P. 1
Masterton Graham - Wojownicy Nocy

Masterton Graham - Wojownicy Nocy

|Views: 863|Likes:
Wydawca: Daria

More info:

Published by: Daria on Nov 15, 2009
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as DOC, PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

01/07/2013

pdf

text

original

GRAHAM MASTERTON

WOJOWNICY NOCY
(PRZEŁOŻYŁ: RADOSŁAW KOT)

SCAN-DAL

Dla Toma i Barbary Doherty, którzy nigdy nie zapominają o tym, że pagórki są szczytami, a szczyty są po to, by się na nie wspinać

Przez lat tysiąc Szatan żyć będzie w snach ludzi, władzę dzierżąc nad mrocznym królestwem nocy. Potem jednak nadejdzie drużyna tych, których zwać będą Wojownikami Nocy, a których zadaniem będzie wygnać Szatana i na zawsze uwolnić od niego ciemność. Wojownicy Nocy pozostaną nierozpoznani i nikt nie dowie się ich imion. Niemniej zostaną oni policzeni pomiędzy największych bohaterów wszechczasów, a pamięć o nich trwać będzie w kronikach Ashapoli i nigdy nie zginie. Wielka Księga Ciemności, rozdział IX, wydana przez Camden Society w 1844 r.

1
Wszyscy troje spotkali się w pobliżu leżącego na plaży ciała, tak jakby ktoś to wcześniej zaplanował. Pierwszy zbliżył się do niego Henry; przyklęknął, obok, lecz nie odważył się dotknąć. Gil i Susan podchodzili tymczasem ostrożnie, wreszcie zatrzymali się. Przyglądali się w milczeniu. - Bez wątpienia nie żyje - oznajmił Henry czystym głosem wykładowcy. Odrzucił dłonią swe potargane przez wiatr białe włosy. - W pierwszej chwili myślałem, że to pies - powiedział Gil. - Wiecie, afgan lub coś podobnego. Henry wstał. - Sądzę, że najlepiej będzie zawiadomić policję. My sami nie mamy tu nic do zrobienia. Susan zadrżała, zaciskając splecione na bawełnianej koszulce ramiona. - Czy ty i ten młody człowiek nie moglibyście pójść i wezwać policji? Zostanę tu i przypilnuję, by nikt go nie ruszał. - Zawahał się i spoglądając na ciało poprawił: - Jej. Susan przytaknęła i oboje pobiegli plażą. Henry pozostał na miejscu, z rękami założonymi z tyłu - wysoki i przygarbiony w srebrnej mgiełce wczesnego poranka. Szary Pacyfik, prawie niewidoczny, z rykiem buntu poddawał się księżycowi, który cal po calu odciągał go od wybrzeża. Mewy pikowały ku falom po ryby, krzycząc przy tym głosami rozgniewanych kobiet. Był kwiecień, lecz chłód nie ustępował, a nadmorska mgła wyglądała na taką, która nie znika przez większą część dnia. Henry nie spał tej nocy. Przesiedział ją w swym gabinecie w domu przy plaży, pracując przy świetle nakrytej mosiężnym kloszem lampy nad nowym artykułem dla „Philosophy Today”: „Idea życia po śmierci”, autorstwa profesora Henry'ego Watkinsa. Pisał ręcznie, nabawiając się od czasu do czasu skurczu kciuka, zaś po ukończeniu każdej strony wręczał sam sobie nagrodę - dużą wódkę z sokiem pomidorowym. Stąd też spacer po plaży, na który wybrał się o szóstej nad ranem, miał nie tylko uwolnić jego myśli od ciężaru dziesięciu wieków pomylonych filozoficznych sporów, ale także rozproszyć opary dwunastu Krwawych Mary. A tutaj, proszę, leżała na piasku martwa, naga, młoda kobieta. Niezaprzeczalny i oczywisty dowód na to, że wszystko, co napisał w nocy, było pretensjonalne i nonsensowne. Bańki mydlane i pegazy... Czuł się niemal tak, jakby bogowie o srogich obliczach

pokierowali jego krokami, skazując go na znalezienie tej dziewczyny po to właśnie, by pokazać mu w najbardziej wstrząsający z możliwych sposób, jak absurdalne są jego teorie. Nikt nie jest w stanie tak zakpić z żywego, jak martwy. Leżała twarzą ku dołowi, ze skórą oblepioną czystym, szarym piaskiem. Długie jasne włosy oplatane były wodorostami. Wszystko to rozłożyło się wkoło niej jak wokół syreny. Jedną martwą rękę zdawała się wczepiać w piasek, jakby nie chciała pozwolić, by morze zabrało ją znowu, jakby było czymś ponad jej siły utonąć dwukrotnie. W perłowoszarej mgle ciało było tak białe, jakby świeciło własnym blaskiem. Henry obszedł je dookoła. Zostawszy sam, poczuł nagle, jak bardzo mu żal tej kobiety, aż ścisnęło mu się gardło, a wiatr od morza nawiał do oczu łzy. Może był to jeszcze wpływ alkoholu, ale przecież mogłaby ona być którąkolwiek z jego studentek filozofii; była jeszcze młoda - nawet nie widząc jej twarzy mógł stwierdzić, że nie miała więcej niż dziewiętnaście lub dwadzieścia lat. Przyglądał się długim, ładnie sklepionym plecom i szerokim biodrom. Jedna z nóg była odrzucona, tak, że mógł dostrzec kosmyk przemoczonych, jasnych włosów łonowych. Wokół lewej kostki kobiety owinął się misternie spleciony srebrny łańcuszek - to była cała jej biżuteria. Biała, pokryta drobną siatką niebieskich żył krągłość na wpół widocznej piersi pozwalała sądzić, że większość mężczyzn obejrzałaby się za nią więcej niż raz. Morze zapieniło się przez chwilę wokół jej wyciągniętej stopy, potem odstąpiło, jakby stwierdziło z goryczą, że zrobiło już, co do niego należało. Henry wepchnął pięści do kieszeni swego płowego sztormiaka i w zadumie odwrócił się ku wysokiemu brzegowi. Nie miał nigdy własnych dzieci. Jego cztery lata trwające małżeństwo z pierwszą damą oceanografii Instytutu Scrippsa było we wszystkich możliwych znaczeniach jałowe. Przez te cztery lata nauczył się pić. Musiał nauczyć się również znosić samotność. Teraz zaś nauczał filozofii coraz to nowe gromady młodych mężczyzn i kobiet, od czasu do czasu grywając z najbliższym sąsiadem w szachy. I było to dość, by odczuwał coś w rodzaju spełnienia. W każdym razie wystarczyłoby wstrzymał się od wzięcia dwóch buteleczek tabletek nasennych przed udaniem się do łóżka w towarzystwie egzemplarza „Tako rzecze Zaratustra”. Jego studenci na Uniwersytecie w San Diego nazywali go Bing, jako że przypominał trochę Binga Crosby'ego. Zapuścił włosy, starając się upodobnić raczej do Timothy'ego Leary, którego z dwojga złego wolał od Crosby'ego, ale przezwisko przylgnęło.

Jakieś pięć minut później Gil i Susan zeszli po betonowym podjeździe z nadmorskiego parkingu i, na wpół biegnąc, na wpół idąc, ruszyli przez pochyłą plażę. - Policja jest w drodze - wysapał Gil. - Dziękuję. - Nigdy dotąd nie widziałam trupa - powiedziała Susan. - Ona też była młoda - zauważył Henry. Dziewiętnaście, dwadzieścia lal. Czekali niespokojnie i niecierpliwie. Nie dochodził ich jak na razie, dźwięk policyjnej syreny. Morze szumiało gniewnie i niewzruszenie, mewy szybowały w ciszy pod wiatr. - Uprawiałem tu po prostu jogging - odezwał się bezbarwnym głosem Gil. - Wie pan? Naprawdę, w pierwszej chwili myślałem, że to pies. Susan nie mogła oderwać oczu od ciała, od rozpostartych na piasku włosów, zaciśniętej dłoni i skrzących się piaskiem ramion. Gil był jednym z tych południowokalifornijskich mężczyzn, których trudno jest opisać jednym zdaniem. Mógł być studentem, mechanikiem samochodowym albo barmanem, albo wręcz niczym się nie zajmować. Był bardzo szczupły, mocno opalony, z pociągłą, poważną twarzą i wydatnym, piegowatym nosem. Włosy miał gęste, ciemne, potargane teraz przez wiatr niczym u stracha na wróble. Nosił granatowy, bawełniany sweter do ćwiczeń gimnastycznych, z białym napisem „Crucial” na piersi, oraz drelichowe szorty, niegdyś będące spodniami, od których później odcięto nogawki. Susan sprawiała nieodparte wrażenie zepsutej, lecz skłonnej do buntu córki mieszczańskiej rodziny. Kosmyki jej jasnych, krótko przyciętych włosów sterczały na wszystkie strony. Miała na sobie bawełnianą koszulkę we włoskim stylu, z czerwonymi oraz zielonymi błyskawicami na białym tle, i sportowe szorty z białej satyny, dla których określenia słowo „ciasne” zdawało się być nie dość mocne. Twarz miała pulchną, lecz ładną. Henry widział już w jej rysach tę urodę, mającą za parę lat wyłonić się z właściwych nastolatce krągłości. Oczy jej były duże, błękitne i równie rozmarzone, jak oczy dziewczyn w romantycznych i komicznych zarazem powieściach. - Policja będzie pewnie chciała wysłuchać naszych zeznań - powiedział Henry. Słyszeli już odległe „uoip-uoip-uoip-uuuuu” policyjnej syreny, której wtórowało spieszne pojękiwanie ambulansu. - Co my im możemy powiedzieć? – Spytała, Susan. - Po prostu znaleźliśmy ją tutaj i tyle. - I to właśnie musimy powiedzieć - zapewnił ją Henry. Policyjny wóz zjechał po betonowej pochyłości wprost na plażę i zatrzymał się niecałe piętnaście stóp od nich. Zaraz za

nim pojawił się ambulans z biura okręgowego koronera. Henry, Gil i Susan czekali w milczeniu, aż z radiowozu wygramoli się trzech detektywów, a dwóch sanitariuszy wyciągnie z hałasem przez tylne drzwi ambulansu składane nosze. Chwilę później nadjechał jeszcze jeden radiowóz i przebył plażę, mieląc kołami piasek. Wysiadło z niego dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Detektywi podeszli bliżej i spojrzeli na ciało. Dwóch z nich było siwych, brzuchatych, jak Tweedledum i Tweedledee. Trzeci, chudy jak dorastający wilk, przypominał ciemnookiego Hiszpana z opadającymi czarnymi wąsami. Jego cynamonowy, trzyczęściowy garnitur wyglądał tak, jakby żona wybrała mu go osobiście w magazynach Searsa. - Porucznik Ortega - przedstawił się. - A to detektywi Morris i Warburg. - Henry Watkins. - A ci młodzi państwo? - Nie mieliśmy czasu, by się sobie przedstawić - odparł Henry. - Nie znacie się? - Pierwszy raz ich spotkałem. Sądzę, że wszyscy zauważyliśmy ciało w tej samej chwili. - Wasze nazwiska, jeśli można prosić? - Zwrócił się do Gila porucznik Ortega. - Gilbert Miller. - A ty, młoda damo? - Susan Sczaniecka. - Macie to? - Rzucił przez ramię porucznik Ortega. - Nie, sir - odpowiedział detektyw Warburg. Porucznik Ortega westchnął krótko, z widoczną irytacją, potem podszedł obejrzeć ciało. Przyglądał mu się bardzo długo, obchodząc je wkoło, potem oparł ręce na ugiętych kolanach i zlustrował zwłoki z bliska, wciąż jednak ich nie dotykając. - Czy ktokolwiek z was wie, kim była ta dziewczyna? - Rzucił, nie patrząc w ich kierunku. - Nie - odpowiedzieli. Henry poczuł, że narasta w nim dziwne poczucie winy z tego powodu, pomyślał jednak, że czuje to każdy obywatel wypytywany przez policję. - Wygląda mi to na zwykły przypadek utonięcia - stwierdził detektyw Morris, odchrząkując, jakby miał zamiar przystąpić do recytacji. - Trochę wcześniej w tym roku, ale wygląda tak samo, jak zwykle. Kąpiel nago na Cardiff Beach, po paru kieliszkach, a tam, gdy wypłynąć dalej, jest naprawdę silna, cofająca się fala. Wciąga w morze. W kwietniu jest

zimno, umiera się od hipotermii w ciągu niecałych dziesięciu minut, jeżeli potrafi się pływać. A potem przypływ wyrzuca właśnie tutaj. - Spojrzał na zegarek! - Powiedziałbym, że to właśnie jest pora. Porucznik Ortega wyprostował się. - Wcześnie wybrali się państwo na plażę - powiedział, niedbale wskazując palcem na Susan, Gila i Henry'ego. - Ja uprawiałem jogging - wyjaśnił Gil. - W grudniu skaleczyłem nogę w wypadku na motorze. Muszę codziennie biegać parę godzin, by doprowadzić ją do sprawności. Czas mam tylko wcześnie rano. Porucznik Ortega spojrzał pytająco na Henry'ego. - Ja, hmm... Pracowałem całą noc nad artykułem do czasopisma - rzekł Henry. - Tam mieszkam... Domek z pomalowanym na biało balkonem. Skończyłem pracę około wpół do szóstej, potem postanowiłem pospacerować. - Miał nadzieję, że porucznik Ortega nie poczuje woni jego oddechu. Porucznik zwrócił się do Susan. - A ty? Wyjątkowo wczesna pora, by wybierać się na plażę, nie sądzisz? - Zapewne. - Zatem, co tu robiłaś o tej wyjątkowo wczesnej porze? - Spacerowałam, po prostu. I myślałam. - Pokłóciłaś się z rodzicami? - Moi rodzice nie żyją. Mieszkam z dziadkami. - I z nimi się pokłóciłaś? Poszłam tylko na spacer, to wszystko. Porucznik Ortega wydłubał coś kciukiem spomiędzy swych przednich zębów. Cmoknął, zasysając powietrze, i powiedział: -Okay. Chcę, żebyście wszyscy złożyli zeznania przed obecnymi tu funkcjonariuszami. Pełne zeznania: jak znaleźliście te zwłoki i wszystko. - Zwykłe utonięcie - powtórzył detektyw Morris. W tej właśnie chwili na plaży pojawiły się jeszcze dwa samochody, rozklekotany buick regał i oliwkowoszara furgonetka z biura koronera. - A, jest i fotograf - porucznik Ortega zatarł ręce. - I nasz lekarz okręgowy, jak na niego niezwykle punktualnie. Fotografem był młody człowiek o surowym wyglądzie, z godną mnicha tonsurą i skłonnością do nieustannego pociągania nosem. Niezwłocznie przystąpił do pracy, rozkładając miarki i obfotografowując następnie ciało młodej kobiety ze wszystkich stron.

Lekarz okręgowy niski mężczyzna o byczym karku, w kontrastowej, biało-czarnej sportowej marynarce ze spiczastymi klapami - pogwizdywał bezgłośnie przez zęby, czekając, aż fotograf skończy. - Ja mówię, że to zwykłe utonięcie. A co pan o tym sądzi? - Zagadnął go detektyw Morris. Lekarz spojrzał na niego chłodno. - Chce pan przeprowadzić oględziny zwłok, czy może pozwoli pan, żebym ja to zrobił? Detektyw Morris wykrzywił się w niezdecydowanym uśmiechu. - Nie, sir, niech pan zaczyna. - Czy możemy odwrócić ją teraz? - Spytał porucznik Ortega. - Chciałbym zobaczyć, jak wygląda. Lekarz nie odpowiedział. Ostrożnie zgarnął piasek z ramion martwej i przeciągnął dłonią wzdłuż jej nagich pleców. Wstał marszcząc brwi i rozejrzał się po plaży. - Czy któryś z was zna dobrze tę plażę? - Odezwał się w zamyśleniu. - Tak, sir - powiedział detektyw Morris. - Spędziłem tu prawie połowę życia. - Czy zdarzały się już tutaj utonięcia? - Pięć albo sześć. - Czy pamięta pan, jak daleko w głębi plaży znaleziono wtedy ciała? Detektyw Morris wyglądał na zaskoczonego. - Przy samej wodzie, jak sądzę. Tak jak to. - Proszę spojrzeć na te wyrzucone na brzeg wodorosty i inne śmieci. Proszę spojrzeć, gdzie leżą. Większość z nich jest lżejsza od ciała. Niektóre są nadal zmywane z plaży. Porucznik Ortega podszedł bliżej i spojrzał niespokojnie na ciało. - I jakie pan z tego wyciąga wnioski? - Spytał. - Nie wiem, po prostu przyglądam się temu. - Zauważa pan, że ciało leży na plaży dalej niż wodorosty, kawałki drewna i inne śmieci? - Właśnie tak. Porucznik Ortega ponownie syknął przez zęby. Jego wcześniejsze wysiłki wyraźnie nie uwolniły go od tkwiących w uzębieniu resztek jedzenia. - Zauważa pan, że ciało leży na plaży dalej niż wodorosty i inne śmieci. I z tej obserwacji wyciąga pan wniosek, że dziewczyna wcale się nie utopiła, lecz zginęła w jakiś inny sposób i została porzucona na plaży, na skutek wypadku lub rozmyślnego działania,

mającego stworzyć pozory, że się utopiła? - To pan powiedział, nie ja - odrzekł lekarz, obmacując prawą nogę martwej dziewczyny i przyglądając się śladom, które zostawiały jego palce. Strzelił palcami, a jeden z żujących gumę sanitariuszy przyniósł mu jego metalową walizeczkę i otworzył ją przed nim. Lekarz pogrzebał w środku, wyciągnął termometr, nasmarował go tłuszczem i bezceremonialnie wepchnął martwej kobiecie w odbyt. - Jeśli pływała w oceanie przez całą noc, to możliwe, że temperatura jej ciała będzie o wiele niższa, niż gdyby leżała na plaży. Zależy to jeszcze, rzecz jasna, od tego, kiedy zmarła. Ale ta plaża jest zwykle od rana do zachodu słońca pełna ludzi, prawda? - Tak, sir - zgodził się detektyw Morris. - Czasem nawet jeszcze dobrze po zmroku, gdy dzieciaki palą ogniska. Lekarz czeka! Cierpliwie, aż ciało dziewczyny ogrzeje termometr. Tymczasem spojrzał na Henry'ego, Gila i Susan. - A ci tutaj, to gapie, czy kto? - Oni znaleźli ciało - wyjaśnił porucznik Ortega. Lekarz zwrócił się do Henry'ego: - Widział pan przedtem kogoś martwego? Henry potrząsnął głową. - Miły początek dnia, znaleźć trupa rzucił lekarz, tak swobodnie, jakby rozmawiali o pogodzie. Wyciągnął termometr i zmrużył oczy, spoglądając z uwagą na skale. - Sześćdziesiąt jeden stopni. - I co to znaczy? - Spytał porucznik. - Znaczy to, że temperatura wewnątrz ciała wynosi sześćdziesiąt jeden stopni Fahrenheita - powiedział lekarz policyjny. - I jaki pan z tego wyciąga wniosek? - Jaki wniosek? Żadnego. To do pana należy wyciąganie wniosków. Ale mógłby pan przy tym wziąć pod uwagę, że temperatura powietrza wynosi tutaj około pięćdziesięciu pięciu lub sześciu stopni, a temperatura oceanu około czterdziestu dwóch do czterdziestu ośmiu stopni. - Zatem, gdyby ciało pływało w wodzie przez noc, jego temperatura musiałaby być niższa niż sześćdziesiąt jeden stopni? - Dociekał porucznik Ortega. - Zapewne. Porucznik Ortega westchnął z wyrazem niezadowolenia na twarzy. - W porządku. Teraz już możemy ją odwrócić? Lekarz wstał i energicznie otrzepał spodnie z piasku. Gdy to robił, podeszli sanitariusze, ustawiając się po obu stronach ciała. Przyglądający się temu Henry poczuł nagle irracjonalny przypływ strachu, połączony z

nieodpartą

potrzebą

odwrócenia

głowy

i

patrzenia

gdzie

indziej.

Z

jakiegoś

niewytłumaczalnego powodu nie mógł jednak tego zrobić, musiał się przyglądać. W przeciwnym, bowiem razie dziewczyna z plaży na zawsze już pozostałaby dla niego pozbawiona twarzy i gdyby mu się śniła w nocy, a wiedział, że tak będzie, widziałby jedynie syrenie włosy z wplątanymi w nie wodorostami i smukłe, blade plecy. - Ostrożnie - pouczył sanitariuszy lekarz. - Nie chcę żadnych dodatkowych zadraśnięć. Odszedł na bok i stanął obok Henry'ego, Gila i Susan. - Nie ruszaliście jej i nie próbowaliście jej przesuwać? Henry pokręcił głową. - Nie sądzę, bym miał na tyle mocne nerwy. - Czy przypuszcza pan, że ktoś mógł ją zabić? To znaczy, celowo... - Zaryzykowała pytanie, Susan. Lekarz okręgowy wykrzywił twarz. - Dziewczęta w tym wieku szczególnie łatwo padają ofiarami zabójstw, tak zamierzonych, jak przypadkowych, czy spowodowanych brakiem rozwagi. Przede wszystkim piękne dziewczęta. Ich siła oddziaływania jest większa, niż sądzą. Daje im to moc. Ich wygląd i młodość. Problem w tym, że nigdy nie wiedzą, jak użyć jej właściwie. A w każdym razie nie wiedzą, jak zrobić to bezpiecznie. Z przesadną ostrożnością sanitariusze uwolnili ciało dziewczyny z piasku, a potem obrócili je na plecy. Jej ramiona opadły z plaśnięciem na mokry piasek. Potem jeden z sanitariuszy powiedział nienaturalnym głosem: - Jezu Chryste... Henry wpatrywał się, lecz w pierwszej chwili niezbyt rozumiał, co widzi. Lekarz z miejsca rzucił się naprzód i stanął nad ciałem z twarzą zmienioną tak, że nie wyrażała żadnego dającego się opisać odczucia. Może strach? Przerażenie? Fascynację? Obaj sanitariusze odstąpili, jeden z nich przyciskał dłoń do ust, oczy miał załzawione. Porucznik Ortega stał plecami do ciała, rozmawiając z Morrisem i Warburgiem. Lecz gdy Warburg trącił go łokciem, odwrócił się i ujrzał, jak naprawdę wyglądała dziewczyna. Jej twarz była niemal piękna, pomimo to, że przez dłuższy czas pozostawała pod wpływem wody. Klasyczna blondynka z typową, amerykańską budową, rodzaj dziewczyny, dla której bez trudu znalazłaby się rola w filmach typu „Matt Houston”, „Magnum”, „P.I.” czy nawet „Dynasty”. Szerokie ramiona, duże piersi. Tuż poniżej klatki piersiowej zaczynał się jednak horror. Do Henry'ego dotarło nagle, co właściwie widzi, i szepnął: „O Boże”, a Susan skryła twarz w dłoniach.

Brzuch dziewczyny został kompletnie wypruty, od żeber aż do miednicy. W jamie brzusznej kłębiły się srebrnoczarne węgorze; śliskie stworzenia splatały się i rozplatały, żerując ślepo na tym, co zostało z miękkich organów ciała dziewczyny. Gil odwrócił się, opadając gwałtownie na kolana i zwymiotował, rozkrzyżowany na piasku. Policjant w mundurze patrzył z przerażeniem i bezradnością. Nawet fotograf się przeżegnał. Przez długie minuty żadne z nich nie było zdolne do niczego innego, prócz przyglądania się plątaninie węgorzy, które falowały, wiły się i skręcały, oraz pozbawionej wyrazu, bladej twarzy dziewczyny, którą z wolna pożerały. Lekarz odwrócił się do porucznika Ortegi. Miał rozszerzone oczy. - Widział pan kiedykolwiek coś podobnego? Porucznik Ortega zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy. - Ja też nie - powiedział lekarz. Potem zwrócił się do sanitariuszy: - Zróbcie z nimi porządek. Sanitariusze popatrzyli niechętnie na ciało. - Chce pan...? - Cokolwiek z nią zrobiono, to są węgorze. Te węże. Wyrzućcie je stąd. Jeden z sanitariuszy podniósł z piasku kij i ostrożnie przybliżył się do ciała. Pochylił się i raz tylko szturchnął nim węgorze. Zakotłowały się i zakręciły jeszcze gwałtowniej. Sanitariusz odskoczył, wysokim, krzykliwym „aaach!” wyrażając niepohamowane obrzydzenie. Lekarz odebrał mu niecierpliwie kij i sam zaczął okrążać ciało. Wszyscy patrzyli z dreszczem niepokoju, jak trąca parokrotnie węgorze, i jak te zaczynają za każdym razem gotować się w jamie brzusznej dziewczyny, wciąż z tą samą, śliską wściekłością. Niemniej, w pewnej chwili udało mu się podważyć końcem kija ciało jednego z nich i wyrzucić na piasek. Węgorz miał prawie trzy stopy długości i płaską, klinowatą głowę z maleńkimi, ślepymi oczami. Przez chwilę zwijał się w miejscu, potem wbił głowę w piach i w ciągu paru sekund zniknął im z oczu, zostawiając po sobie jedynie niewielkie wgłębienie. Prawie natychmiast pozostałe węgorze wylały się z brzucha martwej dziewczyny i rozpełzły się we wszystkich kierunkach, zagrzebując się głęboko w piasku. - Złapcie któregoś! - krzyknął lekarz. Jeden z mundurowych ścisnął ogon ostatniego ze znikających węgorzy i pociągnął gwałtownie. - Pomóż, na Boga! - rzucił bez tchu swemu koledze. Ten pospiesznie schwycił ciało węgorza ponad miejscem, w którym znikało w piasku. Razem, przeklinając i sapiąc, zdołali

stopniowo wyciągnąć stworzenie z dziury, którą dla siebie kopało. Gdy tylko łeb znalazł się na powietrzu, węgorz zaczai rzucać się, zwijać i skręcać im w dłoniach. Henry ujrzał błysk jego zębów. W następnej chwili zwierzę sprężyło się jak bicz, ukąsiło jednego z policjantów w twarz, zacisnęło szczęki na części jego górnej wargi i kawałku nosa. Policjant wrzasnął głośno, sięgnął ku głowie węgorza, usiłując rozewrzeć jego pysk. Henry przyglądał się w przerażeniu. Mężczyzna tańczył po piasku ze srebrnoczarnym węgorzem zwieszającym się z jego twarzy niczym karnawałowy, sztuczny nos. Jasnoczerwona krew spryskiwała wszystko wkoło. Porucznik Ortega rzucił się naprzód i chwycił funkcjonariusza od tyłu, podcinając mu nogi. Upadli obaj ciężko na ziemię. Policjant krzyczał nieprzytomnie, a jego nogi kopały w drgawkach godnych chorej na epilepsję marionetki. Porucznik sięgnął od tyłu ku twarzy policjanta i ścisnął węgorza za jego klinowatą głową, przytrzymując mu skrzela tak, by nie mógł oddychać. Następnie uniósł wolną rękę i krzyknął: - Nóż, na miłość boską! Lekarz sięgnął szybko do kieszeni, wyszarpnął prosty, składany nóż z jednym ostrzem. Porucznik Ortega wyrwał mu go i zagłębił zaraz w krwawe kłębowisko na twarzy policjanta. Ten krzyknął, gdy porucznik przecinał ciało węgorza. Na ręce i ramiona Ortegi pociekła ciemna jak żółć krew. Ogon węgorza miotał się we wszystkie strony, aż do chwili, gdy Ortega przeciął kręgosłup i odrzucił truchło daleko na piasek. Upadło, podrygując i podskakując a sanitariusze odstąpili od niego. Lekarz przyklęknął na piasku i obejrzał dokładnie twarz policjanta. Mężczyzna trząsł się, mimo iż porucznik Ortega starał się na wszystkie sposoby go uspokoić. Odcięta głowa węgorza ściskała wciąż twarz policjanta i gdy inspektor wytarł pospiesznie bawełnianym gałganem i destylowaną wodą krew, można było zobaczyć, że zęby stworzenia oddzieliły niemal połowę nozdrzy i górnej wargi. Mięśnie szczęk węgorza nie wykazywały oznak zwiotczenia. Było oczywiste, że każda próba oderwania kikuta głowy musi doprowadzić do obrażeń o wiele bardziej dotkliwych niż te, które już powstały. Henry, chociaż sam trząsł się cały, podszedł i z całą pewnością siebie, na jaką umiał się zdobyć, powiedział: - Wie pan, jakiego sposobu używali w Wietnamie, by oderwać pijawki? - Racja - powiedział lekarz policyjny. - Przypalali je papierosami. Czy ktoś tu ma papierosa? - Spojrzeli po sobie.

- Nikt z nas nie pali, sir - odezwał się w końcu detektyw Warburg. - Jezu - zirytował się lekarz. - To możliwe tylko w południowej Kalifornii. - Może zapalniczka z samochodu - podrzucił Henry. Detektyw Morris podbiegł do najbliższego wozu i wrócił po chwili, kołysząc brzuchem. W ręce trzymał jarzącą się zapalniczkę. Wręczył ją lekarzowi, a ten niezwłocznie przytknął ją do wąskiego karku węgorza. Rozległo się ostre skwierczenie, poczuli przyprawiający o mdłości odór. Szczęki węgorza ścisnęły się konwulsyjnie, a potem rozluźniły odrobinę, odpadając od wargi oraz nosa policjanta i lądując w nagłej fontannie krwi na piasku. Policjant wydał zduszony, ostry krzyk, jego górne zęby były szkaradnie odsłonięte. Porucznik Ortega musiał przytrzymać go na piasku. - Plazma! - krzyknął lekarz. - A ty - rozkazał koledze rannego policjanta - weź ten łeb, rozkrój go na połowę i wyjmij spomiędzy szczęk to, co zostało w nich z twarzy twego kumpla! Mniej niż pięć bardzo pracowicie wypełnionych minut zabrało sanitariuszom zabandażowanie twarzy policjanta i podłączenie go do kroplówki z plazmą, która miała złagodzić skutki szoku. Przez ten czas drugi z policjantów wyciągnął z bagażnika wozu patrolowego parę nożyc do cięcia blachy i przepchnął głowę węgorza po piasku tak, by móc ją umieścić pomiędzy ostrzami. Dwukrotnie spróbował przeciąć ją wpół, lecz za każdym razem wyślizgiwała się z uchwytu. Potem podszedł Gil i przytrzymał głowę czubkiem buta, tak by się nie przetaczała. Rozległo się ostre chrupnięcie i czaszka węgorza została rozłupana. Inspektor schylił się nad nią i wybrał spomiędzy szczątków krwawy ochłap ciała, który bestia wydarła z twarzy policjanta. - Chcę mieć tego sukinsyna w plastykowej torbie - powiedział detektyw Morris. Głowa, ogon i co tylko jeszcze znajdziecie. Porucznik Ortega spojrzał na zegarek. - Jest już prawie siódma. Niech otoczą plaże kordonem. Ty, Warburg, wezwij posiłki. Chcę, żeby dokładnie to przekopano. Jeśli to te węgorze zabiły dziewczynę, to chce, by zostały wykopane i zniszczone. Chcę też, by zaalarmowano straż przybrzeżną. Zechcą zapewne wprowadzić czasowy zakaz kąpieli. Morris, zabierzesz się z lekarzem. Chcę najszybszych oględzin zwłok, jakie miały miejsce w historii świata. - Czy my możemy jeszcze przydać się na coś? - spytał Henry. Porucznik Ortega spojrzał na niego, jakby nigdy dotąd go nie widział. - Wy? Ach, tak. Możecie wracać do domu. Dajcie swoje adresy detektywowi

Morrisowi, później przyjdzie z wami porozmawiać. I proszę, nie wyjeżdżajcie nigdzie, przynajmniej dopóki nie złożycie zeznań. To jedna z tych sytuacji, które mogą spowodować panikę, sami rozumiecie. Wolałbym, żeby cała ta sprawa nie wyszła poza wąski krąg, przynajmniej na razie. Henry zwrócił się do Gila i Susan: - To tyle. Możemy chyba odejść. Susan była bardzo blada. - Mam wrażenie, że zaraz zemdleję - odezwała się. - Usiądź na chwilę - doradził jej Henry. - Włóż głowę między kolana. Czekając, aż Susan przyjdzie do siebie, Henry spojrzał jeszcze na ciało, które znaleźli. Stamtąd, gdzie klęczał obok Susan, nie było widać otwartej dziury w brzuchu dziewczyny. Mogła być ona spoczywającą na piasku syreną, czekającą w swej nagości na słońce, które rozproszy mgły. Była naprawdę bardzo piękna, pomyślał Henry, i w jakiś sposób ta myśl uczyniła jej śmierć jeszcze straszniejszą. - Już się dobrze czuję - powiedziała Susan. Spróbowała wstać, Gil podał jej ramię. Henry przyglądał się, jak sanitariusze podnoszą ciało dziewczyny z piasku i pakują je do zaopatrzonej w zamek błyskawiczny torby. Na tle mgły wyglądali jak postaci z chińskiego teatru cieni. - W życiu nie widziałem nic podobnego - oznajmił. - Te węgorze, spotkaliście się kiedykolwiek z czymś takim? A ja na dodatek ożeniłem się z oceanografem. Ruszyli razem plażą. - Wpadnijcie do mnie na drinka - zaproponował Henry, gdy doszli do mola. - To tutaj. Przypuszczam, że przydałoby wam się coś na nerwy. - Dziękuję, wolałabym już wrócić do domu - odparła Susan. Obejrzała się jeszcze przez ramię w stronę plaży, a gdy się odwróciła, dostrzegł w jej oczach błysk ledwie powstrzymywanej histerii. - Gdzie mieszkasz? - spytał ją łagodnym tonem Gil. - Mogę cię zabrać. - Masz samochód? - Jasne, mustang limuzyna. Po drugiej stronie ulicy. - Dobrze, dzięki. Gil i Susan odeszli razem, zostawiając Henry'ego. Stał chwilę w milczeniu, potem wzruszył ramionami i cofnął się o te sześćdziesiąt jardów, które dzieliły go od domu. Otworzył drzwi kluczem, który zawsze miał przymocowany do nadgarstka. Przeszedł przez salon do przeszklonego barku, nalał sobie bardzo dużą wódkę i wypił ją tak po prostu, bez lodu.

Zakaszlał, gdy wódka palącą strugą spłynęła mu do gardła. Potem znów napełnił szkło i podszedł do szerokiego, przesuwanego okna balkonu. Widział stamtąd policyjne samochody błyskające światłami i porucznika Ortegę w cynamonowym garniturze. Trochę dalej, koło Del Mar, dwaj mundurowi rozstawiali właśnie w poprzek plaży kozły z napisami: STREFA POLICYJNA - PRZEJŚCIA NIE MA. Przyglądał się poczynaniom policji prawie dwadzieścia minut. Potem wrócił do domu, usiadł na białej sofie i zapatrzył się w szklane drzwi stojącej po drugiej stronie pokoju konsoli ze sprzętem stereo. Życie po śmierci? Jedynym życiem, jakie kołatało się w tej biednej dziewczynie, były te kłębiące się węgorze. Ale jaki rodzaj życia przedstawiały sobą te stworzenia? Myśl o porannych wydarzeniach, wspomnienie tego wszystkiego, co widział, były jak seria nieruchomych i przerażających obrazów. Ręka dziewczyny, zaciśnięta na piasku. Srebrny łańcuszek wokół jej kostki. Biel pleców. I te węgorze, zwijające się w zwariowaną puzzle. I ucięta głowa jedynego pojmanego węgorza, ściskająca szczękami twarz policjanta, wyglądająca jak antyczny symbol nieustępliwości zła. Skończył trzecią szklankę wódki i niepewnym krokiem przeszedł przez pokój do barku, gdzie przelał do szklanki to, co jeszcze zostało w butelce. - Stolicznaja - powiedział z akcentem, o którym sądził, że oddaje specyfikę języka rosyjskiego. - Zdarowja. Z pijacką ostrożnością podszedł do regału pod oknem i przebiegł palcem po grzbietach książek o tematyce morskiej, które zostawiła jego była i niebudząca już ciepłych myśli żona. W końcu znalazł wielki ilustrowany tom, zatytułowany „Anquilliformes: migracje i cykl życiowy węgorza pospolitego”. Wyciągnął go, przeniósł na stolik i otworzył. Pierwsze zdanie, na pierwszej przypadkowo otwartej stronie, od razu przykuło jego uwagę: ,,W dawnych czasach węgorze bywały zjadane ze względu na przekonanie o wywoływanej przez to wyjątkowej potencji. W pewnych regionach starożytnej Skandynawii ławice węgorzy określane były słowem, które przetłumaczyć można jako «sperma diabła»„. Henry miał już sięgnąć po kolejnego drinka, lecz powstrzymał się i raz jeszcze przeczytał ten fragment. Potem spojrzał przez balkonowe okno ku plaży i zmarszczył brwi.

2
Gil i Susan nie rozmawiali prawie jadąc do Del Mar Heights Road, gdzie mieszkała Susan. Gil spoglądał na nią od czasu do czasu, lecz za każdym razem dostrzegał, że dziewczyna była ciągle w szoku po tym, co zdarzyło się na plaży. On sam odczuwał mdłości, ilekroć przypominał sobie kłębiące się w białym ciele tej kobiety srebrnoczarne węgorze i przegryzioną niemal na pół twarz policjanta. - To już tutaj - powiedziała Susan. Gil zajechał lśniącym żółtym mustangiem na wznoszący się łagodnie betonowy podjazd i zaciągnął ręczny hamulce. Wyskoczył z wozu bez otwierania drzwi i obszedł go, by wypuścić Susan. - To dom twoich dziadków? - spytał. Dom był niewielki, w meksykańskim stylu, z wychodzącym na ogród balkonem i rzędami pomalowanych na różowo łuków. Z obłożonego gliną dachu patrzyły na nich trzy jaszczurki, od prehistorycznych czasów przymykając bezmyślnie ślepia. Przed tylne drzwi wystawiono sześć czy siedem świeżo podlanych azalii w terakotowych donicach i dopasowany komplet bujanych foteli z siedzeniami wyplecionymi z lakierowanej na biało trzciny. - Dziękuję za odwiezienie. Naprawdę źle się czuję. - Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Gil. Uśmiechnął się, lecz nie wsiadł z powrotem do samochodu. Susan obejrzała się. - Zaprosiłabym cię, ale moi dziadkowie są dość staroświeccy. Rozumiesz, chcieliby wiedzieć wszystko o wszystkim, a ja zupełnie nie czuję się na siłach, by o tym wszystkim teraz opowiadać. Gil zaszurał miękkimi butami na betonowej ścieżce. - Wcześniej czy później i tak im to powiesz. Będziesz musiała. Stanęła z jedną ręką na kutej, żelaznej barierce balkonu i kryjąc oczy w cieniu spojrzała na niego jednym z tych właściwych tylko nastolatkom spojrzeń, w których jest i znudzenie, i zaciekawienie, i życzenie „baw mnie dalej”. Z domu dobiegały ich odgłosy pracy odkurzacza, myszkującego po kolejnych pokojach, i telewizora, nastawionego tak głośno, by ktoś, kto akurat sprząta, nie stracił nagrania „Josie and the Pussycats”. - Mogę jeszcze do ciebie zadzwonić?

- No... nie wiem - mruknęła Susan. Obróciła się w kierunku domu. - Nie żebym chciała cię urazić czy coś takiego. Naprawdę, chciałabym zapomnieć o tamtym. - Dobrze, powiem ci, co zrobimy - zaproponował Gil. - Zostawię ci mój numer telefonu, i wtedy, gdy zechcesz o tym porozmawiać, będziesz mogła do mnie zadzwonić. Albo i wtedy, gdy nie będziesz chciała o tym rozmawiać. To zależy od ciebie. Susan zastanawiała się przez chwilę. - Okay. Ale muszę już iść. - Masz jakiś kawałek papieru? Podniosła z kwietnika kawałek kredy. - Tym to zapiszę. - Dobrze. 755-9858. - Gdzie to jest? - Solana Beach, na Boardwalk. Mój ojciec ma tam Mini-Market. - Naprawdę? W tej chwili wyszła z domu babka Susan, niska, opasła kobieta o skręconych włosach koloru lodów truskawkowych, i w luźnej podomce. - Susan? - odezwała się zrzędliwym tonem. - Szybko wróciłaś. - Och, Gil mnie podwiózł. - Gil? - Babka uniosła szkła, które nosiła na szyi na długim, pozłacanym łańcuszku. - Gil Miller, proszę pani - przedstawił się, pozdrawiając ją dłonią. - Milo mi panią poznać. - Widziałam cię już kiedyś? - wypytywała dalej babka Susan. - Możliwe, proszę pani. Mój ojciec ma Mini-Market przy Solana Beach. Czasem pomagam mu i obsługuję dział sportowy. Babka Susan opuściła szkła i pozwoliła swej twarzy wyrazić coś na kształt mdlej słodyczy i dezaprobaty. - Susan, związana jest ze studentem medycyny ze Scripps - oznajmiła, zwracając się do Gila. - Miły chłopak i ma przed sobą ładną karierę. Irlandczyk. - No cóż, proszę pani, to wspaniale - powiedział, dostrzegając zakłopotanie Susan. Pomachał im jeszcze raz ręką w geście, który miał znaczyć, że on przecież nie na poważnie, a potem wskoczył do samochodu i zapalił motor. - Babciu - zaprotestowała półszeptem Susan. Potem zawołała: - Dzięki za podwiezienie, Gil. - Nie ma, za co - odkrzyknął Gil i wycofał wóz z podjazdu. Susan patrzyła za nim, jak piszcząc oponami na zakrętach wyjeżdża na szosę i z

rykiem silnika oddala się w kierunku plaży. Potem podążyła za babką w głąb domu, upewniając się przedtem, że siatkowe drzwi stuknęły, zamykając się z hałasem, za jej plecami. W kuchni dziadek podniósł oczy znad „San Diego Tribune”. - Jest tutaj twoja przyjaciółka, Daffy. - Tak, a ja musiałam najeść się wstydu, wpuszczając ją do twojego pokoju upomniała ją babka. - Co za bałagan! Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Masz przecież szuflady, by składać w nich rzeczy, prawda? I półki, by ustawiać na nich książki? - Och, babciu, nie jestem w stanie utrzymywać ciągle takiego nieskazitelnego porządku, jaki chciałabyś widzieć. - To sprawa stanu twego umysłu - stwierdziła babka. - Kto ma dobrze poukładane w głowie, ten i dom utrzymuje we właściwym ładzie. Bóg wie, co sobie pomyślała na twój temat Daffy. - Daffy uważa, że jestem bardzo porządna. Powinnaś zobaczyć jej pokój. Babka zawahała się w drzwiach. Susan przysiąc by mogła, że starsza pani rozdarta była w tej chwili między chęcią powrotu do swego odkurzacza a pragnieniem zgłębienia problemu Gila Millera. Susan podeszła do lodówki i nalała sobie pełną szklankę wody mineralnej Mountain Spring, dodając do niej kostki lodu. Wypiła prawie wszystko duszkiem. - Ten chłopak - zaczęła babka. - Nie zamierzasz się z nim widywać, prawda? - A czy jest jakiś powód, dla którego nie powinnam? - No, a co powie na to Carl? - To nie jego pieprzony interes, babciu. - Suzie - wtrącił się dziadek, zdejmując okulary. - Nie używamy takich słów w tym domu! - No dobrze, zatem to nie jego sprawa kontrolować moje poczynania. Przecież nawet się z nim nie umówiłam, babciu. - A powinnaś. To bardzo dobrze wychowany młody człowiek. - Wiem, ale tak się złożyło, że go nie polubiłam. A poza tym, on nie jest Irlandczykiem, tylko Ormianinem. - Jego matka jest półkrwi Irlandką. Susan zamknęła oczy, opierając się o lodówkę. Babka zrozumiała, że pora już dać jej spokój. Dziadek wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Znajdzie jeszcze kogoś miłego, nie martw się. Cała planeta jest od krańca do krańca pełna stosownych mężczyzn. - To te chłopaki z plaży, i tyle - powiedziała tonem skargi babka. - Ci surfingowcy.

Któregoś dnia jakiś surfingowiec zrobi jej dziecko i co wtedy? To duża odpowiedzialność brać na wychowanie dziecko własnej córki. Czasem myślę sobie, że aż za duża. Susan otworzyła oczy. - Babciu - odezwała się. - Nie zamierzam zajść w ciążę z żadnym surfingowcem. Babka potrząsnęła głową i poszła dokończyć odkurzanie. Każdego ranka poświęcała na to przynajmniej dwie godziny, oglądając równocześnie telewizję. Były to dwie główne pasje jej życia: sprzątanie domu i oglądanie telewizji. Była przekonana, że jest koniecznością, by jej mieszkanie lśniło jak wille z reklamówek Lemon-Kleen i że ona sama winna żyć zgodnie z tym, co było w pieśniach gospel Richarda Simmonsa. Raz pokazała się w programie „The Price Is Right” i wygrała trzysta dolarów oraz zraszacz do trawy. Było to sześć lat temu, lecz nadal nieustannie o tym opowiadała. Dziadek Susan wyciągnął rękę i objął dziewczynę w talii. - Zobaczysz, znajdziesz sobie kogoś. Jesteś młoda i nie skończyłaś nawet jeszcze szkoły. - Jak na razie, dziadku, nie spieszę się do małżeństwa. Znienacka pojawiła się jej przed oczami martwa dziewczyna z plaży, widok, który chciała zapomnieć. Białe piersi oblepione piaskiem. Zwoje węgorzy. Odsunęła się od dziadka i podeszła do zlewu wypłukać szklankę. Stała tam przez chwilę, póki się nie uspokoiła. - Dobrze się czujesz? - spytał dziadek. - Jasne. W porządku. - Wyglądasz, jakbyś była czymś zmartwiona. Twoja matka tak wyglądała, gdy była zmartwiona. Jakieś mdłości... rozumiesz, o co mi chodzi? Było coś z tym chłopakiem, prawda? - To nie są poranne nudności, jeśli to właśnie usiłujesz zasugerować. - No nie, nie to - zgorszył się dziadek. Rzucił okiem na drzwi sieni, gdzie w atakujących fala za falą decybelach babka kontynuowała odkurzanie. Potem wstał i podszedł do zlewu, kładąc dłoń na ramieniu Susan. Był niski i podobnie jak babka Susan baryłkowaty. W odróżnieniu jednak od niej godził się z właściwym dla swego wieku wyglądem sześćdziesięciosześciolatka. Jego łysina lśniła jak kandyzowane jabłko, gdy wysiadywał godzinami w bujanym fotelu i obserwował przechodzące tanecznym krokiem złotowłose uczennice. - Twoja babcia chce dobrze - szepnął cicho. Susan przytaknęła. - Tak, wiem. - Stara się jedynie uchronić cię przed popełnieniem błędu.

- Tak, wiem. Nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Bawił się bezmyślnie mankietem swej obszernej kamizelki z szarej wełny. Potem wzruszył ramionami, odsunął się i usiadł, biorąc znów do ręki gazetę. Nie spuszczał jednak oczu z Susan. Nagłówki gazety ostrzegały przed dalszymi trzęsieniami ziemi, których centrum miała być Tijuana. Susan przeszła przez sień do swej sypialni. Babka spojrzała na nią znad odkurzacza wzrokiem pełnym wyrzutu. Susan z ledwością udało się zignorować to spojrzenie. To nie była jej wina, że musiała tu mieszkać. I tak zamierzała wyprowadzić się, gdy tylko to będzie możliwe. Twarz martwej dziewczyny znów przemknęła jej przed oczami, kojarząc się w jakiś dziwny sposób ze zmiażdżoną i zniekształconą w wypadku twarzą jej matki. Pchnięciem dłoni otworzyła drzwi swej sypialni. Daffy leżała rozciągnięta na materacu służącym Susan za łóżko, machając uniesionymi nogami, pochłonięta lekturą „Cosmopolitan”. - Och, cześć, Suze. Wcześnie jesteś. Czytałaś ten kawałek o tamponach? Susan podeszła wprost do toaletki i rozczesała włosy przed lustrem. Dziadek miał rację, wyglądała blado. Daffy odwróciła się. - Piszą, że to zabezpiecza tylko w siedemdziesięciu procentach. Susan zmarszczyła brwi do swego odbicia w lustrze. - Co zabezpiecza? - Wkładki antykoncepcyjne. Wyobrażasz sobie? Siedemdziesiąt procent! To znaczy, że na każde sto stosunków zachodzisz w ciążę trzydzieści razy. Mój Boże, będę miała dziewięćdziesięcioro dzieci, nim jeszcze ukończę osiemnaście lat! Susan płakała. Cicho, lecz gorzko, tak, że łzy ciekły jej po policzkach, zatrzymując się w kącikach ust. Początkowo Daffy nie zauważyła niczego, wracając do lektury, po chwili jednak Susan załkała głośno. Daffy podskoczyła na łóżku. - Co jest, Suze? Co się stało? - Odkurzacz wył wciąż za drzwiami, od czasu do czasu obijając się o listwy pod ścianami. - Tym razem to nie ona? Susan potrząsnęła głową. Wyciągnęła z pudełka dwie chusteczki higieniczne i wytarła głośno nos. Potem wyciągnęła jeszcze jedną i osuszyła oczy. - Nie wiem, skąd mi się to wzięło. To pewnie nic takiego, po prostu okres. - Chciałam spytać cię, czy nie przyszłabyś do mnie. R9bimy ognisko, ma być trochę dzieciaków z Escondido.

- Nie wiem. Dziwnie się czuję. - Dziwnie? Czemu? - To... nie wiem, to coś, co zdarzyło się na plaży. Próbuję o tym nie myśleć, ale nie chce mi dać spokoju. Usiadła na skraju materaca. Daffy ulokowała się tuż obok niej. - No i,..? - spytała, z rozbudzającą się ciekawością w glosie. Susan znów otarła oczy. - Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć. - Chłopak? Nie zostałaś zgwałcona, co? Bo wyglądasz dokładnie tak, jakby cię zgwałcono. - Nic z tych rzeczy. - To, co, na miłość boską? Odkurzacz za drzwiami jęknął kończąc pracę. Zapadła cisza, nawet telewizor zamilkł i obie dziewczyny nasłuchiwały, czy babka Susan zdołała wychwycić ostatnią inwokację Daffy, która wzywała imię Pańskie nadaremno. Babka Susan modliła się, co niedzielę rano przed telewizorem razem z doktorem Howardem C. Estepem, a doktor Howard C. Estep surowo przestrzegał wszystkich przed wzywaniem imienia Pańskiego nadaremno. - Widziałam zwłoki, martwe ciało - wyszeptała Susan. - Żartujesz! - Nie, nie żartuję. To była dziewczyna, utopiła się czy coś takiego. Przyjechała policja, ambulans i w ogóle. - Och, mój Boże - powiedziała Daffy, zszokowana i współczująca, lecz nadal zdecydowana wyciągnąć z przyjaciółki wszystkie szczegóły, i to za wszelką cenę. - Musiałaś być zupełnie jak sparaliżowana! No i jak ona wyglądała? Nigdy nie widziałam trupa. - Daffy - powiedziała Susan, tracąc kontrolę nad swoim głosem. - Ona miała węgorze w brzuchu, to znaczy tam, gdzie powinien być jej brzuch i one ją zjadały. Daffy popatrzyła na nią wstrząśnięta. - Węgorze! Żartujesz? Och, mój Boże, to obrzydliwe! I co zrobiłaś? Zwymiotowałaś? Susan nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Nadal miała przed oczami węgorze, zwijające się, kłębiące i prześlizgujące pod żebrami martwej dziewczyny, policjanta rzucającego się w bólu i węgorza, który rozdzierał mu twarz. Zasłoniła oczy dłońmi i zmusiła się do płaczu przez zaciśnięte gardło, z trudem skłaniając płuca do wysiłku. Chciała wyrzucić z siebie cały strach i przerażenie, usunąć nocne koszmary, które, była pewna, zaczną osaczać ją, gdy tylko zapadnie zmrok.

Od miesięcy śniła się jej zmasakrowana twarz matki. Wiedziała, że sen o martwej dziewczynie z plaży także już nigdy jej nie opuści. Daffy objęła ją ramionami i przytuliła, uciszając płacz i kołysząc lekko, jakby była małym dzieckiem. Odkurzacz znów zawył w sieni, dokonując żniw na dywanach pod drzwiami salonu. Daffy była młodsza od Susan. dokładnie o cztery miesiące i dwa dni, lecz o wiele bardziej dojrzała. Wysoka, chuda, brunetka o brązowej skórze i nieprawdopodobnie bujnych, kręconych włosach oraz jakby wydętych, prowokujących ustach, których całowanie było pragnieniem wszystkich studentów w okolicy. Chciała napisać do Hugha Hefnera i zaproponować mu siebie w roli „króliczka”, ale jej matka, osoba skądinąd tolerancyjna, zabroniła tego stanowczo. Wychowywała córkę sama, ponieważ ojciec Daffy wybył kiedyś do pracy przy rurociągu na Alasce i od tej pory jakoś nic udało się znaleźć drogi powrotnej do domu. Stąd też matka Daffy była zagorzałą przeciwniczką wykorzystywania kobiet przez mężczyzn. Nie po to wychowywała Daffy na dziewczynę piękną, niedostępną i o dużym doświadczeniu życiowym, by urywała się z obcymi czy brała prochy. Susan przestała płakać równie nagle, jak zaczęła. Usiadła. wciąż obejmując przyjaciółkę i rozejrzała się po pokoju. - Już dobrze? - zapytała ją Daffy. - Sądzę, że tak. To nie był prawdziwy płacz. Myślałam tylko o tym wszystkim. Wiesz, ta biedna dziewczyna, cała ogryziona przez węgorze. A jeden z nich ugryzł nawet glinę, prosto w twarz. - Co to było, jakieś mięsożerne węgorze? Jak one się nazywają, moreny? Jednego takiego widziałam na filmie. Znasz ten film z Nickiem Nolte? Odgryzają tam głowę jednemu chłopakowi. Jak sądzisz, czy gdyby Jerry miał wąsy, to byłby podobny do Nicka Nolte? Susan wstała i machinalnie zdjęła bluzkę oraz szorty. Rzuciła ubranie na podłogę obok noszonej wczoraj spódniczki, „Rolling Stone'a”, z którego wycinała zdjęcia Bruce'a Springsteena, rakiety do badmintona, suszarki do włosów i koperty nowego albumu Eurythmics. - Na pewno czujesz się dobrze? - spytała ją zaniepokojona Daffy. Susan przytaknęła. Jej oczy były wciąż jeszcze zaczerwienione i wilgotne. - Chcę tylko wziąć prysznic, potem pójdziemy do ciebie. Daffy odczekała, aż Susan zniknie w łazience. Krążyła tam i z powrotem po pokoju, potrącając butami porozrzucane części garderoby i pocięte magazyny. Podeszła do okna i wyjrzała na podwórze - mały, wylany betonem placyk z rozstawionymi leżakami i kamienną fontanną, która nie działała, a jeśli już, to rzadko. Był pogodny upalny dzień, w którym nawet

jaszczurki wolały trzymać się cienia lub chować pod kamieniami. Z miejsca, w którym stała, dawało się dostrzec mały fragment ulicy. Uwagę dziewczyny przykuł siedzący na okalającym dom dziadków Susan murku młody mężczyzna w czarnej, sportowej marynarce i białych spodniach. Palił papierosa i wyglądał, jakby na kogoś czekał. Daffy spostrzegła, że co pewien czas podnosił rękę i oglądał zegarek rzucający na jego twarz świetlane refleksy. Oczy skrywał za nieprzeniknionymi czarnymi okularami. Obserwowała go przez prawie pięć minut. Samochody mijały go w obu kierunkach, lecz żaden nie przystanął i Daffy nabrała przekonania, że mężczyzna nie czeka na żaden samochód. Siedział wciąż na tym samym miejscu, ani razu nie odwracając głowy, paląc i od czasu do czasu sprawdzając godzinę. Odwróciła się od okna i nagle uświadomiła sobie, że Susan bierze ten swój prysznic trochę za długo. Przeszła przez sień, w której babka Susan czyściła właśnie swą kolekcję mosiężnych figurek, wyobrażających meksykańskich tancerzy, i zbliżyła się do drzwi łazienki. - Czy Susan idzie na twoje ognisko? - spytała babka, pracowicie trzepiąc ścierkę do kurzu. - Powiedziała, że chciałaby - odparła Daffy. Zawahała się pod drzwiami łazienki, potem zapukała. - Susan? Wszystko w porządku? - Bierze prysznic - wyjaśniła babka z rozdrażnieniem. - Oczywiście, dopiero, co sprzątałam łazienkę. I co teraz z tego zostanie? Mydło na wszystkich kafelkach i włosy w odpływie. Nie wspominając już o podłodze zasłanej wilgotnymi ręcznikami. Na całym świecie nie ma i nie było nigdy większej od niej bałaganiary. - Susan? - powtórzyła Daffy. - Wejdź - rzuciła babka Susan. - Nie słyszy cię pewnie przez szum wody. Daffy otworzyła drzwi i zajrzała do łazienki. Prysznic szumiał głośno. Całe pomieszczenie zasnute było parą. - Susan? - zawołała znowu i weszła do środka. Z niewyjaśnionych przyczyn poczuła strach. Pomyślała nagle o tym, co opowiedziała jej Susan. Martwa dziewczyna nadjedzona przez węgorze. Policjant z rozszarpaną ostrymi zębami twarzą. Szklane drzwi kabiny prysznica zaszły parą, Daffy jednak wydało się, że dostrzega za nimi kształt Susan. Niepokój ścisnął jej gardło. Powoli podeszła do kabiny. Na wszelki wypadek zapukała w szkło. - Susan? Suze? Wszystko w porządku? W tejże chwili rozległ się jeżący włosy na głowie jęk. Daffy odskoczyła od prysznica,

szepcząc: „O Jezu”. Potem jednak jęk przeszedł w bolesny, stłumiony płacz. Daffy otworzyła drzwi kabiny i znalazła Susan skuloną na kafelkach posadzki, z nogami podciągniętymi pod brodę, zakrywającą ramionami głowę, drżącą i łkającą na skutek opóźnionego szoku. Daffy zakręciła kurek, a potem ściągnęła z wieszaka duży ręcznik kąpielowy i owinęła nim Susan. - Chodź. Jesteś po prostu zdenerwowana. To ja, Daffy. Chodź, kochana, wyprowadzę cię stąd. Susan bezwolnie, nadal rozdygotana, pozwoliłaby Daffy podniosła ją i wyniosła niemal z łazienki. W sieni spotkały babkę Susan, która właśnie zamierzała zaprotestować ostro przeciwko wchodzeniu mokrymi stopami na dywan. W ostatniej chwili dostrzegła jednak jej bladość i roztrzęsienie, zauważyła przejęcie na twarzy Daffy. - Co się stało, na Boga?! - Zemdlała, i tyle. Ma okres. - Z jakiegoś powodu Daffy powstrzymała się przed opowiedzeniem babce Susan o martwej dziewczynie na plaży. Razem zaprowadziły Susan do sypialni i szybko ją wytarły. Babka przeszukała skłębione w szufladach ubrania, znajdując w końcu prążkowaną koszulę nocną, którą Daffy nałożyła przyjaciółce przez głowę. - Może powinnam wezwać doktora Emanuela? - zaniepokoiła się starsza pani. Susan otworzyła oczy. Rozbiegane myśli zaczynały się jej powoli z powrotem układać w całość, jak film przedstawiający eksplodujący samochód-pułapkę, puszczony wstecz i w zwolnionym tempie. Odzyskała ostrość spojrzenia. Rozpoznała siedzącą w nogach łóżka, uśmiechającą się do niej Daffy. Rozpoznała babkę, spoglądającą na nią z bezpiecznej odległości przez szkła w złotej oprawie, tak jakby obawiała się, że to, czego nabawiła się Susan, cokolwiek to jest, może być zaraźliwe. - Zemdlałam? - zapytała. Zaschło jej w gardle. - Wydawało mi się, że jestem zupełnie gdzie indziej. Daffy uścisnęła jej rękę. - Już wszystko w porządku. Żyjesz. Ale powiem ci, że mnie zdrowo przestraszyłaś. Chcesz kawy? - To byłoby wspaniałe - przytaknęła Susan. - Zajmę się tym - oznajmiła babka, zadowolona, że ma zajęcie niemające nic wspólnego z działalnością samarytańską. Potrafiła bez końca niepokoić się wszystkimi swoimi dolegliwościami, lecz była z zasady niechętna temu, żeby chorował ktoś inny. Poszła chwiejnie do kuchni, zostawiając drzwi otwarte. - Wejdź pod koc - powiedziała Daffy. Musisz się ogrzać.

- Już dobrze. Naprawdę. - Wiesz, to musiał być szok po tym, jak widziałaś to ciało. Susan pokręciła głową. Włosy miała potargane i wilgotne. - Myślę, że nie tylko. Nie wiem, jak to opisać. Zdawało mi się, że słyszę czyjś głos, bardzo donośny i jakby odległy. Potem podróżowałam, bardzo szybko, to było tak, jakbym leciała helikopterem czy czymś takim, tuż nad powierzchnią morza. Leciałam tak szybko, że straciłam równowagę i upadłam. Następne, co pamiętam, to, że leżałam już tutaj, z wami. - Szok - zawyrokowała Daffy. - Teraz się ogrzejesz, a Różowa Pantera przyniesie ci zaraz filiżankę kawy. Minęło ponad pół godziny, nim Susan przestała się trząść. Potem powoli ubrała się w zieloną bawełnianą koszulkę oraz w białe obcisłe spodnie i uczesała włosy. - Jesteś pewna, że nie poczujesz się już gorzej? - dopytywała się Daffy. - Bo jeśli nie zjawisz się na ognisku, nie będę urażona. Nie musisz. - Ale ja chcę tam iść, Daffy. Nie jestem inwalidą. - Tylko uważaj na siebie - poinstruowała ją babka. - Tak, uważaj na siebie - powtórzył jak echo dziadek. Wyszły z domu i w upalnym słońcu przedpołudnia ruszyły pochyłym podjazdem. Daffy mieszkała o dziesięć minut drogi stąd, w jednym z nowych domów przy Jimmy Durante Boulevard. Zwykle pożyczała na podobne przejażdżki seville swej matki, tego jednak ranka jej szanowna rodzicielka wyjechała do swej kosmetyczki w La Jolla „naprostować” sobie o następny cal skórę twarzy, jak to określała Daffy. Doszły już niemal do skrzyżowania z główną szosą, gdy rozległ się za nimi czysty, męski głos: - Przepraszam, czy to pani jest Susan Sczaniecka? Susan i Daffy obróciły się. Był to ten sam mężczyzna, który siedział na murku przy domu dziadków Susan. Wysoki wyższy niż wyobrażała to sobie Daffy - z ciemnymi, faliście ułożonymi włosami. Zdjął okulary i obie dziewczyny musiały zauważyć jego niezaprzeczalną urodę. Wąska twarz, piwne oczy, słowem jedna z tych nieco zabawnych fizjonomii, które równocześnie podniecają i dodają swobody w zachowaniu - przynajmniej wtedy, gdy jest się siedemnastoletnią dziewczyną. Czy to nie pana widziałam, jak siedział pan na murku? - spytała Daffy tonem, który jednoznacznie dawał do zrozumienia, że zanim młody mężczyzna zacznie z nimi rozmowę, powinien przedstawić swe listy uwierzytelniające. - Jasne, że to ja. Czekałem, aż wyjdziecie. - A czemu nie zadzwonił pan do drzwi? - spytała Susan. Przymrużyła jedno oko przed

blaskiem słońca. - Nie chciałem po prostu niepokoić twoich dziadków. Sama wiesz, jacy oni są. Susan zmarszczyła brwi. - To oczywiste, że ja wiem, ale skąd pan może to wiedzieć? - Na tym polega moja praca. Jestem reporterem. Proszę, oto moja legitymacja. Paul Springer, „San Diego Tribune”. - Naprawdę jest pan reporterem? - spytała Daffy, zezując na papiery dziennikarza. - Jasne. Czemu miałbym inaczej wystawać przed domem dziadków Susan? - Może, żeby nas zgwałcić - stwierdziła Daffy. - Nadzieja w twoim tonie jest zupełnie nie na miejscu - skrzywił się Paul. Susan oddała mu legitymację. - Czy chodzi panu o to, co zdarzyło się dziś rano na plaży? Paul spojrzał na nią z rezerwą. - Po części. Nie tylko. - Skąd się pan o tym dowiedział? Policjanci mówili, że nie dopuszczą do tego dziennikarzy. Nadal skrzywiony Paul pokręcił głową. - Gdyby policja miała naprawdę na to sposób, to do prasy i telewizji nie docierałoby nic, prócz udanych polowań na narkotyki i relacji o sukcesach drużyn baseballowych. - Tak naprawdę to na ten temat nie mam nic do powiedzenia - odezwała się Susan. Nie widziałam wcale więcej niż inni. - To było naprawdę przerażające, prawda? - spytał Paul. - Moja przyjaciółka nie ma ochoty o tym rozmawiać, rozumie pan? - wtrąciła się Daffy. - Czuła się przez to wszystko bardzo złe tego ranka. Tak, więc, pozwoli pan? Idziemy teraz do domu i zamierzamy tam dojść. Susan powiedziała jednak: - Okay, Daffy, chodźmy. On mi nie przeszkadza. - Mogę pójść z wami? - zapytał, Paul. Wędrowali ku północnej części Camino del Mar, między szeleszczącymi krzewami jukki, pozdrawiając od czasu do czasu gestem dłoni grupki młodzieży kręcące się w pobliżu barów, hoteli i sklepów wzdłuż ulicy. Jedna z nich zebrana była wokół volkswagena garbusa, który został dopiero, co pokryty plamami metalizowanej rubinowej farby w sprayu i ozdobiony nakreślonymi lekko postaciami na surfingowych deskach oraz portretami bohaterów Dzikiego Zachodu. W powietrzu unosił się silny zapach marihuany zmieszany z wonią sosnowego płynu do opalania. Paul zdawał się być niesamowicie wręcz bezpośredni i szczery, a jednak Susan czuła

w nim coś dziwnego, coś prawie nierealnego. Gdy mówił, zdawało się jej, że jest w stanie przewidzieć każde jego słowo i w szczególny sposób odniosła wrażenie, że już się kiedyś spotkali. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, kiedy. Zdawało się, że nie muszą wcale zawierać znajomości. Od samego początku rozmawiali jak starzy przyjaciele. - „Tribune” zamówiła u mnie serię specjalnych artykułów o młodzieży - mówił Paul. - Każdy z nich ma skupiać się na innym aspekcie reakcji i innym sposobie myślenia młodych ludzi. Można by to nazwać czymś w rodzaju psychoanalizy młodzieży. Wygląda to wprawdzie dość staromodnie, ale myślę, że jeśli uda się to dobrze opracować, to wcale nie musi być takie straszne. Sądzę, że może być nawet dość pouczające. - I chce pan napisać o mnie? - spytała Susan, bardziej zaciekawiona niż przekupiona pochlebstwem. - Cóż, żeby przejść od razu do rzeczy, jeden z artykułów ma dotyczyć śmierci i tego, jak radzą sobie z myślą o niej młodzi. - Jak pan to rozumie? - Chcę powiedzieć, że interesuje mnie, jak młodzi ludzie zachowują się w sytuacjach, gdy tracą kogoś ukochanego. Rodziców, na przykład, jak tobie się to zdarzyło... - Skąd pan o tym wie? - Przepraszam. Wydało mi się, że rozpoznałem twoje nazwisko, gdy policja przekazała mi listę świadków tego, co zdarzyło się dziś na plaży. Sprawdziłem to w kostnicy. Twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym nad jeziorem Hodges, prawda? Susan przytaknęła. - Nie sądziłam, że było to aż tak głośne - stwierdziła nie bez goryczy w głosie, chociaż wiedziała, że Paul nie zamierzał wcale jej niepokoić. - Rzecz w tym - ciągnął Paul - że nie tylko straciłaś rodziców, ale na dodatek widziałaś dziś na plaży zwłoki kogoś zupełnie ci obcego. Mogłoby być interesujące dla mnie porównanie twoich reakcji na każdy z tych wypadków: śmierci kogoś, kogo kochałaś, i śmierci kogoś, kogo nawet nie znałaś. Chciałbym wiedzieć, jak naprawdę czułaś się wtedy i jak czujesz się teraz. - Czy nie jest to przypadkiem zwykłe wampirzenie? - spytała Daffy. - Cóż, może jest - przyzna! Paul. - I jeśli Susan nie będzie chciała mieć z tym nic wspólnego, to pozostanie tylko tym. Ale śmierć jest częścią życia i nic ma, co jej od siebie odsuwać. Sądzę, że inni młodzi ludzie, którzy przeczytali by, o Susan i o tym, jak dała sobie radę ze swoimi tragediami... No cóż, może będzie im łatwiej stawić czoło kłopotom, gdy sami spotkają się z czymś takim.

Daffy skrzywiła się. - Dla mnie brzmi to jak absurd, jeśli wybaczy mi pan taką uwagę. - Nie wiem... - powiedziała Susan. Może rzeczywiście powinniśmy o tym porozmawiać. - Może dziś wieczorem? - zaproponował Paul. Przypuśćmy, że zaproszę cię na kolację, na koszt gazety. - No dobrze. Gdzie? - Znasz ,,Bully's North”? Spotkamy się tam o siódmej. Susan zgodziła się po chwili namysłu. - Okay. Proszę tylko pamiętać, że muszę znaleźć się w domu przed wpół do dziesiątej. To warunek dziadków. - Wiem. Daffy zmarszczyła dziko brwi, przybierając wyraz twarzy mający na jej sposób wyrażać ostrzeżenie ,,bądź-ostro-żna-na-Boga”. Susan jednak, sama nie wiedząc, czemu, w obecności Paula czuła się pewnie i bezpiecznie. Nie pomyślała nawet o tym, by spytać go, skąd wie, że musi wracać do domu przed wpół do dziesiątej. - Zostawiłem mój wóz przed hotelem Oceanside. Zobaczymy się później, dobrze? Paul przeszedł przez ulicę i ruszył wzdłuż Camino del Mar, w kierunku hotelu. Susan obserwowała go, podczas gdy Daffy czekała trochę z tyłu, przybrawszy już przesadnie sceptyczny wyraz twarzy. - Co za szalbierz - stwierdziła. - Nie sądzę. - Susan nie zauważyła nawet wyrazu twarzy, który Daffy przybrała specjalnie dla niej. - Nie chcesz chyba powiedzieć, że uwierzyłaś w cały ten kit o życiu i śmierci? Mój Boże, Suze, on chce tylko twego ciała, i tyle. - Nie bądź śmieszna. On mnie nawet nie zna. - O, nie zna? No pewnie. Wie, jak się nazywasz; wie, że twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym; wie, że byłaś dziś rano na plaży; wie, o której powinnaś być w domu; wie nawet, że twoją ulubioną restauracją jest właśnie ,,Bully's North”. I twierdzi, że dowiedział się twojego nazwiska od glin dopiero godzinę temu. Jak zdołałby się dowiedzieć tego wszystkiego w ciągu jednej tylko godziny? Susan spojrzała między budynkami na ocean, przebłyskujący po drugiej stronie drogi jak pokruszone diamenty. - Nie wiem.

- I nie obchodzi cię to? Sądzę, że to niepokojące. - Nie - odparła Susan, w głębi ducha przekonana całkowicie o prawdziwości tych słów. - Nie ma się tu, czego bać. Coś jednak jeszcze się zdarzy. Coś się zmieni. Czuję to. - Susan - rzekła Daffy, potrząsając głową. - Grom prawdziwej miłości strzelił cię prosto w móżdżek! - Nie - powiedziała Susan z naciskiem. - To coś ważniejszego niż miłość.

3
Gil skręcił swym mustangiem na parking, naprzeciwko stojącego po drugiej stronie ulicy Mini-Marketu ojca. Przydusił na chwilę silnik, po czym zgasił go. Posiedział jeszcze parę chwil w wozie zamyślony, wreszcie wysiadł i bawiąc się trzymanymi w dłoni kluczykami przeszedł autostradę nr 101. Mini-Market był niewielkim sklepem z pojedynczą witryną, wciśniętym między restauracją o nazwie „Mandarin Coast Chinese” a Stacją Szybkiej Obsługi Freddy'ego. Był to jeden z tych sklepów, w których sprzedaje się absolutnie wszystko, od lodów, przez puszki bolońskiego spaghetti Boyardee, sznurowadła i czapki golfowe, po karty do stawiania kabały. W środku unosił się wspaniały aromat dojrzewającego sera i węgierskiego salami, tanich cukierków i komiksów o Supermanie. Ojciec Gila był wykwalifikowanym inżynierem, mógłby zarabiać cztery razy więcej, projektując układy hamulcowe dla szpitalnych wózków lub systemy sterowania lokomotywami. Marzył jednak od dzieciństwa o własnym sklepie typu Mini-Market i nie chciał już robić w życiu niczego innego. Matka Gila zwykła mówić, że musiało to być naprawdę zmarnowane i puste dzieciństwo, skoro zostawiło marzenie takie, jak prowadzenie sklepiku ze wszystkim. Wiedziała jednak, ile Mini-Market daje radości mężowi, i wystarczyło jej to do szczęścia. Ustawiała towar na półkach, sprzątała sklep i nawet piekła babeczki dla stoiska spożywczego. Ojciec i matka Gila znani byli w okolicy jako ,,M & Ms” - Pan i Pani Miller. Ojciec Gila stał właśnie przy kasie, pakując tygodniowy zapas produktów żywnościowych dla starszej pani Van Buren, mieszkającej po drugiej stronie węzła autostrad wychodzących na Santa Fe. Podobnie jak Gil był wysoki, solidnie zbudowany. Sztywne jak drut, siwe włosy okalały mocną twarz, przypominającą nieco twarz Lloyda Bridgesa. Miał na sobie pasiasty sklepowy fartuch z wyszytym na kieszeni swoim imieniem: Phil. - Cześć, tato - powitał go Gil. - Jak się masz? - rzucił mu ojciec. - Wcześnie wróciłeś. - Jakoś nie miałem dziś ochoty na pływanie. - Ktoś mówił, że zamknęli plażę - powiedział Phil Miller. - Czy chce pani ziarna palone czy zielone, pani Van Buren? - Tak, zdaje się, że ktoś utonął czy coś takiego - rzekł Gil. - Ambulanse i wozy policyjne zjechały się, skąd tylko się dało. - Phil sięgnął po kolejną papierową torbę i otworzył ją.

- Słyszałam, że to była dziewczyna - wtrąciła się pani Van Buren. - Jakaś dziewczyna utonęła przy plaży. Naga, jak słyszałam. - To przez te prochy, mówię wam - oznajmił Phil. - Biorą prochy, wskakują do wody i zdaje im się, że mogliby dopłynąć spokojnie aż do Japonii. - Sądzę, że my w swoim czasie byliśmy równie szaleni - stwierdziła pani Van Buren. - Tylko wtedy, rzecz jasna, chodziło jedynie o przemycanie alkoholu. Jeździliśmy tam i z powrotem autostradą De Soto CK 6, naładowani pędzoną przez McNamarę whisky. Sprawdzaliśmy, jak daleko uda nam się zajechać bez dotykania kierownicy. Ten, który pierwszy złapał kierownicę, uznawany był za tchórza. Phil roześmiał się. - No proszę, pani Van Buren. Nie wiedziałem, że była pani młodocianym przestępcą. - Proszę mi pokazać młodocianego, który taki nie jest - odparła pani Van Buren. - A ja wtedy pokażę panu młodocianego, który do niczego, ale to zupełnie do niczego w życiu nie dojdzie. - Nic o tym nie wiem - przerwał im Gil. - Ta dziewczyna nie wychodziła z plaży. Phil spojrzał pytająco na syna. Gil uświadomił sobie, że zabrzmiało to tak, jakby znał tę dziewczynę albo widział ją. Z premedytacją zmienił temat, zacierając energicznie ręce: - Mam ukroić trochę szynki, tato? - No pewnie. I trochę włoskiego salami, tego podsuszonego. Gil przecisnął się między półkami z żywnością, wchodząc za przeszkloną ladę stoiska w głębi sklepu. Pochylił głowę, by ominąć zwisające z sufitu warkocze czosnku, i przeszedł do magazynu. Była tam umywalka z lustrem. Starannie umył i wysuszył ręce. Jego twarz w lustrze wyglądała na nieobecną i pozbawioną wyrazu. Nie wyglądała na twarz kogoś, kto dopiero, co był świadkiem odrażającego widoku śmierci i napełniającego lękiem wypadku. Wróciwszy do stoiska wybrał wielką, marylandzką szynkę, pokrytą złocistymi okruszkami chleba i umieścił ją w krajarce. Włączył silniczek i przesuwając urządzenie tam i z powrotem oddzielał cienkie plasterki pachnącej wędliny. Ojciec skończył obsługiwać panią Van Buren i również wszedł na zaplecze, wycierając ręce w fartuch. - Tak swoją drogą - powiedział - była tu jakaś dziewczyna i pytała o ciebie. - Dziewczyna? Czy to przypadkiem nie była Gina Chappell? - Może. Nie mam pojęcia, jak wygląda Gina Chappell, - Blondynka, rzadko rozstawione zęby, bardzo małe cycki. Ojciec chrząknął z rozbawieniem. - Nie, to nie była Gina Chappell. Ta tutaj była wysoka, ciemna i muszę przyznać, że miała bardzo duże... - zostawił to słowo niewypowiedziane, wyciągnął tylko obie dłonie przed

siebie, jakby badał wagę dwóch wielkich kantalupskich dyń. Gil wyłączył krajarkę i zebrał szynkę łopatką. - Nie mam pojęcia, kto to mógł być. - Wydawało się, że bardzo jej zależy na spotkaniu z tobą. Powiedziała, że wypije w antykwariacie filiżankę kawy i wróci tu jeszcze. Gil uśmiechnął się do ojca i ponownie włączył krajarkę. - Może to mój szczęśliwy dzień. Po raz pierwszy w życiu zdarza mi się, że szukała mnie piękna dziewczyna. - Pewnie to urzędniczka z sądu, chce ściągnąć z ciebie wszystkie zaległe mandaty za nieprawidłowe parkowanie. - Nie rozwiewaj moich złudzeń, tato. Przez chwilę Phil przyglądał się synowi, wreszcie zapytał: - Dobrze się czujesz? Gil podniósł wzrok. - Czy dobrze? A czemu miałbym czuć się źle? - Nie wiem. Wyglądasz, jakby cię coś trapiło. - Trapiło? - No dobrze, nie wiem. Wyglądasz, jakby coś mocno nie dawało ci spokoju. Gil zaprzeczył ruchem głowy. - Nie ma niczego takiego. Ojcu jednak najwyraźniej to nie wystarczyło. - To niepodobne do ciebie, żebyś zrezygnował z pływania - powiedział po chwili milczenia. - Biegałem. To wystarcza. - Noga ci nie dokucza? - Noga jest w porządku. O co chodzi, przesłuchanie trzeciego stopnia? Zamierzasz spałować mnie węgierskim salami, by wyciągnąć ze mnie zeznania? Phil się roześmiał, tym razem jednak bez poprzedniej wesołości. - Znam cię. Znam cię lepiej, niż ty sam siebie znasz. Jesteś przecież dokładnie taki sam jak ja. A gdy mnie coś trapi, zachowuję się właśnie w ten sposób: śmieję się, ale to jest udawany śmiech. A ty się teraz śmiejesz właśnie w taki sposób. Od momentu, kiedy wszedłeś do sklepu, wiedziałem, że coś jest nie tak. - Broń mnie, Boże, przed wszystko rozumiejącym ojcem - zaśmiał się Gil. - Starczy już tej szynki? To jest około trzech i pół funta w półfuntowych paczkach. - Starczy, w razie, czego zawsze jeszcze można dokroić. Weszła matka Gila, niosąc z

zaplecza dwa kartony Cocoa-Puffs. - Och, Gil, cieszę się, że wróciłeś. Możesz mi to poukładać? Gil wziął kartony i ruszył z nimi ku półkom z mąką, kaszą i cukrem. Matka szła za nim - niska, wciąż jeszcze urodziwa, czterdziestoczteroletnia kobieta. Phil twierdził, że przypomina mu rzeźbę, grecką statuę, nie tę bez rąk, lecz inną, o klasycznej twarzy i figurze. Uśmiechała się, wpatrzona, jak Gil otwiera kartony i wyjmuje z nich paczki kaszy. - Co to za dziewczyna? - spytała go. - Chodzi ci o tę, która mnie szukała? - A jest jeszcze inna? - Cóż, tata mówił mi o niej, ale nie wiem, kto to. - Jest bardzo ładna - ciągnęła Fay Miller, przyglądając się synowi uważnie, tak by wykryć ewentualny fałsz w jego słowach. - Tak mówi tata. - A ty naprawdę chcesz, żebyśmy uwierzyli, że jej nie znasz? Gil przycisnął rękę do serca. - Uwierz mi, mamusiu. Sam chciałbym wiedzieć, kim jest. Jakieś dziesięć minut później w sklepie pojawił się Bradley, przyjaciel Gila. Ojciec Bradleya prowadził sklep ze sprzętem rybackim na wybrzeżu, w Encinitas. parę mil dalej. Bradley był kościsty i zabawny, prawie zawsze nosił hawajskie koszule i bermudy. Obaj byli kumplami od czasów podstawówki. Teraz wprawdzie Bradley kształcił się na programistę, podczas gdy Gil zajął się ekonomią, ale spotykali się praktycznie w każdy weekend wakacji, chodząc razem na ryby, pływając i opowiadając sobie absurdalne dowcipy. Bradley wziął z obrotowego stojaka nowy numer ,,Hustlera” i przekartkował go. Ojciec Gila zadbał o to, by w jego sklepie nie zabrakło również stoiska z magazynami tylko dla dorosłych. Z życzliwym rozbawieniem obserwował nastolatków zbierających się w panice na odwagę, by kupić sobie egzemplarz „Chica” czy „Penthouse'a”, płacących z wypiekami na twarzy i wybiegających potem z Mi-ni-Marketu najszybciej, jak tylko potrafili. Stojak z tymi magazynami był częścią tajemniczego, podniecającego nastroju na równi z dziwnymi buteleczkami japońskich przypraw, barwnymi cukierkami i kuchennymi gadżetami. - No i co u ciebie, Bradley? - spytał Gil. Wziął ćwierćdolarówkę od małego, rudego chłopca, który z przejęciem odliczył sobie osiem cukierków z likworem, i wydal mu centa reszty. - Przede wszystkim nuda - powiedział Bradley. - Słyszałeś o tym, co się stało na plaży?

- Tak, słyszałem. - Teren jest ciągle zamknięty. Ostrzeżenie przed meduzami, jak teraz mówią. - O, naprawdę? Bradley otworzył ,,Hustlera” na rozkładówce. Milczał przez dłuższą chwilę. Potem odezwał się: - Wiesz, co? To nie jest w porządku. Jakiś chłopak zapłacił za zrobienie tego zdjęcia. To jest cholernie nie w porządku. Bo rozumiesz, zapłacił, wyobrażasz sobie? A mi nigdy nie udało się zobaczyć takiej dziewczyny jak ta, z tak rozłożonymi nogami. I nie uda mi się, nawet gdybym przeczołgał się stąd na Mount Palomar i z powrotem, pchając przed sobą koniuszkiem nosa szczurze gówno. - To wiele wyjaśnia - pokiwał głową Gil. - Takie dziewczyny, jak ta tutaj, nie lecą na chłopaków, którzy przetaczają po górach szczurze bobki, i to końcami swoich nosów. Nikt ci tego dotąd nie powiedział? Nawet nauczyciel nauk społecznych? Bradley palnął Gila zrolowanym magazynem. - Hej, uważaj na to - ostrzegł go Gil. - Może się jeszcze znaleźć jakiś kompletny głupek, który będzie chciał to kupić. - Sam to kupuję. Nie mogę tylko znieść niesprawiedliwości. Gil znowu pokiwał głową. - Zachowujesz się czasem jak zupełny szczeniak, Bradley. Boję się myśleć, co ty właściwie masz w głowie. - Słuchaj, muszę opowiedzieć ci ten kawał - powiedział Bradley. - Co będziesz miał, gdy słoń przejdzie ci przez salon? -- Na miłość boską, Bradley! Nie chcę tego słuchać. - Nie, odpowiedz. No, co będziesz miał, gdy słoń przejdzie przez twój salon? Gil westchnął z demonstracyjnym rozdrażnieniem. - Nie wiem, Bradley. A co ty będziesz miał, gdy pozwolisz słoniowi przejść przez twój salon? - Będziesz miał bardzo bujną strzyżoną wełnę na dywanie. - Wiesz co, powinienem wyrzucić cię stąd na zbity pysk - stwierdził Gil. Zamiast tego jednak odwrócił się i była. Stała w drzwiach, obramowana promieniami słońca tak, że Gil musiał zmrużyć oczy, by zobaczyć, jak wygląda. Bradley również się odwrócił i zamilkł nagle. Ojciec Gila miał całkowitą rację. Była wysoka, prawie tak wysoka jak Gil, z ciemnymi włosami, które czyste i wyszczotkowane lśniły spadając jej na ramiona. Miała duże

oczy i niesamowicie długie rzęsy. Jej usta były lekko otwarte, jakby miała zaraz coś powiedzieć lub kogoś pocałować. Nosiła ciasną białą koszulkę, która przylegała do jej dużych piersi, a po ciemniejszych czubkach jej sutek, napinających bawełnę, widać było, że nie nosi stanika. Poza tym miała na sobie podwinięte szorty oraz białe sandały. I to było wszystko. - Gil Miller? - zapytała. - Moje modlitwy zostały wysłuchane - wyszeptał Bradley. Czy ona powiedziała: Bradley Donahue? Gil zlustrował dziewczynę, próbując przy tym zachować spokój i opanowanie, czuł jednak nadzwyczajne wręcz ożywienie serca. - To... - zaczął jakimś zdławionym falsetem. Poprawił się, schodząc na niższe tony: To ja. Dziewczyna weszła do sklepu i uśmiechnęła się do niego. - Nazywam się Paulette Springer. Mam nadzieję, że nie czujesz się niemile zaskoczony? - No, hmm, nie - Gil tarł ręce w drelichowe szorty. - Nie, nie. Moi staruszkowie powiedzieli mi, że szukałaś mnie już wcześniej. Przykro mi, że mnie nie było. - Wiem, odwoziłeś Susan Sczaniecką do domu. W porządku. Wypiłam sobie filiżankę kawy w antykwariacie. To całkiem fajne miejsce, prawda? Kupiłam książkę pod tytułem „De Sortilegio”. Gil rzucił okiem na kompletnie zbaraniałego Bradleya. Paulette podeszła bliżej. Gil nie był w stanie nie zauważyć podniecającego kołysania się jej piersi pod cienką koszulką. Mógł teraz wyczuć zapach jej perfum, które miały w sobie woń pachnącego groszku, róż i jeszcze czegoś, czegoś subtelnego i prawie niewyczuwalnego, trochę jak zapach rozgrzanego, czystego ciała. - Liczyłam na to, że zechcesz mi pomóc - powiedziała. - No jasne. Powiedz tylko, o co chodzi. - Piszę dla „San Diego” artykuł o różnych rzeczach, które fale wyrzucają na plażę. - Tak? - Serce Gila nadal pracowało bardzo szybko. - Wiem, że to brzmi głupio - podjęła po chwili. - Ale powinien wyjść z tego całkiem interesujący kawałek. Nie uwierzylibyście, co ludzie znajdują na plaży. Nie mam oczywiście na myśli wielorybów, kawałków drewna i innych takich. Pewien stary mężczyzna, który mieszka o milę stąd, umeblował sobie cały dom krzesłami, stołami i łóżkami wyrzuconymi przez morze.

Gil stukał palcami w obudowę kasy. - To bardzo interesujące. Tylko co to ma wspólnego ze mną? - Cóż... - Paulette uśmiechnęła się do niego. W jej oczach zalśniły iskierki. - Jesteś na plaży każdego ranka, prawda? Musisz biegać ze względu na nogę. - To prawda - zgodził się Gil. - To część terapii. Tylko nadal nie rozumiem... Uniosła palec, by go uciszyć. Nie wiedząc czemu, rzeczywiście umilkł. - Prawie zawsze jesteś pierwszą osobą, która pojawia się na plaży, prawda? powiedziała słodkim głosem. - Czasem jesteś tam razem ze świtem. Zatem, gdyby coś zostało wyrzucone w nocy, cokolwiek by to było, możesz być pierwszym, który to znajdzie? Gil przyjrzał się jej. Potem odwrócił wzrok i wcisnął dłonie do tylnych kieszeni swych wytartych spodni, przybierając jedną z tych min, które miały znaczyć - zaraz, zaczekaj chwilę, co u diabła właściwie się dzieje? Paulette obserwowała go z lekkim, ani na chwilę nieznikającym uśmiechem, Bradley zaś obserwował Paulette. Z jego twarzy wyczytać było można, że zupełnie mu się to wszystko nie podoba, a jego myśli kołują wokół jednego zdania: „Stworzenie jak z rozkładówki «Hustlera» wkracza właśnie w moje życie i chce rozmawiać z Gilem, a nie ze mną?!” - Rozmawiałaś o tym z kimś? - spytał w końcu Gil. - Nie wiem, o co ci chodzi. - Rozmawiałaś z Susan Sczaniecką? Albo z tym starszym gościem, który mieszka przy plaży? - Kimże jest Susan Sczaniecką, gdy ona jest tutaj? - chciał wiedzieć Bradley. Paulette nie odpowiedziała na pytanie Gila, odzywając się najniewinniejszym z głosów: - Znalazłeś na plaży parę ciekawych rzeczy, co? - Raz znalazłem skrzynkę Johnny Walkera. Tata kazał mi ją oddać Straży Przybrzeżnej. Sądzę, że go wypili. Jestem pewny jak cholera, że wypili. - A potem oczywiście znalazłeś to, co znalazłeś dzisiaj. Usta Paulette uśmiechały się, ale w jej oczach była powaga. - Rozmawiałaś z porucznikiem Ortegą - domyślił się Gil. - Gil - czarowała go Paulette - chcę tylko napisać artykuł. Nie musisz być w nim wymieniany z nazwiska. Wystarczy mi, żebyś opisał to, co ci się zdarzyło i jak to odebrałeś. Nie ulegało wątpliwości, że urok Paulette był prawie nie do odparcia. Gil zwróciłby na nią uwagę natychmiast, nawet gdyby spotkał ją w tłumie innych dziewczyn. Był to właśnie ten typ dziewczyny, który działał na niego najbardziej. Brunetka z długimi włosami, oczami

w cieniu naprawdę długich rzęs i figurą, którą trzeba było ujrzeć, by uwierzyć w jej istnienie. Stała teraz jeszcze bliżej Gila, tak że jej piersi dotykały niemal jego przedramienia i mógł spojrzeć wprost w zielone tęczówki jej oczu. Przesunęła koniuszkiem języka po dolnej wardze. Gil czuł, że topnieje od wewnątrz, rozgrzewany z wolna do białości. Paulette onieśmielała go i drażniła swą rozległą wiedzą o jego osobie. Trochę go nawet wystraszyła. Wiedział jednak, że cokolwiek mu zaproponuje, nie będzie umiał odmówić. Prawdopodobnie nigdy już więcej nie zajdzie do tego MiniMarketu taka dziewczyna, choćby nawet czekał kwintyliony lat, więc byłby ostatnim szczeniakiem, gdyby ją odprawił. Co u licha ona mogła wiedzieć? Czego u diabła mogła chcieć? W gardle mu zaschło, szorty zrobiły się niewygodnie ciasne. Była tak cholernie miła, a przy tym tak sexy i tak piękna... a skoro zachodziła do antykwariatów i kupowała książki takie jak „Day Sortie Ledgey”, to również i inteligentna. - Co właściwie mam zrobić? - spytał ostrożnie Gil. - Odpowiedzieć na parę pytań, i tyle - powiedziała Paulette. - Nie ma w tym nic złego. - Pytań o... o to, co znalazłem na plaży? - Uhm. - Naprawdę chcesz to wiedzieć? Błysk w jej oczach ostrzegł go, by nie pytać już więcej, w każdym razie nie przy Bradleyu. - To nie jest miejsce. Może spotkamy się wieczorem? Moglibyśmy porozmawiać przy kolacji. - Jeśli masz ochotę, to jasne. Oczywiście. - Starał się, by zabrzmiało to bezceremonialnie. - To dobrze - powiedziała Paulette. - Znajdziesz mnie o siódmej w „Bully's North”. Znasz „Bully's North”? - No, znam. Ale nie stać mnie, żeby zafundować ci tam kolację. - Okay - uśmiechnęła się. - Gazeta płaci. Wliczone w koszty. W tej samej chwili do sklepu wszedł Phil Miller. Skinął głową Paulette i zwrócił się do Gila. - Nie zamierzasz mnie przedstawić? - Przepraszam, tato. To jest Paulette Springer z „San Diego”. Chce napisać artykuł o różnych rzeczach, które ludzie znajdują na plaży. Paulette, to mój tata.

Uścisnęli sobie dłonie. - Miło mi pana poznać, panie Miller - powiedziała Paulette. - Jak sprawa z ubezpieczeniami? - Sądzę, że dostaniemy w końcu jakieś pieniądze - odparł Phil. - Przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe twierdziło, że spadek napięcia nie jest równoznaczny z wyłączeniem prądu i ubezpieczenie nie obejmuje przez to chłodni. Nasi pracownicy zdają się jednak nie tracić nadziei. Zamilkł nagle, spoglądając na nią badawczo. - Skąd pani o tym wie? Uśmiechnęła się, trochę jak ktoś po prostu dobrze poinformowany, a trochę prowokująco. - Wie pan, ludzie gadają... - mruknęła, przymykając oczy. - Ludzie gadają? O zepsutych pizzach wartości trzystu dolarów? Paulette nie powiedziała już nic więcej, ścisnęła tylko Gilowi rękę, mówiąc: - Zobaczymy się później. Bądź punktualny. „Bully's North”, o siódmej. - Będę - obiecał Gil. Wszyscy trzej przyglądali się, jak wychodzi ze sklepu, szczególną uwagę zwracając na jej sposób poruszania się w ciasnych szortach. - Widzieliście? Nie miała majtek. Ani śladu majtek pod szortami - wyszeptał z nabożeństwem Bradley. Wpatrywał się rozszerzonymi oczami w Gila, zaciskając pięści. Boże! Nic, tylko przygrzać sobie cegłą w łeb. - To mogłoby ci nawet dobrze zrobić - zgodził się Phil. Gil stał nieruchomo za kasą, zapatrzony w otwarte drzwi Mini-Marketu, jakby nie mógł uwierzyć, że Paulette nie była zjawą. - Będziesz się z nią widział wieczorem? - spytał Phil. Gil przytaknął. - Stawia mi kolację. Phil położył dłoń na ramieniu syna. - Wiesz co? Wygląda na to, że czasem udaje ci się spaść na cztery łapy. - Spojrzał za siebie, lecz matka Gila była nadal w magazynie. - Zadbaj tylko o niezbędne środki ostrożności. Możliwe, że ona jest wspaniałą, młodą damą, lecz nie znam jej jeszcze wystarczająco, by powierzyć jej sprawę mojego pierwszego wnuka. Bradley zsunął czapkę golfową na tył głowy. - Środki ostrożności! Miejcie litość nade mną! Nic, tylko przygrzać sobie w łeb dwoma cegłami!

Phil roześmiał się i żartobliwie rąbnął Bradleya pięścią w żołądek. Ten zakaszlał i prysnął śliną, udając, że zaraz wyzionie ducha. - Słuchaj - oznajmił Phil. - Zrobię ci uprzejmość. Możesz mieć tego „Hustlera” z pięćdziesięcioprocentową zniżką. - Gdy on bierze sobie Miss Supęr-Podsięwzięcia 1986? Pan żartuje! Gil pracował w dziale spożywczym aż do lunchu. Potem przygotował sobie solonej wołowiny z cebulą i wybrał się do doliny San Pasqual. W pobliżu Parku Dzikich Zwierząt w San Diego mieszkał jego przyjaciel, Santos Raniona. Santos rozpoczął niedawno naukę w tym samym college'u ekonomicznym co Gil, został jednak zmuszony do porzucenia edukacji po dwóch semestrach; jego ojciec znalazł się w szpitalu z rozedmą i Santos musiał podjąć pracę w winnicach San Pasqual, by wesprzeć rodzinę. Bradley był zabawny, Santos natomiast był człowiekiem, z którym dobrze było się spotkać, gdy miało się nastrój poważny lub refleksyjny. Próbował pejotlu i yage'u, średnio rozpowszechnionych narkotyków stosowanych przez Indian Jivaro. Twierdził, że jest w stanie widzieć przyszłość. Gil zjadł lunch, prowadząc wóz jedną ręką po krętej drodze z Solana Beach do Rancho Santa Fe. Za cichą, odosobnioną osadą Rancho Santa Fe, z jej pobielonymi domami i czystymi ulicami, droga wiła się przez bardziej pagórkowaty teren, omijając wzdłuż brzegów jezioro Hodges i prowadząc dalej do San Pasqual. Dolina San Pasqual, gorąca i osłonięta przed wiatrem, ze stokami pokrytymi suchą, spieczoną glebą, nadawała się idealnie do uprawy winogron. Winorośle stały jeden obok drugiego na zboczach pagórków, ich zielone liście trzepotały w popołudniowych podmuchach jak łachmaniaste koszule. Dom Santosa Ramony znajdował się tuż obok drogi, w zagłębieniu stromo wznoszącego się zbocza. Był tak zapadły w grunt, że jego pokryty gliną dach niemal dotykał ziemi. Gil skierował swego mustanga na pyliste zbocze, zjeżdżając na podwórko przed domem Santosa. Spod kół wozu wyprysnęło pięć czy sześć kurczaków. Samego Santosa dostrzegł na tyłach domu, z kluczem do nakrętek w jednej i puszką meksykańskiego piwa w drugiej ręce. Bez przesadnego optymizmu przypatrywał się rozklekotanemu traktorowi typu John Deere, od czasu do czasu ocierając przedramieniem pot z czoła. Gil zatrzymał mustanga. Chmura piaskowego pyłu odpłynęła między ocieniającymi posesję drzewami eukaliptusowymi. Gil wyskoczył, podszedł do Santosa i również patrzył na traktor. - Co się stało? - spytał. - Jadłeś cebulę - zauważył Santos.

- To co? Co się stało z traktorem? - Nie chodzi. - Wiesz, co się zepsuło? Santos przełknął łyk piwa i splunął w kurz. - Gdybym wiedział, to bym naprawił. - Może układ paliwowy? - Może co układ paliwowy? - No, może się zatkał. To się zdarza w traktorach, które pracują w miejscach, gdzie jest dużo pyłu. Santos spoglądał jeszcze przez chwilę na traktor, potem pozwolił kluczowi upaść z brzękiem na ziemię. - Chodź do środka - powiedział. - Masz ochotę na piwo? Gdzie byłeś przez te dwa miesiące, odkąd ostatnio cię widziałem? Weszli do domu. Panował tu cień, lecz nie było wcale chłodniej. W wyłożonej niebieskimi i żółtymi kafelkami kuchni matka Santosa przygotowywała empenadas, od czasu do czasu odganiając muchy frędzlami swego czarnego, wyszywanego szala. - Jak się pani miewa, pani Ramona? - pozdrowił ją Gil. - Ufff, lepiej mnie nie pytaj. - Miała szczupłą, pomarszczoną twarz, a oczy tak ciemne i lśniące, że wyglądała, jakby jej oczodoły zasiedliły dwa żuki. - Mój mąż wciąż choruje, jak wiesz, a winorośl rodzi coraz gorzej. Kto wie, co jeszcze może się zdarzyć? Santos podszedł do lodówki i wyciągnął dwa piwa. Rzucił jedno przez pokój, Gil złapał je lewą ręką. - Chodź dalej - rzekł Santos, prowadząc go do swej sypialni. Zatrzasnął za nimi drzwi i zupełnie nagle Gil poczuł, jak opanowuje go spokój i cisza, a cały świat staje się bardzo odległy. Trudno było po wyglądzie podejrzewać Santosa, że to on właśnie urządził ten pokój. Był to chłopak niski i gruby, któremu zawsze koszula wyłaziła z dżinsów. Jego twarz, płaska jak naleśnik i pozbawiona wyrazu, przypominała Gilowi maskę Majów. Czarne włosy uczesane były z przodu w typową dla roku 1950 grzywę, z tyłu przechodząc w coś jakby kaczy kuper. Gdy mówił, zaznaczał każdy przecinek splunięciem. Natomiast jego pokój wyglądał jak klasztorna cela. Był wymalowany na biało i chłodny. Łóżko, zasłane gładko jednobarwnym, jasnoniebieskim okryciem, szafa z jasnego dębu z mosiężnymi zawiasami i półka z pół tuzinem książek, wyłącznie po hiszpańsku i wyłącznie o mistycyzmie. Na ścianie między dwoma zasłoniętymi oknami wisiał olbrzymi,

pozłacany i polakierowany krucyfiks, wysadzany rubinowymi kawałkami szkła i odłamkami lustra. Wiszący na nim Chrystus przypominał pomalowaną na różowo lalkę, a wyraz cierpienia na Jego twarzy wydawał się niemal absurdalny. - No i jakież to zmartwienie przywiodło cię do mnie? - spytał Santos, zdzierając przepocone buty i siadając ze skrzyżowanymi nogami na łóżku. Pociągnął za kółko wieńczące puszkę i przyssał się do otworu, zanim piwo zdążyło wykipieć. - Czym by się tu niepokoić? Może po prostu mam ochotę na pogaduchę z moim starym kumplem Santosem? - Za każdym razem, gdy tu przychodzisz, coraz bardziej upodabniasz się słownictwem do kowboja z kiepskiego filmu. O co chodzi? Zapomniałeś już o tym czasie, który spędziliśmy razem, butelki wina, które wypiliśmy, i wszystkie te rzeczy, o których rozmawialiśmy? Gil zaprzeczył ruchem głowy. Nie otworzył jeszcze swojego piwa. Przyciskał lodowato zimną puszkę do piersi. - Właśnie przez te rzeczy, o których rozmawialiśmy, dzisiaj przyszedłem. - Konkretnie, przez które? - Magia. Wiesz, ludzie, którzy uprawiają magię. Szamani, uzdrowiciele i tym podobni. Ludzie, którzy potrafią uczynić się niewidzialnymi i tacy, którzy wiedzą wszystko o tobie, chociaż nigdy przedtem cię nie spotkali. - Czyżby? - Santos wyglądał, jakby nie zrobiło to na nim wrażenia, lecz Gil potrafił zauważyć jego zainteresowanie. Powiedział po prostu: - Dziś rano biegałem po plaży. Znalazłem zwłoki. No, ja, taka dziewczyna i gość o wyglądzie profesora, znaleźliśmy je razem. To była dziewczyna, naga dziewczyna, leżała na piasku, daleko od wody. Ważąc słowa, trochę upiększając historię, opowiedział Santosowi wszystko o zwłokach dziewczyny, o węgorzach i o tym, co spotkało policjanta. Potem opowiedział o Paulette Springer, szczególnie zaznaczając to, że zdawała się wszystko o nim wiedzieć. - I wiesz co? - zakończył. - Myślałem o tym jadąc tutaj. Ona jest dokładnie w moim typie. Możesz w to uwierzyć? Im więcej o niej myślę, tym wyraźniej to widzę. To dziewczyna z moich marzeń, urzeczywistnienie moich fantazji. Kocham jej twarz, kocham jej ciało i to, jak się ubiera. Kocham jej sposób mówienia i sposób, w jaki się śmieje. Jezu, gdyby okazało się, że ta dziewczyna naprawdę mnie polubiła, ożeniłbym się z nią jutro, nawet dziś wieczorem.

Santos słuchał uważnie. Potem sięgnął do kieszeni i wydobył klucz. Otworzył szafkę i z jednej z półek na samej górze wyciągnął pudełko z polakierowanej w szkocką kratę blachy. Kiedyś zawierało ono autentyczne szkockie falbanki. Santos otworzył je i przejrzał zawartość. Około pół uncji marihuany, paczka bibułek i trochę machorki. - Powinniśmy zapalić - stwierdził. - Wtedy dojdziemy może, o co tu chodzi. - Nie jestem pewien, czy mam na to ochotę. - Inaczej nie będę ci w stanie pomóc - Santos traktował sprawę trzeźwo. Gil spojrzał na krucyfiks. - Okay. Nie mam jednak zamiaru paść potem jak kłoda. Chcę wrócić i spotkać się wieczorem z tą dziewczyną. - Wrócisz - zapewnił go Santos. Gil przyglądał się w milczeniu, jak Santos zwija skręta, potem zamyka pudełko i sięga do kieszeni koszuli po zapałki. Zapalił bez pośpiechu i wydmuchnął dym na pokój. - Dobra trawka. Mam ją od Benesa. Pamiętasz Benesa, tego, który czasem zaglądał do college'u? - Jasne! - Gil odczekał, aż Santos zaciągnie się głęboko i ostro marihuaną. Wreszcie dodał: - Musi ci bardzo brakować college'u. Santos wzruszył ramionami, przepuszczając między wargami nieco dymu. - To najmniejsze z moich zmartwień. Spójrz, co mam tutaj. Traktor, który nie chce chodzić, matkę, która wiecznie narzeka, winnice, upał, kurz i te cholerne kurczaki. Podał skręta. Gil zawahał się, w końcu przyjął go, wciągając wonny dym głęboko w płuca. Zaniknął oczy, czekając. Po chwili pozwoliłby dym wolno z niego uleciał. Zaciągnął się raz jeszcze i oddał skręta Santosowi. W miarę jak palili, zdawało się Gilowi, że pokój otwiera się, rozciąga coraz dalej. Nie zorientował się nawet, kiedy mała, ceglana komórka upodobniła się do obszernej katedry, pustej i pełnej ech. Widział Santosa, lecz zdawał się on być bardzo daleko, dziwnie mały, zupełnie jak na wpół rozwinięty embrion w kraciastej koszuli i z kogutem na głowie. Santos odezwał się powoli i głośno: - Musisz powtórzyć mi, co ona ci powiedziała... dokładnie to, co powiedziała. Gil spróbował pomyśleć o Paulette. Przez chwilę nie był w stanie złożyć w myślach żadnego jej obrazu, zmusił się jednak, by przypomnieć sobie dokładnie pierwszy moment, kiedy ujrzał ją stojącą pod słońce, które zalewało promieniami ulicę przed drzwiami MiniMarketu. Niewyraźnym głosem odezwał się do Santosa: - Powiedziała... Gil Miller. Wymówiła moje imię.

- Co powiedziała potem? - Powiedziała... przepraszam, że cię zaskakuję... powiedziała: wypiłam filiżankę kawy i kupiłam książkę... Podała mi tytuł książki. Sądziła chyba, że powinienem wiedzieć, co on znaczy, tak jakby była to sekretna wiadomość lub coś takiego. - Jaki był tytuł tej książki? - spytał Santos. Jego głos brzmiał metalicznie, jakby dochodził z wielkiej odległości. - To było w obcym języku. Nie zrozumiałem tego. Nie pamiętam teraz. Dzień... czegoś. - Przypomnij sobie. To może być istotne - nalegał Santos. Gil zamknął oczy, próbując odtworzyć tytuł książki. Dzień czegoś. Dzień czegoś. Dzień po dniu. Dzień po nocy. Dzień tryfidów. Usłyszał głos, odmienny od głosu Santosa i otworzył oczy. Zdumiało go, że podłoga pokoju stała się jaskrawo-niebieska, z zawirowaniami białych smug, które wyglądały jak chmury tworzące się wysoko na niebie. W jednej chwili siedział nieruchomo, w następnej poruszał się ponad podłogą z szybkością sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu mil na godzinę, chmury zaś przemykały pod nim. Głos powtarzał: Nie pamiętasz niczego. Nie pamiętasz niczego... Tempo jego podróży wzmogło się, chociaż przez cały czas siedział ze skrzyżowanymi nogami. Szybkość doszła do maksimum. Nagle przeciwległa ściana pokoju Santosa nadpłynęła ku niemu, z szybkością rakiety, uderzając go prosto w twarz. Świadom był spadania, chylenia się na bok. Gdy rozejrzał się wkoło, spostrzegł, że leży na kafelkach i wszystko dokoła spryskane jest jego krwią. Santos klęczał obok, spoglądając na niego z lękiem. - Hej, nie umarłeś? - Wyglądało, że haj już mu przeszedł. Gil dotknął swego nosa i czoła. Palce zabarwiły się krwią, w głowie mu łomotało. - Co się stało? - wychrypiał. - Co się stało? Sam chciałbym wiedzieć. Siedzieliśmy, rozmawiając, i nagle, w jednej sekundzie rzuciłeś się jak jakiś pieprzony wahadłowiec na orbitę i rąbnąłeś twarzą w ścianę. - Słyszałeś cokolwiek? - spytał Gil, chwytając skraj łóżka i siadając. - Czy coś słyszałem? Co na przykład? - Coś jak głos, obcy głos. Nie twój ani mój. - Tego akurat nie słyszałem. Ale to, co udało mi się wychwycić, wystarczy. - Chcesz powiedzieć, że coś mówiłem? - Jasne, podałeś tytuł książki. - No cóż. Dzień czegoś, tyle pamiętam.

- Nie, nie, podałeś tytuł. I uwierz mi, że nie potrzebuję słyszeć już niczego więcej. To „De Sortilegio”. - Tak, to było to! „De Sortilegio”. To była ta książka, którą kupiła. Santos pokiwał głową. - Nie da rady kupić „De Sortilegio” w żadnym antykwariacie w Solana Beach. Miałeś rację, to była wiadomość. Szkoda tylko, że okazałeś się zbyt tępy, by ją zrozumieć. - No, a co to takiego to „De Sortilegio”? Brzmi jak tytuł włoskiej książki kucharskiej. - „De Sortilegio” została napisana przez gościa zwanego Paul Grilland w tysiąc pięćset którymś. To istotna książka dla kogoś, kto siedzi w mistycyzmie, magii i tym podobnych rzeczach. Nie znajdziesz jej w żadnym antykwariacie. To niemożliwe, Jose. Jest rzadka, a w dodatku jest po łacinie. Nigdy jej nie przetłumaczono, gdyż uważa się ją za nieczystą. - Co chcesz przez to powiedzieć? Że Paulette prawiła mi po łacinie sprośności? - Idiota. „De Sortilegio” uznano za książkę nieczystą dlatego, że wyjaśnia, w jaki sposób diabeł, który stał się niematerialny, może mieć kontakty seksualne ze śmiertelnymi kobietami. Inaczej mówiąc, wyjaśnia, jak wykorzystuje on żywą ektoplazmę, by stworzyć sobie zdolnego do użytku kutasa. Sponiewierany i obolały Gil wciąż był na małym haju. Zachowywał powagę najdłużej, jak mógł, w końcu jednak wybuchnął śmiechem i przetoczył się po łóżku, chichocząc tak, że ledwo mógł złapać oddech. - O Boże, Santos, ale mnie zrobiłeś! Och, Boże, nie mogę! Zdatny do użytku kutas! O Boże, to najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem! Santos jednak nawet się nie uśmiechnął, podczas gdy Gil tarzał się po łóżku, uderzając o nie pięściami. Czekał, wpatrując się w wiszący na ścianie krucyfiks. Zamknął na chwilę oczy, modląc się, a potem żegnając dwukrotnie. Gil przestał nagle się śmiać, wpatrzony w niego, z czołem poznaczonym jaskrawokarmazynowymi szramami i górną wargą ze strupami zaschniętej krwi z nosa. - Co robisz? - spytał głuchym głosem. - Modlę się o ochronę. Gil odwrócił się i spojrzał na krucyfiks, potem znów na Santosa. - Ochronę przed czym? - spytał. - No dalej, powiedz mi: przed czym?!

4
Gdy porucznik Ortega zadzwonił do drzwi, Henry spał na tapczanie. W pierwszej chwili wziął nieustanne brzęczenie dzwonka za odgłos wielkiego komara, machnął nawet parokrotnie ręką, by go odgonić. Potem otworzył oczy i ujrzał zalewający pokój blask słońca oraz opróżnioną do połowy butelkę wódki na stole, tuż obok książki Andrei o węgorzach. W ten sposób został przywołany z powrotem do rzeczywistości, niczym człowiek przybywający do hallu taniego hotelu ze źle konserwowaną windą. Otworzył drzwi. Na betonowym przedprożu stał porucznik Ortega, z założonymi do tyłu rękami, schludny i elegancki, w cynamonowym krawacie. Przyglądał się uważnie termometrowi Henry'ego. - Już osiemdziesiąt dwa uśmiechnął się. - Wygląda na to, że mamy upalne popołudnie. Henry przetarł twarz dłonią, próbując odtworzyć jej rysy. Im był starszy i im więcej pił, tym dalej jego twarz zdawała się rozciągać w przestrzeni i tym mniej zdyscyplinowane były jej części składowe. Czoło zdawało się teraz być jak zaorane pole, które można by przemierzać godzinami. Policzki zwisały niczym kurtyny teatralne. Worki pod oczami zamieniły się w hamaki, w których kołysały się tłuste i leniwe wieloryby. - Może pan, hmm - zachrypiał, wskazując gdzieś za siebie - wejdzie lepiej do środka. Porucznik Ortega wyminął go i wszedł do salonu. Jego marynarka mogła być tak tania, na jaką wyglądała, lecz wodą po goleniu, której używał, była bez wątpienia „Giorgio” z Beverly Hills. Stał przez chwilę pośrodku dywanu, starannie obciągając rękawy i rozglądając się wokoło. Henry zamknął drzwi. Było jasne, że porucznik Ortega z miejsca dostrzegł i butelkę wódki, i książkę o węgorzach. - To, co zdarzyło się rano na plaży, było dość wyczerpujące - rzekł Ortega, ze słabym, lecz dostrzegalnym latynoskim akcentem. - Nie tylko wyczerpujące. To było nienaturalne - powiedział Henry. Przeszedł przez pokój, wpychając koszulę w spodnie i zabierając butelkę. Dokręcił ją i schował do barku. - Potem porozmawiam jeszcze z dwojgiem tych młodych ludzi. Pomyślałem jednak, że dobrze będzie najpierw przedyskutować sprawę z panem. Jest pan ostatecznie człowiekiem nauki, prawda? Henry wzruszył ramionami. - Nauczania, tak. Teoretycznie powinienem mieć rozległą wiedzę. Porucznik pochylił się nad książką o węgorzach. Henry czytał o ich zwyczajach

pokarmowych. Obserwował przez chwilę Ortegę, w końcu sam się odezwał: - Wygląda na to, że nie ma żadnego zanotowanego przypadku, by węgorze atakowały ludzi en masse, tak jak uczyniły to te tutaj. - Tak, jest w tym coś tajemniczego - zaznaczył porucznik Ortega. - Plaża jest ciągle otoczona i nie usuwamy kordonu. Prosiliśmy już ludzi z Instytutu Scrippsa, by przyszli i obejrzeli resztki tego węgorza. Może wtedy będziemy wiedzieli, co z nimi zrobić. - To może być poważny problem. Węgorze zabójcy, tuż przed sezonem? Porucznik Ortega uśmiechnął się z rezerwą. - Nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z sytuacją ze „Szczęk”, profesorze Watkins. To zapewne odosobniona tragedia. Jakieś głębinowe stworzenia, które prąd przyniósł blisko brzegu. Mieliśmy ostatnio kilka nietypowych przypływów. Sam pan wie, jaka była pogoda. - A co sądzi o tym wasz lekarz? - spytał Henry. - Wyglądał na dość zawziętego gościa, mającego swoje poglądy. - Ach, John Belli. Proszę nie zwracać na niego uwagi. Gdybyśmy mu pozwolili, to sam przeprowadziłby całe śledztwo. Zbyt często ogląda „Quincy” w telewizji. Tak, jest dobry, to muszę przyznać, czasem jednak nie jest w stanie objąć umysłem całości obrazu. To, w jaki sposób i kiedy ktoś umarł, nie jest zwykle nawet w połowie tak istotne, jak - dlaczego. - Czego się pan po mnie spodziewa? - spytał Henry. - Chce pan kawy? - dodał po chwili. - Tak, chętnie - przytaknął porucznik. - Czarna, jeśli można. Henry pomaszerował do kuchni. Stanowiła ona jeden wielki bajzel - umyte, ale nieodłożone na półkę naczynia, filiżanki, szklanki, pudełka z kaszą, rozłożone kawałki gazet. Przepłukał dzbanek do kawy, napełnił go i rozpakował nowy papierowy filtr. - Mocca. Lubi pan taką, poruczniku? - Myślę, że może się pan do mnie zwracać po imieniu - Salvador. Nie przywiązuję większej wagi do formalności. - Salvador. Dobra. Ja mam na imię Henry. Zresztą, już wiesz. Uścisnęli sobie dłonie. Henry rozejrzał się po kuchni. - Przepraszam za ten... no cóż, pracowałem przez całą noc. Miejsce, w którym pracuję, nie wygląda zwykle zbyt porządnie. - A zatem rano myślałeś jeszcze o węgorzach? - spytał Salvador. - Tak, myślałem o tych węgorzach. - I co wymyśliłeś? Jeśli oczywiście możesz mi to powiedzieć? - No więc - Henry zmarszczył brwi - uderzyło mnie to, że te stworzenia były

nienaturalnie agresywne. Chcę powiedzieć, że chociaż węgorz, który zaatakował twojego funkcjonariusza, próbował jedynie się bronić, była to szczególnie zajadła obrona. Dziwne też było, że po odcięciu łba mięśnie szczęk nie zwiotczały, jak powinno być normalnie, przeciwnie, jeszcze bardziej się napięły. Mamy tu do czynienia ze zwierzęciem, które atakuje i nie przerywa ataku nawet wtedy, gdy jest śmiertelnie ranne. Nie zdarza się to zbyt często w naturze. To rodzaj, hmm, okrucieństwa. - Mów dalej - Salvador wpatrywał się w niego wytrwale ciemnobrązowymi oczyma. - Jeśli próbuje się wyjaśnić, co właściwie spotkało tę dziewczynę na plaży - podjął Henry - to dochodzi się nieodmiennie do tego samego wniosku: ślepa, zajadła agresja. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Ona nie mogła przebywać w wodzie przez całą noc, prawda? Nie była obrzmiała ani nic takiego. Nie jestem w żadnym przypadku ekspertem, lecz pamiętam ciało rybaka, które wyłowiono dwa czy trzy lata temu w zatoce San Diego. Było wzdęte jak balon. Może wasz lekarz udowodni, że się mylę, ale nie sądzę, by ta kobieta pływała dłużej niż parę godzin. - Zgadza się. Pierwszym stwierdzeniem Belliego było, że nie znajdowała się w wodzie dłużej niż dwie lub trzy godziny, może mniej. - Świetnie, zatem potwierdza to moją teorię. W tej książce piszą o węgorzach, że zdarza im się obgryzać zatopione zwłoki, które zaplątały się w dennych wodorostach i dobrze już rozłożyły. Ale, poza sporadycznymi atakami węgorzy elektrycznych, nadzwyczaj rzadko porywają się na ludzi pływających w wodzie czy nawet na ciała unoszące się na powierzchni. To, co węgorze zrobiły z tą dziewczyną, wykracza całkowicie poza normalne sposoby odżywiania się morskich ryb kostnoszkieletowych. Zaatakowały ją albo jeszcze żywą, albo zaraz po utonięciu, kiedy unosiła się w wodzie. Trudno przyjąć, że najpierw opadła na krótki czas na dno, gdzie wgryzły się w nią węgorze, by potem wyskoczyć na górę i dać się wyrzucić na brzeg. Ostatki wody przesączały się przez filtr dzbanka. Henry odszukał dwa czyste kubki z błękitnego fajansu i napełnił je po brzegi. Potem przeprowadził gościa z powrotem do salonu i usiadł na kanapie. Salvador ulokował się naprzeciwko niego, ujmując kubek w obie dłonie. - Muszę przyznać, że osobiście podpisuję się pod tezą, iż nie została wyrzucona na brzeg, tylko ktoś ją tam zaciągnął. Pamiętasz, co powiedział Belli - jej ciało leżało dalej niż reszta tego, co wyrzuciły fale. Henry zastanowił się nad tym. - Nie było śladów stóp. Chociaż, może? Gdyby ktoś zaciągnął ją poza linię przypływu, byłyby ślady. A piasek był zupełnie gładki.

- Owszem - zgodził się Salvador. - Ale podczas kulminacji przypływ sięga wystarczająco daleko, by jakiekolwiek ślady stóp zostały zmyte. Osobiście wierzę, że została zaciągnięta, czy były ślady stóp, czy ich nie było. Sądzę, że nawet gdyby woda doszła tak daleko w głąb plaży, byłaby zbyt płytka, by wynieść ciało. Henry pociągnął łyk kawy, potem wstał i podszedł do barku, ponownie wyjmując butelkę z wódką. Dolał sobie sporą porcję do kubka, nie proponując jej wcale Salvadorowi. Ten milczał. Przywykł do pijących, tak wśród cywilów, jak i wśród policjantów. Kimże był, żeby krytykować tych, którzy nie byli w stanie przebrnąć przez dzień inaczej, jak na wpół oszołomieni? - I co z tego wynika? Naga dziewczyna, z brzuchem wyjedzonym przez węgorze, leżąca w miejscu, gdzie ktoś musiał ją zaciągnąć? - Właśnie tak - powiedział Salvador. - I milion pytań, choćby to, kto ją tam zaciągnął, i czy w ogóle ktoś taki był. Jej morderca, jeżeli została zamordowana, czy prawdopodobny ratownik, który stwierdził, że nie jest w stanie już nic zrobić, i zostawił ją tam, gdzie leżała? Albo to, czy została zabita, czy pozbawiona przytomności uderzeniem lub narkotykami, zanim weszła do wody. Na to akurat Belli będzie w stanie odpowiedzieć. Dalej, czy węgorze zaatakowały ją przed śmiercią, czy po niej? Czy to one były odpowiedzialne za jej śmierć, czy też napadły na martwe już ciało? Poza tym, wciąż nie wiemy, kim była i skąd, nie mamy też żadnego zgłoszenia o jej zaginięciu. Henry milczał przez dłuższy czas. Trzema łykami dokończył wciąż jeszcze gorącą kawę. - Najlepsze lekarstwo na kaca, jakie znam - wyjaśnił w końcu. - Może nie powinienem zawracać ci głowy tą sprawą - powiedział Salvador. - Może lepiej będzie, gdy sobie pójdę. - Nie jestem w stanie na nic tutaj odpowiedzieć. Zadaję sobie tylko takie same, jak ty, pytania. - Przerwał na chwilę. - Co zrobisz, jeśli nie uda się już dojść do niczego więcej? - W każdym przypadku zabójstwa tkwi jakiś haczyk, który można wykorzystać przeciwko mordercy. Trzeba go tylko odnaleźć. Wymacać, a gdy się już na niego trafi, rozpoznać. Henry przytaknął. Potem odwrócił się, zapatrzył przez okno na plażę i pomrukujący nieprzerwanie ocean. - Muszę iść - Salvador podniósł Się. - Interesująco mi się z tobą rozmawiało. Spodziewałem się, że jako człowiek wykształcony zaprzęgniesz swój umysł do przemyślenia tego wypadku. Byłoby mile widziane, gdybyś zajął się głębszym przemyśleniem szczegółów

tej tragedii i zadzwonił do mnie, jeślibyś do czegoś doszedł. Zawsze co dwie głowy to nie jedna i dotyczy to rozwiązywania każdego problemu. - Obawiam się, że jestem raczej filozofem niż detektywem. - Ta tragedia może mieć coś wspólnego z filozofią - odpowiedział Salvador. - Mają z nią mniej lub więcej wspólnego wszystkie tragedie spowodowane przez ludzi. Przynajmniej te, z którymi ja mam do czynienia. - Jakiż to detektyw tak przemawia? - zdziwił się Henry. Salvador zapiął marynarkę i uśmiechnął się. - Przemawia tak detektyw, który jest dość zmęczony, by nie tropić jedynie skutków, lecz poszukać przyczyn. - Cóż. Nie jestem pewien, czy istnieją jakiekolwiek przyczyny. Kierkegaard mówi, że są dwa sposoby życia: jeden to cierpieć samemu, drugi to wyciągać wnioski z cudzych cierpień. Zaufaj mi i wybierz tę drugą drogę. Salvador Ortega wyszedł. Henry stał przy oknie i rozsunąwszy żaluzje obserwował, jak odjeżdża swym jaskrawozielonym sportowym datsunem. Nie potrafiłby powiedzieć, czemu ten meksykański detektyw posiał w nim ziarno niepokoju, i to głęboko. Może dlatego, że nie był w stanie zrobić tego, czego Henry oczekiwał po policji - znaleźć racjonalnego wyjaśnienia każdego nieracjonalnego zdarzenia, z głupim wręcz uporem trzymając się faktów. Henry pragnął usłyszeć, że wszystko to jest normalne. Przemoc, tak. Przerażenie, tak. Ale normalne. Mimo tego, co Salvador powiedział o haczyku zawartym w każdym zabójstwie, Henry wiedział, że szansę na znalezienie takiego haczyka w tej sprawie były minimalne. Zbyt była dziwna, zbyt mało było śladów, poszlak. No i były w niej węgorze. Wrócił do książki. Nalał sobie dużą szklankę i raz jeszcze przekartkował dzieło. Strona za stroną, wpatrzone w niego, lśniące węgorze. Potem przeszedł machinalnie do opisu śluzie, jednej z morskich ryb z rodziny Myxinidae, rzędu Cyclostomata, klasy Agnatha. „Śluzica wygląda jak węgorz - czytał - bez bocznych płetw i z niewielką płetwą ogonową. W odróżnieniu jednak od węgorzy atakuje inne ryby, takie jak łupacz czy dorsz, i wpija się w nie, wyrywając nabitym zębami językiem ich ciało. Po takim ataku z ofiary zostaje tylko szkielet. Gdy nie poszukuje pożywienia, zagrzebuje się w mule dna oceanu”. Przeczytał ten akapit dwukrotnie. Potem wlał w siebie jeszcze trochę wódki, sięgnął po telefon i wystukał numer Instytutu Scrippsa. - Z doktor Andreą Caulfield - poprosił.

- Mogę wiedzieć, kto dzwoni? - Jacques Cousteau. - Czy może pan chwilę poczekać, panie Cousteau? Po długim oczekiwaniu miejsce pobytu Andrei zostało wreszcie ustalone i w słuchawce rozległ się jej szorstki, podobny do męskiego głos: - Tak, Henry, czego chcesz tym razem? - Jak się masz, Andrea? - Nie pytaj, Henry. Tak naprawdę to wcale nie chcesz wiedzieć, a ja nie mam najmniejszej ochoty ci tego mówić. Czego chcesz? - To dotyczy ryb, Andrea - wyjaśnił Henry, starając się, by w jego głosie brzmiał zarówno podziw, jak i rozpaczliwe pragnienie uzyskania porady eksperta. - Jakiego gatunku? - spytała Andrea. - Jedyną rybą, jaka cię kiedykolwiek interesowała, była pieczona flądra. - Nie, nie, Andrea. To co innego. To węgorze. - Węgorze? - powtórzyła nieufnie. - Właśnie. Dziś rano natknąłem się na plaży na węgorza. Musiał zostać wyrzucony na brzeg przez przypływ. Chciałem go podnieść i ugryzł mnie. Obmyłem oczywiście ukąszenie środkami odkażającymi i tak dalej, ale zastanawiam się, jaka to mogła być odmiana węgorza, że tak się zachował. Chodzi mi o to, że jeśli to jest niebezpieczne, to może powinienem zawiadomić straż przybrzeżną. - Kłamiesz, Henry - stwierdziła Andrea. - O czym ty mówisz? Jedyne, co chcę wiedzieć, to co to mogła być za odmiana węgorza? - Ty, stanowa policja i prawie wszyscy dziennikarze z prasy i telewizji na dwieście mil wokoło. Posłuchaj, Henry, wiem o tej sprawie. Trzech moich kolegów jest teraz na plaży. Próbują wykopać węgorze spod piasku. Ten jeden schwytany został tu przysłany już rano, właśnie go badamy. - I? - spytał Henry, jako że nie wydawało mu się, by Andrea powiedziała już wszystko. - I absolutnie zabroniono mi rozmawiać o tym z kimkolwiek, włączając w to mojego eks-męża. - A może jednak, Andrea? Policja sama przyszła do mnie przed południem, by o tym porozmawiać. Chcą każdej pomocy, jaką mogą dostać. - Wiele jej od ciebie nie dostaną, co? Najwyżej przetrawione myśli Bertranda

Russella. Panie, miej ich w swojej opiece. - Andrea - Henry starał się ze wszystkich sił zachować cierpliwość. - Poczytałem o węgorzach w tej książce Kaisera i Cohena, którą zostawiłaś, i jest tam mowa o śluzicy. Przyszło mi do głowy, że skoro te węgorze są tak krwiożercze, to może to wcale nie są węgorze, lecz śluzice. - Tak? - spytała Andrea. - I co jeszcze? - No, to tyle. Po prostu przyszło mi do głowy, i już. - Rozumiem. W porządku, zatem dziękuję. - Ale co ty o tym sądzisz? - nalegał Henry. - Sądzę, że lepiej zrobisz wracając do tego, w czym jesteś najlepszy. To znaczy do picia i stosownych do niego rozmyślań. Śluzice, dla twojej wiadomości, mają wokół głowy cztery grupy macek, których używają, by trzymać się ofiary podczas jedzenia. Wprawdzie nie miałam jeszcze okazji sama tego zobaczyć, ale wiem, że węgorz, którego policja przywiozła nam do zbadania, nie ma takich macek. - To nie zmienia sprawy. Może jakaś mutacja? - Henry, na miłość boską! Nie masz o tym zielonego pojęcia. A teraz bądź grzecznym chłopcem, odłóż słuchawkę, nalej sobie jeszcze jednego Collinsa i pofilozofuj. - Filozofia to nie teoria, to sposób życia. - Ludwig Wittgenstein. Cytowałeś to za każdym razem, gdy skracałeś zajęcia, by pograć w golfa. - Nie gram już w golfa. - A szkoda. Zawsze byłeś w tym lepszy niż w filozofii. - Andrea - powiedział Henry. - Czy wyświadczysz mi uprzejmość? Czy zadzwonisz do mnie, gdy ty i twoi koledzy ustalicie, jakim właściwie stworzeniem jest ten węgorz, i przekażesz mi to wtedy? Wiesz, że można mi zaufać. Andrea westchnęła niecierpliwie. - Pomyślę. Sądzę, że będzie to dość w zamian za to, że pozwolisz, bym zatrzymała sobie volkswagena. - To już do tego tylko sprowadziły się nasze stosunki? - zapytał Henry. - Handel? - Wszystkie stosunki międzyludzkie mają charakter handlu wymiennego. Gdybyś wcześniej to zrozumiał, nasze małżeństwo byłoby bardziej udane. Henry miał już jej odpowiedzieć, zdołał jednak stłumić w sobie nagłą falę wrogości. Nie pasowaliśmy do siebie. To wszystko. Nie było między nami kłótni. Nigdy nie ciskaliśmy naczyniami, nigdy nie bluźniliśmy. Ona zajęła się oceanami, a ja wódką, i to wszystko.

- Andrea - spróbował jeszcze. - Może powinniśmy kiedyś zjeść razem obiad? - Jasne - odpowiedziała. - A może jednak nie powinniśmy. Odłożył słuchawkę i usiadł w swym wyściełanym skórą kapitańskim fotelu. Kołysząc się z boku na bok przywołał w pamięci obraz dziewczyny z plaży, jej rozpostartych włosów i zaciskającej się na piasku ręki. Czyjaś córka, czyjaś przyjaciółka, czyjaś kochanka. Jaki to splot wypadków doprowadził ją do Del Mar i do śmierci? I dlaczego? Sięgał właśnie po kolejnego drinka, gdy ujrzał mężczyznę stojącego przed domem, palącego fajkę, tuż obok drewnianej barierki oddzielającej ścieżkę od leżącej poniżej plaży. Coś w nim przykuło uwagę Henry'ego. Był starszawy: spod czapki jachtklubu wymykały mu się pozwijane kosmyki białych włosów, chlubił się też zapewne swoimi białymi, starannie utrzymanymi wąsami. Wyglądał na człowieka pojednanego z samym sobą. Ręce wcisnął do kieszeni średnio długiego płaszcza, pociągał fajkę i wpatrywał się w morze. Było jednak coś jeszcze. Roztaczał wokół siebie szczególną aurę, tak jakby był człowiekiem o znacznej powadze, godnym zaufania. Henry miał pewność, że jest to ktoś, na kim można polegać, chociaż za nic nie potrafiłby uzasadnić swego osądu. Po prostu wiedział. Wydawało się, że mężczyźnie nie zależy na spacerze po promenadzie. Stał przed domem Henry'ego, wciąż paląc z ukontentowaniem fajkę. Henry przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Odszukał klucze, wzuł sandały i wyszedł bocznymi drzwiami na wiejącą od morza bryzę. Mężczyzna nie ruszył się w tym czasie z miejsca, palił, trzymając ręce w kieszeniach i wpatrywał się w spienione fale. Henry podszedł do niego i nic najwłaściwszym zapewne tonem zagadnął: - Nie sądzi pan, że mamy dziś ładny dzień? Mężczyzna wyjął fajkę z ust, oblizał wargi i zlustrował go od stóp do głów. Henry'emu przyszło nagle do głowy, że może wziąć go za pedała szukającego okazji. Jeśli sam okaże się pedałem, to co zostanie mu do zrobienia? Powiedzieć: „Przepraszam, jak się dobrze zastanowić, to dzień jest paskudny” i zwiewać. Mężczyzna jednak uśmiechnął się i rzekł: - Witam, panie Watkins. Czekałem tu, aż pan wyjdzie. - Znam pana? - spytał zakłopotany Henry. - l tak, i nie. Uczęszczałem na pana wieczorowe wykłady ze współczesnej filozofii, te, które prowadził pan w Encinitas. Zapewne nie pamięta mnie pan. Nazywam się Springer. Ja natomiast pamiętam pana. W rzeczy samej, nie było prawie takiego dnia, bym o panu nie

pomyślał. - Przepraszam, mam bardzo słabą pamięć do twarzy. Springer, mówi pan? Mężczyzna wyciągnął dłoń. - Paul Springer. Może mi pan mówić Paul, jeśli to panu odpowiada. Muszę nadmienić, że byłem jednym z pańskich najgorliwszych studentów. Uścisnęli sobie dłonie. Potem Paul Springer zaproponował: - Może przejdziemy się trochę? Takie chodzenie wzdłuż plaży zawsze mnie bardzo odświeża. Ma pan czas? Moglibyśmy też trochę porozmawiać. Jestem, hmm, wolny przez większość dnia. - Miło słyszeć takie słowa - uśmiechnął się Paul. - Każdy winien korzystać regularnie z wolnego czasu i podchodzić do niego poważnie. Wie pan, kto mnie tego nauczył? - Przykro mi, lecz nie - Henry zaprzeczył ruchem głowy. - A powinien pan, profesorze. To pańskie słowa. Powiedział pan to na zajęciach, a nawet zapisał. Pamiętam ten esej, który zamieścił pan w „Time” w kwietniu 1978. „Filozofia czasu wolnego”. To był dobry esej. Wyciąłem go i powiesiłem na drzwiach mego kambuza. Jesteś żeglarzem? - spytał Henry. - - Coś jakby, po trochu. Można powiedzieć, że tak. - Mieszkasz w okolicy? Paul ssał przez chwilę fajkę, w oczach czaiło mu się rozbawienie. - Tak jakby. Po trochu. Można powiedzieć, że tak. - Czy jest coś szczególnego, o czym chciałbyś ze mną porozmawiać? - spytał Henry. Chociaż dzień był słoneczny, a na osłoniętym terenie między domami gorąco, wiatr wiejący znad lśniącej gładzi oceanu tchnął zimnem i Henry zaczynał tęsknić za następną dawką wódki, która ogrzałaby go, a może i dodała odwagi. Mężczyzna skierował się ku przejściu w barierkach, gdzie strome drewniane schodki prowadziły w dół, na piasek. Stał tam przez chwilę, obserwując policjantów i członków straży przybrzeżnej, przeszukujących systematycznie odległą część plaży i nakłuwających piach szpikulcami. - Ktoś wspomniał mi, że to pan pierwszy znalazł ciało - rzucił Paul. - Tak - powiedział Henry dziwnie wysokim głosem. Odchrząknął i zapytał: - Skąd o tym wiesz? - Pisali przecież we wszystkich gazetach. - Jak to możliwe? Nikt od nich jeszcze ze mną nie rozmawiał. Policja twierdziła, że utrzyma całą sprawę w tajemnicy, dla uniknięcia paniki.

- Paniki? - uśmiechnął się Paul. - Nie sądzę, by ludzie byli obecnie szczególnie podatni na panikę. Panika jest reakcją prymitywnych mas na nagłe śmiertelne zagrożenie. W naszych czasach każdy wie, co robić w przypadku takiego zagrożenia, tyle razy oglądali to w telewizji. Powinnością kobiet jest wówczas podnieść nieustanny i nieopanowany wrzask, mężczyźni zaś powinni złapać za broń i strzelać we wszystkich możliwych kierunkach. Tak, gdy tylko pojawi się niebezpieczeństwo, dokładnie tak zrobią. Przynajmniej ci bardziej nerwowi. Pozostali uczynią to, co zwykle - usiądą, rozglądając się wkoło i czekając na dalsze instrukcje. Przeszli trochę dalej, gdy Paul zapytał: - Czy uważasz, że śmierć dziewczyny została spowodowana przez naturalne czynniki? Chcę zasugerować, że to nie musiało być utonięcie. - Nie wiem. A chciałbym wiedzieć. Policja czeka ciągle na opinię lekarza okręgowego. - Była piękna? Henry zatrzymał się, popatrzył na Paula i zmarszczył brwi. - Tak - powiedział. - W rzeczy samej, była. - Wiesz co - Paul zmienił nagle temat - kiedyś powiedziałeś w klasie coś, czego nigdy do końca nie udało mi się zrozumieć. To znaczy, rozumiem to, lecz nie jestem w stanie uchwycić wypływających z tego szerszych implikacji. - Co to było? - Mimo, że nieznajomy zachowywał się tak bezceremonialnie, wydawał się Henry'emu przyjacielski i spokojny. Wyglądał na kogoś, kto z łatwością mógłby stać się jego bliskim znajomym, z którym można wypić wieczorem drinka, porozmawiać o filozofii i posłuchać uwertur Rossiniego. Kogoś, kto nie pyta o nic, prócz tego, jakie jest twoje zdanie na jakiś temat i na jaki alkohol masz ochotę. Paul pociągnął gwałtownie fajkę. Gdy się rozpaliła, podjął: - Mówiłeś o świecie będącym całkowitą sumą naszych możliwości życiowych. - Zgadza się. Cytowałem Ortegę y Gasseta. - No właśnie. Przyszło mi wtedy do głowy... - Rozejrzał się wokoło, tak jakby usłyszał, że ktoś go woła i próbował właśnie odnaleźć tego kogoś wzrokiem. - Zresztą, wydaje mi się, że to nie jest najlepsze miejsce i czas, co? - Spojrzał na Henry'ego. - To znaczy, żeby dyskutować o filozofii. Do tego trzeba czegoś dobrego do zjedzenia, butelki wina i miłej atmosfery. Wtedy dopiero można czerpać z filozofii przyjemność, nie sądzisz? Umysł nabiera lotności. Nie to, co tutaj. Środek dnia, szum fal i ci przeklęci amatorzy joggingu...

- Minęło już kilka lat, odkąd mój umysł stracił lotność - rzucił Henry. - Może zatem powinien ją odzyskać. Posłuchaj, wiem, że nie brakuje mi tupetu. Może być i tak, że nie masz ochoty mnie oglądać albo uważasz mnie za jakiegoś nudziarza lub ekscentryka. Byłoby mi jednak miło porozmawiać z tobą jeszcze trochę o Gassecie. Byłeś tak przekonany o tym wszystkim, gdy wykładałeś nam filozofię na zajęciach! Henry poczuł się mile połechtany. - No dobrze. Co proponujesz? - Może mógłbym zaprosić cię dziś wieczór na kolację. Znasz „Bully's North”? Mają tam wspaniałe żeberka, a i bar jest na poziomie. - Jasne, że znam. - Możemy się spotkać tam... powiedzmy, o siódmej? Henry przemyślał to i skinął głową. - Dobrze. - Pomysł spędzenia wieczoru na jedzeniu, popijaniu i rozmowach o filozofii wydał mu się atrakcyjny i nieodparcie kuszący. Ton głosu Paula Springera był jednym z tych, których Henry słuchał z przyjemnością. Jego twarz też robiła dobre wrażenie. Przypominał mu trochę ojca. Miał w oczach coś przenikliwego i życzliwego. - Dobrze - powtórzył. - Zobaczymy się o siódmej. Paul Springer oddalił się. Doszedłszy do pierwszej ścieżki schodzącej z promenady ku Camino del Mar, obejrzał się i pomachał ręką. Henry odwzajemnił gest. Odwrócił się i wznowił niespieszny spacer, kierując się na północ. Wiatr przeganiał piasek w poprzek ścieżki, szeleszcząc nim z cicha, nad jego głową nieustannie krążyły mewy. Ktoś powiedział kiedyś, że są to zagubione dusze tych, którzy utonęli w morzu, skazane na poszukiwanie bez końca zostawionych na lądzie ukochanych bliskich. To dlatego wołają z takim smutkiem. Doszedł prawie do wąskich, betonowych stopni, prowadzących do domu, gdy ujrzał idącą ku niemu dziewczynę. Blady, bawełniany szal owijał jej głowę tak szczelnie, że nie dawało się dostrzec jej twarzy. Uderzyło go, że dziewczyna była mokra. Nawet szal był mokry, ona zaś zostawiała na ścieżce wilgotne ślady. Powoli uniósł głowę i spojrzał ku plaży. Słońce świeciło teraz znad morza, musiał osłonić oczy dłonią. Plaża nadal była zamknięta. Przy każdym wejściu rozstawiono zapory, a strażnicy w jeepach krążyli tam i z powrotem, by rzeczywiście nikt nie wszedł. Mógł dojrzeć skupisko policjantów oraz grupę ludzi w bawełnianych koszulkach i dżinsach, prawdopodobnie biologów z Instytutu Scrippsa. Dostrzegł również cynamonowy garnitur Salvadora Ortegi.

Skoro plaża była zamknięta i obowiązywał zakaz kąpieli, to jakim sposobem ta dziewczyna się zamoczyła? Henry odwrócił się. Nagle jakby dwieście dwadzieścia woltów strzeliło go od koniuszków włosów do stóp. Dziewczyna zniknęła, lecz jej ślady prowadziły do miejsca, w którym rozstał się z nim Paul Springer. Było w niej coś znajomego. Biel jej skóry, sposób, w jaki piasek przylgnął do jej łydek. I coś jeszcze. Piękny, srebrny łańcuszek wokół kostki. Zerwał się do biegu. Wiatr wysuszał już stopniowo odciski stóp na ścieżce, tak że przypominały jedynie wydrukowane na smolistej nawierzchni znaki zapytania. Przyspieszył i bez tchu dobiegł do zakrętu. Spojrzał na drogę prowadzącą do Camino del Mar. W dali, tam gdzie krawędzie ścieżki się zbiegały, dostrzegł Paula Springera. Rozpoznał go po białych włosach i marynarskiej czapeczce. Nie było jednak ani śladu dziewczyny, choć jej ślady skręcały tutaj i prowadziły pod górę. Przy krawężniku stały dwa zaparkowane samochody, oba zupełnie zdezelowane: caprice'76 i mosiężny firebird z oksydowanym lakierem. Z drugiej strony zamykało przestrzeń ogrodzenie z karbowanego żelaza i betonowych, pomalowanych na biało płyt. Ostre trawy i rozrastające się pnącza, szereg karłowatych, wymizerowanych krzewów jukki. Biały bullterier obgryzający kość wołową zastrzygł uszami i spojrzał na Henry'ego z widoczną w ślepiach bezpańskością. Paul Springer zniknął już z widoku. Henry stał przez chwilę nieruchomo, potem wolno powlókł się do domu. Ślady stóp dziewczyny zniknęły i coraz bardziej był przekonany, że padł ofiarą halucynacji. Doszedł do domu, otworzył frontowe drzwi i skierował się prosto ku butelce z resztką wódki. Nalał sobie pełną szklankę, osuszając przy tym butelkę i wrzucił ją z hałasem do papierowego kosza na śmieci, ozdobionego wizerunkami geleonów. Podszedł do okna i zlustrował promenadę. Zauważył, że cały się trzęsie. Postawił drinka na stole i przeszedł do kuchni. Może powinien coś zjeść? Takie picie bez zakąski może w końcu spowodować halucynacje. Przeszukał lodówkę. Pośród niedojedzonych, podłużnych kawałków cheddara, zostawionych na później kurzych udek, gotowych sałatek zbrązowiałych na brzegach i jogurtów truskawkowych, których data ważności minęła, gdy ostatni raz był w teatrze, znalazł w miarę świeżą kiełbasę od Oscara Mayera. Przygotował sobie kanapkę, dodając do niej aż nadto musztardy i trzymając w pogotowiu wielki, marynowany ogórek do zagryzania. Wyszedł z kuchni, tłumacząc sobie, że z dwojga złego halucynacje są mniej

dokuczliwe niż niestrawność. Potem podniósł wzrok i krzyknął. - Aach! Dziewczyna stała przy oknie. Tym razem szal miała opuszczony na ramiona. Widział jej twarz. Stał tak, z kanapką i ogórkiem, gapiąc się na nią. Mokre włosy przylgnęły jej do głowy. Jedna strona twarzy oblepiona była piaskiem. - Boisz się - spytała lekkim, szczerze brzmiącym głosem. Odchrząknął. - Tak jakby. - I bał się w istocie. Serce ledwie mieściło mu się wewnątrz klatki piersiowej, słyszał swój własny, ciężki oddech. Dziewczyna postąpiła krok do przodu. Słońce podświetlało z tyłu jej sylwetkę i Henry nie mógł już dobrze widzieć jej twarzy. - Ty... jesteś prawdziwa? - Prawdziwa? - wyszeptała. - Jestem na tyle prawdziwa, na ile chcesz, bym była. Lub na tyle, na ile prawdziwe jest wyobrażenie. - Rano, na plaży... to byłaś ty? - Poniekąd. Henry odłożył kanapkę i ogórek na stolik pod ścianą. - Wiesz, co myślę? - oświadczył. - Myślę, że jestem pijany i właśnie zaczęły się halucynacje. - Wiem, co myślisz - powiedziała łagodnie. Podeszła bliżej. Zdawała się być zdolna do przemieszczania się bez poruszania nogami. Jej oczy były dziwnie puste, jak oczy manekina z włókna szklanego na wystawie sklepu z odzieżą. Rozmawiała z nim, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Pamiętał to spojrzenie z oczu Andrei w ostatnich kilku miesiącach ich małżeństwa. - Co to ma znaczyć? - spytał. - Nie rozumiem? - No, jak to jest, że wciąż żyjesz? Czy to znaczy, że jesteś duchem? Czy też może jest to znak, że oszalałem? Uśmiechnęła się. Miała piękny, smutny uśmiech. To właśnie taki uśmiech, pomyślał Henry, mógłby wykwitnąć na wargach Annabel Lee czy Lenore, czy też jakiejkolwiek innej wymarzonej przez Edgara Poe kochanki z królestwa nad morzem. - Ty sam mnie stworzyłeś - oznajmiła dotykając go, chociaż on nie poczuł niczego. Jestem tu, by przypomnieć ci o tym, co masz zrobić. Springer tego dopilnuje. - Znasz Springera? - spytał zmieszany i wciąż jeszcze solidnie wystraszony Henry.

Dziewczyna owinęła szal wokół głowy. Wił się dziwnie, jak na puszczonym od tyłu filmie. Równie łagodnie jak przedtem powiedziała: - Teraz już lak. - Budzisz we mnie lęk. Uśmiechnęła się tym samym, smutnym uśmiechem. - A zatem budzisz lęk sam w sobie. - Powiedziałaś, że jesteś tutaj, by przypomnieć mi o tym, co mam zrobić. - Tak. A ty zorientujesz się, co to jest, gdy tylko Springer o tym wspomni. Henry nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Dziewczyna poruszyła się w kierunku drzwi, wciąż się do niego uśmiechając. Potem otworzyła drzwi - i chociaż mógłby potem przysiąc, że nie szerzej niż na cal - zniknęła za nimi szybko, jak rozwiewająca się w nagłym przeciągu mgła. Henry wyjrzał za okno, potem spojrzał na szklankę wódki. - Coś się dzieje - powiedział na głos. Potem dodał: - Boję się. -- I jeszcze, po dłuższej przerwie: - Boże, pomóż mi.

5
Pomimo upału tego dnia już wczesnym popołudniem nad północnymi plażami okręgu San Diego zaległa mgła. Około szóstej trzydzieści świat wyglądał ponuro i pełen był nadzwyczaj dokuczliwej wilgoci. Samochody z wolna sunęły przez Camino del Mar z włączonymi światłami - niekończący się kondukt pogrzebowy, przetaczający się przez mgłę. Na piątej międzystanowej obowiązywało ograniczenie prędkości, a straż przybrzeżna doradzała małym łodziom, by pozostały na cumach w zatoce do czasu, aż mgła się podniesie. Susan poczuła się lepiej, wpadając w rodzaj gorączkowego roztargnienia. Wzięła prysznic, potem nałożyła suknię z obniżoną talią oraz licznymi czerwonymi, żółtymi i zielonymi plamami. Suszyła włosy, wpatrzona w ekran przenośnego telewizora. Babka zapukała do drzwi jej sypialni i weszła, zanim Susan zdążyła ją zaprosić. Przyglądała się Susan przez kilka minut, czekając aż wyłączy suszarkę. - Gdyby to ode mnie zależało, to nie wychodziłabyś nigdzie dziś wieczorem powiedziała w końcu. - Babciu, czuję się już całkiem dobrze - odrzekła Susan, wcierając we włosy żel mający zamienić je w najmodniejszą miotłę. Rano czułam się tylko trochę słabo i tyle. Nie jestem chora, ani nic takiego - dodała. No cóż, pamiętaj, by nie wracać za późno. Jestem za ciebie odpowiedzialna, pamiętaj o tym. Jeśli cokolwiek ci się stanic, to ja będę musiała ponosić konsekwencje. - Przerwała, by podnieść poniewierającą się koszulkę Susan i aż stęknęła przy tym z wysiłku. - Chcę też wiedzieć więcej o tym mężczyźnie. Poderwał cię na ulicy, jak pierwszą lepszą. - Babciu - westchnęła Susan, wkładając w to całą swą niecierpliwość siedemnastolatki. - On pracuje w „San Diego Tribune”, jest najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam, i zamierzamy jedynie zjeść razem w „Bully's North”. Obiecuję, obiecuję jak Boga kocham i niech oczy mi wypali, jeśli będzie inaczej, że będę z powrotem przed dziewiątą trzydzieści, żywa, zdrowa i nie zgwałcona. - Nic musisz mówić takich rzeczy - zaprotestowała babka. - Przepraszam - Susan ułożyła włosy i skrzywiła się do siebie w lustrze. - Potrafię zadbać o siebie. Nie jestem już dzieckiem. - Gdybyś tylko wiedziała... Babciu, mogę prowadzić samochód, już niedługo będę mogła głosować i wyjść za

mąż bez pozwolenia. Babka wyglądała na zrezygnowaną. - No dobrze, idź. Twoja matka była taka sama. Jesteś dobrą dziewczyną, Susan, wiem o tym. Nieporządną, jak wszyscy ciężko doświadczeni, lecz dobrą. Taką mam przynajmniej nadzieję. Zadzwonił telefon. Susan słyszała, jak dziadek odbiera go. Parokrotnie powtórzył „tak, dobrze”, po czym odłożył słuchawkę. Kto to był? - spytała. Większość telefonów była do niej. - Twoja przyjaciółka Daffy. Kazała ci powtórzyć, żebyś nie zapomniała zadzwonić do niej. gdy wrócisz z kolacji, i opowiedzieć wszystko. - Ha! Czy ona sądzi, że mogłabym tego nie zrobić? Babka podeszła bliżej i przyglądała się, jak Susan ostatnimi muśnięciami szminki kończy malować usta. - Zamierzasz pozować do zdjęcia w „Tribune”? - zainteresowała się. W tym samym czasie Gil od prawie godziny miotał się po swej sypialni, goląc się, czesząc i nie mogąc się zdecydować, czy wybrać strój elegancki i stonowany, czy może raczej upodobnić się do Rambo. Ubierał się i rozbierał czterokrotnie, za każdym razem popadając w coraz gorszy nastrój, aż w końcu poprzestał na gołębioszarych, bawełnianych spodniach, białej koszuli z krótkim rękawem i ciemnoszarej marynarce włoskiego kroju. Gdy spryskiwał się wodą kolońską Signoricci, kropla wpadła mu przypadkiem w lewe oko, tak że schodząc po schodach, przyciskał do twarzy złożoną chusteczkę. - Już płaczesz - dokuczał mu ojciec. - A nie powiedziałeś jej jeszcze „cześć”, nie mówiąc o pożegnaniu. Fay uciszyła go i zwróciła się do syna: - Co zrobiłeś? - To po goleniu - Gil zamrugał energicznie. - Naszło krwią? - Krwią? Wyglądasz jak nastoletni syn Draculi - zaśmiał się Phil Miller. - Nie, wcale nie wygląda! - uspokoiła syna Fay. - Twoje oko tylko trochę łzawi i tyle. Przemyłeś je zimną wodą? - Już w porządku. - Gil machnął jej na do widzenia. - Przeżyję to. - Zostawię dla ciebie otwarte drzwi - zaproponował Phil. Przeszli razem przez mroczny sklep. Phil objął syna ramieniem. - Baw się dobrze. Tylko wiesz, jakby co..., to nie za pomnij o środkach ostrożności. - Dobrze, tato. Phil otworzył górny i dolny zamek drzwi, wypuszczając syna na ulicę. Postał chwilę na chodniku z rękami na biodrach, wdychając mgłę.

- Uważaj, gdy będziesz prowadził, dobrze? Mgła zdaje się gęstnieć. Tak, tato. - I nie prowadź po pijaku, rozumiesz? Jeśli wypijesz o parę piw za dużo, to poproś kogoś, by odwiózł cię do domu albo zadzwoń po mnie. Wolę, żebyś to ty mnie obudził, mówiąc, że nie możesz prowadzić, niż żeby obudziły mnie gliny informując, że nie żyjesz. - Rozumiem, tato. Gil potruchtał przez ulicę na parking, do swego mustanga. Odrzucił kawał niebieskiego brezentu, którym zwykł zakrywać siedzenia i wskoczył do środka. Zapalił silnik, włączył światła i długim, śliskim zjazdem wytoczył się z wysypanego żużlem parkingu. Nacisnął dwutonowy klakson, pomachał ojcu i zniknął we mgle jadąc do Del Mar. Phil patrzył za nim. Potrząsnął głową. Dzieciaki. Dobrze przynajmniej, że Gil nie był tak zwariowany jak niektórzy z tych chłopaków kręcących się po plaży. Gotowi byli uprawiać surfing na haju i jeździć motocyklami nie tylko po drodze, ale i na przełaj przez piach, nawet jeśli opalały się tam akurat ich rodziny. Niektórzy z nich potrafili gnać przez całe Camino del Mar, przejeżdżając wszystkie znaki stopu od Jimmy Durante Boulevard do Carmel Yalley Road. W zeszłym roku pięciu z nich zginęło w czołowych zderzeniach. Phil wrócił do sklepu, zamknął drzwi i zablokował je. W tym samym czasie Henry szedł przez Camino del Mar w kierunku restauracji. Miał na sobie czarną marynarkę z wąskimi klapami oraz szary sweter z golfem. Wyglądał w nim starzej i bardziej ponuro niż w czymkolwiek innym. W głowie mu łupało, język, niczym obrośnięty sierścią perski kot, leżał bezwładnie zwinięty w ustach. Pod pachą dźwigał pozbawiony grzbietu „Bunt mas” Ortegi y Gasseta i egzemplarz własnego pamfletu: ,,Zło konieczne''. Popołudniowe halucynacje mocno nim wstrząsnęły, niezależnie od niezachwianego przekonania, że jedyną ich przyczyną było zbyt wiele szklanek nie rozwodnionej wódki. Zdecydował się już niemal, by zrezygnować ze spotkania z Paulem Springerem i zamiast tego zadzwonić do restauracji z jakimś bizantyjskim usprawiedliwieniem. Niemniej koło piątej uspokoił się nieco i im dłużej myślał o ponownym spotkaniu z Paulem Springerem, tym większą miał na nie ochotę. Był przy tym zbyt próżny, by stracić okazję porozmawiania z kimś o „Złu koniecznym”. Dzieło to uważał za najoryginalniejszy tekst w swoim dorobku. Przeszedł promenadą przy plaży, po części po to, by sprawdzić, czy jest ona wciąż zamknięta, a po części (nie mógł tego ukryć przed sobą), by rozejrzeć się, czy nie ma gdzieś w okolicy tej dziewczyny o mokrych stopach. Zapory policyjne na plaży oznaczone były lśniącymi bursztynowo światłami; mrugały przez mgłę, jakby beznadziejnie usiłowały nadać

jakąś wiadomość. Nie było prawie wiatru, fale przypływu załamujące się na brzegu, brzmiały głucho. Minęło go dwóch ciężko łapiących powietrze biegaczy i otyła kobieta wyprowadzająca swego weimaranera na spacer. Nie było jednak ani śladu dziewczyny. „Ty sam mnie stworzyłeś - tak mu powiedziała. - Jeśli się mnie boisz, to znaczy, że boisz się samego siebie”. Ruszył jedną z wąskich i pochyłych bocznych uliczek w kierunku Camino del Mar. W domu tuż u wylotu ulicy kobieta i mężczyzna wrzeszczeli na siebie po hiszpańsku. W sąsiednim pokoju ryczał nastawiony na „Galeria Nocturna” telewizor. Doszedłszy do rogu, Henry wrzucił ćwierć-dolarówkę do automatu z gazetami i wyciągnął „Tribune”. Otworzył ją potrząśnięciem jednej ręki i przeczytał nagłówek: PÓŁNOCNE PLAŻE ZAMKNIĘTE W ZWIĄZKU Z PLAGĄ MEDUZ Henry przebiegł wzrokiem tekst poniżej. Porucznik Salvador Ortega musiał pracować po godzinach urzędowania i podsumował sprawę. „Policja i straż przybrzeżna odgrodziły dzisiaj kilka mil plaży na północy okręgu, od La Jolla do laguny San Elijo, po tym, jak w pobliżu Del Mar morze wyrzuciło nagie ciało młodej kobiety, poparzonej najwidoczniej śmiertelnie przez meduzy” - czytał Henry. „Kobieta, która została zapewne zaatakowana podczas nocnej kąpieli, nie została dotąd zidentyfikowana. Policja mówi, że była to piękna blondynka o wspaniałych proporcjach. Na lewej kostce nosiła srebrny łańcuszek. Por. Salvador T. Ortega, który prowadzi śledztwo w sprawie śmierci dziewczyny, ostrzegł, że w pobliżu plaży mogą roić się jeszcze całe dziesiątki innych meduz. Wezwał biologów morskich z Instytutu Scrippsa, by pomogli zidentyfikować padłe stworzenia. Mogą to być osy morskie (chironex fleckeri), spotykane obecnie wokół wybrzeży Australii, które są zdolne do migracji na wody południowej Karoliny. Osa morska jest w stanie zabić człowieka w przeciągu ośmiu minut. Kąpiący się i pływacy zostali dziś po południu ostrzeżeni, że...” Henry zmiął gazetę i nie zwalniając kroku cisnął ją do kosza. Zatem Salvadorowi udało się przekonać dziennikarzy, że powodem zamknięcia plaż były meduzy. Cóż, zapewne nie można było robić z tego Salvadorowi zarzutu. Meduzy były przynajmniej jakimś wytłumaczeniem. Węgorze nie. Gdy tylko doszedł do „Bully's North”, zdumiał go widok żółtego mustanga Gila podjeżdżającego do wejścia; zaraz potem ujrzał zbliżającą się Susan Sczaniecką w poznaczonej barwnymi plamami sukni. Poczekał przy drzwiach nie otwierając ich. Minęła go para w średnim wieku, kobieta skrzywiła się na niego za zastawianie przejścia. Z wnętrza restauracji dobiegał go śmiech i

brzęk szkła. Jakiś mężczyzna, który wyszedł z lokalu, stanął obok Henry'ego i powiedział głośno do swego kompana: - Za połowę tej sumy możemy wydzierżawić. Po co chcesz kupować, jak możemy wydzierżawić? - Ponad jego głową zielony neon rozbłyskał nazwą restauracji. Susan Sczaniecką weszła na stopnie prowadzące do drzwi, ale Henry'ego nie rozpoznała. Rano musiała być pod wpływem szoku spowodowanego tym, co zobaczyła na plaży. Możliwe, że wszystkim, co w ogóle pamiętała, było ciało i węgorze. Gdy go mijała, Henry rzucił: - Susan? Popatrzyła na niego. Na jej twarzy malowało się zakłopotanie. Potem nagle skojarzyła. - Och, cześć! - powiedziała z radością. - Nie poznałam cię. Wyglądasz teraz o wiele wytworniej! Wiesz, muszę podziękować ci za to, że byłeś tak uprzejmy dla mnie rano. Myślałam, że zemdleję. I tak naprawdę, to zemdlałam, gdy wróciłam do domu. Okropne! - Teraz wyglądasz całkiem dobrze. - Dziękuję. Jestem tu umówiona. - Tak jak i ja. Dlatego na ciebie poczekałem. I spójrz - wskazał przez podjazd ku miejscu, gdzie Gil płacił za parkowanie - nasz przyjaciel też ma tu jakieś spotkanie. Susan odwróciła się, by spojrzeć na Gila, potem popatrzyła znów na Henry'ego. Czy to może być zbieg okoliczności? - spytała go łagodnym, choć zaniepokojonym głosem. - To znaczy, wszyscy troje spotkaliśmy się rano na plaży, a teraz tutaj? Gil podszedł do nich. Przyglądał się im przez dłuższą chwilę. No cóż powiedział. Naprawdę nie oczekiwałem, że was tutaj zobaczę. - A my wcale nie spodziewaliśmy się zobaczyć tu ciebie - odparła Susan. - Cóż... prawdę mówiąc, to zostałem zaproszony - oświadczył Gil. Ja też - rzekła Susan. - I ja - dodał Henry. - To dziwne - zbuntował się Gil. - Nigdy przedtem nie widziałem żadnego z was, a tutaj proszę, czekacie na mnie oboje. Czy jesteście pewni, że to nie żaden kawał? Jeśli tak, to nie nasz zapewnił go Henry. - Jesteśmy jego ofiarami tak samo jak ty. - Kto cię zaprosił? - spytała Susan. - Bo mnie namówił do przyjścia tutaj dziennikarz z „Tribune”. - No, mnie zaprosiła dziewczyna, powiedział Gil. - Mówiła, że pisze artykuł dla magazynu „San Diego”.

Henry uniósł swe książki. - To wyjaśnia sprawę. To chyba nic innego, jak po prostu nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Gość, z którym ja mam się spotkać, był moim studentem na zajęciach wieczorowych kiedyś, gdy wykładałem w Encinitas. Gil pokręcił głową. - Zbieg okoliczności, co? Nas troje spotykających się na plaży i teraz tutaj. Henry odwrócił się i zajrzał przez drzwi restauracji. - Mam nadzieję, że wszystko w porządku. - W porządku? Co chcesz przez to powiedzieć? - zaniepokoiła się Susan. - Mam nadzieję, że to, co widzieliśmy na plaży, nie było niczym, czego nie powinniśmy widzieć. - Że jak? - zdziwił się Gil. - No, przypuśćmy, że ta dziewczyna nie utonęła przez przypadek. Przyjmijmy, że te węgorze nie trafiły na brzeg z kapryśnym prądem czy czymkolwiek, co usiłowała zasugerować policja. Przypuśćmy, że zostały w istocie wyszkolone jako zabójcy, z rozmysłem wytresowane tak, by atakowały pływaków, nurków czy kogokolwiek, kto znajdzie się w wodzie. Niedaleko stąd jest Instytut Scrippsa, a w San Diego baza marynarki wojennej. Przypuśćmy jeszcze, że ludzie z Instytutu pracowali właśnie nad projektem rządowym mającym wzbogacić wyposażenie marynarki o krwiożercze węgorze. I że widzieliśmy właśnie rezultaty, a teraz zostaliśmy zaproszeni tu wszyscy, by oni mogli się z nami uporać. Wiecie, tak jak było to z Karen Silkwood. - Człowieku, ale ty masz wyobraźnię! - gwizdnął Gil. Potem roześmiał się. - Mówisz poważnie, czy chcesz nas tylko przestraszyć? - Jestem filozofem. Nauczono mnie używać mego umysłu. Jestem wyszkolony w stawianiu hipotez, w rozpatrywaniu problemu ze wszystkich możliwych punktów widzenia. Wszystko, co chcę powiedzieć, to że specjalne tresowanie węgorzy jest możliwe. - Ale Karen Silkwood została zabita - podkreśliła Susan z niepokojem. - Karen Silkwood nie ma tu nic do rzeczy - zaprotestował Gil. - Nie wiemy przecież niczego, co by na to wskazywało. To tylko teoria, prawda? A jeśli wiem coś o teoriach, to prawdziwe wyjaśnienie będzie zupełnie prozaiczne. Jedyna rzecz, której nauczyłem się na temat życia, to że wyjaśnienie prawie dokładnie wszystkiego jest naprawdę prozaiczne. - Taki młody, a taki cyniczny - uśmiechnął się Henry, nie było w tym jednak protekcjonalności. Zgadzał się z Gilem prawie w stu procentach. Z jego doświadczenia wynikało, że najbardziej niesamowite zjawiska miały zwykle najbardziej doczesne

wyjaśnienia. Tak jak sprawa Brideya Murphy'ego czy Mary Celeste. Skinął ku drzwiom restauracji. Sami musimy osądzić, czy grozi nam tu jakiekolwiek niebezpieczeństwo. - Nie wiem, co by to mogło być - Gil wzruszył ramionami. - Chcę powiedzieć, że ta dziewczyna z „San Diego” nie wyglądała groźnie i to pod żadnym możliwym względem. Wręcz przeciwnie. - Cóż, może masz rację - westchnął Henry. - Mój student filozofii również nie miał w sobie nic z zabijaki. Jestem za tym, byśmy weszli do środka i poczekali, co będzie działo się dalej powiedziała Susan. - Nic nie ryzykujemy. Henry zastanawiał się chwilę, wreszcie machnął ręką. - Zatem chodźmy. Wewnątrz „Bully's North” było hałaśliwie, tłoczno i panował mrok. Z telewizora szedł domowy występ „Padres”, ludzie palili, śmiali się i popijali piwo. Cała trójka przeszła przez cocktail-bar, zatrzymując się przy młodym, ogorzałym kelnerze, równocześnie rozmawiającym przez telefon i wydającym menu. Po chwili kelner odwiesił telefon i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Dobry wieczór. Czym mogę państwu służyć? Stolik dla trojga? - Szczerze mówiąc, nie jesteśmy razem - wyjaśnił Henry. - Każde z nas ma się tu z kimś spotkać. Zwrócił się do Susan, pytając: - Jak się nazywa ten reporter z „Tribune”? - Springer - oznajmiła Susan. - Paul Springer. Henry spojrzał na Gila, na którego twarzy malowało się kompletne zaskoczenie. - To jest też nazwisko mojego studenta filozofii - stwierdził zdezorientowany. - A ta dziewczyna z „San Diego” nazywa się Paulette Springer - dodał Gil. Kelner popatrzył na nich jak na grupkę pensjonariuszy domu wariatów, którzy wyrwali się na miasto w poszukiwaniu rozrywki. - Nie jesteście państwo razem, każde z was ma się z kimś spotkać, ale każdy z tych „ktosiów” nosi to samo nazwisko? - Na to wygląda - powiedział Henry głosem zduszonym i napiętym. Starszy kelner przejrzał listę nazwisk przyczepioną do podręcznej tabliczki. W połowie drogi jego pióro zatrzymało się. - Proszę, Springer. Stolik numer dziewięć.

Pióro ruszyło dalej, docierając do końca listy, po czym kelner pokręcił głową. - Przykro mi. Jest tylko jeden Springer. Susan spojrzała z niepokojem na Henry'ego. - To, o czym mówiłeś przed wejściem... Czy nie sądzisz...? - Nie wiem - odparł Henry. - Myślę jednak, że lepiej będzie, jeśli zdecydujemy trzymać się razem i poczekać, który spośród Springerów się tu zjawi - mój, twój, czy Gila. Starszy kelner wydobył błyskawicznym ruchem trzy karty dań i spytał: - Czy macie państwo ochotę usiąść wszyscy przy jednym stole? Skoro tylko jeden stół został zamówiony na nazwisko Springer, nie sądzę, byśmy mieli jakiś wybór - odrzekł Henry. Kelner poprowadził ich pomiędzy ciasno zestawionymi stolikami, przy których goście śmiali się, popijali wino i obierali z mięsa żeberka oraz kraby. W głębi restauracji, na samym końcu, tuż przy umieszczonej w wiklinowym koszu liściastej palmie kokosowej, znaleźli stolik numer dziewięć. Siedziała przy nim samotna postać w czarnym filcowym kapeluszu i trzyczęściowym ubraniu. Rondo kapelusza było opuszczone tak nisko, że przechodząc przez restaurację nie byli w stanie dostrzec twarzy. Henry od razu jednak zauważył dłonie, rozpostarte płasko na łososiowym obrusie. Były bardzo białe, bielą łuskanych migdałów, o bardzo długich palcach. - To tutaj - rzucił kelner, odsuwając trzy z czterech krzeseł. - Pan Springer? Jedna z tych osób jest pańskim gościem. Zresztą nie wiem, może wszyscy przyszli do pana. Henry, Gil i Susan stanęli wokół stołu, z pewnym lękiem patrząc, jak postać podnosi bardzo powoli głowę i zwracają ku nim, tak jak kwiaty o białych płatkach zwracają się ku słońcu. - Tak - powiedział cicho, lecz wyraźnie. – Wszyscy do mnie. Henry był jak sparaliżowany. Twarz owej postaci była blada, gładka i wyraźnie obojnacza, niczym podłużne twarze z portretów Modiglianiego. Pomimo jednak całej gładkości i bezpłciowości, był to z całą pewnością Paul Springer, ten sam Paul Springer, którego Henry spotkał w pobliżu swego domu nad brzegiem morza. Nie wskazywały na to szczegóły rysów twarzy, lecz promieniująca z niej osobowość. Różnica między mężczyzną, którego spotkał na plaży, a tym tutaj była taka, jak między dopracowanym portretem a pospiesznym, lecz wiernym szkicem. Gil usiadł. On widział w tej postaci Paulette. Surowo ubraną, z włosami zgarniętymi znad twarzy i zebranymi z tyłu. Niemniej, bezdyskusyjnie tę samą dziewczynę, która przyszła do Mini-Marketu i zaprosiła go na kolację. Wiedział, że była wtedy inna, lecz na czym polegać miała różnica, nie potrafił dokładnie określić. Miała wciąż te same oczy, takie same

kości policzkowe, równie jak przedtem kuszące usta. Nadal tak samo wzbudzała w nim emocje, chociaż teraz była jeszcze czymś innym poza Paulette. Było w niej coś więcej, coś, czego przedtem nie dostrzegł. Susan rzuciła nieśmiałe: „Hello”. I dla niej postać była tym samym Paulem Springerem, którego spotkała przed domem swej babki. Nieco zmienionym, rzecz jasna - bardziej tajemniczym, bardziej obcym i o wiele mniej bezpośrednim - lecz o tej samej prezencji, z tą samą osobowością. I z tymi samymi łagodnymi i przenikliwymi oczami. - Proszę, siadajcie - powiedział Springer. - Rozumiem, że jesteście zaskoczeni, że obawiacie się o własne bezpieczeństwo. Mam jednak nadzieję, że uda mi się was uspokoić i że wybaczycie mi tych kilka sztuczek, do jakich się wobec was posunąłem. Henry odsunął krzesło i usiadł. Susan zawahała się na moment, potem przysiadła na brzeżku sąsiedniego. - Jesteś jedną i tą samą osobą - rzekł Henry, niewyraźnym i ochrypłym głosem. Jesteś trojgiem ludzi zebranych w jedno. Na dodatek różnych płci. Jak to robisz? Jak to się stało, że wziąłem cię za mojego studenta filozofii; Gil uznał, że jesteś dziennikarką, a Susan uwierzyła, że pracujesz dla „Tribune”? Springer zdjął (czy zdjęła) kapelusz. Włosy pod spodem były krótko przycięte i prosto zaczesane do tyłu. Uczesanie to było zupełnie neutralne i nie wskazujące na żadną płeć, podobnie zresztą jak ubranie. Położył kapelusz przed sobą na siole i po obu stronach ronda umieścił swoje szczupłe, blade dłonie. - Pozwólcie, bym się wytłumaczył. Konieczne było, by każde z was ujrzało mnie pod postacią, której urokowi nie mogłoby się oprzeć. Wszyscy przeżyliście głęboki szok dziś rano, gdy znaleźliście ciało dziewczyny. Żadne z was nie było w nastroju odpowiednim po temu, by wybierać się z kimś zupełnie nieznajomym na kolację. Z tego właśnie powodu uznałem za stosowne skorzystać z mojej szczególnej zdolności nakazywania - jakby to wyjaśnić? - by mężczyźni widzieli, co chcą. I kobiety też, rzecz jasna -dodał, skinąwszy w stronę Susan. - No dobrze - rzucił ostro Gil. - A tak dokładnie, to na czym polega ta sztuczka? Przyszliśmy wszyscy tutaj. I co dalej? Susan wstała. - Idę do domu. Nie podoba mi się to wszystko. Springer uniósł jedną rękę i zwrócił ku jej twarzy wnętrze dłoni. Wyglądało to tak, jakby miał ukryte w dłoni lusterko, w które Susan wpatrzyła się jak zahipnotyzowana. Zawahała się, a potem usiadła z powrotem. Henry położył dłoń na jej ramieniu. - Co się stało, Susan? Dobrze się czujesz? - Wszystko jednak, co usłyszał w

odpowiedzi prócz przytaknięcia, to szept: „W porządku”. - Co jej zrobiłeś? - spytał szorstko Henry. - Co to było? Sugestia hipnotyczna? - Nic z tych rzeczy - powiedział łagodnie Springer. - Zapewniłem ją tylko, że nie musi się bać. Podobnie jak i wy nie macie się czego lękać. Podszedł kelner z pytaniem, co pragną wypić. Henry zamówił dużą wódkę, Gil piwo. Susan chciała poncz owocowy. Springer zaś odezwał się: - Najbardziej wytrawne z białych win, jakie uda wam się znaleźć. - Jesteś kobietą czy mężczyzną? spytał Gil. Kelner usłyszał to i odwrócił się, spoglądając z zaciekawieniem na Springera. Springer poczekał, aż ten odejdzie, by zrealizować zamówienie, a potem odpowiedział cicho: - Ani tym, ani tym. Jestem jakby agentem. Wysłannikiem. Nie jestem ani kobietą, ani mężczyzną, ciałem ni duchem. Nie mogę powiedzieć nawet o sobie ,,ja” w sensie, w jakim zazwyczaj to pojmujecie. - Kimże więc jesteś? - spytał Henry. - Jeśli nie jesteś żadnym Paulem Springerem, ani Paulette Springer, nie mężczyzną, nie kobietą, nie ciałem i nie duchem, to czymże na Boga jesteś? - Jesteście głodni? - spytał Springer. - Niezbyt - powiedział Henry. - A ty, Gil? - Nie mógłbym niczego przełknąć, nawet gdybyście przystawili mi pistolet do łba zaprzeczył Gil. - Ani ja - dodała Susan. - No dobrze - oświadczył Springer. - Chodźmy zatem gdzieś, gdzie będzie spokojniej i gdzie będziemy mogli porozmawiać. Jest parę rzeczy, które chcę wam pokazać. Napełnią was one zapewne lękiem, lecz jednocześnie zainteresują w najwyższym stopniu. Susan przyglądała się uważnie Springerowi. Gdy tylko kelner przyniósł napoje, powiedziała: - Czy mogłabym cię dotknąć? To znaczy, dotknąć twojej dłoni? Nie poruszając głową, Springer zwrócił ku niej swe oczy. - Czemu pytasz? - Nie wiem. Coś każe mi po prostu cię dotknąć. Springer wyciągnął swą lewą dłoń ponad stołem i położył ją na obrusie, tuż przed Susan. - Proszę. Susan zbliżyła ostrożnie palce, aż ich opuszki zatrzymały się o ćwierć cala od wierzchu dłoni Springera.

- Nie bój się - dodał jej odwagi. Susan dotknęła jego kłykcia. Nie spowodowało to żadnych widocznych konsekwencji, żadnych iskier, poczuła się jednak, jakby musnęła nagi przewód pulsujący elektrycznością. Wrażenie było szokujące, równocześnie jednak w zadziwiający sposób przyjemne, tak przyjemne, jak czyjeś palce masujące skórę na głowie, pod włosami, lub przesuwające się lekko w dół po nagich plecach. Wpatrzyła się w Springera, wbijając wzrok w jego oczy, aż Sprinter powiedział: - Dotknij mnie raz jeszcze. Połóż swą dłoń dokładnie na mojej i potrzymaj ją tak. Susan popatrzyła na Henry'ego i Gila, lecz oni milczeli. Z wolna, jakby na próbę, położyła swą dłoń, przykrywając nią dłoń Springera i znów popatrzyła w jego oczy, czekając i wypatrując tego, co miało się stać. Przez chwilę nie działo się nic. Potem poczuła nagle, jakby została wyrwana z krzesła i z niezwykłą szybkością przeniesiona przez salę restauracji ku drzwiom, które z hałasem otworzyły się i zatrzasnęły za nią, a potem następne i następne, i następne, drzwi za drzwiami. Pod koniec tego szeregu drzwi zabrała dłoń. Zatrzymała się. Siedziała przy stole z Henrym, Gilem i tą niezwykłą osobą, która kazała nazywać się Springer. - Co się stało? Czułam się tak, jakbym leciała. Przeleciałam przez te podwójne drzwi, a one otworzyły się, by mnie przepuścić, i zamknęły. Jeszcze słyszę, jak się zatrzaskują! Henry uniósł swą szklaneczkę i przełknął spory łyk czystej wódki, nie spuszczając przy tym oczu ze Springera i nie proponując żadnego toastu. - Jesteś hipnotyzerem - powiedział. - Nie wiem, czego właściwie od nas chcesz, i nie sądzę, bym był zachwycony, gdy się dowiem, ale przede wszystkim zależy mi na jakimś sensownym wyjaśnieniu, po co spotkaliśmy się tutaj dziś wieczorem. Inaczej kończę drinka i idę do domu. - Dokończcie, co macie do wypicia, i chodźcie ze mną - rzekł Springer. - Dokąd zamierzasz nas zabrać? - spytał Henry. - Do Zatoki Krokodyla czy nad Uskok Głupców? Springer pokręcił głową. - Nie skrzywdzę was. Myślę, że jesteście już tego świadomi. Niebezpieczeństwo czai się dookoła. Jesteście zagrożeni, lecz nie przeze mnie. - Przez kogo? Springer dokończył swe wino i uniósł rękę, wzywając kelnera. Ten odwrócił się, ale gdy tylko ujrzał gest Springera, stracił dla nich zainteresowanie. - Chodźcie - Springer wstał i pomógł Susan odsunąć krzesło.

- Nie zamierzasz zapłacić? - spytał Gil. - Nie mam pieniędzy - Springer pokręcił głową. - Nie można jednak mówić o kradzieży. Gdy przeprowadzać będą remanent, nie stwierdzą żadnego braku: ani wina, ani piwa, ani nawet kropli Smirnoffa. Henry spojrzał badawczo na Springera, lecz zatrzymał swe pytanie dla siebie. Wolał zaczekać i poobserwować, jak rozwinie się ich kontakt ze Springerem. Nie ulegało jednak wątpliwości, że cała ta sprawa była mocno podejrzana. Kątem oka spoglądał na kelnera i szefa sali, gdy przechodzili całą czwórką ku wyjściu, nie czyniąc żadnych wysiłków, by zapłacić za to, co wypili. Nikt ich nie zauważył, zupełnie jakby byli niewidzialni. Henry minął szefa sali tylko o cale, a ten nawet nie odwrócił się, by życzyć mu dobrej nocy, czy spytać, czemu wychodzi w pięć minut po przyjściu. - To jest dziwo przez duże ,,D” - stwierdził Gil. - Tak jakby wcale nas nie widzieli - odparła Susan. Przystanęła na chwilę, podeszła do baru i zajrzała prosto w twarz mężczyźnie w skórzanej marynarce, który siedział sam i popijał Pina Coladas. Popatrzyła dokładnie w jego oczy - najpierw z odległości stopy, a potem coraz mniejszej, aż w końcu ich nosy prawie się zetknęły. Nie poruszył się, nawet nie mrugnął, lak jakby rzeczywiście wcale jej nie widział. Lecz gdy Susan miała się już odwrócić i przyłączyć do pozostałych, mężczyzna nieoczekiwanie pocałował ją w koniuszek nosa i roześmiał się. Gdy tylko zapragniesz, skarbie, bym cię pocałował, to wystarczy słowo. Czerwona na twarzy i wściekła Susan wymknęła się z restauracji przed Henrym i Gilem, nie spojrzawszy nawet na Springera. Henry i Gil rozchichotali się, nawet Springer zdobył się na coś w typie neutralnego uśmiechu. Żałuję, ale nie jesteśmy niewidzialni powiedział. Nic zostawiamy jedynie żadnego śladu w pamięci personelu. Wyszli z restauracji. Susan dąsała się. ale nie zamierzała wracać do domu, zwłaszcza że inni leż się tam me wybierali. Springer gestem dłoni wskazał im kierunek i poszli za nim przez Camino del Mar, aż do przecznicy, tuż przed hotelem Bennett Coasl. Noc była wciąż mglista i wilgotna, zrywał się jednak wiatr. Na skraju domów, pomiędzy biurami pośrednictwa ,.Cord Realty” a wytwornym butikiem „Eleganza”. stał trzypiętrowy dom o frontowej ścianie pokrytej sztukateria, z okiennicami zwisającymi na skorodowanych zawiasach, pociemniała od wilgoci różową farba i podwórkiem zarośniętym dzika winoroślą. Ogrodzenie było połamane i pordzewiałe. Pogrążony w ciszy dom był wymownym znakiem opuszczenia, upadku i przemijania. Tutaj? - spytał Gil, pociągając z niesmakiem nosem. To musi być oszustwo.

Wymyślne oszustwo albo jakiś głupi kawał. - Chodźcie za mną Springer ruszył po zarośniętej betonowej ścieżce. Otworzył drzwi i wszyscy troje z wahaniem weszli za nim. Drzwi zamknęły się za nimi w zupełnej ciszy. Springer przeszedł przez hall. znalazł koniaki i zapalił światło. Wnętrze było zupełnie puste. Żadnych mebli, dywanów, tylko naga żarówka zwisająca z sufitu. Kiedyś musiał to być bardzo elegancki dom. Mahoniowe schody zakręcały wdzięcznym półkolem, wszystkie drzwi obłożone solidną, dębową boazerią z precyzyjnie cyzelowanych listew. Pomimo widocznego zniszczenia elewacji, pomieszczenia były suche i czyste jak świeżo sprzątnięte. Ich stopy stukały na poskrzypujących nagich deskach, a głosy odbijały się echem, jakby budynek zamieszkały był przez duchy. W powietrzu unosił się mocny, zastanawiający zapach wawrzynu. Musimy wejść na górę. - Springer bez wahania poprowadził ich schodami, jedną rękę przesuwając po wspartej na słupkach balustradzie. Henry, który szedł zaraz za nim. zauważył, że buty Springera przypominają mokasyny, których nie zakłada się wychodząc na ulicę, mokasyny zrobione z jednego kawałka czarnej skóry. Przeszli przez podest na piętrze. Springer otworzył drzwi naprzeciwko schodów. Prowadziły do dużego pokoju z dwoma przeszklonymi drzwiami na jednej ze ścian. Były one teraz czarne jak atrament, w ciągu dnia jednak musiały otwierać szeroki widok na ogrody za domem, a może i dalej, na brzeg morza. Henry, Gil i Susan widzieli swoje odbicia w szkle przejęci lękiem goście dziwnego, pustego pokoju. Ściany tego pomieszczenia były przed wieloma laty pomalowane na kolor turkusowy. Tam, gdzie wisiały niegdyś obrazy, widniały prostokątne plamy. Miejsca, gdzie przekładano instalacje elektryczną, wykuwając ją ze ściany obok kominka, znaczyły szramy na tynku. Springer zamknął drzwi, po czym odwrócił się do Henry'ego, Gila i Susan, patrząc na nich oczami tak bezbarwnymi i bladymi, jak białe wytrawne wino. które wypił. W porządku. Jesteśmy na miejscu - oświadczył Henry. A teraz, czy wyjaśnisz nam, po co nas tutaj przyprowadziłeś? - Ten dom został wzniesiony w jednym z dziewięciu-set kluczowych punktów w Ameryce - wyjaśnił Springer. Gdy ujrzał jednak, że go nie pojmują, dodał: - W Stanach Zjednoczonych jest dziewięćset miejsc, w których może zostać wezwana moc i to jest właśnie jedno z nich. - Moc? - spytał podejrzliwie Henry. - Moc, która mnie stworzyła, która, koniec końców, stworzyła także i was - mówił Springer, wskazując przy tym w górę, na sufit.

- Czy rozmawiamy o potędze Boga? - spytał Gil. - Czy właśnie o to chodzi? Springer uśmiechnął się. Jego dłoń przesunęła się lekko w powietrzu, muskając coś, jakby głaskał duże, niewidzialne zwierzę. - Możecie tę moc nazywać Bogiem, jeśli chcecie. Ale to oznaczałoby, że ta moc jest w pełni dobra. Taka jest ludzka koncepcja Boga. Boska istota nie znająca słabości i porażek. Rzeczywistość jest nieco inna, tak jak to zwykle bywa. W istocie, moc ta jest w stanie obrócić się przeciwko tym, którzy kradną, mordują czy rujnują bliźnim życie, lecz potęga ta jest jedynie względnie dobra. Nie istniałaby, gdyby miała być totalną dobrocią, dobrem bez kompromisu. Żadnej wojny nie można wygrać, czyniąc ją totalną. Postawa skrajna, w czyim kolwiek imieniu by ją przyjmować, jest najbardziej destruktywnym elementem ludzkiego charakteru. Jest najbardziej niszczycielską ze wszystkich cech duchowych. Nie, moi przyjaciele, ta moc jest mądra, ale jest też straszna. Jest mocą o olbrzymiej zdolności tworzenia, lecz nie jest mocą doskonałą. Henry spytał z nie ukrywanym sceptycyzmem. - Czy ta moc posiada imię? Springer przytaknął. - Nazywana jest Ashapola, zgodnie ze starożytnym terminem, który oznaczał „Mściciel wielkich krzywd”. - Czy chcesz nam przez to powiedzieć, że Ashapola jest Bogiem? - odezwała się Susan cichym i wysokim głosem. - Bóg jest wszystkim, czym chcecie, by był - wyjaśnił Springer. - Prawdziwą jednak mocą kreacji nie jest Bóg czy Budda, czy Gitche Manitou. Jest nią Ashapola, który zawiera w sobie wszystkie te i jeszcze inne bóstwa. To Ashapola stworzył człowieka na swój obraz, obdarowując go zarówno swą siłą, jak i swymi słabościami. W odróżnieniu od bóstwa, które czcicie jako Boga, a które zawsze karze swe dzieci za niepodołanie doskonałości, Ashapola uznaje ich błędy za odbicie swych wad i miast gromić ludzi, naucza ich, jak używać słabości tak, by dodały sił. Henry potarł z namysłem policzek. - Cóż - mruknął. - Wydaje mi się, że usłyszeliśmy już wszystko, co mieliśmy usłyszeć. Według mnie, panie Springer, jest pan niezrównoważony psychicznie. Ma pan prawo do własnej religii, własnego punktu widzenia. Żyjemy w wolnym kraju. Ale ja osobiście odprawiam regularnie spod drzwi zarówno mormonów, jak i adwentystów Dnia Siódmego, a jeśli nawet udało się wam znaleźć bardziej nowoczesny sposób przyciągania mojej uwagi, to muszę przyznać, że Ashapola nie zrobił na mnie większego wrażenia niż Moroni czy Boroni. A teraz wychodzę i spodziewam się, że tych dwoje młodych ludzi zechce

pójść ze mną. Zrobił tylko krok ku drzwiom, gdy Springer uniósł prawą rękę wysoko w powietrze i w pokoju zaczęło się ściemniać, tak że Henry ledwie widział cokolwiek prócz lśniących refleksów w oczach Springera i bieli jego uniesionej ręki. Rozległ się cichy, skwierczący trzask, jaki wydaje ogień lub zgnieciona kulka celofanu i powietrze w pokoju nasyciło się zapachem wawrzynu. - Jezu Chryste, co to? - zapytał Gil, a Susan wciągnęła głęboko powietrze. Pośrodku pokoju pojawiła się nagle wysoka, przejrzysta postać, w pierwszej chwili zamazana, szybko jednak nabierająca wyrazistości. Henry patrzył w przerażeniu. Trzaski przypominające zakłócenia w radiu były z każdą chwilą głośniejsze, aż w końcu ledwie mogli usłyszeć swoje własne słowa. Była to młoda dziewczyna z plaży, stała do nich plecami. Blond włosy rozpościerały się w powietrzu tak, jakby pływały w wodzie. Springer odstąpił od niej, nie opuszczając jednak ręki. Springer! Słyszysz mnie, Springer! - ryknął Henry. - Dość mamy tych sztuczek, rozumiesz? Idziemy! A teraz przestań się wygłupiać i zapal światło! Springer zignorował go. Zamiast tego zakręcił lewą rękę w powietrzu i dziewczyna zaczęła się wolno obracać. - Co się u diabła dzieje, Springer?! - wydzierał się Henry. Skwierczenie było jeszcze głośniejsze niż przedtem. Dziewczyna stopniowo odwracała się do nich twarzą. Tak jak przedtem, była piękna. Tym razem jej oczy były otwarte, patrzyła na całą ich trójkę z wyrazem tak smutnym i bolesnym, że Henry umilkł natychmiast. Gil złapał kurczowo ramię Henry'ego. Ze strachu, z potrzeby towarzystwa, przez prosty fakt, iż nie wiedział sam, co robić, i miał nadzieję, że może Henry będzie w stanie wyprowadzić ich jakoś z pokoju jak najdalej od Springera i tej dziewczyny, która, chociaż martwa, wzbudzała tyle litości. Nawet utopiona, nadjedzona przez węgorze i niezdolna przecież, by stanąć tu, przed nimi. Włosy dziewczyny falowały w powietrzu. Jej rysy zdawały się zmieniać i przesuwać, tak jakby obserwowali ją przez wodę. Kilkakrotnie otwierała i zamykała usta, przy czym Susan wydało się, że chce im coś powiedzieć, może nawet próbuje prosić ich o pomoc. - Oto, co się zdarzyło... - wyjaśniał Springer, głosem przebijającym się przez trzaski i basującym jak wygłaszane przez megafony zapowiedzi. - Oto, jaka była na początku... przyjrzyjcie się jej dobrze... zobaczcie, jaka była piękna... Pomimo strachu i gniewu na Springera, Henry, Gil i Susan przyjrzeli się dziewczynie

z uwagą. Jej twarz miała idealne rysy. Jej piersi były wielkimi, białymi kulami, poznaczonymi rozgałęziającymi się błękitnymi żyłkami i zakończonymi bladymi, różowymi sutkami. Wąska w talii, o gładkiej skórze, najwyraźniej nigdy nie rodziła. Uda miała smukłe i pięknie ukształtowane. Nad lewą kostką nosiła cienki, srebrny łańcuszek. - Nic o niej nie wiemy... nie znamy nawet jej imienia... ale ona jest pierwsza... ciągnął Springer. - Patrzcie, co się z nią stało. Wyraz twarzy dziewczyny zmieniał się stopniowo. Uśmiechnęła się lekko, nieobecnie, lecz wyraźnie. Wyciągnęła ramiona i chociaż nie widzieli nikogo poza nią, zdawała się kogoś obejmować, całować jakiegoś niewidzialnego kochanka. Jej uda pocierały rytmicznie o siebie w przyspieszającym z wolna erotycznym rytmie. Całowała powietrze przed sobą coraz goręcej, używając języka i zębów. Otworzyła szeroko usta i w najbardziej sugestywny, lubieżny sposób zaczęła lizać puste powietrze. Jej język przesuwał się wzdłuż czegoś niewidzialnego i długiego. Potem jej wargi rozciągnęły się szeroko, by objąć coś delikatnego, kołyszącego się, coś, co potrącała delikatnie koniuszkiem języka. Po chwili usta jej wzięły ową rzecz głęboko w siebie, a język zesztywniał, jak wsunięty w jakąś ciasną, chociaż niewidoczną, szczelinę. Przez cały ten czas ściskała i masowała rękami swoje piersi, aż sutki wezbrały tak bardzo, iż wystawały spomiędzy palców. Jej biodra wykonywały niestrudzenie koliste ruchy. Potem odrzuciła głowę do tyłu i pozwoliła swym dłoniom ześliznąć się po brzuchu między uda. Otworzyła się palcami, na początku tylko trochę, ukazując jedynie różowawe, lśniące fałdki. Jednak z każdym pocałunkiem otwierała się coraz szerzej. Wówczas - Henry, Gil i Susan patrzyli zafascynowani i przerażeni - stało się coś niezwykłego. Wydało się, że usiłuje wedrzeć się w nią coś niewidzialnego, lecz potężnego, ona zaś rozciągała się jeszcze szerzej, by móc to przyjąć. Zacisnęła mocno oczy z bólu i otworzyła usta w bezgłośnym krzyku, zauważyć można jednak było, że pomiędzy jej udami niczego nie ma - przynajmniej niczego, co oni umieliby dojrzeć. Dziewczyna zaczęła rzucać biodrami w tył i w przód, trzymając wyciągnięte ramiona i zaciśnięte dłonie tak, jakby kurczowo obejmowała plecy jakiegoś dzikiego napastnika. Uda miała teraz szeroko rozstawione, była otwarta w sposób, który przekraczał wszystko, co Henry kiedykolwiek widział. Ruchy dziewczyny osiągnęły oszalałe crescendo. Zadrżała skręcając się i została nagle zalana wręcz litrami kleistej, białej cieczy tak, że większość pociekła po jej udach. Potem zamknęła oczy, skrzyżowała ręce na piersiach i przez długi czas pozostawała nieruchomo, jakby spała.

Czas mija... mijają dni... - mówił Springer. Światło w pokoju migotało na zmianę z ciemnością, przesuwając się fala za falą z jednego końca pokoju w drugi. Henry zorientował się nagle, że patrzy na żywy kalendarz, zapis mijających dni ze słońcem wstającym na wschodzie i gasnącym na zachodzie, nieustannie jak w przyspieszonym filmie. Prawie niezauważalnie brzuch dziewczyny zaczął rosnąć. Budziła się i zasypiała, budziła i zasypiała. Brzuch rósł coraz większy, aż doszedł do rozmiarów właściwych dla trzeciego lub czwartego miesiąca ciąży. Wtedy to dały się w nim zauważyć ruchy. Nie było to nierówne kopanie rączek i nóżek dziecka, lecz niezwykłe, drgające kłębienie. Oczy dziewczyny otworzyły się. Był w nich ból. Jej brzuch zaczął skręcać się, marszczyć i falować. Jej oczy otwierały się i zamykały. Zaciskała z bólu zęby. Znów otworzyła oczy. Krzyczała, po chwili ucichła. Dni przeciekały, słońce wschodziło, zachodziło. Jej brzuch podnosił się i opadał, coś kłębiło się tuż pod skórą. Oczy wyszły nagle z orbit i zastygły. Otworzyła usta w długim, zdającym się nie mieć końca krzyku. Henry, Gil i Susan nie słyszeli niczego, lecz widzieli jej twarz i zdawali sobie sprawę, że ból, który dziewczyna odczuwa, staje się nie do zniesienia. Krzyk trwał, jakby nigdy nie miał się skończyć. Coś zadrgało w jej brzuchu, mocno, konwulsyjnie, tuż przy pępku. Nagle skóra wybrzuszyła się, jak po ciosie zadanym od spodu dłutem, i poszerzała w tym miejscu, niczym zaatakowana rakiem. Po chwili pękła, wyrzucając jaskrawy strumień krwi, która pociekła szybko po brzuchu, a w otworze pojawiła się rozchwiana głowa węgorza patrzącego szparami żółtych oczu na światło dnia, z łuską śliską od krwi. - Czy chcecie jeszcze...? - spytał Springer, gdy kilka dalszych głów węgorzy wychynęło z brzucha dziewczyny jak rozkwitający, obsceniczny kwiat. - Czy chcecie widzieć wszystko...? - Dość! - krzyknął Henry i dziewczyna zniknęła równie szybko, jak wcześniej się pojawiła. Nagle w pokoju zapłonęły światła. Wszystko było tak, jak przedtem. - Jesteś chory! Wiesz o tym? Jesteś chory! - krzyczała Susan, trzęsąc się cała, łzy rozmywały jej makijaż. Gil podszedł do Springera, powtarzając nieprzytomnie. - Co z tobą jest, jakieś perwersje cię opętały, czy co? Masz odbicia na tle tego, czy co? Co to w ogóle było, jakiś pomylony trójwymiarowy film, czy co?... Henry ujął ramię Gila, uspokajając go. - Cokolwiek sądzisz o panu Springerze, Gil, nie wydaje mi się, byś mógł go tak źle osądzać. Ani ty, Susan. To, co nam pokazał przed chwilą, było obrzydliwe, ale było prawdą.

To było to, co spotkało tę dziewczynę z plaży. Nie wiem, jak to technicznie możliwe, ale sądzę, że pan Springer zaraz nam to wyjaśni. - Mała próbka DNA, pobrana z mózgu dziewczyny, to dość, by odtworzyć jej wspomnienia - powiedział Springer pozbawionym emocji głosem. - To brzmi tak, jakby twój Bóg był Bogiem naukowym - skomentował Henry, niezupełnie uprzejmie. - Nauka to tylko ludzki sposób odkrywania dzieł Ashapoli - odrzekł Springer. Mówię DNA, ponieważ tak to nazwali ludzie. Ashapola nazywa to zupełnie inaczej. W książce o węgorzach, należącej do mojej byłej żony, czytałem, że w dawnej Skandynawii węgorze były czasem nazywane „spermą diabła”. Springer przytaknął, niemal z ulgą. - To, co widzieliście, te obrazy, były dokładnym odtworzeniem ostatnich kilku miesięcy życia tej dziewczyny. Pod koniec lutego miała stosunek, co malowniczo zostało ukazane. W miarę upływu czasu ciąża rozwijała się, lecz nie było to dziecko. A przynajmniej nie ludzkie dziecko. Czymkolwiek była istota, której się oddała, złożyła w niej nasienie, z którego wyrosły węgorze. I one ją w końcu zabiły. Jak dostała się do morza, jeszcze nie wiem. Sądzę jednak, że wrzucono ją tam, by uczynić w ten sposób jej śmierć mniej podejrzaną. - Nie wiesz, co to było - wyszeptała Susan. - Co to było, to, co ja... z czym ona...? Springer poruszył głową. - Henry wiąże to z diabłem. Ale przeciwnicy Ashapoli przybierają wiele różnych postaci. Niektóre spośród nich można określić jako zwierzęce, inne jako ludzkie. Pamięć tej dziewczyny została wymazana, może przez szok, a może skutkiem rozmyślnej ingerencji tego czegoś, co ją gwałciło, być może nawet tą samą techniką mentalną, której ja użyłem w restauracji wobec kelnerów, by nas nie zapamiętali. Cokolwiek to było, pamiętała tylko sam akt seksualny, lecz nie była w stanie przypomnieć sobie, co uprawiało z nią seks - człowiek, zwierzę czy jeszcze coś innego. Henry ujrzał, że zaszokowana Susan wciąż jeszcze trzęsie się z obrzydzeniem. Objął ją ramieniem i przytulił. Spojrzał wyzywająco na Springera. - No dobrze. Pokazałeś nam, co stało się z tą dziewczyną, którą znaleźliśmy. Powiedziałeś nam, że ona... miała stosunek z czymś. Widzieliśmy, jakie były tego konsekwencje. Sądzę, że mogę wypowiedzieć się za wszystkich, stwierdzając, że ci uwierzyliśmy. Muszę jednak zapytać o sens pokazania nam tego wszystkiego i to aż tak obrazowo. Szczególnie biednej Susan.

- No? - spytał Springer, patrząc ironicznie. - Jak sądzisz? - Nic nie sądzę, prócz tego, że ci wierzę i że chcielibyśmy już iść. - Popieram ten pomysł - wtrącił Gil. - Możliwe, że był nawet jakiś sens w urządzeniu nam tego małego pokazu filmowego, ale wymyka się on całkowicie mojej inteligencji. Springer położył płasko jedną dłoń na drugiej i uważnie przyjrzał się swoim paznokciom. - Powód tego wszystkiego jest prosty. Musieliście mi zaufać. A w żadną z tych rzeczy, które miałem wam do powiedzenia, nie było wam łatwo uwierzyć. Nie tylko proszę was, byście uwierzyli w Ashapolę. Proszę was też, byście zrozumieli, jak pilną sprawą jest możliwie szybkie odnalezienie tej bestii, która zapłodniła dziewczynę. - To już nie my, Charlie - powiedział sardonicznie Gil. Springer uniósł wzrok. - Tak, właśnie wy, moi przyjaciele. Jak sami wiecie, nie ma tu nikogo innego. To wy znaleźliście dziewczynę, widzieliście węgorze. Jesteście jedynymi, którzy szczerze w to wierzą. Uwierzcie mi, że to wola Ashapoli sprawiła, iż się spotkaliście. To był ustalony plan, a nie przypadek. Dziś rano, gdy znaleźliście leżącą na piasku dziewczynę, wasze przeznaczenie zostało przesądzone. Musicie odnaleźć bestię i to szybko. Musicie ją zgładzić. Henry nie mógł opanować gwałtownego drgania brody, zdołał jednak powiedzieć: A co będzie, jeśli odmówimy? Jeśli po prostu zajmiemy się własnymi sprawami i odmówimy? Co będzie, jeśli nie zechcemy mieć z tym nic wspólnego? Springer pokręcił powoli głową. - Tak czy inaczej, nie masz wyboru. Jeśli odmówisz znalezienia bestii, wówczas jest prawie pewne, że to ona odnajdzie ciebie.

6
Jedenastoletni samochód Nancy zbliżał się już do bocznej drogi, wiodącej ku La Jolla, gdy nagle układ sterowniczy zesztywniał, hamulce zrobiły się miękkie, a lampka wskaźnika temperatury oleju zamrugała alarmująco. Samochód toczył się coraz wolniej i tylko dzięki gwałtownemu szarpaniu kierownicy udało się jej sprowadzić go z autostrady. Zatrzymał się w końcu. - Gówno - syknęła, zaciągając ręczny hamulec. I w ten oto sposób jeszcze jeden wieczór okazywał się niewypałem. Została na lodzie na północnej autostradzie, o dziewiątej wieczorem, w swej najelegantszej, błękitnej kreacji i dopasowanych do niej butach. Była sfrustrowana i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Miała to być jej druga randka z Johnem Breamem, pracującym razem z nią w dziale innowacji drugiej największej agencji reklamowej w San Diego, jaką była firma Sutton & Ramirez. John był dla niej odpowiednikiem Richarda Gere. Tak przynajmniej z początku sądziła. Miał atletyczną budowę, z zamiłowaniem wdawał się w dysputy, okazując przy tym zdolności twórcze, i był przystojny, choć na nieco ponurą modłę. A gdy około dwóch tygodni temu zaproponował jej randkę, wydała pół tygodniowej pensji na nową jedwabną suknię od Capriccia i spędziła trzy godziny w „Young Attitude” na przycinaniu i układaniu jasnych włosów w stylowe fale. Ta pierwsza randka była wspaniała. Koreańska kolacja w „Seoul House”, dyskoteka, a potem przejażdżka nad morze i przyglądanie się surfingującym. Pocałowali się, a John przekonywał ją, że jest najbardziej pełną życia dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkał. Niemniej dziś, gdy zajrzała do jego mieszkania na Starym Mieście, okazało się, że nie zamówił stolika na kolację ani nie zamierzał wybrać się na tańce. Miał na sobie jedynie frotowy płaszcz kąpielowy, a na twarzy coś, co jego zdaniem musiało się zapewne nazywać uwodzicielskim uśmiechem. Gdy zaczęła protestować, z miejsca stracił zimną krew. - Czy wiesz, ile już na ciebie wydałem? A ty mówisz mi teraz, że nie pójdziesz na całość, bo to wbrew twym zasadom?! Jezu, te baby! Wielkie mi równouprawnienie kobiet! Wyemancypowane to wy jesteście tylko wtedy, gdy wam to pasuje! Była przerażona jego chamstwem. Czytała już wprawdzie w „Cosmopolitan” listy o mężczyznach, którzy oczekują w seksie zapłaty za to, co zainwestowali w randki, lecz nigdy dotąd nie spotkała się z tym sama - a przynajmniej nie tak ostro. Zawróciła na pięcie i wyszła. - Ty niedorżnięta suko! - krzyknął jeszcze za nią na schodach.

Raz za razem przekręcała kluczyk w stacyjce cutlassa. Starter wył i rzęził. Wreszcie, po długim czasie i wielu próbach, wydał odgłos wymiotującego konia i ostatecznie odmówił wszelkiej reakcji prócz jałowego klekotania. Jej poprzedni chłopak, wyniosły i dokładnie o wszystkim poinformowany gość imieniem Ned, wielokrotnie ostrzegał ją, że alternator dożywa kresu swoich dni. Wysiadła z wozu i stanęła wpatrzona weń, oparłszy ręce na biodrach, zupełnie jakby liczyła na to, że samo jej niezadowolenie wystarczy, by wóz zapalił. Było wprawdzie lato, ale do tego miejsca autostrady, wklinowanej między trawiaste wzgórza La Jolla Village docierał swobodnie zimny wiatr. Niebo przybrało kolor właściwy sasankom - granat wpadający w fiolet, a południowe jaskółki krążyły wysoko nad jej głową. Z ironiczną ulgą stwierdziła, że przynajmniej nie są to sępy. Inne wozy jadące autostradą przemykały obok niej z szumem i świstem. Pomarańczowe światła rozmywały się w smugi, wnętrza samochodów były zaciemnione, wypełnione prywatnością i chociaż uniosła maskę cutlassa i zapaliła światła awaryjne, nikt nie był skłonny się zatrzymać. Zbyt często zdarzały się napady na autostradzie, zbyt liczni byli w ostatnich czasach rabusie i zbyt wielu zmotoryzowanych zatrzymywało się, by pomóc w potrzebie opuszczonym damom, po to jedynie, by stać się obiektem ataku ze strony paru chuliganów, którzy zaraz wyskakiwali z krzaków. Nancy dygotała z zimna. Próbowała się rozgrzać, pocierając ramiona. Było już prawie ciemno i zaczęła godzić się z myślą, że będzie zmuszona zostawić wóz i odbyć spacer do La Jolla Village, gdzie być może złapie taksówkę do domu. Wzięła z samochodu torebkę i już miała zamknąć drzwiczki, gdy nagle przejeżdżający szosą biały lincoln zwolnił zjechawszy z autostrady, zatrzymał się ledwie dwadzieścia jardów przed nią. Czekał tak z zapalonym motorem i rozjarzonymi światłami stopu, co oznaczało, że kierowca nie wyłączył biegu i nie puścił sprzęgła. Nancy zawahała się przez chwilę, potem jednak ruszyła w stronę lincolna, opuszczając nieco głowę, by ujrzeć, któż to taki znajduje się w wozie. Doszła do drzwi po stronie pasażera, gdy kierowca opuścił okno. Zajrzała, do środka, ręką zasłaniając oczy przed blaskiem reflektorów przejeżdżających samochodów. Białe skórzane siedzenia, niewątpliwie drogie. Kierowca w czarnym, szytym na zamówienie garniturze. Twarz pociągła, z zapadłymi policzkami i śniada, prawie meksykańska. Białka jego oczu wpatrywały się w nią z ciemności. - Kłopoty? - zapytał. Nancy słyszała dochodzące z magnetofonu pod deską rozdzielczą tony jakiegoś hymnu: „O Jesu, I have promised...”

Pewnie ksiądz, pomyślała. Tylko jaki ksiądz nosi takie marynarki i rozjeżdża się najnowszym modelem lincolna? - Samochód mi wysiadł - powiedziała gniewnie. - Pewnie akumulator. W każdym razie nie chce zapalić. - A dokąd pani jechała? - La Jolla. Dokładniej na Prospect Street. - To daleko? - Jeśli skręcić na najbliższej krzyżówce, to potem jeszcze ze dwie mile w stronę oceanu. - A mogę zaproponować pani podwiezienie? Nancy zagryzła wargi. Pamiętała dobrze swoją przyjaciółkę Carole, która przyjęła propozycję podwiezienia z imprezy dobroczynnej w Leucadii. Niedawno, w listopadzie. Została obrabowana i zgwałcona przez trzech nastolatków. Pamiętała też dziewczynę z biura, Linde, która w pełni dnia została zaatakowana w Balboa Park, co omal nie skończyło się jej śmiercią. To, że ten mężczyzna dobrze się prezentował, miał wytworne ubranie i drogi samochód, nie musiało jeszcze niczego oznaczać. Tego typu przestępstw potrafią dokonywać ludzie dowolnego typu i wyglądu, nie ma tu żadnych reguł. Młodzieniec czekał z niezwykłą wręcz cierpliwością, podczas gdy Nancy usiłowała powziąć wreszcie jakąś decyzję. - Tak. Dziękuję - powiedziała w końcu. - To bardzo miło z pana strony. Młody człowiek zwolnił centralny system blokowania drzwi. Nancy otworzyła te z prawej strony i wsiadła. Otaksował ją wzrokiem i dopiero potem ruszył. W jego spojrzeniu nie było ani pretensji, ani udawanej dyskrecji. - Jest pani piękną dziewczyną - powiedział. - Powinna pani uważać, skoro już znalazła się na autostradzie. Nancy usiłowała się uśmiechnąć. - Najpierw napełniało mnie lękiem to, że nikt się nie zatrzymywał. Potem zaczęłam się bać, że ktoś to jednak zrobi. Mężczyzna rzucił okiem we wsteczne lusterko i włączył się lincolnem do ruchu. - Ale mnie się pani nie boi? - A powinnam? Mężczyzna wykrzywił się. - Nie sądzę, ale nigdy nic nie wiadomo. Kto wie, jakie zło czaić się może w sercu człowieka? Zamilkł, prowadząc jedną ręką.

- „Tylko Cień to wie, ho-ho-ho” - wyskandował po chwili. - To już o panu coś mówi. Mój ojciec znał wszystkie te hasełka. - Jak na przykład: „W domu nikogo, nadzieję mam, mam, mam” - podsunął młodzieniec. - Zgadza się! Skąd pan to zna? - To Elmer Blurt z „Al Pearce i jego gang”. Nancy pokręciła z rozbawieniem głową. - Wie pan, nigdy nie spotkałem nikogo, kto by to pamiętał, prócz mego ojca, oczywiście. Młodzieniec znów spojrzał w lusterko. - Czy tu powinienem skręcić? - Tak. Tam, gdzie jest napisane: La Jolla Drive. Młody człowiek sprowadził lincolna z autostrady na właściwy podjazd, na górze skręcił w lewo, kierując się prosto na wzniesienie La Jolla. - Powinienem się przedstawić - zwrócił się do Nancy. - Nazywam się Ronald DeYries. - A ja Nancy Busch. - Może pani przypuszczać, że nie mieszkam obecnie w tej okolicy. I w samej rzeczy. Właśnie przyjechałem z Meksyku. Przez jakiś czas mieszkałem w San Hipolito. - Nie znam San Hipolito - powiedziała Nancy. - To miła miejscowość? Ronald uniósł dłoń. jakby chciał powiedzieć: ,,San Hipolito? O czym tu gadać?” - Nie podobało się tam panu za bardzo? - spytała. - Jest nieźle, gdy nie trzeba tam zostawać na dłużej. Ja musiałem. - A ja uwielbiam La Jolla. Żyję tu już od jedenastu lat. Trochę zbyt kramarskie miasteczko, bardziej niż inne, ale ma w sobie wiele uroku. Można tu zimą siadać wprost na skałach, nikt się wtedy nie kręci po okolicy i można sobie spokojnie wyobrazić, że jest się jedynym człowiekiem na tym całym ledwo trzymającym się kupy świecie. - Musi mi pani wskazać drogę - rzucił Ronald, gdy dojechali do wylotu La Jolla Drive. - Tutaj w lewo. W lewo. Skręciwszy z przesadną ostrożnością za róg, Ronald powiedział: - Wygląda pani, jakby wybierała się gdzieś dziś wieczorem. - Czas przeszły. Miałam niejakie nieporozumienie z moim chłopakiem. Od teraz już byłym chłopakiem. - Bardzo przykre - powiedział Ronald i znów zapadła cisza. - Czy jest pan może księdzem albo kimś w tym rodzaju?

- Księdzem? - roześmiał się. No, to na taśmie, to są hymny? Ronald natychmiast sięgnął i wyłączył magnetofon. - Słuchałem tego ot tak, dla zabicia czasu. - Daleko pan jedzie? - Zamierzałem dotrzeć do Santa Barbara. - To naprawdę długa trasa. Mam nadzieję, że nie przyczyniłam się do opóźnienia. Ronald wyprzedził wlokącą się ciężko pod górę betoniarkę i powrócił na środkowy pas pozwalając, by minął ich rozpędzony czerwony porsche. - Prawdę mówiąc, to myślałem właśnie o zrezygnowaniu z dotarcia dziś do Santa Barbara i zaproszeniu pani na kolację. Nancy natychmiast zaprzeczyła energicznym ruchem głowy. - Och, nie, nie mogę oczekiwać od pana aż tyle, szczególnie po podwiezieniu i wszystkim. Poza tym muszę poszukać kogoś, kto ściągnie mój samochód. Nie chciałabym znaleźć go bez kół i silnika. - Proszę posłuchać mojej rady: wezwie pani pogotowie drogowe, zleci im zabranie samochodu, nie będą nawet potrzebowali do tego kluczyków, a potem pójdzie pani ze mną na kolację. - Przykro mi, Ronaldzie. To naprawdę wspaniałomyślnie z twojej strony, doceniam. Prawie jednak cię nie znam i nie wiem, czy jestem we właściwym na takie imprezy nastroju. Ronald skręcił w Prospect Street i zatrzymał się na podjeździe pod jej domem, choć wcale go nie pilotowała. - Skąd wiesz, że tu mieszkam? - spytała zaskoczona. - Sama mi powiedziałaś. „Na samym początku Prospect Street” - to właśnie powiedziałaś. A teraz, co z kolacją? Myśl, by jechać od razu do Santa Barbara, napawa mnie wstrętem. Zamierzam gdzieś wstąpić i coś zjeść. - Ale zatrzymałeś dokładnie tam, gdzie trzeba. Przed właściwym domem. - Przypadek - powiedział Ronald na odczepnego. - I jak, Nancy, co robimy? Przyjacielski diner a deux bez zobowiązań, bez komplikowania sobie życia? Potrzebuję tylko towarzystwa. Nie cierpię jeść sam. - No... dobrze - zdecydowała wreszcie. - Najpierw jednak wezwę pomoc drogową. Wejdziesz? - Jeśli wolisz, poczekam w wozie. - Oczywiście, że nie. Chodź. Dom, w którym mieszkała Nancy, był duży, wolno stojący. Zbudowany z cegły w

1936 roku, w stylu angielskiej posiadłości wiejskiej, pokryty był bluszczem, spod którego ledwie już wyzierała czerwień murów. Właściciel domu wyjechał przed piętnastu laty na Wschód, polecając, by jego własność podzielona została na mieszkania i wynajęta na długie terminy. Nancy wynajęła mieszkania na piętrze, na tyłach domu, przejmując je na cztery lata od oceanologa, który został wysłany do pracy w Kioto. Otworzyła drzwi. Sień była mroczna, pachniała lawendowym proszkiem do szorowania i potrawami chińskiej kuchni. Naprzeciw schodów stał tykający niestrudzenie, wysoki, ciemny zegar, którego na wpół widoczne wahadło przypominało Nancy któryś z utworów Edgara Allana Poe. Wspięła się na schody, Ronald za nią. - Wiesz, gdzie zadzwonić w sprawie samochodu? - spytał, gdy otworzyła drzwi swego mieszkania. - Nie martw się”, to mi się już zdarzało - powiedziała, zapalając światła. Ronald wszedł i rozejrzał się z aprobatą po salonie. Było w nim niewiele mebli, które dobrane zostały ze smakiem wskazującym na upodobanie do nowoczesnych sprzętów: stół ze szklanym blatem, włoskie lampy przypominające futurystyczne żyrafy, indiańskie tkaniny na ścianach. Nancy poszła zadzwonić. Ronald tymczasem zbliżył się do okna i odsunął gładkie, płócienne kotary. - Masz świetny widok na sąsiadów - wyraził swe uznanie. - Czy ci dwaj tam właśnie się biją? Wyglądają, jakby krzyczeli. Na ścianie, nad telefonem wisiał olejny obraz nagiej kobiety. Już na pierwszy rzut oka widać było, że przedstawia on Nancy. Ronald podszedł bliżej, zabawiając się z rozmysłem porównywaniem portretu z modelką, zwracając głowę to tu, to tam jak obserwator partii tenisa. Podobieństwo wykluczało pomyłkę. Lekko prostokątna twarz o jasnej cerze z krótkim, prostym nosem i niespodziewanie występującymi piegami, jasnorude włosy i wysoka, kanciasta sylwetka z małymi, lecz w miły sposób zaokrąglonymi piersiami. Nancy obserwowała go, trzymając słuchawkę telefonu przy uchu. - Jeden z moich chłopaków studiował malarstwo - wyjaśniła. - Z dobrym skutkiem - przyznał Ronald. Rzuciła okiem na portret. - Jesteś pierwszym mężczyzną, który tak mówi. Zwykle oznajmiano mi, że wolą oryginał. Jest w tym, jak się domyślasz, i chęć przypochlebienia się, i zazdrość, że był jeszcze ktoś inny, kto też widział mnie bez ubrania. Moim przyjaciółkom też się nie podoba. Uważają, że to kompensacja moich tłumionych skłonności do ekshibicjonizmu. - Nie jestem taki, jak inni mężczyźni - wzruszył ramionami. - Czy mogę zapalić? - Nie krępuj się. Popielniczka jest na półce z książkami.

Ronald przeszedł na drugą stronę pokoju i wziął popielniczkę. Przejrzał przy okazji zgromadzone przez Nancy książki. „Sztuka reklamy”, „100 najsłynniejszych reklam”, „Techniki przekonywania”. Wrócił na swe miejsce, wsuwając między wargi rosyjskiego papierosa. Przypalił go papierową zapałką, wyrywając ją i zapalając jedną ręką. Sztuczka ceniona przez kogoś, kto uważa, że każdy objaw zręczności jest istotny. Kogoś, kto gotów jest łapać ustami rzucone uprzednio w powietrze orzeszki. - Więc siedzisz w reklamie? - zapytał, gdy załatwiła już sprawę z pomocą drogową i odłożyła słuchawkę. - Druga najstarsza profesja świata. - Jestem projektantką - powiedziała Nancy. - Maluję na kawałku śliskiej tkaniny szczegóły liternictwa, kreślę mnóstwo linii i jeszcze mi za to płacą. Wyraźnie czekała teraz, aż on powie jej, co robi. Ronald stał jednak w milczeniu, z rękami w kieszeniach, pociągając papierosa i spoglądając na nią bez mrugnięcia okiem. - No i jak będzie z tą kolacją? - spytała. - Właśnie. Co lubisz? - Nie wadzą ci Meksykanie? Może być u „Manuela”? - Mogą być i Meksykanie. Pojechali do „Manuela” samochodem, chociaż nie było to więcej niż pięć minut marszu od domu Nancy. Wystarczyło dojść do turystycznego odcinka Prospect Street, tam gdzie mieściły się odzieżowe butiki, drogie restauracje, galerie sztuki i biura pośrednictwa. Chodniki były zatłoczone wczesnowieczornymi spacerowiczami, miejsca do parkowania zajęte, tak że Ronald zatrzymał w końcu swego lincolna przed salonem sztuki „La Galeria”. Zamknął samochód i skinął w kierunku galerii. - Może wstąpimy? - zaproponował. Przeszli przez chodnik i stanęli tuż przy szybie. Na okrytym jutową materią postumencie, pod przezroczystym kloszem stała brązowa statuetka bożka Pana. Miał kopyta i nogi kozła. Tańczył, przygrywając sobie na fujarce, z twarzą naznaczoną szelmowskim wyrazem i piętnem zapamiętania się w szaleństwie. - Wspaniały - stwierdziła Nancy. - Klasyka. - Mówiła to z sarkazmem. Według niej, był okropny. Nie wzięłaby tego posążka nawet na klin do blokowania drzwi. Ronald przytaknął jedynie, wpatrując się w milczeniu w statuetkę z rękami spuszczonymi luźno po bokach, jakby zahipnotyzowany. Nancy czekała cierpliwie. Ostatecznie to on stawiał, więc nie wypadało popędzać. W końcu Ronald odwrócił się od okna i bez słowa wyjaśnienia, czemu właściwie statuetka tak go zainteresowała, podał jej ramię. Ruszyli hałaśliwym, jasno oświetlonym

chodnikiem. Nancy poczuła, że jest niespodziewanie wesoła. Może los wreszcie uśmiechnął się do niej, może tak naprawdę w kłótni z Johnem i awarii samochodu na autostradzie tkwił palec Boży? Może w końcu („błagam, losie!”) znalazła sobie kogoś szczególnego? Nie można było przecież wątpić, że Ronald DeVries był kimś szczególnym. Zamówili guacamole i cuesadillas duszone w gęstym sosie, którego receptura stanowiła tajemnicę lokalu. Wszystko było bogato przyprawione chilli, które spłukali mocnym, czerwonym winem. Rozmawiali o reklamie, życiu biurowym, psujących się samochodach i kłopotach dzieciństwa. Śmiali się, trzymając za ręce, nakrywając wyciągnięte na obrusie dłonie. Ich oczy lśniły w blasku migoczących między nimi świec. Ronald ponownie zamówił wino, Nancy tymczasem wyszła do toalety. - Mam nadzieję, moja droga, że nie zaczynasz się w nim zakochiwać - powiedziała do swego odbicia w lustrze. Wróciła do stolika. Ronald zdołał już napełnić jej kieliszek winem. - Wiesz co? - odezwał się z rozbawieniem. - Wiesz, jak brzmią nasze imiona? Ronald i Nancy! Uwierzyłabyś? Nie za dużo oficjeli naraz? - Opowiadałeś o tych starych skeczach z W.C. Radio - przypomniała mu Nancy. - Och, tak. Naprawdę wspaniałe. Był jeden, w którym on mówił, że zawsze, gdy słyszy słowo praca, dostaje załamania nerwowego. W domu nigdy nie mówili tego przy nim głośno, skracając je do „p”. W przeciwnym przypadku mógł zemdleć, a wtedy pomagała mu tylko większa miarka dereniowej brandy, rozcieńczonej czystym dżinem. - „Pamiętam mój pierwszy łyk... zbladłem trochę...” - Ronald naśladował styl W.C. Fields. Nancy roześmiała się. Od miesięcy nie czuła się tak niewiarygodnie wręcz szczęśliwa. Raz jeszcze ujęła dłoń Ronalda. - Jak to się stało, że pamiętasz to wszystko? - Po prostu lubiłem słuchać radia - wzruszył ramionami. - Teraz już nie nadaje się takich programów, prawda? Ronald zrobił obojętną minę i sięgnął po papierosa. - Masz może taśmy? - spytała. - Chciałabym posłuchać paru. - Słyszałem to tylko kiedyś - Ronald pokręcił głową. Widać było, że nie ma ochoty dłużej o tym rozmawiać, Nancy zmieniła zatem temat. - Nie powiedziałeś mi nic o Meksyku ani o tym, co tam robiłeś. Spojrzał na nią, jakby zdziwiony, że w ogóle o to zapytała. - Niczego tam nie robiłem - odpowiedział po dłuższej przerwie.

- Przepraszam. Nie chciałam być wścibska. Pytałam po prostu. - Nie szkodzi. To nie było nic interesującego. - W porządku - powiedziała nieco zbita z tropu. Nie potrafiła zrozumieć, czemu samo wspomnienie o Meksyku tak nagle zmieszało Ronalda i tak zwarzyło atmosferę. Gustował w meksykańskiej kuchni, lecz wydawało się, że sam kraj uznawał za pokrytą platyną zgniliznę. Zaciągnął się pospiesznie papierosem i zdusił go po wypaleniu ledwie połowy. - Dobrze, pomówmy o czymś innym - zaproponowała Nancy. - Nie musimy rozmawiać o Meksyku. Ronald popatrzył na nią ostro. Słuchaj, o co ci chodzi? Powiedziałem, że nie chcę rozmawiać o Meksyku. Wydawało mi się, że wyraziłem to dostatecznie jasno. A tymczasem wszystko, co słyszę, to Meksyk, Meksyk i Meksyk! - Na miłość boską - Nancy próbowała go uspokoić. Naprawdę, tak tylko zapytałam. Nie wiedziałam, że tak bardzo cię to rozdrażni. Słuchaj, nie obchodzi mnie, co tam robiłeś lub czego tam nie robiłeś. Prowadzę tylko uprzejmą rozmowę i jeśli nie chcesz poruszać tego tematu... Twarz Ronalda stężała i była teraz równie pełna wyrazu jak przeciętny nagrobek. - Ronald? - spytała, sięgając ku jego dłoni. W tej chwili zatrzymał się przy nich zaganiany kelner. - Czy coś jeszcze, senor? Smakowało pani, senorita? - Proszę tylko o rachunek - rzucił krótko Ronald. Kelner spojrzał z niepokojem na Nancy. - Czy są może państwo z czegoś niezadowoleni? - Wszystko jest w najlepszym porządku, przynieś mi tylko ten cholerny rachunek! Nancy milczała aż do chwili, gdy wrócili do samochodu. - Czy musiałeś zwracać się do kelnera w ten sposób? Byłam zakłopotana. Ronald rzucał w powietrze i łapał kluczyki od samochodu, raz za razem podzwaniając nimi w irytujący sposób. Nie odpowiadał jej ani słowem. Jego nastrój uległ drastycznej zmianie, zmarzł na kość i nie dał się roztopić. - Co takiego stało się w Meksyku, że tak cię rozdrażniło? - trwała przy swoim Nancy. - Rzecz w tym, że cokolwiek się stało, nie ma powodu, byś przenosił złość na nas. To nie była moja wina. A już z całą pewnością nie było w tym winy kelnera. - Tak sądzisz? - spytał Ronald. - To była w całości wasza wina, ludzi takich jak ty i on.

- Nic z tego nie rozumiem - odcięła się. - Pół godziny temu gotowa byłam sądzić, że jesteś kimś fantastycznym, najmilszym i najsympatyczniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Pół godziny temu. Wierzysz w to? Myślałam nawet, że zaraz się w tobie zadurzę. I co mam teraz powiedzieć, gdy zachowujesz się w ten sposób? Za co niby mnie winisz? Za coś, co stało się w Meksyku i o czym nie mam nawet najmniejszego pojęcia? Nigdy dotąd cię nie widziałam, więc jakim cudem mogłabym być za to odpowiedzialna? Biorąc pod uwagę, jak ciągniesz tę sprawę, to przypuszczam, że nie będę miała ochoty więcej cię widywać. Ronald zatrzymał się przy samochodzie i spojrzał na Nancy, mierząc ją wzrokiem ponad białym, winylowym dachem wozu. Sposób, w jaki to robił, był znowu inny. Chłód ustąpił miejsca samozadowoleniu i protekcjonalnej pewności siebie. - Spotkasz mnie jeszcze, czy będziesz tego chciała, czy nie. - Nie sądzę. A teraz pójdę do domu sama; i dziękuję. Czy mam zapłacić za to, co zjadłam? Ronald otworzył drzwi samochodu. - Mniejsza z tym. Ostatni posiłek skazańca jest za darmo. - Co to u diabła ma znaczyć? Próbujesz mnie zastraszyć czy co? - Nikt nigdy nie oskarżył mnie o to, że próbuję go przestraszyć - odpowiedział Ronald. Nancy zamurowało. Ronald wsiadł do wozu i zatrzasnął drzwi. Jego ostatnie słowa zabrzmiały w wieczornym powietrzu jak wielotonowe kuranty. Dziwny był akcent, który położył na słowo „nigdy”, i sposób, w jaki wymówił „próbuję”. Dla Nancy zabrzmiało to, jakby „nigdy” naprawdę znaczyło nigdy. Jakby nie dotyczyło ludzkiego życia, lecz obejmowało setki, tysiące lat, a może i całą wieczność. „Próbuję” mówił w ten sposób, jakby miało to oznaczać, że on nie musi próbować - że napełnia ludzi strachem bez jakiegokolwiek wysiłku. Pochylił się, by wetknąć kluczyk do stacyjki i światła ulicy ukazały na chwilę jego twarz. Spostrzegła, że cienie ułożyły się na niej pod jakimś dziwnym kątem. Wyglądał bowiem na wymizerowanego, skórę miał ściągniętą, jakby nagle przybyło mu lat, i w trudny do opisania sposób sprawił na niej nieprzyjemne wrażenie. Spojrzał na nią i ów dziwny wygląd zniknął, wystarczyła jednak krótka chwila - czego właściwie - prawdy? objawienia? by Nancy zdążyła pomyśleć, że oto właśnie ujrzała go takim, jakim jest naprawdę, i że z pewnością nie był to miły widok. No nic, los ostatecznie nie okazał się dla niej łaskawy. Rondla ujawnił się jako samczy skurwysyn nie lepszy niż John Bream i cała reszta tego

pomiotu. Zrobił to przynajmniej wystarczająco wcześnie, by nie uwikłała się w sprawę. Los bawi się nią, jak chce, ale oszczędził jej tym razem szarpiącego nerwy oczekiwania i łudzenia się, które zwykle musiała przecierpieć. Przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła przez Prospect Street. Do domu miała tylko pięć minut drogi. Nie pomachała mu, nie odwróciła się nawet. Przypadkowo go spotkała i takim samym miała zamiar uczynić pożegnanie. Ot, jak dwoje ludzi, którzy wdali się w rozmowę podczas podróży samolotem, a potem idą każde w swoją stronę. Słyszała, jak za jej plecami zapala silnik, jak z piskiem opon rusza od krawężnika, twardo jednak nie odwracała głowy. Ronald zawrócił lincolna na środku ulicy, ryzykując tym utratę prawa jazdy i minął ją z dużą szybkością, nawet nie spojrzawszy. Pomyślała: żegnaj, rycerzu w lśniącej zbroi, którym nigdy nie byłeś. Owszem, wdzięczna mu była za to, że dotarła do La Jolla, miast błąkać się po autostradzie. Wdzięczna była mu za obiad i to niezależnie od tych jego dziwacznych kompleksów. Zastanawiało ją, co też zdarzyło mu się w Meksyku, że okazywał takie przewrażliwienie i gotów był winić za swe niepowodzenie cały świat. Skręciła zgodnie z łukiem, który kierował Prospect Street lekko na wschód. Gdy chłodny wiatr od morza targał jej włosy, myślała jeszcze o czymś innym. O Ronaldzie stojącym przed oknem wystawowym galerii, stojącym tam długie minuty ze wzrokiem wbitym w statuetkę bożka Pana. Teraz, gdy się nad tym zastanawiała, jego zachowanie wydawało jej się bardzo dziwne, chociaż wtedy przyjęła je normalnie. Wpatrywał się i wpatrywał, a ona nie była w stanie określić wyrazu jego twarzy. Pogarda, owszem, lecz także i fascynacja, tak jakby nie mógł się oderwać i to niezależnie od tego, jak nieudolnie wykonana była owa statuetka. Doszła do domu i podjazdem dotarła do drzwi. W żadnym z frontowych okien nie paliło się światło. Większość pozostałych lokatorów wybyła spędzać wieczór na swój sposób. Kobieta, która mieszkała pod Nancy, znalazła sobie Indianina, geologa (żonatego, rzecz jasna), który zabrał ją na odbywające się w Phoenix seminarium nafciarzy. Wyjęła klucze, drzwi jednak, jak stwierdziła po wejściu na schodki, były otwarte. Wahała się przez dłuższą chwilę. Nikt nigdy nie zostawiał frontowych drzwi otwartych. Nie dlatego, żeby nie ufali sąsiadom czy stałym mieszkańcom tych okolic. Poza sezonem La Jolla była najspokojniejszym miejscem w całej południowej Kalifornii. ,,Dobrodziejkowo Nadmorskie” jak nazwał to jeden z jej przyjaciół. Razem z latem jednak zaczynało się złodziejstwo, pojawiali się kieszonkowcy, mnożyły niepokojąco napaści i gwałty. Koniec końców Nancy uchyliła lekko drzwi. Sień była mroczna i cicha. Widziała

wyraźnie dolną część schodów, na które padał słaby blask z brudnego okna na półpiętrze. - Hej? Jest tu kto? - zawołała. Cisza. Poczekała jeszcze chwilę, potem otworzyła drzwi na całą szerokość. Słyszała teraz tykanie stojącego zegara, który ze zmęczeniem odmierzał sekundy, widziała rytmiczne odbłyski światła w wahadle. Wciąż miała w uszach dziwaczne ostrzeżenie Ronalda: „Spotkasz mnie jeszcze, czy będziesz tego chciała, czy nie”. Poczuła nagle irracjonalny lęk, że czeka teraz pod schodami, gotów rzucić się na nią i skrzywdzić. - Ronald? - zawołała wiedząc, że postępuje głupio. Bez odpowiedzi. Wstrzymując oddech wśliznęła się do sieni i sięgnęła do przełącznika. Światło. Sień była pusta. Odrapana, szara, zalatująca, jak zwykle, kuchnią. Na stoliczku pod ścianą leżała kartka. Podeszła szybko i podniosła papier. Był zaadresowany do niej, a pochodził z Tecolote Road Wrecking Company. Napisany pospiesznie, kulfoniasto, informował, że jej wóz został zgodnie z instrukcjami zaholowany do miasta i znajduje się obecnie w warsztacie w centrum, gdzie zostanie naprawiony i będzie do odebrania za mniej więcej cztery dni. Schowała kartkę z powrotem do koperty i rozejrzała się wokoło. Obsługa auto serwisu dzwoniła widocznie, ktoś im otworzył i zapomniał potem dokładnie zamknąć drzwi. Z pierwszego piętra dobiegały odgłosy włączonego telewizora pani Oestreicher, szedł „Matt Houston”. Była niemal pewna, że to właśnie jej telewizor. Zamknęła drzwi i wspięła się na górę do siebie. Torbę rzuciła na kanapę. Zrzucając ruchami stóp buty, weszła do kuchni i wyjęła z lodówki butelkę białego wina. Na suszarce stały trzy dokładnie wymyte kieliszki - jedyne, jakie miała. Napełniła jeden najlepszym trunkiem Paula Massona i przeszła do salonu. Jej myśli krążyły wciąż wokół Ronalda DeVries i jego gwałtownie zmieniającego się nastroju. W jednej minucie, tak jak z początku niewypowiedzianie czarujący, tak po chwili wydawał się zdolny ją udusić. Tak, tak, matka zawsze ostrzegała ją przed przyjmowaniem propozycji podwiezienia. „Handel białymi niewolnicami wciąż kwitnie, Nancy, i nie pozwól, by ktokolwiek wmawiał ci, że jest inaczej”. Trzema łapczywymi haustami opróżniła kieliszek i napełniła go ponownie. Około dwudziestu minut próbowała oglądać telewizję, była jednak zmęczona, a i wino zrobiło swoje, tak że w końcu przeszła do sypialni, zaciągnęła rafiowe story i rozebrała się. Błękitny kostium powiesiła starannie w szafie, buty ustawiła równo tuż pod nim. Po głowie chodził jej urywek z piosenki Dylana: „Co to jest, że taka miła dziewczyna jak ty, robi takie głupoty?” Mruczała to sobie nieustannie pod nosem, przygotowując się do kąpieli, krążąc w tę i z powrotem między sypialnią a łazienką, zmywając bezbarwny lakier z paznokci, upinając

włosy, ścierając szminkę. Spędziła w wannie dziesięć rozkosznych jak marzenie minut. Z rozleniwieniem obserwowała skapujące z nieszczelnego kranu krople wody i kłęby pary, unoszące się pod sufitem niczym parada niedorozwiniętych duchów. Jej myśli krążyły znów wokół posążka bożka Pana, wokół jego kopyt, brody i skośnych, szalonych oczu. Ten obraz zapadł jej w pamięci jak rozedrgana stop-klatka video. Nie chciał zniknąć i mimo wszelkich wysiłków nie dawał się wymazać. Wytarła się i naga usiadła przed toaletką, wklepując w twarz krem Clinique. Spójrz na siebie, pomyślała. Dwadzieścia sześć lat, zgrabna, ładna, inteligentna. Duże, zielone oczy, zmysłowe wargi, figura modelki. Co takiego siedzi we mnie, że nie umiem się oprzeć właśnie tym niewłaściwym mężczyznom? Czemu po raz sto pięćdziesiąty siódmy będę tej nocy spała sama? Zupełnie nie wiem, po co właściwie biorę pigułki. Przykryła dłonią lewą pierś. Gdy mnie dotkniesz, czy nie zareaguję? Gdy mnie pocałujesz, czy nie odpowiem? Jestem kobietą hojnie obdarzoną przez naturę, głęboko uczuciową, kobietą znającą wszystkie namiętności głęboko uczuciowej kobiety. Nawet więcej. I za to wszystko pragnę tylko, żebyś traktował mnie jak człowieka. Nie tak, jak John Bream, nie tak, jak Ronald DeVries. Czemu mężczyźni winią mnie za wszystko? John za nie spłacony w łóżku rachunek na siedemdziesiąt osiem dolarów i dwadzieścia pięć centów, włączając napiwek. Ronald za jakieś nie wyjaśnione kłopoty, które miał w San Hipolito w Meksyku. Przewiązała włosy wstążką i wyjęła z szafy czystą koszulę. Sypiała zawsze w męskich koszulach po części dlatego, że był to całkiem wygodny nocny strój, a po części, że lubiła chodzić do magazynów Searsa z męską odzieżą i tam je kupować, niby dla męża lub chłopaka. Ułożyła się w pościeli, biorąc ze sobą książkę, którą czytała już od paru miesięcy, każdego kolejnego wieczoru posuwając się nie więcej niż o dwie lub trzy strony. Była to ,,Analiza współczesnej reklamy”. Nakręciła swój budzik Minnie Mouse i pociągnęła za wyłącznik górnego światła. „Reklamy Ogilvy'ego z 1958 roku dotyczące importowanych rolls-royce'ów zawierały jedynie fakty, bez żadnych przymiotników, bez żadnych przymiotników...” czytała, lecz myślą była wciąż przy posążku bożka Pana i tym, co powiedział Ronald: „Nikt - nigdy - nie oskarżył mnie o to, że próbuję go przestraszyć... Że próbuję go przestraszyć...” Usiłowała skupić się na książce. „Agencja musiała stawić czoła dawnym, utrwalonym przekonaniom, że rolls-royce to nie samochód, a cudeńko za ponad dwadzieścia tysięcy dolarów, które wymaga szofera...”

„Nikt - nigdy - ...” Przeczytała jeszcze z półtorej strony, ziewnęła i odłożyła książkę na nocny stolik. Wyłączyła lampkę i zagrzebała się w prześcieradła. Przez chwilę leżała na boku, spoglądając na tańczące na ścianie smugi światła. Co noc tak się układały - odblaski lamp ulicznych, prześwitujące przez krzewy jukki na tylnym podwórku. W sztormowe noce szamotały się gwałtownie, teraz jednak, gdy było spokojnie i łagodnie, kołysał nimi tylko lekki podmuch od morza. Jej oczy się zamknęły. Jeszcze jakieś odruchowe drgnięcie, zmarszczenie brwi. Zasnęła. Z początku spała bez snów, potem jednak znalazła się gdzieś, na jakimś wietrznym wzgórzu, całe mile od jakiegokolwiek znanego jej miejsca. W oddali widziała białe i czerwone światła przejeżdżających autostradą samochodów, ale coś jej podpowiadało, że to nie ta autostrada, że idzie w złym kierunku. Próbowała opanować panikę, wiedziała jednak, że się zgubiła i że wiele godzin minie, nim znajdzie drogę do domu. Dotarła do samotnie stojącego, cichego i opuszczonego budynku w dawnym stylu. Wpłynęła na schody. Otwarte drzwi. Na zaniedbanej werandzie leży na boku fotel na biegunach, szare szczury szarpią zębami jego wiklinowe siedzenie. Ktoś umarł, pomyślała i zaraz poczuła się osaczona przez mrok, przytłoczona ciemnością. Poczuła lęk. Wiedziała, że musi wejść do tego domu i poszukać telefonu. Rozwarła szeroko drzwi. Wnętrze budynku było ciemne i duszne. Tuż przy schodach stała wysoka gablota wystawowa. Szyby oblepione brudem i kurzem, patyną setek lat zaniedbania. Podpłynęła ku niej, spróbowała zajrzeć do środka, jakieś mroczne, skręcone kształty... Przetarła szkło ręką, lecz nie udało się jej dojrzeć niczego więcej. Z jakiegoś powodu bała się tych niewyraźnych kształtów. - Nikt - nigdy... - wyszeptał jakiś głos. Głos tak zimny, jak woda kapiąca z kranu w nie używanej od dawna łazience. - Nikt - nigdy - nie oskarżył mnie o to, że próbuję... Nie poruszając wcale nogami, uniosła się po schodach, mijając na półpiętrze podświetlone okno, w którym tańczyła brązowa statuetka bożka Pana. Posążek trwał nieruchomo, lecz pewna była, że gdy tylko odwróci się doń plecami, ruszy zaraz jej tropem. Z niejasnych powodów dostrzegała w nim wcielone zło, esencję zepsucia i przerażenia. - Przestraszyć - przestraszyć... Wzniosła się na podest pierwszego piętra. Chciała odwrócić się, sprawdzić, czy bożek nie pobiegł za nią. Nie mogła poruszyć szyją. Czuła, jak jej mięśnie stężały. Nie mogła zrobić nic, tylko bezsilnie szybować nad podłogą. Nie za szybko, lecz wytrwale, po cichu, niepowstrzymanie - wprost ku drzwiom swego własnego mieszkania.

Drzwi mieszkania rozwiały się jak brunatna mgła, znalazła się w salonie. Nagle pomyślała o swym akcie wiszącym nad telefonem. Może ktoś ujrzał go i uznał za nieprzyzwoity. A może wziął ją za dziewczynę bez moralności, gotową przespać się z każdym, kto zechce ją mieć? Chciała obrócić się, sprawdzić, czy portret jest na swoim miejscu, lecz szyja pozostawała wciąż w bolesnym imadle stężałych mięśni. Zapomniała, że miała poszukać telefonu. Przepłynęła do sypialni. Panowała tu ciemność, nieprzenikniona ciemność. Drzwi zamknęły się same za nią cicho i szczelnie. Wysiliła oczy, by dojrzeć łóżko, ostrożnie wyciągnęła ręce, chcąc rozpoznać w ciemności drogę. Znalazła je. Położyła się. Teraz odniosła najdziwniejsze z możliwych wrażenie, że sen już się skończył, że to, co dzieje się teraz, jest najzupełniej realne. Przesunęła dłonią po łóżku, wyczuwając zmięte prześcieradło. Słyszała tykanie budzika. Brakowało tylko tańczących na ścianie świateł z ulicy. Usłyszała jakiś dźwięk. Jakby drapanie, jakby szelest - bardzo słabe, wystarczające jednak, by uświadomić jej, że ktoś jeszcze prócz niej znajduje się w sypialni. Leżała nieruchomo z szeroko otwartymi oczyma, nasłuchując z wstrzymanym oddechem. Czy był to oddech kogoś stojącego przy łóżku? Czy może tylko echo jej własnego oddechu? Czekała. Wskazówki budzika dopełzły do wpół do dwunastej. Cisza. Żadnego dźwięku oprócz szumu jej własnej krwi. Znów powróciło skrobanie, tym razem głośniejsze. Znów wstrzymała oddech, uniosła głowę znad poduszki, napinając mięśnie grzbietu i próbując wzrokiem przebić ciemność. Ja śnię, pomyślała. To sen. Muszę się obudzić. A jeśli wtedy okaże się, że nic się nie zmieniło i że naprawdę ktoś jest ze mną w tym pokoju? Zerwał się łagodny wiatr. Zakołysał rafiowymi storami, odchylił je od okien tak, że wpuściły nikły promyk światła. Wnętrze pokoju zamajaczyło w półmroku tak niewyraźnie, że Nancy nie potrafiła rozpoznać żadnego szczegółu. Może to był inny pokój, może jej, lecz zupełnie odmieniony? Uniosła się ostrożnie na łokciach. Czy to lustro nie wisiało tam, gdzie powinny być drzwi? Czy to nie krzesło stało w kącie? A ten obły kształt obok krzesła, przypominający wielką, terakotową wazę... Skrobanie, szelest... Szarpnęła głową, odwracając ją w drugą stronę, tam gdzie zalegały cienie. I nagle stał tuż obok, nagi i biały jak trup, z oczami jarzącymi się czerwono w ciemności, z pobłyskującymi w świetle zębami: Ronald DeVries. Albo stwór wyglądający dokładnie tak jak on. Wiatr zamarł, story opadły i pokój znów pogrążył się w mroku. Nancy skuliła się,

przyciągnęła nogi i zacisnęła powieki. - Nie!!! - krzyknęła. W ciemności coś wyciągnęło ku niej szpony. Czuła paznokcie rozdzierające jej uda. Próbowała się wywinąć, zejść temu czemuś z drogi, lecz dwie mocarne dłonie przytrzymywały jej nadgarstki, zmusiły ją do położenia się na wznak. Poczuła jak pomiędzy jej uda wpycha się brutalnie czyjeś kolano, jak jedna z trzymających ją rąk zmienia położenie, przyciskając łokciem jej przedramię do materaca, sama zaś dłoń wyrywa jej boleśnie garść włosów. Krzyknęła, w każdym razie sądziła, że krzyknęła, ale jak ktokolwiek mógł ją usłyszeć, skoro tylko śniła, że krzyczy? Guziki koszuli prysnęły pod gwałtownym szarpnięciem, materiał został zdarty na boki. Poczuła ciężkie, zimne i szczeciniaste ciało, opadające na nią jak tusza ostygłej już świni. Chciała krzyknąć, lecz nie mogła znaleźć na to oddechu, a gdy spojrzała w ciemność nad sobą, ujrzała dwoje oczu rozjarzonych jak przebijające się przez gruby koc światła pochodni, poczuła zalatujący winem oddech i jeszcze jakiś odór, wywołujący skurcz gardła i żołądka, dławiący słowa w krtani. - Nie - błagała napiętym szeptem. - Nie! Leżące na niej stworzenie jeszcze mocniej szarpnęło jej włosy i wychrypiało coś gardłowym głosem. Obce, chrapliwe dźwięki, niezrozumiałe, lecz nieodparcie pożądliwe. Pomyślała o Johnie Breamie krzyczącym za nią na schodach. Pomyślała o wszystkich tych mężczyznach, którzy oglądali się za nią, o tych tysiącach par oczu, o tych wszystkich facetach rozgrywających bezlitośnie każde słowo i gest, odmierzających uśmiechy, pragnących tylko tego, by zaspokoić głęboko w niej swą żądzę. - Och, nie - zaskamlała, gdy zrogowaciałe dłonie zaczęły ugniatać jej piersi. Raz jeszcze szarpnęła się ze wszystkich sił, rzucając ciałem we wszystkie strony, zaciskając dłonie na wszystkim, co dało się uchwycić. Stworzenie było jednak o wiele za ciężkie, o wiele za silne. Majaczyło ponad nią, lśniące oczy unosiły się o parę cali od jej twarzy, powtarzało te do niczego niepodobne słowa, a ona czuła, jak wibruje w ich takt przygniatająca ją owłosiona klatka piersiowa. - Proszę; pozwól mi się obudzić - płakała. - Boże, proszę, proszę, pozwól mi się obudzić! Stwór wyciągnął się na niej, drapiąc sztywnymi włosami brody jej ramię, szyję i policzek. Czuła, jak usiłuje sforsować opór jej łona, zupełnie jakby ktoś wpychał jej między nogi zaciśniętą pięść. - Proszę, jest za duży - łkała. - Proszę, zabijesz mnie! Proszę!

Poczuła ból tak intensywny, iż przez chwilę sądziła, że pękła jej miednica. Odrzuciła konwulsyjnie głowę, wygięła plecy. Bolało za bardzo, by mogła robić cokolwiek prócz łapania powietrza. Musiała zacisnąć szarpane dreszczem dłonie na ramionach stwora, bojąc się, by nie wdarł się w nią zbyt głęboko. Nic nie mogła zrobić, by sobie pomóc. Była bezsilna. Nie mogła się nawet obudzić. Jedyne, do czego była zdolna, to przyciskać się mocno do sprawiającego jej tyle cierpień cielska, trzymać nogi rozłożone jak najszerzej i modlić się, modlić się i modlić. Stwór zawołał nagle: Sabazius! Poczuła, jak jego mięśnie kurczą się i rozprężają, niczym wysmarowane zimnym smalcem węże. Krzyknęła znów, i jeszcze raz, a potem nagle to coś wycofało się z niej z niemożliwym do zapomnienia, wilgotnym i lepkim odgłosem. Leżała nieruchomo, nie zmieniając pozycji, gdy istota wstawała z łóżka. Usłyszała, jak sprężyny ustępują pod ciężarem. Bezgłośnie powtarzała modlitwę do Boga Wszechmocnego, by temu czemuś nie przyszło do głowy zabić jej. Boże, Boże, błagam, nie pozwól, by mnie zabił. Błagam, niech sobie pójdzie. Błagam, Boże, daj mi się obudzić - powtarzała bez przerwy, jak skruszona i oszalała zakonnica. Zdawało się jej, że leżała tak, skulona na swym łóżku, całe godziny. Otwierała i zamykała oczy nie wiedząc, czy to sen, czy jawa. Rafiowe story zaczęły rozjaśniać się stopniowo i po niedługim czasie pokój wypełnił blask słońca. Usiadła, przesunęła rękami po włosach. Czy to był sen? Spojrzała na swoje ciało. Koszula była rozpięta, lecz nie rozdarta, a przesuwając dłońmi po skórze, nie znalazła żadnych otarć ani zadraśnięć. Niczego, co świadczyłoby, że naprawdę zmagała się z bestią. Wstała i przeszła do łazienki. Obejrzała się w lustrze. Oczy miała trochę podpuchnięte. co mogło świadczyć o niespokojnym śnie. Nic więcej. Wszystko było w porządku. Dla pewności sięgnęła jeszcze dłonią pomiędzy nogi. Była wilgotna, jak zwykle po erotycznych snach. Nie było jednak śladu tej podobnej potopowi strugi, którą zalał ją stwór z nocnego koszmaru. Nie było otarć. Popatrzyła na swe odbicie w lustrze. - Sen - powiedziała na głos. - To był tylko sen. Nie do wiary. Weszła pod prysznic, zasunęła różową plastykową kotarę, włączyła ciepły i mocny strumień wody. Chociaż nic nie świadczyłoby całe wydarzenie było czymś więcej niż senną zmorą, umyła się nadzwyczaj dokładnie. Czuła się zbrukana swoimi wyobrażeniami o Ronaldzie DeVries. Poza tym - bała się.

Wytarła się i ubrała wybierając jasnobeżowe spodnie i białą bluzkę z krótkim rękawem. Uczesała się, nie suszyła jednak włosów - była dopiero siódma. Zanim przyjedzie wezwana przez nią taksówka, zdąży jeszcze zrobić sobie kawę, więc wyschną, nim uda się do pracy. Włączyła radio i nucąc pod nosem „We Are the World”, zniknęła w kuchni. Zadzwonił telefon. Wróciła do pokoju, by go odebrać. - Hallo? - Była samotnie mieszkającą dziewczyną i nie zwykła podawać swego imienia, dopóki nie zorientowała się, kto dzwoni. - Nancy? Czy to Nancy? - głos brzmiał bardzo odległe. - Kto mówi? - Nie poznajesz mojego głosu? Ronald, Ronald DeVries. Nancy poczuła zimne ciarki na plecach. - Czego chcesz, Ronald? - Chcę tylko wiedzieć, czy dobrze się bawiłaś, Nancy. Przycisnęła dłoń do czoła. - Owszem, tak. W rzeczy samej, dobrze się bawiłam. To znaczy, dopóki nie straciłeś nad sobą panowania i nie zacząłeś oskarżać mnie o wszystko, czego nie zrobiłam. - Nie, Nancy, nie o to mi chodzi. Nie mówiłem o tamtym. Mówiłem o tym, co było później. - Później? Jakie później? Nic nie było później. Poszłam spać do domu. - I miałaś sen, Nancy, prawda? Śniłaś? Nancy poczuła, jak wędrując arteriami ku jej sercu, narasta w niej niespiesznie najczystszy, lodowaty strach. - Skąd o tym wiesz? - spytała ostro. - Skąd możesz wiedzieć, że śniłam? - Większość ludzi miewa sny, Nancy. - Ale skąd wiedziałeś, że ja śniłam?! Ronald milczał przez dłuższą chwilę. Nancy słyszała jedynie właściwe długodystansowym połączeniom zawodzenie i popiskiwanie. - Ronald - powtórzyła, niecierpliwa i przerażona. - Skąd wiesz, że śniłam? Roześmiał się. Przysiąc by mogła, że śmiech ten przechodził chwilami w zwierzęce warczenie. Wreszcie odpowiedział: - Wiem, że śniłaś, Nancy, wiem o tym na pewno. Bo przecież śniłaś o mnie.

7
Dwa dni później Henry siedział w swym salonie, słuchając Beethovena i pociągając zmrożoną wódkę, gdy odezwał się brzęczyk przy drzwiach. Zamknął oczy, wytrwale przyjmując to męczeństwo. Pozwoliłby brzęczyk zabrzmiał jeszcze pięć czy sześć razy, zanim ostatecznie podniósł swe ciało z krzesła i noga za nogą powlókł się do przedpokoju. - Kto tam? - wrzasnął usiłując zachować w miarę pionową postawę. - To ja, Gil Miller. - A, straszny Gil Miller. Wytrzymaj jeszcze przez chwilę, a zrobię tu jakieś wejście. Zdjął łańcuch i otworzył drzwi. Gil zawahał się przez moment, widząc, w jakim stanie znajduje się Henry - nieogolony, w postrzępionym, wytartym niebieskim płaszczu kąpielowym i z wielką szklanką wódki w ręce. Henry jednak zaczął go uspokajać. - Nie zwracaj na mnie uwagi. Jest piątek rano i właśnie dobrze się bawię. Poszedł do salonu, zostawiając Gilowi zamknięcie drzwi. Zamachnął się ręką na tyle szeroko, że posłał porządną porcję wódki na poduchy kanapy. - Beethoven! Ludwik van Beethoven! - obwieścił uroczyście. Gil wskazał na spotniały dzbanek z alkoholem. - Ile tego masz już w żołądku? - spytał, lecz niezbyt krytycznie. - Nie wyliczam sobie - powiedział Henry. Usiadł gwałtownie, rozlewając jeszcze trochę wódki na swój płaszcz. - Tego, co się wypija, nie można liczyć jak dni tygodnia, beli linoleum czy skarpetek. Picie to bezkresna rzeka płynąca majestatycznie ku morzu. Z wierzchołków gór do oceanu, oczywiście przez nerki milionów swych wielbicieli. A gdy ja padnę wyczerpany wypełnianiem przyjemność niosącego obowiązku, wówczas zawsze znajdzie się ktoś, kto zapełni moje miejsce w szeregu. - Myślałem o Springerze... - zaczął Gil. - Aha - odpowiedział Henry z właściwą alkoholikom przenikliwością. - Myślałeś o Springerze. Noo, ja też myślałem o Springerze! Tak naprawdę to niezbyt jestem w stanie myśleć o czymkolwiek i kimkolwiek... oprócz tego cholernego Springera. Trącił Gila rozłożoną dłonią bardzo lekko w pierś, czknął potężnie i powiedział: - Błagam cię, usiądź. - Jesteś pijany - stwierdził Gil. - Wiem. - Może powinienem zajrzeć raz jeszcze jutro rano, gdy będziesz trzeźwy.

- Nie! Nie wydusisz wtedy ze mnie niczego sensownego. Gil nadął policzki, przemyślał to sobie i zgodził się usiąść. Henry uniósł dzbanek i zamachał nim tak swobodnie w powietrzu, iż Gil pewien był, że zaraz wszystko rozleje. - Czy masz może ochotę na... libację, drogi chłopcze? - Dziękuję. Prowadzę. - A, cóż - powiedział Henry. - Prowadzenie wozu to umiejętność, którą dawno już postradałem. Chociaż muszę ci powiedzieć, że mam samochód. Mercury, rocznik 1971. Dziewięć tysięcy mil na liczniku i nic nadto. Jest w garażu, owinięty w brezent. Czeka na dzień, w którym stwierdzę, że wyrobiłem już swoją normę picia w tym życiu. - Springer był u ciebie? - zapytał Gil. Henry nabrał wojowniczości. - Springer nie przestaje do mnie przychodzić. I cholera, za każdym razem wygląda inaczej. Trzy wizyty w ciągu dwóch dni. Najpierw jako zakonnica, cała na biało. Potem wyglądał jak Dalajlama na urlopie. W szafranowożółtych szatach. Dziś był znowu... z godzinę temu... miał na sobie jakieś czarne Bóg-wie-co. To znaczy mówię „on”, ale on nie jest naprawdę „on”, nie? To raczej „ono”. Może nawet „ona”? Gil skrzyżował opalone nogi. - I za każdym razem, gdy cię odwiedzał, zadawał ci to samo pytanie? - Dokładnie tak. Tylko jedno pytanie. „Czy już się zdecydowałeś?”. A potem, gdy odpowiadałem mu, by jeszcze trochę poczekał, wychodził. Żadnego przekonywania, żadnego sporu. Żadnych popisów oratorskich. Tylko za każdym razem zostawiał mnie z większym niż przedtem poczuciem winy. Tak więc teraz czuję się bardzo winny. I oczekuję, że w miarę jak dzień będzie wlec się ku wieczorowi, moje poczucie winy będzie narastać. - Sądzisz, że powinniśmy to zrobić? - spytał Gil. Henry wzruszył ramionami, wychylił trunek i zrobił kolejno kilka mocno różniących się od siebie min. - Skąd mogę wiedzieć? Ścigać jakąś mityczną bestię? To nie brzmi zbyt normalnie, nie mówiąc o logice. To nie brzmi nawet realnie. - To czemu czujesz się winien, gdy Springer pyta cię, czy już się zdecydowałeś? - Bo - zaczął chrapliwym głosem, zamilkł i skrzywił się. - Bo... nie wiem. Nie wiem, kim on jest, co reprezentuje, co robi, ani dlaczego. Po prostu samym sobą wzbudza we mnie poczucie winy. A musisz wiedzieć, że niewiele trzeba, by wzbudzić we mnie poczucie winy. Moja była żona wzbudza we mnie poczucie winy. Ty wzbudzasz we mnie poczucie winy. Osuszył szklankę i czknął znowu. - Picie to bezkresna rzeka... płynąca w swym grozę budzącym majestacie... ku morzu.

Objazdem, rzecz jasna, przez ludzkie nerki. To jest właśnie to, co nazywa się... miłym urozmaiceniem po drodze. Gil przyglądał mu się przez chwilę, aż muzyka wybuchła potężnym crescendo i zamarła. - Springer odwiedził i mnie - rzucił zdawkowo. - Zadał mi to samo pytanie. Sądzę, że rozmawiał też i z Susan. - Rozumiem - powiedział Henry. - I co mu powiedziałeś? Czy jej, czy temu czemuś? Wiesz, co ja? Powiedziałem mu, że każdy powinien iść własną drogą. Każdy ma swoje powinności do wypełnienia. I że moja droga nie przebiega w pobliżu siedlisk mitycznych bestii ani węgorzy-zabójców, i że w żadnym razie nie jest moją powinnością ściganie niewidzialnych gwałcicieli. - Ja powiedziałem mu, że się zgadzam. - Co zrobiłeś? - Henry popatrzył na niego mętnym wzrokiem. - Powiedziałem mu, że się zgadzam. Henry otwierał usta i zamykał je, jakby nagle zgłupiał. - Mój młody człowieku... - powiedział w końcu. - Nie wiesz nawet, czym grozi polowanie na tę bestię! Pamiętasz tego policjanta na plaży, tego, który stracił połowę twarzy? Przypomnij sobie dziewczynę! Uwierz mi, ta bestia, czymkolwiek jest, nie jest właściwym dla nas przeciwnikiem. To nie będzie polowanie na króliki! Polujemy na coś, co, o ile jestem w stanie to określić, ma nadnaturalny charakter. Jak poltergeist lub wampir! Czy... czy, czy nawet sam diabeł! Gil wyprostował nogi i wstał. - Też się zgodziłeś, prawda? To dlatego jesteś pijany i słuchasz całej tej muzyki. Henry otworzył szeroko oczy. - Gotów jestem założyć się, że zgodziłeś się wcześniej niż ja - powiedział Gil. - Tak samo jak ja, wychodząc stamtąd myślałeś o całej sprawie i nie udało ci się ostatecznie znaleźć żadnego przyzwoitego powodu, by powiedzieć nie. - Gil obejrzał się. - Bo, Henry, tak naprawdę, to co masz do stracenia? Henry podszedł do Gila i położył mu na ramieniu trzęsącą się dłoń. Spojrzał na niego załzawionymi oczyma. Czuł, że gdzieś pod od dawna narastającymi zasłonami alkoholizmu, które okrywały wszystkie jego emocje, pojawia się autentyczny odzew na słowa Gila jawiącego mu się jako syn, którego mieć powinien, lecz nigdy nie miał. Był zawsze zbyt samolubny, by mieć dzieci, zbyt zaprzątnięty Marksem, Engelsem, Russellem i Kantem. - Dwie rzeczy napełniają mój umysł wiecznym zachwytem i lękiem... „niebo

gwiaździste nade mną i ład moralny we mnie” - zacytował Kanta, podając jedno z usprawiedliwień, dlaczego przystał na żądanie Springera. - Co to jest? - zapytał Gil. Henry mówił bardzo niewyraźnie. - Uzasadnienie, jak sądzę, powiedzenia mu „tak”. To moja wiara w słowa Springera, chociaż nie potrafiłbym ci powiedzieć, czemu mu wierzę. - A ten... Ashapola? - dopytywał się Gil. - Co o nim sądzisz? Henry pokręcił głową. - Możesz nazywać Boga, jak tylko ci się podoba. Możesz myśleć o Nim w dowolny sposób. On wciąż pozostaje Bogiem. - Przerwał na chwilę. - Powtarzamy nieustannie wiele słów o nie kończących się zmaganiach między Dobrem i Złem, Gil. I dlatego powiedziałem mu „tak”. Czymkolwiek okaże się Ashapola, to z pewnością opowiada się za oświeceniem, dobrocią i chroni niewinnych. Dziewczyna z plaży była niewinna i patrz, co się stało. Nawet gdyby nie robić nic więcej, to należałoby przynajmniej ochronić inne młode dziewczyny, a ona - cóż, ona winna zostać pomszczona. Westchnął, potem dodał: - Masz rację, drogi chłopcze, oczywiście, że masz rację. Nic nie mam do stracenia. Parę książek, z których większość i tak nie należy do mnie. Kilka kilogramów papieru. Dobre pióro i około czterdziestu butelek wódki. Życie się już skończyło i, tak czy owak, nie ma się już czym przejmować. Nie byłbym w stanie się zabić, ale naprawdę nie boję się już umierania. - Ja się zgodziłem, ponieważ druga taka szansa mogłaby mi się już nigdy nie trafić. I z powodu tej dziewczyny. I... no, ponieważ... to wszystko. Henry usiadł obok Gila i obaj zamilkli. W końcu Henry zaproponował: - Powinniśmy zadzwonić do niego. Czy do niej. Czy tego. Powinniśmy spotkać się z nim, skoro obaj już zdecydowaliśmy. - A co z Susan? - spytał Gil. - Nic. Ona jest zbyt wrażliwa. Nie byłaby zbyt dobrym łowcą takich bestii, uwierz mi. Polowałem raz w Kanadzie na karibu. Były z nami dwie kobiety i było to przerażająco uciążliwe. Przez cały czas nic tylko jazgotały i narzekały, ile to muszą się nachodzić. - Nie wydaje mi się, by polowanie na tę bestię przypominało tropienie karibu westchnął Gil usiłując nie czynić z tego żartu. Nie wiedział za bardzo dlaczego, lecz zaczynał lubić Henry'ego, a nawet poczuwać się do pewnej nad nim opieki. Nie spotkał dotąd nigdy nikogo, kto byłby podobny do Henry'ego. Kogoś, kto potrafiłby poruszać się swobodnie w obrębie filozofii, cytować poezję i wyjątki z dzieł, i to bez zastanowienia, a równocześnie

zachowywać się z takim brakiem poszanowania wobec czegokolwiek i kogokolwiek, włącznie z sobą. Nie to, żeby podziwiał Henry'ego, lecz sprawiłoby mu przyjemność, gdyby mógł zaliczać go do swoich przyjaciół. - To mogłoby być bardzo niebezpieczne – powiedział Henry. - Może tak. Ale Springer chciał, żeby Susan nam pomogła, prawda? I musiał mieć po temu powód. Nie proponowałby jej tego, gdyby nie sądził, że ona może to przyjąć. Henry stał przez chwilę w miejscu, kołysząc się na boki jakby podłoga była pokładem podnoszącego się na łagodnej fali oceanicznego liniowca. - Czy wiesz może coś na temat właściwej płci Springera? - -spytał Gila zmieniając temat rozmowy. - No, nie, nie wiem. Dla mnie jest jak bezpłciowy chłopak. Jak buddyjski mnich czy ktoś taki. Henry uniósł brwi. - Mam wrażenie, że to ktoś więcej niż buddyjski mnich. I nie sądzę, by był bezpłciowy. Myślę, że jest raczej złożeniem wszystkich płci, tych znanych i nieznanych. Sądzę, że jest mikrokosmosem wszystkiego, czego kiedykolwiek pragnąłeś, raczej encyklopedią niż zwykłą książką. Henry podszedł bardzo blisko Gila i ścisnął jego ramie. Gil poczuł bijący od niego zapach alkoholu. Przyjrzał się przekrwionym oczom Henry'ego. - Sądzę, że Springer jest tym, co w czasach średniowiecza nazywano zwykle aniołem. - Żartujesz - powiedział Gil, odsuwając się. Obrócił się na pięcie i znów popatrzył na Henry'ego. - Żartujesz, prawda? Powoli i stanowczo Henry pokręcił głową. - Springer jest aniołem. Odszukaj w słowniku słowo anioł i sprawdź, jak jest ono definiowane. Wysłannik Boga. I tym właśnie jest Springer. Wysłannik Ashapoli, który sądząc po wszelkich intencjach i celach, jest Bogiem. Tak zatem, mój przyjacielu, rozmawiając ze Springerem, rozmawiasz z kimś, kto tylko o jeden stopień różni się od Bytu Najwyższego, Stwórcy Wszechświata. Zaprawdę drżeć winieneś! Albowiem to jako Mojżesz i Krzew Gorejący! - Żartujesz sobie ze mnie - powtórzył Gil. - Możesz sobie myśleć, co chcesz - stwierdził Henry. - Jedyny sposób, by to sprawdzić, to spytać samego Springera. - Odstawił szklankę i rozejrzał się po pokoju, poklepując kieszenie jak małe tam-tamy. - No i gdzie są moje okulary? - Zadzwonię do Susan - zaproponował Gil.

- Naprawdę sądzisz, że to mądrze? - Muszę, Henry. - Henry westchnął. - Niech będzie - zgodził się. - Ale powiem to Springerowi, wyraźnie i wprost: Susan nie może przyłączyć się do nas, jeśli związane z tym będzie najmniejsze nawet ryzyko, Nie chcę mieć na sumieniu życia młodej dziewczyny. Szczególnie tak ładnej. - Podoba ci się, prawda? - uśmiechnął się Gil. Henry spojrzał na niego z ukosa. - Tak - oznajmił zaczepnie. - A tobie co do tego? Podczas gdy Henry przetrząsał mieszkanie w poszukiwaniu swych okularów, butów i zmiętego, płóciennego płaszcza, Gil dzwonił do Susan. Odebrała jej babka i z miejsca chciała wiedzieć, kto mówi. - Po prostu przyjaciel. - Chłopiec? - O ile dobrze pamiętam, to tak, proszę pani. - Nie bądź wobec mnie taki śmiały. Susan wyszła. Jest na lunchu z Morgensternami. Możesz zadzwonić później, jeśli będziesz chciał, ale nie mogę ci zagwarantować, że ją zastaniesz. - Okay, proszę pani. Dziękuję. - Nie ma jej? - zapytał Henry. - Tym lepiej, zapewne. Nie chciałbym, żeby spotkała ją krzywda. Pomyślał o tym, co właśnie powiedział, i dodał: - Jeśli o to chodzi, to nie chciałbym też. żeby krzywda spotkała mnie. Żółtym mustangiem Gila pojechali do Camino del Mar i zaparkowali przed domem, w którym Springer pokazywał im odczyt pamięci znalezionej na plaży dziewczyny. Wysiedli z wozu, przyglądając się ciemnym oknom i podupadłej fasadzie. Po raz pierwszy zadali sobie pytanie, czy zastaną tu Springera. Zresztą, Henry nadal nie mógł pozbyć się pytania, czy Springer w ogóle istnieje. Przeszli po zarośniętej ścieżce i przycisnęli zardzewiały dzwonek. Ze środka domu nie dobiegał nawet szmer. Nic nie zadzwoniło, nie zabrzęczało. Dzień był upalny, jasny i wilgotny, z niebem udekorowanym warstwami wysokich chmur, ostrzegających przed zmianą pogody. Henry był cały spocony, wyjął zwiniętą chustkę i przyłożył ją do czoła. Palcem rozluźnił krawat. - Nie mam pojęcia, po co wziąłeś ten krawat - rzucił Gil. - Jestem profesorem - odparł Henry nadymając się sztucznie. - Krawat jest symbolem

mojej odpowiedzialności. Poza tym, przesuwając po nim palce w górę, z łatwością jestem w stanie, w razie potrzeby, odnaleźć moją głowę. Czekali tak i czekali, lecz nikt nie otwierał. - Zadzwoń jeszcze raz - zaproponował Henry i gdy już miało to nastąpić, drzwi otworzyły się i stanął w nich Springer, z bladą twarzą i odziany w czerń. - Wcześnie przyszliście - uśmiechnął się. Henry uniósł lewą rękę i zmarszczył brwi. Zapomniał nakręcić zegarek. - Jak możemy być wcześnie, skoro wcale się nie umawialiśmy? - Chciałem powiedzieć, że nie oczekiwałem was już teraz. Weszli. W powietrzu unosił się zestarzały i niezbyt przyjemny zapach olejku paczulowego. Poręcze przykryte zostały pokrowcami, tak jakby dom miał zostać opuszczony i zamknięty na lato. - Wiedziałeś, że przyjdziemy? - zdziwił się Henry. Springer przytaknął. - Wasza przyjaciółka też już jest. Przyszła wcześniej. Czeka na górze. Gil i Henry wymienili zdziwione spojrzenia. Springer uśmiechnął się do nich odruchowym wykrzywieniem ust klowna i poprowadził ich po schodach do dużego pokoju na tyłach, tego samego, gdzie odtwarzał dla nich cierpienia dziewczyny. Susan stała przy oknie i wyglądała na opanowane przez zielsko podwórze. Miała na sobie białą, bawełnianą koszulkę i prostą, białą spódniczkę, włosy przewiązała wstążkami. Gdy tylko weszli, odwróciła się. - Cześć, Springer powiedział mi, że przyjdziecie. Henry energicznie zatarł dłonie. Drażniła go własna niezdolność do przewidywania. Zwłaszcza, że pierwotnie planował przesiedzieć ten dzień w fotelu, nie robiąc niczego oprócz słuchania Beethovena. Miał to być podkład do urżnięcia się w niewyobrażalnym stopniu. Susan podeszła do nich i niemal ceremonialnie ucałowała najpierw Gila, a potem Henry'ego w policzek. - Przepraszam - powiedział Henry pocierając swą szczecinę. - Kłuję. Springer zamknął drzwi. - Przyszliście, gdyż przeznaczeniem waszym było przyjść. Przyszliście, ponieważ w każdym z was jest coś, co tego właśnie pragnęło. Ty, Susan, straciłaś rodziców. Twój umysł ciągle szuka wyjaśnienia i innych faktów, i coś mówi ci, że jeśli weźmiesz udział w tej przygodzie, wówczas znajdziesz odpowiedź na wiele ze swych pytań. W pewien sposób może się to sprawdzić. Springer podszedł do Henry'ego i zatrzymał się, patrząc na niego życzliwie. - Ty, Henry, boisz się, że całe twoje życie może okazać się zmarnowane, że wszystko, czego się nauczyłeś i cały twój intelekt mogą się na nic nie przydać. Wytropienie bestii może

być dla ciebie znaczącym osiągnięciem. A poza tym, dobrze się czujesz w towarzystwie tej pary młodych ludzi. Gdyby twoje małżeństwo było bardziej szczęśliwe, wówczas z pewnością sam miałbyś dzieci. Ta dwójka zaś może je zastąpić. Henry nic nie powiedział. Był zbyt dobry w filozofii, by nie wiedzieć, że nie ma sensu podejmować dyskusji z twierdzeniem zawierającym niepodważalną prawdę. Springer przeszedł do Gila i położył rękę na jego ramieniu. - Twoje życie zdaje się być o wiele pogodniejsze niż życie Henry'ego czy Susan. Masz kochających cię rodziców, porządny dom i przykładasz się solidnie do nauki. Wciąż jednak jesteś niezadowolony. Nie będziesz nigdy, w odróżnieniu od swego ojca, usatysfakcjonowany czymś tak doczesnym i ograniczającym jak sklep. Ty pragniesz więcej. Oczekujesz niebezpieczeństwa, czegoś podniecającego! Co powiedział ci ojciec, gdy wybierałeś się na spotkanie ze mną? Co ci doradził? Gil zarumienił się z zakłopotania. - Nie zdawał sobie sprawy, w co to się obróci. Tak jak ja. Springer uśmiechnął się. - Twój ojciec zawsze powtarza ci, byś przedsięwziął środki ostrożności. Nie tylko w sprawach seksu, we wszystkim, co robisz. Masz już dosyć tego zachowywania ostrożności. Chcesz się sprawdzić. Polowanie na bestię, jak sądzisz, będzie taką właśnie próbą. - Springer uniósł ręce. Jego twarz była nieruchoma jak kamień, pozbawiona wyrazu, lecz spokojna. Teraz widzicie, dlaczego zostaliście wybrani, czemu pokierowano waszymi krokami tego ranka na plaży. Już rozumiecie, że wszyscy musieliście się zgodzić, by pomóc. Henry wcisnął ręce do kieszeni i kołysał się to w tył, to w przód na obcasach butów. - Już wcześniej, z rana, przypuszczałem, że jesteś kimś w rodzaju wysłannika. Bożym wysłannikiem. Springer spojrzał na niego z zainteresowaniem. - No i? - spytał. - Cóż, może to niedorzeczne. W sumie, brzmi to jak zupełne szaleństwo teraz, gdy mówię ci to prosto w twarz. Ale przypuszczam, że jesteś aniołem. Springer zdawał się przyjąć to spostrzeżenie całkiem poważnie i nie obraził się. Rozważał to przez parę chwil, potem przytaknął, jakby całkiem się z tym zgadzał. - Nie jestem zapewne aniołem w tym sensie, w jakim ty używasz tego terminu. Nie mam skrzydeł, powłóczystej szaty ani trąby. Jestem raczej zbiorem informacji, żywym hologramem. Lecz jeśli masz ochotę używać terminu anioł... to będzie mi miło. - A ja chciałabym wiedzieć - powiedziała Susan -dlaczego Ashapola, skoro jest tak

potężny, nie może sam odnaleźć bestii. Czemu musimy robić to za niego? - On jest równie wszechpotężny jak bezsilny wyjaśni! Springer. - Stworzył ten świat i wszystko na nim. lecz w większości przypadków obdarzył swe dzieła wolnością wyboru. Sprawą człowieka jest wierzyć w niego, a wówczas jest zadowolony. Zezwala on jednak i na to, by ludzie w niego nie wierzyliby wierzyli miast tego w innych bogów, jeśli ludziom to odpowiada. Ashapola jest bogiem, który nie interweniuje, nie rządzi przeznaczeniem swych tworów i nic jest w stanie ingerować w ich życie bardziej niż rodzice w życie swych dzieci. - Wygląda na to, że w tym konkretnym przypadku musiał posunąć się do znacznej interwencji - zauważył Henry. Tak odparł Springer - ponieważ tutaj sytuacja wygląda inaczej. Nic jest przesada stwierdzenie, że stanowi zagrożenie dla samego Ashapoli i dla przyszłości tego świata, dla wszystkich, którzy w nim żyją. Bez pomocy Ashapoli zapewne nie odkrylibyście natury tego zagrożenia na czas. a potem byłoby już za późno na cokolwiek. Ashapola nie może osobiście i wprost wziąć się z bestią za bary. Może jednak przekazać wam za moim pośrednictwem moc, która uczyni was zdolnymi do tego. by przy odrobinie szczęścia pokonać bestię. - Bestia - powiedziała cicho Susan. - Czy bestia to to samo co diabeł? - Nigdy nie istniał jeden i tylko jeden diabeł - wyjaśnił Springer. Tak jak to jest opisane w Biblii, diabłów jest legion. Dzisiaj jednak większość z dziesiątków demonicznych zjaw. które nękały ten świat, została już zniszczona lub na różne sposoby powstrzymana. Aż do czasu, gdy znaleziono ciało tej biednej dziewczyny, jedynym aktywnym diabłem, o którym wiedzieliśmy, był Asmodeusz, od lat już siejący spustoszenie w Izraelu i na Bliskim Wschodzie. I to pomimo wysiłków żydowskich egzorcystów, którzy usiłują wyśledzić go i pokonać. Twarz Springera zmieniła się subtelnie z męskiej na żeńską. Podszedł z wdziękiem do okna, a jego głos, w miarę jak mówił, nabierał coraz więcej wysokich tonów i był coraz wyraźniejszy. Jednak ani Henry, ani Gil, ani Susan nie czuli się wcale zaniepokojeni la nagłą zmianą. Przyjęli go takim, jakim był jaką była - żywym wyobrażeniem bardziej niż realna osobą. - Wszystko wskazuje na to - powiedziała - że w południowej Kalifornii pojawił się ponownie diabeł zwany przez nas Yaomauitl. Każdy z diabłów ma swój własny sposób szerzenia zła. Yaomauitl jest władca nocnych zmór. Za dnia to zwykły człowiek, jak wy czyja. Nocą jednak, gdy ludzie śpią. może wejść w ich senne marzenia i zrobić z nimi, co tylko zechce. Może zabić ich we śnie, może zarazić ich straszną chorobą, może ich oślepić. Może również zapłodnić swym nasieniem, i to właśnie stało się z tą młodą dziewczyną,

znalezioną na plaży. Zarodki pożerają łono, które dało im życie, i uciekają. Jeśli udaje im się znaleźć ukrycie, wówczas rosną i po około sześciu miesiącach stają się równie dojrzałe jak ojciec. - I co się wtedy dzieje? - spytał Gil. - Proces powtarza się, zmora wywołuje zmorę, aż jest dość diabłów, by opanować sny całego narodu. To właśnie stało się w Iranie. To właśnie zdarzyło się w hitlerowskich Niemczech. Ktokolwiek włada snami narodu, włada i nim samym. Dlatego też Yaomauitl zwany jest tak, jak jest zwany: to imię znaczy tyle co Śmiertelny Wróg. - Jak go znajdziemy? - spytała Susan. - Zwłaszcza, że wygląda tak zwyczajnie za dnia. - Nie mam pojęcia - wyznała Springer. - Będziecie musieli zostać detektywami. - Cóż, więc przerasta to twoje siły - zauważył Gil. A co z nim zrobimy, gdy już go znajdziemy? - spytała Susan. - Jeśli w ogóle go znajdziemy? Tutaj będę wam mogła pomóc - powiedziała Springer. - Za moim pośrednictwem zostaniecie obdarzeni tradycyjną mocą Wojowników Nocy. Wojownicy Nocy - powtórzył Henry. Podobało mu się brzmienie tych słów. Była w nich wspaniała bitewna ciemność - przybrane piórami czarne konie, pomalowane na czarno tarcze i jeźdźcy, przewalający się z grzmotem przez nocne pola. Springer podeszła do okna - Kiedyś było ich wielu. Było ich dość, by stworzyć własną tajemną społeczność z własnymi regułami, legendami i własnym kodeksem rycerskim. Gdy Yaomauitl został pokonany, nie byli już oczywiście dłużej potrzeb-ni i chociaż większość ich sekretów przechodziła w rodzinach z pokolenia na pokolenie, sami Wojownicy Nocy wymarli. Umilkła na chwilę. - Innym powodem wybrania właśnie waszej trójki jest to, że wszyscy macie przodków, którzy byli Wojownikami Nocy. Twoim, Henry, pradziadkiem ze strony ojca był Kasyx, Strażnik Mocy, jeden z największych Wojowników Nocy. Twoim, Gil, praprapradziadkiem ze strony matki był Tebulot, Opiekun Maszyny. A twoja prababka, Susan, to jedna z ostatnich spośród Wojowników Nocy, Samena Łukopalca. Na przekór sobie Henry roześmiał się na te słowa. - Przepraszam - powiedział. - Przykro mi. Naprawdę, nadużywasz mojej łatwowierności. Czuję się tak, jakby wszyscy moi studenci filozofii mieli zaraz wpaść tu, do pokoju, krzycząc, że to Prima Aprilis! Jeszcze raz przepraszam.

- Cóż - uśmiechnęła się Springer. - Twój sceptycyzm jest zrozumiały. Twój umysł został tak wytrenowany, by umieć rzucić wyzwanie wszystkiemu, cokolwiek się zdarzy. Ale jeśli zechcesz powstrzymać swą niewiarę jeszcze przez chwilę, wówczas będziesz mógł wyrobić sobie zdanie o tym, o czym mówię, na podstawie praktycznej demonstracji. - Praktycznej demonstracji? - zapytał Gil. Milczał dotąd i słuchał. Zaczynał jednak coraz bardziej wątpić w racje Springer. Tebulot, Opiekun Maszyny? Podobnie jak Henry zaczynał sądzić, że ktoś robił z nich idiotów, dokładnie i na całego. Springer spojrzała jednak na Gila, przenikliwie i z rozbawieniem, tak jakby mogła odczytać jego myśli, potem powiedziała nie zmieszana: - Kasyx, Strażnik Mocy, stanowi centrum potęgi tria. To Kasyx pobiera moc od Ashapoli, korzystając z dowolnego z dziewięciuset źródeł, z których jedno jest w tym domu, i przechowuje ją dla towarzyszy na wypadek walki z Yaomauitlem. Jeśli wolicie inny język, to można powiedzieć, że Kasyx jest baterią, która ładuje nocny oręż Tebulota i Sameny. - Zatem Kasyx... sam nie jest uzbrojony? - spytał Henry. - Jego moc może zostać użyta jako broń - powiedziała Springer - lecz tylko w ostateczności. To dlatego, że rozładować ją może wówczas tylko w jednym potężnym wyładowaniu, zostawiając całą trójkę bezbronną. Tak więc, jeśli owo rozładowanie nie wywoła pożądanego efektu, zostaniecie bez jakichkolwiek środków obrony. Ponadto, uwolnienie energii wywołuje naprawdę ogromne i straszne efekty, jest czymś zbyt potężnym, by użyć tego w normalnej walce. Można w ten sposób zniszczyć budynek. Zdarzyło się w historii kilka głośnych eksplozji, które wyjaśniano jako zjawiska naturalne, chociaż tak naprawdę byli to właśnie Strażnicy Mocy, toczący ostatnią walkę z diabłem. - A co z Tebulotem? - spytał Gil. - Tak, to Opiekun Maszyny. Maszyna jest bronią, lecz jest także narzędziem. Wykorzystuje pobraną od Kasyxa moc. by przedzierać się przez ściany i drzwi, a ilekroć to jest potrzebne, by łatać i naprawiać. Może być również używana do przeprowadzania kontrolowanych wyładowań czystej energii. Maszyna, można powiedzieć, posiada kontrolę nad mocą, nie może jednak znajdować się ona w pieczy Kasyxa, bowiem wówczas każda próba użycia jej kończyłaby się natychmiastowym wyładowaniem całej jego energii. Gil założył ręce. Nie wierzył w żadną z tych rzeczy, o których opowiadała im teraz Springer. Jego podniecenie sprzed kilku minut opadło do tego stopnia, że spokojnie mógłby już teraz iść do domu. Był umówiony z Bradleyem na kręgle. Susan również nie wierzyła ani słowu, w odróżnieniu jednak od Gila chciała zostać jeszcze trochę i posłuchać.

Opowieści Springer o Kasyxie, Tebulocie i Samenie brzmiały prawie jak bajka, a ona lubiła bajki. Uśmiechnęła się, gdy Springer podeszła do niej kładąc ręce na jej ramionach. - Samena szybsza jest od spojrzenia, to najszybszy biegacz świata. I jest bardzo silna. O ile Tebulot jest zdolny do zadawania ciosów miażdżących niczym maczuga, to Samenę można porównać do precyzyjnie trafiającego snajpera. I ona pobiera energię od Kasyxa. Jej bronią jednak jest własny palec. Springer wyprostowała ręce przed sobą krzyżując prawy nadgarstek nad lewym, lewą dłoń ściskając lekko w pięść. Wyprostowała palec wskazujący prawej dłoni i wycelowała wzdłuż prawego ramienia. - W taki właśnie sposób Samena używa swej broni, lepiej jednak będzie zademonstrować to praktycznie. Ujęła Henry'ego za ramię i ustawiła go na środku pokoju. Stanął tu przy niej, z rękami na biodrach i zakłopotaniem na twarzy. - Zakładam się o obiad u „Anthony'ego”, że nic się nie stanie - powiedział. Springer obeszła miękko pokój i przysunęła Gila i Susan bliżej Henry'ego, do obu jego boków. - Jesteście już gotowi - oświadczyła. - Musicie zrozumieć, że w materialnym świecie, gdy to wszystko nastąpi, będziecie pogrążeni we śnie. Wasze fizyczne ciała pozostaną uśpione w łóżkach, podczas gdy wy, pod postacią Wojowników Nocy, wędrować będziecie przez ciemność w poszukiwaniu diabła. Wraz z zostawieniem ciał fizycznych wzrośnie wasza moc - energia nie będzie musiała wtedy przechodzić przez stawiające opór ciało i kości. To, co zobaczycie teraz, da wam niejakie pojęcie o tym, do czego będziecie zdolni. Podeszła bliżej i dotknęła czoła Henry'ego. - Z czasem będziesz zdolny sam tworzyć swą potęgę, na razie jednak nie przeszedłeś szkolenia, więc zrobię to za ciebie. Dobrze będzie, jeśli zamkniesz oczy. Henry zawahał się, lecz ostatecznie zamknął oczy. Niech tam, pomyślał, mogę ostatecznie przejść przez to i mieć już spokój. Gdy otworzę oczy, cała moja grupa studentów będzie już stała wkoło, pękając ze śmiechu. Mam jednak wrażenie, że nadal jestem dość pijany, by się tym nie przejmować. Strażnik Mocy przypomniał sobie z narastającym sceptycyzmem, że jedyne rzeczy, w których zawarta była jakaś moc, to wódka, piękne kobiety i Beethoven, no, może nie zawsze w tej kolejności. Niemniej, przyszedł tutaj i wysłuchał, co Springer miała mu do powiedzenia, więc musiała być jeszcze w jego umyśle jakaś komórka nadal otwarta na nowe argumenty i to niezależnie od tego, jak byłyby one nieprawdopodobne.

Przytknięte do czoła Henry'ego palce Springer zaczęły wibrować, co było już irytujące. Wyobrażał sobie prąd elektryczny o wysokim napięciu, przepływający przez palce wprost do jego mózgu. Musiał przyznać, że Springer była geniuszem iluzji i autosugestii. Bliski był uwierzenia, że naprawdę rośnie, nabiera siły, że ciało jego lśni od tysięcy woltów zmagazynowanej energii. Powoli otworzył oczy. Springer zabrała dłoń. W powietrzu unosił się metaliczny zapach spalenizny, wyładowania elektrycznego, prochu i rozgrzanej miedzi. Gil i Susan wpatrywali się w niego ze zdziwieniem, jakiego nigdy dotąd nie było mu dane oglądać. Każde z nich można by teraz walić deską po głowie i nie zwróciliby na to uwagi. - Chodź - powiedziała Springer i przywołała go gestem ku ścianie pokoju. Otworzyła białą, wpuszczoną w ścianę szafę, w której nie było ubrań, ukazując duże lustro przymocowane na wewnętrznej stronie drzwi. - To jesteś ty: Kasyx, największy z Wojowników Nocy. Henry spojrzał na siebie. Bardzo powoli uniósł rękę do głowy i postać w lustrze powtórzyła ten gest. To był rzeczywiście on, Henry Watkins, wyleniały nieco profesor jeszcze bardziej wyleniałej filozofii, alkoholik i sfrustrowany geniusz, wcielony w Kasyxa, Wojownika Nocy. Nie był wcale wyższy - chociaż teraz stał prosto, z ramionami na swoim miejscu. Nie był muskularny, lecz cechowała go teraz bardziej zdecydowana postawa, otaczała go aura siły charakteru i autorytetu. Wyglądał na człowieka, który potrafił poradzić sobie w walce. Najniezwyklejsza była jednak na wpół przezroczysta zbroja okrywająca go od stóp do głów, aż po spiczasty hełm. Wyglądała na ciężką i misterną, z kometkowym napierśnikiem, z przypominającymi odwłok homara spojeniami na biodrach i z dziesiątkami przyłączy energetycznych, kabli, zębatek i haczyków. Ledwo widział tę zbroję i wcale nie czuł jej wagi. Jednakże, gdy się poruszył, zbroja ruszyła się razem z nim, tak jakby naprawdę miał ją na sobie. Odwrócił się do Springer i powiedział: - To wdzianko... zupełnie jakby wcale nie istniało. - Istnieje, lecz tylko we śnie - powiedziała Springer. - To, co widzisz teraz, to tylko zapis pamięci, podobnie jak ta dziewczyna, którą wam pokazywałem. Henry popatrzył na siebie. - A zatem to jest prawdziwe - powiedział po prostu, uznając realność zjawiska. Wojownicy Nocy istnieją naprawdę. - Tak, Henry, istnieli i znów zaistnieją. Kasyx, Tebulot, Samena. Springer skinął na Gila, by podszedł bliżej. Gil zawahał się, lecz stanął obok

Henry'ego, rzucając co chwila pełne fascynacji spojrzenie na jego zbroję. To było całkiem zaskakujące. To przyćmiewało jazdę autostradą przy stu dwudziestu milach na godzinę i rajdy rowerem terenowym po okolicach targowisk Del Mar, i Zemstę Montezumy na Berry Farm Knotta, i inne budzące dreszcz wzruszenia, jakie był sobie w stanie przypomnieć. To przyćmiewało wszystko. - Uklęknij przy mnie, na jednym kolanie - poinstruowała Gila Springer. Gil zrobił, co mu kazano, nie spuszczając przy tym oczu z Henry'ego. - A teraz, Henry - powiedziała Springer - połóż swą lewą rękę na prawym ramieniu Gila. Henry zrobił to i Gil poczuł natychmiast energię napływającą przez palce Henry'ego i wlewającą się jak powódź w jego system nerwowy, niczym woda zapełniająca złożony system irygacyjny. Czuł się tak, jakby dłoń Henry'ego porażała go elektrycznością. Otworzył usta i natychmiast wokół jego zębów zaiskrzyły się błyskawice drobnych wyładowań. Włosy mu się zjeżyły. - To jesteś ty: Tebulot, Opiekun Maszyny - wygłosiła Springer, a Gil przyjrzał się sobie w lustrze. Wyglądał teraz na kogoś zwinniejszego i silniejszego, w jego oczach pojawiło się martwe spojrzenie skazańca, które niemal go rozśmieszyło. Miał hełm podobny do hełmu Henry'ego, tylko biały, z dwoma trójkątnymi skrzydłami po bokach. Napierśnik też był biały, ozdobiony rozmieszczonymi w różnych miejscach trójkątami. Nie miał jednak nagolenników, a jedynie przylegające białe noga-wice - mogło to mieć znaczenie, gdyby przyszło szybko się poruszać - i buty wyglądające jak najmodniejszy produkt firmy Nike. W rękach trzymał spory kawał lśniącej maszynerii, przypominającej karabin maszynowy, większej jednak i dłuższej, z dźwignią w kształcie litery T na samym wierzchu, podobną do dźwigni zmiany biegów, i wszystkimi możliwymi odmianami wycięć, zablokowanych zacisków, prowadnic i przełączników. Chciał zważyć maszynę w dłoni, lecz podobnie jak zbroja Henry'ego, była nieważka i ledwo widoczna. - Unieś ją i wyceluj. Gdy przyciśniesz cyngiel, wystrzeli słaby ładunek. Gil ostrożnie uniósł maszynę i złożył się do strzału. Stojąca tuż za nim Springer powiedziała: - Odciągnij do tyłu dźwignię, to ładownica. Tu, z boku, masz skalę, lśni złotawo, pokazując, ile zostało ci jeszcze ładunku. W porządku - wyceluj w ścianę i strzelaj. Trzęsącymi się dłońmi Gil odciągnął dźwignię aż do oporu. Skala rozjarzyła się lekko

i widać było, że broń naładowana jest tylko w jednej dziesiątej, lecz było to dosyć dla pokazu. Dotknął spustu. Rozległo się ostre, lecz ciche „zzafff.” Kula żółtego światła przeleciała ze świstem przez pokój i eksplodowała na ścianie, wyrywając w ceglanym murze dwucalową dziurę. - We śnie ten ładunek będzie o wiele potężniejszy - powiedziała Springer. Odkryjesz też wówczas wiele innych funkcji maszyny. Stworzona została we śnie, toteż jej możliwości są ograniczone tak samo, jak ograniczone są możliwości marzenia sennego. A z waszego punktu widzenia nie ma właściwie dla niego ograniczeń. Gil obracał w rękach maszynę, nie przestając jej podziwiać. - Prawdziwa bron! - mruknął Henry. - Niewiarygodne - powiedział Gil. Teraz Springer podprowadziła Susan. Dziewczyna obserwowała z uwagą pozostałą dwójkę. Wyczuwała rodzące się między nimi nowe poczucie braterstwa, nie zrozumiała jednak jeszcze w pełni ani ojcowskich uczuć, które żywił wobec niej Henry, ani też faktu, iż Gil uważał ją za bardzo piękną dziewczynę. Gdyby nie pojawiła się Springer, odwracając do góry nogami porządek jej dni, to zapewne za wszelką cenę starałby się z nią umówić. Pochwyciła jednak jego uśmiech, gdy zbliżała się, by stanąć u drugiego boku Henry'ego, i zrozumiała, że Gil robi po prostu co może, by okazać, jak bardzo mu na niej zależy. Springer nie musiała już nic mówić, Henry położył swą prawą dłoń na lewym ramieniu Susan. Susan pilnie obserwowała w lustrze, jak moc, którą Springer nasyciła Henry'ego, zaczyna przepływać w jej ciało. Oczy zwęziły się jej, jakby mrugała, kaskada drobnych iskierek trysnęła z jej włosów. Stopniowo i niewyraźnie zarysował się na niej kostium Sameny Łukopalcej. Miała trójgraniasty kapelusz ozdobiony strusimi, orlimi i pawimi piórami; przylegający, skórzany stanik ozdobiony cekinami, ćwiekami oraz dziwnie ukształtowanymi kawałkami metalu i przepasany między piersiami mocnymi, skórzanymi rzemieniami, a także parę bardzo krótkich skórzanych spodenek, do których pasa przyczepione było ze dwadzieścia czy trzydzieści rodzajów grotów strzał - haczykowatych, kolczastych, trójkątnych, wybrzuszonych i gładkich. U pasa wisiała też pochwa zawierająca dwusieczny nóż z aksamitną pętlą na rękojeści. Nogi miała gołe, obute w zgrabne pantofle z miękkiej skóry o wywiniętych czubkach. - Samena - powiedziała Springer z nie skrywaną dumą. - Mogę spróbować strzelić? - spytała Susan, ledwo łapiąc z przejęcia oddech. - Czy zostało jeszcze dość mocy?

Springer dotknęła czoła Henry'ego i przytaknęła. - Jeden strzał. Sprawdź, czy uda ci się trafić grotem strzały w to samo miejsce, gdzie trafił Gil. Susan odpięła ostry, trójkątny grot. Był przezroczysty i niezbyt materialny, tak że udało się jej bez kłopotu nasunąć go na wskazujący palec. Utworzył coś na kształt długiego, metalowego paznokcia. Skrzyżowała nadgarstki tak, jak pokazała to Springer, lewym ramieniem podpierając prawe. Palec z grotem skierowała ku ścianie dokładnie na plamę, którą wypalił w tynku Gil, i postarała się skupić. W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło. - I co powinnam teraz zrobić? - spytała niezadowolona. - Jak się strzela? Springer uśmiechnęła się. - Trzeba o tym pomyśleć, to wystarczy. To nietrudne, musisz tylko raz spróbować, a będzie ci to przychodzić tak łatwo, że z rozbawieniem będziesz wspominać, iż miałaś z tym jakiekolwiek kłopoty. Susan znów wycelowała palec. I znowu nic. Henry ścisnął gwałtownie jej ramię, najmocniej jak potrafił, i krzyknął: - Ognia! Natychmiast, ze świdrującym w uszach gwizdem, godnym karnawałowej rakiety, grot przeleciał przez pokój, ciągnąc za sobą trzystopowy ogon złotego blasku. Wbił się w ścianę ledwo o parę cali od dziury wybitej przez Gila i zaraz też dobiegł do tego miejsca. Blask zniknął, grot pozostał wbity głęboko w tynk. - Juhu! - krzyknął Gil i zaklaskał z uznaniem. Susan podskakiwała tańcząc po pokoju. - Udało się! Udało się! - Nie musisz koniecznie używać grota - wyjaśniła Springer. - Już sam błysk światła, którego siła zależy od tego, ile zawrzesz w nim energii, jest w stanie zabić, ogłuszyć lub odstraszyć. Musisz jednak pilnie ćwiczyć. By stać się naprawdę Samena, musisz być biegła w tej sztuce, czujna i tak szybka, by nikt nie mógł cię złapać. Samena to najbardziej wrażliwa osoba spośród Wojowników Nocy, jej nerwy muszą reagować jak najczulsza, mocno napięta struna. Jest jednak również najstarsza spośród nich, potrafi wzbudzić najwięcej przerażenia. Henry złączył dłonie jak do modlitwy i to, co zostało w nim z przekazanego mu uprzednio przez Springer ładunku, wypłynęło spomiędzy jego palców ku dachowi pokoju, trzeszcząc przy tym, strzelając iskrami i rozsiewając błękitne światło. W końcu cały się rozładował. - Jeśli kiedykolwiek wątpiłem w twoje słowa, Springer - powiedział - co, przyznaję,

miało miejsce, to proszę cię o wybaczenie. To wszystko jest naprawdę zdumiewające. Zupełnie jak nagle urzeczywistniona dziecięca fantazja. - Żałuję, że zasadniczy cel tego wszystkiego nie ma nic wspólnego z dziecięcą zabawą - odparła Springer. Jej głos zszedł teraz w niższe rejestry. Na jej twarzy zaszły ledwo zauważalne zmiany, upodabniające ją coraz bardziej do mężczyzny. - Yaomauitl jest o wiele bardziej złowrogi niż inne diabły. To demon szaleństwa, zachłanności i ludobójstwa. Do Nowego Świata przybył z Cortezem w 1519. Są przekazy, które sugerują, że i sam Cortez był diabłem chodzącym po ziemi w ludzkim przebraniu. W rzeczy samej, Cortez odpowiedzialny był za wymordowanie niezliczonych rzesz Azteków. Nawet jeśli sam nie był diabłem, to na pewno zabrał go ze sobą, gdy w 1530 roku płynął ku Zatoce Kalifornijskiej. - A czemu teraz pojawił się znowu? - spytał Henry. - Tego nie wiadomo - odrzekł Springer. - Zamiary i poczynania diabła skryte są przed oczami Ashapoli. Dlatego tylko wy, Wojownicy Nocy, możecie odkryć, jak powrócił i jakie są jego intencje. I dlatego też tylko wy możecie go zwyciężyć. Henry położył dłonie na ramionach Gila i Susan. - Obarczyłeś nas naprawdę przerażającą odpowiedzialnością. Zdajesz sobie z tego sprawę? - Nie sądzę, byście mnie zawiedli - odpowiedział Springer. - Jak zaczniemy? - spytała Susan. - To znaczy, co mamy teraz robić? Powiedziałeś, że jesteśmy Wojownikami Nocy i że możemy opuszczać nasze ciała podczas snu. Ale jak mamy to robić? I jak mamy się spotykać w trakcie snu? - Będziecie spotykać się w tym domu. Kładąc się co wieczór do łóżka, powtarzać będziecie uświęcony tradycją hymn bitewny Wojowników Nocy. On sprawi, że wasze senne postaci spotkają się w najbliższym punkcie świętej mocy, który jest właśnie tutaj. Potem zaś wędrować będziecie przez sny innych ludzi w poszukiwaniu Yaomauitla i jego sług, które mogły się już powylęgać. - Mam wrażenie, że już śnię - stwierdził Gil. - Wkrótce oswoicie się z pejzażami snów - uśmiechnął się Springer. - Będziecie przybywać tu noc w noc, przez najbliższe dwa miesiące, a ja będę uczył was psychicznych i fizycznych sprawności Wojowników Nocy. Poznacie ich historię, ich tradycję, ich wiedzę. Dowiecie się o największych zwycięstwach, jakie odnieśli, i najstraszniej szych porażkach. Z czasem, gdy wasze szkolenie dobiegać będzie kresu, poczujecie, że wasza postać dzienna, prawdziwa, podobniejsza stanie się sennemu złudzeniu. Wasze słabe osoby są niczym innym,

jak przykutym do ciała odbiciem waszych prawdziwych postaci. Wasze pojęcia o zasypianiu i budzeniu się ulegną odwróceniu. Wraz z końcem nocy będziecie wracać do swych ziemskich ciał po to, by odpocząć. Wielokrotnie poczujecie, że odpoczynek ten jest koniecznością, którą trzeba odcierpieć, i niczym nadto. W waszych umysłach skryte jest o wiele więcej niż tylko inteligencja, która prowadzi wasze ciała przez jasny dzień. Wasze umysły są stacjami mocy, niewyczerpanymi źródłami talentu, biegłości, inspiracji. We śnie - jako Wojownicy Nocy wykorzystywać będziecie te możliwości. Nie ma znaczenia, ile niepowodzeń spotka was za dnia; nieważne, jak lekceważąco będą traktować was inni. W waszych snach będziecie bohaterami. Postarajcie się to zrozumieć; staliście się ludźmi z legend - takimi, jakimi kiedyś stać się mogą wszyscy ludzie, wystarczy tylko, by pojęli, jaką to siłę i majestat skrywają ich umysły. - Czy ta siła, te zdolności, gdy już je zdobędziemy - spytał Gil - będą miały wpływ na nasze codzienne życie? - Oczywiście - odpowiedział Springer. - Skoro nauczycie już orientować się w świecie snu i panować nad nim, wasze zdolności nie zanikną w ciągu dnia. Wasze życie zmieni się nie do poznania, czy będziecie tego chcieli, czy nie. Stwierdzicie jednak, że sukcesy odnoszone za dnia są niczym wobec tych odniesionych w nocy. Czeka was największa z przygód, moi przyjaciele, i to niedługo, gdy tylko słońce zacznie zachodzić. - Wtedy, gdy po raz pierwszy do mnie przyszedłeś - powiedział Gil do Springera. Wtedy, gdy wyglądałeś jak dziewczyna... wspomniałeś o książce „De-i-coś-tam-dalej...” - „De Sortilegio” - potwierdził Springer. - Tak. Chciałem poruszyć twoją pamięć, wykorzystując to, co odziedziczyłeś po swym praprapradziadku. Nie chciałem otwierać jej zbyt gwałtownie, starczyło jednak, poszedłeś bowiem do twojego meksykańskiego przyjaciela Santosa, prawda? I zapaliłeś trawkę, co z kolei podziałało na twoją skrytą pamięć i wydobyło ją z podświadomości, ukazując jasno zagrożenie i gwałtowność potrzeby. Springer zamilkł na chwilę. - „De Sortilegio” napisane zostało w 1533 roku przez Paula Grillanda, tuż po powrocie ludzi Corteza z Zatoki Kalifornijskiej do Europy - powiedział. - Nawiązuje do przerażających opowieści przekazanych mu przez niektórych Hiszpanów. Były to opowieści o sabatach, które zdarzały się wówczas na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Wprawdzie nie wszyscy chcieli powiedzieć dokładnie, co tam się działo, wszystko wskazuje na to, że Cortez rozpoczął odprawianie tych obrządków zgodnie z rytuałem Czarnych Sabatów, Czarnych Mszy. Przyzywał postać diabła lub też sam przybierał jedną z jego postaci i podczas tych mszy zmuszano miejscowe kobiety do odbywania z nim stosunków.

Szesnastowieczni teologowie nieustannie spierali się, czy możliwe jest, by diabeł miał stosunek z kobietą. Paul Grilland jednak stwierdza jasno, że są na to niepodważalne dowody, dostarczone właśnie przez Hiszpanów, jak i Williama z Paryża, spowiednika Filipa Pięknego. Twierdzili tak również wykładowcy szkoły teologicznej karmelitów bosych w Salamance, w swej pracy „Theologia Moralis”. Zaś Dom Dominie Schram twierdził, że sam znał kilka osób, które wbrew swej woli ulec musiały nieczystemu naruszeniu ich nietykalności osobistej przez szatana. – Springer uśmiechnął się smutno. - Sam święty Augustyn mówił, że wszyscy, którzy nie wierzą w to, że szatan może objawić się w nocy, by obcować cieleśnie z kobietą, sami siebie wprowadzają w błąd. Doświadczenie historii jest druzgocącym argumentem. Gdy diabeł jest wolny i może swobodnie się przemieszczać, żadna kobieta nie jest bezpieczna od jego żądz. - Kiedy zaczynamy? - spytała Susan. - Czy już dziś w nocy? - Chcecie tego? - Tak - powiedziała Susan. Nigdy nie czuła się do niczego tak przekonana jak teraz, nigdy nie miała w sobie takiego zapału. Nagle zrozumiała, że istnieje coś jeszcze poza wychowaniem wpajanym jej przez dziadków. Coś o wiele bardziej podniecającego i dostarczającego więcej satysfakcji niż szkoła, włóczenie się z Daffy, czy wysiadywanie na plaży w nadziei, że może zostanie zauważona przez Tada Summersa lub Gene Overmeyera. Tak, czuła, że Springer podbudował ją, ukazał jej widok sięgający daleko ponad dachy Del Mar, perspektywę obejmującą wierzchołki gór, chmury, wszystko, co wielkie. Była to upajająca i przyprawiająca o radosny zawrót głowy wizja. A Daffy mówiła o „prawdziwym znajdowaniu radości wspólnego życia” w aerobiku! - Zaczniemy od razu - zgodził się Gil. - O ile tylko uda mi się zasnąć. - Henry - spytał Springer, patrząc na filozofa wzrokiem bacznym i wyczekującym. - Wygląda na to, że cokolwiek bym sądził, to i tak jestem w mniejszości. - Nie chcesz zacząć tej nocy? - spytała Susan. Henry odchrząknął. - Jeśli chcecie znać najszczerszą prawdę, boję się. - Ja też, Henry - rzekł Gil. - Mamy jednak coś do zrobienia. To szansa jedna na milion. Przypuśćmy, Henry, że powiedziano by ci, że możesz dostać się na Księżyc... - Księżyc? - Henry pokręcił głową. - Nie poleciałbym na Księżyc. Uwierz mi, Gil. Księżyc najlepiej widzi się przez dno szklanki z wódką. - Zaczniecie jednak tej nocy, prawda? - zapytał Springer. Henry wcisnął dłonie do kieszeni. Oczywiście. To wspaniałe, zdumiewające. Nie zapomnijcie jednak, że boję się nie

mniej, niż tego chcę. Springer dotknął jego dłoni w dziwny, ukradkowy sposób, który skojarzył się Henry'emu z pierwszymi chrześcijanami przekazującymi sobie hostię w czasie Komunii. Nie będziecie się bać tej nocy, moi przyjaciele. Strażnik Mocy Kasyx nie zna strachu. - I tego się właśnie obawiam - stwierdził Henry.

8
Henry ledwo zdążył otworzyć drzwi swego domu na czas, by odebrać telefon, którego sygnał słyszał już od chwili, gdy skręcił w promenadę. Zostawił klucze w zamku i rzucił się przez tapczan, wyciągając dłoń ku słuchawce. - Henry? To ty, Henry? Prawie już zrezygnowałam. - Andrea! Wychodziłem. Dopiero przed sekundą wpadłem szczupakiem do pokoju. - Szczupakiem? Szkoda, że tego nie widziałam. - Pozwól, że zamknę drzwi - poprosił. - Ktoś tu w okolicy pracuje mechaniczną piłą. Nie słyszę cię zbyt dobrze. Odłożył słuchawkę, wrócił do drzwi i zamknął je. W drodze powrotnej zahaczył o barek, z którego wziął butelkę wódki i umiarkowanie czystą szklankę. Podnosząc znów słuchawkę, otworzył butelkę i balansując w powietrzu jedną ręką napełnił szkło nie rozlewając ani kropli. - Na zdrowie - rzuciła cierpko Andrea. Henry zignorował ją. - Dowiedziałaś się już czegoś o węgorzach? - A jak myślisz, dlaczego dzwonię? Stęskniłam się za twym upojnym głosem, co? Henry przełknął wódkę i wzdrygnął się. Nie pozwól, by wyprowadziła cię z równowagi, pomyślał. Dziś w nocy, gdy ona zaśnie, on przybierze postać Kasyxa, Strażnika Mocy, najważniejszego spośród Wojowników Nocy. I wszystko, co Andrea zrobiła by go zranić, straci znaczenie. - Obiecałam powiedzieć o węgorzach - rzekła Andrea. - Tak - zgodził się. - Obiecałaś. - Wypił jeszcze trochę wódki i odstawił szklankę. Słyszał, jak szeleści papierami. Po pierwsze - powiedziała - to nie był węgorz. To znaczy, nie był to przedstawiciel rzędu ryb kostnoszkieletowych Anquilliformes, jak węgorz morski, morena czy węgorz słodkowodny. Nie był to również węgorz czółenkowy, rząd Saccopharyngiformes, ani węgorz kolczasty, rząd Mastacembaliformes, ani cuchia, rząd Symhranchiformes. - Może śluzica? - Nie, to nie była również i śluzica. - No dobrze, wiemy już zatem, czym to nie było. A nie wiesz przypadkiem, co to mogło być? - Nic znanego biologii. Żadne z nas nie spotkało się dotąd nigdy z takim

stworzeniem. Henry odczekał, czy powie może coś jeszcze. Gdy cisza przedłużała się, spytał: - I o to chodzi? Nie wiesz, co to jest, i to jest właśnie ta wiadomość? - Powiedziałabym raczej, Henry, że fizyczne i ewolucyjne cechy tego czegoś są dobrze nam znane. Ma czaszkę ze szczękami, wewnętrzny szkielet i system trawienny. Jest dwudyszne, nie jest zatem dokładnie rybą, posiada bowiem płuca i szczątkowe kończyny, dzięki którym może nieudolnie poruszać się na lądzie jak eusthenopteron. - Jak co? - Zawsze byłeś ignorantem. Eusthenopteron, forma rozwojowa ryby z późnego dewonu, około trzystu sześćdziesięciu milionów lat temu. Była zdolna przebywać obszary lądu z jednego jeziora do drugiego, uciekając przed suszą. - I właśnie tym okazał się być ten, tak zwany, węgorz? - Nie - powiedziała Andrea. - Po prostu ma tylko szczątkowe kończyny jak eusthenopteron. Reszta się różni. Henry milczał przez chwilę. Rzecz jasna, teraz już wiedział, czym był ten węgorz. W każdym razie wiedział to, co przekazał mu na ten temat Springer. Jeden z owoców diabelskiego nasienia, który zdążył już wyrosnąć. Co jeszcze powiedział o tym Springer? „Jeśli udaje im się znaleźć ukrycie, wówczas rosną i po około sześciu miesiącach stają się równie dojrzałe jak ojciec”. - Paru ludzi od was kopie na plaży? - Owszem. Ale jak dotąd, bez skutku. Mają zamiar wkopać się jeszcze trochę głębiej, lecz nie są optymistami. Wygląda na to, że węgorze zdołały wryć się naprawdę głęboko w piasek. - Wydawało mi się, że powiedziałaś, iż to wcale nie są węgorze. - Nie są, ale wszyscy je tak nazywają. Tutaj, w laboratorium ochrzciliśmy je plourdeostus, przypominają bowiem czaszkami pierwszą rybę, która wytworzyła w sylurze szczęki. - No cóż, mocno przypomina mi to wasz zwykły naukowy bełkot - powiedział uprzejmie Henry. - Zawsze wyprzedzaliście mnie w błaznologii stosowanej, prawda? - Znowu zaczynasz być nieuprzejmy - stwierdziła Andrea. - Piłeś, prawda? - Ani trochę - odparł Henry. - W każdym razie nie dość. Zauważam tylko, że ludzie z Instytutu Scrippsa nigdy nie potrafią przyznać się do tego, że czegoś nie wiedzą. Zawsze znajdziecie jakąś nazwę, by to ukryć. Plourdeostus! Czemu nie nazwiecie ich gryzońkami? Albo po prostu zażartymi sukinsynami jak nazywają je wszyscy, którzy mają jako tako

poukładane we łbie? - Znów jesteś nieuprzejmy - powtórzyła Andrea. - Cóż, zawsze mnie do tego doprowadzasz. Zawsze, zanim zacznę z tobą rozmawiać, jestem ucieleśnieniem uprzejmości. A potem nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co ty mi takiego robisz. Może powinienem ochrzcić cię zębowiecz-nieszczerzyjotus? Bo zawsze sprawiasz, że obnażam zęby. - Żegnam, Henry - ostrzegła go Andrea. Wciągnął głęboko powietrze. - Przepraszam - powiedział. - Dziękuję, że dotrzymałaś słowa. A teraz zapomnij, że kiedykolwiek mnie znałaś. - Już dawno to zrobiłam - odgryzła się Andrea i rozłączyła się. Henry westchnął. Odłożył słuchawkę i siedząc na kanapie wpatrzył się w wiszący na przeciwległej ścianie oprawiony plakat reklamowy Lucky Strike'ów. Wolałby nie pić dzisiaj zbyt dużo. Z drugiej jednak strony, nie było powodu, by przestać. Doszedł właśnie w swym pijaństwie do połowy drogi. Gdyby przerwał teraz picie, ostry ból głowy pojawiłby się już o szóstej po południu tego samego dnia. Lepiej już przenieść kaca na rano. Nie wątpił wprawdzie, że jutrzejszy będzie jeszcze gorszy od dzisiejszego. Ale przynajmniej nie przeszkodzi mu w tym, co czekało go w nocy. W tym samym czasie Gil szedł razem z Susan po promenadzie przez Solana Beach. Zabrał ją na lunch do „Taco Auctioneer”, teraz zaś chciałby poznała jego rodzinę. Susan czuła się bardziej szczęśliwa, niż zdarzyło się to od miesięcy, bardziej też była rozgadana, Gil ledwo dawał radę wtrącić czasem słowo. Mówiła tyle, że starczało za ich dwoje. - Nie mogę doczekać się nocy - powtarzała. - Widziałeś mój kostium? Gil uniósł brwi. - Myślę, że jest bardzo sexy. Wypchnęła go na drogę. - A jeśli tak, to co? - To wspaniale - zażartował. - Im bardziej coś jest sexy, tym lepiej. - A ty sądzisz, że jak wyglądasz w tych twoich obcisłościach? - odgryzła się Susan. Rudolf Nurejew z Solana Beach. - Słuchaj no, damo, po raz ostatni zabrałem cię na taco. Przekomarzali się jeszcze przez chwilę, aż nagle Susan spoważniała. - Czy sądzisz, że z Henrym wszystko będzie w porządku? - Pod jakim względem? - spytał, usiłując zeskrobać ze swej koszulki plamę z sosu chilli.

- Wygląda na to, że cały czas jest pijany. - Miał jakąś nieprzyjemną sprawę z rozwodem, i tyle. Susan odgarnęła włosy z oczu. - Nie twierdzę, że go nie lubię, bo tak nie jest. Nie twierdzę, że mu nie wierzę. Słyszałeś jednak, co powiedział Springer, że to może być dość niebezpieczne. Czy sądzisz, że da sobie z tym radę, gdy będzie pijany? - Nie wiem. Mam wrażenie, że podczas treningu Springer wybije mu to pociąganie z głowy. Chcę przez to powiedzieć, że Henry pije z nudów i przez to, iż uważa, że nikomu na nim nie zależy, no i nie ma do kogo ust otworzyć. Co niby ma robić innego, jak nie siedzieć w domu i popijać? Ale teraz Springer rzucił mu wyzwanie - tak jak nam wszystkim. Zgodziliśmy się upolować tego diabła, czy co to tam jest, ponieważ pragniemy w życiu czegoś więcej niż to, co poznaliśmy dotąd. Szukamy paru odpowiedzi. Pojawiły się też i pytania. Pytania, o których nigdy dotąd nam się nie śniło. Czy nie zastanawiałaś się nigdy, czy żyjesz właśnie tak, jak naprawdę tego chcesz? Czy to właśnie ma być całe moje życie? Czy nie będzie już niczego więcej? To właśnie pytanie podpowiedział nam Springer, nie sądzisz? I to jest pytanie, na które pragniemy odpowiedzieć. Susan odruchowo ujęła rękę Gila. - Wiesz co - powiedziała - odkąd moi rodzice zginęli w wypadku, nie myślałam praktycznie o niczym, tylko o tym, jak stać się normalną. Gdy nie masz rodziców, ludzie traktują cię z nadmiernym współczuciem albo patrzą na ciebie jak na dziwadło, kalekę czy coś takiego. Tak czy tak, jesteś nieustannie traktowany jak ktoś niezupełnie normalny. Byłam raz z babką na spotkaniu senioratu obywateli i jedna z tych truskawkowych staruszek przedstawiła mnie innej zajeżdżającej truskawkami starszej pani: „To jest Susan, oboje rodzice zginęli w wypadku samochodowym, biedne jagniątko, ale zniosła to tak dobrze, że nawet byś nie uwierzyła”. Przy mnie! Tak, jakby nieustannie trzeba było mi przypominać, że oni nie żyją. Tak, jakby nie chcieli mnie normalnie traktować. Czytam normalne książki, noszę normalne ubrania, oglądam w telewizji normalne programy, umawiam się z normalnymi przyjaciółmi. Jestem tak normalna, że mogę uchodzić za federalny wzorzec normalności. Teraz jednak, gdy zdarzyło się to wszystko, Springer i tak dalej, gdy wiem o Wojownikach Nocy, nie chcę już być normalna. Chcę osiągnąć tyle, ile będę mogła, jeśli to zależy tylko od moich starań. - Możesz nadal próbować być normalna. Ale na pewno ci się nie uda - odpowiedział Gil. Osobiście wcale nie uważam, byś była przeciętna. Ścisnęła jego dłoń. - Czy to komplement?

- Może - skrzywił się w uśmiechu. - Tylko trochę nietypowy. Doszli do Mini-Marketu. Phil Miller stał przy kasie, zliczając tygodniowe zakupy spożywcze pani Lim, właścicielki chińskiej restauracji „Tian Dan” znajdującej się trochę dalej przy tej samej ulicy. Pani Lim przyglądała się uważnie Philowi, zliczając po cichu to samo w pamięci. Nie wierzyła w dodawanie na elektrycznej maszynie. - Cześć, Gil - przywitał go ojciec, rzucając spojrzenie i na Susan. - Cześć, tato. To jest Susan Sczaniecka. - Cześć, Susan. - Dzień dobry panu. Gil zaprosił mnie na taco. - Ta co? - spytał Phił. - To już tak poważnie? - Nie zwracaj uwagi - powiedział Gil. - To tylko pewien starszy pan, będący moim staruszkiem. Sądzi, że jest bezpośrednim spadkobiercą Dona Ricklesa. - Te małe, drugiej jakości, są po dolarze sześćdziesiąt dziewięć centów - poprawiła Phila pani Lim. - Och, przepraszam. To mnie nauczy koncentracji. Jeśli macie ochotę, to weźcie sobie lody, Gil. - Dzięki, tato. Susan rozejrzała się po wnętrzu. - To fantastyczne mieć sklep. Gil pokręcił głową. - Powinnaś przyjść tu w niedzielne popołudnie, gdy robimy remanent. Zmieniłabyś zdanie. Wzięli sobie po lodzie i przeszli przez pełne drewnianych skrzyń i kartonów podwórko. Wydostali się przez bramę na aleję, która doprowadziła ich do plaży. Na brzegu było upalnie i ruchliwie. Dziesiątki dzieciaków moczyły się na surfingowych deskach, dalsze dziesiątki leżały na ręcznikach plażowych pod piaskowymi skałami, słuchając proroków czarnej muzyki, rzucając orzeszki wiewiórkom lub po prostu smażąc się na słońcu. Co parę minut Gil spostrzegał kogoś znajomego. Wychowany nad oceanem syn właściciela sklepu znał naprawdę wielu ludzi. Susan była rozbawiona tym nieustannym podnoszeniem dłoni do pozdrowienia i wykrzykiwaniem „Cześć!” - Wygląda na to, że jesteś miejscową znakomitością - zauważyła. Bryza zwiewała jej piękne, jasne włosy na twarz. - Wszyscy tu jesteśmy lokalnymi znakomitościami - powiedział Gil liżąc loda. - Gdy byłem młodszy, tworzyliśmy tu gang. Rekiny z Solana, jeśli potrafisz sobie wyobrazić takie rekiny. Najgorszy pomysł, na jaki wpadliśmy, to była walna bitwa z całym tłumem

dzieciaków z San Elijo. Zamiast anten samochodowych używaliśmy wodorostów. Nie wiem, czy zdarzyło ci się kiedyś dostać w twarz wiązką wodorostów. Naprawdę boli! Przeszli plażą około mili. Fale syczały i huczały, woda nieustannie dobiegała do ich stóp, i cofała się, by po chwili powrócić. Idąc, trzymali się za ręce. Było im ze sobą dobrze. Nie tylko dlatego, że się lubili, lecz i dlatego, że oboje dzielili wspólną tajemnicę. Tajemnicę ważną, ekscytującą i niebezpieczną. Nie zdołali nawet dojść do policyjnych płotków, które ogradzały plażę w Del Mar. Dwóch funkcjonariuszy w okularach przeciwsłonecznych, umilających sobie czas pogawędką z dwiema studentkami w bardzo skąpych bikini, zwróciło na nich uwagę, gdy tylko się zbliżyli. - Przykro nam, przyjaciele, ale plaża jest nadal zamknięta. - Meduzy, co? - spytał Gil, opierając się o barierkę. Poznał jedną z dziewczyn w miniaturowym opalaczu. - Cześć, Candice. Jakoś mimowolnie Susan przysunęła się do niego bliżej. Nie wiedziała dlaczego, lecz poczuła, że ma tu jakieś prawo własności. Niedaleko od nich grzebało w piachu trzech ubranych na biało naukowców z Instytutu Scrippsa. Sondowali piasek. Towarzyszyli im lekarz okręgowy, Salvador Ortega oraz dwóch detektywów ze znudzonymi minami w zarzuconych na ramiona płaszczach. Salvador Ortega zauważył ich, stojących przy barierze, i osłonił oczy dłonią. Potem przeprosił resztę towarzystwa i zbliżył się. - Pan Miller - powiedział, pozdrawiając Gila - i pani Sczaniecka. - Wymówił pan właściwie moje nazwisko - zdziwiła się Susan. - Jest pan pierwszą osobą, której się to udało. - Moja siostra wyszła za Polaka - wyjaśnił Salvador. - Nazywa się teraz Carmen Krzysztofowicz. Ile razy nie wymówię tego właściwie, daje mi popalić. - I jak z meduzami? - spytał Gil wskazując na ekipę poszukiwaczy. - Zamieniliśmy już tę plażę w ser szwajcarski. I ciągle nie zlokalizowaliśmy ani jednej. - A sądzi pan, że się uda? Salvador pokręcił głową. - Te sukinsyny są jak nic dostosowane do tego, by to przetrwać, jeśli chcecie znać moje zdanie. Teraz pewnie drążą już sobie tunel do Meksyku. Gil spojrzał na niego. - Nie sądzę - powiedział z niepokojem. - Mam pewne przeczucie. Chyba

nieprzypadkowo znaleźliśmy się w tym miejscu. Też to czujesz, Susan? - Nie jestem pewna. - Dotknęła koniuszkami palców do skroni i skoncentrowała się. Jest coś... nie wiem co. Nie potrafię tego opisać. Salvador spojrzał na nich z zainteresowaniem. - Wyczuwacie coś? - zapytał, przenosząc wzrok z jednego na drugie. - Jak sądzicie, co to jest? - Nie jestem pewna - odparła Susan. - Tak jakby plaża poruszała się pod moimi stopami. Wie pan, jak czuje się drżenie ziemi? - Tak, mieliśmy tego dość przez ostatnie sześć miesięcy. Może po prostu wyczuwacie kolejne ruchy tektoniczne, których ja już nie zauważam. Wówczas poczuli coś jeszcze. To było niesamowite wrażenie, tak jakby nagle w powietrzu otworzyły się niewidzialne drzwi i ktoś przez nie przeszedł. Oboje odwrócili głowy, spoglądając w głąb plaży i dojrzeli w dali Henry'ego w turkusowej koszuli bez pleców i wielkich, trzepoczących na wietrze bermudach. Wyglądał jak emeryt na wakacjach. - Czy umówiliście się tu z profesorem Watkinsem? - zaciekawił się Salvador, wskazując na Henry'ego. - Nie - odpowiedział Gil. - Jesteście pewni? - Oczywiście. Salvador skinął na dwóch mundurowych. - Przepuścicie do mnie tych dwoje młodych ludzi? Tak, i tego dżentelmena, który idzie tu plażą. Profesorze Watkins! Mogę prosić tutaj? Policjanci odsunęli ogrodzenie. Gil i Susan przeszli na zakazany teren. Po chwili dołączył do nich Henry. - Proszę, proszę - mruknął Henry. - Co za niespodzianka. Co wy tu robicie? - Nie wiem dokładnie - stwierdził Gil. - Naszła nas nagle ochota na spacer. - Mnie też - potaknął Henry. Funkcjonariusze zaciągnęli już zaporę na miejsce. Henry podszedł i uścisnął dłoń Salvadora. - Cóż, Salvadorze, wygląda na to, że coś nas tu wezwało. Coś niewyczuwalnego jak ultradźwiękowy gwizdek na psy. - Chodźmy zatem i rozejrzyjmy się tutaj - zaprosił ich Salvador. Poszli za nim ku grupce policjantów i badaczy kopiących dużą, okrągłą dziurę w wilgotnym piasku. Wyglądali na bardzo zmęczonych i zniechęconych. - Znacie Johna Belli, prawda? - powiedział Salvador. Lekarz posłał im nikły,

nieżyczliwy uśmiech. - A ci tu dżentelmeni przyjechali z Wydziału Biologii Morskiej Instytutu Scrippsa. Trzy twarze, jedna kaukaska, dwie czarne, wszystkie ozdobione okularami, przywitały Henry'ego, Gila i Susan z minimalnym zainteresowaniem. Henry podszedł bliżej i zajrzał do wykopu. Popołudniowy wiatr unosił mu włosy. - Dobrze by było, gdyby nie stawał pan za blisko krawędzi - ostrzegł jeden z naukowców nosowym głosem. - Wie pan, mają tendencję do osypywania się. - Oczywiście - zgodził się Henry. - Nie chcę utrudniać wam pracy, która i tak jest już uciążliwa. Ani śladu plourdeostusa? Cała trójka poszukiwaczy popatrzyła na niego z największym zdumieniem. - Skąd pan o tym wie? Henry rozpromienił się. - O plourdeostusie wiem głównie to, że jest to cholernie głupia nazwa. No dobra, nie patrzcie na mnie już z takim zdziwieniem. Nazywam się Henry Watkins, Wydział Filozofii Uniwersytetu w San Diego. Moja żona, to znaczy była żona, to Andrea Caulfield. Tak, ta Andrea Caulfield. Rozmawiałem z nią przez telefon około półtorej godziny temu. - Profesor Watkins był tu, na plaży, gdy znaleziono trupa - wtrącił Salvador tytułem dodatkowego wyjaśnienia. Cała trójka badaczy nieco uspokoiła się, lecz z pewnością nie wyglądała na uszczęśliwionych. - Wolelibyśmy, żeby gapie, którzy nie są ekspertami, trzymali się z daleka od tego miejsca - oświadczył wyniośle jeden z nich. - Dajcie spokój, nikt w tej sprawie nie jest ekspertem, z wami włącznie - powiedział Henry z niczym nie zmąconą pogodą. - Andrea wspomniała mi, że nigdy dotąd nie widziała takiego węgorza, a ona wie więcej o najpaskudniejszych mieszkańcach oceanów niż ktokolwiek inny. Wszyscy błądzimy w ciemności. Salvador odczekał, aż wznowią pracę i podszedł do Henry'ego. Ujął jego ramię, odprowadzając go na bok. - Możliwe, że masz rację, Henry. Zapewne wszyscy razem błądzimy w ciemnościach. Mam jednak wrażenie, że wy troje, którzy znaleźliście trupa, macie do czynienia co najwyżej z półmrokiem. Powiedz mi: co sprawiło, że przyszedłeś tu właśnie teraz, w tej, a nie innej chwili? Henry spojrzał na Gila i Susan. Oboje przytaknęli, na tyle jednak niezauważalnie, że nikt inny nie mógł tego spostrzec. - Cóż... - zaczął powoli. - To było tylko takie wrażenie... trudno to opisać.

- Spróbuj - nalegał Salvador. - Nie wiem, czy mi się uda. To było tylko takie przekonanie, że powinienem się tu znaleźć. - Pan Belli dokonał oględzin zwłok dziewczyny i stwierdził, że w chwili gdy znalazła się w wodzie, była już martwa. Uważa, że węgorze nie miały nic wspólnego z jej śmiercią. Jedyny problem polega na tym, że nie jest w stanie podać żadnej przyczyny zgonu. Nie ma śladów uduszenia, ciosu tępym przedmiotem w głowę, strzału ani dźgnięcia. Oczywiście brakuje większości brzucha, mógł to więc być uraz w obrębie jamy brzusznej. Tylko że większość jej krwi pozostała w arteriach, a to znaczy, że serce przestało bić, zanim zostały jej zadane jakiekolwiek rany. Salvador odczekał chwilę, by zobaczyć, jakie wrażenie zrobi ta informacja na Henrym, i dodał bardzo cicho: - Pan Belli czuje się z tego powodu bardzo sfrustrowany i jest rozzłoszczony. Jeden z badaczy rzucił swą łopatę. Dość. Tu nic nie ma. Starczy na dziś. Susan postąpiła naprzód, unosząc dłoń. - Poczekajcie! - powiedziała czystym, wysokim głosem. - Poczekajcie, nie kończcie jeszcze. Pokopcie trochę głębiej. Naukowcy od Scrippsa spojrzeli na Salvadora z wyrazem twarzy znaczącym: „Czy moglibyśmy cię prosić, byś zabrał stąd tę dziewczynę?” Salvador jednak obrócił się na pięcie i z założonymi do tyłu rękami zwrócił się do reszty towarzystwa. - Gil? Henry? Co wy sądzicie? Czy oni powinni kopać dalej? - Susan ma rację - przytaknął Gil. - Powinni kopać. - Kim są ci ludzie? - dopytywali się naukowcy. - To oni znaleźli ciało dziewczyny. - I to daje im prawo do wypowiadania się na fachowe tematy? - spytał jeden z badaczy, gramoląc się z jamy. Salvador wyjął chustkę i otarł nos. - Cóż - zaczął - jeśli nie wróci pan do pogłębiania tej dziury, to zawołam moich ludzi i oni to zrobią. Oczywiście, nie będą oni tak jak wy, panowie, ostrożni, zatem, jeśli naprawdę coś tu jest, będzie to ryzykowne. Ale jestem skłonny podjąć to ryzyko. Jestem zainteresowany biologiczną stroną tego zjawiska, to oczywiste; prowadzę jednak również śledztwo w sprawie nie wytłumaczonej śmierci i to jest dla mnie najważniejsze. Naukowiec popatrzył na Henry'ego, Gila i Susan tak, jakby miał ochotę ich pobić.

- Niech będzie - oznajmił w końcu. - Pokopiemy jeszcze przez pół godziny, ale potem ogłaszamy fajrant. Czekali razem na plaży, pod słońcem wypalającym sobie z wolna drogę ku zachodniemu horyzontowi i zmieniającym ocean w rozbłyskujące, oślepiające złoto. Towarzystwo od Scrippsa kopało niespiesznie, lecz systematycznie, wstrzymując pracę za każdym razem, gdy natykali się na kamień lub kawałek drewna. Salvador zbliżył się do Henry'ego. - Czy sądzisz, że tam w dole coś jest? - spytał. - Nie wiem - powiedział ochryple Henry. Wokół jego głowy zaciskała się coraz ciaśniej obręcz nieznośnego bólu, a odblaski padających na fale promieni słońca wcale nie pomagały mu się z nią uporać. Powinien wziąć ze sobą piersiówkę, z pomocą której odgoniłby kaca. Teraz było już za późno. Pułapka wokół jego mózgu zamykała się z powolnym pulsowaniem, a nerwy upodabniały się do sflaczałych strun. John Belli spojrzał na zegarek. - Tu nic nie ma, Sal, pogódźmy się z tym. Te węgorze były tylko przypadkiem i nie miały nic wspólnego z właściwą przyczyną śmierci. Jestem za tym, byśmy dali sobie wszyscy spokój z babraniem się w tej dziurze. - Jeszcze pięć minut - nie ustępował Salvador. Minęły trzy, potem cztery minuty. Nie pojmując zupełnie czemu, Susan podeszła bliżej wykopu. Gdy tylko się obejrzała, Henry i Gil ruszyli za nią i stanęli tuż obok. Salvador spostrzegł ich wędrówkę i przyglądał im się uważnie. W czarnym, wilgotnym piasku na samym dnie wykopu coś się poruszyło. Jeden z naukowców dotknął tego czegoś łopatą. Drgnęło ponownie. - Znalazłem coś - powiedział niezbyt donośnie, głos mu się załamał. - To się rusza. Salvador zbliżył się niezwłocznie, sięgając do biodra po swą trzydziestkę ósemkę. Z uniesionym rewolwerem w ręku pouczał kopiących: - Zachowajcie ostrożność. Ostatnie z tych stworzeń, które usiłowaliśmy schwytać, odgryzło mojemu funkcjonariuszowi połowę twarzy. - Dzięki za ostrzeżenie - rzucił z sarkazmem jeden z naukowców. Ześlizgnął się obok pozostałych na samo dno i razem zaczęli oczyszczać znalezisko z piasku. - To jest żywe - relacjonował ten drugi. - Nie ma wątpliwości. Wygląda na ciepłokrwiste i czuję, jak się porusza. - Czy to może być węgorz? - spytał Salvador. - W żadnym przypadku - rzekł pierwszy. - To jest duże, o wiele większe niż węgorz,

którego dostarczył pan do Instytutu. Wyczuwam tu jakiś... kręgosłup. Rodzaj guzowatego kręgosłupa. I żebra. - Tylko uważajcie - powtórzył Salvador. Henry myślał intensywnie. Jeśli udaje im się znaleźć ukrycie, wówczas rosną i po około sześciu miesiącach stają się równie dojrzałe jak ojciec. Nie musiał nawet spoglądać na Gila czy Susan, by wiedzieć, że myślą o tym samym. Z największą ostrożnością dwaj naukowcy odsłonili znaleziony w piasku obiekt. Chrząstkowaty i czarny kręgosłup. Zaokrąglona klatka piersiowa, żebra oddzielone od siebie ciemnymi, półprzeźroczystymi chrząstkami. Pas biodrowy słabo rozwinięty i wąski, wystająca kość ogonowa będąca niemal samym ogonem, kościste nogi skulone pod ciałem w pozycji rozwijającego się płodu. Przez chrząstki klatki piersiowej Henry widział bijące serce. Czuł strach, obezwładniające przerażenie i modlił się pod nosem. Modlił się, by potwór nie został wydźwignięty z piasku. Modlił się, by nie musiał na niego patrzeć. Modlił się, by był on jedynym, by wszystkie inne podusiły się w ziemi. - „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...” Dwóch pracujących ramię przy ramieniu naukowców oczyściło z piasku potylicę stwora. Można teraz było ocenić jego rozmiary - około trzy stopy od głowy do nóg, w każdym razie tyle miałby wyprostowany. Jeden z badaczy przeciągnął dłonią wzdłuż kręgosłupa. - Spójrzcie na to - rzucił nagle. Od kości ogonowej odpadła powłoka z cienkiej jak papier, łuskowatej skóry. Naukowiec przekazał ją ostrożnie koledze, który klęczał na krawędzi studni. Ten ujął skrawek w ten sposób, że ostatnie promienie słońca prześwietliły go na wylot. Szeleścił na wietrze od morza delikatnie jak bibułka. - Co to jest? - zapytał Salvador. - Wygląda mi to na zrzuconą skórę węgorza - odparł jeden z naukowców. - Więc to jest to? To tego właśnie szukamy? I przez ledwie dwa dni to zdołało się aż tak rozwinąć? Naukowiec sięgnął za siebie po plecak. Odpiął go, wyjął długą kopertę na okazy i złożył w niej ostrożnie skórę węgorza. - To musi być właśnie to, prawda? Co to może być? Jaki gatunek jest w stanie spędzić okres płodowy rozwoju zagrzebany w piasku? Naukowiec uśmiechnął się krzywo.

- Tego właśnie chcielibyśmy się dowiedzieć, poruczniku. Salvador spojrzał na Johna Belli, ten jednak stał z rękami założonymi na piersi. Wyglądał nad wyraz nieprzystępnie. Wysunął do przodu dolną wargę i nic nie mówił. - Dobrze - powiedział Salvador. Chcecie wydobyć stąd to stworzenie? Duncan, przynieś z bagażnika mego samochodu nosze i koce. Keith, w furgonetce jest trochę brezentowych taśm, idź po nie. Będziemy mogli przeciągnąć je pod ciałem tego czegoś i naprawdę ostrożnie je wydobyć. - Nie możecie go wydobyć - wyszeptała Susan. Nie możemy przecież, do diabła, zostawić go tutaj - odrzekł Salvador. - Teraz, skoro już znaleźliście, musicie to zabić - nalegała Susan. - Trzeba przynieść przewody, podłączyć wysokie napięcie i porazić to śmiertelnie. Porazić i z powrotem zakopać. Naukowcy od Scrippsa pokręcili głowami. Najpierw nalega, byśmy kopali tak długo, aż to znajdziemy. A teraz chce, żeby to zabić i zakopać. Czy jest pan pewien, że ona wie...? - odezwał się jeden z nich z udawanym znudzeniem i zakreślił kółko na czole. - Powinniście zrobić tak, jak ona mówi - wtrącił Gil głosem chrapliwym i donośnym. - Och, naprawdę? - rzucił naukowiec. - Słuchajcie no, to nasza działka. Zrobimy z nim, co zechcemy, i z pewnością nie będziemy przyjmować rozkazów od każdego plażowego włóczęgi, który akurat pojawi się w okolicy. Jasne? Henry dotknął ramienia Salvadora. - Oni mają całkowitą rację. Natychmiastowe zgładzenie tej istoty jest konieczne. - Natychmiastowe? Niby czemu? Nie mówię, że nie macie racji, lecz zanim zdecyduję się na jakiekolwiek działania, muszę wiedzieć, dlaczego. - Nie mogę ci tego wyjaśnić. Sam nie wiem. Ale sprawa jest pilna. Nie można pozwolić, by to stworzenie żyło choć sekundę dłużej niż trzeba. Należy je unicestwić bezzwłocznie. - Mój drogi Henry - powiedział spokojnie Salvador - nie mogę rozkazać, by to zostało zabite bez istotnego powodu. To jest integralna część sprawy zabójstwa i całego szeroko zakrojonego śledztwa. To żywe stworzenie jest obiektem poważnego zainteresowania nauki, przede wszystkim jednak to coś pożarło ciało młodej dziewczyny i okaleczyło jednego z moich funkcjonariuszy. To może być jedyny taki okaz, jaki uda nam się kiedykolwiek znaleźć. I co ja powiem moim przełożonym, jeśli każę podłączyć to coś do prądu, a potem zagrzebać? Że działałem zgodnie z instrukcjami siedemnastoletniej dziewczyny,

dziewiętnastoletniego chłopaka i pewnego uniwersyteckiego profesora filozofii? Że wszyscy troje nalegaliście twierdząc, że jest to sprawa nad wyraz pilna, istotna i że zgodziłem się z wami? Salvador milczał przez dłuższą chwilę, przechyliwszy głowę w sposób sugerujący, iż oczekuje od Henry'ego zrozumienia tych argumentów i zapytuje, czy można w tej sytuacji w ogóle rozważać zabicie tego stworzenia zaraz po znalezieniu go. - Rozumiesz mnie? - spytał w końcu. - Rozumiesz, czym się kieruję? Henry czuł się strasznie. Pocił się, trząsł, przechodziły go dreszcze. Wszystko naraz. Otarł dłonią mokre czoło. - Nie wiem, co mam ci powiedzieć, Salvadorze. To jest największe z możliwych niebezpieczeństw. Jeśli nie zabijesz tego teraz, to, uwierz mi, będziesz tego żałować przez resztę życia. - Mam nadzieję, że to nie jest groźba - oczy Salvadora pociemniały. Henry, Gil i Susan z ociąganiem odsunęli się od wykopu, a Salvador odprowadził ich do bariery. - Ci ludzie mogą tu zostać - powiedział funkcjonariuszom. - Ale ani kroku bliżej, zrozumiano? Cała trójka patrzyła spoza barierek, jak naukowcy od Scrippsa wyciągają ostrożnie swoje znalezisko spod wilgotnego, czarnego piasku. John Belli oddalił się na chwilę i wrócił na plażę furgonetką. Podjechał tyłem na jakieś piętnaście stóp od dziury. Wysiadł i otworzył tylne drzwi. - Módlmy się, by to stworzenie nie przetrwało wyciągnięcia spod piasku - powiedział Henry. - Przetrwa - rzucił Gil. - Wciąż jednak możemy się modlić - odezwała się Susan. - Do kogo? - spytał Gil. - Do Boga? Czy Ashapoli? Czy może do Departamentu Policji w San Diego? O pomoc i opiekę? John Belli wyjął z furgonetki koce, rozpostarł je strzepnięciem i podał naukowcom. Henry nie widział, co dokładnie robią. Domyślał się, że owijają właśnie stworzenie, by móc wyjąć je z dziury. Po dłuższej przerwie i długiej dyskusji, której nie mogli dosłyszeć, jeden z funkcjonariuszy poszedł do wozu Salvadora i przyniósł zwój brezentowych taśm, które również zostały opuszczone w dół jamy. W końcu, gdy słońce dotknęło powierzchni morza i zaczęło zsuwać się za horyzont, owinięta w koce istota została wyciągnięta dzięki połączonym wysiłkom trzech naukowców,

dwóch policjantów, Johna Belli i Salvadora Ortegi. Po tym, jak skwapliwie opuścili ciężar na nosze, można było sądzić, że jest on nieproporcjonalnie wielki w stosunku do rozmiarów stworzenia. - Wygląda na to, że trochę waży - mruknął Gil. Henry przytaknął, zagryzając wargi. Nastąpiła kolejna wymiana zdań pomiędzy policją i naukowcami. Po chwili wszyscy znów zebrali się wokół noszy, Groźba? - dziwił się Henry. - Drogi Salvadorze, nie mam dość siły ni środków, by zagrozić nawet mojej byłej żonie, o tobie już nie wspominając. Mówię o tej rzeczy na dnie wykopu. Jak sądzisz, co to jest? Co tak naprawdę o tym sądzisz? Widziałeś, co to stworzenie zrobiło twojemu funkcjonariuszowi, gdy było ledwo co wyrośnięte. A co, jak sądzisz, jest w stanie zrobić teraz? Spójrz na to! To nasienie diabła, oto, czym ono jest! I musisz je zabić! John Belli podszedł do Henry'ego. - Ty - powiedział szorstko i twoja dzieciarnia. Zmykajcie stąd. To stworzenie w dole jest okazem i musi zostać zbadane przez patologa. Nie chcę, żeby którekolwiek z was kręciło się w pobliżu, zrozumiano? To wy jesteście potencjalnym zagrożeniem dla tej istoty. Takie jest moje zdanie i chcę, żebyście zeszli mi z drogi i zniknęli za barierką. - My nie jesteśmy żadnym zagrożeniem dla tej istoty, proszę pana. Za to ona jest zagrożeniem dla rodzaju ludzkiego. - On ma rację dodała Susan. - Ta istota jest nasieniem diabła. John Belli westchnął i potarł policzek. - Salvador - zwrócił się do porucznika z ledwo skrywaną niecierpliwością. - Obawiam się, że to on ma rację, a nie wasza trójka - powiedział Salvador. Będziecie musieli się stąd wycofać. Przepisy są co do tego jasne. Wycofajcie się tylko za barierkę, stamtąd i tak będziecie wszystko widzieć. Nie odzywajcie się jednak, w przeciwnym razie będę zmuszony odsunąć was dalej albo nawet przymknąć za utrudnianie pracy policji. Henry spojrzał w oczy porucznikowi. - Po raz ostatni ostrzegam... - zaczął. W ustach zaschło mu kompletnie. - Przykro mi. ponieśli je do furgonetki i ostrożnie załadowali. John Belli zamknął drzwi. Henry widział, że Salvador powiedział mu coś jeszcze; zauważył również, jak głęboko osiadły tylne amortyzatory furgonetki. Wyjazd z plaży zabrał Johnowi Belli następne dziesięć minut. Tylne koła zabuksowały głęboko w piasku. Policjanci musieli poszukać wyrzuconych na brzeg kawałków drewna i podłożyć je pod koła. W końcu, w fontannach piasku, furgonetka ruszyła

z wyciem silnika i sforsowawszy plażę, wydostała się z trudem na drogę. Salvador podszedł do zapory. Ręce trzymał w kieszeniach. - T cóż, przyjaciele. To tyle do oglądania na dzisiaj. - Gdzie Belli zabiera to coś? - spytał go Henry. - Najpierw do miasta. Ale ci od Scrippsa też się tym zajmą. Gdy Belli obejrzy to na okoliczność śmierci dziewczyny, przekaże obiekt do La Jolla. Tam będą w stanie poddać? go dokładnym badaniom i powiedzieć nam coś o jego cyklu życiowym. - Uśmiechnął się. Przykro mi, że musiałem was prosić, abyście przeszli tutaj. John Belli jest bardzo drażliwy i naprawdę nie lubi, gdy cokolwiek lub ktokolwiek mu przeszkadza. Nie przeszkadzaliśmy - zaoponował Gil - proszę mi wierzyć. Jeśli ktokolwiek był tam zawadą, to ci od Scrippsa i pański przyjaciel Belli. Z tą istotą nie ma żartów. Salvador spojrzał na niego surowo. - Nikt nie sugeruje, że żarty nam w głowie, mój chłopcze. Nie ma miejsca na żarty, gdy w grę wchodzi ludzka śmierć, uwierz mi. Przepraszam - rzekł Gil. - Powinien nas pan jednak posłuchać. Wiemy, co mówimy. - Niczego nie wiecie - odparł Salvador. I pamiętajcie, że możecie być tak blisko sprawy tylko dzięki mojej uprzejmości. - Czy ta istota wciąż żyła, gdy wyciągnęliście ją z dziury? - wtrącił spokojnie Henry. - O ile wiem, to tak - Salvador skinął głową. - Jej serce wciąż biło. - A twarz? - dopytywała się Susan. - Spojrzał pan na jej twarz? Salvador zaprzeczył. - Była owinięta w koce. Koce zostały zmoczone, nim położono je na twarz i owinięto wkoło głowy. Uważali pewnie, że będzie to dawało podobny efekt jak piasek. - Cóż - westchnął Henry z rezygnacją. - Przypuszczam, że zrobiłeś to, co uważałeś za swój obowiązek. Prosiłbym jednak, jeśli mi wolno, byś upewnił się, czy istota zostanie dobrze zamknięta, i sprawił, by zawsze była przez kogoś strzeżona. Salvador przyjrzał mu się z uwagą. - Co wiesz, Henry? - Nie wiem niczego, oprócz tej jednej rzeczy, że jest to istota zła i niszczycielska. Że wyrośnie szybko w coś, czego ani ty, ani ja, ani nikt inny nie będzie w stanie pokonać. - Skąd to wiesz, że jesteś taki pewny? - Nie mogę ci powiedzieć. Obiecałem. Uwierz mi jednak, że ta informacja pochodzi od najwyższej możliwej instancji. - Znam tylko dwie takie instancje, Henry. Departament Policji w San Diego i Boga.

Jeśli to nie któreś z nich, to naprawdę nie jestem zainteresowany. - Nie był to Departament - oznajmił Henry. Salvador roześmiał się. Jego kierowca uruchomił już samochód, a ludzie z Instytutu zbierali wyposażenie. - Muszę już jechać - powiedział, machając im ręką. - Sądzę, że jeszcze się spotkamy. Dzięki za wasze ostrzeżenia! Pewien jestem, że solidnie zirytowaliście Johna Belli. Gdy odjechał, Henry, Gil i Susan przeszli z plaży na promenadę. - Napijecie się? - spytał ich Henry. - Nie, dzięki - odrzekła Susan. - A i ty powinieneś przestać. Dziś w nocy mamy być Wojownikami. - Łatwo ci powiedzieć - zaprotestował Henry. - Mam w tej chwili kaca, który mógłby być znakomitym praprzodkiem wszystkich kaców, jakie kiedykolwiek istniały. - Nie pozbędziesz się go pijąc. - Nie pijąc nie pozbędę się go również. Więc równie dobrze mogę się napić. Susan ujęła go pod ramię. Szli razem promenadą w kierunku jego domku. Ściemniało się już. Łuna zachodzącego słońca gasła powoli ponad ich głowami. Mewy krążyły na wietrze w ostatnich tego dnia łowach na owady. - A jeśli cię poproszę - ciągnęła Susan - to przynajmniej dla mnie, nie wypijesz już dziś ani kropli? Henry skrzywił się. - Nie jestem pewien, czy dam sobie radę z rolą Wojownika Nocy nie wypiwszy dla kurażu. - Nie mów mi, że jesteś alkoholikiem. - Czy ja mówię, że jestem alkoholikiem? Jasne, że nie jestem. We wtorek nie piłem wcale, ani jednego drinka przez cały dzień. Jestem pijakiem, to prawda, ale piję, ponieważ to lubię. Dobrze mi to robi, poprawia humor. Nie robię tego ukradkiem. Nie ukrywam butelek z wódką za tapczanem. Nie pijam tego, czego nie lubię. Od miesięcy już trzymam w domu butelkę Malmseya i nawet jej nie tknąłem. Prawdziwy alkoholik pije wszystko. Susan przysunęła się bliżej. - Problem w tym, Henry, że będziemy w nocy musieli polegać na tobie. Jesteś centralną postacią tej sprawy, Strażnikiem Mocy. Pomyśl, a jeśli coś pójdzie źle tylko dlatego, że będziesz miał w sobie o jednego drinka za dużo? - Obiecuję ci, że z tym potrafię się uporać. Są tacy, którzy to potrafią, i tacy, dla których to niemożliwe. Tak się składa, że ja zaliczam się do tych pierwszych. - Wiesz, że straciłam rodziców? - spytała Susan. Doszli już do rogu przy domku

Henry'ego. Gil został trochę w tyle i utrzymywał teraz dystans, udając, że wpatruje się w morze, nad którym odległa chmura zawisła jak wielki znak zapytania. Henry nie odpowiedział, spojrzał tylko z poważną twarzą na Susan. - To był wypadek samochodowy - mówiła. - Wracali z przyjęcia w Escondido i w okolicy jeziora Hodges zjechali z drogi. - Bardzo mi przykro. Susan uniosła głowę i spojrzała Henry'emu prosto w oczy. - Lekarz sądowy powiedział później, że mój ojciec miał we krwi dwa razy więcej alkoholu niż dopuszczają oficjalne normy. Henry położył jej dłoń na ramieniu. Spróbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło to zbyt przekonywająco. - Cóż. Sądzę, że nie można tu już nic dodać. Gil zbliżył się do nich i uniósł nadgarstek, wskazując na zegarek. - Musimy ustalić czas - powiedział. - Może być dziesiąta? - Dla mnie to bardzo wcześnie - odrzekł Henry. - Może jedenasta, co? W przeciwnym razie nie ma nawet cienia szansy, bym usnął, i będziecie zdani na siebie. - Dla mnie może być jedenasta - zgodziła się Susan. - Moi dziadkowie idą spać o wpół do jedenastej i dopiero wtedy wyłączają telewizor. Wcześniej nie ma mowy o spaniu. - Zatem jedenasta - powiedział Henry i zacytował „Makbeta”: - „Kiedyż się znowu trójką zejdziemy, gdzieś w huku burzy, między deszczami?” - „Gdy zgiełk bitewny wyda zwycięzcę, umilknie oręż w glorii lub klęsce” dokończyła Susan. Henry zdjął rękę z jej ramienia. - Obawiam się, że możesz mieć rację. Patrzył, jak Gil i Susan odchodzą promenadą w kierunku Solana Beach. Było jeszcze wystarczająco jasno, by dojrzeć ich idących tuż nad wodą. Zaczynał się odpływ. Takie gorące jak ta noce są romantyczne, pomyślał, pełne obietnic i oczekiwań. Ma to jednak być również i noc strachu. Otworzył drzwi i wszedł do cichego salonu. Spojrzała na niego zaokrąglona gładź ekranu telewizora i stojąca na stole butelka z wódką. Jak lśnią, pomyślał, zamykając za sobą drzwi. Jedno i drugie to odtrutki na wszelkie ludzkie choroby, fizyczne i umysłowe. Setka wódki i pół godziny „The Pyramid Gamę” gwarantują pełne znieczulenie. Włączył lampy przy kanapie. Zegarek leżał tam, gdzie zostawił go w nocy, tuż obok straszącej oślimi uszami „Etyki” Spinozy. Najpierw podniósł książkę. Z jakiegoś

zapomnianego już powodu podkreślił w niej słowa: „Czujemy to i wiemy o tym, że jesteśmy wieczni”. Potem wziął zegarek. Siódma osiemnaście. Prawie cztery godziny do przetrwania. Czymże niby ma się zająć przez cztery godziny? Mógł dokończyć swą pracę. Mógł poczytać jeszcze Spinozę. Mógł wziąć prysznic i umyć włosy. Usiadł i niespiesznie zdjął trampki. Podniósł wzrok. Tuż przed nim roztaczała swój blask butelka wódki.

9
Pchała wózek z zakupami przez magazyn Ralpha, gdy ten młody człowiek wyjechał ze swoim wózkiem zza rogu i zderzył się z nią. - Och, bardzo przepraszam - powiedział. Był wysoki, kędzierzawy i z miejsca skojarzył się jej z Eliotem Gouldem. - Nie jestem najlepszym kierowcą. Nic się pani nie stało? - Uszłam z życiem - uśmiechnęła się. Pchnęła wózek dalej wzdłuż półek z ziołami i przyprawami. Wydawała następnego dnia obiad - nie dlatego, żeby specjalnie to lubiła. Paul był przez tydzień w Las Vegas na negocjacjach w sprawie nowego, oszałamiającego kontraktu z Desert Hotel Group i miał przywieźć ze sobą trzech klientów, by mogli obejrzeć w całej okazałości wyniki jego inżynierskiej działalności w Burbank. Nie cierpiała obiadów dla kontrahentów. Byli nimi albo niscy i grubi Żydzi, albo niscy i grubi Włosi, albo tacy sami Japończycy. Wszyscy nadużywali alkoholu, palili w nadmiarze i usiłowali ją podszczypywać. Zawsze czuła się potem, jakby ona i jej dom stali się obiektem napaści sporego gangu. Błagała Paula, by brał swych klientów do restauracji - tam podobałoby im się o wiele bardziej - Paul jednak wierzył w znaczenie osobistych, rodzinnych kontaktów. Gdy mężczyzna jest poza domem w interesach, przekonywał, dość ma restauracji. Pragnie mieć do czynienia raczej z przyjaciółmi niż z klientami. Tak, więc dwa lub trzy razy w miesiącu Jennifer nie miała wyboru i przygotowywała obiady z czterech czy pięciu dań, i to takich jak boeuf carbonnade, kaczka w galarecie z przetartymi warzywami albo jagnię pieczone w araku po prowansalsku. Miała do pomocy Inez, owszem, lecz nawet gdyby wyręczał ją dwudziestoosobowy personel kuchenny, jej zdanie o tych obiadach nie zmieniłoby się nic a nic. Ten głośny śmiech, beznadziejnie głupie dialogi, sprośne kawały i maniery, które zawstydziłyby przy stole nawet Rabelais'go. Ilekroć o tym pomyślała, przypominał się jej prezes Northern Frate, gaszący cygaro w pozostałym na jego talerzu sosie maderskim. Jennifer uważała, że zasłużyła na coś więcej. Na lepszy dom, lepszego męża, lepsze życie. Gdy nie żądał od niej przygotowywania przyjęć dla kontrahentów, bywał miły, szarmancki i wierzyła wtedy, że wciąż ją kocha, tak jak kochać mógłby kogokolwiek innego. Ale wpędzała ją, co dzień w depresję nieustająca jednostajność. Jednostajność domowych zajęć, potem zaś jednostajność i nuda odpoczynku po nich, i zastanawiania się, czym, u licha,

mogłaby zapełnić sobie kolejny dzień. Czasem próbowała marnować czas przy wyszywaniu czegoś niewielkiego, dopracowując to w ostatnim szczególe przez całe dnie, aż było dokładnie takie, jakie być miało. Miała też sporo przyjaciółek, wszystkie jednak cierpiały na to samo, co ona. Ich dzieci były cały czas w szkole, mężowie cały czas w pracy, a powiedzmy sobie prawdę, nie każda ostatecznie kobieta może napisać „Scruples”, kierować całością Twentieth-Century Fox czy grać po mistrzowsku w tenisa. Zawsze, gdy wracała od swej siostry Nesty, mieszkającej w San Francisco, liczyła z okna samolotu wszystkie te turkusowe baseny pływackie, które zdobiły Dolinę, wyobrażając sobie, jak nad każdym z tych basenów stoi dom, a w każdym z tych domów siedzi kobieta, pędząca życie w pustce i monotonii. Zatrzymała się przy jednym z obwieszonych lustrami filarów i spojrzała na siebie. Ciemnooka brunetka o wspaniałej sylwetce i proporcjach, szuka rozrywki. Ubrana ze smakiem, zdolna do prowadzenia inteligentnej rozmowy. Gdy trzeba, kocha się z entuzjazmem. Wyszywanie i interesy w branży żywnościowej wykluczone. Preferowani łowcy nosorożców, żeglarze oceaniczni, tańczący po świt i nadzy biegacze na owiewanych wiatrem złocistych polach makowych. Spojrzała przytomniej. Młody mężczyzna, który kilka minut temu zderzył się z nią, stał teraz obok i przyglądał się jej. Spłonęła nagle rumieńcem i odwróciła się z nadzieją, że nie robiła, jak zwykle, różnych min. - Przepraszam - powiedział. - Myślałem właśnie, jaka jest pani atrakcyjna. - Co? - Spytała biorąc go niemal za szaleńca. Boże, chyba rzeczywiście był pomylony. - Mam przygotować dziś to do jedzenia - dodał w taki sposób, że zupełnie nie wiedziała, o co mu właściwie chodzi i co miał znaczyć ten początek. W miarę jak zbliżała się do czterdziestki, pamięć przestawała jej dopisywać. Czterdziestka, jak wyjściowa brama z Disneylandu. Gdy jest już za tobą, to przepadło i nikt nie przybije ci już na ręce stempla uprawniającego do wejścia. - To jagnię - dodał z roztargnieniem. - Co niby? - Spojrzała na niego. - To, co mam przygotować na dziś wieczór. Przychodzi rodzina mojej narzeczonej. Nie jestem w stanie zabrać ich do restauracji, więc pomyślałem, że sam ugotuję. - I ma pan zamiar przyrządzić im jagnię? - Mam przepis, proszę spojrzeć. Wyciąłem go z ostatniego piątkowego działu kulinarnego.

Wyciągnął ku niej starannie złożony wycinek. Wzięła go, lecz bez okularów nie była w stanie niczego przeczytać. Pogrzebała w torbie i w końcu je znalazła. - Ach, tak - powiedziała, zerkając na wycinek. - Co to jest? Przeczytała szybko. Był to przepis na lamb en cróute, całą nogę jagnięcia duszoną z ziołami, a następnie obkładaną pasztetem i dojrzewającą w piekarniku. Oddała mu przepis. - Często pan gotuje? - Tylko klopsy. - Nie sądzi pan, że lamb en cróute to trochę zbyt ambitne danie dla kogoś, kto zna się jedynie na klopsach? - Zapewne tak. Pomyślałem jednak, że jeśli będę dokładnie trzymał się przepisu i użyję mrożonego pasztetu, zamiast przygotowywać go samemu... No to może wyjdzie coś jadalnego. - No, może tak, o ile szczęście będzie naprawdę sprzyjać. - Jennifer uśmiechnęła się. Ten młody człowiek bawił ją. Był subtelny, poważny, miał dobrą prezencję i mówił to wszystko tak, jakby szanował jej radę. Nie tak jak Paul, nieustannie dający jej do zrozumienia, że powinna doceniać swoje szczęście i jego wspaniałomyślność, gdy łaskawie udzieli jej w rozmowie kilku bezcennych pouczeń. Młodzieniec podrapał się w kark, myśląc przy tym, intensywnie. - To dość istotne, by to było właśnie takie danie. Jeśli ugotuję coś idiotycznego, co wówczas pomyślą sobie o mnie jej rodzice? - Nie musi pan przygotowywać czegoś aż tak skomplikowanego. Większość ludzi woli ostatecznie proste potrawy. Wydałam już tuziny przyjęć, a pamiętam, że najbardziej udane były zawsze te najprostsze. Szynka, polędwica wieprzowa albo... - To są Żydzi - przerwał. - No, to może pan zrobić coś łatwego z wołowiny lub ryby. Młodzieniec z zadumą spojrzał na trzymany w ręce przepis. - Ma pani rację - powiedział. - Może powinienem zrobić coś naprawdę prostego. Pieczone żeberka cielęce czy coś w tym stylu. Jennifer przyglądała mu się przez chwilę. Na dnie jego wózka leżały już zioła prowansalskie, groszek, przetarta marchewka, kartofelki w mundurkach i pasztet. - Jeśli można coś zaproponować - usłyszała swoje słowa. - Może poszedłby pan dziś ze mną, pomogę panu z tym lamb en cróute. Tak czy owak, trzeba wstępnie przygotować to jagnię, zanim znajdzie się w towarzystwie ziół, wątróbek i pasztetu. Zrobię to tak, że potem w domu będzie pan musiał tylko wstawić to do piekarnika.

Młody człowiek popatrzył na nią. - Zrobi to pani? - Czemu nie? Nie mam dziś po południu nic innego do roboty. To może być dla mnie urozmaicenie. - Hmm, to wspaniałe. Ale przecież nawet mnie pani nie zna. Mogę być Dusicielem z Bostonu albo kimś takim. - Jasne - odparła żywo Jennifer, popychając swój wózek. - Dusiciel z Bostonu chodzi po magazynie Ralpha zastanawiając się, jak przygotować lamb en cróute dla swych przyszłych żydowskich teściów. Młodzieniec podążył za Jennifer. - Nawet Charles Manson robił zakupy - powiedział bez tchu. Jennifer zatrzymała się i ich wózki znów się zderzyły. - Jest pan przyjacielem Charlesa Mansona, czy co? - Spytała, po części poważnie. Młodzieniec uderzył się dłonią w pierś i spytał z przerażeniem: - Ja? Nie, oczywiście, że nie! - Proszę posłuchać - powiedziała Jennifer. - Pozbądźmy się lepiej jednego wózka. W przeciwnym razie, zanim jeszcze dojedziemy do kasy, zaliczymy naprawdę poważny wypadek drogowy. Z zakupami uporali się w dziesięć minut. Potem młodzieniec przepchnął wózek do samochodu Jennifer, metalicznie lśniącego zielonego eldorado, ledwie sześciomiesięcznego. - Gdzie pański wóz? - Zapytała Jennifer. Młodzieniec machnął nieśmiało ręką w kierunku chropowatego dwunastoletniego le sabre z oklapniętym zawieszeniem. Jennifer uśmiechnęła się. - Chce pan zostawić go tutaj i wrócić moim? - Nie, nie trzeba. Pojadę za panią. Nie za blisko, nie chcę pani robić kłopotu. Naprawdę powinnam poznać pańskie imię - powiedziała. - I sądzę, że pan powinien poznać moje. Jestem Jennifer Shepheard. Uścisnęli dłonie. - Bernard Muldoon - odpowiedział młody człowiek. - Jestem studentem szkoły menedżerów Uniwersytetu San Diego. - Miło cię poznać, Bernardzie. Wyjechali spod magazynu na Hollywood Boulevard i skierowali się na zachód. Jennifer pilnowała kątem oka ledwie zipiącego wozu Bernarda, sprawdzając, czy nie zabłądzi na skręcie do La Brea. Nie mieszkała daleko: w górze kanionu, przy Paseo del Serra. Siny kłąb spalin, który zostawiał za sobą samochód Bernarda, kazał jej jechać bardzo powoli.

Niemniej, po pięciu minutach parkowali już na stromym podjeździe przed domem Jennifer, zbudowanym w stylu rancza, z pokojami na półpiętrze. Bernard pomógł jej przenieść zakupy do kuchni. Rozejrzał się, gdy Jennifer otworzyła mu drzwi. Sąsiedzi nie będą plotkować? Spytał. Nie masz zamiaru dostarczać im powodów do plotek, mam nadzieję - uśmiechnęła się. Bernard spłonął rumieńcem. - No, nie, oczywiście, że nie. Wiem jednak, jacy bywają sąsiedzi z przedmieść. Żyją wyłącznie plotkami i cukierkami Stouffera. - Sądzisz, że i ja jestem taka? - Spytała, myśląc o pewnym popołudniu z zeszłego tygodnia, gdy rozłożywszy się z zadartymi nogami i najnowszym numerem „Lace 2”, zjadła w trakcie lektury całe pudełko cukierków. Nie pozwalała sobie często na takie hulanki. Chciała utrzymać swą figurę. Przysięgła sobie teraz, że nigdy więcej nie będzie tego robić. Kuchnia wyłożona była brązowymi kafelkami w stylu Dnia Dziękczynienia, z glazurowymi obrazkami złocistych maków nad zlewem (czasem wyobrażała sobie, że tańczy naga między tymi właśnie makami). Był też prodiż z wymalowanym na nim głupawym zajączkiem, stojak z dziesięcioma brunatnymi jajeczkami oraz kalendarz wydany przez Currier & Ives, który podarowała gospodyni jej ukochana kuzynka wraz z nadzieją nauczenia ciotki odrobiny dobrego smaku. Jennifer wyłożyła zakupy na kafelkowy blat i poinstruowała Bernarda, gdzie ma, co umieścić. - Masz ochotę na kieliszek wina? - Spytała. - W lodówce jest trochę Chablis. Mam też piwo, jeśli wolisz. Kieliszki są w szafce, obok wagi. Tak, tam. Możesz nalać dla mnie? Spędzili w kuchni całe popołudnie, przygotowując lamb en cróute i pogadując o wszystkim i o niczym. Polityka, sztuka, telewizja, jak dobrze na swe lata trzyma się Raquel Welch, co z antykoncepcją u nieletnich dziewcząt, energia atomowa, Greenpeace, sens życia innych, sens własnego życia. Jennifer nie mogła uwierzyć swym oczom, gdy spojrzawszy na kopię wczesnoamerykańskiego zegara ściennego stwierdziła, że jest już dobrze po piątej. Bernard utrzymywał ją w stanie ciągłego zainteresowania swoją osobą, bawił nieustannie. „Gdyby tak...” - Lecz owo „gdyby tak” było odległe tak bardzo, jak przystało na kobietę zamężną. A przynajmniej na tyle, na ile pozwalało wychowanie Jennifer. Poza „gdyby tak” rozciągały się obszary podniecającej przygody i przyjemności, ale były tam również: niebezpieczeństwo i niepewność. - O której masz ten obiad? - Spytała go, pokrywając pasztet warstwą jajka. Powinieneś włożyć to do piekarnika najpóźniej na godzinę przed podaniem, na dwieście dwadzieścia stopni.

Bernard stał z dłońmi w tylnych kieszeniach spodni i przez dłuższą chwilę spoglądał w milczeniu na jagnię. Jennifer przestała malować je zanurzonym w jajku pędzelkiem i spytała: - Coś nie tak? - No... - Zaczął. - No, co? Coś nie tak z jagnięciem? Nie podoba ci się? Może ten pasztet jest trochę zbyt kolorowy, ale miało to być ostatecznie danie sporządzone przez mężczyznę. Nie chcemy chyba, by rodzice twojej narzeczonej pomyśleli sobie, że masz dwie lewe ręce? Wiesz, jacy są Żydzi, gdy przychodzi do podwieszenia kogoś pod dobre drzewo genealogiczne. - Nic z tych rzeczy - powiedział Bernard. - Prawda jest taka... Wiesz, muszę ci coś wyznać... - Wyznać? - Spytała. Podeszła do zlewu i umyła ręce. Rozwiązała tasiemki fartucha mówiąc: - Nic mi nie jesteś winien. Nawet prawdy. - Prawda jest taka - spojrzał na nią szczerze i naturalnie - że ja nie mam narzeczonej. - Och! - Jennifer spojrzała na jagnię. - A jeśli nie masz narzeczonej, to znaczy, że jej rodzice nie przyjdą na obiad? - Zgadza się - przyznał. - A jeśli nie przychodzą na obiad nieistniejący rodzice twojej nieistniejącej narzeczonej, to, kto przychodzi? - Miałem nadzieję, że ja, z tobą. Jennifer przypatrywała się Bernardowi z otwartymi ustami. - Miałeś nadzieję, że... Chcesz powiedzieć... nie wierzę! Poderwałeś mnie w supermarkecie i sprawiłeś, że zaprosiłam cię do domu! I jeszcze przygotowałam ci obiad! Po prostu w to nie wierzę! - Powiedziałem ci, że jesteś piękna. W tym przynajmniej byłem szczery. Jennifer pokręciła głową. - Naprawdę nie mogę w to uwierzyć. Myślałam, że się przesłyszałam, gdy to powiedziałeś. Nie jestem w stanie uwierzyć, by ktoś kompletnie obcy... wciąż nie mogę w to uwierzyć! Muszę się napić! Nalej mi wina, nim zemdleje! Bernard pospiesznie dolał Chablis do kieliszka i podał jej. - Naprawdę przepraszam - mówił. - Nie wiedziałem, jak inaczej do ciebie podejść. Możesz mnie wyrzucić, jeśli chcesz. Możesz nawet zatrzymać sobie to jagnię. Przepraszam. Zafascynowałaś mnie, tak wspaniale tam wyglądałaś i sam już nie wiedziałem, co mam zrobić.

Jennifer przysiadła na krawędzi jednego z kuchennych stołków, wciąż kręciła głową. - Muszę przyznać, że ci się udało. Co za pomysł? I skąd wiedziałeś, że zaproszę cię do domu? Musiałeś chyba zdawać sobie sprawę z tego, że jestem zamężna. - Jasne. Byłem wczoraj w aptece, tej przy Sunset i widziałem, jak rozmawiasz z przyjaciółką. Podszedłem bliżej i usłyszałem, że twojego męża nie będzie aż do soboty. To przeważyło, tak przynajmniej sądzę. Miałem tylko jeden dzień i musiałem na chybcika coś wymyślić. I wymyśliłem właśnie to. - No dobrze - rzekła w końcu. - I co teraz zrobimy? Moralność nakazywałaby zapewne, bym skorzystała z twej oferty i wyrzuciła cię stąd. Niemoralność natomiast, rzecz jasna, żebym powiedziała sobie: do diabła z tym wszystkim, skoro już i tak spędziłam z nim popołudnie, przygotowując tego barana, to równie dobrze mogę go zaprosić do stołu. Nawet nie byłoby to wspaniałomyślne, w końcu to twoje jagnię. Z drugiej jednak strony, co pomyślą sobie sąsiedzi? Ci plotko- i cukierkożercy? Ale tak naprawdę, kto by się przejmował tym, co oni pomyślą? - Wybór należy do ciebie - w głosie Bernarda zabrzmiał smutek. - Załatwiłeś mnie - powiedziała. - Naprawdę mnie załatwiłeś. W życiu nie zdarzyło mi się coś takiego. Wiesz, co? Zostań. Przyrządzimy do końca to jagnię, wypijemy jeszcze trochę wina, porozmawiamy sobie, od lat tyle nie rozmawiałam. Poproszę cię tylko o jedno, jeśli nie sprawi ci to kłopotu: żebyś odprowadził swój wóz sprzed moich drzwi i zaparkował go gdzieś, chociażby na Orchid Avenue. Wiesz, gdzie to jest? To przynajmniej ograniczy plotki do sensownego minimum. - Jesteś jednak damą. Wiedziałem, gdy po raz pierwszy cię zobaczyłem, że pod tym względem się nie zawiodę. Obiad zjedli w jadalni, na świeżym płóciennym obrusie obszytym na brzegach haftem kolumbinowym. Jagnięcia było o wiele za dużo na dwoje, Jennifer zapewniła jednak Bernarda, że jej mąż będzie w pełni usatysfakcjonowany tym daniem w przyszłym tygodniu. - Wytrzyma trzy noce? - zastanowił się tylko Bernard. Potem usiedli na narożnikowej, wykonanej na zamówienie kanapie w salonie, którego okna wychodziły na basen w patio. Jennifer puściła płyty Franka Sinatry i zaproponowała Bernardowi kieliszek Courvoisiera Paula. Usiadła na podłodze tuż obok Bernarda, nucąc pod nosem do wtóru „My Way”. Bernard popijał małymi łyczkami brandy i opowiadał jej o swoich studiach. - Gdy jest się w biznesie, trzeba wciąż piąć się do góry. Wiesz, co powiedział Roger Falk?

- Nie - uśmiechnęła się. - Co powiedział Roger Falk? - Powiedział, że wielu pracowników na kierowniczych stanowiskach uważa, że ma dziesięcioletnie doświadczenie, podczas gdy mają po prostu dziesięciokrotne doświadczenie jednoroczne. - Hmm, sądzę, że to prawda. Chociażby patrząc na Paula. - Czy mamy rozmawiać o Paulu? Odwróciła się i spojrzała na niego. - Co to znaczy? - Zapytała. Blask lampy odbijał się w jej oczach i wiedziała, że wygląda atrakcyjnie. Bernard wzruszył ramionami. - Znaczy to, że nie mam specjalnej ochoty rozmawiać o Paulu, i tyle. Jennifer położyła dłoń na jego kolanie. - Paul jest daleko stąd - powiedziała. Nakrył jej dłoń swoją. Zupełnie jednak niespodziewanie powiedział: - Jest już dość późno. Lepiej pójdę. - Jest dopiero jedenasta. - Jennifer nawet nie skrywała swego zdezorientowania. - Właśnie. Muszę jeszcze dojechać do Venice. - Bernard - zaprotestowała - jedenasta to wcześnie! - Tak, wiem. Ale mam jutro zajęcia od rana, wiesz, jak to jest. - Nie, nie wiem, jak to jest. Zadałeś sobie tyle trudu po to, by zjeść ze mną obiad? Jesteśmy tu razem sami. Jest muzyka, jest wino. Nie ma mojego męża i nie zjawi się przed dniem jutrzejszym. A ty wychodzisz?! Bernard dokończył koniak i odstawił kieliszek na stolik obok kanapy. - Przykro mi. Każda minuta mojego pobytu tutaj była dla mnie radością. Ale naprawdę muszę już iść. Odwróciła się tak, że teraz klęczała ściskając jego dłoń. - Czego ty chcesz? - Spytała. - Mam cię błagać, żebyś został? Bernard powoli pokręcił głową. - Muszę iść i tylko o to chodzi. To nie znaczy, że chcę ci sprawić przykrość. Jennifer westchnęła głęboko. - Nie sprawiasz mi przykrości. W rzeczy samej, wcale nie było w tym nic przykrego. Idź już, tak będzie lepiej. I nie zapomnij założyć butów. Nie mam najmniejszej ochoty, by któryś z sąsiadów ujrzał cię wychodzącego z tego domu z butami w ręce. Z pewnością wyciągnęliby z tego fałszywe wnioski. Wstała wzburzona. I podniecona. Musiała przyznać przed sobą, że doprowadził ją do

miejsca, w którym była zupełnie gotowa iść z nim do łóżka, tak psychicznie jak i fizycznie. Gotowa była do zdrady. Poczuła się winna, oszukana i niewypowiedzianie przygnębiona, wszystko naraz. Bernard podskakiwał na jednej nodze, usiłując włożyć but na drugą. - Przykro mi - powiedział. - Rozzłościłem cię, a nie chciałem. - Wcale mnie nie rozzłościłeś - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Jesteś mężatką - rzucił dalej. - Nie oczekiwałem... - Nie interesuje mnie, czego nie oczekiwałeś ani czego oczekiwałeś. Idź, po prostu idź już. Możesz zabrać ze sobą to jagnię, jeśli chcesz. Dam ci twoje jagnię. W tylnych drzwiach, ściskając w dłoni torbę, Bernard odwrócił się i powiedział: - Nie jestem zapewne zbyt dobry, gdy przychodzi do uwodzenia. - Nie - przyznała Jennifer. - Nie jesteś. - Pójdę już. Dzięki za wszystko. Dziękuję za obiad. Jennifer poczuła, że złość jej przechodzi i że staje się mniej skłonna do wydawania wyroku na Bernarda. Ostatecznie, przegadała z nim wspaniałe popołudnie. Po raz pierwszy od lat zdolna była pomyśleć o czymś innym niż jej monotonne i nudne życie. Powinna być mu za to wdzięczna. - Do widzenia, Bernardzie - powiedziała cicho i pocałowała go w policzek. - I, wiesz... zajrzyj jeszcze kiedyś. - Nie - odparł, po czym oddał jej pocałunek. Potem odszedł nie machnąwszy jej nawet ręką, zostawiając za sobą tylko zgrzyt kutej, żelaznej furtki w bocznym ogrodzeniu. Zamknęła drzwi, przekręciła zamek i założyła łańcuch. W salonie ciągle jeszcze śpiewał Frank Sinatra. Ze ściśniętym gardłem sprzątnęła naczynia, potem wyłączyła wszystkie światła. Napełniła dużą szklankę resztą wina i poszła z nią do sypialni. Pokój był biały, z białym dywanem, białą plisowaną kapą na łóżko i białymi draperiami z adamaszku. Włączyła telewizor i podeszła do toaletki, gdzie biały pudel z czerwonym, wywalonym języczkiem oraz zamkiem błyskawicznym na brzuszku pilnował zazdrośnie jej koszuli nocnej. Rozebrała się, przyglądając się sobie w lustrze. Ile żon biznesmenów robi teraz to samo, pomyślała. W całym Hollywood, w całym Kanionie, w całej Dolinie, setki tysięcy zmęczonych i samotnych kobiet zrzucają z siebie ubranie, obserwując się w lustrach - tak jak ona. Przewiązała różową szyfonową kokardą włosy i przeszła do gustownie urządzonej łazienki. Wzięła prysznic, stojąc w kłębach pary i z początku o niczym nie myśląc. Gdy jednak jej dłoń dotarła między nogi, zatrzymała ją o chwilę dłużej, zamknęła oczy i pomyślała

o Bernardzie. Winna wiedzieć, gdy tylko go ujrzała, że nie był dość przebojowy, by stać się jej kochankiem. Wytarła się i wróciła do sypialni. Rozpięła białemu pudlowi brzuszek, wyjmując przejrzystą, dziewczęcą koszulkę, którą Paul lubił najbardziej. Jej sutki przebijały przez nylon jak wiśnie na szczycie dwóch półkul lodów z owocami i śmietaną. Komplet do koszulki stanowiły majteczki, lecz rzadko je zakładała. Położyła się i sięgnęła po gazety. Przerzuciła „Western Living”, „Los Angeles” i „Cosmopolitan” z okularami nasadzonymi na czubek nosa. Potem odłożyła je i przez chwilę wpatrywała się w ekran telewizora. Była już prawie północ. Pokazywali „See Here, Private Hargrove” na jedenastym i „Horror Hospital” na dziewiątym. Oglądała je na zmianę, po pięć czy dziesięć minut, przerzucając z jednego na drugi, potem przełączyła się na wiadomości. Nie była pewna, kiedy właściwie usnęła ani czy naprawdę usnęła. Miała wrażenie, że drzemie, poczuła jak głowa osuwa się na bok na poduszce. Potem otrząsnęła się, zamrugała i spróbowała skoncentrować spojrzenie na ekranie. Spiker mówił: „...brania pod uwagę dużego zróżnicowania przeszłości, która była udziałem azjatyckich imigrantów, nie można wyciągać ogólnych wniosków w kwestii ich doświadczeń i zdolności do stania się Amerykanami...” Wypiła jeszcze wina, smakowało jednak kwaśno. Posłuchała przez chwilę wiadomości, potem głowa znów zaczęła się jej osuwać. Zasnęła, nie wiedziała jednak, na jak długo. Śniła, że idzie po rozległej, wypolerowanej podłodze i słyszy, jak wokoło rozlega się echo jej własnych kroków. Po bokach wznosiły się kondygnacje balkonów udrapowanych kocami i pościelą w wesołych kolorach, obwieszonych roślinnością. Słyszała muzykę, włoską muzykę, jaką zwykł grywać jej ojciec, gdy była mała. Doszła do końca i otworzyła drzwi. Wewnątrz jej rodzina siadała do lunchu. Rozejrzała się po pokoju, stwierdzając, że nigdy zeń nie wychodziła, że zawsze była dzieckiem i że nigdy nie urosła, nie opuściła sąsiedztwa Astorii, nigdy nie przeniosła się na Zachód i nie wyszła za mąż. Jej ojciec siedział tam, gdzie zwykle, plecami do drzwi, koszula zwisała mu w trójkącie skrzyżowanych szelek, jego łysina lśniła od potu. Na kredensie piętrzyły się te same niebieskie talerze, porcelanowa Madonna stała na swym zwykłym miejscu, z dzieciątkiem w ramionach. Jej siostra Grace i brat Michael też tu byli. Czekali na swych miejscach. Brakowało tylko mamy. Jennifer przeszła przez pokój, słysząc swój głos: - Gdzie mama? Czy nie ma tu mamy? Już pora na lunch. Spojrzała na swój talerz. Był całkiem pusty, zimny, miseczki na warzywa też były puste. - Gdzie jedzenie? - Spytała. Ojciec uniósł głowę i niosącym się półgłosem

powiedział: - To jagnię. Boże, zachorował, pomyślała. Słyszę chorobę, która rozwija się w jego gardle. Czy wie, że musi jeść, bo inaczej umrze? Podbiegła do drzwi. Przy każdym kroku jej czarna suknia unosiła się powoli z przeciągłym grzmotem. Szarpnęła klamkę. Drzwi stanęły otworem. Biegła wąskim tunelem, jej buty rozchlapywały lodowato zimne kałuże, echo kroków odbijało się i nie milkło. Wpadła w panikę, ktoś chyba biegł za nią. Słyszała go tuż za swymi plecami. Nie odważyła się jednak odwrócić, bo przecież ktoś mógł być tam naprawdę i to jeszcze bliżej, niż się tego obawiała. Dotarła do końca tunelu. Oczy jej oślepiła nagła, kłująca białość, przycisnęła ręce do twarzy, by uchronić wzrok. Poślizgnęła się i cofnęła, potykając o coś białego i kosmatego jak ciało polarnego niedźwiedzia. Otworzyła oczy. Leżała w swym własnym łóżku, we własnej sypialni, pewna jednak była, że wciąż śni, bowiem krajobraz za oknem był krwistoczerwony. Krwawe niebo, krwawy ogród, krwawoczerwone drzewa. Nawet basen wyglądał, jakby pełen był krwi. Ktoś został zabity, pomyślała. Ktoś został zabity, a krew rozprysnęła się na wszystko i jest teraz na niebie, na domach i na oceanie. Ktoś nie żyje i śmierć tych, którzy zginęli, zabarwiła świat na czerwono. Zastanawiała się, czy jest coś o zabójstwach w dzienniku. Odwróciła powoli głowę w kierunku telewizora. Ekran migotał niebieskawoszarym śniegiem i jedyne, co dobiegało jej uszu, to przytłumione dźwięki walca. Niemniej, gdy tak patrzyła w telewizor, plamki i cętki kolorowego światła zaczęły wylatywać z ekranu na pokój. Stopniowo zebrały się w nieregularny kształt pośrodku puszystego, białego dywanu. Formowały ciało - klatkę piersiową, miednicę, głowę, dwie muskularne nogi; wszystko to z wolna wyłaniało się z drgających plamek światła. Walc nie ustawał. Brzmiał niewyraźnie i pełen był trzasków, jak płyta z lat trzydziestych. Jennifer siedziała zafascynowana i przerażona. Kształt, który z wolna formował się naprzeciwko, był wysoki, co najmniej na osiem stóp. Głową niemal dotykał sufitu, Szeroki w ramionach i, co dało się dostrzec, gdy nabrał wyrazistości, muskularny i szczupły, ze skórą tak purpurową, jakby zafarbowana została dereniem. Twarz była ostro zarysowana, zła, ze szparkami oczu lśniących tym samym krwawym blaskiem, co krajobraz za oknem oraz dwoma rogami wyrastającymi na czubku głowy i odchylającymi się do tyłu. Uda miał grubo porośnięte sierścią, zaś u ich zwieńczenia wystawał spomiędzy kudłów olbrzymi, poczerwieniały fallus, poniżej którego kołysały się wielkie jak pomarańcze jądra.

Śmierdział. Śmierdział potem, zatłuszczonym futrem, zepsutym oddechem i żądzą. Odór był przytłaczający. Jennifer poczuła, że zbiera się jej na wymioty. W narastającym przerażeniu przemknęło jej przez głowę - jak to jest, że mogę czuć taki smród, skoro śpię? Jak to jest, że tak dokładnie widzę to stworzenie? Tak wyraźnie! Rozróżniam każdy włos na jego brodzie, mogę odróżnić poszczególne zmarszczki wokół oczu! Boże, to wygląda dokładnie jak diabeł z bajek, tyle tylko, że wyszedł z telewizora, stoi teraz naprzeciwko mnie i jest prawdziwy! Usłyszała wewnątrz swej głowy przymilający się głos: To jest to, czego chciałaś, prawda, Jennifer? To jest to, do czego przez cały dzień tęskniłaś. Chciałaś go w łóżku, prawda, Jennifer. Chciałaś poczuć go na sobie! Chciałaś potu i bólu, ciała innego człowieka! To jest właśnie to, czego chciałaś, ty suko! To jest to, czego chciałaś, ty brudna dziwko! Jennifer skuliła się w pościeli i krzyknęła. Krzyk jednak nie zdołał wydostać się z jej ust. Miała wrażenie, że twarz jej przyciśnięta została do poduszki tak, że nie mogła ani oddychać, ani czegokolwiek powiedzieć. Istota podeszła do łóżka, było to groteskowe, bo nie przestawała krzyczeć, choć i tak nie mogła wydobyć z gardła dźwięku. Stworzenie usiadło na brzegu łóżka. Musi być prawdziwe, pomyślała, czuję przecież uginający się pod nim materac. Czuję jego wagę. Potem powoli odsunęło górną połowę przykrycia, odsłaniając Jennifer leżącą w dziewczęcej koszuli nocnej. - Nie zabijaj mnie! - zajęczała błagalnie. Jej krzyk urwał się. Głos miała teraz cichy, pospiesznie i niewyraźnie wymawiała słowa brzmiące jak woda spływająca po raz pierwszy nowym łożyskiem rzeki. - W imię Matki Boskiej, błagam cię, nie zabijaj mnie... Oczy stworzenia błysnęły, gdy Jennifer wymówiła imię Błogosławionej Dziewicy. Lewą ręką dotknęło jej policzka. Skóra na palcach była twarda i lśniąca, gładka jak skóra na podbiciach psich łap. Spokój, cicho - powiedział głos w jej głowie. Jestem twoim Panem Jedynym i Panem Po Wielokroć. Zrobisz, co każę. Pod dwoma postaciami dziś do ciebie przyszedłem, pod postacią twego przyjaciela i postacią kozła, mam jednak tyle innych postaci, ile fal ma ocean, a każda z nich zmienia się jak fala. Przez jedną trudną do uchwycenia sekundę zdało się jej, że dostrzega przepływające przez twarz istoty rysy Bernarda. Zaraz potem jednak pysk wrócił do swej pociągłej, ostrej i złej formy, a oczy ponownie zalśniły krwawo. Widzisz diabła, w którego wierzysz, moja kochana - ciągnął głos. Czy nie pragnęłaś dzisiaj już zlegnąć z diabłem, bardziej niż z twoim mężem? No i właśnie to, moja grzesznico

słodka, to jest właśnie to, co możesz teraz zrobić. Stworzenie schwyciło ją tuż ponad kolanami, zaciskając boleśnie palce i rozkładając jej nogi tak szeroko, że usłyszała trzask wiązadeł. Wzniosło się potem nad nią, ciężkie, potężne i śmierdzące złem, spojrzało na nią z twarzą tak starą i szaloną, że odebrało jej zdolność do krzyku. Była niezdolna do czegokolwiek, mogła tylko trząść się leżąc na łóżku. A teraz będziesz moja - szepnął głos. Jennifer zerknęła w dół, by z przerażeniem i niedowierzaniem ujrzeć, jak masywny członek wsuwa się w nią aż po gęste futro okrywające dolną część wydatnego brzucha istoty. Zamknęła oczy. Czuła ból, prawdziwy ból, zagłuszające wszystko cierpienie. Czuła jednak także coś jeszcze. Głęboko pod pokładami cierpienia przepływał utajony strumyczek przyjemności; strumyczek, który ciurkał przez zakazane zakątki jej umysłu, potem spływał wzdłuż kręgosłupa i docierał do nerwów, które bezpośrednio odczuwały rozmiar i siłę ogromnego penisa. Istota poruszała się w niej do przodu i w tył, z początku powoli, potem coraz szybciej, aż do brutalności, jak bezmyślny, mechaniczny tłok. Czarny strumień rozlał się powodzią po niższych komnatach jej umysłu, zatapiając jedno pomieszczenie za drugim, aż w końcu całe jej ciało i mózg zdawały się być tylko ciemnością. Istota krzyknęła, bełkotliwie i niewyraźnie, znieruchomiała. Trwała tak przez moment, wtłaczając się głęboko w jej wnętrze. Jennifer była o włos od orgazmu, wahała się na samej krawędzi, z ciasno zaciśniętymi oczami, twarzą stężałą, rumieńcem na ciele. Sutki jej sterczały, a mięśnie miednicy ściskały się w gotowości ostatecznego spełnienia. Ono jednak nie nadeszło. Otworzyła oczy, istoty nie było. Powoli, cal po calu rozejrzała się w poszukiwaniu swego złudzenia, mięśnie rozluźniły się. Wciąż jednak dygotała, umysł jej wciąż czekał na orgazm, który nie nastąpił. Z początku nie mogła pojąć, co się stało i czy w ogóle coś się stało. W telewizji pokazywano program „The Rose Tatoo”. Wino stało nietknięte na nocnym stoliku. Gdzieś w ciemności za oknem szczekał pies, bez końca i beznadziejnie. Dotknęła swego ciała. Prześcieradła i koce odrzucone były na bok, a koszulka podniesiona do góry, obnażając piersi. Czy naprawdę działo się tu cokolwiek? Diabeł z rogami i sierścią? To nie wyglądało prawdopodobnie. Pociągnęła parę razy nosem, lecz uporczywy zapach, jeśli w ogóle był, zniknął już zupełnie. Sięgnęła między nogi. Była wilgotna, trochę obolała, nie bardziej jednak niż wtedy, gdy się intensywnie masturbowała. Obciągnęła koszulkę i przykryła się. To był sen, pomyślała, musiałam śnić. Śniłam.

Dom jest zamknięty, nikogo w nim być nie może. A w całym szerokim świecie nie ma nikogo, kto potrafiłby wyjść z telewizora. To niepoważne, nieprawdziwe. Pomyślała o tym, co śniła na temat ojca. Musiało się to jakoś wymieszać ze snem o Bernardzie. Owszem, chciała iść z Bernardem do łóżka. I widocznie tak właśnie jej nieprzytomny umysł wykreował dla niej diabła, prawdziwego, żywego, pokrytego sierścią diabła, by wyrazić to, co w głębi duszy sądziła o cudzołóstwie. Rozkoszne, podniecające, niebezpieczne, przerażające - i złe. W dawnych czasach kamienowano za to. W dzisiejszych Bóg zsyła za karę złe sny i załamania nerwowe. Poszła do łazienki, wzięła dwie tabletki valium i popiła je ciepłym Perrierem. Potem wyłączyła telewizor, zgasiła światła i położyła się do łóżka. Przez dłuższy czas leżała z głową na poduszce. Czy ten diabeł naprawdę tylko się przyśnił? Boże, musiało tak być. Przecież, gdyby nawet istniał, w co nie wierzyła, nie miałby rogów ani sierści, ani jarzących się czerwono w ciemności ślepiów. Chyba nie pokazywałby się ludziom dokładnie w takiej postaci, jakiej od niego oczekują. Nie, to zabawne, w ogóle się nie pojawił. Mimo to zapaliła jeszcze światło i usiadła na łóżku, zastanawiając się, czy nie powinna zadzwonić do ojca 0'Hare. Spojrzała na zegar. Druga dwadzieścia pięć. Zbyt późno, by dzwonić do kogokolwiek i tłumaczyć, że miało się właśnie wrażenie, że zostało się zgwałconą przez szatana. A poza tym nie czuła się specjalnie winna temu, co się stało - czy też, o czym śniła, że się stało. Inną rzeczą byłoby wyjaśnić ojcu O'Harze, że w jej sypialni pojawił się diabeł i zmusił ją do stosunku. Zupełnie inną natomiast przyznać, że chociaż była przestraszona i zszokowana, to czerpała z tego jakąś dziką i perwersyjną przyjemność. Przyjemność równie silną i nieodpartą jak ludzkie pragnienie i pęd samozniszczenia, równie głęboką jak sam grzech. Wyłączyła znów światło. Zasnęła, lecz tym razem spała bez snów.

10
Susan oznajmiła babce, że odczuwa mdłości i poszła wcześnie spać. Była zbyt podekscytowana zbliżającą się nocą, by pozostać w salonie, oglądać telewizję i słuchać nie kończących się żartów dziadka, który nie przepuszczał żadnemu programowi. Był oddanym miłośnikiem tego rodzaju poczucia humoru, który w okolicy zwano „wyzłośliwianie”. Polegało to na wymyślaniu pozbawionych puenty, opowiadanych z kamienną twarzą i zgoła nieprawdopodobnych bzdur. Zwykle w „wyzłośliwianiu” specjalizowali się starcy, wysiadujący na swych bujanych fotelach przed drzwiami małomiasteczkowych sklepów typu „mydło i powidło”. - Ten Jack Lord, wiecie, czemu zawdzięcza swą bujną czuprynę? W swoich kontraktach zamieszcza klauzulę, że każda gwiazda, która wystąpi gościnnie w „Hawaii FiveO”, oddaje mu skrawek swego skalpu, by mógł dodać go do swej kolekcji transplantacji. Susan zamknęła za sobą drzwi sypialni, zastanawiając się, czy nie powinna przekręcić klucza. Nie miała pojęcia, co może się stać, jeśli babka przyjdzie sprawdzić, czy wnuczka śpi, akurat wtedy, gdy będzie gdzieś daleko jako Samena. Wiedziała, że niebezpiecznie jest obudzić lunatyka, nie była jednak pewna, czy przerwanie snu Wojownika Nocy może być groźne. Najpewniej wcale się nie obudzi i babka w przerażeniu wezwie pogotowie. Z drugiej jednak strony, jeśli zamknie drzwi, babka z pewnością zrobi z nich werbel; a skoro Susan nie odpowie, na pewno je wyważy. Lepiej będzie chyba zostawić drzwi otwarte i mieć, nadzieję, że babka nie będzie próbowała zakłócać jej snu, a nawet gdyby, że nie będzie to miało wpływu na jej postać Wojownika Nocy. Ściągnęła koszulkę i już miała zrzucić szorty, gdy babka zapukała do drzwi i weszła nie czekając na odpowiedź. - Jak się czujesz? - Zapytała. - Chcesz pepto-bismol? Jakie to są mdłości? Nie jadłaś chyba tych chilidogów; tych, po których pochorowałaś się ostatnim razem? - To nie to, babciu - powiedziała Susan. - Sądzę, że po prostu zbliża mi się okres. - Powinnaś pójść do doktora, jeśli czujesz mdłości. - W porządku, babciu. To tylko okres. - Coś długie są te twoje okresy. - Nie jestem w ciąży - uśmiechnęła się Susan. Babka była wyraźnie poruszona.

- Staram się dbać o ciebie, jak tylko umiem. - Wiem o tym, babciu, jesteś wspaniała. Nie martw się. Babka zamrugała spoza okularów. Od dawna już nie słyszała od Susan niczego takiego jak to, że jest wspaniała. Zadowolona i rozbrojona wycofała się do drzwi i pogroziła Susan palcem. - Możesz jeszcze dostać herbaty, jeśli masz ochotę. - Dziękuję, babciu. Chciałabym już położyć się spać. - Dobrze. Do zobaczenia rano. Susan skończyła się rozbierać, przekopała się przez szufladę w poszukiwaniu czystej koszulki i wskoczyła do łóżka. Było dwadzieścia po dziewiątej. Za około dziesięć minut babka położy jak zwykle dłoń na kolanie dziadka i powie: - Cóż, Doiły, sądzę, że nadeszła już pora, by zadusić kurczaki. Zawsze tak mówiła, chcąc przez to dać do zrozumienia, że czas już wyłączyć telewizor i udać się do łóżka. Czemu niby miałoby to mieć cokolwiek wspólnego z duszeniem kurczaków, Susan nie miała pojęcia. Inna sprawa, że nigdy o to nie pytała, obawiając się dotknąć czegoś nazbyt osobistego, jak na przykład odgłosów wydawanych przez jej babkę raz lub dwa w miesiącu, gdy dziadek wypełniał swe obowiązki małżeńskie. Przez chwilę leżała przy zapalonym świetle, z rękami splecionymi nad głową. Potem wyłączyła lampę. Słyszała samochody przejeżdżające Camino del Mar, świergocące cykady, jednostajny szum klimatyzacji. Po niedługiej chwili telewizor umilkł i usłyszała, jak babka i dziadek przechodzą obok jej drzwi. Mruczeli do siebie coś o doktorach, zapaleniach wątroby i o tym, że Latynosi nigdy nie myją rąk po wyjściu z ubikacji. - Jeden hamburger na dziesięć ci zaszkodzi. Jeden mój stary przyjaciel to sprawdził. Zjadał dziewięć hamburgerów i był idealnie zdrowy, a gdy próbował zjeść dziesiątego, z miejsca dostawał torsji. - Ty i twoje głupie opowiastki - narzekała babka. Para staruszków długo przygotowywała się do snu. Trzeba było wyjąć zęby, opatrzyć nagniotki, zwinąć włosy na wałki. W chwili, gdy woda została spuszczona po raz ostatni, było prawie kwadrans przed jedenastą i Susan zaczęła się już niepokoić, że może ominąć ją spotkanie z Henrym i Gilem. W końcu jednak dom pogrążył się w ciszy i ciemności. Leżała na wznak, z głową na poduszce, wpatrując się w sufit i powtarzając słowa, które Springer kazał jej zapamiętać. Były to słowa dziwne i proste zarazem. Springer powiedział, że zostały przetłumaczone z łaciny, zaś do Nowego Świata przywieźli je pierwsi Wojownicy Nocy w 1601 roku. Teraz, gdy oblicze świata skryte jest w ciemności, pozwól nam przenieść się na

miejsce spotkania orężnie i w zbroi; i pozwól nam pożywić się mocą, która przeznaczona jest do rozszczepiania ciemności, rozpędzania wszystkich mrocznych sil, rozpraszania zła wszelkiego. Niech się stanie. Powtórzyła ten tekst trzykrotnie, jak kazał Springer, po czym zamknęła oczy i zastygła w absolutnym bezruchu. Nigdy nie zasnę na czas, przemknęło jej przez głowę. Spóźnię się i pójdą beze mnie. Fosforyzujące wskazówki zegarka przy łóżku wskazywały sześć minut do jedenastej. Jak u licha można zasnąć w sześć minut? W jakiś dziwny sposób powieki zaczęły jej jednak ciążyć i gdy chciała raz jeszcze spojrzeć na zegar, nie mogła otworzyć oczu. Ciało odprężało się z wolna, spokój ogarniał ją, jak mrok ogarnia budynek, w którym piętro po piętrze gaszone są światła. Rytm jej serca zwalniał, oddech stawał się płytki i rzadki, poczuła, jak powoli cofa się do wnętrza swej głowy, wnika w ciemność, którą każdy z nas nosi w sobie. Było to coraz szybsze. Coraz prędzej i coraz bardziej zapadała się w głąb swego umysłu; słyszała wysokie i metaliczne tony pieśni, jakby śpiewał chór cieni. Ciemna i niewidzialna wzniosła się przez dach pokoju, przeleciała przez strych i poszybowała w noc nad Del Mar. Na południu widziała przyćmione lśnienie przy brzegu, na wysokości La Jolla, dalej iskrzyło się San Diego. Na północy rozciągał się długi łuk Cardiff i laguny San Elijo i Encinitas. Piątą międzystanową sunęły jak świetliki samochody. Wzgórza w głębi lądu, za autostradą, skryte były w cieniach i ukoronowane potężnymi budowlami w stylu kolonialnym. Susan nie czuła wcale, by leciała. Wrażenie bliższe było raczej wchłonięciu przez wieczorne powietrze, tak jakby nie była bardziej materialna niż atrament, który szybko wsiąka w bibułę. Czuła się tak, jakby cząstki jej osobowości mieszały się z cząstkami nocy, przez którą podążała. Tak, jakby nie można było powiedzieć, w którym miejscu kończy się noc, a zaczyna Susan. Dziewczyna - cień. Mimo to widziała bardzo wyraźnie krajobraz w dole, a gdy opuszczała się powoli ku domowi przy Camino del Mar i przenikała przez gonty do pokoju na górze, wyczuwała jakieś niezwykłe tarcie i opór. Pokój był oświetlony pojedynczą, nagą żarówką, która rozsyłała we wszystkich kierunkach głębokie cienie, jakby na środku pokoju eksplodowała ciemność. Springer już był, w męskiej postaci, ubrany w prosty, czarny garnitur. Gil też przybył, nie było jednak jeszcze ani śladu Henry'ego. Susan z miejsca zbliżyła się do lustra i spojrzała na siebie. Nie przybrała jeszcze postaci Sameny: wciąż miała na sobie bawełnianą koszulkę. Była zarazem zachwycona,

przestraszona i zafascynowana swą przezroczystością, mogła widzieć przez siebie przeciwległą ścianę pokoju. Gil był taki sam. Dość materialny, by można go było rozpoznać, by rozmawiać z nim, lecz nierzeczywisty. Postać ze snu, żywe wspomnienie samego siebie. - Gratuluję wam obojgu - rzekł Springer, schylając lekko głowę. - Niełatwo opuścić swe ciało, gdy robi się to po raz pierwszy. - Czy to nie jest niebezpieczne? - Spytała Susan. - Chodzi mi o nasze ciała. Obawiam się, że moja babcia może spróbować mnie obudzić. - Jedyne, czego można się obawiać - uśmiechnął się Springer - to, że ktoś może próbować zniszczyć wasze ciała. Wtedy nie mielibyście, dokąd wrócić. Nie sądzę jednak, by twoja babcia mogła zrobić coś takiego, prawda? - Mam wrażenie, że śnię - powiedziała Susan. - Bo śnisz - odparł Springer podchodząc do niej i kładąc rękę na jej półprzeźroczystym ramieniu. - Twój umysł jest tutaj, tutaj jest twój duch, lecz twe ciało pozostało w domu i śpi. - Nie ma jeszcze Henry'ego - odezwał się Gil. - Przybędzie - zapewnił go Springer. - Mam nadzieję, że nie sięgnął już więcej po, no wiecie... - Wspomniała Susan, wykonując równocześnie gest przechylania szklanki. Springer zignorował jej słowa i wyciągnął do nich ręce. - Czas, by się przygotować na pierwszy trening Wojowników Nocy, Tebulocie i Sameno. Podejdźcie tu oboje i uklęknijcie przede mną. Z lekkim wahaniem uklękli ramię przy ramieniu. Springer uniósł obie ręce, kierując wnętrza dłoni na zewnątrz, i wypowiedział pradawną formułę Wojowników Nocy: - Teraz, gdy oblicze świata skryte jest w ciemności, pozwól nam przygotować się w tym miejscu spotkania, pozwól nam uzbroić się i odziać w pancerz; pozwól nam pożywić się mocą, która przeznaczona jest do rozszczepiania ciemności, rozpędzania wszystkich mrocznych sil, rozpraszania zła wszelkiego. Niech się stanie. - Niech się stanie - powtórzyli Gil i Susan. - Jesteście teraz Wojownikami Nocy - powiedział Springer. - Jesteście członkami wielkiej, okrytej chwalą armii, która wytropiła, schwytała i uwięziła wszystkie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć postaci diabła, i która na wieki zasłużyła sobie na wdzięczność Ashapoli i Rady Wysłanników. Wasze senne postaci poświęciliście wytępieniu zła, szczególnie zaś wytropieniu i schwytaniu Yaomauitla. Śmiertelnego Wroga. Springer rękami zakreślił krąg w powietrzu i nad ich głowami pojawiły się dwie złote

obręcze światła, które z wolna gasło. - Wstań, Tebulocie! - rozkazał Gilowi, a ten podniósł się na równe nogi, by stwierdzić, że zakuty jest w lśniącą intensywnie białą zbroję Opiekuna Maszyny, zaś w jego ramionach spoczywa potężna broń, która ma go chronić od niebezpieczeństw i pomóc mu pokonać Yaomauitla. Tym razem pancerz był solidny, nadal jednak nie ciężki: zrobiony z grubego i lekkiego stopu, pomalowany na biało. Inaczej było z maszyną. Ważyła przynajmniej trzydzieści funtów i chociaż zakrzywione uchwyty ułatwiały jej dźwiganie, nic była najporęczniejszym urządzeniem. - Ktokolwiek to wyśnił, mógł uczynić to lżejszym - powiedział narzekając. - Waga jest konieczna, stabilizuje broń w chwili oddania strzału - wyjaśnił Springer. Nastawiona na pełną moc może zburzyć mury fortecy. Zwrócił się do Susan: - Wstań, Sameno! Susan podniosła się w postaci Sameny Łukopalcej. Kapelusz z piórami lśnił w dziwnym świetle nagiej żarówki, groty zwieszały się u pasa jej krótkich spodenek. Zabrzęczały, gdy się obróciła. Jej strój był teraz w pełni materialny. Mogła przekonać się, jak miękka jest skóra, z której został uszyty. Ściśle dopasowany, misternie zdobiony półszlachetnymi opalami i turkusami, mieniący się agatami. - Wzór tych strojów i zbroi ustalony został setki lat temu - powiedział Springer. - Są one połączeniem tysięcy snów wielu mężczyzn i kobiet. Część zbroi Tebulota można odnaleźć na rysunkach Leonarda da Vinci. Niektóre ozdoby z klejnotów na stroju Sameny są identyczne z tymi, które podziwiać można w świątyni Kandariya Mahadeva w Khajuraho, w Bundelkhand, zbudowanej tysiąc lat temu przed naszą erą. - Która godzina? - Spytał Tebulot. - Henry się spóźnia. - Dajcie mu jeszcze szansę, niech opuści ciało - powiedział Springer. - Pamiętajcie, że jest starszy od was i więcej go wiąże ze światem jawy. Niełatwo człowiekowi w jego wieku opuścić ciało we śnie. Musi najpierw zerwać wiele okowów - zwyczajów, wątpliwości, obaw. Umysł podpowiada mu: czemu mam ryzykować, stając do walki z szatanem, gdy mogę przespać się bezpiecznie we własnym łóżku? Ledwie jednak skończył to mówić, rozległ się cichy odgłos, jakby ktoś ubrany w długą, jedwabną pelerynę, ciągnął jej kraj po wypolerowanej, drewnianej podłodze. Po chwili przez sufit pokoju wleciał ubrany w bladoniebieską piżamę Henry. - Nie mogłem zasnąć - tłumaczył się, przepraszając. - Próbowałem i próbowałem,

lecz przez cały czas myśli krążyły mi w głowie tak intensywnie, jakby chciały spalić korę mózgową. Nawet po tym, jak powtórzyłem zaklęcie. Przepraszani. - To nie twoja wina, przyjacielu - powiedział Springer. - Twoje kłopoty były w pełni zrozumiałe. Teraz jednak powinniśmy się pospieszyć. Im szybciej skończymy przygotowania, tym szybciej będziemy mogli przejść do treningu. Uklęknij, a ja wypowiem słowa, które przemienia cię w Kasyxa. Samena dotknęła ramienia Henry'ego. Oczy lśniły jej pod pierzastym kapeluszem. - Henry? - Powiedziała z powagą. - Wszystko w porządku? - Jeśli chcesz w ten sposób spytać, czy piłem, to odpowiedź brzmi: nie. Cały wieczór spędziłem wpatrując się w butelkę wódki, lecz ani razu jej nie otworzyłem. Pamiętałem, co powiedziałaś mi o swoich rodzicach. Potem rozejrzałem się po moim domu i przypomniałem sobie, co mi powiedział Gil, gdy zdecydowaliśmy się obaj zostać Wojownikami Nocy. Powiedział, że nie mam nic do stracenia, i miał rację. Przemyślałem to sobie przez cały wieczór. Żyję już prawie pięćdziesiąt lat, a w tym wieku nie mieć nic do stracenia, to żadne dokonanie. Właściwie aż wstyd o tym mówić. Tak więc - nawet jeśli nie ciążą na mnie żadne obowiązki wobec was dwojga, wobec tej dziewczyny, która zmarła na plaży - mam nadal obowiązki wobec samego siebie. Springer czekał cierpliwie. - To wszystko - dodał Henry i ukląkł we wskazanym przez Springera miejscu. Springer powtórzył pradawną inwokację Wojowników Nocy. Przesunął dłonią i roztoczył złocistą aureolę nad głową Henry'ego. - Wstań, Kasyxie! - Powiedział ciszej niż przedtem i Henry stanął uzbrojony we wszystkie akcesoria Strażnika Mocy, źródła wszelkiej energii. Zbroja Kasyxa była matowopurpurowa, na jego piersi igrały nieustannie wyładowania elektryczne, rozgałęziając się wokół jego ramion w trzaskające, ogniste istoty o jeżącym włosy napięciu. Kasyx położył odruchowo lewą dłoń na prawym ramieniu Tebulota, prawą na lewym ramieniu Sameny, i trwali tak przez chwilę w ciszy, gdy bogate zasoby energii danej im przez boga bogów, Ashapolę, krążyły w ich ciałach. W końcu przekaz dokonał się i wszyscy troje zauważyli, że nie są już przezroczyści, że ciała ich i muskuły są równie prawdziwe jak na jawie. - Najpierw zabiorę was do sennego koszmaru, byście mogli ujrzeć, poczuć i usłyszeć sami, jakie to krajobrazy mogą zdarzać się w snach. Wysondowałem śpiące umysły tysięcy ludzi w Del Mar - dzieci i starców, białych i czarnych - i znalazłem dla was zmorę, która rzuci wyzwanie waszym zdolnościom, nie stwarzając zbytniego niebezpieczeństwa.

- Zrobimy to teraz? - Spytała Samena, trochę zdenerwowana. - Myślałam, że będziemy trenować. Wiesz, na przykład, jak posługiwać się bronią. - W świecie snów - uśmiechnął się Springer - jedynym użytecznym treningiem jest zdobywanie doświadczenia. Mogę opowiedzieć wam, co tylko chcecie. Mogę opowiedzieć wam o zmorach, w których pojawiają się przerażające monstra, nieginące w żadnych okolicznościach; nie można ich zabić mimo wszelkich starań. Mogę opowiedzieć wam o snach, w których można zostać rozdartym na strzępy lub też sądzić, że zostało się rozdartym na strzępy. Mogę opowiedzieć wam o torturach, pająkach, topieniu się i ogniu. Lecz nigdy nie oddam wam słowami tego, co możecie w ostateczności spotkać w prawdziwym świecie snu. Springer obszedł ich wkoło, pokazując, jak powinni schwycić się za ręce, by podczas przechodzenia z jednego snu do drugiego nie rozłączyli się. - Noc pełna jest snów. Jest jak olbrzymi, niewidzialny pałac o milionach pokoi. Nietrudno Wojownikowi zgubić się podczas przechodzenia z jednego snu do drugiego. Czasem może to być niebezpieczne. Czasem nawet fatalne w skutkach. Wiele czasu zabiera zawsze odtwarzanie drogi, którą przeszło się we śnie, a do czasu, nim znajdzie się miejsce, w którym został zabłąkany Wojownik... Cóż, sny są zmienne, a większość z nich jest straszniejsza, niż możecie sobie w ogóle wyobrazić. Stanął ostatni raz przed nimi i powiedział: - Prosiłem was, byście podjęli zadania Wojowników Nocy, bowiem każde odziedziczyło coś z mistycznych zdolności, które czynią z was naturalnych tropicieli diabła. Wciąż jednak możecie zmienić decyzję, możecie nic podejmować tego ryzyka, możecie jeszcze wrócić do waszych śpiących ciał, nawet teraz, i nigdy już więcej nie wkładać tych zbroi ani nie nosić broni. Decyzja należy do was. Ale jeśli powiedzie się wam w tych przygodach, poznacie ekstazę wielkich czynów, staniecie się bohaterami. Kasyx uniósł przyłbicę hełmu. - Zamierzam przy tym wytrwać, dziękuję. Nie po to spędziłem cały wieczór o suchym gardle, żeby się teraz cofać. - Chcę iść - zdecydowała Samena. Nastała chwila ciszy. Wszyscy spojrzeli na Tebulota. - Masz najwięcej do stracenia, Tebulocie - powiedział łagodnie Springer. - Tak - odpowiedział Tebulot. - I najwięcej do zyskania. Idę. Stanęli blisko siebie i schwycili się za ręce. Tylko Springer stał z boku. Spojrzał na nich po kolei; oczy jego napełniały lękiem, spojrzenie było szczególne, ciemne, jak okna wyglądające na nieskończoną pustkę. Za tym spojrzeniem czaiły się galaktyki, krążyły systemy

gwiezdne, rozciągały się lata świetlne niemożliwych do objęcia rozumem odległości. - Podążajcie za mną - powiedział po prostu Springer. - Bądźcie ostrożni, niczemu nie ufajcie, bowiem nic nie będzie takim, jakie wam się wyda. Springer uniósł się w powietrze i zniknął. Przez chwilę trójka Wojowników Nocy stała niepewna, jak właściwie mają za nim podążać. Wtem jednak Kasyx usłyszał w swej głowie słowa wyraźne i ostre jak sok ze świeżo przekrojonej cytryny: Unieś się, Kasyxie! Użyj swej mocy i wznieś się! Kasyx zamknął oczy i skoncentrował się na wznoszeniu. Ale za bardzo - wystrzelili przez dach domu jak rakieta, wzbijając się na setki stóp w noc nad Del Mar i skręcając lekko na prawo, jako że Samena była o wiele lżejsza od pozostałej dwójki. Springer przyłączył się do nich. Kasyx zauważył, iż Springer, poruszając się w powietrzu, zostawia za sobą coś, jakby smugę absolutnej ciemności, która znikała dopiero po paru sekundach. W ułamku sekundy dotarło do niego, że Springer nie udowodnił im w żaden sposób, że jest właśnie tym, za kogo się podaje; że Ashapola mógł być Panem Ciemności, a nie Panem Światła. Zupełnie nieświadomie mogła przecież cała trójka dać się zwerbować do pomocy szatanowi. Ale słowa Springera znów wdarły się do jego umysłu. Tym razem mówił łagodniejszym tonem kobiety: Zawsze będziesz zadawał pytania, zawsze będziesz wątpił. Ashapola oczekuje tego od ciebie. Wiara nigdy nie powinna być ślepa, jak to ma miejsce w chrześcijańskiej i tylu innych religiach. Wiara powinna wynikać z zapytywania i krytycyzmu, przez próby intelektu i próby doświadczenia. Bóg winien być sprawdzany, tak samo jak człowiek powinien poddawać się próbom. Chwila ekstazy religijnej nadchodzi wtedy, gdy wiesz już na pewno, że twój Bóg jest niezawodny. Zawiśli wysoko w przestworzach jak cztery mroczne latawce. Pod nimi mrugały samochody na autostradach. Cała południowa Kalifornia zbliżała się do północnej godziny. - By wniknąć do snu - powiedział Springer - musimy najpierw poznać tego, który go śni. Podążajcie tuż za mną. Zmierzam teraz w dół, do bloku mieszkalnego pod sto pierwszym. Widzicie go. Ten z ogrodem na dachu. Na czwartym piętrze tego bloku śpi pewien mężczyzna. Jest wyczerpany. Pracował ciężko, by uratować swój interes od bankructwa. Dwa lata temu rozwiodła się z nim żona wskutek jego zdrady popełnionej z sekretarką. Ma syna, którego widuje tylko dwa razy w miesiącu. Prześladuje go nieustannie poczucie winy i odpowiedzialności, która nawet na nim nie spoczywa. Opadali powoli przez ciepły wieczorny wiatr. Kasyx stwierdził, że z łatwością może

kontrolować ruchy całej trójki i to z minimalnym zużyciem energii. Szybowali razem i krążyli, przez cały czas obniżając lot, aż w końcu wniknęli przez ścianę mieszkania do sypialni mężczyzny, którego sen mieli spenetrować. W pokoju panowała ciemność. Okna były zamknięte, a klimatyzacja nastawiona na sześćdziesiąt pięć stopni Fahrenheita, tak, że po cieple nocy wydawało się być szczególnie chłodno. Mężczyzna leżał na wznak w pomiętych i rozrzuconych prześcieradłach, ubrany tylko w krótkie spodenki. Był ogorzały, z plackiem świecącej w mroku łysiny, porośniętym włosami smagłym ciałem. Przy łóżku leżał egzemplarz,,Reader's Digest”, buteleczka tabletek nasennych nytol i szklanka z wodą mineralną. Springer pochylił się nad mężczyzną i dotknął opuszkami palców jego zamkniętych powiek. - Przeżywa właśnie najgorszy ze swoich snów. O tym, że śni, możecie przekonać się po tym, jak poruszają się jego gałki oczne. To jest właśnie to, co określa się jako fazę REM od Rapid Eye Movement, czyli „gwałtowne poruszanie oczu”. - Jak wejdziemy w jego zmorę senną? - Odezwał się Tebulot, przesuwając swą broń. - No i, przede wszystkim, co będziemy robić, gdy już się tam znajdziemy? - chciał wiedzieć Kasyx. - Czy on zorientuje się, że jesteśmy w jego śnie? - Spytała Samena. - Czy będzie w stanie nas dostrzec? - Będzie widział was tak samo, jak wszystko we śnie. A co do tego, co wam wolno, a czego nie, reguły są bardzo proste. Możecie penetrować sen tak samo, jak poznaje się realny świat. Jeśli będziecie zagrożeni we śnie, możecie się bronić i użyć siły. Nie ma w istocie żadnych ograniczeń, prócz jednego: nie wolno wam zranić samego śpiącego, gdyby zdarzyło się, że pojawiłby się sam w swoim śnie. Musicie na to uważać, bowiem czasem śpiący pojawia się w swoim śnie jako dziecko, ktoś o przeciwnej płci lub pod jakąś zamaskowaną postacią. - A co się stanie, jeśli zranimy śpiącego? - Dopytywał się Tebulot. Springer spojrzał na niego poprzez mrok pokoju. Przez chwilę nie był ani kobietą, ani mężczyzną, lecz czymś zupełnie eterycznym. - Jeśli zranicie lub zabijecie śniącego, wówczas sen zapadnie się w siebie, ulegnie zwinięciu - z wami w środku. W dawnych czasach, zanim symbolika snów została w pełni zrozumiana, wielu niedoświadczonych Wojowników Nocy ginęło w taki sposób. Dziś, rzecz jasna, nawet tak niewprawni ludzie jak wy wiedzą, że większość z tego, co pojawia się w snach i zmorach nocnych, ma znaczenie nie dosłowne, lecz metaforyczne.

Spojrzeli na śpiącego. Jęknął i obrócił się na bok, szepcząc coś do siebie. - Ruszamy? - spytał Kasyx. Springer przytaknął. - Ty, Kasyxie, użyjesz teraz swojej mocy, by utworzyć pomost między swoim i jego snem. Wystarczy, żebyś obiema rękami zakreślił w powietrzu ośmiokąt tak, by dłonie rozeszły się na jego czubku i spotkały u podstawy. Potem złożysz dłonie przed sobą, wierzchami do wewnątrz i z wolna rozsuniesz je, otwierając przejście. Kasyx zrobił, jak przykazał mu Springer. Pozwalając spłynąć w dłonie strumieniowi energii, nakreślił w mroku wielki ośmiokąt. Palce strzelały roztańczonymi, błękitnymi iskrami, a oktagon zawisł pośrodku pokoju, lśniąc niczym jasno oświetlony drut kolczasty. Wyciągnął ramiona przed siebie, wsuwając dłonie w ośmiokąt i rozsuwając stopniowo. Poczuł niezwykły opór i musiał niemal zdwoić moc tylko po to, by utrzymać dłonie z dala od siebie. Ujrzał wreszcie, co właściwie robi. Rozciągał substancję snu tak, jakby była to ciężka, choć niewidzialna kurtyna. Za ośmiokątem, tam gdzie jego dłonie rozsunęły cząsteczki rzeczywistego świata, widział już kątem oka ponury, deszczowy krajobraz ze skałami, górami i targanymi wiatrem drzewami. - A teraz - rzekł Springer - musicie tam wejść. Ja nie pójdę z wami, tego mi nie wolno. Poślę jednak waszym śladem swe myśli i będę służyć wam radą, ilekroć okaże się to konieczne. Pamiętajcie - to, co teraz robicie, ma oswoić was ze światem zmór nocnych. Nie ryzykujcie i nie używajcie broni, dopóki nie będziecie do tego zmuszeni w obronie własnej. Kasyx, Tebulot i Samena zwarli ramiona i stanęli naprzeciwko błyszczącego ośmiokąta. - Z woli Ashapoli wejdźcie w ten świat snów - - zaintonował Springer. Ośmiokąt rósł, obracając się, aż znalazł się nad ich głowami. Potem zaczął opadać, aż osunął się na podłogę, obramowując ich, jakby jakiś prestidigitator przesuwał go przed ich oczami. W chwili, gdy świetlny kształt dotknął podłogi, eksplodowało w ich uszach zawodzenie wiatru. Jednocześnie runęła na nich ściana zacinającego deszczu. Rozejrzeli się, wciąż razem, schylając głowy. Deszcz bębnił o ich pancerze, wiatr rozwiewał pióra na kapeluszu Sameny, czyniąc z nich kłąb kotłującego się wściekle pierza. Niebo nad ich głowami miało kolor pordzewiałego żelaza, chmury miotały się po nim bezradnie z jednego krańca w drugi. Stali na nagim, brunatnym granicie, spękanym i śliskim od deszczu. W dali rysowały się ostre turnie posępnych gór. Na końcu doliny, na prawo, dostrzegli białą budowlę przypominającą klasztor lub fortecę. - Co robimy? - Susan przekrzykiwała wiatr.

- Chodźmy do tego budynku. Tyle mogę powiedzieć, skoro mnie pytasz - odkrzyknął Kasyx. - Wydaje się, że to główny punkt tego snu. Rozpletli dłonie, lecz nadal pozostawali jak najbliżej siebie. Z wolna, starając się przyzwyczaić do stąpania po niepodobnym do niczego terenie cudzego snu, zeszli po stromym granitowym zboczu do smaganego wiatrem wzniesienia. Stamtąd dostrzegli szeroką dolinę prowadzącą ku budowli. Słyszeli wyraźnie dzwon kołyszący się na wieży budynku, dzwon, którego dźwięk przejmował duszę smutkiem i melancholią, przypominając Kasyxowi niepokojące wersy z Edgara Allana Poe: „Żelazne dzwony - powagą myśli w ich monodii staję porażony bo każdy dźwięk, co spływa z gardzieli rdzą przeżartych to jęk”. Tebulot dotknął ramienia Kasyxa. - Spójrz tam! - krzyknął. Kasyx starł krople deszczu z przyłbicy i skierował wzrok w głąb doliny. W cieniach, w ukośnie zacinającej ulewie zdołał spostrzec powolną procesję jakichś postaci. Było ich dziesięć lub jedenaście otulonych białymi szatami i kapturami. Wspinały się powoli po zboczu doliny. Dwie idące na czele ciągnęły za sobą wielki drewniany krzyż, na którym rozciągnięty był nagi mężczyzna. Kasyx przytknął dłoń do boku hełmu i obraz przybliżył się. Widział teraz zakapturzonych tak dokładnie, jakby stali o parę stóp od niego. Byli wysocy, wyżsi od zwykłych ludzi. Niezależnie od tego, jak duże powiększenie nastawiał, nie mógł dostrzec pod ich kapturami niczego prócz absolutnej czerni. Wydało mu się przez chwilę, że uchwycił obraz ciemnego kędziora czy wąsa, lecz gdy usiłował skupić na tym spojrzenie, wszystko się rozmyło. Zwrócił teraz uwagę na drewniany krucyfiks i na rozpiętego na nim mężczyznę. Obie postaci prowadzące pochód ciągnęły krzyż tak, że jego wierzchołek podskakiwał po ziemi i głowa mężczyzny była niżej od stóp. Był przybity za nadgarstki i kostki, na jego ciele rozchodziły się promieniście krwawe ślady, jakby chłosty. Oczy rozwierał szeroko w cierpieniu. Każde drgnienie na kamienistym gruncie musiało być dla niego torturą. Kasyx rozpoznał w nim od razu śniącego. - Wygląda na to, że i oni kierują się do tego budynku - powiedziała Samena. - Dotrą do niego przed nami - stwierdził Tebulot. - Mamy go ratować czy co? - spytała Samena. - To znaczy, wygląda na to, że Springer wpuszczając nas do tego snu, chciał zobaczyć, co zrobimy. Kasyx pokręcił głową. - Nie wolno nam interweniować, dopóki nie grozi nam niebezpieczeństwo.

- Jasne - przekonywał Tebulot. - Ale po co są Wojownicy Nocy? Czy cały sens ich istnienia nie polega na tym, że wnikają do snów i ratują ludzi? - Nie wiem - powiedział Kasyx. - Ten mężczyzna na krzyżu jest tym, który śni ten sen. Może on potrzebuje takich właśnie snów, by rozładować swoje poczucie winy. Może gdyby ich nie miał, skończyłby jako psychicznie chory. Popatrzcie, co się z nim dzieje: jest karany. Słyszeliście, co mówił Springer. Rzeczy w snach nie są nigdy takimi, jakimi się jawią. Może te zakapturzone postaci to nic innego jak jego wyrzuty sumienia? - Więc mamy stać z boku i przyglądać się, jak ciągną go przez te skały? Ó to ci chodzi? - Nie jesteśmy upoważnieni do interwencji. - Kasyx trwał przy swoim. - Cóż. Wciąż mi się jednak wydaje, że jedynym sensem naszego pobytu tutaj jest właśnie interwencja - oznajmił Tebulot. - Chodźmy najpierw do tej budowli - zaproponowała Samena. - Potem zdecydujemy, czy możemy mu pomóc. - Oni będą tam przed nami - zauważył Kasyx. - Może nie zechcą nas wpuścić? Tebulot uniósł swą ciężką broń. - Słyszałeś, co powiedział Springer. To może skruszyć mury fortecy. Potrafimy tam wejść, czy będą tego chcieli, czy nie. Zmagając się z wiatrem i deszczem, zeszli ze skalistego wzniesienia i skierowali prosto ku budynkowi, krocząc po wąskiej grani szarego granitu. Pod nimi, z lewej strony procesja z krzyżem dochodziła już do zwieńczenia doliny. W chwilach, gdy wiatr cichł, słyszeli monotonne łacińskie śpiewy. Dzwon na wieży nie ustawał w jęku pełnym boleści, nieustannie powtarzanym. W końcu, gdy Wojownikom Nocy pozostało jeszcze do przejścia nie więcej niż sto pięćdziesiąt jardów, procesja osiągnęła zewnętrzne mury budowli, przeszła przez niezwykły, dziwnie zawieszony most i stanęła u wysokiej, głównej bramy. Tak naprawdę, dopiero gdy podeszli bliżej, zdali sobie sprawę z niezwykłości tej budowli. Była to konstrukcja z granitu, tego samego, który tworzył góry wokoło, obrobionego jednak tak starannie, że lśnił w deszczu. Gładkie, nie do zdobycia mury wznosiły się prawie na siedemdziesiąt stóp od fundamentów. Widniały w nich na dziesiątkach różnych poziomów setki otworów połączonych od wewnątrz kamiennymi schodami, po których nie kończącym się strumieniem podążali mężczyźni i kobiety we włosienicach, zakuci w łańcuchy i kajdany, z koronami cierniowymi na głowach. Mur wieńczyły blanki rojące się od mokrych, czarnych flag, trzepoczących rozgłośnie

na wietrze. - Już wiem - odezwał się Kasyx, gdy wszyscy troje przycupnęli za ostatnimi, osłaniającymi ich załomami skał. - Ten człowiek sam sobie wymierza karę. To o tym jest jego sen. Nie musimy wcale go ratować. Spójrzcie na to miejsce - to Pałac Kary. Setki razy czytałem o takich rojeniach. Pewnie jeszcze lubi nosić kobiece paski z podwiązkami, a na plecach ma ślady damskich obcasów. - Nie wiem - zmarszczyła brwi Samena. - Wydaje mi się, że w tym śnie jest coś więcej, niż to, o czym mówisz. Coś wyczuwam, chociaż nie wiem dokładnie co. - Uwierz mi, Sameno - zapewniał ją Kasyx - że każda minuta tego wszystkiego dostarcza mu zapewne niewysłowionej rozkoszy. - Nie lekceważ jej słów, Henry, to znaczy, Kasyxie - wtrącił się Tebulot. Przypomnij sobie, co powiedział Springer. Samena jest najwrażliwsza z nas wszystkich: może wyczuwa coś, czego my nie potrafimy zauważyć? Kasyx spojrzał na Samenę. Uśmiechnęła się. Kasyx musiał przyznać, że w tym kapeluszu z piórami i ozdobnym stroju wyglądała bardziej niż ładnie. - W porządku - zgodził się. - Może powinienem przestać być wykładowcą i wczuć się w rolę słuchacza. - Nie potrafię wam tego opisać. Odnoszę wrażenie, że w tym budynku jest coś jeszcze, co nie jest kreacją śniącego. Coś, co podporządkowuje sobie jego sen. - Może to dlatego Springer nas tu przyprowadził? - zapytał z niepokojem Kasyx. Może w tym śnie ukrywa się Yaomauitl. - Powiedział, że najpierw mamy potrenować - zaprotestował Tebulot. - Nie wysłałby nas od razu przeciwko Yaomauitlowi. - Nie jestem tego pewny - wyznał Kasyx. - I tak naprawdę to nie mam też pewności co do Springera. Nie wiemy przecież, kim rzeczywiście jest. A wszyscy, nie sprawdzając jego wiarygodności, pozwoliliśmy, by omamił nas i wciągnął w te, cokolwiek by nie powiedzieć, nieprawdopodobne przygody. Tebulot wyciągnął przed siebie broń. - Potrafił zrobić to, co widzimy, potrafił zmienić nas w Wojowników, a my mamy sprawdzać jego listy uwierzytelniające? Ejże, Kasyxie, czemu tak nagle zwątpiłeś w Springera? Czy nie cenisz teraz siebie wyżej, czy nie czujesz się lepiej? Czy nie dociera do ciebie, że możesz teraz zrobić absolutnie wszystko? Kasyx uniósł przyłbicę. Spojrzał twardo na Tebulota. Deszcz tłukł nieustannie o jego szkarłatny hełm.

- Chyba masz rację. Lepiej się czuję. To dlatego pewnie gotów byłem stać się Wojownikiem Nocy od samego początku, nie spytawszy nawet samego siebie, po co. Zauważyłeś, jak łagodnie przyjęliśmy to wszystko i jak, koniec końców, nieprawdopodobne to dało efekty? Zareagowaliśmy spokojnie, bo wszyscy wyczuwaliśmy, że jest to coś, na co czekamy; że to jest nasza szansa, by się uwolnić od różnych spraw. - Zamilkł na chwilę. - Nie sądzę, bym kiedykolwiek przestał wątpić. To część mojej natury i na tym głównie polega moja praca. Ale w porządku, przyjmuję to, co zrobił dla mnie Springer, i pójdę za nim. Będzie tak, dopóki ktoś nie udowodni mi, że zrobiłem w ten sposób z siebie niebezpiecznego idiotę. Tylko nie proś mnie nigdy, bym oddał życie za Springera czy Ashapolę, tak jakby taka ofiara miała być jednoznaczna i oczywista. Odpowiedź zawsze będzie brzmiała - wybij to sobie z głowy! - Nikt cię o to nie prosi. - Na razie. Zawsze istnieje taka możliwość. Samena dotknęła palcami swego czoła. - To odczucie... jest teraz potężne. To coś bardzo złego. - Co rozumiesz przez zło? - spytał Kasyx. - Napełnia lękiem. Jest bardzo zimne i zajadłe. To takie uczucie, jakbyś spacerując spokojnie ścieżką nagle podniósł głowę i zobaczył tuż przed sobą psa, który wygląda na wściekłego. Boisz się, ale nie możesz uciec. - No tak - powiedział Kasyx. - Pozostaje tylko pytanie, co mamy z tym zrobić. - Czy Springer nie obiecywał ci, że zostanie z nami w kontakcie? - spytał Tebulot. Może byś się dowiedział? Kasyx zamknął oczy, starając się usłyszeć myśl Springera. Minęły jednak dwie, trzy minuty, a nie słyszał niczego prócz ciszy, ciszy tak bezbrzeżnej, jak nieskończona pustka, którą widział ostatnio w jego oczach. - Nie ma go - stwierdził w końcu. - A przynajmniej nie utrzymuje kontaktu. - Skoro tak, jestem za tym, by wejść do tego budynku i zobaczyć, co dzieje się w środku - nalegał Tebulot. - Chodźcie, nie wiadomo, ile mamy czasu. Ten gość może wkrótce się obudzić albo obrócić na drugi bok i zacząć śnić o wesołych dziewczynkach. Kasyx uniósł głowę, mrużąc oczy przed wiatrem. - Nie sądzę, bym miał cokolwiek przeciwko temu. Położył jednak dłonie na ich ramionach, przekazując im tyle energii, ile uważał za wskazane. Prąd przemknął zygzakami przez jego pierś, trzaskając w ulewnym deszczu. Tebulot sprawdził jarzącą się skalę załadowania broni - wskazywała na sto procent. Samena odpięła od pasa grot strzały, proste, trójkątne ostrze i nasadziła je na koniec wskazującego palca prawej dłoni.

- No dobrze. Prowadź, Sameno - rzekł Kasyx. Podnieśli się z ukrycia za skałami i ruszyli przez dolinę do dziwacznie zawieszonego mostu. Biegli szybko, z pochylonymi głowami - było to wszystko, co mogli zrobić, by zmniejszyć szansę wykrycia. Kasyx wdzięczny był deszczowi, który rozpadał się jeszcze silniej i spływał teraz kaskadami. Nie zmienił tego zdania nawet wtedy, gdy pośliznął się parokrotnie na skałach. Do mostu dotarli nie zauważeni, przynajmniej tak im się wydawało. Przebiegli go bez wahania, z klaskaniem podeszew o wilgotny kamień. Most przerzucono ponad głęboką, sztucznie stworzoną fosą, w której stała poczerniała od szlamu woda. Jej powierzchnię znaczyły koliste ślady padających kropel, od czasu do czasu wzburzała się, jakby coś przepływało głęboko pod nią. Wojownicy Nocy znaleźli się przed wąską, łukowatą bramą. Kasyx znający freudowską symbolikę snów zauważył, że przypominała kształtem kobiecy srom. Nie powiedział jednak nic. Przeprowadził towarzyszy na drugą stronę, do długiego, mrocznego korytarza. W oddali, u wylotu przejścia widać było brukowany, zalany kałużami wewnętrzny dziedziniec. Stało na nim kilka zakapturzonych postaci, najwyraźniej strażników. - Co teraz robimy? - spytał Tebulot unosząc nerwowo broń. - Podejdziemy do nich. I tyle. Będziemy tylko musieli zachować ostrożność i być gotowi na wszystko. Jeden nieprzyjazny gest i na nich. - Dobry, prosty jak drut, amerykański sposób myślenia - skomentowała uszczypliwie Samena. - Więc co proponujesz? Podejść i uścisnąć im dłonie? Z tego, co wiemy, te przyjemniaczki ukrzyżowały człowieka, który śni ten sen, i mogą mieć ochotę zrobić to samo z nami. Przeszli ostrożnie ostatni jard tunelu i wkroczyli na deszczowy podwórzec. Tebulot spojrzał w górę. Mury otaczające dziedziniec wieńczyło kilkadziesiąt małych balkonów. Na każdym z nich stała zakapturzona postać z czymś podobnym do kuszy w ręku. - Mam wrażenie, że to jest właśnie to, co niektórzy zwą pułapką. Tebulot trącił nałokietnik Kasyxa. - Chyba masz rację. Teraz jednak od zakapturzonych postaci na środku dziedzińca dzieliło ich mniej niż dziesięć stóp i próba wycofania się zakrawała na bardziej niebezpieczną niż marsz naprzód. Kasyx przystanął i uniósł dłoń. - To nie są czerwonoskórzy - zauważył Tebulot. - Na miłość boską, to jest uniwersalny gest powitania - warknął Kasyx nie odwracając

głowy. Zakapturzeni spojrzeli na Wojowników Nocy pustką spod swych kapturów. Nie odsłonili twarzy, nie odezwali się. Wiatr wpadał w zawirowania w studni podwórca, unosząc liście i śmieci, targając skraje pielgrzymich szat. - Chcemy zobaczyć się ze śniącym - powiedział Kasyx. - Chcemy upewnić się, że jest bezpieczny. Strażnicy milczeli. Jeden z nich uniósł jednak rękaw i uczynił zapraszający gest, dwaj pozostali odwrócili się i ruszyli ku przeciwległej ścianie, w której otwierał się następny tunel. - Idziemy za nimi? - spytał Kasyx. Samena spojrzała na otaczające ich postaci w kapturach i z kuszami. - Chyba powinniśmy. - Springer wspominał o zdobywaniu doświadczenia, no nie? - przytaknął Tebulot. To jest chyba to, o co mu chodziło. - Uważaj na tyły - powiedział Kasyx. - Nie chciałbym, by nas tu zapuszkowali. Strażnicy poruszali się coraz szybciej, aż zniknęli w tunelu. Kasyx dotknął ramienia Tebulota. - Trzymaj broń w gotowości. To może być pułapka. Zawahali się jeszcze u wejścia. A potem, już bez dalszych dyskusji, zagłębili się w tunel wiedząc, że jakiekolwiek było ich przeznaczenie, leżało ono gdzieś przed nimi i jedyne, co im pozostało, to podążać ku niemu w pogardzie dla strachu.

11
Wewnętrzne ściany tunelu, miękkie i gładkie, wydzielały wyraźny zapach, który nasuwał Kasyxowi nieodparte skojarzenie z wnętrzem kobiecego ciała. Jakiekolwiek były obsesje śpiącego, skupiały się wyraźnie wokół seksu i finansów. Im głębiej penetrowali sen, tym silniejsza stawała się w nim atmosfera erotyzmu. Gdzieś w głębi budowli rozlegał się rytmiczny łomot, przypominający raczej bicie ludzkiego serca niż mechanizm. Kasyx obawiał się, że cały budynek może zacząć stopniowo przekształcać się w gigantyczne ciało. Wyszli z tunelu na rozległą, otwartą galerię ze sklepionym dachem, pod którym przebiegały liczne przewody i rury, żyły i tętnice. Górowała nad nią skomplikowana maszyna z drewna i metalu, wysoka na jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt stóp. Zębatki, przekładnie, koła napędowe, wyciągi, czarne masywne tłoki, poruszające się w tę i z powrotem na mimośrodowych kołach - cała ta maszyneria wydawała niski, grzmiący odgłos, zdominowany piskiem ślizgającej się po sobie, pokrytej smarami stali. - Gdzie się podziali ci dwaj dowcipnisie w kapturkach? - spytał Tebulot, od dłuższej już chwili nie opuszczając broni. - Tam - Samena wskazała na drugą stronę galerii. Na balkonie, wspartym pajęczymi schodkami z żelaza i mosiądzu, stały dwie zakapturzone postaci, obserwując ich z uwagą. - Chciałbym wiedzieć, gdzie jest śniący - Tebulot rozejrzał się szybko dookoła. Kasyx uniósł głowę i zlustrował maszynę. - Widzę go - oznajmił w końcu. Podążali za jego spojrzeniem. Na samym szczycie maszyny przebiegał drewniany przenośnik, taśma z terkotem przesuwała się po rolkach. Przyczepiony był do niej krzyż śpiącego. Zupełnie jak oś samochodu na linii produkcyjnej. Mężczyzna nadal tkwił na krzyżu, tak im się przynajmniej wydawało, gdy patrzyli z dołu. Obciążone ludzkim ciężarem belki dotarły do końca taśmy, gdzie zostały uniesione do pionu. Zębaty pas poniósł teraz mężczyznę w dół, ku sercu maszynerii. Przeciągany był przez potężne przekładnie kół zębatych, wyciągów, przez kolejne taśmociągi. Przebył tunel uderzających skórzanych batów i wyjechał z niego na nieprzerwanie obracające się koła. Potem dostał się pod niestrudzenie opadające ramiona, których zakończenia przypominały szczotki do włosów, tyle tylko, że wyposażone w ostrza. Krzyż mijał kolejne piętra machiny. Kasyx przyglądał się temu, aż w końcu zwrócił

się do Sameny i Tebulota. - Starczy. Ten gość nie potrzebuje pomocy. Przynajmniej nie z naszej strony. Może dobrze by mu zrobiło, gdyby pozbył się wstydu i nieśmiałości. - To co, spływamy? - spytał Tebulot. Był niemal załamany tym, że sen, do którego trafili, nie zamienił się w misję ratunkową. - Wciąż czuję tu jakieś zło - odezwała się jednak Samena. - Czuję to. Jest teraz blisko. O wiele bliżej. Może to nie w tym śnie... ale bardzo blisko. - Głosuję za tym, by dać sobie już spokój i wracać - powiedział Kasyx. - Chodźcie, tu nie zdobędziemy żadnego sensownego doświadczenia. Co byśmy zresztą zrobili, gdyby Yaomauitl naprawdę się tu pojawił? Samena przytknęła palce do czoła i zamknęła oczy. Wyczuwała zło równie wyraźnie, jak rytmiczne drganie całego budynku. Było jak intensywny, czarny chłód, który zmrażał przednie płaty jej mózgu; czerń trawionej chorobą skóry, lodowatość śmierci. Niemal widziała groteskowe twarze, lecz nie mogła skupić na nich spojrzenia. Szeptały, naradzały się ze sobą. mówiły o bluźnierstwach. torturach i okrucieństwach, które przerastały ludzka wyobraźnię. Ale było w tej ciemności także coś kuszącego. Całe to xlo obiecywało intensywną rozkosz doznawaną w delirycznym zapamiętaniu nagości, namiętności i niebezpieczeństwa. Głosy szeptały o „małej śmierci”, o momentach poniżenia tak skrajnego, że ośrodki przyjemności błagałyby o więcej, by uczynić je zupełnymi. Kasyx przyciągnął Samenę bliżej siebie. - Co jest? spytał. Co to jest? Naprawdę jest takie silne? Przytaknęła. - Nie wiem, czy jest złe, czy dobre. W pierwszej chwili wyglądało na złe... teraz nie jestem pewna. - Może powinniśmy to sprawdzić - zaproponował Tebulot. Kasyx pokręcił głową. - Starczy na jedną noc. Wracajmy do Springera. Chce wiedzieć, czemu nie utrzymuje z nami kontaktu. Skierowali się z powrotem do tunelu; ledwie to jednak zrobili, dwie zakapturzone postaci pojawiły się w jego wylocie i zagrodziły przejście. Jak zdołały przejść tam za nimi nie zauważone. Wojownicy Nocy nie mieli pojęcia, ale w końcu był to sen, a we śnie wszystko jest możliwe. Nocni Wojownicy podeszli ostrożnie bliżej i przystanęli. Było oczywiste, że nie to

wyjście przewidziano tu dla nich. - Odsuniecie się? - spytał Kasyx. Jedna z zakapturzonych postaci uniosła rękę i wskazała na drugi koniec galerii. Był tam wylot jeszcze jednego tunelu, nieco węższego, lecz równie ciemnego. - Pójdziecie tamtędy - oświadczyła zakapturzona postać. - Przykro mi, przyjacielu - odpowiedział Kasyx. - Mamy zamiar użyć tej samej drogi, którą weszliśmy. - Pójdziecie drogą, którą wam wskazałem - nalegała postać. - A jeśli odmówimy? - spytał Tebulot. Obie zakapturzone postaci, i tak już wysokie, zaczęły rosnąć, a czarne kaptury ich płaszczy rozszerzały się, aż zawisły nad Nocnymi Wojownikami jak gęby żywiących się ludźmi ślepych robaków. Podchodziły coraz bliżej rozkołysanym krokiem, a Kasyx znów miał wrażenie, że tam, gdzie powinny być twarze, widzi poruszające się czarne wąsy, czułki lub macki. Tebulot nie czekał na rozkazy. Odciągnął dźwignię w kształcie litery T, uniósł swą ciężką maszynę do ramienia i wystrzelił do bliższej z dwóch postaci. Rozległo się ciche, lecz ostre „zzaffff!” i biały strumień czystej energii wniknął w ciemność pod kapturem. Przez chwilę Tebulot sądził, że postać wchłonęła strzał bez szkody dla siebie; potem jednak wysoko wzniesiony płaszcz zaczął marszczyć się i opadać. Opadł na ziemię jak pusty. W ostatniej jednak chwili coś zakotłowało się pod nim w przyprawiający o mdłości sposób i wyprysnęło na zewnątrz, czarne, chrząstkowate i splątane. Tebulot ponownie szarpnął dźwignię i wystrzelił, kolejny ładunek uderzył prosto w cel. Rozległ się trzask, w powietrzu rozszedł się mdlący odór palonego tłuszczu, uszy zaś wypełnił krzyk brzmiący jak tarcie metalu o szkło. Druga postać zawahała się na chwilę, potem jednak pochyliła się nad Samena i z wnętrza kaptura wypełzać zaczęły, jedna za drugą, dziesiątki grubych i tłustych macek. Postać zwijała się przy tym niczym wymiotujący wąż. Samena krzyknęła przeraźliwie, zdążyła jednak unieść ramiona i złożyć nadgarstki, celując wskazującym palcem prawej dłoni w sam środek gęstwy macek. Wystrzeliła, zużywając całą niemal energię, którą przekazał jej Kasyx - o wiele więcej, niż było potrzeba, nie miała jednak dość doświadczenia, była przerażona, a postać znajdowała się już prawie dokładnie nad nią. Na czubku jej palca eksplodowała uwolniona energia, a grot, który przymocowała już wcześniej, wbił się w ciało istoty, pociągając za sobą sześć stóp czystego, oślepiającego światła.

Przedarł się przez skórę i mięśnie, otwierając drogę dla skoncentrowanej energii. Ta wniknęła we wnętrzności stwora i eksplodowała. Kawałki wyrwanych ze splotów macek zostały z raniącym uszy trzaskiem rozrzucone we wszystkich kierunkach. Kilka z nich uderzyło w hełm Kasyxa, plaskając przy tym jak strzępy wilgotnej irchy. - Teraz! - krzyknął Tebulot i cała trójka runęła do tunelu. Było w nim bardzo ciemno, zdawał się jeszcze węższy i bardziej wilgotny. Ich stopy ślizgały się po karbowanej, jakby umięśnionej podłodze, kilka razy musieli wesprzeć się o ściany, by nie stracić równowagi. Kasyx widział jedynie odblaski światła, cienie i tył hełmu biegnącego z wysiłkiem na przedzie Tebulota. Dotarli w końcu do wybrukowanego dziedzińca u wylotu tunelu. Wciąż padało, gwałtowne oberwanie chmury wypełniało podwórze, unosząc się lekką wodną mgłą. Kasyx zatrzymał Tebulota, chwytając go za ramię. Przyłożył dłoń do okapu hełmu. Przełączył wizjer na promienie podczerwone, by dostrzec we mgle nieprzyjaciół. Zlustrował jaskrawe teraz dzięki podczerwieni podwórko, malujące się przed jego oczami. Nie dostrzegł niczego, co wydzielałoby własną energię. Nawet go to nie zdziwiło. Ostatecznie, monstra ze snu, którymi były zakapturzone postaci, mogły w ogóle nie mieć ciepłych ciał. A w takim razie mogły one czekać w deszczu i czaić się, by ich zaatakować. - Nie mogę wykryć żadnego z tych stworów - szepnął do Tebulota i Sameny. Powinniśmy wyjść z tunelu i być gotowi na wszystko. Pamiętacie tych na balkonach? Mogą do nas strzelać lub rzucić się w dół, by nas złapać. Musimy przebiec przez podwórze jak jakieś cholerne strusie; strzelając do nich, ile się da. Tebulot podrzucił broń i marszcząc brwi przestawił ją na ogień ciągły i rozproszony. Żadna z dźwigni nie była opisana, lecz Tebulot intuicyjnie trafił, na co chciał. Broń miała niezwykłe właściwości. Można było robić nią wszystko, co tylko był w stanie pomyśleć sobie ten, który ją nosił. Jeśli chciał, by ładunek energii wystrzelony do przodu zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i poraził cel za jego plecami, wystarczyło tylko wydać takie polecenie. Samena, z uwagą ochraniająca tyły podczas biegu w tunelu, nasadziła na palec wielogrotowy pocisk, który miał rozprysnąć się w połowie swego lotu, wysyłając w półkole tuzin zmiatających po drodze wszystko zakrzywionych haczyków. - Dobra - powiedział z napięciem w głosie Kasyx. - Biegiem! Ledwo wypadli z tunelu na deszcz, od razu zostali przywitani chmurą grubych, czarnych strzał wystrzelonych z balkonów nad ich głowami. Przemykały w deszczu z taką szybkością, że nie było ich widać, aż do chwili, gdy trafiały w cel; każda rozbrzmiewała świstem jeżącym włos na głowie. Trzydzieści czy czterdzieści wystrzelonych naraz,

chichotało jak cała armia wypuszczonych z otchłani piekła demonów, wbijając się z potworną siłą na trzy stopy w bruk. Maszyna Tebulota nadawała się jednak zarówno do ataku, jak i do obrony. Uniósł ją opadając na jedno kolano i wystrzelił energię, która rozeszła się w mgiełkę i przechwyciła wszystkie niemal strzały z następnej salwy tak, że opadały na bruk powoli i niegroźnie. Samena po raz pierwszy mogła popisać się swą szybkością i zwinnością. Przemykając się i przeskakując pomiędzy padającymi strzałami, dotarła aż na środek podwórca, gdzie uniosła ramiona i wysłała ku zwieszającym się balkonom zwielokrotniony strzał. W górze rozległy się krzyki, cztery puste płaszcze sfrunęły wraz z deszczem i przylgnęły do mokrego bruku. Tebulot poprawił chwyt i wystrzelił w każdy z nich krótki, zabójczy strumień energii. Rozległo się skwierczenie palonych ciał i nie milknący wrzask. Tylko jedno z mackowatych stworzeń zdołało umknąć, kuśtykając jak zdeformowana, okaleczona ośmiornica ku cieniom w kącie dziedzińca. Kasyx odbijał strzały, unosząc rękę na wysokość oczu. Wytwarzało to energetyczny ekran. Strzały traciły w nim spójną strukturę atomową i znikały z trzaskiem wyładowań. Kosztowało go to jednak zbyt wiele energii, skorzystał więc z tego, że Samena wypuściła następny rój grotów, i uciekł do tunelu, którym wyszli z budynku. Już będąc w nim obrócił się i spojrzał do tyłu. Tebulot dosięgnął niemal schronienia, przystając co chwilę i wysyłając straszliwe salwy oślepiającej energii w szeregi uczepionych balkonów postaci. Samena biegła dalej, była jednak tak lekka i zwinna, że Kasyxowi nie przyszło do głowy, by mogła mieć jakieś kłopoty z ucieczką. Podwórzec rozbłysnął, zamigotał i zaskrzypiał. Krople deszczu schwytane zostały przez błyskawice, zanim dosięgły ziemi, zupełnie jakby każda dostała swój promień. Tebulot i Samena walczyli teraz jak w klatce ze srebrnych igieł. Zaśmierdziało palonym płótnem, pojawił się znowu ten sam smród, jaki pozostał po trafionej przez Tebulota mackowatej istocie, ta sama woń przypiekanego ślimaka. Na dziedziniec spadły następne strzały. Kolejne płaszcze sfrunęły resztką mocy z balkonów, zwijając się na bruku. Tebulot sprawdzając skalę broni ujrzał, że żarzyła się resztką mocy. Wyczerpał już prawie całą energię, którą dal mu Kasyx przed wniknięciem w sen. Wysłał ku balkonom ostatni błysk, a potem z pochyloną głowa i uniesionymi dla osłony ramionami, pobiegł ku Kasyxowi. Jedna ze strzał przemknęła tuż obok wbijając się w kamienie przy jego stopie. W ostatniej chwili zdołał rzucić się jak bramkarz do tunelu. Wylądował z grzechotem padającej obok broni.

- Koniec! - krzyknął bez tchu. Nie mam już mocy. - Trzymaj się. Nic zostało mi jej wicie - powiedział Kasyx. A będę jeszcze potrzebował trochę, by wydostać się z tego snu. Nic chcę jej teraz zużywać. Obaj z lękiem obserwowali Samenę. wymykającą się strzałom w biegu przez dziedziniec. Jej ruchy przypominały skomplikowany taniec, wspaniale skoordynowane reakcje mięśni były szybkie i gwałtowne, lecz zachowywały wdzięk. Nie mogła widzieć strzał, które na nią padały, zmysły miała jednak dość wyczulone, by odbierać delikatne sygnały emocjonalne celujących wrogów, silniejsze w chwili zwalniania kuszy. Wyczuwała też drgania powietrza rozdzieranego pędzącymi z szybkością trzystu mil na godzinę strzałami. Kasyx i Tebulot wpatrywali się przez chwilę jak zahipnotyzowani w Samenę i jej oszałamiający balet. W końcu Kasyx zauważył, że nie wystrzeliwuje już grotów. Tak jak Tebulot, ona również wyczerpała swe zasoby energii. - Sameno! - krzyknął. - Sameno! Musisz uciekać! Spojrzała na niego przelotnie, ze stężałą od wysiłku twarzą. Widział, jak tym samym spojrzeniem oceniła odległość dzielącą ją od tunelu, wybierając najlepszy sposób ucieczki. - Teraz, Sameno! - ryknął Kasyx. - Teraz! Nagle podwórzec zaczął się gwałtownie zmieniać. Balkony zostały wciągnięte w mur wraz z postaciami w kapturach, niczym zamykające się oczy. Szczyty murów pochyliły się nad ich głowami ku sobie, na koniec połączyły się w sklepiony dach. Grunt zadrżał im pod stopami, podwórzec pogrążył się w ciemności, aż w końcu Kasyx i Tebulot widzieli jedynie biel poruszających się rąk i nóg Sameny, wciąż uporczywie przedzierającej się ku tunelowi. - Sameno! - krzyknął Kasyx. - Jeszcze trochę. Bruk podwórca zaczął się jednak zapadać, falować tak, że Samena musiała w drodze do tunelu wspinać się na wzniesienia. Kamienne kostki zbiły się w miękkie, cieliste fałdy, śliskie od śluzu. Po paru krokach Samena straciła równowagę, upadła na wznak. Kasyx rzucił się naprzód, oglądając mocno już pofałdowany podwórzec. Ale Samena przepadła bez śladu. - Daj mi trochę energii! - krzyknął Tebulot. - Tylko trochę! Muszę ją wydostać! Kasyx uniósł przyłbicę hełmu. - A jeśli zabraknie nam mocy, by wydostać się z tego snu? Co wtedy? - Muszę odnaleźć Samenę! - zawył Tebulot. - Na miłość boską, daj mi trochę mocy! Kasyx wahał się, lecz Tebulot nie ustępował. - Jesteśmy tu razem, Kasyxie, jak Trzech Muszkieterów. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeśli nie będziemy mieli ze sobą Sameny, nie ruszymy się stąd. Czy nie

rozumiesz, że jesteśmy Wojownikami Nocy? To nie zabawa, nie gra towarzyska dla trzech osób, to jest realne! Wojownicy Nocy to my! Kasyx wyciągnął rękę, kiwając głową. Tebulot schwycił ją i przycisnął wprost do swego napierśnika. - Teraz! - powiedział i Kasyx pozwolił, by mała porcja energii opuściła jego ciało i przeciekła w ciało Opiekuna Maszyny. - Jeszcze - zażądał Tebulot. Kasyx wciągnął głęboko powietrze, ale spełnił to życzenie, mimo że sam czuł, jak z każdą sekundą maleje jego moc. Tebulot sprawdził wskaźnik załadowania. Jarzył się do połowy skali. Odsunął dłoń Kasyxa. - Starczy. Teraz idę po nią. Mury i dach budowli zamykały się wokół nich, ciężkie i przytłaczające w mroku. Kasyx dotknął środka swego czoła i z oprawy jego przyłbicy wytrysnął promień światła, płaski, lecz sięgający na sto osiemdziesiąt stopni wokoło. Wydobył z ciemności wilgoć, czerwień i prążkowaną strukturę żywego ciała. Dziedziniec zmienił się zupełnie. Pomiędzy miejscem, gdzie stali Tebulot i Kasyx, a obszarem, na którym zniknęła Samena, tunel skurczył się jak muskularny zwieracz. Gdy Tebulot rzucił się w jego kierunku brnąc po kolana w szkarłatnej tkance, prześwit, jaki pozostał, miał tylko dwie stopy przekroju. - Zamyka się! - krzyknął za nim Kasyx. Tebulot szarpnął śliską dłonią dźwignię broni. Wystrzelił w zwieracz mały ładunek energii, ten natychmiast rozchylił się i zadrżał jak żywy. Potem jednak zwarł się jeszcze mocniej, całkowicie blokując tunel. - Jeszcze raz - zawołał Kasyx. Tebulot wystrzelił. Zwieracz zadrżał, lecz pozostał zaciśnięty. Kasyx podbiegł, ciężko oddychając, w panice, że Samena może zginąć. To on był Strażnikiem Mocy, to on ponosił odpowiedzialność. Co stanie się z jej ziemskim ciałem, jeśli jej dusza zaginie bezpowrotnie we śnie jakiegoś obcego człowieka? Miał jeszcze dość mocy, by zabrać siebie i Tebulota z tego snu, nie do tego chciał ją jednak wykorzystać. Postanowił zwolnić ją całą w jednej chwili. Miał nadzieję, że otworzy to w tunelu przejście dość szerokie, by mogli się wydostać i uratować Samenę. A potem - cóż, nie myślał o tym, co będzie potem. Dotarło do niego to, co powiedział Tebulot. Co to znaczy być Wojownikiem Nocy. Lojalność była ważniejsza niż pragnienie przetrwania, silniejsza niż

moc, przeciwko której walczyli. Są bohaterami, a zatem jedynym właściwym im sposobem zachowania jest postępowanie godne bohaterów. Umierać wolno także tylko bohaterską śmiercią. Nigdy dotąd w swym życiu nie był niczym tak przejęty. Nigdy aż tak bardzo się nie bał. Położył dłonie na zwale tarasujących przejście mięśni. - Co robisz? - krzyknął Tebulot. - Kasyxie! Lecz Kasyx był zbyt podekscytowany i przerażony, by odpowiedzieć. Jedna roznosząca wszystko eksplozja: nie tylko tej energii, którą przekazał mu Ashapola, ale i gromadzonej latami siły swego intelektu i osobowości. Skoro miał odejść, to, na Boga, niech odejdzie z hukiem. Tak, by nie zostało nic, oprócz dymiących podeszew butów. Zamknął oczy, mamrocząc pod nosem modlitwę. Lecz właśnie, gdy zaczynał zbierać się w sobie, poczuł, że muskularny zwieracz rozluźnia się i otwiera. Tebulot przepchnął się do niego i razem wyjrzeli przez rozszerzający się przed nimi otwór. Na zewnątrz była jaskinia, ciemnoczerwona, prawie czarna i tak gorąca, że z porów w ścianach dobywała się para. Po chwili jednak obraz zaczął się zmieniać. Mroczne, przyprawiające o klaustrofobię ściany ustępowały miejsca nocnemu niebu, na którym migotały miliony gwiazd. Zimny wiatr rozgonił kłęby pary, pokrył fałdy ciała kurzem i piaskiem, wysuszając je szybko. Wyglądały teraz jak skamieniała muszla mięczaka. Trwała noc. Noc nad prehistoryczną pustynią, może dnem jakiegoś morza, którego wody już dawno spłynęły, zostawiając rośliny i mięczaki, by prażyły się na słońcu, by umierały, samotne i zapomniane. W dali, na nieregularnie pozastrupianej powierzchni pustyni, klęczała Samena. Kasyx dotknął boku hełmu i przyjrzał się z bliska. Była związana linami, z dłońmi na plecach, na jej szyi zaciskała się pętla. Tuż za nią powietrze zafalowało i zgęstniało nagle, przybierając z wolna kształt stojącej postaci. Kasyx poprawił ostrość i ujrzał, że jest to chłopiec, nie starszy niż jedenaście czy dwanaście lat, ubrany na szaro. Miał dziwnie uformowaną twarz, tak jakby rzeźbiarz nie mógł się zdecydować, jaki wyraz wycisnąć chce ostatecznie w glinie. Jedyne, co można było dostrzec, to że w lewej ręce trzymał linę, której drugi koniec tworzył pętlę na szyi Sameny. - Co u diabła? - zapytał Tebulot. - Chyba chłopiec - odpowiedział Kasyx. - Chłopiec? Jaki znowu chłopiec? - Chodźmy sprawdzić. Ruszyli w drogę. Chłopiec przyglądał się im. gdy podchodzili i zachowywał zupełny

spokój. Gdy byli już mniej niż dwadzieścia stóp od niego, uniósł gwałtownie rękę, pociągając równocześnie linę. Kasyx i Tebulot zatrzymali się w miejscu. - Sameno! - krzyknął Kasyx. - Nic ci nie jest? Samena pozostała w bezruchu, milcząca, z opuszczoną głową. - Ma się dobrze - powiedział dziwnie grubym głosem chłopiec. - Przynajmniej na razie. Nie może tylko mówić. Nie słyszy również ani nie widzi. - Co jej zrobiłeś? - zapytał Kasyx. - Chcesz mieć dziurę we łbie? - dodał Tebulot nie kryjąc agresywnych zamiarów i unosząc maszynę. Chłopiec uśmiechnął się niemal z zadumą. - Musiały to być piękne dni, gdy sny całych narodów strzeżone były przez Wojowników Nocy, a diabły biegały na wolności. Potężne bitwy rozgrywały się wtedy na polach wyobraźni... Przykro mi stwierdzić, że nie mam więcej niż trzech przeciwników, w dodatku słabych i niedoświadczonych. - Może niedoświadczonych - powiedział Kasyx. - Ale nie słabych. Chłopiec pokręcił głową. - Wiem, jak niewiele mocy ci zostało, stary człowieku. Ledwie zdołasz wrócić do świata jawy. Nawet gdybyś zwolnił ją całą, tu i teraz, odbiłbym ją równie łatwo, jak ty odbijałeś strzały mnichów z Twierdzy Wstydu. Pociągnął znów za linę i dodał: - Będziecie bezsilni. Będę mógł zdmuchnąć was jak świece. - Kim jesteś? - spytał go Kasyx. - - Czego chcesz od Sameny? - Znacie mnie dobrze - odpowiedział chłopiec. - Widzieliście mnie na plaży w Del Mar. Nie takiego, jak teraz, lecz to byłem ja. Przez mgnienie ujrzeli prawdziwą postać chłopca. Ujrzeli twarz demona z płonącymi oczami, ujrzeli szkieletowała klatkę piersiową, na wpół rozwinięte serce pulsujące pod niemal przezroczystą skórą jak embrion kurczaka pływający w białku. Ujrzeli pazurzaste ręce i zakrzywione kości udowe. Potem wyobrażenie wywołane przez chłopca znikło, demon rozpłynął się i znów stali na pustyni ze snu, a wiatr owiewał ich, wypłakując żałosny, cichy, pogrzebowy lament. Zastanawiali się, czy trafili do piekła, czy może raczej piekło przyszło do nich. - Jesteś nasieniem Yaomauitla - powiedział ochryple Kasyx. - No, no, moi pozbawieni doświadczenia przyjaciele, więcej wiecie, niż sadziłem odrzekł chłopiec. - Tak wiec spór między nami będzie gorętszy i bardziej ekscytujący. Żadna

to przyjemność zabijać głupców i niedoinformowanych. - Co tu robisz? - zażądał odpowiedzi Kasyx. - Co robisz w tym śnie? - Naprawdę nie wiesz? Nic masz pojęcia, kim jest ten człowiek, który to śni? A jednak głupcy! Spytaj swego przyjaciela o imieniu Springer. Spytaj go, czyj to jest sen! - Ty nam to powiesz - zażądał Tebulot. Chłopiec pokręcił głową. - To by zepsuło całą przyjemność. - Co zamierzasz zrobić z Sameną? - spytał Kasyx. - Zatrzymam ją sobie na czas jakiś, przynajmniej do chwili, aż dorosnę. Jako zakładniczkę, można by powiedzieć, bym mógł dokończyć spokojnie mój okres płodowy i rozwinąć pełnię mej potęgi. - A zatem nie jesteś tak potężny, jak to głosisz - powiedział powoli Kasyx. W pozbawionej wyrazu twarzy chłopca rozjarzyły się na chwilę oczy demona. - Ciebie mogę zabić, starcze! - Może i tak. lecz nic jesteś dość silny, by zabić całą naszą trójkę. Gdyby tak było, po prostu byś to zrobił. Stoimy na twojej drodze. To dlatego potrzebujesz jednego z nas jako zakładnika. By pozostałych dwóch siedziało cicho. - Cóż, jesteś jednak mądry i spostrzegawczy - rzekł chłopiec. -- Chcę, żebyś puścił teraz tę linę i uwolnił Samenę. W przeciwnym razie porażę cię ciosem, który będzie ciosem ostatecznym. Chłopiec spojrzał na nocne niebo. Gwiazdy znikały z nieboskłonu jak nasiona dmuchawca zwiewane z pomalowanego kreozotową farbą ogrodzenia. Pustynia zaczynała zmieniać się i przechylać pod ich stopami. - Czujecie? - spytał chłopiec. - Śpiący się budzi. Najgłębszy sen już prawie się skończył. Nadal zamierzam cię spalić - powiedział Kasyx postępując dwa kroki do przodu. Tebulot zaprotestował jednak. - Nie, Kasyxie. Nie teraz. Kasyx odwrócił się. - Czy to nie ty mówiłeś o Trzech Muszkieterach! Jeden za wszystkich. - I właśnie dlatego nie możesz użyć teraz tej energii do ciosu - powiedział Tebulot. Jeśli on, jak zapowiada, odbije ją, zabije ciebie i zapewne zdoła też zabić mnie. Co jednak spotka Samenę? Kasyx uniósł powoli przejrzystą przyłbicę hełmu i odwrócił się na chwilę, by spojrzeć na Samenę i demonicznego chłopca. - To zbyt ryzykowne - podtrzymywał Tebulot. - Zbyt trudno przewidzieć skutki.

- Przecież on zatrzyma ją jako zakładniczkę! - wybuchnął Kasyx. - Wiem... ale dopóki pozostaje w jego niewoli, jest bezpieczna. Zawsze będziemy mogli spróbować odbić ją jutrzejszej nocy, w innym śnie. Daj spokój, Kasyxie, to zbyt niebezpieczne. Sam to widzisz. Cofnij się. Nie jesteś w stanie przewidzieć, co może się stać. - To niepodobne do ciebie, Tebulocie - rzekł Kasyx, ale cofnął się. Tebulot nie spojrzał na niego. - Może i tak - odpowiedział cicho. - Przedtem myślałem, że Samena zginęła. Teraz na własne oczy widzę, że żyje. A dopóki żyje, jest jeszcze szansa. Kasyx przytaknął. Zrozumiał. Emocje młodych były często niewyważone, były jednak silne. Szanował zapał, nawet w pogoni za niemożliwym. Sam nigdy nie miał w sobie zbyt wiele siły i nigdy nie próbował sięgać marzeń. Przynajmniej przed tą nocą. Kasyx odezwał się wyraźnym głosem: - Jesteśmy zmuszeni zostawić cię tutaj, Sameno. Dla twego własnego dobra i dla naszego bezpieczeństwa musimy wrócić do świata jawy bez ciebie. Obiecuję ci jednak, a ta obietnica ważna jest w obu światach, tak snu jak i jawy, wobec wszystkich mieszkańców obu tych światów, że powrócę i że Tebulot powróci przy mym boku, by uwolnić cię z mocy niedorosłego Yaomauitla, przysięgam ci to, na mroczne i święte imię Wojowników Nocy! Chłopiec zaklaskał, uderzając palcami prawej dłoni o lewą, trzymającą linę. - Uwierz mi, ona nie słyszała ani słowa, biedny starcze. Co nie zmienia faktu, że była to piękna mowa. Potem, wciąż się uśmiechając, złożył ręce na piersi i oboje z Samena odsunęli się od nich. Cofali się coraz szybciej, aż zniknęli za horyzontem. Kasyx przez dłuższą chwilę spoglądał na widnokrąg, potem odwrócił się do Tebulota. - Zgubiłem ją. - Nie ty, Kasyxie. My. My ją straciliśmy. Jesteśmy jednak obaj dość pomyleni, by ją odszukać. To możesz sobie obiecać. Grunt pustyni zaczai marszczyć się i falować jak ocean. - Czas stąd znikać - rzekł Kasyx. - W Bogu tylko pokładam nadzieję, że diabeł jej nie skrzywdzi. - Nie sądzę, by to zrobił - powiedział Tebulot. - Przynajmniej dopóki nie wyrośnie i dopóki my jesteśmy w pobliżu. Twierdzę, że wzbudziliśmy w nim o wiele większy niepokój, niż to okazał. Kasyx nakreślił w powietrzu ośmiokąt, zużywając na to przedostatnią rezerwę energii. Ośmiokąt zawisł w powietrzu jak ejdetyczne wyobrażenie, potem wzniósł się ponad ich

głowy i objął ich swym obwodem. Gdy tylko dotknął gruntu, pustynia i niebo zniknęły; znów stali w sypialni. Śpiący poruszył się gwałtownie i obrócił, tak, że leżał teraz na lewym boku z otwartymi ustami i oczami poruszającymi się w ostatkach snu. Niebo za oknem zaczynało jaśnieć. - Chodźmy lepiej, nim się obudzi - powiedział Tebulot. - Nie. Najpierw musimy ustalić, kto to jest. - Obudzi się za minutę. Co będzie, jeśli nas tu znajdzie? - Zawsze zdążymy zniknąć - rzucił niecierpliwie Kasyx. Podszedł do szafy, otworzył ją i zaczął grzebać w odzieży. - Nic nie ma, nawet monogramów - powiedział, zamykając szafę i przechodząc do biurka. Otwierał szuflady jedną po drugiej, wyciągając skarpetki, szorty i koszulki. Śpiący sapał i pochrapywał na łóżku, miętosząc poduszkę. - Pospiesz się, Kasyxie, na litość boską. - Nie widzę, byś mi pomagał - odgryzł się Kasyx. Otworzył najwyższą szufladę i znalazł wreszcie, czego szukał. - Eureka! Jest portfel. Karta identyfikacyjna, karta ubezpieczalni, karty kredytowe, wszystko. Wyjął z portfela jedną z kart identyfikacyjnych i zerknął na nią. Tebulot widział, jak czyta, poruszając wargami. Potem, bardzo powoli, wcisnął ją z powrotem do plastykowej pochewki, złożył portfel i schował go do szuflady. Spojrzał na Tebulota z poważną twarzą. - Kto to jest? - spytał Tebulot. - Nazywa się Lemuel F. Shapiro, a karty identyfikacyjne wystawione są na przełożonego lekarzy okręgowych w biurze koronera w San Diego. - Co? - wyszeptał Tebulot. - Wydawało mi się, że Springer określił go jako biznesmena i to bankruta... - Owszem, tak powiedział Springer. Oszukał nas. Zastanawiam się, w ilu jeszcze sprawach zrobił z nas durniów. - Rozumiesz, co wykombinował? Wprowadził nas do snu jednego z niewielu ludzi, którzy mogli śnić o tym niedorozwiniętym diable, którego dziś wykopano na plaży. Wiedział, że wcześniej czy później będziemy musieli się na niego natknąć i nie przejął się, co się z nami wtedy stanie. Nie ostrzegł nas. Nie dał nam dość siły, byśmy mogli się bronić. Lemuel F. Shapiro otworzył jedno oko i leżał teraz na łóżku, nasłuchując jak ktoś, kto nie jest do końca pewien, czy naprawdę słyszy jakieś głosy. Kasyx natychmiast przywołał gestem Tebulota i schwycił jego dłoń. Obaj przeniknęli powoli przez ściany, których struktura molekularna przeorganizowała się na chwilę, by ich przepuścić, potem zaś popłynęli,

niewidoczni niemal, nad porannymi ulicami Del Mar. Niebo miało kolor mrożonej herbaty. Ocean rozbijał się apatycznie na brzegu, jego powierzchnia marszczyła się jak skóra starej kobiety. Obniżyli lot i ledwo mącąc właściwy świtowi spokój powietrza, wniknęli przez dach do domu Springera przy Camino del Mar i dotarli do pokoju, gdzie obaj zmaterializowali się z uniesionymi ramionami. Nie było ani śladu Springera. Przeszukali cały dom, przenikając przez sufity, ściany i drzwi, materializując się w każdym pomieszczeniu. Dom był całkiem pusty. Wszędzie leżała nienaruszona warstwa kurzu - dowód, że nie przechodził tu od dawna żaden człowiek. - Wracajmy lepiej do naszych łóżek - powiedział Kasyx. - Gdy tylko będziesz mógł, idź do domu Susan i sprawdź, co dzieje się z jej ciałem. Zadzwoń do mnie, gdyby były jakieś kłopoty. Może, gdy się nie obudzi, będą uważać, że zapadła w śpiączkę. Nie chcę jednak, by uznali, że nie żyje. Mogliby wtedy zrobić coś głupiego, choćby poddać ją kremacji. Słyszałeś, co powiedział Springer - nie znajdzie się w najmniejszym niebezpieczeństwie tak długo, jak długo ktoś nie zniszczy jej ciała. - Czy możemy jeszcze wierzyć w cokolwiek, co mówił nam Springer? - Spytał Tebulot, zdejmując hełm i przeciągając ciężką dłonią po włosach. - Nie wiem. Z pewnością jednak będę chciał jeszcze zadać mu kilka pytań. Nie zapomnij zadzwonić i powiedzieć mi, co z Susan, dobrze? Zresztą, zadzwoń tak czy tak. Tebulot uniósł dłoń do poziomu oczu, kierując jej wierzch ku Kasyxowi, który nie widział dotąd takiego gestu, zrozumiał jednak jego znaczenie. Było to pożegnanie Wojowników Nocy; pozdrowienie przekazywane sobie zawsze wraz z nastaniem dnia i końcem nocnych przygód. Niech bezpiecznie uda ci się przetrwać słoneczne godziny, tak, byś był gotowy, gdy nadejdą znów godziny księżyca. Kasyx odwzajemnił pozdrowienie i obaj unieśli się, przenikając przez dach budynku. Krążyli jeszcze nad nim przez chwilę, a potem każdy skierował się na poszukiwanie własnego łóżka. Kasyx z ulgą i żalem wszedł w swoje ciało dokładnie w chwili, gdy odezwał się dzwonek budzika. Wyłączył go niespodziewanie ciężką i niezgrabną ręką.

12
Henry usiadł na łóżku i zwilżył językiem zaschnięte wargi. Słońce rzucało zygzakowate wzory na zmiętą pościel i na oprawną w ramki reprodukcję „Zapachu miłości” Chiristiny Nasser. Obmył dokładnie twarz. Dotykając dłońmi skóry zdziwił się, że jest tak gruba i szorstka, czuł się, jakby miał na twarzy gumowa maskę samego siebie. Wrócił do sypialni i zapatrzył się na swe odbicie w lustrze. Wciąż był tym samym Henrym Watkinsem, co wczoraj wieczorem, tym samym człowiekiem, który wbijał wzrok w butelkę wódki i staczał sam ze sobą batalię, by nie zdjąć nakrętki i nie wlać w siebie stojącej przed nim w przedestylowanej postaci odwagi i pewności siebie. Znalazł jednak tej nocy inny rodzaj odwagi, nowe poczucie pewności siebie. Odwiedził upiorny sen Lemiiela F. Shapiro, walczył z najgorszym z możliwych wytworów wyobraźni. Stanął tej nocy twarzą w twarz z diabłem. Wziął prysznic, mydląc się niespiesznie i dokładnie. Potem, owinięty w ręcznik, przeszedł do kuchni, by przygotować sobie kawę. W chwili, gdy nakładał ją łyżeczką do papierowego filtra, jak zaniepokojony szerszeń odezwał się brzęczyk przy drzwiach. Podszedł do wejścia. - Kto tam? - Zawołał. - Porucznik Ortega. Pozwolisz, że wejdę? Henry odczepił łańcuch i odblokował zamek. Ortega nosił dzisiaj błękitną moherową marynarkę i granatowe spodnie, o których kanty można by się pokaleczyć. Miał też lustrzane okulary, a z kieszeni na jego piersi sterczała złożona chusteczka. - Przechodziłem obok. Pomyślałem, że wpadnę i zobaczę, co u ciebie. - Tak? - Spytał nieco podejrzliwie Henry. Wpuścił Salvadora do salonu i zamknął drzwi. - Będziesz musiał wybaczyć mi mój strój. Salvador omiótł pokój spojrzeniem, tak jakby szukał znaków, które mogłyby mu powiedzieć, jak Henry spędził wczorajszy wieczór. - Robię kawę - powiedział Henry. - Napijesz się? - Oczywiście, z przyjemnością. Henry wrócił do sypialni i ubrał się szybko w koszulę z krótkimi rękawami i bananowe spodnie. Wrócił do salonu, rozczesując włosy. - Czy koroner miał już okazję zerknąć na stworzenie, które wykopaliście wczoraj na plaży?

- Z tego, co wiem, testy zaczną się dopiero dzisiaj. - Podejrzewają chociaż, co to jest? Salvador uniósł lekko głowę. - Dlaczego tak mnie o to wypytujesz? - Jak wypytuję? - Spytałeś mnie, czy oni podejrzewają, co to jest, tak jakbyś sam doskonale to wiedział. Henry zrobił zdziwioną minę. - Naprawdę? Nic takiego nie chciałem powiedzieć. - Taka była intonacja głosu - upierał się Salvador. Henry zatrzymał się w drzwiach kuchni. Nic już nie mówił. Salvador jednak, siedząc niewzruszenie z założonymi nogami, przyglądał mu się, gdy parzył kawę w sposób wskazujący dobitnie, że wciąż oczekuje odpowiedzi. Henry podał mu kawę i usiadł naprzeciwko. - Cokolwiek to było, wyglądało, jakby wyrosło z jednego z tych węgorzy - rzekł Henry, starając się wymawiać słowa ze swobodą. - John Belli też jest o tym przekonany - przytaknął Salvador. - Najwyraźniej węgorz przyczaił się zagrzebany w piasku i zrzucił tam skórę. Jest jeszcze rzecz jasna problem znalezienia zwierzęcia, które miałoby taki właśnie cykl życiowy, i to mocno niepokoi Johna Belli. Zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem węgorze zaatakowały dziewczynę nie z zewnątrz, ale od środka, jako ledwo wyrośnięte larwy. Tego rodzaju dzieciaki mają często nienasycony apetyt na mamusię. - To niemożliwe - powiedział Henry. - Dziewczyna nie mogła zostać zapłodniona przez węgorza. - Oczywiście, niemożliwe. Niemniej, są ślady wskazujące jednoznacznie, że węgorze wyżerały jej brzuch od wewnątrz. Ślady zębów, na przykład i o ile twój żołądek jest dość mężny, by znieść nad ranem takie historie, wydaliny, które węgorze zostawiły w jamie brzusznej. - Dlaczego mi o tym opowiadasz? - Spytał Henry. Salvador przyjrzał mu się. - Ponieważ jesteś tym zainteresowany i odbierasz to wszystko tak, jakby było oczywiste. Ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego profesor Henry Watkins zapragnął zejść na plażę, by osobiście obejrzeć ślady. Co takiego profesor Watkins wie o tych stworzeniach, czym nie chce się podzielić ze swym przyjacielsko nastawionym sąsiadem-detektywem? - Po prostu byłem kiedyś żonaty z oceanografem - powiedział Henry. - Pozostał mi sentyment do wodnych żyjątek.

Salvador odstawił filiżankę z kawą. - Nie jestem głupcem, Henry. Chcę wiedzieć, dlaczego ty i tych dwoje okazujecie takie zainteresowanie postępami śledztwa. Henry przeciągnął dłonią po wilgotnych włosach na karku. - Ta istota... Co zamierzacie z nią zrobić, gdy już skończycie badania? - Tak jak ci powiedziałem, zostanie zabrana do laboratoriów Scrippsa i poddana testom biologicznym. - Zamierzacie to zabić? Salvador zamrugał oczami. - Skąd wiesz, że to wciąż żyje? - Założyłem, że żyje. Nie mówiłeś, że zdechło. - Chciałbyś, żeby zdechło, co? Henry nie odpowiedział. - Salvador przechylił się ku niemu i powtórzył: - Chciałbyś, żeby to zdechło. Tam, na plaży, błagałeś mnie, bym to zabił. „Zabij to, zabij to”, wciąż tak powtarzałeś. „To nasienie diabła”. Nie sądzisz, że jesteś mi winien teraz parę wyjaśnień? Nasienie diabła? - Byłem... Bardziej niż zmęczony - powiedział Henry. - Wiesz, za dużo Martini, więcej niż wynosi moja dawka. Po prostu moja fantazja wymknęła się spod kontroli. Salvador z wolna pokręcił głową. Henry spostrzegł, jak krótko przycięte były jego paznokcie. - Sądzę, że nie byłeś pijany, Henry. Pewien jestem, że nie była pijana panna Sczaniecka. A ona mówiła to samo. „Zabij to, to nasienie diabła”. No więc, co chcieliście oboje w ten sposób powiedzieć? - Nasienie diabła to tylko chwyt retoryczny. Oboje pamiętaliśmy, co te stworzenia zrobiły dziewczynie. Oboje czuliśmy obrzydzenie. Chcieliśmy, by to zabito, tak jak każdy chciałby zastrzelić wściekłego psa, który zagryzł dziecko. Salvador rozparł się na kanapie, zakładając ręce za głowę. - Słabiutko, Henry. Naprawdę. Nie należysz, do ludzi szermujących retoryką, nauczono cię precyzyjnego wyrażania swych myśli. Jeśli powiedziałeś: nasienie diabła, to musiało ci chodzić właśnie o to. Wiec chcę, żebyś dokładnie wyjaśnił, co to miało znaczyć. Powiedziałeś to głośno. Wykrzyczałeś to. Nie chcesz o tym teraz mówić? - I tak w to nie uwierzysz, Salvadorze. - Spróbuj. Henry wstał i podszedł do okna. Odciągnął zasłony i zapatrzył się na ocean. Znów był

lśniący. Zmarszczki, które postarzały go o świcie, zniknęły. - Jest pewne podanie sprzed wieków - zaczął wreszcie. - Mówi ono, że gdy diabeł chce się rozmnożyć, przychodzi w nocy do młodej kobiety i zapładnia ją we śnie. Z diabelskiej spermy wyrastają węgorze. Zjadają matkę i uciekają w świat. Zagrzebują się w ziemi lub znikają w jakiejś dziurze i rosną. - A ty wierzysz, że to, co odkryliśmy na plaży, to był właśnie diabeł... Rozwijający się diabeł? Henry nie odpowiedział. Patrzył wciąż na morze. - Kto opowiedział ci tę legendę? - Znalazłem ją. Szukałem wyjaśnienia i znalazłem właśnie to. - I uwierzyłeś? - Tego bym nie powiedział. Nie odrzuciłem go jednak. Jak dotąd jest to jedyne wyjaśnienie, które pasuje do faktów. - Diabły...? - Salvador uśmiechnął się niedowierzająco. - A jak myślisz? Tylko Belli i ludzie od Scrippsa mogliby powiedzieć nam coś innego. Salvador wstał, wygładzając dłonią kanty spodni. - No cóż. Wygląda na to, że dałeś mi do myślenia, nawet bardzo. Masz tutaj tę wzmiankę o diable? Chciałbym obejrzeć. - Przykro mi. To była książka z biblioteki uniwersyteckiej - skłamał Henry. - Wystarczy mi tytuł. Henry podszedł i protekcjonalnie poklepał Salvadora po ramieniu. - Uciekł mi akurat. Sprawdzę jutro i przedzwonię do ciebie. - Dobrze by było, gdyby uniwersytet mógł zrobić dla mnie fotokopię - zaproponował Salvador. - Dolar pięćdziesiąt za stronę - rzekł Henry, otwierając mu drzwi. - Myślę, że budżet policji zniesie taki wydatek. - Salvador zawahał się w drzwiach. Zdołaliśmy zidentyfikować tę dziewczynę - powiedział. - Naprawdę? - Nazywała się Sylvia Stoner. Miała dwadzieścia dwa lata, była fotomodelką. Przyjechała z Houston w Teksasie. - Wiecie, co robiła w południowej Kalifornii? - Tak. Była na wakacjach u przyjaciół w San Diego. - Salvador wyjął swój notatnik, poślinił palec i szybko przerzucił kartki. - Była z nimi przez parę miesięcy, potem zniknęła. Nie zawiadomili policji, bo

sądzili, że po prostu gdzieś się szwenda. Z tego, co mówili, była to dość rozrywkowa dziewczyna. - Ale jej koniec nie był wesoły - zauważył Henry. Gdy Salvador opuszczał notatnik, Henry zdołał kątem oka uchwycić zapisane w nim, podkreślone podwójnie słowo „Esbjerg” i część adresu, zaczynającego się od „Market”. Salvador zamknął szybko notes i Henry nie dostrzegł już niczego więcej. - Czy przekażesz to wszystko prasie i telewizji? - Spytał. - Jeszcze nie. Przynajmniej dopóki nic dowiemy się czegoś więcej o tym stworzeniu. Gdybyśmy podali do publicznej wiadomości to, co na razie wiemy, wyszlibyśmy wszyscy na wariatów. Dość już się z nas nabijali w zeszłym miesiącu, gdy wyszła sprawa Ramireza. - Pamiętam - uśmiechnął się Henry. - Nalot na burdel. - Nie przypominaj mi tego - Salvador machnął ręką i odszedł ścieżką w dół. Henry zaniknął drzwi i rzucił się do półki z książkami po spis telefonów San Diego. Wziął go do kuchni, zaparzył sobie jeszcze kawy i otworzył książkę. Przesuwał palec po tuzinach Espinozów i Esmeraldów, aż w końcu, u góry strony, dostrzegł interesujące go nazwisko. „Esbjerg K., Market Street 603”. Było jeszcze dwóch Esbjergów, lecz jeden mieszkał przy Czterdziestej Czwartej, tuż obok Cmentarza Świętego Krzyża, a drugi na Gamma pod trzydziestym dziewiątym. Podniósł słuchawkę i wybrał numer Gila Millera w Solana. Gil wrócił tego ranka do swego ciała i stwierdził, że matka potrząsa nim, powtarzając: - Gil? Gil? Co z tobą? Otworzył oczy, zamrugał i ziewnął. - W porządku, w porządku. O co chodzi? - Budzę cię już od wieków. Ojciec chce, byś pomógł mu rozładować furgon. Myślałam, że zachorowałeś albo co. Gil usiadł. Bolała go głowa, mocno i w sposób, jakiego jeszcze nie doświadczył. Czuł się, jakby ktoś ujął jego głowę w dłonie i ściskał ją silnie. Spojrzał na zegarek. Nie chodził. - Która godzina? - Spytał matkę, która odsuwała story. - Kwadrans po szóstej. Zrobię ci śniadanie, a ty idź i pomóż ojcu. Gil odrzucił prześcieradła i wstał. Jego sypialnia była mała, lecz słoneczna, z dużym południowym oknem i drugim o wiele mniejszym, wychodzącym na wschód. Ściany pomalowane były na jasnożółto. Nad łóżkiem wisiała tablica z proporczykami szkolnymi, wizerunkami lamborghini i maserati, pocztówkami od przyjaciół oraz plakatem z Karen Velez, króliczkiem „Playboya” z 1984 roku. Pani Miller zeszła na dół, Gil tymczasem ubrał się w czyste szorty, wczorajszy

znoszony drelich i pomarańczową koszulkę Padres. Przechodząc przez kuchnię nalał sobie dużą szklankę soku grejpfrutowego i wypił ją trzema łykami. Phil Miller ustawiał skrzynki z warzywami na zapleczu. - Dobrze spałeś? - Spytał syna. - Trzeba wyładować dziesięć kontenerów sałaty. Gil wspiął się na platformę furgonetki i zabrał do noszenia skrzynek. Wciąż myślał o śnie, z którego dopiero co wrócił, o Susan, która została uwięziona i w jakiś dziwny sposób pozostała w sennej zmorze. Wszystko to teraz, w świetle dnia, wydawało się odległe i tak dziwaczne, że aż nie mógł uwierzyć, iż zdarzyło się naprawdę. - Nic nie mówisz - odezwał się po chwili ojciec. - Myślę o czymś, to wszystko odparł, podając mu opakowanie rzodkiewek. Phil Miller spojrzał uważnie na syna. - Czy jest to coś, o czym ojciec powinien wiedzieć? Gil pokręcił głową. Jak mógł mu wyjaśnić, że jeszcze parę godzin temu był Tebulotem, Opiekunem Maszyny, że zabijał dziwne istoty atakujące w ulewnym deszczu, w zamku, którego nie ma? Jak miał mu wyjaśnić, że martwi się o dziewczynę, której senna postać została wzięta do niewoli przez niedorosłego diabła? Ojciec orientował się biegle w wahaniach cen produktów spożywczych i wynikach rozgrywek baseballowych, potrafił ogarnąć myślą obejrzany w telewizji odcinek serialu, to wszystko jednak, co zdarzyło się w nocy, musiało przekraczać jego możliwości pojmowania. - Nie jesteś chory? - Dopytywał się ojciec. - Nie, nie. W porządku. Słuchaj, czy będziesz mnie dziś potrzebował w sklepie? - Miałem nadzieję, że pomożesz mi przy kasie. - A jeśli załatwię do tego Lisę? - Jeśli załatwisz do tego Lisę, to proszę. Lisa Dalwick była szkolną koleżanką Gila, a jej ojciec jednym z najlepszych i cieszących się największym powodzeniem w okolicy pośredników handlu nieruchomościami, Nie aprobował znajomości córki z Gilem; dla Lisy jednak Gil był ukochanym słoneczkiem i Dalwick-senior nic na to nie mógł poradzić. Gil pojechał do Lisy zaraz po śniadaniu i obiecał jej wspólne pływanie przez całe popołudnie, jeśli pomoże w sklepiku. Zgodziła się. Była miła, drobna i często odwracano się na jej widok. Tylko że w ustach nosiła więcej klamer i drutów, niż spinało most nad Coronado Bay. Uporawszy się z problemem kasy, Gil pognał do Del Mar Heights i zaparkował przed domem Susan. Wbiegł na stromy podjazd i zadzwonił do drzwi. Czekał, przestępując z nogi na nogę.

Po dłuższej chwili pojawił się dziadek Susan. - Czy jest Susan? Starszy pan pokręcił głową. W ręce trzymał złożony egzemplarz „National Enquirer”. - Jest w szpitalu - powiedział - Zabrali ją z godzinę temu. Gil poczuł dreszcz strachu i gniotący ciężar w żołądku, jakby napił się rtęci. - W szpitalu? Zachorowała? - Nie wiadomo - odpowiedział staruszek. - Nie mogą tego ustalić. Nie obudziła się po prostu rano. Oddycha, ciśnienie krwi i reszta jest w porządku. Wygląda na to, że zapadła w śpiączkę. - Boże, to straszne - odrzekł Gil myśląc: jak to dobrze, że ten starszy pan nie wie, jak straszne. - Wzięli ją do... hmm... kliniki Soledad Park. - Dziadek Susan zdjął okulary i przyjrzał się Gilowi załzawionymi, szeroko rozstawionymi oczami. - Powiedzieli, że wszyscy jej przyjaciele będą mile widziani. Wiesz, o co chodzi? Znajomy głos może wytrącić ze śpiączki. - Jasne - Gil dotknął ramienia starszego pana. - Zadzwonię tam i sprawdzę godziny wizyt. Bardzo mi przykro, że tak się stało. Czy możemy pozostać w kontakcie? Będę mógł zadzwonić i spytać jeszcze, co się z nią dzieje? Dziadek Susan przytaknął. - Zapraszamy. Czy mogę wiedzieć, jak się nazywasz? - Gil. Gil Miller. - Omal nie powiedział: Tebulot. Zanim dotarł do domku Henry'ego, była już prawie jedenasta. Przycisnął brzęczyk. Henry otworzył drzwi. Wyraźnie ulżyło mu, gdy zobaczył Gila. - Dzwoniłem do ciebie. Twoja matka powiedziała, że wyszedłeś. - Byłem u Susan. - L..? Gil rozłożył ręce. - Jest już w szpitalu. Dziadkowie nie mogli dobudzić jej rano i wezwali doktora. O ile wiem, wszystko z nią w porządku. Żyje i jej funkcje życiowe utrzymują się w normie. Wpadła tylko w stan śpiączki. Jej osobowość nie wróciła, a to znaczy, że diabeł trzyma ją wciąż jako zakładniczkę. Henry milczał przez chwilę. Potem przytaknął powoli i usiadł. - Wszystko, na co możemy liczyć, to że przetrzyma ją żywą do zmroku - odezwał się ponuro.

- Chciałbym wiedzieć, gdzie. Zabrał ją na tę pustynię ze snu, ale gdzie potem? - Może do innego snu. Zawsze znajdzie się ktoś, kto śpi za dnia. Pracownicy trzeciej zmiany, personel nocnych klubów, prostytutki. - Następne pytanie: jak znajdziemy sen, w którym jest przetrzymywana? - Nie wiem. Musi być jakiś sposób. Z pewnością prawdziwi Wojownicy Nocy mieli jakiś system wykrywania diabła w ludzkich snach. Koniec końców, ile snów dzieje się jednej nocy? Ile milionów? Życia nie starczy, by sprawdzić wszystkie, nawet gdybyś był tak wyczulony jak jest Samena. - Cieszę się, że powiedziałeś „jest”, a nie „była”. - No i musimy pilnie porozmawiać ze Springerem, prawda? - ciągnął Henry. Uważam, że powinniśmy pojechać do niego i sprawdzić, czy jest w domu. Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym się zająć. Dziś rano odwiedził mnie porucznik Ortega. Jak zwykle był wścibski i węszył, tym razem jednak ja wyciągnąłem z niego więcej, niż on ze mnie. Sprawdzili już, kim była znaleziona na plaży dziewczyna. I dowiedziałem się, gdzie w San Diego mieszkają jej przyjaciele. Pojedziemy tam po rozmowie ze Springerem. Mam przeczucie, że mogą powiedzieć nam więcej niż policji. Ostatecznie my wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. - Mów za siebie - mruknął smętnie Gil. - Ja czuję się bezradny i zagubiony jak suseł na dnie ciemnej dziury. Henry podszedł do biurka, wziął z najwyższej szuflady portfel i przeliczył pieniądze. Potem wepchnął go do kieszeni spodni. - Boję się o Susan - rzekł. - Mam wrażenie, że zawaliłem całą sprawę. Nie powinniśmy wchodzić do tego budynku i zaczynać strzelaniny. - Niczego nie zawaliłeś. Nie jesteś szefem ani niańką żółtodziobów. Jesteś starszy, w dodatku jesteś profesorem i dlatego czujesz się odpowiedzialny za wszystko, co robimy. To nie tak. Cokolwiek postanawiamy, postanawiamy razem i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało, włączając Susan. - No, dobrze, pewnie masz rację. Ale nie poprawia mi to samopoczucia. Pojechali mustangiem Gila na Camino del Mar. Zaparkowali po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu Springera, podeszli i zapukali do drzwi. Czekali dość długo, potem znów zapukali. Nikt nie otwierał. Szarpali klamkę, lecz drzwi były zamknięte. Samochody mijały ich z hałasem, Ponad ich głowami żeglowały powoli na północny wschód dwa balony na ogrzane powietrze. - Wygląda na to, że Springer zostawił nas samych - podsumował Gil.

- Możliwe, że od początku planował coś takiego. Nie trenować nas, tylko od razu wrzucić na głęboką wodę. Pływaj albo toń. Odstąpili od domu i skierowali się piątą międzystanową na południe, do San Diego. Jak zwykle, autostrada zapchana była samochodami. - Nie pijesz już? - zapytał Gil, gdy mijali Mission Bay. Henry wzruszył ramionami. - Nie podejmowałem w tej sprawie żadnej decyzji, ale ostatnio nic nie piłem. - Powinno tak zostać. Wolę, gdy jesteś trzeźwy. - Ja mam wrażenie, że na trzeźwo jestem nudny - odpowiedział Henry. - Bóg jeden wie, jak będę w stanie prowadzić zajęcia z filozofii bez tego starego towarzysza, który dodaje płynności wymowie. Czy wiesz, jaka to tortura wyjaśniać „Jednostki” Strawsona i wyciągać przesłanki z filozofii języka przed tuzinem dwudziestolatków? Nawet, gdy jesteś lekko zalany? - A jakie to przesłanki wynikają z filozofii języka? - spytał Gil wyprzedzając wielki ciągnik Toysa. - Cóż, podstawowy zarzut krytyki pod jej adresem to zaniedbanie tradycyjnych, zasadniczych problemów głównego nurtu filozofii - wyjaśnił Henry. - Tak naprawdę, pytania, na które usiłuje odpowiedzieć filozofia języka, są nie tyle nawet trywialne, co dotyczą zupełnie fikcyjnych problemów. Umilkł i ze wzburzonymi pędem włosami popatrzył na Gila. - Ale ty nie chcesz słuchać o tym wszystkim, prawda? Gil uśmiechnął się i pokręcił głową. - Uwielbiani słuchać, jak ludzie mówią o tym, co ich pasjonuje. Nawet, jeśli nic z tego nie rozumiem. Musiałbyś posłuchać mojego staruszka, jak opowiada o oszustwach w cenach detalicznych i przepisach, które mają temu zapobiegać. Nie zrozumiałbyś więcej, niż ja z filozofii. Ale on jest dość skomplikowanym i lekko pomylonym człowiekiem. - Dobrze ci się układa z rodzicami? - zapytał Henry. - Jasne. Chociaż nie zamierzam po ukończeniu szkoły przejąć sklepu. - Po tym, co już przeszliśmy, życie żadnego z nas nie będzie już nigdy takie samo. Trudno w nocy strzelać do widm tych mnichów, a za dnia sprzedawać ser. Skręcili z piątej międzystanowej przy wylocie Tecolote Road i autostradą Pacyfiku wjechali do San Diego. Ulice były rozgrzane, zakurzone i zatłoczone. Przy krawężniku tkwił czarny mężczyzna w brudnej, hawajskiej koszuli i z desperacją podnosił dłoń z wystawionym kciukiem, licząc na podwiezienie. - Zastanawiam się - powiedział Henry - biorąc pod uwagę wszystkie czynniki

socjologiczne, ilość czarnych wobec ilości białych, lokalną historię przestępczości, postawy polityczne i tak dalej: jakie jest matematyczne prawdopodobieństwo, że ktokolwiek zaproponuje temu biedakowi podwiezienie? - Miewasz dziwne pomysły, Henry. Jechali wzdłuż zatoki, mijając doki rybackie i żaglowiec „Star of India”. Tuż przed Seaport Village skręcili w lewo, w Market Street. Numer 600 znajdował się na rogu Kettner Street. Numerem 603 był wąski, pokryty płatami odpadającego tynku budynek, na parterze którego mieścił się sklep z używanymi częściami samochodowymi - zanikający relikt starego San Diego. Gil zawrócił mustanga i zaparkował przed sklepem. Z wnętrza sklepu zalatywało smarami, spalinami i potem. Za ladą siedział szczupły, młody człowiek z najeżonymi blond włosami, w zapuszczonych dżinsach i brudnej koszulce. Słuchał Bruce'a Springsteena i czytał „Aquamana” Otoczony był całym swym bogactwem niczym arabski złodziej: przekładnie, kolumny kierownicy, bloki silników. Z sufitu zwieszały się kierownice i tłumiki, a zapaćkaną smarami szklaną szafkę uzupełniały boczne lusterka i ozdobne dekle. - Czym mogę służyć, panowie? - zapytał, rzucając komiks pod ladę. - Oby pan mógł - powiedział Henry. - Szukamy kogoś, kto nosi nazwisko Esbjerg. - Tommy'ego czy Ericki? - Wszystko jedno. Obojga. Jesteśmy przyjaciółmi Sylvii. - A... - kiwnął głową młodzieniec. - Świeć, Panie, nad jej duszą. - Tak - rzekł Henry. - Nami też to wstrząsnęło. Rozejrzał się po sklepie. Sprzedawca podążał za jego spojrzeniem z ledwo skrywanym zainteresowaniem. - Co do tego mustanga na zewnątrz - oznajmił - mam prawie nowy zestaw czterech antracyto-stalowych, profilowanych kół. Wasz mustang będzie wyglądał jak wóz za milion dolarów. I będzie lepiej trzymał się nawierzchni. Jak klajster. Henry pokręcił głową. - Chcemy tylko porozmawiać z Esbjergami. To wszystko. - No cóż, tu ich nie ma. Wyjechali w nocy, tuż po tym, jak kręciły się tu gliny. Wzięli wszystko, czego trzeba na biwaku. Nie powiedzieli, gdzie jadą ani kiedy wrócą. Przypuszczam, że mogli pojechać do Yosemite, nawet może do Mazamy nad Crater Lake. - To bardzo niedobrze - skrzywił się Henry. - Miałem nadzieję, że porozmawiamy z nimi o Sylvii. - Niby o czym? - No, nie widzieliśmy jej od jakiegoś czasu. Gliny nie chcą nam nic powiedzieć.

Zastanawialiśmy się, co się właściwie stało. Wyjechała na wakacje, a następne, co o niej usłyszeliśmy, to że nie żyje. Młodzieniec parsknął z pogardą i wygiął się na oparciu krzesła, by wyciągnąć z tylnej kieszeni dżinsów dwie owocowe ciągutki. Rozwinął je, opakowania rzucił przez ramię za siebie i wpakował cukierki do ust. - Czy była tutaj w przeddzień śmierci? - spytał Henry. Młodzieniec z pełnymi ustami potrząsnął głową. - A możesz nam powiedzieć, gdzie była? - nalegał Henry. - Jasne, że mogę. Ale nie mam ochoty. - Czemu? Jesteśmy jej przyjaciółmi. - O? Skąd? - Z Houston. - Houston, co? To pewnie wiecie, do jakiej szkoły tam chodziła? I wiecie oczywiście, przy jakiej ulicy mieszkała i co jej tatuś robił dla chleba? Henry milczał. Sprzedawca roześmiał się, pożuł głośno przez chwilę i powiedział: - Od chwili, gdy tu weszliście, wiedziałem, czego chcecie. - Nie jesteśmy z policji, jeśli o to ci chodzi. Nie jesteśmy też prywatnymi detektywami. Mamy po prostu swój interes w ustaleniu, co się z nią stało. Widzisz, mamy powody sądzić, że jedno z naszych przyjaciół jest w niebezpieczeństwie za sprawą tej samej osoby, która jest odpowiedzialna za śmierć Sylvii. Młodzieniec przeżuwał przez chwilę w zamyśleniu. - Na ile wycenilibyście te koła? - spytał w końcu. - Chodzi o obecną cenę rynkową. Henry nie był głupcem. - Co powiesz na setkę? - spytał. Młody człowiek pokręcił głową. - Są warte dwieście pięćdziesiąt. To najniższa możliwa cena. - Dwieście - targował się Henry. - Dwieście pięćdziesiąt. Henry sięgnął do portfela, odliczył jedną setkę, dwie pięćdziesiątki, trzy dziesiątki i samotną jednodolarówkę. Uzupełnił ją garścią ćwierćdolarówek i dziesiątek. Młodzieniec zgarnął pieniądze przez ladę i ułożył w zgrabne stosiki, odsuwając kantem dłoni bilon od banknotów. - Sylvia przyjechała tu z Houston jakieś trzy miesiące temu. Powiedziała, że pokłóciła się na dobre z rodzicami o szkołę, branie koki i innych takich towarów. Tommy i Ericka zawsze lubili proste życie, więc poprosili ją, by została. Zwłaszcza Tommy miękł na jej

widok. Wiecie, to był naprawdę wystrzałowy kociak. - Wiemy, jak wyglądała - wtrącił Gil. Młodzieniec przerwał na chwilę, jakby urażony. Potem odezwał się znowu, przeliczając w trakcie ostatki drobnych i układając je w kupki po dolarze. - Wkrótce potem Sylvia spotkała jakiegoś chłopaka. Na jednym z tych przedstawień rockowych, które robią w Planetarium. I oboje wyjechali na weekend do Meksyku. Nie wiemy, co tam robiła, nie chciała o tym mówić. Nigdy już więcej nie widziałem tego chłopaka, z którym chodziła. I była potem jakaś dziwna, tak jakby, jak to się mówi, zdarzyło się jej religijne odnowienie. - Objawienie - poprawił Henry. - Właśnie, objawienie. - I to wszystko? - spytał Henry. - Pojechała na weekend do Meksyku i wróciła jakaś dziwna? - To nie było warte dwustu pięćdziesięciu brudasów - stwierdził Gil tonem, w którym zawarte było o wiele więcej groźby, niż zdarzyło mu się kiedykolwiek. Młodzieniec spojrzał na niego w niezbyt sympatyczny sposób. - Wszystko, co wiem o Meksyku, to że pojechała tam do miejscowości zwanej San Hipolito. Znacie ją? A tam spotkała jakiegoś innego chłopaka, innego niż ten, z którym wyjechała. A dalej nie wiem, podobno doszło do jakiejś kłótni. Nie mówiła o tym zbyt jasno. Przez cały czas była kompletnie naćpana i trudno było wyczuć, co tu jest prawdą, a co nie. Gadała, co tylko się dało, o tym, jak jej ojciec brał udział w jednej z tajnych wypraw wahadłowca i takie tam bzdury. - To wszystko, co wiesz? - powtórzył Henry. - Słuchaj, potrzebujemy wszystkiego, absolutnie wszystkiego. Nawet, jeśli brzmi to zupełnie głupio. Młody człowiek wzruszył ramionami. - Była tu parę miesięcy, ale ciągle wracała do tematu Meksyku. Cały czas miała okropne sny, że jest w ciąży. Miała ciągle skurcze żołądka, lecz kiedy Ericka mówiła jej, żeby poszła do doktora, to nie chciała, tłumaczyła się, że i tak cały czas jest na haju. Bała się, że doktor odstawiłby ją od towaru. - Wróciła do Meksyku? - O ile wiem, to nie. Wyleciała jednak stąd na parę dni przed tym, jak znaleziono ją martwą, a przez te dni mogła być wszędzie. Meksyk, Los Angeles, kto wie? Zawsze jeździła tam, gdzie akurat miała ochotę. - A co z policją? Powiedzieliście coś z tego policji? O tej wycieczce do Meksyku i o

snach? - Nie. Mówiłem im, że przez cały czas była tutaj, i tyle. Nie mówię nic ludziom, przynajmniej nie za darmo. Muszę z czegoś żyć. - Jasne, że musisz - powiedział Henry. - Szkoda, że nie przyjmujesz kart kredytowych. Kupiłbym te koła, chociaż mi na diabła potrzebne. Wyszli ze sklepu i wsiedli do mustanga Gila. - Co o tym sądzisz? - zapytał Gil. - Mam wrażenie, że Sylvia mogła zajść w ciążę, gdy była w Meksyku. - Myślę dokładnie to samo - zgodził się Henry. Spojrzał na zegarek. - Jest dopiero parę minut po dwunastej. Jeżeli nie będzie zatoru na granicy, zdążymy obrócić do San Hipolito i z powrotem w pięć godzin. To tylko siedemdziesiąt mil na południowy wschód od Tijuany, tuż za Ojos Negros. - Wolałbym mieć pewność, że zdążymy na czas, by poszukać Susan tej nocy. - To nie ma znaczenia, gdzie będziemy, Gil. Nasze senne postaci mogą podróżować o wiele szybciej niż ziemskie ciała. Nawet, gdybyśmy zostali na noc w Tijuanie, będziemy mogli przedostać się stamtąd do domu Springera. W dodatku omijając kontrolę graniczną. - Okay - zgodził się Gil. - Wracajmy do domu. Muszę powiedzieć rodzicom, że będę później. Potem weźmiemy paszporty, żarcie na drogę i pojedziemy prosto do Meksyku. Zapalił silnik i skierował mustanga z powrotem autostradą Pacyfiku i potem piątą międzystanową. Henry przyglądał się siedzącemu przy kierownicy Gilowi i mijanym, wysuszonym słońcem wzgórzom. Zrozumiał, że nigdy dotąd nie pracowało mu się z nikim tak dobrze, jak z Gilem i Susan. Trzydziestoletnia różnica wieku nie była żadną przeszkodą. Pracowali jak jedna osoba, ich myśli i działania były świetnie ze sobą zgrane, tak że nie trzeba było żadnych dodatkowych, zbytecznych słów. Te wszystkie lata nauczania filozofii sprawiły, że jego sposób widzenia młodych ludzi, ich myślenia i zachowań był wąski, ograniczony i wypaczony. Nigdy nie miał okazji zaobserwować w praktyce, jak bystry i wszechstronny może być umysł młodego człowieka i tok jego myśli. Aż do teraz jedyną okazję do kontaktu z kimkolwiek poniżej czterdziestki, mogły stanowić co najwyżej zażarte kłótnie o Heideggera czy Kierkegaarda. Stawiając czoło mniej abstrakcyjnym problemom, okazywali się szybcy, twórczy i zdolni do podejmowania ważnych decyzji. - Wiesz co? Wydaje mi się, że powinienem mieć dzieci - powiedział, gdy przemknęli przez wiadukt łączący się z autostradą kontynentalną. - Naprawdę? - Gil obrócił się. - Co cię skłoniło do tej refleksji?

- Wejście w podeszły wiek, jak sądzę. - Przecież w nocy nie jesteś stary, prawda? - Stary? Jeżeli ma nam się przydarzyć więcej takich nocy, jak ta ostatnia, to nie doczekam starości. Gil ujął go na chwilę za ramię. - Jesteś Kasyxem. Strażnikiem Mocy. Nie wolno ci o tym zapomnieć. - A jak niby mógłbym to zrobić? - spytał Henry.

13
- Mieliśmy w tym roku wiele trzęsień ziemi - mówił beznamiętnie ksiądz. Jego słownictwo było bez zarzutu, nie miał jednak dość praktyki w posługiwaniu się angielskim, by właściwie akcentować słowa w zdaniu. - Ziemia otworzyła się tu i tu. Tutaj runęła ściana kościoła. A tu, widzicie, straciliśmy cały rząd domów. Czworo ludzi zostało rannych. Jeden zginął. Chcecie zobaczyć jego grób? Henry wachlował się rondem panamy, by ochłodzić trochę twarz. Obok niego Gil paradował jedynie w drelichowych, przyciętych szortach. Jego twarz wystawiona była ciągle na żar popołudniowego słońca i czoło spływało mu potem. Do San Hipolito dojechali pylistą drogą wijącą się u podnóża Sierra de Juarez. Niebo było ciemnoniebieskie jak skoncentrowany roztwór siarczanu miedzi i absolutnie bezchmurne. San Hipolito było jedną z tych miejscowości, przez które można przejechać wcale ich nie zauważając: dwa rzędy domów z suszonych na słońcu cegieł, mały kościółek w piaskowym kolorze, brama farmy i cała kolekcja pordzewiałych baniek na mleko. Ponad wzgórzami unosił się monotonny jęk dzwonu, co w nieprzyjemny sposób przypomniało Henry'emu ostatnią noc. Kiedy zbliżali się do wioski, stwierdzili, że ziemia wokół niej pokryta jest głębokimi pęknięciami i szczelinami. Na północny zachód od miejscowości pękło i osunęło się w połowie wzgórze. Głębokie rozpadliny przecinały nawet główną szosę. W niektórych miejscach asfalt przypominał wręcz satelitarną fotografię delty Missisipi. A teraz okazało się, że runęła również jedna ze szczytowych ścian kościoła. Przy stercie kamienia stały nietracące nadziei taczki, musiały jednak odczekać do końca sjesty, by zostać ponownie zaprzężone do pracy na chwałę Bożą. Ksiądz był niski, ale mocno zbudowany, z dużą głową i świdrującymi oczami. Jego właściwą parafią, jak wyjaśnił, było Ojos Negros, urodził się jednak w San Hipolito i tutejsi ludzie znają go od małego. - Szukamy naszej przyjaciółki, amerykańskiej dziewczyny, Sylvii Stoner - powiedział Henry. - Słyszeliśmy, że mogła tędy przejeżdżać. Z miesiąc temu, może wcześniej. - Wejdźcie. - Ksiądz poprowadził ich przez dziedziniec, na którym piekły się w słonecznym skwarze kamienne krzyże i bezokie anioły, przez ciężkie dębowe drzwi, aż do samego kościoła. W poprzek nawy padał wprawdzie przez wyrwę w murze romb słonecznego blasku, było tu jednak o wiele chłodniej. Z ulgą usiedli w jednej z wytartych do połysku ław. - Nie wiem, czy komukolwiek uda się ustalić, co się właściwie stało - zaczął ksiądz.

- Naprawdę? - spytał Gil, rozglądając się wokoło i widząc okno z witrażem, prosty ołtarz, konfesjonał w odosobnieniu. - Nie zrozumcie tego źle - odpowiedział ksiądz. Zakaszlał i odchrząknął. - Wszystko zostało należycie opisane w raporcie dla władz kościelnych i dla policji w Ensenada... - Co takiego? - zainteresował się Henry. - Przyjechaliście w sprawie dziewczyny, prawda? - Krzaczaste brwi księdza zbiegły się nad jego nosem. - Tak, Sylvii Stoner. Pięknej blondynki. Wokół kostki nosiła zawsze srebrny łańcuszek. - I nie wiecie, co się tutaj stało Henry pokręcił głową. - Może nam ksiądz powie. - Cóż... Jeśli jeszcze tego nie wiecie... - Ojcze - wtrącił Henry. - Te informacje mają dla nas najwyższą wagę. Nasza przyjaciółka jest w poważnym niebezpieczeństwie. Możliwe, że ma to coś wspólnego z tym, co zdarzyło się w San Hipolito, cokolwiek to było. - Mam nadzieję, że nikomu to nie zaszkodzi, gdy wam powiem - powiedział ksiądz, nadal niezdecydowany. - Z pewnością nikomu to nie pomoże, jeśli ksiądz nie powie - zaznaczył Gil. - Niech będzie. Chodźcie ze mną. Przeszli na tę stronę kościoła, gdzie runęła ściana. Ziemia otworzyła się tu, tworząc niemal piętnastostopową szczelinę. Zygzakowate pęknięcie ciągnęło się od środka podwórza aż do pierwszych ław we wnętrzu. Wyglądało na to, że część rozpadliny przechodziła przez krypty - sześć czy siedem stóp ściany wyłożonych było połyskliwymi terakotowymi kafelkami, lśniącymi czernią. - Wiecie, oczywiście, jak silne były te trzęsienia ziemi - powiedział ksiądz, stając na skraju szczeliny. - Czuliście je pewnie w San Diego. - Nie mamy pojęcia - zaprzeczył Henry. - No, ostatnie nie były już tak częste ani tak potężne. Ale wtedy, gdy runęła ta ściana, wstrząs był naprawdę silny, ponad trzy stopnie. Zawaliło się wiele domów i zabudowań w całym okręgu. Kiedy poczułem to w moim domu w Ojos Negros, miałem dziwne uczucie, że stało się coś strasznego, uczucie na tyle silne, że zaraz tu zatelefonowałem. - Nie ma takiej szkody, której nie można by naprawić - stwierdził Henry osłaniając oczy, by wyjrzeć z kościoła. - Kilka wywrotek cementu powinno załatwić sprawę. Ksiądz zatarł nerwowo dłonie.

- Obawiam się, że na to, co stało się tutaj, nie pomoże cały cement świata. W tej piwniczce spoczywała skrzynka. Długa, drewniana skrzynka, rzeźbiona i zapieczętowana. Aż do trzęsienia ziemi ukryta była pod powierzchnią gruntu, pod trzycalową żelazną płytą i posadzką tak, że nie można było odróżnić tego miejsca od innych fragmentów podłogi kościoła. Lecz gdy ziemia zadrżała, żelazna płyta pękła na pół. Kościelny Estovar przybiegł do kościoła najszybciej jak mógł. Ale było już za późno. Płyta była pęknięta, pieczęci zniszczone, a szkatuła pusta. - Powiedz mi, ojcze, co było w tej skrzynce? - cicho odezwał się Henry. Ksiądz przestał wykręcać sobie palce i zamiast tego zaczął koniuszkami palców przesuwać nerwowo po rękawie. Henry zapytał jeszcze ciszej: - Czy to był Yaomauitl? Ksiądz spojrzał na nich. - Wiecie o Yaomauitlu? - Jesteśmy Wojownikami Nocy - powiedział Henry. - Gdy słońce zachodzi, ja staję się Kasyxem, a on Tebulotem. Natychmiast, bez dalszych pytań lub jakichkolwiek ceremonii, ksiądz ukląkł na jedno kolano i złapał rękę Henry'ego. Potem ujął jeszcze rękę Gila i obie ucałował. Tak płynnie i szybko, jakby odmawiał swój codzienny różaniec, powiedział: - Legendy zawsze utrzymywały, że jeśli Yaomauitl zostanie uwolniony, powrócą Wojownicy Nocy. A ja nigdy w to nie wierzyłem... - Spojrzał na nich, blask słońca tworzył wokół ich głów jakby aureole. - Odrodziliście we mnie nadzieję. To cud - dodał drżącym z przejęcia głosem. - Aż tacy cudowni, to nie jesteśmy - mruknął Gil. - Dopiero zeszłej nocy zaczęliśmy trening. Ksiądz wstał i objął ich obu ramionami. - Wiem, że nas obronicie. Bogu niech będą dzięki. - Ojcze, powiedz nam coś jeszcze o Yaomauitlu - poprosił Henry. - Od dawna był tu pogrzebany? - Od 1687 roku. Doszło do tego po sennej bitwie, w której, jak mówią, zginęło sześćdziesięciu najlepszych Wojowników Nocy. Został umieszczony w skrzyni z wiązowego drewna, przez które zło nie może przeniknąć pod żadna postacią. Opatrzono je odciskami dziewięciu świętych pieczęci Boga. Potem na jego grób została opuszczona żelazna sztaba, którą pobłogosławiło dziewięciu księży, kreśląc na niej dziewięćdziesiąt dziewięć razy znak krzyża święconą woda. Kościół w San Hipolito został wybudowany dokładnie nad grobem, by jeszcze bardziej uświęcić to miejsce. Yaomauitl spoczywał tu przez cały czas - aż został

uwolniony przez to trzęsienie ziemi. - Czy wie ksiądz, jak on wygląda? - spytał Henry. - Chodźcie ze mną. Mam rycinę z pogrzebu Yaomauitla. Przedstawia diabła całkiem dokładnie. Ukazuje również dziewięć pieczęci i Wojowników Nocy, którzy go w końcu ujęli. Wyszli z kościoła i przez rozgrzane podwórka na tyłach dotarli do małego domku z wypalanej na słońcu gliny, któremu cienia dostarczały karłowate drzewka. Na werandzie jakaś Meksykanka czyściła roztworem spirytusowym lampy oliwne, usuwając z nich pozostałości po owadach. W milczeniu i zdumieniu patrzyła, jak ksiądz wprowadza Gila i Henry'ego do wnętrza. - Maria jest podobna do większości ludzi w San Hipolito - wyjaśnił ksiądz. - Nie od razu przekonuje się do obcych. - Nie wytłumaczył nam ksiądz, co to wszystko ma wspólnego z Sylvią - powiedział Gil. - Cóż... - Ksiądz wprowadził ich do saloniku. - To dlatego, że zanim przejdę do konkluzji, musicie zrozumieć całą sprawę. Niełatwo wyjaśnić fakty. Brak pewnej i solidnej wiedzy na ten temat. Wszystko wskazuje jednak, że moja opinia jest prawdziwa, i muszę powiedzieć, że mon-seńor Del Parral z Ensenada też się do niej przychyla. W domu panował chłód i wyczuwało się stęchliznę. Meble były proste: krzesła wyplatane sitowiem i drewniane sofy. Na białych ścianach wisiały jaskrawe i bardzo naiwnie wyobrażone sceny biblijne - Józef i jego wielokolorowy płaszcz, Mojżesz w sitowiu, Pięta. Podłogę wyłożono ciemnobrązowym drewnem, przy palenisku stał kosz z eukaliptusowymi brewionami. Henry i Gil czekali parę minut, podczas gdy ksiądz oddalił się do swego pokoju. Wrócił z czerwoną tekturową teczką, którą położył na stole pośrodku pokoju i otworzył. Wewnątrz znajdowały się arkusze grubego papieru do szkicowania, pożółkłego po brzegach i mocno już wyblakłego, zadrukowanego jednak najprecyzyjniejszą drewnianą matrycą, jaką Henry kiedykolwiek widział. Ryciny przypominały „Jeźdźców Apokalipsy” Durera, i chociaż nie dorównywały bogactwem szczegółów, dość dokładnie ukazywały diabła Yaomauitla uwięzionego w skrzynce z wiązowego drewna. - Ile to ma lat? - zapytał cicho Gil. - Sama odbitka stosunkowo niewiele, około stu. Jednak drzeworyt, z którego to odbito, a który znajduje się teraz w Muzeum Sztuki Religijnej w Mexico City, datowany jest na rok 1687. Autorem był jezuita Paolo Placido. Gil i Henry oglądali odbitkę z rosnącym z wolna przerażeniem. Przedstawiała długą

skrzynkę w kształcie trumny, zdobioną bogato fantastycznymi ornamentami bluszczu, jemioły i innych świętych roślin oraz twarzami aniołów i świętych. Była właśnie opuszczana za pomocą pasów do umocnionej kamiennymi płytami szczeliny ziemi. Wokół stało kilkudziesięciu ludzi, spośród których wielu nosiło ozdobne stroje i skrzydlate hełmy. Obaj rozpoznali pierwowzór zbroi Tebulota i broń, która przy tej, jaką teraz dysponował, wydawała się prymitywna, lecz wówczas musiała jawić się najpotężniejszą maszyną, jaką ktokolwiek był w stanie wyśnić. Najgorsze jednak było wyobrażenie Yaomauitla. Wysoki, z ciemnymi skośnymi oczami, które nawet po trzystu latach zachowały lśniącą w nich złośliwość. Ciało miał chrząstkowate, z wystającymi żebrami i groteskowym pasem biodrowym, z którego zwieszał się długi, żylasty penis. Dłonie i stopy kończyły się zakrzywionymi szponami. Mogły za jednym zamachem wyłupić oko. Henry i Gil rozpoznali diabła bez trudu. Był tu starszy, pokryty bitewnymi bliznami, lecz niewątpliwie był to ojciec istoty trzymającej w niewoli Susan - chłopca, który na ułamek sekundy odsłonił przed nimi swe prawdziwe ciało i szaloną duszę. - Tak - mruknął Henry, oddając księdzu arkusz. - Rozpoznajecie go? - Widzieliśmy jedno z jego dzieci, jeżeli można to tak nazwać - przytaknął Gil. Ksiądz popatrzył na wydruk z wyrazem lęku na twarzy. - A zatem już się zaczęło. Choroba się rozszerza. - Tak, ojcze - powiedział Henry. - Tak właśnie zginęła Sylvia Stoner. Ksiądz spojrzał na niego. - Wojownicy Nocy - wyszeptał z czcią. - Możecie mi nie wierzyć, lecz miałem sen, że przybędziecie. Powiedziane jest w „De Daemonialitate”, że Wojownicy Nocy powstaną, ilekroć pojawi się diabeł w którejkolwiek ze swych postaci. I oto jesteście. Wybaczcie mi, że nie reaguję na ten fakt zdziwieniem. - To lepiej - uśmiechnął się Henry, ściskając ramię księdza. Możliwe, że w jego dłoni było wciąż jeszcze coś z mocy Ashapoli, bowiem ksiądz rzuciwszy na nią okiem uśmiechnął się uśmiechem człowieka, któremu przywrócono wiarę. - A teraz - powiedział ksiądz - pragniecie wiedzieć, co wspólnego miał Yaomauitl z waszą przyjaciółką Sylvią Stoner. Opowiem, ile sam wiem, a potem zaprowadzę was do Ludovica, jedynej osoby we wsi, która spotkała Yaomauitla po tym, jak wydostał się ze skrzynki. Chcecie może wina? - spytał. - Mamy tu własne winnice. Nie mogę wam obiecać, że będzie równie łagodne jak to z Napa Valley, lecz działa dość odświeżająco.

Nalał każdemu z nich po szklance ciemnoczerwonego, słodkiego wina, pachnącego mocno owocami. Potem usiadł i zaczął opowieść. - Wasza przyjaciółka Sylvia i jej towarzysz przybyli tu w ostatni weekend lutego. To pamiętam. Przyjechali furgonem, takim z napędem na cztery koła, i powiedzieli, że spędzają wakacje podróżując wzdłuż Zatoki Kalifornijskiej. Pytali mnie, czy nie znam miejsca, gdzie mogliby zatrzymać się na parę dni, a ja skierowałem ich do seńory Rosario. Jej dwaj synowie wyjechali do pracy w Ameryce, a mąż umarł, ma wiec w domu sporo wolnych pokoi. - Jak wyglądał jej towarzysz? - spytał Henry. - No cóż, mogę powiedzieć, że wyglądał jak tenisista, który rzucił treningi. Niezbyt wysoki, kręcone włosy, przystojny, lecz wyjątkowo nieporządny. Nieogolony, wygniecione ubranie... - Zapamiętał ksiądz jego nazwisko? - Zwracała się do niego tylko „kochanie”. - Ksiądz pokręcił głową. - Przyszli do kościoła robić zdjęcia i rozmawiali, aż nazbyt głośno, o tym, jak zamierzają spędzić te wakacje. - Co ksiądz chce przez to powiedzieć? - Że tak naprawdę nie byli na wakacjach. Tak jak kilku Amerykanów przed nimi, przyjechali, ponieważ słyszeli, że wieśniacy uprawiają tu nie tylko winorośl. - Czyli...? - Tak, moi przyjaciele. Marihuana. Smak znany między koneserami jako „San Juarez - Raj Numer Jeden”. Bardzo trudna do zdobycia i bardzo droga. A niewielu Amerykanów wie, że rośnie ona na wzgórzach wokół San Hipolito. Ani Henry, ani Gil nie powiedzieli nic, by skomentować wyraźną dumę w słowach księdza. Ten jednak upił wina i uśmiechnął się do nich sponad szklanki. - Jesteście zdziwieni, że wybaczam im tutaj handel j narkotykami. Cóż, nie wybaczam, ale przymykam na to oczy. W San Hipolito nie ma skąd brać pieniędzy, przyjaciele. Większość ziem jest kamienista i jałowa, zwykłe uprawy i hodowla nie przynoszą wielkich zysków. Bez „San Juarez - Raj Numer Jeden” ta wioska musiałaby umrzeć. Ludzie, którzy tu żyją, straciliby cały majątek, a kościół popadłby w ruinę. Zmuszony jestem dokonywać wyboru między handlem, który narusza prawa ustanowione przez człowieka, a ubóstwem i cierpieniem, które naruszyłoby prawa boskie. - A zatem Sylvia i jej chłopak przyjechali po trawkę? - spytał Henry. - Oczywiście. Nie ma żadnego innego powodu, by nawet najbardziej ekscentryczny amerykański turysta zostawał w San Hipolito choć kilka minut.

- I co stało się później? - spytał Gil. Ksiądz rozłożył ręce. - Byli tu przez dwa dni, może trzy, a z plotek, które do mnie dochodzą, wiem, że rozmawiali z rodziną Perezów o kupnie marihuany wartej dwa tysiące dolarów. Pierwszej jakości. Perez oczywiście przeciągał sprawę, by dostać więcej, a Sylvia i jej towarzysz dzwonili nieustannie do Ameryki, próbując zdobyć więcej zamówień. Przerwał na chwilę, potem odezwał się tonem już bardziej poważnym. - A potem nadszedł dzień trzęsienia ziemi. Grunt pękał, wszyscy uciekli z wioski na pola, bojąc się, że domy runą im na głowy. Gdy wrócili, zobaczyli, że rozpadła się ściana kościoła i że Yaomauitl uciekł. Wysłali psy i mężczyzn ze strzelbami, lecz nigdzie nie było ani śladu diabła. - Sylvia i jej towarzysz zostali w wiosce? Ksiądz przytaknął. - Byli tu jeszcze przez jedną noc i jeden dzień. W noc po tym, jak Yaomauitl uciekł, seńora Rosario słyszała ich w sypialni na górze. Wyglądało to na kłótnię, a przynajmniej kłóciła się dziewczyna. Seńora Rosario nie rozpoznała tego drugiego głosu. Był to głos mężczyzny, chropawy i głośny, brzmiał tak, jakby dochodził naraz zewsząd. Powiedziała, że wzbudził w niej strach. Nie trwało to długo, kłótnia skończyła się zupełnie nagle, a potem, cóż, seńora Rosario nie słucha zwykle takich rzeczy, lecz dobiegło ją, jak Sylvia i jej towarzysz poszli do łóżka. Było to głośne jak gwałt Słyszała stłumione krzyki Sylvii, jakby miała usta zakryte dłonią czy poduszką. Słyszała, jak mężczyzna ją przeklina, wciąż tym samym, chropawym głosem. I słyszała, rzecz jasna, jak trzęsie się rama łóżka, zupełnie jakby chcieli rozwalić je na kawałki. Rano poszła na górę i powiedziała im, że muszą się wynieść. - Chłopak Sylvii był wciąż z nią? - spytał Henry. - Pomimo tego, co dało się słyszeć w nocy? - Szybki pan jest, panie Watkins - powiedział ksiądz. - Tak, jej towarzysz był z nią nadal. Ale gdy opuścili dom seńory Rosario, by odjechać do Ameryki, popełnił jeden błąd. Jeden poważny błąd. - Co to było, ojcze? - Chodźcie, Pora, byśmy porozmawiali z Ludovico. Dopili wino i ksiądz poprowadził ich na drugą stronę ulicy. Wskazał im wielki, odosobniony dom seńory Rosario, obrosły bluszczem i otoczony wysokim murem. Zbudowany jak wszystkie, z suszonej na słońcu cegły, znajdował się na samym końcu jednego z dwóch szeregów budowli tworzących wioskę. Sjesta już wprawdzie minęła, lecz nie było widać nikogo, prócz małego grubego chłopca bawiącego się w kurzu i

chudego, sparszywiałego psa, kręcącego się wokół jednego z domów. Ksiądz odgonił sprzed twarzy muchę i wskazał miejsce przy ulicy, blisko zaparkowanego mustanga Gila. W ocienionych drzwiach siedział tam starzec z zasuszoną w zmarszczkach twarzą oraz oczami białymi i pustymi jak ugotowane na twardo jajka. Miał na sobie świeżo wyprasowany garnitur z jasnobeżowego płótna, wyczyszczone do połysku buty - widać to było pomimo pokrywającej je cieniutkiej warstewki kurzu. Dłonie złożył na lśniącej, mosiężnej rączce swej laski. - To jest Ludovico - powiedział ksiądz. - Ludovico, ci dwaj dżentelmeni to moi przyjaciele, bliscy przyjaciele z El Norte. Chciałbym ci ich przedstawić. Ludovico na ślepo podał dłoń Henry'emu i Gilowi. - Czego oni tu szukają, zwłaszcza jeśli są twoimi przyjaciółmi, ojcze? - zapytał. - Pytali o dziewczynę, która tu była. Amerykankę. Dziewczynę, która była tu, gdy trzęsienie ziemi zniszczyło kościół. Ludovico zwilżył pomarańczowe wargi. - Mówisz, że ktoś przyjechał, żeby o nią spytać, ojcze? - Tak, Ludovico, właśnie tak. - Czy mogę uwierzyć tym dwóm, ojcze? Wyczuwam wokół nich coś niezwykłego. Wyczuwam coś w rodzaju elektryczności. - Ma pan rację - uśmiechnął się Henry. - Czy czuje pan coś jeszcze? Starzec dotknął swej twarzy, jakby chciał się upewnić, czy jeszcze ją ma. - Wiele dziwnych rzeczy. Dziwnych powinności, dziwnych ambicji. Wyczuwam też niebezpieczeństwo. - Czy wyczuł pan coś w dniu, kiedy trzęsienie ziemi zniszczyło kościół? - spytał Henry. - Nie, wtedy nie - powiedział Ludovico. - Ale następnego dnia, gdy wyjeżdżali, tak. Widzicie, mijali mnie kilka razy dziennie, gdy wcześniej byli w wiosce, tak że całkiem dobrze ich poznałem. Ich głosy, kroki, szelest ich ubrań. - I...? - spytał Gil, gdy starzec się zawahał. - I popełnili błąd, przechodząc obok mnie, gdy wyjeżdżali. Słyszałem ich oboje całkiem dobrze. I wyczułem coś dziwnego, coś, czego nigdy więcej nie chciałbym spotkać. Dziewczyna była ta sama, co do tego nie ma wątpliwości. Może nie duszą, lecz ciałem z pewnością. Mężczyzna jednak był zupełnie inny. Ludzie mówili mi, że wyglądał tak samo. Ale gdy mnie mijał, usłyszałem, jak twarda skóra trze o twardą skórę. Usłyszałem zgrzyt ostrych pazurów na drodze. Usłyszałem świszczący oddech i jakiś straszliwy szelest, który

napełnił mnie strachem. A najgorsze było to, że poczułem śmiertelny chłód, tak jakby ktoś na chwilę otworzył mi tuż przed nosem lodówkę. Nie ma co do tego wątpliwości. Cokolwiek inni widzieli swoimi oczami, ja wiem, że tego popołudnia przeszedł obok mnie diabeł. Henry odwrócił się do Gila. Dalsza rozmowa była niepotrzebna. Klocki układanki zostały dopasowane, a oni dowiedzieli się jeszcze czegoś o swym Śmiertelnym Wrogu czegoś, czego Springer im nie powiedział lub czego nie wiedział. Ostatecznie wspomniał, że nawet Ashapola nie jest w stanie przewidzieć poczynań szatana. To „coś” to informacja, że Yaomauitl może przybierać postać ludzką i to wystarczająco udaną, by oszukać każdego, kto go zobaczy. Tylko ci, którzy nie posługiwali się wzrokiem, mogli go wyczuć i nie ulec pozorom. Tylko niewidomy potrafił rozpoznać demona. - Zatem Yaomauitl uciekł z San Hipolito pod postacią chłopaka Sylvii - rzekł Henry. A jedyną zbrodnią Sylvii było to, że przyjechała do San Hipolito w poszukiwaniu trawki najwyższej jakości. - No i że przyjechała w złym czasie, czego żałuję - dodał ksiądz. - Lecz gdyby jej tutaj nie było, znalazłby się ktoś inny. Yaomauitl nie jest wybredny. - Czy udało się wam ustalić, co stało się z chłopakiem? - spytał Gil. - W tej jednej sprawie nie alarmowaliśmy policji. Was również prosimy o nieprzekazywanie tej informacji żadnej instytucji, która byłaby zobowiązana prawem do działania. Wywołałoby to jedynie podejrzenia i niepokój, a może nawet doprowadziłoby do pomyłkowego aresztowania. Rozumiecie, Victor Perez kłócił się sporo z Sylvią i jej towarzyszem o cenę tej marihuany i ktoś mógłby wysnuć z tego wnioski co do motywu zbrodni. - Znaleźliście jego zwłoki? - Tak. - I jesteście pewni, że to zrobił Yaomauitl? - Żadna ludzka istota nie jest w stanie zabić człowieka w ten sposób, moi przyjaciele. Henry nic nie powiedział. Chciał jednak wiedzieć, w jaki sposób diabeł zgładził towarzysza podróży Sylvii. Ksiądz podziękował Ludovicowi i uścisnęli sobie wszyscy ręce. Potem poprowadził ich na koniec wioski, aż do bocznej uliczki schodzącej kamienistą nawierzchnią ku winnicy. Przeszli obok wygrzewających się w słońcu winorośli, ich stopy chrzęściły na wyschniętej ziemi, od czasu do czasu przelatywały obok nich z brzękiem owady. - Nie ruszaliśmy go jeszcze - rzucił przez ramię ksiądz. - Nikt tu nie dotknie jego

szczątków, wierzą, że zawarte w nich jest zło. Nie sądzę, by było to mądre. Ale gdyby ktoś zaczął pytać o niego, chciałbym pokazać, że Victor Perez naprawdę nie mógł go zabić, podobnie zresztą jak nikt inny z tej wioski. Doszli do granic winnicy. Wzdłuż jej niżej położonego krańca ciągnął się przez około pół mili płot z żerdzi, wysoki na sześć, siedem stóp i na jakieś piętnaście stóp odległy od uprawy. Gdzieś w połowie tej odległości leżał spory wysuszony stos czegoś, co wyglądało jak gniazdo szerszeni Podeszli do tego zaniepokojeni, podejrzewając oszustwo. Nawet bliższe oględziny nie wyjaśniały, czym mogło to być naprawdę. Jakaś wysuszona, poskręcana i poznaczona ścięgnami tkanka z paroma ciemnokasztanowatymi liszajami na boku. Nie kojarzyła się Henry'emu ani Gilowi z niczym, co dotąd widzieli. Henry popatrzył niepewnie na księdza. Ten jednak skinął by obeszli to coś z drugiej strony. Pośrodku wysuszonej skóry dawała się rozróżnić zniekształcona twarz mężczyzny z mocno, jak u noworodka, zaciśniętymi oczami i nosem rozgniecionym w trudną do rozpoznania narośl. Dolna szczęka odciągnięta była ku dołowi przez pięć wepchniętych doń pokręconych grud, które musiały być niegdyś palcami. Ksiądz przeżegnał się. - Znaleziono go tu trzy dni po odjeździe Syłvii i jej towarzysza z San Hipolito. Yaomauitl mógł ukryć jego szczątki, rzecz jasna, lecz sądzę, że zostawił je tu jako przestrogę. - Obejrzał się ku górom. - Wiecie teraz, jak wygląda człowiek, który stracił co do kropli wilgoć swego ciała. Pomimo naszej durny, niewiele znaczymy. Weszli z powrotem pod górę. Tej nocy mieli stawić czoło ledwo wyrosłej istocie, która była zdolna uczynić z człowiekiem to, co właśnie ujrzeli. Gil jako jedyny obejrzał się na szczątki. Chciał dobrze zapamiętać ten obraz. Był w stanie dodać mu pewności, sprawić, że nie zawaha się, gdy przyjdzie do pociągnięcia za spust maszyny. Ksiądz zaprosił ich jeszcze na wino, lecz robiło się już późno, a oni chcieli jak najszybciej wrócić do San Diego. - Będę się za was modlił - powiedział ksiądz. Gil zapalił mustanga. - Dziękujemy, ojcze. Doceniamy twoje modlitwy - odparł Henry. - Jeszcze jedno - dodał ksiądz. - Zaczekajcie tu chwilę. Pospieszył do swego domu. Gil i Henry siedzieli w milczeniu, czekając na jego powrót. Obaj myśleli o wyschniętych szczątkach przyjaciela Sylvii. I obaj rozmyślali o Śmiertelnym Wrogu Yaomauitlu; o tym, jak spoglądał na nich z odbitki drzeworytu pochodzącego sprzed tak wielu lat. Sam drzeworyt był dowodem na żywotność absolutnego

zła. Zło może zostać uwięzione, może zostać wygnane, lecz nigdy nie może zostać zniszczone. Ksiądz wrócił zadyszany. Wręczył Henry'emu brązowy, filcowy woreczek, zawiązany wystrzępionym sznurkiem. - Weźcie to - powiedział. - To jest dziewięć pieczęci, które Wojownicy Nocy odcisnęli na wiązowej skrzynce, by powstrzymać Yaomauitla od wyrwania się na wolność. Zostały przywiezione do Meksyku przez jezuitów, którzy usłyszeli, jakie spustoszenie sieje diabeł w Nowym Świecie. Są bezcenne, moi przyjaciele. Strzeżcie ich dobrze. Henry rozwiązał sznurek. Wewnątrz znalazł dziewięć papierowych zawiniątek. Wziął jedno. Ksiądz przyglądał się z niepokojem, jak Henry kładzie pieczęć na dłoni. Wyglądała jak kropla czarnego, zaschniętego laku, która zastygła na kawałku materiału. - Znaleziono je w Jerozolimie - wyjaśnił ksiądz. - W foku dziewięćsetnym. Mówi się, że są to kawałki szat dziewięciu z dwunastu uczniów, po jednym od każdego, ucięte z rąbków ich płaszczy w noc Ostatniej Wieczerzy. Trzech brakuje: z szat Judasza, Piotra i Jana. Henry dotknął pieczęci koniuszkiem palca i odwrócił ją. - Co się stało z tymi trzema? - Tego nikt nie wie. Mówi się jednak, że gdyby ktoś był w stanie zebrać razem wszystkie dwanaście, mógłby na zawsze wygnać diabła. - A może Bóg ma pozostałe trzy... - powiedział Henry. - Może nie chce, byśmy wygnali diabła na zawsze. Może trzeba nam od czasu do czasu przypominać o uosobieniu zła, tak byśmy nauczyli się cenić uosobienie dobra. - Powinien pan nosić sutannę - uśmiechnął się ksiądz. Henry zawinął pieczęć w papier i wrzucił ją z powrotem do woreczka. - Sądzę, że w jakiś szczególny sposób już to robię. Przejechali przez góry San Juarez. Słońce świeciło im teraz w twarze tak, że trzeba było opuścić przesłony na przednią szybę. Dojechali do autostrady meksykańskiej numer jeden i z Ensenada skierowali się na północ, do Tijuany. Gdy dotarli do granicy, było już ciemno. Musieli odczekać godzinę, nim ich przepuszczono. W końcu znaleźli się na piątej międzystanowej i ruszyli w kierunku Del Mar i Solana Beach. - Te pieczęcie - zaczął Gil. - Co o nich sądzisz? - Pewnie falsyfikaty. Miałeś kiedyś do czynienia z relikwiami? Gdyby zebrać razem wszystkie kawałki tak zwanego prawdziwego krzyża, to utworzyłyby krucyfiks równie wysoki jak wieżowiec Searsa. A co do fragmentów szaty Jezusa, czy sądzisz, że naprawdę miał On cały magazyn tunik?

- Ale wierzysz w Yaomauitla? - Czy wierzę? Nie wiem, co o tym myśleć. Wiem, że jest coś okropnego, że coś rozbija się po okolicy i że zabiło Sylvię oraz jej przyjaciela. Ale nie podchodźmy do tego aż tak naiwnie. Nie wyciągajmy przedwcześnie wniosków. Springer raz nas nabrał i może to zrobić znowu. - Naprawdę nikomu nie wierzysz, co? - Nic z tych rzeczy. Wierzę tobie, wierzę Susan, czasem zdarza się nawet, że wierzę sam sobie. Nie sądź, że jestem cyniczny. Im więcej widzę, tym silniejsza jest moja wiara. Wierzę w Wojowników Nocy i w zadanie, które mają do wykonania. Wierzę w nich bez zastrzeżeń. Ale jeśli nawet akceptuję te nadprzyrodzone rzeczy, które zostały mi dokładnie przedstawione wraz z dowodem istnienia, to czemu niby powinienem w ten sam sposób wierzyć w inne; te, których dotąd mi nie udowodniono? Owszem, ułatwiłoby nam z pewnością życie, gdybyśmy przyjęli za prawdę wszystko, co powiedział nam ten ksiądz. Ale jeżeli nie mówił prawdy? Albo przemilczał jeden czy dwa zasadnicze fakty? Przypuśćmy, że kłamał, by ochronić prawdziwego mordercę? Przypuśćmy w końcu, że to wszystko, o czym opowiadał, wcale się nie zdarzyło, że bujał nas od początku do końca... - Henry, w toku rozumowania trzeba przyjąć jakieś pewniki, inaczej nie dojdzie się do niczego. - Owszem, masz rację - zgodził się Henry. - Ale nie przyjmujmy od razu wszystkiego bez zastanowienia, opierając się wyłącznie na pozorach. Szczególnie, gdy chodzi o księży i o tych, którzy mienią się być wysłannikami Boga. Dojechali do domku Henry'ego. Gil zatrzymał wóz naprzeciwko. - Mam pomysł - rzucił Henry. - Czemu nie miałbyś zadzwonić do swoich starych i powiedzieć im, że zostajesz na noc u przyjaciół? Nikt mi tu zwykle nie przeszkadza, więc szansa, że ktoś tu zajrzy i stwierdzi, że zapadliśmy w śpiączkę jest niewielka. - Niezły pomysł. Henry otworzył drzwi i sięgnął do kontaktu. - Telefon jest za kanapą. Gdy skończysz, wyskoczymy jeszcze i zjemy po jajku fujung na drogę. Rozbłysło światło. Był tutaj, czy raczej była, jako że tego wieczoru nosiła prosty biały strój przypominający suknię, a jej twarz wydawała się gładsza niż zwykle. Siedziała na ulubionym fotelu Henry'ego czekając. Wydawało się, że już od wielu godzin. - Proszę, proszę - powiedziała. - Powrót Wojowników Nocy. Henry był zupełnie zaskoczony.

- Myślałem, że już cię więcej nie zobaczę, Springer. - Nigdy? A czemu tak sądziłeś? - A czemu, u licha, sprawiłaś, że tak pomyślałem? - odgryzł się Henry. - Zostawiłaś nas ostatniej nocy, opuściłaś nas w jakimś zakazanym śnie, uwikłanych w sam środek awantury, na dodatek bez mocy! Przez ciebie Same-na została uwięziona i teraz ten diabeł z plaży trzyma ją jako zakładniczkę. Wiedziałaś o tym, prawda? Od początku wiedziałaś, że staniemy tam twarzą w twarz z diabłem. To znaczy okłamałaś nas, wybierając jednego z patologów, który pracował przy tym diable i, rzecz jasna, musiał mieć sen z nim w roli głównej. - No więc popatrz teraz, co się porobiło! Springer wysłuchała tego wszystkiego cierpliwie, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. - Czy to wszystko, co masz do powiedzenia? - Może być więcej. Zależy, na ile sensownie brzmią twoje tłumaczenia. - Moje wytłumaczenie jest bardzo proste. - Wstała z fotela i bez wysiłku poszybowała ku Henry'emu i Gilowi. - Proszę, Gil. Zadzwoń do swoich rodziców. Woleliby mieć pewność, że jesteś bezpieczny. To dobry pomysł, byście razem spędzili tu noc. - No więc? - domagał się odpowiedzi Henry. Springer uśmiechnęła się. Pomimo aseksualnego wyglądu była naprawdę bardzo atrakcyjna. Miała w sobie piękno niedostępne istotom ludzkim. Bez skazy, blada, idealna. - Przyznaję, że was oszukałam i wpuściłam do snu pana Shapiro z pełną świadomością, iż spotkacie tam istotę z plaży. Nie powiedziałam wam o tym, by nie ogarnął was przedwcześnie strach. Przekonaliście się, jak sądzę, że jesteście w stanie całkiem dobrze poradzić sobie z diabłem, który wciąż jeszcze jest tylko embrionem, czymś zbliżonym do niedorosłej postaci kangura, przechodzącego z macicy do torby. Biolodzy nazywają to stadium rozwoju joey. - Może i bylibyśmy w stanie to pokonać, ale nie ostrzegłaś nas i dałaś za mało energii - zaprotestował Henry. - Byliśmy zupełnie wypruci - dodał Gil z przejęciem. - Nic nie mogliśmy zrobić. Musieliśmy decydować, czy zabić się bez sensu, czy wracać tu w miarę bezpiecznie, zostawiając tam Susan. Fajny wybór. - Cóż, żałuję tego - powiedziała Springer. - Lecz nawet ja nie mogę być w dwóch miejscach naraz, niezależnie od tego, ile mam różnych twarzy. Musiałam was opuścić, ponieważ odnalazłam jeszcze jednego z potomków Wojowników Nocy i było sprawą nadzwyczaj pilną, by zwerbować go jak najszybciej. Przyłączy się do was już tej nocy.

Nazywa się Xaxxa. Jeździec Gromu. - Jaki ma sens werbowanie nowego Wojownika Nocy, jeśli kosztuje cię to utratę innego, którego już miałaś? - spytał gorzko Henry. - Jestem twoim trenerem, Kasyxie, a nie twoją niańką - powiedziała Springer z nutą uszczypliwości w głosie. - Oczekuję po całej waszej trójce, że będziecie umieli poradzić sobie sami w każdym upiornym śnie i że dacie radę pokonać to stworzenie. - Czegokolwiek oczekujesz, Springer, pozostaje faktem, że już ci nie wierzę oświadczył Henry. - Ani ja - dodał Gil. Springer zastanowiła się nad tym przez chwilę. - Czy wzięliście pod uwagę, że zasadniczym warunkiem tego, byście mogli wykonać zadanie, jest uwierzenie mi? - Zasadniczym nie. Byłem Wojownikiem Nocy tylko przez jedną noc, lecz odnoszę wrażenie, że jest to coś, co znacznie nas obu przerasta - powiedział Henry. Springer przytaknęła. - W takim razie dajcie mi sposobność, bym przekonała was o mojej prawdomówności. Wyruszycie tej nocy z Xaxxą i uratujecie Samenę ze szponów szatana. Wprowadzę was we właściwy sen i tym razem powiem wam wcześniej, kim jest osoba śpiąca. - Nie będzie to znów nasz przyjaciel, masochista Lemuel Shapiro? - zapytał Henry. - Nie - odpowiedziała Springer. - To stworzenie zostało dziś przewiezione z biura koronera do laboratoriów Scrippsa. Autorem waszego snu musi być ktoś, kto tam pracuje. Najpewniej będzie to doktor Caulfield. Henry popatrzył na Springer z niedowierzaniem. - Doktor Andrea Caulfield? - Znasz ją? - zdziwiła się Springer. - No chyba. Przez cztery lata była moją żoną. A teraz chcesz, bym wchodził w jej sny? Gil klepnął Henry'ego w ramię. - Kto wie, Henry, może staniesz twarzą w twarz ze sobą jako wyśnionym przez nią potworem!

14
Spać poszli o wpół do jedenastej, zaraz po pospiesznej kolacji, którą Gil przyniósł z „Chung King Loh”. Gil zadowolony był z pozostania na noc u Henry'ego. Czuł się swobodniej; nie przeszkadzała mu nawet świadomość, że jednym z powodów, dla których Henry tak nalegał, było pragnienie, by ktoś, w razie czego, odebrał mu kieliszek. Walka z alkoholizmem szła mu ciężko. Żałował nawet, że przyjął poczęstunek księdza. Powiedział Gilowi: „Gdy wypijesz pierwszego, to odmówić następnego jest dziesięć razy trudniej”. Springer zostawiła ich z obietnicą, że spotkają się w domu przy Camino del Mar o jedenastej. Nie chciała nic powiedzieć o zadaniach na zbliżającą się noc, milczała na temat nowego Wojownika Nocy, Xaxxy. Nie raczyła nawet wyjaśnić, co to takiego Jeździec Gromu. - Sami wszystko zobaczycie - stwierdziła. W mroku swoich pokoi Henry i Gil wymówili inwokacje, które miały wyzwolić ich senne osobowości z ziemskich ciał. Teraz, gdy oblicze świata skryte jest w ciemności, pozwól nam przenieść się na miejsce spotkania orężnie i w zbroi, i pozwól nam pożywić się mocą, która przeznaczona jest do rozszczepiania ciemności, rozpędzania wszystkich mrocznych sił, rozpraszania zła wszelkiego. Niech się stanie. Zamknęli oczy. Poczuli ogarniającą ich falę snu równie niepowstrzymaną, jak Pacyfik pożerający przypływem plażę. Wznieśli się, milczący i przezroczyści, zostawiając w domu swe ciała i pożeglowali ponad Del Mar. Pogrążone w mroku miasto okrywała powłoka chmur, noc była ciemniejsza niż poprzednia. Drogę wskazywała im tylko poświata ruchu ulicznego w okolicy domu, w którym powinna czekać na nich Springer. Przeniknęli przez dach i zsunęli się do pokoju na piętrze. Springer czekała zgodnie z obietnicą. Wyglądała jeszcze bardziej kobieco niż po południu. Zaczesała swe włosy w fantazyjne fale; miała na sobie białą, sięgającą kolan suknię z szerokimi ramionami oraz luźnym stanem, pod którą nosiła jedynie pasek podtrzymujący białe pończochy. - Wcześnie jesteście - stwierdziła z zadowoleniem. - To da wam czas na poznanie się z nowym Wojownikiem, Xaxxą. Odwróciła się i wypchnęła do przodu wysokiego, dobrze zbudowanego czarnego

chłopaka, ubranego jedynie w błękitne szorty. Krótko przycięte włosy podkreślały solidną budowę jego karku. Twarz miał płaską, krótkonosą i równie fotogeniczną jak Muhammad Ali. Mimo atletycznej, proporcjonalnej budowy, w kącikach jego ust czaiło się wyraźne, choć ostrożnie wyrażane poczucie humoru. Poczucie zdające się przeczyć mniemaniu, że każdy, kto jest tak właśnie zbudowany, musi być śmiertelnie poważny i tępy. - Xaxxa - przedstawiła go Springer. - Xaxxo, oto Kasyx, Strażnik Mocy i Tebulot, Opiekun Maszyny. - Nie powiedziałaś mi, że oni są biali - zdziwił się Xaxxa. - Nie mówiłam ci też, że są czarni. - No, owszem. Ale po nazwie Wojownicy Nocy skłonny byłem przypuszczać, że wszyscy oni musieli zawsze być czarni. - Wojownicy Nocy byli biali - powiedział Henry i zaraz tego pożałował. - Czy to ma znaczenie - spytał Gil - że jesteśmy biali? - To zależy - rzekł Xaxxa. - To całkowicie zależy od waszego nastawienia. To znaczy, jeśli uważacie, że skoro jesteście biali, to możecie wydawać mi rozkazy, to wybijcie to sobie z głowy. I możecie też zapomnieć o całej tej hecy z Wojownikami Nocy. Mój ojciec był w Wietnamie i uwierzcie mi, nie zaznał tam niczego prócz trzech lat dołowania przez białych. Zawsze mi powtarzał, bym nie przyłączał się nigdy do żadnej imprezy, gdzie rządzą biali, bo choćbym nawet był geniuszem, to i tak będę sprzątał kible. - A jesteś geniuszem? - zainteresował się Henry. - Nie. Ale tak by było. - A jak się nazywasz naprawdę? Jakie masz imię prócz miana Wojownika Nocy? - Lloyd Curran. - Ja jestem Henry, a to Gil. Ja jestem nauczycielem, Gil studentem i żaden z nas też nie jest geniuszem. Jedno, co mogę ci powiedzieć, to że Wojownicy Nocy nie tworzą typowej armii. Nie mamy oficerów ani stopni. Pracujemy razem niezależnie od wieku i doświadczenia, a teraz, skoro się do nas przyłączyłeś, również od koloru skóry. Czym się zajmujesz, Lloyd? - Uczę się fotografii - powiedział podejrzliwy jeszcze Lloyd. Henry nie miał pojęcia, jakiego sposobu użyła Springer, by oczarować rekruta i przekonać go, by wstąpił na służbę do Ashapoli, lecz widać było, że chłopak spodziewał się czegoś zupełnie innego. Z pewnością nie chudego syna sklepikarza z Solana Beach ani profesora filozofii z krostowatą twarzą i w przykrótkiej piżamie. - Springer wspomniała, że jesteś Jeźdźcem Gromu - wtrącił Gil. - Próbowałeś już

swej umiejętności? - Poniekąd - odrzekł Lloyd. - Mógłbyś nam pokazać? - spytał Henry. Springer podeszła do Henry'ego i dotknęła jego ramienia. - Gdybyś się naładował, każdy z was mógłby pokazać drugiemu, co potrafi. Henry uklęknął, a Gil i Lloyd opadli na kolana tuż za nim. Springer wyrecytowała słowa, które miały przemienić ich w Wojowników Nocy. Trzy złote aureole zajaśniały nad ich głowami. Gdy znikły, wszyscy wstali. Karmazynowa zbroja Kasyxa potrzaskiwała silniejszym niż poprzednio ładunkiem statycznej energii. - Tym razem dałam ci maksymalny ładunek - powiedziała Springer. - Musisz wesprzeć nią dwóch potężnych towarzyszy broni, a zatem będziesz jej sporo potrzebował. Ostatnim razem dostałeś jej mniej tylko dlatego, iż nie oczekiwałam tak zażartej walki. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że niedoświadczony Strażnik Mocy doprowadzi do przypadkowego wyładowania, które zabija nie tylko jego i innych Wojowników, lecz samego śniącego. Kasyx położył dłoń na ramieniu Tebulota. Broń rozśpiewała się natychmiast wszystkimi obwodami, jej złocista skala rozgorzała na całej długości. Zwrócił się teraz do Xaxxy. Xaxxa wyglądał na jeszcze lepiej umięśnionego i rozwiniętego. Głowę chronił mu kopulasty hełm. Biały, lśniący i strzelający iskrami srebrnego światła wyglądał, jakby pokryty był płatkami chromu. Wokół okapu hełmu ciągnęła się łukowata, metalowa osłona, na której skupiły się dziesiątki drobnych, kolorowych światełek. Jego naramienniki również były białe. Przypominały nachodzące na siebie łuski smoczej skóry. Tors miał nagi. Poza tym jego strój ograniczał się do ciasnej opaski na biodrach, wykonanej najwyraźniej z tej samej materii, co hełm. Ona także lśniła i strzelała iskrami. Podtrzymywały ją cienkie rzemienie opasujące go w biodrach i skórzany pasek wciśnięty pomiędzy muskularne pośladki. Białe buty na jego nogach zdobione były drobnymi wzorami z wtłoczony-mi weń kawałkami srebra i miedzi. Wzory te przypominały Kasyxowi mikroobwody. - Kluczem do zdolności Xaxxy są buty - powiedziała Springer. - Gdy tylko go naładujesz, pokaże nam, co potrafi. Kasyx położył dłoń na ramieniu Xaxxy. Ten przyglądał mu się uważnie w trakcie przelewania mocy Ashapoli. - Czy zawsze będę zależny od twojej mocy? - spytał Kasyxa.

Kasyx przytaknął. - Tak jak ja, z kolei, muszę polegać na bogu-bogów Springera - Ashapoli. My, Wojownicy Nocy, jesteśmy zależni od siebie nawzajem, chłopcze. Ciało Xaxxy nabrało już mocy, metaliczne wzory na jego butach zalśniły i roziskrzyły się. - Dość - powiedziała w końcu Springer i Kasyx odjął dłoń. Springer podeszła do Xaxxy i opuściła biały ochraniacz hełmu na twarz Wojownika. Na wysokości jego policzków pojawił się ekran czystej energii, wyglądający z zewnątrz jak lustro. Ktokolwiek stanąłby naprzeciw Xaxxy z wrogimi zamiarami, widziałby tylko swą własną twarz. - A teraz uważajcie - powiedziała Springer. - Udam, że atakuję Xaxxę. On będzie się bronił, a potem sam mnie zaatakuje. Springer ustawiła się naprzeciw Xaxxy w typowej pozycji do ataku - ugięte kolana, uniesione ręce. Xaxxa również przykucnął, odsuwając się od niej po przekątnej, otwartymi dłońmi zakreślając koła w powietrzu. Napięcie doszło szczytu. Potem Springer rzuciła się w kierunku Xaxxy, machając rękami w jakimś superskomplikowanym kung-fu. Wówczas jednak rozległo się „wiiioołłłfff!” i Xaxxa prześliznął się bokiem po dwustopowej szerokości pasie czystej energii. Następnie złocisty pas zakręcił wyjąc i z wysokim piskiem przemknął przez pokój, zwijając się po drodze w korkociąg, Xaxxa zaś przemknął po nim z wielką szybkością jak na desce surfingowej, rozpędzonej do dwustu mil na godzinę. Na szczycie pętli zawisł głową w dół, po czym w ułamku sekundy runął na Springer, doprowadzając pas energii do jej pleców. Musnął ją w symulowanym ciosie, zanim jeszcze zdołała się obrócić. Xaxxa pozwolił zniknąć smudze energii i stanął nieruchomo. Uniósł wizjer i uśmiechnął się. - To jest coś! - stwierdził Kasyx. Był wyraźnie pod wrażeniem. Tebulot był rozgoryczony i bliski zawiści. - A ja mam targać ze sobą tę cholerną maszynerię i patrzeć spokojnie, jak on sobie biega! Springer dotknęła czoła każdego z nich. - Każdy z Wojowników Nocy ma jakiś zakres obowiązków. Jest was niewielu, lecz jesteście jednością. - No dobrze - powiedział Kasyx. - Czy nie czas już wyruszyć po Samenę?

- Tak - odparła Springer. - Do czyjego snu? - spytał Kasyx, patrząc znacząco na Springer. - Twojej byłej żony. Niestety. Ze wszystkich pracowników Scrippsa ona daje najwyraźniejsze odbicie. Czuła się wieczorem bardzo zmęczona, położyła się już o wpół do dziesiątej i teraz śpi twardo. - Idziemy do snu jego żony? - spytał Xaxxa. Springer przytaknęła. - Powiedziałaś, że będziemy chodzić do snów zarówno czarnych, jak i białych. Dlaczego pierwszy sen, do którego zajrzę, ma być snem białej? - Będziesz się świetnie bawił - uspokoił go Tebulot. - Biali śnią zwykle o białych, nadarzy ci się niejedna okazja, żeby stuknąć jakiegoś palanta. - Próbujesz być dowcipny - warknął Xaxxa. - A ty co? - podjął zaczepkę Tebulot. - Zawrót, pętla, fikołek i zamiast łba mam stołek? Gdyby cię to interesowało, to ta broń strzela także do tyłu. - Dupa z rączką - odgryzł się Xaxxa. - Na miłość boską, Xaxxo, przestań zachowywać się jak błazen! - zawołał Kasyx. - Błazen?! - głos Xaxxy wszedł na wysokie rejestry. - A ten co tu robi? - To profesor filozofii - wyjaśnił Tebulot. - To znaczy, za dnia. W nocy to Kasyx, twój strażnik energii, którego potrzebujesz, tak jak potrzebujesz mnie, a ja ciebie. Ruszajmy po Samenę. Xaxxa umilkł. Tebulot zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, nowo przybyły wszedł w rolę agresywnego czarnucha, ponieważ był po prostu zdenerwowany, podniecony, niepewny sytuacji i swej pozycji, podobnie jak on wczoraj. Sporo mu zresztą zostało z tego „wczoraj”. Dostrzegł siłę i wytrzymałość Xaxxy połączone z poczuciem humoru. Te cechy mogły uczynić go kimś, na kim można polegać w kryzysowej sytuacji. Cała trójka Wojowników Nocy zebrała się w środku pokoju i złapała za ręce. Na twarzy Xaxxy nie było ani cienia urazy, gdy łączył swe dłonie z dłońmi Kasyxa i Tebulota, jedynie ciekawość, ekscytacja i trochę starannie ukrywanego strachu. Unieśli się, przeniknęli przez sufit, przez krokwie strychu, przez gonty... i wlecieli w noc. Na wysokości ponad stu stóp zwrócili się na południe. Tym razem Springer nie musiała ich prowadzić do domu śniącego. Kasyx znał adres aż za dobrze. - Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie jest prawdziwe - wyszeptał Xaxxa. - Podobnie jak ja - rzekł Tebulot. - Coś jak Piotruś Pan, nie? To prawdziwy lot. Szkoda, że nie mogę zabrać mojego Pentaxa. Ale bym teraz zrobił zdjęcia!

Lecieli nad łukiem wybrzeża do La Jolla usadowionej tuż nad zatoką. Skręcili w głąb lądu, gdy tylko dotarli do brzegów zatoki, przemieszczając się teraz nad rozświetlonymi balkonami i wytwornymi restauracjami Prospect Street. Nad Pearl Street opuścili się spiralą aż do niewielkiego, schludnego, pobielanego domu z hiszpańskimi łukami. Volkswagen rabbit Andrei stał dokładnie na środku wymiecionego czysto podjazdu. Przeniknąwszy przez dachówki, dostali się w końcu do głównej sypialni. Andrea leżała na wznak na podwójnym, hiszpańskim, rzeźbionym łożu, z włosami na wałkach i owiniętą wokół ud jasnozieloną nocną koszulą. Obok niej leżało na stoliku tanie wydanie „Świata planktonu” Hardy'ego, tuż obok stał pucharek mrożonego kremu i mały budzik Cartier, który kiedyś należał do Henry'ego. W pokoju unosił się zapach perfum „Estee Lauder”, który przyprawił Henry'ego o lekki wstrząs. Podobnie zresztą jak widok Andrei w stroju nocnym. Od czasu ich rozwodu widywał ją zawsze kompletnie ubraną, wytworną i elegancką, prawie urzędową. Ujrzeć ją teraz w czasie snu to było aż nadto, by obudzić nieprzyjemne wspomnienia z czterech lat ich małżeństwa. - Twoja eks? - wyszeptał Xaxxa. - Nieźle się prezentuje, jeśli wybaczysz mi taką uwagę. Kasyx spojrzał na niego z zainteresowaniem. Sam też ostatecznie nie miał złego zdania o jej prezencji. Jednak spojrzenie na jej urodę zniekształcone zostało rozgoryczeniem i perypetiami z rozwodem, tak że gdyby ktoś poprosił go o namalowanie portretu Andrei, powstałaby maszkara gorsza od Yaomauitla. - Ruszajmy do jej snu. Co z tobą, Xaxxo? Jesteś gotowy? - Wypijaj swoją czarę goryczy - mruknął Xaxxa. Kasyx uniósł obie ręce i wyrysował w mroku pokoju drżący, niebieski ośmiokąt światła. Potem wsunął weń dłonie i rozciągnął jak kurtynę na boki. Z wolna pojawiała się jasno oświetlona scena, żaden jednak promyk nie wpadł do pokoju. Skinął na Tebulota i Xaxxę, by stanęli tuż obok niego, po czym uniósł ośmiokąt nad głową. Ściskali sobie ręce, gdy blask opadł na nich, a oni sami przenieśli się niespiesznie do snu Andrei. - O rany - westchnął Xaxxa. W chwili gdy ośmiokąt dotknął podłogi, poczuli, że znajdują się na pylistym, gorącym i wystawionym na promienie słońca placu, najwyraźniej gdzieś w północnej Afryce, w jakimś mieście. Mógł to być Marakesz, mógł to być Tanger. Mozaikowa fontanna rozpryskiwała krople wody w prażącym wietrze, kołyszącym wierzchołkami palm nad białymi dachami. Słyszeli chrapliwe i gardłowe tremolo bambusowego chebaba. Słyszeli zgiełk pobliskiego targowiska. Przez plac przesuwały się postaci w białozielonych dżellabach i

przypominających maski okularach przeciwsłonecznych. W powietrzu unosił się zapach gorąca, odór zastępujących kanalizację rynsztoków i woń pieczonego mięsa. - Czy to naprawdę sen? - zapytał Xaxxa rozglądając się wokół. - Tak - odpowiedział Kasyx. - A my jesteśmy jego częścią. - I w tym śnie mamy zamiar znaleźć tego diabelskiego osobnika? - Tak twierdziła Springer. - No, no... Tebulot wskazał nagle na szerokie przejście pod łukami. - Czy to nie twoja żona? Kasyx przycisnął dłoń do lewego boku hełmu i natychmiast przed jego oczami pojawiło się zbliżenie. Zdążył tylko zerknąć na kobietę, gdy znikała już w tłumie; kobietę w tropikalnym hełmie i białej tropikalnej bluzce. Nie dostrzegł jej twarzy, lecz zauważył zielone piórko na jej kasku. Zielony był zawsze ulubionym kolorem Andrei. - Pewnie masz rację - powiedział do Tebulota. - Chodźmy za nią i przypatrzmy się, dokąd zmierza. Pamiętajcie jednak, proszę, że to moja była żona. Tebulot uśmiechnął się i skinął na Xaxxę. Razem, ramię w ramię, przeszli przez plac i zagłębili się w bramę, torując sobie łokciami drogę w tłumie Arabów. Żałosne zawodzenie chebaba brzmiało coraz głośniej, przyłączyły się do niego fletnie. Fletnie Pana z gór Atlasu, których muzyka mogła przenieść słuchacza w sen ponad sny. Tłum zgęstniał, musieli przepychać się przez wąską ulicę pełną przekupniów skrytych przed palącym słońcem południa pod pasiastymi markizami, sprzedających brązowe naczynia, miedziane dzbanki, wisiorki pięknej roboty i wzoru, skórzane buty, zawiłe uprzęże dla wielbłądów, ptaki w klatkach oraz słodycze z łuskanymi migdałami i końskimi muchami. Na samym końcu ulicy dostrzegli białą kobietę znikającą w drzwiach jednego ze sklepów. Podążyli za nią, opędzając się przy tym przez cały czas od ciemnoskórych dzieci, które kłębiły się wkoło nich, żebrząc o pieniądze. Na drzwiach sklepu widniał arabski napis, ze środka dobiegała arabska muzyka z radia i zapach palonej w fajce żywicy kif. - To co, wchodzimy? - spytał Xaxxa. Tebulot przerzucił broń przez plecy. - A mamy jakiś wybór? Co ty na to, Kasyxie? Kasyx wzruszył ramionami. - Wolę po prostu być ostrożny. Nie mam pojęcia, co może zrobić moja była, gdy zobaczy, że bezczelnie plączę się po jej śnie. - Nie zdąży wiele zrobić, nim się obudzi - powiedział Xaxxa. Kasyx podszedł ostrożnie do wejścia. - Jest tu kto? - zawołał głośno.

Wewnątrz było mroczno i gorąco, jeszcze mocniej pachniało żywicą. Ściany zdobiły dziesiątki mahoniowych szufladek, jak w staromodnej aptece, każda z nich opisana po arabsku. Z sufitu zwieszał się długi lep, na którym brzęczały, zmagając się z lepidłem, tuziny much. Niektóre miały białe główki i Kasyx zorientował się, że byli to ludzie, którzy zostali genetycznie przemieszani z owadami, w taki sam sposób jak naukowiec z filmu „Mucha”. Pamiętał, jak kiedyś późno wieczorem chciał obejrzeć ten film. Było to zaraz po powrocie z przyjęcia i Andrea wyłączyła mu telewizor. Mówiła, że film jest obrzydliwy i zaspokaja chłopięce marzenia. Może taki i był, lecz najwyraźniej dobrze go zapamiętała. Rozejrzeli się po sklepie. Nie było w nim ani śladu białej kobiety. Tebulot podniósł z jednej z półek mosiężny dzwonek i zadzwonił. Prawie natychmiast otworzyły się drzwi w głębi sklepu. Stanęło w nich dwóch Arabów, obaj w czarnych okularach. Ubrani byli w pasiaste, białozielone dżellaby, jeden z nich nosił fez. - Szukamy białej kobiety, która tu weszła – powiedział Kasyx. Arab w fezie pokręcił głową. - Żadna biała kobieta tutaj nie przechodziła, panie. - Przechodziła. Sam ją widziałem. - Żadnej białej kobiety, panie. Ale jest wiele białych kobiet w hotelu Delirium. - Szukam konkretnej białej kobiety. Tej, która śni ten sen - wyjaśnił Kasyx. - Nie, panie. - Tebulocie, Xaxxo, zajrzyjcie na tyły! - Nic, panie! Nie wolno ci tam zaglądać! - zawołał Arab w fezie, unosząc obie ręce. - Czemu? - spytał Kasyx. - Mektoub, tak jest napisane. Tebulot zdjął z pleców broń i odciągnął dźwignię. - Przykro mi, chłopaki, ale to nie zostało napisane. Chodź, Xaxxo, zajrzymy tam. Arab patrzył na nich z wrogością. - Eskun? Kim jesteście? - Ta, która śni ten sen, wie, kim jesteśmy - oznajmił Kasyx. Tebulot i Xaxxa otworzyli drzwi na zaplecze i przeszli znajdującym się za nimi korytarzem. Kasyx zatrzymał Arabów. - Zostańcie, gdzie jesteście - powiedział i ruszył za towarzyszami. Tebulot dotarł już do dużego pokoju bez okien, oświetlonego jedynie małymi lampkami kinki, zwieszającymi się na różnej wysokości z sufitu. Przy ścianie, niemal zupełnie pogrążone w cieniu, stało łóżko posłane wełnianym kocem domowej roboty. Na nim

leżała biała kobieta ubrana w workowate spodnie saruel ściągnięte na jedną stronę. Miała zamknięte oczy. Pomiędzy jej nogami klęczała skulona arabska prostytutka, pracując językiem ostro i pospiesznie jak kot. Tropikalny hełm białej kobiety leżał na drewnianym stole pośrodku pokoju, obok talerzy z jedzeniem - pieczonego jagnięcia z przyprawami, daktyli i kuskus. W drugim końcu pokoju, na jasnej turkusowej poduszce, siedział chudy chłopiec i grał na pękatej arabskiej lutni zwanej gimbri. Muzyka była hipnotyczna, z nieustannie powracającymi i powtarzającymi się motywami, wciąż na nowo to samo glissando, narzucające rytm pospiesznym ruchom języka. Teraz Kasyx wiedział, dlaczego Arabowie nie chcieli, by tu wszedł. Strzegli najgłębszego sekretu Andrei. Nic dziwnego, że ich małżeństwo było tak jałowe. Nic dziwnego, że przyszło mu zaznać czterech lat chłodu i odosobnienia. Zanim podjęła pracę u Scrippsa, pracowała przez dwa lata w Maroku. Tam właśnie musiała zaznać tych zakazanych rozkoszy, poznać satysfakcję, jaka z nich płynęła. Nigdy już o niej nie zapomniała. - Co robimy? - zapytał zażenowany Tebulot. Kasyx nie zdążył odpowiedzieć. Biała kobieta na łóżku otworzyła oczy i spojrzała na nich. Natychmiast też pokój, łóżko, chłopiec i prostytutka złożyli się jak figurki w wycinanej książce dla dzieci, znikając im z oczu w prostokącie ciemności unoszonej wiatrem. Zamiast korytarza na zapleczu sklepu wokół nich, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się pustynia. - Co się stało? - spytał Xaxxa. - Moja żona zdała sobie nagle sprawę, że tu jesteśmy - wyjaśnił Kasyx. - Twoja była żona - poprawił go Tebulot. - Tak, moja była. Choć, sądząc po tym, co właśnie widzieliśmy, nigdy nie była tak naprawdę moją żoną. - Nie bierz sobie tego za bardzo do serca - pocieszał Xaxxa. - Nie, spokojnie. Czuję się tylko zakłopotany. Osłonili oczy przed pulsującą jasnością pustyni, szukając jakiejś drogi. Wydmy ciągnęły się za wydmami, wokół rozciągały się jedynie owiewane przez wiatr wzgórza. Powietrze rozbrzmiewało charakterystycznym dla pustyni nieustającym brzęczeniem. Odgłos gorąca, wiatru wiejącego przez puste foggara tajemnicze podziemne wodociągi zbudowane przez ludy żyjące na Saharze przed wiekami, nim biali imperialiści zaczęli przemierzać piaski. Potem, jeden za drugim, zza odległego grzbietu wydmy wyłoniło się ze dwudziestu, trzydziestu jeźdźców. Ich kontury drgały w rozgrzanym powietrzu, wyglądali niczym sylwetki wycięte z czarnego papieru. Zatrzymali się na parę minut, a Kasyx przycisnął

tymczasem dłoń do hełmu, by lepiej się im przyjrzeć. - Nie mogę dostrzec ich twarzy - powiedział. - Są cali owinięci muślinem. - Uzbrojeni? - spytał Tebulot. - Coś jakby muszkiety. Trudno powiedzieć, co to za broń. Andrea nigdy nie lubiła takich rzeczy. Może to tylko atrapy. W nienaturalny sposób wydmy między Wojownikami Nocy a jeźdźcami zaczęły się poruszać w dół, w górę, opadać i podnosić się jak obserwowana z boku karuzela. Za każdym ich ruchem grzbiet, na którym stali jeźdźcy, przybliżał się, choć ich konie nawet nie ruszyły kopytami. W bardzo krótkim czasie znaleźli się na piętnaście stóp od Wojowników, milczący, nieruchomi, z rękami na łękach siodeł i owiniętymi głowami. - Allah akbar! - zawołał najwyższy z jeźdźców. - Nie ma boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem! Kasyx postąpił przez piasek, Tebulot i Xaxxa ruszyli za nim. - Szukamy dziewczyny - rzekł. W suchym powietrzu pustyni, powietrzu, które wciągnięte do nosa i gardła zamieniało się w papier ścierny, jego karmazynowa zbroja strzelała energią jeszcze głośniej niż zwykle. - Jesteście niewiernymi - odpowiedział jeździec. - Musimy doprowadzić was do granic pustyni, byście odeszli z tej ziemi. - Nie da rady - wtrącił Tebulot. - Przyszliśmy tu znaleźć naszą przyjaciółkę Samenę i nie odejdziemy bez niej. Bez żadnych ostrzeżeń jeździec sięgnął między fałdy swej dżellaby i wydobył długie, zakrzywione ostrze. - Bismillah! - zawołał głosem chrapliwym jak okrzyk sokoła i wypuścił konia. Za nim dobyło mieczy dwudziestu innych jeźdźców, szczękając stalą o stal przy wysuwaniu ich z pochew. Zalśniły w pustynnym słońcu niczym kawałki eksplodującego szkła. Tebulot uniósł maszynę i wystrzelił pojedynczą wiązkę energii. Rozległ się wracający echem przez pustynię trzask, jeździec zapłonął nagle kulą ognia. Nie zostało po nim nic, prócz smugi czarnego dymu rozwiewającej się w powietrzu. Jego koń zarżał, podniósł łeb i rozpadł się na tysiąc kawałków, które jak klocki rozsypały się po piasku. - Allah akbar! Allah akbar! - zakrzyknęli jeźdźcy i wypuścili swe konie na Wojowników Nocy. Tebulot nastawił jednak maszynę na ogień rozproszony i jedną salwą zamienił tuzin jeźdźców w płomienie. Xaxxa tym czasem ruszył na lśniącym pasie energii ku lewemu skrzydłu, opuszczając równocześnie ochronny wizjer. Wzniósł się łukiem na trzydzieści stóp w powietrze i runął na Arabów. Zginając nogi jak mistrz surfingu, całym

ciałem utrzymując równowagę, przemknął nad nimi uderzając i trącając tak mocno, że siedmiu jeźdźców zostało zrzuconych z siodeł, zanim jeszcze zdołali zamachnąć się mieczami. - Wojownicy Nocy! - krzyknął głośno, zawracając na smudze energii i wykonując pętlę wysoko nad pustynią. Zostało już tylko trzech jeźdźców, którzy szarpali właśnie cugle, zawracając konie do ucieczki. Xaxxa spadł na nich z szybkością odrzutowca i stuknął najbliższego tak, że wpadł na kompanów. Wszyscy trzej runęli na piasek z powiewającymi dżellabami i rozrzuconymi kończynami. Tebulot metodycznie posłał każdemu ze strąconych jeźdźców po porcji energii. Szaty zapaliły się i postaci znikły. Wiatr rozwiał kłęby dymu po pustyni. Kasyx przeszedł po piasku, trącając od czasu do czasu stopą cegiełki pozostałe z koni. Z odległości setki jardów powoli przyżeglował 7, powrotem Xaxxa, lecąc sześć cali nad ziemią i wyrzucając w górę ręce jak mistrz bokserski. - Co to za gogusie? - spytał, stanąwszy obok Tebulota. - Nie powiesz mi, że to twoja żona ich wysłała. - Była żona - poprawił go Kasyx. - Nie, nie sądzę, że to ona. Jej odpowiedzią na nasze wtargnięcie do snu była ucieczka, ukrycie się. Ci jeźdźcy byli agresywni, gotowi skrócić nas o głowy. Zostali wysłani przez diabła, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć. Mógł wykorzystać lokalny koloryt jej snu i pewien jestem, że on nim kierował. - A zatem jest gdzieś tutaj. Pytanie tylko gdzie... - zastanawiał się Tebulot. - Według mnie w tym arabskim mieście, z którego nas wywiało - odrzekł Kasyx. Tam znajduje się centrum poczucia winy mojej byłej. Takie miejsce musi być nadzwyczaj atrakcyjne dla szatana. - Ale gdzie ono jest? - spytał Xaxxa. - Mogła przecież przestać o nim śnić, a wtedy już by go tu nie było. Jednak, gdy tylko się odwrócili, ujrzeli miasto odległe ledwie o pół mili. Sama myśl o nim musiała przemieścić je w ich pobliże. Kasyx zdał sobie sprawę, że choć wszystko we śnie wydaje się być materialne, pozostaje przecież zawsze tylko wytworem wyobraźni, może być zatem przesuwane, zmieniane, włączane i wyłączane równie łatwo jak obraz z filmowego projektora. Tebulot popatrzył na niego w zdumieniu, lecz Kasyx rzucił jedynie: - Chodźmy, wciąż jeszcze mamy szansę. Weszli do miasta szeroką bramą, w której tłoczyła się ciżba trędowatych żebraków potrząsających miseczkami w prośbie o jałmużnę. Znów zagłębili się w kręte uliczki, torując

sobie drogę między dziećmi, handlarzami i przygarbionymi kreaturami w długich, wełnianych dżellabach; wcale nie musieli to być ludzie. Mieli już zacząć beznadziejne poszukiwania, gdy rozległ się wysoki, czysty głos, wołający: - Szukacie kogoś, panowie? Spojrzeli w lewo. Między dwoma budynkami otwierała się wąska uliczka zaśmiecona potłuczonymi garnkami i wyrzuconą pościelą. U jej końca, na prowadzących do pomalowanych na zielono drzwi kamiennych schodach, stał przystojny chłopiec w prostej białej szacie i białym nakryciu głowy. Kiwał wyraźnie na nich. Kasyx postąpił w jego kierunku. - Szukamy białej dziewczyny o imieniu Samena. - Jest tutaj - oznajmił chłopiec. Odwrócił się i zajrzał w uchylone drzwi, potem znów skinął. - To może być pułapka - ostrzegł Tebulot. - Nie widzę innego wyjścia - powiedział Kasyx. Chodźcie. Jeśli nawet ktoś się tam przyczaił, zawsze możemy mu wypruć flaki - dodał z entuzjazmem Xaxxa. - Ten chłopak naprawdę uważa, że jesteśmy drużyną sportową - mruknął Tebulot. Idąc gęsiego dotarli uliczką do schodów. Chłopiec otworzył im drzwi. Czuli silny zapach tanich perfum, którymi przesiąknięte były jego włosy i ubranie, ulubionych na Saharze „Bint es Sudan”. W domu było duszno i ponuro. Przez ozdobne okiennice nieliczne promyki słońca padały na niebieskożółtą mozaikę podłogi i na rozłożone pod ścianami zakurzone poduchy, na których siedziały jakieś postaci. Jedną z nich rozpoznali natychmiast. Jej widok napełnił Kasyxa wielką ulgą. Była to Samena - oślepiona chwilowo i głucha, z rękami związanymi na plecach, ale cała i zdrowa. Pozostałe trzy postaci były im nieznane. Gruby Europejczyk, nieogolony, w brudnym białym garniturze, młodzieniec z twarzą skrytą pod muślinową zasłoną i starszy mężczyzna, szczupły i elegancki, który mógł być zarówno Marokańczykiem, jak i Europejczykiem. Nosił szytą na miarę marynarkę Savile Row i workowate spodnie saruel. Palił cienką fajkę z glinianym cybuchem, a worki pod jego oczami wskazywały, że właśnie wrócił ze snu ponad snami. Kasyx wszedł do pokoju i stanął przed trzema mężczyznami. - Jestem Kasyx - oznajmił. - Przybyłem, by zażądać uwolnienia mojego towarzysza broni, Sameny. Który z was jest nasieniem Yaomauitla? Europejczyk odchrząknął oczyszczając gardło i uśmiechnął się przymilnie do Kasyxa. - Niezwykły z ciebie zuch, przyjacielu Kasyxie. Nie wiesz, że każde z dzieci Yaomauitla jest zawsze pilnie strzeżone przez ojca i że cokolwiek zrobisz dziecku, ojciec

odpłaci ci za to po siedmiokroć? - Jesteśmy Wojownikami Nocy - powiedział Kasyx. - Nie znamy strachu przed Yaomauitlem ani niczym, co może on przedsięwziąć. - Przedstawiasz mi się w ten sposób jako bardzo niedoświadczony Wojownik Nocy, mój przyjacielu. Wojownik, który dobrze zna Yaomauitla, zachowałby o wiele więcej ostrożności niż ty. Obróć się, a sam zobaczysz. - Kasyxie - mruknął Tebulot. W drzwiach, przez które weszli, a które teraz zostały zamknięte, stał przystojny młodzieniec, bawiąc się spoczywającymi w jego dłoni kluczami. Co gorsza, między drzwiami a Wojownikami Nocy stały cztery wysokie postaci w obcisłych, czarnych szatach z kapturami, spod których jarzyły się żółte, złe oczy, przypominające ślepia panter. - Czarni Afrowie pustyni - wyjaśnił tłusty Europejczyk z niejaką nonszalancją - są postaciami z arabskich złych snów; istotami, które najbardziej nawet zeuropeizowanych Marokańczyków potrafią obudzić w środku nocy, zlanych potem i roztrzęsionych. Szczupły mężczyzna z fajką zaczął odmawiać zikr, magiczną frazę, którą należało powtarzać bez końca, a która ostatecznie wprowadzała palacza kif w magiczny trans. Afrowie ruszyli z miejsca, stawiając cicho stopy na mozaikowej podłodze. Gruby Europejczyk uśmiechnął się, poruszając głową do taktu wyliczanki palacza. - Afrowie zabijają swe ofiary wykręcając im głowy. Robią to tak długo, aż twarz znajdzie się na plecach. Zawsze można je rozpoznać po tym, że patrzą w niewłaściwą stronę. - Tebulocie - poradził Kasyx - przygotuj się, by ich zaatakować. Bądź szybki. - Daj mi trochę mocy - powiedział Tebulot i Kasyx ujął ramię Opiekuna Maszyny. Przez chwilę energia Ashapoli przeciekała w ciało Tebulota. Skala na broni rozjarzyła się złociście, a Tebulot odciągnął z wolna dźwignię, aż szczęknęła zablokowana w pozycji odbezpieczonej. - Szkoda to wielka, że młode pokolenie Wojowników Nocy zginie w ten właśnie sposób - uśmiechnął się tłusty Europejczyk. Wyciągnął z napoczętej paczki papierosa i drasnął zapałką o podeszwę buta, tak że zapłonęła z hałasem. - Cóż, zawsze największe szansę na przetrwanie ma ten, kto obciąża się najmniejszą ilością zasad i skrupułów. - Kaluakaluakalua! - wykrzyknął nagle szczupły mężczyzna wysokim, świdrującym głosem. Afrowie rzucili się do przodu, przedzierając się z hałasem przez powietrze, jakby byli cieniami jakiejś przyczajonej w sąsiednim pokoju niewidzialnej istoty. Tebulot wysłał ku nim oślepiający fajerwerk eksplodujących iskier. Jeden z Afrów zaskrzeczał i runął na podłogę, a

jego ciało rozpadło się na żużel i strzępki płótna. Xaxxa podniósł się płynnym ruchem z podłogi, unosząc stopy do poziomu głowy, potem zakręcił się wkoło jak śmigło. Stopami trącił drugiego z Afrów w tył głowy, łamiąc mu z trzaskiem kark. Żółtooka istota zwinęła się i upadła jak marionetka, której nagle odcięto sznurki. Trzeci z Afrów rzucił się na Kasyxa, przytrzymując jego przedramiona niczym obcęgi. Kasyx usłyszał jęk zbroi, poczuł nadnaturalnie silne palce Afra na swoich mięśniach. Zaraz jednak wyzwolił kontrolowaną porcję energii, jego zbroja ożyła nagłe błękitnymi wężami. Afr zatrząsł się gwałtownie i osunął na kolana z dłońmi spalonymi i dymiącymi. Tebulot wystrzelił w niego z biodra, odrywając mu głowę od ramion. Rozpadła się na popiół, zostawiając kadłub osmalony niczym drzewo, które piorun pozbawił korony. - Bierzcie ostatniego! - zawołał Kasyx. Xaxxa prześliznął się po korkociągu lśniącej energii. Tebulot wycelował już swą broń, lecz ocalały Afr szybko przetoczył się za Samenę i uchwycił jej głowę. - Stać! - krzyknął Kasyx, gdy Afr zaczął wykręcać głowę dziewczyny. Szczupły mężczyzna powiedział coś po arabsku i Afr znieruchomiał, z oczyma jarzącymi się jak lampki kinki. Gruby Europejczyk pociągnął leniwie papierosa, potem wydmuchnął dym ustami i wciągnął go nosem. - Widzę, że nie jesteście gotowi poświęcić życia jednego z was, nawet jednego powiedział. - To znacznie osłabia waszą siłę, nieprawdaż? - Tebulocie - Kasyx wydał polecenie - skieruj swą broń na tego w środku. Tego z przepaską na czole. Tebulot wykonał polecenie. - Pełna moc? - spytał Kasyx. - Dziewięćdziesiąt procent - powiedział Tebulot. - Dość, by wymieść wszystko na linii strzału, choćby nawet było odległe o trzy kilometry. Włączając, oczywiście, naszego przyjaciela. - Xaxxo - ciągnął Kasyx, wskazując mu szczupłego mężczyznę z fajką i grubego Europejczyka. - Dostanę ich, nim zdążą mrugnąć. - Xaxxa ustawił się w pozycji boksera. Kasyx podszedł do młodego Araba w zawoju. - Czy mogę rozmawiać bezpośrednio z tobą, nasienie Yaomauitla? - spytał. - Czy może nadal zamierzasz nalegać, byśmy korzystali z usług pośredników. Młodzieniec uniósł nieco głowę. Za warstwami muślinu Kasyx dostrzegł skośne,

przejmujące dreszczem oczy samego diabła. - Byliśmy w San Hipolito i widzieliśmy grób twego ojca - zaczął niepewnie Kasyx. Wiemy, kim i czym jesteś, wiemy też, jak cię pokonać. Nim minie tydzień, osaczymy twego ojca Yaomauitla. I uwierz mi, że wróci on do tej samej skrzynki, w tej samej piwnicy. I tym razem zostanie tam na zawsze. - Jesteś przeklęty - rzekł młody Arab najzimniejszym głosem, jaki może istnieć. Jego oddech parował przez muślin, jakby pokój był chłodnią. - Jesteś psem Ashapoli, a mój ojciec i bracia zemszczą się na tobie. - Możesz sobie obiecywać, co ci się żywnie podoba - Kasyx usiłował nadać głosowi ton pewności siebie. Nie było to proste, bał się i wiedział, że podobnie boją się Tebulot i Xaxxa, choć na zewnątrz zachowują pozory nonszalancji. - Ale jeśli nie pozwolisz Samenie odejść teraz, w tej minucie, zamienimy cię w popiół. Umiemy spełnić to przyrzeczenie. - Niech będzie, moi przyjaciele - westchnął młody Arab. - Łukopalca zostanie uwolniona. Lecz ostrzegam was, czynicie poważny błąd. Nie na próżno mój ojciec znany jest jako Śmiertelny Wróg. Uwierz mi, zemścimy się na tobie i ból, jaki ci zadamy, prześcignie po tysiąckroć satysfakcję, jakiej zaznasz uwalniając ją. To ci obiecuję, Kasyxie, na wszystkie męki piekielne. - Uwolnijcie ją - powtórzył Kasyx. Tebulot podniósł broń do ramienia, by lepiej wycelować. Młody Arab uniósł rękę dając znak Afrowi. Ten puścił natychmiast głowę Sameny i odstąpił. Młodzieniec powiedział coś szybko po arabsku do grubego Europejczyka, a ten przemówił do palacza kifu: - Dziewczyna ma zostać uwolniona, Afr zaś wrócić do świata poza snem. Pakując papierosa między wargi, tłusty Europejczyk wstał z wysiłkiem i podszedł do Sameny. Wyjął z kieszeni ciężki, składany nóż, rozłożył ostrze i mrużąc jedno oko przed unoszącym się z papierosa dymem, przecinał powoli rzemienie krępujące nadgarstki Sameny. Potem rozciął jej opaskę na oczach i knebel. Przez cały ten czas Tebulot przesuwał broń z młodego Araba, skrytego szczelnie pod szatami, na człowieka z fajką. Samena otworzyła oczy i z niewyobrażalną ulgą spojrzała na Kasyxa i Tebulota. - Bogu niech będą dzięki! - odetchnęła. - Pozbądźmy się tego Afra, dobrze? - zwrócił się Kasyx do młodego Araba. Młodzieniec skinął głową na szczupłego mężczyznę z fajką, a ten ponownie zaczął recytować zaklęcie. Afr rozwiał się jak dym, tak jakby nigdy nie istniał. Kasyx podszedł do Sameny i pomógł jej wstać. Potem wycofał się do Tebulota i

Xaxxy, przezornie otaczając po drodze Samenę ramieniem. Wówczas poczuł, że podłoga drży i porusza się pod jego stopami. Wiedział, co to znaczy. Nadchodził poranek, Andrea zaczynała się z wolna budzić. Północnoafrykański sen zapadnie się niedługo jak nierealne, wyobrażone origami, zostanie zapomniany na zawsze w powodzi zgiełku południowokalifornijskiego dnia. - Czas się stąd ruszać - powiedział Kasyx do Araba. Młodzieniec uniósł ręce nad głowę. - Zemsta będzie należeć do mnie. Mektoub, tak jest zapisane. - Mam do niego strzelić? - spytał Tebulot kątem ust. Kasyx przytaknął i równie cicho odpowiedział: - Wyrysuję teraz ośmiokąt. Poczekaj, aż będzie dokładnie nad naszymi głowami, potem wal. W ten sposób, jeśli spróbuje nam oddać, jeżeli jest w stanie to zrobić, wyjdziemy z tego snu, zanim zdąży zamierzyć się do ciosu. Kasyx uniósł ramiona i zaczai tworzyć lśniący elektrycznością błękitny oktagon, który rozproszył ponurość pokoju. Jego światło odbijało się w wizjerze bojowego hełmu Xaxxy, spowijało Tebulota i Samenę w nienaturalny blask. - Gotów? - spytał Kasyx. - Jedna sprawa! - zawołał młody Arab, gdy Kasyx przygotowywał się już do opuszczenia ośmiokąta na ich głowy. Pozostało już bardzo niewiele czasu. Spoistość snu zaczynała się rwać. W jego równowagę wtrącały się drobiny innych wspomnień Andrei: blask promenad przy San Francisco Embarcadero, migawki z Paryża, lektury z Uniwersytetu Stanowego San Diego. Twarze, głosy, urywki muzyki. Podłoga marszczyła się jak powierzchnia wody, znów nasilił się dźwięk Fletni Pana ostrzegający, że nadchodzi poranek i że w całej zachodniej strefie czasowej rozpadają się miliony krajobrazów zawartych w snach śpiących ludzi, że znikają całe metropolie, że Atlantyda nocy zapada się znów w fale i opada na dno wspólnej nieświadomości. Tebulot uniósł broń, celując w głowę młodzieńca. - Strzelaj, gdy powiem - mruknął Kasyx. Młodzieniec jednak odezwał się dziwnym, mocnym głosem: - Nie złamiesz reguł Wojowników Nocy, prawda, ef-fendi? Kodeks Wojowników Nocy nakazuje honorować umowy, a naszą umową było darowanie mi życia w zamian za waszą Łukopalcą. Zwrócił się do drzwi pokoju i skinął na bladego, przystojnego chłopaka, który

przywitał ich na początku. Wszedł, prowadząc przed sobą kobietę w tropikalnym hełmie, senną postać Andrei. W ręku trzymał wielki, zakrzywiony nóż. Uśmiechał się. - Jeśli spróbujecie mnie zabić, ta dama umrze również - oświadczył młodzieniec. Kasyx zwrócił się do Tebulota, potem znów spojrzał na Araba. - Jeśli tylko ją tkniesz - ostrzegł - ten sen zapadnie się, i to z tobą w środku. - Tak, lecz przynajmniej zabiorę was ze sobą. - Ma nas - mruknął Xaxxa. - Twój czarny przyjaciel mówi prawdę - odezwał się Arab. - Masz to, po co przyszedłeś, Łukopalcą Samenę. Niech ci to wystarczy. - Jeśli tylko tkniesz tę kobietę... - powiedział Kasyx. Sen rozpadał się już na strzępy. Kasyx ujął szybko ręce towarzyszy i zainicjował powolne opuszczanie się ośmiokąta, by zabrać ich wreszcie do realnego świata. Ściana domu za Arabem zaczęła znikać, po chwili pojawiła się tam plaża, omiatany wiatrem brzeg, nad którym Andrea spędziła swe dzieciństwo. Na ułamek sekundy, zanim jeszcze ośmiokąt opadł poniżej ich oczu i przesłonił widok snu, Kasyx ujrzał Araba odsuwającego muślinowe zasłony skrywające jego twarz. Na jeden mrożący krew w żyłach moment ujrzał straszną twarz niedorosłego syna Yaomauitla. Wyłupiaste, złe oczy, wystające kości policzkowe, chrząstki, półprzeźroczysta skóra i usta rozciągnięte dla ukazania dwóch rzędów wyrzynających się zębów. Tebulot opadł na jedno kolano, gotów do oddania tego ostatniego strzału, który uzgodnił z Kasyxem. Wówczas jednak usłyszał wysoki, wyraźny krzyk Kasyxa: - Nie! Zostaw go, Tebulocie! - Henry! - krzyknęła błagalnie Andrea. - Henry, na miłość boską, nie zostawiaj mnie! Potem ośmiokąt dotknął podłogi. Stali z powrotem w sypialni Andrei, cała czwórka, spoglądając na siebie w szoku, z bezradnością w oczach. - Nic nie mogłeś na to poradzić, Kasyxie - stwierdził Tebulot. - Uwierz mi, zrobiłeś wszystko, co się dało. Kasyx spojrzał od razu na łóżko. Andrea spała jeszcze, mamrotała jednak coś przez sen kopiąc nogami. - To sukinsyn - westchnął Kasyx. - Sukinsyn! - Poczekaj - powiedziała Samena. - Ona się budzi. - Masz rację. Patrzcie - rzekł Tebulot. - Otwiera oczy. W porządku. Yaomauitl nie wziął więc w końcu nowej zakładniczki. Kasyx stał nad łóżkiem Andrei i patrzył, jak z wolna wraca do rzeczywistości. Dla

Andrei Wojownicy Nocy jawili się jedynie jako ulotne duchy o lekko zarysowanych w powietrzu konturach. Marszcząc brwi spojrzała na Kasyxa. Spróbowała skupić spojrzenie, lecz wówczas Kasyx odwrócił się łapiąc przyjaciół za ręce. Unieśli się przez dach domu i zniknęli jak blednące wspomnienia. Świt już minął, gdy znaleźli się nad dachem domu przy Camino del Mar. Springer czekał na nich. Siedział zamyślony ze skrzyżowanymi nogami. Tym razem króciutko ostrzyżony, aż widać było guzy jego kanciastej czaszki, ubrany w prostą, białą szatę mnicha. - Przyprowadziliście Samenę z powrotem - ucieszył się Springer. - W porządku, Sameno? - Przestraszyli mnie, lecz nie tknęli - odparła drżącym głosem Samena. - Nie wiem, gdzie mnie trzymali. Zabrali mnie z pustyni w tym pierwszym śnie i zamknęli w czymś, jakby w pokoju z mgły. Siedziałam tam godzinami, a potem znów przyszli po mnie i wzięli gdzieś do Arabii. - Wygląda na to, że podczas dnia byłaś uwięziona we śnie kogoś ze zniszczonym mózgiem lub pogrążonego w śpiączce - stwierdził Springer. - Teraz jednak jesteś już wolna i Wojownicy Nocy są wreszcie we czwórkę. - Usiłowali dopaść Andreę, lecz nie wydaje mi się, by to zrobili - powiedział Kasyx. Widziałem, jak się budziła. Wyglądała normalnie. Springer zmarszczył brwi. - Widziałeś, jak porwał ją diabeł? - Tak - przytaknął Kasyx. - Ale jeśli by ją zatrzymał, to przecież nie obudziłaby się. Spałaby jak Samena. - Nie. Jest spora różnica między porwaniem czyjejś sennej osobowości, gdy znajduje się w jej własnym śnie, a taką sytuacją jak Sameny. W tym drugim wypadku, osobowość nie może wrócić do ciała. Lecz gdy chodzi o własny sen, wszystko wygląda za dnia normalnie, człowiek zachowuje się jak zwykle. Jedyna różnica polega na tym, że gdy kładzie się spać, senna osobowość pozostaje w mocy tej siły, która uwięziła ją poprzedniej nocy. Twoja była żona pozostaje na łasce diabła nie mniej niż Samena. - Powiedział, że będzie się na tobie mścić - przypomniał Xaxxa. Kasyx spojrzał z niepokojem na Springera. - Jest jakiś sposób, by poznać za dnia, czy jej osobowość jest w mocy diabła? - Są sposoby. Czy możesz porozmawiać z nią rano? - Mogę spróbować. - Jeśli diabeł grozi ci zemstą, to nawet musisz. Yaomauitl znany jest od wieków z

braku litości i okrucieństwa. Jego potomkowie są tacy sami. Uwierz mi, że gdy zaśnie w nocy, diabeł będzie dręczył ją lub nawet zabije, niszcząc zupełnie jej umysł. Ciało przeżyje, lecz wyobraźnia zgaśnie. - Jak mogę odróżnić, czy jest w jego mocy, czy nie? - Porozmawiaj z nią. Nieważne, jaką znajdziesz wymówkę. Rozmawiaj, o czym tylko zechcesz. Wystarczy, byś wtrącił: „Jakich jest siedem pytań Abrahela?” - A co to da? - spytał Kasyx. Springer położył mu dłoń na ramieniu. - To pierwsze pytanie z Przesłuchania Demona, które zostało obmyślone przez katolickich inkwizytorów dla określenia, czy ktoś jest opętany przez szatana, czy nie. Jeśli jej osobowość jest w szponach potomka Yaomauitla, wówczas odpowie: „Siedem pytań Abrahela jest jego i tylko jego”. I odmówi dalszej rozmowy na ten temat. - A gdy odpowie inaczej? - Będziesz wiedział, że diabłu nie udało się jej uwięzić. Przesłuchanie Demona składa się z dwunastu pytań, każda opętana osoba musi na nie odpowiedzieć. - A jeżeli okaże się, że ją uwięził? Co wtedy? - Pozostaje kilka możliwości. Pozostawić ją na łasce diabła, co skończy się prawdopodobnie jej śmiercią. Poczekać do zmierzchu i wyruszyć na ratunek, tak jak po Samenę, lub też zabić potomka diabła, dopaść jego cielesną powłokę i zabić za dnia, tak by nie mógł już dłużej śnić, że ją porwał. - Diabeł znajduje się pod ochroną policji w laboratorium Scrippsa - wtrącił Tebulot. Jak niby mielibyśmy tam się dostać i go zabić? - Nie wiem - powiedział Kasyx. - Ale spróbujemy, prawda? Słuchajcie, Tebulot śpi przecież u mnie. Możemy pojechać do laboratorium i sprawdzić, czy uda nam się dostać do diabła. Ty, Sameno, spróbujesz trochę odpocząć. Czeka cię ciężki dzień, gdy wrócisz do swego ciała i będziesz usiłowała przekonać dziadków i lekarzy, że masz się dobrze. Xaxxo, czy będę mógł przedzwonić do ciebie, gdybym cię potrzebował? - Kiedy tylko zechcesz - zgodził się Xaxxa. Cała czwórka rozmawiała jeszcze przez chwilę, zanim najpierw Xaxxa, potem Tebulot, wylecieli z pokoju, by odpłynąć w światło dnia. Kasyx i Samena zatrzymali się na chwilę, obserwując Springera, krążącego w zamyśleniu po pokoju. - Właściwie nie miałam jeszcze okazji ci podziękować - stwierdziła Samena. - Za co? - zdziwił się Kasyx. - Za uratowanie mi życia. Ten diabeł groził, że żywcem mnie zje. Dosłownie, cal po calu.

- Nie powinnaś wierzyć we wszystko, co mówi diabeł. Samena ujęła jego dłoń. - Bałam się, Kasyxie. Byłam pewna, że zrobi mi coś strasznego. - Rozmawiali z tobą? - Przez cały czas rozmawiali ze sobą, ze mną rzadko. Było ich przynajmniej trzech: ten grubas w brudnym garniturze, szczupły mężczyzna z fajką i Arab. Czasem pojawiało się ich więcej, nie wiem jednak, kim byli. Twarze mieli zamaskowane. Ten młody Arab rozmawiał z nimi w dziwnych językach. Z pewnością nie był to francuski, niemiecki ani włoski. - Żaden z nich cię nie dotknął? - Było to pytanie, które każdy ojciec zadałby swej córce po takiej napaści i oboje o tym wiedzieli. Samena pokręciła głową. - Przeklinali mnie, przynajmniej kilku. Jeden próbował mnie dotknąć, ale młody Arab zabronił mu tego. Kasyx zamyślił się. - Potrzebował cię po prostu. Nie jest jeszcze gotów, by nas pokonać. Nie jest jeszcze dość mocny. - Potarł dłonią szyję. - Ilu ich zdołałaś naliczyć? - Przynajmniej dziesięciu. Wszyscy byli tacy sami, owinięci w te woalki. - To znaczy, że przynajmniej dziesięć tych węgorzy zdołało zagrzebać się w piachu i przeżyć. Muszą tkwić tam nadal i rozwijać się - zauważył Springer. - W takim razie najlepiej będzie je wykopać - zdecydował Kasyx. - Nie zabijesz ich tak łatwo, nawet jeśli znajdziesz. Te istoty przez dziesięć tysięcy lat uczyły się sztuki przetrwania w każdych możliwych okolicznościach na przekór wszelkim przeciwnościom. - Znajdę jakiś sposób - powiedział Kasyx. - Wierz mi, Springer - znajdę jakiś sposób.

15
Samena posłała Kasyxowi ulotny pocałunek, żegnając się z kompanią nad dachami Del Mar. Miała wrócić wreszcie do swego ciała, po całym dniu niewoli u diabła. Henry natomiast spieszył do swej ziemskiej powłoki, chcąc jak najszybciej spotkać się z Andreą i sprawdzić, czy nie dostała się we władzę szatana. Samena zawróciła w kierunku La Jolla i jak falujące widmo pognała ku uniwersytetowi. Szpital Sióstr Miłosierdzia, biały gmach otoczony cedrami libańskimi, górował nad autostradą, a w jego oknach odbijały się pobliskie wzgórza, niebo i przejeżdżające samochody. Samena czuła, jak przyzywa ją jej ciało, skryte gdzieś w szpitalu. Pozwoliła, by ten zew wskazał jej drogę przez dach, betonowe podłogi kolejnych kondygnacji, przewody elektryczne i wentylacyjne. W końcu znalazła się w izolatce na czwartym piętrze, gdzie spoczywała, pogrążona w śpiączce, podłączona do kroplówki z roztworem soli i elektronicznych czujników mierzących nieprzerwanie rytm jej serca, oddechu, ciśnienie krwi i impulsy krążące w mózgu. Była dopiero szósta trzydzieści rano, lecz jej babka czuwała przy łóżku. Na stoliku obok stała do połowy opróżniona filiżanka z kawą - babka musiała spędzić w ten sposób całą noc. Ta zrzędliwa, irytująca kobieta, która całe swe życie zbudowała wokół telewizyjnych seriali, czuwała przy niej, modliła się za nią, od kiedy nie odzyskała przytomności. Samena zawahała się przez chwilę. Scena była tak wzruszająca. Babka nie odzywała się wcale, siedziała tylko ze złączonymi dłońmi i oczami zaczerwienionymi od łez i zmęczenia. Powoli, cicho i niezauważalnie, Samena wśliznęła się do ciała Susan. Czaszka zamknęła w sobie jej lotny umysł, znowu była sobą. Odczekała z zamkniętymi oczami, wczuwając się w mięśnie, nerwy, w krew krążącą w żyłach i tętnicach, w przytłumione bicie serca. Wrażenie powrotu do fizycznego ciała, po tak długim bytowaniu jedynie w sennej postaci, było naprawdę niezwykłe. Zupełnie jak ubranie się w pięć płaszczy, sześć rękawiczek, podszyte futrem buty i grubą wełnianą maskę. Cała właściwa Same-nie zwinność i wrażliwość zniknęła. Wszystkie jej duchowe zdolności pogrzebane zostały pod ciśnieniem właściwej atmosfery i stłamszone ciążeniem. Otworzyła oczy. Babka miała opuszczoną głowę i szeptała coś, co brzmiało jak „Ojcze nasz”. Susan spoglądała na nią przez chwilę, po czym wyciągnęła rękę. - Babciu?

Ta uniosła z wolna głowę. W pierwszej chwili nie uwierzyła, że Susan przemówiła. Potem złapała mocno jej rękę. - Susan - powiedziała z płaczem. - Bogu dzięki, Susan, że się obudziłaś! Siostro, obudziła się! Och, Susan, Bogu dzięki, Bogu dzięki! Objęły się mocno, najmocniej jak tylko mogły i Susan również zapłakała, odreagowując strach, który wisiał nad nią przez cały dzień spędzony w rękach pomiotu Yaomauitla. Łkała tak, nie panując nad sobą. Trwało to aż do przyjścia lekarza, który zaordynował jej środki uspokajające. Podziałały dość szybko. Doktor stanął przy jej łóżku i przyglądał się, jak ustaje jej płacz. - Przestraszyłaś nas trochę, młoda damo - zauważył. - Myśleliśmy już, że stracimy cię na dobre. - Byłam równie przestraszona jak wy - odrzekła Susan. Doktor uśmiechnął się niepewnie. - Niezbyt rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. - Tyle tylko, że też się bałam. - Byłaś nieprzytomna, moja droga. Nie mogłaś się bać. Susan zorientowała się, że sama niebezpiecznie skomplikowała sprawę. - Po prostu śniłam - powiedziała doktorowi. - Śniłam i bałam się we śnie. - Rozumiem. Jak Dorota w Krainie Oz. - Tak - powiedziała Susan, zauważając w myślach: Gdyby tylko wiedział pan, doktorze, jak blisko jest pan prawdy. - Dokładnie jak Dorota w Oz. Kasyx wrócił do swego uśpionego ciała akurat na czas, by wyłączyć budzik. W powietrzu rozchodził się zapach świeżo parzonej kawy, co przypomniało mu, że Gil spędził noc w jego domku. Przeciągnął się, odrzucił nakrycie i wstał. Gila znalazł w salonie - wyjadał coś ze sporej miseczki i czytał gazetę. - A, wróciłeś - zauważył Gil. - W kuchni jest kawa. Właśnie ją zaparzyłem. Henry nalał sobie gorącego, aromatycznego naparu i wrócił, usiadł po drugiej stronie stołu. Przez pewien czas nic nie mówił, patrzył tylko na czytającego Gila. - Co nowego w gazetach? - spytał w końcu. - Braves zrównali Padres z murawą. - To miłe. Gil złożył gazetę i odrzucił ją na bok. - W Baja były dalsze trzęsienia ziemi. W Balboa Park znaleziono trupy dwóch pijaków. Wieloryb-zabójca Shamu dostał wzdęcia i zszedł.

- Dzięki za szczegóły. - Cieszę się, że Samena wróciła - powiedział Gil. - I przykro mi z powodu twojej byłej żony. - Że też spośród wszystkich ludzi musiało wypaść akurat na nią. - Henry wzruszył ramionami. - Mam jednak zamiar iść do laboratorium, gdy tylko się ubiorę. Może nie została porwana przez diabła. To działo się w ostatnich sekundach snu. - To pytanie, które masz jej zadać... Sądzisz, że to zadziała? - Nie mam pojęcia. Ale co innego mogę zrobić? Gil milczał przez dłuższą chwilę. - Wiesz co, Henry - odezwał się w końcu. - To czyste wariactwo. Cała ta sprawa. Ty, ja i Susan, a teraz jeszcze ten Lloyd Curran - ryzykujemy życie i zdrowie, tak ciałem jak i duchem, tylko po to, by pokonać jakieś trzepnięte stworzenie, które pojawia się na dodatek tylko w snach. Nie wiesz przypadkiem, po jaką cholerę to ciągniemy? - Chcesz się wycofać? - spytał wprost Henry. - Tego nie powiedziałem. - Ja nie chcę się wycofać. Ta istota, z którą zmierzyliśmy się w nocy, to tylko jedna z dziesięciu, może tuzina. No i jest tylko żółtodziobem. Wyobraź sobie, jaką potęgą będzie rozporządzać, gdy wyrośnie. Będzie pakował się śpiącym ludziom do głów i przerabiał ich, by myśleli tak, jak on sobie zażyczy. Przesypiamy jedną trzecią naszego życia. To stworzenie i jego pobratymcy opanują jedną trzecią naszej egzystencji, a z czasem pewnie i pozostałe dwie trzecie - popatrzył twardo na Gila. - Gdzieś w okolicy, Gil, gdzieś niezbyt daleko, krąży sam Yaomauitl, który codziennie zapładnia nowe kobiety. Bóg jeden wie, ile znalazł takich do tej pory. Pomyśl tylko: każda kobieta to tuzin węgorzy, każdy węgorz stanie się za parę miesięcy w pełni wyrośniętym diabłem... policz sobie, ile potrzeba nam czasu, by tysiące diabłów zdominowały umysły wszystkich niemal ludzi w kraju? Powiem ci coś, Gil. To się niczym nie różni od zwykłej inwazji. - Ale dlaczego my? - upierał się Gil. - Tylko to chciałbym wiedzieć. Czemu akurat my mamy to powstrzymać? Henry dokończył kawę. Spojrzał na Gila, potem odwrócił głowę do okna, ku morzu. Poranek był jasny, rześki i słoneczny. - Pewnie dlatego, że gdzieś tam było zapisane, że to mamy być my. Co powiedział ten Arab w nocy? „Mektoub, tak jest zapisane”. - Naprawdę w to wierzysz? Myślałem, że filozofowie są odporni na takie rzeczy. - Chcesz usłyszeć długi wykład o determinacji i nieuchronności historycznej? uśmiechnął się Henry.

Gil pokręcił głową. - Rzecz w tym, że niezależnie od tego, czy coś jest albo nie jest zapisane, nic nam do tego. Co my z tym mamy wspólnego? - Podwieziesz mnie do La Jolla? - przerwał Henry. - Możemy zacząć dzień od sprawdzenia, czy ta kreatura ma jakąkolwiek władzę nad Andreą. Gil zerknął na zegarek. - Pozwól mi najpierw zadzwonić do rodziców. Potem, być może, podwiozę cię. Jeśli tak jest zapisane, to znaczy, że jest zapisane i nic na to nie możemy poradzić. Do Instytutu Scrippsa dojechali tuż po dziewiątej. Na parkingu stały trzy wozy policyjne, co Henry uznał za zły znak. Mogły być kłopoty z podejściem do diabelskiego embriona. Gil zaparkował mustanga i wyskoczył nie otwierając drzwi. Henry siedział jeszcze przez chwilę, potem pospiesznie wysiadł w ten sam sposób, pokazując przy okazji kasztanowe skarpetki. - Hej! - pochwalił go Gil. - Rączy Henry znów w ataku! Weszli do Wydziału Biologii Morskiej. Klimatyzacja działała bez zarzutu - było chłodno i niemal zupełnie cicho. W odległym końcu hallu meksykański strażnik rozmawiał z nową recepcjonistką. - Nie chcą nawet myśleć o przeniesieniu przerwy na lunch - mówiła, powtarzając się. - Wiem na pewno. Nie chcą o tym nawet myśleć. Próbowałam, pytałam, ale nie chcą nawet o tym myśleć. Henry i Gil odczekali parę minut, w końcu Henry chrząknął. - Tak? - Zauważyła ich wyraźnie zdenerwowana wtrącaniem się recepcjonistka. - Chcielibyśmy zobaczyć się z doktor Andreą Caulfield - powiedział Henry. - Kogo mam zapowiedzieć? - Jej męża, jeśli to nie zrobi pani różnicy. - Byłego męża - wtrącił Gil i zarobił od Henry'ego szturchnięcie pod żebra. Andrea przyszła po prawie dziesięciu minutach. Była w białym, laboratoryjnym fartuchu, z którego kieszeni wystawał rząd ołówków. Włosy przewiązała z tyłu zieloną wstążką. - Henry - odezwała się dziwnym nieco głosem. - Cześć, Andrea. - Co ty tu robisz? To dość dziwne. - Co w tym dziwnego? - Ja... - zaczęła, lecz przerwała. Henry wyczytał w jej oczach słowa, których nie wypowiedziała. Śniła tej nocy, a we śnie widziała Henry'ego w niezwykłej zbroi, z nie-

znajomym młodzieńcem, który teraz też stal przed nią między doniczkową roślinnością hallu Instytutu, prawdziwy i namacalny. - Chciałem się dowiedzieć, jak postępuje praca - powiedział Henry. - Praca? - spytała Andrea, wciąż jeszcze patrząc na nich nieprzytomnie. - Wasze badania... Nad istotą, którą wykopano na plaży. - Aaa, to? Czekamy jeszcze na parę rozstrzygających eksperymentów na elektroencefalografie, parę analiz skóry oraz krwi. Henry schował ręce do kieszeni, starając się wyglądać na kogoś grzecznego i uprzejmego. - Zastanawiałem się, czy macie już jakieś wstępne założenia, hipotezy; czy doszliście do czegokolwiek? - Henry, wiesz dobrze, że nie pracuję w ten sposób, i słuchaj, czemu właściwie przychodzisz o ósmej rano i zadajesz dziwne pytania? I kto, u licha, przyszedł z tobą? Henry obejrzał się na Gila, jakby w życiu nigdy go nie widział. - On? - Tak. Henry, ja... - pochyliła się trochę i spojrzała badawczo na Gila. - Przepraszam, jeśli zabrzmi to nieuprzejmie, ale czy nie spotkaliśmy się już kiedyś? - Jestem Gil Miller. Pani mąż, pani były mąż i ja znaleźliśmy ciało tej dziewczyny na plaży. - Wyciągnął rękę, którą Andrea uścisnęła z roztargnieniem. - Czy jest możliwe, byśmy rzucili okiem na to stworzenie? - spytał z nonszalancją Henry. - Rzucili okiem? Przykro mi, to nie wchodzi w rachubę. Strzeże go policja. Są tutaj, odkąd przywieziono to coś od koronera. - Nie chcą, by stała się temu jakaś krzywda? - Przykro mi, Henry. Nie pozwolę na to. - No, cóż. Pewnie tłukłem się tu na próżno. - Tak - zgodziła się wciąż oszołomiona Andrea. - Zapewne tak. - Ty, eee... nie wiesz może, kiedy policja puści wreszcie trochę farby? - Nie rozumiem, Henry, czemu zadajesz mi te dziwne pytania. - Masz rację, są dość szczególne - przyznał Henry, uśmiechając się nagłe. - Jak, na przykład, jakie jest siedem pytań Abrahela? Andrea wpatrywała się w Henry'ego. Trwało to długo, ciągnęło się niemal minutami. Czuł, jak świat zwala mu się na głowę. Przez cały ten czas nie mrugnęła, jej oczy wbite były w niego, jakby chciała go prześwietlić promieniami rentgena. Oddawał jej spojrzenie, chociaż

nie było to łatwe. W jej oczach było tyle siły, że ledwo powstrzymywał się, by nie spuścić wzroku, nie obrócić się i nie uciec w panice z tego budynku. Gil wyczuł to narastające między nimi straszne napięcie. Podszedł bliżej, zachowując się w sposób właściwy raczej Tebulotowi niż Gilowi. Wyczuwał zło, narastający chłód. Niezależnie od tego, czy Andrea odpowiedziałaby na pytanie, czy nie, wiedział już, że diabeł był tu obecny, że ją opętał. - Ja... - zaczęła Andrea. Głos miała niski, gruby i napuszony, jakby jej gardło zaległ zmarznięty w grudy śnieg. - Ja... Henry spróbował się uśmiechnąć, twarz jednak mu stężała. - Siedem pytań Abrahela. Jakie są? To wszystko, co chcę wiedzieć. - Ty... chcesz wiedzieć - powiedziała chrapliwie Andrea. - Jeśli... - Co jeśli, Andrea? Dalej, możesz to powiedzieć. Nie bój się. Byliśmy kiedyś mężem i żoną, pamiętasz? Nawet teraz nie powinno być między nami sekretów. Był przerażony, lecz podszedł bliżej, ledwie na stopę od Andrei. Nie zdejmowała z niego spojrzenia, oczy jej były teraz mroczne i lśniące niczym ślepia jakiejś drapieżnej bestii. Czuł chłód wyciekający z niej jak płynny tlen. Chłód, który pamiętają wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z diabłem, chłód, który wszystko obraca w zmarzniętą powłokę. - Siedem pytań Abrahela jest jego i tylko jego - powiedziała cicho i szybko Andrea. A teraz idźcie już i nie pokazujcie mi się więcej, rozumiecie? Henry położył dłoń na ramieniu Andrei. Zwróciła ku niej z wolna głowę, lecz nie uczyniła nic, by ją zepchnąć. - Andrea - powiedział. - Wiem wszystko o twoim śnie tej nocy. Wiem, co cię spotkało. Przybyłem ci pomóc. Spojrzała znów na niego. - Wiesz... jak możesz wiedzieć? Henry uśmiechnął się. Dość jeszcze zostało w jego ciele energii, by ją ogrzać, rozproszyć chłód niedorostka Yaomauitla. Diabeł mógł się dobrać do jej sennej osobowości, lecz nie ogarnął jeszcze jej ziemskiego ciała, chrześcijańskiej duszy. - Trudno to wyjaśnić - powiedział, wciąż się uśmiechając. - W każdym razie rozumiem naturę tego, co się stało i mogę ci pomóc. - Kłamiesz - powiedziała. - Zwariowałeś. - Pamiętasz Maroko? Zaplecze sklepu? Andrea zamarła. Złapała dłoń Henry'ego i zrzuciła ją ze swego ramienia jak coś martwego. Henry widział, jak walczą w niej dwie przeciwstawne siły, przewracając się w

zażartej bójce. Jej niezdecydowanie było katastrofalne. Odwróciła się i zaczęła odchodzić, potem znów się cofnęła. - Nie możesz... To niemożliwe... Wówczas jednak pojawił się nadchodzący od strony laboratorium Andrei porucznik Salvador Ortega. Był dziś ubrany w zielonożółtą sportową marynarkę i zielone spodnie. Całość uzupełniał dobrany krawat. Podszedł do Andrei i nie zauważając jej poruszenia, wziął ją pod ramię. - Zaczynam być zazdrosny, pani doktor. Mieliśmy zająć się tymi testami z patologii. A co znajduję? Jest pani tutaj i ucina sobie pogawędki z eks-małżonkiem. Andrea znów zamarła i wycofała ramię. Po raz pierwszy Salvador zauważył, ze coś jest nie tak. - Doktor Caulfield? - powtórzył. Ale Andrea odeszła już ku swojemu laboratorium, zostawiając go z Henrym, Gilem i własnym zakłopotaniem. - Co ja takiego zrobiłem? - spytał Henry'ego. - To nie ty - usłyszał. - No to co jej zrobiłeś? Wszystko było w porządku, gdy przyszła rano. A proszę spojrzeć na nią teraz. - Salvador - powiedział Henry. - Bardzo bym chciał, żebyś chociaż raz w swej karierze zaczął myśleć. Chcę, byś uwierzył, że to stworzenie, które tu macie, wywarło już poważny wpływ na umysł mojej byłej żony. Jeżeli go nie zniszczycie, będzie mogło nawet ją zabić. Salvador spojrzał w stronę laboratorium. - Czy masz na to jakiś dowód, Henry? - O jakich dowodach myślisz? - O konkretnych, Henry. Coś czarno na białym, co mógłbym pokazać szefowi detektywów. - Wiesz, że to niemożliwe. Salvador złożył ręce ciasno na piersi i rzucił Henry'emu i Gilowi krótki, zrezygnowany uśmiech. - John Belli też tam jest. Dopracowujemy szczegóły sprawozdania sądowego, starając się wynaleźć jakieś wyjaśnienie pojawienia się tego stwora, które usatysfakcjonowałoby opinię publiczną, a przede wszystkim nas. - Błagam cię, Salvador, zabijcie to coś przed mrokiem. Słyszysz? Błagam cię. W przeciwnym razie Andrea z pewnością umrze. - On mówi prawdę, poruczniku - dodał Gil.

- Wierzę wam. Rozumiecie to? Ja wam wierzę. Nie wiem dlaczego, lecz wierzę. Muszę jednak coś mieć, nie mogę nic zrobić bez dowodu. Mam związane ręce. Henry przeczesał dłonią włosy. - To twoje ostatnie słowo? - Przykro mi, ale tak, to jest moje ostatnie słowo. Nie mam wyboru. - Dobrze - powiedział Henry i ujął ramię Gila. - Chodźmy, Gil. Mamy coś jeszcze do zrobienia. Salvador patrzył za nimi, gdy wychodzili. - Przykro mi, rozumiecie to? - zawołał jeszcze, gdy dochodzili do obrotowych drzwi. Henry nie odezwał się, przytaknął jedynie ruchem głowy i wyszli obaj na słońce. - Co teraz robimy? - spytał Gil. - Na razie nic. Przynajmniej jeśli chodzi o tego diabła tutaj. - Sprawdził godzinę. Chcę jednak tu wrócić, nim zamkną drzwi o szóstej. Zajmiemy się tym stworem w nocy. Nic innego nam nie zostało. - Chcesz włamać się do laboratorium? - Jeśli będę musiał. - No dobrze. Będę z tobą. Może mi odbija, ale pójdę z tobą. - Jedźmy teraz na Prospect Street. Znasz ten mały sklepik z muszelkami nad zatoczką? Chcę tam z kimś porozmawiać. Wsiedli do mustanga bez otwierania drzwi. Gil wyjechał ostro z parkingu i skierował wóz na Torrey Pines Road. Poranek był pogodny, dwoje nastolatków puszczało japońskie latawce. Oba miały długie, skręcające się w korkociągi ogony, które trzepotały na wietrze. Niemożliwe do rozszyfrowania przesłanie orientalnego spokoju i równowagi ducha. Henry znalazł w La Jolla Shellerie tego, kogo szukał. Mężczyzna wieszał rzędy muszli o różnych konchach, chodząc z nimi pod markizą sklepiku. Obrotowy stelaż z pocztówkami kołysał się i kręcił na wietrze, zgrzytając lekko. Mężczyzna był szczupły i smukły, z perkatym nosem, małymi szparkami oczu i karkiem, który miał tyle linii zmarszczek, ile harmonia zakładek. Nosił pasiastą, rybacką koszulkę i zdefasonowaną czapeczkę klubu jachtowego. - Witaj, Laurence - powiedział Henry wysiadając z mustanga. - Witaj, Henry - usłyszał odpowiedź, jakby spotykali się tak co rano. Mężczyzna nie przerywał zaginania drutów wokół muszli. - Jak interesy? - Jako tako. W czwartek była tu wycieczka z Episkopatu, sprzedałem im trochę

piaskowych dolców. - Piaskowymi dolcami nazywano małe, kredowobiałe muszelki, na których niektórzy widzieli znaki mające przedstawiać Apostołów i życie Chrystusa. - Laurence, myślałem trochę tego ranka i przypomniałem sobie, co mówiłeś mi kiedyś o wykopywaniu mięczaków. Laurence jeszcze bardziej zwęził oczy i popatrzył na Henry'ego z większą uwagą. - Mięczaki? - spytał, podwieszając ostatnią konchę i wycierając dłonie o kościste biodra. - Mówiłeś, że można je znaleźć pod piaskiem, uklepując plażę w pewien szczególny sposób. - Zgadza, się. Nazywam to wypukiwaniem. Ale to dotyczy nie tylko mięczaków. W ten sposób można wykryć każde stworzenie, które jest pod piaskiem. Mięczaki, kraby, małże, glisty i co tam jeszcze chcecie. - Ile policzyłbyś za dzień poszukiwań? - spytał Henry. - Sto, może sto pięćdziesiąt - Laurence wzruszył ramionami. - Dobrze. Może być dzisiaj? - Dzisiaj? A czego, u diabła, chcesz dzisiaj szukać? - Pomożesz mi? Laurence przyjrzał się Henry'emu, potem Gilowi, potem znów Henry'emu. - Co mamy wykopać, Henry? Powiedz mi. - Pokażę ci, gdy to wykopiemy. W innym razie byś nie uwierzył. - Nie szukasz zakopanych skarbów? Ja zajmuję się tylko żywymi stworzeniami. Do skarbu musielibyście mieć wykrywacz metali. - Szukamy czegoś żywego - powiedział Henry. - Sto i pięćdziesiąt. I dorzucę jeszcze dwie butelki Chivas Regal. Laurence westchnął przeciągle w zamyśleniu, po czym skinął głową. - Okay. Wezmę narzędzia. Nancy popilnuje dzisiaj sklepu. Zawsze zarabia wtedy więcej niż ja. Ma przebicie. Nigdy nie mięknie jej serce na widok dzieciaków, które chcą konika morskiego, a nie mają dość grosza. Wyniósł z zaplecza sklepu sfatygowaną torbę z narzędziami, sześciopuszkowy pojemnik z Michelobem, w którym było już jedno puste miejsce, oraz cienkie salami. - Prowiant - mruknął lakonicznie, gramoląc się na tylne siedzenie mustanga. Gil zawrócił na Prospect Street i pojechał ku Del Mar. - Nie byliśmy już dawno na rybach - zaczął Laurence, gdy gnali ze wzgórz dochodzących do plaży.

- Byłem zajęty - odparł Henry. Laurence skrzywił się. Wiedział, że „zajęty”' znaczy w ustach Henry'ego tyle, co „piłem”. Przytrzymał dłonią czapeczkę i pochylił się ku przyjacielowi. - Połów z małej łódki, przy dobrej fali, to najlepsze na świecie lekarstwo na kaca. Dojechali do miejsca, gdzie znalezione zostało ciało Sylvii Stoner, i zaparkowali. Minął już prawic tydzień, a ponieważ nie znaleziono następnych węgorzy, blokada została zdjęta. Parę osób uprawiało tu jogging, kręciła się też niewielka grupka zaprzysięgłych miłośników surfingu. Było jednak jeszcze za wcześnie na tłum matek z dziećmi i o wiele za wcześnie na młodzież spędzającą tu obiadową przerwę. Przeszli przez plażę, znacząc dziewiczo gładki piasek. Morze cofało się w odpływie. W wilgotnym piasku odbijały się chmury niczym fragmenty układanki. - Pomógłbyś mi, gdybyś powiedział, jakich stworzeń szukacie - rzekł Laurence. Dużych czy małych? Z muszlami czy bez? Henry osłonił oczy przed wiatrem i słońcem. Rozejrzał się po plaży, próbując odnaleźć miejsce, w którym skłębione węgorze zakopały się w piasku. - To jest duże - powiedział. Coś jakby jaszczurki, myślę, że nawet większe. Laurence zmarszczył nos. - Jeśli tak, to marnujecie czas. Tutaj nie ma jaszczurów. - Zdziwi się pan - wtrącił Gil. - Jaszczury? - zaśmiał się Laurence. - Nabieracie mnie. Henry wskazał na piach przed sobą. - Spróbuj go stąd wypłoszyć. Laurence zdjął z ramienia torbę. - Jak chcesz. Ty płacisz. Ale jedno mogę ci przyrzec. Rozczarowanie. Tu nie znajdziesz jaszczurów. Nigdy ich tu nie widziałem, ani razu od czterdziestu lat. Przykucnął na piasku i zaczął uderzać rytmicznie otwartymi dłońmi. Gil popatrzył na Henry'ego pytająco, Henry przekazał mu spojrzeniem: „może się to wydać dziwne, ale powstrzymaj się od komentarzy i czekaj na wyniki”. - Spłoszyliśmy już parę mięczaków. - Laurence wskazał ruchem głowy na zamieszanie tuż pod powierzchnią piasku. - Widzicie, to pukanie naśladuje przypływ i małże podniecają się, że zaraz wyjdą. Taka jest przynajmniej moja teoria. Niektórzy mówią, że to pukanie po prostu je irytuje, tak jak stukanie stopy zaklinacza drażni węża, który zaraz wyłazi z koszyka. Węże są głuche jak kłoda, tak samo mięczaki. Nie widziałem jeszcze małży z uszami. Gadał tak, poruszając się po półkolu jak wielki krab, lewą nogę wysuwając do przodu

i uklepując piasek lekkim, upartym rytmem. - Nikt tego nie potrafi. To się właśnie nazywa wprawa. Pamiętacie Genego Krupę, tego sławnego perkusistę? Przyjechał raz do San Diego, chciał widzieć, jak to robię. Za nic nie mógł utrzymać tego rytmu. - Spójrz. - Gil trącił ramię Henry'ego. - Tam. Dwadzieścia stóp od nich, w samym środku spadzistej plaży piasek trząsł się i pękał. Cokolwiek powodowało te drgania, było długie przynajmniej na trzy stopy, może większe i poruszało się głęboko pod piaskiem w nieustannych, konwulsyjnych drgawkach. Laurence spoglądał na to przez chwilę. - To już coś - powiedział. - Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Podszedł do spłachetka naruszonego piasku i dziabnął weń czubkiem trampka. - To już naprawdę coś. Wyjął z torby małą metalowa łopatkę, której używał zwykle do wydobywania mięczaków. Szybkimi, metodycznymi ruchami zaczai kopać głęboką i wąską jamę. - Mówiliście, że co to jest? Jakiś jaszczur? Musiał się głęboko zagrzebać. Henry i Gil czekali z boku, drżąc na wietrze. Ich ciała spały spokojnie podczas eskapady do północnej Afryki, umysły były jednak zmęczone. Gil dałby wszystko za powrót do łóżka i drzemkę przez resztę popołudnia. Niemniej zdecydowany był zostać z Henrym. Przecież byli Wojownikami Nocy i tylko trzymając się razem mieli szansę uporać się z Yaomauitlem i jego zagrzebanym w ziemi potomstwem. - Mam coś - rzekł nagle Laurence po dwudziestu minutach kopania. - Rzeczywiście coś tu jest. - Uważaj, Laurence - ostrzegł go Henry. - Wygląda na guzowate. Jezu, masz rację! To grzbiet jakiegoś jaszczura czy czegoś takiego. Wyskoczył z dziury i popatrzył w dół. - Jezu, widzicie? No, niewiele stąd widać, ale duże, nie? Co to jest, Henry? Jezu, aż się przestraszyłem, że to takie duże. - To coś w rodzaju jaszczura - powiedział niepewnie, jakby bez przekonania, Henry. A teraz, czy zechcesz zasypać z powrotem tę dziurę? Chciałem się tylko upewnić, że to leży właśnie tutaj. Gil popatrzył na Henry'ego ze zdziwieniem, Henry jednak uniósł dłoń w uspokajającym geście, dając znak, że wie już, co robić. Laurence prychnął i otarł wierzchem dłoni czoło.

- Chcesz, żebym znów to zakopał? Co, u diabła? To musi być jakaś rzadkość, ten jaszczur. Musi być coś warte. U Scrippsa płacą dobrą forsę za dziwne stworzenia. I w Zoo w San Diego też. - Laurence - powtórzył z uporem Henry. - Chcę, byś to zakopał. - Za coś tak rzadkiego można dostać z tysiąc dolarów! - protestował. - Zakop to - nalegał Henry. Laurence parsknął z irytacją, lecz wziął posłusznie łopatę w dłonie. Gil odciągnął Henry'ego na bok. - Czemu to zakopujemy? Myślałem, że wyciągniemy go i zabijemy. - Owszem, ale mam lepszy pomysł niż wykopywanie ich. Zostań tutaj. Ja pojadę do przyjaciela z Wydziału Chemii na Uniwersytecie. Jeśli pozwolisz, to pożyczę twojego mustanga? Gil spojrzał na Henry'ego z powątpiewaniem. - Czy widziałeś, żebym coś pił od rana? - Mam wrażenie, że nie. - Gil dał mu kluczyki. - Pilnuj naszego przyjaciela. Gdy tylko skończy zasypywać tego diabła, niech zacznie znowu opukiwać piasek. Całą plażę, aż do wydm. Gdy znajdziecie coś ciekawego, oznaczcie to jakoś, może kamieniami. Powinniście odszukać przynajmniej dziesięć tych stworzeń. Tyle widziała Susan we śnie. Henry pobiegł plażą. Gil wcisnął ręce do kieszeni ł wolno pomaszerował z powrotem. - Nie wie pan, co to, u diabła, mogą być za stwory? - Spytał Laurence. - Zabij mnie pan! Jestem tylko szoferem. - Dziwny gość ten Henry Watkins - zauważył Laurence. - Dobry do połowu. Łowi, pije i trzyma gębę zamkniętą na kłódkę. Gadatliwy towarzysz to przy rybach ostatnia rzecz, której bym chciał. A do tego mądry. Przynajmniej tak mądry jak Einstein. Tyle ci powiem. Jestem pewien, że gdyby nie pił, to byłby sławny. Mógłby dostać Nobla. Zakończył zasypywanie wykopu, rzucił łopatę na piasek i podszedł do torby, aby wyjąć z niej puszkę piwa. Nie proponował go nawet Gilowi. Otworzył z sykiem i natychmiast wypił jednym długim łykiem połowę zawartości. - Poszuka pan jeszcze? - spytał Gil widząc, że puszka jest już pusta. Laurence przycisnął ją do brzucha i czknął głośno. - Płacicie mi.

Gil z rękami w kieszeniach przyglądał się, jak Laurence opukuje piasek. Może Gil był już zmęczony, lecz przyszło mu do głowy, że światy jawy i snu zaczynają się z wolna zamieniać miejscami. To dziwne, pomyślał, tropić diabły na plaży w świetle słońca i w szumie wiatru. Może nawet dziwniej, niż tropić je w labiryncie ludzkich snów. Było to nawet straszniejsze, bowiem szukanie ich za dnia oznaczało, że są realnymi istotami z krwi i kości, a nie jedynie produktami wyobraźni. Co więcej, teraz był nieuzbrojony. Gdyby którykolwiek z tych diabłów zdecydował się zaprotestować przeciw zakłócaniu jego błogiego spokoju przez postukiwanie Laurence'a, nie umiałby wymyślić nic lepszego, niż wiać, ile sił w nogach. - Jest następny - oznajmił nagle Laurence. - I jeszcze jeden. Gil podszedł bliżej. Na piasku pojawiły się dwie drżące łaty, jedna obok drugiej. Były identyczne z tą pierwszą i nie mogło być wątpliwości. Na każdej z nich Gil ułożył wzór z kamieni - krzyż, zupełnie jakby polował na wampiry. - Naprawdę chciałbym usłyszeć, co znaczą te wszystkie głupoty - narzekał Laurence. - To nienaturalne: tropić i przez cały czas nie wiedzieć, czego się szuka. Gil nie odpowiedział, zmusił się tylko do uśmiechu. Uśmiechał się wciąż, gdy zjawił się Bradley. Przemierzał plażę na rowerze. Jego bawełnianą koszulkę ozdabiał napis „Zapal zielone dla moich palców”. Zagwizdał na widok Gila i zaraz rozdarł się z radości: - Hej, Gil! Całe dnie cię nie widziałem, compadre. Gdzieś ty bywał? - Cześć, Bradley. Jak leci? - No, dobrze... Nie przyszedłeś na ostatnią imprezę Donny. Wszyscy żałowali, że cię nie ma. Wiesz, kto był? Shirleen! Pamiętasz Shirleen? Chodziła do szkoły z braćmi Kaiser. Super numer. Uwiodła Jaya McDonalda. Tego palanta. Co za dupeńka. Na Boga, przysięgam, że ten gość wypycha sobie spodnie z przodu, by lepiej wyglądało. Zrolowanymi skarpetkami. Bradley przerwał na chwile, potem spojrzał na Laurence'a i zmarszczył brwi. - Ten gość jest z tobą? - Tak jakby. Bradley pochylił się nad Gilem, owiewając go oddechem o zapachu pomarańczowej gumy do żucia. - Mogę spytać, co on robi, czy też byłaby to może nieuprzejmość z mojej strony? Wypukuje małże. Uderza w piasek, jak widzisz, i małże wyłażą na powierzchnię. - Ale to nie jest sezon na małże. - W zasadzie nie, ale my pracujemy. Rozumiem - powiedział wyraźnie nic nie rozumiejący Bradley. Przyglądał się jeszcze przez chwilę Laurence'owi. - A swoją drogą to gdzie bywałeś? Twój ojciec mówił, że zostałeś

gdzieś na noc. Ufam, że nie z tą podejrzaną damą. - Liczyłem się po prostu - odparł Gil z niezadowoleniem. Zrozumiał, że bardzo oddalił się od Bradleya. bardzo się zmienił od czasu, gdy stał się Wojownikiem Nocy. Zupełnie nagle przypomniał sobie, jak strzelał do mnichów z Twierdzy Wstydu. Przypomniał sobie arabskich jeźdźców, eksplodujących niczym magnezja. Hej odezwał się Bradley. A słyszałeś ten kawałek o facecie, który dzwoni z biura do domu? - Nie, Bradley. Nie słyszałem tego kawałka o facecie, który dzwoni z biura do domu. Bradley nie dał się wyłączyć. - No więc ten facet dzwoni z biura do domu, a nieznajoma kobieta pyta, halo, kto mówi? I mówi, że jest służącą. To on pyta, jaką służącą, my nie mamy służącej, a ona na to, że pana żona wynajęła mnie dziś rano. To ten facet mówi, gdzie jest moja żona, a służąca, że na piętrze z kochankiem, w łóżku. To ten facet dostaje świra i mówi służącej, żeby poszła do szafki w kącie, wzięła jego dubeltówkę i zastrzeliła tę kurwę, jego żonę, i jej kochanka. To ona odkłada na bok słuchawkę, parę minut później słychać dwa strzały, a potem ona wraca i mówi, że w porządku, nie żyją, i co ma zrobić z ciałami. To ten facet mówi, wrzuć je do basenu. A ona pyta, do jakiego basenu. A ten facet: czy to jest 689-2281? Gil popatrzył na Bradleya, który wybuchnął śmiechem. - Nie zmieniłeś się, co, Bradley? - Uważasz, że to nie było śmieszne? - Było okay. - Będziesz na przyjęciu u Kena i Lilian? Dziś wieczorem? Gil jednak nie odpowiedział. Jego żółty mustang pojawił się z powrotem i Henry biegł już plażą niosąc wielką szklaną banię i długą, lśniącą szklaną rurkę. Bradley zauważył, że Gil nie patrzy na niego, tylko przygląda się Henry'emu i zmarszczył brwi. - Gil! Co się tu u diabła dzieje? Gil klepnął Bradleya w plecy, próbując przybrać pogodny wyraz twarzy. - Taki mały eksperyment. Bradley popatrzył na opukującego piasek Laurence'a. - Eksperyment? Jaki eksperyment? - Przykro mi, nie mogę ci powiedzieć. To tajemnica. - Mogę popatrzeć? Henry dotarł do nich i zmęczony położył banię na piasku.

- Uffff! Cholernie to ciężkie. W bagażniku są jeszcze dwie. - Henry, to jest mój kumpel. - Miło mi pana poznać. - Bradley wyciągnął dłoń. - I nawzajem - odparł nieszczerze Henry. - Ale może lepiej by było, gdybyś się na razie oddalił? To, co tu robimy, jest raczej, no wiesz, trochę niezwyczajne. - Chcecie, żebym sobie poszedł? - spytał nieco urażony Bradley. - Powiem ci coś. Wrócisz teraz do sklepu i wybierzesz sobie magazyn, jaki tylko będziesz chciał. Powiesz mojemu tacie, że wszystko jest w porządku i że zapłacę za to ze swojej kasy. - Jakikolwiek magazyn? „Hustler” czy coś takiego? - Co chcesz. Bradley dosiadł roweru, pomachał im, krzyknął i ruszył, skąd przybył. Henry zwrócił się pospiesznie do Gila: - Musimy się pospieszyć i zrobić swoje, nim przypęta się jakiś patrol służb ratowniczych i zapyta, jakiego diabła m szukamy. Ile embrionów zlokalizowaliście? - Jak dotąd sześć. Laurence wciąż stuka. - No dobrze. Musisz mi pomóc. Ta bańka zawiera stężony kwas siarkowy. Pożyczyłem go po cichu na wieczne nieoddanie z Uniwersytetu, jako zapłatę za pewną przysługę, którą wyświadczyłem kiedyś jednemu z wykładowców. Pewnemu strasznemu człowiekowi o nazwisku Kinsky. - I co zamierzasz z tym zrobić? - To proste. Gdziekolwiek Laurence zlokalizuje embriona, wepchnę w piasek tę rurkę, aż dotknie ciała diabła. Potem, z pomocą tego lejka, zamierzam wlać w rurkę pełną zlewkę kwasu. Możemy zacząć tutaj, gdzie znaleźliśmy pierwszego. - I sądzisz, że to zadziała? - Kochany, to przepala na wylot gigantyczne sekwoje. Nie ma stworzenia, które by to przeżyło. Wręczył szklaną rurkę Gilowi, który z wahaniem umieścił ją w środku łaty nad pierwszym znalezionym embrionem. Opuszczał ją powoli, aż poczuł nagły opór czegoś miękkiego jak ciało. Piasek zadrżał i popękał. Wiedział już, że trafił w diabła. - Już? - spytał Henry. Gil przełknął ciężko ślinę i skinął głowa. - Niech będzie. Henry ostrożnie napełnił półlitrową zlewkę parującym kwasem. Gil przypatrywał się,

jak przytyka do szczytu rurki szklany lejek i przymierza się do przelania słomkowej cieczy. - Sądzisz, że to naprawdę dobry sposób? - Najszybszy i najbardziej skuteczny, jaki mógł mi w ogóle przyjść do głowy. - Niech tam. Zaczynaj. Powstrzymując z wysiłkiem drżenie dłoni, Henry opróżnił niespiesznie zlewkę do lejka. Ten wypełnił się na chwile, zaraz jednak płyn przesączył się do rurki, a nią do jamy, w której spoczywał embrion diabła. Ostatnie krople spłynęły. Henry odetchnął. - No dobrze. Wyjmij rurkę. - Pobladł z napięcia i upuścił przypadkiem zlewkę na piasek. - Znalazłem następnego! zawołał do nich Laurence z drugiego krańca plaży. - Dzięki, Laurence - odpowiedział Henry. - Będziemy tutaj. Gil spoglądał na łatę świeżo przekopanego piasku. - Działa? A co zrobimy, jeśli nie zadziała? Spod piasku jednak nadeszła odpowiedź. Wzdął się nagle i zagotował przerażająco, rozrzucając wkoło suche fontanny. Gil i Henry odetchnęli, przyglądając się temu z rosnącym niepokojem. Stworzenie nie próbowało jednak wydostać się na powierzchnię. Skręcało się i rzucało pod piaskiem, niewidoczne, nic jednak nie wskazywało na jego agonię. Tylko nieustanne szamotanie się, podskakiwanie i rozkopywanie piasku. W końcu, po długiej chwili, gdy zaczęło się już uspokajać, Henry i Gil usłyszeli krzyk, niepodobny do niczego, co znali. Był to krzyk bezgłośny i rozbrzmiewający jedynie w ich głowach, wystarczył jednak, by Gil poczuł się, jakby wbił zęby w cytrynę. Henry miał wrażenie, że skowyt przedziera się przez jego myśli jak ostry topór rzeźnika przez żołądek cielaka. Zacisnęli powieki. Krzyk narastał; w tych mrocznych chwilach obaj ujrzeli piekło, prawdziwe piekło upadku, beznadziei, bólu, rozpaczy. Piekło raka, ognia i ostygłej miłości. Na chwile przed śmiercią stworzenia, w ostatnich sekundach, pojawiło się coś, co zmroziło ich jeszcze bardziej, coś, co pokryło ich czoła lodowatym potem. Był to kpiący śmiech, łaknące krwi szyderstwo - groźba, że zabijając dziecię diabła, nie osiągną niczego prócz ściągnięcia na swe głowy strasznej zemsty szatana i jego dziewięciuset dziewięćdziesięciu ośmiu pobratymców. Dzieci diabła były zarazem dziećmi śmierci, powrót do kostnicy nie stanowił dla nich piekieł męki. Można je torturować, można je uwięzić, można spalić stężonym kwasem, lecz nie można ich tak naprawdę zabić. Krzyk ucichł, rwał się paroksyzmami bólu w ich czaszkach. Gil przetarł twarz obiema dłońmi i spojrzał na Henry'ego z nieukrywanym strachem i głębokim szacunkiem. No tak.

Teraz to mamy u Yaomauitla przechlapane na amen. Nie sądzisz? - Jeśli czułeś to samo, co ja, to na to wygląda. Miałem jednak wrażenie, że tak właśnie będzie. To nie są prawdziwe embriony, nie mają własnych osobowości. A przynajmniej nie sadzę, by miały. To repliki, wierne kopie Yaomauitla. Ich uśpione umysły połączone są wszystkie ze swym ojcem i panem. Gdy jedno umiera, gdy któreś cierpi, Yaomauitl dowiaduje się o tym natychmiast, tak jakby to chodziło o niego samego. Gil poszukał spojrzeniem Laurence'a, czekającego cierpliwie obok kolejnego spłachetka poruszającego się piasku. To daje osiem! - zawołał. - Zabijemy je wszystkie? - spytał Gil. Tak. Pomóż mi powiedział Henry.

16
Skończyli wraz z nadejściem przypływu. Zanim zeszli z plaży, opróżnili jednak dwie i pół bańki kwasu i spalili jedenaście zagrzebanych pod piaskiem embrionów. Gdy wsiadali do mustanga Gila, była szesnasta trzydzieści. Odwieźli Laurence'a do jego sklepu z muszelkami w La Jolla. Niebo zachmurzyło się, od morza wiał teraz chłodniejszy wiatr. Musieli dwukrotnie przerywać pracę, gdy w pobliżu przechodziły patrole służb ratowniczych, raz przeszkodziła im też grupa młodzieży, która rozłożyła się na plaży podczas przerwy na lunch, dokładnie nad diabelskimi embrionami. Henry jednak był cierpliwy. Do czwartej zniszczyli wszystkie wykryte embriony, Laurence zaś opukał jeszcze raz całą plażę, by mieć pewność, że żadnego nie ominęli. Henry odwrócił się na siedzeniu i odliczył Laurence'owi pieniądze. - Jutro przyniosę ci jeszcze Chivas Regał - obiecał. - Byłoby nieźle - stwierdził Laurence, śliniąc kciuk i przeliczając banknoty; złożył je równo, obracając każdy, który był do góry nogami. - Miło mi, że się przydałem. - I jeszcze jedno - dodał Henry, gdy skręcili już w Prospect Street. - Nie chciałbym, żebyś opowiadał o tym, co dzisiaj zrobiliśmy. Nie było to wprawdzie nielegalne, ale pewnie nie spodobałoby się policji, gdyby się o tym dowiedziała. A o czym policja nie wie, to policji nie boli, sam wiesz. - Chwytam - przytaknął Laurence. - A swoją drogą, tak prawdę mówiąc, wciąż nie mam zielonego pojęcia, co wyście tam właściwie robili. - No i niech tak zostanie - podsumował Henry. Gil zatrzymał mustanga przed sklepikiem. Laurence zaczął wygrzebywać się z tylnego siedzenia, targając na ramieniu torbę. - Hasta la vista - powiedział i znikł w sklepie, zostawiając za sobą jedynie kołyszące się na markizie muszle. - Co o tym sądzisz? - spytał Gil, gdy jechali już z powrotem do De! Mar. - Możesz mu wierzyć? - Laurence'owi? Nie, nie sądzę. Znajdź mi jednak kogoś innego, kto potrafi to, co on dzisiaj dla nas zrobił. - Jest jeszcze jedno... Owszem, to uprzejmie z twojej strony, że zechciałeś sam wymyślić to wszystko... - Wiem, co chcesz powiedzieć - przerwał Henry. - Że powinienem cię wtajemniczyć

już w chwili, gdy przyszło mi to do głowy. Chcesz powiedzieć, że co dwie głowy, to nie jedna, a co cztery, to nie dwie. Stwierdzisz również, że tylko dlatego, iż jestem starszy, zachowuję się, jakbym ponosił odpowiedzialność za Wojowników Nocy i chciałbym, żebyście wszyscy robili, co powiem. Gil wysłuchał go w skupieniu i skinął głową. - Tak, mniej więcej to. - No dobrze. Myślałem o tym długo i jedyne, co mogę zrobić, to przeprosić. Powinienem wcześniej przedyskutować z tobą ten pomysł. Powinienem pogadać o tym ze wszystkimi. Jako nauczyciel przywykłem wydawać polecenia i kontrolować ich wykonanie. Po prostu wieloletni nawyk, przez myśl mi nigdy nie przeszło zastanawiać się nad tym. Będę się na przyszłość starał, by Wojownicy Nocy mogli korzystać z mego doświadczenia w inny sposób. To mogę obiecać. - Bardzo cię lubię. Henry. I proszę, nie zrozum mnie źle. - Dobra. I ja cię lubię. Wrócili do domku Henry'ego. Podczas gdy gospodarz udał się do kuchni przyrządzić kanapki z ogórkiem i zagrzać kiełbasę, Gil wydzwaniał do Susan, chcąc sprawdzić, czy wróciła już ze szpitala. - Jest z powrotem - powiedziała jej babka. badania. - Bardzo się cieszę, że wróciła do zdrowia ozdrowiała. - Czy mógłbym porozmawiać z nią przez minutę? - Przykro mi. Może jutro. - No dobrze. A czy może jej pani przynajmniej powtórzyć jedno słowo: jedenaście. - Jedenaście? - To taki mały żart, umówiliśmy się tak kiedyś, tylko tyle. - Dobrze. Powiem jej „jedenaście”, cokolwiek to znaczy. Henry wrócił z kanapkami dokładnie w chwili, gdy Gil odkładał słuchawkę. - I jak, udało się? Co z nią? - W porządku. Musi odpoczywać, ale będzie w stanic przyłączyć się do nas tej nocy. - Wspaniale. - Henry wepchnął kanapkę do ust i przesunął talerz ku Gilowi. - Obsłuż się - powiedział z trudnością. Po dwóch kanapkach i wielkiej szklanicy mleka Henry zerknął na zegarek. powiedział Gil. - Dziękuję, Gil. - Słyszał wyraźnie, jak ton babki złagodniał. - Dziękujemy Bogu, że Doktorzy jednak powiedzieli, że musi odpoczywać co najmniej przez tydzień, a za trzy dni idzie jeszcze do kliniki na dalsze

- Chcę wrócić do Instytutu Scrippsa, zanim go zanikną. Obawiam się, że będziemy musieli działać na ślepo, jeśli nic wyniuchamy, gdzie to trzymają i jak jest strzeżone. - Masz broń? - Przechowuję tylko japoński miecz, który mój brat przywiózł z Tinianu. - Mój ojciec ma broń. Trzyma ją pod ladą w sklepie. Python 357. Henry zastanowił się nad tym, potem powoli pokręcił głowa. - To ryzykowne brać ze sobą broń. Zbyt ryzykowne. - No dobrze, więc jak inaczej zamierzasz zabić to stworzenie? Odrąbać mu łeb? Topór wzbudzi o wiele więcej podejrzeń niż rewolwer. - Może i masz rację - zgodził się Henry. - Ale pozostaje jeszcze pytanie, jak go wyciągnąć. - Dzisiaj jest czwartek, nie? Dzisiaj mój ojciec wychodzi wcześniej i idzie na spotkanie w klubie sportowym. Mogę wejść i wziąć broń, nikt tego nawet nie zauważy. Henry wziął kawałek ogórka, który spadł z jednej kanapki i wrzucił go do ust. Hmm... naprawdę nie jestem do tego przekonany... - I jeszcze jedno - powiedział Gil. Czemu nie wciągniemy w to Lloyda? Wygląda na silnego i bystrego. Myślę, że powinniśmy go wtajemniczyć. - A wiesz, gdzie mieszka? - Niedaleko, gdzieś przy Lomas Santa Fe Drive. Tak zdaje się powiedział. Spojrzę do książki telefonicznej. Krótko po piątej wyszli z domu i pojechali do Mi-ni-Marketu w Solana Beach; Gil zostawił mustanga Henry'emu i poszedł do sklepu. Henry natomiast pojechał na Lomas Santa Fe Drive, zatrzymując się zaraz za remizą strażacką, przed schludnym, pomalowanym na biało domkiem z zielonym dachem i zielonymi okiennicami. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi, wyskoczył z mustanga bez otwierania drzwi. Przeszedł krótki podjazd i nacisnął gong przy drzwiach. Trwało kilka minut, nim stanęła w nich Murzynka w pur-purowo-białej sukni. - Tak? - popatrzyła na niego podejrzliwie. - Pani Curran? - uśmiechnął się poprawiając krawat. - Tak. A czego pan chce? - Szukam Lloyda Currana. Nazywam się Henry Watkins. Jestem profesorem na Uniwersytecie w San Diego. - A czego pan chce od Lloyda? - powtórzyła pani Curran. - Rozmawiałem z nim wczoraj. Dyskutowaliśmy o możliwościach edukacji, stopniach

uniwersyteckich, egzaminach i innych podobnych rzeczach. Mam dla niego kilka informacji o programie uniwersyteckim, o które prosił. Pani Curran popatrzyła na Henry'ego, przez dłuższą chwilę nie mówiąc ani słowa. Potem, obróciła się i zawołała w głąb domu: - Lloyd! Jakiś profesor do ciebie! Lloyd pojawił się w drzwiach ubrany w jaskrawoczerwoną koszulkę, z baseballową rękawicą na ręku. W pierwszej chwili nie poznał Henry'ego, potem jednak, gdy ten uniósł dłoń w pozdrowieniu Wojowników Nocy, zrozumiał nagle, że właśnie składa mu domową wizytę Kasyx, Strażnik Mocy. - Cześć. Chodź - powiedział. Henry słyszał jednak dochodzące z domu wycie telewizora i jazgot kłócących się dzieci. - Może lepiej ty wyjdź. Usiądziemy na chwilę w samochodzie i porozmawiamy. - No, dobrze - zgodził się z wahaniem Lloyd. Zeszli razem ścieżką i wsiedli do mustanga. Lloyd przesunął palcami po wyciętej z jednego kawałka aluminium tablicy rozdzielczej oraz specjalnej, sportowej kierownicy. - Twój? Henry pokręcił przecząco głową. - Własnym wozem nie jeździłem już od lat. Aż do chwili, gdy zostałem wprowadzony między Wojowników Nocy... no, miałem małe kłopoty. Z piciem. Lloyd był wyraźnie pod wrażeniem otwartości Henry'ego. - Ja czasem popalam gandzię. Ale wiesz, nigdy nic mocnego. - Jako Wojownik Nocy nie potrzebujesz już niczego takiego - rzekł Henry. - Ta potęga sama jest jak haj. A twoja zdolność to coś zupełnie szczególnego. - Mogę ci coś wyznać? - Swobodnie. - W nocy, we śnie, bałem się. Byłem naprawdę ciężko przestraszony. - Miałeś do tego prawo. - No, wiem, tylko jak się obudziłem rano, strasznie mnie to gryzło. Znaczy, chciałem tam wrócić, wrócić tam, gdzie coś się działo. Nie wierzyłem sam sobie, ale tak się właśnie czułem. Bałem się, lecz podobało mi się to. Czułem, że naprawdę jestem kimś i robię coś, co ma sens. Henry uśmiechnął się i skinął głową. - Bo i byłeś - powiedział. - A co z twoją żoną? - spytał Lloyd. - Zamierzasz ratować ją tej nocy? - Zamierzam ruszyć jej z pomocą już teraz - odpowiedział Henry. - Za parę minut Gil

i ja jedziemy do Instytutu Scrippsa zabić to stworzenie, które ostatniej nocy spotkaliśmy we śnie. Zastanawiałem się właśnie, czy nie mógłbyś zabrać się z nami. - To znaczy: nie jako Wojownik Nocy? Tak jak stoję, jako ja? Bez zbroi, bez moich zdolności? - Tak jak stoisz - powiedział Henry. - Bierzemy jedynie rewolwer i zasuwamy z nim wykończyć to bydlę, nic ponadto. Lloyd wydął policzki i zastukał nagle palcami po kolanie. - To, o czym mówisz, oznacza naruszenie prawa. - Tak - zgodził się Henry. - A z drugiej strony nie. My, to znaczy ty, ja. Gil i Susan, jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy w pełni rozumieją grożące światu niebezpieczeństwo. Z tego powodu musimy sami ustanawiać prawo. Jesteśmy strażnikami, chyba rozumiesz, naszym obowiązkiem jest bronić świat przed diabłem. - Bierzemy broń? - Tak. - I nie będziemy mieć zbroi ani żadnego pożytku z naszych umiejętności? Henry zaprzeczył kręcąc głowa. - Dobra. Możesz na mnie liczyć. Pójdę tylko uprzedzić starą, że wrócę późno. Henry czekał w samochodzie. Lloyd przez chwilę rozmawiał z matką, w końcu jednak szurając nogami wyszedł z domu i ponownie wsiadł do wozu. - Wszystko w porządku? - spyta! Henry zapalając silnik. - Stara ciągle uważa mnie za dziecko. I w dodatku nie lubi spuków1. Henry zawrócił samochód i skierował go ku Solana Beach. - Mam nieodparte wrażenie, że nikt dotąd nie nazwał mnie spukiem - powiedział z niezrozumiałą dla siebie samego satysfakcją. Gila znaleźli na krzyżówce z droga do Santa Fe. Niósł papierową torbę z prowiantem. Zamachał im ręką i podbiegł do wozu. - Wziąłeś broń? - spytał Henry, ustępując mu miejsca przy kierownicy. Gil wyciągnął z torby pudełko po cukierkach „Cheerio”. - W środku - uśmiechnął się triumfalnie. - Powiedziałem mamie, że zostanę u ciebie na drugą noc, by przejrzeć nieco literatury angielskiej, i że będziemy potrzebować trochę żywności.
1

Spuk (ang. spook) - zjawa, duch, w slangu murzyńskim określenie białych (przyp.

tłum.).

- Nie robiła trudności? - Żadnych - Gil wyprowadził mustanga na autostradę. - Musiałem tylko zaręczyć za ciebie, że nie jesteś pedałem. - Bóg zapłać - podziękował Henry. Do Instytutu Scrippsa dojechali w kwadrans. Na parkingu stał wciąż jeden radiowóz, otoczenie było jednak prawie opustoszałe. Henry kazał Gilowi zostawić samochód w odległym kącie parkingu, w cieniu cyprysu, niewidocznego z wejścia do Wydziału Biologii Morskiej. - Pójdę i powiem, że chce porozmawiać z moją żoną - powiedział Henry. - Twoją byłą żoną - poprawił go Gil. - Właśnie. Potem przejdę do laboratorium Wydziału Biologii Morskiej i otworzę po drodze wyjście awaryjne - brązowe drzwi, widzicie je? - z wewnętrznej blokady. Gdy tylko usłyszycie szczęk zamka, pakujcie się do środka, byle szybko, ale nie zamykajcie ich za sobą. Wrócę do recepcji i powiem, że skończyłem rozmowę z moją... byłą żoną. Potem obejdę budynek i wejdę tymi samymi drzwiami. - A jak będziemy już w środku, to co? - spytał rezolutnie Lloyd. - W prawo, około trzydziestu stóp korytarzem, potem schowek na miotły. Ukryjcie się lam i czekajcie, aż do was dołączę. - To wyjście awaryjne nie ma zamontowanego systemu alarmowego? - upewnił się Gil. - Ostatnim razem, gdy go używałem, nie miało. Krótko po rozwodzie wśliznąłem się do laboratorium, by wykraść moje złote wieczne pióro. Andrea nigdy się nie zorientowała, kto je wziął. Do dziś narzeka na nieuczciwość personelu laboratorium. - A co z bronią? - dopytywał się Gil. - Ty będziesz naszym artylerzystą. Miej ją ze sobą. Wciśnij ją za pasek z tyłu, pamiętaj tylko, by nie siadać zbyt gwałtownie. Wojownik Nocy bez dupy traci wiele ze swej mocy. Było za siedem szósta, dochodziła pora zamykania Instytutu. Henry wmaszerował śmiało do środka. Gil i Lloyd przyglądali się, jak rozmawiał z recepcjonistką. W pierwszej chwili nie chciała go wpuścić, jednak ujrzeli, jak wpisuje się do księgi gości i kieruje w stronę laboratorium. Pognali do wyjścia awaryjnego. - A jeśli go przyłapią? - spytał Lloyd. - Wówczas, mój przyjacielu, mamy przerąbane - Gil odwrócił się i spojrzał na Lloyda. W tej chwili szczęknęły rygle. Rozejrzeli się szybko dookoła i wpadli do środka,

przymykając drzwi za sobą, lecz nie przekręcając zamka. Korytarz był biały, lśniąco biały i zalatywał pastą do podłóg. Na ścianach wisiały oprawne w ramki fotografie delfinów, narwali i kałamarnic. Ich trampki piszczały na wypolerowanej podłodze. Pospiesznie skierowali się do schowka. Wchodząc do środka, Gil potknął się o wiadro, oparte obok miotły runęły, zjeżdżając po ścianie i lądując z rumorem na kafelkach podłogi. Wstrzymali oddech na, jak im się wydawało, długie minuty, lecz nikt się tym nie zainteresował. - Następnym razem zawołaj po prostu głośno: Tu jesteśmy! - wyszeptał Lloyd. - Na miłość boską, przecież ja niechcący! Odczekali jeszcze parę minut, po których drzwi schowka uchyliły się i wszedł zasapany Henry. Wleciał na szczotki, szczęśliwie Gil zdążył podtrzymać je, nim dosięgły podłogi. - Strażnik kręcił się w pobliżu - wydyszał Henry. - Musiałem obiec budynek i dochodzić do drzwi z drugiej strony. - Nie jesteś chyba w najlepszej formie - zauważył Lloyd. - A po co olimpijska forma do nauczania o Kancie? - odciął się zdenerwowany Henry. Zmęczenie zawsze wprawiało go w zły humor. W schowku, w towarzystwie mioteł, przeczekali prawie pół godziny, nim usłyszeli, jak zamykają się drzwi, popiskują po posadzce czyjeś stopy, a ich właściciele życzą sobie dobrej nocy. W końcu światła na korytarzu przygasły. Henry odważył się uchylić drzwi i wyjrzeć. - W porządku. Chyba wszyscy poszli już do domu. Ruszyli ostrożnie korytarzem, aż dotarli do schodków po lewej. Tabliczka obok głosiła: „Laboratorium Biologii Morskiej miejsca dla publiczności”. - Wejdziemy na górę - powiedział Henry. Potem przypomniał sobie rozmowę z Gilem o odpowiedzialności i podejmowaniu decyzji, dodał więc: - Jeśli uznacie, że to dobry pomysł. Tam jest balkon, z którego widać laboratorium. Będziemy mogli dojrzeć z niego, gdzie trzymają to stworzenie, jak są rozstawione straże, i zdecydować, jak je załatwić. - Brzmi sensownie - powiedział Gil. - Owszem - przytaknął Lloyd. Wspięli się po schodkach do drzwi na obustronnych zawiasach, prowadzących na balkon. Przez umieszczone w nich małe okienka ze zbrojonego szkła dojrzeli, że laboratorium jest wciąż jasno oświetlone. Henry powstrzymał ich na chwilę, potem odchylił jedno ze skrzydeł. Widział teraz podłogę laboratorium. Gil i Lloyd tłoczyli się za jego plecami. Laboratorium było kwadratem o boku około pięćdziesięciu stóp, wyłożonym białymi,

lśniącymi kafelkami. Trzy długie lakierowane ławy zastawione były probówkami, chemikaliami i jaśniejącymi płomieniami palnikami Bunsena. W rogu migotał terminal IBM, obok stała przeglądarka mikrofilmów. Po prawej, tuż pod ścianą, ciągnął się rząd metalowych, piętrowych półek, wypełnionych dziesiątkami akwariów. Większość z nich była pusta, w niektórych kręciły się ławice tropikalnych rybek, przypominające kolorowy prysznic lub zgraję małych igiełek, w innych krążyły żółwie, nurkując raz za razem w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Pośrodku stał duży stół sekcyjny, zalany jasnym światłem stojących tuż nad nim lamp. Na nim leżało żylaste stworzenie z plaży. Twarz miało zwróconą w ich stronę, oczy zamknięte. Lśniło całe w świetle reflektorów. Obok dostrzegli Andreę, spoglądającą na rentgenowski ekran. Była w okularach, wyglądała na zmęczona i wymizerowaną. Trochę dalej przysiadł na białym blacie kafelkowego, laboratoryjnego stołu Salvador Ortega, rozmawiając cicho z mundurowym policjantem. Henry pozwolił drzwiom zamknąć się powoli. - No i co o tym myślicie? - odwrócił się do Gila i Lloyda. Lloyd pokręcił głową. - Nie mamy szans. Jeżeli wyjdziemy na balkon, wymachując bronią, gliny załatwią się z nami, zanim zdążymy cokolwiek zrobić. - Zgadzam się z tym - poparł go Gil. - Nie ma co ryzykować użycia broni, dopóki policjant stoi nam na drodze. - To znaczy, że trzeba użyć podstępu - powiedział Henry. - Coś musi wyciągnąć ich z laboratorium na wystarczająco długo, by ktoś z nas zdołał się tam wcisnąć i wykończyć to bydlę. - Nie podoba mi się to - powiedział Lloyd. - Nie, morderstwo nie - zapewnił go Henry. dowodów policji. - I to im wystarczy, żeby nas zamknąć? - No, tak - przyznał niechętnie Henry. - Myślę, że tak. - No to ja pasuję - stwierdził Lloyd. - Nie wiem, jak wy, ale ja nie mam zamiaru dać się zamknąć za kogoś w celi, a już szczególnie za byłą żonę faceta, którego prawie nie znam. - On ma rację. Henry - odezwał się Gil. - To chyba nie jest najlepszy sposób. Henry spojrzał na nich po kolei z zamyśleniem. Co będzie potem, gdy już je wykończymy? Gliny rzucą się na nas! Czy to będzie dla nich morderstwo? To coś nie jest przecież człowiekiem. Najgorsze, co mogą nam zarzucić, to nielegalne posiadanie broni palnej i niszczenie

- Musimy to jakoś zabić. Słuchajcie, mam pomysł - rzekł Lloyd. - Gdybyś mógł wyciągnąć ich z tego laboratorium choćby na minutę - twoja żonę, gliniarzy, wszystkich, to może skoczyłbym na dół z balkonu i przyładował temu czymś ciężkim w łeb? A może je podpalić? zaproponował Gil. - Widziałem tu palniki Bunsena i butle ze spirytusem metylowym. Moglibyśmy zrobić to tak, żeby wyglądało na wypadek. Henry podszedł do okienek w wahadłowych drzwiach i przechylił głowę, by dojrzeć, co dzieje się na dole. - To może być nawet dobry pomysł, Gil. Na samym stole sekcyjnym stoją dwie butle z czystym alkoholem. Wystarczy przewrócić jedną z nich i podpalić. Może nie uwierzą, że zrobiliśmy to niechcący, ale nie będą mogli tego udowodnić. Odwrócił się. - Chociaż nie będzie to tak szybkie i skuteczne jak broń - dodał. Gil pochylił głowę. - No, cóż. Zapewne nie zrobiłem najmądrzej w ogóle ją zabierając. Wiem, że to był mój pomysł, ale gdyby ojciec dowiedział się o tym, że ją sobie pożyczyłem, mógłby mi już nie zaufać w żadnej sprawie. Szczególnie, gdybym zastrzelił z niej kogoś lub coś. - Rozumiem - przytaknął Henry. - Sprawdźmy, czy to się pali. Pięć minut później Henry pukał do drzwi laboratorium. - Andrea! - rozdarł się. - Andrea, jesteś tam? Andrea! Drzwi otworzyły się natychmiast i stanął w nich Salvador Ortega. - Profesorze Watkins, co pan tu robi? Budynek został już zamknięty na noc. Henry pociągnął go za rękaw. - Muszę zobaczyć się z Andreą, muszę ją ostrzec... - Spokojnie, Henry. Nie ma co panikować. Henry złapał Salvadora za klapy, wbijając dzikie spojrzenie w jego twarz. - Posłuchaj mnie, Salvador. Musisz mnie wysłuchać! Andrea umrze! Andrea umrze, czy mnie rozumiesz? Nie wolno wam pozwolić, by choć jeden raz dotknęła tej istoty. Ona ją zabije! - Kto to? - zawołała Andrea. - Ty, Henry? - Ach, Andrea - bełkotał Henry. - Andrea! Andrea! Zawsze cię kochałem, czy o tym nie wiesz? Nie wolno ci więcej dotykać tego czegoś! Musisz uciekać, musisz się ratować! Kochałem cię, gdy byliśmy małżeństwem, Andrea, i kocham cię nadal! - Jesteś pijany - wycedziła zimno Andrea. - Nie! Jestem trzeźwy! Trzeźwy jak świnia! Powąchaj mój oddech! No dalej, powąchaj! Powąchaj! Chaaa! Czujesz? Chaaa! Nic, nic prócz czosnku z dwóch kanapek.

Andrea z Salvadcrem wyszli na korytarz. - Słuchaj, Henry - powiedziała. - Nie obchodzi mnie, czy piłeś, czy nie. Jestem naprawdę bardzo zajęta i mam jeszcze do przeprowadzenia cztery testy skóry, nim pójdę do domu. Czy byłbyś zatem tak uprzejmy wrócić do siebie i ukoić swe zmysły jakąś brandy, destylatem ziarna czy w czym tam obecnie gustujesz? Henry złapał laboratoryjny fartuch Andrei i zacisnął materiał w dłoniach. - Kocham cię, Andrea! Czy nie powtarzałem ci tego przy każdej okazji? Nie wolno ci więcej zbliżać się do tego, obiecaj mi! Obiecaj! Salvador otworzył drzwi laboratorium. - Czy moglibyście wyprowadzić tego dżentelmena z budynku? Sądzę, że jest nieco przemęczony, nie wspominając o skutkach długotrwałego picia. Mundurowy wyszedł z laboratorium, z kciukami zatkniętymi za skórzany pas, uśmiechając się krzywo. - Tak jest, poruczniku - odpowiedział Salvadorowi, potem zwrócił się do Henry'ego: - Dalej, kolego, wygląda na to, że twój pobyt tutaj się przeciąga. Henry spojrzał na niego. - Kolego? Nie jestem dla ciebie kolegą, ty pało w mundurze! Słyszysz, Salvador? Ten policjant twierdzi, że jesteśmy kumplami. Czy wiesz, że to poważne naruszenie prawa? Zwracanie się do członka społeczeństwa w nadmiernie poufały sposób w próbie wymuszenia na nim zgody na zrezygnowanie z przysługujących mu zgodnie z Konstytucją praw! Salvador otoczył Henry'ego ramieniem. - Spokojnie, Henry. Nie wiem. co ma oznaczać twoje zachowanie, ale czas już stąd iść. Nie zmuszaj mnie, żebym cię zamknął. Nie wyglądałoby to dobrze w gazetach: „Sławny profesor filozofii w mamrze”. Henry przycisnął melodramatycznym gestem dłoń do serca. Odrzucił głowę do tyłu i przewrócił oczami. - Aaaach! - krzyknął. - Aaaach! - Co ci jest, Henry? - spytała Andrea zaniepokojonym głosem. - Henry! Upadł na kolana, przesuwając się przy tym parę kroków po korytarzu. Gdy wrócił do punktu wyjścia, ujrzał pomarańczowe płomienie pełgające w laboratorium i wiedział, że ich mała dywersja zadziałała. Lloyd zdołał zeskoczyć z balkonu dla publiczności i oblać stworzenie alkoholem. - Henry... - Zanim Andrea zdołała powiedzieć coś więcej, rozległ się rozdzierający uszy skrzek. Obróciła się na pięcie, pociągając Salvadora, a mundurowy niezwłocznie

otworzył drzwi laboratorium. - O Boże! - krzyknęła. - O Boże, to biedactwo płonie! Wpadli do laboratorium. Ku przerażeniu Henry'ego, diablę siedziało na stole sekcyjnym, pomimo iż płomienie buchały zeń jak z pełnego ofiarnych intencji buddyjskiego mnicha. Jego skośne oczy gorzały karmazynowo, a dwa rzędy zębów wyglądały z wykrzywionej w cierpieniu paszczy. Machał ramionami, podsycając jeszcze huczące płomienie. Henry zerknął na balkon, lecz Gil i Lloyd zdołali już zniknąć. - Gaśnica, jak rany! - ryknął Salvador. Zdarł z siebie marynarkę i jak matador zbliżył się do płonącej istoty, usiłując wyminąć jej krążące jak skrzydła wiatraka ręce. Istota krzyczała nieustannie. W każdym okrzyku Henry słyszał zew piekieł, furię ognia, cierpienie agonii. Krzyk był tak przenikliwy, że nie wiedział już nawet, czy słyszy go, czy tylko czuje wewnątrz siebie. Wiedział jedynie, że ten wrzask napełnia go szaleństwem. Salvador miotał się, by podejść bliżej, lecz nie mógł znieść żaru. Zdumiewał fakt, że istota wciąż jeszcze zdolna była do krzyku. Czarna skóra popękała niczym obraz przysmażony pochodnią. Płomyki wyrastały z brody stwora jak szkarłatny zarost. Szarawy mózg zaczął wrzeć, wylewać się uszami, krew zaś syczała głośno, w miarę jak płomienie torowały sobie drogę w głąb ciała. - Gdzie jest gaśnica? - krzyknął Salvador. Przysunął się z marynarką bliżej istoty i do zapachu zwęglonego ciała doszedł swąd palonej wełny. Zanim jednak mundurowy policjant zdołał wrócić z gaśnicą, eksplodowały wszystkie światła, zasypując ich odłamkami szkła. Przez chwilę tańczyły jeszcze widmowe, błękitne płomyki, potem zaś laboratorium pogrążyło się w ciemności rozpraszanej jedynie przez płonącego diabła. Wstał, czerniejąc wśród płomieni i trwał na stole na tylnych łapach jak kozioł lub małpa. Oczy miał wypalone, przez spopieloną skórę prześwitywały nagie kości, stał jednak wciąż przed nimi, płonąc, kpiąc z nich, nie pozwalając im podejść bliżej. Z przerażającym hukiem pękały wszystkie akwaria pod ścianą. Henry słyszał, jak wylewa się z nich woda, jak trzepoczą bezradnie rzucone na posadzkę ryby. Potem, jeden po drugim, strzeliły gazem i eksplodowały palniki. W chwilę później rozerwały się wszystkie probówki i pipety. Butelki z chemikaliami rozpadły się na tysiące kawałków, strzelając wkoło odłamkami szkła. - Na zewnątrz! - krzyknął Salvador. - Uciekajmy! Henry pchnął natychmiast Andreę w kierunku drzwi. Lecz gdy ich dopadła, odwróciła się ku nim i krzyknęła.

- Zamknięte! Nie mogę otworzyć! Henry, to jest zamknięte! Henry rozejrzał się z rozpaczą za czymś, czym mógłby staranować drzwi. Złapał za nogi laboratoryjny stołek z mahoniowym siedzeniem i uderzył nim o drewnianą boazerię raz, drugi i trzeci. Za trzecim razem siedzenie odleciało i został z pękiem prętów w garści. Salvador, wciąż z rozłożoną marynarką, próbował raz jeszcze zbliżyć się i stłumić płomienie trawiące istotę. Policjant przytargał w końcu gaśnicę, ta jednak odmówiła posłuszeństwa, zablokowany mechanizm nie poddał się nawet uderzeniom kolby policyjnego rewolweru. Sceneria w mrocznym laboratorium przypominała groteskowy teatr. Niewysoka, rozwrzeszczana postać na scenie, w koronie z płomieni, otoczona przez ludzi, którzy mogli jedynie bezradnie przypatrywać się agonii. Pokój wypełniał się z wolna czarnym drażniącym nozdrza dymem i mdlącym odorem popielonych kości. Salvador z przerażeniem odwrócił się do Henry'ego. - Nie możecie wyłamać drzwi? - Zamknięte! - odkrzyknął Henry. - Próbowałem, są zbyt solidne! - Musimy wspiąć się na balkon! - zdecydował Salvador. Ale gdy tylko opuścił marynarkę i postąpił krok w kierunku balkonu, rozległ się nagły szum i płonący diabeł rzucił się na niego ze stołu sekcyjnego. Przywarł do ciała Salvadora, niczym dziecko tulące się do ojca. - Madre mia! - wrzasnął Salvador i szarpnął płonącego diabła. Ten jednak owiną! ramiona wokół jego piersi i wpił się weń szponami. Bawełniana koszula detektywa zatliła się i buchnęła płomieniem. Salvador zachwiał się, ustępując o parę kroków, z wciąż przyczepionym kurczowo diabłem. - Pomóżcie mi! - krzyknął. - Pomóżcie rai, na litość boską! Policjant krążył ostrożnie wokół Salvadora. Henry widział na jego twarzy odblask płomieni, ogarniających koszulę detektywa. Stworzenie sięgnęło nagle pazurem, tak szybko, że Henry ujrzał jedynie lśniący półokrąg ognia i z dźwiękiem dartego worka rozszarpało twarz policjanta, usuwając ciało z czaszki poniżej linii oczu. Policjant w bólu i strachu przycisnął dłoń do twarzy i zemdlał. Salvador mocował się z diabłem, zamilkłszy nagle, jakby zamknięty w głębinach niewyobrażalnego cierpienia. Im więcej jednak się szarpał, im bardziej się starał, tym ciaśniej przylegał do niego płonący diabeł. Włosy Salvadora buchnęły płomieniem. Z chorobliwą fascynacją Henry patrzył, jak skracają się i kruszą, jak skalp czerwienieje, pokrywa się plamami. Salvador nie krzyczał pomimo tego, że kości udowe diabła musiały wedrzeć się w

jego miednicę, a szpony wniknąć głęboko w plecy. W tej chwili otworzyły się drzwi laboratorium i stanęli w nich Gil i Lloyd. Gil trzymał broń ojca. - Boże wszechmocny - wyszeptał. Henry odwrócił się do nich. - Daj mi to! - krzyknął. Jego głos zabrzmiał niemal histerycznie. Bez dyskusji Gil wręczył mu broń. Henry uniósł ją w górę, podchodząc najbliżej jak się dało do Salvadora i diabła. Salvador dostrzegł ponad garbatym, poczerniałym obojczykiem diabła, jak Henry unosi broń. Skinął w dół i w górę swą okaleczoną głową w milczącym błaganiu. Zabij mnie, proszę. Henry trzymał ciężki pistolet w obu dłoniach. Przez chwilę szukał drżąco celu, potem wystrzelił. Odrzut był straszny. Laboratorium zagrzmiało echem. Szczyt głowy Salvadora otworzył się nagle jak garnek z chiili. Detektyw przewrócił się do tyłu na jedną z ław, potem na podłogę, z diabłem ciągle wpijającym się w jego pierś. Płonący stwór odwrócił się, pokonany przez żywą jeszcze duszę Salvadora, spojrzał na Henry'ego i znów krzyknął. Straszne skrzeczenie wrony, które wstrząsnęło Henrym od cebulek włosów po koniuszki palców stóp. Pazury puściły ciało Salvadora. Henry słyszał, jak zgrzytały na kafelkach. Wystrzelił. W uszach mu zadzwoniło. Pierś diabła rozerwała się jak eksplodująca klatka na ptaki, płonące szczątki rozprysły się we wszystkich kierunkach. Wystrzelił raz jeszcze i czaszka diabła uległa zmiażdżeniu. Wystrzelił jeszcze dwa razy, aż w końcu istota nie była niczym więcej, jak kupką płonących kości. Zerwał się wiatr. Z początku łagodny, mieszający od niechcenia popioły tego, co było jeszcze niedawno pomiotem Yaomauitla. Potem o wiele silniejszy i głośniejszy, skrzeczący żałośnie niczym francuski mistral, który z czasem doprowadza ludzi do szaleństwa, lub jak saharyjski sirocco, który niesie tyle pyłu, że potrafi szybko zmienić szkło w oknach w mleczny kamień. Henry uniósł głowę. Wiatr zwiewał na boki jego siwe włosy, oczy łzawiły mu z żaru i emocji. - Yaomauitl! - krzyknął. - Yaomauitl! Wówczas wiatr zamarł, poszeptując jeszcze po kątach laboratorium i Henry wiedział, że Yaomauitl odszedł. Odwrócił się i spojrzał na Gila, Lloyda i Andreę. Na zewnątrz słyszał zbliżające się korytarzem kroki, skądś dobiegł dźwięk policyjnych syren. Położył rękę na ramieniu Gila. Ten spojrzał na niego w szoku. - To nie twoja wina - oznajmił chrapliwie Henry. - Nikt nie był w stanie przewidzieć, co zrobi to stworzenie.

Gil przycisnął wierzch dłoni do czoła. - To płonęło - powiedział. - Płonęło i nie umierało. Policjant, któremu diabeł rozorał twarz, ocknął się, zaczął jęczeć i bełkotać. Nie widzieli go w mroku. - Och, mój Boże - odetchnął Lloyd. - To był prawdziwy diabeł, prawda? To znaczy rzeczywisty, najprawdziwszy diabeł. - Tak - odpowiedział Henry. Zdawał sobie sprawę z tego, że Andrea przygląda mu się nieruchomym spojrzeniem, trzymając okulary przyciśnięte do piersi. - Henry - zaczęła drżącym głosem. - Henry, co tu się właściwie stało? - Badałaś to stworzenie - powiedział Henry. - Musisz chyba sama wiedzieć, co to było. - Nie miałam pojęcia, Henry. Testy wykazywały, że jest to po prostu rodzaj dwudysznego... rodzaj urodeli, jak salamandra czy syrena. Bardzo wysoko rozwinięte, oczywiście, lecz... - Diabeł - przerwał jej Henry. - Co? - Jakich jest siedem pytań Abrahela? - spytał Henry zduszonym głosem. - Pytałeś mnie już o to, Henry. Nic wiem, o co, u licha, ci chodzi? - Jesteś uratowana, Andrea - rzekł z ulgą Henry. - Nie wiesz o tym, lecz jesteś uratowana. Laboratorium zostało nagie zalane światłem i Henry zauważył, że dookoła jest pełno policji, personelu medycznego i strażaków. Policjant, który podszedł do Henry'ego, wyłuskał mu z ręki broń. - Okay. Zajmę się tym - oznajmił.

17
Tej nocy Springer była kobietą. Miała na sobie skomplikowaną w kroju suknię z białej tafty i jedwabiu, z wysokim, ozdobnym kołnierzem i trójkątnym stanikiem z fałdzistych koronek, wyszytych białymi perełkami. Wyglądała jak skrzyżowanie wyników pracy nadwornego krawca królowej Elżbiety I i scenografa „Emmanuelle”. Gdy wszyscy się już zebrali i przemienili w Wojowników Nocy, Springer odezwała się po raz pierwszy: - Byliście nierozważni. - Zabiliśmy potomstwo Yaomauitla - powiedział prowokująco Kasyx. - Całe. - Zabiliście wszystkie stwory, które wykluły się z ciała Sylvii Stoner. Lecz dopóki Yaomauitl jest na wolności, będą się pojawiać następne. - Wiemy o tym - rzekł Gil. - To jeden z powodów, dla których tak właśnie postąpiliśmy. - Moglibyśmy spędzić całe lata na szukaniu Yaomauitla - wtrącił Xaxxa - i nie trafić nawet na jego ślad. Wiesz o tym. Zwiedzać jeden sen za drugim, a wszystko bez powodzenia. Ostatniej nocy trafiliśmy na syna diabła tylko dzięki temu, że wiedziałaś, gdzie szukać. - Podobnie jak i poprzedniej - poparła go Samena. - Wtedy, gdy bez słowa ostrzeżenia wysłałaś nas do snu Lemuela Shapiro. - To, co zrobiliśmy teraz, przyprawi Yaomauitla o obłęd - dodał Xaxxa. - Sam nas poszuka, zamiast krążyć w oddaleniu. - Zamierzamy zastosować wobec niego fortel, o ile jest to właściwe określenie powiedział Kasyx. Springer przechadzała się wokół gromadki Wojowników Nocy, mierząc nieprzeniknionym, ciemnym spojrzeniem karmazynową, elektryczną zbroję Kasyxa, biały napierśnik Tebulota, trójgraniasty kapelusz Sameny i dopasowaną uprząż Xaxxy. Chodząc tak, powiedziała wreszcie ostrym tonem: - Cóż... inaczej dziś przemawiacie. Jesteście pełni niezależności. Jesteście zgodni i jednomyślni... - Zapewne dotarło do nas, kim jesteśmy i na co nas stać - odpowiedział Xaxxa. - Jak dotąd zabiliście jednego i ciężko okaleczyliście drugiego człowieka. Tyle zawdzięczacie, jak na razie, swemu usamodzielnieniu się i jednomyślności. - Nie - zaprzeczył Kasyx. - Mylisz się zupełnie. To nie my. To Yaomauitl. To jest

wojna, Springer, a nie wybryki czwórki ludzi, którzy lubią urozmaicać sobie czas nocy. To jest inwazja. Wierz mi, żałuję tego detektywa bardziej niż ktokolwiek inny. Był pierwszym policjantem, z którym zdarzyło mi się być po imieniu. W czasie wojny jednak zdarza się, że ludzie cierpią i giną. Nie możesz wygrać, jeśli nie pogodzisz się z tym i nie zaryzykujesz. Przez chwilę Springer zachowywała kamienny wyraz twarzy, potem uśmiechnęła się. - Dobrze mówisz, Kasyxie. Zrozumiałeś wagę tego, do czego dąży Yaomauitl. Zacząłeś przejawiać inicjatywę i chociaż twój atak na diablęta pogrzebane pod piaskiem był nieprzemyślany i fatalnie przygotowany, miałeś dość szczęścia, by się udał. Zniszczyłeś je. I niezależnie od tego, czy zawdzięczasz to trafowi, czy nie, nie można przecież robić ci zarzutów z sukcesu. - Czy zamierzasz skierować nas dzisiaj do jakiegoś konkretnego snu? - spytała Samena. Springer pokręciła głową. - Musicie wyruszyć samodzielnie, wybierając stosowne sny. Nie można was jeszcze uważać za w pełni wyćwiczonych Wojowników Nocy, lecz to już potraficie. Moje zadanie jest niemal skończone. - Opuszczasz nas? - zdumiała się Samena. Nieoczekiwana perspektywa zostania bez Springer napełniła ją obawą, zupełnie jak pierwsza przejażdżka samochodem bez instruktora. Cały dzień spędziła w otchłani jako zakładniczka niedorostka Yaomauitla i obecnie lękała się nieco powrotu do czyjegoś snu. Nie miała jeszcze okazji wyjaśnić pozostałym tego strachu, jaki nią wtedy owładnął. Śmiertelnej rozpaczy narastającej w miarę upływu godzin spędzanych samotnie w tym pokoju o ścianach równie nieuchwytnych jak mgła i równie trudnych do przeniknięcia jak hartowana stal. Nie rozlegał się w nim żaden dźwięk, nie poruszała go najlżejsza nawet wibracja. Nikt jej nie odwiedzał. Nic nie zdawało się przeczyć przekonaniu, że przyjdzie jej tam zostać na całą wieczność. Springer wyciągnęła z rękawa duży składany wachlarz i zaczęła chłodzić nim swą twarz. - Nie jestem tak dokładnie tym, za co wy mnie bierzecie, nie bardziej w każdym razie niż Ashapola jest dokładnie tym, za kogo go uważacie. Jesteśmy równocześnie potężniejsi i mniej znaczący, niż sądzicie, nasza wielkość wyrasta z naszej małości. Kasyx, oswojony z filozoficznymi paradoksami, przeszedł nad tą zagadką do porządku dziennego. - Rozumiem - powiedział. - Ashapola jest Bogiem Ludzkich Możliwości, a ty jesteś jego wysłannikiem.

- Mądry z ciebie Strażnik Mocy, Kasyxie - stwierdziła Springer. - Kiedyś w przyszłości twoje imię może będzie wymieniane z czcią i podziwem. Kasyx zwrócił się do Tebulota, Sameny i Xaxxy. - Jeszcze jednego się nauczyłem - rzekł do Springer. - Nauczyłem się, że żaden Strażnik Mocy nie może być potężniejszy i silniejszy niż Wojownicy, którym ma służyć. Jesteśmy jednością. Jesteśmy Wojownikami Nocy. Springer ujęła rękę Kasyxa i skłoniła głowę. - Życzę ci powodzenia w twej walce z Yaomauitlem. Będę nad wami czuwać. Połączywszy swe dłonie Wojownicy Nocy wznieśli się przez dach domu prosto w bezksiężycową noc. Wzlecieli wysoko, penetrując rozjarzony światłami krajobraz w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku Yaomauitla. Posługiwali się wzrokiem, słuchem i wszystkimi wyostrzonymi zmysłami. Popłynęli na północ wzdłuż jaśniejszej linii wybrzeża cztery ciemne cienie na czarnym niebie. Wyczuwali pod sobą sny i zmory tysięcy uśpionych ludzi. Te sny zebrane w gromadę tworzyły pałace o niewidzialnych ścianach, między którymi dochodziło do najdziwniejszych zdarzeń, gdzie jaśniał dzień lub panowała noc, strach lub szczęście, namiętność lub cierpienie. Chmury pędziły po nierealnych niebiosach, kłębiły się mechanizmy, pola zbóż falowały jak pożar. Rozlegały się głosy, łkania i tak wiele muzyki, że można by sądzić, że właśnie stroi się jakaś niewidoczna orkiestra wiolonczel, fletów i boleśnie brzmiących skrzypiec. Krzyki. Śmiech. Mamrotania i płacze. W snach, tak zwykłych jak i upiornych, wszystko było możliwe. Martwi mogli powrócić takimi, jakimi byli za życia. Nienarodzeni mogli otworzyć oczy, by spojrzeć na swe niedoszłe matki. Obcy sobie ludzie mogli zapałać do siebie wspaniałą, szczęśliwą miłością. Najbiedniejsi mogli wygrać fortunę, bogaci dojść do ruiny i poniżenia. Ponad tymi snami przemieszczali się Wojownicy Nocy, zostawiając za sobą coraz to nowe cienie. Każdy, kto wyczuwał ich w swoim śnie, marszczył brwi, rano zaś pamiętał, że w nocy zdarzyło mu się coś niezwykłego. To Samena pierwsza wyczuła obecność Yaomauitla. Dotarli niemal nad Beverly Hills i mieli już zawrócić na południe, nad Glendale i Pasadenę, gdy Samena uniosła nagle głowę i wzniosła ręce. - Jest tu - powiedziała. - Wyczuwam go. Bardzo blisko. Wojownicy Nocy zwolnili lot. Samena zamknęła oczy i z wolna, kierując się raczej emocjami niż wzrokiem, skierowała się na zachód. Pozostała trójka trzymała się w pobliżu, przepatrując mrok w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów pułapki. Widzieli już, jak nieobliczalne było potomstwo Yaomauitla. On sam, Śmiertelny Wróg, w pełni przecież

dorosły i posiadający stulecia doświadczenia, tym bardziej napełniał ich lękiem. - W lewo. w lewo.....mruknęła Samena. Zlecieli spiralą ponad wielki, bladozielony, pokryty stiukiem dom przy Lago Vista Drive w Coldwater Canyon. Na tyłach wśród orchidei znajdował się nieregularny basen pływacki, przed domem zaś parkował bentley eight. Okna jarzyły się światłami. Wojownicy Nocy słyszeli muzykę i śmiechy. - Jesteś pewna, że to tutaj?.......spytał Kasyx. – Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł usnąć w tym hałasie. - Idźcie za mną - powiedziała cicho Samena i poprowadziła ich przez zielony dach, pusty strych, przez sufit, aż do dziecięcego pokoju. Była to piękna sypialnia z zasłonami w roślinne wzory i błękitnym dywanem na całą podłogę. Pośrodku stało spore mosiężne łóżko, którego nakrycie dopasowane było kolorem do zasłon. Spał na nim może ośmioletni chłopiec. Miał jasne włosy, opalona skórę, delikatne rysy, szczupłe kostki i nadgarstki. Ubrany był w bladobłękitną piżamę z marszczonymi spodniami. Tuż obok leżał na poduszce, wpatrując się jak ogłuszony w sufit, niebieski pluszowy niedźwiadek. W głowach łóżka wisiał na ścianie obrazek przedstawiający czterech Ewangelistów nad dziecinnym łóżeczkiem z makatkowym napisem: „Mateuszu, Marku, Łukaszu i Janie, błogosławcie to łóżeczko, w którym sypiam”. Cała czwórka stanęła w nogach łóżka i popatrzyła na chłopca. - Tutaj ma być diabeł? - zwątpił Xaxxa. - We śnie tego dziecka? - Nie czujecie go? - zdziwiła się Samena. Umilkli na chwilę. Z dołu dochodziły odgłosy zabawy dorosłych, śmiechy i gwar. Z zasłyszanych urywków rozmów zorientowali się, że dom musiał chyba należeć do kogoś znaczącego w branży filmowej, kto opijał właśnie sukces ostatniej produkcji. Jakaś kobieta powtarzała wysokim, przenikliwym głosem: - Charlton był wspaniały... Nigdy nie byłam jego wielbicielką, ale był absolutnie wspaniały... - Niech będzie i tak - powiedział Kasyx. - Im dłużej zwlekamy, tym więcej dajemy diabłu czasu, by się przygotował. Uniósł ramiona i wyrysował w powietrzu fluoryzujący błękitem ośmiokąt, pozostali tymczasem skupili się wokół niego. Kasyx rozepchnął noc wewnątrz ośmiokąta. Zamigotały w ciemności złowróżbne cienie. Tebulot zdjął z ramienia broń na wypadek, gdyby zostali zaatakowani zaraz po wniknięciu do snu. Kasyx uniósł oktagon ponad ich głowami i wydał mu polecenie, by opadł

w dół. Gdy tylko ośmiokąt dotknął podłogi, Wojownicy Nocy znaleźli się w wirującej zmorze sennej. Stali w czymś, co wyglądało na katedrę lub kościół z wysokim, kopulastym sklepieniem oraz rozległą podłogą, wyłożoną białymi i czarnymi płytami. Panował tu niemilknący hałas, straszliwy zgiełk odbijający się echem i zapierający dech, zupełnie jak odgłos gnającego przez tunel pociągu. Cienie i różne przedmioty przemykały przez powietrze, jawnie lekceważąc w swym szaleństwie prawo ciążenia. Rozejrzawszy się, dostrzegli gnającego w ich kierunku masywnego konia na biegunach. Miał rozmiary małego domu, wydęte nad obnażonymi zębami wargi i szalone, ślepe oczy. Przegalopował z grzmotem nad ich głowami. Gdy podnieśli spojrzenie, ujrzeli wielkie, naoliwione sprężyny i jęczące tryby. U strzemion wisiały dziesiątki małych dzieci, zaciskających rozpaczliwie rączki. - Koszmar - odezwał się Tebulot. - Założę się, że rodzice tego biednego dziecka zmuszają je do pobierania lekcji jazdy konnej. - Którędy idziemy? - zapytał Kasyx. Samena przytknęła koniuszki palców do swego czoła i zamknęła oczy. - Jest gdzieś na zewnątrz. Nie wiem dokładnie, gdzie. Przyczaił się. Nie rusza się i milczy. Zapewne wie już, że tu jesteśmy i dlatego się ukrywa. - Dobrze. Skierujmy się do drzwi. Bądźcie czujni. Obok nich przeleciał rozwrzeszczany diabeł w pudełku. Usta wykrzywiał w mechanicznym cierpieniu. Zaraz za nim gnały cienie rozszalałych psów. Potem, obracając się, prze-frunął stół i cztery krzesła, za nim deszcz sztućców, a następnie rozległ się czyjś dorosły głos ujadający równie zajadle jak psy: Popatrz, co zrobiłeś! Popatrz, co zrobiłeś! Popatrz, co zrobiłeś! Doszli do drzwi i spojrzeli za siebie. Wewnątrz nadal latały różne przedmioty, wznosząc się aż pod dach: klucze, lichtarze, krzesła, scyzoryki, zabawki, buty. Ściany rozbrzmiewały nieustannie wracającym echem setek głosów wyrażających pretensje - dorosłych głosów, krzyczących, piszczących, znęcających się i zrzędzących: Popatrz, co zrobiłeś! Czy nie możesz być bardziej...? Ile razy mam ci...? Popatrz na ten bałagan, który...! Jeśli nie posprzątasz twoich...! Nie bądź taki...! Jeśli odpowiesz mi raz jeszcze, to...! Po raz pierwszy, odkąd skończyło się ich dzieciństwo, przypomnieli sobie związane z nim odczucia. Dla Kasyxa było to niemal czterdzieści lat, dla Tebulota, Sameny i Xaxxy około dziesięciu. Aż do teraz skryły się w zakamarkach pamięci strach, lęk i poczucie

krańcowej zależności od dorosłych. Ich nastroje mogły w niemożliwy do przewidzenia sposób zmienić się nagle od przyjacielskich po gwałtowne wybuchy nienawiści bez najmniejszego związku z poczynaniami dziecka. Wszystko to było tutaj, w tym śnie. Cały chaos i wrzawa dziecięcej niepewności. Wyszli z katedry, zamykając za sobą drzwi. Dookoła świątyni rozpościerał się zaniedbany cmentarz. Był dzień, lecz niebo zasnuła ciemnoszara, burzowa chmura, grożąca w każdej chwili zesłaniem piorunów. Wiatr szarpał suche trawy między nagrobkami, wielkimi kamiennymi pomnikami śmierci z wyrytymi na nich aniołami, maskami i kosami. Otwarte kamienne księgi ze słowami wykutymi w dziwnych, niemożliwych do odcyfrowania językach. Gdzieś uderzała nieustannie na wietrze brama lub gałąź: „tak-tak, tak-tak”. Poczuli, że Śmiertelny Wróg jest gdzieś w pobliżu. Przechodząc przez cmentarz ku rozpadającej się, krytej dachem bramie, usłyszeli głuchy odgłos kamienia przesuwającego się po kamieniu. Zamykający pochód Xaxxa obejrzał się. - Jezu Chryste - powiedział cicho. Kasyx zatrzymał się i spojrzał w tamtą stronę. Tebulot uniósł broń. Xaxxa jednak stał nieruchomo, wpatrzony w nagrobek tuż obok niego. Płyta zsunęła się na bok, tworząc wąską, trójkątna dziurę, w której dawało się dojrzeć pożółkłe ciało starej kobiety, owinięte w całun. Patrzyła na nich krwistoczerwonymi, wyłupiastymi oczami. - To tylko część snu - powiedział Kasyx. - Nie zwracaj na to uwagi. Xaxxa ruszył wolno z miejsca, nie spuszczał jednak oczu z otwartego grobu. Gdy mijał kolejny, znów rozległo się szuranie i następna mogiła rozwarła się, ukazując na wpółrozłożone zwłoki mężczyzny w szlafroku. Groby otwierały się jeden po drugim, dźwięk odsuwanych płyt rozbrzmiewał na całym cmentarzu jak zgrzyt zębów. Ponad dwieście ciał leżało teraz pod otwartym niebem. Były nieruchome, lecz bez wątpienia żywe, w łachmanach, w których zostały pochowane. Suknie ślubne i podomki, suknie wieczorowe i fraki; wystrojone uroczyście towarzystwo z jarzącymi się oczyma i odpadającym, przegniłym ciałem. Gałąź znów wydała swoje „tak-tak, tak-tak”, gdy Wojownicy Nocy stąpali ostrożnie przez cmentarz, zerkając nerwowo na boki i gotując się do walki. Nagle uderzyła błyskawica. Potężny strumień czystej elektryczności trafił w odległe wzgórze. Zerwał się wiatr, rozrzucając wokół nich szeleszczące liście. W powietrzu rozszedł się zapach ozonu i śmierci. Świeża woń trójcząstkowego tlenu mieszała się z mdlącym odorem rozkładu ludzkiego ciała.

Martwi usiedli w grobach. Wojownicy nie wiedzieli, czy zostali ożywieni przez owo miażdżące uderzenie gromu, jak potwór Frankensteina, czy zadziałała tu tylko zwykła, ślepo wybierająca fantazja zawarta w umyśle chłopca. We śnie wszystko jest możliwe. Niemniej, martwi siedzieli sztywno, szeleszcząc i potrzaskując suchą skórą. Ciało odpadało z ich twarzy płatami jak kawałki suszonej ryby. Obrócili się wszyscy ku Wojownikom Nocy i krzyknęli na nich. Nie był to zwyczajny krzyk. Był to piekielny jazgot, wrzask, który jeżył włosy na karku i wydobywał atawistyczny, pierwotny strach. Kasyx nigdy nie słyszał czegoś takiego tego nie potrafił nawet spalony po południu diabeł. Był to krzyk bezbrzeżnej rozpaczy tych, którzy już przeżyli swe życie, przeminęli. Najsilniejszy ze wszystkich ludzkich krzyków wyrażony w jednym, odrażającym dźwięku. Strach przed umieraniem, lęk przed byciem martwym. - Dalej, chodźmy stąd - krzyknął Kasyx. Wycofali się szybko z cmentarza. Martwi wciąż krzyczeli za nimi. Za cmentarzem rozciągały się łąki - trawa była na nich ciemnokarmazynowa, a drzewa jaskrawożółte, jak na fotografii wydrukowanej niewłaściwą farbą. Pobiegli, od czasu do czasu oglądając się, czy umarli nie idą za nimi. Po kilku minutach krzyk zamarł w oddali. Karrnazynowe pole zaczęło się wznosić. W końcu dotarli do grani. Spojrzeli z niej w dół, na dziwne, rozciągające się po drugiej stronie miasto. Wszystkie budynki były czarne i wznosiły się wysoko. Na ich tle migotały liczne światła, wyżej biegły drogi spacerowe, łączące budynki. Małe flagi trzepotały na wietrze. Wokół miasta krążyły jak szerszenie niewielkie samolociki. Miasto tykało odgłosem zegara jednostajnie odmierzającego czas. - Mechanizm - stwierdził Tebulot, odwróciwszy się do reszty. - Słyszycie? To wszystko to mechanizm. Samena, która odwróciła się, dotknęła ramienia Xaxxy. On też się obejrzał i zaalarmował Kasyxa. - Idą za nami! Spojrzeli za siebie na targane wiatrem karmazynowe pola. Cienką linią, rozpiętą od jednego do drugiego krańca horyzontu, zbliżali się umarli. Milczeli, idąc z prowokująco uniesionymi, gnijącymi głowami, po kolana w trawie, w zbutwiałych sukniach i garniturach. - Tebulocie - rzucił Kasyx. - To już nie jest imaginacja tego chłopca. To robota Yaomauitla. Masz pełny ładunek mocy? Tebulot sprawdził skalę broni i przytaknął. Samena odpięła i nałożyła na palec

wielogłowicowy grot. Xaxxa odsunął się o krok i przykucnął nieco, gotów do ataku. W oddali rozległy się grzmoty i na nieboskłonie rozpięły się, jak długonogie pająki, błyskawice. Kiedy umarli zbliżali się, lunął deszcz. Duże, rzadkie krople tłustej wody szeleściły w trawie. Za plecami i nad głową Kasyx usłyszał wysokie tykanie - prawie natychmiast pojawiły się nad nimi, kołując, cztery małe samolociki z mechanicznego miasta. Ich śmigła lśniły w deszczu, a krótkie i grube czarne skrzydła walczyły z wiatrem. Rozległ się jeszcze jeden odgłos. Darcie trawy. Spojrzeli pod nogi. Całe garście karmazynowej darni były rozrywane kościstymi dłońmi szkieletów, usiłujących wydostać się na świat. Piętnaście stóp od nich wysunęła się ponad trawę ręka, za nią zaś przegniła głowa, szczerząca zęby w trupim uśmiechu. Między szczękami, w oczodołach i nosie zalegała zbrylona ziemia. W końcu truchło wydarło się na powierzchnię, otwierając grunt jak śpiwór, wstało niepewnie i uniosło ślepą głowę w poszukiwaniu zapachu żywego ciała. Inna dłoń wyrosła spod ziemi tuż obok stopy Sameny. Potem następna. Wkrótce cały trawiasty grzbiet roił się od zbutwiałych rąk trupów, wygrzebujących się ze swoich mogił. - No tak - powiedział Kasyx. - To jest armia Yaomauitla. Umarli! Spójrzcie na nich! Xaxxa pociągnął nosem. - Śmierdzą, że nie można gorzej. Tebulot uniósł i wycelował broń. - Gotowi? - zapytał Kasyx. - Jeśli dostaną nas w swe ręce, rozszarpią na kawałki. Samena uniosła ramiona do strzału, gdy nagle zdrętwiała i odwróciła się, jakby coś usłyszała. - Co jest? - spytał Kasyx. Ale po chwili on również zobaczył. Mechaniczne miasto przebudowywało się, zmieniało, przestawiało swoje elementy niczym gigantyczna dziecięca układanka, stukocząc przy tym i grzechocząc. Wznosiło się coraz wyżej, całe drogi przekręcały się i sczepiały w mosty; biurowce o kształtach piramid obracały się ze zgrzytem wokół swych osi i padały z hukiem w otwory rozwierające się na poboczach parkingów. Miasto rosło, przyciemniając niebo, które już i tak było mroczne. Wielkie konstrukcje budynków, autostrad, mostów wciąż lśniły światłami, pulsowały ruchem. Teraz jednak miasto miało kształt człowieka. Wojownicy Nocy przypatrywali się chwiejnemu cielsku mechanicznego miasta. Po raz pierwszy, odkąd Springer wyposażył ich w moc Ashapoli i zbroje, które chroniły ich przodków, poczuli się bezradni. W głowie miasta uniosły się powoli dwie powieki na rozjarzonych żółto ślepiach. Spadł na nich, podobny grzmotom głos, jak konwój ciężkich ciężarówek gnających ze wzgórza:

Odważyliście się przeciwstawić Śmiertelnemu Wrogowi, Yaomauitlowi, Pladze Kościoła! Zniszczyliście jego ukochane dzieci! Nie ma wybaczenia; nie ma miłosierdzia! Nic innego, jak tylko wieczne cierpienie, kara tortur piekielnych! Z kolejnym rozdzierającym krzykiem martwe truchła ruszyły biegiem pod karmazynowe wzgórze, prosto na Wojowników Nocy. Były uzbrojone w hakownice, kosy i ostre odłamki szkła, które pobłyskiwały groźnie, gdy krzycząc unosiły je nad głowy. - Ognia! - wrzasnął Kasyx. Tebulot padł na kolano i wystrzelił w jednej salwie oślepiający strumień energii, kierując ładunek za ładunkiem w ciasną ćwiartkę koła. Ciała skrzeczały i eksplodowały kolejno. Jedno z nich rozpadło się - głowa poleciała prosto na Wojowników, obracając się w powietrzu. Inne potoczyło się po trawie, niczym płonący krucyfiks. Samena wymykała się zwinnie dłoniom, które wyrastały u jej stóp z trawy i za wszelką cenę usiłowały schwycić ją za kostki. Skrzyżowała ramiona, wystrzeliwując wielogłowicowy grot w niemal tuzin pobliskich ciał zmierzających w epileptycznych drgawkach w kierunku Kasyxa. Grot świsnął, płynąc na języku ognia, i oddaliwszy się na jakieś dziesięć stóp, wybuchnął tak, że każda z jego części ruszyła na poszukiwanie własnego celu. Biegnące trupy potykały się, traciły równowagę i padały. Xaxxa poderwał się i mknąc po lśniącej ścieżce czystej energii, wzbił się wysoko ponad pole. Zawrócił w prawo, ulatując wyżej niż kiedykolwiek dotąd, jak myśliwiec u szczytu zwrotu bojowego. Potem runął z trzaskiem przez burzowe niebo, utrzymując kolanami równowagę, z twarzą skrytą za lustrzaną maską. Kasyx obrócił się, by zobaczyć, jak Xaxxa przemyka tuż nad głowami tyraliery ciał, zawraca i atakuje trupy całą swoją mocą. Tym razem był tak szybki, że pozostali Wojownicy Nocy ledwo mogli go dojrzeć. Przeszedł wzdłuż szeregów w nieustającym kłębowisku rąk i nóg. Trupy padały niczym ścięte zboże, jeden za drugim. Obaliwszy trzydziestu lub czterdziestu przeciwników, Xaxxa wzniósł się i zawrócił, by zaliczyć jeszcze paru. Podczas ostatniego przelotu wzdłuż szeregu ciągnął za sobą grzmot towarzyszący przekraczaniu bariery dźwięku, narastający, nabrzmiewający, urastający do donośnego „bang” i zamierający gwałtownie. Musiał lecieć z szybkością większą niż tysiąc kilometrów na godzinę. Tebulot przestawił broń na ogień pojedynczy, rażąc za każdym strzałem tylko jedno ciało, za to celnie i skutecznie. Samena sięgnęła po groty młócące. Podczas lotu otwierały się, uwalniając elastyczne druty z ciężarkami na końcach, które owijały się wokół szyi trupów i odcinały błyskawicznie głowy, rozrzucając je nad łąkę jak szare dynie.

Kasyx obejrzał się. Mechaniczne miasto powracało z wolna do poprzedniej postaci, ulice z hałasem stawały się na powrót ulicami, a budynki budynkami. Niemniej już sama manifestacja mocy Yaomauitla była dla nich ciężką próbą. Znajdowali się teraz na jego terytorium, walczyli we śnie, którym on rządził. Kasyx poczuł się jak z góry skazany na porażkę, pobity, zdolny do działań nie bardziej skutecznych niż szarpanina muchy w pajęczej sieci. Walka - owszem; zmagania - jak najbardziej, lecz żadnej prawdziwej szansy na uwolnienie się bez szwanku. Coraz więcej bladych, robaczywych ciał z ziemią we włosach wydostawało się spod gruntu - więcej niż mógł zastrzelić Tebulot; więcej niż mogła grotami porazić Same-na czy roztrzaskać Xaxxa. - Do tyłu! Cofamy się! Jest ich zbyt wielu! - krzyknął Kasyx. Wystrzelili jeszcze parokrotnie. Ciała zapłonęły, zaskrzeczały i padły na trawę, skwiercząc jak wypalające się świece. Za nimi pojawiły się jednak następne, blade, rozwrzeszczane; przepychający się tłum, który samą ilością przytłaczał Wojowników Nocy. Wszyscy czworo przekroczyli grań i ruszyli biegiem w dół, ku mechanicznemu miastu. Za nimi zaroili się na grzbiecie wzgórza umarli, wykrzykując aż pod niebo swoją wściekłość i ból. Wojownicy Nocy zdołali dobiec do połowy zbocza, gdy pojawiły się trupy okrążające ich z boków. Tebulot potknął się i zahamował wystrzeliwując silny strumień energii najpierw w lewo, potem w prawo. Przybyło płomieni. W powietrzu zawirowały oderwane, jakby błagające o zapomnienie ręce. Miejscami płonęła trawa, umarli jednak przechodzili przez ogień, nawet jeśli ich ubrania zajmowały się płomieniami. Wojownicy Nocy pędzili galopem. Zbocze przechodziło łagodnie w rozległą, szarą i posępną równinę, na której miejsca spopielone poprzedzielane były kępami dzikiej tymotki. Dalej rozciągało się już mechaniczne miasto. O pół miii od nich mknął po cynowych szynach pociąg z jasno oświetlonymi oknami wagonów, a za nim wznosił się mechaniczny żuraw, tykający głośno przy każdym poruszeniu. Stopy ich zapadały się w pył, lecz byli coraz bliżej zwalistej bryły miasta. Jednak Kasyx, obejrzawszy się stwierdził, że mieli małe szansę, by do niego dotrzeć. Armia martwych zbiegała już ze wzgórza, udało się jej okrążyć niemal całkowicie Wojowników Nocy z lewej flanki, niebawem mieli uczynić to samo z prawej. Kasyx zahamował raptownie. Pozostali przebiegli jeszcze parę kroków i odwrócili się. - O co chodzi? - spytała Samena. - Kasyxie, wszystko z tobą w porządku? - Ależ robimy z siebie głupców! - zawołał Kasyx.

- Popatrzcie sami, jak ładnie biegniemy! Robimy dokładnie to, czego chce od nas Yaomauitl! - A co niby innego mamy robić? - zirytował się Xaxxa, - To jest armia! - Tak, Xaxxo, lecz my również nią jesteśmy! Przynajmniej jak długo walczymy razem. - Co chcesz przez to powiedzieć? - odezwał się Tebulot. - To, co sam już kiedyś powiedziałeś. Musimy walczyć razem jak równi sobie. Walczmy więc. Czoło armii martwych było tylko pięćdziesiąt stóp od nich. Tebulot uniósł broń i wystrzelił ładunek, który eksplodując powalił siedem trupów. - Zrobimy tak - powiedział szybko Kasyx. - Wyślę pole siłowe, by przyciągnąć ich wszystkich bliżej. Xaxxo, ty wzlecisz nad ich tyły i tam pozostaniesz. Potem Tebulot wystrzeli w ciebie ładunki, które ty odbijesz swoim ekranem prosto w ich tylne szeregi. Samena tymczasem będzie ich skubać od frontu. Tebulot nie miał zbyt mądrej miny, lecz Kasyx dodał: - Przepraszam, może znów zaczynam się rządzić. Ale jeśli się pospieszymy, powinno to dać rezultaty. - Kupuję - stwierdził Xaxxa. - Wolę już walczyć, niż uciekać - poparła go Samena. - A tamtemu miejscu nie ufałabym ani trochę - skinęła w kierunku mechanicznego miasta. - Zatem załatwmy ich, zanim oni załatwią nas - podsumował Kasyx. - O Boże - zmartwiła się Samena. - Ty też oglądałeś „Posterunek przy Hill Street”? - A co to jest, u licha, „Posterunek przy Hill Street”? - zmarszczył brwi Kasyx. Xaxxa przybrał charakterystyczną dla siebie pozycję i pomknął ponad głowami zbliżających się szybko wrogów. Tebulot przyjął od Kasyxa dodatkową porcję energii i przyklęknął z bronią przy ramieniu, gotów do otwarcia ognia. Samena uzbroiła swój palec w następny grot młócący. Kasyx stanął za nimi. Rozpostarł ramiona i zamknął oczy w głębokim skupieniu, jego zbroja ożyła siecią wyładowań. Najbliższa niego Samena słyszała niski pomruk generatora oznaczający, że Kasyx uaktywnił całą swoją moc. Gdy był już gotów, rozłożył palce i rozedrgana płaszczyzna czystej elektryczności spłynęła na obie strony jak niesamowita peleryna, rozciągając się coraz dalej i szerzej, aż dosięgła przeciwników, którzy usiłowali zajść ich z boków. Z początku ciała runęły prosto na

nią, potem zaskrzeczały, zakręciły się i eksplodowały w płonące strzępki. Następne szeregi zawahały się i przebierając nogami, popychając się w panice i krzycząc jeszcze głośniej rzuciły się do odwrotu. Część z nich usiłowała wrócić na wzgórze, Tebulot jednak posłał szybko Xaxxie ładunek energii, ten zaś zanurkował, zakręcił i odbił go w deszczu iskier swą ścieżką energetyczną. Ładunek trafił w ciała niczym deszcz rozgrzanych do czerwoności sztyletów wbijających się w dojrzały ser. Trupy zapłonęły, runęły i popękały na kawałki. Kasyx z wolna zbliżał dłonie tak, że wysyłany przez niego strumień energii zaczął zamykać wrogów między dwoma barierami. Używał pełnej mocy i wiedział, że nie będzie mogło to trwać długo, lecz był to jedyny sposób, by zniszczyć armię Yaomauitla szybko i całkowicie. Wkrótce też skrzeczące truchła spędzone zostały w podłużnie ustawioną gromadę o szerokości kilkunastu stóp. Wkoło płonęły porozrzucane na pylistej równinie ciała. Trupy zawodziły, płakały i rzucały się w rozpaczy. Były martwe, owszem, ale skoro zawiodły Yaomauitla, mogły spodziewać się kary wymierzonej ich duszom. Nie bały się już samej śmierci, lecz zesłania do wiecznej nicości. Yaomauitl był do tego zdolny. Ludzki lęk przed nią jest strachem największym z możliwych. Tebulot strzelał raz za razem, a Xaxxa wywijał w powietrzu pętle, zawroty i odbijał wszystkie ładunki rozdzierające trupy jak błyskawice. Samena stała z wymuszoną pewnością siebie naprzeciw szeregów i raziła przeciwników, rozrywając ich na strzępki salwami dziwacznych grotów, wyposażonych w druty i mnogość haczyków oraz takich, które eksplodowały w ciele, przemykały na wylot do następnego, wybuchały drugi raz i trafiały jeszcze trzecie. Jedno z ciał, wyższe, mocniejsze i mniej przegniłe od reszty, chociaż spod skóry wyglądało mu pół nagiej kości szczeki, wydostało się z płonącego tłumu armii Yaomauitla i kuśtykając ze wzniesionymi dłońmi ruszyło ku Samenie. Samena nałożyła na palec prosty grot, wycelowała i szybkim „zap!” trafiła go w sam środek czoła. Trup zachwiał się i zatoczył, lecz nie ustał w kulawym marszu. Sięgnęła po kolejny grot, upuściła go jednak w popiół. - Sameno! - krzyknął Kasyx. Z chrapliwym okrzykiem trup rzucił się na Samenę, ścisnął ją w przegniłych ramionach i uniósł, usiłując złamać jej kark. Krzyknęła z bólu, okładając pięściami ręce napastnika, lecz choć zdołała oderwać wielkie fragmenty przegniłego ciała, trup trzymał ją mocno i ściskał coraz zapalczywiej. Kasyx czuł jego smród, z obrzydzeniem zauważył, że

ilekroć trup wzmagał nacisk, wyciekała z niego żółtoszara ropa. - Tebulocie! - zawołał. Ten odwrócił się błyskawicznie, nie mógł jednak strzelać, by nie trafić Sameny. Xaxxa, który przelatywał nad pozostałością armii trupów, spojrzał zdziwiony, dlaczego Tebulot przestał zasilać go w energię. W mgnieniu oka zrozumiał sytuację. Zawrócił, zatrzymał się i nabierając szybkości ruszył przez pole walki, stopami naprzód, przechylając się do kąta czterdziestu pięciu stopni. Trup ściskał Samenę, zaciskając coraz mocniej trędowate dłonie na jej gardle i przeginając kark, aż zaczęła, zwijać się z bólu. Kasyx pomyślał, że Xaxxa próbuje dokonać rzeczy niemożliwej. Chciał już powstrzymać go, kazać odstąpić, nie ryzykować. Ten jednak precyzyjnie wymierzył swój lot i jednym uderzeniem stóp strącił głowę z ramion trupa tak, że poleciała, tocząc się i koziołkując przez pył i tymotkę o całe sto stóp dalej. Z karku trupa wytrysnęła żółtoszara fontanna, potem zakręcił się w miejscu i opadł na kolana, zwalniając wreszcie uścisk. Legł na ziemi, szarpnął się po raz ostatni i znieruchomiał. Samena wstała na równe nogi. Trzęsła się i była blada, zdołała jednak posłać Kasyxowi szybki uśmiech ulgi. Była już raz porwana przez diabła i wiedziała, do czego jest zdolny. Nic, nawet oszalałe zwłoki, nie mogło się z tym równać. Kasyx zwinął swe pole siłowe i cała czwórka zlustrowała zasiane trupami pole, dobijając gdzieniegdzie poruszające się jeszcze zwłoki. Broń Tebulota była niemal całkowicie rozładowana. Rozglądając się po równinie, wszędzie widział leżące ciała, były ich ponad trzy setki. Wiedział, że oto Wojownicy Nocy odnieśli zwycięstwo nad siłami ciemności. Wiatr nawiewał popiół na trupy, targał strzępami ich pogrzebowych szat. Za parę dni zostaną ponownie pogrzebane - tym razem na zawsze. - Sądzę, że powinniśmy się za nich modlić - stwierdził Kasyx. - To byli tylko zwykli ludzie, tacy jak my. Tebulot zbliżył się do niego. - A teraz poszukamy grubej ryby, co? Yaomauitla. Kasyx spojrzał na mechaniczne miasto. Przybrało kształt wielkiego, leżącego człowieka, zmieniało się jednak nieustannie, przemontowywało. Najwyraźniej chłopiec, który je wyśnił, był zmęczony i przestraszony. Autostrady odłączały się sekcjami i przyłączały, tworząc nowe ciągi. Wieże i iglice wznosiły się i opadały jak szpulki staromodnych maszyn do szycia, oświetlone pociągi furgotały wypadając z tuneli i chowając się w nich. Mechanizm tykał i pogwizdywał. Samena podeszła do nich. Pióra na jej kapeluszu miotały się na wietrze. - Yaomauitl jest tam - powiedziała, wskazując ręką miasto. - To miasto zostało zbudowane ze zgromadzonych w jednym miejscu wszystkich rzeczy, których ten chłopiec się

boi. Ze wszystkiego, co potrafi sobie wyobrazić. Widzieliście, jak rosło, jak zmieniało kształty. To miasto jest Yaomauitlem, a Yaomauitl jest tym miastem. Tebulot stanął po prawicy Kasyxa, który położył rękę na jego ramieniu, by odnowić ładunek Opiekuna Maszyny. - Co robimy? - spytał Tebulot. - Będziemy wysadzać całe miasto? - Czy nie spowodowałoby to uszkodzeń w umyśle chłopca? Z punktu widzenia psychologii usunięcie wszystkich jego najgorszych lęków może być niebezpieczne - powiedziała Samena. - Nie wiem - odparł Kasyx. - Zresztą, to akademicki spór. Nie mamy dość mocy, by zniszczyć całe miasto. - Yaomauitl ma serce, prawda? Jak wszyscy? - spytał Xaxxa. Kasyx przytaknął. - Myślę, że możemy to założyć, skoro jego niedorostki miały budowę podobną do urodeli. - Do czego? - To rodzaj istoty dwudysznej, przypominającej salamandrę. Taka jaszczurka albo syrena, ssak podobny do jaszczurki, tyle że bez nóg. - No dobrze - rzekł Xaxxa. - Skoro diabeł ma serce, to możemy pójść do miasta i znaleźć je, prawda? I rąbnąć go w najczulszy punkt. Tebulot sprawdził skale broni. - To zdaje się mieć sens - powiedział. - Zresztą, skoro nie mamy dość siły, by zniszczyć całe miasto, nie ma wyboru. Samena przytaknęła. - Też tak myślę. Nie zostało nam, zdaje się, zbyt wiele czasu? - Pytanie tylko, jak uda nam się znaleźć serce? - zastanawiał się Kasyx. Samena uzbroiła wskazujący palec w grot, który był zdolny eksplodować po wniknięciu w ciało, jak harpun do polowań na wieloryby. - Znajdę je - powiedziała. - Myślę, że od czasu, gdy diabeł trzymał mnie w niewoli, mój nos wyczulił się idealnie na zapach Yaomauitla i jemu podobnych. Zeszli z równiny popiołu, zostawiając za sobą pokonaną armię martwych, i zagłębili się w peryferie mechanicznego miasta. Niebo nad ich głowami zaniosło się kolejną burzą, błyskawice przeskakiwały od chmury do chmury. Zanim doszli do pierwszych budynków, zaczął padać deszcz, który nadawał połysk drukowanym na cienkiej blasze chodnikom i pokrywał wilgocią podobne ściany. Wojownicy Nocy szli ostrożnie wąską uliczką, trzymając

broń w pogotowiu. Przeszli pod mostem kolejowym. Przemykał po nim z blaszanym łoskotem pociąg, którego światła odbijały się na dachach. Samena przytknęła palce do czoła. Zamknęła oczy. - Tędy - rzuciła, skręcając w lewo. Poszli za nią wąską aleją między budynkami najeżonymi kółkami zębatymi, sprężynami i tykającymi zapadkami. W powietrzu unosił się silny zapach oliwy, połączony z wonią cyny. - Czujecie? - zapytał Kasyx. - Pamiętam samochód wyścigowy na kluczyk, który pachniał dokładnie tak samo. Jezu, byłem sześcioletnim dzieciakiem, gdy się nim bawiłem! I czuję się, jakbym znowu miał sześć lat. Jak dotąd, nie spotkali nikogo z mieszkańców miasta. Aleja skończyła się, wyszli na słabo oświetloną ulicę z cynowej blachy, na której kłębiły się zabawki: tramwaje, autobusy i samochody; wszystkie duże jak prawdziwe. Zgrzyt sprężyn i zębatek przytłaczał ich, nieustannie rozlegał się pisk trących o siebie polakierowanych, metalowych powierzchni. Autobusy i tramwaje były zatłoczone, ich pasażerami byli jednak wymalowani na oknach, pusto uśmiechający się ludzie. Kierowcy wyobrażeni byli na przednich blaszanych szybach en face, w bocznych okienkach z profilu. - To niesamowite - rzekł Xaxxa, gdy mijali sklep rzeźniczy, w którym kawałki mięsa zostały po prostu nadrukowane na tylnej ścianie za kontuarem, oraz sklep spożywczy, podobnie udekorowany reklamami „Wheaties”, „Come Brown Rice” i „Rinso”. Mżawka, drżąca w świetle ulicznych latarni, tworzyła wokół każdego z nich świetlisty krąg. Idąc mokrym chodnikiem Kasyx zaczynał rozumieć, że oto zwiedzają kolekcję dziecięcych wyobrażeń, które znikają z pola widzenia wraz z wejściem w dorosły świat, lecz żyją nadal, utajone, gdzieś na peryferiach snów. Miasto było wyobrażeniem chłopca tylko w tym sensie, że ucieleśniało odrębne lęki. To Yaomauitl zebrał je razem i zbudował z nich tę konstrukcję. On sam mógł przybrać dowolną formę, dowolną postać. To właśnie miała na myśli Samena, mówiąc, że Yaomauitl jest właśnie tym miastem. Wojownicy Nocy podążali za Samena, przemierzając uliczkę za uliczką, przechodząc po wąskich mostach i przemykając przez tajemnicze zakamarki, przecinając ciche place i zgiełkliwe dworce. Błądzili tak w deszczu prawie dwadzieścia minut, nim Samena uniosła dłoń. - Teraz słychać je wyraźnie! Nastawili uszy. Miała rację. Spod zgrzytów, dzwonienia, stukotu i szczebiotu ruchu

ulicznego wybijał się jeszcze jeden mechaniczny dźwięk: gardłowe „ka-czug, ka-czug...” Był to odgłos wydawany przez masywny zegar z rozkołysanym wahadłem. Ten zegar był sercem miasta. Zegar lęków, dokładnie taki jak te, które górują nad pełnymi ech wielkimi salami, przestronnymi sieniami; których wahadła kołyszą się w tę i z powrotem, od ściany do ściany, energicznym, mrocznym łukiem. Wspięli się wąskim mostem wysoko ponad poziom miasta. Setki stóp pod sobą widzieli światła mechanicznych samochodów i autobusów, nikły blask ulicznych latami. Blada tarcza zegara na wieży wskazywała prawie wpół do piątej, a zatem faza głębokiego snu nie mogła już potrwać długo. Wraz ze świtem śpiący zacznie się wiercić, jego umysł przepłynie wolno w etap urywanych, płytkich snów, a to przepełnione złem mechaniczne miasto po wsze czasy utonie w mroku. - Tam! - Samena wskazała przed siebie. Most wiódł do łukowatego tunelu na sześćdziesiątym szóstym piętrze stalowoszarego drapacza chmur. Z drugiej strony budynku widać było balkon z blaszanymi barierkami. Przebiegli przez tunel, wyłonili się po przeciwnej stronie i podeszli do krawędzi balkonu. Przed nimi, z czarnej rozpadliny budynków miasta wyrastała masywna żelazna rama, wewnątrz której powoli i niewzruszenie tykał mechanizm odmierzający minuty nocy. Z jego centrum wystawało kołyszące się wahadło, dłuższe niż sto stóp, które zamiast ciężarka na końcu zamontowane miało śmiertelną maskę mężczyzny z brodą kozia, wycyzelowaną w poczerniałym brązie. - Serce Yaomauitla - oznajmiła Samena. Tebulot otarł z wizjera swojego białego hełmu krople deszczu. - Sądzisz, że mamy dość energii, by to zniszczyć? - spytał Kasyxa. Kasyx odpowiedzią* mu podniesieniem kciuka. - Jeden cios przy maksymalnej mocy powinien to załatwić. Wyceluj w kotwicę. Kotwicą był kawałek metalu o kleszczowym kształcie, który obracał się przy każdym poruszeniu wahadła o jeden ząb. Gdyby ta zapadka została zniszczona, tryby zaczęłyby obracać się swobodnie, zwalniając uchwyt utrzymujący stutonową przeciwwagę, która jak wielki stalowy kloc wisiała dwieście stóp pod nimi. Tebulot oparł maszynę na ramieniu. Kasyx stanął za nim i położył obie ręce na jego barkach, przekazując mu maksymalną ilość energii Ashapoli. Skala rozjarzyła się biało, przekraczając pełny ładunek. Broń mruczała głośno, gotowa do użycia. Samena i Xaxxa przyglądali się temu z dwóch końców balkonu, czuwając, by nikt im nie przeszkodził. - Gotowy? - spytał Kasyx. - A zatem, w święte i mroczne unię Wojowników Nocy:

Zabij go! Tebulot wystrzelił. Rozległo się świdrujące w uszach „zzhhhwaaappp” i długi strumień skondensowanej energii wystrzelił z lufy maszyny. Nie wzięli jednak pod uwagę siły i przebiegłości Yaomauitla ani tego, że przecież spodziewał się ataku. W chwili, gdy strumień energii podążał w kierunku masywnego mechanizmu zegara, rozległ się metaliczny szczęk i ze środka zostały wyrzucone w powietrze roie kawałków metalu, zasłaniając sam, mechanizm jak stado gołębi lub kłębowisko pszczół. Strumień energii uderzył jeden z kawałków, płytka jednak odbiła go w eksplozji iskier, potem następna i następna, i jeszcze jedna, wszystko przy akompaniamencie syku i trzasku, jakiego nigdy dotąd nie słyszeli. Gdy strumień uderzył w rykoszetowych fajerwerkach w ostatnią płytkę metalu, skierowany został nieszkodliwie w niebo i zniknął w podstawie gnanych wiatrem chmur. Same płytki, dymiące i pokiereszowane, opadły w głębię, ku mechanicznemu miastu, odbijając po drodze promyki światła. W końcu osypały się z grzechotem na tory i rusztowania. Wojownicy Nocy byli tym kompletnie zaskoczeni. Stali na balkonie, spoglądając na gargantuiczny zegar, który nie przerwał swego „ka-czug, ka-czug...”, i tym razem wiedzieli, że przegrali. - No tak - oznajmił Kasyx. - Nie mamy już prawie mocy! Wyrywajmy z tego snu, najszybciej jak się da! W tym momencie drapacz chmur, na którym stali, zaczął się zniżać, podczas gdy pozostałe budynki i wieże rosły. Spojrzeli w dół. Budynek gładko i szybko chował się w gruncie, oświetlone okna znikały piętro za piętrem; biała, wysoka wieża tuż obok zaczęła rosnąć ku niebu tym samym jednostajnym ruchem. Wszędzie dokoła mosty i wiadukty kołysały się, łączyły bez najmniejszej nawet przerwy w ruchu mechanicznych pociągów i samochodów. Między budynkami spływały błyskawice, oświetlając na mgnienie oka chaos montażu, demontażu i odradzania się struktur, zmianę rzeźby terenu. Gdy sześćdziesiąte szóste piętro wieżowca zbliżyło się do ziemi, Wojownicy Nocy cofnęli się do schronienia, którym był teraz tunel. Balkon zniknął we wnętrzu budynku, który cały pogrążył się w dopasowanym, stalowym futerale. Przed ich oczyma przesuwała się teraz rozpędzona płaszczyzna metalu, jakby jechali windą. Potem budynek zwolnił, zasyczał i zatrzymał się drżąc lekko. Balkon wysunął się znowu ku rzędowi schodów. W dole panowała cisza. Byli w głębokiej, metalicznej grocie trochę tylko wyższej niż oni sami. Ostrożnie zeszli po schodkach i rozejrzeli się wokoło. Kasyx użył swego hełmu, by rozświetlić okolicę. Widzieli cieniste przejścia i masywne kolumny; grube, czarne przewody

elektryczne zwisały ze sklepienia jak węże boa. Kasyx rozejrzał się po pomieszczeniu. - Nic tu nie ma - powiedział. - Jesteśmy głęboko pod powierzchnią. Powiedziałbym, że to obszar służb konserwacyjnych tego snu. - Kończymy tę noc? - spytała niepewnie Samena. - Chyba tak - odparł Kasyx. - Tebulocie? Xaxxo? - Powiedzmy to sobie otwarcie - odezwał się Xaxxa. - Tym razem nas załatwił, następnym rąbniemy cwaniaczka w najczulsze miejsce. Tebulot uniósł dłoń na znak zgody. Walczył dzisiaj ciężko, ręce bolały go od szarpnięć maszyny. Wyglądał na zmęczonego. Kasyx cofnął się zatem o krok i uniósł dłonie, by wyrysować w powietrzu ośmiokąt. - Wrócimy jeszcze, by walczyć z Yaomauitlem - powiedział. Samena, Tebulot i Xaxxa odpowiedzieli mu odważnie pozdrowieniem Wojowników Nocy. W tej samej chwili usłyszeli dochodzący gdzieś z najciemniejszej niszy jaskini zgrzytliwy, brzęczący dźwięk. Kasyx rozejrzał się po kątach, rzucając swym hełmem smugi światła. Zmęczony Tebulot uniósł broń. Samena odpięła z podzwaniającej jej u pasa kolekcji jeden grot. - Co u diabła? - spytał zaniepokojony i zdenerwowany Tebulot. Odpowiedź przyszła sama. Z ciemności wyjechało, okrążając ich ze wszystkich stron, jedenaście gigantycznych machin. Wszystkie skierowały się prosto na nich, z tym samym, wspólnym dla mechanizmów zgrzytem. Każda machina była inna, chociaż zbudowano je z takich samych kółek, zębatek, poruszających się sprężyn, blach i kół wieńcowych. Diabelska maszyneria, której jedynym celem było rozszarpać lub okaleczyć każdego, kto znalazłby się na jej drodze. Xaxxa natychmiast odbił od reszty po świetlistej ścieżce, która rozjaśniła całe wnętrze groty. Pochylił tor lotu i zawrócił trzymając nisko głowę, by nie uderzyć o sklepienie, i wymierzył jednej z maszyn kopnięcie w boczną ściankę. Pierwszy cios nie podziałał, wytrącił jedynie na chwilę maszynę z równowagi. Xaxxa okrążył ją jednak, zniżył lot i obiema stopami rąbnął ją w sarno zwieńczenie. Maszyna zachwiała się na kołach i przez sekundę Kasyx był przekonany, że zaraz wróci do równowagi i ruszy do przodu. Po chwili jednak pęd jej trybów sprawił, że przechyliła się na bok, by w fontannie kół zębatych i obracających się wciąż osi roztrzaskać się o podłogę.

Samena wybiegła naprzód, przekoziołkowała między dwiema maszynami i wystrzeliła dwugłowicowy grot. Każda z głowic ciągnęła za sobą długi, cienki przewód ze splecionej stali. Przewody te, dostawszy się do wnętrza mechanizmów, zablokowały je od razu. Obie machiny stęknęły, ugięły się i zatrzymały z jękiem sprężyn. Tebulot wypuścił kilka drobnych ładunków, niszcząc jedną maszynę. Kolejne celne strzały sprawiły, że inna zaczęła krążyć po grocie, gubiąc przy tym śrubki, sworznie i kawałki konstrukcji nośnej. - Cofnijcie się! - krzyknął Kasyx. - Uciekajmy stąd! - Uniósł już ramiona, by raz jeszcze spróbować wyrysować ośmiokąt, Samena krzyknęła jednak: - Za tobą! Kasyxie! Za tobą! Kasyx usłyszał maszynę, zanim ją zobaczył. Uszy nagle wypełniło mu furgotanie obracających się tuż za nim kół. Odwrócił się i zobaczył, że jedna z maszyn najeżdża na niego. Usiłował jeszcze odsunąć się, lecz ząb jednego z kół schwycił go za kostkę i nagle jego noga znalazła się do połowy między trybami i sprężynami. Krzyknął z bólu, skoczył na wolnej nodze i spróbował rozpaczliwie odepchnąć ciągnącą go za sobą ramę. Gdyby nie miał zbroi, jego noga zostałaby kompletnie zmasakrowana. Zębatki miażdżyły nagolennik, zrywały rzemienie przy butach. Machina wyła głośno, usiłując swoimi kołami wieńcowymi wciągnąć go w głąb, zębatki tymczasem grzechotały o nakolannik i ochraniacze. Zacisnął zęby i zaparł się o konstrukcję nośną. Czuł, jak napinają się mięśnie, a po twarzy pod hełmem spływa strugami pot. Uwięziona noga piekła jak przypalana i wiedział, że jeśli choć aa chwilę zwolni uścisk, zostanie wciągnięty do środka mechanizmu i zginie. Mógł użyć ostatków mocy, by unieszkodliwić machinę. Lecz gdyby to zrobił, zabrakłoby już energii na powrót do realnego świata. Zostaliby uwięziem w mechanicznym mieście do końca jego istnienia, a potem, wraz z obudzeniem się chłopca, zniknęliby na całą wieczność. - Kasyxie! - wołała biegnąca mu na pomoc Samena. - Wracaj! - krzyknął. - Nie podchodź za blisko! Pojawili się również Xaxxa i Tebulot, którzy pomimo ostrzeżeń i protestów Kasyxa złapali go pod ramiona, pomagając mu stawiać opór żarłocznej maszynie. - Zostawcie mnie! - zażądał Kasyx. - Mogę... wyrysować ośmiokąt... potem będziecie mogli - na rany Chrystusa, zostawcie mnie! - Tu nie ma miejsca na męczenników, stary - powiedział Tebulot. - Trzymaj się. Sameno, weź jeden z tych swoich drutów i ucisz to żelastwo.

Samena podeszła bliżej i wystrzeliła z minimalnego dystansu. Drut niesiony przez grot owinął się na trybach szybko i ciasno, mechanizm zatrząsł się, warknął i zatrzymał. - Dobrze - powiedział Tebulot. - Xaxxo, zobacz, czy nie mógłbyś odwalić tych trybów. Wspierając się na ramie maszyny, Xaxxa wymierzył kopniaka w zębatki. Raz, i jeszcze raz, i znowu. W końcu osadzenie osi puściło i trzy zębatki potoczyły się po ziemi. Xaxxa kopnął raz jeszcze i noga Kasyxa była wolna. Odsunęli Strażnika Mocy od maszyny. Jego noga skręcona była pod dziwnym kątem, skóra pobielała z bólu. - Połóżcie go na chwilę - powiedział Tebulot, lecz Kasyx gwałtownie zaprotestował. - Nie, nie! Uciekajmy! Zbierzcie się tylko wkoło mnie i ruszamy! Zrobili, co kazał. Podeszli blisko, podpierając go tym razem, zamiast jedynie trzymać się za ręce. Kasyx wyrysował w powietrzu iskrzący się błękitny ośmiokąt, uniósł go w górę. Słyszeli jeszcze odgłosy następnych mechanizmów usiłujących ich upolować, Yaomauitl jednak przegapił już swą szansę. Ośmiokąt opadł na ich głowy, a wraz z dotknięciem podłoża przeniósł ich z powrotem do sypialni chłopca. Dom pogrążony był już w ciszy, światła wygaszone. Słońce poróżowiło z lekka niebo nad górami Santa Monica. Chłopiec musiał rzucać się we śnie, leżał bowiem teraz spocony i odkryty, w zmiętej piżamie, jedną rękę zwieszając poza krawędź łóżka. Kasyx skrzywił się z bólu i omal nie upadł. - Jezu! To boli - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Odprowadzę cię do domu - powiedział Tebulot. - Wszystko powinno się uspokoić, gdy tylko znajdziesz się w swoim ciele. Samena ujęła jego dłoń. - Uważaj, Kasyxie. Zadzwonię do ciebie, gdy tylko będę mogła. Xaxxa objął go ramieniem i spojrzał mu w oczy, kiwając przy tym lekko głową. Wyraził tym więcej, niż dałoby się powiedzieć. Jesteśmy braćmi, jesteśmy przyjaciółmi, walczyliśmy razem, razem się bawiliśmy. Nieważne, że ja jestem czarny i młody, a ty stary i biały. Jesteśmy Wojownikami Nocy i gdy potykamy się z diabłem, stanowimy jedność. Samena z Xaxxą unieśli się i przelecieli przed dach, znikając w oddali. Tebulot ze wspartym na ramieniu Kasyxem wzniósł się powoli ponad kanionami Beverly Hills. Droga do Del Mar była długa, wiał jednak ciepły wiatr, poranek był słoneczny, a Tebulot miał dość siły dla nich obu. Przeniósł Kasyxa ponad San Juan Capistrano, San

Clemente i Cardiff-on-Sea, tak ostrożnie, powoli i troskliwie jak rodzony syn. Nikt nie widział ich przelotu. Słońce świeciło zbyt jasno, a ich widma były przejrzyste jak skrzydła ważki i tak ciche jak miła myśl. Nieśli ze sobą jedyną i ostatnią nadzieję na powrót Śmiertelnego Wroga Yaomauitla do wiązowego więzienia w Meksyku.

18
Jennifer obudziła się w środku nocy ociekając potem. Znów śniła ten sen, sen, w którym diabeł leżał na niej, rozpychając jej nogi i szepcząc do ucha: „Teraz będziesz moja”. Sen wracał dwa, trzy razy w tygodniu od czasu, gdy spotkała w supermarkecie Bernarda, i zawsze wracał tak samo. Ciężar ciała, szorstkość sierści, smród oddechu. Jednak tej nocy było inaczej. Obudziła się, zaciskając palce na skłębionym prześcieradle, spocona, roztrzęsiona. Tej nocy czuła coś jeszcze. Coś poruszało się w jej brzuchu. Dziwny, śliski ruch, połączony z silnymi mdłościami, które nie chciały ustąpić. Leżała teraz w ciemności obok śpiącego Paula, za jedyne towarzystwo mając zielone oczy zegara z wyświetlaczem. Próbowała sobie przypomnieć, czy nie jadła za dnia czegoś, co mogłoby jej rozstroić żołądek. Sok owocowy na śniadanie? Omlet z pomidorem i ziołami, który podano na lunchu u Sandry? Czy polędwica cielęca, którą przygotowała Paulowi na obiad? Zwykle, gdy czuła nudności, oznaczało to, że coś jej zaszkodziło. Te mdłości były jednak inne. Ciążyły jej na żołądku, wracając falami, jakby nie mogła, mimo prób, strawić czegoś na wpół przeżutego. Rządziły się własnym życiem. Leżała tak jeszcze, pocąc się, przez pół godziny. Niebo za szczelnie zaciągniętymi zasłonami zaczynało jaśnieć. Miała wielką ochotę, by wstać, odciągnąć story i przygotować sobie filiżankę gorącej herbaty cytrynowej. Paul jednak spał lekko, byle co mu przeszkadzało, a po pięciu dniach spędzonych pracowicie w Denver, gdzie próbował sfinalizować transakcję z Trianonem, potrzebował odpoczynku. Leżała zatem sztywno, zaciskając kurczowo palce na prześcieradłach, pocąc się i starając stłumić ów śliski, powracający ruch w swoim wnętrzu, broniąc się przed popadnięciem w rozpacz. Powoli przesunęła rękę i położyła dłoń na nagim brzuchu. Mięśnie, które czuła, reagowały prawidłowo. Ale to nie była sprawa mięśni brzucha, czuła to zbyt głęboko, a te powolne ruchy nie przypominały w niczym perystaltyki jelit. Nagie dotarło do niej, że kiedyś doznawała czegoś podobnego. Nie zdarzyło się to już później. Chodziło o czas, gdy oboje z Paulem byli biedniejsi, chociaż szczęśliwsi, i mieszkali na trzecim piętrze w domu przy Santa Mcnica Boulevard, tuż obok meksykańskiej restauracji. Chcieli wówczas mieć rodzinę, a Paul nie zaangażował się jeszcze tak silnie w sprawy promocyjne i nie przejmował się aż tak swa pozycją w przemyśle produkującym klimatyzatory.

Pamiętała to szczęście. Pamiętała blask słońca. Pamiętała dzień, w którym wróciła od doktora i powiedziała Paulowi. że zostanie ojcem. Pamiętała dzień, w którym to wszystko się skończyło. Ból, skurcze porodu, rozmazane twarze w szpitalu. Usłyszała płacz, tylko raz, krótki i urywany. Za młode, zbyt słabo rozwinięte, by przeżyć. Paul trzymał jej dłoń. Matka przyniosła jej cukierki orzechowe. Teraz - to samo uczucie. To powracające falami parcie i ruch. To samo lub prawie to samo. Nie miała pojęcia, jak to mogło być możliwe. Brała regularnie tabletki, a na dodatek Paul wyjeżdżał tak często i na tak długo, że prawie się już nie kochali. Ale to było to samo! Nie mogła zaprzeczyć i wiedziała, że na nic nie zda się zwalanie winy na omlet, polędwicę, ani twierdzenie, że to zwykłe wzdęcie. Czuła się tak, jakby była w ciąży. Wpatrzyła się w sufit. To nie mogło być oczywiście dziecko. Pomijając już fakt, że ani razu nie zapomniała zażyć pigułki, nie miała żadnych porannych nudności ani zmian nastroju, piersi jej nie nabrzmiewały. Nie miała, rzecz jasna okresu, jednak przez większość czasu była na proszkach, a nawet gdy pozwalała sobie na menstruację, to zawsze z satysfakcją widziała, że wypływ był bardzo jasny. Nie mogła mieć dziecka. Ale cóż wobec tego to mogło być? To było w środku, w niej, i poruszało się własnym życiem. Pewna była, że porusza się samo: wkoło i wkoło, jakby nie mogło sobie znaleźć miejsca i spocząć ani na moment. Spojrzała na Paula. Było już dość jasno, by dojrzeć jego twarz. Oczy miał zamknięte, usta lekko uchylone. Nie chrapał, nigdy tego nie robił. Zawsze wyglądał podczas snu jak martwy. Wystarczyło jednak tylko jedno poruszenie drzwi przez wiatr, jedno skrzypnięcie podłogi pod stopą czy jedna kropla wody, która spadłaby z hałasem, a zaraz się budził i to na dobre. - Paul - wyszeptała. Chwila przerwy. Wiedziała, że już się obudził i że leży teraz po prostu namyślając się z zamkniętymi oczami, czy powinien usiąść i dać upust złości, czy udawać, że śpi, czy może posłuchać, co to za bzdury ma mu Jennifer do powiedzenia. - Paul - powtórzyła. Otworzył oczy. Piwne jak irysy, zbyt blade jednak, by uznać je za piękne. Spojrzał na nią w milczeniu. Pewnie nie zdecydował się jeszcze, w jakim humorze zamierza się obudzić. - Przepraszam cię, kochanie. Mam wrażenie, że jestem chora. - Chora? Co masz na myśli? Że masz mdłości? - Tak jakby, chociaż nie całkiem. Wsparł się na łokciu.

- Nie całkiem? Co to znaczy, nie całkiem? - To znaczy, że w moim brzuchu ciągle coś się kotłuje. I nie chce ustać. Czuję się, jakbym chciała to wyrzucie i nie mogła. Paul złożył głowę z powrotem na poduszce. - Jennie - powiedział zmęczonym głosem. - Niezbyt lubię, gdy budzi się mnie białym świtem, by oznajmić mi o bólu brzucha. Mam przed sobą ciężki dzień. Potrzebuję odpoczynku. Czemu nie pójdziesz po prostu do łazienki i nie weźmiesz peptobismolu czy czegoś takiego? - Paul, to nie ten rodzaj mdłości. - A ile istnieje rodzajów mdłości? - Wiele. Ten jest podobny... nie wiem... trochę do mdłości związanych z okresem. - O Jezu, Jennie, jeśli to są nudności miesiączkowe, to weź, co tam bierzesz na okres. - Mój okres jeszcze się nawet nie zaczął - zaprotestowała. - Zresztą, nie miałam go od sześciu miesięcy. - To może już nadszedł czas. Może stąd ten ból. Twoje ciało mówi ci, żebyś przestała się faszerować prochami i podeszła do niego tak, jak powinnaś. - Paul... - Na miłość boską, Jennie, co ja mam zrobić, by się trochę zdrzemnąć? Jeśli masz mdłości, to zrób sobie herbaty i poczytaj książkę, czy cokolwiek. Nic tu nie mogę poradzić. To twój brzuch. Wstań z tego łóżka i zajmij się nim, dobrze? - Paul, proszę... - Jennie - powiedział tonem ostrzeżenia i Jennifer wiedziała, że jeśli będzie nalegała, to Paul naprawdę straci panowanie nad sobą. Gdy mówił „Jennie” w ten właśnie, szczególny sposób, równało się to wyrysowaniu kredowej linii - „do tego miejsca możesz podejść, ale ani cala dalej”. W innej sytuacji rozważyłaby zapewne celowość dalszego przekonywania. Tego ranku jednak czuła się zbyt chora i przygnębiona. Wstała zatem, powoli i niepewnie, założyła swa nocną koszulę, która spoczywała na oparciu krzesła i wsunęła na nogi różowe, puszyste pantofle. Paul manifestacyjnie obrócił się na drugi bok, poprawił poduszkę i położył się, by przespać tę resztkę czasu przeznaczonego na nocny wypoczynek. Nie dlatego, by aż tak chciało mu się spać, pomyślała Jennifer z goryczą, gdy odwróciwszy się, spoglądała na niego. Będzie tak leżał bez ruchu, podsycając w sobie poczucie krzywdy, aż do chwili, gdy odezwie się budzik. A i wtedy, wyłączywszy go sennym gestem, poużala się nad sobą jeszcze z pięć minut.

Przeszła do wyłożonej brązową glazurą kuchni. Na zewnątrz było już jasno, trzy kalifornijskie przepiórki dziobały na patio okruchy krakersów, które tam właśnie dla nich zostawiła. Napełniła wodą maszynkę do kawy i podeszła do spiżarni. Czuła głód, ale wiedziała, że jeśli spróbuje cokolwiek zjeść, zwymiotuje. Usiadła na jednym z kuchennych stołków i schowała głowę w dłoniach, usiłując stłumić owo zimne kłębienie się w brzuchu. Maszynka do kawy śpiewała swoje „baiup-blib-bilib”. Gdy kawa była już prawie gotowa, poczuła pierwszy atak ostrego bólu. Był tak nieoczekiwany i tak dokuczliwy, że osunęła się ze stołka i krzyknęła głośno. Stołek przewrócił się z łoskotem, Jennifer upadła na kolana zaciskając dłonie na brzuchu. - Boże! - krzyknęła. - Paul! Och. mój Boże! Paul! Paul! Ból skupiał się w macicy, intensywny, niemal nie do zniesienia. Czuła, jakby coś rozdzierało jej łono, jakby coś je przebijało lub skręcało i ściskało niczym wyżymaczka. Przez chwilę była w szoku, jej serce biło wolno, a oczy uciekły w głąb czaszki. Trzęsła się zaciskając zęby. Paul wszedł do kuchni nagi i zły. - Jennie! Co u diabła... - krzyknął. Potem jednak ujrzał białka jej oczu i dostrzegł drgawki. Bez słowa podszedł prosto do wiszącego na ścianie telefonu i wybrał numer. - Pogotowie... potrzebne jest pogotowie, szybko! Tysiąc czterysta czterdzieści, Paseo del Serra. Tak, chodzi o moją żonę. Uklęknął przy Jennifer, wziął ja w ramiona. - Kochanie? Powoli źrenice jej oczu wróciły na swoje miejsce. Wciąż jednak wyglądała na półprzytomną. - Kochanie - powtórzył Paul. - Słuchaj, kochanie. Wezwałem pogotowie. - Paul - wyszeptała. Ledwo poruszała wargami, tak jakby próbowała brzuchomówstwa, jakby chciała coś powiedzieć tak, aby jej ciało nie mogło tego słyszeć. ----Paul... to tak boli... nie mogę tego znieść... Próbował ją podnieść. - Chodź, Jennie. Chodź, położę cię na łóżku. - Nie ruszaj mnie - wyszeptała. - Jennie, nie możesz zostać na podłodze w kuchni... - Nie ruszaj mnie, na miłość boską, Paul, nie ruszaj mnie! Paul przyjrzał się jej uważnie. - Jennie, kochanie, nie możesz zostać na podłodze w kuchni. Jennifer trzęsła się w drgawkach, z jej dolnej wargi spływał długi strumyk śliny.

- Och, Boże, Paul, to tak boli. Jakby coś mnie gryzło, jakby coś było we mnie i wgryzało się. - Kochanie, to na pewno zatrucie pokarmowe. Ostry ból to typowy objaw zatrucia pokarmowego. To musiała być ta cielęcina. Musisz uważać z cielęciną. Jaką kupiłaś, świeżą czy mrożoną? Zaskarżę ten supermarket. Jennifer ledwie go słyszała. Ból w macicy narastał, tak jakby coraz to nowe nerwy były nim porażane. Ożywiło się też kłębowisko ruchu i gdy Paul rozpiął delikatnie jej nocny strój, sam ujrzał konwulsyjne ruchy tak wyraźnie, jakby mięśnie kurczyły się i zwijały w jakiejś groteskowej szamotaninie. Skóra jej marszczyła się i wybrzuszała, jakby coś napierało na nią od wewnątrz. Odrzuciła głowę do tyłu tak, że tętnice wystąpiły jej na szyi jak ciemnoniebieskie robaki. Krzyknęła. Był to najbardziej przepełniony bólem i goryczą krzyk, jaki Paul usłyszał w swym życiu. Gorszy nawet od krzyku kobiety, którą widział kiedyś na Ventura Freeway, gdy jej ramię zostało odcięte w wypadku samochodowym. Był tak rozpaczliwy, tak bolesny, że Paul sam też krzyknął wysokim głosem, błagając ją, by umilkła: - Przestań! Na miłość boską, przestań! Ucichła nagle, niespodziewanie. Wpatrywała się w Paula jakby go nie poznając, potem opuściła powoli spojrzenie i zerknęła na swój brzuch. Z jej gardła dobyło się dziwne syczenie, chrapliwe jakby miała trudności z oddychaniem. - Jennie - powiedział Paul ze strachem. - Jennie, co to jest? Na miłość boską, musisz mi powiedzieć! Jego oczy podążyły za jej spojrzeniem. Kotłowanina nie ustawała, pod skórą pojawił się zaś guz ciemny jak solidny siniak. Jennifer patrzyła na to z przerażeniem, nie mogła jednak oderwać oczu. Ból był coraz silniejszy, przekroczył już wszystko, czego dotąd doświadczyła, nie odzywała się, całe cierpienie wyrażając świszczącym oddechem, kurczowym zaciskaniem pięści i bezustanną modlitwą. Chciała, by to wszystko okazało się tylko złym snem, a nie rzeczywistością; by mogła powiedzieć jedynie „obudź mnie, Paul”, żeby to się skończyło. Wiedziała jednak, że to nie sen. Przeżywała to na jawie, trawiący jej ciało ból był realny. Boże, proszę, uratuj mnie! Boże, proszę, nie pozwól mi umrzeć! Boże, o cokolwiek mnie poprosisz, czegokolwiek zażądasz, zrobię to! Proszę, Panie, proszę, Panie, proszę! Paul usłyszał odległe jeszcze wycie ambulansu i ścisnął dłoń Jennifer. - Słyszysz, kochanie? - pocieszał ją. Lekarz będzie tu za parę minut.

Jennifer uniosła głowę i chrapliwym głosem powiedziała: - Za późno. - Nie, Jennifer, nie można tak mówić. Wezmą cię i w dziesięć minut zawiozą do szpitala. Wszystko będzie dobrze. No, kochanie, obiecuje ci. - Za... późno. Za... - powtórzyła głosem jeszcze bardziej zniekształconym. Wczepiła ręce we włosy i ścisnęła je tak mocno, że Paul usłyszał, jak pęka skóra na czaszce. Otworzyła szeroko usta i tym razem krzyk, jaki wydała, trwał i trwał, i nie milkł. Krzyczała tak głośno, że Paul nie słyszał ani podjeżdżającego Paseo del Serra ambulansu, ani sanitariuszy dzwoniących do drzwi. - Jennie! Przestań! Jennie! - rykną! na nią, powtarzając to w kółko; ich twarze były odległe tylko o cale - ona blada, cierpiąca, a on z poczerwieniałym obliczem, wściekły. Nagle krzyk jej przeszedł w opadający, cichnący jęk strachu i odrazy. Spojrzała na swój brzuch. Ręce wciąż miała schowane we włosach. Czarny guz był coraz większy, poruszał się. Paul patrzył na to niezdolny do stwierdzenia, co właściwie widzi, przez myśl przemykały mu różne dziwne i przerażające pomysły. Może jakaś mucha bydlęca złożyła jajeczka pod jej skórą i teraz jest wyląg. Może twardy kawałek niestrawionego jedzenia, który przebił jelita, a ciało próbuje go teraz wydalić. Prawda była jednak straszniejsza niż wyobrażenia Paula. W chwili, gdy Jennifer znów krzyczała, a sanitariusze dobijali się do drzwi, guz rozciągnął się, tak że pokrywająca go skóra stała się niemal przezroczysta, po czym coś ciemnego przegryzło się przez nią, tryskając przy tym fontanną jasnoczerwonej krwi na jej koszulę i uda. Pojawiła się płaska głowa przypominająca łeb węgorza - srebrna, ociekająca krwią, z wyłupiastymi, pozbawionymi wyrazu ślepiami. Łeb zachwiał się, obrócił, a Paul nie był zdolny do niczego prócz wpatrywania się weń z przerażeniem i obrzydzeniem. Był tak zszokowany, że nie słyszał krzyku Jennifer ani sanitariuszy, torujących sobie drogę przez drzwi z pomocą toporka. - Paul! - krzyczała Jennifer. - Och, Paul! Och, Boże! Paul zamachnął się na łeb węgorza. Za pierwszym razem chybił zbyt przestraszony, za drugim jednak zmniejszył dystans. Równocześnie węgorz rzucił się naprzód i złapał zębami brzeg jego dłoni - bolało jak cios rozgrzanym do czerwoności ostrzem rożna. Paul cofnął odruchowo rękę. Węgorz, który wbił się w nią i nie puszczał, został szarpnięciem wyciągnięty z dziury w brzuchu Jennifer, cały, długi na cztery stopy. Jennifer padła płasko na podłogę. Paul słyszał, jak jej głowa uderzyła o posadzkę. Jego myśli były jednak w całości zaprzątnięte węgorzem, który nieustępliwie zaciskał zęby na nasadzie jego palca.

Cisnął nim o ścianę. Bez rezultatu. Uderzył w panice jeszcze kilkakrotnie, lecz jakkolwiek próbował, jakkolwiek się wysilał, napastnik nie ustępował. Był tak zdezorientowany, tak przestraszony, że gdy w kuchni pojawiło się nagle dwóch sanitariuszy, jedyne, co był w stanie zrobić, to zaprezentować im węgorza niby trofeum wędkarskie. - Wąż! - krzyknął jeden z przybyłych i natychmiast wyjął zza pasa duży nóż. - Ty zobacz, co z kobieta, ja zajmę się tym. Sanitariusz rzucił się ku Paulowi i złapał ostrożnie węgorza w połowie długości. Stworzenie szarpało się i wywijało, zdołał jednak przygiąć je do kuchennego stołu i przycisnąć do kloca rzeźniczego. - Niech się pan odwróci - powiedział. Miał młodą, poważną twarz z dużymi brązowymi oczyma i bujnymi wąsami. Paul przełknął ciężko ślinę, zamknął oczy - Rób po prostu, co trzeba, dobrze? - powiedział nie swoim głosem. - Tylko szybko, boli jak diabli. Sanitariusz przytknął ostrze noża do głowy węgorza. Drugi z nich uklęknął tymczasem przy Jennifer. - Jezu - przeraził się. - Tony, ta kobieta ma w brzuchu dziurę, że ciężarówka by przejechała. - Okay, Levi, poczekaj jeszcze chwilę - powiedział Tony, jednym szybkim ruchem przecinając ciało węgorza. Zupełnie, jakby wprawiał się kiedyś w filetowaniu ryb. Ten węgorz nie był jednak typowy. Gdy tylko sanitariusz odciął łeb, szczęki ścisnęły się kurczowo, odgryzając mały palec Paula wraz z kostką i kawałkiem samej dłoni. Paul otworzył oczy, uniósł z niedowierzaniem dłoń w górę. Krew tryskała z niej jak z fontanny ogrodowej. - Boże wszechmocny - powiedział Tony. Levi obrócił się, wykrzykując: - Co u diabła...? Paul usiłował ścisnąć nadgarstek w nadziei, że nacisk na arterię może zahamować krwawienie. Zaraz stracił jednak równowagę i przewrócił się na podłogę. Tryskająca krew rysowała czerwone graffiti na kafelkach, na drgających nogach Jennifer i zielonobiałych butach Tony'ego. Obaj sanitariusze uklęknęli przy Paulu. - Kobieta nie żyje - powiedział półgłosem Levi. -Rozległe obrażenia jamy brzusznej, spowodowane zapewne atakiem węża. Szok, utrata krwi, obrażenia wewnętrzne, zatrzymanie pracy serca i uraz czaszki. Tony otworzył walizeczkę medyczną i w milczeniu zaczął nakładać Paulowi opaskę uciskowa. Potem oczyścił i opatrzył ranę na palcu i dał mu zastrzyk przeciwtężcowy z

jednostką benzathine peniciliin. Usiłował jeszcze rozgiąć szczęki węgorza, by uwolnić odgryziony palec, mięśnie jednak stężały i trzymały zbyt mocno. Wytarł w końcu głowę z palcem w kawał kuchennego ręcznika. - Biorę go do szpitala. Może uda się przyszyć mu ten palec. Na razie wezwij koronera. Paul wracał z wolna do przytomności. Otworzył oczy i popatrzył na Tony'ego i Leviego. - Jennie... - wymamrotał. - Czy Jennie jest w porządku? Tony uklęknął nad nim. - Niech się pan nie martwi, sir. Jennie wyjdzie z tego. Teraz najważniejsze, by zabrać pana prosto do szpitala. Na dworze świeciło jasno słońce. W chwili, gdy Tony ruszał z Paulem do Hollywood West Hospital w La Brea, przyjechał wóz policyjny. Szybkim gestem pozdrowił gliniarzy, włączył syrenę i pognał na wschód. Paul siedział półprzytomny z tyłu, jego palec leżał na siedzeniu obok kierowcy owinięty wraz z głową węgorza w papierowy ręcznik. Gdy dwaj funkcjonariusze z patrolu weszli do domu, rozglądając się z lękiem po zalanej krwią podłodze w kuchni, Levi kończył właśnie rozmowę z lekarzem okręgowym. Odwiesił słuchawkę. - I jak leci? - Całkiem dobrze - powiedział jeden z policjantów. - Co tu się stało? - Atak węża - odpowiedział Levi. - Jedna osoba nie żyje, jedna straciła paluszek u prawej ręki. - Wąż? - drugi policjant zmarszczył nos. - Żartujesz sobie czy co? Levi wskazał ciało węgorza, pozbawione łba, leżące na podłodze. - Tu masz węża. A raczej to, co z niego zostało. Policjant przyklękną! przy węgorzu i trącił go czubkiem palca. - Żaden tam wąż - oznajmił po chwili. Levi popatrzył na niego, potem odwrócił wzrok, kładąc rękę na biodrze. Policjant wstał. - Powiem ci coś, człowieku. To jasne jak słońce, że to nie był wąż. - To nie wąż? - spytał Levi. - To niby co Może krawat? A może odpadło to od czyjegoś kapelusza? - To węgorz - oświadczył z naciskiem policjant. Zatknął kciuki za pas i rzucił Leviemu spod zmarszczonych brwi to właśnie spojrzenie, które mają wszyscy policjanci, gdy tylko zaczynają podejrzewać, że twój szacunek dla ich wszechwiedzy nie jest taki, jaki być powinien. Jeszcze trzy takie odpowiedzi, a może się zdarzyć, że zostaniesz aresztowany za

utrudnianie śledztwa. Levi jednak nie zamierzał utrudniać. Z doświadczenia wiedział, jak zamulać gliniarzy. Gwizdnął z podziwem. - Węgorz, tak? Nigdy bym nie zgadł. Tutaj, tak daleko od oceanu? - Mimo wszystko to jest węgorz. - No, tak... a skąd pan wie? Jak pan to poznał? - Łowi się czasem ryby - pochwalił się mundurowy. Jego towarzysz zdjął czapkę i odezwał się, podkreślając każde słowo machnięciem, jakby czapka była wzmacniaczem argumentów. - Josh łowi tu wszystko. Tuńczyki, snappery - jak je nazywacie. Przez trzy kolejne lata był mistrzem Santa Monica. Levi spojrzał na ciało Jennifer, które owinięto już w zielone prześcieradło. - Wygląda na to, że ją zagryzły. Te węgorze. - No, węgorze mogą być groźne, przynajmniej niektóre - stwierdził gliniarz o imieniu Josh. Rozejrzał się po kuchni, wypychając karkiem najpierw jedną, potem drugą stronę kołnierzyka. Twarz miał zawadiacką, taką jaką mógłby mieć Marlon Brando, gdyby został najemnikiem. - W kuchni też? - rzucił Levi. - Słucham? - spytał Josh. Mówił uprzejmie, lecz czaiła się w tym groźba. - Czy węgorze mogą być groźne także w kuchni? - Jasne, że tak. Węgorze mogą być groźne wszędzie. Mój przyjaciel spłukał kiedyś jednego z wodą, a ten wrócił i ugryzł jego żonę w dupę. - Dla Josha była to najwyraźniej zabawna sprawa, bowiem ryknął głośno śmiechem i poklepał się po udzie. Znów się rozejrzał i skinął głową w kierunku przykrytego zielonym prześcieradłem ciała. - W co ją ugryzły? - Brzuch. Dokładnie w pępek. Paskudnie to wygląda. Ciężarówka mogłaby przejechać. - Jak to się mogło stać? - spytał drugi gliniarz. - To znaczy, czy wiadomo coś, skąd się tu wziął węgorz? - Głupie pytanie, William - skrzywił się Josh. - Węgorze żyją w wodzie, prawda? A ten ma rozmiary węgorza oceanicznego, prawda? Wiliiam przytaknął z powątpiewaniem. - No to jak myślisz, skąd mógł się tu wziąć? One nie chodzą, prawda? Nie podjechał tu z plaży autostopem na mokro... Musiał tu zostać przywieziony. Może dlatego, że chciała go ugotować i zjeść, a może jej mąż był na rybach i zgłupiał na tyle, by przynieść to gówno do

domu. Levi popatrzył z niesmakiem na szczątki węgorza. - Ktoś chciałby to zjeść? - Jasne, że tak - powiedział Josh. - Wędzone, duszone, w galarecie, jak tylko chcesz. Może nieboszczka wypróbowała stary chiński przepis, gdzie wrzuca się żywego węgorza do wrzątku i trzeba go w nim przytrzymać, póki nie przestanie się rzucać. - Chao shanhu - wyjaśnił William. Josh odwrócił głowę i spojrzał na niego ostro. William wzruszył ramionami, wyglądał na zakłopotanego. - On nie je niczego, co nie jest z chińskiej kuchni. Levi sprawdził czas. - Niedługo powinien tu być lekarz okręgowy. Co z waszymi ludźmi? - Nie pytaj mnie - Josh tarł nos wierzchem dłoni. - Mieli dziś lepszą strzelaninę przy Burger King na High-land. Stali wszyscy trzej z założonymi rękoma i starali się nie zwracać uwagi na ślady krwi, którymi poznaczone były wszystkie kafelki w kuchni Jennifer. - Fajny wypadek, co? Już miało się zjeść kolację, a to kolacja zjadła ciebie - odezwał się po dłuższej chwili Josh. William zachichotał, jako że było to jego powinnością i spojrzał na przykryte ciało Jennifer. Zmarszczył brwi, spojrzał raz jeszcze, trącił ramię Leviego, i wskazał: - Popatrz pan, ona się rusza. Josh też się obrócił. - Rusza się? - spytał z niezdrowym rozbawieniem. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że ona żyje? Rany, chłopcze, ale ty bekniesz, jeśli ona żyje. Fajny sanitariusz! Zostawia ciężko ranną ofiarę poważnego wypadku domowego, leżącą na zimnych kafelkach kuchennej podłogi i przez dobre dziesięć minut zabawia się pogawędką z dwoma glinami. W najlepszym razie degradacja. Najpewniej zwolnienie. Levi wiedział, że w słowach Williama jest coś z prawdy. Zielone prześcieradło poruszało się, zupełnie jakby Jennifer próbowała unieść się z podłogi. - Co jest, do cholery?! - krzyknął Levi i przeszedł szybko przez kuchnie, przyklękając na jedno kolano i podnosząc prześcieradło. Wszędzie kłębiły się węgorze. Levi krzyknął chrapliwie ze strachu, gdy jeden z nich skoczył do jego twarzy i wgryzł się w szczękę. Drugi zaatakował jego kostkę, trzeci sięgnął do mięśni nogi. Było ich jeszcze dziewięć czy dziesięć; ślepo miotały się po kuchni, rozmazywały ogonami krwawe ślady i za wszelką cenę szukały drogi ucieczki. Levi wrzasnął z bólu. Chwiejnie odstąpił krok do tyłu, potem jeszcze jeden. Węgorz

wił mu się wokół twarzy. Josh otworzył szarpnięciem kilka szuflad, rozrzucając tarki do sera, krajarki do jajek i czyste serwetki pod serwis do herbaty, w końcu znajdując szufladę ze sztućcami. Porwał nóż do drobiu i skoczył w kierunku Leviego, podczas gdy William usiłował odgonić pozostałe węgorze, zamierzając się na nie swoją pałką. - Nie odcinaj! - krzyknął Levi. - Na miłość boską, nie odcinaj! Odgryzie mi twarz! - Nie ruszaj się! - odkrzyknął mu Josh. - Trzymaj się, możesz? Levi spróbował się nie ruszać. Trząsł się z bólu. Josh tymczasem podszedł do niego powoli, zerkając pod nogi, czy nie ma jakiegoś węgorza pod stopą. Gdy spostrzegł któregoś, odkopywał go na bok. Levi patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, z długim, srebrnym węgorzem kołyszącym się u szczęki. Ilekroć usiłował przemówić, węgorz kołysał się jeszcze bardziej potęgując cierpienie. Lecz musiał to powiedzieć: - Ten gość... który tu był... mój kumpel... odciął głowę węgorza... a ten odgryzł palec... Mięśnie szczęk... zaciskają się... zamiast zwiotczeć... - Dobra - powiedział cicho Josh. - Jeśli one tak, to i my się w to zabawimy. Skinął na partnera pokazując, że ma chwytem pod ramiona złapać Leviego od tyłu i unieruchomić go w ten sposób. Potem schwycił rozkołysany ogon węgorza i ostrożnym ruchem wprawnego wędkarza przesunął dłoń wzdłuż tułowia, by zacisnąć ją delikatnie tuż za łbem. Węgorz patrzył swoimi pustymi ślepiami - oczyma istoty, która nie zna żadnych uczuć i obchodzi ją tylko własne życie i przetrwanie. Josh uniósł następnie nóż do drobiu i wsunął jego długie, cienkie ostrze między otwarte szczęki węgorza ostrzem do wewnątrz. - Widzisz, co zamierzam? - spytał Leviego. - Chcę przytrzymać tego węgorza, a potem pociągnąć ku sobie tak, by nóż rozciął jego szczeki. Nie będzie miał szansy, by cię ugryźć, uwierz mi. Levi przytaknął. Ból był zbyt silny, by mógł mówić, Potęgował się, a węgorze na jego kostce i nodze też dokładały swoje. Prawa nogawka spodni przesiąkła krwią. Josh ścisnął węgorza ostrożnie go pocierając, by system nerwowy stworzenia przywykł do odczuwania chwytu i nie utożsamiał go z zagrożeniem. - Dobra. Teraz policzę do dziesięciu, a gdy powiem dziesięć, to zbierzesz się w sobie, bo wtedy rozetnę mu łeb. Rozumiesz? Levi chrząknął, że tak. - Raz - powiedział Josh. Oczy Leviego rozwarły się jeszcze szerzej. - Dwa. - Josh nic zauważył, że inny węgorz zbliża się do jego buta. - Trzy. - Węgorz przy bucie uniósł łeb, jego ślepia zalśniły żółto w płomieniach

oświetlającego podłogę słońca. - Cztery. - Węgorz trącił nogawkę spodni i zaczął wspinać się po skarpetce. - Pięć. Gotów, przyjacielu? Zaraz zaczynamy. - Sześć. - Węgorz znikał z wolna w nogawce. - Siedem - co - aaaach! Gówno! Cholera, weź to stąd! Aaach, ty sukinsynu! - Josh wierzgnął nogą i upuścił nóż, by móc sięgnąć węgorza podróżującego wewnątrz nogawki. Kręcił się, skakał i wywijał piruety, przyciskając gwałtownie nogę do ławy. I tak raz za razem. Węgorz jednak był dość śliski, by wspiąć się wysoko po udzie. Gdy Josh zorientował się, gdzie dąży, objął nogę ciasnym chwytem obu dłoni, węgorz jednak zdołał przecisnąć swą płaską głowę pod zaporą i wbić zęby. Josh ryknął jak szaleniec, padając do tyłu na podłogę, szarpiąc się w konwulsyjnych drgawkach i kopiąc nogami. Rozpiął gorączkowo pas i spuścił spodnie. Szorty miał przesiąknięte czerwienią. Z jednego ich boku wystawało srebrne ciało węgorza, który ogonem owinął się wokół uda zupełnie jak jeden z węży z „Grupy Laokoona”. - Nóż! - wrzasnął, z twarzą nabiegłą krwią. - Dajcie mi ten kurewski nóż! Wiiliam schylił się po narzędzie. Doprowadzony do ostateczności Levi spróbował odciągnąć węgorza zwisającego mu ze szczęki. Zęby zgrzytnęły przejmująco i odgryzły skrawek twarzy, tuż przy kości. Levi zawył z bólu, doznając jednak wielkiej ulgi i potoczył się na drugi koniec kuchni, zostawiając za sobą szeroki na stopę krwawy ślad na dębowych segmentach Jennifer. William znalazł w końcu nóż do drobiu i drżącymi palcami wręczył go koledze. Twarz Josha była zacięta, obca. Zagryzał dziąsła, by nie krzyczeć. Krew ciekła mu po policzkach. Cal po calu uniósł biodra i powoli zsunął szorty. Węgorz miał w pysku prawie całego penisa, którego połknął aż do nasady, i chociaż zęby naruszyły skórę, szczęki jeszcze się nie zwarły. Spoglądał na Josha z właściwą drapieżcom śmiałością. - Nie mogę - powiedział Josh plując krwią. - Nic mogę wpakować mu noża między szczęki. Z lekiem i niedowierzaniem Wiiliam przyjrzał się węgorzowi. - To co zamierzasz?..... spytał słabym, omdlewającym głosem. Josh zacisnął zęby jeszcze mocniej, jego oczy napełniły się łzami. - Musisz... utrzymać te szczęki... sprawdź, czy utrzymasz je otwarte... dość długo, by ściągnąć to ze mnie... - Te sukinsyny są naprawdę mocne - powiedział William z niepokojem. - A co będzie, jeśli nie utrzymam ich dość długo?

- No to co do cholery mam zrobić?! - warknął na niego Josh zakrwawionymi wargami. Z drugiego końca kuchni doszedł ich kolejny krzyk. To Levi oddzierał, wraz z kawałkami swego ciała, kolejnego węgorza. Policjanci jednak nie zwracali na niego uwagi. - Słuchaj, słuchaj - mówił szybko William. - Ten sanitariusz, on powinien mieć jakiś środek uspokajający. Tak, jakiś naprawdę mocny środek uśmierzający ból. Gdybyśmy wstrzyknęli coś takiego temu węgorzowi, by go uśpić, to pewnie by odpadł, nie? Usnął i odpadł, a ty nie musiałbyś, no... Josh pobladł jak mleko, wykończony tym siedzeniem na podłodze z węgorzem trzymającym jego męskość, a może i życie, między zębami ostrymi jak z żelaza. - Tak - wysyczał z wysiłkiem. - Spróbuj. Może zadziała. Niech on ci to przygotuje. William zerwał się z podłogi i podbiegł, by porozmawiać z Levim. Sanitariusz sam był w szoku. Oderwał już wszystkie trzy węgorze i leżał teraz obok swej walizeczki, opatrując potworne rany i przygotowując sobie zastrzyk przeciwtężcowy. Ledwie rozumiał cokolwiek ze słów Williama, lecz skinął w końcu głową i trzęsącymi się, powalanymi krwią dłońmi podał mu strzykawkę ze środkiem nasennym. - To powinno... uśpić wieloryba... starczy? Wiliiam wrócił pospiesznie do Josha i pokazał mu igłę. - Kazał wstrzyknąć to tuż za głową. Josh przytaknął. Całą brodę miał teraz zakrwawioną. Wiliiam spojrzał na niego. - Naprawdę chcesz, bym to zrobił? - Rób to po prostu, na miłość boską - ponaglił go Josh, dobywając głos spomiędzy zaciśniętych zębów. Ostrożnie jak nigdy William uniósł zastrzyk i przytknął czubek igły za lśniącą głową węgorza. Zwilżył językiem wargi i nacisnął na igłę tak, że niezmiernie powoli zagłębiła się w skórę węgorza. Popatrzyli na siebie. Służyli już, pracując razem, ponad trzy lata. Ponad tysiąc dni pełnych brutalności, przemocy, nudy, niebezpieczeństwa i obrażeń. Tym razem wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Tym razem, nieświadomie, stanęli twarzą w twarz z diabłem. Josh przytaknął. William wbił igłę głęboko w ciało węgorza. Skóra trzasnęła lekko. Węgorz zdawał się nie czuć w ogóle nakłucia - nie poruszył się nawet wtedy, gdy William wycisnął zbiorniczek, przetaczając środek znieczulający do jego systemu nerwowego. Czekali w napięciu. Słońce wyszło zza chmur i kuchnia pojaśniała nagle. Rozejrzeli się, lecz pozostałe węgorze zniknęły z pola widzenia, zostawiając zakrwawione ciało kobiety, która je zrodziła i którą zabiły. Levi wstrzyknął sobie środki przeciwbólowe i leżał z głową

schowaną między ramionami, w zbyt głębokim szoku i zanadto odurzony zastrzykami, by zdobyć się na cokolwiek ponad wytrzymanie do czasu powrotu Tony'ego. - Jak sądzisz? - Josh spojrzał na węgorza. - Czy już śpi? William przyjrzał mu się z bliska. - Czy one mają powieki? - zapytał. - No, czy zamykają oczy, gdy zasypiają? Minęło jeszcze pięć minut. Josh dostał drgawek ze zmęczenia. - Ta kurwa musi już spać - wycharczał. - Mam spróbować go zdjąć? Josh przytaknął, lecz zanim jeszcze William zdołał uchwycić węgorza, uniósł dłoń. - Poczekaj. - Sięgnął ostrożnie do kabury, rozpiął zatrzask i wyjął swoją trzydziestkę ósemkę. - A to po co? - spytał przestraszony Wiliiam. - Na wszelki wypadek. - Josh uniósł trzymaną kurczowo broń. Lufa dotknęła lewej skroni. - Josh! - zaprotestował William. - Dalej! - wysapał Josh. William wyciągnął dłonie, nasuwając je z obu stron na szczęki węgorza. Chciał każdą z nich przytrzymać między palcem wskazującym a kciukiem i w takiej rozciągniętej pozycji zsunąć je z ciała kumpla. Modlił się na życie swej matki, by środek usypiający zadziałał i stępił całkowicie refleks węgorza. Nie byk) żadnego znaku, by osądzić, czy stworzenie spało, czy nie. Jego ciało pozostało owinięte wokół uda Josha, oczy były nadal szeroko otwarte. - Tak - powiedział William, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Wzmocnił uchwyt, wyczuwając pod skórą kości, i powoli rozsunął ostre zęby, uwalniając penisa Josha od ich uchwytu. Przerwał na chwilę, łapiąc oddech. Węgorz patrzył na niego zimno i kpiąco jak mrożona ryba lub jak morderca, który widzi już swą ofiarę martwą. Mięśnie szczęk były mocniejsze, niż oczekiwał. Robił wszystko, co mógł, by je rozerwać. Josh odetchnął. - Zdejmij to teraz, William. Powoli, powoli, lecz na miłość boską, zdejmij to, William przełknął ślinę. Zaczął właśnie ściągać węgorza, gdy drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie, wpuszczając dwóch detektywów. - Co się tu u diabla dzieje? - spytał szorstko jeden z nich. - Co to wszystko znaczy? William obejrzał się. Jego palce ześlizgnęły się ze szczęk węgorza. Josh krzyknął, gdy zęby węgorza znów nakłuły jego skórę i w panice spróbował

oderwać stworzenie. Szczęki zamknęły się z chrzęstem. Josh ryknął jak kamikaze i pociągnął za spust broni. Z grzmotem równym uderzeniu pioruna jego głowa rozprysneła się po całej kuchni. Padł na bok, węgorz tymczasem odwinął się błyskawicznie, przemknął szybko srebrną smugą na drugi koniec kuchni i zniknął. William nie patrzył zresztą na niego. Klęczał przed Joshem z twarzą, zbryzganą krwią i wciąż bezradnie uniesionymi dłońmi, zastygłymi w pozycji, w jakiej zacisnął je na szczękach węgorza. Gdy tylko Josh wystrzelił, obaj detektywi wyciągnęli własne pistolety i klęczeli teraz zaskoczeni w rogu kuchni, zastanawiając się, czy nie powinni również otworzyć ognia - a jeśli tak, to do czego. - Mów, człowieku, co się tutaj stało - powiedział jeden z nich, chowając broń i przeskakując z niesmakiem nad plamami krwi. - Próbowałem - powiedział William głosem nabrzmiewającym łzami. - Starałem się, jak mogłem. Na zewnątrz rozbrzmiewały dwie syreny mącące spokój słonecznego dnia. Levi usiłował unieść głowę i zobaczyć, kto przybył. Tymczasem dziewięć pozostałych węgorzy wymknęło się z domu, szukając miejsca, by się ukryć. Trzy zakopały się pod krzakami róż. w suchej, spalonej słońcem ziemi ogródka Jennifer. Inny zwinął się w ciemności za szopą, która skrywała pompę basenu. Dwa dalsze zdołały przedostać się na podwórko sąsiadów, gdzie jeden wpełznął do wiewiórczej dziupli, drugi zaś znalazł kryjówkę w nieużywanej ubikacji za domem. Dwa niczym płynna rtęć przeciekły przez kratki pobliskiego ścieku i przymierzały się do dorastania w kanale zalewanym w regularnych odstępach czasu przez cuchnące ścieki. Ostatni próbował przebyć Paseo del Sierra, przepełzając taż przed polewaczko-zmywarką. Został wciągnięty przez szczotki i przewieziony, nadal żywy, na wysypisko śmieci, gdzie pogrzebano go pod tonami gazet, piasku, puszek po coca-coli, suchych liści jukki i ekskrementów. Leżał tam, poruszając skrzelami i czekając na dorosłość.

19
Minęło siedem tygodni, a Wojownicy Nocy nie natrafili na żaden ślad Yaomauitla. Po niepowodzeniu, którego doznali w mechanicznym mieście, noc w noc ruszali ponad pogrążoną w mroku południową Kalifornię, szukając najlżejszego choćby bicia serca, które zwiastowałoby bliskość diabla. Penetrowali sen za snem. Sny karnawałowe, sny miłosne, seksualne urojenia. Widzieli wiele demonów, wiele mrocznych lęków i choć niejeden raz natykali się na ucieleśnienie winy, a setki głosów wokół nich wielokrotnie szeptały imiona zła - nie znaleźli tego, którego szukali. - Może go wystraszyliśmy? - zastanawiał się którejś nocy Tebulot. Lecieli właśnie w blasku księżyca ponad terenem rekreacyjnym Sepulveda. Kasyx skrzywił się. - Nie chcę go straszyć. Chcę tylko, by wrócił z powrotem do tego pudełka w San Hipolito. Tam jest jego miejsce. Gdy minął trzeci tydzień, postanowili rozdzielić nocne patrole tak, że tylko dwoje z nich wyruszało naraz. Ich ciała spały spokojnie za każdym razem w łóżkach, lecz umysły kumulowały zmęczenie. Po pięciu tygodniach w ogóle zrezygnowali z nocnych patroli i zamiast tego wylatywali dwa razy w tygodniu, rozciągając obszar poszukiwań po San Luis Obispo na północy i Palm Springs na wschodzie. Kasyx nie sądził, by Yaomauitl był skłonny wrócić do Meksyku. Niemal nie widzieli w tych dniach Springer. Czasem pojawiała się na ich zgromadzeniach w domu przy Camino del Mar, zazwyczaj jednak milczała. Tylko jej strój był coraz bogatszy i coraz bardziej wyrafinowany, jakby przypominała im w ten sposób, że im dłużej diabeł pozostaje na wolności, w tym głębszą dekadencję popada ten świat. Nadal spotykali się za dnia. Domek Henry'ego stał się czymś w rodzaju spontanicznie wybranej kwatery głównej. Przychodzili tu, ilekroć mieli ochotę porozmawiać. Lloyd został tu nawet na parę nocy, minio kategorycznych protestów jego matki, Gil zaś bywał regularnie. Od czasu do czasu wpadała też Susan, szczególnie gdy szła na plażę popływać. Siadywali na werandzie, popijając colę i rozmawiając o minionej walce, o równinie pyłu i o tym, co zrobią, gdy następnym razem spotkają się z Yaomauitlem. Nie mieli nikogo, z kim mogliby pogadać o swoich przeżyciach Wojowników Nocy. Nikogo, komu mogliby się zwierzyć ze swych leków. Pamiętali strach, którego zaznali w mechanicznym mieście, lecz z kim mieliby się tym wrażeniem podzielić?

- Gdybym powiedział cokolwiek z tego mojemu psychoanalitykowi - wspomniał raz Henry - to przed zachodem słońca znalazłbym się w domu bez klamek. Henry'emu coraz trudniej było oprzeć się widokowi butelki z wódką. Pod koniec każdej nocy, podczas której znowu nie udało im się trafić na ślad Yaomauitla, wzrastało jego poczucie porażki i frustracja. Robił się wtedy roztrzęsiony i dałby wszystko, by ukoić nerwy alkoholem. Parokrotnie w ciągu dnia podchodził do barku, otwierał go i wpatrywał się w napełnioną do połowy butelkę. Potem zamykał drzwiczki. Czuł, że zobowiązuje go przyrzeczenie, które złożył pozostałej trójce Wojowników Nocy. I nie pił. Koniec końców, oni byli młodsi, a ich życie zależało od niego. Lecz w miarę jak noce mijały, a Śmiertelny Wróg pozostawał nie wykryty, pragnienie dokuczało Henry'emu coraz bardziej. Jeden drink, myślał. Tylko jeden. Pomoże mi myśleć i doda trochę pewności siebie. To tylko tak, by się odprężyć, by ukoić mój przeciążony umysł i obdarzyć go odrobiną spokoju. Śmierć Salvadora również nie pomagała mu w znalezieniu spokoju. Chociaż policja uwierzyła w końcu, że obecność Henry'ego, Gila i Lloyda w budynku Instytutu nie miała wpływu na wypadek porucznika Ortegi - co zawdzięczali głównie zeznaniom Andrei - sam Instytut rozważał możliwość wniesienia sprawy o nielegalne wtargnięcie i zniszczenie mienia, policja zaś wydzwaniała do Henry'ego o wszystkich porach dnia, zupełnie jakby go sprawdzali. Niezależnie od stanowiska policji wobec wydarzeń tamtej nocy, Henry, Lloyd i Gil wiedzieli, że o ile zapewne uratowali Andreę, o tyle ponoszą również odpowiedzialność za to, co stało się z Salvadorem. Gadanie o „stratach wojennych” nie było żadnym wytłumaczeniem. Henry wybrał się do wdowy po Ortedze z bukietem kwiatów i z zabawką dla dzieci - nakręcanym kołem diabelskim. Dzieci siedziały na wzorzystym dywanie, koło obracało się i grało „In the Good Old Summertime”. Gdy wracali, Henry siedział obok Gila i łzy płynęły mu po policzkach. Daffy narzekała ciągle, że Susan jest obecnie „wieki stąd” i że żadne z niej teraz towarzystwo. Narzekania powtarzały się, Susan przepraszała, ale nie próbowała nic wyjaśnić. Nawet gdyby opowiedziała Daffy o dniu spędzonym w diabelskiej niewoli, nawet gdyby ta uwierzyła, to i tak przecież nie potrafiłaby tego zrozumieć. Tego nie rozumieli nawet Henry, Gil czy Lloyd. Tamtego dnia jej strach przekroczył wszelkie granice. Zrozumiała wtedy dokładnie, czym jest - garstką mięśni, ciała i kości, zrozumiała też, jak cienka jest linia między życiem a śmiercią. Ta świadomość zbliżyła ją do dziadków, tolerowała teraz nawet ich staroświecką wrażliwość. Oddaliła ją jednak od rówieśników, dla których myśl o śmierci była odległa o

mile. Daffy miału rację. Niewiele pozostało w Susan radości życia. Była za to o wiele bardziej opiekuńcza i współczująca niż przedtem. Wiedziała, że gdy w końcu pokonają Yaomauitla radość szybko wróci. Gdyby tylko mogła powiedzieć Daffy, jak trudno jest śmiać się podczas wojny... Również i Gila nowe doświadczenia oddaliły od przyjaciół. Ale w jego przypadku dotyczyło to także rodziców. Zupełnie niezależnie od kradzieży broni, która kosztowała go dwa tygodnie kieszonkowego i miesiąc porannej pracy w sklepie, stwierdził, że nie umie już dogadać się z ojcem i matką tak dobrze jak kiedyś. Phil Miller próbował z nim kilkakrotnie rozmawiać, chcąc dowiedzieć się, co jest nie w porządku. Lecz Gil nie potrafił podać ojcu żadnego wyjaśnienia, które oddawałoby jego uczucia choćby w przybliżeniu. Czuł się jak Tebulot, jak jednak miał wytłumaczyć to ojcu? Czuł się kimś mocnym, oddanym słusznej sprawie, kimś o filozoficznym podejściu do życia i świata. Czuł, że musi spełnić przeznaczoną mu, jako Wojownikowi Nocy, rolę, odnaleźć i zgładzić Yaomauitla, Śmiertelnego Wroga. Jak miał to ująć w słowa mieszczące się w świecie jego ojca, którego, owszem, bardzo kochał, lecz którego horyzonty myślowe ograniczone były cenami pieprzowego salami i pudełek z czekoladkami. Zmiany, które zaszły w życiu Lloyda były mniej zauważalne. Zawsze był zamyślony, zawsze głęboko angażował się we wszystko, co robił. Niezależnie od tego, czy chodziło o sprawy szkolne, treningi czy nawiązywanie przyjaźni. Jego ojciec pełen był powagi. Miał w sobie tyle uczciwości, że na swój skromny sposób, można powiedzieć, był świętym. Lloyd odziedziczył po nim tę uczciwość, połączoną z właściwym matce gorącym entuzjazmem; tak więc, gdy zaczął nieco unikać reszty rodziny, by w spokoju przemyśleć swoje doświadczenia Wojownika Nocy, nikt nie spostrzegł w tym niczego szczególnego. Tym razem Lloyd czuł, że pojawiło się w nim jakieś wielkie pragnienie spełnienia. Inne niż dotąd, niepodobne do chęci wygrania pięciusetmetrówki czy uzyskania najlepszych ocen z języka angielskiego. Nie było to też podobne do pragnienia bycia czarnym dobrze radzącym sobie w świecie białych. Lloyd zaczął w otaczającej go atmosferze węszyć wielkość - ostry aromat, który ze zwyczajnych, przeciętnych ludzi robi bohaterów. Któregoś wieczoru, sześć tygodni po rozpoczęciu poszukiwań Yaomauitla, do sypialni Lloyda wszedł jego ojciec. Stanął nad synem i trwał tak przez dłuższą chwilę z okularami w jednej, a złożoną płachtą wieczornej gazety w drugiej ręce. - Lloyd, chcę, byś mi powiedział prawdę - odezwał się w końcu. - Tak, tato?

- Czy wąchasz coś, Lloyd? Powiedz mi prawdę, Lloyd uśmiechnął się ze zdumieniem. - Nie, tato - powiedział cicho, z twarzą skrytą w połowie w cieniu biurowej lampy. - Nie, niczego nie wącham. Nadszedł wreszcie trzeci poranek siódmego tygodnia poszukiwań. Niebo nad wybrzeżem południowej Kalifornii było szare i zamglone. Prognoza pogody przewidywała jednak, że przed dziesiątą słońce powinno przebić się przez mgły. Po prognozie przyszła kolej na lokalny serwis. Henry słuchał tego wszystkiego w swojej kuchni. Siedział właśnie nad coraz bardziej pustą miską muesli, gdy w wiadomościach padły słowa o znalezieniu w domu przy Prospect Street, w La Jolla, ciała młodej kobiety z rozległymi obrażeniami jamy brzusznej. Spiker czytał: „Policja nie potrafiła powiedzieć, czy ta śmierć jest dziełem psychopaty, mordującego zgodnie z własnym rytuałem, czy też spowodowana została jakimś niezrozumiałym wypadkiem”. Henry powoli odłożył łyżkę. Rozległe obrażenia jamy brzusznej. Zdaje się, że znalazł wreszcie klucz do zrozumienia tak długiej ciszy wokół Yaomauitla. Zostawił śniadanie, przeszedł do salonu i przekartkował książkę telefoniczną. W końcu znalazł, czego szukał: biuro koronera w San Diego. Wybrał numer i przeczesując dłonią potargane włosy, czekał, aż ktoś odbierze. - Z panem Belli - zażądał, gdy w końcu uzyskał połączenie. Głos Johna Belli brzmiał niezbyt świeżo i nie dało się w nim wyczuć żadnej radości. Kto mówi? - spytał, odchrząkując. - Tu Henry Watkins. Profesor Henry Watkins. Byłem jedną z tych osób, które odnalazły ciało Sylvii Stoner. - Tak? - odezwał się podejrzliwie John Belii. - Nie chciałbym pana niepokoić i z góry za to przepraszam, lecz słyszałem właśnie informację o innej martwej dziewczynie. Tej z Prospect Street w La Jolla. - Tak. - Tym razem zabrzmiało to sucho, ostrożnie. - Czy mogę pana zapytać o jedną rzecz, która się z nią wiąże? - Spytać pan może. Ale nie mogę zagwarantować panu odpowiedzi. - No cóż. Nie musi pan odpowiadać „tak”, jeżeli rzecz się potwierdzi. Wystarczy, jeśli pan nie zaprzeczy. Chwila przerwy. - Proszę pytać.

- Chciałbym wiedzieć, czy są jakieś dowody na to, że dziewczyna znaleziona w La Jolla zginęła w ten sarn sposób, co Sylvia Stoner? Długie milczenie. Potem John Belli odłożył słuchawkę. Henry trzymał swoja jeszcze przez chwile w dłoni, wsłuchując się w niemilknący pisk centrali. Potem, bardzo powoli, odłożył ją i wstał. A więc to tak. Yaomauitl czekał, aż wylęgnie się kolejne jego potomstwo. Dziewczyna z La Jolla nie żyła i nikt nie potrafiłby powiedzieć, ile jeszcze było takich kobiet zapłodnionych przez diabła, który mógł przecież przybrać każdą postać, jaka sobie zażyczył. Węgorzy mogły być setki. Setki wolno wzrastających embrionów, skrytych w łonach dziesiątek kobiet. A chociaż na razie niewyrośnięte - to przecież kiedyś zaczną pojawiać się w snach, a wówczas przyłączą się do swego ojca i władcy. pomnażając jego siłę. Yaomauitl przygotowywał się wyraźnie do zmiecenia Wojowników Nocy i rozciągnięcia swej inwazji na sny wszystkich mieszkańców Ameryki. Możliwe, że nie miałaby ona najmniejszego wpływu na ich życie za dnia, gdy ludzie są trzeźwi, racjonalni i zupełnie nie wierzą w istnienie diabła. W nocy jednak, w czasie snu, zło mogło ich opętywać, omotywać podstępnie słodkimi słówkami, kusić ich i wrastać w ich umysły. Cień, który zapanowałby nad snami, z wolna sączyłby do umysłów nietolerancję, okrucieństwo, zarozumiałość, a wszystkie osiągnięcia, które ta cywilizacja zawdzięcza religii, wszystko, co zdobyto przez setki lat wojen, boleści i cierpień, obróciłoby się wniwecz. Ze snów całego narodu wstałby kolejny Mroczny Wiek i ogarnął cały świat jak potop, jak atrament zalewający mapę. Zadzwonił do Gila. - Gil? Tu Henry. Słyszałeś poranne wiadomości? - Nie, pracowałem w sklepie. - Słuchaj, Gil. Znów się zaczęło. Znaleźli dziewczynę w La Jolla. Z wygryzionym brzuchem. Nie było węgorzy. a przynajmniej wiadomości o nich nic wspominały - pewnie zdołały już uciec i gdzieś się pozakopywać. - I co z tego? Chyba nic rozumiem. - Sądzę że Yaomauitl czekał na narodziny kolejnych embrionów. Chce zdobyć nad nami przewagę liczebną i wymazać nas kompletnie. Wiec co robimy? I kiedy? Spokojnie, jeszcze nic. Sadzę jednak, że powinniśmy wszyscy udać się tam w nocy i sprawdzić, czy nie zalatuje gdzieś tym diabłem. - W porządku. Jedenasta? - Dobrze. Jedenasta.

Henry zadzwonił jeszcze do Susan i do Lloyda. Lloyda nie było w domu, lecz wiadomość udało się przekazać jego podejrzliwej matce. Susan natomiast sprawiała wrażenie przygnębionej. Spytała Henry'ego, czy według niego nadszedł już czas ostatecznej rozgrywki. Że jak? Niby takie „W samo południe”? zażartował. Ale on chce nas zabić, prawda? Henry zawahał się. No tak - odpowiedział po chwili. - A jeśli zabije nas jako Wojowników Nocy? Henry podrapał się w nogę poraniona podczas walki w mechanicznym mieście. Pamiętasz chyba, co mówił Springer. Jeśli zabije nas jako Wojowników Nocy, nasze ciała nigdy się już nie obudzą. O jedenastej? - spytała Susan. - Jeśli nie chcesz, nie musisz - - odpowiedział Henry. Będziecie mnie potrzebować, jak znajdziecie Yaomauitlu bez szóstego zmysłu Sameny? Mimo wszystko nie musisz. Jakoś go znajdziemy. - Henry - powiedziała. - W najgorszym wypadku połączę się z moimi rodzicami. Henry nie znalazł odpowiedzi. Było to stwierdzenie równie dojrzałe jak mistyczne; rezygnacja właściwa mądrości, połączona z dziecięcym przyjmowaniem losu takim, jaki jest. - No, dobrze - rzekł stłumionym głosem. - Jedenasta. Cieszę się, że cię zobaczę. Dzień zdawał wlec się całą wieczność. Henry podchodził do barku jeszcze częściej niż zwykle, raz nawet posunął się tak daleko, że odkręcił butelkę i pozwolił oparom alkoholu unieść się do jego nozdrzy. Tylko raz, by rozjaśnić umysł. Jeden samotny łyk. Trzeba przygotować się przecież do mającej nadejść bitwy. Tego, że w nocy dojdzie do bitwy, był więcej niż pewien. Zakręcił szczelnie butelkę, odstawił ją do barku i wyszedł na spacer po promenadzie. Głęboko wdychał wiejący od oceanu wiatr. Skłonny był przypuszczać, że największe niebezpieczeństwo związane z alkoholem już się dla niego skończyło - wytrwał pełne siedem tygodni. Wszystko, co miał w ciele, zdążyło już dawno wyparować. Coraz silniej jednak tęsknił za drinkiem i zastanawiał się, jak długo jeszcze zdoła wytrwać. Od siedmiu tygodni jedziesz tylko na herbacie, zasłużyłeś na jednego. Jeden ci nie zaszkodzi, będziesz miał okazję udowodnić sobie, że nie jesteś alkoholikiem, koniec końców jednego możesz. Jeśli to zrobisz, będziesz po prostu pił jak inni ludzie. Będziesz wyleczony. Ostatecznie - jak możesz osądzić, czy jesteś wyleczony, skoro w ogóle nic nie pijesz? Takie kompletne odstawienie sugeruje, że wciąż jesteś chory... Zupełnie przypadkiem spotkał swego starego przyjaciela, Johna Lunda, sędziwego profesora historii, noszącego obszarpane kapelusze typu panama i płócienne płaszcze, które wyglądały jakby jeszcze całkiem niedawno używano ich w charakterze worków pocztowych.

Był niski, nosił okulary, potrafił jednak mówić potoczyście i ze swadą. Ponadto nie pił, Henry zaproponował więc, by zjedli razem lunch. Objęli się ramionami i poszli do wegetariańskiej restauracji „Brother Bread”, która znajdowała się trochę dalej, nad promenadą. Henry zdołał zwalczyć w sobie pragnienie napicia się, posługując się do tego chłodnym, domowym jogurtem i talerzem świeżo rozkrojonego melona. Jedząc, słuchał najnowszych hipotez Johna co do Wojny o Niepodległość. W jakiś dziwny sposób wciąż wracały one do motywu Anglików, którzy wcale nic chcieli wygrywać. John mówił, Henry tymczasem spostrzegł, że siedzący naprzeciwko mężczyzna rozłożył „Los Angeles Times”, gdzie na pierwszej stronie czerniły się nagłówki: WĘGORZE MORDERCY ZABIJAJĄ ŻONĘ, ATAKUJĄ MĘŻA I POLICJANTÓW. POZBAWIONY MĘSKOŚCI FUNKCJONARIUSZ POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO. LEKARZ I MĄŻ ODNIEŚLI WIELE RAN OD UKĄSZEŃ. Henry najpierw zerknął na nie kątem oka, potem przyjrzał się bliżej, odczytując litery z narastającym uczuciem strachu. - I po Valley Forge... - mówił z zaangażowaniem John, tnąc melona na małe kawałeczki. - Przepraszam, John - przerwał mu Henry i podszedł do czytającego. - Czy mógłbym od pana na chwilę pożyczyć pierwszą stronę? - spytał. Mężczyzna wzruszył ramionami i wyciągnął arkusz. John Lund przyglądał się uważnie przez szkła swych grubych, zapaćkanych okularów, jak Henry przebiega wzrokiem wiadomość, że węgorze zaatakowały parę w średnim wieku oraz lekarzy i policjantów, i że stało się to w Hollywood, w Paseo del Serra. Ciało żony, jak napisano, było ciężko okaleczone, z ranami brzucha, które sierżant Garcia opisał jako „gorsze niż wszystko, co wymyślił kiedykolwiek Kuba Rozpruwacz”. Szczegółowe oględziny ciała miały wyjaśnić dopiero, co się właściwie stało. - Co jest? - spytał John. - Wyglądasz na zaniepokojonego. - Bo jestem zaniepokojony. Więcej. Jestem śmiertelnie przerażony. - Ty? Przerażony? Czego, u diabla, może się bać aż tak bardzo profesor filozofii? Henry oddał mężczyźnie przy przeciwległym stoliku jego gazetę. Potem, złączywszy dłonie przed, sobą, zwrócił się do Johna: - Przypuśćmy, że ktoś kazałby ci zostać zawodnikiem japońskich zapasów sumo... - Przegrałbym - parsknął śmiechem John. - Co do tego nie ma wątpliwości. - Przypuśćmy, że powiedziano by ci, że jeśli przegrasz. to wymrze cała ludzka rasa... John zmarszczył brwi.

- Co to ma być? Jakaś osobliwa wschodnia zagadka? Henry pokręcił głowa w przeczeniu. - Co byś zrobił? Jak byś się czuł? Walczyłbyś czy raczej poddał się ze strachu? John zamieszał powoli kawę i dodał jeszcze łyżeczkę melasy. - Walczyłbym. Lecz byłbym przerażony. - No właśnie - powiedział Henry. - Chcesz powiedzieć, że ty...? spytał John, nie łapiąc zbyt dokładnie związku. - Ja - powiedział Henry. chodzi o sumo. - A mogę spytać, o co? jeszcze nigdy. Henry pochylił się i schwycił płócienny rękaw marynarki Johna. - O diabła - wyszeptał. John uśmiechnął się, usiadł wygodnie i potrząsnął głową. Założył nogę na nogę i widać było, że nie wierzy ani trochę. Na miejsce spotkania przybyli dobrze przed jedenastą, poważni i gotowi na wszystko. Springer pojawił się również, tym razem jako mężczyzna, w garniturze z dziwnego materiału, szeleszczącym przy każdym ruchu jak bibułka. Dotknął po kolei ich dłoni, spoglądając przy tym każdemu głęboko w oczy spojrzeniem, które przypominało skośne okna otwierające się na nieskończoną przestrzeń, pustkę migoczącą odległymi gwiazdami i ucieleśniającą treści, o których człowiek może tylko marzyć. - Wiedziałem, że zjawicie się dziś tutaj - powiedział Springer. - Dobrze zinterpretowaliście poczynania Yaomauitla. Kasyx uniósł odzianą w karmazynową rękawicę dłoń i powoli rozsunął palce. Przeskoczyła między nimi miniaturowa błyskawica. Nigdy dotąd nie wchłonął tyle energii Ashapoli i wiedział, że ewentualne przypadkowe wyładowanie byłoby katastrofalne w skutkach. Niemniej, jeśli spotkają Yaomauitla i to może nie wystarczyć. - Dzisiejsza wyprawa będzie waszą największą przygodą - powiedział Springer. Dziś w nocy poznacie prawdziwą potęgę Wojowników Nocy. Niech imię Ashapoli i pamięć wszystkich Wojowników Nocy, którzy oddali swe życic w dawnych czasach, chroni was od złego. I niech wasz blask rozjaśni, rozszczepi ciemność i otworzy drogę do oswobodzenia świata człowieka. Były to słowa, które Springer powtarzał nieustannie wraz z mijającymi latami. Słowa John poczuł irytację. Słyszał już Henry'ego mówiącego bzdury na trzeźwo i gadającego do rzeczy po pijaku, ale takiego jak dziś nic widział go Te zapasy sumo i cała ludzkość. Tyle tylko, że tu nie

z najlepszych czasów Wojowników Nocy, kiedy to dziesiątki diabłów chodziły jeszcze po tej ziemi, a ci, którzy walczyli z nimi w snach, liczeni byli w tysiącach. Mroczne sprzysiężenie, które za cnotę uznało pokój oraz zrozumienie i gotowe było nieść je do każdego zakątka świata, niezależnie od tego, jak wielki był to ciężar. Wojownicy Nocy wznieśli się w wieczorne niebo. Springer ostrzegł Samenę, że odczuwa chłodne wibracje gdzieś na wschodzie, skierowali się więc ponad polami golfowymi i budynkami rządowymi wokół rancza Fairbanks ku wzgórzom. Powietrze przesycone było zapachem eukaliptusów, w drogich domach w hiszpańskim stylu błyskały światła ukryte między krzewami jukki i gajami cytrynowymi. - I co? - spytał Kasyx Samenę, gdy płynęli cicho nad Santa Fe. W dole światła z okien zajazdu rzucały jasnozielone cienie na otaczające budynek pola krykieta. Potem znów pogrążyli się w kompletnej ciemności, przeszukując wzgórza, starając się wyczuć najlżejszy choćby ślad pobytu Yaomauitla. - Może się pomyliliśmy? - wątpił Xaxxa. Może on jeszcze nie jest gotów do walki? - Jest gotów - zapewnił go Kasyx. - Dobra, zobaczymy - mruknął Xaxxa. Tebulot milczał. Był zbyt zaprzątnięty rozmyślaniem o swoich problemach z rodzicami i o niebezpieczeństwach. którym mieli tej nocy stawić czoło. Nie stracił opanowania i daleki był od tego. Pragnął jednak, by walka wreszcie się zaczęła, jak najszybciej, by mógł odsunąć od siebie trawiące go lęki. Kochał matkę i ojca. Nie chciał się od nich oddalać, nie chciał wyobcowania w rodzinie. Dopóki jednak nie odnajdą i nie zwyciężą Yaomauitla, nie będzie w stanie znaleźć niczego, co mogłoby, powiedziane lub uczynione, z powrotem zbliżyć go do rodziców. Już mieli zawrócić z powrotem ku wybrzeżom, gdy Samena odezwała się cicho: - Jest. Bardzo blisko. Czuję to. Pozostała trójka przysunęła się zaraz do Sameny. Ruszyli razem: formacja duchów pomiędzy wzgórzami. Podążali za nią, powtarzając każdą jej ewolucję, każde nurkowanie i zakręt, jak zespół akrobacji samolotowej, a wszystko to w absolutnej ciemności, przez która ich prowadziła, używając swych dodatkowych zmysłów. - Trochę w prawo - powiedziała Samena. Skierowali się tam, by w końcu z szelestem przeniknąć przez. gęsty gaj rozłożystych palm i zatrzymać się ponad wielkim. pomalowanym na kolorowo domem na zakręcie autostrady. Inaczej nic pozwoliłby, żeby wiadomość o węgorzach dostała się do prasy. Wie, że i my o tym wiemy, i wie, że go szukamy.

- To tu. Jest tutaj - stwierdziła Samena i bez wahania przepłynęła przez dachówki wprost do sypialni. Na dużym mosiężnym łóżku leżał obok żony mężczyzna o orientalnym typie urody. Pościel była czarna, atlasowa, dywanik przed łóżkiem i meble białe. Na ścianie widniał wielki, stylizowany obraz Sotaro Yasui. Wojownicy Nocy stanęli w nogach łóżka i popatrzyli niepewnie na śpiącą parę. - Które z nich? Mężczyzna czy kobieta? - zapytał Tebulot. - Mężczyzna - odrzekła Samena. - I czuję to naprawdę mocno, mocniej niż kiedykolwiek. - Gotowi? - upewnił się Kasyx. Skinęli głowami. Kasyx uniósł ręce i wyrysował oktagon. Gdy rozszczepił drżące w nim nocne powietrze, ujrzał biel i padający śnieg. - Wygląda na to, że trochę zmarzniemy - uprzedził, lecz bez wahania uniósł ośmiokąt nad głowę. Potem powoli opuścił go, ujmując ręce towarzyszy, by dodać im odwagi i mocy. - Tym razem wygramy - zapewnił ich. - Tym razem wyślemy Yaomauitla z powrotem do Meksyku, do jego miejsca stałego zakwaterowania. Ośmiokąt opadł na podłogę. Znaleźli się w kompletnej ciszy, a wokół nich padał bezgłośnie śnieg. Cisza była tak przytłaczająca, że z początku żadne z nich nie śmiało się poruszyć, nie wspominając o najlżejszym nawet szepcie. Było jednak bezwietrznie i zdumiewająco ciepło. Rozejrzeli się dookoła. Jak tylko daleko mogli sięgnąć wzrokiem, we wszystkich kierunkach rozpościerała się śnieżna pustynia. Tebulot podszedł do Kasyxa. Musiał podnosić nogi, jakby brodził, maszynę przewiesił przez ramię. Nigdy dotąd nie widziałem tyle śniegu - powiedział, rozglądając się uważnie na boki. - Może to japoński śnieg - rzucił Kasyx. - Sameno? Czy może wiesz, gdzie tu ukrył się ten diabeł? Samena zasłoniła twarz dłońmi i milczała przez prawie minutę. Śnieg padał cicho na pióra jej kapelusza, z wolna czyniąc je białymi. Xaxxa chodził tymczasem w kółko, wyciągając dłonie i patrząc, jak gwiazdki śniegu topnieją mu na skórze. - Wiecie co? - uśmiechnął się. - Nigdy dotąd nie widziałem śniegu. Czy to nie dziwne? W końcu Samena wskazała gdzieś na prawo. - Tam. Sądzę, że tam. Trudno powiedzieć. Coś czuje, lecz wydaje się to jakieś dziwne, jakby nie wszystko było w porządku.

- Tak czy inaczej, spróbujemy - rzekł Kasyx i cała czwórka zaczęła przedzierać się we wskazanym przez Samenę kierunku. Zostawiali za sobą głęboki ślad, kalający gładką, śnieżną powierzchnię. - Ciekawe, czy to sen, czy zmora? - zastanawiał się Tebulot, wciąż rozglądając się podejrzliwie. - Wygląda na zmorę - stwierdziła Samena. - To wszystko nie ma w sobie za grosz równowagi. Wygląda na spokojne, lecz to tylko pozór. Może ktoś umarł, czuję, że to możliwe, i ktoś tutaj przygotowuje się do pogrzebu. - W wielu krajach Wschodu kolor biały jest kolorem żałoby - przytaknął Kasyx. Może cały ten sen jest czymś w rodzaju pogrzebu. Brnęli dalej przez śnieg. Gdzieniegdzie, w zapadliskach gruntu, śnieg zalegał grubszą warstwą. Musieli brodzić w nim niemal po pas. Ziemia pod śniegiem była jednak pewna i ubita, posuwali się zatem dość szybko. Śnieg nie przestawał padać - gęsto i bezgłośnie. Niebo, z którego spływał, było zimne, ciemnoczerwone i wciąż nie znajdowali ani śladu Yaomauitla. - Jak sądzicie, może jednak się pomyliliśmy? - spytał Tebulot, gdy przystanęli dla odpoczynku. Samena potrząsnęła głową. - Nie ma mowy. On gdzieś tu jest. Próbuje po prostu nas zdezorientować i zmęczyć. - Nie napracował się jak dotąd - zauważył Tebulot. - Trzeba czegoś więcej niż śnieg, by mi przeszkodzić - dodał Xaxxa. Kasyx podniósł dłoń do hełmu i zlustrował otoczenie w podczerwieni. Szukał jakichkolwiek siadów ciepła - diabelskich czy ludzkich. Wszystko jednak, co widział, to postaci Tebulota, Sameny i Xaxxy, oraz złociste pulsowanie naładowanej maszyny. - Wciąż uważasz, że podążamy we właściwym kierunku? - spytał Samenę. - Sądzę, że tak - powiedziała. - Jest już mocniejsze niż przedtem, rwie się jednak i myli, czasem trudno ustalić, gdzie jest naprawdę. - Dobrze. Pójdziemy tak jeszcze parę mil. Jeśli i wtedy nic nie znajdziemy, opuścimy ten sen i poszukamy go gdzie indziej. On tu jest, Kasyxie. Przysięgam. - Dalej - ponaglał Kasyx. Wznowili swój powolny marsz przez ośnieżone pola. Cztery małe postaci w wielkim, rozległym, białym krajobrazie. Gdy tak szli, uderzyło Tebulota, że cały ten świat istnieje w jednym, uśpionym umyśle. Wydało mu się to zabawne. Tak jak i to, iż wystarczy, by człowiek ów obrócił się na drugi bok, a może zacząć śnić zupełnie inny świat, całkiem

odmienny, ale równie rozległy. Wśród doświadczeń Wojowników Nocy, które zapadły mu w umysł, była szczególna myśl - przekonanie, że przestrzeń umysłu, teren myśli i wyobraźni to obszary równie nieskończone jak kosmos, o wiele jednak bardziej skomplikowane, jako że nie skrępowane żadnymi prawami świata materialnego. W świecie wyobraźni budynek mógł unieść się pod niebiosa, zwierzęta mówić, a martwy mąż wrócić do życia. Śnieg mógł padać w najgorętszych miesiącach lata, a diabły ukrywać się w nim niczym arktyczne wilki. Nagle usłyszeli przerażający zgiełk. Kurtyna śniegu zadrgała, płatki zatańczyły wokół nich jak oszalałe. Usłyszeli okrzyki, wrzaski i dźwięk dziesiątków małych dzwoneczków. Po chwili w ich pole widzenia wjechały potężne sanie zaprzężone w setkę białych niedźwiedzi. Miały rozmiary solidnej ciężarówki. Minęły ich tylko o piętnaście stóp. nieprzyjemnie świszcząc płozami po śniegu. W całości zrobione były z drewna cisowego, z przegubem pośrodku, ułatwiającym branie zakrętów. Część przednia, trzypoziomowa, obłożona była setkami zwierzęcych skór. Na części rufowej tłoczyli się zamaskowani żołnierze w napierśnikach i skrzydlatych hełmach. Przypominali nieco hordę Dżyngischana, z tym że każdy z nich dźwigał dziwną, szeroko-lufą strzelbę. Na samym końcu sań wznosiła się drewniana wieża, wysoka na jakieś sześćdziesiąt pięć stóp. Jej boki obwieszone były srebrnymi dzwoneczkami, wstążkami oraz ciałami wilków i śnieżnych królików. Były tam też powiewające ludzkie skalpy. Na samym szczycie wieży stała odrażająca postać w czarnej jak północ zbroi, z oczami jarzącymi się żółta złośliwością. Był to sam książę wszelkiego zła - Yaomauitl. - Padnij! - zakomenderował Tebulot i cała czwórka wtuliła twarze w śnieg. Rozdzwonione sanie zatoczyły wokół nich szerokie półkole. Słyszeli gardłowe okrzyki tatarskich żołnierzy, przebijające się przez śnieżycę jak pianie duszonego koguta. Kasyx uniósł głowę i natychmiast śnieg wokół niego eksplodował setkami białych pióropuszy. Opuścił głowę i zerknął na Samenę. - Muszę chyba odwołać, co powiedziałem. Jednak - go znalazłaś. Tebulot odciągnął dźwignic maszyny. - Jeśli nie możemy przyłożyć samemu Yaomauitlowi, to może chociaż załatwimy tych, którzy są z nim. Potworne sanie znów się zbliżyły. Łapy setki polarnych niedźwiedzi wstrząsnęły śniegiem, jakby drgał sarn grunt. Tebulot zatoczył kciukiem i palcem wskazującym śmiałe koło, mrugając jednocześnie do Kasyxa zza swojej maski. - To nic takiego - rzekł unosząc się ze śniegu. Rozległa się salwa tatarskich strzelb w tylnej części sań. Każdy strzał brzmiał ostro,

jakby ktoś z wysiłkiem wciągał powietrze. Zupełnie jak pompka rowerowa, tyle że dwadzieścia razy głośniej. Gdy tylko sanie przejechały obok, przesuwając się nad ich schronieniem jak góra, Kasyx ujrzał trzech żołnierzy wychylających się za burtę i mierzących w nich. Zrozumiał, co oznaczały te dziwne, syczące strzały. Strzelby te, zamiast wystrzeliwać pociski, wciągały do środka wszystko, co znalazło się na linii strzału. Gdy żołnierze chybiali i trafiali w grunt, podrywały się z niego spore śnieżne kule i błyskawicznie znikały w lufach strzelb. Niewiele wyobraźni było trzeba, by uzmysłowić sobie, co się stanie z człowiekiem, gdy któryś z Tatarów zdoła dobrze wycelować. Gdy sanie prawie już ich minęły, Tebulot przekręcił się na plecy i wystrzelił pojedynczy ładunek energii prosto w drewnianą wieżo. Strzał wniknął z wyciem przez jedno z jej okien. Przez chwilę nic się nie działo. Potem jedna wieża wyleciała w powietrze, rozsypując wokół kawałki drewna i szczątki wilczych trupów. Z sań uniosła się kuła pomarańczowego ognia, by zaraz zniknąć. Dwóch strzelców padło, zaś gigantyczne sanie zatrzymały się w rozpryskach lodu. Tatarzy zaczęli się wysypywać na śnieg. Teraz Wojownikom Nocy trudniej było ich trafić. Jeden z Tatarów pobiegł odciąć niedźwiedzie. Machał jasno płonącą pochodnią, by je wystraszyć i rozproszyć. Samena obserwowała go przez chwilę, potem odpięła z pasa pojedynczy grot. Skrzyżowała ramiona, rozległo się energiczne „zip!” i grot przemknął przy burcie sań, przeszywając dłoń żołnierza tak, że upuścił pochodnię. Dwa najbliższe niedźwiedzie obróciły się i porykując pobiegły ku niemu. Zobaczywszy je rzucił się do ucieczki, były jednak o wiele szybsze. Gnały za nim jak dwie białe lokomotywy. Uderzyły go, obalając i rozpryskując wkoło fontannę krwi. Potężna łapa sięgnęła głowy Tatara i nawet z odległości dwustu stóp Wojownicy Nocy usłyszeli wyraźnie trzask rozłupywanej czaszki. Pochodnia tymczasem upadła między skóry i sanie zaczęły płonąć. W ciągu paru minut huczący żywioł ogarnął cały pojazd. Kasyx rozejrzał się za Yaomauitlem, lecz nic było po nim nawet śladu. - Może byś się przeleciał? - spytał Xaxxę. ukrył się Yaomauitl. - Spokojnie - oświadczył Xaxxa kładąc się płasko na śniegu, twarzą do góry. Potem nasunął lustrzaną maskę i podwójnym saltem wystrzelił na świecącej ścieżce energii z jamy, którą wykopali sobie w śniegu. Zniknął w ciągu chwili, oni tymczasem z niepokojem czekali na jego powrót. Drewniane sanie skrzypiały i potrzaskiwały, rozsiewając wokół mdlący odór palonego futra. Dałbyś radę? Chciałbym wiedzieć, gdzie

Tatarzy pochylili głowy, widząc, że Tebulot wycelował w nich swą broń, nastawiona na ciągły ogień. - Nie sądzicie, że mogło mu się coś stać? nic wytrzymała w końcu Samena. Zanim Kasyx zdołał odpowiedzieć, rozległo się znajome wycie i lotem koszącym, ledwie parę stóp nad ziemią, balansując na swej złocistej desce nadleciał największy surfer wszechczasów, Xaxxa. Jeden z Tatarów uniósł się ze śniegu celując w niego. Xaxxa wykonał zwrot bojowy i zanurkował, trafiając obiema stopami prosto w szczękę żołnierza, z całym impetem masy zwielokrotnionej szybkością ponad trzystu mil na godzinę. Przeciwnik runął jak długi na śnieg, jego strzelba zaś, wyleciawszy z rąk, wypaliła samorzutnie, trafiając jednego z kompanów, który przyklęknął tuż obok. Wojownicy Nocy mogli w ten sposób przekonać się, do czego zdolna jest ta broń. Z uda żołnierza wyrwany został szcścio-calowy ochłap żywego ciała, który strzelba wessała z mokrym odgłosem. Żołnierz krzyknął i upadł łapiąc się za nogę. Xaxxa przeleciał nad nimi jeszcze raz, potem zawrócił i wylądował przy pozostałych Wojownikach. - Straszne uderzenie - pochwalił go Kasyx. - A co z Yaomauitlem? - Nie sądzę, by ta istota nim była - dyszał Xaxxa. - Widziałem jego zbroję leżąca na śniegu, pustą, a obok coś, co wyglądało jak ten diabeł z Instytutu Scrippsa, tylko mniejszy i bardziej czerwony. Cokolwiek zresztą to było, upiekło się na skwarkę. - Jedno z nowych dzieci Yaomauitla - westchnął Kasyx. We śnie mogą przyjmować pozór dorosłości, lecz gdy je w tym śnie zniszczyć, wracają do prawdziwej postaci. Jak to je nazwał Springer? Joey? - A co z reszta żołnierzy? - spytała Samena. - Sądzicie, że damy radę ich pobić? Nie jestem pewien. Dobrze się okopali, trzeba więcej energii, by ich sięgnąć. Energia to akurat to, co najbardziej musimy oszczędzać - oznajmił Kasyx. Tebulot uniósł jednak dłoń, podając swój pomysł. - Słuchajcie, wiem, co robić. Słuchajcie! Znalazłem to kiedyś w książce o Dzikim Zachodzie. Czejenowie używali tego, by pozbywać się wrogów. - Nie wiem, czy pamiętasz, że Indianie zostali w końcu pobici rzucił Xaxxa. - No nie, tu chodzi tylko o ten jeden pomysł. Musimy podnieść tego Tatara rannego w nogę i przelecieć z nim nad całą długością linii przeciwnika, spryskując żołnierzy krwią. Potem odnaleźć, przepłoszyć i popędzić tutaj resztę tych niedźwiedzi. Jak tylko poczują krew, to powinny oszaleć, no nie? Mówiąc o tym, co my powinniśmy zrobić, mnie miałeś na myśli,

co? - spytał Xaxxa. - O ile wiem, to tylko ja w tym towarzystwie potrafię latać. - Będziemy cię osłaniać. Xaxxa spojrzał na Kasyxa. - Pomysł jest dobry, ale jeśli nie chcesz, to nic musisz tego robić - rzekł Strażnik Mocy. - Zrobię to - oświadczył Xaxxa. - Chciałem się tylko upewnić, czy nikt tu nie przesądza z góry i nie decyduje za mnie. - No wiesz? - uśmiechnęła się Samena. Nie zwlekając Xaxxa wystartował w nadal padającym śniegu i zniknął raz jeszcze. Kiedy powrócił, mknął tak szybko, że nie dojrzeli go, zanim wypadł z zamieci i złapał rannego Tatara, tak jak myszołów chwyta wytropionego susła. Inni unieśli strzelby i wypalili świszczącą salwę, lecz Xaxxa zdołał przelecieć wzdłuż całego ich szeregu nie odnosząc żadnej szkody, rozpryskując zaś nad nimi krew z ran niesionego Tatara. Rzucił bezwładne ciało w głęboki śnieg i znów wspiął się pod niebo, by okrążyć polarne niedźwiedzie. Kasyx czekał niecierpliwie. Minuty mijały. Gesty śnieg okrywał jego karmazynową zbroję jakby wełną. Samena siedziała obok, ze spokojną twarzą. Rozglądała się uważnie, czy Tatarzy nie zdecydują się przypadkiem ich zaatakować. Tebulot trzymał broń w gotowości. Maszyna mruczała energią, lecz wiedział, że na razie nic nie jest w stanie zrobić. - Mam nadzieję, że Xaxxa nie zginął. Nie ma tego samego wyczucia przestrzeni i orientacji, co ja. Szczególnie przy tej pogodzie - powiedziała Samena. - Nic mu się nie stanie - uspokoił ją Kasyx, chociaż sam nie był tego pewien. Xaxxa wydawał mu się nieco zbyt szybki, w gorącej wodzie kąpany. Gdyby wleciał przez przypadek na inne takie sanie przedzierające się gdzieś tam przez zadymkę, zginąłby w jednej chwili, a oni nawet by o tym nie wiedzieli. Minęło dziesięć minut. - Zbliżają się, popatrzcie - powiedziała Samena. Kasyx uniósł głowę, przestawiając wizjer na zbliżenie. Samena miała racje. Tatarzy unieśli się ze śniegu, czerniejąc na tle zamieci skrzydlatymi hełmami i zamaskowanymi obojętnością twarzami. Tuż obok głowy Kasyxa gruchnął strzał - nie kula, lecz wąska kolumna powietrza wciąganego do lufy strzelby z dwukrotną prędkością dźwięku. Padł płasko. - Jest chyba ze trzydziestu. Czy sądzicie, że dacie radę załatwić ich we dwoje? - Spróbujemy - Tebulot nie przeraził się. - Na równinie wycięliśmy dziesięć razy więcej trupów.

- Owszem - zgodził się Kasyx. - Ale one nie miały takich strzelb. - Musimy zaryzykować, Kasyxie - szepnęła Samena. - Xaxxa się nie zawahał. - Wiem, wiem - Kasyx pokiwał głową. - Rzecz tylko w tym, że... - Jesteśmy młodzi? - uśmiechnęła się Samena. - Tak, jesteśmy. Wojownicy zawsze są młodzi. To tylko czyni ich ofiarę większa. Tebulot uniósł głowę. Tatarzy, ustawieni w wachlarz, zbliżali się do nich szeroką, okrążającą tyralierą. Mroczni, złowrodzy, z uniesionymi pewnie strzelbami. Tebulot wycelował i wystrzelił trzy ładunki, zachowujące się jak szrapnele - niekontrolowane wyładowania, mogące spokojnie przebić się przez zbroję. Sześciu Tatarów padło z trzaskiem, dym uniósł się w padającym śniegu. Samena powaliła dwóch innych nadziewanymi drutem grotami, które załatwiły sprawę, nie ciągnąc wcale za sobą ładunku energii. Pozostali zaczęli jednak ostrą strzelaninę i to z trzech stron, tak że Wojownicy Nocy musieli szybko paść z powrotem na śnieg. - Gdzie, u diabła, jest Xaxxa? - mruknął Tebulot, bardziej w śnieg przed sobą niż do kogokolwiek. Jego niepokój nie trwał jednak długo. Syk strzelb zamilkł nagle, za to cała trójka usłyszała niepewne krzyki, potem Wrzaski. Wyjrzeli ostrożnie ponad śnieg i ujrzeli Xaxxę lecącego ku nim ponad śnieżną. równiną. Rozpostarł ramiona i przemykał tak na wysokości dwudziestu stóp, przerażający w nieprzeniknionej, lustrzanej masce. Przed nim zaś, rycząc i trzęsąc gruntem, gnało około sześćdziesiąt polarnych niedźwiedzi - pozostałość zaprzęgu lodowych sań. Z początku biegły lękając się Xaxxy, wywijającego wokół nich lśniące ósemki. Potem jednak wyczuły zapach świeżej krwi. Głód dodał im skrzydeł. Kasyx wstał, podobnie Samena i Tebulot. Widok był niezwykły. Każdy z tych niedźwiedzi ważyć musiał około tony, a jednak rzuciły się do przodu z szybkością prawic dwudziestu mil na godzinę, obnażając przy tym zęby pod czarnymi, wywiniętymi wargami. Głód wyzierał z ich żółtych ślepiów. Tatarzy otworzyli ogień, rozciągając między obiema grupami krwawe struny z ciał czterech trafionych zwierząt. Trzy z nich padły na śnieg, reszta jednak przyspieszyła jeszcze, parując oddechami i zgrzytając pazurami na lodowatej kaszy. Tatarzy złamali szyki, rzucili broń i runęli do ucieczki. Niedźwiedzie dopadły ich z niepowstrzymanym impetem w fontannach krwawego śniegu. Czwórka Wojowników Nocy przyglądała się temu z przerażeniem i ulgą - wszyscy ich przeciwnicy, jeden po drugim, padali na śnieg pod ciosami potężnych łap, ciała były

rozdzierane, hełmy miażdżone, a wnętrzności wypruwane szaroniebieskimi, parującymi wstęgami, które zwierzęta rozwlekały na jardy wokoło. Niedźwiedzie nie ustawały w polowaniu, barwiąc posoką swe żółtawe futra, z wilgotnymi i lśniącymi paszczami, z ochłapami mięsa zwisającymi im spomiędzy szczęk. Trochę dalej dogasały w gęsto padającym śniegu sanie, niemal całkowicie już spopielone. Wiatr, który zerwał się niedawno, rozwiewał iskry. Wojownicy Nocy ostrożnie wycofali się z pola bitwy, starannie omijając przy tym niedźwiedzie. Zawierzając instynktom Sameny, pomaszerowali znów przez śnieżycę i nie minęło wiele czasu, gdy oglądając się, nic mogli już ujrzeć śladu sań, niedźwiedzi ani tatarskich ciał. Godzinę wędrowali na ślepo przez śnieg. Kasyx kilkakrotnie pytał Samenę, czy wyczuwa bliskość Yaomauitla, za każdym razem jednak otrzymywał tę samą odpowiedź. - Tak, Kasyxie. Czuję, że on tu jest. Chce nam zgotować żałosny koniec. Chce wygrać. Nie ustąpi i nie ucieknie. - Nie przeszkadzałoby mi nawet, gdyby wybiegł nam na powitanie - zirytował się Kasyx. - Mógłby oszczędzić nam spaceru. Śnieg nie był ani wilgotny, ani szczególnie zimny. Przypominał niesione z wiatrem pióra, puch - wyglądał raczej jak wyobrażenie śniegu niż jak prawdziwy śnieg. Stroje Xaxxy i Sameny były dość skąpe, lecz żadne z nich nie odczuwało chłodu zamieci. Temperatura ich ciał była taka sama jak temperatura samego śniącego, który wylegiwał się teraz w czarnym, atlasowym łóżku. Minęło jeszcze trochę czasu, a Wojownicy Nocy zaczęli zstępować w szeroką dolinę. Śnieg zrzedł. Niebo jednak pozostało ciemnoczerwone, niemal kasztanowate, płynęły po nim statecznie i powoli nakrapiane różowo chmury. Gdy zadymka zniknęła ostatecznie, unieśli głowy i ujrzeli, że wokół chmur krążą flamingi, bijące leniwie skrzydłami, unoszące się na niewidocznych powietrznych prądach. Niektóre z chmur przypominały kolonie samodzielnie szybujących gniazd. Śnieg pod ich stopami również zaczął znikać. Wkrótce kroczyli po łące porośniętej orlicą i polnymi kwiatami. Pojawiło się słońce. Dolina pod nimi rozpostarła się jasno i szeroko, ze srebrną rzeką wijącą się przez środek między roziskrzonymi łąkami i wierzbami, zwieszającymi smutno swe włosy nad wodą. Zastanawiali się. jakie właściwie było to miejsce. Nie był to ani Zachód, ani Orient. Wiedzieli, że śniący jest Japończykiem lub przynajmniej półkrwi Japończykiem, krajobraz nie przypominał jednak Japonii. Nie było w nim również nic kalifornijskiego. Był to

nieruchomy, spokojny pejzaż zawierający żal i ciepło wspomnień utraconych miłości. Było w nim jednak coś jeszcze, coś niepokojącego, jakaś trudna do uchwycenia niestabilność. Doszli do rzeki i pokonali ją powoli, zanurzając się po uda. Woda lśniła w słońcu, pod powierzchnią kłębiło się od ryb. Wspięli się na błotnisty brzeg po drugiej stronie i przysiedli między szeleszczącymi wierzbami, by odpocząć kilka minut i rozejrzeć się po niezwykłym świecie, w którym się znaleźli. Wysoko ponad nimi wciąż leniwie krążyły flamingi, chmury żeglowały po niebie z dostojeństwem hiszpańskiej Wielkiej Armady opuszczającej Kadyks. - Czyż nie jest to najspokojniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy? spytała Samena. Xaxxa ułożył się na wznak na trawie i przeżuwając łodyżkę polnego kwiatu wyciągnął ręce nad głową. - Gdyby to nie był jedynie cudzy sen, to słowo daje. że bym tu został - oświadczył. Tebulot odłożył maszynę, zdjął hełm i przesunął dłonią po włosach. - Wydaje mi się, że Yaomauitlowi zabrakło pomysłów, o ile w ogóle tu był. Wierzcie mi, że tu nie ma nigdzie nic diabelskiego. Kasyx jednak nie potrafił się odprężyć. Czuł niesiony wiatrem zapach płynącej wody, lekką woń kwiatów; ujął źdźbło trawy i okręcił je wokół palca. Wciąż wyczuwał wiszące w powietrzu kłopoty. Nie tak, jak Samena wyczuwała obecność Yaomauitla i jego niedorostków - poprzez zakłócenie emocjonalne i lekkie prądy strachu, lecz poprzez proste rozumowanie. Yaomauitl musiał wyeliminować Wojowników Nocy, musiał to zrobić, by móc rozwinąć swą inwazję na sny Ameryki. Było to wymogiem sytuacji, ale także jego własnej dumy. Kasyx nic mógł uwierzyć, że diabeł nie spróbuje uczynić tego przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Im dłużej twój wróg pozostaje przy życiu, tym więcej nabiera siły. - I dokąd pójdziemy? - zagadnął Samenę. Osłoniła oczy przed słońcem. - Sadzę, że powinniśmy skierować się w głąb doliny. - Chcesz powiedzieć, że nie wiesz na pewno? - Nie. Chyba straciłam ślad. Kasyx wstał. Poczuł niepokój. Xaxxa przyglądał mu się z trawy, trzymając kwiat między zębami. - O co chodzi? Wyglądasz, jakby coś cię gryzło. - Nie wiem, nie wiem, nie podoba mi się to wszystko. Słuchajcie, jestem za tym, by wyjść z tego snu. Skoro straciliśmy ślad, to wracajmy i spróbujmy raz jeszcze, zaczynając od początku. Zdołaliśmy zabić jednego z potomków Yaomauitla, uznajmy, że to starczy na dziś, a resztę odłóżmy do jutra.

Pochylony nad brzegiem rzeki Tebulot usiłował złapać rękami jedną z ryb. - Sądzę, że powinniśmy zostać tu jeszcze trochę i nacieszyć się widokiem. No co, Kasyxie, nie podoba ci się tutaj? ile razy spotkaliśmy sen podobny do tego? To jest raj. - Proszę - powiedział zaniepokojony Kasyx. - Tu jest coś nie tak. Czuję to. - Jeśli ty czujesz, to jak Samena może tego nie czuć? - spytał Tebulot. Kasyx nie odpowiedział. Wpatrywał się w rozległą, gładką powierzchnię wody. Coś zmąciło ją, tworząc wiry. Potem wyjrzało ponad powierzchnię - małe, trójkątne ostrze, wznoszące się coraz wyżej. Potem następne i jeszcze jedno, i kolejne. Nie były to tylko ostrza, lecz włócznie. W zupełnej ciszy, majestatycznie wymaszerowała z wody cała armia. Armia w czarnych zbrojach, dosiadająca czarnych rumaków przypominających konie, lecz o gadziej skórze. Żołnierze nosili wielkie hełmy z rogami, napierśniki wznosiły się ponad ich ramionami jak wielkie, sępie skrzydła. Ich oczy lśniły jadowitą żółcią. Nieśli długie włócznie, które mruczały głębokim, wibrującym głosem, przypominającym najniższy ton organów. Żołnierze też pomrukiwali - głęboko, w różnych rejestrach, ciesząc się z góry z zadawania śmierci i ze zwycięstwa. Rzeka spłynęła z pazurzystych kopyt koni. Trawa wyschła, szeleszcząc jak celofan i blednąc śmiertelnie. Wierzby zrzuciły liście, a ich pnie pokryły się zmarszczkami przedwczesnej starości. Niebo ponad wrogą armią poczerniało i strzeliło błyskawicą, która rozłupała skały i powaliła drzewa na szczytach odległych wzgórz. Wódz armii wypuścił konia i jak zmora zbliżył się do Wojowników Nocy. Spojrzał na nich bez słowa. Trwało dość długo, nim przemówił: - Zostaliście ostrzeżeni, by nie wadzić w moich sprawach. Wzbudziliście we mnie wielką złość i dlatego zasługujecie na śmierć. Nie ujrzycie już poranka, Wojownicy Nocy... Rozejrzyjcie się, nacieszcie tym snem, bowiem to właśnie jest miejsce, gdzie spotkacie swój koniec i gdzie zostaniecie pogrzebani na zawsze. Zerwał się zimny wiatr, uniósł z drzew pozostałe na nich liście i osuszył do reszty rzekę, na której dnie rzucały się teraz ryby. Uniósł płaszcz Yaomauitla, który łopotał jak burza z piorunami. Oczy diabła rozgorzały, jego wierzchowiec zarżał i stanął dęba. Kasyx postąpił naprzód. - Na mroczne i święte imię Wojowników Nocy, ujrzymy cię jeszcze zakutego na wieczność w łańcuchy wykrzyknął. Tebulot odtoczył się na bok, pociągając energicznie dźwignię broni i wystrzeliwując pół tuzina ładunków. Kilka z nich trafiło w czarne tarcze żołnierzy Yaomauitla i zostało

odbite w kaskadach iskier. Dwa jednak wniknęły w cele. Dwaj żołnierze eksplodowali jak kotły parowe - unieśli się z siodeł, rozsadzeni uwięzioną nagle w ich zbrojach energią. Xaxxa wystartował, z miejsca stając się celem dla lasu mruczących włóczni. Wywijał się, zakręcał, lecz gdy zawrócił, by podlecieć ż powrotem na żołnierzy, stwierdził, obejrzawszy się przez ramię, że włócznie podążają za nim z martwa wytrwałością samosterujących pocisków. Wystrzelił w górę, ślizgając się po pionowym pasie energii jak po niewidocznych torach. Włócznie podążały za nim. Zawinął pętlę włócznie powtórzyły manewr, z każdą chwila bliższe. Znów przeszedł na wznoszenie, wspinając się najwyżej, jak tylko mógł, zawrócił, kładąc się na boku i zanurkował ku ziemi. Nawet żołnierze Yaomauitla odwrócili się w siodłach, by popatrzeć, jak z grzmotem spada z nieba na podobieństwo złocistego meteoru. Zniknął za wzgórzami. Włócznie zanurkowały za nim. Kasyx zerknął na boki, potem złapał ramię Sameny i rzucił się do ucieczki. Bez Xaxxy nie mieli szans pokonania armii Yaomauitla i jego potomstwa tak, jak poradzili sobie z trupami. Tebulot osłonił ich jeszcze dworna horyzontalnymi wystrzałami, które zwaliły z siodeł kolejnych dwóch żołnierzy Yaomauitla, potem pobiegł za przyjaciółmi. Włócznie ruszyły za nimi, lecz Kasyx zatrzymał je wyładowaniem, które z trzaskiem wyrwało się z jego podniesionej ręki i rozrzuciło pociski na boki. Pojawiło się kilka następnych, lecz Kasyx roztrącił i te. Yaomauitl wydał chrapliwy rozkaz, który zmroził serce biegnącego pod górę Kasyxa. Chociaż wypowiedziany został w nieznanym języku, znaczenie jego było jasne. Usłyszał, jak z metalowych pochew dobywane są ostrza, jak stal dźwięczy o stal, usłyszał krzyk diabelskich żołnierzy ponaglających wierzchowce do szybszego biegu. Usłyszał szczęk uprzęży i zbroi, usłyszał, jak pazury u kopyt rozdzierają ziemię. Wspinali się najszybciej, jak mogli, lecz pochyłość była coraz większa i wiedzieli już, że nie dadzą rady wyprzedzić koni więcej niż o kilka sekund. Kasyx zatrzymał się w biegu. Potem przystanęła Samena, na końcu Tebulot, zgięty wpół, zdyszany. Żołnierze otoczyli ich, groźni i czarni jak cienie, ich konie irytowały się i stąpały w miejscu, ostrza lśniły w blasku burzy, a oczy jarzyły się pod przyłbicami niczym piekielne ognie. Yaomauitl wyjechał przed ich szeregi i zsiadł z konia. Niesamowicie wysoki, zdawał się wznosić nad nimi tak, jak cień góry w zachodzącym słońcu. Wydzielał niezwykły, odpychający smród, smród kozła połączony z zapachem piżmaka i odorem gnijącego mięsa.

Było to coś gorszego niż woń śmierci, był to odór zupełnego, tak fizycznego, jak i moralnego rozkładu. - Klękniecie przede mną, słudzy Ashapoli, i ucałujecie moje stopy. Potem umrzecie. Przez setki łat wieziony byłem za sprawą waszych dziadów, a wy sądziliście, że wystarczy ująć ich broń, by uwięzić mnie znowu. Cóż, przyjaciele, nie tak to miało wyglądać i nigdy tak już nie będzie, a świat nie dotrwa swego końca. Amen. Yaomauitl zrzucił swój fałdzisty płaszcz. Odsłonił znajdującą się pod nim zbroje, kosmate nogi i rozszczepione kopyta bożka Pana. Włosy zlepione były tłuszczem i brudem, pokryte zaskorupiałym łajnem. - Na kolana! - zakomenderował. - Czyści przed nieczystym! Dobro przed Złem! Na kolana, ucałować moje stopy! - Mamy tylko jedną szans? - mruknął pod nosem Kasyx do Tebulota. Tebulot odwrócił się i popatrzył na niego. - Mogę wyładować całą energię naraz, wówczas odeślemy większość tego towarzystwa na tamten świat. - Naprawdę możesz to zrobić? - Samena otworzyła szeroko oczy. - Na kolana!!! - wył Yaomauitl. Cała trójka klęknęła. - Jasne, że mogę - odrzekł Kasyx. - Kłopot tylko w tym, że my również solidnie oberwiemy. A jeśli nawet nie, to może nie starczyć już mocy na wydostanie się z tego snu. Yaomauitl ma rację. To jest miejsce, gdzie spotkamy nasz koniec. - Zrób to - powiedział Tebulot ze zdecydowaniem. - Sameno? - spytał cicho Kasyx. - Zrób to - odparła szeptem, lecz bez wahania. Potomkowie Yaomauitla pozsiadali z koni, gromadząc się wokół Wojowników Nocy. Chcieli być świadkami poniżenia i egzekucji. Ich szaty szeleściły na coraz silniejszym wietrze jak zasłony konfesjonałów w jakiejś bluźnierczej katedrze. W oddali przewalały się grzmoty i błyskawice, ponad nagimi drzewami kołowały sokoły z twarzami ludzi. Kasyx uniósł dłoń i zwrócił się do Yaomauitla: - Nie ucałuję twoich stóp. - A zatem odetnę ci głowę i przytknę twe martwe wargi do mego zadu - odpowiedział chrapliwie Yaomauitl. - Nie, źle mnie zrozumiałeś. Rozumiem już, iż jesteś potężniejszy od Ashapoli i że przez cały czas byłem w błędzie. Chcę czegoś więcej, niż tylko ucałowania twojej stopy. Chcę cię objąć. Chcę przycisnąć cię i poczuć, że jesteśmy jednością.

Yaomauitl milczał przez chwilę, zdumiony. - Wstań -.....rzekł w końcu. Kasyx podniósł się i stanął ze Śmiertelnym Wrogiem twarzą v twarz. - Czy mogę ci uwierzyć? - spytał Yaomauitl. - Jaka mogę ci wyrządzić krzywdę? - odpowiedział pytaniem Kasyx. - Pokonałeś mnie. Jestem twoim niewolnikiem. Zaczęło znów padać; to przybył śnieg, towarzyszący Yaomauitlowi na terytoriach wiecznej zimy, gdzie nastąpiło pierwsze spotkanie. Grzmoty, błyskawice i łagodnie padający śnieg. Klimat godny szaleńca. Nagle Yaomauitl roześmiał się. Śnieg zdawał się dodawać mu pewności siebie. Mógł zestalić powietrze w samym środku elektrycznej burzy! Mógł wszystko! Mógł najeżdżać na ludzkie sny, wszędzie wzniecając anarchie i siejąc spustoszenie! Pokonał Wojowników Nocy, których wysłał przeciw niemu Ashapola! Co więcej, pokonał też ich ducha - teraz klęczeli przed nim przyznając, że to on jest panem świata i że Ashapola nie znaczy więcej niż pył dwudziestu milionów nie otwartych Biblii! - Obejmij mnie zatem! - ryknął do Kasyxa, a ten otworzył ramiona i zbliżył się do wielkiego, czarnego cienia płaszcza Yaomauitla. Przez ułamek sekundy Kasyx przekonany był, że wszystko się uda, że ściśnie Yaomauitla najmocniej, jak potrafi, i uwolni całą zgromadzoną w sobie energię. Yaomauitl zostałby rozpylony na proch i nigdy już nie groziłoby światu jego zmartwychwstanie. A jeśli nawet on i jego Wojownicy Nocy zginęliby w tym nawiedzonym śnie, nie mogąc powrócić do realnego świata - to przynajmniej wypełniliby swój obowiązek. Niestety, w ostatniej chwili, jak w kiepskiej sztuce, wystąpił jeden z potomków Yaomauitla, zagradzając mu sobą drogę do ojca. - Niewiele dotąd okazywałeś mojemu rodzicielowi miłości - zgrzytnął słowami, które odbiły się echem w głowie Kasyxa. - Udowodnij, żeś szczery w swych intencjach, i obejmij najpierw mnie. Kasyx próbował ominąć diablę, lecz na wpół dojrzała istota wpiła się w jego ramię. Kasyx odtrącił ją ostrym wyładowaniem energii. Diabeł krzyknął, Kasyx odepchnął go na bok i rzucił się na Yaomauitla, wymawiając równocześnie formułę, która zwalniała całą jego energię. Yaomauitl był jednak zbyt szybki. Jego płaszcz zawirował, a Strażnik Mocy odrzucony został w ciżbę potomków szatana. - Kasyxie! - krzyknął Tebulot. Rozległa się ogłuszająca eksplozja, która oświetliła

cały świat, oślepiającą białością i rozbiła powietrze na atomy. Gdy Tebulot zdołał znów otworzyć oczy, Kasyx siał z wyprostowanymi w górze ramionami, jego dłonie błękitnie lśniły elektrycznością, a wokół rozpościerały się migoczące bariery czystej energii. Pełgały nad ziemią, rozszczepiały grunt, wyładowując się w ognistych eksplozjach i błyskawicach. Samena ujrzała przez chwilę Yaomauitla, osłaniającego płaszczem oczy. Odczepiła eksplodujący grot, nałożyła go na palec i wycelowała. W tej samej chwili, gdy strzelała, płaszcz Yaomauitla opadł nagle na pustynną ziemię. Diabeł zniknął. Grot przemknął przez ciemniejące niebo i zniknął bez eksplozji. Wyładowania słabły z wolna. Samena i Tebulot podeszli niespiesznie do Kasyxa stojącego na stoku obok pustych zbroi swoich wrogów i martwych ciał potomków Yaomauitla, zwiniętych, lśniących czerwono jak pisklęta, które wypadły z gniazda. Pomimo śniegu, zaczęły się już kłębić wokół nich muchy. - Kasyxie? - spytał łagodnie Tebulot. Kasyx opuścił ramiona i spojrzał na swe dłonie. - W porządku - oznajmił w końcu. - Zużyłem całą energię, ale nic mi się nie stało. Samena objęła go ramionami. - Kasyxie - powiedziała głosem tak cichym, że ledwie ją słyszał. - Przykro mi, że to musiało się tak potoczyć - stwierdził Kasyx, spoglądając na pobojowisko. - Yaomauitl uciekł - powiedziała Samena. - Próbowałam go zastrzelić, lecz zniknął. Z powrotem do świata jawy. - Kasyx nie musiał dodawać, że oni tam już nigdy nie wrócą. Że ich życie trwać będzie tak długo, jak istnieć będzie ten sen, i że jego pejzaż jest ostatnia rzeczą, którą widzą ich oczy. - Jesteśmy zupełnie wyprani z mocy? - spytał Tebulot. - Dętka - westchnął Kasyx z krzywym uśmiechem, - Nie jestem zaiste Duracellem wśród Wojowników Nocy prawda? - Ja mam jeszcze trochę energii - Tebulot uniósł broń, pokazując skalę. - Ja też - dodała Samena. Kasyx pokręcił powoli głową. - Nie łudźmy się, że to wystarczy. Ale możemy spróbować, to i tak niczego nie pogorszy. Skinął na nich, by stanęli po bokach i położyli dłonie na jego ramionach. Zamknął oczy i poczuł, jak przeciekają weń małe rezerwy energii. - No i...? - spytał z niepokojem Tebulot. Kasyx dotknął palcem czoła. - Przykro mi. Gdyby choć jeszcze trochę... Nie jestem nawet w stanie wyrysować ośmiokąta.

Tebulot rzucił maszynę na ziemię. - Cóż, miło było spróbować. Wówczas usłyszeli wycie. Dzikie, wysokie wycie, zupełnie jakby ktoś krzyczał z radości. Odwrócili się i spojrzeli w górę. Niewysoko ponad dnem doliny leciał Xaxxa. Obie zwinięte w pięści dłonie trzymał triumfalnie w górze. Wylądował obok i uścisnął im wszystkim ręce, po czym zaczął podziwiać zdewastowaną przez nich okolicę. - Jak wam się to udało? - Powiedz raczej - odezwał się Kasyx - jak tobie udało się pozbyć tych włóczni? - Stara sztuczka pilotów z pierwszej wojny światowej -wyjaśnił Xaxxa. - Widziałem to na „Błękitnym Maxie” George'a Pepparda. Gdy ktoś cię ściga, nurkujesz aż do ziemi. Wyciągasz w ostatniej chwili, a on nie nadąża. - Ale dlaczego zabrało ci to tyle czasu? - spytał Tebulot. - W „Błękitnym Maxie” mieli rację, że tego nie nadużywali. Zaraz po wyjściu z nurkowania traci się na chwilę przytomność. Dlatego trochę trwało, nim się pozbierałem. - Ale ile energii ci zostało? - spytał Kasyx. - Nie wiem. Czemu? - Xaxxa zmarszczył brwi. Oddaj mi ją. Xaxxa spojrzał podejrzliwie na Kasyxa, lecz nie zadając już dalszych pytań, położył dłoń na jego ramieniu. Kasyx poczuł, jak wpływa w jego ciało strumień energii, dołączając do porcji od Tebulota i Sameny. - I co? - niepokoił się Tebulot. Grunt zaczął drgać i falować pod ich stopami. Znali ten rytm - rytm oddechu śpiącego, który z wolna zaczynał się budzić. Świat trząsł się i przechylał, wiedzieli, że nie są w stanie uciec z tego snu, że wkrótce zapadną się w absolutną pustkę, że zostaną zapomniani przez wszystkich na zawsze, jakby nigdy nie istnieli. - Nie jestem pewien - zawahał się Kasyx. - Nie mam za grosz pewności. - No cóż, spróbuj - zachęcił go Tebulot. - Musisz spróbować. - Niech będzie - zgodził się Kasyx unosząc ręce. Wyrysował w powietrzu ośmiokąt. Był bardzo blady i ledwie się jarzył. Był jednak widoczny. Złączyli dłonie, a Kasyx naprowadził oktagon nad ich głowy. - Modlę się, by się udało - powiedziała Samena. Grunt trząsł się pod ich stopami, a gdy blado lśniący ośmiokąt z wolna dotknął gruntu, opuszczając się z nimi w środku, powiedzieli chórem: - Amen.

20
John Lund kroczył wolno promenadą. Mijał właśnie domek Henry'ego, gdy ujrzał nieznajomego młodego mężczyznę w szarym golfie i szarych spodniach, który wyraźnie usiłował wyłamać frontowe drzwi. John przystanął i przyglądał się temu przez parę minut. Wczesno-poranna bryza łopotała jego podniszczoną marynarką. W końcu podszedł, zdejmując swą panamę. - Przepraszam, młody człowieku, ale nie sądzę, żeby to był pański dom. Młodzieniec obrócił się i spojrzał na niego. John struchlał. Oczy tego człowieka jarzyły się żółto jak u pantery czy demona, a jego usta wykrzywiły się, ukazując zęby i dobywając z siebie najstraszniejsze warczenie, jakie kiedykolwiek słyszał. - Ja, eeee, ja... musiałem się pomylić - powiedział słabo John, nałożył z powrotem kapelusz i zaczął się wycofywać. Zamiast jednak uciec lub dalej grzebać przy drzwiach, młodzieniec poszedł za Johnem aż na promenadę, gdzie ujął go za ramię. Był mocny. Jego dłoń zaciskała się jak żelazne szczypce. - Czy wie pan może, przyjaciela, kto tu mieszka? - spytał łagodnie. John przełknął ciężko ślinę, jego jabłko Adama poruszyło się w górę i w dół pod miękkim kołnierzykiem bawełnianej koszuli. - Tak, proszę pana, wiem, kto tam mieszka. - A więc proszę ze mną. Składam mu właśnie wizytę. - Ależ, młody człowieku, nie sądzę... - Dalej - nalegał młodzieniec. Przysunął się tak blisko, że John czuł smród jego oddechu. Był to paskudny zapach, jakby przepicia lub czosnku. - Pana przyjaciel nie poczuje się urażony, gdy złoży mu pan wizytę, prawda? - Jest dość wcześnie - protestował John, gdy młodzieniec niemal popychał go po ścieżce. - Już prawie siódma trzydzieści. To nie jest wcześnie. A poza tym niektórzy lubią być budzeni przez przyjaciół, prawda? John nie wiedział, co powiedzieć. Stal bezradnie, gdy młody człowiek otwierał drugim śrubokrętem drzwi, a następnie kopnięciem zrywał łańcuch. - I proszę, stary Kasyx musiał nas oczekiwać - uśmiechnął się młodzieniec. - Stary kto? - zmarszczył się John. - Musiał się pan pomylić. Tu mieszka Henry

Watkins. Jest profesorem filozofii i pracuje na Uniwersytecie w San Diego. Młodzieniec gwizdnął z rozbawienia. - Henry Watkins! Jakie to romantyczne imię, prawda? Cóż, może dla pana to jest Henry Watkins, ale dla mnie to Kasyx, a cały jego dom śmierdzi Kasyxem! - Nie ma pan zamiaru niczego ukraść, prawda? - spytał John. Oczy młodzieńca rozjarzyły się jeszcze bardziej intensywną żółcią. - Nie sądzę, by było tu coś wartego kradzieży. Parę książek, trochę pamiątkowych fotografii, kilka butelek alkoholu. Piecyk mikrofalowy. Nie, nie sądzę, bym chciał stąd cokolwiek ukraść. Skinął na Johna, by ten poszedł za nim do salonu, a potem przez korytarz prowadzący do sypialni. John zrobił to z wahaniem, jeszcze ostrożniej zajrzał tam, dostrzegając śpiącego Henry'ego. - Nie wiem, czego pan tu szuka - powiedział, nadając swojemu głosowi nieco szorstkości. - Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli wyjdzie pan stąd zaraz, zanim wpędzi się pan w jakieś kłopoty. Młodzieniec znów zagwizdał. - Kłopoty? Pan żartuje. Tylko jedna osoba jest tutaj naprawdę w opałach, sam Kasyx. Śpi, jak pan widzi, a jego umysł jest gdzieś daleko i śni. Lecz przypuśćmy, że byłby w stanie wrócić i nie znalazłby wtedy swego ciała. - Czy jest pan może jego studentem? - spytał John. - Nie rozumiem nic z tego, co pan mówi, i brzmi to dla mnie jak zupełne nonsensy. I na dodatek niebezpieczne nonsensy. Na pana miejscu, młody człowieku, wyszedłbym stąd jak najszybciej, bowiem jeśli pan tego nie zrobi, to wezwę policję. A wówczas będzie pan musiał wyjść! Młodzieniec bez słowa wyjął z kieszeni chirurgiczny skalpel i przyłożył go końcem ostrza do twarzy Johna. Ten spojrzał na niego z lękiem, a młodzieniec powiedział: - Czy zastanawiał się pan kiedykolwiek, jak to jest być jednym z tych nieszczęśliwych, ciężko okaleczonych ludzi? Jednym z tych nieszczęśników, którzy nie mogą pokazać się publicznie, nie wywołując u innych wstrętu? Na przykład brak nosa albo przerażająca szczelina w górnej wardze. A może policzek? W końcu to tylko chrząstka... John zezował na ostrze skalpela. - Dobrze - odezwał się niemal niesłyszalnie. - Nie wezwę policji, jeśli robi to panu jakąś różnicę. - Jest pan naprawdę inteligentnym człowiekiem uśmiechnął się młodzieniec. - A teraz proszę do sypialni, gdzie zobaczymy, jak można się zabawić z pańskim przyjacielem Henrym

Watkinsem. Kimś, kogo ja nazywam Kasyx. - Nie zamierza go pan zranić? - spytał z lękiem John. - Och, nie - odpowiedział młodzieniec. - Nie zamierzam go zranić. Nie mogę przecież zranić kogoś, kogo tu nie ma, prawda? A Henry Watkins jest teraz zupełnie gdzie indziej. Tutaj pozostało tylko jego ciało. Jego osobowość znajduje się bardzo daleko, dalej niż potrafi pan sobie, mój drogi przyjacielu, nawet wyobrazić. - Błagam pana, młody człowieku - powiedział John bezradnie. - Proszę go nie ranić. Proszę. To mój stary przyjaciel i bardzo dobry człowiek. - Dobry, owszem, według waszych norm - zgodził się młodzieniec. - Według mnie jednak to zaraza najgorsza 7. możliwych. Jest wścibski, nadęty i świętoszkowaty. Już samą swą hipokryzją zasłużył na śmierć. - Błagam pana i proszę - powtórzył John, młodzieniec jednak odwrócił się ku niemu i podniósł skalpel. Nie trzeba już było dalszych ostrzeżeń. John był człowiekiem odważnym, lecz na swój sposób również fatalistą i wiedział dokładnie, co może się stać, jeśli będzie próbował grać bohatera. Może nos, może cięcie na górnej wardze. Może i śmierć. Młodzieniec podszedł do łóżka Henry'ego i skrzywił się z satysfakcją, ziejąc wokół nieświeżym oddechem. Dotknął twarzy Henry'ego i znów skrzywił się do Johna, gdy Henry nie zareagował. Potem zsunął nakrycie, odsłaniając jego pierś, porośniętą skręconymi, siwymi włosami. Naciskał na skórę końcem skalpela, jakby nie mógł zdecydować się, gdzie zacząć. - Widzisz, staruszku, chcę jego serca. Chcę wyrwać mu serce, tak by biło jeszcze w mojej dłoni. To wyrówna rachunki i uczyni zadość sprawiedliwości. Jedno serce za wszystkie moje dzieci, nikt nie mógłby mnie za to winić. - Jest pan szalony! Nie może pan wyciąć mu serca. - Naprawdę? - skrzywił się młodzieniec. - Będziesz się temu przyglądał! Będziesz świadkiem i to osobiście! Chodź bliżej, jeszcze bliżej! Chcę, żeby i na ciebie trysnęło trochę krwi, tak by każdy wiedział, że stałeś obok i przyglądałeś się! Młodzieniec złapał Johna za ramie. - Puść mnie! Jesteś szalony! Puszczaj! - krzyknął John. Młody człowiek wykręcił mu rękę z tyłu w bolesnym półnelsonie i przyłożył skalpel do gardła. John poczuł, że głos mu zamiera. - Mógłbym zakończyć już sprawę - dyszał do ucha Johna. - Mógłbym przeciąć teraz spokojnie twój kark, a potem zobaczylibyśmy, kto tu jest szalony. - Proszę o wybaczenie. Niech mnie pan puści - błagał John. Młodzieniec rozważał przez chwilę wagę przeprosin, potem zwolnił uścisk.

- Muszę sobie to przemyśleć. Wycięcie serca to trochę zbyt dramatyczne, jeśli chodzi o ciebie. Zbyt heroiczne. Tylko Wojownikom czyni się ten zaszczyt. Jest to znak, że ktoś szanuje ich, pragnąc jednocześnie ich końca. Ty nie zasłużyłeś sobie na tyle. Wart jesteś co najwyżej, by obciąć ci stopę i wtłoczyć ją do gardła. John cofał się, w miarę jak młodzieniec wypowiadał te krwawe groźby, aż znalazł się obok łóżka. Dlatego to on pierwszy zauważył, że Henry otworzył oczy, spojrzał na plecy młodzieńca i powoli podniósł głowę z poduszki. - Może obu wam odetnę stopy i... Zamilkł w pół zdania. Zorientował się, że John patrzy gdzieś poza jego ramieniem, że patrzy na Henry'ego. Zamarł w miejscu, zalśnił ślepiami i skoczył, tak że w jednej chwili znalazł się ze wzniesionym skalpelem tuż przy twarzy Henry'ego. Henry siedział już na łóżku, a jego dłoń ściskała torbę z dziewięcioma pieczęciami, które dostali od księdza w San Hipolito. - Yaomauitl - wycedził, zdołał się nawet uśmiechnąć. - Wiesz, co tu mam? Młodzieniec spojrzał na torbę. Zaczął dyszeć, powoli i głęboko. Jego twarz zbladła, czoło spłynęło potem. - Kto ci to dał? - spytał głębokim, gardłowym głosem. - Mieszkańcy San Hipolito. Ci, którzy uważają, że tam jest twoje miejsce i to nie chwilowo, ale na zawsze. - Jesteś głupcem. Nie możesz mnie tam odesłać. Widziałeś już moją siłę. Henry wstał z łóżka. Torbę z pieczęciami trzymał na wysokości twarzy. - Tak, widziałem twoją potęgę, ale znam też potęgę Ashapoli. Znam też potęgę zwykłego, ludzkiego działania. Nie zostałeś pokonany przez trupy, roboty czy starych wiarusów. Pokonali cię młodzi ludzie, którzy byli zdolni do wielkich, heroicznych czynów i do wielkich ofiar. Henry rozluźnił zamykające torbę rzemyki, wyjął pieczęcie, powoli, po kolei, jedną po drugiej, i zaczął wymachiwać nimi przed twarzą młodzieńca. - Myślisz, że boję się tych przesądów? - kpił Yaomauitl. - Sądzisz, że te relikwie mogą zrobić na mnie wrażenie? Może odpowiesz mi nawet, przyjacielu, na takie pytanie: czym według ciebie naprawdę są te relikwie? Kawałem, oszustwem, oto, czym są! Zasranym upominkiem od Bożego Syna. A kimże był ten Boży Syn, co, przyjacielu? Czy wierzysz w Syna Bożego? Czy wierzysz, że naprawdę stąpał po ziemi tyle lat temu i że Jego uczniowie zostawili te żałosne szczątki, które przetrwały do dzisiaj? Henry spojrzał na pieczęcie, potem się uśmiechnął.

- Masz rację, rzecz jasna - przyznał. - Są dość osobliwe, prawda? Lecz wiesz, śmieszna rzecz, ale ja w nie wierze. Wierzę, że Syn Boży chodził po ziemi, wierzę, że te relikwie pochodzą od Jego uczniów. Zdarza się czasem, jak sam może wiesz, że nawet taki zawodowy sceptyk jak ja bierze coś na wiarę. Umilkł na chwilę, zanim podjął: - Widzisz, jest kilka takich rzeczy, które możesz poddać próbie jedynie za pomocą odczuć twego serca. Młodzieniec zaczął się zmieniać. Włosy mu pociemniały, rysy nabrały innego wyrazu i w ciągu kilku chwil Henry miał przed sobą Salvadora Ortegę. Diabeł z pewnością zna najsłabsze miejsce każdego z nas, wie, gdzie skupia się nasze poczucie winy, pomyślał Henry. - Mój Boże, to ktoś inny - wyszeptał John. - Spójrz na niego, on jest kimś innym! - Spokojnie, John - powiedział Henry. - On tylko wygląda na kogoś innego. Robi to po to, by wytrącić mnie z równowagi. - Henry? Posłuchaj mnie, Henry - mówił Salvador. - Nie jesteś Salvadorem. Nie próbuj nawet udawać. - Mylisz się, Henry - nalegał Salvador. - Wiesz, co sądziłem o mojej religii, o Jezusie i Świętej Dziewicy. Widziałem jednak niebo, Henry, na własne oczy widziałem. Nie ma tam nic, o czym tak opowiadają nam księża. Tam jest wspaniale, i nie powinieneś, Henry, poczuwać się do winy. Lecz nie ma tam Boga ani Jezusa, ani aniołów, ani Przenajświętszej Matki. To miejsce, gdzie możesz robić i myśleć, cokolwiek tylko zechcesz, i być, kimkolwiek zapragniesz. To wolność, Henry, oto czym jest niebo, Absolutna wolność. Rzuć te śmieci, Henry, a pokażę ci to wszystko. Chodź ze mną, rzuć tylko to coś. Henry pokręcił głową. - Trzymam te pieczęcie, ty sukinsynu, bo wiem. że odeślą cię one tam, gdzie twoje miejsce. John, cieszę się, że tu jesteś. Bądź tak dobry i spójrz na moje biurko. Znajdziesz tam notatnik, a na pierwszej kartce będzie numer w Baja. Zadzwoń tam zaraz i powiedz, że chcesz rozmawiać z księdzem. Gdy podejdzie, powiesz mu, że dzwonisz od Henry'ego Watkinsa i żeby jak najszybciej przysłał mi wiązową skrzynkę. Powiedz, by się pospieszył. - Wiązowa skrzynka - powtórzył krańcowo zdziwiony John. - Wiązowa skrzynka... Dobrze, Henry. Henry został sam na sam z Yaomauitlem. Stali naprzeciwko siebie. Przez kilka chwil panowało milczenie. Henry czuł, jak z Yaomauitla wycieka zimno zła, zupełnie jakby to płynny tlen spowijał podłogę swymi oparami. - A może tym uda się ciebie skusić? - zacharczał Yaomauitl gardłowo.

Zakręcił dłonią jak magik i zaprezentował wysoką szklankę z zimną, szroniącą szkło wódką, w której pływała oliwka. - Jednego, Henry. Tak tylko, by sprawdzić, czy jesteś już wyleczony. Zasłużyłeś sobie ostatecznie na coś takiego, skoro pokonałeś Yaomauitla. Henry dość długo wpatrywał się w szklankę. Potem znów spojrzał na diabła. Było to kuszące, lecz po ostatniej bitwie nie odczuwał już prawie potrzeby alkoholu, kuszenie było zaś tak topornie przeprowadzone, że bez większego trudu zdławił w sobie resztki pragnienia. Był człowiekiem, był Wojownikiem Nocy. Nic nie mogło zbić go z tropu, osłabić jego zasad, zdławić jego mocy - a już szczególnie alkohol. Yaomauitl machnął dłonią i szklanka z wódką zniknęła. Może kobiety? - spytał, i przez jedną lubieżną chwilę Henry widział nagie piersi, opływowe uda i usta lśniące prowokująco szminką. - Lubisz kobiety? - uśmiechnął się Yaomauitl. Możesz próbować do woli - powiedział Henry. - Tak czy inaczej, wrócisz do San Hipolito, a tam zamkną cię w wiązowej skrzynce, gdzie zostaniesz, aż piekło zamarznie. Obiecuję ci to, Yaomauitl. Diabeł popatrzył na niego żółtymi ślepiami i zasyczał. Jego głowa zdawała się powoli eksplodować, wyglądało to jak puszczony w przyspieszonym tempie film ze wzrostu kalafiora. Policzki zapadły się i nabrały szorstkości, czoło wybrzuszyło się, a ze skroni wystrzeliły rogi. Pierś również mu się rozrosła, a dłonie zmieniły się w futrzaste szpony z długimi, zakrzywionymi pazurami, zdolnymi jednym uderzeniem rozedrzeć ludzkie serce i wywlec wnętrzności. Nogi diabła zgrubiały i okryły się sierścią, stopy zwęziły, zmieniając się w rozszczepione kopyta. Oto była prawdziwa postać Yaomauitla. Oto był legendarny diabeł, widywany w tej postaci przez czarownice, czarnoksiężników czy przelęknionych księży, którzy potem opisywali owe spotkania przez wiele stuleci. Tyle tylko, że diabeł był prawdziwy i stał w sypialni Henry'ego, cuchnąc śmiercią. - Teraz - powiedział chrapliwie Yaomauitl. - Teraz cię zabije, przyjacielu. Teraz poznasz, co to piekło! Machnął łapą w powietrzu, a jego pazury wydały dźwięk gromu. Henry schwycił mocniej pieczęcie. - W imię Ashapoli! - krzyknął. - W imię Boga! - Lecz diabeł schwycił go w obie dłonie, wbijając pazury w jego ciało, rozdzierając piżamę i unosząc go lekko z podłogi. Przez jedną sekundę Henry wpatrywał się w płonące jak pochodnie oczy i w rzędy zębów, które jednym kłapnięciem mogłyby odgryźć jego twarz.

Potem krzyknął jednak: - Wierzę w Boga! Wierzę w Ojca! Wierzę w Syna! Wierzę w Ducha Świętego! Wierzę w Świętą Dziewicę! Wierzę w zmartwychwstanie! Wierzę w tamten świat i życie pozagrobowe! I wypieram się ciebie, Yaomauitlu! Wypieram się! Pokonałem cię! Diabeł trząsł nim, aż zdało się Henry'emu. że lada chwila mózg wypłynie mu uszami, a pazury bestii przedrą się przez ciało, dosięgając żeber. - Och, Boże! - krzyknął, uniósł dziewięć pieczęci i cisnął je w cierpieniu na twarz Yaomauitla. Ten zaskrzeczał - był to odgłos, jaki wydaje karoseria podczas dachowania na autostradzie - tyle że dwadzieścia razy głośniejszy. Upuścił Henry'ego na podłogę i zakrył łapami oczy. Trząsł się cały, jakby w ataku choroby. Podrapany i posiniaczony Henry odczołgał się z wysiłkiem po dywanie. Trzęsła się nawet podłoga, a obrazki spadały ze ścian. Potem Yaomauitl upadł, lecz upadek ten był cichy i powolny. I gdy Henry zdołał się obejrzeć, wsparty na brzegu łóżka, wszystkim, co ujrzał, była postać wielkości zdechłego psa, bezkształtna i kudłata. Yaomauitl szarpnął się jeszcze i znieruchomiał. W drzwiach pojawił się John. Twarz miał w tym samym kolorze co płócienna marynarka. - Dodzwoniłem się do księdza - oznajmił bezosobowym głosem. - Zdawał się wiedzieć, o co chodzi. Powiedział, że będzie tu najszybciej, jak się da. Popatrzył na krwawe plamy na piżamie Henry'ego. Podszedł do łóżka i przyklęknął przy przyjacielu. - Jesteś ranny. Może zadzwonię jeszcze po pogotowie. - Nie, nie - zaprotestował Henry. - Nie sądzę, by lekarze zrozumieli, co tu się stało. Idź tylko i przynieś mi z szafki w łazience bandaże. A potem zahacz jeszcze o barek i podaj mi butelkę z wódką. Wolno i z wysiłkiem Henry zdjął resztki piżamy. Rany zadane mu przez Yaomauitla były głębokie, lecz wąskie. Przetarł je zrolowaną górą od piżamy. Potem, gdy John przyniósł mu bandaże i butelkę, spryskał to wszystko wódką dla odkażenia. Zacisnął zęby, gdy alkohol wypalał rany. Przykre uczucie znikło jednak wkrótce i bez większych kłopotów zdołał owinąć się bandażami. - Podejrzewam, że nie jesteś w stanie wyjaśnić mi, co to właściwie było - powiedział John. Henry wskazał głową skurczone truchło Yaomauitla. - Powiedziałem ci, że muszę walczyć z diabłem. Nie uwierzyłeś. A tak właśnie było. I co więcej, to ja wygrałem.

- Ale dlaczego ty, Henry? Dlaczego to właśnie ty musiałeś walczyć z diabłem? - Nie wiem - odparł Henry z filozoficznym spokojem. - przypuszczam, że na każdego przychodzi taki dzień.

Epilog
Był już wieczór, gdy sześciu meksykańskich robotników opuściło sporą, wiązową skrzynkę do grobu pod podłogą kościoła w San Hipolito. Potem miejsce zostało przykryte płytą posadzki, a ksiądz nakreślił na nim wodą świeconą znak krzyża. Henry, Gil, Susan oraz Lloyd przystanęli nie opodal i przyglądali się ceremonii z czymś, co było zarazem dumą i ulgą. - O, Panie, zatrzymaj tego diabła bezpiecznie w jego grobie, aż zaświta dzień Sądu Ostatecznego, kiedy będzie on musiał pokłonić się przed Tobą i uznać Twą władzę. Ochroń wszystkich tych, którzy narazili się, by pojmać tego diabła, i tych wszystkich, którzy jako bezwolne instrumenty mogliby nieść jeszcze jego zemstę, i niech świat człowieka wolny będzie od jego zarazy na wieki wieków. - Amen - powiedział Henry. - Amen - powtórzyli za nim Gil, Susan i Lloyd. Wyszli na zalany słońcem ganek, uścisnęli dłonie księdzu, dali papierosy i pieniądze robotnikom. Ci ostatni żegnali się nieustannie i zaraz pospieszyli do domów, by znaleźć się w nich przed zmrokiem. Jeden z nich mruknął jeszcze: „Yaomauitl” i splunął w kurz. - Uratowaliście życie wielu, przyjaciele - powiedział ksiądz. - Zasłużyliście na naszą wdzięczność. - Tak naprawdę, to przede wszystkim zasłużyliśmy sobie na sen - powiedział Henry zmęczonym głosem, pocierając kark. Wyjechali z San Hipolito pylistą droga, wiodącą wprost na zachodzące słońce. Gdy jechali już na północ, Gil spytał: Co teraz robimy? Wciąż jesteśmy Wojownikami Nocy, czy jak? Henry spojrzał na niego. Zawsze nimi pozostaniemy. Wiesz o tym. Ale diabeł jest już z powrotem w pudełku. - To jeszcze nie powód, byśmy przestali być Wojownikami Nocy. Podrzucili Susan i Lloyda do domów, potem pojechali do domku Henry'ego wypić jeszcze po filiżance kawy. - Zamierzasz wrócić do picia? - spytał Gil. Henry wyszedł z kuchni z ręcznikiem w dłoni. Wycierał właśnie ręce. - Nie sądzę. Chyba nie będę już tego potrzebował. Zasiedzieli się do drugiej nad ranem.

- Pojadę już do domu - stwierdził w końcu Gil. - Jutro od rana muszę być w sklepie. Henry spojrzał na puste filiżanki po kawie i przytaknął. Wyglądasz na zmęczonego zauważył Gil. - Bo i jestem - zgodził się Henry. - Tyle tylko, że nie chcę się kłaść. Gil nic nie mówił, lecz rozumiał uczucia Henry'ego. - Tak prawdę mówiąc powiedział Henry - boję się snów.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->