P. 1
JRR Tolkien Wladca Pierscieni Wyprawa

JRR Tolkien Wladca Pierscieni Wyprawa

|Views: 1,153|Likes:
Wydawca: paulipaulip

More info:

Published by: paulipaulip on Jul 24, 2009
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

11/10/2015

pdf

text

original

Sections

J. R. R.

TOLKIEN

WYPRAWA
PIERWSZY TOM WŁADCY PIERŚCIENI
Przekład: Maria Skibniewska

Tytuł oryginału: The Fellowship of the Ring: being the first part of The Lord of the Rings.

Data wydania polskiego: 1990 r. Data pierwszego wydania oryginalnego: 1954 r.

Trzy pier´cienie dla królów elfów pod otwartym niebem, s Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach, ´ ´ Dziewi˛ c dla smiertelników, ludzi smierci podległych, e´ Jeden dla Władcy Ciemno´ci na czarnym tronie s W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie, Jeden, by wszystkimi rzadzi´ , Jeden, by wszystkie odnale´ c, ˛ c z´ Jeden, by wszystkie zgromadzi´ i w ciemno´ci zwiaza´ c s ˛ c W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Przedmowa
Opowie´c ta, w miar˛ jak ja˛ snułem, rozrosła si˛ niemal w histori˛ Wielkiej s´ e e e
Wojny o Pier´cie´ i obj˛ ła poza tym liczne wzmianki o wydarzeniach z bardziej s n e jeszcze odległej przeszło´ci. Zaczałem ja wkrótce po napisaniu „Hobbita”, lecz s ˛ ˛ przed jego ukazaniem si˛ w druku w 1937. Jednak˙ e odło˙ yłem prac˛ nad cyklem e z z e opowie´ci, poniewa˙ chciałem najpierw zgromadzi´ i uporzadkowa´ mity oraz s z c ˛ c legendy z Dawnych Dni kształtujace si˛ ju˙ wtedy od kilku lat w moim umy´le. ˛ e z s Chciałem tego dokona´ dla własnej satysfakcji, bez wi˛ kszej nadziei, ze dzieło c e ˙ moje zainteresuje innych ludzi, tym bardziej ze poczatkowo miaro ono charakter ˙ ˛ studium lingwistycznego; podjałem je, zeby zebra´ materiał niezb˛ dny do odtwo˛ ˙ c e rzenia „historii” j˛ zyka elfów. e Jednak˙ e osoby, których rady i opinii zasi˛ gałem, odebrały mi nawet t˛ resztz e e k˛ nadziei, jaka miałem. Wróciłem wi˛ c do pracy nad cyklem, zwłaszcza ze czye ˛ e ˙ telnicy domagali si˛ bli˙ szych informacji o hobbitach i ich przygodach. Ale ta e z ´ opowie´c z natury swej wciagała mnie w dawny swiat, a˙ si˛ zmieniła niejako s´ ˛ z e w relacj˛ o jego zmierzchu i znikni˛ ciu, zanim opowiedziałem poczatek i okres e e ˛ po´redni. Proces ten mo˙ na wy´ledzi´ ju˙ w „Hobbicie”, gdzie nie brak napos z s c z mknie´ o sprawach dawniejszych: Elrond, Gondolin, elfy Wysokiego Rodu, orkon wie;zakradły si˛ te˙ nieproszone wzmianki o sprawach wy˙ szych, gł˛ bszych lub e z z e bardziej tajemnych ni˙ powierzchnia opowie´ci o hobbicie: Durin, Moria, Ganz s dalf, Czarnoksi˛ znik, Pier´cie´ . Odkrycie sensu tych epizodów oraz ich zwiazku e˙ s n ˛ z najstarsza historia prowadzi w głab Trzeciej Ery i Wojny o Pier´cie´ , która była ˛ ˛ ˛ s n najdonio´lejszym zdarzeniem tamtej epoki. s Czytelnicy ciekawi dokładniejszych wiadomo´ci o hobbitach zostali w ko´ cu s n zaspokojeni, ale musieli długo czeka´ , bo praca nad „Władca Pier´cieni” trwała c ˛ s z przerwami od roku 1936 do 1949. Miałem w tym okresie inne obowiazki, któ˛ rych nie zaniedbywałem, i cz˛ sto pochłaniały mnie jako badacza i nauczyciela e liczne inne zainteresowania. Oczywi´cie do zwłoki przyczynił si˛ równie˙ wys e z buch wojny; pod koniec 1939 roku nie miałem jeszcze napisanej w cało´ci nawet s Pierwszej Ksi˛ gi. Pomimo ciemno´ci panujacych przez pi˛ c nast˛ pnych łat doszee s ˛ e´ e dłem do wniosku, ze nie mog˛ ju˙ porzuci´ rozpocz˛ tej ksia˙ ki, sl˛ czałem wi˛ c ˙ e z c e ˛z ´ e e nad nia przewa˙ nie po nocach i brnałem naprzód, a˙ stanałem nad grobem Balina ˛ z ˛ z ˛ 3

w Morii. Tam si˛ zatrzymałem na długi czas. Prawie rok upłynał, zanim znów e ˛ ruszyłem z miejsca i zaw˛ drowałem do Lothlorien i nad Wielka Rzek˛ pó´ na e ˛ e z ˛ jesienia 1941 roku. W nast˛ pnym roku naszkicowałem pierwsza wersj˛ zdarze´ ˛ e ˛ e n wypełniajacych obecnie Trzecia Ksi˛ g˛ oraz pierwszy i trzeci rozdział Ksi˛ gi Pia˛ ˛ e e e ˛ tej. Zapłon˛ ły sygnały wojenne w Anorien, Theoden przybył do Harrowdale. Na e tym utknałem. Wizja znikn˛ ła, a czasu na rozmy´lania wówczas nie miałem. ˛ e s W ciagu roku 1944, pozostawiajac nic rozwiazane watki i komplikacje wojny, ˛ ˛ ˛ ˛ której prowadzenie czy przynajmniej opisywanie było moim obowiazkiem, zmu˛ siłem si˛ do pracy nad historia podró˙ y Froda do Mordoru. Napisałem wtedy. roze ˛ z działy wypełniajace teraz Ksi˛ g˛ Czwarta i wysłałem je, jako fragment powie´ci, ˛ e e ˛ s do Afryki Południowej, gdzie przebywał w słu˙ bie RAF-u mój syn Christopher. z Jednak˙ e upłyn˛ ło dalszych pi˛ c lat, zanim ksia˙ ka przybrała ostatecznie kształt, z e e´ ˛z w jakim została wydana. W ciagu tych lat przeniosłem si˛ do innego domu, na ˛ e inna uniwersytecka katedr˛ w innym college’u; te lata, chocia˙ mniej czarne, by˛ ˛ e z ły równie jak poprzednie pracowite. Kiedy wreszcie doprowadziłem opowie´c do s´ ko´ ca, musiałem ja cała przeredagowa´ , a wła´ciwie w du˙ ym stopniu napisa´ n ˛ ˛ c s z c na nowo, cofajac si˛ do poprzednich rozdziałów. Trzeba te˙ było tekst przepisa´ ˛ e z c raz i drugi na maszynie, a zrobiłem to własnymi r˛ kami, ho pomoc zawodowej e maszynistki za drogo by kosztowała. „Władca Pier´cieni” od dnia, kiedy w ko´ cu ukazał si˛ w druku, miał wielu s n e czytelników. Chciałbym na tym miejscu wyja´ni´ pewne sprawy w zwiazku z opis c ˛ niami i domysłami, które mi przekazywano w listach lub które wyra˙ ano w recenz zjach, dotyczacymi motywów i my´li przewodniej mojej ksia˙ ki. Głównym mo˛ s ˛z tywem była ch˛ c autora ba´ni i opowiada´ , by wypróbowa´ swe siły w utworze e´ s n c o naprawd˛ szerokim rozmachu; chciałem napisa´ długa opowie´c, która by przye c ˛ s´ kuwała uwag˛ czytelników, bawiła ich, zachwycała, a niekiedy podniecała lub e do gł˛ bi wzruszała. W poszukiwaniu tego, co mo˙ e czytelników interesowa´ lub e z c wzrusza´ , miałem za jedynego przewodnika własne wyczucie; oczywi´cie wiem, c s ze ten przewodnik cz˛ sto zwodził mnie na manowce. Pewne osoby, które prze˙ e czytały, a w ka˙ dym razie zrecenzowały t˛ ksia˙ k˛ , oceniły, ze jest nudna, niez e ˛z e ˙ dorzeczna i nic niewarta; nie mog˛ si˛ obra˙ a´ , ho sam podobnie osadzam ich e e z c ˛ dzieła lub te˙ rodzaj literatury przez nich zachwalany. Ale nawet ci, którzy moja z ˛ opowie´c przeczytali z przyjemno´cia, znajduja w niej ró˙ ne bł˛ dy. Zapewne nie s´ s ˛ ˛ z e jest mo˙ liwe, aby w bardzo długiej historii wszystkim wszystko si˛ podobało albo z e zeby wszystkim nie podobały si˛ w niej te same rzeczy. ˙ e Z, listów nadsyłanych przez czytelników przekonałem si˛ , ze te same frage ˙ menty lub rozdziału, które jedni najostrzej krytykuja, innym wydaja si˛ szczegól˛ ˛ e nie udane. Najsurowszym czytelnikiem jestem ja i widz˛ teraz w swoim dziele e mnóstwo wi˛ kszych lub mniejszych bł˛ dów; na szcz˛ scie nie musz˛ ani recenzoe e e´ e wa´ , ani po raz drugi pisa´ tej ksia˙ ki, wi˛ c nic b˛ d˛ wyliczał dostrze˙ onych wad c c ˛z e e e z z wyjatkiem jednej, która wiele osób mi wytkn˛ ło: ksia˙ ka jest za krótka. ˛ ˛ e ˛z 4

Co do my´li przewodniej czy „przesłania” zawartego w tej opowie´ci, to s s stwierdzam, ze autor nie miał zadnych intencji tego rodzaju. Moja opowie´c nie ˙ ˙ s´ jest alegoria ani aluzja do aktualnych zdarze´ i sytuacji. Rozwijajac si˛ wypu´ciła ˛ ˛ n ˛ e s korzenie (w przeszło´c) i nieoczekiwane gał˛ zie, lecz zasadnicza fabuła była od s´ e poczatku nieuchronnie wyznaczona przez wybór Pier´cienia jako motywu łacza˛ s ˛ ˛ cego cała trylogi˛ z „Hobbitem”. Najbardziej istotny rozdział, „Cie´ przeszło´ci”, ˛ e n s napisałem wcze´niej ni˙ inne, gdy jeszcze na horyzoncie nie gromadziły si˛ gro´ s z e z ne chmury zapowiadajace kataklizm 1939 roku; watek mojej historii rozwinałby ˛ ˛ ˛ ´ si˛ w zasadzie tak samo, gdyby swiat zdołał unikna´ wojennej katastrofy. Ksia˙ e ˛c ˛z ka zrodziła si˛ z my´li od dawna mnie nurtujacych, a cz˛ sciowo te˙ wyra˙ anych e s ˛ e´ z z w innych utworach; wojna rozpocz˛ ta w 1939 roku oraz jej konsekwencje nie wye warły zadnego wpływu na tre´c tej ksia˙ ki, a je´li ja zmodyfikowały, to jedynie ˙ s´ ˛z s ˛ w znikomym stopniu. Prawdziwe wojny nic sa podobne do legendarnych ani w swoim przebiegu, ˛ ani w skutkach. Gdyby to rzeczywisto´c natchn˛ ła i ukształtowała legend˛ , przes´ e e ciwnicy Saurona z pewno´cia przej˛ liby Pier´cie´ i u˙ yliby jako or˛ za w walce; s ˛ e s n z e˙ zamiast unicestwi´ Pier´cie´ zmusiliby go do słu˙ by swoim interesom, a zamiast c s n z burzy´ Barad-Dur, okupowaliby t˛ twierdz˛ . Saruman nic mogac zdoby´ Pierc e e ˛ c ´ scienia mógłby, w´ród zam˛ tu zdradliwej epoki, odnale´ c w Mordorze brakujace s e z´ ˛ ogniwa, które wypełniłyby luki w jego własnych studiach nad tajemnicami Pier´ scieni i wkrótce zdołałby stworzy´ swój własny Wielki Pier´cie´ , który pozwoc s n ´ liłby mu rzuci´ wyzwanie nowemu samozwa´ czemu Rzadcy Sródziemia. Obie c n ˛ walczace strony nienawidziłyby hobbitów i pogardzałyby nimi. Nawet uczyniw˛ ´ szy z nich niewolników nie pozwoliłyby im przetrwa´ długo na swiecie. c Mo˙ na by wymy´li´ rozmaite inne warianty nale˙ nie od gustu i pogladów z s c z ˛ osób lubujacych si˛ w alegoriach i aktualnych aluzjach. Ale ja z całego. serca ˛ e nie cierpi˛ alegorii we wszelkich formach i zawsze jej unikałem, odkad osiagnae ˛ ˛ ˛ łem z wiekiem przezorno´c, która mi umo˙ liwia wykrywanie jej obecno´ci. Wol˛ s´ z s e histori˛ , prawdziwa lub fikcyjna, dajaca czytelnikowi mo˙ liwo´c ró˙ nych skojae ˛ ˛ ˛ ˛ z s´ z rze´ na miar˛ jego umysłowo´ci i do´wiadcze´ . Zachowuje on w takim wypadku n e s s n ´ pełna swobod˛ wyboru, podczas gdy w alegorii autor swiadomie narzuca swoja ˛ e ˛ koncepcj˛ . e Oczywi´cie, autor nie mo˙ e si˛ wyzwoli´ całkowicie od wpływu własnych s z e c do´wiadcze´ , lecz sa one niejako gleba, w której ziarno opowie´ci rozwija si˛ s n ˛ ˛ s e w sposób niezmiernie skomplikowany; wszelkie próby okre´lenia tego procesu s sa w najlepszym razie tylko hipotezami opartymi na niedostatecznych i wielo˛ ´ znacznych swiadectwach. Fałszywe równie˙ , chocia˙ oczywi´cie pociagajace dla z z s ˛ ˛ krytyka zyjacego współcze´nie z autorem, sa przypuszczenia, ze nurty umysłowe ˙ ˛ s ˛ ˙ i wydarzenia bie˙ acej epoki wywieraja nieuchronnie najpot˛ zniejszy wpływ na z˛ ˛ e˙ dane dzieło. To prawda, ze trzeba osobi´cie przej´c przez cie´ wojny, aby w pełni ˙ s s´ n odczu´ jego ci˛ zar, lecz z biegiem czasu wielu ludzi teraz zdaje si˛ zapomina´ , ze c e˙ e c ˙ 5

młodo´c w latach 1914–1918 była do´wiadczeniem nie mniej okropnym ni˙ las´ s z ´ ta 1939–1945. Podczas pierwszej wojny swiatowej zgin˛ li wszyscy moi najbli˙ si e z przyjaciele z wyjatkiem jednego. Przejd´ my jednak do mniej bolesnych przykła˛ z dów. Niektórzy czytelnicy sadza, ze rozdział „Porzadki w Shire” odzwierciedla ˛ ˛ ˙ ˛ sytuacj˛ w Anglii w okresie, gdy ko´ czyłem pisa´ swoja opowie´c. Tak nie jest. e n c ˛ s´ Ten epizod stanowi wa˙ na cz˛ sc fabuły i był zaplanowany od poczatku, chocia˙ z ˛ e´ ´ ˛ z pierwotny pomysł uległ pewnym modyfikacjom zwiazanym z postacia Sarumana, ˛ ˛ która w toku pisania nabrała nieco innego charakteru, ni˙ przewidywałem. Nie z musz˛ chyba powtarza´ , ze ten rozdział, podobnie jak cała ksia˙ ka, nie zawiee c ˙ ˛z ra zadnych alegorycznych znacze´ ani jakichkolwiek aluzji do problemów poli˙ n tycznych naszych czasów, Rzeczywi´cie wia˙ e si˛ z pewnymi moimi osobistymi s ˛z e prze˙ yciami, lecz nicia bardzo cienka (sytuacja ekonomiczna była zupełnie inna) z ˛ ˛ i si˛ gajaca o wiele gł˛ biej w przeszło´c. Okolica, gdzie sp˛ dziłem dzieci´ stwo, e ˛ ˛ e s´ e n została zniszczona i oszpecona, zanim sko´ czyłem dziesi˛ c lat, w epoce gdy san e´ mochód był rzadka osobliwo´cia (mnie wówczas nie znana) i budowano dopiero ˛ s ˛ ˛ podmiejskie linie kolejowe. Niedawno w jakim´ pi´mie trafiłem na fotografi˛ rus s e iny młyna, niegdy´ swietnie prosperujacego nad stawem, który przed laty odgrys´ ˛ wał wa˙ na rol˛ w moim zyciu. Młody młynarczyk nigdy mi si˛ nie podobał, ale z ˛ e ˙ e jego ojciec, stary młynarz, miał czarna brod˛ i nie nazywał si˛ Sandyman. ˛ e e „Władca Pier´cieni” ukazuje si˛ teraz w nowym wydaniu, skorzystałem wi˛ c s e e z okazji, zeby tekst przejrze´ . Poprawiłem pewne bł˛ dy i niekonsekwencje, jakie ˙ c e w nim jeszcze zostały, i spróbowałem wyja´ni´ pewne kwestie, które mi uwa˙ ni s c z czytelnicy sygnalizowali. Starałem si˛ uwzgl˛ dni´ wszystkie ich komentarze i zapytania, a je´li któe e c s re´ pominałem, to jedynie dlatego, ze nie zdołałem utrzyma´ porzadku w swoich s ˛ ˙ c ˛ notatkach. Na wiele wszak˙ e pyta´ mógłbym odpowiedzie´ tylko rozszerzajac zaz n c ˛ mieszczone na ko´ cu trzeciej cz˛ sci uzupełnienia lub wydajac jeszcze jeden tom, n e´ ˛ by w nim pomie´ci´ znaczna cz˛ sc materiałów nie właczonych do pierwszego s c ˛ e´ ´ ˛ wydania, a zwłaszcza bardziej szczegółowe informacje lingwistyczne. Na razie w niniejszym wydaniu czytelnik znajdzie nowa przedmow˛ , dodatek do prologu ˛ e i troch˛ dodatkowych przypisów. e

Prolog
W sprawie hobbitów

Ksia˙ ka ta w znacznej mierze po´wi˛ cona jest hobbitom i z jej kartek dowie˛z s e dza si˛ czytelnicy wiele o ich charakterze, a troch˛ te˙ o ich historii. Dodatkowe ˛ e e z informacje znale´ c mo˙ na w wybranych fragmentach Czerwonej Ksi˛ gi Marchii z´ z e Zachodniej ogłoszonych poprzednio pod tytułem „Hobbit”. T˛ wcze´niejsza opoe s ˛ wie´c oparłem na najstarszych rozdziałach Czerwonej Ksi˛ gi, napisanych przez s´ e ´ Bilba, pierwszego hobbita, który zdobył sław˛ w szerszym swiecie; zatytułował e on swoje wspomnienia „Tam i z powrotem”, poniewa˙ opowiedział w nich o swoz jej wyprawie na wschód i o powrocie do domu: ta wła´nie przygoda stała si˛ s e powodem wplatania pó´ niej wszystkich hobbitów w doniosłe wypadki Trzeciej ˛ z Ery, opisane w niniejszej ksia˙ ce. ˛z Wielu czytelników zechce mo˙ e jednak dowiedzie´ si˛ wi˛ cej o tym godnym z c e e uwagi ludzie ju˙ na samym poczatku tej opowie´ci, niektórzy za´ moga nie poz ˛ s s ˛ siada´ wcze´niejszej ksia˙ ki. Dla tych wła´nie czytelników zamieszczam tu kilc s ˛z s ka uwag dotyczacych wa˙ niejszych spraw zaczerpni˛ tych z zachowanych zródeł, ˛ z e ´ traktujacych o hobbitach; przypominam te˙ pokrótce przebieg wcze´niejszej wy˛ z s prawy. Hobbici to lud skromny, lecz bardzo staro˙ ytny, o wiele liczniejszy ongi ni˙ z z dzi´; kochaja bowiem pokój i cisz˛ , i zyzna, uprawna ziemi˛ : najch˛ tniej osies ˛ e ˙ ˛ ˛ e e dlali si˛ w dobrze rzadzonych i dobrze zagospodarowanych rolniczych krainach. e ˛ Nie rozumieja i nigdy nie rozumieli ani nie lubili maszyn bardziej skomplikowa˛ nych ni˙ miechy kowalskie, młyn wodny czy r˛ czne krosna, chocia˙ narz˛ dziami z e z e rzemie´lniczymi posługiwali si˛ zr˛ cznie. Nawet w staro˙ ytnych czasach onies e e z ´ smielali ich Duzi Ludzie, jak nas nazywaja, teraz za´ unikaja ich trwo˙ nie i dla˛ s ˛ z tego coraz trudniej spotka´ hobbita. Hobbici odznaczaja si˛ doskonałym słuchem c ˛ e i bystrym wzrokiem, a chocia˙ sa skłonni do tycia i nie lubia si˛ spieszy´ bez z ˛ ˛ e c potrzeby, ruchy maja zwinne i zgrabne. Zawsze posiadali dar szybkiego i bez˛ szelestnego znikania, je´li zjawiał si˛ w pobli˙ u który´ z Du˙ ych Ludzi, a nie s e z s z zyczyli sobie go spotka´ ; udoskonalili t˛ sztuk˛ tak, ze ludziom dzi´ wydaje si˛ ˙ c e e ˙ s e ona magia. W rzeczywisto´ci jednak hobbici nigdy nie studiowali magii w zad˛ s ˙
7

nej postaci, nieuchwytno´c zawdzi˛ czaja jedynie zawodowej wprawie, a wskutek s´ e ˛ ´ dziedzicznych uzdolnie´ , wytrwałych cwicze´ i serdecznego z˙ ycia si˛ z ziemia n n z e ˛ doprowadzili ja do doskonało´ci, której wi˛ ksze i mniej zr˛ czne rasy nie moga ˛ s e e ˛ na´ladowa´ . s c Hobbici sa bowiem mali, mniejsi ni˙ krasnoludy, a w ka˙ dym razie nie tak ˛ z z grubi i przysadzi´ci, nawet je´li wzrostem niewiele im ust˛ puja. Wzrost hobbitów s s e ˛ bywa ró˙ ny, waha si˛ od dwóch do czterech stóp naszej miary. W dzisiejszych z e czasach mało który hobbit si˛ ga trzech stóp, ale — jak twierdza — rasa skarlała, e ˛ bo dawniej bywali wy˙ si. Czerwona Ksi˛ ga mówi, ze Bandobras Tuk (Bullroarer), z e ˙ syn Isengrima Drugiego, mierzył cztery i pół stopy i mógł dosiada´ konia. Wedle c hobbickich kronik tylko dwaj sławni bohaterowie dawnych czasów przewy˙ szali z Bullroarera; ale o tej ciekawej historii powie nam wi˛ cej niniejsza ksia˙ ka. e ˛z Je˙ eli chodzi o hobbitów z Shire’u, których wła´nie dotyczy nasza opowie´c, z s s´ był to za dni pokoju i dostatków lud wesoły. Ubierali si˛ w jasne kolory, szczególe nie lubili zółty i zielony; rzadko nosili obuwie, poniewa˙ stopy ich maja z natury ˙ z ˛ twarda, rzemienna podeszw˛ i obro´ni˛ te sa, podobnie jak głowa, bujnym, k˛ ˛ ˛ e s e ˛ e dzierzawym włosem, zwykle kasztanowatym. Dlatego te˙ jedynym rzemiosłem z nie praktykowanym w´ród hobbitów było szewstwo; u rak natomiast mieli długie, s ˛ zr˛ czne palce i umieli wytwarza´ mnóstwo po˙ ytecznych i ładnych przedmiotów. e c z Twarze mieli na ogół bardziej poczciwe ni˙ pi˛ kne, szerokie, jasnookie, rumiaz e ´ ne, o ustach skorych do smiechu, jedzenia i picia. Tote˙ smieli si˛ , jedli i pili jak z´ e najcz˛ sciej i z wielkim zapałem, lubili o ka˙ dej porze dnia zartowa´ , a sze´c razy e´ z ˙ c s´ na dzie´ je´c — o ile to było mo˙ liwe. Byli go´cinni, przepadali za zebraniami n s´ z s towarzyskimi, a podarki równie hojnie dawali, jak ch˛ tnie przyjmowali. e Nie ulega watpliwo´ci, ze mimo pó´ niejszego rozdziału, hobbici sa spokrew˛ s ˙ z ˛ nieni o wiele bli˙ ej z nami ni˙ z elfami, a nawet ni˙ z krasnoludami. Niegdy´ z z z s mówili ludzkim j˛ zykiem, na swój sposób oczywi´cie, te same rzeczy co my lubie s li i tych samych nie cierpieli. Ale nie sposób stwierdzi´ dokładnie, jakie wiazało c ˛ ich z nami pokrewie´ stwo. Poczatki hobbitów si˛ gaja w głab Dawnych Dni, dzi´ n ˛ e ˛ ˛ s ju˙ zamierzchłych i zapomnianych. Jedynie elfy dotad przechowuja pami˛ c miz ˛ ˛ e´ nionych czasów, lecz tradycje te ograniczaja si˛ niemal wyłacznie do ich własnej ˛ e ˛ historii, w której ludzie rzadko wyst˛ puja, o hobbitach za´ wcale nie ma wzmiane ˛ s ´ ki. Mimo to jest rzecza jasna, ze hobbici zyli cicho w Sródziemiu przez długie ˛ ˛ ˙ ˙ lata, zanim inne ludy dowiedziały si˛ o ich istnieniu. A ze swiat bad´ co bad´ roił e ˙ ´ ˛ z ˛ z si˛ od rozmaitych niezliczonych dziwnych stworze´ , mały ludek hobbicki bare n dzo niewiele znaczył w´ród innych. Za zycia wszak˙ e Bilba i jego spadkobiercy, s ˙ z Froda, hobbici nagle, wbrew swoim zyczeniom, stali si˛ wa˙ ni, sławni i zamacili ˙ e z ˛ spokój narad M˛ drców oraz Du˙ ych Ludzi. e z ´ Te czasy, Trzecia Era Sródziemia, to ju˙ dzisiaj odległa przeszło´c i wszystz s´ 8

kie kraje bardzo si˛ od owej epoki zmieniły. Niewatpliwie jednak hobbici zae ˛ mieszkiwali wówczas te same strefy, w których dotad jeszcze zyja: północno˛ ˙ ˛ ´ -zachodnie kraje starego swiata, na wschód od Morza. O pierwotnej ojczy´ nie z hobbici z epoki Bilba nie zachowali zadnych wiadomo´ci. Umiłowanie wiedzy (z ˙ s wyjatkiem badania genealogii) nie było w´ród nich zbyt rozpowszechnione, lecz ˛ s kilku hobbitów ze starych rodów studiowało ksi˛ gi o własnej przeszło´ci, a nawet e s zbierało u elfów, krasnoludów i ludzi zapiski z dawnych lat i dalekich krajów. Własne, hobbickie kroniki nie si˛ gały w przeszło´c prze osiedleniem si˛ w Shire, e s´ e a najstaro˙ ytniejsze legendy rzadko mówiły o zdarzeniach sprzed Dni W˛ drówki. z e Niemniej jasno wynika z tych legend oraz z zachowanych w j˛ zyku i obyczaju doe wodów, ze hobbici, podobnie jak wiele innych ludów, przyw˛ drowali na zachód ˙ e w zamierzchłych czasach. Najdawniejsze opowie´ci pozwalaja domy´la´ si˛ , ze s ˛ s c e ˙ w pewnej epoce zamieszkiwali nad górnym biegiem Anduiny, mi˛ dzy Wielkim e Zielonym Lasem a Górami Mglistymi. O powodach pó´ niejszej ci˛ zkiej i niebezz e˙ piecznej przeprawy przez góry do Eriadoru — nie wiadomo dzi´ ju˙ nic pewnego. s z ´ Zródła hobbickie mówia o rozmno˙ eniu si˛ tutaj ludzi i o cieniu, który padł na ˛ z e lasy i tak je wypełnił ciemno´ciami, ze otrzymały nowa nazw˛ Mrocznej Puszczy. s ˙ ˛ e Jeszcze przed przekroczeniem gór hobbici podzielili si˛ na trzy szczepy, ró˙ e z niace si˛ do´c znacznie mi˛ dzy soba: Hartfootów, Stoorów i Fallohidów. Hartfo˛ e s´ e ˛ otowie mieli skór˛ bardziej smagła, byli ni˙ si i drobniejsi, nie nosili bród ani bue ˛ z tów; dłonie i stopy mieli kształtne i zr˛ czne; osiedlali si˛ najch˛ tniej w górach i na e e e stokach pagórków. Stoorowie, bardziej masywni i ci˛ zszej budowy, r˛ ce i stopy e˙ e mieli wi˛ ksze, a lubili szczególnie równiny oraz brzegi rzek. Fallohidzi, o ja´nieje s szej cerze i owłosieniu, byli wy˙ si i smuklejsi od innych hobbitów, a kochali si˛ z e w drzewach i lasach. Hartfootowie mieli ongi wiele do czynienia z krasnoludami i długi czas przezyli u podnó˙ y gór. Wcze´nie wyw˛ drowali na zachód rozpraszajac si˛ po całym ˙ z s e ˛ e Eriadorze a˙ po Wichrowy Czub, gdy dwa pozostałe szczepy jeszcze zamieszz kiwały Dzikie Kraje. Hartfootów uzna´ mo˙ na za najbardziej typowych przedc z stawicieli hobbitów, a tak˙ e za najliczniejszych. Bardziej ni˙ inni skłaniali si˛ do z z e zycia osiadłego, nie lubili si˛ przenosi´ z miejsca na miejsce i najdłu˙ ej zachowali ˙ e c z obyczaj przodków zamieszkujac podziemne tunele albo nory. ˛ Stoorowie najdłu˙ ej trzymali si˛ brzegów Wielkiej Rzeki Anduiny i najmniej z e stronili od ludzi. Pó´ niej ni˙ Hartfootowie przybyli na zachód, ciagnac dalej z biez z ˛ ˛ giem Grzmiacej Rzeki na południe. Tu wi˛ kszo´c z nich osiadła na długi czas ˛ e s´ mi˛ dzy Tharbadem a granica Dunlandu, zanim ruszyli znowu na północ. e ˛ Fallohidzi, najmniej liczni, stanowili północna gała´ . Nawiazali serdeczniej˛ ˛z ˛ sza ni˙ inni hobbici przyja´ n z elfami, wi˛ cej wykazywali zdolno´ci do j˛ zyków ˛ z z´ e s e ´ i spiewu ni˙ do rzemiosła, a za najdawniejszych czasów woleli łowy od uprawiaz nia ziemi. Przebyli góry na północ od Rivendell i pow˛ drowali w dół rzeki zwanej e Szara Woda. W Eriadorze wkrótce przemieszali si˛ z innymi szczepami, które tu ˛ ˛ e 9

wcze´niej od nich osiadły, lecz, jako odwa˙ niejsi i bardziej przedsi˛ biorczy, cz˛ s z e e sto wybijali si˛ na przywódców w´ród Hartfootów i Stoorów. Nawet za czasów e s Bilba mo˙ na było jeszcze zauwa˙ y´ silne wpływy krwi fallohidzkiej w zyłach z z c ˙ najznakomitszych rodów, jak Tukowie lub dziedzice Bucklandu. W zachodniej cz˛ sci Eriadoru, mi˛ dzy Górami Mglistymi a Ksi˛ zycowymi, e´ e e˙ ˙ hobbici zastali ludzi i elfów. Zyły tu jeszcze niedobitki Dunedainów1 , królów w´ród ludzi, pochodzacych zza Morza, z Westernesse; lecz wymierali szybko, s ˛ a ich ogromne Północne Królestwo pustoszało stopniowo. Było a˙ za wiele miejz sca dla nowych przybyszów i wkrótce hobbici zaludnili ten kraj tworzac porzadne ˛ ˛ osiedla. Wi˛ kszo´c prymitywnych osiedli od dawna znikn˛ ła i za czasów Bilba e s´ e została ju˙ zapomniana; jedno wszak˙ e z tych, które najwcze´niej doszły do znaz z s czenia, przetrwało, jakkolwiek mniejsze ni˙ ongi; znajdowało si˛ ono w Bree, z e otoczone kraina zwana Zalesiem, o jakie´ czterdzie´ci mil na wschód od Shire’u. ˛ ˛ s s Z pewno´cia w tej wła´nie dawnej epoce hobbici nauczyli si˛ alfabetu i zacz˛ li s ˛ s e e pisa´ wzorujac si˛ na Dunedainach, którzy z kolei nabyli t˛ umiej˛ tno´c od elc ˛ e e e s´ fów. W tym tak˙ e okresie hobbici zapomnieli swego pierwotnego j˛ zyka i odtad z e ˛ przej˛ li Wspólna Mow˛ , zwana inaczej j˛ zykiem Westron, panujaca we wszyste ˛ e ˛ e ˛ ˛ kich krainach rzadzonych przez królów, od Arnoru do Gondoru i na wybrze˙ ach ˛ z Morza od Belfalas do Lune. Zachowali jednak kilka słów starego j˛ zyka, a tak˙ e e z odr˛ bne nazwy miesi˛ cy i dni tygodnia oraz mnóstwo imion własnych. e e Mniej wi˛ cej w tej samej epoce ko´ czy si˛ okres legend, a zaczyna histoe n e ria hobbitów wraz z wprowadzeniem rachuby czasu. Albowiem w tysiac sze´cset ˛ s´ pierwszym roku Trzeciej Ery dwaj Fallohidzi, bracia Marcho i Blanko, wyruszyli z Bree; uzyskawszy pozwolenie wielkiego króla w Forno´cie2 , przeprawili si˛ s e z liczna rzesza hobbitów przez Rzek˛ Brunatna — Baranduin˛ . Przeszli przez ˛ ˛ e ˛ e Most Kamiennych Łuków zbudowany w okresie pot˛ gi Królestwa Północy i zaj˛ e e li na swoja siedzib˛ cały obszar mi˛ dzy rzeka a Dalekimi Wzgórzami. W zamian ˛ e e ˛ mieli tylko utrzymywa´ w porzadku Wielki Most oraz wszystkie inne most i droc ˛ gi, udziela´ pomocy go´ com królewskim i uznawa´ zwierzchnictwo króla. W ten c n c sposób zacz˛ ła si˛ era Shire’u, bo rok przekroczenia rzeki Brandywiny (jak hobe e bici ja przezwali) stał si˛ pierwszym rokiem Shire’u, a wszystkie pó´ niejsze daty ˛ e z 3 liczono od niego. Osiadli na zachodzie hobbici natychmiast pokochali swoja no˛ wa ojczyzn˛ i pozostali w niej; wkrótce te˙ znów wyłaczyli si˛ z historii ludzi ˛ e z ˛ e i elfów. Póki istniał król, byli jego poddanymi, lecz z imienia tylko, bo naprawDunedainami nazwały elfy jedyna ras˛ ludzka znajaca j˛ zyk elfów. Dunedainowie, mieszka´ ˛ e ˛ ˛ ˛e n cy Numenoru, czyli Westernesse, byli jasnowłosi, wi˛ kszego wzrostu ni˙ inni ludzie i zyli trzy e z ˙ razy dłu˙ ej od nich; znakomici zeglarze, królowali w´ród ludzi. z ˙ s 2 Według kronik Gondoru był nim wówczas Argeleb II, dwudziesty władca z dynastii Północnej, która wygasła w trzysta lat pó´ niej na królu Arvedui. z 3 Znaczy to, ze chcac ustali´ jaka´ dat˛ według rachuby czasu elfów i Dunedainów, nale˙ y ˙ ˛ c ˛s e z dodawa´ 1600 do daty według rachuby Shire’u. c
1

10

d˛ rzadzili nimi wła´ni wodzowie, a hobbici wcale si˛ nie mieszali do wydarze´ e ˛ s e n rozgrywajacych si˛ na swiecie poza ich krajem. Podczas ostatniej bitwy pod For˛ e ´ nostem przeciw czarnoksi˛ znikowi, Władcy Angmaru, posłali na pomoc garstk˛ e˙ e łuczników; tak przynajmniej twierdza, bo w ludzkich kronikach brak o tym jakiej˛ kolwiek wzmianki. Ale ta wojna przyniosła kres Królestwu Północy, a wówczas hobbici zawładn˛ li krajem samodzielnie i wybrali spo´ród swoich wodzów thana, e s zeby przejał władz˛ po królu, którego zabrakło. Przez nast˛ pne tysiace lat zyli ˙ ˛ e e ˛ ˙ w nie zamaconym niemal pokoju. Po Czarnej Pladze (37 r. wg Kalendarza Shi˛ re’u) ro´li w liczb˛ i dostatki a˙ do katastrofalnej Długiej Zimy i spowodowanego s e z przez nia głodu. Mnóstwo ludu wtedy wygin˛ ło, lecz w czasach, o których mó˛ e wi ta opowie´c, nie pami˛ tano ju˙ Chudych Lat (1158–1160), a hobbici zda˙ yli s´ e z ˛z ponownie przywykna´ do dobrobytu. Ziemia była bogata i łaskawa, a chocia˙ ˛c z na długi czas przed przybyciem hobbitów opuszczona, z dawna doskonale zagospodarowana, tam bowiem królowie mieli ongi swoje liczne fermy, pola zbó˙ , z winnice i lasy. Kraj ciagnał si˛ na czterdzie´ci staj od Dalekich Wzgórz a˙ do mostu na Bran˛ ˛ e s z dywinie i na pi˛ cdziesiat od północnych wrzosowisk do moczarów na południu. e´ ˛ Hobbici nazwali go Shire’em; była to kraina podległa władzy thana, słynna z ładu i spokoju; w tym miłym zakatku p˛ dzili spokojny, stateczny zywot i coraz mniej ˛ e ˙ troszczyli si˛ o reszt˛ swiata, po którym kra˙ yły złe moce, a˙ wreszcie doszli do e e´ ˛z z ´ prze´wiadczenia, ze pokój i dostatek panuja wsz˛ dzie w Sródziemiu i ze wszysts ˙ ˛ e ˙ kie rozsadne stworzenia korzystaja z tego przywileju. Zatarło si˛ w ich pami˛ ci, ˛ ˛ e e mo˙ e zatarli umy´lnie, to, co przedtem wiedzieli — a nigdy nie wiedzieli du˙ o — z s z o Stra˙ nikach i o trudach tych, którzy umo˙ liwili tak długi pokój w Shire W rzez z czywisto´ci kto´ ich chronił, lecz hobbici o tym zapomnieli. s s ˙ Zaden szczep hobbitów i w zadnej epoce dziejów nie odznaczał si˛ wojow˙ e niczo´cia i nigdy hobbici nie bili si˛ mi˛ dzy soba. Dawnymi czasy oczywi´cie s ˛ e e ˛ s ´ bywali zmuszani do walki, zeby utrzyma´ si˛ po´ród nieprzyjaznego swiata, lecz ˙ c e s w epoce Bilba wojny te nale˙ ały ju˙ do historii staro˙ ytnej. Nikt ze współczesnych z z z Bilbowi nie mógł ju˙ pami˛ ta´ ostatniej bitwy, jaka rozegrała si˛ w granicach Shiz e c e re’u, kiedy to w roku 1147 (ery Shire’u) Bandobras Tuk zwyci˛ zył na Zielonych e˙ Polach i odparł najazd orków. Nawet klimat z czasem złagodniał, a wilki, któ´ z re ongi podczas srogich snie˙ nych zim ciagn˛ ły wygłodniałe z północy, znano ˛ e teraz jedynie z bajek starców. Chocia˙ wi˛ c w Shire przechowywało si˛ troch˛ z e e e ´ or˛ za, słu˙ ył on zazwyczaj do ozdoby scian nad kominkami lub wystawiony był e˙ z w muzeum w Michel Delving. Muzeum to nazywano Domem Mathom, bo nazwa ˛ „mathom” okre´lali hobbici wszelkie rzeczy dora´ nie na nic nieprzydatne, któs z rych wszak˙ e nie chcieli wyrzuca´ . W hobbickich mieszkaniach gromadziło si˛ z c e mnóstwo ró˙ nych „mathom”, do nich te˙ mo˙ na by zaliczy´ wi˛ kszo´c urodzinoz z z c e s´ wych podarków przechodzacych z rak do rak. ˛ ˛ ˛ Mimo wszystko, w´ród wygód i pokoju hobbici wcia˙ jeszcze zachowali zas ˛z 11

dziwiajaco wiele hartu. Je˙ eli ju˙ dochodziło do walki, niełatwo było ich spłoszy´ ˛ z z c lub zabi´ ; mo˙ e jedna z przyczyn — i to nie ostatnia — niezmordowanego upodoc z ˛ ˛ bania hobbitów do dobrych rzeczy było to, ze w razie konieczno´ci umieli si˛ bez ˙ s e nich obywa´ ; wytrzymywali srogie m˛ czarnie z r˛ ki wroga, ból, chłody i burze c e e tak dzielnie, ze zdumiewali tych, którzy nie znajac dobrze hobbitów sadzili ich ˙ ˛ ˛ z pozorów: z tłustych brzuchów i sytych twarzy. Nieskorzy do kłótni, nie zabijali dla rozrywki zadnych zyjacych istot, lecz przyparci do muru stawali m˛ znie, sły˙ ˙ ˛ e˙ nac z bystrego oka i pewno´ci r˛ ki. Nie tylko wtedy, gdy mieli łuk i strzały. Kiedy ˛ s e hobbit schylał si˛ po kamie´ , ka˙ de obce stworzenie dobrze wiedziało, ze lepiej e n z ˙ zrobi, je´li szybko uskoczy do kryjówki. s Poczatkowo wszyscy hobbici mieszkali w norach ziemnych — tak przynaj˛ mniej powiadaja — i w tego rodzaju mieszkaniach po dzi´ dzie´ czuja si˛ najbar˛ s n ˛ e dziej swojsko. Z czasem wszak˙ e musieli przyja´ równie˙ inne formy budownicz ˛c z twa. Za zycia Bilba w Shire tylko najbogatsi i najbiedniejsi przestrzegali starego ˙ obyczaju. Biedacy mieszkali w prymitywnych jamach, w prawdziwych norach, o jednym oknie lub bez okien w ogóle; zamo˙ ni hobbici budowali sobie zbytz kowne odmiany tradycyjnych nor. Nie wsz˛ dzie jednak mo˙ na było znale´ c ode z z´ powiedni teren do budowy obszernych, rozgał˛ zionych korytarzy podziemnych e (zwanych po hobbicku „smajalami”). W płaskich, nizinnych okolicach hobbici, których wcia˙ przybywało, zacz˛ li wznosi´ domy nad ziemia. A nawet w górzy˛z e c ˛ stych stronach i w starych osiedlach, jak Hobbiton albo Tukon, czy te˙ w stolicy z Shire’u, w Michel Delving na Białych Wzgórzach, powstało wiele domów z drzewa, cegły i kamienia. Szczególnie upodobali je sobie młynarze, kowale, powro´ z nicy i cie´le oraz inni rzemie´lnicy; hobbici bowiem, nawet majac nory mieszkals s ˛ ne, na warsztaty od dawna zwykli budowa´ szopy. Podobno zwyczaj wznoszenia c na fermach budynków gospodarskich i stodół pierwsi wprowadzili mieszka´ cy n Moczarów z nizin nad Brandywina. Hobbici z tej cz˛ sci kraju, zwanej Wschodnia ˛ e´ ˛ ´ Cwiartka, byli do´c t˛ dzy, nogi mieli grube i podczas d˙ d˙ ystej pogody nosili buty ˛ s´ e z z na modł˛ krasnoludzka. Nie ulegało wszak˙ e watpliwo´ci, ze w ich zyłach płyn˛ e ˛ z ˛ s ˙ ˙ e ´ ło du˙ o krwi Stoorów, o czym swiadczył zarost, hodowany przez wielu z nich na z ´ brodzie. Hartfootowie i Fallohidzi nie mieli ani sladu zarostu. Wi˛ kszo´c hobbie s´ tów z Moczarów i z Bucklandu na wschodnim brzegu Rzeki, którym nast˛ pnie e zawładn˛ li, przybyła pó´ niej do Shire’u z dalekiego południa; trafiały si˛ w´ród e z e s nich osobliwe imiona i dziwne słowa, nie spotykane w innych okolicach. Mo˙ liwe, ze sztuka budowlana, tak jak wiele innych rzemiosł, została przez ˙ szczepiona od Dunedainów. Ale mogli si˛ jej równie˙ nauczy´ hobbici bezpoe z c ´ srednio od elfów, mistrzów ludzko´ci w jej zaraniu. Albowiem elfy Wysokiego s ´ Rodu nie opu´ciły jeszcze Sródziemia i zamieszkiwały podówczas w Szarej Przys stani na zachodzie oraz w innych miejscowo´ciach niezbyt odległych od Shire’u. s Za Marchiami na zachodzie widniały trzy wie˙ e elfów, stojace tam od niepami˛ tz ˛ e nych czasów. W blasku ksi˛ zyca l´niły one daleko wokół. Najwy˙ sza była jednoe˙ s z 12

cze´nie najdalsza i sterczała samotnie na zielonym wzgórzu. Hobbici z Zachods ˛ ´ niej Cwiartki utrzymywali, ze z jej szczytu wida´ Morze, lecz zaden hobbit, o ile ˙ c ˙ wiadomo, nigdy si˛ na ten szczyt nie wdrapał. Prawd˛ mówiac, bardzo nieliczni e e ˛ hobbici widzieli w zyciu Morze i zeglowali po nim, a jeszcze mniej było takich, ˙ ˙ którzy powrócili, by o tym opowiedzie´ . Na ogół hobbici nieufnie spogladali nac ˛ wet na rzeki i łódki, mało który te˙ umiał pływa´ . Im dłu˙ ej trwały spokojne dni z c z Shire’u, tym rzadziej hobbici wdawali si˛ w rozmowy z elfami, a˙ wreszcie zae z cz˛ li si˛ ich l˛ ka´ i podejrzliwie traktowa´ tych, którzy si˛ z nimi zadawali; sama e e e c c e nazwa Morze stała si˛ postrachem i wró˙ ba smierci dla hobbitów, wi˛ c odwrócili e z ˛´ e twarze od wzgórz na zachodzie. Mo˙ e wi˛ c nauczyli si˛ budownictwa od elfów, z e e a mo˙ e od ludzi, w ka˙ dym razie stosowali t˛ sztuk˛ na swój własny sposób. z z e e Nie wznosili wie˙ . Domy hobbitów bywały zazwyczaj długie, niskie i wygodne. z Najdawniejsze stanowiły wła´ciwie tylko pewna nadziemna odmian˛ „smajalów”, s ˛ ˛ e kryto je strzecha z siana lub słomy albo darnina, a scianom nadawano kształt nieco ˛ ˛ ´ wypukły. Ten typ budownictwa nale˙ y jednak do wczesnego okresu Shire’u, od z dawna ju˙ hobbici zmienili je i udoskonalili dzi˛ ki sposobom, których nauczyli z e si˛ od krasnoludów lub które sami wynale´ li. Najbardziej charakterystyczna cee z ˛ cha hobbickiej architektury pozostało upodobanie do okragłych okien, a nawet ˛ ˛ drzwi. Domy i nory hobbitów z Shire’u bywały zwykle obszerne i zamieszkałe przez liczne rodziny. (Bilbo i Frodo Baggins, jako bez˙ enni, stanowili wyjatek, jak z ˛ zreszta pod wielu innymi wzgl˛ dami, cho´ by pod tym, ze przyja´ nili si˛ z elfami). ˛ e c ˙ z e Niekiedy, jak na przykład u Tuków z Wielkich Smajalów albo u Brandybucków z Brandy Hallu, kilka spokrewnionych pokole´ zyło razem w zgodzie (mniejszej n˙ lub wi˛ kszej) w jednej dziedzicznej siedzibie rozbudowanej w liczne boczne tunee le. Wszyscy hobbici bad´ co bad´ mieli silnie rozwini˛ te poczucie rodowej wi˛ zi ˛z ˛z e e i bardzo dokładnie orientowali si˛ w swoich pokrewie´ stwach. Wywodzili długie e n i zawiłe rodowody, kre´lac drzewa genealogiczne o mnóstwie rozgał˛ zie´ . Obcus ˛ e n jac z hobbitami trzeba pami˛ ta´ , kto z kim jest spokrewniony i w jakim stopniu. ˛ e c Byłoby niemo˙ liwe pomie´ci´ w tej ksia˙ ce drzewo genealogiczne obejmujace z s c ˛z ˛ bodaj najwa˙ niejsze rody z epoki, o której tu opowiadamy. Drzewo takie dodaz ne na ko´ cu Czerwonej Ksi˛ gi Marchii Zachodniej stanowi samo w sobie spora n e ˛ ksia˙ eczk˛ , która ka˙ demu, kto nie jest hobbitem, wydałaby si˛ straszliwie nudna. ˛z e z e ˛ ´ Hobbici przepadaja za takimi wywodami, pod warunkiem, zeby były scisłe: lubia ˛ ˙ ˛ znajdowa´ w ksia˙ kach to, co i bez nich dobrze wiedza, ale przedstawione jasno, c ˛z ˛ prosto i bez sprzeczno´ci. s

O fajkowym zielu

Jest jeszcze pewna sprawa, której mówiac o dawnych hobbitach nie wolno ˛
13

pomina´ , a mianowicie dziwaczne przyzwyczajenie tego ludu: hobbici ssali czy ˛c te˙ wdychali za pomoca drewnianych lub glinianych fajek dym roz˙ arzonych liz ˛ z ´ sci ziela, zwanego zielem albo li´ciem fajkowym; była to prawdopodobnie jaka´ s s odmiana nicotiany. Gł˛ boka tajemnica okrywa pochodzenie tego szczególnego e zwyczaju czy mo˙ e sztuki, jak woleli go nazywa´ hobbici. Wszystko, co na ten z c temat udało si˛ w staro˙ ytno´ci wykry´ , zebrał Meriadok Brandybuck (pó´ nieje z s c z ´ szy dziedzic Bucklandu), poniewa˙ za´ i on, i tyto´ z Południowej Cwiartki graja z s n ˛ pewna rol˛ w dalszym opowiadaniu, przytocz˛ tu uwagi, zamieszczone na wst˛ pie ˛ e e e do jego „Zielnika Shire’u”. „Z cała pewno´cia — pisze Meriadok Brandybuck — wolno nam t˛ sztuk˛ ˛ s ˛ e e uzna´ za nasz własny wynalazek. Kiedy hobbici zacz˛ li pali´ fajki — nie wiadoc e c mo, bo z najdawniejszych nawet legend i kronik rodzinnych wynika, ze ju˙ w za˙ z mierzchłych czasach zwyczaj był ustalony. Od wieków mieszka´ cy Shire’u palili n ´ rozmaite zioła, jedne gorsze, inne lepsze. Wszystkie jednak swiadectwa zgadzaja ˛ si˛ co do tego, ze pierwsze prawdziwe ziele fajkowe wyhodował Tobold Hornbloe ˙ ´ wer w swoich ogrodach w Longbottom, w Południowej Cwiartce, za panowania Isengrima Drugiego, około roku 1070 ery Shire’u. Po dzi´ dzie´ najlepszy krajos n wy tyto´ pochodzi z tej wła´nie okolicy, a najbardziej lubiane jego odmiany nosza n s ˛ nazwy: Li´cie z Longbottom, Stary Toby i Gwiazda Południa. s W jaki sposób Stary Toby uzyskał t˛ ro´lin˛ , nie wiadomo, bo umarł nie zwiee s e rzywszy nikomu sekretu. Znał si˛ na ziołach, nie był jednak podró˙ nikiem. Poe z dobno za młodu bywał cz˛ sto w Bree, w tej bowiem krainie i za naszych czasów e ro´nie ona bujnie na południowych stokach wzgórz. Hobbici z Bree twierdza, ze s ˛ ˙ to oni pierwsi palili w fajkach prawdziwe fajkowe ziele. Co prawda hobbici z Bree we wszystkim roszcza sobie prawa do pierwsze´ stwa przed hobbitami z Shire’u ˛ n nazywajac ich kolonistami; w tym wszak˙ e szczególnym przypadku pretensje ich ˛ z wydaja mi si˛ do´c uzasadnione. Niewatpliwie nie skadinad, lecz z Bree sztu˛ e s´ ˛ ˛ ˛ ka palenia prawdziwego fajkowego ziela rozpowszechniła si˛ w ostatnim stuleciu e mi˛ dzy krasnoludami i takimi istotami, jak Stra˙ nicy, czarodzieje, ró˙ ni w˛ drowe z z e cy, bo ruch jest niemały przez ten kraj, który był z dawna w˛ złem wielu szlaków. e Tak wi˛ c za kolebk˛ i o´rodek sztuki fajkowej uzna´ mo˙ na stara gospod˛ w Bree e e s c z ˛ e „Pod Rozbrykanym Kucykiem”, w której od niepami˛ tnych czasów gospodarzyła e rodzina Butterburów. Mimo to poczynione przeze mnie podczas wielu wypraw na południe obserwacje przekonały mnie, ze ojczyzna ziela fajkowego nie jest nasza cz˛ sc swiata, ˙ ˛ e´ ´ ´ lecz ze przyw˛ drowało ono do nas z doliny Anduiny, tam za´, jak przypuszczam, ˙ e s przywie´ li je zza Morza ludzie z Westernesse. Ro´nie ono obficie w Gondorze, z s jest tam bujniejsze i wy˙ sze ni˙ na północy, gdzie nigdy nie pleni si˛ dziko i gdzie z z e udaje si˛ tylko w zacisznych zakatkach, jak wła´nie w Longbottom. W Gondorze e ˛ s ludzie zwa je pachnaca psianka i cenia jedynie za wo´ i pi˛ kne kwiaty. Stamtad to ˛ ˛ ˛ ˛ ˛ n e ˛ ´ zka dalej w ciagu długich stuleci, dzielacych nasze ziele przewo˙ ono Zielona Scie˙ ˛ z ˛ ˛ ˛ 14

czasy od wyprawy Elendila. Lecz Dunedainowie z Gondoru równie˙ przyznaja, z ˛ ze to hobbici pierwsi u˙ yli ziela do fajek. Nawet zaden z czarodziejów nie wpadł ˙ z ˙ wcze´niej na ten pomysł. Jeden wszak˙ e czarodziej, którego znałem osobi´cie, s z s z dawna tej sztuki si˛ nauczył i doszedł w niej do wielkiej wprawy, jak zreszta we e ˛ wszystkim, czym si˛ zechciał bawi´ ”. e c

O ustroju Shire’u
´ Shire dzielił si˛ na cztery cz˛ sci, na Cwiartki, o których ju˙ wspominałem: e e´ z Północna, Południowa, Wschodnia i Zachodnia; te z kolei dzieliły si˛ na krainy, ˛ ˛ ˛ ˛ e których nazwy pochodziły od nazwisk znakomitych starych rodów, jakkolwiek w epoce, gdy rozgrywały si˛ opisane w tej ksia˙ ce wypadki, spotykało si˛ cz˛ e ˛z e e sto hobbitów danego nazwiska poza kraina niegdy´ do ich przodków nale˙ aca. ˛ s z˛ ˛ Wprawdzie wszyscy niemal potomkowie rodziny Tuków mieszkali jeszcze w Tukonie, lecz nie mo˙ na tego samego powiedzie´ o innych, jak na przykład Bagginz c ´ sowie albo Boffinowie. Poza Cwiartkami pozostawały Marchie Wschodnia i Zachodnia: Buckland (Wyprawa, str. ) i Marchia Zachodnia, dołaczone do Shire’u ˛ w r. 1462 wg Kalendarza Shire’u. ´ Shire podówczas nie miał wcale własnego rzadu w scisłym znaczeniu tego ˛ słowa. Rody najcz˛ sciej same rzadziły swoimi sprawami. Cały niemal czas wye´ ˛ pełniała hobbitom produkcja zywno´ci oraz jej zjadanie. Obywatele Shire’u byli ˙ s na ogół hojni, nie łapczywi, lecz pow´ciagliwi i skłonni zadowala´ si˛ tym, co s ˛ c e mieli, tote˙ wielkie i mniejsze gospodarstwa rolne, warsztaty i drobne przedsi˛ z e ˙ biorstwa handlowe przechodziły z pokolenia na pokolenie nie zmieniane. Zyła, oczywi´cie, starodawna tradycja mo˙ nych królów z Fornostu, czyli z Norbury, s z jak hobbici nazywali t˛ twierdz˛ le˙ aca na północ od Shire’u. Lecz od tysiaca niee e z˛ ˛ ˛ mal lat nie było ju˙ tych królów, a ruiny ich stolic zarosła trawa. Mimo to hobbici z mówili o dzikusach i złych stworach (na przykład o trollach), ze to sa istoty, które ˙ ˛ nigdy nie słyszały o królu. Przypisywali bowiem owym dawnym królom wszystkie swoje podstawowe prawa; przestrzegali ich zazwyczaj z dobrej woli, poniewa˙ z były to prawa (jak powiadali) staro˙ ytne i sprawiedliwe. z Niewatpliwie ród Tuków przodował w´ród hobbitów z Shire’u przez długie ˛ s wieki, poniewa˙ urzad thana przeszedł na Tuków (od Oldbucków) kilkaset lat tez ˛ mu i odtad zawsze głowa tego rodu piastowała owa godno´c. Than przewodniczył ˛ ˛ s´ sadownictwu, zwoływał wiece i dowodził siłami zbrojnymi, poniewa˙ jednak sa˛ z ˛ dy i wiece zbierały si˛ tylko w razie szczególnej potrzeby, co si˛ od długich lat e e wcale nie zdarzało, urzad thana stał si˛ jedynie chlubnym tytułem i niczym wi˛ ˛ e e cej. Rodzina Tuków cieszyła si˛ nadal wyjatkowym powa˙ aniem, była bowiem e ˛ z bardzo liczna i bogata, a przy tym w ka˙ dym pokoleniu płodziła osobników silz nego charakteru, skłonnych do dziwactw, a nawet do awanturniczych przygód. Te 15

ostatnie cechy co prawda tolerowano raczej (i to tylko u bogaczy) ni´ li pochwaz lano. Niemniej przetrwał obyczaj nazywania głowy tego rodu Wielkim Tukiem i dodawania do jego imienia w razie potrzeby numeru porzadkowego: na przykład ˛ Isengrim Drugi. Jedynym rzeczywistym urz˛ dem w ówczesnym Shire była godno´c burmie s´ strza miasta Michel Delving, którego wybierano co siedem lat podczas Wolnego Jarmarku na Białych Wzgórzach w dzie´ przesilenia, czyli w połowie lata. n Obowiazki burmistrza ograniczały si˛ niemal wyłacznie do przewodniczenia na ˛ e ˛ ´ ˛ bankietach wydawanych z okazji swiat hobbickich, nadzwyczaj licznych. Lecz z godno´cia burmistrza łaczyły si˛ funkcje Najwy˙ szego Poczmistrza i Pierwszes ˛ ˛ e z go Szeryfa, musiał wi˛ c kierowa´ listonoszami oraz szeryfami. Były to jedyne e c dwa rodzaje słu˙ by publicznej w Shire, przy czy poczta miała znacznie wi˛ cej z e do roboty ni˙ policja. Nie wszyscy hobbici umieli pisa´ , lecz ci, którzy t˛ sztuk˛ z c e e posiedli, pisali niezmordowanie do mnóstwa przyjaciół (oraz do wybranych osób z rodziny), mieszkajacych w takiej odległo´ci, ze spacerkiem w ciagu popołudnia ˛ s ˙ ˛ nie dało si˛ do nich doj´c. e s´ ´ s Szeryfami nazywali hobbici swoja policj˛ czy sci´lej mówiac to, co w Shire ˛ e ˛ za policj˛ uchodziło. Szeryfowie nie nosili mundurów (o takich rzeczach hobbici e nigdy nie słyszeli), wyró˙ niali si˛ tylko piórem na czapce; w praktyce byli raczej z e pastuchami ni˙ policjantami i zajmowali si˛ cz˛ sciej szukaniem zbłakanego bydła z e e´ ˛ ni˙ pilnowaniem porzadku w´ród ludno´ci. W całym kraju liczono ich dwunastu, z ˛ s s po trzech na ka˙ da Cwiartk˛ , do utrzymywania ładu wewn˛ trznego. Znacznie liczz ˛´ e e niejszy zast˛ p, powi˛ kszany lub zmniejszany zale˙ nie od potrzeb, patrolował grae e z nice strzegac, by wszelkiego rodzaju obcokrajowcy, wielcy czy mali, nie czynili ˛ szkód. W czasach, w których zaczyna si˛ nasza opowie´c, oddział Pogranicznie s´ ków — jak ich nazywano — znacznie wzmocniono. Kra˙ yły bowiem niepokojace ˛z ˛ wiadomo´ci i skargi na dziwne stwory i osoby grasujace na pograniczu, a nawet s ˛ przekraczajace granic˛ : znak, ze co´ jest nie w porzadku i nie tak, jak było do˛ e ˙ s ˛ ´ tad — natomiast tak, jak bywało dawnymi czasy wedle swiadectwa starych bajek ˛ i legend. Mało kto zwrócił uwag˛ na ten objaw, nawet Bilbo nie miał poj˛ cia o jee e go prawdziwym znaczeniu. Sze´cdziesiat lat upłyn˛ ło, odkad wyruszył na swoja s´ ˛ e ˛ ˛ pami˛ tna wypraw˛ ; Bilbo był ju˙ stary nawet jak na hobbita, a hobbici nierzadko e ˛ e z ´ zyja do stu lat; wszelkie jednak pozory swiadczyły, ze sporo mu jeszcze zostało ˙ ˛ ˙ z bogactw przywiezionych z podró˙ y. Jak wiele czy jak mało — tego nikomu nie z zwierzył, nawet ulubionemu bratankowi imieniem Frodo. Nadal te˙ przechowyz wał w tajemnicy Pier´cie´ , znaleziony podczas wyprawy. s n

O znalezieniu Pier´cienia s

Opowiedziałem w ksia˙ ce pod tytułem „Hobbit” o tym, jak pewnego dnia ˛z
16

do domu Bilba przybył Gandalf Szary, Czarodziej, a z nim trzynastu krasnoludów: nie byle kto zreszta, lecz sam Thorin D˛ bowa Tarcza, potomek królów, oraz ˛ e dwunastu jego towarzyszy wygnania. Z ta kompania Bilbo — ku swemu nigdy nie ˛ ˛ wyczerpanemu zdumieniu — wyruszył w kwietniowy poranek roku 1341 (wg Kalendarza Shire’u) na poszukiwanie wielkich skarbów, bogactw krasnoludów, ongi własno´ci Królów Spod Góry, pod Ereborem w kraju Dal, hen, na wschodzie. s Skarby znaleziono, a smoka, który ich strzegł, zabito. Jakkolwiek przed ostatecznym zwyci˛ stwem stoczono Bitw˛ Pi˛ ciu Armii, jakkolwiek poległ w niej Thorin, e e e jakkolwiek dokonano mnóstwa chwalebnych czynów — cała ta wyprawa niewiele by wpłyn˛ ła na dalszy bieg historii i nie zyskałaby wi˛ cej ni˙ par˛ wierszy e e z e w obszernych kronikach Trzeciej ery, gdyby nie pewien „wypadek”, który przytrafił si˛ po drodze. Dru˙ yn˛ Thorina ciagnaca ku Dzikim Krajom napadli na wye z e ˛ ˛ ˛ sokiej przeł˛ czy w Górach Mglistych orkowie; Bilbo przypadkiem zabłakał si˛ e ˛ e w czarnych podziemiach orków, wydra˙ onych gł˛ boko w skałach, i omackiem ˛z e posuwajac si˛ w ciemno´ciach natrafił r˛ ka na Pier´cie´ , le˙ acy na dnie tunelu. ˛ e s e ˛ s n z˛ Wło˙ ył Pier´cie´ do kieszeni. W owym momencie wydało mu si˛ to po prostu z s n e szcz˛ sliwym trafem. Szukajac wyj´cia, Bilbo zaszedł w głab, a˙ do korzeni góry, e´ ˛ s ˛ z i tu musiał si˛ zatrzyma´ . Drog˛ przeci˛ ło mu lodowate jezioro, do którego nie e c e e dochodził ani promie´ swiatła; po´ród tego jeziora na skalistej wysepce mieszn´ s kał Gollum. Był to mały, szkaradny stwór: wiosłujac szerokimi, płaskimi stopami ˛ ´ ´ pływał po wodzie w łódeczce i bladymi, swiecacymi oczyma wypatrywał slepych ˛ ˙ zreszta wszelkie zywe ryb, chwytał je długimi paluchami i po˙ erał na surowo. Zarł z ˛ ˙ istoty, nawet orków, je´li zdołał którego złapa´ i udusi´ bez walki. Gollum miał tas c c ´ jemniczy skarb, zdobyty przed wiekami, gdy jeszcze zył na jasnym swiecie: złoty ˙ Pier´cie´ , który czynił swego wła´ciciela niewidzialnym. Był to jedyny przeds n s miot miło´ci Golluma, jego skarb; Gollum przemawiał do niego nawet wówczas, s gdy go nie miał przy sobie. Trzymał bowiem Pier´cie´ w bezpiecznej skrytce, s n w skalnej szparze na swojej wysepce, a kładł tylko wybierajac si˛ na łowy albo na ˛ e zwiady w´ród orków w ich podziemiu. s Byłby pewnie od razu napadł na Bilba, gdyby w chwili spotkania z nim miał ´ Pier´cie´ przy sobie; nie miał go jednak, a hobbit sciskał w gar´ci nó˙ zrobiony s n s z ˙ przez elfów, słu˙ acy mu za miecz. Zeby zyska´ na czasie, Gollum wyzwał Bilba z˛ c na turniej zagadek, oznajmiajac, ze go zabije i zje, je´li hobbit nie odpowie na któ˛ ˙ s re´ jego pytanie, je´li natomiast wygra Bilbo — spełni jego zyczenie i wyprowadzi s s ˙ ´ go z lochów na swiat. Bilbo, zabłakany bez nadziei w ciemno´ciach, nie mogac ani i´c naprzód, ˛ s ˛ s´ ani si˛ wycofa´ , przyjał to wyzwanie. Zadali sobie nawzajem mnóstwo zagadek. e c ˛ W ko´ cu Bilbo zwyci˛ zył, co zreszta zawdzi˛ czał bardziej szcz˛ sciu (jak si˛ zdan e˙ ˛ e e´ e wało) ni˙ rozumowi; nie wiedzac bowiem pod koniec gry, jaka wymy´li´ zagadk˛ , z ˛ ˛ s c e a natrafiwszy r˛ ka na znaleziony Pier´cie´ , wykrzyknał: „Co ja mam w kieszeni?” e ˛ s n ˛ Na to oczywi´cie Gollum nie znalazł odpowiedzi, chocia˙ zadał prawa do trzys z ˙˛ 17

krotnej próby. Rzeczoznawcy ró˙ nia si˛ co prawda w opinii, czy ostatnie pytanie z ˛ e Bilba mo˙ na uzna´ za zagadk˛ zgodnie z ustalonymi przepisami gry, wszyscy z c e wszak˙ e zgadzaja si˛ , ze Gollum — skoro nie zaprotestował od razu i trzykro´ z ˛ e ˙ c próbował odpowiedzie´ — był zobowiazany spełni´ obietnic˛ . Bilbo nalegał, zec ˛ c e ˙ by stwór dotrzymał danego słowa, przyszło mu bowiem na my´l, ze tak o´lizły s ˙ s gad mo˙ e okaza´ si˛ przeniewierca, jakkolwiek obietnica tego rodzaju uwa˙ ana z c e ˛ z ´ e s´ ´ była z dawna za swi˛ to´c i tylko najprzewrotniejsze istoty smiałyby ja złama´ . ˛ c Lecz po wiekach samotno´ci i mroków serce Golluma znikczemniało i wyl˛ gła s e si˛ w nim zdrada. Wymknał si˛ , wrócił na swoja wysepk˛ , o której Bilbo nic nie e ˛ e ˛ e wiedział, a która sterczała w pobli˙ u z czarnej wody. Gollum przypuszczał, ze z ˙ jego Pier´cie´ le˙ y w kryjówce. Potwór był ju˙ głodny i zły, a gdyby miał swój s n z z skarb przy sobie, nie l˛ kałby si˛ zadnego or˛ za. e e˙ e˙ Ale Pier´cienia nie było na wysepce: zginał, zniknał. Gollum wrzasnał tak, ze s ˛ ˛ ˛ ˙ ciarki przeszły po krzy˙ ach hobbitowi, chocia˙ jeszcze nie rozumiał, co si˛ stało. z z e Gollum poniewczasie zgadł ostatnia zagadk˛ . „Co on ma w kieszeni?!” — krzyk˛ e ´ nał. Zielony płomie´ palił si˛ w jego slepiach, kiedy wracał, zeby zamordowa´ ˛ n e ˙ c Bilba i odzyska´ swój skarb. Bilbo w sama por˛ dostrzegł niebezpiecze´ stwo i na c ˛ e n o´lep rzucił si˛ do ucieczki korytarzem, byle dalej od jeziora. Raz jeszcze ocalił s e go szcz˛ sliwy przypadek. Kiedy bowiem p˛ dzac wsunał r˛ k˛ do kieszeni, Piere´ e ˛ ˛ e e ´ n scie´ sam wskoczył mu na palec. Dzi˛ ki temu Gollum minał hobbita nie widzac e ˛ ˛ go wcale i pobiegł zagrodzi´ wyj´cie, zeby uniemo˙ liwi´ „złodziejowi” ucieczk˛ . c s ˙ z c e Bilbo ostro˙ nie spieszył za nim, gdy potwór wlokac si˛ korytarzem klał i mówił z ˛ e ˛ sam do siebie o swojej cennej zgubie. Z jego słów wreszcie nawet hobbit zrozumiał cała prawd˛ i w ciemno´ciach błysn˛ ła mu nadzieja: oto znalazł cudowny ˛ e s e Pier´cie´ , miał szans˛ wymkna´ si˛ zarówno Gollumowi, jak i orkom. s n e ˛c e Wreszcie obaj zatrzymali si˛ u wylotu korytarza, który prowadził do ni˙ szej e z bramy lochów, otwierajacej si˛ na wschodnim stoku góry. Gollum przyczaił si˛ ˛ e e tutaj w˛ szac i nasłuchujac, a Bilba korciło, zeby go usiec mieczem. Przewa˙ yła e ˛ ˛ ˙ z jednak lito´c; wprawdzie zachował sobie Pier´cie´ , w którym tkwiła jedyna nas´ s n dzieja ratunku, lecz nie chciał pod jego osłona zabija´ nieszcz˛ snego Golluma, ˛ c e zdanego na jego łask˛ . Zebrał cała odwag˛ , przeskoczył w ciemno´ci nad głoe ˛ e s ´ wa Golluma i umknał w głab korytarza, scigany krzykiem nienawi´ci i rozpaczy: ˛ ˛ ˛ s „Złodziej! Złodziej! Baggins! Nienawidzimy go na wieki!” Otó˙ najciekawsze w tej historii jest to, ze Bilbo poczatkowo opowiedział ja z ˙ ˛ ˛ swoim towarzyszom zupełnie inaczej. Według jego relacji Gollum obiecał mu w razie wygranej prezent, ale gdy po niego poszedł na wysepk˛ , stwierdził, ze e ˙ zginał mu klejnot: magiczny Pier´cie´ , otrzymany niegdy´ w podarku na urodzi˛ s n s ny. Bilbo domy´lił si˛ , ze to chodzi wła´nie o ten sam Pier´cie´ , który on znalazł, s e ˙ s s n a który uznał teraz za prawowita swoja własno´c, skoro zwyci˛ zył w grze. Ponie˛ ˛ s´ e˙ wa˙ jednak był w rozpaczliwym poło˙ eniu, nic o tym Gollumowi nie powiedział, z z ´ lecz za˙ adał zamiast prezentu — wskazania drogi z lochów na swiat. Tak przedz˛ 18

stawił Bilbo t˛ spraw˛ w swoich pami˛ tnikach i nie zmienił zdaje si˛ nic w swojej e e e e relacji nawet po Radzie u Elronda. Tak te˙ zapisana została owa przygoda w Czerz wonej Ksi˛ dze i w licznych jej odpisach oraz skrótach. Niektóre wszak˙ e kopie e z zawieraja prawdziwa wersj˛ (podana jako alternatyw˛ ), zaczerpni˛ ta niewatpliwie ˛ ˛ e ˛ e e ˛ ˛ ze wspomnie´ Froda lub Sama, ci dwaj hobbici znali bowiem prawd˛ , jakkolwiek n e niech˛ tnie dementowali słowa, zapisane własna r˛ ka starego Bilba. Gandalf jede ˛ e ˛ nak od pierwszej chwili nie wierzył w prawdziwo´c opowiadania Bilba i w dals´ szym ciagu bardzo był ciekawy prawdy o Pier´cieniu. Wielekro´ brał Bilba na ˛ s c spytki — co nawet na czas jaki´ ochłodziło mi˛ dzy nimi przyjacielskie stosunki s e — a˙ w ko´ cu wydobył prawdziwa histori˛ . Czarodziej przywiazywał wielka waz n ˛ e ˛ ˛ g˛ do prawdy. Nie powiedział tego hobbitowi, lecz niemała wag˛ przywiazywał e ˛ e ˛ równie˙ do faktu, ze zacny Bilbo wbrew swoim zwyczajom od razu nie wyznał z ˙ mu prawdy, i bardzo był tym zaniepokojony; a jednak pomysł „prezentu” nie wykluł si˛ w głowie Bilba z niczego. Bilbo pó´ niej zwierzył si˛ Gandalfowi, ze t˛ e z e ˙ e my´l nasun˛ ły mu słowa Golluma, podsłuchane w tunelu. Gollum rzeczywi´cie s e s nieraz nazywał wtedy Pier´cie´ urodzinowym prezentem. To wszak˙ e wydało si˛ s n z e Czarodziejowi dziwne i podejrzane, lecz nie wykrył całej prawdy w owym czasie ani przez wiele lat pó´ niej, jak si˛ dowiecie dalej z tej ksia˙ ki. z e ˛z O pó´ niejszych przygodach Bilba niewiele mam tu do opowiedzenia. Z poz moca Pier´cienia hobbit wymknał si˛ stra˙ y orków u bramy i odnalazł przyjaciół. ˛ s ˛ e z Wiele razy podczas wyprawy u˙ ył Pier´cienia, najcz˛ sciej po to, zeby ratowa´ z s e´ ˙ c towarzyszy; mimo to jak mógł najdłu˙ ej zachował go przed nimi w tajemnicy. z Po powrocie do domu nigdy o Pier´cieniu nie wspominał nikomu z wyjatkiem s ˛ Gandalfa i Froda, tote˙ zywa dusza w Shire nie domy´lała si˛ , ze skarb ten jest z˙ s e ˙ w posiadaniu Bilba — tak przynajmniej on sam sadził. Sprawozdanie w wyprawy, ˛ które potem spisał, pokazał jedynie Frodowi. ˙˛ Miecz swój — Zadło — powiesił Bilbo nad kominkiem, a zbroj˛ cudowe nej roboty, dar krasnoludów wybrany ze skarbca odbitego smokowi, ofiarował do Muzeum, do Domu Mathom w Michel Delving. Przechował jednak w jednej z szaf swojej nory w Bag End stary płaszcz i kaptur, które nosił podczas wyprawy. A Pier´cie´ , bezpiecznie umocowany na pi˛ knym ła´ cuszku, miał stale w kieszes n e n ni. Powrócił do domu w Bag End 22 czerwca roku 1342 (ery Shire’u) w wieku lat pi˛ cdziesi˛ ciu dwóch. Nic godnego uwagi nie zdarzyło si˛ w kraju a˙ do czasu, e´ e e z gdy pan Baggins rozpoczał przygotowania do uroczystego obchodu swoich sto ˛ jedenastych urodzin. I w tym momencie zaczyna si˛ nasza opowie´c. e s´

Nota do prologu

Hobbici odegrali tak wa˙ na˛ rol˛ w wielkich wydarzeniach, które pod koniec z e
19

Trzeciej Ery zostały uwie´ czone wcieleniem Shire’u do zjednoczonego na nowo n Królestwa, ze rozbudziło to w´ród nich powszechne zainteresowanie dla własnej ˙ s historii; wiele tradycji, przekazywanych przedtem tylko ustnie, zebrano podówczas i spisano. Członkowie co znakomitszych rodów, powiazanych równie˙ ze ˛ z sprawami całego Królestwa, studiowali te˙ jego najdawniejsze dzieje i legendy. z W poczatkach Czwartej Ery było ju˙ w Shire kilka bibliotek, gdzie gromadzono ˛ z liczne ksia˙ ki historyczne i kroniki. ˛z Najbogatsze takie zbiory znajdowały si˛ Pod Wie˙ ami, w Wielkich Smajae z lach i w Brandy Hall. Ta relacja o zdarzeniach z ko´ ca Trzeciej Ery opiera si˛ n e głownie na Czerwonej Ksi˛ dze Marchii Zachodniej. Tytuł tej ksi˛ gi, stanowiacej e e ˛ główne zródło dla kronikarza Wojny o Pier´cie´ , pochodzi stad, ze ja przecho´ s n ˛ ˙ ˛ wywano przez długi czas Pod Wie˙ ami, w siedzibie Fairnbairnów, Stra˙ ników z z Zachodniej Marchii4 . Pierwotnie były to osobiste pami˛ tniki Bilba, zabrane przez e niego do Rivendell. Frodo przywiózł je do Shire’u wraz z mnóstwem lu´ nych z kartek i zapisków w latach 1420–1421 (ery Shire’u) wypełnił prawie wszystkie nie zapisane jeszcze stronice własna relacja z Wojny. Razem z tymi pami˛ tnikami ˛ ˛ e przechowywane były, prawdopodobnie we wspólnej szkarłatnej tece, trzy grube tomy, oprawne w czerwona skór˛ , ofiarowane przez Bilba Frodowi jako po˙ e˛ e z gnalny prezent. Do tych czterech tomów dołaczono w Marchii Zachodniej piaty, ˛ ˛ zawierajacy komentarze, genealogie i ró˙ ne inne materiały dotyczace hobbitów, ˛ z ˛ którzy nale˙ eli do Dru˙ yny Pier´cienia. z z s Oryginał Czerwonej Ksi˛ gi nie zachował si˛ , lecz na szcz˛ scie sporzadzoe e e´ ˛ no wiele jego kopii, szczególnie pierwszego tomu, na u˙ ytek potomstwa dzieci z Im´ Samwise’a Gamgee. Najbardziej interesujaca kopia ma jednak inna histori˛ . c ˛ ˛ e Przechowywano ja w Wielkich Samajalach, lecz przepisana została w Gondorze, ˛ zapewne na polecenie prawnuka Peregrina, a uko´ czono te prac˛ w roku 1592 n e według Kalendarza Shire’u (172 Czwartej Ery). Skryba załaczył nast˛ pujaca ad˛ e ˛ ˛ notacj˛ : Findegil, pisarz królewski, prace t˛ uko´ czył w 172 roku Czwartej Ery. e e n Jest to dokładna kopia ksi˛ gi thana z Minas Tirith, ta za´ była sporzadzona na roze s ˛ ˛ kaz króla Elessara kopia Czerwonej Ksi˛ gi z Periannów, ofiarowana królowi przez ˛ e ˛ Peregrina po jego powrocie do Gondoru w 64 roku Czwartej Ery. Tak wi˛ c była e to najwcze´niejsza z kopii Czerwonej Ksi˛ gi i zawierała wiele fragmentów pó´ s e z niej pomini˛ tych lub zagubionych. W Minas Tirith wprowadzono do tekstu liczne e adnotacje i poprawiono bł˛ dy, zwłaszcza w imionach własnych, wyrazach i cytae tach z j˛ zyków elfów; dołaczono równie˙ w skróconej wersji te cz˛ sci „Opowiee ˛ z e´ ´ sci o Aragornie i Arwenie”, które nie dotyczyły historii Wojny. Autorem pełnego tekstu tej legendy był pono´ Barahir, wnuk namiestnika Faramira, a spisana zoc stała ona w jaki´ czas po zgonie króla. Najwi˛ ksza jednak warto´c kopii Findegila s e s´
Patrz tom III pt. „Powrót Króla”, Dodatek B: kronika lat 1451, 1462, 1482, i wyja´nienie na s ko´ cu Dodatku C. n
4

20

polega na tym, ze tylko w niej zamieszczono „Przekłady z j˛ zyka elfów” doko˙ e nane przez Bilba. Dzieło to liczy trzy tomy i spotkało si˛ z uznaniem, jako owoc e gł˛ bokiej wiedzy i umiej˛ tno´ci, Bilbo bowiem pracował nad nim w latach 1403 e e s — 1418 przebywajac w Rivendell, gdzie miał dost˛ p do bogatych zródeł zarów˛ e ´ no w postaci przekazów pi´miennych, jak ustnych. Frodo, zajmujac si˛ niemal s ˛ e wyłacznie historia Dawnych Dni, mało z tej pracy krewniaka korzystał, dlatego ˛ ˛ niniejsza ksia˙ ka nic wi˛ cej o niej nie mówi. ˛z e Meriadok i Peregrin stali si˛ głowami wielkich rodzin, utrzymujac stałe i blie ˛ skie stosunki z Rohanem i Gondorem, a biblioteki w Bucklebury i Tukonie posiadały mnóstwo materiałów nie zamieszczonych w Czerwonej Ksi˛ dze. W Brandy e Hall było wiele dzieł dotyczacych Eriadoru i historii Rohanu. Niektóre z nich ˛ opracował czy przynajmniej zapoczatkował osobi´cie Meriadok, lecz w pami˛ ci ˛ s e ziomków pozostał nade wszystko autorem znakomitego „Zielnika Shire’u” i „Rachuby czasu” — analizy pokrewie´ stw oraz ró˙ nic mi˛ dzy kalendarzem hobbitów n z e z Shire’u i Bree a kalendarzami obowiazujacymi w Rivendell, Rohanie i Gondo˛ ˛ rze. Meriadok napisał te˙ krótka rozpraw˛ „Stare słowa i nazwy w Shire”, interez ˛ e sujac si˛ szczególnie pokrewie´ stwem j˛ zyka hobbitów z j˛ zykiem Rohirrimów ˛ e n e e i takimi wyrazami, jak „mathom” oraz pradawnymi czastkami słowotwórczymi ˛ zachowanymi w nazwach geograficznych. Ksi˛ gozbiór w Wielkich Smajalach po´wi˛ cony był w mniejszym stopniu e s e ´ sprawom ludu z Shire’u, a w wi˛ kszym — historii szerszego swiata. Peregrin e sam nie parał si˛ piórem, lecz on, i jego nast˛ pcy gromadzili manuskrypty pisae e ne przez skrybów z Gondoru, przewa˙ nie kopie lub kompilacje historii oraz lez gend dotyczacych Elendila i jego spadkobierców. Wła´nie w Shire znajdowały si˛ ˛ s e najbogatsze materiały do historii Numenoru i pojawienia si˛ Saurona. „Kronika e Królestw Zachodnich”5 prawdopodobnie została opracowana w Wielkich Smajalach na podstawie materiałów zebranych przez Meriadoka. Daty w niej podane sa ˛ w wielu przypadkach watpliwe, szczególnie w odniesieniu do Drugiej Ery, lecz ˛ mimo to zasługuja na uwag˛ . Meriadok zapewne korzystał z pomocy i informacji ˛ e dostarczanych z Rivendell, które wielokrotnie odwiedzał. Elrond wprawdzie opu´ scił t˛ siedzib˛ , lecz jego synowie wraz z kilku elfami Wysokiego Rodu pozostali e e w niej na długo. Podobno w Rivendell zamieszkał po odje´ dzie Galadrieli tak˙ e z z ´ Keleborn, brak jednak scisłej daty jego odej´cia i nie wiadomo, kiedy wreszcie s ´ ten ostatni zyjacy swiadek Dawnych Dni Sródziemia udał si˛ do Szarej Przystani. ˙ ˛ ´ e

5

Zamieszczona w znacznie skróconej wersji w Dodatku B, a doprowadzona do ko´ ca Trzeciej n

Ery.

KSIEGA I ˛

ROZDZIAŁ I

Zabawa z dawna oczekiwana
Kiedy pan Bilbo Baggins z Bag End oznajmił, ze wkrótce zamierza dla ˙
uczczenia sto jedenastej rocznicy swoich urodzin wyda´ szczególnie wspaniałe c przyj˛ cie — w całym Hobbitonie poszły w ruch j˛ zyki i zapanowało wielkie pode e niecenie. Bilbo był wielkim bogaczem i wielkim dziwakiem, stanowił w Shire przedmiot powszechnego zainteresowania od sze´cdziesi˛ ciu lat, to jest od czasu swes´ e go zagadkowego znikni˛ cia i niespodziewanego powrotu. O bogactwach, które e przywiózł z podró˙ y, opowiadano w okolicy legendy i ogół wierzył — wbrew z słowom miejscowych starców — ze pod Pagórkiem w Bag End ciagna si˛ pod˙ ˛ ˛ e ziemia, wypełnione skarbami. Gdyby to nie wystarczało, zeby mu zdoby´ sław˛ , ˙ c e był jeszcze godny podziwu z innej przyczyny, poniewa˙ mimo podeszłego wieku z zachował pełni˛ sił. Czas płynał, lecz nie miał, jak si˛ zdawało, władzy nad pae ˛ e nem Bagginsem. Majac lat dziewi˛ cdziesiat Bilbo wygladał tak samo jak w wie˛ e´ ˛ ˛ ku lat pi˛ cdziesi˛ ciu. Gdy sko´ czył dziewi˛ cdziesiat dziewi˛ c lat, zacz˛ to o nim e´ e n e´ ˛ e´ e mówi´ , ze si˛ dobrze trzyma, ale słuszniej byłoby powiedzie´ , ze si˛ wcale nie c ˙ e c ˙ e zmienia. Ten i ów kr˛ cił głowa i my´lał, ze za wiele tego dobrego: nie zdawało e ˛ s ˙ im si˛ sprawiedliwe, ze kto´ posiadał wieczna (pozornie) młodo´c, na dodatek do e ˙ s ˛ s´ niewyczerpanych (rzekomo) bogactw. — B˛ dzie musiał za to kiedy´ zapłaci´ — mówili. — To nie jest naturalne, e s c wyniknie z tego jaka´ bieda. s

Ale bieda jak dotad nie wynikła, a pan Baggins tak był hojny, ze wi˛ kszo´c ˛ ˙ e s´ hobbitów ch˛ tnie mu przebaczała i dziwactwa, i szcz˛ scie. Bilbo wymieniał od e e´ czasu do czasu wizyty ze swymi kuzynami ( z wyjatkiem oczywi´cie Bagginsów ˛ s z Sackville) i miał licznych oddanych wielbicieli w´ród hobbitów z mniej dostojs nych i ubo˙ szych rodzin. Nie nawiazał jednak z nikim serdeczniejszej przyja´ ni, z ˛ z póki nie zacz˛ li dorasta´ młodsi krewniacy. e c Najstarszy spo´ród nich, młody Frodo Baggins, był ulubie´ cem Bilba. Uko´ s n n
23

czywszy dziewi˛ cdziesiat dziewi˛ c lat Bilbo usynowił Froda, mianował go swoim e´ ˛ e´ spadkobierca i sprowadził na stałe do Bag End; w ten sposób wszelkie nadzie˛ je Bagginsów z Sackville rozwiały si˛ ostatecznie. Przypadek zrzadził, ze Bilbo e ˛ ˙ i Frodo obchodzili urodziny tego samego dnia, 22 wrze´nia. „Zamieszkaj ze mna, s ˛ chłopcze kochany — powiedział Bilbo do Froda. — B˛ dzie nam wygodniej rae zem wyprawia´ urodziny”. Frodo podówczas był jeszcze smarkaczem, jak hobc bici nazywali nieodpowiedzialnych dwudziestolatków, którzy wprawdzie wyro´li s z dzieci´ stwa, lecz nie osiagn˛ li pełnoletno´ci, czyli trzydziestu trzech lat. n ˛ e s

Min˛ ło dalszych lat dwana´cie. Co roku dwaj Bagginsowie urzadzali wesoe s ˛
łe przyj˛ cia z okazji podwójnych urodzin, lecz tej jesieni spodziewano si˛ czego´ e e s nadzwyczajnego: Bilbo miał sko´ czy´ sto jedena´cie lat — a to liczba do´c oson c s s´ bliwa i wiek, nawet dla hobbita, szacowny (sam stary Tuk do˙ ył tylko stu trzydziez stu lat); Frodo za´ ko´ czył lat trzydzie´ci trzy — znamienna liczba oznaczajaca s n s ˛ pełnoletno´c. s´ Nie pró˙ nowały wi˛ c j˛ zyki w Hobbitonie i Nad Woda; pogłoski o spodziewaz e e ˛ nej uroczysto´ci szerzyły si˛ po całym kraju. Dzieje i charakter pana Bilba Bags e ginsa znów stały si˛ głównym tematem wszystkich rozmów, a starcy zauwa˙ yli, e z ze nagle wzrósł popyt na ich wspomnienia. ˙ Nikogo jednak nie słuchano z takim skupieniem jak s˛ dziwego Hamfasta e Gamgee, zwanego powszechnie Dziaduniem. Rozprawiał on w małej gospodzie „Pod Bluszczem” przy drodze Nad Woda i przemawiał ze znajomo´cia rzeczy, ˛ s ˛ bo przez czterdzie´ci lat piel˛ gnował ogród w Bag End, a przedtem pracował tam s e jako pomocnik ogrodnika Holmana. Teraz, gdy si˛ postarzał i ko´ci mu zesztywe s niały, zdał t˛ robot˛ na swego najmłodszego syna, Sama Gamgee. Zarówno ojciec, e e jak syn byli w przyjaznych stosunkach z Bilbem i Frodem. Mieszkali na Pagórku, tuz pod siedziba Bilba, przy ulicy Bagshot Row pod ˛ numerem trzecim. — Pan Bilbo to bardzo grzeczny i rozmowny hobbit, zawsze to powiadałem — o´wiadczył Dziadunio. I mówił prawd˛ . Bilbo traktował go jak najgrzeczniej, s e zwracał si˛ do niego „panie Hamfa´cie” i cz˛ sto zasi˛ gał jego rad co do uprawy e s e e warzyw, poniewa˙ w dziedzinie ro´lin bulwiastych, a szczególnie ziemniaków, z s dziadunio w opinii całego sasiedztwa (i w swojej własnej) uchodził za najlepszego ˛ znawc˛ . e — A jak si˛ wam podoba ten Frodo, co z panem Bilbo mieszka? — spytał stae ry Noakes z Nad Wody. — Nazywa si˛ Baggins, ale, jak powiadaja, wi˛ cej w nim e ˛ e z Brandybucka ni˙ Bagginsa. Licho wie, dlaczego taki Baggins z Hobbitonu poz szukał sobie zony a˙ gdzie´ w Bucklandzie, gdzie mieszkaja sami dziwacy. ˙ z s ˛ — Nie moga by´ inni — wtracił si˛ Dad Twofoot, najbli˙ szy sasiad Dziadunia ˛ c ˛ e z ˛ — skoro siedza na gorszym brzegu Brandywiny i tu˙ pod Starym Lasem. Je˙ eli ˛ z z 24

bodaj połowa tego, co mówia, jest prawda, musi to by´ ponure i złe miejsce. ˛ ˛ c — Masz racj˛ , Dadzie — przytaknał Dziadunio. — Brandybuckowie wprawe ˛ dzie nie mieszkaja w Starym Lesie, ale, jak si˛ zdaje, rodzina jest rzeczywi´cie ˛ e s zbzikowana. Zabawiaja si˛ pływaniem łódkami po tej wielkiej rzece, a to jest ˛ e przeciw naturze. Nie dziw, ze z tego wynikło nieszcz˛ scie. No, ale swoja droga ˙ e´ ˛ ˛ pan Frodo jest tak dobrym młodym hobbitem, ze lepszego nie potrzeba. Bardzo ˙ podobny do pana Bilba, nie tylko z wygladu. Bad´ co bad´ miał Bagginsa za ojca. ˛ ˛z ˛ z Pan Drogo Baggins był przyzwoitym, szanowanym hobbitem i nigdy o nim wiele nie mówiono, póki nie utonał. ˛ — Utonał? — powtórzyło kilka głosów. Wszyscy oczywi´cie znali t˛ histo˛ s e ri˛ , a tak˙ e rozmaite jeszcze bardziej ponure pogłoski na ten temat, ale hobbici e z nami˛ tnie lubia legendy rodzinne, chcieli wi˛ c usłysze´ cała rzecz na nowo. e ˛ e c ˛ — Ano, tak mówia — rzekł dziadunio — wiecie, pan Drogo o˙ enił si˛ z ta ˛ z e ˛ biedna panna Primula Brandybuck. Była ona cioteczna siostra naszego pana Bil˛ ˛ ˛ ˛ ˛ ba, po kadzieli, bo miała za matk˛ najmłodsza córk˛ Starego Tuka; pan Drogo za´ ˛ e ˛ e s był jego przestryjecznym bratem. Wi˛ c panicz Frodo jest jednocze´nie jego cioe s tecznym siostrze´ cem i stryjecznym bratankiem, zale˙ y od której strony patrze´ , n z c ma si˛ rozumie´ . Pan Drogo bawił w odwiedzinach u swojego te´cia, starego pana e c s Gorbadoka, u którego cz˛ sto bywał od czasu o˙ enku (lubił dobrze zje´c, a u staree z s´ go Gorbadoka jadało si˛ wspaniale); wybrał si˛ łódka na rzek˛ , no i oboje z zona e e ˛ e ˙ ˛ uton˛ li, a nieborak Frodo, mały jeszcze dzieciak, został sierota. e ˛ — Słyszałem, ze wypłyn˛ li po obiedzie przy ksi˛ zycu — rzekł stary Noakes ˙ e e˙ — i ze łód´ poszła na dno, bo Drogo za wiele wa˙ ył. ˙ z z — A ja słyszałem, ze to zona go pchn˛ ła do wody, a on ja wciagnał za soba ˙ ˙ e ˛ ˛ ˛ ˛ — odezwał si˛ Sandyman, młynarz z Hobbitonu. e — Nie powiniene´ słucha´ wszystkiego, co mówia — odparł Dziadunio, któs c ˛ ry niezbyt lubił młynarza. — po co gada´ o popychaniu, kiedy wiadomo, ze taka c ˙ łód´ to zdradliwa sztuka, nawet je˙ eli kto´ w niej siedzi spokojnie; nie potrzeba z z s szuka´ innych przyczyn nieszcz˛ scia. Jak było, tak było, a Frodo został sierota c e´ ˛ i zabłakał si˛ , mo˙ na powiedzie´ , mi˛ dzy tych dziwaków z Bucklandu, bo go wy˛ e z c e chowywano w Brandy Hallu. Tłok tam był jak w króliczym gnie´ dzie. U starego z pana Gorbadoka nigdy mniej ni˙ stu krewniaków naraz nie go´ciło. Pan Bilbo z s nie mógł nic lepszego zrobi´ , ni˙ zabra´ malca z powrotem mi˛ dzy przyzwoitych c z c e hobbitów. Ale rozumie si˛ , ze dla Bagginsów z Sackville to był cios okropny. Ju˙ kiedy e ˙ z pan Bilbo wyjechał i wszyscy go mieli za umarłego, liczyli, ze dostana Bag End. ˙ ˛ A tymczasem wrócił i przep˛ dził ich z domu, i odtad zyje i zyje, i wcale nie wye ˛ ˙ ˙ glada starzej ni˙ przed laty. . . niech mu b˛ dzie na zdrowie! Nagle znalazł sobie ˛ z e spadkobierc˛ i wszystko jak si˛ nale˙ y załatwił urz˛ dowo. Bagginsowie z Sace e z e ´ kville nigdy ju˙ nie zobacza domu w Bag End od srodka. . . Przynajmniej mam z ˛ nadziej˛ , ze do tego nie dojdzie. e ˙ 25

— Jak mówia, w Bag End zakopany jest ładny grosz — odezwał si˛ obcy hob˛ e ´ bit, kupiec przybyły z Zachodniej Cwiartki, z miasta Michel Delving. — Wedle ´ tego, co słyszałem, cały wierzchołek Pagórka jest wydra˙ ony w srodku i korytarze ˛z sa tam zapchane skrzyniami pełnymi srebra, złota i klejnotów. ˛ — No, to´cie słyszeli wi˛ cej, ni˙ ja mog˛ powiedzie´ — odparł Dziadunio. s e z e c — Nic nie wiem o zadnych klejnotach. Pan Bilbo nie skapi pieni˛ dzy i nie wi˙ ˛ e da´ , zeby mu ich brakowało, ale o zadnych wydra˙ onych w Pagórku tunelach nie c ˙ ˙ ˛z słyszałem. Widziałem za to pana Bilba, kiedy wrócił z wyprawy, sze´cdziesiat lat s´ ˛ temu. Byłem jeszcze wtedy małym chłopakiem. Dopiero w kilka lat pó´ niej stary z Holman (cioteczny brat mojego ojca) wział mnie do siebie na praktykanta, ale tego ˛ dnia zawołał mnie do Bag End, zebym pomógł mu pilnowa´ trawników i ogrodu ˙ c od zdeptania podczas licytacji. A˙ tu w połowie wyprzeda˙ y pan Bilbo zjawia si˛ z z e na Pagórku i prowadzi kuca objuczonego ogromnymi workami i paru skrzyniami. Nie przecz˛ , były w tych baga˙ ach na pewno skarby, które pan Bilbo zdobył e z w dalekich krajach, gdzie, jak mówia, sa całe góry złota. Ale nie było tego tyle, ˛ ˛ zeby tunele w Pagórku wypełni´ . Mój chłopak, Sam, wie o tych rzeczach wi˛ cej ˙ c e jeszcze ode mnie. Stale si˛ kr˛ ci po Bag End. Przepada za historiami z dawnych e e czasów i słucha pilnie wszystkiego, co pan Bilbo opowiada. Pan Bilbo nauczył go abecadła. . . nie zrobił tego, uwa˙ acie, ze złych ch˛ ci i mam nadziej˛ , ze nic złego z e e ˙ z tego nie wyniknie. „Elfy i smoki!” — powiadam mojemu synowi. — Dla ciebie i dla mnie wa˙ z niejsze sa ziemniaki i kapusta. Nie mieszaj si˛ do spraw hobbitów, co wy˙ ej ni˙ ˛ e z z ty stoja, bo napytasz sobie kłopotów za wielkich na twoja głow˛ ”. Tak powiedzia˛ ˛ e łem mojemu chłopcu i to samo mógłbym ka˙ demu powtórzy´ — dodał patrzac z c ˛ znaczaco na obcego i na młynarza. ˛ Dziadunio jednak nie przekonał swoich słuchaczy. Legenda o bogactwach Bilba zakorzeniła si˛ gł˛ boko w umysłach młodego hobbickiego pokolenia. e e — Ale pewnie pan Bilbo sporo przez ten czas doło˙ ył do tego, co wtedy przyz wiózł — rzekł młynarz wyra˙ ajac powszechne prze´wiadczenie. — Cz˛ sto wyz ˛ s e je˙ d˙ ał z domu. A widzieli´cie te˙ , jacy zagraniczni go´cie odwiedzali go tutaj: z z s z s przychodziły po nocach krasnoludy, przychodził ten stary w˛ drowny magik Gane dalf i wielu innych. Mówcie sobie, Dziaduniu, co chcecie, ale Bag End to dziwne miejsce i dziwni hobbici tam mieszkaja. ˛ — A wy sobie mówcie, co chcecie, ale znacie si˛ na tym tak samo, jak na e zegludze, panie Sandymanie — odparł dziadunio, który w tej chwili czuł do mły˙ narza jeszcze mniej sympatii ni˙ zwykle. — Je´li to sa dziwacy, oby si˛ tacy na z s ˛ e kamieniu rodzili w naszych stronach. Bo nie trzeba daleko szuka´ hobbitów, co c ´ kufelka piwa załuja przyjacielowi, chocia˙ by w ich norach sciany były ze szcze˙ ˛ z rego złota. Ale w Bag End nie tacy hobbici gospodarza. Mój sam powiada, ze na ˛ ˙ przyj˛ cie wszyscy bez wyjatku b˛ da zaproszeni i ze ka˙ dy — uwa˙ acie? — ka˙ dy e ˛ e ˛ ˙ z z z dostanie prezent. Czeka nas to jeszcze w tym miesiacu. ˛ 26

Ten miesiac — to był wrzesie´ , pi˛ kny jak rzadko. W jakie´ dwa dni pó´ niej ˛ n e s z gruchn˛ ła pogłoska (zapewne rozpuszczona przez dobrze poinformowanego Sae ma), ze przyj˛ cie pana Bilba u´wietnia fajerwerki, i to takie, jakich w Shire nie ˙ e s ˛ ´ widziano od wieku, od smierci starego Tuka. Dni mijały, zbli˙ ał si˛ wielki dzie´ . Pewnego wieczora w ulice Hobbitonu z e n wtoczył si˛ dziwaczny wóz załadowany dziwacznymi pakunkami i ci˛ zko wspiał e e˙ ˛ si˛ na Pagórek, do Bag End. Zaalarmowani turkotem hobbici wysuwali ciekawe e ´ głowy z o´wietlonych drzwi. Na wozie, spiewajac nieznane pie´ni, jechali zagras ˛ s niczni go´cie: brodate krasnoludy w ogromnych kapturach. Kilku z nich zostało s w Bag End. Pod koniec drugiego tygodnia wrze´nia, w biały dzie´ , od strony s n mostu na Brandywinie wjechała Nad Wod˛ bryka. Powoził nia samotny starzec. e ˛ Ubrany był w wysoki, spiczasty niebieski kapelusz i w długi, szary płaszcz przepasany srebrna szarfa. Miał siwa brod˛ po pas, a krzaczaste brwi sterczały mu ˛ ˛ ˛ e spod szerokich skrzydeł kapelusza. Małe hobbici˛ ta biegły za bryka przez cały e ˛ Hobbiton a˙ na Pagórek. Słusznie si˛ domy´liły, ze bryka wiezie zapas fajerwerz e s ˙ ków. Przed frontowymi drzwiami Bilba starzec zaczał wypakowywa´ swój towar: ˛ c wielkie paki sztucznych ogni, a na ka˙ dej du˙ a czerwona litera G g , i runiczny z z znak elfów . Była to oczywi´cie piecz˛ c Gandalfa, a starcem tym był Gandalf, czarodziej s e´ sławny w Shire przede wszystkim ze sztuk, jakich dokonywał z ogniem, dymem ´ i swiatłami. W rzeczywisto´ci Gandalf zajmował si˛ o wiele trudniejszymi i gro´ s e z niejszymi sprawami, lecz o tym w Shire nic nie wiedziano. Dla mieszka´ ców tego n kraju był on po prostu jedna wi˛ cej atrakcja Bilbowego przyj˛ cia. Dlatego wła´nie ˛ e ˛ e s hobbici˛ ta witały go z takim zapałem. „G — pewnie znaczy: gorace!” — krzye ˛ czały, staruszek za´ u´miechał si˛ na to. Znały go z widzenia, chocia˙ z rzadka s s e z pokazywał si˛ w Hobbitonie i nigdy nie zostawał długo; lecz ani małe hobbici˛ ta, e e ani ich rodzice nie widzieli dotychczas nigdy jego fajerwerków, bo te widowiska nale˙ ały do legendarnej przeszło´ci. z s Kiedy starzec z pomoca Bilba i kilku krasnoludów uporał si˛ z wyładunkiem, ˛ e Bilbo rozdał malcom troch˛ grosza, ale ku rozczarowaniu widzów zadna rakieta e ˙ nie wystrzeliła. — Zmykajcie teraz — rzekł Gandalf. — Napatrzycie si˛ do´c, jak przyjdzie e s´ odpowiednia pora. I zniknał we wn˛ trzu domu wraz z Bilbem, zamykajac drzwi za soba. Ma˛ e ˛ ˛ łe hobbici˛ ta chwilk˛ jeszcze stały gapiac si˛ na drzwi, ale daremnie; wreszcie e e ˛ e odeszły, tak zmartwione, jakby dzie´ obiecanej zabawy nigdy nie miał nadej´c. n s´

Tymczasem w domu Bilbo i Gandalf siedzieli w małym pokoiku przy oknie otwartym na ogród od zachodu. Pó´ ne popołudnie było jasne i ciche. Kwiaty płoz n˛ ły czerwienia i złotem; lwie pyszczki, słoneczniki i nasturcje pi˛ ły si˛ pod dare ˛ e e
27

´ niowe sciany i zagladały w okragłe okna. ˛ ˛ — Jak pi˛ knie wyglada twój ogród! — rzekł Gandalf e ˛ — Tak — odparł Bilbo. — Tote˙ bardzo go lubi˛ , jak zreszta cały kochany z e ˛ stary Shire. Mimo to my´l˛ , ze przydałyby mi si˛ wakacje. se ˙ e — A wi˛ c trwasz w swoim zamiarze? e — Tak. Postanowiłem to sobie przed kilku miesiacami i dotad si˛ nie rozmy˛ ˛ e ´ sliłem. — Dobrze. Skoro tak, nie ma o czym mówi´ . Wykonaj swój plan. . . ale pac mi˛ taj: wykonaj go w cało´ci!. . . a mam nadziej˛ , ze wyjdzie to na dobre i tobie, e s e ˙ i nam wszystkim. — Ja te˙ si˛ tego spodziewam. A w ka˙ dym razie chc˛ si˛ w czwartek zabawi´ z e z e e c i spłata´ wszystkim figla. c ´ — Ciekaw jestem, kto si˛ b˛ dzie smiał — powiedział Gandalf kr˛ cac głowa. e e e ˛ ˛ — Zobaczymy — rzekł Bilbo. Nazajutrz znów wozy za wozami zaje˙ d˙ ały na Pagórek. Doszłoby zapewne z z do szemrania, ze Bilbo pomija miejscowych kupców, ale jeszcze w tym samym ty˙ godniu zacz˛ ły si˛ sypa´ z Bag End zamówienia na wszelkiego rodzaju prowianty e e c oraz przedmioty pierwszej potrzeby lub zbytku, jakie tylko mo˙ na było znale´ c z z´ w Hobbitonie, Nad Woda i w okolicy. Entuzjazm ogarnał obywateli, którzy skre˛ ˛ ´ slali dni w kalendarzu i niecierpliwie wypatrywali listonosza, spodziewajac si˛ ˛ e zaprosze´ . n Wkrótce zaproszenia sypn˛ ły si˛ obficie, urzad pocztowy w Hobbitonie p˛ e e ˛ e kał od nich, a urzad pocztowy Nad Woda tonał w ich powodzi, musiano wezwa´ ˛ ˛ ˛ c do pomocy ochotniczych listonoszy. Nieprzerwany strumie´ li´cików płynał te˙ n s ˛ z z powrotem na Pagórek, niosac w odpowiedzi setki kurtuazyjnych wariacji na ten ˛ sam zawsze temat: „Dzi˛ kuj˛ najuprzejmiej, stawi˛ si˛ niezawodnie”. e e e e Na bramie Bag End ukazało si˛ ogłoszenie: „Wst˛ p wyłacznie dla interee e ˛ santów w sprawie urodzinowego przyj˛ cia”. Ale nawet osoby powołujace si˛ na e ˛ e rzeczywisty lub rzekomy interes w sprawie przyj˛ cia nie zawsze wpuszczano do e wn˛ trza. Bilbo był zaj˛ ty: pisał zaproszenia, odnotowywał odpowiedzi, pakował e e prezenty i w sekrecie czynił pewne osobiste przygotowania. Od dnia przybycia Gandalfa nikt pana Bagginsa nie widywał. Pewnego ranka hobbici zbudziwszy si˛ ujrzeli na rozległym polu paliki i rozsnute sznury: tu miały stana´ namioty e ˛c i altany. W nasypie, oddzielajacym posiadło´c Bilba od drogi, przekopano dogod˛ s´ ne wej´cie i zbudowano szerokie schody pod wysoka biała brama. Trzy rodziny s ˛ ˛ ˛ hobbickie z Bagshot Row, uliczki przytykajacej do terenu zabawy, zywo intere˛ ˙ sowały si˛ tymi robotami, a wszyscy im zazdro´cili. Staruszek Gamgee ju˙ nawet e s z nie udawał, ze pracuje w swoim ogródku. ˙ Zacz˛ ły si˛ pojawia´ namioty. Jedna altana, wi˛ ksza od innych, tak była obe e c e szerna, ze całe drzewo rosnace po´rodku pola zmie´ciło si˛ w niej i sterczało ˙ ˛ s s e dumnie nad głównym stołem. Na gał˛ ziach rozwieszono lampiony. Ale najbare 28

dziej obiecujaco (dla hobbitów) wygladała olbrzymia polowa kuchnia urzadzona ˛ ˛ ˛ w północnym kacie terenu. Istna armia kucharzy, zwołanych z wszystkich gospód ˛ i restauracji w promieniu kilku mil, przybyła na pomoc krasnoludom oraz innym niezwykłym go´ciom kwaterujacym w Bag End. Ogólne podniecenie doszło do s ˛ szczytu. ´ e Nagle niebo si˛ zachmurzyło. A stało si˛ to w srod˛ , w wigili˛ przyj˛ cia. Zae e e e niepokojono si˛ okropnie. Wreszcie za´witał czwartek, dwudziesty drugi wrzee s ´ snia. Sło´ ce wstało, chmury si˛ rozpierzchły, wciagni˛ to flagi na maszty i zacz˛ ła n e ˛ e e si˛ zabawa. e Bilbo nazwał to „przyj˛ ciem”, naprawd˛ jednak była to jedna wielka zabae e wa zło˙ ona z mnóstwa rozmaitych zabaw. Wła´ciwie zaproszony został kto zyw z s ˙ w okolicy. Paru hobbitów, pomini˛ tych przypadkowo, i tak przyszło, wi˛ c mo˙ e e z na ich nie odlicza´ . Zaproszono te˙ wiele osób z dalszych stron kraju, a kilka c z nawet z zagranicy. Bilbo osobi´cie witał go´ci (przewidzianych i dodatkowych) s s przy nowej białej bramie. Wr˛ czał podarki wszystkim oraz wielu innym, to znae czy tym, którzy, wymknawszy si˛ furtka od tyłu, po raz drugi zgłaszali si˛ u białej ˛ e ˛ e bramy. Hobbici w dzie´ własnych urodzin zawsze rozdaja znajomym prezenty. n ˛ Zwykle sa to niekosztowne drobiazgi i nie w takiej obfito´ci, jak na przyj˛ ciu ˛ s e u Bilba; zwyczaj wcale niezły. Na przykład w Hobbitonie i Nad Woda co dzie´ , ˛ n jak rok okragły, przypadały czyje´ urodziny, wi˛ c ka˙ dy hobbit w tej okolicy miał ˛ s e z szans˛ otrzyma´ co najmniej jeden prezent tygodniowo. Ale nikt z tego powodu e c nie narzekał. W tym przypadku prezenty okazały si˛ wspanialsze ni˙ zazwyczaj. e z Hobbickie dzieci tak si˛ cieszyły, ze na chwil˛ zapomniały niemal o jedzeniu. e ˙ e W zyciu nie widziały podobnych zabawek, bo wszystkie były pi˛ kne, a niektóre ˙ e bez watpienia czarodziejskie. Wi˛ kszo´c ich rzeczywi´cie zamówił Bilbo na rok ˛ e s´ s naprzód i sprowadził z daleka, spod Góry i z Dali, oryginalne wyroby rak krasno˛ ludzkich. Kiedy ju˙ wszyscy go´cie przywitali si˛ z gospodarzem i znale´ li si˛ na z s e z e jego terenie za brama, rozpocz˛ ły si˛ spiewy, ta´ ce, muzyka, gry towarzyskie, no ˛ e e´ n i oczywi´cie jedzenie i picie. Oficjalnie podawano trzy posiłki: lunch, podwieczos rek i obiad, czyli kolacj˛ . W rzeczywisto´ci lunch i podwieczorek wyró˙ niały si˛ e s z e tym, ze w ich porze całe towarzystwo zasiadało i jadło razem; mi˛ dzy lunchem ˙ e a podwieczorkiem natomiast, oraz przedtem i potem, ka˙ dy jadł z osobna; trwało z to od jedenastej przed południem do pół do siódmej po południu, wtedy bowiem wystrzelił pierwszy fajerwerk. Fajerwerki były dziełem Gandalfa. Nie tylko je tutaj przywiózł, lecz tak˙ e sam wymy´lił i zmajstrował, a najbardziej kunsztowne z s osobi´cie puszczał. s Nie brakowało wszak˙ e mnóstwa pospolitszych rac, bombek, młynków z ´ iskrzacych, zyrandoli, swiec krasnoludzkich, elfowych ogniotrysków, goblino˛ ˙ wych pukawek i brylantowych błyskawic. Wszystkie były wspaniałe. Gandalf z wiekiem coraz bardziej doskonalił si˛ w swojej sztuce. e ´ Były rakiety, wzbijajace si˛ jak chmara roziskrzonych ptaków z miłym swier˛ e 29

gotem. Były zielone drzewa, którym słupy czarnego dymu zast˛ powały pie´ , lie n ´ ´ scie rozwijały si˛ nagle jakby w błyskawicznym wybuchu wiosny, ze swiecacych e ˛ gał˛ zi płomienne kwiaty sypały si˛ na tłum zdumionych hobbitów i w ostatniej e e sekundzie, gdy ju˙ zdawało si˛ , ze musna podniesione twarze — znikały w obz e ˙ ˛ łoku słodkiego zapachu. Były fontanny motyli, które migocac wyfruwały z ko˛ rony drzew. Były kolumny ró˙ nobarwnych płomieni, które w górze zamieniały z si˛ w lecace orły, zeglujace statki lub ciagnace kluczem łab˛ dzie; były czerwone e ˛ ˙ ˛ ˛ ˛ e błyskawice i ulewy złotego deszczu; był las srebrnych włóczni, które znienacka wystrzeliły z krzykiem w niebo, jak armia do ataku, a spadły potem do rzeki z sykiem niby setki goracych w˛ zy. Była wreszcie ostatnia niespodzianka na ˛ e˙ cze´c Bilba i ta najbardziej zadziwiła hobbitów, zgodnie z zamierzeniem Gandals´ ´ fa. Swiatła zgasły. Wzbił si˛ olbrzymi kłab dymu. Dym przybrał kształt odległej e ˛ góry, a szczyt jej zaczał si˛ zarzy´ , po czym wykwitły z niego zielone i szkarłatne ˛ e˙ c płomienie. Wyfrunał spo´ród nich czerwonozłocisty smok — nie dorastał wpraw˛ s dzie rzeczywistych rozmiarów Smauga, ale wydawał si˛ straszliwie wielki. Ogie´ e n ´ ´ ział z paszczy, slepia błyskały ku ziemi; z hukiem i swistem zatoczył trzykro´ c koło nad głowami widzów. Wszyscy naraz kucn˛ li, a ten i ów padł nawet place kiem. Smok przemknał niby pociag pospieszny, wywinał kozła z ogłuszajacym ˛ ˛ ˛ ˛ trzaskiem i p˛ kł Nad Woda. e ˛ — To hasło do kolacji — powiedział Bilbo. Natychmiast rozwiał si˛ przykry e nastrój i strach, skuleni hobbici zerwali si˛ na równe nogi. Ka˙ dy dostał wy´miee z s nita kolacj˛ , a wybra´ cy zostali zaproszeni na specjalny rodzinny obiad, podany ˛ e n w najwi˛ kszej altanie, tej, w której rosło drzewo. Liczb˛ zaproszonych go´ci ograe e s niczono do dwunastu tuzinów (hobbici taka ilo´c nazywaja grosem, ale nie bardzo ˛ s´ ˛ wypadało u˙ ywa´ tego okre´lenia do osób; go´ci dobrano spo´ród wszystkich roz c s s s dzin, spokrewnionych z obu solenizantami, dołaczajac kilku serdecznych, chocia˙ ˛ ˛ z nie spowinowaconych przyjaciół (jak na przykład Gandalf). Przyj˛ to tak˙ e do wye z branego grona wielu młodych hobbitów, za pozwoleniem ich rodziców; hobbici sa pobła˙ liwi pod tym wzgl˛ dem dla swoich dzieci i ch˛ tnie pozwalaja im wie˛ z e e ˛ czorem dłu˙ ej si˛ bawi´ , zwłaszcza gdy zdarza si˛ sposobno´c bezpłatnej kolacji. z e c e s´ Hodowla młodych hobbitów wymaga wielkiej ilo´ci paszy. s Było mnóstwo Bagginsów i Boffinów, a tak˙ e wielu Tuków i Brandybucków; z nie brakowało rozmaitych Grubbów (krewnych ze strony matki Bilba) oraz Czubbów (powinowatych przez dziadka, wielkiego Tuka), a tak˙ e wyró˙ nionych zaz z proszeniem przedstawicieli takich rodzin, jak Burrowsowie, Bolgerowie, Bracegirdle’owie, Brockhouse’owie, Goodbody’owie, Hornblowerowie i Proudfootowie. Wielu z nich łaczyły z Bilbem bardzo nikłe wi˛ zy pokrewie´ stwa, a nie˛ e n którzy pierwszy raz odwiedzali Hobbiton, mieszkajac w odległych katach kraju. ˛ ˛ Nie zapomniano równie˙ o Bagginsach z Sackville. Zasiedli do stołu Otho i jego z mał˙ onka Lobelia. Nie lubili Bilba, a Froda wr˛ cz nienawidzili, lecz zaproszenia, z e ´ wypisane złotym atramentem, wygladały tak imponujaco, ze nie smieli odmówi´ . ˛ ˛ ˙ c 30

Zreszta kuzyn Bilbo od lat specjalizował si˛ w sztuce kuchennej i stół jego cieszył ˛ e si˛ wielka sława. e ˛ ˛ Stu czterdziestu czterech go´ci liczyło wi˛ c na rozkosze uczty, jakkolwiek s e z pewna obawa my´lało o przemówieniu, które gospodarz miał wygłosi´ przy ˛ ˛ s c deserze (nieunikniony punkt programu). Mo˙ na było spodziewa´ si˛ , ze Bilbo z c e ˙ zechce uraczy´ ich próbkami tego, co nazywał poezja; cz˛ sto te˙ , po paru kiec ˛ e z liszkach, lubił napomyka´ o niedorzecznych przygodach, których zaznał podczas c swojej tajemniczej wyprawy. Go´cie nie zawiedli si˛ rzeczywi´cie: uczta okazała s e s si˛ bardzo, ale to bardzo przyjemna, wr˛ cz pochłaniajaca rozrywka, była bowiem e ˛ e ˛ ˛ ˛ wykwintna, obfita i urozmaicona, a trwała długo. W nast˛ pnym tygodniu zanotoe wano prawie całkowity zastój w handlu produktami spo˙ ywczymi w całym okr˛ z e gu, poniewa˙ jednak wskutek zakupów poczynionych przez Bilba wyczerpały si˛ z e na razie zapasy w składach, piwnicach oraz domach towarowych w promieniu kilku mil dokoła — chwilowy spadek popytu nie miał wi˛ kszego znaczenia. e Gdy si˛ wszyscy (mniej lub wi˛ cej) nasycili, Bilbo zaczał przemow˛ . Ale e e ˛ e wi˛ kszo´c towarzystwa była teraz w pobła˙ liwym nastroju, doszedłszy do roze s´ z kosznego etapu, zwanego dopychaniem ostatnich wolnych katów: go´cie pociaga˛ s ˛ li małymi łyczkami ulubione trunki, dziobali po trosze ulubione przysmaki i zapomnieli o poprzednich obawach, skłonni w tej chwili wysłucha´ wszystkiego c i wiwatowa´ po ka˙ dym zdaniu mówcy. c z — Mili go´cie — zaczał Bilbo wstajac. „Słuchajcie! Słuchajcie! Słuchajcie!” s ˛ ˛ — zacz˛ li go´cie i powtarzali ten okrzyk chórem tak uporczywie, jakby nie zamiee s rzali wcale zastosowa´ si˛ do własnego wezwania. Bilbo opu´cił swoje miejsce c e s za stołem i wlazł na krzesło pod o´wietlonym drzewem. Blask padał z lampios nów prosto na jego rozpromienione oblicze, a złote guziki l´niły u haftowanej s jedwabnej kamizelki. Wszyscy widzieli go dobrze, gdy stał tak wywy˙ szony i gez stykulował jedna r˛ ka, druga trzymajac w kieszeni od spodni. ˛ e ˛ ˛ ˛ — Moi kochani Bagginsowie i Boffinowie x zaczał po raz wtóry. — Moi ˛ drodzy Tukowie i Brandybuckowie, Grubbowie i Czubbowie, Burrowsowie i Hornblowerowie, Bolgerowie i Bracegirdle’owie, Goodbody’owie, Brockhouse’owie. . . — I Proudfootowie — przypomniał starszy hobbit siedzacy w gł˛ bi altany. ˛ e Nazywał si˛ Proudfoot, stopy miał du˙ e i bardzo kudłate, a trzymał je obie na e z stole. — Proudfootowie — powtórzył Bilbo — a tak˙ e moi poczciwi Bagginsowie z z Sackville, których witam nareszcie znowu w Bag End. Dzi´ obchodz˛ sto jedes e nasta rocznic˛ urodzin. Sko´ czyłem sto jedena´cie lat! ˛ e n s — Wiwat! Wiwat! Dwie´cie lat! — wrzasn˛ li wszyscy b˛ bniac rado´nie pi˛ s e e ˛ s e ´ sciami po stole. Bilbo mówił doskonale. Takie wła´nie przemówienia lubili: króts kie i jasne. — Mam nadziej˛ , ze wszyscy bawicie si˛ równie dobrze jak ja. — Ogłuszajae ˙ e ˛ 31

ce wiwaty. Okrzyki: „Tak”! (Albo: „Nie”!) Hałas trabek, rogów, piszczałek i fu˛ jarek oraz wszelkich innych instrumentów muzycznych. (W´ród obecnych, jak s ju˙ wspomniałem, nie brakowało młodocianych hobbitów). Strzeliło par˛ setek z e czekoladowych bombek. Prawie wszystkie nosiły znak fabryczny: „Dal”, a chocia˙ ta nazwa wi˛ kszo´ci hobbitów niewiele mówiła, przyznawali, ze bombki sa z e s ˙ ˛ wspaniałe. W ich wn˛ trzu znajdowały si˛ instrumenty muzyczne, male´ kie, lecz e e n doskonale wyko´ czone i brzmiace pi˛ knymi tonami. Zaraz te˙ w jednym kacie n ˛ e z ˛ altany kilku młodych Tuków i Brandybucków, przekonanych, ze wujaszek Bil˙ bo sko´ czył mow˛ (skoro najoczywi´ciej powiedział ju˙ wszystko, co nale˙ ało), n e s z z zorganizowało błyskawicznie orkiestr˛ i zagrało wesoła melodi˛ taneczna. Mały e ˛ e ˛ Everard Tuk i mała Melilota Brandybuck wskoczyli na stół, zeby wykona´ hop˙ c k˛ -galopk˛ , taniec ładny, lecz nieco zbyt skoczny. e e Bilbo wszak˙ e nie sko´ czył jeszcze. Wyrwawszy z rak stojacego obok młoz n ˛ ˛ dzie´ ca róg, zadał trzykrotnie i gło´no. Zgiełk ucichł. n ˛ s — Nie b˛ d˛ was nudził długo! — zawołał Bilbo. Całe zgromadzenie przyj˛ ło e e e te słowa wiwatami. — Wezwałem was wszystkich tutaj nie bez przyczyny! — Powiedział to z takim naciskiem, ze nikt nie oparł si˛ wra˙ eniu. Zaległa niemal ˙ e z doskonała cisza, a ten czy ów spo´ród Tuków zastrzygł uszami. s — Sa nawet trzy przyczyny! Po pierwsze, chc˛ wam o´wiadczy´ , ze bardzo ˛ e s c ˙ was wszystkich lubi˛ i ze sto jedena´cie lat wydaje mi si˛ okresem zbyt krótkim, e ˙ s e by nacieszy´ si˛ zyciem w towarzystwie tak znakomitych i miłych hobbitów. — c e˙ (Burzliwy entuzjazm). — Ani połowy spo´ród was nie znam nawet do połowy s tak dobrze, jak bym pragnał; a mniej ni˙ połow˛ z was lubi˛ o połow˛ mniej, ˛ z e e e ni˙ zasługujecie. — To zabrzmiało niespodziewanie i zawile. Tu i ówdzie kto´ z s klasnał, lecz wi˛ kszo´c słuchaczy głowiła si˛ , co mo˙ e znaczy´ to powiedzenie ˛ e s´ e z c i czy nale˙ y je rozumie´ jako komplement. z c — Po drugie, wezwałem was, zeby uczci´ swoje urodziny! — Znów buchn˛ ˙ c e ły oklaski. — Powinienem wła´ciwie wyrazi´ si˛ inaczej: nasze urodziny. Oczys c e wi´cie, bo przecie˙ obchodzi równie˙ urodziny mój spadkobierca i siostrzeniec, s z z Frodo. Dzisiaj osiaga pełnoletno´c i obejmuje spadek. — Starsi przyklasn˛ li do´c ˛ s´ e s´ chłodno, młodzi wrzasn˛ li gło´no: „Frodo! Frodo! Brawo, stary!” Bagginsowie e s z Sackville skrzywili si˛ rozwa˙ ajac, co miał na my´li Bilbo mówiac: „obejmuje e z ˛ s ˛ spadek”. — Obaj razem mamy sto czterdzie´ci cztery lata. Was tak˙ e zgromadziłem s z w tej znamiennej liczbie: cały gros, je´li wolno si˛ tak wyrazi´ . s e c Nie było braw. Bilbo si˛ o´mieszał! Niektórzy go´cie, a przede wszystkim e s s Bagginsowie z Sackville poczuli si˛ dotkni˛ ci, podejrzewajac, ze zaproszono ich e e ˛ ˙ wyłacznie dla uzupełnienia liczby, jak dopakowuje si˛ towar do paczki. „Gros! ˛ e Co´ podobnego! Ordynarny dowcip!” s — Dzisiaj tak˙ e, je´li pozwolicie mi wspomnie´ stare dzieje, przypada roczz s c nica mojego wyladowania w beczce w Esgaroth, nad Długim Jeziorem. Prawd˛ ˛ e 32

mówiac, nie pami˛ tałem wtedy nawet o swoich urodzinach. Ko´ czyłem pi˛ cdzie˛ e n e´ siat jeden lat, a w tym wieku urodziny nie wydaja si˛ jeszcze wa˙ ne. Mimo to ˛ ˛ e z odbyła si˛ wspaniała uczta, chocia˙ miałem taki okropny katar, ze na toasty lede z ˙ wie zdołałem odpowiedzie´ : „D´ kuje badzo!” Dzi´ mog˛ powtórzy´ t˛ odpowied´ c z s e c e z poprawniej: Dzi˛ kuj˛ wam bardzo serdecznie za przybycie na t˛ skromna uroczye e e ˛ sto´c. Go´ci zdjał strach, ze teraz nie unikna pie´ni lub wiersza; zaczynało ich to s´ s ˛ ˙ ˛ s przemówienie ju˙ nudzi´ . Czemu Bilbo wreszcie nie zako´ czy i nie da im wypi´ z c n c swego zdrowia? Ale Bilbo nie za´piewał ani nie zadeklamował. Zrobił natomiast s mała pauz˛ . ˛ e — Po trzecie i ostatnie — rzekł — pragn˛ zło˙ y´ wam pewne o´wiadczenie. e z c s — Wygłosił te słowa tak dono´nie i niespodzianie, ze wszyscy — a przynajmniej s ˙ ci, którzy jeszcze byli do tego zdolni — wyprostowali si˛ i skupili. — Z zalem e ˙ oznajmiam, ze chocia˙ , jak ju˙ powiedziałem, sto jedena´cie lat to za mało, by ˙ z z s si˛ waszym towarzystwem nacieszy´ , dzi´ nadszedł kres. Odchodz˛ . Z ta chwila e c s e ˛ ˛ ˙ porzucam was. Zegnam!

Zeskoczył z krzesła i zniknał. Rozbłysło o´lepiajace swiatło, go´cie zmru˙ yli ˛ s ˛ ´ s z oczy, a kiedy je znów otwarli, Bilba nie było w´ród nich. Stu czterdziestu czterech s hobbitów oniemiało i osłupiało. Stary Odo Proudfoot zdjał nogi ze stołu i tupnał. ˛ ˛ Na chwil˛ znów zaległa głucha cisza, a potem nagle Bagginsowie, Boffinowie, e Tukowie, Brandybuckowie, Grubbowie, Czubbowie, Burrowsowie, Bolgerowie, Bracegirdle’owie, Brockhouse’owie, Goodbody’owie, Hornblowerowie i Proudfootowie zaczerpnawszy tchu w płuca zagadali wszyscy naraz. ˛ Jednomy´lnie uchwalono, ze dowcip Bilba był w jak najgorszym gu´cie i ze s ˙ s ˙ go´ciom nale˙ y si˛ jeszcze troch˛ jedzenia i picia, by mogli przyj´c do siebie s z e e s´ po doznanym przykrym wstrzasie. „On ma bzika. Zawsze to mówiłem” — tak ˛ zapewne brzmiała najcz˛ sciej powtarzana uwaga. Nawet Tukowie (z nielicznymi e´ wyjatkami) uwa˙ ali, ze Bilbo zachował si˛ głupio. W pierwszej chwili wi˛ kszo´c ˛ z ˙ e e s´ towarzystwa była prze´wiadczona, ze znikni˛ cie gospodarza jest tylko niemadrym s ˙ e ˛ zartem. ˙ Ale stary Rory Brandybuck zywił co do tego pewne watpliwo´ci. Ani pode˙ ˛ s szły wiek, ani pot˛ zny obiad nie za´ mił jego umysłu, tote˙ Rory rzekł do swojej e˙ c z synowej Esmeraldy: — Co´ mi si˛ w tej historii nie podoba. My´l˛ , ze ten wariat Baggins znów s e se ˙ ´ wyruszył w swiat. Stary, a głupi. Ale czemu˙ mieliby´my si˛ tym przejmowa´ . z s e c Nie zabrał przecie˙ z soba piwniczki. I gło´no zwrócił si˛ do Froda, zeby kaz ˛ s e ˙ zał napełni´ kielichy winem. Spo´ród wszystkich obecnych jeden tylko Frodo nie c s wymówił dotad ani słowa. Jaki´ czas siedział w milczeniu obok pustego krzesła ˛ s Bilba i nie odpowiadał na uwagi i pytania go´ci. Chocia˙ był z góry w cały projekt s z ´ wtajemniczony, figiel ubawił go oczywi´cie. Z trudem powstrzymał si˛ od smies e
33

chu na widok oburzenia zaskoczonych hobbitów. Jednocze´nie wszak˙ e ogarn˛ ło s z e go gł˛ bokie wzruszenie. Nagle u´wiadomił sobie, jak bardzo kocha starego wuja. e s Reszta go´ci dalej jadła, piła i rozprawiała o przeszłych i tera´ niejszych dziwacs z twach Bilba Bagginsa, tylko Bagginsowie z Sackville wynie´li si˛ zagniewani. s e Frodo nie chciał ju˙ dłu˙ ej bra´ udziału w zabawie. Kazał poda´ wino, wstał i wyz z c c chylił swój kielich za zdrowie Bilba w milczeniu, po czym wymknał si˛ chyłkiem ˛ e z altany. Wracajac do samego Bilba, trzeba powiedzie´ , ze ju˙ podczas wygłaszania ˛ c ˙ z przemowy dotykał ukrytego w kieszeni złotego Pier´cienia, magicznego Pier´cies s nia, który przechowywał w tajemnicy przez tyle lat. Zeskakujac z krzesła wsunał ˛ ˛ Pier´cie´ na palec i od tej chwili zaden hobbit nie zobaczył ju˙ Bilba Bagginsa s n ˙ z w Hobbitonie. Bilbo pobiegł zywo do swojej norki, chwil˛ przystanał pod jej drzwiami na˙ e ˛ słuchujac wrzawy w altanie i wesołego gwaru w całym parku. Potem wszedł do ˛ domu. Zdjał od´wi˛ tny strój, zło˙ ył i zawinał w bibułk˛ swoja haftowana sre˛ s e z ˛ e ˛ ˛ brem kamizelk˛ i schował ja do szafy. Szybko wciagnał jakie´ stare, liche ubrae ˛ ˛ ˛ s nie i przepasał si˛ wytartym skórzanym pasem. U pasa zawiesił krótki mieczyk e w zniszczonej pochwie z czarnej skóry. Z zamkni˛ tej szuflady, pachnacej trutka e ˛ ˛ na mole, wydobył stary płaszcz i kaptur. Przechowywał je pod kluczem, jak rzeczy drogocenne, lecz były zniszczone i wyłatane, zapewne ongi ciemnozielone, teraz tak spłowiałe, ze nikt by nie odgadł ich pierwotnego koloru. Były te˙ troch˛ ˙ z e na hobbita za du˙ e. Potem Bilbo poszedł do swojego gabinetu i wyjał z wielkiej z ˛ kasy pancernej tłumoczek owini˛ ty starym suknem oraz oprawny w skór˛ r˛ koe e e pis i du˙ a wypchana kopert˛ . R˛ kopis i tłumoczek wcisnał na wierzch ci˛ zkiego z˛ ˛ e e ˛ e˙ worka, który stał w kacie, niemal całkowicie ju˙ wypełniony. Złoty Pier´cie´ ra˛ z s n zem z pi˛ knym ła´ cuszkiem wsunał do koperty, zapiecz˛ tował ja i zaadresował do e n ˛ e ˛ Froda. Kopert˛ najpierw umie´cił na gzymsie kominka, lecz po chwili nagle zdjał e s ˛ ja stamtad i schował do kieszeni. W tym wła´nie momencie drzwi si˛ otworzyły ˛ ˛ s e i szybkim krokiem wpadł Gandalf. — A wi˛ c jeste´ — rzekł Bilbo. — Zastanawiałem si˛ , czy przyjdziesz. e s e — Rad jestem, ze ci˛ zastałem widzialnego. . . . — odparł Czarodziej siada˙ e jac w fotelu. — Chciałem ci˛ przyłapa´ i zamieni´ z toba jeszcze kilka słów na ˛ e c c ˛ po˙ egnanie. Pewnie si˛ cieszysz, ze wszystko udało si˛ tak wspaniale i zgodnie z e ˙ e z twoim planem? — Owszem, ciesz˛ si˛ — powiedział Bilbo. — jakkolwiek ta błyskawica była e e niespodzianka i zaskoczyła mnie, a jeszcze bardziej oczywi´cie reszt˛ towarzy˛ s e stwa. To był twój własny mały dodatek, prawda? — Tak. Madrze zrobiłe´ zachowujac swój Pier´cie´ przez wszystkie te lata ˛ s ˛ s n w tajemnicy, tote˙ sadziłem, ze trzeba go´ciom da´ co´, co w inny sposób pozornie z ˛ ˙ s c s wyja´ni im twoje nagłe znikni˛ cie. s e — I co popsuje efekt mojego figla. Zawsze lubisz wtraci´ swoje trzy grosze, ˛ c 34

Gandalfie! — za´miał si˛ Bilbo. — Ale pewnie miałe´ racj˛ , jak zwykle. s e s e — Miewam zwykle racj˛ , je´li jestem dobrze poinformowany. Co do tej jede s nak sprawy mam pewne watpliwo´ci. Doszli´my w niej do ostatniego punktu. ˛ s s Spłatałe´ figla, jak chciałe´, przestraszyłe´ i obraziłe´ wi˛ kszo´c swojej rodziny, s s s s e s´ dostarczyłe´ wszystkim mieszka´ com Shire’u tematu do gadania przez dziewi˛ c, s n e´ a mo˙ e przez dziewi˛ cdziesiat dziewi˛ c dni. Czy zamierzasz zrobi´ co´ wi˛ cej? z e´ ˛ e´ c s e — Tak. Czuj˛ potrzeb˛ wakacji, i to bardzo długich wakacji, zreszta ju˙ ci e e ˛ z o tym mówiłem. Mo˙ e b˛ da to wakacje bezterminowe: nie my´l˛ , zebym tu kiez e ˛ se ˙ dykolwiek miał wróci´ . Prawd˛ rzekłszy, nie zamierzam wraca´ , w tym przewidyc e c waniu rozporzadziłem wszystkimi swoimi sprawami. Jestem ju˙ stary, Gandalfie. ˛ z Nie wygladam na to, ale czuj˛ w gł˛ bi serca, ze si˛ postarzałem. „Dobrze si˛ ˛ e e ˙ e e ´ trzyma!” — powiadaja. A tymczasem ja mam wra˙ enie, ze cały scieniałem, ze ˛ z ˙ ˙ jestem jakby rozciagni˛ ty, nie wiem, czy rozumiesz, co mam na my´li: jak ma˛ e s sło rozsmarowane na zbyt wielkiej kromce chleba. Co´ tu jest nie w porzadku. s ˛ Potrzebuj˛ odmiany czy mo˙ e czego´ innego w tym rodzaju. e z s Gandalf z ciekawo´cia i uwaga przygladał si˛ hobbitowi. s ˛ ˛ ˛ e — Rzeczywi´cie, co´ tu jest, jak mi si˛ zdaje, nie w porzadku — rzekł z nas s e ˛ mysłem. — tak, w gruncie rzeczy uwa˙ am twój plan za najlepsze wyj´cie. z s — No, ja w ka˙ dym razie powziałem ju˙ decyzj˛ . Chc˛ znów zobaczy´ góry, z ˛ z e e c Gandalfie, góry! A potem chc˛ znale´ c jakie´ miejsce, gdzie mógłbym odpocza´ . e z´ s ˛c Odpocza´ w spokoju i w ciszy, z dala od tłumu krewniaków w˛ szacych dokoła ˛c e ˛ mnie, bezpieczny od nieustannej procesji go´ci, urywajacych dzwonek u moich s ˛ drzwi. Mo˙ e znajd˛ miejsce, gdzie b˛ d˛ mógł sko´ czy´ swoja ksia˙ k˛ . Wymy´liz e e e n c ˛ ˛z e s łem ju˙ dla niej pi˛ kne zako´ czenie: „I odtad zył szcz˛ sliwy a˙ po kres swoich z e n ˛ ˙ e´ z dni”. Gandalf roze´miał si˛ . s e — Miejmy nadziej˛ , ze b˛ dziesz zył naprawd˛ szcz˛ sliwy. Jakkolwiek jednak e ˙ e ˙ e e´ zako´ czysz t˛ ksia˙ k˛ , nikt przecie˙ jej nie przeczyta. n e ˛z e z — Mo˙ e kto´ przeczyta kiedy´, po latach. Frodo czytał poczatek, tyle, ile zdaz s s ˛ ˛ zyłem napisa´ . B˛ dziesz miał oko na Froda, prawda? ˙ c e — Nawet par˛ oczu, w miar˛ mo˙ no´ci. e e z s — On by poszedł oczywi´cie za mna, gdybym go o to poprosił. Nawet sam s ˛ si˛ z tym ofiarował kiedy´, na krótko przed urodzinowym przyj˛ ciem. Ale w gł˛ bi e s e e ´ serca nie pragnie tego. Jeszcze nie. Ja chc˛ przed smiercia zobaczy´ znowu tamte e ˛ c pustkowia i góry, ale Frodo wcia˙ jeszcze kocha Shire, tutejsze lasy, pola i rzeczki. ˛z B˛ dzie mu tu chyba dobrze. Zostawiam mu wszystko prócz kilku drobiazgów. e Mam nadziej˛ , ze b˛ dzie szcz˛ sliwy, kiedy si˛ oswoi z samodzielno´cia. Czas, e ˙ e e´ e s ˛ zeby sam sobie był panem. ˙ — Zostawiasz wszystko? — spytał Gandalf. — Pier´cie´ tak˙ e? Zgodziłe´ si˛ s n z s e go zostawi´ . Pami˛ tasz? c e — No, có˙ . . . hm. . . chyba tak — wyjakał Bilbo. z ˛ 35

— Gdzie˙ on jest? z — W kopercie, je´li koniecznie chcesz wiedzie´ — odparł Bilbo zniecierplis c wiony. — Tam, na kominku. . . Nie! W mojej kieszeni! — wahał si˛ chwil˛ . — e e Czy to nie dziwne? — szepnał sam do siebie. — Ale wła´ciwie czemu by nie? ˛ s Czemu˙ nie miałbym go zatrzyma´ ? z c Gandalf znów przyjrzał si˛ hobbitowi bardzo uwa˙ nie i błysk zapalił si˛ w jee z e go oczach. — Wiesz, Bilbo — powiedział łagodnie — ja bym radził zostawi´ go tutaj. c Czy nie masz ochoty? — No. . . mam i nie mam. Teraz, kiedy przyszła ta chwila, przykro mi si˛ e z nim rozsta´ , musz˛ to wyzna´ . Zreszta nie bardzo rozumiem, dlaczego powiniec e c ˛ nem to zrobi´ . Dlaczego ty mnie na to namawiasz? — zapytał, a głos zmienił mu c si˛ jako´ dziwnie. Zabrzmiał ostro, jakby podejrzliwie i gniewnie. — Stale mnie e s nudzisz o ten Pier´cie´ , chocia˙ nigdy nie wymawiasz mi innych rzeczy, które s n z przywiozłem z wyprawy. — Musiałem ci˛ nudzi´ — rzekł Gandalf. — Chciałem zna´ cała prawd˛ . To e c c ˛ e bardzo wa˙ ne. Magiczne pier´cienie sa. . . no, po prostu: magiczne; a przy tym z s ˛ osobliwe i bardzo interesujace. Mo˙ na by powiedzie´ , ze twój Pier´cie´ intereso˛ z c ˙ s n wał mnie jako zawodowca. Interesuje mnie nadal. Chciałbym wiedzie´ , gdzie si˛ c e znajdzie, kiedy ty ruszysz na w˛ drówk˛ . My´l˛ te˙ , ze ju˙ do´c długo miałe´ go e e se z ˙ z s´ s w swoim posiadaniu. Je˙ eli si˛ nie myl˛ , nie b˛ dzie ci ju˙ wi˛ cej potrzebny. z e e e z e Bilbo poczerwieniał i gniew błysnał w jego oczach. Łagodna twarz przybrała ˛ nagle srogi wyraz. — Dlaczego nie? — krzyknał. — I co ci do tego? Czemu to chcesz koniecz˛ nie wiedzie´ , co robi˛ z moja własno´cia? To mój Pier´cie´ . Znalazłem go sam. c e ˛ s ˛ s n Nale˙ y do mnie. z — Tak, tak — odparł Gandalf. — Nie widz˛ powodu do gniewu. e — Twoja wina, ze mnie rozgniewałe´ — rzekł Bilbo. — Pier´cie´ jest mój, ˙ s s n powiadam. Mój własny. To mój skarb. Tak, mój skarb. Oblicze czarodzieja pozostało skupione i powa˙ ne, tylko błysk w gł˛ bi oczu z e zdradzał zdziwienie, a nawet przestrach. — Kto´ go ju˙ tak nazywał — powiedział. — Kto´ inny, nie ty. s z s — Ale teraz ja go tak nazwałem. Czy mi nie wolno? Nawet je´li Gollum kies dy´ mówił tak samo. Teraz Pier´cie´ jest mój, nie Golluma. I powiadam ci, ze mój s s n ˙ zostanie. Gandalf wstał. Twarz miał surowa. ˛ — B˛ dziesz głupcem, je´li go zatrzymasz, Bilbo — rzekł. — Z ka˙ dym słoe s z wem, które wypowiadasz, ja´niej to widz˛ . Pier´cie´ ju˙ ma o wiele za pot˛ zna s e s n z e˙ ˛ władz˛ nad toba. Porzu´ go! A wtedy sam mo˙ esz i´c w swiat i b˛ dziesz wolny. e ˛ c z s´ ´ e — Zrobi˛ , co zechc˛ — z uporem powiedział Bilbo. e e

36

— Spokojnie, spokojnie, hobbicie kochany — rzekł Gandalf. — Przez całe długie zycie byli´my przyjaciółmi i zawdzi˛ czasz mi co´ nieco´. Posłuchaj mnie. ˙ s e s s Dotrzymaj obietnicy, wyrzeknij si˛ Pier´cienia. e s — Przyznaj si˛ , ze sam chcesz go mie´ ! — krzyknał Bilbo. — Ale nie doe ˙ c ˛ staniesz. Nie oddam nikomu mojego skarbu. Powiedziałem! — i r˛ k˛ poło˙ ył na e e z głowicy mieczyka. Gandalfowi płomie´ strzelił z oczu. n — Jeszcze chwila, a z kolei ja si˛ rozgniewam — rzekł. — Je˙ eli powtórzysz e z to raz jeszcze, na pewno si˛ rozgniewam. A wtedy zobaczysz Gandalfa Szarego e bez płaszcza. Zrobił krok w stron˛ hobbita i zdawało si˛ , ze urósł gro´ nie; jego cie´ wye e ˙ z n ´ pełnił cały pokoik. Bilbo cofnał si˛ pod scian˛ ; dyszał ci˛ zko, a r˛ k˛ zaciskał ˛ e e e˙ e e kurczowo w kieszeni. Stali twarza w twarz naprzeciw siebie, cisz zaległa taka, ze ˛ ˙ a˙ w uszach dzwoniło. Oczy Gandalfa niewzruszenie tkwiły w oczach hobbita. z Pi˛ sci Bilba zacz˛ ły si˛ z wolna otwiera´ , dr˙ ał na całym ciele. e´ e e c z — Nie rozumiem, co si˛ z toba stało, Gandalfie — powiedział. — Nigdy taki e ˛ dawniej nie bywałe´. O co ci chodzi? Mój Pier´cie´ , czy nie mój? Przecie˙ ja s s n z go znalazłem, a Gollum zabiłby mnie, gdybym wtedy Pier´cienia przy sobie nie s zatrzymał. Nie jestem złodziejem, chocia˙ on tak mnie nazwał. z — Ja ci˛ nie nazwałem tak nigdy — odparł Gandalf. — I sam te˙ nie jestem e z złodziejem. Nie usiłuj˛ ci odebra´ Pier´cienia, chc˛ ci pomóc. Dobrze by było, e c s e gdyby´ mi zaufał, jak dawniej ufałe´. s s Odwrócił głow˛ i cie´ si˛ rozwiał. Zdawało si˛ , ze Czarodziej znów zmalał e n e e ˙ i stał si˛ z powrotem siwym staruszkiem, zgarbionym i strapionym. e Bilbo przetarł dłonia oczy. ˛ — Przepraszam — rzekł. — Co´ dziwnego działo si˛ ze mna. A przecie˙ s e ˛ z naprawd˛ odetchnałbym, gdybym si˛ pozbył kłopotów z Pier´cieniem. Ostatnio e ˛ e s coraz natr˛ tniej narzucał si˛ moim my´lom. Czasami miałem wra˙ enie, ze to jest e e s z ˙ czyje´ oko wpatrzone we mnie. I wiesz, wcia˙ mam ochot˛ wło˙ y´ go na palec s ˛z e z c i znikna´ albo te˙ niepokoj˛ si˛ , czy nic si˛ z nim złego nie stało, i wyciagam go ˛c z e e e ˛ z ukrycia, zeby sprawdzi´ . Próbowałem go zamkna´ pod kluczem, ale denerwuj˛ ˙ c ˛c e si˛ okropnie, je´li go nie mam przy sobie w kieszeni. Nie mam poj˛ cia dlaczego. e s e A teraz nie jestem zdolny, jak wida´ , do decyzji. c — Wi˛ c polegaj na mojej — odparł Gandalf. — Jest niewzruszona. Odejd´ e z stad, a Pier´cie´ zostaw. Wyrzeknij si˛ go. Oddaj Frodowi, a ju˙ ja twego sio˛ s n e z strze´ ca b˛ d˛ pilnował. n e e Bilbo stał chwil˛ w napi˛ ciu i rozterce. Wreszcie westchnał. e e ˛ — Dobrze — powiedział z wysiłkiem. — Tak zrobi˛ . — Wzruszył ramionami e i u´miechnał si˛ troch˛ zało´nie. — Przecie˙ w gruncie rzeczy po to urzadzałem s ˛ e e˙ s z ˛ t˛ cała urodzinowa zabaw˛ , zeby rozda´ mnóstwo prezentów i w ten sposób jako´ e ˛ ˛ e ˙ c s sobie ułatwi´ podarowanie tak˙ e tego Pier´cienia. Okazało si˛ , ze to niewiele poc z s e ˙ 37

mogło, ale szkoda, zeby wszystkie te przygotowania poszły na marne. Mój figiel ˙ spaliłby na panewce. — Tak, pozbawiłby´ całe przedsi˛ wzi˛ cie jedynego sensu, jaki w nim upatrys e e wałem — rzekł Gandalf. — Wi˛ c zgoda — powiedział Bilbo. — Frodo dostanie Pier´cie´ razem z resze s n ta majatku. — Odetchnał gł˛ boko. — A teraz musz˛ ju˙ i´c, bo mnie gotów kto´ ˛ ˛ ˛ e e z s´ s tutaj przyłapa´ . Po˙ egnałem si˛ , nie zniósłbym tej sceny po raz wtóry. c z e Chwycił worek i ruszył ku drzwiom. — Masz Pier´cie´ w kieszeni — zauwa˙ ył Czarodziej. s n z — No, mam! — krzyknał Bilbo. — Pier´cie´ , testament i mnóstwo innych ˛ s n dokumentów. Lepiej we´ to wszystko i dor˛ cz w moim imieniu. Tak b˛ dzie bezz e e pieczniej. — Nie, nie oddawaj mi Pier´cienia — rzekł Gandalf. — Połó˙ go na kominku. s z Tam b˛ dzie le˙ ał bezpiecznie, póki nie nadejdzie Frodo. Zaczekam tu na niego. e z Bilbo wyjał z kieszeni kopert˛ , ale kiedy ja kładł na parapecie obok zegara, ˛ e ˛ r˛ ka mu drgn˛ ła i cała paczuszka spadła na podłog˛ . Nim Bilbo si˛ schylił, czae e e e rodziej go uprzedził, chwycił kopert˛ i umie´cił na kominku. Znów skurcz gniee s wu przemknał po twarzy hobbita. Nagle jednak Bilbo rozpogodził si˛ , odetchnał ˛ e ˛ z ulga i wybuchnał smiechem. ˛ ˛ ´ — No, stało si˛ ! — rzekł. — A teraz w drog˛ ! e e Wyszli razem do sieni. Bilbo wział ze stojaka ulubiona lask˛ i gwizdnał. ˛ ˛ e ˛ Trzech krasnoludów przerywajac jaka´ robot˛ przybiegło z trzech ró˙ nych pokoi. ˛ ˛s e z — Czy wszystko gotowe? — spytał Bilbo. — Zapakowane i opatrzone nalepkami? — Wszystko gotowe — odpowiedziały krasnoludy. — A wi˛ c w drog˛ ! — I wyszedł przez frontowe drzwi. e e Noc była pi˛ kna, czarne niebo usiane gwiazdami. Bilbo spojrzał w gór˛ , wciae e ˛ gnał w nozdrza pachnace powietrze. ˛ ˛ — Co za uciecha! Co za uciecha rusza´ znów w drog˛ z krasnoludami. Do c e ˙ tego wła´nie t˛ skniłem w gruncie rzeczy ju˙ od lat. Zegnaj! — powiedział patrzac s e z ˛ ˙ na swój stary dom i ukłonił si˛ jego drzwiom. — Zegnaj, Gandalfie! e — Do widzenia, Bilbo. Bad´ ostro˙ ny. Jeste´ chyba ju˙ do´c stary i mo˙ e te˙ ˛z z s z s´ z z do´c rozumny. s´ — Ostro˙ ny? Co mi tam! Nie martw si˛ o mnie. Jestem taki szcz˛ sliwy, jak z e e´ byłem w swoich najszcz˛ sliwszych chwilach, a to znaczy: bardzo! Ale wybiła e´ godzina. Wreszcie mnie znów nogi niosa — dodał, i cichutko, jakby dla siebie ˛ tylko, za´piewał w ciemno´ciach: s s A droga wiedzie w przód i w przód, Skad si˛ zacz˛ ła, tu˙ za progiem – ˛ e e z I w dal przede mna mknie na wschód, ˛ 38

A ja wcia˙ za nia – tak, jak mog˛ . . . ˛z ˛ e Skorymi stopy za nia w slad – ˛ ´ A˙ w szersza si˛ rozpłynie drog˛ , z ˛ e e Gdzie strumie´ licznych dróg ju˙ wpadł. . . n z A potem dokad? – rzec nie mog˛ . ˛ e Chwil˛ jeszcze stał w milczeniu. Potem, nie dodajac ju˙ ani słowa, odwrócił e ˛ z ´ si˛ od swiateł i głosów bijacych z pola i z namiotów, okra˙ ył swój ogród i zbiegł e ˛ ˛z długa scie˙ ka w dół zbocza, a trzej towarzysze za nim. U stóp Pagórka przeskoczył ˛´ z ˛ zywopłot w najdogodniejszym miejscu i wyszedł na łaki sunac po´ród nocy jak ˙ ˛ ˛ s szelest wiatru w trawie. Gandalf jaki´ czas patrzał za nim w ciemno´c. s s´ ˙ — Zegnaj, Bilbo kochany, do zobaczenia! — szepnał i wrócił do norki. ˛

Kiedy wkrótce potem nadszedł Frodo, zastał Gandalfa siedzacego po ciemku ˛
i pogra˙ onego w my´lach. ˛z s — Poszedł? — spytał. — Tak — odpowiedział Gandalf. — Poszedł wreszcie. — Wolałbym. . . a raczej łudziłem si˛ a˙ do dzisiejszego wieczora nadzieja, e z ˛ ze to tylko zart — rzekł Frodo. — Ale w gł˛ bi serca wiedziałem, ze on naprawd˛ ˙ ˙ e ˙ e chce odej´c. Zazwyczaj zartował z powa˙ nych spraw. Szkoda, ze nie przyszedłem s´ ˙ z ˙ wcze´niej, zeby go po˙ egna´ . s ˙ z c — Sadz˛ , ze on wolał wymkna´ si˛ cichcem — odparł Gandalf. — Nie martw ˛ e ˙ ˛c e si˛ , Frodo. Teraz ju˙ mu nic nie grozi. Zostawił dla ciebie paczuszk˛ . Spójrz. e z e Frodo zdjał z kominka list, przyjrzał mu si˛ , lecz nie odpiecz˛ tował koperty. ˛ e e — Znajdziesz wewnatrz testament i ró˙ ne inne dokumenty, o ile mi wiadomo ˛ z — powiedział Czarodziej. — Od dzi´ jeste´ panem na Bag End. Zdaje mi si˛ , ze s s e ˙ w tej kopercie znajdziesz tak˙ e złoty Pier´cie´ . z s n — Pier´cie´ ! — wykrzyknał Frodo. — A wi˛ c i to mi zostawił? Ciekaw jestem s n ˛ e dlaczego. No, mo˙ e mi si˛ przyda ten dar. z e — Mo˙ e tak, a mo˙ e nie — rzekł Gandalf. — Na twoim miejscu nie u˙ ywałz z z bym tego Pier´cienia. Ale przechowuj go w tajemnicy i strze˙ pilnie. Teraz ju˙ id˛ s z z e spa´ . c

Frodo, w roli pana domu, poczuwał si˛ do niemiłego obowiazku po˙ egnania e ˛ z
go´ci. Po całym polu ju˙ si˛ rozeszły wie´ci o dziwnych wydarzeniach, lecz Fros z e s do nie mówił nic powtarzajac tylko formułk˛ , ze „niewatpliwie jutro wszystko si˛ ˛ e ˙ ˛ e wyja´ni”. Około północy zajechały powozy po najznakomitsze osoby. Jeden pos jazd za drugim staczał si˛ z Pagórka uwo˙ ac sytych, ale bardzo niezadowolonych e z˛ 39

hobbitów. Po tych go´ci, którzy niechcacy zamarudzili dłu˙ ej, przyszli (zamówies ˛ z ni w tym celu z góry) ogrodnicy z taczkami. Noc z wolna przemijała. Sło´ ce wstał wcze´niej ni˙ hobbici. Przed południem n s z zjawili si˛ (wezwani) pomocnicy, zeby uprzatna´ altany, stoły, krzesła, ły˙ ki, noe ˙ ˛ ˛c z ze, butelki, talerze, latarnie, donice z kwitnacymi krzewami, okruchy, papierki od ˙ ˛ cukierków, zapomniane torebki, r˛ kawiczki, chustki do nosa, a tak˙ e resztki poe z traw (bardzo skape). Potem zjawili si˛ inni hobbici (nie wzywani), a mianowicie ˛ e Bagginsowie, Boffinowie, Bolgerowie, Tukowie i przedstawiciele wszystkich rodzin zamieszkujacych stale lub chwilowo w bliskim sasiedztwie. Około południa, ˛ ˛ gdy nawet ci, co najwi˛ cej jedli i pili w nocy, stan˛ li znowu na nogach, zebrał e e si˛ w Bag End tłum go´ci — nie proszonych, lecz spodziewanych. Frodo czekał e s na progu u´miechni˛ ty, chocia˙ wyra´ nie znu˙ ony i zatroskany. Witał wszysts e z z z kich grzecznie, ale nie dowiedzieli si˛ od niego wiele wi˛ cej ni˙ poprzednio. Na e e z wszelkie pytania odpowiadał po prostu: „Pan Bilbo Baggins wyjechał. O ile mi wiadomo — na zawsze”. Cz˛ sc osób zaprosił do wn˛ trza domu, poniewa˙ Bilbo e´ ´ e z zostawił dla nich „słówko”. W sieni pi˛ trzyły si˛ paki i paczki rozmaitego kształtu oraz drobniejsze mee e ble. Na ka˙ dej paczce i na ka˙ dym sprz˛ cie widniała kartka. Napisy na kartkach z z e brzmiały mniej wi˛ cej tak: na parasolu — „Dla Adelarda Tuka, zeby miał wresze ˙ cie własny parasol — od Bilba”. Adelard bowiem wynosił zwykle z domu Bilba parasole gospodarza lub jego go´ci. s „Dla Dory Baggins ku pami˛ ci długotrwałej korespondencji — od kochajae ˛ cego Bilba” — na ogromnym koszu do papierów. Dora była siostra Droga i naj˛ starsza z zyjacych krewniaczek Bilba i Froda, miała dziewi˛ cdziesiat lat i do pół ˛ ˙ ˛ e´ ˛ wieku zda˙ yła zapisa´ całe ryzy papieru dobrymi radami. ˛z c „Dla Mila Burrows, w nadziei, ze mu si˛ przyda ten prezent od B.B.” — na ˙ e złotym piórze i butli atramentu. Milo z zasady nie odpowiadał na listy. „Do osobistego u˙ ytku Angeliki — od wuja Bilba” — na okragłym wkl˛ słym z ˛ e lusterku. Młoda Angelika Baggins nie taiła zachwytu dla własnej urody. „Do zbiorów Hugona Bracegirdle — od jednego z ofiarodawców” — na pustej półce bibliotecznej. Hugo cz˛ sto po˙ yczał ksia˙ ki, lecz oddawał je rzadziej e z ˛z jeszcze ni˙ inni hobbici. z „Dla Lobelii Baggins z Sackville — w prezencie” — na skrzynce ze srebrnymi ły˙ kami. Bilbo podejrzewał, ze lwia cz˛ sc srebrnych ły˙ ek, które zgin˛ ły z domu z ˙ ˛ e´ ´ z e podczas jego poprzedniej wyprawy, wzi˛ ła wła´nie Lobelia. Lobelia wiedziała doe s brze, jak uzasadnione sa te podejrzenia. Tote˙ zrozumiała przytyk błyskawicznie, ˛ z lecz równie błyskawicznie zabrała ły˙ ki. z Wymienili´my tylko par˛ wybranych podarków spo´ród mnóstwa podobnych. s e s W ciagu długiego zywota Bilba w jego siedzibie nagromadziło si˛ wiele ró˙ nych ˛ ˙ e z rzeczy. Nory hobbitów zwykle zagracaja si˛ z czasem, co w znacznej mierze przy˛ e pisa´ mo˙ na rozpowszechnionemu zwyczajowi obsypywania si˛ wzajem podarc z e 40

kami. Nie znaczy to oczywi´cie, by wszyscy bardzo si˛ wysilali na te urodzinowe s e prezenty, bywały w´ród nich stare mathomy niewiadomego przeznaczenia kra˙ as ˛z ˛ ce po całej okolicy. Bilbo wszak˙ e dawał zazwyczaj przedmioty specjalnie na ten z cel kupione i zatrzymywał wszystko, co od innych dostał. Tego dnia stara norka została co nieco uprzatni˛ ta z gratów. ˛ e Na ka˙ dym po˙ egnalnym darze przypi˛ ta była karteczka własnor˛ cznie przez z z e e Bilba wypisana, a niektóre z tych bilecików zawierały jaka´ aluzj˛ lub dowcip. ˛s e Przewa˙ nie jednak były to rzeczy przydatne i dla obdarzonego miłe. Bardzo doz brze wyszli na prezentach Bilba biedacy, zwłaszcza sasiedzi z Bagshot Row. Dzia˛ dunio Gamgee dostał dwa worki ziemniaków, nowa łopat˛ , wełniana kamize˛ e ˛ l˛ oraz butelk˛ ma´ci na obolałe stawy. S˛ dziwy Rory Brandybuck w podzi˛ ce e e s e e za hojna go´cinno´c otrzymał tuzin butelek najszlachetniejszego trunku: mocne ˛ s s´ ´ czerwone wino z winnic Południowej Cwiartki, stare i doskonałe, bo pochodza˛ ce jeszcze z piwniczki ojca Bilba. Po osuszeniu pierwszej butelki Rory wybaczył Bilbowi wszystko i odtad zawsze powtarzał, ze Bilbo to wspaniały hobbit. ˛ ˙ Dla Froda zostało wszelkiego dobra pod dostatkiem. Oczywi´cie przypadły s mu w udziale najcenniejsze sprz˛ ty, ksia˙ ki, obrazy i mnóstwo mebli. Niczyje e ˛z ´ oko wszak˙ e nie dostrzegło sladu ani znaku pieni˛ dzy lub klejnotów. W´ród prez e s zentów nie było najdrobniejszej bodaj monety czy cho´ by szklanego paciorka. c

Frodo niemało si˛ natrudził tego popołudnia. Po okolicy migiem rozniosła e
si˛ plotka, ze w Bag End rozdaja darmo cały dobytek. Wkrótce te˙ sciagnał tłum e ˙ ˛ z´ ˛ ˛ hobbitów, którzy nie mieli tu nic do roboty, lecz nie sposób było si˛ ich pozby´ . e c Pozdzierano nalepki, pomieszano prezenty, wybuchły kłótnie. Ten i ów próbował w sieni od razu wymienia´ rzeczy lub handlowa´ , a znale´ li si˛ i tacy, którzy c c z e usiłowali zw˛ dzi´ jakie´ drobiazgi nie dla nich przeznaczone lub chwytali, co im e c s pod r˛ k˛ wpadło, je´li rzecz wydawała si˛ wzgardzona przez innych czy te˙ po e e s e z prostu nie strze˙ ona. Taczki i wózki zabarykadowały drog˛ spod bramy. z e Po´ród tego zam˛ tu zjawili si˛ Bagginsowie z Sackville. Frodo wła´nie wtes e e s dy wycofał si˛ na chwil˛ pozostawiajac na stra˙ y swego przyjaciela, Merry’ego e e ˛ z Brandybucka. Gdy Otho gromkim głosem za˙ adał rozmowy z Frodem, Merry z˛ ukłonił si˛ grzecznie. e — Frodo jest niezdrów — powiedział. — Poszedł odpocza´ . ˛c — Schował si˛ , oczywi´cie — rzekła Lobelia. — Ale chcemy go widzie´ i nie e s c ustapimy. Prosz˛ mu to powiedzie´ . ˛ e c Merry zostawił ich na czas do´c długi w sieni, zda˙ yli wi˛ c odkry´ mi˛ dzy s´ ˛z e c e po˙ egnalnymi prezentami ły˙ ki przeznaczone dla Lobelii. Nie poprawiło im to z z humoru. Wreszcie zaproszono ich do gabinetu. Frodo siedział za stołem zarzuconym papierami. Sadzac z miny czuł si˛ rzeczywi´cie nieswojo — a w ka˙ dym ˛ ˛ e s z razie tak si˛ poczuł na widok Bagginsów z Sackville. Wstał z r˛ ka w kieszeni, co´ e e ˛ s 41

w niej jakby wymacujac. Ale rozmawiał z go´cmi bardzo uprzejmie. Bagginsowie ˛ s´ z Sackville zacz˛ li do´c napastliwie. Ofiarowali Frodowi najni˙ sze wyprzeda˙ owe e s´ z z ceny (jak przystoi mi˛ dzy przyjaciółmi) za rozmaite cenne i nie opatrzone nalepka e ˛ przedmioty. Kiedy Frodo odpowiedział, ze rozdaje wyłacznie rzeczy przez Bilba ˙ ˛ na ten cel przeznaczone, stwierdzili, ze cała sprawa wydaje si˛ mocno podejrzana. ˙ e — Jedno jest dla mnie jasne — rzekł Otho — a mianowicie, ze ty doskonale ˙ ˙ adam okazania mi testamentu. na tym wyjdziesz. Z ˛ Otho byłby spadkobierca Bilba, gdyby stary hobbit nie usynowił Froda. Prze˛ czytał dokument bardzo uwa˙ nie i prychnał gniewnie. Testament, na nieszcz˛ scie z ˛ e´ dla Otha, był jednoznaczny i prawomocny (sporzadzony zgodnie z hobbickimi ˛ ´ przepisami prawnymi, które mi˛ dzy innymi wymagały podpisów siedmiu swiade ków, i to koniecznie czerwonym atramentem). — I tym razem figa! — powiedział do swej mał˙ onki. — Po sze´cdziesi˛ ciu z s´ e latach oczekiwania! Ły˙ ki? Kpiny! — Strzepnał palcami tu˙ pod nosem Froda z ˛ z i wyniósł si˛ natychmiast. e Ale Lobelii trudniej było si˛ pozby´ . Gdy w jaki´ czas pó´ niej Frodo wszedł e c s z do hallu, zeby zobaczy´ , co si˛ tam dzieje, zastał Lobeli˛ , która jeszcze si˛ tu kr˛ ˙ c e e e e ciła myszkujac i w˛ szac po katach, i opukujac podłog˛ . Frodo stanowczo wypro˛ e ˛ ˛ ˛ e wadził ja za drzwi, uwolniwszy najpierw od brzemienia licznych drobnych (lecz ˛ cennych) przedmiotów, które dziwnym trafem znalazły si˛ w jej parasolce. Oblie cze Lobelii wykrzywiło si˛ w bolesnym napi˛ ciu, tak usilnie starała si˛ wymy´li´ e e e s c jaka´ druzgocaca po˙ egnalna zło´liwo´c; w braku lepszego pomysłu powiedziała ˛s ˛ ˛ z ˛ s s´ odwracajac si˛ w progu: ˛ e — Po˙ ałujesz tego jeszcze, młodzie´ cze! Dlaczego nie wyniosłe´ si˛ razem z n s e z Bilbem? Tutaj nie twoje miejsce. Nie jeste´ Bagginsem. Jeste´. . . jeste´ Brans s s dybuckiem! — Słyszałe´, Merry? To była obelga — rzekł Frodo zamykajac drzwi za Los ˛ belia. ˛ — To był komplement — odparł Merry Brandybuck. — I tak jak zwykle komplementy, nieprawdziwy.

Obeszli razem cała˛ nork˛ i przep˛ dzili trzech młodocianych hobbitów e e (dwóch Boffinów i jednego Bolgera), którzy w jednej z piwnic zaj˛ ci byli wye ´ bijaniem dziur w scianach. Frodo stoczył te˙ potyczk˛ z małym Sanchem Proudz e footem (wnukiem starego Oda), który rozpoczał wykopy w du˙ ej sypialni twier˛ z dzac, ze podłoga w tym miejscu dudni pustka. Legenda o złocie Bilba podniecała ˛ ˙ ˛ ciekawo´c i nadzieje; legendarne skarby (uzyskane w sposób tajemniczy, a kto s´ wie, czy nie wr˛ cz przest˛ pczy) staja si˛ , jak powszechnie wiadomo, własno´cia e e ˛ e s ˛ tego, kto je znajdzie, pod warunkiem, ze go nikt na poszukiwaniach nie zaskoczy. ˙ Po zwyci˛ stwie nad Sanchem i wyrzuceniu go z domu Frodo padł w hallu na fotel. e
42

— Czas zamkna´ sklepik — rzekł. — Zarygluj, Merry. Drzwi i nie otwieraj ˛c ju˙ dzisiaj nikomu, cho´ by walił taranem. z c I Frodo poszedł do kuchni, zeby si˛ wreszcie pokrzepi´ fili˙ anka herbaty. Led˙ e c z ˛ wie jednak usiadł, gdy u drzwi frontowych rozległo si˛ delikatne kołatanie. „Pewe nie Lobelia — pomy´lał. — Mo˙ e przyszła jej poniewczasie na my´l jaka´ nas z s s prawd˛ mordercza zniewaga i wraca, zeby mi ja powiedzie´ . Ale to nic pilnego”. e ˙ ˛ c Pił dalej herbat˛ . Pukanie powtórzyło si˛ , tym razem o wiele gło´niejsze, lecz e e s Frodo puszczał je mimo uszu. Nagle w oknie ukazała si˛ głowa Czarodzieja. e — Je˙ eli mi nie otworzysz, Frodo, wysadz˛ drzwi tak, ze przeleca przez nork˛ z e ˙ ˛ e na wylot i wyskocza po drugiej stronie Pagórka. ˛ — Gandalf! To ty, mój kochany! Ju˙ otwieram! — krzyknał Frodo p˛ dzac do z ˛ e ˛ hallu. — Prosz˛ , prosz˛ . My´lałem, ze to Lobelia. e e s ˙ — W takim razie jeste´ całkowicie usprawiedliwiony. Ale widziałem ja przed s ˛ chwila po drodze Nad Woda. Jechała bryczka, a min˛ miała taka, ze na jej widok ˛ ˛ ˛ e ˛ ˙ ´ z swie˙ o udojone mleko skwa´niałoby natychmiast. s — Ja tak˙ e omal nie skwa´niałem. Słowo daj˛ : ju˙ chciałem u˙ y´ Pier´cienia, z s e z z c s taka miałem ochot˛ znikna´ . ˛ e ˛c — Nie rób tego — rzekł Gandalf siadajac. — Bad´ ostro˙ ny z tym Pier´cie˛ ˛z z s niem. Wła´nie mi˛ dzy innymi po to przyszedłem, zeby ci jeszcze co´ na ten temat s e ˙ s powiedzie´ . c — Có˙ wi˛ c mi powiesz? z e — A co ju˙ wiesz? z — Tylko to, co mi Bilbo opowiedział. Słyszałem od niego cała histori˛ , jak ˛ e Pier´cie´ znalazł, jak go u˙ ywał. . . podczas wyprawy, oczywi´cie. s n z s — Ciekaw jestem, jaka wersj˛ ci opowiedział — rzekł Gandalf. ˛ e — No nie t˛ , która opowiedział krasnoludom i powtórzył w swojej ksia˙ ce e ˛ ˛z — odparł Frodo. — Mnie powiedział wszystko wkrótce po moim tu przybyciu. Mówił mi, ze ty, Gandalfie, wymogłe´ na nim prawd˛ , ale ze chce, abym ja znał ˙ s e ˙ ja równie˙ . „Mi˛ dzy nami nie trzeba sekretów, mój Frodo — rzekł — ale niech ˛ z e si˛ to dalej nie rozejdzie. W ka˙ dym razie Pier´cie´ jest moja własno´cia”. e z s n ˛ s ˛ — To bardzo interesujace — rzekł Gandalf. — A ty co my´lisz o tym wszyst˛ s kim? — Je˙ eli chodzi o t˛ zmy´lona wersj˛ , jakoby dostał Pier´cie´ w prezencie, no z e s ˛ e s n to my´l˛ , ze prawda jest o wiele bardziej prawdopodobna, i nie rozumiem, dlaczese ˙ go w ogóle ja inaczej przedstawiał. Nigdy bym si˛ po Bilbie tego nie spodziewał. ˛ e Wydaje mi si˛ , ze w tym tkwi co´ dziwnego. e ˙ s — Mnie si˛ te˙ tak wydaje. Ale osobom, które posiadaja taki skarb, zwykle e z ˛ zdarzaja si˛ dziwne rzeczy. . . je´li z niego robia u˙ ytek. Niech to b˛ dzie dla ciebie ˛ e s ˛ z e przestroga i skłoni ci˛ do wielkiej ostro˙ no´ci. Pier´cie´ ma zapewne inna jeszcze ˛ e z s s n ˛ władz˛ , nie tylko t˛ , ze pozwala ci znika´ , ilekro´ zechcesz. e e ˙ c c — Nie rozumiem — rzekł Frodo. 43

— Ja tak˙ e — odparł Czarodziej. — Zaczałem zastanawia´ si˛ nad tym dopiez ˛ c e ro od niedawna, wła´ciwie od wczorajszego wieczora. Martwi´ si˛ nie ma powos c e du. Ale je˙ eli zechcesz posłucha´ mojej rady, b˛ dziesz go u˙ ywał bardzo rzadko z c e z albo nawet wcale. W ka˙ dym za´ razie, prosz˛ ci˛ , nie rób z niego nigdy takiego z s e e u˙ ytku, który by mógł wywoła´ plotki albo wzbudzi´ podejrzenia. Powtarzam raz z c c jeszcze: pilnuj go dobrze i zachowuj w sekrecie. — Jaki´ ty dzisiaj tajemniczy, Gandalfie! Czego si˛ boisz? s e — Nie jestem zupełnie pewien, dlatego wol˛ nie mówi´ na razie nic. Kto wie, e c czy nie b˛ d˛ mógł powiedzie´ ci wi˛ cej po powrocie. Bo teraz ju˙ odchodz˛ . e e c e z e Tymczasem niech to starczy na po˙ egnanie. z Gandalf wstał. — Odchodzisz ju˙ ? — zawołał Frodo. — My´lałem, ze zostaniesz co najmniej z s ˙ przez tydzie´ . Liczyłem na twoja pomoc. n ˛ — Zamierzałem zosta´ , ale musiałem zmieni´ plany. Mo˙ liwe, ze b˛ d˛ w poc c z ˙ e e dró˙ y do´c długo, na pewno jednak do ciebie wróc˛ , jak si˛ da najpr˛ dzej. Ani z s´ e e e si˛ spodziewasz, kiedy mnie znów zobaczysz. W´lizn˛ si˛ cichcem. Niepr˛ dko e s e e e odwiedz˛ ten kraj jawnie. Zauwa˙ yłem, ze nie ciesz˛ si˛ tutaj zbytnia popularnoe z ˙ e e ˛ ´ ˛ scia. Hobbici powiadaja, ze przysparzam im kłopotów i zakłócam spokój. Niektó˛ ˙ rzy nawet oskar˙ aja mnie o porwanie Bilba czy bodaj o gorsze jeszcze sprawki. z ˛ Je´li chcesz wiedzie´ , to kra˙ a plotki, ze uknułem do spółki z toba spisek, by s c ˛z ˛ ˙ ˛ zawładna´ majatkiem Bilba. ˛c ˛ — Niektórzy? — krzyknał Frodo. — To znaczy Otho i Lobelia. Co za nik˛ czemno´c! Oddałbym ch˛ tnie Bag End i cała reszt˛ , byle odzyska´ Bilba i z nim s´ e ˛ e c razem włóczy´ si˛ po kraju. Kocham nasz Shire. Ale czasami załuj˛ , ze nie poc e ˙ e ˙ ´ szedłem w swiat z Bilbem. Wcia˙ sobie zadaj˛ pytanie, kiedy go znów zobacz˛ . ˛z e e — Ja tak˙ e — powiedział Gandalf. — Zadaj˛ sobie prócz tego wiele inz e nych pyta´ . Do widzenia, Frodo! Bad´ ostro˙ ny. Spodziewaj si˛ mnie szczególnie n ˛z z e w najbardziej niespodziewanych momentach. Do widzenia! Frodo odprowadził go do drzwi. Gandalf raz jeszcze podniósł r˛ k˛ na po˙ ee e z gnanie i ruszył przed siebie zdumiewajaco zwawym krokiem; Frodo jednak spo˛ ˙ strzegł, ze stary Czarodziej garbi si˛ wbrew swoim zwyczajom, jak gdyby przy˙ e tłoczony ci˛ zkim brzemieniem. Wieczór ju˙ zapadał i sylwetka starca w szarym e˙ z płaszczu szybko roztopiła si˛ w zmierzchu. Długi czas upłynał, nim go Frodo e ˛ ujrzał znowu.

ROZDZIAŁ II

´ ´ Cien przeszłosci
Plotki nie ucichły ani po dziewi˛ ciu, ani nawet po dziewi˛ cdziesi˛ ciu dziee e´ e
wi˛ ciu dniach. Przez rok z góra w Hobbitonie i w całym Shire gadano o powtóre ˛ nym znikni˛ ciu pana Bilba Bagginsa, a jeszcze dłu˙ ej zachowało si˛ wspomnienie e z e tego wypadku. Opowiadano o nim małym hobbitom wieczorami przy kominku i wreszcie Szalony Baggins, który znikał w huku i błysku gromu, a wracał z workami klejnotów i złota, stał si˛ ulubionym bohaterem legendy i zył w niej przez e ˙ długie lata, nawet wówczas, kiedy od dawna zapomniano o wszystkich prawdziwych zwiazanych z tym zdarzeniach. ˛ Na razie wszak˙ e powszechna opinia okolicy głosiła, ze Bilbo, zawsze troch˛ z ˙ e postrzelony, zwariował w ko´ cu do reszty i wyleciał w powietrze. niewatpliwie n ˛ spadł potem do stawu albo do rzeki i zginał tragiczna, aczkolwiek nie przed˛ ˛ wczesna smiercia. „Byle ten przekl˛ ty Czarodziej pozostawił Froda w spokoju, ˛´ ˛ e to mo˙ e jeszcze chłopak ustatkuje si˛ i wyjdzie na rozsadnego hobbita” — móz e ˛ ´ wiono. Wszelkie pozory swiadczyły, ze Czarodziej rzeczywi´cie zostawia Froda ˙ s w spokoju i ze Frodo si˛ ustatkował, jakkolwiek wcale nie dawał dowodów hob˙ e bickiego rozsadku. Przeciwnie, od poczatku robił, co mógł, zeby odziedziczy´ po ˛ ˛ ˙ c wuju równie˙ reputacj˛ dziwaka. Nie chciał wło˙ y´ załoby i w nast˛ pnym roku z e z c˙ e wydał przyj˛ cie dla uczczenia sto dwunastych urodzin Bilba. Zaprosił dwudziee ´ stu hobbitów i uraczył ich sniadaniem, obiadem, podwieczorkiem oraz kolacja, ˛ a podczas wszystkich tych posiłków — wedle hobbickiego wyra˙ enia — jadło z sypało si˛ jak lawina, a trunki lały jak deszcz. e ´ e Niejeden hobbit gorszył si˛ , lecz Frodo nie odst˛ pował od zwyczaju swi˛ cenia e e co rok urodzin Bilba. Mówił, ze nie przypuszcza, aby wuj umarł. Gdy go pytano, ˙ gdzie wobec tego Bilbo przebywa, wzruszał tylko ramionami. ˙ Zył samotnie, wzorem Bilba, lecz miał sporo przyjaciół, szczególnie w´ród s młodszych hobbitów (zwłaszcza mi˛ dzy potomstwem Starego Tuka), którzy za e swych dziecinnych lat lubili Bilba i cz˛ sto odwiedzali Bag End. Do tego grona e nale˙ eli Folko Boffin i Fredegar Bolger, ale najserdeczniejszymi druhami Froda z byli Peregrin Tuk (zwany potocznie Pippinem) i Merry Brandybuck (jego imi˛ e 45

brzmiało wła´ciwie Meriadok, rzadko jednak o tym pami˛ tano). Z nimi to Frodo s e w˛ drował po całym kraju, lecz cz˛ sciej jeszcze wał˛ sał si˛ samopas; ku zdumieniu e e´ e e rozsadnych hobbitów spotykano go nieraz w gwia´ dziste noce z dala od domu ˛ z po´ród wzgórz i lasów. Merry i Pippin podejrzewali, ze Frodo odwiedza niekiedy s ˙ elfy, podobnie jak dawniej Bilbo. Z biegiem lat zacz˛ to o nim mówi´ , ze „dobrze si˛ trzyma”, wygladał bowiem e c ˙ e ˛ wcia˙ na krzepkiego i energicznego hobbita, który ledwie wyrósł z lat chłopi˛ ˛z e cych. „Jak si˛ komu´ szcz˛ sci, to ju˙ we wszystkim” — mówili sasiedzi. Ale e s e´ z ˛ dopiero gdy Frodo zbli˙ ył si˛ do pi˛ cdziesiatki, wieku u hobbitów ju˙ wi˛ kszej z e e´ ˛ z e stateczno´ci, zacz˛ to si˛ dziwi´ na dobre. s e e c Sam Frodo ochłonawszy po wstrzasie przekonał si˛ , ze samodzielno´c oraz ˛ ˛ e ˙ s´ rola pana Bagginsa z Bag End to rzeczy do´c przyjemne. Przez kilka lat czuł si˛ s´ e szcz˛ sliwy i niewiele my´lał o przyszło´ci. Ale chocia˙ nie zdawał sobie z tego e´ s s z jasno sprawy, z ka˙ dym rokiem bardziej załował, ze nie poszedł wraz z Bilbem z ˙ ˙ ´ w swiat. Przyłapywał si˛ niekiedy — zwłaszcza jesienia — na marzeniach o dzie ˛ kich krajach, a w snach zwidywały mu si˛ dziwne góry, których nidgy w rzeczye wisto´ci nie widział. Mówił sobie: „Mo˙ e kiedy´ i ja przeprawi˛ si˛ przez Rzek˛ ”. s z s e e e Ale druga połowa jego duszy odpowiadała zawsze: „Jeszcze nie dzi´”. s Tak min˛ ła mu czterdziestka i zbli˙ ały si˛ pi˛ cdziesiate urodziny; pi˛ cdziee z e e´ ˛ e´ siatk˛ uwa˙ ał za liczb˛ znamienna (czy mo˙ e wr˛ cz gro´ na), bo przecie˙ w tym ˛ e z e ˛ z e z ˛ z wła´nie wieku Bilbo dał si˛ niespodzianie porwa´ przygodzie. Ogarnał wi˛ c Fros e c ˛ e ´ z da niepokój, a stare scie˙ ki zdawały si˛ mu teraz zbyt wydeptane. Przygladał si˛ e ˛ e mapom rozmy´lajac, co te˙ znajduje si˛ poza ich marginesem; na mapach, spos ˛ z e rzadzanych w Shire, za granicami kraju widniały tylko białe plamy. Frodo zaczał ˛ ˛ coraz dalej wypuszcza´ si˛ na w˛ drówki i coraz cz˛ sciej włóczył si˛ samotnie. c e e e´ e Merry i wszyscy przyjaciele obserwowali go z niepokojem. Nieraz widywano go gaw˛ dzacego z obcymi w˛ drowcami, którzy podówczas licznie pojawiali si˛ e ˛ e e w Shire.

Kra˙ yły pogłoski, ze gdzie´ w swiecie dzieja˛ si˛ dziwne rzeczy. Gandalf do˛z ˙ s ´ e
tychczas, po tylu latach, nie wrócił ani nie przysłał wie´ci, Frodo wi˛ c sam starał s e si˛ jak mógł o nowiny. Elfy, rzadko odwiedzajace Shire, teraz ciagn˛ ły wieczoe ˛ ˛ e rami przez lasy na zachód, ale nie widywano, by wracały; zapytywane, kr˛ ciły e ´ tylko głowami i szły dalej spiewajac sm˛ tnie. Krasnoludów natomiast widywano ˛ e wi˛ cej ni˙ kiedykolwiek. e z Oczywi´cie, wielki szlak na zachód przecinał Shire i biegł przez most na Brans dywinie, tote˙ krasnoludy zawsze t˛ dy od czasu do czasu chadzały. Od nich to z e czerpano głównie wiadomo´ci z odległych stron — o ile hobbici w ogóle raczyli s si˛ nimi interesowa´ . Zwykle krasnoludy mało mówiły, a hobbici jeszcze mniej e c zadawali pyta´ . Teraz jednak Frodo cz˛ sto spotykał dziwnych krasnali, odmienn e 46

nych nieco od znanych mu dotychczas, a przybywajacych z południa. Byli zatro˛ skani, a ten i ów szeptał co´ o Nieprzyjacielu i o Krainie Mordor. s Nazw˛ t˛ znali hobbici jedynie z legend ponurej przeszło´ci, przetrwała ona e e s niby cie´ na dnie ich pami˛ ci, a brzmiała złowieszczo i niepokojaco. Pono´ złe n e ˛ c moce, wygnane prze Biała Rad˛ z Mrocznej Puszczy, zebrały si˛ w wi˛ kszej jesz˛ e e e cze pot˛ dze w starych warowniach Mordoru. Kra˙ yły wie´ci, ze odbudowana zoe ˛z s ˙ stała Czarna Wie˙ a. Stamtad władza złych sił rozpo´cierała si˛ daleko i szeroko, z ˛ s e a na wschodzie i południu toczyły si˛ wojny i rosła groza. Orkowie znów roze mno˙ yli si˛ w górach. Trolle grasowały, a nie były ju˙ t˛ pe jak ongi, lecz stały z e z e si˛ przebiegłe i uzbroiły si˛ morderczym or˛ zem. szeptano tak˙ e o jaki´ stworach e e e˙ z s jeszcze gro´ niejszych, które nie miały nazwy. z

Niewiele z tego wszystkiego docierało oczywi´cie do uszu przeci˛ tnych hobs e
bitów. Lecz co´ nieco´ usłyszeli nawet najbardziej głusi i najszczelniej zamkni˛ ci s s e w swoich norach; ci za´, których interesy zmuszały do wypraw na pogranicze s kraju — widywali dziwne rzeczy. Rozmowa, która toczyła si˛ „Pod Zielonym e Smokiem” Nad Woda pewnego wiosennego wieczora roku pi˛ cdziesiatych uro˛ e´ ˛ dzin Froda, jest dowodem, ze pogłoski dotarły nawet do najcichszych zakatków ˙ ˛ ´ Shire’u, jakkolwiek wi˛ kszo´c hobbitów wcia˙ jeszcze przyjmowała je smiechem. e s´ ˛z W kacie przy oknie siedział Sam Gamgee, a naprzeciw niego Ted Sandyman, syn ˛ młynarza; inni hobbici, okoliczni wie´niacy, przysłuchiwali si˛ ich rozmowie. s e — Co tu mówi´ , dziwne rzeczy słyszy si˛ ostatnimi czasy — powiedział Sam. c e — Ech! — odparł Ted. — Słyszy, kto chce słucha´ . Ja tam, je´li mi si˛ chce c s e dziwów, wol˛ w domu stare gadki przy kominie i bajki dla dzieci. e — Masz racj˛ — rzekł Sam. — Wi˛ cej w tych bajkach prawdy, ni˙ ci si˛ zdaje. e e z e Kto je wymy´lił? We´ na przykład smoki. . . s z — Dzi˛ kuj˛ pi˛ knie, nie wezm˛ — odparł Ted. — Słyszałem o smokach, kiee e e e dy byłem smarkaczem, ale nie ma powodu, zeby w nie wierzy´ . Nad Woda w ka˙ ˙ c ˛ z dym razie jest tylko jeden smok, i to zielony! — zako´ czył wywołujac ogólny n ˛ ´ smiech na sali. ´ — Prawda! — rzekł Sam smiejac si˛ razem z wszystkimi. — Ale co powiesz ˛ e o tych drzewoludach, o tych olbrzymach, czy jak ich tam nazwa´ ? Powiadaja, ze c ˛ ˙ jednego takiego widziano niedawno za Północnymi Moczarami i ze był wy˙ szy ˙ z ni˙ drzewa. z — Kto powiada? — Cho´ by mój krewniak Hal. Pracuje u pana Boffina za Pagórkiem i chadza c ´ na polowania do Północnej Cwiartki. Hal widział tego olbrzyma. — Gada byle gada´ . Hal zawsze niby co´ widzi, a najpewniej to, czego nie c s ma. — Ten był podobno wysoki jak wiaz, a co krok zrobił, to siedem łokci prze˛ 47

skoczył tak lekko, jakby to był jeden cal. — Bo te˙ pewnie to nie był nawet jeden cal. Zało˙ e si˛ , ze chłopak widział po z z˛ e ˙ prostu wielki wiaz. ˛ — Kiedy bo on szedł, mówi˛ ci! — odparł Sam. — A zreszta, na Północnych e ˛ Moczarach nie ma wiazów. ˛ — No, to Hal nawet wiazu nie widział — rzekł Ted. Słuchacze za´mieli si˛ ˛ s e i przyklasn˛ li, uwa˙ ajac, ze Ted przegadał Sama. e z ˛ ˙ — Mów sobie, co chcesz — powiedział Sam — ale nie zaprzeczysz, ze prócz ˙ Hala inni te˙ widuja dziwnych podró˙ nych, co przez Shire ciagna. A zauwa˙ , ze z ˛ z ˛ ˛ z ˙ byłoby ich wi˛ cej jeszcze, gdyby wielu nie zawracano od naszej granicy. Nigdy e stra˙ graniczna nie miała tyle roboty, co teraz. A słyszałem te˙ , ze elfy w˛ druja z z ˙ e ˛ na zachód. Podobno ida do portów, gdzie´ a˙ za Białe Wie˙ e. — Mówiac to Sam ˛ s z z ˛ wskazał ramieniem jaki´ niewyra´ ny kierunek, ani on bowiem, ani nikt z obecs z nych nie wiedział dokładnie, jak daleko jest z Shire’u do Morza, le˙ acego gdzie´ z˛ s za starymi wie˙ ami na zachód od granic kraju. Dawna tradycja głosiła jednak, ze z ˙ istnieje tam Szara Przysta´ , z której niegdy´ wypłyn˛ ły statki elfów, by nigdy ju˙ n s e z nie powróci´ . c — Płyna, płyna, płyna za Morze, ida na zachód i porzucaja nas — rzekł Sam ˛ ˛ ˛ ˛ ˛ ´ niemal spiewnie i potrzasnał głowa uroczy´cie i smutno. ˛ ˛ ˛ s Ale Ted si˛ roze´miał. e s — Ano, to nic nowego, je´li wierzy´ starym bajkom. Nie wiem te˙ , dlaczego s c z ty albo ja mieliby´my si˛ z tego powodu martwi´ . Niech sobie płyna! Zało˙ e si˛ s e c ˛ z˛ e zreszta, ze´ ich na morzu nie widział. Nikt z Shire’u tego nie widział na własne ˛ ˙ s oczy. — Bo ja wiem. . . — w zamy´leniu odparł Sam. Kiedy´ wydało mu si˛ w les s e sie, ze widzi elfa, i nie stracił dotychczas nadziei, ze zobaczy ich jeszcze w zyciu ˙ ˙ ˙ wi˛ cej. Z wszystkich legend, jakie za młodu słyszał, najwi˛ ksze wra˙ enie zrobiły e e z na nim strz˛ py na pół zapomnianych opowie´ci o elfach, przechowujace si˛ w´ród e s ˛ e s hobbitów. — Sa nawet w naszej okolicy hobbici, którzy przyja´ nia si˛ z elfami ˛ z ˛ e i dostaja od nich wiadomo´ci — rzekł. — Na przykład pan Baggins, mój praco˛ s dawca. Mówił mi, ze elfy odpływaja, a on wie o nich co´ nieco´. Stary pan Bilbo ˙ ˛ s s wiedział wi˛ cej; nieraz z nim o tym rozmawiałem, kiedy byłem małym chłopcem. e — No, ci obaj maja bzika — odparł Ted. — W ka˙ dym razie stary Bilbo miał ˛ z bzika, a Frodo zaczyna bzikowa´ . Je˙ eli do nich b˛ dziesz chodzi´ po wiadomo´ci, c z e c s to ci nigdy bajek nie zabraknie. A teraz, przyjaciele, czas mi ju˙ do domu. Wasze z zdrowie! — Osuszył kufel i wyszedł hała´liwie. s Sam siedział w milczeniu, nic ju˙ wi˛ cej nie mówiac. Miał o czym my´le´ . z e ˛ s c Po pierwsze o tym, ze w ogrodzie Bag End jest du˙ o do roboty i ze czeka go ˙ z ˙ nazajutrz pracowity dzie´ , je˙ eli pogoda si˛ poprawi. Trawa ro´nie szybko. Sam n z e s jednak my´lał nie tylko o ogrodnictwie. Po chwili westchnał, wstał i wyszedł s ˛ z gospody. Był poczatek kwietnia, niebo rozja´niło si˛ po deszczu. Sło´ ce ju˙ ˛ s e n z 48

stało nisko, chłodny, blady wieczór spokojnie roztapiał si˛ w noc. Sam szedł pod e pierwszymi gwiazdami przez cały Hobbiton, a pó´ niej na Pagórek ku domowi, z z cicha, w zamy´leniu pogwizdujac. s ˛

W tym wła´nie czasie po długiej nieobecno´ci wrócił Gandalf. Od dnia uros s
dzinowej zabawy przez trzy lata nie pokazywał si˛ wcale. Potem wpadł do Froda e ´ na krótko, przyjrzał mu si˛ uwa˙ nie i znów ruszył w swiat. W ciagu nast˛ pnych e z ˛ e dwóch lat bywał do´c cz˛ sto, zjawiał si˛ niespodziewanie po zmierzchu i bez pos´ e e ´ zegnania znikał przed switem. Nie chciał nic mówi´ o swoich zaj˛ ciach i podró˙ c e zach, zdawało si˛ , ze ciekaw jest nade wszystko błahych wiadomo´ci o zdrowiu ˙ e ˙ s i trybie zycia Froda. ˙ Nagle wizyty si˛ urwały. Od dziewi˛ ciu lat Frodo nie widział Czarodzieja e e ani o nim nie słyszał, a˙ wreszcie zaczał podejrzewa´ , ze Gandalf ju˙ nigdy nie z ˛ c ˙ z wróci, ze przestał si˛ interesowa´ hobbitami. Tego wszak˙ e wieczora, kiedy Sam ˙ e c z o zmierzchu szedł ku domowi, u okna gabinetu Froda rozległo si˛ znajome kołae tanie. Frodo powitał starego przyjaciela ze zdumieniem i szczera rado´cia. Bacznie ˛ s ˛ przyjrzeli si˛ sobie nawzajem. e — Wszystko w porzadku, co? — spytał Gandalf. — Nic si˛ nie zmieniłe´, mój ˛ e s Frodo. — Ty tak˙ e — odparł Frodo, ale w gł˛ bi serca pomy´lał, ze Gandalf postaz e s ˙ rzał si˛ i twarz ma bardziej ni˙ dawniej zatroskana. Zaczał wi˛ c nalega´ , by mu e z ˛ ˛ e c ´ Czarodziej opowiedział o sobie i o szerokim swiecie. Wkrótce rozgadali si˛ i do e pó´ na w noc nie mogli si˛ do´c nagada´ . z e s´ c ´ Nazajutrz po pó´ nym sniadaniu Czarodziej siedział z Frodem pod otwartym z oknem w gabinecie. Na kominku palił si˛ wesoło ogie´ , lecz sło´ ce mocno ju˙ e n n z ´ przygrzewało, a wiatr dmuchał od południa. Swiat l´nił swie˙ o´cia, młoda wios ´ z s ˛ senna ziele´ puszczała si˛ na polach i na gał˛ ziach drzew. n e e Gandalf my´lał o innej wio´nie, sprzed osiemdziesi˛ ciu lat, kiedy to Bilbo s s e wybiegł ze swego domu bez chustki do nosa. Dzi´ Czarodziej włosy miał mo˙ e s z bielsze ni´ li wówczas, brod˛ dłu˙ sza i brwi jeszcze bardziej krzaczaste, a twarz z e z ˛ poznaczona zmarszczkami trosk i madro´ci, lecz oczy błyszczały mu tak samo, ˛ ˛ s ´ a cmił fajk˛ i puszczał kółka z dymu z nie mniejszym ni˙ dawniej zapałem i przye z jemno´cia. Palił teraz w milczeniu, a i Frodo nie odzywał si˛ , zatopiony w mys ˛ e ´ slach. Mimo blasku poranka dostrzegał czarny cie´ wie´ci, które przyniósł Gann s dalf. Wreszcie przerwał cisz˛ . e — Tej nocy zaczałe´ mi opowiada´ dziwne rzeczy o moim Pier´cieniu, Gan˛ s c s dalfie — rzekł. — Potem umilkłe´, bo, jak mówiłe´, z takimi sprawami lepiej s s 49

czeka´ na swiatło dzienne. Czy nie sadzisz, ze powiniene´ teraz doko´ czy´ histoc ´ ˛ ˙ s n c rii? Powiedziałe´, ze Pier´cie´ jest niebezpieczny, o wiele bardziej niebezpieczny, s ˙ s n ni˙ przypuszczam. Czym wi˛ c mi grozi? z e — Wielu ró˙ nymi niebezpiecze´ stwami — odparł Czarodziej. — Jest pot˛ zz n e˙ niejszy, ni˙ smiałem si˛ zrazu domy´la´ , tak pot˛ zny, ze w ko´ cu owładnałby z ´ e s c e˙ ˙ n ˛ ka˙ da smiertelna istota, która by go miała w posiadaniu. To on by posiadł swoz ˛´ ˛ ˛ jego wła´ciciela. Dawnymi czasy w Eregionie wyrabiano wiele takich zaczaros wanych, magicznych, jak to si˛ mówi, pier´cieni, ale były w´ród nich oczywi´cie e s s s rozmaite: jedne bardziej, inne mniej pot˛ zne. Te słabsze stanowiły jakby tylko e˙ wprawki w rzemio´le nie rozwini˛ tym jeszcze w pełni i były dla kowali elfów s e ´ zaledwie zabawka, lecz moim zdaniem niebezpieczna dla zwykłych smiertelni˛ ˛ ków. No, a Wielkie Pier´cienie, Pier´cienie Władzy, sa wr˛ cz gro´ ne. Widzisz, s s ˛ e z ´ Frodo, smiertelnik, który ma jeden z tych Wielkich Pier´cieni, nie umiera, lecz s nie ro´nie tak˙ e ani nie zyskuje wi˛ kszej zywotno´ci, po prostu trwa, a˙ wreszcie s z e ˙ s z nu˙ y go ka˙ da minuta. Je˙ eli za´ cz˛ sto u˙ ywa Pier´cienia, zeby si˛ ukry´ przed z z z s e z s ˙ e c wzrokiem innych stworze´ , w ko´ cu zanika, staje si˛ ju˙ trwale niewidzialny, zyn n e z ˙ je w półmroku, widziany tylko przez ciemne moce, które rzadza Pier´cieniami. ˛ ˛ s Tak, wcze´niej lub pó´ niej — pó´ niej, je´li od poczatku był silny i miał dobra s z z s ˛ ˛ wol˛ ; lecz ani siła, ani dobra wola nie ostanie si˛ w ko´ cu, i wcze´niej lub pó´ niej e e n s z ciemne moce go pochłona. ˛ — Jakie˙ to okropne! — rzekł Frodo. z Na długa chwil˛ zapadła cisza. Z ogrodu dobiegał szcz˛ k no˙ yc, bo Sam Gam˛ e e z gee strzygł trawnik. — Od jak dawna wiesz o tym? — spytał wreszcie Frodo. — I co z tego wszystkiego wiedział Bilbo? — Jestem przekonany, ze Bilbo nie wiedział nic ponad to, co ci mówił — rzekł ˙ Gandalf. — Z pewno´cia, mimo ze obiecałem mu czuwa´ nad toba, nie powierzyłs ˛ ˙ c ˛ by ci nic takiego, co uwa˙ ałby za gro´ b˛ dla twego bezpiecze´ stwa. My´lał, ze ten z z e n s ˙ Pier´cie´ jest bardzo pi˛ kny i bardzo u˙ yteczny w potrzebie, a siebie samego wis n e z nił za to, ze dzieje si˛ z nim co´ dziwnego. Powiedział mi, ze Pier´cie´ natr˛ tnie ˙ e s ˙ s n e narzuca si˛ jego my´lom, ze wcia˙ si˛ niepokoi o ten swój skarb, ale nie podejrzee s ˙ ˛z e wał, ze to Pier´cie´ jest sprawca zła. A jednak zauwa˙ ył, ze trzeba go pilnowa´ , ˙ s n ˛ z ˙ c ze Pier´cie´ zmienia rozmiar i wag˛ , kurczy si˛ albo rozszerza w niepoj˛ ty sposób ˙ s n e e e i umie nagle zsuna´ si˛ z palca, który przedtem mocno obciskał. ˛c e — Tak, ostrzegł mnie przed tym w po˙ egnalnym li´cie — powiedział Frodo z s — dlatego zawsze trzymam Pier´cie´ na ła´ cuszku. s n n — Bardzo rozumnie — rzekł Gandalf. — Lecz sprawy własnej długowieczno´ sci Bilbo wcale nie kojarzył z tym Pier´cieniem. Cała zasług˛ przypisywał swojej s ˛ e krzepie i bardzo si˛ nia chełpił. Mimo to ogarnał go ostatnio niepokój i czuł si˛ e ˛ ˛ e nieswój: cienki i rozciagni˛ ty, jak mówił. Znak, ze Pier´cie´ zdobywał nad nim ˛ e ˙ s n władz˛ . e 50

— Od jak dawna wiedziałe´ to wszystko? — spytał znowu Frodo. s — Co wiedziałem? — rzekł Gandalf. — Wiedziałem o wielu rzeczach, o których tylko M˛ drcy wiedza. Ale je˙ eli pytasz, co wiedziałem o tym wła´nie Piere ˛ z s ´ scieniu, no, to mog˛ si˛ przyzna´ , ze jeszcze i dzi´ nie wiem nic pewnego. Musz˛ e e c ˙ s e przeprowadzi´ ostatnia prób˛ . Nie watpi˛ jednak, ze zgadłem trafnie. A kiedy c ˛ e ˛ e ˙ zaczałem si˛ po raz pierwszy domy´la´ prawdy? — Czarodziej zadumał si˛ , szu˛ e s c e kajac odpowiedzi w swej pami˛ ci. — Zaraz. . . zaraz. . . Bilbo znalazł Pier´cie´ ˛ e s n w tym samym roku, kiedy Biała Rada wygnała ciemne moce z Mrocznej Puszczy, na krótko przed Bitwa Pi˛ ciu Armii. Ju˙ wtedy cie´ zakradł si˛ do mego ˛ e z n e serca, chocia˙ nie wiedziałem, czego wła´ciwie si˛ l˛ kam. Cz˛ sto zastanawiałem z s e e e si˛ , w jaki sposób Gollum dostał w swoje r˛ ce Wielki Pier´cie´ , bo ze to był e e s n ˙ Wielki Pier´cie´ , od poczatku zdawało si˛ niewatpliwe. Pó´ niej usłyszałem z ust. s n ˛ e ˛ z Bilba dziwna histori˛ o „wygraniu” Pier´cienia i nie mogłem w nia uwierzy´ . ˛ e s ˛ c Kiedy w ko´ cu wydobyłem cała prawd˛ , zrozumiałem natychmiast, ze Bilbo stan ˛ e ˙ rał si˛ udowodni´ niezbicie swoje prawo do tego klejnotu. Tak samo jak Gollum, e c który mówił, ze dostał go w prezencie na urodziny. Podobie´ stwo tych dwóch ˙ n kłamstw nie dawało mi spokoju. Zrozumiałem, ze Pier´cie´ ma w sobie trujaca ˙ s n ˛ ˛ moc, która od pierwszej chwili oddziaływa na ka˙ dego, kto go posiadzie. To było z ˛ pierwsze powa˙ ne ostrze˙ enie, ze nie wszystko jest w porzadku. Nieraz powtaz z ˙ ˛ rzałem twojemu wujowi, ze lepiej takich pier´cieni nie u˙ ywa´ , ale przyjmował ˙ s z c te rady niech˛ tnie, a wkrótce nawet zaczał si˛ za nie gniewa´ . Niewiele wi˛ cej e ˛ e c e mogłem zrobi´ . Nie mogłem odebra´ mu Pier´cienia, bo wynikłyby tym gorsze c c s nieszcz˛ scia; zreszta nie miałem prawa. Pozostało tylko czeka´ i czuwa´ . Mo˙ e e´ ˛ c c z powinienem był zasi˛ gna´ rady u Sarumana Białego, ale zawsze mnie co´ od tego e ˛c s powstrzymywało. — Kto to jest? — spytał Frodo. — Nigdy o nim nie słyszałem. — Mo˙ liwe — odparł Gandalf — bo on nie zajmował si˛ ani nie zajmuje hobz e bitami. To wielka osobisto´c w´ród M˛ drców. Głowa naszego bractwa i przewods´ s e niczacy Rady. Ma gł˛ boka wiedz˛ , ale dum˛ nie mniejsza, wi˛ c nie znosi, by kto´ ˛ e ˛ e e ˛ e s wtracał si˛ do jego spraw. Wiedza o zaczarowanych pier´cieniach, czy to wielkich, ˛ e s czy małych, stanowi jego własna dziedzin˛ . Z dawna ja studiuje poszukujac zagu˛ e ˛ ˛ bionego sekretu tej sztuki. Kiedy jednak na radzie dysputowano o Pier´cieniach, s nie ujawnił ze swej wiedzy nic, co by potwierdzało moje obawy. To u´piło moje s watpliwo´ci, chocia˙ nie był to sen spokojny. Dalej czuwałem i czekałem. Bilbo, ˛ s z jak si˛ zdawało, miewał si˛ dobrze, a lata płyn˛ ły. Tak, lata płyn˛ ły, lecz nie wye e e e rzadzały mu zadnej szkody. Nie zna´ było po nim podeszłego wieku. Znowu cie´ ˛ ˙ c n padł na moje serce. Mówiłem sobie jednak: „No, có˙ , Bilbo przecie˙ pochodzi po z z kadzieli z długowiecznej rodziny. Jeszcze ma czas. Czekajmy!” I czekałem. A˙ ˛ z do owego wieczora, kiedy Bilbo opu´cił swój dom. To, co wówczas mówił i ros bił, przeraziło mnie tak, ze ju˙ zadne słowa Sarumana nie mogły mnie uspokoi´ . ˙ z˙ c Wreszcie przekonałem si˛ , ze bez watpienia działa tu jaka´ ciemna, gro´ na siła. e ˙ ˛ s z 51

Wi˛ kszo´c lat, które odtad min˛ ły, po´wi˛ ciłem na wykrycie prawdy. e s´ ˛ e s e — Ale szkoda nie jest chyba nie do naprawienia? — spytał Frodo zatroskany. — Z czasem Bilbo wróci do siebie, prawda? Chodzi mi o to, czy odnajdzie spokój? ´ — Od razu poczuł si˛ lepiej — rzekł Gandalf. — Ale jedna tylko na swiecie e Pot˛ ga wie wszystko o Pier´cieniach i o ich wpływie. Nie ma za´, o ile mi wiae s s ´ domo, na całym swiecie Pot˛ gi, która by wiedziała wszystko o hobbitach. Po´ród e s M˛ drców tylko ja badam sprawy hobbitów: to skromna gała´ wiedzy, lecz pełna e ˛z niespodzianek. Hobbici sa mi˛ kcy jak masło, a przecie˙ staja si˛ czasem twar˛ e z ˛ e dzi jak korzenie starego drzewa. My´l˛ , ze niektórzy z nich potrafia opiera´ si˛ se ˙ ˛ c e władzy Pier´cienia znacznie dłu˙ ej, ni˙ przypuszcza wielu M˛ drców. Tote˙ mos z z e z im zdaniem nie ma powodu martwi´ si˛ o Bilba. Oczywi´cie, miał ten Pier´cie´ c e s s n przez długie lata i u˙ ywał go, b˛ dzie wi˛ c pewnie trzeba czeka´ do´c długo, nim z e e c s´ otrza´nie si˛ całkowicie z jego wpływu, to znaczy, nim b˛ dzie mógł bez niebez˛s e e piecze´ stwa znów go zobaczy´ . Ale poza tym mo˙ e zy´ szcz˛ sliwie przez wiele n c z ˙ c e´ jeszcze lat, po prostu b˛ dzie wcia˙ takim samym hobbitem, jak w chwili rozstania e ˛z z Pier´cieniem. Bo wyrzekł si˛ go w ko´ cu z własnej woli: to bardzo wa˙ ne. Nie, s e n z o Bilba ju˙ si˛ przestałem martwi´ , odkad wyzbył si˛ Pier´cienia. To za ciebie z e c ˛ e s czuj˛ si˛ teraz odpowiedzialny. Od tamtego wieczora, gdy Bilbo odszedł, z gł˛ boe e e ka troska my´l˛ o tobie i o wszystkich uroczych, niemadrych, bezradnych hobbi˛ ˛ se ˛ ´ tach. Bolesny by to był cios dla swiata, gdyby ciemne moce zawładn˛ ły Shire’em; e gdyby poczciwi, weseli, głupi Bolgerowie, Hornblowerowie, Boffinowie, Bracegirdle’owie i wszyscy inni, nie mówiac ju˙ o smiesznych Bagginsach, popadli ˛ z ´ w niewol˛ . e Frodo zadr˙ ał z — Dlaczego miałoby to nas spotka´ ? — spytał. — Czy ON by chciał takich c niewolników? — Je´li chcesz wiedzie´ prawd˛ — odparł Gandalf — my´l˛ , ze jak dotad — s c e se ˙ ˛ zauwa˙ : jak dotad! — wcale nie spostrzegł istnienia hobbitów. Powinni´cie si˛ z ˛ s e z tego cieszy´ . Ale era bezpiecze´ stwa dla was si˛ sko´ czyła. On was nie poc n e n trzebuje — ma do´c sług i to bardziej u˙ ytecznych — lecz ju˙ teraz o was nie s´ z z zapomni. Wolałby widzie´ hobbitów w nieszcz˛ sciu i pod jarzmem ni˙ szcz˛ slic e´ z e´ ´ wych i wolnych. Pami˛ taj, ze istnieje na swiecie zło´liwo´c i zemsta. e ˙ s s´ — Zemsta? — rzekł Frodo. — Za co? Wcia˙ jeszcze nie rozumiem, co to ma ˛z wspólnego z Bilbem, ze mna i z naszym Pier´cieniem. ˛ s — Bardzo du˙ o — odparł Gandalf. — Nie wiesz dotychczas nic o najistotz niejszym niebezpiecze´ stwie. Ale si˛ dowiesz. Ja sam nie byłem jeszcze tego pen e wien, kiedy odwiedzałem twój dom poprzednim razem, dzi´ jednak pora, bym ci s

52

wszystko powiedział. Daj mi na chwil˛ Pier´cie´ . e s n

Frodo wyciagnał Pier´cie´ z kieszeni spodni, gdzie spoczywał umocowany ˛ ˛ s n
na ła´ cuszku zwisajacym od pasa. Odpiał go i powolnym gestem podał Gandalfon ˛ ˛ wi. Pier´cie´ nagle zacia˙ ył mu na dłoni, jakby nie zyczył sobie dotkni˛ cia Czas n ˛z ˙ e rodzieja. . . A mo˙ e to Frodo wzdragał si˛ powierzy´ go staremu przyjacielowi? z e c Czarodziej podniósł klejnot w palcach. Obraczka była z czystego, szlachetnego ˛ złota. — Czy dostrzegłe´ na nim jaki´ znak? — spytał. s s — Nie — rzekł Frodo. — Nic nie ma. Gładkie złoto, nie zna´ na nim zadnej c ˙ ´ rysy ani sladów czasu. — A wi˛ c patrz! e Ku zdumieniu i rozpaczy Froda Czarodziej nagle cisnał Pier´cie´ w zar zgro˛ s n ˙ madzony w kacie kominka. Frodo krzyknał i chwycił szczypce, ale Gandalf go ˛ ˛ powstrzymał. — Czekaj! — rzucił tonem rozkazu i spod krzaczastych brwi zywo spojrzał ˙ na Froda. Pozornie Pier´cie´ si˛ nie zmienił. Po jakim´ czasie Gandalf wstał, zamknał s n e s ˛ okiennice, zaciagnał zasłony. W pokoju zapanowała ciemno´c i cisza, tylko ˛ ˛ s´ z ogrodu dolatywał stłumiony szcz˛ k no˙ yc, bo Sam pracował teraz tu˙ pod e z z oknem. Czarodziej przez chwil˛ jeszcze patrzył w ogie´ , wreszcie schylił si˛ , e n e szczypcami wyciagnał Pier´cie´ z paleniska i natychmiast wział w r˛ k˛ . Frodo ˛ ˛ s n ˛ e e krzyknał przera˙ ony. ˛ z — Jest zupełnie chłodny — rzekł Gandalf. — Trzymaj! Frodo niech˛ tnie nadstawił dło´ ; Pier´cie´ wydał mu si˛ ci˛ zszy i grubszy ni˙ e n s n e e˙ z przedtem. — Podnie´ go wy˙ ej — rzekł Gandalf — i przyjrzyj si˛ uwa˙ nie. s z e z Frodo usłuchał Czarodzieja i dostrzegł teraz zarówno na zewn˛ trznej, jak i wee wn˛ trznej stronie Pier´cienia znaki niezwykle delikatne, delikatniejsze ni˙ pismo e s z najcie´ szego nawet pióra; linie ognia układały si˛ jakby w litery i wiazały w tekst. n e ˛ ´ Błyszczały ol´niewajaco, a jednak wydawały si˛ odległe, jakby swieciły z wielkiej s ˛ e gł˛ bi. e

— Nie umiem czyta´ ognistych liter — dr˙ acym głosem powiedział Frodo. c z˛ 53

— Nie — rzekł Gandalf — ale ja umiem. To staro˙ ytny alfabet elfów, lecz z słowa sa w j˛ zyku Mordoru, którego tutaj nie chc˛ u˙ ywa´ . Przetłumaczone na ˛ e e z c Wspólna Mow˛ znacza mniej wi˛ cej tyle: ˛ e ˛ e Jeden pier´cie´ , by wszystkimi rzadzi´ , s n ˛ c Jeden, by wszystkie odnale´ c, z´ Jeden, by wszystkie zgromadzi´ i w ciemno´ci zwiaza´ . c s ˛ c To dwa wiersze z prastarego poematu, znanego w tradycji elfów: Trzy pier´cienie dla królów elfów pod otwartym niebem, s Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach, ´ ´ Dziewi˛ c dla smiertelników, ludzi smierci podległych, e´ Jeden dla Władcy Ciemno´ci na czarnym tronie s W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie, Jeden, by wszystkimi rzadzi´ , Jeden, by wszystkie odnale´ c, ˛ c z´ Jeden, by wszystkie zgromadzi´ i w ciemno´ci zwiaza´ c s ˛ c W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.1 Gandalf umilkł, a potem z wolna, z naciskiem rzekł: — To jest wła´nie Pier´cie´ — władca, ten Jeden, który rzadzi wszystkimi. s s n ˛ Pier´cie´ , który kto´ zgubił przed wiekami, z wielkim uszczerbkiem dla swojej s n s pot˛ gi. Ten kto´ bardzo pragnie go odzyska´ , lecz nam nie wolno do tego dopue s c ´ c sci´ . Frodo milczał osłupiały. Zdawało mu si˛ , ze strach wyciagnał nad nim ogrome ˙ ˛ ˛ na łap˛ , jakby ze wschodu nadpływała czarna chmura, by go pochłona´ . ˛ e ˛c — Ten Pier´cie´ ! — wyjakał. — Jakim cudem ten Pier´cie´ dostał si˛ wła´nie s n ˛ s n e s mnie? — Ach! — odparł Gandalf. — To bardzo długa historia. Jej poczatek si˛ ga ˛ e w Czarne Lata, w przeszło´c, której dzi´ nikt prócz uczonych mistrzów nie pas´ s mi˛ ta. Gdybym chciał opowiedzie´ ci wszystko, siedzieliby´my tutaj dopóty, póe c s ki wiosna nie zamieniłaby si˛ w zim˛ . Tej nocy mówiłem ci o Sauronie Wielkim, e e Władcy Ciemno´ci. Pogłoski, które doszły do twoich uszu, sa prawdziwe: Saus ˛ ron rzeczywi´cie ocknał si˛ znowu, odzyskał siły, opu´cił swoje le˙ e w Mrocznej s ˛ e s z Puszczy i wrócił do dawnej twierdzy, do Czarnej Wie˙ y w Krainie Mordor. T˛ naz e zw˛ znaja nawet hobbici, bo majaczyła niby cie´ na marginesach starych legend. e ˛ n Po ka˙ dej kl˛ sce i po latach ciszy cie´ przybiera inna posta´ i urasta na nowo. z e n ˛ c — Wolałbym, zeby si˛ to nie zdarzyło akurat za mojego zycia — powiedział ˙ e ˙ Frodo.
1

Tłumaczyła Maria Skibniewska.

54

— Ja tak˙ e — odparł Gandalf. — Podobnie jak wszyscy, którym wypadło zy´ z ˙ c w takich czasach. Ale nie mamy na to wpływu. Od nas zale˙ y jedynie u˙ ytek, jaki z z zechcemy zrobi´ z darowanych nam lat. A nas czas zapowiada si˛ czarno! Niec e przyjaciel szybko ro´nie w pot˛ g˛ . Sadz˛ , ze plany jego jeszcze nie dojrzały, lecz s e e ˛ e ˙ ju˙ dojrzewaja. Czekaja nas ci˛ zkie próby. Nie omin˛ łyby nas zreszta, nawet gdyz ˛ ˛ e˙ e ˛ by nie dotkn˛ ło nas to straszliwe zrzadzenie losu. Nieprzyjacielowi brak wcia˙ e ˛ ˛z jeszcze jednej rzeczy, która by mu dała sił˛ i władz˛ , by zmia˙ d˙ y´ wszelki opór, e e z z c złama´ ostatnie linie obrony, po raz wtóry pogra˙ y´ wszystkie kraje w ciemnoc ˛z c ´ sciach. Brak mu tego Jedynego Pier´cienia. s Trzy najpi˛ kniejsze ukryli przed nim władcy elfów, tych trzech nigdy jego e r˛ ka nie dotkn˛ ła i nie splamiła. Siedem pier´cieni było w posiadaniu królów e e s krasnoludzkich, lecz trzy z nich Sauron odzyskał, a cztery pozostałe zniszczy´ ły smoki. Dziewi˛ c ofiarował smiertelnym ludziom, dumnym, mo˙ nym ludziom, e´ z których w ten sposób usidlił. Dawno, dawno temu ulegli oni władcy Jedynego Pier´cienia i stali si˛ upiorami, cieniami Wielkiego Cienia, jego najokrutniejszys e mi sługami. Dawno, dawno temu. . . Min˛ ło wiele lat od owych czasów, kiedy e ´ Dziewi˛ ciu grasowało po swiecie. Ale kto wie? Skoro cie´ znowu powstanie, moe n ze i tych Dziewi˛ ciu wróci? Jednak˙ e nie trzeba o takich rzeczach mówi´ , nawet ˙ e z c w porannym sło´ cu tego kraju. n Tak wi˛ c stoja sprawy: Dziewi˛ c pier´cieni podporzadkował sobie; zawłade ˛ e´ s ˛ nał tak˙ e tymi spo´ród Siedmiu, które nie zostały zniszczone. Trzy jeszcze sa ˛ z s ˛ w ukryciu, lecz o nie si˛ nie kłopocze. Po˙ ada tylko tego Jedynego, bo to jego e z˛ dzieło i jego własno´c, bo w niego przelał znaczna cz˛ sc swojej dawnej pot˛ gi, s´ ˛ e´ ´ e zeby dzi˛ ki niemu panowa´ nad pozostałymi. Je˙ eli odzyska ten Jedyny, b˛ dzie ˙ e c z e miał na swoje rozkazy wszystkie, gdziekolwiek si˛ znajduja, nawet te trzy ukryte, e ˛ i pozna wszystko, co dzi˛ ki nim zdziałano; Sauron b˛ dzie wtedy pot˛ zniejszy ni˙ e e e˙ z kiedykolwiek. I na tym, mój Frodo, polega okropno´c naszego losu. On my´lał, ze Jedys´ s ˙ ny Pier´cie´ przepadł, ze elfy go zniszczyły — co powinny były zrobi´ . Teraz s n ˙ c wszak˙ e ju˙ wie, ze ów Pier´cie´ nie przepadł, ze go kto´ znalazł. Wi˛ c szuka, z z ˙ s n ˙ s e szuka, na tym poszukiwaniu skupił cały umysł. To jego wielka nadzieja, a nasza wielka trwoga. — Czemu˙ , czemu˙ nie zniszczono tego Pier´cienia! — wykrzyknał Frodo. — z z s ˛ I jak to si˛ stało, ze Nieprzyjaciel, chocia˙ tak silny, chocia˙ tak ten swój skarb cee ˙ z z nił, utracił go niegdy´? — Mówiac to zaciskał w r˛ ku Pier´cie´ , jakby ju˙ widział s ˛ e s n z si˛ gajace po niego czarne szpony. e ˛ — Odebrano mu Pier´cie´ . — rzekł Gandalf. — Dawnymi czasy elfy były s n silniejsze i stawiały mu opór; ludzie wówczas tak˙ e nie wszyscy stronili od elfów. z Ludzie z Westernesse pomogli elfom. Warto przypomnie´ ten rozdział prastarej c historii, wtedy bowiem tak˙ e panował smutek i gromadziły si˛ ciemne chmury, z e lecz było równie˙ i wiele m˛ stwa, i szlachetnych czynów, które nie poszły całkiem z e 55

na marne. Mo˙ e kiedy´ opowiem ci to wszystko, a mo˙ e usłyszysz o tych dziejach z s z od kogo´, kto je najlepiej zna. s Tymczasem najwa˙ niejsze jest, zeby´ dowiedział si˛ , jakim sposobem Pierz ˙ s e ´ n scie´ do ciebie trafił, a ze to dostatecznie długa historia, o innych sprawach nie ˙ b˛ d˛ ci mówił wi˛ cej. To król elfów, Gil-galad, i Elendil z Westernesse powalili e e e Saurona, chocia˙ obaj przypłacili zwyci˛ stwo zyciem; Isildur, syn Elendila, odz e ˙ ciał z r˛ ki Saurona Pier´cie´ i zabrał go sobie. Duch pokonanego Saurona uleciał ˛ e s n i krył si˛ przez wiele lat, dopóki znowu nie przybrał nowej postaci w Mrocznej e Puszczy. Pier´cie´ wszak˙ e zginał. Utonał w Wielkiej Rzece, zwanej Anduina, i zniks n z ˛ ˛ ˛ nał. Isildur bowiem maszerujac na północ wschodnim brzegiem rzeki wpadł opo˛ ˛ dal Pól Gladden w zasadzk˛ orków, którzy wyci˛ li całe niemal jego wojsko e e w pie´ . Isildur skoczył do wody, ale Pier´cie´ zsunał mu si˛ z palca, orkowie n s n ˛ e zobaczyli płynacego rycerza i zabili go strzałami z łuków. ˛ Gandalf przerwał na chwil˛ . e — Tam w czarnych gł˛ biach po´ród Pól Gladden — podjał znowu Czarodziej e s ˛ — Pier´cie´ przepadł, zginał z pami˛ ci i legend. Nawet te ułamki jego historii, s n ˛ e które ci opowiadałem, mało kto zna, a Rada M˛ drców nic wi˛ cej odkry´ nie moe e c gła. Ale ja teraz znam wreszcie dalszy ciag opowie´ci. ˛ s

Znacznie pó´ niej, lecz w bardzo odległych od nas czasach, zył na brzegach z ˙
Wielkiej Rzeki, na pograniczu Dzikich Krajów, pewien ludek o zr˛ cznych r˛ kach e e i zwinnych nogach. Sadz˛ , ze było to plemi˛ z rasy hobbitów, pokrewne praszczu˛ e ˙ e rom Stoorów, lubiło bowiem rzek˛ , ch˛ tnie w niej si˛ kapało i budowało łódeczki e e e ˛ z sitowia. Był w tym plemieniu rów wielkiej sławy, bo liczny i bogatszy od innych, a rzadziła nim s˛ dziwa babka, surowa, madra staruszka, która znała dobrze trady˛ e ˛ cje swojego ludu. Najbardziej ciekawy i dociekliwy spo´ród jej wnuków miał na s imi˛ Smeagol. Interesowały go szczególnie korzenie i poczatki wszelkich rzeczy, e ˛ nurkował w najgł˛ bszych miejscach rzeki, podkopywał si˛ pod drzewa i ro´liny, e e s dra˙ ył tunele w zielonych wzgórzach, a˙ odzwyczaił si˛ od spogladania w niebo, ˛z z e ˛ na szczyty górskie, na li´cie i kwiaty rozkwitajace na drzewach: stale miał głow˛ s ˛ e i oczy spuszczone ku ziemi. Przyja´ nił si˛ z niejakim Deagolem, chłopcem o podobnych zamiłowaniach, z e który miał od niego wzrok bystrzejszy, lecz był mniej ni˙ on zwinny i słabszy. z Pewnego razu popłyn˛ li obaj łódka w stron˛ Pól Gladden, gdzie rosły całe k˛ py e ˛ e e irysów i kwitły wła´nie trzciny. Smeagol wyszedł na brzeg i szperał po nim, a Des agol został w łodzi łowiac ryby na w˛ dk˛ . Nagle jaka´ ogromna ryba chwyciła ˛ e e s haczyk i szarpn˛ ła tak, ze nim si˛ Deagol opatrzył, ju˙ był w wodzie, na gł˛ bi. e ˙ e z e Co´ błysn˛ ło mu przed oczyma w piasku na dnie, pu´cił wi˛ c w˛ dzisko i wstrzys e s e e mujac dech si˛ gnał r˛ ka po błyszczacy przedmiot. Kiedy potem wydostał si˛ na ˛ e ˛ e ˛ ˛ e 56

powierzchni˛ , prychał woda, we włosach miał pełno wodorostów, a w gar´ci zacie ˛ s skał bryłk˛ mułu. Spłukał muł — o dziwo! Na dłoni został pi˛ kny złoty pier´cie´ , e e s n który l´nił i migotał w sło´ cu tak, ze chłopcu serce zabiło z rado´ci. Lecz Smeagol s n ˙ s ´ sledził go zza drzewa i kiedy Deagol wpatrywał si˛ w klejnot, Smeagol cichutko e stanał za jego plecami. ˛ — Deagolu, mój miły, daj mi to — powiedział zagladajac przez jego rami˛ . ˛ ˛ e — Dlaczego? — spytał Deagol. — Bo dzisiaj sa moje urodziny, a bardzo chciałbym to dosta´ — rzekł Sme˛ c agol. — Co mnie to obchodzi? — rzekł Deagol. — Dałem ci ju˙ urodzinowy prez zent, nawet bardzo hojny. A to, co znalazłem, zatrzymam sobie. — Czy aby na pewno, mój miły? — odparł Smeagol, chwycił Deagola za gardło i udusił. Zrobił to, poniewa˙ złoto l´niło zbyt pi˛ knie. Potem wsunał pier´cie´ z s e ˛ s n na palec. Nikt si˛ nigdy nie dowiedział, jaki los spotkał Deagola. Smeagol zamordoe wał go z dala od domu, a ciał ukrył chytrze. Wrócił z wycieczki sam i stwierdził, ze je´li ma pier´cie´ na palcu, nikt z rodziny go nie widzi. Zachwycony swym ˙ s s n odkryciem, zataił je przed innymi. Odtad niewidzialny podpatrywał i podsłuchi˛ wał cudze sekrety, wykorzystujac je nast˛ pnie w sposób niecny i zło´liwy. Szcze˛ e s gólnie wyostrzył sobie wzrok i słuch na wszystko, czym mógł innym dokuczy´ . c Pier´cie´ dał mu sił˛ wielka, jak na jego wzrost. Tote˙ nic dziwnego, ze Smeagola s n e ˛ z ˙ wkrótce otoczyła powszechna niech˛ c i ze cała rodzina unikała go jak mogła (o ile e´ ˙ był widzialny). Dostawał kopniaki, odwzajemniał si˛ kasajac łydki. Nauczył si˛ e ˛ ˛ e kra´c, mrucze´ pod nosem sam do siebie i gulgota´ . Przezywano go wi˛ c Gollus´ c c e mem, wyklinano i przep˛ dzano zewszad. Stara babka pragnac przywróci´ spokój e ˛ ˛ c wykluczyła go z rodziny i wygnała z domu. ´ Poszedł w swiat samotnie, popłakujac nad swoim złym losem, i w˛ drował ˛ e przeciw biegowi Rzeki, póki nie natrafił na potok spływajacy z gór; wtedy ruszył ˛ z jego biegiem dalej. W gł˛ bszych miejscach łowił niewidzialnymi palcami ryby e i zjadał je na surowo. Pewnego upalnego dnia, gdy pochylał si˛ nad strumieniem, e sło´ ce sparzyło go swoim zarem w czaszk˛ , a blask odbity od wody bole´nie n ˙ e s ol´nił mokre oczy. Smeagol zdziwił si˛ bardzo, bo niemal ju˙ zapomniał o sło´ cu. s e z n Spojrzał wówczas po raz ostatni w niebo i pogroził mu pi˛ scia. e´ ˛ Ale nim znów spu´cił oczy, dostrzegł w dali szczyty Mglistych Gór, z których s wypływał potok. I nagle przyszła mu do głowy taka my´l: „Pod górami znajd˛ s e chłód i cie´ . Sło´ ce mnie tam nie wytropi. Korzenie gór to najwspanialsze z kon n rzeni. Z pewno´cia kryja si˛ pod nimi zagrzebane tajemnice, których nikt jeszcze s ˛ ˛ e nie odkrył od poczatku swiata”. ˛ ´ W˛ drował wi˛ c dalej noca w´ród gór i znalazł mała jaskini˛ , z której saczył e e ˛ s ˛ e ˛ si˛ czarny strumie´ ; jak czerw wgryzł si˛ w scian˛ i zniknał, i nikt odtad nie wiee n e ´ e ˛ ˛ dział, co si˛ z nim stało. Pier´cie´ wraz ze Smeagolem zapadł w ciemno´ci, nawet e s n s 57

jego twórca, odzyskujacy znów po trosze władz˛ , nie mógł si˛ o nim niczego do˛ e e wiedzie´ . c — Gollum! — krzyknał Frodo. — Gollum! A wi˛ c to był ten stwór, z którym ˛ e si˛ Bilbo spotkał? Co za obrzydliwo´c! e s´ — Smutna historia — rzekł Czarodziej — a sadz˛ , ze co´ podobnego mogło ˛ e ˙ s si˛ przydarzy´ równie˙ komu innemu, nawet któremu´ z moich znajomych hobe c z s bitów. — Nie uwierz˛ , by Golluma łaczyło jakiekolwiek, cho´ by najodleglejsze poe ˛ c krewie´ stwo z hobbitami — odparł zapalczywie Frodo. — To przypuszczenie n oburza mnie. — A jednak to prawda — rzekł Gandalf. — Bad´ co bad´ o przeszło´ci hobbi˛z ˛ z s tów wiem troch˛ wi˛ cej ni˙ sami hobbici. Zreszta przygoda Bilba nasuwa równie˙ e e z ˛ z my´l o pokrewie´ stwie. W gruncie rzeczy mieli bardzo podobne poj˛ cia i wspos n e mnienia. Rozumieli si˛ wzajem doskonale, o wiele lepiej ni˙ na przykład hobbit e z z krasnoludem lub z orkiem czy nawet z elfem. Pomy´l cho´ by o zagadkach, które s c obaj znali. — Tak — odparł Frodo. — Ale prócz hobbitów mnóstwo innych plemion zadaje zagadki mniej wi˛ cej tego samego rodzaju. A hobbici nie zwykli oszukie wa´ w grze. Gollum za´ przez cały czas usiłował szachrowa´ . Chodziło mu tylko c s c o u´pienie czujno´ci biednego Bilba. Sadz˛ , ze w swej przewrotno´ci bawił si˛ s s ˛ e ˙ s e gra, która w razie pomy´lnego wyniku miała mu da´ łatwe zwyci˛ stwo nad ofiara, ˛ s c e ˛ a w razie przegranej nic by go nie kosztowała. — Niestety, masz wiele racji — rzekł Gandalf. — Ale my´l˛ , ze w tej grze se ˙ tkwiło co´ wi˛ cej, czego nie dostrzegłe´ jeszcze. Gollum nie był do gruntu zepsus e s ty. Okazał si˛ bardziej odporny, ni˙ by mógł przewidzie´ nawet który´ z M˛ drców, e z c s e tak odporny, jak bywaja hobbici. Zachował jaka´ czastk˛ własnej duszy i promie´ ˛ ˛s ˛ e n ´ swiatła przeszło´ci. Było mu, jak sadz˛ , naprawd˛ przyjemnie, kiedy znów usłys ˛ e e szał czyj´ łagodny głos, przypominajacy powiew wiatru, drzewa, sło´ ce, traw˛ s ˛ n e i inne z dawna zapomniane rzeczy. Oczywi´cie, tym wi˛ kszym gniewem musiała zapała´ w nim potem gorsza s e c czastka jego istoty — chyba ze udałoby si˛ ja przezwyci˛ zy´ . Chyba ze udałoby ˛ ˙ e ˛ e˙ c ˙ si˛ Golluma uleczy´ . . . — Gandalf westchnał. — Niestety, nie ma dla niego wiele c ˛ kiej nadziei. A przecie˙ odrobina nadziei została. Tak, została, chocia˙ posiadał z z Pier´cie´ od bardzo dawna, niemal od niepami˛ tnych czasów. Nie u˙ ywał go bos n e z wiem cz˛ sto przez wiele lat, w ciemno´ciach rzadko go potrzebował. To pewne, e s ze Gollum nie zaniknał. Jest wcia˙ chudy, ale krzepki. Lecz Pier´cie´ wyniszczał ˙ ˛ ˛z s n go nieuchronnie i udr˛ ka stawała si˛ ju˙ niemal ponad siły. e e z Wszystkie „wielkie tajemnice” ukryte pod górami okazały si˛ tylko pustka e ˛ i noca; nic wi˛ cej nie było do odkrycia, nic do roboty, nic nie miał prócz wstr˛ t˛ e e nego, zdobywanego ukradkiem jadła i gorzkich wspomnie´ . Był okropnie nien ´ szcz˛ sliwy. Nienawidził ciemno´ci, ale jeszcze bardziej nienawidził swiatła. Niee´ s 58

nawidził wszystkiego, a najgorzej Pier´cienia. s — Co mówisz? — zawołał Frodo. — Przecie˙ to był jego skarb, jedyna rzecz, z ´ która go obchodziła na swiecie. Je´li nienawidził Pier´cienia, czemu˙ si˛ go nie s s z e pozbył, czemu˙ stamtad nie odszedł porzucajac go w jaskini? z ˛ ˛ — Powiniene´ ju˙ troch˛ to rozumie´ po tym, co usłyszałe´ — rzekł Gandalf. s z e c s — Nienawidził Pier´cienia i zarazem kochał go, tak jak siebie samego zarazem s kochał i nienawidził. Nie mógł si˛ go wyrzec. Nie zale˙ ało to ju˙ od jego woli. e z z Pami˛ taj, Frodo, ze Pier´cie´ Władzy sam o sobie rozstrzyga. On mo˙ e zdrae ˙ s n z dziecko zsuna´ si˛ z palca wła´ciciela, ale wła´ciciel nie mo˙ e go porzuci´ . Co ˛c e s s z c najwy˙ ej igra z my´la o odstapieniu go komu´ innemu, lecz i do tego zdolny jest z s ˛ ˛ s tylko we wczesnym okresie, gdy Pier´cie´ dopiero zaczyna nim włada´ . O ile mi s n c wiadomo, Bilbo pierwszy w dziejach posunał si˛ o krok dalej i naprawd˛ oddał ˛ e e Pier´cie´ . Ale Bilbo tak˙ e nie zrobiłby tego bez mojej usilnej pomocy. A nawet s n z z moja pomoca nie zdobyłby si˛ na całkowite wyrzeczenie, na odrzucenie go po ˛ ˛ e prostu. Wiedz, Frodo, ze nie Gollum, lecz sam Pier´cie´ rozstrzygnał spraw˛ . ˙ s n ˛ e Pier´cie´ opu´cił Golluma. s n s — Jak to? Wła´nie w chwili, gdy zjawił si˛ Bilbo? — spytał Frodo. — Czy s e jaki´ ork nie nadawałby mu si˛ lepiej? s e — To nie zarty — odparł Gandalf. — A ty szczególnie nie powiniene´ z tego ˙ s zartowa´ . Jest to bowiem najdziwniejsze zdarzenie w dotychczasowych dziejach ˙ c Pier´cienia, ze Bilbo zjawił si˛ w sama por˛ i w ciemno´ciach, na o´lep, poło˙ ył s ˙ e ˛ e s s z na nim r˛ k˛ . Działała tam nie jedna tylko siła. Pier´cie´ chciał wróci´ do swojego e e s n c pana. Zsunał si˛ z palca Isildurowi i zdradził go; gdy pó´ niej nadarzyła si˛ spo˛ e z e sobno´c, skusił Deagola, który padł ofiara morderstwa; potem Pier´cie´ dostał si˛ s´ ˛ s n e Gollumowi i zniszczył jego dusz˛ . Wreszcie Gollum nie mógł mu przyda´ si˛ na e c e nic, zbyt był mały i nikczemny, a zostajac przy nim, Pier´cie´ nigdy by si˛ nie ˛ s n e wydobył z podziemnych czelu´ci. Jego pan tymczasem ocknał si˛ znowu i słał ku s ˛ e niemu z Mrocznej Puszczy swoje czarne my´li, wi˛ c Pier´cie´ opu´cił Golluma. s e s n s I stała si˛ rzecz najzupełniej nieprawdopodobna: podniósł go nie kto inny, lecz e Bilbo, hobbit z Shire’u. Wdały si˛ w spraw˛ inne siły, niezale˙ ne od zamysłów twórcy Pier´cienia. Nie e e z s mog˛ ci tego ja´niej wytłumaczy´ , wiedz tylko, ze kto´ chciał, zeby wła´nie Bilbo e s c ˙ s ˙ s znalazł Pier´cie´ , kto´ inny, nie twórca Pier´cienia. A z tego wynika, ze ciebie te˙ s n s s ˙ z kto´ wybrał na nast˛ pc˛ Bilba. Mo˙ e my´l o tym doda ci otuchy. s e e z s — Nie — odparł Frodo. — Chocia˙ nie jestem pewien, czy ci˛ dobrze zrozuz e miałem. Jakim sposobem dowiedziałe´ si˛ tego wszystkiego o Pier´cieniu i o Gols e s lumie? Czy wiesz to na pewno, czy tylko si˛ domy´lasz? e s Gandalf popatrzył na Froda i oczy mu rozbłysły. — Wiem du˙ o i dowiedziałem si˛ wielu rzeczy — powiedział — ale nie tobie z e b˛ d˛ zdawał spraw˛ ze swoich poczyna´ . Histori˛ Elendila. Isildura i Jedynego e e e n e Pier´cienia znaja wszyscy M˛ drcy. Cho´ by nie było innych dowodów, ogniste s ˛ e c 59

litery na twoim Pier´cieniu wystarcza, zeby si˛ upewni´ , ze to jest wła´nie ten s ˛ ˙ e c ˙ s Jedyny. — A kiedy to odkryłe´? — przerwał mu Frodo pytaniem. s — Przed chwila, w tym pokoju — szorstko odparł Czarodziej. — Ale spo˛ dziewałem si˛ tego. Wróciłem tutaj po ci˛ zkiej wyprawie i długich poszukiwae e˙ niach, zeby dokona´ ostatniej próby. Znalazłem dowód niezbity i wszystko stało ˙ c si˛ nadto jasne. Trzeba był dobrze pracowa´ głowa, zeby domy´li´ si˛ roli Gollue c ˛ ˙ s c e ma i uzupełni´ tym epizodem luk˛ w całej historii. Mo˙ e poczatkowo rzeczywic e z ˛ ´ scie zgadywałem tylko prawd˛ o Gollumie, teraz jednak ju˙ ja znam. Widziałem e z ˛ go. — Widziałe´ Golluma? — wykrzyknał Frodo zdumiony. s ˛ — Tak. Bez tego nie rozwiazałbym zagadki, bałem si˛ jednak, ze oka˙ e si˛ to ˛ e ˙ z e niemo˙ liwe. Od dawna starałem si˛ go odnale´ c, wreszcie mi si˛ udało. z e z´ e — Co si˛ z nim stało po ucieczce Bilba? Czy wiesz? e — Niezupełnie dokładnie. Opowiedziałem ci to, co zechciał mi wyzna´ Golc lum, jakkolwiek oczywi´cie w innej formie. Gollum to kłamca, trzeba przesies wa´ jego słowa. Na przykład, nazywa Pier´cie´ swoim urodzinowym prezentem c s n i upiera si˛ przy tym. Twierdzi, ze dostał go od babki, która miała mnóstwo poe ˙ ´ dobnych pi˛ knych klejnotów. Smieszny pomysł! Nie watpi˛ , ze babka Smeagola e ˛ e ˙ była głowa rodu i na swój sposób wielka osobisto´cia, ale nie do wiary, by po˛ ˛ s ˛ siadała mnóstwo zaczarowanych pier´cieni i rozdawała je w prezencie. W tym s kłamstwie tkwi jednak ziarenko prawdy. Morderstwo popełnione na Deagolu n˛ kało Golluma; zeby si˛ usprawiedliwi´ , e ˙ e c wymy´lił ten argument i udr˛ czony w ciemno´ciach powtarzał go swojemu „skars e s bowi” wcia˙ w kółko, a˙ wreszcie sam w swoja bajk˛ uwierzył. Tego dnia rzeczy˛z z ˛ e wi´cie przypadały jego urodziny. Deagol powinien był mu ofiarowa´ Pier´cie´ , s c s n który nadarzył si˛ jako urodzinowa niespodzianka. A wi˛ c to był naprawd˛ jego e e e urodzinowy prezent. . . i tak dalej, i tak dalej. . . Znosiłem to cierpliwie do´c dłus´ ´ go, ale chciałem dociec prawdy; to była sprawa zycia lub smierci, w ko´ cu wi˛ c ˙ n e musiałem u˙ y´ siły. Nastraszyłem go ogniem i wycisnałem z niego cała histori˛ , z c ˛ ˛ e słowo po słowie, w´ród mnóstwa pochlipywa´ i pomruków. On si˛ uwa˙ a za nie s n e z zrozumianego i skrzywdzonego. Ale kiedy opowiedział do ko´ ca gr˛ z zagadki n e i ucieczk˛ Bilba, umilkł i nic wi˛ cej nie chciał mówi´ , tylko napomknał tajemnie e c ˛ czo to i owo. Kto´ go wida´ nastraszył lepiej ni˙ ja. Mruczał co´, ze si˛ odegra. s c z s ˙ e Poka˙ e, czy wolno bezkarnie kopa´ go, zap˛ dza´ do jaskini i potem jeszcze okraz c e c da´ . Ma teraz zyczliwych i pot˛ znych przyjaciół, którzy mu pomoga. Baggins c ˙ e˙ ˛ dostanie za swoje. To my´l przewodnia Golluma. Znienawidził Bilba i przeklał s ˛ go. Co gorsza, wie, skad Bilbo pochodzi. ˛ — Jak˙ e to wykrył? — spytał Frodo. z — Ano, je´li chodzi o nazwisko, to Bilbo bardzo nieopatrznie sam mu si˛ s e przedstawił; a z jakiego kraju przybył, mógł Gollum dowiedzie´ si˛ bez trudu, c e 60

´ gdy wreszcie wyszedł na swiat. Bo wyszedł! T˛ sknota do Pier´cienia okazała si˛ e s e ´ silniejsza od strachu przed orkami, a nawet prze swiatłem. Po roku czy po dwóch latach opu´cił góry. Widzisz, chocia˙ bolał po stracie; ale Pier´cie´ ju˙ go nie z˙ es z s n z z ´ rał, wi˛ c Gollum od˙ ył troch˛ . Czuł si˛ stary, a mimo to smielszy, no i straszliwie e z e e głodny. ´ Swiatła, czy to słonecznego, czy ksi˛ zycowego, nadal si˛ l˛ kał i nienawidził, e˙ e e to mu ju˙ pewnie na zawsze zostanie. Był jednak sprytny. Przekonał si˛ , ze jego z e ˙ wyblakłe, zimne oczy pozwola mu przemyka´ si˛ cicho i szybko w´ród czarnej ˛ c e s nocy, unikajac blasku dnia i miesi˛ cznej po´wiaty, a tak˙ e łowi´ drobne, tchórz˛ e s z c ´ z liwe lub nieostro˙ ne stworzenia. Lepiej od˙ ywiony, na swie˙ ym powietrzu nabrał z z sił i odwagi. Jak mo˙ na było przewidzie´ , trafił do Mrocznej Puszczy. z c — Czy tam go znalazłe´? — spytał Frodo. s — Tam go zobaczyłem — odparł Gandalf — lecz przedtem zda˙ ył zaw˛ dro˛z e wa´ daleko, tropiac Bilba. Trudno od niego si˛ dowiedzie´ czego´ pewnego, bo c ˛ e c s wcia˙ przerywa opowie´c przekle´ stwami i pogró˙ kami. „Co on tam ma w kie˛z s´ n z szeni? — powiada. — Nic nie wygadam, nie, mój skarbie. To oszust. Pytanie było nieuczciwe. On pierwszy oszukał. Złamał przepisy gry. Szkoda, ze´my go ˙ s nie udusili, mój skarbie. Ale zrobimy to jeszcze, tak, mój skarbie. . . ” Oto mała próbka stylu Golluma. Chyba ci wystarczy, co? Nudził mnie tak całymi dniami. Ale z tego bełkotu wyłowiłem troch˛ tre´ci i wywnioskowałem, ze Gollum doe s ˙ człapał na swoich płaskich stopach a˙ do Esgaroth, a nawet łaził po ulicach Dali z podsłuchujac i przepatrujac chyłkiem wszystkie katy. No, có˙ , wie´ci o donio˛ ˛ ˛ z s słych wydarzeniach rozniosły si˛ szeroko po Dzikich Krajach, imi˛ Bilba jest tam e e znane i niejeden wie, skad on przybył. My´my zreszta nie taili, ze wracamy do ˛ s ˛ ˙ ojczyzny Bilba na zachód. Tote˙ czujne uszy Golluma wkrótce złowiły wszystkie z wiadomo´ci, których mu było potrzeba. s — Dlaczego w takim razie nie tropił Bilba dalej? — spytał Frodo. — Dlaczego nie przyszedł do Shire’u? — A wła´nie! — rzekł Gandalf. — O tym z kolei chciałem mówi´ . My´l˛ , ze s c se ˙ Gollum starał si˛ tu dosta´ . Ruszył w drog˛ na zachód i dotarł a˙ do Wielkiej Rzee c e z ki. Ale znad jej brzegu zawrócił. Jestem pewien, ze nie zraziła go odległo´c. Nie, ˙ s´ musiało go powstrzyma´ co´ innego. Tak sadza moi przyjaciele, którzy Golluma c s ˛ ˛ na moja pro´b˛ szukali. ˛ s e ´ Najpierw na jego slad trafiły le´ne elfy, a nie miały trudnego zadania, bo trop s ´ z był jeszcze wtedy swie˙ y: prowadził przez Mroczna Puszcz˛ i z powrotem. Same˛ e go Golluma jednak elfy nie spotkały. W lesie huczało od pogłosek o nim, w´ród s zwierzat i ptaków kra˙ yły okropne wie´ci. Le´ni ludzie opowiadali, ze zjawił si˛ ˛ ˛z s s ˙ e nowy stwór, upiór wysysajacy krew, ze wspina si˛ na drzewa do gniazd, wpełza ˛ ˙ e do nor zwierz˛ cych po młode, zakrada si˛ przez okna do kołysek. Ale od zachode e niego skraju Mrocznej Puszczy trop zawracał. Skr˛ cał na południe, wymykał si˛ e e z dziedziny dost˛ pnej le´nym elfom i ginał. Wówczas popełniłem wielki bład. e s ˛ ˛ 61

Tak, mój Frodo, bład nie pierwszy w moim zyciu, lecz kto wie, czy nie najgor˛ ˙ szy w skutkach. Poniechałem na razie tej sprawy. Pozwoliłem Gollumowi odej´c. s´ Miałem bowiem wtedy co innego na głowie, a poza tym ufałem jeszcze wiedzy Sarumana. Działo si˛ to przed laty. Zapłaciłem za swoja omyłk˛ wielu ponurymi i niee ˛ e bezpiecznymi dniami. Trop od dawna zda˙ ył ostygna´ , kiedy go znowu podjałem ˛z ˛c ˛ po wyj´ciu Bilba z tego domu. Wszelkie poszukiwania byłyby bezowocne, gdyby s nie pomoc pewnego przyjaciela, Aragorna, znakomitego podró˙ nika i my´liwego z s naszych czasów. We dwóch szukali´my Golluma po całych Dzikich Krajach, bez s nadziei i bez powodzenia. W ko´ cu, gdy ju˙ dałem za wygrana i ruszyłem w inne n z ˛ strony, Gollum si˛ znalazł. Przyjaciel mój wrócił szcz˛ sliwie z niebezpiecznej wye e´ prawy i przyprowadził z soba tego nieszcz˛ snika. Gollum nie chciał si˛ przyzna´ , ˛ e´ e c co przez ten czas robił. Płakał, zarzucał nam okrucie´ stwo, gulgotał bezustannie, n a gdy nalegali´my, skomlał i łasił si˛ , zacierał długie r˛ ce, lizał palce, jakby go s e e bolały, jakby wspominał jakie´ doznane ongi m˛ czarnie. Niestety, nie ma co wats e ˛ pi´ , Gollum po swojemu marudzac, skradajac si˛ krok po kroku, mila za mila lazł c ˛ ˛ e ˛ na południe, a˙ dolazł do Mordoru. z Pos˛ pne milczenie zaległo w izbie. Frodo słyszał bicie własnego serca. Nawet e na dworze wszystko ucichło; nie dochodził ju˙ teraz do ich uszu szcz˛ k no˙ yc z e z Sama. — Tak, do Mordoru — rzekł Gandalf. — Niestety! Mordor przyciaga wszyst˛ ko co złe, a ciemne moce napi˛ ły wol˛ , by całe zło skupi´ tam przy sobie. Piere e c ´ n scie´ Nieprzyjaciela tak˙ e przecie˙ zostawił na Gollumie swoje pi˛ tno, otworzył z z e jego uszy na to wezwanie. A wszyscy wówczas szeptali o nowym cieniu, który wstał na południu i który nienawidzi zachodu. Tam wła´nie szukał Gollum zyczs ˙ liwych przyjaciół, by mu pomogli wzia´ odwet. Nieszcz˛ sny szaleniec! W tym ˛c e kraju mógł si˛ dowiedzie´ wielu rzeczy, zbyt wielu, na swoja zgub˛ . Wcze´niej e c ˛ e s czy pó´ niej, myszkujac i szpiegujac na granicach, musiał wpa´c im w r˛ ce i wzi˛ li z ˛ ˛ s´ e e go na spytki. Kiedy go odnale´ li´my, wracał po długim pobycie u nich. Wysłany z s zapewne z jaka´ nikczemna misja. Ale to nie ma teraz wi˛ kszego znaczenia. Naj˛s ˛ ˛ e gorsza szkod˛ ju˙ wyrzadził. Tak, niestety, dzi˛ ki Gollumowi Nieprzyjaciel wie, ˛ e z ˛ e ze kto´ znalazł Jedyny Pier´cie´ . Wie, ze to wła´nie ten Jedyny, najpot˛ zniejszy, ˙ s s n ˙ s e˙ skoro obdarzył swego posiadacza długim zyciem. Wie, ze nie mo˙ e to by´ który´ ˙ ˙ z c s ´ z Trzech pier´cieni, bo te nigdy nie zagin˛ ły i te nie scierpiałyby zadnej podło´ci. s e ˙ s Wie, ze nie mo˙ e to by´ który´ z Siedmiu ani z Dziewi˛ ciu; co do losu tych pier˙ z c s e ´ scieni nie było nigdy watpliwo´ci. Wie, ze to Jedyny. I nareszcie Nieprzyjaciel po ˛ s ˙ raz pierwszy, jak sadz˛ , usłyszał o hobbitach i o kraju Shire. O Shire. . . Zapewne ˛ e teraz szuka tego kraju, je´li ju˙ nie odkrył, gdzie le˙ y. Doprawdy, mój Frodo, l˛ s z z e kam si˛ , czy w jego przekonaniu nazwisko Baggins, od tak dawna nie zwracajace e ˛ niczyjej uwagi, nie nabrało dzi´ wielkiego znaczenia. s — Ale˙ to straszne! — wykrzyknał Frodo. — O wiele gorsze ni˙ wszystko, z ˛ z 62

co mogłem sobie wyobrazi´ słuchajac twoich poprzednich napomknie´ i przec ˛ n stróg. Ach, Gandalfie, najlepszy mój przyjacielu, powiedz, co robi´ ? Teraz boc wiem naprawd˛ jestem przera˙ ony. Co robi´ ? Jaka szkoda, ze Bilbo nie zad´ gał e z c ˙ z tej poczwary, skoro miał po temu okazj˛ ! e — Szkoda? Przecie˙ to lito´c wstrzymała wówczas jego r˛ k˛ . Lito´c i miłoz s´ e e s´ sierdzie przypomniały mu, ze bez dora´ nej konieczno´ci nie wolno dobywa´ mie˙ z s c cza. Bilbo został za to hojnie wynagrodzony. Bad´ pewien, Frodo, ze je´li Bilbo ˛z ˙ s doznał tak niewielkiej stosunkowo szkody od złych sił i zdołał si˛ w ko´ cu uwole n ni´ , zawdzi˛ cza to wła´nie temu, ze tak, a nie inaczej poczynał sobie w pierwszej c e s ˙ godzinie jako nowy wła´ciciel Pier´cienia: miłosiernie. s s — Wybacz — powiedział Frodo. — Ale jestem w strachu, a zreszta nie od˛ czuwam wcale lito´ci dla Golluma. s — Nie widziałe´ go — odparł Gandalf. s — Nie widziałem i widzie´ nie chc˛ — rzekł Frodo. — Nie rozumiem ci˛ , c e e Gandalfie. Czy znaczy to, ze wraz z elfami darowałe´ zycie Gollumowi, który ˙ s ˙ popełnił tyle okropnych zbrodni? Teraz przecie˙ nie jest on lepszy od orka i stał z ´ si˛ po prostu naszym wrogiem. Zasługuje na smier´ . e c — Zasługuje. Z pewno´cia zasługuje. Wielu spo´ród zyjacych zasługuje na s ˛ s ˙ ˛ ´ smier´ . A niejeden z tych, którzy umieraja, zasługuje na zycie. Czy mo˙ esz ich c ˛ ˙ z ´ nim obdarzy´ ? Nie bad´ wi˛ c tak pochopny w ferowaniu wyroków smierci. Nawet c ˛z e bowiem najmadrzejszy z M˛ drców nie wszystko wie. Nie mam wielkiej nadziei ˛ e na wyleczenie Golluma. Ale ta szansa mimo wszystko istnieje. Zreszta Gollum ˛ jest zwiazany z losem Pier´cienia. Co´ mi mówi, ze on jeszcze odegra jaka´ rol˛ , ˛ s s ˙ ˛s e zbawienna albo zgubna — nie wiem — nim si˛ cała sprawa zako´ czy. A kiedy ˛ ˛ e n nadejdzie ta chwila, mo˙ e wła´nie lito´c okazana przez Bilba rozstrzygnie o niez s s´ jednym losie, a przede wszystkim o twoim. My w ka˙ dym razie nie zabili´my z s Golluma: jest bardzo stary i bardzo nieszcz˛ sliwy. Le´ne elfy trzymaja go w niee´ s ˛ woli, ale traktuja z cała łagodno´cia, na jaka sta´ ich madre serca. ˛ ˛ s ˛ ˛ c ˛ — Wszystko to pi˛ knie — rzekł Frodo — ale szkoda, ze Bilbo, skoro nie mógł e ˙ zabi´ Golluma, zatrzymał Pier´cie´ . Wolałbym, zeby mój wuj nie znalazł go i zec s n ˙ ˙ by mi go nie przekazywał. Dlaczego pozwoliłe´ mi ten Pier´cie´ przechowywa´ ? s s n c Dlaczego nie kazałe´ mi go wyrzuci´ lub zniszczy´ ? s c c — Dlaczego ci pozwoliłem? Nie kazałem? — odparł Czarodziej. — Czy nie słuchałe´ uwa˙ nie tego wszystkiego, co ci opowiedziałem? Sam nie wiesz, co s z mówisz. Wyrzucajac Pier´cie´ popełniliby´my w ka˙ dym razie straszliwy bład. ˛ s n s z ˛ Tego rodzaju rzeczy zawsze kto´ znajduje. A w złym r˛ ku Pier´cie´ wyrzadziłby s e s n ˛ wiele złego. Co za´ najgorsze, mógłby wpa´c w r˛ ce Nieprzyjaciela. Nawet na s s´ e pewno tak by si˛ stało, bo to jest jego Jedyny Pier´cie´ , on za´ wysila cała swoja e s n s ˛ ˛ pot˛ g˛ , by t˛ swoja własno´c odnale´ c i ku sobie przyciagna´ . Oczywi´cie, mój e e e ˛ s´ z´ ˛ ˛c s drogi, byłe´ w niebezpiecze´ stwie, i to mnie gł˛ boko niepokoiło. Ale gra szła s n e o tak wielka stawk˛ , ze musiałem wa˙ y´ si˛ na pewne ryzyko. . . Wiedz jednak, e ˙ z c e 63

ze nawet wówczas, gdy byłem daleko stad, czujne oczy strzegły tego kraju dniem ˙ ˛ i noca. Dopóki go nie u˙ ywałe´, mogłem by´ spokojny, ze Pier´cie´ nie wyrzadzi ˛ z s c ˙ s n ˛ ci trwałej krzywdy, a przynajmniej, ze ci to nie grozi przez długi czas. Pami˛ taj ˙ e te˙ , ze dziewi˛ c lat temu, kiedy ostatni raz widziałem si˛ z toba, niewiele jeszcze z ˙ e´ e ˛ sam wiedziałem na pewno. — Ale czemu˙ nie kazałe´ mi go zniszczy´ ? Mówiłe´ przecie˙ , ze nale˙ az s c s z ˙ z ło to zrobi´ ju˙ dawno temu! — wykrzyknał znów Frodo. — Gdyby´ był mnie c z ˛ s przestrzegł czy bodaj przysłał takie polecenie, byłbym z nim sko´ czył. n — Czy˙ by? A jakim na przykład sposobem? Czy próbowałe´? z s — Nie. My´l˛ jednak, ze dałoby si˛ go zmia˙ d˙ y´ młotkiem albo stopi´ . se ˙ e z z c c — Spróbuj! — powiedział Gandalf. — Spróbuj zaraz! Frodo wi˛ c po raz wtóry wyciagnał z kieszeni Pier´cie´ i przyjrzał mu si˛ e ˛ ˛ s n e uwa˙ nie: był znów zwyczajny i gładki, nie dostrzegało si˛ na nim zadnych znaków z e ˙ czy napisów. Złoto l´niło jasno i czysto. Zachwycił Froda bogactwem i pi˛ knem s e barwy, doskonało´cia kształtu. To był klejnot prze´liczny i drogocenny. Wyjmujac s ˛ s ˛ ´ Pier´cie´ z kieszeni Frodo zamierzał go cisna´ w sam srodek płomieni na komins n ˛c ku. Lecz teraz zrozumiał, ze nie zdob˛ dzie si˛ na to, przynajmniej nie bez ci˛ zkiej ˙ e e e˙ walki. W rozterce wa˙ ył Pier´cie´ na dłoni i z wysiłkiem przywoływał na pami˛ c z s n e´ wszystko, co Gandalf mu opowiedział. Potem skupił wol˛ i zamachnał si˛ jakby e ˛ e do rzutu. . . Ale okazało si˛ , ze tylko wło˙ ył Pier´cie´ z powrotem do kieszeni. e ˙ z s n Gandalf za´miał si˛ ponuro. s e — Widzisz? Ju˙ i tobie niełatwo si˛ z nim rozsta´ , có˙ dopiero zniszczy´ z e c z c go! Nie mógłbym ci˛ do tego skłoni´ , chyba przemoca, ale to by ciebie złamało. e c ˛ Pier´cienia natomiast przemoca nie da si˛ złama´ . Gdyby´ nawet walił w niego s ˛ e c s kowalskim młotem, nie zostanie na nim znaku. Ani moje, ani twoje r˛ ce nie sa e ˛ zdolne go zniszczy´ . c Ten twój ogieniek oczywi´cie nie stopiłby i zwykłego złota. Pier´cie´ ju˙ s s n z przez t˛ prób˛ przeszedł bez uszczerbku, nie rozgrzał si˛ nawet. Nie ma w Shire e e e takiej ku´ ni, w której by mo˙ na bodaj troch˛ zmieni´ jego kształt. Nie zdziałałyz z e c by nic nawet kowadła i piece hutnicze krasnoludów. Powiadaja, ze ogie´ smoczy ˛ ˙ n miał moc topienia i trawienia czarodziejskich pier´cieni, ale nie ma ju˙ na ziemi s z takiego smoka, który by po dawnemu ział do´c goracym ogniem, nigdy zreszta s´ ˛ ˛ nie istniał smok tak ognisty, zeby zmógł ten Jedyny Pier´cie´ , rzadzacy wszyst˙ s n ˛ ˛ kimi innymi, dzieło własnych rak Saurona. Sam Ankalagon Czarny nie byłby od ˛ niego mocniejszy. Jest tylko jeden sposób: znale´ c Szczeliny Zagłady w gł˛ biach z´ e Orodruiny, Ognistej Góry, i tam wrzuci´ Pier´cie´ , je˙ eli naprawd˛ chcesz go c s n z e zniszczy´ i uchroni´ raz na zawsze od powrotu w r˛ ce Nieprzyjaciela. c c e — Ale˙ ja chc˛ go zniszczy´ ! — krzyknał Frodo. — Albo raczej chc˛ , zeby z e c ˛ e ˙ został zniszczony. Bo osobi´cie nie nadaj˛ si˛ do niebezpiecznych misji. Wolałs e e bym tego Pier´cienia nigdy na oczy nie widzie´ ! Czemu˙ on mnie wła´nie si˛ s c z s e dostał? Czemu˙ to na mnie padł wybór? z 64

— Na to pytanie nie ma odpowiedzi — rzekł Gandalf. — Z pewno´cia nie s ˛ wybrano ci˛ dla jakich´ zalet, których by innym brakowało, a w ka˙ dym razie nie e s z dla władzy lub madro´ci. Skoro jednak zostałe´ wybrany, musisz da´ z siebie tyle ˛ s s c siły, serca i rozumu, na ile ci˛ sta´ . e c — Ale˙ ja mam bardzo niewiele tych rzeczy! To ty jeste´ madry i pot˛ zny. z s ˛ e˙ Czy nie zechciałby´ wzia´ Pier´cienia? s ˛c s — Nie! — zawołał Gandalf zrywajac si˛ na równe nogi. — Gdybym do wła˛ e snych sił dołaczył jego moc, rozporzadzałbym zbyt wielka, straszliwa pot˛ ga, ˛ ˛ ˛ ˛ e ˛ a Pier´cie´ zyskałby nade mna władz˛ tym wi˛ ksza, tym bardziej zabójcza. — s n ˛ e e ˛ ˛ Oczy Gandalfa rozbłysły, cała twarz spłoniła si˛ , jakby od wewn˛ trznego ognia. e e — Nie ku´ mnie! Bo nie chc˛ si˛ sta´ podobny do Władcy Ciemno´ci. A przes e e c s cie˙ Pier´cie´ trafia do mojego serca poprzez lito´c, lito´c dla słabo´ci; po˙ adam z s n s´ s´ s z˛ ´ siły po to, by czyni´ dobrze. Nie ku´ mnie! Nie smiem go wzia´ , cho´ by tylko na c s ˛c c przechowanie, nie do u˙ ytku. Nie znalazłbym siły, by oprze´ si˛ i nie zatrzyma´ z c e c go. Tak bardzo b˛ dzie mi potrzebny! Gro˙ a mi wielkie niebezpiecze´ stwa. e z˛ n Podszedł do okna, rozsunał zasłony, otworzył okiennice. Blask sło´ ca znowu ˛ n ´ zka przeszedł pogwizdujac Sam. zalał pokój. Scie˙ ˛ ˛

— A teraz — rzekł Czarodziej zwracajac si˛ do Froda — do ciebie nale˙ y ˛ e z
decyzja. Ale zawsze b˛ d˛ ci gotów pomóc. — Poło˙ ył r˛ k˛ na ramieniu hobbita. e e z e e — Pomog˛ ci d´ wiga´ to brzemi˛ , dopóki b˛ dzie ono na tobie cia˙ y´ . Musimy e z c e e ˛z c ´ jednak działa´ bez zwłoki. Nieprzyjaciel nie spi. c Na długa chwil˛ zaległa cisza. Gandalf usiadł i pykał fajk˛ , jakby pogra˙ o˛ e e ˛z ´ ny w zadumie. Oczy miał z pozoru zamkni˛ te, lecz spod powiek czujnie sledził e Froda. Frodo wpatrywał si˛ w zar na kominku tak uparcie, ze wreszcie ogie´ wye ˙ ˙ n pełnił jego wyobra´ ni˛ i hobbitowi zdawało si˛ , i˙ zaglada w płomienne czelu´ci. z e e z ˛ s Rozmy´lał o legendarnych Szczelinach Zagłady i o grozie Ognistej Góry. s — No i có˙ ? — spytał w ko´ cu Gandalf. — O czym my´lisz? Czy ju˙ postaz n s z nowiłe´, co zrobisz? s — Nie — odpowiedział Frodo i ocknawszy si˛ , jakby wracał z gł˛ bi nocy, ˛ e e ze zdziwieniem stwierdził, ze wcale nie jest ciemno i ze za oknem wida´ ogród ˙ ˙ c w blasku sło´ ca. — A mo˙ e tak. Je˙ eli dobrze zrozumiałem, co mi mówiłe´, san z z s ˛ dz˛ , ze powinienem przynajmniej na razie zatrzyma´ Pier´cie´ i strzec go, nie e ˙ c s n dbajac o szkody, jakie mo˙ e mi wyrzadzi´ . ˛ z ˛ c — Jego wpływ, szkodliwy wpływ, b˛ dzie oddziaływał bardzo powoli, je˙ eli e z zatrzymasz go w takiej intencji — rzekł Gandalf. — Mam nadziej˛ — odparł Frodo. — Ale mam te˙ nadziej˛ , ze wkrótce znaje z e ˙ dziesz jakiego´ odpowiedniejszego stra˙ nika Pier´cienia. Tymczasem jednak jes z s stem w niebezpiecze´ stwie i niebezpieczny dla całego otoczenia. Zatrzymujac n ˛ Pier´cie´ nie mog˛ pozosta´ tutaj. Powinienem opu´ci´ ten dom i Shire, i wszysts n e c s c 65

ko. . . powinienem odej´c stad! — Frodo westchnał. — Rad bym ocali´ Shire, jes´ ˛ ˛ c zeli zdołam. . . A przecie˙ bywały dni, kiedy wszyscy jego mieszka´ cy wydawali ˙ z n mi si˛ nie do zniesienia głupi i t˛ pi i my´lałem, ze przydałoby im si˛ trz˛ sienie e e s ˙ e e ziemi albo najazd smoków. Dzisiaj tak ju˙ nie my´l˛ . Przeciwnie, mam uczucie, z se ze dopóki ten kraj b˛ dzie za mna le˙ ał bezpieczny i spokojny, łatwiej znios˛ tu˙ e ˛ z e ´ łaczk˛ : ze swiadomo´cia, ze istnieje gdzie´ pewny grunt, nawet je´li ja na nim nie e s ˛ ˙ s s mog˛ oprze´ stopy. e c Oczywi´cie, nieraz marzyłem o podró˙ y, ale wyobra˙ ałem ja sobie jako was z z ˛ kacje, jako ła´ cuch przygód, podobnych do przygód Bilba, a nawet jeszcze cien kawszych i ko´ czacych si˛ szcz˛ sliwie. To, co mnie teraz czeka, oznacza wygnan ˛ e e´ nie, ucieczk˛ przed jednym niebezpiecze´ stwem w inne, nieodst˛ pnie ciagnace za e n e ˛ ˛ mna. Przypuszczam te˙ , ze musz˛ ruszy´ w swiat sam, je´li mam wykona´ zada˛ z ˙ e c ´ s c nie i ocali´ Shire. Ale czuj˛ si˛ bardzo mały, bardzo bezdomny i — co tu ukrywa´ ! c e e c — zdesperowany. Nieprzyjaciel jest tak pot˛ zny i okrutny! e˙ Nie przyznał si˛ do tego Gandalfowi, lecz w miar˛ jak mówił, w sercu jego e e ´ rozpalała si˛ coraz gor˛ tsza ochota pój´cia w slady Bilba, a mo˙ e te˙ odszukania e e s z z ´ go w swiecie. Ch˛ c ta była silniejsza nawet od strachu: Frodo omal nie wybiegł na e´ go´ciniec tak, jak stał, natychmiast, bez kapelusza — jak zrobił Bilbo w podobny s ranek przed wielu laty. — Frodo kochany! — zawołał Gandalf. — Hobbici to doprawdy zdumiewaja˛ ce stworzenia, co zreszta zawsze mówiłem. Niby mo˙ na w ciagu tygodnia pozna´ ˛ z ˛ c ich na wylot, a przecie˙ po stu latach znajomo´ci potrafia ci˛ zaskoczy´ niespoz s ˛ e c dzianka nie do wiary! Nawet od ciebie nie spodziewałem si˛ takiej odpowiedzi. ˛ e Ale Bilbo nie omylił si˛ w wyborze spadkobiercy, chocia˙ nie zdawał sobie sprae z wy, jak doniosłe oka˙ e si˛ to w skutkach. Obawiam si˛ , ze masz słuszno´c. Nie z e e ˙ s´ dałoby si˛ dłu˙ ej utrzyma´ w tym kraju Pier´cienia w sekrecie, wi˛ c zarówno e z c s e dla twego dobra, jak dla dobra innych b˛ dziesz musiał stad odej´c pozostawiajac e ˛ s´ ˛ tu nazwisko Bagginsa. Nie byłoby bezpiecznie nosi´ je poza granicami Shire’u c ´ i w Dzikich Krajach. Daj˛ ci nowe nazwisko na czas podró˙ y. Ruszysz w swiat e z jako pan Underhill. Nie sadz˛ jednak, by´ musiał podró˙ owa´ samotnie. Mo˙ esz wzia´ towarzy˛ e s z c z ˛c sza, je˙ eli znajdziesz w´ród znajomych kogo´ godnego zaufania, kogo´, kto zez s s s chce dotrzyma´ ci kompanii i kogo ty zechcesz pociagna´ za soba w nieprzewic ˛ ˛c ˛ dziane niebezpiecze´ stwa. Ale szukajac towarzysza, bad´ bardzo ostro˙ ny w wyn ˛ ˛ z z borze. Bad´ ostro˙ ny zwierzajac si˛ bodaj najserdeczniejszemu przyjacielowi. ˛z z ˛ e Wróg ma wielu szpiegów i wiele sposobów, by podsłucha´ twoje sekrety. c Nagle Gandalf urwał, jakby czego´ nasłuchujac. Frodo u´wiadomił sobie, ze s ˛ s ˙ w domu i w ogrodzie jest niezwykle cicho. Gandalf przyczaił si˛ przy oknie. Zniee nacka jednym susem skoczył naprzód i długa r˛ ka si˛ gnał na zewnatrz pod pa˛ e ˛ e ˛ ˛ rapet. Rozległ si˛ pisk i ukazała si˛ k˛ dzierzawa głowa Sama Gamgee, którego e e e Czarodziej ciagnał w gór˛ za ucho. ˛ ˛ e 66

— Na moja brod˛ ! — rzekł Gandalf. — A wi˛ c to Sam Gamgee? Co´ ty tutaj ˛ e e s robił? — Słowo daj˛ , panie Gandalfie! — odparł Sam. — Nic nie robiłem! Wła´nie e s traw˛ przycinałem pod oknem, o, widzi pan! — I na dowód podniósł z ziemi e no˙ yce. z — Nie — surowo rzekł Gandalf. — Od dłu˙ szego ju˙ czasu nie słyszałem z z szcz˛ ku twoich no˙ yc. Od jak dawna strzygłe´ uszami? e z s — Nie uszami, tylko traw˛ strzygłem, za przeproszeniem pa´ skim. e n — Nie udawaj durnia. Mów, co´ słyszał i dlaczego podsłuchiwałe´? — Oczy s s Gandalfa ciskały płomienie, brwi zje˙ yły si˛ jak szczotki. z e — Panie Frodo! — krzyknał Sam dr˙ ac cały. — niech mnie pan broni! Niech ˛ z˛ pan nie pozwoli, zeby on mnie przemienił w jakiego cudaka! Mój stary tatu´ nie ˙ s prze˙ yłby tego! Słowo daj˛ , ze nie miałem nic złego na my´li! z e ˙ s — Gandalf nie zrobi ci krzywdy — rzekł Frodo z trudem powstrzymujac si˛ ˛ e ´ od smiechu, jakkolwiek sam był te˙ zaskoczony i troch˛ zbity z tropu. — Wie z e równie dobrze jak ja, ze nie miałe´ z pewno´cia złych zamiarów. Ale teraz uspokój ˙ s s ˛ si˛ i dopowiadaj uczciwie na pytania. e — Ano, prosz˛ pana — rzekł Sam dygocac z lekka — słyszałem ró˙ ne rzee ˛ z czy, których ani w zab nie zrozumiałem, o jakim´ nieprzyjacielu i o pier´cieniach, ˛ s s i o panu Bilbo, i o smokach, i o górze ognistej, i. . . o elfach, prosz˛ pana! A słue chałem dlatego, ze nie mogłem si˛ oderwa´ , pan chyba wie, jak to bywa. Okropnie ˙ e c ´ e lubi˛ takie historie. I wierz˛ w nie swi˛ cie, niech sobie Ted gada, co chce. Najbare e dziej mi o te elfy chodzi. Tak bym je chciał zobaczy´ ! Czy nie mógłby mnie pan c zabra´ z soba i poznajomi´ z elfami, panie Frodo? c ˛ c Gandalf wybuchnał smiechem. ˛ ´ — Chod´ no tutaj! — krzyknał i chwyciwszy oburacz zdumionego Sama z ˛ ˛ wciagnał go przez okno razem z no˙ ycami, zd´ błami obci˛ tej trawy i cała osoba ˛ ˛ z ´ z e ˛ ˛ do pokoju i postawił na posadzce. — Zabra´ ci˛ do elfów, co? — rzekł wpatrujac c e ˛ si˛ pilnie w oczy chłopaka, lecz ju˙ z u´miechem na wargach. — Wi˛ c słyszałe´, e z s e s ze pan Frodo wybiera si˛ w drog˛ ? ˙ e e — Tak, prosz˛ pana. I dlatego si˛ zachłysnałem, a wtedy pan mnie usłyszał. e e ˛ Starałem si˛ powstrzyma´ , ale wyrwało mi si˛ , bo okropnie si˛ zmartwiłem. e c e e — Nie ma innej rady — ze smutkiem powiedział Frodo. Nagle u´wiadomił s sobie, ze ucieczka z Shire’u oznacza wiele bolesnych rozsta´ , a nie tylko po˙ e˙ n z gnanie z wygodnym własnym domem w Bag End. — Musz˛ i´c w swiat. Ale. . . e s´ ´ — spojrzał uwa˙ nie na Sama — je˙ eli naprawd˛ jeste´ do mnie przywiazany, doz z e s ˛ trzymasz sekretu. Rozumiesz? Bo inaczej — gdyby´ chocia˙ słowo pisnał z tego, s z ˛ co tu podsłuchałe´ — Gandalf pewnie by ci˛ zmienił w nakrapiana ropuch˛ , a do s e ˛ e ogrodu napu´ciłby mnóstwo w˛ zy. s e˙ Sam dr˙ ac padł na kolana. z˛ — Wstawaj! — rzekł Gandalf. — Wymy´liłem dla ciebie co´ lepszego, co´, co s s s 67

ci zamknie usta, a zarazem ukarze za podsłuchiwanie. Pójdziesz razem z panem Frodo. — Ja? Pójd˛ ? — wrzasnał Sam i zaczał skaka´ jak pies, kiedy si˛ go zaprasza e ˛ ˛ c e na spacer. — Zobacz˛ elfy i wszystko. . . ! Hura! e I Sam rozpłakał si˛ z rado´ci. e s

ROZDZIAŁ III

Trzech to ju˙ kompania z
— Powiniene´ wyruszy´ cichcem i powiniene´ wyruszy´ wkrótce — rzekł s c s c
Gandalf. Min˛ ło bowiem par˛ tygodni, a Frodo wcale nie objawiał gotowo´ci do e e s podró˙ y. z — Wiem. Ale trudno spełni´ jednocze´nie oba te warunki — odparł Frodo. — c s Je˙ eli znikn˛ jak Bilbo, wie´c o tym rozniesie si˛ w mgnieniu oka po całym kraju. z e s´ e — Oczywi´cie, ze nie mo˙ esz tak znikna´ — powiedział Gandalf. — To by s ˙ z ˛c wcale nie było dobrze. Powiedziałem: wkrótce, nie: natychmiast. Je˙ eli nie moz zesz znale´ c jakiego´ sposobu, zeby si˛ wymkna´ po cichu, tak zeby nie zwróci´ ˙ z´ s ˙ e ˛c ˙ c powszechnej uwagi, to lepiej ju˙ z dwojga złego odwlec troch˛ wyjazd. Ale nie z e marud´ zbyt długo. z — Mo˙ e by tak poczeka´ do jesieni albo do naszych urodzin? — spytał Frodo. z c — My´l˛ , ze do tego czasu jako´ bym to mógł urzadzi´ . se ˙ s ˛ c Prawd˛ mówiac, teraz, gdy trzeba ju˙ było wprowadzi´ zamiar w czyn, Frodo e ˛ z c z wielka niech˛ cia my´lał o podró˙ y. Bag End nigdy w ciagu tych wszystkich lat ˛ e ˛ s z ˛ nie wydawało mu si˛ tak miła siedziba, chciał te˙ nacieszy´ si˛ w pełni ostatnim e ˛ ˛ z c e latem sp˛ dzonym w Shire. Wiedział, ze z nadej´ciem jesieni bodaj połowa jego e ˙ s serca ch˛ tnie skłoni si˛ do my´li o w˛ drówce, jak zwykle o tej porze roku. W due e s e chu ju˙ postanowił sobie opu´ci´ dom w dzie´ swoich pi˛ cdziesiatych — a Bilba z s c n e´ ˛ sto dwudziestych ósmych — urodzin. Ten dzie´ zdawał mu si˛ najodpowiedniejn e ´ szy do rozpocz˛ cia przygody i wstapienia w slady wuja. My´l o odszukaniu Bilba e ˛ s zaprzatała go naj˙ ywiej i osładzała gorycz wyjazdu. O Pier´cieniu i o tym, do˛ z s kad Pier´cie´ mo˙ e go zaprowadzi´ , starał si˛ my´le´ jak najmniej. Nie wszystkie ˛ s n z c e s c te my´li zwierzał Gandalfowi. Trudno byłoby powiedzie´ , ile z nich Czarodziej s c odgadywał. Przygladał si˛ Frodowi z u´miechem. ˛ e s — Zgoda — rzekł. — Sadz˛ , ze to dobry pomysł. Ale dłu˙ ej nie zwlekaj. ˛ e ˙ z Zaczynam si˛ niepokoi´ powa˙ nie. Tymczasem bad´ ostro˙ ny i nikomu ani słówe c z ˛z z kiem nie wspomnij, dokad si˛ wybierasz. Przypilnuj te˙ , zeby Sam Gamgee nic ˛ e z ˙ nie wypaplał. Bo inaczej musiałbym go naprawd˛ zamieni´ w ropuch˛ . e c e — Cho´ bym chciał, nie mog˛ si˛ wygada´ , dokad si˛ wybieram — rzekł Froc e e c ˛ e 69

do — bo sam jak dotad nic pewnego nie wiem. ˛ — Nie mów głupstw — odparł Gandalf. — Nie przestrzegam ci˛ , zeby´ nie e ˙ s zostawiał adresu w urz˛ dzie pocztowym. Ale nikt nie powinien wiedzie´ , ze e c ˙ opuszczasz Shire, dopóki nie b˛ dziesz stad daleko. A w˛ drowa´ , czy przynaje ˛ e c mniej wyruszy´ , musisz na północ, południe, zachód czy wschód, nikomu nie c zdradzajac celu podró˙ y. ˛ z — Tak byłem pochłoni˛ ty my´la o rozstaniu z domem i o rozłace z przyjaciółe s ˛ ˛ mi, ze nawet nie zastanawiałem si˛ nad kierunkiem podró˙ y — rzekł Frodo. — ˙ e z Dokad bowiem i´c? Czym si˛ kierowa´ ? Czego wła´ciwie szuka´ ? Bilbo ruszał ˛ s´ e c s c po skarb, wybierał si˛ tam i z powrotem, ale ja mam skarb zgubi´ i wcale nie e c wraca´ , przynajmniej nie widz˛ tej mo˙ liwo´ci przed soba. c e z s ˛ — Niezbyt daleko przed siebie umiesz si˛ gna´ wzrokiem — powiedział Gane ˛c dalf. — Podobnie zreszta jak ja. Mo˙ e sam b˛ dziesz musiał odnale´ c Szczeliny ˛ z e z´ Zagłady, a mo˙ e kto´ inny przejmie od ciebie to zadanie. Nie wiem. W ka˙ dym z s z razie nie jeste´ jeszcze gotów do dalekiej podró˙ y. s z — Nie jestem — potwierdził Frodo. — Ale jaki kurs powinienem wzia´ na ˛c poczatek? ˛ — Steruj przeciw niebezpiecze´ stwu. Nie za pochopnie jednak i nie najprostn sza droga — odparł Czarodziej. — Je˙ eli chcesz usłucha´ mojej rady, id´ do Ri˛ ˛ z c z vendell. Podró˙ tam nie powinna by´ zbyt niebezpieczna, jakkolwiek droga jest z c teraz trudniejsza ni˙ dawniej, a pod jesie´ pogorszy si˛ jeszcze. z n e — Rivendell! — rzekł Frodo. — Doskonale! Rusz˛ wi˛ c na wschód i b˛ d˛ e e e e zda˙ ał do Rivendell. Wezm˛ z soba Sama w odwiedziny do elfów, chłopak osza˛z e ˛ leje z rado´ci. s Mówił to lekkim tonem, lecz serce drgn˛ ło mu w piersi i zapragnał zobaczy´ e ˛ c dom Elronda Półelfa, odetchna´ powietrzem gł˛ bokiej doliny, w której dotychczas ˛c e mieszkało w spokoju mnóstwo elfów. letniego wieczora zdumiewajaca wie´c dotarła „Pod Bluszcz” ˛ s´ i „Pod Zielonego Smoka”. Zapomniano o olbrzymach i wszystkich złowieszczych znakach na pograniczu wobec sprawy o wiele donio´lejszej: pan Frodo sprzedaje s czy nawet ju˙ sprzedał Bag End. I to komu? Bagginsom z Sackville! z — Wział ładny grosz — mówili jedni. ˛ — Za bezcen oddał — powiadali inni. — Jak˙ eby inaczej, skoro to pani Loz belia dobijała targu. (Otho zmarł jaki´ czas przedtem, w dojrzałym, lecz niezbyt s s˛ dziwym wieku stu dwóch lat). Jeszcze wi˛ cej ni˙ o cenie rozprawiano o przye e z czynach, które mogły skłoni´ pana Froda do sprzeda˙ y pi˛ knej norki. Ten i ów — c z e opierajac si˛ na pewnych napomknieniach i minach pana Bagginsa — twierdził, ˛ e ze Frodo wyczerpał zasoby pieni˛ zne; opuszczał Hobbiton, zeby osia´c w Buc˙ e˙ ˙ ˛s ´ klandzie w´ród swoich krewnych Brandybucków i zy´ odtad skromnie z sumy s ˙ c ˛ 70

Pewnego

uzyskanej za Bag End. — Byle jak najdalej od Bagginsów z Sackville — dodawali niektórzy. Lecz przekonanie o niewyczerpanych bogactwach Bagginsów z Bag End tak było zakorzenione, ze wi˛ kszo´c nie mogła uwierzy´ w taki powód decyzji Froda i snuła ˙ e s´ c inne, mniej lub bardziej nieprawdopodobne domysły z własnej fantazji; przewa˙ z nie dopatrywano si˛ jakiej´ tajemnej i nie wykrytej dotychczas intrygi Gandalfa. e s Jakkolwiek Czarodziej siedział cicho i nie wychodził za dnia z norki — wszyscy wiedzieli, ze „przyczaił si˛ w Bag End”. Ale czy ta przeprowadzka naprawd˛ ˙ e e dogadzała zamiarom Czarodzieja, czy nie, jedno było pewne: Frodo Baggins postanowił wróci´ do Bucklandu. c — Tak, wyprowadzam si˛ tej jesieni — mówił. — Merry Brandybuck szuka e tam dla mnie jakiej´ przyjemnej norki albo domku. s

Rzeczywi´cie, za po´rednictwem przyjaciela ju˙ wybrał i kupił siedzib˛ s s z e Ustro´ , opodal Buckleburga. Wszystkim z wyjatkiem Sama opowiedział, ze zan ˛ ˙ mierza tam osiedli´ si˛ na stałe. Wpadł na ten pomysł ju˙ po decyzji wyruszenia c e z w kierunku na wschód, Buckland bowiem le˙ ał na wschodnim pograniczu Shiz re’u, a ze Frodo tam wła´nie sp˛ dził dzieci´ stwo, zapowied´ powrotu w rodzinne ˙ s e n z okolice brzmiała przynajmniej wiarygodnie. Gandalf przebywał w Shire dwa miesiace z góra. Wreszcie pewnego wieczora ˛ ˛ pod koniec czerwca, wkrótce po ostatecznym ustaleniu planów Froda, Czarodziej ´ niespodzianie oznajmił, ze nazajutrz znów rusza w swiat. ˙ — Mam nadziej˛ , ze nie na długo — rzekł. — Id˛ jednak a˙ na południowa e ˙ e z ˛ granic˛ zasi˛ gna´ j˛ zyka, o ile to si˛ oka˙ e mo˙ liwe. Ju˙ i tak długo pró˙ nowałem. e e ˛c e e z z z z Czarodziej mówił to lekko, Frodowi jednak wydał si˛ stroskany. e — Czy co´ si˛ stało? — zapytał. s e — Wła´ciwie nic, ale doszły mnie pewne słuchy, troch˛ niepokojace i wys e ˛ magajace sprawdzenia. Gdybym doszedł do wniosku, ze wskazane jest, by´ stad ˛ ˙ s ˛ odszedł niezwłocznie, wróc˛ sam albo w najgorszym wypadku przy´l˛ ci słówko. e se Na razie trzymaj si˛ uło˙ onego planu, lecz post˛ puj jeszcze ostro˙ niej ni˙ dotyche z e z z czas, szczególnie z Pier´cieniem. Raz jeszcze powtarzam ci, pami˛ taj: nie u˙ ywaj s e z go! Ruszył w drog˛ o swicie. e ´ — Wróc˛ lada dzie´ — powiedział. — A najpó´ niej — na po˙ egnalne przye n z z j˛ cie urodzinowe. Biorac wszystko pod uwag˛ sadz˛ , ze na szlaku b˛ dzie ci poe ˛ e ˛ e ˙ e trzebne moje towarzystwo. Poczatkowo Frodo bardzo był zaniepokojony i cz˛ sto rozmy´lał, co te˙ za słu˛ e s z ´ do Gandalfa; z czasem jednak niepokój st˛ piał, a ze pogoda była chy mogły doj´c s e ˙ pi˛ kna, hobbit na razie odsunał od siebie troski. Rzadko Shire zaznawał równie e ˛ pogodnego lata i równie urodzajnej jesieni; drzewa uginały si˛ od jabłek, miód e
71

przelewał si˛ z plastrów, zbo˙ a wyrosły bujnie i kłosy miały ci˛ zkie. e z e˙ Jesie´ była ju˙ w pełni, zanim Frodo znowu zaczał si˛ niepokoi´ o Gandalfa. n z ˛ e c Wrzesie´ mijał, a Czarodziej nie dawał znaku zycia. Dzie´ urodzin i wyprowadzn ˙ n ki zbli˙ ał si˛ , ale Gandalf ani si˛ nie zjawił, ani nie przysłał wie´ci. W Bag End z e e s zapanował ruch. Do pomocy w pakowaniu rzeczy przybyło kilku przyjaciół Froda: Fredegar Bolger i Folko Boffin, no i oczywi´cie najserdeczniejsi druhowie, s Pippin Tuk i Merry Brandybuck. Kompania ta przewracała po prostu dom do góry nogami. Dwudziestego wrze´nia droga przez most na Brandywinie odjechały w stros ˛ n˛ Bucklandu kryte wozy naładowane meblami i rzeczami, których Frodo nie e sprzedał wraz z norka. Nazajutrz Frodo, nie na zarty ju˙ zaniepokojony, przez ca˛ ˙ z ły dzie´ wypatrywał Gandalfa. W czwartek poranek wstał pi˛ kny i pogodny, jak n e ongi w dzie´ wielkiej urodzinowej zabawy Bilba. Gandalf jednak si˛ nie zjawił. n e Wieczorem Frodo wydał uczt˛ po˙ egnalna, bardzo zreszta skromna, bo do stołu e z ˛ ˛ ˛ siadło prócz gospodarza jedynie czterech jego pomocników. Frodo wszak˙ e był z zatroskany i nie w humorze. Cia˙ yła mu na sercu my´l, ze ju˙ wkrótce b˛ dzie ˛z s ˙ z e musiał rozsta´ si˛ z młodymi przyjaciółmi. Zastanawiał si˛ te˙ , jak im o tym poc e e z wiedzie´ . c Ale czterej hobbici kipieli werwa, tote˙ po chwili mimo nieobecno´ci Gan˛ z s dalfa wesoły nastrój ogarnał całe towarzystwo. Jadalnia była ogołocona z mebli, ˛ został w niej tylko stół i krzesła, lecz kolacj˛ podano wy´mienita, a wina najprzede s ˛ niejsze, bo Frodo wyłaczył swoja piwniczk˛ z inwentarza rzeczy odst˛ powanych ˛ ˛ e e Bagginsom z Sackville. — Nie wiem, co si˛ stanie z reszta mojego dobytku, kiedy wpadnie w łapy e ˛ nowych gospodarzy, ale dla wina znalazłem lepszy schowek! — rzekł Frodo wysaczajac do dna kieliszek. Była to ostatnia kropla wina ze starych winnic. ˛ ˛ Prze´piewali mnóstwo pie´ni, nagadali si˛ o wszystkich wspólnych wspos s e ´ e ˛ mnieniach, a wreszcie wypili zdrowie Bilba swi˛ cac urodziny wuja razem z urodzinami siostrze´ ca, wedle przestrzeganego przez Froda zwyczaju. Potem, nim si˛ n e pokładli do łó˙ ek, wyszli przed nork˛ odetchna´ swie˙ ym powietrzem i spojrze´ z e ˛c ´ z c na gwiazdy. Po˙ egnalna uczta Froda była zako´ czona, a Gandalf nie przybył. z n

Nazajutrz ranek przeszedł im na ładowaniu jeszcze jednego wozu resztkami
manatków. Zaopiekował si˛ nim Merry i pojechał na wozie z Grubasem, czyli e Fredegarem Bolgerem. — Kto´ musi przygotowa´ nowy dom na twoje przyj˛ cie — rzekł Merry. — s c e No, do pr˛ dkiego zobaczenia pojutrze, je´li nie za´picie w drodze! e s s ´ Folko po drugim sniadaniu wrócił do swego domu, lecz Pippin został. Frodo, niespokojny i niepewny, daremnie nadstawiał ucha, czy nie usłyszy pukania 72

Gandalfa. Postanowił czeka´ do zmierzchu. Gandalf, je´liby si˛ zjawił po jego c s e odej´ciu, a chciał go pilnie widzie´ , mógł dop˛ dzi´ podró˙ nych w Ustroni, a nas c e c z wet ich wyprzedzi´ . Frodo bowiem wyruszał pieszo. Zamierzał — dla przyjemc no´ci, a bardziej ni˙ z innych powodów dlatego, ze chciał raz jeszcze przyjrze´ si˛ s z ˙ c e dobrze krajowi — w˛ drowa´ z Hobbitonu do granic Buckleburga bez po´piechu. e c s — B˛ dzie to dla mnie zarazem niezła gimnastyka — rzekł przegladajac si˛ e ˛ ˛ e ´ w zakurzonym lustrze na scianie opustoszałego hallu. Od dawna nie uprawiał dalszych marszów i wydał si˛ sobie nieco skapcaniały. Po lunchu ku wielkiemu e niezadowoleniu Froda zjawiła si˛ Lobelia w towarzystwie swego płowowłosego e syna, Lotha. — Nareszcie to wszystko jest nasze! — powiedziała Lobelia wkraczajac do ˛ ´ s norki. Nie było to grzeczne odezwanie si˛ , a ponadto, sci´le mówiac, niezupełe ˛ nie zgodne z prawda, bo umowa wchodziła w zycie dopiero z wybiciem północy. ˛ ˙ Lobelia zasługiwała jednak na pewna pobła˙ liwo´c, musiała przecie˙ czeka´ na ˛ z s´ z c obj˛ cie Bag End o siedemdziesiat siedem lat dłu˙ ej, ni˙ sobie poczatkowo obiecye ˛ z z ˛ wała, i tymczasem do˙ yła setki. Jakkolwiek bad´ , przyszła teraz dopilnowa´ , czy z ˛z c nic z tego, za co zapłaciła, nie wyniesiono z norki, i za˙ adała kluczy. Niepr˛ dko z˛ e dała si˛ zaspokoi´ , przyniosła bowiem dokładny spis nabytych rzeczy i sprawdzae c ła pozycje po pozycji. W ko´ cu odeszła ze swoim Lothem, z zapasowym kluczem n oraz z obietnica, ze Frodo zostawi dla niej drugi klucz u Dziadunia Gamgee. Krzy˛ ˙ wiła si˛ co prawda na to, niedwuznacznie dajac do zrozumienia, ze nie jest wcale e ˛ ˙ pewna, czy Gamgee do rana nie spladruje norki. Frodo nie pocz˛ stował Lobelii ˛ e nawet fili˙ anka herbaty. z ˛ Zjadł podwieczorek w towarzystwie Pippina i Sama Gamgee w kuchni. Oficjalnie ogłoszono, ze Sam udaje si˛ do Bucklandu, zeby nadal usługiwa´ panu ˙ e ˙ c Frodowi i zajmowa´ si˛ jego ogródkiem; Dziadunio Gamgee poparł ten projekt, c e nic wszak˙ e nie mogło go pocieszy´ w strapieniu, o jaki przyprawiała go my´l z c s o sasiadowaniu odtad z Lobelia. ˛ ˛ ˛ — Ostatni nasz posiłek w Bag End! — rzekł Frodo wstajac od stołu. Zmywa˛ ´ nie pozostawili Lobelii. Pippin i Sam scisn˛ li rzemieniami trzy podró˙ ne worki e z i ustawili je na ganku. Potem Pippin po raz ostatni wyszedł na spacer do ogrodu. Sam zniknał. ˛

Sło´ ce zachodziło. Norka wydawała si˛ smutna, ponura, rozbita. Frodo kran e ˛ ´ zył po znajomych pokojach patrzac, jak blask słoneczny przygasa na scianach, ˙ ˛ a cienie wypełzaja z katów. Zrobiło si˛ ciemno. Frodo wyszedł na dwór a˙ do ˛ ˛ e z furtki na ko´ cu scie˙ ki, a potem kilka kroków droga w dół Pagórka. Jeszcze si˛ n ´ z ˛ e łudził, ze mo˙ e zobaczy Gandalfa wspinajacego si˛ w mroku pod gór˛ . Niebo ˙ z ˛ e e było pogodne, gwiazdy rozbłyskiwały jasno. — Noc zapowiada si˛ pi˛ knie — powiedział Frodo gło´no. — To dobry poe e s
73

czatek. Mam ochot˛ ju˙ wreszcie wyruszy´ . Uprzykrzyło mi si˛ czekanie. Pójd˛ , ˛ e z c e e a Gandalf niech mnie goni. Zawrócił, ale natychmiast stanał w miejscu, bo zza zakr˛ tu, od Bagshot Row ˛ e doszły go jakie´ głosy. Jeden z nich nale˙ ał niewatpliwie do Dziadunia Gamgee, s z ˛ drugi był obcy i nieprzyjemny. Słów nieznajomego Frodo nie rozró˙ niał, lecz odz powiedzi Dziadunia, troch˛ krzykliwe, słyszał dobrze. Hamfast Gamgee zdawał e si˛ rozdra˙ niony. e z — Nie, pana Bagginsa nie ma w domu. Dzisiaj rano wyruszył w drog˛ , a mój e Sam z nim razem, w ka˙ dym razie wywie´ li wszystkie rzeczy. Tak, sprzedał goz z spodarstwo i wyprowadził si˛ , ju˙ em mówił. Dlaczego? To ju˙ nie moja sprawa e z z i nie wasza. Dokad? Owszem, wiem, to nie sekret. Do Buckleburga czy gdzie´ ˛ s w tamte okolice. Tak, tak, szmat drogi. Nigdy nie byłem tak daleko. W Bucklandzie zreszta sami dziwacy mieszkaja. Nie, zadnej wiadomo´ci dla nikogo u mnie ˛ ˛ ˙ s nie zostawił. Dobranoc! Kroki zadudniły po stoku Pagórka. Frodo zdziwił si˛ troch˛ , ze odczuł taka e e ˙ ˛ ulg˛ w sercu stwierdzajac, ze oddalały si˛ , zamiast zbli˙ a´ do jego norki. „Pewnie e ˛ ˙ e z c dlatego, ze uprzykrzyły mi si˛ ju˙ pytania i dociekania na temat moich poczyna´ ˙ e z n ´ — pomy´lał. — Ile˙ to w´cibstwa w swiecie!” Przyszło mu do głowy, ze mo˙ e s z s ˙ z warto spyta´ Dziadunia, z kim rozmawiał, ale — na swoje szcz˛ scie czy mo˙ e c e´ z nieszcz˛ scie — rozmy´lił si˛ i szybko wrócił do Bag End. Pippin siedział pod e´ s e gankiem na swoim worku. Sama nie było. Frodo przestapił próg norki i krzyknał ˛ ˛ w ciemno´c: — Sam! Ju˙ czas w drog˛ ! s´ z e — Lec˛ , lec˛ , prosz˛ pana! — odpowiedział z gł˛ bi norki głos Sama, e e e e ˙ a w chwil˛ pó´ niej ukazał si˛ hobbit ocierajac dłonia usta. Zegnał si˛ z baryłka e z e ˛ ˛ e ˛ piwa w piwnicy. — Zaopatrzyłe´ si˛ , co? — spytał Frodo. s e — Tak, prosz˛ pana. Na jaki´ czas wystarczy. e s Frodo zamknał i zaryglował okragłe drzwiczki, oddał klucz Samowi. ˛ ˛ — Skocz no i odnie´ to ojcu, Samie — rzekł. — Potem biegnij na przełaj, s zeby´my na ciebie nie czekali u furtki na ko´ cu scie˙ ki za łakami. Nie b˛ dziemy ˙ s n ´ z ˛ e teraz noca szli przez miasteczko. Za wiele ciekawych oczu i uszu. ˛ Sam pu´cił si˛ p˛ dem do ojcowskiego domu. s e e — No, wreszcie ruszamy! — rzekł Frodo. Zarzucili worki na plecy i obeszli ˙ od zachodu nork˛ . — Zegnaj! — powiedział Frodo spogladajac w ciemne, puste e ˛ ˛ okna. Podniósł r˛ k˛ , a potem odwrócił si˛ (zupełnie jak kiedy´ Bilbo, lecz tego e e e s ´ z ˛ Frodo nie wiedział) i pospieszył za Peregrinem scie˙ ka przez ogród w dół. Przeskoczyli zywopłot w miejscu, gdzie był najni˙ szy, i jak powiew wiatru w trawach ˙ z weszli w noc.

U stóp Pagórka od zachodniego stoku znale´ li furtk˛ prowadzaca˛ na waz e ˛ ˛
74

ska dró˙ k˛ . Tu zatrzymali si˛ i przyciagn˛ li rzemienie u worków. Zaraz te˙ bie˛ z e e ˛ e z giem zjawił si˛ zasapany Sam; ci˛ zka pak˛ niósł przytroczona wysoko na plecach, e e˙ ˛ e ˛ a na głowie miał wysoki bezkształtny filcowy worek, który nazywał kapeluszem. W mroku wygladał zupełnie jak krasnolud. ˛ — Jestem pewien, ze najci˛ zsze rzeczy wpakowali´cie do mojego worka — ˙ e˙ s ´ powiedział Frodo. — Współczuje slimakom i wszelkim stworzeniom, które d´ wiz gaja swoje domy na własnych grzbietach. ˛ — Ja bym mógł nie´c wi˛ cej rzeczy, prosz˛ pana. Mój worek jest zupełnie s´ e e lekki — o´wiadczył Sam m˛ znie, cho´ zgoła niewiarygodnie. s e˙ c — Nic od niego nie bierz, Samie — rzekł Pippin. — Dobrze mu tak! Niesie tylko to, co kazał zapakowa´ . Rozleniwił si˛ ostatnimi czasy, ale b˛ dzie mu c e e wkrótce l˙ ej, jak straci w marszu co´ nieco´ z własnej wagi. z s s — Zlituj si˛ nad biednym, starym hobbitem! — za´miał si˛ Frodo. — Z pewe s e ˙ no´cia b˛ d˛ wiotki jak wierzbowa gałazka, nim dotrzemy do Bucklandu. Zartos ˛ e e ˛ wałem oczywi´cie. Podejrzewam, ze Sam wział na siebie o wiele wi˛ cej, ni˙ by s ˙ ˛ e z mu sprawiedliwie powinno przypa´c w udziale. Zrobimy z tym porzadek na najs´ ˛ bli˙ szym popasie. — Ujał w gar´c lask˛ . — No, skoro lubimy nocne przechadzki z ˛ s´ e — powiedział — przemaszerujmy kilka mil przed snem. Szli najpierw na zachód dró˙ ka, lecz wkrótce ja opu´cili i skr˛ cili w lewo na z ˛ ˛ s e pola. Sun˛ li g˛ siego wzdłu˙ zywopłotów, skrajem zagajników, a noc otulała ich e e z˙ swoim mrokiem. W ciemnych płaszczach stali si˛ tak niewidzialni, jakby wszyscy e mieli czarodziejskie pier´cienie. Byli hobbitami, a w dodatku starali si˛ i´c cicho, s e s´ wi˛ c nawet hobbit nie słyszałby ich kroków, a zwierz˛ ta polne i le´ne zaledwie e e s dostrzegały, ze kto´ przeszedł obok. ˙ s Po jakim´ czasie przeprawili si˛ przez Wod˛ po waskiej kładce na zachód od s e e ˛ Hobbitonu. Struga ciekła tutaj kr˛ ta, czarna wsta˙ ka mi˛ dzy pochylonymi olchae ˛ ˛ ˛z ˛ e mi. O mil˛ czy dwie dalej na południe pospiesznie przeci˛ li go´ciniec biegnacy e e s ˛ przez most na Brandywinie; znale´ li si˛ wi˛ c w Tuklandzie i kierujac kroki na poz e e ˛ łudnio-wschód zacz˛ li wspina´ si˛ na Zielone Wzgórza. Stad widzieli miasteczko e c e ˛ mrugajace swiatłami w łagodnej dolinie Wody. Wkrótce jednak w´ród falistego, ˛ ´ s okrytego mrokiem terenu zniknał Hobbiton, a potem z kolei osiedle Nad Woda, ˛ ˛ ´ rozciagni˛ te wzdłu˙ szarego stawu. Kiedy swiatło ostatniej zagrody zostało dale˛ e z ko za nimi migocac w´ród drzew, Frodo obejrzał si˛ i r˛ ka zrobił gest po˙ egnania. ˛ s e e ˛ z — Chciałbym wiedzie´ , czy jeszcze kiedy´ w zyciu zobacz˛ t˛ dolin˛ — poc s ˙ e e e wiedział cicho. Po trzech godzinach marszu zatrzymali si˛ na odpoczynek. Noc była jasna, e chłodna, wygwie˙ d˙ ona, lecz od strumieni i niskich łak pasma mgły niby smoki z z ˛ pełzły na zbocza wzgórz. Przezroczyste korony brzóz kołysane lekkim powiewem rysowały nad głowami w˛ drowców czarna sie´ na tle bladego nieba. Zjedli lekka e ˛ c ˛ (jak na hobbitów) kolacj˛ i ruszyli dalej. Wkrótce trafili na waska drog˛ , która e ˛ ˛ e rozwijała si˛ fali´cie to w gór˛ , to w dół i gin˛ ła w ciemnej dali przed nimi: była e s e e 75

to droga do Le´nego Dworu i promu w Buckleburgu. Odbiegała w gór˛ od główs e nego go´ci´ ca doliny i wijac si˛ po zboczach Zielonych Wzgórz prowadziła do s n ˛ e ´ dzikiego Le´nego Zakatka Wschodniej Cwiartki Shire’u. Po chwili zanurzyli si˛ s ˛ e ´ w gł˛ boki parów mi˛ dzy scianami smukłych drzew, które w ciemno´ciach szee e s le´ciły suchymi li´cmi. Z poczatku gaw˛ dzili albo chórem nucili cichutko jaka´ s s´ ˛ e ˛s melodi˛ , znale´ li si˛ bowiem wreszcie z dala od ciekawych uszu. Pó´ niej mae z e z szerowali w milczeniu, a Pippin zaczał odstawa´ od towarzyszy. W ko´ cu, gdy ˛ c n wspinali si˛ na strome zbocze, zatrzymał si˛ i ziewnał. e e ˛ — Taki jestem senny — powiedział — ze chyba przewróc˛ si˛ na srodek drogi. ˙ e e ´ Czy zamierzacie spa´ w marszu? Ju˙ blisko północ. c z — Zdawało mi si˛ , ze lubisz nocne spacery — rzekł Frodo. — Ale nie ma e ˙ po co si˛ zbytnio spieszy´ . Merry spodziewa si˛ nas dopiero pojutrze. Zrobimy e c e popas w najbli˙ szym dogodnym miejscu. z — Wiatr wieje od zachodu — powiedział Sam. — Po tamtej stronie wzgórza b˛ dzie zacisznie i do´c przytulnie. Je˙ eli pami˛ c mnie nie zawodzi, jest przed e s´ z e´ nami suchy bór sosnowy. Sam w promieniu dwudziestu mil wokół Hobbitonu dobrze znał okolic˛ , na e tym wszak˙ e ko´ czyła si˛ jego wiedza geograficzna. Przekroczywszy szczyt paz n e ´ z górka zaraz weszli w sosnowy las. Zboczyli ze scie˙ ki, zanurzyli si˛ mi˛ dzy drzee e wa w głab pachnacych zywica ciemno´ci i nazbierali suszu oraz szyszek na ogni˛ ˛ ˙ ˛ s sko. Wkrótce płomie´ trzaskał wesoło u stóp starej sosny, a trzej podró˙ ni siedzieli n z przy nim chwil˛ , póki głowy nie zacz˛ ły im opada´ sennie na piersi. Wówczas zae e c win˛ li si˛ w płaszcze i koce, uło˙ yli — ka˙ dy w wybranym zagł˛ bieniu mi˛ dzy e e z z e e pot˛ znymi korzeniami drzewa — i niemal natychmiast zasn˛ li. Warty nie wystae˙ e wiali; nawet Frodo nie obawiał si˛ niczego tutaj, w samym sercu Shire’u. Kiedy e ognisko zagasło, zbli˙ yło si˛ do nich kilka zwierzat le´nych. Lis, spieszacy lasem z e ˛ s ˛ w jakich´ sobie tylko wiadomych sprawach, przystanał na par˛ minut w˛ szac. s ˛ e e ˛ ´ „Hobbici! — pomy´lał. — Swiat si˛ ko´ czy! Słyszałem, ze dziwne rzeczy dzieja s e n ˙ ˛ si˛ w tym kraju, ale pierwszy raz w zyciu widz˛ , zeby hobbit nocował pod gołym e ˙ e ˙ niebem u stóp drzewa. Nawet trzech hobbitów! To jest co´ nadzwyczajnego!” Lis s miał słuszno´c; nigdy jednak nie dowiedział si˛ czego´ wi˛ cej o tym zagadkowym s´ e s e przypadku.

Ranek wstał blady i mglisty. Frodo zbudził si˛ pierwszy i stwierdził, ze koe ˙
rze´ sosny wygniótł mu dziur˛ w plecach i ze kark mu zesztywniał bole´nie. „Span e ˙ s cerek dla przyjemno´ci! Czemu˙ nie pojechałem wozem? — pomy´lał, jak zwys z s kle na poczatku ka˙ dej wycieczki. — I wszystkie moje pi˛ kne puchowe piernaty ˛ z e sprzedałem Bagginsom z Sackville! W sam raz dogodziłyby im korzenie sosny!” Przeciagnał si˛ i zawołał: — Wstawajcie, hobbici! Mamy wspaniały poranek! ˛ ˛ e — Co w nim widzisz wspaniałego? — spytał Pippin otwierajac jedno oko ˛ 76

´ i zerkajac spod koca. — Sam! Sniadanie na pół do dziesiatej, prosz˛ . Czy woda ˛ ˛ e na kapiel ju˙ goraca? ˛ z ˛ Sam zerwał si˛ mocno zaspany. e — Nie, prosz˛ pana! Jeszcze nie. e ´ ˛ ˛ Frodo sciagnał z Pippina koc i zwinał go, a potem wyszedł na skraj lasu. Dale˛ ko na wschodzie sło´ ce podnosiło si˛ czerwone z mgieł zalegajacych g˛ sto swiat. n e ˛ e ´ Drzewa, mieniace si˛ karminem i złotem, jakby odci˛ te od korzeni, płyn˛ ły w mo˛ e e e rzy mgły. Troch˛ ni˙ ej, po lewej r˛ ce Froda, droga opadała stromo w dół i znikała e z e w parowie. Gdy wrócił, Sam i Pippin ju˙ rozpalili ognisko. z — Woda! — krzyknał Pippin. — Gdzie jest woda? ˛ — Nie nosz˛ jej w kieszeniach — odparł Frodo. e — My´leli´my, ze poszedłe´ szuka´ zródła — rzekł Pippin krzatajac si˛ koło s s ˙ s c´ ˛ ˛ e zapasów i wyciagajac kubki. — Skocz no chocia˙ teraz. ˛ ˛ z — Chod´ cie razem ze mna — powiedział Frodo — i we´ cie wszystkie maz ˛ z nierki. U stóp wzgórza płynał strumie´ . Napełnili manierki a tak˙ e polowy kociołek ˛ n z pod małym wodospadem, gdzie woda bryzgała z wysoko´ci kilku stóp na próg s z szarego kamienia. Zimna była jak lód; hobbici otrzasali si˛ i parskali myjac ˛ e ˛ w niej twarze i r˛ ce. e ´ Nim zjedli sniadanie i zwin˛ li baga˙ e, min˛ ła godzina dziesiata; rozpogodziło e z e ˛ si˛ i pocieplało. Zbiegli ze zbocza, przeprawili si˛ na drugi brzeg potoku w mieje e scu, gdzie przepływał pod droga, potem wspi˛ li si˛ na nast˛ pny stok, w gór˛ , ˛ e e e e w dół, na drugi ła´ cuch wzgórz. Płaszcze, koce, woda, prowiant i wszystek sprz˛ t n e znowu zacia˙ yły im niezno´nie na grzbietach. ˛z s Marsz zapowiadał si˛ ucia˙ liwy, dzie´ upalny. Po kilku wszak˙ e milach droga e ˛z n z przestała skaka´ to w gór˛ , to w dolin˛ ; wspi˛ ła si˛ bardzo kr˛ tymi zakosami na c e e e e e stromy wał i stad ju˙ ostatni raz miała ich sprowadzi´ w dół. Otworzył si˛ przed ˛ z c e nimi widok na rozległa nizin˛ usiana k˛ pami drzew i ginaca w oddali w brunat˛ e ˛ e ˛ ˛ nej le´nej mgle. Ponad Le´nym Zakatkiem spogladali ku Brandywinie. Go´ciniec s s ˛ ˛ s rozwijał si˛ jak sznurek z kł˛ bka. e e — Droga biegnie bez ko´ ca — rzekł Pippin — ale ja nie mog˛ biec bez odpon e ´ czynku. Pora na drugie sniadanie. Siadł na wale opodal drogi i patrzał ku wschodowi na mglisty widnokrag, za ˛ którym kryła si˛ rzeka i granica Shire’u, kraju, gdzie sp˛ dził całe dotychczasowe e e zycie. Sam siadł przy nim. Szeroko otwierał kragłe oczy — wypatrywał nowego ˙ ˛ horyzontu nad nieznajoma kraina. ˛ ˛ — Czy w tych lasach mieszkaja elfy? — spytał. ˛ — O ile mi wiadomo, nie — odparł Pippin. Frodo milczał. On tak˙ e patrzał na wschód i na drog˛ , jakby ja widział po raz z e ˛ pierwszy. Nagle przemówił gło´no, lecz jak gdyby do siebie. Recytował z wolna: s

77

A droga wiedzie w przód i w przód, Skad si˛ zacz˛ ła, tu˙ za progiem – ˛ e e z I w dal przede mna mknie na wschód, ˛ A ja wcia˙ za nia – tak, jak mog˛ . . . ˛z ˛ e Skorymi stopy za nia w slad – ˛ ´ A˙ w szersza si˛ rozpłynie drog˛ , z ˛ e e Gdzie strumie´ licznych dróg ju˙ wpadł. . . n z A potem dokad? – rzec nie mog˛ . ˛ e — To co´ jakby wiersze starego Bilba — rzekł Pippin. — Czy mo˙ e to twoja s z własna przeróbka? Nie brzmia te słowa zbyt zach˛ cajaco. ˛ e ˛ — Nie wiem — powiedział Frodo. — Zdawało mi si˛ , ze sam w tej chwili e ˙ układam te wiersze, ale mo˙ e je słyszałem dawno temu. Z pewno´cia przypoz s ˛ minaja mi zywo Bilba z ostatnich lat przed jego znikni˛ ciem. Mawiał cz˛ sto, ze ˛ ˙ e e ˙ jest tylko jedna jedyna droga i ze jest jak wielka rzeka: zródło tryska spod ka˙ ˙ ´ z dych drzwi, a ka˙ da scie˙ ka stanowi jego dopływ. „Niebezpiecznie wychodzi´ za z ´ z c własny próg, mój Frodo! — powiadał nieraz. — Trafisz na go´ciniec i je˙ eli nie s z powstrzymasz swoich nóg, ani si˛ spostrze˙ esz, kiedy ci˛ poniosa. Czy zdajesz e z e ˛ ´ z sobie spraw˛ , ze to jest ta sama scie˙ ka, która biegnie przez Mroczna Puszcz˛ , e ˙ ˛ e i ze je´li jej pozwolisz, mo˙ e ci˛ zaprowadzi´ a˙ pod Samotna Gór˛ albo nawet ˙ s z e c z ˛ e dalej i w gorsze jeszcze miejsce?” Miał na my´li dró˙ k˛ zaczynajaca si˛ od drzwi s z e ˛ ˛ e w Bag End, a zwykle mówił o tym po powrocie z dalekiej przechadzki. — No, mnie go´ciniec nie porwie, przynajmniej nie wcze´niej ni˙ za godzin˛ s s z e — rzekł Pippin zsuwajac worek z pleców. Towarzysze poszli za jego przykładem, ˛ oparli baga˙ e o wał i siedli z nogami wyciagni˛ tymi na drog˛ . Po odpoczynku zjez ˛ e e ´ ´ dli sute drugie sniadanie, a po sniadaniu znowu pozwolili sobie na odpoczynek. Sło´ ce si˛ zni˙ yło i blask zachodu rozlał si˛ nad krajem, nim zeszli ze wzgórza. n e z e Dotychczas nie spotkali po drodze zywej duszy. Szlak był mało ucz˛ szczany, bo ˙ e nie nadawał si˛ dla wozów, a zreszta mało kto miał interes do Le´nego Zakatka. e ˛ s ˛ Wlekli si˛ jeszcze godzin˛ , a nawet dłu˙ ej, gdy nagle Sam przystanał nadsłuchue e z ˛ jac. Byli teraz na równinie i droga, po wielu skr˛ tach, słała si˛ dalej prosto w´ród ˛ e e s łak, na których tu i ówdzie wystrzelały smukłe drzewa, forpoczty bliskich ju˙ ˛ z lasów. — Słycha´ za nami t˛ tent kuca lub konia — rzekł Sam. c e Obejrzeli si˛ , lecz zakr˛ t przesłaniał dalszy widok. e e — Mo˙ e to Gandalf nas goni? — powiedział Frodo, ale bez przekonania; nagle z co´ go tkn˛ ło, zeby si˛ ukry´ przed oczyma tego nadciagajacego za nimi je´ d´ ca. s e ˙ e c ˛ ˛ z z — Pewnie przesadzam — rzekł, jakby si˛ usprawiedliwiajac — wolałbym jednak e ˛ nie pokazywa´ si˛ tutaj na drodze nikomu. Znudziło mnie to ciagłe obserwowanie c e ˛ i roztrzasanie ka˙ dego mojego kroku. A je´li to jest Gandalf — dodał na wszelki ˛ z s 78

wypadek — zrobimy mu niespodziank˛ , zeby odpłaci´ za spó´ nienie. Schowajmy e ˙ c z si˛ teraz! e Sam i Pippin szybko skoczyli w lewo i przypadli w małej jamce opodal drogi. Przywarli płasko do ziemi. Frodo wahał si˛ przez sekund˛ : ch˛ c ukrycia si˛ e e e´ e walczyła w jego sercu z ciekawo´cia czy mo˙ e jakim´ innym jeszcze uczuciem. s ˛ z s T˛ tent kopyt zbli˙ ał si˛ szybko. W ostatniej chwili Frodo rzucił si˛ w g˛ sta k˛ p˛ e z e e e ˛ e e trawy za drzewem ocieniajacym drog˛ . Uniósł troch˛ głow˛ i ostro˙ nie wygladał ˛ e e e z ˛ zza ogromnego korzenia. Od zakr˛ tu na drodze ukazał si˛ kary ko´ , nie hobbicki kuc, lecz rosły wierze e n chowiec; na nim, jak gdyby skulony w siodle, siedział du˙ y m˛ zczyzna, spowity z e˙ w suty czarny płaszcz z kapturem, tak ze tylko buty, wsuni˛ te w strzemiona, wy˙ e gladały spod fałd. Twarzy w cieniu kaptura nie mo˙ na było dostrzec. ˛ z Gdy dojechał do drzewa, za którym krył si˛ Frodo, ko´ stanał w miejscu. e n ˛ Z kaptura dobył si˛ szmer, jakby je´ dziec w˛ szył usilnie jaka´ nieuchwytna wo´ ; e z e ˛s ˛ n obracał przy tym głowa to w jedna, to w druga stron˛ . ˛ ˛ ˛ e ´ ´ Nagły slepy strach zdjał Froda. Wspomniał o Pier´cieniu. Ledwie smiał od˛ s dycha´ , ale pokusa, by doby´ Pier´cienia z kieszeni ogarn˛ ła go z taka siła, ze c c s e ˛ ˛ ˙ zaczał przesuwa´ z wolna r˛ k˛ . Czuł, ze byle wsunał Pier´cie´ na palec — b˛ dzie ˛ c e e ˙ ˛ s n e bezpieczny. Rada Gandalfa wydawała si˛ niedorzeczna. Bilbo przecie˙ u˙ ywał e z z Pier´cienia. „Jestem jeszcze w Shire” — pomy´lał Frodo, gdy dło´ jego dotkn˛ ła s s n e ła´ cuszka, na którym był umocowany Pier´cie´ . W tym momencie je´ dziec wyn s n z prostował si˛ w siodle i potrzasnał uzda. Ko´ ruszył naprzód, z poczatku st˛ pa, e ˛ ˛ ˛ n ˛ e potem zwawym truchtem. ˙ Frodo wyczołgał si˛ na skraj drogi i patrzył za je´ d´ cem, póki mu nie zniknał e z z ˛ w oddali. Nie był pewny, lecz wydało mu si˛ , ze ko´ skr˛ cił ze szlaku w prawo, e ˙ n e mi˛ dzy drzewa. e — Bardzo to dziwne i wr˛ cz niepokojace — rzekł Frodo sam do siebie, idac e ˛ ˛ po towarzyszy. Pippin i Sam cały czas le˙ eli z głowami zanurzonymi w trawie z i nic nie widzieli. Frodo wi˛ c opisał im je´ d´ ca i opowiedział o jego niezwykłym e z z zachowaniu. — Nie umiem wytłumaczy´ dlaczego, ale byłem przekonany, ze wypatrywał, c ˙ a raczej w˛ szył mnie. Nie miałem te˙ watpliwo´ci co do tego, ze nie chc˛ by´ e z ˛ s ˙ e c przez niego dostrze˙ ony. Nigdy jeszcze w Shire nie widziałem ani nie odczułem z nic podobnego. — Ale po có˙ by si˛ który´ z Du˙ ych Ludzi mieszał w nasze sprawy? — spytał z e s z Pippin. — I co w ogóle robi w naszych stronach? ´ — Kr˛ ca si˛ tutaj ludzie — rzekł Frodo. — W Południowej Cwiartce, o ile e ˛ e mi wiadomo, doszło do pewnych zatargów z nimi. Ale o je´ d´ cach takich jak ten z z w zyciu nie słyszałem. Ciekaw jestem, skad on si˛ tu wział. ˙ ˛ e ˛ — Z przeproszeniem pa´ skim — wtracił si˛ niespodzianie Sam — ja wiem n ˛ e skad. Ten Czarny Je´ dziec przyjechał z Hobbitonu, chyba ze ich jest kilku. Wiem ˛ z ˙ 79

tak˙ e, dokad on jedzie. z ˛ — Co to znaczy? — ostro spytał Frodo, patrzac ze zdumieniem na Sama. — ˛ Dlaczego wcze´niej nic o tym nie mówiłe´? s s — Dopiero teraz sobie wszystko przypomniałem, prosz˛ pana. To było tak: e wczoraj wieczorem, kiedy przybiegłem z kluczem do naszej norki, ojciec mi powiedział te słowa: „To´ ty tutaj, Sam? My´lałem, ze wyjechałe´ rano z panem s s ˙ s Frodo. Jaki´ obcy człowiek pytał mnie o pana Bagginsa i o Bag End. Dopiero co s odszedł. Odesłałem go do Buckleburga. Prawd˛ rzekłszy, nie podobał mi si˛ ów e e go´c. Bardzo si˛ ze´ lił, kiedym mu powiedział, ze pan Baggins ju˙ na dobre si˛ s´ e z ˙ z e wyprowadził ze swojego starego domu. Syknał, a˙ mnie dreszcz przeszedł”. „Co ˛ z to był za jeden?” — spytałem Dziadunia. „Nic nie wiem — powiada — ale ze ˙ nie hobbit, to pewne. Wysoki, czarny, z góry na mnie patrzał. Co´ mi si˛ widzi, s e ze to który´ z Du˙ ych Ludzi, zza granicy. Mówił te˙ jako´ smiesznie”. Wi˛ cej nie ˙ s z z s´ e pytałem, prosz˛ pana, spieszyłem si˛ , bo panowie na mnie czekali. Zreszta nie e e ˛ przejałem si˛ wcale. Ojciec starzeje si˛ , niedowidzi, a musiało by´ ju˙ do´c ciem˛ e e c z s´ no, kiedy ten go´c przyszedł na Pagórek i spotkał mojego staruszka, jak wyszedł s´ odetchna´ troch˛ przed dom. Mam nadziej˛ , ze ojciec. . . i ja. . . nie napytali´my ˛c e e ˙ s panu jakiej´ biedy. s — W ka˙ dym razie do Dziadunia nie mog˛ mie´ pretensji — rzekł Frodo. — z e c Prawd˛ mówiac słyszałem, jak rozmawiał z jakim´ nieznajomym, który o mnie e ˛ s si˛ dopytywał, i o mały włos nie podszedłem, zeby dowiedzie´ si˛ , co to za jeden. e ˙ c e Szkoda, ze tego wówczas nie zrobiłem, i szkoda, ze´ mi ty, Samie, wcze´niej o tym ˙ ˙ s s zdarzeniu nie wspomniał. Byłbym mo˙ e ostro˙ niejszy na tej drodze. z z — Ale mo˙ liwe te˙ , ze ten je´ dziec nie ma nic wspólnego z nieznajomym, któz z ˙ z ry nagabywał Dziadunia — powiedział Pippin. — Opu´cili´my Hobbiton ukrads s ´ kiem, nie wyobra˙ am sobie, jakim sposobem mógłby trafi´ na nasz slad. z c — Mo˙ e w˛ chem, prosz˛ pana — rzekł Sam. — Ojciec mówił, ze ten nieznaz e e ˙ jomy był cały czarny. — Szkoda, ze nie czekałem na Gandalfa — mruknał Frodo. — No, ale kto ˙ ˛ wie, czy to nie pogorszyłoby jeszcze sprawy? — A wi˛ c co´ wiesz, a przynajmniej czego´ si˛ domy´lasz o tym je´ d´ cu? — e s s e s z z spytał Pippin, który dosłyszał wyszeptane słowa. — Nie wiem i wolałbym si˛ nie domy´la´ — odparł Frodo. e s c — Dobrze, kuzynie. Zachowaj chwilowo sekret przy sobie, skoro lubisz tajemnice. Ale co teraz poczniemy? Ch˛ tnie bym co´ przegryzł, zdaje mi si˛ jednak, ze e s e ˙ powinni´my wynie´c si˛ stad co pr˛ dzej. Twoja opowie´c o je´ d´ cu, który w˛ szy, s s´ e ˛ e s´ z z e chocia˙ nosa mu nie wida´ , mocno mnie zaniepokoiła. z c — Tak, ja te˙ my´l˛ , ze trzeba ruszy´ zaraz — rzekł Frodo — ale nie pójdziez se ˙ c my ju˙ go´ci´ cem, bo je´ dziec mógłby zawróci´ albo mógłby nadjecha´ drugi. z s n z c c Trzeba dzi´ jeszcze zrobi´ porzadny skok naprzód. Do Bucklandu zostało nam s c ˛ ładnych kilka mil. 80

Cienie drzew le˙ ały długie i smukłe na trawie, gdy ruszali znowu. Trzymali z si˛ teraz o rzut kamienia od go´ci´ ca, po jego lewej stronie, starajac si˛ i´c tak, e s n ˛ e s´ by nikt z drogi nie mógł ich dostrzec. To wszak˙ e utrudniało marsz, bo trawa była z g˛ sta i splatana, grunt wyboisty, a drzewa coraz cz˛ sciej zbijały si˛ w gaszcz. e ˛ e´ e ˛ Za ich plecami sło´ ce zaszło za wzgórza, wieczór nadciagnał, nim dotarli do n ˛ ˛ ko´ ca długiej równiny, przez która szlak biegł prosto. Dalej skr˛ cał nieco na pon ˛ e łudnie i wił si˛ znowu, wchodzac w las starych d˛ bów. e ˛ e W pobli˙ u drogi natkn˛ li si˛ na ogromny zwalony pie´ , zywy jeszcze, bo li´cie z e e n ˙ s nie zwi˛ dły na p˛ dach, które pu´ciły si˛ z połamanych gał˛ zi. Pie´ jednak spróche e s e e n ´ niał i był pusty w srodku; olbrzymia dziupla otwierała si˛ waska szczelina, niewie ˛ ˛ ˛ doczna z go´ci´ ca. Hobbici wczołgali si˛ do niej i siedli na pod´ciółce z zeschłych ˛ s n e s li´ci i próchna. Tu odpocz˛ li i zjedli lekka kolacj˛ , gaw˛ dzac z cicha i od czasu s e ˛ e e ˛ do czasu nadstawiajac uszu. Gdy podkradli si˛ znów ku drodze, otaczał ich ju˙ ˛ e z półmrok. Zachodni wiatr wzdychał w´ród gał˛ zi, li´cie szeptały. Wkrótce drog˛ s e s e zaczał łagodnie, lecz wytrwale ogarnia´ zmierzch. Na ciemniejacym wschodzie, ˛ c ˛ nad drzewami, wzeszła pierwsza gwiazda. Maszerowali w szeregu, noga w nog˛ , e zeby doda´ sobie ducha. Po jakim´ czasie, kiedy gwiazdy rozmno˙ yły si˛ i ja´niej ˙ c s z e s rozbłysły na niebie, w˛ drowców opu´cił niepokój i przestali nasłuchiwa´ t˛ tentu e s c e kopyt. Zanucili cichutko, bo hobbici lubia spiewa´ w marszu, zwłaszcza gdy zbli˛´ c ´ zaja si˛ noca po przechadzce ku domowi. Wi˛ kszo´c hobbitów spiewa w takich ˙ ˛ e ˛ e s´ razach piosenk˛ o kolacji albo o łó˙ ku, lecz nasi trzej bohaterowie nucili piosenk˛ e z e o w˛ drówce (jakkolwiek nie omieszkali, oczywi´cie, wspomnie´ w niej równie˙ e s c z o jedzeniu i spaniu). Jej słowa uło˙ ył Bilbo Baggins do melodii starej jak góry z ´ z i nauczył jej Froda podczas wspólnych wycieczek scie˙ kami Doliny, gdy opowiadał siostrze´ cowi o swoich przygodach. n Na kominku ogie´ gorze, n A pod dachem ciepłe ło˙ e; z Lecz, ze stopy wypocz˛ te, ˙ e Mo˙ e jeszcze za zakr˛ tem z e Ujrzym drzewo albo kamie´ n Przez nikogo nie widziane. . . Kwiat i drzewo, trawa, li´c – s´ Trzeba nam i´c, dalej i´c, s´ s´ Woda, niebo, wzgórze, jar – Naprzód marsz, naprzód marsz. Za zakr˛ tem mo˙ e czeka e z Droga nowa i daleka, A cho´ dzi´ ja omijamy, c s ˛ 81

Jutro tu˙ za progiem bramy z Mo˙ e scie˙ ka nas uwiedzie, z ´ z Która wprost na ksi˛ zyc wiedzie. . . e˙ Jabłko, orzech, cier´ i głóg – n Nie załuj nóg, nie załuj nóg, ˙ ˙ Staw, dolina, piasek, głaz – ˙ Zegnam was, zegnam was. ˙ ´ Dom za nami, swiat przed nami, Wielu trzeba i´c drogami, s´ By w krag nocy wkroczy´ godnie, ˛ c Nim zapłona gwiazd pochodnie. ˛ Wtedy znów przed nami wrota I powraca´ w dom ochota. . . c Cie´ i chmura, zmierzch i mgła n Niech znikna – sza, cicho – sza. ˛ Chleb i mi˛ so, lampa, piec, e I w łó˙ ko lec – w łó˙ ko lec. . . z z Pie´n sko´ czyła si˛ . s´ n e — A teraz do łó˙ ka! A teraz do łó˙ ka! — za´piewał Pippin na cały głos. z z s — Pss! — uciszył go Frodo. — Zdaje si˛ , ze znów słysz˛ stuk podków. e ˙ e Cisi niczym cienie drzew, zatrzymali si˛ w miejscu nasłuchujac. T˛ tent dochoe ˛ e dził z do´c daleka, lecz z wiatrem niósł si˛ wyra´ nie i powoli przybli˙ ał. Hobbici s´ e z z szybko i cichutko zbiegli z drogi w gł˛ bszy mrok pomi˛ dzy d˛ by. e e e — Nie odchod´ my zbyt daleko — rzekł Frodo. — Nie chciałbym, zeby kto´ z ˙ s nas zobaczył, ale chc˛ si˛ przekona´ , czy to nie drugi Czarny Je´ dziec. e e c z — Dobrze — odparł Pippin. — Nie zapominaj jednak, ze on w˛ szy. Podkowy ˙ e stukały ju˙ blisko. Nie było czasu na szukanie kryjówki lepszej ni˙ cie´ d˛ biny. z z n e Sam i Pippin skulili si˛ za grubym pniem, Frodo za´ podpełznał z powrotem ku e s ˛ drodze i przywarował o par˛ ledwie kroków od jej brzegu. Szara, blada kreska goe ´ n sci´ ca ja´niała po´ród lasu. Nad nia swieciły gwiazdy, g˛ sto rozsiane po ciemnym s s ˛´ e niebie, lecz ksi˛ zyca nie było. e˙ T˛ tent umilkł. Wyt˛ zajac wzrok Frodo dostrzegł ciemna sylwetk˛ , która przee e˙ ˛ ˛ e mkn˛ ła na tle ja´niejszej plamy mi˛ dzy dwoma drzewami i zatrzymała si˛ nagle. e s e e Wygladało to jak czarny cie´ konia prowadzonego przez mniejszy czarny cie´ . ˛ n n Czarny cie´ stał tu˙ obok miejsca, w którym hobbici opu´cili drog˛ , i kołysał si˛ n z s e e na boki. Frodowi wydawało si˛ , ze słyszy jakby w˛ szenie. Cie´ przygiał si˛ do e ˙ e n ˛ e ziemi, a potem zaczał si˛ czołga´ wprost na hobbita. I znów ogarn˛ ła Froda po˛ e c e 82

kusa, zeby wsuna´ na palec Pier´cie´ , pokusa tym razem silniejsza ni˙ poprzed˙ ˛c s n z nio. Tak silna, ze nim hobbit u´wiadomił sobie, co robi, jego r˛ ka znalazła si˛ ˙ s e e ´ ´ w kieszeni. Lecz w tej samej chwili z lasu doleciał gwar, jakby spiew i smiech jednocze´nie. Jasne głosy wznosiły si˛ i opadały w rozgwie˙ d˙ onej nocy. Czarny s e z z cie´ wyprostował si˛ i cofnał. Skoczył na cie´ konia i zniknał, jak gdyby utonał n e ˛ n ˛ ˛ w ciemno´ci po drugiej stronie drogi. Frodo odetchnał. s ˛ — Elfy! — krzyknał ochrypłym szeptem Sam. — Elfy, prosz˛ pana! ˛ e I Sam byłby si˛ wyrwał z mroku lasu w stron˛ , skad dolatywały głosy, gdyby e e ˛ towarzysze nie odciagn˛ li go siła. ˛ e ˛ — Tak, to elfy — rzekł Frodo. — Spotyka si˛ je czasami w Le´nym Zakatku. e s ˛ Nie mieszkaja w Shire, lecz wiosna i jesienia zdarza im si˛ tu zaw˛ drowa´ z wła˛ ˛ ˛ e e c snych krajów, spoza Wie˙ owych Wzgórz. Na szcz˛ scie! Wy´cie nic nie widzieli, z e´ s ale Czarny Je´ dziec zatrzymał si˛ tu˙ przy nas i wła´nie czołgał si˛ ku nam, kiedy z e z s e ´ zabrzmiał spiew elfów. Na ich głos umknał natychmiast. ˛ — A jak b˛ dzie z elfami? — spytał Sam, zbyt podniecony, by przejmowa´ si˛ e c e zagadka je´ d´ ców. — Czy nie mogliby´my podej´c i zobaczy´ ich? ˛ z z s s´ c — Posłuchaj! Ida tutaj! — rzekł Frodo. — Wystarczy, by´my na nich zaczekali ˛ s przy drodze. ´ ´ Spiew si˛ przybli˙ ył. Jeden głos wybił si˛ wyra´ nie z chóru. Spiewał w pi˛ ke z e z e nym j˛ zyku elfów, w j˛ zyku, który Frodo znał bardzo słabo, a którego dwaj pozoe e stali hobbici nie znali wcale. A jednak d´ wi˛ ki mowy stopione z melodia układały z e ˛ si˛ w ich my´lach w słowa, na pół tylko zrozumiałe. Oto, co usłyszał Frodo: e s ´ z Snie˙ yczko, pani jasna jak sło´ ce, n ´ Sliczna królowo zamorskich stref, ´ c O, swie´ nam tutaj w˛ drujacym e ˛ W´ród plataniny gał˛ zi i drzew! s ˛ e O Gilthoniel, o Elbereth, Oddech twój czysty, oczy ja´niejsze od łez! s ´ z ´ z ´ Snie˙ ko, snie˙ yczko – nasze głosy spiewaja, ˛ Nasze głosy ci˛ wielbia w zamorskim kraju. e ˛ O gwiazdy, które w bezsłonecznym roku Błyszczaca dło´ jej rozsiała w´ród nieb – ˛ n s Patrzymy na was, lecace wysoko ˛ Jak srebrne kwiaty przez niebieski sklep! O Elbereth, o Gilthoniel, Wcia˙ pami˛ tamy, mieszka´ cy podziemnych cel, ˛z e n ´ z ´ z Snie˙ ko, snie˙ yczko – złoty blask, który gorzał, 83

´ Twe gwiezdne swiatło na zachodnich morzach! Pie´n ucichła. s´ — To Elfy Wysokiego Rodu. Wymówiły imi˛ Elbereth! — rzekł Frodo zdue miony. — Nie wiedziałem, ze mo˙ na w Shire spotka´ przedstawicieli tego naj˙ z c ´ pi˛ kniejszego ludu. Niewielu ich pozostało w Sródziemiu, na wschód od Wielkiee go Morza. Doprawdy, niezwykle szcz˛ sliwy przypadek. e´ Hobbici siedli w cieniu przy go´ci´ cu. Wkrótce nadciagn˛ ły elfy kierujac s n ˛ e ˛ si˛ ku dolinie. Szły wolno, a hobbici zobaczyli odblask gwiazd na ich włosach e ´ ´ i oczach. Nie niosły pochodni, lecz swiatło podobne do swietlistej obwódki, która skrzy si˛ nad górami przed wschodem ksi˛ zyca, słało im si˛ u stóp. Maszerowały e e˙ e teraz w milczeniu, ale ostatni elf mijajac hobbitów obejrzał si˛ i roze´miał. ˛ e s — Witaj, Frodo! — krzyknał. — O pó´ nej godzinie wybrałe´ si˛ na prze˛ z s e chadzk˛ . A mo˙ e´ zabładził? e z s ˛ Potem zawołał gło´no na towarzyszy i cała gromada elfów zatrzymała si˛ otas e czajac hobbitów. ˛ — A to dziw nad dziwami! — mówili. — Trzech hobbitów noca w lesie! ˛ Czego´ podobnego nie widzieli´my, odkad Bilbo wyprowadził si˛ z tych stron. s s ˛ e Co to ma znaczy´ ? c — Znaczy to po prostu, pi˛ kni przyjaciele — rzekł Frodo — ze w˛ drujemy ta e ˙ e ˛ sama co i wy droga. Lubi˛ przechadza´ si˛ pod gwiazdami. Ch˛ tnie te˙ przyła˛ ˛ e c e e z ˛ czyłbym si˛ do waszej kompanii. e — Ale nam nie potrzeba niczyjej kompanii, a zreszta hobbici sa do´c nudni ˛ ˛ s´ ´ — odpowiedziały elfy ze smiechem. — Dlaczego twierdzisz, ze nam wypada ta ˙ sama droga, skoro nie wiesz, dokad idziemy? ˛ — A skad wy znacie moje imi˛ ? — odwzajemnił si˛ Frodo pytaniem. ˛ e e — My wiemy mnóstwo rzeczy — odpowiedziały elfy. — Nieraz widzieli´my s ci˛ dawnymi czasy w towarzystwie Bilba, chocia˙ ty nas nie widziałe´. e z s — Kto jeste´cie i kto wami dowodzi? — spytał Frodo. s — Nazywam si˛ Gildor — powiedział przywódca elfów, ten sam, który pierwe szy zagadnał hobbitów. — Gildor Inglorion z rodu Finroda. Jeste´my Wygna´ ca˛ s n mi, wi˛ kszo´c naszych rodaków dawno temu opu´ciła te strony, a my tak˙ e nie e s´ s z zabawimy tutaj długo, wrócim za Wielkie Morze. Ale garstka naszych współplemie´ ców nadal mieszka spokojnie w Rivendell. A teraz, Frodo, powiedz nam co´ n s o sobie. Wiemy bowiem, ze cie´ l˛ ku padł na ciebie. ˙ n e — O, madrzy przyjaciele! — wtracił si˛ zywo Pippin. — Powiedzcie nam, co ˛ ˛ e˙ wiecie o Czarnych Je´ d´ cach. z z — O Czarnych Je´ d´ cach? — Elfy przyciszyły głosy. — Dlaczego nas o nich z z pytacie? — Bo dwaj Czarni Je´ d´ cy dogonili nas dzisiaj na drodze. . . a mo˙ e to był z z z jeden, który nas dwukrotnie dop˛ dził — rzekł Pippin. — Zaledwie przed chwila, e ˛ 84

kiedy si˛ zbli˙ ali´cie, umknał. e z s ˛ Elfy zrazu nie odpowiedziały porozumiewajac si˛ cicho mi˛ dzy soba we wła˛ e e ˛ snym j˛ zyku. W ko´ cu Gildor zwrócił si˛ do hobbitów. e n e — Nie b˛ dziemy o tym rozmawiali tutaj — rzekł. — Powinni´cie teraz pój´c e s s´ z nami. Nie jest to zgodne z naszymi zwyczajami, lecz tym razem wyjatkowo go˛ towi jeste´my przyja´ was do kompanii i ugo´ci´ na dzisiejsza noc, je˙ eli chcecie. s ˛c s c ˛ z — O, pi˛ kni przyjaciele! Nie spodziewałem si˛ takiego szcz˛ scia — rzekł e e e´ Pippin. Sam oniemiał. — Dzi˛ kuj˛ ci, Gildorze Inglorionie! — powiedział kłaniajac si˛ Frodo. — e e ˛ e Elen sila lumenn omentielvo — gwiazda błyszczy nad godzina naszego spotkania ˛ — dodał w j˛ zyku elfów. e ´ — Uwa˙ ajcie, przyjaciele! — krzyknał ze smiechem Gildor. — Nie mówcie z ˛ przy nim sekretów! Oto hobbit uczony w Starodawnej Mowie! Bilbo był dobrym nauczycielem. Witaj, Przyjacielu Elfów! — zwrócił si˛ do Froda z ukłonem. — e Chod´ cie teraz wszyscy i przyłaczcie si˛ do kompanii. A maszerujcie po´rodku z ˛ e s kolumny, zeby który nie zabładził. Zm˛ czycie si˛ porzadnie, zanim staniemy na ˙ ˛ e e ˛ popas. — Dlaczego? Dokad si˛ wybieracie? — spytał Frodo. ˛ e — Dzisiaj — do lasu na wzgórzach ponad Le´nym Dworem. To kilka mil s stad, ale u celu czeka nas wypoczynek. A jutro za to b˛ dziecie mieli krótsza drog˛ ˛ e ˛ e przed soba. ˛ ´ Ruszyli w milczeniu sunac jak cienie i migocac nikłymi swiatełkami; elfy ˛ ˛ bowiem (jeszcze lepiej ni˙ hobbici) umieja, je´li chca, porusza´ si˛ bezszelestnie. z ˛ s ˛ c e Pippina wkrótce ogarn˛ ła senno´c i potknał si˛ raz i drugi, ale smukły elf idacy e s´ ˛ e ˛ przy nim zawsze w por˛ otaczał go ramieniem i chronił od upadku. Sam u boku e ´ Froda kroczył jak we snie, z wyrazem ni to l˛ ku, ni to oszołomienia i rado´ci na e s twarzy.

Las po obu stronach drogi g˛ stniał teraz, drzewa tu były młodsze i bogaciej e
podszyte; a gdy droga opadła w kotlin˛ mi˛ dzy dwoma wzgórzami, na stokach e e pojawiły si˛ bujne k˛ py leszczyny. Wreszcie elfy skr˛ ciły z drogi. Na prawo ode e e ´ z biegała tu zielona scie˙ ka, niemal niewidoczna w gaszczu; wspi˛ li si˛ jej kr˛ tym ˛ e e e tropem przez lesiste zbocze a˙ na grzbiet wzgórza, wybiegajacego daleko w głab z ˛ ˛ nadrzecznej doliny. Nagle wychyn˛ li z cienia drzew, otwarła si˛ przed nimi rozlee e gła łaka, szara w mroku nocy. Z trzech stron obejmowały ja lasy, lecz od wschodu ˛ ˛ teren opadał stromo, tak ze ciemne czuby drzew rosnacych w dole kołysały si˛ ˙ ˛ e u ich stóp. Dalej nizina rozpo´cierała si˛ mroczna i płaska pod wygwie˙ d˙ onym s e z z ´wiatełek. niebem. Bli˙ ej, w wiosce zwanej Le´nym Dworem, mrugało par˛ s z s e Elfy siadły na trawie i zacz˛ ły po cichu naradza´ si˛ mi˛ dzy soba; zdawało e c e e ˛ si˛ , ze zapomniały o hobbitach. Frodo i jego przyjaciele, bardzo senni, owin˛ li si˛ e ˙ e e 85

´ w płaszcze i koce. Noc zapadła gł˛ boka, swiatła w dolinie pogasły. Pippin usnał e ˛ z głowa oparta o jaka´ k˛ p˛ . Od wschodu wysoko na niebie pojawiła si˛ konstela˛ ˛ ˛s e e e cja Remmirath — Sie´ Gwiazd; z wolna ponad mgły wypłynał czerwony Borgil, c ˛ roz˙ arzony niby ognisty klejnot. Podmuch wiatru rozwiał mgły, jakby unoszac zaz ˛ słon˛ , i ukazał si˛ Szermierz Nieba, Menelvagor, przepasany blaskiem, pnacy si˛ e e ˛ e na kraw˛ d´ swiata. Elfy wszystkie naraz wybuchn˛ ły spiewem. Nagle spod drzew e z´ e ´ ´ czerwonym swiatłem wystrzelił w gór˛ ogie´ . e n — Chod´ cie! — zawołały na hobbitów elfy. — Chod´ cie! Teraz czas na rozz z mowy i zabaw˛ . e Pippin usiadł trac oczy pi˛ sciami. Dr˙ ał z chłodu. ˛ e´ z — W pałacu ogie´ płonie i uczta czeka na głodnych go´ci — powiedział jeden n s z elfów stajac przed nim. ˛ U południowego kra´ ca polany otwierała si˛ w scianie le´nej przesieka. Zien e ´ s lony dywan trawy wcinał si˛ w las wy´ciełajac jakby wielka sal˛ , nad która sklee s ˛ ˛ e ˛ piały si˛ gał˛ zie drzew. Po obu stronach pot˛ zne pnie ciagn˛ ły si˛ szeregiem niby e e e˙ ˛ e e kolumny. Po´rodku paliło si˛ ognisko, a na pniach kolumnady równym, srebrnym s e ´ i złotym płomieniem swieciły łuczywa. Elfy posiadały wokół ogniska na trawie ´ e lub na pie´ kach po sci˛ tych starych drzewach. Kilku kr˛ ciło si˛ roznoszac i nan e e ˛ pełniajac puchary, inni podawali pełne talerze i półmiski. ˛ — Skromna to wieczerza — mówili gospodarze hobbitom — bo kwaterujemy tu chwilowo w´ród lasów, z dala od naszych pałaców. Je˙ eli b˛ dziemy was kiedy´ s z e s podejmowa´ u siebie w domu, ugo´cimy was lepiej. c s — Mnie si˛ to dzisiejsze przyj˛ cie wydaje godne urodzinowej uczty — rzekł e e Frodo. Pippin nie mógł sobie pó´ niej przypomnie´ , co wówczas jadł i pił, bo tak go z c oczarował blask bijacy od twarzy elfów i pi˛ kna ró˙ norodna melodia ich głosów, ˛ e z ´ ˛ ze prze˙ ył t˛ noc, jakby sniac na jawie. Pami˛ tał jednak chleb, który smakował ˙ z e e mu lepiej, ni˙ mogłaby smakowa´ umierajacemu z głodu najbielsza bułka, i jaz c ˛ gody słodkie jak le´ne poziomki, a dorodniejsze ni˙ wszelkie owoce wypiel˛ gnos z e ´ z wane w ogrodach; wychylił do dna puchar aromatycznego napoju, swie˙ ego jak zródlana woda, a złocistego jak letnie popołudnie. ´ Sam nigdy potem nie zdołał w słowach wyrazi´ ani bodaj u´wiadomi´ sobie c s c jasno, co czuł i my´lał tej nocy, chocia˙ zachował ja w pami˛ ci w´ród najdos z ˛ e s nio´lejszych wydarze´ swojego zycia. Najbli˙ szy był wyra˙ eniu swoich uczu´ , s n ˙ z z c gdy mówił: „Ano, prosz˛ pana, gdybym umiał wyhodowa´ takie jabłka, byłbym e c ´ pierwszym ogrodnikiem na swiecie. Ale do serca bardziej ni˙ wszystko inne trafił z ´ mi ich spiew”. Frodo gaw˛ dził, jadł i pił z rozkosza; przede wszystkim jednak chłonał słowa. e ˛ ˛ Słabo znał j˛ zyk elfów i przysłuchiwał mu si˛ pilnie. Od czasu do czasu odzywał e e si˛ do usługujacych elfów i dzi˛ kował im w ich własnej mowie. U´miechali si˛ e ˛ e s e odpowiadajac wesoło: „Oto perła mi˛ dzy hobbitami!” ˛ e 86

Wkrótce Pippin usnał na dobre, odniesiono go wi˛ c na ubocze i uło˙ ono w ko˛ e z libie pod drzewami; tu na mi˛ kkim ło˙ u przespał reszt˛ nocy. Sam nie chciał e z e odst˛ powa´ swego pana, tote˙ po znikni˛ ciu Pippina skulił si˛ u nóg Froda, a˙ e c z e e z w ko´ cu skłonił głow˛ i zamknał oczy. Frodo czuwał do pó´ na rozmawiajac z Giln e ˛ z ˛ dorem.

Mówili o wielu sprawach, dawnych i nowych, a Frodo wypytywał Gildo´ ra o wszystko, co si˛ działo na szerokim swiecie poza granicami Shire’u. Wie´ci e s były przewa˙ nie smutne i złowró˙ bne: o wzmagajacych si˛ ciemno´ciach, o wojz z ˛ e s nach miedzy lud´ mi, o ucieczce elfów. W ko´ cu Frodo zadał pytanie, które mu z n najbardziej cia˙ yło na sercu: ˛z — Powiedz mi, Gildorze, czy widziałe´ Bilba po jego odej´ciu z Bag End? s s Gildor u´miechnał si˛ . s ˛ e — Owszem — rzekł. — Widziałem go dwukrotnie. Po˙ egnał si˛ z nami tutaj, z e na tym wła´nie miejscu. Pó´ niej spotkałem go znowu, ale daleko stad. s z ˛ Wi˛ cej nic powiedzie´ nie chciał, Frodo za´ umilkł. e c s — Nie pytałe´ mnie o swoje własne sprawy ani mi o nich nie opowiedziałe´ s s — rzekł Gildor. — Ale troch˛ ju˙ o tym skadinad słyszałem, a troch˛ czytam e z ˛ ˛ e z twojej twarzy i zgaduj˛ my´li, ukryte poza twoimi pytaniami. Opuszczasz Shire, e s ale watpisz, czy znajdziesz to, czego szukasz, czy spełnisz, co zamierzasz, i czy ˛ w ogóle wrócisz. Prawda? — Tak — odparł Frodo. — My´lałem jednak, ze moja wyprawa stanowi sekret s ˙ znany poza mna tylko Gandalfowi i temu oto wiernemu chłopcu — dodał patrzac ˛ ˛ na Sama, który pochrapywał z cicha. — My tego sekretu nie wydamy Nieprzyjacielowi — rzekł Gildor. — Nieprzyjacielowi? — powtórzył Frodo. — A wi˛ c znasz powód, dla któree go opuszczam Shire? — Nie wiem, dlaczego Nieprzyjaciel ci˛ sciga — odpowiedział Gildor — lecz e´ wiem, ze ci˛ tropi, jakkolwiek wydaje si˛ to niepoj˛ te. I ostrzegam ci˛ , ze teraz ˙ e e e e ˙ niebezpiecze´ stwo jest zarówno przed toba, jak za toba i oskrzydla ci˛ z wszystn ˛ ˛ e kich stron. — Mówisz o je´ d´ cach? Wła´nie tego si˛ obawiałem, ze to słudzy Nieprzyjaz z s e ˙ ciela. Kim sa naprawd˛ Czarni Je´ d´ cy? ˛ e z z — Czy Gandalf nic ci o nich nie powiedział? — Nie wspominał nigdy o takich istotach. — W takim razie nie sadz˛ , zebym powinien ci co´ wi˛ cej mówi´ , bo strach ˛ e ˙ s e c mógłby ci˛ zniech˛ ci´ do dalszej podró˙ y. Zdaje mi si˛ , ze wyruszyłe´ z domu e e c z e ˙ s w ostatniej chwili, je˙ eli nie za pó´ no. Musisz si˛ teraz bardzo spieszy´ , nie wolno z z e c ci si˛ zatrzymywa´ ani cofa´ . Shire bowiem nie stanowi ju˙ dla ciebie bezpiecze c c z nego schronienia. 87

— Nie wyobra˙ am sobie, zeby jakiekolwiek informacje mogły mnie bardziej z ˙ przerazi´ ni˙ te twoje półsłówka i ostrze˙ enia! — krzyknał Frodo. — Oczywi´cie c z z ˛ s wiedziałem, ze niebezpiecze´ stwo jest przede mna, lecz nie spodziewałem si˛ go ˙ n ˛ e spotka´ w swoim własnym kraju. Czy hobbit ju˙ nie mo˙ e spokojnie przej´c z Nad c z z s´ Wody nad Rzek˛ ? e — Ten kraj nie jest twój własny — rzekł Gildor. — Inne plemi˛ mieszkało e tu, nim si˛ zjawili hobbici, inne te˙ b˛ dzie tutaj zyło, gdy hobbitów zabraknie. e z e ˙ ´ Otacza ci˛ szeroki swiat: mo˙ esz si˛ w nim zamkna´ , lecz nie uda ci si˛ na zawsze e z e ˛c e od niego odgrodzi´ . c — Wiem. . . a jednak ten kraj wydawał mi si˛ zawsze bezpieczny i swojski. e Co mam pocza´ ? Zamierzałem opu´ci´ Shire tajemnie i poda˙ y´ do Rivendell, ˛c s c ˛z c ´ a tymczasem, zanim jeszcze dotarłem do Bucklandu, wytropiono ju˙ mój slad. z — My´l˛ , ze mimo to powiniene´ trzyma´ si˛ swojego pierwotnego planu — se ˙ s c e rzekł Gildor. — Nie sadz˛ , zeby ta droga miała si˛ okaza´ zbyt ci˛ zka próba dla ˛ e ˙ e c e˙ ˛ ˛ twojego m˛ stwa. Ale je˙ eli pragniesz dokładniejszej rady, pro´ o nia Gandalfa. e z s ˛ Nie znam powodów twojej ucieczki, nie mog˛ wi˛ c przewidzie´ , w jaki sposób e e c twoi prze´ladowcy moga ci˛ zaatakowa´ . Gandalf z pewno´cia to wie. Przypuszs ˛ e c s ˛ czam, ze zobaczysz si˛ z nim jeszcze przed opuszczeniem granic Shire’u? ˙ e — Mam nadzieje. Ale to wła´nie jeden wi˛ cej powód mojego zaniepokojenia. s e Od dawna oczekiwałem Gandalfa. Trzy dni temu minał ostatni wyznaczony przez ˛ niego termin odwiedzin w Hobbitonie, lecz Gandalf nie stawił si˛ u mnie. Otó˙ e z zastanawiam si˛ wcia˙ , co mogło mu si˛ przydarzy´ . Czy powinienem na niego e ˛z e c czeka´ ? c Gildor przez chwil˛ milczał. e — To mi si˛ nie podoba — rzekł wreszcie. — Spó´ nienie Gandalfa nie wró˙ y e z z nic dobrego. Ale przysłowie mówi: „Nie wtracaj si˛ do spraw czarodziejów, bo sa ˛ e ˛ chytrzy i skorzy do gniewu”. Sam musisz rozstrzygna´ : i´c dalej czy te˙ czeka´ . ˛c s ´ z c — Jest tak˙ e inne porzekadło — odparł Frodo. — „Nie pytaj o rad˛ elfów, bo z e odpowiedza ci ni to, ni sio”. ˛ — Doprawdy? — za´miał si˛ Gildor. — Elfy rzadko udzielaja nieopatrznych s e ˛ rad, bo rada to niebezpieczny podarunek, nawet mi˛ dzy M˛ drcami, a ka˙ da mo˙ e e e z z poniewczasie okaza´ si˛ zła. Ale co ty sam o tym sadzisz? Nie powiedziałe´ mi c e ˛ s o sobie wszystkiego, jak˙ e wi˛ c mógłbym rozstrzygna´ lepiej od ciebie? Je˙ eli z e ˛c z mimo to prosisz o rad˛ , udziel˛ ci jej w imi˛ przyja´ ni. My´l˛ , ze powiniene´ e e e z se ˙ s ruszy´ w dalsza drog˛ , i to bez zwłoki. Je˙ eli Gandalf nie zjawi si˛ przedtem, rac ˛ e z e dz˛ ci, nie id´ sam. We´ z soba przyjaciół godnych zaufania i ch˛ tnych. Bad´ mi e z z ˛ e ˛ z wdzi˛ czny, bo wbrew zwyczajom dałem ci rad˛ . Elfy maja własne zadania i włae e ˛ sne kłopoty, niezbyt ich obchodza sprawy hobbitów i wszelkich innych stworze´ ˛ n ´ z na ziemi. Nasze scie˙ ki rzadko si˛ krzy˙ uja, czy to przypadkiem, czy umy´lnie. e z ˛ s W tym dzisiejszym spotkaniu jest, by´ mo˙ e, co´ wi˛ cej ni˙ przypadek, ale nie c z s e z zupełnie rozumiem jego cel i boj˛ si˛ powiedzie´ za wiele. e e c 88

— Jestem ci wdzi˛ czny z gł˛ bi serca — rzekł Frodo — ale chciałbym, zeby´ e e ˙ s mi wyra´ nie powiedział, kim sa Czarni Je´ d´ cy. Je˙ eli posłucham twojej rady, z ˛ z z z mo˙ e niepr˛ dko zobacz˛ Gandalfa, a powinienem zna´ niebezpiecze´ stwo, które z e e c n ´ mnie sciga. — Czy nie wystarcza ci wiedzie´ , ze to sa słudzy Nieprzyjaciela? — odparł c ˙ ˛ Gildor. — Uciekaj przed nimi! Nie zamieniaj z nimi ani słowa! Sa straszni. Wi˛ cej ˛ e nie pytaj! Ale serce mi mówi, ze nim si˛ wszystko dopełni, Frodo, syn Droga, ˙ e b˛ dzie wiedział o tych złowrogich sprawach wi˛ cej ni˙ Gildor Inglorion. Niech e e z ci˛ Elbereth ma w swej opiece! e — Skad mam zaczerpna´ odwagi? — spytał Frodo. — Bo niczego mi tak nie ˛ ˛c trzeba, jak odwagi. — Odwag˛ mo˙ na znale´ c w najmniej spodziewanych miejscach — rzekł Gile z z´ dor. — Bad´ dobrej my´li. Teraz id´ spa´ . Rano ju˙ nas tu nie ujrzysz, ale roze´le˛z s z c z s ´ my po swiecie wiadomo´c o twojej podró˙ y. Dowiedza si˛ o niej nasze w˛ drowne s´ z ˛ e e kompanie, a wszystkie istoty, które maja tu jaka´ władz˛ i słu˙ a dobrym sprawom, ˛ ˛s e z˛ ´ b˛ da w pogotowiu. Mianuje ci˛ Przyjacielem Elfów. Niech gwiazdy swieca u kree ˛ e ˛ su twojej drogi. Niecz˛ sto kto´ obcy tak nam przypada do serca jak ty, wielka to e s dla nas rado´c usłysze´ Starodawna Mow˛ w ustach innych w˛ drowców na tym s´ c ˛ e e ´ swiecie. Nim jeszcze Gildor sko´ czył t˛ przemow˛ , Froda ogarn˛ ła wielka senno´c. n e e e s´ — Pójd˛ ju˙ spa´ — rzekł. e z c Elf zaprowadził go do koliby, a Frodo rzucił si˛ na ło˙ e obok Pippina i natyche z miast zapadł w gł˛ boki sen bez marze´ . e n

ROZDZIAŁ IV

Na przełaj w pieczarki
Nazajutrz Frodo zbudził si˛ pokrzepiony. Le˙ ał w kolibie uplecionej z zye z ˙
wych gał˛ zi, zwisajacych a˙ do ziemi; ło˙ e, u´cielone z paproci i mchów, było e ˛ z z s mi˛ kkie i wonne. Przez dr˙ ace, jeszcze zielone li´cie prze´wiecało sło´ ce. Frodo e z˛ s s n zerwał si˛ i wyszedł z koliby. Opodal skraju lasu siedział na trawie Sam. Pippin e ´ stojac patrzał w niebo i badał pogod˛ . Po elfach nie było ani sladu. ˛ e ´ — Zostawili nam owoce, chleb i piwo — rzekł Pippin. — Zjedz sniadanie. Chleb smakuje niemal tak samo wybornie jak w nocy. Byłbym nic nie zostawił dla ciebie, ale Sam mnie pilnował. Frodo usiadł obok Sama i zabrał si˛ do jedzenia. e — Jakie masz plany na dzisiaj? — spytał Pippin. — Doj´c mo˙ liwie jak najszybciej do Buckleburga — odparł Frodo, po czym s´ z cała uwag˛ po´wi˛ cił sniadaniu. ˛ e s e ´ — Jak sadzisz, czy zobaczymy znów tych je´ d´ ców? — spytał Pippin beztro˛ z z sko. W porannym sło´ cu my´l o spotkaniu cho´ by armii Czarnych Je´ d´ ców nie n s c z z wydawała mu si˛ wcale straszna. e — Prawdopodobnie tak — rzekł Frodo, nierad, ze mu o tym przypomniano. ˙ — Mam jednak nadziej˛ , ze przeprawimy si˛ za rzek˛ , nim oni nas zobacza. e ˙ e e ˛ — Czy Gildor co´ ci o nich mówił? s — Niewiele. Tylko niejasne półsłówka i zagadki — wymijajaco powiedział ˛ Frodo. — A czy pytałe´ o to w˛ szenie? s e — Nie było o tym mowy — rzekł Frodo majac pełne usta jedzenia. ˛ — Powiniene´ był spyta´ . To z pewno´cia bardzo wa˙ ne. s c s ˛ z — Je˙ eli tak, to Gildor na pewno odmówiłby mi wyja´nie´ — szorstko odz s n parł Frodo. — A teraz daj˙ e mi w spokoju przełkna´ bodaj k˛ s. Nie mam ochoty z ˛c e ´ odpowiada´ na cała litani˛ pyta´ podczas sniadania. Chciałbym pomy´le´ . c ˛ e n s c ´ — Wielkie nieba! — krzyknał Pippin. — Przy sniadaniu? — I odszedł na skraj ˛ polany. Słoneczna pogoda tego ranka — zwodnicza, jak si˛ zdawało Frodowi — nie e 90

rozproszyła w duszy hobbita trwogi przed pogonia. Rozpami˛ tywał słowa Gildo˛ e ´ ra, gdy dobiegł jego uszu wesoły głos Pippina, który spiewał biegnac przez zielona ˛ ˛ muraw˛ . e — Nie! — powiedział sobie Frodo. — Nie mog˛ tego zrobi´ . Mo˙ na wywabi´ e c z c młodych przyjaciół na włócz˛ g˛ po Shire, narazi´ na troch˛ głodu i zm˛ czenia, po e e c e e którym miło zasia´c do stołu i trafi´ do łó˙ ka. Ale wzia´ ich z soba na wygnanie, ˛s ´ c z ˛c ˛ mo˙ e na beznadziejny głód i trudy — to inna sprawa, cho´ by nawet chcieli i´c ze z c s´ mna. Dziedzictwo tylko na mnie jednego spada. Zdaje mi si˛ , ze nawet i Sama nie ˛ e ˙ powinienem bra´ w t˛ drog˛ . c e e Spojrzał na Sama Gamgee i spotkał jego oczy wlepione w swoja twarz. ˛ — Słuchaj, Samie — rzekł Frodo. — Jak˙ e b˛ dzie? Musz˛ opu´ci´ Shire, jak z e e s c si˛ da najszybciej, postanowiłem nawet nie zatrzymywa´ si˛ ani dnia w Ustroni, e c e je˙ eli to nie oka˙ e si˛ konieczne. z z e — Dobrze, prosz˛ pana. e ´ — A wi˛ c wcia˙ jeszcze trwasz w zamiarze pój´cia w swiat razem ze mna? e ˛z s ˛ — Tak, prosz˛ pana. e — To b˛ dzie bardzo niebezpieczne, Samie. To ju˙ jest niebezpieczne! Naje z prawdopodobniej zaden z nas nie wróci do domu. ˙ — Je˙ eli pan nie wróci, to na pewno nie wróc˛ i ja — rzekł Sam. — „Nie z e ´ opuszczaj go” — mówiły mi. „Ja smiałbym go opu´ci´ ? — odpowiedziałem. — s c Ani mi to w głowie! Pójd˛ z nim, cho´ by si˛ na ksi˛ zyc zechciał wdrapywa´ . e c e e˙ c A je˙ eli który´ z tych Czarnych Je´ d´ ców spróbuje go zatrzyma´ , zobaczy, co z s z z c potrafi Sam Gamgee!” Tak powiedziałem, a one si˛ smiały. e´ — O kim. . . o czy ty mówisz? — O elfach, prosz˛ pana. Pogadałem z nimi tej nocy. Wiedziały, ze pan wye ˙ biera si˛ za granic˛ , wi˛ c nie było sensu zaprzecza´ . Wspaniały lud te elfy! Wspae e e c niały! — To prawda — przyznał Frodo. — A wi˛ c elfy ci˛ nie rozczarowały przy e e bli˙ szym poznaniu? z — Jakby to powiedzie´ , prosz˛ pana? Przekonałem si˛ , ze moje lubienie albo c e e ˙ nielubienie wcale ich nie dosi˛ ga, za wysoko stoja — z namysłem odparł Sam. — e ˛ Nie wydaje si˛ wa˙ ne, co ja o nich my´l˛ . Inne sa, ni˙ si˛ spodziewałem, bardzo e z se ˛ z e stare i młode, bardzo wesołe i bardzo smutne zarazem. Frodo popatrzył na Sama, troch˛ zaskoczony; niemal oczekiwał, ze ujrzy jae ˙ kie´ zewn˛ trzne znami˛ dziwnej odmiany, która si˛ w chłopaku dokonała. Ten s e e e głos brzmiał niepodobnie do głosu Sama Gamgee, którego, jak mu si˛ zdawało, e znał dobrze. Ale Sam wygladał zupełnie tak samo jak zawsze, z ta jedynie ró˙ nica, ˛ ˛ z ˛ ze na twarzy miał wyraz niezwykłej zadumy. ˙ — Czy teraz, kiedy si˛ ju˙ zi´ciło twoje zyczenie i zobaczyłe´ elfy, nie min˛ ła e z s ˙ s e ci ochota do podró˙ y? — spytał Frodo. z

91

— Nie, prosz˛ pana. Nie umiem tego wyrazi´ , ale po dzisiejszej nocy patrz˛ e c e na to inaczej. Jak gdybym widział drog˛ przed soba. Wiem, ze pójdziemy bardzo e ˛ ˙ daleko, w ciemno´c. Ale wiem te˙ , ze nie mog˛ zawróci´ . Ju˙ nie marz˛ o zobas´ z ˙ e c z e czeniu elfów ani smoków, ani gór; sam nie wiem dokładnie, czego pragn˛ , ale na e pewno mam jaki´ obowiazek do spełnienia, zanim si˛ sko´ czy ta wyprawa, a czes ˛ e n ka on na mnie gdzie´ poza granicami Shire’u. Musz˛ to spełni´ do ko´ ca. . . pan s e c n rozumie. — Niezupełnie. Ale rozumiem, ze Gandalf wybrał mi dobrego towarzysza. ˙ Ciesz˛ si˛ z tego. Pójdziemy razem. e e ´ Frodo w milczeniu doko´ czył sniadania. Wstał, rozejrzał si˛ po okolicy i zan e wołał na Pippina. — Czy wszystko gotowe do wymarszu? — spytał nadbiegajacego przyjaciela. ˛ — Trzeba rusza´ zaraz. Zaspali´my, a mamy przed soba ładnych kilka mil drogi. c s ˛ — To ty zaspałe´ — rzekł Pippin. — Ja od dawna jestem na nogach. Czekalis ´ smy, zeby´ uporał si˛ ze sniadaniem i z my´leniem. ˙ s e ´ s — Jedno i drugie ju˙ załatwione. Chc˛ i´c do promu jak najspieszniej. Nie z e s´ zbocz˛ z szlaku, nie wróc˛ na go´ciniec, z którego zeszli´my wczoraj. Pójd˛ proe e s s e sto, na przełaj. — To chyba zamierzasz przefruna´ — odparł Pippin. — W tych stronach nie ˛c sposób i´c bezdro˙ em. s´ z — W ka˙ dym razie mo˙ na skróci´ drog˛ — rzekł Frodo. — Prom znajduje si˛ z z c e e na południo-wschód od Le´nego Dworu, ale go´ciniec oddala si˛ łukiem w lewo; s s e wida´ tam, na północy, p˛ tl˛ . Okra˙ a północny skraj Moczarów, zeby trafi´ na c e e ˛z ˙ c grobl˛ ciagnaca si˛ od mostu przez Słupki. Ale w ten sposób nadkłada si˛ kilka e ˛ ˛ ˛ e e mil. Mogliby´my oszcz˛ dzi´ jedna czwarta drogi idac wprost z tego miejsca, na s e c ˛ ˛ ˛ którym stoimy, do promu. — Kto drogi prostuje, ten w polu nocuje — sprzeciwił si˛ Pippin. — Teren e tu wsz˛ dzie ci˛ zki, na Moczarach pełno bagien i wszelkiego rodzaju przeszkód, e e˙ znam t˛ okolic˛ . A je˙ eli ci chodzi o Czarnych Je´ d´ ców, to nie pojmuj˛ , dlaczego e e z z z e wolisz ich spotka´ w lesie lub w polu ni˙ na go´ci´ cu. c z s n — W lesie lub w polu trudniej wypatrzy´ kogo´ — rzekł Frodo. — Przy tym c s wiedzac, ze zamierzałem w˛ drowa´ go´ci´ cem, b˛ da zapewne szukali mnie na ˛ ˙ e c s n e ˛ go´ci´ cu, a nie poza nim. s n — Dobrze! — przystał Pippin. — Pójd˛ za toba cho´ by przez mokradła i wye ˛ c boje. Ale to ci˛ zka droga. Liczyłem, ze przed zachodem sło´ ca wstapimy „Pod e˙ ˙ n ˛ ´ Złota Tyczk˛ ” w Słupkach. Najlepsze piwo we Wschodniej Cwiartce, przynaj˛ e mniej takie było przed laty, bo nie próbowałem go ju˙ od dawna. z — Otó˙ to! — rzekł Frodo. — Mo˙ e prawda, ze kto drogi prostuje, ten w polu z z ˙ nocuje, ale i tak mniej czasu traci ni˙ na popas w gospodzie. Za wszelka cen˛ z ˛ e musimy omina´ z dala „Złota Tyczk˛ ”. Chcemy przecie˙ dotrze´ do Buckleburga ˛c ˛ e z c przed zmrokiem. A co ty powiesz o tym, Samie? 92

— Pójd˛ z panem, panie Frodo — o´wiadczył Sam, tajac w sercu złe przeczue s ˛ ´ cia oraz gł˛ boki zal, ze nie spróbuje najlepszego we Wschodniej Cwiartce piwa. e ˙ ˙ — Skoro mamy brna´ przez bagna i ciernie, ruszajmy co zywo — rzekł Pippin. ˛c ˙

Było ju˙ niemal tak goraco jak poprzedniego dnia, lecz od zachodu płyn˛ ły z ˛ e
chmury. Wygladało na to, ze dzie´ nie przeminie bez deszczu. Hobbici zsun˛ li si˛ ˛ ˙ n e e stroma zielona skarpa w dół i zanurzyli w gaszcz drzew. Stosownie do obranej ˛ ˛ ˛ ˛ drogi, mieli z Le´nego Dworu skr˛ ci´ w lewo i skosem przecia´ lasy ciagnace s e c ˛c ˛ ˛ si˛ wzdłu˙ wschodniego zbocza góry, by dotrze´ do równiny. Potem mogliby ju˙ e z c z skierowa´ si˛ do promu krajem otwartym, gdzie nie spodziewali si˛ innych przec e e szkód jak płoty i rowy. Frodo wyliczył, ze w prostej linii maja do przej´cia osiem˙ ˛ s na´cie mil. Wkrótce jednak przekonał si˛ , ze gaszcz jest bardziej zbity i splatany, s e ˙ ˛ ˛ ´ z ni˙ si˛ z pozoru zdawało. Nie było scie˙ ek, tote˙ nie mogli posuwa´ si˛ szybko. z e z c e Przedarłszy si˛ po skarpie na sam dół, stan˛ li nad strumieniem, który ze wzgórz e e spływał w gł˛ boki parów o stromych, o´lizłych brzegach, zaro´ni˛ tych je˙ ynami. e s s e z Parów jak na zło´c zagradzał w poprzek wybrany szlak. Nie mogli go przeskoczy´ s´ c ani te˙ przeprawi´ si˛ inaczej, ni˙ kosztem przemokni˛ cia, mnóstwa zadra´ni˛ c z c e z e s e´ i umazania w błocie. Stan˛ li zastanawiajac si˛ , co robi´ . e ˛ e c — Pierwsza przeszkoda — rzekł Pippin z kwa´nym u´miechem. s s Sam Gamgee spojrzał w gór˛ . Pomi˛ dzy drzewami dostrzegł skraj zielonej e e polany, z której przed chwila zeszli. ˛ — Patrzcie! — szepnał chwytajac Froda za rami˛ . Wszyscy podnie´li wzrok ˛ ˛ e s i wysoko nad soba zobaczyli rysujaca si˛ na tle nieba sylwetk˛ konia. Obok nie˛ ˛ ˛ e e go stała pochylona nad kraw˛ dzia czarna posta´ . Hobbitom od razu odechciało e ˛ c si˛ powrotu na gór˛ . Frodo pierwszy ruszył naprzód, błyskawicznie dajac nura e e ˛ w g˛ ste zaro´la nad strumieniem. e s — Uff! — powiedział do Pippina. — Obaj mieli´my racj˛ . Prosta droga ju˙ s e z si˛ nam zaplatała; ale skryli´my si˛ w sama por˛ . Ty masz czujny słuch, Samie, e ˛ s e ˛ e czy słyszysz czyje´ kroki za nami? s Przystan˛ li w ciszy, niemal wstrzymujac dech, i nasłuchiwali, lecz zaden e ˛ ˙ szmer nie zdradzał pogoni. — Nie wyobra˙ am sobie, zeby zechciał ryzykowa´ sprowadzanie konia ta z ˙ c ˛ stroma skarpa — rzekł Sam. — Ale my´l˛ , ze nas tu w dole wyw˛ szył. Zabie˛ ˛ se ˙ e rajmy si˛ stad co pr˛ dzej. e ˛ e Okazało si˛ to wcale niełatwe. W˛ drowcy d´ wigali baga˙ e, a zaro´la i o˙ yny e e z z s z zagradzały im drog˛ . Stok za ich plecami osłaniał od wiatru, w parowie było niee przewiewnie i duszno. Nim przedarli si˛ na nieco bardziej otwarty teren, zgrzali e si˛ , zm˛ czyli, pokaleczyli, a co gorsze stracili orientacj˛ i nie wiedzieli na pewno, e e e w jakim powinni i´c kierunku. Brzegi strumienia obni˙ ały si˛ w miar˛ , jak spłys´ z e e wał na równin˛ , nurt rozlewał si˛ szerzej i płycej da˙ ac ku Moczarom i Rzece. e e ˛z ˛ 93

— Ale˙ to strumie´ Słupianka! — rzekł Pippin. — Je˙ eli chcemy wróci´ na z n z c szlak, musimy zaraz przeprawi´ si˛ na drugi brzeg i skr˛ ci´ w prawo. c e e c W bród przeszli strumie´ i biegiem przebyli otwarta, bezdrzewna, poro´ni˛ n ˛ ˛ s e ta tylko sitowiem przestrze´ na jego drugim brzegu. Dopiero dalej znów trafili ˛ n na pier´cie´ drzew, przewa˙ nie wielkich d˛ bów, mi˛ dzy którymi tu i ówdzie rósł s n z e e wiaz lub jesion. Grunt tutaj był do´c równy, poszycie lasu skape. Drzewa jednak ˛ s´ ˛ stały tak g˛ sto, ze w˛ drowcy nie widzieli drogi przed soba. Wiatr dmuchnał nagle e ˙ e ˛ ˛ rozwiewajac li´cie i z chmurnego nieba spadły pierwsze krople deszczu. Potem ˛ s wiatr ucichł, a deszcz lunał rz˛ si´cie. Hobbici brn˛ li naprzód, jak si˛ dało naj˛ e s e e spieszniej, przez k˛ py traw, przez zwały uschłych li´ci, a deszcz szumiał i pluskał e s dokoła. Nie mówili nic, ogladali si˛ tylko wcia˙ to za siebie, to na boki. ˛ e ˛z Po półgodzinie odezwał si˛ Pippin: e — Mam nadziej˛ , ze nie zboczyli´my zanadto na południe i nie idziemy e ˙ s wzdłu˙ lasu. Pas drzew nie jest zbyt szeroki, o ile mi wiadomo, mierzy w najz szerszym miejscu zaledwie mil˛ , powinni by´my ju˙ wyj´c na otwarty teren. e s z s´ — Na nic si˛ zda kr˛ ci´ zakosami — powiedział Frodo. — To by nam ju˙ e e c z teraz nie pomogło. Trzymajmy si˛ obranego kierunku. Nie jestem wcale pewien, e czy pilno mi znale´ c si˛ na odsłoni˛ tej przestrzeni. z´ e e Szli wi˛ c dalej mil˛ czy dwie nie zbaczajac z kursu. Wreszcie mi˛ dzy postrz˛ e e ˛ e e pionymi chmurami wybłysło sło´ ce, deszcz nieco złagodniał. Min˛ ło południe, n e w˛ drowcy bardzo ju˙ t˛ sknili do obiadu. Zatrzymali si˛ pod wiazem; li´cie choe z e e ˛ s cia˙ wcze´nie po˙ ółkłe, były jeszcze g˛ ste, dawały wi˛ c schronienie, tym lepsze, z s z e e ze ziemia pod nimi została prawie sucha. Zabierajac si˛ do posiłku, hobbici stwier˙ ˛ e dzili, ze elfy napełniły im manierki przezroczystym złotawym trunkiem, który ˙ pachniał jak miód zbierany z ró˙ nych kwiatów i pokrzepiał cudownie. Wkrótz ´ ce wszyscy trzej smiali si˛ , lekcewa˙ aco machajac r˛ ka na deszcz i na Czarnych e z˛ ˛ e ˛ Je´ d´ ców. Nie watpili, ze pr˛ dko pokonaja kilka ostatnich mil. Frodo oparł si˛ z z ˛ ˙ e ˛ e plecami o pie´ wiazu i przymknał oczy. Sam i Pippin siedli tu˙ obok i zacz˛ li n ˛ ˛ z e ´ nuci´ , a potem spiewa´ z cicha: c c Ho, ho, ho – i gul-gul-gul! By uleczy´ serca ból. . . c Deszcz niech pada, wiatr niech dmie, A i´c trzeba – Bóg wie gdzie – s´ Wol˛ le˙ e´ w cieniu drzewa, e z c A wiatr chmury niech rozwiewa. . .

— Ho! Ho! Ho! — podj˛ li gło´niej. Ale urwali natychmiast. Frodo zerwał e s si˛ na równe nogi. Z wiatrem doleciał ich uszu przeciagły skowyt, jakby krzyk e ˛ jakiego´ zło´liwego i samotnego stworzenia. Wzbił si˛ wy˙ ej, opadł i zako´ czył s s e z n 94

ostra, przenikliwa nuta. Hobbici — czy który stał, czy siedział — zastygli jak lo˛ ˛ ˛ ´ e dem sci˛ ci, a tymczasem drugi skowyt odpowiedział pierwszemu, cichszy, dalszy, lecz tak samo mro˙ acy krew w zyłach. Potem zapadła cisza, której nie maciło nic z˛ ˙ ˛ prócz szelestu wiatru w´ród li´ci. s s — Jak wam si˛ zdaje, co to było? — spytał wreszcie Pippin silac si˛ na leke ˛ e ki ton, chocia˙ głos dr˙ ał mu troch˛ . — Mo˙ e ptak, ale przyznam si˛ , ze nigdy z z e z e ˙ ´ w zyciu nie słyszałem takiego cwierkania w Shire. ˙ — Nie był to ptak ani zwierz˛ — odparł Frodo — ale wołanie czy mo˙ e sye z gnał. W tym krzyku d´ wi˛ czały jakie´ słowa, jakkolwiek nie zdołałem ich poja´ . z e s ˛c W ka˙ dym razie takiego głosu nie dobyłby z siebie zaden hobbit. z ˙ Wi˛ cej o tym nie mówili. Wszyscy trzej pomy´leli o je´ d´ cach, lecz nikt si˛ e s z z e nie odezwał. Wzdragali si˛ teraz zarówno przed dalszym marszem, jak przed poe zostaniem na miejscu. Wcze´niej lub pó´ niej musieli wszak˙ e przeby´ otwarta s z z c ˛ przestrze´ dzielaca ich od promu, a lepiej było zrobi´ to za dnia ni˙ noca. Tote˙ n ˛ ˛ c z ˛ z po krótkiej chwili załadowali worki na plecy i ruszyli znowu.

Wkrótce stan˛ li niespodzianie na skraju lasu. Przed ich oczyma otwarły si˛ e e rozległe łaki. Teraz dopiero przekonali si˛ , i˙ rzeczywi´cie zboczyli zanadto na ˛ e z s południe. W dali, nad równina majaczyło wzniesione za rzeka niskie wzgórze ˛ ˛ Buckleburg, nie na wprost jednak, lecz na lewo od miejsca, gdzie wyszli z lasu. Ostro˙ nie wychyn˛ li spod drzew i co sił w nogach pobiegli przez odsłoni˛ ty teren. z e e Z poczatku ze strachem oddalali si˛ od le´nego schronu. Daleko za nimi wid˛ e s ´ niała wysoka polana, na której tego ranka jedli sniadanie. Frodo niemal spodziewał si˛ , ze na jej kraw˛ dzi zobaczy mała z tej odległo´ci na tle nieba sylwetk˛ e ˙ e ˛ s e ´ je´ d´ ca; lecz nie było ju˙ po nim ani sladu. Sło´ ce zni˙ ajac si˛ nad wzgórza, z z z n z ˛ e które w˛ drowcy zostawili ju˙ za soba, wymkn˛ ło si˛ spo´ród rozdartych chmur e z ˛ e e s ´ i swieciło znowu jasno. Hobbici pozbyli si˛ strachu, ale niepokój ich nie opusze czał. Kraj jednak zdawał si˛ coraz mniej dziki, coraz lepiej zagospodarowany. Po e jakim´ czasie znale´ li si˛ w´ród porzadnie uprawionych pól i łak, zobaczyli zywos z e s ˛ ˛ ˙ płoty, furtki, groble i rowy odprowadzajace wod˛ . Wszystko tutaj tchn˛ ło ładem ˛ e e i spokojem, jak w zwykłym, cichym zakatku Shire’u. Z ka˙ dym krokiem naprzód ˛ z w serca w˛ drowców wst˛ powała otucha. Linia rzeki przybli˙ ała si˛ , Czarni Je´ d´ e e z e z z cy wydawali si˛ teraz widmami straszacymi w lasach, które zostały daleko w tyle. e ˛ Skrajem ogromnego pola pieczarek doszli do pot˛ znej bramy. Za nia ujrzeli e˙ ˛ bita drog˛ biegnaca mi˛ dzy nisko strzy˙ onymi zywopłotami ku odległej k˛ pie ˛ e ˛ ˛ e z ˙ e drzew. Pippin stanał. ˛ — Poznaj˛ te pola i t˛ bram˛ ! — zawołał. — Jeste´my na terytorium Starego e e e s Maggota. Tam, gdzie te drzewa, kryje si˛ jego zagroda. e — Nowa bieda! — rzekł Frodo z mina tak przera˙ ona, jak gdyby Pippin oznaj˛ z ˛ mił, ze dró˙ ka prowadzi do smoczej jamy. Towarzysze spojrzeli na niego zdumie˙ z
95

ni. — Co masz przeciwko Staremu Maggotowi? — spytał Pippin. — To serdeczny przyjaciel wszystkich Brandybucków. Oczywi´cie, jest postrachem dla natr˛ s e tów i trzyma złe psy, ale to zrozumiałe: mieszka´ cy pogranicza musza si˛ mie´ na n ˛ e c baczno´ci. s ´ — Wiem — odparł Frodo. — Mimo to — dodał smiejac si˛ z zawstydzeniem ˛ e — boj˛ si˛ Maggota i jego psów. Unikałem tej zagrody przez długie lata. Kiedy za e e młodu mieszkałem w Brandy Hallu, Maggot cz˛ sto przyłapywał mnie w szkodzie e w swoich pieczarkach. Za ostatnim razem spu´cił mi porzadne lanie, a potem s ˛ przedstawił psom: „Patrzcie, dzieci — powiedział. — Je˙ eli jeszcze kiedy´ noga z s tego smarkacza postanie na mojej ziemi, wolno go wam zje´c. A teraz wypro´cie s´ s go stad!” I psy goniły mnie a˙ do promu. Po dzi´ dzie´ nie ochłonałem z tego ˛ z s n ˛ strachu, cho´ musz˛ przyzna´ , ze bestie były dobrze wytresowane i nie tkn˛ ły c e c ˙ e mnie nawet. Pippin roze´miał si˛ . s e — Ano, pora, zeby´ si˛ z nimi pogodził wreszcie. Tym bardziej, ze masz si˛ ˙ s e ˙ e znów osiedli´ w Bucklandzie. Stary Maggot jest naprawd˛ zacnym sasiadem, byle c e ˛ nie dobiera´ si˛ do jego pieczarek. Je˙ eli pójdziemy dró˙ ka, nie b˛ dzie mógł nas c e z z ˛ e posadza´ o wdzieranie si˛ ukradkiem na jego teren. Maggot przyja´ ni si˛ z Mer˛ c e z e rym i w jego towarzystwie cz˛ sto odwiedzałem ten dom. e

Poszli dró˙ ka˛ i wkrótce ukazała im si˛ w´ród drzew słomiana strzecha duz e s zego domu i budynki gospodarcze. Maggotowie, podobnie jak Puddifootowie ze ˙ Słupków i jak wi˛ kszo´c hobbitów z Moczarów mieszkali w domach; farma była e s´ porzadnie zbudowana z cegieł i otoczona wysokim murem. Szeroka drewniana ˛ brama widniała na ko´ cu dró˙ ki. n z Nagle, gdy trzej w˛ drowcy zbli˙ yli si˛ do bramy, rozległo si˛ straszliwe wycie e z e e i szczekanie, a dono´ny głos krzyknał: s ˛ — Łapaj! Trzymaj! Wilk! Do mnie, dzieci! Frodo i Sam stan˛ li jak wryci, lecz Pippin posunał si˛ par˛ kroków naprzód. e ˛ e e Brama otwarła si˛ , trzy wielkie brytany wypadły na drog˛ i szczekajac w´ciekle e e ˛ s rzuciły si˛ na przybyszów. Na Pippina wcale nie zwróciły uwagi, ale Sama, który e przywarł do muru, osaczyły dwa podobne do wilków psiska i w˛ szac podejrzliwie e ˛ szczerzyły kły, ilekro´ próbował si˛ poruszy´ . Najwi˛ kszy i najgro´ niejszy brytan c e c e z stanał przed Frodem je˙ ac sier´c i warczac. W bramie ukazał si˛ t˛ gi, przysadzisty ˛ z˛ s´ ˛ e e hobbit z kragła, rumiana twarza. ˛ ˛ ˛ ˛ — Hej! Co´cie za jedni i czego tu chcecie? — spytał. s — Dobry wieczór, panie Maggot — powiedział Pippin. Gospodarz spojrzał na niego uwa˙ nie. z — A niech˙ e mnie! Przecie˙ to Pippin! Pan Peregrin Tuk, chciałem rzec. . . z z
96

— zawołał i twarz rozchmurzyła mu si˛ w u´miechu. — Kop˛ lat pana tu nie e s e widzieli´my. Szcz˛ scie, ze pana poznałem. Byłbym poszczuł moje pieski jak na s e´ ˙ obcych. Dziwne rzeczy dzieja si˛ tu dzisiaj. Oczywi´cie, widujemy rozmaitych ˛ e s podró˙ nych w tych stronach. Za blisko stad do Rzeki! — rzekł kiwajac głowa. — z ˛ ˛ ˛ Ale nie zdarzyło mi si˛ w zyciu spostrzec go´cia tak dziwacznego jak ten, co dzi´ e ˙ s s mi si˛ trafił. Ju˙ on drugi raz nie przejdzie bez pozwolenia przez mój teren, póki e z ja tu gospodarz˛ . e — O kim to mówicie? — A wy´cie go nie widzieli? — odpowiedział farmer. — Dopiero co tu był s i odszedł ta dró˙ ka w stron˛ promu. Dziwny go´c i dziwne zadawał pytania. Ale ˛ z ˛ e s´ mo˙ e panowie wejda do srodka, pogadamy wygodniej. Znajdzie si˛ kropelka doz ˛ ´ e brego piwa w beczce, je˙ eli pa´ scy przyjaciele nie pogardza. z n ˛ Zrozumieli, ze farmer powie im cos wi˛ cej, je˙ eli dadza mu po temu czas ˙ e z ˛ i sposobno´c, przyj˛ li wi˛ c skwapliwie zaproszenie. s´ e e — A jak b˛ dzie z psami? — zaniepokoił si˛ Frodo. e e Farmer roze´miał si˛ . s e — Nie zrobia nikomu krzywdy, chyba, ze na mój rozkaz. Do nogi, Łapaj! Do ˛ ˙ nogi, Trzymaj! — krzyknał. — Do nogi, Wilk! ˛ Frodo i sam odetchn˛ li z ulga, kiedy psy odstapiły zwracajac im swobod˛ e ˛ ˛ ˛ e ruchów. Pippin przedstawił gospodarzowi obu swoich towarzyszy. — Pan Frodo Baggins — rzekł. — Mo˙ e go nie pami˛ tacie, ale mieszkał ongi z e w Brandy Hallu. Na d´ wi˛ k nazwiska Bagginsa farmer wzdrygnał si˛ i obrzucił Froda bystrym z e ˛ e spojrzeniem. Frodowi przemkn˛ ło przez głow˛ , ze Maggot przypomniał sobie e e ˙ kradzione pieczarki i zaraz poszczuje go psami. Ale Maggot ujał hobbita pod ˛ rami˛ . e — No, prosz˛ ! — zakrzyknał. — A wi˛ c jeszcze dziwniejsza sprawa, ni˙ mi e ˛ e z si˛ zdawało! Pan Baggins! Niech panowie wejda do domu, musimy pogada´ . e ˛ c Weszli do kuchni i siedli przy wielkim kominie. Pani Maggot przyniosła ogromny dzban piwa i napełniła cztery spore kufle. Piwo było doskonałe, tote˙ z Pippin przestał załowa´ , ze omin˛ li gospod˛ „Pod Złota Tyczka”. Sam saczył pi˙ c ˙ e e ˛ ˛ ˛ wo podejrzliwie. We krwi miał nieufno´c do mieszka´ ców innych prowincji Shis´ n re’u i nie był pochopny do zawierania przyja´ ni z kim´, kto ongi zbił jego pana, z s cho´ by nie wiem ile lat temu. c Po wst˛ pnych uwagach o pogodzie i urodzajach (nie gorszych ni˙ zazwyczaj) e z Maggot odstawił kufel i powiódł wzrokiem po twarzach go´ci. s — Niech no mi pan teraz powie, panie Tuku — zwrócił si˛ do Peregrina — e skad przybywacie i dokad zmierzacie? Czy do mnie w odwiedziny? Bo je´li tak, ˛ ˛ s to musz˛ przyzna´ , zem was nie zauwa˙ ył u furty. e c ˙ z — Nie — odparł Pippin. — Skoro sami zgadli´cie prawd˛ , nie b˛ d˛ taił, ze s e e e ˙ przyszli´my dró˙ ka od jej drugiego ko´ ca, przez wasze pola. Ale stało si˛ to przys z ˛ n e 97

padkiem. Zabładzili´my w lasach, idac od Le´nego Dworu na przełaj do promu. ˛ s ˛ s — Je˙ eli wam si˛ spieszyło, byłoby skuteczniej trzyma´ si˛ drogi — rzekł farz e c e mer. — Nie o to wszak˙ e mi chodzi. Pan, panie Pippin, ma raz na zawsze wst˛ p z e wolny na moje pola. A pan, panie Baggins, tak˙ e, chocia˙ pewnie pan wcia˙ jeszz z ˛z cze lubi pieczarki. — Maggot roze´miał si˛ . — Tak, tak, zapami˛ tałem pa´ skie s e e n nazwisko. Nie zapomniałem tych czasów, kiedy młody Frodo Baggins był jednym z najgorszych urwisów w Bucklandzie. Ale nie pieczarki miałem teraz na my´li. s Na chwil˛ przed waszym przyj´ciem słyszałem pa´ skie nazwisko, panie Baggins. e s n Nie zgadnie pan, o co mnie pytał tamten dziwny go´c. s´ Trzej hobbici w napi˛ ciu czekali na dalszy ciag. e ˛ — Ano — podjał farmer bez po´piechu, rozkoszujac si˛ efektem swoich słów ˛ s ˛ e — podjechał na wielkim czarnym koniu do furty, która przypadkiem była wła´nie s uchylona, i stanał tuz przed drzwiami domu. Cały czarny, zawini˛ ty w płaszcz ˛ e z kapturem, jakby nie chciał, zeby go kto poznał. „Czego u licha chce ode mnie?” ˙ — pomy´lałem. Po tej stronie granicy rzadko widujemy Du˙ ych Ludzi, a ju˙ o nis z z kim podobnym do tej czarnej stwory w zyciu nie słyszałem. „Dzie´ dobry — ˙ n ´ z powiadam wychodzac na próg. — Ta scie˙ ka nigdzie dalej nie prowadzi; dokad˛ ˛ kolwiek si˛ wybieracie, najszybciej tam traficie, je˙ eli wrócicie na drog˛ ”. Nie e z e podobał mi si˛ ten je´ dziec, a kiedy si˛ zbli˙ ył, Łapaj tylko raz pociagnał nosem e z e z ˛ ˛ i szczeknał, jakby go kto zadłem ukłuł; podkulił ogon i uciekł skowyczac. Czarny ˛ ˙˛ ˛ Je´ dziec ani drgnał w siodle. z ˛ „Stamtad jad˛ ” — rzekł, wymawiajac słowa powoli i twardo, i pokazał na ˛ e ˛ zachód, ponad moim własnym polem jakby nigdy nic. „Czy nie widziałe´ Bags ginsa?” — spytał niesamowitym głosem io pochylił si˛ ku mnie. Twarzy nie zoe baczyłem, bo kaptur miał naciagni˛ ty nisko, ale ciarki mi przeszły po krzy˙ ach. ˛ e z Wcia˙ jednak nie mogłem pogodzi´ si˛ z tym, ze tak bezczelnie obcy wtargnał do ˛z c e ˙ ˛ mojej zagrody. „Zabierajcie si˛ stad! — rzekłem. — Nie ma tu zadnych Bagginsów. e ˛ ˙ Trafili´cie nie do tej co trzeba prowincji Shire’u. Wracajcie lepiej na zachód, do s Hobbitonu, ale go´ci´ cem, nie przez moje pola!” s n „Baggins opu´cił Hobbiton — odpowiedział mi szeptem. — Idzie tu, jest ju˙ s z niedaleko. Chc˛ go odnale´ c. Je˙ eli b˛ dzie t˛ dy przechodził, czy mi o tym poe z´ z e e wiesz? Wróc˛ tu ze złotem”. e „Nie — odparłem. — Wrócisz tam, skad przyszedłe´, i to zaraz. Bo za minut˛ ˛ s e zawołam wszystkie moje pieski”. ´ Na to je´ dziec wydał jakby syk. Mo˙ e to był smiech, mo˙ e nie. Naparł na mnie z z z koniem tak, ze ledwie zda˙ yłem odskoczy´ . Krzyknałem na psy, ale on zawrócił ˙ ˛z c ˛ konia i runał niby piorun przez furt˛ , a potem droga ku grobli. No i co o tym ˛ e ˛ wszystkim my´licie? s Frodo chwile milczał wpatrujac si˛ w ogie´ na kominie; my´lał jednak wy˛ e n s łacznie o tym, jakim cudem zdoła dosta´ si˛ do promu. ˛ c e 98

— Nie wiem, co o tym my´le´ — powiedział wreszcie. s c — W takim razie ja wam powiem, co powinni´cie my´le´ — rzekł Maggot. — s s c Nie trzeba było, panie Frodo, zadawa´ si˛ z mieszka´ cami Hobbitonu. To dziwni c e n hobbici. — Sam wzdrygnał si˛ i popatrzył na farmera nieprzychylnym okiem. — ˛ e Ale z pana zawsze był lekkoduch. Kiedy si˛ dowiedziałem, ze pan opu´cił Brane ˙ s dybucków i przeprowadził si˛ do starego pana Bilba, od razu mówiłem, ze pan e ˙ napyta sobie biedy. Zapami˛ tajcie moje słowa, cały ten kłopot wynikł z dziwactw e pana Bilba. Gadaja, ze podejrzanym sposobem zdobył majatek w dalekich kra˛ ˙ ˛ jach. Mo˙ e kto´ chce si˛ teraz dowiedzie´ , co si˛ stało ze złotem i klejnotami, z s e c e zakopanymi, jak słyszałem, pod Pagórkiem w Hobbitonie? Frodo nic na to nie odpowiedział, zaskoczony przenikliwo´cia tego domysłu. s ˛ — Tak, panie Frodo — ciagnał dalej Maggot — ciesz˛ si˛ , ze pan posłuchał ˛ ˛ e e ˙ głosu rozsadku i wrócił do Bucklandu. Radz˛ panu z nami pozosta´ . I nie zada˛ e c wa´ si˛ z tymi obcymi dziwakami. W naszych stronach znajdzie pan przyjaciół. c e A gdyby który´ z tych czarnych przybł˛ dów szukał znów pana tutaj, ju˙ ja si˛ s e z e z nimi rozprawi˛ . Powiem, ze pan umarł albo wyjechał z kraju, czy cos innego e ˙ w tym gu´cie. Mo˙ e nawet nie b˛ dzie to kłamstwo, bo kto wie, czy dopytujac si˛ s z e ˛ e nie mieli pana Bilba na my´li. s — Mo˙ liwe — rzekł Frodo unikajac wzroku farmera i uparcie patrzac w ogie´ . z ˛ ˛ n Maggot przygladał mu si˛ zatroskany. ˛ e — Widz˛ , ze pan ma o tym jakie´ własne zdanie — powiedział. — Jasne e ˙ s jak sło´ ce, ze nie przypadek sprowadził do mnie i pana, i tego je´ d´ ca w ciagu n ˙ z z ˛ jednego popołudnia. Mo˙ e te˙ nowiny, które wam opowiedziałem, wcale nie były z z dla was nowe. Nie pytam o nic takiego, co by´cie woleli zachowa´ przy sobie, ale s c rozumiem, ze pan jest w jakich´ tarapatach. Mo˙ e pan rozmy´la nad tym, jak si˛ ˙ s z s e dosta´ do promu, zeby po drodze nie wpa´c tamtemu w łapy? c ˙ s´ — Wła´nie o tym my´lałem — przyznał Frodo. — W ka˙ dym razie musimy s s z zaryzykowa´ i dotrze´ do celu. A nie osiagniemy go siedzac i rozmy´lajac. Niestec c ˛ ˛ s ˛ ty, trzeba rusza´ co pr˛ dzej. Dzi˛ kuje bardzo za zyczliwo´c. Przez trzydzie´ci lat c e e ˙ s´ s bałem si˛ naprawd˛ was i waszych psów, chocia˙ smiali´cie si˛ , kiedy to powiee e z´ s e działem. Szkoda! Straciłem trzydzie´ci lat przyja´ ni z zacnym hobbitem. Przykro s z mi, ze tak pr˛ dko musz˛ si˛ z wami dzisiaj rozsta´ . Wróc˛ mo˙ e kiedy´. . . je˙ eli ˙ e e e c e z s z los pozwoli. — B˛ dzie pan miłym go´ciem, kiedykolwiek si˛ pan zjawi — odparł Maggot. e s e — Ale mam pomysł! Sło´ ce ju˙ zachodzi, pora na wieczerz˛ . Zwykle kładziemy n z e si˛ spa´ zaraz po zachodzie sło´ ca. Gdyby pan i pan Peregrin, i wasz towarzysz e c n zechcieli przegry´ c co´ razem z nami, byłoby nam bardzo przyjemnie. z´ s — Nam tym bardziej! — rzekł Frodo. — Niestety, musimy rusza´ w drog˛ c e natychmiast. Ju˙ i tak nie zajdziemy przed zmrokiem do promu. z — Niech˙ e pan poczeka chwileczk˛ ! Nie sko´ czyłem jeszcze. Po wieczerzy z e n mógłbym zaprzac kuce do wózka i odwie´ c panów na miejsce. Oszcz˛ dziłoby to ˛ z´ e 99

nam czasu, a kto wie, czy nie innych kłopotów tak˙ e. z Ku uciesze Pippina i Sama Frodo przyjał propozycj˛ z wdzi˛ czno´cia. Sło´ ˛ e e s ˛ n ce ju˙ si˛ skryło za wzgórza na zachodzie. Zmierzch szybko g˛ stniał. Zjawili si˛ z e e e dwaj synowie Maggota oraz trzy jego córki, na długim stole zastawiono suta wie˛ czerz˛ . W kuchni błysn˛ ły swiece, ogie´ na kominku rozpalił si˛ zywiej. Pani e e ´ n e ˙ Maggot krzatała si˛ po domu. Nadeszło paru hobbitów, domowników gospoda˛ e rza. Wkrótce czterna´cie osób siedziało za stołem. Piwa było w bród, na półmisku s pi˛ trzyła si˛ góra pieczarek z boczkiem, nie brakowało te˙ innych posilnych wieje e z skich da´ . Psy le˙ ały przy ogniu ogryzajac ko´ci i skórki. n z ˛ s ´ Po kolacji farmer z synami wyszedł pierwszy, zeby przy swietle latarni zaprzac ˙ ˛ kuce. Na dziedzi´ cu było ju˙ ciemno, kiedy z kolei wyszli z domu go´cie. Rzucili n z s na wóz pakunki, potem wsiedli sami. Maggot z kozła smagnał par˛ tłustych kuców ˛ e biczem. jego zona stała w jasnym prostokacie otwartych drzwi. ˙ ˛ — Uwa˙ aj na siebie, Maggot! — zawołała. — Nie gadaj z obcymi i wracaj z prosto do domu! — Dobrze, dobrze! — odparł wyje˙ d˙ ajac z bramy. Najl˙ ejsze bodaj tchnienie z z ˛ z wiatru nie zakłócało ciszy, noc była pogodna i spokojna, bardzo chłodna. Posuwali ´ si˛ wolno, bez swiateł. O mil˛ czy dwie dalej dró˙ k˛ przecinał gł˛ boki rów, a za e e z e e nim wznosił si˛ nasyp wysokiej grobli. e Maggot zlazł z wozu i uwa˙ nie przepatrzył drog˛ w obie strony, na północ i na z e południe, ale nic nie było wida´ w ciemno´ciach, a ciszy nie macił zaden szmer. c s ˛ ˙ Cienkie pasemka mgły znad rzeki snuły si˛ nad rowami i rozpełzały po polach. e — B˛ dzie ci˛ zko — rzekł Maggot — ale nie zapale latarni, a˙ w powrotnej e e˙ z drodze. Gdyby kto´ nadje˙ d˙ ał, usłyszymy go na długo wcze´niej, ni˙ zobaczymy. s z z s z Pi˛ c mil z okładem dzieliło dró˙ k˛ Maggota od promu. Hobbici zawin˛ li si˛ e´ z e e e w płaszcze, lecz wyt˛ zali słuch, czujni na ka˙ dy odgłos, który nie był skrzypiee˙ z niem kół ich wozu lub niespiesznym, rytmicznym stukiem podków kucyków. Wóz ´ ´ zdawał si˛ Frodowi slamazarny jak slimak. Siedzacy obok Pippin kiwał si˛ sene ˛ e nie, lecz Sam miał oczy otwarte i utkwione we mgle unoszacej si˛ nad droga przed ˛ e ˛ nimi. Wreszcie dotarli do alei, która prowadziła na prom. Dwa białe słupy stojace ˛ ´ ˛ ˛ u wjazdu wyłoniły si˛ znienacka z ciemno´ci po ich prawej r˛ ce. Maggot sciagnał e s e kuce, wóz zatrzymał si˛ ze zgrzytem. Hobbici ju˙ si˛ zacz˛ li z niego gramoli´ na e z e e c ziemi˛ , gdy nagle usłyszeli to, czego wszyscy l˛ kali si˛ najbardziej: t˛ tent kopyt. e e e e Je´ dziec zbli˙ ał si˛ jadac na ich spotkanie od strony rzeki. z z e ˛ Maggot zeskoczył z wozu i stojac przy łbach swoich kuców wpatrzył si˛ ˛ e w mrok. Klip, klap, klip, klap — d´ wi˛ czało coraz bli˙ ej. Szcz˛ k podków rozz e z e legał si˛ gło´no w ciszy i mgle. e s — Niech si˛ pan lepiej schowa, panie Frodo — powiedział zatroskany Sam. e — Niech pan si˛ poło˙ y na dnie wozu i przykryje derka, a my tymczasem pozb˛ e z ˛ e dziemy si˛ jako´ tego je´ d´ ca. e s z z 100

Sam zeskoczył na ziemi˛ i stanał u boku farmera. Czarni Je´ d´ cy musieliby e ˛ z z przez niego przeskoczy´ , zeby si˛ zbli˙ y´ do wozu. Klip, klap, klip, klap. Je´ dziec c ˙ e z c z był tu˙ przed nimi. z — Hej tam! — krzyknał Maggot. T˛ tent urwał si˛ , jakby ko´ stanał w miejscu. ˛ e e n ˛ Hobbitom zdawało si˛ , ze rozró˙ niaja majaczaca o par˛ kroków przed nimi we e ˙ z ˛ ˛ ˛ e mgle posta´ w ciemnym płaszczu. c — Trzymaj — rzekł farmer do Sama rzucajac mu lejce i wyst˛ pujac naprzód. ˛ e ˛ — Ani kroku dalej! Czego tu chcesz i dokad jedziesz? ˛ — Szukam pana Bagginsa. Czy´cie go nie widzieli? — odezwał si˛ głos przys e ´ tłumiony, lecz niewatpliwie nale˙ acy do Meriadoka Brandybucka. Snop swiatła ˛ z˛ odsłoni˛ tej latarni padł prosto na zdumiona twarz farmera. e ˛ — Pan Merry! — krzyknał Maggot. ˛ — Oczywi´cie, ze ja! A za kogo´cie mnie wzi˛ li? — spytał Merry podchodzac s ˙ s e ˛ bli˙ ej. Wyłonił si˛ z mgieł i w oczach hobbitów, gdy ochłon˛ li ze strachu, jakby z e e nagle zmalał do zwyczajnego hobbickiego wzrostu. Siedział na kucyku, a szyj˛ e i brod˛ miał okutana szalikiem dla ochrony przed mgła. Frodo zeskoczył z wozu, e ˛ ˛ by si˛ przywita´ . e c — Jeste´ nareszcie! — zawołał Merry. — Ju˙ zaczynałem watpi´ , czy si˛ dzis z ˛ c e siaj zjawisz, i chciałem wraca´ na kolacj˛ . Kiedy nadciagn˛ ła mgła, wybrałem si˛ c e ˛ e e za rzek˛ i podjechałem do Słupianki, zeby si˛ upewni´ , czy nie wpadłe´ gdzie´ e ˙ e c s s do rowu. Nie pojmuj˛ , jakimi drogami szedłe´. Skad˙ e´cie ich wyłowili, Maggot? e s ˛z s Mo˙ e z waszego kaczego stawku? z — Nie. Przydybałem tych hobbitów w szkodzie. Ju˙ em chciał psy na nich z poszczu´ . Ale pewnie sami panu opowiedza t˛ histori˛ . Bo ja, z przeproszeniem c ˛ e e pana Froda, pana Meriadoka i całej kompanii, wolałbym nie zwlekajac wraca´ do ˛ c ˙ domu. Zona si˛ niepokoi, a mgła coraz gorsza. e Zawrócił wozem. — Dobranoc! — zawołał. — Nie ma co, dzie´ był niepowszedni. Ale wszystn ko dobre, co si˛ dobrze ko´ czy. . . chocia˙ tego nie powinno si˛ mówi´ , póki wszye n z e c scy nie staniemy u drzwi własnych domów. Nie wypieram si˛ , ze b˛ d˛ rad, kiedy e ˙ e e si˛ tam wreszcie znajd˛ . — Zapalił latarni˛ u wozu i wsiadł. Niespodzianie si˛ gnał e e e e ˛ pod kozioł i wydobył stamtad spory koszyk. — O mały włos byłbym zapomniał ˛ ˙ — rzekł. — Zona kazała mi odda´ to panu Bagginsowi z pozdrowieniami od niej. c Podał Frodowi kosz i ruszył w swoja drog˛ , zegnany chórem podzi˛ kowa´ ˛ e ˙ e n i zycze´ dobrej nocy. ˙ n Długa chwil˛ patrzyli na blade kr˛ gi swiatła jego latarni migocacej w nocnej ˛ e e ´ ˛ mgle. Nagle Frodo wybuchnał smiechem: spod pokrywy kosza zapachniały mu ˛ ´ pieczarki.

ROZDZIAŁ V

Wykryty spisek
— My tak˙ e lepiej zrobimy, je´li teraz pospieszymy do domu — rzekł z s
Merry. — Widz˛ , ze jest w tej całej historii co´ dziwnego, ale pomówimy o tym e ˙ s dopiero na miejscu. ´ z e Skr˛ cili na scie˙ k˛ prosta, porzadnie utrzymana, obrze˙ ona du˙ ymi, bielonymi e ˛ ˛ ˛ z ˛ z kamieniami. Doprowadziła ich ona o jakie´ sto kroków dalej na brzeg rzeki do s przystani i szerokiego, zbitego z desek pomostu. Przycumowany do niego czekał płaski prom. Białe słupy wbite nad sama woda ja´niały w blasku dwóch wysoko ˛ ˛ s umocowanych latarni. Za plecami w˛ drowców na niskich polach mgła ju˙ unosiła e z si˛ nad zywopłotami, lecz przed nimi woda l´niła czernia, tylko w przybrze˙ nym e ˙ s ˛ z sitowiu błakały si˛ tu i ówdzie skł˛ bione niby dym opary. Na drugim brzegu mgła ˛ e e zdawała si˛ rzadsza. e Merry sprowadził wierzchowca po kładce na prom, reszta kompanii poszła za nim. Merry ujał długa tyk˛ i pchnał prom w poprzek nurtu. Brandywina płyn˛ ła ˛ ˛ e ˛ e przed ich oczyma z wolna, szeroko rozlana. Przeciwny brzeg wznosił si˛ stromo, e ´cie˙ ka wiła si˛ w gór˛ ku migocacym swiatłom. Dalej maja´ od przystani kr˛ ta s z e e e ˛ czyło wzgórze Buck, a na nim, prze´wiecajac przez rozproszone mgły, błyszczało s ˛ mnóstwo okragłych okien, zółtych i czerwonych. To były okna Brandy Hallu, sta˛ ˙ rej siedziby Brandybucków.

Przed wiekami Gorhendad Oldbuck — głowa rodu Oldbucków, zaliczanego
do najstarszych w prowincji Moczarów, a mo˙ e i w całym Shire — przeprawił si˛ z e przez Rzek˛ , która podówczas wyznaczała wschodnia granic˛ kraju. Zbudował e ˛ e (i wykopał) Brandy Hall, zmienił nazwisko na Brandybuck i osiadł tu, władajac ˛ obszarem, który stanowił niemal samodzielne ksi˛ stewko. Rodzina rozrastała si˛ e e i nie przestała rozrasta´ si˛ po smierci Gorhendada, a˙ wreszcie Brandy Hall zajał c e ´ z ˛ całe wzgórze, szczycac si˛ trzema wielkimi bramami, mnóstwem bocznych drzwi ˛ e i blisko setka okien. ˛ Brandybuckowie oraz ich liczni podwładni zacz˛ li wtedy kopa´ nory, a w pó´ e c z

102

niejszych czasach budowa´ domy wsz˛ dzie dookoła wzgórza. Tak powstał Bucc e kland, g˛ sto zaludniony pas ziemi mi˛ dzy Rzeka a Starym Lasem, niejako kolonia e e ˛ Shire’u. Główne miasteczko, Buckleburg, tuliło si˛ na zboczach za Brandy Hale lem. Ludno´c Moczarów zyła z Bucklandczykami w przyja´ ni, a farmerzy gospos´ ˙ z darujacy mi˛ dzy Słupkami a Łozina dotychczas uznawali władz˛ Dziedzica z Hal˛ e ˛ e lu — jak nazywano głow˛ rodziny Brandybucków. Wi˛ kszo´c wszak˙ e obywatee e s´ z li starego Shire’u poczytywała Bucklandczyków za dziwaków, prawie za cudzoziemców. W rzeczywisto´ci nie ró˙ nili si˛ oni wiele od innych hobbitów z cztes z e ´ rech Cwiartek. Z jednym jedynym wyjatkiem: lubili wod˛ , a niektórzy nawet ˛ e umieli pływa´ . c Kraj ich poczatkowo był bezbronny od wschodu, potem ogrodzono go z tej ˛ ˙ strony zywopłotem, zwanym Wysokim Murem. Zywopłot, piel˛ gnowany stale ˙ e przez kilka pokole´ hobbitów, wyrósł wysoko i rozkrzewił si˛ szeroko. Zaczyn e nał si˛ od mostu na Brandywinie, olbrzymim łukiem odbiegał od rzeki i si˛ gał a˙ e e z do Ostatniej Łaki (gdzie płynaca z lasu Wija wpadała do Brandywiny), miał wi˛ c ˛ ˛ e ponad dwadzie´cia mil długo´ci. Nie zapewniał oczywi´cie niezawodnie bezpies s s cze´ stwa. Las w wielu miejscach wysuwał si˛ pod sam mur. Tote˙ Bucklandczycy n e z po zmroku ryglowali drzwi swoich domów, co w Shire nie było w zwyczaju.

Prom sunał z wolna po wodzie. Brzeg bucklandzki zbli˙ ał si˛ ku nim. Z ca˛ z e
łej kompanii tylko Sam nigdy dotychczas nie był za rzeka. Patrzac, jak leniwy ˛ ˛ nurt z chlupotem przelewa si˛ wzdłu˙ burty, Sam miał dziwne wra˙ enie: zycie e z z ˙ zostawało za nim we mgle, a przed nim była ciemno´c i przygoda. Podrapał si˛ s´ e w głow˛ i przemkn˛ ła mu my´l, ze jednak lepiej by było, gdyby pan Frodo nadal e e s ˙ spokojnie siedział w Bag End. Czterej hobbici zeszli na lad. Merry wiazał prom, a Pippin ju˙ prowadził ku˛ ˛ z ´ z ˛ ca scie˙ ka pod gór˛ , gdy Sam (który obejrzał si˛ , jakby zegnajac Shire) szepnał e e ˙ ˛ ˛ ochryple: — Niech pan si˛ obejrzy, panie Frodo. Czy pan co´ widzi? e s Na drugim brzegu, w przystani, pod odległymi latarniami majaczył jaki´ s kształt; wygladało to jak czarny tłumoczek zapomniany przez podró˙ nych. Lecz ˛ z gdy si˛ wpatrzyli lepiej, poruszył si˛ , zakołysał, jakby w˛ szac przy ziemi. Potem e e e ˛ wyczołgał si˛ czy mo˙ e pobiegł skulony z powrotem w mrok poza krag swiatła. e z ˛ ´ — A to co, u licha?! — wykrzyknał Merry. ˛ — Co´, co szło naszym tropem — rzekł Frodo. — O wi˛ cej na razie nie pytaj. s e Chod´ my stad i to natychmiast. z ˛ ´ z ˛ Pospieszyli scie˙ ka na wysoka skarp˛ , lecz gdy znów z góry spojrzeli na Rze˛ e k˛ , drugi brzeg skrył si˛ we mgle tak, ze nic wida´ nie było. e e ˙ c — Szcz˛ scie, ze na zachodnim brzegu nikt nie trzyma łodzi! — powiedział e´ ˙ 103

Frodo. — Czy konno mo˙ na przeby´ rzek˛ w bród? z c e — Mo˙ na przeprawi´ si˛ mostem o dwadzie´cia mil na północ stad albo przez c e s ˛ prawi´ si˛ wpław — odparł Merry. — Co prawda nigdy nie słyszałem, zeby jaki´ c e ˙ s ko´ przepłynał Brandywin˛ . Ale skad ci przyszły na my´l konie? n ˛ e ˛ s ´ — Wytłumacz˛ ci to pó´ niej. Pogadamy w czterech scianach. e z — Słusznie. Obaj z Pippinem znacie drog˛ , ja wi˛ c pojad˛ naprzód i zawiae e e domi˛ Grubasa o waszym przybyciu. Przygotujemy kolacj˛ i tak dalej. e e — Jedli´my wczesna wieczerz˛ u Maggota — rzekł Frodo — ale znajdzie si˛ s ˛ e e miejsce na druga. ˛ — Dostaniecie ja na pewno! Daj mi ten koszyk! — I Merry zniknał w ciem˛ ˛ no´ciach. s Od Brandywiny do nowego domu Froda w Ustroni było do´c daleko. Zostawili s´ po lewej r˛ ce Wzgórze Buck i Brandy Hall, a minawszy Buckleburg weszli na e ˛ główny go´ciniec Bucklandu biegnacy od mostu na południe. Posuwajac si˛ ku s ˛ ˛ e północy, o mil˛ dalej skr˛ cili w prawo na boczna dró˙ k˛ , która poprowadziła ich e e ˛ z e przez dalsze dwie mile to wspinajac si˛ w gór˛ , to opadajac w dół w´ród pól. ˛ e e ˛ s Wreszcie stan˛ li przed ciasna brama w g˛ stym zywopłocie. Domu w ciemnoe ˛ ˛ e ˙ ´ sciach nie mogli dostrzec, bo krył si˛ w gł˛ bi, po´rodku wielkiego kolistego trawe e s nika, otoczony pier´cieniem karłowatych drzew, posadzonych wzdłu˙ zywopłotu. s z˙ Frodo wybrał ten dom, poniewa˙ stał w cichym zakatku, z dala od ruchliwych z ˛ szlaków i z dala od wszelkiego sasiedztwa. Mo˙ na tu było wchodzi´ i wychodzi´ ˛ z c c niepostrze˙ enie. Zbudowali go przed wielu laty Brandybuckowie na siedzib˛ dla z e go´ci lub członków rodziny, którzy pragn˛ li czas jaki´ odpocza´ od gwaru ludnes e s ˛c go Brandy Hallu. Był to staro´wiecki wiejski dom, wzorowany jak naj´ci´lej na s s s hobbickiej norce: długi, niski, bez pi˛ tra; dach miał darniowy, a okienka i drzwi e okragłe. ˛ ´ Idac spod furtki zielona scie˙ ka nie widzieli swiateł. Okna były ciemne, zasło˛ ˛´ z ˛ ni˛ te okiennicami. Frodo zapukał do drzwi, otworzył mu Grubas Bolger. Z wn˛ e e trza płynał strumie´ przyjaznego blasku. Wsun˛ li si˛ szybko i zaraz odgrodzili ˛ n e e ´ znów drzwiami siebie i swiatło od ciemno´ci zewn˛ trznych. Znale´ li si˛ w obs e z e ´ szernej sieni, z której na dwie strony otwierały si drzwi do pokojów. Przez srodek domu biegł korytarz. — No, co powiesz? — spytał Merry nadchodzac z gł˛ bi korytarza. — Zro˛ e bili´my wszystko, co si˛ dało zrobi´ w tak krótkim czasie, zeby ten dom zagos e c ˙ spodarowa´ . Pami˛ taj, ze ledwie wczoraj przyjechali´my tu wraz z Grubasem na c e ˙ s ostatnim wozie z rzeczami. Frodo rozejrzał si˛ w koło. Dom wygladał przytulnie. e ˛ Postarano si˛ w miar˛ mo˙ liwo´ci ustawi´ meble tak samo, jak stały w Bag End. e e z s c Były to przewa˙ nie jego własne meble, a wła´ciwie meble Bilba, i Frodowi, gdy z s je zobaczył w tym nowym otoczeniu, Bilbo jak zywy stanał przed oczyma. Miła, ˙ ˛ ˙ ogarnał hobbita, ze nie przybywa tu po to, by wygodna, przyjazna siedziba! Zal ˛ ˙ osia´c w spokoju na stałe. Wyrzucał te˙ sobie, ze naraził przyjaciół na tyle trudów, ˛s ´ z ˙ 104

i łamał sobie głow˛ , jak im powiedzie´ , ze musi opu´ci´ ten dom wkrótce, a nae c ˙ s c wet — natychmiast. Ale rozumiał, ze trzeba im oznajmi´ t˛ zła nowin˛ jeszcze tej ˙ c e ˛ e nocy, nim wszyscy pójda spa´ . ˛ c — Uroczy dom! — powiedział, wreszcie zdobywajac si˛ na słowa. — Mam ˛ e wra˙ enie, jakbym si˛ wcale nie przeprowadził z Bag End. z e

Podró˙ ni powiesili płaszcze i zło˙ yli baga˙ e na podłodze w sieni, a Merry z z z poprowadził ich korytarzem i otworzył drzwi w gł˛ bi. Buchn˛ ło zza nich ciepło e e ogniska i kłab pary. ˛ — Kapiel! — krzyknał Pippin. — O, zacny Meriadoku! ˛ ˛ — W jakiej kolejno´ci b˛ dziemy si˛ kapali? — spytał Frodo. — Czy pierwszy s e e ˛ wejdzie najstarszy, czy najszybszy? W ka˙ dym przypadku ty, mo´ci Peregrinie, z s znajdziesz si˛ na szarym ko´ cu. e n — Nie znasz mnie, je˙ eli my´lisz, ze nie wymy´liłem lepszego rozwiazania — z s ˙ s ˛ rzekł Merry. — Nie mo˙ emy zaczyna´ zycia w Ustroni od kłótni o wann˛ . W tym z c˙ e pokoju sa trzy wanny i kocioł pełen wrzatku. Nie brakuje te˙ r˛ czników, mat pod ˛ ˛ z e nogi i mydła. Id´ cie wszyscy trzej naraz i nie marud´ cie. z z Merry i Grubas zaj˛ li si˛ tymczasem ostatnimi przygotowaniami do kolacji e e w kuchni, le˙ acej po drugiej stronie korytarza. Z łazienki dobiegały urywki trzech z˛ rywalizujacych ze soba pie´ni, plusk i chlupotanie. Nagle jednak głos Pippina ˛ ˛ s ´ wybił si˛ ponad inne i rozbrzmiała ulubiona kapielowa spiewka Bilba: e ˛
Słodka kapiółk˛ spiewaj o zmierzchu. ˛ ˛ e´ Co wszelkie błoto obmywa z wierzchu! ´ Kto nie chce spiewa´ – z takim precz, c Goraca woda to pi˛ kna rzecz! ˛ e Słodki deszcz, który pluszcze powoli, I szmer potoku, co mknie w´ród dolin, s Lecz nad oboma wcia˙ wiedzie prym ˛z Goracej wody para i dym! ˛ Gdy nas pragnienie mocno przyparło, La´ zimna wod˛ mo˙ emy w gardło, c ˛ e z Lecz lepsze piwo, gdy chce si˛ pi´ , e c Lub ciepłej wody po plecach ni´ ! c Czysta jest woda, co w czas poranny Strzela pod niebo snopem fontanny, Ale nad słodki fontanny plusk 105

Milszy mi wody goracej chlust! ˛ Potem dał si˛ słysze´ okropny plusk i triumfalny krzyk Froda. Woda z wanny e c Pippina wystrzeliła na kształt fontanny a˙ pod sufit. Merry podszedł do drzwi z łazienki. — Czy wam wcale nie pilno do kolacji i kufelka piwa? — spytał. Wyszedł Frodo wy˙ ymajac mokre włosy. z ˛ — Tu jest tyle wody w powietrzu, ze wol˛ osuszy´ si˛ w kuchni — o´wiad˙ e c e s czył. — Rzeczywi´cie! — przyznał Merry zagladajac do łazienki. Kamienna podłos ˛ ˛ ga ton˛ ła w powodzi. — Wytrzesz to wszystko, Peregrinie, zanim dostaniesz co´ e s do jedzenia. A spiesz si˛ , bo nie b˛ dziemy na ciebie czekali. e e

Zjedli kolacj˛ w kuchni przysunawszy stół do kominka. e ˛
— Mam nadziej˛ , ze z was trzech zaden nie zechce je´c znowu pieczarek? — e ˙ ˙ s´ spytał bez wielkiego przekonania Fredegar. — Ale˙ owszem, zechcemy! — krzyknał Pippin. z ˛ — To moje pieczarki — rzekł Frodo. — Nie kto inny, lecz ja dostałem je w prezencie od pani Maggot, perły wiejskich gospody´ . Trzymajcie r˛ ce przy n e sobie, łakomczuchy, sam wydziel˛ wam porcje. e Hobbici w upodobaniu do pieczarek prze´cigaja najwybredniejszych nawet s ˛ smakoszy w´ród Du˙ ych Ludzi. Temu nale˙ y przypisa´ młodzie´ cze wyprawy s z z c n Froda na słynne pola Maggota i gniew skrzywdzonego farmera. Owego wszakze wieczora — mimo sławnego hobbickiego apetytu — starczyło pieczarek dla ˙ wszystkich. Były zreszta liczne inne dania, tote˙ ko´ czac kolacj˛ Grubas Bolger ˛ z n ˛ e westchnał z lubo´cia. Odstawili stół, przyciagn˛ li fotele bli˙ ej ognia. ˛ s ˛ ˛ e z — Sprzatniemy pó´ niej — rzekł Merry. — Teraz opowiedzcie wszystko! Do˛ z my´lam si˛ , ze mieli´cie przygody, a to nieładnie, skoro mnie z wami nie było. s e ˙ s ˙ adam szczegółowego sprawozdania, a zwłaszcza jestem ciekaw, co ugryzło staZ˛ rego Maggota, ze si˛ do mnie odezwał w ten sposób. Miałem wra˙ enie, ze był ˙ e z ˙ wystraszony, o ile jest zdolny do strachu. — Wszyscy byli´my wystraszeni — odparł Pippin. — Je˙ eli Frodo nie chce s z mówi´ , ja ci opowiem cała histori˛ od poczatku. c ˛ e ˛ I opowiedział dokładnie o podró˙ y zaczynajac od opuszczenia Hobbitonu. z ˛ Sam potwierdzał jego słowa wtracajac co chwila wykrzykniki i przytakujac. Fro˛ ˛ ˛ do milczał. — My´lałbym, ze to bajka — rzekł Merry — gdybym nie widział na własne s ˙ oczy tego czarnego stwora w przystani i nie słyszał na własne uszy niezwykłego tonu w głosie Maggota. Co ty o tym wszystkim sadzisz, Frodo? ˛

106

— Kuzyn Frodo dotychczas był bardzo tajemniczy — powiedział Pippin. — Pora, zeby otworzył usta. Na razie nie mamy zadnych danych prócz domysłów ˙ ˙ Maggota, który wia˙ e te wypadki z legenda o bogactwach starego Bilba. ˛z ˛ — To tylko domysł — zywo odparł Frodo. — Maggot o niczym nie wie. ˙ — Stary Maggot to bardzo t˛ ga głowa — rzekł Merry. — Za ta pyzata twarza e ˛ ˛ ˛ kryje si˛ wi˛ cej rozumu, ni˙ by mo˙ na sadzi´ z tego, co stary farmer mówi. Słyszae e z z ˛ c łem, ze dawniej chadzał do Starego Lasu i podobno zna si˛ na ró˙ nych dziwnych ˙ e z sprawach. Ale powiedz nam wreszcie, Frodo, czy Maggot, twoim zdaniem, odgadł trafnie, czy nie? — My´l˛ — powiedział Frodo — ze domysł Maggota w pewnej mierze jest se ˙ trafny. Istnieje jaki´ zwiazek mi˛ dzy nasza przygoda a dawnymi przygodami Bils ˛ e ˛ ˛ ba; je´ d´ cy szukaja — czy mo˙ e wr˛ cz scigaja — Bilba albo mnie. Je˙ eli chcecie z z ˛ z e ´ ˛ z wiedzie´ prawd˛ , to boj˛ si˛ , ze to gra nie na zarty i ze nie jestem bezpieczny ani c e e e ˙ ˙ ˙ w tym domu, ani w zadnym innym. ˙ ´ I Frodo rozejrzał si˛ po oknach i scianach, jakby w obawie, ze si˛ nagle otwoe ˙ e rza. Przyjaciele patrzyli na niego w milczeniu i wymieniali mi˛ dzy soba porozu˛ e ˛ miewawcze spojrzenia. — Teraz ju˙ wszystko si˛ wyda — szepnał Pippin do Merry’ego. z e ˛ Merry skinał głowa. ˛ ˛ — No, tak! — rzekł wreszcie Frodo prostujac si˛ w fotelu, jakby powział ˛ e ˛ jaka´ wa˙ na decyzj˛ . — Nie b˛ d˛ przed wami dłu˙ ej taił prawdy. Mam wam co´ ˛s z ˛ e e e z s do powiedzenia. Ale nie wiem, od czego zacza´ . ˛c — Zdaje si˛ , ze b˛ d˛ mógł ci pomóc — spokojnie odezwał si˛ Merry — móe ˙ e e e wiac przynajmniej cz˛ sc za ciebie. ˛ e´ ´ — Co to ma znaczy´ ? — spytał Frodo zaniepokojony. c — To, mój drogi, ze martwisz si˛ , poniewa˙ nie wiesz, jak nam powiedzie´ do ˙ e z c widzenia. Chciałe´ oczywi´cie opu´ci´ Shire. Ale spotkałe´ si˛ z niebezpiecze´ s s s c s e n stwem wcze´niej, ni˙ przewidywałe´, dlatego te˙ postanowiłe´ ruszy´ w dalsza s z s z s c ˛ drog˛ bez zwłoki. Wcale jednak nie masz na to ochoty. Bardzo ci wszyscy współe czujemy. Frodo otworzył usta, lecz zamknał je natychmiast. Jego zdumiona mina była ˛ tak zabawna, ze przyjaciele wybuchn˛ li smiechem. ˙ e ´ — Kochany stary Frodo! — zawołał Pippin. — Czy naprawd˛ łudziłe´ si˛ , e s e ze zamydliłe´ nam oczy? Nie, nie byłe´ do´c ostro˙ ny ani do´c sprytny, zeby nas ˙ s s s´ z s´ ˙ wyprowadzi´ w pole. Ju˙ od kwietnia było oczywiste, ze zamy´lasz o porzucec z ˙ s niu Hobbitonu i zegnasz si˛ z wszystkim, co tak lubiłe´. Ustawicznie mruczałe´: ˙ e s s „Ciekaw jestem, czy te˙ jeszcze kiedy w zyciu zobacz˛ t˛ dolin˛ !” i tym podobne z ˙ e e e rzeczy. A potem ta komedia, ze niby ko´ cza ci si˛ pieniadze, i sprzeda˙ ukochanej ˙ n ˛ e ˛ z siedziby Bagginsom z Sackville! I te ciagłe tajne narady z Gandalfem! ˛ — Wielkie nieba! — westchnał Frodo. — Zdawało mi si˛ , ze działam bardzo ˛ e ˙ przezornie i chytrze. Co teraz Gandalf powie? Czy to znaczy, ze cały Shire gada ˙ 107

ju˙ o mojej wyprawie? z — Och, nie! — odparł Merry. — O to mo˙ esz by´ spokojny. Pewnie, sekret z c nie utrzyma si˛ długo, tymczasem jednak nie zna go, jak sadz˛ , nikt prócz nas — e ˛ e spiskowców. Pami˛ taj, ze my bad´ co bad´ znamy cie dobrze i wiele z toba przee ˙ ˛z ˛z ˛ bywamy. Zwykle umiemy zgadywa´ twoje my´li. Ja zreszta znałem tak˙ e Bilba. c s ˛ z Mówiac szczerze, obserwowałem ci˛ pilnie od czasu znikni˛ cia Bilba. Przypusz˛ e e czałem, ze wcze´niej lub pó´ niej zechcesz pój´c za nim; a nawet spodziewałem ˙ s z s´ si˛ , ze zrobisz to wcze´niej, i ostatnio wszyscy si˛ niepokoili´my. Bali´my si˛ , e ˙ s e s s e ´ zeby´ nam nie umknał, ruszajac w swiat znienacka i samotnie jak Bilbo. Dlatego ˙ s ˛ ˛ od wiosny nie spuszczali´my ci˛ z oka i ze swej strony tak˙ e układali´my ró˙ ne s e z s z plany. Nie, nie uciekniesz nam tak łatwo. — Ale˙ ja musz˛ odej´c — rzekł Frodo. — Nie ma innej rady, moi drodzy. z e s´ Wielka to przykro´c dla nas wszystkich, nie próbujcie jednak mnie zatrzyma´ . s´ c Skoro zgadli´cie tak wiele, pomó˙ cie mi, zamiast przeszkadza´ . s z c — Nie zrozumiałe´ nas! — odparł Pippin. — Musisz i´c w swiat, a wi˛ c my s s´ ´ e tak˙ e, Merry i ja, pójdziemy z toba. Sam to wspaniały chłopak, gotów z pewno´cia z ˛ s ˛ w twojej obronie skoczy´ bodaj smokowi w paszcz˛ . . . chyba ze potknałby si˛ c e ˙ ˛ e przy tym o własne nogi. Ale w tak niebezpiecznej wyprawie b˛ dziesz potrzebował e ´ liczniejszej swity. — Moi drodzy, najmilsi hobbici! — powiedział Frodo, wzruszony do gł˛ bi. e — Ale˙ ja do tego nie mog˛ dopu´ci´ ! Zreszta, dawno ju˙ to postanowiłem. Móz e s c ˛ z wicie o niebezpiecze´ stwie, nie rozumiecie go jednak. To nie jest poszukiwanie n skarbów, wyprawa tam i z powrotem. Uciekam przed jedna smiertelna groza i inna ˛´ ˛ ˛ ˛ ´ smiertelna groz˛ . ˛ e — Rozumiemy to, oczywi´cie! — stanowczo o´wiadczył Merry. — Wła´nie s s s dlatego zdecydowali´my si˛ i´c z toba. Wiemy, ze sprawa Pier´cienia to nie zarty. s e s´ ˛ ˙ s ˙ Zrobimy jednak wszystko, co w naszej mocy, zeby ci pomóc przeciw Nieprzyja˙ cielowi. — Sprawa Pier´cienia! — powtórzył Frodo, zupełnie ju˙ teraz oszołomiony. s z — Tak, Pier´cienia — rzekł Merry. — Mój kochany, zapomniałe´ o przenis s kliwo´ci twoich przyjaciół! Od wielu lat — na długo przed znikni˛ ciem Bilba — s e wiedziałem o istnieniu Pier´cienia. Poniewa˙ jednak było jasne, ze Bilbo pragnie s z ˙ to zachowa´ w tajemnicy, nie zdradzałem si˛ z moimi wiadomo´ciami, dopóki nie c e s zawiazali´my naszego spisku. Co prawda nie znałem tak dobrze Bilba jak ciebie; ˛ s ja byłem za młody, a Bilbo ostro˙ niejszy ni˙ ty, chocia˙ tak˙ e nie do´c jeszcze z z z z s´ ostro˙ ny. Je˙ eli chcesz, powiem ci, w jaki sposób po raz pierwszy odkryłem sez z kret. — Mów! — szepnał Frodo. ˛ — Zguba Bilba, jak zawsze, stali si˛ Bagginsowie z Sackville. Pewnego dnia, ˛ e na rok przed urodzinowym przyj˛ ciem, szedłem droga i zobaczyłem przed soba e ˛ ˛ Bilba. Nagle w oddali ukazała si˛ para Bagginsów z Sackville, idacych w nasza e ˛ ˛ 108

stron˛ ; Bilbo zwolnił kroku i. . . hop! Zniknał! Tak byłem zaskoczony, ze lede ˛ ˙ wie zdobyłem si˛ w ostatniej chwili na jaki´ pomysł, by tak˙ e si˛ schowa´ , choe s z e c cia˙ w bardziej naturalny sposób. Dałem nurka w zywopłot i dalej posuwałem si˛ z ˙ e pod jego osłona wzdłu˙ drogi. Wyjrzałem zza krzaków na drog˛ , gdy wreszcie ˛ z e Bagginsowie z Sackville przeszli, i w miejscu, w którym wła´nie zatrzymałem s wzrok, wyrósł znienacka Bilbo. Dostrzegłem błysk złota, kiedy wsuwał jaki´ mas ły przedmiot do kieszeni spodni. Od tego dnia miałem oczy stale otwarte. Powiem nie owijajac w bawełn˛ : szpiegowałem Bilba. Przyznasz chyba, ze zagadka była ˛ e ˙ naprawd˛ korcaca, a ja przecie˙ byłem młodzikiem. Prócz ciebie, Frodo, jestem e ˛ z pewnie jedynym w Shire hobbitem, który widział tajna ksi˛ g˛ starego Bilba. ˛ e e — Czytałe´ jego ksi˛ g˛ ? — krzyknał Frodo. — Wielkie nieba! A wi˛ c nic nie s e e ˛ e ´ da si˛ przed swiatem ukry´ ? e c — Niełatwo cos ukry´ , jak si˛ zdaje — odparł Merry. — Zdołałem tylko rzuci´ c e c okiem na t˛ ksi˛ g˛ , a i to przyszło mi z wielkim trudem. Bilbo nigdy nie zostawiał e e e jej na wierzchu. Ciekaw jestem, co si˛ z nia stało. Ch˛ tnie bym do niej zajrzał e ˛ e znowu. Mo˙ e ty ja masz, Frodo? z ˛ — Nie. Nie było jej w Bag End. Pewnie Bilbo wział ja z soba. ˛ ˛ ˛ — A wi˛ c, jak mówiłem — ciagnał dalej Merry — trzymałem j˛ zyk za z˛ bami e ˛ ˛ e e a˙ do wiosny tego roku, kiedy to wytworzyła si˛ ju˙ powa˙ na sytuacja. Wówczas z e z z zawiazali´my spisek, a ze my tak˙ e traktowali´my spraw˛ powa˙ nie i byli´my ˛ s ˙ z s e z s zdecydowani na wszystko, nie bawili´my si˛ w zbytnie skrupuły. Z ciebie, Frodo, s e niełatwy orzech do zgryzienia, a z Gandalfa — jeszcze twardszy. Je´li chcesz s pozna´ naszego głównego wywiadowc˛ , mog˛ ci go przedstawi´ . c e e c — Gdzie˙ on jest? — spytał Frodo i rozejrzał si˛ dokoła, jakby oczekiwał, ze z e ˙ z której´ szafy wyłoni si˛ ponura posta´ szpiega w masce. s e c — Wystap, Sam! — rzekł Merry. ˛ Sam wstał, zaczerwieniony po uszy. — Oto nasz informator! Zapewniam ci˛ , ze dostarczał nam mnóstwo wiadoe ˙ mo´ci, nim wreszcie został przyłapany. Wiedz, ze po tym zdarzeniu zachował si˛ s ˙ e tak, jakby si˛ czuł zwiazany słowem honoru, i odtad nie wyciagn˛ li´my z niego e ˛ ˛ ˛ e s nic wi˛ cej. e — Sam! — zawołał Frodo. ´ Nic na swiecie nie mogłoby go bardziej zdumie´ , nie umiałby te˙ powiedzie´ , c z c czy to, co czuje, jest gniewem, zaciekawieniem, ulga czy tylko wstydem, ze dał ˛ ˙ si˛ tak wystrychna´ na dudka. e ˛c — Tak, prosz˛ pana — rzekł Sam. — Bardzo pana przepraszam. Ale naprawd˛ e e nie miałem złych zamiarów wzgl˛ dem pana i pana Gandalfa. On zreszta bardzo e ˛ rozumnie radził. Kiedy pan mówił: „Musz˛ i´c sam” — powiedział: „Nie! We´ ze e s´ z soba kogo´, komu mo˙ esz zaufa´ ”. ˛ s z c — Okazuje si˛ jednak, ze nikomu ufa´ nie mo˙ na — odparł Frodo. e ˙ c z Sam spojrzał na niego strapionymi oczyma. 109

— To zale˙ y, czego od przyjaciół oczekujesz — odezwał si˛ Merry. — Mo˙ esz z e z nam zaufa´ , ze ci˛ nie opu´cimy w dobrej czy złej doli, cho´ by do najgorszego c ˙ e s c ko´ ca. Mo˙ esz nam te˙ ufa´ , ze strzec b˛ dziemy twojej tajemnicy lepiej, ni˙ ty n z z c ˙ e z sam jej strzegłe´. Ale nie licz na nas, by´my ci pozwolili samotnie stawia´ czos s c ło niebezpiecze´ stwu i odej´c od nas bez słowa. Jeste´my twoimi przyjaciółmi. n s´ s A w ka˙ dym razie tak si˛ rzecz przedstawia: wiemy bardzo wiele z tego, co ci z e Gandalf powiedział. Wiemy du˙ o o Pier´cieniu. Boimy si˛ okropnie, ale pójdziez s e my z toba albo — za toba, jak psy za tropem. ˛ ˛ — Bad´ co bad´ — dodał Sam — powinien pan słucha´ rady elfów. Gildor ˛z ˛z c radził, zeby pan wział z soba przyjaciół, je˙ eli zechca panu towarzyszy´ . Nie mo˙ e ˙ ˛ ˛ z ˛ c z pan zaprzeczy´ ! c — Nie przecz˛ — rzekł Frodo patrzac w oczy Samowi, który teraz szczerzył e ˛ z˛ by w u´miechu. — Nie przecz˛ , lecz nigdy ju˙ nie uwierz˛ , ze spisz, cho´ by´ e s e z e ˙ ´ c s nie wiem jak gło´no chrapał. Odtad, zeby si˛ upewni´ , b˛ d˛ ci˛ cz˛ stował w takich s ˛ ˙ e c e e e e razach kopniakiem. — Banda podst˛ pnych hultajów! — krzyknał zwracajac si˛ do pozostałych. e ˛ ˛ e ´ — Ale niech tam! — rzekł wstajac i ze smiechem machajac r˛ ka. — Kapituluj˛ ! ˛ ˛ e ˛ e Posłucham rady Gildora. Gdyby nie czyhało na nas tak gro´ ne niebezpiecze´ stwo, z n skakałbym z rado´ci. A nawet wiedzac o niebezpiecze´ stwie, mimo wszystko jes ˛ n stem szcz˛ sliwy, jak dawno ju˙ si˛ nie czułem. L˛ kałem si˛ tego wieczora! e´ z e e e — Doskonale! A wi˛ c sprawa ubita. Trzy razy wiwat na cze´c kapitana Froe s´ da i jego dru˙ yny! — krzykn˛ li wszyscy i zacz˛ li ta´ czy´ wokół niego. Merry z e e n c i Pippin za´piewali pie´n, najwidoczniej przygotowana z góry na t˛ uroczysto´c. s s´ ˛ e s´ Uło˙ yli ja na wzór tej pie´ni krasnoludów, która Bilba niegdy´ skusiła na wypraz ˛ s s w˛ , i spiewali na t˛ sama melodi˛ : e ´ e ˛ e ˙ Zegnaj, kominku, zegnaj nam, salo! ˙ Cho´ wichr powieje, deszcz lunie fala, c ˛ Trzeba nam zmyka´ z nastaniem zórz c Przez bory, lasy i szczyty wzgórz Do Rivendellu, gdzie jeszcze zwawy ˙ Ród elfów mieszka pod runem trawy – Przez wrzosowiska, galopem, w cwał, A dokad – któ˙ by powiedzie´ chciał? ˛ z c Przed nami trwogi, za nami strachy, A nasze ło˙ e pod nieba dachem, z A˙ wreszcie koniec znojów i łez, z A˙ wreszcie naszej w˛ drówki kres. z e

110

Trzeba nam zmyka´ , trzeba nam gna´ , c c ´ Nim swit zapali pochodni˛ dnia. e — Słusznie — powiedział Frodo. — Ale w takim razie mamy mnóstwo roboty, nim pójdziemy do łó˙ ek. . . bo t˛ noc przynajmniej mo˙ emy jeszcze przespa´ pod z e z c dachem. — Och, to przecie˙ tylko poezja! — zawołał Pippin. — Czy naprawd˛ zamiez e ´ rzasz wyruszy´ przed switem? c — Nie wiem — odpowiedział Frodo. — Boj˛ si˛ Czarnych Je´ d´ ców i jee e z z stem pewien, ze nie jest bezpiecznie zatrzymywa´ si˛ dłu˙ ej na jednym miejscu, ˙ c e z tym bardziej w tym domu, skoro wszyscy wiedza, ze si˛ tu wybierałem. Gildor ˛ ˙ e tak˙ e przestrzegał mnie przed zwlekaniem. Ale bardzo bym chciał spotka´ si˛ z c e z Gandalfem. Zauwa˙ yłem, ze nawet Gildor stropił si˛ , kiedy mu powiedziałem, z ˙ e ze Gandalf nie stawił si˛ wedle umowy. Wszystko zale˙ y od odpowiedzi na dwa ˙ e z pytania: Jak pr˛ dko Czarni Je´ d´ cy moga dosta´ si˛ do Buckleburga? I jak pr˛ dko e z z ˛ c e e my mo˙ emy by´ gotowi do dalszej podró˙ y? Wymaga to chyba wielu przygotoz c z wa´ . n — Na drugie pytanie zaraz ci odpowiem — rzekł Merry. — Mogliby´my wys ruszy´ ju˙ za godzin˛ . Wszystko wła´ciwie przygotowałem. W stajni stoi sze´c c z e s s´ kuców; zywno´c i cały sprz˛ t zapakowane, z wyjatkiem mo˙ e jeszcze jakich´ ˙ s´ e ˛ z s ubra´ i mniej trwałych prowiantów. n — Spisek, jak widz˛ , pracował sprawnie — rzekł Frodo. — Ale co powiecie e o Czarnych Je´ d´ cach? Czy mo˙ na bez ryzyka czeka´ bodaj dzie´ jeszcze na z z z c n Gandalfa? — A jak my´lisz, co je´ d´ cy by zrobili, gdyby ci˛ tutaj znale´ li? Decyzja od s z z e z tego zawisła — odparł Merry. — Oczywi´cie, przyjechaliby ju˙ do tej pory, gdys z by ich nie zatrzymano przy Północnej Bramie, w miejscu, gdzie mur si˛ ga brzegu e rzeki, tu˙ przy mo´cie. Stra˙ u bramy nie przepu´ciłaby ich w nocy, jakkolwiek z s z s mogliby si˛ przedrze´ przez zywopłot. Za dnia zreszta stra˙ nicy równie˙ starae c ˙ ˛ z z liby si˛ nie dopu´ci´ obcych je´ d´ ców, przynajmniej dopóty, póki by nie wrócił e s c z z wysłaniec z rozkazem Dziedzica z Hallu, bo ci go´cie nie wygladaja przyja´ nie s ˛ ˛ z i wzbudziliby z pewno´cia przera˙ enie. Ale, rzecz jasna, ten kraj nie zdołałby s ˛ z opiera´ si˛ długo, gdyby napastnicy uderzyli wi˛ ksza siła. Mo˙ liwe te˙ , ze rano c e e ˛ ˛ z z ˙ otwarto by bram˛ nawet Czarnemu Je´ d´ cowi, który by spytał o pana Bagginsa. e z z Wszyscy niemal wiedza, ze postanowiłe´ tu wróci´ i zamieszka´ w Ustroni. ˛ ˙ s c c

Frodo przez długa˛ chwil˛ milczał zamy´lony. e s
— Zdecydowałem si˛ — rzekł wreszcie. — Wyrusz˛ jutro o brzasku. Ale nie e e pojad˛ go´ci´ cem, to byłoby jeszcze mniej bezpieczne ni˙ pozostawanie w tym e s n z domu. Je˙ eli opuszcz˛ Buckland przez Północna Bram˛ , wie´c o tym rozejdzie si˛ z e ˛ e s´ e 111

natychmiast, a przecie˙ mo˙ na by przynajmniej na kilka dni zatai´ mój wyjazd. z z c Poza tym most i go´ciniec na wschód b˛ da niechybnie pod obserwacja, niezale˙ s e ˛ ˛ z nie od tego, czy który´ z je´ d´ ców dostanie si˛ do Bucklandu, czy te˙ nie. Nie s z z e z wiemy, ilu ich jest: co najmniej dwóch, a mo˙ e znacznie wi˛ cej. Jedyna rada — z e wyruszy´ w kierunku zgoła nieoczekiwanym. c — Ale˙ to by znaczyło zapu´ci´ si˛ w Stary Las! — zawołał ze zgroza Frez s c e ˛ degar. — Tego chyba nie zamierzasz zrobi´ ? Las jest równie gro´ ny jak Czarni c z Je´ d´ cy. z z — Niezupełnie — rzekł Merry. — Plan Froda tylko pozornie wydaje si˛ roze paczliwy, w gruncie rzeczy jest dobry. To rzeczywi´cie jedyny sposób, zeby wys ˙ ruszajac nie mie´ od razu po´cigu na karku. Przy odrobinie szcz˛ scia mo˙ emy ˛ c s e´ z odsadzi´ si˛ do´c daleko, ni si˛ tamci spostrzega. c e s´ e ˛ — W Starym Lesie nie liczcie na szcz˛ scie — odparł Fredegar. — Tam ono e´ nikomu nie sprzyja. Zabładzicie na pewno. Nikt tam si˛ nie zapuszcza. ˛ e — Có˙ znowu! — zawołał Merry. — Brandybuckowie chadzaja do lasu, ilez ˛ kro´ im przyjdzie fantazja. Mamy swoja prywatna furtk˛ . Przed laty Frodo tak˙ e c ˛ ˛ e z był w lesie, a ja bywałem wiele razy, oczywi´cie zwykle w biały dzie´ , kiedy s n drzewa sa senne i do´c spokojne. ˛ s´ — Róbcie, jak uwa˙ acie — powiedział Fredegar. — Co do mnie, to bij˛ si˛ z e e ´ Starego Lasu bardziej ni˙ wszystkiego na swiecie. Kra˙ a o nim koszmarne histoz ˛z ˛ rie. Ale mój głos nie liczy si˛ , skoro nie bior˛ udziału w wyprawie. Mimo to rad e e jestem, ze zostanie tutaj kto´, kto powie o waszym postanowieniu Gandalfowi, ˙ s kiedy si˛ zjawi, bo z pewno´cia zjawi si˛ niebawem. e s ˛ e Grubas Bolger, chocia˙ szczerze do Froda przywiazany, nie miał wcale ochoty z ˛ porzuca´ Shire’u i nie był ciekawy zagranicznych krajów. Rodzina jego pochoc ´ ´ s dziła ze Wschodniej Cwiartki, sci´le mówiac z Budgeford w Bridgefields, lecz ˛ Grubas nigdy dotychczas nie przekroczył mostu na Brandywinie. Według pierwotnego planu spiskowców miał pozosta´ w kraju, odprawia´ w´cibskich go´ci c c s s i jak najdłu˙ ej podtrzymywa´ legend˛ , ze pan Baggins przebywa nadal w Ustroni. z c e ˙ Grubas przywiózł tu nawet stare ubranie Froda, by tym lepiej odegra´ swoja rol˛ . c ˛ e Nikomu do głowy nie przyszło, ze ta rola mo˙ e si˛ okaza´ niebezpieczna. ˙ z e c — Wspaniale! — rzekł Frodo, gdy zorientował si˛ w całym planie. — Inaczej e nie mogliby´my przekaza´ Gandalfowi zadnej wie´ci. Nie wiem, czy owi je´ d´ cy s c ˙ s z z umieja czyta´ , czy nie, ale nie zaryzykowałbym zostawienia listu, bo a nu˙ wtar˛ c z gn˛ liby tutaj i przeszukali dom. Skoro Grubas podejmuje si˛ broni´ tej fortecy, e e c jestem spokojny, ze Gandalf dowie si˛ , która drog˛ obrałem, a to utwierdza mnie ˙ e ˛ e ´ w mojej decyzji. Jutro o swicie ruszam do Starego Lasu. — A wi˛ c rzecz postanowiona — odezwał si˛ Pippin. — Biorac wszystko e e ˛ w rachub˛ , wol˛ swój los ni˙ Fredegara, który ma tutaj czeka´ na Czarnych Je´ d´ e e z c z z ców. — Inaczej za´piewasz, jak si˛ znajdziesz w gł˛ bi lasu — odparł Grubas. — s e e 112

Jutro o tej porze b˛ dziesz załował, ze nie siedzisz tu razem ze mna. e ˙ ˙ ˛ — Nie ma ju˙ co o tym rozprawia´ — rzekł Merry. — Teraz trzeba jeszcze poz c sprzata´ i uko´ czy´ pakowanie, a potem pójdziemy spa´ . Zbudz˛ was wszystkich ˛ c n c c e ´ przed switem.

Frodo, znalazłszy si˛ wreszcie w łó˙ ku, długo nie mógł zasna´ . Bolały go e z ˛c
nogi. Rad był, ze nazajutrz kuc poniesie go na grzbiecie. W ko´ cu zapadł w pół˙ n sen i zwidziało mu si˛ , ze przez okno patrzy z wysoka na czarne morze splatanych e ˙ ˛ drzew. W dole, mi˛ dzy korzeniami, czołgały si˛ przy ziemi jakie´ stwory i w˛ szye e s e ły pilnie. Frodo był pewien, ze wyw˛ sza go wcze´niej czy pó´ niej. Potem jaki´ ˙ e ˛ s z s hałas dobiegł z oddali. Zrazu Frodo my´lał, ze to pot˛ zny wiatr nadlatuje w´ród s ˙ e˙ s li´ci z gł˛ bi lasu. Potem zrozumiał, ze to jest szum nie li´ci, lecz odległego morza, s e ˙ s szum, którego nigdy jeszcze nie słyszał, ale który cz˛ sto nawiedzał go w niespoe kojnych snach. Nagle zauwa˙ ył, ze stoi na otwartym polu. Dokoła nie było wcale z ˙ drzew. Znalazł si˛ w ciemno´ci w´ród wrzosowisk, a powietrze miało dziwny słoe s s ny zapach. Podniósłszy wzrok ujrzał przed soba smukła biała wie˙ e, wystrzelajaca ˛ ˛ ˛ z˛ ˛ ˛ samotnie nad wysokim wzgórzem. Zdj˛ ła go ch˛ c, by wdrapa´ si˛ na szczyt wiee e´ c e zy i zobaczy´ morze. Zaczał si˛ wspina´ na wzgórze ku wie˙ y, gdy nagle niebo ˙ c ˛ e c z rozbłysło i huknał grzmot. ˛

ROZDZIAŁ VI

Stary Las
Frodo zbudził si˛ gwałtownie. W pokoju było jeszcze ciemno. Merry stał e
´ w progu: w jednej r˛ ce trzymał swiec˛ , druga b˛ bnił w drzwi. e e ˛ e — Dobrze, ju˙ dobrze! Co si˛ stało? — spytał Frodo, wstrza´ni˛ ty i oszołoz e ˛s e miony. — Jak to co? — odparł Merry. — Pora wstawa´ . Wybiło ju˙ pół do piatej, c z ˛ ´ mgła g˛ sta na dworze. Ruszaj si˛ ! Sam przygotowuje sniadanie. Nawet Pippin e e ju˙ wstał. Id˛ siodła´ kuce i przyprowadz˛ tego, który ma d´ wiga´ juki. Zbud´ z e c e z c z leniucha Fredegara. Niech˙ e nas przynajmniej odprowadzi. z Nieco po szóstej pi˛ ciu hobbitów było gotowych do drogi. Grubas Bolger nie e przestawał ziewa´ . Wymkn˛ li si˛ cicho z domu. Pierwszy szedł Merry prowadzac c e e ˛ ´ z ˛ objuczonego kuca scie˙ ka, która biegła za domem przez zagajnik, a potem na przełaj polami. Li´cie na drzewach błyszczały, z gałazek kapało, trawa srebrzyła s ˛ si˛ od zimnej rosy. Było bardzo cicho, ka˙ dy głos z oddali dochodził wyra´ ny e z z i czysty: gdakanie drobiu z jakiego´ podwórka, trzask drzwi zamykanych w któs rym´ z odległych domów. s W stajni czekały kuce, krzepkie małe wierzchowce, takie, jakie hobbici lubia ˛ najbardziej: niezbyt szybkie, lecz wytrwałe. Skoczyli na siodła i wkrótce zanurzyli si˛ we mgle, która otwierała si˛ przed nimi jako´ opornie, a zamykała za ich e e s plecami jako´ nieprzyjemnie. Przez godzin˛ jechali tak, powoli i w milczeniu, gdy s e nagle zamajaczył im przed oczyma Zielony Mur. Był wysoki i osnuty u szczytu srebrna paj˛ czyna. ˛ e ˛ — Jak wy si˛ przedostaniecie? — spytał Fredegar. e — Jazda za mna — rzekł Merry — a zaraz si˛ przekonasz. ˛ e Skr˛ cił w lewo wzdłu˙ zywopłotu i wkrótce znale´ li si˛ wszyscy w miejscu, e z˙ z e gdzie mur krzaków wyginał si˛ okra˙ ajac gł˛ boka kotlink˛ . W pewnej odległo´ci e ˛z ˛ e ˛ e s od muru otwierał si˛ wykop, łagodnie opadajacy w kotlin˛ . Z dwóch stron osłae ˛ e niał go mur z cegieł, stopniowo coraz wy˙ szy, a˙ wreszcie sklepiał si˛ tworzac z z e ˛ tunel, który wrzynał si˛ w głab ziemi pod zywopłotem i wynurzał znów poza nim e ˛ ˙ w drugiej kotlinie. 114

Grubas Bolger wstrzymał kuca. ˙ — Zegnaj, Frodo! — powiedział. — Wolałbym, zeby´ nie wchodził w las. ˙ s Miejmy nadziej˛ , ze nie b˛ dziesz wołał o ratunek, nim ten dzie´ przeminie. Ale e ˙ e n zycz˛ ci szcz˛ scia — dzisiaj i zawsze! ˙ e e´ — B˛ d˛ szcz˛ sliwy — odparł Frodo — je˙ eli nie spotkam po drodze nic gore e e´ z szego ni´ li ten Stary Las. Powiedz Gandalfowi, zeby mnie gonił Wschodnim Goz ˙ ´ n sci´ cem, bo wrócimy na niego jak si˛ da najspieszniej. e — Do widzenia! — krzykn˛ li hobbici zje˙ d˙ ajac wykopem w dół i znikajac e z z ˛ ˛ sprzed oczu Fredegara w tunelu. Było tu ciemno i wilgotno. W drugim ko´ cu zagradzała wylot mocna bran ma z zelaznej kraty. Merry zeskoczył z siodła, odryglował bram˛ , a gdy wszyscy ˙ e znale´ li si˛ poza nia, zatrzasnał z powrotem. Rygle opadły z gło´nym szcz˛ kiem, z e ˛ ˛ s e a d´ wi˛ k ten wydał si˛ złowrogi. z e e — Stało si˛ ! — rzekł Merry. — Opu´ciłe´ Shire, jeste´ poza granica kraju, na e s s s ˛ brzegu Starego Lasu. — Czy to prawda, co o nim opowiadaja? — spytał Pippin. ˛ — Nie wiem, co masz na my´li — odparł Merry. — Je˙ eli ci chodzi o stare s z bajki o goblinach, wilkach i tym podobnych potworach, którymi nia´ ki straszyły n Grubasa, to raczej nieprawda. A przynajmniej ja w te historie nie wierz˛ . Prawda e jednak, ze las jest niesamowity. Mo˙ na by powiedzie´ , ze wszystko tam zyje buj˙ z c ˙ ˙ ´ niej i sledzi czujniej wydarzenia, ni˙ my przywykli´my w Shire. Drzewa nie lubia z s ˛ obcych. Patrza na ciebie. Zazwyczaj poprzestaja na tym i póki sło´ ce swieci, nie ˛ ˛ n ´ robia nic wi˛ cej. Tylko od czasu do czasu które´, bardziej od innych zło´liwe, rzu˛ e s s ci gała´ pod nogi, wysunie korze´ na scie˙ k˛ , oplacze ci˛ powojem. Noca jednak ˛z n ´ z e ˛ e ˛ bywa podobno gorzej. Sam ledwie raz i drugi znalazłem si˛ w lesie po zmroku, e a i to na skraju, tu˙ za murem. Zdawało mi si˛ , ze drzewa szepca co´ mi˛ dzy z e ˙ ˛ s e soba, przekazuja jakie´ nowiny, zmawiaja si˛ w niezrozumiałym j˛ zyku; gał˛ zie ˛ ˛ s ˛ e e e kołysały si˛ i gi˛ ły, chocia˙ wiatru nie było. Powiadaja, ze drzewa wr˛ cz porue e z ˛ ˙ e szaja si˛ , ze umieja okra˙ y´ i zamkna´ niepo˙ adanych go´ci. Rzeczywi´cie przed ˛ e ˙ ˛ ˛z c ˛c z˛ s s laty zaatakowały kiedy´ nasz mur: stan˛ ły tu˙ , schyliły si˛ ponad nim a˙ na druga s e z e z ˛ stron˛ . Przyszli jednak zaraz hobbici z siekierami, wyrabali setki drzew, rozniecili e ˛ wielkie ognisko w lesie, wypalili długi pas ziemi na wschód od muru. Drzewa ju˙ z potem nie powtórzyły napa´ci, ale stały si˛ bardzo dla nas nie˙ yczliwe. Po dzi´ s e z s dzie´ szeroka łysina znaczy to miejsce, gdzie podówczas płon˛ ło ognisko. n e — Czy tylko ze strony drzew grozi niebezpiecze´ stwo? — spytał Pippin. n — W gł˛ bi lasu i na jego dalszych kra´ cach zyja rozmaite dziwne stwory e n ˙ ˛ — odparł Merry. — Tak przynajmniej słyszałem, bo nigdy ich na własne oczy ´ z nie widziałem. Kto´ wycina scie˙ ki. Ilekro´ wejdziesz w las, znajdziesz otwarte s c przesieki, ale niepoj˛ tym sposobem dró˙ ki te przesuwaja si˛ i zmieniaja od czasu e z ˛ e ˛ do czasu. Nie opodal naszego tunelu zaczyna si˛ — albo mo˙ e zaczynała si˛ — e z e ´ z szeroka scie˙ ka, która wiedzie na polan˛ po ognisku, a dalej mniej wi˛ cej w poe e 115

´ z e zadanym kierunku, na wschód i troch˛ ku północy. T˛ wła´nie scie˙ k˛ spróbuj˛ ˙˛ e e s e odnale´ c. z´

Hobbici przebywszy bram˛ tunelu posuwali si˛ w poprzek szerokiej kotliny. e e
´ z Nikła scie˙ yna prowadziła z niej w gór˛ do stóp lasu, który był tutaj o dobre sto e ´ zyna urywała si˛ jednak, gdy znale´ li si˛ pod drzejardów oddalony od muru. Scie˙ e z e wami. Ogladajac si˛ , dostrzegali poprzez g˛ ste gał˛ zie ciemna kresk˛ zywopłotu; ˛ ˛ e e e ˛ e˙ patrzac przed siebie, widzieli tylko pnie najró˙ niejszych wielko´ci i kształtów; ˛ z s proste lub pochyłe i ko´lawe, grube lub smukłe, gładkie lub s˛ kate i rozgał˛ zios e e ne, a wszystkie gał˛ zie były zielone albo siwe od mchu i o´lizłych, kosmatych e s porostów. W´ród hobbitów jeden tylko Merry zachował do´c pogodna min˛ . s s´ ˛ e — Prowad´ nas i znajd´ t˛ scie˙ k˛ — zwrócił si˛ do niego Frodo. — Uwa˙ ajz z e´ z e e z my, zeby si˛ nie pogubi´ i nie zapomnie´ , w której stronie jest mur. ˙ e c c Torowali wi˛ c sobie drog˛ w´ród drzew, a kuce stapały ostro˙ nie, omijajac e e s ˛ z ˛ splatane i wijace si˛ po ziemi korzenie. Las nie był tu podszyty. Teren wcia˙ si˛ ˛ ˛ e ˛z e wznosił ku górze, a w miar˛ jak w˛ drowcy posuwali si˛ naprzód, drzewa zdawały e e e si˛ coraz wy˙ sze, ciemniejsze i g˛ sciej zbite. Nie słyszeli nic prócz szelestu kropel e z e´ kapiacych od czasu do czasu z nieruchomych li´ci. Na razie nie zauwa˙ yli zad˛ s z ˙ nych szeptów ani ruchu w´ród gał˛ zi, lecz wszyscy mieli niepokojace wra˙ enie, s e ˛ z ze kto´ patrzy na nich niech˛ tnie i ze ta niech˛ c z ka˙ da chwila pogł˛ bia si˛ , zmie˙ s e ˙ e´ z ˛ ˛ e e nia w antypati˛ , a nawet we wrogo´c. Odczuwali to coraz wyra´ niej, a˙ wreszcie e s´ z z zacz˛ li zerka´ to w gór˛ , to przez rami˛ za siebie, jakby oczekujac, ze lada chwila e c e e ˛ ˙ spadnie na nich znienacka jaki´ cios. s ´ z ´ Scie˙ ki wcia˙ nie było wida´ ani sladu, drzewa ustawicznie zast˛ powały im ˛z c e drog˛ . Nagle Pippin, nie mogac dłu˙ ej znie´c napi˛ cia, wybuchnał niespodzianie e ˛ z s´ e ˛ krzykiem: — Hej! Hej! — zawołał. — Nic złego tu nie zrobi˛ ! Pozwólcie mi tylko e przej´c! s´ Hobbici zaskoczeni przystan˛ li, krzyk jednak urwał si˛ , jakby zduszony ci˛ ze e e˙ ka zasłona. Nie odpowiedziało mu ani echo, ani głos zaden, las wszak˙ e jakby si˛ ˛ ˛ ˙ z e jeszcze bardziej zag˛ scił i jeszcze czujniej wpatrzył w natr˛ tów. e´ e — Na twoim miejscu nie wrzeszczałbym — powiedział Merry. — Wi˛ cej to e nam zaszkodzi, ni´ li pomo˙ e. z z Frodo zaczynał ju˙ powatpiewa´ , czy mo˙ na przedrze´ si˛ przez las i czy doz ˛ c z c e brze zrobił wciagajac przyjaciół w ten okropny gaszcz. Merry rozgladał si˛ na ˛ ˛ ˛ ˛ e wszystkie strony i zdawało si˛ , ze ju˙ nie jest pewny, jaki kierunek obra´ . Spoe ˙ z c strzegł to Pippin. — Pr˛ dko zda˙ yłe´ zmyli´ drog˛ — rzekł. W tej samej jednak chwili Merry e ˛z s c e gwizdnał z zadowolenia i wskazał co´ przed soba. ˛ s ˛ 116

— No, no! — powiedział. — A wi˛ c te drzewa naprawd˛ si˛ ruszaja. e e e ˛ Oto przed nami jest polana po ognisku. . . przynajmniej mam nadziej˛ , ze to e ˙ ´ z ona. . . ale scie˙ ka jakby si˛ od niej odsun˛ ła. e e

W miar˛ jak szli naprzód, rozja´niało si˛ wokół nich. Nagle wydostali si˛ e s e e
spomi˛ dzy drzew i znale´ li na rozległej kolistej polanie. Nad głowami zobaczyli e z niebo bł˛ kitne i czyste, co ich zdziwiło, bo pod sklepieniem lasu nie mogli zauwae zy´ , jak ranek si˛ rozpogadzał i jak mgła podnosiła si˛ w gór˛ . Sło´ ce wszak˙ e ˙ c e e e n z nie stało jeszcze do´c wysoko, by zala´ blaskiem polan˛ , chocia˙ jego promienie s´ c e z si˛ gały ju˙ czubów drzew. Wokół polany li´cie były g˛ sciejsze i ziele´ sze, zamye z s e´ n ´ kajac ja nieprzenikniona prawie sciana, na niej za to nie rosło ani jedno drzewo, ˛ ˛ ˛ ˛ tylko szorstka trawa i przeró˙ ne zielska: badylasta, spłowiała cykuta, dzika piez truszka, mlecze rozsiewajace puszysty popiół, wybujałe pokrzywy i osty. Ponure ˛ to było miejsce, a jednak wydawało im si˛ uroczym, wesołym ogrodem w porówe naniu z le´nym gaszczem. Hobbici nabrali otuchy i z nadzieja spogladali w niebo, s ˛ ˛ ˛ ´ po którym blask dnia coraz szerzej si˛ rozlewał. W gł˛ bi polany sciana drzew e e rozst˛ powała si˛ nieco, ukazujac wyra´ na scie˙ k˛ . Biegła w głab lasu, miejscami e e ˛ z ˛´ z e ˛ szeroka i otwarta od góry, chocia˙ tu i ówdzie drzewa ja zacie´niały i ocieniały z ˛ s pułapem gał˛ zi. Pojechali ta scie˙ ka. Wcia˙ pi˛ li si˛ nieco pod gór˛ , lecz teraz e ˛´ z ˛ ˛z e e e posuwali si˛ znacznie szybciej i ra´ niej, my´leli bowiem, ze las dał si˛ ułagodzi´ e z s ˙ e c i wreszcie przestanie im broni´ przejazdu. c Po chwili wszak˙ e zrobiło si˛ na scie˙ ce goraco i duszno. Drzewa z obu stron z e ´ z ˛ zbiegły si˛ ciasno i podró˙ ni znów niewiele drogi widzieli przed soba. Silniej e z ˛ jeszcze ni˙ poprzednio wyczuli otaczajaca ich wrogo´c lasu. A las był tak cichy, z ˛ ˛ s´ ze szelest suchych li´ci pod kopytami kuców lub szcz˛ k podkowy o zdradzieckie ˙ s e korzenie dudnił w uszach. Frodo spróbował za´piewa´ , zeby doda´ towarzyszom s c ˙ c serca, ale wydobył zaledwie szept z gardła: O w˛ drownicy w krain˛ cienia, e e Nie rozpaczajcie! Cho´ si˛ nie zmienia c e G˛ sty bór – jednak kiedy´ si˛ sko´ czy – e s e n I oto przestrze´ zalana sło´ cem, n n Oto zachody sło´ ca i wschody n I po dniu starym znowu dzie´ młody. . . n Wschód, czyli zachód – gdzie´ bór si˛ sko´ czy. s e n Ostatnie słowo rozpłyn˛ ło si˛ w ciszy. Powietrze zdawało si˛ ci˛ zkie, słowa e e e e˙ ´ z ˛ nie chciały si˛ klei´ . Tu˙ za nimi ogromna gała´ nachylonego nad scie˙ ka starego e c z ˛z drzewa z łoskotem spadła na ziemi˛ . Przed nimi las zast˛ pował drog˛ . e e e — Nie podoba mu si˛ twoja piosenka o tym, ze si˛ sko´ czy i zginie — rzekł e ˙ e n 117

´ Merry. — Lepiej dajmy na razie spokój spiewom. Poczekajmy, a˙ dotrzemy na z skraj lasu, a wtedy po˙ egnamy go gromkim chórem. z Mówił to wesoło: je´li nawet czuł jaki´ powa˙ ny niepokój, nie zdradził si˛ s s z e niczym. Przyjaciele nie odpowiedzieli ani słowem. Byli zgn˛ bieni. Wielki ci˛ zar e e˙ przytłaczał serce Froda, który z ka˙ dym krokiem bardziej załował, ze wpadł na z ˙ ˙ pomysł stawienia czoła grozie lasu. Ale w chwili gdy ju˙ chciał zatrzyma´ si˛ z c e i zaproponowa´ odwrót (o ile to jeszcze było mo˙ liwe), widok zmienił si˛ nagle. c z e ´ z Scie˙ ka, dotad wcia˙ wspinajaca si˛ do góry, biegła teraz niemal poziomo. Ciem˛ ˛z ˛ e ne drzewa rozstapiły si˛ ukazujac w perspektywie odcinek prostej drogi. W pew˛ e ˛ nym oddaleniu wznosił si˛ przed w˛ drowcami zielony pagórek, bezdrzewny, stere e ´ z czacy niby łysa głowa w wie´ cu drzew. Scie˙ ka, jak si˛ zdawało, wiodła wprost ˛ n e na ten pagórek. Przyspieszyli kroku, uradowani nadzieja, ze bodaj na chwil˛ wydostana si˛ po˛˙ e ˛ e ´ zka biegła w dół, potem znowu w gór˛ , a˙ doprowadziła nad sklepienie lasu. Scie˙ e z ich wreszcie do stóp stromego zbocza; tu pozbywała si˛ drzew niknac w trawie. e ˛ Las otaczał wzgórze w krag, niby bujne włosy, w´ród których wygolono kolista ˛ s ˛ łysin˛ . e

Hobbici poprowadzili kuce zakosami pod gór˛ a˙ na szczyt. Tu stan˛ li i roe z e
zejrzeli si˛ wkoło. Powietrze było pełne słonecznego blasku, lecz mimo to przye mglone tak, ze nie mogli si˛ gna´ wzrokiem daleko. W pobli˙ u jednak mgła znik˙ e ˛c z n˛ ła prawie zupełnie, zalegała jeszcze tylko le´ne zapadliska i snuła si˛ niby kł˛ by e s e e pary lub pasma białego dymu w południowej stronie, nad gł˛ boka fałda terenu, e ˛ ˛ która przecinała las. — Tam — rzekł Merry wskazujac r˛ ka — widzicie lini˛ rzeki Wii. Spływa ˛ e ˛ e ´ ona z wydm na południo-zachód srodkiem lasu, aby pod Ostatnia Łaka wpa´c do ˛ ˛ ˛ s´ Brandywiny. Nie pójdziemy tamt˛ dy! Dolina Wii jest podobno najbardziej niesae mowitym zakatkiem, jak gdyby o´rodkiem, z którego promieniuja wszystkie le´ne ˛ s ˛ s dziwy. Przyjaciele spojrzeli w kierunku wskazanym przez Meriadoka, lecz nie widzieli nic prócz mgły nad wilgotna, zapadła dolina; za ta mgła gin˛ ła z oczu połu˛ ˛ ˛ ˛ ˛ e dniowa cz˛ sc lasu. e´ ´ Na szczycie pagórka sło´ ce przygrzewało ju˙ mocno. Musiało by´ blisko pon z c łudnia, ale jesienne opary wcia˙ jeszcze zasłaniały ze wszystkich stron dalsze ˛z widoki. Na zachodzie nie mogli odró˙ ni´ ani linii muru ani doliny Brandywiny. z c Na północy, ku której zwrócili wzrok z naj˙ ywsza nadzieja, nie zobaczyli nic, co z ˛ ˛ mogłoby by´ Wschodnim Go´ci´ cem — celem ich w˛ drówki. Stali na wyspie poc s n e ´ród morza drzew, a horyzont był ukryty za zasłona. Od południo-wschodu teren s ˛ opadał bardzo stromo, jak gdyby stok wzgórza przedłu˙ ał si˛ daleko w głab lasu, z e ˛ niby zst˛ pujace w morze brzegi wyspy, która jest w rzeczywisto´ci góra sterczae ˛ s ˛ ˛ 118

ca z gł˛ biny. Hobbici siedli na trawiastej kraw˛ dzi i zjedli obiad patrzac ponad ˛ e e ˛ las ciagnacy si˛ u ich stóp. Kiedy sło´ ce wznoszac si˛ mijało zenit, otworzył im ˛ ˛ e n ˛ e si˛ na chwil˛ od wschodu widok na odległe szarozielone kopuły Kurhanów, które e e ciagn˛ ły si˛ w tej stronie za Starym Lasem. Ucieszyli si˛ , bo miło było dostrzec ˛ e e e cokolwiek poza granica drzew, nie zamierzali jednak w˛ drowa´ ta droga; Kurhany ˛ e c ˛ ˛ w legendach hobbitów miały sław˛ równie ponura jak Stary Las. e ˛ ´ ´ z W ko´ cu postanowili rusza´ znowu. Slad scie˙ ki, który przywiódł ich na n c pagórek, ukazywał si˛ dalej na północnym zboczu, ledwo jednak posun˛ li si˛ pae e e r˛ kroków, zauwa˙ yli, ze dró˙ ka odchyla si˛ wcia˙ w prawo. Wkrótce te˙ zacz˛ ła e z ˙ z e ˛z z e opada´ gwałtownie w dół i mo˙ na ju˙ było zorientowa´ si˛ , ze prowadzi ku dolinie c z z c e ˙ Wii, czyli w niepo˙ adanym zupełnie kierunku. Po krótkiej naradzie zdecydowali z˛ si˛ opu´ci´ zwodnicza scie˙ k˛ i skr˛ ci´ na północ, bo chocia˙ nie zdołali ze szczye s c ˛´ z e e c z tu pagórka wypatrzy´ go´ci´ ca, sadzili, ze musi przebiega´ on w tej stronie i nie c s n ˛ ˙ c ´ z dalej ni˙ o kilka mil stad. Zreszta od północy, po lewej stronie scie˙ ki, teren wyz ˛ ˛ dawał si˛ suchszy i bardziej dost˛ pny, sfalowany wzgórzami, na których las był e e ´ rzadszy i gdzie rosły sosny oraz swierki zamiast d˛ bów, jesionów i przeró˙ nych e z dziwnych, bezimiennych drzew zaludniajacych gaszcze. ˛ ˛

Poczatkowo mieli wra˙ enie, ze zrobili dobry wybór; sło´ ce, które od czasu ˛ z ˙ n
do czasu migało im w prze´wicie w´ród gał˛ zi, niepoj˛ tym sposobem cofało si˛ s s e e e jak gdyby ku wschodowi, a w˛ drowcy mogli teraz posuwa´ si˛ do´c szybko. Ale e c e s´ wkrótce drzewa znów zacz˛ ły g˛ stnie´ wokół nich, i to w miejscu, w którym z dae e c leka las wydawał si˛ rzadszy i mniej ni˙ gdzie indziej splatany. Potem niespodziae z ˛ nie trafili na gł˛ bokie parowy, jakby koleiny wy˙ łobione przez koła olbrzymich e z wozów lub fosy czy te˙ zapadni˛ te drogi z dawna nie u˙ ywane i zarosłe kolczaz e z ´ciej przecinały im drog˛ tak, ze nie chcac stymi chaszczami. Parowy te najcz˛ s e e ˙ ˛ zboczy´ z wytkni˛ tego kierunku, musieli w nie zst˛ powa´ , a pó´ niej wdziera´ c e e c z c si˛ znowu pod gór˛ , co było ucia˙ liwe i trudne dla kucyków. Ilekro´ zapuszczae e ˛z c li si˛ w parów, zbite zaro´la i skł˛ bione zielska stawiały opór, je˙ eli chcieli i´c e s e z s´ w lewo, rozst˛ powały si˛ natomiast, kiedy skr˛ cali w prawo; musieli te˙ zawsze e e e z przedziera´ si˛ do´c długo dnem jaru, nim znale´ li mo˙ liwo´c wydostania si˛ na c e s´ z z s´ e jego drugi brzeg. Ilekro´ za´ wychodzili z parowu, zanurzali si˛ w g˛ stszy jeszcze c s e e i ciemniejszy las. Stale te˙ co´ przeszkadzało i´c w lewo i pod gór˛ , zmuszajac z s s´ e ˛ ich do zbaczania w prawo i schodzenia w dół. Po godzinie czy mo˙ e dwóch stracili zupełnie orientacj˛ , ale pewni byli, ze z e ˙ od dawna nie posuwaja si˛ w kierunku północnym. Odciagni˛ to ich z obranego ˛ e ˛ e szlaku, wytkni˛ to inny, na południo-wschód — nie ku skrajowi lasu, lecz w jego e głab. ˛ 119

Pó´ nym popołudniem z trudem i mozołem zle´ li w parów szerszy i głebszy z z ´ ni˙ wszystkie poprzednie. Sciany miał tak strome i zaro´ni˛ te, ze nie było mowy z s e ˙ o wspinaczce w gór˛ ; ani cofna´ si˛ , ani naprzód pój´c nie mogli, chyba ze porzue ˛c e s´ ˙ ciliby tutaj kucyki i baga˙ e. Jedyna mo˙ liwa droga wiodła dnem parowu w dół. z z Pod nogami mieli teraz grunt mi˛ kszy, miejscami nawet grzaski; na zboczach poe ˛ jawiły si˛ strumyki i wkrótce ju˙ wedrowali brzegiem potoku, który szemrzac e z ˛ saczył si˛ w´ród zielska. Nagle teren zaczał gwałtownie opada´ , a potok, teraz ju˙ ˛ e s ˛ c z obfitszy, z pluskiem, wartko i hała´liwie p˛ dził w dół. Hobbici znale´ li si˛ w gł˛ s e z e e bi mrocznego wawozu, pod sklepieniem rosnacych na jego wysokich brzegach ˛ ˛ drzew. Czas jaki´ wlekli si˛ wzdłu˙ potoku, gdy niespodzianie wynurzyli si˛ z ciems e z e no´ci. Jakby w wylocie bramy ujrzeli przed soba znowu blask sło´ ca. Wydostajac s ˛ n ˛ si˛ pod otwarte niebo stwierdzili, ze zeszli zlebem z wysokiego, stromego zboe ˙ ˙ cza, nieomal urwiska. U jego stóp ciagn˛ ła si˛ szeroka dolina poro´ni˛ ta trawa ˛ e e s e ˛ i sitowiem, a w dali wida´ było przeciwległy stok, prawie równie niedost˛ pny. c e Złote przedwieczorne sło´ ce wypełniało sennym ciepłem ukryty mi˛ dzy dwiema n e ´ ´ scianami zakatek. Przez srodek, mi˛ dzy dwoma szeregami starych wierzb, ciemna ˛ e rzeka saczyła leniwie bure wody; wierzby splatały nad nia korony, wierzby zwa˛ ˛ lone zagradzały ich nurt, wierzby rzucały na nia tysiace zwi˛ dłych li´ci; ciepły, ˛ ˛ e s łagodny wietrzyk lekko tchnał nad dolina, trzciny szele´ciły, a gałazki wierzbowe ˛ ˛ s ˛ skrzypiały z cicha. — No, teraz wreszcie zaczynam rozumie´ , gdzie jeste´my! — rzekł Merry. c s — Zaszli´my w odwrotnym kierunku, ni˙ zamierzali´my. To jest Wija! Pójd˛ nas z s e przód i zbadam teren. Wybiegł w blask słoneczny i zniknał w wysokiej trawie. Po chwili wrócił ˛ z wiadomo´cia, ze grunt mi˛ dzy urwiskiem a rzeka wydaje si˛ do´c pewny i mo˙ s ˛ ˙ e ˛ e s´ z na znale´ c suche przej´cia a˙ na sam brzeg. z´ s z ´ z — Co wi˛ cej — dodał — wzdłu˙ tego brzegu wida´ slady jak gdyby scie˙ ki. e z c´ Je˙ eli skr˛ cimy w lewo i pójdziemy ta scie˙ ka, pewnie w ko´ cu dojdziemy na z e ˛´ z ˛ n wschodni skraj lasu. ´ z — Pewnie! — rzekł Pippin. — Chyba ze ta scie˙ ka nie prowadzi a˙ tak daleko ˙ z ´ i po prostu urywa si˛ w jakim´ bagnie. Jak my´lisz, kto wydeptał ten slad i po co? e s s R˛ cz˛ ci, ze nie zrobił tego przez uprzejmo´c dla nas. Nauczyłem si˛ nieufno´ci e e ˙ s´ e s do tego lasu i wszystkiego, co tu zyje, zaczynam te˙ wierzy´ w historie, które ˙ z c o nim opowiadaja. Czy masz bodaj przybli˙ one poj˛ cie, jak długo stad b˛ dzie ˛ z e ˛ e trzeba i´c na wschód? s´ — Nie — odparł Merry. — Nie mam poj˛ cia. Nie wiem wcale, jak daleko e stad jest uj´cie rzeki, nie wiem te˙ , kto mo˙ e chodzi´ t˛ dy tak cz˛ sto, ze wydeptał ˛ s z z c e e ˙ ´ z e scie˙ k˛ wzdłu˙ brzegu. Ale innej drogi, by si˛ stad wydosta´ , nie widz˛ ani si˛ z e ˛ c e e nie domy´lam. s Wobec tego ruszyli jeden za drugim, a Merry prowadził ich ku wypatrzonej 120

´ z scie˙ ce. Wsz˛ dzie trzciny i trawy były bujne i wysokie, miejscami si˛ gały ponad e e ´ z ich głowy; lecz scie˙ ka, gdy wreszcie na nia trafili, okazała si˛ łatwa i wyra´ na; ˛ e z wiła si˛ po suchym gruncie, omijajac bagna i kału˙ e. Tu i ówdzie przecinał ja e ˛ z ˛ strumyk spływajacy z lasów, poło˙ onych wy˙ ej od rzeki, ale wsz˛ dzie w tych ˛ z z e miejscach pnie drzew lub wiazki chrustu tworzyły wygodne kładki. ˛ Hobbitom dokuczał teraz upał. Chmary much przeró˙ nych odmian brz˛ czały z e im koło uszu, a popołudniowe sło´ ce piekło w plecy. W ko´ cu osłonił ich nien n ´ z ˛ spodzianie lekki cie´ ; ogromne siwe gał˛ zie splatały si˛ nad scie˙ ka. Z ka˙ dym n e e z krokiem jednak trudniej było si˛ posuwa´ naprzód. Jak gdyby senna oci˛ zało´c e c e˙ s´ wypełzła spod ziemi, lepiła im si˛ do nóg, unosiła si˛ w powietrzu, ogarniała głoe e wy i oczy. Frodo spostrzegł, ze broda mu opada na piersi, a głowa chwieje si˛ ˙ e bezwładnie. Idacy przed nim Pippin padł na kolana. Frodo przystanał. Usłyszał ˛ ˛ głos Merry’ego, który mówił: — Nic z tego. Nie pójd˛ ani kroku dalej, póki nie odpoczn˛ . Musz˛ si˛ cho´ e e e e c troch˛ przespa´ . Pod wierzbami jest rze´ko. Mniej much. e c s Froda tkn˛ ło złe przeczucie. e — Naprzód! — krzyknał. — Jeszcze nam nie wolno zasna´ . Najpierw trzeba ˛ ˛c si˛ wydosta´ z lasu. e c Tamci jednak byli zbyt senni, zeby zwa˙ a´ na przestrogi. Sam stał przy nich ˙ z c z ogłupiała mina, ziewajac i mru˙ ac oczy. ˛ ˛ ˛ z˛ Nagle Froda tak˙ e opanowała senno´c. W głowie mu si˛ zakr˛ ciło. Dokoła z s´ e e zaległa niemal zupełna cisza. Muchy przestały brz˛ cze´ . Tylko ledwie dosłyszale c ny, miły szum, jakby nikła melodia szeptanej piosenki, dolatywał spomi˛ dzy gae ´ z ˛ ł˛ zi sklepionych nad scie˙ ka. Frodo uniósł ci˛ zkie powieki i zobaczył nad soba e e˙ ˛ schylona ogromna wierzb˛ , s˛ dziwa i omszała. Wydała mu si˛ olbrzymia, a jej ˛ ˛ e e ˛ ˛ e rozło˙ yste konary si˛ gały ku niemu jak chciwe ramiona o stu dłoniach i tysiacach z e ˛ długich palców; s˛ katy, ko´lawy pie´ ział szerokimi szczelinami, które trzeszczae s n ły z cicha, ilekro´ poruszyły si˛ gał˛ zie. Li´cie migocace na tle słonecznego nieba c e e s ˛ ol´niły wzrok Froda. Potknał si˛ i runał w traw˛ . s ˛ e ˛ e Merry i Pippin powlekli si˛ par˛ kroków dalej i poło˙ yli, opierajac plecy o pie´ e e z ˛ n wierzby. Drzewo kołysało si˛ i skrzypiało, a za sennymi hobbitami szpary rozwiee rały si˛ w pniu, jakby zapraszajac do wn˛ trza. Popatrzyli w gór˛ na szare i zielone e ˛ e e ´ li´cie, dr˙ ace w roz´wietlonym powietrzu i spiewajace cicho. Zamkn˛ li oczy i wys z˛ s ˛ e ´ dało im si˛ , ze słysza słowa pie´ni, słowa kojace, opowiadajace o wodzie i snie. e ˙ ˛ s ˛ ˛ Poddali si˛ ich urokowi i zapadli w gł˛ boki sen u stóp olbrzymiej siwej wierzby. e e ´ z Frodo le˙ ac na scie˙ ce przez chwil˛ walczył ze snem, który go obezwładniał. z˛ e Wreszcie przemógł si˛ i z wysiłkiem wstał. Nie zdołał si˛ jednak oprze´ pokusie e e c chłodnej wody. — Poczekaj na mnie, Samie — mruknał. — Musz˛ cho´ na minut˛ zanurzy´ ˛ e c e c stopy w rzece. Na pół przytomny posunał si˛ naprzód, obchodzac wierzb˛ od strony rzeki ˛ e ˛ e 121

w miejscu, gdzie wielkie, kr˛ te korzenie wysuwały si˛ ku wodzie, niby s˛ kate, e e e małe smoki pełznace do wodopoju. Siadł okrakiem na jednym z tych korzeni, ˛ plusnał rozpra˙ onymi stopami do chłodnej, brunatnej wody — i nagle on tak˙ e ˛ z z zasnał, oparty plecami o drzewo. ˛

Sam usiadł i skrobiac si˛ po głowie ziewnał szeroko. Był strapiony. Wieczór ˛ e ˛
si˛ zbli˙ ał, a gwałtowna senno´c, która napadła cała kompani˛ , wydała mu si˛ e z s´ ˛ e e podejrzana. — Jest tu jaka´ inna przyczyna — szepnał do siebie — nie tylko sło´ ce i upał. s ˛ n Nie podoba mi si˛ to wielkie stare drzewo, nie mam do niego zaufania. Jak to e ´ spiewa! A wcia˙ o spaniu. Nic dobrego z tego nie wyniknie. ˛z D´ wignał si˛ z trudem i powlókł, zeby zobaczy´ , co porabiaja kucyki. Stwierz ˛ e ˙ c ˛ ´ z ˛ dził, ze dwa odbiegły scie˙ ka daleko naprzód; złapał je i sprowadził z powrotem, ˙ i w tym momencie usłyszał dwa dziwne odgłosy: jeden gwałtowny, drugi łagodny, lecz wyra´ ny. Pierwszy — to był pluski, jakby co´ ci˛ zkiego wpadło do wody. z s e˙ Drugi przypominał szcz˛ k zamka w zatrzaskiwanych drzwiach. e Sam skoczył na brzeg rzeki. Frodo był ju˙ w wodzie, ale tu˙ przy brzegu; z z ogromny korze´ obejmował go i wciskał w głab, on jednak wcale si˛ nie bronił. n ˛ e Sam chwycił go za kurtk˛ i wyciagnał spod korzenia, potem wyholował na traw˛ . e ˛ ˛ e Niemal natychmiast Frodo ocknał si˛ , zakaszlał, wykrztusił wod˛ z gardła. ˛ e e — Czy wiesz, Samie — powiedział wreszcie — ze to niegodziwe drzewo ˙ wrzuciło mnie do rzeki? Czułem dobrze. Ogromny korze´ oplatał mnie i zepchnał. n ˛ ˛ ´ — Sniło si˛ panu pewnie — rzekł Sam. — Nie trzeba sadowi´ si˛ w takim e c e miejscu, kiedy sen ogarnia. — A co z tamtymi dwoma? Ciekawym, co im si˛ przy´niło? e s Obeszli drzewo i wtedy dopiero Sam zrozumiał, co to za szcz˛ k słyszał przed e chwila. Pippin zniknał. Szpara w pniu, przy której le˙ ał, zamkn˛ ła si˛ tak, ze nie ˛ ˛ z e e ˙ zostało ani znaku. Merry był w potrzasku: druga szpara zacisn˛ ła si˛ obejmujac e e ˛ go w pasie; nogi sterczały mu na zewnatrz, reszta ciała tkwiła we wn˛ trzu pnia, ˛ e a kraw˛ dzie dziupli trzymały ja niby kleszcze. e ˛ Frodo i Sam zacz˛ li najpierw wali´ pi˛ sciami drzewo w tym miejscu, gdzie był e c e´ uwi˛ ziony Pippin. Potem goraczkowo j˛ li szarpa´ paszcz˛ wchłaniajaca biedaka e ˛ e c e ˛ ˛ Merry’ego, usiłujac ja rozewrze´ . Wszystko jednak na pró˙ no! ˛ ˛ c z — Co za haniebny przypadek! — krzyknał wzburzony Frodo. — Czemu˙ nie ˛ z zostali´my w ustroni! s I kopnał wierzb˛ z rozmachem, bez lito´ci dla własnej nogi. Ledwie dostrze˛ e s galny dreszcz przebiegł przez pie´ w gór˛ ku koronie li´ci, które zadr˙ ały i zaszen e s z ´miechu. le´ciły, lecz teraz ich głos zabrzmiał jak cichy, odległy wybuch s s — Nie mamy chyba siekiery w naszych tobołkach? — spytał Sam. — Wziałem ze soba mały czekanik do rabania drzewa na ognisko — odparł ˛ ˛ ˛ 122

Frodo. — Nie na wiele si˛ zda. e — Chwileczk˛ ! Zawołał Sam, jakby wzmianka o ognisku natchn˛ ła go jakim´ e e s pomysłem. — Mo˙ e by ogie´ co´ tu poradził? z n s — Mo˙ e — z powatpiewaniem rzekł Frodo. — Udałoby si˛ nam pewnie upiec z ˛ e Pippina zywcem. ˙ — Mogliby´my na poczatek spróbowa´ , czy drzewo zl˛ knie si˛ i nie ustapi s ˛ c e e ˛ z bólu — zapalczywie tłumaczył Sam. — Je˙ eli nie popu´ci, zwal˛ je, cho´ bym z s e c miał gry´ c pie´ własnymi z˛ bami. z´ n e Pobiegł do kuców i w mig wrócił z krzesiwem i czekanikiem. Szybko zgarn˛ li sucha traw˛ , li´cie, okruchy kory, chrustu i połamanych patye ˛ e s ków. Usypali stos tu˙ pod drzewem, ale jak najdalej od dwóch wi˛ zniów. Ledwie z e´ Sam skrzesał iskr˛ na hubce, sucha trawa zaj˛ ła si˛ ogniem, buchn˛ ły w gór˛ płoe e e e e mienie i dym. Gał˛ zie zatrzeszczały. Drobne piekace palce ognia zmacały sucha e ˛ ˛ i sp˛ kana kor˛ s˛ dziwego drzewa. Wierzba od korzeni po czub zadygotała. Zdae ˛ e e wało si˛ , ze li´cie w górze sykn˛ ły z bólu i gniewu. Merry krzyknał, a z wn˛ trza e ˙ s e ˛ e pnia dobył si˛ stłumiony j˛ k Pippina. e e — Zga´cie ogie´ ! Zga´cie! — wołał Merry. — Przetnie mnie na pół, je˙ eli nie s n s z posłuchacie. Tak powiedziała. — Co? Kto powiedział? — Zga´cie! Zga´cie! — błagał Merry. Wierzba gwałtownie zakołysała gał˛ s s e ziami. Szum si˛ rozległ, jakby wiatr si˛ zerwał i niósł poprzez gał˛ zie wszystkich e e e drzew wkoło coraz dalej; rzekłby kto, ze cisn˛ li kamie´ w u´piona wod˛ i gniew ˙ e n s ˛ e marszczy morze lasu nad cała dolina. Sam kopniakiem rozrzucił małe ognisko ˛ ˛ i zadeptał zar. Frodo tymczasem, nie bardzo wiedzac, dlaczego tak robi i co sobie ˙ ˛ ´ z e po tym obiecuje, wybiegł na scie˙ k˛ wrzeszczac: „Na pomoc! Na pomoc!” Nie ˛ słyszał prawie własnego przera´ liwego krzyku, bo ledwie słowa wyfruwały z jez go ust, gdy wiatr huczacy w´ród wierzb porywał je i topił w szumie li´ci. Frodo ˛ s s był zrozpaczony. Stracił głow˛ i nie widział ratunku. e Nagle stanał. Czy mu si˛ wydało, czy te˙ naprawd˛ kto´ odpowiedział na jego ˛ e z e s wołanie? Z daleka, z gł˛ bi lasu dolatywał jaki´ głos; Frodo odwrócił si˛ i wsłue s e ´ chał; nie mógł dłu˙ ej watpi´ : kto´ spiewał. Gł˛ boki radosny głos spiewał wesoło z ˛ c s´ e i beztrosko, ale bez sensu: Hej dol, merry dol, . . . dzi´ -dzi-li´ -dzi´ -dillo! n n n Ding i dong, hop w snop – wierzbo wydziwillo! Tom Bom, zuch ten Tom, Tomek Bombadillo! Na pół z nadzieja, na pół ze strachem, ze zjawi si˛ nowe niebezpiecze´ stwo, ˛ ˙ e n ´ z Frodo i Sam zamarli na scie˙ ce. Nagle, po tej kaskadzie niedorzecznych — jak im si˛ zdawało — d´ wi˛ ków, głos wzbił si˛ dono´nie i wyra´ nie słowami takiej oto e z e e s z pie´ni: s 123

Hej, chod´ , merry dol, derry – serce skacze, z Lekko chodzi wiatr – upierzony szpaczek, A tu koło wzgórza l´niaca w blaskach sło´ ca s ˛ n Na po´wiat˛ gwiezdna w progu czekajaca s e ˛ ˛ Moja pi˛ kna pani, Rzeki córka młoda e ´ Smiglejsza ni˙ witka i czystsza ni˙ woda. z z Stary Bombadil – od drzewa do drzewa – ´ Niosac wodne lilie skacze i tak spiewa: ˛ Hej, chod´ , merry dol, derry dol. . . jak młodo! z Złociutka, zółciutka – o Złota Jagodo! ˙ Wierzba Staruszeczka ju˙ gałazki zbli˙ a, z ˛ z ´ Tom si˛ bardzo spieszy, bo si˛ wieczór zbli˙ a. e e z Tom z liliami skacze od drzewa do drzewa – ´ Hej, chod´ , derry dol dong – słyszcie, jak spiewa! z Frodo i Sam stali jak urzeczeni. Wiatr ucichł. Li´cie znów zwisły spokojnie ze s sztywnych gał˛ zi. Nowy wybuch pie´ni i nagle w tanecznych podskokach wynue s rzył si˛ spo´ród sitowia stary, pognieciony kapelusz z wysoka główka i z długim e s ˛ ˛ niebieskim piórem zatkni˛ tym za wsta˙ k˛ . Jeszcze jeden podskok — i ukazał si˛ e ˛z e e człowiek — czy mo˙ e kto´ bardzo do człowieka podobny. Kto´ wi˛ kszy i ci˛ zz s s e e˙ szy ni˙ hobbici, lecz mniejszy, ni˙ bywaja zazwyczaj ludzie; hałasował wszak˙ e z z ˛ z co najmniej jak człowiek, przytupywał t˛ gimi nogami obutymi w ogromne zółte e ˙ buty i gnał przez trawy i trzciny jak krowa do wodopoju. Ubrany był w niebieski kubrak i miał długa kasztanowata brod˛ . Niebieskie oczy iskrzyły si˛ jasno, twarz ˛ ˛ e e ´ była rumiana jak dojrzałe jabłko, lecz smiech rysował na niej siatk˛ wesołych e zmarszczek. W r˛ ku niósł na szerokim li´ciu jak na tacy bukiecik lilii wodnych. e s — Na pomoc! — krzykn˛ li Frodo i Sam biegnac na spotkanie nieznajomego e ˛ z rozpostartymi ramionami. — Ho! Ho! Spokojnie! — zawołał człowieczek podnoszac jedna r˛ k˛ . Stan˛ li ˛ ˛ e e e jak wryci. — No, co tam, malcy? Gdzie˙ to tak p˛ dzicie sapiac niczym miechy? z e ˛ Co si˛ tu dzieje? Czy wiecie, kim jestem? Tom Bombadil. Powiedzcie, co si˛ wam e e przydarzyło. Tom si˛ bardzo spieszy. A nie zgnie´ cie moich lilii. e c — Wierzba chwyciła moich przyjaciół! — krzyknał bez tchu Frodo. ˛ — Pan Merry uwi˛ ziony w dziupli! — krzyknał Sam. e ˛ — Co takiego? — zawołał Tom Bombadil podskakujac wysoko. — Stara ˛ wierzba płata figle? Nic gorszego si˛ nie stało? No, poradzimy na to zaraz. Znam e jej piosenk˛ . Stara, siwa wierzba! Zamro˙ e jej szpik w ko´ciach, je´li si˛ nie uspoe z˛ s s e koi. Tak jej za´piewam, ze korzenie trzasna, taki wicher rozkołysz˛ , ze jej li´cie s ˙ ˛ e ˙ s i gał˛ zie opadna. Starucha! e ˛ Ostro˙ nie poło˙ ył swoje lilie na trawie, podbiegł do drzewa. Wówczas zobaz z czył nogi Merry’ego sterczace jeszcze na zewnatrz: reszt˛ ju˙ wierzba wciagn˛ ła ˛ ˛ e z ˛ e 124

do dziupli. Przyło˙ ył usta do szpary w pniu i zanucił cichutko. Hobbici nie mogli z dosłysze´ słów, ale Merry najwidoczniej si˛ o˙ ywił, bo wierzgał teraz gwałtowc e z nie. Tom odskoczył, ułamał zwisajaca gała´ i zaczał nia chłosta´ wierzb˛ . ˛ ˛ ˛z ˛ ˛ c e — Wypu´c ich, starucho! — mówił. — Co sobie my´lisz? Niepotrzebnie si˛ s´ s e ´ zbudziła´. Jedz ziemi˛ ! Dra˙ gł˛ boko! Pij wod˛ ! Spij! Bombadil do ciebie przes e ˛z e e mawia. Potem chwycił Merry’ego za nogi i wyciagnał go przez rozszerzona nagle ˛ ˛ ˛ szpar˛ . e Rozległ si˛ trzask p˛ kajacej kory i rozwarła si˛ druga szpara; Pippin wyskoe e ˛ e czył tak zywo, jakby go kto´ z wn˛ trza pnia wypchnał kopniakiem. Potem obie ˙ s e ˛ szpary znów si˛ zamkn˛ ły z łoskotem. Dreszcz przebiegł po drzewie od korzeni e e po koron˛ i zaległa cisza. e — Dzi˛ kujemy! — powiedzieli hobbici, wszyscy po kolei. e Tom Bombadil wybuchnał smiechem. ˛ ´ — A teraz, mali przyjaciele — rzekł schylajac si˛ , zeby im zajrze´ w oczy — ˛ e ˙ c pójdziecie ze mna do mojego domu. Stół czeka zastawiony zółta smietana, plastra˛ ˙ ˛´ ˛ mi miodu, białym chlebem i masłem. Czeka te˙ Złota Jagoda. B˛ dzie do´c czasu z e s´ na wszystkie pytania, gdy siadziemy do wieczerzy. Id´ cie za mna, a wyciagajcie ˛ z ˛ ˛ nogi, jak umiecie. To rzekłszy Tom podniósł z trawy swoje lilie, skinał hobbitom r˛ ka i pobiegł ˛ e ˛ ´ z ˛ w tanecznych podskokach scie˙ ka ku wschodowi, wcia˙ wy´piewujac bardzo gło˛z s ˛ ´ sno, lecz od rzeczy. Hobbici tak byli zdumieni i radzi z ocalenia, ze bez słowa ruszyli za nim, jak ˙ mogli najspieszniej. Nie do´c jednak szybko, bo wkrótce Tom zniknał im z oczu, s´ ˛ ´ a spiew dolatywał do ich uszu coraz cichszy i coraz odleglejszy. Nagle głos znów si˛ przybli˙ ył w dono´nym okrzyku. e z s Hopsa w czysty nurt Wii, hopsa, byle dalej! ´ Tom was, chłopcy, prowadzi i swieczk˛ zapali. e Sło´ ce wkrótce ju˙ zajdzie – i mrok was omota. n z Gdy nocy cie´ zapadnie – otworza si˛ wrota, n ˛ e Skro´ przez szyby zamruga płomyk migotliwy, s Nie bójcie si˛ olszyny ani wierzby siwej, e Nie bójcie si˛ korzeni – Tom idzie przed wami – e Hopsa, hej merry derry. . . zaczeka przed drzwiami. Potem nie usłyszeli ju˙ nic wi˛ cej. Niemal natychmiast sło´ ce zapadło za z e n drzewa poza plecami w˛ drowców. Wspomnieli skosne wieczorne promienie l´niae s ˛ ce na wodzie Brandywiny i okna Buckleburga odbłyskujace setka swiateł. Długie ˛ ˛´ cienie przeci˛ ły scie˙ k˛ , pnie i gał˛ zie drzew schyliły si˛ nad nia, czarne i gro´ ne. e ´ z e e e ˛ z Biała mgła podniosła si˛ i skł˛ biła nad powierzchnia rzeki i rozsnuła w´ród korzee e ˛ s ni u jej brzegów. Z ziemi, spod nóg hobbitów, wstawały siwe opary i rozpływały 125

´ z e si˛ w g˛ stniejacym szybko zmierzchu. Teraz ju˙ z trudem rozró˙ niali scie˙ k˛ , e e ˛ z z zmogło ich zm˛ czenie. Nogi cia˙ yły jak ołowiane. Po obu stronach przez zaro´la e ˛z s i sitowie przebiegały jakie´ dziwne, nieuchwytne szmery, a gdy hobbici podnosili s wzrok w gór˛ , ku blademu niebu, majaczyły im w oczach osobliwe s˛ kate twarze, e e ciemne i ponure w półmroku, wyzierajace z wysokich brzegów i ze skraju lasu. ˛ Wydało si˛ hobbitom, ze cała ta kraina jest nierzeczywista, ze w˛ druja mozolnie e ˙ ˙ e ˛ ´ przez swiat złowrogiego snu, z którego nie ma przebudzenia. Nogi niosły ich coraz wolniej i wła´nie ju˙ ustawali, gdy spostrzegli, ze teren s z ˙ zaczyna si˛ łagodnie wznosi´ , a woda w rzece szemra´ . W miejscu, gdzie rzee c c ka spadała z niezbyt wysokiego progu, po´ród ciemno´ci perliła si˛ biała piana. s s e Niespodzianie wyszli spomi˛ dzy drzew i zostawili mgł˛ za soba. Wydostali si˛ e e ˛ e z lasu na rozległa, falista przestrze´ traw. Rzeka, tutaj waska i bystra, z wesołym ˛ ˛ n ˛ pluskiem biegła na ich spotkanie, błyskajac tu i ówdzie odbiciem gwiazd, które ˛ ju˙ wzeszły na niebie. z Poczuli pod stopami traw˛ gładka i niska, jakby koszona czy strzy˙ ona. Koe ˛ ˛ ˛ z ˛ ´ z rony drzew na skraju lasu były przyci˛ te regularnie na kształt zywopłotu. Scie˙ ka e ˙ ´ słała si˛ stad równa, dobrze utrzymana, obrze˙ ona kamieniami. Prowadziła slimae ˛ z ´ kiem pod gór˛ na trawiasty kopczyk, szary w bladym swietle gwia´ dzistej nocy. e z Na przeciwległym stoku, wcia˙ jeszcze wysoko nad nimi, mrugały jasne okna ˛z ´ z ´ jakiego´ domu. Scie˙ ka zbiegła w dół, potem znów wspi˛ ła si˛ ku swiatłom po s e e łagodnym, długim zboczu porosłym murawa. Nagle z otwierajacych si˛ drzwi ˛ ˛ e wypłynał szeroki snop promieni. Dom Toma Bombadila czekał ich na stoku na˛ st˛ pnego pagórka. Za nim nagi i szary teren opadał do´c stromo, a dalej na wschód e s´ od tła nieba odbijały czarne sylwety Kurhanów. I hobbici, i kuce przyspieszyli kroku. Pozbyli si˛ od razu co najmniej połowy e zm˛ czenia i strachu. „Hej! Bywajcie, wesoło, hop!” — pozdrawiała ich z daleka e ju˙ pie´n. z s´ Hej tam, hop, merry dol dong – stratujmy muraw˛ ! e Hobbity i koniki wszak lubia zabaw˛ . ˛ e U´miejemy si˛ setnie – za´piewamy chórem. s e s A potem inny jeszcze głos, młody i odwieczny zarazem, jak zywe zródło, jak ˙ ´ ´ radosny spiew wody spływajacej w noc z blasku górskiego poranka, zad´ wi˛ czał ˛ z e srebrzy´cie na powitanie go´ci: s s Za´piewajmy wesoło, za´piewajmy w chórze – s s O sło´ cu i o gwiazdach, mgłach, deszczu, wichurze, n O promyku na paczkach i na piórkach rosie, ˛ O wietrze na pagórku i dzwonkach we wrzosie, O sitowiu nad stawem, o liliach na wodzie, O Tomie Bombadilu i Złotej Jagodzie. 126

Przy wtórze tych słów hobbici stan˛ li w progu domu i obj˛ ła ich złocista fala e e ´ swiatła.

ROZDZIAŁ VII

W domu Toma Bombadila
Czterej hobbici przekroczyli szeroki kamienny próg i zatrzymali si˛ ol´nieni. e s
Byli w długiej, niskiej sali, jarzacej si˛ swiatłem lamp, które zwisały od belek ˛ e´ ´ stropu. Na ciemnym, gładkim stole paliły si˛ wysokie zółte swiece. e ˙ W gł˛ bi, twarza zwrócona ku wej´ciu, siedziała w fotelu kobieta. Długie jae ˛ ˛ s sne włosy spływały jej na ramiona, sukni˛ miała zielona, koloru młodego tatarae ˛ ku, osypana srebrnym pyłem jak rosa, sciagni˛ ta złotym pasem splecionym z lilii ˛ ˛ ´ ˛ e ˛ i wysadzanym bladoniebieskimi kamieniami na kształt niezapominajek. U jej stóp w ogromnych zielonych glinianych misach kołysały si˛ lilie wodne, a ona sama e zdawała si˛ królowa´ po´ród jeziora. e c s — Wejd´ cie, mili go´cie! — powiedziała, a hobbici poznali srebrzysty głos, z s ´ którego spiew przedtem słyszeli. Nie´miało posun˛ li si˛ par˛ kroków naprzód s e e e i zło˙ yli niski ukłon, zaskoczeni i zakłopotani, jak kto´, kto zapukał do wiejskiej z s chaty z pro´ba o szklank˛ wody, a znalazł si˛ przed pi˛ kna, młoda królowa elfów, s ˛ e e e ˛ ˛ ˛ ustrojona w zywe kwiaty. Nim zdobyli si˛ na jakie´ słowo, kobieta lekko prze˛ ˙ e s ´miechem podbiegła do go´ci; suknia jej w biegu skoczyła nad misami lilii i ze s s szele´ciła mi˛ kko, jak wietrzyk w ziołach kwitnacych na brzegu rzeki. s e ˛ ´ — Wejd´ cie, moi mili! — powiedziała ujmujac Froda za r˛ k˛ . — Smiejcie z ˛ e e si˛ i weselcie! Jestem Złota Jagoda, córka Rzeki! — Min˛ ła ich lekkim krokiem, e e zamkn˛ ła drzwi, odwróciła si˛ twarza do sali, rozpostarła szeroko ramiona. — e e ˛ Niech noc zostanie za zamkni˛ tymi drzwiami — rzekła. — Bo mo˙ e wcia˙ jesze z ˛z cze l˛ kacie si˛ mgły i cieni drzew, i gł˛ bokiej wody, i nieoswojonych stworze´ . e e e n Nie bójcie si˛ niczego! Dzisiejszej nocy jeste´cie pod dachem Toma Bombadila. e s Hobbici patrzyli na nia w zachwycie, ona z u´miechem przyjrzała si˛ nawza˛ s e jem ka˙ demu z nich po kolei. z — Pi˛ kna pani! — przemówił wreszcie Frodo, którego ogarn˛ ła jaka´ nie znae e s na dotychczas rado´c. Stał urzeczony tak, jak nieraz, gdy słuchał czarodziejskiego s´ głosu elfów; lecz urok, który nim teraz zawładnał, był inny: napełniał rozkosza ˛ ˛ mniej ostra i mniej wzniosła, lecz gł˛ bsza i bli˙ sza smiertelnemu sercu; był cu˛ ˛ e ˛ z ˛´ downy, ale nie obcy. 128

— Pi˛ kna pani! — powtórzył Frodo. — Teraz wreszcie lepiej rozumiemy rae do´c, ukryta w pie´ni, która zasłyszeli´my w drodze. s´ ˛ s ˛ s ´ Ni˙ witka wierzby smiglejsza, czystsza ni˙ woda, z z Trzcino nad stawem, o Rzeki córeczko młoda! O wiosno, o poro lata i znów wiosno, ´ Wietrze nad woda, listki smiejace si˛ gło´no! ˛ ˛ e s Urwał nagle, zajaknał si˛ ze zdumienia, ze niespodzianie dla samego siebie ˛ ˛ e ˙ przemawia takim j˛ zykiem. Ale Złota Jagoda roze´miała si˛ wesoło. e s e — Witajcie! — rzekła. — Nie wiedziałam, ze mieszka´ cy Shire’u znaja tak ˙ n ˛ słodka mow˛ . Ale ty jeste´, jak widz˛ , przyjacielem elfów: zdradza ci˛ blask oczu ˛ e s e e i d´ wi˛ k głosu. Jak˙ e miłe spotkanie! Siad´ cie i poczekajcie na pana tego domu. z e z ˛z Wkrótce si˛ zjawi, opatruje teraz wasze zm˛ czone kucyki. e e Hobbici ch˛ tnie usiedli na niskich, wyplatanych trzcina krzesełkach, a Złota e ˛ Jagoda zakrzatn˛ ła si˛ około stołu. Wodzili za nia wzrokiem, bo widok smukłej ˛ e e ˛ postaci i zwinnych ruchów napełniał im serca cichym weselem. Gdzie´ spoza s ´ domu dolatywał spiew. Po´ród licznych „diri do”, „miri do”, „ring, ding, dillo” s łowili uchem powtarzajace si˛ słowa: ˛ e Stary Tom Bombadil to kompan milutki, Ma niebieski kabacik i zółte ma butki. ˙ — Pi˛ kna pani — zagadnał po chwili Frodo — je˙ eli to pytanie nie wydaje ci e ˛ z si˛ zbyt niedorzeczne, powiedz mi, kim jest wła´ciwie Tom Bombadil. e s — Soba — odparła z u´miechem Złota Jagoda przerywajac na chwil˛ swoje ˛ s ˛ e zaj˛ cia. e Frodo spojrzał na nia pytajaco. ˛ ˛ — Jaki taki, jakim go widzisz — odpowiedziała na to spojrzenie. — Jest panem lasu, wody i wzgórz. — A wi˛ c do niego nale˙ y cała ta dziwna kraina? e z — Och, nie! — odparła i u´miech zniknał z jej warg. — To byłoby doprawdy s ˛ zbyt ci˛ zkie brzemi˛ — dodała cicho, jakby nie dla słuchaczy. — Drzewa, trawy, e˙ e wszystko co ro´nie i zyje na tej ziemi, samo do siebie tylko nale˙ y. Tom Bombadil s ˙ z jest tutaj panem. Nikt jeszcze nie do´cignał starego Toma, czy chodzi on po lesie, s ˛ czy brodzi po wodzie, czy skacze po szczytach pagórków, za dnia ani w nocy. Tom Bombadil nie zna strachu. Jest tu panem. Drzwi si˛ otwarły i wszedł Tom Bombadil. Zdjał kapelusz, na bujnych kasze ˛ ´ tanowatych włosach miał wieniec z jesiennych li´ci. Ze smiechem podszedł do s Złotej Jagody i wział ja za r˛ k˛ . ˛ ˛ e e ´ — Oto moja sliczna pani — rzekł kłaniajac si˛ hobbitom — moja Złota Jagoda ˛ e w srebrze i zieleni, przepasana kwiatami. Czy stół ju˙ nakryty? Widz˛ smietan˛ z e´ e 129

i miód, biały chleb i masło, mleko, ser, zioła i dojrzałe jagody. Czy to wam wystarczy? Czy kolacja gotowa? — Tak — odpowiedziała Złota Jagoda. — Ale mo˙ e go´cie jeszcze niegotowi? z s Tom klasnał w r˛ ce i zawołał: ˛ e — Tomie, Tomie! Go´cie sa znu˙ eni, a ty´ omal nie zapomniał! Chod´ cie za s ˛ z s z mna, przyjaciele, Tom pomo˙ e wam si˛ od´wie˙ y´ . Umyjcie brudne r˛ ce, opłucz˛ z e s z c e cie uznojone twarze. Zrzucicie zabłocone płaszcze i przeczeszecie zmierzwione włosy. Poszli za nim krótkim korytarzem, który skr˛ cił zaraz ostro. Znale´ li si˛ w nie z e skiej izbie o spadzistym stropie (była to, jak si˛ zdawało, mansardowa przybudówe ´ ka w północnym szczycie domu). Kamienne sciany niemal całkowicie gin˛ ły pod e ´ z zielonymi plecionkami i zółtymi zasłonami. Podłog˛ z płyt wysypano swie˙ ym ˙ e ´ z tatarakiem. Pod jedna sciana le˙ ały cztery grube materace, a na nich snie˙ nobiała ˛´ ˛ z po´ciel. Pod druga, na długiej ławie, stały wielkie gliniane misy i brunatne dzbany, s ˛ pełne wody zimnej albo goracej, do wyboru. Przy ka˙ dym posłaniu przygotowano ˛ z mi˛ kkie zielone pantofle. e Wkrótce przyjaciele, umyci i orze´ wieni, zasiedli u stołu, parami z ka˙ dej z z strony, a Złota Jagoda i pan domu zaj˛ li miejsca na dwóch ko´ cach. Wieczerza e n trwała długo i była wesoła. Czterej go´cie jedli tak, jak tylko wygłodzeni hobbis ci potrafia, mimo to niczego nie zabrakło. Napój w kubkach wygladał jak czysta ˛ ˛ zimna woda, lecz rozgrzewał serce i gardło jak wino. Go´cie ani si˛ spostrzegli, s e ´ gdy ju˙ spiewali rado´nie, bo spiew wydał si˛ łatwiejszy i naturalniejszy ni˙ zwyz´ s e z kła mowa. Wreszcie Tom i Złota Jagoda wstali i szybko sprzatn˛ li ze stołu. Go´ciom ˛ e s zalecili siedzie´ spokojnie w fotelach i podsun˛ li stołeczki pod ich znu˙ one stopy. c e z W obszernym kominku zapłonał ogie´ , tak słodko pachnacy, jakby we´ rzucono ˛ n ˛ n ´ gał˛ zie jabłoni. Gdy sala była ju˙ uporzadkowana, zgaszono wszystkie swiatła e z ˛ ´ z wyjatkiem jednej lampy i dwóch swiec, rozstawionych na dwóch kra´ cach półki ˛ n ´ nad kominkiem. Złota Jagoda stan˛ ła przed go´cmi ze swieca w r˛ ku zyczac im e s´ ˛ e ˙ ˛ dobrej nocy i gł˛ bokiego snu. e — Mo˙ ecie spa´ spokojnie — powiedziała — a˙ do rana. Nie zwa˙ ajcie na z c z z nocne hałasy. Przez nasze drzwi i okna nie przedostanie si˛ nic prócz blasku ksi˛ e e zyca i gwiazd, prócz podmuchu od gór. Dobranoc! ˙ Wyszła l´niac i szeleszczac suknia. Słyszeli jej kroki tak, jak w ciszy nocnej s ˛ ˛ ˛ słyszy si˛ szmer strumyka odpływajacego łagodnie z gór po chłodnych kamiee ˛ niach. Tom chwil˛ jeszcze siedział w milczeniu z go´cmi, a ka˙ dy z nich usiłował e s´ z zdoby´ si˛ na odwag˛ i zada´ które´ z wielu pyta´ cisnacych si˛ na usta od poc e e c s n ˛ e czatku wieczerzy. Sen ju˙ kleił powieki. W ko´ cu odezwał si˛ Frodo: ˛ z n e — Czy usłyszałe´ moje wołanie, czy te˙ przypadek sprowadził ci˛ do nas s z e w najwła´ciwszym momencie? s 130

Tom wzdrygnał si˛ , jakby go zbudzono z przyjemnych snów. ˛ e — Co? — spytał. — Czy słyszałem twoje wołanie? Nie, nic nie słyszałem, byłem zaj˛ ty spiewem. Sprowadził mnie do was przypadek, je´li tak chcecie go e ´ s nazwa´ . Nie odbyło si˛ to według mojego planu, chocia˙ was oczekiwałem. Doc e z szły mnie wie´ci o was i wiedzieli´my, ze jeste´cie w drodze. Zgadywali´my, ze s s ˙ s s ˙ ´ z przyjdziecie niezadługo nad rzek˛ . Wszystkie scie˙ ki prowadza nad Wij˛ . Stara, e ˛ e ´ siwa wierzba to słynna spiewaczka; niełatwo małym ludkom unikna´ jej chytrych ˛c ´ pułapek. Ale tom miał tam swoje sprawy, w których stara wierzba nie smie mu przeszkadza´ . c Tom kiwnał głowa, jakby go znowu sen zmorzył, zaczał jednak nuci´ cichym ˛ ˛ ˛ c głosem: Mam tutaj zbiera´ li´cie i rwa´ wodne lilie, c s c Białe lilie, by pi˛ knej pani si˛ podoba´ , e e c Ostatnie lilie, które z daleka od zimy ´ U stóp jej b˛ da kwitna´ , póki snieg nie staje. e ˛ ˛c Rokrocznie z ko´ cem lata zrywam dla niej lilie n W wodzie czystej jak kryształ nad brzegami Wii; Tam pierwsze kwitna z wiosna i ostatnie wi˛ dna. ˛ ˛ e ˛ Kiedy´ tutaj znalazłem pi˛ kna córk˛ Rzeki, s e ˛ e ´ Sliczna Złota Jagod˛ , w szumiacym sitowiu. ˛ ˛ e ˛ ´ Jak˙ e pi˛ knie spiewała, jak biło jej serce! z e Podniósł powieki i spojrzał na hobbitów z niespodzianie bł˛ kitnym błyskiem e w oczach: I tak dla ciebie lepiej – bo ja ju˙ nie b˛ d˛ z e e Wi˛ cej brodził po grzaskich i le´nych mokradłach, e ˛ s Kiedy rok si˛ starzeje. . . Nie b˛ d˛ te˙ mijał e e e z Domu Wierzby Staruchy po tej stronie wiosny, Póki wiosna wesoła, póki w swej urodzie Córka Rzeki nie zejdzie, by kapa´ si˛ w wodzie. ˛ c e Znów umilkł, lecz Frodo nie mógł si˛ powstrzyma´ od jednego jeszcze pytae c nia, na które najgor˛ cej pragnał odpowiedzi. e ˛ — Powiedz nam co´ o starej wierzbie — rzekł. — Co to za jedna? Nigdy o niej s dotychczas nie słyszałem. — Nie! — krzykn˛ li równocze´nie Merry i Pippin, podrywajac si˛ nagle. — e s ˛ e Nie mów tego! Przynajmniej nie teraz, przed noca! ˛ — Macie racj˛ — odparł Stary Tom. — Teraz pora na odpoczynek. Pewnych e ´ historii nie nale˙ y słucha´ , póki cie´ le˙ y nad swiatem. Prze´pijcie si˛ do białego z c n z s e 131

dnia, złó˙ cie głowy na poduszkach. Nie zwa˙ ajcie na hałasy nocne! Nie l˛ kajcie z z e si˛ siwej wierzby! e ´ ˛ ˛ Z tymi słowami sciagnał w dół lamp˛ , zdmuchnał ja, a potem niosac swiec˛ e ˛ ˛ ˛ ´ e w ka˙ dej r˛ ce, wyprowadził hobbitów z sali. z e Materace i poduszki okazały si˛ mi˛ kkie niby puch, koce były z białej wełe e ny. Zaledwie si˛ uło˙ yli na swoich posłaniach, ledwie naciagn˛ li na siebie lekkie e z ˛ e nakrycia, posn˛ li wszyscy. e ´ ´ Po´ród najgł˛ bszej nocy snił si˛ Frodowi sen bez swiateł. Potem zobaczył s e e wschodzacy ksi˛ zyc, a w bladej po´wiacie zamajaczyła czarna skała i ziejacy w jej ˛ e˙ s ˛ ´ scianie sklepiony otwór niby ogromna brama. Zdawało si˛ Frodowi, ze si˛ wznoe ˙ e si w gór˛ i ponad skała widzi, ze sciana jest cz˛ scia pier´cienia gór, otaczajacych e ˛ ˙ ´ e´ ˛ s ˛ równin˛ , a po´rodku równiny sterczy kamienny szczyt niby pot˛ zna wie˙ a, której e s e˙ z nie zbudowały jednak niczyje r˛ ce. Na szczycie stał starzec. Ksi˛ zyc wznoszac e e˙ ˛ si˛ na niebie zawisł na chwil˛ nad jego głowa, a białe włosy zal´niły w podmuchu e e ˛ s wiatru. Z dołu, od równiny, wzbijały si˛ dzikie wrzaski i wycie wilczego stae da. Nagle ogromny cie´ , jakby rozpostartych skrzydeł, przesunał si˛ przez tarcz˛ n ˛ e e ksi˛ zyca. Człowiek podniósł ramiona i z ró˙ d˙ ki, która trzymał w r˛ ku, wystrzee˙ z z ˛ e liła błyskawica. Olbrzymi orzeł zni˙ ył si˛ w locie i uniósł go z soba. Głosy z rówz e ˛ niny zaszlochały, wilki zawyły zało´nie. Szum si˛ zerwał, jakby wichury, a w nim ˙ s e zad´ wi˛ czał t˛ tent kopyt mknacych galopem od wschodu. „Czarni Je´ d´ cy” — z e e ˛ z z pomy´lał Frodo i zbudził si˛ z echem t˛ tentu pulsujacym jeszcze w mózgu. Zadał s e e ˛ sobie w duchu pytanie, czy odwa˙ y si˛ jeszcze kiedykolwiek opu´ci´ schronienie z e s c ´ kamiennych scian tego domu. Le˙ ał bez ruchu, wsłuchany w noc, ale było ju˙ tez z raz zupełnie cicho, wi˛ c wreszcie hobbit obrócił si˛ na drugi bok i znów usnał czy e e ˛ ´ mo˙ e raczej zaw˛ drował w swiat innych snów, których nie zapami˛ tał do rana. z e e U jego boku le˙ ał Pippin pogra˙ ony w miłych marzeniach, lecz nagle co´ si˛ z ˛z s e ´ ˛ w nich chyba odmieniło, bo spiacy poruszył si˛ z j˛ kiem. Ocknał si˛ gwałtownie, e e ˛ e a mo˙ e tak mu si˛ tylko zdawało, lecz słyszał wcia˙ jeszcze w ciemno´ciach hałas, z e ˛z s który zakłócił mu poprzednie marzenia: krk, krk, krk — trzeszczenie gałazek na ˛ wietrze, palce gał˛ zi obmacujace sciany i pukajace do okien: krk, krk, krk. Próe ˛ ´ ˛ bował sobie przypomnie´ , czy w pobli˙ u domu Toma rosna wierzby. Nagle zdjał c z ˛ ˛ go strach, wydało mu si˛ , ze nie znajduje si˛ w zwykłym domu, lecz we wn˛ trzu e ˙ e e ´ wierzby, i nasłuchuje okropnego, suchego, skrzypliwego smiechu, który szydzi z jego nieszcz˛ scia. Siadł w po´cieli, ale poduszki mi˛ kko uginały si˛ pod jego e´ s e e r˛ ka, wi˛ c opadł na nie z westchnieniem ulgi. Miał wra˙ enie, ze słyszy dzwoniae ˛ e z ˙ ˛ ce w uszach echo słów: „Nie bój si˛ niczego! Nie zwa˙ aj na nocne hałasy! Mo˙ esz e z z spa´ spokojnie do rana!” I usnał znowu. c ˛ Merry po´ród spokojnego snu usłyszał nagle plusk wody; spływała zrazu łas godnie, potem zacz˛ ła wzbiera´ niepowstrzymanie, a˙ otoczyła cały dom cieme c z 132

´ nym, bezbrze˙ nym jeziorem. Bulgotała pod scianami, podnosiła si˛ z wolna, ale z e wytrwale coraz wy˙ ej. „Uton˛ ! — pomy´lał Merry. — Woda przedostanie si˛ do z e s e domu, a wtedy uton˛ ”. Wydało mu si˛ , ze le˙ y w mi˛ kkim, o´lizłym bagnie, wi˛ c e e ˙ z e s e zerwał si˛ i trafił stopa na zimna kamienna płyt˛ podłogi. Przypomniał sobie gdzie e ˛ ˛ ˛ e jest, poło˙ ył si˛ z powrotem. W uszach, a mo˙ e tylko w pami˛ ci zad´ wi˛ czały mu z e z e z e słowa: „Przez nasze drzwi i okna nie przedostanie si˛ nic prócz blasku ksi˛ zyca e e˙ i gwiazd, prócz podmuchu od gór”. Łagodny powiew poruszył firankami. Merry odetchnał gł˛ boko i usnał znowu. ˛ e ˛

Sam nie pami˛ tał z tej nocy nic prócz tego, ze przespał ja˛ rozkosznie — o ile e ˙
kłoda mo˙ e odczuwa´ rozkosz. z c Zbudzili si˛ wszyscy czterej jednocze´nie w blasku poranka. Po izdebce kr˛ cił e s e si˛ Tom gwi˙ d˙ ac jak szpak. Kiedy usłyszał, ze go´cie ruszaja si˛ w łó˙ kach, e z z˛ ˙ s ˛ e z klasnał w dłonie i krzyknał: — O hej! Miri do, diri do! Wstawajcie najmilsi! ˛ ˛ — Rozsunał zółte zasłony i hobbici przekonali si˛ , ze kryły one okna w dwóch ˛ ˙ e ˙ ´ przeciwległych scianach: od wschodu i od zachodu. Zerwali si˛ rze´cy. Frodo pobiegł do wschodniego okna i ujrzał ogród warzywe s ´ ny siwy od rosy. Nieomal pewien był, ze zobaczy muraw˛ si˛ gajaca a˙ pod sciany ˙ e e ˛ ˛ z domu, stratowana kopytami koni. W rzeczywisto´ci rzad smukłych tyczek ople˛ s ˛ ´wiat. Tylko góra, w dali, dostrzegł cionych p˛ dami fasoli zasłonił mu widok na s e ˛ szare kopuły wzgórz ciemniejace na tle porannej zorzy. Ranek był przymglony, na ˛ wschodzie poza wałem chmur, rozciagni˛ tych niby długie pasma brudnej wełny ˛ e ´ poplamionej na brzegach czerwienia, przebłyskiwało zółte swiatło. Niebo wró˙ y˛ ˙ z ło deszcz, lecz dzie´ rozja´niał si˛ szybko, a czerwone kwiatki fasoli l´niły w´ród n s e s s wilgotnych zielonych listków. Pippin wyjrzał przez zachodnie okno na jezioro mgieł. Las ginał w ich zasło˛ nie. Pippin miał wra˙ enie, ze spoglada z góry na pochyły dach chmur. Przecinała z ˙ ˛ go jak gdyby podłu˙ na fałda czy wawóz, nad którym obłoki rozszczepiały si˛ z ˛ e w tysiace piór i kosmyków: to była dolina Wii. Na lewo od domu ze wzgórza ˛ ´ spływał strumie´ i niknał w mlecznym cieniu. Tu˙ pod sciana kwitły kwiaty i cian ˛ z ˛ ˛ gnał si˛ strzy˙ ony zywopłot osnuty srebrzysta paj˛ czyna, a za nim szarzała niska ˛ e z ˙ ˛ e ˛ trawa, pobielona kroplami rosy. Nigdzie w pobli˙ u nie rosły wierzby. z — Dzie´ dobry, weseli przyjaciele! — zawołał Tom otwierajac na o´cie˙ n ˛ s z wschodnie okno. Powiało chłodem, zapachniało deszczem. — My´l˛ , ze sło´ se ˙ n ce dzisiaj nie zechce nam pokaza´ swojej twarzy. Chadzałem ju˙ dzi´ daleko, c z s przebiegłem wszystkie wzgórza, od pierwszego brzasku w˛ szyłem wiatr i pogoe d˛ , deptałem po mokrej trawie i skakałem pod mokrym niebem. Zbudziłem Złota e ˛ ´piewajac pod jej oknem, ale nic nie zdoła obudzi´ hobbitów o swicie. ´ Jagod˛ s e ˛ c ´ Mały ludek zrywa si˛ noca ze snu, czuwa w ciemno´ciach, ale spi, gdy sło´ ce e ˛ s n wstaje. Ring, ding, dillo! Ocknijcie si˛ wreszcie, przyjaciele! Zapomnijcie o noce 133

nych hałasach. Ring, ding, dillo del! Najmilsi! Je˙ eli si˛ pospieszycie, zastaniecie z e ´ sniadanie na stole. Je˙ eli si˛ spó´ nicie, dostaniecie traw˛ i wod˛ deszczowa! z e z e e ˛ Nie trzeba chyba zapewnia´ , ze — chocia˙ gro´ ba Toma nie brzmiała bardzo c ˙ z z powa˙ nie — hobbici pospieszyli si˛ , potem za´ niepr˛ dko wstali od stołu, a właz e s e ´ sciwie dopiero wtedy, kiedy półmiski opustoszały. Ani Tom, ani Złota Jagoda ´ nie dotrzymywali im przy sniadaniu towarzystwa. Słyszeli tylko, ze Tom krzata ˙ ˛ si˛ po domu, hałasuje w kuchni, tupie na schodach biegajac to w gór˛ , to w dół e ˛ e ´ i spiewa to tu, to tam. Okno jadalni wychodziło na wschód, na spowita w mgły dolin˛ , i było otwarte. Z nawisłej strzechy kapały krople. Nim przyjaciele sko´ czyli e n ´ sniadanie, chmury na niebie sklepiły si˛ w szczelny strop i deszcz zaczał pada´ e ˛ c prostymi, szarymi strugami, miarowo i wytrwale. Las ukrył si˛ całkowicie za ich e szara g˛ sta zasłona. ˛ e ˛ ˛ Kiedy tak patrzyli przez okno, spłynał skadsi´ z góry jak gdyby na mi˛ kkiej ˛ ˛ s e fali deszczu czysty głos Złotej Jagody. Nie rozumieli słów, ale było dla nich oczywiste, ze to pie´n o deszczu, miła jak deszcz roszacy wyschłe pagórki, opowie´c ˙ s´ ˛ s´ o rzece da˙ acej z gór ku morzu. Słuchali z rozkosza, a Frodo cieszył si˛ w gł˛ bi ˛z ˛ ˛ e e serca, błogosławiac łaskawa niepogod˛ , która odraczała chwil˛ po˙ egnania z tym ˛ ˛ e e z domem. My´l o wyje´ dzie cia˙ yła mu od momentu przebudzenia, teraz zrozumiał, s z ˛z ze przynajmniej tego dnia jeszcze nie b˛ dzie musiał wyrusza´ w dalsza drog˛ . ˙ e c ˛ e

Wiatr dmacy góra˛ od zachodu wznosił si˛ , a chmury coraz g˛ sciejsze, co˛ e e´
raz bardziej nasiakłe woda przetaczały si˛ zlewajac deszczem łyse głowy kopu˛ ˛ e ˛ lastych pagórków. Wokół domu nie było wida´ nic prócz strug deszczu. Frodo c ´ z stał w pobli˙ u otwartych drzwi i patrzał, jak biała wapienna scie˙ ka zamienia si˛ z e w mleczna strug˛ i pieniac si˛ spływa ku dolinie. Zza naro˙ nika domu wybiegł ˛ e ˛ e z Tom Bombadil. Wymachiwał r˛ kami, jakby odp˛ dzał deszcz — i rzeczywi´cie e e s wydawał si˛ zupełnie suchy, gdy wskoczył przez próg, tylko buty miał mokre. e ´ ˛ ˛ Sciagnał je i postawił w kacie przy kominku. Siadł w najwi˛ kszym fotelu zwołu˛ e jac hobbitów do siebie. ˛ — Złota Jagoda urzadza dzisiaj pranie — rzekł — i jesienne porzadki. Za ˛ ˛ mokro dla hobbitów, niech˙ e sobie odpoczna, póki mo˙ na. W sam raz dzie´ na z ˛ z n długie opowie´ci, na pytania i odpowiedzi, wi˛ c Tom pierwszy ma głos. s e Opowiedział im wiele niezwykłych historii, a mówił jakby do siebie, lecz od czasu do czasu nagle podnosił na nich oczy zywe i bł˛ kitne pod krzaczastymi ˙ e ´ brwiami. Cz˛ sto głos przechodził w spiew, nieraz te˙ Tom zrywał si˛ i ta´ czył e z e n po pokoju. Opowiadał o pszczołach i kwiatach, o zwyczajach drzew, o dziwnych stworach mieszkajacych w Starym Lesie, o złych i dobrych siłach, o przyjacio˛ łach i wrogach, okrutnikach i poczciwcach, o tajemnicach ukrytych w le´nych s chaszczach. Słuchajac zacz˛ li rozumie´ , ze las zyje, niezale˙ ny od nich, a nawet poczuli ˛ e c ˙ ˙ z 134

si˛ intruzami w´ród wszystkich istot, dla których las był domem. W tych opoe s wie´ciach wcia˙ powracała stara wierzba i Frodo dowiedział si˛ o niej wszystkies ˛z e go, co chciał wiedzie´ , a nawet troch˛ wi˛ cej, bo nie była to przyjemna historia. c e e W słowach Toma objawiły si˛ w całej nago´ci serca drzew, a tak˙ e ich my´li, e s z s cz˛ sto pos˛ pne i złowrogie, nabrzmiałe nienawi´cia do wszystkiego, co po ziee e s ˛ mi chodzi wolne, mo˙ e gry´ c, raba´ , łama´ , pali´ , do niszczycieli i uzurpatorów. z z´ ˛ c c c Stary Las nie darmo nosił swoja nazw˛ , był rzeczywi´cie bardzo stary, zachował ˛ e s si˛ jako szczatek rozległych, zapomnianych dzi´ puszcz. Przetrwały w nim dotad e ˛ s ˛ s˛ dziwe drzewa, starzejace si˛ równie wolno jak góry, pradziadowie dzisiejszych e ˛ e drzew, pami˛ tajacy czasy, gdy las panował na ziemi. W ciagu nieprzeliczonych e ˛ ˛ lat nasyciły si˛ duma, zakorzeniona wiedza i przebiegło´cia. Ale zadne z drzew e ˛ ˛ ˛ s ˛ ˙ nie było tak gro´ ne jak siwa wierzba: serce jej bowiem spróchniało, podczas gdy z siły pozostały młodzie´ cze. Była podst˛ pna, władała wiatrem, jej pie´n i jej wola n e s´ rzadziły lasem po obu brzegach rzeki. Chciwa, posiwiała dusza wierzby czerpała ˛ moc z ziemi i rozpo´cierała szeroko delikatne nici korzeni pod ziemia, a niewis ˛ dzialne palce li´ci w powietrzu, a˙ ujarzmiła całe królestwo drzew — od muru a˙ s z z po Kurhany. Nagle opowie´c Toma porzuciła lasy i z biegiem młodego strumienia poprzez s´ perlace si˛ wodospady, poprzez kamienie i zwietrzałe skały, mi˛ dzy drobnym ˛ e e kwieciem ukrytym w trawie, po wilgotnych rozpadlinach pow˛ drowała a˙ na Kure z hany. Hobbici usłyszeli o Wielkich Kurhanach, o zielonych kopcach, o kamiennych koronach wie´ czacych pagórki, o jamach ziejacych mi˛ dzy nimi. Usłyszeli n ˛ ˛ e beczace stada owiec. Ujrzeli mury zielone i białe. Na pagórkach wznosiły si˛ ˛ e twierdze. Królowie małych pa´ stewek walczyli ze soba, a młode sło´ ce błyskało n ˛ n ogniem w czerwonych ostrzach ich nowych, krwio˙ erczych mieczów. Były zwyz ci˛ stwa i kl˛ ski. Wie˙ e padały, groby płon˛ ły, po˙ ary wzbijały si˛ pod niebo. Złoto e e z e z e pi˛ trzyło si˛ na trumnach zmarłych królów i królowych, Kurhany kryły je w swoe e im wn˛ trzu, za zatrza´ni˛ tymi kamiennymi drzwiami, a wszystko zarosła trawa. e s e Czas jaki´ pasły si˛ tam owce, lecz wkrótce wydmy znów opustoszały. Z dalekich, s e ciemnych krain nadciagał cie´ i ko´ci drgn˛ ły w grobowcach. Po rozpadlinach za˛ n s e cz˛ ły si˛ zjawia´ upiory Kurhanów, na ich zimnych palcach dzwoniły pier´cienie, e e c s złote ła´ cuchy pobrz˛ kiwały w podmuchach wiatru. Kamienne korony sterczały n e z ziemi i w po´wiacie ksi˛ zyca l´niły jak wyszczerbione połamane z˛ by. Dreszcz s e˙ s e przejał hobbitów. Pogłoski o upiorach Kurhanów i o tym pustkowiu, ciagnacym ˛ ˛ ˛ ´ si˛ za Starym Lasem, dotarły nawet do Shire’u. Lecz zaden w swiecie hobbit e ˙ nie lubi tego rodzaju historii, cho´ by ich słuchał z daleka, przy miłym kominku. c Czterej przyjaciele nagle przypomnieli sobie to, o czym w radosnym nastroju tego domu nie my´leli dotychczas: dom Toma Bombadila tulił si˛ tu˙ pod wysuni˛ tym s e z e ramieniem tych straszliwych wzgórz. Zerkajac ukradkiem jeden na drugiego, kr˛ ˛ e cili si˛ niespokojnie i zgubili na chwil˛ watek opowie´ci. e e ˛ s Kiedy go znowu pochwycili, Tom ju˙ wedrował po dziwnych krajach, poza z 135

granicami ich pami˛ ci i poza granicami tego, co wypełniało ich my´li na jawie; e s ´ mówił o czasach, kiedy swiat był wi˛ kszy, a morza si˛ gały a˙ po zachodnie wye e z brze˙ e; ale i wówczas Tom chadzał to tu, to tam, pod odwiecznymi gwiazdami, z noca, gdy czuwali tylko praojcowie elfów. Nagle przerwał opowie´c i słuchaczom ˛ s´ wydało si˛ , ze usnał, bo spu´cił głow˛ na piersi. Siedzieli w milczeniu, w zachwye ˙ ˛ s e cie; a wtedy jakby pod czarem słów Toma wiatr ucichł, chmury obeschły, dzie´ n zgasł, noc nadciagn˛ ła od wschodu i od zachodu, całe za´ niebo zaja´niało od ˛ e s s ´ białego swiatła gwiazd. Frodo nie umiałby powiedzie´ , czy minał jeden ranek i wieczór, czy te˙ wiec ˛ z le dni. Nie czuł głodu ani zm˛ czenia, nie czuł nic prócz ciekawo´ci. Gwiazdy e s ´ swieciły za oknami, cisza niebios otaczała go dokoła. Wreszcie dał wyraz temu zdumieniu i l˛ kowi, którym go nagle przej˛ ła ta cisza. e e — Kim jeste´, Mistrzu? — spytał. s — Co takiego? — rzekł Tom prostujac si˛ w fotelu i błyskajac oczyma w mro˛ e ˛ ku. — Czy˙ nie znasz mojego nazwiska? W nim cała odpowied´ . Powiedz mi, z z kim ty jeste´, ty sam, bezimienny? Ale ty jeste´ młody, a ja — stary. Najstarszy, s s zwa˙ cie moje słowa, przyjaciele: Tom był tu wcze´niej ni˙ rzeka i drzewa; Tom z s z ´ z pami˛ ta pierwsza krople deszczu i pierwszy zoład´ . Tom budował scie˙ ki wczee ˛ ˙ ˛z ´ sniej ni˙ Duzi Ludzie i był tutaj, kiedy przyszli Mali Ludkowie. Był wcze´niej ni˙ z s z królowie i groby, i upiory Kurhanów. Kiedy elfy w˛ drowały na zachód, Tom ju˙ e z tu był, zanim morza si˛ cofn˛ ły. Znał ciemno´c gwiezdnych nocy, gdy jeszcze nie e e s´ było w nich strachu — zanim Czarny Władca przybył spoza Granic. Jak gdyby cie´ przemknał za oknem. Hobbici zywo obejrzeli si˛ , kiedy znowu zwrócili oczy n ˛ ˙ e ´ na sal˛ , zobaczyli w jej gł˛ bi Złota Jagod˛ , która stała na progu w aureoli swiatła. e e ˛ e Miała w r˛ ku swiec˛ i osłaniała płomie´ od podmuchu, a blask prze´wiecał przez e ´ e n s dło´ , jak sło´ ce przez biała muszl˛ . n n ˛ e ´ — Deszcz si˛ sko´ czył — powiedziała. — Swie˙ a woda płynie ze wzgórz pod e n z ´ gwiazdami. Smiejmy si˛ i weselmy! e — Jedzmy i pijmy! — zawołał Tom. — Długie opowie´ci wysuszaja gardło. s ˛ A pilni słuchacze poszcza rano, w południe i wieczorem! ˛ Z tymi słowy zerwał si˛ z fotela, podskoczył, chwycił z półki nad kominkiem e ´ ´ swiec˛ i zapalił ja od płomienia swiecy przyniesionej przez Złota Jagod˛ . Potem e ˛ ˛ e obta´ czył stół wokoło, dał nagle susa przez próg i zniknał. n ˛ Wrócił po chwili z du˙ a zastawiona taca. Wraz ze Złota Jagoda zabrał si˛ do z˛ ˛ ˛ ˛ ˛ e nakrywania stołu, a hobbici przygladali si˛ temu na pół z zachwytem, na pół ze ˛ e ´ smiechem, bo Złota Jagoda była urocza, a podskoki Toma niezwykłe i zabawne. Ka˙ de z nich wykonywało jak gdyby własny taniec, nie przeszkadzajac sobie z ˛ wzajemnie, to wybiegajac z pokoju, to wracajac, to okra˙ ajac stół. Tym sposobem ˛ ˛ ˛z ˛ ´ w mig przygotowali talerze, sztu´ ce i półmiski, a sala zaja´niała od swiec białych c s i zółtych. Tom ukłonił si˛ go´ciom. ˙ e s — Prosimy na kolacj˛ — powiedziała Złota Jagoda. e 136

Dopiero teraz hobbici zauwa˙ yli, ze pani domu ma na sobie sukni˛ srebrna z ˙ e ˛ przepasana biała szarfa, a na nogach trzewiczki jakby z rybich łusek; Tom nato˛ ˛ ˛ miast ubrał si˛ na niebiesko, w strój o kolorze spłukanych deszczem niezabudek, e tylko po´ czochy wło˙ ył zielone. n z Kolacja okazała si˛ jeszcze lepsza ni˙ poprzedniego wieczora. Hobbici pod e z urokiem opowiada´ Toma mogli zapomnie´ o obiedzie i podwieczorku, kiedy n c jednak wreszcie zasiedli do stołu, powetowali sobie strat˛ tak, jakby od tygodnia e ´ nic w ustach nie mieli. Nie spiewali, nie odzywali si˛ nawet przez do´c długa e s´ ˛ chwil˛ , cała uwag˛ po´wi˛ cajac najpilniejszej sprawie. Po jakim´ czasie wszak˙ e, e ˛ e s e ˛ s z ´ gdy pokrzepili serca i umysły, znów zapanował przy stole wesoły gwar i smiech. ´ Po wieczerzy Złota Jagoda spiewała im ró˙ ne pie´ni, a wszystkie zaczynały z s si˛ rado´nie na wy˙ ynach i spływały łagodnie w cisz˛ ; w tych cichych pauzach e s z e słuchacze widzieli oczyma wyobra´ ni jeziora, wody ogromne, jakich w zyciu nie z ˙ spotkali, a zagladajac w nie dostrzegali niebo i gwiazdy niby klejnoty w gł˛ binie. ˛ ˛ e Potem Złota Jagoda, tak jak poprzedniego dnia, zyczyła im dobrej nocy i odeszła, ˙ zostawiajac hobbitów z Tomem przy kominku. Ale Tom wyzbył si˛ teraz senno´ci ˛ e s i zasypał ich pytaniami. Okazało si˛ , ze wie ju˙ do´c du˙ o o nich, o ich rodzinach, nawet o dziejach e ˙ z s´ z i poczynaniach ich ojczystego kraju, i to od czasów przez samych hobbitów nieledwie zapomnianych. Teraz jednak ju˙ ich to nie dziwiło; Tom zreszta nie taił, ze z ˛ ˙ najnowsze wiadomo´ci zawdzi˛ cza głównie Staremu Maggotowi, którego uwa˙ ał, s e z jak si˛ zdawało, za osobisto´c znacznie wa˙ niejsza, ni˙ sadzili hobbici. e s´ z ˛ z ˛ — Maggot chodzi po ziemi, r˛ ce nurza w glinie, madro´c ma w szpiku kosci, e ˛ s´ oczy zawsze otwarte — powiedział Tom. Jasne te˙ było, ze Tom utrzymuje stosunki z elfami i ze jakim´ sposobem z ˙ ˙ s od Gildora dostał wie´ci o ucieczce Froda. Doprawdy, Tom wiedział tyle i tak s przebiegle zadawał pytania, ze Frodo ani si˛ spostrzegł, gdy mu zwierzył histori˛ ˙ e e Bilba, własne nadzieje i obawy, szczerzej nawet ni˙ Gandalfowi. Tom kiwał głowa z ˛ i błyskał oczami, kiedy usłyszał o Czarnych Je´ d´ cach. z z — Poka˙ mi ten bezcenny Pier´cie´ ! — rzekł niespodzianie przerywajac Froz s n ˛ dowi opowiadanie. I Frodo ku swemu zdumieniu od razu wyciagnał z kieszeni ˛ ˛ ła´ cuszek, odczepił Pier´cie´ i podał Tomowi. n s n Pier´cie´ jak gdyby urósł le˙ ac przez chwil˛ na du˙ ej, sniadej r˛ ce Toma. Nas n z˛ e z ´ e gle Tom podniósł go do oka i wybuchnał smiechem. Na jedno mgnienie hobbitom ˛ ´ ukazał si˛ widok zarazem przera˙ ajacy i komiczny: jasne, bł˛ kitne oko błyszczace e z ˛ e ˛ w złotej oprawie. Potem Tom wsunał Pier´cie´ na czubek małego palca i podniósł ˛ s n ´ ´ go pod swiatło swiecy. W pierwszym momencie hobbici nie spostrzegli w tym ge´ scie nic niezwykłego. W nast˛ pnym — dech im zaparło z wra˙ enia. Nie przestali e z widzie´ Toma! c Tom znów si˛ roze´miał i podrzucił Pier´cie´ w gór˛ : błysnał w powietrzu e s s n e ˛ i znikł. Frodo krzyknał, a Tom wychylił si˛ z fotela i z u´miechem zwrócił mu ˛ e s 137

klejnot. Frodo przyjrzał mu si˛ z bliska, troch˛ podejrzliwie — jak widz, który pode e czas przedstawienia po˙ yczył kuglarzowi swoja własno´c. To był ten sam Pierz ˛ s´ ´ n scie´ , a przynajmniej nie zmienił wygladu ani wagi: Frodowi zawsze wydawał ˛ si˛ dziwnie ci˛ zki. Co´ wszak˙ e kusiło hobbita, zeby si˛ jeszcze upewni´ . Troch˛ e e˙ s z ˙ e c e mo˙ e rozdra˙ niło go zachowanie Toma, który tak zlekcewa˙ ył przedmiot, uznaz z z ´ ny przez Gandalfa za smiertelna gro´ b˛ . Frodo wi˛ c doczekał sposobnej chwili, ˛ z e e kiedy rozmowa znów si˛ o˙ ywiła, a Tom rozpowiadał jaka´ niedorzeczna histori˛ e z ˛s ˛ e o borsukach i borsuczych obyczajach — i wsunał Pier´cie´ na palec. ˛ s n Merry zwrócił wła´nie ku niemu twarz, zeby o co´ zapyta´ , i wzdrygnał si˛ s ˙ s c ˛ e tłumiac okrzyk. Frodo ucieszył si˛ (w pewnym sensie): nie odmieniono mu Pier˛ e ´ scienia! Merry patrzał ogłupiałym wzrokiem wprost na jego fotel i najoczywi´ciej s go nie widział. Frodo wstał i bezszelestnie cofnał si˛ od kominka w stron˛ drzwi ˛ e e wej´ciowych. s — Ej˙ e, Frodo! — krzyknał Tom spogladajac na niego doskonale widzacymi, z ˛ ˛ ˛ ˛ bystrymi oczyma. — Ej! Chod´ no tutaj! Dokad si˛ wybierasz? Stary Tom Bomz ˛ e badil jeszcze nie o´lepł. Zdejmij twój złoty Pier´cie´ . Twoja r˛ ka jest bez niego s s n e o wiele ładniejsza. Wracaj! Daj spokój figlom i siadaj przy mnie. Musimy jeszcze troch˛ pogaw˛ dzi´ i pomy´le´ o jutrze. Tom chce ci˛ nauczy´ wła´ciwej drogi, e e c s c e c s zeby´ nie bładził po bezdro˙ ach. ˙ s ˛ z Frodo za´miał si˛ (wmawiajac sobie, ze jest zadowolony), zdjał Pier´cie´ , s e ˛ ˙ ˛ s n usiadł znów w´ród przyjaciół. Tom zaczał teraz mówi´ o tym, ze spodziewa si˛ s ˛ c ˙ e nazajutrz słonecznej pogody i pi˛ knego poranka, rokujacego w˛ drowcom jak naje ˛ e lepsze nadzieje. Radził jednak rusza´ wcze´nie, bo w tych okolicach nawet on nie c s mógł na pewno przepowiedzie´ pogody na dłu˙ szy czas, zmieniała si˛ niekiedy c z e tak błyskawicznie, ze nie nada˙ ał ze zmiana ubrania. ˙ ˛z ˛ — Nie jestem panem pogody — rzekł. — Nie jest jej panem nikt, kto chodzi po ziemi. Za rada Toma postanowili skierowa´ si˛ z jego domu wprost na północ przez ˛ c e zachodnie, ni˙ sze stoki wydm; w ten sposób mogli mie´ nadziej˛ , ze osiagna z c e ˙ ˛ ˛ Wschodni Go´ciniec w ciagu jednego dnia i omina Kurhany. Tom mówił im, zeby s ˛ ˛ ˙ si˛ niczego nie bali, lecz wyłacznie zaj˛ li swoja sprawa. e ˛ e ˛ ˛ — Trzymajcie si˛ zielonej trawy. Niech was nie obchodza stare kamienie, e ˛ zimne upiory, nie bad´ cie ciekawi ich siedzib, chyba ze czujecie w sobie wielkie ˛ z ˙ siły i niezawodna odwag˛ . ˛ e Powtarzał to kilka razy i zalecił obchodzi´ Kurhany od zachodniej strony, gdyc by zabładzili w pobli˙ e którego´ z nich. Nauczył ich te˙ słów piosenki, która mieli ˛ z s z ˛ ´ spiewa´ , je´liby nieszcz˛ sliwym przypadkiem znale´ li si˛ nazajutrz w niebezpiec s e´ z e cze´ stwie lub kłopocie. n Ho, ho, Tomie Bombadil, Bombadilu Tomie! 138

Na wierzb˛ i na rzek˛ , na wod˛ i płomie´ , e e e n Na sło´ ce i na ksi˛ zyc – posłuchaj, sasiedzie, n e˙ ˛ I przybad´ do nas, Tomie, bo jeste´my w biedzie! ˛z s Prze´piewali t˛ zwrotk˛ chórem za przewodem Toma, potem gospodarz ze s e e ´ ´ smiechem klepnał kolejno ka˙ dego po łopatce i ze swieca w r˛ ku zaprowadził do ˛ z ˛ e sypialni.

ROZDZIAŁ VIII

Mgła na Kurhanach
Tej nocy nie słyszeli zadnych hałasów. Ale Frodowi — sam nie wiedział, ˙
´ ´ ´ czy we snie, czy na jawie — miły spiew dzwonił w uszach; pie´n jak nikłe swiatło s´ przebijała zza szarej zasłony deszczu, a potem tak przybrała na sile, ze zasłona ˙ stała si˛ przejrzysta, jak gdyby srebrna i szklana, a˙ wreszcie rozsun˛ ła si˛ ukae z e e zujac oczom hobbita odległy zielony kraj w blasku wschodzacego sło´ ca. Z ta ˛ ˛ n ˛ wizja w oczach Frodo si˛ zbudził. Tom gwizdał jak drzewo pełne ptactwa, sło´ ce ˛ e n ´ swieciło ju˙ nad wzgórzem i sko´ne promienie wpadały przez otwarte okno. Na z s dworze wszystko było zielone i złociste. ´ Po sniadaniu, które hobbici znów zjedli sami, zacz˛ li si˛ przygotowywa´ do e e c po˙ egnania, z ci˛ zkim sercem, o ile serce mogło by´ ci˛ zkie w tak cudny ranek: z e˙ c e˙ ´ z swie˙ y, jasny, czysty pod zmytym przez deszcz jesiennym niebem z przezroczystego bł˛ kitu. Chłodny podmuch ciagnał od północo-zachodu. Stateczne kucyki e ˛ ˛ niemal si˛ rozbrykały, prychajac i drepcac niespokojnie. Tom wyszedł z domu, e ˛ ˛ pomachał kapeluszem, zata´ czył na progu, nakłaniajac hobbitów, zeby ruszali n ˛ ˙ w drog˛ co zywo. e ˙ ´ z ˛ Pojechali scie˙ ka, odbiegajaca zza domu skosem ku północnemu kra´ cowi ˛ ˛ n grzebienia, pod którym tuliła si˛ siedziba Toma Bombadila. Zeskoczyli z siodeł, e zeby wprowadzi´ kucyki na ostatni stromy stok, gdy nagle Frodo si˛ zatrzymał. ˙ c e — Złota Jagoda! — krzyknał. — Cudna pani w srebrze i zieleni! Nie po˙ e˛ z gnali´my si˛ z nia, nie widzieli´my jej od wczorajszego wieczora! s e ˛ s Tak był zrozpaczony, ze chciał zawróci´ z drogi. Lecz w tej samej chwili do˙ c biegł ich uszu czysty, perlisty głos. Przed nimi na grani stała Złota Jagoda i gestem ´ wzywała ich ku sobie; rozpuszczone włosy l´niły i swieciły w sło´ cu. Ta´ czyła, s n n ´ a na zroszonej trawie u jej stóp swiatło migotało jak na wodzie. Spiesznie wbiegli na ostatnia stromizn˛ i bez tchu stan˛ li przed Złota Jagoda. ˛ e e ˛ ˛ Skłonili si˛ , lecz ona dała im znak r˛ ka, zeby si˛ obejrzeli wkoło. Spojrzeli wi˛ c ze e e ˛˙ e e szczytu na okolic˛ w blasku poranka. W czystym powietrzu otwierał si˛ rozległy e e ´ widok na swiat, który był zasnuty mgła i niewidzialny, kiedy patrzyli na´ w Sta˛ n rym Lesie z pagórka, teraz wyłaniajacego si˛ jasnozielona kopuła znad ciemnych ˛ e ˛ ˛ 140

drzew na zachodzie. W tej stronie teren falował lesistymi pasmami wzgórz, które mieniły si˛ , zielone, zółte i rude w sło´ cu, przesłaniajac dolin˛ Brandywiny. e ˙ n ˛ e Na południe, poza linia Wii, co´ błyskało w oddali niby lustro; tam Brandywina ˛ s oplatała olbrzymia p˛ tla nizin˛ i odpływała w kraj nie znany hobbitom. Na północ ˛ e ˛ e ciagn˛ ła si˛ równina szara, zielona i brunatna, przeci˛ ta tu i ówdzie garbami, i roz˛ e e e pływała si˛ na widnokr˛ gu w bezkształtna, ciemna plam˛ . Od wschodu wy˙ yna e e ˛ ˛ e z Kurhanów pi˛ trzyła ła´ cuchy wzgórz jedne za drugimi, kryjac przed wzrokiem e n ˛ hobbitów zagadk˛ dalszego planu; ledwie odgadywali bł˛ kitniejacy, odległy biały e e ˛ blask, stopiony z rabkiem nieba, i domy´lali si˛ dalekich, wysokich gór. Wciagn˛ li ˛ s e ˛ e gł˛ boko w płuca powietrze z uczuciem, ze jeden skok i kilka energicznych kroe ˙ ków zaprowadziłoby ich wsz˛ dzie, gdzie zechca. Wydało im si˛ małoduszno´cia e ˛ e s ˛ kluczy´ mozolnie postrz˛ pionym skrajem wy˙ yny ku go´ci´ cowi, skoro powinc e z s n ni raczej, wzorem wesołego Toma, w podskokach sadzi´ z pagórka na pagórek c wprost ku górom. Złota Jagoda przywołała ich oczy i my´li do rzeczywisto´ci. s s — Jed´ cie, mili go´cie! — rzekła. — Wytrwajcie w zamiarach! Kierujcie si˛ z s e na północ, tak by wiatr mie´ od lewej strony, i niech szcz˛ scie sprzyja wszystkim c e´ waszym krokom. Spieszcie si˛ , póki sło´ ce swieci! — Zwróciła si˛ do Froda: — e n ´ e Do widzenia, Przyjacielu Elfów, radosne to było spotkanie. Frodo nie znalazł odpowiedzi. Ukłonił si˛ nisko, dosiadł wierzchowca i na e czele przyjaciół ruszył z wolna łagodnym zboczem w dół. Dom Toma Bombadila, ´ dolina i las zgin˛ ły im z oczu. Mi˛ dzy zielonymi scianami wzgórz było cieplej, e e a od murawy bił mocny, słodki zapach. Dotarłszy na dno trawiastej kotliny odwrócili si˛ i zobaczyli Złota Jagod˛ , mała, smukła sylwetk˛ na tle nieba, jak kwiat e ˛ e ˛ ˛ e w sło´ cu; patrzała na odje˙ d˙ ajacych, wyciagała do nich r˛ ce. Gdy si˛ obejrzen z z ˛ ˛ e e li, zawołała raz jeszcze swoim czystym głosem, podniosła ramiona, obróciła si˛ e i znikn˛ ła za wzgórzem. e ´ zka wiła si˛ dnem kotlinki, okra˙ ała zielone podnó˙ a stromego pagórka Scie˙ e ˛z z i zbiegała w nast˛ pna, gł˛ bsza i szersza dolin˛ , potem za´ wydostawała si˛ na e ˛ e ˛ ˛ e s e grzbiety dalszych wzgórz, schodziła ich wydłu˙ onym ramieniem w dół, oplatała z strome zbocza, pi˛ ła si˛ na nowe szczyty, opadała w nowe wawozy. Nie widzieli e e ˛ te˙ nigdzie drzew ani wody, była to kraina traw i niskiej, spr˛ zystej darni, a ciz e˙ sz˛ macił tylko szept wiatru i od czasu do czasu samotny krzyk nieznanego ptae ˛ ka. Hobbici jechali naprzód, a tymczasem sło´ ce podnosiło si˛ na niebie i grzało n e mocno. Na ka˙ dym nowym grzbiecie witał ich słabszy ni˙ na poprzednim powiew z z wiatru. Gdy popatrzyli z góry na zachód, wydało im si˛ , ze daleki las dymi, jakby e ˙ wczorajszy deszcz parował z li´ci, korzeni i mchów. Cie´ zalegał teraz widnos n krag mrocznym wie´ cem, nad którym kopuła nieba tkwiła niby bł˛ kitna czapka, ˛ n e goraca i ci˛ zka. ˛ e˙ Około południa znale´ li si˛ na wzgórzu, którego wierzchołek był szeroki z e i spłaszczony, podobny do płytkiej miski o zielonych wypukłych brzegach. Powie141

trze stało tu nieruchome, a niebo wisiało jak gdyby tu˙ nad głowami. Wyjechali na z przeciwległa kraw˛ d´ i spojrzeli ku północy. Otucha wstapiła w ich serca, bo wy˛ e z ˛ dawało si˛ oczywiste, ze przebyli ju˙ wi˛ cej drogi, ni˙ si˛ spodziewali. Co prawda e ˙ z e z e dalszy widok był teraz przymglony i zwodniczy, lecz niewatpliwie znajdowali si˛ ˛ e ju˙ blisko granicy wydm. U ich stóp długa dolina ciagn˛ ła si˛ ku północy a˙ do z ˛ e e z bramy otwartej mi˛ dzy dwoma stromymi grzbietami. Za nia, jak si˛ zdawało, nie e ˛ e było juz wzgórz. Patrzac wprost na północ dostrzegali niewyra´ na czarna kresk˛ . ˛ z ˛ ˛ e — To musi by´ linia drzew — powiedział Merry — znaczaca go´ciniec. Na c ˛ s wschód od mostu drzewa ciagna si˛ wzdłu˙ drogi przez wiele mil. Podobno zasa˛ ˛ e z dzono je w dawnych czasach. — Wspaniale! — rzekł Frodo. — Je˙ eli w ciagu popołudnia b˛ dziemy si˛ z ˛ e e posuwali równie szybko jak od rana, wyjedziemy poza wzgórza przed zachodem sło´ ca i bez po´piechu wyszukamy miejsce na nocleg. n s Lecz nim sko´ czył mówi´ , zwrócił wzrok ku wschodowi i wtedy spostrzegł, n c ze z tej strony wy˙ sze wzgórza pi˛ trza si˛ nad nimi, a ka˙ de uwie´ czone zie˙ z e ˛ e z n lonym kopcem; z niektórych te˙ głazy stercza w niebo jak wyszczerbione z˛ by z ˛ e z zielonych dziaseł. Zaniepokoili si˛ tym widokiem, wi˛ c odwrócili od niego oczy ˛ e e ´ i zeszli z kraw˛ dzi z powrotem w głab miski. Tu na srodku tkwił samotny wysoe ˛ ki głaz, a cho´ sło´ ce swieciło wprost nad nim, o tej godzinie nie rzucał wcale c n ´ cienia. Głaz był bezkształtny, a mimo to wymowny jak znak graniczny, jak palec wskazujacy, a mo˙ e bardziej jeszcze — jak przestroga. W˛ drowcy wszak˙ e by˛ z e z li głodni, a sło´ ce w zenicie odp˛ dzało wszelkie strachy, siedli wi˛ c, oparli si˛ n e e e plecami o wschodnia scian˛ kamienia, wydobyli zapasy i pod gołym niebem zje˛´ e dli obiad, który mógł zadowoli´ najwybredniejsze nawet podniebienia. Jedzenie c bowiem i napoje pochodziły z domu pod wzgórzem. Tom zaopatrzył ich sowicie w zywno´c na ten dzie´ . Kucyki rozjuczone błakały si˛ po trawie. ˙ s´ n ˛ e

Jazda przez wzgórza, pełne zoładki, gorace sło´ ce i zapach trawy, troch˛ ˙ ˛ ˛ n e
przydługi odpoczynek z wyciagni˛ tymi nogami i z oczyma utkwionymi w niebo ˛ e nad głowa — oto wystarczajace chyba wyja´nienie tego, co si˛ stało. Bo stało ˛ ˛ s e si˛ tak: ockn˛ li si˛ nagle i nieprzyjemnie ze snu, który nie wiedzie´ kiedy i jak e e e c zmorzył ich wbrew woli. Kamie´ sterczacy za ich plecami był zimny i rzucał dłun ˛ gi, nikły cie´ w stron˛ wschodu. Sło´ ce, blade, zółtawe, l´niło zza mgieł tu˙ nad n e n ˙ s z zachodnia kraw˛ dzia zagł˛ bienia, w którym le˙ eli. Od północy, południa i wscho˛ e ˛ e z du zza skraju miski podnosiła si˛ g˛ sta, zimna biała mgła. Powietrze było niee e ruchome, ci˛ zkie i lodowate. Kucyki, zbite w gromadk˛ , stały ze zwieszonymi e˙ e łbami. Hobbici przera˙ eni zerwali si˛ na równe nogi i pobiegli na wschodnia stroz e ˛ n˛ wzgórza. Stwierdzili, ze znajduja si˛ na wyspie po´ród mgły. W chwili gdy e ˙ ˛ e s z rozpacza zwrócili wzrok na zachód, ujrzeli, jak sło´ ce zapada w mleczne mo˛ n rze; jednocze´nie za ich plecami zimny, szary cie´ wypłynał na niebo od wschodu. s n ˛ 142

Mgła wspi˛ ła si˛ nad brzeg zagł˛ bienia, podniosła w gór˛ i nad głowami hobbie e e e ´ tów sklepiła si˛ jak dach. Znale´ li si˛ jakby w sali, której sciany i sufit stanowiła e z e mgła, a sterczacy po´rodku głaz był filarem podpierajacym strop. ˛ s ˛ Czuli si˛ jak w pułapce, zamykajacej si˛ wła´nie wokół nich; nie stracili jede ˛ e s nak resztki nadziei. Nie zapomnieli bowiem obiecujacego widoku, jaki im si˛ ˛ e przedtem ukazał, i jeszcze pami˛ tali, w której stronie widzieli lini˛ go´ci´ ca. e e s n W ka˙ dym za´ razie miska otaczajaca głaz na szczycie wzgórza budziła w nich z s ˛ teraz tak wielka odraz˛ , ze my´l o zatrzymaniu si˛ tutaj dłu˙ ej nawet w głowie ˛ e ˙ s e z im nie postała. Spakowali rzeczy jak zdołali najszybciej skostniałymi palcami. Wkrótce ju˙ przeprowadzali kuce przez kraw˛ d´ wzgórza i zacz˛ li g˛ siego schoz e z e e dzi´ północnym stokiem w dół, w morze mgły. W miar˛ jak spuszczali si˛ ni˙ ej, c e e z mgła była coraz zimniejsza i bardziej wilgotna, tak ze po chwili włosy w mo˙ krych kosmykach oblepiły im skronie. Nim doszli do stóp pagórka, zzi˛ bli tak, e ze zatrzymali si˛ , by wydoby´ z worków płaszcze i kaptury — na których zreszta ˙ e c ˛ zaraz zal´niły grube, szare krople. Potem dosiedli kuców i ruszyli z wolna dalej, s orientujac si˛ jedynie wedle spadków i wzniesie´ terenu. Starali si˛ w miar˛ mo˙ ˛ e n e e z liwo´ci kierowa´ w stron˛ bramy, która tego ranka dostrzegli w odległym północs c e ˛ nym kra´ cu doliny. Liczyli, ze je´li raz wydostana si˛ za t˛ bram˛ i zdołaja potem n ˙ s ˛ e e e ˛ utrzyma´ mniej wi˛ cej prosty kurs, trafia wreszcie niechybnie na go´ciniec. dalej c e ˛ s nie wybiegali my´la, mieli jednak troch˛ nadziei, ze mgła sko´ czy si˛ za granica s ˛ e ˙ n e ˛ pagórków.

Posuwali si˛ bardzo wolno. Bojac si˛ rozdzieli´ i zabładzi´ , trzymali si˛ blie ˛ e c ˛ c e
sko jeden tu˙ za drugim; Frodo na czele, potem Sam, Pippin, a ostatni Merry. z Dolina ciagn˛ ła si˛ bez ko´ ca. Nagle Frodo spostrzegł przed soba co´, co obudzi˛ e e n ˛ s ło w nim nadziej˛ : po obu stronach poprzez mgł˛ majaczyły jakie´ ciemniejsze e e s kształty. Mogło to znaczy´ , ze zbli˙ yli si˛ wreszcie do otwartej mi˛ dzy wzgórzac ˙ z e e mi północnej bramy. Gdyby im si˛ udało ja przeby´ , byliby uratowani. e ˛ c — Naprzód! Za mna! — krzyknał przez rami˛ do towarzyszy i pop˛ dził kuca. ˛ ˛ e e Lecz nadzieja pr˛ dko ustapiła miejsca zdumieniu i rozczarowaniu. Ciemne syle ˛ wetki wystapiły wyra´ niej, lecz zmalały i niespodzianie Frodo ujrzał tu˙ przed ˛ z z oczyma spi˛ trzone złowrogo i lekko pochylone ku sobie wzajem dwie wielkie e sterczace skały, niby filary nie sklepionej na górze bramy. Nic podobnego, o ile ˛ mógł sobie przypomnie´ , nie dostrzegł w dolinie, kiedy jej si˛ przygladał w połuc e ˛ dnie ze szczytu wzgórza. Przejechał mi˛ dzy skałami sam nie wiedzac kiedy i jak; e ˛ natychmiast otoczyły go ciemno´ci. Kucyk chrapnał i stanał d˛ ba, Frodo spadł s ˛ ˛ e z siodła. Obejrzał si˛ i stwierdził, ze jest zupełnie sam: przyjaciele gdzie´ znikn˛ e ˙ s e li. — Sam! — krzyknał. — Pippin! Merry! Do mnie! Czemu si˛ nie trzymacie ˛ e razem? 143

Nie było odpowiedzi. Zdj˛ ty strachem Frodo przebiegł z powrotem przez kae mienna bram˛ krzyczac dzikim głosem: „Sam! Sam! Merry! Pippin!” Kucyk sko˛ e ˛ czył w mgł˛ i zniknał. Frodowi wydało si˛ , ze gdzie´ daleko kto´ zawołał: „Hej! e ˛ e ˙ s s Frodo! Hej!” Frodo stał przed sterczacym, ogromnym głazem wpatrzony, wsłu˛ chany w ciemno´c. Głos szedł jakby od wschodu, od lewej strony. Rzucił si˛ s´ e w tym kierunku i biegnac zauwa˙ ył, ze pnie si˛ stromo pod gór˛ . Piał si˛ i nie ˛ z ˙ e e ˛ e przestawał nawoływa´ przyjaciół, krzyczac coraz bardziej goraczkowo; jaki´ czas c ˛ ˛ s nie było odpowiedzi, wreszcie skadsi´, z wysoka i z daleka, poprzez mgł˛ doszło ˛ s e słabe, nikłe wołanie: „Frodo! Hej!” — i zaraz potem krzyk jakby: „Ratunku!” powtórzony raz, drugi i trzeci; za ostatnim razem zabrzmiało to jak przeciagły j˛ k, ˛ e nagle urwany. Frodo, kierujac si˛ tym głosem, parł naprzód co sił, lecz ciemno´c ˛ e s´ zapadła ju˙ zupełna, noc czarna zwierała si˛ wokół niego, tak ze nie był pewien z e ˙ kierunku. Miał wra˙ enie, ze idzie nieustannie pod gór˛ . z ˙ e W pewnej chwili poczuł pod stopami poziomy teren i tylko to pozwoliło mu zorientowa´ si˛ , ze osiagnał wreszcie gra´ grzbietu czy mo˙ e szczyt pagórka. c e ˙ ˛ ˛ n z Mimo ze zm˛ czony i spocony — dr˙ ał z zimna. Dokoła zalegała nieprzenikniona ˙ e z ciemno´c. s´ — Gdzie jeste´cie?! — zawołał zrozpaczony. s

Nikt nie odpowiedział. Frodo nasłuchiwał. Nagle uprzytomnił sobie, ze jest ˙ coraz zimniej i ze wiatr si˛ podnosi, lodowaty wiatr. Pogoda si˛ zmieniała. Mgła ˙ e e przepływała teraz koło niego poszarpana na strz˛ py i włókna. Widział par˛ włae e snego oddechu, ciemno´c jakby si˛ odsun˛ ła i zrzedła. Frodo spojrzał w gór˛ i zos´ e e e baczył ze zdziwieniem, ze blade gwiazdy ukazuja si˛ mi˛ dzy pasmami p˛ dzacych ˙ ˛ e e e ˛ z wiatrem chmur i mgieł. Wiatr ju˙ swistał w trawie. z´ Wydało mu si˛ znów, ze słyszy stłumiony krzyk, i ruszył w t˛ stron˛ ; w tej e ˙ e e samej chwili mgła zwin˛ ła si˛ i rozstapiła, odsłaniajac wygwie˙ d˙ one niebo. Jede e ˛ ˛ z z nym rzutem oka Frodo zorientował si˛ , ze zwrócony jest twarza ku południowi e ˙ ˛ i znajduje si˛ na kopulastym szczycie, na który wspiał si˛ od północnego wschoe ˛ e du. Po prawej r˛ ce, na tle zachodniej cz˛ sci nieba, dostrzegł czarny kopiec: wznoe e´ sił si˛ tam ogromny Kurhan. e — Gdzie jeste´cie?! — krzyknał raz jeszcze, rozdra˙ niony i wyl˛ kły. s ˛ z e — Tutaj! — odpowiedział gł˛ boki, zimny głos dobywajacy si˛ jakby spod e ˛ e ziemi. — czekam na ciebie — Nie! — powiedział Frodo, ale nie uciekł. Kolana ugi˛ ły si˛ pod nim, padł e e na ziemi˛ . Zrazu nic si˛ nie stało, nie odezwał si˛ najl˙ ejszy bodaj szmer. Kiedy e e e z jednak, dr˙ ac cały, podniósł wzrok, ujrzał wysoka posta´ niby cie´ przesłaniajaca z˛ ˛ c n ˛ ˛ mu gwiazdy. Posta´ schyliła si˛ nad nim. Zobaczył oczy, okropnie zimne, chocia˙ c e z rozjarzone blaskiem, przenikajacym jak gdyby z wielkiej dali. Poczuł u´cisk rak, ˛ s ˛ zimniejszych i twardszych ni˙ zelazo. Od lodowatego dotkni˛ cia mróz przeszedł z˙ e
144

mu po ko´ciach i Frodo stracił przytomno´c. s s´

Gdy ja˛ znowu odzyskał, zrazu nie mógł sobie przypomnie´ nic prócz uczuc
cia grozy. Potem nagle zrozumiał, ze jest uwi˛ ziony bez ratunku. Znalazł si˛ pod ˙ e e Kurhanem. Porwał go upiór Kurhanu i zapewne ju˙ obezwładnił strasznymi czaz rami, o których tyle mówiły legendy, opowiadane l˛ kliwym szeptem. Frodo nie e ´ smiał poruszy´ si˛ , le˙ ał tak, jak si˛ ocknał: na wznak, z plecami przylgni˛ tymi c e z e ˛ e do zimnego kamienia, z r˛ kami zło˙ onymi na piersi. Strach Froda był tak wielki, e z ze zdawał mu si˛ czastka otaczajacych ciemno´ci, a mimo to hobbit wspomniał ˙ e ˛ ˛ ˛ s ´ z Bilba i historie, które wuj opowiadał, wspólne włócz˛ gi po scie˙ kach Shire’u, e opowie´ci o w˛ drówkach i przygodach. Ziarnko odwagi zyje utajone (nieraz, co s e ˙ prawda, do´c gł˛ boko) w sercu najbardziej nawet spasionego i nie´miałego hobbis´ e s ta i czeka na moment jakiego´ ostatecznego i rozpaczliwego niebezpiecze´ stwa, s n zeby zakiełkowa´ . Frodo nie był ani bardzo spasiony, ani szczególnie nie´miały; ˙ c s przeciwnie — chocia˙ sam o tym nie wiedział — Bilbo (i Gandalf tak˙ e) uwa˙ ał z z z go za najdzielniejszego hobbita w kraju. Pomy´lał, ze to koniec przygody, koniec s ˙ okropny, ale ta my´l dodała mu sił. Spr˛ zył si˛ jak do skoku, nie le˙ ał ju˙ biernie s e˙ e z z jak bezwolna ofiara.

Gdy tak le˙ ac rozmy´lał i skupiał siły, spostrzegł nagle, ze ciemno´c zaczyna z˛ s ˙ s´
´ z wolna ust˛ powa´ , a dokoła narasta blade, zielonkawe swiatło. Zrazu nie pomoe c ´ gło mu to w rozeznaniu miejsca, w którym si˛ znajdował, bo swiatło jak gdyby e promieniowało z jego ciała i z ziemi wokół niego, nie dosi˛ gajac jeszcze stropu e ˛ ´ ani scian. Obrócił si˛ na bok i w zimnym blasku zobaczył Sama, Pippina i Mere ´ ry’ego. Spoczywali tu˙ , wyciagni˛ ci na plecach, twarze mieli smiertelnie blade, z ˛ e ubrani byli w biel. Wsz˛ dzie wkoło nich błyszczały klejnoty, mo˙ e szczere złoto, e z ´wietle wydawało si˛ zimne i wcale nie pi˛ kne. Na głowach hobchocia˙ w tym s z e e bitów l´niły diademy, na piersi złote ła´ cuchy, na palcach pier´cienie. U boku ich s n s le˙ ały miecze, u stóp — tarcze. Lecz jeden długi, obna˙ ony miecz le˙ ał w poprzek z z z na szyjach wszystkich trzech przyjaciół. ´ Wtem rozległ si˛ spiew; zimny spiewny szept to podnosił si˛ , to opadał. Głos e´ e dochodził jakby z bardzo daleka, chwilami brzmiał wysokim tonem w powietrzu, chwilami j˛ czał głucho spod ziemi. Bezkształtny strumie´ d´ wi˛ ków smutnych e n z e i przera´ liwych układał si˛ od czasu do czasu w jakie´ słowa, a wszystkie ponuz e s re, twarde, zimne, bezlitosne i pełne bólu. Noc złorzeczyła porankowi, który ja ˛ osierocił, mróz przeklinał ciepło, którego po˙ adał. Froda dreszcz przejał do szpiz˛ ˛ ku ko´ci. Po chwili pie´n zabrzmiała wyra´ niej i hobbit z przera˙ eniem w sercu s s´ z z zrozumiał, ze spiew przeszedł w zakl˛ cia: ˙ ´ e Niech b˛ da zimne i serce, i rami˛ , e ˛ e 145

I sen, na którym zimny le˙ y kamie´ . . . z n O, na kamiennym ło˙ u nigdy nie sia´c, z ˛s ´ Póki nie zga´nie i Sło´ ce, i Miesiac. s n ˛ W czarnej wichurze gwiazd zgasna krocie, ˛ Lecz oni niech le˙ a tutaj na tym złocie, z˛ Póki lord czarny nie podniesie dłoni Nad suchym ladem u martwej mórz toni. ˛ Usłyszał za swoja głowa jaki´ szmer, lekkie szuranie i chrobotanie. Unoszac ˛ ˛ s ˛ ´ si˛ na łokciu spojrzał i teraz dopiero, w nikłym swietle, stwierdził, ze le˙ y wraz e ˙ z z towarzyszami w jakim´ korytarzu, który tu˙ za nimi skr˛ ca w bok. Zza tego s z e zakr˛ tu wysuwała si˛ długa r˛ ka, przebierajac palcami pełzła w kierunku Sama, e e e ˛ le˙ acego najbli˙ ej, i si˛ gała po r˛ koje´c miecza uciskajacego gardła je´ ców. z˛ z e e s´ ˛ n W pierwszym momencie Frodo skamieniał z trwogi, jak gdyby go obezwładnił czar zakl˛ cia. Potem błysnał mu szalony pomysł ratunku. Przyszło mu do głowy, e ˛ ze je´li wsunie na palec Pier´cie´ , mo˙ e skryje si˛ przed wzrokiem upiora i znaj˙ s s n z e dzie jakie´ wyj´cie. Biegałby znów po zielonej trawie, opłakujac Merry’ego, Sama s s ˛ i Pippina, ale zywy i wolny. Gandalf musiałby mu przyzna´ , ze nie mógł w tym ˙ c ˙ poło˙ eniu zrobi´ nic innego. z c Ale m˛ stwo, które ockn˛ ło si˛ w hobbicie, ju˙ zda˙ yło okrzepna´ i nie pozwoe e e z ˛z ˛c liło mu porzuci´ przyjaciół na pastw˛ losu. Zawahał si˛ i pomacał r˛ ka kiesze´ , c e e e ˛ n ale zaraz znów zwalczył pokus˛ . Tymczasem r˛ ka upiora podpełzła bli˙ ej. Nagle e e z Frodo zdecydował si˛ , chwycił krótki mieczyk le˙ acy u jego boku i kl˛ knał poe z˛ e ˛ chylajac si˛ nad ciałami przyjaciół. Zebrał wszystkie siły, na jakie go było sta´ , ˛ e c i rabnał mieczykiem przegub skradajacej si˛ r˛ ki. Dło´ odpadła od ramienia, ale ˛ ˛ ˛ e e n w tym samym momencie mieczyk hobbita p˛ kł a˙ po r˛ koje´c. Buchnał wrzask e z e s´ ˛ ´ i swiatło znikło. W ciemno´ci rozległ si˛ chrapliwy pomruk. s e Frodo padł na ciało Merry’ego, dotknał zimnej twarzy przyjaciela. I nagle ˛ zbudziło si˛ w nim wspomnienie, u´pione, odkad wkroczyli w mgł˛ , wspomnienie e s ˛ e ´ domu pod wzgórzem i spiewajacego Toma. Przypomniał sobie piosenk˛ , której ˛ e Tom ich nauczył. Cienkim desperackim głosem zaczał: „Hej, Tomie Bombadilu!”, ˛ i ledwie wymowił to imi˛ , głos mu zm˛ zniał, nabrał pełni tonu i siły, a˙ ciemna e e˙ z komora rozbrzmiała echem niby graniem trab i werblem b˛ bnów: ˛ e Ho, ho, Tomie Bombadil, Bombadilu Tomie! Na wierzb˛ i na rzek˛ , na wod˛ i płomie´ , e e e n Na sło´ ce i na ksi˛ zyc – posłuchaj, sasiedzie, n e˙ ˛ I przybad´ do nas, Tomie, bo jeste´my w biedzie! ˛z s Zapadła cisza tak gł˛ boka, ze Frodo słyszał bicie własnego serca. I po długiej, e ˙ nu˙ acej chwili doszedł jego uszu wyra´ ny, chocia˙ daleki głos, jakby przedzieraz˛ z z ´ jacy si˛ przez warstwy ziemi czy przez grube mury. Głos ten spiewał: ˛ e 146

Stary Tom Bombadil to kompan milutki, Ma niebieski kabacik i zółte ma butki. ˙ Nikt go jeszcze nie złapał, bo sprytny to chłopak ´ I w piosenkach mocniejszy, i smiglejszy w stopach. Rozległ si˛ rumor, jak gdyby kamienie gdzie´ blisko toczyły si˛ i waliły, poe s e ´ tem nagle w ciemno´c spłynał strumie´ swiatła, prawdziwego, zwykłego swiatłe s´ ˛ n´ dziennego. W gł˛ bi komory, u stóp Froda, otwarły si˛ niskie drzwi; w ich obrae e mowaniu na tle czerwonego wschodu sło´ ca pojawiła si˛ głowa Toma — kapen e ´ lusz, piórko, cały Tom! Swiatło padło na dno komory, na twarze trzech hobbitów le˙ acych obok Froda. Nie poruszyli si˛ , ale chorobliwa blado´c znikn˛ ła z ich z˛ e s´ e ´nie. policzków. Wygladali teraz jak pogra˙ eni w gł˛ bokim, zdrowym s ˛ ˛z e ´ Tom pochylił si˛ , zdjał kapelusz, wszedł do mrocznej komory spiewajac: e ˛ ˛ ´ A wstawaj˙ e, Staruchu, gi´ w słonecznym swietle! z n Kurcz si˛ niby mgła zimna i jak wiatr lamentuj e Po jałowej krainie w dali za górami. . . I nigdy ju˙ nie wracaj! Zostaw pusty Kurhan, z I bad´ mi zapomniany, ciemniejszy ni˙ ciemno´c, ˛z z s´ ´ Gdzie drzwi zamkni˛ te, póki swiat si˛ nie poprawi. . . e e Odpowiedział mu krzyk i cz˛ sc pieczary w gł˛ bi zapadła si˛ z łoskotem. Przee´ ´ e e ciagły wrzask zamarł oddalajac si˛ w nieodgadnione czelu´cie i wszystko ucichło. ˛ ˛ e s — Chod´ , Frodo — rzekł Tom. — Wyjdziemy na czysta traw˛ . Pomó˙ mi z ˛ e z d´ wiga´ swoich przyjaciół. z c We dwóch wynie´li Merry’ego, Pippina i Sama. Opuszczajac Kurhan Frodo s ˛ po raz ostatni odwrócił si˛ i wydało mu si˛ , ze widzi odrabana dło´ jeszcze drgae e ˙ ˛ ˛ n jaca jak zraniony pajak, na kupie zwalonej ziemi. Kiedy Tom wrócił do komory, ˛ ˛ ˛ Frodo słyszał gło´ny tupot i łomotanie, a kiedy wyszedł, okazało si˛ , ze wydobył s e ˙ z Kurhanu ci˛ zkie brzemi˛ skarbów: mnóstwo przedmiotów ze złota, srebra, miee˙ e dzi i brazu, drogie kamienie, naszyjniki i rozmaite drogocenne ozdoby. Wspiał si˛ ˛ ˛ e na zielony kopiec i zło˙ ył to wszystko na szczycie w blasku sło´ ca. z n Stanał trzymajac kapelusz w r˛ ku, z rozwianym włosem, i spojrzał w dół na ˛ ˛ e trzech hobbitów, którzy le˙ eli na wznak w trawie na zachodnim stoku wzgórza. z Podniósł prawa r˛ k˛ i jasnym, rozkazujacym głosem za´piewał: ˛ e e ˛ s Hej, wstawajcie, kompany! Posłuchajcie pobudki, Zimny kamie´ z was opadł! Krzepcie członki i serca! n Brama stoi otwarta – martwa r˛ ka złamana, e Noc pod Noc si˛ w´lizn˛ ła – Brama stoi otworem! e s e

147

Ku rado´ci Froda hobbici poruszyli si˛ , wyciagn˛ li ramiona, przetarli oczy s e ˛ e i nagle skoczyli na równe nogi. Ze zdumieniem spojrzeli najpierw na Froda, potem na Toma, który w całej okazało´ci górował nad nimi ze szczytu kopca; wreszs cie popatrzyli po sobie, zobaczyli, ze sa ubrani w lekkie, białe szaty, ustrojeni ˙ ˛ w diademy, pasy z bladego złota i brz˛ czace swiecidła. e ˛ ´ — Co, u licha. . . — zaczał Merry dotykajac złotej przepaski, która zsun˛ ła mu ˛ ˛ e si˛ na jedno oko. Urwał, cie´ przemknał mu po twarzy, Merry zmru˙ ył powieki. e n ˛ z — Oczywi´cie, pami˛ tam — rzekł. — Noca dopadli nas i pokonali ludzie z Karn s e ˛ Dum. Ach, to ostrze w moim sercu! — Chwycił si˛ za pier´. — Ale co ja mówi˛ ? e s e ´ Sniłem widocznie. Gdzie´ ty si˛ podziewał, Frodo? s e — Zdawało mi si˛ , ze zbładziłem — odparł Frodo — ale wol˛ o tym nie e ˙ ˛ e mówi´ na razie. Zastanówmy si˛ lepiej, co teraz zrobimy. Chod´ my stad! c e z ˛ — W tym stroju, prosz˛ pana? — odezwał si˛ Sam. — Gdzie moje ubranie? — e e Rzucił w traw˛ diadem, pas i pier´cienie, rozejrzał si˛ bezradnie, jakby w nadziei, e s e ze płaszcz, kurtka i spodnie oraz inne szczegóły zwykłej hobbickiej garderoby ˙ le˙ a gdzie´ w pobli˙ u. z˛ s z — Nie znajdziecie ju˙ nigdy swojego ubrania — rzekł Tom zbiegajac z kopca z ˛ ´ i ze smiechem ta´ czac wokół hobbitów w blasku sło´ ca. n ˛ n Mo˙ na by pomy´le´ , ze nie prze˙ yli zadnych niebezpiecze´ stw ani okropnoz s c ˙ z ˙ n ´ sci, bo cała groza ulotniła si˛ z ich serc, kiedy popatrzyli na Toma i zobaczyli e wesołe iskry w jego oczach. — Jak to? — spytał Pippin na pół zaintrygowany, na pół ubawiony. — Dlaczego ju˙ nie znajdziemy? z Tom potrzasnał głowa. ˛ ˛ ˛ — Odnale´ li´cie siebie, wrócili´cie z wielkich gł˛ bi. Ubranie — to mała straz s s e ta, skoro sami ocaleli´cie z toni. Radujcie si˛ , moi mili, grzejcie w sło´ cu dusze s e n i ciała. Zrzu´ cie te zimne szmaty. Pobiegajcie nago po trawie, a Tom tymczasem c ruszy na łowy. ´ W podskokach zbiegł ze wzgórza, gwi˙ d˙ ac i nawołujac. Frodo sledzac go z z˛ ˛ ˛ wzrokiem stwierdził, ze Tom p˛ dzi na południe wzdłu˙ zielonej rozpadliny, dzie˙ e z lacej ich wzgórze od nast˛ pnego, i usłyszał, jak pogwizdujac woła: ˛ e ˛ Hej, tam – ho, chod´ cie! Hej, gdzie˙ to si˛ goni? z z e Daleko, blisko, czy z tamtej strony? Uszko, Ogonek i Nos – i w komplecie Z Białym Kopytkiem ty, miły Pulpecie! ´ Spiewał w p˛ dzie, podrzucał w gór˛ kapelusz i chwytał go w powietrzu, a˙ e e z wreszcie zniknał za garbem terenu, tylko okrzyki: „Hej, hej!” dolatywały z wia˛ trem, wiejacym teraz od południa. ˛ Sło´ ce ju˙ dobrze przygrzewało. Hobbici, posłuszni radom Toma, przez długa n z ˛ chwil˛ biegali po trawie. Potem legli rozkoszujac si˛ ciepłem sło´ ca jak kto´, kogo e ˛ e n s 148

nagle przeniesiono z kraju srogiej zimy pod łaskawsze niebo, albo jak chory, co po długim le˙ eniu w łó˙ ku budzi si˛ niespodzianie pewnego ranka zupełnie zdrów z z e i wita nowy dzie´ z nadzieja. n ˛ Nim Tom wrócił odzyskali siły (i apetyt). Najpierw nad kraw˛ dzia wzgórza e ˛ ukazał si˛ kapelusz, potem cały Tom, a za nim kroczyło posłusznie sze´c kucye s´ ków: pi˛ c wierzchowców hobbitów i jeden obcy. Był to oczywi´cie stary Pulpet, e´ s kuc wi˛ kszy, silniejszy, tłu´ciejszy (i starszy) od pozostałych. Merry, wła´ciciel e s s pi˛ ciu kuców, nie nadał im nigdy imion, ale od owego dnia a˙ do ko´ ca swego e z n zycia przybiegały zawsze na d´ wi˛ k przezwisk, którymi je Tom obdarzył. Wywo˙ z e ływane przez Toma, kolejno wspinały si˛ na szczyt wzgórza i ustawiały w szeregu. e Tom zło˙ ył ukłon hobbitom. z — Prosz˛ , oto wasze kucyki — rzekł. — Okazały si˛ rozsadniejsze (przynaje e ˛ mniej pod pewnymi wzgl˛ dami) od w˛ drownych hobbitów, lepszy maja w˛ ch. e e ˛ e Wyczuły nosem niebezpiecze´ stwo, w które wy wpadli´cie na o´lep, a ratujac si˛ n s s ˛ e ucieczka, uciekły we wła´ciwym kierunku. Wybaczcie im, bo chocia˙ serca maja ˛ s z ˛ wierne, nie sa stworzone do stawiania czoła przera´ liwym upiorom Kurhanów. ˛ z Spójrzcie, wróciły do was i przyniosły nienaruszone baga˙ e. z Merry, Sam i Pippin ubrali si˛ w zapasowa odzie˙ wydobyta z worków; wkróte ˛ z ˛ ce zreszta spocili si˛ , bo musieli powkłada´ grubsze, cieplejsze rzeczy, zabrane ˛ e c w przewidywaniu bliskiej ju˙ zimy. z — A skad si˛ wział ten stary kuc, ów Pulpet? — spytał Frodo. ˛ e ˛ — To mój kucyk — odparł Tom — mój czworonogi przyjaciel. Rzadko co prawda go dosiadam, najcz˛ sciej w˛ druje sobie do woli po stokach. Wasze kue´ e cyki zawarły z nim znajomo´c w mojej stajni; a tej nocy zw˛ szyły go w ciems´ e no´ciach i co pr˛ dzej pobiegły do niego. Wiedziałem, ze Pulpet zaopiekuje si˛ s e ˙ e nimi i znajdzie słowa madro´ci, by za˙ egna´ ich strach. Teraz, mój miły Pulpecie, ˛ s z c stary Tom pojedzie na twoim grzbiecie. Hej! chc˛ odprowadzi´ hobbitów kawae c łek, zeby trafili na go´ciniec, wi˛ c potrzeba mi wierzchowca. Bo niełatwo byłoby ˙ s e mi rozmawia´ z hobbitami, gdyby oni jechali konno, a ja goniłbym za nimi na c własnych nogach. Hobbici z rado´cia przyj˛ li te słowa i zacz˛ li Tomowi dzi˛ kowa´ ; odpowies ˛ e e e c ´ dział im ze smiechem, ze go´ci, którzy taki maja talent do bładzenia, musi odsta˙ s ˛ ˛ wi´ bezpiecznie do granic swojej krainy, bo inaczej nie zaznałby spokoju. c — A mam mnóstwo roboty — rzekł. — Musz˛ si˛ krzata´ , musz˛ spiewa´ , e e ˛ c e´ c gada´ , w˛ drowa´ , strzec okolicy. Nie zawsze b˛ dziecie mieli Toma na zawołanie, c e c e kiedy trzeba otwiera´ lochy albo dziuple w wierzbie. Tom ma własne sprawy, c a Złota Jagoda czeka na niego w domu. Sło´ ce jeszcze nie podniosło si˛ zbyt wysoko, było zapewne troch˛ po dzien e e wiatej, hobbici pomy´leli wi˛ c o jedzeniu. Ostatnim ich posiłkiem był obiad zje˛ s e dzony w południe poprzedniego dnia pod sterczacym głazem. Teraz zjedli resztk˛ ˛ e zapasów, które zabrali z domu Toma i przeznaczali na wczorajsza kolacj˛ , z do˛ e 149

datkiem prowiantów przyniesionych przez Toma. Nie za wiele tego było — zwazywszy okoliczno´ci oraz hobbickie apetyty — lecz pokrzepili si˛ nie´ le. Gdy si˛ ˙ s e z e tym zabawiali, Tom wszedł na szczyt wzgórza i przejrzał zgromadzone tam skarby. Wi˛ kszo´c z nich uło˙ ył w stos, błyszczacy i skrzacy si˛ w´ród trawy. Kazał e s´ z ˛ ˛ e s im tam czeka´ spokojnie na „jakiegokolwiek znalazc˛ , czy to b˛ dzie ptak, czy c e e zwierz, elf, człowiek czy inne stworzenie”. W ten sposób miał zosta´ zniweczoc ny zły urok Kurhanu, by nigdy ju˙ tutaj upiór nie powrócił. Dla siebie wybrał ze z stosu brosz˛ , w której bł˛ kitne kamienie mieniły si˛ rozmaitymi odcieniami, jak e e e łan lnu albo skrzydła niebieskiego motyla. Tom długo przygladał si˛ broszy, jakby ˛ e w nim budziła jakie´ wspomnienia, i kr˛ cił głowa, a wreszcie powiedział: s e ˛ — Oto ładna zabawka dla Toma i jego pani! Pi˛ kna była ta, co przed laty nosiła e ten klejnot na ramieniu. Teraz b˛ dzie go nosiła Złota Jagoda, ale nie zapomnimy e o tamtej pieknej pani. Ka˙ dy z hobbitów dostał sztylet, długi, cienki jak li´c, ostry, cudownej roboty, z s´ dziwerowany w złote i czerwone w˛ zowe desenie. Kiedy je Tom wyciagał z czare˙ ˛ nych pochew, l´niły, bo wykuto je z nieznanego szlachetnego kruszcu, lekkiego, s a mocnego, i ozdobiono bogato drogimi kamieniami. Czy pochwy były szczelne, czy działał tu czar Kurhanu, do´c ze ostrza zdawały si˛ nie tkni˛ te z˛ bem czasu, s´ ˙ e e e ´ bez sladu rdzy, nie st˛ pione i błyszczace w sło´ cu. e ˛ n — Stare no˙ e do´c sa długie, zeby hobbitom słu˙ y´ za miecze — powiedział z s´ ˛ ˙ z c Tom. — Warto mie´ u boku takie ostrze, je´li kto´ z Shire’u w˛ druje na wschód c s s e lub na południe, daleko, ku ciemno´ciom i niebezpiecze´ stwu. s n I powiedział im, ze taka bro´ kuli przed wiekami ludzie z zachodu, którzy byli ˙ ˛ n wrogami Czarnego Władcy, lecz potem zostali pokonani przez złego króla z Karn Dum, w Krainie Angmar. — Mało kto w naszych czasach ich pami˛ ta — mruczał Tom — a przecie˙ e z mo˙ na spotka´ po dzi´ dzie´ synów zapomnianych królów, samotników, którzy z c s n w˛ druja po swiecie i strzega nieopatrznych w˛ drowców przed złymi siłami. e ˛ ´ ˛ e Hobbici nie rozumieli tych jego słów, ale słuchajac ich ujrzeli oczyma wy˛ obra´ ni rozległa przestrze´ minionych wieków jak szeroka, zasnuta cieniem rówz ˛ n ˛ ˛ nin˛ , po której cwałowali m˛ zowie, ro´li i pos˛ pni, z mieczami l´niacymi u boku, e e˙ s e s ˛ a na ko´ cu jechał rycerz z gwiazda na czole. Wizja znikn˛ ła, ockn˛ li si˛ znów na n ˛ e e e słonecznym stoku wzgórza. Pora było rusza´ w drog˛ . Spakowali manatki, osioc e dłali kucyki. Nowe miecze obciagały im skórzane pasy pod kurtkami i hobbici ˛ czuli si˛ troch˛ nieswojo, zadajac sobie w duchu pytanie, czy ta bro´ zda si˛ na e e ˛ n e ˙ co´. Zadnemu z nich nie przyszło dotychczas nigdy do głowy, ze w´ród przygód, s ˙ s w jakie pchnie ich ta wyprawa, mo˙ e si˛ tak˙ e zdarzy´ zbrojna walka. z e z c

Wreszcie ruszyli. Sprowadzili kuce do stóp wzgórza, tam dopiero skoczyli
na siodła i pokłusowali wzdłu˙ doliny. Kiedy si˛ obejrzeli za siebie, zobaczyli z e 150

staro˙ ytny kopiec na wzgórzu i blask sło´ ca niby zółty płomie´ bijacy od stosu z n ˙ n ˛ złota. Potem skr˛ cili zwracajac si˛ bokiem do wy˙ yny Kurhanów i kopiec znikł e ˛ e z im z oczu. ´ Frodo uwa˙ nie rozgladał si˛ na wszystkie strony, nie dostrzegł jednak ani slaz ˛ e du wielkich skał sterczacych na kształt bramy; wkrótce podró˙ ni dotarli do pół˛ z nocnego wylotu doliny, min˛ li go szybko i zobaczyli przed soba otwarty, opae ˛ dajacy ku nizinie teren. Wesoła to była jazda w towarzystwie Toma Bombadila, ˛ który na swoim tłustym kucu cz˛ sto ich wyprzedzał, bo Pulpet ruszał si˛ znacze e nie zwawiej, ni˙ by mo˙ na si˛ spodziewa´ po jego tuszy. Tom prawie nieustannie ˙ z z e c ´ spiewał, lecz przewa˙ nie od rzeczy, albo mo˙ e tylko w niezrozumiałym dla hobz z bitów, dziwnym j˛ zyku, w staro˙ ytnym j˛ zyku, którego wszystkie niemal słowa e z e wyra˙ ały podziw i rado´c. z s´ Posuwali si˛ naprzód ra´ no, ale wkrótce zrozumieli, ze go´ciniec znajduje si˛ e z ˙ s e o wiele dalej, ni˙ im si˛ wydawało. Gdyby nawet nie ogarn˛ ła ich mgła, po zbyt z e e długiej południowej drzemce nie byliby zda˙ yli poprzedniego dnia dojecha´ do ˛z c niego przed zapadni˛ ciem nocy. Czarna kreska, która brali za lini˛ przydro˙ nych e ˛ e z drzew, okazała si˛ pasmem zaro´li na skraju gł˛ bokiej fosy, odgrodzonej po drue s e giej stronie murem. Tom wyja´nił, ze ongi, bardzo dawno temu, tutaj biegła gras ˙ nica królestwa. Powiedział to tak, jakby wiazał z tym miejscem jakie´ smutne ˛ s wspomnienie i nie chciał mówi´ wiele. Zjechali w fos˛ , wspi˛ li si˛ na przeciwc e e e legły jej brzeg, przedostali przez wyłom w murze, a wówczas Tom skierował pochód wprost ku północy, zboczyli bowiem nieco zanadto na zachód. Teren był tutaj otwarty i do´c równy, mogli wi˛ c przyspieszy´ kroku, ale sło´ ce stało nisko s´ e c n na niebie, gdy wreszcie ujrzeli przed soba lini˛ strzelistych drzew i zrozumieli, ˛ e ze w ko´ cu, po tylu nieprzewidzianych przygodach, wrócili na go´ciniec. Ostatni ˙ n s odcinek przebyli galopem i zatrzymali si˛ dopiero w cieniu drzew. Stali na szczye cie nasypu opadajacego skosem ku drodze, która wiła si˛ u ich stóp i umykała ˛ e w dal, szarzejac w zmierzchu. Na tym odcinku prowadziła niemal dokładnie z po˛ łudnio-zachodu na północo-wschód, a na prawo od tego miejsca opadała stromo w rozległa kotlin˛ . Znaczyły ja gł˛ bokie koleiny, a po niedawnej ulewie wszystkie ˛ e ˛ e zagł˛ bienia i wyboje zamieniły si˛ w kału˙ e. e e z Podró˙ ni zjechali z nasypu i rozejrzeli si˛ na dwie strony. Nigdzie wszak˙ e z e z nie było nic wida´ . c — No, jeste´my wreszcie na go´ci´ cu — rzekł Frodo. — Zdaje si˛ , ze nie s s n e ˙ stracili´my wi˛ cej ni˙ dwa dni na moim pomy´le skrócenia drogi przez las. Ale s e z s kto wie, mo˙ e ta zwłoka wyjdzie nam na dobre, je˙ eli tamci zgubili dzi˛ ki temu z z e ´ nasz slad. Przyjaciele spojrzeli na niego. Cie´ strachu przed Czarnymi Je´ d´ cami nagle n z z padł na nich znowu. Odkad wjechali w Stary Las, my´leli niemal wyłacznie o tym, ˛ s ˛ zeby si˛ z powrotem wydosta´ na go´ciniec; dopiero teraz, majac go ju˙ pod sto˙ e c s ˛ z ´ pami, przypomnieli sobie o niebezpiecze´ stwie, które ich sciga i zapewne czyha n 151

na nich w zasadzce na tej wła´nie drodze. L˛ kliwie obejrzeli si˛ w stron˛ , gdzie s e e e sło´ ce zachodziło, lecz brunatny pas go´ci´ ca był pusty. n s n — Czy my´lisz. . . — spytał niepewnie Pippin — czy my´lisz, ze moga nas s s ˙ ˛ ´ sciga´ tej nocy? c — Nie, mam nadziej˛ , ze tej nocy jeszcze was nie b˛ da napastowa´ — odparł e ˙ e ˛ c Tom Bombadil — a mo˙ e i przez jutrzejszy dzie´ b˛ dziecie mieli spokój. Nie z n e ufajcie jednak zbytnio mojej przepowiedni, bo nie twierdz˛ tego na pewno. Na e wschód stad moja wiedza zawodzi. Tom nie jest panem je´ d´ ców z Czarnego ˛ z z Kraju poza granicami swojej dziedziny. Mimo to hobbici bardzo pragn˛ li, zeby Tom pojechał z nimi dalej. Byli przee ˙ konani, ze je´li kto´ umie poradzi´ sobie z Czarnymi Je´ d´ cami — to wła´nie ˙ s s c z z s Tom. Wkrótce mieli si˛ znale´ c w krajach zupełnie nieznanych, o których ledwie e z´ jakie´ niejasne, odległe echa legend docierały do Shire’u, tote˙ w zapadajacym s z ˛ zmierzchu ogarn˛ ła ich t˛ sknota za domem. Poczuli si˛ bardzo samotni i zbłae e e ˛ kani. Stali w milczeniu, wzdragajac si˛ przed my´la o nieodwołalnym rozstaniu, ˛ e s ˛ i nie od razu zrozumieli, ze Tom ju˙ si˛ z nimi zegna, zaleca uzbroi´ serca i jecha´ ˙ z e ˙ c c dalej a˙ do nocy bez popasu. z — Tom pokieruje wami dobra rada a˙ do ko´ ca dzisiejszego dnia, potem mu˛ ˛ z n sicie ju˙ zda´ si˛ na własne szcz˛ scie: o cztery mile stad zobaczycie przy drodze z c e e´ ˛ miasteczko Bree pod wzgórzem Bree, gdzie drzwi domów otwieraja si˛ na za˛ e chód. Znajdziecie tam stara gospod˛ „Pod Rozbrykanym Kucykiem”. Jej zacny ˛ e gospodarz nazywa si˛ Barliman Butterbur. Mo˙ ecie u niego przenocowa´ , ale nae z c ´ zajutrz skoro swit pospieszcie znowu naprzód w swoja drog˛ . Bad´ cie odwa˙ ni, ˛ e ˛ z z lecz i ostro˙ ni! Zachowajcie wesele w sercu i jed´ cie na spotkanie swego losu. z z Prosili go, zeby ich odprowadził bodaj do tej gospody i raz jeszcze wypił z ni˙ ´ mi strzemiennego, lecz Tom ze smiechem odmówił: Tu si˛ ko´ czy kraj Toma, który stad zawróci, e n ˛ Bowiem w domu na´ czeka ju˙ Złota Jagoda. n z Obrócił si˛ na pi˛ cie, podrzucił w gór˛ kapelusz, skoczył na grzbiet Pulpeta, e e e wjechał na przydro˙ ny nasyp i gło´no spiewajac ruszył w zmierzch. z s ´ ˛ Hobbici wspi˛ li si˛ na wał, zeby popatrze´ za odje˙ d˙ ajacym, póki im nie e e ˙ c z z ˛ zniknał z oczu. ˛ — Szkoda, ze si˛ rozstali´my z panem Bombadilem — powiedział Sam. — ˙ e s Dziwna z niego osoba; słowo daj˛ . Cho´ by´my nie wiem jak daleko zajechali, nie e c s spotkamy zacniejszego przyjaciela ani wi˛ kszego cudaka. A nie wypieram si˛ , e e ze mi pilno zobaczy´ tego „Rozbrykanego Kucyka”, o którym wspominał. Mam ˙ c nadziej˛ , ze to co´ w rodzaju naszego „Zielonego Smoka”. Kto mieszka w tym e ˙ s Bree?

152

— Hobbici — odparł Merry — a tak˙ e i ludzie. My´l˛ , ze si˛ tam b˛ dziemy z se ˙ e e czuli swojsko. Gospoda „Pod Kucykiem” jest na pewno bardzo porzadna. Moi ˛ krewniacy bywaja w niej od czasu do czasu. ˛ — Niechby nawet była jak najmilsza — rzekł Frodo — ale znajduje si˛ poe za granicami Shire’u. Nie pozwalajcie tam sobie jak w domu! Prosz˛ was, pae mi˛ tajcie — mówi˛ do wszystkich! — ze nie wolno nikomu wymówi´ nazwiska e e ˙ c Baggins. Je˙ eli b˛ dzie trzeba si˛ przedstawi´ , nazywam si˛ pan Underhill. z e e c e Dosiedli kucyków i milczac ruszyli w wieczornym zmroku. Jechali to z góry, ˛ to pod gór˛ ; wkrótce noc zapadła, a˙ wreszcie zobaczyli w pewnym oddaleniu e z przed soba migocace swiatła. Zagradzało im drog˛ wzgórze Bree, czarna sylwet˛ ˛ ´ e ka na tle przymglonych gwiazd. Na zachodnim stoku tuliło si˛ spore miasteczko. e Pospieszyli ku niemu, st˛ sknieni do ciepłego kominka i radzi odgrodzi´ si˛ zae c e mkni˛ tymi drzwiami od ciemno´ci nocy. e s

ROZDZIAŁ IX

„Pod Rozbrykanym Kucykiem”
Bree było najwi˛ kszym miasteczkiem kraju tej samej nazwy, małego kraiku e
le˙ acego tu niby wyspa po´ród bezludnej okolicy. Prócz Bree istniały tu trzy inz˛ s ne osiedla: Staddle na przeciwnym stoku wzgórza, Combe w gł˛ bokiej dolinie, e wysuni˛ te troch˛ dalej na wschód, i Archet na skraju Zalesia. Wzgórze i osiedla e e otaczał pier´cie´ pól uprawnych i zagospodarowanych lasów, zaledwie na par˛ s n e mil szeroki. Ludzie tutejsi, ciemnowłosi, t˛ dzy, troch˛ kr˛ pej budowy, usposobienia mieli e e e pogodne i niezale˙ ne; nikomu nie podlegali, lecz przyja´ nili si˛ i znali z hobbiz z e tami, krasnoludami i elfami oraz innymi mieszka´ cami okolicy bli˙ ej, ni˙ to na n z z ogół było (i jest) w ludzkim zwyczaju. Twierdzili, ze sa pierwotnymi mieszka´ ˙ ˛ n cami tego kraju i potomkami pierwszych ludzi, którzy zaw˛ drowali na zachód e ´ sródziemnych terenów. Niewielu z nich przetrwało burze Dawnych Dni, lecz kiedy królowie powrócili znów zza Wielkich Mórz, zastali ludzi w Bree; a nawet o wiele pó´ niej, gdy pami˛ c o starych królach przemin˛ ła, lud ten zył jeszcze na z e´ e ˙ tym samym miejscu. W owych czasach zadne inne ludzkie plemi˛ nie obrało so˙ e bie siedziby tak daleko wysuni˛ tej na zachód ani te˙ nie zamieszkało bli˙ ej ni˙ e z z z o sto staj od Shire’u. Lecz na dzikich obszarach poza Bree spotykało si˛ tajemnie czych w˛ drowców. Mieszka´ cy Bree nazywali ich Stra˙ nikami i nic nie wiedzieli e n z o ich pochodzeniu. Byli od ludzi z Bree ro´lejsi i bardziej smagli, podobno obdas rzeni niezwykła siła wzroku i słuchu i znali mow˛ zwierzat i ptaków. W˛ drowali ˛ ˛ e ˛ e swobodnie na południe i na wschód a˙ pod Góry Mgliste, lecz niewielu ich było z i rzadko si˛ pokazywali. Je˙ eli si˛ zjawiali, przynosili wie´ci z daleka i opowiadae z e s li dziwne, zapomniane historie, których słuchano chciwie; mimo to mieszka´ cy n Bree nie zaprzyja´ nili si˛ ze Stra˙ nikami. z e z ˙ Zyło te˙ w Bree wiele rodzin hobbitów, którzy utrzymywali, ze oni wła´nie z ˙ s ´ sa najstarszym o´rodkiem hobbickim w swiecie, zało˙ onym przed wiekami, za˛ s z nim jeszcze plemi˛ to przekroczyło Brandywin˛ i skolonizowało Shire. Najwi˛ cej e e e hobbitów skupiło si˛ w Staddle, lecz nie brakowało ich i w samym Bree, zwłasze cza na wy˙ szych stokach wzgórza, ponad domami ludzkimi. Du˙ ych i Małych z z 154

Ludzi — jak si˛ wzajemnie nazywali — łaczyły przyjazne stosunki, ka˙ de plemi˛ e ˛ z e pilnowało własnych spraw i załatwiało je wedle własnego obyczaju, lecz oba uwazały si˛ za równouprawnionych i rdzennych obywateli kraju. W zadnym innym ˙ e ˙ ´ kraju swiata nie istniał tak niezwykły (a przy tym doskonały) układ. Mieszka´ cy n Bree — wi˛ ksi czy mniejsi — niewiele podró˙ owali; interesy ich ograniczały si˛ e z e wła´ciwie do czterech osiedli. Od czasu do czasu który´ z tutejszych hobbitów zas s ´ puszczał si˛ a˙ do Bucklandu albo do Wschodniej Cwiartki. Ale hobbici z Shire’u e z tymi czasy bardzo rzadko odwiedzali nawzajem ich kraik, chocia˙ był on ledwie z o dzie´ jazdy oddalony od mostu na Brandywinie. Niekiedy jaki´ Bucklandczyk n s albo zadny przygód Tuk zatrzymywał si˛ na noc lub dwie w tutejszej gospodzie, ˙˛ e lecz i te wycieczki zdarzały si˛ ostatni coraz rzadziej. Hobbici z Shire’u nazye wali swoich pobratymców zyjacych w Bree i wszystkich o´ciennych krajach — ˙ ˛ s Obcymi; mało si˛ nimi interesowali, uwa˙ ajac ich za t˛ pych prostaków. Na zachoe z ˛ e dzie zyło wówczas zapewne w rozproszeniu wi˛ cej tych „obcych” hobbitów, ni˙ ˙ e z przypuszczali obywatele Shire’u. Byli mi˛ dzy nimi oczywi´cie włócz˛ dzy, gotowi e s e wykopa´ byle jaka nork˛ w jakimkolwiek pagórku i mieszka´ w niej dopóty, póki c ˛ e c im si˛ nie sprzykrzyła. Ale w Bree — je´li ju˙ nie gdzie indziej — zyli hobbici e s z ˙ stateczni i zamo˙ ni, wcale nie gorzej okrzesani ni˙ ich przeci˛ tni dalecy krewniaz z e cy z Shire’u. Nie wygasła te˙ tutaj pami˛ c czasów, kiedy mi˛ dzy dwoma krajami z e´ e ruch był bardzo o˙ ywiony. Bad´ co bad´ w zyłach Brandybucków niewatpliwie z ˛z ˛z ˙ ˛ płyn˛ ła krew plemienia z Bree. e

Miasteczko Bree liczyło około setki kamiennych domów Ludzi, skupionych
przewa˙ nie nad go´ci´ cem, uczepionych stoku wzgórza i zwróconych oknami ku z s n zachodowi. Od tej strony biegł łukiem, niemal zamkni˛ tym kołem, gł˛ boki rów, e e zaczynajacy si˛ na zboczu i na zbocze powracajacy, a na wewn˛ trznym jego brze˛ e ˛ e gu rósł zywopłot. Go´ciniec biegł nad rowem po grobli, lecz docierajac do zywo˙ s ˛ ˙ płotu trafiał na ogromna zamkni˛ ta bram˛ . Druga taka brama zagradzała wylot ˛ e ˛ e go´ci´ ca z miasteczka. Obie bramy zamykano z zapadni˛ ciem nocy, lecz w mas n e łych domkach tu˙ za nimi czuwali od´ wierni. z z Dalej, w miejscu gdzie go´ciniec okra˙ ajac wzgórze skr˛ cał w prawo, stała s ˛z ˛ e obszerna gospoda. Zbudowano ja ongi, kiedy ruch był znacznie bardziej o˙ ywio˛ z ny. Bree znajdowało si˛ bowiem na skrzy˙ owaniu starych szlaków; po zachodniej e z stronie wioski opodal fosy przecinała Wschodni Go´ciniec druga droga, ongi bars ´ dzo ucz˛ szczana przez ludzi i wszelkie inne plemiona. We Wschodniej Cwiartce e zachowało si˛ porzekadło: „Dziwne jak nowiny z Bree”, pochodzace z owych e ˛ czasów, kiedy w gospodzie mo˙ na było posłysze´ wie´ci z północy, z południa z c s i wschodu, a hobbici z Shire’u cz˛ sto zagladali tutaj, by si˛ czego´ dowiedzie´ . e ˛ e s c Od dawna wszak˙ e kraje północne opustoszały, a go´ciniec z północy, nie u˙ ywaz s z ny, zarósł trawa tak, ze go w Bree nazwano Zielona Scie˙ ka. ˛ ˙ ˛´ z ˛ 155

Gospoda jednak stała tu nadal, a jej wła´ciciel był wa˙ na osobisto´cia. W jego s z ˛ s ˛ domu spotykali si˛ wszyscy pró˙ niacy, gaduły, w´cibscy spo´ród małych i due z s s zych mieszka´ ców czterech osiedli; tutaj te˙ zatrzymywali si˛ Stra˙ nicy oraz inni ˙ n z e z w˛ drowcy czy podró˙ ni (przewa˙ nie krasnoludy), którzy si˛ jeszcze kr˛ cili po e z z e e Wschodnim Go´ci´ cu mi˛ dzy górami a krajem hobbitów. s n e ´ Ciemno ju˙ było i białe gwiazdy swieciły, gdy Frodo ze swoja˛ kompania˛ doz ´ z jechał wreszcie do rozdro˙ a Zielonej Scie˙ ki i zbli˙ ył si˛ do miasteczka. Stan˛ li z z e e pod Zachodnia Brama i zastali ja zamkni˛ ta, ale na progu swego domku za bra˛ ˛ ˛ e ˛ ma siedział od´ wierny. Zerwał si˛ na ich widok i wznoszac do góry latarni˛ , ze ˛ z e ˛ e zdumieniem spojrzał poprzez bram˛ na przybyszy. e — Czego chcecie i skad jeste´cie? — spytał szorstko. ˛ s — Chcemy si˛ dosta´ do gospody — odpowiedział Frodo. — Podró˙ ujemy e c z na wschód i nie mo˙ emy noca jecha´ dalej. z ˛ c — Hobbici! Czterech hobbitów! A na dobitk˛ , hobbici z Shire’u, sadzac z wye ˛ ˛ mowy! — rzekł od´ wierny z cicha, jakby do siebie. Przez chwil˛ przygladał im z e ˛ si˛ ponuro, potem niespiesznie otworzył wrota i pozwolił im wjecha´ . — Rzadko e c teraz widujemy noca na go´ci´ cu obywateli z Shire’u — powiedział, kiedy za˛ s n trzymali si˛ pod drzwiami jego domku. — Wybaczcie, ale bardzo jestem ciekawy, e po co dalej wybieracie si˛ na wschód od Bree. Czy wolno zapyta´ o nazwiska? e c — Po co jedziemy i jak si˛ nazywamy, to ju˙ nasza sprawa. Nie pora i nie mieje z sce na gaw˛ dy — odparł Frodo, któremu nie podobała si˛ mina i ton od´ wiernego. e e z — Pewnie, ze to wasza sprawa — rzekł tamten — ale moja sprawa wypytywa´ ˙ c go´ci, którzy przyje˙ d˙ aja po nocy. s z z ˛ — Jeste´my hobbici z Bucklandu, podró˙ ujemy, bo tak nam si˛ podoba, s z e i chcemy przenocowa´ w tej gospodzie — wtracił si˛ Merry. — Nazywam si˛ c ˛ e e Brandybuck. Czy to ci wystarczy? Mieszka´ cy Bree słyn˛ li dawniej z grzecznon e ´ sci dla podró˙ nych, tak przynajmniej słyszałem. z — Dobrze, ju˙ dobrze — odparł od´ wierny. — Nie chciałem was obrazi´ . Ale z z c zapewne przekonacie si˛ , ze nie tylko Harry spod bramy lubi zadawa´ pytania. e ˙ c Kr˛ ca si˛ tu dziwne osoby. Je˙ eli zajedziecie „Pod Rozbrykanego Kucyka”, nie e ˛ e z b˛ dziecie tam jedynymi go´cmi. e s´ ˙ Zyczył im dobrej nocy, oni za´ nie wdawali si˛ wi˛ cej w rozmow˛ . Frodo s e e e ´ jednak zauwa˙ ył w swietle latarni, ze od´ wierny wcia˙ jeszcze przyglada im si˛ z ˙ z ˛z ˛ e ciekawie, tote˙ rad był, gdy usłyszał szcz˛ k zamykanej bramy i gdy si˛ wszyscy z e e od niej wreszcie oddalili. Zastanawiała go podejrzliwo´c tego człowieka; przyszło s´ mu na my´l, ze mo˙ e kto´ za dnia wypytywał go, czy nie widział podró˙ ujacej s ˙ z s z ˛ kompanii hobbitów. Mo˙ e Gandalf? Czarodziej mógł przecie˙ dotrze´ tutaj przez z z c ten czas, który czterej przyjaciele zmarudzili w Starym Lesie i na Kurhanach. Co´ s jednak w minie i głosie od´ wiernego niepokoiło Froda. z 156

Od´ wierny chwil˛ patrzał za hobbitami, potem wszedł do wn˛ trza swego doz e e mu. Ledwie si˛ odwrócił, jaka´ ciemna posta´ szybko wspi˛ ła si˛ przez bram˛ e s c e e e i znikn˛ ła w ciemnej uliczce osiedla. e Hobbici łagodnym zboczem wjechali na wzgórze, min˛ li kilka rozproszonych e domów i stan˛ li przed gospoda. Domy tu wydawały im si˛ bardzo du˙ e i dzie ˛ e z waczne. Samowi, gdy zobaczył trzypi˛ trowa gospod˛ z mnóstwem okien, serce e ˛ e si˛ scisn˛ ło. Spodziewał si˛ , ze w tej podró˙ y spotka mo˙ e olbrzymów wy˙ szych e´ e e ˙ z z z ni˙ drzewa oraz inne, jeszcze bardziej przera˙ ajace istoty; lecz w tym momencie z z ˛ widok Du˙ ych Ludzi i ich ogromnych domów zupełnie mu wystarczył, a nawet z przepełnił miar˛ ponurych i nu˙ acych prze˙ y´ ostatnich dni. Zdawało mu si˛ , ze e z˛ z c e ˙ w ciemnych zakamarkach dziedzi´ ca stoja w pogotowiu osiodłane czarne ruman ˛ ki, a Czarni Je´ d´ cy sledza przybyszów, ukryci w ciemnych oknach na górnych z z ´ ˛ pi˛ trach gospody. e — Chyba nie zostaniemy tutaj na noc, prawda, prosz˛ pana?! — wykrzyknał. e ˛ — Skoro tu mieszkaja hobbici, czemu nie poszuka´ u którego´ z nich go´ciny? ˛ c s s Byłoby nam o wiele bardziej swojsko. — Co ci si˛ nie podoba w tej gospodzie? — spytał Frodo. — Tom Bombadil e ja polecał. Mam nadziej˛ , ze wn˛ trze oka˙ e si˛ przytulne. ˛ e ˙ e z e Nawet i z zewnatrz dla oswojonego oka gospoda wygladała mile. Frontem ˛ ˛ zwrócona do go´ci´ ca, dwoma skrzydłami wcinała si˛ w stok wzgórza tak, ze s n e ˙ okna, które od tej strony spogladały z wysoko´ci drugiego pi˛ tra, od drugiej znaj˛ s e dowały si˛ na równi z ziemia. Mi˛ dzy obu skrzydłami szeroka sklepiona brama, e ˛ e do której wiodło kilka wygodnych schodów, prowadziła na dziedziniec. Drzwi ´ stały otworem i płynał z nich snop swiatła. Nad brama wisiała zapalona latarnia, ˛ ˛ a ni˙ ej kołysał si˛ szyld z godłem gospody: spasiony biały kucyk wspi˛ ty d˛ ba. z e e e Napis wielkimi białymi literami głosił: „Pod Rozbrykanym Kucykiem — Gospoda Barlimana Butterbura”. Z licznych okien parteru zza grubych zasłon przenikało ´ swiatło. Gdy hobbici stali w rozterce po ciemku pod brama, kto´ we wn˛ trzu domu ˛ s e zaczał spiewa´ wesoło i zaraz przyłaczył si˛ do pie´ni chór rozbawionych gło˛ ´ c ˛ e s sów. Podró˙ ni chwil˛ przysłuchiwali si˛ tym wabiacym d´ wi˛ kom, potem zsiedli z e e ˛ z e z kuców. Pie´n sko´ czyła si˛ , buchn˛ ły smiechy i oklaski. s´ n e e ´ Hobbici wprowadzili kucyki przez bram˛ i zostawili je na dziedzi´ cu, a sae n mi wbiegli na schody. Frodo szedł pierwszy i omal nie zderzył si˛ z małym łye sym grubasem o rumianej twarzy. Przepasany białym fartuchem, grubas wybiegał z jednych drzwi i zmierzał ku drugim niosac na tacy pełne kufle. ˛ — Czy mogliby´my. . . — zaczał Frodo. s ˛ — Chwileczk˛ , przepraszam! — krzyknał grubas przez rami˛ i zniknał e ˛ e ˛ w zgiełku i obłokach dymu. Po minucie wrócił ocierajac fartuchem r˛ ce. ˛ e — Dobry wieczór, paniczu — powiedział kłaniajac si˛ Frodowi. — Czym ˛ e mo˙ emy słu˙ y´ ? z z c 157

— Prosimy o nocleg dla czterech osób i stajni˛ dla pi˛ ciu kucyków, je´li to e e s mo˙ liwe. Czy z panem Butterburem mam przyjemno´c? z s´ — Tak jest! Na imi˛ mi Barliman. Barliman Butterbur do usług. Panowie e z Shire’u, czy tak? — To mówiac nagle plasnał si˛ dłonia w czoło, jakby usi˛ ˛ e ˛ łujac sobie co´ przypomnie´ . — Hobbici! — zawołał. — Co´ mi to przypomina, ˛ s c s ale co? Czy wolno spyta´ o nazwiska? c — Pan Tuk i pan Brandybuck — rzekł Frodo — a to jest Sam Gamgee. Ja nazywam si˛ Underhill. e — No, prosz˛ ! — krzyknał pan Butterbur prztykajac palcami. — Ju˙ miałem e ˛ ˛ z i znów mi uciekło! Ale wróci, zebym tylko miał wolna chwil˛ , to pozbieram my˙ ˛ e ´ sli. Nóg wprost nie czuj˛ , ale zrobi˛ dla panów, co si˛ da. Niecz˛ sto miewamy e e e e go´ci z Shire’u ostatnimi czasy, nie darowałbym sobie, gdybym panów godnie nie s przyjał. Tylko ze tłok dzisiaj w domu, jakiego ju˙ dawno nie było. Jak to mówia, ˛ ˙ z ˛ nie ma deszczu bez ulewy. . . Hej! Nob! — krzyknał. — Gdzie si˛ podziewasz, ˛ e marudna niedojdo? Nob! — Ju˙ lec˛ , ju˙ lec˛ ! z e z e Z sali wypadł hobbit miłej powierzchowno´ci i na widok podró˙ nych stanał s z ˛ jak wryty wlepiajac w nich wzrok z zywym zainteresowaniem. ˛ ˙ — Gdzie jest Bob? — spytał gospodarz. — Nie wiesz? No, to go poszukaj. Migiem! Ja tak˙ e nie mam trzech par nóg ani oczu. powiedz Bobowi, ze trzeba z ˙ wzia´ pi˛ c kucyków na stajni˛ . Musi dla nich znale´ c miejsce. ˛c e ´ e z´ Nob u´miechnał si˛ , mrugnał porozumiewawczo i wybiegł p˛ dem. s ˛ e ˛ e — Zaraz, zaraz, co to ja chciałem rzec? — mówił pan Butterbur znów klepiac si˛ po czole. — Mo˙ na powiedzie´ , ze jedno wygania drugie z pami˛ ci. Ta˛ e z c ˙ e kie mam dzi´ tutaj urwanie głowy! najpierw wczoraj wieczorem przyjechała cała s kompania Zielona Scie˙ ka z południa, a to ju˙ był niezwyczajny poczatek. Po˛´ z ˛ z ˛ tem dzi´ po południu zjawiły si˛ w˛ drowne krasnoludy ciagnace na zachód. A tes e e ˛ ˛ ˙ raz wy! Zeby nie to, ze´cie hobbici, chyba bym ju˙ was nie przyjał na kwater˛ . ˙ s z ˛ e Ale mam w północnym skrzydle par˛ pokoi specjalnie swego czasu dla hobbitów e zbudowanych. Na parterze, jak to hobbici lubia. Okna okragłe, a wszystkie we˛ ˛ dle hobbickiego gustu. Mam nadziej˛ , ze wam b˛ dzie wygodnie. Nie watpi˛ , ze e ˙ e ˛ e ˙ chcecie te˙ dosta´ kolacj˛ . Postaramy si˛ co´ zrobi´ napr˛ dce. Prosz˛ t˛ dy! z c e e s c e e e Zaprowadził ich przez krótki korytarz, otworzył jakie´ drzwi. s — Tu jest przyjemny salonik — rzekł. — Spodziewam si˛ , ze panów zadowoe ˙ li. A teraz prosz˛ wybaczy´ . Mam tyle roboty. . . Ani chwilki, zeby porozmawia´ ! e c ˙ c Musz˛ si˛ uwija´ . Za du˙ o doprawdy na jedna par˛ nóg, a mimo to brzuch mi e e c z ˛ e nie chce spa´c. Zajrz˛ tu pó´ niej. je´liby panowie czego´ potrzebowali, prosz˛ s´ e z s s e dzwoni´ , a Nob zaraz przybiegnie. Gdyby nie przybiegł, dzwo´ cie i krzyczcie. c n Wyszedł wreszcie zostawiajac ich nieco oszołomionych. Barliman Butterbur ˛ miał wida´ niewyczerpane zapasy wymowy, której nawet nadmiar pracy nie mógł c powstrzyma´ . Hobbici znale´ li si˛ w małym, przytulnym pokoju. Przy kominku, c z e 158

na którym płonał jasny ogieniek, stały wygodne niskie fotele. Okragły stół był ˛ ˛ ju˙ nakryty białym obrusem, co prawda na razie figurował na nim tylko ogromny z r˛ czny dzwonek. Wkrótce jednak słu˙ acy hobbit, imieniem Nob, nie czekajac na e z˛ ˛ dzwonek, przybiegł niosac swiece i talerze na tacy. ˛ ´ — Co panowie ka˙ a poda´ do picia? — spytał. — Mo˙ e zechca panowie obejz˛ c z ˛ rze´ sypialnie, póki kolacja nie gotowa? c Zda˙ yli si˛ umy´ i wypi´ pół sporego kufla piwa, nim zjawili si˛ znowu pan ˛z e c c e Butterbur i Nob. W mig nakryli do stołu. Na kolacj˛ była goraca zupa, zimne mi˛ e ˛ e ´ z so, ciasto z jagodami, swie˙ y chleb, masło, twaro˙ ek — słowem, proste, smaczne z potrawy, jakich by si˛ Shire nie powstydził, a tak swojskie, ze nieufno´c Sama e ˙ s´ (znacznie ju˙ u´mierzona wybornym piwem) rozwiała si˛ do reszty. z s e Gospodarz krzatał si˛ koło nich przez chwil˛ , po czym zaczał si˛ zbiera´ do ˛ e e ˛ e c odej´cia. s — Nie wiem, czy panowie b˛ da mieli ochot˛ po kolacji przyłaczy´ si˛ do całee ˛ e ˛ c e go towarzystwa — rzekł stojac ju˙ w progu. — Mo˙ e wola panowie wcze´nie si˛ ˛ z z ˛ s e poło˙ y´ . Gdyby´cie jednak zechcieli łaskawie, wszyscy b˛ da wam radzi. Niecz˛ z c s e ˛ e sto widujemy tu obcych. . . to jest, chciałem powiedzie´ , go´ci z Shire’u, ch˛ tnie c s e posłuchamy nowin albo opowie´ci czy pie´ni, wszystkiego, na co panom przyjs s dzie ch˛ c. Oczywi´cie, panów wola! Prosz˛ dzwoni´ , gdyby czego´ brakowało. e´ s e c s Po kolacji (czyli po trzech kwadransach solidnej roboty, nie zakłócanej czczymi rozmowami) tak si˛ czuli pokrzepieni i rozochoceni, ze Frodo, Pippin i Sam e ˙ postanowili przyłaczy´ si˛ do towarzystwa bawiacego w gospodzie. Tylko Merry ˛ c e ˛ o´wiadczył, ze nie lubi tłoku. s ˙ — Posiedz˛ sobie spokojnie przy kominku, a pó´ niej mo˙ e wyjd˛ odetchna´ e z z e ˛c ´ z swie˙ ym powietrzem. Bad´ cie tam grzeczni i nie zapomnijcie, ze nasza ucieczka ˛ z ˙ jest pono tajemnica, i ze jeste´cie jeszcze w drodze, wcale niedaleko od Shire’u! ˛ ˙ s — Dobrze, dobrze! — odparł Pippin. — Ty bad´ te˙ grzeczny! Nie zgub si˛ , ˛z z e ´ nie zabład´ i nie zapomnij, ze najbezpieczniej siedzie´ w czterech scianach. ˛z ˙ c

Cała kompania zebrała si˛ w du˙ ej sali gospody. Towarzystwo było liczne e z ´ i mieszane, jak stwierdził Frodo, gdy oczy oswoiły si˛ ze swiatłem. Dostarczały e go głównie polana płonace jasno na kominku, bo trzy lampy zawieszone pod pu˛ ´ łapem swieciły m˛ tnie i przesłaniał je g˛ sty dym. Barliman Butterbur stał w poe e bli˙ u kominka rozmawiajac z kilku krasnoludami oraz paru lud´ mi dziwacznej z ˛ z powierzchowno´ci. Na ławach rozsiedli si˛ rozmaici go´cie: ludzie z Bree, gros e s madka miejscowych hobbitów (trzymajaca si˛ razem i zatopiona w pogaw˛ dce), ˛ e e jeszcze paru krasnoludów, a tak˙ e jakie´ niewyra´ ne postacie, które trudno było z s z rozpozna´ w mrocznych katach. c ˛ Kiedy hobbici z Shire’u weszli, mieszka´ cy Bree powitali ich przyjaznym n chórem. Obcy go´cie, a zwłaszcza ci, którzy przyjechali Zielona Scie˙ ka z pos ˛´ z ˛
159

łudnia, przygladali im si˛ ciekawie. Gospodarz zapoznał nowo przybyłych ze ˛ e swoimi rodakami, ale załatwił to tak szybko, ze nie mogli si˛ zorientowa´ , które ˙ e c nazwisko do kogo nale˙ y. Wszystkie niemal nazwiska ludzi z Bree przypominaz ły nazwy botaniczne i brzmiały dla uszu hobbitów z Shire’u do´c dziwacznie. s´ Niektórzy spo´ród hobbitów nazywali si˛ podobnie jak ludzie. Wi˛ kszo´c jeds e e s´ nak nosiła zwyczajne hobbickie nazwiska, a wi˛ c Banks, Brockhouse, Longhole, e Sandheaver czy Tunnely, rozpowszechnione równie˙ w Shire. Znalazło si˛ kilki z e Underhillów ze Staddle, a ze nie wyobra˙ ali sobie wspólnoty nazwiska bez po˙ z krewie´ stwa, przygarn˛ li Froda od razu jak odzyskanego kuzyna. Hobbici z Bree n e byli z natury przyjacielscy i dociekliwi, tote˙ Frodo wkrótce zrozumiał, ze nie z ˙ wymiga si˛ od wyja´nie´ na temat swoich poczyna´ . Wyznał wi˛ c, ze interesuje e s n n e ˙ si˛ historia oraz geografia (co przyj˛ li kiwajac z zapałem głowami, jakkolwiek e ˛ ˛ e ˛ zadne z tych słów nie było pospolite w tutejszym dialekcie). Powiedział, ze za˙ ˙ mierza napisa´ ksia˙ k˛ (na to oniemieli ze zdumienia) i ze wraz z przyjaciółmi c ˛z e ˙ zbiera wiadomo´ci o zyciu hobbitów poza granicami Shire’u, szczególnie w kras ˙ jach wschodnich. Wówczas zacz˛ li gada´ wszyscy naraz. Gdyby Frodo naprawd˛ chciał napisa´ e c e c ksia˙ k˛ i gdyby miał wi˛ cej ni˙ jedna par˛ uszu, zebrałby w ciagu pi˛ ciu minut ˛z e e z ˛ e ˛ e materiał do kilku rozdziałów. Je´liby mu to nie wystarczyło, gotowi byli sporzas ˛ dzi´ długa list˛ osób — z „kochanym starym Barlimanem” na czele — zdolnych c ˛ e udzieli´ bardziej szczegółowych informacji. Poniewa˙ jednak Frodo nie zdradzał c z ochoty tworzenia swego dzieła natychmiast i w sali gospody, hobbici powrócili do pyta´ o nowiny z Shire’u. Frodo odpowiadał niezbyt skwapliwie, tote˙ wkrótn z ce znalazł si˛ osamotniony w kacie i zaczał si˛ przysłuchiwa´ oraz przyglada´ e ˛ ˛ e c ˛ c towarzystwu. Ludzie i krasnoludy mówili przewa˙ nie o wydarzeniach odległych i powtaz rzali sobie wiadomo´ci, z którymi Frodo zda˙ ył si˛ ju˙ a˙ nadto oswoi´ . Gdzie´ s ˛z e z z c s ´ zdaleko na południu szerzył si˛ niepokój, ludzie, którzy przybyli Zielona Scie˙ e ˛ ka, wynie´li si˛ stamtad i szukali, jak si˛ zdawało, kraju, gdzie mogliby osia´c ˛ s e ˛ e ˛s ´ spokojnie. Mieszka´ cy Bree wprawdzie szczerze im współczuli, lecz najwyra´ n z niej nie mieli ochoty przyjmowa´ wi˛ kszej liczby cudzoziemców do swojej małej c e ojczyzny. Jeden z podró˙ nych, człowiek szpetny i zezowaty, prorokował na najz bli˙ sza przyszło´c wielki napływ zbiegów z południa. z ˛ s´ — Je˙ eli im nie udzielicie miejsca, znajda je sobie sami. Maja takie samo z ˛ ˛ prawo do zycia jak inni — powiedział gło´no. ˙ s Mieszka´ cy Bree kwa´nymi minami pokwitowali t˛ przepowiedni˛ . Hobbici n s e e puszczali mimo ucha te rozmowy, które na razie ich nie dotyczyły. Duzi Ludzie nie moga przecie˙ szuka´ kwater w hobbickich norach. Znacznie bardziej intere˛ z c sowali ich Sam i Pippin, którzy, zupełnie ju˙ w gospodzie zadomowieni, wesoło z ´ rozpowiadali nowiny z Shire’u. Pippin wywołał wiele smiechu historyjka o za˛ waleniu si˛ stropu ratusza w Michel Delving: burmistrz, Will Whitfoot, najgrube 160

´ szy hobbit w całej Zachodniej Cwiartce, zasypany został tynkiem tak, ze wyla˙ złszy przypominał przyprószony cukrem paczek. Zadawano jednak tak˙ e pytania ˛ z kłopotliwe dla Froda. Jeden z miejscowych hobbitów, który wida´ nieraz bywał c w Shire, koniecznie chciał wiedzie´ , gdzie mieszkała rodzina Underhillów i jakie c miała koligacje. ´ Nagle Frodo spostrzegł, ze siedzacy w cieniu pod sciana m˛ zczyzna, z wy˙ ˛ ˛ e˙ gladu cudzoziemiec, ogorzały od sło´ ca i wiatru przysłuchuje si˛ tej pogaw˛ dce ˛ n e e ´ z niezwykła uwaga. Obcy człowiek popijał z wysokiego kufla i cmił fajk˛ na dłu˛ ˛ e gim, dziwnie rze´ bionym cybuchu. Nogi wyciagnał przed siebie pokazujac buty z ˛ ˛ ˛ z cholewami sporzadzone z mi˛ kkiej skóry i zgrabnie przylegajace do łydek, lecz ˛ e ˛ mocno zniszczone i zabłocone. Otulony był w dobrze wysłu˙ ony, gruby, ciemnoz zielony płaszcz i mimo goraca w izbie naciagnał kaptur na głow˛ tak, ze twarz ˛ ˛ ˛ e ˙ ´ nikn˛ ła w jego cieniu, tylko błysk oczu zdradzał zainteresowanie, z jakim sledził e hobbitów. — Co to za jeden? — spytał Frodo, gdy udało mu si˛ szepna´ słówko panu e ˛c Butterburowi. — Nie pami˛ tam, zeby´cie go nam przedstawili. e ˙ s — Ten tam? — równie˙ szeptem odpowiedział gospodarz zerkajac nieznaczz ˛ nie spod oka. — Nie wiem nic pewnego. jeden z tych w˛ drowców, nazywamy e ich Stra˙ nikami. Małomówny go´c, ale je˙ eli si˛ odezwie, zawsze ma co´ ciekaz s´ z e s wego do opowiedzenia. Znika na miesiac albo na rok, potem znów tutaj zaglada. ˛ ˛ Wiosna kr˛ cił si˛ tutaj ustawicznie, ale ostatnimi czasy jako´ go nie widziałem. ˛ e e s Prawdziwego jego nazwiska nigdy nie słyszałem, znaja go w okolicy wszyscy ˛ z przezwiska Obie˙ y´wiat. Chodzi wielkimi krokami, nogi ma długie, ale nikomu z s si˛ nie zwierza, dokad mu tak pilno i dlaczego. Kto by tam zreszta zrozumiał dzie ˛ ˛ waków ze wschodu i zachodu, jak si˛ to mówi w Bree majac na my´li Stra˙ ników e ˛ s z i hobbitów z Shire’u, z pa´ skim przeproszeniem. Zabawny zbieg okoliczno´ci, ze n s ˙ pan o niego pyta, bo. . . — Ale w tej chwili kto´ odwołał gospodarza domagajac s ˛ si˛ piwa i pan Butterbur nie wytłumaczył Frodowi, co w tym widział zabawnego. e Frodo zauwa˙ ył, ze Obie˙ y´wiat patrzy teraz wprost na niego, jakby si˛ doz ˙ z s e my´lił, ze o nim była mowa. Skinał r˛ ka i kiwnał głowa zapraszajac Froda do s ˙ ˛ e ˛ ˛ ˛ ˛ swojego stołu. Kiedy hobbit przysunał si˛ , obcy człowiek zrzucił kaptur odsła˛ e niajac potargane bujne włosy, ciemne, lecz przetykane siwizna, i ukazujac blada, ˛ ˛ ˛ ˛ surowa twarz o bystrych, szarych oczach. ˛ ´ — Nazywam si˛ Obie˙ y´wiat — rzekł sciszonym głosem. — Bardzo mi miło e z s pozna´ pana, panie. . . Underhill, je˙ eli stary Butterbur nie pomylił nazwiska. c z — Nie pomylił — chłodno odpowiedział Frodo. Bardzo nieswojo si˛ czuł pod e przenikliwym spojrzeniem tych szarych oczu. — Na twoim miejscu — ciagnał Obie˙ y´wiat — powstrzymałbym młodych ˛ ˛ z s przyjaciół, którzy zanadto rozpuszczaja j˛ zyki. Piwo, ogie´ na kominku, przypad˛e n kowe znajomo´ci — to rzeczy przyjemne, ale. . . ale nie jeste´my w Shire. Kr˛ ca s s e ˛ si˛ tu rozmaite dziwne figury. Pewnie my´lisz, ze kto jak kto, ale ja nie mam prae s ˙ 161

wa tego mówi´ ? — dodał wykrzywiajac usta w u´miechu, zauwa˙ ywszy wida´ c ˛ s z c wyraz oczu Froda. — Pokazali si˛ w ostatnich dniach jeszcze dziwniejsi go´cie e s w Bree — powiedział, bystro patrzac w twarz hobbitowi. ˛ Frodo odwrócił wzrok, ale nic nie rzekł, a tamten przestał nalega´ . Cała uwag˛ c ˛ e po´wi˛ cił teraz Pippinowi. Frodo z przera˙ eniem u´wiadomił sobie, ze lekkomy´ls e z s ˙ s ny młody Tuk, zach˛ cony sukcesem, jaki odniosła jego anegdotka o grubym bure mistrzu z Michel Delving, popisuje si˛ z kolei humorystycznym opowiadaniem e o po˙ egnalnym przyj˛ ciu urodzinowym Bilba. Wła´nie na´ladował Bilba wygłaz e s s szajacego mow˛ i zbli˙ ał si˛ do najwi˛ kszego efektu — tajemniczego znikni˛ cia. ˛ e z e e e Zirytowało to Froda. Oczywi´cie, dla wi˛ kszo´ci miejscowych hobbitów była s e s to do´c nieszkodliwa historia, po prostu jedna z wielu dykteryjek o dziwakach zza s´ Rzeki; lecz niektórzy z obecnych (na przykład Butterbur) mogli to i owo wiedzie´ , c słyszeli zapewne niegdy´ pogłoski kra˙ ace wokół znikni˛ cia Bilba. Opowiadanie s ˛z ˛ e Pippina przypomni im nazwisko Bagginsów, tym bardziej, je´li kto´ w Bree dos s pytywał si˛ o nie w ostatnich czasach. e Frodo siedział jak na szpilkach, nie wiedzac, co pocza´ . Pippin był najwi˛ ˛c doczniej ogromnie zadowolony, ze skupia na sobie powszechna uwag˛ , i zupełnie ˙ ˛ e zapomniał o niebezpiecze´ stwie. Frodo nagle si˛ zlakł, ze w tym nastroju przyn e ˛ ˙ jaciel mo˙ e nawet napomkna´ o Pier´cieniu — a to ju˙ oznaczałoby niechybna z ˛c s z ˛ katastrof˛ . e — Zrób co´, i to zaraz! — szepnał Frodowi do ucha Obie˙ y´wiat. s ˛ z s Frodo zerwał si˛ , wskoczył na stół i zabrał głos. W ten sposób rozproszył e uwag˛ słuchaczy Pippina. Ten i ów hobbit spojrzał na Froda, roze´miał si˛ i przye s e klasnał, my´lac, ze panu Underhillowi piwo zaprószyło głow˛ . ˛ s ˛ ˙ e Frodo zaraz si˛ speszył i — jak to było jego zwyczajem, ilekro´ przemawiał e c — zaczał nerwowo przebiera´ palcami w kieszeniach. Wymacał Pier´cie´ na ła´ ˛ c s n n cuszku i nagle, nie wiadomo dlaczego, ogarn˛ ła go ochota, zeby wsuna´ Pier´cie´ e ˙ ˛c s n i znikna´ , ratujac si˛ w ten sposób z głupiej sytuacji. Miał niejasne wra˙ enie, ze ˛c ˛ e z ˙ takie wyj´cie podpowiada mu kto´ z zewnatrz, kto´ — czy mo˙ e co´ — obecs s ˛ s z s ny w tej izbie. Oparł si˛ pokusie stanowczo, zacisnał Pier´cie´ w gar´ci, jakby go e ˛ s n s chciał powstrzyma´ od ucieczki i od wszelkich zło´liwych figlów. To bad´ co bad´ c s ˛ z ˛ z dodało mu natchnienia. Wygłosił stosownie do okoliczno´ci „słów kilkoro” — jak s mawiano w Shire: — Wszyscy jeste´my bardzo wzruszeni serdeczno´cia waszego s s ˛ przyj˛ cia i o´mielam si˛ wyrazi´ nadziej˛ , ze ta moja krótka wizyta przyczyni si˛ e s e c e ˙ e do odnowienia starych wi˛ zów przyja´ ni mi˛ dzy Shire’em a Bree. e z e To rzekłszy zawahał si˛ i odkaszlnał. e ˛ — Za´piewaj! — krzyknał który´ z hobbitów s ˛ s — Za´piewaj! Za´piewaj! — podj˛ li inni. — Dalej˙ e, za´piewaj nam jaka´ s s e z s ˛s nowa piosenk˛ ! ˛ e Frodo chwil˛ stał oszołomiony. Potem w desperacji zaczał spiewa´ smieszna e ˛ ´ c´ ˛ piosenk˛ , która Bilbo lubił (która si˛ wr˛ cz chełpił, bo sam uło˙ ył do niej słowa). e ˛ ˛ e e z 162

Była to piosenka o gospodzie, dlatego zapewne przyszła w tej chwili Frodowi na my´l. Na ogół pami˛ ta si˛ dzi´ z niej ledwie kilka słów. Oto jej wszystkie zwrotki: s e e s Jest taka knajpa (powiem gdzie, Gdy kto´ mnie pi˛ knie zapyta) – s e Taki w niej warza piwny lek, ˛ ˙ Ze raz z Ksi˛ zyca spadł tam Człek, e˙ By sobie popi´ do syta. c W tej knajpie zył pijany kot, ˙ Co grał jak szatan na skrzypkach. Z rozmachem smyka ciagnał włos ˛ ˛ To piszczac piii, to burczac w głos – ˛ ˛ To z wolna grajac, to z szybka. ˛ Gospodarz trzymał tak˙ e psa, z Co strasznie lubił kawały. Gdy nagle rósł u stołu gwar, On chytrze ka˙ dy łowił zart z ˙ ´ I smiał si˛ , a˙ szyby dr˙ ały. e z z Była i krowa (miała co´ s Wielkopa´ skiego w postawie); n Muzyczny majac słuch (to fakt) ˛ Ogonem wcia˙ machała w takt, ˛z Gdy hops – hopsała po trawie. Talerzy srebrnych był te˙ stos z I ły˙ ek srebrnych i złotych. z By na niedziel˛ serwis l´nił, e s Polerowano go co sił Popiołem ka˙ dej soboty. z Pociagnał łyk z Ksi˛ zyca Człek, ˛ ˛ e˙ Kot przera´ liwie zamiauczał, z A talerz z ły˙ ka dzy´ i dze´ , z ˛ n n A krowa w sadzie hop na pie´ , n A pies si˛ smiał (był to czau-czau). e´ Z Ksi˛ zyca Człek łyk drugi dzban – e˙ Pod stół zwaliło si˛ ciało; e 163

´ ´ I snił o piwie, i mruczał w snie, A˙ zbladła noc na nieba dnie z ´ I pomalutku switało. Do kota wi˛ c gospodarz rzekł: e Patrz – białe konie Ksi˛ zyca e˙ W˛ dzideł gryza stal i r˙ a – e ˛ z˛ Ich pan pod stołem znalazł dom A Sło´ ce szczerzy ju˙ lica. n z Wi˛ c zagrał kot ti-dudli-da, e ˙ o˙ yłby duch w nieboszczyku, Ze z I smykiem w struny siekł i siekł, Lecz ani drgnał z Ksi˛ zyca Człek – ˛ e˙ „Ju˙ trzecia, wstawaj no, pryku”. z Pod góry go ju˙ tocza szczyt z ˛ I wio na Ksi˛ zyc, braciszku! e˙ A konie naprzód człap, człap, człap, A krowa w susach niby cap I talerz w ko´ cu szedł z ły˙ ka. n z ˛ A skrzypce szybciej dudli-da, Pies ryczy gro´ nie i srodze, z Na głowie z krowa staje ko´ , ˛ n A go´cie z łó˙ ek (Bóg ich bro´ ) s z n I w hopki po podłodze. A˙ nagle struny pag – bag – prask, z ˛ ˛ A krowa hop ponad Ksi˛ zyc! e˙ Niedzielny talerz w czworo p˛ kł, e Sobotnia ły˙ ka z zalu brzd˛ k, z ˙ e ´ A pies ze smiechu a˙ rz˛ zy. z e˙ A Ksi˛ zyc stoczył si˛ za szczyt, e˙ e Gdy sło´ ce było ju˙ w górze, n z Wi˛ c pomy´lało: có˙ to, có˙ ? e s z z Ju˙ w krag a˙ złoto jest od zórz – z ˛ z A wszyscy kłada si˛ do łó˙ ek! ˛ e z Przyj˛ to pie´n długotrwałymi, gromkimi oklaskami. Frodo miał dobry głos, e s´ 164

a słowa przypadły słuchaczom do gustu. — Gdzie jest stary Barliman? — wołano. — Niechby tego posłuchał! Powinien nauczy´ swojego kota gry na skrzypcach, zeby´my mogli zata´ czy´ ! c ˙ s n c Wszyscy te˙ upominali si˛ o wi˛ cej piwa krzyczac: z e e ˛ — Napijemy si˛ jeszcze! Dalej˙ e! Jeszcze jednego! e z Namówili Froda na nowy kufelek, a potem uprosili, zeby powtórzył piosenk˛ , ˙ e i wiele głosów przyłaczyło si˛ do chóru; melodi˛ znali z dawna, a słowa chwytali ˛ e e szybko. Teraz z kolei Frodo rad był z siebie. Brykał po stole, a kiedy znów doszedł do słowa „A krowa hop ponad Ksi˛ zyc!”, podskoczył wysoko w powietrze. e˙ O wiele za wysoko, bo spadł na tac˛ zastawiona kuflami, po´liznał si˛ , stoczył e ˛ s ˛ e ze stołu w´ród łoskotu, brz˛ ku i huku. Widzowie otworzyli szeroko usta, by wys e ´ buchna´ smiechem, i zastygli w zdumieniu: spiewak zniknał. Jakby si˛ pod ziemi˛ ˛c ´ ˛ e e zapadł, chocia˙ nie wybił dziury w podłodze. z Miejscowi hobbici chwil˛ patrzyli na to osłupiali, potem zerwali si˛ z ław i zae e cz˛ li woła´ gospodarza. Wszyscy odsun˛ li si˛ od Pippina i Sama, osamotnionych e c e e w kacie, i zerkali ku nim ponuro i nieufnie. Jasne było, ze wi˛ kszo´c obecnych ˛ ˙ e s´ uwa˙ ała ich teraz za kompanów w˛ drownego magika, którego władzy ani zamiaz e rów nikt tutaj nie znał. Jeden tylko smagły m˛ zczyzna spogladał na nich z taka e˙ ˛ ˛ mina, jakby dobrze rozumiał o co chodzi, a przy tym szyderczo, co wprawiało ˛ przyjaciół Froda w wielkie zakłopotanie. Wkrótce wymknał si˛ przez drzwi, a za ˛ e nim pospieszył zezowaty przybysz południa; ci dwaj zreszta szeptali z soba przez ˛ ˛ ´ cały wieczór. Od´ wierny Harry poszedł zaraz w ich slady. z Frodo stracił głow˛ . Nie wiedzac, co pocza´ , wypełznał spomi˛ dzy stołów e ˛ ˛c ˛ e w ciemny kat, gdzie Obie˙ y´wiat siedział nieruchomy, niczym nie zdradzajac ˛ z s ˛ swoich my´li. Frodo oparł si˛ o scian˛ i zdjał z palca Pier´cie´ . Nie miał poj˛ s e ´ e ˛ s n e cia, jakim sposobem klejnot znalazł si˛ na jego palcu. Przypuszczał, ze spiewajac e ˙ ´ ˛ bawił si˛ nim bezwiednie w kieszeni i ze wsunał Pier´cie´ przypadkiem, kiedy e ˙ ˛ s n przewracajac si˛ szarpnał r˛ ka, próbujac chwyci´ równowag˛ . Przemkn˛ ło mu ˛ e ˛ e ˛ ˛ c e e te˙ podejrzenie, czy Pier´cie´ nie wypłatał mu umy´lnie figla: mo˙ e chciał si˛ z s n s z e ujawni´ odpowiadajac na zyczenie albo nawet rozkaz kogo´ z obecnych na sali. c ˛ ˙ s Trzej ludzie, którzy opu´cili przed chwila gospod˛ , nie budzili wcale zaufania. s ˛ e — No i co? — spytał Obie˙ y´wiat, kiedy Frodo znów si˛ pokazał. — Dlaz s e czego to zrobiłe´? To˙ to gorsze ni˙ wszystkie głupstwa, jakie mogli palna´ twoi s z z ˛c towarzysze. Paskudnie wdepnałe´. . . a raczej wetknałe´ palec. . . prawda? ˛ s ˛ s — Nie rozumiem, o czym mówisz — rzekł Frodo, zły i przestraszony. — Ale˙ rozumiesz doskonale! — odparł Obie˙ y´wiat. — Teraz lepiej poczez z s kajmy, a˙ si˛ ten zgiełk uciszy. A potem, je´li łaska, panie Baggins, chciałbym z e s z toba zamieni´ par˛ słów na osobno´ci. ˛ c e s — O czym? — spytał Frodo, nie zdradzajac zaskoczenia na niespodziewany ˛ d´ wi˛ k swego nazwiska. z e — O sprawie do´c wa˙ nej. . . dla nas obu — rzekł Obie˙ y´wiat patrzac mu s´ z z s ˛ 165

prosto w oczy. — Usłyszysz mo˙ e co´, co ci si˛ przyda. z s e — Dobrze — powiedział Frodo silac si˛ na oboj˛ tna min˛ . — Pogadamy za˛ e e ˛ e tem pó´ niej. z Tymczasem przy kominku toczył si˛ spór. Pan Butterbur, który wła´nie nade s biegł, próbował co´ zrozumie´ ze sprzecznych relacji go´ci, przekrzykujacych si˛ s c s ˛ e wzajem. — Widziałem na własne oczy! — mówił jeden z hobbitów — a wła´ciwie nie s widziałem, rozumie mnie pan chyba, panie Butterbur. Zniknał, mo˙ na by rzec, ˛ z jakby si˛ rozpłynał w powietrzu. e ˛ — Nie mo˙ e by´ , panie Mugwort! — ze zdumieniem zawołał gospodarz. z c — Wła´nie ze mo˙ e, skoro było! — odparł Mugwort. — Skoro mówi˛ , to s ˙ z e powiadam. — Musiała tu zaj´c jaka´ pomyłka — rzekł Butterbur kr˛ cac głowa. — Pan s´ s e ˛ ˛ Underhill nie jest taki lekki, zeby si˛ rozpłyna´ w powietrzu, z pewno´cia gdzie´ ˙ e ˛c s ˛ s tu si˛ skrył na sali. e — A gdzie? A gdzie? — wykrzykn˛ ło kilka głosów. e — Skad˙ e mam wiedzie´ ? Wolno mu by´ , gdzie chce, byle rano zapłacił za ˛z c c nocleg. Prosz˛ , pan Tuk jest tutaj, nie powiecie, ze zniknał. e ˙ ˛ — Co widziałem, to widziałem, a widziałem, ze go nie było wida´ — upierał ˙ c si˛ Mugwort. e — A ja mówi˛ , ze to pomyłka — powtórzył Butterbur zbierajac na tac˛ potłue ˙ ˛ e czone kufle. — Oczywi´cie, ze pomyłka — odezwał si˛ Frodo. — Nie zniknałem wcale! s ˙ e ˛ Jestem tutaj! Rozmawiam sobie z Obie˙ y´wiatem. z s Wysunał si˛ w krag swiatła padajacego od kominka, lecz wi˛ kszo´c towarzy˛ e ˛ ´ ˛ e s´ stwa cofn˛ ła si˛ przed nim, jeszcze bardziej teraz zdumiona. Nie zadowoliło ich e e tłumaczenie, ze przewróciwszy si˛ podpełznał szybko pod stołami w kat. Groma˙ e ˛ ˛ da wzburzonych i zaniepokojonych ludzi i hobbitów zaraz wyniosła si˛ z gospoe dy, straciwszy ch˛ c do dalszej zabawy tego wieczora. Ten i ów rzucił Frodowi e´ nie˙ yczliwe spojrzenie, a wszyscy szeptali co´ mi˛ dzy soba. Krasnoludy i obcy z s e ˛ ludzie, których paru tu nocowało, powiedzieli dobranoc gospodarzowi, lecz Froda i jego przyjaciół zbyli milczeniem. Wkrótce tylko Obie˙ y´wiat, na którego nikt z s ´ nie zwracał uwagi, został pod sciana. ˛ Pan Butterbur nie wydawał si˛ zbytnio zmartwiony. Zapewne liczył, ze w jego e ˙ gospodzie przez nast˛ pnych kilka wieczorów b˛ dzie pełno, póki cała okolica nie e e obgada gruntownie tajemniczego zdarzenia. — No i co pan zrobił, panie Underhill? — zwrócił si˛ do Froda. — Wystraszył e mi pan go´ci i potłukł kufle swoim brykaniem! s — Bardzo mi przykro, ze sprawiłem tyle zamieszania — rzekł Frodo. — Do˙ prawdy, nie miałem wcale takich zamiarów. To bardzo nieszcz˛ sliwy przypadek. e´

166

— Ju˙ dobrze, dobrze, panie Underhill. Ale nast˛ pnym razem, je´li pan zechce z e s fika´ koziołki czy te˙ pokazywa´ magiczne sztuki, niech pan lepiej uprzedzi całe c z c towarzystwo, a przede wszystkim mnie. My tu troch˛ podejrzliwie odnosimy si˛ e e do wszelkich dziwactw. . . czy cudów. I nie lubimy niespodzianek. — Nic podobnego nigdy ju˙ nie zrobi˛ , obiecuj˛ panu, panie Butterbur. A tez e e raz pójd˛ chyba do łó˙ ka. Chcemy ruszy´ jutro jak najwcze´niej. Czy b˛ dzie pan e z c s e łaskaw dopilnowa´ , zeby kucyki były gotowe na ósma rano? c ˙ ˛ — Oczywi´cie. Ale nim si˛ po˙ egnamy, poprosz˛ o chwilk˛ rozmowy w cztes e z e e ry oczy, panie Underhill. Co´ mi si˛ wła´nie przypomniało, co musz˛ panu pos e s e wiedzie´ . Mam nadziej˛ , ze mi pan tego nie we´ mie za złe. Załatwi˛ jeszcze to c e ˙ z e i owo, a pó´ niej przyjd˛ do pa´ skiego pokoju, je´li pan pozwoli. z e n s — Prosz˛ bardzo! — odparł Frodo, ale serce w nim zadr˙ ało. Ciekaw był, ile e z jeszcze rozmów w cztery oczy przyjdzie mu odby´ , zanim b˛ dzie mógł pój´c spa´ . c e s´ c Czy˙ by wszyscy sprzysi˛ gli si˛ przeciw niemu? Zaczał podejrzewa´ , ze nawet z e e ˛ c ˙ pyzate oblicze starego Barlimana kryje jakie´ złowrogie zamiary. s

ROZDZIAŁ X

Obie˙ yswiat z ´
Frodo, Pippin i Sam powrócili do saloniku. Zalegały go ciemno´ci. Mers
ry wyszedł, a ogie´ na kominku przygasł. Dopiero gdy hobbici rozdmuchali zar n ˙ i dorzucili par˛ trzasek, okazało si˛ , ze Obie˙ y´wiat jest tutaj tak˙ e. Siedział sobie e e ˙ z s z spokojnie tu˙ przy drzwiach! z — Hej! — zawołał Pippin. — Co´ ty za jeden i czego tu chcesz? s — Nazywaja mnie Obie˙ y´wiatem — odpowiedział — a wasz przyjaciel obie˛ z s cał mi chwil˛ poufnej rozmowy, chocia˙ mo˙ liwe, ze o tym zapomniał. e z z ˙ — Ty´ mi nawzajem obiecał, o ile pami˛ tam, ze usłysz˛ co´, co mi si˛ mo˙ e s e ˙ e s e z przyda´ — rzekł Frodo. — Co wi˛ c masz mi do powiedzenia? c e — Du˙ o ró˙ nych rzeczy — odparł Obie˙ y´wiat — ale, oczywi´cie, nie za z z z s s darmo. — Co to ma znaczy´ ? — zywo spytał Frodo. c ˙ — Nie bój si˛ ! Znaczy to tylko tyle: powiem ci, co wiem, i dam ci dobra rad˛ , e ˛ e ale za˙ adam nagrody. z˛ — Jakiej mianowicie? — spytał Frodo. Podejrzewał teraz, ze trafił na łotrzyka, ˙ i z zakłopotaniem u´wiadomił sobie, ze wział z domu bardzo niewiele pieni˛ dzy. s ˙ ˛ e Cała zawarto´c jego kasy nie wystarczy zapewne, by zaspokoi´ łajdaka, a na dals´ c sza podró˙ nic nie zostanie. ˛ z — Takiej, na jaka na pewno b˛ dzie ci˛ sta´ — odparł Obie˙ y´wiat z nikłym ˛ e e c z s u´miechem, jakby odgadł my´li Froda. — Po prostu: we´ miesz mnie z soba i pos s z ˛ zwolisz sobie towarzyszy´ , póki sam nie zechc˛ ci˛ porzuci´ . c e e c — Och, doprawdy! — rzekł Frodo zdumiony, lecz niezbyt uspokojony. — Nawet gdybym miał zamiar powi˛ kszy´ kompani˛ , musiałbym wiedzie´ znacznie e c e c wi˛ cej, ni˙ wiem o tobie i twoich sprawach, zanimbym si˛ na co´ podobnego e z e s zgodził. ´ — Swietnie! — wykrzyknał tamten zakładajac nog˛ na nog˛ i rozpierajac wy˛ ˛ e e ˛ godniej w fotelu. — Widz˛ , ze odzyskałe´ rozsadek, a to si˛ bardzo chwali. Doe ˙ s ˛ e tychczas byłe´ zbyt lekkomy´lny. A wi˛ c dobrze! Powiem ci, co wiem, a nagrod˛ s s e e pozostawi˛ do twojego uznania. Mo˙ e b˛ dziesz rad mi ja przyzna´ , jak mnie wye z e ˛ c 168

słuchasz. — Mów zatem — rzekł Frodo. — Co ci wiadomo? — Wiele. . . a˙ za wiele o ponurych sprawach — chmurnie odparł Obie˙ yz z ´ swiat. — Ale je´li o ciebie chodzi. . . — Wstał, szybko otworzył drzwi, wyjrzał s na korytarz. Potem cicho zamknał drzwi, usiadł znowu i ciagnał zni˙ ajac głos: — ˛ ˛ ˛ z ˛ Mam dobry słuch, a chocia˙ nie umiem znika´ , du˙ o w zyciu polowałem na rozz c z ˙ maite dzikie i czujne stworzenia; potrafi˛ , je˙ eli chc˛ , ukry´ si˛ dobrze. Otó˙ siee z e c e z działem za zywopłotem przy go´ci´ cu na zachód od Bree dzisiejszego wieczora, ˙ s n kiedy czterej hobbici nadjechali od strony Kurhanów. Nie trzeba wam powtarza´ , c co mówili do starego Toma Bombadila i mi˛ dzy soba, co´ wszak˙ e zainteresoe ˛ s z wało mnie w tych rozmowach szczególnie. „Pami˛ tajcie — rzekł jeden z nich — e ze nie wolno wam wymienia´ nazwiska Baggins. Je˙ eli ju˙ koniecznie b˛ dziemy ˙ c z z e musieli si˛ przedstawi´ , jestem pan Underhill”. To mnie tak zaciekawiło, ze poe c ˙ szedłem ich tropem a˙ tutaj. Tu˙ za nimi przemknałem przez bram˛ . Pan Baggins z z ˛ e ma pewnie jakie´ uczciwe powody, zeby zgubi´ po drodze swoje nazwisko, ale s ˙ c w takim razie doradzałbym jego przyjaciołom wi˛ ksza ostro˙ no´c. e ˛ z s´ — Nie rozumiem, dlaczego moje nazwisko miałoby kogokolwiek w Bree interesowa´ — z gniewem odparł Frodo — i nie dowiedziałem si˛ jeszcze, dlaczego c e interesuje ono ciebie. Pan Obie˙ y´wiat zapewne ma tak˙ e jakie´ uczciwe powody, z s z s zeby podsłuchiwa´ i szpiegowa´ , ale w takim razie doradzałbym mu je wyja´ni´ . ˙ c c s c ´ — Swietna odpowied´ ! — za´miał si˛ Obie˙ y´wiat. — Wyja´nienie jest barz s e z s s dzo proste: wła´nie szukałem hobbita nazwiskiem Frodo Baggins. Pilno mi było s go odnale´ c. Dowiedziałem si˛ bowiem, ze wynosi on z Shire’u pewien. . . pewien z´ e ˙ sekret, który obchodzi mnie i moich przyjaciół. ´ — Nie! Zle mnie zrozumiałe´! — krzyknał widzac, ze Frodo wstaje, a Sam s ˛ ˛ ˙ zrywa si˛ z gniewnym grymasem na twarzy. — Lepiej b˛ d˛ strzegł tego sekree e e tu ni˙ wy. A musimy go strzec pilnie! — Pochylił si˛ i spojrzał im w oczy. — z e Uwa˙ ajcie na ka˙ dy cie´ ! — szepnał. — Czarni Je´ d´ cy przeje˙ d˙ ali przez Bree. z z n ˛ z z z z Słyszałem, ze w poniedziałek jeden z nich nadjechał Zielona Scie˙ ka od północy, ˙ ˛´ z ˛ a drugi zjawił si˛ wkrótce po nim od południa. e Zapadło milczenie. Wreszcie Frodo zwrócił si˛ do Pippina i Sama: e — Powinienem był si˛ tego domy´li´ z tonu, jakim nas przyjał od´ wierny e s c ˛ z przy bramie — rzekł.— Zdaje si˛ , ze tutejszy gospodarz tak˙ e co´ wie. Dlaczego e ˙ z s nalegał, zeby´my si˛ przyłaczyli do kompanii w gospodzie? I dlaczego, do licha, ˙ s e ˛ zachowali´my si˛ tak głupio! Trzeba było siedzie´ cicho na swojej kwaterze! s e c — Pewnie, ze to byłoby lepiej — rzekł Obie˙ y´wiat. — Gdybym mógł odra˙ z s dzałbym wam przychodzenie do wspólnej sali, ale gospodarz nie chciał mnie do was dopu´ci´ ani przekaza´ wam ode mnie słówka. s c c — Czy sadzisz, ze. . . — zaczał Frodo. ˛ ˙ ˛ — Nie, o nic złego nie posadzam starego Barlimana. Po prostu nie lubi tajem˛ niczych włócz˛ gów mojego pokroju. — Frodo przyjrzał mu si˛ zaskoczony. — e e 169

No, wygladam przecie˙ na łotrzyka, prawda? — spytał Obie˙ y´wiat wykrzywia˛ z z s jac usta i dziwnie błyskajac oczyma. — Mam jednak nadziej˛ , ze si˛ poznamy ˛ ˛ e ˙ e bli˙ ej, a wtedy mo˙ e zechcesz mi wytłumaczy´ , co si˛ wła´ciwie stało na zako´ z z c e s n czenie twojej piosenki. Bo ten wybryk. . . — To był czysty przypadek! — przerwał mu Frodo. — Ciekawa rzecz! — powiedział tamten. — A wi˛ c przypadek. Ale wskutek e tego przypadku znalazłe´ si˛ w bardzo niebezpiecznej sytuacji. s e — W do´c niebezpiecznej sytuacji byłem ju˙ przedtem — odparł Frodo. — s´ z Wiedziałem, ze mnie je´ d´ cy gonia. Teraz jednak zdaje si˛ , ze mnie przegapili, ˙ z z ˛ e ˙ skoro pojechali dalej. — Na to nie licz! — zywo zawołał Obie˙ y´wiat. — Wróca na pewno. Zja˙ z s ˛ wi si˛ ich nawet wi˛ cej. Bo jest ich wi˛ cej. Wiem ilu. Znam tych je´ d´ ców! — e e e z z Umilkł na chwil˛ , oczy miał zimne i srogie. — Sa w Bree ludzie, którym nie wole ˛ no ufa´ — dodał. — Na przykład Bill Ferny. Ten ma zła sław˛ w całym kraju c ˛ e i wiadomo, ze odwiedzaja go dziwni go´cie. Zauwa˙ yli´cie mo˙ e Billa w gospo˙ ˛ s z s z dzie: smagły, chytrze u´miechni˛ ty chłop. Kumał si˛ z jednym spo´ród przybys e e s szy z południa i razem wymkn˛ li si˛ z domu zaraz po twoim „przypadku”. Nie e e wszyscy południowcy przyje˙ d˙ aja tu w dobrych zamiarach, a Bill Ferny gotów z z ˛ wszystko ka˙ demu sprzeda´ albo dla samej zabawy szkodzi´ innym. z c c — Có˙ tu mo˙ e Ferny sprzeda´ i co ma wspólnego mój przypadek z jego osoz z c ba? — spytał Frodo, nadal uparcie udajac, ze nie rozumie, o co tamtemu chodzi. ˛ ˛ ˙ — Sprzeda´ mo˙ e wiadomo´c o tobie — odparł Obie˙ y´wiat. — Opowiac z s´ z s danie o twoim popisowym numerze na pewno bardzo zainteresuje pewne osoby. Jak o tym usłysza, nie b˛ da ju˙ nawet docieka´ twojego prawdziwego nazwiska. ˛ e ˛ z c A wydaje mi si˛ bardzo prawdopodobne, ze usłysza t˛ histori˛ jeszcze dzisiejszej e ˙ ˛ e e nocy. Czy to ci wystarcza? Teraz mo˙ esz rozstrzygna´ o mojej nagrodzie do woli: z ˛c albo we´ mnie za przewodnika, albo nie. Ale musz˛ ci jeszcze o´wiadczy´ , ze z e s c ˙ dobrze znam wszystkie kraje mi˛ dzy Shire’em a Górami Mglistymi, bo w˛ druj˛ e e e po nich od wielu lat. Starszy jestem, ni˙ wygladam. Mog˛ si˛ okaza´ u˙ yteczny. z ˛ e e c z Nie b˛ dziesz mógł odtad jecha´ otwartym go´ci´ cem, bo je´ d´ cy nie spuszcza ju˙ e ˛ c s n z z ˛ z z niego oka w dzie´ ani w nocy. Mo˙ e zdołasz umkna´ z Bree i pozwola ci jecha´ n z ˛c ˛ c naprzód, póki sło´ ce b˛ dzie wysoko. Ale nie zajedziesz daleko. Zaskocza ci˛ na n e ˛ e pustkowiu w jakim´ ciemnym kacie, gdzie nie znajdziesz ratunku. Czy chcesz, s ˛ zeby ci˛ dopadli? To sa straszni je´ d´ cy. ˙ e ˛ z z Hobbici spojrzeli na Obie˙ y´wiata i ze zdumieniem zobaczyli, ze twarz mu z s ˙ si˛ sciagn˛ ła bole´nie, a r˛ ce zacisnał kurczowo na por˛ czach fotela. W pokoju e´ ˛ e s e ˛ e ´ było bardzo cicho, swiatło jak gdyby zm˛ tniało. Obie˙ y´wiat siedział chwil˛ , niee z s e przytomnymi oczyma wpatrzony w jaka´ odległa przeszło´c, a mo˙ e wsłuchany ˛s ˛ s´ z w najdalsze odgłosy nocy. — Ach, tak! — wykrzyknał wreszcie przecierajac dłonia czoło. — Mo˙ e wi˛ ˛ ˛ ˛ z e cej wiem o waszych prze´ladowcach ni˙ wy. Boicie si˛ ich, ale nie do´c jeszcze. s z e s´ 170

´ z Jutro musicie stad ucieka´ , je´li si˛ uda. Obie˙ y´wiat poka˙ e wam scie˙ ki, który˛ c s e z s z mi mało kto chodzi. We´ miecie go z soba? z ˛ Zaległo ci˛ zkie milczenie. Frodo nie odpowiadał, w rozterce zwatpienia i strae˙ ˛ chu. Sam chmurnie patrzał w twarz swego pana, w ko´ cu wybuchnał: n ˛ — Za pozwoleniem, panie Frodo, ja bym si˛ nie zgodził! Ten człowiek ostrzee ga nas i powiada: strze˙ cie si˛ ! Na to zgoda, ale zacznijmy od tego, zeby si˛ z e ˙ e jego strzec. Przyszedł tu z pustkowi, a nic dobrego nigdy nie słyszałem o przybyszach stamtad. Co´ wie, to jasne, wi˛ cej nawet, ni˙ bym mu chciał powiedzie´ , ale ˛ s e z c to jeszcze nie racja, zeby´my go brali za przewodnika i pozwolili si˛ prowadzi´ ˙ s e c w jakie´ ciemne katy, gdzie nie ma znikad ratunku, jak sam mówi. s ˛ ˛ Pippin kr˛ cił si˛ na krze´le zmieszany. Obie˙ y´wiat nie replikował Samowi, e e s z s ale przenikliwy wzrok zwrócił na Froda. Pod tym wejrzeniem Frodo odwrócił oczy. — Nie — powiedział. — Nie zgadzam si˛ . My´l˛ . . . my´l˛ , ze nie jeste´ tym, e se se ˙ s za kogo si˛ podajesz. Na poczatku mówiłe´ ze mna tak, jak mówia ludzie z Bree, e ˛ s ˛ ˛ ale teraz głos ci si˛ zmienił. Sam ma racj˛ : nie rozumiem, jak mo˙ esz radzi´ nam e e z c wielka ostro˙ no´c, a jednocze´nie zada´ , zeby´my tobie zawierzyli na słowo. Dla˛ z s´ s ˙˛ c ˙ s czego si˛ maskujesz? Kim jeste´? Co wiesz naprwd˛ o moim. . . o mojej sprawie? e s e I skad to wiesz? ˛ — Nauka ostro˙ no´ci, jak widz˛ , nie poszła w las — rzekł Obie˙ y´wiat z poz s e z s s˛ pnym u´miechem. — Ale co innego ostro˙ no´c, a co innego niezdolno´c do e s z s´ s´ ´ smiałej decyzji. Nigdy o własnych siłach nie dojedziesz do Rivendell, nie masz innego wyboru, jak zaufa´ mi. Musisz si˛ zdecydowa´ . Odpowiem na cz˛ sc twoich c e c e´ ´ pyta´ , je˙ eli to ci co´ pomo˙ e. Czemu˙ jednak miałby´ uwierzy´ moim słowom, n z s z z s c skoro nie ufasz temu, co ju˙ powiedziałem? Mimo wszystko, powiem. . . z

W tej chwili rozległo si˛ pukanie do drzwi. Pan Butterbur zjawił si˛ ze swiee e ´ cami w r˛ ku, a za nim Nob z dzbankami goracej wody. Obie˙ y´wiat cofnał si˛ e ˛ z s ˛ e w najciemniejszy kat. ˛ — Przyszedłem zyczy´ panom dobrej nocy — rzekł gospodarz stawiajac swie˙ c ˛ ´ ce na stole. — Nob! Zanie´ wod˛ do sypialni. s e I pan Butterbur zamknał za soba drzwi. ˛ ˛ — Tak si˛ rzecz przedstawia — powiedział z wahaniem i troska w głosie. — e ˛ Je˙ eli nawarzyłem piwa, to bardzo mi przykro, doprawdy. Ale jedno z drugim z wszystko si˛ placze, wiedza panowie, jak to bywa, a ja mam tutaj istne urwanie e ˛ ˛ głowy. W tym tygodniu jednak˙ e to i owo, jak to mówia, tkn˛ ło mnie, zem soz ˛ e ˙ bie przypomniał, a mam nadziej˛ , ze nie poniewczasie. Widzi pan, prosił mnie e ˙ kto´, zebym uwa˙ ał na hobbitów, co przyjada z Shire’u, a szczególnie na jednego, s ˙ z ˛ nazwiskiem Baggins. — A có˙ to ma ze mna wspólnego? — spytał Frodo. z ˛
171

— To ju˙ pan wie lepiej ode mnie — znaczaco odparł gospodarz. — Nie wyz ˛ dam pana, ale powiedziano mi, ze ów Baggins podró˙ uje pod nazwiskiem Under˙ z hill, i opisano jego wyglad, a pasuje ten opis do pana jak ulał, z pa´ skim przepro˛ n szeniem. — Doprawdy! Jak˙ e to ów hobbit miał wyglada´ ? — przerwał mu nierozwa˙ z ˛ c z nie Frodo. — Mały grubas z rumianymi policzkami — o´wiadczył uroczy´cie pan Buts s terbur. Pippin zachichotał, ale Sam przyjał to z oburzeniem. — „To ci, co prawda, ˛ niewiele pomo˙ e, Barley — tak mi rzekł — bo wszyscy hobbici sa mniej wi˛ cej z ˛ e tacy — ciagnał pan Butterbur zerkajac na Pippina — ale ten jest troch˛ od in˛ ˛ ˛ e nych wy˙ szy, włosy ma ja´niejsze, a w brodzie dołek; bardzo wesoły, oczy mu si˛ z s e ´ smieja”. Wybaczy pan, ale to on powiedział, nie ja. ˛ — Co to za on? Kto? — spytał zywo Frodo. ˙ — Ano Gandalf, prosz˛ pana. Czarodziej, jak mówia, ale dla mnie to bez znae ˛ czenia, bo to mój wielki przyjaciel. Co on ze mna zrobi teraz, jak si˛ znów zjawi, ˛ e poj˛ cia nie mam; nie zdziwiłbym si˛ , gdyby mi piwo skisił albo mnie samego e e w kłod˛ zamienił. Troch˛ jest pr˛ dki. No, ale co si˛ stało, to si˛ ju˙ nie odstanie. e e e e e z — A co si˛ wła´ciwie stało? — zapytał Frodo, którego ju˙ niecierpliwiło, ze e s z ˙ Butterbur tak kołuje, zamiast mówi´ po prostu. c — O czym to ja mówiłem? — rzekł gospodarz namy´lajac si˛ i prztykajac pals ˛ e ˛ cami. — Aha! O Gandalfie. Wi˛ c wszedł bez pukania do mojego pokoju, b˛ dzie e e temu ze trzy miesiace. „Barley — powiada — rano wyruszam w drog˛ . Chcesz ˛ e mi wy´wiadczy´ przysług˛ ?” A ja na to: „Wszystko, czego sobie zyczysz”. Wtedy s c e ˙ on znowu: „Bardzo mi si˛ spieszy i nie zda˙ e zaj´c do Shire’u, a mam tam pilna e´ ˛z ˛ s´ ˛ wiadomo´c do przesłania. Mógłby´ znale´ c pewnego posła´ ca, któremu ufasz?” s´ s z´ n „Mog˛ — powiedziałem. — Wy´l˛ jutro albo najdalej pojutrze”. „Jutro, nie pó´ e se z niej! — mówi Gandalf. I dał mi ten list. — Adres całkiem wyra´ ny — dodał pan Butterbur wyciagajac list z kieszez ˛ ˛ ni i z wolna, z niejaka duma (cenił sobie reputacj˛ wykształconego człowieka) ˛ ˛ e odczytał: — „Pan Frodo Baggins, Bag End, Hobbiton, Shire”. — List do mnie od Gandalfa! — krzyknał Frodo. ˛ — Aha! — rzekł pan Butterbur. — Wi˛ c si˛ nazywasz Baggins? e e — Tak — odparł Frodo. — Dawaj˙ e mi ten list co pr˛ dzej i wytłumacz si˛ , z e e czemu´ go wcze´niej nie posłał. Po to chyba tu przyszedłe´, chocia˙ trzeba przys s s z zna´ , ze nie kwapiłe´ si˛ zanadto. c ˙ s e Nieborak pan Butterbur zdawał si˛ bardzo zafrasowany. e — Racja, prosz˛ pana — rzekł — i najmocniej za to przepraszam. Umieram e ze strachu, jak pomy´l˛ , co Gandalf powie, je˙ eli z tego jaka´ bieda wyniknie. se z s Ale nie przetrzymywałem listu umy´lnie. Schowałem go w bezpieczne miejsce. s Tamtego dnia ani nazajutrz, ani po dwóch dniach nikogo nie mogłem znale´ c, kto z´ by chciał i´c do Shire’u, a z moich domowników zaden od roboty nie mógł si˛ s´ ˙ e 172

oderwa´ . No i tak jedno z drugim — wyleciało mi z pami˛ ci. Okropne mam tutaj c e urwanie głowy. Wszystko zrobi˛ , co b˛ d˛ mógł, zeby ten bład naprawi´ , a je˙ eli e e e ˙ ˛ c z w czym´ mog˛ dopomóc, niech pan mna rozporzadza. Zreszta list listem, a Gans e ˛ ˛ ˛ dalfowi jeszcze co´ wi˛ cej obiecałem. „Barley — powiada — ten mój przyjaciel s e z Shire’u pewnie wkrótce b˛ dzie t˛ dy jechał, mo˙ e w kompanii. Przedstawi si˛ e e z e jako pan Underhill. Zapami˛ taj! Ale nie zadawaj mu zadnych pyta´ . Je˙ eli mnie e ˙ n z przy nim nie b˛ dzie, mo˙ e si˛ znale´ c w kłopotach i potrzebowa´ pomocy. Zrób e z e z´ c dla niego wszystko, co mo˙ esz, a zyskasz sobie moja wdzi˛ czno´c”. Tak mówił. z ˛ e s´ No i rzeczywi´cie przyjechałe´ tutaj, a wyglada mi na to, ze kłopotów tak˙ e ju˙ s s ˛ ˙ z z tylko patrze´ . c — Co chcesz przez to powiedzie´ ? — spytał Frodo. c — Jacy´ czarni przepytuja si˛ o Bagginsa — odparł gospodarz zni˙ ajac głos. s ˛ e z ˛ — A je˙ eli oni maja dobre zamiary, to ja jestem hobbit. Kiedy pokazali si˛ tu z ˛ e w poniedziałek, wszystkie psy wyły, a g˛ si g˛ gały. To jaka´ niesamowita histoe e s ria. Przybiegł Nob i powiada, ze dwaj czarni sa przed drzwiami i pytaja o hobbita ˙ ˛ ˛ nazwiskiem Baggins. Nobowi włosy d˛ ba stan˛ ły na głowie. Wyprosiłem tych e e czarnych, drzwi za nimi zatrzasnałem. Ale słyszałem, ze powtarzali to samo pyta˛ ˙ nie wsz˛ dzie, od domu do domu, a˙ do Archet. Ten Stra˙ nik, Obie˙ y´wiat, tak˙ e e z z z s z mnie brał na spytki. Chciał si˛ tutaj koniecznie dosta´ , zanim jeszcze podałem e c wam kolacj˛ . e — Chciał! — odezwał si˛ znienacka Obie˙ y´wiat wyst˛ pujac naprzód w krag e z s e ˛ ˛ ´ swiatła. — I wielka szkoda, ze´ go nie dopu´cił, Barlimanie, oszcz˛ dziłby´ ˙ s s e s wszystkim kłopotu. Gospodarz wzdrygnał si˛ zaskoczony. ˛ e — Ty tutaj! — krzyknał. — Zawsze wyskakujesz, kiedy si˛ nikt nie spodzie˛ e wa. Czego tu szukasz? — Obie˙ y´wiat jest tutaj za moim pozwoleniem — o´wiadczył Frodo. — z s s Przyszedł zaofiarowa´ mi pomoc. c — No, twoja sprawa — powiedział pan Butterbur, nieufnie przygladajac si˛ ˛ ˛ e obcemu. — Ale na twoim miejscu nie bratałbym si˛ ze Stra˙ nikami. e z — A z kim? — spytał Obie˙ y´wiat. — Ze spasionym ober˙ ysta, który tylz s z ˛ ko dlatego nie zapomniał jeszcze, jak si˛ nazywa, ze go przez cały dzie´ go´cie e ˙ n s wywołuja po nazwisku? Ci hobbici nie moga przecie˙ ani kwaterowa´ „Pod Ku˛ ˛ z c cykiem” na wieki, ani te˙ zawróci´ do domu. Maja przed soba daleka podró˙ . Czy z c ˛ ˛ ˛ z pojedziesz z nimi i obronisz ich od czarnych? — Ja? Wyjecha´ z Bree? Nie, za zadne skarby! — odparł pan Butterbur, szczec ˙ rze wystraszony. — Ale czemu˙ by´cie nie mieli tu posiedzie´ spokojnie przez z s c jaki´ czas? Co to wszystko znaczy? Czego wła´ciwie szukaja owi czarni? Skad s s ˛ ˛ si˛ tu wzi˛ li, chciałbym wiedzie´ ? e e c — Niestety, nie wszystko mog˛ ci wyja´ni´ — rzekł Frodo. — Jestem znue s c zony i bardzo strapiony, a to długa historia. Ale je´li naprawd˛ chcesz mi pomóc, ˙ s e 173

musz˛ ci˛ ostrzec, ze sam tak˙ e jeste´ w niebezpiecze´ stwie, póki mnie go´cisz e e ˙ z s n s pod swoim dachem. To sa Czarni Je´ d´ cy. Nie wiem na pewno, przypuszczam ˛ z z jednak, ze przybyli z. . . ˙ ´ — Przybyli z Mordoru — sciszajac głos doko´ czył Obie˙ y´wiat. — Z Mor˛ n z s doru, Barlimanie, chyba ci ta nazwa co´ mówi! s — Biada nam! — krzyknał pan Butterbur blednac; widocznie znał t˛ nazw˛ ˛ ˛ e e dobrze. — To najgorsza z nowin, jakie za mojego zycia dotarły do Bree. ˙ — Tak jest — potwierdził Frodo. — Czy wobec tego nadal chcesz mi pomaga´ ? c — Chc˛ ! — rzekł pan Butterbur. — Tym bardziej! Chocia˙ nie wyobra˙ am e z z sobie, co taki człowiek jak ja mo˙ e zdziała´ przeciw. . . przeciw. . . — głos mu si˛ z c e załamał. — Przeciw Czarnemu Władcy — spokojnie powiedział Obie˙ y´wiat. — Niez s wiele mo˙ esz zdziała´ , ale ka˙ da pomoc jest cenna. Mo˙ esz bad´ co bad´ zaz c z z ˛ z ˛ z trzyma´ na dzisiejsza noc w gospodzie pana Underhilla i zapomnie´ o nazwisku c ˛ c Baggins, dopóki pan Underhill nie znajdzie si˛ daleko stad. e ˛ — To oczywi´cie zrobi˛ — rzekł Butterbur. — Obawiam si˛ jednak, ze tamci s e e ˙ ´ si˛ stało, ze pan Baggins bez mojej pomocy dowiedza si˛ o jego obecno´ci. Zle e ˛ e s ˙ ´ ˛ ˛ dzi´ wieczorem sciagnał na siebie — wyra˙ ajac si˛ najłagodniej — powszechna s z ˛ e ˛ uwag˛ . Historia pana Bilba znana ju˙ była w Bree nie od wczoraj. Nawet mój e z Nob co´ nieco´ skombinował w swojej ci˛ zkiej mózgownicy, a przecie˙ znajda s s e˙ z ˛ si˛ w Bree sprytniejsi od niego. e — No, có˙ , miejmy nadziej˛ , ze je´ d´ cy nie zaraz tutaj wróca — rzekł Frodo. z e ˙ z z ˛ — Miejmy nadziej˛ ! — powtórzył Butterbur. — W ka˙ dym za´ razie, czy to e z s duchy, czy nie duchy, ale łatwo si˛ „Pod Kucyka” nie dostana. Nie kłopoczcie e ˛ si˛ przynajmniej do rana. Nob o niczym słówka nie pi´nie. A póki ja si˛ jeszcze e s e trzymam na nogach, zaden czarnolud nie przestapi tego progu. B˛ d˛ czuwał razem ˙ ˛ e e z moimi domownikami przez cała noc, ale wy lepiej prze´pijcie si˛ , póki mo˙ ecie. ˛ s e z ´ — O swicie w ka˙ dym razie musisz nas zbudzi´ — rzekł Frodo. — Trzeba z c ´ nam ruszy´ jak najwcze´niej. Prosimy o sniadanie na pół do siódmej. c s — Słucham pana. Przypilnuj˛ wszystkiego! — odparł gospodarz. — Dobrae noc, panie Baggins. . . to jest Underhill, chciałem powiedzie´ . Dobranoc. . . Ale, c ale! Gdzie˙ to pa´ ski przyjaciel, pan Brandybuck? z n — Nie wiem — powiedział Frodo, tkni˛ ty nagle niepokojem. Zapomnieli e o Meriadoku, a tymczasem noc zapadła gł˛ boka. — Obawiam si˛ , ze nie ma go e e ˙ w domu. Wspomniał co´, ze pójdzie zaczerpna´ swie˙ ego powietrza. s ˙ ˛c ´ z — No, widz˛ , ze wam naprawd˛ przyda si˛ opieka! Zachowujecie si˛ jak na e ˙ e e e majówce! — rzekł Butterbur. — Musz˛ co pr˛ dzej zaryglowa´ ju˙ teraz drzwi, ale e e c z zarzadz˛ , zeby pana Brandybucka wpuszczono, gdyby wrócił. Po´l˛ zreszta Noba, ˛ e ˙ se ˛ niech go poszuka. Dobranoc! — I pan Butterbur wyniósł si˛ w ko´ cu rzuciwszy e n jeszcze raz podejrzliwe spojrzenie na Stra˙ nika i pokr˛ ciwszy głowa. Słyszeli jego z e ˛ 174

oddalajace si˛ kroki w korytarzu. ˛ e

— No, jak˙ e? — spytał Obie˙ y´wiat. — Kiedy otworzysz ten list? z z s
Frodo uwa˙ nie zbadał piecz˛ c, nim ja przełamał. Nie ulegało watpliwo´ci, ze z e´ ˛ ˛ s ˙ list był od Gandalfa. Wewnatrz, energicznym, lecz zarazem pi˛ knym charakterem ˛ e Czarodzieja wypisane były nast˛ pujace słowa: e ˛ „POD ROZBRYKANYM KUCYKIEM” BREE Dzie´ letniego przesilenia n Rok wg Kalendarza Shire’u 1418 Kochany Frodo! Złe wie´ci mnie tu dosi˛ gły. Musz˛ natychmiast rusza´ w podró˙ . s e e c z Radz˛ ci opu´ci´ Shire co pr˛ dzej, najpó´ niej do ko´ ca lipca. Wróe s c e z n c˛ jak zdołam najspieszniej i dogoni˛ ci˛ , gdyby´ przedtem wyjechał. e e e s Je˙ eli ci droga wypadnie przez Bree, zostaw mi tutaj wiadomo´c. Goz s´ spodarzowi — Butterburowi — mo˙ esz ufa´ . Zapewne spotkasz na z c go´ci´ cu mojego przyjaciela: chudy, ciemnowłosy, wysoki człowiek, s n a zwa go Obie˙ y´wiatem. Zna on nasze sprawy i chce ci pomóc. Po˛ z s da˙ aj do Rivendell. Mam nadziej˛ , ze si˛ tam zobaczymy. Gdybym ˛z e ˙ e si˛ nie zjawił, słuchaj rad Elronda. e Twój oddany, cho´ w wielkim po´piechu c s Gandalf. P.S. Pod zadnym pozorem nie u˙ yj Go po raz wtóry! Nie podró˙ uj ˙ z z nocami. P.P.S. Upewnij si˛ , czy to naprawd˛ Obie˙ y´wiat. Na go´ci´ cach e e z s s n włócza si˛ ró˙ ne podejrzane typy. Prawdziwe imi˛ Obie˙ y´wiata jest ˛ e z e z s Aragorn. Nie ka˙ de złoto jasno błyszczy, z Nie ka˙ dy bładzi, kto w˛ druje, z ˛ e Nie ka˙ da sił˛ staro´c zniszczy. z ˛ e s´ Korzeni w gł˛ bi lód nie skuje, e Z popiołów strzela znów ogniska, ˛ I mrok roz´wietla błyskawice. s ˛ Złamany miecz swa moc odzyska, ˛ Król tułacz wróci na stolic˛ . e P.P.P.S. Licz˛ , ze Butterbur wy´le ten list bez zwłoki. To zacny e ˙ s człowiek, ale w jego pami˛ ci jak w rupieciarni: najpilniej potrzebe

175

ne rzeczy zawsze sa na dnie. Gdyby przegapił t˛ spraw˛ , upiek˛ go ˛ e e e zywcem. Szcz˛ sliwej drogi! ˙ e´ Frodo najpierw sam przeczytał list po cichu, z kolei podał go Samowi i Pippinowi. — Stary Butterbur rzeczywi´cie narobił zamieszania! — rzekł. — Zasłu˙ ył na s z ro˙ en. Gdybym ten list dostał w por˛ , ju˙ by´my pewnie dzi´ siedzieli bezpiecznie z e z s s w Rivendell. Ale co si˛ mogło przytrafi´ Gandalfowi? Pisze tak, jakby ruszał na e c spotkanie wielkiego niebezpiecze´ stwa. n — Spotyka si˛ z wielkim niebezpiecze´ stwem stale ju˙ od lat — powiedział e n z Obie˙ y´wiat. z s Frodo obrócił ku niemu wzrok i zamy´lił si˛ nad drugim dopiskiem listu. s e — Dlaczego´ mi od razu nie powiedział, ze jeste´ przyjacielem Gandalfa? — s ˙ s spytał. — Nie traciliby´my pró˙ no czasu. s z — Tak sadzisz? A czy który´ z was uwierzyłby mi przedtem? — odparł Stra˙ ˛ s z nik. — Nic nie wiedziałem o tym li´cie. My´lałem tylko, ze musz˛ was skłoni´ , s s ˙ e c by´cie mi zaufali na słowo, bo inaczej nie b˛ d˛ mógł wam pomóc. Nie chcias e e łem te˙ od poczatku mówi´ wam całej prawdy o sobie. Najpierw musiałem was z ˛ c dobrze wybada´ i upewni´ si˛ , z kim mam do czynienia. Nieprzyjaciel nieraz c c e ju˙ zastawiał na mnie pułapki. Ale gotów byłem wyzna´ wam wszystko, gdy ju˙ z c z pozb˛ d˛ si˛ własnych watpliwo´ci. Co prawda — dodał z nieco wymuszonym e e e ˛ s ´ ´ smiechem — spodziewałem si˛ , ze mi uwierzycie na słowo. Człowiek scigany e ˙ czuje si˛ cz˛ sto tak zm˛ czony nieufno´cia, ze t˛ skni za przyja´ nia. No, ale moja e e e s ˛ ˙ e z ˛ powierzchowno´c przemawia przeciw mnie. s´ — To prawda. . . przynajmniej w pierwszej chwili — za´miał si˛ Pippin, któs e remu po przeczytaniu listu Gandalfa kamie´ spadł z serca. — Ale pozory myla, n ˛ jak powiadaja w Shire. Zreszta my sami b˛ dziemy wkrótce do ciebie podobni, jak ˛ ˛ e sp˛ dzimy kilka dni w rowach i pod zywopłotami. e ˙ — Kilka dni ani kilka tygodni, ani nawet kilka lat w˛ drówki po pustkowiach e nie wystarczy, zeby si˛ upodobni´ do Obie˙ y´wiata — odparł. — Wcze´niej by˙ e c z s s ´ scie ducha wyzion˛ li, chyba ze ulepiono was z twardszej gliny, ni˙ si˛ na oko e ˙ z e wydaje. Pippin skapitulował, lecz Sam, nieprzejednany w dalszym ciagu, zerkał na ˛ obcego podejrzliwie. — Skad mo˙ emy mie´ pewno´c, ze to o tobie mowa w li´cie Gandalfa? — ˛ z c s´ ˙ s spytał. — Ty´ o Gandalfie nie pisnał słowa, póki nie przeczytali´my listu. Kto s ˛ s wie, czy nie grasz komedii i nie jeste´ szpiegiem, który chce nas wywie´c w pole. s s´ Mo˙ e´ sprzatnał prawdziwego Obie˙ y´wiata i przebrał si˛ w jego strój? Co mi na z s ˛ ˛ z s e to odpowiesz? ˙ — Ze zuch z ciebie, Samie Gamgee — rzekł Obie˙ y´wiat — ale nic wi˛ cej nie z s e mog˛ ci odpowiedzie´ , niestety. Gdybym zabił prawdziwego Obie˙ y´wiata, moe c z s 176

głem przecie˙ zabi´ was tak˙ e. I byłbym to zrobił nie gadajac tak wiele. Gdybym z c z ˛ chciał zrabowa´ Pier´cie´ , mógłbym was jeszcze w tej chwili pozabija´ . c s n c Wstał i nagle jakby urósł: w oczach zapalił mu si˛ błysk przenikliwy i włade czy. Odrzucił płaszcz i r˛ k˛ poło˙ ył na głowicy miecza, który miał u boku ukryty e e z ´ pod fałdami. Hobbici nie smieli bodaj drgna´ . Sam otworzył usta i patrzył na ˛c Obie˙ y´wiata osłupiały. z s — Ale na szcz˛ scie jestem prawdziwym Obie˙ y´wiatem — powiedział tame´ z s ten, rozja´niajac nagle twarz u´miechem. — Nazywam si˛ Aragorn, syn Arathors ˛ s e na, i b˛ d˛ was bronił, cho´ by za cen˛ zycia. e e c e˙ Długo trwało milczenie. Wreszcie Frodo odezwał si˛ niepewnie: e — Uwierzyłem, ze jeste´ mi przyjacielem, zanim dostałem ten list — powie˙ s dział — a w ka˙ dym razie chciałem w to wierzy´ . Kilka razy w ciagu tego wieczoz c ˛ ra przeraziłe´ mnie, lecz nigdy tak, jak przera˙ aja słudzy Nieprzyjaciela. . . o ile s z ˛ mi wiadomo. Sadz˛ , ze jego szpieg wygladałby. . . no, wygladałby pi˛ kniej z po˛ e ˙ ˛ ˛ e zoru, ale czułoby si˛ w nim szpetot˛ . . . Nie wiem, czy dobrze to wyraziłem. e e — Rozumiem! — za´miał si˛ Obie˙ y´wiat. — Ja wygladam szpetnie, a czuje s e z s ˛ si˛ we mnie pi˛ kno! Czy tak? Nie ka˙ de złoto jasno błyszczy, nie ka˙ dy bładzi, e e z z ˛ kto w˛ druje. . . e — A wi˛ c to o tobie mówi ten wiersz? — spytał Frodo. — Nie mogłem zgade na´ , do czego si˛ te słowa odnosza. Ale skad wiesz, ze Gandalf je umie´cił w swo˛c e ˛ ˛ ˙ s im li´cie, skoro go nie czytałe´? s s — Nie wiedziałem tego — odparł Obie˙ y´wiat. — Nazywam si˛ Aragorn, z s e a ten wiersz zwiazany jest z moim imieniem. — Dobył miecza i zobaczyli ostrze ˛ złamane poni˙ ej r˛ koje´ci. — Widzisz, Samie, nie na wiele zda si˛ ten miecz. z e s e Zbli˙ a si˛ jednak dzie´ , kiedy zostanie przekuty na nowo. z e n Sam nic nie odpowiedział. — A teraz — ciagnał Obie˙ y´wiat — je´li Sam si˛ nie sprzeciwi, zako´ cz˛ ˛ z s s e n my na tym spraw˛ . B˛ d˛ waszym przewodnikiem. Czeka nas jutro ci˛ zka droga. e e e e˙ Je˙ eli nawet uda nam si˛ opu´ci´ Bree bez przeszkód, watpi˛ , czy wymkniemy z e s c ˛ e si˛ niepostrze˙ enie. Postaram si˛ wszak˙ e zatrze´ trop jak najpr˛ dzej. Znam pae z e z c e r˛ scie˙ ek oprócz głównej drogi. A jak tylko zmylimy po´cig, skierujemy si˛ na e´ z s e Wichrowy Czub. — Wichrowy Czub? — powtórzył Sam. — Co to takiego? — Wzgórze na północ od go´ci´ ca, w połowie mniej wi˛ cej drogi stad do s n e ˛ Rivendell. Widok z niego jest bardzo rozległy, b˛ dziemy mogli rozejrze´ si˛ doe c e koła. Gandalf, je´liby chciał nas do´cigna´ , szedłby z pewno´cia tamt˛ dy. Za Wis s ˛c s ˛ e chrowym Czubem zacznie si˛ trudniejsza cz˛ sc podró˙ y, przyjdzie nam wybiera´ e e´ ´ z c mi˛ dzy ró˙ nymi niebezpiecze´ stwami. e z n — Kiedy widziałe´ ostatnio Gandalfa? — zagadnał Frodo. — Czy wiesz, s ˛ gdzie on przebywa i co porabia? — Nie wiem — odparł Obie˙ y´wiat bardzo powa˙ nie. — Wiosna razem z nim z s z ˛ 177

przyszedłem na zachód. W ciagu kilku ostatnich lat cz˛ sto pełniłem stra˙ na gra˛ e z nicach Shire’u, kiedy Gandalf był zaj˛ ty gdzie indziej. Rzadko pozostawia on ten e kraj bez stra˙ y. Spotkali´my si˛ pierwszego maja u brodu Sarn, nad Brandywiz s e na. Powiedział mi, ze załatwił z toba spraw˛ pomy´lnie i ze w ko´ cu wrze´nia ˛ ˙ ˛ e s ˙ n s wyruszysz do Rivendell. Wiedzac, ze Gandalf jest z toba, oddaliłem si˛ z tych ˛ ˙ ˛ e stron w swoich osobistych interesach. Okazuje si˛ , ze zle zrobiłem, bo ni byłem e ˙ ´ pod r˛ ka, zeby mu dopomóc, kiedy dostał jakie´ złe nowiny. Pierwszy raz, ode ˛ ˙ s kad znam Gandalfa, jestem o niego niespokojny. Nawet je˙ eli nie mógł si˛ stawi´ ˛ z e c sam, powinni´my mie´ o nim wiadomo´ci. Jaki´ czas temu, gdy tu powróciłem, s c s s doszły mnie złe wie´ci. Rozeszła si˛ szeroko pogłoska, ze Gandalf zaginał i ze s e ˙ ˛ ˙ po drogach kr˛ ca si˛ je´ d´ cy. Mówiły mi o tym elfy z plemienia Gildora. One te˙ e ˛ e z z z pó´ niej dały mi zna´ , ze wyruszyli´cie z domu, ale na pró˙ no czekałem potem na z c ˙ s z wie´c, ze ju˙ opu´cili´cie Buckland. Czatowałem wi˛ c na Wschodnim Go´ci´ cu, s´ ˙ z s s e s n pełen niepokoju. — Czy my´lisz, ze Czarni Je´ d´ cy maja co´ wspólnego z. . . z nieobecno´cia s ˙ z z ˛ s s ˛ Gandalfa? — spytał Frodo. — Nie wyobra˙ am sobie, zeby co´ innego mogło go zatrzyma´ , chyba sam z ˙ s c Nieprzyjaciel — odparł Obie˙ y´wiat. — Nie tra´ my jednak nadziei! Gandalf jest z s c pot˛ zniejszy, ni˙ si˛ zdaje wam, hobbitom z Shire’u; na ogół dostrzegali´cie tylko e˙ z e s jego zarty i zabawki. Ale ta nasza wyprawa b˛ dzie najwi˛ kszym z dzieł Gandalfa. ˙ e e Pippin ziewnał. ˛ ´ — Przepraszam — rzekł — ale jestem smiertelnie zm˛ czony. Mimo wszelkich e niebezpiecze´ stw i zmartwie´ , musz˛ i´c do łó˙ ka, bo inaczej usn˛ tu, w fotelu. n n e s´ z e Gdzie si˛ podział ten niemadry Merry? To by mnie ju˙ dobiło, gdyby´my musieli e ˛ z s teraz wyj´c i po nocy szuka´ w ciemno´ciach. s´ c s

Ledwie to powiedział, gdzie´ w gł˛ bi domu trzasn˛ ły drzwi, a potem w kos e e rytarzu zadudniły szybkie kroki. Wpadł Merry, a za nim Nob. Merry pospiesznie zamknał drzwi i oparł si˛ o nie plecami. Przez chwil˛ nie ˛ e e mógł złapa´ tchu. Przyjaciele patrzyli na niego przera˙ eni. Wreszcie Merry przec z mówił zdyszanym głosem: — Frodo, widziałem ich. Widziałem Czarnych Je´ d´ ców! z z — Czarnych Je´ d´ ców! — krzyknał Frodo. — Gdzie? z z ˛ — Tutaj. W miasteczku. Przesiedziałem w pokoju z godzin˛ , ale ze was dłue ˙ go nie było wida´ , wyszedłem na mały spacer. Ju˙ wracałem, nim jednak znalac z złem si˛ na o´wietlonym dziedzi´ cu, stanałem, zeby spojrze´ w gwiazdy. I nagle e s n ˛ ˙ c dreszcz mnie przebiegł, wyczułem, ze koło mnie pełznie jaki´ okropny stwór: ˙ s jakby ciemniejszy cie´ w´ród cieniów przeczołgał si˛ w poprzek drogi, tu˙ poza n s e z ´ kr˛ giem swiatła padajacego z latarni. bez szmeru w´liznał si˛ natychmiast w cieme ˛ s ˛ e no´c. Nie był to ko´ . s´ n
178

— W która stron˛ poszedł? — spytał nagle i ostro Obie˙ y´wiat. ˛ e z s Merry wzdrygnał si˛ , teraz dopiero spostrzegajac w´ród przyjaciół obcego ˛ e ˛ s człowieka. — Mo˙ esz mówi´ — rzekł Frodo. — To przyjaciel Gandalfa. Pó´ niej ci z c z wszystko wytłumacz˛ . e — Skierował si˛ jak gdyby w gór˛ go´ci´ ca, na wschód — ciagnał Merry e e s n ˛ ˛ ´ dalej. — Próbowałem go sciga´ . Zniknał mi zaraz z oczu, ale minałem zakr˛ t c ˛ ˛ e i doszedłem a˙ do ostatniego domu przy drodze. z Obie˙ y´wiat spojrzał na niego z uznaniem. z s — Jeste´ odwa˙ ny — rzekł — ale zachowałe´ si˛ lekkomy´lnie. s z s e s — Nie wiem — powiedział Merry. — Nie zdaje mi si˛ , bym działał odwa˙ nie e z albo lekkomy´lnie. Po prostu nie mogłem nic innego zrobi´ . Jakby mnie co´ tam s c s ciagn˛ ło. W ka˙ dym razie poszedłem i niespodzianie usłyszałem głosy zza zywo˛ e z ˙ płotu. Jeden z tych głosów brzmiał jak pomruk, drugi jak szept czy nawet syk. Słów nie mogłem rozró˙ ni´ . Nie podsunałem si˛ bli˙ ej, bo zaczałem nagle dygoz c ˛ e z ˛ ta´ na całym ciele. Przeraziłem si˛ , zawróciłem, chciałem umkna´ do gospody, c e ˛c kiedy znienacka co´ stan˛ ło za moimi plecami i. . . padłem na ziemi˛ . s e e — I ja go tak znalazłem — uzupełnił relacj˛ Nob. — Pan Butterbur posłał e mnie z latarnia. Poszedłem najpierw do Zachodniej Bramy, potem zawróciłem ku ˛ Wschodniej. jako´ niedaleko od domu Billa Ferny wydało mi si˛ , ze co´ le˙ y na s e ˙ s z drodze. Przysiac nie przysi˛ gn˛ , ale wygladało to tak, jakby dwóch schylonych ˛ e e ˛ ludzi usiłowało co´ d´ wigna´ z ziemi. Krzyknałem, ale kiedy dobiegłem do tego s z ˛c ˛ ´ miejsca, nie było ju˙ ani sladu tamtych dwóch, tylko pan Brandybuck le˙ ał przy z z drodze i jakby spał. Potrzasnałem nim, ocknał si˛ i mówi: „My´lałem, ze wpadłem ˛ ˛ ˛ e s ˙ do gł˛ bokiej wody”. Był jaki´ dziwny i ledwie go rozbudziłem, zaraz pognał jak e s zajac tu, do gospody. ˛ — Boj˛ si˛ , to prawda — rzekł Merry. — Chocia˙ nie wiem, co mówiłem e e z Nobowi. Miałem straszny sen, ale go nie pami˛ tam. Załamałem si˛ zupełnie. Nie e e mam poj˛ cia, co mnie ogarn˛ ło. e e — Ale ja wiem — rzekł Obie˙ y´wiat. — Ogarnał ci˛ Czarny Dech. Je´ d´ cy z s ˛ e z z wida´ zostawili konie za osiedlem i tajemnie w´lizn˛ li si˛ przez Południowa Brac s e e ˛ m˛ z powrotem. teraz ju˙ dowiedzieli si˛ najnowszych wiadomo´ci, skoro byli e z e s u Billa Ferny. Prawdopodobnie ten go´c z południa był te˙ ich szpiegiem. Mo˙ e s´ z z si˛ co´ zdarzy´ jeszcze tej nocy, zanim opu´cimy Bree. e s c s — Co takiego? — spytał Merry. — Czy napadna gospod˛ ? ˛ e — Tego si˛ nie spodziewam — odparł Obie˙ y´wiat. — Jeszcze nie wszyscy e z s si˛ tu zebrali. A zreszta to do nich niepodobne. Najpot˛ zniejsi sa w ciemno´ciach e ˛ e˙ ˛ s i na pustkowiu. Nie napadna otwarcie domu, pełnego ludzi i jasno o´wietlonego, ˛ s chyba w ostateczno´ci, ale jeszcze nie teraz, gdy mamy przed soba wiele staj s ˛ drogi przez Eriador. Ich siła opiera si˛ jednak na terrorze i ju˙ chwycili w jego e z szpony kilku mieszka´ ców Bree. Tych mieszka´ ców podjudza do jakiej´ zbrodni. n n ˛ s 179

Pewnie to b˛ dzie Bill Ferny, paru cudzoziemców, mo˙ e od´ wierny. Rozmawiali e z z z nim w poniedziałek pod Zachodnia Brama. Od´ wierny był blady i trzasł si˛ ze ˛ ˛ z ˛ e strachu po tej rozmowie. — Jak si˛ zdaje, zewszad okra˙ aja nas wrogowie — rzekł Frodo. — Co robi´ ? e ˛ ˛z ˛ c — Zosta´ tutaj, nie nocowa´ w sypialni! Z pewno´cia wiedza, który pokój zajc c s ˛ ˛ mujecie. Izby przeznaczone dla hobbitów maja okna od północy i tu˙ nad ziemia. ˛ z ˛ Zostaniemy tu wszyscy razem i zabarykadujemy drzwi i okno. Najpierw jednak ´ ˛ ˛c Nob pomo˙ e mi sciagna´ tu wasze rzeczy. z Kiedy Obie˙ y´wiat wyszedł, Frodo pokrótce opowiedział Meriadokowi z s o wszystkim, co si˛ zdarzyło po kolacji. Merry jeszcze był zaj˛ ty odczytywaniem e e i rozwa˙ aniem listu Gandalfa, gdy Stra˙ nik i Nob powrócili. z z — A wi˛ c, prosz˛ panów — oznajmił Nob — rozburzyłem po´ciel i w ka˙ dym e e s z łó˙ ku uło˙ yłem wałek po´rodku. A pa´ ska głow˛ , panie Bag. . . panie Underhill, z z s n ˛ e ´ pi˛ knie uwinałem z brazowej wełnianej wycieraczki — dodał ze smiechem. e ˛ ˛ — B˛ dzie jak zywa — rzekł. — Ale co si˛ stanie, je´li tamci poznaja si˛ na e ˙ e s ˛ e maskaradzie? — Zobaczymy! — powiedział Obie˙ y´wiat. — Miejmy nadziej˛ , ze utrzymaz s e ˙ my fortec˛ do rana. e — Dobranoc panom — rzekł Nob i poszedł dołaczy´ si˛ do stra˙ y czuwajacej ˛ c e z ˛ u wej´cia gospody. s Hobbici spi˛ trzyli swoje podró˙ ne worki i sprz˛ t na podłodze saloniku. Zastae z e wili drzwi niskim fotelem i zamkn˛ li okno. Wygladajac przez nie, Frodo stwiere ˛ ˛ 1 dził, ze noc jest pogodna. Sierp błyszczał nad ramieniem wzgórza Bree. Zabez˙ pieczyli okno grubymi wewn˛ trznymi okiennicami i zaciagn˛ li szczelnie zasłony. e ˛ e ´ Obie˙ y´wiat poprawił drwa na kominku i zdmuchnał wszystkie swiece. z s ˛ Hobbici uło˙ yli si˛ na kocach, nogami zwróceni do paleniska, ale Obie˙ y´wiat z e z s siadł w fotelu pod drzwiami. Chwil˛ jeszcze gaw˛ dzili, bo Merry stawiał mnóstwo e e pyta´ . n — Przeskoczył przez ksi˛ zyc! — chichotał owijajac si˛ w pled. — Zbła´ niłe´ e˙ ˛ e z s si˛ , mój Frodo! A swoja droga załuj˛ , ze tego nie widziałem. Szanowni obywatele e ˛ ˛˙ e ˙ Bree b˛ da o tym zdarzeniu mówi´ przez nast˛ pnych sto lat. e ˛ c e — Mam nadziej˛ ! — rzekł Obie˙ y´wiat. e z s Wreszcie umilkli wszyscy i hobbici jeden po drugim zapadli w sen.

1

Sierp — tak hobbici nazywaja Wielki Wóz, czyli Wielka Nied´ wiedzic˛ . ˛ ˛ z e

ROZDZIAŁ XI

´ Sztylet w ciemnosciach
Gdy hobbici w gospodzie „Pod Rozbrykanym Kucykiem” w Bree przygotowywali si˛ do snu, nad Bucklandem zalegały ciemno´ci, a mgła snuła si˛ w roze s e padlinach i nad rzeka. Dom w Ustroni stał cichy. Grubas Bolger ostro˙ nie uchylił ˛ z drzwi i wyjrzał na dwór. Przez cały dzie´ l˛ k rósł w jego sercu coraz wi˛ kszy, tak n e e ze wieczorem Grubas nie mógł sobie znale´ c miejsca ani ule˙ e´ w łó˙ ku. W bez˙ z´ z c z wietrznej nocnej ciszy czaiła si˛ jaka´ gro´ ba. Grubas wpatrywał si˛ w pomrok˛ e s z e e i nagle zobaczył czarny cie´ sunacy pod drzewami; furtka otwarła si˛ jakby sama n ˛ e i znów zamkn˛ ła bez szmeru. Strach chwycił hobbita. Cofnał si˛ i długa chwil˛ e ˛ e ˛ e stał dr˙ ac w sieni. Wreszcie zatrzasnał i zaryglował drzwi. z˛ ˛ ´ z Noc trwała. Mi˛ kko, ledwie dosłyszalnie zadudniły na scie˙ ce kopyta przee prowadzanych chyłkiem koni. Przy furtce zatrzymały si˛ , a trzy czarne postacie, e trzy cienie nocne w´lizn˛ ły si˛ do ogrodu. Jeden podszedł do drzwi, dwa stan˛ ły s e e e po obu rogach domu. Zamarli tam niby cienie głazów, a tymczasem noc z wolna upływała. Dom i nieruchome drzewa jakby na co´ czekały wstrzymujac oddech. s ˛ Lekki powiew zaszele´cił w´ród li´ci, gdzie´ daleko zapiał kogut. Mijała zimna s s s s godzina przed´witu. Posta´ u drzwi poruszyła si˛ , w ciemno´ciach tej nocy, bezs c e s ksi˛ zycowej i bezgwiezdnej, błysn˛ ło dobyte ostrze, jakby kto´ obna˙ ył z osłon e˙ e s z ´ lodowate swiatełko. Pod głuchym, ale ci˛ zkim uderzeniem drzwi si˛ zachwiały. e˙ e — W imi˛ Mordoru, otwiera´ ! — zawołał wysoki, gro´ ny głos. e c z Pod drugim uderzeniem drzwi ustapiły i run˛ ły do wn˛ trza, belki p˛ kły, rygle ˛ e e e prysn˛ ły. Czarne postacie błyskawicznie skoczyły do sieni. e W tej samej sekundzie w´ród pobliskich drzew zagrał róg. Jego głos rozdarł s noc jak płomie´ buchajacy ze szczytu góry. n ˛ — Pobudka! Gore! Gore! Do broni! Grubas Bolger nie pró˙ nował. Kiedy spostrzegł czarne cienie sunace przez z ˛ ogród, zrozumiał od razu, ze musi umkna´ przed nimi albo zginie. Umknał wi˛ c ˙ ˛c ˛ e przez tylne drzwiczki, a potem ogrodem i polem. Biegł mil˛ z okładem, nim dotarł e do najbli˙ szego domu i tam padł na progu. z — Nie, nie, nie! — krzyczał. — Nie, to nie ja! Ja go nie mam! 181

Długa chwila upłyn˛ ła, nim kto´ zdołał zrozumie´ , o co mu chodzi. Wresze s c cie sasiedzi poj˛ li, ze wróg wdarł si˛ do Bucklandu, ze jaka´ straszna napa´c ze ˛ e ˙ e ˙ s s´ Starego Lasu zaskoczyła kraj. A wtedy zacz˛ li działa´ nie tracac dłu˙ ej ani chwili. e c ˛ z Gore, gore, gore! Brandybuckowie grali na rogu pobudk˛ alarmowa, która ostatni raz słyszano e ˛ ˛ tutaj sto lat temu, kiedy to w sroga zim˛ białe wilki przeszły granic˛ po zamarz˛ e e ni˛ tej Brandywinie. e Pobudka! Pobudka! Z daleka odezwały si˛ w odpowiedzi inne rogi. Alarm si˛ szerzył. Czarne poe e stacie wybiegły z domu. Jedna z nich w p˛ dzie upu´ciła na progu płaszcz Froda. e s ´ z Na scie˙ ce znów zadudniły kopyta, konie przeszły w galop i wkrótce t˛ tent przee grzmiał i zginał w ciemno´ciach. Wokół Ustroni grały rogi, rozlegała si˛ wrzawa ˛ s e i tupot spiesznych kroków. Ale Czarni Je´ d´ cy umkn˛ li jak burza w stron˛ Północz z e e nej Bramy. Niech sobie pohałasuja małe hobbity! Sauron zajmie si˛ nimi pó´ niej. ˛ e z Je´ d´ cy mieli na razie inne zadanie: wiedzieli ju˙ , ze dom w Ustroni jest pusty, ze z z z ˙ ˙ Pier´cie´ wywieziono gdzie´ dalej. Stratowali wart˛ przy bramie i opu´cili granic˛ s n s e s e Shire’u.

Noc jeszcze była wczesna, gdy Frodo ocknał si˛ nagle, jakby go zbudził jaki´ ˛ e s szmer czy mo˙ e czyja´ obecno´c. Zobaczył Obie˙ y´wiata, który czujnie wyproz s s´ z s stowany siedział w fotelu; w jego oczach odbijał si˛ blask płomieni, bo ogie´ na e n ´ z kominku, swie˙ o wida´ podsycony, palił si˛ jasno, ale Obie˙ y´wiat nie drgnał, nie c e z s ˛ dał Frodowi zadnego znaku. ˙ Frodo wkrótce znów usnał, lecz znowu szum wiatru i t˛ tent galopujacych ko˛ e ˛ ni zakłócił mu sen. Wiatr jak gdyby wirował dokoła domu i wstrzasał scianami, ˛ ´ a gdzie´, bardzo daleko, kto´ rozpaczliwie dał w róg. Frodo otworzył oczy i z pos s ˛ dwórka gospody dobiegło jego uszu wesołe pianie koguta. Obie˙ y´wiat rozsunał z s ˛ zasłony i z łoskotem pchnał okiennice na o´cie˙ . Szary brzask wschodzacego dnia ˛ s z ˛ wypełniał pokój, chłód ciagnał od otwartego okna. ˛ ˛ Zbudziwszy hobbitów, Obie˙ y´wiat zaprowadził ich zaraz do sypialni. Na jej z s widok u´wiadomili sobie, jak dobrze zrobili słuchajac rady tego przewodnika: s ˛ wyłamane okna trzaskały na wietrze, firanki łopotały, łó˙ ka były w straszliwym z nieładzie, a wałki rozdarte poniewierały si˛ na ziemi; z brazowej wełnianej wye ˛ cieraczki zostały tylko strz˛ py. e Obie˙ y´wiat natychmiast pobiegł po gospodarza. Nieborak pan Butterbur miał z s min˛ zaspana i przera˙ ona. Nie zmru˙ ył oka przez cała noc — jak twierdził — e ˛ z ˛ z ˛ lecz nie słyszał zadnych hałasów. ˙ — W zyciu mi si˛ nic podobnego nie zdarzyło! — krzyknał, wznoszac ze ˙ e ˛ ˛ ˙ zgroza ramiona. — Zeby moi go´cie nie mogli sp˛ dzi´ nocy w swoich łó˙ kach! ˛ s e c z I takie porzadne wałki zniszczone, i wszystkie rzeczy! Do czego to dojdzie? ˛
182

— Do ci˛ zkich czasów — rzekł Obie˙ y´wiat. — Ale na razie odzyskasz spoe˙ z s kój, skoro nas si˛ stad pozb˛ dziesz. Wyje˙ d˙ amy natychmiast. Nie troszcz si˛ e ˛ e z z e ´ o sniadanie, byle co łykniemy i przekasimy, nie siadajac do stołu. Za par˛ minut ˛ ˛ e b˛ dziemy spakowani. e Pan Butterbur wybiegł, zeby dopilnowa´ siodłania kuców i przynie´c jaka´ ˙ c s´ ˛s przekask˛ . Wrócił jednak po chwili zrozpaczony. Kuce znikn˛ ły! Kto´ w nocy ˛ e e s otworzył stajni˛ i wypuscił nie tylko kucyki Merry’ego, lecz równie˙ wszystkie e z wierzchowce, jakie były w gospodzie. Nowina przygn˛ biła Froda. Jak˙ e mogli liczy´ , ze na własnych nogach doe z c ˙ ´ stana si˛ do Rivendell, scigani przez nieprzyjaciół na koniach? Równie dobrze ˛ e mogliby si˛ wybiera´ na ksi˛ zyc. Obie˙ y´wiat długa chwil˛ milczał przygladajac e c e˙ z s ˛ e ˛ ˛ si˛ hobbitom tak, jakby wa˙ ył ich siły i odwag˛ . e z e — Kucyki nie pomogłyby nam umkna´ przed ko´ mi — powiedział wreszcie, ˛c n jakby czytajac w my´lach Froda. — Tymi drogami, które zamierzam wybiera´ , ˛ s c niewiele wolniej idzie si˛ pieszo. Ja zreszta i tak miałem i´c. Martwi˛ si˛ tylko e ˛ s´ e e o prowiant i sprz˛ t. Nigdzie po drodze stad do Rivendell nie dostaniemy nic do e ˛ jedzenia prócz tego, co b˛ dziemy mieli ze soba. A trzeba wzia´ na zapas, bo moe ˛ ˛c ze si˛ zdarzy´ zwłoka albo konieczno´c nało˙ enia drogi i zboczenia daleko od ˙ e c s´ z prostego szlaku. Ile gotowi jeste´cie d´ wiga´ na plecach? s z c — Ile trzeba — odparł Pippin; był markotny, lecz usiłował wmówi´ sobie, ze c ˙ jest bardziej zahartowany, ni˙ wyglada (i ni˙ si˛ czuje). z ˛ z e — Ja mog˛ d´ wiga´ za dwóch — o´wiadczył zuchowato Sam. e z c s — Czy nic si˛ nie da zrobi´ ? — zwrócił si˛ Frodo do gospodarza. — Czy nie e c e znalazłoby si˛we wsi pary lub chocia˙ jednego kuca, zeby załadowa´ baga˙ ? Nie e z ˙ c z mogliby´my ich najmowa´ , ale kupiliby´my — dodał niepewnie, bo nie wiedział, s c s czy mu starczy pieni˛ dzy. e — Watpi˛ — odparł strapiony pan Butterbur. — Tych kilka kucyków nadaja˛ e ˛ cych si˛ pod wierzch, jakie Bree posiada, stało w mojej stajni; te, jak wiadomo, e zgin˛ ły. Poza tym zwierzat pociagowych, czy to koni, czy kuców, jest u nas bardzo e ˛ ˛ mało i nikt nie ma ich na zbyciu. Ale zrobi˛ , co si˛ da. Po´l˛ Boba jak najspiesze e se niej, zeby przepytał si˛ wsz˛ dzie. ˙ e e — Tak — niech˛ tnie zgodził si˛ Obie˙ y´wiat. — Trzeba spróbowa´ . Obawiam e e z s c si˛ , ze bez jednego przynajmniej kucyka nie damy sobie rady. To wszak˙ e przekree ˙ z ´ sla wszelkie nadzieje na wczesny wymarsz i na wy´li´ ni˛ cie si˛ stad ukradkiem! s z e e ˛ Jak gdyby´my odtrabili swój odjazd. Niewatpliwie tego sobie wła´nie tamci zys ˛ ˛ s ˙ czyli. — Jest w tym jednak okruch pociechy — rzekł Merry — a nawet, miejmy nadziej˛ , wi˛ cej ni˙ okruch! Bo czekajac na kuca mo˙ emy spokojnie zasia´c do e e z ˛ z ˛s ´ ´ sniadania! Wołajcie zaraz Noba! Ostatecznie zmarudzili z góra trzy godziny. Bob wrócił z wiadomo´cia, ze ani ˛ s ˛ ˙ z miło´ci, ani z chciwo´ci nikt w okolicy nie chce sprzeda´ konia lub kucyka, s s c 183

z jednym jedynym wyjatkiem: Bill Ferny jest, jak si˛ zdaje, skłonny do rokowa´ . ˛ e n — To stara zagłodzona szkapa — powiedział Bob — ale o ile dobrze znam Billa, on jej nie odstapi taniej ni˙ za potrójna cen˛ , bo wie, w jakim panowie sa ˛ z ˛ e ˛ poło˙ eniu. z — Bill Ferny? — spytał Frodo. — Czy to aby nie nowy podst˛ p? Mo˙ e ta e z bestia ucieknie z powrotem do niego z całym naszym dobytkiem albo pomo˙ e nas z wytropi´ , czy co´ w tym rodzaju. c s — Nie wiem — rzekł Obie˙ y´wiat — ale nie wyobra˙ am sobie, zeby jakiez s z ˙ kolwiek zwierz˛ , raz wyzwolone, zechciało wróci´ do tego człowieka. My´l˛ , ze e c se ˙ to raczej dodatkowy pomysł łaskawego pana Billa: zachciało mu si˛ powi˛ kszy´ e e c jeszcze w ten sposób zysk z całej awantury. Boj˛ si˛ raczej tego, ze to biedne e e ˙ stworzenie zdechnie lada chwila. Ale nie mamy wyboru. Ile on zada? ˙˛ Bill Ferny zadał dwunastu srebrnych groszy, co stanowiło co najmniej trzy˙˛ krotna cen˛ kucyka w tych stronach. Kuc okazał si˛ ko´cistym, zagłodzonym, ˛ e e s apatycznym zwierzakiem, ale zdycha´ , jak si˛ zdawało, jeszcze nie zamierzał. c e Pan Butterbur za niego zapłacił i ofiarował Merry’emu gotówka osiemna´cie ˛ s srebrnych groszy jako odszkodowanie za stracone wierzchowce. Był człowiekiem uczciwym i zamo˙ nym — na miar˛ tego kraju. Ale trzydzie´ci srebrnych groszy z e s stanowiło dla niego powa˙ ny ubytek, tym bole´niejszy do zniesienia, ze to Bill z s ˙ Ferny go okpił. Jak si˛ okazało, nie wyszedł na tym w ko´ cu zle. Pó´ niej bowiem wyja´niło e n ´ z s si˛ , ze naprawd˛ skradziono jednego tylko konia. Inne zwierz˛ ta wypłoszono ze e ˙ e e stajni czy mo˙ e same w panice rozbiegły si˛ i po kilku dniach znaleziono je błaz e ˛ kajace si˛ w ró˙ nych zakatkach Bree. Kucyki Merry’ego uciekły na dobre, lecz ˛ e z ˛ dały dowód wielkiego rozumu, bo skierowały si˛ na wydmy i odszukały Pulpeta. e Przebyły wi˛ c czas jaki´ pod opieka Toma Bombadila i dobrze im si˛ działo. Gdy e s ˛ e jednak do uszu Toma doszła wie´c o wydarzeniach w Bree, odesłał on kucyki s´ panu Butterburowi, który tym sposobem zyskał pi˛ c pi˛ knych wierzchowców za e´ e bardzo umiarkowana cen˛ . Kuce w Bree musiały ci˛ zej pracowa´ , ale Bob obcho˛ e e˙ c dził si˛ z nimi jak najlepiej. W ostatecznym obrachunku mo˙ na by powiedzie´ , ze e z c ˙ wygrały szcz˛ sliwy los, skoro omin˛ ła je ponura i niebezpieczna wyprawa. Ale e´ e te˙ nigdy nie poznały Rivendell! z Na razie jednak pan Butterbur nie wiedział jeszcze tego wszystkiego i uwa˙ ał z swoje pieniadze za stracone bezpowrotnie. Miał ponadto inne kłopoty. Gdy bo˛ wiem pozostali go´cie zbudzili si˛ i dowiedzieli o napadzie na gospod˛ , powstał s e e nie lada zam˛ t. Podró˙ ni z południa, którym zgin˛ ło kilka koni, gło´no oskar˙ ae z e s z li gospodarza, póki si˛ nie wydało, ze jeden z ich własnych kompanów zniknał e ˙ ˛ równie˙ tej nocy: nie kto inny, lecz zezowaty wspólnik Billa Ferny. Zaraz te˙ całe z z podejrzenie spadło na niego. — Je˙ eli zadajecie si˛ z koniokradem i wprowadzacie go do mojego domu z e — rzekł z oburzeniem pan Butterbur — powinni´cie z własnej kiesy zapłaci´ s c 184

wszystkie szkody, zamiast krzycze´ na mnie. Id´ cie i spytajcie Billa Ferny, gdzie c z si˛ podziewa ten wasz szacowny przyjaciel. e Nikt jednak nie przyznawał si˛ do przyja´ ni z zezowatym człowiekiem i nikt e z nie mógł sobie przypomnie´ , gdzie i kiedy dołaczył si˛ on do kompanii. c ˛ e ´ Po sniadaniu hobbici przepakowali worki i zgromadzili wi˛ ksze zapasy przee widujac podró˙ dłu˙ sza ni˙ pierwotnie planowano. Dochodziła ju˙ godzina dzie˛ z z ˛ z z siata, kiedy wreszcie mogli ruszy´ w drog˛ . Ale o tej porze całe osiedle ju˙ hu˛ c e z czało podnieceniem. Sztuczka Froda, zjawienie si˛ Czarnych Je´ d´ ców, kradzie˙ e z z z koni, a w dodatku wie´c, ze Stra˙ nik zwany Obie˙ y´wiatem połaczył si˛ z tajems´ ˙ z z s ˛ e niczymi hobbitami — wszystko to składało si˛ na sensacj˛ , która mogła wypełni´ e e c kilka ubogich w zdarzenia lat. Wi˛ kszo´c mieszka´ ców Bree i Staddle, a nawet e s´ n sporo obywateli z Combe i Archet zgromadziło si˛ na drodze, zeby zobaczy´ wye ˙ c je˙ d˙ ajacych hobbitów. Go´cie spod „Rozbrykanego Kucyka” cisn˛ li si˛ w progu z z ˛ s e e gospody i w jej oknach. Obie˙ y´wiat zmienił plan i postanowił wyj´c z Bree go´ci´ cem. Jakakolwiek z s s´ s n próba wymkni˛ cia si˛ na przełaj polami pogorszyłaby tylko spraw˛ : połowa tuteje e e szej ludno´ci poszłaby za nimi, zeby si˛ przekona´ , jakie maja zamiary i czy nie s ˙ e c ˛ robia szkód na ich polach. Po˙ egnali Noba i Boba, podzi˛ kowali serdecznie panu ˛ z e Butterburowi. — Mam nadziej˛ — rzekł Frodo — ze si˛ jeszcze spotkamy w weselszych e ˙ e okoliczno´ciach. Bardzo bym chciał sp˛ dzi´ jaki´ czas spokojnie w twoim domu. s e c s ´ Niespokojni, przygn˛ bieni, ruszyli sledzeni przez setki oczu. W tłumie nie e wszystkie twarze były przyjazne, w´ród okrzyków nie wszystkie zyczliwe. Ale s ˙ dla Obie˙ y´wiata wi˛ kszo´c tutejszych obywateli zywiła, jak wida´ , respekt, bo z s e s´ ˙ c ka˙ dy, na kogo spojrzał, zamykał usta i wycofywał si˛ co pr˛ dzej. Obie˙ y´wiat z e e z s szedł na czele wraz z Frodem, za nim Merry z Pippinem, a na ko´ cu Sam prowan dził kucyka, któremu załadowano na grzbiet tyle worków, na ile miłosierdzie dla zwierz˛ cia pozwalało. Kucyk jednak wygladał ju˙ mniej nieszcz˛ sliwie, jak gdye ˛ z e´ by zadowolony ze zmiany losu. Sam w zamy´leniu gryzł jabłko. Miał kieszenie s wypchane jabłkami dzi˛ ki po˙ egnalnym darom Noba i Boba. e z — Nie ma jak jabłka w marszu, a fajka na popasie — mówił Sam. — Ale zdaje si˛ , ze wkrótce b˛ d˛ musiał wyrzec si˛ obu tych przyjemno´ci. e ˙ e e e s Hobbici nie zwracali uwagi na w´cibskich, którzy wygladali zza drzwi, wys ˛ tykali głowy zza murów i płotów. Kiedy jednak zbli˙ ali si˛ ju˙ do bramy w druz e z gim ko´ cu osiedla, Frodo zauwa˙ ył ciemny, zaniedbany dom ukryty za g˛ stym n z e zywopłotem: ostatni dom w Bree. W jednym z okien mign˛ ła mu smagła twarz ˙ e z chytrymi, zezowatymi oczyma, lecz zaraz znikn˛ ła. e „A wi˛ c tu si˛ ukrywa ten południowiec — pomy´lał Frodo. — Wyglada mi e e s ˛ niemal na goblina”. 185

Zza zywopłotu przypatrywał si˛ podró˙ nym zuchwale inny m˛ zczyzna. Miał ˙ e z e˙ krzaczaste czarne brwi i ciemne, gniewne oczy, a grube wargi skrzywione zło´lis ´ wym u´miechem; cmił krótka czarna fajk˛ . Gdy w˛ drowcy mijali go, wyjał z ust s ˛ ˛ e e ˛ cybuch i splunał. ˛ — Dzie´ dobry, Długonogi! — powiedział. — Wcze´nie wstałe´. Znalazłe´ n s s s sobie wreszcie nowych przyjaciół, co? Obie˙ y´wiat skinał głowa, lecz nic nie odrzekł. z s ˛ ˛ — Dzie´ dobry, malcy! — zagadnał tamten do hobbitów. — Mam nadziej˛ , n ˛ e ze wiecie, kogo wzi˛ li´cie do kompanii? To Wiercipi˛ ta Obie˙ y´wiat we własnej ˙ e s e z s osobie! Co prawda znam te˙ jego inne i mniej pi˛ kne przezwiska. Pilnujcie si˛ z e e zwłaszcza w nocy! A ty, Samie, nie dr˛ cz mojego biednego, starego kucyka! — e I splunał znowu. ˛ Sam odwrócił si˛ zywo. e˙ — A ty, Ferny — odparł — zabierz stad pr˛ dko swoja szpetna g˛ b˛ , bo ci ja ˛ e ˛ ˛ e e ˛ kto´ jeszcze uszkodzi. — Niespodzianie jabłko strzeliło z jego r˛ ki prosto w nos s e Billa, który uchylił si˛ , ale poniewczasie. Zza zywopłotu bluzn˛ ły przekle´ stwa. e ˙ e n — Szkoda dobrego jabłka — rzekł z zalem Sam i pomaszerował dalej. ˙ W ko´ cu miasteczko zostało za nimi. Gromada dzieciaków eskortujacych pon ˛ chód zm˛ czyła si˛ wreszcie i zawróciła spod Południowej Bramy. Hobbici min˛ e e e li ja i szli kilka mil go´ci´ cem. Droga skr˛ cała w lewo, zataczała łuk okra˙ ajac ˛ s n e ˛z ˛ wzgórze Bree i spadała do´c stromo ku lasom na wschodzie. Podró˙ ni mieli teraz s´ z po lewej r˛ ce łagodne, południowe stoki, na których rozsypane były domy hobe bickiego osiedla w Staddle; spogladajac ku północy widzieli nad gł˛ boka kotlina ˛ ˛ e ˛ ˛ smugi dymu, wskazujace, gdzie znajduje si˛ Combe; Archet kryło si˛ dalej w k˛ ˛ e e e pie drzew. Droga sprowadziła ich w dół, wzgórze Bree wznosiło si˛ teraz za ich e ´ z plecami, wysokie i brunatne, a przed nimi ukazała si˛ waska scie˙ ka odbiegajaca e ˛ ˛ od go´ci´ ca ku północy. s n — Tu zejdziemy z otwartego traktu i zaszyjemy si˛ w terenie — oznajmił e Obie˙ y´wiat. z s — Byle´my nie szli „na skróty” — rzekł Pippin. — Nasza poprzednia próba s skrócenia drogi przez lasy omal nie sko´ czyła si˛ katastrofa. n e ˛ — Ale wtedy mnie z wami nie było — roze´miał si˛ Obie˙ y´wiat. — Kto ze s e z s mna drogi prostuje, ten w polu nie nocuje. ˛ Przepatrzył uwa˙ nie go´ciniec przed soba i za soba. Nie było wida´ nigdzie z s ˛ ˛ c zywego ducha. Szybko sprowadził hobbitów w dół, ku le´nej dolinie. ˙ s Nie znajac okolicy, domy´lali si˛ jednak, ze przewodnik zamierza najpierw ˛ s e ˙ kierowa´ si˛ w stron˛ Archet, potem jednak skr˛ ci´ w prawo i obej´c wie´ od c e e e c s´ s wschodu, aby dalej mo˙ liwie na wprost przeby´ dzika krain˛ dzielaca ich od Wiz c ˛ e ˛ ˛ chrowego Czuba. Tym sposobem — o ile by si˛ plan udał — oszcz˛ dziliby sobie e e sporo drogi, bo go´ciniec robił wielka p˛ tl˛ okra˙ ajac od południa Komarowe s ˛ e e ˛z ˛ Bagnisko. Co prawda musieliby wówczas przeby´ moczary, które Obie˙ y´wiat c z s 186

opisał im wcale nie zach˛ cajaco. e ˛ Tymczasem wszak˙ e marsz nie był przykry. A nawet, gdyby nie gro´ ne przez z zycia poprzedniej nocy, mo˙ na by ten etap uzna´ za najmilszy z całej dotychcza˙ z c sowej podró˙ y. Sło´ ce swieciło jasno, ale nie doskwierało upałem. Lasy w dolinie z n ´ jeszcze nie straciły li´ci i mieniły si˛ kolorami, a wydawały si˛ spokojne i tchnas e e ˛ ce zdrowiem. Obie˙ y´wiat bez wahania wybierał drog˛ , sami hobbici na pewno z s e zabłakaliby si˛ wkrótce w´ród bocznych, krzy˙ ujacych si˛ scie˙ ek. Przewodnik ˛ e s z ˛ e´ z kluczył umy´lnie, zeby zmyli´ po´cig. s ˙ c s ´ — Bill Ferny niechybnie sledził, w którym miejscu opu´cili´my go´ciniec — s s s rzekł. — Nie my´l˛ jednak, by szedł za nami. Zna wprawdzie nie´ le okolic˛ , ale se z e wie, ze nie mo˙ e si˛ ze mna mierzy´ w lesie. Boj˛ si˛ tylko tego, ze tamtym ˙ z e ˛ c e e ˙ powie o nas. Bo tamci chyba sa niedaleko. Je˙ eli uwierza, ze idziemy do Archet, ˛ z ˛ ˙ tym lepiej dla nas.

Mo˙ e dzi˛ ki zr˛ czno´ci Obie˙ y´wiata, a mo˙ e z innych przyczyn, do´c, ze z e e s z s z s´ ˙
´ przez cały dzie´ nie zobaczyli sladu ani nie usłyszeli głosu zywego stworzenia: n ˙ ani dwunogiego — prócz ptaków, ani czworonogiego — prócz jednego lisa i paru wiewiórek. Nazajutrz skierowali si˛ ju˙ wyra´ nie na wschód, ale w dalszym ciagu e z z ˛ otaczała ich cisza i spokój. Trzeciego dnia od opuszczenia Bree wyszli z Zalesia. Od miejsca, w którym skr˛ cili z go´ci´ ca, teren wcia˙ opadał, a teraz znale´ li si˛ e s n ˛z z e na rozległej płaszczy´ nie, gdzie czekały ich wi˛ ksze trudno´ci. Byli ju˙ daleko za z e s z granicami Bree, na bezdro˙ ach dzikiej krainy, zbli˙ ali si˛ do Komarowego Bagniz z e ska. Mieli tu ju˙ pod nogami grunt podwilgły, miejscami grzaski, a tu i ówdzie z ˛ ´ trafiali na rozlewiska i wielkie k˛ py trzcin i sitowia, pełne swiergotu drobnego, e schowanego w g˛ stwinie ptactwa. Musieli bardzo ostro˙ nie wybiera´ drog˛ , zeby e z c e ˙ przej´c sucha noga, a zarazem nie zboczy´ z wytkni˛ tego kierunku. Zrazu posus´ ˛ ˛ c e wali si˛ do´c szybko, ale z ka˙ da godzina marsz stawał si˛ mozolniejszy i bardziej e s´ z ˛ ˛ e niebezpieczny. Moczary były zwodnicze i zdradzieckie, nawet Stra˙ nik nie znał z ´ z w´ród zmiennych trz˛ sawisk stałej scie˙ ki i musiał jej za ka˙ dym razem szuka´ . s e z c W˛ drowców zacz˛ ły n˛ ka´ muchy, w powietrzu zaroiło si˛ od chmar drobniutkich e e e c e komarów, wciskajacych si˛ w r˛ kawy, nogawki spodni i we włosy. ˛ e e ˙ — Zywcem mnie po˙ eraja! — krzyczał Pippin. — Komarowe Bagnisko! Wi˛ z ˛ e cej tu komarów ni˙ wody. z — Czym one si˛ zywia, kiedy nie maja hobbitów pod r˛ ka? — pytał Sam e ˙ ˛ ˛ e ˛ drapiac si˛ w kark. ˛ e Sp˛ dzili bardzo niemiły dzie´ w pustej, brzydkiej okolicy. Obóz rozbili na e n miejscu podmokłym, zimnym, niewygodnym, a dokuczliwe owady nie dały im oka zmru˙ y´ . W trzcinach i trawach gnie´ dziły si˛ jakie´ szkaradne stworzenia, z c z e s ´ ´ sadzac z głosów gorsza odmiana swierszczy. Były ich tysiace, a cwierkały: „skr˛ c˛ ˛ ˛ e´ -kark, skr˛ c-kark” niezmordowanie przez cała noc, doprowadzajac hobbitów niee´ ˛ ˛ 187

mal do szale´ stwa. n Nast˛ pny dzie´ — czwarty — nie przyniósł wi˛ kszej poprawy, a nocleg, rówe n e nie jak poprzedni, nie dał w˛ drowcom odpoczynku. „Skr˛ cikarki” — jak je przee e zwał Sam — wprawdzie zostały za nimi, ale komary prze´ladowały ich dalej. s Frodo le˙ ał zm˛ czony, lecz niezdolny oka zmru˙ y´ , gdy nagle wydało mu si˛ , z e z c e ´ ze w oddali na wschodzie niebo roz´wietla si˛ dziwnie; swiatło błysn˛ ło i zgasło ˙ s e e ´ kilka razy. Nie mógł to by´ blask switu, bo do rana było jeszcze daleko. c ´ — Co to za swiatło? — spytał Obie˙ y´wiata, który podniósł si˛ i stał wpatrzoz s e ny w noc. — Nie wiem — odparł tamten. — Za daleko, zeby cos rozezna´ . Wyglada jak ˙ c ˛ błyskawica strzelajaca ze szczytu pagórka. ˛ Frodo poło˙ ył si˛ znów, ale przez długa chwile widział jeszcze białe rozbłyski, z e ˛ a na ich tle wysoka, czarna sylwetk˛ Obie˙ y´wiata nasłuchujacego czujnie w´ród ˛ ˛ e z s ˛ s ciszy. Wreszcie hobbit zapadł w niespokojny sen.

Piatego dnia po krótkim marszu wydostali si˛ w ko´ cu spo´ród rozlewisk, ˛ e n s
sitowia i bagien. Teren przed nimi znów zaczał si˛ wznosi´ . Na horyzoncie, ˛ e c u wschodu, dostrzegli pasmo wzgórz. Jedno z nich, odosobnione w prawym ko´ n cu ła´ cucha, górowało nad innymi. Jego wierzchołek miał kształt spłaszczonego n nieco sto˙ ka. z — To Wichrowy Czub — powiedział Obie˙ y´wiat. — Stary Go´ciniec, który z s s zostawili´my daleko po prawej r˛ ce, omija szczyt od południa i przebiega nie opos e dal jego podnó˙ y. Je˙ eli pójdziemy na wprost, b˛ dziemy chyba jutro w południe z z e na miejscu. Sadz˛ , ze trzeba si˛ o to postara´ . ˛ e ˙ e c — Co masz na my´li? — spytał Frodo. s — To, ze wcale nie jestem pewien, co zastaniemy. Góra le˙ y troch˛ za blisko ˙ z e go´ci´ ca. s n — Ale przecie˙ mamy nadziej˛ spotka´ si˛ tam z Gandalfem? z e c e — Owszem, lecz to słaba nadzieja. Nawet je˙ eli Gandalf rzeczywi´cie w˛ droz s e wał tym szlakiem, mógł omina´ Bree, a w takim razie nic nie wie o nas. Zreszta ˛c ˛ byłby to wyjatkowy przypadek, gdyby´my si˛ wła´nie w tym miejscu zeszli jed˛ s e s nocze´nie; bardziej prawdopodobne, ze si˛ rozminiemy. Ani dla niego, ani dla nas s ˙ e nie byłoby bezpiecznie czeka´ wzajem na siebie zbyt długo. Je´ d´ cy, je˙ eli im si˛ c z z z e nie uda zdyba´ nas na pustkowiu, zapewne tak˙ e skieruja si˛ na Wichrowy Czub. c z ˛ e Ze szczytu jest rozległy widok na wszystkie strony. Kto wie, czy mnóstwo tutejszych ptaków i zwierzat nie widzi nas stamtad w tej chwili. A nie wszystkie ptaki ˛ ˛ zasługuja na zaufanie; sa te˙ inni szpiedzy, znacznie gro´ niejsi. ˛ ˛ z z Hobbici z trwoga spojrzeli na odległe wzgórza. Sam popatrzył w blade niebo, ˛ ´ jakby l˛ kajac si˛ , ze ju˙ nad nimi kra˙ a sokoły albo orły i sledza ich bystrymi, e ˛ e ˙ z ˛z ˛ ˛ nieprzyjaznymi oczyma. 188

— Bardzo mi si˛ zrobiło nieswojo po tym, co´ powiedział — rzekł do Obiee s zy´wiata. ˙ s — Co nam radzisz? — spytał Frodo. — My´l˛ — z namysłem, jakby niepewnie odparł przewodnik — ze najlepiej se ˙ b˛ dzie i´c mo˙ liwie najprostsza droga ku wschodowi, zeby dotrze´ do wzgórz, ale e s´ z ˛ ˛ ˙ c ´ z e nie wprost na Wichrowy Czub. Znam tam scie˙ k˛ biegnaca u podnó˙ y ła´ cucha. ˛ ˛ z n Zaprowadzi nas ona na Czub od północy, mniej otwartym stokiem. No, a potem zastanowimy si˛ , co dalej robi´ . e c

Przez cały dzie´ brn˛ li naprzód, póki nie zapadł wczesny, zimny wieczór. n e
Grunt tu ju˙ był suchszy i mniej zaro´ni˛ ty, ale mgły i opary zalegały nad bagniz s e skami, które w˛ drowcy mieli za soba. Niekiedy odzywał si˛ piskliwie i zało´nie e ˛ e ˙ s jaki´ smutny ptak, lecz gdy czerwona tarcza sło´ ca z wolna skryła si˛ w cieniu zas n e chodu, cały kraj ogarn˛ ła głucha cisza. Hobbici my´leli o miłym blasku zachodu e s przesianym przez wesołe okna odległego Bag End. Pó´ nym popołudniem trafili z na strumie´ spływajacy ze wzgórz i ginacy w rozlewiskach moczarów; szli jego n ˛ ˛ brzegiem pod gór˛ , póki trwał dzie´ . Ciemno ju˙ było, gdy wreszcie zatrzymae n z li si˛ i rozbili obóz nad strumieniem, pod skarlała olcha. Na tle mrocznego nieba e ˛ ˛ majaczyły im ju˙ nagie, bezdrzewne zbocza wzgórz. Tej nocy wystawili przy oboz zowisku wart˛ , a przewodnik chyba wcale si˛ nie kładł. Ksi˛ zyc wzeszedł du˙ y e e e˙ z i we wcze´niejszych godzinach nocnych zimna, siwa po´wiata zalewała krajobraz. s s Nazajutrz wyruszyli wkrótce po wschodzie sło´ ca. Powietrze było mro´ ne, n z niebo blade, jasnobł˛ kitne. Hobbici czuli si˛ ra´ ni, jak po dobrze przespanej noe e z cy. Przywykli ju˙ do długich marszów po krótkich popasach — o wiele krótszych z w ka˙ dym razie, ni˙ w Shire uznawano za niezb˛ dne dla jakiego takiego pokrzez z e pienia sił. Pippin twierdził, ze Frodo wyglada teraz na dwakro´ t˛ zszego hobbita ˙ ˛ c e˙ ni˙ dawniej. z — A to dziwne — odparł Frodo — je´li wzia´ pod uwag˛ , ze jest mnie dwa s ˛c e ˙ razy mniej. Spodziewam si˛ , ze kiedy´ wreszcie przestan˛ chudna´ , bo inaczej e ˙ s e ˛c wkrótce zamieni˛ si˛ w widmo. e e — Nie mów takich rzeczy! — zywo przerwał mu Obie˙ y´wiat z niespodzie˙ z s wana surowo´cia. ˛ s ˛ si˛ przybli˙ yły. Tworzyły falisty grzebie´ , w wielu miejscach e z n wznoszacy si˛ do tysiaca bez mała stóp, tu i ówdzie opadajacy w doliny lub prze˛ e ˛ ˛ ł˛ cze, które otwierały drog˛ do krajów poło˙ onych na wschód od górskiego ła´ e e z n cucha. Hobbici dostrzegali ciagnace si˛ wzdłu˙ grani szczatki porosłych zielenia ˛ ˛ e z ˛ ˛ murów i fos, a w dolinach sterczały jeszcze ruiny dawnych kamiennych budowli. Wieczorem dotarli do podnó˙ y zachodnich stoków i tu zatrzymali si˛ na nocleg. z e 189

Wzgórza

Była to noc piatego pa´ dziernika, a od wyruszenia z Bree upłyn˛ ło sze´c dni. ˛ z e s´ Rankiem zobaczyli po raz pierwszy od wyj´cia z Zalesia wyra´ na drog˛ . Skr˛ s z ˛ e e cili w prawo i posuwali si˛ ku południowi. Droga biegła kr˛ to, jakby umy´lnie e e s kluczac, zeby si˛ skry´ zarówno przed obserwacja ze szczytów, jak i z równiny, ˛ ˙ e c ˛ od zachodu. Zanurzała si˛ w le´ne parowy, wspinała si˛ na strome skarpy, a jee s e ´ sli biegła bardziej płaskim i otwartym terenem, osłaniały ja z obu stron ogromne ˛ głazy i kamienne usypiska, za którymi podró˙ ni byli ukryci jak za płotem. z — Ciekaw jestem, kto t˛ scie˙ k˛ zbudował i w jakim celu? — rzekł Merry, e´ z e gdy maszerowali takim korytarzem pod murem ze szczególnie du˙ ych i ciasno z skupionych głazów. — nie bardzo mi si˛ to podoba. Wyglada troch˛ jakby. . . jake ˛ e by kurhanowo. Czy na Wichrowym Czubie jest tak˙ e kurhan? z — Nie. Ani na Wichrowym Czubie, ani na zadnym z tych wzgórz nie na kur˙ hanów — odparł Obie˙ y´wiat. — Ludzie z zachodu nigdy tu nie mieszkali, jakz s kolwiek pod koniec swojej epoki bronili przez czas pewien tego ła´ cucha przen ´ z ciw złym siłom ciagnacym z Angmaru. Ta scie˙ ka łaczyła twierdze biegnac pod ˛ ˛ ˛ ˛ obronnym murem. Ale znacznie dawniej, w pierwszych dniach Północnego Królestwa, zbudowano na Wichrowym Czubie ogromna wie˙ e stra˙ nicza i nazwano ˛ z˛ z ˛ ja Amon Sul. Pó´ niej stra˙ nica spłon˛ ła i rozsypała si˛ w gruzy, tak ze dzi´ zostało ˛ z z e e ˙ s po niej tylko koliste rumowisko, niby surowa korona na głowie starego wzgórza. Ale niegdy´ była to smukła i pi˛ kna wie˙ a. Pono z niej wła´nie Elendil wypatrys e z s wał nadej´cia Gil-galada z zachodu w czasach Ostatniego Sojuszu. s Hobbici uwa˙ nie popatrzyli na Obie˙ y´wiata. Okazało si˛ , ze zna histori˛ z z s e ˙ e dawnych lat nie gorzej ni˙ scie˙ ki na pustkowiu. z´ z — Kim był ten Gil-galad? — spytał Merry. ´ Niespodzianie sciszony głos zaczał szepta´ : ˛ c O królu elfów Gil-galadzie ´ Spiewano sm˛ tna pie´n w gromadzie – e ˛ s´ Ostatni to monarchów wzór W kraju od Morza a˙ do Gór. z Miecz jego długi, lanca lekka, Hełm było wida´ ju˙ z daleka – c z A w srebrnej tarczy l´niły wraz s Odbite krocie złotych gwiazd. Dzi´ go ju˙ nie ma, cho´ był drzewiej – s z c Gdzie si˛ ukrywa – nikt z nas nie wie, e Bo jego gwiazda pełna l´nie´ s n W Mordoru spadła wieczny cie´ . n Przyjaciele w zdumieniu odwrócili głowy, bo to był głos Sama. 190

— Mów dalej — rzekł Merry. — Tylko tyle umiem — wyjakał czerwieniac si˛ Sam. — Nauczył mnie tego ˛ ˛ e pan Bilbo, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Nieraz mi takie historie opowiadał, bo wiedział, ze strasznie lubi˛ słucha´ o elfach. To pan Bilbo tak˙ e na˙ e c z uczył mnie czyta´ i pisa´ . Bardzo był uczony nasz kochany stary pan Bilbo. Pisał c c wiersze. Ten wiersz, który wam powiedziałem, tak˙ e on uło˙ ył. z z — Nie wymy´lił go sam — o´wiadczył Stra˙ nik. — To cz˛ sc ballady pod s s z e´ ´ tytułem „Koniec Gil-galada”, w staro˙ ytnym j˛ zyku. Bilbo widocznie ja przetłuz e ˛ maczył. Nic o tym nie wiedziałem. — Było wi˛ cej zwrotek — dodał Sam — a wszystkie o kraju Mordor. Ale nie e nauczyłem si˛ ich na pami˛ c, bo mnie przejmowały dreszczem. Nie my´lałem, ze e e´ s ˙ mnie te˙ przypadnie tam w˛ drowa´ . z e c — Do Mordoru! — krzyknał Pippin. — Mam nadziej˛ , ze do tego nie dojdzie. ˛ e ˙ — Nie wymawiaj tak gło´no tej nazwy! — rzekł Obie˙ y´wiat. s z s

Sło´ ce ju˙ stało wysoko, gdy wreszcie dotarli do południowego ko´ ca scie˙ ki n z n ´ z
´ i ujrzeli przed soba w bladym, prze´ roczystym swietle pa´ dziernikowej pogody ˛ z z szarozielony wał, który niby grobla prowadził na północny stok góry. Postanowili wej´c na szczyt natychmiast, za jasnego dnia. Dłu˙ ej kry´ si˛ nie było sposobu, s´ z c e ´ledzi ich zaden wróg ani szpieg. Na wzgórzu zostawała im tylko nadzieja, ze nie s ˙ ˙ nic si˛ nie poruszało. Je´li nawet Gandalf był gdzie´ w pobli˙ u, nie dawał znaku e s s z zycia. ˙ Na zachodnim ramieniu Wichrowego Czuba znale´ li zaciszna kotlin˛ , której z ˛ e dno miało kształt miski wy´cielonej trawa. Tu zostawili Sama i Pippina wraz z kus ˛ cem i wszystkimi baga˙ ami. Obie˙ y´wiat natomiast, Frodo i Merry poszli dalej ku z z s górze. Po półgodzinnej wspinaczce przewodnik pierwszy stanał na szczycie, Fro˛ do i Merry poda˙ ali za nim zm˛ czeni i zdyszani. Ostatnia stromizna była ucia˙ li˛z e ˛z wa i skalista. Na szczycie — tak jak Obie˙ y´wiat zapowiadał — ujrzeli szeroki pier´cie´ z s s n kamieni, szczatki dawnych murów wie˙ y, dzi´ rozsypane w gruz i porosłe ju˙ od ˛ z s z wieków trawa. Ale po´rodku pi˛ trzył si˛ stos drobniejszych kamieni, sczerniałych ˛ s e e od ognia. Wokół dar´ była wypalona do korzeni, a wsz˛ dzie wewnatrz pier´cienia n e ˛ s ruin osmalona i zwi˛ dła, jak gdyby płomie´ omiótł cały szczyt. Nie dostrzegali e n ´ jednak nigdzie sladu jakiejkolwiek zywej istoty. Kiedy stan˛ li na skraju pier´cie˙ e s nia ruin, roztoczył si˛ przed nimi w dole rozległy widok na obszar przewa˙ nie e z pusty i monotonny, urozmaicony jedynie na południu plama lasu, za którym tu ˛ i ówdzie przebłyskiwała gdzie´ daleko woda. U południowych podnó˙ y gór wił s z si˛ jak wsta˙ ka Stary Go´ciniec; wybiegał od zachodu, kr˛ cił to pod gór˛ , to w dół e ˛z s e e i niknał za ciemniejacym grzbietem na wschodzie. Go´ciniec był pusty. Kierujac ˛ ˛ s ˛ wzrok za jego biegiem na wschód, hobbici zobaczyli góry; ich bli˙ sze podnó˙ a z z 191

były brunatne i ciemne, dalej rysowały si˛ wynio´lejsze, szare sylwety, a zza nich e s wychylały si˛ strzeliste, białe szczyty, błyskajace w´ród obłoków. e ˛ s — No, doszli´my! — rzekł Merry. — Bardzo ponure i niego´cinne miejsce. s s Ani wody, ani schronienia. Ani znaku od Gandalfa. Nie mam mu o prawda za złe, ze si˛ nie zatrzymał. . . je´li rzeczywi´cie był tutaj. ˙ e s s — Nie wiem — rzekł Obie˙ y´wiat rozgladajac si˛ w zamy´leniu. — Nawet z s ˛ ˛ e s gdyby dopiero w dzie´ czy dwa po naszym wymarszu znalazł si˛ w Bree, mógłn e by tu przyby´ wcze´niej od nas. Umie podró˙ owa´ szybko, je´li czas nagli. — c s z c s Schylił si˛ i przyjrzał kamykowi le˙ acemu na szczycie stosu. Kamyk był płaski e z˛ i bielszy ni˙ inne, jakby uniknał ognia. Obie˙ y´wiat wział go do r˛ ki i zaczał baz ˛ z s ˛ e ˛ da´ obracajac w palcach. — Kto´ go musiał poło˙ y´ tu niedawno — rzekł. — Co c ˛ s z c my´licie o tych znakach? s Na płaskim spodzie kamienia Frodo dostrzegł jakie´ wydrapane rysy: s

— Widz˛ jakby kresk˛ , kropk˛ , trzy kreski — powiedział. e e e — Pierwsza kreska z lewej strony wyglada na runiczna liter˛ G z lekko nazna˛ ˛ e czonymi odgał˛ zieniami — odparł Obie˙ y´wiat. — Mo˙ e to by´ znak zostawiony e z s z c przez Gandalfa, chocia˙ pewno´ci co do tego nie ma. Zadrapania sa delikatne z s ˛ ´ z i niewatpliwie swie˙ e. Ale znaki moga by´ równie˙ innego pochodzenia i wcale ˛ ˛ c z nie nas dotyczy´ . Stra˙ nicy, którzy niekiedy tutaj bywaja, cz˛ sto u˙ ywaja runów. c z ˛ e z ˛ — Przypu´cmy, ze te znaki wydrapał na kamieniu Gandalf. Có˙ one by znas´ ˙ z czyły? — spytał Merry. — Sadz˛ — odpowiedział Obie˙ y´wiat — ze nale˙ ałoby odczyta´ G3, czyli ˛ e z s ˙ z c ze Gandalf był tu trzeciego pa´ dziernika, to jest trzy dni temu. Mo˙ na by te˙ ˙ z z z wywnioskowa´ , ze spieszył si˛ i ze niebezpiecze´ stwo było blisko; dlatego nie c ˙ e ˙ n miał czasu i nie wa˙ ył si˛ pisa´ wi˛ cej i wyra´ niej. Ale w takim razie musimy z e c e z zachowa´ wielka ostro˙ no´c. c ˛ z s´ — Cokolwiek mówia te znaki, chciałbym wiedzie´ na pewno, ze to Gandalf ˛ c ˙ je zostawił — odezwał si˛ Frodo. — Odetchnałbym spokojnie, gdybym wiedział, e ˛ ze Czarodziej znajduje si˛ gdzie´ na tej drodze, przed nami czy te˙ za nami. ˙ e s z — Mo˙ e — powiedział Obie˙ y´wiat. — Co do mnie, sadz˛ , ze Gandalf był tuz z s ˛ e ˙ ´ taj i ze był w niebezpiecze´ stwie. Widzimy slady spalenizny, a to mi przypomina ˙ n błyski, które przed trzema dniami zauwa˙ yli´my noca na wschodzie. Domy´lam z s ˛ s si˛ , ze tu na szczycie został napadni˛ ty, ale jaki był wynik walki — trudno zgade ˙ e na´ . W ka˙ dym razie tu ju˙ go nie ma, wi˛ c musimy sami sobie radzi´ i poda˙ a´ ˛c z z e c ˛z c do Rivendell jak si˛ da. e

192

— Czy stad daleko do Rivendell? — spytał Merry ze znu˙ eniem rozglada˛ z ˛ ´ jac si˛ dokoła. Ogladany ze szczytu Wichrowego Czuba swiat zdawał si˛ bardzo ˛ e ˛ e wielki i bardzo dziki. — O ile wiem, nikt nie mierzy tej drogi na mile dalej ni˙ do „Opuszczonej Goz spody”, która znajduje si˛ o dzie´ marszu na wschód od Bree. Jedni mówia: dalee n ˛ ko, inni powiadaja: blisko. Dziwna to droga, ka˙ dy rad doj´c do celu, pr˛ dzej czy ˛ z s´ e pó´ niej. Mog˛ wam jednak powiedzie´ , ile czasu zaj˛ łoby to mnie, gdybym szedł z e c e przy pi˛ knej pogodzie i nie napotkał przeszkód: dwana´cie dni do Brodu Bruinen, e s gdzie go´ciniec przecina Grzmiaca Rzek˛ , wypływajaca z Rivendell. Mamy około s ˛ ˛ e ˛ ˛ dwóch tygodni marszu przed soba, bo nie sadz˛ , by´my mogli i´c go´ci´ cem. ˛ ˛ e s s´ s n — Dwa tygodnie! — zawołał Frodo. — Ile˙ mo˙ e si˛ zdarzy´ w ciagu dwóch z z e c ˛ tygodni! — Bardzo du˙ o — przyznał Obie˙ y´wiat. z z s Jaki´ czas stali w milczeniu na szczycie wzgórza, tu˙ nad południowym skras z jem. W tym pustkowiu Frodo po raz pierwszy w pełni u´wiadomił sobie swoja s ˛ samotno´c i groz˛ poło˙ enia. Gorzko załował, ze los nie pozwolił mu zy´ spos´ e z ˙ ˙ ˙ c kojnie w ukochanym Shire. Patrzał z góry na nienawistny go´ciniec, który biegł s wstecz na zachód, ku rodzinnemu krajowi. Nagle spostrzegł na drodze dwa czarne punkciki posuwajace si˛ z wolna od wschodu na zachód. Rozgladajac si˛ pilnie ˛ e ˛ ˛ e zobaczył trzy inne pełznace z zachodu na spotkanie tamtych. Krzyknał i chwycił ˛ ˛ Stra˙ nika za rami˛ . z e — Patrz! — rzekł wskazujac palcem. ˛ Obie˙ y´wiat błyskawicznie rzucił si˛ na ziemi˛ za wałem gruzów i pociagnał z s e e ˛ ˛ Froda za soba. Merry padł obok nich. ˛ — Co to? — spytał szeptem. — Nie wiem, ale obawiam si˛ najgorszego — odparł Obie˙ y´wiat. e z s Z wolna poczołgali si˛ znów na skraj ruin i wyjrzeli przez szpar˛ mi˛ dzy dwoe e e ma sp˛ kanymi głazami. Powietrze było ju˙ teraz mniej przejrzyste, bo — po jae z snym ranku — w południe nadciagn˛ ły od wschodu chmury i dogoniły sło´ ce, ˛ e n gdy przechyliło si˛ ku zachodowi. Trzy czarne punkty dostrzegali wszyscy, lecz e ani Frodo, ani Merry nie odró˙ niali ich kształtów wyra´ nie. Mimo to przeczuwali, z z ze tam, w dole, Czarni Je´ d´ cy gromadza si˛ na go´ci´ cu u podnó˙ a góry. ˙ z z ˛ e s n z — Tak — rzekł Obie˙ y´wiat, który majac wzrok bystrzejszy nie mógł o tym z s ˛ watpi´ . — Nieprzyjaciel jest tu˙ . ˛ c z Pospiesznie wycofali si˛ i ze´lizn˛ li po północnym stoku do kotlinki, w której e s e zostawili przyjaciół.

Sam i Peregrin tymczasem nie pró˙ nowali. Zbadali dokładnie kotlink˛ i najz e bli˙ sze zbocza. Odkryli na stoku opodal zródło czystej wody, a w jego pobli˙ u z ´ z ´ slady stóp, do´c swie˙ e, najdalej sprzed dwóch dni. W samej kotlince znale´ li slas´ ´ z z ´
193

dy ogniska oraz inne dowody, ze kto´ tu bardzo niedawno obozował przez krótki ˙ s czas. Od strony szczytu na skraju kotliny sterczały skalne złomy. Sam znalazł ukryty za nimi zapas drew, porzadnie zebranych w wiazki. ˛ ˛ — Ciekaw jestem, czy to stary Gandalf był tutaj — powiedział do Pippina. — Bo ten, kto przygotował taki zapas, miał chyba zamiar wróci´ . c Obie˙ y´wiat zywo zainteresował si˛ odkryciami hobbitów. z s ˙ e — Szkoda, ze si˛ nie zatrzymałem i nie zbadałem sam tej kotlinki — rzekł ˙ e biegnac do zródła, zeby obejrze´ slady stóp. ˛ ´ ˙ c´ — A wi˛ c, jak si˛ obawiałem, Sam i Pippin zadeptali na wilgotnym gruncie e e ´ wszystkie slady, tak, ze si˛ zatarły i splatały — o´wiadczył po powrocie. — Mu˙ e ˛ s ´ z sieli tu niedawno by´ Stra˙ nicy. Oni to zostawili wiazki drew. Sa jednak swie˙ sze c z ˛ ˛ ´ jeszcze slady, których nie mogli zrobi´ Stra˙ nicy. W ka˙ dym razie rozró˙ niłem c z z z ´ jeden slad, sprzed dwóch dni czy mo˙ e wczorajszy, odcisk ci˛ zkich butów. Jeden z e˙ ´ taki slad jest niewatpliwy. Co do innych nie mam pewno´ci, ale zdaje si˛ , ze było ˛ s e ˙ tu kilka par nóg w grubych butach. — Umilkł i zamy´lił si˛ stroskany. Hobbitom s e ukazały si˛ w wyobra´ ni postacie je´ d´ ców w płaszczach i butach. Je˙ eli prze´lae z z z z s dowcy znaja t˛ kotlink˛ , niech˙ e przewodnik zdecyduje si˛ odej´c dokadkolwiek, ˛ e e z e s´ ˛ a im pr˛ dzej, tym lepiej! Sam z gł˛ boka niech˛ cia patrzał na to miejsce, odkad si˛ e e ˛ e ˛ ˛ e dowiedział, ze Nieprzyjaciel jest na go´ci´ cu, ledwie o kilka mil stad. ˙ s n ˛ — Czy nie warto by, panie Obie˙ y´wiecie, wycofa´ si˛ zaraz? — spytał niez s c e cierpliwie. — Robi si˛ pó´ no, a ta dziura wcale mi si˛ nie podoba. Sam nie wiem e z e czemu, ale mnie tu strach oblatuje. — Tak, trzeba rzeczywi´cie podja´ jaka´ decyzj˛ nie zwlekajac — zgodził s ˛c ˛s e ˛ si˛ Obie˙ y´wiat podnoszac wzrok ku niebu, zeby si˛ zorientowa´ w porze dnia e z s ˛ ˙ e c i pogodzie. — No, tak, Samie — rzekł po chwili — mnie te˙ si˛ to miejsce nie z e podoba, ale nie przychodzi mi na my´l zadne lepsze, które dałoby si˛ przed noca s ˙ e ˛ osiagna´ . Tu przynajmniej jeste´my na razie ukryci, ale gdyby´my ruszyli si˛ , ˛ ˛c s s e pewnie by nas szpiedzy wypatrzyli. Nie mogliby´my nic zrobi´ , chyba cofna´ s c ˛c si˛ na północ po tej stronie ła´ cucha wzgórz, gdzie teren jest mniej wi˛ cej taki e n e sam jak tutaj. Go´ciniec jest strze˙ ony, a musieliby´my go przecia´ , gdyby´my s z s ˛c s chcieli zaszy´ si˛ w zaro´la dalej na południu. Po północnej stronie go´ci´ ca za c e s s n wzgórzami na wiele mil ciagnie si˛ kraj płaski i odsłoni˛ ty. ˛ e e — Czy je´ d´ cy widza? — spytał Merry. — Bo zauwa˙ yłem, ze zwykle, i to z z ˛ z ˙ w biały dzie´ , u˙ ywaja raczej nosa ni˙ oczu i w˛ sza — je´li mo˙ na si˛ tak wyrazi´ . n z ˛ z e ˛ s z e c Mimo to kazałe´ nam pa´c na ziemi˛ , kiedy ich spostrzegłe´ tam, w dole, a teraz s s´ e s mówisz, ze by nas wypatrzyli gdyby´my si˛ próbowali ruszy´ . ˙ s e c — Zachowałem si˛ nieostro˙ nie na szczycie — odparł Obie˙ y´wiat. — Bare z z s dzo mi zale˙ ało na odnalezieniu jakiego´ znaku do Gandalfa, to jednak był bład, z s ˛ ze we trzech weszli´my tam i stali tak długo. Czarne konie maja dobry wzrok, ˙ s ˛ a zreszta je´ d´ cy posługuja si˛ lud´ mi albo innymi stworzeniami jako szpiegami, ˛ z z ˛ e z ´ mieli´my tego dowód w Bree. Sami nie widza jasnego swiatła tak jak my, lecz nas ˛ 194

sze postacie rzucaja na ich my´li cie´ , który tylko południowe sło´ ce rozprasza. ˛ s n n W ciemno´ciach natomiast je´ d´ cy dostrzegaja wiele ró˙ nych znaków i rzeczy, s z z ˛ z dla nas niewidzialnych: dlatego noca sa najgro´ niejsi. O ka˙ dej za´ porze czu˛ ˛ z z s ja w˛ chem krew zywych istot, po˙ adaja jej i nienawidza zarazem. Maja te˙ inne ˛ e ˙ z˛ ˛ ˛ ˛ z zmysły ni˙ wzrok i w˛ ch. My te˙ wyczuwamy obecno´c je´ d´ ców: kiedy tu si˛ z e z s´ z z e znale´ li´my, niepokój zamacił nam serca, nim zobaczyli´my ich na drodze. Oni z s ˛ s wyczuwaja nasza blisko´c jeszcze wyra´ niej. A w dodatku — Obie˙ y´wiat zni˙ ył ˛ ˛ s´ z z s z głos do szeptu — Pier´cie´ ich przyciaga. s n ˛ — A wi˛ c nie ma ratunku? — spytał Frodo rozgladajac si˛ goraczkowo. — e ˛ ˛ e ˛ Je˙ eli si˛ rusz˛ , zobacza mnie i pochwyca. Je˙ eli tu zostan˛ , przyciagn˛ ich do z e e ˛ ˛ z e ˛ e siebie. Obie˙ y´wiat poło˙ ył mu r˛ k˛ na ramieniu. z s z e e — Została jeszcze nadzieja — rzekł. — Nie jeste´ sam. To drzewo, przygotos wane do rozpalenia ogniska, mo˙ emy uzna´ za dobry znak. Marny tu znale´ li´my z c z s schron i nie do obrony, ale ogie´ zastapi jedno i drugie. Sauron umie posługiwa´ n ˛ c ´ si˛ ogniem, jak zreszta ka˙ dym innym srodkiem, do złych celów, lecz je´ d´ cy e ˛ z z z ognia nie lubia i boja si˛ tych, którzy nim władaja. Ogie´ jest naszym sprzymie˛ ˛ e ˛ n rze´ cem na pustkowiu. n — Mo˙ e — mruknał Sam — ale te˙ trudno wyra´ niej oznajmi´ o naszej obecz ˛ z z c no´ci, chyba ze wprost krzykn˛ liby´my: „Hola, tu jeste´my!” s ˙ e s s

W najbardziej ukrytym kacie, na dnie kotlinki rozpalili ognisko i zgotowali ˛ straw˛ . Cienie ju˙ si˛ wydłu˙ yły, pochłodniało. Hobbici nagle u´wiadomili sobie, e z e z s ´ ze sa okropnie głodni, bo od sniadania nic w ustach nie mieli, ale nie odwa˙ y˙ ˛ z li si˛ na sutsza wieczerz˛ . Mieli przed soba kraj pustynny, zamieszkany jedynie e ˛ e ˛ przez ptaki i zwierz˛ ta, okolic˛ niego´cinna, która porzuciły wszystkie plemioe e s ˛ ˛ na. Stra˙ nicy zapuszczali si˛ czasem poza ła´ cuch wzgórz, lecz było ich niewielu z e n i nigdy nie przebywali w tych stronach długo. Inni podró˙ ni rzadko si˛ trafiali z e albo te˙ nale˙ eli do istot, których lepiej nie spotyka´ : wał˛ sały si˛ niekiedy trolle z z c e e z północnych dolin Gór Mglistych. Tylko go´ci´ cem w˛ drował kto´ czasem, najs n e s cz˛ sciej krasnoludy, które miały własne sprawy, a dla obcych skape były w słowa e´ ˛ i nieskore do pomocy. — Nie wiem, co zrobi´ , zeby nam prowiantu starczyło do ko´ ca — rzekł c ˙ n Frodo. — Ostatnimi dniami oszcz˛ dzali´my bardzo, dzisiejszej kolacji te˙ nikt e s z uczta by nie nazwał, a mimo to zu˙ yli´my ju˙ wi˛ cej zapasów, ni˙ nale˙ ało, je´li ˛ z s z e z z s pozostały nam, skromnie liczac, dwa tygodnie marszu. ˛ — Na pustkowiu mo˙ na znale´ c po˙ ywienie — odparł Obie˙ y´wiat. — Jaz z´ z z s gody, korzenie, zioła. W razie potrzeby umiem te˙ co´ upolowa´ . Póki zima nie z s c nadciagnie, głodu si˛ nie l˛ kajcie. Tylko ze zbieranie zywno´ci i łowy zajmuja ˛ e e ˙ ˙ s ˛ du˙ o czasu i dodaja trudów, a my musimy si˛ spieszy´ . Zaci´nijcie wi˛ c pasów, z ˛ e c s e
195

a pocieszajcie si˛ nadzieja na zastawione stoły w domu Elronda. e ˛ Z zapadni˛ ciem mroku zrobiło si˛ jeszcze zimniej. Wygladajac nad kraw˛ dzia e e ˛ ˛ e ˛ kotlinki hobbici nie widzieli nic prócz szarego krajobrazu, szybko zanurzajacego ˛ si˛ w ciemno´c. Na niebo, znów rozpogodzone, z wolna wypływały gwiazdy. Froe s´ do i jego przyjaciele kulili si˛ przy ognisku, otuleni we wszystkie ciepłe rzeczy e i koce, jakie zdołali pozbiera´ . Tylko Obie˙ y´wiat zadowolił si˛ jednym płaszc z s e ´ ˛ czem i siadł nieco na uboczu cmiac w zadumie fajk˛ . Kiedy zapadła noc, ognisko e za´ rozpaliło si˛ zywym blaskiem, zaczał hobbitom opowiada´ ró˙ ne historie, by s e˙ ˛ c z oderwa´ ich my´li od niebezpiecze´ stw. Znał wiele starych opowie´ci i legend c s n s o elfach i o ludziach, o szlachetnych i nikczemnych czynach z Dawnych Dni. Słuchajac, hobbici zastanawiali si˛ , ile te˙ lat mo˙ e mie´ Obie˙ y´wiat i gdzie nauczył ˛ e z z c z s si˛ tego wszystkiego. e — Opowiedz nam o Gil-galadzie — odezwał si˛ niespodzianie Merry, gdy e przewodnik sko´ czył histori˛ o królestwach elfów. — Czy znasz wi˛ cej zwrotek n e e tej starej ballady, o której nam wspominałe´? s — Owszem, znam — odparł Obie˙ y´wiat. — Frodo zna ja tak˙ e, bo ta historia z s ˛ z wia˙ e si˛ z nasza sprawa. ˛z e ˛ ˛ Merry i Pippin spojrzeli na Froda, zapatrzonego w ogie´ . n — Wiem tylko to, co mi Gandalf powiedział — rzekł Frodo z namysłem. — ´ Gil-galad był ostatnim wielkim królem elfów w Sródziemiu. Gil-galad znaczy ´ w j˛ zyku elfów „Swiatło´c Gwiazd”. Wraz z Elendilem, Przyjacielem Elfów, wye s´ brał si˛ on do krainy. . . e — Nie! — przerwał mu Obie˙ y´wiat. — tego nie trzeba opowiada´ dzisiejszej z s c nocy, kiedy słudzy Nieprzyjaciela sa tu˙ . Je˙ eli uda nam si˛ dotrze´ do dworu ˛ z z e c Elronda, usłyszycie tam cała histori˛ bez przemilcze´ . ˛ e n — W takim razie opowiedz co´ innego o dawnych dziejach — prosił Sam. — s Mów o elfach sprzed zmierzchu ich królestwa. Bardzo, bardzo bym chciał słucha´ c historii o elfach. Noc taka straszna tutaj! — Opowiem wam o Tinuviel — rzekł Obie˙ y´wiat. — Opowiem w skrócie, z s bo to długa historia i ko´ ca jej nikt nie zna. Prócz Elronda nikt te˙ dzi´ nie pami˛ ta n z s e dokładnie, jak ja ongi opowiadano. Pi˛ kna historia, chocia˙ smutna, jak wszystkie ˛ e z ´ legendy Sródziemia, a przecie˙ mo˙ e pokrzepi´ wasze serca. z z c ´ Chwil˛ milczał, a potem, zamiast mówi´ , zaczał z cicha spiewa´ : e c ˛ c Zielone li´cie, ziele´ traw, s n Wysoki, jasny szalej – ´ A na polance swiatło gwiazd Na tle cienistych alej. Tinuviel wiedzie tutaj tan (Ton fletni – słyszysz – bliski), ´ A w jej włosach swiatło gwiazd 196

I w sukni gwiezdne błyski. Zzi˛ bni˛ ty Beren przyszedł z gór, e e W˛ drował wcia˙ pod li´cmi – e ˛z s´ A˙ ujrzał rzeki elfów brzeg z I rzekł: gdzie˙ dalej i´c mi? z s´ I spojrzał na szaleju li´c: s´ Na płaszczu złoto sło´ ca n I fala włosów niby cie´ n Za głowa szła – ta´ czaca. ˛ n ˛ Zm˛ czonym stopom jaki˙ lek! e z W˛ drówek do´c bez ko´ ca! e s´ n Wi˛ c ruszył naprzód poprzez bór, e Chwytajac blask miesiaca. ˛ ˛ A ja przez elfów mroczny las ˛ Ta´ czaca stopa niesie – n ˛ A on samotny tak jak wprzód W milczacym bładzi lesie. ˛ ˛ A czasem słyszy szelest stóp W´ród li´ci lip leciutki – s s A czasem jak z podziemnych grot Melodii cichej nutki. Szaleju li´c ju˙ dawno zwiadł, s´ z ˛ A z bukowego drzewa Czerwone li´cie leca w krag s ˛ ˛ I zimny wiatr je zwiewa. Szukał jej wsz˛ dzie, szukał wcia˙ , e ˛z Gdzie le˙ ał li´c pokotem, z s´ Gdy w mro´ nym niebie ksi˛ zyc l´nił z e˙ s I gwiazdy przy nim złote. W miesi˛ cznym blasku l´nił jej płaszcz, e s Gdy na pagórku, w dali Ta´ czyła, majac u swych stóp n ˛ Srebrzysta mgł˛ z opali. ˛ e Min˛ ła zima – ona znów e Swa piosnka budzi wiosn˛ , ˛ ˛ e Jak topniejacej wody szum ˛ 197

I tryle z nieb radosne. U stóp jej – patrz – rozkwita kwiat, Ju˙ Beren urzeczony z Z nia ta´ czy´ chciałby po´ród traw ˛ n c s I z kwiatów ple´c korony. s´ I znów uciekła – Beren w głos „Tinuviel – wołał – miła”. My´lała, ze to mo˙ e elf, s ˙ z Wi˛ c główk˛ odwróciła. e e Ten głos snad´ rzucił na nia czar – z ˛ Stan˛ ła urzeczona, e I wtedy spełnił si˛ jej los, e Gdy padła mu w ramiona. A gdy w jej oczu spojrzał to´ , n Jak na niebieskim łanie, Oczarowany ujrzał gwiazd Srebrzyste migotanie. Tinuviel, najpi˛ kniejsza w´ród e s Odwiecznych elfów grona – Zarzuca na´ swych włosów sie´ n c I srebrne swe ramiona. Daleka drog˛ dał im los ˛ e W´ród mro´ nych gór kamieni, s z Przez mrok podziemnych, głuchych grot I lasy pełne cieni. Dzieliły ich obszary mórz, Lecz w ko´ cu si˛ spotkali. . . n e I dawno zmarli. . . tylko pie´n s´ Pobrzmiewa w lesie dalej. Westchnał i dopiero po długiej chwili powiedział: ˛ — To jest pie´n na modł˛ zwana przez elfów ann-thennath, ale trudno ja przes´ e ˛ ˛ tłumaczy´ na Wspólna Mow˛ , słyszeli´cie ledwo nieudolne echo prawdziwej piec ˛ e s ´ sni. Opowiada ona o spotkaniu Berena, syna Barahira, z Luthien Tinuviel. Beren ´ był smiertelnym człowiekiem, Luthien natomiast córka Thingola, króla wszyst˛ ´ ´ kich elfów Sródziemia za czasów młodo´ci naszego globu. Swiat nie zrodził nigdy s pi˛ kniejszej dziewczyny ni˙ Luthien. Jej uroda ja´niała jak gwiazda nad mglistye z s mi krajami północy, a z twarzy bił blask. W owych czasach Wielki Nieprzyjaciel, 198

którego sługa tylko był Sauron z Mordoru, mieszkał w Angband, na północy; ˛ ´ elfy z zachodu, wracajac do Sródziemia, wypowiedziały mu wojn˛ , chcac odzy˛ e ˛ ska´ zagrabione ongi Silmarile. Praojcowie ludzi pomagali elfom. Ale Nieprzyjac ciel zwyci˛ zył, Barahir poległ, Beren za´ uniknawszy wielkich niebezpiecze´ stw e˙ s ˛ n przybył przez Góry Zgrozy do tajemnego królestwa Thingola w lasach Neldoreth. Tu ujrzał Luthien ta´ czaca i spiewajaca na polanie nad zaczarowana rzeka n ˛ ˛ ´ ˛ ˛ ˛ ˛ Esgalduna. Nazwał dziewczyn˛ Tinuviel, a to znaczy w staro˙ ytnym jezyku: sło˛ e z wik. Potem musiał walczy´ z wielu przeszkodami i długo trwała rozłaka tych c ˛ dwojga. Tinuviel ocaliła Berena z lochów Saurona, razem prze˙ yli mnóstwo niez bezpiecze´ stw, a nawet stracili Wielkiego Nieprzyjaciela z tronu i z jego zelaznej n ˛ ˙ korony wyj˛ li jeden z trzech Silmarilów — które były najcenniejszymi klejnotae ´ ´ mi swiata — na dar slubny dla króla Thingola od córki. W ko´ cu jednak wilk, n przybyły od bram Angbandu, zabił Berena; umarł on w obj˛ ciach swojej Tinue ´ ´ viel. Ona dobrowolnie wybrała los smiertelnych, zgodziła si˛ umrze´ dla swiata, e c zeby pój´c za ukochanym. Pie´n mówi, ze spotkali si˛ znów za Morzem Rozła˙ s´ s´ ˙ e ˛ ki i na krótko wrócili zywi do zielonych lasów, a potem razem przeszli granice ˙ ziemskie. Tak si˛ stało, ze spo´ród wszystkich elfów jedna jedyna Luthien Tinue ˙ s ´ viel umarła i opu´ciła swiat, a elfy straciły t˛ , która najbardziej kochały. Ale jej s e ˛ potomstwo zapoczatkowało dynasti˛ władców — elfów panujacych w´ród ludzi. ˛ e ˛ s Po dzi´ dzie´ zyja prawnuki Luthien i powiedziane jest, ze ród jej nigdy nie wys n˙ ˛ ˙ ga´nie. Z tego rodu wywodzi si˛ Elrond, pan na Rivendell. Albowiem ze zwiazku s e ˛ Berena i Luthien urodził si˛ Dior, spadkobierca Thingola. Dior za´ spłodził Ele s ´ wing˛ Biała, która za´lubiła Earendlila; on to po˙ eglował spo´ród mgieł swiata na e ˛ s z s morza niebios, majac klejnot Silmaril na czole. Od Earendila pochodza królowie ˛ ˛ Numenoru, czyli Westernesse. Obie˙ y´wiat mówił, a hobbici siedzieli wpatrzeni w jego niezwykła, o˙ ywiona z s ˛ z ˛ twarz, o´wietlona czerwonym odblaskiem ognia. Oczy mu błyszczały, głos d´ wi˛ s ˛ z e czał pieknie i powa˙ nie. Nad głowa miał czarne, roziskrzone od gwiazd niebo. z ˛ Nagle mdła po´wiata ukazała si˛ nad korona Wichrowego Czuba. Ksi˛ zyc z wols e ˛ e˙ na wspinał si˛ nad wzgórze, w którego cieniu kryli si˛ dotad podró˙ ni, a gwiazdy e e ˛ z nad szczytem zbladły. Opowie´c była sko´ czona. Hobbici poruszyli si˛ , przeciagn˛ li ko´ci. s´ n e ˛ e s — Patrzcie — rzekł Merry. — Ksi˛ zyc ju˙ wysoko, musi by´ pó´ na godzina. e˙ z c z Wszyscy spojrzeli w gór˛ i w tej samej chwili zobaczyli na szczycie jaki´ e s kształt drobny i czarny zarysowujacy si˛ w ksi˛ zycowym blasku. Mo˙ e zreszta ˛ e e˙ z ˛ był to tylko du˙ y kamie´ albo wyst˛ p skalny łudzacy wzrok w tym o´wietleniu. z n e ˛ s Sam i Merry wstali i odsun˛ li si˛ od ogniska. Frodo i Pippin siedzieli nadal e e milczac. Obie˙ y´wiat pilnie wpatrywał si˛ w blask ksi˛ zycowy nad szczytem. ˛ z s e e˙ Wszystko dokoła wydawało si˛ spokojne i ciche, lecz teraz, gdy Obie˙ y´wiat e z s przestał opowiada´ swoje historie, Frodo uczuł zimny dreszcz ogarniajacy mu c ˛ serce. Przysunał si˛ bli˙ ej do ognia. W tym momencie Sam, który odszedł był ˛ e z 199

przed chwila na kraw˛ d´ kotlinki, wrócił p˛ dem. ˛ e z e — Nie wiem dlaczego — rzekł — ale nagle zdjał mnie strach. Za zadne skarby ˛ ˙ nie odwa˙ yłbym si˛ wyle´ c z tej dziury. Wydało mi si˛ , ze co´ pełznie po stoku. z e z´ e ˙ s — Czy cos widziałe´? — spytał Frodo zrywajac si˛ na równe nogi. s ˛ e — Nie, prosz˛ pana. Nic nie widziałem, ale co prawda nie czekałem, zeby si˛ e ˙ e rozejrze´ . c — Ja cos widziałem — rzekł Merry — a przynajmniej takie miałem wra˙ enie, z hjakbym tam, na zachodzie, gdzie ksi˛ zyc o´wietla równin˛ i gdzie si˛ ga cie´ gór, e˙ s e e n dostrzegał par˛ czarnych sylwetek. Zdawało mi si˛ , ze suna w nasza stron˛ . e e ˙ ˛ ˛ e — Zbli˙ cie si˛ jak najbardziej do ogniska, twarzami obró´ cie si˛ na zewnatrz! z e c e ˛ — krzyknał przewodnik. — Niech ka˙ dy ma w pogotowiu długi kij! ˛ z Wstrzymujac dech siedzieli w milczacym napi˛ ciu, plecami zwróceni do ˛ ˛ e ognia, wbijajac wzrok w cienie, które ich oblegały. Nic jednak si˛ nie działo. ˛ e Nic nie drgn˛ ło ani nie odezwało si˛ w´ród nocy. Frodo poruszył si˛ , nie mogac e e s e ˛ dłu˙ ej znie´c tej ciszy; miał nieprzeparta ch˛ c krzykna´ gło´no. z s´ ˛ e´ ˛c s — Tss! — szepnał Obie˙ y´wiat. ˛ z s — Co to? — wyjakał w tej samej chwili Pippin. ˛ Na kraw˛ dzi kotlinki, po stronie przeciwległej do stoku, wyczuli raczej ni˙ e z dostrzegli jaki´ cie´ czy mo˙ e kilka cieni. Wyt˛ zyli wzrok i wydało im si˛ , ze s n z e˙ e ˙ cienie z ka˙ da sekunda rosna. Wkrótce pozbyli si˛ resztek watpliwo´ci: trzy, cztez ˛ ˛ ˛ e ˛ s ry wysokie, czarne postacie stały na skraju kotliny i spogladały na obozujacych ˛ ˛ z góry. Były tak czarne, ze wygladały jak czarne dziury wybite w g˛ stwinie cienia ˙ ˛ e czajacego si˛ za nimi. Frodo złowił uchem nikły syk, jak gdyby tchnienie zatrute˛ e go oddechu, i przeszył go lodowaty dreszcz. Czarne postacie zacz˛ ły si˛ z wolna e e przybli˙ a´ . z c Pippin i Merry w przera˙ eniu rzucili si˛ na ziemi˛ i przywarli do niej na płask. z e e Sam przyskoczył do Froda. Frodo, wcale nie mniej wystraszony od towarzyszy, dygotał jak w febrze, lecz nagle nad panika wzi˛ ła gór˛ pokusa, zeby wło˙ y´ Pier˛ e e ˙ z c ´ n scie´ na palec. Ta my´l tak nim owładn˛ ła, ze wyparła wszystkie inne. Pami˛ tał s e ˙ e przygod˛ w Kurhanie, pami˛ tał nakazy Gandalfa, ale jaka´ siła przynaglała go, e e s zeby zlekcewa˙ ył wszystkie ostrze˙ enia, i Frodo pragnał jej ulec. Nie dlatego, by ˙ z z ˛ miał nadziej˛ dzi˛ ki temu uratowa´ si˛ lub co´ zdziała´ ; po prostu co´ go przye e c e s c s muszało do chwycenia za Pier´cie´ i wsuni˛ cia go na palec. Nie mógł mówi´ . s n e c Zdawał sobie spraw˛ , ze Sam patrzy na niego tak, jakby rozumiał, i˙ jego pan e ˙ z znalazł si˛ w wielkiej rozterce; lecz Frodo nie był zdolny odwróci´ głowy w stroe c n˛ Sama. Zamknał oczy i przez chwil˛ walczył z pokusa, lecz z ka˙ da chwila opór e ˛ e ˛ z ˛ ˛ jego słabnał, a˙ wreszcie hobbit z wolna wyciagnał ła´ cuszek z kieszeni i wło˙ ył ˛ z ˛ ˛ n z Pier´cie´ . s n Nic si˛ wokół niego nie zmieniło, otaczała go nadal mgła i mrok, ale napastnie cy ukazali mu si˛ natychmiast ze straszliwa wyrazisto´cia. Frodo przenikał wzroe ˛ s ˛ kiem przez czarne płaszcze. Było ich pi˛ ciu, pi˛ c wysokich postaci; dwie stały e e´ 200

na kraw˛ dzi kotliny, trzy posuwały si˛ ku ognisku. W białych twarzach płon˛ ły e e e przenikliwe, bezlitosne oczy. Pod płaszczami ubrani byli w długie, szare szaty, na siwych włosach mieli srebrne hełmy, w ko´cistych r˛ kach stalowe miecze. Przes e szyli Froda spojrzeniem i rzucili si˛ ku niemu. W rozpaczy hobbit dobył tak˙ e e z miecza i wydało mu si˛ , ze ostrze rozbłysło czerwonym płomieniem jak pochode ˙ nia. Dwaj napastnicy zatrzymali si˛ . Trzeci, wy˙ szy od innych, miał długie, poe z łyskliwe włosy, a na hełmie koron˛ . W jednej r˛ ce trzymał miecz, w drugiej nó˙ , e e z ´ a zarówno ten nó˙ jak dzier˙ aca go r˛ ka l´niły bladym swiatłem. Runał naprzód z z˛ e s ˛ prosto na Froda. W tym samym okamgnieniu Frodo padł twarza na ziemi˛ i usłyszał swój wła˛ e sny głos wołajacy: „O Elbereth! O Gilthoniel!” Jednocze´nie rabnał mieczem po ˛ s ˛ ˛ stopach napastnika. Przera´ liwy krzyk rozdarł noc, a Frodo poczuł ból, jakby soz pel lodu przebił mu lewe rami˛ . Omdlewajac, poprzez wirujaca mgł˛ ujrzał jesze ˛ ˛ ˛ e cze Obie˙ y´wiata, który wyskoczył z mroku z płonacymi zagwiami w obu r˛ kach. z s ˛ ˙ e Ostatnim wysiłkiem Frodo zsunał z palca Pier´cie´ i zacisnał go mocno w prawej ˛ s n ˛ pi˛ sci. e´

ROZDZIAŁ XII

Bieg do brodu
Kiedy Frodo odzyskał przytomno´c, wcia˙ jeszcze trzymał Pier´cie´ w zas´ ˛z s n
ci´ni˛ tej kurczowo gar´ci. Le˙ ał przy ognisku, które teraz znowu pi˛ trzyło si˛ s e s z e e wysoko i płon˛ ło jasno. Nad soba ujrzał pochylonych trzech przyjaciół. e ˛ — Co si˛ stało? Gdzie jest blady król? — spytał goraczkowo. e ˛ Uszcz˛ sliwieni, ze wreszcie przemówił, zrazu nie odpowiadali, nie rozumiejac e´ ˙ ˛ zreszta pytania. W ko´ cu Frodo od Sama dowiedział si˛ , ze trzej hobbici nie zoba˛ n e ˙ czyli nic prócz mglistych cieni zbli˙ ajacych si˛ ku nim. Sam ze zgroza spostrzegł z ˛ e ˛ nagle, ze jego pana nie ma przy nim, i w tym momencie czarny cie´ przemknał tu˙ ˙ n ˛ z obok. Sam upadł. Usłyszał głos Froda, ale dochodzacy jakby z wielkiej odległo´ci ˛ s czy spod ziemi i wymawiajacy niezrozumiałe słowa. Wi˛ cej nic nie widzieli, a˙ ˛ e z w ko´ cu który´ potknał si˛ o ciało Froda, nieruchome jak trup, twarza obrócon s ˛ e ˛ ne ku ziemi. Obie˙ y´wiat kazał im podnie´c go i uło˙ y´ bli˙ ej ogniska, a potem z s s´ z c z gdzie´ zniknał. Od tej chwili upłyn˛ ło ju˙ sporo czasu. s ˛ e z Sam nie ukrywał, ze ogarn˛ ły go znów podejrzenia co do osoby przewodnika; ˙ e lecz gdy o tym rozmawiali, Obie˙ y´wiat zjawił si˛ mi˛ dzy nimi, wychynawszy z s e e ˛ z ciemno´ci. Wzdrygn˛ li si˛ , a Sam dobył miecza i zasłonił soba Froda. Lecz s e e ˛ Obie˙ y´wiat szybko uklakł przy rannym. z s ˛ — Nie jestem Czarnym Je´ d´ cem, Samie — rzekł łagodnie — ani w zmoz z wie z Czarnymi Je´ d´ cami. Próbowałem wytropi´ ich manewr, ale niczego si˛ z z c e nie dowiedziałem. Nie mam poj˛ cia, dlaczego si˛ wycofali i dlaczego nie atakuja e e ˛ ponownie. Ale nigdzie w pobli˙ u nie wyczuwa si˛ ich obecno´ci. z e s Wysłuchawszy relacji Froda, Obie˙ y´wiat bardzo si˛ zatroskał, pokiwał głoz s e wa i westchnał. Polecił Pippinowi i Merry’emu zagrza´ tyle wody, ile zmieszcza ˛ ˛ c ˛ wszystkie podró˙ ne kociołki, i przemy´ ran˛ . z c e — Podtrzymujcie ognisko i dbajcie, zeby Frodowi było ciepło — rzekł. Po ˙ czym wstał i odszedł, przywołujac Sama. — Zdaje mi si˛ , ze teraz lepiej wszyst˛ e ˙ ´ ko rozumiem — powiedział do niego sciszonym głosem. — Nieprzyjaciół było pi˛ ciu, jak si˛ zdaje. Dlaczego nie przyszli wszyscy naraz, nie wiem. My´l˛ , ze e e se ˙ nie spodziewali si˛ oporu. Tymczasem bad´ co bad´ wycofali si˛ stad. Obawiam e ˛z ˛z e ˛ 202

si˛ jednak, ze niedaleko. Je˙ eli nie zdołamy im umkna´ , wróca nast˛ pnej nocy. e ˙ z ˛c ˛ e Czekaja tylko, bo sa przekonani, ze cel niemal ju˙ osiagn˛ li i ze Pier´cie´ nie ˛ ˛ ˙ z ˛ e ˙ s n ucieknie ju˙ dalej. Boj˛ si˛ , Samie, ze wedle ich mniemania twój pan otrzymał z e e ˙ ´ smiertelna ran˛ , która go podda ich woli. Zobaczymy! ˛ e Sam zdławił szloch. — Nie rozpaczaj! — powiedział Obie˙ y´wiat. — Musisz mi zaufa´ . Frodo z s c ma wi˛ cej hartu, ni˙ si˛ spodziewałem, jakkolwiek Gandalf to przewidywał. Nie e z e zabili go i my´l˛ , ze dłu˙ ej b˛ dzie stawiał opór złym czarom tej rany, ni˙ to sobie se ˙ z e z obiecuja jego wrogowie. Zrobi˛ wszystko, co w mojej mocy, zeby mu pomóc ˛ e ˙ i wyleczy´ go. Strze˙ go dobrze, kiedy mnie przy nim nie b˛ dzie. c z e I Obie˙ y´wiat odszedł, znów znikajac w ciemno´ciach. z s ˛ s ´ Frodo drzemał, chocia˙ ból w ranie stale si˛ pot˛gował, a smiertelny ziab proz e e ˛ mieniował od barku na całe rami˛ i bok. Przyjaciele czuwali nad rannym, okrywali e go ciepło i przemywali ran˛ . Noc wlokła si˛ w udr˛ ce. Brzask ju˙ si˛ rozlewał na e e e z e ´ niebie, a kotlink˛ wypełniło szare swiatło, gdy wreszcie wrócił Obie˙ y´wiat. e z s — Patrzcie! — krzyknał i schyliwszy si˛ podniósł z ziemi czarny płaszcz, do˛ e tychczas nie zauwa˙ ony w ciemno´ciach. Na wysoko´ci mniej wi˛ cej stopy od z s s e ´ rabka materiał był przeci˛ ty. — Oto slad miecza naszego Froda — rzekł. — Oba˛ e wiam si˛ , ze to jedyna szkoda, jaka wyrzadził swojemu przeciwnikowi. Miecz e ˙ ˛ ˛ bowiem nie jest uszkodzony, ostrze za´, które by drasn˛ ło straszliwego króla, mus e siałoby zniszcze´ . Bardziej zabójczo podziałało na niego imi˛ Elbereth. Dla Froda c e natomiast zabójcze było to! — Obie˙ y´wiat schylił si˛ znów, tym razem podnoz s e szac długi, cienki sztylet. Bił od niego zimny blask. Gdy Stra˙ nik podniósł go, ˛ z zobaczyli, ze ostrze jest wyszczerbione, a sam koniec ułamany. Obie˙ y´wiat trzy˙ z s ´ mał przez chwil˛ sztylet i hobbici osłupieli, bo w rosnacym swietle dnia ostrze e ˛ zdawało si˛ topnie´ , a˙ znikło niby dym rozwiany w powietrzu, a w r˛ ku przee c z e wodnika został tylko trzonek. — Niestety! — krzyknał Obie˙ y´wiat. — To ten ˛ z s przekl˛ ty nó˙ zranił Froda. Mało kto umie dzisiaj leczy´ rany, zadane tak złowroe z c ga bronia. Zrobi˛ wszak˙ e wszystko, co w mojej mocy. ˛ ˛ e z Usiadł na ziemi, poło˙ ył sobie trzonek sztyletu na kolanach i zanucił nad nim z powolna pie´n w nieznanym j˛ zyku. Potem odło˙ ył go, schylił si˛ nad Frodem ˛ s´ e z e i wymawiał łagodnie jakie´ słowa, których nie dosłyszeli. Z sakwy zawieszonej s u pasa wyciagnał podłu˙ ne li´cie. ˛ ˛ z s — Po te li´cie — rzekł — chodziłem daleko, bo ziele to nie ro´nie na łysych s s wzgórzach, lecz mo˙ na je znale´ c w zaro´lach na południe od go´ci´ ca; w ciemz z´ s s n no´ciach poznałem je po zapachu. — Skruszył li´c w palcach i zaraz rozszedł s s´ ´cie, ze je znalazłem, bo to ro´lina lecznicza, si˛ słodki, miły zapach. — Szcz˛ s e e ˙ s ´ a przynie´li ja do Sródziemia ludzie z zachodu. Nazwali ja athelas. Stała si˛ tes ˛ ˛ e raz rzadko´cia i ro´nie tylko w miejscach, gdzie ci ludzie niegdy´ mieszkali lub s ˛ s s 203

obozowali. Na północy nikt jej nie zna prócz nielicznych w˛ drowców, zapuszczae jacych si˛ w dzikie pustkowia. Ma wielka sił˛ , ale na to, by uzdrowi´ taka ran˛ , ˛ e ˛ e c ˛ e mo˙ e si˛ okaza´ za słaba. Rzucił li´cie do wrzatku i przemył ran˛ Froda. Rozz e c s ˛ e szedł si˛ zapach tak orze´ wiajacy, ze wszyscy doznali ukojenia i rozja´niło im e z ˛ ˙ s si˛ w głowach. Ziele te˙ miało pewien wpływ na ran˛ , ból złagodniał i uczucie e z e lodowatego odr˛ twienia w boku stało si˛ mniej dotkliwe; rami˛ jednak pozostało e e e martwe, Frodo nie mógł go podnie´c i nie władał r˛ ka. Gorzko teraz załował szas´ e ˛ ˙ lonego post˛ pku i wyrzucał sobie słabo´c woli; teraz bowiem zrozumiał, ze kładac e s´ ˙ ˛ Pier´cie´ posłuchał nie własnej ch˛ ci, lecz narzuconego zyczenia wrogów. Rozs n e ˙ my´lał z niepokojem, czy b˛ dzie ju˙ do ko´ ca zycia kaleka i jak podoła dalszej s e z n ˙ ˛ w˛ drówce. Był tak słaby, ze nie mógł utrzyma´ si˛ na nogach. e ˙ c e Nad tym samym pytaniem zastanawiała si˛ wła´nie reszta kompanii. Pr˛ dko e s e doszli do wniosku, ze trzeba bez zwłoki opu´ci´ Wichrowy Czub. ˙ s c — Przypuszczam — mówił Obie˙ y´wiat — ze Nieprzyjaciel od kilku ju˙ dni z s ˙ z obserwował to wzgórze. je˙ eli Gandalf tu był, z pewno´cia zmusili go do odej´cia z s ˛ s i ju˙ nie wróci. W ka˙ dym razie po zapadni˛ ciu zmroku czyha na nas tutaj wielkie z z e niebezpiecze´ stwo, to jest po wczorajszej napa´ci niewatpliwe; na nic gorszego n s ˛ nie narazimy si˛ nigdzie indziej. e ´ Gdy rozwidniło si˛ na dobre, zjedli spiesznie sniadanie i spakowali rzeczy. e Frodo nie był zdolny do marszu, wi˛ c rozdzielili wi˛ kszo´c baga˙ ów mi˛ dzy siee e s´ z e bie, a rannego wsadzili na kucyka. W ciagu paru ostatnich dni kuc poprawił si˛ nad ˛ e podziw, nabrał tuszy i sił, a przy tym zaczał okazywa´ przywiazanie do swoich ˛ c ˛ nowych panów, szczególnie do Sama. Bill Ferny musiał go rzeczywi´cie okrutnie s traktowa´ , je˙ eli kucykowi podró˙ przez pustkowie wydawała si˛ przyjemniejsza c z z e od dotychczasowego losu. Ruszyli na południe. Pociagało to za soba konieczno´c przeci˛ cia w poprzek ˛ ˛ s´ e go´ci´ ca, lecz stanowiło najkrótsza drog˛ na tereny zalesione. A w˛ drowcy pos n ˛ e e trzebowali opału, bo Obie˙ y´wiat wcia˙ powtarzał, ze dla Froda niezb˛ dne jest z s ˛z ˙ e ciepło, zwłaszcza noca, kiedy w dodatku ognisko zapewni wszystkim jakie ta˛ kie bezpiecze´ stwo. Obie˙ y´wiat zamierzał te˙ skróci´ podró˙ scinajac na przełaj n z s z c z´ ˛ szeroka p˛ tl˛ go´ci´ ca, który na wschód od Wichrowego Czuba zataczał wielki ˛ e e s n łuk ku północy.

Posuwali si˛ z wolna i ostro˙ nie, obchodzac południowe stoki wzgórza, e z ˛
´ i wkrótce znale´ li si˛ na skraju go´ci´ ca. Nie było tu ani sladu je´ d´ ców. Kiez e s n z z dy jednak spiesznie przebiegali na druga stron˛ , usłyszeli dwa okrzyki w oddali: ˛ e jeden zimny głos co´ zawołał, drugi mu odpowiedział. Dr˙ ac skoczyli naprzód ku s z˛ g˛ stwinie zaro´li. Teren opadał, lecz było to dzikie bezdro˙ e; krzaki i karłowate e s z drzewa rosły zbitymi k˛ pami, ale mi˛ dzy nimi ciagn˛ ły si˛ odkryte przestrzenie. e e ˛ e e Trawa była skapa, szorstka i szara, li´cie na krzewach przywi˛ dłe i ju˙ przerze˛ s e z 204

dzone. Okolica ziała smutkiem. W˛ drowali przez nia mozolnie i pos˛ pnie. Wlekli e ˛ e si˛ nie mówiac ze soba wiele. Frodowi serca si˛ sciskało, gdy patrzał na przye ˛ ˛ e´ jaciół idacych ze spuszczonymi głowami, zgarbionych pod brzemieniem. Nawet ˛ Obie˙ y´wiat zdawał si˛ zm˛ czony i przybity. z s e e Nim sko´ czył si˛ pierwszy dzie´ marszu, rana znów bardzo Froda rozbolała, n e n lecz przez długi czas nic o tym nie wspominał towarzyszom. Upłyn˛ ły cztery e dni, a teren i krajobraz niewiele si˛ zmieniły, tylko Wichrowy Czub stopniowo e malał za nimi, a odległe góry przed nimi majaczyły nieco bli˙ ej. Wszak˙ e od z z ´ owych dwóch okrzyków nie usłyszeli ani nie zobaczyli nic, co by swiadczyło, ze ˙ Nieprzyjaciel zauwa˙ ył ucieczk˛ i sciga zbiegów. L˛ kali si˛ ciemno´ci i czuwali z e ´ e e s po dwóch na zmian˛ przez całe noce, w ka˙ dej chwili przygotowani na to, ze e z ˙ ´ z szarzyzny nocnej w m˛ tnym swietle zasnutego chmurami ksi˛ zyca wyłonia si˛ e e˙ ˛ e nagle czarne cienie; nic jednak si˛ nie ukazało i nie złowili słuchem innego szmeru e prócz westchnie´ suchych li´ci i traw. Ani razu te˙ nie mieli takiego przeczucia n s z obecno´ci złych sił, jakie ich nawiedziło przed napa´cia w kotlinie. Nadzieja, ze s s ˛ ˙ je´ d´ cy ju˙ znów zgubili ich trop, wydawała si˛ wszak˙ e nieuzasadniona. Mo˙ e z z z e z z Nieprzyjaciel tylko czekał, przygotowujac zasadzk˛ w jakim´ ciasnym kacie? ˛ e s ˛ Pod koniec piatego dnia teren znów zaczał si˛ po trosze wznosi´ wyprowa˛ ˛ e c dzajac ich z szerokiej, płytkiej doliny, do której zeszli. Przewodnik wytyczył teraz ˛ kurs z powrotem na północo-wschód i w szóstym dniu osiagn˛ li szczyt wydłu˛ e zonego łagodnego grzbietu; stad zobaczyli w oddali stłoczone bezładnie zalesio˙ ˛ ne wzgórza, u ich stóp wijacy si˛ dołem go´ciniec. Po prawej r˛ ce szara rzeka ˛ e s e błyszczała blado w nikłym sło´ cu. Gdzie´ bardzo daleko migotała druga rzeka n s w kamiennej dolinie na pół przesłoni˛ tej mgła. e ˛ — Obawiam si˛ , ze b˛ dziemy musieli wróci´ na pewien czas na go´ciniec — e ˙ e c s powiedział Obie˙ y´wiat. — Doszli´my, jak si˛ zdaje, nad rzek˛ Hoarwell, która z s s e e ˛ elfy nazywaja Mitheithel. Wypływa ona z Wrzosowisk Etten, z krainy trollów na ˛ północ od Rivendell, i dalej na południu wpada do Grzmiacej Rzeki. Niektórzy ja ˛ ˛ te˙ nazywaja Szara Woda. W dolnym biegu jest naprawd˛ wielka rzeka. Nie mo˙ z ˛ ˛ ˛ e ˛ ˛ z na si˛ przez nia przeprawi´ inaczej, jak przez Ostatni Most, do którego prowadzi e ˛ c go´ciniec. s — A co to za rzek˛ wida´ tam dalej? — spytał Merry. e c — To Grzmiaca Rzeka, rzeka doliny Rivendell — odparł Obie˙ y´wiat. — Go˛ z s ´ sciniec biegnie jej brzegiem przez wiele mil a˙ do brodu. Ale jeszcze nie wiem, z jak si˛ przez nia przeprawimy. Na razie wystarczy kłopotu z jedna rzeka. B˛ dziee ˛ ˛ ˛ e my mieli wyjatkowe szcz˛ scie, je˙ eli nie zastaniemy Ostatniego Mostu w r˛ ku ˛ e´ z e wroga. Nazajutrz wczesnym rankiem stan˛ li znów na skraju go´ci´ ca. Sam i Obiee s n ´ zy´wiat poszli przodem na zwiad, ale nie znale´ li ani sladu jakichkolwiek po˙ s z dró˙ nych, pieszych czy konnych. W cieniu gór najwidoczniej padał niedawno z deszcz. Obie˙ y´wiat sadził, ze musiało to by´ przed dwoma dniami i ze ulewa z s ˛ ˙ c ˙ 205

zmyła wszelkie tropy. Od tego czasu, jak twierdził, nie przeszły t˛ dy konie. Starae li si˛ posuwa´ mo˙ liwie jak najszybciej i przeszedłszy niewiele ponad mil˛ ujrzeli e c z e przed soba Ostatni Most, ku któremu droga opadała krótka stromizna. Dr˙ eli, ze ˛ ˛ ˛ z ˙ zobacza tam czyhajace czarne postacie, ale nie było wida´ nikogo. Obie˙ y´wiat ˛ ˛ c z s kazał hobbitom schowa´ si˛ w przydro˙ nych zaro´lach i poszedł naprzód wybac e z s da´ sytuacj˛ . Po chwili przybiegł z powrotem. c e ´ — Nie widziałem sladu wroga — rzekł — i bardzo mnie zastanawia, co to mo˙ e znaczy´ . Znalazłem natomiast co´ niezwykłego. z c s Wyciagnał r˛ k˛ i pokazał im na dłoni jasnozielony, drogocenny kamie´ . ˛ ˛ e e n ´ — Le˙ ał w błocie na srodku mostu — rzekł. — To beryl, kamie´ elfów. Nie z n mam poj˛ cia, czy go kto´ tam poło˙ ył umy´lnie, czy zgubił niechcacy, ale to mi e s z s ˛ dodało otuchy. Bior˛ to za znak, ze mo˙ emy i´c przez most, dalej jednak nie e ˙ z s´ ´ smiem trzyma´ si˛ go´ci´ ca, chyba ze otrzymamy jaka´ wyra´ niejsza zach˛ t˛ . c e s n ˙ ˛s z ˛ ee

Ruszyli nie zwlekajac. Most przebyli bezpiecznie i prócz chlupotu wody, ˛
obijajacej si˛ o jego trzy wielkie sklepione łuki, nic nie usłyszeli. O mil˛ dalej ˛ e e stan˛ li u wylotu ciasnego wawozu, który prowadził w lewo od go´ci´ ca poprzez e ˛ s n górzysty teren ciagnacy si˛ ku północy. Przewodnik skr˛ cił i zaraz zapadli w mrok ˛ ˛ e e mi˛ dzy drzewa g˛ sto stłoczone u podnó˙ y stromych zboczy. e e z Hobbici radzi byli, ze zostawili za soba ponura krain˛ i niebezpiecze´ stwa ˙ ˛ ˛ e n go´ci´ ca, lecz ta nowa okolica wydawała si˛ gro´ na i nieprzyjazna. W miar˛ jak s n e z e posuwali si˛ naprzód, wzgórza wokół nich pi˛ trzyły si˛ coraz wy˙ ej. Tu i ówdzie e e e z na szczytach i graniach dostrzegali resztki starych kamiennych murów i ruiny wie˙ : wygladało to złowró˙ bnie. Frodo, jadacy na kucyku, miał wi˛ cej ni˙ inni z ˛ z ˛ e z czasu, by si˛ rozglada´ i rozmy´la´ . Przypomniał sobie, ze Bilbo, opowiadajac e ˛ c s c ˙ ˛ o swojej wyprawie, mówił o gro´ nych wie˙ ach na północ od go´ci´ ca w pobli˙ u z z s n z lasu trollów, gdzie go spotkała pierwsza powa˙ niejsza przygoda. Frodo zgadywał, z ze znale´ li si˛ w tej samej okolicy, i zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem nie ˙ z e b˛ da przechodzili w pobli˙ u tamtego miejsca. e ˛ z — Kto mieszka w tym kraju? — spytał. — Kto zbudował te wie˙ e? Czy to z ziemia trollów? — Nie — odparł Obie˙ y´wiat. — Trolle nic nie buduja. Nikt tutaj nie mieszz s ˛ ka. Ongi, przed wiekami, zyli tu ludzie, ale dzi´ ju˙ ich nie ma. Legenda mówi, ze ˙ s z ˙ padł na nich cie´ Angmaru i znikczemnieli. Cały kraj spustoszono podczas wojn ny, która doprowadziła do upadku Północne Królestwo. Działo si˛ to jednak tak e dawno, ze nawet wzgórza o ludziach zapomniały, jakkolwiek cie´ wcia˙ jeszcze ˙ n ˛z zalega te ziemie. — Skad znasz t˛ histori˛ , je˙ eli ten kraj opustoszał i zapomniał o swojej prze˛ e e z szło´ci? — zapytał Peregrin. — Zwierz˛ ta i ptaki nie opowiadaja takich rzeczy. s e ˛ — Potomkowie Elendila nie zapominaja nic z tego, co przemin˛ ło — rzekł ˛ e 206

Obie˙ y´wiat. — O wielu rzeczach, o których ja nie umiem wam opowiedzie´ , z s c pami˛ ta si˛ w Rivendell. e e — Bywałe´ nieraz w Rivendell? — zapytał Frodo. s — Tak — odparł Obie˙ y´wiat. — Mieszkałem w Rivendell czas jaki´ i poz s s wracam tam, ilekro´ mog˛ . Tam zostało moje serce, los jednak nie pozwala mi c e cieszy´ si˛ spokojem, nawet w pi˛ knym domu Elronda. c e e

Góry zacie´niały swój krag dokoła w˛ drowców. Go´ciniec w tym miejscu s ˛ e s
raz jeszcze skr˛ cił na południe, ku rzece, lecz zarówno drog˛ , jak rzek˛ stracie e e li teraz z oczu. Weszli w długa dolin˛ , waska, gł˛ boko wci˛ ta w teren, mroczna ˛ e ˛ ˛ e e ˛ ˛ i cicha. Pogi˛ te korzenie s˛ dziwych drzew zwisały nad urwiskami, sosny pi˛ ły ˛ e e e si˛ wysoko na zbocza. Hobbitów ogarn˛ ło wielkie znu˙ enie. Posuwali si˛ wolno, e e z e bo musieli sobie torowa´ szlak przez bezdro˙ a, w´ród powalonych pni i rumoc z s wisk skalnych. Starali si˛ , póki mogli, unika´ wspinania si˛ w gór˛ , ze wzgl˛ du e c e e e na Froda, a tak˙ e dlatego, ze było doprawdy trudno znale´ c jaka´ mo˙ liwa drog˛ , z ˙ z´ ˛s z ˛ e prowadzaca wzwy˙ z ciasnych dolinek. Trzeciego dnia marszu przez t˛ okolic˛ ˛ ˛ z e e zmieniła si˛ pogoda. Wiatr dał stale od zachodu niosac od odległych mórz wody, e ˛ ˛ które rz˛ sistym deszczem wylewał na ciemne głowy gór. Pod wieczór w˛ drowcy e e byli ju˙ przemoczeni do nitki, a popas nie dał im wypoczynku, bo nie mogli rozz pali´ ogniska. Nazajutrz góry spi˛ trzyły si˛ nad nimi jeszcze wy˙ ej i stromiej, tak c e e z ze musieli zboczy´ z wytkni˛ tego kursu bardziej ku północy. Przewodnik zdra˙ c e dzał ju˙ pewien niepokój, bo mijało dziesi˛ c dni od zej´cia z Wichrowego Czuba z e´ s i zapasy prowiantów były na wyczerpaniu. Deszcz lał ciagle. ˛ Noca biwakowali na kamiennej półce pod skała, w której otwierała si˛ płyt˛ ˛ e ´ ka koliba, a raczej nieznaczne wgł˛ bienie w scianie. Frodo był niespokojny. Od e zimna i wilgoci rana rozbolała go dotkliwiej ni˙ kiedykolwiek, a ból i lodowate z dreszcze sp˛ dzały sen z oczu. Hobbit kr˛ cił si˛ i przewracał nasłuchujac z trwoe e e ˛ ´ ga pos˛ pnych nocnych szmerów: wiatru swiszczacego w rozpadlinach, kapania ˛ e ˛ kropli, trzasków i łoskotu odrywajacego si˛ nagle i spadajacego w dół kamienia. ˛ e ˛ W pewnej chwili wydało mu si˛ , ze czarne cienie pełzna ukradkiem, by go zadue ˙ ˛ si´ , lecz gdy podniósł głow˛ , nie zobaczył nic prócz pleców Obie˙ y´wiata, który c e z s ´ siedział skulony, cmił fajk˛ i czuwał. Frodo poło˙ ył si˛ znów i zapadł w niespoe z e ´ kojny sen. Snił, ze przechadza si˛ po trawniku w swoim ogrodzie w Bag End, lecz ˙ e ´ cały ogród był nikły, mglisty, mniej wyra´ ny ni˙ wszystkie czarne cienie sledzace z z ˛ go zza zywopłotu. ˙

Rano budzac si˛ stwierdził, ze deszcz ustał. Chmury jeszcze zalegały niebo, ˛ e ˙ lecz ju˙ si˛ rozpraszały, blade smugi bł˛ kitu prze´witywały mi˛ dzy nimi. Wiatr z e e s e znów si˛ odmienił. Tego dnia nie wyruszyli w drog˛ o swicie. Natychmiast po e e ´
207

´ sniadaniu, które zjedli na zimno i bez przyjemno´ci, Obie˙ y´wiat sam wypu´cił s z s s si˛ na zwiady polecajac hobbitom czeka´ pod ochrona skalnego nawisu, dopóki e ˛ c ˛ nie wróci. Zamierzał, o ile to b˛ dzie mo˙ liwe, wspia´ si˛ na szczyt i stamtad e z ˛c e ˛ rozejrze´ w terenie. Nie przyniósł zbyt pocieszajacych wiadomo´ci. c ˛ s — Zaszli´my zbyt daleko na północ — powiedział. Musimy znale´ c jaka´ dros z´ ˛s g˛ z powrotem na południe. Gdyby´my trzymali si˛ tego samego co dotychczas e s e kierunku, znale´ liby´my si˛ w ko´ cu w Ettendales, daleko na północ od Rivenz s e n dell. To kraj trollów, mało mi znany. Mo˙ e zdołaliby´my stamtad zawróci´ do z s ˛ c Rivendell, oznaczałoby to jednak z pewno´cia wielka zwłok˛ , bo nie znam drogi, s ˛ ˛ e i nie starczyłoby nam prowiantu. Tote˙ tak czy inaczej musimy odszuka´ Bród z c Bruinen. Przez reszt˛ dnia posuwali si˛ mozolnie po skalistym gruncie. Znale´ li przeje e z ´ scie miedzy dwiema górami, które ich zaprowadziło do dolinki, ciagnacej si˛ ku ˛ ˛ e południo-wschodowi, a wi˛ c w po˙ adanym kierunku. Pod wieczór jednak zagroe z˛ dził im znowu drog˛ wysoki grzebie´ górski; czarna gra´ je˙ yła si˛ na tle nieba e n n z e mnóstwem skalnych z˛ bów, co ja upodabniało do t˛ pej piły. Mieli do wyboru e ˛ e zawróci´ albo wspia´ si˛ na ten grzebie´ . c ˛c e n Wybrali drog˛ pod gór˛ , lecz okazała si˛ niezmiernie trudna. Wkrótce Frodo e e e musiał zsia´c z wierzchowca i mozoli´ si˛ na własnych nogach. Mimo to nieraz ˛s ´ c e tracili nadziej˛ , czy zdołaja wyprowadzi´ kucyka, a nawet czy sami jako´ dotra e ˛ c s ˛ do celu, obcia˙ eni baga˙ em. Zmrok ju˙ niemal zapadł i wszyscy byli do szcz˛ tu ˛z z z e wyczerpani, kiedy wreszcie stan˛ li na górze. Wspi˛ li si˛ na waskie siodło mi˛ e e e ˛ e dzy dwoma z˛ bami, a tu˙ przed nimi zbocze znów opadało stromo. Frodo rzucił e z si˛ na ziemi˛ i le˙ ał, wstrzasany dreszczem. Lewe rami˛ zwisało martwo; hobbit e e z ˛ e ´ miał takie uczucie, jakby lodowate pazury sciskały mu bark i bok. Drzewa i skały widział nad soba niewyra´ nie jak poprzez g˛ sta mgł˛ . ˛ z e ˛ e — Nie sposób i´c dalej — rzekł Merry do Obie˙ y´wiata. — Boj˛ si˛ , ze ten s´ z s e e ˙ marsz zaszkodzi Frodowi. Okropnie si˛ o niego niepokoj˛ . Co pocza´ ? Czy mye e ˛c ´ slisz, ze w Rivendell potrafia go uzdrowi´ , je˙ eli w ogóle dostaniemy si˛ tam ˙ ˛ c z e kiedykolwiek? — Zobaczymy — odpowiedział przewodnik. — Tu, na pustkowiu, nic wi˛ cej e zrobi´ nie mog˛ , ni˙ zrobiłem. Wła´nie rana Froda jest główna przyczyna, dla c e z s ˛ ˛ której nagl˛ do po´piechu. Ale przyznaj˛ , ze dzi´ ju˙ dalej nie mo˙ emy i´c. e s e ˙ s z z s´ — Co wła´ciwie jest mojemu panu? — zapytał Sam zni˙ ajac głos i błagalnie s z ˛ wpatrujac si˛ w Obie˙ y´wiata. — Rana była niewielka, ju˙ si˛ zabli´ niła. Nie ˛ e z s z e z wida´ nic prócz białej blizny na barku. c — Froda dotknał or˛ z Nieprzyjaciela — rzekł Obie˙ y´wiat. — Działa tu jaka´ ˛ e˙ z s s trucizna albo mo˙ e zły urok, na który nie znam sposobu. Mimo to nie tra´ , Samie, z c nadziei! Noc była zimna na tej wysoko´ci. Podró˙ ni rozpalili ognisko w wykrocie pod s z s˛ katymi korzeniami sosny, wiszacymi nad pusta jama; miejsce to wygladało jak e ˛ ˛ ˛ ˛ 208

stary kamieniołom. Siedzieli przytuleni do siebie. Wiatr dał chłodem zza przeł˛ ˛ e czy, z dołu słycha´ było, jak korony sosen j˛ cza i wzdychaja. Frodo le˙ ał w półc e ˛ ˛ z ´ snie; wyobra˙ ał sobie, ze czarne skrzydła bezustannie trzepoca nad nim, a uczez ˙ ˛ pieni na skrzydłach prze´ladowcy wła´nie jego wypatruja po´ród górskich rozpas s ˛ s dlin. ´ ´ Swit wstał jasny i pogodny, powietrze było czyste, a blade, prze´ rocze swiaz tło rozlewało si˛ po spłukanym deszczem niebie. W˛ drowcy nabrali otuchy, lecz e e t˛ sknili do sło´ ca, zeby rozgrzało ich zzi˛ bni˛ te i skostniałe ciała. Ledwie si˛ roze n ˙ e e e widniło, przewodnik wział z soba Meriadoka i poszedł rozejrze´ si˛ po okolicy ˛ ˛ c e ze wzniesienia znajdujacego si˛ na wschód od przeł˛ czy. Sło´ ce swieciło ju˙ na ˛ e e n ´ z dobre, gdy wrócił z nieco pocieszajacymi nowinami. Szli teraz mniej wi˛ cej we ˛ e wła´ciwym kierunku. Je˙ eli zejda przeciwległym stokiem w dół, b˛ da mieli gós z ˛ e ˛ ry po lewej r˛ ce. Obie˙ y´wiat dostrzegł w pewnej odległo´ci l´nienie Grzmiacej e z s s s ˛ Rzeki i wiedział, ze go´ciniec prowadzacy do brodu, jakkolwiek stad niewidocz˙ s ˛ ˛ ny, przebiega po tamtej stronie grzebienia w pobli˙ u rzeki. z — Musimy znów trafi´ na go´ciniec — rzekł. — Nie spodziewajmy si˛ znac s e le´ c scie˙ ki przez te góry. Go´ciniec, cho´ by nie wiedzie´ jakie czekały na nim z´ ´ z s c c niebezpiecze´ stwa, jest dla nas jedyna droga do brodu. n ˛ ˛ ´ Natychmiast wi˛ c po sniadaniu ruszyli znowu. Powoli zle´ li południowym e z stokiem z przeł˛ czy. Zej´cie okazało si˛ jednak o wiele łatwiejsze, ni˙ przewidye s e z wali, bo zbocze było od tej strony nie tak strome, i Frodo wkrótce mógł znowu dosia´c kucyka. Biedny stary kucyk Billa Ferny okazał niezwykły talent do wy˛s ´ ´ z szukiwania scie˙ ek i w miar˛ mo˙ no´ci starał si˛ oszcz˛ dzi´ swojemu je´ d´ cowi e z s e e c z z wstrzasów. Nastrój całej kompanii znów si˛ poprawił. Nawet Frodo czuł si˛ lepiej ˛ e e w blasku poranka, chocia˙ od czasu do czasu mgła przesłaniała mu oczy i przez cierał je ustawicznie r˛ ka. Pippin nieco wyprzedził towarzyszy. Nagle odwracajac e ˛ ˛ si˛ do nich krzyknał: e ˛ ´ z — Jest scie˙ ka! Dogonili go i stwierdzili, ze si˛ nie pomylił. Tu˙ przed nimi wyra´ nie za˙ e z z znaczała si˛ scie˙ ka, która w skr˛ tach wspinała si˛ z poło˙ onych ni˙ ej lasów ku e´ z e e z z szczytowi. Miejscami była zatarta i zaro´ni˛ ta albo zagradzały ja kamienne usys e ˛ piska i pnie drzew, musiała wszak˙ e by´ ucz˛ szczana dawnymi czasy. Zbudowały z c e ´ e ja krzepkie r˛ ce i udeptały ci˛ zkie stopy. Tu i ówdzie sci˛ to lub wyrwano stare ˛ e e˙ drzewo, rozłupano lub odciagni˛ to na bok olbrzymie głazy, zeby otworzy´ przej˛ e ˙ c ´ scie. Czas jaki´ szli ta scie˙ ka, bo znacznie ułatwiała zej´cie w dół, lecz posuwali s ˛´ z ˛ s si˛ bardzo ostro˙ nie; zaniepokoili si˛ jeszcze bardziej, gdy weszli w ciemny las, e z e a dró˙ ka stała si˛ wyra´ niejsza i szersza. Niespodzianie wychylajac si˛ z kr˛ gu z e z ˛ e e sosen zbiegła stromo w dół i skr˛ ciła ostro w lewo, opasujac skaliste rami˛ góe ˛ e 209

´ z ry. Doszedłszy do tego zakr˛ tu zobaczyli plaski odcinek scie˙ ki pod niewielkim e ´ urwiskiem, nad którym pochylały si˛ gał˛ zie. W kamiennej scianie wida´ było e e c drzwi krzywo zwisajace na jednej olbrzymiej zawiasie. ˛ Zatrzymali si˛ pod tymi drzwiami. Stanowiły one wej´cie do jamy czy skale s nej groty, lecz w mroku nic w jej wn˛ trzu dostrzec nie mogli. Obie˙ y´wiat, Sam e z s i Merry pchn˛ li drzwi wspólnymi siłami i zdołali je szerzej rozewrze´ , a wtedy e c ´ przewodnik z Merrym wsun˛ li si˛ do srodka. Nie zaszli daleko, bo na ziemi zoe e baczyli kup˛ starych ko´ci, a w pobli˙ u wej´cia kilka du˙ ych, pustych dzbanów e s z s z i potłuczonych garnków. — Kiep jestem, je˙ eli to nie jest jaskinia trollów! — zawołał Pippin. — Wyz chod´ cie stamtad i wiejmy. Teraz ju˙ wiemy, kto zbudował t˛ scie˙ k˛ , i lepiej z ˛ z e ´ z e zrobimy umykajac z niej co pr˛ dzej, ˛ e — Sadz˛ , ze to niepotrzebne — odparł Obie˙ y´wiat wychodzac z groty. — ˛ e ˙ z s ˛ Z pewno´cia jest to jaskinia trollów, ale od bardzo dawna, jak si˛ zdaje, nie zas ˛ e mieszkana. Moim zdaniem, do strachu nie ma powodu. Id´ my dalej ostro˙ nie z z ´ z ˛ scie˙ ka, to si˛ przekonamy. e ´ z Scie˙ ka spod drzwi skr˛ cała w prawo i znów biegła równo, po czym zapadła e w gaszcz rosnacy na stoku. Pippin, nie chcac zdradzi´ przed Obie˙ y´wiatem, ze ˛ ˛ ˛ c z s ˙ jeszcze wcia˙ si˛ boi, wysunał si˛ naprzód wraz z Merrym; Sam i Obie˙ y´wiat ˛z e ˛ e z s ´ z szli za nimi, majac mi˛ dzy soba Froda na kucyku, bo scie˙ ka tu była tak szeroka, ˛ e ˛ ze czterech, a nawet pi˛ ciu hobbitów zmie´ciłoby si˛ na niej w szeregu. Ledwie ˙ e s e ´ jednak uszli kilka kroków, gdy Pippin podbiegł do nich, a w slad za nim Merry. Obaj mieli przera˙ one miny. z — Tam sa trolle! — bez tchu szepnał Pippin. — Niedaleko stad, w dole, na ˛ ˛ ˛ polanie le´nej. Mign˛ li nam mi˛ dzy pniami drzew. Olbrzymy! s e e — Podejdziemy i przyjrzymy im si˛ z bliska — odparł przewodnik podnoszac e ˛ jaki´ kij. s Frodo milczał, ale Sam zdawał si˛ wystraszony. e

Sło´ ce było ju˙ wysoko i prze´wiecajac poprzez na pół ogołocone gał˛ zie n z s ˛ e rzucało na polan˛ jasne plamy blasku. W˛ drowcy stan˛ li na jej skraju i wygladajac e e e ˛ ˛ zza pni drzew wstrzymali oddech. Na polanie rzeczywi´cie stały trzy trolle, trzy s olbrzymie trolle. Jeden był pochylony, dwa pozostałe patrzyły na niego. Obie˙ y´wiat jak gdyby nigdy nic ruszył naprzód. z s — Wyprostuj si˛ , stary głazie! — rzekł i złamał kij na grzbiecie pochylonego e trolla. Nic si˛ nie stało. Tylko hobbici zachłysn˛ li si˛ ze zdumienia, a wówczas Frodo e e e si˛ roze´miał. e s — Ach, tak! — powiedział. — Zapomnieli´my o legendzie rodzinnej. To sa s ˛ z pewno´cia te same trzy olbrzymy, które Gandalf wywiódł w pole, gdy si˛ kłócis ˛ e
210

ły, jak najlepiej przyrzadzi´ trzynastu krasnoludów i jednego hobbita na kolacj˛ . ˛ c e — Nie przyszło mi na my´l, ze jeste´my w pobli˙ u tego wła´nie miejsca — s ˙ s z s rzekł Pippin. Znał t˛ histori˛ dobrze. Bilbo i Frodo nieraz mu ja opowiadali, ale prawd˛ e e ˛ e mówiac nie bardzo w nia dotychczas wierzył. Nawet teraz jeszcze do´c podejrz˛ ˛ s´ liwie przygladał si˛ kamiennym trollom, niepewny, czy jaka´ magiczna siła nie ˛ e s wskrzesi ich nagle do zycia. ˙ — Zapomniałe´ nie tylko o legendzie rodzinnej, lecz tak˙ e o wszystkim, co ci s z mówiono o trollach — powiedział Obie˙ y´wiat. — Jest biały dzie´ , sło´ ce swieci, z s n n ´ a ty przybiegasz w panice i chcesz mnie nastraszy´ bajka o trzech zywych trolc ˛ ˙ lach, które na nas czyhaja po´rodku polany! Bad´ co bad´ mogłe´ przynajmniej ˛ s ˛z ˛ z s zauwa˙ y´ , ze za uchem jednego z nich od dawna jaki´ ptak uwił sobie gniazdo. z c ˙ s Niezwykła ozdoba jak na trolla! Wszyscy si˛ roze´mieli. We Froda lepszy duch wstapił; pokrzepiło go wspoe s ˛ mnienie pierwszej niebezpiecznej, a pomy´lnie zako´ czonej przygody Bilba. Przy s n tym sło´ ce grzało mile, mgła powlekajaca oczy chorego hobbita rozproszyła si˛ n ˛ e nieco. Odpocz˛ li przez czas jaki´ na polanie i zjedli obiad w cieniu ogromnych e s nóg trollowych. — A mo˙ e by nam kto za´piewał, póki sło´ ce wysoko? — powiedział Merry, z s n kiedy sko´ czyli posiłek. — Od wielu dni nie słyszeli´my pie´ni ani opowie´ci. n s s s — Od nocy na Wichrowym Czubie — rzekł Frodo. Przyjaciele spojrzeli na niego. — Nie martwcie si˛ o mnie! — dodał. — Czuj˛ si˛ znacznie lepiej, ale do e e e ´ spiewu nie mam ochoty. Mo˙ e Sam odgrzebie cos w swojej pami˛ ci. z e — Dalej˙ e, Samie! — zawołał Merry. — Masz w głowie zapasy, których nam z skapisz! ˛ — Nic o nich nie wiem — odparł Sam. — Ale umiem co´, co by wam si˛ s e ´ spodobało. Nie smiałbym tego nazwa´ poezja, jak to si˛ mówi. Po prostu zarty. c ˛ e ˙ Te stare kamienie przypomniały mi pewna piosenk˛ . ˛ e Wstał, zało˙ ył r˛ ce na plecy, jak ucze´ w szkole, i za´piewał na stara melodi˛ : z e n s ˛ e Na głazie troll, samotny go´c, s´ Obgryzał sm˛ tnie goła ko´c. e ˛ s´ Ju˙ par˛ lat tak jadł i jadł z e (O mi˛ so było trudno) e I prudno, i mrudno – W jaskini mieszkał skromnej do´c, s´ A o mi˛ so było trudno. e I przyszedł Tom, ten mały – wiesz, I spytał trolla: co ty jesz? O, ładnie´ wpadł – to wuja gnat, s 211

Co dawno w grobie le˙ y – z I bie˙ y, i wre˙ y – z z Wuj dawno umarł, chcesz to wierz – My´lałem: biedak w grobie le˙ y. s z T˛ ko´c ukradłem – troll mu rzekł. e s´ Czy ko´c ma w dole le˙ e´ wiek? s´ z c Gdy wuj wpadł w grób – był z niego trup, Nim sobie wziałem udko – ˛ I prudko, i siutko – Na jego miejscu inny człek Sam dałby człowiekowi udko. Nie wiem dlaczego – odparł Tom – Swobodnie odej´c miałby´ w dom, s´ s Złodzieju, co´ wział wuja ko´c. s ˛ s´ Gnat oddaj po dobroci! I troci, i wroci – Wuj trup, lecz gnaty jego sa, ˛ Wi˛ c oddaj udo po dobroci! e ´ A na to troll po prostu w smiech – Za udko Tomów zjadłbym trzech, Bo lepszy k˛ s swie˙ utkich mi˛ s – e ´ z e Ju˙ z˛ by ostrz˛ – z e e I rostrz˛ , i mostrz˛ – e e Od starych ko´ci człek by zdechł, s A wi˛ c na ciebie z˛ by sobie ostrz˛ . e e e To mówiac troll na Toma hyc, ˛ Chce złapa´ – łaps – a w r˛ kach nic, c e Wiec gwałtu, w krzyk – a Tom ju˙ znikł z I dał mu butem kopsa. I kropsa, i fropsa – Nauczk˛ da mu ostry szpic, e Wi˛ c dam mu butem kopsa. e Lecz wiedz, ze twardszy trolla zad ˙ Ni˙ głaz, na którym siedzi rad, z Wi˛ c pomy´l wprzód, nim po´lesz but, e s s By troll go w kuprze poczuł 212

I roczuł, i loczuł – Nasz Tom a˙ syknał, krzyknał, zbladł, z ˛ ˛ Bo ból a˙ w udzie poczuł. z Do domu sm˛ tnie wraca sam e I płacze: sztywna nó˙ k˛ mam. . . ˛ z e A troll – no có˙ – w´ród swoich wzgórz z s Wcia˙ gryzie kostk˛ wujka ˛z e I fujka, i pstrujka – A jego zad – to zdradz˛ wam, e Wcia˙ taki sam jak kostka wujka. ˛z — Ano, to dla nas wszystkich przestroga — roze´miał si˛ Merry. — Dobrze, s e Obie˙ y´wiacie, ze u˙ yłe´ kija, a nie r˛ ki! z s ˙ z s e — Skad ty wziałe´ t˛ piosenk˛ , Samie? — spytał Pippin. — Nigdy nie słysza˛ ˛ s e e łem tych słów. Sam mruczał co´ niezrozumiale pod nosem. s — Oczywi´cie, to twój własny utwór! — rzekł Frodo. — Niejednego si˛ dos e wiedziałem o Samie Gamgee podczas tej podró˙ y. Najpierw okazał si˛ spiskowz e cem, a teraz — dowcipnisiem. Gotów sko´ czy´ jako czarodziej albo mo˙ e — n c z wojownik! — Mam nadziej˛ , ze nie! — odparł Sam. — Wcale bym nie chciał by´ ani e ˙ c czarodziejem, ani wojakiem. Po południu zeszli ni˙ ej w lasy. Zapewne trafili na ten sam szlak, którym przed z wielu laty w˛ drował Gandalf z Bilbem i krasnoludami. O kilka mil dalej wspi˛ li e e si˛ na wysoka skarp˛ nad go´ci´ cem. Go´ciniec oddalił si˛ od rzeki skr˛ cajac e ˛ e s n s e e ˛ w waska dolin˛ i w tym miejscu biegł tu˙ u stóp wzgórz, kr˛ cił si˛ i wił mi˛ dzy ˛ ˛ e z e e e lasem a poro´ni˛ tymi wrzosem stokami da˙ ac ku grobli i górom. Obie˙ y´wiat s e ˛z ˛ z s wskazał hobbitom kamie´ sterczacy opodal skarpy w trawie. Mo˙ na było na nim n ˛ z rozró˙ ni´ jeszcze runy i znaki, wyciosane z grubsza pismem krasnoludów, lecz z c zatarte przez czas. — Patrzcie — rzekł Merry. — To na pewno ten kamie´ , którym naznaczono n miejsce, gdzie zakopano złoto trolli. Ciekaw jestem, czy z łupu Bilba du˙ o jeszcze z zostało. Powiedz, Frodo! Frodo patrzac na kamie´ załował, ze Bilbo przywiózł z wyprawy co´ wi˛ cej ˛ n˙ ˙ s e ni˙ te nieszkodliwe skarby, co´, z czym trudniej było si˛ rozsta´ . z s e c — Nic nie zostało — odpowiedział przyjacielowi. — Bilbo wszystko rozdał. Mówił mi, ze nie mo˙ e uzna´ za swoja prawowita własno´c złota, które pochodzi ˙ z c ˛ ˛ s´

213

ze zbójeckich łupów.

Rozgladali si˛ za jakim´ miejscem przy go´ci´ cu, gdzie by mo˙ na rozbi´ ˛ e s s n z c
obóz na noc, gdy doszedł ich uszu odgłos, który znowu l˛ kiem przejał wszystkie e ˛ serca: usłyszeli na drodze za soba t˛ tent kopyt. Obejrzeli si˛ , lecz go´ciniec wił ˛ e e s si˛ i kluczył tak, ze tylko mały jego odcinek obejmowali wzrokiem. Jak umieli e ˙ najspieszniej odskoczyli w bok i w gór˛ , mi˛ dzy bujne wrzosy i krzewy borówek e e zarastajacych stoki, a˙ wreszcie zaszyli si˛ w g˛ stej k˛ pie leszczyny. Wyglada˛ z e e e ˛ jac z zaro´li widzieli o jakie´ trzydzie´ci stóp poni˙ ej swej kryjówki go´ciniec, ˛ s s s z s nikły i szary w zapadajacym zmierzchu. T˛ tent si˛ zbli˙ ał. Ko´ p˛ dził, podkowy ˛ e e z n e d´ wi˛ czały w galopie. Potem niewyra´ ny, jakby podmuch wiatru unosił go w inna z e z ˛ stron˛ , dobiegł stłumiony d´ wi˛ k, niby brz˛ czenie małych dzwoneczków. e z e e — To mi nie brzmi wcale jak podkowy koni Czarnych Je´ d´ ców — rzekł z z Frodo nasłuchujac pilnie. ˛ Inni hobbici zgodzili si˛ z nim, wyra˙ ajac nadziej˛ , ze to nie moga by´ Czarni e z ˛ e ˙ ˛ c Je´ d´ cy, ale w gł˛ bi serca wszyscy zachowali wielka nieufno´c. Tak długo zyli z z e ˛ s´ ˙ w strachu przed po´cigiem, ze ka˙ dy szmer na go´ci´ cu za ich plecami wydas ˙ z s n wał im si˛ złowieszczy i wrogi. Obie˙ y´wiat jednak, który wychylił si˛ naprzód e z s e i osłaniajac r˛ ka ucho przytknał je do ziemi, miał na twarzy radosny u´miech. ˛ e ˛ ˛ s Zmierzch zapadł, li´cie krzewów szele´ciły z cicha. Coraz wyra´ niej, coraz blis s z zej d´ wi˛ czały dzwoneczki, t˛ tniły — klip-klap — p˛ dzace kopyta. Nagle w polu ˙ z e e e ˛ widzenia hobbitów ukazał si˛ na drodze siwy ko´ w galopie, bielejacy w´ród ciee n ˛ s ni. W˛ dzidło i uzda błyszczały w mroku i migotały, jakby je ozdobiono drogimi e kamieniami skrzacymi si˛ niby gwiazdy. Płaszcz w p˛ dzie trzepotał za je´ d´ cem, ˛ e e z z który odrzucił kaptur z głowy. Włosy rozwiane na wietrze l´niły złoci´cie. Fros s dowi zdawało si˛ , ze poprzez sylwetk˛ i płaszcz je´ d´ ca, jak przez lekka zasłon˛ , e ˙ e z z ˛ e ´ prze´wieca białe swiatło. s Obie˙ y´wiat wypadł z ukrycia i pu´cił si˛ w dół ku drodze, wielkimi susami z s s e sadzac przez wrzosy i krzyczac. Nim jednak si˛ pokazał, nim krzyknał, je´ dziec ˛ ˛ e ˛ z ju˙ sciagnał uzd˛ i zatrzymał konia spogladajac w gór˛ na k˛ p˛ leszczyny, w któz´ ˛ ˛ e ˛ ˛ e e e rej przycupn˛ li hobbici. Na widok Obie˙ y´wiata zeskoczył z siodła i biegnac na e z s ˛ jego spotkanie wołał: „Ai na vedui Dunadan! Mea govannen!” Te słowa i czysty d´ wi˛ k głosu usun˛ ły resztk˛ watpliwo´ci z serc hobbitów: je´ dziec był elfem. z e e e ˛ s z ´ Nikt inny na całym szerokim swiecie nie mógł mie´ tak pi˛ knego głosu. Lecz c e w jego wołaniu d´ wi˛ czała jaka´ nuta po´piechu czy mo˙ e l˛ ku; zauwa˙ yli te˙ , ze z e s s z e z z ˙ spiesznie, z naleganiem tłumaczy co´ Obie˙ y´wiatowi. s z s Po chwili przewodnik skinał na nich i hobbici opu´cili zaro´la zbiegajac na ˛ s s ˛ go´ciniec. s — To Glorfindel, który mieszka w domu Elronda — przedstawił Obie˙ y´wiat. z s — Witaj, nareszcie si˛ spotkali´my! — rzekł dostojny elf do Froda. — Wye s 214

słano mnie z Rivendell, zebym ci˛ odszukał. Obawiali´my si˛ , ze jeste´cie w nie˙ e s e ˙ s bezpiecze´ stwie. n — A wi˛ c Gandalf przyszedł do Rivendell! — rado´nie wykrzyknał Frodo. e s ˛ — Nie. Przynajmniej nie był go tam, kiedy wyje˙ d˙ ałem, ale od tej chwili z z min˛ ło ju˙ dziewi˛ c dni — odpowiedział Glorfindel. — Elrond otrzymał niepoe z e´ kojace wie´ci. Moi współplemie´ cy, podró˙ ujacy przez wasz kraj za Baranduina, ˛ s n z ˛ ˛ zauwa˙ yli, ze co´ si˛ swi˛ ci, i co pr˛ dzej wysłali go´ ców. Zawiadomili nas, ze z ˙ s e´ e e n ˙ ´ Dziewi˛ ciu znów kra˙ y po swiecie i ze ty zabładziłe´, w˛ drujac z ci˛ zkim brzee ˛z ˙ ˛ s e ˛ e˙ mieniem bez przewodnika, bo Gandalf nie wrócił. Nawet w Rivendell nie ma wielu takich, którzy by si˛ mogli mierzy´ w otwartym polu z Dziewi˛ ciu Je´ d´ cami; e c e z z wszystkich jednak zdolnych do tego rozesłał Elrond na północ, zachód i południe. My´leli´my, ze mogłe´ znacznie zboczy´ ze szlaku, by unikna´ pogoni, i ze s s ˙ s c ˛c ˙ zbłakałe´ si˛ mo˙ e na pustkowiu. ˛ s e z Mnie przypadło w udziale przeszukanie go´ci´ ca, dojechałem tedy a˙ do mos n z stu na Mitheithel i zostawiłem znak, a było to jako´ tydzie´ temu. Trzej słudzy s n ´ Saurona stali na mo´cie, ale pierzchli, a ja scigałem ich ku zachodowi. Natknas ˛ łem si˛ na dwóch innych, ci wszak˙ e skr˛ cili na południe. Odtad szukałem wcia˙ e z e ˛ ˛z twojego tropu. Znalazłem go przed dwoma dniami i wy´ledziłem dalej za mos stem. Dzisiaj za´ wytropiłem, w którym miejscu zeszli´cie znowu z gór. Ale czas s s w drog˛ ! Na razie do´c nowin. Skoro ju˙ tu jeste´my, trzeba zaryzykowa´ niee s´ z s c bezpiecze´ stwo go´ci´ ca i pospiesza´ . Tamtych jest pi˛ ciu, a niech˙ e tylko raz n s n c e z ´ odnajda twój slad na drodze, pomkna jak wicher za nami. A przecie˙ tych pi˛ ciu ˛ ˛ z e — to jeszcze nie wszyscy. Gdzie si˛ podziewa czterech pozostałych — nie wiem. e Boj˛ si˛ , ze bród zastaniemy obsadzony przez wroga. e e ˙ Glorfindel mówił, a tymczasem mrok wieczorny g˛ stniał dokoła. Froda ogare n˛ ło wielkie znu˙ enie. Odkad sło´ ce zacz˛ ło si˛ zni˙ a´ , mgła na jego oczach poe z ˛ n e e z c ciemniała i czuł, ze cie´ gromadzi si˛ mi˛ dzy nim a twarzami przyjaciół. Teraz ˙ n e e ból go chwycił i przejał mrozem. Frodo zachwiał si˛ i uczepił ramienia Sama. ˛ e — Mój pan jest chory i ranny — porywczo odezwał si˛ Sam. — Nie mo˙ e e z podró˙ owa´ noca. Trzeba mu wypoczynku. z c ˛ Glorfindel podtrzymał osuwajacego si˛ na ziemi˛ Froda, objał go łagodnie ra˛ e e ˛ mieniem i z niepokojem spojrzał w jego oczy. Obie˙ y´wiat opowiedział pokrótce z s o napadzie na obóz pod szczytem Wichrowego Czuba i o zatrutym no˙ u. Dobył z z kieszeni r˛ koje´c, która przechowywał, i pokazał elfowi. Glorfindel zadr˙ ał bioe s´ ˛ z rac ja do r˛ ki, lecz obejrzał bardzo uwa˙ nie. ˛ ˛ e z — Straszne zakl˛ cia wyryte sa na tej r˛ koje´ci — rzekł — chocia˙ niewidziale ˛ e s z ne dla waszych oczu. Zatrzymaj ja, Aragornie, póki nie dostaniemy si˛ do domu ˛ e Elronda. Bad´ wszak˙ e bardzo ostro˙ ny i nie dotykaj jej bez koniecznej potrze˛z z z by. Niestety! Nie jest mi dana moc leczenia ran zadanych tym or˛ zem. Wszystko e˙ uczyni˛ , co potrafi˛ , lecz tym usilniej radz˛ pospiesza´ teraz w drog˛ bez odpoe e e c e czynku. 215

Wymacał ran˛ na barku Froda i twarz mu spowa˙ niała, jakby to, co odkrył, e z bardzo go zatroskało. Lecz pod dotkni˛ ciem palców elfa lód w ramieniu i boku e Froda jakby stajał, ciepło przepłyn˛ ło od barku a˙ do dłoni i ból złagodniał. Wye z dało mu si˛ , ze mrok dokoła troch˛ si˛ roz´wietlił, jakby chmura odpłyn˛ ła. Znów e ˙ e e s e wyra´ niej widział twarze przyjaciół i odrobina nowej otuchy i siły wróciła mu do z serca. — Dosi˛ dziesz mojego wierzchowca — powiedział Glorfindel. — Skróc˛ e e strzemiona, a ty staraj si˛ trzyma´ jak najmocniej w siodle. Nie l˛ kaj si˛ , ten e c e e ko´ nie zrzuci je´ d´ ca, którego ja kazałem mu nie´c. Chód ma lekki i łagodny, n z z s´ a gdyby niebezpiecze´ stwo nagliło, ucieknie z toba takim cwałem, ze go nawet n ˛ ˙ czarne rumaki wrogów nie do´cigna. s ˛ — Nie ucieknie — odparł Frodo — i nie dosiad˛ go, je˙ eli w ten sposób miał˛e z bym znale´ c si˛ w Rivendell albo w innym bezpiecznym miejscu porzuciwszy z´ e przyjaciół na pastw˛ niebezpiecze´ stwa. e n Glorfindel u´miechnał si˛ . s ˛ e — Watpi˛ — rzekł — czy twoim przyjaciołom b˛ dzie co´ groziło, je˙ eli cie˛ e e s z ´ bie w´ród nich zabraknie. Nieprzyjaciel ciebie b˛ dzie scigał, a nas pewnie zostawi s e ´ ˛ w spokoju. To wła´nie ty i to, co masz przy sobie, sciaga na wszystkich prze´las s dowanie.

Na to Frodo nie miał odpowiedzi, dał si˛ wi˛ c przekona´ i dosiadł białee e c go wierzchowca elfa. Dzi˛ ki temu kucyk mógł wzia´ na grzbiet wi˛ kszo´c bae ˛c e s´ ga˙ y, a reszta kompanii, pozbywszy si˛ brzemion, ruszyła zrazu bardzo zwawo. z e ˙ Po jakim´ czasie jednak hobbici stwierdzili, ze trudno dotrzyma´ kroku szybs ˙ c konogiemu elfowi, który nie zna znu˙ enia. Glorfindel prowadził ich wcia˙ naz ˛z przód, w otwarta paszcz˛ ciemno´ci, w chmurna głab nocy. Nie było ksi˛ zyca ani ˛ e s ˛ ˛ e˙ ´ gwiazd. Swit ju˙ szarzał, kiedy wreszcie elf pozwolił im si˛ zatrzyma´ . Pippin, z e c Sam i Merry wlekli si˛ ju˙ wtedy niemal przez sen na chwiejnych nogach. Nawet e z Obie˙ y´wiat zdawał si˛ zm˛ czony, bo ramiona mu zwisły. Frodo na siodle zapadał z s e e w ponure sny. Rzucili si˛ wszyscy na ziemi˛ po´ród wrzosów o par˛ jardów w bok od go´ci´ e e s e s n ca i natychmiast usn˛ li. Mieli wra˙ enie, ze ledwie przez chwil˛ zmru˙ yli powieki, e z ˙ e z ´ ˛ gdy Glorfindel, który czuwał przez cały czas nad spiacymi, obudził ich znowu. Sło´ ce stało wysoko, chmury i nocne mgły ju˙ si˛ rozwiały. n z e — Napijcie si˛ — rzekł Glorfindel nalewajac ka˙ demu kolejno napoju ze swoe ˛ z jej srebrnej, powleczonej skóra manierki. Był to trunek przejrzysty jak woda zró˛ ´ dlana i bez smaku, w ustach wydawał si˛ ani zimny, ani goracy, lecz kto go łyknał, e ˛ ˛ czuł od razu przypływ siły i ochoty w całym ciele. Po jednym łyku tego napoju, czerstwy chleb i suszone owoce — bo innego prowiantu ju˙ podró˙ ni nie mieli — z z
216

´ zaspokoiły ich głód lepiej ni˙ obfite sniadania w Shire. z

Popas trwał niespełna pi˛ c godzin i znowu ruszyli go´ci´ cem. Glorfindel e´ s n
wcia˙ naglił i ledwie dwa razy pozwolił na chwil˛ wytchnienia w ciagu całe˛z e ˛ go dnia marszu. Tote˙ przeszli do zmroku prawie dwadzie´cia mil i znale´ li si˛ z s z e w miejscu, gdzie go´ciniec skr˛ cał w prawo i stromo opadał w dolin˛ , zbli˙ ajac s e e z ˛ si˛ znowu do rzeki. Jak dotad hobbici nie dostrzegli ani nie dosłyszeli zadnego e ˛ ˙ znaku czy szmeru pogoni, lecz Glorfindel cz˛ sto przystawał i nasłuchiwał, a gdy e zwalniali kroku, wyraz niepokoju zas˛ piał mu twarz. Par˛ razy mówił te˙ co´ e e z s Obie˙ y´wiatowi w j˛ zyku elfów. Mimo zaniepokojenia przewodników, nie było z s e rady, hobbici naprawd˛ nie mogli maszerowa´ dalej. Potykali si˛ i zataczali z wye c e czerpania i nie byli ju˙ zdolni my´le´ o czymkolwiek, tak ich bolały łydki i stopy. z s c Frodo cirpiał okrutnie, a w miar˛ jak dzie´ upływał, wszystko dokoła niego bladło, e n przybierajac posta´ widmowych, szarych cieni. Niemal ucieszył si˛ , gdy zapadł ˛ c e ´ wieczór, bo swiat po ciemku zdawał mu si˛ mniej spłowiały i pusty. e Hobbici nie zda˙ yli otrzasna´ si˛ ze zm˛ czenia, gdy ju˙ musieli nazajutrz wy˛z ˛ ˛c e e z rusza´ znowu w drog˛ . Od brodu dzieliło ich jeszcze wiele mil, tote˙ parli nac e z przód, ile sił w nogach. — Najwi˛ ksze niebezpiecze´ stwo grozi nam, gdy znajdziemy si˛ nad rzeka e n e ˛ — powiedział Glorfindel. — Serce mnie ostrzega, ze pogo´ p˛ dzi teraz za nami, ˙ n e a przy brodzie czyha by´ mo˙ e zasadzka. c z Go´ciniec wcia˙ biegł w dół, a jego brzegi zarastała tu i ówdzie trawa, po s ˛z której hobbici maszerowali najch˛ tniej, bo dawała troch˛ ulgi obolałym stopom. e e Pó´ nym popołudniem dotarli do miejsca, gdzie go´ciniec wpadał niespodzianie z s w g˛ sty cie´ wysokiego boru, a potem schodził w gł˛ boki wawóz, którego stroe n e ˛ ´ me sciany z czerwonych kamieni ociekały wilgocia. Echo dudniło, kiedy biegli ˛ t˛ dy, i zdawało si˛ , ze niezliczone pary nóg tupocza w trop za nimi. Niespodziee e ˙ ˛ wanie, jakby przez bram˛ swiatła, go´ciniec z wylotu tunelu wynurzył si˛ znów e´ s e pod otwarte niebo. Hobbici zobaczyli spadzisty skłon, a u jego stóp płaski, długi na mil˛ odcinek drogi i za nim bród prowadzacy do Rivendell. Na przeciwlee ˛ głym brzegu wznosił si˛ brunatny wał, na który wspinała si˛ serpentyna scie˙ ka; e e ˛´ z w oddali pi˛ trzyły si˛ góry, masyw obok masywu, szczyt za szczytem, a˙ pod e e z zmierzchajace niebo. ˛ W tunelu, który zostawili za soba, wcia˙ jeszcze dudniło echo, jakby spieszne ˛ ˛z kroki po´cigu; rozległ si˛ szum, jakby wiatr si˛ zerwał i nadciagał mi˛ dzy gał˛ s e e ˛ e e ziami sosen. Glorfindel obejrzał si˛ , posłuchał przez sekund˛ , potem z gło´nym e e s okrzykiem skoczył naprzód. — W nogi! — zawołał. — W nogi! Nieprzyjaciel naciera! Biały ko´ poderwał si˛ w cwał. Hobbici pedem zbiegli po pochyło´ci. n e s Glorfindel i Obie˙ y´wiat tu˙ za nimi jako tylna stra˙ . Byli w połowie płaskiego z s z z 217

odcinka drogi, gdy nagle zagrzmiał t˛ tent galopujacych koni. Spod bramy drzew, e ˛ ´ ˛ ˛ która dopiero co opu´cili, wychynał Czarny Je´ dziec, sciagnał cugle i wstrzymał ˛ s ˛ z ´ konia, kołyszac si˛ w siodle. W slad za nim ukazał si˛ drugi, potem trzeci, wresz˛ e e cie dwóch jeszcze je´ d´ ców. z z — Naprzód! Naprzód! — krzyknał Glorfindel Frodowi. ˛ Frodo nie od razu usłuchał, bo zbudził si˛ w nim jaki´ niepoj˛ ty sprzeciw. e s e Zmuszajac wierzchowca do st˛ pa, odwrócił si˛ i obejrzał. Je´ d´ cy tkwili nieru˛ e e z z chomo w siodłach na grzbietach olbrzymich rumaków niby złowrogie posagi na ˛ cokołach, czarni i masywni, podczas gdy cały las i cały krajobraz dokoła cofnał ˛ si˛ i przesłonił mgła. Nagle Frodo zrozumiał, ze tamci milczaco rozkazuja mu e ˛ ˙ ˛ ˛ czeka´ . W okamgnieniu strach i nienawi´c ockn˛ ły si˛ w jego sercu. Pu´cił cugle, c s´ e e s chwycił za r˛ koje´c miecza i dobył go, a˙ czerwone skry poszły z ostrza. e s´ z — Naprzód! Naprzód! — wołał Glorfindel, a potem dono´nie i wyra´ nie rozs z kazał wierzchowcowi j˛ zykiem elfów: — Noro lim, noro lim, Asfaloth! e Biały ko´ poderwał si˛ natychmiast i jak wiatr pomknał przez ostatni odcin e ˛ nek drogi. W tym samym momencie czarne rumaki rzuciły si˛ w pogo´ w dół e n stoku, a z piersi je´ d´ ców wydarł si˛ straszliwy krzyk. Frodo słyszał go ju˙ kiez z e z ´ dy´, daleko stad, we Wschodniej Cwiartce, gdy ten sam głos napełniał groza lasy. s ˛ ˛ Odpowiedział mu drugi okrzyk i ku rozpaczy froda oraz jego towarzyszy spo´ród s drzew i skał po lewej stronie go´ci´ ca wynurzyli si˛ w p˛ dzie czterej nowi je´ d´ s n e e z z cy. Dwaj galopem gnali na spotkanie Froda, dwaj pozostali w zawrotnym p˛ dzie e mkn˛ li ku brodowi, zeby odcia´ hobbitowi drog˛ ratunku. Frodo miał wra˙ enie, e ˙ ˛c e z ze leca z wichrem, ze sylwetki ich rosna i ciemnieja, z ka˙ da sekunda zbli˙ ajac ˙ ˛ ˙ ˛ ˛ z ˛ ˛ z ˛ si˛ do niego. e Przez rami˛ rzucił okiem wstecz: nie dostrzegł ju˙ przyjaciół. Odległo´c mi˛ e z s´ e ´ dzy nim a scigajacymi go je´ d´ cami rosła, ich olbrzymie rumaki nie mogły si˛ ˛ z z e równa´ z lotnym białym wierzchowcem elfa. Frodo spojrzał znów przed siebie c i nadzieja zgasła w jego sercu. Wydało mu si˛ niemo˙ liwe, by osiagnał bród, nim e z ˛ ˛ dwaj prze´ladowcy, którzy wypadli z zasadzki, odetna mu drog˛ . Widział ich teraz s ˛ e wyra´ nie: zrzucili chyba kaptury i czarne płaszcze, bo mieli na sobie białoszare z ´ szaty. W sinych r˛ kach sciskali obna˙ one miecze, na głowach l´niły hełmy. Oczy e z s jarzyły im si˛ zimnym płomieniem i wołali co´ do Froda dzikimi głosami. Strach e s poraził hobbita. Teraz ju˙ nie si˛ gał do miecza. Nie zdobył si˛ nawet na krzyk. z e e Zamknał oczy i przywarł do grzywy wierzchowca. Wiatr gwizdał mu w uszach, ˛ dzwoneczki przy uprz˛ zy d´ wi˛ czały przenikliwie i zawrotnie. Okropny lodowaty e˙ z e oddech przeszył go jak włócznia, kiedy w ostatnim zrywie czarodziejski ko´ niby n biały płomie´ wionał, jak na skrzydłach, tu˙ przed twarza najdalej wysuni˛ tego n ˛ z ˛ e Czarnego Je´ d´ ca. z z Frodo usłyszał plusk wody. Pieniła si˛ u jego stóp. Ko´ pod hobbitem zakołye n sał si˛ , d´ wignał w gór˛ i Frodo zrozumiał, ze wierzchowiec wynosi go z rzeki na e z ˛ e ˙ brzeg i wspina si˛ kamienista scie˙ ka na wysoka skarp˛ . Był wi˛ c ju˙ za brodem. e ˛´ z ˛ ˛ e e z 218

Ale prze´ladowcy nast˛ powali z bliska. Na szczycie nasypu ko´ zatrzymał s e n si˛ , obejrzał, zar˙ ał dziko. W dole, na drugim brzegu Frodo zobaczył Dziewi˛ e z e ciu Je´ d´ ców i serce w nim zamarło na widok gro´ nych, wzniesionych ku niemu z z z twarzy. Nie wyobra˙ ał sobie, by cos mogło przeszkodzi´ im w przeprawie, która z c jemu udała si˛ tak łatwo. Pomy´lał, ze je´li dostana si˛ na ten brzeg, daremnie próe s ˙ s ˛ e ´ z bowałby ucieczki po długiej, niepewnej scie˙ ce od brodu do granicy Rivendellu. A w ka˙ dym razie czuł, ze pot˛ zna wola nakazuje mu sta´ w miejscu. Nienawi´c z ˙ e˙ c s´ znów drgn˛ ła w jego sercu, ale nie miał ju˙ siły, zeby si˛ dłu˙ ej opiera´ . e z ˙ e z c Nagle pierwszy je´ dziec ubódł swego wierzchowca ostroga i ruszył naprzód. z ˛ Rumak wzdrygnał si˛ przed woda i przysiadł na zadzie. Frodo z najwi˛ kszym ˛ e ˛ e wysiłkiem wyprostował si˛ w strzemionach i podniósł miecz. e ´ — Precz! — krzyknał. — Precz do Mordoru, przesta´ cie mnie sciga´ ! ˛ n c Własny głos zabrzmiał mu w uszach watło i piskliwie. Je´ d´ cy zatrzymali si˛ , ˛ z z e ale Frodo nie miał władzy Bombadila. Wrogowie odpowiedzieli mu chrapliwym, ´ mro˙ acym krew w zyłach smiechem. z˛ ˙ — Zawracaj! Zawracaj! — wołali. — Do Mordoru powiedziemy ci˛ z soba! e ˛ — Precz! — szepnał Frodo. ˛ — Pier´cie´ ! Pier´cie´ ! — wrzasn˛ li tamci morderczym głosem i w tym sas n s n e mym momencie ich przywódca pchnał swego rumaka w wod˛ , a dwaj podwładni ˛ e ´ ruszyli w slad za nim. — Kln˛ si˛ na Elbereth, na Luthien najpi˛ kniejsza — rzekł Frodo, ostatkiem e e e ˛ sił d´ wigajac miecz w gór˛ — ze nigdy nie dostaniecie ani Pier´cienia, ani mnie. z ˛ e ˙ s Wtedy czarny przywódca, który był ju˙ w połowie brodu, wyprostował si˛ z e gro´ nie w strzemionach i podniósł r˛ k˛ . Frodo oniemiał. J˛ zyk zamarł mu z e e e w ustach, serce biło jak młotem. Miecz p˛ kł i wypadł z dr˙ acej dłoni. Biały ko´ e z˛ n elfa stanał d˛ ba i chrapnał. Pierwszy z czarnych rumaków ju˙ niemal wspinał si˛ ˛ e ˛ z e przednimi kopytami na brzeg. W tej samej chwili zagrzmiało, zahuczało, rozległ si˛ łoskot i szum wodoe spadu toczacego kamienna lawin˛ . Frodo przez mgł˛ widział, jak tam, w dole, ˛ ˛ e e rzeka wezbrała, a nurtem jej przewaliła si˛ w pióropuszach piany kawalkada fal. e Wydało mu si˛ , ze z fal strzelaja białe płomyki, i w wyobra´ ni niemal dostrzegł e ˙ ˛ z cwałujacych przez wod˛ białych rycerzy na białych koniach o spienionych grzy˛ e wach. Trzech je´ d´ ców, którzy w tym momencie byli w połowie brodu, porwał z z prad; znikn˛ li, nagle zalani wzburzona piana. Inni cofn˛ li si˛ przera˙ eni. ˛ e ˛ ˛ e e z Tracac przytomno´c, Frodo usłyszał jeszcze krzyki i miał wra˙ enie, ze widzi ˛ s´ z ˙ za szeregiem je´ d´ ców, którzy zatrzymali si˛ w rozterce nad brzegiem, posta´ z z e c ja´niejaca białym blaskiem; za nia za´ drobne mgliste sylwetki miotały płomienie, s ˛ ˛ ˛ s ´ które błyszczały czerwienia w szarzy´ nie zasnuwajacej cały swiat. ˛ z ˛ Szał ogarnał czarne rumaki, w panice run˛ ły naprzód pociagajac je´ d´ ców ˛ e ˛ ˛ z z w wezbrana to´ . Przera´ liwy krzyk utonał w grzmocie wody, która uniosła ich ˛ n z ˛ od razu daleko. W tym samym momencie Frodo poczuł, ze pada z siodła; huk ˙ 219

i zam˛ t nagle spot˛ gował si˛ w jego uszach i wydało mu si˛ , ze wraz ze swymi e e e e ˙ prze´ladowcami sam tak˙ e ginie, porwany nawałnica. Wi˛ cej ju˙ nic nie zobaczył s z ˛ e z ani nie usłyszał.

KSIEGA II ˛

ROZDZIAŁ XIII

Spotkania
Frodo zbudził si˛ w łó˙ ku. W pierwszym momencie my´lał, ze spał bardzo e z s ˙
długo i ze prze´nił jaki´ przykry sen, który jeszcze majaczy mu na pograniczu ˙ s s pami˛ ci. A mo˙ e przebył jaka´ chorob˛ ? Lecz sufit nad jego głowa wygladał obe z ˛s e ˛ ˛ co; był płaski, a ciemne belki miał bogato rze´ bione. Frodo le˙ ał jeszcze chwil˛ z z e ´ przygladajac si˛ słonecznym plamom na scianie i nasłuchujac szumu wodospadu. ˛ ˛ e ˛ — Gdzie jestem? Która to godzina? — rzucił gło´no pytanie sufitowi. s — W domu Elronda, a jest dziesiata przed południem — odpowiedział mu ˛ znajomy głos. — Ranek dwudziestego czwartego pa´ dziernika, je˙ eli chcesz wiez z dzie´ dokładnie. c — Gandalf! — krzyknał Frodo siadajac w po´cieli. Rzeczywi´cie, w fotelu ˛ ˛ s s pod otwartym oknem siedział stary Czarodziej. — Tak — rzekł. — Jestem tutaj. A ty miałe´ wyjatkowe szcz˛ scie, ze si˛ s ˛ e´ ˙ e te˙ tutaj znalazłe´, mimo wszystkich głupstw, które popełniłe´ od dnia wyjazdu z s s z domu. Frodo opadł znów na poduszki. Było mu tak błogo i spokojnie, ze nie miał ˙ ochoty sprzecza´ si˛ , watpił zreszta, czy wygrałby w tym sporze. Otrzasnał si˛ c e ˛ ˛ ˛ ˛ e ju˙ ze snu zupełnie i wracała mu pami˛ c; wspomniał niefortunny „skrót” drogi na z e´ przełaj przez Stary Las, „przypadek” w gospodzie „Pod Rozbrykanym Kucykiem” i szale´ stwo, jakiemu uległ w kotlince pod Wichrowym Czubem kładac na palec n ˛ Pier´cie´ . Przez cały czas, gdy rozmy´lał o tych sprawach i na pró˙ no wysilał s n s z pami˛ c, zeby przypomnie´ sobie, jakim sposobem znalazł si˛ tu, w Rivendell, e´ ˙ c e w pokoju trwała cisza, zakłócana jedynie pykaniem fajki Gandalfa, który dmuchał przez okno białymi kółkami dymu. — Gdzie jest Sam? — zapytał wreszcie Frodo. — Gdzie inni? Czy zdrowi? — Wszyscy zdrowi i cali — odparł Gandalf. — Sam był przy tobie, ledwie przed półgodzina wyprawiłem go stad, zeby troch˛ odpoczał. ˛ ˛ ˙ e ˛ — Co si˛ wła´ciwie stało tam, u brodu? — zagadnał Frodo. — Całe to zdae s ˛ rzenie wydało mi si˛ jako´ niejasne i dotychczas takie mi si˛ wydaje. e s e — Nic dziwnego! Omdlałe´ — rzekł Gandalf. — Rana w ko´ cu ci˛ zmos n e 222

gła. Jeszcze kilka godzin, a nie byłoby ju˙ dla ciebie ratunku. Ale w tobie tkwia z ˛ niespo˙ yte siły, mój hobbicie kochany! Dowiodłe´ tego pod Kurhanem. Wtedy z s wa˙ yły si˛ szale, był to chyba najgro´ niejszy moment w całej podró˙ y. Szkoda, z e z z ze nie wytrwałe´ tak samo pod Wichrowym Czubem. ˙ s — Jak widz˛ , wiesz ju˙ bardzo wiele — powiedział Frodo. — A przecie˙ e z z nikomu nie mówiłem, jak to było ze mna pod Kurhanem. Z poczatku dlatego, ze ˛ ˛ ˙ wolałem tych okropno´ci nie wspomina´ , a pó´ niej miałem do´c innych spraw na s c z s´ głowie. Skad si˛ o tym dowiedziałe´? ˛ e s — Du˙ o mówiłe´ przez sen — łagodnie odparł Gandalf — i nietrudno mi z s było czyta´ w twoich my´lach i pami˛ ci. Nie martw si˛ , Frodo! Chocia˙ przed c s e e z chwila wyrzucałem ci popełnione „głupstwa”, nie my´lałem tego powa˙ nie. Mam ˛ s z uznanie dla ciebie, a tak˙ e dla twoich towarzyszy. Niemała to rzecz dotrze´ tak z c daleko, w´ród tylu niebezpiecze´ stw, i nie straci´ Pier´cienia. s n c s — Nigdy by´my tego nie dokonali bez Obie˙ y´wiata — rzekł Frodo. — Ale s z s bardzo nam ciebie brakowało. Bez ciebie nie wiedziałem, co robi´ . c — Zatrzymały mnie pewne przeszkody — odparł Gandalf — i to omal nie przyczyniło si˛ do kl˛ ski naszych zamierze´ . Zreszta nie jestem tego pewien, moe e n ˛ ze to wła´nie wyszło nam na dobre. ˙ s — Prosz˛ ci˛ , powiedz mi, co si˛ zdarzyło? e e e — Na wszystko przyjdzie pora. Dzisiaj z polecenia Elronda nie wolno ci si˛ e niczym martwi´ ani du˙ o gada´ . c z c — Ale˙ rozmawiajac oderw˛ si˛ od rozmy´la´ i docieka´ , które sa co najz ˛ e e s n n ˛ mniej równie m˛ czace jak gadanie — rzekł Frodo. — Nie chce mi si˛ ju˙ wcale e ˛ e z spa´ , i przypominam sobie mnóstwo rzeczy, które domagaja si˛ wyja´nienia. jakie c ˛ e s przeszkody ci˛ zatrzymały? Musisz mi chocia˙ to powiedzie´ . e z c — Wkrótce dowiesz si˛ wszystkiego, co ci˛ interesuje — odparł Gandalf. — e e Czekamy tylko na twoje wyzdrowienie, zeby natychmiast zwoła´ narad˛ . Tym˙ c e czasem powiem ci tyle, ze byłem w niewoli. ˙ — Ty?! — krzyknał Frodo. ˛ — Tak. Ja, Gandalf Szary — uroczy´cie o´wiadczył Czarodziej. — Ró˙ ne ists s z ´ nieja pot˛ gi na swiecie, na jego szcz˛ scie czy na zgub˛ ! Sa w´ród nich mocniejsze ˛ e e´ e ˛ s ode mnie. Sa i takie, z którymi si˛ jeszcze nie mierzyłem. Ale zbli˙ a si˛ moja go˛ e z e dzina. Morgul ze swoimi Czarnymi Je´ d´ cami jest gotów. Nadciaga wojna. z z ˛ — A wi˛ c o je´ d´ cach wiedziałe´ dawniej. . . nim ja si˛ z nimi spotkałem? e z z s e — Wiedziałem. A nawet mówiłem ci o nich kiedy´. Bo Czarni Je´ d´ cy to nie s z z kto inny, lecz Upiory Pier´cienia, Dziewi˛ ciu Giermków Władcy Pier´cienia. Nie s e s ´ wiedziałem jednak, ze ju˙ znów ruszyli w swiat, gdybym był wiedział, uciekłbym ˙ z razem z toba nie zwlekajac ani dnia. Dopiero po naszym rozstaniu w czerwcu ˛ ˛ doszła do mnie wie´c o tym. Ale na reszt˛ tej historii musisz poczeka´ . Na razie s´ e c wyratował nas od kl˛ ski Aragorn. e — Tak — rzekł Frodo. — Obie˙ y´wiat nas ocalił. Z poczatku co prawda bałem z s ˛ 223

si˛ go. Sam zdaje si˛ nigdy nie nabrał do niego całkowitego zaufania, w ka˙ dym e e z razie nie dowierzał mu, póki nie spotkali´my Glorfindela. s Gandalf u´miechnał si˛ . s ˛ e — Słyszałem wszystko o Samie — powiedział. — Teraz ju˙ i on nie ma zadz ˙ nych watpliwo´ci. ˛ s — Cieszy mnie to — rzekł Frodo — bo polubiłem bardzo Obie˙ y´wiata. Choz s cia˙ nie. . . „Polubiłem” to nie jest odpowiednie słowo. Stał mi si˛ drogi, mimo ze z e ˙ jest taki dziwny, nawet czasem ponury. Doprawdy, cz˛ sto mi ciebie przypomina. e Nie wyobra˙ ałem sobie, ze ludzie bywaja tacy. My´lałem, wiesz, ze sa po proz ˙ ˛ s ˙ ˛ stu wielkiego wzrostu i do´c głupi; poczciwi głupcy jak Butterbur albo nikczemni s´ głupcy jak Bill Ferny. Oczywi´cie, niewiele wiemy w Shire o ludziach, wła´ciwie s s znamy tylko troch˛ mieszka´ ców Bree. e n — Tych tak˙ e znasz niezbyt dobrze, je´li uwa˙ asz starego Barlimana za durz s z nia — odparł Gandalf. — Ma on do´c rozumu na własne potrzeby. Wprawdzie s´ my´li mniej i wolniej, ni˙ gada, ale je´li chce, przez mur na wylot widzi — jak s z s powiadaja w Bree. Takich wszak˙ e ludzi jak Aragorn, syn Arathorna, nie zostało ˛ z ´ wielu w Sródziemiu. Potomstwo królów zza Morza wygasa ju˙ prawie. Kto wie, z czy ta wojna o Pier´cie´ nie b˛ dzie ich ostatnia wyprawa. s n e ˛ ˛ — Czy ty powa˙ nie twierdzisz, ze Obie˙ y´wiat jest potomkiem dawnych króz ˙ z s lów? — spytał Frodo ze zdumieniem. — Sadziłem, ze od dawna nie ma ich ju˙ na ˛ ˙ z ´ swiecie. My´lałem, ze Obie˙ y´wiat jest po prostu Stra˙ nikiem. s ˙ z s z — Po prostu Stra˙ nikiem! — wykrzyknał Gandalf. — Ale˙ , kochany Frodo, z ˛ z Stra˙ nicy to wła´nie potomkowie królewskiej rasy! Ostatni zyjacy jeszcze na półz s ˙ ˛ nocy przedstawiciele wielkiego plemienia ludzi z zachodu. Nieraz mi pomagali i znów w bliskiej przyszło´ci b˛ d˛ potrzebował ich pomocy; bo chocia˙ dotarlis e e z ´ smy do Rivendell, Pier´cie´ nie jest jeszcze bezpieczny. s n — Pewnie — rzekł Frodo. — Ale dotychczas zyłem tylko my´la o doj´ciu ˙ s ˛ s tutaj i mam nadziej˛ , ze nie b˛ d˛ musiał w˛ drowa´ dalej. Bardzo mi przyjemnie e ˙ e e e c tak odpoczywa´ beztrosko. Przez cały miesiac tułałem si˛ i u˙ ywałem przygód, c ˛ e z uwa˙ am, ze to do´c, przynajmniej jak na moje upodobania. z ˙ s´ Umilkł i zamknał oczy. Po chwili znów si˛ odezwał. ˛ e — Próbowałem rachowa´ dni — rzekł — ale nie mog˛ si˛ doliczy´ dwudziec e e c stego czwartego pa´ dziernika. Wypada mi, ze powinien dzisiaj by´ dwudziesty z ˙ c pierwszy. Do brodu przecie˙ doszli´my dwudziestego. z s — I gadasz, i liczysz wi˛ cej, ni˙ choremu przystoi — rzekł Gandalf. — Jak e z si˛ teraz miewa twój bok i bark? e — Nie wiem — odparł Frodo. — Wcale ich nie czuj˛ , ale to oczywi´cie ju˙ e s z pewien post˛ p, ale. . . — nat˛ zył siły i spróbował — . . . troch˛ mog˛ porusza´ e e˙ e e c ramieniem. Tak, znowu w nie zycie wst˛ puje. Nie jest zimne — dodał, prawa r˛ ka ˙ e ˛ e ˛ dotykajac lewej. ˛ — To dobrze! — powiedział Gandalf. — Goi si˛ szybko. Wkrótce b˛ dziesz e e 224

zdrów zupełnie. Elrond ci˛ wyleczył, piel˛ gnował ci˛ całymi dniami, od pierwszej e e e chwili, gdy ci˛ tutaj przyniesiono. e — Całymi dniami? — zdziwił si˛ Frodo. e — Dokładnie przez cztery noce i trzy dni. Elfy przyniosły ci˛ od brodu wiee czorem dwudziestego pa´ dziernika, od tego wła´nie dnia straciłe´ rachunek czasu. z s s Okropnie si˛ o ciebie niepokoili´my, a Sam nie opuszczał prawie twojego weze s głowia dniem i noca, chyba ze go po co´ wa˙ nego posyłano. Elrond to nie lada ˛ ˙ s z mistrz w uzdrawianiu, ale bro´ naszych wrogów jest zabójcza. Prawd˛ rzekłszy n e nie zywiłem wielkich nadziei, bo podejrzewałem, ze w zabli´ nionej ranie została ˙ ˙ z jeszcze jaka´ drzazga odłupana z ostrza. Nie mogli´my jej wszak˙ e znale´ c a˙ do s s z z´ z wczorajszego wieczora. Wreszcie Elrond usunał odłamek. Tkwił bardzo gł˛ boko ˛ e i wchodził coraz gł˛ biej w ciało. e Frodo zadr˙ ał na wspomnienie okrutnego sztyletu z wyszczerbionym ostrzem, z które rozpłyn˛ ło si˛ w r˛ kach Obie˙ y´wiata. e e e z s — Nie bój si˛ , ju˙ go nie ma — powiedział Gandalf. — Stopniał. A jak wie z da´ , hobbici maja twarde zycie. Niejednemu pot˛ znemu wojownikowi z plemiec ˛ ˙ e˙ nia Du˙ ych Ludzi pr˛ dko dałaby rad˛ ta drzazga, która ty nosiłe´ w barku przez z e e ˛ s siedemna´cie dni. s — Co by si˛ ze mna stało? — zapytał Frodo. — Co je´ d´ cy chcieli ze mna e ˛ z z ˛ zrobi´ ? c — Usiłowali przebi´ twoje serce no˙ em Morgula, który zostaje w ranie. Gdyc z by im si˛ to udało, stałby´ si˛ do nich podobny, lecz słabszy i podległy ich woli. e s e Byłby´ upiorem w słu˙ bie Czarnego Władcy, on za´ dr˛ czyłby ci˛ za kar˛ , ze s z s e e e ˙ próbowałe´ zatrzyma´ przy sobie Pier´cie´ ; co prawda za najgorsza m˛ czarni˛ s c s n ˛ e e ´ starczyłaby swiadomo´c, ze zrabowano ci Pier´cie´ i ze tamten go nosi na palcu. s´ ˙ s n ˙ — Co za szcz˛ scie, ze nie wiedziałem o tym straszliwym niebezpiecze´ stwie! e´ ˙ n ´ — słabym głosem wyrzekł Frodo. — Oczywi´cie, byłem smiertelnie przera˙ ony, s z ´ ale gdybym wi˛ cej wiedział, nie smiałbym nawet drgna´ . Istny cud, ze ocalałem. e ˛c ˙ — Tak, sprzyjało ci szcz˛ scie czy mo˙ e przeznaczenie — odparł Gandalf — e´ z nie mówiac ju˙ o m˛ stwie. Albowiem sztylet nie tknał twego serca, przeszył jedy˛ z e ˛ nie bark; a stało si˛ tak dlatego, ze do ostatka si˛ opierałe´. Byłe´ wszak˙ e ledwie e ˙ e s s z o włos od kl˛ ski, je´li mo˙ na si˛ tak wyrazi´ . najgorsze niebezpiecze´ stwo grozie s z e c n ´ ło ci, kiedy miałe´ Pier´cie´ na palcu, bo wtedy przebywałe´ ju˙ na pół w swiecie s s n s z upiorów i tamci mogli ci˛ porwa´ . Widziałe´ ich, oni za´ widzieli ciebie. e c s s — Wiem — rzekł Frodo. — Widziałem, a to widok straszliwy. Ale dlaczego ich wierzchowce wszyscy widzieli´my? s — Poniewa˙ to sa zwykłe konie, tak samo jak czarne szaty je´ d´ ców sa zwyz ˛ z z ˛ kłymi płaszczami, które przywdziewaja, by okry´ swoja nico´c, gdy maja si˛ spo˛ c ˛ s´ ˛ e tka´ z zywymi. c ˙ — Czemu˙ wi˛ c te czarne konie cierpia takich je´ d´ ców? Wszelkie inne stwoz e ˛ z z rzenia, nawet ko´ elfa Glorfindela, wpadaja w panik˛ , gdy upiory si˛ do nich zblin ˛ e e 225

za. Psy wyja i g˛ si podnosza wrzask. ˙˛ ˛ e ˛ — Te konie urodziły si˛ i wychowały w słu˙ bie Czarnego Władcy w Mordoe z ´ rze. Nie wszyscy jego słudzy i nie cały dobytek nale˙ y do swiata upiorów. Słu˙ a z z˛ mu orkowie i trolle, wargowie i wilkołaki; było te˙ i jest wielu zywych, przez ˙ chadzajacych si˛ pod sło´ cem ludzi, wojowników i królów, co poddali si˛ jego ˛ e n e władzy. Ich liczba ro´nie z ka˙ dym dniem. s z — A Rivendell? A elfy? Czy Rivendell jest bezpieczne? — Tak. Przynajmniej do czasu, póki wszystko wokół nie zostanie podbite. Elfy wprawdzie l˛ kaja si˛ Czarnego Władcy, wprawdzie przed nim uciekaja, nigdy e ˛ e ˛ jednak nie dadza mu posłuchu ani nie b˛ da mu słu˙ yły. Tu, w Rivendell, prze˛ e ˛ z bywa kilku najzaci˛ tszych jego przeciwników: madrzy madro´cia elfów władcy e ˛ ˛ s ˛ Eldarów zza najodleglejszych mórz. Nie boja si˛ oni Upiorów Pier´cienia, bo kto ˛ e s ´ był w Błogosławionym Królestwie, ten zyje w obu swiatach naraz i zarówno wi˙ dzialnym, jak niewidzialnym siłom mo˙ e przeciwstawi´ własna wielka moc. z c ˛ ˛ — Zdawało mi si˛ , ze widziałem biała posta´ , która ja´niała i nie gin˛ ła we e ˙ ˛ c s e mgle jak inne. Czy to był Glorfindel? — Tak. Przez chwil˛ widziałe´ go takim, jakim jest na drugim brzegu: jednym e s z pot˛ znych Pierworodnych. To elf z rodu ksia˙ ecego. Zaiste, sa w Rivendell siły e˙ ˛z ˛ ˛ zdolne opiera´ si˛ przemocy Mordoru, przynajmniej czas jaki´; a zostały te˙ dobre c e s z siły poza ta dolina. Jest równie˙ w Shire siła, chocia˙ innego rodzaju. Wszystkie ˛ ˛ z z jednak te miejsca wkrótce stana si˛ wyspami w morzu oblegajacego zła, je˙ eli ˛ e ˛ z wypadki potocza si˛ tak, jak si˛ zapowiada. Czarny Władca rzuca do walki cała ˛ e e ˛ swoja pot˛ g˛ . ˛ e e — Mimo to — powiedział wstajac nagle i wysuwajac dolna szcz˛ k˛ , tak ˛ ˛ ˛ e e ze broda nastroszyła si˛ i spr˛ zyła jak druciana — musimy zachowa´ odwag˛ . ˙ e e˙ c e ´ Wkrótce wyzdrowiejesz, je˙ eli nie zagadam ci˛ na smier´ . Jeste´ w Rivendell, z e c s o nic tymczasem nie potrzebujesz si˛ troszczy´ . e c — Nie mam wiele odwagi do zachowania — odparł Frodo — ale na razie niczym si˛ nie trapi˛ . Powiedz mi jeszcze tylko, jak si˛ miewaja moi przyjaciele e e e ˛ i jak zako´ czyło si˛ starcie u brodu, a zadowol˛ si˛ tym na dzi´. Potem chyba si˛ n e e e s e znów prze´pi˛ , ale nie zmru˙ e oka, dopóki nie opowiesz mi tej historii do ko´ ca. s e z˛ n Gandalf przysunał fotel do łó˙ ka i przyjrzał si˛ Frodowi uwa˙ nie. Rumie´ ce ˛ z e z n wróciły na twarz hobbita, oczy si˛ rozja´niły i miały wyraz rozbudzony i zupełnie e s przytomny. U´miechał si˛ i nie wygladał na powa˙ nie chorego. Lecz oko Czas e ˛ z rodzieja dostrzegło w nim nieuchwytna zmian˛ , jak gdyby jaka´ przezroczysto´c ˛ e ˛s s´ ciała, zwłaszcza lewej r˛ ki, która spoczywała na kołdrze. e „No có˙ , mo˙ na si˛ było tego spodziewa´ — rzekł sobie w duchu Gandalf. z z e c — Nie przeszedł jeszcze połowy drogi, a do czego dojdzie u jej kresu — tego nawet Elrond nie umie przewidzie´ . My´l˛ jednak, ze nie do czego´ złego. Stanie c se ˙ s si˛ mo˙ e dla oczu tych, którzy umieja patrze´ , jak szklanka napełniona jasnym e z ˛ c ´ swiatłem”. 226

´ — Wygladasz swietnie — powiedział gło´no. — Zaryzykuj˛ krótka opowie´c ˛ s e ˛ s´ nie pytajac Elronda o pozwolenie. Ale naprawd˛ krótka, a potem musisz zasna´ . ˛ e ˛ ˛c Oto, co si˛ zdarzyło u brodu, o ile mi wiadomo. Kiedy uciekłe´, je´ d´ cy pognali e s z z wprost za toba. Nie potrzebowali ju˙ wtedy zdawa´ si˛ na wzrok swoich koni, ˛ z c e ´ stałe´ si˛ dla nich widzialny, bo znalazłe´ si˛ na progu ich swiata. Poza tym Piers e s e ´ n scie´ ich przyciagał. Twoi przyjaciele uskoczyli w bok z go´ci´ ca; gdyby nie to, ˛ s n stratowałyby ich czarne rumaki. Wiedzieli, ze je´li ci˛ biały ko´ nie zdoła ocali´ , ˙ s e n c nie ma innego ratunku. Je´ d´ cy byli niedo´cignieni i zbyt liczni, zeby im stawi´ z z s ˙ c czoło. Pieszo nawet Glorfindel i Aragorn nie mogliby si˛ mierzy´ z Dziewi˛ ciu e c e Je´ d´ cami naraz. z z Upiory przemkn˛ ły, a twoi przyjaciele pobiegli za nimi. W pobli˙ u brodu jest e z ´ e przy go´ci´ cu mały wykrot pod sci˛ tymi pniakami. Tam spiesznie rozpalili ognis n sko, bo Glorfindel wiedział, ze przyjdzie wielka fala, je´li tamci spróbuja si˛ prze˙ s ˛ e prawi´ , a wówczas trzeba b˛ dzie odeprze´ atak tych je´ d´ ców, którzy by pozostali c e c z z na brzegu. Gdy fala run˛ ła, Glorfindel wybiegł pierwszy, a za nim Aragorn i hobe bici, wszyscy z płonacymi gał˛ ziami w r˛ kach. Znalazłszy si˛ mi˛ dzy ogniem ˛ e e e e a woda, zaskoczeni widokiem dostojnego elfa, który im si˛ objawił w płomieniu ˛ e gniewu, przerazili si˛ , a ich rumaki ogarnał szał. Trzech je´ d´ ców pierwszy napór e ˛ z z wody porwał w dół rzeki, pozostałych własne konie poniosły w to´ . n — Czy to oznacza koniec Dziewi˛ ciu Je´ d´ ców? — spytał Frodo. e z z — Nie — odparł Gandalf. — Wierzchowce zapewne zgin˛ ły, a bez nich je´ d´ e z z cy sa jak kaleki. Upiorów Pier´cienia tak łatwo si˛ nie unicestwia. Ale na razie ˛ s e bad´ co bad´ niczego z ich strony nie nale˙ y si˛ l˛ ka´ . Twoi towarzysze przepra˛z ˛z z e e c wili si˛ brodem, gdy fala powodzi min˛ ła, i znale´ li ci˛ le˙ acego twarza do ziemi, e e z e z˛ ˛ a złamany miecz pod toba. Biały ko´ stał na stra˙ y u twego boku. Byłe´ blady ˛ n z s ´ i zimny, zl˛ kli si˛ , ze nie zyjesz albo stało si˛ z toba co´ od smierci gorszego. e e ˙ ˙ e ˛ s Przybiegli wysła´ cy Elronda i zanie´li ci˛ ostro˙ nie do Rivendell. n s e z — Kto wzburzył rzek˛ ? — spytał Frodo. e — Elrond — odparł Gandalf. — Rzeka tej doliny jest w jego władzy i wzbiera gniewem, gdy Elrond w ci˛ zkiej potrzebie chce zagrodzi´ bród. Kiedy wódz upioe˙ c rów wjechał do wody, natychmiast otworzyły si˛ upusty. Pozwol˛ sobie wspoe e mnie´ , ze ja ze swej strony przyczyniłem si˛ te˙ pewnymi drobiazgami. Nie wiem, c ˙ e z czy zauwa˙ yłe´, ze niektóre fale przybrały posta´ olbrzymich białych rycerzy; z s ˙ c a poza tym słyszałe´ mo˙ e huk i zgrzyt toczonych w wodzie głazów. Przez chwil˛ s z e bałem si˛ nawet, czy nie rozp˛ tali´my zbyt w´ciekłego zywiołu i czy nawała nie e e s s ˙ wymknie si˛ spod naszej władzy zmiatajac was wszystkich. Wielka jest siła wody, e ˛ która spływa z lodowców Gór Mglistych. — Tak, teraz sobie przypominam ten straszliwy huk — rzekł Frodo. — Zda´ wało mi si˛ , ze ton˛ razem z przyjaciółmi, wrogami i całym swiatem. No, ale ju˙ e ˙ e z jeste´my wszyscy bezpieczni. s Gandalf zywo spojrzał na Froda, lecz hobbit miał oczy zamkni˛ te. ˙ e 227

— Tak, tymczasem jeste´cie wszyscy bezpieczni. Wkrótce zaczna si˛ tu uczty s ˛ e i zabawy dla uczczenia zwyci˛ stwa u Brodu Bruinen, a wy siadziecie na honoroe ˛ wych miejscach za stołem. — To wspaniale! — rzekł Frodo. — Zdumiewa mnie, ze Elrond, Glorfindel, ˙ takie dostojne osoby, nie mówiac ju˙ o Obie˙ y´wiacie, zadaja sobie tyle trudu ˛ z z s ˛ i okazuja mi tak wiele zyczliwo´ci. ˛ ˙ s — Maja po temu rozmaite powody — odparł z u´miechem Gandalf. — Jed˛ s nym z takich chwalebnych powodów jestem ja. Drugim — Pier´cie´ . jeste´ pos n s wiernikiem Pier´cienia. A zarazem spadkobierca Bilba, znalazcy Pier´cienia. s ˛ s — Kochany Bilbo! — sennie wymruczał Frodo. — Gdzie te˙ on si˛ podziewa? z e Chciałbym, zeby tu był i posłuchał tej całej historii. Ale˙ by si˛ smiał! Krowa ˙ z e ´ przeskoczyła ksi˛ zyc! I ten stary nieborak troll! e˙

Z tymi słowami Frodo zasnał gł˛ boko. Czuł si˛ teraz bezpieczny w Ostatnim ˛ e e Przyjaznym Domu na wschód od Morza. A był to dom, o którym przed laty Bilbo napisał, ze jest niezrównany, czy kto lubi je´c, czy spa´ , czy słucha´ opowie´ci, ˙ s´ c c s ´ czy spiewa´ , czy po prostu woli siedzie´ i rozmy´la´ , czy te˙ chciałby wszystkie c c s c z te przyjemno´ci połaczy´ . Wystarczyło pomieszka´ tutaj, zeby wyleczy´ si˛ ze s ˛ c c ˙ c e zm˛ czenia, l˛ ku i smutku. e e Pod wieczór Frodo znowu si˛ zbudził i stwierdził, ze nie czuje ju˙ potrzeby e ˙ z snu ani odpoczynku, natomiast ch˛ tnie by co´ zjadł i wypił, a mo˙ e te˙ potem e s z z za´piewał i pogaw˛ dził. Wstał z łó˙ ka i zauwa˙ ył, ze włada ramieniem prawie s e z z ˙ tak swobodnie jak dawniej. Zobaczył przygotowane czyste ubranie z zielonego sukna, doskonale pasujace na jego figur˛ . Spojrzał w lustro i zdumiał si˛ , bo od˛ e e biło posta´ znacznie szczuplejsza, ni˙ przywykł oglada´ ; z lustra patrzał hobbit c ˛ z ˛ c uderzajaco podobny do młodocianego siostrze´ ca Bilba, który ze swoim wujem ˛ n włóczył si˛ niegdy´ po Shire, ale jego oczy miały nowy wyraz zamy´lenia. e s s — tak, tak, od tamtego dnia, kiedy ostatnim razem wyjrzałe´ do mnie z lustra, s ´ niemało ró˙ nych rzeczy zobaczyłe´ na swiecie! — powiedział Frodo swojemu z s sobowtórowi. — No, ale teraz spieszmy na wesołe spotkanie! Przeciagnał si˛ w ramionach i zagwizdał melodyjnie. W tym momencie rozle˛ ˛ e gło si˛ pukanie do drzwi i wszedł Sam. Podbiegł do Froda, niezgrabnie i wstydlie wie chwycił jego lewa r˛ k˛ . Pogłaskał ja czule, zaczerwienił si˛ i szybko odsunał. ˛ e e ˛ e ˛ — Jak si˛ masz, Samie! — rzekł Frodo. e — Ciepła! — zwołał Sam. — Pa´ ska r˛ ka jest ciepła! A taka była zimna przez n e całe długie noce. Zwyci˛ stwo, grajcie nam, surmy! — wykrzyknał i z błyszczae ˛ ˛ cymi oczyma okr˛ cił si˛ w kółko tanecznym krokiem. — Co za rado´c widzie´ e e s´ c pana znów na nogach i przytomnego! Gandalf przysłał mnie tutaj, zebym spytał, ˙ czy pan ju˙ ubrany i czy chce zej´c na dół. Ale my´lałem, ze ze mnie kpi! z s´ s ˙ — Jestem gotów — rzekł Frodo — chod´ my, poszukajmy reszty kompanii. z
228

— Mog˛ pana zaprowadzi´ — powiedział Sam. — To bardzo du˙ y dom i bare c z dzo dziwny. Coraz to co´ nowego si˛ odkrywa i nigdy nie wiadomo, jaka niespos e dzianka czeka za zakr˛ tem. A te elfy! Gdzie si˛ ruszy´ — elfy. Niektóre jak króe e c ´ lowie — gro´ ne i dostojne — a inne znów wesołe jak dzieci. A muzyka, a spiewy z jakie! Tylko ze nie miałem nawet ch˛ ci do słuchania w te pierwsze dni po naszym ˙ e przybyciu. Ale ju˙ zaczynam si˛ oswaja´ ze zwyczajami w tym domu. z e c — Wiem, czym byłe´ dotychczas zaj˛ ty — rzekł Frodo ujmujac Sama pod s e ˛ rami˛ . — Dzi´ za to b˛ dziesz mógł si˛ weseli´ i słucha´ muzyki, ile dusza zaprae s e e c c gnie. Chod´ my, prowad´ mnie przez tutejsze zakamarki. z z Sam zaprowadził go przez kilka korytarzy i po wielu stopniach schodów do ogrodu, górujacego nad stroma skarpa wybrze˙ a. Frodo zastał przyjaciół na ganku ˛ ˛ ˛ z po tej stronie domu, która zwrócona była ku wschodowi. Cie´ ju˙ zalegał dolin˛ , n z e ale na widnokr˛ gu sciana gór jeszcze stała w blasku. Było ciepło, woda w rzece e ´ i w wodospadzie pluskała gło´no, powietrze wieczorne pachniało nikła wonia li´ci s ˛ ˛ s i kwiatów, jak gdyby w ogrodach Elronda lato nie sko´ czyło si˛ dotychczas. n e — Hura! — krzyknał zrywajac si˛ Pippin. — Oto nasz szlachetny krewniak! ˛ ˛ e Miejsce dla Froda, Władcy Pier´cienia! s — Cicho! — odezwał si˛ Gandalf siedzacy w cieniu, w gł˛ bi ganku. — Złe e ˛ e siły nie maja wst˛ pu do tej doliny, mimo to nie nale˙ y ich wywoływa´ po imieniu. ˛ e z c Władca Pier´cienia jest nie Frodo, lecz pan Czarnej Wierzy Mordoru, a jego wła˛ s dza znów rozszerza si˛ na swiat cały. Jeste´my w twierdzy. Dokoła niej g˛ stnieja e ´ s e ˛ ciemno´ci. s — Gandalf wcia˙ nam powtarza wesołe nowiny w tym gu´cie — rzekł Pip˛z s pin. — My´li wida´ , ze mnie trzeba przywoływa´ do porzadku. Ale wydaje si˛ s c ˙ c ˛ e niepodobie´ stwem zachowa´ ponury nastrój i przygn˛ bienie przebywajac w tym n c e ˛ domu. Ch˛ tnie bym za´piewał, gdybym znał jaka´ pie´n odpowiednia na dzisieje s ˛s s´ ˛ sza uroczysto´c. ˛ s´ ´ — Ja te˙ mam ochot˛ spiewa´ — odparł ze smiechem Frodo. — Chocia˙ z e ´ c z najpierw wolałbym co´ zje´c i wypi´ . s s´ c — Wkrótce stanie si˛ zado´c twemu zyczeniu! — rzekł Pippin. — Okazałe´ e s´ ˙ s swój przyrodzony spryt, wstajac z łó˙ ka w sama por˛ na wieczerz˛ . ˛ z ˛ e e — To nie zwykła wieczerza, ale cała uczta! — powiedział Merry. — Kiedy ˛ Gandalf oznajmił, ze wyzdrowiałe´, natychmiast zabrano si˛ do przygotowa´ . ˙ s e n Jeszcze Pippin nie doko´ czył zdania, gdy ju˙ dzwonki wezwały wszystkich n z do wielkiej sali.

Rojno było w wielkiej sali domu Elronda. Przewa˙ ały elfy, nie brakowało z
jednak równie˙ przedstawicieli innych plemion. Elrond swoim zwyczajem siez dział we wspaniałym fotelu u szczytu długiego stołu na podwy˙ szeniu; po jednej z r˛ ce posadził sobie Glorfindela, po drugiej — Gandalfa. e 229

Frodo przygladał im si˛ z podziwem, nigdy bowiem dotychczas nie widział ˛ e Elronda, o którym tak wiele słyszał opowie´ci, Glorfindel za´, a nawet Gandalf, s s tak dobrze, jak mu si˛ zdawało, znajomy, ukazali si˛ hobbitowi u boku Elronda e e w nowym blasku godno´ci i pot˛ gi. s e Gandalf, mniej okazałej postawy ni˙ tamci dwaj, wygladał mimo to ze swoja z ˛ ˛ bujna broda, długimi siwymi włosami i szerokimi barami jak m˛ drzec-król ze ˛ ˛ e ´ z starej legendy. W s˛ dziwej twarzy spod krzaczastych snie˙ nobiałych brwi ciemne e oczy iskrzyły jak w˛ gle, gotowe lada chwila buchna´ płomieniem. e ˛c Glorfindel był wysoki i smukły, włosy miał złociste, twarz pi˛ kna, młodzie´ e ˛ n cza, nieul˛ kła i radosna, oczy jasne i zywe, a głos d´ wi˛ czny jak muzyka; z jego ˛ e ˛ ˛ ˙ z e czoła promieniowała madro´c, z rak — siła. ˛ s´ ˛ Oblicze Elronda nie miało wieku, nie było ani stare, ani młode, chocia˙ wyz pisana była na nim pami˛ c wielu rado´ci i wielu trosk. Na włosach, ciemnych e´ s jak cienie o zmierzchu, błyszczała srebrna przepaska; w oczach, szarych jak po´ ´ godny wieczór, swiecił blask, jak gdyby swiatło gwiazd. Zdawał si˛ czcigodny e jak król w majestacie wielu lat panowania, ale zarazem krzepki jak zahartowany wojownik w pełni sił. Był panem na Rivendell i sprawował władz˛ zarówno nad e ´ elfami, jak nad lud´ mi. Po´rodku stołu, na tle tkaniny rozpi˛ tej na scianie, stał z s e pod baldachimem fotel, a w nim siedziała pani wielkiej urody, tak podobna do Elronda, jakby była jego sobowtórem w kobiecej postaci, tote˙ Frodo od razu zgadł, z ze tych dwoje łaczy wi˛ z najbli˙ szego pokrewie´ stwa. Zdawała si˛ młoda i nie˙ ˛ e´ z n e młoda jednocze´nie, bo chocia˙ jej ciemnych warkoczy nie pobielił jeszcze szron, s z a białe ramiona i jasna twarz były ho˙ e i gładkie, oczy za´, szare jak bezchmurna z s noc, błyszczały niby gwiazdy, miała w sobie dostoje´ stwo królowej, a spojrzenie n zadumane i rozumne jak kto´, komu długie lata pozwoliły zazna´ wielu prze˙ y´ . s c z c Głow˛ jej okrywał czepiec ze srebrnej koronki usianej drogocennymi kamieniae mi, które migotały białym ogniem, lecz mi˛ kkiej szarej sukni nie zdobiły zadne e ˙ klejnoty prócz paska ze srebra, kutego w kształt li´ci. s ´ Tak stało si˛ , ze Frodo ujrzał t˛ , która niewielu smiertelników miało szcz˛ scie e ˙ e ˛ e´ oglada´ : Arwen˛ , córk˛ Elronda, w której, jak mówiono, objawiła si˛ po raz wtóry ˛ c e e e na ziemi pi˛ kna Luthien. nazywano ja Udomiel, Wieczorna Gwiazda swego rodu. e ˛ ˛ ˛ Długi czas przebywała w ojczy´ nie matki, w Lorien, za górami, i niedawno dopiez ro wróciła do ojcowskiego domu w Rivendell. Braci jej, Elladana i Elrohila, nie było tutaj, ruszyli wła´nie na jaka´ rycerska wypraw˛ , nieraz bowiem zapuszczali s ˛s ˛ e si˛ ze Stra˙ nikami daleko na północ, nie mogac zapomnie´ o tym, co wycierpiała e z ˛ c ich matka w lochach orków. ´ Istot tak wielkiej urody nigdy jeszcze Frodo nie widział, nawet we snie, rozgladał si˛ wi˛ c teraz zdumiony i zmieszany, ze wypadło mu zasia´c u jednego ˛ e e ˙ ˛s ´ stołu z tak wspaniałymi i przepi˛ knymi osobami. Chocia˙ przygotowano dla niee z go specjalne krzesło i pod´cielono mu kilka poduszek, czuł si˛ z poczatku bardzo s e ˛ mały i troch˛ jak intruz; pr˛ dko wszak˙ e odzyskał pewno´c siebie, bo uczta była e e z s´ 230

wesoła, a sute dania mogły zadowoli´ najgłodniejszego. Na pewien czas tak si˛ c e zajał jedzeniem, ze przestał si˛ rozglada´ i nawet nie spojrzał na najbli˙ szych sa˛ ˙ e ˛ c z ˛ siadów. Potem dopiero zaczał szuka´ wzrokiem przyjaciół. Sam prosił, zeby mu ˛ c ˙ pozwolono usługiwa´ swojemu panu, lecz odmówiono mu o´wiadczajac, ze tym c s ˛ ˙ razem b˛ dzie równie˙ honorowym go´ciem. Frodo zobaczył wi˛ c Sama siedzae z s e ˛ cego wraz z Pippinem i Merrym u szczytu jednego z bocznych stołów tu˙ obok z podwy˙ szenia. Obie˙ y´wiata natomiast nie mógł nigdzie dostrzec. z z s Po prawej r˛ ce Froda siedział krasnolud godnej miny i bogato odziany. Brod˛ e e ´ z miał długa, rozczesana, biała, prawie tak snie˙ nobiała jak sukno, z którego było ˛ ˛ ˛ ˛ uszyte jego ubranie. Nosił pas srebrny, a na szyi ła´ cuch ze srebra i diamentów. n Frodo przerwał jedzenie, zeby mu si˛ przyjrze´ . ˙ e c — Witaj, rad ci˛ spotykam! — rzekł krasnolud zwracajac si˛ do Froda. Wstał e ˛ e od stołu i ukłonił si˛ grzecznie. — Gloin, do twych usług — przedstawił si˛ i poe e kłonił jeszcze ni˙ ej. z — Frodo Baggins, gotów do usług dla ciebie i całej twojej rodziny — odwzajemnił si˛ jak przystało Frodo, zrywajac si˛ i w oszołomieniu zrzucajac z krzesła e ˛ e ˛ poduszki. — Czy si˛ nie myl˛ zgadujac, ze mam przed soba tego Gloina, który e e ˛ ˙ ˛ nale˙ ał do dwunastu druhów wielkiego Thorina, zwanego D˛ bowa Tarcza? z e ˛ ˛ — Nie mylisz si˛ — odpowiedział krasnolud zbierajac z podłogi poduszki e ˛ i uprzejmie pomagajac Frodowi wgramoli´ si˛ z powrotem na krzesło. — Nie ˛ c e pytam nawzajem, bo ju˙ mi powiedziano, ze ty jeste´ krewniakiem i usynowioz ˙ s nym spadkobierca naszego przyjaciela, sławnego Bilba. Pozwól, ze ci powinszuj˛ ˛ ˙ e szcz˛ sliwego powrotu do zdrowia. e´ — Dzi˛ kuj˛ bardzo — rzekł Frodo. e e — Słyszałem, ze miałe´ niezwykłe przygody — powiedział Gloin. — Ciekaw ˙ s jestem, co mogło skłoni´ a˙ czterech hobbitów do tak dalekiej podró˙ y! Nic poc z z ´ dobnego nie zdarzyło si˛ od czasu, gdy Bilbo wyruszył z nami w swiat. Ale mo˙ e e z nie powinienem o to pyta´ , skoro Elrond i Gandalf nie kwapia si˛ do wyja´nienia c ˛ e s tej sprawy. — Sadz˛ , ze nie b˛ dziemy o tym mówili, przynajmniej na razie — grzecznie ˛ e ˙ e odparł Frodo. Domy´lał si˛ , ze nawet w domu Elronda sprawa Pier´cienia nie s e ˙ s powinna by´ tematem potocznej rozmowy, a zreszta wolał chocia˙ na czas pewien c ˛ z zapomnie´ o swoich troskach. c — Ja za´ nie mniej jestem ciekawy — dodał — co sprowadziło tak dostojnego s krasnoluda z odległej Samotnej Góry. Gloin spojrzał na niego zywo. ˙ — Je´li nie wiesz, sadz˛ , ze o tym równie˙ na razie nie b˛ dziemy mówili. s ˛ e ˙ z e Wkrótce, jak si˛ spodziewam, Elrond zabierze nas na rad˛ , a wtedy dowiemy si˛ e e e wielu rzeczy. Ale znajdziemy z pewno´cia mnóstwo innych tematów do rozmowy. s ˛ Do ko´ ca wieczerzy gaw˛ dzili ze soba, ale Frodo wi˛ cej słuchał, ni˙ mówił, n e ˛ e z bo nowiny z Shire’u, je´li pomina´ spraw˛ Pier´cienia, wydawały si˛ błahe, odles ˛c e s e 231

głe i mało wa˙ ne w porównaniu z tym, co miał Gloin do powiedzenia o zdarzez niach w północnych połaciach dalekich krain. Usłyszał wi˛ c Frodo, ze Grimbeorn e ˙ Stary, syn Beorna, ma teraz pod swymi rozkazami liczne zast˛ py dzielnych ludzi e i ze do ich kraju mi˛ dzy górami a Mroczna Puszcza nie o´mielaja si˛ zap˛ dza´ ˙ e ˛ ˛ s ˛ e e c ani orkowie, ani wilki. — Zaprawd˛ — rzekł Gloin — gdyby nie zast˛ py Beorna, nikt by ju˙ od e e z dawna nie mógł przej´c z Dali do Rivendell. Ci waleczni ludzie strzega Wysokiej s´ ˛ Przeł˛ czy i brodu przy Samotnej Skale. Pobieraja jednak wygórowane myto — e ˛ dodał kiwajac głowa — i tak samo jak ongi Beorn niezbyt lubia nasze plemi˛ . ˛ ˛ ˛ e Bad´ co bad´ sa uczciwi, a to ju˙ niemało znaczy w tych czasach. Nigdzie tak ˛z ˛z ˛ z serdecznych przyjaciół nie mamy w ludziach jak w Dali. Dobry to lud ci Bardanie. Włada nimi wnuk Bard Łucznika, Brand, syn Baina, który był synem Barda. Mo˙ ny król, jego pa´ stwo si˛ ga teraz daleko na południe i wschód od Esgaroth. z n e — A co słycha´ u twego plemienia? — spytał Frodo. c — Wiele by o tym mo˙ na opowiedzie´ , dobrego i złego — odparł Gloin — z c ale wi˛ cej dobrego. Jak dotad szcz˛ scie nam sprzyja, chocia˙ i na nas pada cie´ e ˛ e´ z n dzisiejszych czasów. Je˙ eli rzeczywi´cie chcesz o naszych sprawach posłucha´ , z s c ch˛ tnie ci opowiem. Ale nie kr˛ puj si˛ i przerwij mi, gdybym ci˛ znudził. Powiada e e e e przysłowie, ze kiedy krasnolud mówi o swoich własnych przedsi˛ wzi˛ ciach, j˛ zyk ˙ e e e go ponosi. Zastrzegłszy si˛ w ten sposób, Gloin rozpoczał długie sprawozdanie z działale ˛ no´ci krasnoludzkiego pa´ stwa. Zachwyciła go uprzejmo´c słuchacza, bo Frodo s n s´ nie zdradził znu˙ enia ani nie próbował zmienia´ tematu, jakkolwiek do´c szybz c s´ ko stracił orientacj˛ w gaszczu dziwnych imion i nazw geograficznych, o których e ˛ nigdy w zyciu nie słyszał. Mimo to z zainteresowaniem przyjał do wiadomo´ci, ˙ ˛ s ze Dain wcia˙ jeszcze króluje Pod Góra i jest ju˙ stary (uko´ czywszy dwie´cie ˙ ˛z ˛ z n s pi˛ cdziesiat lat), czcigodny i bajecznie bogaty. Spo´ród dziesi˛ ciu druhów, któe´ ˛ s e rzy wyszli z zyciem z Bitwy Pi˛ ciu Armii, siedmiu trwało dotychczas przy nim: ˙ e Dwalin, Gloin, Dori, Nori, Bifur, Bofur i Bombur. Bombur co prawda utył tak okropnie, ze nie mo˙ e o własnych siłach przej´c z łó˙ ka do stołu i sze´ciu mło˙ z s´ z s dych krasnoludów musi mu w tym pomaga´ . c — A co si˛ stało z Balinem, Orim i Oinem? — spytał Frodo. e Cie´ przemknał po twarzy Gloina. n ˛ — Nie wiemy — odpowiedział. — Wła´nie przede wszystkim w sprawie Bas lina przybyłem tutaj zasi˛ gna´ rady u mieszka´ ców Rivendell. Ale dzi´ mówmy e ˛c n s lepiej o weselszych rzeczach. I zaczał opowiada´ o dziełach swojego plemienia, o wielkich pracach dokona˛ c nych w Dali i Pod Góra. ˛ — Nie´ le si˛ sprawili´my — rzekł — lecz w obróbce kruszców nie mo˙ emy z e s z sprosta´ naszym ojcom, bo wiele ich tajemnic przepadło wraz z nimi. Wyrabiamy c dobre zbroje i miecze, nie umiemy jednak sporzadza´ misiurek i ostrzy, które by ˛ c 232

dorównały dawnym, z czasów przed zjawieniem si˛ smoka. Tylko w sztuce góre ˙ niczej i budowlanej prze´cign˛ li´my tamte wieki. Zeby´ zobaczył drogi wodne s e s s ˙ w dolinie Dali, góry i jeziora! Zeby´ zobaczył go´ci´ ce wybrukowane ró˙ nokos s n z lorowymi kamieniami! A sale, a podziemne ulice o sklepieniach rze´ bionych na z kształt drzew! A tarasy i wie˙ e na stokach góry! Musiałby´ przyzna´ , ze´my nie z s c ˙ s pró˙ nowali. z — Przyjad˛ i wszystko to obejrz˛ , je´li tylko b˛ d˛ mógł — odparł Frodo. — e e s e e jak˙ eby si˛ zdumiał Bilbo, gdyby widział te zmiany w kraju spustoszonym przez z e Smauga! Gloin popatrzył na Froda z u´miechem. s — Bardzo kochałe´ Bilba, prawda? s — Bardzo — przyznał Frodo. — Wolałbym jego ujrze´ ni˙ wszystkie wie˙ e c z z ´ i pałace swiata. Wreszcie uczta si˛ sko´ czyła. Elrond i Arwena wstali, by przej´c w głab jae n s´ ˛ dalni, reszta biesiadników ruszyła za nimi w nale˙ ytym porzadku. Otwarły si˛ z ˛ e podoje i wszyscy przez szeroki korytarz i nast˛ pne drzwi przeszli do innej sali. e Nie było tu stołów, lecz ogie´ płonał jasno na wielkim kominie, z dwóch stron n ˛ obramionym przez rze´ bione kolumny. z Frodo szedł koło Gandalfa. — To jest Kominkowa Sala — rzekł Czarodziej. — Usłyszysz tu wiele pie´ni s i opowie´ci, je´li uda ci si˛ nie zasna´ . Lecz z wyjatkiem dni uroczystych sala s s e ˛c ˛ ta jest zwykle pusta i cicha, a przychodza tu ci, którzy pragna spokoju w swych ˛ ˛ rozmy´laniach. Płonie tu zawsze ogie´ , przez okragły rok, lecz prawie nie ma s n ˛ innego o´wietlenia. s Kiedy Elrond wszedł i skierował si˛ ku przygotowanemu dla niego fotelowi, e minstrele powitali go muzyka. Sala wypełniała si˛ z wolna i Frodo z przyjemno˛ e ´ ˛ scia rozgladał si˛ w´ród pi˛ knych twarzy elfów, których tu było tak wiele; złocisty ˛ e s e blask ognia roz´wietlał je i l´nił na włosach. Nagle w dalszym kacie sali nie opodal s s ˛ kominka spostrzegł drobna, ciemna figurk˛ skulona na zydelku i plecami oparta ˛ ˛ e ˛ ˛ o filar. Obok na podłodze stał kubek i le˙ ała kromka chleba. Frodo pomy´lał, ze z s ˙ mo˙ e to chory (je˙ eli w Rivendell w ogóle zdarzaja si˛ choroby), który nie mógł z z ˛ e wzia´ udziału w uczcie. Głowa jakby senna opadała nieznajomemu na piersi, poła ˛c ciemnego płaszcza zasłaniała twarz. Elrond podszedł i stanał przed milczaca postacia. ˛ ˛ ˛ ˛ — Zbud´ si˛ , mistrzu! — powiedział z u´miechem. I zwracajac si˛ do Froda z e s ˛ e skinał na niego. — Nadeszła wreszcie godzina, do której t˛ skniłe´, mój Frodo! — ˛ e s rzekł. — Oto dawno utracony przyjaciel! Ciemna figurka podniosła głow˛ i odkryła twarz. e — Bilbo! — krzyknał Frodo, poznajac starego hobbita, i skoczył ku niemu. ˛ ˛ — Witaj, Frodo, chłopcze kochany! — rzekł Bilbo. — A wi˛ c nareszcie jeste´ e s tutaj. Ufałem, ze dojdziesz! No, no! Jak słysz˛ , cała uroczysto´c odbywa si˛ dzi´ ˙ e ˛ s´ e s 233

na twoja cze´c. Mam nadziej˛ , ze si˛ dobrze bawisz? ˛ s´ e ˙ e — Dlaczego nie byłe´ na uczcie? — zawołał Frodo. — Dlaczego nie pozwos lono mi wcze´niej ci˛ zobaczy´ ? s e c — Poniewa˙ spałe´. Co do mnie, to ju˙ ci si˛ napatrzyłem. Siadywałem wraz z s z e z Samem u twojego ło˙ a. Ale je´li chodzi o uczt˛ , teraz ju˙ niezbyt lubi˛ takie z s e z e rzeczy. Miałem zreszta inne zaj˛ cie. ˛ e — Co robiłe´? s — Siedziałem i my´lałem. Ostatnimi czasy przewa˙ nie tym si˛ zajmuj˛ , a to s z e e miejsce zwykle najlepiej si˛ do tego nadaje. — „Zbud´ si˛ !” Nie spałem, mo´ci e z e s Elrondzie! Je´li chcesz wiedzie´ prawd˛ , to ci powiem, ze za wcze´nie wstałe´ s c e ˙ s s od uczty i przeszkodziłe´ mi. . . przeszkodziłe´ mi w uło˙ eniu do ko´ ca pewnej s s z n pie´ni. Utknałem na paru linijkach i rozmy´lałem nad nimi, ale teraz ju˙ chyba s ˛ s z ´ nigdy nie odnajd˛ wła´ciwych słów. B˛ dzie tyle spiewu, ze wszystkie pomysły e s e ˙ uciekna spłoszone z mojej głowy. Musz˛ poprosi´ przyjaciela Dunadana o pomoc. ˛ e c Gdzie˙ on jest? z Elrond si˛ roze´miał. e s — Znajdziemy Dunadana — rzekł. — Zaszyjecie si˛ we dwóch w kacie i doe ˛ ko´ czycie razem poemat, a pod koniec zabawy posłuchamy tej pie´ni i wydamy n s o niej sad. ˛ Rozesłano go´ ców na poszukiwanie przyjaciela Bilba, jakkolwiek nikt nie n wiedział, gdzie przebywa i dlaczego nie zjawił si˛ u stołu. Tymczasem Frodo e i Bilbo siedzieli obok siebie, a wkrótce Sam równie˙ usadowił si˛ w ich pobli˙ u. z e z ´ Rozmawiali sciszonymi głosami nie zwa˙ ajac na otaczajaca ich wesoło´c i muzyz ˛ ˛ ˛ s´ k˛ . Bilbo niewiele miał do opowiedzenia o sobie. Opu´ciwszy Hobbiton bładził e s ˛ bez celu go´ci´ cem i polami po jego obu stronach; lecz, sam nie wiedzac jak, s n ˛ wcia˙ da˙ ył w kierunku Rivendell. ˛z ˛z — Dotarłem tu bez powa˙ niejszych przygód — mówił — a po odpoczynku z wybrałem si˛ z krasnoludami do Dali: to była moja ostatnia podró˙ . Wi˛ cej ju˙ e z e z nie b˛ d˛ w˛ drował. Stary Balin odszedł. Wróciłem wówczas tutaj i tu siedziałem. e e e Robiłem to i owo. Napisałem dalszy ciag mojej ksia˙ ki. No i oczywi´cie uło˙ y˛ ˛z s z łem par˛ pie´ni. Spiewaja je niekiedy, pewnie przez grzeczno´c, zeby mi sprawi´ e s ´ ˛ s´ ˙ c przyjemno´c, bo nie sa do´c pi˛ kne jak na Rivendell. A ja sobie słucham i my´l˛ . s´ ˛ s´ e se Tu nie czuje si˛ , ze czas płynie: jakby stał. Bardzo niezwykły dom. e ˙ Dochodza mnie ró˙ ne wie´ci zza gór i z południa, ale rzadko co´ słysz˛ o Shi˛ z s s e re. Oczywi´cie, wiem o sprawie Pier´cienia. Gandalf bywał tu cz˛ sto. Nie mówił s s e mi zreszta wiele, ostatnimi laty zrobił si˛ jeszcze bardziej skryty ni˙ dawniej. Wi˛ ˛ e z e ˙ z cej opowiedział mi Dunadan. Ze te˙ mój Pier´cie´ sprawił tyle zamieszania! Szkos n da, ze Gandalf wcze´niej nie odkrył tej tajemnicy. Byłbym dawno sam przywiózł ˙ s Pier´cie´ tutaj i obyłoby si˛ bez tylu kłopotów. Nieraz my´lałem, zeby wróci´ po s n e s ˙ c niego do Hobbitonu, ale starzej˛ si˛ i nie chcieli mnie stad pu´ci´ . Gandalf i Ele e ˛ s c ´ rond wzbraniali. Im si˛ zdaje, ze Nieprzyjaciel szuka mnie po całym swiecie i ze e ˙ ˙ 234

posiekałby mnie na kawałki, gdyby mnie przyłapał wał˛ sajacego si˛ po Dzikich e ˛ e Krajach. Gandalf mi powiedział: „Pier´cie´ przeszedł w inne r˛ ce. Nie wyszłoby to ani s n e tobie, ani innym na dobre, gdyby´ próbował znów wtraca´ si˛ w jego spraw˛ ”. s ˛ c e e Dziwaczne słowa, Gandalf zawsze był dziwak. Ale zapewnił mnie, ze czuwa nad ˙ toba, wi˛ c ustapiłem. Nie masz poj˛ cia, ze ci˛ widz˛ całego i zdrowego! ˛ e ˛ e ˙ e e Umilkł i troch˛ niepewnie spojrzał na Froda. e — Masz go tu przy sobie? — zapytał szeptem. — Rozumiesz chyba, ze po ˙ wszystkim, co słyszałem, mimo woli nabrałem ciekawo´ci. Chciałbym tylko raz s jeszcze na niego popatrze´ . c — Tak, mam go przy sobie — odpowiedział Frodo, tkni˛ ty nagle niezrozue miała niech˛ cia. — Wyglada tak samo jak zawsze. ˛ e ˛ ˛ — Chocia˙ przez krótka chwilk˛ daj mi na niego popatrze´ — szepnał Bilbo. z ˛ e c ˛ Ubierajac si˛ Frodo stwierdził, ze podczas jego snu kto´ zawiesił mu Pier´cie´ ˛ e ˙ s s n u szyi na nowym ła´ cuszku, bardzo mocnym, chocia˙ lekkim. Z wolna dobył klejn z not zza kurtki. Bilbo wyciagnał r˛ k˛ . Lecz Frodo błyskawicznym ruchem scho˛ ˛ e e wał Pier´cie´ . Z rozpacza i zdumieniem spostrzegł, ze nie widzi ju˙ Bilba, jakby s n ˛ ˙ z cie´ nagle ich rozdzielił, lecz poprzez mgł˛ patrzy w oczy małemu, skurczonen e mu stworzeniu o wygłodniałej twarzy i chciwych ko´cistych palcach. Miał ochot˛ s e odepchna´ je pi˛ scia. ˛c e´ ˛ ´ ´ Wydało mu si˛ , ze muzyka i spiew scichły, zaległa cisza. Bilbo szybko spojrzał e ˙ w twarz Froda i przetarł dłonia oczy. ˛ ˙ — Teraz rozumiem — rzekł. — Schowaj go! Załuj˛ . . . załuj˛ , ze na ciebie e ˙ e ˙ spadło to brzemi˛ . Załuj˛ wszystkiego. Czy przygody nigdy si˛ nie ko´ cza? Mye ˙ e e n ˛ ´e ˙ sl˛ , ze nigdy. Kto´ musi zawsze ciagna´ dalej zacz˛ ty watek. Trudno, nie ma na s ˛ ˛c e ˛ to rady. Pytanie, czy przydadza si˛ na co´ wysiłki, zeby doko´ czy´ moja ksia˙ k˛ ? ˛ e s ˙ n c ˛ ˛z e Ale dzi´ nie pora na zmartwienia, powiedz mi najwa˙ niejsze nowiny. Co słycha´ s z c w Shire?

Frodo schował Pier´cie´ i cie´ rozwiał si˛ zostawiajac po sobie ledwie nikle s n n e ˛
´ wspomnienie. Znów otoczyły ich swiatła i muzyka Rivendell. Bilbo u´miechał s ´ si˛ , a nawet smiał wesoło. Ka˙ dy szczegół z zycia Shire’u, który Frodo sobie e z ˙ przypominał — niekiedy z pomoca Sama wtracajacego poprawki — interesował ˛ ˛ ˛ ´ e go ogromnie, czy chodziło o sci˛ cie jakiego´ drzewa, czy o psoty jakiego´ malca s s ´ z Hobbitonu. Tak pochłon˛ ły ich nowiny z Czterech Cwiartek, ze nie zauwa˙ yli e ˙ z nawet, kiedy podszedł do nich m˛ zczyzna w ciemnozielonym ubraniu. Stał od e˙ paru minut przygladajac im si˛ z u´miechem, a˙ wreszcie Bilbo podniósł na niego ˛ ˛ e s z wzrok. — Ach, jeste´ nareszcie, Dunadanie! — zawołał s — Obie˙ y´wiat! — krzyknał Frodo. — Jak widz˛ , masz mnóstwo imion. z s ˛ e 235

— Imienia Obie˙ y´wiata w ka˙ dym razie nigdy dotychczas nie słyszałem — z s z rzekł Bilbo. — Dlaczego tak go nazywacie? — Przezwano mnie tak w Bree — wyja´nił smiejac si˛ Aragorn. — Pod tym s ´ ˛ e imieniem zostałem Frodowi przedstawiony. — A dlaczego ty nazywasz go Dunadanem? — spytał Frodo. — Najcz˛ sciej tak go tutaj nazywamy — odparł Bilbo. — My´lałem, ze znasz e´ s ˙ na tyle j˛ zyk elfów, zeby wiedzie´ , co znaczy dun-adan: człowiek z zachodu, Nue ˙ c menorejczyk. Ale nie ma teraz czasu na lekcj˛ . — Zwrócił si˛ do Obie˙ y´wiata: e e z s — Gdzie˙ e´ si˛ podziewał, przyjacielu? Czemu nie wziałe´ udziału w uczcie? z s e ˛ s Była tam pani Arwena. Obie˙ y´wiat powa˙ nie spogladał z góry na Bilba. z s z ˛ — Wiem — rzekł. — Nie pierwszy to raz musiałem wyrzec si˛ rado´ci. Ele s ladan i Elrohir niespodzianie wrócili z wyprawy i chciałem przede wszystkim usłysze´ wie´ci, jakie przynosza z Dzikich Krajów. c s ˛ — Ale teraz, mój drogi — spytał Bilbo — skoro ju˙ znasz te wie´ci, czy z s znajdziesz chwilk˛ czasu dla mnie? Potrzebuj˛ twojej pomocy bardzo pilnie. Ele e rond polecił mi uło˙ y´ pie´n, nim si˛ sko´ czy dzisiejsza zabawa, a ja zaciałem si˛ z c s´ e n ˛ e w połowie. Chod´ my w jaki´ cichy kacik i wygład´ my wspólnie te wiersze. z s ˛ z Obie˙ y´wiat si˛ u´miechnał. z s e s ˛ — Chod´ my! — rzekł. — Ch˛ tnie posłucham, co wymy´liłe´. z e s s Frodo został na chwil˛ bez towarzystwa, bo Sam usnał. Czuł si˛ troch˛ osae ˛ e e motniony i markotny, chocia˙ otaczał go rój mieszka´ ców Rivendell. W najbli˙ z n z szym sasiedztwie wszyscy milczeli, zasłuchani w muzyk˛ głosów i instrumentów, ˛ e i na nic wi˛ cej nie zwracali uwagi. Frodo tak˙ e zaczał si˛ wsłuchiwa´ . e z ˛ e c A skoro zaczał słucha´ , od razu pi˛ kna melodia i wplecione w nia słowa ocza˛ c e ˛ rowały go, chocia˙ niewiele rozumiał z mowy elfów. Miał wra˙ enie, ze słowa z z ˙ wcielaja si˛ w zywe postacie, ze otwieraja si˛ przed nim wizje dalekich kra˛ e ˙ ˙ ˛ e jów i pi˛ knych rzeczy, nie znanych dotychczas nawet w marzeniu. Blask ogniska e ´ zmienił si˛ w złota mgł˛ rozsnuta nad morzem piany, falujacym u granic swiata. e ˛ e ˛ ˛ Potem czar coraz bardziej upodabniał si˛ do snu, a˙ wydało si˛ Frodowi, ze przee z e ˙ pływa nad nim bezkresna rzeka, pełna złota i srebra, skarbów tak mnogich, ze nie ˙ rozró˙ niał ju˙ ich kształtów; rzeka stapiała si˛ z pulsujaca w powietrzu muzyka, z z e ˛ ˛ ˛ a˙ Frodo cały nia nasiaknał i zatonał. Muzyka nakryła go migotliwa fala i zapadł z ˛ ˛ ˛ ˛ ˛ ˛ na dno, w krain˛ snu. e Błakał si˛ po niej długo w´ród melodii, które przeistaczały si˛ w szum wo˛ e s e ´ dy, a w ko´ cu zabrzmiały znajomym głosem. Był to głos Bilba spiewajacy jaka´ n ˛ ˛s pie´n. Zrazu nieuchwytne, potem coraz wyra´ niejsze dochodziły do uszu Froda s´ z słowa: Był marynarzem Earendil, W Arvernien mieszkał mie´cie. s 236

Raz łód´ zbudował w Nimbrethil, z By w podró˙ ruszy´ nareszcie. z c W zaglach srebrzysta błyska ni´ , ˙ c Gdy czas latarniom gorze´ – c Jak łab˛ d´ łód´ wygina dziób, e z z A z masztu spływa proporzec. W królewski pancerz ukrył pier´ s Zbrojny ła´ cucha pier´cieniem n s Na tarczy tajemniczy znak, Co wszystkie ciosy od˙ enie. z Ze smoczych rogów jego łuk, Z hebanu wyci˛ te strzały, e Kolczug˛ srebrny ła´ cuch splótł, e n A w pochwie miecz tkwi zuchwały. Z najtwardszej stali jego miecz, A w hełmie miał diamenty – U czuba kit˛ z orlich piór e I szmaragd w kolczug˛ wpi˛ ty. e e I pod ksi˛ zyca płynał blask e˙ ˛ Z dala od brzegów północy, Zbłakany w´ród zakl˛ tych dróg, ˛ s e Którymi człowiek nie kroczy. Od Waskich Lodów, gdzie si˛ w cie´ ˛ e n Mro´ ne pagóry spowiły – z Od pusty´ , które spalił zar, n ˙ Uciekł, wiosłujac co siły – ˛ A˙ płynac w´ród bezgwiezdnych wód z ˛ s Przybył do Nocy bez Granic – I ominawszy czarny brzeg ˛ Płynał nie patrzac ju˙ na nic. ˛ ˛ z Wiatr gniewu chwycił teraz ster; Z zachodu na wschód — szalony Marynarz porzuciwszy cel W rodzinne uciekał strony. Tu Elwing z chmur przybyła do´ – n I stanał mrok w aureoli ˛ Ja´niejszej ni˙ diamenty skier, s z Co migotały w jej kolii. 237

I w pier´ mu wpi˛ ła Silmaril s e Ognikiem wie´ czac mu czoło – n ˛ A˙ nieul˛ kły skr˛ cił ster z e e I łodzia zatoczył koło; ˛ ´ Z drugiego swiata, spoza Mórz Z potwornym wichrem w zmowie Szedł z Tarmenelu gro´ ny sztorm; z Te szlaki omija człowiek. . . Ów sztorm znosiła z j˛ kiem łód´ , e z Gdy˙ smier´ tu nocna godzina z´ c ˛ ˛ Czyhała po´ród szarych Mórz, s Gdy znów na zachód płynał. ˛ Przez Wieczna Noc go znosił prad ˛ ˛ W´ród ryku w´ciekłego morza – s s Z daleka omijajac brzeg, ˛ ´ Gdzie nigdy nie swieci zorza. Nareszcie u perłowych pla˙ , z O które łodzia si˛ otarł, ˛ e Ujrzał błyszczace po´ród pian ˛ s Bryły klejnotów i złota. Ujrzał, jak Góra ro´nie wzwy˙ , s z Gdzie zmierzch wieczorny kona – A w dole Eldamaru twarz Ku morzy wcia˙ obrócona. ˛z W˛ drowiec nocnych uszedł mgieł, e Zawinał w spokojna przysta´ , ˛ ˛ n Gdzie elfów stał zielony dom, Gdzie woda l´ni prze´ roczysta – s z I gdzie z Ilmarinu Wzgórz Jak złotem skrzace si˛ kruszce ˛ e W Tirionie l´niły szczyty wie˙ s z Odbite w jeziora lustrze. Włócz˛ gi do´c miał Earendil, e s´ Elfy uczyły go pie´ni – s A m˛ drcy brz˛ czac w struny harf e e ˛ ´ Cudów, o których nie snił. I w elfia go ubrano biel, ˛ ´ I swiateł wiodło go siedem, Kiedy w ukryty oczom kraj 238

Wkraczał odwa˙ nie sam jeden. z I w progi wszedł ogromnych sal, Gdzie potok lat wartko płynie I gdzie panuje Wieczny Król Na górze w Ilmarinie. I wiele powiedziano słów O elfach i ludziach z ziemi, I ukazano wiele zjaw (Znaja je wtajemniczeni). ˛ Z mithrilu łód´ zrobiono dla´ z n (Druga mi taka poka˙ cie!), ˛ ˛ z Nie miała wioseł ani z lnu ˙ Zagli na srebrnym maszcie. Latarnia był jej Silmaril, ˛ A zywy płomie´ sztandarem, ˙ n Który zatkn˛ ła Elbereth. e Dla łodzi równie˙ jej darem z Były podniebne skrzydła dwa I czaru moc, sprawiajaca, ˛ ˙ Ze mógł si˛ łodzia wzbi´ do nieb e ˛ c Za Ksi˛ zyc i tarcz˛ Sło´ ca. e˙ e n Z Wiecznego Mroku ciemnych wzgórz, Gdzie m˙ a fontanny szklane, z˛ Niosły go skrzydła – lotny blask Za Góry pot˛ zna scian˛ . e˙ ˛ ´ e ´ U kresu swiata skr˛ cił ster e I po podniebnych jazdach Zapragnał znowu wróci´ w dom. . . ˛ c Ju˙ jak palaca si˛ gwiazda z ˛ e Wysoko wzbił si˛ ponad mgły – e Herold słonecznej urody – ´ I błysnał nim płomienny swit, ˛ Zapalił Norlandu wody. ´ Nad srodkiem ziemi mkn˛ ła łód´ e z ´ Swiecaca i skrzydlata – ˛ Usłyszał wreszcie elfów płacz W dawnych, minionych latach. Lecz srogi na nim cia˙ ył czar: ˛z Nim ksi˛ zyc zblednie – w biegu e˙ 239

Omija´ gwiazdy ziemskiej glob c I nigdy nie tkna´ jej brzegu. ˛c I nowych celów szuka´ wcia˙ , c ˛z I nigdy ju˙ nie odpocza´ , z ˛c I wcia˙ pochodni˛ blasków nie´c – ˛z e s´ Płomieniec na podobłoczu! ´ Spiew umilkł. Frodo otworzył oczy i zobaczył Bilba siedzacego na zydelku ˛ w kr˛ gu słuchaczy, którzy u´miechali si˛ i klaskali. e s e — A teraz chcieliby´my posłucha´ raz jeszcze od poczatku! — o´wiadczył s c ˛ s jeden z elfów. Bilbo wstał i zło˙ ył ukłon. z — Pochlebia mi twoje zyczenie, Lindirze — rzekł — ale powtarzanie całej ˙ pie´ni byłoby zbyt m˛ czace. s e ˛ ´ — Nie dla ciebie — odparł ze smiechem Lindir. — Dobrze wiemy, ze recyto˙ wanie własnych wierszy nigdy ci˛ nie nu˙ y. Doprawdy, nie mo˙ emy wyda´ sadu e z z c ˛ po jednorazowym przesłuchaniu. — Co? — krzyknał Bilbo. — Nie umiecie odró˙ ni´ moich zwrotek od utwo˛ z c rów Dunadana? ´ — Niełatwo nam dostrzec ró˙ nic˛ mi˛ dzy dwoma smiertelnikami — powiez e e dział elf. — Głupstwa pleciesz, Lindirze — ofuknał go Bilbo. — Je´li nie potrafisz ˛ s odró˙ ni´ człowieka od hobbita, nie jeste´ wida´ tak rozumny, jak przypuszczałem. z c s c Sa do siebie równie niepodobni jak ziarnko fasoli do jabłka. ˛ — Mo˙ e. Owca zapewne rozró˙ nia inne owoce — roze´miał si˛ Lindir. — Paz z s e ´ sterz tak˙ e. Ale my nie po´wi˛ camy tyle uwagi smiertelnikom. Mamy inne sprawy z s e na głowie. — Nie b˛ d˛ si˛ z toba sprzeczał — odparł Bilbo. — Sen mnie morzy po tylu e e e ˛ ´ godzinach muzyki i spiewu. je˙ eli masz ochot˛ , sam rozwia˙ zagadk˛ . z e ˛z e Wstał i podszedł do Froda. — No, sko´ czyłem! — szepnał. — Poszło mi lepiej, ni˙ si˛ spodziewałem. n ˛ z e Rzadko si˛ zdarza, by mnie proszono o powtórzenie pie´ni. A ty co o niej sadzisz? e s ˛ — Nie próbuj˛ zgadywa´ — odparł Frodo z u´miechem. e c s — Nie ma potrzeby — rzekł Bilbo. — Prawd˛ mówiac, cała pie´n sam uło˙ ye ˛ ˛ s´ z łem. Aragorn tylko uparł si˛ , zeby doda´ szmaragd. Jego zdaniem to bardzo wa˙ ny e ˙ c z szczegół. Nie wiem dlaczego. Poza tym uwa˙ ał, jak si˛ zdaje, ze porywam si˛ na z e ˙ e zbyt trudne zadanie, i powiedział, ze je˙ eli o´mielam si˛ wygłasza´ swój poemat ˙ z s e c o Earendilu w domu Elronda, musz˛ to wzia´ na własna odpowiedzialno´c. Mo˙ e e ˛c ˛ s´ z ma racj˛ . e — Nie jestem tego pewien — odparł Frodo. — Mnie si˛ twój poemat wydał e bardzo tutaj odpowiedni, chocia˙ nie umiem wyja´ni´ , na czym to polegało. Byz s c 240

łem w pół´nie, kiedy zaczałe´ pie´n, i miałem wra˙ enie, ze to dalszy ciag moich s ˛ s s´ z ˙ ˛ ´ sennych marze´ . Dopiero pod koniec u´wiadomiłem sobie, ze to ty spiewasz. n s ˙ — W tym domu nie przyzwyczajonemu trudno si˛ op˛ dzi´ od senno´ci — e e c s rzekł Bilbo. — Nigdy zreszta hobbit nie dorówna elfom w ich nienasyconym ape˛ tycie na muzyk˛ , poezj˛ i opowie´ci. Elfy lubia te zabawy na równi z jedzeniem, e e s ˛ a mo˙ e nawet bardziej. B˛ da tu spiewa´ jeszcze długo w noc. Nie zechciałby´ z e ˛ ´ c s wymkna´ si˛ po cichu i pogada´ ze mna gdzie´ na uboczu? ˛c e c ˛ s — Nie wezma nam tego za złe? — spytał Frodo. ˛ — Co znowu! To przecie˙ zabawa, nie obowiazek. Mo˙ na wchodzi´ i wychoz ˛ z c dzi´ , jak ci si˛ podoba, byle nie hałasowa´ . c e c Wstali i cichcem wycofali si˛ w cie´ , zmierzajac ku drzwiom. Sama zostawili e n ˛ u´pionego i błogo u´miechni˛ tego przez sen. Frodo, mimo ze cieszył si˛ towarzys s e ˙ e stwem Bilba, z pewnym zalem opuszczał sal˛ i ognisko. Kiedy przekraczali jej ˙ e próg, czysty głos wła´nie podjał pie´n: s ˛ s´ A Elbereth Gilthoniel, Silivren penna miriel, O menel aglar elenath! Na-chaered palan-diriel O galadhremmin ennorath, Fanuilos, le linnathon Nef aear, si nef aearon! Frodo na sekund˛ przystanał i obejrzał si˛ za siebie. Elrond siedział w fotelu, e ˛ e a blask ogniska roz´wietlał jego twarz, jak letnie sło´ ce ozłaca korony drzew. s n Przy nim siedziała pani Arwena. Ze zdumieniem Frodo ujrzał stojacego u jej boku ˛ Aragorna, który odrzucił ciemny płaszcz i miał na sobie zbroj˛ elfów z gwiazda e ˛ błyszczaca na piersi. Tych dwoje rozmawiało z soba i nagle Frodowi wydało si˛ , ˛ ˛ ˛ e ze Arwena zwróciła na niego wzrok i ze promienne jej spojrzenie z daleka trafiło ˙ ˙ go prosto w serce. Stał urzeczony, a słodkie sylaby pie´ni elfów dzwoniły niby klejnoty, stworzos ne z harmonii słów i melodii. — To pie´n na cze´c Elbereth — powiedział Bilbo. — B˛ da ja spiewa´ , zas´ s´ e ˛ ˛´ c równo jak inne pie´ni Błogosławionego Królestwa, po wielekro´ dzisiejszej nocy. s c Chod´ my! z Zaprowadził Froda do jego własnej sypialenki. Okna jej wychodziły na ogrody i wida´ było stad dalej na południe rozległy krajobraz a˙ poza dolin˛ Bruinen. c ˛ z e Czas jaki´ siedzieli tutaj patrzac przez okno w jasne gwiazdy nad wspinajacym s ˛ ˛ si˛ stromo w gór˛ lasem i gaw˛ dzili z cicha. Nie mówili ju˙ o błahych nowinach e e e z z odległego Shire’u ani o czarnych cieniach i niebezpiecze´ stwach, które ich zen ´ wszad osaczały, lecz o pi˛ knych rzeczach, które obaj na swiecie widzieli, o elfach, ˛ e o gwiazdach, odrzewach, o łagodnej pogodzie jesiennej złocacej lasy. ˛ 241

Wreszcie kto´ zapukał do drzwi. s — Przepraszam — powiedział Sam wtykajac głow˛ . — Chciałem tylko zapy˛ e ta´ , czy mo˙ e panom czego potrzeba. c z — Nawzajem przepraszam, Samie Gamgee — odparł Bilbo — ze zgadłem, ˙ o co ci chodzi naprawd˛ . Pewnie uwa˙ asz, ze twojemu panu ju˙ pora do łó˙ ka. e z ˙ z z — Bo to, prosz˛ pana, jutro wcze´nie zacznie si˛ narada, jak mi mówiono, e s e a pan Frodo dopiero dzisiaj podniósł si˛ pierwszy raz po chorobie. e — Słusznie, Samie — roze´miał si˛ Bilbo. — Id´ i zamelduj Gandalfowi, s e z ze pacjent ju˙ si˛ poło˙ ył. Dobranoc, Frodo. Nie masz poj˛ cia, jak si˛ ciesz˛ , ze ˙ z e z e e e ˙ ci˛ znów ogladam. Nie ma to jak hobbici do prawdziwej pogaw˛ dki. Bardzo si˛ e ˛ e e ju˙ postarzałem i nieraz sobie stawiam pytanie, czy do˙ yje tego, bym mógł czyta´ z z c twoje rozdziały naszej wspólnej historii. Dobranoc! Przejd˛ si˛ troch˛ po ogrodzie e e e ´ i popatrz˛ na gwiazdy Elbereth. Spij spokojnie! e

ROZDZIAŁ XIV

Narada u Elronda
Nazajutrz Frodo zbudził si˛ wcze´nie, rze´ki i zdrów. Przeszedł si˛ po tarae s s e
sach nad szumiaca gło´no Bruinen i widział, jak blade, chłodne sło´ ce wstało zza ˛ ˛ s n dalekich gór przebijajac si˛ sko´nymi promieniami przez lekkie, srebrzyste mgły; ˛ e s rosa błyszczała na po˙ ółkłych li´ciach, nici babiego lata l´niły na ka˙ dym krzez s s z wie. Sam chodził za Frodem nic nie mówiac, ale w˛ szac w powietrzu zapachy i co ˛ e ˛ ´ chwila wznoszac pełne podziwu oczy ku spi˛ trzonym na wschodzie górom. Snieg ˛ e bielił ich szczyty. ´ z Za zakr˛ tem scie˙ ki niespodziewanie ujrzeli Gandalfa i Bilba siedzacych na e ˛ kamiennej ławce i zagł˛ bionych w rozmowie. e — Witaj! Dzie´ dobry! — zawołał Bilbo. — Gotów jeste´ na wielka narad˛ ? n s ˛ e — Czuj˛ si˛ gotów na wszystko — odparł Frodo. — Najwi˛ ksza jednak ochoe e e ˛ t˛ miałbym na daleki spacer i zwiedzenie doliny. Ch˛ tnie bym zajrzał do tych e e sosnowych borów! — rzekł pokazujac odległa północna cz˛ sc Rivendell. ˛ ˛ ˛ e´ ´ — Mo˙ e b˛ dziesz miał po temu sposobno´c pó´ niej — powiedział Gandalf. — z e s´ z teraz nie mo˙ emy jeszcze układa´ zadnych planów. Wiele rzeczy dzi´ usłyszymy z c˙ s i niejedna trzeba b˛ dzie podja´ decyzj˛ . ˛ e ˛c e

Nagle dobiegło ich pojedyncze d´ wi˛ czne uderzenie w dzwon. z e
— To wezwanie na narad˛ u Elronda! — zawołał Gandalf. — Chod´ my! Obaj, e z ty, Frodo, i ty, Bilbo, b˛ dziecie tam potrzebni. e Frodo i Bilbo pospieszyli za Czarodziejem kr˛ ta scie˙ ka z powrotem ku doe ˛´ z ˛ ´ mowi. Nie zaproszony i na razie zapomniany Sam dreptał ich sladem. Gandalf zaprowadził ich na ten sam ganek, gdzie poprzedniego wieczora Fro´ do spotkał przyjaciół. Pogodny jesienny ranek swiecił nad dolina. Od pieniacej si˛ ˛ ˛ e ´ rzeki bił w gór˛ szum i plusk. Ptaki spiewały, miły spokój roztaczał si˛ nad cała e e ˛ okolica. ˛ ´ Niebezpiecze´ stwa ucieczki i gro´ ne wie´ci o pot˛ gujacych si˛ na swiecie n z s e ˛ e ciemno´ciach zdawały si˛ Frodowi ju˙ tylko wspomnieniem złego snu, lecz gdy s e z

243

weszli na sal˛ , powitały ich zewszad twarze pełne powagi. e ˛ Elrond ju˙ tu był, a wokół niego siedzieli w milczeniu inni. Frodo dostrzegł z Glorfindela i Gloina, a w kacie samotnego Obie˙ y´wiata, który znów przywdział ˛ z s stare, zniszczone w w˛ drówkach ubranie. Elrond wskazał Frodowi miejsce u swee go boku i przedstawił hobbita zgromadzonym mówiac: ˛ — Przyjaciele, to jest hobbit Frodo, syn Droga. Nie ma w´ród nas wielu, któs rzy by przezwyci˛ zyli gorsze niebezpiecze´ stwa i podj˛ li wa˙ niejsza misj˛ ni˙ e˙ n e z ˛ e z on. Z kolei przedstawił Frodowi tych uczestników narady, których dotychczas hobbit nie znał. Przy Gloinie siedział młodszy krasnolud, syn jego, imieniem Gimli. Obok Glorfindela skupili si˛ liczni doradcy i domownicy Elronda, którym e przewodniczył Erestor. W´ród nich był Galdor, elf z Szarej Przystani, przybyły s z poselstwem od Kirdana, budowniczego okr˛ tów. Był te˙ obcy elf w zielonoe z bruntanym stroju, legolas, syn i wysłannik Thranduila, króla elfów z północnej cz˛ sci Mrocznej Puszczy. Nieco na uboczu siedział rosły m˛ zczyzna o pieknych e´ e˙ i szlachetnych rysach, ciemnych włosach i siwych oczach, spogladajacy dumnie ˛ ˛ i surowo. Miał płaszcz i długie buty, jakby do konnej podró˙ y, a ten strój, choz ´ cia˙ bogaty, zarówno jak podbity futrem płaszcz, nosił slady długiej w˛ drówki. z e W srebrnym ła´ cuchu na szyi błyszczał biały diament, włosy si˛ gały do ramion. n e U pasa zwisał oprawny w srebro róg, w tej chwili spoczywajacy na kolanach wła˛ ´ sciciela. Nieznajomy jakby si˛ zdumiał na widok Bilba i Froda. e — Oto — rzekł Elrond zwracajac si˛ do Gandalfa — Boromir, go´c z połu˛ e s´ dnia. Dzi´ o swicie przybył tutaj szukajac rady. Poprosiłem go na nasze zgromas ´ ˛ dzenie, bo tu usłyszy odpowied´ na wiele swoich pyta´ . z n

Nie wszystko tego, o czym mówiono i dysputowano podczas narady, wy´ maga przytoczenia. Mówiono bowiem du˙ o o wypadkach na szerokim swiecie, z szczególnie na południu i w rozległych krainach na wschód od gór. O tych zdarzeniach Frodo słyszał ju˙ przedtem ró˙ ne pogłoski, nowo´cia jednak było dla z z s ˛ niego opowiadanie Gloina, tote˙ skupił cała uwag˛ , kiedy zabrał głos krasnolud. z ˛ e — Od wielu ju˙ lat — rzekł Gloin — cie´ niepokoju pada na zycie naszez n ˙ go plemienia. Skad si˛ wział, nie mogli´my zrazu poja´ . Zacz˛ ło si˛ od szeptów ˛ e ˛ s ˛c e e z ust do ust podawanych. Powiadano, ze utkn˛ li´my w za´cianku, podczas gdy ˙ e s s ´ na szerokim swiecie jest wi˛ cej bogactw i zaszczytów do osiagni˛ cia. Kto´ wspoe ˛ e s mniał Mori˛ , pot˛ zne dzieło naszych ojców, zwane w naszej mowie Khazad-dum. e e˙ Ozwały si˛ głosy, ze wreszcie do´c uro´li´my w siły i liczb˛ , aby tam wróci´ . e ˙ s´ s s e c Gloin westchnał: ˛ — Moria! Moria! Cud północy! Za gł˛ boko tam si˛ wryli´my i zbudzili´my e e s s bezimienne, straszne noce. Od wieków stoja tam pustka rozległe pałace, odkad ˛ ˛ z nich uciekły dzieci Durina. Lecz teraz znów mówili´my o nich z ut˛ sknieniem, s e 244

chocia˙ i z trwoga zarazem; albowiem w ciagu kilku pokole´ zaden krasnolud nie z ˛ ˛ n˙ wa˙ ył si˛ przestapi´ bramy Khazad-dumu, prócz jednego Throra, który t˛ prób˛ z e ˛ c e e przypłacił zyciem. W ko´ cu wszak˙ e Balin dał posłuch szeptom i postanowił wy˙ n z ruszy´ do Morii. Dain wprawdzie niech˛ tnie mu na to pozwolił, lecz Balin wział c e ˛ ze soba Oriego, Oina i wielu innych, z którymi odszedł na południe. ˛ Było to trzydzie´ci lat temu. Poczatkowo dostawali´my od nich wie´ci, i to s ˛ s s do´c pomy´lne: weszli do Morii i rozpocz˛ li tam wielkie prace. Pó´ niej zaległa s´ s e z cisza i ani słowo ju˙ nie dotarło do nas stamtad. z ˛ Przed rokiem mniej wi˛ cej przybył do Daina wysłannik, ale nie z Morii. e Z Mordoru. Przybył konno, noca, wywołał Daina do bramy. Oznajmił mu, ze ˛ ˙ Sauron Wielki pragnie naszej przyja´ ni. Ofiarowuje w zamian pier´cienie, takie z s jakie ongi rozdawał. I zapytuje, co nam wiadomo o hobbitach, co to za plemi˛ e i gdzie mieszka. „Albowiem Sauron wie — rzekł poseł — ze niegdy´ znali´cie ˙ s s dobrze pewnego hobbita”. To nas bardzo zaniepokoiło i nic na to nie odpowiedzieli´my. Wtedy tamten s ´ sciszył swój dziki głos i byłby go pewnie osłodził, gdyby to było mo˙ liwe. „Sauz ron pragnie otrzyma´ od was drobny zadatek na poczet przyja´ ni — rzekł — prosi c z mianowicie, zeby´cie odszukali złodzieja — tak si˛ wyraził — i odebrali mu, po ˙ s e dobroci albo przemoca, pewien mały pier´cionek, najmniejszy z pier´cieni, nie˛ s s gdy´ przez niego skradziony. Znajd´ cie ten pier´cie´ , a zwróc˛ wam trzy inne, te, s z s n e które dawniej były w posiadaniu krasnoludzkich władców, i królestwo w Morii ´ b˛ dzie wasze na wieki. Znajd´ cie bodaj slad złodzieja, dowiedzcie si˛ , czy zyje e z e ˙ jeszcze i gdzie przebywa, a zdob˛ dziecie hojna nagrod˛ i trwała przyja´ n Wielkiee ˛ e ˛ z´ go Władcy. Je˙ eli odmówicie, mo˙ e by´ z wami zle. Czy odmawiacie?” Sko´ czył z z c ´ n i syk dobył mu si˛ z piersi jak z gniazda zmij, a wszyscy stojacy w pobli˙ u zadr˙ ee ˙ ˛ z z li, Dain wszak˙ e odpowiedział: „Nie mówi˛ tak i nie mówi˛ nie. Musz˛ rozwa˙ y´ z e e e z c twoje słowa i to, co si˛ kryje pod ich pi˛ kna zasłona”. e e ˛ ˛ „Rozwa˙ , ale niech to nie trwa zbyt długo” — rzekł tamten. z „Czas, który po´wi˛ cam na rozmy´lanie, jest moja własno´cia” — odparł Das e s ˛ s ˛ in. „Tymczasem jeszcze twoja” — rzucił tamten znikajac w ciemno´ciach. ˛ ˛ s Od tej nocy ci˛ zkie brzemi˛ nosili w sercach nasi przywódcy. Nawet gdyby e˙ e ów wysłannik nie ostrzegł nas złowró˙ bnym brzmieniem głosu, poznaliby´my, ze z s ˙ w jego słowach kryje si˛ zarówno gro´ ba, jak podst˛ p: bez tego wiedzieli´my ju˙ , e z e s z ze pot˛ ga, która znów zawładn˛ ła Mordorem, nie zmieniła si˛ i gotuje nam zdrad˛ , ˙ e e e e jak przed wiekami. Dwakro´ poseł wracał i dwakro´ odje˙ d˙ ał z niczym. Po raz c c z z trzeci i ostatni — jak zapowiedział — zjawi si˛ wkrótce, nim ten rok upłynie. e Dlatego wreszcie Dain wysłał mnie, abym ostrzegł Bilba, ze Nieprzyjaciel go ˙ szuka, i abym si˛ dowiedział, je´li to mo˙ liwe, dlaczego Czarny Władca tak poe s z zada tego pier´cienia, najmniejszego spo´ród pier´cieni. Potrzeba nam tak˙ e rady ˙˛ s s s z Elronda, cie´ bowiem rozrasta si˛ i przybli˙ a. Odkryli´my, ze poseł odwiedził n e z s ˙ 245

równie˙ króla Branda w Dali i ze Brand si˛ przelakł. Boimy si˛ , czy nie ustapi. z ˙ e ˛ e ˛ Ju˙ si˛ zanosi na wojn˛ u jego wschodnich granic. Je˙ eli nie damy odpowiedzi, z e e z Nieprzyjaciel mo˙ e podburzy´ uległych sobie ludzi do napa´ci na króla Branda, z c s a tak˙ e na Daina. z — Dobrze si˛ stało, ze przybyłe´ tutaj — rzekł Elrond. — Usłyszysz dzi´ e ˙ s s wszystko, co powiniene´ wiedzie´ , by zrozumie´ zakusy Nieprzyjaciela. Nie mas c c cie wyboru, musicie si˛ przeciwstawi´ , z nadzieja lub bez nadziei. Lecz nie jestee c ˛ ´ scie osamotnieni. Wiedz, ze wasza trwoga jest tylko czastka trwogi n˛ kajacej cały ˙ ˛ ˛ e ˛ ´ zachodni swiat. Pier´cie´ ! Co zrobimy z Pier´cieniem, z najmniejszym pier´cies n s s niem, z tym drobiazgiem, którego Sauron przez kaprys tak po˙ ada? Oto sprawa, z˛ która musimy rozsadzi´ . ˛ ˛ c W tym celu wła´nie zostali´cie tu wezwani. Mówi˛ : wezwani, jakkolwiek nie s s e ja was do swego domu zwoływałem, go´cie z ró˙ nych dalekich stron! Przybyli´cie s z s i spotkali´cie si˛ wszyscy w tym samym dniu, jak gdyby przypadkiem. A jednak s e to nie przypadek. Zechciejcie raczej uwierzy´ , ze to nakaz dany wła´nie nam, tu c ˙ s zgromadzonym, by´my znale´ li rad˛ na niebezpiecze´ stwo gro˙ ace zguba całemu s z e n z˛ ˛ ´ swiatu. Teraz wi˛ c b˛ dziemy otwarcie mówili o tym, co dotychczas było tajemnica, e e ˛ znana tylko nielicznym wybranym. Przede wszystkim dowiecie si˛ historii Pier˛ e ´ scienia, od poczatku po dzi´ dzie´ , bez tego bowiem nie rozumieliby´cie, co nam ˛ s n s zagra˙ a. Zaczn˛ t˛ histori˛ ja, lecz doko´ cza jej inni mówcy. z e e e n ˛

Wszyscy słuchali, Elrond za´ swoim czystym głosem opowiadał o sauronie s
´ i o Pier´cieniach Władzy, wykutych dawnymi laty, w Drugiej Erze swiata. Nies jeden spo´ród słuchaczy znał cz˛ sc historii, lecz nikt jej nie znał w cało´ci, tote˙ s e´ ´ s z wiele par oczu zwróciło si˛ na Elronda z trwoga i zdumieniem, kiedy mówił o ele ˛ fach z Eregionu, mistrzach w obróbce kruszców, zaprzyja´ nionych z królestwem z Morii, i o ich zadzy wiedzy, która wyzyskiwał Sauron, zastawiajac na nich sidła. ˙˛ ˛ ˛ W owych bowiem czasach Sauron nie był jeszcze tak jak dzi´ od pierwszego wejs rzenia odra˙ ajacy, wiec elfy z Eregionu przyjmowały od niego rady, by doskonali´ z ˛ c si˛ w swoim rzemio´le, on za´, poznawszy ich sekrety, zdradził: w tajemnicy sam e s s wykuł we wn˛ trzu Ognistej Góry Pier´cie´ Jedyny, który miał władz˛ nad wszyste s n e kimi pier´cieniami. Kelebrimor dowiedział si˛ jednak o tym w por˛ i ukrył trzy s e e pier´cienie swojej roboty. s Wybuchła wojna, kraj został spustoszony i zamkn˛ ły si˛ wrota Morii. e e Potem Elrond mówił o losach Pier´cienia w ciagu nast˛ pnych lat, poniewa˙ s ˛ e z jednak dzieje te sa ju˙ gdzie indziej opowiedziane tak, jak sam Elrond je opi˛ z sał w swoich ksi˛ gach, nie b˛ dziemy tutaj powtarzali jego słów. Była to bowiem e e historia bardzo długa, obejmujaca mnóstwo wielkich i strasznych zdarze´ , a cho˛ n cia˙ Elrond mówił zwi˛ zle, sło´ ce podniosło si˛ wysoko i ranek przeminał, nim z e´ n e ˛ 246

sko´ czył opowie´c. n s´ Wspomniał o Królestwie Numenoru, o jego chwale i upadku, o powrocie kró´ lów ludzkich przez morskie gł˛ biny na skrzydłach burzy do Sródziemia. Wówe czas to Elendil Smukły i jego pot˛ zni synowie, Isildur i Anarion, stali si˛ mo˙ nye˙ e z mi władcami; zało˙ yli w Arnorze Królestwo Północy, a w Gondorze nad dolnym z biegiem Anduiny Królestwo Południa. Lecz Sauron, władca Mordoru, napastował ich, zawarli wi˛ c Ostatni Sojusz ludzi z elfami, a zast˛ py Gil-galada i Elendila e e zgromadziły si˛ w Arnorze. e W tym miejscu swojej opowie´ci Elrond przerwał na chwil˛ i westchnał. s e ˛ — Pami˛ tam dobrze blask ich sztandarów — rzekł. — Przypominały mi e chwał˛ Dawnych Dni i armi˛ Beleriandu, bo skupiło si˛ pod nimi wielu sławe e e ´ nych ksia˙ at i wodzów. A jednak byli mniej liczni i nie tak swietni jak w owym ˛z ˛ dniu, gdy runał Thangorodrim, elfy za´ głosiły, ze zło zostało pokonane na wie˛ s ˙ ki. . . w czym si˛ omyliły. e — Pami˛ tasz? — odezwał si˛ Frodo, tak zdumiony, ze gło´no dał wyraz swoe e ˙ s im my´lom. — Sadziłem. . . — zajaknał si˛ , kiedy Elrond zwrócił na niego spojs ˛ ˛ ˛ e rzenie — sadziłem, ze Gil-galad poległ przed wielu wiekami. ˛ ˙ — Bo te˙ to prawda — odpowiedział Elrond z powaga — lecz ja si˛ gam paz ˛ e mi˛ cia w dawne Dni. Earendil, urodzony w Gondolinie przed jego upadkiem, był e ˛ moim ojcem, matka moja była Elwinga, córka Diora, a wnuczka pi˛ knej Luthien ˛ ˛ e ´ z Doriath. Widziałem trzy ery zachodniego swiata, widziałem mnogie kl˛ ski i wiee le bezowocnych zwyci˛ stw. e Byłem heroldem Gil-galada i maszerowałem z jego wojskiem. Walczyłem w bitwie pod Dagorlad u Czarnych Wrót Mordoru, gdzie przypadło nam zwyciestwo, bo nikt nie mógł si˛ oprze´ włóczni Gil-galada, zwanej Aiglos, ani miee c czowi Elendila, zwanemu Narsil. Widziałem ostatnia walk˛ na stokach Orodruiny, ˛ e gdzie zginał Gil-galad, a Elendil padł na swój złamany miecz. Ale Sauron został ˛ pokonany, Isildur za´ ułamkiem ojcowskiego miecza odciał Pier´cie´ z jego r˛ ki s ˛ s n e i zatrzymał ten klejnot przy sobie. W tym miejscu opowie´c przerwał okrzyk Boromira. s´ — A wi˛ c to tak było! — zawołał. — Nie wiem, czy na południe kiedykolwiek e dotarła ta historia, w ka˙ dym razie od dawna o niej nikt nie pami˛ ta. Słyszałem z e o sławnym Pier´cieniu tego, którego imienia nie wymawiamy nigdy; my´leli´my s s s ´ jednak, ze Pier´cie´ ów znikł ze swiata, zginał w gruzach jego pierwszego króle˙ s n ˛ stwa. Wi˛ c to Isildur go zabrał! Wiadomo´c zaiste ciekawa! e s´ — Niestety! — rzekł Elrond. — Isildur wział Pier´cie´ , a nie powinien był ˛ s n tego uczyni´ . Nale˙ ało Pier´cie´ cisna´ w ognie Orodruiny, tam gdzie powstał. c z s n ˛c Lecz mało kto zauwa˙ ył czyn Isildura. Stał on osamotniony u boku ojca w tym z ´ ostatnim smiertelnym starciu, tak jak u boku Gil-galada stałem ja wraz z Kirdanem. Isildur nie chciał słucha´ naszej rady. „Bior˛ ten okup za ojca i brata” — c e o´wiadczył. I zabrał klejnot, nie pytajac, czy si˛ zgadzamy, czy te˙ nie. Wkróts ˛ e z 247

´ ce wszak˙ e Pier´cie´ zdrada przywiódł Isildura do smierci, tote˙ przezwano go z s n ˛ z ´ w północnych krajach „zguba Isildura”. Lecz kto wie, czy smier´ nie była lepsza ˛ c od losu, który mógł go spotka´ . Jedynie na północy znana była ta historia, a i to c kilku zaledwie osobom. Nie dziw przeto, ze´ jej nigdy nie słyszał, Boromirze. ˙ s Z kl˛ ski na Polach Gladden, gdzie zginał Isildur, tylko trzech ludzi powróciło po e ˛ ´ długiej w˛ drówce przez góry. Jednym z nich był Othar ze swity Isildura; zebrał e on odłamki Elendilowego miecza i oddał je spadkobiercy Isildura, Valandilowi, który był wówczas dzieckiem jeszcze i dlatego został w Rivendell. Lecz Narsil był p˛ kni˛ ty, swiatło jego zgasło i po dzi´ dzie´ nie przekuto go na nowo. e e ´ s n Czy nazwałem zwyci˛ stwo Ostatniego Sojuszu bezowocnym? Nie, pewne e owoce przyniosło, celu jednak nie osiagn˛ ło. Sauron poniósł strat˛ , lecz nie został ˛ e e unicestwiony. Czarna Wie˙ a zawaliła si˛ , lecz fundamenty przetrwały, bo zbudoz e wano je dzi˛ ki sile Pier´cienia i póki on istnieje, ich tak˙ e nic nie naruszy. Wielu e s z elfów, wielu dzielnych ludzi oraz ich przyjaciół padło w tej wojnie. Poległ Anarion, poległ isildur, a Gil-galada i Elendila ju˙ nie stało. Nigdy ju˙ nie b˛ dzie z z e takiego przymierza elfów i ludzi, bo ludzie si˛ rozmno˙ yli, pierworodnych za´ e z s ubywa i dwa te plemiona coraz bardziej staja si˛ sobie obce. Od tamtego te˙ dnia ˛ e z lud Numenoru podupadł i stracił przywilej długowieczno´ci. s Po wojnie i rzezi na Polach Gladden niewielu zostało na północy ludzi z zachodu, a miasto ich, Annuminas nad jeziorem Evendim, rozsypało si˛ w gruzy. e Dziedzice Valandila wynie´li si˛ do Fornostu i osiedli w´ród wysokich północs e s nych wzgórz, lecz dzisiaj te ich siedziby tak˙ e opustoszały. Ludzie nazwali je z Sza´ cem Umarłych i boja si˛ owego miejsca. Albowiem ród Arnoru zmarniał, n ˛ e szarpany przez wrogów, panowanie jego przemin˛ ło, nie zostało nic prócz zieloe nych kopców po´ród trawy na wzgórzach. s Na południu królestwo Gondor wytrwało długo, a nawet czas pewien cieszyło si˛ sława podobna jak Numenor przed swoim upadkiem. Budowano strzelie ˛ ˛ ste wie˙ e i fortece, i przystanie dla licznych okr˛ tów, a ludzie ró˙ nymi j˛ zykami z e z e oddawali cze´c skrzydlatej koronie królów. Stolica zwała si˛ Osgiliath — Cytas´ e ´ dela Gwiazd — i srodkiem jej płyn˛ ła rzeka. Wzniesiono na wschodzie Minas e Ithil — Wie˙ e Wschodzacego Miesiaca — na ramieniu Gór Cienia; na zachoz˛ ˛ ˛ dzie za´ u podnó˙ y Białych Gór stan˛ ła Wie˙ a Zachodzacego Sło´ ca — Minas s z e z ˛ n Anor. Na królewskim dziedzi´ cu rosło białe drzewo wyhodowane z nasienia, któn re Isildur przewiózł przez morskie gł˛ biny; drzewo, co dało to nasienie wyrosło e z ziarna przywiezionego z Eressei, a do Eressei nasiona białych drzew przybyły ´ z najdalszego zachodu w pierwszym dniu młodo´ci swiata. Lecz lata Sródziemia s ´ mkna szybko i szybko nu˙ a, ród Meneldila, syna Anariona, wygasł, Białe Drzewo ˛ z˛ uschło, do krwi Numenorejczyków domieszała si˛ krew po´ledniejsza. Stra˙ na e s z murach Mordoru spała, a ciemne siły z powrotem wpełzły do Gorgoroth. Wybiła godzina, kiedy złe moce powstały znowu i zagarn˛ ły Minas Ithil, umocniły si˛ e e tam i przeobraziły wie˙ e w siedlisko grozy; odtad nazwano ja Minas Morgul — z˛ ˛ ˛ 248

Wie˙ a Złych Czarów. Wówczas Minas Anor przyj˛ ła nazw˛ Minas Tirith — Wiez˛ e e zy Czat; dwie twierdze tocza wojn˛ , a Osgiliath, le˙ ace mi˛ dzy nimi, opustoszało ˙ ˛ e z˛ e i na gruzach stolicy przechadzaja si˛ tylko cienie. ˛ e Tak trwa od kilku ludzkich pokole´ . Lecz władcy Minas Tirith walcza wcia˙ n ˛ ˛z stawiajac czoło naszym wrogom, strzegac Rzeki od Argonath a˙ do Morza. ˛ ˛ z Cz˛ sc opowie´ci, która mnie przypadła, dobiega ko´ ca. Albowiem za czasów e´ ´ s n Isildura Pier´cie´ Władzy zaginał bez wie´ci, a trzy pier´cienie uwolniły si˛ spod s n ˛ s s e jego rozkazów. W ostatnich wszak˙ e latach popadły znów w niebezpiecze´ stwo, z n bo na nasza niedol˛ Pier´cie´ Jedyny znalazł si˛ znowu. O jego odnalezieniu po˛ e s n e wie wam kto inny, ja bowiem odegrałem w tym niewielka tylko rol˛ . ˛ e

Elrond umilkł, zaraz jednak Boromir, rosły i dumny, stanał przed zgroma˛ dzeniem. — Pozwól, Elrondzie — rzekł — bym najpierw dodał słów kilka o królestwie Gondoru. To bowiem jest kraj, z którego przybywam. Wszystkim za´ zdadza si˛ s ˛ e wie´ci o tym, co si˛ tam dzieje. Mało kto wie o naszych zasługach i dlatego nie s e mo˙ ecie oceni´ niebezpiecze´ stwa, które nad wami zawi´nie, je˙ eli w ko´ cu siły z c n s z n nas zawioda. ˛ Nie wierzcie, ze w królestwie Gondoru zabrakło krwi numenorejskiej ani ze ˙ ˙ lud ów zapomniał o swojej dumie i godno´ci. Nasze m˛ stwo trzyma dotad w rys e ˛ zach dzikie plemiona wschodu i przeciwstawia si˛ grozie Morgulu. Kraje poło˙ oe z ne dalej zawdzi˛ czaja spokój i wolno´c nam, którzy bronimy przyczółka zachodu. e ˛ s´ Có˙ si˛ jednak stanie, je˙ eli Nieprzyjaciel zdob˛ dzie przej´cie przez Rzek˛ ? z e z e s e A przecie˙ ta godzina mo˙ e ju˙ jest niedaleka. Nieprzyjaciel, którego imienia z z z nie wymawiamy, znowu si˛ zerwał. Znad Orodruiny, która my nazywamy Góra e ˛ ˛ Przeznaczenia, bije dym jak ongi. Pot˛ ga Czarnego Kraju ro´nie, a my jeste´my e s s osaczeni zewszad. Kiedy Nieprzyjaciel wrócił, wyparł nasze plemi˛ z Ithilien, ˛ e pi˛ knych wło´ci na wschodnim brzegu Rzeki, utrzymali´my tam jednak punkt e s s oparcia i zbrojna załog˛ . Lecz w tym roku, w czerwcu, znienacka napadni˛ to nas ˛ e e z Mordoru i zmieciono nasze oddziały. Ulegli´my przewadze liczebnej, bo Mordor s sprzymierzył si˛ z Easterlingami i okrutnymi Haradrimami; pokonała nas jednak e nie tylko liczba wojowników. Była z nimi pot˛ ga, której dotychczas nigdy jeszcze e nie odczuli´my. s Mówili ludzie, ze ja widzieli w postaci olbrzymiego, czarnego m˛ za na koniu, ˙ ˛ e˙ który jak g˛ sty cie´ pojawia si˛ w blasku ksi˛ zyca. A gdziekolwiek si˛ zjawiał, e n e e˙ e szał ogarniał naszych wrogów, a strach padał na najwaleczniejszych spo´ród nas, s tak ze konie i wojownicy uciekali z pola. Ledwie garstka naszych wschodnich ˙ załóg wróciła do kraju niszczac za soba ostatni most sterczacy jeszcze z gruzów ˛ ˛ ˛ Osgiliath. Nale˙ ałem do oddziału, który bronił mostu, póki go nie zburzono po przej´ciu z s
249

niedobitków. Czterech nas tylko ocalało rzucajac si˛ wpław: brat mój, ja i dwóch ˛ e naszych towarzyszy. Mimo to walczymy nadal strzegac zachodniego brzegu An˛ duiny; ci, których nasze miecze chronia, nie szcz˛ dza nam pochwał, lecz skapia ˛ e ˛ ˛ ˛ pomocy. Jedynie z Rohanu przybywaja na wezwanie konni wojownicy. ˛ W tej złej dla nas godzinie wyprawiono mnie w niebezpieczna daleka drog˛ ˛ ˛ e do Elronda; sto dziesi˛ c dni jechałem sam jeden. Ale nie szukam sojuszników e´ wojennych. Pot˛ ga Elronda, jak powiadaja, opiera si˛ na madro´ci, nie na or˛ e ˛ e ˛ s e zu. Przybyłem prosi´ o rad˛ i wytłumaczenie niepoj˛ tych słów. Bo w przeddzie´ ˙ c e e n niespodziewanej napa´ci bratu mojemu przy´nił si˛ dziwny sen; pó´ niej za´ ten s s e z s ´ sen powtórzył si˛ parokro´ , a raz przy´nił si˛ tak˙ e mnie. W tym snie widziałem, e c s e z jak na wschodzie niebo si˛ zamroczyło i rosła na nim burza, lecz na zachodzie e ´ ja´niało blade swiatło i z tamtej strony doszedł mnie głos, daleki, ale wyra´ ny, s z wołajacy: ˛ Znajd´ miecz, co był złamany, z Imladris kryja go jary, ˛ Tam lepsza znajdzie si˛ rada e Ni´ li Morgulu czary. z Tam te˙ si˛ znak uka˙ e, z e z ˙ Ze bliska ju˙ jest godzina. . . z L´ni zguba Isildura – s Niziołek si˛ nie ugina. e Nie mogli´my poja´ tych słów i pytali´my ojca naszego, Denethora, władcy s ˛c s Minas Tirith, uczonego w dziejach Gondoru. Rzekł nam tylko tyle, ze Imladris ˙ to starodawna nazwa, która elfy nadały odległej północnej dolinie, gdzie miesz˛ ´ ka Elrond Półelf, naj´wiatlejszy z mistrzów wiedzy. Dlatego brat mój, swiadom s naszego rozpaczliwego poło˙ enia, zapragnał usłucha´ nakazu snu i odnale´ c Imz ˛ c z´ ladris; ze za´ wyprawa zdawała si˛ niepewna i niebezpieczna, ja wziałem na siebie ˙ s e ˛ to zadanie. Wzdragał si˛ ojciec, nim pozwolił mi ruszy´ , długo te˙ bładziłem po e c z ˛ ´ z zapomnianych scie˙ kach szukajac domu Elronda, o którym wielu słyszało, lecz ˛ do którego mało kto zna drog˛ . e

— I tu, w domu Elronda, wi˛ cej si˛ jeszcze dowiesz — o´wiadczył Aragorn e e s
wstajac. Rzucił swój miecz na stół przed Elrondem i wszyscy zobaczyli ostrze ˛ rozszczepione na pół. — Oto jest miecz, który został złamany! — Kto´ ty jest i co masz do naszej Minas Tirith? — spytał Boromir, ze zdus mieniem patrzac na wychudła twarz i zniszczony płaszcz Stra˙ nika. ˛ ˛ z — To Aragorn, syn Arathorna — rzekł Elrond. — Potomek — poprzez wiele pokole´ — Isildura, syna Elendila z Minas Ithil. Wódz Dunedainów północy, n których niewielu ju˙ tu pozostało. z 250

— W takim razie on tobie, nie mnie si˛ nale˙ y! — krzyknał Frodo oszołomioe z ˛ ny i skoczył na równe nogi, jak gdyby si˛ spodziewał, ze Aragorn natychmiast e ˙ za˙ ada od niego Pier´cienia. z˛ s — Nie nale˙ y si˛ zadnemu z nas — odparł Aragorn — lecz ciebie wybrano, z e˙ zeby´ go czas jaki´ przechował. ˙ s s — Poka˙ Pier´cie´ , Frodo — odezwał si˛ Gandalf uroczystym tonem. — Naz s n e deszła chwila po temu. Podnie´ go w gór˛ , zeby Boromir zrozumiał zagadk˛ do s e ˙ e ko´ ca. n Szmer przebiegł po sali i wszystkie oczy zwróciły si˛ na Froda. Hobbit zae dr˙ ał, ogarni˛ ty nagle wstydem i trwoga; co´ w nim sprzeciwiło si˛ ujawnieniu z e ˛ s e Pier´cienia i czuł wstr˛ t dotykajac go r˛ ka. Miał ochot˛ zapa´c si˛ pod ziemi˛ . s e ˛ e ˛ e s´ e e Pier´cie´ skrzył si˛ i migotał, kiedy Frodo trzymał go w dr˙ acych palcach, pokas n e z˛ zujac zebranym. ˛ — Spójrzcie, oto zguba Isildura! — rzekł Elrond. Boromirowi oczy błyszczały, kiedy patrzał na złota obraczk˛ . ˛ ˛ e — Ten niziołek! — mruknał. — Czy to znaczy, ze wreszcie dla Minas Tirith ˛ ˙ wybiła godzina przeznaczenia? Je´li tak, po co mamy szuka´ jeszcze złamanego s c miecza? — Nie było powiedziane, ze to „godzina przeznaczenia dla Minas Tirith” — ˙ odezwał si˛ Aragorn. — Lecz prawda jest, ze zbli˙ a si˛ godzina przeznaczenia e ˛ ˙ z e i wielkich czynów. Albowiem miecz, co został złamany, to miecz Elendila, or˛ z, e˙ który p˛ kł, kiedy Elendil zabity upadł na niego. Spadkobiercy Elendila przechoe wali t˛ pamiatk˛ , chocia˙ stracili wszelkie inne dziedzictwo, poniewa˙ z dawna e ˛ e z z istniała w´ród nas przepowiednia, ze ostrze miecza zro´nie si˛ znowu, gdy odnajs ˙ s e dziemy Pier´cie´ — zgub˛ Isildura. A teraz, Boromirze, skoro znalazłe´ miecz, s n e s którego szukałe´, czego zadasz? Czy pragniesz, by ród Elendila wrócił do Gons ˙˛ doru? — Nie przysłano mnie z pro´ba o jakakolwiek łask˛ , lecz tylko po to, bym s ˛ ˛ e si˛ dowiedział rozwiazania zagadki — dumnie odparł Boromir. — Wszelako jee ˛ ste´my przyparci do muru i miecz Elendila byłby nam pomoca niespodziewanie s ˛ wielka. . . je´li to mo˙ liwe, by taki or˛ z mógł wróci´ z cieniów przeszło´ci. ˛ s z e˙ c s Patrzał znów na Aragorna, w oczach jego odzwierciedliło si˛ zwatpienie. e ˛ Frodo zauwa˙ ył, ze Bilbo, siedzacy tu˙ przy nim, poruszył si˛ niespokojnie. z ˙ ˛ z e Najwidoczniej nieufno´c okazana przyjacielowi zniecierpliwiła starego hobbita. s´ Wstajac nagle, wybuchnał: ˛ ˛ Nie ka˙ de złoto jasno błyszczy, z Nie ka˙ dy bładzi, kto w˛ druje, z ˛ e Nie ka˙ da sił˛ staro´c niszczy, z ˛ e s´ Korzeni w gł˛ bi lód nie skuje, e Z popiołów strzela znów ogniska, ˛ 251

A mrok roz´wietla błyskawice, s ˛ Złamany miecz swa moc odzyska, ˛ Król tułacz wróci na stolic˛ . e — Nie sa to, by´ mo˙ e, dobre wiersze, lecz znaczenie ich jest jasne — rzekł. ˛ c z — Je˙ eli nie wystarcza ci słowo Elronda! Skoro byłe´ gotów w˛ drowa´ przez sto z s e c dziesi˛ c dni, aby je usłysze´ , daj˙ e mu teraz posłuch! e´ c z I Bilbo usiadł prychajac gniewnie. ˛ — Te wiersze sam uło˙ yłem dla Dunadana — szepnał na ucho Frodowi — z ˛ przed laty, gdy pierwszy raz zwierzył mi swoja histori˛ . Niemal załuj˛ , ze minał ˛ e ˙ e ˙ ˛ dla mnie czas przygód i ze nie mog˛ z nim razem wyruszy´ , kiedy jego dzie´ ˙ e c n za´wita. s Aragorn u´miechnał si˛ do Bilba, a potem znów zwrócił si˛ do Boromira. s ˛ e e — Je˙ eli o mnie chodzi, wybaczam ci zwatpienie — powiedział. — Nie barz ˛ dzo jestem podobny do posagów Elendila i Isildura, wyobra˙ onych w całym ma˛ z jestacie po´ród sal pałacu Denethora. Jestem dziedzicem Isildura, nie Isildurem. s ˙ Zycie mam za soba długie i ci˛ zkie, setki mil dzielace nas od Gondoru to tylko ˛ e˙ ˛ znikoma czastka dróg, które przemierzyłem w swoich w˛ drówkach. Przeprawi˛ e łem si˛ przez wiele gór i rzek, zdeptałem niejedna równin˛ , nawet w tak odległych e ˛ e ´ krajach, jak Rhun i Harad, nad którymi inne gwiazdy swieca. ˛ Lecz ojczyzna moja — je´li mam ojczyzn˛ — jest północ. Tu bowiem po˛ ˛ s e tomkowie Valandila zyli z dawna, syn po ojcu, w długim nieprzerwanym ła´ cu˙ n chu pokole´ . Dni nasze zmierzchły, ród si˛ przerzedził. Zawsze jednak miecz był n e przekazywany w r˛ ce nowego dziedzica. To ci jeszcze rzekna, Boromirze, nim e ˛ umilkn˛ : samotni jeste´my, my, Stra˙ nicy pustkowi, my´liwcy — lecz tropimy e s z s zawsze sługi Nieprzyjaciela, bo tych znale´ c mo˙ na wsz˛ dzie, nie tylko w Morz´ z e dorze. Prawda, Boromirze, Gondor był twierdza m˛ stwa, my wszak˙ e te˙ robimy, ˛ e z z co do nas nale˙ y. Sa złe siły, którym nie ostoja si˛ wasze pot˛ zne mury ani ostre z ˛ ˛ e e˙ miecze. Mało wiesz o krainach le˙ acych poza waszymi granicami. Pokój i wolz˛ ´ , powiadasz? Bez nas północ by ich nie zaznała wiele. Zniszczyłby je strach. no´c s Lecz Ciemne Moce, które spełzaja z bezludnych gór albo wychylaja si˛ z mrocz˛ ˛ e nych lasów, uciekaja przed nami. Jakimi drogami wa˙ yliby si˛ w˛ drowa´ podró˙ ˛ z e e c z ni, jaka obron˛ przed niebezpiecze´ stwem miałyby noca spokojne krainy i domy ˛ e n ˛ poczciwych ludzi, gdyby Dunedainowie spali albo wszyscy ju˙ legli w grobach? z A przecie˙ mniej jeszcze doznajemy wdzi˛ czno´ci ni´ li wy. Podró˙ ni patrza z e s z z ˛ na nas wilkiem, chłopi nadaja nam szydercze przezwiska. „Obie˙ y´wiatem” zwie ˛ z s mnie tłu´cioch, mieszkajacy o jeden zaledwie dzie´ marszu od siedziby wrogów, s ˛ n którzy by zmrozili jego serce albo w perzyn˛ obrócili jego miasteczko, gdyby nie e nasza nieustanna stra˙ . Lecz my nie chcieliby´my, zeby było inaczej. Je˙ eli pro´ci z s ˙ z s ludzie maja by´ wolni od troski i strachu, musza pozosta´ pro´ci, a na to trzeba, ˛ c ˛ c s zeby nie znali naszej tajemnicy. Takie zadania spełniali moi współbracia, podczas ˙ 252

´ gdy rok płynał za rokiem i trawa rosła na łakach. Dzi´ wszak˙ e znowu swiat si˛ ˛ ˛ s z e odmienia. Nadchodzi nowa godzina. Znalazła si˛ zguba Isildura. Zbli˙ a si˛ bitwa. e z e Miecz b˛ dzie przekuty. Pójd˛ do Minas Tirith. e e — Mówisz, ze znalazła si˛ zguba Isildura — powiedział Boromir. — Widzia˙ e ´ łem Pier´cie´ błyszczacy w r˛ ku niziołka. Lecz Isildur poległ przed switem naszej s n ˛ e ery, jak słyszałem. Skad wiedza M˛ drcy, ze to wła´nie jego Pier´cie´ ? Jakie były ˛ ˛ e ˙ s s n losy tego klejnotu w ciagu wielu lat, nim go tutaj przyniósł tak niezwykły wysłan˛ nik? — Dowiesz si˛ tego — rzekł Elrond. e — Ale nie teraz, prosz˛ ci˛ , Elrondzie! — zawołał Bilbo. — Sło´ ce ju˙ zbli˙ a e e n z z si˛ do południa, czuj˛ , doprawdy, ze pora mi wreszcie nieco si˛ posili´ . e e ˙ e c — Nie wymówiłem twojego imienia — odparł Elrond z u´miechem. — Teraz s jednak wzywam ci˛ do głosu. Opowiedz nam swoja histori˛ . A je˙ eli jej nie uło˙ ye ˛ e z z łe´ do rymu, pozwalamy ci przemawia´ niewiazana mowa. Im tre´ciwiej b˛ dziesz s c ˛ ˛ ˛ s e si˛ wyra˙ ał, tym pr˛ dzej doczekasz si˛ posiłku. e z e e — Dobrze — zgodził si˛ Bilbo. — B˛ d˛ ci posłuszny. Powiem dzisiaj cała e e e ˛ prawd˛ , a je´li kto´ spo´ród obecnych słyszał z moich ust nieco inna relacj˛ tych e s s s ˛ e samych zdarze´ — tu Bilbo zerknał spod oka na Gloina — prosz˛ , niech o tym n ˛ e zapomni i niech mi wybaczy. Wówczas zale˙ ało mi po prostu na tym, zeby udoz ˙ wodni´ swoje prawo do tego skarbu i zrzuci´ z siebie miano złodzieja, które mi c c kto´ przylepił. Dzisiaj mo˙ e lepiej pojmuj˛ te sprawy. W ka˙ dym razie było tak. . . s z e z

Dla cz˛ sci słuchaczy historia Bilba była całkowita˛ nowo´cia, tote˙ zdumiee´ s ˛ z
li si˛ , kiedy stary hobbit, nie bez satysfakcji zreszta, opowiadał swoja przygod˛ e ˛ ˛ e z Gollumem, nic nie przemilczajac. Nie pominał bodaj jednej zagadki. Ch˛ tnie ˛ ˛ e by te˙ opisał ostatnie urodziny w Shire i scen˛ swojego znikni˛ cia, gdyby mu z e e pozwolono; lecz Elrond podniósł dło´ . n — Pi˛ knie mówiłe´, przyjacielu — rzekł — ale do´c na dzisiaj! Tymczasem e s s´ wystarczy, ze wszyscy si˛ dowiemy, i˙ Pier´cie´ przeszedł w r˛ ce twojego spad˙ e z s n e kobiercy, Froda. Niech on powie dalszy ciag. ˛ Z kolei głos zabrał Frodo, mniej ochoczo ni˙ Bilbo, i zdał spraw˛ ze swoich z e poczyna´ od dnia, w którym powierzono mu Pier´cie´ . Wypytywano go o ka˙ n s n z dy krok w˛ drówki z Hobbitonu do Brodu Bruinen, a ka˙ dy szczegół dotyczacy e z ˛ Czarnych Je´ d´ ców rozwa˙ ano głeboko. Wreszcie Frodo mógł znowu usia´c. z z z ˛s ´ — Wcale nie´ le! — pochwalił go Bilbo. — Twoja opowie´c byłaby doskonała, z s´ gdyby ci tak wcia˙ nie przerywano. Starałem si˛ troch˛ notowa´ , ale b˛ dziemy ˛z e e c e musieli kiedy´ wspólnie to sobie raz jeszcze odtworzy´ , je˙ eli mam cała histori˛ s c z ˛ e opisa´ w mojej ksia˙ ce. W kilku rozdziałach ledwie si˛ zmieszcza przygody, które c ˛z e ˛ ci˛ spotkały, nim tutaj dotarłe´. e s — Tak, to długa opowie´c — odparł Frodo. — A jednak nie wydaje mi si˛ s´ e 253

pełna. Chciałbym si˛ wielu rzeczy jeszcze dowiedzie´ , przede wszystkim o Gane c dalfie.

Galdor, poseł z Przystani, siedzacy opodal, dosłyszał te słowa. ˛
— Z ust mi to wyjałe´! — zawołał i zwracajac si˛ do Elronda rzekł: — M˛ ˛ s ˛ e e drcy zapewne nie bez przyczyny uwierzyli, i˙ klejnot, znaleziony przez niziołka, z naprawd˛ jest owym Wielkim Pier´cieniem, przedmiotem odwiecznych sporów, e s ´ jakkolwiek nam, mniej swiadomym, wydaje si˛ to trudne do wiary. Czy nie moe gliby´cie przedstawi´ dowodów? Jedno chc˛ jeszcze zada´ pytanie: Co si˛ dzieje s c e c e z Sarumanem? To przecie˙ mistrz wiedzy o Pier´cieniach. Czemu go nie ma w´ród z s s nas? Jaka jest jego rada. . . je˙ eli wie o tych sprawach, o których tutaj słyszeli´my? z s — Oba twoje pytania, Galdorze, wia˙ a si˛ ze soba — odparł Elrond. — Nie ˛z ˛ e ˛ przez zapomnienie pominałem te punkty, b˛ da one wyja´nione. Lecz odpowied´ ˛ e ˛ s z nale˙ y do Gandalfa, a wzywam go do głosu na ostatku, poniewa˙ to jest miejsce z z dla mówcy najzaszczytniejsze, a Gandalf w całej sprawie od poczatku jest naszym ˛ wodzem. — Przyznasz, Galdorze — powiedział Gandalf — ze wiadomo´ci podane ˙ s przez Gloina, oraz prze´ladowania, jakie znosił Frodo, starczyłyby niejednemu za s dowód, i˙ to, co znalazł hobbit, ma wielka cen˛ dla Nieprzyjaciela. A jest to Pierz ˛ e ´ n scie´ . Có˙ z tego wynika? Dziewi˛ c przechowuja Nazgule. Siedem porwano lub z e´ ˛ zniszczono. — (Przy tych słowach Gandalfa Gloin drgnał, lecz si˛ nie odezwał). ˛ e — O losie Trzech wiemy. Którym wi˛ c z pier´cieni mo˙ e by´ ten, tak chciwie e s z c przez wroga po˙ adany? z˛ To prawda, ze szmat czasu dzieli Rzek˛ od Góry, czyli chwil˛ , gdy Pier´cie´ ˙ e e s n został zgubiony, od tej, kiedy go odnaleziono. Dopiero w ostatnich latach M˛ drcy e zdolali nareszcie wypełni´ pusta kart˛ swojej wiedzy. Niestety, za pó´ no. Niec ˛ e z przyjaciel bowiem był ju˙ tak˙ e na tropie, i to bli˙ ej jeszcze, ni˙ si˛ obawiałem. z z z z e Szcz˛ scie przynajmniej, ze nie wcze´niej ni˙ w tym roku — tego lata, jak si˛ zdaje e´ ˙ s z e — dowiedział si˛ wszystkiego. e Niektórzy z obecnych pami˛ taja zapewne, ze przed laty odwa˙ yłem si˛ przee ˛ ˙ z e stapi´ bramy Czarnkosi˛ znika z Dol Guldur, potajemnie wybadałem jego sekrety ˛ c e˙ i znalazłem potwierdzenie naszych obaw: Czarnoksi˛ znik to nie kto inny, lecz e˙ Sauron, odwieczny nasz Nieprzyjaciel, który w ko´ cu przybrał widoma posta´ n ˛ c i wzmógł si˛ na siłach. Niektórzy z obecnych przypominaja te˙ sobie, ze Saruman e ˛ z ˙ odradzał nam jawna walk˛ z Sauronem i ze dlatego przez długi czas poprzestawa˛ e ˙ ´ li´my na sledzeniu go tylko. Pó´ niej wszak˙ e, kiedy cie´ rozrósł si˛ gro´ nie, Sas z z n e z ruman dał si˛ przekona´ , Rada wystapiła zbrojnie i wyparła złe moce z Mrocznej e c ˛ Puszczy — a stało si˛ to tego samego roku, w którym został znaleziony Pier´cie´ . e s n Dziwny przypadek. . . je´li to był przypadek! s Ale podj˛ li´my walk˛ za pó´ no, co zreszta Elrond jasno przewidział. Sauron e s e z ˛ 254

´ sledził nas nawzajem i od dawna zbroił si˛ do odparcia naszych ciosów, rzadzac e ˛ ˛ Mordorem z dala za po´rednictwem Minas Morgul, gdzie osadził dziewi˛ ciu swos e ich słu˙ alców, dopóki wszystko nie było w pogotowiu. Cofnał si˛ przed nami, lecz z ˛ e to była tylko pozorna ucieczka, a wkrótce potem przybył do Czarnej Wie˙ y i poz kazał si˛ jawnie. Wówczas po raz ostatni zebrała si˛ Rada, bo ju˙ wiedzieli´my, e e z s ze Nieprzyjaciel coraz usilniej szuka Jedynego Pier´cienia. Obawiali´my si˛ , ze ˙ s s e ˙ ma jakie´ o nim wiadomo´ci, nam nie znane. Saruman wszak˙ e przeczył temu, s s z powtarzajac to, co zawsze mówił, i˙ Jedynego Pier´cienia nikt nigdy ju˙ nie znaj˛ z s z ´ dzie na obszarze Sródziemia. „W najgorszym razie — powiadał — Nieprzyjaciel wie, i˙ my Pier´cienia nie mamy i ze wcia˙ jeszcze nic o nim nie wiadomo. Ale z s ˙ ˛z my´li, ze ka˙ da zguba mo˙ e si˛ odnale´ c. Nie bójcie si˛ ! Zawiedzie go ta nadzieja. s ˙ z z e z´ e Czy˙ nie zgł˛ biłem tej sprawy do gruntu? Pier´cie´ wpadł w to´ Wielkiej Anduz e s n n iny; dawno temu, podczas gdy Sauron spał, Rzeka zaniosła swój łup do Morza. I tam niech spoczywa na wieki”.

Gandalf umilkł spogladajac z ganku na wschód, ku odległym szczytom Gór ˛ ˛
Mglistych, pod których pot˛ znymi korzeniami przez długie lata le˙ ało ukryte niee˙ z ´ bezpiecze´ stwo dla swiata. n Westchnał. ˛ — Popełniłem bład — rzekł. — Dałem si˛ u´pi´ słowami Sarumana Madrego, ˛ e s c ˛ a powinienem był wcze´niej dociec prawdy; wówczas mniej byliby´my zagro˙ eni. s s z — Wszyscy´my zbładzili — rzekł Elrond — i gdyby nie twoja czujno´c, kto s ˛ s´ wie, czy ciemno´ci ju˙ by nas nie ogarn˛ ły. Ale mów dalej! s z e — Od poczatku nurtowały mnie watpliwo´ci — podjał Gandalf — nie uza˛ ˛ s ˛ sadnione zadna wyra´ na przyczyna, i chciałem koniecznie dowiedzie´ si˛ , jakim ˙ ˛ z ˛ ˛ c e sposobem Gollum zdobył Pier´cie´ i jak długo miał go w posiadaniu. Czatowas n łem wi˛ c na niego, przypuszczajac, ze wkrótce wyjdzie z mroków podziemi na e ˛ ˙ poszukiwanie swojego skrbu. Wyszedł, lecz wymknał si˛ i nie mogłem go odna˛ e le´ c. Pó´ niej za´ — niestety! — zaniechałem sprawy, czuwajac tylko i czekajac, z´ z s ˛ ˛ jak to a˙ nazbyt cz˛ sto czynili´my. z e s Czas płynał, niósł z soba rozliczne troski, a˙ wreszcie znów w moim sercu ˛ ˛ z ocknał si˛ niepokój i urósł nagle do rozmiarów strachu. Skad pochodził Pier´cie´ ˛ e ˛ s n hobbita? A je´li moje obawy były słuszne, co z nim zrobi´ ? Na to pytanie mus c siałem sobie odpowiedzie´ . Lecz nikomu jeszcze nie zwierzyłem swego leku, bo c rozumiałem niebezpiecze´ stwo słowa szepni˛ tego nie w por˛ i trafiajacego do n e e ˛ niewła´ciwych uszu. We wszystkich długich wojnach z Czarna Wie˙ a najgro´ s ˛ z˛ z niejszym wrogiem była zawsze zdrada.

Działo si˛ to przed siedemnastu laty. Zauwa˙ yłem, ze mnóstwo szpiegów e z ˙
255

wszelkiego pokroju, nawet spo´ród zwierzat i ptaków, kr˛ ci si˛ wokół kraju hobbis ˛ e e tów, i zlakłem si˛ tym bardziej. Wezwałem na pomoc Dunedainów, którzy zdwoili ˛ e czujno´c; otworzyłem serce przed Aragornem, dziedzicem Isildura. s´ — A ja — odezwał si˛ Aragorn — poradziłem mu wspólnie szuka´ Gollue c ma, chocia˙ mogło si˛ wydawa´ , ze ju˙ na to za pó´ no. Poniewa˙ za´ uznałem z e c ˙ z z z s za słuszne, by dziedzic Isildura przyczynił si˛ do naprawienia bł˛ dów Isildura, e e udałem si˛ wraz z Gandalfem na długie, beznadziejne poszukiwania. e Z kolei Gandalf opowiedział, jak przemierzali Dzikie Kraje a˙ po Góry Cienia z i po granice Mordoru. — Tam doszły nas słuchy o Gollumie i zgadywali´my, ze musiał długi czas s ˙ przebywa´ w mroku gór, ale nie znale´ li´my go i w ko´ cu straciłem resztk˛ nac z s n e dziei. W rozpaczy pomy´lałem znów o pewnej próbie, która by rozstrzygn˛ ła mos e je watpliwo´ci tak, ze nie potrzebowałbym ju˙ szuka´ Golluma. Sam Pier´cie´ ˛ s ˙ z c s n mógł mi powiedzie´ , czy jest Jedynym. Przypomniałem sobie słowa, które padły c na Radzie, słowa Sarumana, wówczas puszczone mimo ucha. Nagle znów wyra´ nie usłyszałem je w gł˛ bi serca: „W ka˙ dy z Dziewi˛ ciu, Siedmiu i Trzech z e z e — mówił Saruman — wprawiono wła´ciwy kamie´ . W Jedyny — nie. Ten był s n gładki, nieozdobny, jak gdyby nale˙ ał do po´ledniejszych pier´cieni. Lecz jego z s s twórca wyrył na nim znaki, które kto´ biegły w tej sztuce umiałby dzi´ tak˙ e dos s z strzec i odczyta´ ”. c Nie mówił nam, jakie to były znaki. Któ˙ mógł to wiedzie´ ? Twórca Pierz c ´ scienia. A Saruman? Jakkolwiek wiedza jego si˛ gała gł˛ boko, musiała przecie˙ e e z mie´ jakie´ zródło. Czyja r˛ ka, prócz r˛ ki Saurona, dotykała Pier´cienia przed c s ´ e e s jego zagini˛ ciem? Tylko r˛ ka Isildura. Z takimi my´lami zaniechałem tropienia e e s Golluma i spiesznie udałem si˛ do Gondoru. Za dawnych czasów ch˛ tnie tam wie e tano przedstawicieli mojego bractwa, szczególnie Sarumana. Cz˛ sto przebywał e tam długo jako go´c władców kraju. Lecz mnie Denethor przyjał mniej zyczliwie s´ ˛ ˙ ni˙ dawniej i niech˛ tnie zezwolił na zbadanie przechowywanych starych pergaz e minów i ksiag. „Je˙ eli naprawd˛ szukasz, jak powiadasz, zapisków z dawnych ˛ z e ´ czasów i swiadectw o poczatkach tego pa´ stwa, czytaj! — rzekł. — Dla mnie bo˛ n wiem przeszło´c kryje mniej tajemnic ni´ li przyszło´c, i o nia si˛ tylko troskam. s´ z s´ ˛ e ´e Je˙ eli jednak nie znasz lepiej swojej sztuki od Sarumana, który długo sl˛ czał nad z tymi dokumentami, nie znajdziesz nic, czego bym nie wiedział ja, mistrz wiedzy o tym kraju”. Tak mi rzekł Denethor. A przecie˙ w jego archiwach było wiele dokumentów, z których dzi´ nikt prawie czyta´ nie umie, nawet najbieglejsi uczeni, bo stare pisma s c i j˛ zyki stały si˛ niezrozumiałe dla potomnych. Wiedz, Boromirze, i˙ w Minas e e z Tirith znajduje si˛ dokument, napisany własna r˛ ka Isildura, a nie odczytany od e ˛ e ˛ czasów upadku królów przez nikogo, prócz mnie i Sarumana. Albowiem Isildur nie odszedł natychmiast po wojnie z Mordorem, jak to powszechnie si˛ mówi. e — Mo˙ e tak si˛ mówi na północy — przerwał Gandalfowi Boromir. — z e 256

W Gondorze wszyscy wiedza, ze Isildur najpierw udał si˛ do Minas Anor i tam ˛ ˙ e przebywał czas jaki´ ze swoim bratankiem Meneldilem pouczajac go, nim mu s ˛ przekazał rzady w Południowym Królestwie. Wtedy te˙ posadził ostatni szczep ˛ z Białego Drzewa na pamiatk˛ swego brata. ˛ e — Wtedy te˙ sporzadził owe zapiski — powiedział Gandalf — i o tym zaz ˛ pomniano w Gondorze, jak si˛ zdaje. Dokument ten dotyczy bowiem Pier´cienia, e s a napisał Isildur te słowa: „Wielki Pier´cie´ ma pozosta´ odtad w dziedzictwie Północnego Królestwa, s n c ˛ ´ lecz swiadectwo o nim przechowywane b˛ dzie w Gondorze, gdzie zyja potomkoe ˙ ˛ wie Elendila, aby nigdy pami˛ c tych wielkich spraw nie zatarła si˛ w´ród ludzi”. e´ e s Dalej za´ Isildur opisał, jak wygladał Pier´cie´ w momencie, kiedy go znalazł. s ˛ s n „Kiedym go wział, był goracy, goracy jak ogie´ , i sparzył mi r˛ k˛ tak, ze ni˛ ˛ ˛ n e e ˙ gdy ju˙ pono nie pozb˛ d˛ si˛ w niej bólu. Wszak˙ e dzi´, kiedy to pisz˛ , ostygł z e e e z s e i, rzekłby´, skurczył si˛ , nie tracac wszak˙ e nic z pi˛ kno´ci ani te˙ z doskonałos e ˛ z e s z ´ sci kształtu. Wypisane na nim znaki, jaskrawe ongi niczym płomie´ , zblakły ju˙ n z i niełacno je dzi´ odczyta´ . Ryto je pismem elfów z Eregionu, bo w Mordorze s c nie znaja liter zdatnych do tak delikatnej roboty, lecz w mowie dla mnie niezro˛ zumiałej. Mniemam, ze to j˛ zyk Czarnego Kraju, nikczemny i prostacki. Jaka za´ ˙ e ˛ s klatw˛ wyra˙ a, nie wiem. Skopiuj˛ tu wszak˙ e owe znaki, nim zatra si˛ do cna. ˛ e z e z ˛ e Pier´cie´ by´ mo˙ e potrzebuje zaru Sauronowej r˛ ki, która, cho´ czarna, ogniem s n c z ˙ e c płonie, od czego zginał Gil-galad. My´l˛ , ze pewnie pismo by wystapiło znowu, ˛ se ˙ ˛ gdyby złoto rozgrza´ . Nie zamierzam jednak podejmowa´ tak wielkiego ryzyka, c c by nie uszkodzi´ klejnotu; po´ród dzieł Saurona to jedno jedyne wyszło z rak jego c s ˛ pi˛ kne. Lube mi jest, chociem je m˛ ka sroga przypłacił”. e e ˛ ˛ Kiedy to odczytałem, nie potrzebowałem ju˙ szuka´ wi˛ cej. Napis bowiem, z c e jak słusznie si˛ domy´lał Isildur, był w j˛ zyku Mordoru i sług Czarnej Wie˙ y. e s e z Tre´c jego znali´my ju˙ wcze´niej, gdy˙ owego dnia, gdy Sauron po raz pierwszy s´ s z s z ´ wło˙ ył Jedyny Pier´cie´ na palec, Kelebrimor, twórca Trzech, sledził go i podsłuz s n chał z daleka, jak tamten wymówił owe słowa; tym sposobem wydały si˛ od razu e niecne zamiary Saurona. Nie zwlekajac po˙ egnałem Denethora, lecz w drodze na północ otrzymałem ˛ z wiadomo´c z Lorien, ze Aragorn tamt˛ dy przechodził i ze odnalazł poczwar˛ , s´ ˙ e ˙ e zwana Gollumem. Tote˙ przede wszystkim ruszyłem na spotkanie z Aragornem, ˛ z ´ ciekawy, co mi powie. Nie smiałem nawet my´le´ o smiertelnych niebezpiecze´ s c ´ n stwach, które musiał odeprze´ samotnie. c — Nie trzeba o nich mówi´ wiele — rzekł Aragorn. — Nie uniknie oczyc wi´cie niebezpiecze´ stw człowiek, którego mus pchnie tu˙ pod Czarne Wrota s n z albo mu ka˙ e depta´ zioła Doliny Morgul. Ja tak˙ e w ko´ cu straciłem nadziej˛ z c z n e i zawróciłem ku domowi. Wtedy jednak traf zrzadził, ze niespodzianie znalazłem ˛ ˙ ´ to, czego szukałem: slady mi˛ kkich stóp na brzegu błotnistej sadzawki. Trop był e ´ z ´ swie˙ y i swiadczył, ze Gollum spieszył si˛ , nie szedł jednak ku Mordorowi, lecz ˙ e 257

´ stamtad odchodził. Scigałem go skrajem Martwych Bagien i wreszcie dopadłem. ˛ Zaczaiwszy si˛ nad stojacym rozlewiskiem i wypatrujac w wodzie, przyłapałem e ˛ ˛ Golluma ciemnym wieczorem. Cały był oblepiony zielonym mułem. Obawiam si˛ , ze nigdy mnie ten stwór nie pokocha, kiedy bowiem chciał kasa´ , obszedłem e ˙ ˛ c si˛ z nim do´c surowo. Nie otworzył do mnie g˛ by, chyba po to, zeby mnie z˛ bami e s´ e ˙ e naznaczy´ . Smiem rzec, i˙ z całej wyprawy ten marsz powrotny był najprzykrzejc ´ z szy, bom tego stwora musiał przed soba p˛ dzi´ z powrozem na szyi i kneblem ˛ e c w paszczy, póki głód i pragnienie go nie zmogły, i tak go prowadziłem ku Mrocznej Puszczy. Wreszcie dotarli´my do niej i przekazałem Golluma elfom, jak było s umówione. Rad si˛ pozbyłem jego towarzystwa, bo cuchnał. Mam nadziej˛ , ze e ˛ e ˙ wi˛ cej go w zyciu nie zobacz˛ . Gandalf wszak˙ e nadszedł i znalazł sił˛ , by z nim e ˙ e z e przeprowadzi´ długa rozmow˛ . c ˛ e — Tak — rzekł Gandalf — długa i m˛ czaca, ale nie bezowocna. Przede ˛ e ˛ ˛ ˛ wszystkim jego opowie´c o stracie Pier´cienia zgadzała si˛ z historia, która Bils´ s e ˛ ˛ bo przed chwila nam opowiedział, po raz pierwszy nic nie tajac. Mniejsza z tym ˛ ˛ zreszta; i tak domy´lałem si˛ prawdy. Wa˙ niejsze, ze wtedy dopiero dowiedzia˛ s e z ˙ łem si˛ od Golluma, i˙ znalazł Pier´cie´ w Wielkiej Rzece opodal Pól Gladden; e z s n dowiedziałem si˛ nadto, ze miał go bardzo długo w swym posiadaniu: przez okres e ˙ równy zyciu wielu pokole´ jego gatunku. Pot˛ ga Pier´cienia obdarzyła go długo˙ n e s wieczno´cia ponad zwykła miar˛ , a ti jest przywilej, którym darza tylko Wielkie s ˛ ˛ e ˛ Pier´cienie. s Je˙ eli nie do´c ci, Galdorze, tych dowodów, dorzuc˛ jeszcze inny, o którym ju˙ z s´ e z wspominałem. Na Pier´cieniu, który przed chwila widzieli´cie wzniesiony w r˛ ku s ˛ s e Froda, na gładkiej, niczym nie ozdobionej obraczce mo˙ na po dzi´ dzie´ odczyta´ ˛ z s n c słowa zapisane przez Isildura, lecz trzeba si˛ zdoby´ na sił˛ woli i wrzuci´ klejnot e c e c na chwil˛ w ogie´ . Zrobiłem to i odczytałem taki napis: „Ash nazg durbatuluk, e n ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatuluk agh burzum — ishi krimpatul”. Zdumiewajaca zmiana zaszła w głosie Czarodzieja. Zabrzmiał on nagle gro´ ˛ z nie, pot˛ znie, twardo jak kamie´ . Jak gdyby cie´ przesunał si˛ przez tarcz˛ e˙ n n ˛ e e słoneczna, cały ganek na mgnienie oka zaległa ciemno´c. Wszystkich dreszcz ˛ s´ wstrzasnał, elfy za´ pozatykały uszy. ˛ ˛ s — Nigdy jeszcze nikt nie wa˙ ył si˛ w Imladris wymówi´ słowa w tym j˛ zyku, z e c e Gandalfie Szary! — powiedział Elrond, kiedy cie´ pierzchnał, a zebranym dech n ˛ wrócił w piersi. — Miejmy nadziej˛ , ze nigdy wi˛ cej i nikt tym j˛ zykiem tutaj nie przemówi e ˙ e e — odparł Gandalf. — Mimo to nie b˛ d˛ ci˛ , Elrondzie, przepraszał za to, co e e e zrobiłem. Je´li bowiem ta mowa nie ma rozbrzmiewa´ wkrótce po wszystkich s c zakatkach zachodu, musicie wyzby´ si˛ wszelkich watpliwo´ci i by´ pewni, ze ˛ c e ˛ s c ˙ Czarodziej nie omylił si˛ co do tego Pier´cienia: to jest klejnot Nieprzyjaciela, e s zawierajacy jego przewrotna moc; w nim jest zakl˛ ty sekret jego dawnej pot˛ gi. ˛ ˛ e e Z tamtych Czarnych Lat doszły nas słowa, które podsłuchał złotnik z Eregionu 258

i które mu ujawniły zdrad˛ Saurona. „jeden by wszystkimi rzadzi´ , Jeden, by e ˛ c wszystkie odnale´ c, Jeden, by wszystkie zgromadzi´ i w ciemno´ci zwiaza´ ”. . . z´ c s ˛ c Wiedzcie te˙ , przyjaciele, ze nie tylko tego dowiedziałem si˛ od Golluma. z ˙ e Wzdragał si˛ , nie chciał mówi´ , gmatwał swoja opowie´c, lecz niewatpliwie był e c ˛ s´ ˛ w Mordorze, a tam zmuszono go do wygadania wszystkiego, co mu było wiadome. Tote˙ Nieprzyjaciel wie teraz, ze Jedyny Pier´cie´ został odnaleziony, ze z ˙ s n ˙ przechowywał si˛ długie lata w Shire. Słudzy Saurona tropili Pier´cie´ niemal e s n pod sam próg tego domu, wkrótce wi˛ c Sauron dowie si˛ — je´li ju˙ nie wie w tej e e s z chwili — ze jego skarb jest tu, w´ród nas. ˙ s

Chwil˛ trwało milczenie, potem odezwał si˛ Boromir: e e
— Powiadasz, ze ten Gollum to małe stworzenie? Mo˙ e, ale szkod˛ wyrzadził ˙ z e ˛ wielka. Co si˛ z nim stało? Na jaka skazali´cie go kar˛ ? ˛ e ˛ s e — Na nic gorszego ni˙ uwi˛ zienie — odparł Aragorn. — Du˙ o wycierpiał. z e z ´ Niechybnie brano go na tortury, smiertelny strach przed Sauronem przytłacza mu serce. Co do mnie, rad jestem, ze elfy trzymaja go pod kluczem w Mrocznej Pusz˙ ˛ czy. To bardzo zło´liwa sztuka, przewrotno´c daje mu sił˛ , jakiej by si˛ nikt nie s s´ e e spodziewał w tak wychudłym i zwi˛ dłym ciele. Mógłby jeszcze wiele nabroi´ , e c gdyby był wolny. Nie watpi˛ te˙ , ze wyprawiono go z Mordoru w jakiej´ nik˛ e z ˙ s czemnej misji. — Biada! Biada! — krzyknał Legolas, a na pi˛ knej twarzy elfa odmalowała ˛ e si˛ gł˛ boka troska. — Pora, widz˛ , na nowiny, z którymi mnie tu przysłano. Nie e e e sa pomy´lne, lecz dopiero teraz zrozumiałem, jak gro´ ne wydadza si˛ wszystkim ˛ s z ˛ e tu zebranym. Smeagol zwany Gollumem uciekł! — Uciekł! — zawołał Aragorn. — To zaiste zła nowina. Obawiam si˛ , ze e ˙ gorzko tego po˙ ałujemy. Jak si˛ to stało, ze plemi˛ Thranduila nie dopełniło poz e ˙ e wierzonego zadania? — Nie przez brak czujno´ci — rzekł Legolas — lecz, by´ mo˙ e, przez zbytek s c z pobła˙ ania. Podejrzewamy te˙ , ze je´ cowi dopomógł kto´, kto wi˛ cej o naszych z z ˙ n s e poczynaniach wie, ni˙ by´my pragn˛ li. Na zyczenie Gandalfa strzegli´my tego z s e ˙ s stwora dniem i noca, chocia˙ uprzykrzył nam si˛ bardzo ten obowiazek. Gandalf ˛ z e ˛ jednak przekonywał nas, ze nie nale˙ y traci´ nadziei na uzdrowienie Golluma, ˙ z c wi˛ c serce nie pozwalało trzyma´ go stale w podziemnych lochach, gdzie pewnie e c by znów opadły nieszcz˛ snika dawne czarne my´li. e´ s — Dla mnie byli´cie mniej tkliwi — odezwał si˛ Gloin, a w oczach jego zapas e lił si˛ błysk na wspomnienie dawnej niewoli w podziemiach króla le´nych elfów. e s — Daj˙ e spokój! — rzekł Gandalf. — Prosz˛ ci˛ , mój zacny Gloinie, nie przez e e rywaj. Nie wracajmy do starych nieporozumie´ , od lat ju˙ wyja´nionych. Je˙ eli n z s z wszystkie niesnaski dzielace krasnoludy i elfów mamy wyciaga´ na tej radzie, to ˛ ˛ c lepiej od razu ja rozwia˙ my. ˛ ˛z 259

Gloin wstał i ukłonił si˛ , a Legolas ciagnał dalej: e ˛ ˛ — W dnie pogodnie wyprowadzali´my Golluma na przechadzk˛ po lesie. Bys e ło tam drzewo wysokie, rosnace samotnie w pewnej odległo´ci od innych, na któ˛ s re Gollum lubił si˛ wdrapywa´ . Cz˛ sto pozwalali´my mu włazi´ a˙ na najwy˙ sze e c e s c z z ´ z gał˛ zie, by poczuł swie˙ e tchnienie wiatru; zawsze jednak zostawiali´my wart˛ e s e pod drzewem. Którego´ dnia Gollum nie chciał zej´c, a wartownicy nie kwapili s s´ si˛ włazi´ po niego na drzewo: stwór nauczył si˛ czepia´ gał˛ zi stopami równie e c e c e dobrze jak r˛ kami. Siedzieli wi˛ c pod drzewem do pó´ na w noc. e e z Tej wła´nie nocy ciepłej, lecz bezksi˛ zycowej i bezgwiezdnej napadli nas znies e˙ nacka orkowie. Czas jaki´ trwała walka, nim ich odparli´my, było ich bowiem wies s lu i atakowali w´ciekle; przyszli jednak zza gór, nie umieli si˛ porusza´ w puszczy. s e c Po bitwie stwierdzili´my, ze Gollum zniknał, wartowników za´ wybito lub upros ˙ ˛ s wadzono. Wtedy zrozumieli´my, ze napa´c miała na celu odbicie Golluma i ze on s ˙ s´ ˙ z góry o niej wiedział. Jakim sposobem to uknuto, nie mamy poj˛ cia, lecz Gollum e jest przebiegły, a Nieprzyjaciel ma wielu szpiegów. Wiele złych stworów, wyp˛ e dzonych w roku upadku Smoka, powróciło i Mroczna Puszcza znowu stała si˛ e siedliskiem zła, z wyjatkiem tej cz˛ sci, która my władamy. ˛ e´ ˛ Nie udało si˛ nam pochwyci´ zbiega. Znale´ li´my w´ród mnóstwa tropów ode c z s s ´ ci´ni˛ tych stopami orków slady jego nóg; prowadziły w głab puszczy, na południe. s e ˛ ´ Wkrótce wszak˙ e trop si˛ urywał i nie smieli´my go szuka´ dalej, bo zaszli´my z e s c s ju˙ w pobli˙ e Dol Guldur, a to bardzo gro´ ne miejsce i nigdy si˛ tam nie zapuszz z z e czamy. — Ano tak, uciekł — rzekł Gandalf. — Nie mamy teraz czasu na poszukiwania. Gollum zrobi, co zechce. Mo˙ e jednak odegra jeszcze kiedy´ rol˛ , o której z s e dzi´ wcale nie my´li i której mu Sauron nie przeznaczył. s s Chc˛ teraz odpowiedzie´ z kolei na drugie pytanie Galdora. Co si˛ dzieje z Sae c e rumanem? Co on nam doradza w tej ci˛ zkiej potrzebie? Musz˛ opowiedzie´ cała e˙ e c ˛ histori˛ od poczatku, bo na razie tylko Elrond ja słyszał, a i to jedynie pokrótce; e ˛ ˛ zawa˙ y z pewno´cia na decyzjach, które mamy dzi´ powzia´ . Oto ostatni rozdział z s ˛ s ˛c dotychczasowej historii Pier´cienia. s Pod koniec czerwca byłem w Shire, lecz chmura niepokoju cia˙ yła nad mo˛z im sercem, i wybrałem si˛ nad południowa granic˛ tego kraiku, bo przeczuwałem e ˛ e niebezpiecze´ stwo, ukryte jeszcze przede mna, ale coraz to bli˙ sze. Tam doszły n ˛ z mnie wie´ci o wojnie i kl˛ sce w Gondorze, a gdy usłyszałem o Czarnym Cieniu, s e zimny dreszcz przeszył mi serce. Nie spotkałem nikogo prócz kilku uciekinierów z południa, lecz miałem wra˙ enie, ze gn˛ bi ich jaki´ strach, o którym nie chca z ˙ e s ˛ mówi´ . Pospieszyłem z kolei na wschód i na północ, w˛ drujac Zielona Scie˙ ka; c e ˛ ˛´ z ˛ niedaleko od Bree natknałem si˛ na podró˙ nego, siedzacego na przydro˙ nym wa˛ e z ˛ z le, podczas gdy jego wierzchowiec pasł si˛ obok na trawie. Był to Radagast Bury, e który niegdy´ mieszkał w Rhosgobel, niemal na skraju Mrocznej Puszczy. Nale˙ y s z on do tego samego co ja bractwa, lecz nie widzieli´my si˛ od wielu lat. s e 260

„Gandalf! — wykrzyknał. — Wła´nie do ciebie jad˛ ! Nie znam jednak tych ˛ s e stron. Dowiedziałem si˛ tylko, ze nale˙ y ci˛ szuka´ w jakiej´ dzikiej okolicy, noe ˙ z e c s szacej barbarzy´ ska nazw˛ Shire”. ˛ n ˛ e „Twoje informacje sa zgodne z prawda — odpowiedziałem — ale prosz˛ ci˛ , ˛ ˛ e e nie wyra˙ aj si˛ w ten sposób, je˙ eli spotkasz którego´ z tutejszych obywateli. z e z s Znajdujesz si˛ ju˙ blisko granicy Shire’u. Czego sobie ode mnie zyczysz? Sprae z ˙ wa z pewno´cia jest pilna. Nigdy nie lubiłe´ podró˙ owa´ , chyba ze ci˛ do tego s ˛ s z c ˙ e zmuszały wa˙ ne powody”. z „Sprawa jest palaca — odrzekł mi — a nowiny złe! — Obejrzał si˛ , jakby ˛ e w obawie, ze krzaki maja uszy. — Nazgule! — szepnał. — Dziewi˛ ciu znów kra˙ ˛ ˛ e ˛ ´ zy po swiecie. Przeprawili si˛ chyłkiem przez Rzek˛ i skierowali ku zachodowi. ˙ e e Przybrali posta´ je´ d´ ców w czerni”. c z z Wtedy zrozumiałem, ze tego si˛ wła´nie l˛ kałem, chocia˙ nie´wiadomie. ˙ e s e z s „Nieprzyjaciel wida´ czym´ si˛ zaniepokoił i goraczkowo da˙ y do jakiego´ c s e ˛ ˛z s okre´lonego celu — rzekł Radagast. — Nie mog˛ tylko zgadna´ , czego mo˙ e s e ˛c z szuka´ w tak dalekich i odludnych stronach”. c „Jakie strony masz na my´li?” — spytałem. s „Mówiono mi, ze je´ d´ cy, gdziekolwiek si˛ zjawia, pytaja o kraj zwany Shi˙ z z e ˛ ˛ re”. „O Shire! — powtórzyłem i serce mi si˛ scisn˛ ło. Bo nawet M˛ drca mo˙ e e´ e e z strach ogarna´ , je´li ma stawi´ czoło Dziewi˛ ciu, zjednoczonym pod rozkazami ˛c s c e okrutnego wodza. Był on niegdy´ wielkim królem i czarownikiem, a dzi´ włada s s pot˛ ga smiertelnej grozy. — Kto ci to mówił i kto ci˛ przysyła?” — spytałem. e ˛´ e „Saruman Biały — odparł Radagast. — Kazał mi rzec, i˙ gotów jest pomóc, z je´li ci pomocy trzeba, ale musisz zwróci´ si˛ do niego bez zwłoki, nim b˛ dzie za s c e e pó´ no”. z Te słowa wzbudziły we mnie nadziej˛ . Albowiem Saruman Biały jest w nae szym gronie najmo˙ niejszy. Radagast to oczywi´cie bardzo szanowny czarodziej, z s mistrz w zmienianiu postaci i barw; zna dobrze wszelkie zioła i zwierz˛ ta, a szczee gólnie przyja´ ni si˛ z ptakami. Ale Saruman z dawna badał sztuki uprawiane przez z e Nieprzyjaciela, dzi˛ ki czemu nieraz mogli´my je udaremni´ . Wła´nie rady Sarue s c s mana pomogły nam ongi wygna´ Nieprzyjaciela z Dol Guldur. Przypuszczałem c wi˛ c, ze mo˙ e odkrył jaki´ or˛ z, zdolny pokona´ Dziewi˛ ciu. e ˙ z s e˙ c e „Id˛ do Sarumana” — powiedziałem. e „Nie zwlekaj ani chwili — odparł Radagast — bo straciłem du˙ o czasu na z szukanie ciebie i niewiele go ju˙ zostało. polecono mi, zebym ci˛ znalazł przed z ˙ e letnim przesileniem, a ten dzie´ wła´nie mamy dzisiaj. Nawet je˙ eli natychmiast n s z ruszysz najkrótsza droga stad, nim dojedziesz, Dziewi˛ ciu pewnie zda˙ y odkry´ ˛ ˛ ˛ e ˛z c ów poszukiwany kraj. Co do mnie, wracam nie czekajac”. ˛ Z tymi słowy skoczył na konia i zaraz chciał ruszy´ w drog˛ . c e

261

„Chwileczk˛ ! — zawołałem. — B˛ dziemy potrzebowali twojej pomocy i poe e mocy wszelkich stworze´ dobrej woli. Roze´lij wie´ci do zwierzat i ptaków, które n s s ˛ sa z toba w przyja´ ni. Ka˙ im zbiera´ wiadomo´ci, majace zwiazek z ta sprawa, ˛ ˛ z z c s ˛ ˛ ˛ ˛ i zanosi´ je do Gandalfa i Sarumana. Niech przysyłaja go´ ców do Orthanku”. c ˛ n „Zrobi˛ to” — odparł i ruszył z kopyta, jakby go Dziewi˛ ciu goniło. e e ´ Nie mogłem natychmiast pój´c jego sladem. Miałem za soba˛ długa˛ jazd˛ s´ e tego dnia i byłem zm˛ czony nie mniej od konia, a chciałem te˙ rozwa˙ y´ połoe z z c zenie. Przenocowałem w Bree i doszedłem do wniosku, ze nie mog˛ traci´ czasu ˙ ˙ e c na wst˛ powanie do Shire’u. Nigdy w zyciu nie popełniłem ci˛ zszego bł˛ du! Nae ˙ e˙ e pisałem jednak do Froda list i powierzyłem jego wysłanie wła´cicielowi gospody, s ´ memu przyjacielowi. O swicie ruszyłem w drog˛ i po długiej podró˙ y w ko´ cu e z n dojechałem do siedziby Sarumana. Znajduje si˛ ona daleko na południu, w Isene gardzie, w ko´ cu ła´ cucha Gór Mglistych, opodal Bramy Rohanu. Boromir mon n ze nam wyja´ni´ , ze jest to ogromna, otwarta dolina mi˛ dzy Górami Mglistymi ˙ s c ˙ e a północnym kra´ cem Ered Nimrais, Białych Gór jego ojczyzny. Isengard to obn r˛ cz nagich skał zamykajacych zwartym murem kotlin˛ , po´rodku której wznosi e ˛ e s si˛ Kamienna Wie˙ a zwana Orthankiem. Nie Saruman ja zbudował, lecz ludzie e z ˛ z Numenoru przed wielu laty; pi˛ trzy si˛ wysoko i ma mnóstwo skrytek, mimo to e e nie wyglada na dzieło przemy´lnych rak. Nie ma do niej innego dost˛ pu ni˙ przez ˛ s ˛ e z mur Isengardu, w którym istnieje jedna jedyna brama. Stanałem u tej bramy pó´ nym wieczorem; jest to pot˛ zny sklepiony tunel ˛ z e˙ w skale, zawsze obstawiony przez stra˙ e. Wartownicy jednak byli uprzedzeni z o moim przyje´ dzie i oznajmili, ze Saruman mnie oczekuje. Wjechałem pod sklez ˙ pienie, a kiedy brama cicho zamkn˛ ła si˛ za mna, ogarnał mnie nagle strach, choe e ˛ ˛ cia˙ nie rozumiałem jego powodów. z Podjechałem pod wie˙ e, do stóp schodów; Saruman wyszedł na moje spotkaz˛ nie i poprosił na gór˛ do swojej pi˛ knej komnaty. Na palcu miał pier´cie´ . e e s n „A wi˛ c jeste´, Gandalfie!” — rzekł z powaga, lecz w jego zrenicach błysn˛ ła e s ˛ ´ e ´ biała skra, jakby w sercu przyczaił si˛ zimny smiech. e „Jestem — odparłem. — Przybyłem po twoja pomoc, Sarumanie Biały”. ˛ Wydało mi si˛ , ze wzdrygnał si˛ gniewnie, słyszac to miano. e ˙ ˛ e ˛ „Czy to aby prawda, Gandalfie Szary? — spytał szyderczo. — Szukasz pomocy? Niesłychana to rzecz, by o pomoc prosił Gandalf Szary, m˛ drzec taki uczony e ´ i przebiegły, co zwykł kr˛ ci´ si˛ po swiecie i miesza´ do wszystkiego, do swoich e c e c i nie swoich spraw”. Patrzyłem na niego zdumiony. ´ „Je˙ eli si˛ nie myl˛ — odpowiedziałem — dzieja si˛ teraz na swiecie rzeczy, z e e ˛ e które wymaga´ b˛ da zjednoczenia wszystkich naszych sił”. c e ˛ „By´ mo˙ e — odparł — ale poniewczasie wpadłe´ na t˛ my´l. Ciekaw jestem, c z s e s 262

od jak dawna taisz przede mna, cho´ jestem głowa Rady, sprawy najwy˙ szej wagi? ˛ c ˛ z Co ci˛ dzi´ sprowadza z twojej kryjówki w Shire?” e s „Dziewi˛ ciu pokazało si˛ znów — odrzekłem. — Przeprawili si˛ przez Rzek˛ . e e e e Tak mówił Radagast”. „Radagast Bury! — za´miał si˛ Saruman nie kryjac ju˙ pogardy. — Radagasts e ˛ z -ptasznik! Radagast-prostak! Radagast-dure´ ! A przecie˙ starczyło mu dowcipu, n z zeby odegra´ rol˛ , która mu wyznaczyłem. Przybyłe´, Gandalfie, a to wła´nie ˙ c e ˛ s s chciałem osiagna´ wysyłajac Radagasta. Jeste´ i zostaniesz tutaj, Gandalfie Szary, ˛ ˛c ˛ s do ko´ ca swoich dni. Albowiem ja jestem Saruman-M˛ drzec, Saruman-twórca n e pier´cieni, Saruman wielu barw”. s Spojrzałem wtedy na niego i zobaczyłem, ze szaty, które zrazu wydawały si˛ ˙ e białe, wcale nie sa białe, lecz utkane z wszystkich kolorów i mienia si˛ , grajac ˛ ˛ e ˛ barwami ol´niewajaco przy ka˙ dym poruszeniu fałd. s ˛ z „Wolałem ci˛ z bieli” — powiedziałem. e „Biel! — krzyknał drwiaco. — Biel dobra jest tylko na poczatek. Biała tkanin˛ ˛ ˛ ˛ ˛ e ´ mo˙ na ufarbowa´ . Biała kartk˛ mo˙ na zapisa´ . Białe swiatło mo˙ na rozszczepi´ ”. z c ˛ e z c z c „Ale wtedy przestaje by´ białe — odparłem. — A kto psuje jaka´ rzecz, zeby c ˛s ˙ ´ z lepiej pozna´ jej istot˛ , ten zbacza ze scie˙ ek madro´ci”. c e ˛ s „Nie przemawiaj do mnie tak, jak zwykłe´ mówi´ do głupców, z którymi si˛ s c e przyja´ nisz — powiedział Saruman. — Nie sprowadziłem ci˛ tutaj, by słucha´ z e c twoich nauk, ale po to, zeby ci da´ do wyboru dwie drogi”. ˙ c Wyprostował si˛ i zaczał deklamowa´ tak, jakby wygłaszał z dawna przygoe ˛ c towana mow˛ : ˛ e „Dawne Dni przemin˛ ły. Srednie Dni przemijaja. Switaja Dni Nowe. Czas e ´ ˛ ´ ˛ ´ elfów ju˙ si˛ sko´ czył, zbli˙ a si˛ nasz czas: swiat ludzi, którymi my powinni´my z e n z e s rzadzi´ . Na to wszak˙ e trzeba nam pot˛ gi, by´my we wszystkim mogli narzuci´ ˛ c z e s c swoja wol˛ , a to dla dobrych celów, które jedynie M˛ drcy umieja dostrzec. ˛ e e ˛ Słuchaj mnie, Gandalfie, stary przyjacielu i pomocniku mój! — rzekł zbli˙ ajac z ˛ si˛ do mnie i łagodzac ton głosu. — Powiedziałem: my, albowiem rzadzi´ b˛ dziee ˛ ˛ c e my obaj, je˙ eli zechcesz ze mna si˛ sprzymierzy´ . Nowa pot˛ ga ro´nie. Przeciw z ˛ e c e s ´ niej dawni sojusznicy i dawne srodki nic nie wskóraja. Nie mo˙ na pokłada´ na˛ z c dziei w elfach ani w wymierajacym Numenorze. Jedna tylko droga jest przed toba, ˛ ˛ przed nami. Przyłaczmy si˛ do nowej pot˛ gi. Tak nakazuje madro´c, Gandalfie. ˛ e e ˛ s´ To droga nadziei. Lada dzie´ tamta pot˛ ga zatryumfuje, a ci, którzy przyczynia n e ˛ si˛ do jej zwyci˛ stwa, otrzymaja hojne nagrody. Kiedy pot˛ ga ta wzro´nie, wraz e e ˛ e s z nia wzrosna jej wypróbowani sprzymierze´ cy, a M˛ drcy, jak ty i ja, z czasem ˛ ˛ n e potrafia ja cała opanowa´ i kierowa´ jej działaniem. B˛ dziemy musieli przeczeka´ ˛ ˛ ˛ c c e c cierpliwie, tai´ nasze prawdziwe my´li na dnie serca, mo˙ e opłakiwa´ niegodzic s z c wo´ci, których nie da si˛ unikna´ po drodze, majac wszak˙ e wcia˙ na oku godny, s e ˛c ˛ z ˛z wzniosły, ostateczny cel: Wiedz˛ , Władz˛ , Ład — co dotychczas daremnie usie e łujemy osiagna´ , bo przeszkadzaja nam, zamiast pomaga´ , nasi słabi lub gnu´ni ˛ ˛c ˛ c s 263

przyjaciele. Nie wymaga to wi˛ kszych zmian naszych celów — których te˙ nie e z ´ zmienimy — lecz tylko zmiany srodków”. „Sarumanie — odparłem — słyszałem ju˙ podobna mow˛ , lecz jedynie z ˛ e w ustach wysłanników Mordoru, którzy próbowali omami´ nie´wiadome umyc s sły. Nie mog˛ uwierzy´ , ze´ mnie sprowadził z daleka po to tylko, by m˛ czy´ e c ˙ s e c moje uszy”. Spojrzał na mnie z ukosa i milczał chwil˛ , jakby si˛ namy´lał. e e s „Widz˛ , ze droga rozsadku nie zyskała twojego uznania — rzekł. — A mo˙ e e ˙ ˛ z wstrzymujesz si˛ z wyborem? Wstrzymujesz si˛ , bo kto wie, czy nie ma lepszego e e wyj´cia? — Zbli˙ ył si˛ i poło˙ ył swoja długa dło´ na moim ramieniu. — Czemu˙ s z e z ˛ ˛ n z by nie? — szepnał. — Pier´cie´ Władzy! Gdyby´my nim rozporzadzali, pot˛ ga ˛ s n s ˛ e przeszłaby w nasze r˛ ce. Oto, po co ci˛ naprawd˛ wezwałem. Mam bowiem wiele e e e par oczu na swoje usługi i jestem przekonany, ze ty wiesz, gdzie si˛ znajduje ów ˙ e klejnot. Nie myl˛ si˛ , prawda? Dlaczegó˙ to Dziewi˛ ciu dopytuje si˛ o Shire? Co e e z e e ty masz wcia˙ do roboty w tym kraiku?” ˛z Kiedy to mówił, oczy mu nagle zapłon˛ ły po˙ adliwo´cia, której nie zdołał e z˛ s ˛ ukry´ . c „Sarumanie — powiedziałem odsuwajac si˛ od niego. — Jedynym Pier´cie˛ e s niem mo˙ e rozporzadza´ tylko jedna r˛ ka, wiesz to dobrze, nie zadawaj wi˛ c sobie z ˛ c e e trudu mówiac „my”. Nie, ja Pier´cienia nie wydam, nic ci o nim nie powiem, sko˛ s ro ju˙ poznałem twoje my´li. Byłe´ głowa Rady, lecz teraz odsłoniłe´ wreszcie z s s ˛ s swoje prawdziwe oblicze. Rozumiem ju˙ , mam do wyboru podda´ si˛ Sauronowi z c e albo tobie. Nie pójd˛ zadna z tych dwóch dróg. Czy masz trzecia do ofiarowania?” e˙ ˛ ˛ Saruman był teraz zimny i gro´ ny. z „Tak — odparł. — Nie spodziewałem si˛ , by´ wybrał rozumnie, nawet we e s własnym interesie. Dałem ci mimo to mo˙ liwo´c przyj´cia mi z pomoca dobroz s´ s ˛ wolnie, bo w ten sposób oszcz˛ dziłby´ sobie du˙ o cierpie´ i kłopotów. Trzecia e s z n droga? Zostaniesz tutaj a˙ do ko´ ca”. z n „Do jakiego ko´ ca?” n ´ „Póki nie wyznasz mi, gdzie jest Jedyny Pier´cie´ . Znajd˛ pewnie srodki, zes n e ˙ by ci rozwiaza´ j˛ zyk. Ale dopóty, dopóki nie odszukam Pier´cienia bez twojej ˛ c e s pomocy, dopóki pó´ niej Władca nie b˛ dzie mógł po´wi˛ ci´ cennego czasu na łaz e s e c twiejsze sprawy, takie jak na przykład obmy´lenie stosownej zapłaty dla Gandalfa s Szarego za jego opór i zuchwalstwo”. „To si˛ mo˙ e okaza´ wcale niełatwe” — rzekłem, ale on wy´miał mnie, wiee z c s dzac, ze to sa czcze słowa. ˛ ˙ ˛

Zawlekli mnie na szczyt wie˙ y i zostawili samego na miejscu, z którego Saruz
´ man zazwyczaj sledzi gwiazdy. Nie ma stamtad innego zej´cia jak waskimi scho˛ s ˛ dami o tysiacu szczebli, a dolina wydaje si˛ z góry bardzo odległa. Patrzac w nia, ˛ e ˛ ˛ 264

zobaczyłem, ze gdzie dawniej było zielono i pi˛ knie, teraz ziały szyby i dymiły ˙ e ku´ nie. Wilki i orkowie zaludnili Isengard, bo Saruman na własna r˛ k˛ gromadził z ˛ e e wielka armi˛ , rywalizujac z Sauronem, któremu jeszcze si˛ nie oddał na słu˙ b˛ . ˛ e ˛ e z e Znad warsztatów bił czarny dym i spowijał mury wie˙ y Orthank. Stałem samotny z na wyspie po´ród morza chmur. Nie było dla mnie ucieczki, dni p˛ dziłem gorzs e kie w tej niewoli. Kostniałem z zimna, na ciasnym tarasie ledwie par˛ kroków e mogłem zrobi´ , rozmy´lajac w zgn˛ bieniu o je´ d´ cach, którzy da˙ yli na północ. c s ˛ e z z ˛z ´ Nie watpiłem, ze Dziewi˛ ciu naprawd˛ kra˙ y po swiecie, jakkolwiek nie słowa ˛ ˙ e e ˛z Sarumana, które mogły by´ kłamstwem, przekonały mnie o tym. Na długo przed c przybyciem do Isengardu spotykałem w´ród swoich w˛ drówek znaki nieomylne. s e Serce moje dr˛ czył l˛ k o przyjaciół z Shire’u, a jednak nie straciłem resztek nae e dziei. My´lałem, ze mo˙ e Frodo wyruszył w drog˛ niezwłocznie, posłuszny nales ˙ z e ganiom mojego listu, i dotarł do Rivendell, zanim okrutni prze´ladowcy odnale´ li s z jego trop. Ale zarówno l˛ k, jak nadzieja okazały si˛ nieuzasadnione. Nadziej˛ e e e bowiem opierałem na pewnym grubasie z Bree, a l˛ k na prze´wiadczeniu o chye s tro´ci Saurona. Tymczasem grubas handlujacy piwem miał za wiele na głowie, s ˛ a moc Saurona nie była jeszcze tak wielka, jak ja mój strach malował. Lecz za˛ mkni˛ temu w murach Isengardu samotnemu wi˛ zniowi niełatwo było uwierzy´ , e e´ c ze w dalekim Shire szcz˛ scie zawiedzie łowców, przed którymi wszystko, co zyje, ˙ e´ ˙ ucieka lub pada. — Widziałem ci˛ ! — krzyknał Frodo. — Chodziłe´ tam i sam. Ksi˛ zyc błysze ˛ s e˙ czał na twoich włosach. Gandalf umilkł i w zdumieniu spojrzał na hobbita. ´ — Widziałem to tylko we snie — rzekł Frodo — ale teraz nagle sobie ten sen przypomniałem. Jako´ mi zupełnie wyleciał z pami˛ ci. Było to do´c dawno, s e s´ wkrótce po opuszczeniu Shire’u. — W takim razie sen zamarudził po drodze — odparł Gandalf — jak si˛ sam e za chwil˛ przekonasz. Znajdowałem si˛ tedy w okropnym poło˙ eniu. Kto mnie e e z zna, ten po´wiadczy, ze niecz˛ sto zdarzały si˛ w moim zyciu równie ci˛ zkie ters ˙ e e ˙ e˙ miny i ze niełatwo godz˛ si˛ z taka dola. Gandalf Szary złowiony niby mucha ˙ e e ˛ ˛ w zdradzieckie paj˛ cze sidła! Ale nawet najsprytniejszy pajak usnuje niekiedy e ˛ bodaj jedna słaba nitk˛ . ˛ ˛ e Poczatkowo l˛ kałem si˛ , ze Radagast tak˙ e si˛ załamał; Saruman niewatpliwie ˛ e e ˙ z e ˛ chciał mi ten l˛ k zaszczepi´ . Lecz podczas krótkiego spotkania nie zauwa˙ yłem e c z w głosie i oczach Radagasta nic podejrzanego. Gdybym co´ takiego wyczuł, nie s kwapiłbym si˛ do Isengardu wcale albo przynajmniej zachowałbym wi˛ cej ostro˙ e e z no´ci. Saruman to rozumiał, tote˙ zataił przed wysłannikiem swoje prawdziwe s z zamiary i oszukał go. Zreszta w zaden sposób nie udałoby si˛ zacnego Radaga˛ ˙ e sta przekabaci´ i namówi´ do zdrady. W dobrej wierze powtórzył mi wezwanie c c i dlategom go posłuchał. Ale dzi˛ ki temu równie˙ cały plan Sarumana zawiódł. e z Radagast nie widział powodu, by nie spełni´ mojej pro´by: pojechał do Mrocznej c s 265

Puszczy, gdzie z dawien dawna ma mnóstwo przyjaciół. Górskie orły oblecia´ ´ ˛ ˛ ły kawał swiata i wypatrzyły niemało: wilcze wiece, sciagajace zast˛ py orków e i Dziewi˛ ciu Je´ d´ ców kr˛ cacych si˛ po kraju. Zasłyszały te˙ nowin˛ o ucieczce e z z e ˛ e z e Golluma. No, i wysłały do mnie go´ ców z tymi wiadomo´ciami. n s Tak si˛ stało, ze u schyłku lata pewnej ksi˛ zycowej nocy naj´miglejszy z ore ˙ e˙ s łów, Gwaihir P˛ dziwiatr, nieoczekiwanie zjawił si˛ nad Orthankiem. Ujrzał mnie e e stojacego na szczycie wie˙ y. Przemówiłem do niego i ptak, nim go Saruman spo˛ z strzegł, uniósł mnie w powietrze; kiedy wilki i orkowie wypadli za bram˛ w poe go´ , byłem ju˙ daleko poza kr˛ giem Isengardu. n z e „Jak daleko mo˙ esz mnie zanie´c?” — spytałem Gwaihira. z s´ „Mog˛ ci˛ nie´c wiele mil — odparł — nie polec˛ jednak z toba na koniec e e s´ e ˛ ´ swiata. Wysłano mnie jako go´ ca, nie jako tragarza”. n „W takim razie trzeba mi wierzchowca, który biega po ziemi — rzekłem — i to lotnego, bo nigdy jeszcze nie było mi tak pilno, jak teraz”. „Je´li tak, to zanios˛ ci˛ do Edoras, gdzie w pałacu mieszka władca Rohanu s e e — powiedział orzeł. — To niezbyt daleko”. Ucieszyłem si˛ , bo w Riddermarchii Rohanu mieszkaja Rohirrimowie, mie ˛ ´ strzowie koni, i na całym swiecie nie ma lepszych wierzchowców ni˙ te, które oni z hoduja w rozległej dolinie mi˛ dzy Górami Mglistymi a Białymi. ˛ e „Jak my´lisz, czy ludziom z Rohanu mo˙ na zaufa´ ?” — spytałem Gwaihira, s z c bo zdrada Sarumana podkopała moja ufno´c. ˛ s´ ´ ˛ „Płaca haracz w koniach — odparł orzeł — i co rok sla ich wiele do Mordoru. ˛ Takie przynajmniej kra˙ a pogłoski. Nie sa wszak˙ e dotychczas ujarzmieni. Lecz ˛z ˛ ˛ z je´li, jak powiadasz, Saruman si˛ sprzeniewierzył, los Rohanu pewnie wkrótce s e b˛ dzie przypiecz˛ towany”. e e ´ Przed switem Gwaihir wyladował ze mna˛ w Rohanie. Ale przewlekłem zbyt˛ nio moja opowie´c, wi˛ c doko´ cz˛ jej pokrótce. W Rohanie ju˙ si˛ czuło wpływ ˛ s´ e n e z e złych sił i kłamstw Sarumana. Król nie chciał uwierzy´ w moje przestrogi. Poc prosił mnie, bym wybrał sobie jednego konia i co pr˛ dzej odjechał. Wybrałem e wierzchowca wedle swego gustu, lecz królowi wcale si˛ mój wybór nie spodobał. e ´ Wziałem bowiem najlepszego rumaka, jaki był w tym kraju, a na całym swiecie ˛ nie spotkałem konia, który by si˛ z nim mógł równa´ . e c — Musi to by´ wspaniałe zwierz˛ — rzekł Aragorn. — A chocia˙ wam inne c e z nowiny wydadza si˛ pewnie gro´ niejsze, mnie nade wszystko smuci, ze Sauron ˛ e z ˙ dostaje haracz z Rohanu. Nie było tak, gdym po raz ostatni bawił w tym kraju. — I teraz tak nie jest — odezwał si˛ Boromir. — Mog˛ przysiac! To łgarstwa e e ˛ szerzone przez wrogów. Znam Roha´ czyków, ludzi m˛ znych i prawych, wiernych n e˙ naszych sojuszników osiadłych na ziemi przed wiekami od nas otrzymanej. — Cie´ Mordoru pada daleko — rzekł Aragorn. — Saruman ugiał si˛ pod n ˛ e 266

nim. Rohan jest zagro˙ ony. Kto wie, co tam zastaniesz po powrocie. z — Na pewno nie to — odparł Boromir — by Roha´ czycy ratowali własne n zycie za cen˛ koni. Miłuja je prawie jak rodzone dzieci. Nie bez racji, bo konie te ˙ e ˛ pochodza ze stepów północy, z krainy, gdzie cie´ nigdy nie si˛ gał, i wywodza si˛ ˛ n e ˛ e tak samo jak ich panowie z prastarych czasów wolno´ci. s — Prawd˛ mówisz! — rzekł Gandalf. — A jeden z tych koni godzien jest zrebe ´ ´ ców, jakie si˛ rodziły o poranku swiata. Rumaki Dziewi˛ ciu nie moga si˛ z nim e e ˛ e ´ mierzy´ : nie zna zm˛ czenia, smiga jak wiatr. Przezwano go Gryf. Za dnia sier´c c e s´ jego l´ni srebrzy´cie, a noca przybiera barw˛ cienia, tak ze ko´ ów przemyka nies s ˛ e ˙ n widzialny. Chód ma nad podziw lekki. Nigdy jeszcze nie d´ wigał człowieka, lecz z ja go oswoiłem i niósł mnie tak raczo, ze przybyłem do Shire’u w tym samym ˛ ˙ dniu, w którym Frodo znalazł si˛ na Kurhanach, chocia˙ wyruszyłem w Rohanu, e z kiedy on opuszczał Hobbiton. P˛ dziłem, ale strach rósł w moim sercu. Znalazłszy si˛ na północy, usłyszałem e e wie´ci o je´ d´ cach, a chocia˙ z ka˙ dym dniem zyskiwałem nad nimi przewag˛ , s z z z z e wcia˙ jeszcze mnie wyprzedzali. Wiedziałem ju˙ , ze Dziewi˛ ciu rozdzieliło si˛ : ˛z z ˙ e e ´ z kilku zostało pod wschodnia granica, opodal Zielonej Scie˙ ki, reszta wkradła si˛ ˛ ˛ e do Shire’u od południa. Dotarłem do Hobbitonu i nie zastałem ju˙ Froda, pogadaz łem tylko z Dziadkiem Gamgee. Du˙ o mówił, lecz nie bardzo do rzeczy. Najwi˛ z e cej miał do powiedzenia o przywarach nowych wła´cicieli Bag End. „Nie lubi˛ s e ´ zmian — oznajmił — kto by je lubił w moim wieku, a ju˙ zmian na gorsze scierz pie´ nie mog˛ ”. „Na gorsze!” — powtórzył kilka razy. „Pewnie, ze co gorsze, to c e ˙ złe — rzekłem mu — wi˛ c ci zycz˛ , zeby´ najgorszego nie doczekał”. Z całej tej e ˙ e ˙ s gadaniny dowiedziałem si˛ w ko´ cu, ze Frodo opu´cił dom przed niespełna tygoe n ˙ s dniem i ze tego samego wieczora Czarny Je´ dziec był na Pagórku. Odjechałem ˙ z stamtad w strachu. Dotarłem do Bucklandu, gdzie zastałem wielkie wzburzenie ˛ i ruch taki, jakby kto kij wetknał w mrowisko. Pospieszyłem do Ustroni: dom na ˛ o´cie˙ otwarty, pusty, lecz na progu le˙ ał porzucony płaszcz i poznałem w nim s z z własno´c Froda. Tracac nadziej˛ , nie zatrzymałem si˛ ani dnia, by zasi˛ gna´ j˛ zys´ ˛ e e e ˛c e ka, a szkoda, bo mogłem usłysze´ nieco bardziej pocieszajace wie´ci. Ruszyłem c ˛ s ´ co pr˛ dzej sladem je´ d´ ców. Niełatwo go było wytropi´ , bo rozbiegał si˛ w ró˙ e z z c e z ne strony i nieraz byłem w rozterce. Zdawało mi si˛ jednak, ze jeden z je´ d´ ców, e ˙ z z a ko˙ e nawet dwóch zmierzało w kierunku Bree. Pojechałem wi˛ c tamt˛ dy, obmyz e e ´ ˛ slajac w duchu zniewagi, którymi obrzuc˛ wła´ciciela gospody. „Je´li z jego winy e s s wynikła ta zwłoka — mówiłem sobie — stopi˛ na nim całe sadło. Upiek˛ starego e e durnia na wolnym ogniu”. On te˙ , jak si˛ okazało, wcale si˛ czego innego po mnie z e e nie spodziewał, bo na mój widok padł plackiem i zaczał topnie´ w oczach. ˛ c — Co´ z nim zrobił? — krzyknał Frodo przera˙ ony. — Był dla nas bardzo s ˛ z poczciwy i starał si˛ jak mógł. e Gandalf si˛ roze´miał. e s — Nic si˛ nie bój! — rzekł. — Nie gryzłem, a nawet szczekałem niewiee 267

le. Tak mnie uradowały nowiny, które od Butterbura usłyszałem, gdy wreszcie przestał si˛ trza´c, ze u´ciskałem poczciwca. Nie rozumiałem na razie, jak si˛ to e ˛s ´ ˙ s e wszystko stało, ale usłyszałem przynajmniej, ze poprzednia noc sp˛ dziłe´ w Bree ˙ ˛ e s i ze rankiem wyruszyłe´ w dalsza drog˛ w towarzystwie Obie˙ y´wiata. ˙ s ˛ e z s „Obie˙ y´wiat!” — krzyknałem z uciechy. z s ˛ „Tak, panie, tak, niestety — rzekł Butterbur biorac to za okrzyk grozy. — ˛ Obie˙ y´wiat w´liznał si˛ mi˛ dzy nich, chocia˙ broniłem jak mogłem, oni za´ doz s s ˛ e e z s pu´cili go zaraz do kompanii. W ogóle dziwnie si˛ zachowywali tutaj przez cały s e ´ czas pobytu, smiem powiedzie´ , ze bardzo samowolnie”. c ˙ „Ach, ty o´le, ty głupcze! Po trzykro´ zacny i ukochany Barlimanie! — powies c działem. — To˙ to najpomy´lniejsza nowina od dnia przesilenia letniego, warta co z s najmniej złotego talara! Oby twoje piwo zyskało czarodziejskie zalety i niezrównany smak na siedem nast˛ pnych lat! Dzi´ mog˛ wreszcie noc przespa´ spokojnie, e s e c co mi si˛ od niepami˛ tnych czasów ju˙ nie zdarzyło”. e e z Przenocowałem zatem u Butterbura rozwa˙ ajac, gdzie si˛ podziali je´ d´ cy; z ˛ e z z w Bree bowiem, o ile mogłem si˛ dowiedzie´ , dotychczas zauwa˙ ono tylko e c z dwóch. W ciagu nocy wszak˙ e zdobyłem dalsze wie´ci. Pi˛ ciu, je´li nie wi˛ cej, ˛ z s e s e zjawiło si˛ od zachodu i przemkn˛ ło niby huragan przez Bree rozwalajac bramy. e e ˛ Po dzi´ dzie´ tamtejsza ludno´c dr˙ y ze strachu i oczekuje ko´ ca swiata. Wstałem s n s´ z n ´ o brzasku i ruszyłem za nimi. Pewno´ci nie mam, lecz wydaje mi si˛ niewatpliwe, ze to było tak: wódz s e ˛ ˙ skrył si˛ na południe od Bree, wysyłajac dwóch je´ d´ ców do tego miasteczka, e ˛ z z a czterech pchnawszy do Shire. Jedni i drudzy, nie osiagnawszy celu ani w Bree, ˛ ˛ ˛ ani w Ustroni, wrócili do wodza z meldunkiem o pora˙ ce, wskutek czego zaden z ˙ z je´ d´ ców nie pilnował chwilowo go´ci´ ca, nad którym czuwali tylko szpiedzy. z z s n Wódz kazał zaraz kilku podwładnym ruszy´ na wschód, nie droga jednak, lecz n c ˛ przełaj, sam za´ z reszta oddziału cwałem pognał go´ci´ cem w wielkiej furii. s ˛ s n Pu´ciłem si˛ zawrotnym galopem ku Wichrowemu Czubowi i stanałem tam s e ˛ przed zachodem sło´ ca drugiego dnia od wyjazdu z Bree, ale tamci mnie wyn przedzili. Zrazu cofn˛ li si˛ , wyczuwajac mój gniew i nie wa˙ ac si˛ stawi´ mi e e ˛ z˛ e c czoła, póki sło´ ce swieciło na niebie. Noca wszak˙ e zbli˙ yli si˛ i oblegli mnie n ´ ˛ z z e na szczycie, w kr˛ gu starych ruin Amon Sul. Prze˙ yłem tam ci˛ zkie godziny. Tae z e˙ kich błyskawic i płomieni, jak owej nocy, nie widziano na Wichrowym Czubie od zamierzchłych czasów, kiedy to zapalano na wzgórzu wojenne sygnały. ´ O swicie wymknałem si˛ z okra˙ enia i uciekłem na północ. Wi˛ cej nic zdzia˛ e ˛z e ła´ nie mogłem. Nie sposób było odnale´ c ci˛ , Frodo, w´ród dzikich krain, c z´ e s a zreszta nie miałoby sensu szuka´ , skoro Dziewi˛ ciu nast˛ powało mi na pi˛ ty. ˛ c e e e Musiałem zda´ wszystko na Aragorna. Miałem nadziej˛ , ze odciagn˛ chocia˙ pac e ˙ ˛ e z ru je´ d´ ców od pogoni za toba i ze dotr˛ wcze´niej do Rivendell, by stad wysła´ z z ˛ ˙ e s ˛ c ci odsiecz. Rzeczywi´cie czterech je´ d´ ców ruszyło moim tropem, wkrótce jeds z z nak zawrócili zmierzajac, jak si˛ zdawało, w stron˛ brodu. Bad´ co bad´ wyszło ˛ e e ˛ z ˛ z 268

to wam na dobre, bo zamiast Dziewi˛ ciu, tylko Pi˛ ciu wzi˛ ło udział w nocnej e e e napa´ci na wasz obóz. s Nadkładajac drogi, i to ucia˙ liwej, w gór˛ brzegiem Szarej Wody, przez Wrzo˛ ˛z e sowiska Etten, a pó´ niej z powrotem ku południowi, dotarłem w ko´ cu tutaj. Szez n dłem od Wichrowego Czuba niemal dwa tygodnie, konno bowiem nie mógłbym si˛ przedosta´ przez góry i skałki trollów, tote˙ odesłałem Gryfa królowi; zaprzye c z ja´ niłem si˛ z tym wierzchowcem serdecznie, wiem, ze stawi si˛ na wezwanie, z e ˙ e gdybym go znów potrzebował. Przybyłem wi˛ c do Rivendell zaledwie o tydzie´ e n wcze´niej ni˙ wy z Pier´cieniem, ale na szcz˛ scie wie´ci o gro˙ acych wam nies z s e´ s z˛ bezpiecze´ stwach ju˙ tutaj dotarły przede mna. n z ˛ Na tym, mój Frodo, ko´ cz˛ swoja relacj˛ . Elronda i reszt˛ obecnych przen e ˛ e e praszam, ze si˛ tak szeroko rozwiodłem. Lecz po raz pierwszy zdarzyło si˛ , ze ˙ e e ˙ Gandalf nie dotrzymał obietnicy i nie stawił si˛ na umówione miejsce i por˛ . e e Uwa˙ ałem, ze winien jestem usprawiedliwienie powiernikowi Pier´cienia z tak z ˙ s niezwykłego wypadku. A wi˛ c cała historia, od poczatku do ko´ ca, została opoe ˛ n wiedziana. Zebrali´my si˛ tutaj wszyscy, a Pier´cie´ jest w´ród nas. Nie zbli˙ ylis e s n s z ´ smy si˛ jednak ani o krok od istotnego celu. Co zrobimy z Pier´cieniem? e s

Zaległa cisza. Potem odezwał si˛ Elrond. e
— Zła to nowina, ze Saruman zdradził — rzekł — bo mu ufali´my i znał ˙ s najtajniejsze sprawy naszej Rady. Niebezpieczna to rzecz zgł˛ bia´ sztuk˛ wroe c e ga, cho´ by w najlepszej intencji! Ale podobne zdrady i upadki znamy, niestety, c z przeszło´ci. Najbardziej ze wszystkich zdumiała mnie opowie´c Froda. Niewies s´ le miałem do czynienia z hobbitami, je´li nie liczy´ tu obecnego Bilba. Okazus c je si˛ , ze Bilbo nie jest takim niezwykłym wyjatkiem, jak sadziłem dotychczas. e ˙ ˛ ˛ ´ Swiat bardzo si˛ zmienił od czasu, gdy po raz ostatni podró˙ owałem zachodnimi e z szlakami. Upiory Kurhanów znamy pod ró˙ nymi imionami, o Starym Lesie wiele słyszez li´my legend; to, co z niego po dzi´ dzie´ przetrwało, jest tylko resztka północnego s s n ˛ skrawka dawnej puszczy; były czasy, gdy wiewiórka skaczac z drzewa na drzewo ˛ mogła przew˛ drowa´ z miejsca, gdzie teraz le˙ y Shire, do Dunlandu poło˙ onego e c z z na zachód od Isengardu. Ongi podró˙ owałem po tych okolicach i widziałem tam z mnóstwo strasznych i dziwnych rzeczy. Zapomniałem jednak o Bombadilu; je´li s nie myl˛ si˛ , chodzi o tego samego cudaka, który kr˛ cił si˛ po lasach i górach e e e e przed wiekami, a wówczas ju˙ był najstarszy w´ród starców. Nosił wtedy inne z s imi˛ . Zwali´my go Iarwain Ben-adar, co znaczy: najstarszy i nie majacy ojca. e s ˛ Ró˙ ne plemiona nazywały go zreszta rozmaicie: krasnoludy — Fornem, a ludzie z ˛ z północy — Oraldem, inni jeszcze inaczej. Wielki to dziwak, lecz kto wie, czy nie nale˙ ało go wezwa´ na nasza Rad˛ . z c ˛ e — Nie przyszedłby — rzekł Gandalf. 269

— Mo˙ e nie za pó´ no jeszcze, by posła´ po Bombadila go´ ca i uzyska´ jego z z c n c pomoc? — spytał Erestor. — On, jak si˛ zdaje, ma władz˛ nawet nad Pier´ciee e s niem. — Słuszniej byłoby powiedzie´ , ze Pier´cie´ nad nim władzy nie ma — odparł c ˙ s n Gandalf. — Bombadil sam jest sobie panem. Nie mo˙ e jednak odmieni´ istoty z c Pier´cienia ani te˙ unicestwi´ jego władzy nad innymi. Zreszta Bombadil zamknał s z c ˛ ˛ si˛ w małym kraiku, którego granice sam wyznaczył, chocia˙ nikt prócz niego ich e z nie widzi. Mo˙ e czeka na inne czasy, w ka˙ dym razie nie chce si˛ poza swoja z z e ˛ dziedzin˛ wychyla´ . e c — Za to w jej obr˛ bie nic go, jak wida´ , nie przera˙ a — rzekł Erestor. — Mo˙ e e c z z by si˛ zgodził wzia´ Pier´cie´ na przechowanie i w ten sposób unieszkodliwi´ go e ˛c s n c na zawsze. — Nie — odparł Gandalf — tego ch˛ tnie si˛ nie podejmie. Zrobiłby to moe e ´ ze, gdyby go wszystkie wolne plemiona swiata poprosiły, lecz nie zrozumiałby ˙ wagi zadania. Gdyby´my powierzyli mu Pier´cie´ , pr˛ dko by o nim zapomniał, s s n e a prawdopodobnie wyrzuciłby go nawet. Rzeczy tego rodzaju nie trzymaja si˛ ˛ e głowy Bombadila. Byłby bardzo niepewnym powiernikiem, a to chyba rozstrzyga. — W ka˙ dym razie — powiedział Glorfindel — przesyłajac Bombadilowi z ˛ Pier´cie´ odroczyliby´my tylko straszny dzie´ . Bombadil mieszka daleko stad. s n s n ˛ Nie udałoby si˛ zawie´ c tam Pier´cienia niepostrze˙ enie, który´ ze szpiegów e z´ s z s z pewno´cia by to wy´ledził. A gdyby nawet si˛ udało, Władca Pier´cienia wczes ˛ s e s ´ sniej czy pó´ niej wytropi kryjówk˛ i cała swoja pot˛ g˛ skieruje na to miejsce. Czy z e ˛ ˛ e e Bombadil samotnie oparłby si˛ jego pot˛ dze? My´l˛ , ze nie. My´l˛ , ze w ko´ cu, e e se ˙ se ˙ n ´ je´li reszta swiata zostanie podbita, ulegnie tak˙ e Bombadil. Ostatni — tak jak s z ongi był pierwszy. A wtedy zapanuje Noc. — Znam Iarwaina niemal tylko z imienia — rzekł Galdor — sadz˛ jednak, ze ˛ e ˙ Glorfindel ma racj˛ . Nie w Tomie Bombadilu znajdziemy moc zdolna pokona´ e ˛ c naszego Nieprzyjaciela, chyba ze ta moca jest sama ziemia. Ale widzimy prze˙ ˛ ˛ cie˙ , ze Sauron umie dr˛ czy´ i niszczy´ nawet góry. Ile mocy zachowało si˛ po z ˙ e c c e dzi´ dzie´ na swiecie, tyle jej skupia si˛ tylko w nas, zebranych w imladris, wokół s n ´ e Kirdana w Przystani i w Lorien. Czy jednak oni i my znajdziemy do´c siły, zeby s´ ˙ przeciwstawi´ si˛ Nieprzyjacielowi, kiedy Sauron z kolei zaatakuje nas, zburzywc e ´ szy wszystko inne na swiecie? — Ani mnie, ani tamtym — rzekł Elrond — nie starczy sił. — Je˙ eli wi˛ c nie mo˙ emy przed wrogiem obroni´ Pier´cienia siła — poz e z c s ˛ wiedział Glorfindel — pozostaja dwa sposoby, których trzeba spróbowa´ : wysła´ ˛ c c Pier´cie´ za Morze albo go zniszczy´ . s n c — Lecz Gandalf objawił nam, i˙ zadna ze znanych nam sztuk nie zdoła zniszz˙ czy´ Pier´cienia — odparł Elrond — ci za´, którzy mieszkaja za Morzem, nie c s s ˛ ´ zgodza si˛ go przyja´ . Na szcz˛ scie czy na zgub˛ , Pier´cie´ nale˙ y do Sródzie˛ e ˛c e´ e s n z 270

mia. My, którzy po dzi´ dzie´ tu zyjemy, musimy nim rozporzadzi´ . s n ˙ ˛ c — A wi˛ c — rzekł Glorfindel — rzu´ my go w odm˛ t Morza, niech si˛ stanie e c e e prawda Sarumanowe kłamstwo. Teraz bowiem jasno rozumiemy, ze nawet wów˛ ˙ czas, gdy Saruman jeszcze uczestniczył w Radzie, noga jego stała ju˙ na bł˛ dz e ´ z nej scie˙ ce. Wiedział, ze Pier´cie´ nie przepadł na zawsze, ale chciał, aby´my ˙ s n s w to uwierzyli, albowiem ju˙ wtedy zaczał go po˙ ada´ dla siebie. Cz˛ sto wszakz ˛ z˛ c e ze prawda ukrywa si˛ pod płaszczem kłamstwa: na dnie Morza Pier´cie´ b˛ dzie ˙ e s n e bezpieczny. — Nie na zawsze — odparł Gandalf. — W odm˛ tach wód zyja ró˙ ne stwory, e ˙ ˛ z a zreszta morza i lady zmieniaja swoje granice. Nie jest za´ naszym zadaniem ˛ ˛ ˛ s troska o jedno tylko lato ani o czas kilku ludzkich pokole´ , ani nawet o nasza er˛ n ˛ e ´ swiata. Powinni´my da˙ y´ do za˙ egnania gro´ by raz na zawsze, cho´ by nadzieja s ˛z c z z c zdawała si˛ płonna. e — Nie osiagniemy tego celu na szlaku do Morza — powiedział Galdor. — Je˛ zeli powrót do Iarwaina uznali´my za nazbyt niebezpieczny, jeszcze gro´ niejszy ˙ s z byłby teraz bieg ku Morzu. Serce mi szepce, ze Sauron, skoro si˛ dowie o ostat˙ e nich wydarzeniach, b˛ dzie nas wypatrywał na zachodnich szlakach. A dowie si˛ e e wkrótce. Dziewi˛ ciu straciło swoje rumaki, to prawda, lecz dzi˛ ki temu nie zye e skamy nic prócz krótkiego wytchnienia, póki je´ d´ cy nie znajda nowych, jeszcze z z ˛ ´ sciglejszych wierzchowców. Jedynie zachwiana pot˛ ga Gondoru stoi dzi´ mi˛ dzy e s e nim a zwyci˛ skim pochodem wzdłu˙ wybrze˙ y na północ. A je´li Sauron nadciae z z s ˛ gnie i osaczy białe wie˙ e oraz przystanie, zamknie si˛ dla elfów droga ucieczki z e ´ przed rosnacym cieniem, który zalegnie Sródziemie. ˛ — Niepr˛ dko wróg wyruszy w ten zwyci˛ ski pochód — rzekł Boromir. — e e Gondor si˛ chwieje, powiadasz. Ale jeszcze trwa, a nawet u schyłku swej pot˛ gi e e ma jeszcze wielka sił˛ . ˛ e — Lecz stra˙ e Gondoru ju˙ dzi´ nie zdołały zagrodzi´ drogi Dziewi˛ ciu — z z s c e odparł Galdor. — Nieprzyjaciel mo˙ e te˙ znale´ c inne drogi, nie strze˙ one przez z z z´ z Gondor. — Zatem — rzekł Erestor — mamy do wyboru tylko dwa sposoby, jak słusznie mówił Glorfindel: albo ukry´ Pier´cie´ na wieki, albo go zniszczy´ . Oba c s n c wszak˙ e przerastaja nasze siły. Któ˙ t˛ szarad˛ rozwia˙ e? z ˛ z e e ˛z — Nikt z tu obecnych — z powaga odparł Elrond. — A w ka˙ dym razie nikt ˛ z nie zdoła przepowiedzie´ , co nas czeka, je´li wybierzemy jeden z tych sposoc s bów. Lecz zdaje mi si˛ jasne, która droga i´c powinni´my. Szlak na zachód jest e ˛ ˛ s´ s z pozoru łatwiejszy. Dlatego wła´nie musimy si˛ go wyrzec. B˛ dzie obstawiony. s e e Zbyt wiele razy elfy uciekały ta droga. Dzi´, w tej najci˛ zszej potrzebie, przy˛ ˛ s e˙ stoi nam droga najtrudniejsza, nieprzewidziana. W niej nasza nadzieja. . . je˙ eli z jeszcze wolno mie´ nadziej˛ . Trzeba i´c prosto w paszcz˛ niebezpiecze´ stwu: do c e s´ e n

271

Mordoru. Trzeba Pier´cie´ cisna´ w Ogie´ . s n ˛c n

Znowu zapadło milczenie. Nawet pod dachem tego jasnego domu, nawet pa´ trzac w słoneczna dolin˛ pełna szumu zródlanej wody Frodo czuł w sercu smier˛ ˛ e ˛ ´ telne ciemno´ci. Boromir poruszył si˛ i Frodo spojrzał na niego: rycerz kr˛ cił s e e w palcach ogromny róg i marszczył czoło. Wreszcie si˛ odezwał: e — Nie mog˛ tego wszystkiego poja´ . Saruman jest zdrajca, czy˙ jednak nie e ˛c ˛ z miał przebłysków madro´ci? Dlaczego mówimy wcia˙ o ukryciu albo zniszczeniu ˛ s ˛z Pier´cienia? Dlaczego nie powiemy sobie, ze Wielki Pier´cie´ wpadł nam w r˛ s ˙ s n e ce, aby nas wesprze´ w najwi˛ kszej potrzebie? Majac jego pot˛ g˛ , Wolni Władcy c e ˛ e e Wolnych mogliby niechybnie pokona´ Nieprzyjaciela. My´l˛ , ze on tego wła´nie c se ˙ s najbardziej si˛ l˛ ka. Ludzie z Gondoru sa waleczni, nigdy si˛ nie poddadza, lecz e e ˛ e ˛ przemoc wroga mo˙ e ich zmia˙ d˙ y´ . M˛ stwu trzeba siły i or˛ za. Niech˙ e Pierz z z c e e˙ z ´ n e scie´ b˛ dzie naszym or˛ zem, je˙ eli ma t˛ moc, która mu przypisujecie. We´ my e˙ z e ˛ z ´ go sobie i ruszajmy smiało po zwyci˛ stwo. e — Niestety! — odparł Elrond. — Nie mo˙ emy u˙ y´ Pier´cienia Władzy. Wiez z c s my to a˙ nazbyt dobrze. Jest własno´cia Saurona, jego, wyłacznie jego dziełem, z s ˛ ˛ na wskro´ złym. Moc Pier´cienia, Boromirze, tak jest wielka, ze nikt nie mo˙ e s s ˙ z nim rozporzadza´ wedle swojej woli, chyba tylko ten, kto i bez niego miał własna ˛ c ˛ moc. Ale tym, co ja maja, Pier´cie´ grozi jeszcze okrutniejszym niebezpiecze´ ˛ ˛ s n n stwem. Ju˙ sama ch˛ c posiadania go upadla serce. Pomy´l o Sarumanie. Gdyby z e´ s który´ z M˛ drców z pomoca Pier´cienia i dzi˛ ki swej sztuce obalił władz˛ Mordos e ˛ s e e ru, sam zasiadłby na tronie Saurona i ujrzeliby´my nowego pana Ciemno´ci. Oto s s jeden wi˛ cej powód, dla którego trzeba Pier´cie´ zniszczy´ , póki bowiem istnieje e s n c ´ na swiecie, póty gro´ ba wisi nawet nad M˛ drcami. Nic nie jest złe na poczatz e ˛ ku. Sauron sam nie zawsze był zły. L˛ kam si˛ odesła´ Pier´cie´ do jakiejkolwiek e e c s n kryjówki. Nie wziałbym go za zadna cen˛ , by u˙ y´ jego pot˛ gi. ˛ ˙ ˛ e z c e — Ani ja — rzekł Gandalf. Boromir patrzał na nich z powatpiewaniem, lecz skłonił głow˛ . ˛ e — Niech tak b˛ dzie — powiedział. — A wi˛ c Gondor musi zaufa´ takiej e e c broni, jaka posiada. Mo˙ e Miecz-który-został-złamany odeprze nawał˛ , je´li r˛ ka, ˛ z e s e co nim włada, odziedziczyła nie tylko ten or˛ z, lecz tak˙ e m˛ stwo królów w´ród e˙ z e s ludzi. — Któ˙ to wie? — rzekł Aragorn. — Ale przyjdzie dzie´ , ze poddamy ja z n ˙ ˛ próbie. — Oby ten dzie´ nie kazał nam czeka´ na siebie zbyt długo — odparł Boromir. n c — Nie prosiłem o pomoc, lecz bardzo jaj nam potrzeba. Dodałaby nam otuchy my´l, ze inni tak˙ e walcza wszystkimi siłami, jaki im sa dane. s ˙ z ˛ ˛ ´ — A wi˛ c nabierzcie otuchy — powiedział Elrond. — Sa na swiecie inne e ˛ pot˛ gi i królestwa, o których nic nie wiecie, bo sa przed wami ukryte. Wielka e ˛ 272

Anduina przepływa przez wiele krajów, nim dobiegnie do Argonath i do bram Gondoru. — A jednak byłoby mo˙ e dla wszystkich lepiej — odezwał si˛ krasnolud Gloz e in — gdyby wszystkie siły zjednoczyły si˛ , a moc ka˙ dego ze sprzymierze´ ców e z n posłu˙ yła wspólnym poczynaniom. Sa mo˙ e inne pier´cienie, nie tak zdradziecz ˛ z s kie, których by mo˙ na u˙ y´ w naszej sprawie. Siedem jest straconych dla nas, z z c chyba ze Balin odnalazł pier´cie´ Throra, ostatni z Siedmiu, ten, o którym słuch ˙ s n zaginał, odkad Thror poległ w Morii. Mog˛ wam teraz wyzna´ prawd˛ : prócz in˛ ˛ e c e nych pobudek wła´nie nadzieja na odszukanie tego Pier´cienia skłoniła Balina do s s odej´cia spod góry. s — Balin nie znajdzie w Morii Pier´cienia — rzekł Gandalf. — Thror dał go s synowi swojemu Thrainowi, lecz Thrain nie mógł przekaza´ dziedzictwa Thoric nowi, bo w´ród tortur w Dol Guldur wydarto mu Pier´cie´ . Zjawiłem si˛ za pó´ no. s s n e z — Biada, biada! — zawołał Gloin. — Kiedy˙ wybije dla nas godzina pomsty? z Ale zostały jeszcze Trzy. Co si˛ dzieje z trzema pier´cieniami elfów? Były to, e s jak słyszałem, bardzo pot˛ zne pier´cienie. Czy elfy ich nie przechowały? Trzy e˙ s pier´cienie tak˙ e przed wiekami zrobił nie kto inny, lecz Czarny Władca. Czy te s z Trzy sa bezczynne? Widz˛ tu dostojne elfy. Mo˙ e zechca mi odpowiedzie´ . ˛ e z ˛ c Elfy jednak milczały. — Czy˙ nie słuchałe´ moich słów, Gloinie? — odezwał si˛ Elrond. — Trzech z s e pier´cieni nie zrobił ani nawet nigdy nie dotknał Sauron. Lecz nie wolno o nich s ˛ mówi´ . W tej godzinie zwatpienia pozwol˛ sobie rzec tylko tyle: trzy pier´cienie c ˛ e s nie sa bezczynne. Nie zostały jednak stworzone, by słu˙ y´ jako or˛ z w wojnie ˛ z c e˙ i dla podbojów. Takiej mocy im nie dano. Ci, którzy je wykuli, pragn˛ li nie pot˛ e e gi, nie władzy, nie bogactw — lecz rozumu, umiej˛ tno´ci, sztuki twórczej, sztuki e s ´ gojenia ran, aby wszystkie rzeczy na ziemi zachowa´ od skazy. Elfy Sródziemia c osiagn˛ ły to w pewnej mierze, jakkolwiek nie bez ofiar. Lecz wszystko, co spra˛ e wili ci, którzy rozporzadzali trzema pier´cieniami, obróciłoby si˛ przeciw nim, ˛ s e a serca ich oraz my´li zostałyby przed Sauronem odsłoni˛ te — gdyby Nieprzys e ´ jaciel odzyskał Jedyny Pier´cie´ . A wtedy załowaliby´my, ze istniały na swiecie s n ˙ s ˙ trzy pier´cienie! Sauron da˙ y do zapanowania nad nimi. s ˛z — A co si˛ stanie, je´li Pier´cie´ Władzy b˛ dzie zniszczony, tak jak radzisz? e s s n e — spytał Gloin. — Nic pewnego nie wiemy — ze smutkiem rzekł Elrond. — Niektórzy z nas ufaja, ze trzy pier´cienie, nigdy przez Saurona nie dotkni˛ te, wyzwola si˛ wów˛ ˙ s e ˛ e ´ czas, a ich wła´ciciele b˛ da mogli uleczy´ rany, zadane swiatu przez Nieprzyjacies e ˛ c la. Mo˙ liwe jednak, ze Trzy po znikni˛ ciu Jedynego straca swoja moc, a wówczas z ˙ e ˛ ˛ wiele pi˛ knych rzeczy zga´nie i pójdzie w zapomnienie. Ja tak sadz˛ . e s ˛ e — Mimo to wszystkie elfy zgadzaja si˛ na ryzyko — powiedział Glorfindel ˛ e — je˙ eli za t˛ cen˛ mo˙ na złama´ pot˛ g˛ Saurona i na zawsze uwolni´ swiat od z e e z c e e c´ strachu przed tyrania. ˛ 273

— A wi˛ c wracamy znów do tego, co´my powiedzieli: Pier´cie´ trzeba znisze s s n czy´ — rzekł Erestor. — Lecz nie zbli˙ yli´my si˛ jeszcze ani o krok do celu. Czy c z s e starczy nam sił, by dotrze´ do Ognia, w którym Pier´cie´ został wypalony? To c s n droga rozpaczy. Powiedziałbym: droga szale´ stwa — gdyby mi tego nie wzbran niał wzglad na madro´c Elronda, z dawna wypróbowana. ˛ ˛ s´ ˛ — Rozpacz? Szale´ stwo? — odezwał si˛ Gandalf. — Nie, to nie rozpacz, bo n e rozpacza´ moga tylko ci, którzy przewiduja koniec i nie maja co do niego zadc ˛ ˛ ˛ ˙ nych watpliwo´ci. Ale my nie wiemy, jaki b˛ dzie koniec. Madro´c ka˙ e ugia´ si˛ ˛ s e ˛ s´ z ˛c e przed konieczno´cia, je´li po rozwa˙ eniu wszystkich innych dróg ta jedna okazus ˛ s z je si˛ nieuchronna, jakkolwiek mo˙ e si˛ to wyda´ szale´ stwem komu´, kto łudzi e z e c n s si˛ zwodnicza nadzieja. A wi˛ c niech szale´ stwo posłu˙ y nam za płaszcz i osłoni e ˛ ˛ e n z nas przed wzrokiem Nieprzyjaciela! On bowiem jest bardzo madry i wa˙ y ka˙ de ˛ z z zd´ bło na szalach swojej chytro´ci. Nie zna jednak innej miary jak zadza władzy ´ z s ˙˛ i wedle niej sadzi wszystkie serca. Do jego umysłu nie znajdzie dost˛ pu my´l, ze ˛ e s ˙ kto´ odrzuca pokus˛ władzy i ze, majac w r˛ ku Pier´cie´ , da˙ y do jego zniszczes e ˙ ˛ e s n ˛z nia. Je´li do tego b˛ dziemy zda˙ ali, zmylimy rachuby Saurona. s e ˛z — Przynajmniej na jaki´ czas — rzekł Elrond. — Wstapi´ na t˛ drog˛ musis ˛ c e e my, lecz b˛ dzie bardzo trudna. I nie zaprowadzi nas po niej daleko ani madro´c, e ˛ s´ ´ ani siła. Lecz tak wła´nie najcz˛ sciej bywa z czynami, które obracaja koła swias e´ ˛ ta: dokonuja ich małe r˛ ce, na małych spada ten obowiazek, gdy oczy wielkich ˛ e ˛ zwrócone sa w inna stron˛ . ˛ ˛ e

— Do´c, do´c, mistrzu Elrondzie! — zawołał niespodzianie Bilbo. — s´ s´
Mo˙ esz ju˙ nic wi˛ cej nie dodawa´ . Jasne jak sło´ ce, do czego zmierzasz. Bilbo, z z e c n niemadry hobbit, zapoczatkował cała spraw˛ , niech˙ e wi˛ c Bilbo ja zako´ czy. . . ˛ ˛ ˛ e z e ˛ n albo sam zginie. Było mi tu bardzo przyjemnie i dobrze si˛ pracowało nad ksia˙ ka. e ˛z ˛ Je´li chcecie wiedzie´ , wła´nie ju˙ pisz˛ ostatnie kartki. Obmy´liłem tak˙ e zako´ s c s z e s z n czenie: „i odtad zył szcz˛ sliwie a˙ po kres swoich dni”. To doskonałe zamkni˛ cie ˛ ˙ e´ z e całej historii, nic nie szkodzi, ze przede mna inni ju˙ si˛ nim posługiwali. Teraz ˙ ˛ z e b˛ d˛ musiał je zmieni´ , skoro nie ma widoków, by si˛ te słowa sprawdziły. Zresze e c e ta przyb˛ dzie oczywi´cie kilka rozdziałów. . . je˙ eli prze˙ yj˛ i zdołam je dopisa´ . ˛ e s z z e c Okropnie kłopotliwe! Kiedy mam wyruszy´ w drog˛ ? c e ´ Boromir patrzał ze zdumieniem na Bilba, smiech jednak zamarł mu na ustach, gdy spostrzegł, ze wszyscy inni spogladaja na s˛ dziwego hobbita z wielkim sza˙ ˛ ˛ e cunkiem. Tylko Gloin u´miechnał si˛ , ale ten u´miech wypłynał z dawnych wspos ˛ e s ˛ mnie´ . n — Oczywi´cie, mój kochany Bilbo — powiedział Gandalf — gdyby´ to ty s s naprawd˛ zapoczatkował cała spraw˛ , mo˙ na by od ciebie wymaga´ , by´ ja zae ˛ ˛ e z c s ˛ ko´ czył. Ale dobrze wiesz ju˙ dzisiaj, i˙ nikt nie mo˙ e sobie ro´ci´ pretensji, ze n z z z s c ˙ to on jest sprawca wielkich zdarze´ ; bohater odgrywa w nich tylko skromna rol˛ . ˛ n ˛ e 274

Nie kłaniaj si˛ ! Prawda, nie przypadkiem u˙ yłem tego słowa, nie watpimy te˙ , ze e z ˛ z ˙ mimo zartobliwego tonu twoja przemowa wyra˙ ała bardzo szlachetna gotowo´c. ˙ z ˛ s´ Lecz taki czyn przekraczałby twoje siły, mój Bilbo. Pier´cie´ nie mo˙ e wróci´ s n z c do ciebie. Przeszedł w inne r˛ ce. Je˙ eli chcesz mojej rady, powiem ci, ze twoja e z ˙ rola jest sko´ czona, zostaje ci tylko zadanie kronikarza. Doko´ cz swojej ksi˛ gi n n e i nie zmieniaj zako´ czenia. Wolno mie´ nadziej˛ , ze b˛ dzie ono zgodne z prawda. n c e ˙ e ˛ Przygotuj si˛ jednak do napisania drugiego tomu, gdy wysła´ cy powróca. e n ˛ Bilbo roze´miał si˛ . s e — Nigdy w zyciu nie dałe´ mi przyjemniejszej rady — rzekł. — Poniewa˙ ˙ s z jednak wszystkie twoje przykre rady wyszły mi na dobre, mam pewne watpliwo˛ ´ sci, czy ta miła rada nie oka˙ e si˛ zła w skutkach. Ale to prawda, ze ju˙ by mi nie z e ˙ z starczyło ani sił, ani szcz˛ scia, by si˛ zajmowa´ Pier´cieniem. On urósł, a ja si˛ e´ e c s e skurczyłem. Powiedz mi jeszcze, o kim my´lałe´, mówiac: wysła´ cy? s s ˛ n — O wysła´ cach, których wyprawimy z Pier´cieniem. n s — Oczywi´cie. Ale kogo wyprawimy? My´l˛ , ze o tym wła´nie ma nasza s se ˙ s Rada rozstrzygna´ i ze nic innego nie ma ju˙ do roztrzasania. Elfy umieja zy´ ˛c ˙ z ˛ ˛˙ c samym gadaniem, a krasnoludy sa bardzo wytrzymałe, ja wszak˙ e jestem tylko ˛ z starym hobbitem i w południe lubi˛ cos przegry´ c. Czy mo˙ ecie zaraz wymieni´ e z´ z c nazwiska? Czy te˙ pogadamy o tym pó´ niej, po obiedzie? z z Nikt mu nie odpowiedział. Dzwon wydzwonił południe. Lecz i wtedy nikt si˛ e nie odezwał. Frodo spojrzał wkoło, nikt jednak nie patrzał na niego. Cała Rada, spu´ciwszy oczy, zaton˛ ła w gł˛ bokiej zadumie. Froda ogarnał strach, jak gdyby s e e ˛ za chwil˛ miał usłysze´ jaki´ okropny wyrok, którego od dawna si˛ spodziewał, e c s e daremnie łudzac si˛ nadzieja, ze jednak nigdy nie zapadnie. W sercu wezbrało mu ˛ e ˛ ˙ ogromne pragnienie odpoczynku i spokojnego zycia u boku Bilba w Rivendell. ˙ Wreszcie łamiac si˛ z soba przemówił i ze zdumieniem usłyszał z własnych ust ˛ e ˛ słowa, jakby jego słabiutkim głosem kto´ inny wyra˙ ał swoja wol˛ : s z ˛ e — Ja pójd˛ z Pier´cieniem, chocia˙ nie znam drogi. e s z

Elrond podniósł oczy na niego i to spojrzenie, nieoczekiwanie przenikliwe, przeszyło mu serce. — Je˙ eli dobrze zrozumiałem wszystko, co tu słyszeli´my — powiedział Elz s rond — zadanie tobie jest przeznaczone, mój Frodo. Je˙ eli ty nie znajdziesz drogi, z nikt jej nie znajdzie. Wybiła wasza godzina, hobbici z cichych pól Shire’u budza ˛ si˛ , zeby wstrzasna´ twierdzami i radami mo˙ nych. Kto spo´ród M˛ drców mógł e ˙ ˛ ˛c z s e to przewidzie´ ? Spytam raczej: kto z nich, b˛ dac M˛ drcem, mógłby mie´ nadziec e ˛ e c j˛ , ze si˛ tego dowie, nim wybije godzina? Ale to ci˛ zkie brzemi˛ . Tak ci˛ zkie, ze e ˙ e e˙ e e˙ ˙ nikt nie o´mieliłby si˛ kogo´ nim obarczy´ . Ja te˙ na ciebie tego brzemienia nie s e s c z składam. Je˙ eli jednak we´ miesz je dobrowolnie, powiem ci, ze post˛ pujesz słuszz z ˙ e nie. A gdyby nawet zebrali si˛ wszyscy dawni przyjaciele elfów, Hador i Hurin, e
275

i Turin, i Beren, tobie nale˙ ałoby si˛ miejsce w ich gronie. z e — Ale chyba nie wy´lesz go zupełnie samego, mistrzu? — krzyknał Sam, s ˛ niezdolny dłu˙ ej si˛ hamowa´ , wyskakujac z kata, w którym siedział milczkiem. z e c ˛ ˛ — Nie, tego nie zrobi˛ ! — odparł Elrond zwracajac si˛ do Sama z u´miechem. e ˛ e s — je˙ eli nie kto inny, ty pójdziesz z nim. Okazało si˛ , ze nie sposób was rozłaczy´ , z e ˙ ˛ c nawet gdy Frodo jest wezwany na tajna narad˛ , na która ciebie nie proszono. ˛ e ˛ Sam usiadł czerwieniac si˛ i mruczac pod nosem. ˛ e ˛ — Ładnego piwa nawarzyli´my sobie, panie Frodo! — powiedział kiwajac s ˛ głowa. ˛

ROZDZIAŁ XV

´ ´ Pierscien rusza na południe
Nieco pó´ niej tego samego dnia hobbici zebrali si˛ we własnym gronie w poz e
koju Bilba. Merry i Pippin wybuchn˛ li oburzeniem na wie´c, ze sam zakradł si˛ e s´ ˙ e na Rad˛ i ze jego wybrano na towarzysza Froda. e ˙ — To jaskrawa niesprawiedliwo´c! — o´wiadczył Pippin. — Zamiast go wys´ s rzuci´ za drzwi i oku´ w kajdany, Elrond nagrodził go za t˛ bezczelno´c! c c e s´ — Nagrodził? — rzekł Frodo. — Nie wyobra˙ am sobie sro˙ szej kary. Nie z z zastanowiłe´ si˛ chyba, Pippinie. Wyrok, skazujacy na beznadziejna wypraw˛ , s e ˛ ˛ e uwa˙ asz za nagrod˛ ? A jeszcze wczoraj marzyło mi si˛ , ze dopełniłem obowiazku z e e ˙ ˛ i b˛ d˛ teraz mógł odpoczywa´ tutaj przed długie dni, mo˙ e nawet zawsze. e e c z — Wcale ci si˛ nie dziwi˛ — rzekł Merry. — Nie zyczyłbym ci tego równie˙ . e e ˙ z Ale my Samowi zazdro´cimy, nie tobie. Skoro ty i´c musisz, dla ka˙ dego z nas s s´ z b˛ dzie sroga kara pozosta´ , cho´ by i w Rivendell. Przebyli´my razem długa drog˛ e ˛ c c s ˛ e i niejedna ci˛ zka chwil˛ . Chcemy dalej z toba w˛ drowa´ . ˛ e˙ ˛ e ˛ e c — Otó˙ to! — zawołał Pippin. — My, hobbici, powinni´my i b˛ dziemy trzyz s e ma´ si˛ razem! Pójd˛ z toba, chyba ze mnie na ła´ cuch wezma. Zreszta trzeba, c e e ˛ ˙ n ˛ ˛ zeby był w kompanii kto´ z olejem w głowie. ˙ s — No, w takim razie na ciebie pewnie wybór nie padnie, Peregrinie Tuku! — powiedział Gandalf zagladajac przez okno, niewiele nad ziemi˛ wzniesione. ˛ ˛ e — Ale nie macie jeszcze powodu do zmartwienia. Nic dotychczas nie zostało ostatecznie postanowione. — Nic nie zostało postanowione? — krzyknał Pippin. — Có˙ e´cie wy robili ˛ z s przez ten cały czas? Siedzieli´cie zamkni˛ ci przez tyle godzin! s e — Mówili´my — odparł Bilbo. — Bardzo du˙ o mieli´my sobie do powiedzes z s nia i dla ka˙ dego znalazło si˛ co´ nowego. nawet dla starego Gandalfa. Mam na z e s my´li wiadomo´ci o Gollumie, które przywiózł Legolas. Gandalf omal pod sufit s s nie podskoczył, ledwie si˛ powstrzymał. e — Mylisz si˛ — odparł Gandalf. — Jeste´ roztargniony. T˛ wiadomo´c ju˙ e s e s´ z wcze´niej słyszałem od Gwaihira. Je´li chcesz wiedzie´ prawd˛ , to jedynej nies s c e spodzianki dostarczyli´cie wy dwaj: ty i Frodo, a jedyna osoba, której to nie zas ˛ ˛ 277

skoczyło, byłem wła´nie ja. s — W ka˙ dym razie — rzekł Bilbo — nie postanowiono jeszcze nic prócz tego, z ze zadanie ma wykona´ nieborak Frodo i Sam. Od poczatku obawiałem si˛ , ze do ˙ c ˛ e ˙ tego dojdzie, je´li moja kandydatur˛ Rada odrzuci. Ale my´l˛ , ze Elrond doda im s ˛ e se ˙ liczna kompani˛ , niech tylko wróca zwiadowcy. Czy ju˙ wyruszyli, Gandalfie? ˛ e ˛ z — Tak — odparł Czarodziej. — Kilku ju˙ wyprawiono, a jutro pójdzie reszta. z Elrond wysyła elfy, które nawia˙ a łaczno´c ze Stra˙ nikami, a mo˙ e te˙ z plemie˛z ˛ ˛ s´ z z z niem Thranduila w Mrocznej Puszczy. Aragorn poszedł z synami Elronda. Trzeba dobrze przetrzasna´ cała okolic˛ w promieniu wielu mil, nim podejmiemy jakie´ ˛ ˛c ˛ e s kroki. Pociesz si˛ , Frodo! Prawdopodobnie zostaniesz tu jeszcze do´c długo! e s´ — Aha! — mruknał pos˛ pnie Sam. — B˛ dziemy zwleka´ , a˙ zima nadejdzie. ˛ e e c z — Na to nie ma rady — powiedział Bilbo. — Troch˛ w tym twojej winy, Froe do, mój chłopcze! Czemu uparłe´ si˛ doczeka´ moich urodzin? Nie mog˛ si˛ pos e c e e wstrzyma´ od uwagi, ze je uczciłe´ w sposób do´c szczególny. Ja nie wybrałbym c ˙ s s´ akurat tego dnia na wpuszczenie kuzynki Lobelii do naszego domu! No, ale stało si˛ . Teraz nie sposób marudzi´ do wiosny, chocia˙ z drugiej strony nie pu´cimy e c z s ci˛ w drog˛ , póki nie zbierzemy wie´ci. e e s Gdy w zimie noca szczypie mróz, ˛ Gdy kamie´ p˛ ka, skrzypi wóz, n e Gdy drzew bezlistnych trzask w´ród mgły, s To znak, ze w puszczy hula Zły. ˙ — Boj˛ si˛ , ze taki wła´nie los ci przypadnie! e e ˙ s — Ja si˛ te˙ tego boj˛ — rzekł Gandalf. — Nie b˛ dziemy mogli wyruszy´ , e z e e c póki zwiadowcy nie przyniosa dokładnych wiadomo´ci o je´ d´ cach. ˛ s z z — My´lałem, ze zgin˛ li w powodzi — odezwał si˛ Merry. s ˙ e e — Nie tak łatwo zniszczy´ Upiory Pier´cienia — odparł Gandalf. — Tkwi c s w nich moc ich władcy, póki on jest silny, póty i one nie zgina. Mamy nadziej˛ , ˛ e ze straciły konie i zewn˛ trzna powłok˛ , wi˛ c sa chwilowo mniej gro´ ne; trzeba ˙ e ˛ e e ˛ z si˛ jednak co do tego upewni´ . Tymczasem staraj si˛ zapomnie´ o troskach, mój e c e c Frodo. Nie wiem, czy zdołam ci jako´ pomóc, ale szepn˛ ci co´ na ucho. Kto´ tu s e s s wspomniał, ze na t˛ wypraw˛ przydałby si˛ towarzysz z olejem w głowie. Miał ˙ e e e racj˛ ! Tote˙ my´l˛ , ze pójd˛ z wami. e z se ˙ e Frodo z takim entuzjazmem przyjał t˛ nowin˛ , ze Gandalf zeskoczył z para˛ e e ˙ petu okna, na którym siedział, i zdjawszy kapelusz ukłonił si˛ hobbitowi. ˛ e — Powiedziałem: my´l˛ , ze pójd˛ . Nie licz jeszcze na nic. W tej sprawie rozse ˙ e strzygajacy głos b˛ dzie miał Elrond i twój przyjaciel Obie˙ y´wiat. Ale to mi przy˛ e z s pomina, ze trzeba z Elrondem pogada´ . Musz˛ wi˛ c was na razie po˙ egna´ . ˙ c e e z c — Jak my´lisz? Długo mi tu pozwola zabawi´ ? — spytał Frodo wuja po odejs ˛ c ´ sciu Gandalfa. 278

— Nie mam poj˛ cia. W Rivendell nie umiem liczy´ dni — odpowiedział Bile c bo. — My´l˛ , ze do´c długo. Zda˙ ymy si˛ nagada´ . A mo˙ e by´ zechciał pomóc se ˙ s´ ˛z e c z s mi w pracy nad ksia˙ ka i w przygotowaniach do drugiego tomu? Obmy´liłe´ ju˙ ˛z ˛ s s z jakie´ zako´ czenie? s n — Owszem, nawet niejedno, ale wszystkie niewesołe — odparł Frodo. — To na nic! — zawołał Bilbo. — Ksia˙ ki powinny ko´ czy´ si˛ dobrze. A jak ˛z n c e by ci si˛ podobało takie zdanie: „Odtad ustatkowali si˛ i zawsze ju˙ zyli szcz˛ slie ˛ e z˙ e´ wie wszyscy razem”. — Bardzo pi˛ kne, oby si˛ tylko sprawdziło! — rzekł Frodo. e e — Ach! — westchnał Sam. — Ale gdzie osiada? Cz˛ sto si˛ nad tym zastana˛ ˛ ˛ e e wiam.

Czas pewien hobbici rozmawiali i my´leli jeszcze o przebytej drodze i o nies bezpiecze´ stwach, jakie na nich czyhaja, lecz dolina Rivendell taki miała urok, ze n ˛ ˙ wkrótce wszystkie strachy i niepokoje ulotniły si˛ z ich umysłów. Nie zapominali e o przeszło´ci, dobrej czy złej, ale straciła ona władz˛ nad ich tera´ niejszym zys e z ˙ ciem. Pokrzepili si˛ na zdrowiu i nabrali otuchy, cieszyli si˛ ka˙ dym dniem, roze e z koszowali dobrym jadłem, miłymi pogaw˛ dkami, pi˛ knymi pie´niami. Tak płyn˛ e e s e ły dni, a ka˙ dy ranek wstawał pogodny, ka˙ dy za´ wieczór zapadał bezchmurny z z s i chłodny. Lecz jesie´ szybko przemijała; stopniowo złoty blask płowiał i srebrn niał, ostatnie li´cie spadały z nagich ju˙ drzew. Od Gór Mglistych dmuchał ku s z wschodowi zimny wiatr. Noca na niebie ksi˛ zyc p˛ czniał tak, ze mniejsze gwiaz˛ e˙ e ˙ dy umykały przed nim. Tylko jedna błyszczała czerwono tu˙ nad południowym z widnokr˛ giem, a kiedy ksi˛ zyc znów zaczał male´ , rozpalała si˛ co noc jaskrae e˙ ˛ c e wiej. Frodo widział ja ze swego okna, tkwiaca w gł˛ bi firmamentu, płonaca niby ˛ ˛ ˛ e ˛ ˛ czujne oko nad lasem, który si˛ ciagnał wzdłu˙ kraw˛ dzi doliny. e ˛ ˛ z e Niemal dwa miesiace przebywali hobbici w domu Elronda, minał listopad ˛ ˛ ´ zabierajac z soba ostatnie slady jesieni, a grudzie´ miał si˛ ju˙ ku ko´ cowi, kiedy ˛ ˛ n e z n ´ ˛ c zwiadowcy zacz˛ li wreszcie sciaga´ z powrotem. Jedni z nich dotarli na północ a˙ e z powy˙ ej zródeł Szarej Wody na Wrzosowiska Etten; inni byli na zachodzie i z poz ´ moca Aragorna oraz Stra˙ ników przeszperali okolic˛ dolnego biegu tej rzeki a˙ ˛ z e z po Tharbad, gdzie Północny Go´ciniec przecina ja pod ruinami miasta. Wielu udas ˛ ło si˛ na wschód i południe; niektórzy z nich przez góry dostali si˛ do Mrocznej e e Puszczy, paru za´ wspi˛ ło si˛ na przeł˛ cz do zródeł rzeki Gladden i zeszło po drus e e e ´ giej stronie do Dzikiej Krainy, by przez Pola Gladden dotrze´ a˙ do starej siedziby c z Radagasta w Rhosgobel. Radagasta jednak nie zastali i wrócili przez wysoka prze˛ ł˛ cz zwana Schodami Dimrilla. Synowie Elronda, Elladan i Elrohir, przybyli do e ˛ ˙ domu ostatni; zaw˛ drowali daleko wzdłu˙ Srebrnej Zyły do dziwnego kraju, lecz e z
279

nikomu prócz Elronda nie chcieli zda´ sprawy z wyników podró˙ y. c z Wysła´ cy nigdzie nie widzieli je´ d´ ców ani innych sług Nieprzyjaciela i nic n z z o nich nie usłyszeli. Nawet od orłów z Gór Mglistych nie dowiedzieli si˛ zadnych e˙ nowin. O Gollumie słuch zaginał. Wilki jednak nadal si˛ gromadziły i zapuszczały ˛ e na łowy daleko w gór˛ Wielkiej Rzeki. Woda tu˙ za brodem wyrzuciła trzy mare z twe czarne rumaki. Na skalnych progach ni˙ ej odnaleziono trupy pi˛ ciu innych z e ´ oraz długi czarny płaszcz, poci˛ ty i zgnieciony. Innych sladów Czarnych Je´ d´ e z z ców nie wytropiono i nigdzie nie czuło si˛ ich obecno´ci. Mo˙ na by pomy´le´ , ze e s z s c ˙ znikn˛ li z krain północy. e — A wi˛ c przynajmniej o o´miu spo´ród Dziewi˛ ciu dowiedzieli´my si˛ czee s s e s e go´ — rzekł Gandalf. — Nie nale˙ y zbyt pochopnie wyciaga´ wniosków, sadz˛ s z ˛ c ˛ e jednak, ze wolno nam zywi´ nadziej˛ , i˙ Upiory Pier´cienia rozpierzchły si˛ i ka˙ ˙ ˙ c e z s e z dy na własna r˛ k˛ musiał wraca´ jak mógł do swego władcy, do Mordoru, odarty ˛ e e c z widomej powłoki i osłabły. Je˙ eli tak jest, zyskujemy troch˛ czasu, nim wznowia z e ˛ po´cig. Nieprzyjaciel ma oczywi´cie wi˛ cej sług, lecz ci musieliby przew˛ drowa´ s s e e c szmat drogi do granic Rivendell, zeby tu podja´ nasz trop. A je˙ eli b˛ dziemy ˙ ˛c z e ostro˙ ni, nie tak łatwo go odnajda. Lecz nie wolno nam zwleka´ . z ˛ c

Elrond wezwał hobbitów do siebie. Powa˙ nie spojrzał Frodowi w oczy. z
— Ju˙ czas! — rzekł. — Je˙ eli Pier´cie´ w ogóle ma ruszy´ w drog˛ , nie mo˙ z z s n c e z na czeka´ dłu˙ ej. Ci wszak˙ e, którzy z nim pójda, nie powinni liczy´ , ze w tym c z z ˛ c ˙ zadaniu wesprze ich or˛ z albo siła. Musza si˛ zapu´ci´ w kraj nieprzyjacielski, e˙ ˛ e s c z dala od wszelkiej pomocy. Czy podtrzymujesz swoje przyrzeczenie i jeste´ gos tów nie´c Pier´cie´ ? s´ s n — Tak — odparł Frodo. — Pójd˛ wraz z Samem. e — Nie mog˛ ci wiele pomóc, nawet rada — rzekł Elrond. — Nie umiem przee ˛ widzie´ wszystkiego, co ci˛ spotka w tej drodze, i nie wiem, w jaki sposób b˛ c e e dziesz mógł wykona´ swoje zadanie. Cie´ si˛ gnał ju˙ podnó˙ y gór i rozszerza c n e ˛ z z si˛ wcia˙ docierajac do brzegów Szarej Wody. A to, co dzieje si˛ w jego zasi˛ gu, e ˛z ˛ e e jest dla mnie nieprzeniknione. Spotkasz wielu wrogów, jawnych i zamaskowanych, i to w chwili, gdy si˛ najmniej b˛ dziesz tego spodziewał. Roze´l˛ go´ ców e e se n ´ i w miar˛ mo˙ no´ci zawiadomi˛ wszystkich przyjaciół, których mam po swiecie. e z s e Lecz wsz˛ dzie wkoło tyle jest teraz niebezpiecze´ stw, ze pewnie nie wszyscy moi e n ˙ wysłannicy dotra do celu, a niektórzy mo˙ e nie zdołaja ci˛ wyprzedzi´ . Dobior˛ ˛ z ˛ e c e ci towarzyszy podró˙ y, o ile oczywi´cie zgodza si˛ i´c z toba i je´li nic im nie z s ˛ e s´ ˛ s przeszkodzi. Dru˙ yna powinna by´ nieliczna, bo cała nadzieja w po´piechu i taz c s jemnicy. Gdybym nawet rozporzadzał zbrojnym zast˛ pem elfów, jak za Dawnych ˛ e Dni, nie przydałoby si˛ to na wiele, przeciwnie, zbudziłoby tylko czujno´c pot˛ g e s´ e Mordoru. Towarzyszy Pier´cienia b˛ dzie dziewi˛ ciu: Dziewi˛ ciu Piechurów przeciw s e e e 280

Dziewi˛ ciu Je´ d´ com. Z toba i twoim wiernym sługa pójdzie Gandalf, to bowiem e z z ˛ ˛ b˛ dzie Czarodzieja najwi˛ ksze dzieło, mo˙ e nawet uwie´ czenie trudów całego e e z n zycia. ˙ ´ Poza tym b˛ da w dru˙ ynie przedstawiciele wszystkich wolnych plemion swiae ˛ z ta: elfów, krasnoludów i ludzi. A wi˛ c elf Legolas i krasnolud Gimli, syn Gloina. e Obaj zgodzili si˛ towarzyszy´ ci przynajmniej do przeł˛ czy w górach, a mo˙ e e c e z i dalej. Z ludzi pójdzie Aragorn, syn Arathorna, poniewa˙ Pier´cie´ Isildura jemu z s n jest najbli˙ szy. z — Obie˙ y´wiat! — krzyknał Frodo. z s ˛ — Tak — u´miechnał si˛ Aragorn. — Prosiłem, by mi pozwolono znów biec s ˛ e ´ w swiat z toba, Frodo. ˛ — Sam bym cie o to prosił — rzekł Frodo — ale sadziłem, ze wybierasz si˛ ˛ ˙ e z Boromirem do Minas Tirith. — Wybieram si˛ rzeczywi´cie — odparł Aragorn. — Miecz, który był złamae s ny, trzeba przeku´ , nim rusz˛ na wojn˛ . Ale mamy wspólna drog˛ przez kilkaset c e e ˛ e mil. Dlatego Boromir tak˙ e przyłaczy si˛ do twojej dru˙ yny. To człowiek wielkiez ˛ e z go m˛ stwa. e — Brakuje wi˛ c dwóch jeszcze — powiedział Elrond. — Zastanowi˛ si˛ nad e e e ich wyborem. Znajd˛ z pewno´cia w´ród moich domowników odpowiednich dla e s ˛ s ciebie towarzyszy. — Ale˙ wtedy dla nas zabraknie miejsca! — krzyknał z rozpacza Pippin. — z ˛ ˛ Nie chcemy zosta´ , je´li Frodo idzie. Chcemy i´c razem z nim! c s s´ — Nie rozumiecie i nie wyobra˙ acie sobie, czym b˛ dzie ta wyprawa — rzekł z e Elrond. — Frodo tak˙ e nie wie — odezwał si˛ Gandalf niespodziewanie stajac po z e ˛ stronie Pippina. — Nikt z nas jasno tego sobie nie wyobra˙ a. Prawd˛ powiedziaz e łe´, Elrondzie: gdyby ci hobbici rozumieli niebezpiecze´ stwo, nie mieliby odwagi s n wyruszy´ przeciw niemu. Ale pragn˛ liby i´c albo przynajmniej pragn˛ liby mie´ c e s´ e c odwag˛ , wstydziliby si˛ i cierpieli. My´l˛ , Elrondzie, ze w tej sprawie lepiej zae e se ˙ wierzy´ szczerej przyja´ ni ni˙ wielkiej madro´ci. Gdyby´ nawet właczył do druc z z ˛ s s ˛ zyny tak dostojnego elfa jak Glorfindel, nie mógłby on zdoby´ Czarnej Wie˙ y ani ˙ c z utorowa´ drogi do Wielkiego Ognia siła, która rozporzadza. c ˛ ˛ ˛ — Wa˙ kie to słowa — odparł Elrond — lecz mam pewne watpliwo´ci. Shiz ˛ s re, jak si˛ obawiam, mo˙ e si˛ znale´ c w niebezpiecze´ stwie. Zamierzałem tych e z e z´ n dwóch hobbitów odesła´ , zeby ostrzegli swoich rodaków i przedsi˛ wzi˛ li srodc ˙ e e ´ ki, zgodne z miejscowymi obyczajami, by kraj zabezpieczy´ . W ka˙ dym razie c z młodszego z nich, Peregrina Tuka, zatrzymam. Serce we mnie si˛ wzdraga przed e my´la, by ten młodzik miał i´c z wami. s ˛ s´ — A wi˛ c zamknij mnie, Mistrzu, w wi˛ zieniu albo zwiazanego w worku e e ˛ ode´lij do domu — zawołał Pippin — bo uprzedzam ci˛ , ze pobiegn˛ za dru˙ yna! s e ˙ e z ˛ — Niech˙ e wi˛ c b˛ dzie twoja wola. Pójdziesz z Frodem — rzekł Elrond z e e 281

z westchnieniem. — Teraz mamy dziewi˛ ciu wybranych. Za tydzie´ dru˙ yna musi e n z wyruszy´ . c Płatnerze elfów przekuli na nowo miecz Elendila. Na ostrzu wyryli siedem gwiazd mi˛ dzy ksi˛ zycem w nowiu a promienistym sło´ cem, wokół za´ mnóe e˙ n s stwo znaków runicznych, bo Aragorn, syn Arathorna, szedł walczy´ na pogranic cze Mordoru. Miecz, znów cały, ja´niał pełnym blaskiem: w sło´ cu rozbłyskiwał s n szkarłatem, w po´wiacie miesi˛ cznej zimna biela, a kling˛ miał ostra i hartowna. s e ˛ ˛ e ˛ ˛ Aragorn obdarzył go nowym imieniem: Anduril — Płomie´ Zachodu. Aragorn n i Gandalf przechadzali si˛ razem lub przesiadywali rozmawiajac o podró˙ y i niee ˛ z bezpiecze´ stwach, które w niej mogli spotka´ ; rozpatrywali te˙ mapy, opatrzone n c z wielu napisami i runami, oraz stare kroniki, zachowane w domu Elronda. Frodo niekiedy przebywał z nimi, lecz zdawał si˛ we wszystkim na ich madro´c i sp˛ dzał e ˛ s´ e mo˙ liwie najwi˛ cej czasu z Bilbem. z e W tych ostatnich dniach hobbici słuchali w kominkowej Sali ró˙ nych opowiez ´ sci; tu usłyszeli mi˛ dzy innymi cała histori˛ Berena i pi˛ knej Luthien, i Wielkiego e ˛ e e Klejnotu. Za dnia wszak˙ e, podczas gdy Merry i Pippin kr˛ cili si˛ to tu, to tam, z e e Froda i Sama mo˙ na było najcz˛ sciej zasta´ w pokoiku Bilba. Stary hobbit czytał z e´ c im wybrane rozdziały swojej ksia˙ ki (wcia˙ jeszcze, jak si˛ zdawało, dalekiej od ˛z ˛z e uko´ czenia) albo urywki wierszy, niekiedy te˙ robił zapiski z przygód Froda. n z Rankiem ostatniego dnia, kiedy Frodo był sam z Bilbem, stary hobbit wycia˛ gnał spod łó˙ ka drewniana skrzynk˛ . Podniósł wieko i zaczał w niej szpera´ . ˛ z ˛ e ˛ c — Oto twój miecz — powiedział. — Ale jest złamany, jak wiesz. Wziałem ˛ go na przechowanie, lecz zapomniałem spyta´ płatnerzy, czy moga go naprawi´ ? c ˛ c Teraz ju˙ za pó´ no, przyszło mi wiec na my´l, ze mo˙ e by´ chciał mie´ ten, co? z z s ˙ z s c I wyjał ze skrzynki mieczyk w starej, wytartej skórzanej pochwie. Dobył go ˛ z pochwy, przetarł polerowane, dobrze utrzymane ostrze, które za´wieciło niespos dzianie zimnym blaskiem. Frodo przyjał dar z wdzi˛ czno´cia. ˛ e s ˛ — Mam tu co´ jeszcze — powiedział Bilbo wyjmujac zawiniatko, które zdas ˛ ˛ wało si˛ bardzo ci˛ zkie w stosunku do swych małych rozmiarów. Rozwinał kile e˙ ˛ ka zwojów starego sukna i podniósł w gór˛ mała kolczug˛ sporzadzona z g˛ sto e ˛ e ˛ ˛ e plecionej siatki, gi˛ tkiej niemal jak płótno, lecz twardszej ni´ li stal. L´niła niby e z s srebro w ksi˛ zycowej po´wiacie, a wysadzana była drogimi kamieniami. Był do e˙ s niej tak˙ e pas z pereł i kryształów. z ´ — Pi˛ kna, prawda? — spytał Bilbo obracajac kolczug˛ pod swiatło. — I bare ˛ e dzo u˙ yteczna. To moja krasnoludzka zbroja, dar Thorina. Odebrałem ja z muz ˛ zeum w Michel Delving przed opuszczeniem domu i zapakowałem mi˛ dzy bae ga˙ e. Wziałem z soba wszystkie pamiatki z wyprawy, z wyjatkiem Pier´cienia. z ˛ ˛ ˛ ˛ s Ale nie spodziewałem si˛ , bym miał sposobno´c u˙ ywa´ kolczugi, a teraz nie jest e s´ z c mi ju˙ wcale potrzebna, chyba na to, zeby czasem oczy nacieszy´ . Noszac ja, nie z ˙ c ˛ ˛ czuje si˛ niemal ci˛ zaru. e e˙ 282

— Wygladałbym w tym. . . my´l˛ , ze wygladałbym nieco dziwacznie — rzekł ˛ se ˙ ˛ Frodo. — To samo i ja mówiłem — powiedział Bilbo. — Ale nie przejmuj si˛ wye gladem. Mo˙ esz zreszta nosi´ kolczug˛ pod wierzchnim ubraniem. . . Słuchaj! ˛ z ˛ c e Powiem ci co´, ale niech to zostanie mi˛ dzy nami. B˛ d˛ o wiele spokojniejszy s e e e wiedzac, ze nosisz t˛ zbroj˛ . Mam wra˙ enie, ze od niej odbiłyby si˛ nawet sztyle˛ ˙ e e z ˙ e ´ ty Czarnych Je´ d´ ców — dodał sciszajac głos. z z ˛ — Dobrze wi˛ c, wezm˛ ja — odparł Frodo. Bilbo sam ubrał go w kolczug˛ e e ˛ e ˙ adełko u pasa. Potem Frodo wło˙ ył na to wszystko swoje stare, i zawiesił mu Z ˛ z zniszczone spodnie, bluz˛ i kurtk˛ . e e — Wygladasz jak ka˙ dy hobbit — rzekł Bilbo. — Ale jest w tobie co´ wi˛ cej, ˛ z s e ni˙ by si˛ z pozoru wydawało. Niech ci szcz˛ scie sprzyja! Odwrócił si˛ i patrzac z e e´ e ˛ w okno usiłował zanuci´ jaka´ melodi˛ . c ˛s e — Brak mi słów, zeby ci podzi˛ kowa´ , ja by nale˙ ało, za te dary i za wszystkie ˙ e c z lata dobroci dla mnie — powiedział Frodo. — Nawet nie próbuj! — zawołał stary hobbit i okr˛ ciwszy si˛ na pi˛ cie trzepe e e nał Froda po łopatce. — Aj! — krzyknał. — Teraz jeste´ za twardy na takie karesy. ˛ ˛ s No, ale to ju˙ tak jest: hobbici musza si˛ trzyma´ razem, a Bagginsowie tym barz ˛ e c dziej. Nie wymagam od ciebie w zamian niczego, prócz ostro˙ no´ci. Uwa˙ aj na z s z siebie i staraj si˛ przywie´ c z podró˙ y jak najwi˛ cej nowin, a tak˙ e zapami˛ taj e z´ z e z e wszystkie stare pie´ni i legendy, jakie posłyszysz. B˛ d˛ pracował usilnie, zeby s e e ˙ sko´ czy´ ksia˙ k˛ , nim wrócisz. Ch˛ tnie bym napisał drugi tom, je˙ eli po˙ yj˛ . n c ˛z e e z z e ´ Urwał i znów odwrócił si˛ do okna spiewajac półgłosem: e ˛ Siedz˛ przy ogniu i dumam e O tym, w co pami˛ c bogata. e´ O kwiatkach polnych, motylach W dawnych, minionych latach. O listkach zółtych i nitkach ˙ Jesiennych, lekkich paj˛ czyn. e O mgłach, o sło´ cu, o wietrze, n Co włos na głowie mi pi˛ trzył. . . e Siedz˛ przy ogniu i dumam – e Czy te˙ tu b˛ dzie inaczej, z e Gdy zima przyjdzie bez wiosny – I czy to kiedy zobacz˛ . e ´ Bo´ rzeczy wiele jest w swiecie, c A jam ich widział niewiele. . . 283

Na przykład w lesie co wiosny Coraz to inna jest ziele´ . n Siedz˛ przy ogniu i dumam e O dawnych i przyszłych ludach – ´ I wiem – swiat nowy zobacza, ˛ A mnie si˛ to ju˙ nie uda. e z Lecz có˙ . . . wcia˙ siedz˛ i my´l˛ z ˛z e se O czasach, które ju˙ przeszły. . . z Słucham znajomych mi kroków I głosów słucham zamierzchłych. Był zimny, szary dzie´ pod koniec grudnia. Wschodni wiatr szarpał nagimi n gał˛ ziami drzew i syczał w´ród czarnych sosen na zboczach gór. Postrz˛ pione e s e ciemne chmury płyn˛ ły nisko po niebie. Gdy zapadł wczesny, smutny zmierzch, e dru˙ yna stan˛ ła w pogotowiu do drogi. Mieli ruszy´ o zmroku, bo Elrond radził z e c porusza´ si˛ pod osłona nocy, dopóki nie znajda si˛ daleko od Rivendell. c e ˛ ˛ e — Trzeba si˛ wystrzega´ oczu mnogich sług Saurona — mówił. — Niewatplie c ˛ wie ju˙ usłyszał wie´c o pora˙ ce je´ d´ ców i kipi gniewem. Wkrótce chmara jego z s´ z z z szpiegów na nogach i skrzydłach pospieszy ku północy. Nawet nieba musicie si˛ e strzec w tej podró˙ y. z

Dru˙ yna nie wzi˛ ła z soba˛ wiele or˛ za, bo nadziej˛ pokładano w tajno´ci z e e˙ e s wyprawy, nie w czynach bojowych. Aragorn przypasał Andurila, lecz poza nim nie brał zadnej innej broni; wło˙ ył na drog˛ rdzawozielone i brunatne ubranie ˙ z e Stra˙ ników pustkowi. Boromir miał długi miecz, z kształtu podobny do Andurila, z lecz nie tak staro˙ ytny, tarcz˛ i róg rycerski. z e — Gło´no i czysto gra on po dolinach i górach — rzekł — a na jego d´ wi˛ k s z e niech umykaja wrogowie Gondoru! ˛ Przytknał róg do ust i zadał we´ , a˙ echo poniosło si˛ od skały do skały i kto ˛ ˛ n z e zyw w Rivendell zerwał si˛ na nogi. ˙ e — Nie bad´ zbyt skory do grania na tym rogu, Boromirze — powiedział El˛ z rond — póki znów nie staniesz u granic swojej ojczyzny lub nie znajdziesz si˛ e w ci˛ zkiej potrzebie. e˙ — Mo˙ e i dobrze radzisz — odparł Boromir — ale ja zawsze głosem rogu z oznajmiam, ze wyruszam w drog˛ , a cho´ bym musiał potem przemyka´ w´ród ˙ e c c s ciemno´ci, nie chc˛ zaczyna´ wyprawy milczkiem jak nocny złodziej. s e c Tylko krasnolud Gimli jawnie obnosił krótka, stalowa kolczug˛ , bo jego ple˛ ˛ e mi˛ lekce sobie wa˙ y wszelkie pozory. Za pas miał zatkni˛ ty topór o szerokim e z e
284

ostrzu. Legolas zaopatrzył si˛ w łuk i kołczan, a u pasa zawiesił długi, biały nó˙ . e z Dwaj młodzi hobbici uzbroili si˛ w miecze, zabrane z Kurhanu. Frodo wszake ˙˛ ze nie miał nic prócz Zadełka, a zbroj˛ , zgodnie z zyczeniem Bilba, ukrywał ˙ e ˙ pod ubraniem. Gandalf miał swoja ró˙ d˙ k˛ , lecz do boku przypasał miecz elfów, ˛ z z e zwany Glamdringiem, bli´ niaczy or˛ z Orkrista, spoczywajacego na piersi Thorina z e˙ ˛ pod Samotna Góra. Wszystkich Elrond zaopatrzył hojnie w gruba, ciepła odzie˙ , ˛ ˛ ˛ ˛ z w kurty i płaszcze podbite futrem. Zapasami zywno´ci, ubraniami na zmian˛ , ko˙ s e cami i wszelakim sprz˛ tem objuczono kucyka, a był to ten sam nieszcz˛ sny zwiee e rzak, którego hobbici kupili w Bree. Par˛ miesi˛ cy w Rivendell odmieniło go nad e e podziw: sier´c na nim l´niła i zdawał si˛ tryska´ młodzie´ cza energia. Zabrano go s´ s e c n ˛ ˛ na usilne nalegania Sama, który twierdził, ze Bill (bo tak nazwał kuca) zat˛ skniłby ˙ e si˛ na smier´ , gdyby go zostawiono. e ´ c ˙ — Ten zwierzak prawie ju˙ umie mówi´ — powiedział. — Zeby jeszcze par˛ z c e tygodni tu pobył, zagadałby z pewno´cia. Spojrzał na mnie, jakby mówił, i to s ˛ wcale nie mniej wyra´ nie ni˙ pan Pippin: „Je˙ eli mnie z soba nie we´ miesz, mój z z z ˛ z Samie, pobiegn˛ za wami nie pytajac o pozwolenie”. e ˛ Tak wi˛ c Bill wział udział w wyprawie w roli tragarza, a mimo to on jeden e ˛ z całej kompanii nie miał markotnej miny.

Po˙ egnali si˛ ju˙ z Elrondem w wielkiej Sali Kominkowej i teraz czekali tylz e z ko na Gandalfa, który nie wyszedł jeszcze przed dom. Z otwartych drzwi bił blask ´ ogniska, okna ja´niały łagodnym swiatłem. Bilbo otulony płaszczem stał w progu s obok Froda. Aragorn siedział z głowa zwieszona na kolana; tylko Elrond wiedział, ˛ ˛ co Obie˙ y´wiat prze˙ ywa w tej chwili. Sylwetki pozostałych uczestników wypraz s z wy ledwie majaczyły w mroku. Sam stanał przy kucu i cmokajac wpatrywał si˛ ˛ ˛ e w ciemno´ci, z których dochodził szum rzeki pluszczacej na kamieniach. Nie czuł s ˛ w tej chwili wcale zadzy przygód w sercu. ˙˛ — Billu, mój zuchu — rzekł. — Nie powiniene´ był napiera´ si˛ tej podró˙ y. s c e z Mogłe´ tu zosta´ i pa´c si˛ najprzedniejszym siankiem a˙ do nowej trawy. s c s´ e z Bill machnał ogonem i nic na to nie odpowiedział. Sam poprawił worek na ˛ swoich plecach i zastanawiajac si˛ z niepokojem, czy czego´ nie pominał, zaczał ˛ e s ˛ ˛ sobie w duchu przypomina´ wszystkie rzeczy, które do worka wpakował: skarb c najwa˙ niejszy — sprz˛ t kuchenny; mała puszk˛ z sola, z która si˛ nie rozstawał, z e ˛ e ˛ ˛ e napełniajac ja przy ka˙ dej sposobno´ci; zapas ziela fajkowego spory — ale pewnie ˛ ˛ z s jeszcze nie wystarczajacy; krzesiwo i hubka; bielizna płócienna i ciepła wełnia˛ ˛ ˛ ˛ ˛ na; rozmaite drobiazgi pana Froda, o których Frodo nie pami˛ tał, a które Sam ˛ e wetknał mi˛ dzy własne manatki, by we wła´ciwej chwili z tryumfem wyciagna´ . ˛ e s ˛ ˛c Wszystko to po kolei i w my´li wyliczył. s — Lina! — mruknał. — Nie wziałem liny. A jeszcze wczoraj wieczorem mó˛ ˛ wiłem sobie: „samie, czy nie uwa˙ asz, ze przydałby si˛ kawałek liny? Je˙ eli jej z ˙ e z
285

nie we´ miesz, ani chybi oka˙ e si˛ potrzebna”. No, b˛ dzie potrzebna na pewno. z z e e Teraz ju˙ po nia nie wróc˛ . z ˛ e W tym momencie zjawił si˛ Elrond z Gandalfem i przywołał cała kompani˛ . e ˛ e — Oto moje ostatnie słowo — rzekł cichym głosem. — Powiernik Pier´cienia s rusza na poszukiwanie Góry Przeznaczenia. Na nim jednym spoczywa odpowiedzialno´c: nie wolno mu Pier´cienia odrzuci´ ani wyda´ w r˛ ce Nieprzyjaciela s´ s c c e czy którego´ z jego sług, nie wolno dopu´ci´ , aby ktokolwiek bodaj dotknał Piers s c ˛ ´ scienia, chyba który´ z członków dru˙ yny i Rady, ale i to tylko w ostatecznej pos z trzebie. Wy wszyscy towarzyszycie powiernikowi ochotniczo, by mu dopomóc. ´ z Macie prawo wycofa´ si˛ lub zawróci´ z drogi, lub skr˛ ci´ na inne scie˙ ki, je˙ eli c e c e c z nadarzy si˛ mo˙ liwo´c. Im dalej z nim pójdziecie, tym trudniej b˛ dzie si˛ cofna´ . e z s´ e e ˛c Lecz nie wia˙ e was przysi˛ ga ani obietnica, nie jeste´cie obowiazani i´c dalej, ni˙ ˛z e s ˛ s´ z zechcecie. Nie zmierzyli´cie jeszcze bowiem m˛ stwa swoich serc i nie mo˙ ecie s e z przewidzie´ , co ka˙ dego z was spotka w tej w˛ drówce. c z e — Przeniewierca jest, kto porzuca towarzyszy, gdy ciemno´ci zast˛ puja drog˛ ˛ s e ˛ e — odezwał si˛ Gimli. e ´ — Mo˙ e — odpowiedział Elrond — lecz niech nie slubuje przebrna´ przez z ˛c ciemno´ci nocy, kto nie widział jeszcze nawet zmroku. s — Przysi˛ ga utwierdziłaby chwiejne serca — rzekł Gimli. e — Albo te˙ by je złamała — odparł Elrond. — Nie patrzcie zbyt daleko przed z siebie! Ruszajcie z otucha w sercach! Bywajcie zdrowi, niech błogosławie´ stwo ˛ n ´ elfów, ludzi i wszystkich wolnych istot b˛ dzie wcia˙ z wami. Oby gwiazdy swiee ˛z ciły wam w twarze! — Szcz˛ sliwej. . . szcz˛ sliwej drogi! — krzyknał Bilbo dzwoniac z zimna z˛ e´ e´ ˛ ˛ e bami. — Nie przypuszczam, zeby´ znalazł czas na prowadzenie dziennika podró˙ s zy, mój Frodo kochany, ale spodziewam si˛ dokładnego sprawozdania po powro˙ e cie. Nie ka˙ mi za długo czeka´ ! Bywaj zdrów! z c

Wielu domowników Elronda, stojacych w cieniu, zegnało odchodzacych ˛ ˙ ˛
´ i szeptem zyczyło im szcz˛ scia. Nie było smiechu ani pie´ni, ani muzyki. Wresz˙ e´ s cie dru˙ yna ruszyła cicho wsiakajac w mrok. z ˛ ˛ ´ Przebyli most i z wolna zacz˛ li si˛ wspina´ długa, stroma scie˙ ka na sciae e c ˛ ˛´ z ˛ n˛ jaru Rivendell, a˙ stan˛ li w ko´ cu na wy˙ ynie stepowej, gdzie wiatr szele´cił e z e n z s w´ród wrzosów. Raz jeszcze spojrzeli na ostatni przyjazny dom migocacy w dole s ˛ ´ swiatłami, a potem zanurzyli si˛ w noc. e Przy Brodzie Bruinen opu´cili go´ciniec i skr˛ cajac ku południowi weszli na s s e ˛ waskie dró˙ ki wijace si˛ przez falista okolic˛ . Zale˙ ało im na tym, by jak najdłu˙ ej ˛ z ˛ e ˛ e z z trzyma´ si˛ zachodniej strony gór. Teren był tu bardziej wyboisty i jałowy ni˙ c e z ´ w zielonej dolinie Wielkiej Rzeki płynacej za sciana górska przez Dzika Krain˛ , ˛ ˛ ˛ ˛ e tote˙ marsz t˛ dy musiał by´ powolny; mieli jednak nadziej˛ , ze w ten sposób z e c e ˙ 286

unikna ciekawych a nieprzyjaznych oczu. Szpiedzy Saurona rzadko zapuszczali ˛ ´ z si˛ na te pustkowia, a scie˙ ek tutejszych nie znał prawie nikt prócz mieszka´ ców e n Rivendell. Gandalf szedł na czele wraz z Aragornem, który nawet po ciemku orientował si˛ w okolicy doskonale. Reszta dru˙ yny poda˙ ała za nim g˛ siego, a Legolas, e z ˛z e obdarzony bystrym wzrokiem, zamykał pochód jako tylna stra˙ . Pierwsza cz˛ sc z e´ ´ podró˙ y była bardzo ucia˙ liwa i Frodo mało co z niej zapami˛ tał prócz zimna i wiz ˛z e chru. Przez wiele bezsłonecznych dni lodowaty podmuch dał od gór na wschodzie ˛ i okazało si˛ , ze nie ma płaszcza, przez który by si˛ nie przebijały jego natr˛ tne e ˙ e e palce. W˛ drowcom mimo dobrych podró˙ nych ubra´ niecz˛ sto udawało si˛ zae z n e e grza´ , czy to w marszu, czy to na popasie. c Sypiali mało w tylko w ciagu popołudniowych godzin przycupnawszy w ja˛ ˛ kiej´ rozpadlinie albo kryjac si˛ w´ród chaszczy tarniny, która tu rosła g˛ stymi s ˛ e s e k˛ pami. Pó´ nym popołudniem wartownik budził towarzyszy i zjadali obiad, zwye z kle zimny i niezbyt pokrzepiajacy, bo rzadko odwa˙ ali si˛ na rozniecanie ogniska. ˛ z e Wieczorem ruszali znów w drog˛ wybierajac scie˙ ki wiodace mo˙ liwie najproe ˛ ´ z ˛ z ´ sciej na południe. Zrazu wydawało si˛ hobbitom, ze chocia˙ maszeruja wytrwale, a˙ do ostatecze ˙ z ˛ z ´ nego zm˛ czenia, pełzna jak slimaki i nigdy nigdzie nie dotra. Co dzie´ ogladali e ˛ ˛ n ˛ krajobraz taki sam jak poprzedniego dnia. A jednak góry wcia˙ si˛ ku nim przybli˛z e zały. Na południe od Rivendell ła´ cuch górski spi˛ trzał si˛ coraz wy˙ ej i zaginał ˙ n e e z ku zachodowi, u stóp głównego masywu rozsypane były szeroko nagie wzgórza ´ z i gł˛ bokie jary, w których pieniły si˛ bystre potoki. Nieliczne scie˙ ki biegły kr˛ to e e e i cz˛ sto urywały si˛ na kraw˛ dzi urwiska albo zdradzieckiego bagna. e e e W˛ drowali tak przez dwa tygodnie, gdy nagle pogoda si˛ zmieniła. Wiatr e e ucichł, a potem znów dmuchnał, lecz teraz w stron˛ południa. Mknace po nie˛ e ˛ bie chmury podniosły si˛ wy˙ ej i rozpierzchły, wyjrzało sło´ ce, blade i jasne. Po e z n ´ długiej nocy nu˙ acego marszu swit ich ogarnał zimny i czysty. Stan˛ li na niskiej z˛ ˛ e grani zwie´ czonej k˛ pa s˛ dziwych kolczoli´ci, których szarozielone pnie wyglan e ˛ e s ˛ dały tak, jakby je wykuto z okolicznych skał. Ciemne li´cie błyszczały, a jagody s ´ płon˛ ły szkarłatem w promieniach switu. e Dalej ku południowi Frodo widział omglona scian˛ wyniosłych gór, jak gdy˛´ e by zagradzajaca drog˛ , która sobie wytkn˛ ła dru˙ yna. W lewej cz˛ sci tego ła´ cu˛ ˛ e ˛ e z e´ n ´ cha wystrzelały trzy szczyty. Najwy˙ szy i zarazem najbli˙ szy, ubielony sniegiem, z z sterczał na kształt z˛ ba; jego wielka, naga północna scian˛ zalegał jeszcze cie´ , e ˛ ˛ ˛´ e n ale tam gdzie ju˙ si˛ gały uko´ne promienie sło´ ca, jarzyła si˛ czerwono. Gandalf z e s n e u boku Froda patrzał tak˙ e osłaniajac oczy dłonia. z ˛ ˛ — Uszli´my spory kawał drogi — rzekł. — Jeste´my na granicy kraju, któs s ry ludzie nazywaja Hollinem. Mieszkał tu mnóstwo elfów za dawnych, szcz˛ sli˛ e´ wych czasów, kiedy nazwa tego kraju brzmiała inaczej: Eregion. Posun˛ li´my si˛ e s e o czterdzie´ci pi˛ c staj lotu ptaka, jakkolwiek nogi nasze przemierzyły znacznie s e´ 287

wi˛ cej. dalej teren i klimat b˛ da łaskawsze, lecz mo˙ e tym bardziej niebezpieczne. e e ˛ z — Mniejsza o to, w ka˙ dym razie miło zobaczy´ tak pi˛ kny wschód sło´ ca — z c e n rzekł Frodo odrzucajac kaptur i wystawiajac twarz na blask ranka. ˛ ˛ — Ale teraz góry sa przed nami — zauwa˙ ył Pippin. — Widocznie w ciagu ˛ z ˛ nocy skr˛ cili´my na wschód. e s — Nie — odparł Gandalf. — Po prostu w czystym powietrzu dalej si˛ gamy e wzrokiem. Za tymi trzema szczytami ła´ cuch wygina si˛ łukiem ku południon e -zachodowi. W domu Elronda było mnóstwo map, ale pewnie nigdy nie przyszło ci do głowy, zeby im si˛ przyjrze´ . ˙ e c — Owszem, czasem je ogladałem — rzekł Pippin. — Nic jednak nie pami˛ ˛ e tam. Frodo ma do takich spraw wi˛ cej zdolno´ci. e s — Mnie mapy nie potrzebne — odezwał si˛ Gimli, który zbli˙ ył si˛ wraz e z e z Legolasem i patrzył teraz przed siebie z dziwnym błyskiem w gł˛ bi oczu. — To e kraj, w którym przed wiekami pracowali ojcowie nasi, obraz tych gór wykuli´my s w metalu i w kamieniu na wielu naszych dziełach i upami˛ tnili´my w wielu piee s ´ sniach i legendach. Widujemy je, wystrzelajace pod niebo, w naszych snach. To ˛ Baraz, Zirak i Shathur. Na jawie widziałem je tylko raz w zyciu, znam jednak ich kształty i nazwy, pod ˙ nimi bowiem le˙ y Khazad-dum, stolica krasnoludów — dzi´ nazwana Czarnym z s Szybem, a w j˛ zyku elfów — Moria. Oto stoi Barazinbar, Czerwony Róg, okrutny e ˛ Karadhras; za nimi szczyty: Srebrny i Chmurny — Kelebdil Biały i Fanuidhol Szary, który po swojemu nazywamy Zirak-zigil, i Bundushathur. Tu Góry Mgliste rozszczepiaja si˛ , a mi˛ dzy ich ramionami le˙ y gł˛ boko w cieniu Dolina Dimrilla, ˛ e e z e przez elfy nazywana Nanduhirion. — Wła´nie do tej doliny zmierzamy — powiedział Gandalf. — Je˙ eli wejs z dziemy na przeł˛ cz, zwana Brama Czerwonego Rogu, a znajdujaca si˛ poni˙ ej e ˛ ˛ ˛ ˛ e z ´ przeciwległej sciany Karadhrasu, zejdziemy potem Schodami Dimrilla w głab do˛ liny krasnoludów. Jest tam Zwierciadlane Jezioro, i tam te˙ z lodowatych zródeł z ˙ ˙ tryska Srebrna Zyła. — Ciemne sa wody Kheled-zaram — rzekł Gimli. — Zimne sa zródła Kibil˛ ˛´ -nala. Serce we mnie dr˙ y na my´l, ze mo˙ e wkrótce ju˙ je ujrz˛ . z s ˙ z z e — Oby´ nacieszył oczy ich widokiem, zacny krasnoludzie — rzekł Gandalf. s — Cokolwiek wszak˙ e zrobisz, my nie m9o˙ emy długo bawi´ w owej dolinie. z z c ˙ Trzeba nam spieszy´ z biegiem Srebrnej Zyły do tajemnych lasów, a przez nie ku c Wielkiej Rzece, potem za´. . . — Gandalf urwał. s — No, có˙ potem? — spytał Merry. z — Potem do celu podró˙ y, ostatecznie — do celu! — odparł Gandalf. — Nie z mo˙ na patrze´ za daleko przed siebie. Cieszmy si˛ , ze pierwszy etap przebyli´my z c e ˙ s szcz˛ sliwie. My´l˛ , ze tu odpoczniemy nie tylko przez dzie´ cały, ale tak˙ e przez e´ se ˙ n z noc. W Hollinie powietrze jest czyste. Siła złego potrzeba, aby kraj, w którym ongi mieszkały elfy, zapomniał o nich. 288

— To prawda — rzekł Legolas. — Elfy tutejsze były jednak obcej nam rasy, nie z le´nego rodu, a drzewa i trawa ju˙ o nich nie pami˛ taja. Tylko ja słysz˛ skarg˛ s z e ˛ e e kamieni: „Z gł˛ bi nas dobywali, pi˛ knie nas rze´ bili, wysoko z nas pi˛ trzyli mury, e e z e ale odeszli”. Elfy odeszły. Dawno, dawno temu poda˙ yły ku przystaniom. ˛z

Tego ranka rozniecili ognisko w gł˛ bokiej rozpadlinie osłoni˛ tej gaszczem e e ˛
´ kolczoli´ci, a posiłek — nie wiedzie´ : wieczerza czy sniadanie? — upłynał tak s c ˛ wesoło, jak nigdy jeszcze od poczatku marszu. Nie kwapili si˛ potem do snu, bo ˛ e mieli nadziej˛ przespa´ cała noc, i nie zamierzali wyrusza´ w dalsza drog˛ przed e c ˛ c ˛ e wieczorem nast˛ pnego dnia. Tylko Aragorn był milczacy i niespokojny. Po chwili e ˛ odłaczywszy si˛ od kompanii wyszedł na gra´ . Stanał tu w cieniu drzewa rozgla˛ e n ˛ ˛ dajac si˛ na południe i zachód, a głow˛ wychylił, jakby nasłuchiwał. Wrócił potem ˛ e e ´ na kraw˛ d´ rozpadliny i spojrzał z góry na smiejaca si˛ i rozgadana gromadk˛ . e z ˛ ˛ e ˛ e — Co si˛ stało, Obiezy´wiacie? — zawołał Merry. — Czego szukasz? Mo˙ e e s z ci brak wschodniego wiatru? — Nie — odparł Aragorn. — Czego´ jednak rzeczywi´cie mi brak. Bywałem s s w Hollinie o ró˙ nych porach roku. Nie mieszkaja tu dzisiaj ani elfy, ani ludzie, lecz z ˛ przecie˙ dawniej zyły w tych stronach ró˙ ne stworzenia, a przede wszystkim du˙ o z ˙ z z ptaków. Teraz jednak nie słycha´ zadnych głosów prócz waszych. Tego jestem c ˙ pewien. Na wiele mil wkoło panuje cisza, a wasze głosy echem dudnia pod ziemia. ˛ ˛ Nie mog˛ tego zrozumie´ . e c Gandalf nagle z zainteresowaniem podniósł głow˛ . e — Jak my´lisz, dlaczego tak jest? — spytał. — Czy podejrzewasz jaki´ ins s ny powód ni˙ zdumienie na widok czterech hobbitów, nie mówiac ju˙ o reszcie z ˛ z towarzystwa, w miejscu, gdzie rzadko si˛ kogo´ widuje i słyszy? e s — Mam nadziej˛ , ze tylko w tym le˙ y przyczyna — rzekł Aragorn. — Ale e ˙ z wyczuwam jakie´ napi˛ cie i l˛ k, których tu nigdy przedtem nie zaznałem. s e e — To znaczy, ze trzeba zachowa´ wi˛ cej ostro˙ no´ci — powiedział Gandalf. c e z s — Skoro si˛ ma w kompanii Stra˙ nika, nale˙ y go słucha´ , tym bardziej, kiedy tym e z z c Stra˙ nikiem jest Aragorn. Nie b˛ dziemy ju˙ gło´no gada´ , poło˙ ymy si˛ cicho z e z s c z e spa´ i wystawimy wart˛ . c e

Pierwsza wachta przypadła Samowi, lecz Aragorn czuwał razem z nim. Inni posn˛ li. Cisza zaległa tak wielka, ze nawet Sam ja wyczuwał. Słycha´ było e ˙ ˛ c ´ ˛ wyra´ nie oddechy spiacych. Ka˙ de machni˛ cie ogona, ka˙ de przestapienie kopyt z z e z ˛ kuca rozlegało si˛ gło´no. Sam słyszał nawet, jak przy ka˙ dym ruchu trzeszczało e s z ´ mu w stawach. Otaczała ich głucha cisza, a nad swiatem rozpi˛ te było pogodne e niebo, po którym sło´ ce wznosiło si˛ od wschodu. Daleko na południu ukazała n e si˛ czarna plamka i rosła zbli˙ ajac si˛ ku północy niby dym niesiony wiatrem. e z ˛ e 289

— Co to jest? Nie wyglada na chmur˛ — szepnał Sam do Aragorna. tamten ˛ e ˛ nie odpowiedział, z napi˛ ciem wpatrujac si˛ w niebo. Lecz po chwili Sam bez e ˛ e jego pomocy zrozumiał, co si˛ zbli˙ a od południa. Chmary ptactwa leciały bare z dzo szybko, zataczały koła, kra˙ yły nad okolica, jakby czego´ szukajac. A wcia˙ ˛z ˛ s ˛ ˛z zbli˙ ały si˛ do nich. z e — Kład´ si˛ na ziemi i ani drgnij! — syknał Aragorn wciagajac Sama w cie´ z e ˛ ˛ ˛ n kolczoli´cia, bo jeden pułk ptasi odłaczył si˛ nagle od głównego trzonu armii s ˛ e i niskim lotem p˛ dził wprost na gra´ . Samowi wydało si˛ , ze to jaka´ odmiana e n e ˙ s niezwykle du˙ ych wron. Kiedy przelatywały nad głowami w˛ drowców, tak zbita z e ˛ ´ gromada, ze czarny cie´ przebiegł ich sladem po ziemi, rozległo si˛ pojedyncze ˛ ˙ n e ochrypłe krakanie. Dopiero gdy znikły w oddali, na północy i na zachodzie, a niebo znów si˛ e rozja´niło, Aragorn wstał. Zaraz te˙ poskoczył budzi´ Gandalfa. s z c — Zast˛ py czarnych wron lataja nad okolica mi˛ dzy górami a Szara Woda — e ˛ ˛ e ˛ ˛ powiedział Czarodziejowi. — Przeleciały wła´nie nad Hollinem. Ptaki nietutejs sze, krebainy z Fangornu i Dunlandu. Nie wiem, co to znaczy. Mo˙ e gdzie´ na z s południu wybuchły jakie´ niepokoje i wrony uciekaja przed nimi; ale my´l˛ , ze s ˛ se ˙ raczej leca na przeszpiegi. Dostrzegłem te˙ wiele sokołów wysoko na niebie. Sa˛ z ˛ dz˛ , ze powinni´my stad odej´c dzi´ wieczorem. Powietrze Hollinu ju˙ nam nie e ˙ s ˛ s´ s z ´ słu˙ y: to miejsce jest sledzone. z — W takim razie Brama Czerwonego Rogu jest równie˙ pod obserwacja — z ˛ rzekł Gandalf — a jak przez nia przej´c niepostrze˙ enie, nie mam poj˛ cia. Co do ˛ s´ z e twojej rady, by wyruszy´ stad co pr˛ dzej po zmierzchu, to niestety, masz słuszc ˛ e no´c. s´ — Szcz˛ sciem nasze ognisko mało dymi i zda˙ yło przygasna´ , nim krebainy e´ ˛z ˛c nadleciały — powiedział Aragorn. — Trzeba je zagasi´ i wi˛ cej ju˙ nie roznieca´ . c e z c

— A to pech! — zawołał Pippin. Pierwsze bowiem nowiny, które usłyszał
zbudzony pó´ nym popołudniem, brzmiały: ogniska nie b˛ dzie, noca wymarsz. — z e ˛ I to wszystko przez stado wron! Cieszyłem si˛ na porzadna kolacj˛ dzisiejszego e ˛ ˛ e wieczora, marzyłem, zeby co´ ciepłego do g˛ by wło˙ y´ . ˙ s e z c — Wolno ci marzy´ dalej — rzekł Gandalf. — Kto wie, czy nie czekaja ci˛ c ˛ e niespodziewane uczty w bliskiej przyszło´ci. Osobi´cie marz˛ o wypaleniu w spos s e koju fajki i o rozgrzaniu wreszcie zmarzni˛ tych stóp. Jedno wszak˙ e jest pewne: e z na południu b˛ dzie cieplej. e — Nie dziwiłbym si˛ , gdyby nam było a˙ za ciepło — mruknał do Froda Sam. e z ˛ — Ale my´l˛ , ze pora, by nam si˛ wreszcie ukazała Ognista Góra i zeby´my zose ˙ e ˙ s baczyli, by tak rzec, kres podró˙ y. Z poczatku łudziłem si˛ , ze ten Czerwony Róg, z ˛ e ˙ czy jak mu tam, to ju˙ owa góra, ale kiedy Gimli wygłosił swoje przemówiez nie, zrozumiałem pomyłk˛ . Swoja droga na tym ich krasnoludzkim j˛ zyku mo˙ na e ˛ ˛ e z 290

chyba szcz˛ k˛ połama´ . e e c Mapy niewiele mówiły Samowi, a wszystkie odległo´ci w tych dziwnych kras jach wydawały mu si˛ tak wielkie, ze do cna si˛ w nich zagubił. e ˙ e Cały dzie´ przesiedzieli w kryjówce. Czarne ptaki przeleciały tam i sam pan r˛ razy, lecz gdy sło´ ce na zachodzie poczerwieniało, znikły umykajac w stron˛ e n ˛ e południa. O zmroku dru˙ yna ruszyła i skr˛ ciwszy nieco na wschód skierowała si˛ z e e ku Karadhrasowi, który jeszcze si˛ w dali zarzył nikła czerwienia w ostatnich proe ˙ ˛ ˛ mieniach niewidocznego ju˙ sło´ ca. W miar˛ jak niebo bladło, jedna po drugiej z n e zapalały si˛ na nim gwiazdy. e ´ Idac za Aragornem trafili na wygodna scie˙ k˛ . Frodo przypuszczał, ze to slad ˛ ˛´ z e ˙ starej drogi, niegdy´ szerokiej i porzadnie wyrównanej, prowadzacej z Hollinu na s ˛ ˛ przeł˛ cz. Ksi˛ zyc, w pełni tego wieczora, płynał nad górami i w jego mdłej poe e˙ ˛ ´ swiacie ka˙ dy kamie´ rzucał czarny cie´ . Wiele tych kamieni, chocia˙ teraz le˙ az n n z z ły bezładnie po´ród nagiego, pustego krajobrazu, wygladało tak, jakby je ociosały s ˛ pracowite r˛ ce. e Była mro´ na godzina przed brzaskiem, ksi˛ zyc si˛ zni˙ ył. Frodo spojrzał z e˙ e z w niebo. nagle zobaczył, a mo˙ e tylko wyczuł cie´ , który przesunał si˛ pod z n ˛ e gwiazdami, tak ze na jedno mgnienie jakby przygasły i zaraz rozbłysły na nowo. ˙ Dreszcz przeszedł Froda. — Czy widziałe´? — szepnał do Gandalfa, który szedł przed nim. s ˛ — Nie widziałem, ale co´ wyczułem — odparł Czarodziej. — Mo˙ e to nic nie s z było, mo˙ e tylko przeleciał nad nami strz˛ p obłoku. z e — Szybko leciał — odezwał si˛ Aragorn — i nie z wiatrem. e

Potem nic ju˙ si˛ nie zdarzyło. Nazajutrz ranek zawitał jeszcze pogodniejszy z e od poprzedniego. Było jednak zimno; wiatr ju˙ znów dał ku wschodowi. Maszez ˛ ´ z rowali jeszcze dwie noce, pnac si˛ wcia˙ pod gór˛ , ale coraz wolniej, bo scie˙ ka ˛ e ˛z e wiła si˛ po´ród wzgórz, a szczyty pi˛ trzyły si˛ z ka˙ da chwila bli˙ ej. Trzeciego e s e e z ˛ ˛ z ranka Karadhras wyrósł tu˙ przed nimi, pot˛ zny szczyt, niby srebrem przysypany z e˙ ´ u wierzchołka sniegiem.; urwiste zbocza jednak były nagie, brunatnoczerwone, jakby splamione krwia. ˛ Niebo było ponure, sło´ ce błyszczało nikle. Wiatr si˛ odwrócił ku północon e -wschodowi. Gandalf wciagnał powietrze w nozdrza i obejrzał si˛ wstecz. ˛ ˛ e ´ — Tam, za nami, zima na dobre scisn˛ ła swiat — powiedział cicho do Aragore ´ ´ na. — Dalej na północy góry sa bielsze ni˙ przedtem. Snieg zsunał si˛ ju˙ nisko ˛ z ˛ e z na ich ramiona. Dzisiejszej nocy b˛ dziemy szli w gór˛ ku Bramie Czerwonego e e ´ z Rogu. Na waskiej scie˙ ce szpiedzy moga nas wypatrzy´ i jakie´ licho gotowe na˛ ˛ c s ´ ; ale najgro´ niejszym przeciwnikiem mo˙ e si˛ okaza´ niepogoda. Co teraz pa´c s z z e c sadzisz o swojej marszrucie, Aragornie? ˛ Frodo usłyszał te słowa i zrozumiał, ze to koniec jakiego´ sporu mi˛ dzy ˙ s e
291

Gandalfem a Aragornem, zacz˛ tego znacznie wcze´niej. Z niepokojem nadstawił e s uszu. — Od poczatku i a˙ do ko´ ca jestem jak najgorszego zdania o naszej mar˛ z n szrucie, dobrze o tym wiesz, Gandalfie — odparł Aragorn. — Niebezpiecze´ stwo n — znane i nieznane — b˛ dzie tym wi˛ ksze, im dalej zajdziemy. Ale i´c naprzód e e s´ musimy. Na nic te˙ si˛ nie zda odwleka´ przepraw˛ przez góry. Dalej na połuz e c e dnie przeł˛ czy zadnych nie ma a˙ do Wrót Rohanu. Tamtemu przej´ciu jednak e ˙ z s nie ufam, od czasu gdy usłyszałem z twoich ust wie´ci o Sarumanie. Kto wie, po s czyjej stronie stoja teraz mistrzowie koni? ˛ — Tak. Kto wie? — rzekł Gandalf. — Jest wszak˙ e jeszcze inna droga poza z przeł˛ cza Karadhrasu, ciemna, tajna droga, o której kiedy´ rozmawiali´my. e ˛ s s — Lepiej o niej wi˛ cej nie mówmy! Jeszcze nie dzi´! Prosz˛ ci˛ , nie wspomie s e e naj o tym naszym towarzyszom, póki nie przekonamy si˛ , ze nie ma wyboru. e ˙ — Trzeba si˛ zdecydowa´ , nim zajdziemy dalej — odparł Gandalf. e c — A wi˛ c rozwa˙ my spraw˛ mi˛ dzy soba, kiedy dru˙ yna b˛ dzie spała — e z e e ˛ z e rzekł Aragorn.

Pó´ nym popołudniem, kiedy dru˙ yna ko´ czyła posiłek, Gandalf i Aragorn z z n
odeszli par˛ kroków na bok i stan˛ li wpatrujac si˛ w Karadhras. Zbocza góry były e e ˛ e ciemne i gro´ ne, wierzchołek tonał w siwej chmurze. Frodo obserwował dwóch z ˛ przewodników, ciekawy wyniku narady. Kiedy wrócili do dru˙ yny, Gandalf przez mówił, a wówczas Frodo dowiedział si˛ , ze postanowiono stawi´ czoło zimowej e ˙ c zawiei i wyj´c na wysoka przeł˛ cz. Odetchnał z ulga. Nie miał poj˛ cia, jaka to s´ ˛ e ˛ ˛ e była owa inna droga, ciemna i tajemna, lecz wzmianka o niej budziła, jak si˛ Froe dowi zadawało, groz˛ w Aragornie, wi˛ c hobbit cieszył si˛ , ze zaniechano tego e e e ˙ pomysłu. — Ze wszystkich oznak, jakie ostatnio zauwa˙ yli´my — rzekł Gandalf — z s wnioskuj˛ , ze niestety Brama Czerwonego Rogu zapewne jest strze˙ ona. Ponadto e ˙ z l˛ kam si˛ złej pogody, ciagnacej za nami. Mo˙ e spa´c snieg. Musimy tedy pospiee e ˛ ˛ z s´ ´ sza´ ile sił w nogach. W najlepszym razie i tak czekaja nas dwa dni marszu, nim c ˛ ´ dotrzemy na przeł˛ cz. Dzisiejszego wieczora sciemni si˛ wcze´nie. Trzeba ruszy´ e e s c mo˙ liwie jak najpr˛ dzej, nie marudzac z przygotowaniami. z e ˛ — Je´li wolno, dodam jeszcze pewna rad˛ — odezwał si˛ Boromir. — Uros ˛ e e dziłem si˛ w cieniu Białych Gór i wiem co´ nieco´ o wyprawach na takie wysoe s s ko´ci. Nim zejdziemy po drugiej stronie w dół, spotkamy pewnie mróz, je´li nie s s cos gorszego. Nie pomo˙ e nam krycie si˛ , je´li wskutek tego u´wierkniemy na z e s s ´ smier´ . Jest tu troch˛ drzew i krzaków, niech wi˛ c odchodzac stad ka˙ dy we´ mie c e e ˛ ˛ z z ´. na grzbiet wiazk˛ drewek, ile zdoła unie´c ˛ e s — A Bill mógłby wziac najwi˛ ksza, prawda, mój Billuniu? — powiedział ˛ e ˛ Sam. Kucyk spojrzał na niego markotnie. 292

— Zgoda — rzekł Gandalf — ale nie wolno nam u˙ y´ tych drew, chyba ze z c ˙ ´ staniemy przed wyborem: ognisko albo smier´ . c ´ z Ruszyli w drog˛ zrazu do´c zwawo, wkrótce jednak scie˙ ka stała si˛ bardzo e s´ ˙ e stroma i ucia˙ liwa. Wijac si˛ i pnac pod gór˛ niemal znikała miejscami i zagradza˛z ˛ e ˛ e ły ja tu i ówdzie zwały kamieni. Noc pod niebem zaciagni˛ tym grubymi chmurami ˛ ˛ e była ciemna cho´ oko wykol. Zimny wiatr kł˛ bił si˛ w´ród skał. Około północy c e e s ´ z dotarli do kolan góry. Waska scie˙ yna tuliła si˛ teraz do lewej strony pod stroma, ˛ e ˛ ´ urwista skała, nad która majaczyła niewidzialna w ciemno´ciach, ponura sciana ˛ ˛ ˛ s Kraradhrasu; po prawej stronie ziała czarna przepa´c, bo zbocze opadało niemal s´ prostopadle w gł˛ boki wawóz. e ˛ Mozolnie wspi˛ li si˛ na spadzisty stok i przystan˛ li tu chwil˛ . Frodo poczuł na e e e e ´ twarzy mi˛ kkie dotkni˛ cie. Wyciagnał rami˛ i zobaczył białe płatki sniegu osiae e ˛ ˛ e dajace na r˛ kawie. ˛ e Szli dalej. Po chwili wszak˙ e snieg zg˛ stniał i wypełnił dokoła powietrze wiz ´ e rujac przed oczyma Froda. Ledwie teraz dostrzegał ciemne, pochylone sylwetki ˛ Gandalfa i Aragorna, cho´ byli nie dalej ni˙ o krok przed nim. c z ´ — Wcale mi si˛ to nie podoba — wysapał za plecami Froda Sam. — Snieg bye wa pi˛ kny o jasnym ranku, ale wole go oglada´ za oknami le˙ ac w łó˙ ku. Szkoda, e ˛ c z˛ z ze to całe pierze nie leci na Hobbiton. Tam by si˛ mo˙ e ucieszyli. ˙ e z ´ ´ W Shire, poza wy˙ yna Północnej Cwiartki, rzadko widywano porzadny snieg, z ˛ ˛ tote˙ uwa˙ ano go za przyjemne zdarzenie i okazj˛ do zabawy. Nikt z zyjacych z z e ˙ ˛ hobbitów (z wyjatkiem Bilba) nie pami˛ tał srogiej zimy 1311 roku, kiedy to przez ˛ e zamarzni˛ ta Brandywin˛ białe wilki wtargn˛ ły do kraju. e ˛ e e Gandalf przystanał. Snieg grubo przysypał mu kaptur i ramiona, a na ziemi ˛ ´ si˛ gał do kostek. e — Tego si˛ wła´nie obawiałem — powiedział. — Co ty na to, Aragornie? e s ˙ tak˙ e si˛ tego bałem — odparł Aragorn — mniej jednak ni˙ tamtej in— Ze z e z ´ nej drogi. Znam niebezpiecze´ stwo sniegu, chocia˙ niecz˛ sto zdarzaja si˛ wi˛ ksze n z e ˛ e e opady w kraju tak daleko wysuni˛ tym na południe, chyba ze w wysokich górach. e ˙ Ale my jeszcze nie dotarli´my bardzo wysoko; tu, ni˙ ej, scie˙ ki sa zwykle dost˛ ps z ´ z ˛ e ne przez cała zim˛ . ˛ e — Zastanawiam si˛ , czy to nie jest manewr Nieprzyjaciela — rzekł Boromir. e — W mojej ojczy´ nie mówia, ze on rzadzi burzami w Górach Cienia, wznoszaz ˛ ˙ ˛ ˛ cych si˛ na granicy Mordoru. Osobliwa ma pot˛ g˛ i wielu sprzymierze´ ców. e ˛ e e n ´ ˛ ˛c — R˛ ka jego si˛ ga zaiste daleko — powiedział Gimli — je˙ eli potrafi sciagna´ e e z ´ z północy snieg, by nas dr˛ czył tutaj, o trzysta staj dalej. e — R˛ ka jego si˛ ga daleko — rzekł Gandalf. e e ´ Podczas tego krótkiego postoju wiatr ucichł, a snieg, z ka˙ da chwila rzadszy, z ˛ ˛ ustał zupełnie. W˛ drowcy ruszyli znowu. Nie uszli jednak wiele drogi, kiedy zae ´ ´ z wierucha wróciła, atakuja ze zdwojona furia. Wicher swiszczał, a snie˙ na zawieja ˛ ˛ ˛ o´lepiała. Wkrótce nawet Boromir przyznał, ze trudno i´c dalej. Hobbici, zgi˛ ci s ˙ s´ e 293

niemal wpół, brn˛ li za wi˛ kszymi od siebie lud´ mi, lecz było niewatpliwe, ze nie e e z ˛ ˙ ujda ju˙ daleko, je˙ eli snie˙ yca potrwa dłu˙ ej. Frodowi nogi cia˙ yły jak ołowia˛ z z ´ z z ˛z ne. Pippin ledwie si˛ wlókł. Gimli, chocia˙ nale˙ ał do krzepkich krasnoludów, e z z j˛ czał prac z wysiłkiem naprzód. Dru˙ yna zatrzymała si˛ nagle, jak gdyby bez e z e słowa wszyscy jednocze´nie powzi˛ li to samo postanowienie. W ciemno´ciach s e s zalegajacych dokoła słyszeli jakie´ niesamowite głosy. Mo˙ e były to tylko sztucz˛ s z ´ ki wichru wciskajacego si˛ w szczeliny i rysy skalnej sciany, lecz brzmiały jak ˛ e ´ przera´ liwe wrzaski i dzikie wybuchy smiechu. Ze zbocza zacz˛ ły si˛ osypywa´ z e e c ´ z kamienie gwi˙ d˙ ac koło uszu lub rozpryskujac si˛ na scie˙ ce pod nogami w˛ z z˛ ˛ e e drowców. Co chwila z głuchym grzmotem toczył si˛ z niewidzialnych w mroku e wysoko´ci jaki´ wi˛ kszy głaz. s s e — Nie mo˙ na dzisiejszej nocy i´c dalej — powiedział Boromir. — Niech sobie z s´ kto´ nazywa to zawieja, je´li taka jego wola. W powietrzu słycha´ straszne głosy, s ˛ s c a kamienie sa dla nas przeznaczone. ˛ — Ja to nazywam zawieja — rzekł Aragorn — ale to wcale nie przeczy twoim ˛ ´ słowom. Jest na swiecie mnóstwo złych i przekornych sił, nie˙ yczliwie usposoz bionych do istot, co chodza na dwóch nogach, sił mimo to nie sprzymierzonych ˛ z Sauronem, działajacych na własna r˛ k˛ . Niektóre z tych sił istniały wcze´niej ˛ ˛ e e s ni˙ on. z — Karadhras przezywano Okrutnikiem, zawsze miał on zła sław˛ — powie˛ e dział Gimli — nawet przed wiekami, gdy jeszcze nikt w tych stronach nie słyszał o Sauronie. — Mniejsza o to, kim jest wróg, skoro nie mo˙ emy si˛ osta´ jego atakom — z e c rzekł Gandalf. — Co robi´ ?! — krzyknał zrozpaczony Pippin. Opierał si˛ na Meriadoku c ˛ e i Frodzie, dygocac z zimna. ˛ — Albo zatrzyma´ si˛ tutaj, albo zawróci´ — odparł Gandalf. — Posuwa´ si˛ c e c c e ´ z naprzód nie ma sensu. Nieco wy˙ ej, je´li mnie pami˛ c nie myli, scie˙ ka odbiega z s e´ ´ spod sciany i prowadzi do płytkiego zlebu u stóp stromego, wydłu˙ onego zbocza. ˙ z ´ Tam nie znajdziemy schronienia przed sniegiem, burza, kamieniami. . . i wszelka ˛ ˛ inna napa´cia. ˛ s ˛ — Wraca´ podczas takiej burzy tak˙ e nie ma sensu — powiedział Aragorn. c z — po drodze nie spotkali´my przecie˙ zadnego miejsca, które by dawało lepsza s z˙ ˛ ochron˛ ni˙ ta sciana tutaj nad nami. e z ´ — Ochron˛ ! — mruknał Sam. — Je˙ eli to jest ochrona, w takim razie jedna e ˛ z ˛ ´ scian˛ bez dachu mo˙ na nazwa´ domem. e z c Skupili si˛ jak najbli˙ ej sciany. Zwrócona była na południe i nieco podci˛ ta, e z ´ e w˛ drowcy liczyli wi˛ c, ze ich troch˛ osłoni od północnego wichru i od sypiacych e e ˙ e ˛ ´ si˛ z góry głazów. Lecz wiatr wirował i dał ze wszystkich stron, a snieg padał e ˛ coraz g˛ stszy. e ´ Dru˙ yna zbiła si˛ w gromadk˛ i przywarła plecami do sciany. Kucyk Bill cierz e e 294

pliwie, lecz markotnie stał przed hobbitami, troch˛ ich soba osłaniajac, ale wkróte ˛ ˛ ´ ce snieg dosi˛ gał mu ju˙ do kolan i z ka˙ da chwila pi˛ trzył si˛ wy˙ ej. Gdyby nie e z z ˛ ˛ e e z wy˙ si od nich towarzysze, hobbici dawno by ju˙ byli zasypani z głowami. Niez z zmierna senno´c ogarn˛ ła Froda; czuł, ze szybko zapada si˛ w ciepła mgł˛ snu. s´ e ˙ e ˛ e Zdawało mu si˛ , ze ogie´ grzeje jego stopy, a z mroku po drugiej stronie kominka e ˙ n dobiega głos Bilba, który mówi: „Nie bardzo jestem zachwycony twoim dzien´ z nikiem podró˙ y. Dwunastego stycznia: zawieje snie˙ na! Z taka wiadomo´cia nie z ˛ s ˛ warto było wraca´ ”. „Ale˙ ja chciałem odpocza´ i przespa´ si˛ , mój Bilbo!” — c z ˛c c e silił si˛ odpowiedzie´ Frodo, lecz w tym momencie kto´ nim potrzasnał i hobe c s ˛ ˛ bit ocknał si˛ z przykro´cia. Boromir podniósł go w ramionach wyciagnawszy ˛ e s ˛ ˛ ˛ ´ z z zaspy snie˙ nej. ´ — To smier´ pewna dla niziołków — zwrócił si˛ do Gandalfa. — Na nic si˛ c e e ´ nie zda wyczekiwanie tutaj, a˙ nas snieg z głowami zagrzebie. Musimy przedsi˛ z e wzia´ jakie´ próby ratunku. ˛c s — Daj im to — odparł Gandalf szperajac w worku i wydobywajac skórza˛ ˛ ny bukłak. — Ka˙ demu po łyku, wi˛ cej nie trzeba. Trunek bezcenny, miruwor, z e kordiał z Imladris. Elrond mi go dał przy po˙ egnaniu. Pu´ccie bukłak obiegiem. z s´ Po jednym łyku goracego aromatycznego napoju Frodo uczuł nowa sił˛ w ser˛ ˛ e cu, a senne odr˛ twienie opu´ciło go natychmiast. Inni te˙ od˙ yli, odzyskujac otue s z z ˛ ´ ch˛ i energie. Snieg wszak˙ e nie zel˙ ał. Wirował g˛ stszymi jeszcze tumanami, e z z e a wicher wył coraz gło´niej. s — Jak my´lisz, czy nie warto by roznieci´ ognia? — spytał niespodzianie Bos c ´ romir. — Zdaje mi si˛ , Gandalfie, ze teraz mamy do wyboru smier´ albo ognisko. e ˙ c ´ Je˙ eli nas snieg zasypie, b˛ dziemy niewatpliwie doskonale ukryci przed oczyma z e ˛ wroga, ale niewiele nam to pomo˙ e. z — Rozpal ogie´ , je´li zdołasz — odparł Gandalf. — Je˙ eli sa tu jacy´ szpien s z ˛ s dzy, którym zawierucha nie przeszkadza, zobacza nas i tak, cho´ by´my nie palili ˛ c s ogniska. Ale chocia˙ trzasek i drew dzi˛ ki radzie Boromira mieli z soba pod dostatz e ˛ kiem, ani elf, ani nawet krasnolud nie mogli dokaza´ tej sztuki, zeby skrzesa´ c ˙ c płomie´ w´ród szalejacej zawiei i roznieci´ ogie´ z mokrych drew. Wreszcie sam n s ˛ c n Gandalf przyło˙ ył r˛ ki, acz bardzo niech˛ tnie. Podniósłszy wiazk˛ chrustu trzyz e e ˛ e mał ja chwil˛ w górze, a potem wetknał w nia koniec swojej ró˙ d˙ ki wymawiajac ˛ e ˛ ˛ z z ˛ zakl˛ cie: „Naur an edraith ammen”. W okamgnieniu trysnał zielony i bł˛ kitny e ˛ e płomie´ , a drzewo zaj˛ ło si˛ i sypn˛ ło skrami. n e e e — No, je˙ eli kto´ nas wypatruje, to przedstawiłem mu si˛ nieomylnie — rzekł. z s e — Wywiesiłem ogłoszenie „Gandalf jest tutaj” tym sygnałem, który ka˙ dy zna od z Rivendell a˙ po uj´cie Anduiny. z s Dru˙ yna jednak nie dbała ju˙ o szpiegów i nieprzyjazne oczy. Serca krzepiły z z si˛ widokiem ognia. Drwa trzaskały wesoło, a cho´ snieg syczał i pod stopami e c´ w˛ drowców tajał rozlewajac si˛ w kału˙ e — radzi grzali r˛ ce nad ogniskiem. e ˛ e z e 295

Stali kr˛ giem, pochyleni nad rozta´ czonymi i buchajacymi ciepłem płomykami. e n ˛ Czerwony odblask padał na utrudzone i stroskane twarze, wokół jednak noc była nieprzenikniona niby czarny mur. ´ Ale drwa spalały si˛ szybko, a snieg sypał wytrwale. e

Ognisko przygasło, dorzucono ju˙ ostatnia˛ wiazk˛ chrustu. z ˛ e
´ — Zrobiło si˛ bardzo zimno — rzekł Aragorn. — Swit musi by´ bliski. e c — Je´li swit zdoła przebi´ si˛ przez chmury — powiedział Gimli. s ´ c e Boromir wysunał si˛ z kr˛ gu i zapu´cił wzrok w ciemno´ci. ˛ e e s s ´ — Snieg rzednie — stwierdził — i wiatr zacicha. ´ Frodo znu˙ onymi oczyma patrzał na płatki sniegu, które wcia˙ wirowały w poz ˛z wietrzu, błyskajac biela nad dogasajacym ogniskiem; do´c długo jednak nie mógł ˛ ˛ ˛ s´ ´ z spostrzec zadnych oznak przycichania snie˙ ycy. Nagle, w chwili kiedy znowu sen ˙ ´ ich ogarniał, u´wiadomił sobie, ze wiatr rzeczywi´cie uspokoił si˛ , a płatki snies ˙ s e gu sa wi˛ ksze i znacznie rzadsze. Powoli zacz˛ ło si˛ nieco rozwidnia´ . W ko´ cu ˛ e e e c n ´ snieg ustał zupełnie. ´ ´ Gdy si˛ rozja´niło, ujrzeli swiat cichy i otulony sniegiem. Poni˙ ej ich schronu e s z ´ ´ z pi˛ trzyły si˛ białe garby i kopce, ziały bezkształtne jamy: ani sladu scie˙ ki, po e e której wspi˛ li si˛ tutaj poprzedniego dnia. Wy˙ ej nad nimi góry gin˛ ły w zwałach e e z e ´nie˙ ycy. chmur, wcia˙ jeszcze ci˛ zkich od gro´ by s z ˛z e˙ z Gimli spojrzał w gór˛ i potrzasnał głowa. e ˛ ˛ ˛ — Karadhras nam nie przebaczył — powiedział. — Chowa jeszcze zapasy ´ sniegu, zeby nas zasypa´ , je´li spróbujemy wspina´ si˛ wy˙ ej. Im pr˛ dzej zawró˙ c s c e z e cimy z drogi i zejdziemy w dół, tym lepiej. Na to wszyscy si˛ godzili, lecz odwrót był niełatwy. Mógł nawet okaza´ si˛ e c e ´ niemo˙ liwy. O kilka ledwie kroków od popiołu ogniska snieg le˙ ał na wiele stóp z z gruby i hobbici zapadliby si˛ we´ wy˙ ej głów. Miejscami wiatr zgarnał i spi˛ trzył e n z ˛ e ´ olbrzymie zaspy pod sciana urwiska. ˛ — Gdyby Gandalf zechciał i´c przodem ze swoim pot˛ znym płomieniem, s´ e˙ ´ z e mógłby topiac snieg torowa´ nam scie˙ k˛ — rzekł Legolas. Zamie´ nie przera˛ ´ c c ziła go zbytnio i z całej kompanii elf tylko zachował humor. ´ ˛ ˛c n — Skoro elfy umieja fruwa´ nad górami, mogłyby sciagna´ sło´ ce, które by ˛ c nas uratowało — odpowiedział Gandalf. — Ale ja, zeby roznieci´ ogie´ , potrze˙ c n buj˛ jakiego´ paliwa. Nie mog˛ pali´ sniegu. e s e c´ — No, tak! — odezwał si˛ Boromir. — Je˙ eli rozum zawodzi, mi˛ snie musza e z e´ ˛ pokaza´ , co umieja, jak mówia w mojej ojczy´ nie. najsilniejszy z nas powinien c ˛ ˛ z ´ utorowa´ drog˛ . Spójrzcie! Wprawdzie teraz wszystko jest pod sniegiem, ale pac e ´cie˙ ka, która przyszli´my, tam w dole okra˙ a wyst˛ p skalny. W tym mi˛ tamy, ze s z e ˙ ˛ s ˛z e ´ miejscu dopiero snieg zaczał utrudnia´ nam marsz. Gdyby si˛ udało dotrze´ do ˛ c e c tego zakr˛ tu, dalej droga okazałaby si˛ pewnie łatwiejsza. Licz˛ , ze to ju˙ stad e e e ˙ z ˛ 296

niedaleko. — Chod´ my wi˛ c, Boromirze, we dwóch przetrzemy drog˛ — rzekł Aragorn. z e e Aragorn był w dru˙ ynie najwy˙ szy, lecz Boromir, niewiele ust˛ pujac mu z z e ˛ wzrostem, bary miał szersze i budow˛ pot˛ zniejsza. Boromir wi˛ c ruszył pierwe e˙ ˛ e szy, Aragorn za nim. Posuwali si˛ wolno, a wkrótce musieli ci˛ zko si˛ mozoli´ . e e˙ e c ´ Tu i ówdzie zapadali w snieg po pier´, Boromir nie szedł, lecz jakby płynał czy s ˛ rył wykop, pracujac krzepkimi ramionami. ˛ Legolas chwil˛ przygladał si˛ z u´miechem, potem zwrócił si˛ do reszty kome ˛ e s e panii: — Powiadacie, ze najsilniejszemu przystoi torowa´ drog˛ ? A ja wam mówi˛ : ˙ c e e niech oracz orze, je´li wszak˙ e trzeba pływa´ , lepiej wybra´ wydr˛ , a je´li biec s z c c e s ´ lekka stopa po trawie, li´ciach lub sniegu — tylko elfa! ˛ s Z tymi słowy skoczył zwinnie naprzód; Frodo, cho´ o tym zawsze wiedział, c teraz dopiero zauwa˙ ył, ze elf nie ma na nogach butów z cholewami, lecz, jak z ˙ ´ zwykle, tylko lekkie trzewiki, a stopy jego zostawiaja na sniegu slad ledwie do˛ ´ strzegalny. — Do widzenia! — zawołał Legolas do Gandalfa. — Lec˛ po sło´ ce! e n I pomknał szybko jak po ubitym piasku; prze´cignał wkrótce obu mozolacych ˛ s ˛ ˛ si˛ m˛ zczyzn, minał ich pozdrawiajac gestem r˛ ki i pobiegł naprzód znikajac za e e˙ ˛ ˛ e ˛ zakr˛ tem. e dru˙ yny czekała zbita w gromadk˛ , sledzac wzrokiem Boromira z e ´ ˛ i Aragorna, którzy z dala wygladali ju˙ tylko jak dwa czarne punkciki w´ród bie˛ z s li. Po chwili oni tak˙ e zgin˛ li im z oczu. Czas si˛ wlókł. Chmury spłyn˛ ły ni˙ ej z e e e z ´ i pojedyncze płatki sniegu znów zacz˛ ły wirowa´ w powietrzu. e c Nie min˛ ło wi˛ cej ni˙ godzina — chocia˙ czekajacym czas si˛ bardzo dłu˙ ył e e z z ˛ e z — gdy ukazał si˛ wracajacy Legolas. Zaraz te˙ Boromir i Aragorn wychyn˛ li zza e ˛ z e zakr˛ tu i mozolnie zacz˛ li pia´ si˛ pod gór˛ . e e ˛c e e — Widzicie — krzyknał biegnac ku nim Legolas — sło´ ca nie przyniosłem. ˛ ˛ n Spaceruje sobie po niebieskich łakach południa i wcale go nie wzrusza wianuszek ˛ ´ sniegu na szczycie Czerwonego Rogu. Ale przynosz˛ promyk nadziei dla tych, e którzy skazani sa na chodzenie piechota po ziemi. Olbrzymia zaspa pi˛ trzy si˛ tu˙ ˛ ˛ e e z za tym zakr˛ tem, nasi dwaj siłacze omal w niej nie ugrz˛ zli. Byli w rozpaczy, póki e e´ ´ nie wróciłem z wie´cia, ze zaspa nie jest wiele szersza od sciany domu, po drugiej s ˛ ˙ ´ stronie nagle sniegu ubywa, dalej za´, w dole, tyle go ledwie le˙ y, ile trzeba, zeby s z ˙ ochłodzi´ stopy hobbita. c — A wi˛ c miałem racj˛ ! — mruknał Gimli. — Nie była to zwykła zawieja. e e ˛ Karadhras si˛ zło´ci. Nie lubi elfów i krasnoludów, zbudował t˛ zasp˛ , zeby nam e s e e ˙ odcia´ drog˛ powrotna. ˛c e ˛ — Szcz˛ sciem ten twój Karadhras zapomniał, ze macie w dru˙ ynie ludzi — e´ ˙ z 297

Reszta

rzekł Boromir, który wła´nie w tej chwili nadszedł. — I to nie ułomków, pozwol˛ s e sobie zauwa˙ y´ . Co prawda kilku mniej silnych, a za to uzbrojonych w łopaty, z c bardziej by si˛ wam przydało. Bad´ co bad´ przetarli´my przez zaspy dró˙ k˛ , za e ˛z ˛z s z e która winni nam sa wdzi˛ czno´c ci wszyscy, co nie umieja stapa´ tak lekko jak ˛ ˛ e s´ ˛ ˛ c elfy. — Ale˙ my nie zdołamy zej´c w dół, nawet je´li przekopali´cie w zaspie przejz s´ s s ´ scie! — przemówił Pippin w imieniu wszystkich hobbitów. — Nie tra´ cie nadziei — odparł Boromir. — Zm˛ czyłem si˛ , ale troch˛ siły c e e e jeszcze mi zostało, Aragornowi pewnie te˙ . Zniesiemy małoludów. Wszyscy po z kolei przedostaniemy si˛ po wydeptanej ju˙ scie˙ ce. Prosz˛ , Peregrinie, zaczn˛ od e z´ z e e ciebie! — I podniósł hobbita z ziemi. — Przylgnij do moich pleców. Ramiona musz˛ mie´ wolne — rzekł ruszajac naprzód. Aragorn z Meriadokiem na grzbiecie e c ˛ szedł za nimi. Pippin podziwiał sił˛ Boromira widzac drog˛ , która ten utorował e ˛ e ˛ swym krzepkim ciałem, bez pomocy jakichkolwiek narz˛ dzi. Teraz tak˙ e, mimo e z obcia˙ enia, otwierał przej´cie dla nast˛ pnych w˛ drowców, odpychajac snieg na ˛z s e e ˛ ´ ´ z e obie strony. Dotarli wreszcie do olbrzymiej zaspy. Zagradzała scie˙ k˛ górska ni˛ by prostopadły, nieprzenikniony mur, dwakro´ wy˙ szy od Boromira i u szczytu c z zje˙ ony jakby ostrzami no˙ y; przecinała ja wszak˙ e wyrabana dró˙ ka, wypukła z z ˛ z ˛ z ´ po´rodku jak mostek. Merry i Pippin zostali za sciana zaspy wraz z Legolasem, s ˛ czekajac na reszt˛ dru˙ yny. ˛ e z ´ Po chwili Boromir wrócił niosac Sama. W slad za nim, waska, lecz ju˙ dobrze ˛ ˛ ˛ z wydeptana scie˙ ka, szedł Gandalf prowadzac Billa, na którego grzbiecie mi˛ dzy ˛´ z ˛ ˛ e jukami siedział Gimli. Ostatni przyszedł Aragorn niosac Froda. Przeszli zasp˛ , ˛ e ledwie jednak Frodo dotknał stopami ziemi, gdy zwaliła si˛ z góry z głuchym ˛ e ´ ´ grzmotem lawina kamieni i sniegu. Biały pył przesłonił swiat oczom w˛ drowców, e którzy przycupn˛ li pod skała, a gdy znów si˛ rozja´niło, ujrzeli, ze scie˙ ka za e ˛ e s ˙ ´ z zaspa znikn˛ ła pod rumowiskiem. ˛ e

ROZDZIAŁ XVI

´ W˛ edrówka w ciemnosciach
Wieczorem, kiedy szary zmierzch dogasał szybko, zatrzymali si˛ na nocleg. e
Byli bardzo znu˙ eni. Z ka˙ da chwila gł˛ bszy mrok osnuwał góry, a wiatr dmuchał z z ˛ ˛ e mrozem. Gandalf obdzielił znów wszystkich łykiem miruworu, kordiału w Rivendell. Przegry´ li co´, a potem Czarodziej zebrał dru˙ yn˛ na narad˛ . z s z e e — Tej nocy oczywi´cie nie sposób i´c dalej — rzekł. — Próba sforsowania s s´ Bramy Czerwonego Rogu wyczerpała nas, musimy tutaj troch˛ odpocza´ . e ˛c — A pó´ niej dokad pójdziemy? — spytał Frodo. z ˛ — Mamy wcia˙ drog˛ przed soba i zadanie do spełnienia — odparł Gandalf. ˛z e ˛ — Wybiera´ mo˙ emy tylko mi˛ dzy dalszym marszem naprzód a odwrotem do c z e Rivendell. Na wzmiank˛ o Rivendell twarz Pippina rozja´niła si˛ wyra´ nie, a Merry e s e z i Sam podnie´li głowy z błyskiem nadziei w oczach. Lecz Aragorn i Boromir s nie drgn˛ li nawet, a Frodo siedział zatroskany. e — Chciałbym znale´ c si˛ znów w Rivendell — powiedział. — Ale czy mógłz´ e bym wróci´ nie okrywajac si˛ wstydem. . . Chyba ze naprawd˛ innej drogi nie ma c ˛ e ˙ e i musimy uzna´ si˛ ju˙ za pokonanych? c e z — Masz racj˛ , Frodo — rzekł Gandalf. — Wróci´ oznaczałoby przyzna´ si˛ e c c e do pora˙ ki i narazic na dalsza, gorzka kl˛ sk˛ w przyszło´ci. Je˙ eli zawrócimy z ˛ ˛ e e s z z drogi, Pier´cie´ pozostanie w Rivendell, bo drugi raz nie b˛ dziemy ju˙ mogli s n e z wyruszy´ . A wtedy wcze´niej czy pó´ niej Rivendell znajdzie si˛ w okra˙ eniu i po c s z e ˛z ´ krótkim, lecz gorzkim czasie zostanie zniszczone. Upiory Pier´cienia to smiertelni s wrogowie, lecz teraz sa jedynie cieniem pot˛ gi i grozy, która zapanuje, je˙ eli ich ˛ e z mistrz wło˙ y znów na swoja r˛ k˛ Pier´cie´ Władzy. z ˛ e e s n — A wi˛ c trzeba i´c naprzód, je˙ eli istnieje jeszcze jaka´ droga — z wese s´ z s tchnieniem powiedział Frodo. Sdam skulił si˛ znowu zgn˛ biony. e e — Istnieje droga, która mogliby´my zaryzykowa´ — rzekł Gandalf. — Od ˛ s c poczatku, kiedy naradzali´my si˛ nad planami wyprawy, my´lałem, ze trzeba tej ˛ s e s ˙ wła´nie drogi próbowa´ . Ale jest bardzo przykra, wi˛ c nie chciałem wam wczes c e ´ sniej o niej wspomina´ . Aragorn był jej przeciwny, a w ka˙ dym razie zadał, by c z ˙˛ 299

najpierw wypróbowa´ drog˛ przez przeł˛ cz. c e e — Je˙ eli jest gorsza ni˙ scie˙ ka do Bramy Czerwonego Rogu, to musi by´ z z´ z c naprawd˛ straszna — odezwał si˛ Merry. — Powiedz nam o niej wszystko, lepiej e e z góry przygotowa´ si˛ na najgorsze. c e — Droga o której mówi˛ , prowadzi przez kopalni˛ Morii — rzekł Gandalf. e e Jeden tylko Gimli podniósł głow˛ . W jego oczach zarzył si˛ płomie´ . Reszta słue ˙ e n chaczy na d´ wi˛ k tej nazwy struchlała ze zgrozy. Nawet w hobbitach legenda z e Morii budziła niejasne przera˙ enie. z — Droga prowadzi mo˙ e do Morii, ale czy wolno si˛ spodziewa´ , ze przez z e c ˙ ´ Mori˛ wyprowadzi na swiat? — pos˛ pnie spytał Aragorn. e e — To miejsce złowieszcze — rzekł Boromir. — Nie widz˛ te˙ potrzeby u˙ ycia e z z tej drogi. Je˙ eli nie mo˙ na przej´c tutaj górami, pomaszerujmy na południe a˙ z z s´ z do Bramy Rohanu, gdzie mieszkaja ludzie zaprzyja´ nieni z moim plemieniem, ˛ z i obierzmy ten sam szlak, którym ja szedłem do Rivendell. Albo te˙ pow˛ drujmy z e jeszcze dalej, przeprawmy si˛ przez Isen˛ do Anfalas i Lebennin; w ten sposób e e wkroczymy do Gondoru przez jego nadmorskie prowincje. — Wiele si˛ zmieniło, Boromirze, od czasu jak wyruszyłe´ na północ — ode s parł Gandalf. — Czy nie słyszałe´, com ci mówił o Sarumanie? Z Sarumanem s zreszta jeszcze si˛ policz˛ , zanimcała sprawa dobiegnie ko´ ca. Ale wszelkich ˛ e e n stara´ trzeba doło˙ y´ , by Pier´cie´ nie znalazł si˛ w pobli˙ u Isengardu. Brama n z c s n e z Rohanu jest dla nas zamkni˛ ta, póki mamy w dru˙ ynie powiernika Pier´cienia. e z s Je˙ eli chodzi o t˛ trzecia, najdłu˙ sza drog˛ — nie mamy do´c czasu! Na taka z e ˛ z ˛ e s´ ˛ podró˙ nie starczyłoby roku i musieliby´my i´c przez pustkowia, gdzie nie znaz s s´ le´ liby´my zadnego schronienia. Nie byłyby one bezpieczne. Czuwaja nad nimi z s ˙ ˛ zarówno oczy Sarumana, jak Nieprzyjaciela. Kiedy da˙ yłe´ na północ, Boromi˛z s rze, byłe´ w tych oczach tylko zbłakanym w˛ drowcem z południa i nie interesos ˛ e wałe´ ich wcale, bo wszystkie my´li Nieprzyjaciela skupiaja si˛ na poszukiwaniu s s ˛ e Pier´cienia. Teraz wracasz w dru˙ ynie eskortujacej Pier´cie´ i grozi ci niebezpies z ˛ s n cze´ stwo, póki si˛ z nami nie rozstaniesz. Marsz pod otwartym niebem z ka˙ da n e z ˛ przebyta mila staje si˛ bardziej niebezpieczny. ˛ ˛ e Obawiam si˛ , ze ta jawna próba przedarcia si˛ przez góry pogorszyła jeszcze e ˙ e nasze nikłe szanse. Nie widz˛ teraz dla nas nadziei, je˙ eli nie znikniemy chocia˙ e z z na czas jaki´ z oczu Nieprzyjaciela i nie zatrzemy za soba sladów. Dlatego radz˛ s ˛´ e i´c nie przez góry i nie wzdłu˙ gór, ale pod górami. W ka˙ dym razie na tym szlaku s´ z z najmniej si˛ nas Nieprzyjaciel spodziewa. e — Nie wiemy, czego on si˛ spodziewa — rzekł Boromir. — Mo˙ e strze˙ e e z z wszystkich dróg, zarówno prawdopodobnych, jak nieprawdopodobnych. A w takim razie zapuszczajac si˛ do Morii weszliby´my w pułapk˛ niemal tak, jak by˛ e s e ´ smy z własnej woli zakołatali do bram Czarnej Wie˙ y. Moria ma zła sław˛ . z ˛ e — Mówisz o rzeczach, których wcale nie znasz, skoro przyrównujesz Morie do twierdzy Saurona — odpowiedział Gandalf. — Z was wszystkich tylko ja 300

byłem w lochach Czarnego Władcy, a i to w jego dawniejszej i skromniejszej siedzibie, w Dol Guldur. Kto raz przekroczy wrota Barad-Duru, ten ju˙ nie wraca. z A nie prowadziłbym was do Morii, gdyby nie istniała nadzieja wyj´cia z niej. s Je˙ eli tam siedza orkowie, narazimy si˛ na straszne spotkanie, to prawda. Lecz z ˛ e wi˛ kszo´c orków z Gór Mglistych poszła w rozsypk˛ , je˙ eli nie wygin˛ ła w Bie s´ e z e twie Pi˛ ciu Armii. Orły donosza, ze orkowie znów si˛ zewszad gromadza, jest e ˛ ˙ e ˛ ˛ wszak˙ e nadzieja, ze jeszcze nie zaj˛ li Morii. A nawet mo˙ na si˛ spodziewa´ , ze z ˙ e z e c ˙ sa tam krasnoludy i ze w podziemnych pałacach przodków spotkamy Balina, sy˛ ˙ na Fundina. Nie wiemy, co nam przyszło´c objawi, ale powinni´my wstapi´ na s´ s ˛ c ´ z e scie˙ k˛ , której wybór jest nieuchronny. — Ja na t˛ scie˙ k˛ pójd˛ z toba, Gandalfie — rzekł Gimli. — Cokolwiek by e´ z e e ˛ mnie tam czekało, chc˛ zobaczy´ pałac Durina. Ale czy znajdziesz drzwi, które e c zostały zatrza´ni˛ te? s e — Dzi˛ kuj˛ ci, Gimli — odparł Gandalf. — Dodajesz mi otuchy. Razem poe e szukamy zatrza´ni˛ tych drzwi. I przejdziemy przez Mori˛ ! W ruinach krasnoludzs e e kiej siedziby trudniej b˛ dzie straci´ głow˛ krasnoludowi ni˙ elfom, ludziom czy e c e z hobbitom. A przecie˙ nie b˛ da to moje pierwsze odwiedziny w Morii! Kiedy zaz e ˛ ginał Thrain, syn Throra, długo szukałem go w tych podziemiach. Przeszedłem ˛ przez nie i wydostałem si˛ na swiat zywy. e ´ ˙ — Ja tak˙ e przekroczyłem kiedy´ Bram˛ Dimrilla — cicho oznajmił Aragorn z s e — ale chocia˙ wróciłem stamtad, zachowałem straszne wspomnienia. Nie chc˛ z ˛ e po raz drugi zej´c do Morii. s´ — A ja nie chc˛ tam wchodzi´ nawet pierwszy raz — rzekł Pippin. e c — Ani ja — mruknał Sam. ˛ — Oczywi´cie! — powiedział Gandalf. — Któ˙ by tego chciał? Pytanie brzmi s z inaczej: kto pójdzie ze mna, je´li was tamt˛ dy poprowadz˛ ? ˛ s e e — Ja! — gorliwie zawołał Gimli. — I ja — powa˙ nie rzekł Aragorn. — Ty´ poszedł za moim przewodem niemal z s ´ ´ z w smier´ po´ród snie˙ ycy, a nie usłyszałem od ciebie ani słowa wyrzutu. Pójd˛ c s e teraz z toba, je˙ eli ta ostatnia przestroga ci˛ nie odstraszy. Nie o Pier´cie´ i nie ˛ z e s n o nas wszystkich si˛ l˛ kam, ale wła´nie o ciebie, Gandalfie. I powiadam ci: nie e e s przest˛ puj progu Morii, strze˙ si˛ , Gandalfie. e z e — Ja nie pójd˛ — rzekł Boromir — chyba ze mnie cała dru˙ yna zgodnie e ˙ z przegłosuje. Co mówi Legolas? Co mówia niziołki? Niech rozstrzygnie powiernik ˛ Pier´cienia. s — Nie mam ochoty schodzi´ do Morii — powiedział Legolas. c Hobbici milczeli. Sam spogladał na Froda. Wreszcie przemówił Frodo. ˛ ˛ — Nie mam ochoty tam schodzi´ — rzekł. — Ale równie˙ nie mam ochoty c z sprzeciwia´ si˛ radzie Gandalfa. Prosz˛ was, odłó˙ my głosowanie i najpierw si˛ c e e z e prze´pijmy. Gandalf łatwiej uzyska nasza zgod˛ w blasku poranka ni˙ w tych s ˛ e z zimnych ciemno´ciach. jak ten wiatr okropnie wyje! s 301

´ Wszyscy umilkli i pogra˙ yli si˛ w my´lach. Słyszeli, jak wicher swiszcze ˛z e s w´ród skał i drzew, jak zewszad z pustki nocy osacza ich zawodzenie i j˛ ki. s ˛ e

Nagle Aragorn zerwał si˛ na równe nogi. e
— Jak˙ e ten wiatr wyje! — zawołał. — To przecie˙ głos wilków! Wargowie z z nadciagn˛ li z zachodnich gór! ˛ e — Czy wi˛ c trzeba z decyzja czeka´ do rana? — rzekł Gandalf. — Sprawdziły e ˛ c ´ si˛ moje słowa. Po´cig ju˙ idzie za nami. Nawet je˙ eli do˙ yjemy switu, kto z was e s z z z zechce maszerowa´ na południe nocami ze stadem dzikich wilków nast˛ pujacym c e ˛ na pi˛ ty? e — Jak daleko stad do Morii? — spytał Boromir. ˛ — Było wej´cie na południo-zachód od Karadhrasu, o jakie´ pi˛ tna´cie mil s s e s lotu kruka, a ze dwadzie´cia mil wilczego chodu — ponuro odpowiedział Gimli. s ´ — A wi˛ c ruszajmy skoro swit, je´li b˛ dziemy jeszcze zywi — rzekł Boromir. e s e ˙ — Wilki ju˙ wyja, orków natomiast boimy si˛ , ale´my ich jeszcze nie spotkali. z ˛ e s — To prawda — powiedział Aragorn sprawdzajac, czy miecz lekko wychodzi ˛ z pochwy. — Ale gdzie wilki wyja, tam orkowie czyhaja w pobli˙ u. ˛ ˛ z ˙ — Załuje, ze nie posłuchałem Elronda — szepnał Pippin do ucha Samowi. — ˙ ˛ Teraz widz˛ , ze nie nadaj˛ si˛ do takich rzeczy. Nie mam w sobie do´c krwi Bane ˙ e e s´ dobrasa Bullroarera; to wycie mrozi mi szpik w ko´ciach. Nie pami˛ tam, zebym s e ˙ si˛ kiedykolwiek w zyciu czuł równie nieszcz˛ sliwy. e ˙ e´ — Mnie te˙ dusza uciekła na rami˛ , panie Pippin — odparł Sam. — Ale przez e cie˙ nas jeszcze wilki nie zjadły, a mamy w kompanii paru chłopów na schwał. z Nie wiem, jaki los grozi Gandalfowi, ale zało˙ e si˛ , ze stary Czarodziej nie trafi z˛ e ˙ do wilczego zoładka. ˙ ˛

Żeby si˛ zabezpieczy´ od nocnych napa´ci, dru˙ yna wspi˛ ła si˛ na szczyt e c s z e e wzgórza, pod którym si˛ schroniła z wieczora. Wie´ czyła je k˛ pa s˛ dziwych e n e e drzew o ko´lawych pniach, wokół za´ kr˛ giem le˙ ały głazy. W˛ drowcy roznies s e z e cili po´rodku ognisko, nie mogac i tak liczy´ , ze ciemno´ci i cisza ukryja ich s ˛ c ˙ s ˛ przed wilczym po´cigiem. Obsiedli ognisko i ci, którzy nie pełnili warty, drzemas li niespokojnie. Kucyk Bill, nieborak, pocił si˛ i dygotał. Wycie wilków chwilami e bli˙ sze, a chwilami dalsze otaczało ich teraz zewszad. O najczarniejszej godziz ˛ ´ nie nocy błyskały na stokach roziskrzone slepia. najzuchwalsze bestie podsuwały si˛ niemal pod sam krag głazów. W przerwie tego kamiennego muru zamajaczye ˛ ła w pewnej chwili ciemna sylwetka ogromnego wilczura, który si˛ wpatrywał e w w˛ drowców. Dreszcz ich przeszedł, gdy bestia zawyła nagle, jakby przywódca e wzywał sfor˛ do ataku. e Gandalf wstał i wysunał si˛ naprzód z ró˙ d˙ ka wzniesiona do góry. ˛ e z z ˛ ˛
302

— Słuchajcie, psy Saurona! — krzyknał. — Gandalf jest tutaj! Je´li wam wła˛ s sna parszywa skóra miła, umykajcie. Który si˛ o´mieli przekroczy´ ten krag, temu e s c ˛ sier´c spal˛ od pyska do ogona. s´ e Wilk chrapnał i pot˛ znym susem skoczył naprzód. Lecz w tym okamgnieniu ˛ e˙ zadzwoniła ci˛ ciwa: Legolas wypu´cił strzał˛ z łuku. Straszliwy skowyt przeszył e s e powietrze i zwierz w pół skoku zwalił si˛ na ziemi˛ . Strzała elfa przebiła mu gare e ´ dziel. Dokoła czujne slepia nagle zgasły. Gandalf i Aragorn wyszli poza krag, lecz ˛ wzgórze było ju˙ puste; stado wilków pierzchło. Wokół w ciemno´ciach zaległa z s cisza, tchnienie wiatru nie niosło ju˙ z soba zadnych głosów. z ˛˙

Noc była gł˛ boka, waski sierp ksi˛ zyca zni˙ ał si˛ ku zachodowi, przebłyskue ˛ e˙ z e
jac spo´ród wystrz˛ pionych chmur. Nagle Frodo ocknał si˛ ze snu. Bez zadnego ˛ s e ˛ e ˙ ostrze˙ enia znów wsz˛ dzie wokół obozu buchn˛ ło dzikie, zajadłe wycie. Olbrzyz e e mie stado wargów zgromadziło si˛ milczkiem i znienacka przypu´ciło atak ze e s wszystkich stron naraz. — Dorzu´ cie drew do ognia! — krzyknał hobbitom Gandalf. — Dobad´ cie c ˛ ˛ z broni i ustawcie si˛ wsparci plecami o siebie! e Nowe gał˛ zie trysn˛ ły płomieniem i w migotliwym blasku Frodo dostrzegł e e tłum szarych cieni przeskakujacych przez kamienny krag. Z ka˙ da sekunda przy˛ ˛ z ˛ ˛ bywało ich wi˛ cej. Aragorn sztychem miecza przebił gardziel ogromnego wilczee go prowodyra. Boromir pot˛ znym rozmachem odciał łeb drugiego. U boku dwóch e˙ ˛ wojowników stał Gimli, szeroko rozstawiwszy krzepkie nogi, z wzniesionym to´ porem. Strzały ze swistem wylatywały z łuku Legolasa. Nagle posta´ Gandalfa jak gdyby urosła w migotliwym blasku ognia. Czaroc dziej wyprostował si˛ niby gro´ ny olbrzym, kamienny posag staro˙ ytnego władcy e z ˛ z na szczycie wzgórza. Pochylił si˛ błyskawicznie, chwycił płonaca gała´ i ruszył e ˛ ˛ ˛z przeciw wilkom. Bestie cofn˛ ły si˛ przed nim. Gandalf cisnał wysoko pod niee e ˛ bo roziskrzona zagiew. Rozpaliła si˛ białym blaskiem niby grom, a Czarodziej ˛˙ e grzmiacym głosem krzyknał: ˛ ˛ — Naur an edraith ammen! Naur dan i ngaurhoth! Rozległ si˛ huk i trzask, drzewo nad jego głowa rozkwitło nagle o´lepiajae ˛ s ˛ cym bukietem ognia. Płomie´ niósł si˛ z drzewa na drzewo. Szczyt wzgórza zan e ´ l´nił jaskrawym swiatłem. Miecze i sztylety obro´ ców zaskrzyły si˛ płomieniami. s n e Ostatnia strzała Legolasa zapaliła si˛ w locie i płonac utkwiła w sercu ogromnego e ˛ wilczego przywódcy. Całe stado pierzchło. Ogie´ przygasał z wolna, a˙ został po nim tylko deszcz iskier i popiołu. Gon z racy dym kł˛ bił si˛ nad opalonymi kikutami drzew i czarna chmura spływał ze ˛ e e ˛ ˛ stoków, kiedy pierwszy nikły brzask dnia pojawił si˛ na niebie. Odparci napastnie cy nie wracali. — A co, nie mówiłem? — rzekł Sam do Pippina, wsuwajac miecz w pochw˛ . ˛ e 303

— Jego wilki nie dostana. To była niespodzianka, ani słowa! Mało brakowało, ˛ zeby mi wszystkie włosy osmaliło z głowy. ˙ Kiedy dzie´ wstał, nie ujrzeli nigdzie znaku po wilkach, na pró˙ no szukan z ´ ´ li scierwa zabitych bestii. Jedynym swiadectwem stoczonej bitwy były opalone drzewa i strzały Legolasa rozrzucone po wzgórzu. Wszystkie zdawały si˛ nie e tkni˛ te z wyjatkiem jednej, z której zostało tylko ostrze. e ˛ — A wi˛ c tak jak si˛ obawiałem — stwierdził Gandalf — nie były to zwykłe e e wilki zerujace na pustkowiu. Teraz zjedzmy co´ napr˛ dce i ruszajmy stad. ˙ ˛ s e ˛ Tego dnia pogoda znów si˛ odmieniła, jakby posłuszna rozkazom jakiej´ włae s ´ z dzy, której snie˙ na zawieja nie mogła ju˙ odda´ usług, potrzebne było natomiast z c ´ jasne swiatło, zeby ka˙ dy poruszajacy si˛ w´ród pustkowi punkcik stał si˛ z dale˙ z ˛ e s e ka widoczny. Wiatr w ciagu nocy skr˛ cił z północy na południo-zachód, teraz za´ ˛ e s ucichł zupełnie. Chmury odpłyn˛ ły na południe, niebo czyste i wysokie ja´niae s ło bł˛ kitem. Gdy dru˙ yna gotowa do odmarszu stan˛ ła na skraju wzgórza, blade e z e sło´ ce błysn˛ ło nad szczytami gór. n e — Musimy dotrze´ do drzwi przed zachodem sło´ ca — powiedział Gandalf. c n — Inaczej w ogóle tam nie dojdziemy. Droga niedaleka, ale mo˙ e trzeba b˛ dzie z e kluczy´ , bo tu Aragorn nie mo˙ e nas poprowadzi´ : rzadko go´cił w tych stronach, c z c s ´ a ja byłem tylko raz jeden u zachodnich scian Morii, i to bardzo dawno temu. Moria jest tam! — rzekł wskazujac w kierunku południowo-wschodnim, gdzie ˛ zbocza gór opadały stromo w cie´ zalegajacy u ich podnó˙ y. W dali majaczyła n ˛ z linia nagich skał, a w´ród nich, wy˙ sza ni˙ inne, wystrzelała olbrzymia, lita, szara s z z ´ sciana. — Kiedy zeszli´my z przeł˛ czy, poprowadziłem was nieco na południe s e od poprzedniego punktu wyj´cia, jak zapewne niejeden z was zauwa˙ ył. Dobrze s z zrobiłem, bo dzi˛ ki temu mamy teraz drog˛ o kilka mil skrócona, a po´piech jest e e ˛ s wskazany. Ruszajmy! — Nie wiem, czego sobie zyczy´ — pos˛ pnie rzekł Boromir. — Czy zeby ˙ c e ˙ Gandalf znalazł to, czego szuka, czy te˙ by´my doszedłszy pod urwisko stwierz s dzili, ze drzwi znikły na zawsze. Jedno gorsze od drugiego, najbardziej za´ praw˙ s ´ dopodobne, ze wpadniemy w potrzask mi˛ dzy sciana skalna a stado wilków. Pro˙ e ˛ ˛ wad´ , Gandalfie! z

Gimli szedł teraz na czele, u boku Czarodzieja, bo pilno mu było ujrze´ c
Mori˛ . We dwóch wiedli dru˙ yn˛ z powrotem ku górom. Jedyna stara droga od e z e zachodniej strony biegła do Morii wzdłu˙ potoku Sirannon, który wypływał spod z skał w pobli˙ u drzwi. Ale czy Gandalf si˛ omylił, czy te˙ w ostatnich latach teren z e z si˛ zmienił — do´c, ze nie mógł odszuka´ potoku w okolicy, gdzie si˛ go spodziee s´ ˙ c e wał, o par˛ mil na południe od miejsca noclegu. Sło´ ce stało wysoko, a dru˙ yna e n z wcia˙ jeszcze błakała si˛ i brn˛ ła przez jałowe rumowiska czerwonych kamieni. ˛z ˛ e e Nigdzie nie dostrzegali błysku wody, nie słyszeli jej szmeru. Wkoło otaczało ich 304

suche pustkowie. Tracili te˙ otuch˛ . Ani zywej duszy na ziemi, ani ptaka na niez e ˙ ´ bie. Nie smieli nawet my´le´ , co noc przyniesie, je˙ eli ich zaskoczy w tej głuszy s c z ´ odci˛ tej od swiata. e Niespodzianie Gimli, który wysunał si˛ naprzód, odwrócił si˛ i przywołał to˛ e e ´ z warzyszy. Stał na wzgórku i wskazywał na prawo od scie˙ ki. Podbiegli wszyscy i z góry zobaczyli gł˛ boko wci˛ te w teren waskie koryto rzeki. Było suche, e e ˛ milczace; ledwie nikła struga wody saczyła si˛ po´ród brunatnych, czerwonymi ˛ ˛ e s plamami poznaczonych kamieni, lecz wzdłu˙ brzegu ciagn˛ ła si˛ dró˙ ka, wyboz ˛ e e z ista i niewyra´ na, wijaca si˛ kr˛ to mi˛ dzy rozwalonymi nasypami i rumowiskami z ˛ e e e niegdy´ brukowanego go´ci´ ca. s s n — Aha! Nareszcie! — zawołał Gandalf. — T˛ dy wi˛ c płynał potok. Sirannon e e ˛ — Woda Spod Wrót — nazywały go krasnoludy. Ale co si˛ stało z ta woda? Była e ˛ ˛ ongi bystra i hała´liwa. Chod´ cie! Trzeba si˛ spieszy´ . Ju˙ pó´ no. s z e c z z Wszyscy mieli nogi obolałe i bardzo byli zm˛ czeni, lecz wytrwale wlekli si˛ e e przez kilka jeszcze mil ucia˙ liwej, kr˛ tej drogi. Sło´ ce min˛ ło zenit i przeszło ˛z e n e na zachodnia stron˛ nieba. Odpoczywali krótko, zjedli co´ napr˛ dce i szli dalej. ˛ e s e Przed nimi pi˛ trzyły si˛ góry, oni jednak idac gł˛ bokim parowem widzieli tylko e e ˛ e ich najwy˙ sze grzbiety i odległe wierchy na wschodzie. z W ko´ cu doszli do ostrego skr˛ tu. Droga, która dotychczas prowadziła na pon e łudnie kluczac mi˛ dzy kraw˛ dzia rzecznego koryta po prawej a stromym zboczem ˛ e e ˛ po lewej stronie — tu zawracała znowu prosto na wschód. Za zakr˛ tem ujrzeli e ´ scian˛ skalna niezbyt wysoka, mierzaca nie wi˛ cej ni˙ trzydzie´ci stóp, poszczere ˛ ˛ ˛ ˛ e z s biona u szczytu na kształt piły. Przez szeroki wyłom, który zapewne wy˙ łobił ˛ z ´ sobie niegdy´ pot˛ zny i obfity wodospad, sciekała ledwie nikła stru˙ ka. s e˙ z — A wi˛ c rzeczywi´cie wszystko tu si˛ bardzo zmieniło — rzekł Gandalf. — e s e Mimo to nie ma watpliwo´ci, trafili´my na wła´ciwe miejsce. Nic wi˛ cej nie zo˛ s s s e stało po Wodospadzie Schodów. Je˙ eli mnie pami˛ c nie zawodzi, tu˙ obok wykute z e´ z sa w skale stopnie, chocia˙ główna droga oddala si˛ w lewo i zakosami prowadzi ˛ z e ´ na górna platform˛ . Od wodospadu a˙ pod sciany Morii ciagn˛ ła si˛ płytka dolina, ˛ e z ˛ e e której dnem płynał Sirannon, a wzdłu˙ jego brzegów biegła droga. Wejdziemy na ˛ z gór˛ , przekonamy si˛ , jak teraz wyglada. e e ˛ Bez trudu odszukali stopnie w skale i Gimli wspiał si˛ po nich szybko, a za ˛ e nim Gandalf i Frodo. Ale u szczytu stwierdzili, ze dalej i´c t˛ dy nie sposób, i zro˙ s´ e zumieli, dlaczego Woda Spod Wrót wyschła. Mieli za soba chłodne niebo, l´niace ˛ s ˛ złotem zachodzacego sło´ ca, a przed soba — ciemne, spokojne jezioro. Ani bł˛ kit ˛ n ˛ e nieba, ani blask zachodu nie odbijały si˛ w jego pos˛ pnej tafli. Wodom Sirannonu e e zagrodzono uj´cie tak, ze rozlały si˛ zatapiajac cała dolin˛ . Za gro´ na przestrzenia s ˙ e ˛ ˛ e z ˛ ˛ ´ ´ jeziora pot˛ zne skalne sciany, surowe i szare w gasnacym swietle dnia, wznosiły e˙ ˛ si˛ jak mur nieprzebyty. W ponurej, litej skale Frodo pró˙ no wypatrywał bramy, e z p˛ kni˛ cia czy szczeliny. e e ´ — To sciany Morii — powiedział Gandalf wskazujac skały za woda. — Tam ˛ ˛ 305

były ongi Wrota, drzwi elfów u kresu go´ci´ ca z Hollinu, który nas tu dopros n wadził. Ale teraz ta droga jest zamkni˛ ta. Nikt z was, jak przypuszczam, nie ma e ochoty rzuci´ si˛ wpław przez t˛ ponura wod˛ , i to o zmierzchu. Jezioro nie wyc e e ˛ e daje si˛ czyste. e — Musimy znale´ c drog˛ okra˙ ajaca północny cypel — rzekł Gimli. — Druz´ e ˛z ˛ ˛ zyna powinna nie zwlekajac i´c pod gór˛ głównym szlakiem i zbada´ , dokad on ˙ ˛ s´ e c ˛ prowadzi. Nawet gdyby nie było tego jeziora, nie m9ogliby´my wciagna´ objus ˛ ˛c czonego kuca po skalnych schodach. — Ale w zadnym przypadku nie mo˙ na by biednego zwierzaka wzia´ do pod˙ z ˛c ziemi — odparł Gandalf. — Droga pod górami wiedzie w´ród ciemno´ci, jest s s miejscami bardzo waska i stroma, kucyk nie przeszedłby tam, gdzie mo˙ e nam ˛ z si˛ uda przej´c. e s´ — Biedny stary Bill! — westchnał Frodo. — Nie pomy´lałem o tym. I biedny ˛ s Sam! Co te˙ on na to powie? z — Bardzo mi przykro — rzekł Gandalf. — Biedny Bill był dobrym kompanem, serce mi si˛ sciska, ze trzeba go teraz porzuci´ . Gdyby to ode mnie zale˙ ało, e´ ˙ c z nie obcia˙ ałbym dru˙ yny tylu baga˙ ami i nie brałbym zwierzaka, zwłaszcza Billa, ˛z z z którego Sam tak kocha. Od poczatku obawiałem si˛ , ze b˛ dziemy zmuszeni obra´ ˛ e ˙ e c t˛ drog˛ . e e

Dzie´ miał si˛ ku ko´ cowi, zimne gwiazdy wybłysły we górze ponad zachon e n
dzacym sło´ cem, kiedy dru˙ yna, spieszac ile sił w nogach, wspi˛ ła si˛ wreszcie ˛ n z ˛ e e na zbocze i dosi˛ gła brzegu jeziora. Na oko nie mierzyło ono wi˛ cej ni˙ par˛ set e e z e stóp w najszerszym miejscu. Jak daleko rozlewało si˛ ku południowi, trudno było e ´ jednak oceni´ w mierzchnacym swietle. Północny brzeg dostrzegali w odległoc ˛ ´ sci nie wi˛ kszej ni˙ pół mili, a mi˛ dzy kamiennym murem zamykajacym dolin˛ e z e ˛ e ´ z a skrajem wody pozostawał waski rabek scie˙ ki. Bez zwłoki ruszyli wi˛ c naprzód, ˛ ˛ e bo mila z okładem dzieliła ich jeszcze od miejsca na przeciwległym brzegu, do którego da˙ ył Gandalf, a potem czekał ich jeszcze poszukiwanie drzwi. Kiedy do˛z tarli do najdalej na północ wysuni˛ tego cypla jeziora, zagrodziła im drog˛ waska e e ˛ ´ struga. Stojaca zielona woda wygladała jak o´lizłe rami˛ wyciagni˛ te ku scianie ˛ ˛ s e ˛ e gór. Nieustraszony Gimli wszedł w nia pierwszy i stwierdził, ze nie si˛ ga mu wy˛ ˙ e zej kostek. Towarzysze szli za nim g˛ siego, stapajac ostro˙ nie, bo pod g˛ stym ˙ e ˛ ˛ z e zielskiem kryły si˛ sliskie, zdradzieckie kamienie i niespodziane wyboje. Frodo e´ wzdrygnał si˛ z obrzydzenia, zanurzajac stopy w ciemnej, brudnej wodzie. ˛ e ˛ W chwili gdy Sam, który szedł ostatni, wyprowadzał Billa na przeciwległy ´ brzeg, rozległ si˛ cichy szelest, swist i zaraz potem plusk, jak gdyby jaka´ ryba e s zmaciła nieruchoma powierzchni˛ . Wszyscy odwrócili si˛ błyskawicznie i zoba˛ ˛ e e czyli po´rodku jeziora, którego kra´ ce gin˛ ły ju˙ w roku, kr˛ gi rozchodzace si˛ s n e z e ˛ e coraz szerzej wokół jakiego´ odległego punktu na wodzie. Posłyszeli jakby buls 306

gotanie, a potem zaległa cisza. Mrok g˛ stniał, ostatnie promienie zachodzacego e ˛ sło´ ca ugrz˛ zły w chmurach. n e Gandalf przynaglał sadzac wielkimi krokami naprzód, dru˙ yna jak mogła sta˛ z rała si˛ za nim nada˙ y´ . Szli teraz waskim skrawkiem ladu mi˛ dzy jeziorem e ˛z c ˛ ˛ e a urwiskiem. Przej´cie było ciasne, miejscami ledwie na kilka stóp szerokie, tu s i ówdzie zawalone odłamkami skał i kamieniami. Posuwali si˛ jednak, lgnac jak e ˛ ´ najbardziej do sciany, odsuwajac si˛ jak najbardziej od Czarnej Wody. Uszli ju˙ ˛ e z z mil˛ w kierunku południowym, gdy natkn˛ li si˛ na k˛ p˛ kolczoli´ci. Pie´ ki e e e e e s n i suche gał˛ zie butwiały w kału˙ ach; wygladało to na szczatki zaro´li czy mo˙ e e z ˛ ˛ s z zywopłotu, niegdy´ osłaniajacego drog˛ , która przecinała dolin˛ , dzi´ zatopiona ˙ s ˛ e e s ˛ w jeziorze. Lecz tu˙ pod skalna sciana stały zywe jeszcze i krzepkie dwa drzewa, z ˛´ ˛ ˙ tak wysokie, ze Frodo zdumiał si˛ , bo równie wielkich kolczoli´ci w zyciu ani ˙ e s ˙ w marzeniu nie widział. Grube korzenie si˛ gały spod urwiska a˙ do wody. Z dalee z ka, ze szczytu schodów, zdawały si˛ pod nawisła sciana małe jak zwykłe krzaki, e ˛´ ˛ teraz jednak pi˛ trzyły si˛ nad głowami w˛ drowców, sztywne, ciemne, milczace e e e ˛ i rzucały g˛ sty, czarny cie´ pod ich stopy, sterczac niby dwa filary strzegace kresu e n ˛ ˛ drogi. — No, wreszcie jeste´my u celu — rzekł Gandalf. — Tu ko´ czy si˛ droga s n e elfów z Hollinu. Kolczoli´c to godło mieszka´ ców tej krainy, posadzili wi˛ c te s´ n e drzewa jako słupy graniczne swoich wło´ci, bo zachodnie drzwi słu˙ yły głównie s z elfom z Hollinu, utrzymujacym o˙ ywione stosunki z władcami Morii. Było to ˛ z za dawnych, szcz˛ sliwszych czasów, kiedy jeszcze serdeczna przyja´ n wiazała e´ z´ ˛ cz˛ sto istoty ró˙ nych ras, nawet krasnoludy z elfami. e z — Nie z winy krasnoludów rozwiała si˛ ta przyja´ n — rzekł Gimli. e z´ — Nigdy nie słyszałem, by zawiniły w tym elfy — odparł Legolas. — A ja słyszałem jedno i drugie — rzekł Gandalf — i nie chc˛ teraz rozsadza´ e ˛ c tej sprawy. Prosz˛ jednak was obu, Legolasie i Gimli, aby´cie wy przynajmiej byli e s przyjaciółmi i wspomagali mnie wspólnie. Bo obaj jeste´cie mi potrzebni. Drzwi s sa zamkni˛ te i ukryte, a im pr˛ dzej je odnajdziemy, tym lepiej. Noc za pasem! ˛ e e — I zwracajac si˛ do reszty kompanii dodał: — Ja b˛ d˛ szukał drzwi, a wy tym˛ e e e czasem przygotujcie si˛ do zej´cia w głab Morii. Niestety, musimy si˛ tu rozsta´ e s ˛ e c z naszym jucznym kucykiem. Odrzu´ cie wiele rzeczy wzi˛ tych dla ochrony przed c e chłodem, nie b˛ da nam potrzebne w podziemiu ani te˙ , mam nadziej˛ , gdy wyje ˛ z e dziemy po drugiej stronie i pomaszerujemy dalej na południe. Reszt˛ natomiast, e a przede wszystkim zywno´c i skórzane worki na wod˛ , rozdzielcie mi˛ dzy siebie. ˙ s´ e e — Mistrzu Gandalfie, nie chcesz chyba zostawi´ biednego Billa w tym okropc nym pustkowiu! — krzyknał Sam z oburzeniem i rozpacza. — Nie zgodz˛ si˛ na ˛ ˛ e e to, nie ma mowy! Nie porzuc˛ Billa, który tak daleko zaw˛ drował z nami i taki e e był przez cały czas poczciwy! — Mnie te˙ go zal, Samie — odparł Czarodziej — ale gdy drzwi si˛ otworza, z ˙ e ˛ watpi˛ , czy zdołasz Billa wciagna´ do wn˛ trza, w długie, czarne lochy Morii! ˛ e ˛ ˛c e 307

Musisz wybiera´ mi˛ dzy Billem a swoim panem. c e — Bill pójdzie za panem Frodem cho´ by do smoczej jamy, je˙ eli ja go poc z prowadz˛ — rzekł Sam nie przekonany. — Przecie˙ oddaliby´my go na niemal e z s pewna smier´ w tym kraju, gdzie włócza si˛ stada wilków. ˛´ c ˛ e ´ — Mam nadziej˛ , ze nie spotka go smier´ — odparł Gandalf. Poło˙ ył r˛ k˛ na e ˙ c z e e łbie kucyka i szepnał mu co´ do ucha: — We´ z soba te słowa, niech ci˛ strzega ˛ s z ˛ e ˛ i prowadza — rzekł. — Madre z ciebie zwierz˛ , nauczyłe´ si˛ niemało w Riven˛ ˛ e s e dell. Wybieraj drog˛ przez krainy obfite w traw˛ i wracaj szcz˛ sliwie do domu e e e´ Elronda czy gdzie indziej, gdzie chcesz. . . Słyszysz, Samie? Bill ma taka sama ˛ ˛ szans˛ ocalenia z wilczych łap i powrotu do domu jak my wszyscy. e Sam stał zgn˛ biony u boku Billa i nic nie odpowiedział Gandalfowi. Kucyk, e jak gdyby rozumiejac, o co chodzi, parsknał i przytknał nos do ucha Sama. Łzy ˛ ˛ ˛ płyn˛ ły z oczu Sama, gdy majstrował przy jukach, zdejmujac pakunki z grzbiee ˛ tu kuca i zrzucajac je na ziemi˛ . Hobbici przegladali rzeczy i odkładali na bok ˛ e ˛ wszystko, bez czego mogli si˛ ju˙ teraz oby´ , reszt˛ za´ rozdzielali mi˛ dzy siee z c e s e bie. Kiedy si˛ z ta robota uporali, zacz˛ li obserwowa´ Gandalfa. Zdawało si˛ , e ˛ ˛ e c e ze dotychczas Czarodziej nic jeszcze nie wskórał. Stał mi˛ dzy dwoma drzewa˙ e mi wpatrzony w naga skalna scian˛ , jakby spodziewał si˛ , ze oczyma wywierci ˛ ˛´ e e ˙ w niej dziur˛ . Gimli kr˛ cił si˛ przy nim to tu, to tam opukujac toporkiem kamiee e e ˛ ´ nie. Legolas przylgnał do sciany nasłuchujac. ˛ ˛ — Wszystko ju˙ gotowe — powiedział Merry — ale gdzie sa te drzwi? Nie z ˛ widz˛ ani znaku. e — Drzwi, zrobionych przez krasnoludy, nigdy nie wida´ , kiedy sa zamkni˛ te c ˛ e — odparł Gimli. — Sa niewidzialne, nawet prawi wła´ciciele nie moga ich do˛ s ˛ strzec ani otworzy´ , je˙ eli nie pami˛ taja hasła. c z e ˛ — Tych drzwi jednak nie strzegła nigdy tajemnica dost˛ pna wyłacznie krasnoe ˛ ludom — powiedział Gandalf o˙ ywiajac si˛ nagle i odwracajac głow˛ . — Je˙ eli z ˛ e ˛ e z nie zmieniło si˛ wszystko całkowicie, oczy, które umieja patrze´ , moga wykry´ e ˛ c ˛ c sekret. Zbli˙ ył si˛ do skały. Mi˛ dzy dwoma drzewami, w ich cieniu, wznosiła si˛ z e e e ´ gładka sciana; zaczał po niej wodzi´ r˛ koma szepczac co´ niedosłyszalnie. Po ˛ c e ˛ s chwili cofnał si˛ nieco. ˛ e — Spójrzcie! czy widzicie? Ksi˛ zyc rzucał teraz odblask na szara powierzchni˛ skały, lecz nic wi˛ cej zrae˙ ˛ e e zu nie spostrzegli. Potem z wolna na całej kamiennej powierzchni, wygładzonej r˛ kami Czarodzieja, pojawiły si˛ nikłe linie, niby delikatne zyły srebra. Poczatkoe e ˙ ˛ wo tak nieuchwytne jak blade nici babiego lata, tak cienkie, ze ledwie migotały, ˙ kiedy padał na nie blask ksi˛ zyca, stopniowo rozszerzały si˛ i wyst˛ powały coraz e˙ e e wyra´ niej, a˙ wreszcie mo˙ na było rozpozna´ cały rysunek. z z z c U góry, w miejscu, którego Gandalf ledwie dosi˛ gnał wzniesionymi r˛ kami, e ˛ e sklepiał si˛ łuk spleciony z liter alfabetu elfów. Ni˙ ej, zatarte co prawda, znisze z 308

czone, rysowało si˛ kowadło i młot, a nad nim korona i siedem gwiazd. Od dołu e pi˛ ły si˛ dwa drzewa, których e e

li´cie miały kształty półksi˛ zyców. Po´rodku, wyra´ niej ni˙ wszystko inne, s e˙ s z z ja´niała na drzwiach wieloramienna gwiazda. s — To godło Durina! — krzyknał Gimli. ˛ — Drzewo Elfów Wysokiego Rodu! — zawołał Legolas. — I gwiazda rodu Feanora — powiedział Gandalf. — Wykuto ten rysunek ´ z ithildinu, w którym tylko swiatło gwiazd i ksi˛ zyca si˛ odbija i który jest mare˙ e twy, póki go ni9e wskrzesi dotkni˛ ciem kto´, kto zna słowa z dawna zapomniane e s ´ na obszarze Sródziemia. Od wieków ich nie słyszałem, tote˙ musiałem gł˛ boko z e si˛ gna´ w pami˛ c, nim je odnalazłem. e ˛c e´ — Co znaczy ten napis? — spytał Frodo, wpatrujac si˛ pilnie w wyryte na łuku ˛ e sklepienia litery. — Zdawało mi si˛ , ze znam pismo elfów, ale tego nie umiem e ˙ odczyta´ . c — To j˛ zyk elfów mieszkajacych za Dawnych Dni w zachodniej cz˛ sci Sróde ˛ e´ ´ ziemia — odparł Gandalf. — napis wszak˙ e nie mówi nic, co by nam si˛ przyda´ z e c mogło. Brzmi po prostu tak: „Drzwi Durina, Władcy Morii. Powiedz przyjacielu i wejd´ ”. Pod spodem małymi, ledwie widocznymi literami wypisane jest jeszcze: z „Zrobiłem te drzwi ja, Narwi. Znaki wykuł Kelebrimbor z Hollinu”. — Co to ma znaczy´ : „Powiedz przyjacielu i wejd´ ”? — spytał Merry. c z ´ jasny — rzekł Gimli. — Je˙ eli jeste´ przyjacielem, powiedz — Sens do´c s z s hasło, a drzwi si˛ otworza i b˛ dziesz mógł wej´c. e ˛ e s´ — Tak — odezwał si˛ Gandalf. — Te drzwi zapewne sa posłuszne słowom e ˛ zakl˛ cia. Niektóre drzwi krasnoludzkich siedzib otwieraja si˛ tylko w pewnych e ˛ e 309

okre´lonych porach roku czy dnia albo tylko dla pewnych osób; sa i takie, których s ˛ nie otworzysz nawet o wła´ciwej godzinie i wymawiajac wła´ciwe słowa, je˙ eli s ˛ s z nie masz klucza. Ale do tych drzwi nie potrzeba klucza. Za czasów Durina nie były one tajne. Zazwyczaj stały otworem i pilnowali ich od´ wierni. Je˙ eli za´ z z s były zamkni˛ te, mógł je otworzy´ ka˙ dy, kto znał hasło. Tak przynajmniej głosi e c z tradycja. Prawda, Gimli? — Prawda — przyznał krasnolud — ale hasła nikt nie pami˛ ta. Narwi wraz ze e ´ swa sztuka i całym plemieniem zniknał ze swiata. ˛ ˛ ˛ — Ale ty, Gandalfie, chyba znasz hasło? — spytał zdumiony Boromir. — Nie! — odparł Czarodziej. Wszyscy spojrzeli na niego z przera˙ eniem, tylko Aragorn, który dobrze znał z Gandalfa, nie poruszył si˛ ani nie odezwał. e — Po co˙ wi˛ c przyprowadziłe´ nas w to przekl˛ te miejsce? — krzyknał Boz e s e ˛ romir ze zgroza ogladajac si˛ na czarne jezioro. — Mówiłe´, ze raz, kiedy´, prze˛ ˛ ˛ e s ˙ s szedłe´ przez Mori˛ . Jak˙ e to mo˙ liwe, je´li nie znałe´ sposobu, zeby otworzy´ to s e z z s s ˙ c wej´cie? s — Na pierwsze twoje pytanie, Boromirze, odpowiadam tak: jeszcze nie znam hasła — odparł Czarodziej. — Ale wkrótce je poznamy. Na drugie — ciagnał ˛ ˛ błyskajac oczyma spod krzaczastych brwi — powiem ci, ze b˛ dziesz miał prawo ˛ ˙ e pyta´ o cel moich poczyna´ dopiero wtedy, gdy si˛ oka˙ a niedorzeczne. Co do c n e z˛ nast˛ pnych pyta´ . . . Czy watpisz o prawdziwo´ci moich słów? Czy te˙ straciłe´ e n ˛ s z s głow˛ ? Mówiłem, ze nie t˛ dy wszedłem wówczas do Morii, ale od wschodu. Jee ˙ e ´ sli chcesz wiedzie´ co´ wi˛ cej jeszcze, powiem ci, ze te drzwi otwieraja si˛ na c s e ˙ ˛ e zewnatrz. Od wn˛ trza wystarczy je pchna´ r˛ ka. Od tej strony nie drgna nawet, ˛ e ˛c e ˛ ˛ ˙ chyba ze wymówisz hasło. Zadna siła ich nie poruszy. ˙ — Có˙ wi˛ c zrobimy? — spytał Pippin, który nie ulakł si˛ zje˙ onych brwi z e ˛ e z Czarodzieja. — Spróbuj przebi´ drzwi własna głowa, Peregrinie Tuku — rzekł Gandalf. — c ˛ ˛ Je˙ eli ich nie rozwalisz tym sposobem, a mnie pozwolicie spokojnie si˛ namy´li´ , z e s c zamiast nudzi´ głupimi pytaniami, b˛ d˛ si˛ starał zgadna´ hasło. c e e e ˛c Niegdy´ umiałem wszystkie zakl˛ cia we wszystkich j˛ zykach elfów, ludzi i ors e e ków, u˙ ywane w podobnych przypadkach. Po dzi´ dzie´ przypominam sobie par˛ z s n e dziesiatków bez wysiłku. My´l˛ , ze wystarczy kilka prób i ze nie b˛ d˛ musiał ˛ se ˙ ˙ e e wzywa´ Gimlego do zdradzenia pewnych słów tajnego krasnoludzkiego j˛ zyka, c e których jego plemi˛ nie zwierza nikomu. Hasło było wzi˛ te z mowy elfów, tak jak e e i napis na łuku sklepienia. To wydaje si˛ niewatpliwe. e ˛ Podszedł znów pod skał˛ i lekko dotknał ró˙ d˙ ka srebrnej gwiazdy błyszczae ˛ z z ˛ ˛ cej pod kowadłem. — Annon edhellen, edro hi ammen! Fennas nogothrim, lasto beth lammen! — zawołał rozkazujacym tonem. Srebrne kreski przybladły, lecz szary kamie´ nie ˛ n drgnał nawet. ˛ 310

Po wielokro´ powtarzał te słowa w ró˙ nej kolejno´ci i w rozmaitych odmiac z s nach. Pó´ niej próbował innych zakl˛ c, jedno po drugim, wymawiajac je to szybko z e´ ˛ i gło´no, to powoli i cicho. Wreszcie zaczał rzuca´ pojedyncze słowa z j˛ zyka els ˛ c e fów. Nic si˛ nie działo. Urwisko pi˛ trzyło si˛ przed nimi w ciemno´ciach, gwiaze e e s dy bez liku rozbłysły na niebie, wiatr dmuchnał chłodem, ale drzwi wcia˙ trwały ˛ ˛z niewzruszone. ´ Gandalf raz jeszcze zbli˙ ył si˛ do skalnej sciany, podniósł ramiona i tonem z e władczym, z rosnacym gniewem krzyknał: — Edro! Edro! — uderzajac ró˙ d˙ ka ˛ ˛ ˛ z z ˛ o skał˛ . — Otwórz si˛ ! Otwórz! — powtarzał ten sam wcia˙ rozkaz we wszyste e ˛z ´ kich j˛ zykach, jakimi mówiono kiedykolwiek na Zachodzie Sródziemia. Wreszcie e rzucił ró˙ d˙ k˛ na ziemi˛ i usiadł w milczeniu. z z e e W tej samej chwili do ich czujnie nadstawionych uszu wiatr przyniósł z daleka wycie wilków. Kucyk Bill wzdrygnał si˛ ze strachu i Sam skoczył ku niemu, by ˛ e szepna´ jakie´ uspokajajace słówko. ˛c s ˛ — Nie pozwól mu zbiec! — powiedział Boromir. — Wyglada na to, ze jeszcze ˛ ˙ nam b˛ dzie potrzebny, je˙ eli oczywi´cie wilki nas tu nie dopadna. Nienawidz˛ tej e z s ˛ e obrzydliwej sadzawki! I schyliwszy si˛ podniósł du˙ y kamie´ , który cisnał z rozmachem w czarna e z n ˛ ˛ wod˛ . e Kamie´ zniknał z mi˛ kkim pluskiem, lecz jednocze´nie dało si˛ słysze´ swin ˛ e s e c´ ´ e sni˛ cie i bulgot. Ogromne, rozedrgane koła rozeszły si˛ po tafli jeziora i od mieje sca, w którym spadł kamie´ , zacz˛ ły powoli przybli˙ a´ si˛ do podnó˙ y skały. n e z c e z — Dlaczego´ to zrobił, Boromirze? — odezwał si˛ Frodo. — Ja tak˙ e nienas e z widz˛ tego miejsca i boj˛ si˛ . . . Nie wiem, czego si˛ boj˛ , nie wilków jednak i nie e e e e e ciemno´ci za tymi drzwiami. Czego´ innego. Boj˛ si˛ tej wody. Nie ma´ jej! s s e e ˛c — Bardzo bym chciał co pr˛ dzej wynie´c si˛ stad! — rzekł Merry. e s´ e ˛ — Czemu ten Gandalf nie pospieszy si˛ troch˛ ? — mruknał Pippin. e e ˛ Gandalf nie zwracał na nich uwagi. Siedział z głowa zwieszona na piersi, mo˙ e ˛ ˛ z zatopiony w rozpaczy, a mo˙ e w trwo˙ nej zadumie. z z Złowieszcze wycie wilków rozległo si˛ znowu. Kr˛ gi na wodzie rosły i drobne e e fale ju˙ lizały brzeg. Nagle Czarodziej zerwał si˛ na równe nogi, a było to tak z e niespodziane, ze wszyscy drgn˛ li. Gandalf si˛ smiał! ˙ e e´ ´ — Ju˙ wiem! — krzyknał. — Oczywi´cie, oczywi´cie! Smiesznie proste, jak z ˛ s s wi˛ kszo´c zagadek, je˙ eli si˛ zna rozwiazanie. — Podbiegł do skały, dotknał jej e s´ z e ˛ ˛ ró˙ d˙ ka i dobitnie wymówił: — Mellon! Gwiazda roziskrzyła si˛ i natychmiast z z ˛ e zgasła. Bez szmeru zarysował si˛ wyra´ ny kontur drzwi, przedtem zupełnie niewie z doczny. Z wolna płyta skalna rozszczepiła si˛ po´rodku i dwa skrzydła odchyliły e s si˛ na o´cie˙ . W otworze zamajaczyły schody prowadzace stromo pod gór˛ . Poe s z ˛ e wy˙ ej paru pierwszych stopni ton˛ ły w ciemno´ci czarniejszej ni´ li noc. Dru˙ yna z e s z z patrzyła na nie w osłupieniu. — A wi˛ c myliłem si˛ — rzekł Gandalf. — Gimli tak˙ e. Z nas wszystkich e e z 311

Merry wpadł na najwła´ciwszy trop. Hasło było wypisane na łuku, widzielis ´ smy je od pierwszej chwili. Napis trzeba tłumaczy´ tak: „Powiedz: „przyjaciec lu” i wejd´ ”. Kiedy wymówiłem w j˛ zyku elfów słowo „przyjacielu”, drzwi si˛ z e e otwarły. Po prostu! Ale to zbyt proste dla uczonego m˛ drca w naszej nieufnej e epoce. Tamte czasy były szcz˛ sliwsze. A teraz — wchod´ my! e´ z

Ruszył naprzód i postawił stop˛ na najni˙ szym stopniu schodów. Lecz w tym e z momencie zacz˛ ło si˛ dzia´ mnóstwo rzeczy. Frodo poczuł, ze co´ chwyta go za e e c ˙ s kostk˛ u nogi. Krzyknał i upadł. Kucyk Bill zar˙ ał przera´ liwie i pomknał z kopyta e ˛ z z ˛ brzegiem jeziora, niknac w ciemno´ciach. Sam skoczył za nim, lecz na okrzyk ˛ s Froda zawrócił natychmiast, płaczac i klnac gło´no. Wszyscy inni obejrzeli si˛ ˛ ˛ s e i zobaczyli, ze jezioro syczy, jakby cała armia w˛ zy nadpływała od południa. ˙ e˙ Z toni wypełzła długa, kr˛ ta macka, jasnozielona, fosforyzujaca, ociekajaca e ˛ ˛ woda. Oplotła nog˛ Froda i zacz˛ ła wciaga´ go do jeziora. Sam padł na kl˛ czki ˛ e e ˛ c e i rabnał rami˛ poczwary no˙ em. Pu´ciła ofiar˛ . Wierny sługa odciagnał swego ˛ ˛ e z s e ˛ ˛ pana, jak mógł najdalej, krzyczac o pomoc. Dwadzie´cia nowych macek wyłoniło ˛ s si˛ z wody. Czarne jezioro kipiało, w powietrzu rozszedł si˛ odra˙ ajacy smród. e e z ˛ — Do bramy! Na schody! Pr˛ dko! — krzyknał Gandalf, jednym susem wrae ˛ cajac mi˛ dzy towarzyszy, budzac ich z osłupienia, które wszystkich prócz Sama ˛ e ˛ przykuło do miejsca, i zaganiajac w otwarte drzwi. ˛ Czas był po temu wielki! Sam i Frodo ledwie zda˙ yli stana´ na pierwszym ˛z ˛c stopniu, a Gandalf wła´nie znów ruszał pod gór˛ , kiedy wyciagni˛ te z wody macs e ˛ e ´ ki poprzez waski skrawek ladu dosi˛ gły skalnej sciany i drzwi Morii. Jedna z nich ˛ ˛ e ´ przyczołgała si˛ a˙ za próg, swiecac w blasku gwiazd. Gandalf zatrzymał si˛ i ode z ˛ e wrócił. Je˙ eli rozmy´lał, jakim zakl˛ ciem zamkna´ z powrotem drzwi, niepotrzebz s e ˛c nie si˛ biedził. Mnóstwo wijacych si˛ macek oplotło oba ich skrzydła i zatrzasn˛ e ˛ e e ´ ło ze straszliwa siła. Huk echem rozniósł si˛ wkoło, swiatło dzienne znikn˛ ło ˛ ˛ e e sprzed oczu w˛ drowców. Poprzez ci˛ zka kamienna płyt˛ dochodził stłumiony łoe e˙ ˛ ˛ e skot. Sam uczepiony ramienia Froda w nieprzeniknionych ciemno´ciach upadł na s stopie´ schodów. n — Biedny stary Bill — powiedział dławiac si˛ od łez. — Biedny stary Bill! ˛ e Wilki i w˛ ze! W˛ zy nie mógł ju˙ znie´c. A ja musiałem wybiera´ , panie Frodo. e˙ e˙ z s´ c Musiałem pój´c za panem. s´ Usłyszeli kroki Gandalfa, który zszedł znów w dół i dotknał ró˙ d˙ ka drzwi. ˛ z z ˛ ´ Dr˙ enie przebiegło przez scian˛ i schody, lecz drzwi si˛ nie otwarły. z e e — No, tak! — rzekł Czarodziej. — Teraz wyj´cie na t˛ stron˛ zamkni˛ te s e e e jest na zawsze, pozostaje nam jedynie drugie, na przeciwległym stoku góry. Sa˛ dzac z tych hałasów obawiam si˛ , ze zwalono pod drzwi głazy, a drzewa wyrwano ˛ e ˙
312

z korzeniami i zagrodzono nimi drog˛ . Szkoda! Pi˛ kne to były drzewa i stały tu e e od wieków. — Od pierwszej chwili, gdy dotknałem stopa wody, czułem, ze w pobli˙ u czai ˛ ˛ ˙ z si˛ co´ okropnego — powiedział Frodo. — Co to było? Ile było tych potworów? e s — Nie wiem — odparł Gandalf — ale wszystkie te ramiona wyciagały si˛ ˛ e do jednego okre´lonego celu. Co´ wypełzło, mo˙ e zostało wyp˛ dzone z czarnej s s z e ´ wody pod górami. W gł˛ binach swiata istnieje wiele starszych i gorszych jeszcze e ni˙ orkowie stworze´ . z n Gandalf nie chciał powiedzie´ gło´no tego, co w duchu pomy´lał: ze kimkolc s s ˙ wiek były stwory zyjace na dnie jeziora, chwyciły one nieomylnie przede wszyst˙ ˛ kim Froda spo´ród całej dru˙ yny. Boromir mruknał do siebie, lecz echo odbite s z ˛ ´ od kamiennych scian spot˛ gowało jego głos tak, ze zabrzmiał jak ochrypły szept, e ˙ dosłyszalny dla całej kompanii: ´ — W gł˛ binach swiata. . . Weszli´my w te podziemia wbrew mojej woli. Kto e s nas poprowadzi przez te straszliwe ciemno´ci? s — Ja! — odparł Gandalf. — Gimli za´ b˛ dzie szedł obok mnie. Poda˙ ajcie za s e ˛z ´ swiatłem mojej ró˙ d˙ ki. z z Czarodziej ruszył w gór˛ po olbrzymich schodach, a koniec ró˙ d˙ ki, która e z z ˛ ´ trzymał wzniesiona, rozbłysnał łagodnym swiatłem. Schody były pot˛ zne i nie ˛ ˛ e˙ zniszczone. Naliczyli dwie´cie stopni, szerokich i niskich, nim u szczytu stan˛ li s e w sklepionym korytarzu prowadzacym poziomo w głab ciemno´ci. ˛ ˛ s — Siad´ my na chwil˛ , odpocznijmy i zjedzmy co´ tutaj, skoro sali jadalnej ˛z e s nie spodziewamy si˛ znale´ c — rzekł Frodo. Otrzasnał si˛ ju˙ ze zgrozy, która go e z´ ˛ ˛ e z ˛ napełniło dotkni˛ cie o´lizłego ramienia, i był teraz okropnie głodny. e s Wszyscy przyj˛ li t˛ propozycj˛ jak najch˛ tniej. Siedli na ostatnim stopniu, e e e e grupka cieni w mroku. Kiedy si˛ posilili, Gandalf dał ka˙ demu, trzeci raz w tej e z w˛ drówce, po łyku miruworu z Rivendell. e — Nie na długo, niestety, starczy tego trunku — powiedział — ale uwa˙ am, ze z ˙ bardzo nam jest potrzebny teraz, po okropno´ciach, które prze˙ yli´my pod drzwias z s mi. Co prawda, je´li nie b˛ dziemy mieli wyjatkowego szcz˛ scia, przyda nam si˛ s e ˛ e´ e ta resztka niejeden jeszcze raz, nim ujrzymy wyj´cie po drugiej stronie. Oszcz˛ s e dzajcie te˙ wody! W tych podziemiach jest wiele strumieni i zródeł, nie nale˙ y ich z ´ z wszak˙ e rusza´ . Mo˙ liwe, ze nie zdarzy nam si˛ okazja do napełnienia bukłaków z c z ˙ e i manierek wcze´niej ni˙ w Dolinie Dimrilla. s z — A jak długo trzeba tam i´c? — spytał Frodo. s´ — Nie wiem — odparł Gandalf. — To zale˙ y od rozmaitych okoliczno´ci. z s Idac prosto, bez przeszkód i bez omyłek, dojdziemy chyba po trzech albo czterech ˛ dniach marszu. Na pewno jest co najmniej czterdzie´ci mil od zachodnich drzwi s do wschodniej bramy w prostej linii, ale droga mo˙ e si˛ okaza´ bardzo kr˛ ta. z e c e Po krótkim odpoczynku ruszyli znowu. Wszystkim zale˙ ało na jak najszybz szym sko´ czeniu tej w˛ drówki i pomimo zm˛ czenia gotowi byli maszerowa´ jeszn e e c 313

cze kilka godzin. Gandalf wcia˙ kroczył na czele. W lewej r˛ ce niósł roziskrzona ˛z e ˛ ró˙ d˙ k˛ , która o´wietlała teren pod jego nogami, w prawej dzier˙ ył miecz zwaz z e s z ny Glamdringiem. Za Czarodziejem szedł Gimli, oczy mu błyszczały w pomroce, gdy rozgladał si˛ to w prawo, to w lewo. Nast˛ pny w szeregu był Frodo, który ˛ e e ˙ adełka. Ostrza Glamdringa i Zadełka nie roz˙˛ dobył z pochwy swego krótkiego Z ˛ płomieniły si˛ i to dodawało dru˙ ynie otuchy, bo miecze, wykute ongi przez płate z ´ nerzy elfów, zapalaja si˛ białym swiatłem, ilekro´ w pobli˙ u znajda si˛ orkowie. ˛ e c z ˛ e Za Frodem poda˙ ał Sam, potem z kolei Legolas, dwaj młodzi hobbici i Boromir. ˛z W ciemno´ciach zamykał pochód chmurny i milczacy Aragorn. Korytarz po liczs ˛ nych skr˛ tach zaczał opada´ ku dołowi. Długi czas zst˛ powali coraz ni˙ ej, nim e ˛ c e z wreszcie znów znale´ li si˛ na płaskiej drodze. Było teraz goraco i duszno, lecz z e ˛ ´ z powietrze pozostało do´c czyste, a od czasu do czasu swie˙ y powiew muskał im s´ ´ twarze, ciagnac pewnie od wybitych w scianach otworów, których jednak tylko ˛ ˛ si˛ domy´lali w mroku. Musiało ich by´ du˙ o. W bladych promieniach czaroe s c z dziejskiej ró˙ d˙ ki Frodo dostrzegał niekiedy zarys schodów, sklepie´ , bocznych z z n korytarzy i tuneli, wznoszacych si˛ ku górze lub stromo spadajacych w dół, al˛ e ˛ bo ziejacych czarna pustka. Ta gmatwanina oszałamiała i wydawało si˛ , ze nie ˛ ˛ ˛ e ˙ sposób si˛ w niej rozezna´ . e c Gimli niewiele mógł pomóc Gandlafowi, wspierał go wszak˙ e swoja niezaz ˛ chwiana odwaga. On jeden przynajmniej nie bał si˛ , jak wi˛ kszo´c dru˙ yny, sa˛ ˛ e e s´ z mych ciemno´ci. Cz˛ sto Gandalf zasi˛ gał jego rady, gdy na rozdro˙ u wahał si˛ , s e e z e które rozgał˛ zienie szlaku wybra´ . Ostatnie wszak˙ e słowo nale˙ ało zawsze do e c z z Czarodzieja. Podziemia Morii były tak olbrzymie i przej´cia tak powikłane, ze nas ˙ wet Gimli syn Gloina, krasnolud z górskiego plemienia, nie ogarniał ich wyobra´ z nia. Odległe wspomnienia odbytej przed laty w˛ drówki przez Mori˛ nie na wiele ˛ e e mogły si˛ te˙ Gandalfowi przyda´ , lecz nawet w ciemno´ciach i mimo licznych e z c s skr˛ tów drogi, Czarodziej wcia˙ jasno wiedział, dokad zmierza, i nie zachwiał si˛ e ˛z ˛ e w postanowieniu, póki miał przed soba scie˙ k˛ wiodaca do celu. ˛´ z e ˛ ˛ — Nie bójcie si˛ ! — rzekł Aragorn, gdy Czarodziej zatrzymał si˛ dłu˙ ej ni˙ e e z z kiedykolwiek, szepczac co´ z Gimlim. Dru˙ yna stłoczona za nim czekała trwo˙ ˛ s z z nie. — Nie bójcie si˛ ! Odbyłem z Gandalfem niejedna podró˙ , chocia˙ nigdy e ˛ z z w tak czarnych ciemno´ciach. W Rivendell słyszałem te˙ opowie´ci o jego czys z s ´ nach, jeszcze wspanialszych ni˙ te wszystkie, których sam byłem swiadkiem. z Gandalf nie zabładzi. . . je˙ eli w ogóle istnieje jaka´ scie˙ ka. Wprowadził nas tutaj ˛ z s´ z ´ na przekór naszym obawom i wywiedzie nas znów na swiat, bodaj kosztem własnej zguby. Lepiej umie znajdowa´ w´ród nocy drog˛ do domu ni˙ koty królowej c s e z Beruthiel. Wielkie to szcz˛ scie dla dru˙ yny, ze miała takiego przewodnika. Nie wzi˛ li ze e´ z ˙ e soba drew na ognisko, nie mieli z czego zrobi´ pochodni. W rozpaczliwym mo˛ c ´ mencie pod drzwiami zapomniano o mnóstwie potrzebnych sprz˛ tów. Bez swiatła e wkrótce by przepadli w podziemiu. na domiar trudno´ci wyboru w´ród licznych s s 314

´ z krzy˙ ujacych si˛ korytarzy, tu i ówdzie ziały jamy i szyby, tu˙ obok scie˙ ki rozz ˛ e z wierały si˛ czarne studnie, w których kroki w˛ drowców dudniły głuchym echem. e e ´ W scianach i w podłodze były szczeliny i zapadliska, co chwila pod stopami maszerujacych otwierały si˛ przepa´cie. Najgro´ niejsza mierzyła z góra siedem stóp ˛ e s z ˛ szeroko´ci i Pippin długa chwil˛ musiał zbiera´ odwag˛ , nim przeskoczył nad s ˛ e c e straszliwa otchłania. Gdzie´ z dołu dobiegał szum i plusk wody, jak gdyby ol˛ ˛ s brzymie mły´ skie koło obracało si˛ w gł˛ bi podziemi. n e e — Lina! — mruknał Sam. — Wiedziałem, ze je´li jej nie wezm˛ , na pewno ˛ ˙ s e b˛ dzie potrzebna. e

Niebezpiecze´ stwa mno˙ yły si˛ , posuwali si˛ naprzód coraz wolniej. Zdan z e e
wało im si˛ , ze ida, ida bez ko´ ca, a˙ do korzeni góry. Zm˛ czeni ju˙ byli bezgrae ˙ ˛ ˛ n z e z nicznie, a jednak nie znajdowali pociechy w my´li o jakim´ odpoczynku. Frodo s s troch˛ si˛ pokrzepił na duchu po uratowaniu z macek potwora, zwłaszcza gdy si˛ e e e najadł i łyknał kordiału Elronda. Teraz jednak znów ogarnał go wielki niepokój, ˛ ˛ nieomal l˛ k. Wprawdzie w Rivendell wyleczono go z rany zadanej sztyletem, lecz e ´ zostały po niej pewne trwałe slady. Zmysły miał wyostrzone, lepiej ni˙ dawniej z wyczuwał rzeczy niewidzialne. W´ród ró˙ nych zmian, które si˛ w nim dokonały, s z e jedna zauwa˙ ył bardzo wcze´nie: oto widział w ciemno´ciach lepiej od innych ˛ z s s uczestników wyprawy, z wyjatkiem chyba tylko Gandalfa. W ka˙ dym razie on, ˛ z nie kto inny, niósł Pier´cie´ ; miał go na ła´ cuszku zawieszony na piersi i chwilas n n mi dotkliwie odczuwał jego ci˛ zar. Pewien był, ze przed nimi czai si˛ gro´ ba, lecz e˙ ˙ e z ´ nic o tym nie mówił. Sciskał tylko mocniej w gar´ci r˛ koje´c mieczyka i wytrwale s e s´ szedł naprzód. Towarzysze ciagnacy za nim rzadko si˛ odzywali, a i to jedynie zdyszanym ˛ ˛ e szeptem. W ciszy nic nie było słycha´ prócz odgłosu ich kroków: głuchego dudc nienia krasnoludzkich butów Gimlego, ci˛ zkiego tupotu Boromira, lekkiego stae˙ ˛ pania Legolasa, mi˛ kkiego, nieuchwytnego szelestu stóp hobbitów; na ko´ cu koe n lumny rozbrzmiewał stanowczy, rozwa˙ ny, długi krok Aragorna. Kiedy si˛ zatrzyz e mywali na chwil˛ , cisza zalegała zupełna, tylko od czasu do czasu dolatywał ich e uszu szmer niewidocznej wody i kapanie kropel. A jednak Frodo dosłyszał czy mo˙ e wydawało mu si˛ , ze słyszy co´ innego: jakby człapanie bosych stóp. Nigdy z e ˙ s te odgłosy nie były do´c wyra´ ne ani do´c bliskie, by mógł nabra´ pewno´ci, ze je s´ z s´ c s ˙ słyszy rzeczywi´cie, ale te˙ nie milkły nigdy, póki dru˙ yna nie stawała w marszu. s z z Nie były echem, bo kiedy si˛ zatrzymywali, przez chwilk˛ jeszcze si˛ odzywały, e e e niezale˙ nie od ich kroków, i dopiero potem cichły. z

Weszli do kopalni Morii po zapadni˛ ciu zmroku. Posuwali si˛ przez długie e e
godziny, z krótkimi tylko przerwami, nim Gandalf natknał si˛ na pierwsza po˛ e ˛ 315

wa˙ niejsza przeszkod˛ . Stanał przed szerokim, ciemnym łukiem sklepienia, pod z ˛ e ˛ którym rozbiegały si˛ trzy korytarze; wszystkie prowadziły w zasadzie na wschód, e lecz korytarz lewy zst˛ pował w dół, prawy piał si˛ pod gór˛ , a srodkowy ciagnał e ˛ e e ´ ˛ ˛ si˛ poziomo i zdawał si˛ gładki, chocia˙ niezmiernie ciasny. e e z — Tego miejsca wcale nie pami˛ tam — rzekł Gandalf stajac w rozterce pod e ˛ sklepieniem. Podniósł ró˙ d˙ k˛ , spodziewał si˛ bowiem w jej blasku dostrzec jaz z e e kie´ znaki lub napisy, które by ułatwiły wybór drogi. Nic jednak takiego nie znas lazł. — Zanadto jestem znu˙ ony, by teraz zdoby´ si˛ na decyzj˛ — powiedział z c e e kr˛ cac głowa. — A wy pewnie jeste´cie równie albo nawet bardziej wyczerpae ˛ ˛ s ni. Zatrzymajmy si˛ wi˛ c tutaj na reszt˛ nocy. Oczywi´cie, rozumiecie mnie: jest e e e s ´ tu zawsze jednakowo ciemno, ale na swiecie ksi˛ zyc ju˙ chyli si˛ ku zachodowi e˙ z e i dawno min˛ ła północ. e — Biedny stary Bill! — westchnał Sam. — Gdzie te˙ on si˛ obraca? Mam ˛ z e nadziej˛ , ze go wilki nie rozszarpały. e ˙ Po lewej stronie sklepionej bramy zauwa˙ yli kamienne drzwi; były przyz mkni˛ te, lecz wystarczyło je pchna´ lekko, by si˛ otworzyły. Za nimi ukazała e ˛c e si˛ obszerna sala wykuta w kamieniu. e — Powoli! Powoli! — krzyknał Gandalf, gdy Merry i Pippin skoczyli na˛ przód, radzi odpocza´ w miejscu, które im si˛ wydawało troch˛ przytulniejsze od ˛c e e otwartego na wsze strony korytarza. — Powoli! Nie wiemy przecie˙ , co tam jest. z Wejd˛ pierwszy. e Wszedł ostro˙ nie, reszta dru˙ yny wsun˛ ła si˛ za nim g˛ siego. z z e e e — Patrzcie! — rzekł Czarodziej wskazujac ró˙ d˙ ka srodek sali. U stóp Gan˛ z z ˛´ dalfa w podłodze rozwierała si˛ okragła dziura, jak gdyby otwór studni. Koło niej e ˛ le˙ ały porwane i zardzewiałe ła´ cuchy zwisajac nad czarna jama. Opodal rozrzuz n ˛ ˛ ˛ cone były połupane kamienie. — Który´ z was mógł wpa´c w t˛ dziur˛ i mo˙ e do´c długo by leciał, nimby s s´ e e z s´ dosi˛ gnał dna — zwrócił si˛ Aragorn do Meriadoka. — Zawsze trzeba puszcza´ e ˛ e c przodem przewodnika, je´li si˛ go, na swoje szcz˛ scie, ma. s e e´ — To mi wyglada na wartowni˛ dla stra˙ ników pilnujacych trzech korytarzy ˛ e z ˛ — powiedział Gimli. — Dziura to pewnie studnia dostarczajaca wartownikom ˛ wody. Musiała by´ ongi nakryta kamienna pokrywa, teraz rozbita. Trzeba bardzo c ˛ ˛ ˛ uwa˙ a´ w ciemno´ciach. z c s Pippina dziwnie ciagn˛ ła ta studnia. Gdy towarzysze rozkładali koce i przy˛ e ´ gotowywali legowiska pod scianami komory jak najdalej od dziury, on podpełzł na jej skraj i zajrzał. Zimny dech dobywajacy si˛ z niewidzialnych gł˛ bi owio˛ e e nał mu twarz. Nagle skusiło młodego hobbita, by chwyci´ kamie´ i wrzuci´ go ˛ c n c w studni˛ . Czekał na odgłos tak długo, ze zda˙ ył usłysze´ kilka uderze´ własnego e ˙ ˛z c n serca. Potem gdzie´ w dole rozległ si˛ plusk, bardzo odległy, lecz spot˛ gowany s e e i powtórzony wielokrotnie w pustym szybie, jakby kamie´ trafił w wod˛ na dnie n e ogromnej jaskini. 316

— A to co?! — krzyknał Gandalf. Odetchnał z ulga, kiedy Pippin przyznał ˛ ˛ ˛ si˛ do swego post˛ pku. Rozgniewał si˛ jednak bardzo, Pippin dostrzegł płomie´ e e e n w jego oczach. — Zwariowany Tuk! — fuknał. — To powa˙ na wyprawa, a nie ˛ z hobbicka majówka. Na przyszły raz skacz sam! Przynajmniej przestałby´ wreszs cie dokucza´ nam swoimi głupstwami. A teraz bad´ cie cicho! c ˛z Przez kilka minut nic nie było słycha´ , potem z gł˛ bi studni dobiegło ich uszu c e stłumione pukanie: tom — tap, tap — tom. Pukanie urwało si˛ , ale kiedy jego e echo ucichło, powtórzyło si˛ znowu: tap — tom, tom — tap, tap — tap, tom. e Brzmiało to niepokojaco jak sygnały. Po pewnym czasie jednak wszystko umilkło, ˛ tym razem ju˙ na dobre. z — To był stuk młota, głow˛ daj˛ — rzekł Gimli. e e — Tak — przyznał Gandalf. — I wcale mi si˛ nie podobał. By´ mo˙ e nie miae c z ło to nic wspólnego z głupim wybrykiem Peregrina, prawdopodobnie jednak ten kamie´ poruszył co´, co nale˙ ało w naszym własnym interesie zostawi´ w spon s z c koju. Prosz˛ , zeby si˛ zaden z was na nic podobnego wi˛ cej nie wa˙ ył. Miejmy e ˙ e˙ e z nadziej˛ , ze uda nam si˛ troch˛ przespa´ bez nowych alarmów. Ty, Pippinie, w nae ˙ e e c grod˛ pierwszy b˛ dziesz pełnił wart˛ — mruknał owijajac si˛ w koc. e e e ˛ ˛ e Pippin zgn˛ biony przysiadł pod drzwiami w gł˛ bokich ciemno´ciach. Ustae e s wicznie jednak odwracał głow˛ bojac si˛ , ze z czelu´ci studni wychynie jaki´ e ˛ e ˙ s s nieznany stwór. Korciło go, zeby nakry´ ziejacy otwór chocia˙ by kocem, ale nie ˙ c ˛ z ´ smiał ruszy´ si˛ i zbli˙ y´ do dziury, mimo ze Gandalf zdawał si˛ pogra˙ ony we c e z c ˙ e ˛z ´ snie. Naprawd˛ wszak˙ e Gandalf wcale nie spał, jakkolwiek le˙ ał milczacy i niee z z ˛ ruchomy. Zatonał w my´lach, usiłujac przypomnie´ sobie wszystkie szczegóły ˛ s ˛ c poprzedniej w˛ drówki przez Mori˛ i zastanawiajac si˛ trwo˙ nie nad wyborem e e ˛ e z dalszej drogi; omyłk˛ mogli przecie˙ przypłaci´ kl˛ ska. Po godzinie Czarodziej e z c e ˛ wstał i podszedł do Pippina. — Połó˙ si˛ tam w kacie i prze´pij, chłopcze — rzekł łagodnie. — My´l˛ , ze z e ˛ s se ˙ potrzeba ci snu. A ja i tak oka zmru˙ y´ nie mog˛ , wi˛ c ch˛ tnie ci˛ zastapi˛ na z c e e e e ˛ e warcie. — Wiem, czego mi brakuje — mruknał sadowiac si˛ przy drzwiach. — Fajki! ˛ ˛ e ´ z ˛ Nie powachałem jej od tamtego ranka przed snie˙ yca. ˛ Pippin, zanim sen skleił mu powieki, zda˙ ył jeszcze zobaczy´ ciemna sylwet˛z c ˛ k˛ Czarodzieja skulonego na podłodze i osłaniajacego s˛ katymi dło´ mi odrobin˛ e ˛ e n e zaru. Płomyk na mgnienie o´wietlił jego spiczasty nos i kłab dymu. ˙ s ˛

Nie kto inny te˙ , lecz Gandalf zbudził dru˙ yn˛ ze snu. Czuwał i stra˙ ował z z e z
sam przez sze´c godzin, nie zakłócajac towarzyszom odpoczynku. s´ ˛ — W ciagu tej bezsennej nocy powziałem decyzj˛ — rzekł. — Nie pociaga ˛ ˛ e ˛ ´ mnie srodkowy korytarz, nie pachnie mi tak˙ e lewy: ciagnie z niego zaduch, któz ˛ ry nic dobrego nie wró˙ y, ka˙ dy przewodnik mi to przyzna. Pójdziemy prawym z z 317

tunelem. Czas, aby´my zacz˛ li wspina´ si˛ znów pod gór˛ . s e c e e Maszerowali osiem godzin, ledwie na chwil˛ zatrzymujac si˛ niekiedy dla wye ˛ e tchnienia. Nie spotkali niebezpiecze´ stw, nie słyszeli nic i nic nie widzieli prócz n ´ ´ e n nikłego swiatełka czarodziejskiej ró˙ d˙ ki, migocacego jak robaczek swi˛ toja´ ski z z ˛ na czele pochodu. Korytarz, który obrali, prowadził wcia˙ pod gór˛ . O ile mogli ˛z e si˛ zorientowa´ , tunel zataczał szerokie łuki, a im wy˙ ej si˛ piał, tym był wy˙ szy e c z e ˛ z i szerszy. Nie odbiegały od niego boczne galerie ani korytarze, podłog˛ miał rówe na i gładka, wyboje i szczeliny nie utrudniały tu marszu. Najwidoczniej trafili na ˛ ˛ szlak niegdy´ wielkiego znaczenia i szli teraz o wiele szybciej ni˙ na pierwszym s z etapie. W ten sposób posun˛ li si˛ w prostej linii o jakie´ pi˛ tna´cie mil na wschód, e e s e s chocia˙ przew˛ drowali zakosami z pewno´cia wi˛ cej. W miar˛ jak droga si˛ z e s ˛ e e e wznosiła, Frodo nabierał po trosze otuchy, jakkolwiek wcia˙ jeszcze był przy˛z gn˛ biony i od czasu do czasu słyszał — albo przynajmniej tak mu si˛ wydawało e e — ciagnace z dala trop w trop za maszerujaca dru˙ yna ciche człapanie, które na ˛ ˛ ˛ ˛ z ˛ pewno nie było tylko echem. Marsz trwał długo, póki hobbitom sił starczyło, wreszcie wszyscy ju˙ zacz˛ li z e ´ wypatrywa´ z upragnieniem miejsca na popas, lecz nagle sciany korytarza rozstac ˛ piły si˛ po obu stronach. Jak gdyby przeszli pod jaka´ brama i znale´ li si˛ w czare ˛s ˛ z e nej, pustej przestrzeni. W plecy dmuchało im cieplejsze powietrze, w twarze natomiast od ciemno´ci ciagn˛ ło chłodem. Stan˛ li i zbili si˛ w gromad˛ zatrwo˙ eni. s ˛ e e e e z Gandalf wszak˙ e był rad. z — Trafnie wybrałem drog˛ — powiedział. — Wreszcie doszli´my do miesze s kalnej cz˛ sci podziemia i mam wra˙ enie, ze jeste´my teraz ju˙ do´c blisko e´ z ˙ s z s´ wschodnich stoków góry. Ale wspi˛ li´my si˛ , je´li si˛ nie myl˛ , znacznie ponad e s e s e e Bram˛ Dimrilla. Sadzac z przewiewu znale´ li´my si˛ w wielkiej sali. Zaryzykuje e ˛ ˛ z s e ´ troch˛ wi˛ ksze swiatło. e e Podniósł ró˙ d˙ k˛ , która na chwil˛ zaja´niała niby błyskawica. Wyolbrzymioz z e e s ne cienie podskoczyły w gór˛ i uciekły, przez mgnienie oka w˛ drowcy widzieli e e rozpi˛ te nad swoimi głowami ogromne sklepienie, wsparte na szeregu pot˛ znych e e˙ filarów wyciosanych ze skały. Przed nimi, a tak˙ e na prawo i na lewo ciagn˛ z ˛ e ´ ła si˛ wielka, pusta sala. Czarne sciany, gładkie i równe jak szkło, połyskiwały e ´ i l´niły. Zauwa˙ yli te˙ trzy inne wej´cia, mroczne, sklepione otwory w scianach: s z z s ´ ´ srodkowe — na wschód, dwa boczne na dwie przeciwległe strony. Potem swiatło zgasło. — Na razie nie o´miel˛ si˛ na nic wi˛ cej — powiedział Gandalf. — Dawniej s e e e były tu wielkie okna w stoku góry, a prócz tego kominy doprowadzajace swiatło ˛ ´ ´ z najwy˙ szych pokładów kopalni. Zdaje si˛ , ze to wła´nie tutaj, ale na swiecie jest z e ˙ s teraz noc i nie upewnimy si˛ , póki dzie´ nie wstanie. Je˙ eli si˛ nie myl˛ , zajrzy tu e n z e e do nas jutro blask poranka. Tymczasem nie ma co w˛ drowa´ dalej. Odpocznijmy, e c je´li si˛ da. Jak dotad powiodło nam si˛ nie´ le, wi˛ ksza cz˛ sc drogi przez ciems e ˛ e z e ˛ e´ ´ 318

no´ci mamy ju˙ za soba. Ale jeszcze z nich nie wyszli´my, czeka nas długi marsz s z ˛ s ´ w dół do bramy otwartej na swiat. W˛ drowcy sp˛ dzili noc w wielkiej piwnicznej sali, przytuleni do siebie w kae e ˛ cie, gdzie si˛ schronili przed chłodnym podmuchem, bo od wschodniego otwoe ru wcia˙ wiało zimnem. Le˙ eli, otoczeni zewszad pusta, bezbrze˙ na ciemno´cia, ˛z z ˛ ˛ z ˛ s ˛ przytłoczeni samotno´cia i ogromem wydra˙ onych w skale jaski´ , niezliczonych s ˛ ˛z n splatanych korytarzy i schodów. Z głuchych wie´ci, jakie do nich kiedykolwiek ˛ s docierały, hobbici wytworzyli sobie fantastyczny obraz Morii, lecz wszystko to zbladło wobec gro´ nej i wspaniałej rzeczywisto´ci. z s — Musiało tu kiedy´ roi´ si˛ od krasnoludów — rzekł Sam. — A pracował s c e chyba ka˙ dy z nich wytrwalej od borsuka przez pi˛ cset lat, zeby zbudowa´ takie z e´ ˙ c podziemie, i to w twardej skale! Po co oni to robili? Nie mieszkali chyba w tych ciemnych norach? — To nie nory — odparł Gimli. — To wielkie królestwo i stolica krasnoludów. ´ Za dawnych czasów nie było te˙ tutaj tak ciemno, wsz˛ dzie jarzyło si˛ od swiateł z e e i bogactw; pami˛ c o tym przechowały po dzi´ dzie´ nasze pie´ni. e´ s n s Gimli wstał i w ciemno´ciach zaczał spiewa´ niskim głosem, który echo ods ˛ ´ c bijało spod wysokiego sklepienia: ´ Góry były zielone, a swiat jeszcze młody, ˙ ´ Zadna plama nie cmiła ksi˛ zyca urody, e˙ Ni skały, ni strumienie nie miały imienia, Kiedy Durin si˛ zbudził, spojrzał i oniemiał. e Wi˛ c najpierw nadał nazwy wzgórzom i dolinom, e Potem wod˛ pił z zródeł czysta i niewinna, e ´ ˛ ˛ A kiedy si˛ pochylił nad tafli zwierciadło, e Ujrzał swoje odbicie jak cudne widziadło W gwiezdnej, l´niacej koronie jak z drogich kamieni, s ˛ Których blask to srebrzy´cie – to złotem si˛ mienił. s e ´ Swiat był pi˛ kny – a góry wysokie i gładkie e W dawnych dniach nie skalanych straszliwym upadkiem Pot˛ znych i wszechmocnych królów Nargothrondu e˙ I Gondolinu – którzy do zamorskich ladów ˛ Gdzie´ tam dawno odeszli. . . o, szcz˛ sna godzina, s e ´ I swiat ten jak˙ e pi˛ kny za czasów Durina! z e Król mo˙ ny. . . na rze´ bionym tronie siedział dumny z z W wielkiej sali z kamienia, gdzie liczne kolumny Podpierały dach złoty. . . w krag srebrna podłoga, ˛ ´ U drzwi runy, co swiadcza, ze władza w tych progach. ˛ ˙ 319

´ Przy scianach zawieszono lampy kryształowe, Których blask spływał mi˛ kko na królewska głow˛ , e ˛ e Jak srebro nocnej luny albo złoto sło´ ca, n Co nie za´ mione chmura wcia˙ swieci bez ko´ ca. c ˛ ˛z ´ n W pi˛ knym kraju Durina wcia˙ stukały młoty, e ˛z Dłuto rze´ biło w drzewie, pisał rylec złoty, z Tu kuto srebrne klingi w ognia białym zarze, ˙ Tam domy budowali weseli murarze, Tu w skarbcu obok pereł i bladych opali Skarbnicy kutych kolczug srebro pochowali, Przydajac do kompanii błyszczace bu´ czucznie ˛ ˛ n Pancerze i topory, miecze oraz włócznie. Nieznu˙ ony był – wierzcie – lud Durina króla, z D´ wi˛ k harf go budził ze snu i do snu utulał, z e ´ Harfiarzom pod wtór wdzi˛ czny spiewali minstrele, e A w bramach pobrzmiewały trab d´ wi˛ czne kapele. ˛ z e ´ Dzisiaj swiat znów szary, a górski grzbiet goły, W ku´ niach dawno wyzi˛ bły po ogniach popioły. . . z e I d´ wi˛ ku harf nie słycha´ , umilkła dolina z e c I coraz ciemniej w salach pałacu Durina. . . Cie´ na króla mogile. . . cisza w wiatru szumie, n Co igra bezszelestnie z cisza w Khazad-dumie, ˛ Ale w wody zwierciadle mrocznej i u´pionej s Ciagle jednak si˛ jawia gwiazdy zatopione – ˛ e ˛ To korona królewska, która oko łudzi, Póki si˛ znów król Durin ze snu nie obudzi. e — To pi˛ kne! — rzekł Sam. — Chciałbym si˛ nauczy´ tej pie´ni. „W salach e e c s pałacu Durina!” Co prawda, kiedy pomy´l˛ o tych wszystkich lampach, ciemno´ci se s wydaja mi si˛ jeszcze bardziej ponure. A czy stosy klejnotów i złota wcia˙ jeszcze ˛ e ˛z sa tutaj? ˛ Gimli milczał. Za´piewał swoja pie´n, nic wi˛ cej nie chciał powiedzie´ . s ˛ s´ e c — Stosy klejnotów? — odezwał si˛ Gandalf. — Nie! Orkowie nieraz spladroe ˛ wali Mori˛ , nic nie zostało w górnych salach. A po ucieczce krasnoludów nikt si˛ e e nie wa˙ y szuka´ w gł˛ bi szybów i skarbców u korzeni góry: zaton˛ ły w wodzie z c e e albo w cieniu strachu. — Dlaczego wi˛ c krasnoludy pragna tu wróci´ ? — spytał Sam. e ˛ c — Bo tu jest mithril — odparł Gandalf. — Bogactwo Morii to nie złoto 320

ani klejnoty — te zabawki krasnoludów; nie zelazo — ich sługa. Prawda, mie˙ li równie˙ te skarby, zwłaszcza zelazo, lecz nie potrzebowali ich kopa´ spod skał. z ˙ c ´ Wszystko, czego zapragn˛ li, mogli dosta´ w drodze wymiany. Bo na całym swiee c cie tylko w Morii znajduje si˛ szczególne, najszlachetniejsze srebro, zwane w j˛ e e zyku elfów mithril. Krasnoludy maja dla niego własna nazw˛ , której nikomu nie ˛ ˛ e zdradzaja. Ów kruszec był dawniej dziesi˛ ckro´ cenniejszy od złota, a dzi´ jest ˛ e´ c s ´ ˛ bezcenny. Niewiele go bowiem zostało na powierzchni, a nawet orkowie nie smia szuka´ go w gł˛ bi. Zyły ciagna si˛ na północ ku Karadhrasowi w głab ciemno´ci. c e ˙ ˛ ˛ e ˛ s Krasnoludy nie chca o tym mówi´ , lecz mithril był zarówno poczatkiem ich bo˛ c ˛ gactwa, jak przyczyna ich kl˛ ski: dokopywali si˛ do niego zbyt chciwie, si˛ gn˛ li ˛ e e e e za gł˛ boko, rozjatrzyli wroga sił˛ , która ich stad wygnała: to była zguba Durie ˛ ˛ e ˛ na. Z tego, co krasnale dobyli na wierzch, niemal wszystko zrabowali orkowie i zło˙ yli jako haracz Sauronowi, który jest na mithril bardzo łasy. z Mithril! Wszystkie plemiona po˙ adały mithrilu. Mo˙ na go ku´ jak mied´ i poz˛ z c z lerowa´ jak szkło, a krasnoludy umiały z niego robi´ metal lekki, a mimo to twardc c szy od najhartowniejszej stali. Jest pi˛ kny jak zwykłe srebro, a jego pi˛ kno nie e e ´ sniedzieje ani nie traci nigdy blasku. Elfy były w nim rozmiłowane i u˙ ywały go z do ró˙ nych celów, mi˛ dzy innymi z niego robiły ithildin — metal gwiezdno-ksi˛ z e e zycowy; widzieli´cie go na drzwiach Morii. Bilbo miał kolczug˛ z łusek mithri˙ s e lowych, dostał ja od Thorina. Ciekawe, co te˙ si˛ z nia stało? Pewnie dotychczas ˛ z e ˛ stoi pokryta kurzem w muzeum w Michel Delving. — Co´ ty powiedział? — krzyknał Gimli, nagle odzyskujac mow˛ . — Kols ˛ ˛ e czuga z mithrilu? To˙ to królewski dar! z — Tak — przynał Gandalf. — Nigdy tego Bilbowi nie mówiłem, ale warta jest tyle, ile cały Shire z wszystkimi swoimi dostatkami. Frodo zmilczał, ale wsunał dło´ pod bluz˛ i dotknał łusek kolczugi. Oszo˛ n e ˛ ´ łomiła go my´l, ze obnosi po swiecie ukryty pod ubraniem skarb dorównujacy s ˙ ˛ warto´ci całego Shire’u. Czy Bilbo to wiedział? Frodo nie miał co do tego watplis ˛ wo´ci. Królewski zaiste dar. I my´li Froda pomkn˛ ły z ciemnych podziemi daleko, s s e do Rivendell, do Bilba, do Bag End z owych dni, kiedy Bilbo tam jeszcze gospodarzył. Zat˛ sknił z gł˛ bi serca do tych miejsc i do dawnych czasów, do strzy˙ enia e e z trawników i krzatania si˛ koło kwiatów, do epoki, gdy nie wiedział nic o Morii, ˛ e mithrilu. . . i o Pier´cieniu. s Zapadła głucha cisza. W˛ drowcy jeden po drugim usypiali. Frodo pełnił wart˛ . e e Dreszcz nim wstrzasnał, jak gdyby przez niewidoczne drzwi z gł˛ bokich czelu´ci ˛ ˛ e s owiał go lodowaty dech. R˛ ce miał zimne, ale pot mu spływał z czoła. Nasłuchie wał. Na dwie wlokace si˛ bez ko´ ca godziny zmienił si˛ cały w słuch. Nie ułowił ˛ e n e jednak zadnego szmeru, nawet owego echa człapiacych kroków, które sobie pew˙ ˛ nie uroił. Czas jego warty dobiegał ko´ ca, kiedy mu si˛ wydało, ze z daleka, pod sklen e ˙ ´ pieniem zachodniego wyj´cia, błyskaja dwa swiecace punkciki, jakby para fosfos ˛ ˛ 321

ryzujacych zrenic. Frodo si˛ wzdrygnał. Głowa mu opadła na piersi: „O mało nie ˛ ´ e ˛ ´ c usnałem na warcie — pomy´lał. — Co´ mi si˛ ju˙ zaczynało sni´ ”. Wstał, przetarł ˛ s s e z oczy i ju˙ nie usiadł, wpatrujac si˛ w ciemno´c, póki go nie zluzował Legolas. z ˛ e s´ Poło˙ ywszy si˛ usnał zaraz, lecz zdawało mu si˛ , ze poprzednie senne przyz e ˛ e ˙ ´ widzenie trwa dalej: słyszał szepty, widział dwa blade swiecace punkciki z wolna ˛ zbli˙ ajace si˛ ku niemu. Ocknał si˛ i stwierdził, ze towarzysze rozmawiaja półz ˛ e ˛ e ˙ ˛ ´ głosem i ze m˛ tne swiatło pada mu prosto w twarz. Z wysoka, sponad sklepienia ˙ e ´ wschodniego wyj´cia, przez swietlik wyci˛ ty w stropie saczył si˛ nikły promie´ s e ˛ e n ´ switu. W drugim ko´ cu sali północne drzwi tak˙ e ja´niały mdłym odległym brzan z s skiem. Frodo usiadł. — Dzie´ dobry! — powiedział Gandalf. — Nareszcie znów dzie´ ! Widzisz, n n Frodo, miałem słuszno´c. Znajdujemy si˛ wysoko po wschodniej stronie Morii. s´ e Nim dzisiejszy dzie´ przeminie, musimy odszuka´ Wielka Bram˛ i ujrze´ przed n c ˛ e c soba Zwierciadlane Jezioro w Dolinie Dimrilla. ˛ ´ Ledwie zjedli sniadanie, Gandalf postanowił wyrusza´ . c — Jeste´my co prawda zm˛ czeni, ale odpoczniemy lepiej pod otwartym nies e bem — rzekł. — Nie przypuszczam, by który´ z was miał ochot˛ sp˛ dzi´ jeszcze s e e c jedna noc w Morii. ˛ — Na pewno nie! — odparł Boromir. — Którym korytarzem pójdziemy? Tym na wschód? — Mo˙ e — powiedział Gandalf. — Ale nie wiem dokładnie, gdzie jeste´my. z s Je˙ eli nie myl˛ si˛ grubo, powinni´my by´ powy˙ ej i na północ od Wielkiej Braz e e s c z my; zapewne nie b˛ dzie łatwo znale´ c najprostsza drog˛ do niej. Mo˙ liwe, ze e z´ ˛ e z ˙ wskazana oka˙ e si˛ droga wschodnim korytarzem. Nim wszak˙ e co´ postanowiz e z s ´ my, trzeba si˛ troch˛ rozejrze´ . Chod´ my najpierw ku swiatłu północnego wyje e c z ´ scia. Je˙ eli odkryjemy jakie´ okno, ułatwi nam to orientacj˛ , lecz obawiam si˛ , ze z s e e ˙ ´ to swiatło dochodzi tu przez szyb z góry. Za przewodem Czarodzieja dru˙ yna przeszła pod sklepieniem północnego z wyj´cia. Znale´ li si˛ w szerokim korytarzu. W miar˛ jak si˛ nim posuwali, blady s z e e e pobrzask nabierał coraz wi˛ kszej jasno´ci i wkrótce przekonali si˛ , ze płynie od e s e ˙ prawej strony. Były tam drzwi wysokie, płasko sklepione, a ich kamienne skrzy´ dło jeszcze si˛ trzymało na zawiasach i było nieco uchylone. Swiatło, do´c mdłe, e s´ wydawało si˛ jednak o´lepiajace w˛ drowcom, którzy tak długo brn˛ li przez zue s ˛ e e pełne ciemno´ci, tote˙ przest˛ pujac próg wszyscy zmru˙ yli oczy. s z e ˛ z Spod ich stóp wzniósł si˛ pył, grubo zalegajacy podłog˛ ; potykali si˛ o jakie´ e ˛ e e s przedmioty rozrzucone pod drzwiami, nie mogac zrazu rozró˙ ni´ ich kształtów. ˛ z c ´ Swiatło padało do wn˛ trza sali przez szeroki komin wyci˛ ty pod stropem w przee e ´ ciwległej wschodniej scianie; komin biegł uko´nie i w jego wylocie, gdzie´ bars s dzo wysoko, dostrzegli mały kwadracik bł˛ kitnego nieba. Promie´ swiatła padał e n´ prosto na stół umieszczony po´rodku izby; był to lity podłu˙ ny blok, wzniesiony s z o dwie stopy nad podłog˛ , na nim za´ le˙ ała du˙ a płyta z białego kamienia. e s z z 322

— To wyglada jak grobowiec — szepnał Frodo i tkni˛ ty dziwnym przeczu˛ ˛ e ciem pochylił si˛ nad stołem, zeby go obejrze´ z bliska. e ˙ c Gandalf pr˛ dko przysunał si˛ do hobbita. Na płycie gł˛ boko ryte znaki runicze ˛ e e ne układały si˛ w taki napis: e

— To pismo Daerona, u˙ ywane ongi w Morii — powiedział Gandalf. — W j˛ z e zyku krasnoludów i ludzi napisane jest: BALIN, SYN FUNDINA, WŁADCA MORII — A wi˛ c umarł! — rzekł Frodo. — Tego si˛ wła´nie obawiałem. e e s Gimli zasłonił twarz kapturem.

ROZDZIAŁ XVII

Most w Khazad-dumie
Dru˙ yna Pier´cienia stała w milczeniu nad grobem Balina. Frodo wspomniał z s
Bilba, jego dawna przyja´ n z krasnoludem i odwiedziny Balina w Shire przed laty. ˛ z´ Tu, w zakurzonej górskiej sali, wydawało mu si˛ , ze wszystko to działo si˛ przed e ˙ e ´ tysiacem lat i na innym swiecie. ˛ Wreszcie odstapili od grobu, rozejrzeli si˛ wkoło i zacz˛ li przeszukiwa´ sal˛ , ˛ e e c e majac nadziej˛ znale´ c co´, co wyja´ni los, jaki spotkał Balina i jego plemi˛ . We ˛ e z´ s s e ´ wschodniej scianie, poni˙ ej komina, były drugie, mniejsze drzwi. Pod nimi, tak z samo jak pod pierwszymi, le˙ ało w pyle mnóstwo ko´ci, a w´ród nich połamane z s s miecze, strzaskane głowice toporów, p˛ kni˛ te tarcze i hełmy. Były te˙ krzywe e e z szable i bro´ orków o sczerniałych ostrzach. n ´ Odkryli w skalnych scianach wykute nisze, w których stały ogromne, zelazem ˙ okute drewniane skrzynie. Wszystkie porabane i puste. Tylko w jednej pod roz˛ bitym wiekiem zachowały si˛ szczatki ksi˛ gi. Była poci˛ ta, pokłuta, cz˛ sciowo e ˛ e e e´ spalona i tak zamazana czarnymi i brunatnymi plamami — jakby zeschłej dawno krwi — ze niewiele dało si˛ z niej wyczyta´ . Gandalf wział ja do r˛ ki bardzo ˙ e c ˛ ˛ e ostro˙ nie, lecz mimo to kartki p˛ kały z chrz˛ stem, gdy ja składał na płycie. Do´c z e e ˛ s´ ´e długo Czarodziej sl˛ czał bez słowa nad ta ksi˛ ga. Frodo i Gimli stojac przy nim ˛ e ˛ ˛ widzieli, gdy delikatnie przewracał stronice, ze sa zapisane ró˙ nymi charakterami ˙ ˛ z pisma, przewa˙ nie runami u˙ ywanymi w Morii i w Dali, niekiedy za´ alfabetem z z s elfów. Wreszcie Gandalf podniósł wzrok znad ksi˛ gi. e — To kronika plemienia Balina — rzekł. — Zaczyna si˛ , o ile rozumiem, od e przybycia do Doliny Dimrilla mniej wi˛ cej przed trzydziestu laty. Zdaje si˛ , ze cye e ˙ fry na poszczególnych stronach oznaczaja kolejne lata pobytu w Morii. Pierwsza ˛ ˛ kartk˛ opatrzono cyframi 1-3, wi˛ c co najmniej dwóch poczatkowych brak. e e ˛ Słuchajcie! Przep˛ dzili´my orków z wielkiej bramy i ze stra˙ . . . Zatarte, ale pewnie ma e s z by´ : stra˙ nicy. Mnóstwo ich usiekli´my w Słonecznej. . . Zaraz, zaraz. . . Chyba: c z s Dolinie. Floi poległ od strzały. On to zabił najwi˛ kszego. . . Potem czarna plama, e 324

a dalej: Floi pogrzebany pod trawa nad Jeziorem Zwierciadlanym. Nast˛ pnych ˛ e dwóch wierszy nie sposób odczyta´ . I znowu: Zaj˛ li´my dwudziesta pierwsza c e s ˛ ˛ sal˛ w północnym skrzydle. Jest tam. . . Nie, nie mog˛ odcyfrowa´ . Wzmianka e e c o jakim´ szybie. . . Dalej: Balin obrał na swoja stała kwater˛ sal˛ Mazarbul. . . s ˛ ˛ e e — Sal˛ Kronik — rzekł Gimli. — To pewnie wła´nie ta komnata. e s — No tak. . . Do´c długi fragment nieczytelny — ciagnał Gandalf — widz˛ s´ ˛ ˛ e tylko pojedyncze wyrazy: złoto. . . Topór Durina. . . hełm. A tu napisano: Balin został teraz władca Morii. Tym ko´ czy si˛ rozdział. Odst˛ p, kilka gwiazdek, pi˛ n e e smo zmienione: znale´ li´my szczere srebro, a potem. . . ach, tak! mithril. Ostatnie z s dwa wiersze wyra´ niejsze: . . . Oin na poszukiwanie górnej zbrojowni w trzecim z podziemiu. . . zamazane słowo, kto´ wyruszył ku zachodowi, ale nie wiadomo s kto. . . Znów plama, potem: do Bramy Hollinu.

Gandalf umilkł i przerzucił kilka kartek.
— Wiele stronic podobnych do siebie, zapisanych po´piesznym pismem i bars dzo uszkodzonych — rzekł. — Niewiele widz˛ w tym o´wietleniu. Dalej z pewnoe s ´ ˛ scia sporo kartek brakuje, bo tu mamy cyfr˛ 5, a wi˛ c chyba piaty rok od zało˙ enia e e ˛ z kolonii w Morii. Niech˙ e si˛ przyjrz˛ . . . Nie, papier zanadto jest poci˛ ty i zbruz e e e ´ kany, nic nie odczytam. Mo˙ e przy swietle słonecznym uda si˛ nam to lepiej. z e ´miałe pismo, alfabetem elfów. Czekajcie! Tu co´ widz˛ . . . Du˙ e, s s e z — To charakter pisma Oriego — odezwał si˛ Gimli zagladajac przez rami˛ e ˛ ˛ e Czarodzieja. — Ori pisał biegle i lubił u˙ ywa´ pisma elfów. z c — Niestety pi˛ knym pismem utrwalił złe wie´ci — rzekł Gandalf. — Pierwsze e s wyra´ ne słowo to smutek, ale dalej cały wiersz zamazany, ko´ czy si˛ na oraj. . . z n e Tak, to z pewno´cia znaczy wczoraj, bo w nast˛ pnym wierszu widz˛ : to jest dzies ˛ e e siatego grudnia, Balin, władca Morii, poległ w Dolinie Dimrilla. Wyszedł samot˛ nie popatrze´ na Jezioro Zwierciadlane, zabił go strzała ork zaczajony pod kamiec ˛ niem, usiekli´my tego orka, ale wielu innych. . . ze wschodu, znad górnego biegu s ˙ Srebrnej Zyły. . . Cały dół kartki tak jest zbutwiały, ze ledwie kilka słów mog˛ ˙ e odró˙ ni´ : zabarykadowali´my bramy. . . a potem: b˛ dziemy mogli długo stawia´ z c s e c opór, je˙ eli. . . Dalej, je´li si˛ nie myl˛ , jest wyraz: straszliwy. . . i cierpienie. Biedz s e e ny Balin! Mo˙ na z tego wnioskowa´ , ze godno´c władcy Morii piastował przez z c ˙ s´ niespełna pi˛ c lat. Co te˙ stało si˛ pó´ niej? Ale nie mamy czasu na rozwiazanie e´ z e z ˛ łamigłówki kilku pozostałych kartek. We´ my od razu ostatnia. . . z ˛ — Smutna historia — rzekł wreszcie. — Obawiam si˛ , ze spotkał ich okropny e ˙ koniec. Słuchajcie! Nie mo˙ emy si˛ wydosta´ . Nie ma wyj´cia. Zaj˛ li most i druz e c s e ga sal˛ . Frar, Loni i Nali zgin˛ li. Potem cztery wiersze nieczytelne, prócz tych ˛ e e słów: woda si˛ ga do murów Zachodniej Bramy. Czatownik z wody porwał Oina. e Nie mo˙ emy si˛ wydosta´ . Zbli˙ a si˛ koniec. . . Dalej: b˛ bny, b˛ bny graja w gł˛ biz e c z e e e ˛ e nach. . . Co to mo˙ e znaczy´ ? Ostatnie słowa nakre´lone widocznie w po´piechu, z c s s 325

pismem elfów: ju˙ nadchodza. . . Wi˛ cej nie ma nic. z ˛ e Gandalf umilkł i pogra˙ ył si˛ w my´lach. Wszystkich dreszcz przebiegł od ˛z e s grozy, jaka wiało z katów pieczary. ˛ ˛ — „Nie mo˙ emy si˛ wydosta´ ” — mruknał Gimli. — Nam si˛ udało, ze woda z e c ˛ e ˙ troch˛ opała i ze czatownik zaspał u jej południowego brzegu. e ˙ Gandalf podniósł głow˛ i rozejrzał si˛ po sali. e e — Do ostatka bronili tych dwóch wej´c — rzekł. — Ale wtedy była ich ju˙ s´ z tylko garstka. Tak si˛ sko´ czyła próba odzyskania Morii. Próba odwa˙ na, lecz e n z szalona. Jeszcze nie czas na to! Teraz niestety musimy po˙ egna´ Balina, syna z c Fundina. Niech spoczywa w domu swoich ojców. We´ miemy z soba t˛ ksi˛ g˛ , z ˛ e e e Ksi˛ g˛ Kronik, zeby ja potem dokładnie przestudiowa´ . Pilnuj jej, Gimli, a j˛ sli e e ˙ ˛ c e to b˛ dzie mo˙ liwe, oddaj ja Dainowi. Dla niego jest szczególnie ciekawa, chocia˙ e z ˛ z zasmuci go bardzo. Chod´ my! Ranek ju˙ mija. z z — Która droga pójdziemy? — spytał Boromir. ˛ ˛ — Wracamy do poprzedniej sali — odparł Gandalf — ale nie strwonili´my s czasu na marne odwiedzajac t˛ . Teraz wiem, gdzie jeste´my. Gimli ma racj˛ : to ˛ e s e jest sala Mazarbul, a miejsce, w którym nocowali´my, to dwudziesta pierwsza sas la północnego skrzydła. Z tego wniosek, ze nale˙ y z niej wyj´c przez wschodnie ˙ z s´ drzwi i kierowa´ si˛ na prawo, ku południowi, i w dół. Dwudziesta pierwsza sac e la znajduje si˛ , o ile pami˛ tam, na siódmym poziomie, to znaczy o sze´c pi˛ ter e e s´ e powy˙ ej bramy. Dalej˙ e! Wracamy do sali. z z Gandalf wymówił te słowa, gdy rozległ si˛ straszliwy d´ wi˛ k: e z e grzmiace dum, dum dobiegło jak gdyby z gł˛ bi podziemi, a˙ skała zadr˙ ała pod ˛ e z z stopami w˛ drowców. Wszyscy w przera˙ eniu rzucili si˛ do drzwi. Nowy grzmot e z e — dum, dum — przetoczył si˛ , jakby pi˛ sci olbrzymów waliły w wydra˙ one skae e´ ˛z ły Morii niby w ogromny b˛ ben. Potem rozniósł si˛ echem głos rogu. W sali kto´ e e s zadał pot˛ znie w róg, a z daleka odpowiedziały mu inne rogi i ochrypłe wrzaski. ˛ e˙ Korytarze zadudniły jakby od spiesznych kroków tysi˛ cy stóp. e — Nadchodza! — krzyknał Legolas. ˛ ˛ — Nie ma wyj´cia — powiedział Gimli. s — Jeste´my w pułapce! — zawołał Gandalf. — Ach, czemu˙ si˛ nie pospies z e szyłem! Schwytali nas w potrzask tak, jak przed laty tamtych. Ale wtedy mnie tu nie było. Zobaczymy jeszcze. . . Dum, dum — zagrzmiały b˛ bny, a˙ zatrz˛ sły si˛ sciany komory. e z e e´ — Zatrzasna´ drzwi i zabarykadowa´ ! — krzyknał Aragorn. — Póki si˛ da, ˛c c ˛ e nie zrzucajcie baga˙ y, mo˙ e zdołamy si˛ przebi´ . z z e c — Nie! — rzekł Gandalf. — Nie powinni´my da´ si˛ tu zamkna´ . Niech s c e ˛c wschodnie drzwi zostana otwarte na o´cie˙ . tamt˛ dy uciekniemy, je´li si˛ uda. ˛ s z e s e Znów zagrał ochryple róg i buchnał przera´ liwy wrzask. Z korytarza dobiegł ˛ z 326

Ledwie

tupot nóg. Szcz˛ kn˛ ły i zadzwoniły miecze, gdy je osaczeni dobywali z pochew. e e ˙˛ ´ Glamdring zaja´niał bladym swiatłem, ostrze Zadełka rozbłysło. Boromir podparł s ramieniem zachodnie drzwi. — Nie zamykajcie jeszcze! — powiedział Gandalf. Jednym skokiem znalazł si˛ u boku Boromira i wyprostował si˛ dumnie. e e — Kto jeste´cie, ze przychodzicie zakłóca´ spoczynek Balina, Władcy Morii? s ˙ c — krzyknał dono´nie. ˛ s ´ W odpowiedzi ochrypły smiech zagrzechotał, jakby gruz sypał si˛ do stude ni. Ponad wrzaski wzbił si˛ głos komendy. Dum, dum, dum — grzmiały gdzie´ e s w dole b˛ bny. e Szybkim ruchem Gandalf podsunał si˛ do waskiej szpary uchylonych drzwi ˛ e ˛ i wytknał przez nia swoja ró˙ d˙ k˛ . O´lepiajaca błyskawica o´wietliła sal˛ i prowa˛ ˛ ˛ z z e s ˛ s e dzacy do niej korytarz. Czarodziej na sekund˛ wychylił głow˛ za drzwi. J˛ kn˛ ły ˛ e e e e ´ ci˛ ciwy, z gł˛ bi korytarza swisn˛ ły strzały, Gandalf uskoczył wstecz. e e e — Orkowie, cała chmara — rzekł. — Sa mi˛ dzy nimi olbrzymi, najzło´liwsi, ˛ ˛ ˛ e s czarni Urukowie z Mordoru. Na chwil˛ ich wstrzymałem, ale ida z nimi jeszcze e ˛ jakie´ inne stwory. Olbrzymi jaskiniowy troll, zdaje si˛ , mo˙ e nawet kilku. Ods e z wrót t˛ dy byłby beznadziejny. e — Wszystko jest beznadziejne, je˙ eli ida tak˙ e drugim korytarzem — powiez ˛ z dział Boromir. — Z tej strony na razie nic nie słycha´ — odparł Aragorn, który nadsłuchiwał c u wschodnich drzwi. — Tu korytarz opada w dół schodami i oczywi´cie nie pros wadzi z powrotem do sali. Ale nie ma sensu ucieka´ na o´lep, kiedy po´cig jest c s s tak blisko. Drzwi nie mo˙ emy zabarykadowa´ . Klucz zgubiony, zamek strzaskany, z c a przy tym te drzwi otwieraja si˛ do wn˛ trza. Musimy najpierw jakim´ sposobem ˛ e e s wstrzyma´ nieprzyjaciela w rozp˛ dzie. Jeszcze si˛ ta sala Mazarbul stanie dla nich c e e postrachem! — dodał z zawzieto´cia, próbujac ostrze swego miecza, Andurila. s ˛ ˛

Ci˛ zkie kroki zadudniły w korytarzu. Boromir rzucił si˛ na drzwi i zatrzasnał e˙ e ˛
je własnym ci˛ zarem, potem zaklinował odłamkami mieczy i kołkami. Dru˙ yna e˙ z cofn˛ ła si˛ pod przeciwległa scian˛ . Lecz nie mogli jeszcze ucieka´ . Zachodnimi e e ˛´ e c drzwiami wstrzasnał pot˛ zny cios, zacz˛ ły si˛ z wolna uchyla´ , ze zgrzytem odpy˛ ˛ e˙ e e c chajac kliny. Przez szpar˛ , z ka˙ da sekunda szersza, wsun˛ ła si˛ olbrzymia r˛ ka, ˛ e z ˛ ˛ ˛ e e e potem rami˛ okryte ciemna skóra i zielonkawa łuska. Wielka, płaska, pozbawiona e ˛ ˛ ˛ ˛ ´ palców stopa wdarła si˛ dołem. W korytarzu zaległa smiertelna cisza. e Boromir skoczył naprzód i rabnał z całej siły, ale miecz z brz˛ kiem wypadł mu ˛ ˛ e z dr˙ acej r˛ ki, odbiwszy si˛ od ramienia poczwary. Ostrze było wyszczerbione. z˛ e e Nagle w sercu Froda — ku jego wielkiemu zdumieniu — zawrzał straszliwy gniew. — Za Shire! — krzyknał. Jednym susem podbiegłszy do Boromira schylił si˛ ˛ e 327

i d´ gnał potworna stop˛ Zadełkiem. Rozległ si˛ ryk, noga cofn˛ ła si˛ gwałtownie, z ˛ ˛ e˙˛ e e e ´ omal nie wyrywajac mieczyka z dłoni hobbita. Czarna posoka sciekała z ostrza ˛ i dymiła na podłodze. Boromir naparł na drzwi i zatrzasnał je znowu. ˛ — Niech zyje Shire! — krzyknał Aragorn. — Dobrze gryza hobbici. Masz ˙ ˛ ˛ wspaniała bro´ , Frodo, synu Droga. ˛ n Co´ ci˛ zkiego hukn˛ ło o drzwi raz, drugi i trzeci. tarany i młoty waliły w nie s e˙ e z rozmachem. Drzwi trzasn˛ ły, zachwiały si˛ , otworzyła si˛ w nich szeroka szpae e e ´ ra. Bzykn˛ ły strzały, ale odbiły si˛ od północnej sciany i nie czyniac nikomu szkoe e ˛ dy spadły na ziemi˛ . Róg zagrał, orkowie jeden za drugim z tupotem wskakiwali e do komory. Ilu ich było, nikt spo´ród dru˙ yny nie liczył. Natarli jak burza, ale nie s z spodziewali si˛ tak zaci˛ tego oporu. Legolas z łuku przestrzelił niejedna gardziel. e e ˛ Gimli toporem odrabał nogi orkowi, który skoczył na grób Balina. Boromir i Ara˛ gorn poło˙ yli wielu. Gdy padł trzynasty, reszta umkn˛ ła z wrzaskiem; obro´ cy z e n nie ponie´li strat, tylko Sam miał dra´ni˛ ta czaszk˛ . Uratował zycie dajac nura s s e ˛ e ˙ ˛ ku ziemi; Sam zreszta tak˙ e zabił jednego z napastników d´ gnawszy go pot˛ znie ˛ z z ˛ e˙ sztyletem, zabranym spod Kurhanu. Piwne oczy Sama płon˛ ły takim gniewem, ze e ˙ gdyby go w tej chwili zobaczył Ted Sandyman, pewnie by si˛ cofnał z respektem. e ˛ — Teraz! — krzyknał Gandalf. — W nogi, zanim troll powróci. ˛ Nie zda˙ yli jednak uciec daleko, Pippin i Merry nie dobrn˛ li jeszcze do scho˛z e dów, kiedy ju˙ ogromny przywódca orków, wzrostem dorównujacy niemal luz ˛ dziom, od stóp do głów zakuty w czarna zbroj˛ , wpadł do sali. Za nim cisn˛ li si˛ ˛ e e e w drzwi jego podkomendni. Miał smagła, szeroka, płaska g˛ b˛ , slepia jak dwa ˛ ˛ ˛ e e ´ w˛ gle, j˛ zor czerwony. Wymachiwał długa dzida. Wielka, obita w skór˛ tarcza e e ˛ ˛ ˛ ˛ e ˛ odepchnał miecz Boromira, rzucił si˛ na wojownika i obalił go. Błyskawicznie, ˛ e jak zmija, kiedy atakuje, uchylił si˛ od ciosu Aragorna i natarł na dru˙ yn˛ godzac ˙ e z e ˛ ´ dzida prosto we Froda. Frodo, trafiony w prawy bok, pchni˛ ty pod scian˛ , oparł ˛ e e si˛ o nia jak przygwo˙ d˙ ony. Sam z krzykiem ciał drzewce dzidy; złamało si˛ od e ˛ z z ˛ e ciosu. lecz w momencie, gdy ork odrzucajac ułamek drzewca dobył krzywej sza˛ bli — na głow˛ jego runał Anduril. Hełm rozbłysnał jak płomie´ i p˛ kł na dwoje. e ˛ ˛ n e Ork zwalił si˛ z rozpłatana czaszka. Jego podkomendni z wyciem rzucili si˛ do e ˛ ˛ e ucieczki, kiedy Boromir i Aragorn na nich natarli. Dum, dum — odezwały si˛ w podziemiach b˛ bny. Znowu zagrzmiał pot˛ zny e e e˙ głos. — Teraz! — krzyknał Gandalf. — Ostatnia szansa! W nogi! ˛ ´ Aragorn uniósł w ramionach Froda, który le˙ ał pod sciana, i ruszył w stron˛ z ˛ e schodów, popychajac przed soba Merry’ego i Pippina. Inni biegli za nim, ale Gim˛ lego musiał Legolas odciagna´ przemoca, bo nie pomnac na niebezpiecze´ stwo ˛ ˛c ˛ ˛ n krasnolud kl˛ czał z pochylonym czołem przy grobie Balina. Boromir zamknał e ˛ wschodnie drzwi, które zgrzytn˛ ły w zawiasach; po obu stronach opatrzone były e ogromnymi zelaznymi pier´cieniami, lecz nie miały zamka ani zasuwy. ˙ s — Nic mi nie jest — szepnał Frodo. — Mog˛ i´c sam. Pu´c mnie! ˛ e s´ s´ 328

Aragorn ze zdumienia omal go na ziemi˛ nie upu´cił. e s — My´lałem, ze nios˛ trupa! — krzyknał. s ˙ e ˛ — Jeszcze nie! — rzekł Gandalf. — Ale nie czas teraz na podziwianie tego cudu. Naprzód, wszyscy schodami w dół! Potem chwil˛ zaczekajcie na mnie, e a je´libym si˛ nie zjawiał zbyt długo, id´ cie dalej sami. Spieszcie si˛ i wybierajcie s e z e drog˛ wcia˙ w prawo i w dół e ˛z — Nie mo˙ emy ci˛ zostawi´ , zeby´ w pojedynk˛ bronił drzwi — powiedział z e c ˙ s e Aragorn. — Róbcie, jak kazałem! — fuknał Gandalf. — Miecze ju˙ tu si˛ na nic nie ˛ z e zdadza. Ruszajcie! ˛ ´ W korytarzu nie było zadnego swietlika i zalegały nieprzeniknione ciem˙ no´ci. Omackiem zst˛ powali do´c długo po schodach, wreszcie przystan˛ li, by s e s´ e ´ si˛ obejrze´ . Nie widzieli nic, prócz nikłego swiatełka ró˙ d˙ ki błyskajacej gdzie´ e c z z ˛ s wysoko w górze. Czarodziej czuwał wida´ wcia˙ bez ruchu pod zamkni˛ tymi c ˛z e drzwiami. Frodo ci˛ zko dyszac wspierał si˛ na ramieniu Sama, który go obejmoe˙ ˛ e wał wpół. Stali u stóp schodów wbijajac oczy w mrok rozpostarty nad ich głowa˛ mi. Frodowi zdawało si˛ , ze słyszy głos Gandalfa, pomruk odbijajacy si˛ echem e ˙ ˛ e niby westchnienie od sko´nego stropu. Słów jednak nie mógł rozró˙ ni´ . Sciany s z c ´ jak gdyby dygotały lekko. Co chwila odzywały si˛ b˛ bny i grzmotem przetaczało e e si˛ : dum. . . dum. . . e Nagle u szczytu schodów wystrzeliła biała błyskawica. Potem rozległo si˛ e głuche dudnienie i ci˛ zki łomot. Głos b˛ bnów buchnał w´ciekle: dum — bum, e˙ e ˛ s dum — bum — i urwał si˛ znienacka. Z góry p˛ dem zbiegł Gandalf i padł mi˛ dzy e e e towarzyszy na ziemi˛ . e — No! Sko´ czone! — powiedział wstajac z wysiłkiem. — Zrobiłem wszystn ˛ ko, co było w mojej mocy. Ale trafiłem na równego sobie przeciwnika i omal nie ´ zginałem. Nie stójmy tutaj! Naprzód! Na razie musicie si˛ obej´c bez swiatła, je˛ e s´ stem troch˛ oszołomiony. Naprzód! Naprzód! Gimli, gdzie jeste´? Pójdziesz na e s czele razem ze mna. A wy wszyscy trzymajcie si˛ tu˙ za nami. ˛ e z Brn˛ li za Czarodziejem, pró˙ no łamiac sobie głowy, co si˛ tam na górze nae z ˛ e prawd˛ stało. Dum. . . dum. . . — grały znów b˛ bny; ich d´ wi˛ k dochodził teraz e e z e ´ stłumiony, odległy, ale wcia˙ biegł sladem uciekajacych. Innych sygnałów po´ci˛z ˛ s gu, tupotu nóg czy głosów, nie było słycha´ . Gandalf nie skr˛ cał ani w lewo, ani c e w prawo, bo korytarz, jak si˛ zdawało, prowadził wprost w kierunku, który sobie e wytkn˛ li. Od czasu do czasu schodami, po kilkudziesi˛ ciu stopniach, zbiegał na e e ni˙ szy poziom. Stanowiło to najwi˛ ksze tymczasem niebezpiecze´ stwo marszu, z e n bo nie widzac nic w ciemno´ciach tracili nagle ziemi˛ pod nogami. Gandalf jak ˛ s e ´ slepiec macał przed soba drog˛ ró˙ d˙ ka. ˛ e z z ˛ W ciagu godziny uszli w ten sposób mil˛ czy mo˙ e nieco wi˛ cej i mieli za ˛ e z e 329

soba wiele pi˛ ter. Wcia˙ jeszcze nie słycha´ było pogoni. Zaczynała im ju˙ swita´ ˛ e ˛z c z´ c odrobina nadziei. U stóp siódmych schodów Gandalf przystanał. ˛ — Robi si˛ goraco! — szepnał. — Jeste´my chyba teraz na poziomie bramy. e ˛ ˛ s My´l˛ , ze wkrótce trzeba b˛ dzie poszuka´ drogi w lewo, ku wschodowi. Spodziese ˙ e c wam si˛ , ze to ju˙ niedaleko. Bardzo si˛ czuje znu˙ ony. Musz˛ chwil˛ wytchna´ , e ˙ z e z e e ˛c cho´ by wszyscy orkowie, jakich ziemia spłodziła, deptali nam po pi˛ tach. c e Gimli ujał Czarodzieja pod rami˛ i pomógł mu usadowi´ si˛ na stopniu scho˛ e c e dów. — Co tam si˛ stało pod drzwiami? — spytał. — Czy spotkałe´ si˛ z kapelmie s e strzem tej orkiestry? — Nie wiem — odparł Gandalf. — Stanałem twarza w twarz z czym´, czego ˛ ˛ s w zyciu jeszcze nie spotkałem. Nie przychodziła mi na my´l zadna inna rada, wi˛ c ˙ s ˙ e próbowałem zakla´ drzwi, zeby si˛ nie otwarły. Znam wiele czarodziejskich for˛c ˙ e muł. Ale trzeba pewnego czasu, by czar si˛ utrwalił, zreszta nawet wtedy mo˙ na e ˛ z przemoca roztrzaska´ drzwi. ˛ c Stałem tam i słyszałem głosy orków po drugiej stronie. W pewnym momencie zdało mi si˛ , ze ju˙ wysadzaja drzwi. Nie mogłem zrozumie´ , co mówili w swoim e ˙ z ˛ c okropnym j˛ zyku. Ułowiłem wszak˙ e jedno słowo: ghasz — to znaczy ogie´ . e z n Wtem co´ weszło do sali, wyczułem to poprzez drzwi, a nawet orkowie struchleli s ze strachu i umilkli. To co´ chwyciło za zelazny pier´cie´ i wówczas spostrzegło s ˙ s n moja obecno´c i zrozumiało, ze to mój czar trzyma drzwi. ˛ s´ Nie mam poj˛ cia, co to było, ale nigdy jeszcze nie rzucono mi równie gro´ nee z go wyzwania. Mojemu zakl˛ ciu przeciwstawiło si˛ inne ze straszliwa moca. Omal e e ˛ ˛ mnie nie złamało. Była sekunda, gdy drzwi buntujac si˛ przeciw mej władzy za˛ e cz˛ ły si˛ uchyla´ . Musiałem wymówi´ Słowo Rozkazu. Drzwi nie wytrzymały e e c c okropnego napi˛ cia, p˛ kły, rozpadły si˛ w kawałki. jakby czarna chmura przesłoe e e ´ niła mi o´wietlona sal˛ i odrzuciła mnie a˙ do stóp schodów. Run˛ ła cała sciana s ˛ e z e i strop sali, jak si˛ zdaje. Obawiam si˛ , ze Balin został gł˛ boko zagrzebany pod e e ˙ e gruzami, a z nim razem co´ jeszcze. Nie wiem nic pewnego. W ka˙ dym razie s z przej´cie za nami jest zawalone. Nigdy jeszcze nie czułem si˛ tak doszcz˛ tnie s e e wyczerpany, ale to ju˙ mija. Teraz kolej na ciebie, Frodo! Jak si˛ miewasz? Nie z e pami˛ tam, zebym si˛ kiedykolwiek w zyciu tak ucieszył, jak w chwili kiedy przee ˙ e ˙ mówiłe´. Obawiałem si˛ , ze Aragorn d´ wiga m˛ znego, lecz nie˙ ywego hobbita! s e ˙ z e˙ z — Jak si˛ miewam? — rzekł Frodo. — Jestem zywy i cały, zdaje si˛ . Troch˛ e ˙ e e potłuczony tylko i obolały, ale nie za bardzo. — Ano — odezwał si˛ Aragorn — musz˛ przyzna´ , ze nie spotkałem istot e e c ˙ ulepionych z tak twardej gliny jak hobbici. Gdybym o tym wcze´niej wiedział, s ostro˙ niej bym do was podchodził w gospodzie „Pod Rozbrykanym Kucykiem”. z Takie pchni˛ cie dzidy przebiłoby nawet ody´ ca na wylot. e n — A mnie jako´ nie przebiło, co sobie bardzo chwal˛ — odparł Frodo — s e chocia˙ czuj˛ si˛ troch˛ tak, jakby mnie młotem przyklepano do kowadła. z e e e 330

Nic ponadto nie chciał mówi´ . Ka˙ dy oddech sprawiał mu ból. c z — Odziedziczyłe´ to po wuju — rzekł Gandalf. — W was obu tkwi co´ wi˛ cej, s s e ni˙ si˛ na pozór wydaje, dawno to zauwa˙ yłem. z e z Frodo nie był pewien, czy i w tych słowach nie tkwiło co´ wi˛ cej, ni˙ by si˛ s e z e mogło na pozór zdawa´ . c

Ruszyli znowu. Po chwili Gimli, który nawet w ciemno´ciach widział dos brze, powiedział: ´ — Jakie´ swiatło chyba jest przed nami. Ale nie swiatło dnia. Czerwone. Co s´ to mo˙ e by´ ? z c — Ghasz! — mruknał Gandalf. — Czy nie to wła´nie mieli tamci na my´li? ˛ s s Ogie´ na dolnych poziomach! Nie ma wyboru, musimy i´c naprzód. n s´ ´ Wkrótce nikt ju˙ nie miał watpliwo´ci, wszyscy dostrzegali swiatło. Migotało z ˛ s ´ i rzucało odblask na sciany korytarza ciagnacego si˛ przed nimi. Teraz widzieli ˛ ˛ e ju˙ drog˛ , która mieli przeby´ . Korytarz opadał stromo, nieco dalej zarysowywał z e ˛ c si˛ niski łuk sklepienia, a spod niego dobywała si˛ jasna łuna. Powietrze niemal e e parzyło. Kiedy zbli˙ yli si˛ do sklepienia, Gandalf wsunał si˛ w otwarte pod nim przejz e ˛ e ´ scie, dajac towarzyszom znak, by czekali. Widzieli z daleka czerwony odblask, ˛ który padł na jego twarz. Czarodziej cofnał si˛ szybko. ˛ e — Jaka´ nowa sztuczka diabelska — powiedział — przygotowana na nasze s powitanie, oczywi´cie. Ale teraz wiem, gdzie jeste´my: przy pierwszym szybie, s s o jeden poziom ni˙ ej od Bramy. To Druga Hala Morii, Brama ju˙ blisko, o jakie´ z z s ´ cwier´ mili w lewo za skr˛ tem na wschód. Przejdziemy mostem, szerokimi schoc e dami pod gór˛ , wygodna dró˙ ka przez Pierwsza Hal˛ — i wyjdziemy z Morii! e ˛ z ˛ ˛ e Ale spójrzcie! Zajrzeli pod sklepienie. Przed nimi ciagn˛ ła si˛ nowa wykuta w skałach hala, ˛ e e wy˙ sza i dłu˙ sza od tej, w której poprzednio odpoczywali. Znajdowali si˛ u wejz z e ´ ´ scia do jej wschodniego ko´ ca; zachodni ginał w ciemno´ciach. Przez srodek n ˛ s biegł podwójny szereg olbrzymich filarów. Wyciosano je na kształt pni pot˛ znych e˙ drzew, których kamienne konary podpierały strop rozgał˛ ziajac si˛ w wypukły e ˛ e wzór. Na gładkiej czarnej powierzchni tych pni l´nił ciemnoczerwony odblask. s W podłodze tu˙ u stóp dwóch wspaniałych filarów ziała szeroka szczelina. Biło z ´ z niej jaskrawe czerwone swiatło, a chwilami płomienie lizały jej kraw˛ dzie i pi˛ ły e e si˛ na cokoły filarów. Smugi czarnego dymu snuły si˛ w rozpra˙ onym powietrzu. e e z — Gdyby´my tu doszli główna droga przez górne hale, znale´ liby´my si˛ s ˛ ˛ z s e w pułapce — rzekł Gandalf. — Miejmy nadziej˛ , ze teraz ogie´ odgradza nas e ˙ n od pogoni. Chod´ cie! Nie ma czasu do stracenia. z Jeszcze nie sko´ czył mówi´ , gdy znów rozbrzmiał nieprzyjacielski sygnał: n c dum. . . dum. . . Gdzie´ z gł˛ bi mroków, z zachodniego ko´ ca hali buchn˛ ły wrzas e n e
331

ski, zagrały rogi. Dum. . . dum. . . Zdawało si˛ , ze filary dr˙ a, a płomienie trzepoe ˙ z˛ cza. ˛ ´ — Pr˛ dzej, to ostatni etap wy´cigu! Je˙ eli sło´ ce jeszcze nie zaszło na swiecie, e s z n mo˙ emy uj´c cało. Za mna! z s´ ˛ Skr˛ cił w lewo i p˛ dem pu´cił si˛ przez gładka podłog˛ sali. Odległo´c bye e s e ˛ e s´ ´ ła wi˛ ksza, ni˙ si˛ z daleka wydawało. Biegli scigani głosem b˛ bnów i tupotem e z e e mnóstwa nóg. Usłyszeli przera´ liwy okrzyk: a wi˛ c ich dostrze˙ ono! Szcz˛ kn˛ ła z e z e e ´ stal. Strzała swisn˛ ła Frodowi nad głowa. e ˛ Boromir roze´miał si˛ . s e — Tego si˛ nie spodziewali! — rzekł. — Ogie´ odciał im drog˛ . Zaszli´my e n ˛ e s od nieprzewidzianej strony. — Uwaga! — krzyknał Gandalf. — Most przed nami. Jest niebezpieczny i wa˛ ˛ ski. Nagle Frodo zobaczył u swych stóp ziejaca otchła´ . U kra´ ca hali podłoga ˛ ˛ n n urwała si˛ nad niezgł˛ biona przepa´cia. Jedyna drog˛ do zewn˛ trznych drzwi e e ˛ s ˛ ˛ e e stanowił smukły kamienny most, bez kraw˛ zników i por˛ czy; wygi˛ ty w łuk, e˙ e e spinajacy dwa brzegi czelu´ci, mierzył około pi˛ cdziesi˛ ciu stóp. W ten sposób ˛ s e´ e przed wiekami krasnoludy zabezpieczyły swoja siedzib˛ od nieprzyjaciół, którzy ˛ e by wdarli si˛ do Pierwszej Hali i zewn˛ trznych korytarzy. Tu mo˙ na było i´c tylko e e z s´ pojedyncza kolumna. Na skraju mostu Gandalf zatrzymał si˛ , dru˙ yna skupiła si˛ ˛ ˛ e z e za jego plecami. — Prowad´ , Gimli — rzekł Czarodziej. — Nast˛ pni pójda Pippin i Merry. z e ˛ Prosto naprzód, po schodach ku drzwiom. Kilka strzał padło mi˛ dzy stłoczona dru˙ yn˛ . Jedna trafiła Froda, ale odbie ˛ z e ła si˛ nie czyniac mu szkody. Inna utkwiła w kapeluszu Gandalfa niby czarne e ˛ pióro. Frodo obejrzał si˛ : za szczelina buchajaca ogniem czerniał rój postaci, sete ˛ ˛ ˛ ki orków. Wymachiwali dzidami i krzywymi szablami, które błyszczały krwawo w łunie po˙ aru. Dum. . . dum. . . grały b˛ bny, a głos ich pot˛ zniał z ka˙ da sekunda. z e e˙ z ˛ ˛ Legolas naciagnał ci˛ ciw˛ , chocia˙ odległo´c była wielka, a jego łuk mały. ˛ ˛ e e z s´ Zmierzył si˛ , lecz r˛ ce mu opadły, strzała wy´lizn˛ ła si˛ na ziemi˛ . Okrzyk roze e s e e e paczy i trwogi wyrwał si˛ z piersi Legolasa. Dwa trolle wysun˛ ły si˛ d´ wigajac e e e z ˛ olbrzymie kamienne płyty, zeby przerzuci´ je niby kładk˛ nad ogniem. Lecz nie ˙ c e trolle przeraziły elfa. Za nimi nadchodził kto´ inny. Nie było go wida´ jeszcze, s c majaczyła tylko po´ród ogromnego cienia czarna sylwetka z kształtu podobna do s ludzkiej, lecz wi˛ ksza; siła i groza tchn˛ ły z tego stwora i wyprzedzały go, gdziee e kolwiek szedł. Zatrzymał si˛ nad skrajem ognistej czelu´ci i zaraz łuna przygasła, jakby ja e s ˛ chmura otuliła. potem zebrał si˛ i skoczył nad szczelina. płomienie strzeliły ku e ˛ górze jakby na powitanie i oplotły go wie´ cem. Czarny dym zawirował w pon wietrzu. Rozwiana grzywa potwora tliła si˛ sypiac iskrami. W prawym r˛ ku miał e ˛ e sztylet waski i ostry jak płomienny j˛ zor. W lewym dzier˙ ył bicz wielorzemienny. ˛ e z 332

— Aaa! — j˛ knał Legolas. — Balrog! Balrog idzie! e ˛ Gimlemu oczy omal nie wyszły z orbit. — Zguba Durina! — krzyknał i wypuszczajac z gar´ci topór ukrył twarz ˛ ˛ s w dłoniach. — Balrog! — mruknał Gandalf. — Teraz wszystko rozumiem. — Zachwiał ˛ si˛ i ci˛ zko oparł na ró˙ d˙ ce. — Biada nam! A taki ju˙ jestem zm˛ czony! e e˙ z z z e

Czarna posta´ w ognistej łunie p˛ dziła ku nim. Orkowie w´ród wrzasków c e s
sypali kamienne groble przez szczelin˛ . Wtem Boromir podniósł swój róg do ust e i zagrał. Rycerskie wyzwanie zad´ wi˛ czało dono´nie niby krzyk dobyty z wielu z e s piersi wzbiło si˛ pod strop pieczary. Na mgnienie oka orkowie cofn˛ li si˛ , a płoe e e mienny cie´ przystanał. Lecz echo rogu zmilkło nagle jak ogie´ zdmuchni˛ ty n ˛ n e pot˛ zna wichura i wróg znów ruszył naprzód. e˙ ˛ ˛ — Za most! — krzyknał Gandalf odzyskujac energi˛ . — Uciekajcie! Z tym ˛ ˛ e przeciwnikiem zaden z was nie mo˙ e si˛ mierzy´ . Ja zagrodz˛ waska drog˛ sam. ˙ z e c e ˛ ˛ e Uciekajcie! Aragorn i Boromir, jakby nie słyszeli rozkazu Czarodzieja, trwali ramie przy ramieniu tu˙ za Gandalfem u drugiego ko´ ca mostu. Inni, ju˙ w drzwiach, zawróz n z cili, nie mogac si˛ zgodzi´ , by wódz samotnie stawiał czoło nieprzyjacielowi. ˛ e c Balrog ju˙ dosi˛ gnał mostu. Gandalf stał teraz po´rodku wypukłego prz˛ sła, z e ˛ s e lewa r˛ ka wsparty na ró˙ d˙ ce, w prawej wznoszac miecz; Glamdring l´nił zim˛ e ˛ z z ˛ s ´ nym, białym swiatłem. Napastnik raz jeszcze przystanał twarza w twarz z Czaro˛ ˛ dziejem. Cie´ rozpostarł si˛ nad nim na kształt dwóch ogromnych skrzydeł. Pon e ´ twór wzniósł bicz, rzemienie swisn˛ ły i zachrz˛ sciły. Z nozdrzy Balroga buchnał e e´ ˛ ogie´ . Ale Gandalf nie drgnał nawet. n ˛ — Nie przejdziesz — powiedział. Orkowie zastygli bez ruchu, zapadła głucha cisza. — Jam jest sługa Tajemnego Ognia, władam płomieniem Anora. Nie przejdziesz. Czarny ogie´ na nic ci si˛ nie przyda, płomieniu z Udunu. Wracaj w cie´ ! n e n Nie przejdziesz! Balrog nie odpowiedział. Ogie´ jego jakby przygasł, lecz ciemno´ci dokoła n s jeszcze zg˛ stniały. Z wolna wstapił na most i nagle wyrósł na olbrzyma, a rozpoe ˛ ´ starte skrzydła wypełniły przestrze´ od sciany do sciany. Lecz Gandalf stał wcia˙ , n ´ ˛z l´niac w mroku. Zdawał si˛ mały i bardzo samotny, siwy, zgarbiony, jak zwi˛ dłe s ˛ e e drzewo przygi˛ te pierwszym podmuchem burzy. e Z ciemno´ci wybłysn˛ ło płomienne czerwone ostrze. Glamdring za´wiecił jas e s sno w odpowiedzi. Szcz˛ kn˛ ła stal, mign˛ ła biała błyskawica. Balrog padł na e e e wznak, jego ognisty sztylet rozprysnał si˛ w kawałki. Czarodziej chwiał si˛ po˛ e e ´rodku prz˛ sła. Zrobił krok wstecz i znowu stanał pewnie. s e ˛ — Nie przejdziesz! — powtórzył. ´ Jednym susem Balrog zerwał si˛ i wskoczył na most. Bicz ze swistem zawie 333

rował w powietrzu. — Nie, on nie b˛ dzie walczył tak sam jeden! — krzyknał niespodzianie Arae ˛ gorn i wbiegł na most od drugiego ko´ ca. — Elendil! — zawołał. — Jestem z toba, n ˛ Gandalfie! — Gondor! — huknał Boromir i rzucił si˛ w slad za Aragornem. ˛ e ´ W tym momencie Gandalf podniósł ró˙ d˙ k˛ i z gło´nym okrzykiem smagnał z z e s ˛ nia most przed soba. Ró˙ d˙ ka p˛ kła i wypadła mu z dłoni. O´lepiajacy biały pło˛ ˛ z z e s ˛ mie´ buchnał w powietrze. Most zatrzeszczał i tu˙ u stóp Balroga załamał si˛ n ˛ z e nagle. Kamie´ , na którym potwór opierał nog˛ , stoczył si˛ w przepa´c, druga pon e e s´ łowa mostu została, lecz zawisła niby wysuni˛ ty j˛ zyk skały nad pró˙ nia. e e z ˛ Z okropnym wrzaskiem Balrog runał głowa naprzód, a za nim zapadł si˛ jego ˛ ˛ e cie´ . lecz w ostatniej sekundzie potwór machnał biczem; rzemienie owin˛ ły si˛ n ˛ e e ´ ˛ ˛ wokół nóg Czarodzieja sciagajac go na kraw˛ d´ czelu´ci. Gandalf zakołysał si˛ e z s e i runał tak˙ e; usiłował chwyta´ si˛ kamieni, lecz daremnie; osuwał si˛ w otchła´ . ˛ z c e e n — Uciekajcie, szale´ cy! — krzyknał jeszcze i zniknał. n ˛ ˛

Ognie pogasły, zaległy nieprzeniknione ciemno´ci. Dru˙ yna, jakby w skał˛ s z e wrosła ze zgrozy, stała wpatrzona w ziejaca czelu´c. Ledwie Aragorn i Boromir ˛ ˛ s´ zda˙ yli zbiec z mostu, resztka prz˛ sła run˛ ła z trzaskiem. Krzyk Aragorna zbudził ˛z e e dru˙ yn˛ z osłupienia. z e — W drog˛ ! Teraz ja poprowadz˛ ! — zawołał. — Musimy spełni´ jego ostatni e e c rozkaz. Za mna! ˛ Rzucili si˛ ku schodom, które zaraz za drzwiami sali pi˛ ły si˛ w gór˛ . Aragorn e e e e na czele, Boromir na ko´ cu kolumny. U szczytu schodów ujrzeli szeroki, dudniacy n ˛ echem korytarz. T˛ dy pobiegli dalej. Frodo słyszał tu˙ obok szloch Sama i nagle e z u´wiadomił sobie, ze tak˙ e płacze. Dum. . . dum. . . dum. . . grzmiały b˛ bny, lecz s ˙ z e teraz powolnym, załobnym rytmem. Dum. . . ˙ Biegli bez tchu. Korytarz rozja´niał si˛ , wykute w stropie kominy doprowas e ´ dzały z góry swiatło. Przyspieszyli jeszcze kroku. Znale´ li si˛ w sali, pełnej blaz e sku dnia, błyszczacego na wschodzie. Min˛ li ja p˛ dem, wypadli przez ogromne ˛ e ˛ e wyłamane drzwi i nagle ukazała im si˛ Wielka Brama, otwarty wylot ku jaskrawee ´ mu swiatłu. W cieniu wielkich słupów po obu stronach bramy czaili si˛ orkowie e stra˙ ujacy u wyj´cia. Brama jednak była rozbita, oba skrzydła le˙ ały strzaskane z ˛ s z na ziemi. Aragorn powalił dowódc˛ , który mu zastapił drog˛ , inni wartownicy e ˛ e rozpierzchli si˛ w panice. Cała dru˙ yna na nic nie zwa˙ ajac min˛ ła stra˙ e. Za brae z z ˛ e z ma wielkimi susami zbiegli po ogromnych, zniszczonych z˛ bem czasu schodach, ˛ e które stanowiły próg Morii. W ten sposób znale´ li si˛ mimo wszystko znów pod z e jasnym niebem i poczuli oddech wiatru na twarzach. Nie zatrzymali si˛ , póki nie e ´ oddalili si˛ tak od scian Morii, ze ju˙ nie mogły ich dosi˛ gna´ strzały. Otaczała e ˙ z e ˛c ich Dolina Dimrilla. Le˙ ał na niej cie´ Gór Mglistych, lecz od wschodu złociz n
334

ło ja swiatło. Była ledwie pierwsza po południu. Sło´ ce swieciło, góra po niebie ˛´ n ´ ˛ płyn˛ ły białe obłoki. e Spojrzeli za siebie: w cieniu gór czerniał wylot bramy. Spod ziemi dobiegał odległy, stłumiony warkot b˛ bnów: dum. . . Cienka smuga saczył si˛ czarny dym. e ˛ ˛ ˛ e Poza tym nie było wida´ nikogo i nic, dolina zdawała si˛ pusta. Dum. . . Teraz c e dopiero mogli si˛ podda´ rozpaczy i płakali wszyscy długo: jedni wyprostowani e c i milczacy, inni przypadłszy twarza do ziemi. Dum. . . dum. . . B˛ bny ucichły. ˛ ˛ e

ROZDZIAŁ XVIII

Lothlorien
— Niestety, nie mo˙ emy tu si˛ dłu˙ ej zatrzyma´ — rzekł Aragorn. z e z c
˙ Popatrzył w stron˛ gór i zasalutował mieczem. — Zegnaj, Gandalfie! — zae wołał. — Czy˙ ci nie powiedziałem: „Je˙ eli przestapisz próg Morii, strze˙ si˛ !” z z ˛ z e Niestety! Sprawdziły si˛ moje słowa. Jaka˙ nam bez ciebie zostaje nadzieja? — e z Odwrócił si˛ do dru˙ yny. — Musimy si˛ obej´c bez nadziei. Mo˙ e b˛ dziemy kiee z e s´ z e dy´ pomszczeni. A teraz uzbrójmy si˛ w m˛ stwo i otrzyjmy łzy. Chod´ cie! Przed s e e z nami daleka droga i wiele trudów. Rozejrzeli si˛ wkoło. Ku północy dolina mi˛ dzy dwoma ramionami gór zw˛ e e e zała si˛ w mroczny wawóz, a nad nim sterczały trzy białe szczyty: Kelebdil, Fa˙ e ˛ nuidhol i Karadhras — ła´ cuch Morii. U wylotu wawozu potok wił si˛ niby biała n ˛ e wsta˙ ka po niezliczonych, cho´ niskich progach spadajac w dół, a mgła piany ˛z c ˛ wzbijała si˛ u podnó˙ y gór. e z — To Schody Dimrilla — rzekł Aragorn pokazujac progi skalne. — T˛ dy, ˛ e ´ z ˛ scie˙ ka, która prowadzi dnem jaru wzdłu˙ potoku, doszliby´my tutaj, gdyby los z s okazał si˛ dla nas łaskawszy. e — Gdyby Karadhras był mniej okrutny — powiedział Gimli. — Patrzcie, teraz ´ z ˛ u´miecha si˛ w sło´ cu! — I pi˛ scia pogroził ostatniemu z trzech okrytych snie˙ na s e n e´ ˛ czapa wierchów, nim si˛ od nich odwrócił. ˛ e Na wschód wyciagni˛ te rami˛ gór urywało si˛ nagle, a dalej majaczyła roz˛ e e e legła równina. Na południu jak okiem si˛ gna´ Góry Mgliste ciagn˛ ły si˛ w dal. e ˛c ˛ e e W odległo´ci niespełna mili i nieco poni˙ ej miejsca, na którym stali w˛ drowcy, s z e bo zatrzymali si˛ do´c wysoko na zachodnim stoku doliny, błyszczał staw. Wye s´ dłu˙ ony, owalny, wygladał jak wielkie ostrze włóczni wbite w głab północnego z ˛ ˛ wawozu, tylko jego południowy skraj wymykał si˛ z cienia gór pod słoneczne ˛ e niebo. Woda jednak była ciemna, szafirowa jak firmament ogladany w pogodna ˛ ˛ noc z o´wietlonej lampa izby. Spokojnej powierzchni nie maciły zmarszczki fal. s ˛ ˛ Zewszad otaczała staw łaka, łagodnie zbiegajac ku nagim, równym brzegom. ˛ ˛ ˛ — Oto Jezioro Zwierciadlane, gł˛ bia Kheled-zaram! — rzekł Gimli ze smute kiem. — pami˛ tam jego słowa: „Oby´ nacieszył oczy tym widokiem, ale my nie e s 336

b˛ dziemy mogli dłu˙ ej si˛ tam zatrzyma´ ”. A teraz wiem, ze daleko trzeba mi e z e c ˙ w˛ drowa´ , nim si˛ czymkolwiek uciesz˛ . I to ja musz˛ stad spiesznie odej´c, on e c e e e ˛ s´ za´ musi zosta´ ! s c

Dru˙ yna zacz˛ ła schodzi´ droga˛ spod bramy. Droga, ucia˙ liwa i wyboista, z e c ˛z
wkrótce zw˛ ziła si˛ i zmieniła w kr˛ ta scie˙ yn˛ w´ród wrzosów i k˛ p janowca, e e e ˛´ z e s e wyrastajacych mi˛ dzy sp˛ kanymi głazami. Lecz i teraz ka˙ dy by poznał, ze ongi ˛ e e z ˙ był to wspaniały bity go´ciniec prowadzacy z nizin w gór˛ , do królestwa krasnolus ˛ e ´ z dów. Tu i ówdzie spotykali przy scie˙ ce ruiny kamiennych budowli, a na zielonych kopcach rosły wysmukłe brzozy lub sosny, wzdychajace na wietrze. Ostry zakr˛ t ˛ e w lewo zbli˙ ył ich tu˙ do łaki nad jeziorem; wznosił si˛ w tym miejscu nie opodal z z ˛ e ´ z ´ e scie˙ ki samotny głaz o sci˛ tym płasko wierzchołku. — Kamie´ Durina! — krzyknał Gimli. — Nie mog˛ stad odej´c, póki chocia˙ n ˛ e ˛ s´ z przez chwil˛ nie popatrz˛ na cuda doliny. e e — Dobrze, lecz pospiesz si˛ — odparł Aragorn ogladajac si˛ na bram˛ . — e ˛ ˛ e e Sło´ ce teraz wcze´nie zachodzi, orkowie zapewne nie wychyna spod ziemi przed n s ˛ zmrokiem, musimy jednak znale´ c si˛ daleko stad, nim ciemno´ci zapadna. Ksi˛ z´ e ˛ s ˛ e zyc dzi´ b˛ dzie mały, noc czeka nas czarna. ˙ s e — Chod´ ze mna, Frodo! — zawołał krasnolud zeskakujac w bok od drogi. z ˛ ˛ — Nie pozwol˛ ci mina´ Kheled-zaramu bez jednego bodaj spojrzenia w jego e ˛c zwierciadło. Pobiegł zielonym stokiem w dół, a Frodo wolniej troch˛ za nim, bo ciagn˛ ła e ˛ e ´ go, mimo ran i zm˛ czenia, ta cicha, bł˛ kitna woda. Sam szedł sladem swego pana. e e Pod samotnym głazem Gimli przystanał zadzierajac głow˛ . Kamie´ był sp˛ ˛ ˛ e n e kany i zniszczony od wichrów i deszczów, a runy na jego powierzchni zatarte tak, ze nie dało si˛ ich odczyta´ . ˙ e c — Z tego miejsca Durin po raz pierwszy spojrzał w głab stawu — rzekł kra˛ snolud. — Zajrzyjmy w nia i my cho´ ten jeden jedyny raz, skoro musimy odej´c. ˛ c s´ Nachylili si˛ nad ciemna woda. Zrazu nie zobaczyli nic, potem z wolna ukazae ˛ ˛ ły im si˛ sylwety gór odbite w szafirowej gł˛ binie, ze szczytami niby pióropusze e e białych płomieni. Dalej rozciagała si˛ przestrze´ niebios. Jak zatopione klejnoty ˛ e n skrzyły si˛ w toni jasne gwiazdy, chocia˙ nad dolina swieciło jeszcze sło´ ce. Nie e z ˛´ n dostrzegli tylko cienia własnych schylonych postaci. — O, Kheled-zaram, pi˛ kne, cudowne Zwierciadło! — westchnał Gimli. — e ˛ ˙ Ty przechowujesz koron˛ Durina, póki król si˛ nie zbudzi znowu! Zegnaj! — e e Skłonił si˛ , odwrócił i spiesznie ruszył z powrotem zielonym stokiem ku drodze. e — Co´cie tam widzieli? — spytał Pippin Sama, lecz Sam, zatopiony w mys

337

´ slach, nic nie odpowiedział.

Ście˙ ka teraz skr˛ cała na południe i opadała stromo wymykajac si˛ spoz e ˛ e
´ mi˛ dzy scian doliny. Nieco poni˙ ej jeziora napotkali gł˛ bokie zródło, czyste jak e z e ´ kryształ, z którego przez kamienna cembrowin˛ przelewała si˛ migotliwie struga ˛ e e i z pluskiem spływała w dół dnem skalistej rozpadliny. ˙ — Stad bierze poczatek Srebrna Zyła — powiedział Gimli. — Nie pijcie tej ˛ ˛ wody, jest zimna jak lód. — Troch˛ dalej struga wyglada ju˙ jak bystra rzeka i zbiera dopływy z wielu e ˛ z innych górskich potoków — rzekł Aragorn. — B˛ dziemy szli jej brzegiem jeszcze e przez kilka mil. Poprowadz˛ was bowiem droga wybrana przez Gandalfa i mam e ˛ ˛ nadziej˛ , ze wkrótce dojdziemy na skraj lasów — sa tam, przed nami