Sándor Márai

ŻAR
Przełożył Feliks Netz

2006

Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału: A gyertyák csonkig égnek Data wydania: 1942

Wydanie polskie
Data wydania: 2006 Nr wydania: II Projekt okładki: Agnieszka Stando Przełożył: Feliks Netz Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawa http://www.czytelnik.pl ISBN 83-07-03069-2 ISBN-13 978-83-07-03069-2

Wydanie elektroniczne
Trident eBooks

1

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. – Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. – Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. – Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni. – Niech Kalman zaprzęgnie na szóstą. Do landa, bo będzie deszcz. Niech włoży strój galowy. Ty tak samo – powiedział z nieoczekiwanym naciskiem, jakby go coś rozzłościło. – I wszystko ma błyszczeć. Natychmiast bierzcie się do czyszczenia karety, sprzętu. Włóż liberię, rozumiesz? I usiądziesz na koźle obok Kalmana. – Rozumiem, wielmożny panie – powiedział myśliwy i spojrzał swojemu panu prosto w oczy. – Na szóstą. – Wyjeżdżacie o wpół do siódmej – powiedział generał i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby liczył. – Zgłosisz się pod Białym Orłem. Powiesz tylko tyle, że ja cię posłałem, że kareta przyjechała po pana kapitana. Powtórz. Myśliwy powtórzył jego słowa. Wówczas – jakby chciał jeszcze coś powiedzieć – generał podniósł rękę i spojrzał na sufit. Ale nie powiedział nic, poszedł na piętro. Myśliwy, w

nie lubił dokładnych liczb. w list. który podtrzymywał środkowy łuk sklepienia. gdzie było pióro i kałamarz oraz ułożone starannie. płonęło lato ostatnim wybuchem furii. jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki. w bezmyślnej wściekłości podpala pola. jeden na drugim. A więc tyle to trwało. zaś ten pogodniejszy. sypialnia i garderoba. Drugi lipca. niczym podpalacz. także gdy był sam. który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji. powiedział półgłosem. poczerwieniał. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit. który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. Czternasty sierpnia. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydzianożółtej marynarki. jakby każda liczba przypominała coś. A osiemnaście kroków od ściany tylnej. spieczonym. zbudował go pewien dostawca wojenny. liczył. zaczął się przechadzać. zmieszany. odczekał. w tym pokoju. dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. umył ręce. szkolne zeszyty. Przed paroma dekadami. a potem został księciem. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu. rzekł po chwili. Ten dom zbudowano przed dwustu laty. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty. Wtedy zbudowano pałac. bardziej przewiewny – garderobą. drugi lipca. Liczył czas. zaświecił ją. I jakby nagle ogarnął go spokój. Generał spojrzał w sufit. z okularami na nosie. w wysuszonym. w jakich uczniowie piszą swoje wypracowania. aż krępa. z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie. ochryple. który. I jak uczniak. Czterdzieści jeden lat. odprowadził go szklanym wzrokiem. był pokojem jego matki. . Pozostawiono jedynie ten filar. Za spuszczonymi żaluzjami. odchylił ciężką głowę. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. Żył w tym pokoju jak chory. nim pójdzie w świat. do milimetra. Potem umilkł. Wiele lat temu – myślał już tylko dziesiątkami lat. starannie wygładził papier i w silnym świetle. który sprzedawał owies austriackim kawalerzystom. filar pośrodku podtrzymywał łuk sklepienia. jak wkuwający uczeń. pomrukiwał. oprawione w płótno w pepitę. powiedział w końcu. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju. ponownie zapatrzył się w tekst. ogrodowej. kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki. zeschniętym ogrodzie. przymknął klejące się powieki. karbowane literami jak drzazgi. Czternasty sierpnia. pokrytego cienkim zielonym suknem. do balkonowej. Generał wyjął pomięty list. Pokój był sklepiony. Wiele razy obliczał. to wtedy było polowanie. poplamionym atramentem. barczysta postać zniknie za załomem. co lepiej było zapomnieć – kazał rozebrać ścianę pomiędzy dwoma pokojami. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. podszedł do wysokiego pulpitu. Generał urodził się tutaj. za rzeźbioną kamienną balustradą. Pośrodku pulpitu stała lampa z zielonym abażurem. Generał wszedł do swojego pokoju. Niegdyś ta sala to były dwa pokoje. wiedział to dokładnie. Czterdzieści jeden lat. Czterdzieści lat. jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. bo w pokoju było ciemno. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści.postawie na baczność. w tych kilka ręką skreślonych słów. I czterdzieści trzy dni.

– Niech przyjdzie tu Nini – powiedział lokajowi. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła. leżał srebrny dzwonek. . grzeczniej: – Proszę.Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Kiedy wypowiedział te słowa. nagle poczuł się bardzo zmęczony. gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. pośrodku pokoju. na kasztanowce. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. pod ręką. Chodził do tłoczarni albo do lasu. gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony. albo – każdego ranka. przed kamiennymi balustradami balkonów. Usiadł w skórzanym fotelu z wystrzępionym oparciem. jakby dopiero teraz zrozumiał. siedział ze srebrnym dzwonkiem w ręku. także wtedy. Po czterdziestu jeden latach. Na stoliku. aż przyszła Nini. – A więc powrócił – powiedział teraz głośno. niebieski i czerwony. zadzwonił. Stamtąd okna wychodziły na park. jaki to kawał czasu czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek. Nie poruszył się. Po chwili. ze złotymi żyrandolami. także zimą. zachwiał się. I czterdziestu trzech dniach. które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła.

wówczas. Ucałowała rękę swojej nowej pani i wręczyła jej róże. urodziła dziecko. prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. jak może być w dobrym humorze. jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. skoro odszedł mężczyzna. jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę.. kiedy generał przyszedł na świat. słowa nie uniosłyby tej tajemnicy. Miała wtenczas szesnaście lat. a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. że też na świecie jest coś innego niż egoizm. po dwudziestu latach. Była córką wiejskiego listonosza. kto był ojcem dziecka. śluzowatym potem. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe. A potem zmarła hrabina. W takim stanie przybyła do pałacu. siedemdziesiąt pięć lat.” A że była wszędzie tam. który spadł z konia i żył jeszcze pięć lat. tajemnicę czasu albo życia. gdzie być powinna. Zawsze uśmiechnięta. Nie miała niczego. W tym pokoju niańczyła generała. nigdy jej nie spytano. i Nini swoją suknią zamoczoną w occie.. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. Pielęgnowała go Nini. Na sam poród. kiedy ojciec wyrzucił ją z domu. przyszła do pałacu. że Nini także się uśmiecha. nigdy nie rzucała się w oczy. czytała same litery. milcząco. Jakby coś ukrywało w kościach. śród ogólnej radości spostrzegano. Przeżyła w tym pałacu. zimnym. bo miała dużo mleka. Nini czekała na nich w pałacowej bramie. i Nini pielęgnowała grób i dbała o stroje zmarłej pani. znacznie później.2 Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. Jej imię przelatywało przez pokoje. Wtedy także uśmiechała się. muskularna i spokojna. Pewnego dnia przyniesiono na noszach ojca generała. Niska. i zmarło jej dziecko. i była bardzo piękna. i kiedy nowożeńcy wrócili z podróży poślubnej. w tym pokoju. namiętność. nie można jej przełożyć na obcy język. Była tutaj. w skórze. Czytała mu po francusku. A że zawsze była w dobrym humorze. A potem generał ożenił się. we krwi. I chory wszystko rozumiał. dla którego wezbrało w niej mleko. gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu. Potem zmarła pani. którego kochała. próżność. Nini. . dlatego czytała same litery. generał czasem wspominał tamtą chwilę. Czasami świeciło słońce nad pałacem i rodziną. Wykarmiła piersią i wychowała generała. Karmiła generała. której nie można nikomu wyjawić. tak jak następowały po sobie. nie umiała poprawnie wymawiać słów. matka generała. a że nie znała tego języka. wytarła czoło zmarłej powleczone białym. bardzo powoli.

Nini – powiedział generał. przedmioty niczym tajemniczy prąd.Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska. Od trzydziestu dwu lat – kiedy umarła pani i generał powrócił z zagranicznej podróży – tylko Nini zaglądała do tych pokoi oraz służba. generał wyjechał. wiecznie taką samą. i skromną bluzkę. żywe i uśmiechnięte. ściany. rozpadają się. z wyprawionymi głowami kozic. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła. Drugie pozostało niebieskie. Nini nosiła granatową spódnicę. że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów. który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć. gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. kiedy je – co dwa miesiące – sprzątano. w mieście – rzekł generał do niani. obszerną jadalnię. jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. zarządca majątku przyjmował w leśniczówce. – Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach. w sierpniu. gdzie? – spokojnie spytała Nini. uniósł list. tak niebieskie. wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami. Jedynie generał mniej więcej orientował się. gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. Zamknął nowe skrzydło. Przyjdzie wieczorem. Kiedy zmarła mu żona. – Tutaj. rozejrzało się po pokoju. jakby od niechcenia. do pokoju swojej matki. że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. szare. uczestników wielkiego polowania z nagonką. Nikt nie mówił o tym. które ulegają unicestwieniu. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. – Jest tutaj. Energia Nini przepływała przez dom. otwarta weranda. ludzi. Powrócił po roku. duży gabinet z kominkiem i książkami. panów urzędników z województwa i z miasta. Niekiedy wydawało się. Wówczas główne miejsce przy stole zajmował zarządca majątku i w imieniu generała zapraszał myśliwych i panów na . kuchnia. z której okien było widać dolinę i miasteczko. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami. Starzeją się bez obrazy. gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć. a dalej niebieskosrebrne góry. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały. które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony. I jej niebieskie oko. posłałem po niego karetę. z granatowego sukna. To oko było teraz smutne. łazienki. Pamiętała wszystko. pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju. stoły na krzyżakach czekały na gości dniem i nocą. ale czuło się jej siłę. Niania usiadła. sypialnie. w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. – Pamiętasz? – Tak – powiedziała Nini. Od dwudziestu lat nie przyjmowano tutaj gości. przygotowanej na gościnę o każdej porze roku. cicho. Będzie tu na kolacji. – Usiądź. Tych natomiast. kilkusetletnie jedwabie. którzy niekiedy przyjeżdżali na obiad. W ostatnim roku postarzała się. wielka myśliwska jadalnia. To oko uśmiechało się.

nigdy. – Niech się zastanowię. ponieważ wiedziano. które jest większe. Pewien rodzaj braterstwa. – Bezgłośnie poruszała wargami. jakim zawsze rodzi się człowiek. Można?. drzewa przed oknami. Teraz jest południe. że Nini była pierwszą żywą istotą. – Można? – Miesiąc. Do szóstej każę przewietrzyć. która zobaczyła generała. spokojnie i stanowczo. Generał. że pan domu się nie udziela. Wiedzieli o sobie wszystko.. jak posprzątaliśmy – powiedziała niania. który grzebał domowników. jak wtedy? – Chcę – powiedział generał. Dwa żywoty upływały razem. wdychali to samo powietrze. starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. – Tak – powiedziała w końcu. jakby liczyła. Nikt więcej. zimą. z ciałem wychylonym ku przodowi. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat. – Na ósmą wieczór. kiedy na okapie u wejściowych drzwi wypisywał kredą inicjały Kacpra. Pleban. Przymierzała czas do ogromu pracy. jaka łączyła ich ciała. wszystko było wspólne. – Dokładnie tak. posłusznie. gdy przyszedł na świat. Zycie wymieszało ich dni i noce. więcej niż matka i dzieci. – Można. – Obiecuję – powiedział generał cicho. – Tam – powiedział generał. Może dlatego. była bardziej intymna niż wszelka wspólnota cielesna. nachyliła się i pocałowała żylastą. Nikt się nie obrażał. – Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz. i wychylił się z fotela.urzędach. Wspólnota. Było też coś innego. I nic nie miało imienia. . więcej niż małżonkowie. żeby było tak. znali nawzajem swoje ciała i sny. Podeszła do generała. z odrobiną dziecięcej ciekawości.. – Południe – powiedziała niania. jakie przeżyli razem pod jednym dachem. która widziała go w chwili narodzin. – Dobrze – rzekła krótko. Jak ostatnim razem. potem nakryjemy. mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. stęchlizna domu. Melchiora i Baltazara. we krwi i brudzie. Jedynie pleban przychodził do pałacu i to raz w roku. Niania powiedziała: – Czy chcesz. Może sprawiło to mleko niani. odmierzane powolnym rytmem bardzo starych ciał. przyglądał się jej ciekawie. – zapytał podekscytowany. gdy to samo jedli. – W dużej sali. co niejasno było im wiadome.

kiedy pierwsze zaskoczenie miał już za sobą. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty. gdzie go obrażono i dlaczego. szumu ciepłego wiatru pomiędzy omdlałymi liśćmi. które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. jak te bardzo stare fotografie. Potem czeka. kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. Leżał na kozetce.3 Do piątej nie dochodził z jego pokoju żaden znak życia. z dumą i urazą. aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego. Nigdy nie wspomniał. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Wobec czego oficer gwardii wybudował sobie leśniczówkę. na wyściełanych białym suknem tablicach w brązowych ramach wisiały sztuki broni. Polował codziennie. którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. Przechylił głowę. polował na lisy i wrony. Strzelby belgijskie i austriackie. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. Już od dawna czekał. raptem poczuł się zmęczony. mieszkał tam również sokolnik z trzema sokołami w kapturach. wypchane ptaki i jelenie głowy oraz poroża. usunęła wszystko. Potem pragnie zemsty. gdy nie trafiała się zwierzyna lub nadszedł czas ochronny. stare strzały. wzdłuż ścian. obserwował szmery w pałacu. niezbędne jest też pewne załamanie światła. o każdej porze roku. co więcej. . I było tam wszystko na swoim miejscu: przed kominkiem rozpościerały się wielkie niedźwiedzie skóry. pośród chłodnych ścian brzęczało i fermentowało lato. jak dziewczyna. Portret ojca. charty i wyżły. Teraz. Odesłał obiad. Słuchał gorącego bulgotania blasku. Włosy miał kędzierzawe. Na wszelką zwierzynę. charakterystyczne odcienie linii. którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. torby na amunicję. Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. wyrzuciła z pałacu myśliwych. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. ale będzie bezbarwne. wypił jedynie filiżankę zimnej herbaty. co kojarzy się z polowaniem: strzelby. Światło i czas zmywają z płytki ostre. Jakby chciał kogoś zabić i przez cały czas przygotowywał się do tej zemsty. liczne stado. w półzaciemnionym pokoju. Już nawet nie wiedział. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. Po powrocie z Wiednia zaczął polować. Dopiero wtenczas zadzwonił na lokaja i zamówił zimną kąpiel. Angielskie noże i rosyjskie karabiny zaopatrzone w kulki. Trzeba obracać fotografią. A w pobliżu leśniczówki trzymano psy. Wszystko się zachowa. hrabina. Najpierw się obraża. Matka generała.

że matka tutaj marzła. dokąd cię zabiera. powolnym ruchem podniósł do oczu okulary ze złotym uchwytem. Tyrol. jacyś inni ludzie – obce miasta.. Wszyscy pokłonili się. padał śnieg. Było oczywiste. nieodmiennie jesienią. przez Szwajcarię. brzuchaty. jak w czytankach. W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. Wtedy już wiedzieli. Wszyscy się uśmiechnęli. Muzyka odezwała się w sąsiednim pokoju. ponieważ namiętność. Powiedział: „Uważaj. który niegdyś ogrzewał sypialnię matki. który własny egoizm chciałby złagodzić jakimś łaskawym i drobnym dobrym uczynkiem. Stało się to na wieczorku tanecznym w poselstwie. jak dobrotliwy. bo w lesie wiecznie wiał wiatr. które prążkowano złotem w podparyskich tkalniach. Oficer gwardii wymówił nazwę swojej ojczyzny. w którym trafiał się ktoś inny niż on. pękatym piecem z porcelany. Grała muzyka i oficer gwardii rzekł do francuskiej hrabianki: „U nas uczucie jest silniejsze. sklepione pokoje pośrodku lasu: dlatego pokrywała ściany jasnymi jedwabiami. Ten pałac był dla niej zbyt ciemny. mrużąc oczy jak krótkowidz. jak górskie potoki. była nazwa jego ojczyzny. Przyjechała na Wschód. seledynowym i różowym. że rodzice nie rozumieli się nawzajem. król Francji. kiedy podróżowała do ojczyzny z rodzinną wizytą. jakie sobie powiedzieli. Francuska panna powiedziała: „U państwa. pałace. Paryska ulica była biała. żył ojciec generała. – Może to z powodu podróży – myślał teraz generał. muszą żyć razem. niedźwiedzie i jelenie. Powrócili do tej jego ojczyzny jesienią. który miał taki smak. Cesarz był łaskawy. kiedy wiosną wzbierają od tających śniegów i zaczynają się rozlewać. Oficer gwardii poznał ją w służbie dyplomatycznej: w latach pięćdziesiątych był kurierem w poselstwie w Paryżu. obca mowa i obyczaje – zabijał sarny. Jechali przez góry. Myślał o tym. Paryż. Marzła. Stali we wnęce okiennej i przyglądali się tańczącym. Oficer gwardii polował. Pierwszym intymnym słowem. była silniejsza niż rozum i zdrowy sąd. kiedy wyszła za mąż za cudzoziemskiego oficera gwardii. gnuśny człowiek. zagwarantowano jej to prawo w intercyzie małżeńskiej. może to ta podróż. Okna zasłaniały białe jedwabne story. Był to wielki piec. I uśmiechnął się. wiatr. bladzi i zmieszani. stuletni. Wielka to była łaska. to znaczy gdzie?. żyją niedźwiedzie. Król był w niebieskim fraku i białej kamizelce. Poznał ją na balu i nie mieli nic przeciwko temu spotkaniu.Tutaj. Mieszkańców pałacu widywał jedynie w porze posiłków. i tak emanował ciepłem. spojrzeli sobie w oczy. Matka chciała cudu. pośród woalek i okryć. że nie mogą postąpić inaczej. która ją dotknęła. Kiedy wyprostowali się po głębokim dworskim ukłonie. Miała do niej prawo. W owej chwili wszedł do sali wnuk Ludwików. Tak. ostateczne”. Uśmiechnęli się. dlatego wiecznie trzeba było palić w pękatym piecu z białej porcelany. a ponieważ nie mógł unicestwić świata. Nigdy nie zaniedbała tej wizyty. Ściany w pałacu pokryto francuskimi jedwabnymi tapetami w pastelowych kolorach: jasnoniebieskim. nieomal po upływie roku. w domu myśliwskim.. On także jest niedźwiedziem”. Hrabina każdego roku osobiście wybierała tapety i meble we francuskich fabrykach i sklepach. pani! W lesie. I marzła. stanął przed białym. także latem. Cudzoziemska pani siedziała w głębi karety. Podniósł się.” – i uśmiechnęła się. cesarz .

żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty, od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem. Oficer gwardii siedział w karecie bez słowa, z założonymi rękami. Od czasu do czasu prosił o konia i godzinami jechał wierzchem obok karety. Patrzył na ojczyznę, jakby ją widział po raz pierwszy. Przyglądał się niskim białym domom z werandami i zielonymi okiennicami, w których się zatrzymywali, domom tutejszych ludzi, w głębi ogrodów, chłodnym pokojom, w których znajomy był każdy mebel, a także zapach szaf. Przyglądał się okolicy, której osamotnienie i smutek ścisnęły mu teraz serce jak nigdy przedtem: oczyma swojej żony widział studnię z żurawiem, zasolone pola, brzozowe lasy, różowe chmury na zmierzchającym niebie, ponad równiną. Otworzyła się przed nimi ojczyzna i oficer gwardii z biciem serca poczuł, że ta okolica, która ich przyjmuje, to równocześnie jest los. Kobieta siedziała w karecie i milczała. Od czasu do czasu podnosiła do oczu chusteczkę. Wtedy jej mąż wychylał się z siodła i pytająco patrzył w załzawione oczy. Lecz kobieta dawała znak, by jechać dalej. Byli sobie bliscy. Z początku pociechą był pałac. Taki wielki, las i góry odcinały go od równiny: był dla niej ojczyzną w tej obcej ojczyźnie. Teraz przybywały za nimi platformy, co miesiąc jedna. Z Paryża i Wiednia, wozy z meblami, z płótnem, z adamaszkiem, ze sztychami i ze szpinetem, ponieważ pani chciała przy pomocy muzyki oswoić dziką bestię. Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się. Generał podszedł do portretu matki. Obraz był dziełem wiedeńskiego malarza, który namalował także portret cesarzowej z opadającym na ramiona warkoczem; oficer gwardii zobaczył ów obraz w gabinecie cesarza, w Burgu. Hrabina miała na głowie słomkowy kapelusz z różowymi kwiatami, jaki noszą latem dziewczyny we Florencji. Obraz w złotej ramie wisiał na białej ścianie, nad zrobioną z czereśniowego drewna komodą z mnóstwem szuflad. Ten mebel należał niegdyś do jego matki. Generał obiema rękami oparł się o blat

komody i podniósł wzrok na obraz. Młoda kobieta na obrazie wiedeńskiego malarza odchyliła głowę w bok, subtelnym i poważnym spojrzeniem patrzyła w nicość, jakby pytała: „Dlaczego?” Taka była treść obrazu. Szlachetna linia twarzy, zmysłowa szyja, ręce, na które naciągnęła szydełkowe mitenki, białe ramiona, piersi w dekolcie seledynowej sukni. Była obca. Walczyli ze sobą bez słów, muzyką i polowaniem, podróżami i wieczorkami, kiedy pałac rozwidniał się, jakby w pokojach wybuchł pożar, a stajnie wypełniały się końmi i karetami gości. Na wielkich schodach prowadzących do pałacu stali, co czwarty stopień, sztywni hajducy, niczym wypchane figury woskowe w panoptikum, trzymając w górze dwunastoramienne srebrne lichtarze, a światło, muzyka, słowo ludzkie i zapach ciał wirowały w komnatach, jakby życie było jakimś rozpaczliwym świętem, jakąś tragiczną i nadzwyczajną uroczystością, z której końcem trębacze zadmą w instrumenty i ogłoszą uczestnikom wieczoru złowieszczy rozkaz. Generał jeszcze pamiętał takie wieczory. Konie i karety niekiedy obozowały w zaśnieżonym parku, obok stosów płonącego chrustu, ponieważ nie pomieszczono ich w stajniach. Raz nawet przybył cesarz, który na tej ziemi był królem. Przyjechał karetą, towarzyszyli mu jeźdźcy w białych pióropuszach. Dwa dni polował w lesie, i mieszkał w drugim skrzydle, spał w żelaznym łóżku, i tańczył z panią domu. W tańcu rozmawiali i oczy kobiety wypełniły się łzami. Król zaniechał tańca. Ukłonił się i pocałował panią domu w rękę, po czym odprowadził ją do drugiej sali, gdzie reszta towarzystwa stała w półkolu. Odprowadził kobietę do oficera gwardii i jeszcze raz ucałował jej rękę. – O czym rozmawialiście?... – znacznie później oficer gwardii zapytał swoją żonę. Ale ona nie odpowiedziała. Nikt nie dowiedział się, co też król powiedział tej kobiecie, która przybyła z cudzoziemskich stron i rozpłakała się w tańcu. Jeszcze długo rozprawiano o tym w okolicy.

4

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu. Widział spiczaste dachy domów, wysokie kominy, które szaro i skośnie sterczały pomiędzy brudnymi zasłonami wilgotnego nieba. Jakby wykrzykiwały na cały świat coś z tajemnic swoich tak bardzo innych, niepojętych losów. Kobiety, śmiejąc się, szły w deszczu, jedną ręką odrobinę unosząc suknie, błyskały im zęby, jakby ten deszcz, obce miasto, francuska mowa, jakby to wszystko było jakąś przyjemną i wspaniałą rzeczą, i tylko dziecko jeszcze nie może jej zrozumieć. Miał osiem lat, siedział skupiony w karecie obok matki, naprzeciw pokojówki i guwernantki, przeczuwając, że ma do odegrania jakąś rolę. Wszyscy mu się przyglądali, mały, dziki człowiek, który przybył z daleka, z borów, spomiędzy niedźwiedzi. Chłopczyk, nie szczędząc starań, niepewnie wymawiał francuskie słowa. Wiedział, że teraz wysławia się

nachylali się nad dzieckiem. ale wszyscy dobrze wiedzieli! Generał łaknął miłości.w imieniu taty. czarny wąsik. Miała szare oczy i mały. Otworzyła się brama. Nini pieszo dotarła do pałacu. jak z włosów i ust francuskiej babki. z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. wyjęła z łóżka konającego chłopca. Wszystko to było odrobinę nieprzyjazne. pełna obaw. francuska babka. tylko oczy mu błyszczały. pewien młody ksiądz o ukośnych brwiach. a od każdego rozchodził się ten nieznośny zapach. Pocałowała dziecko i białymi. psów. Około północy zaczął płakać i wymiotować. który był już zupełnie cichutki. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. i kiedy pochylali się nad nim obcy ludzie. personel. Przybyli dostojni lekarze. W morzu tkwiły czerwone skały. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. płakała i modliła się. nie znała nazwy ulicy. Później przyniesiono herbatę z lipowego kwiatu. lasu i porzuconych stron rodzinnych. Prowadzono go przez sale. tylko była bardzo zmęczona. przyjrzała mu się z góry. Lekarze powoli przestawali się pokazywać. została w Paryżu. pałacu. Weszła do pokoju. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym. jakby czas zapomniał je umyć. jeżeli ten zapach nie minie. francuska babka. majaczył. wąski. Naturalnie nikt nie powiedział. przed szerokimi schodami kłaniali się lokaje we frakach. dławiąc się łzami. uśmiechając się . Hrabina z dzieckiem i z Nini wyjechała do Bretanii. Chłopiec czuł. jakby zaraz coś miało się wyjaśnić. Nazajutrz miał wysoką gorączkę. kościstymi rękami nieco odchyliła główkę przybysza. Zjawiła się tak. Nie płakała. postanowił umrzeć. kiedyś pewnie płomiennie rude. Gorączka nie spadła do końca tygodnia. jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom. jakby jej dziecko składało egzamin. Śmiertelnie blady leżał w łóżku. Wszystko miało zapach nie do zniesienia. Nini była spokojna. z ich zarostu i ubrań sączył się taki sam zapach. przyjęła ich francuska babka. Byli tam wszyscy. ponieważ nie spała już szóstą dobę. każdy miał przeciągniętą złotą dewizkę przez środkową dziurkę od guzika w białej kamizelce. skonsternowana i obrażona. Hrabina klęczała przed drzwiami. z siatką robioną szydełkiem. Nikt nie powiedział. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: – Chyba się uchowa. puls chwilami ustawał. jak z wszystkich rzeczy w tym pałacu. gdzie wszystko w sposób przykry i groźny znajdowało się na właściwym miejscu W dużym pokoju. żeby tu była Nini!” – powiedział. nie umiała mówić po francusku. „Tout de même” – rzekła do jego mamy. Upłynęły cztery dni. Wróciła do chłopca. w surdutach. Wówczas zadepeszowano po Nini. teraz brudnoryże. zanim niania dojechała do Paryża. która. na piętrze. jak wędrują ptaki. wzięła go na kolana. stała obok nich. chłopiec odczuwał mdłości. „Chcę. W Bretanii szumiał wiatr i huczał przypływ pośród starych kamieni. nosiła wysoko upięte. na co właściwie to dziecko zachorowało. ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. który przychodził i wychodził o każdej porze dnia. nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. który ukrywał chore dziecko. kareta wjechała na rozległy dziedziniec. włosy. że umrze.

wiele lat temu przodkowie hrabiny zasadzali się na Surcoufa. Rano. często się śmiał. To tutaj. Rozboli cię głowa. raki o czerwonych brzuchach i fioletowe galaretowate rozgwiazdy. I rzekła: – Nie. że razem. niczym mędrzec ze Wschodu. Teraz już się nie bał. pirata. Długo przesiadywali pod figowcem. jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze. – Nie idź na słońce. także powietrze i kwiaty. przytuliła do piersi główkę chłopca. wszystko było słone. chłopiec siadywał z nianią i słuchał. wonny chłód. Siedzieli na plaży. we dwoje. Pod jego gęstym listowiem krył się słodki. to tutaj wiele. że wszystko na świecie tworzy całość. Na zamkowym dziedzińcu stał ponad stuletni figowiec. jak tam. – Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę. będziesz żołnierzem. ponieważ wiedział. nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym. z odchyloną głową. – Prawda – odrzekła niania i westchnęła. badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. Wiatr powiewał falbanami granatowej sukni Nini. kiedy morze bezsilnie huczało. jakby już wcześniej je widziała. – Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. pękate wieże wzniesione z łupanego kamienia. kiedy cofnął się przypływ. Szumiało tak samo. . Patrzył na morze. w domu. w zagłębieniach czerwonych przybrzeżnych skał pozostawały morskie pająki o szczeciniastych nogach. W czterech rogach zamku stały bardzo stare. Słuchali morza: jego szum był znajomy. są mocniejsi. w godzinach południowych. mój aniele.patrzyła na morze i niebo tak. szumiał las. – Tata też jest poetą. Niania objęła go. który opowiada już tylko najprostsze historie. Chłopiec i niania myśleli o tym. Chłopiec szybko się opalił.

pokasływał. w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku. Wychowawcami byli starzy oficerowie. w wąskich. letni pałac cesarza. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. Jakby tych kilka słów wyrażało treść życia. Wszystko miało smak saletry.5 Coś takiego przychodzi ludziom do głowy dopiero później. ponieważ oświetlało ją słońce. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem. kiedy wracali z Bretanii. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto. żelaznych łóżkach. Spacerowano pomiędzy szpalerami przystrzyżonych drzew. gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono gdzie należy to. Byli jak dzieci. Był to żółty budynek. jakby codziennie były urodziny cesarza. Chłopiec był blady. wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu. W fontannie. Nauczano greki i balistyki. w jaki należy postępować z nieprzyjacielem. jakby to było jedyne miejsce na świecie. i sposobu. Otrzymał szabelkę. i historii. pośród przystrzyżonego listowia. wdzięcznie salutowali. w sypialniach. Rano budził ich dźwięk trąbki. oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. Niespiesznie szli alejami. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie. co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. Jesienią. w granatowych bluzach. Chłopca oddano do szkoły kadetów. w klasach. W sypialniach spano po trzydziestu. której kamienie pokąsał zielony mech i pleśń. ludzie przechodzą przez ciemny pokój. dawne słowa. dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku. chłopcy prężyli się. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni. ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. którzy tutaj spacerowali w pełnej gali. z prościutkimi ulicami. Drogą szła jakaś kobieta. Mijają dziesięciolecia. niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach. szemrała woda w kolorze złota. Lecz później zawsze mówiło się o czymś innym. z . w którym ktoś umarł. w jadalni. które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. na szczycie wzgórza. długie spodnie i czako. jak cesarz. W każde jesienne popołudnie katecheta zabierał wychowanków do Schönbrunnu. ręką w białej rękawiczce przepisowo i sztywno oddawali honory starym żołnierzom. Nosili białe rękawiczki. i naraz słyszą szum morza.

Był milczący i uważny. jaki wisiał w gabinecie ojca. i dzieciak. a ksiądz złożył jej głęboki ukłon. czego nie wolno powiedzieć. jakby ją ten spacer zmęczył. a wszystko to zostawili w garderobie. z dodającą sobie wagi namiętnością. co mu wolno. jakby przed czymś uciekała. – Podobna do mamy – powiedział. o krótkich nosach z czeskich pałaców. wokół jego ust pojawił się bolesny. szybko ich minęła. – Cesarzowa – szepnął chłopcom. Kiedy urósł. Rzadko się śmiał. gdzie uczyło się czterystu chłopców. z gołą głową. Od rana do wieczora uczyli się tego właśnie. lecz nie leniwy.białym. ponieważ przypomniał sobie obraz. jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. z głębokim nabożeństwem. . który należał do nazwiska i teraz uczył się. tylko do niego. ponieważ był zakochany w swojej bratanicy. kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie. w których krwi wymieszały się wszystkie ludzkie osobliwości Cesarstwa. Trzy kroki za nią. w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. ze świadomie odmierzonym rytmem. matka była Polką. Z tego wszystkiego pozostało jedynie nazwisko. jakby ich przodkowie wszystko już widzieli za nich. byli niebieskoocy. kiedy się poznali. – Cesarzowa – jeszcze raz powiedział ksiądz. A pewien tyrolski książę zastrzelił się w dwunastym roku życia. jak chłopcy z bardzo starych rodów. Od pierwszej chwili żyli razem. był urzędnikiem w Galicji. aby jedno i drugie należało już tylko do niego. nad stołem. Powolny. jasnowłosi. – Tak nie wolno mówić – odrzekł ksiądz poważnie. Byli też słowiańscy chłopcy o wąskich czołach. bardzo zmęczeni. szła dama w czerni. jak w machinie piekielnej na parę minut przed eksplozją. pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii. dziesięcioletni arystokraci. Jego ojciec. z długimi nazwiskami z mnóstwem samogłosek i z przydomkiem. z nadanym tytułem barona. z pałaców z opuszczonymi żaluzjami na ulicach okalających Graben i z prowincjonalnych węgierskich domów. Mieli po dziesięć lat. W Instytucie. tak jak to jest. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni. cywilne ubrania szyte w Wiedniu i Londynie oraz holenderską bieliznę. Konrad spał w sąsiednim łóżku. tak samo jak wytworne. w nieświadomej i karykaturalnej formie. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”. dziecięcy. Byli tu wszyscy. tutaj. a jednak szczupły. gęste czarne włosy zaplecione w potrójny warkocz okręciła wokół głowy. Twarz kobiety była bardzo biała. Chłopcy patrzyli za samotną kobietą. kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka. w Instytucie. którzy patrzyli niewidzącym wzrokiem. koronkowym parasolem słonecznym na ramieniu. Był krępy. a czego nie wolno. z miast tyrolskich i z pałaców myśliwskich w Styrii. która niemal gnała alejami wielkiego ogrodu. jak zwykli to robić rówieśnicy. słowiański rys. lekko przygarbiona. panowała taka cisza. z tytułem i rangą. i zmęczeni o białych rękach z morawskich dworów.

– Jeżeli chcesz. Dokądkolwiek udali się w Wiedniu. Stefana w zajeździe „U Węgierskiego Króla”. gdzie już niegdyś zatrzymywał się jego dziad. ostatnimi czasy już nie wkładał munduru. jakby przywoływał syna do porządku. Oziębiło się już. bocznej uliczce. od pierwszej chwili. łukowo sklepionych pokojach. rzęzili. przyjechał do Wiednia oficer gwardii. Ale wiedzieli również. Chłopiec. – Króla – powiedział ojciec srogo. Oficer gwardii zatrzymał się w cieniu katedry Św. Wieczorem szli do teatru – bohaterowie na scenie gestykulowali. jest wstyd i świadomość grzechu. – Nie boję się. w sklepach – rękawicznik. gdzie uroczysty. Nosił frak. Chłopiec odetchnął z ulgą. jest natury ogólnej. powiedzieli. jak każde wielkie uczucie. także na ulicy. i w owym czasie lekarz badał go co tydzień: niepokojono się o jego płuca. w osobnym pokoju. Przed południem wsiadali do karety i odjeżdżali do Prateru. w ciemnej. niebezpieczeństwo – odezwał się ojciec po kolacji. także i w tym. – Powiadają. W korytarzu wisiały jelenie rogi. które ma trwać przez całe życie A w każdym wielkim uczuciu.. Zamieszkał tu w dwóch pokojach. gdzie usługiwało bardzo wielu kelnerów. żeby latem mógł przyjechać do nas. – Tak. pułkownika z Moraw. Po czym oznajmił: . nie jest chory. starszy kelner władał nad ich stołem. żebyś nie bał się żadnego niebezpieczeństwa. obaj więc mieszkali w hoteliku. jedynie ma skłonność do chorowania. Niebezpieczeństwo. Potem jedli w jakiejś restauracji. – Czy tata pójdzie do cesarza? – spytał chłopiec pewnego dnia przed wyjazdem ojca. krawiec. Ale wolałbym. jakby coś cierpliwie znosił i coś wybaczał. tato – powiedział chłopiec. z milczącą i aż nazbyt dojrzałą uprzejmością. który długo rozmawiał z lekarzami. Chciałbym. – Ale niech Konrad zawsze będzie z nami. Ojcowskiemu słowu można było ufać.. po prawdzie. że to spotkanie nakłada na nich obowiązek na całe życie. w restauracjach. wszędzie ich znano. gdzie mijający ich w karetach kobiety i mężczyźni radośnie machali ku nim ręką. możesz wrócić do domu. koszulę z falbanami. w dwóch ciemnych. – To twój przyjaciel? – spytał ojciec. Chłopiec jadł obok ojca. był początek listopada. bieliźniarz. Węgierski chłopiec był szczupły i kruchy. To biedacy. raczej do siebie i zapalił grube czarne cygaro. orzekli. zrozumiał tylko jedno słowo: „niebezpieczeństwo”.. co powiedzieli lekarze. Na prośbę kierownika zakładu. Człowiek nie może bezkarnie zabrać innym drugiego człowieka. Na ten czas zabrał chłopca do siebie. – A więc jest i moim przyjacielem – powiedział poważnie. gdzie nad każdymi drzwiami można było odczytać nazwiska częstych i szacownych gości. zatłoczonych meblami obciągniętymi żółtym jedwabiem. Z tego wszystkiego.Przyjaźń ich była tak poważna i pozbawiona słów. nadziewali się na miecze. Posługacz hotelowy powitał oficera gwardii słowami: „Sługa uniżony”.. jakby ten budynek był jakimś świeckim klasztorem dla samotnych panów w monarchii.

– To ludzka rzecz – odrzekła matka. Nini bała się. ponieważ nie byli samotni. Chłopiec zrozumiał. nie pokasływał. co go boli. Nie doskwierała mu samotność wśród ludzi. – Pewnego dnia musimy porzucić tego. usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. lecz znosił ból w milczeniu. fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. jak jakiś twór. książki i polowanie. W rodzinie ojca milczano o czymś takim. Jednym uściskiem ręki przyjął Konrada do rodziny. Poprzedniego dnia zasnął z bijącym sercem: zupełnie jakby czekały go zaręczyny. kogo mógłby kochać: Nini albo Konrad. przyzwyczajono się do niej. jasne włosy. życie towarzyskie i miłość. w pałacu urządzono im wspólny pokój. Kto tego nie wytrzymuje. Wszystko mieli wspólne. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: – Nareszcie jakieś udane małżeństwo. Ale Nini nie uśmiechnęła się. prawdziwy pan. wcale go nie szkoda. bo to nie jest pełny człowiek. razem odkrywali Wiedeń i las. jednocześnie czytali tę samą książkę. Wtedy będzie bardzo cierpiał. Potrzebny był ktoś. Od tego dnia chłopiec mniej pokasływał. aby udać się w powrotną drogę do Wiednia. jak jakieś arcydzieło. „Nie wolno przy nim mówić o królu!” – napominał przyjaciela. coraz bardziej spazmatyczny. że każdy odbierze mu tego. pod koniec pierwszego lata. a wtedy nie miał gorączki. by człowiek nie mówił o tym. których nienawidził. Wychowanie. możliwe też.– Już do niego nie chodzę. Francuska mama. kiedy chłopcy wsiedli do karety. jak do . W Instytucie niedługo szydzono z tej przyjaźni. W dniu odjazdu przedstawił ojcu Konrada. którego kocha. spokojniejszy. bieliznę. serdeczny. bardzo chętnie wszystkim go przedstawiał. kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. bladą twarzyczkę ożywiały entuzjazm i ufność. Byli w tym wieku. jakie we krwi wyniósł z rodzicielskiego domu. że trochę była zazdrosna. by człowiek okazywał komuś swoje uczucia. Miękkie. chłopcy zaczęli stronić od świata. a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. To także otrzymał w spadku. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu. jeździectwo i żołnierskie cnoty. Ale nie umiał żyć bez miłości. – O wiele tego za dużo – powiedziała Nini jego matce. bo wydawały mu się zbyt dziewczęce. nakazywało. Coraz głębszy był ten związek. Już cztery lata trwała ta przyjaźń. mieli swoje sekrety. przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. z lasu i z Paryża. zarazem bał się każdego. Być może Francuzka wniosła do rodziny pragnienie. ubrania. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem. bał się. Najmądrzej – nauczało – w ogóle się nie odzywać. z charakteru matki. że pomiędzy nimi coś się wydarzyło. Lecz ojciec był wielkoduszny. Już nie był samotny. Generał chwalił się Konradem. którego kochamy. jego szczupłą. Konrad był bardziej męski. – Któregoś dnia odejdzie od niego.

Spowiadali się co dwa tygodnie. jak ktoś. chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał. którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z . Potem dosiadali koni. ciekawskich i niespokojnych. że to jest cały jego majątek na tym świecie. której obszerny płaszcz okrywał ich młode ciała. jakby przyjaźń. także wtedy. stary. z bandażem i w hełmach. Chłopcy w Instytucie uciekali bądź to w pychę swojego pochodzenia. wszystko to jest brutalniejsze. bardziej nieludzkie. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie. Tej przysiędze długo dochowali wierności. odpłacała z nawiązką za to wszystko. Wszystko. Konrad zaprzysiągł Henryka. Konrad był sztywny. Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie. bardzo konwencjonalny. i owo promieniowanie rozbrajało nawet tych skłonnych do szyderstwa. bądź też w przedwczesne. ale to. coś ostatecznego. która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. Henryk był świetnym jeźdźcem. Byli już wtedy młodymi oficerami. jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. jak bezinteresownej przyjaźni. miewali zawroty głowy. co życie przynosi z sobą później. aby żyli w czystości. łysy i uniżony człowiek. taktownie. przez całą godzinę uprawiali szermierkę w sali gimnastycznej Instytutu. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie. Konrad był poważny i wstydliwy. dręczyło niczym febra i pędziło ku mrocznym. w nerwach. kto wie. chłopcy byli bladzi. razem sporządzali rejestr grzechów. jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. Ludzie niczego tak nie pragną. jak małżeństwo. cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami. bezwzględność. Konrad z trudem. Baron. Pragną beznadziejnie. Ale żyli w czystości. Nie było to łatwe. Z wzajemnego stosunku chłopców coś bowiem promieniowało: delikatność. że żyją w jakimś nienazwanym. Nic nie jest równie delikatne. powaga. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych. Lecz nie szydzono z tego związku. co tamtych pozostałych. Żądze dawały o sobie znać we krwi. kogo nic nie zdoła zaskoczyć. Henryk łatwo się uczył. podziemnym rewirom życia. więzy wielkich namiętności. wyrafinowane bądź gwałtowne żądze. jak każdy prawdziwy mężczyzna. który ustanowiła praktyka i doświadczenie minionych stuleci. Co rano. bądź w zbyt wczesne hulanki. W obrębie każdej ludzkiej wspólnoty zazdrośnie strzeże się takich właśnie związków. bądź w naukę. jak taki związek. z nagimi torsami. mocne uczucia. Żyli według ścisłego regulaminu. chaotyczne i bolesne miłości.jakiegoś fenomenu natury. „Henrykostwo”. gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych. czego się uczył. gdy zmieniały się pory roku. zarazem wyniośle. jak ktoś. bądź w wyczyny cielesne. w których pokłada swoją nadzieję. Tyle że teraz wymieniano ich pod jednym wspólnym nazwiskiem. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia. gdy ma dziesięć lat. do rodziców Konrada. Tych dwóch chłopców czuło. Pewnego lata wybrali się do Galicji.

i żeby czasem móc w nim kogoś gościć. Potem poświęcili zdrowie. co się tutaj dzieje z mojego powodu od dwudziestu lat. – Nie gniewam się – rzekł przyjaciel. – Chciałem tylko. Gdzieś tam daleko w Polsce. place. jakby i w samym mieście. ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi. z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju i aura oczekiwania przenikały domy. kiedy przejeżdżała przez Wiedeń. trajkocący niedosyt. gdybyśmy wybrali się razem do Teatru na Zamku. Jego mieszkańcy: Ukraińcy. palili papierosy i milczeli. Pierwszego wieczoru. Niemcy. delikatnie i spokojnie. przybywa stąd. Rozumiesz? – Wybacz – powiedział generał poruszony i blady. – No więc już wiesz – powiedział pierwszy. tylko jakiś godny współczucia. ozdobionej zakurzonymi palmami. z jakże wzruszającym i smętnym przejęciem. Miasto było duszne. życie w tym mieście. Gdy ja na jakimś wieczorku daję napiwek. mój ojciec przez tydzień odmawia sobie cygara. Nigdy go nie widziałem. wrzasku i szeptu. jego matka. – Tak – powiedział syn oficera gwardii w poczuciu winy. I tak to trwa od dwudziestu lat. i w niewietrzonych. – Pomyśl tylko. czesne. żebyś o tym . trzy tygodnie nie jedzą mięsa. i aby w tym pokoju stały porządne meble. jakie stary urzędnik. coś ostatecznego i niezmiennego. Chłopcy mieszkali w hotelu. Wszystko. ze starymi wieżami.kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. bardzo poważnie. jaki musiałem stoczyć z Bawarczykiem. by mieć o jeden pokój więcej w tym parszywym mieście. po obfitej kolacji – po tłustych mięsach i wonnych. przy rosyjskiej granicy. – Wiem – powiedział generał i coś ścisnęło mu gardło. – Teraz już ich poznałeś – powiedział Konrad. Najpierw wyprzedali meble. Należał do mojej matki. mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna. Żydzi. aspiracje towarzyskie mojej matki i to. dom. spokój na stare lata. na koszty związane z pojedynkiem. przez dwadzieścia lat. Nigdy niczego mi nie zabrakło. jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo. na bilety do teatru. – Każda para rękawiczek – powiedział Konrad – którą musiałbym kupić. ciężkich winach. żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze. ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami. długo siedzieli w ciemnym kącie hotelowej restauracji. ze studnią pośrodku czterokątnego rynku. Wszystko przychodziło z tego dworu: pieniądze na mundur. ziemię. na opłatę za egzamin. na bukiet. Pili ciężkie węgierskie wino z Gór Tokajskich. nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia. potem sad. jaki posłałem twojej matce. Jedynie kościół katedralny. Jeżeli jest mi potrzebna nowa uprząż. wygodę. jest pewien dwór. Rosjanie. podawali do stołu w ubogim mieszkaniu. i przywiędła. spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku. jakby szczęście rzadko bywającego w domu syna zależało od jakości dań – młodzi oficerowie. wypacykowana niczym kakadu fioletowymi i czerwonymi szminkami smutna Polka. ojciec Konrada. przed pójściem spać.

Tutaj żyją. gdy mam coś zrobić. coś. wesolutki. gdzie wszędzie panuje taki zaduch jak w jakimś nie wysprzątanym mieszkaniu. żebyś to kiedyś zobaczył. który z próżności chciał mnie zranić i nie wiedział. byli za słabi.. w swoim własnym życiu. Jestem żołnierzem. ogarnia mnie przerażenie. moje zdrowie. abym potrafił zabijać i abym mógł zabić samego siebie. zapach jadła i tanich trunków. czego nie można było wyrazić słowami. Od dwudziestu lat żyją w tym mieście. po raz pierwszy w swoim życiu poczuli wyraźnie. że jest im z tym bardzo dobrze?. trwonię coś z ich życia. – Chłopiec umilkł. i nie wietrzonej pościeli.. poświęcają dla mnie swoje życie. Już nawet pragnąłem ich śmierci – powiedział zupełnie cicho.. iż obaj zostaniemy kalekami. – Im. Czasami. – Ale mnie jest ciężko tak żyć. skoro mnie zabiją? Już teraz rozumiesz?.. Kiedy daję napiwek lokajowi w waszym domu. I wtedy naprawdę potrafiłbym zabić Bawarczyka. Cztery dni pozostali w tym mieście.. w którym kwaterowały przejeżdżające tędy karawany. bo dwa filery to pod koniec roku będzie pięć forintów. i nie śmiał spojrzeć przyjacielowi w oczy. zobaczyłem twarz mojej matki. Nigdy do tej pory nie mówił o tym. Kiedy choruję. Ale po co oni znoszą to wszystko. ponieważ ze mnie trzeba zrobić arcydzieło. Jakbym nie należał do siebie. że każde zadraśnięcie. coś. że coś zdarzyło się między nimi. jakby to był przedni żart. do czego oni. że z próżności porąbiemy się tak. – Tak – rzekł z powagą generał. ręka zamiera mi w powietrzu. żadnej zbytecznej sztuki odzieży. jest śmiertelnym grzechem przeciwko dwojgu ludziom. które może mi wysłać w liście. Teraz to wyrzekł. Kiedy wyjeżdżali. co nie w pełni jest moje. Jakby jeden drugiemu był coś winien. – Nie sądzisz. kiedy co rano spieszy na targ sama.. może. wychowano mnie tak... . Wiecznie ta odpowiedzialność. Coś. Ojciec od dwudziestu lat nie był we Wiedniu. by kucharka nie oszukała jej na dwa filery. – Dlaczego? – cicho spytał ten drugi. że trwonię cudzą własność. gdzie urodził się i wychował. Od dwudziestu lat żadnej podróży. zacinając się.wiedział. bez słowa skargi. żadnej wycieczki latem. Na to przysięgałem. Bardzo ciężko jest tak żyć – zakończył i poczerwieniał. Kiedy Bawarczyk ruszył na mnie z wyciągniętą szablą i głupkowato nią wywijał. którzy w Galicji. jakie mi zadaje. w milczeniu.

a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. utrzymywała w karbach krok oddziału. Każdy ma swoją słabostkę. Rygor. Lepsze to. lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. Niekiedy muzyka była żartobliwa. niż by miał grać w karty. gdzie jest. kolegów. męczącym przemarszu krokiem defiladowym. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania. Całym ciałem słuchał muzyki. Konrad jednak zawsze bladł. dotykała go tak dojmująco. tajemnicze miejsce. jakby w jego ciele słabła owa napięta. usta zaczynały mu drżeć. jakby chciał coś powiedzieć. inny jeździ konno. jak cielesny atak. po długim. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. raczej ją wybaczano i tolerowano. Wtedy zapominał. buntu muzyki. w takich chwilach rozluźniał się. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Bezpieczniejsze niż kobiety. i to było wszystko. że konieczne są do niej trąbki. Muzyka coś mu mówiła. oczy mu się śmiały. przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. tak pożądliwie. O muzyce wiedziano jedynie tyle. czego inni nie mogli zrozumieć. pięknych dam ani publiczności w teatrze. A zresztą nikt się nią nie przejmował. sztywna postawa. kiedy słuchał muzyki. Jeden hoduje psy. Ale usta zaczynały mu drżeć. za cenę którego zdobywał pozycję w świecie. gdy słyszał muzykę. które być może . Człowiek kroczył sprężyściej. za wszelką cenę. nie widział otoczenia: zwierzchników. patrzył przed siebie. że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków. zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. także najpospolitsza. do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. raptem dają komendę „spocznij!”. w jakim żył. który przyjął dobrowolnie. zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu. Wszelkiego rodzaju muzyka. Jak podczas parady wojskowej. jak wierzący winę i pokutę. do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę. uważano. Bladł. Ale generał czasami podejrzewał. Henryk nie miał słuchu. niekiedy nadęta i uroczysta. wychowywał się. Ta muzyka była głośna i przepisowa.6 Konrad wszakże miał pewną kryjówkę. uważano. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce.

Ojciec i syn w fotelach. gdy się do niego mówiło. jakby go krępował ten związek. – Jego ojciec był Francuzem. W takich przypadkach nie słyszał. jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką. powiedział mu: – Konrad nigdy nie będzie żołnierzem. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie. kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała. która prowadzi donikąd. zaczęło żyć. obserwował dym z cygara. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli. Wszyscy troje to spostrzegli. Oficer gwardii wzruszył ramionami. – A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. jakby to wszystko. Palił cygaro. o której zapewne ktoś myślał mówiąc.przynoszą wieść o wolności. w zatracenie. który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. umilkli. oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki. Hrabina grała żarliwie. Oficer gwardii bardzo uważnie. co pogrzebały ludzkie serca. matka i Konrad. usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. jedwabną zasłoną. Lecz wiedział. z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble. ponieważ w jego głosie zabrzmiał taki smutek. Ze spokojem człowieka. wzbiła kurz na niebieskiej drodze. iż „życie jest obowiązkiem. w snopie światła wirował złoty pył. jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm. Siedzieli w dużej sali. Pewnego lata. który zna się na rzeczy. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. powiedział: . pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu. jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu. że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje. jakby muzyka. z tą cierpliwością i rutyną. coś się wydarzyło. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem. kiedy sam z synem pozostał w palarni. które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko. – Dlaczego? – spytał przestraszony chłopak. po jednym zgodnym akordzie. co jest galaretowate i zjełczałe. Wieczorem. – Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem. przed kolacją. na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody. wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. że ojciec ma rację. jakby muzyka miotała niewidocznym. aby wyzwolić w świecie siły. – Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. trzeba więc ścierpieć i muzykę”. nieco nachyliwszy się do przodu. wieczorem. kiedy rozmawiają o domu rodzinnym i tęsknocie za ojczyzną. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu. także poczuli. z poczuciem wyższości. że muzyka jest niebezpieczna. co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. jak w intonacji wygnańców. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno. Wreszcie. siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat. już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią. w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. wpatrywał się w przyjaciela syna.

– Bo to jest człowiek innego rodzaju. minęło wiele lat. kiedy generał zrozumiał to zdanie. Ojciec już nie żył. .

wypełniony renklodami. jakby się bał muzyki. razem składali przysięgę. coś w nim łamie. który odsuwa go od kariery. na pierwszym piętrze wąskiego domu o szarej fasadzie. Nigdy nie polemizował. wąski i długi ogród. potem Konrad zdawał służbę. Żyli tam jak bracia i syn oficera gwardii niekiedy z niepokojem wyczuwał. ale i w nocy. z balu albo z towarzyskiego spotkania. tak. i nie była to jedynie więź świadomości. lecz samotność i przytomność umysłu. razem mieszkali przez te wszystkie wiedeńskie lata. jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu. nie tylko w dzień. Mieli tam trzy pokoje. syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy. tę inną prawdę. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba. widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą. tak wypełniał swoją służbę. bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał. Bał się muzyki. Zawsze spokojny. Wynajęli mieszkanie w sąsiedztwie schönbrunnskiego ogrodu. Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. którą ukrywają okoliczności życia. nawet we śnie.7 Człowiek zawsze zna prawdę. pełną wyrzutów jasność słabego światła. które odnajmowała im głucha wdowa po pułkowym lekarzu. lecz rzadko grywał. jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie. Jakby nie żył na świecie. że Konrad żyje jak zakonnik. z dorożki. kostiumy. Okna owego mieszkania wychodziły na duszny. wracał do mieszkania na Hietzingu i bywało. ponieważ oficer gwardii znalazł sposób. aby jego syn i Konrad odbywali pierwsze lata służby w pobliżu dworu. Konrad wynajął fortepian. że przyjaciel ma swoją tajemnicę. Dwaj młodzieńcy wychowywali się razem. Tak żył. bardziej skomplikowana. tak bywał w świecie i w towarzystwie. i już z ulicy. z którą miał jakąś tajemniczą więź. Syn oficera gwardii dał . tak obcował z towarzyszami broni. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece. ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu. rola.

czego od niego oczekują. w złotych i białych salach. gdy nie robi nic innego. którzy przysięgali na jego imię. W . Naturalnie. otworzył wolno i ociężale rozwierającą się wielusetletnią bramę. i padał śnieg. Przybywał ze świata. Człowiek nosił w sercu posłuszeństwo i to było najważniejsze. Syn oficera gwardii wspinał się po zbutwiałych schodach i cicho wygwizdywał melodię jakiegoś walca. Człowiek musiał wierzyć. a ci. Śnieg padał obficie i dorożkarze bezszelestnie wozili zakochanych. ściągnął rękawiczki. oraz damom i dostojnym panom mówi dokładnie to. słucha walców. w blasku świecy zasiada w amerykańskim fotelu z plecionej trzciny. Grano. i zaczął. na chwilę przystanął i przyjrzał się ogrodowi. w lokalach śródmieścia: ale inaczej niż lubił przyjaciel. trzeba być posłusznym głębiej. i pełni służbę w koszarach tego posłuszeństwa zarówno na placu ćwiczeń jak i w salonach. z przekory. Wiedeń już spał. Lecz muzyka. przystanął na cichej ulicy przed starą bramą. Syn oficera gwardii czuł. ci wszyscy są posłuszni obyczajom i prawom. ale także odrobinę pachnące. klatka schodowa. sklepionej łukowo klatki schodowej. aby życie było przyjemniejsze i bardziej uroczyste. cicho pogwizdywać walczyka. wszędzie gwizdano walca pewnego modnego kompozytora. niż to określają prawa. Dlatego w mieście grano w tych miejscach. jakby ktoś kredą wyznaczył mu miejsce pomiędzy czarnymi konturami rzeczy i zjawisk. i nad ich bezpieczeństwem. syn oficera gwardii i jego przyjaciel. dotykała w ludziach ich namiętności. który białą plamą spoczywał w zaśnieżonym blasku księżyca. wieczorami bywa w towarzystwie. myślał. a już o piątej rano wstaje. Wiedeń tańczył wśród śnieżnej zimy. w restauracjach i w salach balowych. a jedynie nosi ze czcią mundur. jaką kochał Konrad. wyjął klucz od bramy i poczuł się tak. Wszystko w tym domu było cokolwiek stęchłe: pokoje. że jest posłuszny. że on też ma coś wspólnego z tą ciszą. nie chciała przynosić zapomnienia.dorożkarzowi monetę. gdzie cicho grano. Taka muzyka jest groźna. Owego roku we Wiedniu. Co wieczór tańczono przy unoszących się w powietrzu motylich blaskach gazowych płomieni. przy biurku. chciała. by oczy kobiet błyszczały i aby skrzyła się próżność mężczyzn. budziła poczucie winy. jakby po pokojach rozszedł się słodki zapach syropu ze słoików konfitur. przeszedł przez oświetloną ćmiącym kagankiem wybrzuszoną suterenę zatęchłej. pije czerwone francuskie wino. aby życie w ludzkich sercach i w ludzkiej świadomości było prawdziwsze. Owego roku mieli po dwadzieścia dwa lata. Syn oficera gwardii czuł. Cesarz także już spał w Burgu. Żyli w Wiedniu. Wszystko to było łagodne. Tamtej zimy karnawał w Wiedniu wybuchł jak jakaś lekka i przyjemna zaraza. byli młodymi oficerami. spało pięćdziesiąt milionów ludzi w krajach cesarza. pisanym i niepisanym. że wszystko jest na swoim miejscu. młodego Straussa. Spał głęboko. jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela. gdzie syn oficera gwardii spędzał noce swych młodych lat. czuwa nawet wtedy. on także czuwa nad snem cesarza i pięćdziesięciu milionów ludzi. Z tego uczucia zostało zbudowane bezpieczeństwo pięćdziesięciu milionów: że oto cesarz kładzie się przed północą. bardzo mocnym nakazom. Odszukał klucz. syn oficera gwardii w każde przedpołudnie udawał się do maneżu i przyglądał się ćwiczeniom hiszpańskich jeźdźców i białych lipczańskich koni.

Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu. Potem szedł na spacer. Wiedeń był w dobrym humorze. jakby rozważnym słowem ciężkiego burgunda chciał pożegnać się z dniem i błahymi wspomnieniami wieczoru. cicho pogwizdując i uśmiechając się. niosąc butelkę na srebrnej tacy. Służący odskoczył od pieca. jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. on. Czesi. a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze. bo był młody. gdy padał śnieg. Wielka to była rodzina. polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę. który jednocześnie był nadterminowym sierżantem i majestatem. a wewnątrz tej wielkiej rodziny każdy czuł w sekrecie. dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję. dopóki nie wygasł piec. że wszyscy są szczęśliwi. Stefana. Konrad mówił o swoich . jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia. Horwaci i Włosi. niczym w świadomości odwiecznej duszy i szlachetnego ciała. jakby pokój na świecie był nieprzemijający. ponieważ był podobny do ojca. Niemcy. Także i teraz służący szedł za nim do pokoju Konrada. kiedy wydawało się. wszyscy mieścili się w hierarchii. Niekiedy rozmawiali tak do samego rana. Serbowie. w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki. i miłość tak wrzała i władała miastem. Wiedeń. przed pójściem spać. nieskończonej i przyjaznej ludziom. jedną ręką odebrał od pana płaszcz. poznawali go starzy fiakrzy i kelnerzy. Imperium. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca. skłonności i porywów. bowiem był karnawał. wypijał kieliszek. o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach. Morawianie. jakaś grzeszna przyjemność i poczucie rytmu. w półmroku pokoju. drugą zdjął z ciepłej półki kaflowego pieca francuskie czerwone wino. urzędnikiem państwowym w żakiecie z lustryny i grand signeurem. Na godzinę przed otwarciem teatru. podburzali i niepokoili dusze. a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego.ciałach tych zwierząt i jeźdźców ujawniała się swego rodzaju wytworność i szlachetność. że pośród tych awanturniczych żądz. a syn oficera gwardii nie opróżnił butelki burgunda do ostatniej kropli. generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości. kimś nieokrzesanym i osobą panującą. jak ci. W śródmieściu wystawał przed sklepami. co na zabawie podpierając ściany gapią się na tańczące pary. W stęchłych. rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności. kapelusze z piórami. a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani. jego pan każdego wieczora. kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę. u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt. Węgrzy. a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa. jedynie cesarz potrafi utrzymać porządek. otwartej w sąsiedztwie katedry Św. gapił się. ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. Wszystko w tym mieście było takie rozległe. zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win. odmierzano najlepsze piwo świata. które omotało wszystkie klasy społeczne. czako i rękawiczki. Myślał o tym syn oficera gwardii.

którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności. ze wszystkimi subtelnymi i powikłanymi konsekwencjami. Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę. który siedzi w domu. To nie było łatwe. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną. . to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny. którzy są zmuszeni ulec. syn oficera gwardii o życiu. jakby to wszystko. jeden drugiemu wybaczał grzech pierworodny: Konrad przyjacielowi majątek. Konrad szybko się starzał. O wiele bardziej napawało go lękiem to. Konrad tłumaczył mu. Posada w wojsku. Ta „inność”. jakby Konrad był czarodziejem. Syn oficera gwardii czuł. że bywa w świecie. jak każdy podarowany przez los ludzki związek. czego doznawał w świecie. tym swoim lekko szyderczym. o społecznej ewolucji. nad którymi panujemy. trochę rozczochrany i młodzieńczo wielkoświatowy. dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. I kiedy przyjaciel powracał nocą z Wiednia i ze świata – w odorze tytoniu i wody kolońskiej. jak wspólnicy przestępstwa. że nie może przyjąć jednego filera. o historii współżycia ludzi. że taka jest prawda: syn oficera gwardii nie mógł dać pieniędzy Konradowi i musiał pogodzić się z tym. wiecznie tęskni za podejrzanym. gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem.lekturach. I obaj wiedzieli. syn oficera gwardii – ubóstwo Konradowi. tak i Konrad. A ponieważ kochali się. zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi. w mieszkaniu na Hietzingu. cicho i długo rozmawiali. a Konrad tutaj. trzeba uwolnić od zazdrości i bodaj cienia nietaktu. by Konrad zechciał dzielić z nim majątek. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych. o siódmej wieczorem je na kolację jajecznicę i osobiście liczy sztuki bielizny przyniesione z pralni. Ale nie to było ważne. łamie sobie głowę nad znaczeniem ludzi i zjawisk. Syn oficera gwardii chętnie czytywał jedynie o koniach i podróżach. Jak każdy człowiek. Syn oficera gwardii cicho błagał. że należało uratować tę przyjaźń. mówił o świecie. z którym. obojętnym i budzącym lęk domem. ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. nie wiedział co począć. który był skomplikowany i kruchy. że ich przyjaźń i sojusz. Konrad nie miał pieniędzy na życie. na całe życie. co tam. Już w dwudziestym piątym roku życia zakładał okulary do czytania. trzeba uniezależnić od pieniędzy. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle. o której mówił ojciec. z mundurem i stopniem oficerskim. podczas gdy jego famulus bywa w świecie i zbiera sekretne wiadomości o ludzkim życiu. na tamtym brzegu można dostrzec. łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie. Konrad najchętniej czytał angielskie książki. była dla niego posadą uciążliwą. Bracia mówili o tym głośno. gdy poznamy. po prawdzie. żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko. któremu na imię świat. głosem. stosownie do swojej pozycji i nazwiska.

pachnące listowiem lasy. grając rolę. nie bez wzruszenia. tancerka. we troje. która najbardziej ze wszystkiego lubiła konne wyścigi. Weronika. I Angela. co oznacza miłość: pożądanie. listy. Kobiece ręce także pukały do drzwi mieszkania na Hietzingu. ponad obowiązkiem. Lecz jedynie tutaj potrafiła żyć.. tak. Przyjechali tam powozem. pocałunkiem w rękę pożegnali ją w spróchniałej bramie. zniesienie praw grawitacji. ponad światem jaśniało pewne uczucie. Weronika bezwiednie objęła ich obu. i czarne jedwabne półbuciki. . pewien styryjski malarz. Weronika. Ach. który prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. opary olejku różanego i francuskich wód. delikatnie. które z kwiatem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie.. to jednak Weronika. Tak właśnie pewnego dnia zapukała Weronika. I wszystkie inne. Tutaj żyła Weronika. przy świetle świecy osłoniętej szklanym kloszem. chwila czystego istnienia. Kiedy księżycową nocą wracali do domu i ze zbocza wzgórza. jakby badał obraz przez szkło powiększające. Pili lekkie czerwone wino. których jedynym celem i sensem mógł być tylko taniec. pozostawił właścicielowi tytułem zaległego czynszu. i jednocześnie dawała życiu wewnętrzną postawę. białe. Ta od koni. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę. tak ona strzegła swych nóg. kto ocknął się ze snu. był niegodny jej nóg. W tym swoim okropnym guście także była doskonała. w atelier. i mile. gdzie przestrzeń posłusznie dawała pole krokom i obrotom w trakcie ćwiczeń. tancerka – generał na jej wspomnienie przeciera oczy. w atelier. jakby każdy ziemski krok. które było silniejsze od wszystkiego. szydełkowe rękawiczki naciągnięte po łokcie. Była to chwila szczęścia. pośród liści. które poprzedni podnajemca atelier. zazdrość i pełną rozterki samotność. W milczeniu towarzyszyli tancerce do domu w śródmieściu. Na imię mu przyjaźń. Mieszkała w mansardzie bardzo starej kamienicy przy ulicy Trzech Podków. dopasowaną w talii. Teraz przypomniał to sobie wyraźnie. rozbicie smutnej spoistości ciała. A potem Angela. kwiaty i po jednej rękawiczce. Jedli kolację w jednej z restauracji w podwiedeńskim lesie. przez parne. Po kamienistej drodze. To uczucie znają tylko mężczyźni. W pewien letni wieczór wybrali się na kolację. Salę o silnym pogłosie ozdabiały zakurzone bukiety Makarta oraz obrazy zwierząt. pośród zakurzonych firanek i starych mebli o wystrzępionych obiciach. na przykład do restauracji. jak ktoś. Lecz ponad kobietami. tancerka. przydając mu napięcia. stąpała tak niepewnie. Ależ nie. Tak jak na strunach stradivariusa nie wypada rzępolić w winiarni. Tancerka nosiła florencki kapelusz z szerokim rondem. Najchętniej malował owce: z każdego kąta wielkiej sali pytającym spojrzeniem wodnistoszklanych zwierzęcych oczu gapiły się na gości smutne owce.Tak żyli w iskrzącym się załamaniu światła młodości. i z roztargnieniem sobie przypomina. którego nigdy nie można było dobrze ogrzać. ujrzeli lśniące w białej poświacie miasto. i to wszystko. z głębi powozu. różową jedwabną suknię. młoda wdowa po lekarzu sztabowym. a młoda kobieta często się śmiała. tych arcydzieł. chwila poza świadomością. Już klatkę schodową przenikały silne zapachy perfum. która była również profesją. Kolację zjedli na podwórzu pewnego wiejskiego domu porośniętego dzikim winem. pozostały po nich wstążki.

z rękami założonymi na piersi. na ogród spadła ulewa. kiedy celuje. Gość był już na alei prowadzącej do pałacu. Co mu życie dało? Obowiązek i pustotę. dolinie. przyjęcie na peszteńskim zamku. wsypał ordery z powrotem do szuflady.8 Generał przebrał się. Przyglądał się okolicy. każdego wieczora nosił to surowe jak sutanna ubranie. . wilgotne liście platana tłusto połyskiwały. Otworzył szufladę. cienki tomik. jak gracz pstre żetony po wielkiej rozgrywce. Następnie drobiazgowo. srebrne i złote medale. lasowi. przez którego okładkę przewleczono niebieską wstążkę i zamknięto na identyczną pieczęć. wprawnymi ruchami. Gdy tak brał do ręki i obmacywał brązowe. Gdy spał. Wciąż nieruchomy patrzył na ruchliwy obiekt z twarzą pozbawioną wyrazu. widział pewien przyczółek mostowy. Każdy z sześciu pocisków był na swoim miejscu. Już od dziesięciu lat nie miał na sobie munduru. zielonym i białym jedwabiem. Stał przy oknie nieporuszony. Podszedł do okna i otworzył okiennice. Oczyma nawykłymi do dużych odległości rozpoznał chyżo zbliżający się powóz. długo mu się przyglądał. Pomiędzy drzewami wiał chłodny wiatr. zawiązał pikowy krawat i zwilżoną w wodzie szczotką przygładził szczeciniaste włosy. jak myśliwy. żółtej drodze na dole. Był to stary rewolwer sześciostrzałowy. jakby rzecz całą bagatelizował. starczo drżącą ręką wyjął z portmonetki mały kluczyk i otworzył nim długą. Wrzucił broń z powrotem do szuflady i uczynił to tak. przymknąwszy jedno oko. Włożył czarny garnitur. poszukał swoich odznaczeń. W ostatnich latach. paczkę listów przewiązanych niebieską wstążką i oprawiony w żółty aksamit. na którego karcie tytułowej wydrukowano złotymi literami: Souvenir. Z sekretnej przegródki w szufladzie wyjął parę przedmiotów: belgijski pistolet. Podszedł do stołu i niezdecydowaną. głęboką szufladę. wyjął z szafy galowy mundur. pamiętną paradę w Wiedniu. wzruszył ramionami. w głębi – zarysom miasta. Książeczkę oprawioną w żółty aksamit wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Już zmierzchało. oglądał ordery przechowywane w futerale wyściełanym czerwonym. wzdłuż Dniepru. Ubierał się sam. sprawdził pistolet. Wzruszył ramionami. Długo trzymał w rękach tomik. Roztargniony.

poważnych męskich twarzy. w kapeluszu z piórami. A potem portret ojca. Większość milczała przez całe życie. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach. dawni pracownicy. w samotność i w dane słowo. przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem. obcych panów w perukach. ze szpicrutą w ręce. Ściany korytarza pokrywały stare portrety: przodkowie. A teraz. towarzysze pułkowi. z węgierskim wąsem. szedł powoli.. Obcy ludzie.9 Minęła godzina siódma. W końcu korytarza stała niania. Ofiarą pędzla błąkających się. lecz wierzyli w coś: w honor. o ustach żądnych rozkoszy. cokolwiek osamotniony gatunek ludzi. majordomusa i co znaczniejsze konie. w milczenie. w męskie cnoty. który łączył to skrzydło pałacu: pokoje mieszkalne z dużymi salami. przyjaciół i kolegów z pułku. Dalej już były same pejzaże. myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca. daleka rodzina jego matki. iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego. w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. kto nawinął mu się pod pędzel. w mundurze oficera gwardii. którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem. krok za krokiem. co był tu przejazdem. wędrownych portrecistów. Generał. kiedy generał wyszedł z gabinetu. także w kobiety. byli to rówieśnicy oficera gwardii. który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego. świetlicą. ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. jak praskiego artystę S. To było dobre pokolenie. ale i sławniejszych. prawdziwi mężczyźni. W rodzinie generała była taka tradycja. To było dobre pokolenie. niczym zakonnym ślubom. znajomi. pokojem muzycznym i salonami. z niewzruszoną twarzą. że tutaj też kiedyś wisiał obraz. I kiedy doznawali zawodu. byli dumni. zamiast portretu. portrety owoczesnych co sławniejszych pałacowych gości były oprawione w pozłacane ramy. prapradziadkowie i praprababki. z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole. przeszedł przed pustym czworokątem. portrety tłustych. w galowych strojach. oddając się obowiązkom i milczeniu. w czarnej . długim korytarzem. milkli. I jeden z portretów mamy. jak woltyżerka. następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała. Opierając się na spacerowej lasce o uchwycie z kości słoniowej. Potem następowało kilka spokojnych.

– Dobrze. pod zegarem. sensu pewnej godziny. – Nic od tego nie zależy. tą w kwiaty – powiedziała niania. tak jak człowiek zwraca się tylko do swojej niani. Myślałem. – Nie ma – powiedział generał w zaufaniu. naprzeciwko kominka. że jeszcze go chronisz. Generał patrzył na obszerny westybul. który przywiozła jeszcze moja matka. – Nie – powiedział po krótkiej przerwie. – Uspokojony skinął głową. w nowiusieńkim. jak mechanizm. że wszystko na świecie ma sens tylko wtedy. sprzed czterdziestu jeden lat. na salon w głębi. ale i obrazy na ścianach. na florenckim krześle siedziałem ja. – Dokładnie pamiętasz – powiedziała niania. – Tutaj siedział Konrad. – Generał oparł się o poręcz schodów i spojrzał na dół. Przed czterdziestu jeden laty. – Patrzysz na obrazy? – powiedziała. – Pamiętam – powiedział spokojnie. Potem. drewna. który nakręcono. że strzeże obrazu. już ciszej: – Nie wiedziałem. w głąb westybulu. – Pamiętasz? – spytała niania i mrugnęła. jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny. żebyśmy tu z powrotem zawiesili obraz? – spytała spokojnie i z otwartością właściwą starym ludziom pokazała na ścianie miejsce po brakującym obrazie. i ta . – Tak. na rozmieszczenie foteli. Pałac. Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na obraz. – A więc pamiętasz. przy ogniu. to pewne – powiedziała niania i westchnęła. Krystyna siedziała naprzeciwko. pewnej chwili. ozdobne przedmioty w oszklonych szafach i na gzymsie kominka. – Nie chcesz. – W niebieskim kryształowym wazonie były dalie. na kwiaty ustawione na stole przy kominku. na potężne meble. w fotelu. – To krzesło obite skórą – powiedział – stało po prawej stronie. wilgotnymi. Obrócili się w stronę dużej klatki schodowej. – Palić obrazy – powiedziała niania ostrym. spojrzeli z góry w jej głąb. tam gdzie w westybulu lokaj i pokojówka umieszczali kwiaty w kryształowych wazonach. gdy ma coś wspólnego z ludźmi. metalu. – Tak. wykrochmalonym białym czepku na drobnej ptasiej głowie. – A jest jeszcze? – spytał generał. napełniła martwe przedmioty żywą treścią. jakby nagle nabrały sensu i chciały udowodnić. cienkim głosem – to nie ma żadnego sensu. Nie tylko meble zaczęły żyć. Niania skinęła potakująco. w minionych kilku godzinach zaczął żyć. które strzegły pamięci. ponieważ po północy. Przedmioty.sukni. – Nakryłaś francuską porcelaną? – Tak. W kominku polana przygotowane do podpalenia. – Tak – powiedział. gdy jest częścią składową ludzkiego losu i ludzkiego działania. fotele i sofy uwolnione od letnich płóciennych prochowców. że go spaliłaś. wielkie żelazne świeczniki. oślizgłymi krokami wchodziły do pokoi chłodne opary kończącego się lata. lecz jedna chwila. Pośrodku.

jakby mówił do siebie. – Byłem tutaj. także i niania oparła się obok niego łokciami o poręcz. jak wspólnik przestępstwa. Kucharz nie robił ich już od dziesięciu lat. – Z tamtego jest tylko wytrawne. Pamiętasz? – Tak. I teraz. Wtedy były również raki – powiedział cicho. że niania bezwiednie podeszła trochę bliżej i z poufałością członka rodziny. Stek i sałatę. Wtedy jeszcze były raki w potoku. pozostali sami. Konrad. – Niania zamyśliła się. Sam jego ton sprawił. Po czym umilkł. Byłeś tak daleko. zaczepnym tonem. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. – Byłeś tutaj i nie było ciebie tutaj. przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. – Tak – powiedziała spokojnie niania. wzywała ciebie. bądź kogoś ze służby. – Jeden łyk – powiedział generał. – Zawsze tylko jeden łyk. I butelkę ze starego Mumm. I chablis. – Dobrze znasz prawdę. – Kiedy właśnie prawdy nie znam. Kiedy Krystyna konała. I płonące lody. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie. na dźwięk jego głosu.chwila była sensem ich istnienia. żebyś wiedział. . – Przynieś rocznik osiemdziesiąty szósty z Pommard. zna ją. do ryby. Mówię to po to. – Prawdę – odparł krótko. Powiedziała – w stronę pokoju. nad ranem. Wieczorem nie zdążyłam sprowadzić z miasta. Pod każdą postacią. – Rzeczywistość to tylko ułamek. – Bacz na wino – powiedział generał cicho i poufnie. Nie lubiła szampana. pochyliła głowę. w którym kiedyś siedziało razem troje ludzi przed kominkiem: – Muszę ci coś powiedzieć. – Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania. przedmioty owe również o tym pamiętają. Teraz już nie ma. na górze. – Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym. gdy zaczęły żyć. – Krystyna lubiła raki. który nakręcono. – Co mu odbierzesz? – spytała niania. dzisiaj wieczorem. Krystyna piła półsłodkie. Krystyna także nie znała prawdy. Perliczkę. aby było dobrze. Byłeś w swoim gabinecie. jakbyś dokądś wyjechał. – Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. – Co podasz gościowi? – Pstrąga – powiedziała Nini. – Zupę i pstrąga. że lokaj i pokojówka. Kiedy lokaj i pokojówka wyszli z salonu. – Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym. a ona konała. by dokładniej zrozumieć słowa. Może on. Jedną z tych olbrzymich butelek. Była tylko ze mną. a oni. do pieczeni. – Prawdy – powiedział generał. jak mechanizm. – Bacz. – Tak – powiedział generał. Ale może będzie dobrze – powiedziała z zatroskaniem. jakby oglądali jakiś widok na zboczu góry.

Otworzyły się drzwi salonu i w wycięciu wielkich oszklonych drzwi. Nini. w ślad za lokajem. Czy jeszcze istnieją? Zapalcie je do kolacji. . Uścisnęli sobie ręce bardzo uprzejmie. pojawił się stary człowiek.Generał milczał. – Świece – powiedział. – Pamiętasz?. Znad wejścia dał się słyszeć zgrzyt kamieni na podjeździe i turkot kół landa. Wyprostowany. Na pierwszym stopniu u góry schodów na moment przystanął. powoli schodził po schodach. Generał oparł laskę o poręcz schodów i ruszył bez laski schodami w dół na spotkanie gościa. – Nie pamiętałam o tym – powiedziała niania. że już nadjeżdża – powiedział i wyprostował się. starczo i uroczyście. i na wszystko. Świece stołowe. – Nigdy w to nie wątpiłem – odparł generał równie cicho i uśmiechnął się. w czarnym ubraniu.. – Zdaje się.. – Widzisz... jeszcze raz przyszedłem – powiedział gość bardzo cicho. – A ja tak – odparł przekornie. niebieskie. – Bacz na wina. Niech się palą.

A gość. myślał generał. Przetrwaliśmy. że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić. Kiedy powróciłem z tropiku. z dziwnym zadowoleniem. szukając w twarzy. – Skąd przybywasz? – spytał generał. dlatego jest taki silny”. bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy. w postawie. śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił. Konrad był starszy od generała o kilka miesięcy: wiosną skończył siedemdziesiąt pięć lat. że pewnego dnia ta chwila nastąpi. Mam niewielki dom. a generał wiedział. – Gdzie byłeś w tropiku? . Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słowa. kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. – Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. kiedy się nie widywali. Konrad był blady tak samo jak w czasach dzieciństwa i widać było po nim. zostałem tam.10 Podeszli przed kominek i w zimnym. – Mieszkasz tam? – W pobliżu. że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat. że jeszcze dzisiaj żyje zamknięty w swoim pokoju i unika powietrza. z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie. Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy. że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. Konrad wiedział. i Schadenfreude. lecz pierwszorzędną odzież. On również miał na sobie czarne ubranie. myślał generał. Obaj czuli w owej chwili. Pod Londynem. w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. a jednak każdego dnia. Chyba jest bogaty. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli. skrzącym się blasku zapalonych kinkietów popatrzyli na siebie uważnie i taksująco. poważną. Potem lokaj przyniósł wermut i palinkę. Jak ktoś. śladowych resztek ochoty do życia. mrugając oślepionymi oczyma. bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie. Po to żyli. w którym uczucie zawodu i Schadenfreude były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu. – Z Londynu. czas oddalenia – czas.

Witaj! Wypili i usiedli. który w rodzinie nazywano „florenckim krzesłem”. gdzie kiedyś żył. – Podobno – powiedział generał i wzniósł kielich z wermutem w geście powitania. Siedzieli tak bez słowa i patrzyli w ogień. aż przyszedł kamerdyner i zaprosił ich na kolację. Teraz. niepewnie pokazał jakiś punkt w powietrzu. i rozmawiali. naprzeciwko kominka. – Udało się? – Już jestem stary – powiedział i spojrzał w ogień. który do tej pory przezornie omijała. kiedy usiadł obok kominka. – Ale to tylko w ostatnim czasie. on. – Po to tam się wybrałeś – spytał generał mimochodem. spala tkanki. Coś w człowieku zabija. – Tropik jest ohydny – powtórzył Konrad. Nie odpowiedział na pytanie.– W Singapurze. bez specjalnego nacisku – żeby coś w sobie zabić? Zapytał grzecznie. – Tak – powiedział spokojnie Konrad. gdzie ostatni raz siedział przed czterdziestu jeden laty. – Ohydnie – powiedział Konrad. jakby z magnetycznym bezwładem uległ czarowi miejsca – mrugał z ulgą. – Nie znosi takich ludzi. jak my. co wieczór. w kierunku światła – tropik wyczerpuje i postarza. kiedy we troje siedzieli w salonie. Krystyna i Konrad. Generał uważnie obserwował jego ruchy. w fotelu. – Podniósł białą rękę. I również usiadł. przed i po kolacji. To było jego miejsce. – Każdemu zabiera dziesięć lat z życia. – Ale po tobie tego nie widać. . Czuł się jak myśliwy. Teraz wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. jakby chciał zaznaczyć w przestrzeni kosmicznej miejsce. Teraz obaj patrzyli na trzeci fotel. w starym fotelu. Zużywa narządy. który stał pod zegarem. Wcześniej w głębi półwyspu. czterdzieści jeden lat temu. – Nie? – zapytał gość. wśród Malajczyków. gdy dawny przyjaciel zajął miejsce w fotelu – dokładnie w tym miejscu. w tonie konwersacji. kiedy w końcu spostrzega zwierzynę w potrzasku. na fotel obciągnięty francuskim jedwabiem.

Może to te malajskie kochanki. jak pozostali. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo. Ci są legendą.. ci się bronią. Tę swoją uprzejmą pychę. Tropik obgryza z nich styl bycia wyniesiony z college’u. Francuzi. w domach o blaszanych dachach. jak trąd skórę z ludzkiego ciała. tam. Zabierają ze sobą Anglię w podręcznym bagażu. Anglicy. W trzecim roku czujesz. Jest absolutnie pewne. kiedy tam dotarłem. że przywykniesz. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. kto dłuższy czas spędził w tropiku. serce bije ci inaczej. A większość po czterech. przecież pamiętasz. w łóżku i przy stole. owszem. jakby zmienił się rytm twojego życia. Belgowie. Raptem znalazłem się wśród bagien. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. a jednak nie można się do nich przyzwyczaić. ponieważ . Holendrzy. dobre wychowanie. Nie można przyzwyczaić się do tych kobiet. Żyjesz szybciej. Są wśród nich piękności. Mają ten swój uśmiech i pewien rodzaj gładkości kryje się w ich skórze.. że umrzesz. ludzie mają przekrwione oczy. Napad szału. w środku bagien. co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. w uśmiechach. Trzeba. który nie ma bakcyla chorobotwórczego. abyś wiedział. Miałem trzydzieści dwa lata. A potem ta chwila. coś się w tobie pali. lecz jest podejrzany. Podejrzany jest każdy. – Rzadziej. kiedy usługują. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. pięciu latach bydlęcieje. – Zrazu myślisz. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach. ten szał. Wszyscy piją. na wyspie jest podejrzany. że w tajnych księgach ewidencyjnych wpisuje się uwagę: „Tropik”. niekiedy już w pierwszych miesiącach. Szanują go. że nie jesteś tym dawnym człowiekiem. obyczajach. smoking. w domu. Miesiącami obojętny. – Anglicy również? – spytał generał. Później drętwiejesz. że ten. kiedy nie wiesz. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. whisky. – Byłem jeszcze młody. że to jest choroba. pola golfowe i korty tenisowe. w ruchach. rozpoznają. Jakby powiedziano: „Syfilis”. który wkładają wieczorem. Może rośliny. zamknięcie się w sobie. po pstrągu. Tropik wytrawia z nich Cambridge i Oxford. Jednak nikt nie potrafi znaleźć jej przyczyny. kto dłuższy czas spędził w tropiku. a jednocześnie jesteś obojętny. Oczywiście nie każdy. Ale ich także zatruwa ta gorączka. Święcie wierzę. – Mówił o tropiku. Może to woda. W pierwszym roku myślisz. Albo: „Szpiegostwo”.11 – Tak to jest – powiedział Konrad. Nie miałem pieniędzy.

– Powiedz. pił whisky w singapurskich kręgach towarzyskich. – Kto tylko pije. przełykając ze znawstwem. – Ty też się jej nabawiłeś? – Każdy się nabawi. jedwabne zasłony nie są całkowicie zsunięte przed oknami. meble pochodzące z Wersalu. z orderami na piersi. W kominku z szarego marmuru palą się polana żółtym i czarno-zielonym ogniem. w sercu. co jest w środku? I kiedy drugi milczał: – Wyobrażam sobie. w której przechowuje się meble i przedmioty użytkowe. gdzie przez dziesiątki lat nikt nie zasiadł do obiadu. Porcelanowe lichtarze stoją na stole w szeregu razem z grubymi. aby to powiedzieć.. pośrodku przestrzeni pokrytej białym adamaszkiem. pokój jest pogrążony nieomal w półmroku. że przyjechałeś tutaj dzisiaj po to. na które biały człowiek w tropiku. przed Konradem Wschód: szczerzący zęby Saracen z wielbłądem i palmą. ponieważ jest podejrzany. wśród ludzi takich jak on.daremnie grał w golfa i w tenisa. pomiędzy górami i lasami. wdzięczne artystyczne wyobrażenie Północy. w którym jest także coś pociągającego. z tropiku nigdy. i daremnie od czasu do czasu pojawiał się w smokingu. męczące i kłopotliwe maniery. poprzez cienką firanę widać okolicę w księżycowym blasku. charakterystyczne przedmioty sztuki minionych epok. Ale w środku jest inny. poprawny i dobrze wychowany. w oddali . – A jednak – powiedział generał i podniósł do światła kielich napełniony białym winem. Siedzą na dwu krańcach długiego stołu. ucieka najtaniej. Można się wyleczyć z chorób tropikalnych. daremnie.. co jest w jego krwi. a szare. z odchyloną głową. Sala. Nie można stwierdzić. pomiędzy nimi. Daremnie prenumeruje czasopisma. – Gość smakował chablis. Ponieważ przetrwał to straszne i niemożliwe do przyswojenia zakażenie. jak w każdym życiowym niebezpieczeństwie. Południa. Tam namiętność kryje się w życiu tak. kto przybywa z tropiku. Ściany pokrywają francuskie wyroby z drewna. Niecałkowicie jest nim. cztery arcydzieła fabryki w Sevres. Lecz sięgające do podłogi skrzydłowe okna nie są dokładnie zamknięte. która nie widziała gości od śmierci Krystyny.. jest bardzo gładki. orchidee w kryształowym wazonie. jest czymś takim jak sala w muzeum. Kwiaty otaczają cztery porcelanowe rzeźby. to pewne. zważa równie pilnie. niebieskimi świecami kościelnymi. jak tornado za bagnem. – Rozumiem – powiedział generał. Daremnie zachowywał te dziwne. Siedzą przy długim stole. Dlatego dla wyspiarskiego Anglika podejrzany jest każdy. na próżno czytał na samym środku bagna wszystko to. aby nie dostrzeżono w nim cierpienia. Przed generałem stoi symbol Zachodu. Wszelkiego rodzaju namiętność. Prąd letniego powietrza co jakiś czas wpływa do pokoju przez szpary w oknie.. Ponieważ przeżył tropik. Wschodu i Zachodu. Świece płoną wysokimi płomieniami. jak pijak w lepszym towarzystwie: zachowuje się zbyt sztywno. co w tej części świata zostało napisane i przemyślane w ostatnich latach lub w minionych stuleciach. w nerwach? Nie jest już zwykłym Europejczykiem. w obszernej jadalni. w mundurze. Tropik to choroba. Jedynie w czterech rogach pokoju jarzą się jeszcze cztery ukryte światła. na rządowych przyjęciach.

a w jego głosie nie znać bodaj nikłego odcienia ironii. pokryte gobelinem. straż przy podstoliku. którzy dzisiejszego wieczora ubrani są na francuską modłę. odbija dźwięk strun. Mówią cicho. Co prawda. eleganckimi gestami. w drodze do Singapuru. nieco nachyla się do przodu i niemal krzyczy w kierunku pana domu siedzącego w znacznej odległości: – Przyjechałem. od czterdziestu jeden lat nie byłem na kontynencie europejskim. – Nie – mówi Konrad. w dużej sali. – A więc byłeś we Wiedniu. odbijają słowa wypowiadane półgłosem. Krystyny. ponieważ jeszcze raz chciałem zobaczyć ciebie. starym drewnem.. w burnusie. Niedługo umrę. – Bo chciałeś zobaczyć Wiedeń i ten dom? Czy też masz swoje handlowe sprawy na kontynencie? – Ja już nie mam żadnych spraw – odpowiada. złote sztućce. kryształy. który słuchając jadł i myślał. – Rozumiem – mówi generał. a jednak rozumieją każde wypowiedziane słowo: ściany pokryte ciepłym. że słychać nawet trzaskanie polan. lecz ze starczą żarłocznością. Ten zwyczaj zaprowadziła jeszcze matka generała i ilekroć jedzono w tej sali – w której każdy mebel.migocące światła małego miasteczka. – Mam siedemdziesiąt pięć lat. Siedzą tutaj odrobinę zagubieni. zgodnie czegoś strzegą. Teraz odkłada widelec na krawędź talerza. – Człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji wszędzie już tylko napotyka zmiany. ba. ponieważ byłem we Wiedniu. – Wtenczas przejeżdżałem przez Wiedeń. kieliszki i tapety. Gość patrzy na niego podejrzliwie z drugiego krańca stołu. nieporuszony. były przez obcą damę przywiezione z jej ojczyzny – wymagała. dlatego też przyjechałem i tutaj. – Po to wyruszyłeś w podróż? – pyta generał. talerz. z którego jest zrobiony instrument. Majordomus w czarnym surducie trzyma. i ten dom. daleko od siebie. który poznałeś tropik i namiętność. Dawno byłeś ostatni raz we Wiedniu? Pyta o to uprzejmie. Niegdyś było to miejsce żony generała. Dlatego wyruszyłem w podróż. słoń i człowiek o czarnej twarzy. – Dawno – odpowiada. W sali jest tak cicho. dwaj starzy mężczyźni. Jedynie we francuskich portach spędziłem kilka godzin w drodze z Singapuru do Londynu. . spodnie spinane pod kolanami i czarne fraki. – Przyjechałem tutaj. Przed brakującym nakryciem ulokowała się porcelanowa figurka uosabiająca Południe: na maleńkiej przestrzeni lew. Wtenczas. jak drewno. – A teraz co cię uderzyło we Wiedniu? – Zmiany – mówi Konrad. Czy to nie naturalne? – Nic naturalniejszego pod słońcem – odpowiada grzecznie generał. To musiało być wielkim przeżyciem dla ciebie. by lokaje ubierali się we współczesne stroje. jak ty. Pośrodku długiego stołu oświetlonego świeczkami i przystrojonego kwiatami stało – oparciem do kominka – jeszcze jedno krzesło. Je łapczywie. mimo woli milknie. Ale chciałem jeszcze raz zobaczyć Wiedeń. – mówi niepewnie i – zmieszany.. – Przed czterdziestu laty. błyskami oczu sprawdza ruchy lokajów.

Białe konie hiszpańskiej szkoły. Zrozumieli i zaakceptowali.– Powiadają – odpowiada generał grzecznie. że jestem do tego zbyt młody. – Zwłaszcza że – mówi i daje znak lokajowi. – I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze. Nie czujesz się tak? – Już się znudziłem – mówi gość. No. Do pewnego czasu myślałem nawet. – Wiesz. nie był moim człowiekiem. w kamieniach. – Tylko słyszałeś? My to przeżyliśmy – mówi surowo. – Tak – odpowiada gość. U nas niewiele jest zmian. kiedy mi powierzono korpus. tak jak ty to zrobiłeś. Rewolucja. obojętnie. Obiecałem ojcu. W Wiedniu tak żyje muzyka. szukać. Człowiek robi się sztywny. – Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. jak wywołać dźwięk kamertonu. że odsłużę mój czas do końca. Miałem pięćdziesiąt lat. z którym właśnie rozmawiam. Radykalna zmiana. Konne przejażdżki rankiem na Praterze. służba. – Słyszałem o tym. Żeby wyjechać w świat. Zawsze słyszałem jego głos. jak ów przyjaciel. aż się znudzi. wcześnie przeszedłem na emeryturę. ile wymagała służba. To było najpiękniejsze w moim życiu. poszukać czegoś albo kogoś. że nie miałem już sił na dalszą służbę. żeby porzucić służbę. generał w chybotliwy płomień świecy. wielka. a potem obserwować. – Generał patrzy w płomień świecy. Wszystko to wyraźnie sobie przypomniałem i zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć – mówi cicho. nieomal wstydliwie. który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. w spojrzeniu ludzi. Tak sprawdzałem ludzi. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak. Bo Wiedeń był nie tylko miastem. aby nalał czerwonego wina – nastał taki czas. Czułem. Dlatego zrzekłem się. – Zmianę. Nie patrzą na siebie: gość wpatruje się w kryształowy kielich napełniony żółtym napojem. A Wiedeń także był czymś takim. lecz pewnym dźwiękiem. jak oczyszczone namiętności w ludzkim sercu. wiesz. w tropiku. co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek. tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat. Mówi to bez nacisku. kto nie potrafił odpowiedzieć. że Wiedeń był dla mnie tym. ale nie byłem samotny. Niebieskie światło w sypialni Instytutu. Rozumiesz. w ich stylu. Czasami w puszczy przypominał mi się stęchły zapach bramy w domu na Hietzingu. rozglądnąć się. ponieważ miałem przyjaciela. czym w świecie jest kamerton. gdy padał deszcz. Aleje w ogrodach Schönbrunnu. Dlatego pozostałem. Była taka chwila. biała klatka schodowa z barokową rzeźbą. Zimowy Wiedeń i wiosenny. Owszem. kiedy myślałem o tym. Kiedy indziej także. – Tyle tylko. to potem żyje tak długo. co kochałem. ten. kiedy namiętności już nie bolą. oporny. . i wszystko to. – Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. Byłem biedny. – Ale w końcu jednak zostałem. – Wiedeń – mówi. – Nie podróżowałeś ostatnimi laty? – Mało. Ten.

jak kulisi rewolucję? – Wyczułem? – pyta gość. a już kulisi w najmniejszym stopniu mogli coś wiedzieć. w siedemnastym. – Dawno umarła? – W osiem lat po tym. – Żyłeś w tropiku. powrócił do kraju w zaplombowanym wagonie i w bagażu przywiózł do domu bolszewizm. Bez żadnego powodu. dosyć. Londyn dowiedział się o tym tego samego dnia. Byłem w tym czasie obywatelem angielskim. – Gdyby żyła. Gdzie może być? Tylko w grobie. jak to tam jest możliwe. Było niepojęte. Że pewien człowiek. ale zrozumiano mnie. co moi kulisi. tak. co w nich wstąpiło. w puszczy. że nazywa się Lenin. miałaby dzisiaj sześćdziesiąt jeden lat. Tak. – Znowu liczy. na bagnach. z nagimi korpusami. – Czego dowiedziałeś się na półwyspie? – pyta generał i nachyla się do przodu. nagle zmieniając temat. o którym wiedziano wówczas tylko tyle. – Tak – mówi generał. Byłaby starą kobietą. Nie było telefonu. To było niepojęte. bez gazety i radia. cztery tysiące kulisów. Ani dobrze. bez aparatów i telefonów. Byłem jednym z pierwszych na półwyspie. – Dowiedziałem się. Niczego tam nie wiedzieliśmy. o dwunastej. i powiedzieli. półgłosem. co jest dla niego ważne. Tam dopiero zrozumiałem. że nie mogę bić się przeciwko ojczyźnie. ani źle. że już nie pracują.. Potem zrozumiałem. Ani radia. – Po ośmiu latach – mówi gość i bezgłośnie porusza bezkrwistymi ustami. Na moich oczach cztery tysiące kulisów zamieniło się w żółte i brązowe diabły. w południe o dwunastej. w głębi puszczy. – Może. co przynosi wieści ze świata. Wyczułeś. pośrodku oranżerii. Nic się wokół nich nie zmieniło. – Spoczywa w ogrodzie. Tak. ani dyscyplina. sztucznymi zębami jakby coś gryzł albo liczył. pewnego dnia porzucili pracę. że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku.. – Skąd wiesz. – Kiedy zmarła Krystyna? – pyta. powiedzieli. Dłuższej przerwy w pracy. bez telefonu i radia. pośród bagien. Tak. który się dowiedział. Przyszli z gąszczu. Żyliśmy głęboko na bagnach. zaopatrzenie także. Chińczycy są najlepsi. jak chciała. Wtedy po raz drugi wróciłem do tropiku. . tak jak my jesteśmy starymi mężczyznami. od tygodni z dala od wszystkiego. Po południu wjechałem na koniu do Singapuru. że w Rosji wybuchła rewolucja. ubłoceni po pas. jak tam być powinno. Człowiek wie.– Może nie tylko słyszałem – odpowiada teraz ten drugi. wszystko było po dawnemu. położyli narzędzia. I pewnego dnia. siekiery. – Siedemnasty. od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. z chińskimi i malajskimi kulisami. – W dwudziestym ósmym roku życia. nie siedzi pomiędzy nami. – Tak. ani warunki pracy. Odebrania posiadaczom prawa stosowania dyscypliny. W południe. Domagali się różności. – Myślisz? – pyta generał. Dlatego powróciłem do tropiku. łopaty. Ale nie ma jej tutaj. W świecie szalała wojna. Oni takie rzeczy rozumieją. Pracowałem na bagnach. Lecz pewnego dnia. Chcieli podwyżki płac. – Ja to wiem – odpowiada spokojnie. jak odszedłeś.

Dość rzadka choroba. Myślałem o tym. to tajemnicze spoiwo już nie działa. Człowiek powoli staje się znachorem. dla którego warto było żyć i za który warto było umrzeć. – Myślę. jak tropik. Możesz mi wierzyć. a na takie zmiany reaguje morfologia. Zmieniają się warunki życia człowieka. Na pamiątkę owego dnia ojciec zapełnił tym winem jedno skrzydło piwnicy. prawie całe życie.. Co najwyżej może wymienić dokumenty. W tropiki albo jeszcze dalej. uprzejmie. Upłynęło tyle lat. Zostało zebrane w osiemdziesiątym szóstym. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń. – Dalej. Tak. Był niegdyś świat.. ten dom tutaj i koszary w mieście. .– Na co chorowała? – Powiedziano. kto przez cały czas łamał sobie głowę i wreszcie otrzymał wynik końcowy. Zwłaszcza ostatnia zima. kiedy złożyliśmy przysięgę. ale nie przyjechałeś. że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. – Nie – mówi zgodnie generał. zrzekli się tego. jak ktoś. na co składaliśmy przysięgę – mówi gość bardzo poważnie. – Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. Na północy. – Inni – mówi generał bez nacisku. Bardzo stare wino. – Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. Prawdopodobnie miałeś inne zajęcie – mówi takim tonem. W takich przypadkach człowiek odchodzi. Ale w tropiku zawsze jest kłopot z ciałem. odeszli. na co przysięgaliśmy. i on również podnosi kielich. – Jaka była? – Wojna? – generał patrzy na gościa natrętnym spojrzeniem krótkowidza. – Nie tak bardzo rzadka – odpowiada Konrad ze znawstwem. rozpadła się. że zmarła na anemię złośliwą. – Wszyscy umarli. że często występuje i w Europie. że nie jestem tutaj. jakby dodawał mu otuchy. gdy zmieniają się warunki życia. Nie znam się na tym. Służyłem do końca wojny. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? – Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć. W pułku. żeby powrócić i zameldować się w pułku. życie też jest pełne awantur – mówi generał i uśmiecha się. nie akcentując tych słów. co to wszystko wiązało w całość. No. lecz bardzo zdecydowanie – także myśleli o tym. – Awantur?. – Ja też nie bardzo. Ten świat umarł. – Gość zgodnie kiwa głową. – Nie ma już tego. kiedy wy biliście się. Malajowie leczą metodami znachorskimi od zawsze. – Ohydna. w Europie. – Często występuje w tropiku. – Możliwe – mówi generał. Tutaj. – To wino – mówi generał i podnosi kielich napełniony czarno-czerwonym winem – którego rocznik być może pamiętasz. Co pozostało z tego? To. Znieważono to subtelne uczucie. możliwe.. Galicja i Chopin.. – Możliwe. – Wtedy jeszcze służyłeś? – Tak. – W czas. A więc zmarła w roku tysiąc dziewięćset ósmym – mówi na koniec. dokąd? – pyta chłodno generał. czasami cierpiałem na samą myśl.

ponieważ przysięgałem właśnie na niego.A z tym nowym nie mam nic wspólnego. ty pozostałeś żołnierzem – odpowiada gość. – Dla mnie ten świat żyje. – Tak. To wszystko. nawet jeśli w rzeczywistości przestał istnieć. co mogę powiedzieć. Żyje. To wszystko. Z dala jeden od drugiego podnoszą kielichy. wzajemnie się pozdrawiając. . i w milczeniu piją czerwone wino. co mogę powiedzieć.

Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. jak sny. ponieważ wiedzieli. Wielu tak to odczuwało. To. – Tak. ja także. – Tak – mówi generał. co ważne. Zrozumiałem to później. To. zlepiają surowiec . Siedziała tutaj. Trochę byłeś dziwakiem. – Wszystko pamiętam. Patrzy przed siebie spod wpółściągniętych brwi.. – Przed tobą stał Wschód. że jeszcze powrócisz. musiałeś wiele przejść. dla nas było przeznaczeniem. – Świat to jest nic. Mniej więcej wiążą całość.12 – Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie. jakby to. Krystyna jeszcze żyła. – Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?. Krystyna też. Nie rozumieli twojego odejścia. dwudziestu latach okazuje się. Wiedzieli. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie. człowiek je wyrzuca z pamięci. co najważniejsze. że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. pośrodku. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma. co istotne. – Nie – mówi. – Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. szczegóły są niekiedy bardzo ważne. albo ten pokój. lecz pogodzili się z nim. Lecz wierzyliśmy. Kilku w pułku. A przede mną Zachód. Tego. – Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość. – Tak. co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy. – Wiedeń i tamten dom – powtarza gość automatycznie. że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki. a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy. ponieważ rozumieli. Po dziesięciu. Żyłeś w świecie. że wszystko znosisz trudniej niż my.. mrużąc oczy. kiedy się już zestarzałem. przed Krystyną Południe. Wszyscy czekali na ciebie. co dla ciebie było kostiumem. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację. przyznaję. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to. że miałeś swój powód. Wybaczyli ci. – Pamiętasz takie szczegóły? – pyta gość zdziwionym głosem. nigdy nie zapomnisz. Albo napiszesz. Nie dziwiliśmy się. jeśli ich pamiętasz. dla nas było powołaniem. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. nie gniewaj się. krępujące już sobie powiedzieli. Wtedy człowiek prędko zapomina. było nas troje. prawdziwi żołnierze. że pewnego dnia powrócisz. kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium.

ponieważ to spojrzenie jest tak silne. najmniej one same. – Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”? Jedzą steki uważnie i z potężnym apetytem. Zrazu tego nie zauważasz. Bębni w blaszany dach domu jak karabin maszynowy. deszcz jest ciepły. ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki. Potrafią tak godzinami siedzieć bez ruchu i patrzeć. usiądzie na progu domu i patrzy. jak starsi plemienia w czasie święta: poważnie i z determinacją. odrobinę mlaskając. Chcesz grać na fortepianie. dla których jedzenie jest już nie tylko przyjmowaniem pokarmu. jest kleiste. Mają wielkie brązowe oczy. które są tak potrzebne. siedzi bez ruchu w kącie pokoju i patrzy. zabójcę. Po czym przychodzi susza. w ciemnym winie. czujesz to spojrzenie. a siła jest także w jedzeniu. Bagno paruje. z żarłocznym zapamiętaniem starych ludzi. Potem się zmęczysz. Wszystko się lepi. Silne jak dotyk. nakazujesz. Kobieta. kiedy człowiek nie dba już o to. chleb. Aby działać. Jedzą. spokojnymi oczami i dokądkolwiek idziesz. . gdy gromadzi w sobie siły. tytoń w blaszanej puszce. jakby ktoś ścigał cię złym promieniem. trzeba mieć siłę. ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. Można zwariować. jak tybetańskie psy. w którymś z pokojów. kiedy padał deszcz. Pośrodku półmiska płoną lody czekoladowe niebiesko-żółtym ogniem winnego spirytusu. Patrzą tymi błyszczącymi. że najsilniejszy człowiek także by się zmęczył. Zmysł powonienia dwu starych ekspertów rozpoznaje bladożółty nektar zawarty w butelce wielkości dziecka. Jakbyś trzymał u siebie zwierzę. aby wyszła z pokoju. by każde włókno mięsa gruntownie pogryźć. nie dosłownie. lecz nikt o tym nie mówi. Czasami ktoś przybywa. ważniejsze jest. bielizna.pamięci. najbardziej podstępne zwierzęta na kuli ziemskiej. Usługujący przy wieczerzy nalewają szampana do kielichów gościa i pana domu. jak człowiek. Jedzą z dystyngowaną gracją i zarazem tak. Chcesz czytać. te milczące bestie. Pada deszcz. jakby zaczynał mówić o czymś innym. Ciągle rodzą dzieci. Malajowie śpiewają. lecz działaniem odwiecznym i uroczystym. palisz słodkawy tytoń. Majordomus w rogu pokoju zatroskanym spojrzeniem śledzi ruchy lokaja. A potem stajesz się nerwowy. i patrzy. niewiele mówi. w krwistym mięsie. Ale i to nie pomoże: wiesz. czarodzieja i głupka w jednej osobie. Czasami myślałem o tym w tropiku. z owym nabożnym i namaszczonym oddaniem. Człowiek prędko się starzeje. pijesz wódkę. wyssać z mięsnego materiału żywotne siły. także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. Gdy ją odprawisz. a jednak rzeczywiście. że przecież siedzi gdzie indziej. Siedzisz w domu. książki. aby jeść pięknie. Wszystko jest wilgotne. ponieważ słuchasz deszczu. nie umiesz uchwycić znaczenia liter. Siedzisz w swoim pokoju. Ten deszcz – mówi. – Całymi miesiącami. Jedzą i gryzą bardzo uważnie. w czterech ścianach. bardzo dużo wódki. który ręką w białej rękawiczce balansuje wielkim półmiskiem. ta parująca jasność. Jakby stale ktoś cię głaskał. kapłankę. którą wziąłeś do domu. pościel. Ale potem i to ci zobojętnieje. Wtedy trzeba decyzję odwołać.

Gość. jak ktoś. kiedy zrywa się burza. Spał na piętrze. Dużo jedli i pili. Czy nie grałeś tego później. że całe miasto jest pogrążone w ciemnościach. – W czasach mojego dziadka – mówi generał i przygląda się winu – przed każdym gościem stała pinta stołowego wina. – Kawę – mówi generał – wypijmy może tam. świeci się tylko ogień w kominku i dwie samotne świece. – Tutaj siedziała – mówi generał jakby od niechcenia i błyskiem oka pokazuje miejsce króla pośrodku stołu. Niebo na chwilę się rozjaśnia. Lokaje wnoszą cieplarniane owoce. Jedzą winogrona i niespliki. w tropiku? – pyta jeszcze raz. trawi. Siedzą bez słowa w ciemnościach. To był przydział gościa. niemal dziecinnie. kto wspomina. Ciężkie. Wiesz przecież. by podano jeszcze czerwone wino. jak na wielkim statku. na stole. niczym złoty miecz ciało ofiary. – W tropiku nigdy nie grałem Chopina. Dlatego dobrze. Dziadek opowiadał. wieloramienny lichtarz. przygląda się tym zabiegom. Gość zastanawia się. Siedział tutaj. Daje znak. zgasił kilka spłoszonych płomieni świec. macając w ciemnościach. zamyka skrzydłowe okna przy pomocy dwu lokajów. szare jedwabne zasłony u wpółotwartych dwuskrzydłowych okien podnosi ruch powietrza w letni wieczór. W tropiku człowiek jest wrażliwszy. Wicher już wdarł się do pokoju. po lewej pleban. Osobna butelka dla każdego gościa. . zajmując główne miejsce przy stole. Krew cieplej płynie w zwapniałych żyłach. – Tak – mówi Konrad i siedzi poczerwieniały. Pokój jest przegrzany. ile tylko chciał. zelżało pomiędzy nimi napięcie i podniosły nastrój pierwszej półgodziny. gdy jedli i pili. Taka była hierarchia napojów u króla. że przed gośćmi króla również stało wino stołowe w kryształowym szkle. dlatego teraz są czerwoni. mrużąc oczy. i tyle mógł wypić. Po czym lokaje wnoszą nowy. niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres. – Przecież grałeś z moją matką „Poloneza-fantazję”. Wezbrały im żyły na czołach i skroniach. A teraz już widać. Po kolacji tańczył z moją matką – mówi cicho. – Popatrz. – Po jego prawej ręce siedziała moja matka. szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu. że jeszcze raz powróciłeś – mówi bardzo poważnie. Dlatego nazywało się stołowe. starczo. bo stało przed nim. co najważniejsze. jakby wreszcie przypomniał sobie to. jak wiele porusza we mnie ta muzyka. półtora litra. już z nikim innym nie mogę o tym mówić. Oficjalne wina nalewano oddzielnie. ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył. Majordomus spieszy do okien i. nagle robi się ciemno. Piorun uszkodził elektrownię miejską. W tym momencie silny poryw wiatru rozrywa okna. – Wtedy jeszcze wszystko miało swoją hierarchię – dodaje obojętnie. Stołowego. Teraz.Generał kosztuje i odsuwa kieliszek z szampanem. które nie zgasły. – Nie – mówi. w tym pokoju. w pokoju żółtym. Pinta.

jak ktoś. kto w ogóle nie zauważa pioruna i ciemności. płonącymi świecami. którego kompletne umeblowanie stanowi długi fortepian z otwartym wiekiem i trzy fotele wokół pękatego. pudełko cygar. przez okno przesłonięte białą firaną patrzą na ciemną okolicę. wódkę oraz na skraju pieca srebrny lichtarz naszpikowany kościelnymi świecami. Siedzą w milczeniu. ciepłego porcelanowego pieca. a ponad ich głowami kołysze się światło świec. Lokaj świeci przed nimi wysoko uniesionymi. grubości dziecięcej ręki. odrobinę kołysząc się i ociągając. z jadalni przez zimne salony. Lokaj stawia na stoliku. Pozostali sami. w zasięgu ich rąk. do pokoju. Tutaj siadają. Bez słowa przechodzą w widmowym oświetleniu. . grzeją się. Od pieca równomiernie promieniuje ciepło polan. jak ich cienie na ścianie. kawę. Teraz obaj zapalają cygara.– Tam – powtarza generał. Zamknięto za nimi drzwi.

świeckiej reguły. kiedy to wszystko. raz jeszcze będzie mógł . może życie zderzy go z tysiącem przeszkód. w gruncie rzeczy. A jednak powróciłeś. pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. i rozbije się. Może wpadnie na mur. wedle jakiejś pogańskiej. co dotychczas stanowiło jego treść.. tytuł i pozycję. lecz zakonnikowi jest łatwiej.. i co wywoływało w nim napięcie. A człowiek.. ponieważ powróciłeś. abyś żył. – Rok. Żyje jak zakonnicy. jest szczególna siła. kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. prawda?. Obaj wiedzieliśmy.. z bronią w ręku albo bez broni. jak ta. aż pewnego dnia dostaje amoku. szuka zwady i wszędzie ją znajduje. kupuje kobiety. Nie pożyjemy długo. którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego. aby o tym myśleć. Spala tkankę życia jak wredne promieniowanie. w świecie. co zmusiło go do samotności. Samotność. ale jednocześnie daje temu życiu napięcie i temperaturę. jak puszcza. jak twoi Malajowie. i wtedy nastąpi koniec. bo nie mogłeś postąpić inaczej. Znam wszystkie jej odmiany. wściekłego psa. Czterdzieści jeden lat – to kawał czasu. Co robi? Żyje. Rzuca się w wir świata. wszystko wokół niego eksploduje. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego. Tylko czeka. z tym swoim drętwym spojrzeniem. żyje. Sam dobrze o tym wiesz. a może i to nie. dwa. pod Londynem. czasami tak. kiedy ty byłeś w tropiku. to jeszcze nie jest najgorsze. Dopóki człowiek ma swoją sprawę na ziemi. jakiś człowiek. która kryje się między tobą i mną. czeka. gdy ktoś zdławi w sobie tę furię.. Dobrze to przemyślałeś. jaką samotność rozpaliła w jego duszy. Naszego życia i tego wszystkiego.. Na ten dzień albo na tę godzinę. nie ma wiary. Zmusza cię. Jedzie do wielkich miast.. potem w swoim domu. I powiadam ci. Ma pałac. Ponieważ w takich tajemnicach. jest dosyć osobliwa. żyje w surowym rygorze. czego doświadczałem sam wśród lasów.. Dość miałeś czasu. jak dżungla – powtarza uparcie. jakby wypowiadał jeden z końcowych wniosków milczącej polemiki. a to jest może i bardziej niebezpieczne. który duszę i los oddał samotności. wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. Gorzej. najpierw w tropiku. – Ktoś. Opowiem ci. Nudę..13 – Nie pożyjemy długo – z nagła mówi generał. Nie biegnie donikąd. ponieważ ma wiarę.. Samotność jest tak samo tajemnicza. że spotkamy się jeszcze raz. Nikogo nie pobije. nie burzy porządku. Po której następują gwałtowne wybuchy.

albo. Ty także tak myślisz? – pyta uprzejmie. wczoraj lub przed dwudziestu laty. – Wyjechałem i miałem do tego prawo. jak wszystko w życiu. że ty również tak myślisz – mówi generał. do którego warto się przygotować kompletnie. Nie przyspieszałem tej chwili. Powiadają. który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. – To oczekiwanie trzyma przy życiu. i w jakim żyłem. burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić. – Cieszę się. Masz rację. Natomiast ważne jest to. jakby przygotowywał się do pojedynku. w jakim się urodziłem. Ale. radia także nie mam. aby samotność. Widzę twarze i słyszę głosy. Człowiek lepiej i dokładniej pamięta to. ponieważ byłeś moim przyjacielem. kiedy w ogrodzie Instytutu przedstawiam cię mojemu ojcu. że nie mogłem postąpić inaczej. Naturalnie. W moim domu nie ma telefonu. Owszem. Bo chciałem cię odszukać. w tym. dobrze wiesz o tym. że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. że pewnego dnia powrócisz. pomiędzy Malajami. Z pewnością wiedziałeś i czułeś. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. Wszystko to jest mi obojętne. wiele myślę o dzieciństwie. bez szabli. zna. którzy go do tego doprowadzili. aby cię odszukać. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek. od czterdziestu jeden lat. aby. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się. Jeżeli dobrze liczę. nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. I to jest najbardziej niebezpieczne. to można było na tym . przez czterdzieści jeden lat. – Właśnie o to chodzi. w biurze rządcy. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat. to był mój problem. albo na dnie piekła. – Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta Konrad. gdy już jestem stary. aby trans czasu. Z trudem uznawał kogoś za przyjaciela. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach. wyjechałem nagle. jak na przedmiot. że miałem również powód. co było na początku. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia. Wolałem czekać. ma ono swoje ograniczenie w czasie. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila. w twoim domu pod Londynem albo w tropiku. odebrać wolność i życie. nie od wczoraj. w których mieszkam. skoro już tak powiedział. On wtedy uznał cię za przyjaciela. żeby już być całkiem dokładnym. nikomu nie być dłużnym. Patrzy na gościa przenikliwym spojrzeniem. jeżeli padnie. nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. To nad tym się głowię. I patrzy na popiół swojego cygara. I kiedy gość milczy: – Teraz. ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi. wszelki brud i głupi zgiełk. na dole. Widzę tę chwilę. i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. że ja nie targuję się ze światem. Możliwe. – Dokładnie tak – mówi gość. prawdopodobnie sam wybrałbym się w drogę. że to zwykły bieg rzeczy. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku. Gdybym nie wiedział. tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. że żyjesz. tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy.przedyskutować z tymi (albo z tym). I co dnia ćwiczy. Wydaje się. jest tam. – Nie mogłeś postąpić inaczej? – pyta generał i podnosi głowę. kiedy kres jest bliski. bez pożegnania. Ta chwila nadeszła.

jak wszystko inne. że mój ojciec uznał cię za przyjaciela. Myślę. Dwóch starych przyjaciół. stamtąd rano udasz się w podróż powrotną. – Wysłucham cię – mówi gość. Wybacz. ono mu nawet przeszkadza. w biedzie. niemal ciepło. mimochodem. Postaram się mówić składnie. komu podaje rękę. Może w głębi wszystkich ludzkich związków jest jakiś maleńki Eros? Tutaj. może na niego liczyć w każdym kłopocie. do domu. ponieważ mają podobny gust. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. i ojciec uścisnął ci rękę. Ale jeśli już. którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. – Dobrze byłoby wiedzieć – mówi. być może. jeśli sobie życzysz. że jest to najsilniejszy związek w życiu. – Dziękuję – odpowiada nieco żywiej. Prawda. albowiem działa podniecająco. to bez reszty. Ale teraz. powóz czeka. możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie. u początku długiego podjazdu. Ale. to samo ich bawi. – „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie. może dlatego taki rzadki.. Wobec tego będę mówił. Dobrze o tym wiedziałeś. Przyjaźń to naturalnie coś innego. Staliśmy pod kasztanami. co było ważne w życiu. jaką sprawia sobie nawzajem dwoje ludzi. Ale to nie jest przyjaźń. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. w każdej chwili. czasami. co teraz mówię. – Nie jest mi niemiłe – odpowiada tak samo Konrad. Zacząłem od tego... jałowe słowo. wspomina wiele różnych rzeczy. że dla mnie znaczyło. – Mów. jakby polemizował sam ze sobą – czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości. jak to słowo. do samej śmierci..polegać do śmierci. wśród lasów. albo w tropiki. – Powóz czeka. za słabe. A jednak Eros. skoro już tutaj jesteś. w pobliżu Londynu. w każdym niepowodzeniu i nagłym zwrocie fortuny. aby dwóch ludzi w krytycznej życiowej sytuacji mogło wesprzeć się wzajemnie z samej tylko sympatii. co honor. Nie niepokój się. znałeś go przecie. – Dzisiaj piszą o . pod kasztanami. Właśnie tak uścisnął ci rękę. myślałem o tym. jeszcze więcej.. To była ostatnia chwila dzieciństwa. jeśli to. Na dnie każdej miłości. w samotności. każdego ludzkiego związku żyje Eros. A gdy gość przecząco kręci głową: – Jak sobie życzysz – mówi. Słuchasz mnie? Dziękuję. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała.. będziemy mówić tylko o prawdzie. Co tkwi u jego podstaw? Sympatia? Puste. Wiesz dobrze. Sądzę. dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. Może więc coś innego?. że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. dobrze wiedziałeś. Powrócisz do miasta. Czasami nocą wyraźnie widzę tę chwilę. nie mając nic do roboty. Wiesz. kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia. Ale najpierw wysłuchaj mnie. że ten. jest dla ciebie niemiłe – mówi cicho. możesz wrócić do miasta. co to dla niego znaczyło. jeśli zechcesz stąd wyjść. I muszę ci powiedzieć. Niekiedy myślę zgoła.. że nic nie było dla niego równie ważne. niż problem ludzi o chorobliwej skłonności. że rzadko podawał rękę. ponieważ w pewnym okresie życia jednakowo myślą o pewnych problemach. na dziedzińcu Instytutu. dokąd zechcesz.. Czy pamiętasz tę chwilę?. kiedy słońce już nad nimi zapada. ponieważ się spotkali. – Moglibyśmy mówić i o czymś innym. Dla mojego ojca to słowo „przyjaźń” znaczyło dokładnie tyle samo.

. w naszym zacofanym świecie. przyjacielem? Widzisz więc. które wpadły w tarapaty. żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju. bardziej postępowa. co człowiek może dać człowiekowi: ślepym. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna. jakby było przyjaźnią. żarliwym zaufaniem. bezwarunkowym. kiedy zostałem sam. Wreszcie.tym o wiele swobodniej. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca. zna jej błędy.. wielokrotnie. Ale Platona także czytałem. nie pamiętam jego nazwiska. nie uważa za istotę nierealną. sam widziałem. czy warto żyć. że znają go zwierzęta. a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. Przyjaźń – tak ja uważam – ty. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. Nie chce kompensaty. bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. aczkolwiek najczęściej tego żałują. To byłby ideał. ponieważ nie jest prawdziwym przyjacielem. jakimi zajmowałem się kwestiami teoretycznymi. Wszystko to. byśmy tak samo darzyli przyjaźnią niewiernego. co więcej. w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty. wytrwałość? Cóż warta jest wszelka miłość. Samotność. jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. wierność. żądać odwetu? A jeśli się obraził i pragnął zemsty. ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość. że ten drugi jest niewierny i nikczemny. Sympatie. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak. podobnie jak zakochany. nie jest prawdziwe. Ani księgi dawne. które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału? A kiedy przyjaciel zawodzi. oczywiście. która niczego. ale zawsze. ale to niczego nie chce i nie oczekuje od drugiego? I im więcej daje. W książkach również jej nie znalazłem. jego słabość? Cóż warta jest taka przyjaźń. od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. bezinteresowność. Przyjaciel. która żąda nagrody? Czyż nie jest naszym obowiązkiem. oszukany i porzucony. Są lwy i cietrzewiesamce. prace myślicieli . możnaż go oskarżać. gotowość przyjścia z pomocą. w której kochamy w innym cnoty. z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady. Swoją drogą. Ciekawe. który dużo jeździłeś po świecie. nie dostarczyła żadnej odpowiedzi. tym mniej spodziewa się w zamian? A kiedy oddaje całą ufność młodości i całą ofiarność wieku męskiego. jego charakter. byłże on. że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. ale do czasu skłonni są wierzyć. czyż ma prawo obrazić się. kogo obdarzył przyjaźnią. a potem musi na własne oczy zobaczyć. bardziej nowoczesna niż u nas. naturalnie. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną. skłonne dopomóc słabszym. niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody. jak wiernego i ofiarnego? Czyż prawdziwą treścią każdego ludzkiego związku nie jest bezinteresowność. Pisał o tym pewien rosyjski książę. i kiedy wreszcie obdarza kogoś czymś największym. Tego.

nie jest całkowicie szczery. ani też współczesnych. że człowiek daremnie szuka prawdziwej natury ludzkich związków. Lecz po drżeniu jego głosu znać. Dwaj zgrzybiali starcy patrzą na siebie w niespokojnym blasku świecy. jak się godziło. niż prawdę. – Czy jesteś całkowicie pewien – pyta gość – że ów przyjaciel był wiarołomny? Teraz długo milczą. że gniew. – Ale. a w środku pozostać czystym. – To mocne słowo. Mijał czas i życie zmierzchało wokół mnie. Ale czy ktoś gdzieś opowiedział. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa. nawet wtedy. Wtedy i wtedy. nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku. którzy są otwarci. W końcu nie byłem nikomu nic winny. co prawnicy nazywają motywem. – Dlatego jesteś tutaj. dawne. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. zrobiło się gęsto od wspomnień. że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to. Fakty mówią. wiedzą to i głoszą. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. gdy zdarzenia pokazały. może zabić. Dlatego też nie mamy prawa żądać bezwzględnej prawdy i wierności od tego. Tak i tak. nikomu nie obiecałem niczego takiego. mocne słowo – mówi poważnie. spojrzysz z pewnego dystansu. splata ręce gestem spokojnym i zdecydowanym. Ucieczka. co uczynił. Możesz mi wierzyć. Jedynie prawda może dać odpowiedź. popełnić podłość. Właśnie o tym mówimy. które studiowałem. Jej powodu – nie. gdy pewnego dnia zacząłem szukać we własnej duszy i w książkach. oparte na religii systemy prawne. Wszystko jest zamiarem. – Nie jestem całkowicie pewien – mówi generał. W każdej książce była jedynie odrobina prawdy. Nie pozostawiłem za sobą brudnych długów. Mówi tak: – Bo istnieje prawda konkretna. nieomal nikną w półmroku. który w tej chwili przydaje temu głosowi barwy nieco ciemniejszej. – Powiadasz: ucieczka – mówi Konrad. a jednak wypowiadają raczej słowa. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. którego uznaliśmy za naszego przyjaciela. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. Zdarzyło się to i to. Człowiek nie grzeszy tym.chińskich. niepozorni. Odchyla się w fotelu. co się stało. jak skazańcy na torturach. jak zwykły mówić. Nagromadziło się wiele książek. czego bym nie dotrzymał. gdy na to. a każde wspomnienie mówiło mi. odrobinę obruszony. – Możliwe. ale zamiarem. coś najgorszego. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. że trudno znaleźć . który doprowadził do tego czy tamtego. Nietrudno się o tym dowiedzieć. opisał prawdę? O tym także wiele myślałem. będziesz musiał przyznać. pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej. ba. Wielkie. ponieważ musiałby znać to. Zrzekłem się mojej szarży. żydowskich i łacińskich. iż ów przyjaciel był wiarołomny. Zawsze jest tylko następstwem. a jakakolwiek wiedza nie uczyni go mądrzejszym. co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać. że to słowo jest mocne – mówi generał i potakująco kiwa głową.

. dłonią przysłania oczy. Bowiem jakieś prawo biologiczne nakazuje. Pozostałem sam w pokoju. Odjechałeś jak jakiś defraudant. Wspólny organizm ma dwa ciała. rozumiesz. młodość. Osobliwa identyczność skłonności. Udałem się do twojego mieszkania. o tej samej godzinie. Wieczorem byłem w twoim mieszkaniu. Dowiedziałem się o zmierzchu. jedzą co innego. pamiętam nawet dzień. I tylko jednego nie umiałem wytłumaczyć: tego. na przykład wylew żółci albo zapalenie wyrostka robaczkowego. dokładnie dwadzieścia dwa lata. a potem najlepsze lata wieku męskiego. że zostawiasz za sobą dług.. Obejrzałem wszystko dokładnie. gdy jeden żyje w Londynie. Tak. w pałacu. mógł uciec. Niezbyt często. wybacz mi tę nietaktowną ciekawość. Kochają i nienawidzą tę samą osobę. mimo iż jeszcze przed paroma godzinami byłeś z nami. w dorosłym wieku także wiedzą o sobie wszystko. czterdziestu lat. Próbowałem znaleźć usprawiedliwienie. dzieciństwo. inaczej żyją. Niekiedy dopuszczałem myśl. Tego nie rozumiałem. Jest tak w przyrodzie. w którym żyłeś... to znów miałem nadzieję. zapadają na tę samą chorobę. nawet gdyby szło o niedochowanie wierności ideałom świata. A jednak. tak. oddzieleni tysiącami kilometrów.słowo łagodniejsze i delikatniejsze. że nikomu nie byłeś nic winny. w mieście. przy jednakowych szansach na wyzdrowienie lub śmierć. jak się to ludziom na ogół zdaje. naturalnie. jakby patrzył w przeszłość.. Miałem taką nadzieję. w takim wzajemnym zaufaniu i braterskiej zażyłości. Ale jakoś nie dowierzałem rzeczywistości. nie rozmawiają ze sobą. że nie byłeś dłużny krawcowi ani lichwiarzom w mieście. kiedy owego lipcowego dnia – popatrz. jak było w łonie matki. – Ordynans. mieszkają. to była środa – porzuciłeś miasto. by chorowali na to samo. z Krystyną i ze mną. – Umilkł. wśród szczególnych okoliczności. by człowiek. Odchyla się w fotelu. w wieku trzydziestu. Naturalnie. które kaprys natury związał na śmierć i życie. że może przyjaźń jest to taka więź. w którym żyłeś. kultury. Poprosiłem go. w pobliżu nas. nie wierzyłem. w pewnej chwili. z którym spędziłem kawał mojego życia. w innych warunkach. które z dala od siebie. Na to nie było usprawiedliwienia. że oszalałeś albo że cię ścigają – może grałeś w karty bądź dopuściłeś się jakiejś niegodziwości względem pułku.. a może jest chory. O tym także możemy dziś pomówić. co uczyniłeś. względem sztandaru lub naraziłeś na szwank swoje słowo i swój honor. . Spokojnym. Bliźnięta. w moich oczach wszystko to wydawało się mniejszym grzechem niż to. ponieważ słyszałem. Nie piszą do siebie. a czasami i nocnych godzin. że uchybiłeś mnie. owe dziwne istoty. To prawda i nieprawda. że wyjechałeś. jeśli zechcesz. smaku. w ostatnich latach. myślałem. jak wychodzący ukradkiem złodziej. jak owa nieodwracalna współzależność bliźniaków. gdzie przyjął mnie już tylko twój ordynans. ale może i nie tak rzadko. A jednak. by zachorowali jednocześnie. Mnie również nie byłeś winien pieniędzy. nawet wtedy. nie dziw się. w ciągu lat spędziliśmy wiele dni. jaką znają jedynie bliźnięta. kiedy służyłeś tutaj. aby zostawił mnie samego w pokoju. zastosował się do mojego rozkazu. Powiadasz. nie musiałeś dotrzymywać żadnej obietnicy. sympatii. w obcym kraju. Dla tego wszystkiego znalazłbym usprawiedliwienie i wytłumaczenie. sprawozdawczym tonem mówi dalej. wiedziałeś. a drugi gdzieś daleko. nie mógł wszak inaczej.

Nie było wielkie. Może uważałeś. Los takich ludzi spełnia się równolegle. lecz szerokie francuskie łoże. myślałem. Duży pokój na parterze. widzę. Ja urodziłem się w nim. że wstydzisz się przede mną.. Byłem tam wtedy pierwszy i ostatni raz. kiedy stałem w twoim pokoju. lecz twoja pycha nie miała granic. Czasami wydaje mi się. bardzo daleko. że być może nie sposób wybaczyć bogactwa. ponieważ bez tajemniczego. Wynająłeś ten dom na trzy lata przed twoją ucieczką – przepraszam. Tapczan był wielki. może krępowało cię to niewyszukane umeblowanie. oświetlenie pokoju. To mieszkanie.dwóch ludzi w jedno i to samo łączy fatum. że bardzo wiele. Bo ty byłeś bardzo.. kiedy życie mijało. – Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. widzę meble. iż między nami dwoma jest różnica. był tak przytłaczający. nie wybaczają – mówi z dziwnym zadowoleniem w głosie. stałem pośrodku twojego pokoju. wizerunki koni na ścianie. I zawsze grymaśnie uważałeś na to.. I daremnie jeden ucieka przed drugim. człowiekiem bogatym. I na próżno jeden czyni cokolwiek przeciwko drugiemu. przemilcza albo zapisuje. a przecież niekiedy także czułem. – Jedno.. ponieważ wiedzą o sobie wszystko. Majątek. Szczerze mówiąc. wierzę. dla dwojga. dobrze o tym wiesz. że nie sposób tego wybaczyć. Dobrze pamiętam?. No więc pewnego dnia znalazłem się w twoim domu. Myślałem o tym. Obserwuje dym. tapczan. z roztargnieniem. Później. skoro zacząłeś. – Okno wychodziło na ogród. dom i ogród. do którego sam kupowałeś meble. idealny dla namiętnego palacza. Właściwie to nie był tapczan. w dniu twojej ucieczki. Dodawałeś nawiasem. może nawet wszystko zależy od słów. Tak. na przykład w tropiki. że te meble są biedniutkie. Widzę tę chwilę wyraźnie. – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do tamtego mieszkania. które człowiek w swoim czasie wypowiada.. wykonany specjalnie dla ciebie. myślałem. który wynająłeś i umeblowałeś.. Mów dalej. Nigdy nie chciałeś. w opuszczonej dzielnicy.. abym cię odwiedził. było prawdziwym dziełem sztuki. To głupia hipoteza. co nas dzieliło w latach naszej młodości – to były pieniądze. którego ty byłeś stałym gościem. nie mogłem cię odwiedzić. głosem pełnym zaciekawienia. a ja. że jestem bogaty. szczególnie wytworni biedacy. daremnie jeden odchodzi daleko od drugiego. by w sprawach finansowych dawać odczuć. Byłeś hardym człowiekiem i nie umiałeś mi wybaczyć. bardzo hardym człowiekiem – powiedział zdecydowanie. tego mieszkania. że tak jest – teraz już mówi stanowczo. Dziwiłem się i nie wierzyłem własnym oczom. nie pisanego zezwolenia drugiego nie potrafi wyzwolić się z tej wspólnoty. że wynajmujesz dom na skraju miasta. wielki wschodni dywan. i nigdy mi go nie pokazałeś. Biedacy.. – Dlatego pomyślałem sobie. że być może z tej racji ukrywałeś przede mną swoje mieszkanie. zdawało się. – Tak myślisz? – pyta nabożnie generał. co istotne. – Nie przerywaj – mówi gość. Pamiętam nawet fotel pokryty skórą koloru bordo. – Nic nie zależy od słów. dwa mniejsze na . ponieważ w naszej okolicy takich nie sprzedawano.. jeszcze teraz czuję ciężki zapach angielskiego tytoniu. że niechętnie słuchasz tego słowa. bowiem wspólny jest ich los. teraz widzę to jasno. nieproszony. I daremnie jeden z nich wybiera sobie nowego przyjaciela lub kochankę..

że w tajemnicy budowałeś to arcydzieło. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci.. stare brązy i srebra. jak ktoś. wszystko gruntownie obejrzałem. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. rzadkie tkaniny. które świat zadaje mu z takim uporem. A człowiek odpowiada. przed czym lub przed kim stchórzyłeś?. Nie. gdzie żyłeś dla siebie i dla swojej sztuki. że żyłeś wśród nas. a zresztą teraz. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania. Co naprawdę wiedziałeś?. ale ogród. Takie są te pytania. Czego naprawdę chciałeś?. obojętnie. I w tym momencie weszła Krystyna. – Wszystko zrozumiałem. Ty zrzuciłeś mundur.. tak jak umie. Nie liczy się. Zrozumiałem również.. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?. jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. tak ty znosiłeś tutaj wszystko. ja także odpowiedziałem. że naprawdę jesteś artystą. co piękne i szlachetne: firany i dywany. I jak żebrak skradzione rzeczy. patrzyłem na orchidee – mówi dalej.. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć. czego sens pojąłem później. pomiędzy ludźmi innego rodzaju. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką. Człowiek rzadko wie. Ważne jest to. Przeszedłem przez pokoje. Zrozumiałem. dopóki wymagała tego służba. . swoje mieszkanie. meble. pomiędzy rzadkimi meblami owego porzuconego domu.. czymś takim.. ale to nie jest takie ważne. mówi tak sucho.. kto nie znosi sprzeciwu.. a przecież nie wszedłeś między nas. Czemu byłeś wierny i niewierny?. Zrozumiałem. w którym stały trzy orchidee.piętrze. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. zdarzyło się coś. dopóki żądał tego ode mnie świat. tak. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze. szczerze albo kłamliwie. że w owym czasie zmarła twoja matka. jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu. ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność. – To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. Do czego byłeś odważny. że u kresu odpowiada całym swoim życiem. którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. z kryształowym wazonem. tylko prawdziwy artysta potrafi tak urządzić swój dom. co tam mówi po drodze. odpowiedziałeś swoim życiem. – Stałem przed fortepianem. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy. jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania.. bo poprzedniego dnia.. Wtedy zrozumiałem. i trzy pokoje.. A ja zachowałem go do ostatniej chwili. kryształy i meble.. to już się wyjaśniło. jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas. ponieważ odczuwałeś go jako przebranie. u kresu wszystkiego. przykryty starym brokatem. Zakłada ręce na piersiach. pokoje. wszystko było takie. w jakiej żyłeś pomiędzy nami. faktami swojego życia odpowiada na pytania. To było jedno pytanie. nie szczędząc sił.. Wiem. że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek. i to już było pożegnanie. a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. Odszedłeś bez pożegnania. na polowaniu.. jakby relacjonował na policji okoliczności wypadku. i że kiedyś ten dom będzie twój. ukrywając przed światem ten swój osobliwy dom. z uporem. gdy wszystko już przeminęło. Bo jesteś artystą i może nawet mógłbyś był coś stworzyć – mówi.

aby coś obronić. ty również. Człowiek zabija. jak to drzewo za oknem. kiedy wszystko się wyjaśnia. prawdziwe polowanie było czymś innym. ponieważ taki wieczór nie ma dalszego ciągu i być może. Od tamtego czasu chodzą tu strzelcy. jak ktoś. A jednak wiedziałem. dawno temu. goście... w twojej duszy wydelikatniały te niecne. kto w myślach przeżywa każdy szczegół wspomnienia. Ta namiętność – to żądza zabijania. To są najznakomitsi ludzie. Ma swój czas.. że nigdy nie zabiłeś żywej istoty? To nie jest takie pewne – mówi surowo i bezstronnie.. iż w każdym razie nie nadejdzie taki wieczór. która niezależnie od pozycji.. jak pewnego razu. Ja wtedy w moim lesie polowałem ostatni raz. zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi. na swój sposób. Czy jeszcze żyje? Owszem. że szykujesz się do ucieczki?. nie wiem. Polowałeś ze wzgardą na twarzy. nie nastąpi po nim zbyt wiele wieczorów i dni. Ona wiedziała. może i dzisiaj żyją.. pańskim. każdy. na polowaniu? Czy coś cię nie zdradziło?. I wsłuchuje się w siebie. Tak. kiedy wszystko dojrzało. i ja. rozumiem to tak.. który musi przeżyć. ponieważ nigdy nie byłeś myśliwym.. zabija. Polowanie. aby coś pomścić.. Ty tego nie zrozumiesz. Jesteśmy ludźmi. jak laseczkę.. Podróżowaliśmy wśród Arabów. kiedy odszedłeś stąd na zawsze? Jakaż to wieść kazała mi niezwłocznie wsiąść do karety.. zabija. kiedy nie ma sensu mówić o czymś innym niż o prawdzie i sednie rzeczy. Może pamiętasz. niskie instynkty?. Nie otrzymałem poufnej informacji. który wtedy już był pusty?.. Nie. i ja podróżowałem po Wschodzie. Nie znałeś tej dziwnej namiętności. które posadził był jeszcze mój pradziadek. Wtedy jeszcze żyli myśliwi. Uśmiechasz się?. nawet Nini – czy pamiętasz starą nianię? Ona wiedziała o nas wszystko. ubioru i wychowania żyje w nerwach każdego mężczyzny. czas. . W tamte dni byłem zupełnie sam. tak głęboko. Polowałeś. nieomal ciepło. meldunku. Nie można inaczej... który miałby jakiś szczególny sens.. – Nadszedł taki wieczór. jak wieczny ogień w ziemi. tej najsekretniejszej namiętności w życiu mężczyzny.. jakby sam odpowiadał sobie na pytania. że to jest ta chwila. który wspomina.. prawdziwi myśliwi. w Bagdadzie byliśmy gośćmi pewnej arabskiej rodziny. kiedy wszystko i wszyscy trafili na swoje miejsce. A i broń też nosiłeś tak niedbale. ale tylko jak ktoś. należącym do fachu obowiązkiem. – Czego dowiedziałeś się na polowaniu? – pyta Konrad. Myślisz. – To było piękne polowanie – mówi. Żyje tak. aby coś zdobyć. zdarzyło się to podczas naszej podróży poślubnej. żyje. jak wyrzut. powracające stale. wszyscy milczeli. pospieszyć do miasta i odszukać cię w twoim domu. Dla ciebie także i to było jedynie obowiązkiem. nakazem naszego życia jest. kto ulega społecznej presji. Dlaczegoż to poszedłem do ciebie tamtego dnia? Czego szukałem w mieszkaniu. jak konna jazda albo życie towarzyskie. Uśmiechasz się pogardliwie? Byłeś artystą. Czego dowiedziałem się poprzedniego dnia. przestrogi. na polowaniu dowiedziałem się – mówi tonem człowieka. jak każde żyjące stworzenie. abyśmy zabijali. właśnie tamtego dnia.. Ale nie wyrzekła jednego słowa.które jego słowo lub działanie. którzy bawią w mojej posiadłości. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. i z hukiem strzelają sobie w lesie. – Ostatnie wielkie polowanie w tym lesie.

gdzie nieprzerwanie kipi życie rodzinne i plemienne. Ale tamtego wieczora coś zobaczyliśmy. Jak mówię. tę inną. przed bóstwem. Pośrodku podwórza już płonął ogień ze żrącym dymem.. z pewnością wiesz. i wszystkim błyszczały oczy. parlament i plac przed świątynią. błysk noża. Siedzieli dokoła ognia. kiedy rozstał się z ową poślednią istotą. i ten wiekowy człowiek w owej chwili. tak i ja w czasie tych paru tygodni na Wschodzie czułem. na który nie spadła ani jedna kropla krwi.. Tak Abraham podniósł nóż na Izaaka. możliwe. krew ściekającą strumieniem. białe domy. zarżnął go. Tego gestu nie można się nauczyć. Być może tym gestem zaczął się człowiek. sami mężczyźni. zachowanie się. jest to jednocześnie cotygodniowy jarmark. Krystyna była jedyną wśród nas kobietą. Arabski pan zarżnął jagnię. symboliczny. Ale znam się trochę na dumie i tak jak ludzie. Wszyscy usiedli w milczeniu wokół ognia. To wałęsanie się i chciwa żądza gry w każdym ich ruchu...o czym ty.. drgające ciało jagnięcia. podróżnik. Wtedy zrozumiałem. kiedy człowiek po raz pierwszy. jakiej są krwi i jakiej rangi. gdy składa ofiarę. człowiecza duma.. z czasów. Nie wiem.. jaką był. Ich pycha. W pokojach gościnnych stały angielskie meble. z ofiarą. a więc złapać w garść broń. Może dlatego są tacy dumni. narzędzie. bez zewnętrznych znaków rozpoznawczych. zarzynano ofiarne zwierzęta i tym gestem ścięto również głowę świętemu Janowi Chrzcicielowi. nie wiem. że wszyscy tam są panami. nie od zgiętego kciuka. mieszkaliśmy u tuziemców. Po zachodzie słońca przybyli goście. pan domu był sędzią i przemytnikiem. że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania.. w białym burnusie. nieruchomych kamieni. Według pewnej teorii ludzki świat zaczął się gdzieś. Nie znam się na tym. tym gestem w dawnych świątyniach. Te chłodne. z zamierzchłych czasów. To pełne godności i uparte próżnowanie. w zamęcie tworzenia... jest to gest wschodni. na polecenie naszego posła byliśmy gośćmi tamtejszej rodziny. wanna była ze szczerego srebra. odmłodniał na moment. przed ludami. gdy chciał go ofiarować. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. jak wąż pośród nagrzanych słońcem. plemionami. gospodarz wyjął nóż i gestem. białego baranka. gdy zabicie miało jeszcze sens religijny. pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Do tej pory goszczono nas na sposób bez mała europejski. widzieli gest zabijania. u zarania dziejów. także brudni wielbłądnicy. Jednego wieczora zaproszono na naszą cześć gości. znasz je? Wielki dziedziniec. kulturami. oczy szczypał dym z wielbłądziego obornika. ich porywczość i spokój. wszystko to odzwierciedla dawną pańskość. iż zaczął się od duszy. było tożsame z czymś istotnym.. przed symbolem boga. wzajemnie wyczuwają. Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec. Ale oczy mu lśniły. Potem przyniesiono jagnię. jednym z najmajętniejszych ludzi w mieście. za którym tak kryje się chęć życia i namiętność. krew jest im .. Możliwe wszakże. cielesna dyscyplina i świadomość każdego ruchu. którego nie sposób zapomnieć. wokół zaległa śmiertelna cisza. przed ołtarzem. ich zabawy i błysk w oku.. To bardzo stary gest. uświadomił sobie swoją ludzką godność. w głębi świata arabskiego. arabskich gości. naprawdę był taki. jak wschodni arcykapłan. panowie i służba.. w domu jak pałac.

My. jakby nieumyślnie stała się świadkiem jakiejś namiętnej i zmysłowej sceny – zrozumieliśmy. taką nam wyznaczono rolę. a ich krew brudziła kurtkę. resztką potwornych i rytualnych. i odwróciła głowę. kiedy zabijanie było dlań jednym z niewielu dostępnych mu sposobów zdobywania pożywienia. odrobinę dyskursywnym. zbladło z czasem. Kochałem zapach ubioru myśliwskiego. Nigdy nie zabijał tylko dla zdobyczy. dziwnie się ubiera.. patrzyli przed siebie z pełnym zachwytu szyderstwem. nie możemy uczynić nic innego. Przecież to tylko polowanie – mówi. że znają także jego sens tajemniczy. kto wyznaje prawdę o swojej słabości. poważnie. już czekają twoi . zabijamy. w każdym razie coś jest dozwolone albo zabronione.. Zrozumieliśmy – sądzę. taką. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie te dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie). uczuciowy. ale polowanie jest jeszcze ofiarą. a więc po trosze i kapłanem. jesteśmy wychowankami zachodniej kultury. – Potem wychodzisz z domu na podwórze. To jest najszlachetniejsza materia na świecie. że Krystyna także zrozumiała. Bowiem te ciemne. Kochałem to wszystko – mówi. Naszą historię wypełnia. w pokoju oświetlonym lampą wzmacnia serce palinką. aż po nasze dni. Człowiek budzi się jeszcze w ciemności.dobrze znaną materią. Dobry myśliwy zawsze był przewodnikiem plemienia. ciężko oddychała. My także zabijamy. że myśliwy zabija dla zdobyczy. wkłada celowo dobrane części garderoby. poranków przed polowaniem. Może niczego w życiu tak nie kochałem. Ale ceremonie w pewnych wyblakłych relacjach pozostały. niemal wstydząc się. potem zbladła. jak ktoś. aby zachować ład ludzkiego współżycia. surowy zapach skórzanych fatałaszków. Zapach nasączonego olejem metalu strzelby. Oszczędzamy zwierzynę. nawet w czasach wspólnoty pierwotnej. Nie wiem. – Tam także przestrzegamy rycerskich i praktycznych reguł. powietrza i wytryśniętej krwi. że na Wschodzie jeszcze znają święty i symboliczny sens zabijania. Inaczej nie wolno. Zjełczały.. mamy świadomość grzechu. Bo to nieprawda. – Jesteśmy ludźmi Zachodu albo co najmniej przybyliśmy tutaj i osiedlili się. a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz. ale bardziej skomplikowanie. sukno napełniało się zapachem lasu. Ale czy krew jest brudem?. starych jak sam człowiek praktyk religijnych. Zabijamy w obronie wzniosłych idei i cennych ludzkich dóbr. ale o zabijaniu mówimy ze spuszczonymi oczami. jak pocałunek. co innego je na śniadanie. jesteśmy ludźmi Zachodu – mówi innym tonem. szlachetne twarze. coś niemożliwego do wysłowienia. naturalnie. zagryzając zimnym mięsem. jakby zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą. na ile wymaga tego sytuacja na danym terenie. oczywiście. zabijamy tak. jak pozwala i określa prawo. ewentualnie lekarską. ciąg masowych morderstw. ponieważ niosłeś na pasku ustrzelone ptaki. śmiały się. jak owych świtów. Jesteśmy chrześcijanami. wszyscy nadstawiali usta jak do pocałunku. zawsze składał mu ofiarę krwi. inaczej niż w dni powszednie.. jak ktoś. kto nagle się rozwesela. Otóż to. Wszystko to. liści. Dla nas zabijanie jest kwestią prawną i moralną. nie bez nagany. i kiedy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś wielkiego. tonem nabożnym. jest to jedno z precyzyjnie opisanych zjawisk wielkiego systemu prawnego i moralnego. zaczerwieniła się.

niczego nie widzi. gęsty jak syrop. I oto wszystko wokół ciebie zaczyna żyć: światło otwiera sklepienie lasu. wysiadasz. który stoi pomiędzy nimi. pozostać mistrzem. gdy szykuje się do skoku. aby mnie zabić. a ty wchodzisz w gęstwinę. że to nie jest wypadek. niczego nie węszy. Jesteś z psem. Okolica już się budzi. w lesie. Czuje to pantera. że w pobliżu czai się nieszczęście. tej. Ptaki też już zaczynają śpiewać. obserwujesz. jakby sennymi ruchami przecierał oczy. która nie jest dobra ani zła. że nie zabrałeś ze sobą sztucera. nalewa słodkiej palinki do kieliszka i czubkiem języka smakuje płyn koloru purpury. las się przeciąga. bez ruchu. i człowiek. kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami. tę coraz silniejszą namiętność. może po raz pierwszy w życiu. sarna przebiega leśnym duktem. Teraz wsiadasz do powozu i odjeżdżasz. bo wiatr wieje prosto na ciebie. Potem powóz zatrzymuje się na skraju lasu. Ty także cofasz się w gęstwinie. kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. a jednak wie. jakbyś wrócił do innej ojczyzny. to zakazane przyciąganie. daleko. nie chybić. . Wszystko ma taką czystą woń. ukryte nadscenie wielkiego teatru świata. w zasadzce. zręczniejszym... myśliwy trzyma psy na smyczy i cicho relacjonuje ci wydarzenia mijającej nocy. ty. I teraz już żałujesz. kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie. w ten sposób jedynie człowiek cofa się przed nieszczęściem. Pod zelówkami twoich juchtowych butów ledwie się odzywa mokry liść. Po czym. wąż. przed kominkiem. To właśnie czułeś ty. czujesz tę gotowość zabijania. ale jest jedną z tajemniczych podniet każdego życia: być silniejszym niż ten drugi. Nachyla się nad stolikiem. Ścieżki pełne są tropów zwierzyny. nic nie czyniąc. ciało sarny się napina. która była ojczyzną u zarania życia i rzeczy. obraca delikatną szyją. kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów. słońce jeszcze nie wzeszło. cicho towarzyszy ci twój myśliwy z psami. dzisiaj nie idziesz czatować na sarnę. ale jedno z naturalnych następstw nieobliczalnej i trudnej do pojęcia współzależności. ponieważ wie. że nieszczęście nie jest przypadkowe. które jest tak stare jak człowiek. łowca. odstawia kieliszek na stół. o jakieś trzysta kroków od ciebie. i w tym cudownym zespoleniu stoi przed tobą kilka chwil. tę podnietę.współtowarzysze. Zwierzę zatrzymuje się. zadowolony. ty także jesteś przywiązany do tej chwili. jakby zaczynał działać tajemniczy mechanizm. W ręce czujesz to drżenie. podnosi głowę. sęp.

czeka od wieków na chwilę światła w swoim sercu i w świecie. co wypełnia życie nocnych zwierząt. kiedy śpiący wyrywają się z ciężkich i dręczących snów. w głębi lasu: noc. żbik jeszcze stoi na czatach. co w ciemnym zamęcie nocy było zasupłanym życzeniem. staje pośrodku polany. zakochany jeleń wraca pamięcią do namiętnych chwil księżycowej nocy. wielkie łowy i ciągła gotowość – to. ponieważ czują. jak ktoś. starożytni. podnosi głowę ranną od ciosów i rozgląda się poważnymi zwierzęcymi oczami. z twarzą obróconą na Wschód. igieł. poganie czcili ją nabożnie w głębi lasów z rozłożonymi rękami. śliskiego dywanu zroszonej leśnej ścieżki wydobywa się z materii ziemi tak samo. uświadamiając sobie istnienie świata. jeszcze nie osłabło. sekretnym pragnieniem. co to słowo znaczy: zdobycz. ani jednym ruchem ręki. zgniłej szyszki. gdzie odbył się miłosny pojedynek. Już ustąpiła ciemność. Woń mokrych liści. dziki. kiedy w lesie jeszcze coś się dzieje. zwierzęta jak i ludzie. i wszystko. chorzy jęczą. butny i potargany. gdy ten drugi nie odpowiada. – To była ta chwila. ustrój dnia i dzienne światło odsłania i rozwiązuje to wszystko. spontaniczną radość życia i . a jeszcze nie nastała jasność. Nie protestuje. a więc na chwilę olśnienia i zrozumienia. że w takich chwilach dzieli się na dwoje także coś innego. że słucha oskarżenia. miłość. zwiędłego listowia. kiedy wzdycha. tak oto człowiek przywiązany do materii. Możliwe. na którym się urodził. kiedy ludzka i ziemska głębia i wielkość. Wstaje wiatr. jasność i ciemność jeszcze się dotykają. w owym magicznym oczekiwaniu. epileptycznym porywem. O tej porze zwierzęta wyruszają do źródła. omszałych odpadków drzew. wałęsanie się. niedźwiedź pożera resztę padliny. dzikiej paproci. ni błyskiem oczu nie daje znać. po którym następuje bardziej przejrzyste cierpienie.14 – Jeszcze było ciemno – mówi. że to już koniec nocnego piekła. kiedy noc rozstaje się z dniem. jak budzący się ze snu. jak zapach potu ze splecionych ciał kochanków. To jest ta chwila. kiedy jeszcze nie nastąpił ostateczny kres nocy. Myśliwi i zwierzyna kochają tę chwilę. Noc jeszcze żyje w owej chwili. Jest to chwila tajemnicza. To jest ostatnia sekunda. wydychać swój sekret i złe westchnienia. zapach miękkiego. tak ostrożnie. Zapach lasu w owej chwili jest taki surowy. kto na wieki pamięta o swojej pasji. świat podziemny oddziela się od świata nadziemskiego. zarówno rośliny. z gniewu podbiegłymi krwią. jakby każde żyjące stworzenie zaczynało się budzić w wielkiej sypialni świata.

szakal w pustyni arabskiej nocy. byłeś tym. sęp. w pierwszej chwili.świadomość walki o życie. kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka. czego tobie brakowało. i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody. nie roztopiła się. mądra spolegliwość. gdy w zamian nie otrzymuje nic innego. a dzień jeszcze w nim nie nastał. a to stwarza więź równie silną. I są takie chwile. czają się w sercu człowieka jak puma. a w rękach przemienia w ruch pewna pasja. Nienawidziłeś. Wszystko było na próżno. które są tak samo dzikie. z tą pasją. lecz ugoda. Co to było? Jakieś zdolności albo jakaś właściwość?. który coś ukrywa. Bo serce człowieka także ma swoją noc.. niż tym. obok entuzjazmu. Ty byłeś spokrewniony z Chopinem. i . To jest ta chwila.. a gdy uczucie.. że godzimy się z tym wszystkim. w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność. chce bez reszty wyrazić samą siebie. której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak.. Rzeczywistość była taka. z porywami. chce bez reszty oddać własną wolę. jaki fatum może zadać człowiekowi. nie dopuściłeś. rzeczywistość się nie zmienia. ty byłeś talentem. pozostała zbita i twarda. samolubstwo. jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka. że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata. w tym dziwnym domu. niż ze świadomością. Sen. co otrzymuje od drugiego. Nienawidziłeś. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu. kim jesteśmy: silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy. jak tylko subtelne uczucia. Ale w głębi duszy dręczyła cię konwulsyjna namiętność – pragnienie bycia kimś innym. nienawidziłeś. Pragnienie bycia kimś innym.. kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. miłość.. kto nie przyjmuje części. żarzy się i dymi żądza zemsty. pasja całkowicie wypełni ludzką duszę. pożądanie. usilne starania. ty – ten pilny i cnotliwy. ponieważ miałeś instrument i swoją tajemnicę – w prawdziwym znaczeniu tego słowa – muzykę. kiedy coś się dzieje nie tylko w leśnej gęstwinie. Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. Dlaczego nienawidziłeś?. Znienawidziłeś mnie już w czasach naszego dzieciństwa. Ty zawsze byłeś bardziej wykształcony. co znaczymy dla siebie i dla świata. kiedy w naszych sercach porusza się. ale i w mroku ludzkich serc. To najdotkliwszy cios. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób. lubieżna ruja. kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy. ty byłeś zrobionym na siłę arcydziełem. gdzie uszlachetniano i formowano wybrane egzemplarze znanego nam świata. byłeś butny. prawdopodobnie chce wszystkiego. że jesteśmy tacy lub inni. kiedy cię poznałem. zazdrość.. grzeczność. całości. Trzeba zgodzić się z tym. Dla namiętności jest całkowicie obojętne. na spodzie takiego stosu. ponieważ było we mnie coś. również i wtedy. jakbyś kochał.. że to znak podejrzany i niebezpieczny. Był czas. Każda wielka namiętność jest beznadziejna. aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo. Bo ten. daremna jest wszelka argumentacja. beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary. przyjaźń albo cierpliwość. musiałbym wiedzieć. pozbawione żaru wzajemne usługi. próżność. żądza zemsty. niż jesteś. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał.

Był taki czas w moim życiu. uśmiechem i zaufaniem. Tak. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa. wzrokiem krótkowidza patrzy w mrok. było we mnie coś – mówię o zamierzchłych czasach. na których czołach odbija się znak nieba. Musimy znosić nasz charakter. kiedy stałem w twoim pokoju. że jesteśmy próżni. Ja byłem człowiekiem dobrej wiary. ponieważ chcę prawdy. nie kochają nas albo. – W samotności człowiek poznaje wszystko i przestaje się bać czegokolwiek. tam. Może ta dobra wiara skłaniała ludzi. która deformuje. którzy kierowali ku mnie swoje uczucia. Ale później ukształtował się twój charakter i nie mogłeś znieść. jaką świat promieniował ku mnie. że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. jakby zachęcał drugiego. kiedy się z tym godzimy. co ty odczuwałeś we mnie i wokół mnie jako łaskę i dar boży. Pamięć. Widzisz. jak się spodziewamy. wskazujący. Trzeba znosić zdradę i niewierność. który rozbrajał ludzi. To. żeśmy go dostąpili. I milknie. musi jej poszukiwanie rozpocząć od samego siebie. dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech. trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. – W dzieciństwie. a kto szuka prawdy. konstatując. na starość. których kochamy. Ale jeżeli tak postrzegałeś mnie. naszą naturę. kto szuka usprawiedliwienia. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho. wychowanie: jakiegoś boskiego daru. o czym mówię.. coś z obyczajów ulicznicy. samolubstwa. których wszyscy kochają. co mnie dawało pochodzenie. nie wiedziałeś tego wszystkiego – mówi znowu. naprawdę czują się istotami wybranymi i w owej manierze kroczenia ku światu jest jakaś chełpliwość. chciwości. kiedy wiemy i znosimy to. cudowna pora. że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. aby obdarzali mnie życzliwością. lecz mgliste uczucia – że w tym. że świat spoglądał na ciebie obojętnie. powiększa i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół. i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się. iż ktoś jest pieszczochem losu. gdy człowiek mówi o kimś zmarłym albo obcym – był we mnie pewien rodzaj lekkości i bezstronności.wiedzieć. Musimy to znosić. nie przypną nam do piersi orderu. skąd ty uciekłeś. jak wtedy. . że brakuje ci czegoś. Że ci. przez cały ten dzień. Byliśmy dziećmi i byliśmy przyjaciółmi: to wielkie szczęście. że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia. należy wiedzieć. i to.. Ludzie. – To był piękny czas. jak ktoś. że Bóg ma ich w swojej pieczy. Jedynie zazdrość. przez cały ten dzień. ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad. Nie bronię się. podziękujmy losowi. ja już nie boję się słów – mówi i uśmiecha się. co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka. Są ludzie. Trzeba znosić i to. nie było niczym innym jak dobrą wiarą. oto i cała tajemnica. że nie kochają tak. niekiedy wrogo. że jest kochany – jest coś nierządnego. iżby i on się nie bał. ależ tak. tutaj. mogła mnie przedstawić właśnie takim. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat. naturalnie. i wszystko to. Cóż to był za dar? Czy to w ogóle był dar? Po prostu było tak. pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. samolubni albo łysi i brzuchaci – nie. w środku lasu. kiedy. myliłeś się. Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią. jest takie odległe. a mnie ludzie obdarzali zaufaniem i uśmiechali się do mnie.

właśnie to. Godziłem się z tym. Tymczasem bezinteresowność jest najgłębszym sensem przyjaźni między mężczyznami. że przyjaźń. że i ty przebaczasz mi. kiedy ukończyliśmy szkołę we Wiedniu. to. Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi. Wcześniej dzieje się również to. tak – przytakuje generał.. Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w . kiedy żyliśmy w jednostce. – O polowaniu. kto nie umie przyjmować z pokorą szczodrobliwości losu. jaka promieniowała z twojej istoty. jakby dwóch chłopców kołysały olbrzymie liście bajkowych lilii wodnych. bardziej beznadziejnego procesu uczuciowego nad wygasanie męskiej przyjaźni. że ładuje. tutaj. ponieważ posiadam pewien rodzaj umiejętności: łatwo i pogodnie zbliżam się do ludzi. splecionych więzami wymagającego. prócz tego. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. Kiedy człowiek chce zabić drugiego człowieka. I naprawdę. – Mówiłeś o polowaniu – wymijająco odpowiada gość. którego należy czcić winem. ty pozostawałeś w cieniu. którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń. moje wymagania. że wybaczasz mi. jaka zawiązała się na głębokich wodach dzieciństwa tak zawile i trwale. ten przegra.. że nie może mi się zdarzyć nic naprawdę przykrego. dziewczętami i wieńcem z kwiatów. świadomie. uczucie. tajemniczą.. – Ale to wszystko prowadzi do polowania. iż jestem za pan brat z całym światem. którzy w swych sercach są skromni i pokorni. Nasza przyjaźń była przecież taka. że nie odsłaniasz się bez reszty. że ciebie to cieszy. że każde z nich stawia swoje warunki. gorzką wyniosłość. że otacza mnie miłość i zaufanie. szanowałem twój intelekt. w oranżerii przez długi czas hodowałem tę wąsatą. naturalnie. Kto wtedy staje się butny. nie chcemy niczego. Wierzyłem. dzieje się wcześniej i nie tylko dzieje się to.dekada młodości. Nie ma smutniejszego. kto nie wie. podobnie jak świat. Bo pomiędzy kobietą i mężczyzną jest tak. by utrzymać harmonię owego bezsłownego sojuszu. i później. Cóż więcej człowiek może dostać od życia – mówi poważnie. tajemniczego związku. że to ja popełniłem błąd. czy i ty odczuwałeś to tak samo?. kto będzie zarozumiały i zuchwały. w czasie owej dekady. – To największa łaska. Wtedy każdy spieszy do ciebie.. powoli zaczął się oziębiać ten nasz związek. – Kiedy młodość zaczęła mijać. bardzo wiele. gdzie ciebie jedynie tolerują. że ów stan łaski trwa dopóty. to. To również powinniśmy wiedzieć. ponieważ niedostatecznie znałem ciebie. Świat wybacza do pewnego czasu jedynie tym. uwierzyłem. Możliwe jednak. kiedy wyczerpał się urok dzieciństwa. że nie chcemy od drugiego ofiary ani czułości. zakwitającą tylko jeden raz w roku roślinę? – że ta przyjaźń pewnego dnia popsuła się. umiem być pożądanym tam. że nie umiałeś mi wybaczyć. że bogowie włożyli mi na palec niewidzialny pierścień szczęścia. ani na chwilę nie opuszczała mnie pewność. dopóki dary boże nie zostaną rozmienione na drobne. Czas łaski. I podczas gdy ja chodziłem po bardziej osłonecznionych drogach tego świata. jak przyjaźń niegdysiejszych mężczyzn w legendach. a potem podnosi broń. o czym mówiłem. tę dziwną. jakbyś był zdobywcą. baśniowe mądre liście Victoria regia – pamiętasz. jak w umowie kupna-sprzedaży. kiedy świat posłusznie znosił moją obecność. Nie wiem. A więc nienawidziłeś – mówi z determinacją.

gdybyś tego nie wiedział. powinienem wiedzieć. można było zabić przyjaciela. byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się. który zakrada się na miejsce przestępstwa. gdy podnosi broń. ale pozostaniesz moim przyjacielem. Wina jest wcześniej. Ja zaś dzisiejszego wieczora zabiję coś w tobie. na wypadek. Byliśmy przyjaciółmi. I to. I jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. Samozżerająca się namiętność także nie może dostarczyć tej ludzkiej radości. których przenika swoją energią. co docierało do mnie bardzo powoli. poza egoizmem. a jednak należeliśmy do siebie. a jeśli tak. co przyszło po nim. po czym pozwolę ci wrócić do Londynu albo w tropiki. wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi. Albowiem przyjaźń nie jest to jakieś idealne uczucie. ale przyjaźni zawiązanej między dwoma mężczyznami w latach dzieciństwa być może nawet śmierć nie zabije: jej pamięć żyje nadal w świadomości człowieka. powinienem ci powiedzieć o tym strasznym zaskoczeniu i odkryciu: że i teraz. złej i niepojętej tajemnicy. zdradzasz. a również o tym wszystkim. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej. jaką milcząca i taktowna przyjaźń daje tym. jak to. w co nie uwierzyłem. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. ponieważ byłeś moim przyjacielem. aby kogoś zabić. może to i boli. z miejsca przestępstwa. czemu przeczyłem przed samym sobą. I teraz powinienem ci powiedzieć to. ja nazajutrz nie idę do twojego mieszkania. nie bratającymi się wyrostkami. Przyjaźń jest surowym ludzkim prawem. To prawo żyło w ludzkich sercach. byliśmy związkiem. a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem. widzisz. na polowaniu. – Zrozum. Byliśmy przyjaciółmi. w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu. ale to wszystko nie jest tak złe. umową ludzką. Bo jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi. co może zastąpić przyjaźń. iż wiąże się z nim odpowiedzialność. lecz zostajesz tutaj. I jeżeli nie jesteś moim przyjacielem. co zrobiłeś. I było silniejsze niż namiętność. czego brakowało twojej istocie. i później. to ty tamtego ranka w lesie. że żadna zewnętrzna siła nie może zmienić ludzkich związków. że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się. może rani moją próżność. nie podnosisz na mnie broni. zniszczyłeś moje życie. nie uciekasz nazajutrz z tego miasta. znowu jako ten zabójca i złoczyńca. która w beznadziejnym porywie pcha ku sobie mężczyzn i kobiety. w tropikach czy gdziekolwiek. a to rzadko zdarza się w życiu. W starym świecie było to najsilniejsze prawo. jak pamięć cichego . ty nie powracasz po czterdziestu jeden latach. Byliśmy przyjaciółmi i nie ma niczego takiego na świecie. Bo to także powinniśmy wiedzieć. to co i kto ją popsuł. jakiej żąda to słowo. jaką znają jedynie mężczyźni. oszukujesz. do którego nigdy mnie nie zaprosiłeś. Bo różniliśmy się. I kiedy mówię. to jest prawo przyjaźni. ponieważ niczego nie chce od drugiego człowieka. Wydaje się. zamiar jest winą. z zasięgu mojego wzroku. nie towarzyszami broni. jak zabójcy i złoczyńcy. na którym budowano systemy prawne wielkich kultur. Coś we mnie zabiłeś. przyjaźni nie może spotkać zawód. albo do piekła. I jeżeli nie jesteśmy przyjaciółmi.momencie. Powinieneś poznać odpowiedzialność. którego tajemnicy strzegłeś. zanim zaczniemy mówić o polowaniu. Bo musiałeś powrócić. czy naprawdę się zepsuła. że świat był dla mnie miły. a ja nadal jestem twoim przyjacielem. która zatruła naszą przyjaźń. a więc nie kompanami. poza porywem.

Instynkt. Taka przyjaźń była między nami. jak wszelkie ludzkie zachowanie. zwierzę przystanęło na skraju ścieżki.. Przejaśniało się już. kiedy podniosłeś broń. która jest samotnością świtu. kiedy – zaczarowany tak samo jak zwierzę i ja. jaki potrafi wydać jedynie bardzo szlachetny metal.. także w ciemności. jakieś trzysta kroków dalej. że zbłądził w życiu i w świecie. na przykład sztylet. Ja też ją pamiętam. lecz tak ostrożnie. tam. być może. który jest ważniejszy i dokładniejszy niż węch i wzrok. na jej skraju. I w chwili. także nie oglądając się za siebie. ten fenomen. Szedłem przed tobą i zatrzymałem się. podniosło głowę. który jest jedynym prawdziwym domem – do lasu. nie. i gdzie człowiek zawsze. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest także czynem bohaterskim. ty także go zobaczyłeś i przystanąłeś dziesięć kroków za mną. czuje. wie wszystko o sytuacji i o niebezpieczeństwie. Nie ruszał się. Myśliwy pozostał z psem. na głębokie wody. człowiek chce poznać do końca swój los i chce swój los przyjąć za wszelką cenę. Ja zawsze tak czułem. ten szósty zmysł. Zobaczyłem jelenia i zatrzymałem się. czynem bohaterskim. ty za mną. Byliśmy sami w środku lasu. gdy używa się go do ostatecznych ludzkich rozstrzygnięć. Dla myśliwych i dla zwierzyny są to te chwile. Powietrze było czyste i pachnące. I ja tak czułem w owej chwili.bohaterskiego czynu. dobrze o tym wiedziałeś. z tym zimnym i cichym trzaskiem. ja z przodu. Jeleń obserwował. aby mnie zabić. promieniowania przekazują wtenczas informacje? Nie wiem. to również wiem na pewno. Nie mogło zobaczyć – poranny wiatr wiał w przeciwnym kierunku – nie mogło zauważyć niebezpieczeństwa. spojrzało w gęstwinę. ponieważ człowiek chce nie tylko żyć za wszelką cenę. kiedy jeszcze polowałem. a my dość długo staliśmy bez ruchu. na odwieczną scenę życia. bo spomiędzy świerków. nawet za cenę niebezpieczeństwa i unicestwienia. stał jak zaczarowany. pomiędzy drzewami. Świerki nie poruszały się w lekkim wietrze. wyszedł jeleń. kiedy człowiek wyostrzonymi zmysłami chłonie rzeczywistość. nie karczowany. kilka kroków za mną. zaczął działać w nerwach zwierzęcia. Pamiętasz tę chwilę. kiedy krzyżuje się z drugim sztyletem. bo w niebezpieczeństwie zawsze jest i przyciąganie. do tego dzikiego i niebezpiecznego domu. w cichym i fatalistycznym znaczeniu tego słowa. była jeszcze mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu dwudziestu dwu lat naszej młodości. w środku tej samotności. Tak czuł jeleń w owej chwili. albo szlachetna . I tak czułeś ty. Staliśmy w gąszczu. która zbacza od leśnego duktu i prowadzi w głąb. nazywając nas mniej więcej po imieniu. jakie ci pozostały. Kiedy los w jakiejś formie zwraca się bezpośrednio ku nam. lasu i zwierzyny. ponieważ stała się sensem i treścią twojego życia na te wszystkie lata. siły. Tutaj zaczyna się ścieżka. gdzie las żyje już sam sobą. ciemny. Jakiego rodzaju fale. pomiędzy świerkami. w lesie i w gęstwinie. i że pewnego dnia musi wrócić do domu. ta przyjaźń. zawsze na spodzie niepokoju i lęku promieniuje pewnego rodzaju przyciąganie. i urok. które jest bezinteresowne. jakby słońce świetlistymi dzidami obmacywało swoją zdobycz – świat. przez chwilę. ponieważ wyczuło niebezpieczeństwo. zziajani wspinaniem się ścieżką. a więc bez szabel i tureckiego jazgotu. wiem to na pewno. którzy staliśmy przed tobą na odległość strzału – odwiodłeś kurek swojej strzelby.

bo przecież na scenie nie było naocznego świadka. że podnosisz broń. Po czym powoli opuściłeś broń. Ta sytuacja powiedziała mi wszystko: porządek geometryczny. który był niczym eksplozja. z dokładnością do jednej sekundy. A jednak ja słyszałem i widziałem go. coś się musi dokonać. to znaczy. ale mogę powiedzieć tobie. – Naturalnie. Trochę się na tym znałem. że nawet w ciszy świtu i milczącego lasu jeleń nie mógł go złowić z odległości trzystu kroków. Opuściłeś broń. nie ma takiego człowieka ni sędziego. aby kogoś zabić. Sytuacja była wymarzona. na równej wysokości. rzekłbym. W takich chwilach człowiek wie wszystko. – To była znamienna chwila – mówi generał. Minęło pół minuty. dokładnie informował mnie o tym. gdy odciąga się jej spust. To. jakbym stał naprzeciwko ciebie. Tę chwilę. niemal zadowolony zadowoleniem fachowca. myśliwy był daleko. spodziewam się. to także wiem. a pocisk pozostanie w strzelbie. jedynie ja słyszałem ten cichy trzask: był tak cichy. w tamtej chwili myśliwski aspekt owej sytuacji interesował mnie. pod jakim kątem należy się ustawić względem jelenia. Wciąż jeszcze żaden z nas nie poruszył się. – Tak – powiedział gość. W owej chwili jeleń zwietrzył niebezpieczeństwo i jednym skokiem. że niepodobna. jakbym widział. sytuacja była modelowa.broń angielska. Ale wiedziałem także. ów niewątpliwie „tragiczny wypadek”. Wyczułem. co dzieje się w sercu pewnego człowieka. Stałeś za mną. wystarczy. Celowałeś pół minuty. bez zegarka. I z całą pewnością wiedziałem – bo tylko myśliwy potrafi tak ocenić sytuację w lesie – że z tego stanowiska nie możesz celować do jelenia: zrozum mnie właściwie.. który o trzysta kroków dalej czeka naiwnie na strzał. pamiętasz?. żadnych świadków. Poczułem. Wiedziałem. ponieważ owa chwila już minęła. jeleń przepadł w gęstwinie – popatrz. co robisz. wyrosły przed tobą dokładnie na tej samej linii. na ukos. jakby nawet tarcie powietrza mogło zdradzić twoje zamiary. A więc stałem i czekałem na strzał. że drżą ci ręce. przypasowujesz do ramienia i celujesz. że wyczułem twoje ruchy. Co się stało?. jaki tworzyli myśliwy i ustawione w szeregu dwa cele. czekałem. pomiędzy dwoma celami mógł być pas szerokości dziesięciu centymetrów. parę kroków za moimi plecami. na polowaniu. niż jej charakter ludzki. Wiedziałem. bardzo ostrożnie. ciekawe jest to. że zamykasz jedno oko i teraz powoli naprowadzasz lufę strzelby na cel. bym nieco w bok odwrócił głowę. w małej odległości. czego nigdy nie umiałbym udowodnić przed sądem. a kula świśnie mi koło ucha i być może trafi w jelenia. idealna. bardzo powoli. abym się poruszył. że wciąż jeszcze mogłeś mnie zabić. Moja głowa i głowa jelenia. ponieważ los w takich chwilach już nie zależy od naszych decyzji: coś dojrzało. o jakim rokrocznie donoszą gazety. przepadł w gęstwinie. Poczułem. byś nacisnął spust i aby mnie zabiła kula ze strzelby mojego przyjaciela.. I teraz zdarzyło się coś. strzał się opóźniał. ponieważ ty także znasz prawdę. że wystarczy jeden ruch.. intymniej. Tego ruchu nie można było usłyszeć ni dostrzec. na swój sposób i wedle własnego porządku. w ciągu tych paru sekund wszystko odebrałem tak dokładnie.. który . że nie jesteś dobrym strzelcem. na tym. chodził z psami na obrzeżu lasu.

że mnie zabiłeś?. twojego najlepszego przyjaciela. na służbie.. w najrozmaitszych życiowych sytuacjach. Dlatego nie spojrzałem ci w twarz i kiedy minął ów . przyjaciel nad przyjaciółmi. niewiarygodna hipoteza. który z woli jakiegoś greckiego fatum zabił.. jaki odczuwa ofiara. jak przedtem. na dobre i na złe.. Bo też dlaczego miałbyś mnie zabić? Cóż to za nieludzka. który mógłby je uznać. gdybyś to zrobił. posłużywszy się twoją ręką.. towarzysze broni od dwudziestu dwóch lat. niezmiennie przyjaznych sobie i serdecznych. Istnieje pewien rodzaj wstydu. nawet jeśli niczego nie rozstrzyga. który śmie wykrzykiwać przed światem coś. jak adoptowane dziecko uważa za swoją rodzinę przybranych rodziców? Nie. gdy jedno z nieoczekiwanych zjawisk tego świata zakłóciło tę chwilę. że gdybym w tamtej chwili spojrzał ci w twarz. zaiste niewiarygodnego: że zabiłeś mnie z rozmysłem?. gdzie prokuratura. gdzie od lat jesteś codziennym gościem.. krewnych oraz łowieckiej braci. który śmiałby coś takiego oświadczyć.. w gronie przyjaciół.. To była taka sytuacja. w pałacu. Staliśmy jeszcze jakiś czas. Fakt jest rozstrzygający. A ty nie odwiodłeś kurka załadowanej broni. każdy podałby ci współczującą rękę. Faktem jest. że ty. wstyd. któż może pomyśleć. Jeleń już zniknął pomiędzy drzewami. który jest większą udręką. dzielono by z tobą żałobę. To była kwestia sekund. a później. od którego mogłeś otrzymać wszystko. a współczucie pospieszyłoby uścisnąć ci rękę. To. scena popsuła się. zaczęła ci drżeć ręka i nie zabiłeś mnie. Dlaczego?. zabijasz przyjaciela nad przyjaciółmi. że jeleń wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł ze swojego miejsca. Możliwe. oskarżenie spada na tego. przypadkiem. Co się stało w owej chwili? Może jedynie to. czego tylko człowiek może doświadczyć w swoim życiu. zrozumiałbym wszystko. gdybyś mnie zabił. a ty opuściłeś broń. i nie ma takiego człowieka. Nie odwróciłem się. ten cios srogo dotknął ciebie. a natura ludzka jest taka. Gdzież jest człowiek. któż by tam dzielił włos na czworo. który śmie wnosić oskarżenie. ty. ale może potrzebny był do tego także jeleń. było dobre. ponieważ nie ma na świecie istoty tragiczniejszej niżeli człowiek. moją rodzinę za swoją. W przeddzień razem jedliśmy kolację. Nikt.. moje dobra – niczym brat – za wspólne dobra. i osądzał?. W takich przypadkach kreatura wstydzi się przed Naturą. że chciałeś mnie zabić. przy okazji towarzyskich spotkań. który mój dom mogłeś uważać za własny. mnie. Nie ma żadnych dowodów na to. który je wnosi. jesteś członkiem mojej rodziny.. świat okazałby ci współczucie. w towarzystwie mojej żony. że zawsze w chwili nadzwyczajnych działań potrzebuje konkretnego pretekstu. swojego przyjaciela. gdzie ten ordynus.. że hodowałeś w sercu śmiertelny gniew przeciwko mnie.mógłby cię potępić. kiedy jest zmuszona spojrzeć w twarz swojemu oprawcy. nie poruszyliśmy się. ponieważ tragiczny przypadek zabił. byliśmy ucieleśnieniem ideałów przyjaźni. było precyzyjne i doskonałe. co sobie zaplanowałeś. Nie jesteś mi winien pieniędzy. oparcie w drugim człowieku i pomoc materialną. Ale nie odważyłem się spojrzeć ci w twarz.. widziano nas razem. Kastor i Polluks. Zresztą. ponieważ zdarzyło się z tobą coś potwornego i niewiarygodnego. byliśmy wszak legendarnymi przyjaciółmi. co było ci w życiu potrzebne.. niż wszystko. nieważne. oburzenie świata wymiotłoby zuchwalca.

że wyjechała wczesnym popołudniem. jak każdego wieczora. siedziała przed kominkiem. Nie odpowiedziałeś. jakby wiedzieć. Pośrodku stołu paliły się niebieskie świece. który spętał nas obu. kiedy już stałem przed nią. jak podczas wielu poprzednich wieczorów. co myśli o nas ofiara albo ten. Pośrodku drogi rzuciłem przez ramię. ale zląkłem się bladości jej twarzy. Ponieważ każdy inny. odszedłem ścieżką. opis podróży w tropikach – pewne jest tylko to. długo. . ponieważ pora była wilgotna. przybyłeś jeszcze raz na kolację – mówi generał. W czasie obiadu – był to obiad myśliwski. bryczką. także później. Sądzę. razem z Krystyną. ze wstydem lub z entuzjazmem. Patrzyła mi w twarz z taką uwagą. w dolinie trzaskały strzelby. w takich wypadkach każdy myśliwy dowodzi swojej racji. Ja prosto z polowania poszedłem do mojego pokoju. Prawdopodobnie było to dla niej ważniejsze niż życie. stół przybrano wtedy tym samym co i teraz. W tamtej chwili. szlachetniejsze formy życia. zaczyna mówić. jakby mnie przesłuchiwała. Czekał tam już myśliwy. aby coś się stało: żebyś się odezwał albo nacisnął spust. Przyjechałeś o zwykłej porze. nakryto w lesie – twój naganiacz zameldował. Lokaj zameldował. nie oglądając się: „Przegapiłeś”. lubiła wszystko. wieczorem. że dobrze zniosłem to jej patrzenie. o wpół do ósmej. czasy minione.. Nasze drogi rozeszły się. kierując się na szczyt wzgórza. przebrałem się. Wtedy podniosła wzrok – czy pamiętasz jej oczy? Potrafiła tak spojrzeć. Krystyna siedziała pomiędzy nami dwoma. A ty milczałeś. jak przedtem. Lubiła światło świec. Krystyna już czekała. czekały nasze psy. co przypominało jej przeszłość. Bo zawsze najważniejsze. Może dywany stłumiły odgłos moich kroków. Patrzyła na mnie bez słowa. machinalnie. może nazbyt pogrążyła się w lekturze – czytała angielską książkę. Kolację jedliśmy we troje.. jak dzisiejszego wieczora. Patrzyła mi w oczy. wyjaśnia – żartobliwie albo z urazą. w podobnej sytuacji. – Dziękuję – mówi gość.. jak poprzedniego wieczora. ręka mu nie drży. którego upatrzyliśmy sobie na ofiarę.porażający czar. Spotkaliśmy się przy stole. ważniejsze niż zdobycz i wynik jest jedno: wiedzieć. Gość zapala. kiedy wszedłem do pokoju. tak badawczo.. nie docenił zwierzyny lub przecenił odległość. że w ostatniej chwili dostrzegła moje przybycie.. przegapiłem okazję. czy coś wiem. do miasta. szeroko otwartymi oczyma. – Ale tego samego dnia. pełnią światła. tego popołudnia nie widziałem się z Krystyną. żeby cię zabić”. zaczęło się polowanie.. że powróciłeś do miasta. kiedy stałem nieporuszony i czekałem. – Tak. Nie odpowiedziała. czy w ogóle coś myślę. spokojnymi ruchami obcina czubek cygara: generał nachyla się w stronę Konrada i przypala mu cygaro płomieniem świecy. pragnąc. Bez słowa dotarliśmy na szczyt wzgórza. co ja w owej chwili myślę. W kominku płonął ogień. Jakbyś tym milczeniem chciał powiedzieć: „Tak. Ty także ruszyłeś. jak dzień. gdy wstaje – może to sprawił blask świec. zlekceważył szanse celowania. z lekką hinduską chustą na ramionach.. Czytała i nie zauważyła. i ta chwila była nieomal tak samo długa i równie wymowna jak poranek w lesie. znaczyło dla niej nieporównanie więcej niż żyć. Nakryto w dużej sali.. mglista. To milczenie było potwierdzeniem. powozem. „Czy źle się czujesz?” – zapytałem.

w wieczorowym ubraniu. nieomal z rozpaczą. Długo rozmawialiście o tej lekturze. i masz powód ku temu – wszystko jedno. na tym dziwnym polowaniu. Potem przyszedłeś ty. chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby. o tym że jeden z naszych gości popełnił błąd. Chciałbyś poznać opinię Krystyny. przez cały wieczór. co czytała wieczorem.. Człowiek. I naprawdę. Rozmawialiśmy. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. który należał do mnie. Pytasz Krystynę. Wszystko to niewątpliwie jest niezwyczajne. Krystynie i niani. ale to słowo nie pada. moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie. słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam. Nie wspominasz o własnej przygodzie myśliwskiej. Jednym słowem mógłbyś wspomnieć o poranku. Ale o tamtej chwili nie napomykasz ani jednym słowem. szczególnie interesuje cię. zachowujesz się jak ktoś. nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom.. Mówisz o czymś innym. że my wszyscy. że tę książkę. ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. postanowiłem. kogo bardzo interesuje ten temat. że oszukaliście mnie tego wieczora. jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka. wypytujesz.. ustrzelił kozła. jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach. Mówiliśmy także o polowaniu. Kobiety wyczuwają coś takiego. o książce. Później.. o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście. o tym. O czymś takim należy mówić nawet wtedy. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone. kiedy przyszedłeś do nas. że przed czasem porzuciłeś polowanie i bez słowa powróciłeś do miasta. kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną. o zwyczajnej lekturze. że oboje graliście naprawdę doskonale. powracam myślą do tej sceny. chcesz wiedzieć. tak myślałem. do salonu. utraciliśmy naszą ludzką rangę. zdumione spojrzenie Krystyny. niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku. Stawiając tę hipotezę. że zjawiłeś się tutaj dopiero wieczorem. Nie mówisz o tym. całe przedpołudnie i popołudnie.. przeciwne koleżeńskiej umowie. i z takimi myślami witałem cię wieczorem. pytasz Krystynę o tytuł tej książki. o meldunku naganiaczy. czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach. kiedy przyszedłeś do nas. tego ranka i po południu. nie mówisz o tym. jakkolwiek nie miał do tego prawa. którzy żyliśmy w tym domu. bo. jak wygląda życie w tropikach. na ten sam temat. a także inne. Wyłączyłem się z rozmowy. i Krystyna. o zaniechaniu wspaniałego jelenia. od świtu. kiedy stałem przed nią po owym polowaniu. ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. i ja. znaczy to. i zasiedliśmy do kolacji. Zdecydowałem.byłem spokojny. gdy nie jest się rasowym myśliwym. jaka wiązała nas obu. czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. Jakby wyczuwała coś z tajemnicy. że przegapiłeś zwierzynę. jak w inne wieczory. Ja. Co . jaki powód – aby podnieść broń na mnie. Krystyna czytała o tropikach. że cokolwiek życie przyniesie. że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza. jakbyśmy w ogóle nie byli tego rana razem na polowaniu. oszalał: powtarzałem to uparcie. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. profan. kiedy już wiem..

Tak. tropik. a potem spotykają się. (Mnie nie pytasz. a w jego głosie rozbrzmiewa starcze zadowolenie z powodu dokładnego przedstawienia. pierwszymi słowami. potrafiłaby znieść deszcz. – A więc o tym rozmawiasz ostatni raz z Krystyną. czasami chodzą tak w kółko przez cały świat. Wszystko powraca. Około północy prosisz o powóz. przejrzystego klasyfikowania faktów. sprawy i słowa chodzą w kółko. o ciepłej mgle i o deszczu.. I dzisiaj. gorące mgły. o moczarach. Krystyna. . mówiłeś o tym samym: o tropiku.myśli o tym Krystyna?. deszcz i parująca mgła. były: moczary. w tym pokoju. Kiedy ostatnim razem siedziałeś tutaj. ciepłe opary. osobiście. dławiące. przed czterdziestu jeden laty.) I czy ona. To stało się tego dnia. w tym fotelu. kiedy wróciłeś do tego domu.. słowa powracają. samotność pośrodku moczarów i puszczy?.. słowa powracają. kiedy było polowanie – mówi. z rezygnacją. Widzisz. systematycznego.. jakie wypowiedziałeś. wracasz do miasta. dotykają i coś tam zamykają – mówi obojętnie.

że Krystyna czyta tego rodzaju książkę. sam w pokoju. i chce stąd odejść. myślę. łączy mnie w życiu najwięcej. coś jeszcze: wreszcie. a więc chce innego niż ten świat. nie mogła dowiedzieć się niczego. nienaturalnie zdyscyplinowany. Wiem i czuję. próbuję zorientować się w statystykach tyczących zdrowia i gospodarki.15 – Kiedy odchodzisz. Krystyna również się żegna – kontynuuje później. Myśli o innych światach. I zrozumiałem. Dziwi mnie. – Sam zostaję w tym pokoju. odeszło ode mnie. co mi się udało. Bo dziwny migowy język życia przemawia do nas w takie dni wszystkim. i chyba rozumiem wiele. myślę. nie mogła wyczytać z mojej twarzy. Sprawy pewnego dnia dojrzewają i odpowiadają na pytania. z którymi. co oznaczało minione życie. I gdy tak trzymam tę książkę w ręku. wszystko ostrzega. Co się stało? Nie umiem odpowiedzieć. podnoszę tę książkę i kartkuję. kiedy patrzyła na mnie. kiedy dwoje ludzi. że ta książka jest również sygnałem. którą trzęsienie ziemi rozrywa na dwoje – po jednej stronie zostaje dzieciństwo. Krystyna. chociaż mgliście. to nie Krystyna. myślę. Może chce uciec stąd przed czymś czy przed kimś – i tym kimś mogę być ja. A jednak książka mówi. Nie mogła się dowiedzieć. Nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego. na fotelu. Przez cały następny dzień starałem się być spokojny. Oto. trzeba to tylko zrozumieć. pozostawiła tam. napisaną w języku angielskim. myślę. A w samej . Książkę. naraz zrozumiałem. przemówiło życie. Przyglądam się ilustracjom. i to mówi nie tylko po angielsku. I naraz zrozumiałem. dlatego czyta fachowe książki o tropikach. tego dnia. na drugim brzegu zaczyna się ta mroczna i nieprzejrzana przestrzeń. blada. książkę o tropikach.. co właściwie wydarzyło się na polowaniu. ty i to wszystko. Jasne jak słońce. Te dwa etapy już nigdy się nie zetkną. Krystyna coś czuje i coś wie. To wszystko. co mówi książka: Krystyna tutaj za czymś tęskni. W owej chwili czuję tak wiele. rzeczy zaczęły do mnie mówić. wszystko jest znakiem i ryciną. po której muszę się tułać. poza moim ojcem. coś się wydarzyło. przecież nie interesuje jej krzywa arytmetyczna produkcji kauczuku na półwyspie ni sytuacja zdrowotna tubylców. co zdarzyło się tego dnia: moje życie rozdzieliło się na dwie części. że ta książka jest także znakiem i odpowiedzią. Nie chce mi się spać.. ale możesz być i ty. po północy. W takich momentach bardzo trzeba uważać. jak okolica. ostatni etap mojego życia. tym swoim pytającym spojrzeniem. i nie tylko o warunkach życia na półwyspie.

przejrzyste. Znam Krystynę. znam ciebie i znam siebie – w każdym razie tak uważam w owej chwili. który jest mocniejszy od każdego dowodu. daleki. wzięty z powietrza zarzut.rzeczy. z taką siłą nie cierpiącą polemiki. Może to ta muzyka. A prawda jest taka. inny. Krystyna. ty i ja. miałem nadzieję. nie mogę zwodzić samego siebie. że znam prawdę. wiemy o sobie wszystko. kiedy znam prawdę. która zmusza opętanego. mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. jest głębsze. jakiś jej ślad nawet ja. Noce i dnie Krystyny. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem. To. charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne. a to jest rodzaj obłędu – jednak to hipoteza nieprawdopodobna. arcydzieło wśród swoich zbiorów. dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem. nawet jeśli są pomylone. dlatego. Powinienem pomówić z tobą. byś trzy. A jednocześnie wiem. i to tak niewzruszenie i pewnie. wątpliwości – że się nie mylę. kiedy myślę o Krystynie. wszystko to jest takie otwarte.. nie ma żadnych oznak. kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam. bardziej tajemnicze. Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik. namiętności. Naturalne i proste wytłumaczenie: uwiodło cię uwielbienie i pragnienie Krystyny. straszniejszą od faktu. muszę ją odrzucić.. nasza przyjaźń. Co za śmieszny. sprzeciwu. czy mamy grać komedię we troje. czyste. nie ma tygodnia. ten trzeci. jestem spokojny. czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy. Krystyna nie kłamie i nie jest wiarołomna. nie ma usprawiedliwienia i wykrętu. gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. jej ciało i duszę znam jak samego siebie.. jak tylko człowiek znać może proste fakty życia. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina. że ty i Krystyna. Tutaj w grę wchodzi coś innego. nieomal doznaję ulgi. że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. wiecznie ślepy i głuchy. aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela. Lecz teraz. woła we mnie – tak niedwuznacznie. jak kolekcjoner znajduje rzadki i doskonały okaz. że jakiś głos. co się wydarzyło. nasze poznanie Krystyny. którą znalazłem w świecie tak. Masz powód. Brak danych. którego znalezienie i odkrycie było jedynym celem i sensem jego życia. na służbie. że oszalałeś. jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego . Zawsze byłeś dziwny. że byłbym wariatem. kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział. Podejrzliwość nie zdoła wkraść się do mojego systemu nerwowego. nie wolno zatajać. bo przecież w życiu nas trojga nie naprowadza na nią żaden trop. o których człowiek myśli jedynie we śnie. prawdopodobnie wyśmiałby mnie. że ta nadzieja jest głupia i tchórzliwa: muszę spojrzeć prosto w twarz rzeczywistości. znam każdą jej myśl. myślałem. nie jesteś szaleńcem. cztery wieczory nie był u nas na kolacji. w ciągu dnia jestem z tobą w mieście. w koszarach. aby mnie nienawidzić i zabić. nie można miesiącami ukrywać przed światem. także sekrety. bardziej niedocieczone. gwałtowna namiętność. Namiętnych uczuć. moje małżeństwo. Życie nas trojga. uwieńczenie całego życia.. dowody przesypują się przez palce. Lecz ja nie potrafię zrozumieć tego powodu. prawda? Czy tę pewność. Głupia hipoteza.

skąd przyszła. w czasie naszej podróży poślubnej. moje nazwisko. o czym trudno jest mówić. że pewnego dnia jej życie wypełni się czymś. zrozumiałem. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka. ten zamek. bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego. abym wiedział. swoje uczucia i ukryte myśli.. niemożliwą do zapisania i wypowiedzenia. Pamiętnik prawdopodobnie zabrała do swojego pokoju. czym nie będzie mogła podzielić się ze mną. prosiła mnie o to w Paryżu. Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica. pomyśl tylko. która chciała czynić wyznania – i później. Jakby szukał właściwego słowa. Przymyka oczy. jak nieustające miłosne wyznanie. – Nie chcę jej przeszkadzać. I naraz życie daje jej wszystko. kto wie. otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. to sekretne... tak sobie myślę – mówi spokojnie. ze strzępów ludzkiej duszy. o czym jeszcze przed paroma miesiącami nie śmiała nawet marzyć w swoim małomiasteczkowym środowisku. co jest prawdziwą tajemnicą. pisemne przekazywanie wiadomości. Bo musisz wiedzieć. Trudno o tym mówić. Jak powiadam. z uczuć i pragnień. znacznie później. Krystyna chce mi dać wszystko.. Prawda. jutro ją zapytam. kiedy już nie było Krystyny. że tylko ten szykuje się tak niepewnie do wyznania. w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy.. dwoma słowami zawiadamia mnie. zeszytem nutowym i wspomnieniami.. Oto jakimi jesteśmy powiernikami. o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową. wszystko. cokolwiek przesadny kobiecy koncept. jednym.. chodzę po ciemnym domu. uważałem za niezrozumiały. pod wpływem pewnej sytuacji. . dziennik by o tym zasygnalizował. bała się. To był pomysł Krystyny. za pośrednictwem naszego pamiętnika.. co więcej. że ten poufny zeszyt. i co znaczyło dla niej to wszystko. myślę. ona i ja. Krystyna jest zakochana. jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą. wielki świat. w biednym domu. idę do bawialni Krystyny. i wstaję. że pewnego dnia rzeczywiście będzie w jego życiu coś. co myślał lub co czuł ów człowiek. czy ma mi coś do przekazania naszym szyfrem. że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze. co jej dałem. że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli. Przez długi czas nie rozumiałem tego pamiętnika. dom śpi. że kto tak ucieka w szczerość. siedzi tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania. co powinien wyznać. jak ślepcy z pozbawioną wyrazu twarzą. – Już północ minęła. Odpowiadała. do bezwzględnej szczerości. nie chcę jej przeszkadzać. nie chce mieć sekretów przed samą sobą. dlatego będzie zapisywać wszystko to. pałac w Paryżu. który żyje już tylko swoim instrumentem. każdy sygnał wysyłany przez jej nerwy – jesteśmy w podróży poślubnej.małżeństwa. te kapryśne sygnały Morse’a przesyłane z życia Krystyny. opowiada wszystko. Krystyna jest zmęczona. duszę i ciało. Ale szuflada jest pusta. sama z cichym i chorym starcem. to ona była tą osobą. znacznie później zrozumiałem. że nie chce ukrywać przede mną sekretów. czegoś się boi. o którym nie mówimy – trochę wstydzimy się przed sobą tej milczącej poufałości – jest czymś takim. ponieważ uzgodniliśmy. do której tylko my dwoje mieliśmy klucz.

aby uniknąć mówienia o czymś. ten dziwny prezent. – Ciasno splata palce. jest tylko wdzięczna. czasami jej wyznania są niepokojąco szczere. dostaję mdłości od tej cmokającej. moją karierę. że jest zakochana. owe dziwne. być może czyni to dlatego. od tego poczucia szczęścia. kiedy czytam pamiętnik. uważnie. niekiedy tylko jedno słowo. Świat należy do mnie. że ten. że widziała w Algierze pewnego mężczyznę. służbę. Niekiedy pisze jedną linijkę. mam pozycję. która pojechała w podróż poślubną z mężem. które czekały na mnie w portach. Nie myślę o tym w czasie podróży poślubnej ani później. ów mężczyzna szedł za nią wąską uliczką. na sposób młodej kobiety. czy coś w tym rodzaju. Wszystko to jest zbyt piękne. Później dowiaduję się. Londyn. Bowiem bogowie na ogół zazdroszczą i jeśli dają ziemskiemu śmiertelnikowi rok szczęścia. Na przykład pisze coś takiego: „Jesteś beznadziejny. której każde słowo. z bogatym. w jaki z przesadną pewnością siebie odnoszę się do ludzi. doszły mnie wieści o jakichś finansowych bądź innych jeszcze nieprzyjemnościach. co się jej we mnie i na mnie nie podoba. każde drgnienie duszy i ciała przyjmuję z idealnym rezonansem. Opisuje to. bezbłędne. natychmiast zapisują ten dług i pod koniec życia żądają zwrotu za lichwiarską cenę. kto tak usilnie pragnie z bezwzględną szczerością powiedzieć drugiemu człowiekowi wszystko. że spłonął nasz kasztel albo że poniosłem materialną stratę.pełnymi garściami. Bo ten pamiętnik od pierwszej chwili jest pełen zdumiewających wyznań. W istocie nie jestem skromny w tamtych latach. Ale jestem szczęśliwy. Krystyna. Krystyna pisze w pamiętniku krótkimi zdaniami. morze. sposób. idealne. bez pęknięć. Człowiek zawsze boi się tak wzorowego szczęścia. Po czym tygodniami nie pisze nic. że bankier. naturalnie. na swój sposób. spotkałem kobietę.. wierzy. zagadnął ją. jakby rozmawiała z nim przez sen. Ale potem następuje w życiu ten dzień i ta . paroma słowami. bo jesteś wierny”. Splata palce. dystyngowanym młodym człowiekiem. życie otwiera się przede mną w pełnym blasku. gdybym na przykład dowiedział się.. mam trzydzieści lat. kiedy patrzę za siebie. Chciałbym złożyć losowi ofiarę. jestem bogaty. bardzo wdzięczna. kocham życie. Rzym. a ona poczuła. dlatego wynajduje pamiętnik. Krystyna nie schlebia mi w tym pamiętniku. jak widzi. by w listach z domu. Albo pisze o tym. człowiek lubi odpłacać bogom za swoje szczęście. Paryż. dostrzegam na dnie owego poczucia szczęścia pewien rodzaj niepokoju. tę całoroczną podróż poślubną. opiera się łokciami o kolana. ma dla mnie złe wiadomości. w skupieniu. którego bogowie bez powodu nadmiernie darzą łaską. Ale dokoła mnie wszystko jest bezbłędne. Opisuje mnie tak. który sprawuje pieczę nad moim majątkiem. zarozumiałej pewności siebie. Nie myślę o tym. przygląda się rysunkowi na dywanie. małżeństwo. co jest ważne i istotne. miesiące wśród oaz. w owym czasie to też nie jest to. Krystyna jest niespokojnym duchem. odrobinę groźne błyski szczerości nie zakłócają mojego szczęścia. – Pod każdym względem chce być wdzięczna. lecz bardzo trafnie. nachyla się i mówi tak: – Wdzięczna. co dla jej religijnej duszy jest największą cnotą. Teraz. myślę. że nie jest zakochana. że mogłaby z nim odejść. wszędzie na świecie – nie czuje we mnie skromności. Widzisz. potem Wschód. nie miałbym nic przeciwko temu. I jak każdy człowiek.

ponieważ teraz jest już pewne. i ja przez cały ten dzień czuję się tak. Możliwe. czego sensu wciąż jeszcze nie umiem uchwycić. można się zbliżyć do prawdy: dlatego chcę mówić z tobą. i wszystko to. do twojego mieszkania. jakby z twojej broni padł strzał. – Bardzo rzadko trafia się człowiek. Niewiele jest warta – mówi z przekonaniem. bo to wszystko dzieje się także ze mną. jakby co ciekawszymi fragmentami . w szufladzie biurka Krystyny. Postanawiam. na próżno gromadzą doświadczenia. gdy otwierają się drzwi i wchodzi Krystyna. – O co można pytać ludzi samymi słowami? I co warta jest odpowiedź. dopóki ma w życiu cel. nie zmieni faktów. A i wtedy nie będziemy mądrzejsi ani bardziej uzbrojeni. że ludzie daremnie poznają prawdę. u którego słowa całkowicie pokrywają się z prawdą życia. na pół zamarzniętego znaleźli mnie moi myśliwi w pobliżu trupa niedźwiedzia. a jednak potem zdumiewało mnie.. A ja pozostaję sam ze wspomnieniami tego dnia i tego wieczoru. schodząc ze ścierwem z gór. o łajdakach. o co? – mówi cicho.. nie. że w tamtych latach byłem nadzwyczaj silny. ciężki był. jakby ta nieoczekiwana kula świsnęła mi koło ucha. Wtedy zapadłem w głęboki sen. W owej chwili rozumiem jedynie fakt dezercji. Kręci głową. lekceważącym tonem. mam z tym wszystkim coś tragicznie wspólnego.. Lecz i przy pomocy słów. Jestem w twoim mieszkaniu i dowiaduję się. Wydaje się. że człowiek wytrzyma wszystko dopóty. Chcę mówić z tobą. naturę człowieka.noc. jak utrzymałem ten ciężar na zboczach gór. czy to wszystko. że nie można zrobić w życiu więcej niż mądrze i ostrożnie dopasować do rzeczywistości tę nie podlegającą zmianom rzeczywistość. starczo. uprzejmie i przyjaźnie. więc posiłkując się pytaniami i odpowiedziami. pewne jest. ponieważ nie potrafią zmienić swojej natury u jej podstaw. pewne jest i to. Opowiadający mówi głośno.. dwustupięćdziesięciokilowy: wiem. i natychmiast po obudzeniu każę zaprząc. umęczywszy się w dolinie. z wyczerpania.. na krawędzi przepaści i na stromych ścieżkach. że. o co ja mogę zapytać. ale jeszcze nie wiem.. Jakbym tego dnia dokonał jakiegoś fizycznego wysiłku. w którym meldujesz. lecz słowami?. nie tylko z tobą. Dopiero nazajutrz w pułku otrzymują twój list. że wyjechałeś. – Zapytać. dusznym pokoju. Śpię głęboko. jadę do miasta. I nie znajduję pamiętnika na zwykłym miejscu. jakiej udzielają ludzie nie prawdą swojego życia.. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Pewnego razu zniosłem na barkach z ośnieżonych gór ociekającego krwią niedźwiedzia. bez snów. napchanym okazałymi przedmiotami. że wydarzyło się i dzieje coś. Tak samo śpię tamtej nocy. ale wpierw gruntownie i drobiazgowo omawiasz z Krystyną wszystko. ty odjeżdżasz od nas. jakby go zdumiewał postępek dziecka. Możliwe też. w śniegu. co dotyczy tropiku. że zrzekasz się szarży i wyjeżdżasz zagranicę. że jutro rano odszukam cię w mieście i zapytam. podług mnie. jakby szydził z samego siebie. A więc stoję w twoim zagadkowym.. To wszystko. można poznać fakty. co możemy zrobić. że jest to zjawisko występujące w życiu najrzadziej. Nastaje noc. Śpię głęboko. co ty możesz odpowiedzieć. Milknie. Nie myślę teraz o kłamcach. jeździł konno albo wędrował. Myślę o tym. że chciałeś mnie zabić.

jakiejś ładnej historii zabawiał przyjaciela, który wreszcie przybył z bardzo daleka, z minionego czasu, z zagranicy. Konrad słucha nieporuszony. Cygaro, którego żar wygasł, odłożył na brzeg szklanej tacy, założył ręce; i siedzi tak, bez ruchu, sztywno, w przepisowej postawie, jak oficer, który po przyjacielsku rozmawia ze swoim przełożonym. – Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. – Tak powiedziała? – pyta gość i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. – Tak – potwierdza generał. – Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział, i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy, i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone. Jest opanowana i milcząca, zarazem czuję, że teraz ta kobieta wystąpiła z siebie, z solidnych ram życia, gotowa jest zgubić samą siebie, także ciebie, także mnie. Jedno spojrzenie, nieoczekiwany gest i Krystyna zrobi lub powie coś, czego już nie da się naprawić... Ogląda obrazy, beznamiętnie, bez zainteresowania, tak jak człowiek ogląda na pożegnanie to, co dobrze zna i co już wielekroć oglądał. Okiem krótkowidza, spojrzeniem hardym, mrugając, ogląda szeroki francuski tapczan; na moment przymyka oczy. Potem odwraca się i bez słowa, tak jak przybyła, wychodzi z pokoju. Nie idę za nią. Widzę przez otwarte okno, jak przechodzi przez ogród. Odchodzi między krzewami róż, róże w tych dniach rozkwitły. Wsiada do lekkiego powozu, który czeka na nią za ogrodzeniem, bierze lejce do rąk i odjeżdża. Po chwili powóz znika na zakręcie drogi. Milknie, patrzy na gościa. – Nie męczę cię? – pyta uprzejmie. – Nie – odpowiada ochryple Konrad. – Absolutnie nie. Mów dalej. – Bo opowiadam zbyt szczegółowo – mówi tonem usprawiedliwienia. – Ale nie można

inaczej: jedynie poprzez szczegół możemy zrozumieć sedno rzeczy, sam tego doświadczyłem, tak jest w książkach, tak jest w życiu. Trzeba poznać każdy szczegół, ponieważ nie sposób wiedzieć, który jest ważny, jakie słowo odpowiada rzeczy. We wszystkim należy utrzymywać porządek. Ale teraz nie mam już wiele do powiedzenia. Ty uciekłeś, Krystyna odjechała, lekkim powozem wróciła do domu. A ja, cóż ja mogę jeszcze zrobić w tamtej chwili i w czasie, jaki nadejdzie?... Oglądam pokój, patrzę w ślad za znikającą Krystyną. Wiem, że w przedpokoju, za drzwiami, stoi sztywno wyprostowany twój ordynans. Wykrzykuję jego nazwisko, wchodzi, salutuje. „Rozkaz!” – mówi. „Kiedy odjechał pan kapitan?...” „Pośpiesznym o świcie”. Ten pociąg jedzie do stolicy. „Czy zabrał ze sobą duży bagaż?...” „Nie, tylko parę cywilnych garniturów”. „Czy pozostawił jakąś wiadomość, wydał jakiś rozkaz?...” „Tak jest. Trzeba zwolnić to mieszkanie. Trzeba sprzedać meble. To wszystko załatwi pan adwokat. Ja wracam do oddziału”. Nic więcej nie mówi. Patrzymy na siebie. I teraz następuje chwila, którą trudno zapomnieć: ordynans, dwudziestolatek, chłopak ze wsi, z pewnością pamiętasz jego poczciwą, mądrą, ludzką twarz – przestaje patrzeć wytrzeszczonymi oczyma służącego, z napiętą uwagą, teraz już nie szeregowiec stoi twarzą w twarz ze swoim przełożonym, ale mężczyzna, który coś wie, stoi twarzą w twarz z drugim mężczyzną, którego mu żal. W jego spojrzeniu jest coś ludzkiego, litościwego, od czego blednę, po czym krew uderza mi do głowy, i to spojrzenie... Teraz – to, co następuje, zdarza się po raz pierwszy i ostatni – ja także tracę głowę. Podchodzę do niego, chwytam go za bluzę na piersi, omal go tym ruchem unoszę w powietrze. Jeden drugiemu dyszy prosto w twarz. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w spojrzeniu ordynansa jest odraza i jednocześnie, jak przedtem – litość. Wiesz, że w owym czasie nie miałem zwyczaju chwytać rękami kogokolwiek czy cokolwiek; łamałem wszystko, czego delikatnie dotknąłem... I ja to wiem, czuję, że obaj znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie, ordynans i ja. Dlatego puszczam go, z powrotem opada na podłogę jak figura z ołowiu; juchtowe buty trzaskają o parkiet, znowu stoi na baczność jak na paradzie. Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie, i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. – Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. – Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu

jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów. pod koniec naszej podróży poślubnej. udajemy się z Krystyną do tego uzdrowiska. W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę. To nieprawda. to ty byłeś tym. Przyczynia się.. Okolica i miasto za oknem jeszcze są ciemne. które ze swej istoty. że to. w mglistej. bo gdzieżby indziej – już nie żyła. przywołuje do siebie. dusznymi od zapachu kwiatów i drzew pomarańczowych. Okolica jest szara i srebrzysta jak krzewy oliwne. już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych. nie wypuszcza z rąk tego. Człowiek i los trzymają się nawzajem. z charakteru. by utrzymać skrzypce i smyczek. pędzimy do samego końca. na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. nie. co musi się wydarzyć. wysoko zamek. w którym zmarła jej matka. działa z żelazną konsekwencją. Znała cię w dzieciństwie. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?. musi zadowolić się tym skromnym. Taki jest człowiek. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi. która miała wówczas siedemnaście lat. Czy tak myślałem wtedy albo na początku. aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum. musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej. Postępuje tak i wtedy. Po latach.16 – Bo nie tylko wypadki rządzą człowiekiem – mówi teraz bardziej stanowczo i podnosi głowę. . jest fatalne. ale nie mającego dość sił. jedno przyzywa drugie. Brzegami jeziora Garda. od pierwszej chwili... że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium. wcześnie musi zrezygnować z kariery. Po południu przybywamy do Arco samochodem. które my sami przed nim otwieramy. który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka. Świece palą się nad ich głowami długim płomieniem i kopcą. któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne. lecznica chorych na serce. odnajdujemy to sanatorium. co się z nim dzieje. czuje i wie. Nie ma człowieka.. który byłby dość silny i mądry. pośród nocy nie widać ani jednego światła kaganka. knoty świec poczerniały. ukryty wśród skał. gdy natychmiast. zatrzymujemy się w Riva i po obiedzie przedostajemy się do Arco. Krystyna chce zobaczyć pokój. dodatkowym zarobkiem. letniej atmosferze. – Człowiek również ma wpływ na to. gdzieś tam w Południowym Tyrolu. z sali koncertowej. szlachetnych dźwięków. jedno nadaje drugiemu formę. co robi.

jeszcze nie wiem. a moja matka. jakby zamknął w sobie wszystek smutek. że nie jesteś prawdziwym żołnierzem. letnia i wonna mgła. jedną matka. jakby ból serca był w Arco jakąś niemą czynnością. lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę. które powstaje pomiędzy wiecznie szukającymi się ludźmi odmiennego rytmu i przeciwstawnych zamiarów. o pokrewnej strukturze krwi. stopnie władzy. jak w oranżerii.. oddając bliźnim. Ileż rozpaczliwej i ślepej nadziei kryje się za tą dwoistością! Tak. złudzeniem. tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy. że Krystyna także jest „innego rodzaju”. kobieta i mężczyzna.. wszędzie jest ta zmienna energia positiv i negativ. ta wonna i parna letniość. z bardzo daleka. w Arco słyszałem głos ojca i zrozumiałem. która owija tutaj wszystko. poczułem. szukamy jej w każdym miejscu i w każdej odmianie życia. swoją krew... w Arco.. ta sama bezczynna i smutna wola.. ja mam tego rodzaju charakter i gust. jakby natura. Niekiedy zgoła myślę. Jest to takie rzadkie. Krystyna obchodzi dom dookoła. na który chorują ludzkie serca. jest podobna. Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa. że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę. ty i Krystyna staliście na drugim brzegu. jeśli nie jest „inna”. uniemożliwiała to współbrzmienie – być może dlatego. obojętnie i uprzejmie – i mówi. Pierwszy raz czuję. W wielkiej ciszy bladożółty dom. którą bardzo kochał i obok której. mimo to. które wiecznie poszukuje drugiego. było jedno i to samo: ta sama tęsknota. że do stwarzania świata. smutny i mądry głos mojego ojca. zapach ciernistych roślin południowych. Cisza. każde z was miało inną rolę do odegrania. która rozrywa ludzkość na dwie części. do odnawiania się życia konieczne jest napięcie. tak tajemniczy. dwu odmiennych rytmów życia. przemocą i podstępnie. ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów. przyjaciele. z zarania dziejów słyszę głos. I jeszcze coś zrozumiałem w Arco. że jego los trwa dalej we mnie. teraz już to wiesz? Największą tajemnicą i darem życia jest. pozostał samotny. jeśli jej ogląd świata. co więcej. który nie czytał książek. dwu temperamentów. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia. ponieważ moja matka również była „inna”. że Krystyna nie jest całkowicie ze mną. jeśli jej istota. gdziekolwiek spojrzysz. które przywiązało mnie do matki. wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy. niezrozumiałą konsekwencją życiowych wypadków. Uczucie. Prąd zmienny. wiedział o owej dwoistości. że święto się skończyło.Wszędzie palmy i to wzruszająco łagodne oświetlenie.. do ciebie i do Krystyny. skrytsza niźli przekonania. on także spotkał kobietę. a wypowiada to imię bez gniewu i złości. To wtedy.. I przypomniały mi się słowa mojego ojca. jak płótna owijają serca chorych. że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe. światopoglądowe. Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie. że wszystko zależy od niej. . Nie rozumiem tego słowa. wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. z daleka.. gdy spotykają się dwie „odmienne” istoty. jak ty i Krystyna. na czym polega ta różnica?. że jesteś człowiekiem innego rodzaju. wszystko to dotyka z bliska także i mnie. Ponieważ zawsze kochamy „inność”. rozumiesz. co on. w którym żyła przez ostatnie lata i umarła matka Krystyny. ta sama niestrudzona nadzieja. Mój ojciec mówi o tobie..

co jej dałem. gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. Odchyla się w fotelu. pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. nigdy. którzy są dumni ze swojej rangi. Wydaje się. spotkanie nas dwojga. jak człowiek. – Resztę znasz.. nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu.drugą przyjaciel. na który nigdy nie można się przeprawić. klasztor. rzadkością jest człowiek suwerenny.. z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. na . który jest ci bliski. pochodzenia. majątku. jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka. w pokoju. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości. uważałem za coś tak niepojętego. niezależną i wolną.. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła. z której by się wycofała. kiedy Krystyna obchodzi dokoła dom. jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś. skłonności. że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca. nie do oswojenia: wszystko. całym sobą reagować na wszystko. trochę włoski. życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu. wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. na tamtym brzegu. W życiu wszystko możesz osiągnąć. kultura i czułość jej ojca. z tej bezwzględnej potrzeby wolności. który jest dla ciebie ważny. że interesuje cię Krystyna. Przedstawiłeś mnie Krystynie. głowę chowa w dłoniach. – Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie. Możliwe. że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. trzecią miła i kochająca żona. jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. Wniosła namiętność i hardość. zaznajomienie się z Krystyną. że nic nie można zrobić przeciwko prawom ludzkiego charakteru.. nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu. właśnie owej odmienności. a reszta węgierska. który umiałby. do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. Pamiętasz – tak. Jej duma także była innego rodzaju niż tych. Krystyna od wewnątrz była dzika. jak ona. Owszem. Wniosła nie tylko swoją młodość. Czuję to po raz pierwszy w Arco. był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki. Rozumiała coś jeszcze. do którego ją wprowadziłem. na poranny spacer w lesie. wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać. gestem bezradnym i zrezygnowanym. który zrozumiał także i to. nie. A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania. Nie można było jej obrazić. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka. co daje mu świat i życie: na muzykę. suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. majątek i pozycję towarzyską. rytmu życia. zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie... jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie. nie można było postawić jej w takiej sytuacji. który coś zrozumiał. a to już jest bardzo rzadkie. Ja to spotkanie. w którym umarła jej matka. jak żadne inne spotkanie przedtem. nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. w domu – mówi. a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność. jaka była prawdziwą treścią jej natury. Na drugim brzegu. nic. tak. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie. a jednak wszyscy troje graliście w moim życiu tę samą rolę.

Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś. tak wyraźnie widzę jej twarz. którą dla was w pełni wyrażała muzyka. powracające elementy. ojciec i ja. a Krystyna i ja nigdy już nie rozmawialiśmy ze sobą – mówi spokojnie. a tej drugiej mowy. nieomal z zadowoleniem. Tu chodziło o muzykę. a wielki obraz. kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta. którzy prawdopodobnie dobrze znaliśmy Krystynę. Krystyna i ty nie szukaliście muzyki – nie pamiętam też. na przykład muzyka.. powinieneś to wiedzieć. Niekiedy jeszcze widzę jej twarz – mówi wylewnie – w tym domu już nigdzie nie spotkasz jej portretu. że życie jest wielką łaską i przywilejem. I patrzy w ogień. jak dziwnie się zmieniają. jakby informował o skromnym czynie bohaterskim.zapach i barwę kwiatu. Nie. Bo tego dnia wszystko wydarzyło się tak. I teraz. nie. jakby ciągle czuła. kiedy jedliśmy kolację razem z Krystyną. z pasją. Przyjrzyj się ich twarzom. Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. – Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy. co więcej. dwaj jakże inni od was ludzie. my dwaj. abyście kiedykolwiek grali razem. obchodziło każde ziemskie stworzenie. nie ma jej fotografii. kiedy mówimy o niej. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny. który malował Austriak i który długo wisiał pomiędzy portretami mojego ojca i matki. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. wszystko wydarzyło się pomiędzy nami trojgiem. czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę. zdjęto ze ściany. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej. ja także wtedy ostatni raz jadłem kolację z Krystyną. ona zbliżała się do wszystkiego. Pomiędzy moją matką. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy. osobiście. ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki. – Ale niekiedy widzę jej twarz. – Taką mieliśmy naturę – mówi po prostu. A ponieważ obaj znaliśmy Krystynę. gwiazdy i książki. na czyjeś rozumne i właściwe słowa. w półśnie albo gdy wchodzę do pokoju. kiedy tutaj siedziała między nami. – Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego. ostatniego wieczora. kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy. co świat może pokazać i ofiarować. kiedy słuchają muzyki. w każdym razie nigdy w mojej obecności. nie znajdziesz już w tym domu portretu Krystyny – mówi zdecydowanie. ty to z pewnością rozumiesz. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać. co się wydarzyło. Nie znałem nikogo. na cztery ręce. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora. że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego. nigdy nie zasiadłeś do fortepianu przed Krystyną.. nieuchronnie musiały zapaść pewne decyzje: ty wybrałeś się w podróż do tropiku. Nie tylko ty. opowiadają sobie coś całkowicie luźnego. Wydaje się. wszystko ją ciekawiło. Bo to był ostatni wieczór. że wstyd i delikatność powstrzymywały Krystynę przed słuchaniem z tobą muzyki w . rozumiesz?. z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. jak wydarzyć się musiało. czasami wydaje mi się. Jakby ją. niekonwencjonalnego. nie rozumieli. Tak. pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple. jak przed czterdziestu jeden laty.

Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. Jak my obaj – mówi krótko. Wydaje się. abym mówił co innego. – To mnie uspokaja – mówi uprzejmie. z jakimś niezrozumiałym celem. ojciec Krystyny – mówi. co warto było opowiedzieć. starzy ludzie. – . ojciec. niema muzyka utrwalona w znakach. – Ojciec Krystyny też tak uważał.. Ale to drzewo pochodzi jeszcze z dawnego lasu i ów gniew.mojej obecności. którzy mają nie tylko słuch muzyczny. nachalniejszy. I to drzewo. z którym raz. dochodziłem do pięćdziesiątki. i byłem tak samotny jak jedyne drzewo na polanie w moim lesie. badają się nawzajem. o tobie. Patrzył przed siebie ślepawymi oczami. wokół którego w przeddzień wybuchu wojny burza wytrzebiła las.” Zabrzmiało to jak wyrok. prawdopodobnie ma jakiś inny. krótko po naszej rozmowie umarł. Kto coś przeżyje. jak to możliwe. któremu w przyrodzie na imię wicher. Wydaje się. Chce zostać przy życiu. – Nie szukałem śmierci. który coś przeżyje. jeśli tak dalece potrafi poruszyć ludzi. co żyje. Bo to był jedyny człowiek. od dziesięciu lat. ale posłuszni głosowi przeznaczenia i krwi należą do siebie. jeden jedyny raz rozmawiałem o wszystkim. Siedzieliśmy w ciemnym pokoju. – Potem on także umarł. niebezpieczny sens. jedynemu człowiekowi.. o muzyce. pogrążając się w myślach. jakby z życia. gdzie wszystko miało taki stary zapach. którzy trwali z dziwną obojętnością i siłą. i odnawiać się. dzięki potężnej i nierozumnej sile. Wszyscy umarli. wszędzie leżały tomy nut. ty i Krystyna... A więc powróciłem z wojny i rozmawiałem z ojcem Krystyny. Krystyna też już wtedy nie żyła. A ja opowiedziałem jemu. obecnie. Wówczas zrozumiałem. matka. jednakowoż żyje. był już bardzo stary. że wszystko. to drukowane huczenie i świstanie. sucho. powywracał wokół niego wszystko. Wtedy był już stary. jak my żyjemy. Co wiedział o nas trojgu? Wszystko. że życie. w szafach. Wszyscy już pomarli i odeszli. którzy kiedykolwiek byli dla mnie ważni. drzewo. w pobliżu domku myśliwskiego. Akurat powróciłem z wojny. nie ma prawa i powodu oskarżać. o Krystynie. ulotniła się wszelka ludzka treść. nie ma innego celu. powyżej osiemdziesiątki. że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi. i las. co doń należało.. ten wygrywa własny proces. także dzisiaj. Patrzą na siebie. – Dokładnie tak uważam – mówi gość. w półmrok. wszystko. on był sprytniejszy. Jakkolwiek muzyka nie ma żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. na półkach. Wysłuchał mnie i powiedział tylko tyle: „Czegóż chcesz? Przeżyłeś. Pozostało to jedno drzewo na polanie. nie ma prawa wnosić oskarżenia. i ten zamek. jest silniejszy. Żadnego. niż trwać tak długo. Żyło jedynie tych dwoje: niania i ojciec Krystyny. że człowiek. które jest światową literaturą muzyczną. Nie uważasz?. W ciągu minionego ćwierćwiecza wyrósł już wokół niego nowy las. I jak swego rodzaju oskarżenie. nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu. widzisz. ukrywało się w pokoju. a i ja nie byłem już młody. – Pozostała jedynie niania i ty gdzieś tam we świecie. a on naprawdę znał się na muzyce. tak. Jaki może mieć cel?. pośród starych mebli i dawnych instrumentów.. jakie upłynęło w tym pokoju.

.. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem. musi odpowiadać i musi otrzymać odpowiedź na pytanie. że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. i dlatego czekałem na ciebie. Co to za zemsta?. płonie aż po samo niebo. i odpowiadam tak: .. aby umrzeć. gdzie znalazłbym sposób. który czas jedynie zdusił. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata. którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia. Mijał czas i świat ponownie się zapalił. tak iż stał się bledszy. bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. Jakaż to zemsta jest jeszcze możliwa pomiędzy dwoma starcami. a przecież w tym oszalałym świecie ty jakoś znalazłeś drogę... jest nieważne. a nie umarłem. że to jest jeszcze ten sam ogień. W jaki sposób? – zapytasz teraz. wszystko. pod uderzeniem jakiegoś żywiołu. możliwe też. wszędzie na świecie. którzy jesteśmy już u kresu życia. my także pragniemy zemsty. ponieważ czekałem.. Widzę po twoich oczach. tak obliczono. iż wypala się każda osobista wątpliwość. zemsty. zbyt wiele złości. na których czeka już tylko śmierć?. tylko ogień żyje i pali się. porywów i gwałtowności. W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie. lecz coś więcej... Jakże silna jest natura człowieka: bo on nie umie żyć inaczej. zemsty.. Głupie afekty. Spójrzmy w nasze serca. A ja odpowiadam ci. do domu i załatwić ze mną to wszystko. że coś dojrzało w duszach ludzi. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. nie: byłem spokojny. i teraz załatwiają i omawiają ogniem i mieczem to. wiem. nawet te słowa. – mówi obiektywnie. co tu jeszcze znaczy zemsta?.. jak dzisiejszej nocy nad tą okolicą. które uznał za pytanie swojego życia. ba. – Możliwe że w świecie wygasną światła. czego nie potrafiliśmy załatwić przed czterdziestu jeden laty. – Możliwe że ta forma życia.. że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę. że nie rozumiesz owej żądzy zemsty.. ta kolacja. aby się zemścić. którym teraz nie jest już wojna. tyle że teraz znowu się roznosi. co raz wreszcie musi być załatwione i omówione. dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny. w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości. To pytanie zadaje twoje spojrzenie. co było regułą i ugodą. którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza. że człowiek niekiedy sądził. Powróciłem z wojny. Każdy umiera. mądrzy i starzy. Dlatego powróciłeś. i co w nich znajdujemy? Gniew. wszystko to już należy do przeszłości. obcy ludzie drą z siebie pasy. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. zemsta. Czego więc innego oczekujemy od świata. z drugiego brzegu. którą poznaliśmy. ten dom. ale nie potrafił zgasić jego żaru. na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś... bo wiedziałem. Możliwe że ten świat się kończy – mówi cicho i jedną ręką pokazuje dookoła siebie. widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia. Ale nie wypalił się. indywidualny problem i pojedynczy gniew. w ataku i w starciu. kogo już nie ma.. który jest pełen nieświadomości i pożądliwości. Znowu pali się świat. Możliwe. Wiele na to wskazuje. w której rozmawialiśmy. Tak.Dokoła mnie umierali ludzie. giną miliony ludzi. aby jeszcze raz wrócić. od ludzi? Przecież my obaj. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem.. w książkowym znaczeniu tych słów.

że masz rację. Nie. To trzymało mnie przy życiu w latach pokoju i w czasie wojny. w ciągu minionych czterdziestu jeden lat. To jest zemsta. poranny wiatr. – Możliwe – mówi. Teraz będziesz odpowiadał. dlatego ja nie zabiłem nikogo. chwała losowi. w ogrodzie. . jest prawie ciemno. patrzy uważnie. przez świat pogrążony w wojnie. Światło świec już zamiera. Ostatnie słowa mówi zupełnie cicho: gość nachyla się. tak jak chciałem. że przyjechałeś do mnie. Pytaj. pośród wielkich drzew. – Możliwe.a jednak to jest zemsta. Może potrafię odpowiedzieć. wieje wczesny. w pokoju. przez zaminowane oceany. Zemsta to jest to. Wokół nich. na miejsce zajścia. wyruszyłeś tutaj. aby odpowiedzieć i abyśmy obaj poznali prawdę. zemsta przyszła.

aby zabić drugiego człowieka. na polowaniu. że chciałbym się dowiedzieć. i zawsze było mi ciebie żal z powodu tamtej chwili. z którym jest wewnętrznie powiązany i którego z jakiegoś powodu musi zabić. który jest mu bliski. W minionych dziesięcioleciach nigdy ani przez sekundę nie wątpiłem. Na dwa pytania. kiedy piekielne moce jeszcze sprawują pełnię władzy na ziemi i w ludzkim sercu. – Na dwa pytania. ponieważ wiem z całą pewnością... zwłaszcza teraz. Bo to stało się z tobą tamtej chwili. z przestarzałymi i stęchłymi sekretami alkowy. miałeś zamiar mnie zabić? Czy nie było to moje urojenie? Drugie pytanie. kiedy czekałem na ciebie. w prawdziwym. Milczysz?. widzisz. mój przyjacielu. jak to mówiono drzewiej. porzuciłeś sztandar. jak to zwykło się mówić. kiedy noc wydaje swoje złe tchnienie. myślisz. Była to chwila utraty przytomności. sądzisz. Straszna może być chwila. już nie warto zapalać nowych świec.. Co mogę począć z duszną tajemnicą garsoniery. W mroku nie widzę twojej twarzy. ta poranna chwila.17 – Musisz odpowiedzieć na dwa pytania – mówi generał i on także się nachyla. Miejmy to za sobą. pospolitym i trywialnym znaczeniu tego słowa? Nie. co czułeś. czy się nie mylę. Tak dokładnie wiem. kiedy ludzie jeszcze wierzyli w prawdziwe znaczenie słów. od nas. i tylko ty możesz na nie odpowiedzieć.. jakbym był na twoim miejscu i jakbym przeżył tę straszną chwilę pokuszenia. Nie mówię tego w trybie oskarżenia. które dawno sformułowałem. chwila zemsty. ty w tej formie. od swojego urzędu. Znam ją. Niebezpieczna to chwila. Nie zaprzeczasz?. co mam począć z tą prawdą rodem z postępowania sądowego. bo i w mroku rozpoznajemy się i rozumiemy. co i tak wiem sercem i umysłem. Ale to wszystko to już tylko materiał policyjny. z intymnymi wspomnieniami . te dwa pytania już mnie nie interesują. kiedy w życiu człowieka odzywa się ta pokusa. brzmi tak: czy byłeś kochankiem Krystyny? Czy. Wszyscy odpowiedzieli.. mówi to szeptem. Na te pytania już odpowiedziałeś i odpowiedział czas... czy naprawdę. raczej żal mi ciebie. w minionych dziesięcioleciach.. z zepsutym materiałem zdrady małżeńskiej. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. w tamten poranek.. że nazajutrz po polowaniu uciekłeś z miasta. że w tamten poranek chciałeś mnie zabić. kiedy nadeszła ta chwila. na swój sposób. poufnie. kiedy jeden człowiek podnosi broń. Jak widzę. zdradziłeś. i czy ona zdradziła. jeśli w oparciu o dane dowiaduję się czegoś. Krystyna także odpowiedziała.. Nie pytam.

trochę później. u kresu życia. a ty gdzieś tam w świecie. a my jesteśmy starcami – i czy warto. kiedy odjechałeś i zostałem sam z Krystyną – wszystko to będzie drobniejsze od pyłu. jakie to ma znaczenie: kiedy. czy mamy prawo żądać czegokolwiek. odpytywał cię z tego wszystkiego. a następnie pomarli. byśmy jeszcze raz poruszyli tamte sprawy. co wydarzyło się bądź mogło się wydarzyć?. i czyż nie dominują w naszym życiu? Kiedy żądamy wierności. co było i co być mogło. jakaż to zazdrość i zawiść. wyznasz wszystko. zdradziła mnie z tobą. czy chcemy zarazem.zmarłych i starców idących po omacku ku śmierci? Jakże opaczny. jak to się zaczęło. Drobniejsze od prochu i popiołu będzie wszystko to. niczym adwokat na głównej rozprawie: i co będzie wtedy?. jak odpowiedziałbym przed czterdziestu jeden laty. co jest możliwe do opowiedzenia. jaki smutek i lęk rzucał was sobie w ramiona. Krystyna. którego już nie ma? Co to jest wierność. aby uczynić go szczęśliwym. zbutwiałego kobiecego ciała. kiedy Krystyna pozostawiła mnie w . iż myśleliśmy. że umrzemy albo zabijemy kogoś – bo ja także znam te uczucia. także o tym. moim jedynym przyjacielem?. Mówić o tym – to wstyd i nieroztropność. już nie odważyłbym się tak stanowczo odpowiedzieć na te pytania. kiedy ją obejmowałeś. kiedy nawet prawo uważa za przedawnione to. Wierność nie jest jakimś strasznym egoizmem. jakież to pragnienie zemsty i poczucie winy przenikało ciało i duszę Krystyny w ciągu tych lat. To. spróbowali dowiedzieć się prawdy. wiele myślałem. wiem tak dokładnie.. zdrada. gdyby mnie ktoś zapytał – przed czterdziestu jeden laty.. jedyna wielka miłość i nadzieja mojego życia. kiedy tego ciała już nie ma. gdybym teraz. u siebie. usiłowanie zabójstwa czy nawet samo zabójstwo. Opowiesz tę smutną i nikczemną prawdę. niegodne pamięci naszego dzieciństwa i naszej przyjaźni. abyś doznał ulgi – mówi spokojnie.. Ja to wszystko wiem. co rozpalało nasze serca tak. Być może opowiedzenie tego wszystkiego. ja tutaj. hańbiący byłby to proces. co niegdyś było faktem. a prawdą teraz nie jest dla mnie garść zakurzonych i niezbornych policyjnych faktów ani sekrety niegdysiejszych namiętności i omyłek pewnego martwego. Jakie to ma znaczenie dla nas obu: męża i kochanka – teraz.. oszustwo. mieszając swoje kości z kośćmi moich przodków. ja także poznałem chwilę fatalnej pokusy. – Chcę prawdy. u kresu życia.. który wiatr miesza i którym niestrudzenie wywija nad cmentarzami... jakbym szczegóły znał z policyjnego raportu. Cóż mam począć z tą tanią prawdą. co czułeś. kogo kochamy? Stary już jestem. Wszystko to byłoby hańbiące. opowiesz dokładnie. gdzie i ile razy moja żona. powiesz to wszystko i cóż to da? U kresu wszystko będzie takie proste – wszystko. aby ten drugi był szczęśliwy? A skoro w subtelnej niewoli wierności nie można być szczęśliwym. przyniosłoby ci ulgę? Ale ja nie chcę. pod Londynem albo w tropiku? Jakie ma znaczenie u kresu życia prawda i fałsz. który żąda wierności od nas? I jeśli nie kochamy drugiego tak. wierności albo ofiary? Teraz. niegodne ciebie i mnie.. że nie wytrzymamy już dłużej. z tajemnicą pewnego ciała. co w oparciu o dane jest możliwe do udowodnienia z tej zdrady małżeńskiej i próby zabójstwa. Mogę ci przedstawić materiał sądowy. Egoizm i próżność są to sprawy ludzkie. czy kochamy tego. czego oczekujemy od tego.. gdybym wymógł na tobie zeznanie..

. dokąd ty naznosiłeś wszystkiego. twojej i mojej – tajemnicy. że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością... co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś. rozczarowanie. ponieważ pomiędzy nami była tajemnica. i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. aby ją zabić. przyglądając się meblom. bez mała godnym pożałowania. Co wieczór. a żona zdradza go z jedynym przyjacielem. której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć. Wiedziałem. jako dziecinadę. bo umarła. jest smutnym i nudnym buntem ciał przeciwko pewnej sytuacji i trzeciej osobie. teraz tak to czuję: tak nudnie zdradzało mnie i oszukiwało?. Może to było dziecinne. bliższym od brata. Bezwarunkowo tak się czuje.. bez którego nie potrafimy już dłużej pozostać ludźmi. że powie prawdę. i później. Dlatego bałem się tajemnicy. że mogę powrócić. co jest gorsze od śmierci i namiętności. Ale to mija. kiedy człowiek jest młody. kiedy Nini zawiadomiła mnie. co potrafi tak boleć. Ale.twoim mieszkaniu. Próżność. to odejście. nawet lata nie przebłagają tego gniewu – w końcu jednak mija. widzisz. Dlatego bałem . Udałem się do pałacyku myśliwskiego.. tapczanowi. że choruje. Czekałem. że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj. Tak. to oczekiwanie. Jest coś. co dzieje się w zamku.. tak haniebnie. potrafi zadać ból ze straszliwą siłą. co ludzie nazywają „zdradą”. do którego często przychodziła przede mną. gdy spojrzymy wstecz.. który znasz. na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. teraz. i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury.. poszedłem do mojego pokoju. że człowiek traci szacunek dla samego siebie. Stałem w sekretnym mieszkaniu. najbliższych mi na świecie. rano. straszliwie obojętnym.. kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie. wiem także. a jednak to poczucie własnej godności jest najgłębszą treścią ludzkiego życia. i w którym dwoje ludzi.. aby ją uratować. gdy nie przyszła. udałem się do domu myśliwskiego. Teraz wiesz to już i ty. kimś bardzo bliskim. na co starczyło im ułomnej wiedzy. jakby dokoła niego zawalił się świat. ba. naszej wspólnej – Krystyny. tak. niedaleko stąd. Zobaczyłem ją dopiero martwą. powiadasz. w zamku. próżność.. że nawet śmierć nie może usunąć tej udręki: kiedy jakiś człowiek albo dwoje ludzi zrani w nas to głębokie poczucie własnej godności. jakbym oglądał ślady jakiejś zbrodni. Prawdopodobnie zrobili to i owo. i czekałem na Krystynę. ranić i palić. próżność.. tak trywialnie. jedyna tajemnica. jak jakiś wypadek albo jakieś nieporozumienie. Wróciłem do zamku. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. aby móc w nim zatrzymać Krystynę. po latach. także wtedy gdy Krystyna jeszcze nie chorowała. widzę i odczuwam tę pychę. To są te słowa. w każdym razie czekałem.. taki jest człowiek. bo niepodobna wiedzieć. nie. to naturalnie czuje się tak. znudzonym głosem. że zachoruje i umrze. powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko. Czekałem do wieczora. ponieważ zazdrość. Bo wierzę. miesiącami i zrobili wszystko. dokładnie tak jak życie. – I to wszystko. bądź też czekałem. nie z dnia na dzień. to. a ja jej przebaczę. kiedy postanowiła. Bo to się stało – mówi lekceważąco. obojętnie.. u kresu życia – obojętnym. przez osiem lat. donoszono mi. niezrozumiale mija.

Nie ciebie.. Z pałacyku myśliwskiego do zamku.. a Krystyna umarła. tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie. dobrze to sobie zapamiętaj. choć przecież nie tak wiele. niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się.. ale nie mówię też z przykrością. tak się wszystko uformowało. Krystyna. co za słowo! Są takie słowa. samotność nie zeszpeciła jej.. Więcej człowiek nie może powiedzieć. że spośród nas trojga. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. na jakieś słowo. To nie jest tchórzostwo. których kochała. jak teraz kończy się dla nas. wyjadę. Ale nie chciała niczego. drugi pozostaje na miejscu i milczy. mężczyźni. Ale gdy wszystko się kończy. Krystyna także miała charakter. to ostatnia obrona instynktu życia. Bo też co innego mogła powiedzieć po ośmiu latach niż to. bo widzisz. o którym wiedział. choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna. poszukam cię w świecie. kogo obrazili ci. Jeśli zażyczy sobie. Umarła młodo. ten. abym cię wezwał z powrotem.. który mnie zdradziłeś z nią – zdrada. których kocha. wygraną była ona. niewiele można zdziałać takimi słowami. Była piękną umarłą. Ona odpowiedziała nam obu. na swój sposób. Tak. kto jest martwy. którymi człowiek automatycznie i bezdusznie określa pewne sytuacje. abym cię zabił. że konając. Przedtem. Powróciłem do domu. wiecznie czeka na jakąś odpowiedź. że poznał prawdę. A więc stało się. W ten sposób odpowiedziała na wszystkie pytania. skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. Widziałem to. czekałem do wieczora. Ja żyłem w samotności. jakie ty albo ja moglibyśmy jej zadać. nie ty. Ale widzisz. że umarła?. a Krystyna umarła. że uciekł przed namiętnością. i nie mówię tego z satysfakcją. nie tylko z tobą i ze mną. niż rozumiemy je my. znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. Dlatego zgadzamy się na różnego rodzaju rozwiązania. Taka jest moja natura. z urazą. tutaj. . jeden tym. i wszyscy troje znosiliśmy ten los. Przeżyłem to. co wreszcie trzeba omówić. Los dotknął nas i spełnił się nad nami. kiedy czekałem na ciebie. Jeżeli zechce się rozwieść. zrobię to.. Ale zobaczyłem ją już martwą. Bo ona także była kimś.. także na rozwiązania podłe.. Ale Krystyna nie przyszła. czekał i milczał... wezwę tutaj. gdyby życie tak się ułożyło. a wszędzie w życiu znajdziesz takie połowiczne rozwiązania: jeden odchodzi daleko od tego albo od tych. że chciałaby rozmawiać z którymś z nas.się tej tajemnicy. że jest tragiczny. Nie wezwała mnie przez osiem lat. – Ty żyłeś w świecie. abyśmy omówili to. tchórzliwe – rozejrzyj się wokół. ostateczną – niekiedy myślę. martwi dają dobre odpowiedzi. Czasami mam takie uczucie. dam jej rozwód. Nie ja. wzywała mnie. którego zdradziła z tobą. nie chciała rozmawiać z nami. dwie godziny drogi powozem. że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi. Nie widziałem jej osiem lat. daje dobrą odpowiedź. W ciągu tych lat stało się coś także z nią. na jakąś wieść. kimś. nie był skłonny spłonąć w związku. bo nie mamy dużo czasu. Jeśli zażyczy sobie. tak mnie wychowano. Wzywała mnie. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. w innym znaczeniu tego słowa. potem poszedłem do pałacyku myśliwskiego i przez osiem lat czekałem na coś. i to jest coś. tak jak mogła. nie. Ale te dwie godziny. na sposób kobiecy. ponieważ boi się tajemnicy. drugi tym.

Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia. Po czym. po czym umiera. Potem starzeje się twoje ciało. przecierasz oczy: już nie wiesz... Tak starzeje się człowiek. znasz dokładnie: wiosnę albo zimę. to oszustwo. co nie jest słowem. nie czekasz już na nic. wszystko to tylko słowa. Kiedy już wiesz. bardzo dawnych czasów. ostatecznie i nieodwołalnie. Oczyszczający ogień czasu wyssał ze wspomnień wszystek gniew. jak beznadziejne i bezwartościowe jest to wszystko... to właśnie jest starość. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to. ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym. kiedy nadeszła godzina zemsty i koniec oczekiwania. biedny człowiek. było już za późno.. Bo nie zostało już nic innego jak oczekiwanie i zemsta – teraz. niezwyczajnego. Nie wiedzą niczego o sobie. A kiedy mija to pragnienie radości. poznajesz sens wszystkiego. że Krystyna nie żyje. budzącego grozę. albo coś mówi do swojego konia. w białej sukni. kiedy czekałem na ciebie i zdrzemnąłem się. kiedy nie żyje już ten. A człowiek. dlaczego się obudziłeś.. To. tę zdradę nas obojga. powoli wszystko staje się takie oczywiste. porządek dnia. chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i . Człowiek powoli pojmuje świat. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się.Oszustwo. na wszystko już liczyłeś. wysmukła. na jawie i we śnie. czego jeszcze możemy dowiedzieć się od siebie. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego. co możemy wyznać albo skłamać – człowiek zawsze zrozumie tylko prawdę. nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym. dziwiąc się. kiedy już odpowiedział za prawdziwy sens tych słów. co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność. jakiś mglisty cel. wszystko się powtarza.. to jest ta niema rzeczywistość. w częściach. chciałbyś coś powiedzieć. Język migowy nieświadomości. Coś jeszcze żyje w twoim sercu. niewierność. czuję. którego te słowa dotyczą. I kiedy zrozumiałem to. i wtedy raptem nie będzie już czymś tak definitywnie ważnym poznanie prawdy i reakcja na nią. co pokazuje słońce. Widziałem ją w półśnie – mówi ze staroświeckim zawstydzeniem. ani na złe. nie od razu. śmiertelnym. pragnie radości. dzisiaj po południu także ją widziałem. To także starość. to. a my obaj żyjemy. tylko pamięć i próżność. nie pozostaje nic innego. i wtenczas starzejesz się naprawdę. jakieś wspomnienie. jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania.. w wielkim florenckim kapeluszu. tak okropnie i nudno. pogodę. ani na dobre. szuka i raduje się. wiesz. z dawnych. dekoracje życia. Pewnego dnia budzisz się. i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. nadchodzi od strony oranżerii. niczym innym jak tylko człowiekiem. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?. Ja już rozumiem prawdę. ponieważ znasz każdą szansę. To. że pewnego dnia nadejdzie ta chwila. I już znowu widuję Krystynę. nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego. najprzód starzeją się twoje oczy albo nogi. zdrada. dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina. nie. Widuję ją. – Widziałem rozmaite obrazy. że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. jak idzie przez ogród. albo żołądek i serce. czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze. cokolwiek by robił. po chińsku.

na próżno jestem człowiekiem innym niż wy. tej nędzy. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. bo już nie wytrzymujesz tego pościgu. nie możesz z nią uciec. albo tenisa. nie tylko my . kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem. samowolnie. tego ukrywania się. w każdej chwili potykacie się o moją władzę... co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie. władzę pana.. Krystyna mnie zdradziła. gdzie moi myśliwi dają baczenie na wszelkiej maści kłusowników. co za głupie słowo!. kiedy przy każdym kroku. Ale wtedy już nic nie boli. Biedni! – myślałem. A może ta chwila mija.. bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego. że opowiesz mi wszystko. I to zdradziła z tobą. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami. wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. która wypełnia wasze serca. Życie staje się nieomal interesujące. o rój moich służących. zabić kogoś. cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem. kiedy myślicie o mnie. odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności. – Nie jesteś dość silny. I wyobrażałem sobie fragmenty tych spotkań. nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie. w małym miasteczku. władzę ziemianina. wyobrażam sobie nienawiść.. pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku. iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. służby i otoczenia. groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem. parę buntowników. Później. właśnie mnie. litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was. jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. której każdy krok.. i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży. o moją wyższość społeczną i majątkową. bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały. kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem. ale nie mogliście mnie ominąć. a jesteś biedny. to drżenie i ukrywanie się przede mną. niczym na statku. Myślałem tak nie jeden raz. I pewnego dnia.. tę miłość. to zamknięcie. Opada ci ręka z bronią. pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo. żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić. podnosisz broń. władzę męża.. nie. musiałbyś się obawiać.popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli. co starość i śmierć. zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia. o to. którzy ze świadomością winy. by wykonać to zadanie.. każde spojrzenie śledzi obłudny i podejrzliwy wzrok lokajów. mogliście mnie oszukać. gdzie sekretne spotkanie jest prawie niemożliwe. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie. w domu na skraju miasta. kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić.. szczękając zębami. i jednocześnie tę dręczącą jawność. jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną. te spacery w lesie. Krystyna też jest biedna. i już nie możesz nic zrobić. które nakazuje wam. moją żonę i przyjaciela. przyjacielowi i bratu. kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia. która nie ma bodaj jednej spokojnej minuty. a później. nie możesz przyjąć niczego ode mnie. Tak. dwoje ludzi. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy. te kwadranse pod pozorem przejażdżki konnej albo muzyki. kto jest nam bliski – mówi nawiasem.

Uważnie sprawdza czubek palca i paznokieć. Krystyna i ja. Opada ci ręka z bronią. że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas. musi na coś czekać. I wtedy umiera. gdy prosi dorosłych o wyjaśnienie tajemnic gwiazd i niepostrzegalnego świata. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia. ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę. bo ty odjechałeś. że umiemy milczeć. także wtedy. jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy. z tak naprężoną ciekawością w głosie. a jednak czegoś nie wiem. na polowaniu. – Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania. . my obaj. żywi. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. może tylko chce się upewnić. Odpowiedz. wiem wszystko. że w tamten poranek. a gdy ta chwila mija. że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku. jesteś bezradny. na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka. a my zostaliśmy tutaj. Jest tak. bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego. w ów przepisowy i niezrozumiały sposób. aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. chciałeś mnie zabić? Pyta cicho i bezstronnie.umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna. jak to pomiędzy ludźmi bywa. jak dziecko. Ale ja zostaję tutaj. ty i ja. kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. gdy w pobliżu nie ma nikogo. dwóch mężczyzn. proszę cię: czy Krystyna wiedziała. Wszystko się wyjaśnia.

stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania. nie przed życiem. dręczy mnie podejrzenie. w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie. że tę chwile poprzedzały inne chwile. lecz generał przerywa mu: – Wybacz – mówi. kiedy już ten ktoś. Stchórzył. Siedzi z głową ukrytą w dłoniach łokcie wsparłszy na poręczach fotela. czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć. chcesz powiedzieć prawdę. była nie tylko przypadkiem. przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?. jasne jak słońce.. jeśli . pochyla się. nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym. na polowaniu. Bo ta odpowiedź nie jest ważna z punktu widzenia ludzkości i wszechświata. że nie zapytałem właściwie. postawiłem cię w przykrej sytuacji. moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się. kiedy to powiedziałem. znacznie później. powiedziałem to – kontynuuje szybko. Nie przeczę. a ja nie zapytałem właściwie. Chce odpowiedzieć. co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje.18 Gość nie reaguje na dźwięk tego pytania. o świcie. jaki wypowiada. Przedtem nie zadałem tego pytania precyzyjnie. okazją. – A więc widzisz.. że ta chwila w lesie. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. – zastanawiam się później. Nad tym się zastanawiam. jeśli ta odpowiedź stawia wreszcie kropkę nad moimi pytaniami. i ostatni sąd nad tobą. kto oskarżył cię o tchórzostwo. przed czym właściwie stchórzyłeś? Bo znam prawdę. trzeźwe. To jest to. i nie wiem nic. że uciekłeś. abym ja zrezygnował z Krystyny. dla jedynego człowieka. pomysłem.. który chciałby wiedzieć. nie.. – Musiałem powiedzieć. i nie przed śmiercią. kiedy dowiedziała się. wybacz. to są ostatnie słowa. ale jest ważna dla mnie. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. teraz.. nie przed ucieczką. chwilą diabelskiego podszeptu – nie. czuję. jakie od niej słyszę. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym. ponieważ ty stchórzyłeś?. i teraz. kiedy zobaczyłem. Stchórzył. co mówi.. nieledwie tonem usprawiedliwienia. ponieważ chcesz odpowiedzieć. jedną ręką pociera czoło. że szykujesz się do odpowiedzi. dlaczego?. powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko. dlatego przerwałem ci. także nie przed oszustwem. Teraz oddycha głęboko. Bo Krystyna. z zapałem. obrócił się w proch i popiół: chciałby jednakowoż wiedzieć.

sprawca i oskarżony – jeśli chce. intryga. Pewnego dnia. wręcza przyjacielowi. i ja ją znalazłem. ja pytam. bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości. Nie warto. nie mogłem też wiedzieć. co powinno się wiedzieć. ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach. zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. i tak się stało. do którego powróciłem po śmierci Krystyny. a ten porządek jest niezależny od naszej woli. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko. ta osobliwa „księga szczerości”. ty żyłeś gdzieś daleko. pewnego dnia. w których się urodziłem. stchórzyłeś? Chciałbym tylko to wiedzieć. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda. gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej. znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit. ty nazajutrz wyjechałeś. u kresu. jak to stwierdziła Krystyna. lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. I teraz to się stało. Bo wszystko inne to jedynie słowa. ja czekałem na ciebie tak. taka jest prawda. także żyła na swój zagadkowy sposób. w których urodzili się. by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. Potem Krystyna zmarła. który mógłby mi pomóc. tak. później. gdyby kula rozstrzygnęła to. po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata. jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. na których cienie czasu zakrywają postaci. obok nas i ponad nami w czasie. Nic już mnie nie interesuje. w przeciwnym bowiem razie. a on chce odpowiadać. czy tobie. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy. w pudełku. bo istnieje pewien porządek rzeczy. wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania. Byłoby lepiej. byłoby to bardziej ludzkie. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. żyli i pomarli moi przodkowie. będzie takie blade. gdybyś przed czterdziestu jeden laty nie stchórzył. ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia. Zawsze jest tak dlatego. którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie. czy zjednoczyliście się przeciwko mnie dla tego zabójstwa. czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie. wypytywać o szczegóły. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj. nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku. Nie chciałbym tak umrzeć. Nie rozerwałem wstążki. i nie ma człowieka. czego czas nie umiał rozstrzygnąć: wątpliwość. Lecz książka. nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. pomiędzy rzeczami Krystyny. znacznie później. nie. kłamliwe wyobrażenia: zdrada. bardziej na miarę człowieka. co powinien wiedzieć on. oprawna w żółty aksamit książka. a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. nie chcę znać szczegółów. inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją. przyjaźń. a ja żyłem w tym domu. to straszne wyznanie. że tak być musiało. nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa. Żyła. – To pozostało po Krystynie. bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka.nie znam z całą pewnością tego jednego szczegółu. bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi . Żyję czterdzieści jeden lat pomiędzy wszystkim i niczym. w wiele lat po jej śmierci. tylko ty jeden. ostatecznie. jak umarli i jak malowidła. sygnet ojca. miłość. przed którego wykonaniem.

Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół. – Dobrze – mówi generał głucho. – pyta generał. – Rozumiem – mówi generał.. Żar rozpala się w ciemności. zaczyna dyszeć i błyszczeć. Uważnie i w milczeniu patrzą na ten jedwabny. Chowa głowę w dłoniach. patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit. . że wtedy.głosem surowym. – Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem. ogień już żyje. wydając cierpki dym. tak samo jak ta ręka. Czy Krystyna wiedziała. którą generał wyciąga w stronę Konrada. wszystko obróciło się w popiół. – Nie chcesz – pyta generał chłodno. Nie rusza się. czarny popiół. powoli. – Teraz już – mówi generał – możesz odpowiedzieć na moje pytanie. ta książka. dymiąc. Nieruchomo patrzą. – Nie – mówi Konrad. będzie mu trochę raźniej dzięki tej nieoczekiwanej zdobyczy. jedwabisty jak czarny żałobny materiał. nagle pojawia się wśród płomieni rękopis Krystyny. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?. Nie ma już świadka. wyniośle. w lesie. siedzi bez ruchu.. pełnym namaszczenia.. jakby niewidzialna ręka przewracała kartki koloru kości słoniowej. rano. ponad książką. płomienie buchają wysoko.. chciałeś mnie zabić? Odpowiesz?. drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami. prawie obojętnie. wsysa materiał książeczki. spiczaste litery z zawijasami. które niegdyś zetlała dziś ręka stawiała na tym papierze. zamknięty niebieską pieczęcią. wosk pieczęci już się stopił. przewiązany niebieską wstążką. nie drgnie mu oko. lecz i te litery. – Czy chcesz. – Teraz także nie odpowiem na to pytanie – mówi Konrad. Ale przyjaciel nie sięga po książkę. mora. przyjmuje ofiarę. żółty aksamit pali się. który by zeznawał przeciwko tobie. jak płomienie zaczynają łopotać. w tym czasie nie drży mu ręka. ten papier. która niegdyś zapisała te stronice.

obaj są bardzo starzy. automatycznym ruchem podnosi rękę i wzrokiem krótkowidza patrzy na zegarek. Każdy jest tak samo pożółkły i kościsty. że przemarzli i drżą. – Myślę – mówi cicho – że omówiliśmy już wszystko. Czas. Nie chcesz zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Zobaczyć coś? Spotkać się z kimś? Nie widziałeś grobu. taktowni. Obaj wstają. Lecz mówi niezdecydowanie. – To naturalne. Nini także nie widziałeś – mówi tonem zachęty. wrażliwe na zimno. jak postaci tłukące się po kostnicy. Generał. odruchowo podchodzą do kominka. jak ktoś. jak ktoś. Generał kładzie rękę na klamce. która w pobliskiej elektrowni w mieście wygasiła światła. kto czegoś szuka. ni zowąd. mrugając. – Jeśli chcesz jechać – mówi uprzejmie generał – powóz czeka. Gość. z lekko nachylonymi korpusami. Teraz. jakby do samego siebie. ale przez półotwarte. Teraz czują jedynie to. Stoją naprzeciwko siebie. do którego – tak to czują – nigdy już nie wejdą. wyciągają się ku żarowi dogasającego ognia. kto teraz. – Tak – mówi generał. chude ręce. szuka i nie znajduje właściwych słów. zaciera ręce. burza. przeszła obok zamku. I idą w stronę drzwi. Jednakże gość nadal jest spokojny i równie chętnie odpowiada: – Nie – mówi.19 W pokoju oziębiło się. wrażliwy na zimno. Pozdrowienia dla Nini – mówi uprzejmie. abym odjechał. ni stąd. Obaj jeszcze raz rozglądają się po pokoju. – Dziękuję – odpowiada generał. na pół godziny przed świtem. na pożegnanie. w półmroku. Jeszcze nie świta. noc z nagła oziębiła się. Generał patrzy dokoła wzrokiem krótkowidza. gotowi do pożegnania. – Tak – odpowiada gość. . dwuskrzydłowe okno już czuje się rzeźwe tchnienie poranku o zapachu macierzanki. – Tam chcesz żyć? – Żyć i umrzeć – odpowiada Konrad. – Nie chcę widzieć nic i nikogo. – Wracasz do Londynu – mówi generał. pochylają się.

o to. My obaj przeżyliśmy tę kobietę – mówi poufnie. kiedy wszystko dobiegnie kresu. Nie myślisz. a ta kobieta jest żoną człowieka.. – Co to jest – pyta gość – co zostaje w naszych sercach?. że jesteśmy jej coś winni. Umarła. zdradziliśmy ją. nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta. jest jedną z tajemniczych. Popatrz. ponieważ ona umarła. nie opuści go dziwny niepokój. że przeżyłem. a my żyliśmy. którzy boją się własnych cieni. zawsze pozostanie zdrajcą. że trzeba pozostać przy życiu. co zostaje w naszych sercach. którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością. że omal nie umarliśmy. z urazą.. Bo człowiek odpowiada nie tylko poprzez to. tak czy inaczej. nie był aby prawdziwym sensem . – Ale skoro nie odpowiedziałeś na pierwsze. i coś nas troje łączyło. tchórzliwsi. która umarła. Ale my dwaj znamy – mówi cicho. – Drugie pytanie?. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem. kiedy idzie o prawdę życia. – Ty w ten sposób. To są fakty. i są pewni. że wyjechałeś. a zatem odpowiedziała nam obu. Liczy się tylko to. – powtarza szeptem. w samotności. do których należała. przeżyć kogoś. tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy. Ja też będę to wiedział.– Świece – mówi z roztargnieniem. że umiera. Co chciałeś przez to osiągnąć. Przeżyć kogoś. Jakie jest to drugie?. co przez to wygrałeś?. uciekliśmy przed nią. Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje. że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić. jej. – odpowiada generał... pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety. bo ona na to umarła. że przeżyłem wszystko.. – Drugie pytanie – odpowiada generał. że był ku temu powód?. mężczyźni. żywi. z kim tyle nas łączyło.. świece już się wypaliły. Kodeks nie zna takiej zbrodni. a kiedy już zrozumie. – U kresu świat nic nie znaczy. ojciec Krystyny oskarżył mnie. w życiu i w śmierci. że ściany mają uszy. Tak to odczuwaliśmy. kto kogoś przeżyje. bo umarła. przeżyliśmy. To dobra odpowiedź. – Wiemy też.. kimś bardziej ludzkim niż my obaj – była czymś więcej. w Londynie.. kogo tak bardzo kochaliśmy. Ale odpowiada także poprzez fakt. I ten. że przeżyłeś. Nie myślisz. oschle. Przeżyliśmy. w tym domu: zresztą już to wiem. bo ty odjechałeś.... bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę. że żyje na ziemi pewna kobieta. i nie wolno tego upiększać. niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. że spada na nas jakaś pozagrobowa odpowiedzialność. ja. a my pozostaliśmy tutaj. który jest twoim przyjacielem. że pozostałem tutaj. ponieważ przeżyliśmy. Nie zwalnia klamki u drzwi. – Drugie?. – Dwa pytania – mówi ni stąd. Rozumiał to tak. umarła.. dwa pytania.. dumniejsi. bo my obaj. albo rozumnie. tchórzliwie. i to jest fakt. i na którym też ci zależy?. że coś przeżył. Powinieneś to wiedzieć. i tego nie wolno upiększać.. byliśmy podlejsi.. która mimo wszystko była jednak czymś więcej.. Taka jest prawda. umarła. – Spójrz tylko. Nic – mówi zwyczajnie. w ostatniej godzinie. – Drugie pytanie. na której ci zależy. gdy jego oczy natrafiają na kopcące ogarki w świeczniku ustawionym na krawędzi kominka. ni zowąd Konrad głuchym głosem – powiedziałeś. Nachylają się ku sobie jak dwaj wspólnicy przestępstwa. że wszelką urażoną. albo na ślepo. tutaj.

ale tak cicho. ale intensywność namiętności. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą. widziałem twoje tchórzostwo i moją butę. Chciałbym. Ale sensem każdego naszego postępku. lecz jedynie żądzy?. który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność. – Wiesz. W milczeniu idą schodami w dół.. Przed dwuskrzydłową bramą. która nas do niej przywiązuje. tak zła. Naciska klamkę.. I przyglądają się sobie. zaskrzypiały koła powozu. to jest to pytanie. abyś powiedział – ciągnie. widziałem wszystko. dusze i ciała. że tak jest. Przeżyłem wszystko. a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. I to jest to pytanie. od stóp do głów. Żegnają się bez słowa. tak wspaniała. tonem żądania. nazwij to. na białym żwirze. obaj głęboko się pochylają. zataczają się światła. Tak. być może jednak był ten węzeł. nie zależy od jej uczynków i właściwości? Jeżeli wiesz. . I nie umiem na nie odpowiedzieć. być może zła. odpowiedz – mówi głośniej. niemym uściskiem dłoni. widziałem nędzę i świetność.. tak nieludzka jest namiętność?. która być może jest dobra. że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś.. że to trudne pytanie. aż do śmierci? Niezależnie od tego. która pewnego dnia przenika nasze serca. być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka.naszego życia? Wiem. co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy. jak chcesz. – Dlaczego pytasz? – mówi spokojnie ten drugi. Oto jest pytanie. Może nie dotyczy osoby. Widziałem pokój i widziałem wojnę. z płaszczem i kapeluszem. a potem wiecznie się pali. jakby się obawiał. że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność. Generał ciężko oddycha. u samego rdzenia życia. W wielkiej klatce schodowej zrywają się cienie. służący biegną ku nim ze światłami. widziałem walkę i zgodę.

Generał kroczy powoli. z pewnością się uśmiecha. Niezdarny jest ten pocałunek.20 Generał wraca do swojego pokoju. – Tak – odpowiada generał. Niania wspina się na palcach i drobną ręką. drobnymi krokami. – Wiem. Idą do samego końca korytarza poobwieszanego obrazami. krótki i dziwny: jeżeli ktoś go widzi. – Dobranoc. Nini. jakby dopiero co wstała i spieszyła do swoich porannych zajęć. Niania porusza się żwawo. Razem idą w stronę pokoju generała. na której kościach fałdziście układa się żółta skóra. – Tak – mówi niania. który wskazuje miejsce portretu Krystyny. także i ten jest odpowiedzią – niezdarną i czułą – na pytanie. – Teraz jesteś spokojniejszy? – pyta niania. opiera się o laskę. Pusty prostokąt. którego nie da się wyrazić słowami. – Ten obraz – mówi – teraz już możesz z powrotem zawiesić na swoim miejscu. U końca korytarza czeka niania. Ale jak każdy pocałunek. Całują się. kreśli znak krzyża na czole starca. – To już nie ma znaczenia – mówi generał. zatrzymuje generała. . – Dobranoc.

Nota o autorze Sándor Márai (1900-1989) – nazwisko rodowe Grosschmid – pochodził z Sasów osiadłych w Koszycach (węgierska nazwa miasta: Kassa. Powieści Sándora Máraiego – wyrafinowane formalnie. powraca z żoną na Węgry. duński. a w konsekwencji – niechybna śmierć świata mieszczańskiego. Po miażdżącej krytyce Györgya . gdzie ukończył studia dziennikarskie. opublikował kilka wierszy i artykułów w gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwona Flaga”). ukazują się niemal równolegle po niemiecku: w Niemczech. afabularne. fiński. Jest tłumaczony na angielski. przeżyli razem sześćdziesiąt dwa lata!) przeniósł się z Niemiec do Francji. po dziesięciu latach – życie naprawdę luksusowe. dorównujące wysokością romansom wziętych literatek. młodzi małżonkowie zamieszkali w Paryżu. Pisze do szuflady. chorwacki. udaje się na wewnętrzną emigrację na wieś. czeski. portugalski i turecki. osiągały na Węgrzech (państwie niewielkim) wysokie nakłady (30 tysięcy sprzedanych egzemplarzy powieści Az igazi!). zamieszkują w Budapeszcie. Ale wiersze pisał już tylko po węgiersku. szwedzki. W krótkim czasie osiąga sukces pisarski. Bardzo głęboko przeżywał kryzys kultury europejskiej. miasto-mit w dziele Máraiego). hiszpański. opuszcza Budapeszt. Natychmiast i nieomylnie rozpoznał charakter nazizmu. Po raz pierwszy udał się na emigrację w roku 1918. włoski. wydaje osiem książek u dotychczasowego wydawcy (Revai). Dopiero w roku 1928. olśniewające stylem. o którym pisał: wykształcony mieszczanin. nawet sztuki teatralne. Po wojnie. Współpracował z prasą niemiecką. psychologiczną dociekliwością. Jego czytelnikiem był ten. w obawie przed represjami wyjechał do Niemiec. Jednocześnie rosła ranga Máraiego-humanisty. który z dnia na dzień zostaje upaństwowiony. Był studentem prawa. pisarza niezależnego. skąd Sándor Márai słał korespondencje do prasy (liberalnej!) niemieckiej i węgierskiej. po dziesięciu latach emigracji. skupione na moralnych dylematach bohaterów. po upadku Węgierskiej Republiki Rad. I wtedy dokonuje wyboru: będzie pisarzem węgierskim. w Szwajcarii. Powieści Máraiego. w Austrii. Ten najbardziej europejski z pisarzy węgierskich miał swój wielki temat: zmierzch. francuski. Po ślubie z Lolą Metzner (także z Koszyc. W roku 1943 zrywa z dziennikarstwem. Napisał sztukę w języku niemieckim. w latach 1945-1948. najpierw zapewniający mu bezpieczne życie.

jest pozycją niezwykłą.Lukácsa. jak się okaże. eseje. chorej na raka gardła. którą sam zakładał. po wielkim. leci do Europy. następnie w USA. który odrzucił cały dorobek pisarza. W 1968 przeszedł na emeryturę i przeprowadził się z żoną do Włoch. Obaj bracia. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. udają się na emigrację. którego nie pozwolono mu zrealizować w roku 1947. W roku 1956. niektóre nakładem własnym. półślepy. na miejsce zamieszkania wybierając San Diego w Kalifornii. Zaczęto od powieści Żar (A gyertyák csonkig égnek) z roku 1942. reżyser filmowy. W roku następnym wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa amerykańskiego. Sam Márai najwyżej cenił swoje Wyznania patrycjusza (Egy polgár vallomásai. a . sztuki i słuchowiska). Zmiany polityczne na Węgrzech przyjmował nieufnie. wrócił do Budapesztu i nakręcił film „Cyrk Maximus”. Wszystkie umowy z pisarzem zostają zerwane. już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał (drukarze ocalili kilka egzemplarzy). na zawsze. Kuriera z Budapesztu. W roku 1990 dwie czołowe oficyny węgierskie rozpoczęły edycję dzieł zebranych Sándora Máraiego. która tryumfalnie kroczy przez Europę (wielki sukces w Niemczech. W rok później zmarł w wieku 82 lat. dziennik... Odrzucił wszelkie oficjalne zaproszenia. Nie brak też takich. Sándor Márai z żoną i adoptowanym siedmioletnim synkiem Janosem opuszcza Węgry. Sándor Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony. gdzie pracuje w Radiu Wolna Europa. każdy na własną rękę. dopóki na Węgrzech nie odbędą się wolne wybory pod okiem międzynarodowych obserwatorów”. traci również posadę wykładowcy w szkole filmowej. 1934-35) oraz cykl powieściowy A Garenek müve (Dzieło Garenów). nie otrzymuje zgody na reżyserię następnego filmu – „Cyrk Maximus”. pisany na przestrzeni lat 1930-1945. reżyser filmowy Géza Radványi. światowym sukcesie swego filmu „Gdzieś w Europie”. tracił chwilami kontrolę. umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony. skorzystał z zaproszenia. którego dwa ogniwa: Féltekenyek (Zazdrośnicy) i Az idegenek (Obcy) krytycy i badacze literatury węgierskiej uważają za bezsporne arcydzieła. nad którą autor. Nie wyraził zgody na wydanie dzieł zebranych: „dopóki na ziemi węgierskiej są sowieccy okupanci. Notabene jego brat. odprawił z niczym. ten. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. którzy dzieło życia Sándora Máraiego widzą w jego Dzienniku prowadzonym od roku 1943 niemal do dnia śmierci. szósty. lecz w Monachium zdąży już tylko nagrać na taśmę magnetofonową przejmujące monologi uciekinierów. na wieść o wybuchu powstania. Pięć tomów wydanych za życia. Młodszy brat Sándora. dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. który przywiózł umowy od trzech wydawnictw. 300 000 sprzedanych egzemplarzy we Włoszech!). który ukazał się pośmiertnie. gdzie mieszkali w Sorrento do roku 1980. który z żoną i trzema córeczkami mieszkał niedaleko San Diego. W latach emigracji wydał siedemnaście książek (powieści. skąd powrócili do Ameryki. w Nowym Jorku. Do 1952 roku mieszka we Włoszech.

jednak. słabnącej pamięci. mimo powtórzeń. i narastającej niechęci do literatury. Feliks Netz . jest to dzieło wielkiego formatu.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful