P. 1
Kazimierz Bzowski - Sieć Wilka

Kazimierz Bzowski - Sieć Wilka

|Views: 83|Likes:

More info:

Published by: 7some_742603219 on Nov 30, 2013
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

08/18/2014

pdf

text

original

KAZIMIERZ BZOWSKI SIEĆ WILKA

To niezwykłe zdjęcie, wykonane jako doświadczalne dn. 02.01.1984 w Warszawie o godz. 20,00 do 20,04. przedstawia miejsce, gdzie z lewej strony budynku kilka godzin wcześniej

obserwowano UFO. Przed wykonaniem zdjęcia podwyższono sztucznie poziom pola magnetycznego w okolicy zdjęcia do 30 Gaussów (pole ziemskie ma 0,5 Gaussa). Zdaniem fizyków zachodnich uchwycono rozwarstwienie czasoprzestrzeni na kilka wariantów „światów równoległych”. Wyk. Kazimierz Bzowski Wszystkie rysunki zamieszczone w niniejszej książce, są autorstwa M iłosława Wilka.

Motto: „Na Ziemi rozpościera się tajemnicza sieć, która łączy każdą część korzeni Ziemi Tysiące i dziesiątki tysięcy poziomych i pionowych żył, jak fale wątku i osnowy łączą wszystko, wliczając w to Ziemię i morze, a jest tajemnicą, że korzenie te przenikają się nawzajem” (tekst pochodzący z danych chińskich z XIV w., znajduje się w bibliotece Uniwersytetu w Cambridge, Anglia).

Spis treści

Wstęp Rozdział I Początek badań Ile wynosi średnica planety Ziemia Anioły w wysokiej jonosferze Rozdział II UFO na sieci Wilka Rozdział III Zapisane na wieczność? Datowanie wydarzeń Rozdział IV Gdy nieprawdopodobne staje się możliwe

WSTĘP

W upalnym dniu ósmego sierpnia 1981 roku na plaży w Chałupach na półwyspie helskim kłębił się tłum opalonych ciał. Rozleniwionym plażowiczom nie chciało się patrzeć w niebo, dlatego też mało kto zauważył dziwną różową chmurkę, która przemknęła dość szybko po bezchmurnym niebie i zapadła za pobliskie zarośla sośniny. Było już - jak na tą porę roku wczesne popołudnie, dochodziła godzina 18,15 gdy z plaży ku pobliskiemu campingowi, odległemu o około jeden kilometr udawał się jeden z plażowiczów, artysta malarz z Dolnego Śląska, pan Krzysztof K. Gdy wchodził na ścieżkę biegnącą poprzez sosnowe zarośla był tylko zmęczony upałem ale ani w głowie mu nie postało, że za chwilę to co stanie się tam wpłynie na dokonanie jednego z najdziwniejszych odkryć. „Przede mną, o jakieś siedemdziesiąt metrów, w poprzek ścieżki w podskokach przebiegło dwóch, ubranych w ciemno zielone kombinezony „harcerzyków” - tak opisywał to później przesłuchującym go ufologom. Ani mu do głowy wówczas nie przyszło, że ten ich strój zupełnie nie pasuje do panującego, ciężkiego, trzydziestokilkustopniowego upału... Szedł powoli dalej ścieżką biegnącą wśród zarośli gdy nagle ujrzał ich stojących w poprzek drogi...Stali obok siebie wyraźnie zagradzając mu drogę. Zwolnił kroku ale i tak pomału dochodził do nich...Był już o trzy metry i widział ich teraz dokładnie:

Dwie postacie o wzroście około stu sześćdziesięciu centymetrów każda...jak wykonani z jednej sztancy, jak dwóch bliźniaków...zupełnie jednakowi. Ciemno zielone kombinezony jakby wykonane z jednego tworzywa, bez żadnych zapięć czy guzików...jednak każdy z nich miał coś w rodzaju pokarbowanego poprzecznie pasa żółtawej barwy, sięgającego od podbródka do połowy klatki piersiowej. Stali tak, że stopy ich nurzały się w wysokiej tu trawie, porastającej prawie nigdy nie używaną ścieżkę, jako że do campingu wiodła prostsza droga brzegiem lasku, w którym się znajdowali. Ręce trzymali lekko ugięte, „jak cowboy szykujący się do wyjęcia colta”- jak pomyślał z mimowolnym humorem pan Krzysztof. Od pasa do połowy ud ciała ich osnute były opalizującą mgiełką, przez które widać było, że na pasach mają zawieszone jakieś sześcienne pudełka i spirale żółtej i fioletowej barwy. Dziwne były ich głowy. Obciągnięte kapturem tej samej barwy co i reszta kombinezonu osłaniającym też to miejsce, gdzie człowiek ma uszy. Twarze były nieruchome, oczy duże lecz z białkami jak u człowieka. Nosy ledwo zaznaczone, zamiast ust, pozioma szczelinka. „Skoro są tacy nieruchomi to chyba nie mają złych zamiarów” - pomyślał nadchodzący, który dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie są to ludzie... Zwalniając kroku doszedł już na dwa metry od nich i w tym samym momencie „posłyszał w głowie” przekaz od ich strony: „nic nie mów, przechodź.” Jednocześnie obaj w ułamku sekundy zmienili swoje ustawienie na ścieżce. Dotąd stali w poprzek - teraz ustawili się rzędem na poboczu dając mu miejsce na swobodną drogę... „M inąłem ich z uczuciem emocji, ale nie strachu „opowiadał

później. Po kilku krokach nie wytrzymałem jednak i obejrzałem się do tyłu. Stali tak jak poprzednio - w poprzek ścieżki. „Oddalałem się szybko czując ich wzrok na sobie. Skręcając za zakręt ścieżki nagle uświadomiłem sobie, że przed chwilą, zanim do nich doszedłem widziałem w krzakach stojący ich srebrzysty pojazd, który był ustawiony do mnie wąską stroną i mógł mieć ze trzy metry szerokości, a teraz, po kilku sekundach widzę go z boku, gdy jest już długi na ponad pięć metrów...” To co nastąpiło później było już całkiem niezrozumiałym dla „świadka”, pana Krzysztofa. Chciałem uzyskać jakieś potwierdzenie, że to co widziałem e było snem, że ja to rzeczywiście widziałem. Przypomniałem obie, że zanim wszedłem na ścieżkę i do lasu - za mną szło w ta samą stronę starsze małżeństwo z rzadkiej piękności francuskim białoczarnym buldogiem. Jestem plastykiem i zapamiętałem nie tyle tych ludzi co ich psa. Zatrzymałem się więc na ścieżce czekając, aż oni do mnie dojdą. Widziałem jak szli, mocno dyskutując o czymś a obok nich biegł luzem, bez smyczy ich pies, węsząc wokoło. Stałem nadal, czekając aż dojdą tuż do mnie. Ale w tym momencie gdy byli już przy mnie stało się coś niespodziewanego: oni oboje i ich pies także - przeszli przeze mnie jakbym był powietrzem... „Przeraziłem się i na chwilę straciłem zupełnie orientację: Co się dzieje? M oże ja już nie żyję? Gdy tak biłem się z myślami oni odchodzili coraz dalej. Byli już ze sto metrów ode mnie gdy dobiegłem do nich i bezceremonialnie złapałem mężczyznę za ramię, tak że o mało się nie przewrócił: Czemu nie widzieliście mnie na ścieżce? Jak to możliwe, że przeszliście przeze mnie na wylot?

Starszy pan wyrwał ramie z mojego uścisku, ale widząc moje wzburzenie popukał się tylko wymownie palcem w czoło i oboje szybko odeszli oglądając się za siebie i coś mamrocząc. Trudno dziwić się panu Krzysztofowi. Po takiej dozie emocji naprawdę nie pojmował co się wokoło niego dzieje... Jaki był dalszy bieg zdarzenia? Opowiemy go teraz już w oparciu o badania terenowe wykonane na miejscu dosłownie w godzinę po tym incydencie. Tak się bowiem zdarzyło, że w Chałupach przebywał na wczasach jeden z warszawskich ufologów, który prawie natychmiast rozpoczął ustalenia i zabezpieczył ślady po podporach obiektu, wyciśniętych w nadmorskim piasku. Siadów tych, okrągłych wgnieceń było siedem. Było to tym dziwniejsze, że dotychczas w żadnym ze źródeł ufologicznych nie było wspomnienia, by kiedykolwiek UFO zostawiło więcej niż trzy lub cztery ślady po swoich podporach. ...ślady, których proporcje rozmieszczenia przeniesiono na papier tworzyły naroża nieregularnego siedmiokąta... Wertowaliśmy z kolegami dostępne źródła ufologiczne szukając podobnego zdarzenia, ale nic. Nie było podobnego zdarzenia - nigdy i nigdzie... Przypomniała mi się tak zwana: „Teza Powersa”. Otóż inżynier lotniczy Thomas Powers był w swoim czasie specjalistą NASA od spraw lądowania i startu pionowego obiektów cięższych od powietrza. Zatrudniany był przy badaniu śladów po UFO w USA i sprecyzował wówczas następującą tezę, która brzmi: „Jeżeli obiekt lądujący na ziemi pozostawia po sobie cztery ślady po podporach, jeżeli czworokąt opisany na tych śladach ma przekątne przecinające się pod kątem 90 stopni, to same ślady leżą na obwodzie koła, a centrum tego koła wyznacza

geometryczny środek obiektu lądującego lub startującego pionowo”. Nie pozostawało więc nic innego jak połączyć ze sobą wszystkie odciski śladów liniami (przekątnych) i sprawdzić, czy są wśród nich jakieś przecinające się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Ku naszemu zresztą zaskoczeniu okazało się, że tak. I to nawet dwie pary takich linii. Oznaczało to, jak widać to na schemacie tego śladu, że obiektów było dwa, względnie że ten sam obiekt lądował dwa razy w tym samym miejscu i to tak precyzyjnie, że przy jednym z nich jeden ze śladów (oznaczony literą,A”) dwa razy naciskany był przez podporę; jednak za każdym razem przez inną. A więc ten sam obiekt lądował dwa razy tak precyzyjnie, że pan Krzysztof gdy po raz pierwszy spojrzał w stronę stojącego obiektu widział go w położeniu 1-szego lądowania, a gdy zerknął po raz drugi - widział moment po drugim lądowaniu. Ale on przecież twierdził, że minęło tylko kilkanaście sekund między jednym a drugim jego spojrzeniem w tamtą stronę... Niestety, świadomość czasami płata takie figle... Dokładane badania, kilkukrotne trasy jakie przebył świadek od momentu pierwszego zauważenia obiektu aż do jego powrotu b i e g i e m na plażę wykazywały, że „z g u b i ł „gdzieś 12 do 15 minut. Świadek był badany wielokrotnie na wszelkie możliwe sposoby. Nie znaleziono błędu w jego zeznaniach. Na dodatek znalazło się jeszcze dwoje świadków: prawnik z Warszawy i dwudziestoletnia studentka, też z Warszawy, którzy widzieli odlatujący w niebo różowy obłok energii - w momencie czasu wypadającym pomiędzy pierwszym zauważeniem obiektu a momentem gdy świadek „czekał na ścieżce” na dodatkowych świadków z psem. Zachodziło więc pytanie: Dlaczego „obiekt” lądował dwa r a z

y w tym samym miejscu? Pomijam tu fakt, iż w tym zagubionym czasie „świadek” miał kontakt z załogą tego obiektu i był przez nią zabrany do wnętrza, nas interesuje czemu w oparciu o jaką zasadę fizyczną obiekt lądował tak precyzyjnie, że nawet jeden ze śladów był dwa razy naciśnięty przez podpory? Na pierwszych ustaleniach w Chałupach zeszedł cały rok. Dokładnie po roku od „lądowania UFO w Chałupach”, również ósmego sierpnia 1982 roku do Chałup przybył M iłosław Wilk. Kim jest ten człowiek? Wówczas jeszcze w pełni sił mężczyzna 50 letni. Z wykształcenia absolwent dawnej Akademii Rolnej (obecnie SGGW),geodeta i matematyk. Ponadto z zamiłowania a nie z konieczności ukończył studia uniwersyteckie w zakresie historii sztuki. Obecnie (1999r) pracuje od bez mała czterdziestu lat zawodowo jako specjalista w zakresie promieniowań radioaktywnych. Wówczas, w 1982 roku był dobrze obznajomiony z zagadnieniami sieci geopatycznej, którą dokładnie badał. Gdy znalazł się przy śladach po UFO z ciekawości zbadał je różdżką na ewentualność obecności tam sieci geopatycznej... To, co tam stwierdził zastanowiło go mocno... Okazało się, że siedem śladów po podporach mieści się nie w jedny m „oczku” sieci geopatycznej o normalnych rozmiarach 2 x 2,5 metra, lecz na oczku dwukrotnie większym, w którym każdy z boków jest dwukrotnie większy od analogicznego oczka sieci geopatycznej, a więc 4x5 metrów... W dodatku żaden z odcisków nie zahacza o taki bok „dwukrotnego oczka”. Tu powstało pierwsze z pojęć i określeń, które zrosło się z terminologią używaną w Sieci Wilka. To właśnie było pierwszym stwierdzeniem: UFO dwa razy lądowało, nie zawadzając o boki oczka. Nasuwały się następujące możliwości:

a) UFO „widziało” w jakiś sposób takie duże oczko i z jemu wiadomych powodów lądowało właśnie tam. b) może było akurat odwrotnie: „oczko w jakiś sposób ściągało ku sobie nadlatujący obiekt...”. Rozpatrując te zależności zapomnieliśmy jaka jest natura fizyczna oczek sieci geopatycznej. Otóż jest to: Szereg ścian nieznanego promieniowania, ściany te są grubości około 21 centymetrów, usytuowane są one równoległe do siebie w oddaleniu 2,5 metra, przy czym ściany promieniowania sięgają od poziomu ziemi wzwyż. Krzyżują się one szeregami innych identycznych ścian promieniowania po kątem 90 stopni, przy czym w tym drugim szeregu ściany są oddalone od siebie o 2 metry. W miejscu styku tych ścian promieniowania z gruntem ziemskim tworzą się niewidzialne wzrokowo, ale wyczuwalne dla radiestety oczka o rozmiarach 2 x 2.5 metra... Badając po raz pierwszy miejsce dwukrotnego lądowania UFO zapomniano, że oczko 4x5 metrów to analogicznie jak w sieci geopatycznej rzut na powierzchnię ziemi kanału utworzonego z równoległych do siebie ścian promieniowania, krzyżujących się z innymi do nich równoległymi. UFO lądowało więc na oczku będącym wylotem kanału, stykającym się z powierzchnią Ziemi! Do powierzchni Ziemi - docierało więc kanałem. Niematerialnym, bo utworzonym z nieznanej (wówczas) energii, ale samo w tym momencie również nie było materią, jak zresztą mówiły nam o tym zeznania dwojga świadków, którzy widzieli przelatujące „kłęby różowej mgiełki”... To stwierdzenie już częściowo wyjaśniało prawdopodobieństwo w jaki sposób „UFO” będąc w fazie niematerialnej, widzialnej tylko jako „różowa mgiełka” dostawało się na powierzchnię ziemi gdzie jakiś nieznany nam sposób ulegało materializacji.

Po prostu nie będąc materią musiało być jakąś formą energii i w tunelu utworzonym z czterech ścianek, których rzut na powierzchnię ziemi dawał obrys „oczka” poruszało się zgodnie z torem wytyczonym przez ten tunel. Jednym słowem była to jedna forma energetyczna utrzymująca kształt „UFO” w drugiej tworzącej tunel, przy czym obie były w odniesieniu do naszej przestrzeni - niematerialne. Wywód na pierwszy rzut oka dość karkołomny i pozornie trudny do pojęcia. Ale tak właśnie wyglądało pierwsze, można to określić „bazowe” stwierdzenie. Od tego momentu rozpoczęły się te ustalenia i badania, które koniec końców doprowadzają nas do tego co niesie ze sobą wręcz nieprawdopodobna „sieć” nazwana siecią Wilka od nazwiska jej odkrywcy i głównego badacza. Nie od rzeczy jednak wspomnieć, że właściwie wszystkie teoretyczne rozważania na temat jej struktury fizycznej i lego co z niej wynika zostały dokonane przez autora niniejszej publikacji, który bez przerwy - od dnia odkrycia, tj. od 08.08.1982 roku do chwili bieżącej współpracuje z M iłosławem Wilkiem. Utworzył się swoisty duet: Wilk odkrywa, bada w terenie, jeździ po kraju mozolnie wyszukując wszystko co ma związek z siecią, a Bzowski stara się to uzasadnić teoretycznie. Przez te lata do tej dwójki dołączają różni inni, zainteresowani tym co wykrywa się kolejno. Sami próbują swoich sił, najczęściej z powodzeniem, jednak z reguły wstępnie instruowani przez Wilka, począwszy od najprostszych nauk: jak trzymać różdżkę „hiszpańską”, jak ją prowadzić nad wykrytym impulsem by otrzymać pożądany rezultat. Do wykrywania linii sił ścianek siatki używa się na ogół tak zwanej różdżki „hiszpańskiej”. Jest to drut miedziany lub żelazny, niekiedy aluminiowy

(gorszy),o długości 30 do 40 cm posiadający zagiętą pod katem i 90 stopni „rączkę” do trzymania o długości 12-15 cm. j Rączkę trzyma się pionowo tak, aby dłuższy koniec różdżki! usytuowany był poziomo. Trzymać trzeba w ten sposób, był pozioma część różdżki była lekko nachylona, a całość była w! tak zwanej „równowadze chwiejnej”. 1 Idąc swobodnym, miarowym ale nie spiesznym krokiem trzymamy przed sobą na wysokości piersi jedną lub dwie różdżki jednocześnie. W pierwszych ustaleniach Wilk posługiwał się dwoma różdżkami i tak też poleca się czynić początkującym, dopóki nie nabiorą wprawy. i Wchodząc na teren, na którym podejrzewamy obecność! siatki „W „(tak dalej będziemy oznaczać siatkę Wilka) i dochodząc do poprzecznej w stosunku do nas ściany siatki - obie różdżki naraz rozbiegają się w obie strony, „na zewnątrz”, względnie zachowują się odwrotnie - zbiegają się ku sobie, krzyżując się. Ich taki czy inny ruch, wymuszony jest wieloma I niuansami struktury siatki, która bywa niekiedy bardzo skomplikowana. W miarę postępujących prac w terenie początkujący różdżkarz na ogół zauważa, że doskonale daje sobie radę z jedną tylko różdżką, szczególnie tam, gdzie linie sił meandrują po terenie czyniąc niekiedy skomplikowane zawijasy i zakręty. Tak bywa na przykład przy bardziej skomplikowanych oznaczeniach, na przykład od czytywani u dat. To wręcz niewiarygodne, ale okazuje się że przy pomocy sieci „W” można nie tylko odkrywać niedawne zdarzenia, ślady nieistniejących już a zburzonych względnie niedawno budowli ale i zdarzenia z przed bardzo dawnych okresów czasu, sięgających nawet w poszczególnych przypadkach setek tysięcy lat. M ało tego, można te zdarzenia nawet datować, niekiedy superprecyzyjnie, nawet z dokładnością do jednego dnia!

Sieć Wilka okazuje się być przy bliższej konfrontacji czymś niezwykłym, jakby rejestrem wszelkich zdarzeń zapisanych w przestrzeni innej niż nasza, ale prawdopodobnie nie w innych „wymiarach” innych przestrzeni a w ogóle poza wszelkimi przestrzeniami - w obrębie pojęcia, które przekracza już fizyczną zdolność pojmowania świata. M am na myśli tą jego część, która dla fizyków XIX wieku była „hipotetyczna, która przez nowszą naukę została odrzucona, a która obecnie wraca do łask jako inne oznaczenie próżni. M yśliciele, rozwijający się duchowo nazywają ją Absolutem, rozumiejąc pod tym określeniem „wszystko we wszystkim”. M atematycy wolą od tych określeń pojęcie nieskończoności, a koniec końców wszyscy w odniesieniu do niezwykłych i przez naukę traktowanych „per noga” zjawisk zwą ją eterem. A więc Wilk posługując się różdżką czyta to co jest zapisane w eterze zdarzenia. O czymś takim, o możliwości odczytywania tego co minione i tego co przyszłe wiedzą od tysięcy lat dalekowschodni myśliciele, jogowie i zakonnicy buddyjscy. Nazywają to „Kroniką Akaszy ”, ale dostęp do niej jak twierdzą mają tylko ci którzy osiągnęli najwyższe stopnie oświecenia duchowego. Przed kilkunastoma laty angielski nauczyciel Rupert Sheldrake opracował hipotezę, która zadziwiła świat biologów. Jedni odsądzali Sheldrake’a od czci i wiary, ale to byli przeważnie ci, którzy nie dość dokładnie zapoznali się z ta teorią względnie inni, którym była solą w oku ze względu na głoszone przez nich akurat sprzeczne poglądy. Sheldrake twierdzi miedzy innymi, że wszystko we wszechświecie przebiega według ustalonych przez „siłę wyższą” reguł i nic nie ma nowego „od zawsze”. Jeśli gdzieś na świecie doświadczalna mysz w laboratorium nauczy się na przykład pyszczkiem otwierać pojemnik z

żywnością, to w wielu miejscach na świecie inne myszy w podobnych warunkach już bez nauki metodą prób i błędów będą „intuicyjnie” wiedzieć jak dobrać się do jedzenia... Tu jednak intuicja może polegać na nieuświadomionej łączności telepatycznej rozprzestrzeniającej się nie liniowo, np. od A do B, lecz ekscentrycznie, we wszystkie strony z miejsca zaburzenia, czyli stamtąd gdzie pierwsza mysz nauczyła się czegoś. Faktem jest jednak, że o dosłownej telepatii nie można j mówić na przykład w odniesieniu do wirusów czy bakterii. I tak jeżeli gdzieś na świecie jakiś wyodrębniony wirus spowoduje epidemię choroby i zostanie potraktowany jakimś śród-1 kiem leczniczym - to o kilka tysięcy kilometrów inna grupa j podobnych wirusów u o d p o r n i się na oddziaływanie tej zabójczej substancji... Czy oznaczałoby to, że istnieje jakaś łączność pomiędzy nimi? Czy też może raczej o tym, że obie grupy, mimo że oddalone od siebie o olbrzymie odległości znajdują się w tej samej „pozaprzestrzeni”, gdzie łączność następować może natychmiast nie w jakimś ułamku sekundy lecz dosłownie z ominięciem czasu a tym samym ominięciem odległości. W tym przypadku to pozaprzestrzenne łączenie się zaburzeń, spowodowanych tą samą przyczyną nazwać możemy też swoistą „kroniką Akaszy ”. Ale tu zauważymy bez trudu, że wirusom do mimowolnego uzyskania „łącza” nie jest potrzebny żaden rozwój duchowy... Wirusy jako coś pośredniego pomiędzy materią nieożywioną a żywą z całą pewnością nie posiadają świadomości i chyba właśnie dlatego bez trudu uzyskują taki efekt, który dla wysoko rozwiniętych istot, jakimi są ludzie jest bardzo utrudniony, właśnie ze względu na jej posiadanie. Wysoko uduchowieni joginowie potrafią wprowadzać się w stan polegający na usunięciu z siebie poczucia swego „ja”. Innymi

słowy wchodzą w stan poza-świadomy i w tym stanie są podatni na odbiór informacji zawartych w świecie pozawymiarowym, w eterze, Absolucie. M ogą to być informacje różne. Nie od dziś wiadomo, że zdarzają się ludzie specjalnie przez naturę obdarzeni jakimiś zdolnościami. Jedni mają zdolność obserwacji i rysunku i zostają sławnymi malarzami czy grafikami, inni otrzymują „dryg” do matematyki i majsterkowania i dzięki nim mamy dziś komputery. A jeszcze inny zdobywa wiedzę w zakresie matematyki, geodezji i historii sztuki i dzięki wrodzonym zdolnościom radiestezyjnym zostaje...M iłosławem Wilkiem, odkrywcą bezprecedensowej sieci. Dwoje znanych fizyków niemieckich, którzy bawili w naszym kraju w 1995 roku, a z którymi p. Wilk utrzymuje stały kontakt powiedziało, że gdyby miał więcej szczęścia i takiego odkrycia dokonał nie w PRL a gdzieś na zachodzie Europy to Polsce przybyłby kolejny laureat nagrody Nobla To co jest przedmiotem hipotezy Ruperta Sheldrake’a nazwane zostało przez niego polem morfogenetycznym ma ścisły związek z odkryciem sieci „W”. Zdaniem wielu badaczy z Europy zachodniej wszystko, co pojawia się pozornie „z nikąd” lub znika „bez śladu” ma związek z tym polem. Przyszłość pokaże czy Sheldrake ma rację, w każdym razie wydaje się, przynajmniej na obecnym etapie, iż wiele zjawisk zachodzących w sieci „W „jest zbieżnych z jego założeniami. Albo inaczej: zarówno to co sugeruje Sheldrake jak i to co robi Wilk jest dwoma postaciami tej samej wielkiej całości. Wróćmy jeszcze do Chałup. Fakt, iż siedem śladów po podporach tworzyło nierównomierny siedmiokąt dał się potwierdzić badaniem opartym na „Tezie Powersa”. Ale zauważmy tu znamienną rzecz: otóż dwoje świadków,

których przesłuchaliśmy zeznało, że widziało nad miejscem lądowania UFO „różowawą mgiełkę”. Jednocześnie teza Powersa zakłada jak pamiętamy, „jeżeli te cztery ślady leżą na obwodzie koła, to centrum tego koła wyznacza środek ciężkości obiektu startującego lub lądującego pionowo”. Aż dziw bierze, ale właśnie zgodność zdarzenia z tą tezą jest dowodem, iż UFO stojąc na powierzchni ziemi było materią. To już nie była „różowa mgiełka” a solidna bryła czegoś, co wycisnęło w twardym tu nadmorskim piasku wymywanym przez fale dołki o średnicy 30 cm i głębokości 15 cm. każdy. W dno ich wprasowane były kawałki patyków pochodzących z rosnących tam niskich zarośli sosnowych. W następnych miesiącach po lądowaniu UFO do Chałup zaczęli się zjeżdżać zainteresowani zdarzeniem zwolennicy obserwacji UFO, dla których nazwanie ich ufologami byłoby zbyt szczodrym komplementem. Zawsze jednak był ktoś z grupy warszawskich ufologów, pilnie nadstawiający ucha na komentarze tych obserwatorów, wiedząc z doświadczenia, że czasami mogą te osoby wpaść na jakieś ciekawe problemy związane ze zdarzeniem i nawet mimo woli skierować badania w sensowną stronę. Tak to bowiem jest w naszej polskiej ufologii, że przez lata odcięci byliśmy od jakichkolwiek opisów i bibliografii mówiących o prowadzonych serio badaniach zagadki UFO za granicą, szczególnie w krajach zachodniej Europy i USA. Nie zapominajmy, że samo lądowanie w Chałupach przypadło na pół roku przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce, zaś pierwsze prowadzone na serio badania w terenie nakładały się na pierwsze miesiące tego okresu. Do tego sam półwysep helski, na którym leżą Chałupy to jednocześnie granica państwa obserwowana i penetrowana wówczas przez Wojska Ochrony Pogranicza. Tak

się jednak złożyło, że o tym wydarzeniu ukazał się mój obszerny artykuł w miesięczniku „PERSPEKTYWY” w końcu miesiąca grudnia 1981 roku,(oddany do redakcji dwa miesiące wcześniej) w którym obok rysunku na całą kolumnę, przedstawiającego „humanoida z Chałup” były już pierwsze wzmianki o „sieci”, wykrytej przez M iłosława Wilka wraz z rysunkami i zdjęciami samych śladów. Pan Wilk egzemplarz tego pisma potraktował jako swoiste „pismo polecające” lub „przepustkę” dla żołnierzy i oficerów ze strażnicy WOP na Helu. Faktem jest, że i oni czytali to i nawet w miarę swych możliwości ułatwiali Wilkowi penetrowanie niektórych połaci półwyspu. Wilk, który do Chałup zawitał ósmego sierpnia 1982 roku miał zamiar spędzić tam miesiąc urlopu na błogim nieróbstwie i opalaniu się na plaży. Jednak to co odkrył tak go zbulwersowało, że z różdżką w ręku zaczął metodycznie badać cały półwysep helski, od Władysławowa aż do jego końca, do wsi Hel. To co znalazł tam już w pierwszym miesiącu badań zaczęło zakrawać na sensację.

Rozdział I

POCZĄTEK BADAŃ

Nie zważając na to, że biorąc różdżki do rąk w jakiś sposób traci należny mu wypoczynek urlopowy po ciężkiej całorocznej pracy ten - bądź co bądź starszy już mężczyzna nie zawahał się poświęcić kilku następnych tygodni na wędrówkę wzdłuż i w poprzek całego półwyspu helskiego. Jednak to co stopniowo wyłaniało się z pierwszych ustaleń tak go zafrapowało, że zapominał o zjedzeniu obiadu, o tym że z dnia na dzień rośnie ilość przebytych pieszo kilometrów. Nie zważał na zmęczenie fizyczne. To co pokazywały mu różdżki zaczynało się wydawać jakimś jakby przestrzennym rysunkiem nałożonym na powierzchnię Ziemi. Kto to zrobił? Kiedy? W jakim celu? Na te pytania długo jeszcze nie było żadnej odpowiedzi. Dopiero wiele lat później stopniowo, w miarę postępu ustaleń, badań i porównań zaczął się powoli wyjaśniać istotny sens tego, co dzieje się na naszej planecie od milionów lat. W ciągu kilku dni po pierwszych ustaleniach na miejscu lądowania UFO kolejne oględziny przy pomocy różdżki miały miejsce oczywiście w najbliższej okolicy. Zataczając krąg po torze rozwijającej się spirali, gdzie jej centrum i początkiem był „ślad UFO” Wilk z uwagą śledził wszelkie jej wychylenia się, w skupieniu notując na kartce papieru to co ona wykazywała... I tu pewne zaskoczenie: stwierdził, iż oczko „dwukrotne”, czyli to mające rozmiar 4x5 metrów rozmiaru leży na skrzyżowaniu dwóch jakby „kanałów”, czyli równoległych do

siebie linii wyczuwalnych radiestezyjnie silniej niż normalna ścianka oczka. Linie te leżały oddalone od siebie w odległości dwóch metrów, czyli w takiej, że wewnątrz tego kanału mogły swobodnie leżeć szeregiem obok siebie oczka „normalnej” sieci geopatycznej... W ten sposób tworzył się twór, umownie nazwany „kanałem poziomym”. Zapamiętajmy - bo dla dalszego pojęcia czym jest „sieć Wilka” jest to bardzo istotne: „Kanał” to równoległe linie, na które różdżka reaguje silniej niż na normalną ścianę oczka. Wewnątrz niego zawsze wyczuwa się leżące obok siebie oczka sieci geopatycznej, jednak reakcja różdżki na ich promieniowanie jest słabsza niż normalnie. Teraz dla normalnego odbioru energii promieniowania ścian siatki geopatycznej możemy umownie przypisać wartościowość sygnału równą „0” (zero). Oczywiście jest to liczba wyłącznie umowna - służąca tylko do lepszego pojmowania z czym stykamy się badając sieć Wilka. A więc: normalny odbiór promieniowania ścianek siatki geopatycznej - to „0” (zero) słabszy od normalnego odbiór promieniowania ścianek siatki geopatycznej - to umowna wartościowość ujem na, zapisana jako „-” (minus). Z kolei silniejsza niż „normalna” reakcja różdżki na odbiór promieniowania ścian zewnętrznych ścianek „kanałów” oraz zewnętrznych ścianek oczek sieci Wilka - to również umowny, dodatni znak „+” (plus). Zapamiętanie i przyswojenie sobie tych prostych reguł „pozornej wartościowości” strumieni energii, odbieranych przez system nerwowy radiestety pozwoli nam od pierwszego spojrzenia, aż do coraz bardziej rozwijających się badań, na zrozumienie zjawisk zachodzących wewnątrz badanej sieci Wilka.

Przy pierwszym podejściu do podwójnego oczka sieci „W „, na którym lądowało dwa razy UFO stwierdzono, że leży ono w miejscu skrzyżowania się dwóch kanałów. Ale równie dobrze powstanie tych kanałów mogło być wymuszone obecnością w tym miejscu „oczka” jak i dokładnie odwrotnie: to „oczko podwójne” mogło pojawić się tam gdzie krzyżują się dwa kanały. Rozpoczynając badanie tak na razie nieznanego zjawiska, jak te „oczka” i „kanały” badacz wkracza w obszar zupełnie nieznany. Nie tylko dla niego ale nieznany w ogóle; brak jakiegokolwiek piśmiennictwa na podobny temat zmusza badacza do jak najprecyzyjniejszego dokonywania wszelkich ustaleń, by przez niewłaściwą ich interpretację samego siebie nie „wpuścić w maliny”. Dlatego też krok za krokiem badał Wilk cały przyległy teren i stwierdził, że: wzdłuż osi podłużnej półwyspu helskiego biegnie „kanał oczek sieci geopatycznej obramowany po swoich bokach mocniejszym niż normalnie promieniowaniem (umownie „+”). Co pewien odcinek przecinają go kanały tego samego rozmiaru, krzyżujące się z nim pod kątem prostym i właśnie w narożu utworzonym z takich skrzyżowanych kanałów usadowiło się to „podwójne oczko”, na którym dwa razy w odstępie kilkunastu minut pojawiło się UFO. (rys. 2) I tu - pozwolę sobie zauważyć - by być możliwie obiektywnym do zjawiska UFO nie nazywam już tego momentu „lądowaniem” UFO lecz jego pojawieniem się. Wychodzę tu z założenia, iż lądować może materialny obiekt choćby dla nas był on „nieznany”, o ile przed lądowaniem był materialny i taki sam materialny pozostał po lądowaniu. Tymczasem takiej kolejności nie da się stwierdzić w tym konkretnym przypadku. T u „UFO” przed pojawieniem się na piasku plaży było w stanie niematerialnym jako obserwowana „różowa chmurka’ i tak

samo wyglądało po opuszczeniu „podwójnego oczka”, co potwierdziły obserwacje świadków. Natomiast w momencie stykania się z gruntem UFO było materią twardą i to w dodatku bardzo silnie ulegającą polu grawitacyjnemu Ziemi, co wyrażało się wyciśnięciem w twardym piasku odcisków, dołków w miejscach, w których podpory UFO stykały się z ziemią. Aby w dnie tych miskowatego kształtu półkolistych wgłębień wprasowały się kawałki patyków aż do utworzenia się czegoś v rodzaju piaskowca z tego piasku - trzeba było nacisku nie współmiernie wielkiego w stosunku do rozpiętości i wysokość bryły obiektu znajdującej się jako już „twarda” materia na Ziemi.

W miesiącach następnych po zdarzeniu w Chałupach wielokrotnie przesłuchiwaliśmy świadka, p. Krzysztofa, jak te; prowadzone były intensywne ustalenia na miejscu zdarzenia

Udało się określić rozpiętość UFO. Okazało się, iż miało one nietypowy kształt, nie okrągły, lecz poziomo-owalny. Z profilu stojąc za krzakami świadek widział je w kształcie „duż ej „pestki od śliwki”, jak sam to określił. W innym momencie obserwacji widział je „en face”, z przodu jako półkoliście wybrzuszona kopułę. Badania porównawcze polegające na badaniu piasku z tego miejsca na ściskanie pod prasą aż do przekształcenia go w „piaskowiec” wykazały, że aby obiekt posiadający cztery podpory i wyciskający w podłożu cztery ślady odpowiadające śladom w Chałupach sprasował piasek tak jak tam - to powinien ważyć 2 200 000 kg. Dosłownie: dwa tysiące dwieście ton! Gdyby obiekt o tych rozmiarach co UFO w Chałupach był odlany z najcięższego metalu na Ziemi jakim jest osm (cięż. właściwy 19 g/cm) i gdyby w nim nie było żadnych pustych komór dla załogi to nie miałby nawet 1/3 tej wagi... Ten dziwny ciężar jak się okazuje wcale nie jest aż tak nieprawdopodobny. UFO w samym założeniu jest nieznane, zatem mogą w jego obrębie występować zjawiska pozornie kłócące się z obecnie znanymi prawami fizyki. Fakt tak wielkiego ciężaru mówi jednak o tym, że jest to według wszelkiego prawdopodobieństwa mało poznany efekt współoddziaływaniem pola magnetycznego i grawitacyjnego ale o tym w dalszej części... Tak więc mając pierwsze stwierdzenia można było już pokusić się o sporządzenie roboczej hipotezy. Przypuszczeń opartych na poznanych faktach i jednocześnie zgodnych z kanonami nauki. To, co nazywamy „UFO” docierało do d n a prawie pionowego kanału, utworzonego ze ścian promieniowania „schodzącego z góry”, jak enigmatycznie mówią o tym publikacje omawiające siatkę geopatyczną. Jednakże te same publikacje ani

przez moment nie silą się na wyjaśnienie s k ą d „z góry”. Docierało tam nie jako obiekt materialny lecz jako nieznana forma energii Jednakże „nieznaną formą energii” nadal pozostawała również ta, z której utworzone były ściany tego kanału wybiegającego wzwyż... Tu przydaje się po raz pierwszy sformowane przez nas „robocze” wartościowanie energii występujących na poszczególnych rodzajach ścian. Bowiem zgodnie z kanonami fizyki:przyciągają się ładunki różnoimienne (np. plus i minus) a odpychają się ładunki o tej samej wartościowości. Jeżeli zatem „UFO” w stanie energetycznym (różowa chmurka) jest czystą energią i przemieszcza się wewnątrz kanału utworzonego również z czystej energii - to wartościowość obu jest jednakowa! Zatem równie dobrze może być „umownie dodatnia” jak i „umownie ujemna”. Późniejsze szczegółowe ustalenia wykazały jednak, że chodzi tu o wartościowość „dodatnią” - i przy tym jej określeniu pozostańmy. Tu zmuszony jestem dodać pewne wyjaśnienie. Otóż każdy fizyk może mi zarzucić - i słusznie, że nie można zauważyć wzrokowo „czystej energii”. Oczywiście, będzie mieć rację. Jednakże w Chałupach leżących tuż przy morzu niewątpliwie istniało znaczne w powietrzu stężenie pary wodnej w fazie gazowej, nawiasem mówiąc również w tym stanie fizycznym dla naszych oczu nie do zaobserwowania. Każda forma energii, taka jak pojawiająca się w momencie tego co ogólnie zwiemy „UFO” ma jakąś nieznaną nam częstotliwość drgań. M usiała ona być bardzo wysoka - gdyż gdyby była niska, to według wszelkiego prawdopodobieństwa weszłaby w częstotliwości widzialnych fotonów i...nie byłaby niewidzialna. Ta bardzo wysoka częstotliwość drgań może powodować aglutynację (zlepianie się w

większe cząstki) drobin pary wodnej aż do utworzenia mikrokropelek, tak małych że nadal pozostają one dla wzroku niewidzialne. Zauważmy - działo się to tuż nad morzem w warunkach silnego operowania promieni słońca, niosących ze sobą również wysokie częstotliwości drgań w paśmie ultrafioletu i nawet (minimalnie) wyższych częstotliwości (Rtg. gamma). To światło słoneczne może załamywać się na tych niewidzialnych mikrokropelkach wody i dawać wzrokowo obserwowany efekt b a r w y. Z kolei fakt zauważenia barwy różowej mówi o tym, że mamy do czynienia z bardzo wysokimi częstotliwościami drgań, wymuszającymi przesunięcie widm a światła w kierunku czerwieni... Te mikro-kropelki oświetlone słońcem zachowują się jak pryzmaty rozbijające białe światło na siedem barw tęczy... Doświadczenie ufologiczne mówi też o tym, iż podobne warunki fizyczne, pojawianie się źródła niewidzialnego promieniowania o bardzo wysokiej częstotliwościach oddziaływujących na parę wodną nocą, pozwalają na uchwycenie na film kolorowy „czarnych UFO”. Inaczej mówiąc obszarów, których promieniowanie światła odległych gwiazd i promieniowanie kosmiczne jest w całości pochłaniane przez te dziwne twory. Tam gdzie występuje obszar pochłaniania światła fotografuje się obszary ciemniejsze od tła nieba... O czym jednak mówią te wszystkie niuanse? Bez wgłębianie się w zawiłości fizyki... po prostu o tym, że efekt wywoływane w naszym otoczeniu leżą w obrębie praw fizyki,; a zatem czynniki, które je powodują nie są „halucynacjami”! jak usiłują to wmówić sceptycy... Badając znacznie później, bo po kilku latach przebiegi; kanałów na powierzchni ziemi pan Wilk stwierdził, że rzadkich przypadkach, na przykład gdy kształt kanału jest wymuszony

ukształtowaniem terenu np, w wąskiej dolinie) - może on biec po torze łukowatym, półkolistym. Jak się okazało reakcja różdżki na ściankach wewnętrznych takiego toru łukowatego była słabsza niż normalna, zaś na ściankach zewnętrznych silniejsza. To z kolei było kolejnym dowodem na przyjęty umowny sposób wartościowania energii ścian... Tu, patrząc na szkic bez trudu zorientujemy - się o co tu chodzi. Penetrując obszar półwyspu helskiego a w następnych miesiącach i latach resztę kraju Wilk wykrył, iż wykrywa nie tylko oczka „podwójne” o rozmiarze 4x5 metrów ale i inne, większe, zawsze jednak takie, których długość boku jest wielokrotnością boku oczka siatki geopatycznej. I tak odnalezione zostały oczka sieci Wilka o rozmiarach: dwukrotne (podwójne) 4x5 metrów potrójne 6x7,5 metra poczwórne 8 x 10 metrów pięciokrotne 10 x 12,5 metra sześciokrotne 12 x 15 metrów siedmiokrotne 14 x 17,5 metra ośmiokrotne 16 x 20,0 metrów dziewięciokrotne 18x22,5 metra - tu w ciągu „krotności” oczek występuje przerwa: nie wykryto nigdzie oczek o rozmiarach dziesięcio -, jedenasto-, ani dwunastokrotnych i kolejnym i zarazem ostatnim w „krotności” jest oczko: trzynastokrotne, o rozmiarze 26 x 32,5 metra Na terenie kraju wykrył też p. Wilk analogicznego rozmiaru „kanały” o szerokościach identycznych z rozmiarami „oczek”. W roku 1985 w czasie terenowych ćwiczeń w wykrywaniu oczek i kanałów s ie c i „W” jeden ze znanych warszawskich radiestetów, A. Brzeziński poprzednio mało mający styczności z badaniami Wilka

pokusił się o nieco inne badanie obecności „sieci” w terenie używając zamiast różdżki wahadełka. Różdżką na ogół wychwytuje się obecność pionowych ścian promieniowania, schodzących z góry. Przy pomocy mniejszego od niej wahadła jak się okazuje można te same zależności badać równie precyzyjnie, a czasem - jak się okazało - dokładniej. Byliśmy na polu, na którym p. Wilk wykrył kilka dużych oczek przylegających do równie szerokich kanałów poziomych. Okazało się, że przy pomocy wahadełka można wykryć... „podłogę” kanału, jego ścianki i „sufit, oraz określić, że pionowe boki kanału łączą się półkoliście zarówno z „sufitem” jak i z „podłogą”. Okazało się też, że poziome trójwymiarowe kanały są identyczne wymiarami z tymi, które schodzą „z góry”. Nadal jednak nie orientowaliśmy się skąd „z góry. M ieliśmy się o tym dowiedzieć już wkrótce po kolejnym dziwnym ustaleniu przeprowadzonym przez naszego nieocenionego badacza, p. Wilka. Powoli zaczął wyłaniać się trójwymiarowy, przestrzenny obraz struktury utworzonej z promieniowania wyczuwalnego przez system mózgowo-rdzeniowy uczulonego na nie człowieka, przekazywany niesterowanymi drgnięciami mięśni rąk na różdżkę, która w tym przypadku zaczynała pełnić rolę wskazówki przyrządu pomiarowego... Samym tym przyrządem, superczułym instrumentem okazywał się sam M iłosław Wilk. Ktoś posiadający wyobraźnię przestrzenną może sobie wy; obrazić obraz... To już nie linie wątku i osnowy, na której jest „wyhaftowany” płaski rysunek oczek i kanałów sieci o ciągle nieznanym powodzie istnienia i przeznaczeniu. To mądra, trójwymiarowa układanka stworzona przez jakąś inteligencję. Ten system pozornie bezładnie splątanych ze sobą różnej wielkości kanałów zaczynał

grać własnym życiem, w które wkraczał człowiek z różdżką stopniowo, krok po kroku wdzierający się w tajemniczy świat, dotychczas skrywany przed ludzkimi oczami. Badając poszczególne kanały przebiegające poprzez kraj Wilk zauważył, iż można podzielić je na trzy grupy według ich poprzecznych przekrojów, jak pamiętamy wyrażających zawsze rozmiary poszczególnych oczek sieci „W „. Okazało się, że każdy z tych trzech rodzajów pełni odrębną rolę. Są to więc: kanały nazwane „główne”. Posiadają największe przekroje wewnętrzne, od rozmiaru oczka „dziewięciokrotnego” do „trzynastokrotnego”. Stwierdzono, iż są one wiecznotrwałe, to znaczy istnieją w terenie w niezmienionym kształcie i wielkości, w tej samej lokalizacji przestrzennej i co najdziwniejsze - w tej samej lokalizacji czasowej. Istnieją nieruchome, jak istniejący od zawsze” świadkowie zamierzchłych wydarzeń. W czasie licznych wędrówek po kraju, podejmowanych bez względu na pogodę wykrywane bywają jako łączące najważniejsze prastare zabytki, kościoły, budowle o pozytywnym znaczeniu dla tworzenia kultury człowieka. Łączą one też poszczególne miasta, same jakby zwracając uwagę na te najstarsze a o najwyższym priorytecie dla naszej historii cywilizacji. Kolejne następne, nazwane „szerokimi” to kanały energii o przekrojach od oczka pięciokrotnego do ośmiokrotnego. Te również są trwałe w czasie, ale pełnią rolę jakby podrzędną, służebną w stosunku do tych „głównych”, największych. Przebiegają przez cały kraj łącząc wszystkie miasta, miasteczka i wsie, podchodzą do wszystkich zabytków a dalsze trasy pokonują lokując się wprost na szosach, wzdłuż torów kolejowych, biegną dolinami górskimi. Nie przeszkadza im ruch kołowy czy tłumy ludzi. Przechodzą przez te przeszkody, niewyczuwalne przez nikogo - lub prawie przez nikogo. Tylko

najbardziej sensytywni mogą je wyczuwać. Często te kanały szerokie zachowują się jak istota inteligentna lub jak droga przepływu energii przez kogoś sterowana. Zdarza się, że kanał szeroki biegnie środkiem ruchliwej szosy a ona nagle wbiega na most. Co w takim wypadku robi kanał? Jeżeli nie ma w pobliżu innej, wygodniejszej drogi przebycia rzeki - korzysta z mostu ale z reguły nie po jego powierzchni, lecz pod nim... Po prostu schodzi z szosy na pobocze, wchodzi Pod most i biegnie poprzez powietrze między mostem a lustrem Wody. Gdy biegnie na duże odległości, na przykład pomiędzy dwoma miejscowościami na jego poboczach - naprzemian: raz po jednej jego stronie...a po dwóch kilometrach po stronie przeciwnej pojawiają się węższe kanały, teraz o przekroju od oczka „podwójnego” tj. 4 x 5 m, aż do oczka „poczwórnego”, na ogół jednak „preferują one” te mniejsze rozmiary. Zdarza się często, że chwilami ich poprzeczne rozmiary skracają się znacznie, na przykład gdy trzeba pokonać wąskie przejście, np. drzwi do mieszkań. Kanały te powstające na poboczach kanałów szerokich zawsze zaczynają się „pętlą” o przekroju takim by końcówka kanału mogła swobodnie zatoczyć niewielki krąg. Długość takiego kanału nigdy nie przekracza dwóch kilometrów, przeważnie jednak są one znacznie krótsze. Trwają w czasie niedługo, najwyżej do dwóch miesięcy. Zazwyczaj po krótkiej drodze wzdłuż kanału szerokiego odbiegają gdzieś w otoczenie i jakby penetrują to, co je interesuje. Z tego powodu nazwane zostały kanałami „penetrującymi”. Na barwnych mapach, na które nanosi się trasy przebiegów kanałów szerokich i głównych w kolorze czarnym - kanały penetracyjne barwi się na kolor niebieski. (Oczywiście na

wydrukach jednobarwnych brak tego wyróżnienia). Kanały penetrujące to przedziwne struktury. Wciskają się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, niezwykłego, ważnego, ale z zasady pozytywnego dla cywilizacji ludzkiej. Kanały te pełnią rolę kontrolera, a kto wie, czy i nie sternika ludzkich poczynań. W trakcie wieloletnich badań p. Wilk stwierdził, iż penetrują one najważniejsze instytucje, zakłady pracy, imprezy i zabytki o pozytywnym znaczeniu dla rozwoju człowieka. Już choćby przez tego rodzaju zainteresowania „Sieć Wilka” okazuje się być tworem bardzo pozytywnym dla ludzkości, a tym samym wykazuje cechy sprzeczne, zaprzeczające ewentualności, iż mogłaby ona być stworzona przez „moce piekielne” jak usiłują zdeprecjonować to nie rozumiejące niczego dewotki. I tak „kanały penetracyjne zauważa się w takich budowlach i instytucjach jak: kościoły i świątynie wszystkich wyznań, muzea, biblioteki państwowe i publiczne (z wyjątkiem bibliotek wojskowych!), placówki służby zdrowia, instytuty naukowe, wiele teatrów, szczególnie tych posiadających duże znaczenie dla tradycji narodowych, np. Teatr Polski, Wielki, Operetka. (To z terenu stolicy).Kanały interesują się tylko niektórymi rodzajami sportu - np, lekkoatletyką...Brak ich natomiast przy wszelkich lokalach partii politycznych, ale są w sejmie. Brak ich we wszystkich kinach, lokalach rozrywkowych. Okazuje się, że kanały te penetrują wszystkie lokale redakcji czasopism o tematyce ezoterycznej, ufologicznej czy parapsychologicznej. Podprowadziłem kiedyś p. Wilka pod lokal redakcji „Perspektyw”, w którym to piśmie opublikowałem artykuł o Chałupach. Nie znał on ani rozkładu lokali redakcyjnych, ani zresztą nie wiedział dokąd został zaprowadzony...

Poprosiłem go by szedł tam, dokąd różdżka go zaprowadzi. Nie bardzo wierzył, bym zaprowadził go w jakieś sensowne miejsce, ale wykonał o co go prosiłem... Po kilku meandrach korytarzem na parterze wszedł na pierwsze piętro i pewnym krokiem, prowadzony różdżką skręcił w któreś drzwi. Tam nie zważając na zaskoczoną minę starszego mężczyzny, który wytrzeszczył na niego oczy - przemaszerował po pokoju i okrążył biurko tego człowieka. „Tu kończy się kanał penetracyjny”! - oznajmił... Jak się szybko okazało różdżka zaprowadziła go do pokoju... redaktora naczelnego, który przed niedawnym czasem redagował do druku artykuł o Chałupach i... o nim. O Wilku. Takie przykłady zaczęły się mnożyć. Jeden z młodych naśladowców „mistrza” Wilka, pan Piotr B. pojechał zimą 1984 roku do Szczyrku na zgrupowanie narciarskie. Przyjechał wcześniej niż pozostali uczestnicy i prosto z dworca udał się do pensjonatu, w którym miał zamieszkać. W recepcji przydzielono mu pokoik na poddaszu, poszedłszy tam więc zrzucił Plecak z ramion i natychmiast wyjął różdżkę... Wiedział bowiem, że od czasu jak zaczął włączać się w badanie sieci „W „- kanał penetracyjny zagościł w jego mieszkaniu. Okazało się jednak, że tu kanału jeszcze nie ma. Jeszcze go nie dogonił.. Zmęczony podróżą położył się spać. Obudził się po dwóch godzinach i jeszcze raz poszukał kanału. Tym razem już był. Wchodził do pokoiku przez okna, a jak się później okazało, dostawał się tam wślizgując się po pionowej ścianie z ulicy aż na trzecie piętro budynku. Teraz jednak „pętla” otaczała przeznaczone mu łóżko i wychodziła przez drzwi z pokoju. Zaciekawiony poszedł jej śladem...Kanał schodził po schodach, mijał parter i szedł nadal do sutereny...tam wszedł na obszerną salę stołówki i do narożnego

stolika, nakrytego już do obiadu. Przy nim, przy jednym z nakryć ujrzał kartkę ze swoim numerem pokoju i nazwiskiem Już na początku lat osiemdziesiątych, po pierwszym roku badań Wilka sprawa nowo wykrytej sieci, (jak się później okazało oplatającej świat) zaczęła być tak bulwersująca i wręcz niezwykła, że zwróciliśmy się do nieżyjącego już profesora inżyniera Wilhelma Rotkiewicza, byłego Dyrektora Instytutu Radiotechniki Politechniki Warszawskiej i jednocześnie światowego autorytetu w dziedzinie badania sieci geopatycznej z prośbą o zapoznanie się z aktualnym stanem badań nowo-odkrytej sieci i wyrażenie swej opinii. Rozmowy trwały parę godzin, poparte licznymi planami miejsc, schematami rozmieszczenia oczek, kanałów itp. aż wreszcie profesor sam wziął różdżkę do ręki i kierując się naszymi wskazówkami zaczął szukać kanału penetracyjnego już po zewnętrznej stronie drzwi na klatce schodowej prowadzącej do jego mieszkania. Jak było do przewidzenia - a ku wielkiemu zdumieniu profesora - wykrył on, że jego własne biurko, przy którym pracuje, jego biblioteka i nawet tapczan, na którym śpi są oplecione kanałem penetracyjnym wyjątkowo silnie zaznaczonym... Taką „pętlę” wykonuje jednak z reguły kanał penetracyjny, jakby zbiera informacje na interesujący go temat i odprowadza dokąd? Tego na razie jeszcze nie wiedzieliśmy. Tylko w trzech miejscach na terenie Warszawy okazało się, że podobną pętlę zatacza końcówka kanału nie penetracyjnego, lecz szerokiego, co było zupełnym ewenementem. Niejakim zaskoczeniem było, że jednym z tych miejsc był lokal klubowy na Żoliborzu w Warszawie, miejsce zebrań od lat grupy ezoteryków i bioterapeutów. Klub już nie istnieje...od czasu gdy właściciel lokalu uznał, że rentowniej dla niego będzie

wynajęcie go dobrze płacącemu przedsiębiorcy. W miarę upływu czasu i nabierania doświadczenia badania w łonie sieci nabierały większej wyrazistości. Pomału wszystko zaczynało zgrywać się ze sobą. Kluczowym odkryciem było stwierdzenie skąd „z góry” napływa to promieniowanie i jaka jest jego natura... Wędrując po terenie Warszawy pan Wilk zaszedł kiedyś na teren budowy, na którym wznoszono dziesięciokondygnacyjne budynki. Była upalna niedziela i na budowie nie było żywej duszy. Obchodząc jeden z nich a nie wypuszczając różdżki z ręki stwierdził, że: „prawie całkiem wokoło budynku, bo od strony północnej, zachodniej i południowej wytycza się bez przeszkód sieć „W „. Brak jej natomiast na niewielkim kawałku terenu po wschodniej stronie budynku, przy czym miejsce, gdzie się ona pojawia nieco dalej na wschód od ściany wschodniej budynku jest odgraniczona równą linią równoległą do ścian budynku”. Zaczęło świtać mu niejasne podejrzenie, które natychmiast zaczął sprawdzać. Kolejno wchodził na kondygnacje budynku w surowym stanie, obchodził całe piętro i notował wykrywanie - lub nie - sieci „W”. Tak zawędrował na strych, pod gruby betonowy strop, jak się okazało grubości prawie dwudziestu centymetrów. Konfrontacja tego co namierzył wewnątrz budynku z tym co było na zewnątrz pozwoliła na wykonanie stwierdzenia, że: „Sieć „W” wykrywa się wewnątrz budynku tylko w pokojach położonych od zachodu, oraz na całej powierzchni poddasza. Brak sieci na piętrze leżącym poniżej poddasza oraz poza pokojami przylegającymi do zachodniej ściany budynku. Po wschodniej stronie budynku, na powierzchni ziemi, od ściany budynku na kilkanaście metrów ku wschodowi bez trudu odszukuje się siatkę geopatyczną. Brak jej natomiast wszędzie wokoło, gdzie jest wytłumiona przez sieć „W „. (rys. 3)

W ten sposób okazało się, że: rozrysowując tą sytuację na kawałku papieru można bez trudu określić kąt, pod jakim „schodzą z góry” tunele utworzone ze ścian promieniowania. Na tym przykładzie okazało się też, że tunele te nachylone są pod kątem 78 stopni ku zachodowi. Przenikają do wnętrza budynku pokonując grube mury, ale po przejściu przez 25 centymetrów bloków piano-betonowych, z jakich zbudowane tam były ściany budynku promieniowanie ulega tłumieniu i następne podobne przeszkody nie pozwalają by promienie dostawały się głębiej. Dzięki temu promieniowanie ścianek sieci „W” wykryto tylko w pokojach od strony zachodniej i na najwyższej kondygnacji budynku. Kolejne żmudne ustalenia wykonywane zawsze w terenie, na konkretnych budowlach i przeszkodach wykazały, że: promieniowanie tworzące ściany sieci „W „nie potrafi przebić takich przeszkód jak:  bloki piano-betonawe (gazobeton) grubszy niż 25 cm.  czysty beton, zależnie od gatunku - 80 do 100 cm  sucha cegła - 50 do 60 cm.  nasypy ziemne - ok. 200 cm.  grube suche belki drewniane - 10 - 18 cm.  duża poduszka puchowa - zero cm.  duże naczynie Dewara (termos) - zero cm.  metale, nawet siatki o małych oczkach właściwie prawie nie stawiają oporu. Promieniowanie swobodnie jednak przechodzi przez atmosferę, wodę słoną i słodką I Przyglądając się temu zestawieniu zauważamy, że promieniowanie to zachowuje się nie jak fala elektromagnetyczna,

ale jak promieniowanie akustyczne. Tym razem nie będę podawać toku poszczególnych badań, trwających powoli ale całymi latami, głównie z braku potrzebnej aparatury pomiarowej i współpracy instytucji, które by chciały pomóc. Teraz, po siedemnastu latach już sami daliśmy sobie radę, a o tym czy odkrycie Wilka ma istotną wartość mówi zdanie naukowców - fizyków niemieckich: „Gdyby Pan pracował nad tym u nas, już dawno miałby Pan nagrodę Nobla” Porównywaliśmy doświadczenia w terenie i ich wyniki z tymi danymi, które docierały do nas z badań dokonywanych w jonosferze przez amerykańskie statki kosmiczne w lotach okołoziemskich. Otóż astronauci fotografowali w podczerwieni „subtelną, delikatną i ledwo dostrzegalną jakby sieć, rozciągającą się nad wszystkimi kontynentami”. Ich ustalenia mówiły, że określono częstotliwość drgań tej sieci na 100 M Hz do 30 GHz. Inaczej mówiąc od stu milionów drgań na sekundę do 30 miliardów drgań/sek. Nasze rodzime ustalenia, prowadzone na dziesiątkach przykładów określają ten zakres nieco skromniej - możemy się jednak nieco mylić, koniec końców to Amerykanie z pewnością mają lepszy sprzęt i warunki do badań - otóż określone przez nas parametry drgań to 100 M Hz do 3 GHz. To rzeczywiście jest promieniowanie akustyczne, ale w zakresie niesłyszalnym przez ludzkie uszy i do tego słabo poznane przez naukę, gdyż jak piszą o nim podręczniki fizyki „nie znalazło praktycznego zastosowania”. Jest to promieniowanie nazywane przez fizykę hiperdźwiękowym. Tu mała wstawka dla lepszego zrozumienia czym ono jest. Otóż zakres promieniowań dźwiękowych dzieli się na

następujące: a) częstotliwości akustyczne podsłyszalne, inaczej zwane infradźwiękami. Ich zakres częstotliwości mieści się w przedziale od znikomo małych do 16 drgań na sekundę, co notuje się jako 16 herców (Herz) i zapisuje: 16 Hz. Zakres ten obejmuje więc dźwięki, których ucho ludzkie nie słyszy. Odbierają wrażenia słuchowe w tym zakresie niektóre owady i niższe kręgowce, b) drugi kolejny zakres, to dźwięki rejestrowane przez nasz słuch. Leżą one w częstotliwościach od 16 Hz do 20 000 Hz, czyli jak się to notuje do 20 KHz. KHz - czyli kiloherców. W obrębie tych częstotliwości mieszczą się wszystkie dźwięki, na które reaguje nasz zmysł słuchu, c) ultradźwięki, leżące powyżej częstotliwości 20 KHz aż do 100 M Hz, czyli do stu megaherców (przedrostek: „mega” oznacza „milion”) znów nie są słyszane przez nas. Słyszy je natomiast wiele ssaków w tym nietoperze, prawdopodobnie domowe k o t y i drobne zwierzęta polujące nocą, szczególnie w tropikach, gdzie zdobycie pożywienia zależy od czułego słuchu. Ultradźwięki mają szerokie zastosowanie w technice, między innymi do wykrywania niewidocznych uszkodzeń w materiałach takich jak stal, odlewy metalowe, oraz - jak wiemy z własnych doświadczeń życiowych do USG, czyli ultradźwiękowego wykrywania złogów, kamicy w naszych narządach wewnętrznych. O tym zakresie częstotliwości dźwiękowych nauka wie już bardzo dużo, d) najbardziej tajemniczą dziedziną akustyki są hiperdźwięki. Niesłyszalne, nie odbierane przez żadne stworzenia żywe jako wrażenia słuchowe - chociaż nie jest wykluczone, że odbierają je ptaki lecące na dużych wysokościach i być może wykorzystujące do swych przelotów jesiennych i wiosennych strukturę „sieci Wilka”, szczególnie te kanały poziome, które ulokowane są na dużych wysokościach.

Kanary poziome sieci „W „w przeważającej większości unoszą się tuż nad poziomem ziemi, ale nie sięgają nad poziom otwartych wód, tj. jezior, rzek ani mórz. Badając poprzeczne odnogi kanałów, krzyżujących się z np. kanałem biegnącym wzdłuż osi półwyspu helskiego stwierdzono, że wchodzą one w wodę jedynie na kilka metrów od brzegu i tam ich promieniowanie zanika. Częstotliwość akustyczna kanałów jest właściwie częstotliwością fal akustycznych tworzących je. Ta wartość jest odwrotnie proporcjonalna do długości fali. Inaczej mówiąc im częstotliwość jest wyższa, tym bardziej maleje jej długość fali i odwrotnie. W miarę wzrostu częstotliwości akustycznej spada więc długość fali i w krańcowych przypadkach, gdy częstotliwość rośnie w dalsze obszary hiperdźwięków - długość fali może spaść do średnicy pojedynczego elektronu, podstawowej cząstki elementarnej. Na tym kończy się zakres długości fal - wraz ze wzrostem częstotliwości. Czy te zależności fizyczne są tak istotne dla trwania sieci „W „? Okazuje się, że tak. I to bardzo. Wiemy już, że tunele „schodzące z góry” są nachylone w stosunku do poziomu gruntu w kierunku zachodnim pod kątem 78 stopni. Amerykańskie stwierdzenia odnośnie „subtelnej sieci chwytanej w podczerwieni” mówią też o wykryciu niby-tuneli prawie pionowych, bo odchylonych od pionu o...12 stopni. A właśnie 12 stopni + 78 stopni to 90 stopni czyli pion w stosunku do powierzchni Ziemi. Amerykańskie badania mimo woli potwierdziły nasze ustalenia Badania radiestezyjne podejmowane jakby poza normalnym programem badawczym przez załogi statków kosmicznych

lecących ku Księżycowi wykazały, że różdżka „reaguje” tylko do niskiej jonosfery, czyli tak gdzieś do 60 do 300 kilometrów nad poziomem Ziemi. Wyżej różdżka jest „martwa”. Ani drgnie w rękach trzymającego ją człowieka. Czemu należy to przypisać? Przypomnijmy - to nie różdżka jest tu przyrządem pomiarowym. Ona tylko spełnia rolę „strzałki przyrządu” jakim jest system nerwowy człowieka. Człowiek zareaguje, jeżeli tam, w kosmosie będą drgania hiperdźwiękowe. A nie reaguje, bo tam ich nie ma i nie może być! Czemu? To proste - fala akustyczna o każdej długości fali i każdej częstotliwości do swego rozprzestrzeniania się potrzebuje środowiska materii. Różdżka nie drgnie tam, gdzie powietrze jest tak rozrzedzone, że praktycznie biorąc znika możliwość drgań gazu, jakim jest choćby nawet rozrzedzona atmosfera. Promieniowanie akustyczne to nie promieniowanie elektromagnetyczne, które może rozchodzić się w próżni...tu potrzebny jest obszar, w którym można wymusić drgania. Zauważono jednak, że te „prawie pionowe” tunele utworzone ze ścian promieniowania wznoszą się z powierzchni naszej planety ku jonosferze... Po co? Przecież skoro istnieje coś tak przedziwnego jak „sieć Wilka” a choćby i ściany, których konfiguracja tworzy oczka siatki geopatycznej to nie może być tak, by rozmywały się te „tunele” na wysokościach w nicość... M usi istnieć jakaś celowość ich bytu, a co za tym idzie i dobiegnięcie ich do jonosfery powinno być uwarunkowane jakimiś przesłankami... „ILE WYNOSI ŚREDNICA PLANETY ZIEM IA? „

Takie pytanie zadaję czasami moim antagonistom, którzy podpierając się swymi tytułami naukowymi w zakresie astronomii usiłują mnie zbić z tropu z okazji omawiania przedziwnej sieci Wilka” No wie pan! - odpowiadają - to przecież każde dziecko wie. Wystarczy podzielić obwód Ziemi na równiku przez liczbę „Pi” (3,14) i będzie pan mieć gotową odpowiedź! Przepraszam moich hipotetycznych rozmówców, ale figę będę mieć, a nie „gotową odpowiedź”. Roztrząsając tego rodzaju zagadnienia, poruszając się po temacie, w którym jest więcej nieznanego niż znanego trzeba precyzyjnie formować pytania i żądać równie precyzyjnych odpowiedzi. Tymczasem taka „odpowiedź” jest daleka od dokładności. Tym razem pytanie było precyzyjne a odpowiedź byle jaka... Obwód Ziemi na równiku dzielony przez „pi” powie mi jaka jest średnica k u l i ziemskiej. Ja natomiast pytałem o p l a n e t ę. A to wcale nie to samo! Wyobraźmy sobie, że skądś z kosmosu w stronę Ziemi nadlatuje: ktoś. Nie zobaczy powierzchni globu ziemskiego tylko wpierw odbierze na swym monitorze obraz pola magnetycznego, otulającego Ziemię. Po pokonaniu go dotrze do j ono sfery sięgającej nawet do tysiąca kilometrów nad jej powierzchnię, zostanie mu do pokonania jeszcze kilkadziesiąt kilometrów atmosfery i dopiero dotrze do Ziemi... Gdybyśmy rozrysowali pionowo przekrój przez planetę Ziemię tak, aby przeciąć ją po linii obu jej biegunów to otrzymalibyśmy jej wizerunek otoczony podobnym do olbrzymiego motyla polem magnetycznym. Przecięcie planety po linii równika da z kolei obraz okrągłego pola magnetycznego

otulającego planetę Ziemię... A więc, jest bardzo istotne w jakiej płaszczyźnie przekroimy „planetę”. Jeżeli nawet odrzucimy pole magnetyczne i nie będziemy go brać pod uwagę przy rysowaniu przekroju planety Ziemi, to bez trudu zauważymy, że: najwyższą warstwą otuliny to jonosfera, która się tym charakteryzuje, iż zawiera wolne ładunki elektryczne oraz proste związki między pierwiastkami tworząc jony, mogące mieć swój własny ładunek elektryczny, tak samo jak pojedyncze atomy wielu pierwiastków. Jest to więc warstwa przewodząca prąd elektryczny. Niżej rozciąga się aż do powierzchni Ziemi atmosfera, stanowiąca warstwę na ogół bez wolnych ładunków elektryczny (z wyjątkiem momentów burzowych). Zaznaczymy ją więc jako izolator. Schodzimy głębiej, pod powierzchnię Ziemi. Skorupa ziemska ma grubość, zależnie od umiejscowienia, od 40 do 120 kilometrów, ale zawiera w sobie dużo wody, w większości słonej oraz sporo różnych metali w stanie związanym i wolnym. Kolejna więc warstwa przewodząca... Schodzimy coraz głębiej teraz już w magmę, warstwę płynnej skały. Składa się ona w większości z bazaltu, jest więc kolejnym izolatorem. Dochodzimy wreszcie do jądra Ziemi, kuli o prawdopodobnej średnicy 6000 km, utworzonej z ciężkich metali, czyli mamy następną warstwę przewodzącą prąd... J eż eli ter a z spojrzymy na rysunek koncentrycznych kół symbolizujących poszczególne warstwy, ale zobaczymy to oczyma elektryka to będziemy mieć schemat kulistego kondensatora, w którym będą trzy warstwy przewodzące przedzielone dwoma warstwami izolatora, (rys. 4) M ając już taki schemat planety Ziemia możemy teraz dorysować do niego tunel, schodzący „z góry” na powierzchnię

Ziemi i stykający się z nią pod katem 78 stopni, a nachylony ku zachodowi. Skoro wiemy, że kula ziemska rotuje z zachodu na wschód (dzięki temu wschodzące słońce widzimy na wschodzie) zadziwi nas fakt, że tunel jest nachylony właśnie ku zachodowi... Teraz naocznie możemy dowiedzieć się, że dolny koniec tunelu jest pociągany w ślad za obracająca się kulą ziemską - z zachodu na wschód, przez co g ó r n y koniec tunelu w jonosferze „nie nadąża za rotacją”. M amy d o w ó d, że „prawie pionowy” tunel sieci Wilka tak naprawdę jest materią, tyle tylko że o bardzo znacznym stopniu rozrzedzenia, tak silnym, że staje się zauważalny dopiero w skali Planety. Jest subtelnie materialny - i właśnie dlatego może być utworzony z akustycznego promieniowania hiperdźwiękowego. gdyż jedyną możliwością trwania go jest środowisko materii. Trzeba tu wziąć pod uwagę, że w miarę wzrostu wysokości nad powierzchnią Ziemi spada ciśnienie powietrza aż do prawie całkowitego zaniku - tymczasem „sieć” niesie ze sobą swoje własne „środowisko materialne”. Jedyną możliwością trwałego istnienia hiperdźwięków w przestrzeni jest tak zwana fala stojąca. Jak mówi o tym fizyka jest to: „specyficzny rodzaj fali powstający w wyniku nakładania się na siebie dwu fal poruszających się w jakimś kierunku ale mających przeciwny zwrot i posiadających jednakową amplitudę i częstotliwość”. Jednakże teoretycznie hiperdźwiękowa fala stojąca w atmosferze nie może istnieć, gdyż z uwagi na bardzo małą długość i bardzo wielką częstotliwość prawie natychmiast od chwili powstania zamieniłaby się w ciepło chyba, że: jedna z fal stojących jest „obłożona” inną F.S. (falą stojącą), różniącą się od „rdzeniowej” F.S. kilkoma hercami częstotliwości. Wówczas „rdzeniowa” (czyli ta znajdująca

się w środku) uzyskuje przedziwną właściwość: staje się „niezależna od biegu czasu gdyż nie traci nic z energii drgań w okresie swego trwania”. To kapitalne stwierdzenie, zgodne z prawami fizyki mówi o czymś wręcz nieprawdopodobnym, co zaczyna wyjaśniać sens i cel istnienia takiego tworu, jakim okazuje się sieć „W „. Otóż każda fala - zgodnie z prawami fizyki - może być nośnikiem informacji. Skoro każda, więc i fala stojąca również. Ale ta „F.S.” jest niezależna od biegu czasu co oznacza nie mniej ni więcej, że informacja niesiona tą falą uzyskuje tą samą właściwość - jest od czasu niezależna, a skoro tak - to może być przenoszona zarówno „w przód w czasie” jak i „wstecz” a może i jeszcze inaczej, może do czasu w innych przestrzeniach równoległych. Pojmowalnym staje się teraz, w jaki sposób sieć „W „kontroluje zabytki z bardzo dawnych dla nas okresów czasu. Dla sieci czas po prostu nie istnieje. Sieć penetruje prastare M iejsca tak jakby to było „tu i teraz”. Dzięki temu to wcale nie P’ Wilk ani jego naśladowcy patrzą w przeszłość czy przyszłość Za pomocą swoich zdolności nadnormalnych lecz tylko odczytują to, co jest trwale zapisane w sieci. M niej tu teraz jest ważne, czy miejsce tego zapisu będzie jakąś FS czy po prostu Kroniką Akaszy względnie polem morfogenetycznym, tak jak wyjaśnia to Rupert Sheldrake. Najważniejszym okazuje się, że dobraliśmy się do istotnego znaczenia i przeznaczenia sieci. Zupełnie inna sprawa kto stworzył ten genialny twór ponadprzestrzenny. Prawie niemożliwy do wykrycia choćby z uwagi na to, że wszystkie nasze urządzenia pomiarowe oparte są o pomiar różnicy potencjału dwóch struktur, z których jedna jest wzorcową a druga mierzoną. W dodatku pomiar odbywa się za pomocą znanych nauce fal i pól, elektromagnetycznego, elektrycznego, magnetycznego czy nawet grawitacyjnego. A jak

mierzyć sieć Wilka skoro nie ma żadnych wcześniejszych wzorców? Jak się okazuje jednak obecność sieci w terenie można i wykrywać nie tylko różdżką czy w nielicznych przypadkach wahadłem ale i metodą fizykochemiczną. Polega to na zauważeniu, że fala hiperdźwiękowa mając bardzo wysokie częstotliwości drgań niesie ze sobą potężny ładunek energii. Opracowano - i sprawdzono w praktyce następujący sposób I wykrycia fali stojącej hiperdźwiękowej w miejscu, w którym podejrzewa się jej istnienie - na przykład po wstępnym jej wykryciu metodą radiestezyjną. Potrzeba do tego co najmniej dwanaście jednakowej pojemności i o identycznym szkle probówek laboratoryjnych, a jeszcze lepiej używanych w fotometrii. Najlepiej nadają się do tego i celu naczyńka z jednej serii szkła laboratoryjnego, kupowane w całych paczkach. Naczynia, względnie probówki numerujemy cyframi pisząc na nich pisakiem do szkła, tzw. dermatografem lub naklejamy identyczne, najlepiej białe, małe karteczki z numerami. Następną czynnością będzie przygotowanie roztworu nadmanganianu potasu, znanego wszystkim jako ciemnofioletowe kryształki używane do dezynfekcji. Istotnym jest aby był to tylko ten związek chemiczny, a nie żaden inny barwnik. Do 1 litra wody destylowanej, w ostateczności przefiltrowanej przez węgiel aktywny i dobrze wygotowanej dodajemy jeden malutki kryształek nadmanganianu, tyle tylko aby roztwór był ledwo-ledwo liliowy. Ponumerowane probówki umieszczamy w następujący sposób: a ) połowę z nich, jako wzorcowe umieszczamy tam, gdzie

różdżka nie wykryła żadnego promieniowania „sieci Wilka”, b ) drugą identyczną porcję rozmieszczamy w miejscu, w którym podejrzewamy obecność ścianki sieci Wilka. Całość zostawiamy w spokoju na 24, a jeszcze lepiej na 48 godzin. Częstotliwość drgań sieci Wilka jest na tyle mocna, że rozbija strukturę chemicznego połączenia nadmanganianu potasu w słabym roztworze wodnym. Cóż się wówczas dzieje? Nadmanganian potasu zostaje rozbity na: ciemno brązowy dwutlenek manganu i bezbarwny wodorotlenek potasu. Na dnie probówki i na jej ściankach osadzi się słabiutki, ale widzialny w świetle padającym ukośnie brązowy osad tlenku manganu, zaś w roztworze wodnym pozostanie tylko bezbarwny wodorotlenek potasu. Cały roztwór w probówce, która była poddana promieniowaniu hiperdźwiękowemu pojaśnieje, straci liliowe zabarwienie, stanie się bezbarwny. Natomiast probówki wzorcowe, te poza ścianą sieci „W „nadal będą zawierać barwny roztwór. To proste badanie fizyko-chemiczne spełnia kanon powtarzalności, można wykonywać je jakościowo, określając tylko fakt rozbicia struktury tak trwałego związku w roztworze wodnym jakim jest nadmanganian potasu - lub też oznaczać to ilościowo, wykazując super-precyzyjnie ilość straconych i otrzymanych związków i określając dodatkowo stopień przenikania światła bezbarwnego przez badane naczynia. M ożna robić używając tak zwanego „fotometru Pulfricha” lub nowszych, skomputeryzowanych urządzeń. Ale ta uwaga odnosi się tylko do tych, którzy dysponują laboratorium chemicznym. Istotnym tu jest, że w tym samym miejscu można powtarzać

takie badanie - otrzymując powtarzalne wyniki. A to jest właśnie żądanym przez naukę zachowaniem sprawdzalności zadania. Tym samym badacz zajmujący się tak kontrowersyjnym tematem jak nieznana sieć utworzona z niewidzialnego promieniowania, przeprowadzając choćby tak prościutkie oznaczenie wkracza w obręb badania naukowego. Aby to uściślić i nie przypisywać badaczowi tego co mu się nie należy; podobna analiza stwierdzi jedynie obecność w tym miejscu czynnika rozbijającego strukturę nadmanganianu potasu w słabym wodnym roztworze a nie istnienie rozległej „sieci”. Ale i to już sporo... Od czasu do czasu prowadząc dokumentacje fotograficzną różnych dziwnych zdarzeń chwyta się na film światłoczuły dziwne poziome linie, niekiedy krzyżujące się z innymi pod kątem prostym w tle nieba. Nie wyglądają na to by były to smugi kondensacyjne pozostające po przelocie samolotów, choćby z uwagi na ich niezbyt dużą wysokość nad ziemią oraz to, że krzyżują się nie łukowatym torem a właśnie pod kątem 90 stopni. Czy byłoby możliwe sfotografowanie ścian sieci „W”? Otóż promieniowanie jej mając bardzo wysokie częstotliwości drgań być może umożliwia kondensację drobin pary wodnej, zawsze obecnej w atmosferze. Te drobiny tworzyć mogą większe nieco „kropelki”, za małe jednak by opadły jako mżawka, ale dostatecznie duże by załamywać promieniowanie słoneczne na swej krzywiźnie powierzchni i w rezultacie mogą powstawać zdjęcia pokazujące tak powstałe drobiny wodne na przebiegu ściany radiestezyjnej...Byłoby to więc zdjęcie pokazujące w sposób pośredni efekty fizyczne, jakie może wywołać ściana „W „w atmosferze. Odkrycie dokonane przez M iłosława Wilka było tak dziwne odkrycie dokonane przez M iłosława Wilka było tak dziwne,

że...postanowiliśmy poszukać podobnych „sieci” wykrywanych i opisywanych przez innych ludzi, w innych okresach czasu, nawet na innych kontynentach. Wertując książki i prastare zapiski znaleźliśmy sporo ciekawostek. Otóż jak wiadomo z ustaleń w terenie kanały sieci „W” nigdy nie krzyżują się ze sobą lub nie skręcają pod katem ostrzejszym (mniejszym) niż 90 stopni. Uwarunkowane to jest tym, iż tak naprawdę ich częściami składowymi są czworokątne „oczka” będące również tworami trójwymiarowymi. Tymczasem polski turysta zawędrował w Szanghaju, mieście na południu Chin do miejskiego parku. Tam na dużym stawie jest mała wysepka a na niej piękna świątyńka w średniowiecznym starym stylu. Z „lądu” biegnie na wysepkę dość długi most drewniany powyginany w dziwne łamańce, zygzaki posiadające ostre kąty swych zakrętów. „Czy to budował pijany architekt „? - zapytał towarzyszącego mu przewodnika. - Nie, to dlatego by przez most nie mogły przedostawać się duchy - padła odpowiedź. Jednakże w chińskich zapiskach trudno było wyszukać jakieś wieści mówiące o tym w jakiej formie dawni chińscy geomanci (badacze sił ziemi) mogli znać ten rodzaj promieniowania, tworzący tak przedziwne „oczka” i tunele. I znów musimy odwołać się do współczesnych wędrówek turysty po Chinach. Czy wiecie, że do końca XIX wieku nie wolno było wznosić budowli wyższych niż 104 stopy chińskie” W przeliczeniu 104 stopy po 0,34 metra to 35,36 metra. Tyle, ile obecnie jedenastokondygnacyjny budynek miejski. Skąd taki wymóg, stosowany nawet w „Zakazanym M ieście”, dzielnicy cesarskiej otoczonej murami i linią kanałów wodnych. I znów prostoduszna odpowiedź: „nie można było wyżej

budować bo...wyżej latają duchy” Prawdopodobnie badacze chińscy już przed setkami lat znali Podobną sieć ale włączyli ją w obręb zagadnień Feng Shui. Czytelników będących zwolennikami dogmatycznej nauki może złościć wysunięty przez autora wniosek o możliwości! przenoszenia informacji w łonie sieci Wilka w przeszłość względnie z przeszłości w nasz czas obecny. Pozornie rzeczywiście stoi to w sprzeczności z teorią względności, ale pozwolę i sobie zauważyć, że jak sama nazwa wskazuje jest to teoria, a nie dogmat podany do wierzenia ogółowi fizyków i matematyków. Przez wiele lat nikt nawet nie śmiał naruszyć kanonów wynikających z niej, aż wreszcie w styczniu 1998 roku udało i się to w wyniku niezamierzonych działań, a wiec właściwiej przypadkowo grupie profesorów fizyków na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Kolonii w Niemczech. Prowadzili oni doświadczenia z efektem tunelowym i w trakcie jednego z doświadczeń uzyskali wpierw czterokrotne, a później pięciokrotne przekroczenie prędkości światła w próżni. Nazwiska tych profesorów to Guenter, Deutsch i Nimitz. podane do publicznej wiadomości w programie stacji „Discovery” we wrześniu 1998 roku w specjalnym programie omawiającym ich odkrycie. Trzeba tu dodać, iż Wydział Fizyki tej uczelni jest jedyną w Europie placówką zajmującą się zjawiskiem czasu. Komentator tego programu twierdził, iż fizycy niemieccy sugerują więc obecnie możliwość podejmowania podróży w czasie... wstecz i w przyszłość... Utarło się w potocznym mniemaniu, że czas p ł y n i e. Pojęcie płynącego czasu włącza się też jako „czwarty wymiar” do struktury naszej czterowymiarowej czasoprzestrzeni. Nie czas tutaj roztrząsać rzeczywistą naszą czasoprzestrzeń, dodam tylko, że w trakcie wielu „wzięć”, zabrań człowieka do

UFO, gdy rozmawia on z załogą, gdy zadaje on pytanie: „co możecie mi powiedzieć o waszych podróżach w czasie”? - z reguły otrzymuje odpowiedź sprowadzającą się do następującego: „To co wy uważacie za bieg czasu jest tylko zmysłowe rejestracją zjawisk, następujących po sobie.” Wy potraficie tylko w waszym odczuciu - rozwijać się w ruchu w przestrzeni co - w waszym odczuciu - rozwijać się w ruchu w przestrzeni co wasza świadomość rejestruje jako ruch w czasie „do przodu”, my natomiast potrafimy „zwijać przestrzeń do niewymiernego punktu w jednym kierunku” a „rozwijać w innym”, dzięki czemu możemy omijać czas... To chyba tak rzeczywiście może być... nasi fizycy często dyskutują na temat ugięcia przestrzeni zdarzenia, które teoretycznie może zachodzić w rosnącym do nieskończoności polu grawitacyjnym... ale te rozważania zostawmy już fizykom teoretykom. Przy przekroczeniu prędkości światła w próżni, równego w przybliżeniu 300 000 km/sek cząstka światła, o nazwie foton uzyskałaby energię wyższą od normalnego fotonu co pochodziłoby z częstotliwości wyższej niż najwyższa znana. częstotliwość promieniowania elektromagnetycznego. Za taką najwyższą częstotliwość podręczniki podają 3 x 10 do 19 potęgi Herców/sek. Jest to więc cyfra „3” i dwadzieścia zer... Wyższe częstotliwości, o wyższym wykładniku potęgi są tylko teoretyczne. M ożna je obliczyć matematycznie, ale nie stwierdzono ich istnienia w naturze. Już przy tej częstotliwości długość fali spada do granicznie małej i za nią, przy ewentualnym wzroście ilości drgań promieniowanie elektromagnetyczne, znów t y l k o „teoretycznie przekształciłoby się w promienie tachionowe... Tachiony - to dotychczas hipotetyczne cząstki, które mogą

pokonywać barierę prędkości światła i cofać się w czasie, co zresztą wynika również z teorii względności. Jeżeli odwrócilibyśmy zależność (co jest dopuszczalne w matematyce) - to przy wystąpieniu przekazu informacji „wstecz w czasie” lub „w przód w czasie” mogłoby to zajść jedynie za pośrednictwem tachionów! Nie potrafimy jednak stwierdzić obecności ich, gdyż nie posiadamy ani wypracowanych i wypróbowanych metod ani odpowiednich instrumentów M ożemy natomiast próbować dobrać się do tachionów inną drogą: poprzez analizę niezwykłych niekiedy zdarzeń. Para badaczy niemieckich, mężczyzna i kobieta. On poważny fizyk z dużym doświadczeniem naukowym, ona magister psychologii i doktor astrofizyki. Pan M iłosław roztoczył przed nimi pełny zakres swoich badań demonstrując setki szkiców wykonywanych w trakcie badań terenowych, zdjęć, planów i map. W pokoju stała na statywie kamera video, rejestrująca wszystko przez 5 godzin... Oprócz tego ten fizyk wykonał ponad sto zdjęć bardzo dobrym aparatem fotograficznym na dobrym filmie o czułości ISO 400... Po ich wyjeździe do Berlina, późną nocą dostałem od nich telefon. Byli wręcz zaskoczeni efektem, na który nie było, wytłumaczenia... Na całej długości taśmy video - elektronicznej oraz na kilku rolkach kolorowego negatywu, z rejestracji robionych u Wilka...nie powstał ani jeden obraz! Ani jedno zdjęcie! Ci badacze niemieccy byli absolutnie zaskoczeni i nie potrafili znaleźć na to żadnego wytłumaczenia Przypomnijmy sobie co pisałem poprzednio: tylko w trzech miejscach w Warszawie kanał szeroki zatacza pętlę. Jednym z tych miejsc jest mieszkanie M iłosława Wilka! Jeżeli w tym miejscu, na pętli zachodziło zdarzenie

rozpowszechniania informacji zanotowanych uprzednio z sieci „W” - to wcale nie jest dla mnie dziwnym, że nastąpił podgląd obecnych tani ludzi i ich poczynań, a mógł on powstać dzięki pojawieniu się tam promieniowania tachionowego. Nie odwołuję się tu do cudzych przemyśleń - z moich rozważań wynika, że „tachion” jest właściwie fotonem, który uzyskał prędkość wyższą niż „c” czyli niż 300 000 km/sek. Dla naszej świadomości i naszego wzroku może nie różnić się od zwykłego fotonu czyli od światła widzialnego. Ale tylko dla nas! Film światłoczuły jest uczulony na określony przedział częstotliwości drgań i odpowiedniej długości fale światła. Reagując na nie powoduje rozpad halogenków srebra w emulsji i powstanie negatywu. Jeżeli jednak do emulsji dotrze inna długość fali niż właściwa i inne częstotliwości, niż te, które potrzebne są do rozbicia halogenków - to nie powstanie ani proces fotochemiczny...ani nie powstanie żaden obraz na filmie. To samo odnosi się do taśmy video, inne częstotliwości niż założone nie spowodują procesów magnetycznych takich jakie są potrzebne i...nie będzie obrazu... Powróćmy teraz do... jonosfery. Zauważyliśmy, że „prawie pionowe” tunele sieci „W” sięgają od jonosfery do powierzchni Ziemi. Inaczej mówiąc a mając na względzie kulisty kondensator jakim jest dla elektryka Ziemia tunele o ściankach utworzonych z fali stojącej hiperdźwiękowej sięgają...od jednej okładki kondensatora do następnej. Zgodnie z prawami fizyki i elektryki „żadna okładka kondensatora nie jest uprzywilejowana względem innej”, tak samo jak żadna warstwa izolatora względem następnej. To logiczne... Zgodnie jednak z tym założeniem istnieje równe prawdopodobieństwo występowania takich samych zjawisk w

jednej warstwie izolatora ziemskiego jak i w kolejnej, następnej. Tu musimy zrobić mały odskok w kierunku...etnografii. Wierzenia większości ludów, czy to pierwotnych czy nawet cywilizowanych mówią o niebie i aniołach „tam gdzieś w górze” a diabłach i piekle pod ziemią, w czeluściach ognistych”. W gruncie rzeczy wierzenia te mówią o tym, że obserwuje się zarówno postacie „anielskie”, istoty ubrane w jasne powłóczyste szaty o twarzach sympatycznych i podobnych do człowieka a w innych przypadkach czarne, złe, często z rogami. Te zwie się diabłami. Tak czy tak - w obu przypadkach opowiada się o podobnym zdarzeniu - o obecności nieznanych istot pomiędzy okładkami kondensatora ziemskiego. W innych przypadkach mogą to być „pojazdy”, zarówno uważane za UFO - jeśli przybywają „z góry” lub za ogniste pojazdy piekielne...jeśli dochodzą nas od dołu... Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że wewnątrz kanałów (horyzontalnych) czy tuneli (schodzących z góry) płynie jakaś energia. Biorąc pod uwagę, że na skrętach kanałów jest ona i odpychana przez energię ścian kanałów - ma strukturę taką samą jak ściana kanału. Ponieważ wiemy, czym jest ściana, czyli hiperdźwiękową falą stojącą - nasuwa się wniosek, iż strumień energii płynący wewnątrz kanału jest tym samym: falą stojącą. A ona zgodnie z kanonami fizyki - po pierwszej może przenosić informację, a ponadto robić to w uniezależnieniu od czasu. Fizyka twierdzi, że do powstania anomalii czasu potrzebne jest ugięcie przestrzeni. Zgoda, ale w takimi razie tam, gdzie takie zjawiska anomalii czasu zachodzą pojawia się ugięcie przestrzeni? Gdyby ktoś z olbrzymiej odległości obserwował Wszechświat mógłby zobaczyć co następuje: Gdzieś, o miliony lat biegu światła od malutkiej planety

zwanej Ziemia jest jakaś inteligencja, która nawiązuje łączność! z nią. Jak to robi? Na kierunku kontaktu zwija przestrzeń (ugina ją według określenia obecnych fizyków) i wąskim kanałem przesyła i odbiera informację. Ta zwinięta przestrzeń dociera tylko do jonosfery, warstwy rozrzedzonych, zjonizowanych gazów, gdzie kończy się ugięcie przestrzeni. Ci, którzy to robią, wiedzą dobrze, że doprowadzenie ugięcia przestrzeni tej mocy jaka jest możliwa w przestrzeni kosmicznej do samej powierzchni Ziemi pozbawiłoby wszystkie istoty życia. Od jonosfery zatem do powierzchni planety (Ziemi) dociera więc milionami odgałęzień tunelowych zminimalizowane ugięcie przestrzeni, które my nazywamy „siecią Wilka”, względnie w innym aspekcie „ścianami siatki geopatycznej”. Obserwujący to „z boku” widzi więc swoisty UKŁAD w którym istnieją: a) ośrodek sterowania - dla nas nadal nieznany. Ten s rozwija się ta łączność. M ożemy go nazywać jak chce my „inną planetą”, kosmitami czy siła sprawczą, b ) trasa przenoszenia i poboru informacji: zwinięta (ugięta) przestrzeń, c ) ośrodek dekodowania, przekształcania struktury zwiniętej przestrzeni w osłabiony lecz silnie zdeterminowany kierunkowo p ę k „tuneli” o słabych zjawiskach „ugięcia przestrzeni”, (jonosferą), d ) część docelowa: materialna struktura planety i wreszcie świadomość odbiorców. M y żyjemy w pkt. „d”, natomiast ludzkość, Amerykanie i Rosjanie od 1987 roku prowadzą intensywne wspólne badania w tym obszarze, który nazwałem pkt. „c”. Czy tych państw nie stać by każde z nich z osobna wysłało

wyprawę badawczą w jonosferę? Czy też może chodzi raczej o to, by któreś z nich nie wykryło w jonosferze czegoś bardzo istotnego, o czym każde z nich chciałoby wiedzieć? M iłosław Wilk dokonał bezprecedensowego odkrycia w obrębie leżącym pomiędzy punktem „c” i „d”. Wykrył trasy przenoszenia informacji pomiędzy jonosferą a powierzchnią. Ziemi. Ogólnie biorąc - znamy „jako-tako” przestrzenie oznaczone w tym zestawieniu literami od „c” do „d”. Nie znamy, nie wiemy kim lub czym jest „ośrodek sterujący” „a” „Anioły w wysokiej jonosferze”. Rewelacyjną wiadomość przyniósł numer 43 z 1998 r kwartalnika brytyjskiego „Flying Saucer Review”, uważanego za jeden z najlepszych wśród periodyków ufologicznych. Otóż jak się okazuje po okresie „pierestrojki” w ZSRR odtajniono niektóre ze zdarzeń nie tyle ufologicznych co kosmicznych, dzięki czemu na jaw wyszły kulisy wręcz Nieprawdopodobnego spotkania w kosmosie jakie miało miejsce, podczas 155-go okrążenia Ziemi przez orbitujący w kosmosie statek badawczy „SALUT-7” w 1985 roku. wiadomość o tym już 22 października 1985 a następnie 8. Wiadomość o tym już 22 października 1985 a następnie 8 kwietnia 1986 podała amerykańska gazeta Weekly World News, jednak ogół mediów potraktował to jako nieprawdopodobny żart, czy kaczkę dziennikarską... Dopiero teraz to zdarzenie nabiera

innego wydźwięku, wraz z najnowszymi badaniami. Otóż okazało się, że sześciu kosmonautów radzieckich, a mianowicie: Leonid Kizim, Oleg Atikow, Władimir Sołowiow ze stałej załogi Sluta-7 oraz „zmiennicy”: Świetlana Sawickaja Władimir Dżnanibekow i Igor Wołk przez 10 minut obserwowało niezwykłe postacie, które pojawiły się na kursie ich statku, z ciemności nocnego kosmicznego nieba wyłoniło się siedem postaci, wysokich na około 40 metrów z rozpostartymi skrzydłami podobnymi do olbrzymich skrzydeł ćmy lub „anioła” ja nazwały to amerykańskie mass-media. Postacie te miały barwę mglistoognistą i zbliżały się niebezpiecznie blisko do pojazd Salut-7, bo na odległość nawet zaledwie 25-30 metrów. Naoczni świadkowie, kosmonauci, którzy t e r a z, w numerze 9 września 1998 roku petersburskiego magazynu „NLO”(odpowiednik UFO) opisując to zdarzenie mówili: „To co pojawiło się przed statkiem w ułamku sekundy spowodowało, że do wnętrza naszego pojazdu wpłynęła pomarańczowa luminescencja i otoczyła nas... Gdy wyglądaliśmy przez okna pojazdu, na zewnątrz widzieliśmy ich uśmiechnięte przyjaźnie ludzki twarze. Gdy po kilku minutach rozpłynęli się, pozostawili po sobie żal z tak krótkiego kontaktu...” To co wówczas wydarzyło się, stało w jawnej sprzeczności z ideologią marksistowską i już choćby z tego względu musiało być zachowane w tajemnicy przez radzieckie władze. Od tamtych chwil minęło ponad trzynaście lat (do chwili gdy to piszę). Czemu tak długo nic nie było słychać na ten temat? To proste. To było zbyt nieprawdopodobne, obecność UFO w kosmosie, w jonosferze i na Ziemi jakoś opinia publiczna mogła ostatecznie przyjąć, choćby z oporami. Ale pojawienie się siedmiu aniołów w wysokiej jonosferze, na trasie lotu radzieckiego statku kosmicznego? Na trasie ateistów? Tego było już za wiele... Tymczasem niedawno amerykański inżynier z Programu

Hubble’a J. Pratchers ujawnił, iż teleskop orbitalny Hubble’a w trakcie badania galaktyki oznaczonej jako NGG-3532 wykrył swymi czujnikami, że...na orbicie okołoziemskiej zauważył siedem obiektów wyglądających jak „postacie z rozpostartymi skrzydłami”. Określono ich wielkość na około 20 metrów każdy...Pratchers określił je „M iały skrzydła takie jak nowoczesny samolot pasażerski, otoczone były niematerialnym nieziemskim światłem” Teleskop Hubble’a sfotografował te „anioły”. Dopiero teraz okazało się, że kosmonauci z Saluta-7 sfilmowali je na filmie o czasie trwania 43 sek...

Rozdział II

„UFO NA SIECI WILKA”

Jak wiemy odkrycie i pierwsze ustalenia w łonie sieci Wilka miały miejsce na lądowisku UFO w Chałupach na Helu. Ciekawe, jak by to wyglądało na innych miejscach, znanych ufologom, na których w innych terminach pojawiało się UFO? Przez okres najbliższych po 1981 roku lat p. Wilk z różdżką w ręku przebadał dosłownie wszystkie miejsca, co do których znano okoliczności mówiące, że kiedyś - ktoś zauważył tam nie tylko UFO ale i choćby samotnych humanoidów, którzy z racji swego wyglądu sprawiali wrażenie „istot nie z tej Ziemi” Jednym z pierwszych miejsc zbadanych na obecność tam „oczka „sieci „W było lądowisko w Emilcinie. Tam właściwiwie UFO nie lądowało, nie dotykało powierzchni ziemi lecz zawisło na wysokości około pięciu metrów nad gruntem. Okazało się że w tym momencie zawisu tkwiło w obrębie „oczka siedmiokrotnego”, czyli takiego który ma boczne ściany o rozmiarach 14 x 17,5 metra.. Wisząc w powietrzu obiekt wydawał „buczenie”, być może wynikające z pracy jego jakiegoś urządzenia, które widziane było przez naocznego świadka, p. Jana Wolskiego jako: „To były po każdym rogu, na dole i na górze takie jakby przetaki, tej wielkości kręgi a z nich w górę i w dół sterczały „w i r y”, takie jak śruba, wirnik w maszynce do mięsa, które ciągnie mięso. To tak wirowało i świeciło się jak tęcza i słychać było to buczenie (relacja p. Wolskiego wg. posiadanego przez autora nagrania z dnia 29.08.1981 wykonanego przez niego Emilcinie).

W tym przypadku obiekt znajdujący się w dolnym odcinku tunelu sieci „W „o przekroju poprzecznym równym oczku siedmiokrotnemu był z całą pewnością materialny, pomimo że nie zostawił po sobie śladów na gruncie. Owego dnia, 29 sierpnia 1981r. autor wraz z dwoma innymi ufologami z Warszawy oraz ekipą telewizyjną Il-go Programu był w Emilcinie by po trzech latach od momentu pojawienia się tam UFO jeszcze raz przesłuchać p. Wolskiego. Przypomnijmy, iż wówczas w 1978 roku Wolski został zabrany do UFO, przebadany i wypuszczony, przy czym wszystko pamiętał. Było to jednak dopiero trzy tygodnie po lądowaniu UFO w Chałupach i nikt z nas nic jeszcze o nim nie wiedział. Pierwsze badania na ewentualność istnienia tam sieci Wilka zostały przeprowadzone dopiero w 1983 roku. Wróćmy jednak do owego dnia 29 sierpnia 1981 roku... Po zakończeniu wywiadów ze świadkiem, obejrzeniu i sfilmowaniu okolicy kierownik ekipy filmowców z TV wyjął z kieszeni wahadełko o kształcie wydłużonego walca. Przymocowane ono było do cienkiego rzemyka długości 60 cm, tak że można było okręcić rzemyk kilka razy wokoło otwartej trzymanej płasko-pionowo dłoni a na reszcie rzemyka by wisiało wahadło. Trzymając w ten sposób je, pan Włodzimierz S. stanął dokładnie w miejscu, nad którym wcześniej tkwiło w powietrzu UFO i powiedział: ciekawy jestem jak zareaguje tu moje wahadełko... W tym momencie wokoło niego i o krok od niego stało ogółem jedenaście osób, wliczając w to pana Jana Wolskiego. Radiesteta lekko przytrzymał palcami lewej dłoni wahadło owinięte trzy razy wokoło prawej dłoni, przy czym rzemyk był przytrzymywany prawym kciukiem na krawędzi dłoni. Wszyscy wlepiali wzrok w wahadło... Pan Włodzimierz puścił

je z palców i w tym momencie wahadło zniknęło na oczach jedenastu świadków, mimo że było na rzemyku okręconym, wokoło dłoni i przytrzymywanym kciukiem. Zniknął również rzemyk... „To niemożliwe! Krzyknął ktoś i wszyscy opadli na kolana by znaleźć wahadło: Niestety niczego nie znaleziono pomimo że trawa w tym miejscu była wydeptana i wykoszona prawie do gruntu. No, wahadło długości 40 mm. mogłoby nawet wbić się w ziemię ale gdzie się podział sześćdziesięciocentymetrowy rzemyk? Jedyne podejrzenie jakie się wówczas nasuwało, to to, że stojąc w koło stworzyliśmy mimo woli krąg, czyli „jeden zwój cewki”, w ewidentny sposób zmieniając (bardzo słabo) stan pola elektrycznego w jej obrębie. Ale to za mało, by coś znikało... Teraz, po latach, mam podstawę do przypuszczenia, że mimo woli dzięki temu ludzkiemu kręgowi uaktywniliśmy pionowo prawie schodzący tunel o przekroju 14 x 17,5 metra. Tym razem pobrał „informację” o tym przyrządziku, po prostu zabierając go. Kanały i tunele sieci „W „pełnią rolę transmiterów i n formacji. Każdy z posiadaczy komputera zna przyrząd o nazwie skaner. Przy jego pomocy można zamienić obraz na ciągi „bitów”, poszczególnych impulsów elektrycznych i magnetycznych i zapisać je w pamięci komputera, albo też przesłać,] kablem lub falą elektromagnetyczną w dowolne miejsce kuli] ziemskiej a nawet poza nią (np. na pokład wahadłowca..) Wówczas tworzy się umowny układ, w którym są następujące jego składowe: a) ośrodek sterujący (operator komputera) b) urządzenie kodujące (skaner) c) droga przenoszenia informacji (fala elektromagnetyczna) d) dekoder (docelowy komputer)

e) odbiorca - świadomość drugiego komputerzysty Zauważmy: ten układ „operator-skaner-komputer-droga przenoszenia-komputer-świadomość odbiorcy jest bardzo podobny do poprzednio omawianego „kosmicznego” układu, w którym mamy: „ośrodek sterujący (nieznany) droga przenoszenia via kosmos(ugięcie przestrzeni) - dekoder (jonosfera) wtórna droga przenoszenia (sieć Wilka) - odbiorca (świadomość człowieka). Najprostszy model przenoszenia „UFO” na Ziemię? Zamienienie go w ciąg sygnałów w systemie dwu-bitowym (takim zresztą posługują się wszystkie komputery ma świecie) i prze słanie go jako czystej informacji poprzez kosmos do jonosfery, tam na pół zdekodowaną „linią” (siecią Wilka) wprost do celu i ponowne odtworzenie go w fazie „twardej materii”. M oże ktoś powiedzieć, że to nonsens, że niemożliwe Niemożliwym było jeszcze kilkanaście lat temu stworzenie s k a n e r a, do przekazywania kolorowych rysunków i map drogą elektromagnetyczną W takim przypadku „UFO” przekształcając się z czystej energii, choćby z zapisu cyfrowego w łonie sieci Wilka w twardą materię powinien pobrać z otoczenia dużą ilość energii, ponieważ jak wynika z teorii względności procesowi powstawania czystej energii z materii według znanego wzoru E (energia) równa się „masie” pomnożonej przez kwadrat prędkości światła przy czym produktem „ubocznym” będzie olbrzymia emisja światła i ciepła... W procesie dokładnie odwrotnym, przekształceniu energii w masę (materię) musi towarzyszyć pobór ciepła z otoczenia. Pamiętacie UFO zestrzelone w Południowej Afryce? Gdzie temperatura spadła z + 30 stopni Celsiusa do kilku poniżej zera? Ci, którzy „rządzą” siecią Wilka, w Emilcinie zachowali się wobec nas przyzwoicie. M ogli zdematerializować wahadełko, ale

wówczas olbrzymie promieniowanie zabiłoby nas wszystkich i powstałoby zniszczenie dużej części okolicy. Zamiast tego „zeskanowali” wahadło, czyli zrobili tak, jak robi się względem obiektu wysyłanego przez ugięcie przestrzeni (UFO). Bez szkody dla nikogo. Prawdopodobnie poza czasem wahadło znalazło się...gdzieś Ktoś postronny, nie stykający się nigdy ani z Wilkiem ani zagadnieniami odkrytej przez niego sieci mógłby nieco powątpiewaniem przyglądać się całej tej sprawie. Jakie bowiem sprawdziany potwierdzają autentyczność jego pomiarów? Opowiem tu historię, która miała miejsce w początkach września 1998 roku w podwarszawskim lesie kabackim, w rębie Powsińskiego Parku Kultury. Owego dnia rano zjawił sie u mnie znany mi bioterapeuta i ezoteryk, pan M ichał Zaręba wraz z drugim, również ezoterykiem i ekstrsensem, panem L. (nie chce on ujawniać nazwiska) zaproponowali mi, bym udał się z nimi do lasu Kabackiego, bo chcą pokazać mi coś ciekawego. Ponieważ była piękna pogoda chętnie się zgodziłem i po kilkunastu minutach! jazdy samochodem już byliśmy na miejscu. Poszliśmy kiepską asfaltową szosą, wiodącą od przystanku autobusowego skrajem Parku Kultury w stronę Ogrodu Botanicznego Polskiej! Akademii Nauk. Nie dochodząc do wiodącej tam bramy, oj jakieś trzysta metrów przed nią,po lewej stronie szosy ujrzałem cztery brzozy wyrastające z jednego miejsca, tworzącej jakby rozgałęzioną literę „V”. Obaj panowie wyjęli wahadła i ujrzałem, że w ich rękach dziwnie wirują... „Tu jest bardzo silne miejsce mocy - powiedzieli”. Ponieważ moje pomiary i odczucia mogłyby być subiektywne - postanowiłem sprawdzić to w niecodzienny sposób. Następnego

dnia była niedziela, zatelefonowałem wiec do p. Wilka, proponując byśmy pojechali do Powsina rano, obeszli Ogród Botaniczny a później o jedenastej trzydzieści spotkali się z M ichałem Zarębą, który chce go poznać. Tak też zrobiliśmy. Ponad dwie godziny byliśmy w pięknych oranżeriach Ogrodu Botanicznego a później spacerem poszliśmy w kierunku tych drzew, tą opisaną wyżej szosą. Wilk - ciągle nie miał pojęcia, że zabrałem go tutaj w niezwykłym celu...Po dotarciu na miejsce powiedziałem: weź różdżkę do ręki i sprawdź co tu może być - ale on skrzywił się z niesmakiem: „eee...ja tu już chodziłem, chodziłem... tu nic nie ma. Dał się jednak w końcu nakłonić... Krótką chwilę chodził w kółko, widać że bez przekonania i nagle powiedział „O cholera! ...i od tego momentu jakby zapomniał o moim istnieniu. Chodził badając bardzo starannie okoliczny teren. Co chwila coś notował i chodził dalej nie zważając na moje ponaglenia, że spóźnimy się na spotkanie... Kiedy skończył wreszcie, szliśmy szybkim krokiem w stronę kawiarenki leśnej a on opowiadał: „Tamtędy, gdzieś pomiędzy 620 a 630 rokiem po Chrystusie wędrowała grupa wojowników słowiańskich. Było ich kilkunastu i nieśli na noszach ze sobą kogoś bardzo ważnego, jakby jakiegoś wysokiego kapłana bardzo wysoko rozwiniętego duchowo. Zatrzymali się tam na biwak i zbudowali z krzaków trzy okrągłe szałasy, rozpalili też ognisko. W nocy im ten kapłan zmarł i pochowali go dokładnie tam, gdzie rosną teraz te cztery brzozy. (Do tej pory niczego Wilkowi o tych brzozach nie mówiłem!) Z tego miejsca bije w górę wprost nieprawdopodobnie silna, pozytywna energia...” Wilk był wręcz zaskoczony, gdy po spotkaniu z p. Zarębą dowiedział się w jakim celu został ściągnięty w to miejsce...

Potwierdziło się to, co mówił Zaręba i jego towarzysz o miejscu mocy? Czy zatem przy pomocy różdżki można tak precyzyjnie odczytać datowanie? Dokładnie prawie, ze ścisłością do 10 lat określić zdarzenie o którym przecież milczy historia, jako że dzieje narodu polskiego właściwie nie są znane z okresu wcześniejszego niż siódmy - ósmy wiek? Jak dowiedzieć się kto, jakiej profesji i jakiego poziomu duchowego tędy wędrował, był chory czy ranny i był niesiony na noszach? Skąd wiadomo ilu było towarzyszących mu wojowników i jak określono, że byli to Słowianie? Jak wreszcie dowiedział się Wilk, że ta ważna osoba zmarła i została pochowana - i gdzie? Jak wreszcie odczytał on inną metodą niż robili to Zaręba i drugi z ekstraseansów, że z tego miejsca bije wielkiej mocy pozytywna energia? O tym wszystkim dowiemy się teraz kolejno... Wspomnę tu, że tego rodzaju ludzi, radiestetów posługujących się różdżką do odczytywania zdarzeń minionych u co dziwniejsze - przyszłych - Wielka Brytyjska Encyklopedia Techniczna nazywa terminem: „D I V I N E R”. Diviner to ktoś posiadający w sobie „iskrę Bożą”. To człowiek dla którego niemożliwe staje się możliwym. Badania rozpoczęły się w Chałupach i do nich znów musimy zawrócić. Przypomnijmy sobie, że niewielkie rozmiarami poprzecznymi kanały krzyżujące się w tym, który biegnie wzdłuż całej osi podłużnej półwyspu helskiego wchodzą w toń morską na kilka metrów od brzegu i zanikają tam schodząc w głąb. Nie zapomnijmy - są to kanały poziome, jakby utkane ze stojącej fali hiperdźwiękowej, a więc drgań akustycznych. Badacz radiesteta wykrył je wchodząc w wodę tak daleko jak mógł bez obawy

utonięcia, przy czym starał się namierzać ścianki sieci nawet pod wodą. Okazuje się, że inna jest przewodność powietrza dla tego rodzaju sygnału a inna wody morskiej. Ta w Bałtyku jest znacznie mniej zasolona niż woda oceaniczna z uwagi na wielką ilość dopływających do niego rzek niosących słodką wodę. Zawartość soli w wodach naszego morza waha się od 3,8 do 4,5 %. Nagle okazuje się, że oporność tak zasolonej wody wyrównuje się z natężeniem „sygnału” jakim jest struj mień fali stojącej sieci Wilka. Dzięki temu staje się niemożliwym badanie różdżką i wyłapanie strumienia energii tworzącego zarówno same ścianki sieci jak i wewnętrzny strumieni energii niosący informację... Ten fakt jednak, pomijając wynikające z niego zależności fizyczne mówi nam o tym, że poziome kanały sieci „W „wchodzą w morze... Po co? M oże się tego nigdy nie dowiemy... Na razie stwierdzamy tylko stan rzeczywisty. Badając rozmieszczenie wszystkich kanałów na półwyspie helskim w następnych latach, Wilk ze zdumieniem stwierdził, że od brzegu morskiego u nasady półwyspu wchodzi w głąb lądu stałego kanał „szeroki”. Wchodzi w głąb lądu na około pięćdziesiąt kilometrów i później rozgałęzia się na dwie odnogi. Każda z nich biegnie poprzez kraj ale łączą się one w którymś miejscu daleko od morza. Niezależnie od tego przebiegu, tworzącego z grubsza kształt pętli trójkątnej - z tego samego prawie miejsca wychodzi na ląd inny kanał, również początkowo jako pięćdziesięciokilometrowy odcinek, rozgałęziający się na dwie odnogi. Teraz jednak te trasy biegną blisko siebie i łączą się ze sobą po okrążeniu z bliska...lądowiska UFO w Emilcinie, o którym poprzednio wspomnieliśmy. M iłosław Wilk przeszedł pieszo obie te trasy wiodące

zarówno w obrębie pętli trójkątnej jak i tej drugiej, wydłużonej w kształt kiszkowaty. Dzięki temu mógł wyznaczyć je dokładnie na mapie i stwierdził zdumiewające zależności: Długość trasy przebytej przez każdą z tych „pętli” wynosi dokładnie 1428 kilometrów. Odcinek trasy od brzegu morza do Emilcina to równo połowa tej drogi = 714 km. Tu stwierdził (w Emilcinie),że na przebiegu kanału pojawił się dziwny znak, jakby umownie oznaczający „połowa drogi”. Wartość „1428”, w tym przypadku kilometrów w dziwny sposób koresponduje z...częstotliwością drgań ścianek siatki geopatycznej. Pozornie trudno uchwycić tu jakiś związek przy czynowy a jednak! Od dnia odkrycia przez Hartmana siatki geopatycznej (stąd też druga jej nazwa „siatka Hartmana”) obliczono, iż biorąc pod uwagę grubość jej ścianek równy 21 cm, co przyrównuje się do długości fali najpowszechniejszego w przyrodzie pierwiastka: wodoru, częstotliwość drgań fali o długości 21 cm wynosi... 1428 kiloherców. Czy to tylko niezwykły zbieg okoliczności - czy też jakaś Prawidłowość, odnosząca się przecież do różnych jednostek pomiarowych? Faktem jest, iż mocno nas ona skoczyła... Stwierdziwszy, że kanał zachował się jak sterowana inteligencją struktura, i po zauważeniu tego „znaku drogowego” jak z humorem nazwał znacznik połowy trasy, badacz zaczął starannie obserwować wszelkie miejsca skrętów kanału, miejsca wejścia go na most i zejścia z niego, nawet te odcinki gdzie kanał z jemu wiadomych powodów rozgałęział się na dwie odnogi rozchodzące się w dwie strony. Znajdywać zaczynał! nawet niewielkie kanały krzyżujące się ze sobą - i tam wszędzie wykrywać zaczynał specyficzne a powtarzalne w tych samych okolicznościach znaczniki, swoiste zapory wewnątrz struktury

kanału, których zakończenia sięgały aż poza ich ściany. Tak stopniowo wyłaniać się zaczynał system zapór energetycznych sterujących przepływem informcji wewnątrz kanałów. Pomału stawało się jaśniejsze jaka rolę pełnią one w naszym otoczeniu. M ając teraz do dyspozycji te „znaki drogowe” można byłe pokusić się o zbadanie kierunków przepływu strumienia informacji wewnątrz kanałów. Trwało to dość długo, ale okazałe się, że rzeczywiście: jest zmienna w czasie przepustowość kanałów, raz energia płynie w jedną stronę a po chwili akurat w przeciwną... Dzięki temu można było prześledzić czasem pobór informacji z miejsc, które interesowały „sieć”. Tu pomału zaczyna się wyjaśniać jeden z powodów istnienie tej przedziwnej struktury w obrębie naszej planety. „Pobór informacji” lub odwrotnie - docieranie jej do nas. Tam, dokąd informacja dociera musi być ona w jakiś sposób odbierana i spożytkowywana. Informacja zakodowana w strukturze fali stojącej, niematerialnej i niewyczuwalnej przez zmysły człowieka, najbardziej przecież rozwiniętej istoty żywej na Ziemi musi jednak docieraj tam, gdzie może zostać we właściwy sposób „odkodowana” spożytkowana. Nie ma na Ziemi innej, bardziej rozwiniętej istoty niż człowiek, stąd nasuwa się wstępny wniosek, że większość przekazu informatycznego jest przeznaczona jednak dla ludzkości. Ale nie całość! Spora część zawierać może zakodowaną strukturę służącą do pojawiania się u nas UFO - trudno jednak przypuścić by taka możliwość zachodziła tam, gdzie kanały penetracyjne wchodzą do placówek służby zdrowia, instytutów onkologicznych czy kościołów. Skąd jednak jest nadawana ta „informacja”? Tego nie wiemy,

biorąc jednak pod uwagę tajemnicze obiekty zwane przez nas UFO i wielokrotnie stwierdzane fakty, że istoty ludzkie poddawane są tam...dziwnym niekiedy badaniom i wykorzystywane do tworzenia krzyżówek z członkami załogi tych obiektów - z pewnością nie pochodzi ona z naszej planety z żadnego okresu czasu - ani obecnego ani przyszłego czy przeszłego. Najwięcej nieufności wśród osób, stykających się z badaniami sieci Wilka budzi odczytywanie przyszłości. No bo jakże! Czy wystarczy wziąć do ręki kawałek zagiętego drutu by dowiedzieć się co i kiedy wydarzy się w przyszłości? Przez swoistą analogię przypomina mi się kiedyś posłyszana anegdota. Jechał ktoś kiedyś samochodem szosą i „wysiadł mu” silnik... Godzinę grzebał w nim, zanurzony po pas pod podniesioną maską...gdy wreszcie podniósł głowę ujrzał że obok niego stoi niebogato ubrany chłop i uśmiecha się... - Pan pozwoli! Posłyszał, i poczuł jak chłop wyjmuje mu z ręki klucz francuski, którym on usiłował zlokalizować uszkodzenie. Na jego oczach chłop trzy razy stuknął w silnik i naglę zagrał on... na jałowym biegu. - Ile się panu należy za pomoc spytał właściciel samochodu - Drobiazg... sto złotych i sześćdziesiąt groszy. Gdy uradowany wypłacał gotówkę zastanowił się i zapytał: dlaczego akurat taka suma? - To proste - posłyszał. Po dwadzieścia groszy za każde Puknięcie kluczem... A stówa za co? - A za to, że wiedziałem gdzie i jak puknąć. No właśnie. Trzeba tylko wiedzieć co i jak trzeba zrobić aby czytać przyszłość.

W dalszej części spotkamy rysunkowe schematy budowli, które zostaną zbudowane na terenie Polski. Gdy pytałem Wilka, jaką najwcześniejszą przyszłość jest w stanie określić powiedział, że na skarpie mokotowskiej w Warszawie, w pobliżu pałacu Ujazdowskiego w roku 2050 zostanie wzniesiony piękny pomnik z białego marmuru ku uczczeniu czynu dwóch rodzin, które „uratowały” miasto od zagłady... Oczywistym jest, iż owe „uratowały” odnosi się do połowy XXI wieku. Nastąpi coś katastrofalnego co będzie zagrażać stolicy... niestety, nie zawsze można wykryć złe zdarzenia o wiele częściej przyszłość pokazuje swoje dobre strony... Tu - w kontekście tego stwierdzenia pan Wilk posłużył się odkrytymi wcześniej znakami radiestezyjnymi, jakby trwale zapisanymi w przestrzeni oznacznikami płci człowieka. Doszedł do tego trudną i żmudną drogą, (patrz rys. 5) Penetrując warszawskie zabytki, wśród których na przykład w Ogrodzie Saskim jest kilkanaście alegorycznych figur przedstawiających poszczególne gałęzie nauki i sztuki zauważył, że tam gdzie rzeźba, przedstawia mężczyznę pojawia się specyficzny zwarty znak, powtarzający się zawsze tam gdzie występuje pojęcie „mężczyzna”. Nie musi to być akurat figura czy rzeźba, taki sam znak płci pojawia się na przykład przy nagrobkach sławnych ludzi płci męskiej. Analogicznie jest z płcią kobiecą. Ona ma sobie też przypisany inny znak. Zaczęły się podobne znaki powtarzać w setkach przykładów... stopniowo wykryto kolejny znak określający p ojęcie „dziecko”. Z tych trzech indywidualnych znaków „sieć” splotła zbiorowe pojęcie „rodzina”. Często też można określić ile dzieci] wchodzi w skład takiej rodziny, o której pamięć została na wieczność zapisana w tej niezwykłej kronice, jaką to rolę między innymi pełni „sieć W „.

Ogród Saski w Warszawie jest niezwykłym miejscem szczególnie wyróżnianym przez kanały sieci. Tylko w nim samym i jego najbliższym otoczeniu zostało wykrytych ponad sto dwadzieścia miejsc, w których trwale zanotowane są ślady pobytu tam tego co zwiemy „UFO”. Nie musiało ono być za każdym razem obiektem materialnym. Do naszej przestrzeni dociera przecież wpierw zakodowany sygnał, informacja niosąca w sobie pełną strukturę i budowę zarówno obiektu jak i jego załogi. Człowiek może być zabierany do jego obrębu nie koniecznie jako żywa i materialna istota, o wiele częściej zdarza mu się to, gdy jest jedynie ciałem astralnym, dzięki temu tylko niekiedy zatrzymuje pamięć o zdarzeniu a najczęściej niewiele z tego pamięta (patrz rys. 6). Oprócz znaków płci przy wielu pomnikach odczytać można radiestezyjne znaki określające profesję danej osoby, nawet jej narodowość. Tak było z alegoryczną figurą przedstawiającą.Astronomię”. Pewien skręt kanału był tylko przy niej a nie było go przy sąsiednich rzeźbach Wilk skrzętnie zanotował go i poszedł do niedalekiego pomnika Kopernika na Krakowskim Przedmieściu. Tam...był również taki sam znak... Wybrał się więc na daleką dzielnicę Siekierki, do nowego Centrum Astronomicznego. Tu nie był jeden taki znak lecz ich wiele... W ten sposób krok za krokiem wykrywa się, porównuje między sobą i notuje liczne znaki: płci, zawodu, narodowości. Określa się czy dana postać historyczna pełniła w kulturze i cywilizacji rolę negatywną czy pozytywną. Stopniowo zaczynał się gromadzić materiał porównawczy zapisany w przestrzeni symbolami, które można po pewnej wprawie odczytywać... Każdy początek jest trudny... Dziecko też zaczyna od poznawania poszczególnych liter, powoli tworzy z nich sylaby,

proste słowa i po latach uzyskuje wiedzę. Podobnie jest z Siecią Wilka. Zaczyna się od nieporadnego „raczkowania” jak ślepe dziecko we mgle, po to by po latach żmudnych doświadczeń, pełnym pomyłek, upadków i błądzenia wyjść na prostą i zachłannie czytać w szeroko otwartej KRONICE AKASZY. Odczytywanie tego co zapisane jest skrętami kanałów i i oczek zacznijmy od Lądowisk UFO. To bardzo dziwne struktury. Schematycznie zbudowane z podobnych do siebie układów, chociaż różnią się one mięć sobą wielkością i wewnętrzną „układanką”. Radiesteta namierza gdzieś w terenie „kanał” i stwierdza: nagle wykonuje on na małej przestrzeni skręt w lewo po kątem prostym, po to by przebywszy kawałek drogi dwukrotnie dłuższy od swojej szerokości skręcić jeszcze dwa razy w prawo „wrócić na poprzedni kierunek. To oznaka, że w tym miejsc zaczyna się „układ lądowiska UFO”. Zaraz za zakończenie skrętu pojawiają się dwa najmniejsze oczka sieci Wilka, tj, 4 z 5 metrów, rozmieszczone po obu stronach nadal biegnącego kanału, na końcu cienkiej linii, wytyczonej tą samą energią i tworząca ścianę. Takich poprzecznych cienkich linii pojawia się w dalszym ciągu kanału zawsze pięć. Na tych „ramionach” symetrycznie po obu stronach kanału pojawiać się zaczynają duże oczka, o różnych zresztą rozmiarach. Para oczek symetrycznych względem biegnącego środkiem kanału, ostatnia kolejności, piąta, ma zwykłe największe rozmiary. Na jednym z tych bocznych oczek „ląduje” UFO. (rys. 4) O kreś lenie „ląduje” nie jest precyzyjne. Obiekt w przeważającej większości przypadków pozostaje poza światłem widzialnym, i nie może być zaobserwowany wzrokowo - chociaż czasami może być sfotografowany, szczególnie gdy zdjęcie

wykonywane jest nocą z długim czasem naświetlania. Zdarza się, że badacz namierza w terenie układ lądowisk pomimo, że kilka dni temu badał ten teren i żadnego takiego układu nie wykrywał. To sygnał dla niego, że uaktywnia się energia w tym miejscu... Nie zapominajmy, że ten układ to zbiór schodzących z gór w dół tuneli i dopiero ich rzut na powierzchnię Ziemi twór zarysy kanałów i oczek. Jeżeli będziemy badać co kilka-kilkanaście godzin rosnące w wymiarach któreś z oczek to będzie oznaką, że jeden z kanałów poszerza swój przekrój poprzeczny, inaczej mówiąc rośnie. Jedno z pary oczek, zazwyczaj na czwartym licząc od „wejścia” w kanale potrafi przez jedną dobę urosnąć z 4x5 metrów do 18 x 22,5 metrów a sporadycznie nawet do 26 x 32,5 metrów. Do przekroju równego oczkom „dziewięciokrotnego” czy nawet „trzynastokrotnego”. Te rozmiary limitują rozmiary UFO pojawiających się w styku z powierzchnią Ziemi. Rzeczywiście - ufologia światowa nigdy nie stwierdziła lądowania na powierzchni gruntu obiektu o rozmiarach tak wielkich by nie zmieściły się w oczku 26 x 32,5 metra. Pojawienie się „UFO” czy to w fazie widzialnej wzrokowo czy też w postaci zjawiska nieobserwowalnego implikuje kolejne zdarzenia na sieci Wilka. Tam, gdzie w jakimś momencie czasu wykrywa się „szeregowe” lądowisko, po jakimś czasie ono znika a pojawiają się kręgi UFO. Są to zazwyczaj dwie formy okrągłe połączone krótkim lecz szerokim odcinkiem kanału. Takie twory wykrywa się niekiedy setkami na niewielkim kawałku terenu, na przykład właśnie w opisanym wyżej Ogrodzie Saskim. Bywa, że trwają one w niezmienionym kształcie tysiące lat...lub pojawiają się zapowiadając jakieś wydarzenie...

W połowie marca 1987 roku zawiadomiono nas, (tj. grupę badaczy tych zjawisk), że w zachodniej części lasu Kabackiego, położonego na południowych krańcach Warszawy ktoś napotkał 22 lutego owego roku siedzącego na ławce...ufoludka... Świadek okazał się w pełni wiarygodny, był nim oficer w stopniu pułkownika w służbie czynnej, codziennie po pracy chodzący spacerem przez las z przedmieścia Pyry do Powsina, pokonując za każdym razem dwa razy po 4,5 km. Po wyjściu z Pyr, i przejściu nie więcej niż jeden kilometr natknął się na małą istotkę, w kombinezonie ciemnozielonej barwy, siedzącą na leśnej ławce w ten sposób, że nogami nie sięgała ziemi. Twarz tej istoty była taka, że świadkowi zrobiło się nieprzyjemnie... „Podobna do wykrzywionego małpiego pyska z dużymi czarnymi oczyma ale za to bez nosa... Głowa obciągnięta kapturem takiej samej barwy jak kombinezon, a nad czołem na tle tego kaptura pełgające światełko żółto - fioletowej barwy...” Świadek mijając o kilka kroków tą ławkę czuł silne drżenie całego ciała, „mrowienie w oczach”, uczucie chodzenia mrówek po twarzy, przyśpieszone łomotanie serca (czego nigdy przedtem nie miał) i jak mówił - czuł że mu pod czapką włosy stają dęba... Wszystko to mogły być odczucia spowodowane wejściem w bardzo silne pole siłowe otaczające UFO. Trzy tygodnie później, 15 marca 1987 roku w miejsce tego zdarzenia wybrała się grupa badaczy w skład której wchodzili też M iłosław Wilk i autor. Bez trudu został odnaleziony o kilkadziesiąt metrów w bok od drogi, którą przechodził świadek wytopiony w słabym pokryciu śniegowym ślad po UFO. Świadek nie raportował, iżby widział ten obiekt, przepytywanie się wśród bywalców tego lasu (jest on

częścią Parku Kultury i liczy 930 ha powierzchni) również nie sugerowało, by ktoś widział wzrokowo to UFO. Pomiar radiestezyjny metodą Wilka wykazał, że już po „odlocie” a raczej zniknięciu UFO w tym miejscu pojawił się radiestezyjny ślad zdarzenia, a mianowicie obraz miejsca, na którym było UFO oraz trwale zarejestrowany krąg, tam gdzie stała ławeczka z ufoludkiem... Dokładnie w tym miejscu, gdzie siedziała ta istotka i gdzie p op rz ednio „siedziało” w krzakach UFO, po 76 dniach od pojawienia się tam ufoludka na ławce i UFO w zaroślach - rozbił się pasażerski samolot PLL LOT typu „IŁ-62” grzebiąc w swych szczątkach 183 ofiary. Nie istnieje już ta ławeczka ani układ dróg śródleśnych w tym miejscu. Spadający lotem koszącym samolot wyciął skrzydłami zanim eksplodował pas lasu szerokości około sześćdziesięciu metrów i długości dwustu. Stoi tam teraz pomnik poświęcony ofiarom katastrofy. Niestety, jeszcze wówczas w 1987 roku nie było możliwości wykrycia w przyszłości tej katastrofy, cóż by to zresztą dało? Prognozowanie zdarzeń, które mają dopiero nadejść nie jest wcale sprawą łatwą Najczęściej dochodzi do tego raczej przypadkowo, z okazji badania jakichś innych przypadków, wcale nie z myślą o przyszłości Tak też badając teleradiestezyjnie zachodnią Kalifornię, bo i taką metodę stosuje p. Wilk w odniesieniu do trudnodostępnych terenów, stwierdził z przerażeniem, że na terenie San Francisco „w dniu 10 kwietnia 2010 roku zostanie zakończone usypywanie kopców z gruzów” O co tu chodzi dotychczas nie udało się wykryć, ale jest to niepokojące, gdyż tych kopców ma być siedemnaście...Niestety na nic nie zdały się dotychczasowe próby „zmuszenia różdżki” by powiedziała z jakiej okazji powstaną te gruzy...Jedno jest

raczej pewne - nie będą to gruzy po jakiejś katastrofie nuklearnej, gdyż wówczas nie byłoby komu tego robić... Skręty, meandry kanałów w pobliżu licznych pomników zawierają w sobie znaki płci, zawodu, narodowości osoby, którym są one poświecone a także specjalne oznakowania tycząc! się szczegółów architektonicznych, wbudowanych lub otaczających to miejsce. Dziwny jest na przykład znak oznaczający „fontanna”. Przypomina dwa przeciwstawne do siebie ramiona, skręcone przeciwnych kierunkach, podobne do dwóch leżących naprzeciw siebie ramion swastyki. Taki zbiorczy znak, składający z kilku elementów Wilk nazwał „signum” (po łacinie „znak”}. Zbiór kilku lub wielu „signum” wykrywany w pobliżu jakiegoś budynku, kompleksu budowli czy nawet miejscowości twórz; „spectrum” tego. I znów po łacinie oznacza to „widok”, zatem określenie dobrane do charakteru miejsca. Używanie łaciny podyktowane jest zrozumiałością określeń dla badaczy cudzoziemskich poznających tajniki badań Wilka. Ten język bowiem i zwarte w nim zwroty zrozumiałe są dla większości wykształconych ludzi zachodu, szczególnie będących w starszym wieku, jako że za lat ich młodości znajomość tego ‘ języka była warunkiem otrzymania świadectwa dojrzałości. W swoich wędrówkach z różdżką w ręku zawędrował Pan Wilk na tereny bitwy pod Grunwaldem. Był tam wiele razy, spędzając tam łącznie kilka tygodni. Traf chciał, iż spotykał tam historyków szwajcarskich, niemieckich i szwedzkich, dla których znajomość jednej z kluczowych bitew świata była o wiele ważniejsza niż analogicznie dla naszych rodzimych. Tam właśnie, badając w terenie, przemierzając za każdym razem wiele kilometrów pieszo wykrył wielokrotnie powtarzające się znaki

narodowości, jakimi „sieć” oznaczyła poszczególne nacje biorące udział w tych zmaganiach. I tak w bliskości siebie na terenie bitwy stali rycerze polscy, niemieccy, trafiali się Szkoci, walczący po stronie krzyżackiej, nieliczni Anglicy, Flamandowie, a także wojska ruskie, litewskie, tatarskie, czeskie... Dzięki temu nie tylko stwierdzono obecność różnych narodowości ale i wzajemne ich ustawienie przed bitwą. (rys. 7) Namierzenie rozmieszczenia wojsk obu z walczących stron, pozycji zajmowanych przez dowódców, wilczych rowów pokopanych przez Krzyżaków, do których spodziewali się zapędzić część wojsk polskich, nawet namioty króla polskiego Władysława Jagiełły itp. - nie stanowiło istotnego celu dla „sieci Wilka”. To było pokazane jakby „w tle” plątaniny kanałów, układów oczek, lądowisk, kręgów UFO itp. Tym niemniej właśnie dzięki tym badaniom wykonywanym radiestezyjnie przez Wilka a wspartym badaniami zachodnich historyków w znaczny sposób powiększyła się znajomość przebiegu bitwy. Wielu historyków i badaczy konwencjonalnych „boczy się” na badania wspomagane radiestezją. Nic na to nie poradzimy, że potwierdzają one niekiedy logikę zdarzenia na przykład bitwy grunwaldzkiej a zaprzeczają brakowi logiki strategicznej wielu historyków uważających się za ekspertów. Na przykład wyznaczeniu królowi Jagiełłę stanowiska dowodzenia, wprawdzie na wzgórzu, z którego mógł mieć wgląd w pole walki, ale mającego za plecami, u stóp wzniesienia bagniste jezioro, do którego ewentualne cofnięcie się skończyłoby się klęską. Do tego nikomu nie przyszło do głowy, że dowódca nie może obserwować bitwy pod słońce, które w południe świeciłoby mu prosto w oczy. Radiestezyjne obserwowanie zdarzeń historycznych wiąże się z wykryciem sposobu namierzania daty zdarzenia. Nie będę się tu

rozwodzić nad skomplikowanymi czynnościami, jakie były podejmowane, by w żmudnym trudzie dojść d o właściwego sposobu wychwycenia okresu czasu związanego z jakimś zdarzeniem czy dłuższym ciągiem wydarzeń. Koniec końców udało się i to w zaskakujący sposób: Otóż „sieć” traktuje czas nie jako coś przemijającego i ulotnego lecz jak jeden z parametrów siebie samej. Dzięki temu badając zjawiska związane z jego „upływem” wykrywa się powtarzające się „sigma” i „spectra” a nawet co tu jest najdziwniejszym - udaje się niekiedy wykryć zapis, dokonany cyframi arabskimi i rzymskimi i to w zależności do stosowanego przez ludzi kalendarza, opartego na odniesieniu do daty narodzin Chrystusa. Dowodzi to, że „sieć” nie jest strukturą li tylko techniczną, służącą przesyłowi informacji, ale że sporządzona została po to by służyć rasie ludzkiej w ciągu jej powstawania i trwania. Spójrzmy na rysunek nr. 8, tym razem już dość szczegółowy, pokazujący przedziwne zdarzenie: chodzi tu o „wzięcie kobiety do wnętrza UFO połączone z badaniem jej wewnątrz”. Linią przerywaną zaznaczone zostały krawędzie kanału i Poszczególnych oczek. Jeden człon złożonego z dwóch kręgów UFO położony jest na „oczku dwukrotnym”. Z jego końca wy chodz ą „signa” oznaczające: „podwójny krzyż = mierny rozwój duchowy”. Z drugiej strony tego „signum” widzimy znak „kobieta” i od małego kanaliku odbiegającego w bok wychodzi „plansza” z datą w cyfrach arabskich i rzymskich „3.VII. 1987 +”. Znak „+” oznacza tu „po Chrystusie”, względnie w stosowanym przez nas określaniu daty. Od pustego kręgu biegnie odcinek kanału. M iejsce zaznaczone linijką przerywaną oznacza, że kanał ten w terenie jest znacznie dłuższy niż na rysunku. Tamten pierwszy krąg UFO, pusty, nie jest właściwym

miejscem badania kobiety. Tam, na tym pierwszym znaku UFO pojawiło się na ziemi, ale stamtąd kanałem sieci „W „istoty z UFO dostały się do mieszkania kobiety i tam dopiero, w stworzonym do tego celu „kręgu” dokonały właściwego badania. Dwa małe kółka, jedno nad drugim to jakby „głowy” tych pozaziemskich istot, większe „kółko” na zakończeniu szyjki: symbolizuje obecność w tym miejscu badanej istoty ludzkiej. I znów, jak poprzednio pojawia się z boku „signum” miernego rozwoju duchowego i na przeciwko znak „kobieta”. Z obu stron całego układu widzimy ugięcia kanału, jakby zapoczątkowujące i kończące cały układ.. Jak wiadomo ufologom a także wielu kobietom, które przeżywają koszmarne, dręczące ich wizje, uważane przez nie za sny lub przywidzenia - podobne sytuacje zdarzają się o wiele częściej niż przypuszczamy. Jak mówią o tym poważne źródła, przypuszcza się, że około 1/3 populacji zdrowych kobiet pomiędzy 16-tym a 40-tym rokiem życia jest napastowanych przez pozaziemskie istoty, docierające do naszego pobliża jako „byty niematerialne” właśnie poprzez sieć „W „. Powyższy schemat „spectrum zdarzenia” w tym przypadku dotyczył kobiety znanej badaczom jako jedna z tych, które wprawdzie nie uległy zabraniu do UFO będącego w fazie obserwowalnej wzrokowo, tym niemniej został jej po tym wrażeniu uraz psychiczny spowodowany dręczącymi ją przez dłuższy czas zmorami sennymi. Jak opisują swoje przeżycia młode kobiety, które niejednokrotnie zwracają się do mnie opisując swoje - jak to niejednokrotnie określają - „wizje”. „Leżałam na łóżku nie mogąc długo zasnąć...pomimo zmęczenia wywołanego całodziennym bieganiem za domowymi sprawami, gotowaniem, wychowaniem dzieci, sprawdzaniem

odrabiania przez nie lekcji...no jednym słowem codziennymi zwykłymi, sprawami powinnam się czuć zmęczona...bo b y ł a m przecież zupełnie wykończona, ale sen nie nadchodził. Niejasno wyczuwałam jakieś jakby czające się wokoło mnie zagrożenie... Niby nic konkretnego...nic mi przecież fizycznie nie groziło...byłam zdrowa i w pełni sił i swoich dwudziestu ośmiu lat... a czułam, chyba podświadomie, że coś tu nie jest „tak”... Zupełnie nie zdaję sobie sprawy czy nagle usnęłam, czy też wpadłam w jakiś dziwny stan... Nagle ujrzałam nachylone nad sobą dwie ohydne głowy... duże jajowato kuliste i łyse. M iały bardzo duże i nieruchomo wlepione we mnie oczy...czarne...albo prawie czarne, błyszczące i wypukłe...Nie zwracałam uwagi na szczegóły w ich twarzy, stąd nie potrafię powiedzieć czy i jakie miały usta, nos czy uszy...to mnie nie obchodziło...Czułam, że te oczy niosą mi jakieś zagrożenie... ale nie grożące śmiercią, a jakieś inne... Czułam...miałam takie dziwne przekonanie,że gdzieś mnie niosą. Nagły zawrót głowy zamącił mi myśl i leżę na jakimś białym stole a naokoło mnie nachyla się nade mną kilka takich samych głów. Nagle uświadamiam sobie, że na mnie leży jeszcze jeden...czuję jego lodowato zimną głowę tuż obok mojej... Znów kolejne uczucie jakbym była na zwariowanej huśtawce...mdłości i...czuję że mi wszystko podchodzi do gardła... szaro...szaro przed oczami...Na moment budzę się z tego złego snu, rozglądam się po pustym i ciemnym pokoju i zasypiam jak kamień... Po paru dniach na lewej nodze tej kobiety stwierdzamy typowy ślad po pobraniu tkanki oraz dwadzieścia kilka centymetrów nad ziemią, na jej lewej łydce ślad po wszczepieniu jej implantu W tym przypadku „ufonauci” zadali sobie trud, a może było

to niezależne od ich woli, ale na spectrum tego zdarzenia pojawiło się dokładne datowanie. Najczęściej nic się nie pojawia, chociaż bywają i inne dziwne zdarzenia. Zimą 1997/98 zgłoszono nam (ufologom) dziwny przypadek. Bohaterką była dziewięcioletnia dziewczynka, która opowiadała swoim rodzicom, że w nocy pojawia się w jej pokoju (śpi sama) mała postać „gnoma”, siedzącego naprzeciw jej posłania na małej komódce...Twierdziła, że robiło się jej „szaro przed oczyma” i... „Już leżę na jakimś dziwnie miękkim łóżku, niby nie przywiązana, ale nie mogę się ruszyć. To bardzo miękki materac otoczony wokoło takim jakimś wałkiem czegoś miękkiego. To jest bardzo wygodne. Koło mnie stoi dwóch „panów”, całych czarnych, oni wyglądają jak sylwetki wycięte z papieru... C i „panowie” prawdopodobnie ufonauci tym razem ograniczyli swoje czynności do wszczepienia dziewczynce w lewą łydkę implantu niematerialnego. Zrobili to urządzeniem podobnym do cienkich i długich, czarnych szczypiec, nakładając ich końcówkę na duży palec u lewej stopy. Dziewczynka poczuła ostry ból w palcu w momencie gdy prawdopodobnie został puszczony impuls energetyczny w nogę. Wszczep umiejscowił się dokładnie na tej samej wysokości nad ziemią co u dorosłej kobiety. Polski uczony, profesor Jan Pająk, zamieszkały od 1981 roku w Nowej Zelandii i tam naturalizowany, zajmujący się między innymi podobnymi sprawami twierdzi, iż wszczepy (implanty) umieszczane są kobietom zawsze w lewej nodze i zawsze na wysokości 27,7 cm. nad ziemią. Nie potrafimy (może tylko na razie...) powiedzieć czemu akurat w tych miejscach, może kiedyś i to się wyjaśni. Dodajmy, że w przypadku mężczyzn implanty są lokowane w prawej nodze w analogicznych miejscach. Nie zawsze jednak

implanty wykrywa się tylko w nogach. Często zdarzają się w następujących miejscach (tu podaję miejsca, w których wykryto te wszczepy tylko na terenie Polski): W przestrzeń międzykręgową stosu pacierzowego” w jednym przypadku u 4,5 letniej dziewczynki wszczepiono jednocześnie siedem implantów w przedramię obu rąk, przy czym nie zauważono rozróżniania „lewa” czy „prawa” ręka u mężczyzny lub kobiety. Kości stopy lewej - u kobiety. Jeden z warszawiaków, mistrz stolarsko-meblowy pan Wiesław R. O., przez cztery kolejne lata był zabierany do UFO i dorobił się czterech implantów: w miejscu połączenia szyi z mostkiem, w lewej części klatki piersiowej w okolicy serca, pod lewą łopatką i za prawym uchem. Wszystkie te implanty pozostawiły po sobie blizny, zagojone natychmiast po momencie ich włożenia w ciało. Wszystkie też były wykryte urządzeniem do pomiaru promieniowań jonizujących (radiometrem), jako że powodowały niezwykłe anomalie w zakresie promieniowania gamma, możliwe tylko w przypadku pojawienia się w tym miejscu promieniowania tachionowego. Pan Wiesław kilka razy występował w TV ze swoją relacją, między innymi opisując częściowo zapamiętane wzięcie do UFO w programie „Nie do Wiary”. Być może, że któryś z Czytelników zapamiętał go...ale z zasady stosowanej od lat nie ujawniam nazwisk osób zabieranych do UFO lub tych, które miały tylko jakieś inne związane z tym przeżycia. Z praktyki bowiem znam reakcje naszych kochanych bliźnich, dla których wszystko co przerasta ich samych jest „niemożliwe” a potrafią z wrodzonej złośliwości obrzydzić życie tym, których nie pojmują... Niezależnie od jego relacji składanych przed kamerami telewizyjnymi jego przypadki sprawdzane były radiestezyjnie oraz w dniu 28 grudnia 1998 roku również w trakcie regresyjnego

seansu hipnotycznego. W terenie wykrywa się niekiedy złożone „spectra” o tak skomplikowanym rysunku, że na pierwszy rzut oka trudno połapać się o co tu chodzi. Dopiero wnikliwa analiza tych znaków zaczyna pomału coś wyjaśniać... Wykrywając poszczególne „signa” (znaki) przypisane czynnościom czy „zawodom” zauważono wielokrotnie dziwny znak przypominający rozmytą, nieostrą literę „F”, czasami nie z dwoma poziomymi kreskami a z trzema. Nie wiadomo było początkowo co by ten znak miał oznaczać, aż drogą kolejnych a długotrwałych odkryć - wynikło, że prawdopodobnie związany jest on z ingerencją obcej inteligencji, być może twórców „sieci Wilka”. Zapamiętaliśmy go - i oto właśnie na takich bardzo złożonych oznakowaniach wykrywa się wielokrotnie ten właśnie dziwny znak. Weźmy jako przykład spectrum wykryte na placu zabaw dla dzieci w Parku Agrykola w Warszawie. Cóż na nim widać? (rys. 9) Dwa spore kręgi podobne do kręgów UFO połączone kanałem o szerokości około trzech kroków, czyli pojedynczego oczka siatki geopatycznej. Kanał długi jest naokoło 25 kroków czyli mniej - więcej dziesięć oczek geopatycznych. Krąg narysowany u góry rysunku posiada „kołnierz”, swoiste zakończenie w kształcie krótkiego odcinka kanału. Takim kołnierzem zawsze kończą się typowe kręgi UFO, tym razem jest to początek wejścia energii ale przed nim są jeszcze rozmieszczone „signa” mówiące nam: po prawej od „wejścia na kanał” widzimy złożony znak, signum, składający się z pojęć: mężczyzna + kobieta + jedno dziecko, co razem daje znak złożony symbolizujący pojęcie „rodzina”. W prawo od wejścia = silny znak „Kobieta”. Wewnątrz pierwszego

kręgu, tego z „kołnierzem” w prostokątnym obramowaniu znak podobny do górnej części litery F, jakby zaznaczona opieka istot czy inteligencji pozaziemskiej nad tym co tu się dzieje. Dalej biegnie kanał (grubo zaznaczony) a wewnątrz niego strumień informacji dochodzący do drugiego kręgu. Tu głównym znakiem jest niedomknięty krąg, podobny do dużej litery „C” a wewnątrz niego powtórzony znak „trójzębu” względnie górnej części litery „F”, lecz z trzema zębami. To znów, wyraźniej niż w pierwszym kręgu zaznaczona opieka inteligencji nieziemskiej, nadludzkiej. Nad kim? No chyba nad dziećmi, skoro jest to plac zabaw dla dzieci... Kanał energetyczny opuszcza teraz krąg przez „kołnierz” i po drodze powtarza po lewej złożony signum „rodzina” a po prawej uproszczony symbol „medycyna” + jedno dziecko. Co to wszystko oznacza i dla kogo jest przeznaczone? Przypomnijmy sobie, że jest to konglomerat horyzontalnie biegnących kanałów, którymi płynie strumień informacji od jednego kręgu do drugiego, a one z kolei są stycznymi z ziemią prawie pionowymi tunelami transmitującymi energię i zawartą w niej informację pomiędzy jonosferą a najbliższą nas sferą przyziemną. Chyba prawie nie zauważyliśmy, że wnikając w znaczenie poszczególnych „signów” odczytaliśmy złożone spectrum. Bardziej złożone i jak dotąd nie całkowicie zrozumiałe są skomplikowane „spectra” w ogólnym rysunku podobne czasami do sławnych „kręgów w zbożu” Z pewnością czytaliście o tych dziwnych tworach pojawiających się zazwyczaj nocami na polach zbożowych.. Rankiem znajduje się na nich kręgi położonego zboża ale w tak dziwny sposób, że pojedyncze źdźbła nie są połamane lecz

przygięte do ziemi i rosną nadal w tej dziwnej pozycji. Wbrew potocznym przypuszczeniom nie są to twory tylko ostatnich lat. Znane były już w Niemczech w XVIII wieku, jako miejsca, gdzie diabeł nocami ogonem zamiatał. Faktem jest, że ostatnio najwięcej ich pojawia się na terenie Wielkiej Brytanii. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Kręgi zbożowe zjawiają się w Niemczech, Irlandii, USA nawet na Nowej Zelandii. Tam jednak nie uprawia się zboża i kręgi zjawiają się na wysokich trawiastych pastwiskach dla owiec, z których hodowli słynie ten kraj. Parę lat temu pisał do mnie mój korespondent, japoński dziennikarz Kazuo Ueno o tym, że na jednej z południowych wysp Japonii z n a la z ł ślady typowego kręgu i dwóch kilkunastoletnich chłopców, którzy o świcie widzieli powstawanie tego dziwu. Chłopcy wynajęci byli do pilnowania nocą pola ryżowego już dojrzałego, którego zbiór miał się rozpocząć nazajutrz. Widzieli z odległości kilkudziesięciu metrów nadlecenie dyskoidalnego srebrzystego obiektu średnicy około dziesięciu metrów, który zwisł nieruchomo nad ryżowiskiem na wysokości kilkunastu metrów. Z dna obiektu wydostał się w zupełnej ciszy, na oczach osłupiałych z wrażenia chłopców, którzy nie tylko nigdy nie widzieli UFO ale nawet nie słyszeli o czymś takim pionowy słup delikatnego żółtawego promieniowania. Z pola ryżowego, z roślin stojących w płytkiej bagnistej wodzie buchnął kłąb pary i obiekt bezszelestnie a bardzo szybko odleciał...Pozostał po nim okrągły „krąg” położonych roślin ryżowych, ścielących się spiralą zgodną z ruchem wskazówek zegara... Wśród badaczy kręgów zbożowych w Anglii znalazł się nawet lingwista, znający język starożytnych Sumerów z dorzecza dwóch rzek, Eufratu i Tygrysu, jednym słowem z terenu obecnego Iraku.. Twierdzi on, że wykształceni Sumerowie posługiwali się

pismem klinowym, wyciskanym w miękkiej glinie, którą później wypalano dla utrwalenia zapisu, dzięki czemu obecnie można czytać zapiski z przed sześciu tysięcy lat. Natomiast biedniejsi i mniej wykształceni posługiwali się uproszczonym zapisem, na pół obrazkowym, i na przykład] symbolem oznaczającym studnię było kółko. Tymczasem na kręgach zbożowych często pojawia się z nak „kółko w kółku” co może oznaczać „podwajajcie swoje studnie” jako o s t r z e żenie przed nadchodzącymi okresami suszy. Oczywistymi jest, że nikt z tych, którzy mają coś do powiedzenia nie bierze! tego serio, zapominając że w ostatnich latach została naruszona równowaga sił natury na Ziemi przez nierozważne spowodowanie początków efektu cieplarnianego, co może się w bardzo negatywny sposób odbić na warunkach pogodowych... od tropikalnych ulew w krajach o klimacie umiarkowanym do podbiegunowych mrozów, tajfunów i suszy, wówczas gdy nikt się tego nie spodziewa. Brytyjczycy zapominają, że mieszkają na wyspie otoczonej zewsząd słonym morzem a wystarczy parę miesięcy bez deszczu by wyschły ich rzeki. Dlaczegóż jednak „ci z kosmosu”, „obcy” czy „pozaziemianie” dają nam znaki w tak prymitywny sposób? Czy nie prościej byłoby napisać to po angielsku? Nie zapominajmy - to nie „obcy „pojawiają się na kręgach zbożowych lecz co najwyżej zjawiają się tam końcówki kanałów transmitujących energię i niosących w obie strony informację. Według wszelkiego prawdopodobieństwa przedstawiciele tej inteligencji byli na Ziemi po raz ostatni około sześciu tysięcy lat temu, Właśnie w okresie sumeryjskim. Z tego okresu ich „receptory” zapamiętały „znaki” do porozumiewania się z ludźmi. Stosują się więc do nich... W momencie pisania książki dotarła do mnie wiadomość o

wykryciu przez pana Henryka K. dziwnego „kręgu”, tym razem nie zbożowego, lecz utworzonego na piasku plaży nieco za M iędzyzdrojami, idąc w kierunku Świnoujścia, czyli w tym przypadku około 2 km. na zachód. Podaję autentyczny zapis o zdarzeniu dostarczony przez świadka, który autor otrzymał w pierwszych dniach lutego 1999 roku...Szkoda, że świadek tak długo zwlekał z dostarczeniem tego opisu...bowiem zdarzenie miało miejsce ostatniego dnia lipca 1998 roku. „300 m. za nadbrzeżną stacja radarową znalazłem spiralny ślad usypany strumieniem piasku o przekroju trójkąta wysokiego na ok. 5 cm. ślad tworzył 3 spirale o różnej liczbie zwojów. Dwie spirale leżały tak, że nie stykały się między sobą natomiast stykały się obie z trzecią największą. Kąt poprowadzony ze środka największej spirali do środków pozostałych spiral wynosił 60 stopni. Największa spirala licząca 22 zwoje była prawoskrętna. Spirala prawa (patrząc w kierunku morza) miała 8 zwojów i była również prawoskrętna. Spirala lewa była lewoskrętna i liczyła 11 zwojów. Odległość między zwojami w poszczególnych spiralach była stała i wynosiła 35 cm. Wszystkie spirale rozwijały się dokładnie ze swych środków. Punkty styku mniejszych spiral z większą były idealne. Cały rysunek był w doskonałym stanie. Nie stwierdziłem żadnych śladów „stóp”. Opis - jak na przypadkowego świadka jest bardzo dokładny. Trudno spodziewać się lepszego, gdyż idąc na spacer nie zabiera się przecież żadnych przyborów pomiarowych... W chwili gdy to piszę dopiero zaczynają się badania tego ewenementu... Tu prośba do pt. Czytelników, którzy by kiedyś byli świadkami jakiegoś dziwnego wydarzenia lub znaleziska: dostarczajcie mniej - więcej dokładne dane jak najprędzej do

badaczy tych zjawisk, prędkość dostarczenia spowoduje, że może uda się otrzymać maksymalną ilość danych fizycznych na miejscu zdarzenia. Większość zjawisk na takim miejscu na ogół szybko ulega zanikowi, są po prostu zadeptywane przez nieuważnych a ciekawych „badaczy” ale niektóre trwają dość długo. Jeżeli - Czytelniku - znajdziesz się kiedyś w takich okolicznościach jak ten, który to przysłał, postaraj się sfotografować takie miejsce, i to o ile możności z jakiejś wysokości. Zrozumiałe, że nikt nie wykona zdjęć „z lotu ptaka” ale można spróbować je zrobić wchodząc koledze „na barana”, z dachu samochodu itp. Chodzi o to by uchwycić możliwie dobrze „rysunek” kręgu. Wykonać od razu jak najbardziej dokładne pomiary przy pomocy jakiejś miary metrycznej, w ostateczności krokami. Warto zauważyć jak na takim miejscu zachowuje się kompas, czy igła wskazuje północ normalnie - czy wariuje, każde spostrzeżenie jest cenne dla badaczy. Istotnym jest nawet spostrzeżenie jak zachowuje się człowiek I po dłuższym tam pobycie. Co czuje, czy ma jakieś przypadłości zdrowotne, psychiczne itp. Podam tu znamienny przykład: ósmego sierpnia 1998 roku w pobliżu miejscowości Beckhampton w hrabstwie Wiltshire w Anglii ujawnił się przedziwny „krąg w zbożu” wyglądający jak na planie pięciokąta, i to pięciokąta wypełnionego rysunkiem nałożona jest pięcioramienna gwiazda a na niej druga taka sama pięcioramienna gwiazda. Czubki ramion gwiazd nieco wystają poza kontur pięciokąta. Na samym środku tego kręgu” widnieje jakby wygolone koło o średnicy ok. 8 m. Całość kręgu obejmuje 32 m. Gdy zauważono powstanie tego kręgu okazało się, że nikt nie potrafi wytrwać dłużej niż pięć minut na tym środkowym, łysym kółku. Po tym czasie każdy uciekał z niego z silnymi zawrotami

głowy, Badacze niemieccy, którzy opisali to dziwo nie podali niestety czy potwierdzono choćby najprostszymi badaniami jakieś fizyczne anomalie, np. w polu magnetycznym. Nieco wcześniej, bo 4 lipca 1998 roku w Dadford w hrabstwie Buckinghamshire pojawiła się również podwójnie nałożona pięcioramienna gwiazda na trzech koncentrycznych kołach. Tu średnica całej formacji wyniosła 63 metry. Zadziwiającym jest, ze na poboczu tego kręgu w zbożu wyciśnięto dwa znaki, wysokości po 5 metrów każdy. Jak podają badacze jeden z nich to znany kształt egipskiego „Ankh”, drugi zaś to „sumeryjski klucz strażnika” zwany „NETERU”. Czy to tylko przypadek, że ten klucz ma zakończenie wykryte przez Wilka jako „nadzór bogów”? Podwójną spiralę podobną do opisanych przez p. Henryka z M iędzyzdrojów wykryto też w tym samym miesiącu, drugiego lipca 1998 r. w pobliżu Ehlen w Niemczech. Oś podłużna obu spiral leży dokładnie w kierunku północ - południe. Tu każda ze spiral miała średnicy ok. 12 metrów a ich rysunek wytyczały linie, na których zboże leżało pokotem, ale tylko z przygiętymi a nie połamanymi łodygami.

Rozdział III

ZAPISANE NA WIECZNOŚĆ?

Niemiecka para naukowców, małżeństwo Grażyna Fosar, mgr. psychologii i astrofizyk w jednej osobie, Polka z pochodzenia oraz jej mąż Franz Bludorf, fizyk byli w swoim czasie wydawcami periodyku „KARM AKURIER” w Niemczech. Duża część numeru 3 z roku 1995 poświęcona jest osobie, badaniom i odkryciom M iłosława Wilka, w artykule p.t. „Spuren der Zivilisation” - „Tropami Cywilizacji”. Pójdźmy więc tam dokąd wiodą nas ślady w najdalszą przeszłość. Do epok tak dawnych, że trudno je sobie wyobrazić jako jakiś okres czasu. Pojęcie tygodnia miesiąca, roku czy nawet trzydziestu lat jest dla nas zrozumiałe i pojmowalne, jako że żyjemy w nich i w tych interwalach czasowych nasza pamięć lokuje zdarzenia które zaszły na świecie lub które sami przeżyliśmy. Trudniej już pojąć dla wielu z nas okres „półwieku”, pięćdziesięciu lat, mimo że niektórzy z Czytelników liczy sobie ich więcej. Zupełną abstrakcją staje się dla nas okres stu lat, jako że nie potrafimy osadzić go w zrozumiałych dla nas wydarzeniach a co dopiero powiedzieć o okresach sięgających wstecz nawet do sześciuset tysięcy lat...a równie dobrze nawet kilku milionów lat... Czy możliwym by było, by korzenie ludzkie, już nawet nie „cywilizacji” a po prostu ludzkich istot sięgały tak dawno? Do dwóch milionów lat? A może...dawniej? Niezwykłego odkrycia dokonał w 1986 r. profesor Holger

Preuschoft z uniwersytetu w Bochum. Znalazł odciśnięte w skale odciski stóp istoty dwunożnej, sądząc po śladach - ludzkiej-, która żyła i chodziła w postaci wyprostowanej około 15 milionów lat temu. M iało to miejsce w Japonii. To jeszcze byłoby jeszcze możliwe do przyjęcia przez świat naukowy na Kongresie Antropologicznym, który miał miejsce w tymże Bochum w październiku 1991 r., gdyby nie fakt, iż ślad o długości 42 centymetrów określał, iż istota ta musiała mieć wzrostu od czterech do czterech i pół metra. Z rejonu środkowej Ameryki znany jest Kalendarz M ajów liczący nie jak dzisiejszy 364 dni lecz 260. Wielu przyrównuje go do czasu rotacji planety Wenus, sugerując tym samym p ochodzenie „bogów” z tej planety. Tymczasem wyjaśnienie może być prostsze: kalendarz mógł być opracowany przez potomków pierwszych istot pozaziemskich w czasach gdy rotacja Ziemi była prędsza niż obecnie i wynosiła nie 364 jak obecnie, lecz tylko 260 dni, akurat tyle ile t e r a z wynosi rotacja Wenus. Szybsza rotacja globu mogła tak znacznie zmniejszać wagę, że możliwym stawało się zarówno istnienie wielotonowych gadów jak i roślin. Wiele wzmianek o postaciach gigantów znajduje się w danych z okresu sumeryjskiego, z terenu M ezopotamii, z czasów gdy kraina ta nie została jeszcze podbita przez Babilon. Właśnie z tego okresu, na który powołuje się angielski historyk - lingwista ostrzegający swój kraj przed możliwością nadejścia okresu wysuszenia kraju. Dziwne zaiste rzeczy mogły zachodzić na naszej rodzimej planecie wówczas gdy posiadała ona zmniejszoną siłę ciążenia. Wszyscy orientujemy się z grubsza z jak dawnych okresów pochodzą pokłady węgla kamiennego. Są one nie młodsze niż z przed 25 milionów lat a mogą sięgać wiekiem nawet do 300

milionów lat. Dziwny przypadek zdarzył się kilka lat temu pewnej gospodyni domowej w Szkocji, nadal pali się tam w kominkach węglem. Szkotki do tego celu chętniej kupują bardzo mało dający dymu węgiel najwyższej jakości, ten właśnie najstarszy, o zawartości 99% czystego składnika. Przeważnie nie kupują go w większych ilościach lecz w woreczkach po 20-25 funtów wagi. Pewnej zapobiegliwej gospodyni trafił się taki worek z niezwykłą zawartością. M łotkiem rozbijała większy kęs węgla na mniejsze kawałki, gdy z bryły błysnęło złoto... Bywa to czasami „złoto głupców”, jak nazywany jest siar czek żelaza o złotawej barwie, często spotykany jako delikatny nalot w warstwach węgla kamiennego, tym razem był to autentyczny złoty łańcuch, o długości kilkunastu centymetrów, wykonany z pięknie cyzelowanych ogniw... Tkwił wrośnięty w caliznę bryły pochodzącej z przed setek milionów lat Sceptyk oczywiście (nie mając ku temu żądnych poszlak!) powie, że ktoś zrobił jej „kawał” wklejając jej ten łańcuszek w spreparowany węgiel Byłby to rzeczywiście dobry kawał, tylko że rzeczoznawcy jubilerzy orzekli, ze z uwagi na przepiękną jego robotę i zawartość złota 99,5% ten „żart” wart jest ponad 3000 funtów szterlingów.. Takie przypadki, dziwne znaleziska i stwierdzenia można mnożyć...przyjrzyjmy się kilku... Niemiecki profesor archeologii, von Koenigswald kupił kiedyś na rynku w którymś z chińskich miasteczek, u sprzedawcy ziół i ludowych lekarstw ząb trzonowy o wysokości 6, i długości 18 cm. Dokładne badania porównawcze wykazały, że jest to ząb ludzki. Tyle tylko, że szczęka tego człowieka musiała mieć

wielkość paszczy hipopotama., zaś jego wzrost co najmniej kilkanaście metrów. I znów: ten jego wzrost i waga uzależnione musiały być od zwiększonej rotacji Ziemi a co za tym idzie nie mogło to być znalezisko z przed tysięcy lecz z przed milionów lat. Niemiecki „Der Spiegel” nr. 50/96 w artykule „Rozumne ślady z głębi (czasu)” podaje, że w Rumunii w górach Bihar odkryto groby ludzkie z przed...85 000 lat... Erich von Daniken wspomina, że w 1995 roku w dolinie rzeki Ren we Francji odkryto petroglify w jaskini przedstawiające obok siebie dinozaury i „latających ludzi”. Wiek tych malowideł określono na 85 000 lat, co wydaje się mocno zaniżone, z uwagi właśnie na namalowanie kopalnych gadów, których 85 tysięcy lat temu po prostu już nie było. Całkiem niedawno, bo w roku 1996 w rejonie położonym na południowy-wschód od Sydney, na płaskowyżu Kimberley odkryto duże ilości rysunków naskalnych i napisów w nieznanym języku. Są wśród nich obrazy potworów podobnych do przedhistorycznych gadów i ludzi z aureolami nad głową. Analizy dokonane na tych znaleziskach sugerują powstanie ich... 175 000 lat temu... Znalezisk tych dokonali archeolodzy z Uniwersytetu Woologong z okolic Sydney.. Telewidzowie w naszym kraju mieli możność zobaczyć te dziwy na własne oczy w programie angielskiej stacji „Discovery” w programie nadanym 5go lutego 1999r, poświęconym tym odkryciom w Kimberley. M inie jeszcze wiele lat zanim do umysłów europejskich uczonych dotrą fakty o podobnych odkryciach i zburzą zakorzenione poglądy o pochodzeniu Homo Sapiens. W trakcie wysadzania w powietrze skał granitowych na trasie mającej powstać autostrady w Teksasie w USA z kawałka urwanej wybuchem skały wyjrzał na światło dzienne skraj jakiegoś naczynia. Po dokładnym rozbiciu kamienia ujawnił się,

znajdujący się wewnątrz, rodzaj „kubka” kilkunastocentymetrowej wysokości i zbliżonej średnicy górnego otworu a rozszerzającego się ku dołowi aż do średnicy dna równej również szesnastu centymetrom. Na bocznych ścianach „kubka” widniał wypukły, przepiękny w kształcie rysunek kwitnących słoneczników...O tym zdarzeniu pisał jeden z numerów biuletynu z lat osiemdziesiątych „Ancient Astronaut Society (Towarzystwa Starożytnej Astronautyki)” - jak brzmi w wolnym przekładzie ta nazwa),tym razem naczynie wykonane było ze stopu platyny i palladu v I znów: z jakiego okresu mogło pochodzić znalezisko, skoro było wrośnięte w skałę granitową? W grę wchodzą znów miliony lat... Tu jednak, z uwagi na artyzm zabytku, podobnie jak złoty łańcuch z bryły węgla, wydają się one mówić o pochodzeniu albo z jakiejś zaginionej cywilizacji, po której prawie żaden ślad nie pozostał, albo też są to po prostu zagubione przedmioty, wykonane przez ż y w y c h przedstawicieli istot, przysyłanych na naszą planetę kiedyś bardzo dawno, po to by zasiewali życie na Ziemi M oże nawet nie dosłownie żywych w sensie biologicznym, może tylko jako prawie nieśmiertelne „hologramy wyższego rzędu” jakby zbudowane z „shadow matter”, materii jakby utkanej ze światła a jednak ulegającej polu grawitacyjnemu i mogącej przyjmować kształty podobne żywym istotom, zamieszkującym naszą planetę. Po co mieliby się do nas upodabniać? M oże po prostu po to, by swym wyglądem zbyt od nas odbiegającym nie szokować naszych przodków a samymi wydawać się w ich oczach „bogom podobnymi”. M oże podobne twory, obywające się bez atmosfery, ciepła i pola grawitacyjnego jako nie potrzebne istotom z „materii

cieniowej” pojawiły się niedawno kosmonautom radzieckim a nieco później były fotografowane za pomocą teleskopu Hubble’a? Geofizycy twierdzą, że parę milionów lat temu, gdy Ziemia szybciej wirowała wokoło swojej osi, zwiększona waga żyjących na nich istot nie była wynaturzeniem lecz po prostu koniecznością. M ałe wymiarami i tym samym posiadające mniejszą masę mięśni stworzenia miały by zbyt mało siły by pokonywać silne przyciąganie ziemskie. Zauważmy, że wykopaliska paleontologiczne potwierdzają to, rzeczywiście na lądach królowały zwierzęta duże. Znajdowane niekiedy mniejsze rozmiarami, wrośnięte w skałę odciski szkieletów kostnych tyczą się albo zwierząt zamieszkujących wodę, gdzie wypierana przez nie objętość pozornie zmniejszała wagę. Innymi mniejszymi były też stworzenia latające, np. znani z wykopalisk protoplaści ptaków - pterodaktyle. Od czasu do czasu gdzieś na kuli ziemskiej ktoś dokonuje odkrycia - znalezienia szczątków kostnych zupełnie nie pasujących do obrazu istoty przedludzkiej, jaką wyobrażali sobie antropolodzy, niestety przeważnie o skostniałych poglądach, XIX-wieczni i z początków naszego wieku XX-go. Wszelkie nowatorskie spojrzenia na historię ludzkości nie znajdują poklasku wśród szanowanych uczonych obawiających się, by przez przyjęcie do wiadomości nowych teorii - nie mówiąc już o głoszeniu ich - nie straciła ich powaga naukowa. Trzeba mieć pasję badacza ciekawego świata, w którym przyszło nam żyć by na własną rękę, nie licząc się z trudem i latami poszukiwań, bez oglądania się na opinię „znawców”, którzy zza biurka wiedzą lepi ej - wdzierać się w tajemnice ludzkości, bo o nią w końcu chodzi - na wszystkich kontynentach od równika do biegunów. Jednym z takich pasjonatów wiedzy jest właśnie M iłosław Wilk, podobnymi są członkowie wielu

nieprofesjonalnych stowarzyszeń, choćby Ancient Astronaut Society, Z ich biuletynów czasami korzystam, wyławiając takie stwierdzone znaleziska jak profesora Holgera Preuschofta czy Koenigswalda. Stowarzyszeniem tym obecnie kieruje Erich von Daniken, którego pt. Czytelnikom chyba nie muszę przedstawiać. Wielu poważnych przedstawicieli nauki „ma za złe”, że pochodzi on z rodziny hotelarskiej, tak jakby profesja przodków miała jakiekolwiek znaczenie dla spojrzenia otwartymi oczyma na świat i...wyciągania z tego właściwych wniosków. Jego antagoniści, których nie brak w naszym kraju skromnie „zapominają”, iż ich właśnie przodkowie już tylko o jedno pokolenie wstecz chodzili w łapciach z łyka i wycierali nos dwoma palcami... Czy takie pochodzenie jest lepsze od „hotelarza”? M oże uważają, że w Polsce nadal liczą się „punkty za pochodzenie”? Nie trzeba nawet być radiestetą tej miary co Wilk, by zauważyć, że kubek wydobyty w Teksasie ze skały musiał być wyprodukowany przez istoty posługujące się w życiu codziennym energią elektryczną i posiadających wysoki stopień rozwoju technicznego. Rzecz polega na tym, iż metale pallad i platynę można otrzymać w stanie czystych metali jedynie w procesie elektrolizacji stopionych w olbrzymich temperaturach ich tlenków. Czy wiecie, że w roku 1900 w czasie pierwszej ogólnoświatowej Wystawy w Paryżu wręczono honorowemu gościowi, cesarzowi Niemiec, najcenniejszą zdobycz nowoczesnej (XIX wiecznej) nauki i techniki a mianowicie sześć łyżeczek i wykonanych z nowego metalu - aluminium? Takich, jakie teraz kosztują po parę groszy? Wówczas wytworzenie tego metalu wiązało się z

koniecznością uzyskania temperatury ponad 4500 stopni Celsjusza łuku elektrycznym i elektrolizie w tej temperaturze stopionej tlenku aluminium... a nie znano jeszcze metod wytwarzani! tygli, które by mogły wytrzymać taką temperaturę... Co teraz można powiedzieć, o dokonanym jeszcze przed drugą wojną światową znalezisku na terenie Chin, gdzie grobie jakiegoś nieznanego wielmoży znaleziono nie zardzewiały miecz stalowy (ze stali nierdzewnej!) z rękojeścią właśnie z aluminium. Wówczas czasokres, z którego pochodzi grobowiec uznano na drugi wiek po Chrystusie, w ogóle zastanawiając się w jaki sposób jakiś chiński czy mongolski władca wszedł w posiadanie tych metali... Doszukujemy się istnienia prastarych kultur czy cywilizacji na dalekich lądach nie mając pojęcia, że tu, dosłownie tuż koło nas rozpościerają się prastare ślady obecności nie tylko istot nie pochodzących z Ziemi ale i naszych dalekich praprzodków, Słowian, Germanów, Gotów czy Prusów. Tych ostatnich nie należy mylić z późniejszymi „Prusakami” pochodzenia niemieckiego. Prusowie, było to plemię prawdopodobnie zbliżone do szczepów łotewskich i litewskich. Od nazwy tego nieistniejącego jeszcze nawet w XIV wieku plemienia wzięły nazwę „Prusy wschodnie”, teren ich ostatniego miejsca pobytu. Prusowie byli ludem osiadłym i nastawionym pokojowo. Zamiast wojować i napadać sąsiadów woleli zajmować się rybołówstwem, myślistwem i handlem. Nie są znane, nawet z zapisków jakieś ich większe siedziby z okresu przed X-tym wiekiem, poza jedną: Truso. Był to gród położony w zatoce morskiej, tak usytuowanej, że stanowił wygodną sadybę zimową na zamarzającym we wczesnym średniowieczu morzu bałtyckim - dla Wikingów, którzy tam spływali Wisłą na zimowe leże. Tam mieszkali przez zimę

i...przepijali zdobyte dobra, zrabowane na polskich terenach A Prusowie skupowali je za grosze... O Truso wspominają zapiski irlandzkiego mnicha Wulfstana z IX wieku. Jak dotychczas jest to jedyny pisany ślad istnienia tego grodu. Archeolodzy niemieccy od końca XIX wieku do II wojny światowej przez osiemdziesiąt lat bezskutecznie szukali Truso. Po wojnie to samo robili przez trzydzieści lat nasi historycy. Też bez skutku... Wilk poszedł po rozum do głowy - ...i po trochę zapisków geofizycznych mówiących o okresie IX wieku po Chrystusie... Okazuje się na przykład, że poziom wód Bałtyku był wyższy od obecnego o trzy metry...To zawęziło obszar poszukiwań... Gród, w którym mieli zimować Wikingowie był wystawiony na silne wiatry. Zabudowa była wówczas tylko drewniana, a więc niezbyt solidna. M iejsce ich paromiesięcznego bytowania powinno więc być zasłonięte przed zimnymi wiatrami... Tu ukłon w stronę meteorologii: skąd zimą wieją wiatry, odczuwalne w terenach południowego Bałtyku? Z północnegowschodu i z zachodu. Ale te zachodnie nawiewają cieplejsze powietrze, a te drugie zmrożone od strony lądowych terenów ówczesnej Rusi.. Szukajmy zatem takiego terenu, który teraz leży nie trzy, lecz około pięć metrów nad poziomem morza...ponieważ trzeba też tu uwzględnić zanurzenie pełnomorskich lodzi Wikingów, średnio 1 do 1,5 metra... - i do tego to miejsce powinno być osłonięte wzgórzem od północnego-wschodu Niemcy szukali Truso 80 lat, Polacy około trzydziestu... a jak długo szukał w terenie Wilk? Z całkowitym powodzeniem? Pięć godzin... Zastanawiać się możemy jaka jest sprawdzalność pomiarów i

wykryć w terenie znalezisk z najdawniejszych czasów. Kiedyś wędrował on z różdżką w okolicach Skierniewic, w pobliżu rozkopanej i kompletnie wyeksploatowanej kopalni żwiru, którego resztki było jeszcze widać. Zastanowiły go pojawiające się znaki wyczuwalne radiestezyjnie a mówiące o bardzo dawnym rodowodzie tego miejsca... może nawet kilkudziesięciu tysięcy lat, ale nie „martwe” lecz połączone z prastarą bytnością tam ludzi. Cóż się okazało? Wszedł na teren wykopaliska, w którym pod warstwami wywiezionego stamtąd żwiru, naniesionego tam przed tysiącami lat wodami rzeki znaleziono ślady ognisk ludzi pierwotnych, myśliwych i pozostałe po nich kości zwierząt, na które polowali Analiza tych znalezisk, resztek węgla drzewnego i tych kości, powiedziały że jest to najstarsze znalezisko tego rodzaju w naszym kraju i datuje się z przed pięćdziesięciu tysięcy lat... W momencie gdy jednak on się tam znalazł - na wykopalisku nie było żywej duszy - ani jakichś archeologów ani dawnych kopaczy żwiru. Pan Wilk niejednokrotnie wędrował z różdżką w ręku dosłownie jej tropem. Szedł dokąd go ona zaprowadzi. Potrafili tak iść godzinami... Szedł kiedyś przez pustkowia, w województwie białostockim, porośnięte tu i ówdzie zaroślami, lasami, ale wokoło panowała przygnębiająca pustka... jakieś nieużytki, nie uprawiana od lat ziemia w pobliżu granicy polsko-sowieckiej... Różdżka prowadziła wijącą się wśród lasów drogą, widać że dawniej przeznaczoną dla pojazdów, ale od wielu lat nieużywaną i zarośniętą nie tylko chwastami ale wszędobylskimi samosiejkami drzewek Za zakrętem...za kępą drzew zobaczył rozległą kilkuhektarową polanę...na niej zmurszałe, częściowo rozwalające się szczątki baraków...otoczonych porwanym drutem kolczastym

na wysokich słupach, niektórych powalonych już na ziemię. Rozpadające się ze starości wieże strażnicze”„ Typowy, niewielki obóz jeńców lub koncentracyjny ... Ale przez kogo zbudowany? M oże niemiecki do przetrzymywania jeńców sowieckich jeszcze z 1941 roku...ale raczej nie. Oni wówczas trzymali ruskich pod gołym niebem, beż żadnych baraków... M oże też niemiecki, jeszcze z 1939 roku...mało prawdopodobne, jeńców polskich wywożono do Niemiec... a nie trzymano na polskich terenach. Czyżby sowiecki z lat 1944-45 zbudowany dla jeńców niemieckich? Też domysł mało sensowny ... jeńców wywożono daleko na wschód...na Syberię, więc czyj - i kto tam siedział? Wątpliwości zaczynały się rozwiewać po znalezieniu na ziemi kilku łusek od naboi karabinowych typu M osin.. i od rosyjskich pepeszy a więc prawdopodobnie obóz sowiecki przeznaczony dla Polaków, zwożonych tu resztek polskich od działów partyzanckich po roku 1944, jako że pepeszy nie znano jeszcze ani w 1939 ani nawet do roku 1941... A wojsk sowieckich nie było tam pomiędzy rokiem 1941 a 1944... Okazuje się, że drogą dedukcji można wiele odkryć... Czemu tak utajniony? Zapomniany? Nie wspominają o nim żadne źródła mówiące o historii II wojny? Jeszcze by też! Kto by ośmielił się za czasów PRL tak obsmarowywać „braci ze wschodu”! Nie zapominajmy - znaczną większość swych odkryć w terenie Wilk wykonał w latach gdy jeszcze istniał w Polsce ustrój „socjalistyczny”. Trzeba było mieć sporo odwagi by tak samotnie wędrować tam, gdzie diabeł mówi dobranoc...Zaczepiany przez WOP czy M O legitymował się artykułami prasowymi

mówiącymi o jego pracy i odkryciach, publikowanych przez wielu autorów w prasie oficjalnej. To zazwyczaj wzbudzało wielkie zainteresowanie a bywało, że i chęć jakiejś pomocy. Z białostockich lasów cofnijmy się w bardzo dawną przeszłość. Tym razem sięgnijmy do danych zapisanych w powszechnie znanych dziełach antycznych jak i w jednym ze znanych pism naukowych Leżą przede mną dwa dzieła Homera, greckiego poety - który jak wiadomo był nie tylko analfabetą ale i niewidomym. Będąc wędrowcem, żebrakiem, śpiewał prastare poematy, które słyszał od swoich poprzedników. Dzięki temu, że te wiekowe przekazy przechodziły z ojca na syna, dotrwały do naszych czasów wieści o tym, co działo się na naszej planecie przed milionami lat. Główne dzieła Homera to „Iliada” i „Odysea”. Obie opisują to co zdarzało się w czasie wojny trojańskiej i bezpośrednio po niej. Troja, to miasto autentycznie leżące na wybrzeżu M orza Śródziemnego w dzisiejszej Turcji. Walki opisywane tam toczyły się około XII wieku przed Chrystusem i 400 lat przed Homerem.. A teraz przenieśmy się do wieku dwudziestego... wyobraźmy sobie, że jakiś Grek, z czasów wojen trojańskich znalazłby się na Cap Canaveral w momencie gdy któryś ze statków kosmicznych startuje w kosmos... Czy nie opisałby to tymi słowami: „Tak donośnie zaryczał bóg Ares miedziany, jako dziewięć lub dziesięć tysięcy ludzi krzyknęłoby razem... a jak oczom obłoki wydają się mgliste., przyniesione z południa przez wiatry ogniste... tak się zdał Ares ponury unoszony w chmury...” Za czasów Homera nie znano jeszcze żelaza, stąd każdy metal naz y wano „miedzią.” i dlatego Aresa przyrównano do tego metalu.

Jak jednak ten werset potraktowali znawcy jego twórczości? Nazwali go zwyczaj nie: „Wniebowstąpieniem Aresa”. Dodajmy, ż e „bóg” Ares był bogiem wojny ... A więc może to jakiś latający pojazd wojenny startował w chmury? Trudno zresztą dziwić się historykom i znawcom literatury antycznej - w czasach gdy szafowano takimi apodyktycznymi określeniami...nikt na świecie nie wiedział co przyniesie ze sobą epoka lotów kosmicznych... Z czasów Homera i nieco wcześniejszych przenieśmy się znów w koniec dwudziestego wieku. Czy wiecie, że najnowocześniejsze komputery mogą już być sterowane nie za pomocą dotyku, klawiatury czy „myszki”, nawet nie głosem operatora, ale jego myślą? Odpowiednie receptory komputera wychwycą nie tylko prądy czynnościowe mózgu ale nawet jego impulsy wysłane do niego przez neurony wprost do systemu operacyjnego i przetworzą je na konkretne polecenia? Z kolei, w ten sposób można sterować pracą nie tylko fabryk czy poszczególnych urządzeń, ale również wszelkimi pojazdami, z kosmicznymi włącznie? Właśnie tam, w kosmosie olbrzymie znaczenie ma szybkość decyzji, a nic nie jest szybsze od myśli, szczególnie gdy może ona być sprzężona z superkomputerem przetwarzającym miliardy bitów informacji na sekundę... Nieżyjący już ks. prof. Sedlak z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego był prekursorem badań nad czynnościami mózgu. On to po raz pierwszy użył nazwy „biopole”, trafnie oddającego czynności psychofizyczne mózgu ludzkiego. Zarówno on jak i zachodni biofizycy są zdania, że mózg ludzki zdolny jest produkować tachiony, bez których nie byłoby możliwe przesyłanie i odbieranie informacji z przeszłości i z czasów, które dla nas dopiero będą.. M oże inaczej teraz spojrzymy na urywki tekstu drugiego z

dzieł Homera, „Odysei”, opisującej wędrówki jednego z głównych bohaterów imieniem Odys. Płynąc swym małym stateczkiem zawędrował do tajemniczego kraju Feaków, a tamtejszy król mówił do niego: „Będziesz leżeć w więzach snu, dopóki nasi ludzie nie zawiozą cię do Itaki (rodzinnej wyspy Odysa) lub dokąd tylko zechcesz. Powiedz tylko swój kraj, swój lud, swoje miasto, aby cię tam poniosły kierowane rozumem okręty. Same znają zamiary i myśli ludzkie, nie mają ani steru ani żagli ani żadnych innych rzeczy, które mają twoi żeglarze. Chyżo prują topiel morską mgłą i chmurą okryte i nie ma w nich lęku, że się rozbiją lub zginą.” Cytowane tu urywki tekstu były tłumaczone przez Jana Parandowskiego prozą, przez co uniknął on zniekształcenia zawartego w nich sensu. Przez prawie trzy tysiące lat „znawcy antycznej poezji” uważali to tylko za fantazję, a jest całkiem możliwe, że ten co przekazał tą informacje poprzez wieki mówił dosłownie o tym, co miało miejsce na Ziemi już nie przed setkami czy tysiącami, ale przed milionami lat. Przekazywał potomnym zawoalowane wieści i istnieniu na naszej planecie jakiejś nieznanej a potężnej inteligencji, której nie obce były zdobycze techniki, których nigdy byśmy się tak dawnych okresach nie spodziewali. Idąc tropami Homera, w jego pierwszym dziele, „Iliadzie czytamy opis walki Hektora z Ajaksem. Nie wdając się w jej powód - czytamy tam: „Hektor z ogromną tarczą śmiałym stąpa krokiem, y< odziany posępnym Syriusz obłokiem. Raz błyśnie krwaw^ tarczą, drugi raz się skryje...” Niby nic nadzwyczajnego.. Tylko dwa zdania, a ileż w nich sensu... Jest tu wzmianka o „krwawej tarczy” Syriusza, jednej z

gwiazd. Obecnie nie ma on tej barwy, nie świeci czerwono był natomiast takim wcześniej niż 100 tysięcy lat temu, będąc w tym stanie może nawet przez milion lat. Tworzył wówczas układ gwiazdy podwójnej, gdzie jeden z „bliźniaków”, tzw. „Syriusz B” był w fazie gasnącej gwiazdy i rzeczywiście świecił „krwawo”. Zgasł i pozornie zniknął z nieba około stu tysięcy lat temu. Tu zachodzi pytanie: kto to zaobserwował, skoro nauka twierdzi, że w owym czasie ludzkość żyła na etapie pierwotnym i nikt nie był zdolny do prowadzenia takich obserwacji? Potwierdzenie istnienia jakiejś inteligencji, jakichś nieznanych istot ingerujących w życie na Ziemi nadeszło z zupełnie niespodziewanej strony: Przed około trzydziestu laty dawna francuska kolonia „Afryka Równikowa”, która po uzyskaniu niepodległości przyjęła nazwę Gabon próbowała uruchomić wydobycie rudy uranowej, w naszych czasach cenniejszej od złota. Badania wykazały jednak, że w złożu są miliony ton rudy zawierającej Uran-238,zupełnie zaś brak w niej Uranu-235, którego używa się w reaktorach jądrowych czy do produkcji bomb atomowych. M ało tego, wykryto w złożu dużo pierwiastków, które nowoczesna nauka uzyskuje sztucznie, właśnie w pracy reaktorów jądrowych, a są to: neodym, samar, ruten, osm i promieniotwórczy cez. Przeprowadzono serię analiz, a wynik ich jest zaskakujący: „Przed około dwoma milionami lat ktoś w sposób sztuczny ale sterowany zapoczątkował naturalną reakcję rozpadu uranu-235 wprost w z ło ż u , chłodząc tak powstały „reaktor” wodami okolicznych rzek, kierowanych podziemnymi kanałami wprost w złoże. Ten niezwykły reaktor jądrowy „pracował przez okres około miliona lat - z przerwami (może potrzebnymi do konserwacji i oczyszczania „urządzenia”), poczym wygaszono go również sztucznie milion lat temu...”

Wydaje się to być czystą fantazją, a podane zostało przez naukowy amerykański miesięcznik „The New Scientist” w numerze z 9 listopada 1972 r. Jeszcze raz cofnijmy się do urywku z „Iliady”: Jego początek brzmi: „będziesz leżeć w więzach snu..” Czyżby dawno...dawno temu już stosowano w podróżach kosmicznych hibernację? Bo tylko o takich podróżach może tu być mowa, do innych przejażdżek nie jest ona potrzebna. M ało tego, dokładny i dosłowny sens przekazu wydaje się nam mówić o tym, że kiedyś istniały na naszej planecie istoty stosujące do swych podróży dokładnie taki sam sposób pokonywania przestrzeni jaki dopiero w ostatnich czasach staje się perspektywiczną możliwością dla naszych astronautów. M owa tu bowiem o pojazdach sterowanych myślą, a więc przy pomocy komputerów i do tego w trakcie przemieszczania się poprzez czas i przestrzeń nie obawiających się rozbicia i zaginięcia. Teraz dopiero wiemy, że nie obawiać się tego mogą nie obiekty materialne, lecz tylko czyste zapisy cyfrowe, informacje zawierające w sobie pełny schemat odbudowy, odtworzenia „u celu” całego „statku „łącznie z załogą. Badacz, radiesteta z długoletnią praktyką jakim jest M iłos-1 ław Wilk w pewnych przypadkach zamiast poszukiwań w] terenie może wspomagać się też tak zwaną teleradiestezją. Badaniem jakiegoś terenu a nawet zdarzenia zdalnie, przy pomocy badania mapy, rysunku czy opisu zdarzenia lub osoby czy grupy osób wahadełkiem. Oczywiście,nie należy swych badań zaczynać od tego sposobu. M ożna by się z miejsca wprowadzić na manowce... Jest to dopuszczalne, ale tylko po przeprowadzeniu uprzednich badań sprawdzających metodę. Wykonuje się to poprzez dwa równolegle prowadzenie badań: w terenie przez

jednego z badaczy i teleradiestezyjnie przez drugiego. Dopiero porównanie obu wyników stwarza podstawę do podejmowania dalszych takich czynności. Wilk sprawdzał podobne sytuacje w terenie i później według mapy dziesiątki razy. Trafność obu pomiarów, która przekracza 66 % jest już dość dobra, jednak im wyższa jest ta procentowość tym lepiej. W czasach gdy w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło o radiestezji, a mianowicie w roku 1937 - zimą, (o ile pamięć mnie nie myli było to w styczniu) zaginął bez śladu polski samolot pasażerski lecący nad Karpatami z Bukaresztu. Wysłane na poszukiwanie samoloty ze względu na ciężkie warunki pogodowe, zamiecie śnieżne i wichry niczego nie odnalazły. Rodziny licznych pasażerów tego samolotu zwróciły się do znanego jasnowidza, inżyniera Ossowieckiego o pomoc. Wiem, że do pracy nad mapą terenu Karpat, którą mu przedstawiono użył jakiegoś ciężarka uwieszonego na łańcuszku, po prostu prostego wahadełka. Po kilkunastu minutach zlokalizował samolot, który w śnieżycy zawadził o drzewa na jakieś górze i niezbyt] groźnie przymusowo lądował na szczytach drzew, nie powodując wypadków śmiertelnych. M iłosław Wilk pracując teleradiestezyjnie w odniesieniu do kopalni rudy uranowej w Gabonie wiedział, że ona tam jest, ale bez szczegółowej lokalizacji. Teraz wie, że miejscowość zwie się O G L O i położona jest w pobliżu Zatoki Gwinejskiej. Pracował nad nią dobre dwa tygodnie...Relacjonował wyniki beznamiętnie... „Teren obszaru wydobycia obejmował kilka kilometrów kwadratowych... pracowały tam jakieś prymitywne istoty, pilnowane przez łańcuch nadzorców... Wokoło terenów wydobywczych rozmieszczone były kręgiem liczne, małe zabudowania, może dla tych tam pracujących, w pobliżu tego

terenu namierzyłem obecność kilku „statków” sporych rozmiarów”. Pod pojęciem „statki” Wilk rozumie radiestezyjny ślad - z a w s z e o jednakowym kształcie, różniący się jedynie rozmiarami, pojawiający się wszędzie tam, gdzie bez wątpienia była ingerencja pozaziemskiej inteligencji. Przypomina on płaską tablicę o pionowej proporcji takiej jaką ma oczko siatki geopatycznej, to jest zbliżonej do 3: 4. Na jednej z węższych ścian występuje wybrzuszenie na zewnątrz o kształcie półkolistym... Wielkości śladów takich „statków”, jak już powiedziałem mogą być bardzo różne - od kilkunastu metrów wysokości (długości?) do wielu kilometrów. Takie gigantyczne obiekty o tych kształtach, tym razem o długości kilkuset kilometrów namierza się obecnie na terenie północnej Brazylii w dorzeczu Amazonki, w strefie tropikalnej. Czy to tylko przypadek, że Brazylia obecnie (rok 1998, 1999) przeżywa formalne zmasowanie pojawień się UFO właśnie tam? M odel takiego kształtu „statku nie wiadomo skąd” dziwnym trafem pojawia się kilka tysięcy lat temu w prastarych egipskich stelach magicznych. To co jest na nich odwzorowane w postaci figuralnej w ogóle nie jest podobne do żadnego wizerunku bogów starego Egiptu. Dominuje w tych stelach brodata głowa o szerokich kościach policzkowych i mięsistym nosie, umieszczona właśnie nad tym wybrzuszeniem w górnej części steli. Ta głowa zupełnie nie pasuje ani do wizerunków bóstw ani też do samych Egipcjan okresu antycznego, którzy w przeciwieństwie do ościennych ludów posiadali bardzo skąpy zarost, a praktycznie biorąc nie spotyka się wizerunków ani rzeźb przedstawiających brodatych wielmożów z faraonami włącznie. Coś podobnego do bród, ale w bardzo stylizowanej formie pojawia się na posągach niektórych faraonów ale raczej jako

sztucznie wykonana ozdoba twarzy, coś w rodzaju „peruki brody” Jaki byłby tego cel? M oże upodobnianie się do postaci boskich, tych brodaczy ze stel magicznych. Egipscy kapłani zanosili modły co wieczór w stronę zachodzącego Słońca, ale jednocześnie, w ogóle, w stronę zachodu. M oże w tą stronę skąd przybyli ich przodkowie, w stronę mitycznej Atlantydy. Czy to tylko dziwnym przypadkiem brodate głowy ze steli magicznych podobne są do głów nieznanego bliżej plamienie Tolteków z Ameryki środkowej, które w dość dużej liczbie, jako kamienne zabytki o kilkumetrowych rozmiarach znajduje siej w dżunglach Gwatemali i Nikaragui? Czy to znów „przypadek”, że żadne plemię z tego terenu przed odkryciem Ameryki niej posiadało zarostu na twarzy? Tak samo jak Egipcjanie. Kształt jakby płyty z półkolistym wybrzuszeniem na jednej ze ścian „przypisany” jest jednak tylko pojazdom istot pozaziemskich, tych których ślady ciągle pojawiają się na sieci „W” i które według wszelkiego prawdopodobieństwa są jej twórcami. Natomiast wszelkie radiestezyjne ślady po bytności gdzieś statków, przeważnie służących do pływania po wodzie, zbudowanych kiedyś przez ludzi - mają kształty podobne do naszych obecnych łodzi. Bywają jednak wyjątki, że obraz „pojazdów” nie istot pozaziemskich” różni się i od naszych łodzi i „ich” pojazdów kosmicznych. Być może chodzi tu o obecność inny ch „ras” istot pozaziemskich, które usiłowały też ingerować w życie na naszej planecie. Wędrując po kraju stwierdzone zostało, że całkiem niedaleko Warszawy, bo wokoło M ińska M azowieckiego istnieje dość rozległy teren, na którym więcej niż milion lat temu był rozległy port morski. Na rysunku przedstawiającym to co zostało namierzone

wpierw teleradiestezyjnie a następnie potwierdzone badaniem w terenie widzimy taki „pozaziemski statek kosmiczny” w kształcie prawie kwadratu z półkolistą kopułą i dwoma jakimiś odnogami po bokach. Przed nim horyzontalnie biegnący kanał „W” tworzy jakby rozchodzące się w dwie strony „schodki”. Tego rodzaju symbol, to też jeden z „signum”, oznaczający „pozytywne wyróżnienie”, „ważność przedsięwzięcia”. Kanał styka się z potężnym, długim na kilkaset metrów zarysem łodzi, całkiem w tym kształcie podobnym do statków wodnych budowanych przez ludzi. W innym miejscu do kanału przylega o wiele m n i e j s z y „statek” posiadający wewnątrz dwa wyraźne przedziały. W części dziobowej tego statku widnieje kontur uznawany w sieci Wilka jako „miejsce rozrodcze”, podobne przekrojem do macicy ssaka, może nawet ludzkiej. Właśnie ten „stateczek” z tym symbolem daje do myślenia, że może to jeden z obiektów cywilizacji pozaziemskiej, służący do optymalizacji procesów rozrodczych ssaków ziemskich. M oże nawet człowieka, (rys. 10) Nie od dziś wiadomo, że większość UFO pojawiających się na świecie wykazuje zainteresowanie problemami rozrodczości. M łode kobiety i młodzi mężczyźni bywają zabierani na pokład nieziemskich obiektów i tam poddawani procesom zapładniania ziemskie kobiety przez „obcych”, najczęściej siłą, młodzi mężczyźni zmuszani są do stosunków seksualnych z „ufonautkami”. Stykałem się z kilkoma z wykorzystywanymi w ten sposób osobami obojga płci. Kobiety na ogół mało pamiętają lub wstydzą się o tym mówić, natomiast paru mężczyzn było nawet zadowolonych z przygody „nie z tej ziemi”. W jednej z nadmorskich miejscowości Wilk wykrył trwale istniejący „krąg rozrodczości”. Jest to oczywiście tylko nasz domysł, gdyż tak naprawdę

trudno jest stwierdzić jakiemu celowi on służył, a może i nadal służy? (rys. 11) W dolnej części struktury widać zagięty pod katem prostym kanał z płynącą wewnątrz energią... na samym zakręcie odbiega w bok krótki odcinek kanału rozwijający się w krąg z „przypisanymi do niego” znakami - signum. To tak jakby wewnątrz kręgu zachodził jakiś ważny proces a „signa” wysunięte poza krąg tylko go opisują... Rozpatrywanie jego znaczenia, dzięki umiejętności choćby częściowego rozszyfrowywania znaczenia poszczególnych symboli mówi nam, że należy go rozpatrywać idąc okręgiem w prawo, wokoło kręgu... Czytamy więc na nim znane nam już poszczególne „signa”, które jak pismo obrazkowe mówią nam; Tuż za zakrętem wejściowym widzimy dwa znaki „polskie” jakby doczepione do wysięgnika, ale posiadające wewnątrz kręgu jakby „oś”, następny znak wewnętrzny - to signum m a c i c y w kole, wychodzący na zewnątrz jako złożony znak „mężczyzna + kobieta”. Dalej po nieznanym „przerywniku” kolejny znak: wewnątrz znak macicy na zewnątrz znów „kobieta i mężczyzna”. I znów = po przerywniku - to samo, ale tu wewnątrz macicy wyraźny symbol fallusa. Kolejny podobny znak - Lo „mężczyzna + kobieta z dzieckiem, a więc już symbol rodziny. Teraz przerywnik ma zakończenie w kształcie prostokąta, a to oznacza „współcześnie”. Krąg kończy się z zewnątrz signum mężczyzny i kobiety, a wewnątrz znakiem małej macicy. Co naprawdę oznacza taki krąg nie wiemy,- możemy się tylko domyślać, iż ma to jakieś ważne znaczenie dla istnienia dwu płci na Ziemi... Ale teraz nie podchodzimy już do tego rodzaju znalezisk z

pozycji kompletnego analfabety. Prawda, że nie potrafimy jeszcze czytać całkowicie tego, co jest zapisane w tej niezwykłej sieci, ale zaczynając od zera i tak wiemy już coś-niecoś.. Jak już wiemy, najprostszym sposobem przekazu informacji na dowolną odległość, jest jej transmisja przy pomocy kodu binarnego. W ten sposób można zapisać nie tylko każde działanie matematyczne ale i każdy przekaz słowny w dowolnym języku, o czym najlepiej wiedzą posługujący się w pracy komputerem. Nasz łaciński alfabet składa się zasadniczo z dwudziestu czterech zgłosek, inne alfabety mają ich inne ilości - ale nie jest ważne ile ich jest, istotnym natomiast, że wszystkie one służą do zapisu informacji. Znany od niewielu lat kod genetyczny zbudowany z DNA, kwasu dezoksyrybonukleinowego tak naprawdę jest zbudowany z dwudziestu aminokwasów i czterech złożonych białek. W sumie to też dwadzieścia cztery znaki, które tworzą podwójnie skręconą spiralę. Jeżeli pod każdy z dwudziestu aminokwasów i cztery białka podstawimy odpowiednią konfigurację zapisu dwójkowego (binarnego), to nic nie stoi na przeszkodzie by cały kod zapisać w sposób binarny. A stąd już tylko krok, by taką strukturę w zapisie binarnym przesłać dokądkolwiek w dowolny sposób, choćby stojącą falą hiperdźwiękową lub wiązką tachionów. Czyż nie byłby to prostszy, szybszy i bezpieczniejszy sposób przekazania na Ziemię kodu, od którego zależało powstanie miliardów gatunków żywych komórek jednocześnie na całej Ziemi? Wystarczyłoby dostarczenie tylko swoistego „knowhow” (wiedzieć jak to zrobić) i zarazem dostarczyć na planetę odpowiednią energię potrzebną do ożywienia stworzonych komórek Tą energię, której nauka nie zauważa, a która ożywia wszelkie istoty, z naukowcami włącznie! Zastanawiając się nad energią niosącą informację po - przez

przestrzeń i czas, a raczej poza czasem wydaje się, iż jest ona bardzo podobna do znanej w Indiach od tysięcy lat „prany”, zwanej zresztą innymi nazwami w innych krajach! Jest to więc japońska „ki” czy chińska „chi”. Nie nazwa jest tu istotna, lecz jej funkcja. Kod genetyczny dostarczony na Ziemię przed miliardami lat pozwolił ominąć żmudne tworzenie się żywej materii drogą „prób i błędów”. Aby w taki sposób, poprzez przypadkowe łączenie się atomów w proste związki, później bardziej skomplikowane aż do struktur organicznych posiadających zbudowany w identyczny sposób kod DNA - miała powstać istota ż y w a, i znów w drodze „doboru naturalnego” miał powstać człowiek - byłoby naturze za mało tych czterech i pól miliarda lat od powstania Ziemi. Tak naprawdę, to jakiekolwiek powstanie wodnego środowiska o ochłodzonej wodzie zdolnej do powstania i rozrodu struktur białkowych miało miejsce znacznie później, około 3 miliardów lat temu. Wilk wykrywa na terenach naszego kraju setki zjawisk odpowiedzialnych za takie rozsiewanie życia.. Trudno nawet jednoznacznie powiedzieć czy noszą one charakter „obiektów, które skądś przybyły” czy też może „laboratoriów stacjonarnych dostarczonych wprost do nas, przeznaczonych do kontroli powstawania życia”, czy wreszcie „statków, które co jakiś czas przybywają na naszą planetę” Żeby zbliżyć się do wyjaśnienia tych niejasności trzeba nie kilku czy kilkunastu dobrze przeszkolonych w badaniu sieci „W „radiestetów a ich setki, jeśli nie tysiące. Ta sprawa kiedyś może się okazać bardzo ważna dla przetrwania życia na naszej planecie. Nie mam tu nawet na myśli przetrwania rasy ludzkiej a życia w szerszym pojęciu, bo nie my wcale jesteśmy najważniejsi we wszechświecie, jak nam się stale wydaje...

W tych „obiektach” zauważa się jednak prawie zawsze podwójne kręgi UFO, względnie jaki ich związek z opisanymi p op rzednio „statkami obcych istot, prostokątów z półkolistym wybrzuszeniem na jednej z węższych ścian. To z kolei świadczy, że nie są to struktury automatyczne ani nieożywione lecz w jakiś nieznany nam sposób sterowane. Często spotyka się - na przykład na ziemiach polskich ponad 500 razy - obłe kształty, przypominające grubego robaka lub liszkę o gigantycznym rozmiarze. Jej wiek, moment powstania na Ziemi został określony na pięćset milionów lat, a więc na okres gdy na naszej planecie nie istniały jeszcze nawet gady kopalne, a pierwsze prymitywne kręgowce dopiero opuszczały środowisko wodne... Ten obiekt o wydłużonej formie posiadał wewnątrz kilka komór. W jednym końcu dochodzą do niego dwa kanały, jeden obok drugiego, Rozejrzenie się w konstrukcji tego tworu pokazuje, że jeden z kanałów doprowadza energię, być może z zawartą w niej informacją, zaś drugi odprowadzają po wykorzystaniu Z drugiego końca umiejscowiony jest „Przedział dla obsługi” o nieco bardziej skomplikowanym rysunku. Wewnątrz niego widzimy nieostry signum „F”, jak pamiętamy mówiący o ingerencji obcego rozumu. Dopiero na to nałożony jest „krąg UFO” gdzie jeden z końców jest wewnątrz tej struktury a drugi na zewnątrz. Długość takiego tworu sięga od paruset metrów do paru kilometrów, (rys. 12) ...Czytelnikowi, który czyta te wywody wydawać się mogą one czystą fantazją. No bo jak że, ktoś może przy pomocy różdżki czy wahadełka odkrywać takie niezwykłości, a ja (myśli sobie w duchu) mogę co najwyżej z wielkim trudem wykryć „cieki wodne” i to nawet bez rzeczywistego potwierdzenia ich obecności...

Już twierdzenie, że przedstawiciele obcej cywilizacji mogliby odwiedzać Ziemię przed kilkoma setkami tysięcy lat czy choćby nawet przed dwoma ich milionami wywołuje czasem niewiarę... a tu mowa o okresie dłuższym kilkaset razy... Czasami pomoc w uwierzytelnianiu czegoś, jakiegoś zdarzenia czy zjawiska nadchodzi z zupełnie niespodziewanej strony. Wiadomym jest na przykład archeologom i historykom, że Sumerowie znali kalendarz oparty nie rok liczący 365,25 dnia lecz 360 dni. Czy to pomyłka astronomów „boskich”, czy może niewłaściwie odczytana wartość w zawiłym piśmie klinowym? Nic z tego...wiadomość jest nie tylko bezbłędna ale i mówi o czymś dziwnym. Z badań astrofizycznych wiadomo, że Ziemia w miarę upływu czasu nieco przyśpiesza swój bieg dookoła Słońca i jednocześnie coraz to minimalnie oddala się od niego, elipsa którą zatacza dookoła niego powiększa swój rozmiar. Jednocześnie - w miarę upływu czasu - Ziemia minimalnie zwalnia swój ruch rotacyjny dookoła własnej osi. Teraz - Ziemia obiega Słońce w 365,25 doby (średnio). Był czas, gdy nasza planeta była 1,009684 razy bliżej niego, i właśnie wówczas Ziemia obiegała Słońce w 360 dni. M iało to miejsce 500 tysięcy lat temu... Właśnie wówczas ktoś, kto nie był człowiekiem obliczył to i później przekazał tą wiadomość Sumerom... M ożna by zaciekawić się kto w tak sprytny sposób dokonał takiego obliczenia potwierdzającego obecność „bogów sumeryjskich”. Czy to aby nie jakiś mądrala szukający potwierdzenia dla swoich teorii? M uszę rozwiać obawy... Obliczenia te wykonał Johannes Kepler, słynny astronom niemiecki w XVII wieku, wówczas gdy jeszcze nikt w Europie nie

wiedział niczego o Sumerach i ich historii kontaktów z „bogami”. Ten okres - pół miliona lat pokrywa się z czasem eksploatacji kopalń złota przez „istoty boskie” w Południowo-Wschodniej Afryce i wieloma datami, łączonymi z tymi „istotami”.

DATOWANIE WYDARZEŃ

Wiele osób nie może pojąć w jaki sposób można bardzo dokładnie określić datę zdarzenia czy budowli. Jak skręty kanałów i prowadzona za nimi różdżka może dokładnie nakreślić kształty cyfr, i to w dwóch zapisach: arabskim i łacińskim? Nie od razu p. Wilk doszedł do takiej wprawy. Jak to zwykle bywa - było z początku dużo pomyłek, potknięć i niezrozumienia tego co się właściwie dzieje na sieci. Zdarzyło się kiedyś, że obaj byliśmy na pustkowiu i nagle Wilk zapytał mnie o godzinę. Odwinąłem rękaw i stwierdziłem, ze...zapomniałem zegarka. Wilk zasmucił się i rzekł, że on też...zostawił go w domu... Ale po chwili poweselał, bo przypomniał sobie, że ma przecież różdżkę... - Chcesz nią sprawdzić która godzina? - spytałem z powątpiewaniem. Okazało się, że jesteśmy na „dziwnym miejscu”, na którym od dawna zachodzą jakieś niezwykłe manipulacje w wymiarze czasu, nie wiadomo po co i przez kogo powodowane... Patrzyłem jak chodzi nachylony, w dziwny sposób trzymając swój przyrząd, wykręcający się jak wąż w jego ręku, chociaż widać było, że są to ruchy nie przez niego powodowane. Po niezbyt długiej chwili powiedział...jedenasta...dwadzieścia... Odchodząc kawałek z tego miejsca zobaczyliśmy jakiegoś mężczyznę idącego w naszym kierunku. Spytaliśmy go, czy aby

nie ma zegarka i okazało się, że jest już... jedenasta dwadzieścia dwie... Sprawdzian był bezbłędny M ając w ręku do swej dyspozycji tak dobry i jak się okazało precyzyjny instrument do pomiaru wieku jakiegoś zdarzenia mógł badacz z wielką uwagą podchodzić teraz do najbardziej niezwykłego znaleziska, jakie udało mu się odkryć. Jest ono tym dziwniejsze i ważniejsze, że pokazuje dokładną datę powstania istoty ludzkiej na Ziemi. Gdyby powstawał on w wyniku długotrwałej ewolucji niemożliwym byłoby określenie jakiegokolwiek ścisłego momentu zaistnienia człowieka. Staje się to jednak możliwe tylko w jednym przypadku - gdy po długotrwałych próbach i nieudanych krzyżówkach po raz pierwszy udało się laboratoryjnie doprowadzić do wszczepienia pierwotnej istocie tylko zewnętrznie człekokształtnej nowego elementu - duszy, względnie tego co nazywamy psychiką. Od tego momentu, przez sieć ściśle umiejscowionego w czasie zaczęło się istnienie praojca „Adama”. Nawiasem mówiąc w języku sumeryjskim,Adamu” oznacza właśnie: człowiek”. Nieprawdopodobnie szczegółowe „spectrum” zaczyna się datą „Czerwiec 415 131 lat przed narodzeniem Chrystusa”. Data ta zbieżna jest z przypuszczeniami badaczy, historyków i archeologów i z ich ustaleniami odnośnie dat eksploatacji złóż złota w południowo-wschodniej Afryce, o którym to fakcie wspominaliśmy poprzednio. Jednakże tam to datowanie opierało się na tak zwanej analizie obecności węgla „14” w resztkach słupów tworzących szalunek w tych kopalniach. M etoda ta nie jest zbyt dokładna a błąd pomiaru rośnie wraz z dłuższymi okresami wieku, o jaki; podejrzewa się badaną próbkę. M argines błędu dla przedmiotów z przed pól miliona lat może sięgać nawet

do 10 %.,czyli do 50 000 lat... (rys. 13) To przedziwne spectrum nazwane zostało „Początek i koniec ingerencji inteligencji, która wpłynęła na powstanie Człowieka rozumnego” Cóż może być później? Chyba po prostu...przedstawiciele obcej inteligencji zostawią nas swojemu losowi... Te dwie daty przedzielone są strukturą znajdującą się wewnątrz jednego z typowych kręgów UFO połączonego niedługim odcinkiem kanału z drugim kręgiem, ponad dwukrotnie większej średnicy. Tam, wewnątrz niego widzimy pusty signum „macicy”, miejsca rozrodu ssaka, jakim jest przecież człowiek. W dwie strony, poprzez wychodzące na zewnątrz kołnierze wewnętrznego dużego kręgu wychodzą na zewnątrz kanały posiadające na swych poboczach signa złożone: określające pojęcia: kobieta z dzieckiem, rodzina. Przypomnijmy sobie, że signum „zdrowie” podobny do krótkiego krzyża na poprzecznej podstawce umieszczany jest każdorazowo odbiegających ponad kanał schodkowo biegnących wzwyż „signum” oznaczającego „wyróżnienie pozytywne”. Tylko raz w tej części „spectrum” widzimy signum mężczyzny położone na przeciw signum kobiety. Zauważyć też możemy, że oznaka rozwoju duchowego pojawia się na początku kanału leżącego pomiędzy datami powstania człowieka i jego końca istnienia jako podległego opiece twórców sieci „W „... Trudno ze stuprocentową pewnością określić czego dotyczyć ma ta końcowa data. Czy to tylko koniec opieki „boskiej” nad ludźmi czy może koniec wszystkiego Tak czy inaczej - jeszcze to daleko przed nami... Cofając się nieco ku bliższej dla nas przyszłości sięgamy do terenu leżącego obecnie w granicach Warszawy, na Żoliborzu w

pobliżu Wisły. Tam w nisko położonym terenie, pomiędzy wysokimi domami a wałem odgradzającym rzekę od terenów mieszkalnych leży od kilku lat po zakończeniu wojny park zabaw, szczególnie dla dzieci z licznymi urządzeniami rekreacyjnymi i kilkoma płytkimi stawami. Kto by przypuścił obecnie, że na tym terenie za kilkaset lat skomplikowana struktura architektoniczna, poświęcona problemom rozrodczym wielu narodowości przy współudziale istot pozaziemskich. M ówią o tym liczne „signum” poszczególnych nacji, a wśród nich zauważamy narodowość: polską, ruską, niemiecką, tatarską i obcych z kosmosu. M oże więc wreszcie za kilka wieków nastąpi wreszcie spotkanie się ludzi z przybyszami pozaziemskimi, na które wielu z utęsknieniem oczekuje. We wszystkich znakach, spektrach czy innych wykreślonych później na papierze schematach zauważa się silną ingerencję „obcej inteligencji”, Jest to chyba zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę, że to oni są twórcami tej przedziwnej sieci, (rys. 14) Rys. 14. W Warszawie, blisko północnej dzielnicy Żoliborz, na tak zwanej Kępie Potockiej wykryto istniejący trwale w czasie z przeszłości zapis istnienia tam CENTRUM ROZRODCZEGO. Datowanie wykazuje okres lat 2830 dcl 2900 po Chrystusie, a więc wyprzedzających nasze czasy o około 900 lat. Na „wejściu”, od dołu rysunku pojawiają się „znaki określające narodowość” a pośród nich, „signum”, „zdrowie”, „psychika”, „wyróżnienie pozytywne”! liczne znaki „rodzina” oraz: Polacy, Rosjanie, Niemcy, Tatarzy. Znaki ’ „mężczyzna”, „kobieta” i „wyróżnienie w rozwoju duchowym”. Wewnątrz schematu budowli, w jej górnej części widać pojęcia: „Rozrodczość” oraz dwukrotny symbol „rodzina”.

Całość sieci, jej wszystkie drogi przepływu informacji niesionej strumieniami tachionów, gdy rozpatruje się ją w przestrzeni trójwymiarowej daje nam skomplikowany i rozbudowany splot milionów linii, kanałów czy niematerialnych rur... Nie mamy niestety wizualnego wglądu ani nawet nie potrafimy sobie wyobrazić jak by ta sieć wyglądała na przykład w którymś z wymiarów przekraczających znane nam trzy wymiary przestrzenne. Ponieważ jednak zauważamy, że na sieci Wilka dochodzi do występowania innego „b iegu „czasu, sama sieć zachowuje się czasami jakby była u wylotu tzw. „białej dziury”. Jest to pojecie z pogranicza astrofizyki. Oznacza, że gdzieś we wszechświecie powstaje tak wielkie pole grawitacyjne że zakrzywia całkowicie przestrzeń i powoduje powstanie leja grawitacyjnego. Wszystko, co dostanie się do niego, łącznie ze światłem i wszelkimi formami energii i materii nie ma szans ucieczki po przekroczeniu pewnej granicznej odległości od początku tego „leja”. To miejsce otaczające „lej” wokoło nazywa się horyzontem zdarzeń. Co przejdzie do jego wnętrza bezpowrotnie wpada do niego... Wszystko, co przekracza horyzont zdarzeń spływa ku „dnu” tego leja. Tam w granicznie małym punkcie grawitacja rośnie do nieskończoności zaś czas znika do zera... Ale na tym nie koniec. Taki układ grawitacyjny nazywa się czarną dziurą. Po „drugiej stronie” grawitacja z maksymalnej zaczyna wydostawać się „na zewnątrz” i maleje, zaś czas z zerowego rodzi się i zaczyna, mieć wartość wyższą niż zero. To z kolei, ta odwrotność czarnej dziury nazywamy „białą dziurą”. W obrębie tych dwóch układów zachodzi coś dziwnego: w czarnej dziurze czas biegnie w przyszłość, zaś w białej...odwrotnie, zaczyna się cofać. Światło, które wpada do czarnej dziury dostaje się do punktu osobliwego, tego

bezczasowego dna leja i prawdopodobnie wychodzi po drugiej stronie, w białej dziurze uzyskują prędkość wyższą niż miało poprzednio. Dzieje się coś dziwnego...w białej dziurze czas zaczyna płynąć wstecz... Dla lepszego zobrazowania takich układów wyobraźmy sobie je jako dwa leje spięte ze sobą cienkimi końcami. Narysować, lub napisać moglibyśmy je „z profilu” jako literę „X”. Górna połowa litery to „czarna dziura” a dolna - biała. Jeżeli chciałoby się nam, moglibyśmy zrobić trójwymiarowy model takich układów nazywany czasem „mostem Einsteina Rosena” lub „tunelem czasu”. Jeżeli teraz ruchem wirowym, na przykład rysując to flamastrem na wewnętrznej ścianie „czarnej dziury” będziemy kreślić długą spiralną linię, symbolizująca spływające do leja energie - to po przekroczeniu punktu osobliwego (dna leja) kreślimy tą spiralę dalej tym samym torem, teraz wywijając ją ku krawędzi lej a... Jeżeli rysować zaczęliśmy w „czarnej dziurze” zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to zauważymy ze zdumieniem, że z „białej dziury” strumień energii wychodzi po torze odwrotnym... odwrotnie niż ruch wskazówek zegara Nagle spostrzegamy, że...zjawisko biegu czasu „ku przyszłości” różni się od „odwrotnego jego biegu” tylko kierunkiem skrętu strumienia energii. Nie potrzebne stają się dwa „leje” stykające się ze sobą, to może być jedna struktura, wirująca jednocześnie w dwie strony... by złamać zasadę przyczynowości i...przemieścić się w czasie... Wówczas dochodzi do emisji tachionów... i...na przykład do nie udawania się zdjęć w takim miejscu. Rozmiary układów czarnych dziur mogą być olbrzymie albo zupełnie znikome. Od astronomicznych rozpiętości rzędu 500 000

lat biegu światła do zupełnie niezauważalnych o średnicy zbliżonej do miliardowej części mikrona a nawet jeszcze mniejsze. Istnienie tych ostatnich wynika jednak tylko z obliczeń matematyczno-fizycznych a nigdy nie udało się fizykom stwierdzić ich istnienia w naturze. Nie należy jednak upraszczać tego co tu powyżej podałem. Skrętem w stronę zgodną z ruchem wskazówek zegara, żeby nie wiadomo jak szybko to by była rotacja nie przemieścimy się w przyszłość tak samo jak skrętem przeciwnym w przeciwną stronę biegu czasu. Istotnym jest aby oba ruchy skrętne wystąpiły w tym samym układzie, można by powiedzieć aby dotyczyły tego samego „urządzenia” w tej samej fazie istnienia. Wyobraźmy sobie spłaszczoną kulę aż do formy dysku, która zawiera w sobie wewnątrz drugi analogiczny dysk, nieco tylko mniejszy. Wyobraźmy sobie, że dysk wewnętrzny uzyskuje rotację granicznie wielką w stronę przeciwną, niż dysk zewnętrzny, również rotujący z maksymalną prędkością. W obrębie takiego „pojazdu” lub „układu” możemy uzyskać różne anomalie czasu, ale taki dysk będzie dziwnie podobny do UFO... Fizyka zna pojecie, przynajmniej teoretycznie, światów równoległych. Dokładnie takich samych jak ten, w których żyjemy z tym tylko, że bieg zdarzeń może w nich być zupełnie różny od tego co dzieje się u nas. W świecie równoległym możesz istnieć TY czytelniku, ale twój zewnętrzny (równoległy świat) może się bardzo różnić od naszego, chociaż w zasadzie główne punkty będą prawie takie same. W kręgu takich zdarzeń znany jest przypadek pewnej młodej dziewczyny z jednego z uniwersytetów amerykańskich. Gdy zmęczona grą w siatkówkę na boisku uczelni weszła na chwilę do

budynku i w chwilę później na pustą o tej porze salę wykładową zobaczyła i posłyszała głos jednego ze swoich profesorów, pytającego wzburzonym głosem, dlaczego „wczoraj” nie zjawiła się u niego na kolokwium Nie to byłoby dziwne, ale fakt, że profesor był ubrany w staromodny tużurek dziewiętnastowieczny, na zawsze wygolonej, znanej jej przecież twarzy miał sporą bródkę ściętą w szpic i wąsy. Gdy zdezorientowana rozejrzała się po sali ujrzała swoich kolegów i koleżanki ubrane w zapinane pod szyją (pomimo upału!) sukienki z ciemnego materiału i wysokie sznurowane buciki...ze zdumieniem stwierdziła, że sama też tak jest ubrana... Parusekundowy szok przerwały jej głosy dobiegające z bo iska. Spojrzała w okno i znów zobaczyła tą samą grupę tych samych kolegów, teraz już „normalnie roznegliżowanych” biegających po boisku... Gdy kompletnie już ogłupiała rzuciła się ku drzwiom by uciec z tego XIX wieku...ujrzała, że sala wykładowa jest pusta, a ona sama ubrana podobnie jak jej koledzy za oknem Gdzie była? W innym, równoległym świecie? Co spowodowało, że „coś” przerzuciło ją...nie w czasie - bo byli ci sami koledzy i ten sam profesor, nie do „innej” przestrzeni, bo w innej by ich nie było - tylko dokąd? Znane są przypadki jeszcze dziwniejsze: otóż w pierwszych latach po II wojnie światowej płynął w pobliżu Bermudów, nocą, jakiś frachtowiec amerykański. Kapitan został wywołany na mostek przez oficera wachtowego, który nie wiedział co ma myśleć o przepływającym równoległym kursem statku i...jak ma to zapisać w książce okrętowej? Zdumiony kapitan, nawet bez lornetki ujrzał, że nie dalej niż o trzysta metrów od nich, równolegle z nimi ale odrobinę prędzej przepływa olbrzymi i bardzo dziwny statek.

Widać było kilkupiętrowe pokłady w prawie całkowicie przeźroczystych częściach statku wznoszących się ponad metalowy kadłub. Wszelkie nadbudówki, jakieś dziwne niewy sokie „maszty” były jak ze szkła, statek nie miał jednak żadnych kominów ani normalnie obserwowanych na statkach pasażerskich licznych szalup ratunkowych. Był on rzęsiście oświetlony różnokolorowymi światłami i pełen ludzi. Wydawało się, że wewnątrz toczy się zabawa, w dolnej części nadbudówek pokładowych, tuż nad kadłubem widać było również przeźroczysty obszerny basen kąpielowy, pełen ludzi. Najdziwniejszymi było, że przy burcie statku „widma”, od strony skierowanej ku frachtowcowi widać było i słychać dziesiątki ludzi stojących przy burcie, wymachujących do niego rękoma i krzyczących coś ze śmiechem we wszystkich chyba językach świata... Statek sprawiał wrażenie nieziemsko pięknego obiektu o takiej budowie, która chyba dopiero będzie konstrukcją przyszłości. Ostatecznie mógłby to być jakiś nieznany typ wycieczkowca, gdyby nie to, co nastąpiło już w chwilę później... „Jakby przed jego dziobem wyrosła jakaś niewidzialna ściana, w którą on wpływał w ten sposób, że w miarę wchodzenia! w nią sukcesywnie znikał ze wzrokowej obserwacji. Ci co byli tam na pokładzie nie zauważali tego i sprawiało I to dziwne wrażenie, gdy po paru minutach...dziób zanurzyli się w nicość... do połowy kadłuba... za chwilę już tylko tył rufy był w naszym świecie a po sekundzie już nic... Znikł cały. Od pierwszego momentu obserwacji do zniknięcia „widma z przyszłości” nie minęło dłużej niż dziesięć minut... Czy t y m razem obserwowano wcale nie nieziemski, nie z kosmosu alei całkiem zwyczajny, zbudowany na naszej planecie autentyczny statek rekreacyjny z naszej przyszłości!?

Anomalie czasu przybierają czasami dziwne formy. Co innego czytać o nich, nawet stykać się z badaniami obiektów z przyszłości sieci Wilka, będąc przecież w momencie badania w naszym świecie i naszym czasie obecny, a co innego samemu zetknąć się ze zjawiskiem „z tej ziemi” ale na pewno nie z tego czasu... Taki dziwny przypadek wydarzył się autorowi we wrześniu 1972 roku. Pojechałem wówczas z tak z waną „wycieczką zakładową” organizowaną przez zakład pracy na kilkudniowy objazd zabytków południowo-wschodniej Polski. Droga zawiodła nas też do Łańcuta. Nasz autokar zajechał tam po południu. Zmęczeni długotrwałą jazdą wycieczkowicze rozlokowali się w zarezerwowanych pokojach w pałacowym skrzydle hotelowym, ale nie wszyscy. Wraz z jednym z nich skorzystaliśmy z ostatniej grupy, innych przyjezdnych udających się na zwiedzanie sal pałacu, ale szybko odbiliśmy się od grupy by na własną rękę obejrzeć sobie bibliotekę. Sala ta oświetlona była promieniami zachodzącego już słońca, ale pusta... nikogo oprócz nas... Tego samego dnia, ale nieco wcześniej do Łańcuta przyjechała grupa filmowców. M ieli kręcić jakieś ujęcie do któregoś z filmów kostiumowych. Spacerowaliśmy powoli oglądając w zadumie grzbiety książek za oszklonymi szafami.. i w pewnym momencie zauważyłem, że na jednej z sof siedzi... w niedbałej pozycji piękna pani w atłasowej sukni z krynoliną, barwy starej kości słoniowej, bogato haftowanej i przystrojonej koronkami. M iała wielki dekolt, gładką szyję i twarz z oczami wpatrzonymi w małą książeczkę w białawej skórkowej oprawie, którą trzymała w dłoniach. Jej ręce obnażone były aż do łokci...Nie zwracała na nas uwagi... Nastrój tego miejsca i tej postaci bardzo współgrały ze sobą...

byliśmy obaj pewni, że mamy przed sobą jedną z aktorek już w stroju „z epoki”, która szykując się do zdjęć na chwilę relaksu przysiadła tutaj... Przechodząc koło niej zerknąłem na grzbiet tej książeczki trzymanej przez nią. Zauważyłem napis wyblakłymi złotymi zgłoskami: „La Fonta...” - dalej napis zasłaniał jej palec”. „Cz y ta „Bajki La Fontaine’a” w oryginale! - pomyślałem i wchodząc w j e j rolę a mijając ją w tej odległości, że musiałbym potrącić czubki jej pantofli na wyciągniętych nogach, skłaniając w powitalnym geście głowę powiedziałem po francusku półgłosem „Excusez nous, madame” (Pani nam wybaczy...). Oderwała na moment wzrok od książki, cofnęła nogi byśmy mogli przejść, spojrzała w naszą stronę, i leciutko uśmiechnąwszy się szepnęła” M erci... Gdy po kilkunastu minutach zeszliśmy do hallu na parterze, zagadnąłem którąś z portierek, siwowłosą staruszkę, której wiek wskazywał, że jest tu bardzo zadomowiona. Chciałem się dowiedzieć jaki film będzie tu kręcony, gdyż w bibliotece spotkaliśmy tą „aktorkę”. Od słowa do słowa opowiedzieliśmy jej nasze spotkanie. Przeraziłem się jej reakcji Spojrzała na nas jakby zobaczyła ducha... zaczęła się tyłem cofać spluwając na boki i mrucząc głośno: „Z białą panią gadali...po francusku...a ona im odpowiedziała...tfu...tfu...zgiń nieczysta siło...” Szybko oddaliła się, obejrzawszy się parę razy za nami. Dopiero na drugi dzień sprawdziliśmy - ...w ekipie filmowców wśród aktorów nie było ani jednej kobiety... Tym razem - spotkanie „widziadła” względnie ducha jakby to można było określić związane było ze specyficznym miejscem. Jestem jednak pewny, że w momencie kontaktu akustycznego z tą osobą - to nie ona była w naszym świecie XX wieku, a my przez

chwilę w j e j świecie. M oże to właśnie nasze pozbawione wrogości czy strachu zachowanie spowodowało taką aurę tego spotkania, że nie zostaliśmy wchłonięci przez świat wirtualny równoległy - i spokojnie wróciliśmy do siebie... Tak samo jak powstanie w przestrzeni specyficznych pól siłowych wywołać może z „niebytu” dziwne zjawiska, z UFO włącznie, czy ze zjawiskami anomalii czasu - tak inny, diametralnie różny poziom tych pól może spowodować odwrotny skutek: rozłączenie się dwóch światów - naszego i „tamtego”. Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że poziom pól siłowych i ich rodzaj uwarunkowany jest konkretnym podejściem do tego biorących w tym udział. Grażyna Fosar i Franz Bludorf, autorzy książki „Dziedzictwo Avalonu” podają przedziwny fakt: 16 czerwca 1992 roku, w obecności ponad stu osób, wśród których byli naukowcy, operatorzy TV z kamerami, fotografowie itp. - intencjonalne natężenie myśli, „przywołujących UFO” spowodowało, że rozstąpiły się chmury i w kawałku czystego nieba, w przedwieczornej porze pojawiło się UFO w kształcie widzialnego dysku... Tym razem nasilenie pola emitowanego przez tak dużą grupę jednocześnie wystarczyło do przerwania granicy pomiędzy „naszym światem” a innym, może równoległym, wirtualnym. To nie UFO „przyleciało na żądanie tych ludzi”, ono nie było posłuszne ich chęciom zobaczenia go, po prostu ich wola stworzyła optymalne warunki do przebicia się informacji z jednego świata w obręb innego. Ten fakt wyciągnął na wierzch jeszcze jeden aspekt kontaktów człowieka „z nimi”. W o l a. To potężny czynnik, który doceniają j o g i n i wszyscy, którzy idąc drogą rozwoju duchowego zaczynają

rozumieć jej rolę. Nie bez przyczyny jeden z wyższych czakramów, piąty z kolei (licząc od dołu ciała), zwany „Vishuddha”, to ośrodek kształtujący i wzmacniający ją... Człowiek, który idzie drogą rozwoju duchowego po pewnym czasie, wspierany tezami wyłuszczonymi przez wspomnianego poprzednio Omkara - orientuje się, że będąc formą nieskończoności, wszechjaźni, absolutu - „wszystkiego we wszystkim” nie musi w medytacji czy odmiennym stanie świadomości nikogo o nic prosić, jako że to „coś innego” jest w gruncie rzeczy tylko podobną „formą” co i on sam... Zebranie się większej ilości ludzi to spotęgowanie emisji pól siłowych adekwatnych wyrażeniu woli, którzy kierują jedną myśl, jedno pragnienie - by stało się coś, na co czekają i czego chcą. W latach przed drugą wojną światową modne były seanse spirytystyczne. Polegały one najczęściej na zebraniu się kilku osób w ciemnym pokoju (zauważono, że światło nie sprzyja „koncentracji”), a tak naprawdę jaskrawe światło e l e k t r y c z n e, jest silną falą elektromagnetyczną i m o ż e zakłócić słabe biopole kilku ludzi, nie pozwalając na pojawienie się pożądanych efektów. Osoby siadały wokoło stołu, najlepiej okrągłego i kładły dłonie obu rąk na blacie stołu w ten sposób, by stykały się one między sobą palcami. W ten sposób tworzył się zamknięty krąg utworzony z dłoni, a właściwie o czym mało kto z biorących udział w seansie zdawał sobie sprawę...jeden zwój „cewki” wzmacniający biopole, krążące pomiędzy uczestnikami i powodujące dokładnie to samo co dwa dyski wirujące przeciwbieżnie. Pojawiać się mogły zarówno zjawiska świetlne i akustyczne, na przykład „pukanie wewnątrz mebli”, nawet zjawiska lewitacji (anomalie grawitacyjne) czy wreszcie rzeczywisty kontakt z „bytami” świata wirtualnego, w miejscu, w którym silne, spotęgowane biopole plus wola uczestników

powodowało optymalny moment do przebicia się ich z innego, niepojętego obszaru „zaświatów”... Uczestnicy seansów, zgodnie z chęcią wyrażoną przed podjęciem tego rodzaju praktyki uważali to za kontakt z duchami, przeważnie osób zmarłych, podczas gdy prawdopodobnie mogli porozumiewać się tylko z istotami z innych, wirtualnych względem nas światów. M usimy wyjaśnić tu pewne pojęcie: otóż świat wirtualny, jest to analogiczna do naszej przestrzeni wersja świata, w której my sami istniejemy powtórnie, może nawet wielokrotnie, zupełnie nie zdając sobie sprawy, który z tych bytów jest tym najważniejszym. Pojęcie to sprecyzowali w swoim czasie fizycy dla możliwości zrozumienia tak zwanego „paradoksu dziadka”. Polega on na takiej zagadce logicznej: „załóżmy, ż ktoś z nas cofa się w czasie do okresu, w którym żył jego dziadek. Przez nieuwagę czy przypadek zabija swego dziadka. Czy w takim przypadku on sam nie narodzi się, a tym samym nie zabije swojego dziadka, bo wówczas nie będzie istniało pojęcie „własnego” i pojęcie „Dziadek”? Czy też może jest to jakoś inaczej? Jak? Otóż pan X teoretycznie mógłby cofnąć się w przeszłość, gdyby miał taką fizyczną możliwość, może spotkać swojego dziadka i „zabić dziadka”, ale nie tego w linii, tego samego świata wirtualnego lecz innego świata, też wirtualnego, gdyż „wirtualność” zmienia się w jakichś mikromomentach czasowych spontanicznie, w sposób nieuporządkowany. Zabiłby więc swojego „wirtualnego dziadka” identycznego z prawdziwym, lecz na dobrą sprawę tylko jego kopię... Zwróćmy jednak uwagę, że większość anomalii przestrzennych zachodzi tam, gdzie warunki lokalne ustawiają czynniki emitujące energię w kształt pierścienia lub litery greckiej

„Omega”, to jest pierścienia poziomego niedomkniętego w pewnym miejscu swego przebiegu. Analiza pojawień się UFO wykazuje, że większość ich obserwuje się tam, gdzie w terenie istnieją tak ułożone szczegóły terenowe, nawet wówczas, gdy świadek tego nie spostrzegł a badacz nie bardzo wiedzący na co ma zwracać baczniejszą uwagę pomija wszystko, co mogłoby go naprowadzić na znalezienie tego rodzaju zależności. Dlatego też ja i moi koledzy, badający relacje o pojawieniu się gdzieś tych obiektów, zwracają pilną uwagę na wyszukiwanie maksimum zależności podobnego rodzaju i - przeważnie wykrywają je w terenie.. Chińscy budowniczowie w czasach średniowiecza, a i teraz też zwracają wielką uwagę, by pałace czy siedziby władców a również osób znaczących w życiu społeczeństwa były zlokalizowane tak, aby opływał je naturalny strumień lub kanał wodny o kształcie „omegi”, otwarty od południa. M a to usuwać z jego drogi życiowej wszelkie niepożądane przeszkody. W podobny sposób wzniesiono na przykład „Zakazany Pałac” w Pekinie. Turysta zwiedzający go dziwi się, czemu wszystkie schody wiodące na górne piętra umieszczono na zewnątrz budynku? Dlaczego w tych komnatach, które przeznaczone są dla żeńskiej części mieszkających tam osób z otoczenia cesarza nie ma ani jednego lustra, które by zawieszone było na przeciwko wejścia do komnaty? Wyjaśnienia przewodników, że budowano tak] gdyż było to zgodne z kanonami starej mądrości z zakresu Feng-Shui za zwyczaj dla większości zwiedzających nie są żądanym wyjaśnieniem. Oni przecież nie mają pojęcia o czym mówi oprowadzający ich funkcjonariusz chińskiej służby specjalnej.

Feng-shui oznacza dosłownie dwa połączone pojęcia: wiatr i wodę. Zgodnie z chińską filozofią, Ziemią rządzą cztery żywioły: ogień, ziemia, wiatr i woda. Dwa pierwsze są domeną duchów opiekuńczych. Tych istot, których nie widać, ale których oddziaływanie na życie ziemskie widzi się na każdym kroku. Dwa ostatnie - to sfera działania ludzi, którzy z jednej strony są poddanymi duchów a z drugiej dzięki nabytemu rozumowi mogą niekiedy im się przeciwstawiać. Choćby przez budowanie zygzakowatego mostu w Szanghaju czy jak obecnie... wejść do banków w Hong-Kongu. Na jednej z eleganckich ulic w tym mieście inwestor przed budową siedziby banku poradził się specjalisty od tej dziedziny wiedzy: jak skonstruować wejście, by wchodziły nimi pieniądze a nie mogły wejść złe duchy, wypędzające bogactwo na zewnątrz? Tak powstała jedna z super-nowoczesnych przeszklonych budowli, gdzie szerokie drzwi wejściowe usytuowane są nie równolegle do biegnącego przed nimi chodnika, lecz ostrym skosem. Właśnie na podobieństwo zygzaków na moście w Szanghajskim parku. Turyści przybywający dawniej, przed włączeniem miasta do Chińskiej Republiki Ludowej, chętnie odwiedzali tak niezwykle zbudowane wejście do banku... Później często ulegając jego reklamom i promocjom zostawali jego klientami I płynęły pieniądze do banku... Faktem jest też niezbitym, że kanały sieci „W „szczególnie na terenach miejskich nigdy nie skręcają pod kątem ostrzejszym niż 90 stopni.

Rozdział IV

GDY NIEPRAWDOPODOBNE STAJE SIĘ M OŻLIWE”

Wędrując po polach i drogach z różdżką w ręku radiesteta napotyka niekiedy na poboczu kanału sieci „W „przylegające do niego „stacje postojowe”. Są to miejsca istniejące jakiś czas potrzebny „sieci” do wykonania jakiegoś zadania, którym z reguły bywa zabranie człowieka, najczęściej bez jego woli i...wiedzy, jako że odbywa się to zazwyczaj wówczas gdy słodko śpi we własnym łóżku. Jak to możliwe? Czy może to być prawdą? Czy możemy temu w jakikolwiek sposób przeciwdziałać? Jak mogą „oni” nie liczyć się w ogóle z naszą wolą, z naszymi prawami? Kto im pozwolił by wyczyniać takie rzeczy z nami bez naszej zgody ani nawet wiedzy? (rys. 15) Zastanówmy się... Gdyby nie ta publikacja - to nikt na świecie, oprócz grona badaczy sieci Wilka nie wiedziałby o tym... Każdy z nas, każdy żywy człowiek składa się z dwóch swoistych części, ciała i psychiki. Nie wypowiadamy się tu o ciele, to domena fizjologów, biologów i medyków. Psychiką zajmują się psycholodzy, czasami również psychiatrzy, natomiast my sami tak na co dzień na ogół nie zdajemy sobie sprawy ze złożoności tej niematerialnej wersji nas samych. Wiemy coś niecoś o tym, że warstwa świadomości ma trzy stany: nadświadomość, ostatnio łaskawie zauważaną przez psychologów, jako że już teraz nie daje się wytłumaczyć wszystkiego wyłącznie świadomością i podświadomością.

Świadomość kieruje wszystkimi procesami życia codziennego, podświadomość - jak sama nazwa wskazuje - to teren do którego nasza zwykła świadomość nie ma naogół dostępu. To przebieg i sterowanie procesami życiowymi, przemiany materii, trawienie, praca serca i narządów wewnętrznych, mózgu itp. itd. Rys. 15. Tak według M iłosława Wilka wyglądał obiekt kosmiczny, który w dniu 30 czerwca 1908 r. znalazł się w pobliżu Ziemi. Widoczny w dolnej części pojazdu rakietopodobny obiekt bezzałogowy eksplodował przy wejściu w atmosferę na wysokości kilku kilometrów nad Ziemią. Pozostaje trzecia, najbardziej tajemnicza warstwa - nadświadomość. Tu świadomie nie mamy do niej dostępu. Czasami tylko możemy uzyskać do niej dostęp w sposób pośredni, poprzez podświadomość. Ale takim brakiem szerszych możliwości kontaktu z najwyższym stanem naszej świadomości wykazać się może około 95 % ludzi Natomiast w krajach gdzie ludzie żyją w kontakcie z naturą, czyli tam gdzie jeszcze istnieją do tej pory plemiona prawie pierwotne - ten procent bezradnych wobec kontaktu z naszym wyższym „ja” znacznie maleje... Połączenie swojej świadomości wprost z nadświadomością udaje się wyłącznie tylko w dwóch przypadkach: gdy człowiek stale rozwija się duchowo i dzięki silnej stymulacji czakramu „vishuddha” uzyskuje możność takiej łączności dzięki wyrażeniu świadomemu swojej woli, która w tym przypadku jest równoznaczna z wolą Absolutu (którego każdy z nas jest formą) lub w drugim wypadku, gdy kontakt z wyższym „ja” zostaje zainspirowany niejako „z zewnątrz” przez ingerencję „bytów” istniejących jako formy rozumne znacznie dawniej niż istnieje rasa ludzka na naszej planecie. Taki kontakt w nadświadomości potrzebny może być obu

grupom istot. Wobec naszej świadomości jest on tak skrzętnie ukrywany, że prawie nikt nie zdaje sobie sprawy, że w ogóle istnieje...Tam zaś gdzie człowiek zaczyna się czegoś domyślać, lub w wyższych stanach świadomości nawet zauważa coś ponadnormalnego - tam też prawie nigdy nie ujawnia on tego na zewnątrz, bojąc się posądzenia o nienormalność. W dawnych wiekach ujawnianie podobnych doznań groziło spaleniem na stosie z a „kumanie się ze złymi duchami”. Teraz też przeważnie mało kto przyznaje się do tego, że w medytacji transcendentalnej „wychodzi ze swego ciała fizycznego” i kontaktuje się z „bytami astralnymi”. Jednakże ludzie wyposażeni przez naturę w podobne zdolności a także dzięki poprzednim wcieleniom używający przyniesionych ze sobą na nasz świat wrodzonych umiejętności często zostają wychwytywani przez różnego rodzaju placówki, mieniące się „naukowymi” właśnie do celów pozacielesnego kontaktu nie tyle z „obcymi astralnymi bytami”, co raczej do penetracji światów zarówno wirtualnych jak i naszego kosmosu leżącego w naszym Wszechświecie lecz na odległościach niedostępnych normalnym środkom kontaktu.. „Obcy”, ci którzy stworzyli coś tak dziwnego jak sieć „W „i sieć geopatyczną nie potrzebują tych „uzdolnionych”, którzy najczęściej z chęci przeżycia czegoś ekstra-niezwykłego decydują się na podejmowanie tego rodzaju praktyk, zaś w stosunku do tych ludzi, dla których celem nadrzędnym jest podwyższanie swego rozwoju duchowego - ci „pozaziemianie” zachowują się z rezerwą. Tak to już jest, a mówi o tym również wielu autentycznych joginów, że „obcy z UFO” kontaktując się z ludźmi szukają u nich wsparcia w dwóch aspektach: a) potrzebne im jest nauczenie się od nas metod rozwoju psychiki, uzyskiwania wyższych stopni rozwoju ducha. Oni sami

bowiem przez miliony lat rozwoju z jednej strony zdegenerowali swoje ciała kosztem rozwoju mózgu, a z drugiej potrafią obecnie przesyłać w dowolny moment pola czasu i do dowolnej lokalizacji przestrzennej kopie samych siebie. Quasi-zmaterializowane, lecz nie do końca „żywe” istoty, przesłane do nas w zapisie binarnym za pomocą wiązek tachionów... Tu, na Ziemi skanują zdolności psychiczne ludzkich mózgów, nie uszkadzając ich ani na jotę, tak samo jak w kserokopiarce nie uszkadza się skanowanego tekstu drukowanego na papierze. Do tego potrzebne są im psychiki statystycznie średnich warstw populacji ludzkiej, dlatego kontakty takie przeżywają z zasady ludzie o statystycznie miernym rozwoju umysłowym. Brak wśród nich zarówno debilów czy upośledzonych w rozwoju jak i geniuszy. Prawdopodobnym jest, że „istoty nie z tej Ziemi” mają odpowiedniki naszych cielesnych czakramów, ale nie są w stanie, wskutek bardzo długiego zdegenerowania, stymulować czakramów analogicznych z naszymi trzema najwyższymi: Vishuddhą, Adżną i Sahasrarą. Dlatego praktycznie biorąc ci z pośród ludzi, którzy posiadają najwyższe poziomy rozwoju duchowego są dla nich n i e t y k a 1 n i. Jak ich rozpoznać? Tych zwykłych, szarych, zazwyczaj niebogatych ludzi? Każdy w miarę dobrze przeszkolony radiesteta jest w stanie ich wykryć., większość z nich ma radiestezyjny kolor srebrny... Tam właśnie, w „bazach postojowych” są badane nadświadome warstwy psychiki tych ludzi, którzy mogą „im” posłużyć w zdobywaniu wyższych niż u nich samych zdolności rozwoju duchowego... Typowym takim przykładem jest „baza” uwidoczniona na

jednym z przebiegów kanału. Pokazuje ona z lewej strony otoczony szerokim a nierównym kręgiem placyk, na którym widzimy trzy obszerniejsze niż gdzie indziej jakby „głowy” istot nadzorców pilnie kontrolujących to, co dzieje sie w mniejszym kręgu. Te dwie figury, z dwoma i trzema „wybrzuszeniami” mają jakiś związek z „signami” tworzącymi zbiorcze „spectrum”. Ogólny rzut na nie pokazuje nam jakimi właściwościami duchowymi charakteryzuje się wzięta do badania rodzina z jednym dzieckiem. Znając już niektóre „signum” potrafimy już samodzielnie odczytać co jest tam zapisane: - u góry po lewej -1 signum „rodzina z jednym dzieckiem”, obok pionowy prostokąt „mocne”. Z tego miejsca schodzi w dół ku kanałowi schodkowy wąski kanał, oznaczający „pozytywne wyróżnienie” - i dół tego signum przecinając kanał wchodzi w signum „mężczyzna”. Tuż obok idąc w prawo -”grzybek” symbolizujący „w kontakcie z UFO” i u podstawy tego znaku signum „kobieta z dzieckiem”. Tu kanał skręca i odchodzi w bok, ale dalej pojawiają się na poboczu kanału „przyrośnięte do niego trzy prostokąty, oznaczające „brany (brani) trzeci raz - i na samym końcu znak narodowości = Polski”. W tym przypadku c a ł oś ć zdarzenia jest zapisana w spectrum i daje się odczytać od prawej do lewej = „Kraj: Polska, trzecie wzięcie, Kobieta niezamężna z dzieckiem była już brana do UFO. Samotny mężczyzna w pozytywnym postępowaniu (mocnym) tworzy z tą kobietą i jej dzieckiem rodzinę (małżeństwo). Badany wewnątrz kręgu UFO. Nadzór i uwaga wyrażana przez trzech nadzorców” (rys. 16) M ożna by wysnuć wniosek, że tych „trzech nadzorców” przywiązuje wielką wagę do badania rodziny o pozytywnym rozwoju duchowym, składającej się z mężczyzny wchodzącego w

rodzinę z kobietą i jej dzieckiem” Rysunek górny to natomiast „silnie wyróżnione miejsce rozrodcze”, w którym kila obcych bytów pilnie nadzoruje kontakt cielesny pomiędzy kobietą i mężczyzną. Później są oni wypuszczeni w niezmienionej formie - jako dwie odrębne osoby, nie tworzące stałego związku(małżeństwa). Powtarzające się na bardzo wielu „spectrach” znaki w kształcie pionowego grzybka na wysokiej nóżce oznaczają, iż dana osoba miała kontakt z „obcą rasą pozaziemian”, co skrótowo nazywamy „kontakt z UFO”. Zazwyczaj pomiędzy „grzybkiem” a „kręgiem UFO” pojawia się figura w kształcie grubego krzyża o dwóch poprzecznych ramionach, (rys. 17) Według tego co dotychczas udało się stwierdzić w oparciu o podobne „krzyże” pojawiające się w miejscach, w których były zabierane do UFO znane nam osoby, domyślamy się, że oznaczają one „wysoki rozwój duchowy”. Na przestrzeni kilkunastu lat badań terenowych tylko dwa razy udało się znaleźć „krzyże” posiadające nie dwa, lecz trzy poprzeczne ramiona. W obu przypadkach umiejscowione one były w odniesieniu do osób o bardzo wysokim rozwoju duchowym, odznaczających się srebrnym kolorem aury otaczającej ich głowy... Z zasady nie ujawniamy nazwisk tych osób. O ile w większości „nieświadomych wizyt warstwy astralnej człowieka w UFO” mają miejsce jakieś czynności związane z prokreacją, z kwestiami rozrodu, które bardzo interesują „ich” - to w odniesieniu do osób o wysokim rozwoju wyższych czakramów kontakty ograniczają się do „kurtuazyjnego spotkania” i co najwyżej przekazywaniu „im” co nieco” ze swych wartości ducha. Znajduje to odbicie w „spectrach” przedstawionych na rys. Widzimy tu dwa przypadki - dolny rysunek przedstawia człowieka odbywającego już trzecią wizytę „u nich” (trzy

prostokąty pod kanałem), zaś górny rysunek obrazuje takie pierwsze spotkanie. W obu przypadkach z tego, co zachodzi w kręgu UFO wywnioskować możemy, że toczą się tylko „rozmowy”. Cz as ami „spectrum” przyjmuje zupełnie niespodziewany charakter. Na przykład...w Warszawie na Pradze znajduje się indywidualny grób załogi kanadyjskiego samolotu, o numerze rejestracyjnym „EV-961” który został zestrzelony nad Warszawą w czasie Powstania Warszawskiego. To co pokazuje „spectrum” wokoło niego jest naprawdę zadziwiające, czytamy tam, że: „Tu spoczywają Brytyjczycy, którzy nieśli pomoc w złym (negatywnym) działaniu ludzi niemieckich przeciwko miastu i ludziom polskim” Jak na „radiestezyjny opis pomnika” to chyba sporo? M ożna również przeczytać mniej więcej zawarty tam sens tego przekazu na wieki: „To miejsce jest pod naszą szczególną opieką...” Prowadząc coraz bardziej rozszerzające się badania p. Wilk stopniowo wykrywa wiele pojęć obrazujących nie tylko narodowości ludzi, płeć ale i skomplikowane niekiedy zagadnienia na przykład związane ze zdarzeniami historycznymi, nie tak bardzo dawnymi ale takimi co do których nauka do tej pory nie ma jednoznacznego zdania. Takim bulwersującym faktem jest na przykład sprawa „meteorytu tunguskiego”. Już samo użycie w tym określeniu s ł o w a „meteorytu” chce z góry przesądzić o charakterze fizycznym tego co miało miejsce 30 czerwca 1908 roku nad rzeką Podkamienną Tunguzką, niezbyt daleko od południowego skraju jeziora Bajkał i miasta Irkuck. Do dziś nie bardzo wiadomo co się tam naprawdę stało. O tym, że zostało powalone 2 200 km. kwadratowych tajgi

połączone z wyrwaniem drzew z korzeniami i rozrzuceniem ich ekscentrycznie od miejsca „wybuchu” wiadomo nie od dziś... Cała Europa, nawet tak odległe od Syberii miasto jak Paryż przez kilka kolejnych dób miało tak jasne noce, że można było czytać na ulicy o północy. Fala sejsmiczna, wywołana potężną eksplozją kilka razy okrążyła świat... To stało się - jak podano - 30-go czerwca 1908 roku, ale w jaki sposób określono tą datę? Okolice te zamieszkałe były przez niepiśmiennych Tunguzów, którzy też nie znali się na kalendarzu. G d z ieś „około” końca czerwca mieszkańcy najbliższych rejonów obserwowali na niebie jakieś przedziwne zjawiska, które wryły się im w pamięć tak, że przesłuchiwani przez ekspedycję Leonida Kulika, badacza radzieckiego zeznali, że widzieli podłużne lśniące jaśniej niż słońce ciało mknące po niebie... Nikt, żaden z nich nie powiedział iżby widział na własne oczy eksplozję tego co leciało. Przecież jednak eksplodowało...to dlaczego nikt nie miałby tego widzieć...? Zauważmy - to miało miejsce w roku 1908 a przesłuchiwani byli w 1927, czyli w 19 lat po fakcie. Z tych co tam byli na miejscu wybuchu, w najbliższej okolicy, tak gdzieś do 300 km. wokoło nie mógł przeżyć ani jeden z nich, będący na otwartej przestrzeni. Czemu? M amy przykład po Hiroszimie i Nagasaki - nikt będący na otwartym terenie nie przeżył wybuchu jądrowego. Nikt widzący z dowolnej odległości wybuch atomowy lub tylko grzyb wybuchu - nie zachował wzroku. Jednakże w roku 1978, a więc w siedemdziesiąt lat po tym zdarzeniu słuchałem opowieści naocznego świadka, pana Józefa S. ze Skarżyska Kamiennej który wówczas jako ośmioletni chłopiec, syn zesłańca polskiego po rewolucji 1906 roku, mieszkający wówczas o 740 kilometrów od miejsca wybuchu akurat wyszedł

do szkoły... Dodać tu należy znamienny szczegół: na Syberii latem nie było szkolnych wakacji. Odbywano je zimą, gdy o jakimkolwiek dojściu do szkoły w mróz sięgający poniżej minus 40 stopni nie było mowy...O tym też dowiedziałem się od tego świadka. Siedemdziesięcioośmioletni wówczas pan Józef wraz ze mną i kilkunastoma innymi osobami występował w TVP w programie Wandy Konarzewskiej poświęconego właśnie temu zdarzeniu. M iał on miejsce w 70-tą rocznicę... Co mówił n a o c z n y świadek? „Wyszedłem jak co dzień o siódmej z rana...do szkoły było około trzech kilometrów... Gdy przeszedłem połowę drogi...(tj. ok. godz. 7,20- 7,30, trzeba uwzględnić bardzo powolny marsz 8-letniego chłopca)...niebo zaczęło się robić ż ó ł t e...wszystko żółkło...niebo... las... liście na drzewach...trawa pod nogami, nawet moje ręce... Nie było niczego słychać...ale umilkły ptaki i zrobiło się tak cicho, że nie słyszałem nawet swojego przyśpieszonego z wrażenia oddechu... Stanąłem i patrzyłem jak kolor zmieniał się, z żółtego na pomarańczowy...później czerwonawy...i znów wszystko robiło się w tym kolorze wszystko to w absolutnej ciszy... Teraz dopiero ujrzałem, że w stronie Podkamiennej Tunguskiej (rzeki) z nieba „leje się” jakby wodospad, ale na całą szerokość nieba a wysoki, aż hen w niebo jakby rtęci, taki błyszczący...teraz dopiero pędem zawróciłem do domu...Tam, gdy zdyszany przybiegłem mój ojciec kazał pozasłaniać w domu wszystkie okna grubymi kocami i nakazał aby nikt nie wychodził na dwór. W domu paliły się gromnice i wszyscy modlili się, myśleli, że to koniec świata...

Kilka godzin trwała ta barwa w otoczeniu, stopniowo zmieniając się przez czerwoną do buraczkowej, prawie czarnej zupełnie czarnej po południu była wokoło już głucha noc, absolutna ciemność, ale nie było widać gwiazd. M ałego Józia oczywiście korciło żeby wyjrzeć mimo zakazu na dwór, dzięki czemu mam precyzyjne zeznanie naocznego świadka... Zauważone przez niego efekty: powolna zmiana barwy światła, od żółtej aż do pełnej czerni, zauważenie absolutnej ciszy wokoło i tej „lejącego się z góry wodospadu barwy rtęci” - to typowe efekty znane badaczom terenowym w ufologii. To znamiona innego biegu czasu w miejscu rozległego incydentu Wiemy z doświadczenia j a k w ZSRR wyglądały „przesłuchania naocznych świadków”, w tym przypadku ciemnych Tunguzów, wykonywane w 19 lat po fakcie! Żadnemu z badaczy zachodnich interesujących się tym zdarzeniem nawet do głowy nie może przyjść pod jaką presją ze strony GPU (wcześniejszej niż NKWD) musieli oni mówić to, co było na rękę Kulikowi i oficjalnej wersji zdarzenia? W jaki sposób w rozmowach z Tunguzami ustalono, że było to „akurat 30 czerwca”? A może to co oni opisywali, jako widoczne na niebie miało miejsce kilkanaście miesięcy wcześniej lub później? Relacjonując przed Kulikiem mogli pamiętać, że na niebie było coś niezwykłego”, Podając tu kilka danych astronomicznych - przypuszczamy c o mogli oni obserwować w zbliżonych datach: - 29 stycznia 1907 r...Wschód księżyca o godz, 15.04 miejscowego czasu Irkucka i tego samego wieczoru, o godz. 19,39 pełne zaćmienie księżyca - 27 listopada 1909 wschód księżyca o godz. lokalnego czasu 14,37 i jego kolejne pełne zaćmienie o = 14,55 Skąd mam te dane? To proste...t e r a z . Wystarczy dobry

komputerowy program astronomiczny ustawić na parametry miejsca zdarzenia i podać interwał czasowy by prawie natychmiast otrzymać aktualne wówczas parametry zdarzenia... To było dla Tunguzów coś godnego zapamiętania: „czarny potwór zjadający księżyc!” Zjawisko tunguskie wypadło więc pomiędzy dwoma zaćmieniami księżyca, może zatem tamtejszym tubylcom bardziej wryły się w pamięć te d w a wydarzenia? Tym bardziej, że mało jest prawdopodobnym by przez 19 lat przeżył ktokolwiek, to „zjawisko tunguskie” z takiej odległości by mógł to dokładnie opisać. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że patrząc na jakieś zjawisko świetlne lub wysyłające jakiekolwiek promieniowania narażamy się na jego negatywne oddziaływanie. Pół biedy jeśli jest to tylko zjawisko świetlne, ale tam wszędzie gdzie dochodzić może do emisji promieniowania gamma tak jak przy wybuchu atomowym, tam wszędzie nasz wzrok, głowa i zawarty w niej mózg narażone są na silne oddziaływanie morderczego natężenia promieni radioaktywnych. Nikt z ludzi, którzy byli na otwartej przestrzeni w Hiroszimie i Nagasaki nie przeżył dłużej nią parę miesięcy. Ci co widzieli wzrokowo te wybuchy - wszyscy stracili wzrok bardzo szybko i po kilku tygodniach zmarli...Dlaczego tam, w rejonie Podkamiennej Tunguskiej miałoby być inaczej, skoro przekroje pni drzewnych z tamtego rejonu mówią o wystąpieniu silnego promieniowania radioaktywnego w momencie kulminacji zdarzenia? Dziewiętnaście lat, do momentu przyjazdu tam Leonida Kulika mogli przeżyć tylko ci, którzy wzrokowo nie widzieli przylotu obcego ciała z kosmosu, o ile było to takie, które spowodowało eksplozję nuklearną (atomową lub jądrową).

Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że zeznawali co najwyżej ci, którzy pamiętali dwa dziwne czarne ciała zasłaniające obraz księżyca... M ały Józio S. również opisał tylko to co działo się z a horyzontem. Dzięki temu uniknął bezpośredniego zetknięcia się z promieniowaniem radioaktywnym i przeżył. Wszystkie dotychczasowe przypuszczenia i hipotezy opierały się nie na obserwacji wzrokowej lecz na domniemanym wyglądzie zjawiska, takim jakie ono powinno być, gdyby było: meteorem, głowicą komety, małą planetoidą która zanadto zbliżyła się do Ziemi, zderzeniem się nad Ziemią dwóch meteorów....i kilkudziesięcioma jeszcze innymi przyczynami. M ało kto natomiast wysuwał podejrzenie, że mógłby to być: statek kosmiczny z napędem konwencjonalnym (tj. osiągającym prędkość niższą niż prędkość światła), statek poruszający się z prędkością przyświetlną lub ponadświetlną, względnie z napędem fotonowym. Przypuszczano ostatnio nawet, że to „mała czarna dziura uderzyła w Ziemię”. W praktyce sieci Wilka istnieje coś takiego jak sporządzanie spectrum na zadany temat. M oże to być np. mapa jakiegoś terenu, o którym chcemy się dowiedzieć co kryje on w sobie w zakresie zjawisk pozazmysłowych, w tych rejonach do których nasz wzrok i instrumenty nie sięgają. M ożna też na mapie jakiegoś miejsca napisać pytanie „Czym było tak zwane zjawisko tunguskie”? I dostać odpowiedź! Pan Wilk przygotowując się do starannego badania teleradiestyzyjnego przede wszystkim dobiera odpowiednią mapę potrzebnego terenu w możliwie małej skali, Niestety, jest bardzo trudno dostać mapy Syberii i akurat tej okolicy. Poradził sobie inaczej: dobrą mapę powiększa w kserokopiarce taką ilość razy, że o mało nie traci na niej wyrazistości terenu. Ponieważ każde

powiększenie jest dwukrotnością poprzedniego, można np. w drodze czterech kolejnych powiększeń otrzymać z mapy o skali 1:300 000 uzyskać minimalną skalę około 1:18 000, tj. taką na której jeden centymetr równa się około 180 do 200 metrów w terenie. Nie jest to dokładne, gdyż w trakcie kolejnych kopiowań mapy traci się nieco z precyzji wskazań. Wystarcza jednak do badań na tak otrzymanej mapie wykonywanych za pomocą małego wahadełka. Zdumiony był gdy na postawione pytanie: Co i k t o to był M eteoryt Tunguski? wahadło wskazywało ku kierunkowi północnemu. Idąc jego śladem badacz zauważył iż jakaś nitka drogi wiedzie do...bieguna północnego. Tam, w jego pobliżu wykrył nagle cały pęk podobnych „ścieżek” rozbiegających się w różne okolice naszego globu. Badając przebiegi wielu z nich zorientował się, iż niektóre dochodzą1 do prastarych centrów zaginionych bądź mitycznych cywilizacji. Do tych okolic globu ziemskiego, gdzie one kiedyś egzystowały, a tajemnicze, bardzo długie „kanały” nadal penetrują te okolice, teraz wybiegając z okolic obu biegunów, północnego i południowego. Jednakże zanim skupimy się na nich zatrzymajmy się przy tajemnicy zjawiska tunguskiego. Wiemy już, iż wiele ze zjawisk można dość dokładnie datować, ale dotyczy to tylko tych zdarzeń, które miały miejsce na ziemi. Tu jednak Wilk po raz pierwszy namierzył obiekt będący ponad ziemią, tyle że na trasie właśnie biegnącej od strony bieguna północnego ku wsi Wanawara, w pobliżu której miało miejsce to dziwne zdarzenie w 1908 roku Był to olbrzymi obiekt o kształcie wydłużonego pocisku czy rakiety. Sprawiał wrażenie jakby był jednocześnie w przestrzeni i zarazem „przypisany” do dziwnego systemu znaków w pewien sposób „kotwiczących go”

w tej okolicy na Ziemi. Wilk twierdzi, że obiekt ten, wewnątrz którego udało się namierzyć obecność czterech istot - jeden jakby w przedziale sterowniczym u czubka pojazdu i trzech z tyłu „wypoczywających”- przemierzył przestrzeń od bieguna do Wanawary, tam wypuścił z przedziału tylnego bezzałogową „sondę”, która prawdopodobnie miała albo bardzo zbliżyć się do powierzchni Ziemi albo też na niej wylądować. Z niewiadomych przyczyn nastąpiła potężna eksplozja nuklearna. Obiekt macierzysty po eksplozji ponownie przybył z nad bieguna północnego a do niego dołączył drugi taki sam, który z tej okazji dotarł na Ziemię z kosmosu...Później oba opuściły Ziemię. Prawdopodobieństwo takiej wersji wydarzeń w końcu czerwca 1908 roku być może pozostanie jako jeszcze jedna niepotwierdzona hipoteza. Bardziej istotnym wydaje się tu jednak coś innego. Wspominaliśmy poprzednio o sposobie, w jaki obiekty z najdalszych okolic Wszechświata mogą dostawać się na powierzchnię Ziemi. Przypomnijmy, iż chodzi tu o zakrzywienie przestrzeni którego zewnętrznym efektem jest pojawienie się strumienia tachionow, cząstek pędzących prędzej niż światło. Silny taki strumień, niosący w sobie zakodowaną informację prawdopodobnie dociera tylko do jonosfery i tam przekształca się w obiekt, zwany przez nas „UFO”. Od jonosfery do nas, do powierzchni Ziemi i do naszej świadomości dociera tylko to, co „zmaterializowało się” w jonosferze. Jonosfera otacza glob ziemski niejednakowej grubości warstwą. Najgrubsza jest ona ekscentrycznie wokoło równika, cienieje w miarę zbliżania się do biegunów a najcieńsza jest właśnie nad biegunami. Jest to uwarunkowane siłą odśrodkową wirującego globu ziemskiego. Podobnie zachowuje się ziemskie pole

magnetyczne.. Najcieńsze nad oboma biegunami, najgrubsze nad równikiem. Jest wysoce prawdopodobne, że w drodze ku Ziemi do grubej jonosfery docierają przede wszystkim „pęki informacji”, które właśnie „potrzebują” by była ona dostatecznie gruba, by mógł tam zajść proces przekształcenia się tachionow w pole elektromagnetyczne a informacja mogła przybrać postać materii. Natomiast tam, gdzie do Ziemi dociera nie pęk tachionów niosący informację lecz konkretny, materialny obiekt = grube pole magnetyczne i gruba jonosfera byłyby niepożądane... dlatego do dotarcia do Ziemi wybiera się te obszary gdzie te parametry są minimalne oba bieguny Ziemi. Zaznaczam jednak, że jest to tylko moje przypuszczenie ale oparte na realiach radiestezyjnych wykrytych przez p. Wilka oraz na znanych prawach natury... Tak więc od strony bieguna północnego w stronę południowej Syberii, ku południowemu krańcowi jeziora Bajkał zbliżał się w locie prawie poziomym duży pozaziemski statek kosmiczny, być może wiozący ku Ziemi ekspedycję istot przyjaźnie do nas usposobionych...a może wrogich. Tego się chyba nigdy nie dowiemy. Przed lądowaniem wysłał jednak „zwiadowcę”, którego celem było obejrzenie terenu, zorientowanie się co do możliwości zejścia na powierzchnie planety jego olbrzymiego przywódcy. M oże miał też zamiar nawiązać wstępny kontakt z ziemianami, a może było zupełnie inaczej - to mogła być też wyprawa mająca na celu podbój naszej planety. Tak czy inaczej - Ziemię od milionów lat ktoś pilnuje. Tym „ktosiem” są te siły, które uformowały ją do roli ożywionej planety i które nadzorują rozwój wszelkiego życia na niej. Nie po myśli była im czyjakolwiek obca ingerencja. Bez wdawania się w żadne targi czy „rozmowy”, po zorientowaniu się

w zamiarach „obcych” posłały w ich stronę niszczący pocisk, który spowodował eksplozję obu ciał: nadlatującego z Ziemi „pocisku” i tego z kosmosu... Zauważmy - na schemacie, który wychwycił p. Wilk z wiecznego zapisu ponadczasowego, ze swoistej kroniki Akaszy czy pola morfogenetycznego nie wynika wcale by był to mały obiekt (sonda) uzbrojony, i wcale nie wyglądał na załogo-w y. Po prostu martwa, ale obdarzona sztucznym mózgiem maszyna. Swoisty latający komputer. Ci co wysłali ku niemu niszczący „obiekt” (rakietę czy coś innego) zachowali jednak podstawowe warunki humanitarnego postępowania względem mieszkańców Ziemi: zniszczyli obcego przybysza nad najsłabiej zamieszkałym terytorium azjatyckim. Czy taki wariant zjawiska tunguskiego jest bardziej fantastyczny od kilkudziesięciu naukowych hipotez wysuniętych przez „poważnych” naukowców...? Wydaje mi się, że bardziej pozbawionym podstaw naukowych jest przypuszczenie” przylotu małej czarnej dziury, przebicie Ziemi na wylot i poszybowanie dalej w kosmos”. Kompletnym nonsensem jest wysunięcie hipotezy, że była to głowica komety lodowej i dlatego nie znaleziono ani kawałka przybysza...? A skąd wzięło się potężne promieniowanie radioaktywne? Z kosmicznego lodu? Choćby był on nawet z zestalonych gazów takich jak azot czy metan? Zupełnym ewenementem na sieci Wilka jest zbadanie pod kątem uchwycenia „spectrum” z artykułu autora (Kazimierza Bzowskiego) zamieszczonego w nr. 6/99 tygodnika „Gwiazdy M ówią” pt. „Kosmiczni Szpiedzy”? Otóż do artykułu tego Redakcja dodała trzy zdjęcia przedstawiające UFO nad miastem M eksyk. Bowiem tam właśnie udało się przypadkowemu fotografowi uchwycenie przelotu dużego obiektu na kilku

kolejnych zdjęciach. Nauczony wieloma poprzednimi takimi doświadczeniami p. Wilk przystąpił do sporządzenia swoistego prześwietlenia tego wydarzenia obecności nieznanego obiektu, jako że zdjęcia bezsprzecznie są autentyczne. Co kilka dni Wilk telefonował do mnie coraz bardziej zbulwersowany. Tu nie mówił już, że namierza czy odkrywa cokolwiek na wizerunku owego UFO lecz wręcz „dostaję to i to”. Bowiem czuł się jakby ktoś kierował ruchami wahadła trzymanego przez niego w dłoni. Zakładając, że 1 cm, na rysowanym schemacie przekroju poprzecznego przez UFO odzwierciedlał 1 metr zaskoczony był niezwykłą wielkością obiektu, który opisywał jakby pod dyktando kogoś, kto „dyktował mu rysunek”, (rys. 18) „M uszę doklejać papier bo rysunek nie mieści się na żadnym... koniec końców cały obraz przekroju poprzez olbrzymi obiekt mieści się na dziesięciometrowym sklejanym arkuszu papieru... „Będzie kłopot ze skserowaniem takiego giganta, mówił Wilk. Chyba wyprasuję to, żeby nie było żadnych załomów, rozpostrę na ścianie i sfotografuję z lampą błyskowa a później zrobię z tego duże zdjęcie, ale zatraci się w ten sposób dużo drobnych szczegółów. Tam jest tylko kilku humanoidów ale za to cały obiekt to siedmiopiętrowy olbrzym, przy czym każde piętro ma kilkanaście metrów wysokości...Cały ten latający obiekt wygląda raczej na jakąś b a z ę a nie na UFO latające tu i ówdzie... Teraz „Sieć Wilka” wkracza w nową fazę: wejścia za jej pomocą do tych rejonów, które dotychczas ukrywane były przed oczyma ludzi, do wnętrz obiektów przybywających do-nas poprzez zakrzywienie przestrzeni z innego świata... Ale to już zupełnie inna historia, która dopiero zaczyna biec w czasie...

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->