ISSN 2084-1124

2 (52) LUTY 2014

KRYTYKA LITERACKA
LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA

OD REDAKCJI Leon Chwistek ● Roman Koropeckyj ● Nowa biografia Mickiewicza ● ESEJ Dariusz Pawlicki O ELIMINOWANIU CISZY, A Z NIĄ JESZCZE CZEGOŚ... REKOMENDACJE POETYCKIE JÓZEFA BARANA JADWIGA MALINA OPOWIADANIE Alicja Kubiak DRUGA STRONA LUSTRA FENICKIEGO ESEJ Monika Kacprzak JĘZYKOWA INŻYNIERIA SPOŁECZNA RECENZJA Ignacy S. Fiut CZY TRAUMA CZYNI POETKĄ? SZKIC Igor Wieczorek CZAS WIECZNIE ZMIENIA PUNKTY WIDZENIA SZTUKA Nieznany artysta flamandzki ADAM I EWA

Redakcja Tomasz M. Sobieraj, Witold Egerth, Janusz Najder Współpraca Krzysztof Jurecki, Dariusz Pawlicki, Wioletta Sobieraj, Igor Wieczorek Strona internetowa http://krytykaliteracka.blogspot.com/ Kontakt editionssurner@wp.pl Adres ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

OD REDAKCJI

Słowo na styczeń Poetom naszym zarzucić można brak pracy, tzn. brak świadomego zatopienia się w marzeniu na czas dłuższy. Niestety, walka o byt uniemożliwia to najzdolniejszym spomiędzy nich. Walka o byt łamie zresztą ogromny procent wielkich talentów nie tylko u nas, ale prócz niej jest jeszcze jeden wróg wielkiej twórczości, rozpanowany u nas więcej może niż za granicą – a tym jest chęć szybkiego sukcesu. Wielkie dzieła literatury pisane były prawie bez wyjątku z dala od życia, a jeśli motorem ich był sukces, to ten, który nazywa się n i e ś m i e r t e l n o ś c i ą. Trzeba raz powiedzieć wyraźnie, że tęsknota za nieśmiertelnością nie jest u nas modna. Jeśli zagranica przewyższa nas w tak wielu dziedzinach, to zawdzięcza to nie tylko mrówczej pracy ogółu, ale w pierwszym rzędzie temu, że miała i ma wielki procent jednostek gotowych poświęcić wszystko dla nieśmiertelności. Takich jednostek jest u nas mało. Przeciwnie, nawet sama idea nieśmiertelności przyjmowana jest z ironicznym uśmiechem. Jestem pewny, że dopóki idea ta nie wejdzie w krew naszej elity duchowej, nie znajdziemy własnego oblicza, które moglibyśmy pokazać bez maski Europie. A przecież trzeba to zrobić koniecznie, bo inaczej podnosimy się w atmosferze lokalnych swarów i beznadziejnej nudy. Jedyną rzeczą, do której warto dążyć, jeśli się jest poetą, jest wielkość. Leon Chwistek, Zagadnienia polskiej literatury

*

Nowa biografia Mickiewicza Adam Mickiewicz. Życie romantyka – taki tytuł nosi właśnie wydana po polsku biografia poety pióra amerykańskiego literaturoznawcy Romana Koropeckyj’ego. Autor pisze, że jego celem było przybliżenie postaci Mickiewicza czytelnikom anglojęzycznym, nieznającym polskich realiów. Roman Koropeckyj obecnie wykładowca na University of California Los Angeles, to uczeń Wiktora Weintrauba, polskiego literaturoznawcy, który w latach 70. kierował katedrą polonistyki na Uniwersytecie Harvarda. Weintraub był autorem kilku prac o Mickiewiczu m.in. Poeta i prorok. Rzecz o profetyzmie Mickiewicza czy Mickiewicz – mistyczny polityk. Koropeckyj poszedł w ślady nauczyciela i także zajął się polskim wieszczem narodowym, stawiając sobie za cel przybliżenie postaci Mickiewicza czytelnikom spoza polskiego kręgu kulturowego.

1

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

„Niniejsza biografia została napisana z myślą o odbiorcy anglo-amerykańskim w celu przedstawienia polskiego wieszcza w sposób ogólnodostępny czytelnikom prawie wcale nieobznajomionym z Polską, a tym bardziej z jej największym poetą. Jest to poza tym pierwsza pełna biografia Mickiewicza napisana w języku angielskim od prawie stu lat” – pisze autor. Koropeckyj czuje też, że jest w bardziej komfortowej sytuacji niż wielu polskich badaczy – nie musi brać pod uwagę kontrowersji na temat problematycznych aspektów życiorysu Mickiewicza. Pisze w przedmowie, że dla tych czytelników, którzy nie znają poezji Mickiewicza lub nie mają do niej powszechnego w Polsce emocjonalnego stosunku dyskrecja w sprawach jego prywatnego życia i spory ideologiczne są bez znaczenia. Koropeckyj nie rozstrzyga sporów wokół pochodzenia poety, nie dementuje pogłosek o pochodzeniu jego matki z rodziny żydowskich konwertytów – frankistów. Pisał o tym Zygmunt Krasiński, ale też Ksawery Branicki, który zapamiętał, że poeta często mawiał: „Mój ojciec z Mazurów, matka moja Majewska z wychrztów. Jestem więc nawpół Lechitą nawpół Izraelitą, i tem się szczycę”. O żydowskim pochodzeniu Mickiewicza wspominała też Karolina Jeanisch, z którą Mickiewicz omal się nie ożenił podczas pobytu w Rosji. Koropeckyj pisze, że nie znalazł żadnych dowodów świadczących o tym, że matka poety – Barbara z Majewskich – spokrewniona była z frankistowskim rodem Majewskich mieszkających na Litwie. Przywołując jednak fakt, że Żydzi i Izrael to źródło najważniejszych motywów w mistycznych wizjach Mickiewicza, który ożenił się z kobietą pochodzącą z żydowskiej rodziny i próbował zorganizować legion żydowski podczas wojny krymskiej, Koropeckyj dopatruje się u poety „czegoś w rodzaju kompleksu żydowskiego człowieka, który najwyraźniej miał pewne wątpliwości, co do swojego pochodzenia’ – jak napisał. W porównaniu do biografii polskich autorów w książce amerykańskiego badacza Mickiewicz przedstawiany został nie tyle, jako polski poeta, ale przede wszystkim aktywny uczestnik europejskiego życia intelektualnego połowy XIX wieku. Koropeckyj opisuje jego kontakty z całą plejadą wybitnych postaci epoki – od luminarzy artystycznego świata Rosji, do znakomitości w Niemczech (Goethe, Schlegel, Mendelssohn), wszystkich gwiazd literackich Francji, rewolucjonisty Mazziniego we Włoszech, do przyjaźni z Amerykanami – Jamesem Cooperem i protegowaną przez naszego poetę pierwszą na świecie kobietą-dziennikarką, feministką, radykalną transcendentalistką Margaret Fuller. Koropeckyj przedstawia Mickiewicza jako poetę o sławie europejskiej, podkreśla też, że do ugruntowania jego popularności przyczynili się nie tyle polscy emigranci, ale przede wszystkim rosyjscy przyjaciele Mickiewicza. Jeden z najdłuższych rozdziałów książki omawia okres zaangażowania Mickiewicza w Koło Boże, któremu współprzewodniczył z Andrzejem Towiańskim. Koropeckyj nie szczędzi tu drastycznych szczegółów, przebiegu upokarzających dla wszystkich członków sekty intryg i erotycznych sensacji, przyjmuje też za rzecz pewną poddawany przez wielu polskich badaczy w wątpliwość fakt, że Mickiewicz był ojcem nieślubnego dziecka również należącej do kręgu Towiańczyków Ksawery Deybel. Koropeckyj wiele miejsca poświęca małżeństwu Mickiewicza z Celiną Szymanowską, córką pianistki Marii Szymanowskiej, z którą poeta przyjaźnił się w petersburskich czasach. Celina po śmierci matki znalazła się w trudnej sytuacji życiowej, bez pieniędzy i przyjaciół. Zachęcona powtórzoną jej plotką o tym, że Mickiewicz pamięta ją i chciałby się z nią ożenić, wsiadła w dyliżans i przyjechała do niego do Paryża. Poeta, choć zaskoczony, zdecydował się na ślub. Po kilku latach małżeństwa okazało się, że Celina cierpi na chorobę umysłową, co dramatycznie wpłynęło na dalsze życie małżonków i szóstki ich dzieci. Tajemnicze pozostają okoliczności śmierci Mickiewicza, który zmarł nagle 26 listopada 1855 roku w Konstantynopolu, gdzie organizował legion żydowski, który miał stanąć do walki z caratem w wojnie krymskiej. Rano poeta poczuł się chory, a po kilku godzinach zmarł.
2

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Natychmiast pojawiły się pogłoski o tym, że Mickiewicz został otruty przez agentów carskiej ochrany, oskarżano też niechętnych poecie przedstawicieli polskiej emigracji. Koropeckyj uważa, że Mickiewicz zmarł z powodu „infekcji wywołanej przez bakterie obecne w wodzie lub w pożywieniu – być może była to gwałtownie przebiegająca cholera”. Praca Koropeckyj’ego ukazała się po angielsku w 2008 roku; przełożona na język polski przez Małgorzatę Glasenapp. ● ESEJ Dariusz Pawlicki O ELIMINOWANIU CISZY, A Z NIĄ JESZCZE CZEGOŚ... „Usłyszeliśmy szum nieznanego morza, obmywającego brzegi, których nigdy nie mieliśmy zobaczyć, i szczęśliwi słuchaliśmy, póki nie zobaczyliśmy go w nas samych” – cytat z Fernando Pessoa. O zmierzchu stałem nad strugą łączącą dwa pobliskie jeziora. Nasłuchiwałem. Słyszałem szum wiatru i szelest zeschniętych, bo zimowych trzcin. Nic więcej.

fot. Dariusz Pawlicki

* Wiele mówi się o szkodliwości hałasu, czyli „skoordynowanych, zakłócających spokój, głośnych dźwiękach”. Zwraca się przy tym uwagę na to, jaki ma on negatywny wpływ na człowieka, przykładowo, na jego słuch, stan fizyczny, jak też psychiczny. Zresztą nikt, jak dotąd, nie podjął
3

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

próby udowodnienia, iż jest wprost przeciwnie – że hałas ma wpływ zbawienny. Podejmuje się więc próby obrony przed nim; nie zawsze z przekonaniem i nie zawsze skutecznie. Lokalizuje się, chociażby, jego źródła z dala od większych skupisk ludzkich (przykładem mogą być lotniska), ogranicza czas jego emisji (np. wprowadzając pojęcie ciszy nocnej). Przeciwieństwem hałasu jest cisza. Rzecz jasna ona nie istnieje (może jedynie w warunkach laboratoryjnych). W stanie powszechnie określanym mianem ciszy, zawsze jednak rozlegają się jakieś dźwięki. Lecz dla człowieka, przy jego jednak ograniczeniach w ich odbiorze, ów stan bezdźwięczności niekiedy ma miejsce. A „zakłócający go”, co pewien czas, szelest liści, kukanie kukułki, kumkanie kumaka, jedynie ciszę podkreśla, pozwala ją zarejestrować. Paradoksalnie, mając na uwadze jednoznacznie negatywną ocenę hałasu, okazuje się, że owa cisza wcale nie jest powszechnym marzeniem. Oczywiście zdecydowana większość ludzi, mając możliwość wyboru, wyrazi chęć zamieszkania z dala od ruchliwych ulic czy dróg, jak również od innych źródeł hałasu, na które nie będzie mieć wpływu. Ale w swych domach, mieszkaniach, samochodach, w bezpośrednim otoczeniu, niezmiernie często będzie postępować zgoła inaczej; chociażby uruchamiając rozmaite źródła dźwięku. Niektórzy, pytani o to, wyjaśniają, że nie chcą, aby tam, gdzie przebywają, było jak w... grobie. Cisza, według nich, staje się wtedy wręcz niepożądana. Czasy współczesne szczególnie sprzyjają indywidualnemu czynieniu nie-ciszy! Początki tego sięgają wynalezienia gramofonu. Następnie pojawił się radioodbiornik. Jeszcze później – telewizor, magnetofon. A w czasach nie tak odległych – walkman, discman. Ostatnio do tych urządzeń dołączył iPod. Wkrótce pojawią się kolejne źródła hałasu. Wspólną cechą tych urządzeń jest emitowanie dźwięków o różnej głośności (telewizor, magnetowid, kino domowe dostarczają także obrazu). Owo eliminowanie ciszy z miejsc zamieszkania, jest znamienne i bardzo charakterystyczne dla naszej epoki. Bo to, że nie ma jej w centrach handlowych, a jest ona zastąpiona, prezentowaną na okrągło, nijaką muzyką, można jeszcze zrozumieć (ale czy należy na to się godzić?). Dlaczego istnieje jednak powszechna niechęć do wsłuchiwania się w ciszę we własnych czterech ścianach (tak jak i do kontemplowania)? Dlaczego ludzie na własne życzenie rugują ciszę ze swego bezpośredniego otoczenia? Dlaczego są jej wręcz niechętni (rzecz jasna nie mam na myśli słuchania muzyki dla niej samej)? Przypuszczam, że powodem tego jest to, iż uważają się za mało interesujących dla... siebie samych. Ich świat wewnętrzy jest bowiem nazbyt ubogi, aby mógł wypełnić/zapełnić myśli (z pustego i Salomon nie naleje). Posiłkują się więc tym, co pochodzi z zewnątrz, spoza nich. Jeżeli nie pojawi się na progu ich mieszkania potencjalny interlokutor, włączą na przykład telewizor. A gdy jednak się zjawi, też go uruchomią; jeśli zaś będzie włączony, to nie wyłączą. Wyjdą bowiem z założenia, że hałas jakim (też) jest rozmowa, wymaga dźwiękowego uzupełnienia, może nawet spotęgowania. To, co powyżej napisałem, nie jest pełną odpowiedzią na pytanie o przyczynę niechęci wobec ciszy, jaka charakteryzuje bardzo wielu ludzi (może nawet zdecydowaną większość). Wydaje mi się, że stoi za tym również lęk przed... nią. Dlatego, że cisza sprzyja formułowaniu pytań. A ze zmierzchem, mrokiem za oknem, pojawiają się i takie, które nie dotyczą spraw przyziemnych. Zresztą pytania te mogą zostać zadane, tak naprawdę, kiedykolwiek. I to bez względu na to, jaki kto jest inteligentny, jakie posiada wykształcenie (biorę pod uwagę jednak istnienie ludzi, w których myślach takie sprawy w ogóle nie pojawiają się; rzecz jasna jest to tylko kwestia czasu). Co najwyżej innego rodzaju słownictwo może zostać użyte do ich sformułowania. A dotyczą one sensu życia, wiary, śmierci (zwłaszcza własnej). Ponieważ są to sprawy ważne, wręcz najważniejsze, w grę najpewniej wchodzi właśnie lęk. Nie tyle przed samymi pytaniami, co przed odpowiedziami, które mogłyby zostać na nie udzielone.
4

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

W takich sytuacjach, z racji powszechnej dostępności urządzeń czyniących nie-ciszę, najczęściej łatwiej jest skupić własną uwagę na hałasie bądź odgrodzić się nim od okoliczności, w których mogłoby dojść do postawienia wspomnianych pytań. Ich niezadanie, przynajmniej przez jakiś czas, sprawi, że nie pojawi się kwestia odpowiedzenia na nie. Ową nie-ciszę czyni się prawie zawsze prewencyjnie, na wszelki wypadek, nim jeszcze dostrzeże się pierwsze niepokojące sygnały... ● REKOMENDACJE POETYCKIE JÓZEFA BARANA JADWIGA MALINA Lubię wiersze Jadwigi Maliny, poetki mieszkającej na stałe w podgórskiej małopolskiej wiosce Trzebunia, członkini krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a więc mojej koleżanki. Jej liryka odznacza się szlachetną delikatnością i kruchością, darem dostrzegania piękna w rzeczach drobnych, a także rzadko spotykaną dziś wrażliwością na przyrodę, z którą obcuje na co dzień i która łączy się w jej wierszach z dyskretnym opisem nastrojów i stanów psychicznych. Lubię też tajemniczość jej wierszy.

Operacja Mamie To właśnie ta połowa dnia ta połowa życia z okna widać suchą winorośl i trochę słońca słychać stukot drewnianych chodaków którym tak łatwo spłoszyć życie Mamy jeszcze jakiś czas na powiedzenie byle czego na powiedzenie czegoś najważniejszego Możemy także milczeć głaskać gołębie na drugim końcu spojrzenia ale kto wybierze ciszę w tej biało – ciepłej przestrzeni kto odważy się na taki krok wyprzedzenia

5

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Blask Światło plami dolinę las granatowy czuła to mowa choć ani tak ani nie lubię to światło lubię zmierzch letni ktoś nim wraca ktoś inny odchodzi ale nie my my się z nim miniemy nas upodobni do błękitu świeżo posiana koniczyna niska nikczemnie żadna wtedy się sowa odezwie ktoś otworzy okno i powie trwoga trwoga lecz nie koniec świata takie zdarzenie istota mieniąca i znów się układa łąka a na niej blask

Sto zagadek Mija lato dzień niknie jaskółka przepada nasze twarze przygasły straciły promienie z rąk nam lecą przedmioty a nogi nas niosą w miejsca okrutnie chłodne wypełnione cieniem stamtąd widać jak głupie były nasze sprawy zrobione z byle czego w byle co wplecione i jak śmieszny jest człowiek który w nic nie wierzy chociaż widzi i gwiazdę i gdzie gwiazda spada
6

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

mając w pamięci każde spełnione życzenie przemijanie to pestka wobec nieznanego hen tam za siódmą rzeką stumilowym lasem czeka na nas odpowiedź albo sto zagadek

Ptaszek niebieski Przychodzę w twoje śpiewy bez zapowiedzenia przyglądam się twemu istnieniu okiem szyby gdy głosisz światu pilność swojego istnienia gdy skłaniasz promień słońca aby cię ogrzewał i liść nawet najmniejszy przepraszasz za krzywdę jaką sprawiasz mu łapką zwiniętą w rulonik i że zapomnisz czasem więźbie się pokłonić że skrzydłem słabym nie dźwigasz utraconych śliwek mówi drzewo twym głosem przestrzeń między drzewem tło które za ogonem ledwo jest widoczne wszystko co do tej pory nie było istotne zanosi się do zmierzchu twoim czułym śpiewem dla ciebie wszystko piękne brzydoty się wstydzisz rozjechaną ropuchę gładzisz obietnicą że oto ogród rajski szpetnym okiem widzi i już żabie zastępy po jej ciało idą

7

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Uniosą mnie chmury Wiem że mnie chmury uniosą że mnie porwą na strzępy błękitem a potem śmiać się będą że mnie było tyle co w palce dwa uszczypnąć usypać wszystkim wam się wydaje że zdołacie spłoszyć albo przechytrzyć stwórcę magicznym zaklęciem pudełeczkiem z fizyką wszystkim wam się wydaje że zdołacie więcej niż ci na których grobach bratek łeb uronił a potem ta poświata i to niebo wielkie po którym jakaś iskra albo gwiazda z iskry i pryskają przedwiośnia tak jak zimy prysły a my wszyscy dokoła a my wszyscy bęc

Hospicjum Są ściany ale nie ma oparcia jest okno ale nie ma widoku trochę za cicho trochę za głośno zależy czy pierwsza chwila czy chwila ostatnia po drugiej stronie kopią dziurę w ziemi wielka koparka przerzuca kamienie kroplówka dźwiga pęcherzyk powietrza z tak wielkim trudem jakby był kosmosem trzęsienia ziemi
8

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

wojny katastrofy schodzą ze sceny ustępując miejsca obłoczkom pary w samym kacie okna które rozmywa chłodny głos salowej tak mało trzeba nic prawie na drutach czarne plamki jaskółek głoszą deszcz w poszewkę poduszki zaplątało się piórko dłoń przypomina sobie nos psa czoło dziecka kulistość piersi i zgadza się nie natrafić

I że cię nie opuszczę Przeżyli ze sobą pół wieku pół wieku za krótko bo on nadal dotyka jej włosów jak rannej przepiórki teraz gdy leży martwa w ich łóżku o świcie z włączoną komórką zaraz zadzwonią dzieci co im powie jak przejdzie mu przez gardło jedno proste zdanie jak zmieści się ono w jego uchu trzeba znaleźć ubranie umyć zęby uchylić okno nastawić czajnik na herbatę usiąść i wstać co dalej co jeszcze można zrobić to tylko ciało tylko chłód nie lubiła zimna
9

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

zawsze nosiła grube skarpety zawsze… tyle tego zawsze że już nigdy

Jadwiga Malina wydała dotąd cztery tomiki wierszy: Szukam ciemna (Kraków 1996), Zanim (Kraków 2007), Strona obecności (Kraków 2010), Od rozbłysku (Kraków 2013). Wiersze publikowała na łamach m.in. „Dziennika Polskiego”, „Sycyny”, „Regionów”, „Kontekstów”, „Poezji Dzisiaj”, „Odry”, „Frazy”, „Metafory”, „Krakowa”, „Kwartalnika Artystycznego” a także w periodykach serbskich – „Knjizevnik”, „Gradina” i „Znak” oraz w licznych antologiach i wydawnictwach pokonkursowych. Tłumaczona na język serbski i ukraiński. Laureatka Nagrody Krakowskiej Książki Miesiąca za tom Od rozbłysku (wrzesień 2013).

● OPOWIADANIE Alicja Kubiak DRUGA STRONA LUSTRA FENICKIEGO Usiadła na krześle. Jest niewygodne, plastikowe z wyprofilowanymi półdupkami i zaokrąglonym oparciem pod łopatki. Ugina się we wszystkie strony, aluminiowe nogi lekko rozchodzą się pod naciskiem ciężaru. Wszystkie te niedoskonałości inwigilowane są przez ogromne lustro, rozciągnięte na szerokości całej ściany. Trudno ukryć się przed wszystkowidzącą taflą. Myśli, słowa i czyny nie umkną wnikliwemu spojrzeniu, ukrytemu za odbiciem pomieszczenia. Zwierciadło, co wszystko zgadło. Złodzieje i oszuści na równi z duchami umieszczani w odbiciu potępienia, naznaczeni swoją podobizną, zbłąkani w próżnym świecie Zwierciadła Lao. Drży na całym ciele. Trudno określić – z emocji, czy chłodu panującego w pomieszczeniu. Układa płasko dłonie na stojącym przed nią stole. To niesamowite, stół jest drewniany i nijak pasuje do sztucznego krzesła. Natura i plastik, bezguście. To nic, że zniszczony blat, pełen pęknięć drażni delikatną skórę dłoni. Chropawa faktura zdaje się wytchnieniem dla zmęczonego dotyku. Pęknięcia i sęki w drewnie są jak blizny i rany na żywym ciele. Zapewne bolą. Ścięte drzewo żyje jako drewno, które nigdy nie przestaje pracować. Kurczy się i rozciąga, wygina, ciemnieje, tylko nie rośnie. Każdy jest skalany moralnością pełną szram i blizn. Moralność z defektem, ułomna, patologiczna, chora, skradziona, zamordowana, zgwałcona. Zaszczuci niczym dzikie zwierzęta, poruszają się uliczkami z zatęchłym zapachem brudu, śmieci, wymiocin, uryny, śmierci płodów i nadziei na ucieczkę w beznamiętną narkotyczną wizję. Dalej od ugrzecznionej cywilizacyjnej papki, kopiowanej, przerzucanej, przenoszonej niczym syfilis z penisów do pochw, z pochw na penisy. Dalej od materialnej przepychanki intratnych stanowisk brokerów, menedżerów, merczendajzerów, selerów, ajti, czif ekoutantów, insjurans ejdżentów. Dalej od politycznego szaleństwa, obłąkańczego tańca zamiany stołków co dekadę, pyskówki i porachunków gwałcących kraj na oczach sąsiadów zadowolonych widokiem rozkraczonej kurwy. Dalej, dalej, dalej, z wizgiem hamującej lokomotywy parowej w głowie, bez świadomości szumu rozsądku utajonego głęboko w zakamarkach małżowin usznych, zbyt daleko od chłodnej kalkulacji wyższości inteligencji nad chamskim pieniactwem. Dalej…
10

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Ile jeszcze przestępstw należy popełnić, aby nakarmić i uśpić potwora szalejącego w każdej istocie ludzkiej? Ile krwi trzeba przelać, aby bestia zaspokoiła nieustające pragnienie? Pokolenia całe będą ginęły w morderczym galopie sługusów agresywnego kapitalizmu i żaden nie dojrzy własnej hańby. Myśli szybsze od rosyjskich myśliwców odbijają się echem od czterech pustych ścian i lustra. To czyściec zbłąkanego sumienia, pogrążonego na skraju samounicestwienia. Za chwilę nie będzie już czego żałować, brzemienna bańka pęknie uwalniając gorycz nagiego rozczarowania. Miało być lepiej? Nikt nie daje gwarancji na przeterminowany towar, czy powodzenie terapii u psychoterapeuty. Czy kostka mydła warta jest zachodu? * Weszła do sklepu. Nie, to chyba był mały market, kiedyś nazywany drogerią. Mnóstwo kolorowych półek przepełnionych wonnymi dobrodziejstwami do pielęgnacji ciała. Wcześniej nie widziała naraz tylu pachnących rzeczy w pięknych opakowaniach. Słoiczki, tubki, dozowniki, pudełka, butelki – wszystko w różnokolorowych opakowaniach dużych i małych, i jakich tylko dusza zapragnie. Chodziła między półkami i dotykała opakowań, bojąc się wziąć je w dłoń, poczuć ciężar, odurzyć zmysły zapachem i kolorem. Onieśmielone ruchy, niczym w zwolnionym tempie przesuwały ją w głąb pomieszczenia. Przechodziła obok kilkudziesięciu rodzajów szamponów, mnóstwa kartoników z farbami i odżywkami do włosów, kremów do twarzy, toników, mleczek, żeli pod prysznic, soli i płynów do kąpieli, kolorowych gąbek, różnego rodzaju środków czystości sprzętów gospodarstwa domowego, spinek do włosów, zabawek, bielizny, torebek, i któż to wie, ilu jeszcze różnych rzeczy. Oddychała głęboko, zamykając oczy odgadywała zapachy. Wielu nie znała w ogóle, ale były tak przyjemne, że chętnie wrzuciłaby je do koszyka, aby w domu tylko czasami je powąchać. Zapachniało lawendą. To zapach, który przypomina jej o pokoju babci. Szafa z pięknymi sukniami, spódnicami i bluzkami na drewnianych wieszakach pełna była lnianych woreczków z wysuszoną lawendą. W jej domu nie używano cuchnącej moliny, tylko ziołowe dary z przydomowego ogródka. Każdy karton z pamiątkami, skrawkami materiałów, wstążek zaopatrzony był w wiązkę ziela. Na blacie toaletki stały krem i woda lawendowa, szczotka z naturalnym włosiem, pudernica, mnóstwo kolorowych wstążek, szpilek i spinek. Była tam również piękna srebrna brosza – splot trzech węży wokół ogromnego rubinu. W kryształowym wazonie stał fioletowy bukiet kwiatów lawendy. Ruszyła dalej wśród półek zapachów. Chemia gospodarcza nie dawała wytchnienia zmysłom. Ciężko myśleć przy fetorze wybielaczy, rozpuszczalników, zmywaczy, proszków szorujących, past, terpentyny, lizolu. Nie lubiła sprzątać, nie znosiła mycia okien i toalety, od zaglądania w trudno dostępne kąty dostawała traumatycznego wstrętu na długie miesiące. Wszystko to przypominało jej o nim. Nie chciała go pamiętać od chwili, gdy jego prochy wsypano do urny. Kazała umieścić i zamurować je w zagłębieniu ściany krypty, bez znamion, czyje prochy zostały tam ukryte. * Wtedy, gdy czekała w poczekalni, licząc smugi po krwi, rozmazywane mopem salowej, tańczącej wśród spazmów, bólu, strachu i gorączki, zbierało się jej na mdłości, jednak nie od widoku, czy zapachu krwi, ale z obawy, że tym razem również uda się lekarzom go uratować. Nie chciała tego.
11

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

W myślach słała błagania o śmierć do wszystkich bogów i diabłów. Robiła to nieustannie przez kilka godzin, pełnych jego bólu, charczenia, dławienia i dzisiaj, kiedy wraca do tamtych chwil pamięcią, nadzieją napawa ją świadomość, że bardzo się męczył nim umarł naprawdę. Śmierć jest dobra dla umierającego, tym razem przyniosła ulgę komuś innemu. On chciał żyć, to Epikur był w błędzie. Śmierć zabrała mu całe dobrodziejstwo przyszłości. Dla kogo ostateczny kres jest bez znaczenia? Jego konanie trwało całymi latami. Ryba psuje się od głowy i z nim było dokładnie tak samo. Któregoś dnia podszedł do niej i zaczął mówić o niespełnionym marzeniu, jej przeznaczeniu, znaczącej roli, jaką ma odegrać w jego życiu. Ubierał ją w piękne sukienki, lubił gdy się przebierała. Matka nie widziała w tym nic złego. Może nie chciała, może udawała? To nieprawda, że dzieci kochają swoich rodziców mimo wszystko… Kiedyś dopadła go trąba powietrzna. Z cichym wizgiem, prawie bezgłośnym, zaskoczyła go tuż przed burzą, na środku pola. Był ciepły wrzesień, czas orki i siewu. Traktor odmówił posłuszeństwa, zawarczał, zacharczał i nie chciał ruszyć dalej. Konia batem by pogonił, teraz nawet drąg metalowy nie pomoże. Widziała z okna na poddaszu, jak wierzgający żywioł tańczył na polach, kojarząc w pary powietrze z ziemią. Niebezpieczne tango zbliżało się do pojazdu. Wzniesienie zasłoniło jej widok tragedii. Miała nadzieję, że więcej go nie ujrzy. Stała jeszcze w oknie, kiedy usłyszała jego głos dochodzący z dołu, że miał wiele szczęścia. Traktor przewrócił się tuż za jego plecami, kiedy właśnie go obchodził. Wściekła się wtedy na niego po raz pierwszy. Cała bezsilność i zawód z niespełnionego życzenia trwała tygodniami. W szkole nauczycielka zauważyła, że coś z nią jest nie tak. Zapytała po lekcji, co się dzieje. Klasa przepełniona pustymi ławkami i krzesłami, z licznymi kwiatami doniczkowymi na parapetach okiennych oraz twarzami sławnych pisarzy na ściennych obrazach wydawała jej się miejscem bezpiecznym i jak nigdy – bliskim. Wierzyła, że wszyscy mędrcy wysłuchają jej opowieści. Nauczycielka uśmiechała się dobrotliwie zza swoich wielkich okularów, emanowała ciepłem i zaufaniem. Opowiedziała jej o swoim bólu, poniżeniu, zagubieniu. Najpierw nieśmiało i niechętnie, potem opór pękł i lawiną potoczyły się łzy. Rysy twarzy nauczycielki zrobiły się ostre i surowe, nabrała powietrza w płuca, wyprostowała się i kazała wracać do domu. Na odchodnym poradziła iść do księdza. Kościół pochłonął ją chłodną ciemnością, ciszą i pustką. Ksiądz był służbistą, gotowym wysłuchać wszystkich i zadać im pokutę. W konfesjonale, cuchnącym moczem kotów i lizolem, usłyszała, że złego słowa na rodzica mówić nie wolno, bo to grzech. Miała w sobie poszukać pokus, którymi raczyła niewinnego ojca i swoją wybujałą wyobraźnię. Gwałt za gwałtem wraz z pokutą piętnował jej psychikę. Dusiła się smrodem kocich odchodów, lizolem wyżerającym strukturę komórek nerwowych, kadzidłami zapychającymi płuca, dymem ze świec doprowadzającym do łez, zatęchłymi lochami kościoła z gnijącymi jeszcze za życia trupami. Rozkładali się od wnętrza, od momentu odwrócenia oblicza od człowieczeństwa. Bóg nie jest niemiłosierny, tylko oni pochodzą jakby z diabelskich otchłani obojętności, potępienia, zachłanności, hipokryzji, zakłamania. Dość już tego, dość… Świat uznał jej winę i jedyne, co pozostało, to pogodzenie się z tym faktem. * Zaczęła rozglądać się wokół. Ściany wszelkich odcieni szarości zdawały się takie zimne. Wiedziała, że są świadkami wielu negatywnych emocji i czynów. Oczami wyobraźni składała ciemniejsze plamy w wydarzenia. Bark, kolano, dłoń, głowa… musiało boleć. Przesłuchanie. Na co może liczyć? Jaka część jej ciała odciśnie piętno na szarości ściany? Plecy? Wypadły by na wysokości śladu po kolanie, tak nisko. Podłoga pełna jest brudnych plam od błota. Ktoś się
12

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

pośliznął, ktoś upadł, kogoś ciągnięto. Historie ścienne zdają się komiksowo zazębiać ze śladami na podłodze. W rogu pokoju dłuży się plama od ściany na wysokości męskich bioder, aż po plamę kałuży na podłodze. Nie czuć uryny, ale ślad po niej został. Ktoś tu za długo gościł. Poniżenie i upadek moralny spotykane w każdym miejscu ubliżającym człowieczeństwu. „Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Są one obdarzone rozumem i sumieniem oraz powinny postępować w stosunku do siebie wzajemnie w duchu braterstwa”. Słowa, słowa, słowa… czyny przeczą Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Widział ktoś braterstwo chociażby w centrum, podczas godzin szczytu, w komunikacji miejskiej? Mijający się na ulicy kierowcy samochodów – czy środkowy palec i pukanie się wymownie w czoło to wyrażanie ducha braterstwa? Oprawcy wojenni również mają w wielkim, ciemnym poważaniu prawa swoich jeńców. Ktoś bawi się słowami, aby inny ktoś bawił się torturami. Wydawało jej się, że zobaczyła cień przebiegający przez lustro. Niemożliwe, pewno złudzenie. Po chwili ktoś otworzył drzwi, jedyne w pomieszczeniu. Wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w ciemnym mundurze. Jest w średnim wieku. Lata ćwiczeń i pełnej gotowości na służbie wymusiły u niego wyprostowaną postawę, stanowcze spojrzenie i sprężysty chód. Starał się zachowywać spokojnie, ale ona nie dała się zwieść. To przesłuchanie. * Wolność otwarła swoje wrota w momencie jego śmierci. Ogarnęła ją radość z cudzego bólu, cierpienia albo nieszczęścia jako odmiana zła moralnego, przeniesionego z ojca na córkę. Zdała sobie sprawę, jak bardzo może żyć. Zmysł możliwości zawładnął nią. Pisała, czytała, grała na kilku instrumentach, rysowała, uprawiała sporty, jakby to wszystko miało zrzucić z niej ciężar bólu i świadomość, że matka również jest złym człowiekiem. Przez nią wolność stała się tylko połowicznym uczuciem zwycięstwa. Trudno dostrzec zło, ponieważ to widzenie rozpraszają drobiazgi motywów, skrywających brzydotę i niedopełnienie obowiązku moralnego, co doprowadza ofiarę do momentu bezradności. Zło jest efektem upadku moralnego, jest powszechne, codzienne, jest banalne, wykorzystuje innych jako nosicieli słabości, obnaża ułomności, wytwarza bezradność. Nie potrafimy żyć bez usprawiedliwienia, brak nam siły na odwagę wyrażania naszych przekonań. * Miała ochotę zostać w tej cudownej krainie zapachów, kolorowych tubek, butelek, opakowań. Przesuwała się wzdłuż zapełnionych towarami regałów, kierując się tylko tym jednym zapachem. Dotarła w końcu do półki z mydłami i niemal bezbłędnie nos skierował ją w stronę lawendowego. Było ogromne, owinięte fioletowym papierem i intensywnie roztaczało przyjemny dla zmysłów zapach. Ostrożnie chwyciła je w dłoń, delikatnie głaszcząc i poddając się ciężarowi kostki opuściła ramię wzdłuż ciała. Za chwilę uniosła rękę i mrużąc oczy dotknęła nosem opakowania. Zapiekło. Łzy cisnęły się do oczu i nie wiadomo, czy to od ostrego zapachu, czy na wspomnienie dawno minionej przeszłości. Nie zauważyła pojedynczego nerwowego ruchu na końcu alejki między regałami. Nie czuła świata, żyła chwilami wspomnień, które jak tsunami wracały do jej kruchego i zmęczonego umysłu. Walczyła, ale tylko przez chwilę, a potem…

13

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

* Nie wie co tam robiła i dlaczego to robiła. Nawet nie pamięta, jak się tam znalazła. Wszystko jest takie niewyraźne i nawet jego twarzy dobrze nie widzi, tylko zamazane rysy. Przecież nic złego nie zrobiła, tylko tam stała i oglądała. Wąchała kostkę mydła. Nie, nie miała pieniędzy, aby za nią zapłacić. Jak więc znalazła się w jej ręku przy wyjściu ze sklepu? Nie wie, nie pamięta… To nie była kradzież, nie! Odwrócił się plecami do niej, jedną rękę oparł o biodro, drugą nerwowo pocierał kilkudniowy zarost na brodzie i szpakowate, gęste włosy. Myślał intensywnie, po czym skinął głową w stronę lustra. Po chwili znów otwarły się drzwi i weszła młoda, drobna kobieta. Usiadła naprzeciw niej. Zadała kilka pytań o rodzinę, dzieci, wnuki, stan zdrowia, dochody. Dlaczego nikt nie zapytał jej o ból samotności? Nikogo nie obchodzi to, że staruszka mieszka w malutkim mieszkaniu, którego nie ma siły posprzątać, którego czynsz pomaga opłacać pomoc społeczna. Nikt nie zapyta dlaczego córka i wnuki nie przyjdą jej odwiedzić, chociaż mieszkają kilka ulic dalej. To nie serce, nie wątroba, trzustka, czy nerki bolą najmocniej, to samotność i tęsknota są oprawcami, z którymi musi walczyć co dnia. W bezsenne noce jest jeszcze gorzej, gdy ból trzeba wykrzyczeć przez łzy w poduszkę, aby nad ranem usnąć z mokrymi policzkami. O świcie umiera noc i wszystko to, co wraz z nią odeszło. Wiele spraw mija i czasami pamięć miłosiernie zapomina. Tylko to pozwala przeżyć każdy następny pusty dzień. * Zrobiło się tłoczno. Sklep zaludnił się klientami wracającymi z pracy. Szybkie ruchy, milczące decyzje i pęd do kasy. Płacą tak wysokie rachunki, za które miałaby jedzenia na tydzień, a nawet na pół miesiąca. Nie jest zazdrosna, nie chce nikomu niczego odbierać, tylko tak jakoś w środku dziwnie się robi. Znów ta tęsknota, nie wiedzieć ku czemu? Ktoś ją popchnął. Ruszyła w kierunku kas, tłum na nią napierał. Nie miała siły opierać się naciskowi, więc mu się poddała. Ktoś rzucił pytanie, czy stoi w kolejce do kasy, czy coś kupuje? Zaprzeczyła, chciała wyjść na ulicę, dusiła się i bała. Przy drzwiach sklepu zdała sobie sprawę, że trzyma w dłoni kostkę mydła, za którą nie może zapłacić. Chciała cofnąć się, ale tylko bezradnie stanęła i popatrzyła w głąb zaludnionego sklepu. Drzwi uderzyły ją z impetem w plecy. Zachwiała się i upadła na kolana. Ktoś z tyłu chwycił ją i podniósł niczym piórko. Chciała uśmiechnąć się i podziękować, ale w tym momencie uświadomiła sobie, że jest w silnym uścisku postaci w czarnej kominiarce. Pierwsza myśl to terroryści w sklepie. Po chwili poczuła, że jest siłą ciągnięta do radiowozu. Ktoś wepchnął ją do środka, zatrzaśnięto drzwi i samochód ruszył. Zemdlała. Wtedy upuściła z dłoni zapach wspomnień. * – Stach, czyś ty zwariował? To staruszka! STA-RU-SZKA! Czego ty od niej chcesz? – Otrzymaliśmy wezwanie. Doszło do kradzieży, złamania prawa. Nie wiedziałem ile lat ma sprawca, nawet płci nie znałem. Jechałem w ciemno. Po przestępcę. – Ona mogła nam zejść po drodze. Rozumiesz? Kominiarki na staruszkę? Nie, to się w głowie nie mieści. Masz robić wywiad, zanim wyjedziesz na akcję. – Taaa, a w tym czasie złodziej znika za piątym zakrętem. Nie chwycę go. – Zostaw ją w spokoju. Odwieź do domu.
14

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

– A co z kradzieżą? – To mydło za 3 złote? Właściciel sklepu to idiota. Sam mógł to załatwić na miejscu. Odebrać sobie cenny towar i wyprosić klientkę. Już by tam nie wróciła. Wypuść ją, bo jeszcze będziemy mieli problem. Komandos, na babcię w skarpecie napada… * Kazała mu wyjść. Oparła dłonie o biurko i zwiesiła głowę między ramionami. Natrętna myśl krąży chwilę w powietrzu, odbija się z jękiem od ścian i sufitu, wyczerpana upada na podłogę, aby na moment zebrać siły i znów unieść się, ukazać w pełni swoją potęgę. Niemoc jest zawsze po naszej stronie. Jej siła jest efektem naszych słabości, wątpliwości, rozczarowań. Cykliczne wzloty i upadki, będące przyczyną nawracającej głupoty lub indolencji i ograniczenia umysłu ludzkiego, skłaniają ku refleksji o bezsilności wobec nieustannego braku zdolności rozumnego bycia, którego nie sposób objąć myślą, jak i pełnią pojmowania. Jak ma się do tego wszystkiego teoria wybitych okien, według której zachętą do rozbojów, kradzieży jest nieporządny wygląd otoczenia, zaniedbanie, brak poczucia bezpieczeństwa? Ten sklep wizualnie nie sprzyja przyjętym normom wzrostu przestępczości. To tylko teorie podręcznikowe, nic więcej. Co w takim razie skłoniło tę kobietę do kradzieży? Może ona mówi prawdę, że po prostu pogubiła się w tym wszystkim? Te kilka informacji, które wydobyła ze staruszki rutynowymi pytaniami, nie są w stanie oddać złożoności problemu. Musiała postępować według wytycznych proceduralnych, chociaż uważała to za zbędne. Wystarczyło jedno spojrzenie na tę skuloną w sobie kobietę, na jej przerażone oczy i gesty, pełne napięcia, wahania i drżenia dłonie leżące na blacie stołu. Ich delikatna skóra jest usiana plątaniną zmarszczek, żył i brązowych plamek, szarością zlewa się z pomarszczoną i chropawą strukturą zniszczonego drewnianego blatu stołu. Widziała wielu złodziei, mężczyzn i kobiet. Profil psychologiczny niemal każdego z nich określał jasno i wyraźnie chęć posiadania cudzej własności. Motywy były przeróżne, poczynając od ubóstwa, a kończąc na kleptomanii. Dla niektórych jednostek to rodzaj „zarobku” lub hobby, dla innych – codzienna walka o byt. Dla tej staruszki trzeba zmienić kwalifikację czynu na nieświadomy, nieumyślny. Tylko w jaki sposób wytłumaczyć nieumyślną lub omyłkową kradzież? W tym momencie wszystkie myśli, motywy i wnioski upadły na podłogę. Wydawało się, że atmosfera zaczęła wywierać nacisk na przedmioty znajdujące się w gabinecie, huk w głowie był nieznośny, rozsadzający czaszkę od wewnątrz. Chwilę trwało, zanim uświadomiła sobie prawdę oczywistą, zanim zdała sobie sprawę z tego, że nie opisuje profilu przestępcy, a raczej ofiary. Nie miało miejsca planowanie, nie wystąpił żaden z motywów kradzieży. Nie ma podstaw, aby ta sprawa zostawiła ślad w aktach. * Z gabinetu psychologa udał się z powrotem do pomieszczenia za lustrem. Był wściekły o brawurową akcję na staruszkę. Co go pokusiło o tę kominiarkę? Postąpił niewłaściwie i wątpliwym jest, aby mógł się z tego jakoś wywinąć. Raport musi napisać rzetelnie i zgodnie z prawdą. Przez miesiąc stary będzie się pieklił na niego. Nie da mu żadnej sprawy, nie wyśle na akcję. W zamian zaliczy mnóstwo papierkowej roboty i telefonów. Koledzy nazwą go „mydlanym bohaterem”, albo czymś równie idiotycznym. Odnotują to w aktach i szybko wyślą na emeryturę. Pozostanie pilnowanie drzwi jakiegoś banku.
15

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Próbował odpędzić myśli o konsekwencjach akcji. Starał się skupić na słowach raportu oddającego jego nieprzemyślane działania w wyniku niedoinformowania przez dyżurnego przy telefonie. Brak rozeznania w sytuacji… Nie, kurwa, nie będzie donosił na kolegów! Wszystko brał zawsze na siebie, „na swoją klatę”, jak mówił Blacha. Po drugiej stronie lustra widział siedzącą staruszkę. Wydawała się taka zagubiona i nieporadna. Całkiem niezorientowana w powadze sytuacji. Czekała, nie wiadomo na co. Rozglądała się po pomieszczeniu, jednak ani razu nie spojrzała w stronę lustra. Jakby zdawała sobie sprawę, że jest obserwowana i zezwalała na to. Przez chwilę wydawało się, że zna ją, widział już kiedyś wcześniej. Nie mógł jednak przypomnieć sobie okoliczności spotkania. Ta kobieta i pustka wokół niej, żadnych rekwizytów. A jednak zauważył w niej coś znajomego, nieuchwytnego. Po chwili zdał sobie sprawę, że owo zagubienie i nieporadność wyrażają coś całkiem odmiennego, niż się wydaje. Kobieta zamknęła się we własnym świecie i to, co ją otacza jest dla niej obce i krępujące. Duża przestrzeń napawa ją klaustrofobicznym strachem. Zamknięta w małym pokoju przesłuchań czuje się bezpiecznie. Dostosowała się do nowej sytuacji. Według Platona szczęście jest osiągalne poprzez sprawiedliwość, zadowalając się miejscem, które nam przeznaczono. Właśnie to zrozumiał, obserwując postać zza lustra fenickiego. * Drzwi do pomieszczenia nagle się otwarły. Znów wszedł szpakowaty mężczyzna z kilkudniowym zarostem na brodzie i policzkach. Jego ruchy są oszczędne i niczego nie wyrażają. Wygląda na zakłopotanego, ale stara się to zamaskować. Błędy młodości, pośpiech i chaotyczne decyzje mają wpływ na kształtowanie charakteru i mądrości życiowej. Nie wygląda na lekkoducha, dźwiga na barkach ciężar odpowiedzialności. Tak, to jeden ze sprawiedliwych, na pewno. Zjedzą go żywcem polityczne układy, społeczne nierówności, niesprawiedliwość Temidy. Położył dłoń na kruchym ramieniu staruszki i powiedział, że podwiezie ją do domu. Posłusznie podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę drzwi. Kątem oka wyłapała ruch cienia w lustrze. ● ESEJ Monika Kacprzak JĘZYKOWA INŻYNIERIA SPOŁECZNA Trwa wojna – i słowa te nie są wyolbrzymione. Jak długo istnieją inżynierowie pracujący nad zmianami w zakresie słownictwa, tak długo mamy prawo mówić o wojnie. Słowo engigneor, od którego wywodzi się „inżynier”, oznacza bowiem tyle, co konstruktor machin wojennych. Trwa wojna o słowa, a my, katolicy, daliśmy się zepchnąć do pozycji obronnej. Nie ma wątpliwości co do tego, że pomiędzy językiem a myśleniem i postrzeganiem istnieją związki przyczynowe. Pisało na ten temat wielu lingwistów i socjologów (E. Sapir, B. L. Whorf, Ch. W. Mills, P. Hamond). Benjamin Lee Whorf podkreśla, że język, „nie jest po prostu pewnym reproduktywnym narzędziem wyrażania idei, lecz czynnikiem owe idee kształtującym, programem i przewodnikiem aktywności umysłowej, analizy doznań i syntezy intelektualnej każdego z nas.” Język jest czymś więcej niż tylko środkiem wyrażania myśli. W gruncie rzeczy
16

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

stanowi on główny czynnik kształtujący myślenie. Znajomość prawideł rządzących językiem stała się przyczyną manipulacji językowych, które są tym niebezpieczniejsze, im mniej są uświadomione. „Wojnę o słowa” można nazwać inaczej „językową inżynierią społeczną”, ponieważ jest to działalność w pełni zaprojektowana, pieczołowicie konstruowana, systematycznie wdrażana i utrzymywana w celu przemiany społeczeństwa. Na początku lat siedemdziesiątych XX w. Kurt Biedenkopf, niemiecki polityk partii chrześcijańsko-demokratycznej (CDU) interesująco opisał to, czego doświadczamy dziś, w medialnej przestrzeni – „walkę o słowa”. Biedenkopf powiedział: „Język jest nie tylko środkiem komunikacji. Jak na to wskazują polemiki z lewicą, język jest też ważnym instrumentem strategii. To, co się dzieje w naszym kraju, jest nowym rodzajem rewolucji. Jest to rewolucja społeczna dokonywana za pomocą języka. Zajmowanie siłą cytadel (…) nie jest już dziś warunkiem rewolucyjnej zmiany porządku w państwie. Dziś rewolucje odbywają się inaczej: zamiast budynków należących do rządu zajmuje się pojęcia, za pomocą których opisujemy porządek państwowy, nasze prawa, obowiązki i nasze instytucje. Nowoczesna rewolucja obsadza je treściami, które uniemożliwiają opis wolnego społeczeństwa, a na dłuższą metę — życie w nim. Dziś przeżywamy rewolucję, która zagarnia nie środki produkcji, lecz pojęcia. Zagarnia pojęcia, a wraz z tym informację w wolnym społeczeństwie, okupując mass media, tj. te punkty, w których wytwarza się najważniejsze produkty wolnego społeczeństwa: informację polityczną”. Czy niemiecki polityk miał świadomość, że opisuje strategię działania kreatorów nowej rzeczywistości, trudno orzec. Dostrzegł on jednak to, co umyka wielu innym działaczom sceny politycznej (lub jest przez nich świadomie pomijanym), że język jest jednym z ważniejszych narzędzi prowadzenia „wojny”. Operacje na języku Można wyróżnić trzy główne operacje na języku, jakie cechują styl inżynierii językowej. Pierwsza, to usuwanie pewnych słów i zastępowanie ich innymi, o wyraźnie odmiennym odcieniu albo w ogóle innego rodzaju. Druga polega na nadawaniu starym wyrażeniom odmiennego sensu lub przynajmniej kontekstu, tak by kojarzyły się z czymś innym, niż przedtem. Trzecia operacja to tworzenie nowych słów, których desygnowanie jest bardzo rozmyte, niedookreślone, zmienne. Główna zasada tworzonego języka opiera się na przeświadczeniu, że nieużywanie słowa skaże rzecz przez nie oznaczaną na nieistnienie. Tak ma być w przypadku mówienia o aborcji jako o zabiciu dziecka nienarodzonego. Zwolennicy politycznej poprawności nie mówią o zabijaniu, dla nich jest to bowiem tylko zabieg, który służy wyrównaniu praw między kobietami i mężczyznami. W Polsce stało się to nawet kwestią rozważaną przez polityków. Już w 2005 roku Magdalena Środa, ówczesna pełnomocnik ds. wyrównywania statusu zaproponowała, by zmienić słowo „aborcja” na inny, mniej negatywnie nacechowany wyraz. Konsekwencją tego rodzaju operacji językowych staje się dehumanizacja nienarodzonej istoty ludzkiej. Jeśli bowiem człowieka w tym stadium rozwoju określać będziemy jak rzecz – „zygota”, „zlepek komórek”, to pozostawimy pole do traktowania go jak rzeczy. Prowadzi to w końcu do uśpienia wrażliwości i akceptacji zła. Językowa polityczna poprawność wdarła się także do literatury. Na przykład tytuł wydanej w 1939 roku powieść Agaty Christie Dziesięciu małych Murzynków, na prośbę wnuka autorki został zmieniony na Dziesięciu małych żołnierzyków. W każdym miejscu utworu słowo „Murzyn” zostało zamienione na „żołnierz”. W Polsce książka ta publikowana jest pod jeszcze
17

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

innym tytułem: „I nie było już nikogo”. Dekonstrukcja słów „niepoprawnych” jest procesem charakterystycznym dla środowisk homoseksualnych. Na przykład ściśle medyczne określenie „pederasta” w wyniku długofalowej kampanii zostało wyparte przez słowo „gej” (ang. gay) – „wesołek”. Przedstawiciele amerykańskiego stowarzyszenia osób LGBT – „The Gay & Lesbian Alliance Against Defamation” (GLAAD) stworzyli aktualizowany co roku przewodnik, skierowany przede wszystkim do dziennikarzy – „Media Reference Guide” w którym zebrali słowa i wyrażenia rzekomo opresyjne. Według przewodnika należy zaprzestać określania homoseksualisty jako „kochającego inaczej”, gdyż zawiera skojarzenie z odstępstwem od normy. Nawet określenie „homoseksualista” spotyka się z krytyką i bywa uznawane za obraźliwe, gdyż posiada wydźwięk kliniczny i jest szczególnie chętnie używane przez środowiska antygejowskie. W to miejsce proponowane są mające ponoć mniej negatywny wydźwięk określenia „osoba homoseksualna” i „osoba o orientacji homoseksualnej”, które podkreślają podmiotowość osoby, o której mowa. Nie powinno się także używać zwrotu „gejowski styl życia”, gdyż sugeruje on, że orientacja homoseksualne jest wolnym wyborem i może zostać zmieniona, zamiast niego należy stosować wyrażenie „gejowskie życie”. Nowe znaczenie starych słów Wymownym przykładem inżynierii językowej, która istniejącemu wyrażeniu nadała inne znaczenie, jest funkcjonowanie terminu „homofobia”. Powszechne rozumienie homofobii zostało oderwane od jego właściwego znaczenia i stosowane jest dziś w bardzo szerokim kontekście, pozostawiając bezpośrednią konotację z zaburzeniem psychicznym. Brak spójności między współczesnym użyciem pojęcia „homofobia” i kryteriami stosowanymi do wyznaczenia prawdziwej fobii stało się nagminne i nie ma nic wspólnego z definicją naukową. Zjawisko to jest opisywane jako „niechęć i negatywne emocje odczuwane wobec osób bi- lub homoseksualnych, nadmiernie uogólnione przekonania o cechach, najczęściej negatywnych, rzekomo charakterystycznych dla wszystkich przedstawicieli tej grupy oraz wynikające z tych emocji i przekonań zachowania polegające na odmiennym, najczęściej gorszym traktowaniu osób postrzeganych jako należących do tej grupy” (Sytuacja społeczna osób biseksualnych i homoseksualnych w Polsce. Raport za lata 2005 i 2006). Jest to przekłamana, niezgodna z prawdą definicją fobii. David Haaga określa pięć podstawowych cech różniących współcześnie rozumianą homofobię, obejmującą „wiele negatywnych emocji, postaw i zachowań wobec osób homoseksualnych” od prawdziwej fobii. Zwraca on uwagę na to, że klasycznie związaną z fobią emocją jest strach, podczas gdy homofobię częściej cechuje nienawiść lub złość. Fobia wiąże się z doświadczaniem nadmiernego i nieuzasadnionego lęku, lecz reakcje homofobiczne bardzo często należy uznać za zrozumiałe, uzasadnione i dopuszczalne. Działaniem, które automatycznie wyzwala fobia, jest unikanie, podczas gdy homofobia często objawia się jako wrogość i agresja. W przeciwieństwie do osób ulegających homofobii, osoby cierpiące na inne fobie unikają wywołujących je przyczyn, a lęk, który im towarzyszy utrudnia funkcjonowanie w społeczeństwie. Znane powszechnie fobie nie odnoszą się w żadnym przypadku do porządku politycznego, homofobia zaś ma wymiar polityczny, gdyż odwołując się do uprzedzeń i dyskryminacji, dąży do zmiany prawa. Dziś pojęcie to używane jest powszechnie w odniesieniu do jakichkolwiek zachowań, które nie popierają homoseksualizmu, w stopniu zdecydowanie zbyt szerokim niż na to pozwala jego pierwotna definicja.

18

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Wojna o słowa O ile języki naturalne w swym systemie posiadają obok schematów i norm również uzusy, rozumiane jako zespół zwyczajów językowych w danej społeczności, o tyle w inżynierii językowej system tworzony jest odgórnie – określone słowa, zawiązki frazeologiczne, zwroty są dyktowane odbiorcom. Powstaje więc nowy język, w którym nie ma większego znaczenia, co dane słowo rzeczywiście oznacza, ale jakie kwalifikatory się z nim wiążą (dobry/zły, nasz/obcy, postępowy/zacofany). Pozwoliliśmy narzucić sobie sofizmaty i demagogie wojujących grup. Walczymy z ideologami ale za pomocą słów stworzonych przez inżynierów. I z tego powodu jesteśmy już na przegranej pozycji, ponieważ w tak skonstruowanych wyrażeniach pewnych treści już nie ma. Na naszych oczach dzieje się to, co w swej utopii opisał George Orwell. „(…) nadrzędnym celem nowomowy jest zawężenie zakresu myślenia. W końcu doprowadzimy do tego, że myślozbrodnia stanie się fizycznie niemożliwa, gdyż zabraknie słów, żeby ją popełnić (…). Z roku na rok będzie coraz mniej słów i coraz węższy zakres świadomości (…). Rewolucja zostanie zakończona, kiedy język stanie się doskonały.” ● RECENZJA Ignacy S. Fiut CZY TRAUMA CZYNI POETKĄ? Niewątpliwie traumatyczne doświadczenia egzystencjalne poszerzają doświadczanie siebie i świata. Ukazują bowiem jego wymiary najczęściej nieobecne w życiu codziennym; skłaniają do pytań fundamentalnych o sens własnej egzystencji. Jedni po tego typu doświadczeniach wycofują się ze świata, a nawet własnego życia; inni tracą kontrolę nad swoją osobowością, popadając w różne psychozy, a jeszcze inni zyskują nowe siły egzystencjalne i próbują odrodzić się na nowo, odbudowując sukcesywnie sens istnienia. Omawiana poezja, typowo kobieca, dostarcza materiału dla tego typu namysłu nad sensem podejmowania twórczości artystycznej, w tym wypadku poetyckiej, po silnych przeżyciach traumatycznych, kiedy człowiekowi w jednym momencie świat „wali się na głowę”. Romans z sobą Elizy Segiet – to tomik złożony z dwóch części: Kobieta spętana w marzeniach i Obraz zaczyna się od kropki, zmuszający niewątpliwie do głębokiej refleksji filozoficznej nad kobietą i jej miejscem w świecie. Autorka czyni swoje zainteresowania myślą filozoficzną narzędziem opisu oraz próby interpretacji osobistego istnienia egzystencjalnego. Najpierw stara się w duchu Augustyna z Tagoset uchwycić fenomen stawania się kobietą, próbując jakby wychodzić z jaskini osobistej zmysłowości ku światu. Marzy wtedy również, by w tym procesie stawania się sobą materializować ducha drugiej osoby. Konstatuje, że bycie kobietą myślącą, głęboko refleksyjną, to forma snu przenosząca ją w świat platoński uniwersalnego dobra, piękna i prawdy, w którym czuje się jakby nadzmysłową ideą. Na tej drodze ważny staje się dla nie Eros – mocny związek emocjonalny z mężczyzną, który, kiedy zostaje fizycznie spełniony, czyni oboje wręcz jednością mistyczną. Pojawiająca się wtedy dialektyka słów czułych o miłości powoduje, że zaczyna rozumieć czym jest samo kochanie oraz bycie kochaną. Czuje wtedy, że jej wartki nurt życia niesie ją ku cieniom drzewa miłości, pod
19

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

którym doświadcza wyjątkowych emocji erotycznych. W utworze pt. „Fatamorgana” wręcz krzyczy: „(…) Pod stopami czuję żar/a w oddali widzę ciebie/biegnącego do moich spragnionych ust. Tak długo czekałam!//Jesteś teraz tylko dla mnie, mam cię na wyciągniecie ręki. Dlaczego tak długo biegniesz?//Dlaczego znikasz? Nie mogę uwierzyć//Byłeś fatamorganą”. Odkrywa więc, że właściwie uczucie miłości nigdy nie może się w pełni dokonać i nawet w najbardziej spełnionym jego przeżyciu tkwi strach przed jego utratą. Poetka przecież pisze o tym, bo roztrząsa i opłakuje ukochanego, którego straciła bezpowrotnie, a więc owa trauma wzmaga u niej ów „miłosny” jęk generowany przez ból osamotnionego istnienia. Segiet analizuje dialektykę miłosnego dotyku, czeka w bezszelestnym uniesieniu w towarzystwie mężczyzny, by odkryć, że samotność jest tym, co wystarcza mu w życiu, a więc może i zastąpić kochaną kobietę. Brak ukochanego mężczyzny powoduje, że staje się jej przejmującym bólem, wzmaganym jego fotografią. W głębokim doświadczeniu miłości odkrywa, że to „pokrewieństwo dusz”, i że: „(…)To nie tylko piękne motyle, ale też kąśliwe pszczoły./To chęć współistnienia/niekiedy zabarwionego/muśnięciem Erosa”. Jego brak przypomina tonacja jego głosu, muzyka cielesnych uniesień i ta harmonia współżycia, ślady czasu, którymi jeszcze oddycha jej dusza. Otulona zimą, doświadcza obecności samotności, by w spojrzeniu innego mężczyzny odkryć, że przyszłość jej jest siłą, której imię – nadzieją. To ona dała jej kolejne wcielenie miłości, którą poetka nazywa „kwiatem Nenufaru”, przenoszącego ją w świat „szeptanej miłości”. Kolejny splot nowego etapu dialektyki miłości powoduje, że „(…)jej serce jak fortepian/szuka stroiciela”. Przyrównuje siebie w tym suplesie miłosnym do pestki, pigułki, słonej łzy. W antraktach melancholii próbuje na nowo wyszeptać swój świat i odkrywa, że w jej kobiecej naturze duszy panuje serce, a nie chłodny rozum, a w rezultacie jej „mojość” to „uśmiech i łzy”, którym nierzadko towarzyszy głębokie poczucie wewnętrznej pustki. W kolejnej części tomiku, inspirowanej konstatacją Martina Heideggera, że życie człowieka jest „bytem-ku-śmierci”, próbuje się pocieszyć spoglądając z perspektywy własnego dzieciństwa. Dla niej poezja „(…)jest jak tęcza, którą zawsze się zachwycam”. Śledzi tę poezję wędrując po uroczych ulicach Krakowa, słyszy w swej pamięci Dzwon Zygmunta, jak dziecko próbuje uczyć się świata, ale pierw czyni go dziecinnie magicznym, by odkryć, że właśnie dla takich chwil warto żyć pomimo wszystko. Odkrywa na nowo zapach lawendy, zygzak, którym stokrotki chcą piąć się do nieba, czuje znane zapachy i smaki, ale i smak słów, którymi chce zamalować opustoszały blejtram życia. Przy okazji odkrywa powtórnie uniwersalną wartość ciepła rodzinnego domu, przyjaźń psa, który odszedł na wieki. Wie jednak, że iluzja trwania w dobru pociąga za sobą „ocean zła” i już rozumie, że drugi człowiek może być doświadczeniem piekła. Krok po kroku zaczyna jednak rozumieć, że los człowieka przypomina „mitycznego Syzyfa”, ale trzeba przy tym wiedzieć, jak żyć, by ten los stał się dla niego szczęśliwym. Poszukuje jakiegoś „apeironu szczęścia”, choć wie, że świat wokoło skrył już dla niej Eden, a więc czas już jej nie karmi, ale ona go żywi swoim istnieniem. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że „wczoraj jest we mnie” w postaci „korali przeszłości”, które przecież mogą wykrystalizować jutro w „korale przyszłości”, bo w „próbie końca” kiełkuje jakoś „próba początku”. Powoli rozumie, że „czar wspomnień” rządzi jej teraźniejszością, zaś ciało chce dalej realizować marzenia i fantazje istnienia, bo „smak świata rozbudza zmysły” i zaprasza do „tańca w rytm śpiewu ptaków”. Chce uczyć siebie na nowo, by stać się samodzielną aktorką własnego życia, pomnażać je, szuka więc „(…)Miłości mądrości/i mądrości miłości”. Próbuje odkrywać czar zapachów, życia we wspólnocie, oswajania wspomnień, odzyskiwania z nich utraconych chwil i przysłowiowego „czucia świata”. Dociera do własnej głębokiej prawdy w wierszu pt. „Życie jest mową”, w którym pisze: „Życie jest mową./Śmierć milczeniem./Można mówić o tych, co milczą…/Pamięć jest w nas”. Już rozumie, że życie jest walką, nieustannym buntem, bo zrozumiała „(…), że dziś to
20

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

więcej niż wczoraj/A jutro dopiero ma być”, a przecież – pisze autora – ludzie od dawna powtarzają, że „żyje się tylko raz”. Tym magnesem dla kobiet jest przecież czucie – konkluduje poetka i wskazuje jego zasadę: „czuję, więc jednak jestem”, a więc warto „przytulić się do przyszłości”, by smakować ten nasz świat i oderwać się od osobistej „duszności przeszłości”, by w „maskaradzie myśli i uczuć” złapać nowy oddech. Cóż można doradzić poetce, gratulując i obstając przy jej przekonaniu – przypomnieć maksymę epikurejczyków – Carpe diem!

E. Segiet, Romans z sobą, redakcja – Anna Szarko, projekt okładki i zdjęcia – Piotr Karczewski, Wstęp – Piotr Mróz, Wydawnictwo Sowello, Rzeszów 2013, s.142. ●

SZKIC Igor Wieczorek CZAS WIECZNIE ZMIENIA PUNKTY WIDZENIA Z punktu widzenia fizyków i kosmologów czas nie przemija, nie płynie, nie biegnie, ale po prostu istnieje. Istnieje jako jeden z wymiarów czasoprzestrzeni, czterowymiarowej struktury, która rozciąga się w obu kierunkach od danej chwili i we wszystkie strony z danego punktu. Autorzy książek popularyzujących wiedzę kosmologiczną, bardzo często podkreślają różnicę między fizycznym a psychologicznym rozumieniem czasu i zapewniają czytelników o tym, że nasze poczucie upływu czasu wynika z faktu, iż to my sami przemieszczamy się w dynamicznej czasoprzestrzeni. Wydawać by się mogło, że skoro czas nie upływa, ale po prostu istnieje, to musi być nieskończony. A jednak wcale tak nie jest. Z punktu widzenia fizyków w bardzo odległej przeszłości wszystkie sekundy, minuty, godziny, lata i wieki mieściły się w nieskończenie krótkim hipermomencie. Czas nie jest więc nieskończony, chociaż jego początek nie był właściwie początkiem, ale czymś hiperfizycznym. Oto prawdziwe curiosum – cały czas w jednej chwili! Czasu nie można pojąć, ani – tym bardziej – okiełznać. Można go jednak mierzyć, badać i opisywać w wielu różnych językach. Najbardziej znaczenionośny jest chyba język poezji: „Cóż, kiedy za mną pędzi pogoń chyża – Skrzydlaty rydwan czasu wciąż się zbliża” – pisał poeta Andrew Marvell. Myślę, że nie ma fizyka, któremu ten krótki wiersz nie wydałby się istotny. Rydwan czasu, rzeka czasu, marsz czasu, strzałka czasu i tym podobne poetyckie metafory wydają się nieodłącznie związane z naszym poczuciem przemijania i manifestującą się w tym poczuciu wieczną istotą rzeczy. Niestety, język poezji nie do wszystkich przemawia. Ten język jest bardzo trudny, bo często mlaszcze i syczy, kaleczy, a nawet niweczy jasne i proste znaczenia. I właśnie z tego powodu nie wszyscy pragną nim władać. Zajadłym wrogiem poezji był chociażby Witold Gombrowicz. W swoim słynnym „Dzienniku” dał upust szczerej pogardzie dla całej światowej poezji. Jego zdaniem „farmaceutyczny ekstrakt zwany czystą poezją” jest nudny, męczący, śmieszny, z gruntu fałszywy
21

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

i głupi. Z iście naukową precyzją wielki szyderca Gombrowicz przeprowadzał takie oto doświadczenie: z poszczególnych zdań lub fragmentów zdań wierszy danego poety budował wiersz absurdalny, a następnie odczytywał go w gronie wielbicieli poezji jako nowy utwór wieszcza. Wielbiciele poezji nie posiadali się z radości i żaden z nich nie zauważył, że wiersz jest mistyfikacją. Gombrowicz doszedł do wniosku, że poezja jest czczą celebracją, a wszyscy jej uczestnicy stali się niewolnikami i „moglibyśmy określić poetę jako istotę, która już nie może wypowiadać siebie, gdyż musi wypowiadać wiersz”. Jeszcze kilka lat temu zgadzałem się z Gombrowiczem. Drażnił mnie patos poezji, jej dumna irracjonalność i jakieś rozmycie granicy między autorem a dziełem. Potem zacząłem odkrywać związki poezji z fizyką, muzyką, matematyką, malarstwem i filozofią. Zacząłem brać czynny udział w festiwalach poezji i nawiązałem kontakty z bardzo wieloma ludźmi, dla których czcza celebracja jest spontaniczną kreacją, a wielkie spiętrzenie metafor – fascynującym zjawiskiem i pouczającą przygodą. Dziś nie mam już wątpliwości, że Witold Gombrowicz był w błędzie, twierdząc, że wszyscy poeci padli ofiarą jakiejś koszmarnej halucynacji. Gombrowicz grubo się mylił, bo nie rozpoznawał wartości, które są niewymierne i właśnie dlatego bezcenne. Nie czytał między wierszami, nie słyszał melodii poezji, nie widział jej kształtów i barw. Choć wiedział, że sztuka słowa wiąże czas czysto fizyczny z czasem psychologicznym, to nie dostrzegał w tym związku przejawów istnienia bezczasu. Tymczasem wielką zaletą wartościowej poezji jest właśnie „tchnienie bezczasu”, obecność hipermomentu, w którym sekunda, minuta, godzina, miesiąc, rok, wiek splatają się w jeden węzeł. Tchnienie bezczasu rozumieć, słyszeć, widzieć i czuć można nie tylko w twórczości wielkich, uznanych poetów, ale również w wierszykach pisanych przez amatorów. Oto w tomiku wierszy wyróżnionych w jednym z dolnośląskich konkursów poetyckich, które od kilu lat organizowane są przez Gimnazjum Publiczne w Przewornie, znaleźć można wiersz autorstwa Natalii Pocian, uczennicy Gimnazjum w Lądku Zdroju. Ten wiersz informuje nas o tym, że: „Początek kres swój posiada, Koniec początek też ma Gdy dzień w światło nocy zapada, Noc wchodzi w światło dnia.” Natomiast Mariola Budzik, uczennica Gimnazjum Publicznego w Wiązowie, każe nam podejrzewać, że jej niecodzienne nazwisko wiąże się w jakiś sposób z jej niecodzienną poezją. A zatem: Pogrzeb wszechczasów Nie wiadomo kiedy i gdzie W którym roku, o której godzinie Zmarła nadzieja Niegdyś wielka, świetlista Choć czasem złudna i próżna Popełniła samobójstwo… Mówi się, że z miłości Nieodwzajemnionej, bolesnej
22

Krytyka Literacka 2 (52) 2014

Teraz zapewne siedzi na Sprawiedliwego krześle Czy jeszcze kiedyś się odrodzi Tego nie wie nikt Lekarstwem jest gorąca Trwałej miłości nić Jeżeli Witold Gombrowicz w swym życiu pozagrobowym zrozumiał język poezji, to przestał być wielkim szydercą i może nawet usłyszał, jak słowa Marioli Budzik obudziły nadzieję na to, że Pogrzeb wszechczasów nie był pogrzebem poezji.

23

Nieznany artysta flamandzki Adam i Ewa pióro, brązowy tusz, czarna kreda, ok. 1520 - 25 Städelsches Kunstinstitut, Frankfurt