P. 1
Marai_Sandor_-_Żar

Marai_Sandor_-_Żar

|Views: 17|Likes:

More info:

Published by: Natalia Skoczylas on Sep 29, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

09/04/2014

pdf

text

original

Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

Liczył czas. pokrytego cienkim zielonym suknem. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. podszedł do wysokiego pulpitu. sypialnia i garderoba. Generał urodził się tutaj. odprowadził go szklanym wzrokiem. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. zmieszany. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. A więc tyle to trwało. I czterdzieści trzy dni. bardziej przewiewny – garderobą. zaczął się przechadzać. odczekał. Drugi lipca. drugi lipca. jakby każda liczba przypominała coś. pomrukiwał. zeschniętym ogrodzie. ogrodowej. do milimetra. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. aż krępa. Generał wszedł do swojego pokoju. przymknął klejące się powieki. to wtedy było polowanie. Potem umilkł. w list. Czterdzieści lat. wiedział to dokładnie. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. Generał wyjął pomięty list. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. starannie wygładził papier i w silnym świetle. Czterdzieści jeden lat. Pozostawiono jedynie ten filar. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. Czterdzieści jeden lat. był pokojem jego matki. zaś ten pogodniejszy. nie lubił dokładnych liczb. ochryple. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. za rzeźbioną kamienną balustradą. w tych kilka ręką skreślonych słów. oprawione w płótno w pepitę. do balkonowej. także gdy był sam. zbudował go pewien dostawca wojenny. I jakby nagle ogarnął go spokój. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. . Wtedy zbudowano pałac. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. liczył. barczysta postać zniknie za załomem. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. jeden na drugim. Generał spojrzał w sufit. z okularami na nosie. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. niczym podpalacz. w tym pokoju. a potem został księciem. spieczonym. szkolne zeszyty. który. poczerwieniał. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami.postawie na baczność. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. Czternasty sierpnia. Żył w tym pokoju jak chory. zaświecił ją. w bezmyślnej wściekłości podpala pola. odchylił ciężką głowę. rzekł po chwili. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. bo w pokoju było ciemno. Przed paroma dekadami. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. Wiele razy obliczał. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. ponownie zapatrzył się w tekst. Za spuszczonymi żaluzjami. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. umył ręce. powiedział półgłosem. Pokój był sklepiony. jak wkuwający uczeń. nim pójdzie w świat. w wysuszonym. I jak uczniak. powiedział w końcu. poplamionym atramentem. karbowane literami jak drzazgi. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. Czternasty sierpnia. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji.

– A więc powrócił – powiedział teraz głośno. Chodził do tłoczarni albo do lasu. Nie poruszył się. Na stoliku. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem. ze złotymi żyrandolami. Stamtąd okna wychodziły na park. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. Kiedy wypowiedział te słowa. zachwiał się. także wtedy. aż przyszła Nini.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. na kasztanowce. – Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. albo – każdego ranka. gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. Po chwili. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. zadzwonił. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. przed kamiennymi balustradami balkonów. które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła. jakby dopiero teraz zrozumiał. grzeczniej: – Proszę. leżał srebrny dzwonek. także zimą. pod ręką. . Po czterdziestu jeden latach. nagle poczuł się bardzo zmęczony. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. I czterdziestu trzech dniach. pośrodku pokoju. niebieski i czerwony.

Miała wtenczas szesnaście lat. gdzie być powinna. bo miała dużo mleka. że Nini także się uśmiecha. nigdy jej nie spytano. nie umiała poprawnie wymawiać słów. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. Czytała mu po francusku. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. Była córką wiejskiego listonosza. a że nie znała tego języka. milcząco. w skórze. śród ogólnej radości spostrzegano. Na sam poród. wówczas. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. Nini. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. W takim stanie przybyła do pałacu. czytała same litery. i była bardzo piękna. jak może być w dobrym humorze. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy. dla którego wezbrało w niej mleko. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. W tym pokoju niańczyła generała. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. urodziła dziecko. znacznie później. że też na świecie jest coś innego niż egoizm. Wtedy także uśmiechała się. zimnym. której nie można nikomu wyjawić. Nie miała niczego. Jakby coś ukrywało w kościach. po dwudziestu latach. Wykarmiła piersią i wychowała generała. muskularna i spokojna. którego kochała. namiętność. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie. w tym pokoju. nie można jej przełożyć na obcy język. śluzowatym potem.” A że była wszędzie tam. nigdy nie rzucała się w oczy. siedemdziesiąt pięć lat.. . A że zawsze była w dobrym humorze. Jej imię przelatywało przez pokoje. A potem generał ożenił się. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. Karmiła generała. Przeżyła w tym pałacu. skoro odszedł mężczyzna. tak jak następowały po sobie. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. we krwi. Niska. generał czasem wspominał tamtą chwilę. przyszła do pałacu.. i zmarło jej dziecko. dlatego czytała same litery. I chory wszystko rozumiał. próżność. Zawsze uśmiechnięta. Była tutaj. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu. Pielęgnowała go Nini. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. A potem zmarła hrabina. Potem zmarła pani. kiedy generał przyszedł na świat. matka generała. kto był ojcem dziecka. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. bardzo powoli. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. tajemnicę czasu albo życia.

Nini – powiedział generał. Nini nosiła granatową spódnicę. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. Przyjdzie wieczorem. Nikt nie mówił o tym. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . Powrócił po roku. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. Drugie pozostało niebieskie. tak niebieskie. Starzeją się bez obrazy. posłałem po niego karetę. łazienki. Energia Nini przepływała przez dom. z wyprawionymi głowami kozic. kuchnia. ludzi. – Tutaj. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce. żywe i uśmiechnięte. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. uczestników wielkiego polowania z nagonką. generał wyjechał. rozejrzało się po pokoju. panów urzędników z województwa i z miasta. To oko uśmiechało się. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. w mieście – rzekł generał do niani. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. wielka myśliwska jadalnia. jakby od niechcenia. rozpadają się. w sierpniu. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. ściany. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. W ostatnim roku postarzała się. Jedynie generał mniej więcej orientował się. i skromną bluzkę. – Jest tutaj. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. z której okien było widać dolinę i miasteczko. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. przedmioty niczym tajemniczy prąd. Tych natomiast. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. kilkusetletnie jedwabie. a dalej niebieskosrebrne góry. ale czuło się jej siłę. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć. To oko było teraz smutne.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. duży gabinet z kominkiem i książkami. gdzie? – spokojnie spytała Nini. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. Pamiętała wszystko. sypialnie. obszerną jadalnię. I jej niebieskie oko. – Usiądź. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. Zamknął nowe skrzydło. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. do pokoju swojej matki. z granatowego sukna. szare. wiecznie taką samą. cicho. Będzie tu na kolacji. Niania usiadła. które ulegają unicestwieniu. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. otwarta weranda. Kiedy zmarła mu żona. uniósł list. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. Niekiedy wydawało się.

Może dlatego. – Można? – Miesiąc. i wychylił się z fotela. – Można. kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. Pewien rodzaj braterstwa. wszystko było wspólne. – zapytał podekscytowany. Może sprawiło to mleko niani. która zobaczyła generała. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. – Bezgłośnie poruszała wargami. gdy przyszedł na świat. Do szóstej każę przewietrzyć. – W dużej sali. Niania powiedziała: – Czy chcesz. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania.urzędach. więcej niż małżonkowie. gdy to samo jedli. że pan domu się nie udziela. we krwi i brudzie. posłusznie. – Tam – powiedział generał. jakby liczyła. Generał. z odrobiną dziecięcej ciekawości. z ciałem wychylonym ku przodowi. . potem nakryjemy. Jak ostatnim razem. Nikt się nie obrażał. Zycie wymieszało ich dni i noce. jaka łączyła ich ciała. spokojnie i stanowczo. zimą. nachyliła się i pocałowała żylastą. – Na ósmą wieczór. – Południe – powiedziała niania. Przymierzała czas do ogromu pracy. Było też coś innego. żeby było tak. Wspólnota. ponieważ wiedziano.. Można?. Pleban. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. który grzebał domowników. Wiedzieli o sobie wszystko. – Obiecuję – powiedział generał cicho. Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. że Nini była pierwszą żywą istotą. które jest większe. nigdy. Nikt więcej. Dwa żywoty upływały razem. stęchlizna domu. – Dokładnie tak. co niejasno było im wiadome. jakim zawsze rodzi się człowiek. drzewa przed oknami. – Dobrze – rzekła krótko. I nic nie miało imienia. – Niech się zastanowię. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. więcej niż matka i dzieci. która widziała go w chwili narodzin. Melchiora i Baltazara. znali nawzajem swoje ciała i sny. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. Podeszła do generała. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. Teraz jest południe. wdychali to samo powietrze.. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. – Tak – powiedziała w końcu. przyglądał się jej ciekawie. jakie przeżyli razem pod jednym dachem.

Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. charty i wyżły. obserwował szmery w pałacu. Leżał na kozetce. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. Już od dawna czekał. Na wszelką zwierzynę. Już nawet nie wiedział. Matka generała. stare strzały. Światło i czas zmywają z płytki ostre. kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. gdzie go obrażono i dlaczego. Potem czeka. Polował codziennie. o każdej porze roku. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. z dumą i urazą. niezbędne jest też pewne załamanie światła. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. torby na amunicję. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. jak te bardzo stare fotografie. wyrzuciła z pałacu myśliwych. Portret ojca. Potem pragnie zemsty. Najpierw się obraża. Słuchał gorącego bulgotania blasku. Strzelby belgijskie i austriackie. Nigdy nie wspomniał. w półzaciemnionym pokoju. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. jak dziewczyna. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. liczne stado. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. polował na lisy i wrony. Włosy miał kędzierzawe. charakterystyczne odcienie linii. hrabina. usunęła wszystko. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. Odesłał obiad. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. raptem poczuł się zmęczony. wzdłuż ścian. co więcej. . na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. Trzeba obracać fotografią. Przechylił głowę. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach. Wszystko się zachowa. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. ale będzie bezbarwne. Teraz. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny.

pośród woalek i okryć. Oficer gwardii polował. może to ta podróż. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. On także jest niedźwiedziem”. Wielka to była łaska.Tutaj. który miał taki smak. że matka tutaj marzła. Powiedział: „Uważaj. Uśmiechnęli się. stanął przed białym. przez Szwajcarię. dokąd cię zabiera. Pierwszym intymnym słowem. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. że nie mogą postąpić inaczej. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu. ostateczne”. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami.. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. Miała do niej prawo. gnuśny człowiek. Wtedy już wiedzieli. Marzła. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. była nazwa jego ojczyzny. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. niedźwiedzie i jelenie. także latem. ponieważ namiętność. Było oczywiste. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. pani! W lesie. w domu myśliwskim.. Francuska panna powiedziała: „U państwa. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. Matka chciała cudu. jak górskie potoki. pękatym piecem z porcelany. Paryż. żył ojciec generała. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. jak dobrotliwy. Paryska ulica była biała. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. jak w czytankach. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. I uśmiechnął się. Wszyscy się uśmiechnęli. wiatr. Wszyscy pokłonili się. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. mrużąc oczy jak krótkowidz. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. która ją dotknęła. i tak emanował ciepłem. bladzi i zmieszani. Okna zasłaniały białe jedwabne story. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. muszą żyć razem. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny. to znaczy gdzie?. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. jacyś inni ludzie – obce miasta. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. król Francji. Tyrol. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. padał śnieg. jakie sobie powiedzieli. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu. Cesarz był łaskawy. stuletni. który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. Myślał o tym. żyją niedźwiedzie. Przyjechała na Wschód. brzuchaty. Tak. że rodzice nie rozumieli się nawzajem. I marzła. nieomal po upływie roku. pałace. Był to wielki piec. w którym trafiał się ktoś inny niż on. Jechali przez góry. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. nieodmiennie jesienią. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. Podniósł się. spojrzeli sobie w oczy.” – i uśmiechnęła się. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. cesarz . seledynowym i różowym. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie.

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. czarny wąsik. że umrze. majaczył. jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie. teraz brudnoryże. włosy. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. Zjawiła się tak. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. Upłynęły cztery dni. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. przyjęła ich francuska babka. na piętrze. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. wyjęła z łóżka konającego chłopca. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. jak z włosów i ust francuskiej babki. personel. Nini była spokojna. „Chcę. Otworzyła się brama. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. Chłopiec czuł. tylko oczy mu błyszczały. Nie płakała. wzięła go na kolana. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. ponieważ nie spała już szóstą dobę. Nikt nie powiedział. w surdutach. francuska babka. francuska babka. Pocałowała dziecko i białymi. została w Paryżu. żeby tu była Nini!” – powiedział. tylko była bardzo zmęczona. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. który był już zupełnie cichutki. płakała i modliła się. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach. Naturalnie nikt nie powiedział.w imieniu taty. Przybyli dostojni lekarze. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. Miała szare oczy i mały. nie znała nazwy ulicy. Byli tam wszyscy. który ukrywał chore dziecko. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. W morzu tkwiły czerwone skały. kiedyś pewnie płomiennie rude. dławiąc się łzami. stała obok nich. lasu i porzuconych stron rodzinnych. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości. Prowadzono go przez sale. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. Nini pieszo dotarła do pałacu. Wówczas zadepeszowano po Nini. jakby czas zapomniał je umyć. skonsternowana i obrażona. nosiła wysoko upięte. Wróciła do chłopca. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. na co właściwie to dziecko zachorowało. nachylali się nad dzieckiem. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. z siatką robioną szydełkiem. Wszystko miało zapach nie do zniesienia. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. chłopiec odczuwał mdłości. Około północy zaczął płakać i wymiotować. która. jak wędrują ptaki. Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. psów. Weszła do pokoju. przyjrzała mu się z góry. jakby jej dziecko składało egzamin. pałacu. zanim niania dojechała do Paryża. postanowił umrzeć. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. wąski. jeżeli ten zapach nie minie. pełna obaw. uśmiechając się . Hrabina klęczała przed drzwiami. puls chwilami ustawał. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. nie umiała mówić po francusku. „Tout de même” – rzekła do jego mamy.

Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. Szumiało tak samo. często się śmiał. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. szumiał las. przytuliła do piersi główkę chłopca. To tutaj. jakby już wcześniej je widziała. badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. – Tata też jest poetą. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. Chłopiec szybko się opalił. niczym mędrzec ze Wschodu. mój aniele. Rozboli cię głowa. kiedy cofnął się przypływ. Chłopiec i niania myśleli o tym. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. Niania objęła go. Rano. – Nie idź na słońce. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach. jak tam. że razem. chłopiec siadywał z nianią i słuchał. z odchyloną głową. Długo przesiadywali pod figowcem. pirata. we dwoje. Siedzieli na plaży. że wszystko na świecie tworzy całość. to tutaj wiele. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. ponieważ wiedział. w godzinach południowych. będziesz żołnierzem. także powietrze i kwiaty. który opowiada już tylko najprostsze historie. I rzekła: – Nie. w domu. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. są mocniejsi. wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. . Teraz już się nie bał. Słuchali morza: jego szum był znajomy. wszystko było słone.patrzyła na morze i niebo tak. kiedy morze bezsilnie huczało. Patrzył na morze. wonny chłód.

W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. z . Byli jak dzieci. Otrzymał szabelkę. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. letni pałac cesarza. Wychowawcami byli starzy oficerowie. oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. i historii. i sposobu. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. dawne słowa. Jesienią. kiedy wracali z Bretanii. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. Chłopca oddano do szkoły kadetów. chłopcy prężyli się. na szczycie wzgórza. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. pokasływał. Rano budził ich dźwięk trąbki. Niespiesznie szli alejami. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. żelaznych łóżkach. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. W sypialniach spano po trzydziestu. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. pośród przystrzyżonego listowia. w sypialniach. w klasach. w granatowych bluzach. w wąskich. i naraz słyszą szum morza. w którym ktoś umarł. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. Mijają dziesięciolecia. długie spodnie i czako. ponieważ oświetlało ją słońce. Drogą szła jakaś kobieta. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. W fontannie. z prościutkimi ulicami. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. szemrała woda w kolorze złota. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. w jadalni. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. jakby to było jedyne miejsce na świecie. Nosili białe rękawiczki. jak cesarz. Był to żółty budynek. Wszystko miało smak saletry. jakby codziennie były urodziny cesarza. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. wdzięcznie salutowali. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. Chłopiec był blady. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. Nauczano greki i balistyki. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie.

w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. bardzo zmęczeni. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. szła dama w czerni. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. dziesięcioletni arystokraci. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. tak jak to jest. ponieważ przypomniał sobie obraz. tutaj. jakby przed czymś uciekała. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. z głębokim nabożeństwem. . z dodającą sobie wagi namiętnością. Od pierwszej chwili żyli razem. lekko przygarbiona. Jego ojciec. Był milczący i uważny. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. gdzie uczyło się czterystu chłopców. W Instytucie. matka była Polką. byli niebieskoocy. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. co mu wolno. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. z tytułem i rangą. szybko ich minęła. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. Mieli po dziesięć lat. jasnowłosi. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. z gołą głową. a wszystko to zostawili w garderobie. nad stołem. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. Był krępy. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. jak chłopcy z bardzo starych rodów. – Podobna do mamy – powiedział. jak zwykli to robić rówieśnicy. tylko do niego. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów. jakby ją ten spacer zmęczył. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. słowiański rys. był urzędnikiem w Galicji. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. jaki wisiał w gabinecie ojca. ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. lecz nie leniwy. Konrad spał w sąsiednim łóżku. w Instytucie. Kiedy urósł. czego nie wolno powiedzieć. Byli tu wszyscy. kiedy się poznali. – Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. i dzieciak. a czego nie wolno. dziecięcy. o krótkich nosach z czeskich pałaców. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. z nadanym tytułem barona.białym. Powolny. ze świadomie odmierzonym rytmem. tak samo jak wytworne. Rzadko się śmiał. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. Twarz kobiety była bardzo biała. w nieświadomej i karykaturalnej formie. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon. panowała taka cisza. wokół jego ust pojawił się bolesny. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. Trzy kroki za nią. a jednak szczupły. który należał do nazwiska i teraz uczył się.

W korytarzu wisiały jelenie rogi.. jest wstyd i świadomość grzechu. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. obaj więc mieszkali w hoteliku. orzekli. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości. w sklepach – rękawicznik. Chciałbym. tato – powiedział chłopiec. jedynie ma skłonność do chorowania. – Tak. nadziewali się na miecze. Chłopiec odetchnął z ulgą. w dwóch ciemnych. Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. możesz wrócić do domu. zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. – Jeżeli chcesz.. Ale wiedzieli również. wszędzie ich znano. raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”. Z tego wszystkiego. łukowo sklepionych pokojach. od pierwszej chwili. bocznej uliczce. także i w tym. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali. bieliźniarz. Chłopiec jadł obok ojca. koszulę z falbanami. Nosił frak. w ciemnej. krawiec.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. Zamieszkał tu w dwóch pokojach.. jak każde wielkie uczucie. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. Ojcowskiemu słowu można było ufać. Ale wolałbym. To biedacy. był początek listopada. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. rzęzili. powiedzieli. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. jest natury ogólnej. co powiedzieli lekarze. który długo rozmawiał z lekarzami. gdzie uroczysty. w restauracjach. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu. przyjechał do Wiednia oficer gwardii.. starszy kelner władał nad ich stołem. także na ulicy. Potem jedli w jakiejś restauracji. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec. Na prośbę kierownika zakładu. Oziębiło się już. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. po prawdzie. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu. nie jest chory. Chłopiec. żeby latem mógł przyjechać do nas. pułkownika z Moraw. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św. Niebezpieczeństwo. – Powiadają. jakby przywoływał syna do porządku. Po czym oznajmił: . gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem. w osobnym pokoju. – Króla – powiedział ojciec srogo. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. – Nie boję się.

Konrad był bardziej męski. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. Wtedy będzie bardzo cierpiał. Już nie był samotny. nakazywało. Ale nie umiał żyć bez miłości. mieli swoje sekrety. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. Nini bała się. których nienawidził. co go boli. Chłopiec zrozumiał. lecz znosił ból w milczeniu. możliwe też. „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. że każdy odbierze mu tego. z charakteru matki. wcale go nie szkoda. ubrania. w pałacu urządzono im wspólny pokój. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. Potrzebny był ktoś. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. nie pokasływał. Wychowanie. jak do . Ale Nini nie uśmiechnęła się. Francuska mama. Byli w tym wieku. bieliznę. którego kocha. bo to nie jest pełny człowiek. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. że trochę była zazdrosna. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. pod koniec pierwszego lata. coraz bardziej spazmatyczny. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. serdeczny. bał się. – Pewnego dnia musimy porzucić tego. Miękkie. Wszystko mieli wspólne. razem odkrywali Wiedeń i las. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. – Któregoś dnia odejdzie od niego. a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. którego kochamy. Coraz głębszy był ten związek. W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. spokojniejszy. kiedy chłopcy wsiedli do karety. jak jakieś arcydzieło. książki i polowanie. prawdziwy pan. ponieważ nie byli samotni. Generał chwalił się Konradem. zarazem bał się każdego. jasne włosy. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. To także otrzymał w spadku.– Już do niego nie chodzę. życie towarzyskie i miłość. – To ludzka rzecz – odrzekła matka. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. przyzwyczajono się do niej. jeździectwo i żołnierskie cnoty. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. jak jakiś twór. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. z lasu i z Paryża. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. by człowiek nie mówił o tym. a wtedy nie miał gorączki. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu. chłopcy zaczęli stronić od świata. jednocześnie czytali tę samą książkę. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. Kto tego nie wytrzymuje. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. Już cztery lata trwała ta przyjaźń. jego szczupłą. Lecz ojciec był wielkoduszny.

jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. Ludzie niczego tak nie pragną. czego się uczył. jak każdy prawdziwy mężczyzna. aby żyli w czystości. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. jak ktoś. Żyli według ścisłego regulaminu. bardziej nieludzkie. bezwzględność. co życie przynosi z sobą później. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. ale to. Pewnego lata wybrali się do Galicji. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. więzy wielkich namiętności. chaotyczne i bolesne miłości. co tamtych pozostałych. Tych dwóch chłopców czuło. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. powaga. kto wie. Henryk był świetnym jeźdźcem. łysy i uniżony człowiek.jakiegoś fenomenu natury. Henryk łatwo się uczył. miewali zawroty głowy. Baron. jak ktoś. Byli już wtedy młodymi oficerami. że to jest cały jego majątek na tym świecie. Konrad był sztywny. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. ciekawskich i niespokojnych. także wtedy. jak małżeństwo. „Henrykostwo”. razem sporządzali rejestr grzechów. bądź też w przedwczesne. Potem dosiadali koni. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. bądź w wyczyny cielesne. Konrad z trudem. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. Konrad był poważny i wstydliwy. Konrad zaprzysiągł Henryka. jakby przyjaźń. Lecz nie szydzono z tego związku. do rodziców Konrada. Tej przysiędze długo dochowali wierności. Ale żyli w czystości. gdy ma dziesięć lat. stary. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . Wszystko. bardzo konwencjonalny. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. Nic nie jest równie delikatne. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. z bandażem i w hełmach. zarazem wyniośle. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. Co rano. odpłacała z nawiązką za to wszystko. Żądze dawały o sobie znać we krwi. bądź w zbyt wczesne hulanki. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. że żyją w jakimś nienazwanym. wszystko to jest brutalniejsze. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. gdy zmieniały się pory roku. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. w nerwach. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. taktownie. jak taki związek. coś ostatecznego. bądź w naukę. chłopcy byli bladzi. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. Spowiadali się co dwa tygodnie. Nie było to łatwe. podziemnym rewirom życia. w których pokłada swoją nadzieję. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. jak bezinteresownej przyjaźni. mocne uczucia. z nagimi torsami. Pragną beznadziejnie.

jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. życie w tym mieście. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. jakby i w samym mieście. czesne. delikatnie i spokojnie. – Chciałem tylko. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. Pierwszego wieczoru. przed pójściem spać. – Pomyśl tylko. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. ciężkich winach. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. trzy tygodnie nie jedzą mięsa. ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. Potem poświęcili zdrowie. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. Rosjanie. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. wygodę. jakie stary urzędnik. Żydzi. Jego mieszkańcy: Ukraińcy. jego matka. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. spokój na stare lata. żebyś o tym . coś ostatecznego i niezmiennego. i w niewietrzonych. dom. Najpierw wyprzedali meble. na koszty związane z pojedynkiem. jest pewien dwór. Gdzieś tam daleko w Polsce. tylko jakiś godny współczucia. Miasto było duszne. ojciec Konrada. na bilety do teatru. ziemię. jaki posłałem twojej matce. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. Jedynie kościół katedralny. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. Nigdy go nie widziałem. i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. Niemcy. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. bardzo poważnie. Nigdy niczego mi nie zabrakło. i przywiędła. ozdobionej zakurzonymi palmami. potem sad. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. przybywa stąd. I tak to trwa od dwudziestu lat. palili papierosy i milczeli. przez dwadzieścia lat. Wszystko. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. Chłopcy mieszkali w hotelu. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż. Należał do mojej matki. i aby w tym pokoju stały porządne meble. place. wrzasku i szeptu. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. ze starymi wieżami. – Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. trajkocący niedosyt. na opłatę za egzamin. przy rosyjskiej granicy. na bukiet. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo.

skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał. Kiedy wyjeżdżali. że trwonię cudzą własność. Jakbym nie należał do siebie. że z próżności porąbiemy się tak. zacinając się. czego nie można było wyrazić słowami. Czasami.. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał.. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. zobaczyłem twarz mojej matki. ogarnia mnie przerażenie. może. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. iż obaj zostaniemy kalekami. poświęcają dla mnie swoje życie. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział. bez słowa skargi. jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. że jest im z tym bardzo dobrze?. żadnej zbytecznej sztuki odzieży. .wiedział. Na to przysięgałem. Coś. jakie mi zadaje. – Tak – rzekł z powagą generał. Jestem żołnierzem. gdzie urodził się i wychował. żadnej wycieczki latem. do czego oni.. którzy w Galicji. – Im. Cztery dni pozostali w tym mieście.. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. Tutaj żyją. jakby to był przedni żart. Kiedy choruję. moje zdrowie.. Teraz to wyrzekł. Jakby jeden drugiemu był coś winien. wesolutki. – Nie sądzisz. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu... byli za słabi. że coś zdarzyło się między nimi. wychowano mnie tak. żebyś to kiedyś zobaczył. Wiecznie ta odpowiedzialność. w milczeniu. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło. Ale po co oni znoszą to wszystko. gdy mam coś zrobić. trwonię coś z ich życia. ręka zamiera mi w powietrzu. zapach jadła i tanich trunków. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście.. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie. Od dwudziestu lat żadnej podróży. że każde zadraśnięcie. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. coś. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho. i nie wietrzonej pościeli. – Ale mnie jest ciężko tak żyć. kiedy co rano spieszy na targ sama. które może mi wysłać w liście. coś. – Chłopiec umilkł. w swoim własnym życiu. co nie w pełni jest moje. I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka.

Człowiek kroczył sprężyściej. gdy słyszał muzykę. po długim. Henryk nie miał słuchu. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. wychowywał się. a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. jakby chciał coś powiedzieć. gdzie jest. Muzyka coś mu mówiła. patrzył przed siebie. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. że konieczne są do niej trąbki. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. usta zaczynały mu drżeć. raptem dają komendę „spocznij!”. utrzymywała w karbach krok oddziału. pięknych dam ani publiczności w teatrze. Bezpieczniejsze niż kobiety. w takich chwilach rozluźniał się. Każdy ma swoją słabostkę. które być może . nie widział otoczenia: zwierzchników. jak wierzący winę i pokutę. sztywna postawa. Bladł. jakby w jego ciele słabła owa napięta. czego inni nie mogli zrozumieć. Niekiedy muzyka była żartobliwa. Konrad jednak zawsze bladł. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. Ale generał czasami podejrzewał. buntu muzyki. uważano. oczy mu się śmiały. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. Rygor. dotykała go tak dojmująco. niekiedy nadęta i uroczysta. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. Wszelkiego rodzaju muzyka. kolegów. niż by miał grać w karty. także najpospolitsza. Ale usta zaczynały mu drżeć. Ta muzyka była głośna i przepisowa. uważano. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. i to było wszystko. męczącym przemarszu krokiem defiladowym. jak cielesny atak. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. który przyjął dobrowolnie. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce. za wszelką cenę. Całym ciałem słuchał muzyki. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. tajemnicze miejsce. raczej ją wybaczano i tolerowano. Lepsze to. Jeden hoduje psy. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. inny jeździ konno. A zresztą nikt się nią nie przejmował. Jak podczas parady wojskowej. tak pożądliwie. O muzyce wiedziano jedynie tyle. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. Wtedy zapominał. w jakim żył. kiedy słuchał muzyki.

że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. wpatrywał się w przyjaciela syna. jakby muzyka miotała niewidocznym. po jednym zgodnym akordzie. że ojciec ma rację. Siedzieli w dużej sali. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu.przynoszą wieść o wolności. w snopie światła wirował złoty pył. Pewnego lata. kiedy sam z synem pozostał w palarni. co pogrzebały ludzkie serca. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. obserwował dym z cygara. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. Hrabina grała żarliwie. Wieczorem. umilkli. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. jakby to wszystko. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. zaczęło żyć. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. Lecz wiedział. że muzyka jest niebezpieczna. aby wyzwolić w świecie siły. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. o której zapewne ktoś myślał mówiąc. Wszyscy troje to spostrzegli. z tą cierpliwością i rutyną. – Jego ojciec był Francuzem. jakby go krępował ten związek. co jest galaretowate i zjełczałe. jedwabną zasłoną. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. jakby muzyka. Wreszcie. coś się wydarzyło. Oficer gwardii wzruszył ramionami. która prowadzi donikąd. jak w intonacji wygnańców. w zatracenie. wieczorem. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. przed kolacją. matka i Konrad. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. gdy się do niego mówiło. który zna się na rzeczy. z poczuciem wyższości. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. Palił cygaro. nieco nachyliwszy się do przodu. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. iż „życie jest obowiązkiem. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką. powiedział: . powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. Oficer gwardii bardzo uważnie. jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. Ojciec i syn w fotelach. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. W takich przypadkach nie słyszał. Ze spokojem człowieka. także poczuli.

. Ojciec już nie żył.– Bo to jest człowiek innego rodzaju. kiedy generał zrozumiał to zdanie. minęło wiele lat.

na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. tę inną prawdę. i już z ulicy. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. pełną wyrzutów jasność słabego światła. razem składali przysięgę. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. tak bywał w świecie i w towarzystwie. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. potem Konrad zdawał służbę. który odsuwa go od kariery. wypełniony renklodami. z którą miał jakąś tajemniczą więź. nie tylko w dzień. wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. którą ukrywają okoliczności życia. kostiumy. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika. jakby się bał muzyki.7 Człowiek zawsze zna prawdę. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. tak wypełniał swoją służbę. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. i nie była to jedynie więź świadomości. z balu albo z towarzyskiego spotkania. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. Jakby nie żył na świecie. Konrad wynajął fortepian. z dorożki. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. lecz rzadko grywał. nawet we śnie. Tak żył. Zawsze spokojny. lecz samotność i przytomność umysłu. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. wąski i długi ogród. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. Nigdy nie polemizował. Bał się muzyki. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. Mieli tam trzy pokoje. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą. tak. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. Syn oficera gwardii dał . jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu. bardziej skomplikowana. rola. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. ale i w nocy. tak obcował z towarzyszami broni. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. że Konrad żyje jak zakonnik. coś w nim łamie.

Syn oficera gwardii czuł. a ci. Człowiek musiał wierzyć. myślał. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą. Wszystko to było łagodne. młodego Straussa. Żyli w Wiedniu. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. Spał głęboko. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. czego od niego oczekują. Lecz muzyka. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. klatka schodowa. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. cicho pogwizdywać walczyka. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. dotykała w ludziach ich namiętności. niż to określają prawa. którzy przysięgali na jego imię. jaką kochał Konrad.dorożkarzowi monetę. i nad ich bezpieczeństwem. z przekory. ale także odrobinę pachnące. i zaczął. Odszukał klucz. czuwa nawet wtedy. a już o piątej rano wstaje. gdzie cicho grano. który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. przy biurku. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. Naturalnie. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. że wszystko jest na swoim miejscu. pije czerwone francuskie wino. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. W . Syn oficera gwardii czuł. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. gdy nie robi nic innego. chciała. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. a jedynie nosi ze czcią mundur. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. w restauracjach i w salach balowych. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom. Taka muzyka jest groźna. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. nie chciała przynosić zapomnienia. sklepionej łukowo klatki schodowej. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. Grano. w złotych i białych salach. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur. i padał śnieg. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. słucha walców. ściągnął rękawiczki. Przybywał ze świata. Cesarz także już spał w Burgu. byli młodymi oficerami. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. pisanym i niepisanym. bardzo mocnym nakazom. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. trzeba być posłusznym głębiej. Owego roku we Wiedniu. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni. że jest posłuszny. budziła poczucie winy. syn oficera gwardii i jego przyjaciel. Wiedeń już spał. wieczorami bywa w towarzystwie.

gdy padał śnieg. gapił się. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę. podburzali i niepokoili dusze. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. przed pójściem spać. Myślał o tym syn oficera gwardii. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. w półmroku pokoju. Wiedeń był w dobrym humorze. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. Na godzinę przed otwarciem teatru.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. odmierzano najlepsze piwo świata. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. cicho pogwizdując i uśmiechając się. jego pan każdego wieczora. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. Imperium. czako i rękawiczki. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. dopóki nie wygasł piec. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. Wiedeń. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. że pośród tych awanturniczych żądz. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. Węgrzy. ponieważ był podobny do ojca. Potem szedł na spacer. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. niosąc butelkę na srebrnej tacy. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach. że wszyscy są szczęśliwi. Serbowie. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. on. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. wypijał kieliszek. które omotało wszystkie klasy społeczne. Służący odskoczył od pieca. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. Niemcy. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. Morawianie. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. bowiem był karnawał. jak ci. Czesi. W stęchłych. a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. Konrad mówił o swoich . kapelusze z piórami. nieskończonej i przyjaznej ludziom. wszyscy mieścili się w hierarchii. i miłość tak wrzała i władała miastem. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. bo był młody. Horwaci i Włosi. Stefana. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. skłonności i porywów. Wielka to była rodzina. W śródmieściu wystawał przed sklepami. kiedy wydawało się. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia.

Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. a Konrad tutaj. Syn oficera gwardii cicho błagał. że nie może przyjąć jednego filera. Jak każdy człowiek. I obaj wiedzieli. o historii współżycia ludzi. co tam. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. w mieszkaniu na Hietzingu. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. który siedzi w domu. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko. że bywa w świecie. Ale nie to było ważne. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. o której mówił ojciec. Posada w wojsku. gdy poznamy. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. tym swoim lekko szyderczym. tak i Konrad. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. trzeba uniezależnić od pieniędzy. nie wiedział co począć. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. stosownie do swojej pozycji i nazwiska. syn oficera gwardii o życiu. to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. O wiele bardziej napawało go lękiem to. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. jak każdy podarowany przez los ludzki związek. Ta „inność”. cicho i długo rozmawiali. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. na tamtym brzegu można dostrzec. wiecznie tęskni za podejrzanym. który był skomplikowany i kruchy. jakby Konrad był czarodziejem. To nie było łatwe. któremu na imię świat. dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. czego doznawał w świecie. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. że należało uratować tę przyjaźń. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. jakby to wszystko. jak wspólnicy przestępstwa. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. że ich przyjaźń i sojusz. była dla niego posadą uciążliwą. Konrad szybko się starzał. z którym. Konrad nie miał pieniędzy na życie. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. Bracia mówili o tym głośno. Konrad tłumaczył mu. A ponieważ kochali się. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym. po prawdzie. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. głosem. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu.lekturach. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. z mundurem i stopniem oficerskim. nad którymi panujemy. którzy są zmuszeni ulec. o społecznej ewolucji. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. obojętnym i budzącym lęk domem. na całe życie. . Syn oficera gwardii czuł. mówił o świecie. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania.

i czarne jedwabne półbuciki. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. Ta od koni. Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć. co oznacza miłość: pożądanie. grając rolę. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. Przyjechali tam powozem. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. Lecz ponad kobietami. ponad obowiązkiem. Pili lekkie czerwone wino. rozbicie smutnej spoistości ciała. które było silniejsze od wszystkiego. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń.. które poprzedni podnajemca atelier. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. na przykład do restauracji. kwiaty i po jednej rękawiczce. I Angela. opary olejku różanego i francuskich wód. tak. pośród liści. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. stąpała tak niepewnie. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. A potem Angela. był niegodny jej nóg. tancerka. w atelier. pozostały po nich wstążki. tak ona strzegła swych nóg. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce. różową jedwabną suknię. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. jakby każdy ziemski krok. tych arcydzieł. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. i to wszystko. . w atelier. ponad światem jaśniało pewne uczucie. to jednak Weronika. jak ktoś. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę. przez parne. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. która była również profesją. chwila poza świadomością. listy. i z roztargnieniem sobie przypomina. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać.. dopasowaną w talii. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. chwila czystego istnienia. Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków. nie bez wzruszenia. kto ocknął się ze snu.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. i mile. we troje. Weronika bezwiednie objęła ich obu. Na imię mu przyjaźń. Weronika. delikatnie. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. Ależ nie. Ach. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie. Była to chwila szczęścia. tancerka. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. przydając mu napięcia. Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. z głębi powozu. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. To uczucie znają tylko mężczyźni. pachnące listowiem lasy. Po kamienistej drodze. zniesienie praw grawitacji. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. zazdrość i pełną rozterki samotność. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. jakby badał obraz przez szkło powiększające. Tutaj żyła Weronika. I wszystkie inne. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. Weronika. a młoda kobieta często się śmiała. białe. pewien styryjski malarz. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie.

Włożył czarny garnitur. Przyglądał się okolicy. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit. cienki tomik. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. widział pewien przyczółek mostowy. srebrne i złote medale. Ubierał się sam.8 Generał przebrał się. dolinie. długo mu się przyglądał. z rękami założonymi na piersi. na ogród spadła ulewa. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. W ostatnich latach. jak myśliwy. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. pamiętną paradę w Wiedniu. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. żółtej drodze na dole. wsypał ordery z powrotem do szuflady. Gdy spał. wprawnymi ruchami. lasowi. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. wzruszył ramionami. Podszedł do stołu i niezdecydowaną. Stał przy oknie nieporuszony. jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. wyjął z szafy galowy mundur. Podszedł do okna i otworzył okiennice. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. Już zmierzchało. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. . Otworzył szufladę. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. Wzruszył ramionami. w głębi – zarysom miasta. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. poszukał swoich odznaczeń. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. wzdłuż Dniepru. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz. zielonym i białym jedwabiem. przyjęcie na peszteńskim zamku. Roztargniony. Długo trzymał w rękach tomik. przymknąwszy jedno oko. Następnie drobiazgowo. Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. kiedy celuje. głęboką szufladę. sprawdził pistolet. jakby rzecz całą bagatelizował.

To było dobre pokolenie.. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. dawni pracownicy. w kapeluszu z piórami. oddając się obowiązkom i milczeniu. pokojem muzycznym i salonami. byli dumni. majordomusa i co znaczniejsze konie. niczym zakonnym ślubom. jak praskiego artystę S. znajomi. co był tu przejazdem. lecz wierzyli w coś: w honor. który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. jak woltyżerka. krok za krokiem. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem. kiedy generał wyszedł z gabinetu. I kiedy doznawali zawodu. portrety tłustych. świetlicą. obcych panów w perukach. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. prawdziwi mężczyźni. Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. prapradziadkowie i praprababki. że tutaj też kiedyś wisiał obraz. Potem następowało kilka spokojnych. o ustach żądnych rozkoszy. w mundurze oficera gwardii. A teraz. kto nawinął mu się pod pędzel. Ofiarą pędzla błąkających się. także w kobiety. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach. zamiast portretu. w czarnej . z niewzruszoną twarzą. Obcy ludzie. ze szpicrutą w ręce. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. poważnych męskich twarzy. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. To było dobre pokolenie. daleka rodzina jego matki. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. wędrownych portrecistów. przyjaciół i kolegów z pułku. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. Generał. z węgierskim wąsem. A potem portret ojca. towarzysze pułkowi. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. byli to rówieśnicy oficera gwardii. w milczenie. milkli. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem.9 Minęła godzina siódma. w męskie cnoty. w galowych strojach. I jeden z portretów mamy. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. Dalej już były same pejzaże. szedł powoli. w samotność i w dane słowo. Większość milczała przez całe życie. długim korytarzem. przeszedł przed pustym czworokątem. W końcu korytarza stała niania. W rodzinie generała była taka tradycja. ale i sławniejszych.

pod zegarem. fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. Przedmioty.sukni. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. jak mechanizm. ponieważ po północy. wilgotnymi. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. na potężne meble. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. – Tak – powiedział. tą w kwiaty – powiedziała niania. Generał patrzył na obszerny westybul. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. że go spaliłaś. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. spojrzeli z góry w jej głąb. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. naprzeciwko kominka. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. Myślałem. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. – A więc pamiętasz. – Tutaj siedział Konrad. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. w głąb westybulu. metalu. i ta . – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. które strzegły pamięci. Nie tylko meble zaczęły żyć. – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. lecz jedna chwila. który przywiozła jeszcze moja matka. Pałac. na florenckim krześle siedziałem ja. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. – Dobrze. żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. Potem. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. – Nie chcesz. Przed czterdziestu jeden laty. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. w fotelu. Niania skinęła potakująco. na rozmieszczenie foteli. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. drewna. który nakręcono. – Pamiętam – powiedział spokojnie. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. że strzeże obrazu. sensu pewnej godziny. ale i obrazy na ścianach. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. sprzed czterdziestu jeden lat. W kominku polana przygotowane do podpalenia. – Uspokojony skinął głową. wielkie żelazne świeczniki. – Nic od tego nie zależy. że jeszcze go chronisz. już ciszej: – Nie wiedziałem. w nowiusieńkim. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. – Tak. pewnej chwili. – Tak. przy ogniu. Krystyna siedziała naprzeciwko. Pośrodku. na salon w głębi. na kwiaty ustawione na stole przy kominku. – A jest jeszcze? – spytał generał. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół.

– Kiedy właśnie prawdy nie znam. na dźwięk jego głosu. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. Krystyna także nie znała prawdy. – Dobrze znasz prawdę. Byłeś tak daleko. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. Jedną z tych olbrzymich butelek. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. I teraz. Teraz już nie ma. – Zupę i pstrąga. – Tak – powiedziała spokojnie niania. dzisiaj wieczorem. Po czym umilkł. – Krystyna lubiła raki. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. a ona konała. I butelkę ze starego Mumm. a oni. Nie lubiła szampana. gdy zaczęły żyć. do ryby. – Tak – powiedział generał. żebyś wiedział. Krystyna piła półsłodkie. Wtedy były również raki – powiedział cicho. nad ranem. jakbyś dokądś wyjechał. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. pozostali sami. Stek i sałatę. – Z tamtego jest tylko wytrawne. Kiedy Krystyna konała. jak mechanizm. przedmioty owe również o tym pamiętają. – Rzeczywistość to tylko ułamek. I chablis. – Prawdę – odparł krótko. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. Mówię to po to. jakby mówił do siebie. pochyliła głowę. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry. – Bacz. bądź kogoś ze służby. Perliczkę. Powiedziała – w stronę pokoju. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. Wtedy jeszcze były raki w potoku. – Zawsze tylko jeden łyk. – Prawdy – powiedział generał. I płonące lody. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. . wzywała ciebie. który nakręcono. Może on. że lokaj i pokojówka. do pieczeni. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. jak wspólnik przestępstwa. aby było dobrze. Pod każdą postacią. zaczepnym tonem. Sam jego ton sprawił. Była tylko ze mną. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. – Jeden łyk – powiedział generał. – Byłem tutaj. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. zna ją. na górze. Byłeś w swoim gabinecie.chwila była sensem ich istnienia. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. Pamiętasz? – Tak. by dokładniej zrozumieć słowa. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. Konrad. – Niania zamyśliła się.

– Widzisz.Generał milczał. – Świece – powiedział. Wyprostowany. pojawił się stary człowiek. w ślad za lokajem. . Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi. Nini. w czarnym ubraniu. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się. – Bacz na wina. powoli schodził po schodach. jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho.. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął.. Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji.. – Pamiętasz?. Świece stołowe. – A ja tak – odparł przekornie. starczo i uroczyście. niebieskie. Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa. – Zdaje się. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się. Niech się palą. Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie.. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. i na wszystko. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania.

bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. w postawie. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat. Obaj czuli w owej chwili. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. Przetrwaliśmy.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. Jak ktoś. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. i Schadenfreude. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. myślał generał. Mam niewielki dom. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. A gość. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. a jednak każdego dnia. lecz pierwszorzędną odzież. czas oddalenia – czas. Kiedy powróciłem z tropiku. Po to żyli. – Skąd przybywasz? – spytał generał. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. – Gdzie byłeś w tropiku? . – Mieszkasz tam? – W pobliżu. mrugając oślepionymi oczyma. myślał generał. śladowych resztek ochoty do życia. Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa. kiedy się nie widywali. Konrad wiedział. On również miał na sobie czarne ubranie. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. zostałem tam. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić. z dziwnym zadowoleniem. a generał wiedział. że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. Chyba jest bogaty. szukając w twarzy. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. – Z Londynu. Pod Londynem. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. dlatego jest taki silny”. Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli. poważną.

– Ale po tobie tego nie widać. w starym fotelu. gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. wśród Malajczyków. Wcześniej w głębi półwyspu. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. I również usiadł. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. czterdzieści jeden lat temu. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. który stał pod zegarem. przed i po kolacji. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. Nie odpowiedział na pytanie. Teraz. – Ohydnie – powiedział Konrad. który do tej pory przezornie omijała. i rozmawiali. To było jego miejsce. Witaj! Wypili i usiedli. . Zużywa narządy. kiedy usiadł obok kominka. – Nie znosi takich ludzi. gdzie kiedyś żył. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. on. – Ale to tylko w ostatnim czasie. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. co wieczór. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. Czuł się jak myśliwy. spala tkanki. jak my. w tonie konwersacji. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania.– W Singapurze. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. Krystyna i Konrad. Generał uważnie obserwował jego ruchy. Coś w człowieku zabija. kiedy we troje siedzieli w salonie. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. w fotelu. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. naprzeciwko kominka. – Nie? – zapytał gość. – Podniósł białą rękę.

jak pozostali. A potem ta chwila. Później drętwiejesz. kiedy tam dotarłem. przecież pamiętasz. – Anglicy również? – spytał generał. – Rzadziej. Miesiącami obojętny. że umrzesz. owszem. rozpoznają. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet. Ale ich także zatruwa ta gorączka. w ruchach. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. że przywykniesz. Jest absolutnie pewne. kto dłuższy czas spędził w tropiku.. Wszyscy piją. – Mówił o tropiku. Miałem trzydzieści dwa lata. ponieważ . kiedy nie wiesz. Holendrzy. – Byłem jeszcze młody. Może to te malajskie kochanki. abyś wiedział. Jakby powiedziano: „Syfilis”. Napad szału. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. niekiedy już w pierwszych miesiącach. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. Albo: „Szpiegostwo”. jakby zmienił się rytm twojego życia. Anglicy. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze. Są wśród nich piękności. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. po pstrągu. obyczajach. że ten. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. pola golfowe i korty tenisowe. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. Szanują go. coś się w tobie pali. na wyspie jest podejrzany. w łóżku i przy stole. Nie miałem pieniędzy. zamknięcie się w sobie. Ci są legendą. A większość po czterech. Podejrzany jest każdy. W trzecim roku czujesz. w domu. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. w uśmiechach. – Zrazu myślisz. ludzie mają przekrwione oczy. smoking. ten szał. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. Święcie wierzę. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. serce bije ci inaczej. tam. W pierwszym roku myślisz. a jednocześnie jesteś obojętny.11 – Tak to jest – powiedział Konrad. kto dłuższy czas spędził w tropiku. który nie ma bakcyla chorobotwórczego.. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. Belgowie. Może rośliny. ci się bronią. lecz jest podejrzany. Raptem znalazłem się wśród bagien. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. Żyjesz szybciej. który wkładają wieczorem. kiedy usługują. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. Może to woda. Trzeba. whisky. Francuzi. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. Tę swoją uprzejmą pychę. dobre wychowanie. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. w domach o blaszanych dachach. Oczywiście nie każdy. pięciu latach bydlęcieje. że to jest choroba. w środku bagien.

wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. z orderami na piersi. Wschodu i Zachodu. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem. ucieka najtaniej. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. pomiędzy górami i lasami. niebieskimi świecami kościelnymi. – Kto tylko pije. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia. w którym jest także coś pociągającego. kto przybywa z tropiku. – Rozumiem – powiedział generał. – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem.. w mundurze. w obszernej jadalni. przełykając ze znawstwem. Świece płoną wysokimi płomieniami. Wszelkiego rodzaju namiętność. orchidee w kryształowym wazonie. Niecałkowicie jest nim. Ponieważ przeżył tropik. cztery arcydzieła fabryki w Sevres. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie. jest czymś takim jak sala w muzeum. jak tornado za bagnem. Daremnie prenumeruje czasopisma. Tropik to choroba. ponieważ jest podejrzany. z odchyloną głową. na które biały człowiek w tropiku. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. Tam namiętność kryje się w życiu tak. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. męczące i kłopotliwe maniery. Siedzą przy długim stole. na rządowych przyjęciach. – Gość smakował chablis. Daremnie zachowywał te dziwne. aby to powiedzieć... co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. zważa równie pilnie. Sala. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem. poprawny i dobrze wychowany. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. to pewne. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. a szare. w oddali . Nie można stwierdzić. wśród ludzi takich jak on. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku.. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. co jest w jego krwi. z tropiku nigdy. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe. daremnie.daremnie grał w golfa i w tenisa. meble pochodzące z Wersalu. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. jest bardzo gładki. w sercu. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. Przed generałem stoi symbol Zachodu. która nie widziała gości od śmierci Krystyny. Południa. Ale w środku jest inny. – Powiedz. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. pomiędzy nimi. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami.

To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. pokryte gobelinem. a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. Je łapczywie. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada. od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim.. w dużej sali. kryształy. Dlatego wyruszyłem w podróż. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. nieporuszony. Mówią cicho. spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. – Rozumiem – mówi generał. Majordomus w czarnym surducie trzyma. dwaj starzy mężczyźni. dlatego też przyjechałem i tutaj. z którego jest zrobiony instrument. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. – Przed czterdziestu laty. ba. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu. w drodze do Singapuru. że słychać nawet trzaskanie polan. straż przy podstoliku. i ten dom. który słuchając jadł i myślał. – mówi niepewnie i – zmieszany. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. w burnusie. słoń i człowiek o czarnej twarzy. a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym. – Nie – mówi Konrad. . Krystyny. eleganckimi gestami. daleko od siebie. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. Niedługo umrę. W sali jest tak cicho. – Przyjechałem tutaj.. odbija dźwięk strun. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. jak drewno. złote sztućce. który poznałeś tropik i namiętność. lecz ze starczą żarłocznością. starym drewnem. ponieważ byłem we Wiedniu. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. – Dawno – odpowiada. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. – A więc byłeś we Wiedniu. zgodnie czegoś strzegą. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów. ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. – Mam siedemdziesiąt pięć lat.migocące światła małego miasteczka. Niegdyś było to miejsce żony generała. kieliszki i tapety. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. mimo woli milknie. talerz. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. Wtenczas. jak ty. Co prawda. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał.

tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. ale nie byłem samotny. Radykalna zmiana. Kiedy indziej także. Niebieskie światło w sypialni Instytutu. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. tak jak ty to zrobiłeś. z którym właśnie rozmawiam. Rewolucja. ponieważ miałem przyjaciela. służba. poszukać czegoś albo kogoś. czym w świecie jest kamerton. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. – Ale w końcu jednak zostałem. Dlatego zrzekłem się. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. w spojrzeniu ludzi. gdy padał deszcz. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. – Zmianę. Do pewnego czasu myślałem nawet. Owszem. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. Zawsze słyszałem jego głos. – Wiesz. w ich stylu. kto nie potrafił odpowiedzieć. i wszystko to. to potem żyje tak długo. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. Zimowy Wiedeń i wiosenny. – Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. – Tyle tylko. Żeby wyjechać w świat. że nie miałem już sił na dalszą służbę. nieomal wstydliwie. wcześnie przeszedłem na emeryturę. Byłem biedny. . – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. Ten. Człowiek robi się sztywny. – Wiedeń – mówi. że odsłużę mój czas do końca. kiedy namiętności już nie bolą. wielka. wiesz. aż się znudzi. U nas niewiele jest zmian. – Tak – odpowiada gość. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. Miałem pięćdziesiąt lat. ile wymagała służba. co kochałem. rozglądnąć się. że jestem do tego zbyt młody. jak wywołać dźwięk kamertonu. oporny. żeby porzucić służbę. Obiecałem ojcu. Białe konie hiszpańskiej szkoły. Rozumiesz. lecz pewnym dźwiękiem. Mówi to bez nacisku. No. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. jak ów przyjaciel. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. ten. szukać. w kamieniach. Dlatego pozostałem. To było najpiękniejsze w moim życiu. Była taka chwila.– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. Zrozumieli i zaakceptowali. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. Czułem. kiedy mi powierzono korpus. – Generał patrzy w płomień świecy. W Wiedniu tak żyje muzyka. obojętnie. A Wiedeń także był czymś takim. Tak sprawdzałem ludzi. – Słyszałem o tym. a potem obserwować. generał w chybotliwy płomień świecy. kiedy myślałem o tym. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. w tropiku. że Wiedeń był dla mnie tym. nie był moim człowiekiem.

. – Może. pośród bagien. że w Rosji wybuchła rewolucja. Tak. w głębi puszczy. Bez żadnego powodu. o dwunastej. Wyczułeś. ubłoceni po pas. w południe o dwunastej. w siedemnastym. z chińskimi i malajskimi kulisami. jak to tam jest możliwe. pośrodku oranżerii. co jest dla niego ważne. cztery tysiące kulisów. Żyliśmy głęboko na bagnach. ani źle. że już nie pracują. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. na bagnach. Niczego tam nie wiedzieliśmy. i powiedzieli. bez telefonu i radia. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. Że pewien człowiek. który się dowiedział. W świecie szalała wojna. – Dowiedziałem się.– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. co przynosi wieści ze świata. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. tak. Chcieli podwyżki płac. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. ale zrozumiano mnie. położyli narzędzia. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. Potem zrozumiałem. – W dwudziestym ósmym roku życia. pewnego dnia porzucili pracę. Domagali się różności. – Myślisz? – pyta generał. Oni takie rzeczy rozumieją. Dlatego powróciłem do tropiku. Lecz pewnego dnia. siekiery. co w nich wstąpiło. – Skąd wiesz. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. bez aparatów i telefonów. – Tak.. ani dyscyplina.. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. I pewnego dnia. jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. – Spoczywa w ogrodzie. jak odszedłeś. w puszczy. Ani dobrze. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. Gdzie może być? Tylko w grobie. nagle zmieniając temat. od tygodni z dala od wszystkiego. Dłuższej przerwy w pracy. jak tam być powinno. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. Człowiek wie. Nic się wokół nich nie zmieniło. powiedzieli. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. że nazywa się Lenin. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć. zaopatrzenie także. bez gazety i radia. co moi kulisi. jak chciała. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. – Gdyby żyła. Pracowałem na bagnach. ani warunki pracy. półgłosem. Nie było telefonu. Tam dopiero zrozumiałem. Tak. dosyć. Byłaby starą kobietą. – Siedemnasty. łopaty. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. Ale nie ma jej tutaj. Przyszli z gąszczu. Tak. Ani radia. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. – Żyłeś w tropiku. To było niepojęte. z nagimi korpusami. Było niepojęte. tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. nie siedzi pomiędzy nami. wszystko było po dawnemu. Chińczycy są najlepsi. – Tak – mówi generał. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył. W południe. – Znowu liczy.

Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. Upłynęło tyle lat. Zmieniają się warunki życia człowieka. Służyłem do końca wojny.. Co pozostało z tego? To. . Zwłaszcza ostatnia zima. Myślałem o tym. W pułku. – Wszyscy umarli. – Często występuje w tropiku. dokąd? – pyta chłodno generał. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć. – W czas. że nie jestem tutaj. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. co to wszystko wiązało w całość. możliwe. W tropiki albo jeszcze dalej. uprzejmie. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. Na północy. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. jakby dodawał mu otuchy. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. – Myślę. zrzekli się tego. jak ktoś. Bardzo stare wino. No. – Gość zgodnie kiwa głową. Galicja i Chopin. Dość rzadka choroba. Znieważono to subtelne uczucie. kiedy wy biliście się. w Europie. nie akcentując tych słów. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. Możesz mi wierzyć. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. jak tropik. ten dom tutaj i koszary w mieście. odeszli. ale nie przyjechałeś. – Możliwe. czasami cierpiałem na samą myśl.– Na co chorowała? – Powiedziano. Tutaj. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. prawie całe życie. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. że często występuje i w Europie. W takich przypadkach człowiek odchodzi. i on również podnosi kielich. gdy zmieniają się warunki życia. – Możliwe – mówi generał. – Awantur?.. kiedy złożyliśmy przysięgę. na co przysięgaliśmy. Tak. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy. – Ja też nie bardzo. – Dalej. Co najwyżej może wymienić dokumenty.. – Inni – mówi generał bez nacisku. – Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. że zmarła na anemię złośliwą. rozpadła się. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. żeby powrócić i zameldować się w pułku. Ten świat umarł. a na takie zmiany reaguje morfologia. Nie znam się na tym. – Ohydna. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. – Nie – mówi zgodnie generał. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń. Był niegdyś świat. Człowiek powoli staje się znachorem. – Nie ma już tego. to tajemnicze spoiwo już nie działa.. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec.

– Dla mnie ten świat żyje. co mogę powiedzieć. To wszystko. ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. ponieważ przysięgałem właśnie na niego. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. To wszystko. co mogę powiedzieć. i w milczeniu piją czerwone wino. . Żyje. – Tak. wzajemnie się pozdrawiając.

przyznaję. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. Albo napiszesz. co najważniejsze. było nas troje. co dla ciebie było kostiumem. ponieważ rozumieli. Nie rozumieli twojego odejścia.. jak sny. lecz pogodzili się z nim. Wszyscy czekali na ciebie. ja także. Kilku w pułku. dwudziestu latach okazuje się. ponieważ wiedzieli. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. Zrozumiałem to później. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. – Tak. człowiek je wyrzuca z pamięci. Krystyna jeszcze żyła. – Świat to jest nic. To. – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. To. Po dziesięciu. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. co ważne. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. Wielu tak to odczuwało. jakby to. zlepiają surowiec . Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. prawdziwi żołnierze. Wiedzieli. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. Wtedy człowiek prędko zapomina. że miałeś swój powód. Lecz wierzyliśmy. nigdy nie zapomnisz. Tego. musiałeś wiele przejść. nie gniewaj się. – Nie – mówi. że wszystko znosisz trudniej niż my. – Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. – Tak – mówi generał. Żyłeś w świecie. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to. pośrodku. Siedziała tutaj. Nie dziwiliśmy się.. – Przed tobą stał Wschód. mrużąc oczy. że pewnego dnia powrócisz. Wybaczyli ci. A przede mną Zachód. kiedy się już zestarzałem. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. dla nas było powołaniem. albo ten pokój. – Wszystko pamiętam. co istotne. Mniej więcej wiążą całość. – Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem. że jeszcze powrócisz. krępujące już sobie powiedzieli. – Tak. Krystyna też. jeśli ich pamiętasz. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. przed Krystyną Południe. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. dla nas było przeznaczeniem. Trochę byłeś dziwakiem. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie.

Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. Bagno paruje. Wtedy trzeba decyzję odwołać. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. Po czym przychodzi susza. kiedy człowiek nie dba już o to. lecz nikt o tym nie mówi. Jakby stale ktoś cię głaskał. niewiele mówi. że przecież siedzi gdzie indziej. Pada deszcz. ta parująca jasność. a siła jest także w jedzeniu.pamięci. gdy gromadzi w sobie siły. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. w czterech ścianach. chleb. usiądzie na progu domu i patrzy. te milczące bestie. ponieważ słuchasz deszczu. i patrzy. jest kleiste. Ale i to nie pomoże: wiesz. Człowiek prędko się starzeje. czarodzieja i głupka w jednej osobie. Ten deszcz – mówi. odrobinę mlaskając. A potem stajesz się nerwowy. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej. które są tak potrzebne. czujesz to spojrzenie. Jedzą. kapłankę. w krwistym mięsie. Można zwariować. kiedy padał deszcz. aby wyszła z pokoju. Mają wielkie brązowe oczy. pościel. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. Siedzisz w domu. Potem się zmęczysz. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. Siedzisz w swoim pokoju. jak człowiek. Czasami myślałem o tym w tropiku. trzeba mieć siłę. jak tybetańskie psy. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. aby jeść pięknie. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. ważniejsze jest. którą wziąłeś do domu. Patrzą tymi błyszczącymi. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. Malajowie śpiewają. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. Wszystko jest wilgotne. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. w którymś z pokojów. zabójcę. Ciągle rodzą dzieci. tytoń w blaszanej puszce. nie dosłownie. pijesz wódkę. Chcesz grać na fortepianie. Aby działać. książki. by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. Gdy ją odprawisz. Ale potem i to ci zobojętnieje. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. . najmniej one same. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. Czasami ktoś przybywa. – Całymi miesiącami. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. Kobieta. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. Silne jak dotyk. deszcz jest ciepły. a jednak rzeczywiście. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. Wszystko się lepi. Chcesz czytać. bardzo dużo wódki. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. w ciemnym winie. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym. palisz słodkawy tytoń. nakazujesz. jakby zaczynał mówić o czymś innym. ponieważ to spojrzenie jest tak silne. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. Zrazu tego nie zauważasz. bielizna.

niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. starczo. Czy nie grałeś tego później. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. niemal dziecinnie. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. – Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. wieloramienny lichtarz. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. jak na wielkim statku. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. Majordomus spieszy do okien i. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. Dziadek opowiadał. nagle robi się ciemno. Niebo na chwilę się rozjaśnia. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. zajmując główne miejsce przy stole. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. Pokój jest przegrzany. jak ktoś. Po czym lokaje wnoszą nowy. w pokoju żółtym. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. niczym złoty miecz ciało ofiary. które nie zgasły. Pinta. Teraz. jakby wreszcie przypomniał sobie to. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. i tyle mógł wypić. Gość zastanawia się. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. Dlatego dobrze. Siedzą bez słowa w ciemnościach. – Nie – mówi. Dużo jedli i pili. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. Taka była hierarchia napojów u króla. Wiesz przecież. Jedzą winogrona i niespliki. półtora litra. szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. w tym pokoju. Dlatego nazywało się stołowe. kto wspomina. Wicher już wdarł się do pokoju. gdy jedli i pili. . Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. To był przydział gościa. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. by podano jeszcze czerwone wino. trawi. Ciężkie. dlatego teraz są czerwoni. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów. Piorun uszkodził elektrownię miejską. – Popatrz. w tropiku? – pyta jeszcze raz. co najważniejsze. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. kiedy zrywa się burza. Osobna butelka dla każdego gościa. macając w ciemnościach. Gość. po lewej pleban. przygląda się tym zabiegom. Siedział tutaj.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. Daje znak. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały. ile tylko chciał. A teraz już widać. Stołowego. bo stało przed nim. na stole. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. mrużąc oczy. Spał na piętrze.

Siedzą w milczeniu. Pozostali sami. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. a ponad ich głowami kołysze się światło świec. ciepłego porcelanowego pieca. grzeją się. Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan. odrobinę kołysząc się i ociągając. Zamknięto za nimi drzwi. .– Tam – powtarza generał. jak ich cienie na ścianie. Tutaj siadają. kawę. pudełko cygar. grubości dziecięcej ręki. do pokoju. w zasięgu ich rąk. z jadalni przez zimne salony. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. jak ktoś. którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. płonącymi świecami. Teraz obaj zapalają cygara. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. Lokaj stawia na stoliku. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę.

– Ktoś. Opowiem ci. aby o tym myśleć. która kryje się między tobą i mną. kiedy ty byłeś w tropiku. jak ta. dwa. kupuje kobiety. Może wpadnie na mur. I powiadam ci. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. Dobrze to przemyślałeś. A jednak powróciłeś. raz jeszcze będzie mógł . nie burzy porządku.. czeka. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego.. abyś żył. pod Londynem. czego doświadczałem sam wśród lasów. żyje. jak twoi Malajowie. prawda?. i co wywoływało w nim napięcie. szuka zwady i wszędzie ją znajduje. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie. Żyje jak zakonnicy. Tylko czeka. tytuł i pozycję. żyje w surowym rygorze. Samotność. Dość miałeś czasu. a może i to nie. – Rok. nie ma wiary. Nikogo nie pobije. Naszego życia i tego wszystkiego. Na ten dzień albo na tę godzinę. Zmusza cię. bo nie mogłeś postąpić inaczej. wedle jakiejś pogańskiej. z bronią w ręku albo bez broni. i rozbije się. Sam dobrze o tym wiesz. Nudę. którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia. jest dosyć osobliwa. to jeszcze nie jest najgorsze. Ma pałac. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię.. jest szczególna siła.13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. Po której następują gwałtowne wybuchy. Rzuca się w wir świata. Samotność jest tak samo tajemnicza.. co dotychczas stanowiło jego treść.. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. w gruncie rzeczy.. Obaj wiedzieliśmy. najpierw w tropiku. w świecie. i wtedy nastąpi koniec. z tym swoim drętwym spojrzeniem. A człowiek. aż pewnego dnia dostaje amoku. Gorzej. Nie pożyjemy długo. Nie biegnie donikąd. Znam wszystkie jej odmiany. że spotkamy się jeszcze raz. wściekłego psa. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek.. a to jest może i bardziej niebezpieczne. czasami tak. jak puszcza.. świeckiej reguły. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. jak dżungla – powtarza uparcie. Ponieważ w takich tajemnicach. lecz zakonnikowi jest łatwiej.. potem w swoim domu. który duszę i los oddał samotności.. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. kiedy to wszystko. może życie zderzy go z tysiącem przeszkód. wszystko wokół niego eksploduje. ponieważ ma wiarę. ponieważ powróciłeś. Jedzie do wielkich miast. co zmusiło go do samotności. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. Co robi? Żyje. jakiś człowiek. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi.

I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. aby samotność. pomiędzy Malajami. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. gdy już jestem stary. że pewnego dnia powrócisz. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. co było na początku. ponieważ byłeś moim przyjacielem. że ja nie targuję się ze światem. radia także nie mam. bez pożegnania. jeżeli padnie.przedyskutować z tymi (albo z tym). nikomu nie być dłużnym. w których mieszkam. Jeżeli dobrze liczę. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. Owszem. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. Bo chciałem cię odszukać. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. aby trans czasu. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. i w jakim żyłem. Wszystko to jest mi obojętne. wiele myślę o dzieciństwie. Ale. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. od czterdziestu jeden lat. Widzę twarze i słyszę głosy. On wtedy uznał cię za przyjaciela. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. – Cieszę się. dobrze wiesz o tym. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. że to zwykły bieg rzeczy. skoro już tak powiedział. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. albo na dnie piekła. przez czterdzieści jeden lat. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila. wszelki brud i głupi zgiełk. nie od wczoraj. Masz rację. albo. wyjechałem nagle. Ta chwila nadeszła. wczoraj lub przed dwudziestu laty. Gdybym nie wiedział. jakby przygotowywał się do pojedynku. w biurze rządcy. – Dokładnie tak – mówi gość. to można było na tym . w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. Naturalnie. I kiedy gość milczy: – Teraz. Wydaje się. odebrać wolność i życie. że nie mogłem postąpić inaczej. zna. Wolałem czekać. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. Nie przyspieszałem tej chwili. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. że miałem również powód. Powiadają. kiedy kres jest bliski. jak wszystko w życiu. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. aby. Natomiast ważne jest to. I patrzy na popiół swojego cygara. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. to był mój problem. W moim domu nie ma telefonu. że ty również tak myślisz – mówi generał. – Właśnie o to chodzi. jest tam. żeby już być całkiem dokładnym. I to jest najbardziej niebezpieczne. Możliwe. I co dnia ćwiczy. na dole. którzy go do tego doprowadzili. – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. aby cię odszukać. w jakim się urodziłem. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. do którego warto się przygotować kompletnie. że żyjesz. jak na przedmiot. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. w tym. bez szabli. To nad tym się głowię. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. Widzę tę chwilę. ma ono swoje ograniczenie w czasie.

jak to słowo. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie. to samo ich bawi. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. Dwóch starych przyjaciół.. ponieważ mają podobny gust. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała. Nie niepokój się. to bez reszty. każdego ludzkiego związku żyje Eros. A jednak Eros. Niekiedy myślę zgoła. nie mając nic do roboty. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. być może. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. w pobliżu Londynu... możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie. jeszcze więcej. ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. jeśli zechcesz stąd wyjść. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. To była ostatnia chwila dzieciństwa. i ojciec uścisnął ci rękę. że ten. Myślę. jak wszystko inne.. Zacząłem od tego. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. wśród lasów. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. Postaram się mówić składnie. albowiem działa podniecająco. w samotności.. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi.. Czy pamiętasz tę chwilę?. Dobrze o tym wiedziałeś. – Dzisiaj piszą o . do samej śmierci. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. Ale jeśli już.. Wobec tego będę mówił. Prawda. Może więc coś innego?. Wiesz. myślałem o tym. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. co było ważne w życiu. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. I muszę ci powiedzieć. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. Ale. Wybacz. może dlatego taki rzadki. co to dla niego znaczyło. jeśli to. Właśnie tak uścisnął ci rękę. że dla mnie znaczyło. kiedy słońce już nad nimi zapada. powóz czeka. ono mu nawet przeszkadza. Słuchasz mnie? Dziękuję. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej. dobrze wiedziałeś. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. mimochodem. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. co honor. – Powóz czeka. Ale teraz. Przyjaźń to naturalnie coś innego.polegać do śmierci. Na dnie każdej miłości. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. że nic nie było dla niego równie ważne. będziemy mówić tylko o prawdzie. jeśli sobie życzysz. dokąd zechcesz. znałeś go przecie. Ale to nie jest przyjaźń. Ale najpierw wysłuchaj mnie. jałowe słowo. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo. Wiesz dobrze. może na niego liczyć w każdym kłopocie. albo w tropiki. możesz wrócić do miasta. skoro już tutaj jesteś. co teraz mówię. wspomina wiele różnych rzeczy. w biedzie. w każdej chwili. że mój ojciec uznał cię za przyjaciela. – Mów. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. pod kasztanami. za słabe.. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. że jest to najsilniejszy związek w życiu. komu podaje rękę. – Wysłucham cię – mówi gość. do domu. Staliśmy pod kasztanami. u początku długiego podjazdu. Sądzę. że rzadko podawał rękę. czasami. Powrócisz do miasta. na dziedzińcu Instytutu. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. ponieważ się spotkali. niemal ciepło.

nie pamiętam jego nazwiska. czyż ma prawo obrazić się.tym o wiele swobodniej. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. że ten drugi jest niewierny i nikczemny. naturalnie. która niczego. prace myślicieli . bezinteresowność. sam widziałem. Ale Platona także czytałem. Nie chce kompensaty. jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń. oczywiście. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. Ani księgi dawne. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty. co więcej. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. Przyjaciel. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. jakby było przyjaźnią. Samotność. żarliwym zaufaniem. jego charakter. Wreszcie. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. zna jej błędy. czy warto żyć. możnaż go oskarżać. nie jest prawdziwe. Ciekawe. bardziej nowoczesna niż u nas. gotowość przyjścia z pomocą. w której kochamy w innym cnoty. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. Pisał o tym pewien rosyjski książę. Są lwy i cietrzewiesamce. skłonne dopomóc słabszym. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. Wszystko to. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. To byłby ideał. która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. który dużo jeździłeś po świecie. nie uważa za istotę nierealną. bezwarunkowym. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego. kiedy zostałem sam. ale zawsze. bardziej postępowa. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. W książkach również jej nie znalazłem.. Sympatie. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. wielokrotnie. podobnie jak zakochany. Swoją drogą. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. kogo obdarzył przyjaźnią. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. a potem musi na własne oczy zobaczyć. żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. że znają go zwierzęta. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. byłże on. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. Tego. aczkolwiek najczęściej tego żałują. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi. przyjacielem? Widzisz więc. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. w naszym zacofanym świecie. oszukany i porzucony. które wpadły w tarapaty. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca. ale do czasu skłonni są wierzyć. wierność..

czego bym nie dotrzymał. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. że trudno znaleźć . I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. co uczynił. gdy zdarzenia pokazały. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. mocne słowo – mówi poważnie. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. Nietrudno się o tym dowiedzieć. Jedynie prawda może dać odpowiedź. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. Wielkie. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. – Dlatego jesteś tutaj. coś najgorszego. – To mocne słowo. Wszystko jest zamiarem. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. nawet wtedy. może zabić. Wtedy i wtedy. co się stało. oparte na religii systemy prawne. Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. Zdarzyło się to i to. żydowskich i łacińskich. spojrzysz z pewnego dystansu. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. niż prawdę. Zrzekłem się mojej szarży. Właśnie o tym mówimy. którzy są otwarci. a jednak wypowiadają raczej słowa. ale zamiarem. – Możliwe. W końcu nie byłem nikomu nic winny. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. ani też współczesnych. Ucieczka. jak się godziło.chińskich. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. jak zwykły mówić. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. – Ale. Człowiek nie grzeszy tym. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. wiedzą to i głoszą. odrobinę obruszony. niepozorni. że gniew. ba. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. nie jest całkowicie szczery. będziesz musiał przyznać. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową. Lecz po drżeniu jego głosu znać. nikomu nie obiecałem niczego takiego. a w środku pozostać czystym. co prawnicy nazywają motywem. zrobiło się gęsto od wspomnień. który doprowadził do tego czy tamtego. dawne. Fakty mówią. Tak i tak. Zawsze jest tylko następstwem. a każde wspomnienie mówiło mi. ponieważ musiałby znać to. iż ów przyjaciel był wiarołomny. Jej powodu – nie. nieomal nikną w półmroku. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. jak skazańcy na torturach. popełnić podłość. gdy na to. które studiowałem. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. Możesz mi wierzyć. Odchyla się w fotelu. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. Nagromadziło się wiele książek.

w pewnej chwili. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. smaku. które kaprys natury związał na śmierć i życie. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. w pobliżu nas. jak się to ludziom na ogół zdaje. jakby patrzył w przeszłość.. – Ordynans. w wieku trzydziestu. A jednak.. młodość. Niezbyt często. a potem najlepsze lata wieku męskiego. dłonią przysłania oczy. ponieważ słyszałem. w innych warunkach. Tak. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. Niekiedy dopuszczałem myśl. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego. nawet wtedy. Nie piszą do siebie. sympatii. że może przyjaźń jest to taka więź. że zostawiasz za sobą dług. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. że nikomu nie byłeś nic winny. Spokojnym. Pozostałem sam w pokoju. oddzieleni tysiącami kilometrów. sprawozdawczym tonem mówi dalej. Naturalnie. Obejrzałem wszystko dokładnie. czterdziestu lat. Powiadasz. nie wierzyłem. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. w obcym kraju. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. jak było w łonie matki. w mieście. Odjechałeś jak jakiś defraudant. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście. zastosował się do mojego rozkazu. Odchyla się w fotelu. Jest tak w przyrodzie. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków.. . dokładnie dwadzieścia dwa lata. O tym także możemy dziś pomówić. gdy jeden żyje w Londynie. że uchybiłeś mnie. nie dziw się. Wspólny organizm ma dwa ciała.. nie rozmawiają ze sobą. kultury. to była środa – porzuciłeś miasto. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. Miałem taką nadzieję. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. myślałem. a czasami i nocnych godzin. nie mógł wszak inaczej. by zachorowali jednocześnie. ale może i nie tak rzadko.. że wyjechałeś. by chorowali na to samo. zapadają na tę samą chorobę. Poprosiłem go. mieszkają. w ostatnich latach. to znów miałem nadzieję. w pałacu. dzieciństwo. jak wychodzący ukradkiem złodziej.. jaką znają jedynie bliźnięta. co uczyniłeś. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. rozumiesz. Udałem się do twojego mieszkania. jeśli zechcesz. pamiętam nawet dzień. w którym żyłeś. inaczej żyją. z Krystyną i ze mną. kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. o tej samej godzinie. Na to nie było usprawiedliwienia. naturalnie. by człowiek. wiedziałeś. które z dala od siebie. kiedy służyłeś tutaj. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. tak. Tego nie rozumiałem. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. Bliźnięta. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. Dowiedziałem się o zmierzchu. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko. owe dziwne istoty. wśród szczególnych okoliczności. aby zostawił mnie samego w pokoju. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. jedzą co innego. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor. a drugi gdzieś daleko. Osobliwa identyczność skłonności. – Umilkł. a może jest chory. w którym żyłeś. mógł uciec. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. To prawda i nieprawda. A jednak. z którym spędziłem kawał mojego życia.

bowiem wspólny jest ich los. kiedy życie mijało. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał. ponieważ bez tajemniczego. widzę. dom i ogród. stałem pośrodku twojego pokoju. oświetlenie pokoju. dobrze o tym wiesz. przemilcza albo zapisuje. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo.. którego ty byłeś stałym gościem. Nie było wielkie. w dniu twojej ucieczki. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania. bardzo daleko. ponieważ wiedzą o sobie wszystko. szczególnie wytworni biedacy. Nigdy nie chciałeś. myślałem. Szczerze mówiąc. Może uważałeś. że nie sposób tego wybaczyć. Duży pokój na parterze. Biedacy. dwa mniejsze na . wizerunki koni na ścianie. że te meble są biedniutkie. był tak przytłaczający. wierzę. To głupia hipoteza. Później. że wynajmujesz dom na skraju miasta. widzę meble. co istotne. które człowiek w swoim czasie wypowiada. To mieszkanie. Myślałem o tym. abym cię odwiedził. w opuszczonej dzielnicy. Właściwie to nie był tapczan. Bo ty byłeś bardzo. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu. nieproszony. nie mogłem cię odwiedzić. tego mieszkania. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. teraz widzę to jasno. Widzę tę chwilę wyraźnie. że niechętnie słuchasz tego słowa. by w sprawach finansowych dawać odczuć. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. – Dlatego pomyślałem sobie. lecz szerokie francuskie łoże. może nawet wszystko zależy od słów. było prawdziwym dziełem sztuki.. Obserwuje dym. I zawsze grymaśnie uważałeś na to. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. z roztargnieniem. I daremnie jeden ucieka przed drugim. który wynająłeś i umeblowałeś. a ja. Ja urodziłem się w nim. wykonany specjalnie dla ciebie. na przykład w tropiki. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę. i nigdy mi go nie pokazałeś. iż między nami dwoma jest różnica. – Nic nie zależy od słów. do którego sam kupowałeś meble.dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. idealny dla namiętnego palacza. Dodawałeś nawiasem.. tapczan. zdawało się.. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. że bardzo wiele... Mów dalej. głosem pełnym zaciekawienia. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. Tak. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. wielki wschodni dywan.. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom. Majątek. lecz twoja pycha nie miała granic. Dobrze pamiętam?. – Nie przerywaj – mówi gość. skoro zacząłeś.. ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano. myślałem. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. człowiekiem bogatym. – Jedno. Tapczan był wielki. kiedy stałem w twoim pokoju.. – Okno wychodziło na ogród.. że wstydzisz się przede mną. Los takich ludzi spełnia się równolegle. Czasami wydaje mi się. dla dwojga. a przecież niekiedy także czułem. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. że jestem bogaty.

tak. bo poprzedniego dnia. Odszedłeś bez pożegnania. u kresu wszystkiego. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło. Nie. Do czego byłeś odważny.. a przecież nie wszedłeś między nas. i trzy pokoje. z uporem. Zakłada ręce na piersiach. szczerze albo kłamliwie. to już się wyjaśniło. i że kiedyś ten dom będzie twój. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. swoje mieszkanie. Czemu byłeś wierny i niewierny?. patrzyłem na orchidee – mówi dalej. stare brązy i srebra. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania. wszystko było takie. tak jak umie.. zdarzyło się coś.. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci. – To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność. A ja zachowałem go do ostatniej chwili. I jak żebrak skradzione rzeczy. . rzadkie tkaniny. że naprawdę jesteś artystą. przykryty starym brokatem. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. Takie są te pytania.piętrze. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania.. ale to nie jest takie ważne.. które świat zadaje mu z takim uporem. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. i to już było pożegnanie. pokoje. – Stałem przed fortepianem.. obojętnie. Zrozumiałem również. meble. że w owym czasie zmarła twoja matka. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. I w tym momencie weszła Krystyna.. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku. co piękne i szlachetne: firany i dywany. dopóki żądał tego ode mnie świat. ale ogród. Wtedy zrozumiałem. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym. Ty zrzuciłeś mundur. odpowiedziałeś swoim życiem.. pomiędzy ludźmi innego rodzaju. kryształy i meble. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. że żyłeś wśród nas. Człowiek rzadko wie.. kto nie znosi sprzeciwu. jak ktoś. ja także odpowiedziałem. wszystko gruntownie obejrzałem. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. To było jedno pytanie. co tam mówi po drodze. w jakiej żyłeś pomiędzy nami.. a zresztą teraz. A człowiek odpowiada.. z kryształowym wazonem. Zrozumiałem. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom. dopóki wymagała tego służba. czymś takim. – Wszystko zrozumiałem. gdy wszystko już przeminęło.. Zrozumiałem. faktami swojego życia odpowiada na pytania. w którym stały trzy orchidee. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi.. mówi tak sucho. ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. Ważne jest to. Co naprawdę wiedziałeś?. nie szczędząc sił. tak ty znosiłeś tutaj wszystko. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. że u kresu odpowiada całym swoim życiem.. czego sens pojąłem później. Przeszedłem przez pokoje. na polowaniu. Wiem. Nie liczy się. Czego naprawdę chciałeś?. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu.

Może pamiętasz. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?. aby coś pomścić. którzy bawią w mojej posiadłości. – Nadszedł taki wieczór. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi. zabija. może i dzisiaj żyją. i ja. – To było piękne polowanie – mówi. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. właśnie tamtego dnia. A jednak wiedziałem. żyje. jak pewnego razu. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia. Żyje tak. To są najznakomitsi ludzie. kto ulega społecznej presji. że to jest ta chwila.. Nie otrzymałem poufnej informacji.. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce. nieomal ciepło. – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka. iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór. Myślisz.. który miałby jakiś szczególny sens. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. i z hukiem strzelają sobie w lesie. Polowanie.. Nie.. tak głęboko. które posadził był jeszcze mój pradziadek. wszyscy milczeli... pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu. Ma swój czas. który wspomina.. jak ktoś. Nie można inaczej. Czy jeszcze żyje? Owszem.. Ta namiętność – to żądza zabijania. który wtedy już był pusty?. Uśmiechasz się?. Tak. aby coś zdobyć. goście. i ja podróżowałem po Wschodzie. na swój sposób. pańskim. aby coś obronić. jak wyrzut. jak wieczny ogień w ziemi. Jesteśmy ludźmi. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. . rozumiem to tak. W tamte dni byłem zupełnie sam. jak laseczkę. każdy. jak każde żyjące stworzenie. prawdziwi myśliwi. Ty tego nie zrozumiesz. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. Polowałeś ze wzgardą na twarzy. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny... ale tylko jak ktoś. powracające stale.. Ona wiedziała. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. która niezależnie od pozycji. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. przestrogi. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. nie wiem. kiedy wszystko dojrzało. Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. nakazem naszego życia jest. kiedy wszystko się wyjaśnia.. kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety. niskie instynkty?. ty również. Człowiek zabija. że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie.. jakby sam odpowiadał sobie na pytania. A i broń też nosiłeś tak niedbale. meldunku. jak konna jazda albo życie towarzyskie..które jego słowo lub działanie. abyśmy zabijali. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad. który musi przeżyć. prawdziwe polowanie było czymś innym. zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. w twojej duszy wydelikatniały te niecne. Podróżowaliśmy wśród Arabów. jak to drzewo za oknem. dawno temu. że szykujesz się do ucieczki?.. I wsłuchuje się w siebie. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem.. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz. czas. zabija. należącym do fachu obowiązkiem. Ale nie wyrzekła jednego słowa.. Polowałeś. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym.

. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. nie wiem. Te chłodne. Siedzieli dokoła ognia. człowiecza duma.. z ofiarą. krew ściekającą strumieniem. Ale oczy mu lśniły. Możliwe wszakże. Potem przyniesiono jagnię. Ich pycha. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. Arabski pan zarżnął jagnię. zarżnął go. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. także brudni wielbłądnicy. tym gestem w dawnych świątyniach. przed bóstwem. odmłodniał na moment. możliwe. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy... nieruchomych kamieni. białe domy.. Tego gestu nie można się nauczyć.. wokół zaległa śmiertelna cisza. Po zachodzie słońca przybyli goście. mieszkaliśmy u tuziemców. Być może tym gestem zaczął się człowiek. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Może dlatego są tacy dumni. w zamęcie tworzenia. jakiej są krwi i jakiej rangi. gdy chciał go ofiarować. jak wschodni arcykapłan. jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. którego nie sposób zapomnieć. panowie i służba. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny.. tę inną. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. błysk noża. parlament i plac przed świątynią.. krew jest im . w głębi świata arabskiego. gdy składa ofiarę. widzieli gest zabijania. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem. kiedy człowiek po raz pierwszy. u zarania dziejów.. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. wanna była ze szczerego srebra. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. iż zaczął się od duszy. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. białego baranka. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. To pełne godności i uparte próżnowanie. ich zabawy i błysk w oku. z czasów. uświadomił sobie swoją ludzką godność. arabskich gości. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. drgające ciało jagnięcia. że wszyscy tam są panami.. sami mężczyźni. z zamierzchłych czasów. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem. gdy zabicie miało jeszcze sens religijny.. wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. kulturami. To bardzo stary gest. symboliczny. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu. a więc złapać w garść broń. Nie znam się na tym. znasz je? Wielki dziedziniec. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. nie od zgiętego kciuka. jaką był. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania. naprawdę był taki. było tożsame z czymś istotnym. plemionami. zachowanie się. i wszystkim błyszczały oczy.o czym ty. wzajemnie wyczuwają. narzędzie. podróżnik.. pan domu był sędzią i przemytnikiem. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. z pewnością wiesz. jest to gest wschodni. gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. przed ludami. Jak mówię. w domu jak pałac. gospodarz wyjął nóż i gestem. na który nie spadła ani jedna kropla krwi. Nie wiem. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. przed symbolem boga.. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. w białym burnusie. Wtedy zrozumiałem. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec. ich porywczość i spokój. przed ołtarzem..

naturalnie. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. zawsze składał mu ofiarę krwi. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności. starych jak sam człowiek praktyk religijnych. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. nie możemy uczynić nic innego. Zjełczały. poważnie. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. kto nagle się rozwesela. Oszczędzamy zwierzynę. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. że myśliwy zabija dla zdobyczy. niemal wstydząc się. jak pocałunek. a więc po trosze i kapłanem. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. liści. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. – Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. Nie wiem. ciąg masowych morderstw. jak pozwala i określa prawo. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki. Zrozumieliśmy – sądzę. już czekają twoi . potem zbladła. nie bez nagany. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). wkłada celowo dobrane części garderoby. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie. oczywiście. To jest najszlachetniejsza materia na świecie..dobrze znaną materią. zbladło z czasem. Może niczego w życiu tak nie kochałem. mamy świadomość grzechu.. ciężko oddychała. My także zabijamy. patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. coś niemożliwego do wysłowienia. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. surowy zapach skórzanych fatałaszków. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. sukno napełniało się zapachem lasu. jak ktoś. Ale czy krew jest brudem?. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. Inaczej nie wolno. taką. ewentualnie lekarską. Jesteśmy chrześcijanami. Otóż to. zabijamy tak. – Potem wychodzisz z domu na podwórze. tonem nabożnym.. My.. zagryzając zimnym mięsem. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się. Wszystko to. uczuciowy. aż po nasze dni. jak ktoś. taką nam wyznaczono rolę. śmiały się. Naszą historię wypełnia. a ich krew brudziła kurtkę. inaczej niż w dni powszednie. poranków przed polowaniem. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. szlachetne twarze. resztką potwornych i rytualnych. że Krystyna także zrozumiała. co innego je na śniadanie. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. że znają także jego sens tajemniczy. ale bardziej skomplikowanie. dziwnie się ubiera. aby zachować ład ludzkiego współżycia. Przecież to tylko polowanie – mówi. zaczerwieniła się. Bowiem te ciemne. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. i odwróciła głowę. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. Bo to nieprawda. powietrza i wytryśniętej krwi. zabijamy. kto wyznaje prawdę o swojej słabości. Kochałem to wszystko – mówi. jak owych świtów. odrobinę dyskursywnym.

daleko. sarna przebiega leśnym duktem. gęsty jak syrop. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. tę podnietę.. a jednak wie. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. że to nie jest wypadek. odstawia kieliszek na stół. las się przeciąga. W ręce czujesz to drżenie. niczego nie węszy. słońce jeszcze nie wzeszło. Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. to zakazane przyciąganie. Zwierzę zatrzymuje się. że w pobliżu czai się nieszczęście. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami. o jakieś trzysta kroków od ciebie. że nieszczęście nie jest przypadkowe. Wszystko ma taką czystą woń. Czuje to pantera. Ty także cofasz się w gęstwinie. obraca delikatną szyją. w zasadzce. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. ty. może po raz pierwszy w życiu. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. i człowiek. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. sęp. zręczniejszym. Nachyla się nad stolikiem. a ty wchodzisz w gęstwinę. Jesteś z psem. jakby sennymi ruchami przecierał oczy. Okolica już się budzi. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. I teraz już żałujesz. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. które jest tak stare jak człowiek. łowca. Po czym. w lesie. niczego nie widzi. podnosi głowę. który stoi pomiędzy nimi. myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. Ptaki też już zaczynają śpiewać. gdy szykuje się do skoku.. tę coraz silniejszą namiętność. zadowolony.współtowarzysze. To właśnie czułeś ty. bo wiatr wieje prosto na ciebie. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. ciało sarny się napina. czujesz tę gotowość zabijania. która nie jest dobra ani zła. bez ruchu. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. pozostać mistrzem. . kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. nie chybić. wysiadasz. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. tej. aby mnie zabić. wąż. przed kominkiem. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. ponieważ wie. obserwujesz. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. nic nie czyniąc.

z twarzą obróconą na Wschód. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. miłość. gdy ten drugi nie odpowiada. tak oto człowiek przywiązany do materii. omszałych odpadków drzew. ni błyskiem oczu nie daje znać. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. Noc jeszcze żyje w owej chwili. starożytni. wydychać swój sekret i złe westchnienia. a jeszcze nie nastała jasność. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami. kiedy noc rozstaje się z dniem. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. To jest ostatnia sekunda. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy. kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów. ponieważ czują. czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. co to słowo znaczy: zdobycz. epileptycznym porywem. na którym się urodził. zapach miękkiego. Wstaje wiatr. dzikiej paproci. spontaniczną radość życia i . staje pośrodku polany. – To była ta chwila. wałęsanie się. sekretnym pragnieniem. kto na wieki pamięta o swojej pasji. uświadamiając sobie istnienie świata. gdzie odbył się miłosny pojedynek. w głębi lasu: noc. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. zwierzęta jak i ludzie. niedźwiedź pożera resztę padliny.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. ani jednym ruchem ręki. że słucha oskarżenia. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie. w owym magicznym oczekiwaniu. Możliwe. dziki. a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. To jest ta chwila. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. zarówno rośliny. jeszcze nie osłabło. żbik jeszcze stoi na czatach. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. tak ostrożnie. jak ktoś. i wszystko. że to już koniec nocnego piekła. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. co wypełnia życie nocnych zwierząt. Już ustąpiła ciemność. Jest to chwila tajemnicza. Woń mokrych liści. kiedy wzdycha. chorzy jęczą. Nie protestuje. butny i potargany. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. igieł. z gniewu podbiegłymi krwią. zwiędłego listowia. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami. zgniłej szyszki. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata. jak budzący się ze snu. że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego.

. że jesteśmy tacy lub inni. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo. sęp. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. lecz ugoda. w tym dziwnym domu. że to znak podejrzany i niebezpieczny. Wszystko było na próżno. lubieżna ruja. który coś ukrywa. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. a to stwarza więź równie silną. nienawidziłeś. rzeczywistość się nie zmienia. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. Nienawidziłeś. co otrzymuje od drugiego. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. całości. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego. próżność. niż ze świadomością. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. jaki fatum może zadać człowiekowi. zazdrość. pozbawione żaru wzajemne usługi. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. czają się w sercu człowieka jak puma. ale i w mroku ludzkich serc. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. a gdy uczucie.. żarzy się i dymi żądza zemsty. Rzeczywistość była taka. Nienawidziłeś. z tą pasją. i . Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu.. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?. Dla namiętności jest całkowicie obojętne. miłość. samolubstwo. nie dopuściłeś. Bo serce człowieka także ma swoją noc. które są tak samo dzikie. żądza zemsty. ty – ten pilny i cnotliwy. musiałbym wiedzieć. w pierwszej chwili.. że godzimy się z tym wszystkim. przyjaźń albo cierpliwość. ponieważ było we mnie coś. byłeś tym. mądra spolegliwość. Był czas. prawdopodobnie chce wszystkiego. Dlaczego nienawidziłeś?. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę.. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak. byłeś butny. jak tylko subtelne uczucia. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. daremna jest wszelka argumentacja. co znaczymy dla siebie i dla świata. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem. Każda wielka namiętność jest beznadziejna. kto nie przyjmuje części.. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. na spodzie takiego stosu. również i wtedy. a dzień jeszcze w nim nie nastał. Sen. niż jesteś. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka.świadomość walki o życie. kiedy w naszych sercach porusza się. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony. chce bez reszty wyrazić samą siebie. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał. kiedy cię poznałem. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. usilne starania. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. obok entuzjazmu. pozostała zbita i twarda.. ty byłeś talentem. czego tobie brakowało. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. z porywami. grzeczność. kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie.. pożądanie. Pragnienie bycia kimś innym. jakbyś kochał. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. szakal w pustyni arabskiej nocy. To najdotkliwszy cios. I są takie chwile. Bo ten. chce bez reszty oddać własną wolę. nie roztopiła się. niż tym. Trzeba zgodzić się z tym. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność. To jest ta chwila.

Trzeba znosić i to. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. i wszystko to. samolubstwa. nie przypną nam do piersi orderu. naturalnie. wskazujący. których wszyscy kochają. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. że Bóg ma ich w swojej pieczy. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się. przez cały ten dzień. Że ci. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności. która deformuje. Musimy znosić nasz charakter. jak się spodziewamy. w środku lasu. który rozbrajał ludzi. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok. że brakuje ci czegoś. niekiedy wrogo. jaką świat promieniował ku mnie. iżby i on się nie bał. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. kiedy się z tym godzimy. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. Musimy to znosić. – W dzieciństwie. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. Jedynie zazdrość. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. naszą naturę. mogła mnie przedstawić właśnie takim. musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. I milknie. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. cudowna pora. konstatując. skąd ty uciekłeś. ponieważ chcę prawdy. kto szuka usprawiedliwienia. ależ tak. aby obdarzali mnie życzliwością. Pamięć. oto i cała tajemnica. Widzisz. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Tak. a kto szuka prawdy. należy wiedzieć. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu.. o czym mówię. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. Ludzie. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie. Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. myliłeś się. co mnie dawało pochodzenie. iż ktoś jest pieszczochem losu. których kochamy. żeśmy go dostąpili. lecz mgliste uczucia – że w tym. że nie kochają tak. nie kochają nas albo. Nie bronię się. kiedy stałem w twoim pokoju.wiedzieć. Był taki czas w moim życiu. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. kiedy wiemy i znosimy to. jakby zachęcał drugiego. i to. tam. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. że jesteśmy próżni. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. Są ludzie. chciwości. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. – To był piękny czas. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. uśmiechem i zaufaniem. przez cały ten dzień. . Trzeba znosić zdradę i niewierność. że jest kochany – jest coś nierządnego. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat. jest takie odległe. na których czołach odbija się znak nieba. jak ktoś. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. kiedy. coś z obyczajów ulicznicy. tutaj. jak wtedy. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny.. na starość. To. podziękujmy losowi.

o czym mówiłem. że i ty przebaczasz mi. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. szanowałem twój intelekt. że ciebie to cieszy. to. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. Nasza przyjaźń była przecież taka. jaka promieniowała z twojej istoty. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi. świadomie. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją. tajemniczą. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak. że nie umiałeś mi wybaczyć. Kto wtedy staje się butny. ten przegra. Nie wiem. zanim zaczniemy mówić o polowaniu.. tak – przytakuje generał. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. że to ja popełniłem błąd. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi. Czas łaski. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. właśnie to. w czasie owej dekady. to. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. bardzo wiele. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. tajemniczego związku. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych.dekada młodości. jakbyś był zdobywcą. uwierzyłem. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. a potem podnosi broń.. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata. i później. – Kiedy młodość zaczęła mijać. że otacza mnie miłość i zaufanie. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale. że ładuje. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. Godziłem się z tym. – O polowaniu. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. Nie ma smutniejszego. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. iż jestem za pan brat z całym światem. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. moje wymagania. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. Wcześniej dzieje się również to. kto nie wie. I naprawdę. naturalnie. tę dziwną. którzy w swych sercach są skromni i pokorni.. że każde z nich stawia swoje warunki. splecionych więzami wymagającego. podobnie jak świat. umiem być pożądanym tam. – To największa łaska. którego należy czcić winem. że przyjaźń. To również powinniśmy wiedzieć. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to. kiedy żyliśmy w jednostce. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . gdzie ciebie jedynie tolerują. prócz tego. nie chcemy niczego. Możliwe jednak. – Ale to wszystko prowadzi do polowania. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. jak w umowie kupna-sprzedaży. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. uczucie.. że ów stan łaski trwa dopóty. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. kto będzie zarozumiały i zuchwały. że nie odsłaniasz się bez reszty. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. Wtedy każdy spieszy do ciebie. Wierzyłem. tutaj. gorzką wyniosłość. że wybaczasz mi. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. ty pozostawałeś w cieniu.

I to. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. zniszczyłeś moje życie. gdy podnosi broń. a jednak należeliśmy do siebie. Powinieneś poznać odpowiedzialność. zamiar jest winą. To prawo żyło w ludzkich sercach. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. Bo to także powinniśmy wiedzieć. to co i kto ją popsuł. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. w co nie uwierzyłem. może rani moją próżność. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. czemu przeczyłem przed samym sobą. Wina jest wcześniej. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. co może zastąpić przyjaźń. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. to ty tamtego ranka w lesie. z zasięgu mojego wzroku. co docierało do mnie bardzo powoli. których przenika swoją energią. Byliśmy przyjaciółmi. złej i niepojętej tajemnicy. lecz zostajesz tutaj. byliśmy związkiem. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. nie podnosisz na mnie broni. co zrobiłeś. nie towarzyszami broni. I teraz powinienem ci powiedzieć to. a jeśli tak. z miejsca przestępstwa. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. jak zabójcy i złoczyńcy. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. jakiej żąda to słowo. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie. który zakrada się na miejsce przestępstwa. Bo musiałeś powrócić.momencie. ale pozostaniesz moim przyjacielem. Coś we mnie zabiłeś. zdradzasz. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. ponieważ byłeś moim przyjacielem. którego tajemnicy strzegłeś. i później. można było zabić przyjaciela. na wypadek. poza porywem. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem. oszukujesz. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. na polowaniu. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. w tropikach czy gdziekolwiek. jak pamięć cichego . poza egoizmem. I było silniejsze niż namiętność. a to rzadko zdarza się w życiu. albo do piekła. jak to. a więc nie kompanami. może to i boli. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. I kiedy mówię. nie bratającymi się wyrostkami. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. która zatruła naszą przyjaźń. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. to jest prawo przyjaźni. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. Byliśmy przyjaciółmi. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. co przyszło po nim. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. ale to wszystko nie jest tak złe. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. Bo różniliśmy się. umową ludzką. ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. aby kogoś zabić. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. powinienem wiedzieć. jaką znają jedynie mężczyźni. iż wiąże się z nim odpowiedzialność. że świat był dla mnie miły. przyjaźni nie może spotkać zawód. gdybyś tego nie wiedział. czego brakowało twojej istocie. widzisz. a również o tym wszystkim. Wydaje się. – Zrozum. czy naprawdę się zepsuła.

który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. w lesie i w gęstwinie. ciemny. także w ciemności. kilka kroków za mną. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal. albo szlachetna . tam. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. nie karczowany. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. jak wszelkie ludzkie zachowanie. wiem to na pewno. na jej skraju. Pamiętasz tę chwilę. Myśliwy pozostał z psem. na przykład sztylet. Przejaśniało się już. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. i gdzie człowiek zawsze. Jeleń obserwował. a my dość długo staliśmy bez ruchu. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. stał jak zaczarowany. Ja zawsze tak czułem. Jakiego rodzaju fale. to również wiem na pewno. aby mnie zabić. ty za mną. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki. która jest samotnością świtu.. gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. I ja tak czułem w owej chwili. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. dobrze o tym wiedziałeś. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. podniosło głowę. wyszedł jeleń. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. w środku tej samotności. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się. I w chwili. lasu i zwierzyny. Tutaj zaczyna się ścieżka. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. czynem bohaterskim. gdzie las żyje już sam sobą. spojrzało w gęstwinę. być może. że zbłądził w życiu i w świecie. nazywając nas mniej więcej po imieniu. i urok. bo spomiędzy świerków. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. czuje. która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. zziajani wspinaniem się ścieżką. Byliśmy sami w środku lasu. kiedy podniosłeś broń. ta przyjaźń. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. na głębokie wody. jakieś trzysta kroków dalej. z tym zimnym i cichym trzaskiem. Nie ruszał się. nie. Ja też ją pamiętam. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. Taka przyjaźń była między nami. jakie ci pozostały. kiedy jeszcze polowałem.. lecz tak ostrożnie. Tak czuł jeleń w owej chwili. Staliśmy w gąszczu. na odwieczną scenę życia. pomiędzy drzewami. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. ja z przodu. I tak czułeś ty. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. ten szósty zmysł. przez chwilę. także nie oglądając się za siebie. Instynkt.bohaterskiego czynu. które jest bezinteresowne. pomiędzy świerkami. Powietrze było czyste i pachnące. siły. zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. ten fenomen. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość.

w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie. wystarczy. który był niczym eksplozja. – Tak – powiedział gość. aby kogoś zabić. że niepodobna. jakbym widział. intymniej. – Naturalnie. na równej wysokości. Trochę się na tym znałem. idealna. To.. że nie jesteś dobrym strzelcem. bardzo powoli. ponieważ owa chwila już minęła.. pamiętasz?. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. Celowałeś pół minuty. przypasowujesz do ramienia i celujesz. gdy odciąga się jej spust. ponieważ ty także znasz prawdę. Po czym powoli opuściłeś broń. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. to znaczy. który . W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem. coś się musi dokonać. przepadł w gęstwinie.broń angielska. ciekawe jest to. bardzo ostrożnie. że wystarczy jeden ruch. z dokładnością do jednej sekundy. że wyczułem twoje ruchy. Co się stało?. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. a pocisk pozostanie w strzelbie. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. A jednak ja słyszałem i widziałem go. o jakim rokrocznie donoszą gazety. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie. nie ma takiego człowieka ni sędziego. ale mogę powiedzieć tobie. na ukos. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. chodził z psami na obrzeżu lasu. A więc stałem i czekałem na strzał. niż jej charakter ludzki. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. Poczułem.. spodziewam się. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. parę kroków za moimi plecami. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. Minęło pół minuty. I teraz zdarzyło się coś. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. jakbym stał naprzeciwko ciebie. że podnosisz broń. Wiedziałem. na swój sposób i wedle własnego porządku. bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. Poczułem. sytuacja była modelowa. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. Stałeś za mną. Opuściłeś broń. to także wiem. w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie. abym się poruszył. strzał się opóźniał. żadnych świadków. bym nieco w bok odwrócił głowę. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. Wiedziałem. Tę chwilę. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. – To była znamienna chwila – mówi generał. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. W takich chwilach człowiek wie wszystko. co robisz. w małej odległości. Sytuacja była wymarzona. że drżą ci ręce. na tym. dokładnie informował mnie o tym. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się.. rzekłbym. myśliwy był daleko. bez zegarka. czekałem. Moja głowa i głowa jelenia. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela. Ale wiedziałem także. na polowaniu. Wyczułem.

zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. W przeddzień razem jedliśmy kolację. nieważne.. w pałacu. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę.. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. na służbie. Faktem jest. Zresztą. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz. któż by tam dzielił włos na czworo. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni... gdzie prokuratura. oskarżenie spada na tego. że mnie zabiłeś?.. ale może potrzebny był do tego także jeleń. było dobre.. Nikt. ponieważ tragiczny przypadek zabił. Nie ma żadnych dowodów na to. To. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni. krewnych oraz łowieckiej braci. który śmie wykrzykiwać przed światem coś. gdzie od lat jesteś codziennym gościem. dzielono by z tobą żałobę. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. To była taka sytuacja. który mógłby je uznać. Możliwe. To była kwestia sekund. który śmie wnosić oskarżenie. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek. scena popsuła się. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu. Fakt jest rozstrzygający. co było ci w życiu potrzebne. przypadkiem. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat. ten cios srogo dotknął ciebie. każdy podałby ci współczującą rękę.mógłby cię potępić.. twojego najlepszego przyjaciela. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka. i osądzał?. Nie jesteś mi winien pieniędzy. od którego mogłeś otrzymać wszystko. że ty. kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. jak przedtem. jesteś członkiem mojej rodziny. byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. wstyd. że chciałeś mnie zabić. na dobre i na złe. mnie. który jest większą udręką. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu. który je wnosi. ty. było precyzyjne i doskonałe. gdybyś mnie zabił. przy okazji towarzyskich spotkań. który śmiałby coś takiego oświadczyć. świat okazałby ci współczucie. nie poruszyliśmy się. Kastor i Polluks. nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie. niż wszystko. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?.. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . widziano nas razem. i nie ma takiego człowieka. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach.. w towarzystwie mojej żony. gdzie ten ordynus. Dlaczego?. który mój dom mogłeś uważać za własny. że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie. jaki odczuwa ofiara. gdybyś to zrobił. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz. w gronie przyjaciół. Gdzież jest człowiek. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. przyjaciel nad przyjaciółmi. zrozumiałbym wszystko. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. Staliśmy jeszcze jakiś czas. Istnieje pewien rodzaj wstydu. posłużywszy się twoją ręką. Nie odwróciłem się. swojego przyjaciela. niewiarygodna hipoteza.. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca. któż może pomyśleć. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca. moją rodzinę za swoją. a natura ludzka jest taka.. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną. co sobie zaplanowałeś. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra.. a ty opuściłeś broń. niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych. a później.

czy w ogóle coś myślę. kiedy wszedłem do pokoju. zaczęło się polowanie. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. zlekceważył szanse celowania. kierując się na szczyt wzgórza. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował. Czytała i nie zauważyła. powozem. siedziała przed kominkiem. o wpół do ósmej. pragnąc. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. ze wstydem lub z entuzjazmem. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. czy coś wiem. czasy minione. lubiła wszystko. co przypominało jej przeszłość. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. W czasie obiadu – był to obiad myśliwski. machinalnie. Kolację jedliśmy we troje. Lokaj zameldował. opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. co ja w owej chwili myślę.. Przyjechałeś o zwykłej porze. przebrałem się.. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. żeby cię zabić”. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą. – Ale tego samego dnia. jak dzień. jakby wiedzieć. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. jakby mnie przesłuchiwała. że powróciłeś do miasta. Nakryto w dużej sali.. jak każdego wieczora. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. – Dziękuję – mówi gość. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. Patrzyła na mnie bez słowa. Nie odpowiedziała. Patrzyła mi w oczy. przegapiłem okazję. Nasze drogi rozeszły się. do miasta. ale zląkłem się bladości jej twarzy. jak dzisiejszego wieczora. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. w dolinie trzaskały strzelby. Czekał tam już myśliwy. W kominku płonął ogień.. Gość zapala. mglista. pełnią światła. W tamtej chwili. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość. odszedłem ścieżką. Sądzę. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. Ty także ruszyłeś.. A ty milczałeś. Ponieważ każdy inny. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. ręka mu nie drży. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę. z lekką hinduską chustą na ramionach. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. kiedy już stałem przed nią. ponieważ pora była wilgotna. co myśli o nas ofiara albo ten. gdy wstaje – może to sprawił blask świec. jak podczas wielu poprzednich wieczorów. Nie odpowiedziałeś. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem. tak badawczo.porażający czar. czekały nasze psy. wieczorem.. w podobnej sytuacji. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. bryczką. – Tak. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. długo. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. jak poprzedniego wieczora. Krystyna już czekała. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. To milczenie było potwierdzeniem. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. razem z Krystyną. szeroko otwartymi oczyma.. także później.. jak przedtem. zaczyna mówić. szlachetniejsze formy życia. Spotkaliśmy się przy stole. który spętał nas obu. Lubiła światło świec. Bo zawsze najważniejsze. . że wyjechała wczesnym popołudniem.

Długo rozmawialiście o tej lekturze. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam... profan.. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. na ten sam temat. znaczy to.. do salonu. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach. gdy nie jest się rasowym myśliwym. Rozmawialiśmy. nieomal z rozpaczą. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. o książce. Nie mówisz o tym. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. którzy żyliśmy w tym domu. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście.byłem spokojny. i masz powód ku temu – wszystko jedno. o zwyczajnej lekturze. chcesz wiedzieć. oszalał: powtarzałem to uparcie. jakkolwiek nie miał do tego prawa. I naprawdę. kiedy przyszedłeś do nas. że przegapiłeś zwierzynę. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. Zdecydowałem. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. Ja. a także inne. który należał do mnie. Mówisz o czymś innym. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. jaki powód – aby podnieść broń na mnie. na tym dziwnym polowaniu. szczególnie interesuje cię. kiedy już wiem. i ja. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. jak w inne wieczory. Człowiek. Krystyna czytała o tropikach. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom. Krystynie i niani. całe przedpołudnie i popołudnie. tak myślałem. jak wygląda życie w tropikach. że oszukaliście mnie tego wieczora. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. przeciwne koleżeńskiej umowie. Potem przyszedłeś ty. Stawiając tę hipotezę. co czytała wieczorem. pytasz Krystynę o tytuł tej książki. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. jaka wiązała nas obu. tego ranka i po południu. Wyłączyłem się z rozmowy. i zasiedliśmy do kolacji. nie mówisz o tym.. że oboje graliście naprawdę doskonale. w wieczorowym ubraniu. Później. o zaniechaniu wspaniałego jelenia. kogo bardzo interesuje ten temat. Pytasz Krystynę. zachowujesz się jak ktoś. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. i Krystyna. od świtu. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd. że tę książkę. wypytujesz. kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. zdumione spojrzenie Krystyny. Mówiliśmy także o polowaniu. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. bo. ale to słowo nie pada. ustrzelił kozła.. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. że my wszyscy. kiedy przyszedłeś do nas. powracam myślą do tej sceny. postanowiłem. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem. przez cały wieczór. Kobiety wyczuwają coś takiego. Co . Chciałbyś poznać opinię Krystyny. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną. o meldunku naganiaczy. utraciliśmy naszą ludzką rangę. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. że cokolwiek życie przyniesie. o tym.

– A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną.. samotność pośrodku moczarów i puszczy?. dławiące. gorące mgły.) I czy ona. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia. z rezygnacją. Wszystko powraca. kiedy wróciłeś do tego domu. systematycznego. dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie. przejrzystego klasyfikowania faktów. sprawy i słowa chodzą w kółko. w tym pokoju. czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. jakie wypowiedziałeś. tropik.. potrafiłaby znieść deszcz. Widzisz. mówiłeś o tym samym: o tropiku.. o moczarach. pierwszymi słowami. a potem spotykają się.. przed czterdziestu jeden laty. Około północy prosisz o powóz. były: moczary. (Mnie nie pytasz. wracasz do miasta. osobiście. słowa powracają. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. I dzisiaj. kiedy było polowanie – mówi. deszcz i parująca mgła. ciepłe opary. . To stało się tego dnia. słowa powracają. Tak. o ciepłej mgle i o deszczu. Krystyna.myśli o tym Krystyna?. w tym fotelu.

odeszło ode mnie. Jasne jak słońce. Oto. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców. rzeczy zaczęły do mnie mówić. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego. sam w pokoju. ale możesz być i ty. coś jeszcze: wreszcie. Przyglądam się ilustracjom. tym swoim pytającym spojrzeniem. I naraz zrozumiałem. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. i chce stąd odejść. Nie mogła się dowiedzieć. Nie chce mi się spać. Krystyna coś czuje i coś wie. podnoszę tę książkę i kartkuję. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki. Myśli o innych światach. poza moim ojcem. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. pozostawiła tam. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. trzeba to tylko zrozumieć. nie mogła dowiedzieć się niczego. nienaturalnie zdyscyplinowany. To wszystko. myślę. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. ty i to wszystko.. myślę. że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. że ta książka jest również sygnałem. Książkę. książkę o tropikach. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. I zrozumiałem. dlatego czyta fachowe książki o tropikach. wszystko jest znakiem i ryciną. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. tego dnia. napisaną w języku angielskim. blada. A w samej . co mi się udało. z którymi. po której muszę się tułać. kiedy dwoje ludzi. ostatni etap mojego życia. co oznaczało minione życie. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. wszystko ostrzega. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. a więc chce innego niż ten świat. – Sam zostaję w tym pokoju. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. i to mówi nie tylko po angielsku. jak okolica. na fotelu. W owej chwili czuję tak wiele. co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. myślę. chociaż mgliście. łączy mnie w życiu najwięcej. to nie Krystyna. Dziwi mnie. po północy. naraz zrozumiałem. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania. Wiem i czuję. kiedy patrzyła na mnie. A jednak książka mówi.. Krystyna również się żegna – kontynuuje później. i chyba rozumiem wiele.15 – Kiedy odchodzisz. Krystyna. przemówiło życie. coś się wydarzyło. myślę. W takich momentach bardzo trzeba uważać.

Lecz teraz. straszniejszą od faktu. ten trzeci. nie mogę zwodzić samego siebie. na służbie. inny. wszystko to jest takie otwarte. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. A jednocześnie wiem. nie można miesiącami ukrywać przed światem. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. Tutaj w grę wchodzi coś innego. Może to ta muzyka. nasza przyjaźń. jestem spokojny. jakiś jej ślad nawet ja. To. który jest mocniejszy od każdego dowodu. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia. nie jesteś szaleńcem. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego . nieomal doznaję ulgi. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina. o których człowiek myśli jedynie we śnie. która zmusza opętanego. arcydzieło wśród swoich zbiorów. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. namiętności. myślałem. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. wiecznie ślepy i głuchy.. co się wydarzyło. Noce i dnie Krystyny. kiedy myślę o Krystynie. przejrzyste. gwałtowna namiętność. Powinienem pomówić z tobą. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem. Brak danych. znam każdą jej myśl. Zawsze byłeś dziwny. muszę ją odrzucić. Głupia hipoteza. Namiętnych uczuć.. ty i ja. wątpliwości – że się nie mylę. bardziej niedocieczone. nasze poznanie Krystyny. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. także sekrety. że byłbym wariatem. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. nie wolno zatajać. wzięty z powietrza zarzut. czy mamy grać komedię we troje. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział. Krystyna. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. dlatego. nie ma tygodnia. Życie nas trojga. nie ma żadnych oznak. aby mnie nienawidzić i zabić. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. daleki. kiedy znam prawdę. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. jest głębsze.. w koszarach. że jakiś głos. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna. Co za śmieszny. Znam Krystynę. A prawda jest taka. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. dowody przesypują się przez palce. prawda? Czy tę pewność. że znam prawdę. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna. czyste. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. że oszalałeś. i to tak niewzruszenie i pewnie. że ty i Krystyna. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. jej ciało i duszę znam jak samego siebie. miałem nadzieję. gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. Masz powód.rzeczy. woła we mnie – tak niedwuznacznie. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. wiemy o sobie wszystko. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście. moje małżeństwo. byś trzy. uwieńczenie całego życia.. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. którą znalazłem w świecie tak. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. bardziej tajemnicze. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik. że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości. nawet jeśli są pomylone. sprzeciwu.

znacznie później zrozumiałem. o czym trudno jest mówić. wszystko. co myślał lub co czuł ów człowiek. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. jednym. skąd przyszła. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. że ten poufny zeszyt. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy. sama z cichym i chorym starcem. – Już północ minęła. I naraz życie daje jej wszystko. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. Trudno o tym mówić. Ale szuflada jest pusta. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. abym wiedział. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika. w czasie naszej podróży poślubnej. pałac w Paryżu. jak nieustające miłosne wyznanie. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli. opowiada wszystko. swoje uczucia i ukryte myśli. bała się. który żyje już tylko swoim instrumentem. To był pomysł Krystyny. że kto tak ucieka w szczerość. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. ponieważ uzgodniliśmy. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia. czegoś się boi. ona i ja. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś. do bezwzględnej szczerości. Przymyka oczy. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. ze strzępów ludzkiej duszy. jutro ją zapytam. z uczuć i pragnień. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. dlatego będzie zapisywać wszystko to. – Nie chcę jej przeszkadzać. pisemne przekazywanie wiadomości. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. Jakby szukał właściwego słowa. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. kto wie. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. pod wpływem pewnej sytuacji. co powinien wyznać. ten zamek. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem. uważałem za niezrozumiały.. że nie chce ukrywać przede mną sekretów. zeszytem nutowym i wspomnieniami. i co znaczyło dla niej to wszystko. Bo musisz wiedzieć. wielki świat. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. Krystyna jest zakochana.. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. i wstaję. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica. kiedy już nie było Krystyny.. znacznie później. zrozumiałem. to ona była tą osobą. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. Odpowiadała. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej. dwoma słowami zawiadamia mnie. to sekretne. która chciała czynić wyznania – i później. duszę i ciało. dziennik by o tym zasygnalizował. Krystyna jest zmęczona.. Jak powiadam. czym nie będzie mogła podzielić się ze mną. . idę do bawialni Krystyny. pomyśl tylko. za pośrednictwem naszego pamiętnika. tak sobie myślę – mówi spokojnie. co jej dałem. moje nazwisko. co jest prawdziwą tajemnicą.. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju. chodzę po ciemnym domu. prosiła mnie o to w Paryżu.małżeństwa.. Prawda. myślę. nie chcę jej przeszkadzać. dom śpi.. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz. co więcej.. w biednym domu. Krystyna chce mi dać wszystko.

paroma słowami. Widzisz. jak widzi. Świat należy do mnie. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach.pełnymi garściami. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. od tego poczucia szczęścia. przygląda się rysunkowi na dywanie. nie miałbym nic przeciwko temu. potem Wschód. zarozumiałej pewności siebie. Chciałbym złożyć losowi ofiarę. co jest ważne i istotne. jest tylko wdzięczna. bez pęknięć. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. że ten. I jak każdy człowiek. mam pozycję. idealne. w skupieniu. niekiedy tylko jedno słowo. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. Londyn. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. Opisuje to. służbę. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku. a ona poczuła. wierzy. ten dziwny prezent. kiedy patrzę za siebie. bardzo wdzięczna. że jest zakochana. morze. moją karierę. której każde słowo. tę całoroczną podróż poślubną. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. Ale jestem szczęśliwy. jakby rozmawiała z nim przez sen. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. które czekały na mnie w portach. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. Paryż. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. Albo pisze o tym. kiedy czytam pamiętnik. myślę. Rzym. że nie jest zakochana. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. Splata palce. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą. kocham życie. spotkałem kobietę.. owe dziwne. Później dowiaduję się. dlatego wynajduje pamiętnik. Krystyna jest niespokojnym duchem. Opisuje mnie tak. mam trzydzieści lat. Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. być może czyni to dlatego. Teraz. Nie myślę o tym. uważnie. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. na swój sposób. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. małżeństwo. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. dostaję mdłości od tej cmokającej. dystyngowanym młodym człowiekiem. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. Wszystko to jest zbyt piękne. z bogatym. że bankier. – Ciasno splata palce. że mogłaby z nim odejść. jestem bogaty. miesiące wśród oaz. aby uniknąć mówienia o czymś. lecz bardzo trafnie. naturalnie. na sposób młodej kobiety. by w listach z domu. Po czym tygodniami nie pisze nic. Krystyna. bo jesteś wierny”. opiera się łokciami o kolana. ma dla mnie złe wiadomości. Niekiedy pisze jedną linijkę. która pojechała w podróż poślubną z mężem. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. zagadnął ją. gdybym na przykład dowiedział się. sposób. kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. bezbłędne. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. w owym czasie to też nie jest to. czy coś w tym rodzaju. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere..

na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. że. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. ty odjeżdżasz od nas. co ty możesz odpowiedzieć. że chciałeś mnie zabić. Śpię głęboko. jadę do miasta. Nastaje noc. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia.. nie. Możliwe. Chcę mówić z tobą. Wydaje się. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji. że wyjechałeś. Tak samo śpię tamtej nocy. Milknie. Nie myślę teraz o kłamcach. jakby szydził z samego siebie. Myślę o tym. nie zmieni faktów. że wydarzyło się i dzieje coś. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. do twojego mieszkania. umęczywszy się w dolinie. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. Śpię głęboko. Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem.. i wszystko to. na próżno gromadzą doświadczenia.. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny. Opowiadający mówi głośno. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. pewne jest i to. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. Kręci głową. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. Wtedy zapadłem w głęboki sen. podług mnie. A więc stoję w twoim zagadkowym. jakby go zdumiewał postępek dziecka. jakby co ciekawszymi fragmentami . Postanawiam. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. To wszystko. ponieważ teraz jest już pewne. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni. ale jeszcze nie wiem. bo to wszystko dzieje się także ze mną. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty.. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej. można poznać fakty. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. w szufladzie biurka Krystyny. można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą. o co? – mówi cicho. nie tylko z tobą. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. Możliwe też. że ludzie daremnie poznają prawdę. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. bez snów. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić. o co ja mogę zapytać. jeździł konno albo wędrował. czy to wszystko. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu. więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. jakby z twojej broni padł strzał. pewne jest.. – Zapytać. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego. a jednak potem zdumiewało mnie.. w którym meldujesz. lekceważącym tonem. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia. naturę człowieka. uprzejmie i przyjaźnie. starczo.noc.. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw. lecz słowami?. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia. dusznym pokoju. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór. dopóki ma w życiu cel. o łajdakach. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. co możemy zrobić. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku.. w śniegu. z wyczerpania. napchanym okazałymi przedmiotami. schodząc ze ścierwem z gór. Lecz i przy pomocy słów. ciężki był. co dotyczy tropiku. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

odnajdujemy to sanatorium. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. Brzegami jeziora Garda. by utrzymać skrzypce i smyczek. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne. .. pędzimy do samego końca. co się z nim dzieje. lecznica chorych na serce. jedno przyzywa drugie. szlachetnych dźwięków. czuje i wie.. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. Po południu przybywamy do Arco samochodem. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. które my sami przed nim otwieramy. ukryty wśród skał. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. letniej atmosferze. Po latach. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska. dodatkowym zarobkiem.. Taki jest człowiek. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. knoty świec poczerniały. przywołuje do siebie. Człowiek i los trzymają się nawzajem. od pierwszej chwili. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. jest fatalne. co robi. jedno nadaje drugiemu formę. Przyczynia się. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. ale nie mającego dość sił. które ze swej istoty. z sali koncertowej. Nie ma człowieka.. nie. nie wypuszcza z rąk tego. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. Postępuje tak i wtedy. Znała cię w dzieciństwie. że to. wysoko zamek. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. – Człowiek również ma wpływ na to. pod koniec naszej podróży poślubnej. wcześnie musi zrezygnować z kariery. która miała wówczas siedemnaście lat. gdy natychmiast.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę. że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia. To nieprawda. w którym zmarła jej matka. jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. który byłby dość silny i mądry. z charakteru. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. w mglistej. musi zadowolić się tym skromnym. to ty byłeś tym. co musi się wydarzyć. Krystyna chce zobaczyć pokój. działa z żelazną konsekwencją. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę.

Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak. którą bardzo kochał i obok której. na który chorują ludzkie serca. złudzeniem.. wiedział o owej dwoistości. Mój ojciec mówi o tobie. Krystyna obchodzi dom dookoła. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. dwu odmiennych rytmów życia. . uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. każde z was miało inną rolę do odegrania. mimo to. Uczucie. ponieważ moja matka również była „inna”. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie. stopnie władzy. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy. Cisza. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny. o pokrewnej strukturze krwi. że święto się skończyło.. gdziekolwiek spojrzysz. jest podobna. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. Nie rozumiem tego słowa. smutny i mądry głos mojego ojca. do odnawiania się życia konieczne jest napięcie. zapach ciernistych roślin południowych. było jedno i to samo: ta sama tęsknota. W wielkiej ciszy bladożółty dom. który nie czytał książek. które wiecznie poszukuje drugiego. To wtedy. światopoglądowe. ja mam tego rodzaju charakter i gust. ta wonna i parna letniość. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. obojętnie i uprzejmie – i mówi. Prąd zmienny. że Krystyna także jest „innego rodzaju”. które przywiązało mnie do matki. że wszystko zależy od niej. rozumiesz. swoją krew. że do stwarzania świata. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty.. co on. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa. Pierwszy raz czuję. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. jakby zamknął w sobie wszystek smutek. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. jak ty i Krystyna. jak w oranżerii.. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. jakby natura. on także spotkał kobietę. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. poczułem. letnia i wonna mgła. z zarania dziejów słyszę głos. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów. na czym polega ta różnica?. jak płótna owijają serca chorych. ta sama niestrudzona nadzieja. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. że Krystyna nie jest całkowicie ze mną. skrytsza niźli przekonania. z daleka. która owija tutaj wszystko. co więcej. ta sama bezczynna i smutna wola. kobieta i mężczyzna. jeśli nie jest „inna”.. że jego los trwa dalej we mnie. oddając bliźnim. przyjaciele. dwu temperamentów.. wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy.. jeszcze nie wiem. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. a moja matka. pozostał samotny. która rozrywa ludzkość na dwie części. jeśli jej istota. Niekiedy zgoła myślę. z bardzo daleka. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. a wypowiada to imię bez gniewu i złości.. Jest to takie rzadkie. tak tajemniczy... przemocą i podstępnie. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. jeśli jej ogląd świata. w Arco. do ciebie i do Krystyny. jedną matka. I przypomniały mi się słowa mojego ojca.

. który coś zrozumiał. Odchyla się w fotelu. Wniosła nie tylko swoją młodość. rytmu życia. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu.. właśnie owej odmienności. Możliwe.drugą przyjaciel. że interesuje cię Krystyna. na tamtym brzegu. jak żadne inne spotkanie przedtem. niezależną i wolną. – Resztę znasz. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. który jest ci bliski.. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. do którego ją wprowadziłem. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu. nie do oswojenia: wszystko. a to już jest bardzo rzadkie. Wniosła namiętność i hardość. którzy są dumni ze swojej rangi. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. który jest dla ciebie ważny. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. głowę chowa w dłoniach. rzadkością jest człowiek suwerenny.. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. Czuję to po raz pierwszy w Arco. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania. majątek i pozycję towarzyską. w którym umarła jej matka. klasztor. Owszem. Wydaje się. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. jak ona. nic. spotkanie nas dwojga. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. majątku. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. co daje mu świat i życie: na muzykę. jaka była prawdziwą treścią jej natury. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. Pamiętasz – tak. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. na . który umiałby. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. uważałem za coś tak niepojętego. na poranny spacer w lesie. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu. na który nigdy nie można się przeprawić. Nie można było jej obrazić. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. trzecią miła i kochająca żona. Przedstawiłeś mnie Krystynie. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. nigdy. W życiu wszystko możesz osiągnąć. kultura i czułość jej ojca. w pokoju. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. a reszta węgierska. pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę. pochodzenia. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom. Rozumiała coś jeszcze. Na drugim brzegu.. jak człowiek. całym sobą reagować na wszystko. trochę włoski. suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. w domu – mówi. zaznajomienie się z Krystyną. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła. Ja to spotkanie. skłonności.. tak. gestem bezradnym i zrezygnowanym. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru. co jej dałem. który zrozumiał także i to. z której by się wycofała. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. Krystyna od wewnątrz była dzika. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. nie. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo.

tak wyraźnie widzę jej twarz. na cztery ręce. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. Nie tylko ty. nie. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. a wielki obraz. ona zbliżała się do wszystkiego. powracające elementy. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. czasami wydaje mi się. Nie. Bo to był ostatni wieczór. obchodziło każde ziemskie stworzenie. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. Pomiędzy moją matką. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim. nie ma jej fotografii. Tak. gwiazdy i książki. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. jak dziwnie się zmieniają. nieomal z zadowoleniem. a tej drugiej mowy. I teraz. rozumiesz?. Jakby ją. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. zdjęto ze ściany. my dwaj. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku. dwaj jakże inni od was ludzie. w każdym razie nigdy w mojej obecności. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy. kiedy słuchają muzyki. którą dla was w pełni wyrażała muzyka.zapach i barwę kwiatu. niekonwencjonalnego. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. wszystko ją ciekawiło. nie rozumieli. kiedy mówimy o niej.. jak przed czterdziestu jeden laty. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . ty to z pewnością rozumiesz. ostatniego wieczora. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. z pasją. kiedy tutaj siedziała między nami. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. co więcej. Nie znałem nikogo. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. Tu chodziło o muzykę. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. osobiście. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. powinieneś to wiedzieć. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. ojciec i ja. co świat może pokazać i ofiarować. abyście kiedykolwiek grali razem. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. Przyjrzyj się ich twarzom. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. na przykład muzyka. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. – Ale niekiedy widzę jej twarz.. I patrzy w ogień. co się wydarzyło. że życie jest wielką łaską i przywilejem. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. Wydaje się. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. jakby ciągle czuła. jak wydarzyć się musiało.

pośród starych mebli i dawnych instrumentów. że życie. co doń należało. starzy ludzie. Krystyna też już wtedy nie żyła. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. o muzyce. jakie upłynęło w tym pokoju. Pozostało to jedno drzewo na polanie.. A ja opowiedziałem jemu. któremu w przyrodzie na imię wicher. który coś przeżyje. Akurat powróciłem z wojny.. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. I jak swego rodzaju oskarżenie. jednakowoż żyje. Jak my obaj – mówi krótko. na półkach. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. wszędzie leżały tomy nut.. krótko po naszej rozmowie umarł. że człowiek.. niż trwać tak długo. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś. ojciec Krystyny – mówi. I to drzewo. a i ja nie byłem już młody. on był sprytniejszy. Wydaje się. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las. Chce zostać przy życiu. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew. matka. – Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. drzewo. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju. ulotniła się wszelka ludzka treść. także dzisiaj. niebezpieczny sens. którzy mają nie tylko słuch muzyczny.. i las. nie ma innego celu. w pobliżu domku myśliwskiego. tak. jak to możliwe. jakby z życia. Jaki może mieć cel?. ten wygrywa własny proces. z którym raz. Wszyscy umarli. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. a on naprawdę znał się na muzyce. o Krystynie. jest silniejszy. od dziesięciu lat. że wszystko.mojej obecności. nachalniejszy. i ten zamek. gdzie wszystko miało taki stary zapach. prawdopodobnie ma jakiś inny. to drukowane huczenie i świstanie. – Nie szukałem śmierci. nie ma prawa wnosić oskarżenia. wszystko. w szafach. ty i Krystyna. o tobie. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. powywracał wokół niego wszystko. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko. i odnawiać się. niema muzyka utrwalona w znakach. Bo to był jedyny człowiek. ukrywało się w pokoju. widzisz. Patrzą na siebie. Żadnego. Wszyscy już pomarli i odeszli. Wtedy był już stary. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi. ojciec. sucho. nie ma prawa i powodu oskarżać. Wydaje się. Wówczas zrozumiałem. – Potem on także umarł. dochodziłem do pięćdziesiątki. obecnie. co warto było opowiedzieć. dzięki potężnej i nierozumnej sile.” Zabrzmiało to jak wyrok. był już bardzo stary. które jest światową literaturą muzyczną. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las. co żyje.. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. z jakimś niezrozumiałym celem. Kto coś przeżyje. badają się nawzajem. pogrążając się w myślach. – . Nie uważasz?. powyżej osiemdziesiątki. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. jak my żyjemy. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. abym mówił co innego. – Ojciec Krystyny też tak uważał. w półmrok. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. jedynemu człowiekowi.

aby się zemścić. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione. – mówi obiektywnie.. Głupie afekty. w ataku i w starciu. Widzę po twoich oczach. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę. jest nieważne. giną miliony ludzi. co było regułą i ugodą. Co to za zemsta?.. tyle że teraz znowu się roznosi. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą. zemsty.. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza. bo wiedziałem. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś. Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu. nawet te słowa. mądrzy i starzy. które uznał za pytanie swojego życia. wszędzie na świecie. indywidualny problem i pojedynczy gniew. Spójrzmy w nasze serca. do domu i załatwić ze mną to wszystko. ta kolacja. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości. na których czeka już tylko śmierć?.. Wiele na to wskazuje. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. lecz coś więcej. w książkowym znaczeniu tych słów. w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. tak iż stał się bledszy. Mijał czas i świat ponownie się zapalił. Dlatego powróciłeś.Dokoła mnie umierali ludzie. ba. porywów i gwałtowności. Każdy umiera.. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. – Możliwe że ta forma życia.. że człowiek niekiedy sądził. – Możliwe że w świecie wygasną światła. Powróciłem z wojny. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. zemsta. kogo już nie ma. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty.. możliwe też. co tu jeszcze znaczy zemsta?. iż wypala się każda osobista wątpliwość. ten dom. Możliwe. aby umrzeć. tak obliczono. że coś dojrzało w duszach ludzi. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. wiem. który czas jedynie zdusił. Ale nie wypalił się. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę. zemsty. my także pragniemy zemsty.. płonie aż po samo niebo. i dlatego czekałem na ciebie. zbyt wiele złości. Czego więc innego oczekujemy od świata.. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. od ludzi? Przecież my obaj. i odpowiadam tak: . czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. aby jeszcze raz wrócić. że to jest jeszcze ten sam ogień.. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. którym teraz nie jest już wojna. A ja odpowiadam ci. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem. a nie umarłem. którą poznaliśmy. z drugiego brzegu. w której rozmawialiśmy. tylko ogień żyje i pali się. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie. którzy jesteśmy już u kresu życia. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. gdzie znalazłbym sposób.. wszystko to już należy do przeszłości.... wszystko. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny. bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. ponieważ czekałem. nie: byłem spokojny. obcy ludzie drą z siebie pasy. ale nie potrafił zgasić jego żaru. W jaki sposób? – zapytasz teraz. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia.. Znowu pali się świat. i co w nich znajdujemy? Gniew. To pytanie zadaje twoje spojrzenie.. Tak.

Może potrafię odpowiedzieć. chwała losowi. Teraz będziesz odpowiadał. Nie. zemsta przyszła. że masz rację. – Możliwe. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. w pokoju. że przyjechałeś do mnie. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny. wieje wczesny. Pytaj. tak jak chciałem. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. jest prawie ciemno. . Zemsta to jest to. poranny wiatr. dlatego ja nie zabiłem nikogo. przez zaminowane oceany. pośród wielkich drzew. w ogrodzie. na miejsce zajścia. patrzy uważnie. Światło świec już zamiera. przez świat pogrążony w wojnie. To jest zemsta. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. wyruszyłeś tutaj.a jednak to jest zemsta. – Możliwe – mówi. Wokół nich.

W mroku nie widzę twojej twarzy. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. Krystyna także odpowiedziała... który jest mu bliski. z intymnymi wspomnieniami . kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów.. w minionych dziesięcioleciach. z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić. Nie mówię tego w trybie oskarżenia. już nie warto zapalać nowych świec. kiedy jeden człowiek podnosi broń. Była to chwila utraty przytomności. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili. Wszyscy odpowiedzieli. Niebezpieczna to chwila. Nie pytam.. myślisz. ta poranna chwila. Miejmy to za sobą. w prawdziwym. kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia. że chciałbym się dowiedzieć. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. te dwa pytania już mnie nie interesują. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. aby zabić drugiego człowieka. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie. czy się nie mylę.. Nie zaprzeczasz?. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. porzuciłeś sztandar.. kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć. poufnie. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. kiedy nadeszła ta chwila. i czy ona zdradziła. Straszna może być chwila. Tak dokładnie wiem. co czułeś. zdradziłeś. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas. na swój sposób. od nas. widzisz. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie. ty w tej formie. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej. raczej żal mi ciebie. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. mój przyjacielu. Na dwa pytania.. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. Milczysz?. czy naprawdę. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. chwila zemsty. mówi to szeptem. w tamten poranek. jak to mówiono drzewiej. ponieważ wiem z całą pewnością.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla. co i tak wiem sercem i umysłem. kiedy czekałem na ciebie. Jak widzę. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta. które dawno sformułowałem.. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. – Na dwa pytania. na polowaniu. od swojego urzędu. sądzisz. zwłaszcza teraz. jak to zwykło się mówić.. Znam ją. Bo to stało się z tobą tamtej chwili.. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś.

że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność. Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. aby uczynić go szczęśliwym.. gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. co czułeś. iż myśleliśmy. u kresu życia. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. odpytywał cię z tego wszystkiego. hańbiący byłby to proces. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz. u siebie. gdzie i ile razy moja żona. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?.. gdybym wymógł na tobie zeznanie. niegodne ciebie i mnie. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak.. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. Krystyna. Wszystko to byłoby hańbiące. wierności albo ofiary? Teraz. czy chcemy zarazem. z tajemnicą pewnego ciała. u kresu życia. co było i co być mogło. zdrada. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. wyznasz wszystko.. co rozpalało nasze serca tak. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym. kogo kochamy? Stary już jestem. wiele myślałem. czy kochamy tego. jakie to ma znaczenie: kiedy. co niegdyś było faktem. Ja to wszystko wiem. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. Mogę ci przedstawić materiał sądowy. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie. a ty gdzieś tam w świecie. ja tutaj. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami. zdradziła mnie z tobą. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. a następnie pomarli. wiem tak dokładnie.. trochę później.. gdybym teraz. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia. że nie wytrzymamy już dłużej. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania. To. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy. czego oczekujemy od tego. – Chcę prawdy. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem. zbutwiałego kobiecego ciała. spróbowali dowiedzieć się prawdy. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków. powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko.. a my jesteśmy starcami – i czy warto. opowiesz dokładnie. jakaż to zazdrość i zawiść. co jest możliwe do opowiedzenia. którego już nie ma? Co to jest wierność..zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny.. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę. także o tym. oszustwo. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. kiedy ją obejmowałeś.. czy mamy prawo żądać czegokolwiek. moim jedynym przyjacielem?. jak to się zaczęło. kiedy tego ciała już nie ma.

tak haniebnie. co potrafi tak boleć. najbliższych mi na świecie. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. kiedy postanowiła. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. i czekałem na Krystynę. że zachoruje i umrze. tak. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. w każdym razie czekałem.. bo umarła. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego.. nie.. Stałem w sekretnym mieszkaniu. poszedłem do mojego pokoju. nie z dnia na dzień. bo niepodobna wiedzieć. twojej i mojej – tajemnicy. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Ale. Prawdopodobnie zrobili to i owo. a ja jej przebaczę. niezrozumiale mija. do którego często przychodziła przede mną. To są te słowa. kiedy człowiek jest młody. to. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. Bo wierzę.. aby ją uratować. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. Tak. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. po latach. Teraz wiesz to już i ty. bądź też czekałem. obojętnie. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. aby ją zabić. gdy spojrzymy wstecz. w zamku. wiem także.. u kresu życia – obojętnym. – I to wszystko. to naturalnie czuje się tak. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. bliższym od brata. Bezwarunkowo tak się czuje. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni. naszej wspólnej – Krystyny. znudzonym głosem. Może to było dziecinne. że mogę powrócić. rano. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. i później. dokładnie tak jak życie. przyglądając się meblom. że powie prawdę.. przez osiem lat. Wróciłem do zamku. tapczanowi... udałem się do domu myśliwskiego. co jest gorsze od śmierci i namiętności. widzisz.. Co wieczór. Ale to mija. jedyna tajemnica. potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie. powiadasz. to oczekiwanie. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi. i w którym dwoje ludzi. ba. Dlatego bałem się tajemnicy. taki jest człowiek. niedaleko stąd. Zobaczyłem ją dopiero martwą. Wiedziałem. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. Próżność. próżność. który znasz. jako dziecinadę. teraz. Czekałem do wieczora. widzę i odczuwam tę pychę. na co starczyło im ułomnej wiedzy. ranić i palić. straszliwie obojętnym. jakby dokoła niego zawalił się świat. gdy nie przyszła. donoszono mi. Czekałem.twoim mieszkaniu... kimś bardzo bliskim. co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś.. to odejście. Jest coś. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. próżność. co ludzie nazywają „zdradą”. Bo to się stało – mówi lekceważąco.. Udałem się do pałacyku myśliwskiego. rozczarowanie. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie. że choruje.. kiedy Nini zawiadomiła mnie. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych. bez mała godnym pożałowania. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. Dlatego bałem . miesiącami i zrobili wszystko. co dzieje się w zamku. tak trywialnie. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała. ponieważ zazdrość.

Widziałem to.. tutaj. A więc stało się. Ale widzisz. co za słowo! Są takie słowa. Jeżeli zechce się rozwieść. Bo ona także była kimś. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. jeden tym. choć przecież nie tak wiele. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas. bo widzisz. czekałem do wieczora. abym cię zabił.. mężczyźni. nie był skłonny spłonąć w związku. daje dobrą odpowiedź. dam jej rozwód.. a Krystyna umarła. ostateczną – niekiedy myślę. Taka jest moja natura. Ja żyłem w samotności. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. Jeśli zażyczy sobie. kto jest martwy. wzywała mnie. Nie ciebie. Los dotknął nas i spełnił się nad nami. drugi tym. W ciągu tych lat stało się coś także z nią. Nie wezwała mnie przez osiem lat. Jeśli zażyczy sobie. i nie mówię tego z satysfakcją. Umarła młodo. że poznał prawdę.. także na rozwiązania podłe. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. Krystyna także miała charakter. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. kogo obrazili ci.. Ale Krystyna nie przyszła. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. co wreszcie trzeba omówić. Ale nie chciała niczego. poszukam cię w świecie. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. Przedtem. Czasami mam takie uczucie. tak się wszystko uformowało. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. z urazą. Z pałacyku myśliwskiego do zamku. kimś. którego zdradziła z tobą. Ona odpowiedziała nam obu. Powróciłem do domu. To nie jest tchórzostwo. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. tak mnie wychowano. których kocha. nie tylko z tobą i ze mną. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. wygraną była ona. . Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. czekał i milczał. ten. na jakieś słowo. o którym wiedział.. że uciekł przed namiętnością.. na jakąś wieść. nie. – Ty żyłeś w świecie. których kochała. Krystyna. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to. abym cię wezwał z powrotem. że jest tragiczny. tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. wyjadę. dobrze to sobie zapamiętaj. w innym znaczeniu tego słowa. Ale gdy wszystko się kończy. bo nie mamy dużo czasu. samotność nie zeszpeciła jej. że konając. niewiele można zdziałać takimi słowami.. Nie widziałem jej osiem lat. tak jak mogła. niż rozumiemy je my. Ale zobaczyłem ją już martwą. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. jak teraz kończy się dla nas.. wezwę tutaj. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. i to jest coś. a Krystyna umarła. gdyby życie tak się ułożyło. abyśmy omówili to. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się. ponieważ boi się tajemnicy. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. martwi dają dobre odpowiedzi. Więcej człowiek nie może powiedzieć. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. Tak. na sposób kobiecy. na swój sposób. że umarła?. drugi pozostaje na miejscu i milczy. to ostatnia obrona instynktu życia. Ale te dwie godziny. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję.się tej tajemnicy. Była piękną umarłą. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku.. że spośród nas trojga. nie ty. nie chciała rozmawiać z nami. Nie ja. Przeżyłem to. Wzywała mnie. zrobię to. ale nie mówię też z przykrością. kiedy czekałem na ciebie. dwie godziny drogi powozem.

było już za późno. w częściach. powoli wszystko staje się takie oczywiste. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego. w białej sukni. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się. tylko pamięć i próżność.. ani na złe. co nie jest słowem. to oszustwo. Język migowy nieświadomości. niczym innym jak tylko człowiekiem. biedny człowiek. którego te słowa dotyczą. poznajesz sens wszystkiego. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. tak okropnie i nudno. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. chciałbyś coś powiedzieć. to właśnie jest starość. I kiedy zrozumiałem to. porządek dnia. na wszystko już liczyłeś. po czym umiera. jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. a my obaj żyjemy. w wielkim florenckim kapeluszu.. A człowiek. Tak starzeje się człowiek. Po czym. cokolwiek by robił. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. budzącego grozę. na jawie i we śnie. wszystko to tylko słowa. zdrada. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i . Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. To. tę zdradę nas obojga.. pogodę. czuję. To także starość. z dawnych... co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. bardzo dawnych czasów. to jest ta niema rzeczywistość. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. Widuję ją. Kiedy już wiesz. nadchodzi od strony oranżerii. nie pozostaje nic innego. dekoracje życia. dziwiąc się. nie czekasz już na nic. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. Człowiek powoli pojmuje świat. i wtenczas starzejesz się naprawdę. Ja już rozumiem prawdę.. to. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. co pokazuje słońce. szuka i raduje się. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. jakieś wspomnienie. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się. nie od razu. albo coś mówi do swojego konia. nie. pragnie radości. albo żołądek i serce. przecierasz oczy: już nie wiesz. ani na dobre. – Widziałem rozmaite obrazy. ostatecznie i nieodwołalnie. dzisiaj po południu także ją widziałem. I już znowu widuję Krystynę. śmiertelnym. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. wysmukła. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko. wszystko się powtarza. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania.. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz.Oszustwo. A kiedy mija to pragnienie radości. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. To. niezwyczajnego. jak idzie przez ogród. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. kiedy nie żyje już ten. jakiś mglisty cel. wiesz. Nie wiedzą niczego o sobie. dlaczego się obudziłeś. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. po chińsku. i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. że Krystyna nie żyje. niewierność. ponieważ znasz każdą szansę. Pewnego dnia budzisz się. ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. Potem starzeje się twoje ciało. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów..

w małym miasteczku. samowolnie. moją żonę i przyjaciela. co za głupie słowo!. tego ukrywania się. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. zabić kogoś. w każdej chwili potykacie się o moją władzę. – Nie jesteś dość silny.. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. w domu na skraju miasta. nie możesz z nią uciec. Życie staje się nieomal interesujące. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem.. i jednocześnie tę dręczącą jawność. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić.. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. Opada ci ręka z bronią. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. tę miłość. która wypełnia wasze serca. co starość i śmierć. kiedy myślicie o mnie. kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. o to.. na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. o moją wyższość społeczną i majątkową.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. władzę męża. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia. a jesteś biedny. to drżenie i ukrywanie się przede mną. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. Później. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań. I pewnego dnia. Biedni! – myślałem. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was. szczękając zębami. mogliście mnie oszukać. kiedy przy każdym kroku. co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. kto jest nam bliski – mówi nawiasem.. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty. ale nie mogliście mnie ominąć. a później. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. to zamknięcie. tej nędzy.. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. nie.. którzy ze świadomością winy.. kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. że opowiesz mi wszystko. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. władzę pana. właśnie mnie. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. Krystyna mnie zdradziła.. albo tenisa. A może ta chwila mija. której każdy krok. nie możesz przyjąć niczego ode mnie. Myślałem tak nie jeden raz. władzę ziemianina. musiałbyś się obawiać. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną. Ale wtedy już nic nie boli. parę buntowników.. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. by wykonać to zadanie. Tak. i już nie możesz nic zrobić. I to zdradziła z tobą. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. służby i otoczenia. te spacery w lesie. o rój moich służących. Krystyna też jest biedna. dwoje ludzi. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. które nakazuje wam. przyjacielowi i bratu. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. niczym na statku. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały. wyobrażam sobie nienawiść. podnosisz broń. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. nie tylko my .

ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. jak dziecko. a gdy ta chwila mija. może tylko chce się upewnić. wiem wszystko. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. I wtedy umiera. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. Opada ci ręka z bronią. Odpowiedz. jak to pomiędzy ludźmi bywa. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. dwóch mężczyzn. . żywi. Jest tak. Krystyna i ja. jesteś bezradny. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna. my obaj. a my zostaliśmy tutaj. ty i ja. Wszystko się wyjaśnia. także wtedy. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. gdy w pobliżu nie ma nikogo. musi na coś czekać. że umiemy milczeć. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. że w tamten poranek. z tak naprężoną ciekawością w głosie. a jednak czegoś nie wiem. bo ty odjechałeś. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. Ale ja zostaję tutaj. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku. na polowaniu.

przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. To jest to. Bo Krystyna. teraz. wybacz. – A więc widzisz. postawiłem cię w przykrej sytuacji. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. jedną ręką pociera czoło. jaki wypowiada. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. znacznie później. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko. ponieważ ty stchórzyłeś?. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi.. kiedy już ten ktoś. Chce odpowiedzieć. dlaczego?. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami. Stchórzył. że nie zapytałem właściwie. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. Stchórzył. kto oskarżył cię o tchórzostwo. i nie przed śmiercią. z zapałem. okazją. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. i teraz. że uciekłeś.. jakie od niej słyszę. – Musiałem powiedzieć. nie przed życiem. dlatego przerwałem ci. powiedziałem to – kontynuuje szybko. chcesz powiedzieć prawdę. kiedy to powiedziałem. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę. że ta chwila w lesie. czuję. i nie wiem nic. stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. a ja nie zapytałem właściwie. jeśli . na polowaniu. kiedy dowiedziała się. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć. dla jedynego człowieka. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. ale jest ważna dla mnie. pochyla się. nieledwie tonem usprawiedliwienia. kiedy zobaczyłem. Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata. abym ja zrezygnował z Krystyny. pomysłem. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. który chciałby wiedzieć. że tę chwile poprzedzały inne chwile. – zastanawiam się później. jasne jak słońce. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje. ponieważ chcesz odpowiedzieć. o świcie. to są ostatnie słowa.. była nie tylko przypadkiem. Nad tym się zastanawiam. dręczy mnie podejrzenie. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. Teraz oddycha głęboko. nie.. trzeźwe. że szykujesz się do odpowiedzi. co mówi. nie przed ucieczką. Nie przeczę. także nie przed oszustwem...18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. i ostatni sąd nad tobą. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się.

I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. w wiele lat po jej śmierci. w przeciwnym bowiem razie. intryga. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. Nie chciałbym tak umrzeć. tak. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. i tak się stało. nie. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. ostatecznie. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. w pudełku. i ja ją znalazłem. co powinien wiedzieć on. taka jest prawda. znacznie później. nie mogłem też wiedzieć. Byłoby lepiej. Nie warto. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. ja czekałem na ciebie tak. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. przed którego wykonaniem. byłoby to bardziej ludzkie. że tak być musiało. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit. pomiędzy rzeczami Krystyny. Bo wszystko inne to jedynie słowa. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. oprawna w żółty aksamit książka. czy tobie. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. przyjaźń. miłość. Żyła. w których się urodziłem. jak to stwierdziła Krystyna. co powinno się wiedzieć. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. a on chce odpowiadać. Pewnego dnia. u kresu. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. a ja żyłem w tym domu. sprawca i oskarżony – jeśli chce. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. I teraz to się stało. Potem Krystyna zmarła. Lecz książka. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. gdyby kula rozstrzygnęła to. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. nie chcę znać szczegółów. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. Zawsze jest tak dlatego. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. sygnet ojca. ja pytam. bardziej na miarę człowieka. na których cienie czasu zakrywają postaci.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. tylko ty jeden. pewnego dnia. Nic już mnie nie interesuje. to straszne wyznanie. później. ty nazajutrz wyjechałeś. który mógłby mi pomóc. Nie rozerwałem wstążki. jak umarli i jak malowidła. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. ty żyłeś gdzieś daleko. wypytywać o szczegóły. będzie takie blade. wręcza przyjacielowi. obok nas i ponad nami w czasie. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. żyli i pomarli moi przodkowie. i nie ma człowieka. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. ta osobliwa „księga szczerości”. także żyła na swój zagadkowy sposób. – To pozostało po Krystynie. w których urodzili się. bo istnieje pewien porządek rzeczy.

powoli. – Dobrze – mówi generał głucho. Chowa głowę w dłoniach. ten papier. w lesie. ponad książką. – Czy chcesz. wosk pieczęci już się stopił. mora. jedwabisty jak czarny żałobny materiał.. wyniośle. zamknięty niebieską pieczęcią.. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. Żar rozpala się w ciemności. czarny popiół. ta książka. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. – pyta generał. nie drgnie mu oko. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. płomienie buchają wysoko. tak samo jak ta ręka. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. który by zeznawał przeciwko tobie. Nie ma już świadka. która niegdyś zapisała te stronice. w tym czasie nie drży mu ręka. prawie obojętnie. jak płomienie zaczynają łopotać. Nieruchomo patrzą. patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit. przyjmuje ofiarę. jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej. wsysa materiał książeczki. wszystko obróciło się w popiół. Czy Krystyna wiedziała. będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. Nie rusza się. abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?. pełnym namaszczenia. drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. – Nie – mówi Konrad. zaczyna dyszeć i błyszczeć. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. – Rozumiem – mówi generał. dymiąc. spiczaste litery z zawijasami. lecz i te litery. wydając cierpki dym. przewiązany niebieską wstążką. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad.głosem surowym. . Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik.. którą generał wyciąga w stronę Konrada. żółty aksamit pali się. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze.. rano. że wtedy. siedzi bez ruchu. jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. ogień już żyje.

jak postaci tłukące się po kostnicy. odruchowo podchodzą do kominka. że przemarzli i drżą. wrażliwy na zimno. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. na pół godziny przed świtem. na pożegnanie. z lekko nachylonymi korpusami. Generał kładzie rękę na klamce. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. Teraz czują jedynie to. – Tak – odpowiada gość. – Tak – mówi generał. Lecz mówi niezdecydowanie. . która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi. ni zowąd. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. mrugając.19 W pokoju oziębiło się. zaciera ręce. wrażliwe na zimno. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. ale przez półotwarte. Stoją naprzeciwko siebie. – To naturalne. taktowni. Obaj wstają. – Wracasz do Londynu – mówi generał. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. Gość. noc z nagła oziębiła się. gotowi do pożegnania. w półmroku. ni stąd. Czas. obaj są bardzo starzy. automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. Generał. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. Jeszcze nie świta. burza. jak ktoś. pochylają się. do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. Teraz. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. jak ktoś. kto teraz. I idą w stronę drzwi. – Dziękuję – odpowiada generał. przeszła obok zamku. kto czegoś szuka. abym odjechał. chude ręce. jakby do samego siebie. dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. szuka i nie znajduje właściwych słów.

co zostaje w naszych sercach. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. Ale odpowiada także poprzez fakt. bo my obaj. i tego nie wolno upiększać. nie opuści go dziwny niepokój. Jakie jest to drugie?. że przeżyłem. – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. że pozostałem tutaj. – Ty w ten sposób. Tak to odczuwaliśmy. bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę. byliśmy podlejsi.. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta.. nie był aby prawdziwym sensem . ponieważ ona umarła. – odpowiada generał. jest jedną z tajemniczych. oschle. albo rozumnie. – Spójrz tylko. Powinieneś to wiedzieć. Ja też będę to wiedział.. Popatrz. który jest twoim przyjacielem. na której ci zależy. – Drugie?. że żyje na ziemi pewna kobieta. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. którzy boją się własnych cieni. że ściany mają uszy. a ta kobieta jest żoną człowieka. Rozumiał to tak. Nie myślisz. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić.. – Drugie pytanie – odpowiada generał.. jej. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. – Drugie pytanie. i coś nas troje łączyło. Liczy się tylko to. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. umarła. bo ty odjechałeś. że był ku temu powód?. i to jest fakt. a my pozostaliśmy tutaj. że wyjechałeś. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. przeżyliśmy. i nie wolno tego upiększać. – Dwa pytania – mówi ni stąd. kiedy idzie o prawdę życia. Przeżyliśmy. w ostatniej godzinie. Nie myślisz. dumniejsi. i są pewni. w życiu i w śmierci..... To dobra odpowiedź.. ojciec Krystyny oskarżył mnie. tchórzliwsi. żywi. – Wiemy też. z urazą.. a kiedy już zrozumie.. kogo tak bardzo kochaliśmy.. że coś przeżył. która mimo wszystko była jednak czymś więcej. kto kogoś przeżyje. o to. Taka jest prawda. uciekliśmy przed nią. a zatem odpowiedziała nam obu. Nie zwalnia klamki u drzwi. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. mężczyźni. że omal nie umarliśmy. To są fakty. że przeżyłem wszystko. tutaj. która umarła. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością. zdradziliśmy ją. w tym domu: zresztą już to wiem. ponieważ przeżyliśmy.– Świece – mówi z roztargnieniem. – powtarza szeptem. do których należała. Umarła. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. tak czy inaczej. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to. – Drugie pytanie?. Kodeks nie zna takiej zbrodni. kiedy wszystko dobiegnie kresu. a my żyliśmy. że przeżyłeś. bo umarła. co przez to wygrałeś?. że jesteśmy jej coś winni. w samotności. – U kresu świat nic nie znaczy.. zawsze pozostanie zdrajcą. pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety.. Co chciałeś przez to osiągnąć.. że umiera. świece już się wypaliły. I ten. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. że trzeba pozostać przy życiu. tchórzliwie. ja. dwa pytania. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. z kim tyle nas łączyło. że wszelką urażoną. że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. przeżyć kogoś. w Londynie. i na którym też ci zależy?. umarła. albo na ślepo. Nic – mówi zwyczajnie. Przeżyć kogoś. bo ona na to umarła.

. Widziałem pokój i widziałem wojnę. tonem żądania. że tak jest. lecz jedynie żądzy?. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przeżyłem wszystko. ale tak cicho. odpowiedz – mówi głośniej. być może jednak był ten węzeł.. niemym uściskiem dłoni. nazwij to. jakby się obawiał. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. . być może zła. Oto jest pytanie. obaj głęboko się pochylają. na białym żwirze. służący biegną ku nim ze światłami. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka. od stóp do głów. zataczają się światła. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność.. z płaszczem i kapeluszem. u samego rdzenia życia. W milczeniu idą schodami w dół. zaskrzypiały koła powozu. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. która nas do niej przywiązuje. widziałem nędzę i świetność. Tak. a potem wiecznie się pali. Przed dwuskrzydłową bramą. Może nie dotyczy osoby.. Naciska klamkę. to jest to pytanie. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. aż do śmierci? Niezależnie od tego. tak zła. że to trudne pytanie. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie. I nie umiem na nie odpowiedzieć. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. która pewnego dnia przenika nasze serca. I to jest to pytanie. jak chcesz. Generał ciężko oddycha. która być może jest dobra. abyś powiedział – ciągnie. że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś. Ale sensem każdego naszego postępku. ale intensywność namiętności. widziałem walkę i zgodę. tak wspaniała. widziałem wszystko. Chciałbym. co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy.naszego życia? Wiem. – Wiesz. Żegnają się bez słowa. I przyglądają się sobie. tak nieludzka jest namiętność?. dusze i ciała.

jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. . drobnymi krokami. Ale jak każdy pocałunek. Razem idą w stronę pokoju generała. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. Generał kroczy powoli. Niania porusza się żwawo. kreśli znak krzyża na czole starca. Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami. zatrzymuje generała.20 Generał wraca do swojego pokoju. z pewnością się uśmiecha. – Wiem. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra. którego nie da się wyrazić słowami. – Dobranoc. – Dobranoc. – Tak – odpowiada generał. Całują się. Nini. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. opiera się o laskę. – To już nie ma znaczenia – mówi generał. Niezdarny jest ten pocałunek. – Tak – mówi niania. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. U końca korytarza czeka niania. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania. Pusty prostokąt.

Napisał sztukę w języku niemieckim. chorwacki. Był studentem prawa. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. psychologiczną dociekliwością. Pisze do szuflady. Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu. hiszpański. po upadku Węgierskiej Republiki Rad. Jest tłumaczony na angielski. w Austrii. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch. Po miażdżącej krytyce Györgya . powraca z żoną na Węgry. pisarza niezależnego. młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). afabularne. olśniewające stylem. gdzie ukończył studia dziennikarskie. duński. nawet sztuki teatralne. opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). Jego czytelnikiem był ten. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. najpierw zapewniający mu bezpieczne życie. szwedzki.Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. opuszcza Budapeszt. fiński. w latach 1945-1948. Po wojnie. czeski. po dziesięciu latach emigracji. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. skupione na moralnych dylematach bohaterów. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. portugalski i turecki. francuski. Dopiero w roku 1928. udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. włoski. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. Powieści Máraiego. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. zamieszkują w Budapeszcie. miasto-mit w dziele Máraiego). Współpracował z prasą niemiecką. w Szwajcarii. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. o którym pisał: wykształcony mieszczanin.

Lukácsa. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. niektóre nakładem własnym. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. W rok później zmarł w wieku 82 lat. chorej na raka gardła. który odrzucił cały dorobek pisarza. jak się okaże. reżyser filmowy Géza Radványi. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. następnie w USA. już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy).. na zawsze. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). półślepy. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej. gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. udają się na emigrację. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. w Nowym Jorku. po wielkim. Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. który ukazał się pośmiertnie. W roku 1956. jest pozycją niezwykłą. reżyser filmowy. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. nad którą autor. szósty.. tracił chwilami kontrolę. która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. a . dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. ten. skorzystał z zaproszenia. każdy na własną rękę. skąd powrócili do Ameryki. którą sam zakładał. dziennik. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. Pięć tomów wydanych za życia. leci do Europy. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. Nie brak też takich. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci. Obaj bracia. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. Notabene jego brat. eseje. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. sztuki i słuchowiska). odprawił z niczym. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. Kuriera z Budapesztu. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. na wieść o wybuchu powstania. nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. Do 1952 roku mieszka we Włoszech. Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai. który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. Młodszy brat Sándora. W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów).

i narastającej niechęci do literatury. jest to dzieło wielkiego formatu.jednak. Feliks Netz . słabnącej pamięci. mimo powtórzeń.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->