Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

karbowane literami jak drzazgi. jak wkuwający uczeń. Wiele razy obliczał. Przed paroma dekadami. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. w list. podszedł do wysokiego pulpitu. zeschniętym ogrodzie. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. poplamionym atramentem. Pokój był sklepiony. także gdy był sam. Czternasty sierpnia. Generał spojrzał w sufit. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. zbudował go pewien dostawca wojenny. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. to wtedy było polowanie. I jak uczniak. barczysta postać zniknie za załomem. odchylił ciężką głowę. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. zaczął się przechadzać. powiedział w końcu. a potem został księciem. który. liczył. do milimetra. I jakby nagle ogarnął go spokój. A więc tyle to trwało. do balkonowej. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. powiedział półgłosem. pomrukiwał. Pozostawiono jedynie ten filar. Czterdzieści jeden lat. Potem umilkł. starannie wygładził papier i w silnym świetle. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. w bezmyślnej wściekłości podpala pola. wiedział to dokładnie. w tym pokoju. sypialnia i garderoba. nie lubił dokładnych liczb. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. Czterdzieści lat. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. odczekał. Generał wszedł do swojego pokoju. ochryple. rzekł po chwili. I czterdzieści trzy dni. ponownie zapatrzył się w tekst. oprawione w płótno w pepitę. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. ogrodowej. zaś ten pogodniejszy. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. Drugi lipca. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami. pokrytego cienkim zielonym suknem. przymknął klejące się powieki. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. za rzeźbioną kamienną balustradą. z okularami na nosie. szkolne zeszyty. zmieszany. Czternasty sierpnia. Żył w tym pokoju jak chory. Generał urodził się tutaj. bo w pokoju było ciemno. Generał wyjął pomięty list. w tych kilka ręką skreślonych słów. Czterdzieści jeden lat. niczym podpalacz. spieczonym. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. w wysuszonym. odprowadził go szklanym wzrokiem. umył ręce. . aż krępa. Wtedy zbudowano pałac. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. Za spuszczonymi żaluzjami. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. drugi lipca. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. jeden na drugim. jakby każda liczba przypominała coś. był pokojem jego matki. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji. poczerwieniał. zaświecił ją. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. Liczył czas. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. bardziej przewiewny – garderobą.postawie na baczność. nim pójdzie w świat.

grzeczniej: – Proszę. ze złotymi żyrandolami. albo – każdego ranka. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. aż przyszła Nini. jakby dopiero teraz zrozumiał. . pod ręką. nagle poczuł się bardzo zmęczony. gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. także zimą. które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła. Nie poruszył się. zadzwonił. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. Kiedy wypowiedział te słowa.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Po czterdziestu jeden latach. Na stoliku. leżał srebrny dzwonek. pośrodku pokoju. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. I czterdziestu trzech dniach. Po chwili. niebieski i czerwony. na kasztanowce. także wtedy. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. Chodził do tłoczarni albo do lasu. przed kamiennymi balustradami balkonów. Stamtąd okna wychodziły na park. – Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. – A więc powrócił – powiedział teraz głośno. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. zachwiał się. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem.

Pielęgnowała go Nini. nigdy jej nie spytano. Jakby coś ukrywało w kościach. . Zawsze uśmiechnięta. matka generała. Nie miała niczego. i była bardzo piękna. Niska. we krwi. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. przyszła do pałacu. że też na świecie jest coś innego niż egoizm. gdzie być powinna. generał czasem wspominał tamtą chwilę. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała. czytała same litery. dlatego czytała same litery. w tym pokoju. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. po dwudziestu latach. zimnym. I chory wszystko rozumiał. kiedy generał przyszedł na świat. A potem zmarła hrabina. Przeżyła w tym pałacu. Potem zmarła pani. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu.. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. W takim stanie przybyła do pałacu. siedemdziesiąt pięć lat. Była córką wiejskiego listonosza. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. A potem generał ożenił się. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. skoro odszedł mężczyzna. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. muskularna i spokojna. znacznie później. i zmarło jej dziecko. Była tutaj. jak może być w dobrym humorze. a że nie znała tego języka. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. wówczas. Karmiła generała. którego kochała. tajemnicę czasu albo życia. Na sam poród. nie można jej przełożyć na obcy język. Wykarmiła piersią i wychowała generała. nie umiała poprawnie wymawiać słów.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. tak jak następowały po sobie. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie. nigdy nie rzucała się w oczy. A że zawsze była w dobrym humorze. próżność. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. milcząco. W tym pokoju niańczyła generała. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. Wtedy także uśmiechała się. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. Jej imię przelatywało przez pokoje. bo miała dużo mleka. urodziła dziecko.” A że była wszędzie tam. której nie można nikomu wyjawić. Czytała mu po francusku. dla którego wezbrało w niej mleko. namiętność. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. w skórze. że Nini także się uśmiecha. Nini. bardzo powoli. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy. śród ogólnej radości spostrzegano. Miała wtenczas szesnaście lat. kto był ojcem dziecka. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. śluzowatym potem..

Zamknął nowe skrzydło. Nini nosiła granatową spódnicę. Nini – powiedział generał. ściany. – Jest tutaj. a dalej niebieskosrebrne góry. uczestników wielkiego polowania z nagonką. przedmioty niczym tajemniczy prąd. z wyprawionymi głowami kozic. duży gabinet z kominkiem i książkami.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. Jedynie generał mniej więcej orientował się. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. i skromną bluzkę. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. z granatowego sukna. jakby od niechcenia. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. do pokoju swojej matki. Niekiedy wydawało się. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć. Niania usiadła. łazienki. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. kuchnia. które ulegają unicestwieniu. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. obszerną jadalnię. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. generał wyjechał. Powrócił po roku. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. kilkusetletnie jedwabie. Nikt nie mówił o tym. wiecznie taką samą. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. Tych natomiast. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. To oko było teraz smutne. panów urzędników z województwa i z miasta. tak niebieskie. Drugie pozostało niebieskie. ale czuło się jej siłę. otwarta weranda. Pamiętała wszystko. gdzie? – spokojnie spytała Nini. To oko uśmiechało się. Starzeją się bez obrazy. W ostatnim roku postarzała się. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. żywe i uśmiechnięte. w mieście – rzekł generał do niani. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. sypialnie. I jej niebieskie oko. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. rozpadają się. Energia Nini przepływała przez dom. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. cicho. uniósł list. Kiedy zmarła mu żona. – Usiądź. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. posłałem po niego karetę. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. Przyjdzie wieczorem. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. z której okien było widać dolinę i miasteczko. rozejrzało się po pokoju. szare. wielka myśliwska jadalnia. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. – Tutaj. Będzie tu na kolacji. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . ludzi. w sierpniu.

kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. ponieważ wiedziano. Można?. . że pan domu się nie udziela. jakie przeżyli razem pod jednym dachem. który grzebał domowników. Generał. z odrobiną dziecięcej ciekawości. zimą. potem nakryjemy. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. Nikt się nie obrażał. – Dobrze – rzekła krótko. z ciałem wychylonym ku przodowi. Melchiora i Baltazara. Jak ostatnim razem. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. wdychali to samo powietrze.urzędach. I nic nie miało imienia. – Tak – powiedziała w końcu. która zobaczyła generała. Podeszła do generała. przyglądał się jej ciekawie. Niania powiedziała: – Czy chcesz. co niejasno było im wiadome. – W dużej sali. znali nawzajem swoje ciała i sny.. gdy przyszedł na świat. – Południe – powiedziała niania. jaka łączyła ich ciała. Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. Wspólnota. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. posłusznie. jakby liczyła. nigdy. – Obiecuję – powiedział generał cicho. – Na ósmą wieczór. i wychylił się z fotela. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. więcej niż małżonkowie. Zycie wymieszało ich dni i noce.. – Tam – powiedział generał. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania. – Bezgłośnie poruszała wargami. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. Do szóstej każę przewietrzyć. – Dokładnie tak. gdy to samo jedli. Przymierzała czas do ogromu pracy. – Niech się zastanowię. nachyliła się i pocałowała żylastą. – Można? – Miesiąc. żeby było tak. Wiedzieli o sobie wszystko. spokojnie i stanowczo. stęchlizna domu. drzewa przed oknami. Może dlatego. Nikt więcej. Pleban. jakim zawsze rodzi się człowiek. Dwa żywoty upływały razem. które jest większe. Może sprawiło to mleko niani. Było też coś innego. odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. że Nini była pierwszą żywą istotą. – zapytał podekscytowany. – Można. więcej niż matka i dzieci. która widziała go w chwili narodzin. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. we krwi i brudzie. Pewien rodzaj braterstwa. wszystko było wspólne. Teraz jest południe.

w półzaciemnionym pokoju. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. Przechylił głowę. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. stare strzały. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. charty i wyżły. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. usunęła wszystko. kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. Światło i czas zmywają z płytki ostre. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. o każdej porze roku. na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty. Potem czeka. Na wszelką zwierzynę. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny. kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. obserwował szmery w pałacu. jak te bardzo stare fotografie. gdzie go obrażono i dlaczego. wzdłuż ścian. torby na amunicję. z dumą i urazą. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. Już nawet nie wiedział. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. . polował na lisy i wrony. Włosy miał kędzierzawe. ale będzie bezbarwne. Polował codziennie. Matka generała. A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. co więcej. Trzeba obracać fotografią. charakterystyczne odcienie linii. niezbędne jest też pewne załamanie światła. Strzelby belgijskie i austriackie. wyrzuciła z pałacu myśliwych. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. hrabina. Wszystko się zachowa. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. liczne stado. Najpierw się obraża. I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. raptem poczuł się zmęczony. Leżał na kozetce. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. Teraz. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. Portret ojca. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. jak dziewczyna. Odesłał obiad.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. Potem pragnie zemsty. Nigdy nie wspomniał. Słuchał gorącego bulgotania blasku. Już od dawna czekał.

Podniósł się. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu. Wtedy już wiedzieli. Wszyscy się uśmiechnęli. jacyś inni ludzie – obce miasta. może to ta podróż. Powiedział: „Uważaj. gnuśny człowiek. On także jest niedźwiedziem”. że matka tutaj marzła. który miał taki smak. Tak. mrużąc oczy jak krótkowidz. nieodmiennie jesienią. dokąd cię zabiera. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. że nie mogą postąpić inaczej. żyją niedźwiedzie. stanął przed białym. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. przez Szwajcarię. Było oczywiste. nieomal po upływie roku. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. Marzła. Jechali przez góry. ponieważ namiętność. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami. który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. Cesarz był łaskawy. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. Tyrol. Oficer gwardii polował. Uśmiechnęli się. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. pośród woalek i okryć. która ją dotknęła. seledynowym i różowym. I marzła. Matka chciała cudu. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. była nazwa jego ojczyzny. w którym trafiał się ktoś inny niż on. że rodzice nie rozumieli się nawzajem. cesarz . Myślał o tym. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny.” – i uśmiechnęła się. Był to wielki piec. Przyjechała na Wschód. Francuska panna powiedziała: „U państwa. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. stuletni. Wszyscy pokłonili się. I uśmiechnął się. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. Miała do niej prawo. muszą żyć razem. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. jak górskie potoki. jak w czytankach. pękatym piecem z porcelany. Okna zasłaniały białe jedwabne story. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. Wielka to była łaska. pałace. padał śnieg. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. Paryż. jakie sobie powiedzieli.. pani! W lesie. brzuchaty.. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. w domu myśliwskim. Pierwszym intymnym słowem. jak dobrotliwy. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. także latem. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. i tak emanował ciepłem. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. to znaczy gdzie?. król Francji. wiatr. ostateczne”. spojrzeli sobie w oczy. Paryska ulica była biała. niedźwiedzie i jelenie. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu.Tutaj. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. bladzi i zmieszani. żył ojciec generała.

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. Byli tam wszyscy. przyjęła ich francuska babka. Wówczas zadepeszowano po Nini. przyjrzała mu się z góry. wąski. pełna obaw. wyjęła z łóżka konającego chłopca. nie znała nazwy ulicy. czarny wąsik. że umrze. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. Nikt nie powiedział. francuska babka. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. Nini była spokojna. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. Nie płakała. wzięła go na kolana. jak wędrują ptaki. kiedyś pewnie płomiennie rude. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. w surdutach. nie umiała mówić po francusku. nachylali się nad dzieckiem. Przybyli dostojni lekarze. „Chcę. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. żeby tu była Nini!” – powiedział. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości. Pocałowała dziecko i białymi. jeżeli ten zapach nie minie. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie. Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. Naturalnie nikt nie powiedział. włosy. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. pałacu. Wszystko miało zapach nie do zniesienia. W morzu tkwiły czerwone skały. Otworzyła się brama. płakała i modliła się. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. nosiła wysoko upięte. na co właściwie to dziecko zachorowało. Chłopiec czuł. Wróciła do chłopca. Około północy zaczął płakać i wymiotować. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. uśmiechając się . dławiąc się łzami. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach.w imieniu taty. stała obok nich. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. ponieważ nie spała już szóstą dobę. psów. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. puls chwilami ustawał. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. francuska babka. postanowił umrzeć. który ukrywał chore dziecko. jak z włosów i ust francuskiej babki. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. jakby jej dziecko składało egzamin. zanim niania dojechała do Paryża. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. personel. z siatką robioną szydełkiem. majaczył. Hrabina klęczała przed drzwiami. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. jakby czas zapomniał je umyć. tylko oczy mu błyszczały. Upłynęły cztery dni. Weszła do pokoju. Prowadzono go przez sale. na piętrze. „Tout de même” – rzekła do jego mamy. który był już zupełnie cichutki. która. Miała szare oczy i mały. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. teraz brudnoryże. została w Paryżu. Nini pieszo dotarła do pałacu. tylko była bardzo zmęczona. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. skonsternowana i obrażona. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. Zjawiła się tak. lasu i porzuconych stron rodzinnych. chłopiec odczuwał mdłości.

że wszystko na świecie tworzy całość. – Nie idź na słońce. – Tata też jest poetą. pirata.patrzyła na morze i niebo tak. Chłopiec i niania myśleli o tym. Słuchali morza: jego szum był znajomy. chłopiec siadywał z nianią i słuchał. często się śmiał. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. Rano. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. . Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. Patrzył na morze. mój aniele. kiedy cofnął się przypływ. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. I rzekła: – Nie. Szumiało tak samo. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. we dwoje. z odchyloną głową. wonny chłód. jakby już wcześniej je widziała. są mocniejsi. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. wszystko było słone. to tutaj wiele. który opowiada już tylko najprostsze historie. Siedzieli na plaży. Chłopiec szybko się opalił. także powietrze i kwiaty. przytuliła do piersi główkę chłopca. Długo przesiadywali pod figowcem. Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. w domu. Rozboli cię głowa. szumiał las. jak tam. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. będziesz żołnierzem. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach. niczym mędrzec ze Wschodu. jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. kiedy morze bezsilnie huczało. Teraz już się nie bał. To tutaj. badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. ponieważ wiedział. Niania objęła go. w godzinach południowych. wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. że razem.

na szczycie wzgórza. Rano budził ich dźwięk trąbki. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. Mijają dziesięciolecia. Był to żółty budynek. jakby to było jedyne miejsce na świecie. kiedy wracali z Bretanii. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. długie spodnie i czako. Jesienią. oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. Wszystko miało smak saletry. dawne słowa. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. Byli jak dzieci. pośród przystrzyżonego listowia. Niespiesznie szli alejami. Nosili białe rękawiczki. W fontannie. pokasływał. szemrała woda w kolorze złota. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. i historii. w granatowych bluzach. i naraz słyszą szum morza. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. jakby codziennie były urodziny cesarza. ponieważ oświetlało ją słońce. ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. i sposobu. W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. Otrzymał szabelkę. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. Chłopca oddano do szkoły kadetów. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. chłopcy prężyli się. wdzięcznie salutowali.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. z prościutkimi ulicami. letni pałac cesarza. w którym ktoś umarł. W sypialniach spano po trzydziestu. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. jak cesarz. Chłopiec był blady. z . w wąskich. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. w sypialniach. Drogą szła jakaś kobieta. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. Wychowawcami byli starzy oficerowie. Nauczano greki i balistyki. żelaznych łóżkach. w klasach. w jadalni. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń.

– Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. o krótkich nosach z czeskich pałaców. z gołą głową. i dzieciak. Kiedy urósł. Mieli po dziesięć lat. tak jak to jest. w Instytucie.białym. a czego nie wolno. czego nie wolno powiedzieć. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. Trzy kroki za nią. jakby przed czymś uciekała. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. jak zwykli to robić rówieśnicy. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. z nadanym tytułem barona. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. – Podobna do mamy – powiedział. bardzo zmęczeni. z dodającą sobie wagi namiętnością. matka była Polką. byli niebieskoocy. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. Powolny. a wszystko to zostawili w garderobie. Jego ojciec. dziesięcioletni arystokraci. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. lekko przygarbiona. z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. tylko do niego. był urzędnikiem w Galicji. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. lecz nie leniwy. Byli tu wszyscy. Był milczący i uważny. jaki wisiał w gabinecie ojca. gdzie uczyło się czterystu chłopców. z głębokim nabożeństwem. który należał do nazwiska i teraz uczył się. kiedy się poznali. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. panowała taka cisza. dziecięcy. W Instytucie. co mu wolno. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. a jednak szczupły. jasnowłosi. ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. wokół jego ust pojawił się bolesny. Od pierwszej chwili żyli razem. Twarz kobiety była bardzo biała. z tytułem i rangą. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. Rzadko się śmiał. . jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. Był krępy. tutaj. słowiański rys. w nieświadomej i karykaturalnej formie. ponieważ przypomniał sobie obraz. szybko ich minęła. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. szła dama w czerni. w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. tak samo jak wytworne. ze świadomie odmierzonym rytmem. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon. nad stołem. i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. jak chłopcy z bardzo starych rodów. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. jakby ją ten spacer zmęczył. Konrad spał w sąsiednim łóżku. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę.

był początek listopada. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości. po prawdzie. Chłopiec jadł obok ojca. Ale wolałbym. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. Po czym oznajmił: . od pierwszej chwili. W korytarzu wisiały jelenie rogi. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. Niebezpieczeństwo. przyjechał do Wiednia oficer gwardii. w dwóch ciemnych. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. orzekli. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. w osobnym pokoju. Oziębiło się już. pułkownika z Moraw. – Nie boję się. jedynie ma skłonność do chorowania. Ale wiedzieli również. jest natury ogólnej. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. wszędzie ich znano.. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. nie jest chory. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali. Chłopiec.. powiedzieli. raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. – Tak. Z tego wszystkiego. tato – powiedział chłopiec. Potem jedli w jakiejś restauracji. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. Ojcowskiemu słowu można było ufać. w sklepach – rękawicznik. jakby przywoływał syna do porządku. Nosił frak. starszy kelner władał nad ich stołem. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii. koszulę z falbanami. krawiec. gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. – Jeżeli chcesz. – Króla – powiedział ojciec srogo. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. w ciemnej. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”. jak każde wielkie uczucie. co powiedzieli lekarze. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem. żeby latem mógł przyjechać do nas. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. Chłopiec odetchnął z ulgą. możesz wrócić do domu. Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. bocznej uliczce. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. także na ulicy. zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”. To biedacy. jest wstyd i świadomość grzechu. gdzie uroczysty. Chciałbym. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji.. także i w tym. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie. – Powiadają.. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu. w restauracjach. bieliźniarz. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. nadziewali się na miecze.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. Na prośbę kierownika zakładu. obaj więc mieszkali w hoteliku. Zamieszkał tu w dwóch pokojach. rzęzili. który długo rozmawiał z lekarzami. łukowo sklepionych pokojach.

razem odkrywali Wiedeń i las. możliwe też. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. z charakteru matki. jak jakieś arcydzieło. Ale nie umiał żyć bez miłości. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. książki i polowanie. nakazywało. co go boli. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. bo to nie jest pełny człowiek. w pałacu urządzono im wspólny pokój. a wtedy nie miał gorączki. bał się. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. ubrania. Już cztery lata trwała ta przyjaźń. że trochę była zazdrosna. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu. Wtedy będzie bardzo cierpiał. Byli w tym wieku. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. że każdy odbierze mu tego. którego kocha. by człowiek nie mówił o tym. Wszystko mieli wspólne. ponieważ nie byli samotni. jeździectwo i żołnierskie cnoty. życie towarzyskie i miłość. Nini bała się. których nienawidził. kiedy chłopcy wsiedli do karety. Kto tego nie wytrzymuje. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. coraz bardziej spazmatyczny. Miękkie. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. z lasu i z Paryża. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. Francuska mama. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. spokojniejszy. mieli swoje sekrety.– Już do niego nie chodzę. jasne włosy. jego szczupłą. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. – Któregoś dnia odejdzie od niego. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. lecz znosił ból w milczeniu. wcale go nie szkoda. To także otrzymał w spadku. serdeczny. prawdziwy pan. przyzwyczajono się do niej. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. którego kochamy. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. jak jakiś twór. Chłopiec zrozumiał. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. pod koniec pierwszego lata. W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. – Pewnego dnia musimy porzucić tego. Wychowanie. Coraz głębszy był ten związek. jak do . a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. Już nie był samotny. chłopcy zaczęli stronić od świata. – To ludzka rzecz – odrzekła matka. Lecz ojciec był wielkoduszny. nie pokasływał. zarazem bał się każdego. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. jednocześnie czytali tę samą książkę. Generał chwalił się Konradem. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. bieliznę. Ale Nini nie uśmiechnęła się. „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. Konrad był bardziej męski. Potrzebny był ktoś.

coś ostatecznego. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. Baron. Potem dosiadali koni. Konrad był sztywny. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. Tych dwóch chłopców czuło. Pewnego lata wybrali się do Galicji. bądź w wyczyny cielesne. razem sporządzali rejestr grzechów. Konrad zaprzysiągł Henryka. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . Tej przysiędze długo dochowali wierności. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. kto wie. podziemnym rewirom życia. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. wszystko to jest brutalniejsze. Nie było to łatwe. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. Ale żyli w czystości. powaga. Spowiadali się co dwa tygodnie. Żyli według ścisłego regulaminu. czego się uczył. ale to. bądź w naukę. do rodziców Konrada. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. Byli już wtedy młodymi oficerami. jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. bardziej nieludzkie. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. chłopcy byli bladzi. ciekawskich i niespokojnych. Lecz nie szydzono z tego związku. taktownie. jak małżeństwo. Co rano. z nagimi torsami. aby żyli w czystości. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. Henryk był świetnym jeźdźcem. bądź w zbyt wczesne hulanki. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. że to jest cały jego majątek na tym świecie. miewali zawroty głowy. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. bardzo konwencjonalny. Ludzie niczego tak nie pragną. Wszystko. mocne uczucia. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. „Henrykostwo”. w nerwach. Henryk łatwo się uczył. jak bezinteresownej przyjaźni. jak każdy prawdziwy mężczyzna. bądź też w przedwczesne. gdy zmieniały się pory roku.jakiegoś fenomenu natury. Konrad był poważny i wstydliwy. także wtedy. więzy wielkich namiętności. Nic nie jest równie delikatne. Pragną beznadziejnie. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. zarazem wyniośle. jak ktoś. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. jakby przyjaźń. odpłacała z nawiązką za to wszystko. Żądze dawały o sobie znać we krwi. że żyją w jakimś nienazwanym. co tamtych pozostałych. Konrad z trudem. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. stary. co życie przynosi z sobą później. chaotyczne i bolesne miłości. łysy i uniżony człowiek. z bandażem i w hełmach. gdy ma dziesięć lat. w których pokłada swoją nadzieję. bezwzględność. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. jak ktoś. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. jak taki związek.

Nigdy go nie widziałem. jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. czesne. jest pewien dwór. Nigdy niczego mi nie zabrakło. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. Pierwszego wieczoru. przez dwadzieścia lat. Niemcy. ojciec Konrada. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż. jakby i w samym mieście. I tak to trwa od dwudziestu lat. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. na bilety do teatru. Potem poświęcili zdrowie. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. potem sad. – Pomyśl tylko. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. Miasto było duszne. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. i w niewietrzonych. wygodę. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. delikatnie i spokojnie. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. przy rosyjskiej granicy. Jego mieszkańcy: Ukraińcy. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. ciężkich winach. ze starymi wieżami. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. na koszty związane z pojedynkiem. jaki posłałem twojej matce. wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. i przywiędła. palili papierosy i milczeli. dom. – Chciałem tylko. ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. Najpierw wyprzedali meble. ozdobionej zakurzonymi palmami. bardzo poważnie. Żydzi. na opłatę za egzamin. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. i aby w tym pokoju stały porządne meble. jego matka. przed pójściem spać. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. spokój na stare lata. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. jakie stary urzędnik. wrzasku i szeptu. – Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. ziemię. żebyś o tym . Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur. życie w tym mieście. Gdzieś tam daleko w Polsce. Chłopcy mieszkali w hotelu. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. coś ostatecznego i niezmiennego. Wszystko. Jedynie kościół katedralny.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. Należał do mojej matki. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. przybywa stąd. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. Rosjanie. spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo. place. tylko jakiś godny współczucia. na bukiet. trzy tygodnie nie jedzą mięsa. trajkocący niedosyt.

iż obaj zostaniemy kalekami. że każde zadraśnięcie. Jakbym nie należał do siebie. Tutaj żyją. poświęcają dla mnie swoje życie. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście. trwonię coś z ich życia. że trwonię cudzą własność. byli za słabi. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. – Tak – rzekł z powagą generał. gdy mam coś zrobić. Na to przysięgałem.. wesolutki. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał. Teraz to wyrzekł. zapach jadła i tanich trunków. co nie w pełni jest moje. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. czego nie można było wyrazić słowami. coś. żadnej zbytecznej sztuki odzieży... jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. jakie mi zadaje. bez słowa skargi. Cztery dni pozostali w tym mieście. ręka zamiera mi w powietrzu. Jestem żołnierzem. Coś.. Czasami. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. – Ale mnie jest ciężko tak żyć.wiedział. żebyś to kiedyś zobaczył. zacinając się. w swoim własnym życiu. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. – Nie sądzisz. Wiecznie ta odpowiedzialność. – Im. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?. Jakby jeden drugiemu był coś winien. Od dwudziestu lat żadnej podróży. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. Kiedy wyjeżdżali. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło. Kiedy choruję. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie. . coś. zobaczyłem twarz mojej matki. do czego oni.. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział. i nie wietrzonej pościeli. jakby to był przedni żart. w milczeniu. wychowano mnie tak. że jest im z tym bardzo dobrze?. moje zdrowie. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów. ogarnia mnie przerażenie. że z próżności porąbiemy się tak. I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. gdzie urodził się i wychował. którzy w Galicji. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu.. żadnej wycieczki latem. kiedy co rano spieszy na targ sama. Ale po co oni znoszą to wszystko. może.. – Chłopiec umilkł.. że coś zdarzyło się między nimi. które może mi wysłać w liście.

Człowiek kroczył sprężyściej. i to było wszystko. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. męczącym przemarszu krokiem defiladowym. oczy mu się śmiały. za wszelką cenę. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. gdzie jest. Każdy ma swoją słabostkę. Rygor. uważano. patrzył przed siebie. A zresztą nikt się nią nie przejmował. także najpospolitsza. Ale generał czasami podejrzewał. Wszelkiego rodzaju muzyka. Lepsze to. O muzyce wiedziano jedynie tyle. buntu muzyki. Wtedy zapominał. Ta muzyka była głośna i przepisowa. który przyjął dobrowolnie. które być może . W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. gdy słyszał muzykę. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. kiedy słuchał muzyki. Jak podczas parady wojskowej. uważano. inny jeździ konno. że konieczne są do niej trąbki. wychowywał się. Bladł. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Jeden hoduje psy. Niekiedy muzyka była żartobliwa. dotykała go tak dojmująco. raczej ją wybaczano i tolerowano. pięknych dam ani publiczności w teatrze. jak cielesny atak. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. kolegów. po długim. usta zaczynały mu drżeć. jak wierzący winę i pokutę. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Muzyka coś mu mówiła. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. nie widział otoczenia: zwierzchników. utrzymywała w karbach krok oddziału. Henryk nie miał słuchu. czego inni nie mogli zrozumieć. jakby w jego ciele słabła owa napięta. Całym ciałem słuchał muzyki. Bezpieczniejsze niż kobiety. raptem dają komendę „spocznij!”. tajemnicze miejsce. niż by miał grać w karty. tak pożądliwie. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. w takich chwilach rozluźniał się. Ale usta zaczynały mu drżeć. sztywna postawa. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. Konrad jednak zawsze bladł. jakby chciał coś powiedzieć. niekiedy nadęta i uroczysta. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. w jakim żył.

Wieczorem. Ojciec i syn w fotelach. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. w snopie światła wirował złoty pył. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. z tą cierpliwością i rutyną. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. wpatrywał się w przyjaciela syna. nieco nachyliwszy się do przodu. umilkli. jakby go krępował ten związek. o której zapewne ktoś myślał mówiąc. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. kiedy sam z synem pozostał w palarni.przynoszą wieść o wolności. w zatracenie. wieczorem. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. Wreszcie. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. że muzyka jest niebezpieczna. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu. co jest galaretowate i zjełczałe. że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. przed kolacją. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. Palił cygaro. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. Lecz wiedział. z poczuciem wyższości. Wszyscy troje to spostrzegli. iż „życie jest obowiązkiem. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. matka i Konrad. zaczęło żyć. gdy się do niego mówiło. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. który zna się na rzeczy. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. jakby muzyka. Hrabina grała żarliwie. która prowadzi donikąd. powiedział: . także poczuli. coś się wydarzyło. jakby to wszystko. Siedzieli w dużej sali. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. Pewnego lata. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. jedwabną zasłoną. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. – Jego ojciec był Francuzem. aby wyzwolić w świecie siły. po jednym zgodnym akordzie. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. że ojciec ma rację. Oficer gwardii wzruszył ramionami. Oficer gwardii bardzo uważnie. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. Ze spokojem człowieka. obserwował dym z cygara. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. W takich przypadkach nie słyszał. co pogrzebały ludzkie serca. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. jakby muzyka miotała niewidocznym. jak w intonacji wygnańców.

Ojciec już nie żył.– Bo to jest człowiek innego rodzaju. kiedy generał zrozumiał to zdanie. . minęło wiele lat.

Konrad wynajął fortepian. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. że Konrad żyje jak zakonnik. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. pełną wyrzutów jasność słabego światła. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. bardziej skomplikowana. Syn oficera gwardii dał . Mieli tam trzy pokoje. jakby się bał muzyki. tak. coś w nim łamie. Jakby nie żył na świecie. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. Zawsze spokojny. wąski i długi ogród. tak obcował z towarzyszami broni. i nie była to jedynie więź świadomości. z balu albo z towarzyskiego spotkania. wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. potem Konrad zdawał służbę. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. nawet we śnie. z dorożki. rola. Tak żył. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. i już z ulicy. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą. z którą miał jakąś tajemniczą więź. lecz rzadko grywał. Nigdy nie polemizował. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. którą ukrywają okoliczności życia. wypełniony renklodami. razem składali przysięgę. Bał się muzyki. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. kostiumy. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. nie tylko w dzień. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. lecz samotność i przytomność umysłu. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. ale i w nocy. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika. tę inną prawdę. jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu.7 Człowiek zawsze zna prawdę. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. tak wypełniał swoją służbę. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. tak bywał w świecie i w towarzystwie. który odsuwa go od kariery.

chciała. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. gdy nie robi nic innego. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. pisanym i niepisanym. czuwa nawet wtedy. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom. niż to określają prawa. jaką kochał Konrad. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. Człowiek musiał wierzyć. przy biurku. sklepionej łukowo klatki schodowej. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. a ci. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. a już o piątej rano wstaje. bardzo mocnym nakazom. byli młodymi oficerami. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. Żyli w Wiedniu. Syn oficera gwardii czuł. i nad ich bezpieczeństwem. pije czerwone francuskie wino. w restauracjach i w salach balowych. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. czego od niego oczekują. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur. nie chciała przynosić zapomnienia. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. budziła poczucie winy. Spał głęboko. Owego roku we Wiedniu. klatka schodowa. młodego Straussa. Cesarz także już spał w Burgu. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. dotykała w ludziach ich namiętności. myślał. wieczorami bywa w towarzystwie. i padał śnieg. w złotych i białych salach. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. i zaczął. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni. cicho pogwizdywać walczyka. Przybywał ze świata. Naturalnie. Wiedeń już spał. że jest posłuszny. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. W . otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. ściągnął rękawiczki. z przekory. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje.dorożkarzowi monetę. syn oficera gwardii i jego przyjaciel. ale także odrobinę pachnące. Syn oficera gwardii czuł. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. Wszystko to było łagodne. że wszystko jest na swoim miejscu. Odszukał klucz. Grano. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. trzeba być posłusznym głębiej. a jedynie nosi ze czcią mundur. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. Lecz muzyka. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą. Taka muzyka jest groźna. gdzie cicho grano. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. słucha walców. którzy przysięgali na jego imię. który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza.

a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. i miłość tak wrzała i władała miastem. Myślał o tym syn oficera gwardii. Serbowie. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. nieskończonej i przyjaznej ludziom. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. Niemcy. bo był młody. Czesi. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. Konrad mówił o swoich . a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. Imperium. że wszyscy są szczęśliwi. ponieważ był podobny do ojca. dopóki nie wygasł piec. cicho pogwizdując i uśmiechając się. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. bowiem był karnawał. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win. czako i rękawiczki. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. Wiedeń. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. jego pan każdego wieczora. kapelusze z piórami. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. przed pójściem spać. gapił się. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. Wiedeń był w dobrym humorze. Stefana. że pośród tych awanturniczych żądz. Morawianie. w półmroku pokoju. które omotało wszystkie klasy społeczne. kiedy wydawało się. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. podburzali i niepokoili dusze. jak ci. odmierzano najlepsze piwo świata.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. Na godzinę przed otwarciem teatru. W śródmieściu wystawał przed sklepami. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. Wielka to była rodzina. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę. Potem szedł na spacer. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. Służący odskoczył od pieca. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego. on. W stęchłych. gdy padał śnieg. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. wypijał kieliszek. Horwaci i Włosi. niosąc butelkę na srebrnej tacy. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. skłonności i porywów. wszyscy mieścili się w hierarchii. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. Węgrzy. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia.

Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. że nie może przyjąć jednego filera. w mieszkaniu na Hietzingu. głosem. Ta „inność”. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. wiecznie tęskni za podejrzanym. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. z mundurem i stopniem oficerskim. że ich przyjaźń i sojusz. po prawdzie. że należało uratować tę przyjaźń. któremu na imię świat. nad którymi panujemy. tak i Konrad. To nie było łatwe. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. obojętnym i budzącym lęk domem. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. jak wspólnicy przestępstwa. o społecznej ewolucji. z którym. . Posada w wojsku. na tamtym brzegu można dostrzec. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. czego doznawał w świecie. trzeba uniezależnić od pieniędzy. na całe życie. o historii współżycia ludzi. nie wiedział co począć. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. I obaj wiedzieli. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. Syn oficera gwardii czuł. który był skomplikowany i kruchy. syn oficera gwardii o życiu. że bywa w świecie. którzy są zmuszeni ulec. jakby Konrad był czarodziejem. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. stosownie do swojej pozycji i nazwiska. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. który siedzi w domu. dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. była dla niego posadą uciążliwą. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. o której mówił ojciec. Konrad szybko się starzał. Syn oficera gwardii cicho błagał. Ale nie to było ważne. mówił o świecie. a Konrad tutaj. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu. A ponieważ kochali się. O wiele bardziej napawało go lękiem to. jakby to wszystko. gdy poznamy. co tam. Jak każdy człowiek. Konrad tłumaczył mu. którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. jak każdy podarowany przez los ludzki związek. Bracia mówili o tym głośno. tym swoim lekko szyderczym. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania. Konrad nie miał pieniędzy na życie. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym.lekturach. cicho i długo rozmawiali.

Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. przydając mu napięcia. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć. to jednak Weronika. które poprzedni podnajemca atelier. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. Ach. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt.. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. co oznacza miłość: pożądanie. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. we troje. Weronika bezwiednie objęła ich obu. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. tych arcydzieł. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. Przyjechali tam powozem. i to wszystko. opary olejku różanego i francuskich wód. chwila poza świadomością. a młoda kobieta często się śmiała. Lecz ponad kobietami. jakby badał obraz przez szkło powiększające. ponad obowiązkiem. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. na przykład do restauracji. grając rolę. zniesienie praw grawitacji.. . Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków. ponad światem jaśniało pewne uczucie. Tutaj żyła Weronika. które było silniejsze od wszystkiego. w atelier. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. Ta od koni. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. białe. I wszystkie inne. dopasowaną w talii. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie. Weronika. rozbicie smutnej spoistości ciała. z głębi powozu. gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń. kwiaty i po jednej rękawiczce. nie bez wzruszenia. i mile. tancerka. i z roztargnieniem sobie przypomina. Weronika. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. zazdrość i pełną rozterki samotność. która była również profesją. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. w atelier. pośród liści. stąpała tak niepewnie. różową jedwabną suknię. jakby każdy ziemski krok. i czarne jedwabne półbuciki. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. listy. chwila czystego istnienia. był niegodny jej nóg. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. pozostały po nich wstążki. Po kamienistej drodze. I Angela. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. jak ktoś. tak. delikatnie. Ależ nie. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce. pewien styryjski malarz. Na imię mu przyjaźń. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. pachnące listowiem lasy. kto ocknął się ze snu. tancerka. To uczucie znają tylko mężczyźni. Była to chwila szczęścia. przez parne. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. Pili lekkie czerwone wino. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. tak ona strzegła swych nóg. A potem Angela.

jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. wyjął z szafy galowy mundur. wsypał ordery z powrotem do szuflady. srebrne i złote medale. W ostatnich latach. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz. Następnie drobiazgowo. przyjęcie na peszteńskim zamku. kiedy celuje. Roztargniony. Stał przy oknie nieporuszony. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. lasowi. Już zmierzchało. cienki tomik. jak myśliwy. Przyglądał się okolicy. długo mu się przyglądał. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. . Długo trzymał w rękach tomik. wzdłuż Dniepru. widział pewien przyczółek mostowy. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. zielonym i białym jedwabiem. Otworzył szufladę. przymknąwszy jedno oko. sprawdził pistolet. głęboką szufladę. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. Włożył czarny garnitur. żółtej drodze na dole. Podszedł do stołu i niezdecydowaną.8 Generał przebrał się. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. w głębi – zarysom miasta. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. poszukał swoich odznaczeń. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. Wzruszył ramionami. Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Gdy spał. pamiętną paradę w Wiedniu. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. Podszedł do okna i otworzył okiennice. jakby rzecz całą bagatelizował. z rękami założonymi na piersi. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. dolinie. na ogród spadła ulewa. wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. wzruszył ramionami. Ubierał się sam. wprawnymi ruchami.

o ustach żądnych rozkoszy. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach. wędrownych portrecistów. jak praskiego artystę S. długim korytarzem. świetlicą. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. przyjaciół i kolegów z pułku. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. z niewzruszoną twarzą. zamiast portretu. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. Ofiarą pędzla błąkających się. dawni pracownicy. W końcu korytarza stała niania. w kapeluszu z piórami. w samotność i w dane słowo. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem. w galowych strojach. oddając się obowiązkom i milczeniu. który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. Większość milczała przez całe życie. ze szpicrutą w ręce. pokojem muzycznym i salonami. prawdziwi mężczyźni. w mundurze oficera gwardii. z węgierskim wąsem. majordomusa i co znaczniejsze konie. To było dobre pokolenie. daleka rodzina jego matki. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. A teraz. I jeden z portretów mamy. także w kobiety. byli dumni. byli to rówieśnicy oficera gwardii. przeszedł przed pustym czworokątem. To było dobre pokolenie. prapradziadkowie i praprababki. że tutaj też kiedyś wisiał obraz.9 Minęła godzina siódma. portrety tłustych. w czarnej . Generał. szedł powoli. co był tu przejazdem. Obcy ludzie. poważnych męskich twarzy. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. obcych panów w perukach. kto nawinął mu się pod pędzel. jak woltyżerka. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. lecz wierzyli w coś: w honor. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. I kiedy doznawali zawodu. w milczenie. Potem następowało kilka spokojnych. ale i sławniejszych. w męskie cnoty. A potem portret ojca. milkli. Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. W rodzinie generała była taka tradycja. towarzysze pułkowi. kiedy generał wyszedł z gabinetu.. niczym zakonnym ślubom. znajomi. Dalej już były same pejzaże. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem. krok za krokiem.

żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. – Uspokojony skinął głową. już ciszej: – Nie wiedziałem. Przedmioty. – Tak. – Dobrze. Pośrodku. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. i ta . gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół. – Pamiętam – powiedział spokojnie. Krystyna siedziała naprzeciwko. że jeszcze go chronisz. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. ale i obrazy na ścianach. – Nie chcesz. Pałac. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. spojrzeli z góry w jej głąb. Myślałem. w fotelu. – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. – Tak – powiedział. że strzeże obrazu. wilgotnymi. na kwiaty ustawione na stole przy kominku. w nowiusieńkim. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. ponieważ po północy. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. drewna. – Tutaj siedział Konrad. na florenckim krześle siedziałem ja. jak mechanizm. sensu pewnej godziny. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. które strzegły pamięci.sukni. Nie tylko meble zaczęły żyć. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. sprzed czterdziestu jeden lat. – Nic od tego nie zależy. Potem. który przywiozła jeszcze moja matka. Niania skinęła potakująco. W kominku polana przygotowane do podpalenia. – Tak. przy ogniu. pewnej chwili. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. lecz jedna chwila. który nakręcono. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. na rozmieszczenie foteli. tą w kwiaty – powiedziała niania. na salon w głębi. pod zegarem. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz. Generał patrzył na obszerny westybul. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. naprzeciwko kominka. wielkie żelazne świeczniki. w głąb westybulu. tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. – A jest jeszcze? – spytał generał. że go spaliłaś. – A więc pamiętasz. Przed czterdziestu jeden laty. metalu. na potężne meble.

Kiedy Krystyna konała. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. – Zawsze tylko jeden łyk. na górze. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. Teraz już nie ma. – Prawdy – powiedział generał. – Krystyna lubiła raki. I butelkę ze starego Mumm. Perliczkę. – Kiedy właśnie prawdy nie znam. jak mechanizm. dzisiaj wieczorem. I teraz. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. – Tak – powiedziała spokojnie niania.chwila była sensem ich istnienia. Krystyna także nie znała prawdy. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. . który nakręcono. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. I chablis. jakby mówił do siebie. pozostali sami. Nie lubiła szampana. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. Po czym umilkł. Pamiętasz? – Tak. żebyś wiedział. Byłeś tak daleko. – Jeden łyk – powiedział generał. – Byłem tutaj. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. Powiedziała – w stronę pokoju. wzywała ciebie. bądź kogoś ze służby. Wtedy były również raki – powiedział cicho. Wtedy jeszcze były raki w potoku. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. Konrad. – Bacz. do ryby. jakbyś dokądś wyjechał. nad ranem. na dźwięk jego głosu. Stek i sałatę. pochyliła głowę. jak wspólnik przestępstwa. – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. – Rzeczywistość to tylko ułamek. a ona konała. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. Byłeś w swoim gabinecie. gdy zaczęły żyć. – Dobrze znasz prawdę. Pod każdą postacią. Krystyna piła półsłodkie. – Z tamtego jest tylko wytrawne. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry. przedmioty owe również o tym pamiętają. aby było dobrze. Może on. by dokładniej zrozumieć słowa. a oni. – Prawdę – odparł krótko. Jedną z tych olbrzymich butelek. zna ją. Mówię to po to. do pieczeni. Była tylko ze mną. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. – Niania zamyśliła się. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. I płonące lody. – Zupę i pstrąga. zaczepnym tonem. – Tak – powiedział generał. Sam jego ton sprawił. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. że lokaj i pokojówka. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał.

Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa.. – Pamiętasz?. pojawił się stary człowiek. w ślad za lokajem. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się... powoli schodził po schodach. Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi. Wyprostowany. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. – Świece – powiedział. – Widzisz. niebieskie. jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania. – A ja tak – odparł przekornie. . Niech się palą. starczo i uroczyście. – Zdaje się. Świece stołowe. Nini. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się. Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji. i na wszystko. – Bacz na wina. Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie.. w czarnym ubraniu.Generał milczał. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął.

Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa. dlatego jest taki silny”. Konrad wiedział. – Gdzie byłeś w tropiku? . Pod Londynem. śladowych resztek ochoty do życia. Jak ktoś. Przetrwaliśmy. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. – Skąd przybywasz? – spytał generał. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat. Po to żyli. Mam niewielki dom. myślał generał. czas oddalenia – czas. mrugając oślepionymi oczyma. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. zostałem tam. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. a jednak każdego dnia. Chyba jest bogaty. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. z dziwnym zadowoleniem. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. On również miał na sobie czarne ubranie. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. i Schadenfreude. – Z Londynu. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. myślał generał. Obaj czuli w owej chwili. poważną. Kiedy powróciłem z tropiku. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli. szukając w twarzy. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. A gość. bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. kiedy się nie widywali. lecz pierwszorzędną odzież. w postawie. – Mieszkasz tam? – W pobliżu. a generał wiedział. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał.

Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. Wcześniej w głębi półwyspu. on. – Nie znosi takich ludzi. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. i rozmawiali. czterdzieści jeden lat temu. Nie odpowiedział na pytanie. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. . w tonie konwersacji. który do tej pory przezornie omijała. jak my. który stał pod zegarem. Teraz. – Nie? – zapytał gość. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. – Ale po tobie tego nie widać. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. co wieczór. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania. Generał uważnie obserwował jego ruchy. wśród Malajczyków. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. – Podniósł białą rękę. w starym fotelu. Krystyna i Konrad. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. Zużywa narządy. Coś w człowieku zabija. gdzie kiedyś żył.– W Singapurze. – Ohydnie – powiedział Konrad. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. kiedy usiadł obok kominka. w fotelu. gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. naprzeciwko kominka. kiedy we troje siedzieli w salonie. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. przed i po kolacji. To było jego miejsce. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. I również usiadł. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. – Ale to tylko w ostatnim czasie. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. spala tkanki. Czuł się jak myśliwy. Witaj! Wypili i usiedli. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”.

– Zrazu myślisz. Anglicy. Może to te malajskie kochanki. Może rośliny. że przywykniesz. Albo: „Szpiegostwo”. Jest absolutnie pewne. Może to woda. Ale ich także zatruwa ta gorączka. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. że to jest choroba. Ci są legendą. Trzeba. owszem. w ruchach. Francuzi. Raptem znalazłem się wśród bagien. Holendrzy. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle.. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. Żyjesz szybciej. Tę swoją uprzejmą pychę. W pierwszym roku myślisz. Później drętwiejesz. pola golfowe i korty tenisowe. whisky. kiedy usługują. – Anglicy również? – spytał generał. że ten. jakby zmienił się rytm twojego życia. Belgowie. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. że umrzesz. na wyspie jest podejrzany. coś się w tobie pali. tam. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. w łóżku i przy stole. lecz jest podejrzany. w domu. Miałem trzydzieści dwa lata. ludzie mają przekrwione oczy. ponieważ . jak pozostali. Szanują go. kiedy tam dotarłem. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet.11 – Tak to jest – powiedział Konrad. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. Podejrzany jest każdy. niekiedy już w pierwszych miesiącach. kto dłuższy czas spędził w tropiku. – Byłem jeszcze młody. pięciu latach bydlęcieje. A większość po czterech. który nie ma bakcyla chorobotwórczego. zamknięcie się w sobie. dobre wychowanie. kto dłuższy czas spędził w tropiku. w uśmiechach.. rozpoznają. ten szał. Nie miałem pieniędzy. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. abyś wiedział. W trzecim roku czujesz. Napad szału. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. Miesiącami obojętny. Są wśród nich piękności. Święcie wierzę. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. po pstrągu. smoking. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. serce bije ci inaczej. Wszyscy piją. – Rzadziej. który wkładają wieczorem. – Mówił o tropiku. A potem ta chwila. obyczajach. Oczywiście nie każdy. kiedy nie wiesz. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. przecież pamiętasz. Jakby powiedziano: „Syfilis”. w domach o blaszanych dachach. a jednocześnie jesteś obojętny. ci się bronią. w środku bagien.

Nie można stwierdzić.. pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem. w którym jest także coś pociągającego. zważa równie pilnie. ucieka najtaniej. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem.. poprawny i dobrze wychowany. orchidee w kryształowym wazonie. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. ponieważ jest podejrzany. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. w oddali . w sercu. Wszelkiego rodzaju namiętność. – Gość smakował chablis. Sala. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. Siedzą przy długim stole. w mundurze. pomiędzy górami i lasami. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia. – Rozumiem – powiedział generał. jest czymś takim jak sala w muzeum. na które biały człowiek w tropiku. Daremnie prenumeruje czasopisma. – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe. w obszernej jadalni.. Tam namiętność kryje się w życiu tak. Ponieważ przeżył tropik. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku. niebieskimi świecami kościelnymi. Daremnie zachowywał te dziwne. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. Niecałkowicie jest nim. Tropik to choroba. pomiędzy nimi. z odchyloną głową. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. z tropiku nigdy. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. – Powiedz. Południa. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. jest bardzo gładki. jak tornado za bagnem. aby to powiedzieć. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to. cztery arcydzieła fabryki w Sevres. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. meble pochodzące z Wersalu. męczące i kłopotliwe maniery. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. daremnie. przełykając ze znawstwem. która nie widziała gości od śmierci Krystyny. wśród ludzi takich jak on. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. Świece płoną wysokimi płomieniami. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. z orderami na piersi. kto przybywa z tropiku. Przed generałem stoi symbol Zachodu. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. Wschodu i Zachodu.daremnie grał w golfa i w tenisa. co jest w jego krwi. Ale w środku jest inny. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku.. – Kto tylko pije. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie. a szare. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. na rządowych przyjęciach. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. to pewne.

Wtenczas. zgodnie czegoś strzegą. mimo woli milknie. nieporuszony. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu. który poznałeś tropik i namiętność. kryształy. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło. dlatego też przyjechałem i tutaj. w burnusie. ba. straż przy podstoliku. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. Dlatego wyruszyłem w podróż. eleganckimi gestami. daleko od siebie. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. pokryte gobelinem. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada.migocące światła małego miasteczka. jak ty.. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. w drodze do Singapuru. słoń i człowiek o czarnej twarzy. talerz. odbija dźwięk strun. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. W sali jest tak cicho. – mówi niepewnie i – zmieszany. złote sztućce. . ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. Krystyny. od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim.. – Rozumiem – mówi generał. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. Majordomus w czarnym surducie trzyma. kieliszki i tapety. z którego jest zrobiony instrument. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza. a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. dwaj starzy mężczyźni. – Przyjechałem tutaj. a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym. jak drewno. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów. Co prawda. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel. – Nie – mówi Konrad. starym drewnem. że słychać nawet trzaskanie polan. Je łapczywie. i ten dom. który słuchając jadł i myślał. Niedługo umrę. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. w dużej sali. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. ponieważ byłem we Wiedniu. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał. lecz ze starczą żarłocznością. Niegdyś było to miejsce żony generała. – A więc byłeś we Wiedniu. spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. – Dawno – odpowiada. – Przed czterdziestu laty. Mówią cicho. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. – Mam siedemdziesiąt pięć lat.

U nas niewiele jest zmian. Radykalna zmiana. w kamieniach. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. co kochałem. Kiedy indziej także. Mówi to bez nacisku. ale nie byłem samotny. nie był moim człowiekiem. Była taka chwila. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. – Tyle tylko. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. Zawsze słyszałem jego głos. – Słyszałem o tym. No. Dlatego zrzekłem się. żeby porzucić służbę. Żeby wyjechać w świat. szukać. Rewolucja. Owszem. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. – Ale w końcu jednak zostałem. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. kiedy mi powierzono korpus. W Wiedniu tak żyje muzyka. – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. że odsłużę mój czas do końca. tak jak ty to zrobiłeś. Niebieskie światło w sypialni Instytutu. Zimowy Wiedeń i wiosenny. . i wszystko to. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. To było najpiękniejsze w moim życiu. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. to potem żyje tak długo. w tropiku. poszukać czegoś albo kogoś. gdy padał deszcz. ten. z którym właśnie rozmawiam. Czułem. Rozumiesz. a potem obserwować. A Wiedeń także był czymś takim. rozglądnąć się. Zrozumieli i zaakceptowali. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. nieomal wstydliwie. jak ów przyjaciel. w ich stylu. obojętnie. czym w świecie jest kamerton. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. oporny. Tak sprawdzałem ludzi. Miałem pięćdziesiąt lat. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. że Wiedeń był dla mnie tym. Dlatego pozostałem. kto nie potrafił odpowiedzieć. wcześnie przeszedłem na emeryturę. Człowiek robi się sztywny. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. kiedy namiętności już nie bolą. lecz pewnym dźwiękiem. wielka. – Zmianę. tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. że nie miałem już sił na dalszą służbę. Białe konie hiszpańskiej szkoły. – Wiesz. – Generał patrzy w płomień świecy. Ten. – Wiedeń – mówi. Byłem biedny. który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. kiedy myślałem o tym. Do pewnego czasu myślałem nawet. wiesz. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. służba. generał w chybotliwy płomień świecy. ile wymagała służba. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. Obiecałem ojcu. że jestem do tego zbyt młody. – Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. ponieważ miałem przyjaciela.– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. w spojrzeniu ludzi. – Tak – odpowiada gość. jak wywołać dźwięk kamertonu. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. aż się znudzi.

– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. nagle zmieniając temat. pośród bagien. w puszczy. zaopatrzenie także. powiedzieli. co w nich wstąpiło. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. – Znowu liczy. w południe o dwunastej. od tygodni z dala od wszystkiego. Dłuższej przerwy w pracy. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. Dlatego powróciłem do tropiku. Niczego tam nie wiedzieliśmy. W świecie szalała wojna. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. – Gdyby żyła. Tak. łopaty. – W dwudziestym ósmym roku życia. Człowiek wie. – Tak. pośrodku oranżerii. Nic się wokół nich nie zmieniło. – Spoczywa w ogrodzie. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. ani dyscyplina. dosyć. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. To było niepojęte. w głębi puszczy. pewnego dnia porzucili pracę. I pewnego dnia. Domagali się różności. jak odszedłeś. Ani radia. Ani dobrze. bez aparatów i telefonów. – Tak – mówi generał. – Skąd wiesz. ubłoceni po pas. Wyczułeś. Pracowałem na bagnach. Że pewien człowiek. Potem zrozumiałem. ale zrozumiano mnie. ani warunki pracy. siekiery. cztery tysiące kulisów. półgłosem. Nie było telefonu. – Dowiedziałem się. – Myślisz? – pyta generał. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. Żyliśmy głęboko na bagnach. Było niepojęte. jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. Bez żadnego powodu. Przyszli z gąszczu. – Może. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. Oni takie rzeczy rozumieją. wszystko było po dawnemu. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. że w Rosji wybuchła rewolucja. o dwunastej. i powiedzieli. jak chciała. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. położyli narzędzia. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć.. . który się dowiedział. Tak. że nazywa się Lenin. bez gazety i radia. Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. że już nie pracują. co jest dla niego ważne. co moi kulisi. Byłaby starą kobietą. Chińczycy są najlepsi. bez telefonu i radia. Tam dopiero zrozumiałem. Ale nie ma jej tutaj. na bagnach. jak to tam jest możliwe. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. z chińskimi i malajskimi kulisami. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. Lecz pewnego dnia. co przynosi wieści ze świata. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. Gdzie może być? Tylko w grobie. ani źle. tak. tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. Chcieli podwyżki płac. jak tam być powinno. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył. w siedemnastym. Tak. – Żyłeś w tropiku. – Siedemnasty. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. nie siedzi pomiędzy nami. W południe.. z nagimi korpusami.

– Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. Tak. co to wszystko wiązało w całość. Człowiek powoli staje się znachorem. że nie jestem tutaj. możliwe. to tajemnicze spoiwo już nie działa. ten dom tutaj i koszary w mieście. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. – Możliwe. żeby powrócić i zameldować się w pułku. Myślałem o tym. – Często występuje w tropiku. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. Znieważono to subtelne uczucie. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. Ten świat umarł. – W czas. No. Nie znam się na tym. – Nie – mówi zgodnie generał. prawie całe życie. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. – Możliwe – mówi generał. Co najwyżej może wymienić dokumenty. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym.. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. Możesz mi wierzyć. Tutaj. Galicja i Chopin. zrzekli się tego. na co przysięgaliśmy. nie akcentując tych słów. a na takie zmiany reaguje morfologia. Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. Służyłem do końca wojny. Co pozostało z tego? To. Był niegdyś świat. Na północy.. Dość rzadka choroba. – Ohydna. ale nie przyjechałeś. jak ktoś. W pułku. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć. uprzejmie.– Na co chorowała? – Powiedziano. – Ja też nie bardzo. – Myślę. kiedy wy biliście się. i on również podnosi kielich.. – Awantur?. kiedy złożyliśmy przysięgę. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. Upłynęło tyle lat. że często występuje i w Europie. – Wszyscy umarli. dokąd? – pyta chłodno generał. że zmarła na anemię złośliwą. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. w Europie. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. W tropiki albo jeszcze dalej. – Inni – mówi generał bez nacisku. – Nie ma już tego. czasami cierpiałem na samą myśl. Zmieniają się warunki życia człowieka. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. odeszli. jak tropik. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. gdy zmieniają się warunki życia. Bardzo stare wino. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec. – Dalej. rozpadła się. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy.. jakby dodawał mu otuchy. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń. – Gość zgodnie kiwa głową. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. W takich przypadkach człowiek odchodzi. Zwłaszcza ostatnia zima. .

ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość. . co mogę powiedzieć. To wszystko. ponieważ przysięgałem właśnie na niego. wzajemnie się pozdrawiając. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć. To wszystko. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. Żyje. co mogę powiedzieć. – Dla mnie ten świat żyje.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. i w milczeniu piją czerwone wino. – Tak.

– Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem. Krystyna jeszcze żyła. albo ten pokój. pośrodku. dla nas było powołaniem. że wszystko znosisz trudniej niż my. – Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. A przede mną Zachód. przed Krystyną Południe. Wszyscy czekali na ciebie. nie gniewaj się. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. co ważne. Po dziesięciu. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie.. krępujące już sobie powiedzieli. – Świat to jest nic. Albo napiszesz. ponieważ wiedzieli. że jeszcze powrócisz. – Nie – mówi.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. – Tak. dwudziestu latach okazuje się. prawdziwi żołnierze. – Wszystko pamiętam. Żyłeś w świecie. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. Wybaczyli ci. Mniej więcej wiążą całość. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. – Tak – mówi generał. – Tak. Trochę byłeś dziwakiem. – Przed tobą stał Wschód. jak sny. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. ja także. jakby to. Krystyna też.. co najważniejsze. nigdy nie zapomnisz. Wtedy człowiek prędko zapomina. Siedziała tutaj. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. Wiedzieli. ponieważ rozumieli. musiałeś wiele przejść. Lecz wierzyliśmy. jeśli ich pamiętasz. lecz pogodzili się z nim. że miałeś swój powód. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. Wielu tak to odczuwało. Nie dziwiliśmy się. Nie rozumieli twojego odejścia. – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. kiedy się już zestarzałem. było nas troje. człowiek je wyrzuca z pamięci. To. Zrozumiałem to później. Kilku w pułku. przyznaję. zlepiają surowiec . co dla ciebie było kostiumem. mrużąc oczy. co istotne. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. To. dla nas było przeznaczeniem. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie. że pewnego dnia powrócisz. Tego.

by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. tytoń w blaszanej puszce. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. jak tybetańskie psy. ważniejsze jest. Jakby stale ktoś cię głaskał. Chcesz grać na fortepianie. Ale i to nie pomoże: wiesz. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. Siedzisz w domu. w ciemnym winie. Mają wielkie brązowe oczy. Pada deszcz. ponieważ to spojrzenie jest tak silne. Wtedy trzeba decyzję odwołać. Siedzisz w swoim pokoju. Można zwariować. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. Aby działać. w czterech ścianach. Ten deszcz – mówi. kapłankę. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. Czasami ktoś przybywa. lecz nikt o tym nie mówi. Potem się zmęczysz. Czasami myślałem o tym w tropiku. bardzo dużo wódki. . ponieważ słuchasz deszczu. Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. jakby zaczynał mówić o czymś innym. Gdy ją odprawisz. jest kleiste. deszcz jest ciepły. że przecież siedzi gdzie indziej. Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. Zrazu tego nie zauważasz. Jedzą. palisz słodkawy tytoń. Malajowie śpiewają. Patrzą tymi błyszczącymi. czujesz to spojrzenie. trzeba mieć siłę. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. Ciągle rodzą dzieci. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. gdy gromadzi w sobie siły. kiedy padał deszcz. a jednak rzeczywiście. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. książki. niewiele mówi. aby jeść pięknie. Chcesz czytać. te milczące bestie. Kobieta. w krwistym mięsie. które są tak potrzebne. najmniej one same. A potem stajesz się nerwowy. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. Po czym przychodzi susza. i patrzy. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. a siła jest także w jedzeniu. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. – Całymi miesiącami. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. ta parująca jasność. nie dosłownie. chleb. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym. zabójcę. jak człowiek. nakazujesz. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej. Ale potem i to ci zobojętnieje. pijesz wódkę. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. Silne jak dotyk. pościel. Człowiek prędko się starzeje. czarodzieja i głupka w jednej osobie. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. którą wziąłeś do domu. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. bielizna. w którymś z pokojów. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. odrobinę mlaskając. Bagno paruje.pamięci. aby wyszła z pokoju. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. kiedy człowiek nie dba już o to. Wszystko jest wilgotne. Wszystko się lepi. usiądzie na progu domu i patrzy.

– Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. jak na wielkim statku. Czy nie grałeś tego później. Niebo na chwilę się rozjaśnia. Piorun uszkodził elektrownię miejską. – Nie – mówi. Pinta. dlatego teraz są czerwoni. które nie zgasły. bo stało przed nim. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. nagle robi się ciemno. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. Dlatego dobrze. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. mrużąc oczy. To był przydział gościa. zajmując główne miejsce przy stole. Jedzą winogrona i niespliki. niczym złoty miecz ciało ofiary. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. Daje znak. ile tylko chciał. Siedział tutaj. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów. gdy jedli i pili. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. niemal dziecinnie. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały. po lewej pleban. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. Ciężkie. Osobna butelka dla każdego gościa. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. kto wspomina. szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. A teraz już widać. Gość. Siedzą bez słowa w ciemnościach. Spał na piętrze. Dlatego nazywało się stołowe. przygląda się tym zabiegom. i tyle mógł wypić. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. Dużo jedli i pili. Stołowego. w tym pokoju. na stole. półtora litra. kiedy zrywa się burza. Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. Pokój jest przegrzany. Teraz. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. trawi. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. Dziadek opowiadał. w pokoju żółtym. w tropiku? – pyta jeszcze raz. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. Taka była hierarchia napojów u króla. niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. Wicher już wdarł się do pokoju. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. jakby wreszcie przypomniał sobie to. Po czym lokaje wnoszą nowy. Gość zastanawia się. Majordomus spieszy do okien i. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. by podano jeszcze czerwone wino. co najważniejsze. macając w ciemnościach. . że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. wieloramienny lichtarz. Wiesz przecież.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. jak ktoś. – Popatrz. starczo.

Tutaj siadają. kawę. Lokaj stawia na stoliku. płonącymi świecami. Siedzą w milczeniu. Pozostali sami. pudełko cygar. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. jak ich cienie na ścianie. odrobinę kołysząc się i ociągając. ciepłego porcelanowego pieca. jak ktoś. którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. do pokoju. z jadalni przez zimne salony. Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan. w zasięgu ich rąk. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. . Zamknięto za nimi drzwi. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. grzeją się. a ponad ich głowami kołysze się światło świec.– Tam – powtarza generał. grubości dziecięcej ręki. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. Teraz obaj zapalają cygara.

tytuł i pozycję. Nie biegnie donikąd. w świecie. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. ponieważ powróciłeś. wszystko wokół niego eksploduje. z tym swoim drętwym spojrzeniem. aż pewnego dnia dostaje amoku. może życie zderzy go z tysiącem przeszkód.. Obaj wiedzieliśmy. wedle jakiejś pogańskiej. Dobrze to przemyślałeś. czeka. abyś żył. jak ta.. czasami tak. i rozbije się. lecz zakonnikowi jest łatwiej. Rzuca się w wir świata. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie. co dotychczas stanowiło jego treść. to jeszcze nie jest najgorsze. Znam wszystkie jej odmiany. Tylko czeka. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. jest dosyć osobliwa. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. a to jest może i bardziej niebezpieczne. Co robi? Żyje. jak puszcza. jak dżungla – powtarza uparcie. najpierw w tropiku. i co wywoływało w nim napięcie.13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. Opowiem ci. dwa. co zmusiło go do samotności. Ma pałac. jakiś człowiek. A człowiek.. nie ma wiary. która kryje się między tobą i mną.. jest szczególna siła. czego doświadczałem sam wśród lasów. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. Dość miałeś czasu. – Ktoś. aby o tym myśleć. żyje. wściekłego psa. kupuje kobiety. kiedy to wszystko. w gruncie rzeczy. Sam dobrze o tym wiesz. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. kiedy ty byłeś w tropiku. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię. szuka zwady i wszędzie ją znajduje. raz jeszcze będzie mógł . Nikogo nie pobije. Naszego życia i tego wszystkiego.. jak twoi Malajowie. a może i to nie. z bronią w ręku albo bez broni. I powiadam ci. prawda?. Jedzie do wielkich miast. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. Samotność. ponieważ ma wiarę. A jednak powróciłeś. Żyje jak zakonnicy. Gorzej. Nie pożyjemy długo. że spotkamy się jeszcze raz. Ponieważ w takich tajemnicach. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. Samotność jest tak samo tajemnicza.... Po której następują gwałtowne wybuchy. Nudę. świeckiej reguły. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego. pod Londynem. Na ten dzień albo na tę godzinę. Zmusza cię. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. potem w swoim domu. żyje w surowym rygorze. i wtedy nastąpi koniec. który duszę i los oddał samotności. bo nie mogłeś postąpić inaczej. – Rok. Może wpadnie na mur.. nie burzy porządku. którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia..

Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. Możliwe. bez szabli. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. dobrze wiesz o tym. W moim domu nie ma telefonu. wczoraj lub przed dwudziestu laty. – Dokładnie tak – mówi gość. nikomu nie być dłużnym. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. Ale. ma ono swoje ograniczenie w czasie. że ja nie targuję się ze światem. i w jakim żyłem. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. – Właśnie o to chodzi. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. Powiadają. aby trans czasu. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. jeżeli padnie. jest tam. to można było na tym . że pewnego dnia powrócisz. na dole. wszelki brud i głupi zgiełk. radia także nie mam. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. Jeżeli dobrze liczę. że żyjesz. w których mieszkam. albo na dnie piekła. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. nie od wczoraj. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. w jakim się urodziłem. Wydaje się. – Cieszę się. co było na początku. Wolałem czekać. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. przez czterdzieści jeden lat. Ta chwila nadeszła. On wtedy uznał cię za przyjaciela. Natomiast ważne jest to. Nie przyspieszałem tej chwili. że to zwykły bieg rzeczy. – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. w tym. że miałem również powód. zna. do którego warto się przygotować kompletnie. Naturalnie. że ty również tak myślisz – mówi generał. że nie mogłem postąpić inaczej. żeby już być całkiem dokładnym. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. I kiedy gość milczy: – Teraz.przedyskutować z tymi (albo z tym). Wszystko to jest mi obojętne. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. kiedy kres jest bliski. I co dnia ćwiczy. Gdybym nie wiedział. w biurze rządcy. to był mój problem. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. Widzę tę chwilę. Masz rację. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. I to jest najbardziej niebezpieczne. albo. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. To nad tym się głowię. bez pożegnania. wiele myślę o dzieciństwie. aby cię odszukać. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. gdy już jestem stary. wyjechałem nagle. ponieważ byłeś moim przyjacielem. Owszem. Widzę twarze i słyszę głosy. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. Bo chciałem cię odszukać. od czterdziestu jeden lat. aby samotność. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. pomiędzy Malajami. I patrzy na popiół swojego cygara. jakby przygotowywał się do pojedynku. jak na przedmiot. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. aby. skoro już tak powiedział. którzy go do tego doprowadzili. jak wszystko w życiu. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. odebrać wolność i życie. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila.

do samej śmierci. Ale. Ale teraz. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. Zacząłem od tego. w samotności. Przyjaźń to naturalnie coś innego. Nie niepokój się.. – Mów. Czy pamiętasz tę chwilę?. co było ważne w życiu. Wiesz. mimochodem. w biedzie. że ten. I muszę ci powiedzieć. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. Dwóch starych przyjaciół. myślałem o tym. Prawda. może na niego liczyć w każdym kłopocie. za słabe. ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. co teraz mówię. wspomina wiele różnych rzeczy.. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. Niekiedy myślę zgoła. to bez reszty. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała. na dziedzińcu Instytutu. u początku długiego podjazdu. możesz wrócić do miasta. kiedy słońce już nad nimi zapada. Dobrze o tym wiedziałeś. że rzadko podawał rękę.polegać do śmierci. że mój ojciec uznał cię za przyjaciela.. w każdej chwili. – Powóz czeka. albowiem działa podniecająco. komu podaje rękę.. Ale najpierw wysłuchaj mnie. Powrócisz do miasta. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. do domu. to samo ich bawi. – Wysłucham cię – mówi gość. będziemy mówić tylko o prawdzie. Na dnie każdej miłości. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej. jak to słowo. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. co honor. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. jałowe słowo. A jednak Eros. Wybacz. czasami. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. albo w tropiki. niemal ciepło. powóz czeka. Ale to nie jest przyjaźń. w pobliżu Londynu. Myślę. Właśnie tak uścisnął ci rękę. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. i ojciec uścisnął ci rękę. może dlatego taki rzadki. skoro już tutaj jesteś. Postaram się mówić składnie. ono mu nawet przeszkadza. każdego ludzkiego związku żyje Eros. nie mając nic do roboty. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi. jeszcze więcej. Może więc coś innego?. Słuchasz mnie? Dziękuję. że nic nie było dla niego równie ważne. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. jak wszystko inne. co to dla niego znaczyło. ponieważ się spotkali. dobrze wiedziałeś. Wobec tego będę mówił.. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. jeśli zechcesz stąd wyjść. To była ostatnia chwila dzieciństwa. jeśli to. Wiesz dobrze.. jeśli sobie życzysz. możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie.. wśród lasów. Ale jeśli już. że dla mnie znaczyło. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. że jest to najsilniejszy związek w życiu. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. dokąd zechcesz. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. być może. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. pod kasztanami. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. ponieważ mają podobny gust. Sądzę. Staliśmy pod kasztanami. znałeś go przecie. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie.. – Dzisiaj piszą o .

tym o wiele swobodniej. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca. który dużo jeździłeś po świecie. Pisał o tym pewien rosyjski książę. która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. ale do czasu skłonni są wierzyć. To byłby ideał. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. Tego. Samotność. skłonne dopomóc słabszym. sam widziałem. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. przyjacielem? Widzisz więc. która niczego. bezwarunkowym. Ale Platona także czytałem. Ani księgi dawne. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. w której kochamy w innym cnoty.. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego. byłże on. Sympatie. żarliwym zaufaniem. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. że ten drugi jest niewierny i nikczemny. Przyjaciel. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. czyż ma prawo obrazić się. wielokrotnie. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. że znają go zwierzęta. możnaż go oskarżać.. oczywiście. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. Wszystko to. Wreszcie. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. ale zawsze. a potem musi na własne oczy zobaczyć. naturalnie. które wpadły w tarapaty. aczkolwiek najczęściej tego żałują. prace myślicieli . jakby było przyjaźnią. podobnie jak zakochany. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. zna jej błędy. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. wierność. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi. co więcej. Ciekawe. nie pamiętam jego nazwiska. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. kiedy zostałem sam. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. jego charakter. w naszym zacofanym świecie. bardziej nowoczesna niż u nas. czy warto żyć. nie uważa za istotę nierealną. bezinteresowność. W książkach również jej nie znalazłem. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. oszukany i porzucony. bardziej postępowa. gotowość przyjścia z pomocą. kogo obdarzył przyjaźnią. Nie chce kompensaty. jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. Swoją drogą. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. nie jest prawdziwe. Są lwy i cietrzewiesamce. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni.

będziesz musiał przyznać. Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. Człowiek nie grzeszy tym. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. wiedzą to i głoszą. które studiowałem. iż ów przyjaciel był wiarołomny. jak zwykły mówić. mocne słowo – mówi poważnie. ale zamiarem. co się stało. Odchyla się w fotelu. Wtedy i wtedy. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach.chińskich. popełnić podłość. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. że gniew. nikomu nie obiecałem niczego takiego. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. – To mocne słowo. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. Jej powodu – nie. Zrzekłem się mojej szarży. gdy na to. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. dawne. Nietrudno się o tym dowiedzieć. jak się godziło. ba. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. nie jest całkowicie szczery. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. co uczynił. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. niepozorni. Wszystko jest zamiarem. Wielkie. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową. Ucieczka. że trudno znaleźć . ani też współczesnych. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. – Dlatego jesteś tutaj. odrobinę obruszony. oparte na religii systemy prawne. który doprowadził do tego czy tamtego. gdy zdarzenia pokazały. a w środku pozostać czystym. W końcu nie byłem nikomu nic winny. Lecz po drżeniu jego głosu znać. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. a jednak wypowiadają raczej słowa. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. – Ale. coś najgorszego. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. niż prawdę. spojrzysz z pewnego dystansu. nawet wtedy. – Możliwe. Jedynie prawda może dać odpowiedź. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. Nagromadziło się wiele książek. Zawsze jest tylko następstwem. czego bym nie dotrzymał. a każde wspomnienie mówiło mi. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. Zdarzyło się to i to. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. żydowskich i łacińskich. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. co prawnicy nazywają motywem. Fakty mówią. jak skazańcy na torturach. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. którzy są otwarci. Właśnie o tym mówimy. ponieważ musiałby znać to. nieomal nikną w półmroku. zrobiło się gęsto od wspomnień. Tak i tak. może zabić. Możesz mi wierzyć.

by zachorowali jednocześnie. czterdziestu lat. mieszkają.. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. nie mógł wszak inaczej. Spokojnym. zastosował się do mojego rozkazu. a czasami i nocnych godzin. w mieście. gdy jeden żyje w Londynie. by człowiek. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. to była środa – porzuciłeś miasto. Odjechałeś jak jakiś defraudant. dokładnie dwadzieścia dwa lata. jak było w łonie matki. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. dłonią przysłania oczy. smaku. tak. Pozostałem sam w pokoju. by chorowali na to samo. o tej samej godzinie. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. w innych warunkach. Poprosiłem go. sympatii. Naturalnie.. że wyjechałeś. kultury. Tak. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. które z dala od siebie. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. O tym także możemy dziś pomówić. że nikomu nie byłeś nic winny. Wspólny organizm ma dwa ciała. – Ordynans. Dowiedziałem się o zmierzchu. jak się to ludziom na ogół zdaje. w pobliżu nas. A jednak. aby zostawił mnie samego w pokoju. inaczej żyją. w wieku trzydziestu. że może przyjaźń jest to taka więź. nawet wtedy. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków. a może jest chory. mógł uciec. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku.. a potem najlepsze lata wieku męskiego. sprawozdawczym tonem mówi dalej. młodość. A jednak. w którym żyłeś. kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor. z Krystyną i ze mną.. zapadają na tę samą chorobę. że uchybiłeś mnie. w obcym kraju.. Odchyla się w fotelu. nie dziw się. – Umilkł. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście. oddzieleni tysiącami kilometrów. Osobliwa identyczność skłonności. kiedy służyłeś tutaj. które kaprys natury związał na śmierć i życie. ale może i nie tak rzadko. To prawda i nieprawda. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. w ostatnich latach. w pewnej chwili. co uczyniłeś.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. Niezbyt często. Obejrzałem wszystko dokładnie. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. owe dziwne istoty. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko.. Tego nie rozumiałem. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego. Jest tak w przyrodzie. Bliźnięta. jaką znają jedynie bliźnięta. naturalnie. Na to nie było usprawiedliwienia. rozumiesz. jedzą co innego. nie rozmawiają ze sobą. . jakby patrzył w przeszłość. pamiętam nawet dzień. a drugi gdzieś daleko. Nie piszą do siebie. dzieciństwo. ponieważ słyszałem. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. to znów miałem nadzieję. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego. wiedziałeś. wśród szczególnych okoliczności. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie. w którym żyłeś. myślałem. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. z którym spędziłem kawał mojego życia. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. w pałacu. nie wierzyłem. jeśli zechcesz. Niekiedy dopuszczałem myśl. że zostawiasz za sobą dług. jak wychodzący ukradkiem złodziej. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. Miałem taką nadzieję. Udałem się do twojego mieszkania. Powiadasz.

myślałem. a ja. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. które człowiek w swoim czasie wypowiada. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. nie mogłem cię odwiedzić. – Nie przerywaj – mówi gość. Duży pokój na parterze. oświetlenie pokoju.. na przykład w tropiki. do którego sam kupowałeś meble. wierzę. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. widzę. głosem pełnym zaciekawienia. lecz twoja pycha nie miała granic.. Myślałem o tym.. skoro zacząłeś. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. To głupia hipoteza. wykonany specjalnie dla ciebie. iż między nami dwoma jest różnica. Ja urodziłem się w nim. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. ponieważ bez tajemniczego. że niechętnie słuchasz tego słowa. myślałem. Czasami wydaje mi się. szczególnie wytworni biedacy. zdawało się. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. i nigdy mi go nie pokazałeś. że wynajmujesz dom na skraju miasta. w dniu twojej ucieczki. Majątek. Bo ty byłeś bardzo. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. wizerunki koni na ścianie. widzę meble. człowiekiem bogatym. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. że jestem bogaty. z roztargnieniem. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom.. bowiem wspólny jest ich los. Biedacy.dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. przemilcza albo zapisuje.. – Jedno. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo.. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. tego mieszkania. teraz widzę to jasno. był tak przytłaczający. Dodawałeś nawiasem. idealny dla namiętnego palacza. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał. kiedy stałem w twoim pokoju. by w sprawach finansowych dawać odczuć. kiedy życie mijało. Mów dalej. którego ty byłeś stałym gościem. Tak. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano. że nie sposób tego wybaczyć. wielki wschodni dywan. że bardzo wiele. który wynająłeś i umeblowałeś. tapczan. I daremnie jeden ucieka przed drugim. że te meble są biedniutkie. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu. Los takich ludzi spełnia się równolegle. Może uważałeś. Dobrze pamiętam?. – Okno wychodziło na ogród. nieproszony. Szczerze mówiąc. – Dlatego pomyślałem sobie. że wstydzisz się przede mną. dobrze o tym wiesz.. – Nic nie zależy od słów. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania.. abym cię odwiedził. a przecież niekiedy także czułem. ponieważ wiedzą o sobie wszystko. było prawdziwym dziełem sztuki. Nie było wielkie. Obserwuje dym. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. co istotne. Tapczan był wielki. Później. lecz szerokie francuskie łoże. Nigdy nie chciałeś. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego. To mieszkanie. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. może nawet wszystko zależy od słów. dom i ogród.. w opuszczonej dzielnicy. dwa mniejsze na . Właściwie to nie był tapczan.. Widzę tę chwilę wyraźnie. stałem pośrodku twojego pokoju. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. I zawsze grymaśnie uważałeś na to. bardzo daleko. dla dwojga.

– To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. dopóki wymagała tego służba. ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. tak ty znosiłeś tutaj wszystko.. czego sens pojąłem później. na polowaniu. przykryty starym brokatem. stare brązy i srebra. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu. I jak żebrak skradzione rzeczy. szczerze albo kłamliwie. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom.. Takie są te pytania. z uporem. Wtedy zrozumiałem. nie szczędząc sił. – Wszystko zrozumiałem. swoje mieszkanie. wszystko gruntownie obejrzałem. pomiędzy ludźmi innego rodzaju. dopóki żądał tego ode mnie świat.. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników.. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. tak jak umie. Odszedłeś bez pożegnania. w którym stały trzy orchidee. z kryształowym wazonem. Wiem. w jakiej żyłeś pomiędzy nami. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania. Czego naprawdę chciałeś?. że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło... obojętnie. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. Zrozumiałem. Zrozumiałem. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. że żyłeś wśród nas. które świat zadaje mu z takim uporem. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. a zresztą teraz. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. że w owym czasie zmarła twoja matka. Zrozumiałem również. kto nie znosi sprzeciwu. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. mówi tak sucho.. – Stałem przed fortepianem. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. A ja zachowałem go do ostatniej chwili. pokoje. rzadkie tkaniny. co tam mówi po drodze. gdy wszystko już przeminęło. u kresu wszystkiego. Ważne jest to.. ale ogród.. tak. meble. I w tym momencie weszła Krystyna. jak ktoś. bo poprzedniego dnia. zdarzyło się coś. wszystko było takie. patrzyłem na orchidee – mówi dalej. że u kresu odpowiada całym swoim życiem. Przeszedłem przez pokoje. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy. i że kiedyś ten dom będzie twój. Ty zrzuciłeś mundur.piętrze. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. to już się wyjaśniło.. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. że naprawdę jesteś artystą.. Zakłada ręce na piersiach. To było jedno pytanie. i to już było pożegnanie. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. kryształy i meble. a przecież nie wszedłeś między nas. Człowiek rzadko wie.. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. co piękne i szlachetne: firany i dywany. A człowiek odpowiada. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki. odpowiedziałeś swoim życiem. faktami swojego życia odpowiada na pytania. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. Do czego byłeś odważny. ja także odpowiedziałem. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku. ale to nie jest takie ważne. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci.. Co naprawdę wiedziałeś?. Nie. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym. Nie liczy się. . Czemu byłeś wierny i niewierny?. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania.. czymś takim. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność. i trzy pokoje.

jak ktoś. I wsłuchuje się w siebie.. tak głęboko. który musi przeżyć.. Może pamiętasz. abyśmy zabijali. To są najznakomitsi ludzie. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. Ta namiętność – to żądza zabijania. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?. Nie można inaczej. A i broń też nosiłeś tak niedbale. Jesteśmy ludźmi. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. Polowałeś. Ale nie wyrzekła jednego słowa. pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu. kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety. Nie otrzymałem poufnej informacji. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. Człowiek zabija. wszyscy milczeli. że szykujesz się do ucieczki?. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny. zabija. zabija. powracające stale. jakby sam odpowiadał sobie na pytania. pańskim. i z hukiem strzelają sobie w lesie. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia. żyje. należącym do fachu obowiązkiem.. właśnie tamtego dnia. jak pewnego razu. nie wiem.. – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie. Czy jeszcze żyje? Owszem. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka. Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. czas. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz. meldunku.. który wspomina.. W tamte dni byłem zupełnie sam. przestrogi. nakazem naszego życia jest. Ma swój czas.. A jednak wiedziałem.. dawno temu.. Żyje tak.. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. goście. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. – Nadszedł taki wieczór. która niezależnie od pozycji. który miałby jakiś szczególny sens.. że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie. kiedy wszystko dojrzało. Polowałeś ze wzgardą na twarzy. aby coś pomścić. że to jest ta chwila. kiedy wszystko się wyjaśnia. nieomal ciepło. rozumiem to tak. które posadził był jeszcze mój pradziadek. który wtedy już był pusty?. Podróżowaliśmy wśród Arabów. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce.. Ona wiedziała. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym.. Tak. aby coś obronić. prawdziwe polowanie było czymś innym. jak wyrzut. i ja. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem. ty również.które jego słowo lub działanie. i ja podróżowałem po Wschodzie.. – To było piękne polowanie – mówi. Ty tego nie zrozumiesz... zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi. niskie instynkty?. Myślisz. jak konna jazda albo życie towarzyskie. w twojej duszy wydelikatniały te niecne. może i dzisiaj żyją. prawdziwi myśliwi. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. na swój sposób. jak wieczny ogień w ziemi.. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko.. jak każde żyjące stworzenie. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny. Polowanie. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. kto ulega społecznej presji. jak laseczkę. zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. Nie. iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór. każdy. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. ale tylko jak ktoś. Uśmiechasz się?. . którzy bawią w mojej posiadłości. aby coś zdobyć. jak to drzewo za oknem.

nie wiem. Wtedy zrozumiałem.. tym gestem w dawnych świątyniach. Te chłodne. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny. Potem przyniesiono jagnię. którego nie sposób zapomnieć..o czym ty. z ofiarą. także brudni wielbłądnicy. i wszystkim błyszczały oczy. białe domy. jakiej są krwi i jakiej rangi. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. Ich pycha. krew jest im . wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. w białym burnusie.. gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. naprawdę był taki. jak wschodni arcykapłan. Po zachodzie słońca przybyli goście. gdy składa ofiarę. To bardzo stary gest. przed ludami. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. wokół zaległa śmiertelna cisza. jaką był. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy. podróżnik. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem. z pewnością wiesz. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. gospodarz wyjął nóż i gestem. mieszkaliśmy u tuziemców. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. sami mężczyźni. białego baranka. człowiecza duma. wanna była ze szczerego srebra. ich zabawy i błysk w oku. błysk noża. znasz je? Wielki dziedziniec.. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec. Tego gestu nie można się nauczyć.. drgające ciało jagnięcia. ich porywczość i spokój. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu. odmłodniał na moment. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. symboliczny. pan domu był sędzią i przemytnikiem.. nie od zgiętego kciuka.. panowie i służba. u zarania dziejów. w domu jak pałac. gdy chciał go ofiarować. Nie znam się na tym. gdy zabicie miało jeszcze sens religijny. przed ołtarzem. przed bóstwem. To pełne godności i uparte próżnowanie. arabskich gości. w głębi świata arabskiego. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność.. uświadomił sobie swoją ludzką godność.. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. Może dlatego są tacy dumni. Siedzieli dokoła ognia. wzajemnie wyczuwają. w zamęcie tworzenia. Nie wiem. z zamierzchłych czasów. plemionami. było tożsame z czymś istotnym. iż zaczął się od duszy. zachowanie się. nieruchomych kamieni. Jak mówię. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. że wszyscy tam są panami. kiedy człowiek po raz pierwszy. jest to gest wschodni. Ale oczy mu lśniły. parlament i plac przed świątynią. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania. krew ściekającą strumieniem. możliwe. na który nie spadła ani jedna kropla krwi. Arabski pan zarżnął jagnię. narzędzie. z czasów.. widzieli gest zabijania. Możliwe wszakże. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. zarżnął go. tę inną. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. kulturami. przed symbolem boga. Być może tym gestem zaczął się człowiek.. a więc złapać w garść broń....

– Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. dziwnie się ubiera. Zjełczały. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania. zaczerwieniła się. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. jak owych świtów. a ich krew brudziła kurtkę. inaczej niż w dni powszednie. My także zabijamy. taką.. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności. wkłada celowo dobrane części garderoby. Oszczędzamy zwierzynę. mamy świadomość grzechu. My. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. kto nagle się rozwesela. starych jak sam człowiek praktyk religijnych. że znają także jego sens tajemniczy. niemal wstydząc się. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. szlachetne twarze. zbladło z czasem. ciężko oddychała. aż po nasze dni. że myśliwy zabija dla zdobyczy.dobrze znaną materią. poważnie.. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). powietrza i wytryśniętej krwi. jak ktoś.. Może niczego w życiu tak nie kochałem. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. ewentualnie lekarską. resztką potwornych i rytualnych. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. jak ktoś. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. jak pocałunek. coś niemożliwego do wysłowienia. tonem nabożnym. co innego je na śniadanie. Jesteśmy chrześcijanami. śmiały się. uczuciowy. Bo to nieprawda. sukno napełniało się zapachem lasu.. odrobinę dyskursywnym. naturalnie. Naszą historię wypełnia. oczywiście. już czekają twoi . patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. Kochałem to wszystko – mówi. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. – Potem wychodzisz z domu na podwórze. ale bardziej skomplikowanie. jak pozwala i określa prawo. nie bez nagany. że Krystyna także zrozumiała. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. To jest najszlachetniejsza materia na świecie. ciąg masowych morderstw. Przecież to tylko polowanie – mówi. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się. nie możemy uczynić nic innego. potem zbladła. Inaczej nie wolno. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. zagryzając zimnym mięsem. liści. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. zabijamy. zawsze składał mu ofiarę krwi. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione. i odwróciła głowę. Otóż to. aby zachować ład ludzkiego współżycia. zabijamy tak. poranków przed polowaniem. Ale czy krew jest brudem?. a więc po trosze i kapłanem. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. Bowiem te ciemne. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie. taką nam wyznaczono rolę. surowy zapach skórzanych fatałaszków. Nie wiem. Wszystko to. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. Zrozumieliśmy – sądzę. kto wyznaje prawdę o swojej słabości. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki.

nie chybić. i człowiek. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. I teraz już żałujesz. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. To właśnie czułeś ty.. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. to zakazane przyciąganie. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. obserwujesz. przed kominkiem. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. las się przeciąga. obraca delikatną szyją. o jakieś trzysta kroków od ciebie.. jakby sennymi ruchami przecierał oczy. Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. podnosi głowę. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. Ptaki też już zaczynają śpiewać. ponieważ wie. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. wąż. gdy szykuje się do skoku. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny. w lesie. w zasadzce. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. tę coraz silniejszą namiętność. że to nie jest wypadek. zręczniejszym. kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. bez ruchu. W ręce czujesz to drżenie.współtowarzysze. sęp. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. Nachyla się nad stolikiem. ty. Okolica już się budzi. Jesteś z psem. Zwierzę zatrzymuje się. daleko. które jest tak stare jak człowiek. że nieszczęście nie jest przypadkowe. że w pobliżu czai się nieszczęście. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. . łowca. tej. który stoi pomiędzy nimi. myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. Po czym. niczego nie węszy. pozostać mistrzem. może po raz pierwszy w życiu. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. a ty wchodzisz w gęstwinę. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. Wszystko ma taką czystą woń. bo wiatr wieje prosto na ciebie. zadowolony. Ty także cofasz się w gęstwinie. sarna przebiega leśnym duktem. nic nie czyniąc. aby mnie zabić. ciało sarny się napina. czujesz tę gotowość zabijania. gęsty jak syrop. niczego nie widzi. słońce jeszcze nie wzeszło. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. Czuje to pantera. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. tę podnietę. odstawia kieliszek na stół. która nie jest dobra ani zła. wysiadasz. a jednak wie.

kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów. – To była ta chwila. z gniewu podbiegłymi krwią. co wypełnia życie nocnych zwierząt. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. Nie protestuje. jak ktoś. spontaniczną radość życia i . niedźwiedź pożera resztę padliny. w głębi lasu: noc. zarówno rośliny. chorzy jęczą. ni błyskiem oczu nie daje znać. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. Noc jeszcze żyje w owej chwili. żbik jeszcze stoi na czatach. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie. wałęsanie się. a jeszcze nie nastała jasność. ponieważ czują. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata. Jest to chwila tajemnicza. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. co to słowo znaczy: zdobycz. omszałych odpadków drzew. epileptycznym porywem. a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. kiedy noc rozstaje się z dniem. z twarzą obróconą na Wschód. tak ostrożnie. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. miłość. w owym magicznym oczekiwaniu. Woń mokrych liści. igieł. gdy ten drugi nie odpowiada. kiedy wzdycha. butny i potargany. że słucha oskarżenia. jak budzący się ze snu. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami. gdzie odbył się miłosny pojedynek. na którym się urodził. że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. Możliwe. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. że to już koniec nocnego piekła. sekretnym pragnieniem. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. To jest ta chwila. czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. staje pośrodku polany. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. i wszystko. kto na wieki pamięta o swojej pasji. wydychać swój sekret i złe westchnienia. zwiędłego listowia. zwierzęta jak i ludzie. Wstaje wiatr. zgniłej szyszki.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. zapach miękkiego. Już ustąpiła ciemność. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. starożytni. dziki. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy. dzikiej paproci. jeszcze nie osłabło. tak oto człowiek przywiązany do materii. uświadamiając sobie istnienie świata. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami. ani jednym ruchem ręki. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. To jest ostatnia sekunda.

I są takie chwile. nienawidziłeś. byłeś butny. i . Dla namiętności jest całkowicie obojętne. próżność. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał. Nienawidziłeś. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. nie dopuściłeś. kiedy w naszych sercach porusza się. szakal w pustyni arabskiej nocy. ty byłeś talentem. usilne starania. jakbyś kochał. sęp. Sen. niż tym. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. Wszystko było na próżno. To jest ta chwila. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. grzeczność. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. pozostała zbita i twarda. rzeczywistość się nie zmienia.. z tą pasją. ty – ten pilny i cnotliwy. jaki fatum może zadać człowiekowi. lecz ugoda. żarzy się i dymi żądza zemsty. również i wtedy. kto nie przyjmuje części. byłeś tym. prawdopodobnie chce wszystkiego.. które są tak samo dzikie. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. niż jesteś. na spodzie takiego stosu. Trzeba zgodzić się z tym. a gdy uczucie. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?. samolubstwo. mądra spolegliwość. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. To najdotkliwszy cios. że to znak podejrzany i niebezpieczny. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. nie roztopiła się. Pragnienie bycia kimś innym. kiedy cię poznałem. w tym dziwnym domu. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak.świadomość walki o życie. pożądanie. kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę. żądza zemsty. ale i w mroku ludzkich serc.. Nienawidziłeś. że jesteśmy tacy lub inni.. Rzeczywistość była taka.. ponieważ było we mnie coś. co otrzymuje od drugiego. Każda wielka namiętność jest beznadziejna. przyjaźń albo cierpliwość. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. czają się w sercu człowieka jak puma. a to stwarza więź równie silną. w pierwszej chwili. który coś ukrywa. musiałbym wiedzieć. Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. Bo ten. Był czas. miłość. obok entuzjazmu.. niż ze świadomością. z porywami. całości. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. daremna jest wszelka argumentacja. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo. Dlaczego nienawidziłeś?. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego. pozbawione żaru wzajemne usługi. lubieżna ruja. zazdrość. że godzimy się z tym wszystkim. chce bez reszty oddać własną wolę. co znaczymy dla siebie i dla świata. a dzień jeszcze w nim nie nastał.. jak tylko subtelne uczucia. Bo serce człowieka także ma swoją noc.. czego tobie brakowało. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. chce bez reszty wyrazić samą siebie.

Musimy znosić nasz charakter. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. Pamięć. iżby i on się nie bał. naszą naturę. cudowna pora. I milknie. ależ tak. Nie bronię się. który rozbrajał ludzi.wiedzieć. przez cały ten dzień. przez cały ten dzień. w środku lasu. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa. – To był piękny czas. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. konstatując. która deformuje. ponieważ chcę prawdy. że brakuje ci czegoś. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. nie kochają nas albo. lecz mgliste uczucia – że w tym. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. i wszystko to. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok. skąd ty uciekłeś. kiedy się z tym godzimy. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie. iż ktoś jest pieszczochem losu. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. i to. musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. kto szuka usprawiedliwienia. Trzeba znosić zdradę i niewierność. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. kiedy. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. jaką świat promieniował ku mnie. że Bóg ma ich w swojej pieczy. jakby zachęcał drugiego. chciwości. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. żeśmy go dostąpili. że nie kochają tak. Widzisz. mogła mnie przedstawić właśnie takim. samolubstwa. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności.. . wskazujący. Trzeba znosić i to. tutaj. Jedynie zazdrość. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. Musimy to znosić. – W dzieciństwie. należy wiedzieć. że jesteśmy próżni. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu. naturalnie. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat. na starość. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. jak ktoś. o czym mówię. To. jak się spodziewamy. uśmiechem i zaufaniem. Ludzie. jest takie odległe. oto i cała tajemnica. jak wtedy. kiedy wiemy i znosimy to. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach.. a kto szuka prawdy. których kochamy. których wszyscy kochają. kiedy stałem w twoim pokoju. Był taki czas w moim życiu. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. coś z obyczajów ulicznicy. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. aby obdarzali mnie życzliwością. nie przypną nam do piersi orderu. że jest kochany – jest coś nierządnego. podziękujmy losowi. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. na których czołach odbija się znak nieba. Są ludzie. myliłeś się. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. niekiedy wrogo. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. Tak. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. tam. Że ci. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się. co mnie dawało pochodzenie.

i później. Wcześniej dzieje się również to. Możliwe jednak. podobnie jak świat. że ładuje. Nie wiem. tak – przytakuje generał. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. uczucie. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. moje wymagania. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak..dekada młodości. a potem podnosi broń. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata. – O polowaniu. umiem być pożądanym tam. że każde z nich stawia swoje warunki. Godziłem się z tym. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale. jak w umowie kupna-sprzedaży. Nie ma smutniejszego. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. Kto wtedy staje się butny. to. to. ty pozostawałeś w cieniu. Wierzyłem. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. bardzo wiele. Czas łaski. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. – Ale to wszystko prowadzi do polowania. – Kiedy młodość zaczęła mijać. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. kto będzie zarozumiały i zuchwały. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. właśnie to. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. To również powinniśmy wiedzieć. świadomie.. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. Nasza przyjaźń była przecież taka. którego należy czcić winem. o czym mówiłem. splecionych więzami wymagającego.. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. prócz tego. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. – To największa łaska. nie chcemy niczego. I naprawdę. że nie umiałeś mi wybaczyć. że to ja popełniłem błąd. tę dziwną. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi. gdzie ciebie jedynie tolerują. iż jestem za pan brat z całym światem. gorzką wyniosłość. ten przegra. jaka promieniowała z twojej istoty. uwierzyłem. że wybaczasz mi. kto nie wie. Wtedy każdy spieszy do ciebie. że nie odsłaniasz się bez reszty. kiedy żyliśmy w jednostce.. że przyjaźń. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. tutaj. szanowałem twój intelekt. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. że ów stan łaski trwa dopóty. że i ty przebaczasz mi. naturalnie. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność. jakbyś był zdobywcą. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. że ciebie to cieszy. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi. tajemniczego związku. w czasie owej dekady. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. którzy w swych sercach są skromni i pokorni. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. że otacza mnie miłość i zaufanie. tajemniczą.

– Zrozum. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. oszukujesz. jak zabójcy i złoczyńcy. I było silniejsze niż namiętność. Bo różniliśmy się. umową ludzką. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. gdy podnosi broń. na polowaniu. Powinieneś poznać odpowiedzialność. na wypadek. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. a jeśli tak. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. nie podnosisz na mnie broni. a jednak należeliśmy do siebie. których przenika swoją energią. co zrobiłeś. To prawo żyło w ludzkich sercach. zniszczyłeś moje życie. jaką znają jedynie mężczyźni. to jest prawo przyjaźni. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. widzisz. powinienem wiedzieć. to co i kto ją popsuł. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. to ty tamtego ranka w lesie. i później. I kiedy mówię. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. Bo musiałeś powrócić. na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. a więc nie kompanami. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. a to rzadko zdarza się w życiu. nie bratającymi się wyrostkami. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. przyjaźni nie może spotkać zawód. poza egoizmem. iż wiąże się z nim odpowiedzialność.momencie. złej i niepojętej tajemnicy. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. I to. nie towarzyszami broni. Wina jest wcześniej. Wydaje się. z miejsca przestępstwa. może to i boli. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem. czemu przeczyłem przed samym sobą. która zatruła naszą przyjaźń. ale pozostaniesz moim przyjacielem. jakiej żąda to słowo. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie. którego tajemnicy strzegłeś. Bo to także powinniśmy wiedzieć. a również o tym wszystkim. lecz zostajesz tutaj. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. Byliśmy przyjaciółmi. czego brakowało twojej istocie. że świat był dla mnie miły. w tropikach czy gdziekolwiek. gdybyś tego nie wiedział. z zasięgu mojego wzroku. albo do piekła. można było zabić przyjaciela. ale to wszystko nie jest tak złe. może rani moją próżność. ponieważ byłeś moim przyjacielem. jak pamięć cichego . I teraz powinienem ci powiedzieć to. w co nie uwierzyłem. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. aby kogoś zabić. co docierało do mnie bardzo powoli. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. Byliśmy przyjaciółmi. co przyszło po nim. byliśmy związkiem. poza porywem. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. który zakrada się na miejsce przestępstwa. czy naprawdę się zepsuła. co może zastąpić przyjaźń. zdradzasz. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. jak to. Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. Coś we mnie zabiłeś. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. zamiar jest winą.

siły. Pamiętasz tę chwilę. w środku tej samotności. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. dobrze o tym wiedziałeś. Myśliwy pozostał z psem. lecz tak ostrożnie. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. lasu i zwierzyny. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. jakie ci pozostały. pomiędzy świerkami. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. Instynkt. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. ty za mną. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. i urok. która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. czuje. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się. Jakiego rodzaju fale. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. jakieś trzysta kroków dalej. kilka kroków za mną. z tym zimnym i cichym trzaskiem. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. Ja zawsze tak czułem. na głębokie wody. ten szósty zmysł.. na odwieczną scenę życia. Nie ruszał się. wiem to na pewno. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. nie karczowany. Powietrze było czyste i pachnące. także nie oglądając się za siebie. że zbłądził w życiu i w świecie. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal. ta przyjaźń. zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. ciemny. w lesie i w gęstwinie. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki. I ja tak czułem w owej chwili. na jej skraju. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. ten fenomen. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. ja z przodu. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. to również wiem na pewno. Taka przyjaźń była między nami. a my dość długo staliśmy bez ruchu. także w ciemności. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. tam. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. na przykład sztylet. nazywając nas mniej więcej po imieniu. albo szlachetna . które jest bezinteresowne.bohaterskiego czynu. gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. zziajani wspinaniem się ścieżką. Byliśmy sami w środku lasu. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. kiedy jeszcze polowałem. stał jak zaczarowany. Tak czuł jeleń w owej chwili. nie.. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. gdzie las żyje już sam sobą. która jest samotnością świtu. Staliśmy w gąszczu. Przejaśniało się już. bo spomiędzy świerków. jak wszelkie ludzkie zachowanie. wyszedł jeleń. który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. przez chwilę. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość. I w chwili. kiedy podniosłeś broń. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby. pomiędzy drzewami. I tak czułeś ty. spojrzało w gęstwinę. aby mnie zabić. Jeleń obserwował. być może. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. Ja też ją pamiętam. podniosło głowę. Tutaj zaczyna się ścieżka. czynem bohaterskim. i gdzie człowiek zawsze.

coś się musi dokonać. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. z dokładnością do jednej sekundy. W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem.. że niepodobna. bardzo ostrożnie. ale mogę powiedzieć tobie. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela. który . – To była znamienna chwila – mówi generał. Sytuacja była wymarzona. na równej wysokości. że wyczułem twoje ruchy. na polowaniu. niż jej charakter ludzki. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. Wyczułem. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. parę kroków za moimi plecami. w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie. ponieważ owa chwila już minęła. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie. który był niczym eksplozja. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. Trochę się na tym znałem. ciekawe jest to. myśliwy był daleko. w małej odległości. W takich chwilach człowiek wie wszystko. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. gdy odciąga się jej spust. o jakim rokrocznie donoszą gazety. Minęło pół minuty. jakbym widział. Po czym powoli opuściłeś broń. czekałem.broń angielska.. spodziewam się. sytuacja była modelowa. intymniej. przepadł w gęstwinie. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. co robisz. bez zegarka.. To. bardzo powoli. to znaczy. Stałeś za mną. bym nieco w bok odwrócił głowę. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie.. a pocisk pozostanie w strzelbie. chodził z psami na obrzeżu lasu. Co się stało?. wystarczy. pamiętasz?. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. to także wiem. że wystarczy jeden ruch. Wiedziałem. Wiedziałem. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się. na ukos. Tę chwilę. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. A więc stałem i czekałem na strzał. strzał się opóźniał. nie ma takiego człowieka ni sędziego. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. żadnych świadków. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. abym się poruszył. dokładnie informował mnie o tym. Celowałeś pół minuty. – Tak – powiedział gość. I teraz zdarzyło się coś. przypasowujesz do ramienia i celujesz. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. idealna. jakbym stał naprzeciwko ciebie. Moja głowa i głowa jelenia. Opuściłeś broń. że nie jesteś dobrym strzelcem. – Naturalnie. że podnosisz broń. na swój sposób i wedle własnego porządku. Poczułem. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. Ale wiedziałem także. ponieważ ty także znasz prawdę. że drżą ci ręce. rzekłbym. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. na tym. Poczułem. aby kogoś zabić. A jednak ja słyszałem i widziałem go.

. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. jaki odczuwa ofiara. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat.. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. moją rodzinę za swoją. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu.. przy okazji towarzyskich spotkań.. ty. a później. któż może pomyśleć. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca. i nie ma takiego człowieka.. niż wszystko. od którego mogłeś otrzymać wszystko. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni. scena popsuła się.. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił. Nikt... że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie. zrozumiałbym wszystko. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni. było precyzyjne i doskonałe. gdzie prokuratura. na dobre i na złe.mógłby cię potępić. nieważne. że chciałeś mnie zabić. widziano nas razem. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?. swojego przyjaciela. w towarzystwie mojej żony. który mój dom mogłeś uważać za własny. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę. i osądzał?. który śmie wnosić oskarżenie. który śmie wykrzykiwać przed światem coś. gdzie ten ordynus. mnie. w gronie przyjaciół. Nie odwróciłem się. że ty. któż by tam dzielił włos na czworo. niewiarygodna hipoteza. gdybyś to zrobił. w pałacu. Fakt jest rozstrzygający. Nie ma żadnych dowodów na to. Gdzież jest człowiek. że mnie zabiłeś?. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie. każdy podałby ci współczującą rękę. który je wnosi. To była taka sytuacja. Staliśmy jeszcze jakiś czas. byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. gdzie od lat jesteś codziennym gościem. jak przedtem. ten cios srogo dotknął ciebie. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. dzielono by z tobą żałobę. nie poruszyliśmy się. a natura ludzka jest taka. ponieważ tragiczny przypadek zabił. Faktem jest. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek. nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. było dobre. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. krewnych oraz łowieckiej braci. przypadkiem. oskarżenie spada na tego. posłużywszy się twoją ręką. a ty opuściłeś broń. niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych.. Nie jesteś mi winien pieniędzy. Dlaczego?.. jesteś członkiem mojej rodziny. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca.. ale może potrzebny był do tego także jeleń. W przeddzień razem jedliśmy kolację. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. na służbie. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu.. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz. wstyd. Zresztą. świat okazałby ci współczucie. który mógłby je uznać. twojego najlepszego przyjaciela. gdybyś mnie zabił. co było ci w życiu potrzebne. Istnieje pewien rodzaj wstydu. co sobie zaplanowałeś. przyjaciel nad przyjaciółmi. Kastor i Polluks. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. który śmiałby coś takiego oświadczyć. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra. który jest większą udręką. To. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka. To była kwestia sekund. Możliwe. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz.

Czytała i nie zauważyła. Kolację jedliśmy we troje. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. Lubiła światło świec. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą.. Nie odpowiedziała. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował. – Dziękuję – mówi gość. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. jak poprzedniego wieczora. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie. co ja w owej chwili myślę. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. Bo zawsze najważniejsze. kierując się na szczyt wzgórza. wieczorem. Sądzę. przegapiłem okazję. z lekką hinduską chustą na ramionach. jak przedtem. Nasze drogi rozeszły się. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. Czekał tam już myśliwy. jak dzień... gdy wstaje – może to sprawił blask świec.porażający czar. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć. ręka mu nie drży. mglista. kiedy już stałem przed nią.. co przypominało jej przeszłość. W kominku płonął ogień. czy w ogóle coś myślę. lubiła wszystko. Krystyna już czekała. Lokaj zameldował. zaczęło się polowanie. czy coś wiem. Spotkaliśmy się przy stole. Ponieważ każdy inny. odszedłem ścieżką. Przyjechałeś o zwykłej porze. jak podczas wielu poprzednich wieczorów.. jak każdego wieczora. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. ale zląkłem się bladości jej twarzy. – Ale tego samego dnia. To milczenie było potwierdzeniem. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. – Tak.. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. A ty milczałeś. jakby mnie przesłuchiwała. który spętał nas obu. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. W czasie obiadu – był to obiad myśliwski. szlachetniejsze formy życia. że wyjechała wczesnym popołudniem. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. W tamtej chwili. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. siedziała przed kominkiem. że powróciłeś do miasta. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. ze wstydem lub z entuzjazmem.. w dolinie trzaskały strzelby. zaczyna mówić. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. jakby wiedzieć. przebrałem się. także później. zlekceważył szanse celowania. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. szeroko otwartymi oczyma. powozem. Nakryto w dużej sali. w podobnej sytuacji. żeby cię zabić”. jak dzisiejszego wieczora. kiedy wszedłem do pokoju. Patrzyła mi w oczy. czasy minione. długo. machinalnie. Gość zapala. pragnąc. bryczką. pełnią światła. do miasta. tak badawczo. razem z Krystyną. opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. czekały nasze psy. o wpół do ósmej. co myśli o nas ofiara albo ten. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. . tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. Ty także ruszyłeś. ponieważ pora była wilgotna. Patrzyła na mnie bez słowa. Nie odpowiedziałeś..

.. powracam myślą do tej sceny. Później. o tym. Zdecydowałem. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach. o zwyczajnej lekturze. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. od świtu. ustrzelił kozła. oszalał: powtarzałem to uparcie. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. postanowiłem. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. kiedy przyszedłeś do nas. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam. o zaniechaniu wspaniałego jelenia. jakkolwiek nie miał do tego prawa. który należał do mnie. o meldunku naganiaczy. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. całe przedpołudnie i popołudnie. utraciliśmy naszą ludzką rangę. Kobiety wyczuwają coś takiego. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd. jaki powód – aby podnieść broń na mnie. na ten sam temat. bo. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. Krystyna czytała o tropikach. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną. na tym dziwnym polowaniu. Długo rozmawialiście o tej lekturze. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. Nie mówisz o tym. szczególnie interesuje cię.byłem spokojny. Mówiliśmy także o polowaniu. profan. że oboje graliście naprawdę doskonale. o książce. Potem przyszedłeś ty. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. jaka wiązała nas obu. a także inne. że my wszyscy. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. ale to słowo nie pada. jak wygląda życie w tropikach. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom. znaczy to. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. Ja. tego ranka i po południu. i ja.. że przegapiłeś zwierzynę. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. Chciałbyś poznać opinię Krystyny. i Krystyna. jak w inne wieczory. przez cały wieczór. gdy nie jest się rasowym myśliwym. wypytujesz. Stawiając tę hipotezę. pytasz Krystynę o tytuł tej książki. Co . ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. tak myślałem. Mówisz o czymś innym. chcesz wiedzieć. nieomal z rozpaczą. Rozmawialiśmy. i masz powód ku temu – wszystko jedno. Krystynie i niani. którzy żyliśmy w tym domu. kogo bardzo interesuje ten temat. przeciwne koleżeńskiej umowie. co czytała wieczorem. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie... kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście. i zasiedliśmy do kolacji. w wieczorowym ubraniu. nie mówisz o tym. I naprawdę. Człowiek. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. Pytasz Krystynę. zachowujesz się jak ktoś. kiedy przyszedłeś do nas. kiedy już wiem. zdumione spojrzenie Krystyny. że oszukaliście mnie tego wieczora.. że tę książkę. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. że cokolwiek życie przyniesie. do salonu. Wyłączyłem się z rozmowy. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem.

. wracasz do miasta. kiedy było polowanie – mówi. deszcz i parująca mgła. tropik. – A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną. mówiłeś o tym samym: o tropiku. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. systematycznego.) I czy ona. ciepłe opary. Krystyna. o ciepłej mgle i o deszczu. z rezygnacją. potrafiłaby znieść deszcz. sprawy i słowa chodzą w kółko.myśli o tym Krystyna?. były: moczary. pierwszymi słowami. o moczarach. Widzisz. Około północy prosisz o powóz. . (Mnie nie pytasz. dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie. w tym fotelu. w tym pokoju. I dzisiaj.. Wszystko powraca. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia.. przejrzystego klasyfikowania faktów. a potem spotykają się. To stało się tego dnia. słowa powracają. słowa powracają. osobiście. Tak. kiedy wróciłeś do tego domu. dławiące. czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. przed czterdziestu jeden laty. gorące mgły. samotność pośrodku moczarów i puszczy?.. jakie wypowiedziałeś.

ale możesz być i ty. myślę. kiedy patrzyła na mnie. A jednak książka mówi. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. podnoszę tę książkę i kartkuję. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. coś jeszcze: wreszcie. nie mogła dowiedzieć się niczego. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców. dlatego czyta fachowe książki o tropikach. wszystko jest znakiem i ryciną. po której muszę się tułać. Nie chce mi się spać. Dziwi mnie. To wszystko. a więc chce innego niż ten świat. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. tego dnia. I zrozumiałem. i chyba rozumiem wiele. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. Przyglądam się ilustracjom. Nie mogła się dowiedzieć. Oto. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. wszystko ostrzega. co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. łączy mnie w życiu najwięcej. W owej chwili czuję tak wiele. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. A w samej . i chce stąd odejść. jak okolica. i to mówi nie tylko po angielsku. coś się wydarzyło. Krystyna.. naraz zrozumiałem. kiedy dwoje ludzi. Wiem i czuję. Książkę. myślę. – Sam zostaję w tym pokoju. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego.15 – Kiedy odchodzisz. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. książkę o tropikach. co oznaczało minione życie. Krystyna również się żegna – kontynuuje później. W takich momentach bardzo trzeba uważać. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. Myśli o innych światach. co mi się udało. myślę. Krystyna coś czuje i coś wie. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie. że ta książka jest również sygnałem. odeszło ode mnie. chociaż mgliście. trzeba to tylko zrozumieć. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. tym swoim pytającym spojrzeniem. poza moim ojcem. myślę. to nie Krystyna. nienaturalnie zdyscyplinowany.. na fotelu. przemówiło życie. Jasne jak słońce. sam w pokoju. pozostawiła tam. I naraz zrozumiałem. napisaną w języku angielskim. blada. ty i to wszystko. rzeczy zaczęły do mnie mówić. ostatni etap mojego życia. po północy. z którymi. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania.

jest głębsze. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście. arcydzieło wśród swoich zbiorów. A prawda jest taka. muszę ją odrzucić. uwieńczenie całego życia. daleki. czyste. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. Może to ta muzyka. o których człowiek myśli jedynie we śnie. byś trzy. dlatego. myślałem. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. jestem spokojny. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. nie wolno zatajać. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. Namiętnych uczuć. Krystyna. dowody przesypują się przez palce. w koszarach. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. Brak danych. że ty i Krystyna. straszniejszą od faktu. inny. że oszalałeś. Powinienem pomówić z tobą. co się wydarzyło. nie jesteś szaleńcem. który jest mocniejszy od każdego dowodu. Tutaj w grę wchodzi coś innego. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna. kiedy znam prawdę. jakiś jej ślad nawet ja. nasze poznanie Krystyny. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna. Lecz teraz. nawet jeśli są pomylone. bardziej tajemnicze. gwałtowna namiętność. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział. prawda? Czy tę pewność. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia. ty i ja. To. że znam prawdę. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik..rzeczy. ten trzeci. wiecznie ślepy i głuchy. nie ma tygodnia. czy mamy grać komedię we troje. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. sprzeciwu. że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości.. Zawsze byłeś dziwny. która zmusza opętanego. także sekrety. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego . znam każdą jej myśl. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. woła we mnie – tak niedwuznacznie. że byłbym wariatem. Co za śmieszny. Znam Krystynę. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. na służbie. bardziej niedocieczone. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. Głupia hipoteza. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. kiedy myślę o Krystynie. i to tak niewzruszenie i pewnie. wszystko to jest takie otwarte. miałem nadzieję. jej ciało i duszę znam jak samego siebie. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. wzięty z powietrza zarzut. nieomal doznaję ulgi.. nasza przyjaźń. nie mogę zwodzić samego siebie.. wiemy o sobie wszystko. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. moje małżeństwo. przejrzyste. Życie nas trojga. wątpliwości – że się nie mylę. Noce i dnie Krystyny. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. nie można miesiącami ukrywać przed światem. Masz powód. namiętności. którą znalazłem w świecie tak. że jakiś głos. A jednocześnie wiem. nie ma żadnych oznak. aby mnie nienawidzić i zabić.

znacznie później zrozumiałem. ten zamek. swoje uczucia i ukryte myśli. do bezwzględnej szczerości. dziennik by o tym zasygnalizował. ponieważ uzgodniliśmy. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. – Już północ minęła. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju. w biednym domu. Jakby szukał właściwego słowa. Prawda. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. i wstaję. myślę. opowiada wszystko. co jej dałem... że kto tak ucieka w szczerość.. dlatego będzie zapisywać wszystko to. Krystyna chce mi dać wszystko. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. Ale szuflada jest pusta. Jak powiadam. zeszytem nutowym i wspomnieniami. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. pomyśl tylko. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej. ze strzępów ludzkiej duszy.. co myślał lub co czuł ów człowiek. dom śpi. to sekretne. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz. czegoś się boi. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. o czym trudno jest mówić. dwoma słowami zawiadamia mnie. sama z cichym i chorym starcem. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś.. jednym. . co powinien wyznać. która chciała czynić wyznania – i później. Bo musisz wiedzieć. kto wie. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. jutro ją zapytam. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem.małżeństwa. moje nazwisko. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia. pisemne przekazywanie wiadomości. Krystyna jest zakochana. za pośrednictwem naszego pamiętnika. i co znaczyło dla niej to wszystko. bała się. co jest prawdziwą tajemnicą. – Nie chcę jej przeszkadzać. Przymyka oczy. idę do bawialni Krystyny. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. że ten poufny zeszyt. wszystko. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą.. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą. nie chcę jej przeszkadzać. zrozumiałem. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. znacznie później. to ona była tą osobą. z uczuć i pragnień. Odpowiadała. pod wpływem pewnej sytuacji. kiedy już nie było Krystyny. abym wiedział. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. To był pomysł Krystyny. który żyje już tylko swoim instrumentem. Trudno o tym mówić. tak sobie myślę – mówi spokojnie. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. jak nieustające miłosne wyznanie. duszę i ciało. czym nie będzie mogła podzielić się ze mną.. ona i ja. prosiła mnie o to w Paryżu. pałac w Paryżu. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. chodzę po ciemnym domu. I naraz życie daje jej wszystko. skąd przyszła. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. uważałem za niezrozumiały. Krystyna jest zmęczona.. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy. w czasie naszej podróży poślubnej. wielki świat. co więcej. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika. że nie chce ukrywać przede mną sekretów.

kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. jestem bogaty. że bankier. uważnie. Nie myślę o tym. Niekiedy pisze jedną linijkę. Po czym tygodniami nie pisze nic. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. jest tylko wdzięczna. niekiedy tylko jedno słowo. że nie jest zakochana. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. służbę. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere. lecz bardzo trafnie.pełnymi garściami. kiedy patrzę za siebie. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. morze. nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. naturalnie. mam trzydzieści lat. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. Ale jestem szczęśliwy. być może czyni to dlatego. potem Wschód. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach. małżeństwo. Opisuje mnie tak. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. mam pozycję. czy coś w tym rodzaju. aby uniknąć mówienia o czymś. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. myślę. Widzisz. miesiące wśród oaz. dystyngowanym młodym człowiekiem. zarozumiałej pewności siebie. kiedy czytam pamiętnik. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. w owym czasie to też nie jest to. spotkałem kobietę. Londyn. bezbłędne. dlatego wynajduje pamiętnik. gdybym na przykład dowiedział się. z bogatym. na swój sposób.. że jest zakochana. idealne. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. na sposób młodej kobiety. zagadnął ją. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. ma dla mnie złe wiadomości. Albo pisze o tym. Chciałbym złożyć losowi ofiarę. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. by w listach z domu. I jak każdy człowiek. że ten. bo jesteś wierny”. w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. ten dziwny prezent. Rzym. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku. co jest ważne i istotne. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. że mogłaby z nim odejść. bardzo wdzięczna.. której każde słowo. wierzy. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . które czekały na mnie w portach. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. przygląda się rysunkowi na dywanie. moją karierę. jak widzi. Krystyna. paroma słowami. sposób. owe dziwne. Krystyna jest niespokojnym duchem. jakby rozmawiała z nim przez sen. Świat należy do mnie. dostaję mdłości od tej cmokającej. Wszystko to jest zbyt piękne. która pojechała w podróż poślubną z mężem. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. Splata palce. Później dowiaduję się. w skupieniu. Teraz. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę. opiera się łokciami o kolana. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. od tego poczucia szczęścia. Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. tę całoroczną podróż poślubną. kocham życie. bez pęknięć. – Ciasno splata palce. nie miałbym nic przeciwko temu. Opisuje to. a ona poczuła. Paryż.

A więc stoję w twoim zagadkowym. dusznym pokoju. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty.. z wyczerpania.. naturę człowieka. że wyjechałeś. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą. Lecz i przy pomocy słów. ty odjeżdżasz od nas. w szufladzie biurka Krystyny. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji. o co? – mówi cicho. że. Śpię głęboko. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw. że chciałeś mnie zabić. więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. ponieważ teraz jest już pewne. pewne jest. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór. a jednak potem zdumiewało mnie. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej. ciężki był. Wtedy zapadłem w głęboki sen. na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. schodząc ze ścierwem z gór.noc.. lekceważącym tonem. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru. Chcę mówić z tobą. że wydarzyło się i dzieje coś. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny. pewne jest i to. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia. Milknie. i wszystko to. o co ja mogę zapytać. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. można poznać fakty. nie zmieni faktów. nie tylko z tobą. Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem... podług mnie. w którym meldujesz.. jeździł konno albo wędrował. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia. umęczywszy się w dolinie. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu. jakby z twojej broni padł strzał. Tak samo śpię tamtej nocy. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. Wydaje się. jakby szydził z samego siebie. czy to wszystko. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. dopóki ma w życiu cel. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. na próżno gromadzą doświadczenia. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. ale jeszcze nie wiem. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. Możliwe też. Możliwe.. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić. jakby co ciekawszymi fragmentami . Kręci głową. bo to wszystko dzieje się także ze mną. jakby go zdumiewał postępek dziecka. do twojego mieszkania. Nastaje noc. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. co ty możesz odpowiedzieć.. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku. starczo. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni. – Zapytać. Myślę o tym. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. lecz słowami?. że ludzie daremnie poznają prawdę. w śniegu. uprzejmie i przyjaźnie. jadę do miasta. napchanym okazałymi przedmiotami. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. nie. bez snów. Opowiadający mówi głośno. co możemy zrobić. To wszystko. Postanawiam. o łajdakach. Nie myślę teraz o kłamcach. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia. Śpię głęboko. co dotyczy tropiku.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

w którym zmarła jej matka. wysoko zamek. Brzegami jeziora Garda. że to. od pierwszej chwili. Człowiek i los trzymają się nawzajem. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. knoty świec poczerniały. Przyczynia się. to ty byłeś tym. gdy natychmiast. Po latach. co musi się wydarzyć.. Taki jest człowiek. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. co się z nim dzieje. że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. szlachetnych dźwięków. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. przywołuje do siebie. ukryty wśród skał. co robi. To nieprawda. z sali koncertowej. wcześnie musi zrezygnować z kariery. – Człowiek również ma wpływ na to. w mglistej. Nie ma człowieka. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne.. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. . pędzimy do samego końca. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska. jedno nadaje drugiemu formę. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. lecznica chorych na serce. letniej atmosferze. by utrzymać skrzypce i smyczek.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę. który byłby dość silny i mądry. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. działa z żelazną konsekwencją. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. Postępuje tak i wtedy. dodatkowym zarobkiem. która miała wówczas siedemnaście lat. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne.. pod koniec naszej podróży poślubnej.. jest fatalne. Po południu przybywamy do Arco samochodem. nie. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. jedno przyzywa drugie. musi zadowolić się tym skromnym. nie wypuszcza z rąk tego. które ze swej istoty. Krystyna chce zobaczyć pokój. z charakteru. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium. odnajdujemy to sanatorium. czuje i wie. Znała cię w dzieciństwie. które my sami przed nim otwieramy. ale nie mającego dość sił.

on także spotkał kobietę. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. jeśli jej istota. Pierwszy raz czuję. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa.. . że jego los trwa dalej we mnie. wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. dwu temperamentów. smutny i mądry głos mojego ojca. ta sama bezczynna i smutna wola. jeszcze nie wiem. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. przyjaciele. w Arco.. Nie rozumiem tego słowa. a wypowiada to imię bez gniewu i złości. jeśli nie jest „inna”. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. która rozrywa ludzkość na dwie części. Jest to takie rzadkie. który nie czytał książek. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty.. jest podobna. jakby zamknął w sobie wszystek smutek.. że do stwarzania świata. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. ta wonna i parna letniość. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy. Niekiedy zgoła myślę. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny.. jedną matka. Cisza. stopnie władzy. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę. z daleka. Uczucie. I przypomniały mi się słowa mojego ojca. którą bardzo kochał i obok której. uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. złudzeniem. wiedział o owej dwoistości. że wszystko zależy od niej. Mój ojciec mówi o tobie. jakby natura. poczułem. skrytsza niźli przekonania. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. dwu odmiennych rytmów życia.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie.. z bardzo daleka. co on. każde z was miało inną rolę do odegrania. pozostał samotny. Krystyna obchodzi dom dookoła. obojętnie i uprzejmie – i mówi. światopoglądowe. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. To wtedy. gdziekolwiek spojrzysz. jak płótna owijają serca chorych. do odnawiania się życia konieczne jest napięcie. ta sama niestrudzona nadzieja. Prąd zmienny. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. rozumiesz.. jak w oranżerii. Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak. oddając bliźnim. przemocą i podstępnie. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. zapach ciernistych roślin południowych. co więcej. z zarania dziejów słyszę głos. jak ty i Krystyna. że święto się skończyło. które wiecznie poszukuje drugiego. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. letnia i wonna mgła. jeśli jej ogląd świata.. tak tajemniczy. ja mam tego rodzaju charakter i gust. swoją krew. kobieta i mężczyzna.. o pokrewnej strukturze krwi. że Krystyna także jest „innego rodzaju”. do ciebie i do Krystyny. W wielkiej ciszy bladożółty dom. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. a moja matka. która owija tutaj wszystko. które przywiązało mnie do matki. ponieważ moja matka również była „inna”. było jedno i to samo: ta sama tęsknota.. na który chorują ludzkie serca. na czym polega ta różnica?. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. mimo to. że Krystyna nie jest całkowicie ze mną.

w którym umarła jej matka. W życiu wszystko możesz osiągnąć. nie. Krystyna od wewnątrz była dzika. uważałem za coś tak niepojętego. skłonności. jak człowiek. gestem bezradnym i zrezygnowanym. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. pochodzenia. który coś zrozumiał. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. a to już jest bardzo rzadkie. Wniosła namiętność i hardość. kultura i czułość jej ojca. Czuję to po raz pierwszy w Arco. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła. Pamiętasz – tak.. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru. w domu – mówi. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. Rozumiała coś jeszcze. klasztor. niezależną i wolną. jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. właśnie owej odmienności. tak. trzecią miła i kochająca żona. na który nigdy nie można się przeprawić. który umiałby. zaznajomienie się z Krystyną. jak żadne inne spotkanie przedtem. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. jaka była prawdziwą treścią jej natury. którzy są dumni ze swojej rangi. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu. Na drugim brzegu. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. co jej dałem. a reszta węgierska. który zrozumiał także i to. nigdy. Wydaje się. który jest ci bliski. że interesuje cię Krystyna. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. na tamtym brzegu. spotkanie nas dwojga. – Resztę znasz. Przedstawiłeś mnie Krystynie. nie do oswojenia: wszystko. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. majątku. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu.. Ja to spotkanie. nic. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. z której by się wycofała. trochę włoski.. na . do którego ją wprowadziłem. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. co daje mu świat i życie: na muzykę... Nie można było jej obrazić. jak ona.. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. głowę chowa w dłoniach. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. rzadkością jest człowiek suwerenny. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania. rytmu życia.drugą przyjaciel. majątek i pozycję towarzyską. Odchyla się w fotelu. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. w pokoju. Możliwe. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. Owszem. Wniosła nie tylko swoją młodość. całym sobą reagować na wszystko. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. który jest dla ciebie ważny. na poranny spacer w lesie.

którą dla was w pełni wyrażała muzyka. ojciec i ja. co więcej. tak wyraźnie widzę jej twarz. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. nie. jak dziwnie się zmieniają. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta. kiedy mówimy o niej. wszystko ją ciekawiło. kiedy tutaj siedziała między nami. Bo to był ostatni wieczór. obchodziło każde ziemskie stworzenie. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. nie ma jej fotografii. co świat może pokazać i ofiarować. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. na przykład muzyka. Nie tylko ty. Nie znałem nikogo. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. nieomal z zadowoleniem. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. że życie jest wielką łaską i przywilejem. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. na cztery ręce. Przyjrzyj się ich twarzom. jakby ciągle czuła. powracające elementy. dwaj jakże inni od was ludzie. rozumiesz?. Nie. Pomiędzy moją matką. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną.. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. Wydaje się. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. ona zbliżała się do wszystkiego. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. z pasją. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. niekonwencjonalnego. jak wydarzyć się musiało. my dwaj. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. nie rozumieli. Jakby ją.zapach i barwę kwiatu. a tej drugiej mowy. osobiście.. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. w każdym razie nigdy w mojej obecności. ty to z pewnością rozumiesz. kiedy słuchają muzyki. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. abyście kiedykolwiek grali razem. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. Tu chodziło o muzykę. Tak. I patrzy w ogień. jak przed czterdziestu jeden laty. czasami wydaje mi się. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . co się wydarzyło. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim. a wielki obraz. I teraz. zdjęto ze ściany. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną. gwiazdy i książki. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. ostatniego wieczora. powinieneś to wiedzieć. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. – Ale niekiedy widzę jej twarz.

które jest światową literaturą muzyczną. ty i Krystyna.. od dziesięciu lat. Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. Wówczas zrozumiałem. Jak my obaj – mówi krótko. wszędzie leżały tomy nut. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las. I jak swego rodzaju oskarżenie. badają się nawzajem. Akurat powróciłem z wojny. w półmrok. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. – Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. ukrywało się w pokoju. że wszystko. ulotniła się wszelka ludzka treść. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś. Krystyna też już wtedy nie żyła. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. któremu w przyrodzie na imię wicher. w pobliżu domku myśliwskiego. Wydaje się. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi. o tobie. i ten zamek. dzięki potężnej i nierozumnej sile.. Wszyscy już pomarli i odeszli. pośród starych mebli i dawnych instrumentów. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. Wszyscy umarli. Nie uważasz?. Żadnego. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. matka. z jakimś niezrozumiałym celem. powyżej osiemdziesiątki. tak. ojciec. jednakowoż żyje. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. gdzie wszystko miało taki stary zapach. niema muzyka utrwalona w znakach. ojciec Krystyny – mówi. powywracał wokół niego wszystko. sucho. – Nie szukałem śmierci. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. niż trwać tak długo. abym mówił co innego. – Ojciec Krystyny też tak uważał. pogrążając się w myślach. Wydaje się. widzisz. na półkach. Jaki może mieć cel?. który coś przeżyje. co doń należało. a on naprawdę znał się na muzyce. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew. dochodziłem do pięćdziesiątki. że człowiek. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. Pozostało to jedno drzewo na polanie. drzewo. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko.mojej obecności. obecnie. A ja opowiedziałem jemu. co warto było opowiedzieć. – . niebezpieczny sens. wszystko. a i ja nie byłem już młody.. jedynemu człowiekowi. co żyje. jest silniejszy. to drukowane huczenie i świstanie. nie ma innego celu. także dzisiaj. nachalniejszy. – Potem on także umarł.. i las. jak to możliwe. starzy ludzie. krótko po naszej rozmowie umarł. że życie. w szafach.. jak my żyjemy. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. z którym raz. Patrzą na siebie. którzy mają nie tylko słuch muzyczny. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami. o muzyce. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju. nie ma prawa wnosić oskarżenia. był już bardzo stary. Kto coś przeżyje. I to drzewo. i odnawiać się. nie ma prawa i powodu oskarżać.” Zabrzmiało to jak wyrok. A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. Bo to był jedyny człowiek. prawdopodobnie ma jakiś inny. jakie upłynęło w tym pokoju. Wtedy był już stary. jakby z życia.. ten wygrywa własny proces. o Krystynie. on był sprytniejszy. Chce zostać przy życiu. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las.

i dlatego czekałem na ciebie. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście.... jest nieważne. od ludzi? Przecież my obaj. Wiele na to wskazuje.. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. zemsta. my także pragniemy zemsty. giną miliony ludzi. aby jeszcze raz wrócić. – Możliwe że w świecie wygasną światła. indywidualny problem i pojedynczy gniew. ten dom. tyle że teraz znowu się roznosi. Dlatego powróciłeś... tak iż stał się bledszy. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą. obcy ludzie drą z siebie pasy. Znowu pali się świat. że to jest jeszcze ten sam ogień. wszędzie na świecie. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę. w której rozmawialiśmy. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. – Możliwe że ta forma życia. i co w nich znajdujemy? Gniew. a nie umarłem.. gdzie znalazłbym sposób. ta kolacja..Dokoła mnie umierali ludzie. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie.. tak obliczono. ponieważ czekałem. płonie aż po samo niebo. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. ba. zemsty. zemsty.. którzy jesteśmy już u kresu życia. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. na których czeka już tylko śmierć?. czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. Możliwe. które uznał za pytanie swojego życia. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny. Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej. w ataku i w starciu. lecz coś więcej. aby umrzeć. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu. wiem. nawet te słowa. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. porywów i gwałtowności. którą poznaliśmy. tylko ogień żyje i pali się.. ale nie potrafił zgasić jego żaru. Widzę po twoich oczach. Ale nie wypalił się.. że człowiek niekiedy sądził. w książkowym znaczeniu tych słów... iż wypala się każda osobista wątpliwość. Co to za zemsta?.. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. Spójrzmy w nasze serca. w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. wszystko to już należy do przeszłości. Głupie afekty. W jaki sposób? – zapytasz teraz. aby się zemścić. Każdy umiera. możliwe też. i odpowiadam tak: . bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia. kogo już nie ma. mądrzy i starzy. z drugiego brzegu. Powróciłem z wojny. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś. którym teraz nie jest już wojna. – mówi obiektywnie. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. że coś dojrzało w duszach ludzi. który czas jedynie zdusił. A ja odpowiadam ci. do domu i załatwić ze mną to wszystko. Tak. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości. Czego więc innego oczekujemy od świata. bo wiedziałem. Mijał czas i świat ponownie się zapalił. co było regułą i ugodą. zbyt wiele złości. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty. To pytanie zadaje twoje spojrzenie. co tu jeszcze znaczy zemsta?. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza.. nie: byłem spokojny. wszystko.

że masz rację. Zemsta to jest to. Światło świec już zamiera. To jest zemsta. Nie. w pokoju. wyruszyłeś tutaj. przez świat pogrążony w wojnie. – Możliwe – mówi. jest prawie ciemno. że przyjechałeś do mnie. dlatego ja nie zabiłem nikogo. na miejsce zajścia. Pytaj. – Możliwe. poranny wiatr. Może potrafię odpowiedzieć. patrzy uważnie. zemsta przyszła. tak jak chciałem. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. . wieje wczesny. przez zaminowane oceany. w ogrodzie.a jednak to jest zemsta. Wokół nich. Teraz będziesz odpowiadał. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. chwała losowi. pośród wielkich drzew. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny.

mówi to szeptem. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia. co czułeś. Nie mówię tego w trybie oskarżenia.. od nas. – Na dwa pytania. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. zdradziłeś. i czy ona zdradziła.. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. w minionych dziesięcioleciach. sądzisz.. raczej żal mi ciebie. zwłaszcza teraz. myślisz. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. Niebezpieczna to chwila.. Krystyna także odpowiedziała. Była to chwila utraty przytomności. widzisz. na swój sposób. Znam ją. porzuciłeś sztandar. które dawno sformułowałem. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie. poufnie. Tak dokładnie wiem. ponieważ wiem z całą pewnością.. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. jak to zwykło się mówić.. co i tak wiem sercem i umysłem. ty w tej formie. czy naprawdę. w prawdziwym. Wszyscy odpowiedzieli. te dwa pytania już mnie nie interesują. w tamten poranek. Bo to stało się z tobą tamtej chwili. Miejmy to za sobą.. czy się nie mylę.. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś. jak to mówiono drzewiej. ta poranna chwila. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie. i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć. chwila zemsty. Straszna może być chwila. już nie warto zapalać nowych świec. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej. że chciałbym się dowiedzieć. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili. od swojego urzędu. kiedy czekałem na ciebie. kiedy nadeszła ta chwila. Jak widzę. kiedy jeden człowiek podnosi broń. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. z intymnymi wspomnieniami . mój przyjacielu. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie. Na dwa pytania. który jest mu bliski. kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. aby zabić drugiego człowieka. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta. Nie zaprzeczasz?.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla. W mroku nie widzę twojej twarzy... kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. na polowaniu. kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów. Milczysz?. Nie pytam. z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić.

opowiesz dokładnie. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami. zbutwiałego kobiecego ciała. gdzie i ile razy moja żona. u kresu życia. a następnie pomarli. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę.. że nie wytrzymamy już dłużej. Wszystko to byłoby hańbiące. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo. iż myśleliśmy.. że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. kiedy ją obejmowałeś. czego oczekujemy od tego.. aby uczynić go szczęśliwym. kogo kochamy? Stary już jestem. wyznasz wszystko. którego już nie ma? Co to jest wierność. oszustwo. a ty gdzieś tam w świecie. trochę później. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. co było i co być mogło. powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko. Mogę ci przedstawić materiał sądowy.. czy mamy prawo żądać czegokolwiek. a my jesteśmy starcami – i czy warto. jakaż to zazdrość i zawiść. co rozpalało nasze serca tak. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty. – Chcę prawdy. jakie to ma znaczenie: kiedy. Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem.. gdybym wymógł na tobie zeznanie. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. co czułeś. wiele myślałem. jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. niegodne ciebie i mnie. moim jedynym przyjacielem?. co jest możliwe do opowiedzenia. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz. zdrada. Ja to wszystko wiem. Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. co niegdyś było faktem. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. z tajemnicą pewnego ciała. To. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy. czy chcemy zarazem.. u siebie. ja tutaj. spróbowali dowiedzieć się prawdy.. wierności albo ofiary? Teraz. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym.. jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność. zdradziła mnie z tobą. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. gdybym teraz. także o tym. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków.zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny.. czy kochamy tego. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia. jak to się zaczęło. u kresu życia.. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. kiedy tego ciała już nie ma. hańbiący byłby to proces. wiem tak dokładnie. Krystyna. odpytywał cię z tego wszystkiego. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu.

to oczekiwanie. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. że powie prawdę. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. Zobaczyłem ją dopiero martwą.. Próżność. że mogę powrócić. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. tak trywialnie. Co wieczór. i czekałem na Krystynę. bliższym od brata.. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. poszedłem do mojego pokoju. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. twojej i mojej – tajemnicy. Bo wierzę. tapczanowi. Może to było dziecinne. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie. naszej wspólnej – Krystyny. teraz. Wiedziałem. przez osiem lat. bo umarła. bo niepodobna wiedzieć.. co dzieje się w zamku.. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. kimś bardzo bliskim. obojętnie. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj.. znudzonym głosem. widzę i odczuwam tę pychę. straszliwie obojętnym. tak. a ja jej przebaczę. u kresu życia – obojętnym. ranić i palić. Udałem się do pałacyku myśliwskiego. ba. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko. bez mała godnym pożałowania. Bezwarunkowo tak się czuje. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. przyglądając się meblom. Czekałem. i w którym dwoje ludzi. nie z dnia na dzień. nie. i później. to naturalnie czuje się tak. to. co potrafi tak boleć. widzisz. aby ją zabić.. niezrozumiale mija. co ludzie nazywają „zdradą”. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. kiedy postanowiła. udałem się do domu myśliwskiego. na co starczyło im ułomnej wiedzy. Dlatego bałem się tajemnicy. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie.. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych. kiedy Nini zawiadomiła mnie. próżność. Czekałem do wieczora. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni.. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. aby ją uratować.. który znasz. w każdym razie czekałem. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego. Bo to się stało – mówi lekceważąco. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi.twoim mieszkaniu. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. Prawdopodobnie zrobili to i owo. Ale to mija.. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie. miesiącami i zrobili wszystko. rozczarowanie.. donoszono mi.. próżność. ponieważ zazdrość. kiedy człowiek jest młody. jako dziecinadę. To są te słowa. najbliższych mi na świecie. jakby dokoła niego zawalił się świat. to odejście. że zachoruje i umrze. Teraz wiesz to już i ty. że choruje.. do którego często przychodziła przede mną. potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. taki jest człowiek.. rano. jedyna tajemnica. powiadasz. gdy spojrzymy wstecz. Jest coś. – I to wszystko. Tak. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. Stałem w sekretnym mieszkaniu. co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. wiem także. Ale. co jest gorsze od śmierci i namiętności. tak haniebnie. Wróciłem do zamku. bądź też czekałem. niedaleko stąd. Dlatego bałem . w zamku. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. dokładnie tak jak życie. gdy nie przyszła. po latach.

drugi tym. abym cię zabił. kogo obrazili ci. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się. a Krystyna umarła. Więcej człowiek nie może powiedzieć. . tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. Krystyna. kto jest martwy. Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania. to ostatnia obrona instynktu życia. Wzywała mnie. samotność nie zeszpeciła jej. dobrze to sobie zapamiętaj. wzywała mnie. Bo ona także była kimś. dam jej rozwód. o którym wiedział. wygraną była ona. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. dwie godziny drogi powozem. nie był skłonny spłonąć w związku. abym cię wezwał z powrotem. Ale nie chciała niczego. Taka jest moja natura. Nie ja. Przeżyłem to. Nie widziałem jej osiem lat. martwi dają dobre odpowiedzi.. kimś. Czasami mam takie uczucie.. których kochała.się tej tajemnicy. tak się wszystko uformowało. Ale zobaczyłem ją już martwą. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. – Ty żyłeś w świecie. wezwę tutaj. bo nie mamy dużo czasu. nie. których kocha. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. A więc stało się. Jeśli zażyczy sobie. na sposób kobiecy. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. poszukam cię w świecie. Przedtem. Widziałem to. ten. co wreszcie trzeba omówić. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. Ale te dwie godziny. nie ty. co za słowo! Są takie słowa. że umarła?. czekałem do wieczora. W ciągu tych lat stało się coś także z nią. ostateczną – niekiedy myślę. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. niewiele można zdziałać takimi słowami. nie tylko z tobą i ze mną. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. Ale widzisz. że jest tragiczny. z urazą. kiedy czekałem na ciebie. i nie mówię tego z satysfakcją.. na swój sposób... że uciekł przed namiętnością. Los dotknął nas i spełnił się nad nami. którego zdradziła z tobą. że poznał prawdę.. drugi pozostaje na miejscu i milczy. Powróciłem do domu. daje dobrą odpowiedź. tutaj. Ale Krystyna nie przyszła. wyjadę. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. że konając. na jakąś wieść. jeden tym. Jeśli zażyczy sobie. na jakieś słowo. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. mężczyźni. Ona odpowiedziała nam obu. Ja żyłem w samotności. Była piękną umarłą. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. ale nie mówię też z przykrością. To nie jest tchórzostwo. także na rozwiązania podłe. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. Jeżeli zechce się rozwieść. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas.. tak jak mogła. w innym znaczeniu tego słowa. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie.. abyśmy omówili to. i to jest coś. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. tak mnie wychowano. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to. czekał i milczał. Tak. jak teraz kończy się dla nas. Nie ciebie. gdyby życie tak się ułożyło. Z pałacyku myśliwskiego do zamku. zrobię to. Ale gdy wszystko się kończy. a Krystyna umarła. ponieważ boi się tajemnicy. Umarła młodo. nie chciała rozmawiać z nami. choć przecież nie tak wiele. Nie wezwała mnie przez osiem lat. Krystyna także miała charakter. że spośród nas trojga... niż rozumiemy je my. bo widzisz.

jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. Język migowy nieświadomości. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. nie od razu. Tak starzeje się człowiek. ani na dobre. jak idzie przez ogród. A kiedy mija to pragnienie radości. pragnie radości. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. cokolwiek by robił. I już znowu widuję Krystynę. ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. tę zdradę nas obojga. nie.. Pewnego dnia budzisz się. wiesz. niezwyczajnego. nadchodzi od strony oranżerii. jakiś mglisty cel. biedny człowiek. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. I kiedy zrozumiałem to. Potem starzeje się twoje ciało. niewierność. dzisiaj po południu także ją widziałem. było już za późno. dekoracje życia. ani na złe. budzącego grozę. po czym umiera. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. albo coś mówi do swojego konia. w częściach. szuka i raduje się. wszystko się powtarza.. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz. i wtenczas starzejesz się naprawdę. Człowiek powoli pojmuje świat. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. ostatecznie i nieodwołalnie. i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. jakieś wspomnienie. to. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się.. nie pozostaje nic innego. To. Ja już rozumiem prawdę. to właśnie jest starość. w wielkim florenckim kapeluszu. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. tak okropnie i nudno. To także starość. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się. wysmukła. Po czym. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i . A człowiek. co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew. To. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. Widuję ją. przecierasz oczy: już nie wiesz.. w białej sukni. chciałbyś coś powiedzieć. po chińsku. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego. Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. nie czekasz już na nic. Nie wiedzą niczego o sobie. Kiedy już wiesz. na wszystko już liczyłeś. niczym innym jak tylko człowiekiem. to jest ta niema rzeczywistość. powoli wszystko staje się takie oczywiste. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. bardzo dawnych czasów. to oszustwo.Oszustwo. wszystko to tylko słowa.. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. co pokazuje słońce. co nie jest słowem. dziwiąc się. na jawie i we śnie. dlaczego się obudziłeś. czuję. że Krystyna nie żyje. zdrada. pogodę. albo żołądek i serce. a my obaj żyjemy.. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. kiedy nie żyje już ten. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania. śmiertelnym.. ponieważ znasz każdą szansę. tylko pamięć i próżność. – Widziałem rozmaite obrazy. którego te słowa dotyczą.. z dawnych. porządek dnia. poznajesz sens wszystkiego.

nie możesz z nią uciec. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie.. I pewnego dnia.. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. Tak. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. Opada ci ręka z bronią. Krystyna też jest biedna. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was.. a później. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. Myślałem tak nie jeden raz. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. a jesteś biedny. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. w małym miasteczku. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną.. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały. wyobrażam sobie nienawiść. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem. co starość i śmierć. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia. i już nie możesz nic zrobić. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. którzy ze świadomością winy. by wykonać to zadanie. te spacery w lesie. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić.. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań. zabić kogoś. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli. ale nie mogliście mnie ominąć. władzę męża. podnosisz broń.. nie. moją żonę i przyjaciela. właśnie mnie. co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. to drżenie i ukrywanie się przede mną. o moją wyższość społeczną i majątkową. o rój moich służących. co za głupie słowo!. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. dwoje ludzi. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. tę miłość. nie możesz przyjąć niczego ode mnie. Krystyna mnie zdradziła. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. przyjacielowi i bratu. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. kiedy myślicie o mnie. samowolnie. Życie staje się nieomal interesujące. której każdy krok. które nakazuje wam.. niczym na statku. w każdej chwili potykacie się o moją władzę. kiedy przy każdym kroku. w domu na skraju miasta.. kto jest nam bliski – mówi nawiasem. tej nędzy. władzę ziemianina. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. władzę pana. to zamknięcie. Ale wtedy już nic nie boli. i jednocześnie tę dręczącą jawność. która wypełnia wasze serca. albo tenisa. A może ta chwila mija. tego ukrywania się. kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. parę buntowników. o to.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. I to zdradziła z tobą.. musiałbyś się obawiać.. Biedni! – myślałem. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. nie tylko my . służby i otoczenia. na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. Później. że opowiesz mi wszystko. mogliście mnie oszukać. – Nie jesteś dość silny. szczękając zębami.

Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas. . także wtedy. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. Ale ja zostaję tutaj. jesteś bezradny. albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. żywi. z tak naprężoną ciekawością w głosie. że w tamten poranek. musi na coś czekać. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. a jednak czegoś nie wiem. Jest tak. gdy w pobliżu nie ma nikogo. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. może tylko chce się upewnić. Wszystko się wyjaśnia. jak to pomiędzy ludźmi bywa. jak dziecko. ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. Krystyna i ja. że umiemy milczeć. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. bo ty odjechałeś. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. na polowaniu. Odpowiedz. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. a gdy ta chwila mija. I wtedy umiera. my obaj. dwóch mężczyzn. Opada ci ręka z bronią. wiem wszystko. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. ty i ja. a my zostaliśmy tutaj. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób.

że szykujesz się do odpowiedzi. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. nie przed życiem. jasne jak słońce. teraz. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. i nie przed śmiercią.. kiedy dowiedziała się. To jest to. co mówi. pochyla się. postawiłem cię w przykrej sytuacji. stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. Nad tym się zastanawiam. ponieważ chcesz odpowiedzieć. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami.18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. nie.. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. a ja nie zapytałem właściwie. Stchórzył. że ta chwila w lesie. i nie wiem nic. znacznie później. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. Teraz oddycha głęboko. na polowaniu. kiedy zobaczyłem. nieledwie tonem usprawiedliwienia. – A więc widzisz. także nie przed oszustwem. że nie zapytałem właściwie. – zastanawiam się później. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje. abym ja zrezygnował z Krystyny. jaki wypowiada.. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko.. dlaczego?. była nie tylko przypadkiem. Bo Krystyna. to są ostatnie słowa. pomysłem. o świcie. Chce odpowiedzieć. kiedy to powiedziałem. i ostatni sąd nad tobą. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. jakie od niej słyszę. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. że tę chwile poprzedzały inne chwile. czuję. jedną ręką pociera czoło. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się. nie przed ucieczką. Stchórzył. z zapałem. powiedziałem to – kontynuuje szybko. kiedy już ten ktoś. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć. który chciałby wiedzieć. dla jedynego człowieka.. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. jeśli . wybacz. trzeźwe. dręczy mnie podejrzenie. kto oskarżył cię o tchórzostwo. ale jest ważna dla mnie. – Musiałem powiedzieć.. okazją. chcesz powiedzieć prawdę. Nie przeczę. ponieważ ty stchórzyłeś?. że uciekłeś. i teraz. dlatego przerwałem ci. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę. Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata.

a ja żyłem w tym domu. Nic już mnie nie interesuje. gdyby kula rozstrzygnęła to. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. jak to stwierdziła Krystyna. Zawsze jest tak dlatego. wręcza przyjacielowi. i tak się stało. co powinien wiedzieć on. w pudełku. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. w przeciwnym bowiem razie. bardziej na miarę człowieka. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. Potem Krystyna zmarła. bo istnieje pewien porządek rzeczy. żyli i pomarli moi przodkowie. Byłoby lepiej. ty żyłeś gdzieś daleko. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. na których cienie czasu zakrywają postaci. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. Żyła. Nie chciałbym tak umrzeć. w wiele lat po jej śmierci. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. ta osobliwa „księga szczerości”. znacznie później. – To pozostało po Krystynie. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. ostatecznie. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. i nie ma człowieka. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. i ja ją znalazłem. jak umarli i jak malowidła. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. będzie takie blade. nie. ja pytam. I teraz to się stało. przyjaźń. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. byłoby to bardziej ludzkie. także żyła na swój zagadkowy sposób. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. sygnet ojca. obok nas i ponad nami w czasie. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. ty nazajutrz wyjechałeś. czy tobie. sprawca i oskarżony – jeśli chce. nie mogłem też wiedzieć. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . nie chcę znać szczegółów. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. wypytywać o szczegóły. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. Bo wszystko inne to jedynie słowa. Nie rozerwałem wstążki. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła. w których urodzili się. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. miłość. u kresu. pomiędzy rzeczami Krystyny. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. przed którego wykonaniem. Nie warto. ja czekałem na ciebie tak. który mógłby mi pomóc. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. a on chce odpowiadać. taka jest prawda. oprawna w żółty aksamit książka. tylko ty jeden. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. co powinno się wiedzieć. intryga. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. w których się urodziłem. pewnego dnia. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. to straszne wyznanie. później. tak. Pewnego dnia. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. że tak być musiało. Lecz książka.

jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. prawie obojętnie. jedwabisty jak czarny żałobny materiał. ta książka. wszystko obróciło się w popiół. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad. wyniośle. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. – Dobrze – mówi generał głucho. tak samo jak ta ręka. w tym czasie nie drży mu ręka. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. mora. – Czy chcesz. wydając cierpki dym. przyjmuje ofiarę. siedzi bez ruchu. żółty aksamit pali się. dymiąc. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. – pyta generał. który by zeznawał przeciwko tobie... – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. płomienie buchają wysoko. ogień już żyje. powoli. wosk pieczęci już się stopił. przewiązany niebieską wstążką. jak płomienie zaczynają łopotać. w lesie. – Rozumiem – mówi generał. zaczyna dyszeć i błyszczeć. że wtedy. patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit. zamknięty niebieską pieczęcią.. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. wsysa materiał książeczki. Nie ma już świadka. Żar rozpala się w ciemności. pełnym namaszczenia. Nieruchomo patrzą. ponad książką. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. którą generał wyciąga w stronę Konrada. będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. . jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. która niegdyś zapisała te stronice. abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?.. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. lecz i te litery. nie drgnie mu oko. Czy Krystyna wiedziała. ten papier. spiczaste litery z zawijasami. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. Chowa głowę w dłoniach. czarny popiół. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze. rano. Nie rusza się.głosem surowym. drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. – Nie – mówi Konrad.

19 W pokoju oziębiło się. jak ktoś. . do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą. odruchowo podchodzą do kominka. noc z nagła oziębiła się. pochylają się. I idą w stronę drzwi. Generał. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. ni stąd. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. jak postaci tłukące się po kostnicy. która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. Gość. szuka i nie znajduje właściwych słów. – Dziękuję – odpowiada generał. z lekko nachylonymi korpusami. na pożegnanie. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. taktowni. ale przez półotwarte. Jeszcze nie świta. Obaj wstają. Teraz czują jedynie to. abym odjechał. Teraz. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. – To naturalne. wrażliwy na zimno. burza. zaciera ręce. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi. przeszła obok zamku. Generał kładzie rękę na klamce. – Tak – odpowiada gość. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. obaj są bardzo starzy. chude ręce. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. kto czegoś szuka. Lecz mówi niezdecydowanie. wrażliwe na zimno. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. kto teraz. jakby do samego siebie. dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. na pół godziny przed świtem. – Tak – mówi generał. Czas. ni zowąd. mrugając. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. Stoją naprzeciwko siebie. w półmroku. – Wracasz do Londynu – mówi generał. gotowi do pożegnania. jak ktoś. że przemarzli i drżą.

że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. Rozumiał to tak. oschle. bo my obaj. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. a kiedy już zrozumie. dumniejsi. Ja też będę to wiedział. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. – Ty w ten sposób.– Świece – mówi z roztargnieniem. ponieważ przeżyliśmy. która umarła. tchórzliwsi. To są fakty. Nie zwalnia klamki u drzwi. byliśmy podlejsi. w samotności. a my pozostaliśmy tutaj. bo umarła. Ale odpowiada także poprzez fakt. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to. o to. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. w ostatniej godzinie. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić. z kim tyle nas łączyło. co zostaje w naszych sercach. Powinieneś to wiedzieć. tak czy inaczej. bo ty odjechałeś. Nic – mówi zwyczajnie. umarła. że przeżyłem. i tego nie wolno upiększać.. pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety. w Londynie. kto kogoś przeżyje. mężczyźni. w tym domu: zresztą już to wiem. Liczy się tylko to. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. Przeżyć kogoś. w życiu i w śmierci. i na którym też ci zależy?... tchórzliwie. że wszelką urażoną. Popatrz. a ta kobieta jest żoną człowieka.. na której ci zależy. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. albo rozumnie. – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. albo na ślepo.. kiedy wszystko dobiegnie kresu. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. która mimo wszystko była jednak czymś więcej. ponieważ ona umarła.. że trzeba pozostać przy życiu. przeżyć kogoś. i są pewni. i nie wolno tego upiększać. – Spójrz tylko. że przeżyłeś. Co chciałeś przez to osiągnąć. z urazą.. że wyjechałeś. a my żyliśmy. uciekliśmy przed nią. – Drugie pytanie – odpowiada generał. i coś nas troje łączyło. że żyje na ziemi pewna kobieta. Umarła. że omal nie umarliśmy. nie opuści go dziwny niepokój.. co przez to wygrałeś?. To dobra odpowiedź.. tutaj. przeżyliśmy. świece już się wypaliły. Tak to odczuwaliśmy. że pozostałem tutaj. nie był aby prawdziwym sensem .. którzy boją się własnych cieni. do których należała. – powtarza szeptem. jej. ojciec Krystyny oskarżył mnie.. bo ona na to umarła. że ściany mają uszy. że jesteśmy jej coś winni. Przeżyliśmy. i to jest fakt.. – Drugie pytanie. Jakie jest to drugie?. Taka jest prawda. I ten. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. Nie myślisz. – Dwa pytania – mówi ni stąd.. ja. kogo tak bardzo kochaliśmy. Nie myślisz. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta. – odpowiada generał. – U kresu świat nic nie znaczy. zawsze pozostanie zdrajcą. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością... a zatem odpowiedziała nam obu. że coś przeżył. Kodeks nie zna takiej zbrodni. – Drugie pytanie?. bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę. – Drugie?.. kiedy idzie o prawdę życia. umarła. dwa pytania. że przeżyłem wszystko. jest jedną z tajemniczych. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. który jest twoim przyjacielem. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. żywi. że był ku temu powód?. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. że umiera. zdradziliśmy ją. – Wiemy też.

co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy. ale tak cicho. – Wiesz. która pewnego dnia przenika nasze serca. Chciałbym. być może jednak był ten węzeł. na białym żwirze. zaskrzypiały koła powozu. Przeżyłem wszystko. I przyglądają się sobie. tak nieludzka jest namiętność?. Żegnają się bez słowa. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka.. obaj głęboko się pochylają.. ale intensywność namiętności. tak zła.. to jest to pytanie. tak wspaniała. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Może nie dotyczy osoby. widziałem nędzę i świetność. z płaszczem i kapeluszem. aż do śmierci? Niezależnie od tego. Widziałem pokój i widziałem wojnę. u samego rdzenia życia.naszego życia? Wiem. służący biegną ku nim ze światłami. Oto jest pytanie. W milczeniu idą schodami w dół. niemym uściskiem dłoni. być może zła. że tak jest. dusze i ciała. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. jakby się obawiał. Naciska klamkę. lecz jedynie żądzy?.. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. która nas do niej przywiązuje. Ale sensem każdego naszego postępku. która być może jest dobra. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. zataczają się światła. widziałem walkę i zgodę. I to jest to pytanie. Generał ciężko oddycha. widziałem wszystko. Tak. Przed dwuskrzydłową bramą. nazwij to. od stóp do głów. I nie umiem na nie odpowiedzieć. . a potem wiecznie się pali. tonem żądania. że to trudne pytanie. odpowiedz – mówi głośniej. jak chcesz. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność. abyś powiedział – ciągnie.

– To już nie ma znaczenia – mówi generał. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. z pewnością się uśmiecha. – Dobranoc. Nini. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. Niania porusza się żwawo. Całują się.20 Generał wraca do swojego pokoju. kreśli znak krzyża na czole starca. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. opiera się o laskę. U końca korytarza czeka niania. drobnymi krokami. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami. Niezdarny jest ten pocałunek. Razem idą w stronę pokoju generała. Ale jak każdy pocałunek. Generał kroczy powoli. zatrzymuje generała. Pusty prostokąt. – Tak – mówi niania. . – Dobranoc. – Wiem. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. – Tak – odpowiada generał. którego nie da się wyrazić słowami. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania.

opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. chorwacki. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. Pisze do szuflady. nawet sztuki teatralne. szwedzki. olśniewające stylem. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). Po wojnie. w latach 1945-1948. włoski. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. Po miażdżącej krytyce Györgya . Napisał sztukę w języku niemieckim. Jest tłumaczony na angielski. I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. psychologiczną dociekliwością. Jego czytelnikiem był ten. portugalski i turecki. po dziesięciu latach emigracji. afabularne. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. Dopiero w roku 1928. po upadku Węgierskiej Republiki Rad. fiński. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. czeski. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. miasto-mit w dziele Máraiego). Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. opuszcza Budapeszt. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. duński. Był studentem prawa. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. o którym pisał: wykształcony mieszczanin. powraca z żoną na Węgry. w Austrii. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. hiszpański. francuski. W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. w Szwajcarii. Powieści Máraiego. gdzie ukończył studia dziennikarskie. najpierw zapewniający mu bezpieczne życie. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). skupione na moralnych dylematach bohaterów. udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś.Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu. Współpracował z prasą niemiecką. pisarza niezależnego. zamieszkują w Budapeszcie. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch.

Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai.Lukácsa. Kuriera z Budapesztu. szósty. W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. Młodszy brat Sándora. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947. który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów). gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. Pięć tomów wydanych za życia. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. każdy na własną rękę. na wieść o wybuchu powstania. który odrzucił cały dorobek pisarza. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. na zawsze. jak się okaże. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). odprawił z niczym. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. który ukazał się pośmiertnie. dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. następnie w USA. eseje. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. ten. chorej na raka gardła.. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. udają się na emigrację. sztuki i słuchowiska). reżyser filmowy. Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. a . już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy). W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. Obaj bracia. która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. półślepy. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci.. w Nowym Jorku. po wielkim. który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. reżyser filmowy Géza Radványi. Do 1952 roku mieszka we Włoszech. skąd powrócili do Ameryki. niektóre nakładem własnym. Notabene jego brat. Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. dziennik. skorzystał z zaproszenia. nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. W rok później zmarł w wieku 82 lat. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. W roku 1956. Nie brak też takich. leci do Europy. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. tracił chwilami kontrolę. nad którą autor. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej. jest pozycją niezwykłą. którą sam zakładał.

jest to dzieło wielkiego formatu.jednak. słabnącej pamięci. Feliks Netz . mimo powtórzeń. i narastającej niechęci do literatury.