterystyczne odcienie linii.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. torby na amunicję. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. Matka generała. Najpierw się obraża. Teraz. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. liczne stado. Wszystko się zachowa. na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. Portret ojca. Strzelby belgijskie i austriackie. Polował codziennie. kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. hrabina. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. Odesłał obiad. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. Nigdy nie wspomniał. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. Przechylił głowę. o każdej porze roku. raptem poczuł się zmęczony. wzdłuż ścian. . Światło i czas zmywają z płytki ostre. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach.

który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. że rodzice nie rozumieli się nawzajem. muszą żyć razem. Marzła. pękatym piecem z porcelany. bladzi i zmieszani. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. która ją dotknęła. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. nieomal po upływie roku. pałace. Tak. dokąd cię zabiera. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. wiatr. ponieważ namiętność. Był to wielki piec. Wszyscy pokłonili się. On także jest niedźwiedziem”. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. Powiedział: „Uważaj. nieodmiennie jesienią. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. jak dobrotliwy. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. była nazwa jego ojczyzny. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. Podniósł się. ostateczne”. także latem. żył ojciec generała. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie. że matka tutaj marzła. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. jacyś inni ludzie – obce miasta. Francuska panna powiedziała: „U państwa. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. Okna zasłaniały białe jedwabne story. stanął przed białym. jakie sobie powiedzieli. Było oczywiste. Jechali przez góry. I marzła. Oficer gwardii polował. może to ta podróż.Tutaj. brzuchaty. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami. mrużąc oczy jak krótkowidz. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu. pani! W lesie. pośród woalek i okryć. spojrzeli sobie w oczy. I uśmiechnął się. cesarz .” – i uśmiechnęła się. Wielka to była łaska. jak górskie potoki.. Paryska ulica była biała. Matka chciała cudu. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. i tak emanował ciepłem. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. król Francji. to znaczy gdzie?. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. jak w czytankach. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. Pierwszym intymnym słowem. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. w domu myśliwskim. Myślał o tym.. niedźwiedzie i jelenie. Wtedy już wiedzieli. w którym trafiał się ktoś inny niż on. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. stuletni. Wszyscy się uśmiechnęli. Przyjechała na Wschód. padał śnieg. Paryż. Cesarz był łaskawy. przez Szwajcarię. Uśmiechnęli się. Tyrol. Miała do niej prawo. żyją niedźwiedzie. gnuśny człowiek. który miał taki smak. seledynowym i różowym. że nie mogą postąpić inaczej.

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

na piętrze. W morzu tkwiły czerwone skały. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach. teraz brudnoryże. pałacu. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. personel. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. Nikt nie powiedział. Pocałowała dziecko i białymi. żeby tu była Nini!” – powiedział. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. wąski. Około północy zaczął płakać i wymiotować. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. pełna obaw. Przybyli dostojni lekarze. Weszła do pokoju.w imieniu taty. zanim niania dojechała do Paryża. Byli tam wszyscy. Nini była spokojna. Chłopiec czuł. Miała szare oczy i mały. jak wędrują ptaki. Prowadzono go przez sale. tylko była bardzo zmęczona. Wróciła do chłopca. skonsternowana i obrażona. dławiąc się łzami. jeżeli ten zapach nie minie. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. jak z włosów i ust francuskiej babki. Wówczas zadepeszowano po Nini. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości. „Tout de même” – rzekła do jego mamy. chłopiec odczuwał mdłości. Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. francuska babka. który był już zupełnie cichutki. „Chcę. lasu i porzuconych stron rodzinnych. Otworzyła się brama. przyjrzała mu się z góry. stała obok nich. w surdutach. płakała i modliła się. Upłynęły cztery dni. czarny wąsik. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. nachylali się nad dzieckiem. który ukrywał chore dziecko. Nie płakała. z siatką robioną szydełkiem. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. wzięła go na kolana. nie znała nazwy ulicy. uśmiechając się . która. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. ponieważ nie spała już szóstą dobę. jakby jej dziecko składało egzamin. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. wyjęła z łóżka konającego chłopca. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. jakby czas zapomniał je umyć. psów. Zjawiła się tak. jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. została w Paryżu. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. Wszystko miało zapach nie do zniesienia. włosy. że umrze. puls chwilami ustawał. nosiła wysoko upięte. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. tylko oczy mu błyszczały. Hrabina klęczała przed drzwiami. na co właściwie to dziecko zachorowało. Nini pieszo dotarła do pałacu. przyjęła ich francuska babka. francuska babka. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. kiedyś pewnie płomiennie rude. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. postanowił umrzeć. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie. nie umiała mówić po francusku. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. Naturalnie nikt nie powiedział. majaczył.

Rozboli cię głowa. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. szumiał las. niczym mędrzec ze Wschodu. w domu.patrzyła na morze i niebo tak. mój aniele. – Nie idź na słońce. Niania objęła go. Długo przesiadywali pod figowcem. kiedy cofnął się przypływ. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. To tutaj. Rano. – Tata też jest poetą. także powietrze i kwiaty. są mocniejsi. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. to tutaj wiele. we dwoje. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. który opowiada już tylko najprostsze historie. będziesz żołnierzem. Patrzył na morze. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. wonny chłód. pirata. z odchyloną głową. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. Teraz już się nie bał. Szumiało tak samo. chłopiec siadywał z nianią i słuchał. Siedzieli na plaży. badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. wszystko było słone. przytuliła do piersi główkę chłopca. często się śmiał. Chłopiec i niania myśleli o tym. Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. jakby już wcześniej je widziała. . jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. Chłopiec szybko się opalił. Słuchali morza: jego szum był znajomy. I rzekła: – Nie. kiedy morze bezsilnie huczało. Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. w godzinach południowych. że wszystko na świecie tworzy całość. ponieważ wiedział. jak tam. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. że razem.

oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. ponieważ oświetlało ją słońce. W fontannie. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. dawne słowa. w sypialniach. Wychowawcami byli starzy oficerowie. kiedy wracali z Bretanii. w jadalni. Nosili białe rękawiczki. chłopcy prężyli się. w granatowych bluzach. Był to żółty budynek. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. w wąskich. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń. Jesienią. pośród przystrzyżonego listowia. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. jakby to było jedyne miejsce na świecie. Chłopiec był blady. w którym ktoś umarł. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. i historii. Rano budził ich dźwięk trąbki. Otrzymał szabelkę. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. na szczycie wzgórza. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. Byli jak dzieci. w klasach. W sypialniach spano po trzydziestu. długie spodnie i czako. jakby codziennie były urodziny cesarza. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. wdzięcznie salutowali. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. Nauczano greki i balistyki. z prościutkimi ulicami. żelaznych łóżkach.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. i naraz słyszą szum morza. Wszystko miało smak saletry. Chłopca oddano do szkoły kadetów. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. jak cesarz. Drogą szła jakaś kobieta. szemrała woda w kolorze złota. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. Niespiesznie szli alejami. i sposobu. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie. letni pałac cesarza. z . Mijają dziesięciolecia. pokasływał.

był urzędnikiem w Galicji. tylko do niego. z gołą głową. szła dama w czerni. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. jakby przed czymś uciekała. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. Jego ojciec.białym. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. Był krępy. tak samo jak wytworne. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. byli niebieskoocy. panowała taka cisza. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. co mu wolno. matka była Polką. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. a jednak szczupły. Mieli po dziesięć lat. szybko ich minęła. wokół jego ust pojawił się bolesny. Rzadko się śmiał. a wszystko to zostawili w garderobie. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. nad stołem. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. słowiański rys. Był milczący i uważny. który należał do nazwiska i teraz uczył się. W Instytucie. z nadanym tytułem barona. lekko przygarbiona. Byli tu wszyscy. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. Twarz kobiety była bardzo biała. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. jak zwykli to robić rówieśnicy. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. lecz nie leniwy. – Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. o krótkich nosach z czeskich pałaców. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. Trzy kroki za nią. Powolny. kiedy się poznali. jaki wisiał w gabinecie ojca. jak chłopcy z bardzo starych rodów. w nieświadomej i karykaturalnej formie. Od pierwszej chwili żyli razem. z głębokim nabożeństwem. tak jak to jest. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. z tytułem i rangą. gdzie uczyło się czterystu chłopców. jakby ją ten spacer zmęczył. z dodającą sobie wagi namiętnością. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. ze świadomie odmierzonym rytmem. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. dziecięcy. dziesięcioletni arystokraci. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon. w Instytucie. ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. i dzieciak. czego nie wolno powiedzieć. a czego nie wolno. Kiedy urósł. . i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów. Konrad spał w sąsiednim łóżku. bardzo zmęczeni. tutaj. – Podobna do mamy – powiedział. jasnowłosi. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. ponieważ przypomniał sobie obraz.

zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”.. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii. w sklepach – rękawicznik.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie. – Tak. Potem jedli w jakiejś restauracji. co powiedzieli lekarze. wszędzie ich znano.. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. od pierwszej chwili. łukowo sklepionych pokojach. Ale wolałbym. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. Po czym oznajmił: . raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. jest wstyd i świadomość grzechu. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. Zamieszkał tu w dwóch pokojach. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali. Ojcowskiemu słowu można było ufać. Nosił frak. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. starszy kelner władał nad ich stołem. nadziewali się na miecze. Z tego wszystkiego. jak każde wielkie uczucie. także na ulicy. bocznej uliczce. koszulę z falbanami. Na prośbę kierownika zakładu. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. w dwóch ciemnych. w restauracjach. był początek listopada. Oziębiło się już. rzęzili. po prawdzie. orzekli. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. W korytarzu wisiały jelenie rogi. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św.. możesz wrócić do domu. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. pułkownika z Moraw. nie jest chory. Niebezpieczeństwo. Chciałbym. gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. powiedzieli. Chłopiec odetchnął z ulgą. To biedacy. Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. – Nie boję się. Ale wiedzieli również. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji. w ciemnej. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu.. żeby latem mógł przyjechać do nas. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. tato – powiedział chłopiec. przyjechał do Wiednia oficer gwardii. gdzie uroczysty. Chłopiec. – Powiadają. w osobnym pokoju. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”. – Jeżeli chcesz. także i w tym. który długo rozmawiał z lekarzami. obaj więc mieszkali w hoteliku. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. jakby przywoływał syna do porządku. jest natury ogólnej. bieliźniarz. krawiec. jedynie ma skłonność do chorowania. Chłopiec jadł obok ojca. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. – Króla – powiedział ojciec srogo.

Już cztery lata trwała ta przyjaźń. Nini bała się. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. pod koniec pierwszego lata. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. by człowiek nie mówił o tym. To także otrzymał w spadku. jak jakieś arcydzieło. że trochę była zazdrosna. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. Coraz głębszy był ten związek. którego kochamy. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. z lasu i z Paryża. – Któregoś dnia odejdzie od niego. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. Chłopiec zrozumiał. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. Francuska mama. Ale Nini nie uśmiechnęła się. z charakteru matki. serdeczny. Ale nie umiał żyć bez miłości. Byli w tym wieku. Już nie był samotny. przyzwyczajono się do niej. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. bał się. mieli swoje sekrety. – Pewnego dnia musimy porzucić tego. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. zarazem bał się każdego. prawdziwy pan. których nienawidził.– Już do niego nie chodzę. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. jego szczupłą. bo to nie jest pełny człowiek. życie towarzyskie i miłość. którego kocha. jak jakiś twór. jednocześnie czytali tę samą książkę. spokojniejszy. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. ponieważ nie byli samotni. coraz bardziej spazmatyczny. że każdy odbierze mu tego. bieliznę. Lecz ojciec był wielkoduszny. Konrad był bardziej męski. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. nakazywało. ubrania. wcale go nie szkoda. nie pokasływał. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu. jak do . „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. jasne włosy. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. jeździectwo i żołnierskie cnoty. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. w pałacu urządzono im wspólny pokój. Wtedy będzie bardzo cierpiał. – To ludzka rzecz – odrzekła matka. chłopcy zaczęli stronić od świata. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. Kto tego nie wytrzymuje. lecz znosił ból w milczeniu. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. Potrzebny był ktoś. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. Generał chwalił się Konradem. a wtedy nie miał gorączki. co go boli. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. kiedy chłopcy wsiedli do karety. Miękkie. Wszystko mieli wspólne. książki i polowanie. możliwe też. razem odkrywali Wiedeń i las. Wychowanie.

łysy i uniżony człowiek. Konrad z trudem. zarazem wyniośle. Konrad zaprzysiągł Henryka. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. Potem dosiadali koni. Ale żyli w czystości. z bandażem i w hełmach. Ludzie niczego tak nie pragną. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. mocne uczucia. bądź w zbyt wczesne hulanki. jak każdy prawdziwy mężczyzna. więzy wielkich namiętności. aby żyli w czystości. w których pokłada swoją nadzieję. Lecz nie szydzono z tego związku. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . chaotyczne i bolesne miłości. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. coś ostatecznego. jak bezinteresownej przyjaźni. Konrad był sztywny. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. Tej przysiędze długo dochowali wierności. jak małżeństwo. kto wie. jak taki związek. jakby przyjaźń. także wtedy. bardzo konwencjonalny. co tamtych pozostałych. co życie przynosi z sobą później. Żyli według ścisłego regulaminu. miewali zawroty głowy. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. czego się uczył. razem sporządzali rejestr grzechów. Byli już wtedy młodymi oficerami. jak ktoś. bezwzględność. Spowiadali się co dwa tygodnie. z nagimi torsami. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. podziemnym rewirom życia. Nie było to łatwe. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. do rodziców Konrada. wszystko to jest brutalniejsze. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. Żądze dawały o sobie znać we krwi. Henryk łatwo się uczył. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. ale to. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. Tych dwóch chłopców czuło. „Henrykostwo”. Henryk był świetnym jeźdźcem. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. że żyją w jakimś nienazwanym. chłopcy byli bladzi. ciekawskich i niespokojnych. Baron. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. bardziej nieludzkie. bądź w wyczyny cielesne. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. Konrad był poważny i wstydliwy. Nic nie jest równie delikatne. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. Pragną beznadziejnie. gdy ma dziesięć lat. bądź też w przedwczesne. powaga. Pewnego lata wybrali się do Galicji. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. taktownie. stary. bądź w naukę. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. Co rano. w nerwach. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. że to jest cały jego majątek na tym świecie. Wszystko. gdy zmieniały się pory roku.jakiegoś fenomenu natury. jak ktoś. odpłacała z nawiązką za to wszystko.

ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. czesne. coś ostatecznego i niezmiennego. spokój na stare lata. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. przybywa stąd. delikatnie i spokojnie. Pierwszego wieczoru. Wszystko. ze starymi wieżami. Najpierw wyprzedali meble. Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur. ojciec Konrada. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. Jedynie kościół katedralny. Rosjanie. przez dwadzieścia lat. Chłopcy mieszkali w hotelu. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. Niemcy. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. jest pewien dwór. Jego mieszkańcy: Ukraińcy. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. ozdobionej zakurzonymi palmami. spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. trajkocący niedosyt. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. na opłatę za egzamin. – Chciałem tylko. jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. ciężkich winach. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. ziemię. Nigdy niczego mi nie zabrakło. jakie stary urzędnik. dom. wrzasku i szeptu. Gdzieś tam daleko w Polsce. jakby i w samym mieście. potem sad. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. przed pójściem spać. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. i przywiędła. przy rosyjskiej granicy. tylko jakiś godny współczucia. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. jaki posłałem twojej matce. trzy tygodnie nie jedzą mięsa. Nigdy go nie widziałem. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. i w niewietrzonych. życie w tym mieście. – Pomyśl tylko. i aby w tym pokoju stały porządne meble. żebyś o tym . Miasto było duszne. – Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. Należał do mojej matki. I tak to trwa od dwudziestu lat. na bilety do teatru. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. bardzo poważnie. Żydzi. jego matka. palili papierosy i milczeli. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. wygodę. na bukiet. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż. Potem poświęcili zdrowie. na koszty związane z pojedynkiem. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. place.

że trwonię cudzą własność. Na to przysięgałem. Czasami. coś. Od dwudziestu lat żadnej podróży.. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho. . zapach jadła i tanich trunków. poświęcają dla mnie swoje życie. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. Jestem żołnierzem. i nie wietrzonej pościeli. Coś. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło.. ręka zamiera mi w powietrzu. – Chłopiec umilkł. – Ale mnie jest ciężko tak żyć. że coś zdarzyło się między nimi. do czego oni. co nie w pełni jest moje.. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście. Kiedy choruję. jakie mi zadaje. Jakby jeden drugiemu był coś winien. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie. którzy w Galicji. wychowano mnie tak. zacinając się. moje zdrowie. jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. Tutaj żyją. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. – Nie sądzisz. zobaczyłem twarz mojej matki.. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. iż obaj zostaniemy kalekami. – Tak – rzekł z powagą generał. Jakbym nie należał do siebie. I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka. w milczeniu. jakby to był przedni żart. żadnej zbytecznej sztuki odzieży. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał. coś.. wesolutki. skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?. bez słowa skargi. czego nie można było wyrazić słowami. gdzie urodził się i wychował. że jest im z tym bardzo dobrze?. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. Teraz to wyrzekł. ogarnia mnie przerażenie. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu..wiedział. żadnej wycieczki latem.. Kiedy wyjeżdżali. byli za słabi.. w swoim własnym życiu. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów. Cztery dni pozostali w tym mieście. Wiecznie ta odpowiedzialność. żebyś to kiedyś zobaczył. – Im. gdy mam coś zrobić. Ale po co oni znoszą to wszystko. może. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział. kiedy co rano spieszy na targ sama. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. że każde zadraśnięcie. że z próżności porąbiemy się tak. trwonię coś z ich życia. które może mi wysłać w liście. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał.

za wszelką cenę. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. Ta muzyka była głośna i przepisowa. utrzymywała w karbach krok oddziału. w takich chwilach rozluźniał się. Wszelkiego rodzaju muzyka. oczy mu się śmiały. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. jak wierzący winę i pokutę. usta zaczynały mu drżeć. patrzył przed siebie. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce. że konieczne są do niej trąbki. męczącym przemarszu krokiem defiladowym. czego inni nie mogli zrozumieć. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. raczej ją wybaczano i tolerowano. sztywna postawa. Bladł. niż by miał grać w karty. Lepsze to. uważano. Wtedy zapominał. Człowiek kroczył sprężyściej. gdy słyszał muzykę. gdzie jest. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. jak cielesny atak. i to było wszystko. niekiedy nadęta i uroczysta. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. Ale usta zaczynały mu drżeć. które być może . także najpospolitsza. kolegów. kiedy słuchał muzyki. Bezpieczniejsze niż kobiety. jakby chciał coś powiedzieć. buntu muzyki. Ale generał czasami podejrzewał. Każdy ma swoją słabostkę. uważano. jakby w jego ciele słabła owa napięta. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. Całym ciałem słuchał muzyki. wychowywał się. Henryk nie miał słuchu. który przyjął dobrowolnie. a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. A zresztą nikt się nią nie przejmował. O muzyce wiedziano jedynie tyle. raptem dają komendę „spocznij!”. Jak podczas parady wojskowej. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. po długim. nie widział otoczenia: zwierzchników. dotykała go tak dojmująco. w jakim żył. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. tajemnicze miejsce. Muzyka coś mu mówiła. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Rygor. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. Jeden hoduje psy. pięknych dam ani publiczności w teatrze. inny jeździ konno. Niekiedy muzyka była żartobliwa. Konrad jednak zawsze bladł. tak pożądliwie.

W takich przypadkach nie słyszał. że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. kiedy sam z synem pozostał w palarni. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. Palił cygaro. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu. Oficer gwardii bardzo uważnie. z poczuciem wyższości. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. Wieczorem. umilkli. Pewnego lata. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. w zatracenie. iż „życie jest obowiązkiem. wieczorem. zaczęło żyć. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. także poczuli. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. że muzyka jest niebezpieczna. wpatrywał się w przyjaciela syna. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. która prowadzi donikąd. Ojciec i syn w fotelach. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. Ze spokojem człowieka. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. jakby to wszystko. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. Oficer gwardii wzruszył ramionami. aby wyzwolić w świecie siły. pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. który zna się na rzeczy. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. Hrabina grała żarliwie. co jest galaretowate i zjełczałe. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. po jednym zgodnym akordzie. jakby go krępował ten związek. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. obserwował dym z cygara. Wszyscy troje to spostrzegli. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. o której zapewne ktoś myślał mówiąc. powiedział: . co pogrzebały ludzkie serca. – Jego ojciec był Francuzem. jakby muzyka. z tą cierpliwością i rutyną. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. Wreszcie. w snopie światła wirował złoty pył. jakby muzyka miotała niewidocznym. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. nieco nachyliwszy się do przodu. Lecz wiedział. przed kolacją.przynoszą wieść o wolności. gdy się do niego mówiło. jedwabną zasłoną. że ojciec ma rację. coś się wydarzyło. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. jak w intonacji wygnańców. Siedzieli w dużej sali. matka i Konrad.

Ojciec już nie żył. . minęło wiele lat. kiedy generał zrozumiał to zdanie.– Bo to jest człowiek innego rodzaju.

wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. razem składali przysięgę. tak. jakby się bał muzyki. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. z balu albo z towarzyskiego spotkania. pełną wyrzutów jasność słabego światła. i nie była to jedynie więź świadomości. ale i w nocy. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą.7 Człowiek zawsze zna prawdę. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. Konrad wynajął fortepian. wypełniony renklodami. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. który odsuwa go od kariery. Bał się muzyki. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. Nigdy nie polemizował. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. tę inną prawdę. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. lecz samotność i przytomność umysłu. coś w nim łamie. z którą miał jakąś tajemniczą więź. i już z ulicy. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. tak bywał w świecie i w towarzystwie. rola. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika. bardziej skomplikowana. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. nie tylko w dzień. kostiumy. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. potem Konrad zdawał służbę. wąski i długi ogród. jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu. nawet we śnie. Tak żył. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. którą ukrywają okoliczności życia. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. że Konrad żyje jak zakonnik. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. tak wypełniał swoją służbę. Syn oficera gwardii dał . tak obcował z towarzyszami broni. z dorożki. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. Mieli tam trzy pokoje. Zawsze spokojny. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. Jakby nie żył na świecie. lecz rzadko grywał.

który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. Odszukał klucz. pisanym i niepisanym. wieczorami bywa w towarzystwie. Cesarz także już spał w Burgu. otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata. z przekory. przy biurku. Przybywał ze świata. Lecz muzyka. czuwa nawet wtedy. słucha walców. i nad ich bezpieczeństwem. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. a ci. w restauracjach i w salach balowych. nie chciała przynosić zapomnienia. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. że jest posłuszny. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. Żyli w Wiedniu. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. Taka muzyka jest groźna. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. Człowiek musiał wierzyć. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. gdzie cicho grano. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. dotykała w ludziach ich namiętności. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni. młodego Straussa. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom. pije czerwone francuskie wino. budziła poczucie winy. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. i zaczął. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. W . Syn oficera gwardii czuł. Wszystko to było łagodne. że wszystko jest na swoim miejscu. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. trzeba być posłusznym głębiej. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. byli młodymi oficerami. Grano. cicho pogwizdywać walczyka. bardzo mocnym nakazom. czego od niego oczekują. chciała. Syn oficera gwardii czuł. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. Spał głęboko. w złotych i białych salach. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą.dorożkarzowi monetę. a już o piątej rano wstaje. sklepionej łukowo klatki schodowej. niż to określają prawa. syn oficera gwardii i jego przyjaciel. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza. klatka schodowa. Owego roku we Wiedniu. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. ale także odrobinę pachnące. Wiedeń już spał. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. ściągnął rękawiczki. myślał. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje. gdy nie robi nic innego. Naturalnie. a jedynie nosi ze czcią mundur. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. jaką kochał Konrad. i padał śnieg. którzy przysięgali na jego imię.

cicho pogwizdując i uśmiechając się. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia. Imperium. kiedy wydawało się. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. wypijał kieliszek. Morawianie. Na godzinę przed otwarciem teatru. gdy padał śnieg. a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. bo był młody. Wielka to była rodzina. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. w półmroku pokoju. Stefana. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. wszyscy mieścili się w hierarchii. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. Horwaci i Włosi. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. kapelusze z piórami. Potem szedł na spacer. podburzali i niepokoili dusze. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. gapił się. a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach. przed pójściem spać. że pośród tych awanturniczych żądz. Myślał o tym syn oficera gwardii. bowiem był karnawał. Węgrzy. dopóki nie wygasł piec. on. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. Wiedeń był w dobrym humorze. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. że wszyscy są szczęśliwi. Konrad mówił o swoich . ponieważ był podobny do ojca. Służący odskoczył od pieca. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. nieskończonej i przyjaznej ludziom. W stęchłych. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. Niemcy. skłonności i porywów. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. niosąc butelkę na srebrnej tacy. Serbowie. które omotało wszystkie klasy społeczne. W śródmieściu wystawał przed sklepami. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. Czesi. Wiedeń. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. czako i rękawiczki. odmierzano najlepsze piwo świata. jego pan każdego wieczora. jak ci. i miłość tak wrzała i władała miastem. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek.

lekturach. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. A ponieważ kochali się. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. że nie może przyjąć jednego filera. Ta „inność”. Bracia mówili o tym głośno. mówił o świecie. nad którymi panujemy. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. Konrad szybko się starzał. z którym. I obaj wiedzieli. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. wiecznie tęskni za podejrzanym. co tam. że ich przyjaźń i sojusz. Konrad tłumaczył mu. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. któremu na imię świat. Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. że należało uratować tę przyjaźń. syn oficera gwardii o życiu. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym. że bywa w świecie. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. To nie było łatwe. dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. trzeba uniezależnić od pieniędzy. obojętnym i budzącym lęk domem. nie wiedział co począć. o społecznej ewolucji. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. na całe życie. na tamtym brzegu można dostrzec. jakby Konrad był czarodziejem. o której mówił ojciec. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. tak i Konrad. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. o historii współżycia ludzi. jakby to wszystko. . czego doznawał w świecie. który był skomplikowany i kruchy. stosownie do swojej pozycji i nazwiska. po prawdzie. Konrad nie miał pieniędzy na życie. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. O wiele bardziej napawało go lękiem to. Jak każdy człowiek. jak wspólnicy przestępstwa. w mieszkaniu na Hietzingu. jak każdy podarowany przez los ludzki związek. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania. Posada w wojsku. który siedzi w domu. gdy poznamy. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. którzy są zmuszeni ulec. Syn oficera gwardii czuł. Syn oficera gwardii cicho błagał. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu. była dla niego posadą uciążliwą. z mundurem i stopniem oficerskim. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. głosem. Ale nie to było ważne. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. tym swoim lekko szyderczym. a Konrad tutaj. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. cicho i długo rozmawiali. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko.

grając rolę. i to wszystko. kto ocknął się ze snu. Była to chwila szczęścia. Ta od koni. i czarne jedwabne półbuciki. co oznacza miłość: pożądanie. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację. . gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń. rozbicie smutnej spoistości ciała. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. Ależ nie. nie bez wzruszenia. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. pozostały po nich wstążki. Weronika. i mile. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt. Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć. Po kamienistej drodze.. Na imię mu przyjaźń. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. kwiaty i po jednej rękawiczce. które poprzedni podnajemca atelier. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. różową jedwabną suknię. na przykład do restauracji. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. pewien styryjski malarz. w atelier. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie. z głębi powozu. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. która była również profesją. I wszystkie inne. przydając mu napięcia. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać. chwila czystego istnienia. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. to jednak Weronika. tych arcydzieł. tak. stąpała tak niepewnie. dopasowaną w talii. był niegodny jej nóg. w atelier. Pili lekkie czerwone wino. a młoda kobieta często się śmiała. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. pośród liści. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. jak ktoś. opary olejku różanego i francuskich wód. Lecz ponad kobietami. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. białe. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. delikatnie. które było silniejsze od wszystkiego. jakby każdy ziemski krok. tancerka. Tutaj żyła Weronika. i z roztargnieniem sobie przypomina. Weronika. zniesienie praw grawitacji. To uczucie znają tylko mężczyźni. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. A potem Angela. Ach. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. Przyjechali tam powozem. ponad obowiązkiem. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. I Angela. tancerka. listy. przez parne. Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków.. zazdrość i pełną rozterki samotność. ponad światem jaśniało pewne uczucie.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. pachnące listowiem lasy. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce. jakby badał obraz przez szkło powiększające. Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. chwila poza świadomością. Weronika bezwiednie objęła ich obu. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie. we troje. tak ona strzegła swych nóg.

Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. na ogród spadła ulewa. Już zmierzchało. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. Stał przy oknie nieporuszony. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. jak myśliwy. widział pewien przyczółek mostowy. Ubierał się sam. sprawdził pistolet. Roztargniony. kiedy celuje. Podszedł do stołu i niezdecydowaną. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit. Podszedł do okna i otworzył okiennice. długo mu się przyglądał. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz.8 Generał przebrał się. przymknąwszy jedno oko. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. srebrne i złote medale. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. żółtej drodze na dole. wzdłuż Dniepru. jakby rzecz całą bagatelizował. lasowi. Długo trzymał w rękach tomik. zielonym i białym jedwabiem. w głębi – zarysom miasta. z rękami założonymi na piersi. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. głęboką szufladę. wzruszył ramionami. Przyglądał się okolicy. Otworzył szufladę. Włożył czarny garnitur. poszukał swoich odznaczeń. Wzruszył ramionami. dolinie. przyjęcie na peszteńskim zamku. wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. Gdy spał. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. pamiętną paradę w Wiedniu. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. cienki tomik. wprawnymi ruchami. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. wyjął z szafy galowy mundur. wsypał ordery z powrotem do szuflady. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. Następnie drobiazgowo. W ostatnich latach. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. . Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę.

I kiedy doznawali zawodu. długim korytarzem. w samotność i w dane słowo. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. ze szpicrutą w ręce. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. także w kobiety. prawdziwi mężczyźni. w milczenie. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach.. milkli. w kapeluszu z piórami. To było dobre pokolenie. W końcu korytarza stała niania. A teraz. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem. że tutaj też kiedyś wisiał obraz. znajomi. Obcy ludzie. daleka rodzina jego matki. obcych panów w perukach. co był tu przejazdem. jak praskiego artystę S. w czarnej . Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. oddając się obowiązkom i milczeniu. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. byli to rówieśnicy oficera gwardii. z węgierskim wąsem. wędrownych portrecistów. poważnych męskich twarzy. przeszedł przed pustym czworokątem. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. dawni pracownicy. zamiast portretu. To było dobre pokolenie. byli dumni. Generał. Większość milczała przez całe życie. kiedy generał wyszedł z gabinetu. A potem portret ojca. lecz wierzyli w coś: w honor. kto nawinął mu się pod pędzel. prapradziadkowie i praprababki. krok za krokiem. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. w galowych strojach. przyjaciół i kolegów z pułku. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem.9 Minęła godzina siódma. Dalej już były same pejzaże. Ofiarą pędzla błąkających się. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. Potem następowało kilka spokojnych. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. w męskie cnoty. towarzysze pułkowi. który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. majordomusa i co znaczniejsze konie. W rodzinie generała była taka tradycja. jak woltyżerka. świetlicą. pokojem muzycznym i salonami. z niewzruszoną twarzą. w mundurze oficera gwardii. portrety tłustych. o ustach żądnych rozkoszy. szedł powoli. ale i sławniejszych. niczym zakonnym ślubom. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. I jeden z portretów mamy.

Pośrodku. – Tak. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. pewnej chwili. Przedmioty. drewna. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. wilgotnymi. – Nic od tego nie zależy. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz. gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. – Tak. – Dobrze. naprzeciwko kominka. jak mechanizm. ponieważ po północy. – Tak – powiedział. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. przy ogniu. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół. ale i obrazy na ścianach. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. Potem. wielkie żelazne świeczniki. że strzeże obrazu. że go spaliłaś. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. Niania skinęła potakująco. sensu pewnej godziny. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. Generał patrzył na obszerny westybul. tą w kwiaty – powiedziała niania. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. na florenckim krześle siedziałem ja. – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. pod zegarem. na potężne meble. na salon w głębi. i ta . fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. Pałac. – Tutaj siedział Konrad. które strzegły pamięci. – Uspokojony skinął głową. w fotelu. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. spojrzeli z góry w jej głąb. który nakręcono. żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. Nie tylko meble zaczęły żyć. w głąb westybulu. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. lecz jedna chwila. tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. – A więc pamiętasz. sprzed czterdziestu jeden lat. – A jest jeszcze? – spytał generał. na kwiaty ustawione na stole przy kominku.sukni. na rozmieszczenie foteli. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. Myślałem. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. W kominku polana przygotowane do podpalenia. Krystyna siedziała naprzeciwko. metalu. – Pamiętam – powiedział spokojnie. już ciszej: – Nie wiedziałem. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. który przywiozła jeszcze moja matka. w nowiusieńkim. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. że jeszcze go chronisz. – Nie chcesz. Przed czterdziestu jeden laty.

Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. – Tak – powiedział generał. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. Krystyna także nie znała prawdy. do ryby. – Prawdę – odparł krótko. Jedną z tych olbrzymich butelek. bądź kogoś ze służby. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. do pieczeni. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. – Dobrze znasz prawdę. – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. – Rzeczywistość to tylko ułamek. pochyliła głowę. – Bacz. I chablis. Pamiętasz? – Tak. by dokładniej zrozumieć słowa. Byłeś w swoim gabinecie. żebyś wiedział. że lokaj i pokojówka. Pod każdą postacią. a ona konała. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. – Niania zamyśliła się. a oni. na górze. zaczepnym tonem. – Zupę i pstrąga. Po czym umilkł. Była tylko ze mną. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. Stek i sałatę. Wtedy były również raki – powiedział cicho. Nie lubiła szampana. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. Powiedziała – w stronę pokoju. Konrad. Byłeś tak daleko. aby było dobrze. przedmioty owe również o tym pamiętają. wzywała ciebie. zna ją. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. Wtedy jeszcze były raki w potoku. – Byłem tutaj. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. który nakręcono. jakbyś dokądś wyjechał. pozostali sami. jakby mówił do siebie. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry. Kiedy Krystyna konała. Krystyna piła półsłodkie. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. – Zawsze tylko jeden łyk. – Prawdy – powiedział generał. I płonące lody. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. Perliczkę. nad ranem. Może on. . na dźwięk jego głosu. – Tak – powiedziała spokojnie niania. dzisiaj wieczorem. I butelkę ze starego Mumm. jak wspólnik przestępstwa. gdy zaczęły żyć. Sam jego ton sprawił. – Jeden łyk – powiedział generał. Mówię to po to. – Kiedy właśnie prawdy nie znam. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. I teraz. – Z tamtego jest tylko wytrawne. Teraz już nie ma. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. – Krystyna lubiła raki. jak mechanizm.chwila była sensem ich istnienia.

– Zdaje się.. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się. – Świece – powiedział. w czarnym ubraniu. Świece stołowe. . – A ja tak – odparł przekornie. Nini. Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął. jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho. powoli schodził po schodach. – Widzisz.Generał milczał. – Pamiętasz?.. Niech się palą. niebieskie. Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie.. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się. i na wszystko.. Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji. w ślad za lokajem. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa. Wyprostowany. starczo i uroczyście. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania. pojawił się stary człowiek. – Bacz na wina.

Kiedy powróciłem z tropiku. z dziwnym zadowoleniem. – Skąd przybywasz? – spytał generał. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. Konrad wiedział. mrugając oślepionymi oczyma. czas oddalenia – czas. On również miał na sobie czarne ubranie. Pod Londynem. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. Chyba jest bogaty. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. Obaj czuli w owej chwili. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. śladowych resztek ochoty do życia. – Mieszkasz tam? – W pobliżu. poważną. – Gdzie byłeś w tropiku? . Przetrwaliśmy. a generał wiedział. zostałem tam. Po to żyli. myślał generał. kiedy się nie widywali. myślał generał. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. a jednak każdego dnia. Mam niewielki dom. szukając w twarzy. lecz pierwszorzędną odzież. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. dlatego jest taki silny”. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. – Z Londynu. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. w postawie. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. A gość. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. i Schadenfreude. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa. Jak ktoś. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli.

. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. Wcześniej w głębi półwyspu. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. Czuł się jak myśliwy. Coś w człowieku zabija. wśród Malajczyków. To było jego miejsce. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. co wieczór. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. kiedy usiadł obok kominka. który do tej pory przezornie omijała. Witaj! Wypili i usiedli. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”. – Ale to tylko w ostatnim czasie. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. Generał uważnie obserwował jego ruchy. – Nie? – zapytał gość. który stał pod zegarem. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. czterdzieści jeden lat temu. Teraz. – Podniósł białą rękę. Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. przed i po kolacji.– W Singapurze. – Ohydnie – powiedział Konrad. – Ale po tobie tego nie widać. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. – Nie znosi takich ludzi. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. Nie odpowiedział na pytanie. gdzie kiedyś żył. Krystyna i Konrad. spala tkanki. jak my. naprzeciwko kominka. w starym fotelu. kiedy we troje siedzieli w salonie. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. on. w tonie konwersacji. Zużywa narządy. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania. i rozmawiali. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. I również usiadł. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. w fotelu.

że przywykniesz. przecież pamiętasz. że umrzesz. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. Ale ich także zatruwa ta gorączka. tam. Nie miałem pieniędzy. W pierwszym roku myślisz. Belgowie. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. kto dłuższy czas spędził w tropiku. w domu. smoking. whisky. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. Miałem trzydzieści dwa lata. coś się w tobie pali. Może to woda. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. Może rośliny. lecz jest podejrzany. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. abyś wiedział. po pstrągu. w ruchach. a jednocześnie jesteś obojętny. ten szał. Jest absolutnie pewne. Święcie wierzę. Są wśród nich piękności. A potem ta chwila. Anglicy. serce bije ci inaczej. jakby zmienił się rytm twojego życia. Holendrzy. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. że to jest choroba. ci się bronią. w uśmiechach. zamknięcie się w sobie. Trzeba.. Raptem znalazłem się wśród bagien. dobre wychowanie. Może to te malajskie kochanki. Francuzi. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. ponieważ . pola golfowe i korty tenisowe. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. Żyjesz szybciej. Jakby powiedziano: „Syfilis”.. w domach o blaszanych dachach. Szanują go. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. rozpoznają. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. który nie ma bakcyla chorobotwórczego. owszem. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze. Oczywiście nie każdy. niekiedy już w pierwszych miesiącach. w środku bagien. A większość po czterech. Tę swoją uprzejmą pychę. kiedy tam dotarłem. jak pozostali. na wyspie jest podejrzany. – Mówił o tropiku.11 – Tak to jest – powiedział Konrad. pięciu latach bydlęcieje. kto dłuższy czas spędził w tropiku. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. obyczajach. Ci są legendą. Wszyscy piją. Albo: „Szpiegostwo”. W trzecim roku czujesz. który wkładają wieczorem. – Rzadziej. kiedy usługują. Później drętwiejesz. – Zrazu myślisz. – Anglicy również? – spytał generał. kiedy nie wiesz. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. w łóżku i przy stole. że ten. Miesiącami obojętny. Napad szału. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. – Byłem jeszcze młody. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. Podejrzany jest każdy. ludzie mają przekrwione oczy.

zważa równie pilnie. która nie widziała gości od śmierci Krystyny. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. Niecałkowicie jest nim. Sala. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. pomiędzy nimi. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem. Wschodu i Zachodu. orchidee w kryształowym wazonie. przełykając ze znawstwem.daremnie grał w golfa i w tenisa. ucieka najtaniej. w obszernej jadalni. Daremnie prenumeruje czasopisma. co jest w jego krwi. Świece płoną wysokimi płomieniami. – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. Ale w środku jest inny. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami. Tam namiętność kryje się w życiu tak. pomiędzy górami i lasami. cztery arcydzieła fabryki w Sevres. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. Ponieważ przeżył tropik. Nie można stwierdzić. z orderami na piersi. kto przybywa z tropiku.. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem. Wszelkiego rodzaju namiętność.. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. jest czymś takim jak sala w muzeum. wśród ludzi takich jak on. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. na rządowych przyjęciach. w sercu. na które biały człowiek w tropiku. wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. meble pochodzące z Wersalu. męczące i kłopotliwe maniery. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. a szare. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku. jest bardzo gładki. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia.. Przed generałem stoi symbol Zachodu. – Powiedz. jak tornado za bagnem. co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to. aby to powiedzieć. Daremnie zachowywał te dziwne. poprawny i dobrze wychowany. – Rozumiem – powiedział generał. Południa. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. to pewne. Tropik to choroba. z tropiku nigdy. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. daremnie. – Gość smakował chablis. w którym jest także coś pociągającego. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. Siedzą przy długim stole. w oddali . pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe. z odchyloną głową. ponieważ jest podejrzany. – Kto tylko pije. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. niebieskimi świecami kościelnymi. w mundurze..

– Rozumiem – mówi generał. lecz ze starczą żarłocznością. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel. z którego jest zrobiony instrument. straż przy podstoliku.. – Przed czterdziestu laty. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada. – Mam siedemdziesiąt pięć lat. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza. że słychać nawet trzaskanie polan. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim. mimo woli milknie. słoń i człowiek o czarnej twarzy. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. dwaj starzy mężczyźni. kieliszki i tapety. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. który słuchając jadł i myślał. To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. – A więc byłeś we Wiedniu. Co prawda. starym drewnem. w burnusie. Krystyny. zgodnie czegoś strzegą. jak drewno. Majordomus w czarnym surducie trzyma. pokryte gobelinem. w drodze do Singapuru. złote sztućce. dlatego też przyjechałem i tutaj. – Dawno – odpowiada. talerz. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu. ba. eleganckimi gestami. Wtenczas. Niedługo umrę. – Przyjechałem tutaj. nieporuszony. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło.migocące światła małego miasteczka. W sali jest tak cicho. daleko od siebie. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. kryształy. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał. odbija dźwięk strun.. Dlatego wyruszyłem w podróż. Mówią cicho. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. – Nie – mówi Konrad. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. Je łapczywie. . ponieważ byłem we Wiedniu. który poznałeś tropik i namiętność. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów. w dużej sali. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. jak ty. – mówi niepewnie i – zmieszany. Niegdyś było to miejsce żony generała. i ten dom.

który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. szukać. Ten. gdy padał deszcz. . czym w świecie jest kamerton. z którym właśnie rozmawiam. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. No. Miałem pięćdziesiąt lat. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. w spojrzeniu ludzi. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. Zawsze słyszałem jego głos. ten. Niebieskie światło w sypialni Instytutu.– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. Tak sprawdzałem ludzi. to potem żyje tak długo. A Wiedeń także był czymś takim. tak jak ty to zrobiłeś. kto nie potrafił odpowiedzieć. aż się znudzi. generał w chybotliwy płomień świecy. w ich stylu. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. w kamieniach. nieomal wstydliwie. lecz pewnym dźwiękiem. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. – Zmianę. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. że odsłużę mój czas do końca. poszukać czegoś albo kogoś. wielka. i wszystko to. w tropiku. Kiedy indziej także. Dlatego zrzekłem się. – Wiesz. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. Dlatego pozostałem. oporny. – Wiedeń – mówi. Mówi to bez nacisku. U nas niewiele jest zmian. Żeby wyjechać w świat. wiesz. – Tak – odpowiada gość. ponieważ miałem przyjaciela. Do pewnego czasu myślałem nawet. służba. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. wcześnie przeszedłem na emeryturę. Białe konie hiszpańskiej szkoły. ile wymagała służba. kiedy namiętności już nie bolą. Obiecałem ojcu. Radykalna zmiana. nie był moim człowiekiem. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. Zrozumieli i zaakceptowali. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. Czułem. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. Zimowy Wiedeń i wiosenny. że Wiedeń był dla mnie tym. – Słyszałem o tym. jak wywołać dźwięk kamertonu. Człowiek robi się sztywny. jak ów przyjaciel. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. – Tyle tylko. że jestem do tego zbyt młody. Byłem biedny. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. Była taka chwila. Rozumiesz. – Generał patrzy w płomień świecy. kiedy mi powierzono korpus. żeby porzucić służbę. obojętnie. a potem obserwować. – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. – Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. kiedy myślałem o tym. Owszem. To było najpiękniejsze w moim życiu. ale nie byłem samotny. W Wiedniu tak żyje muzyka. co kochałem. rozglądnąć się. że nie miałem już sił na dalszą służbę. – Ale w końcu jednak zostałem. Rewolucja.

Nic się wokół nich nie zmieniło. siekiery. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. wszystko było po dawnemu. jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. Pracowałem na bagnach. Było niepojęte. Domagali się różności. dosyć. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. bez aparatów i telefonów. – Dowiedziałem się. I pewnego dnia. Ani dobrze. łopaty. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. w puszczy. co jest dla niego ważne. ale zrozumiano mnie. Że pewien człowiek. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. To było niepojęte. Człowiek wie. tak. nie siedzi pomiędzy nami. Ale nie ma jej tutaj. Bez żadnego powodu. jak tam być powinno. półgłosem. że w Rosji wybuchła rewolucja. bez gazety i radia. Ani radia. że nazywa się Lenin. położyli narzędzia. ani dyscyplina. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. Oni takie rzeczy rozumieją. – Żyłeś w tropiku. w południe o dwunastej. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. pośrodku oranżerii. Dłuższej przerwy w pracy. zaopatrzenie także. ubłoceni po pas. – Myślisz? – pyta generał. Żyliśmy głęboko na bagnach. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć. bez telefonu i radia. powiedzieli. Nie było telefonu. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył.. który się dowiedział. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. co przynosi wieści ze świata. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. W świecie szalała wojna. . Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. cztery tysiące kulisów. Wyczułeś. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. Byłaby starą kobietą. Przyszli z gąszczu. W południe. pośród bagien. Tak. w głębi puszczy. Dlatego powróciłem do tropiku. ani źle. Tam dopiero zrozumiałem. Tak. – Znowu liczy. jak odszedłeś. co w nich wstąpiło. – Może. – W dwudziestym ósmym roku życia. Chcieli podwyżki płac. Lecz pewnego dnia. – Siedemnasty. – Skąd wiesz. – Tak – mówi generał. z chińskimi i malajskimi kulisami. tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. jak to tam jest możliwe. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. – Tak. od tygodni z dala od wszystkiego. co moi kulisi. Chińczycy są najlepsi. na bagnach. o dwunastej. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. z nagimi korpusami. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. pewnego dnia porzucili pracę. jak chciała. i powiedzieli. Niczego tam nie wiedzieliśmy. Potem zrozumiałem. nagle zmieniając temat.. Gdzie może być? Tylko w grobie.– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. że już nie pracują. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. – Spoczywa w ogrodzie. w siedemnastym. – Gdyby żyła. ani warunki pracy. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. Tak.

– Na co chorowała? – Powiedziano. że zmarła na anemię złośliwą.. ten dom tutaj i koszary w mieście. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń. – Gość zgodnie kiwa głową. ale nie przyjechałeś. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym. na co przysięgaliśmy. – Ja też nie bardzo. Tak. – Wszyscy umarli. żeby powrócić i zameldować się w pułku. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. Dość rzadka choroba. Co pozostało z tego? To. – Często występuje w tropiku. Zwłaszcza ostatnia zima. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. Służyłem do końca wojny. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. – Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. uprzejmie. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec. jak tropik. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. odeszli. co to wszystko wiązało w całość. Bardzo stare wino. możliwe. Upłynęło tyle lat. W tropiki albo jeszcze dalej. w Europie. Na północy. – Awantur?. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. kiedy złożyliśmy przysięgę. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. Galicja i Chopin. prawie całe życie. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć.. W pułku. Myślałem o tym. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy. Co najwyżej może wymienić dokumenty. . Był niegdyś świat. – W czas. gdy zmieniają się warunki życia. – Dalej. – Możliwe – mówi generał. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. że często występuje i w Europie. Człowiek powoli staje się znachorem. jakby dodawał mu otuchy. Ten świat umarł. kiedy wy biliście się. to tajemnicze spoiwo już nie działa. No. nie akcentując tych słów. Tutaj. – Inni – mówi generał bez nacisku. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę... Zmieniają się warunki życia człowieka. a na takie zmiany reaguje morfologia. dokąd? – pyta chłodno generał. czasami cierpiałem na samą myśl. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. – Możliwe. Znieważono to subtelne uczucie. zrzekli się tego. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. W takich przypadkach człowiek odchodzi. rozpadła się. że nie jestem tutaj. – Nie – mówi zgodnie generał. – Myślę. i on również podnosi kielich. jak ktoś. Nie znam się na tym. – Nie ma już tego. Możesz mi wierzyć. – Ohydna.

– Tak. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. – Dla mnie ten świat żyje. . i w milczeniu piją czerwone wino. To wszystko. ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość. ponieważ przysięgałem właśnie na niego. Żyje. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć. wzajemnie się pozdrawiając. co mogę powiedzieć.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. co mogę powiedzieć. To wszystko.

– Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem. dla nas było powołaniem. Lecz wierzyliśmy. – Tak. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. Siedziała tutaj. dla nas było przeznaczeniem.. nie gniewaj się. – Nie – mówi. ja także. musiałeś wiele przejść. co najważniejsze. Wybaczyli ci. – Tak. jeśli ich pamiętasz. Nie dziwiliśmy się. co ważne. Nie rozumieli twojego odejścia. Zrozumiałem to później. było nas troje. ponieważ wiedzieli. – Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. Wtedy człowiek prędko zapomina. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. człowiek je wyrzuca z pamięci. co dla ciebie było kostiumem. ponieważ rozumieli. Żyłeś w świecie. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie. – Świat to jest nic. Trochę byłeś dziwakiem. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi. kiedy się już zestarzałem. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie. Tego.. – Tak – mówi generał. – Wszystko pamiętam. przed Krystyną Południe. dwudziestu latach okazuje się. krępujące już sobie powiedzieli. zlepiają surowiec . – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. że pewnego dnia powrócisz. pośrodku. że wszystko znosisz trudniej niż my. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. prawdziwi żołnierze. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. Mniej więcej wiążą całość. Krystyna też. Kilku w pułku. albo ten pokój. jakby to. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. że jeszcze powrócisz.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. jak sny. Wszyscy czekali na ciebie. Krystyna jeszcze żyła. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. Po dziesięciu. że miałeś swój powód. – Przed tobą stał Wschód. mrużąc oczy. Wielu tak to odczuwało. nigdy nie zapomnisz. lecz pogodzili się z nim. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. Wiedzieli. co istotne. To. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. A przede mną Zachód. Albo napiszesz. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. To. przyznaję. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to.

Bagno paruje. tytoń w blaszanej puszce. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. Aby działać. Jakby stale ktoś cię głaskał. zabójcę. Jedzą. a siła jest także w jedzeniu. Wtedy trzeba decyzję odwołać. a jednak rzeczywiście. i patrzy. . usiądzie na progu domu i patrzy. Chcesz grać na fortepianie. czarodzieja i głupka w jednej osobie. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. Ten deszcz – mówi. ważniejsze jest. w którymś z pokojów. którą wziąłeś do domu. jakby zaczynał mówić o czymś innym.pamięci. Kobieta. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym. Ale potem i to ci zobojętnieje. chleb. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. ponieważ słuchasz deszczu. jak człowiek. pościel. Ciągle rodzą dzieci. kiedy człowiek nie dba już o to. Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. aby jeść pięknie. Malajowie śpiewają. aby wyszła z pokoju. w ciemnym winie. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. jak tybetańskie psy. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. ponieważ to spojrzenie jest tak silne. Gdy ją odprawisz. gdy gromadzi w sobie siły. czujesz to spojrzenie. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. Czasami ktoś przybywa. pijesz wódkę. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. Wszystko się lepi. bardzo dużo wódki. lecz nikt o tym nie mówi. Siedzisz w swoim pokoju. Wszystko jest wilgotne. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. Po czym przychodzi susza. Zrazu tego nie zauważasz. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. Silne jak dotyk. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. książki. palisz słodkawy tytoń. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. że przecież siedzi gdzie indziej. Czasami myślałem o tym w tropiku. Pada deszcz. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. nie dosłownie. Chcesz czytać. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. niewiele mówi. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. te milczące bestie. Mają wielkie brązowe oczy. Patrzą tymi błyszczącymi. które są tak potrzebne. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. nakazujesz. odrobinę mlaskając. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. deszcz jest ciepły. Ale i to nie pomoże: wiesz. bielizna. – Całymi miesiącami. Siedzisz w domu. kiedy padał deszcz. jest kleiste. ta parująca jasność. kapłankę. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. w krwistym mięsie. Człowiek prędko się starzeje. najmniej one same. Potem się zmęczysz. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. trzeba mieć siłę. Można zwariować. w czterech ścianach. A potem stajesz się nerwowy. by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej.

niemal dziecinnie. szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. w tym pokoju. w pokoju żółtym. przygląda się tym zabiegom. półtora litra. i tyle mógł wypić. Po czym lokaje wnoszą nowy. które nie zgasły. zajmując główne miejsce przy stole. kto wspomina. Pokój jest przegrzany. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. Osobna butelka dla każdego gościa. na stole. Niebo na chwilę się rozjaśnia. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. Wiesz przecież. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. Stołowego. niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały. Spał na piętrze. jak ktoś. wieloramienny lichtarz. – Popatrz. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. Piorun uszkodził elektrownię miejską.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. A teraz już widać. To był przydział gościa. Majordomus spieszy do okien i. Siedzą bez słowa w ciemnościach. dlatego teraz są czerwoni. Taka była hierarchia napojów u króla. że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. nagle robi się ciemno. by podano jeszcze czerwone wino. co najważniejsze. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów. mrużąc oczy. niczym złoty miecz ciało ofiary. bo stało przed nim. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. jakby wreszcie przypomniał sobie to. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. . Daje znak. ile tylko chciał. w tropiku? – pyta jeszcze raz. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. Siedział tutaj. kiedy zrywa się burza. trawi. Wicher już wdarł się do pokoju. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. Jedzą winogrona i niespliki. starczo. Gość. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. Teraz. Ciężkie. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. – Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. macając w ciemnościach. Dużo jedli i pili. Pinta. Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. jak na wielkim statku. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. gdy jedli i pili. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. Czy nie grałeś tego później. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. Dziadek opowiadał. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. Gość zastanawia się. – Nie – mówi. Dlatego dobrze. Dlatego nazywało się stołowe. po lewej pleban.

którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. do pokoju. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. Zamknięto za nimi drzwi. w zasięgu ich rąk. Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. ciepłego porcelanowego pieca. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. a ponad ich głowami kołysze się światło świec. jak ktoś. Pozostali sami. pudełko cygar.– Tam – powtarza generał. jak ich cienie na ścianie. kawę. . Siedzą w milczeniu. płonącymi świecami. grzeją się. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. Lokaj stawia na stoliku. Tutaj siadają. Teraz obaj zapalają cygara. odrobinę kołysząc się i ociągając. z jadalni przez zimne salony. grubości dziecięcej ręki. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę.

Opowiem ci. Nudę. aż pewnego dnia dostaje amoku. I powiadam ci. może życie zderzy go z tysiącem przeszkód. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. jest dosyć osobliwa. pod Londynem. ponieważ powróciłeś. Nie biegnie donikąd. Na ten dzień albo na tę godzinę. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. Co robi? Żyje. Zmusza cię. A człowiek. Ma pałac. Dobrze to przemyślałeś.. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie. Nie pożyjemy długo. jest szczególna siła. dwa. jak dżungla – powtarza uparcie. Jedzie do wielkich miast.. który duszę i los oddał samotności. nie ma wiary. wściekłego psa. która kryje się między tobą i mną.. potem w swoim domu. Rzuca się w wir świata.. – Rok. jak ta. szuka zwady i wszędzie ją znajduje.. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. Ponieważ w takich tajemnicach. co zmusiło go do samotności. a to jest może i bardziej niebezpieczne.. jak puszcza. w świecie. Znam wszystkie jej odmiany. wedle jakiejś pogańskiej. jakiś człowiek. nie burzy porządku. Samotność. – Ktoś. Naszego życia i tego wszystkiego. to jeszcze nie jest najgorsze. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię. z tym swoim drętwym spojrzeniem. czasami tak. tytuł i pozycję. abyś żył. jak twoi Malajowie. z bronią w ręku albo bez broni. kupuje kobiety. Po której następują gwałtowne wybuchy. Może wpadnie na mur. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego. ponieważ ma wiarę. świeckiej reguły. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. i wtedy nastąpi koniec. że spotkamy się jeszcze raz. bo nie mogłeś postąpić inaczej.13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. i rozbije się. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. Żyje jak zakonnicy. Obaj wiedzieliśmy... którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. A jednak powróciłeś. raz jeszcze będzie mógł . Tylko czeka. żyje. wszystko wokół niego eksploduje. a może i to nie. aby o tym myśleć. lecz zakonnikowi jest łatwiej. co dotychczas stanowiło jego treść. czeka. kiedy to wszystko. żyje w surowym rygorze. kiedy ty byłeś w tropiku.. czego doświadczałem sam wśród lasów. Sam dobrze o tym wiesz. prawda?. i co wywoływało w nim napięcie. Dość miałeś czasu.. najpierw w tropiku. Samotność jest tak samo tajemnicza. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. Gorzej. w gruncie rzeczy. Nikogo nie pobije.

Świat nie może mi już nic więcej zrobić. w tym. ma ono swoje ograniczenie w czasie. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. jak na przedmiot. jakby przygotowywał się do pojedynku. Wydaje się. Owszem. Powiadają. Masz rację. że żyjesz. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. że ty również tak myślisz – mówi generał. Bo chciałem cię odszukać. Wszystko to jest mi obojętne. aby. żeby już być całkiem dokładnym. aby samotność. aby cię odszukać. na dole. to był mój problem. albo na dnie piekła. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. dobrze wiesz o tym. pomiędzy Malajami. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. wszelki brud i głupi zgiełk. Wolałem czekać. ponieważ byłeś moim przyjacielem. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. radia także nie mam. Widzę tę chwilę. aby trans czasu. zna. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. że miałem również powód. I patrzy na popiół swojego cygara. nie od wczoraj. że pewnego dnia powrócisz. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. to można było na tym . – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. – Właśnie o to chodzi. gdy już jestem stary. kiedy kres jest bliski. że to zwykły bieg rzeczy. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. I to jest najbardziej niebezpieczne. bez pożegnania. Ta chwila nadeszła. że nie mogłem postąpić inaczej. I kiedy gość milczy: – Teraz. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. I co dnia ćwiczy. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. On wtedy uznał cię za przyjaciela. przez czterdzieści jeden lat.przedyskutować z tymi (albo z tym). odebrać wolność i życie. albo. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. od czterdziestu jeden lat. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila. jeżeli padnie. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. Naturalnie. wyjechałem nagle. wiele myślę o dzieciństwie. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. – Dokładnie tak – mówi gość. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. którzy go do tego doprowadzili. Natomiast ważne jest to. Jeżeli dobrze liczę. jest tam. Możliwe. i w jakim żyłem. Gdybym nie wiedział. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. skoro już tak powiedział. do którego warto się przygotować kompletnie. co było na początku. – Cieszę się. bez szabli. w biurze rządcy. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. W moim domu nie ma telefonu. że ja nie targuję się ze światem. Nie przyspieszałem tej chwili. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. jak wszystko w życiu. Ale. nikomu nie być dłużnym. To nad tym się głowię. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. wczoraj lub przed dwudziestu laty. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. Widzę twarze i słyszę głosy. w których mieszkam. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. w jakim się urodziłem.

Myślę. Ale to nie jest przyjaźń. Przyjaźń to naturalnie coś innego. znałeś go przecie. może dlatego taki rzadki. Wiesz. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi.. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. dokąd zechcesz. Prawda. co teraz mówię. w pobliżu Londynu. Sądzę. Słuchasz mnie? Dziękuję. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. wśród lasów.. myślałem o tym. ponieważ mają podobny gust. Wybacz. każdego ludzkiego związku żyje Eros. Właśnie tak uścisnął ci rękę. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. Staliśmy pod kasztanami. jeśli sobie życzysz. u początku długiego podjazdu. – Powóz czeka. Dobrze o tym wiedziałeś. ponieważ się spotkali. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. w biedzie. że ten. – Mów. kiedy słońce już nad nimi zapada. Zacząłem od tego. niemal ciepło. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. Ale jeśli już. i ojciec uścisnął ci rękę. może na niego liczyć w każdym kłopocie. co to dla niego znaczyło. na dziedzińcu Instytutu. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. Powrócisz do miasta. możesz wrócić do miasta. jak to słowo. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. pod kasztanami. skoro już tutaj jesteś. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. w każdej chwili. wspomina wiele różnych rzeczy.. za słabe. mimochodem.. możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie. To była ostatnia chwila dzieciństwa. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. będziemy mówić tylko o prawdzie. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo. Może więc coś innego?. być może. Ale. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. Na dnie każdej miłości. – Wysłucham cię – mówi gość. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej. Wiesz dobrze. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. do domu. to bez reszty. Postaram się mówić składnie. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie.. I muszę ci powiedzieć. że jest to najsilniejszy związek w życiu. Ale teraz. powóz czeka. Wobec tego będę mówił. Niekiedy myślę zgoła. A jednak Eros. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. że nic nie było dla niego równie ważne. ono mu nawet przeszkadza. Dwóch starych przyjaciół. jeśli zechcesz stąd wyjść. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. w samotności. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. – Dzisiaj piszą o . albowiem działa podniecająco. Ale najpierw wysłuchaj mnie. to samo ich bawi. Nie niepokój się.polegać do śmierci. że rzadko podawał rękę. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. jałowe słowo. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. nie mając nic do roboty. jeszcze więcej. czasami. że dla mnie znaczyło. do samej śmierci.. Czy pamiętasz tę chwilę?.. że mój ojciec uznał cię za przyjaciela. co było ważne w życiu. jeśli to.. co honor. komu podaje rękę. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. dobrze wiedziałeś. jak wszystko inne. albo w tropiki.

żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń. w której kochamy w innym cnoty. nie uważa za istotę nierealną. podobnie jak zakochany. która niczego. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. W książkach również jej nie znalazłem. naturalnie. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. że znają go zwierzęta. prace myślicieli . ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. Swoją drogą. Pisał o tym pewien rosyjski książę. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. zna jej błędy. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. nie jest prawdziwe. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. To byłby ideał. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. Wreszcie. ale zawsze. Są lwy i cietrzewiesamce. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. wielokrotnie. a potem musi na własne oczy zobaczyć. oczywiście. byłże on. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. bardziej nowoczesna niż u nas. aczkolwiek najczęściej tego żałują. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty.. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi. Wszystko to. Ani księgi dawne. że ten drugi jest niewierny i nikczemny. która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. Przyjaciel. Ale Platona także czytałem. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. nie pamiętam jego nazwiska. Sympatie. Tego. które wpadły w tarapaty. czyż ma prawo obrazić się. kogo obdarzył przyjaźnią. możnaż go oskarżać. przyjacielem? Widzisz więc. wierność.tym o wiele swobodniej. bardziej postępowa. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. Ciekawe. skłonne dopomóc słabszym. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. bezwarunkowym. jakby było przyjaźnią. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. kiedy zostałem sam. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. który dużo jeździłeś po świecie. Samotność. sam widziałem. oszukany i porzucony. Nie chce kompensaty. bezinteresowność. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. jego charakter. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. co więcej. żarliwym zaufaniem. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. czy warto żyć. ale do czasu skłonni są wierzyć. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego.. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. w naszym zacofanym świecie. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. gotowość przyjścia z pomocą. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca.

jak skazańcy na torturach. ale zamiarem. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową. W końcu nie byłem nikomu nic winny. ba. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. Wtedy i wtedy. a w środku pozostać czystym. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach. niż prawdę. wiedzą to i głoszą. oparte na religii systemy prawne. – To mocne słowo. a jednak wypowiadają raczej słowa. ponieważ musiałby znać to. Zrzekłem się mojej szarży. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. zrobiło się gęsto od wspomnień. – Dlatego jesteś tutaj. gdy zdarzenia pokazały. może zabić. Fakty mówią. iż ów przyjaciel był wiarołomny. gdy na to. żydowskich i łacińskich. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. mocne słowo – mówi poważnie. Jedynie prawda może dać odpowiedź. Jej powodu – nie. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. niepozorni. nikomu nie obiecałem niczego takiego. jak zwykły mówić. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. dawne. – Ale. że trudno znaleźć . co uczynił. będziesz musiał przyznać. Wielkie. którzy są otwarci. a każde wspomnienie mówiło mi. coś najgorszego. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. Wszystko jest zamiarem. co się stało. który doprowadził do tego czy tamtego. nie jest całkowicie szczery. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. Nagromadziło się wiele książek. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. że gniew. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. Możesz mi wierzyć. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. nawet wtedy.chińskich. Lecz po drżeniu jego głosu znać. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. Człowiek nie grzeszy tym. co prawnicy nazywają motywem. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. Właśnie o tym mówimy. Zawsze jest tylko następstwem. Zdarzyło się to i to. – Możliwe. jak się godziło. ani też współczesnych. spojrzysz z pewnego dystansu. popełnić podłość. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. które studiowałem. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. Odchyla się w fotelu. Nietrudno się o tym dowiedzieć. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. Ucieczka. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. Tak i tak. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. nieomal nikną w półmroku. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. odrobinę obruszony. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. czego bym nie dotrzymał.

Naturalnie. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. Tego nie rozumiałem. naturalnie. Spokojnym. by chorowali na to samo. . Udałem się do twojego mieszkania. rozumiesz. Niekiedy dopuszczałem myśl. jak się to ludziom na ogół zdaje. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. – Ordynans. Osobliwa identyczność skłonności. nie rozmawiają ze sobą. a czasami i nocnych godzin. kiedy służyłeś tutaj. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego. nawet wtedy. a potem najlepsze lata wieku męskiego. jeśli zechcesz. Nie piszą do siebie. w innych warunkach. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. pamiętam nawet dzień. sprawozdawczym tonem mówi dalej. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. z Krystyną i ze mną. To prawda i nieprawda. Poprosiłem go. w ostatnich latach. w mieście. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. w pałacu.. oddzieleni tysiącami kilometrów. Bliźnięta. w obcym kraju. w którym żyłeś. w którym żyłeś. Powiadasz. mógł uciec. – Umilkł. Miałem taką nadzieję. kultury. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. gdy jeden żyje w Londynie. A jednak. nie dziw się. nie mógł wszak inaczej. w wieku trzydziestu. wśród szczególnych okoliczności. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. dokładnie dwadzieścia dwa lata. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko. mieszkają. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. zapadają na tę samą chorobę. jak wychodzący ukradkiem złodziej. że nikomu nie byłeś nic winny. Pozostałem sam w pokoju. by człowiek. Wspólny organizm ma dwa ciała. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków. aby zostawił mnie samego w pokoju. A jednak. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. Odchyla się w fotelu. sympatii. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. że może przyjaźń jest to taka więź. wiedziałeś. to znów miałem nadzieję.. O tym także możemy dziś pomówić. dzieciństwo. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. co uczyniłeś. że uchybiłeś mnie. Na to nie było usprawiedliwienia. myślałem. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. Niezbyt często. jakby patrzył w przeszłość. o tej samej godzinie.. Tak. zastosował się do mojego rozkazu. w pewnej chwili. owe dziwne istoty. smaku. że zostawiasz za sobą dług. nie wierzyłem. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie. jak było w łonie matki. Obejrzałem wszystko dokładnie. jaką znają jedynie bliźnięta. Odjechałeś jak jakiś defraudant. jedzą co innego.. które kaprys natury związał na śmierć i życie.. młodość. by zachorowali jednocześnie. ponieważ słyszałem. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. dłonią przysłania oczy. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego. Dowiedziałem się o zmierzchu. to była środa – porzuciłeś miasto. w pobliżu nas. że wyjechałeś. a drugi gdzieś daleko. Jest tak w przyrodzie. z którym spędziłem kawał mojego życia. ale może i nie tak rzadko. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście. które z dala od siebie. czterdziestu lat.. inaczej żyją.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. a może jest chory. tak. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor.

dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. na przykład w tropiki.. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. Mów dalej. co istotne. Dodawałeś nawiasem. teraz widzę to jasno. Obserwuje dym. wykonany specjalnie dla ciebie. stałem pośrodku twojego pokoju.. Może uważałeś. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. – Jedno. myślałem. oświetlenie pokoju. Los takich ludzi spełnia się równolegle. bowiem wspólny jest ich los. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. którego ty byłeś stałym gościem. widzę meble. że jestem bogaty. skoro zacząłeś. nie mogłem cię odwiedzić. przemilcza albo zapisuje. Widzę tę chwilę wyraźnie. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. – Nie przerywaj – mówi gość. Myślałem o tym. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. Nie było wielkie. dwa mniejsze na . Tak. Biedacy. w opuszczonej dzielnicy. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego. nieproszony. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu.. Nigdy nie chciałeś. że nie sposób tego wybaczyć. Bo ty byłeś bardzo. Ja urodziłem się w nim. człowiekiem bogatym. tego mieszkania. z roztargnieniem. dom i ogród. dla dwojga. I daremnie jeden ucieka przed drugim. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom. Majątek. a przecież niekiedy także czułem. zdawało się. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania. ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano. Tapczan był wielki. lecz twoja pycha nie miała granic. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. To głupia hipoteza. że bardzo wiele. idealny dla namiętnego palacza. – Dlatego pomyślałem sobie. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. i nigdy mi go nie pokazałeś. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. dobrze o tym wiesz. Właściwie to nie był tapczan. ponieważ bez tajemniczego. iż między nami dwoma jest różnica.. był tak przytłaczający. Duży pokój na parterze. wizerunki koni na ścianie... Czasami wydaje mi się. może nawet wszystko zależy od słów. Dobrze pamiętam?. abym cię odwiedził. widzę. wierzę. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. by w sprawach finansowych dawać odczuć. kiedy stałem w twoim pokoju. – Okno wychodziło na ogród. szczególnie wytworni biedacy. a ja. wielki wschodni dywan. ponieważ wiedzą o sobie wszystko.. lecz szerokie francuskie łoże. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. głosem pełnym zaciekawienia. które człowiek w swoim czasie wypowiada. było prawdziwym dziełem sztuki. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo. że te meble są biedniutkie. w dniu twojej ucieczki. że niechętnie słuchasz tego słowa.. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę. kiedy życie mijało. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie.. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. Szczerze mówiąc. I zawsze grymaśnie uważałeś na to. To mieszkanie. do którego sam kupowałeś meble. bardzo daleko. że wstydzisz się przede mną. że wynajmujesz dom na skraju miasta.. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. – Nic nie zależy od słów. myślałem. który wynająłeś i umeblowałeś. tapczan. Później.

ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. Wtedy zrozumiałem. dopóki żądał tego ode mnie świat. szczerze albo kłamliwie. z uporem. – To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. Zrozumiałem. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym... przykryty starym brokatem. wszystko gruntownie obejrzałem. jak ktoś.. a przecież nie wszedłeś między nas. Człowiek rzadko wie. w którym stały trzy orchidee. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. a zresztą teraz. Ty zrzuciłeś mundur. że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło. i to już było pożegnanie. że naprawdę jesteś artystą. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania. co piękne i szlachetne: firany i dywany. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność. dopóki wymagała tego służba.. nie szczędząc sił... zdarzyło się coś. na polowaniu. tak. Nie. rzadkie tkaniny.. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. kto nie znosi sprzeciwu. wszystko było takie. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki.. że żyłeś wśród nas. Takie są te pytania.. Czemu byłeś wierny i niewierny?. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. I w tym momencie weszła Krystyna. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. tak ty znosiłeś tutaj wszystko. obojętnie. – Stałem przed fortepianem. Odszedłeś bez pożegnania.. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. i trzy pokoje. kryształy i meble. że w owym czasie zmarła twoja matka. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom. że u kresu odpowiada całym swoim życiem. Ważne jest to. Wiem. meble. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. czego sens pojąłem później. I jak żebrak skradzione rzeczy. gdy wszystko już przeminęło. patrzyłem na orchidee – mówi dalej. Zrozumiałem. swoje mieszkanie. czymś takim. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. co tam mówi po drodze. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. stare brązy i srebra. i że kiedyś ten dom będzie twój. A człowiek odpowiada. pokoje. mówi tak sucho. Nie liczy się. . bo poprzedniego dnia. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku.. Zakłada ręce na piersiach.. to już się wyjaśniło.. To było jedno pytanie. Do czego byłeś odważny. odpowiedziałeś swoim życiem. Zrozumiałem również. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. faktami swojego życia odpowiada na pytania. ja także odpowiedziałem. które świat zadaje mu z takim uporem. u kresu wszystkiego. Przeszedłem przez pokoje.piętrze. Czego naprawdę chciałeś?. z kryształowym wazonem. ale to nie jest takie ważne. w jakiej żyłeś pomiędzy nami. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. ale ogród.. pomiędzy ludźmi innego rodzaju. tak jak umie. – Wszystko zrozumiałem. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. Co naprawdę wiedziałeś?. A ja zachowałem go do ostatniej chwili.

Ale nie wyrzekła jednego słowa.. właśnie tamtego dnia. meldunku. ale tylko jak ktoś. w twojej duszy wydelikatniały te niecne. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka. nakazem naszego życia jest. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny. ty również. Czy jeszcze żyje? Owszem. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad. przestrogi. aby coś zdobyć.. jak wyrzut. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?.. Polowałeś ze wzgardą na twarzy.. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. Człowiek zabija. który musi przeżyć. – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie. zabija. jak to drzewo za oknem. tak głęboko. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce. Ty tego nie zrozumiesz. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. jak konna jazda albo życie towarzyskie. Myślisz. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz... jak wieczny ogień w ziemi. wszyscy milczeli. każdy. zabija. Nie można inaczej. kiedy wszystko dojrzało. kiedy wszystko się wyjaśnia. pańskim. który wtedy już był pusty?. żyje. jak laseczkę. aby coś pomścić. kto ulega społecznej presji. Tak.. A i broń też nosiłeś tak niedbale. goście.. pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu.. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. którzy bawią w mojej posiadłości. Uśmiechasz się?. – To było piękne polowanie – mówi. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś.. aby coś obronić. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny. że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie.. nie wiem.. Polowanie.. Jesteśmy ludźmi. Podróżowaliśmy wśród Arabów. prawdziwe polowanie było czymś innym. niskie instynkty?. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko. i ja.które jego słowo lub działanie. A jednak wiedziałem. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym. To są najznakomitsi ludzie. prawdziwi myśliwi. jak każde żyjące stworzenie.. – Nadszedł taki wieczór. abyśmy zabijali. kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety. który wspomina.. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia.. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. czas. zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi. Nie. dawno temu. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. może i dzisiaj żyją. Polowałeś. powracające stale. I wsłuchuje się w siebie. Może pamiętasz. która niezależnie od pozycji. Nie otrzymałem poufnej informacji. Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. i ja podróżowałem po Wschodzie. Ona wiedziała.. że to jest ta chwila. . który miałby jakiś szczególny sens. W tamte dni byłem zupełnie sam. że szykujesz się do ucieczki?. iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór. na swój sposób. rozumiem to tak. nieomal ciepło. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. jakby sam odpowiadał sobie na pytania. jak pewnego razu.. jak ktoś. należącym do fachu obowiązkiem. które posadził był jeszcze mój pradziadek. i z hukiem strzelają sobie w lesie. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. Ma swój czas. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem. Żyje tak. Ta namiętność – to żądza zabijania.

gospodarz wyjął nóż i gestem. Siedzieli dokoła ognia. iż zaczął się od duszy. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. pan domu był sędzią i przemytnikiem. u zarania dziejów. Być może tym gestem zaczął się człowiek. parlament i plac przed świątynią. z ofiarą.. krew ściekającą strumieniem. gdy składa ofiarę. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. jakiej są krwi i jakiej rangi.. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność.. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem. gdy chciał go ofiarować.. jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. białe domy.. przed ludami. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. Może dlatego są tacy dumni. w głębi świata arabskiego.. także brudni wielbłądnicy. mieszkaliśmy u tuziemców. odmłodniał na moment. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. nie wiem.. a więc złapać w garść broń. przed symbolem boga.. przed ołtarzem. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy.. jaką był. jak wschodni arcykapłan. w białym burnusie. drgające ciało jagnięcia.. Potem przyniesiono jagnię. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. widzieli gest zabijania. Te chłodne. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu. krew jest im . arabskich gości. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. błysk noża. Nie znam się na tym. tym gestem w dawnych świątyniach. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. człowiecza duma. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. nieruchomych kamieni. wzajemnie wyczuwają. kiedy człowiek po raz pierwszy. którego nie sposób zapomnieć. gdy zabicie miało jeszcze sens religijny. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania. ich zabawy i błysk w oku. i wszystkim błyszczały oczy. gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. było tożsame z czymś istotnym. jest to gest wschodni. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. Po zachodzie słońca przybyli goście. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. podróżnik. w zamęcie tworzenia. panowie i służba. w domu jak pałac. symboliczny. wokół zaległa śmiertelna cisza. naprawdę był taki. wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. tę inną. To pełne godności i uparte próżnowanie. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. Jak mówię. Ale oczy mu lśniły. sami mężczyźni. uświadomił sobie swoją ludzką godność. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. możliwe. plemionami. zarżnął go. kulturami. na który nie spadła ani jedna kropla krwi. białego baranka. To bardzo stary gest. Arabski pan zarżnął jagnię. Nie wiem. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. z czasów. przed bóstwem. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. wanna była ze szczerego srebra. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny. ich porywczość i spokój. nie od zgiętego kciuka. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem. Możliwe wszakże.. że wszyscy tam są panami. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. zachowanie się. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. Ich pycha. znasz je? Wielki dziedziniec. narzędzie. Tego gestu nie można się nauczyć. z pewnością wiesz.. Wtedy zrozumiałem. z zamierzchłych czasów..o czym ty..

Wszystko to. uczuciowy. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. tonem nabożnym. jak ktoś. zawsze składał mu ofiarę krwi. Inaczej nie wolno. Zrozumieliśmy – sądzę. Naszą historię wypełnia. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. surowy zapach skórzanych fatałaszków. – Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania. Otóż to.. Ale czy krew jest brudem?. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. i odwróciła głowę. Jesteśmy chrześcijanami. taką nam wyznaczono rolę. ciężko oddychała. zaczerwieniła się. dziwnie się ubiera. Przecież to tylko polowanie – mówi. starych jak sam człowiek praktyk religijnych. jak owych świtów. liści. niemal wstydząc się. poranków przed polowaniem. nie możemy uczynić nic innego. – Potem wychodzisz z domu na podwórze.. że znają także jego sens tajemniczy. taką. aż po nasze dni. Bowiem te ciemne. My. resztką potwornych i rytualnych. Kochałem to wszystko – mówi. patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. nie bez nagany. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. co innego je na śniadanie.. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. My także zabijamy. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. zagryzając zimnym mięsem. sukno napełniało się zapachem lasu. a ich krew brudziła kurtkę. odrobinę dyskursywnym. jak ktoś. jak pocałunek. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. Zjełczały. kto nagle się rozwesela. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). ewentualnie lekarską. naturalnie. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się.. że myśliwy zabija dla zdobyczy. inaczej niż w dni powszednie. a więc po trosze i kapłanem. szlachetne twarze. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. Oszczędzamy zwierzynę. To jest najszlachetniejsza materia na świecie. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności. Może niczego w życiu tak nie kochałem. Nie wiem. już czekają twoi . że Krystyna także zrozumiała. mamy świadomość grzechu. śmiały się. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. zbladło z czasem. poważnie. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. oczywiście. coś niemożliwego do wysłowienia. potem zbladła. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. zabijamy.dobrze znaną materią. aby zachować ład ludzkiego współżycia. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki. powietrza i wytryśniętej krwi. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. ciąg masowych morderstw. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. ale bardziej skomplikowanie. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. zabijamy tak. Bo to nieprawda. wkłada celowo dobrane części garderoby. jak pozwala i określa prawo. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. kto wyznaje prawdę o swojej słabości.

Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. Nachyla się nad stolikiem. Ty także cofasz się w gęstwinie. która nie jest dobra ani zła. zadowolony. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. że w pobliżu czai się nieszczęście. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami. niczego nie węszy. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. słońce jeszcze nie wzeszło. i człowiek. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. w zasadzce. zręczniejszym. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. Po czym.. bo wiatr wieje prosto na ciebie. jakby sennymi ruchami przecierał oczy. tę podnietę. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. które jest tak stare jak człowiek. odstawia kieliszek na stół. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. a jednak wie. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. bez ruchu. Okolica już się budzi. obraca delikatną szyją. pozostać mistrzem. Czuje to pantera. tę coraz silniejszą namiętność. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. Ptaki też już zaczynają śpiewać. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. aby mnie zabić. Zwierzę zatrzymuje się. Wszystko ma taką czystą woń.współtowarzysze. sęp. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. nic nie czyniąc. może po raz pierwszy w życiu. obserwujesz. daleko. to zakazane przyciąganie. ciało sarny się napina. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. że nieszczęście nie jest przypadkowe. gdy szykuje się do skoku. To właśnie czułeś ty. który stoi pomiędzy nimi. tej. czujesz tę gotowość zabijania. o jakieś trzysta kroków od ciebie. myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. podnosi głowę.. nie chybić. I teraz już żałujesz. wąż. wysiadasz. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. W ręce czujesz to drżenie. w lesie. przed kominkiem. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. niczego nie widzi. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. a ty wchodzisz w gęstwinę. że to nie jest wypadek. gęsty jak syrop. ty. sarna przebiega leśnym duktem. . ponieważ wie. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. las się przeciąga. Jesteś z psem. łowca.

z twarzą obróconą na Wschód. igieł. niedźwiedź pożera resztę padliny. Woń mokrych liści. gdy ten drugi nie odpowiada. dzikiej paproci. co to słowo znaczy: zdobycz. epileptycznym porywem. kiedy wzdycha. tak ostrożnie. To jest ta chwila. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. staje pośrodku polany. Wstaje wiatr. z gniewu podbiegłymi krwią. uświadamiając sobie istnienie świata. a jeszcze nie nastała jasność. ani jednym ruchem ręki. w głębi lasu: noc. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. zwiędłego listowia. wydychać swój sekret i złe westchnienia. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. zwierzęta jak i ludzie. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. ni błyskiem oczu nie daje znać. zgniłej szyszki. dziki. – To była ta chwila. na którym się urodził. Jest to chwila tajemnicza. zarówno rośliny. że to już koniec nocnego piekła. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. starożytni. To jest ostatnia sekunda. w owym magicznym oczekiwaniu. kiedy noc rozstaje się z dniem. Nie protestuje. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami. chorzy jęczą. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. miłość. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. Możliwe. że słucha oskarżenia. i wszystko. a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. sekretnym pragnieniem. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. wałęsanie się. jak ktoś. gdzie odbył się miłosny pojedynek. kto na wieki pamięta o swojej pasji. tak oto człowiek przywiązany do materii. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy. Już ustąpiła ciemność. jak budzący się ze snu. ponieważ czują.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. co wypełnia życie nocnych zwierząt. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. omszałych odpadków drzew. żbik jeszcze stoi na czatach. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. Noc jeszcze żyje w owej chwili. czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. spontaniczną radość życia i . że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego. zapach miękkiego. butny i potargany. jeszcze nie osłabło. kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów.

kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie. kiedy cię poznałem.. Każda wielka namiętność jest beznadziejna. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem. Wszystko było na próżno. Bo ten. Dlaczego nienawidziłeś?. samolubstwo. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. a dzień jeszcze w nim nie nastał.. To jest ta chwila. że to znak podejrzany i niebezpieczny. To najdotkliwszy cios. ale i w mroku ludzkich serc. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?.. czego tobie brakowało. Nienawidziłeś. niż tym. Bo serce człowieka także ma swoją noc. niż ze świadomością. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo. daremna jest wszelka argumentacja. również i wtedy. usilne starania. ty – ten pilny i cnotliwy. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. kiedy w naszych sercach porusza się. który coś ukrywa. całości. przyjaźń albo cierpliwość. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata. które są tak samo dzikie. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność.. mądra spolegliwość. Dla namiętności jest całkowicie obojętne. że godzimy się z tym wszystkim.. a gdy uczucie. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. nie roztopiła się. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony.. grzeczność. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak. Trzeba zgodzić się z tym. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. Nienawidziłeś. Rzeczywistość była taka. lecz ugoda. I są takie chwile. żarzy się i dymi żądza zemsty. pozbawione żaru wzajemne usługi. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. obok entuzjazmu. Sen. musiałbym wiedzieć. jaki fatum może zadać człowiekowi. co znaczymy dla siebie i dla świata. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. Był czas. rzeczywistość się nie zmienia. na spodzie takiego stosu. sęp. w tym dziwnym domu. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. czają się w sercu człowieka jak puma. pozostała zbita i twarda.. z porywami. że jesteśmy tacy lub inni. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. szakal w pustyni arabskiej nocy. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego.. niż jesteś. ty byłeś talentem. kto nie przyjmuje części. próżność. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. co otrzymuje od drugiego. nienawidziłeś. jakbyś kochał. byłeś butny. ponieważ było we mnie coś. lubieżna ruja. w pierwszej chwili. Pragnienie bycia kimś innym. zazdrość. pożądanie. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę. a to stwarza więź równie silną. żądza zemsty. i . jak tylko subtelne uczucia. chce bez reszty oddać własną wolę. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. z tą pasją. chce bez reszty wyrazić samą siebie. prawdopodobnie chce wszystkiego. miłość. nie dopuściłeś. byłeś tym. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie.świadomość walki o życie.

I milknie. jak wtedy. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. aby obdarzali mnie życzliwością. Jedynie zazdrość. że brakuje ci czegoś. który rozbrajał ludzi.. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie. mogła mnie przedstawić właśnie takim. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu. Że ci. Tak. podziękujmy losowi. chciwości. jaką świat promieniował ku mnie. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat. Trzeba znosić zdradę i niewierność. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. tam. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. Trzeba znosić i to. nie kochają nas albo. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. . na których czołach odbija się znak nieba.wiedzieć. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. iżby i on się nie bał. musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. Pamięć. tutaj. na starość. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. co mnie dawało pochodzenie. w środku lasu. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. kto szuka usprawiedliwienia. jak ktoś. cudowna pora. Nie bronię się. że nie kochają tak. Musimy znosić nasz charakter. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. wskazujący. których wszyscy kochają. jak się spodziewamy. kiedy wiemy i znosimy to. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. przez cały ten dzień. przez cały ten dzień. – W dzieciństwie. ponieważ chcę prawdy. że jest kochany – jest coś nierządnego. a kto szuka prawdy. Ludzie. że Bóg ma ich w swojej pieczy. skąd ty uciekłeś. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. – To był piękny czas. jest takie odległe. i to. oto i cała tajemnica. naszą naturę. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. Musimy to znosić. jakby zachęcał drugiego. myliłeś się. nie przypną nam do piersi orderu. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. kiedy stałem w twoim pokoju. która deformuje. że jesteśmy próżni. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach. naturalnie. o czym mówię. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. uśmiechem i zaufaniem. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się. Był taki czas w moim życiu. Są ludzie. lecz mgliste uczucia – że w tym. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. których kochamy. Widzisz. kiedy. żeśmy go dostąpili. iż ktoś jest pieszczochem losu. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. To. i wszystko to. ależ tak. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności. kiedy się z tym godzimy. konstatując.. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. należy wiedzieć. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. coś z obyczajów ulicznicy. samolubstwa. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. niekiedy wrogo.

To również powinniśmy wiedzieć. uczucie. Nie ma smutniejszego. prócz tego. Wcześniej dzieje się również to. – To największa łaska. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi. ten przegra. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność... nie chcemy niczego. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. Kto wtedy staje się butny. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. moje wymagania. o czym mówiłem. właśnie to. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. a potem podnosi broń. Wierzyłem. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. Nasza przyjaźń była przecież taka. Wtedy każdy spieszy do ciebie. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale.. – Kiedy młodość zaczęła mijać. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych. jak w umowie kupna-sprzedaży. jaka promieniowała z twojej istoty. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. szanowałem twój intelekt. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. – O polowaniu. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. że każde z nich stawia swoje warunki. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. że ciebie to cieszy. że i ty przebaczasz mi. gdzie ciebie jedynie tolerują. że otacza mnie miłość i zaufanie. tajemniczą. kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. że ów stan łaski trwa dopóty. że nie umiałeś mi wybaczyć. którego należy czcić winem. że nie odsłaniasz się bez reszty. Możliwe jednak. bardzo wiele. świadomie. kto będzie zarozumiały i zuchwały. uwierzyłem. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to. tak – przytakuje generał. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi. tę dziwną. kiedy żyliśmy w jednostce.. to. Czas łaski. Nie wiem. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. że przyjaźń. iż jestem za pan brat z całym światem. Godziłem się z tym. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. gorzką wyniosłość. umiem być pożądanym tam. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. jakbyś był zdobywcą. to. naturalnie. I naprawdę. tajemniczego związku. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. ty pozostawałeś w cieniu. którzy w swych sercach są skromni i pokorni. w czasie owej dekady. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. podobnie jak świat. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. splecionych więzami wymagającego. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . że wybaczasz mi. i później. tutaj. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. że ładuje. kto nie wie.dekada młodości. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. że to ja popełniłem błąd. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją. – Ale to wszystko prowadzi do polowania. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata.

to co i kto ją popsuł. co przyszło po nim. Byliśmy przyjaciółmi. a więc nie kompanami. ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. z miejsca przestępstwa. I teraz powinienem ci powiedzieć to. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. jak to. albo do piekła. nie podnosisz na mnie broni. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. jak zabójcy i złoczyńcy. lecz zostajesz tutaj. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. ponieważ byłeś moim przyjacielem. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. jakiej żąda to słowo. czego brakowało twojej istocie. nie towarzyszami broni. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. nie bratającymi się wyrostkami. Coś we mnie zabiłeś. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. zamiar jest winą. gdy podnosi broń. Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. Wydaje się. w co nie uwierzyłem. – Zrozum. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. widzisz. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie. Bo to także powinniśmy wiedzieć. oszukujesz. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. poza egoizmem. byliśmy związkiem. a jeśli tak. i później. którego tajemnicy strzegłeś. iż wiąże się z nim odpowiedzialność. Powinieneś poznać odpowiedzialność. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. jaką znają jedynie mężczyźni. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. przyjaźni nie może spotkać zawód. a również o tym wszystkim. umową ludzką. można było zabić przyjaciela. I było silniejsze niż namiętność. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. złej i niepojętej tajemnicy. zniszczyłeś moje życie. może rani moją próżność. aby kogoś zabić. a jednak należeliśmy do siebie. poza porywem. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. może to i boli. jak pamięć cichego . gdybyś tego nie wiedział. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. ale pozostaniesz moim przyjacielem. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. Wina jest wcześniej. na wypadek. że świat był dla mnie miły.momencie. czemu przeczyłem przed samym sobą. która zatruła naszą przyjaźń. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. czy naprawdę się zepsuła. I kiedy mówię. powinienem wiedzieć. To prawo żyło w ludzkich sercach. I to. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. na polowaniu. to ty tamtego ranka w lesie. to jest prawo przyjaźni. co może zastąpić przyjaźń. Byliśmy przyjaciółmi. co zrobiłeś. Bo musiałeś powrócić. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. których przenika swoją energią. z zasięgu mojego wzroku. zdradzasz. który zakrada się na miejsce przestępstwa. ale to wszystko nie jest tak złe. w tropikach czy gdziekolwiek. Bo różniliśmy się. a to rzadko zdarza się w życiu. co docierało do mnie bardzo powoli.

bo spomiędzy świerków. Przejaśniało się już. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. aby mnie zabić. Nie ruszał się. pomiędzy drzewami. I tak czułeś ty. Jakiego rodzaju fale. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. ty za mną. Taka przyjaźń była między nami. być może. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki. w środku tej samotności. pomiędzy świerkami. I ja tak czułem w owej chwili. która jest samotnością świtu. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. także nie oglądając się za siebie. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. Ja też ją pamiętam. wiem to na pewno.. ja z przodu. na jej skraju. albo szlachetna . kiedy podniosłeś broń. które jest bezinteresowne. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. nazywając nas mniej więcej po imieniu. Tak czuł jeleń w owej chwili. kilka kroków za mną. kiedy jeszcze polowałem. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. nie. lasu i zwierzyny. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. Powietrze było czyste i pachnące. Byliśmy sami w środku lasu. I w chwili. siły. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. w lesie i w gęstwinie.. i gdzie człowiek zawsze. także w ciemności. Tutaj zaczyna się ścieżka. ta przyjaźń. czuje. spojrzało w gęstwinę. Jeleń obserwował. tam. nie karczowany. z tym zimnym i cichym trzaskiem. przez chwilę. zziajani wspinaniem się ścieżką. wyszedł jeleń. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. ten szósty zmysł. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal. Ja zawsze tak czułem. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby. i urok. że zbłądził w życiu i w świecie. ciemny. jak wszelkie ludzkie zachowanie. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. Myśliwy pozostał z psem. a my dość długo staliśmy bez ruchu. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. Staliśmy w gąszczu. Instynkt. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. lecz tak ostrożnie. na przykład sztylet. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. podniosło głowę. ten fenomen. zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. na głębokie wody. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. stał jak zaczarowany.bohaterskiego czynu. na odwieczną scenę życia. czynem bohaterskim. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. Pamiętasz tę chwilę. jakie ci pozostały. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. dobrze o tym wiedziałeś. jakieś trzysta kroków dalej. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. to również wiem na pewno. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. gdzie las żyje już sam sobą.

żadnych świadków. parę kroków za moimi plecami. na równej wysokości. Celowałeś pół minuty. Trochę się na tym znałem.broń angielska. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. idealna. dokładnie informował mnie o tym. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. gdy odciąga się jej spust. który . w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie. Wyczułem.. spodziewam się. to także wiem. Poczułem. z dokładnością do jednej sekundy. w małej odległości. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. rzekłbym. że wystarczy jeden ruch. To. Poczułem. wystarczy. Po czym powoli opuściłeś broń. nie ma takiego człowieka ni sędziego. o jakim rokrocznie donoszą gazety. że wyczułem twoje ruchy. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. – To była znamienna chwila – mówi generał. Wiedziałem. Tę chwilę. przypasowujesz do ramienia i celujesz. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się. ponieważ ty także znasz prawdę.. coś się musi dokonać. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. to znaczy. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. bym nieco w bok odwrócił głowę. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. że podnosisz broń. A więc stałem i czekałem na strzał. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. A jednak ja słyszałem i widziałem go. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. Stałeś za mną. ciekawe jest to. jakbym stał naprzeciwko ciebie. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. że niepodobna. że drżą ci ręce. na swój sposób i wedle własnego porządku. Ale wiedziałem także. – Tak – powiedział gość. strzał się opóźniał. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. W takich chwilach człowiek wie wszystko. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. Wiedziałem. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie. na ukos. pamiętasz?. – Naturalnie. aby kogoś zabić. myśliwy był daleko. w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie. Opuściłeś broń. niż jej charakter ludzki. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem. abym się poruszył. przepadł w gęstwinie. bardzo powoli. ale mogę powiedzieć tobie. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. intymniej. czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. bardzo ostrożnie. ponieważ owa chwila już minęła. na polowaniu. który był niczym eksplozja. co robisz. bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. sytuacja była modelowa. na tym.. Sytuacja była wymarzona. że nie jesteś dobrym strzelcem. Moja głowa i głowa jelenia. czekałem. I teraz zdarzyło się coś. Minęło pół minuty.. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. chodził z psami na obrzeżu lasu. jakbym widział. Co się stało?. bez zegarka. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. a pocisk pozostanie w strzelbie.

Dlaczego?. moją rodzinę za swoją. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił. ponieważ tragiczny przypadek zabił. ale może potrzebny był do tego także jeleń. Nie jesteś mi winien pieniędzy. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca. Fakt jest rozstrzygający. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę.. Faktem jest.mógłby cię potępić. nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. któż może pomyśleć. któż by tam dzielił włos na czworo.. Nie ma żadnych dowodów na to. Kastor i Polluks. To była kwestia sekund. gdzie prokuratura. mnie.. że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie. w towarzystwie mojej żony. dzielono by z tobą żałobę. świat okazałby ci współczucie.. jaki odczuwa ofiara. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną.. nie poruszyliśmy się. Możliwe. oskarżenie spada na tego. który je wnosi.. od którego mogłeś otrzymać wszystko. każdy podałby ci współczującą rękę. gdybyś to zrobił. było dobre. widziano nas razem. że chciałeś mnie zabić. swojego przyjaciela. w pałacu. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni. ten cios srogo dotknął ciebie. że mnie zabiłeś?. przy okazji towarzyskich spotkań. jak przedtem. niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych. Zresztą. na służbie. przypadkiem. który śmiałby coś takiego oświadczyć. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu. nieważne. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?.. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz. na dobre i na złe. jesteś członkiem mojej rodziny. gdzie od lat jesteś codziennym gościem. scena popsuła się. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek. i osądzał?. a natura ludzka jest taka. Gdzież jest człowiek. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. Nie odwróciłem się. twojego najlepszego przyjaciela. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. W przeddzień razem jedliśmy kolację. zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. który mój dom mogłeś uważać za własny.. To. Istnieje pewien rodzaj wstydu. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat. Nikt. przyjaciel nad przyjaciółmi. i nie ma takiego człowieka. co sobie zaplanowałeś. gdzie ten ordynus. niż wszystko. byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. a ty opuściłeś broń. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach. krewnych oraz łowieckiej braci. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu. Staliśmy jeszcze jakiś czas. co było ci w życiu potrzebne. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz. niewiarygodna hipoteza... który śmie wnosić oskarżenie. zrozumiałbym wszystko. posłużywszy się twoją ręką. wstyd. gdybyś mnie zabił.. ty. który śmie wykrzykiwać przed światem coś.. który jest większą udręką. było precyzyjne i doskonałe. że ty. a później. To była taka sytuacja. który mógłby je uznać. w gronie przyjaciół. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni.

czy coś wiem. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował. Gość zapala. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. jak każdego wieczora. Ty także ruszyłeś. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. kiedy wszedłem do pokoju. Nie odpowiedziałeś. jak dzień. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. jak poprzedniego wieczora. tak badawczo. że wyjechała wczesnym popołudniem. Krystyna już czekała. powozem. wieczorem.porażający czar. długo. jakby wiedzieć. bryczką. z lekką hinduską chustą na ramionach. kierując się na szczyt wzgórza. co ja w owej chwili myślę. Nasze drogi rozeszły się. – Dziękuję – mówi gość. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. mglista.. Lokaj zameldował.. machinalnie. ręka mu nie drży. siedziała przed kominkiem. Sądzę. lubiła wszystko. w podobnej sytuacji. szeroko otwartymi oczyma. przegapiłem okazję. Czytała i nie zauważyła. zaczyna mówić. do miasta. czy w ogóle coś myślę. opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. że powróciłeś do miasta. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. zaczęło się polowanie. pełnią światła. zlekceważył szanse celowania. Bo zawsze najważniejsze. gdy wstaje – może to sprawił blask świec. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. jak podczas wielu poprzednich wieczorów. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę... tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. czasy minione. Nakryto w dużej sali. odszedłem ścieżką. pragnąc. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. – Tak. co przypominało jej przeszłość. ponieważ pora była wilgotna. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. Przyjechałeś o zwykłej porze. razem z Krystyną. w dolinie trzaskały strzelby. W kominku płonął ogień. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. szlachetniejsze formy życia. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. Kolację jedliśmy we troje. co myśli o nas ofiara albo ten. Lubiła światło świec.. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. Patrzyła mi w oczy. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. Nie odpowiedziała. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą. Spotkaliśmy się przy stole. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć.. Patrzyła na mnie bez słowa. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie. który spętał nas obu. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. jak przedtem.. Czekał tam już myśliwy. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. czekały nasze psy. ze wstydem lub z entuzjazmem. kiedy już stałem przed nią. To milczenie było potwierdzeniem. ale zląkłem się bladości jej twarzy. o wpół do ósmej. jak dzisiejszego wieczora. przebrałem się. jakby mnie przesłuchiwała. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. . – Ale tego samego dnia. W tamtej chwili. A ty milczałeś. Ponieważ każdy inny. żeby cię zabić”. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem. W czasie obiadu – był to obiad myśliwski.. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość. także później.

byłem spokojny. ale to słowo nie pada. Stawiając tę hipotezę. którzy żyliśmy w tym domu. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. jakkolwiek nie miał do tego prawa. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. o tym. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. jaki powód – aby podnieść broń na mnie. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. profan. Ja. co czytała wieczorem. wypytujesz.. który należał do mnie. że oszukaliście mnie tego wieczora. że tę książkę. szczególnie interesuje cię. I naprawdę. Później. Zdecydowałem. na tym dziwnym polowaniu. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. ustrzelił kozła. całe przedpołudnie i popołudnie. i Krystyna. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. oszalał: powtarzałem to uparcie. Mówisz o czymś innym.. o książce. na ten sam temat. od świtu. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. przeciwne koleżeńskiej umowie. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. i zasiedliśmy do kolacji. a także inne. zachowujesz się jak ktoś. postanowiłem. Nie mówisz o tym. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd.. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem.. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. bo.. kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną. kiedy przyszedłeś do nas. jaka wiązała nas obu. w wieczorowym ubraniu. Krystyna czytała o tropikach. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. Wyłączyłem się z rozmowy. i ja. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście. Długo rozmawialiście o tej lekturze. że oboje graliście naprawdę doskonale.. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. że my wszyscy. Chciałbyś poznać opinię Krystyny. Człowiek. Rozmawialiśmy. Potem przyszedłeś ty. kiedy już wiem. o meldunku naganiaczy. Krystynie i niani. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. tak myślałem. że przegapiłeś zwierzynę. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach. tego ranka i po południu. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam. gdy nie jest się rasowym myśliwym. że cokolwiek życie przyniesie. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem. Pytasz Krystynę. kiedy przyszedłeś do nas. kogo bardzo interesuje ten temat. i masz powód ku temu – wszystko jedno. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach. przez cały wieczór. ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. Co . do salonu. powracam myślą do tej sceny. znaczy to. jak w inne wieczory. Mówiliśmy także o polowaniu. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. pytasz Krystynę o tytuł tej książki. utraciliśmy naszą ludzką rangę. zdumione spojrzenie Krystyny. nie mówisz o tym. nieomal z rozpaczą. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom. chcesz wiedzieć. o zwyczajnej lekturze. jak wygląda życie w tropikach. Kobiety wyczuwają coś takiego. o zaniechaniu wspaniałego jelenia.

w tym fotelu. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia. Około północy prosisz o powóz. Krystyna. Wszystko powraca. pierwszymi słowami. dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie.) I czy ona. sprawy i słowa chodzą w kółko.. słowa powracają. deszcz i parująca mgła. słowa powracają. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. przejrzystego klasyfikowania faktów. czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. Widzisz. samotność pośrodku moczarów i puszczy?. – A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną. były: moczary. systematycznego.. a potem spotykają się. o ciepłej mgle i o deszczu.. ciepłe opary. o moczarach. Tak. mówiłeś o tym samym: o tropiku. To stało się tego dnia. kiedy wróciłeś do tego domu.. . potrafiłaby znieść deszcz. (Mnie nie pytasz. jakie wypowiedziałeś. w tym pokoju. z rezygnacją. I dzisiaj.myśli o tym Krystyna?. przed czterdziestu jeden laty. gorące mgły. dławiące. osobiście. kiedy było polowanie – mówi. tropik. wracasz do miasta.

i chce stąd odejść. poza moim ojcem. myślę. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. coś się wydarzyło.. książkę o tropikach. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. To wszystko. coś jeszcze: wreszcie. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. ty i to wszystko. wszystko jest znakiem i ryciną. na fotelu. trzeba to tylko zrozumieć. Książkę. dlatego czyta fachowe książki o tropikach. Krystyna. i to mówi nie tylko po angielsku. kiedy patrzyła na mnie. A jednak książka mówi. nienaturalnie zdyscyplinowany. sam w pokoju. – Sam zostaję w tym pokoju. naraz zrozumiałem. a więc chce innego niż ten świat. co mi się udało. Przyglądam się ilustracjom. Krystyna coś czuje i coś wie. kiedy dwoje ludzi. napisaną w języku angielskim. chociaż mgliście. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki. ostatni etap mojego życia. ale możesz być i ty. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. W owej chwili czuję tak wiele. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. Jasne jak słońce. tego dnia. po północy. co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. i chyba rozumiem wiele. tym swoim pytającym spojrzeniem. Wiem i czuję. A w samej . myślę. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego. że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. podnoszę tę książkę i kartkuję. Myśli o innych światach. myślę. że ta książka jest również sygnałem. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. W takich momentach bardzo trzeba uważać. myślę. nie mogła dowiedzieć się niczego. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców. Krystyna również się żegna – kontynuuje później. po której muszę się tułać. wszystko ostrzega. Dziwi mnie. łączy mnie w życiu najwięcej. z którymi. jak okolica. Oto. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. Nie mogła się dowiedzieć. I naraz zrozumiałem. odeszło ode mnie. rzeczy zaczęły do mnie mówić.15 – Kiedy odchodzisz. co oznaczało minione życie. Nie chce mi się spać.. blada. to nie Krystyna. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania. pozostawiła tam. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. I zrozumiałem. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. przemówiło życie.

co się wydarzyło. bardziej niedocieczone. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem. moje małżeństwo. nasza przyjaźń. Znam Krystynę. w koszarach. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. nawet jeśli są pomylone. Namiętnych uczuć. kiedy znam prawdę. To. nasze poznanie Krystyny. arcydzieło wśród swoich zbiorów.. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. A jednocześnie wiem. wzięty z powietrza zarzut. kiedy myślę o Krystynie. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. byś trzy. nie można miesiącami ukrywać przed światem. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna. jest głębsze. namiętności. znam każdą jej myśl. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział. że jakiś głos. wiemy o sobie wszystko. przejrzyste. Co za śmieszny. nie wolno zatajać.rzeczy. nie mogę zwodzić samego siebie. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. nieomal doznaję ulgi. A prawda jest taka. nie ma żadnych oznak. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. Brak danych. Krystyna. aby mnie nienawidzić i zabić. jej ciało i duszę znam jak samego siebie. gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. że ty i Krystyna. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. Lecz teraz. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. miałem nadzieję. którą znalazłem w świecie tak. dlatego. że znam prawdę. myślałem. woła we mnie – tak niedwuznacznie. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik. Życie nas trojga. ten trzeci. ty i ja. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. sprzeciwu. Noce i dnie Krystyny. jakiś jej ślad nawet ja.. muszę ją odrzucić. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. który jest mocniejszy od każdego dowodu. straszniejszą od faktu. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. na służbie. wątpliwości – że się nie mylę. nie jesteś szaleńcem. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. wszystko to jest takie otwarte. Powinienem pomówić z tobą. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. gwałtowna namiętność. inny. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego . także sekrety. jestem spokojny. wiecznie ślepy i głuchy. Masz powód. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. i to tak niewzruszenie i pewnie. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. czy mamy grać komedię we troje. o których człowiek myśli jedynie we śnie. prawda? Czy tę pewność. która zmusza opętanego. że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości. Głupia hipoteza. że byłbym wariatem. Może to ta muzyka. czyste.. Tutaj w grę wchodzi coś innego. że oszalałeś. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście. Zawsze byłeś dziwny. nie ma tygodnia. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. bardziej tajemnicze. daleki. uwieńczenie całego życia. dowody przesypują się przez palce. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia.. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna.

co myślał lub co czuł ów człowiek. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą. moje nazwisko. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. to sekretne.. duszę i ciało. dlatego będzie zapisywać wszystko to.. znacznie później zrozumiałem. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą. co więcej. I naraz życie daje jej wszystko. ze strzępów ludzkiej duszy. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju.. sama z cichym i chorym starcem. jak nieustające miłosne wyznanie.. swoje uczucia i ukryte myśli. . Jak powiadam. do bezwzględnej szczerości. Prawda. To był pomysł Krystyny. że kto tak ucieka w szczerość. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. pod wpływem pewnej sytuacji. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. co jest prawdziwą tajemnicą. opowiada wszystko. pałac w Paryżu. z uczuć i pragnień. tak sobie myślę – mówi spokojnie. czegoś się boi. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica. wszystko. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy. pomyśl tylko. to ona była tą osobą. nie chcę jej przeszkadzać. Ale szuflada jest pusta. kiedy już nie było Krystyny. wielki świat. dwoma słowami zawiadamia mnie. – Nie chcę jej przeszkadzać. uważałem za niezrozumiały. bała się. i wstaję. ten zamek. zeszytem nutowym i wspomnieniami. jutro ją zapytam. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. Krystyna chce mi dać wszystko. w biednym domu. za pośrednictwem naszego pamiętnika. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. ponieważ uzgodniliśmy. dziennik by o tym zasygnalizował. Krystyna jest zmęczona. co powinien wyznać. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej. jednym. – Już północ minęła. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika... czym nie będzie mogła podzielić się ze mną. kto wie.małżeństwa. skąd przyszła. idę do bawialni Krystyny.. w czasie naszej podróży poślubnej. znacznie później. że ten poufny zeszyt. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. Jakby szukał właściwego słowa. że nie chce ukrywać przede mną sekretów. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia. dom śpi. który żyje już tylko swoim instrumentem. pisemne przekazywanie wiadomości. co jej dałem. ona i ja. która chciała czynić wyznania – i później. prosiła mnie o to w Paryżu. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. i co znaczyło dla niej to wszystko. Odpowiadała. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. Przymyka oczy. abym wiedział. myślę. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem. Bo musisz wiedzieć. Trudno o tym mówić. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz.. chodzę po ciemnym domu. zrozumiałem. o czym trudno jest mówić. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. Krystyna jest zakochana.

jak widzi. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. gdybym na przykład dowiedział się. aby uniknąć mówienia o czymś. której każde słowo. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere. w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. Po czym tygodniami nie pisze nic. że nie jest zakochana. że bankier. niekiedy tylko jedno słowo. I jak każdy człowiek. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach. by w listach z domu. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. zarozumiałej pewności siebie. Krystyna jest niespokojnym duchem. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. Opisuje mnie tak. bezbłędne. jakby rozmawiała z nim przez sen. Londyn. Splata palce. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. wierzy. nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. że jest zakochana. od tego poczucia szczęścia. służbę. Chciałbym złożyć losowi ofiarę. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. Opisuje to. morze. Nie myślę o tym. być może czyni to dlatego. z bogatym. Paryż. zagadnął ją. lecz bardzo trafnie. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku. tę całoroczną podróż poślubną. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. Widzisz. w owym czasie to też nie jest to. ma dla mnie złe wiadomości. moją karierę. miesiące wśród oaz. mam pozycję. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. naturalnie. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. opiera się łokciami o kolana. że ten. owe dziwne. mam trzydzieści lat. ten dziwny prezent. kocham życie. dystyngowanym młodym człowiekiem. Niekiedy pisze jedną linijkę. Później dowiaduję się. Rzym. na sposób młodej kobiety. sposób. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. jestem bogaty. małżeństwo. Świat należy do mnie. bardzo wdzięczna. że mogłaby z nim odejść. paroma słowami. myślę.. Albo pisze o tym. Wszystko to jest zbyt piękne. idealne. na swój sposób. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę. która pojechała w podróż poślubną z mężem. – Ciasno splata palce. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. uważnie. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą.pełnymi garściami. kiedy patrzę za siebie. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. jest tylko wdzięczna. potem Wschód. nie miałbym nic przeciwko temu. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. czy coś w tym rodzaju. co jest ważne i istotne. przygląda się rysunkowi na dywanie. bo jesteś wierny”. Ale jestem szczęśliwy. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. kiedy czytam pamiętnik. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. dlatego wynajduje pamiętnik. bez pęknięć. Krystyna. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. które czekały na mnie w portach. a ona poczuła.. spotkałem kobietę. dostaję mdłości od tej cmokającej. w skupieniu. Teraz.

można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. nie zmieni faktów. jakby go zdumiewał postępek dziecka. napchanym okazałymi przedmiotami. że chciałeś mnie zabić. umęczywszy się w dolinie. w śniegu. dopóki ma w życiu cel. na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. w szufladzie biurka Krystyny. Śpię głęboko. że ludzie daremnie poznają prawdę. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu. czy to wszystko. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. o łajdakach. A więc stoję w twoim zagadkowym.noc. jakby z twojej broni padł strzał.. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. Kręci głową.. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku. i wszystko to. schodząc ze ścierwem z gór. Nastaje noc. naturę człowieka. Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem. Myślę o tym. jakby szydził z samego siebie. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. że. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. ale jeszcze nie wiem. Opowiadający mówi głośno. nie tylko z tobą. Możliwe też. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. Wydaje się. co dotyczy tropiku. lecz słowami?. o co? – mówi cicho. z wyczerpania. w którym meldujesz. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia. o co ja mogę zapytać. co ty możesz odpowiedzieć. starczo. Wtedy zapadłem w głęboki sen. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić. dusznym pokoju. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. bo to wszystko dzieje się także ze mną. że wyjechałeś. jakby co ciekawszymi fragmentami . więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. uprzejmie i przyjaźnie. podług mnie. co możemy zrobić. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. nie. To wszystko. ciężki był. bez snów. lekceważącym tonem. jeździł konno albo wędrował. – Zapytać.. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni. Możliwe. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. a jednak potem zdumiewało mnie. do twojego mieszkania. można poznać fakty. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny.. Nie myślę teraz o kłamcach. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. że wydarzyło się i dzieje coś. pewne jest.. pewne jest i to. Lecz i przy pomocy słów. Śpię głęboko. Tak samo śpię tamtej nocy. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego.. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru.. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji. Chcę mówić z tobą. Milknie. ponieważ teraz jest już pewne. na próżno gromadzą doświadczenia. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia.. Postanawiam. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. ty odjeżdżasz od nas. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia. jadę do miasta. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

przywołuje do siebie. które ze swej istoty. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. wysoko zamek. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. lecznica chorych na serce. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. jest fatalne. wcześnie musi zrezygnować z kariery. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. ale nie mającego dość sił. w mglistej. gdy natychmiast. szlachetnych dźwięków. jedno przyzywa drugie. Nie ma człowieka. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium.. To nieprawda. musi zadowolić się tym skromnym. pędzimy do samego końca. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. letniej atmosferze. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne. odnajdujemy to sanatorium.. Przyczynia się. Po południu przybywamy do Arco samochodem. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. w którym zmarła jej matka. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. – Człowiek również ma wpływ na to. które my sami przed nim otwieramy. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. z sali koncertowej. co się z nim dzieje. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. Po latach. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. to ty byłeś tym. co robi. która miała wówczas siedemnaście lat. Człowiek i los trzymają się nawzajem. by utrzymać skrzypce i smyczek. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. z charakteru. dodatkowym zarobkiem. Postępuje tak i wtedy. działa z żelazną konsekwencją. od pierwszej chwili. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne. Znała cię w dzieciństwie. pod koniec naszej podróży poślubnej. ukryty wśród skał. co musi się wydarzyć.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę.. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. nie wypuszcza z rąk tego. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. czuje i wie. jedno nadaje drugiemu formę. że to. knoty świec poczerniały. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne. . Krystyna chce zobaczyć pokój. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska.. nie. Brzegami jeziora Garda. Taki jest człowiek. że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia. który byłby dość silny i mądry.

że Krystyna nie jest całkowicie ze mną. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. jak w oranżerii. że do stwarzania świata. które przywiązało mnie do matki. co więcej. który nie czytał książek. jedną matka. Cisza. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. a moja matka. Nie rozumiem tego słowa. obojętnie i uprzejmie – i mówi. zapach ciernistych roślin południowych. złudzeniem. Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak.. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty. wiedział o owej dwoistości. jeśli jej ogląd świata. w Arco. ta wonna i parna letniość. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. jest podobna. że Krystyna także jest „innego rodzaju”. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. Uczucie.. letnia i wonna mgła. Mój ojciec mówi o tobie. jak płótna owijają serca chorych. jeszcze nie wiem. ta sama niestrudzona nadzieja. każde z was miało inną rolę do odegrania. która rozrywa ludzkość na dwie części. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. skrytsza niźli przekonania. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów.. że jego los trwa dalej we mnie. wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy. Jest to takie rzadkie. . Pierwszy raz czuję... gdziekolwiek spojrzysz. oddając bliźnim. uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego. Niekiedy zgoła myślę. tak tajemniczy. że wszystko zależy od niej. dwu odmiennych rytmów życia. rozumiesz. do ciebie i do Krystyny. ta sama bezczynna i smutna wola.. światopoglądowe. na który chorują ludzkie serca. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. W wielkiej ciszy bladożółty dom.. było jedno i to samo: ta sama tęsknota. Prąd zmienny. z bardzo daleka. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. które wiecznie poszukuje drugiego. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco. swoją krew.. jeśli jej istota. a wypowiada to imię bez gniewu i złości. że święto się skończyło. smutny i mądry głos mojego ojca. kobieta i mężczyzna. on także spotkał kobietę. pozostał samotny.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa. ponieważ moja matka również była „inna”. mimo to. przyjaciele. jakby zamknął w sobie wszystek smutek. o pokrewnej strukturze krwi. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę. jeśli nie jest „inna”. To wtedy. poczułem.. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. jak ty i Krystyna. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. przemocą i podstępnie. która owija tutaj wszystko. dwu temperamentów. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. z zarania dziejów słyszę głos. jakby natura. na czym polega ta różnica?. I przypomniały mi się słowa mojego ojca. którą bardzo kochał i obok której. z daleka. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. ja mam tego rodzaju charakter i gust. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. do odnawiania się życia konieczne jest napięcie. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. co on. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy. stopnie władzy. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. Krystyna obchodzi dom dookoła.. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny.

właśnie owej odmienności. tak. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania.drugą przyjaciel. jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. który jest dla ciebie ważny. na tamtym brzegu.. skłonności. pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę. trzecią miła i kochająca żona. Przedstawiłeś mnie Krystynie. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. Wniosła namiętność i hardość. w pokoju.. w którym umarła jej matka. uważałem za coś tak niepojętego. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. Możliwe. zaznajomienie się z Krystyną. który jest ci bliski. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. gestem bezradnym i zrezygnowanym. nie. z której by się wycofała. Na drugim brzegu. W życiu wszystko możesz osiągnąć. Czuję to po raz pierwszy w Arco. który coś zrozumiał. jak żadne inne spotkanie przedtem. Rozumiała coś jeszcze. Owszem.. który umiałby. kultura i czułość jej ojca. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. klasztor. nic. pochodzenia. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. który zrozumiał także i to. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. którzy są dumni ze swojej rangi. niezależną i wolną. Odchyla się w fotelu. na który nigdy nie można się przeprawić. a reszta węgierska. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. trochę włoski. na poranny spacer w lesie. rzadkością jest człowiek suwerenny. rytmu życia. co daje mu świat i życie: na muzykę. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. – Resztę znasz. Wniosła nie tylko swoją młodość. Wydaje się. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. na . że interesuje cię Krystyna. Pamiętasz – tak. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. nigdy. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu. całym sobą reagować na wszystko. majątku. a to już jest bardzo rzadkie. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś.. głowę chowa w dłoniach. jaka była prawdziwą treścią jej natury. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru. w domu – mówi. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła. Krystyna od wewnątrz była dzika. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. nie do oswojenia: wszystko. co jej dałem. suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia.. do którego ją wprowadziłem. spotkanie nas dwojga. jak człowiek. jak ona.. Nie można było jej obrazić. majątek i pozycję towarzyską. Ja to spotkanie.

powracające elementy. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. Tak. a wielki obraz. ona zbliżała się do wszystkiego. – Ale niekiedy widzę jej twarz. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. nie rozumieli. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. dwaj jakże inni od was ludzie. Pomiędzy moją matką. zdjęto ze ściany. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy. co więcej. z pasją. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. Bo to był ostatni wieczór. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta.zapach i barwę kwiatu. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. wszystko ją ciekawiło. ty to z pewnością rozumiesz. kiedy tutaj siedziała między nami. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. co świat może pokazać i ofiarować. nie ma jej fotografii.. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. ojciec i ja. Nie. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. tak wyraźnie widzę jej twarz. nieomal z zadowoleniem. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. I teraz. my dwaj. na przykład muzyka. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. że życie jest wielką łaską i przywilejem. a tej drugiej mowy. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną. kiedy mówimy o niej.. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. Nie znałem nikogo. powinieneś to wiedzieć. I patrzy w ogień. Wydaje się. Nie tylko ty. czasami wydaje mi się. kiedy słuchają muzyki. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim. jak przed czterdziestu jeden laty. jakby ciągle czuła. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. abyście kiedykolwiek grali razem. niekonwencjonalnego. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną. jak wydarzyć się musiało. Przyjrzyj się ich twarzom. gwiazdy i książki. co się wydarzyło. jak dziwnie się zmieniają. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. Tu chodziło o muzykę. obchodziło każde ziemskie stworzenie. nie. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora. Jakby ją. ostatniego wieczora. którą dla was w pełni wyrażała muzyka. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. rozumiesz?. osobiście. w każdym razie nigdy w mojej obecności. na cztery ręce. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę.

Krystyna też już wtedy nie żyła. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko.. ulotniła się wszelka ludzka treść. co doń należało. I jak swego rodzaju oskarżenie. jak to możliwe. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. powywracał wokół niego wszystko. o muzyce. z którym raz. nie ma prawa i powodu oskarżać. był już bardzo stary. Wydaje się. w półmrok. które jest światową literaturą muzyczną. jest silniejszy. pośród starych mebli i dawnych instrumentów. któremu w przyrodzie na imię wicher. badają się nawzajem. matka. Wydaje się. – Potem on także umarł. Wówczas zrozumiałem. i las. drzewo. Bo to był jedyny człowiek. wszędzie leżały tomy nut. jak my żyjemy. niż trwać tak długo. w pobliżu domku myśliwskiego. Żadnego. ty i Krystyna. Nie uważasz?. on był sprytniejszy. a i ja nie byłem już młody. o tobie. – Nie szukałem śmierci. także dzisiaj. Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi.. od dziesięciu lat. ojciec Krystyny – mówi.” Zabrzmiało to jak wyrok. na półkach. Jak my obaj – mówi krótko. niebezpieczny sens. A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. widzisz.. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. sucho. Wszyscy już pomarli i odeszli. krótko po naszej rozmowie umarł. co warto było opowiedzieć. I to drzewo. że życie. Pozostało to jedno drzewo na polanie. w szafach. o Krystynie. Jaki może mieć cel?. z jakimś niezrozumiałym celem. że człowiek. Akurat powróciłem z wojny. nie ma prawa wnosić oskarżenia. a on naprawdę znał się na muzyce.. ojciec. A ja opowiedziałem jemu. jakby z życia. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju.mojej obecności. to drukowane huczenie i świstanie. gdzie wszystko miało taki stary zapach. i ten zamek. tak. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. – Ojciec Krystyny też tak uważał. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś.. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. pogrążając się w myślach. nie ma innego celu. ukrywało się w pokoju. nachalniejszy. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. którzy mają nie tylko słuch muzyczny. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. jednakowoż żyje. abym mówił co innego. Chce zostać przy życiu. jakie upłynęło w tym pokoju. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. co żyje. i odnawiać się. Patrzą na siebie. – . – Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. Wszyscy umarli. ten wygrywa własny proces. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami. obecnie. Wtedy był już stary. prawdopodobnie ma jakiś inny.. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew. powyżej osiemdziesiątki. dochodziłem do pięćdziesiątki. który coś przeżyje. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las. dzięki potężnej i nierozumnej sile. wszystko. że wszystko. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. niema muzyka utrwalona w znakach. starzy ludzie. Kto coś przeżyje. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. jedynemu człowiekowi.

– Możliwe że ta forma życia. wszędzie na świecie. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę. bo wiedziałem. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza. To pytanie zadaje twoje spojrzenie. zemsta. na których czeka już tylko śmierć?. do domu i załatwić ze mną to wszystko. co tu jeszcze znaczy zemsta?. – mówi obiektywnie. giną miliony ludzi..Dokoła mnie umierali ludzie.. tak iż stał się bledszy.. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. Możliwe. które uznał za pytanie swojego życia. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione.. Wiele na to wskazuje. Powróciłem z wojny. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. Ale nie wypalił się. Mijał czas i świat ponownie się zapalił. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty.. tak obliczono. wiem. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia. Widzę po twoich oczach. ale nie potrafił zgasić jego żaru. Głupie afekty. możliwe też. nawet te słowa. – Możliwe że w świecie wygasną światła. indywidualny problem i pojedynczy gniew. kogo już nie ma. aby jeszcze raz wrócić. od ludzi? Przecież my obaj.. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. lecz coś więcej. zbyt wiele złości. obcy ludzie drą z siebie pasy. którym teraz nie jest już wojna. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą... którzy jesteśmy już u kresu życia. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. mądrzy i starzy. ponieważ czekałem. z drugiego brzegu. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. ta kolacja. Dlatego powróciłeś. czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie. którą poznaliśmy. Znowu pali się świat. i odpowiadam tak: . w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. Spójrzmy w nasze serca. ten dom. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. że to jest jeszcze ten sam ogień.. w której rozmawialiśmy. tyle że teraz znowu się roznosi. nie: byłem spokojny. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. zemsty.. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem. w ataku i w starciu. ba. płonie aż po samo niebo.. aby umrzeć... Każdy umiera. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. i co w nich znajdujemy? Gniew. a nie umarłem. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę.. zemsty. że człowiek niekiedy sądził. w książkowym znaczeniu tych słów. tylko ogień żyje i pali się. iż wypala się każda osobista wątpliwość. gdzie znalazłbym sposób. aby się zemścić. Tak. porywów i gwałtowności. A ja odpowiadam ci. Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej.. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny.. W jaki sposób? – zapytasz teraz. Co to za zemsta?. co było regułą i ugodą. że coś dojrzało w duszach ludzi. wszystko. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś. wszystko to już należy do przeszłości. który czas jedynie zdusił. my także pragniemy zemsty. Czego więc innego oczekujemy od świata. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu. i dlatego czekałem na ciebie. jest nieważne.

To jest zemsta.a jednak to jest zemsta. w ogrodzie. pośród wielkich drzew. Wokół nich. Może potrafię odpowiedzieć. patrzy uważnie. przez zaminowane oceany. Pytaj. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. przez świat pogrążony w wojnie. . – Możliwe. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. – Możliwe – mówi. chwała losowi. że przyjechałeś do mnie. wyruszyłeś tutaj. dlatego ja nie zabiłem nikogo. Zemsta to jest to. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny. Nie. wieje wczesny. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. że masz rację. tak jak chciałem. na miejsce zajścia. Teraz będziesz odpowiadał. jest prawie ciemno. Światło świec już zamiera. poranny wiatr. w pokoju. zemsta przyszła.

Krystyna także odpowiedziała. Nie zaprzeczasz?. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej.. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. W mroku nie widzę twojej twarzy. te dwa pytania już mnie nie interesują. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta. myślisz.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla.. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili.. już nie warto zapalać nowych świec. i czy ona zdradziła. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. kiedy jeden człowiek podnosi broń. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie. w prawdziwym. Milczysz?. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś. Jak widzę.. kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. od swojego urzędu. mówi to szeptem. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. chwila zemsty. czy się nie mylę. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas. porzuciłeś sztandar. ta poranna chwila. Nie pytam. widzisz. na polowaniu.. czy naprawdę. Wszyscy odpowiedzieli. jak to mówiono drzewiej. co czułeś. ty w tej formie. i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć. kiedy czekałem na ciebie. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia. od nas.. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie. w minionych dziesięcioleciach. Na dwa pytania. jak to zwykło się mówić.. co i tak wiem sercem i umysłem. poufnie. na swój sposób.. Znam ją. z intymnymi wspomnieniami . z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić. mój przyjacielu. Miejmy to za sobą. Bo to stało się z tobą tamtej chwili. w tamten poranek. sądzisz. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. Tak dokładnie wiem.. – Na dwa pytania. raczej żal mi ciebie.. Straszna może być chwila. aby zabić drugiego człowieka. kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. Była to chwila utraty przytomności. kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. Niebezpieczna to chwila. który jest mu bliski. ponieważ wiem z całą pewnością. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie. które dawno sformułowałem. kiedy nadeszła ta chwila. że chciałbym się dowiedzieć. zwłaszcza teraz. zdradziłeś. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. Nie mówię tego w trybie oskarżenia.

a my jesteśmy starcami – i czy warto. którego już nie ma? Co to jest wierność..... powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko. wiele myślałem. ja tutaj. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . trochę później. że nie wytrzymamy już dłużej. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. co rozpalało nasze serca tak. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. co niegdyś było faktem. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. wierności albo ofiary? Teraz. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami. aby uczynić go szczęśliwym. jakaż to zazdrość i zawiść... co było i co być mogło. zdrada.. z tajemnicą pewnego ciała. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo. spróbowali dowiedzieć się prawdy. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak. u kresu życia. czego oczekujemy od tego. niegodne ciebie i mnie. także o tym. a następnie pomarli. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie. Wszystko to byłoby hańbiące. Krystyna. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. zbutwiałego kobiecego ciała. zdradziła mnie z tobą. odpytywał cię z tego wszystkiego. oszustwo. co czułeś. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia. czy chcemy zarazem. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. jakie to ma znaczenie: kiedy. u kresu życia. Ja to wszystko wiem. kogo kochamy? Stary już jestem. że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. iż myśleliśmy. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków. hańbiący byłby to proces.. gdzie i ile razy moja żona. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. czy mamy prawo żądać czegokolwiek. jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty.. kiedy ją obejmowałeś. a ty gdzieś tam w świecie. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania. wyznasz wszystko. kiedy tego ciała już nie ma. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym. wiem tak dokładnie. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. gdybym teraz. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy. jak to się zaczęło. co jest możliwe do opowiedzenia. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. u siebie. To. czy kochamy tego. – Chcę prawdy. gdybym wymógł na tobie zeznanie. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem. Mogę ci przedstawić materiał sądowy. gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz.zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny. moim jedynym przyjacielem?. opowiesz dokładnie..

znudzonym głosem.. Ale. bliższym od brata. że choruje. do którego często przychodziła przede mną. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. jakby dokoła niego zawalił się świat. próżność.. Udałem się do pałacyku myśliwskiego. Czekałem do wieczora. rozczarowanie. wiem także. jedyna tajemnica. Teraz wiesz to już i ty. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. Ale to mija. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie. teraz. tapczanowi. To są te słowa. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko.twoim mieszkaniu.. donoszono mi. i później. kimś bardzo bliskim. Stałem w sekretnym mieszkaniu. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. gdy spojrzymy wstecz. że zachoruje i umrze. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie. aby ją zabić. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. co dzieje się w zamku. potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. bądź też czekałem. i w którym dwoje ludzi.. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. co jest gorsze od śmierci i namiętności. to naturalnie czuje się tak. obojętnie. straszliwie obojętnym. u kresu życia – obojętnym. Jest coś. i czekałem na Krystynę. kiedy Nini zawiadomiła mnie. dokładnie tak jak życie. co potrafi tak boleć. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. powiadasz. że powie prawdę. a ja jej przebaczę. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. Bezwarunkowo tak się czuje.. poszedłem do mojego pokoju. w zamku. niezrozumiale mija. najbliższych mi na świecie. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych.. kiedy człowiek jest młody. naszej wspólnej – Krystyny. miesiącami i zrobili wszystko. Dlatego bałem się tajemnicy. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie.. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. Próżność. Co wieczór. nie. tak. na co starczyło im ułomnej wiedzy.. Dlatego bałem . co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś. tak trywialnie. Prawdopodobnie zrobili to i owo. – I to wszystko. Może to było dziecinne. Wiedziałem. Czekałem. jako dziecinadę.. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. taki jest człowiek.. Zobaczyłem ją dopiero martwą. który znasz. bo umarła.. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego. twojej i mojej – tajemnicy. rano.. Bo to się stało – mówi lekceważąco. po latach. Tak. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. ranić i palić. niedaleko stąd. to oczekiwanie. aby ją uratować. to. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. przyglądając się meblom. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi. nie z dnia na dzień. bo niepodobna wiedzieć. w każdym razie czekałem. ponieważ zazdrość. próżność. że mogę powrócić. tak haniebnie. widzisz. ba. kiedy postanowiła. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj. to odejście. gdy nie przyszła.. udałem się do domu myśliwskiego. widzę i odczuwam tę pychę. Wróciłem do zamku. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. co ludzie nazywają „zdradą”. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała.. bez mała godnym pożałowania. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. przez osiem lat. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. Bo wierzę.

kimś. czekałem do wieczora. jeden tym. Ale gdy wszystko się kończy. na swój sposób. że umarła?. o którym wiedział. Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania.. gdyby życie tak się ułożyło. tutaj. bo nie mamy dużo czasu. zrobię to. to ostatnia obrona instynktu życia. Ona odpowiedziała nam obu. tak jak mogła. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. na jakąś wieść. tak się wszystko uformowało. drugi pozostaje na miejscu i milczy. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. Taka jest moja natura. a Krystyna umarła. że jest tragiczny. których kochała. ale nie mówię też z przykrością.. . tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. bo widzisz. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. Wzywała mnie. Ale Krystyna nie przyszła. Ale widzisz. Z pałacyku myśliwskiego do zamku. jak teraz kończy się dla nas. kiedy czekałem na ciebie. Jeżeli zechce się rozwieść. Była piękną umarłą. ten.. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. Czasami mam takie uczucie. abyśmy omówili to. abym cię zabił. kto jest martwy. niewiele można zdziałać takimi słowami. na sposób kobiecy. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. drugi tym. Więcej człowiek nie może powiedzieć. martwi dają dobre odpowiedzi. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. że uciekł przed namiętnością. – Ty żyłeś w świecie. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. nie był skłonny spłonąć w związku. dwie godziny drogi powozem.. że poznał prawdę. nie tylko z tobą i ze mną. Ale te dwie godziny. czekał i milczał. Los dotknął nas i spełnił się nad nami. Przedtem. poszukam cię w świecie. Tak. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas. Powróciłem do domu. Bo ona także była kimś. Przeżyłem to. wzywała mnie. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. Ale zobaczyłem ją już martwą. choć przecież nie tak wiele. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się. Jeśli zażyczy sobie. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. nie ty. wygraną była ona.. Nie wezwała mnie przez osiem lat. co wreszcie trzeba omówić. abym cię wezwał z powrotem. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. na jakieś słowo. że spośród nas trojga. wyjadę. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to. co za słowo! Są takie słowa. Ja żyłem w samotności. tak mnie wychowano. kogo obrazili ci. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. Nie widziałem jej osiem lat.. i nie mówię tego z satysfakcją. którego zdradziła z tobą.. z urazą. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. wezwę tutaj. niż rozumiemy je my. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. A więc stało się.się tej tajemnicy. których kocha. Widziałem to. samotność nie zeszpeciła jej. i to jest coś. że konając. nie. dobrze to sobie zapamiętaj. Jeśli zażyczy sobie. Nie ciebie. Umarła młodo. także na rozwiązania podłe. W ciągu tych lat stało się coś także z nią.. daje dobrą odpowiedź. To nie jest tchórzostwo. nie chciała rozmawiać z nami. Ale nie chciała niczego. dam jej rozwód. ostateczną – niekiedy myślę.. Krystyna także miała charakter. ponieważ boi się tajemnicy. Nie ja. Krystyna. a Krystyna umarła. w innym znaczeniu tego słowa. mężczyźni..

To. którego te słowa dotyczą. czuję. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew.. chciałbyś coś powiedzieć. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. tak okropnie i nudno. to. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. albo coś mówi do swojego konia. niezwyczajnego. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów. dekoracje życia. Nie wiedzą niczego o sobie. śmiertelnym. było już za późno. niewierność. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. nie pozostaje nic innego. ani na dobre. A kiedy mija to pragnienie radości. z dawnych. – Widziałem rozmaite obrazy. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko.Oszustwo. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się. po czym umiera. co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. Potem starzeje się twoje ciało. I już znowu widuję Krystynę. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. kiedy nie żyje już ten. ponieważ znasz każdą szansę. Kiedy już wiesz. i wtenczas starzejesz się naprawdę. bardzo dawnych czasów. tylko pamięć i próżność. wszystko to tylko słowa. porządek dnia. Tak starzeje się człowiek.. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz. szuka i raduje się. ostatecznie i nieodwołalnie. wysmukła. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania.. Język migowy nieświadomości. tę zdradę nas obojga. w białej sukni. co pokazuje słońce. powoli wszystko staje się takie oczywiste. co nie jest słowem. Pewnego dnia budzisz się. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. na jawie i we śnie. i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. przecierasz oczy: już nie wiesz. To także starość. to właśnie jest starość... ani na złe. jakiś mglisty cel. nie od razu. ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. Widuję ją. na wszystko już liczyłeś. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. w częściach. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. wszystko się powtarza. nie. cokolwiek by robił. budzącego grozę. dziwiąc się. nie czekasz już na nic. to oszustwo. pogodę. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i .. w wielkim florenckim kapeluszu.. nadchodzi od strony oranżerii. pragnie radości. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. Ja już rozumiem prawdę. Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. że Krystyna nie żyje. zdrada. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. jak idzie przez ogród. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego. dlaczego się obudziłeś. a my obaj żyjemy.. I kiedy zrozumiałem to. A człowiek. Po czym. Człowiek powoli pojmuje świat. albo żołądek i serce. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. wiesz. to jest ta niema rzeczywistość. niczym innym jak tylko człowiekiem. dzisiaj po południu także ją widziałem. To. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. biedny człowiek. jakieś wspomnienie. poznajesz sens wszystkiego. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. po chińsku.

Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. nie możesz z nią uciec. tę miłość. co za głupie słowo!. Biedni! – myślałem. władzę ziemianina. parę buntowników. nie.. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. I to zdradziła z tobą. kiedy myślicie o mnie. Myślałem tak nie jeden raz. które nakazuje wam.. przyjacielowi i bratu. kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. władzę pana. która wypełnia wasze serca. kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia... A może ta chwila mija. niczym na statku. na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. Życie staje się nieomal interesujące. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną. – Nie jesteś dość silny. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. której każdy krok. wyobrażam sobie nienawiść. samowolnie. a później. i już nie możesz nic zrobić. zabić kogoś. tej nędzy. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. kiedy przy każdym kroku. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań. w domu na skraju miasta. musiałbyś się obawiać. i jednocześnie tę dręczącą jawność. w małym miasteczku. Opada ci ręka z bronią. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. tego ukrywania się. co starość i śmierć. w każdej chwili potykacie się o moją władzę. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. to zamknięcie. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. to drżenie i ukrywanie się przede mną. o to.. że opowiesz mi wszystko. o rój moich służących. Ale wtedy już nic nie boli. co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. albo tenisa. o moją wyższość społeczną i majątkową. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. ale nie mogliście mnie ominąć. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. szczękając zębami.. nie możesz przyjąć niczego ode mnie.. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was. I pewnego dnia. Później. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli. służby i otoczenia. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. władzę męża. a jesteś biedny. te spacery w lesie. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić. nie tylko my . Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. mogliście mnie oszukać.. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. moją żonę i przyjaciela. Krystyna też jest biedna. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały.. dwoje ludzi. Tak. którzy ze świadomością winy. by wykonać to zadanie. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. kto jest nam bliski – mówi nawiasem. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty.. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. Krystyna mnie zdradziła. podnosisz broń. właśnie mnie.

żywi. I wtedy umiera. także wtedy. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna. jak to pomiędzy ludźmi bywa. z tak naprężoną ciekawością w głosie. może tylko chce się upewnić. a jednak czegoś nie wiem. Wszystko się wyjaśnia. Ale ja zostaję tutaj. ty i ja. jesteś bezradny. Jest tak. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. . a my zostaliśmy tutaj. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. musi na coś czekać. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. wiem wszystko. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. Krystyna i ja. bo ty odjechałeś. że w tamten poranek. że umiemy milczeć. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie. dwóch mężczyzn. my obaj. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. na polowaniu. a gdy ta chwila mija. gdy w pobliżu nie ma nikogo. Opada ci ręka z bronią. Odpowiedz. jak dziecko.

że ta chwila w lesie. jaki wypowiada. i nie przed śmiercią. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje. postawiłem cię w przykrej sytuacji. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę.. kiedy już ten ktoś. dręczy mnie podejrzenie. i teraz. a ja nie zapytałem właściwie. Nie przeczę... znacznie później. jedną ręką pociera czoło. że tę chwile poprzedzały inne chwile. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi. co mówi. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. pochyla się. ale jest ważna dla mnie. Teraz oddycha głęboko. dla jedynego człowieka. – Musiałem powiedzieć. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. i nie wiem nic. i ostatni sąd nad tobą. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć. także nie przed oszustwem. nieledwie tonem usprawiedliwienia. nie. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. nie przed ucieczką. kiedy dowiedziała się. jakie od niej słyszę. Bo Krystyna. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. dlaczego?. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. ponieważ chcesz odpowiedzieć. czuję. Chce odpowiedzieć. kto oskarżył cię o tchórzostwo. ponieważ ty stchórzyłeś?. stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. że uciekłeś. dlatego przerwałem ci.18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. na polowaniu. Stchórzył.. – A więc widzisz. powiedziałem to – kontynuuje szybko. abym ja zrezygnował z Krystyny. kiedy zobaczyłem. To jest to. – zastanawiam się później. Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. Nad tym się zastanawiam. pomysłem. jeśli . trzeźwe. okazją... chcesz powiedzieć prawdę. że nie zapytałem właściwie. teraz. była nie tylko przypadkiem. Stchórzył. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się. który chciałby wiedzieć. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami. że szykujesz się do odpowiedzi. z zapałem. jasne jak słońce. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. wybacz. kiedy to powiedziałem. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. nie przed życiem. o świcie. to są ostatnie słowa.

u kresu. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. a on chce odpowiadać. w przeciwnym bowiem razie. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. wręcza przyjacielowi. że tak być musiało. co powinien wiedzieć on. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. gdyby kula rozstrzygnęła to. Nie chciałbym tak umrzeć. Potem Krystyna zmarła. ja czekałem na ciebie tak. czy tobie. Zawsze jest tak dlatego. także żyła na swój zagadkowy sposób. żyli i pomarli moi przodkowie. jak umarli i jak malowidła. Nic już mnie nie interesuje. nie. ja pytam. ty nazajutrz wyjechałeś. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. będzie takie blade. Żyła. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. później. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. nie chcę znać szczegółów. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. w których się urodziłem. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. tylko ty jeden. sprawca i oskarżony – jeśli chce. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. Byłoby lepiej. i ja ją znalazłem. gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. obok nas i ponad nami w czasie. który mógłby mi pomóc. wypytywać o szczegóły. i tak się stało. Nie rozerwałem wstążki. oprawna w żółty aksamit książka. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. Nie warto. w pudełku. pewnego dnia. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . Lecz książka. ta osobliwa „księga szczerości”. w wiele lat po jej śmierci. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. to straszne wyznanie. jak to stwierdziła Krystyna. tak. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. taka jest prawda. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. sygnet ojca. nie mogłem też wiedzieć. w których urodzili się. pomiędzy rzeczami Krystyny. bo istnieje pewien porządek rzeczy. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. byłoby to bardziej ludzkie. miłość. bardziej na miarę człowieka. intryga. I teraz to się stało. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. znacznie później. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. ty żyłeś gdzieś daleko. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. na których cienie czasu zakrywają postaci. ostatecznie. i nie ma człowieka. a ja żyłem w tym domu. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła. przed którego wykonaniem. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. co powinno się wiedzieć. przyjaźń. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. Pewnego dnia. – To pozostało po Krystynie. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. Bo wszystko inne to jedynie słowa.

wsysa materiał książeczki. mora. wszystko obróciło się w popiół. Nie ma już świadka. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. tak samo jak ta ręka. że wtedy. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad. czarny popiół. ponad książką. – pyta generał. ta książka. dymiąc.. który by zeznawał przeciwko tobie. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze. patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit.. – Czy chcesz. – Rozumiem – mówi generał. lecz i te litery. Czy Krystyna wiedziała. żółty aksamit pali się. Nie rusza się.. płomienie buchają wysoko. zamknięty niebieską pieczęcią. jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. która niegdyś zapisała te stronice. ogień już żyje. przewiązany niebieską wstążką. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. wosk pieczęci już się stopił. jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej. Nieruchomo patrzą. siedzi bez ruchu. zaczyna dyszeć i błyszczeć. jak płomienie zaczynają łopotać. ten papier.głosem surowym. wyniośle. nie drgnie mu oko. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. prawie obojętnie. – Nie – mówi Konrad. – Dobrze – mówi generał głucho. pełnym namaszczenia. w lesie. przyjmuje ofiarę. jedwabisty jak czarny żałobny materiał. wydając cierpki dym. powoli. będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. . abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. spiczaste litery z zawijasami. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. w tym czasie nie drży mu ręka. Chowa głowę w dłoniach.. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. rano. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. którą generał wyciąga w stronę Konrada. Żar rozpala się w ciemności.

odruchowo podchodzą do kominka. jak ktoś. jak ktoś. zaciera ręce. kto teraz. pochylają się. z lekko nachylonymi korpusami. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. na pół godziny przed świtem. chude ręce. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. – Wracasz do Londynu – mówi generał. burza. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. Generał kładzie rękę na klamce. jak postaci tłukące się po kostnicy. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi. – Tak – mówi generał. taktowni. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. Lecz mówi niezdecydowanie. . Jeszcze nie świta. ni zowąd. ale przez półotwarte. I idą w stronę drzwi. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. Czas. obaj są bardzo starzy. która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. w półmroku. do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą.19 W pokoju oziębiło się. kto czegoś szuka. Gość. wrażliwe na zimno. na pożegnanie. przeszła obok zamku. Teraz. wrażliwy na zimno. gotowi do pożegnania. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. Obaj wstają. Generał. Stoją naprzeciwko siebie. noc z nagła oziębiła się. – Tak – odpowiada gość. że przemarzli i drżą. ni stąd. – To naturalne. mrugając. – Dziękuję – odpowiada generał. automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. szuka i nie znajduje właściwych słów. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. Teraz czują jedynie to. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. abym odjechał. jakby do samego siebie.

do których należała. a kiedy już zrozumie. Nie myślisz. – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę. w ostatniej godzinie. Ale odpowiada także poprzez fakt. Nic – mówi zwyczajnie. – Drugie?. przeżyliśmy. i coś nas troje łączyło. Co chciałeś przez to osiągnąć.. Nie zwalnia klamki u drzwi. że żyje na ziemi pewna kobieta. a my pozostaliśmy tutaj. – U kresu świat nic nie znaczy. że jesteśmy jej coś winni. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. że trzeba pozostać przy życiu.. – Drugie pytanie – odpowiada generał. która mimo wszystko była jednak czymś więcej. w samotności.– Świece – mówi z roztargnieniem. że omal nie umarliśmy. i są pewni. Tak to odczuwaliśmy. zdradziliśmy ją. że pozostałem tutaj. zawsze pozostanie zdrajcą. tchórzliwsi. umarła. że przeżyłeś. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. z urazą. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. bo ty odjechałeś. Nie myślisz. że umiera. – Ty w ten sposób. bo ona na to umarła. ja. – Drugie pytanie.. Kodeks nie zna takiej zbrodni.. Taka jest prawda.. że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. tchórzliwie.. że coś przeżył. mężczyźni. byliśmy podlejsi. – Wiemy też. – odpowiada generał. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić. w życiu i w śmierci. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to.. pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety.. którzy boją się własnych cieni. kiedy wszystko dobiegnie kresu. albo na ślepo.. – Spójrz tylko. Przeżyliśmy. umarła. bo my obaj. świece już się wypaliły. Powinieneś to wiedzieć. i to jest fakt. i tego nie wolno upiększać. który jest twoim przyjacielem. ponieważ przeżyliśmy. i na którym też ci zależy?.. – Dwa pytania – mówi ni stąd. kogo tak bardzo kochaliśmy. że był ku temu powód?. która umarła. a zatem odpowiedziała nam obu. Rozumiał to tak. że przeżyłem wszystko. w tym domu: zresztą już to wiem. uciekliśmy przed nią. kiedy idzie o prawdę życia. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. z kim tyle nas łączyło. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością. kto kogoś przeżyje. a my żyliśmy. dwa pytania. o to. w Londynie. I ten. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. ponieważ ona umarła. że ściany mają uszy. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. że wszelką urażoną. co przez to wygrałeś?. Umarła... Przeżyć kogoś. To są fakty. Ja też będę to wiedział. nie był aby prawdziwym sensem .. tak czy inaczej. jest jedną z tajemniczych.. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta. bo umarła. albo rozumnie. na której ci zależy. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. – Drugie pytanie?. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. dumniejsi. że przeżyłem. Liczy się tylko to. nie opuści go dziwny niepokój. żywi. – powtarza szeptem. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. ojciec Krystyny oskarżył mnie. tutaj. a ta kobieta jest żoną człowieka. przeżyć kogoś. jej. Jakie jest to drugie?. że wyjechałeś. To dobra odpowiedź. co zostaje w naszych sercach.. oschle.. Popatrz. i nie wolno tego upiększać.

być może jednak był ten węzeł. Generał ciężko oddycha. I przyglądają się sobie. Widziałem pokój i widziałem wojnę. Oto jest pytanie. tak wspaniała. jak chcesz.. . odpowiedz – mówi głośniej. tak zła. że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka. Przeżyłem wszystko. co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy. tak nieludzka jest namiętność?. Chciałbym. – Wiesz. zataczają się światła. Może nie dotyczy osoby.. że to trudne pytanie. widziałem wszystko. u samego rdzenia życia. Żegnają się bez słowa. Ale sensem każdego naszego postępku. służący biegną ku nim ze światłami. że tak jest. ale intensywność namiętności. która pewnego dnia przenika nasze serca.. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. Naciska klamkę. I to jest to pytanie. od stóp do głów. być może zła. na białym żwirze. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. W milczeniu idą schodami w dół.. widziałem walkę i zgodę. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. Tak. tonem żądania. Przed dwuskrzydłową bramą. jakby się obawiał. z płaszczem i kapeluszem. widziałem nędzę i świetność.naszego życia? Wiem. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie. ale tak cicho. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. to jest to pytanie. niemym uściskiem dłoni. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. zaskrzypiały koła powozu. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność. aż do śmierci? Niezależnie od tego. która być może jest dobra. nazwij to. abyś powiedział – ciągnie. lecz jedynie żądzy?. dusze i ciała. I nie umiem na nie odpowiedzieć. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. która nas do niej przywiązuje. obaj głęboko się pochylają. a potem wiecznie się pali.

opiera się o laskę. którego nie da się wyrazić słowami. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania. – Dobranoc. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. – Tak – odpowiada generał. Niezdarny jest ten pocałunek. – To już nie ma znaczenia – mówi generał. Razem idą w stronę pokoju generała. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. – Tak – mówi niania. – Wiem. z pewnością się uśmiecha. Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami.20 Generał wraca do swojego pokoju. Nini. – Dobranoc. . jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. zatrzymuje generała. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra. Generał kroczy powoli. U końca korytarza czeka niania. Ale jak każdy pocałunek. Niania porusza się żwawo. Pusty prostokąt. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. kreśli znak krzyża na czole starca. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. Całują się. drobnymi krokami.

pisarza niezależnego. Powieści Máraiego. W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). Po wojnie. zamieszkują w Budapeszcie. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch. francuski. afabularne. duński. Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. po dziesięciu latach emigracji. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. o którym pisał: wykształcony mieszczanin. miasto-mit w dziele Máraiego). Jest tłumaczony na angielski. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. gdzie ukończył studia dziennikarskie. skupione na moralnych dylematach bohaterów. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. w latach 1945-1948. olśniewające stylem. w Szwajcarii. nawet sztuki teatralne. ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. szwedzki. opuszcza Budapeszt. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. Pisze do szuflady. Jego czytelnikiem był ten. czeski. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. najpierw zapewniający mu bezpieczne życie. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. włoski. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. Współpracował z prasą niemiecką. powraca z żoną na Węgry. Był studentem prawa. po upadku Węgierskiej Republiki Rad.Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. chorwacki. w Austrii. opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). hiszpański. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. portugalski i turecki. Po miażdżącej krytyce Györgya . udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś. dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. psychologiczną dociekliwością. Dopiero w roku 1928. Napisał sztukę w języku niemieckim. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. fiński. Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu.

na zawsze. W rok później zmarł w wieku 82 lat. chorej na raka gardła. W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. Nie brak też takich. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947. udają się na emigrację.. który ukazał się pośmiertnie. nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. którą sam zakładał. na wieść o wybuchu powstania. reżyser filmowy Géza Radványi. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej.Lukácsa. W roku 1956. skąd powrócili do Ameryki. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. każdy na własną rękę. Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. w Nowym Jorku. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci. Do 1952 roku mieszka we Włoszech. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. po wielkim. a . odprawił z niczym. dziennik. tracił chwilami kontrolę.. jest pozycją niezwykłą. jak się okaże. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. Pięć tomów wydanych za życia. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. reżyser filmowy. który odrzucił cały dorobek pisarza. eseje. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy). który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). następnie w USA. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. skorzystał z zaproszenia. Kuriera z Budapesztu. Młodszy brat Sándora. Obaj bracia. Notabene jego brat. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów). 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. szósty. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. nad którą autor. leci do Europy. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. ten. Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai. sztuki i słuchowiska). który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. półślepy. niektóre nakładem własnym.

Feliks Netz . i narastającej niechęci do literatury.jednak. jest to dzieło wielkiego formatu. słabnącej pamięci. mimo powtórzeń.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful