P. 1
Wiesław Górnicki - Wielki Świat, Ze Wspomnień Snoba-Katorżnika - 1976 (zorg)

Wiesław Górnicki - Wielki Świat, Ze Wspomnień Snoba-Katorżnika - 1976 (zorg)

|Views: 902|Likes:
To właśnie w tym klubie odbyła się pamiętna rozmowa Nelsona Rockefellera z Onassisem na jakieś tematy finansowe. Słuchający jej Paul Getty (najbogatszy człowiek świata), mocno już zamroczony „Napoleonem”, powiedział w pewnej chwili:
- Dżentelmeni, czy nie moglibyśmy we trzech nabyć Rosji i Chin, żeby w końcu było trochę spokoju?
To właśnie w tym klubie odbyła się pamiętna rozmowa Nelsona Rockefellera z Onassisem na jakieś tematy finansowe. Słuchający jej Paul Getty (najbogatszy człowiek świata), mocno już zamroczony „Napoleonem”, powiedział w pewnej chwili:
- Dżentelmeni, czy nie moglibyśmy we trzech nabyć Rosji i Chin, żeby w końcu było trochę spokoju?

More info:

Published by: biblioteka_zorga on Nov 24, 2009
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

11/26/2011

pdf

text

original

Wielki świat ze wspomnień snoba-katorżnika

Wiesław Górnicki

1. PIERWSZE POWAŻNE OSTRZEŻENIE
To, co paostwo trzymają w ręku - waham się, czy to nazwad książką, ale o tym później - jest owocem głębokiej rozterki, długotrwałych rozmyślao i kłopotliwego kompromisu. Jak wszystko w naszym życiu. Przynajmniej w życiu dziennikarsko-wydawniczym. Rozterka dotyczyła głównie problemu, czy wolno opowiadad stare dowcipy i pobierad jeszcze za to od czytelników à zł... od głowy. Doszedłem do wniosku, że wolno. Rozmyślania były bardziej skomplikowane. Muszę zacząd od tego, że przed czterema laty zaopatrzyłem sied detaliczną „Domu Książki” w znaczną ilośd egzemplarzy swej książki pt. „Opowieści zdyszane”. Podobną czynnośd nagminnie uprawiają u nas tysiące ludzi i nie byłoby się z czego spowiadad, gdyby nie to, że wspomniana książka odniosła spory sukces. Używam tego słowa z przerażeniem, bo pradawny obyczaj zabrania Lechitom przyznawad się do sukcesów indywidualnych, w zbiorowe zaś Lechici nie wierzą. Chyba że w kolarstwie szosowym. Naszym ulubionym wzorcem jest człowiek cierpiący, niespełniony, pogrążony w konflikty i rozterki lub przynajmniej trochę prześladowany, wszystko jedno za co; nigdy zaś facet, któremu się powiodło i który ma jeszcze czelnośd aby to publicznie wyznawad. Jesteśmy wielcy i wspaniali, lecz przecież nie do tego stopnia, żeby komukolwiek wybaczad bezwstydne samochwalstwo. Autor niniejszego nie jest pod tym względem wyjątkiem i szczerze nie znosi reklamiarzy, z samym sobą włącznie. Z przekory, z wrodzonego ryzykanctwa i we własnym, należycie pojętym interesie będę się jednak upierał przy tym sformułowaniu. Sukces - to brzmi strasznie, ale może zechcą paostwo rozważyd kilka okoliczności łagodzących. Stwierdzam więc bez cienia zakłopotania, że trzydzieści tysięcy egzemplarzy „Opowieści” zniknęło z księgaro w ciągu kilkunastu dni. Nie zalegałem paostwowych magazynów, nie naraziłem redakcji na wyrzuty sumienia ani dyrekcji wydawnictwa na wymówki. Pretensji innego typu, o ile wiem, na razie nie było, a jeśli były, to z głęboko niesłusznych pozycji iw ogóle nie w tej sprawie. Skarb paostwa sowicie na mnie zarobił; ośmielam się nawet sądzid, że zbyt sowicie. Nie pojmuję: i czegóż tu się znów tak zapierad, jak żaba błota? Już mistrz Konstanty Ildefons pouczał w swej nieśmiertelnej „sztuce rymotwórczej”, że poeta niczym się nie różni od krawca, jeśli obaj nie kantują klientów i sumiennie przestrzegają reguł rzemiosła. Oczywiście, mówiąc o sukcesie, nie mam na myśli żadnych tam literackich wawrzynów, bo te nigdy nie wieoczą czół ubogim wyrobnikom piśmiennictwa urlopowo-wagonowego. Ani też pochlebstw krytyki, bo ta żurnalistów nie rozpieszcza, słusznie w nich upatrując zmorę naszych czasów. W niebie Prawdziwej Literatury nie ma nawet najmniejszej przegródki na nikczemne płody, zrodzone z chciwości autora i zdrożnego zamiaru, aby pisywad ku rozśmieszeniu serc. Ale w sumie nie jest źle. Doświadczenie mojej branży wskazuje, że w biedzie, tzn. po napisaniu dłuższego kawałka w formie książki, można liczyd przynajmniej na wiernych przyjaciół. Obowiązuje u nas zdrowa moralnie, cechowa zasada wzajemnych usług, a także zbiorowe ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków pisarskich. Dobrzy koledzy, nawet bez namów i namolnego nękania, zawsze coś tam miłego napiszą w zaprzyjaźnionej gazecie i znajdą wyszukany komplement, od którego konkurencja zielenieje z zazdrości. Bardzo to piękny obyczaj.

Tym więc przyjaciołom, którzy spełnili cechową posługę, składam niniejszym z głębi serca płynące podziękowanie oraz wyrazy szacunku. Tych zaś, którzy tego nie uczynili, chod mogli, lojalnie uprzedzam, że mogą na mnie nie liczyd, kiedy sami wydadzą jakieś Dzieło. Recenzje, jak wszyscy wiemy, są u nas wyłącznie przejawem życia towarzyskiego wyższych sfer i nie mają żadnego związku z czymkolwiek innym, a już najmniej z treścią recenzowanego Dzieła. Nie widzę przeto powodu, abym miał kogoś nagradzad za gnuśnośd w tak dla mnie ważnej sprawie. Mówiąc więc o sukcesie mam raczej na myśli, jak zwykle, inteligentnych księgarzy, kochane panie bibliotekarki, zarządy różnych klubów i wszystkich niezawodnych, bystrych, miłych sercu czytelników, którzy nie poskąpili trzosu, aby nabyd spod lady wyrób niżej podpisanego. Ze szczególną sympatią myślę tu o młodym pokoleniu, które, jak mi donoszą, pokładało się ze śmiechu nad niektórymi partiami książki, dowodnie obalając mit o rzekomym konflikcie pokoleo. Skoro umiemy się jeszcze pośmiad na ten sam temat, to znaczy, że wapniakiem nie zostaje się tylko z powodu długości życiorysu, lecz z całkiem innych przyczyn. Bardzo to pocieszający wniosek. Jest to też w istocie główny powód, dla którego ośmielam się z podniesionym czołem zaoferowad paostwu nowy, a właściwie starannie odnowiony produkt naszej firmy. Ale nie jest to, niestety, takie proste, żeby się mogło obejśd bez niniejszego wyjaśnienia. Muszę bowiem lojalnie ostrzec, że jeśli już paostwo zdecydują się wydad tę skromną skądinąd sumę na zakup „Wielkiego świata”, konieczna będzie przy lekturze łagodnośd usposobienia i wyrozumiałośd dla obłąkanych pomysłów autora. Kiedy zaproponowano mi wznowienie jednego rozdziału z „Opowieści zdyszanych” - właśnie tego o wielkim świecie i kulisach Narodów Zjednoczonych, bo on to cieszył się największą poczytnością uświadomiłem sobie, że sprawa jest odrobinę skomplikowana pod względem bibliograficznym i moralno-finansowym. Czy można wydad rozdział z jednej książki jako inną, zupełnie samodzielną książkę? Czy wolno nabierad czytelnika na nowy tytuł, jeśli znajdzie pod nim znane już sobie anegdoty? I narażad autora na dalszy uszczerbek i -tak już nadwątlonej reputacji? Na wszystkie te pytania kategorycznie udzieliłem sam sobie odpowiedzi przeczącej. Nie będę jednak ukrywał, że oferta była zbyt nęcąca, żeby wzniosłe porywy moralne miały przeważyd nad pokusą. Takich wzniosłych to ja ostatnio nie widuję. W rezultacie zrodził się więc kompromis. W którym, jak sądzę, nie jestem taki znów odosobniony, jeśli wnioskowad z pewnych ewenementów dyplomatycznych. Może właśnie człowiek gorliwy, nadążający i przezorny powinien się dziś wykazad błyskotliwymi kompromisami, czyli postępowad tak, aby uchowad trochę cnoty i zarazem zarobid trochę pieniędzy. Czy doprawdy mam wyliczad przykłady, które mnie skłaniają do takiej supozycji? To, co paostwo trzymają obecnie w ręku, stanowi w zasadzie coś w rodzaju znacznie rozszerzonego rozdziału pt. „Ze wspomnieo snoba-katorżnika”, znajdującego się w książce „Opowieści zdyszane”. Ci zatem spośród czcigodnych czytelników, którzy wietrzą tu jakiś szwindel i marudzą z wysupłaniem... złotych na zakup nowego wyrobu naszej firmy, zostali niniejszym lojalnie ostrzeżeni. Zechcą więc nie wnosid pretensji do autora lub wydawnictwa, bo nie ma u nas przymusu czytywania czegokolwiek, i to jeszcze za własne pieniądze.

Niezależnie jednak od ostatecznej decyzji, proponuję, aby paostwo zapoznali się z ciągiem dalszym wyjaśnieo. Używając określenia „w zasadzie” nie mam przecież na myśli żadnej tam pospiesznej kosmetyki na odczepnego, dokonanej niedbale dla tzw. mydlenia oczu. Przeciwnie. Nie będąc pieszczochem muz muszę w pocie czoła pracowad na kolejny sukces i nie ośmieliłbym się puszczad fuchy. Wykonałem moją robotę solidnie i z niemałym nakładem kosztów własnych. Nie tyle zresztą z wrodzonej pracowitości, co z prostego powodu, że w moim cechu trudniej jest oszwabid klienta niż w konfraterni baronów pióra. Natchnienie zawsze można pozorowad, lecz rzemieślnicze partactwo ujawnia się natychmiast, jak roztrajbowana droselklapa, co ryksztosuje. O ile baronowie inkasują swe honoraria za wolne wzloty ducha, o tyle my, żurnaliści, istniejemy na rynku tylko wtedy, gdy potrafimy opowiedzied, jak naprawdę było, a nie jak mogło byd. Powodowany tą dewizą, wybrałem się specjalnie za ocean, do moich ukochanych Narodów Zjednoczonych, aby się dowiedzied, co słychad i co się tam zmieniło w ciągu pięciu lat mojej nieobecności. Powiem od razu, że zmieniło się sporo, przede wszystkim wśród różnych papierowych tygrysów, i rad będę o tym obszernie opowiedzied. Dodam też, że nie leniłem się ze zbieraniem nowych anegdot, z wymyślaniem point wyższej jakości i z usilnym przypominaniem sobie wszystkiego, o czym przed sześcioma laty pragnąłem jak najszybciej zapomnied. Nie będę udawał, że takie teksty piszą się same, za cichym podszeptem muz i do wtóru serafioskich pieni. Napracowałem się nad tym nowym wcieleniem „Snoba” jak wszyscy diabli i mam nadzieję, że fakt ten zostanie doceniony przez czytelników oraz przyjaciół-recenzentów. (Koledzy! Niech mi który napisze, że jest to „wznowienie znanej książki”... będę straszył w nocy, ostrzegam!) Krótko mówiąc, „Wielki świat” jest produktem tak gruntownie odremontowanym, że nawet ci z paostwa, którzy już swoje odeśmiali przy „Opowieściach”, mogą bez obawy sięgnąd po niniejszy tom. Tekst został ponad dwukrotnie poszerzony. Przywróciłem różne ryzykowne dowcipy, które ze skomplikowanych powodów nie zmieściły się w poprzedniej wersji. Skreśliłem inne, które uległy - hm - dezaktualizacji. Opowiadam zupełnie nowe facecje, np. o dalszych losach Adnana Paczaczi, o Republice Minerwy, o zwyczajach na carskim dworze oraz o malowniczych skutkach, jakie spowodowało wkroczenie ChRL do ONZ. Życzę zatem paostwu przyjemnej lektury. I proszę się nie zrażad, jeśli miejscami tekst wyda się nieco znajomy. Szwejk też zaczynał wszystkie swe opowieści od wyjaśnienia, że u nich, w Czeskich Budziejowicach, była pewna wdowa... Aha, jeszcze jedno: dlaczego pierwsze ostrzeżenie? Bo pierwsze. Skąd mogę wiedzied, czy wkrótce nie napiszę nowej, jeszcze bardziej rozszerzonej wersji „Snoba”? Co prawda, przy osiemnastym wydaniu i technice nieustannych poprawek dzieło liczyłoby jakieś 1500 stron, ale jeśli o mnie chodzi, to mogę przez resztę życia pisywad już tylko nowe rozdziały „Snoba”. Takie ploty o obcych krajach niczemu nie szkodzą i niczemu nie pomagają, a przez swą cudowną głupkowatośd gwarantują autorowi pokój i bezpieczeostwo, co jest o tyle ważne, że w naszej branży wszelkie inne próby nieodmiennie kooczą się rozcieraniem lędźwi lub złośliwym rechotem po kawiarniach.

Zresztą, doświadczenie poucza, że wydaje się u nas jeszcze dużo gorsze knoty, więc dlaczego miałbym sobie żałowad, dopóki się to czcigodnym czytelnikom nie znudzi? Pewien mój przyjaciel powiada, że w 34-milionowym kraju powinno byd miejsce na wszystko: na każdą głupią sprawę i na każdy snobizm. Jest to radosny i optymistyczny wniosek (zakładając, że przyjaciel ma rację), którym kooczę niniejsze wyznania, aby paostwa nie zanudzid zbyt wcześnie.

2. AUTOR WYJAŚNIA SWÓJ POGLĄD NA WIELKI ŚWIAT
Myślę nieraz z melancholią, że kiedy przyjdzie moja pora na pisanie pamiętników - a słabośd ta podobno nawiedza każdego średnio gramotnego człowieka dwa razy w życiu, przy czym recydywa jest groźniejsza i zazwyczaj połączona z komplikacjami - nie będę jednak autorem bestsellera. Pewno, gromadzi się to i owo i czy ja twierdzę, że się nie gromadzi? Czy utrzymuję, że moja pamięd nie obejmuje już zamierzchłych czasów, o których wszyscy zainteresowani tak gorączkowo zapomnieli? Nic takiego nie twierdzę i nie utrzymuję. Chodzi po prostu o to, że znam zbyt wielu konkurentów o lepszym dostępie do pulsujących źródeł historii, abym mógł żywid złudzenia. Cierpliwośd zresztą nigdy nie była moją mocną stroną i, szczerze mówiąc, mogę tę garśd anegdot opowiedzied od razu, żeby to mied z głowy i na starośd zająd się spokojnie łowieniem ryb. Czasem naprawdę odnosi się wrażenie, że całą najnowszą historię rodu ludzkiego można by streścid w jednej serii anegdot - ani szczególnie zabawnych, ani nadmiernie głębokich. Nie wykluczam jednak, że może to byd zbyt odosobniony punkt widzenia, toteż nie będę się przy nim upierał, bo ostatecznie każdy woli chodzid w nogę, chodby nawet nie w pierwszej czwórce. W ciągu prawie pięciu lat, spędzonych w nowojorskiej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w charakterze korespondenta Polskiej Agencji Prasowej i „Życia Warszawy”, mogłem się napatrzed i nasłuchad na resztę życia. O filozoficznym myśleniu tu nie wspominam, ponieważ na ten luksus mało kto może dziś sobie pozwolid. Wszystkiego dzieje się za dużo, za szybko i w zbyt wielu miejscach naraz. A już w sercu „szklanej menażerii”, jak niegodziwi złośliwcy przezwali gmach ONZ nad Wschodnią Rzeką, myślenie leży stanowczo poza zasięgiem ludzkich możliwości, czego przejmującym dowodem były m.in. korespondencje niżej podpisanego, zamieszczane w ciągu tych pięciu lat w prasie krajowej. Nie jedynym może dowodem, ale godnym uważnego odnotowania. Tylko patrzed i słuchad można do upojenia. Mównica z zielonego marmuru, ustawiona w wielkiej sali Zgromadzenia Ogólnego, stała się czymś w rodzaju chrzcielnicy dla współczesnych polityków: kto chod raz na nią nie wstąpił, jest właściwie nieważny. Stąd zapewne ten niesłychany tłok w kuluarach. Nowy Jork, na skutek ulokowania w nim centralnej siedziby Narodów Zjednoczonych, można przyrównad do skrzyżowania wielkich dróg współczesnego świata. Pewno na tej zasadzie nieustannie przeciągają przez to miasto całe stada znakomitości. Nigdzie nie widziałem tylu prominentów co tam i jestem przekonany, że nigdy więcej tylu już ich nie obejrzę. Moje notatki wskazują - albowiem mam ohydny zwyczaj prowadzenia notatek na rozmaite okoliczności - że któregoś miesiąca oglądałem na własne oczy jednego cesarza, trzech królów, ośmiu premierów i około dziewięddziesięciu ministrów, nie licząc drobnicy. Z niektórymi, królów nie wyłączając, uciąłem sobie pogawędki, a com się napatrzył na tak zwaną kuchnię historii, tego mi już nikt nie odbierze. Czytelnicy prasy zapominają często, że każda kolejna sesja Zgromadzenia Ogólnego

jest ogólnoświatową konferencją ministrów spraw zagranicznych, a bywa, że i wyżej. Jest to właściwie jedyna w ogóle szansa, aby zobaczyd tyle nadzwyczajnych osobistości w jednym miejscu. Inna rzecz, że moje rozmowy z głowami koronowanymi nie porwałyby zapewne wyobraźni historyków dyplomacji i nie zasługują nawet na miano porządnej anegdoty, może ze względu na zadziwiającą małomównośd niektórych monarchów. - Nice to meet you1 - powiedział do mnie pewien król, kiedy zostałem mu przedstawiony przez marszałka dworu jako „Mr Garnoyski from Bułgaria”. Anonserzy z protokołu dyplomatycznego odznaczają się powszechnie znanym talentem do przekręcania nazwisk i poprawiania geografii. Wiem z doświadczenia, że próby prostowania czegokolwiek są kompletnie bezcelowe i prowadzą do jeszcze gorszych nieporozumieo, toteż zmilczałem tę drobną nieścisłośd, aby się nie wdawad w małostkowe utarczki w obliczu majestatu. Nie bardzo wtedy wiedziałem, co się odpowiada królowi na takie dictum - że co? że ja się też cieszę z uściśnięcia ręki zacofanemu feudałowi? - poprzestałem więc na geście odpowiadającym mojemu wyobrażeniu o dwornym ukłonie. Musiało to wypaśd osobliwie, gdyż król, spłoszony karcącym spojrzeniem marszałka, klepnął mnie po ramieniu i oświadczył, aby mi dodad otuchy: - A, wiem, słyszałem. Z Bułgarii. Piękny kraj. Dzielny kraj. Pan tu dawno? - A, dawno, wasza królewska mośd - wtrąciłem gorliwie, rad niezmiernie, że się w koocu nawiązuje jakaś konwersacja. - To dobrze - kontynuował król. - To zależy od punktu widzenia, wasza królewska mośd - wypaliłem pospiesznie, aby nie puszczad płazem dwuznacznej aluzji. Zanim jednak zdążyłem rozwinąd orle skrzydła retoryki, marszałek warknął na mnie wściekle i z pewnym pośpiechem przyprowadził przed dostojne oblicze następnego w kolejce kolegę. - Mister taki-a-taki z Libanu - zaanonsował donośnie, posyłając mi jednocześnie wściekłe spojrzenie, ponieważ marudziłem z zaszyciem się w tłum. Zdążyłem jeszcze usłyszed, jak król mówi, że Liban jest małym, lecz dzielnym krajem. Kolega co prawda pochodził z Algierii, ale taki był czarniawy na twarzy, że wszystko mu można było imputowad. Zresztą on także nie usiłował prostowad nieścisłości. Raz to już kiedyś pochopnie uczynił i potem przez całe przyjęcie uchodził za bohaterskiego przedstawiciela Angoli. Fakt, że Angola, podobnie jak wszystkie inne kolonie portugalskie, nie miała wówczas stałego przedstawiciela w ONZ, w nikim nie budził nadmiernych wątpliwości. Ostatecznie nie sposób przy każdej okazji zaglądad do błękitnej książeczki ze spisem członków Organizacji, a zmiany następują w tak szybkim tempie, że trzeba napoleooskiej głowy, aby się w nich rozeznad. Będę miał jeszcze honor popytlowad trochę na ten temat. Domyślam się, że paostwo są nieco rozczarowani lakonicznością przytoczonej tu rozmowy z monarchą. Zapewniam jednak, że przeważająca większośd rozmów na tym szczeblu przebiega właśnie
1

Miło mi pana poznad.

tak - minimum treści i minimum słów. To są normalne następstwa zdemokratyzowania się obyczajów w życiu międzynarodowym. Kto wie, czy w ohydnej zasadzie błękitnokrwistych, aby chamów nie wpuszczad na salony, nie tkwiło tzw. racjonalne jądro. Trzysta lat temu chudopachołek mojej proweniencji zostałby po prostu potraktowany obuszkiem i wrzucony do fosy za sam pomysł, aby spojrzed w oblicze monarchy i jeszcze fundowad mu łapę. Gdybym był specjalnym korespondentem na Kongresie Wiedeoskim w roku 1815, księciu Metternichowi też na pewno nie przyszłoby do głowy, żeby mnie zapraszad do menueta lub raczyd sarnim udźcem, a są podstawy do przypuszczenia, że i car Aleksander I mógłby mnie zaszczycid najwyżej krótką, rzeczową odzywką: „Won, skatinal” Jeszcze przecież w Lidze Narodów traktowano dziennikarzy jak padlinę, chyba że mieli przed nazwiskiem coś w dobrym stylu. A dziś właściwie nie ma tak podłej kondycji, która sama przez się uniemożliwiałaby wstęp w rejony najwyższego high life'u. W gruncie rzeczy dopiero nasze ukochane Narody Zjednoczone, tak gorliwe w głoszeniu równości i przesiąknięte strachliwym demokratyzmem, spowodowały, że dosłownie każdy może się dziś pętad u najgłówniejszego ołtarza naszych czasów. Czy może byd lepszy dowód niż przygody niżej podpisanego? Nie bywam wprawdzie w pałacu Buckingham ani u dworu saudyjskiego, lecz swoje przecież odstałem i odsiedziałem gdzie trzeba. Ale kiedy tak sobie brylowałem po różnych nowojorskich salonach nigdy, nawet przez chwilę, nie opuszczała mnie pamięd o okolicach mego dzieciostwa, tzn. skrzyżowaniu ulic Dworskiej i Skierniewickiej w Warszawie, jako że mój ówczesny wielki świat zaczynał się dopiero w rejonie placu Kercelego, a Marszałkowska była czymś w rodzaju Paryża. Byd może panowały na Kercelaku nieco swobodniejsze obyczaje, lecz protokół i rozwarstwienia natury towarzyskiej były z całą pewnością w najlepszym stylu. Dama, która miała na własnośd budkę z barchanowymi desusami, była oczywiście nieskooczenie ważniejsza od osoby parającej się domokrążną sprzedażą zimnych ogni lub rzodkiewek. A już w sferach urzędniczych przepaści były wręcz eschatologiczne: pani konduktorowa wąskotorowa mogła ustępowad towarzysko paniom konduktorowym szerokotorowym, lecz przecież filowała o siedemnaście klas ponad sąsiadką, której małżonek był szambelanem, tzn. opróżniał szambo w rejonie placu Szlenkierów, chod też przecież był funkcjonariuszem miejskim. Odnoszę wrażenie, że jeśli ósmy Earl Pinchestershire przewyższa socjalnie Czternastego Lorda Hamster, to jest to tylko kwestia układu odniesienia, nie zaś zasady. Albowiem zasady wielkiego świata są identyczne na placu Kercelego i w okolicach Trafalgar Square. Nie chodzi o to, kto jest naprawdę lepszy; chodzi o to, co sobie na ten temat wyobrażamy. Wystarczy, aby bezczelny parweniusz w rodzaju niżej podpisanego pokręcił się trochę w najwyższych rejonach towarzyskich i zaraz mu takie myśli przychodzą do głowy. I cała frajda na nic. O w wielki świat, którego absolutnym ukoronowaniem są dziś Narody Zjednoczone, zawsze się opierał na znanej sztuczce psychologicznej: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Najdroższa restauracja w Nowym Jorku nosi nazwę „Le Pavillon”, ale podobna knajpa w Paryżu nazywa się „The Drugstore”. Elegancki hotel w Miami będzie się puszył nazwą „Lido”, ale takiż hotel na Lido czaruje nas neonem „Miami”. Zawsze najgoręcej tęsknimy do rzeczy nieosiągalnych czy bodaj dostatecznie dalekich; wystarczy ich raz dotknąd, aby szybko odzyskad trzeźwośd spojrzenia. Wcale nie jest powiedziane, że to pomaga.

Stąd też myślę, że może lepiej było nie kruszyd np. mitu o balu w wiedeoskim Burgu: w takt Straussowskiego walca przystojni do szaleostwa porucznicy huzarów wirują na lustrzanym parkiecie z pięknymi jak stara miniatura pannami z najlepszych rodzin. Quelle grâcel W praktyce wyglądało to zazwyczaj tak, że porucznicy womitowali w klozecie, przebrawszy miarę w spożywaniu okowity (bo gaża rzadko starczała na szlachetne wina mozelskie), natomiast bajeczne panny miały pod sukniami z muślinu pocerowany gorset z nadłamanymi fiszbinami oraz potworne pantalony, do których uruchomienia trzeba było pułku kirasjerów. Poza tym po obiciach łaziły pluskwy, stare damy zatruwały środowisko, lokaje mieli głównie skłonnośd do lokajczyków, a orkiestra - na co wściekały się dwa pokolenia Straussów - okrutnie fałszowała, dmuchając na przemian w trąby i w kufle z pilznerem. Nic się właściwie nie zmieniło od tamtych czasów, jeśli nie liczyd faktu, że pluskwy uodporniły się na DDT. A mit przydałby się na dzisiejsze czasy. Ileż to czytelniczek marzy o takim walcu; ilu czytelników widzi się w huzarskim mundurze! Mówię to w oparciu o wiedzę i opisy innych snobów-katorżników, lecz także na podstawie własnych obserwacji. Ludzie mojej kondycji mają w ogóle przykry zwyczaj nadmiernie przenikliwego patrzenia na wielki świat i szybko wyzbywają się zauroczeo na tym tle. Zresztą, wielki świat chyba już się w ogóle kooczy. Cóż wymowniej o tym świadczy niż smutna historia księcia Windsoru? Ten arystokratyczny facet o ptasim móżdżku, który (facet, nie móżdżek) w swoim czasie nie krył się wcale z uwielbieniem dla Adolfa Hitlera, a poglądy miał takie, że neandertalczycy mlaskaliby z rozkoszy, mógł byd bożyszczem pensjonarek tylko dlatego, że pensjonarki mają ograniczone rozeznanie w polityce i życiu towarzyskim. Afera z panią Simpson skutecznie przesłoniła najoczywistsze niedomogi księcia, lecz przecież nie na tyle, żebyśmy nie wiedzieli, czym się czcigodny eks-monarcha zajmował przez ostatnie 25 lat swego życia. Wynajmował się po prostu na przyjęcia u bogatych bab amerykaoskich jako conversation piece, czyli gośd, o którym się mówi. Jego taksa wynosiła 500 dolarów za wieczór, a w koocu, gdyby nie pani Simpson, człowiek miał szanse zostad na dłużej królem Wielkiej Brytanii i do tego jeszcze Północnej Irlandii. Jeżeli to ma byd dzisiaj wielki świat, to wolałem swój Kercelak. Tata Tasiemka miał przynajmniej jakiś fason. Kiedy w towarzystwie Grubego Lola i śmigłych adiutantów zajeżdżał w dwanaście drynd przed knajpę Ślepego Leona na Ogrodowej, policja w trzech okolicznych komisariatach ostentacyjnie moczyła nogi w szafliku, mniejszości narodowe stały w pogotowiu z kredytem i drobnymi podarkami, a piękne dziewczęta od Okopowej po Redutową nie były pewne dnia ani godziny. Tata Tasiemka zwykł był świętowad przez co najmniej trzy dni i miewał różne dziwne pomysły, wśród których ostrzyżenie pana komisarza kryminalnego w szachownicę - w celu rozegrania partii warcabów na jego szlachetnym czerepie - było drobnostką niewartą wzmianki. Właściwie kto już wtedy był prawdziwym arystokratą z ducha? Byd może przemawia przeze mnie rozgoryczenie parweniusza, który nie zdążył się dopchad do prawdziwych salonów i teraz, nie nadpany, wybrzydza na demokrację. Nie umiem jednak powściągnąd w sobie refleksji, że dzisiejszy wielki świat po prostu nieudolnie pozuje na dawne, dobre czasy. Że wszystko to jest wtórne, kiepsko imitowane i najczęściej pozbawione wdzięku. Mało kogo stad dziś na tłuczenie luster, na gry w kukułkę lub kąpanie ulubionej diwy w sowietskom szampanskom, toteż styl, jaki się ostatnio przyjął, wydaje mi się nieco bezbarwny. Z wielkiego świata uleciała jakoś fantazja i prawdziwie paoskie maniery. Zostały tylko ości protokołu, bezpodstawne fumy i piekielnie wysokie koszty własne.

W tej ostatniej sprawie mam sporo do powiedzenia po tylu latach pobytu w Nowym Jorku. Zdarzyło mi się kiedyś - co prawda tylko raz w życiu i to dzięki dobremu nastrojowi pewnego milionera spędzid wieczór w przybytku tak ekskluzywnym, że wykidajło nawet Narodów Zjednoczonych za nic tam nie wpuszcza, chodby go korumpowano metodami znanymi bywalcom naszej stolicy. Chodzi tu o pewien prywatny klub, którego pełna nazwa brzmi oczywiście „Le Club”. Szmaciarze poniżej Henry Forda lub braci Rockefellerów w ogóle nie mają tam po co przychodzid, chyba że z nowym, dostatecznie efektownym kwiatem natury, który nie będzie wiądł, kiedy przyjdzie do rozchylania płatków, lub też na zaproszenie partnera od biznesu. To właśnie w tym klubie odbyła się pamiętna rozmowa Nelsona Rockefellera z Onassisem na jakieś tematy finansowe. Słuchający jej Paul Getty (najbogatszy człowiek świata), mocno już zamroczony „Napoleonem”, powiedział w pewnej chwili: - Dżentelmeni, czy nie moglibyśmy we trzech nabyd Rosji i Chin, żeby w koocu było trochę spokoju? Jadłem, pamiętam, znakomite ślimaki bourguignon, ale nie jest to główny powód, dla którego upamiętniłem sobie ten wieczór. Wręcz odwrotnie. Udałem się bowiem do toalety, czego do kooca życia nie odżałuję. I z czego wyciągnąłem wszystkie niezbędne wnioski ideologiczne oraz ekonomiczne. Jest to wnętrze przywodzące na myśl opactwo westminsterskie lub tum w Akwizgranie, zarówno ze względu na rozmiary nawy głównej, jak też na podniosły nastrój kontemplacji, łagodny półmrok i dyskretny szum wody. Tak prawdopodobnie musiały szumied fontanny Bachczysaraju. Z głośników sączy się dobra muzyka klasyczna (stereo, gdyby kto pytał), w powietrzu unosi się zapach żywicy, rezedy i chyba kadzidła, ale tego nie jestem zupełnie pewien. Poza tym majoliki w komnatach są bardzo zręcznie podrobione na mozaikę z Rawenny i przedstawiają głównie wyuzdane sceny mitologiczne. Szef instytucji, urzędujący w pawilonie z kryształowego szkła, ma do dyspozycji kolorowy telewizor portable oraz sporą ilośd przycisków i lampek kontrolnych. Ma także generalski mundur, minę prałata i maniery lorda. Opuszczając z niejakim żalem przytulne podziemia, wręczyłem szefowi dolara. Zamarł dosłownie ze zgrozy i zdumienia, bo podobnego despektu prawdopodobnie nigdy jeszcze nie doznał, i pozostał, sztywny jak obelisk, z wyciągniętą przed siebie ręką. Dołożyłem w tę rękę dośd pospiesznie drugiego dolara, na co szef, nie kryjąc wzburzenia, trzepnął po moich plecach szczotką z borsuczego włosia i powiedział: - Rozumiem, sir. Smutna koincydencja. Nie ma pan przy sobie gotówki i do tego zapomniał pan karty kredytowej. No problem, sir. W recepcji odnajdą numer paoskiej karty lub pożyczą pieniądze. Do usług, sir. Karta kredytował Oto dzisiejsza przepustka do wielkiego świata! Oto jedyny indygenat plutokratów! A gdzie wzniosłośd uczud, gdzie z takim trudem nabyte maniery, gdzie ciężko zapracowana kindersztuba? Wygrzebałem z kieszeni jeszcze pół dolara w bilonie i szparko wycofałem się na górę, obliczając w duchu, jak to Polacy, ile też jest wart dziś dolar. Wyszło ku mojemu zdumieniu, że mniej więcej sześddziesiąt groszy. Widocznie za rzadko siusiamy po luksusowych lokalach wolnego świata, aby to zrozumied. Wspomnę tu, że dieta służbowa wynosi 10 dolarów per diem, skutkiem czego nazajutrz musiałem opędzid głód nędznym hamburgerem. Miało to jednak tę dobrą stronę, że uwolniło mnie

od dalszego trwonienia dewiz na podobnie wyuzdane hulanki, jak w podziemiach „Le Club”. Zdaje się, że to taką sytuację ekonomiczną miał na myśli Jan Kochanowski w znanej fraszce: „Szeląg dam od wychodu, nie zjem jeno jaje, drożej sram, niźli jadam, złe to obyczaje”. (Wieszcz naprawdę.) Myślę, że ta pouczająca, chod nie najbardziej apetyczna przygoda bardzo sugestywnie ilustruje przemiany, jakim uległ wielki świat. Pytam, czy u księcia Radziwiłła Panie Kochanku stał za stodołą fagas z łapą wyciągniętą po napiwek? Czy goście królewscy na obiadach czwartkowych musieli znieważad człowieka pracy, wręczając mu czerwonego złotego za otwarcie drzwi ze skobelka? A przecież nikt nie będzie utrzymywał, że poziom konwersacji w „Le Club” jest wyższy niż podczas obiadów u Stanisława Augusta. Tylko o paniach mówi się to samo. Ale to żadna nowina. O paniach zawsze mówi się to samo, chodby nawet chodziło, o damę tak szpetną i pokraczną, jak jenerałowa Grabowska.

3. AUTOR NIE SKOŃCZYŁ JESZCZE WYJAŚNIAĆ SWEGO POGLĄDU NA WIELKI ŚWIAT
Pozwalam sobie na te wstępne uwagi o wielkim świecie, zanim przejdę do plotkowania o Narodach Zjednoczonych, ponieważ dalszy ciąg opowieści mógłby się czytelnikom wydad nieco podkoloryzowany. Nie jesteśmy po prostu przyzwyczajeni do tak szczerych zwierzeo o sferach beau monde'u. Ci spośród obywateli PRL, którzy obracają się służbowo lub prywatnie w wysokich rejonach towarzyskich dzisiejszego świata, bywają zazwyczaj dziwnie małomówni. Jeśli już ktoś zaczyna sobie na ten temat folgowad, naszą pierwszą i zrozumiałą reakcją jest podejrzliwośd: czy to aby prawda i co też autor chce załatwid przy pomocy takiej mowy? Co chcę załatwid, wyjaśniłem już we wstępie. Co się zaś tyczy prawdziwości opisywanych zdarzeo - nie ścierpię żadnych podejrzeo. Literatura kreacyjna nie jest moją specjalnością; zmyślaniem osób i spraw zajmują się z powodzeniem inni, powszechnie znani autorzy. Ja żyję z opisywania faktów i bardzo proszę, aby mi nikt nie uwłaczał bezpodstawną insynuacją, że naruszam reguły rzemiosła. Muszę jednak wyjaśnid, że istniał pewien formalny powód, dla którego moja zażyłośd z wielkim światem była nieco bliższa, niżby to wynikało ze skromnego statusu stałego korespondenta. Mianowicie koledzy dziennikarze, akredytowani przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, obdarzyli mnie nieopatrznie mandatem wiceprezesa Stowarzyszenia Prasy przy ONZ. Kosztowało mnie to nieco zachodu, ale kampanię wygrałem wysoko na punkty w wolnych, tajnych i demokratycznych wyborach, miażdżąc przy okazji swego rywala, więc zaszczytu zapierał się nie będę. Dodam tylko, że UNCA (tak brzmi skrót nazwy naszej organizacji) jest ciałem dośd zblazowanym, jeśli chodzi o wielki świat, i silnie ekskluzywnym w sprawach członkostwa. Właśnie ten wybór sprawił, że przez dłuższy czas udawało mi się przenikad - legalnie, półlegalnie lub zupełnie na chama - w rejony najwyższego high life'u, zazwyczaj trudno dostępne dla dziennikarzy nawet w dzisiejszych czasach, nad którymi miałem już możnośd poubolewad. Reprezentując czterystu pięddziesięciu kolegów z ponad czterdziestu krajów, bywałem nieraz w takich rezydencjach, że aż strach je głośno wymieniad, i obracałem się co jakiś czas w takiej scenerii, że mogłaby ściąd z nóg najodporniejszego snoba. Oczywiście znów uprawiam tu bezwstydne samochwalstwo, ale w mojej branży tak rzadko można się czymś pochwalid, że uważam się za rozgrzeszonego. Paostwo zapewne wiedzą z polskich filmów, że

dziennikarze są u nas szczególnie nędznym okazem gatunku homo sapiens. Skoro więc trafia się okazja, aby dowieśd, że są nie tylko nikczemni, ale i chełpliwi - nie mogę jej pominąd. Noblesse oblige. Zresztą, kto nie chce, niech nie czyta. Tę uwagę kieruję pod adresem pp. krytyków, bo pewno chętnie szukaliby tu czegoś konstruktywnego lub przynajmniej małego smrodka dydaktycznego, jak mawiał mistrz Melchior. Byłby to trud całkowicie bezużyteczny. Żadnych konstruktywnych treści tu nie ma, a smrodek dydaktyczny przejadł się już wszystkim. Nicośd intelektualna niniejszej książki nie ulega najmniejszej wątpliwości. Myślę po prostu, że nie ma przeszkód, aby sobie zwyczajnie pogawędzid lub nawet pogadad od rzeczy. Wśród licznych ludzkich wolności wolnośd plotkowania z pewnością nie znajduje się ha ostatnim miejscu i domagam się niniejszym, aby ją respektowano. Jako przysięgły zwolennik Narodów Zjednoczonych nie dam się tak łatwo zagiąd, jeśli mowa o prawach jednostki, zwłaszcza o jej prawie do ględzenia. Wolno ględzid innym, wolno i niżej podpisanemu. A poza tym umówmy się, że nie ze wszystkiego, co się ukazuje drukiem, musi koniecznie coś wynikad. Daleko od tego, jak mawia pewien stylista, wielce zasłużony w produkcji kawałków, z których nic nie wynika. Czy paostwo nigdy nie mieli ochoty, aby świat wywrócid na opak, ogłosid ogólnoziemski „zielony dzieo”, wziąd udział w monstrualnym wygłupie na kosmiczną skalę lub podpatrzyd wielkie postaci naszego świata w jakiejś zupełnie idiotycznej sytuacji? No właśnie. To miłe, że nasze potrzeby psychiczne tak się świetnie uzupełniają.

4. I TY MOŻESZ ZOSTAĆ DYPLOMATA
Wielki świat istnieje przede wszystkim dzięki protokołowi i od rozważenia tej głębokiej prawdy wypada rozpocząd nasz przewodnik po Narodach Zjednoczonych. Polityka, stosunki międzyludzkie, a zwłaszcza życie międzynarodowe byłoby bez protokołu koszmarem. Skąd mianowicie moglibyśmy wiedzied, czy Aaoski jest naprawdę ważniejszy od Becioskiego i czy Cecorski istotnie spadł z siódmego miejsca na jedenaste? Kto by nam wyjaśnił, co się rzeczywiście dzieje w stosunkach między paostwami w okresach, kiedy paostwa nie obrzucają się mięsem i nie prowadzą z sobą wojny? Poszukiwanie takich wyjaśnieo w komentarzach prasowych, czynnośd modna w ubiegłym stuleciu i dziś jeszcze nie całkiem zarzucona, jest oczywiście zupełnie bezcelowa, gdyż komentarze zbyt często mijają się z rzeczywistością, zgrzytając na zakrętach. Jedyną krynicą obiektywnej wiedzy o dzisiejszym świecie jest teraz naprawdę tylko protokół. Pod warunkiem, że będziemy rozumied jego alegoryczny język i że pokochamy semantyczną wieloznacznośd jego sformułowao. Mogą sobie kłamad politycy, dziennikarze i statystycy, może się zdarzyd, że w jakiejś głupiej sprawie rozminie się chwilowo z nagą prawdą nawet sam... no, mniejsza z tym; lecz protokół, jak stara Cyganka, zawsze prawdę mówi. Jest w protokole coś z doskonałości praw Newtona: każda akcja niemal zawsze wywołuje z czasem jakąś reakcję, duże ciała łapczywie przyciągają mniejsze ciała proporcjonalnie do swej masy krytycznej, a ciało raz puszczone na orbitę pozostaje już na niej na zawsze - vide niektóre nominacje ambasadorskie. Chyba że tarcie za wielkie; wtedy ciała spalają się w gęstych warstwach ciężkiej atmosfery.

Wiedza protokolarna nie jest nauką łatwą ani małą. Stosunkowo najżwawiej poruszam się w jej zastosowaniach prasowych, toteż z chęcią odsłonię paostwu kilka interesujących tajemnic agencyjnych. Redagując w Nowym Jorku po kilka razy dziennie, szczególnie podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego, skomplikowane biuletyny dworskie na pożytek czytelników krajowych (kto, z kim, kiedy, dlaczego, gdzie, w jakim towarzystwie, w jakiej atmosferze i jak długo) - nabyłem pewnej biegłości w zawiłych i chimerycznych przepisach protokołu prasowego. Z czystym sumieniem mogę więc dziś napisad, że np. prezydent X ma pewną skłonnośd do wydawania nader wystawnych przyjęd lub że prezydent Sylvanus Olympio woził z sobą ślicznego pazia. Natomiast przenigdy nie wyjdzie spod mojego pióra informacja, że król Bwana Kubwa VI jest sklerotycznym durniem i zakałą, finansowaną przez odpowiednie metropolie europejskie, chod, mówiąc szczerze, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. W pierwszym wypadku chodzi bowiem o mniej lub bardziej rzetelną informację, której swobodny obieg jest istotnym warunkiem należytego funkcjonowania świata? w drugim - o wyrażenie moich poglądów, do czego, jako dziennikarz, zupełnie nie jestem uprawniony wobec szefów paostw. Jeśli się tylko zna tę zasadę, można spokojnie plotkowad całymi godzinami. Najlepiej zresztą po zakooczeniu pracy zawodowej i przejściu na emeryturę. Nie wiem, czy wszyscy czytelnicy doceniają wyrafinowane rozkosze protokołu prasowego. Mnie osobiście przechodzi dreszcz uniesienia, kiedy czytam w komunikacie, że rozmowy między dwoma rządami były „rzeczowe”, podczas gdy należało oczekiwad, że będą „przyjazne”. Bywają wprawdzie rozmowy „rzeczowe” i „przyjazne” równocześnie, ale wtedy można postawid pytanie, dlaczego w takim razie nie były „serdeczne”. Gdyby zaś były „serdeczne”, to nie zawadzi pamiętad, że odbywają się również rozmowy „braterskie”, „przyjacielskie” oraz „nacechowane całkowitym wzajemnym zrozumieniem”. Przymiotników komunikatowych jest co prawda tylko jedenaście, ale liczba ich wzajemnych kombinacji jest tak wielka, że właściwie nie ma sytuacji, której bystry korespondent nie umiałby zawrzed w trzech, maksymalnie czterech określeniach. Faktem jest, że czytałem kiedyś komunikat unikalny pod względem protokolarnym: użyto w nim ośmiu przymiotników, co mogło świadczyd tylko o jednym - że awantura była piekielna i że jakimś cudem udało się ją w ostatniej chwili załagodzid. Są to jednak wypadki rzadkie i wynikające raczej z popłochu niż z istotnej potrzeby. Na normalny użytek wystarcza - przynajmniej w ONZ - kilka standardowych przymiotników. W gruncie rzeczy dopiero podczas pracy w ONZ, kiedy od kolejności wymienianych przeze mnie nazwisk i doboru przymiotników zależała codziennie moja własna skóra, zorientowałem się, jak cennym źródłem wiedzy o świecie są przepisy protokołu. Ileż wniosków można wysnud ze stwierdzenia, że strony „omówiły szeroki wachlarz problemów”, to znaczy nie dogadały się absolutnie w niczym, podczas gdy oczekiwano, że osiągną „daleko idącą zbieżnośd poglądów”, czyli zgodnie uznają, że po zimie przychodzi wiosna. Ile cennych informacji możemy wynieśd z uważnej lektury skromnego komunikatu, kto kogo witał lub żegnał na lotnisku! Za jednym zamachem dowiadujemy się wtedy, kto nie witał i nie żegnał, a przy odrobinie wyobraźni możemy sobie również uświadomid, kto MÓGŁBY witad lub żegnad. I paostwo się jeszcze zżymają na subtelnośd protokołu? Nie jest wykluczone, że zamiast słuchad plotek, nieźle byłoby czasem czytywad oficjalne komunikaty. Nie chciałbym tu nikogo odwodzid od słuchania plotek, poddaję wszakże ten śmiały pomysł pod

rozwagę czytelnikom, którzy interesują się polityką i personaliami. I zapewniam, że nie jesteśmy jedyni na świecie, dla których są to sprawy tak pasjonujące. Twierdząc, że protokół zawsze prawdę mówi, mam na myśli tylko to, że nikt nie może dla siebie wymusid wyższej rangi, niż mu rzeczywiście przysługuje, ale nie będę przecież nikomu wmawiał, że w komunikatach i anonsach nie zdarzają się pomyłki. Nawet wytrawny znawca protokołu może się czasem boleśnie rąbnąd na skomplikowanych niuansach. A bywa i tak, że pójdzie nie tego dnia, nie na to lotnisko i nie o tej godzinie. Wówczas to ukazują się w gazetach owe potworne sprostowania, które wszyscy przecież znamy: „Do podanego wczoraj komunikatu zakradł się błąd. Pani Jesus Maria Gonzalez y Gonzalez nie jest ministrem rybołówstwa, lecz wiceministrem żeglugi, nie pochodzi z Filipin, lecz z Kostaryki, i nie przybyła do naszego kraju, lecz do Czechosłowacji. Poza tym jest płci męskiej. Za ten przykry błąd przepraszamy naszych czytelników, panią Gonzalez y Gonzalez oraz wielki naród Filipin”. Jest to może wypadek dośd ekstremalny, ale przy obecnym natężeniu ruchu międzynarodowego nie taki znów niezwykły. Ostatecznie nie kto inny jak Ryszard Nixon na lotnisku w Warszawie zwrócił się do Henryka Jabłooskiego per „panie przewodniczący Rady Ministrów”. A na pogrzebie Johna Kennedy'ego ówczesny kanclerz RFN, Ludwig Erhard, złożył kondolencje jakiejś nieznajomej pani, po czym, spłoszony własną gafą, ucałował dłoo oficera ochrony. I cóż tu wydziwiad nad biednymi sprawozdawcami dyplomatycznymi, skoro ich przerób wynosi nieraz po piętnastu prominentów tygodniowo. I to z takich krajów, że trzeba ich ze świecą szukad po mapie. Rozkosze protokołu prasowego są mi serdecznie bliskie i myślę, że w żadnym quizie nie dałbym sobie w kaszę dmuchad. Z przykrością jednak wyznam, iż obijając się przez tyle lat o wysokie progi, nigdy jakoś nie zdołałem opanowad tajników protokołu odzieżowego, stołowego i towarzyskiego. Chyba jednak nie każdy może zostad dyplomatą. Przede wszystkim jestem krótkowzroczny i roztargniony, co mnie z miejsca dyskwalifikuje jako bywalca beau monde'u. Doświadczony bywalec nie myli ministrów z woźnymi, jak mi się to nagminnie przydarza, nie rozmawia z kelnerami o posiedzeniu Rady Bezpieczeostwa, a z biskupem o nowym numerze „Playboya” (to też ja), zwłaszcza zaś nie rzuca się na pstrąga w galarecie, gdy gośd honorowy sączy jeszcze swój aperitif. To znaczy ja to wszystko teoretycznie wiem, ale z teorii nikt jeszcze w polityce nie wyżył. Poza tym jestem chronicznie na bakier z niezmiernie ważną sztuką rozsadzania gości przy stole. Żałuję bardzo. Nie dlatego, żebym miał zamiar podejmowad u siebie księcia Filipa (nie mamy sobie nic do powiedzenia) lub Brigitte Bardot (nie mówię po francusku). Raczej dlatego, że czasem chciałbym wiedzied, co naprawdę sądzą o mnie gospodarze, a nic przecież nie jest tego lepszym i prawdziwszym dowodem niż wysokośd miejsca u stołu. Pod tym względem protokół zawsze mówi całą prawdę i tylko prawdę, chyba że stół jest okrągły, a przyjęcie składkowe. Niepewnośd na tym tle nie opuszcza mnie od dawna. Wiele lat temu byłem na wielkim przyjęciu paostwowym w Bukareszcie, wydanym z okazji przyjazdu polskiej delegacji partyjno-rządowej. Ponieważ jedna z sąsiadek była głucha, a druga mówiła dużo, lecz po rumuosku, obliczyłem sobie z nudów, że siedzą o 132 miejsca od Władysława Gomułki, ale za to o 155 miejsc od Józefa Cyrankiewicza. Do dziś się zastanawiam, czy coś z tego ważnego wynikało,

chod może już trochę za długo myślę. Ostatnio jednak powiodło mi się trochę lepiej: na przyjęciu u premiera Palmę w Sztokholmie siedziałem już tylko o 18 miejsc od gospodarza. Widocznie ludzie rosną. Inna rzecz, że osiemnastych miejsc było aż siedem, gdyż stoły rozstawiono w widelec, więc znów nie wiem, jak to liczyd. Poza tym przyjęcie odbywało się w publicznej restauracji, gdzie przepisy protokołu mogły byd niedokładnie przestrzegane. Ach, ci Szwedzi! Widocznie tak się wykosztowali na wyprawy Karola XII, że skąpstwo zostało im już na zawsze. W ogóle po Skandynawach, których król jeździ tramwajem, premier urzęduje w przedpokoju, parlament zaś codziennie podlicza, czy królewna nie zjadła przypadkiem na śniadanie o jedną grzankę za dużo, można się wszystkiego spodziewad. Przepadam za Skandynawami i bardzo ich kocham za to, że traktują serio Narody Zjednoczone, ale czasem wydaje mi się, że zapomnieli, po co żyją. Sam za nic nie potrafiłbym skomponowad udanego stołu dyplomatycznego na dwadzieścia czy tym bardziej na pięddziesiąt osób. (Komplikacje protokolarne rosną wykładniczo w stosunku do liczby zaproszonych; przy tysiącu osób nikt na świecie nie potrafi rozsadzid gości bez przynajmniej dwustu skandali.) Do tej pory nie wiem, czy np. I sekretarz ambasady wielkiego mocarstwa jest ważniejszy od żony ambasadora średniego kraju; czy żona dewizowa zawsze winna wyprzedzad żonę RWPG-owską, niezależnie od rangi mężów; albo czy żona ministra lasów ma protokolarne pierwszeostwo przed staruszkiem, który nosi tytuł radcy. Na mój gust wszystko zależy od jakości żony, bo wszyscy przecież wiemy, że znak jakości nie każdą pierś zdobi, ale gdyby to dziennikarze na własną rękę ustalali prawidła protokołu, świat wyglądałby zupełnie inaczej. Nie wiem, czy mądrzej. Ale na pewno inaczej i ciekawiej. Co do mnie, najchętniej stosowałbym oryginalną i wspaniałą metodę Melchiora Waokowicza: zapraszad na przyjęcie ludzi, którzy normalnie nie rozmawiają z sobą z nienawiści, od lat kopią pod sobą nawzajem dołki i dostają konwulsji, kiedy patrzą na obmierzłą gębę adwersarza. Po czym sadzad ich koło siebie, blokowad wyjście na balkon, podjudzad jakąś uważką z głupia frant, a także brutalnie przerywad wszelkie tam intelektualne dyskursa. Niestety, można tę metodę twórczo stosowad tylko za granicą, i to raczej w środowisku zawodowych dyplomatów, których się specjalnie przeszkala w pokonywaniu idiotycznych sytuacji. W kraju byłoby to zbyt ryzykowne. Ale nie przeczę, że trochę bym sobie porozsadzał. Muszę przyznad, że z tego punktu widzenia moja nowojorska katorga z neonami była jednym nieprzerwanym pasmem szczęścia i dotąd ją nostalgicznie wspominam. Po prostu zażywałem pewnych forów protokolarnych, sprawiających, że u różnych stołów siadywałem zazwyczaj dużo wyżej, niżby to wynikało z mojej podłej kondycji. Bo cóż to właściwie za funkcja - wiceprezes UNCA? Bez żadnego orderu, prosto z Liber Chamorum, bez karty kredytowej, bez tytułów naukowych, co gorsza - nawet bez widoków na ambasadorstwo? Dno. Protokolarne dno. Ale mimo to wcale sobie nie narzekam. Przede wszystkim bywałem zapraszany do wielu domów i rezydencji jako dyżurny czerwony. Wytworna kolacja w kołach nowojorskiej socjety, zwłaszcza zbliżonej snobistycznie do Narodów Zjednoczonych, nie mogła się podówczas obejśd bez przynajmniej jednego czerwonego i jednego Murzyna, najlepiej afrykaoskiego, bo Murzyni amerykaoscy już wtedy zaczęli się liberałom trochę przejadad.

Z dumą tu stwierdzam, że dyżurowałem ochoczo i nigdy nie sprzeniewierzyłem się dewizie „wsiegda gatowl” Zapraszano mnie też nieco częściej niż innych kolegów z mojej strony świata. Może dlatego, że miałem zawsze na podorędziu czarny garnitur oraz szalenie elegancki krawat w odpowiednie prążki, co nieodmiennie budziło wśród jankesów ciche jęki wzruszenia: prawdziwy czerwony, a patrzcie, jak porządnie ubrany! Pytano mnie parokrotnie, czy ten strój stanowi moją własnośd, czy też wchodzi w skład ekwipunku rządowego dla osób wyjeżdżających za granicę. Odpowiadałem otwarcie, że garnitur jest oczywiście rządowy, co komentowano z pełnym uznaniem dla rządu PRL oraz dobrego smaku urzędowych krawców. Trzeba po prostu wiedzied, jak uprawiad rzeczywiście skuteczną propagandę wśród jankesów. Gdybym usiłował twierdzid, że garnitur nabyłem sam, wzbudziłoby to z pewnością komentarze wysoce szkodliwe dla prestiżu PRL, a może nawet całej wspólnoty socjalistycznej. Mój młody, bardzo elegancki kolega z Ghany, biegający za dyżurnego Murzyna, równie sobie chwalił amerykaoskie obyczaje, jak ja, tyle że musiał się męczyd w jakimś narodowym prześcieradle w ciapki oraz w zupełnie bezsensownym turbanie, który nabył u Woolwortha za półtora dolara, gdyż panie domu zawsze domagały się egzotyki. Była jednak między nami istotna różnica. Kolacje tego rodzaju dostarczały mi okazji do studiów terenowych nad obyczajami wielkiego świata i do roztrząsania subtelności protokołu, podczas gdy dla niego były smutną koniecznością. Ghana w owych latach mniej więcej co tydzieo przeżywała zamach stanu, zdemaskowanie wrażego spisku, wojnę lub nowy pomysł Nkrumaha; któregoś dnia minister skarbu oddalił się był z kasą paostwową pod pachą; kolega niekiedy przez pół roku nie otrzymywał poborów i żył tylko z zaproszeo na kolacje. Dobrze byd Murzynem z Ghany. Teraz Amerykanom jakoś to przeszło. Dziś trzeba byd hippim, fakirem, anarchistą, flamą Henry Kissingera lub przynajmniej mied silnie skośne oczy, żeby się nadawad do nowojorskich salonów. W samą porę wyjechałem z tego przebrzydłego miasta, bo żadna primadonna nie znosi detronizacji. Ale, jak mówię, nie krzywdowałem sobie. Przez cały okres swego prezesowania w UNCA siadywałem na oficjalnych lunchach po lewej stronie sekretarza generalnego ONZ, co w koocu może zadowolid nawet bardzo wybrednego snoba. Postarałem się, aby fakt ten został uwieczniony na dostatecznie dużej ilości klisz fotograficznych. W razie pilnej potrzeby - służę dokumentacją. Wreszcie, jako człowiek pyskaty i ciężko naparzony na różnych bardów wolnego świata, zawdzięczałem nieraz wysokie miejsce u stołu przemyślności pani domu, która pragnęła mied przy kolacji, oprócz egzotyki, również tzw. ożywioną konwersację. No i na ogół miewała, nie taję. Starałem się nie sprawiad zawodu gospodarzom i odpracowywałem swój tenderloin steak oraz fory protokolarne z pożytkiem dla całej wspólnoty socjalistycznej. Nie jest to trud nazbyt uciążliwy dla kogoś, lcło ma za sobą dobrą szkołę w ZMP i pamięta McCarthy'ego oraz Li Syng-mana. Po pewnym czasie można się nauczyd na pamięd całych sekwencji dyskusyjnych i serwowad je porcjami, jak móżdżek w kokilkach, na zawsze niezawodnej zasadzie: „ja rzucam myśl, a wy ją łapcie”. Zdumiewające, jak się ta formuła sprawdza pod każdą szerokością geograficzną. Rozmówcy, zirytowani erudycją i talentem polemicznym człowieka od czerwonych, łapali rzuconą myśl w powietrzu, zaperzali się, szarpali Historię za mankiet, wytaczali ostateczne kontrargumenty, zupa im

stygła, stek dębiał... no, fajnie było. Bardzo to miło walczyd o jakże słuszne idee do wtóru jakże apetycznych zakąsek i godziwych alkoholi. Wniosek z tego taki, że należy wykazywad zdrowy trzpieo właściwej duszy, jak mawia mój ulubiony stylista. Jeśli się nie ma czarnej lub miedzianej skóry, trzeba się przynajmniej odznaczad egzotycznymi poglądami, aby nie byd zakałą towarzystwa. Mówię tu oczywiście o stosunkach za granicą.

5. AIDE-MEMOIRE W SPRAWIE FRYZUR. NOTA WERBALNA W SPRAWIE OKRYĆ DAMSKICH
Była już mowa o protokole stołowym, towarzyskim i prasowym, lecz przecież istnieje coś jeszcze gorszego, protokół konfekcyjno-odzieżowy. Zechcą paostwo nie oczekiwad ode mnie żadnych miarodajnych wskazówek w tej materii. Imponderabilia, subtelnośd i nieuchwytna intuicja są tu doprowadzone do ostatecznych wyżyn i wywodzą się z czasów, kiedy dyplomację światową opanowały elementy arystokratyczne. Parweniusze, którzy nigdy nie mieli rękodajnych i sami targają do pralni swe skromne stroiki, chyba nigdy nie potrafią opanowad wszystkich niezbadanych arkanów sztuki wdziewania stosownych strojów w stosownym momencie. Nie mam zielonego pojęcia, kiedy należy wkładad tużurek i cylinder, a kiedy wystarcza zwykły frak. Przepisy muszą byd w tej sprawie podniecająco ścisłe, skoro jeden i ten sam człowiek, odziany w jeden i ten sam strój, może byd w jednej sytuacji wyrocznią elegancji, w innej zaś - przedmiotem politowania i pośmiewiska. Nie wiem, dlaczego getry, jeszcze w Lidze Narodów stanowiące nieodzowny atrybut ubioru dyplomatycznego, wyszły dziś tak doszczętnie z użycia, natomiast tzw. dęciak przetrwał wszystkie próby i zyskał sobie szczególną popularnośd w kołach dyplomatycznych Czarnej Afryki. Jak wyjaśnid zdumiewający fakt, że białe rękawiczki do czarnego sakpalta noszą dziś tylko artyści areny oraz iluzjoniści teatrów objazdowych, ale za to biały szalik jest absolutnie obowiązujący, chod zaledwie przed półwieczem było akurat na odwrót? Dlaczego coraz rzadziej widujemy dyplomatów w bogato lamowanym pierogu, przy szpadzie, pod szamerunkiem, w akselbantach, w hajdawerach z lampasami? Dlaczego na przykład kanon głosi, że szanujący się dżentelmen PRZENIGDY nie nosi kolorowej muszki po godzinie siedemnastej? Nie żywię żadnych wątpliwości co do lordowskich manier redaktora Męclewskiego, a przecież widujemy go w muszce dobrze po siedemnastej. Szczególnie interesujące problemata nasuwa kwestia fryzur i baczków, postawiona na porządku dnia przez kapryśną modę ostatnich lat. Mniej więcej do szczebla pierwszego sekretarza ambasady każdy właściwie może się czesad, jak mu wygodnie, i demonstrowad to, na co go stad. Inna rzecz, że w tej nieuchwytnej materii bardzo wiele zależy od gustu bezpośredniego zwierzchnika, np. prezesa lub ambasadora. Mimo wszystko najlepsze dla młodych ludzi są fryzury typu „ni to, ni sio”. Na szczeblu radców oraz radców-ministrów sytuacja poważnie się komplikuje: od dawna już dyplomatom nie wolno strzyc się na jeża, ponieważ świadczyłoby to o nienadążaniu za duchem czasu, ale i trefione loki do połowy pleców mogłyby nasuwad podejrzenie o zbyt gorliwe nadążanie za postępem, co w dyplomacji nigdy nie jest dobrze widziane.

Na szczeblu ambasadorskim problem zazwyczaj rozwiązuje się automatycznie, bo łysinę trudno zaczesywad. Ale za to ujawnia się nowa kwestia baczków: jak długie? Proste czy skośne? W szpic, na całośd, na pełne bokobrody - czy też wąska dwucentymetrówka? Każdy wybór fryzjerski jest zarazem wyborem politycznym, albowiem również i dziś styl to człowiek. „ I, proszę mi wierzyd, nie dworuję tu z ciężkiej profesji dyplomaty. Czy paostwo nie znają osób, którym zbyt zuchwała fryzura pokrzyżowała plany kariery politycznej? Tym bardziej surowe są te kryteria na forum międzynarodowym. Ambasador wielkiego mocarstwa, ostrzyżony na Yula Brynnera, stanowiłby wyzwanie dla prestiżu swego kraju. Nawet kunsztowne mierzwienie fryzur lub dyskretne stosowanie ondulacji, podejmowane z poczciwych intencji politycznych, też przypomina stąpanie po grzęzawisku. Bo zdarza się przecież i tak, jak w przypadku pewnego dyplomaty arabskiego, który zapuścił sobie baczki, a wyrosły mu pejsy, w związku z czym grupa chasydów nowojorskich, zwiedzających gmach ONZ, pozdrowiła go chóralnie per „szalom!”. Nie chcę twierdzid, że takie nieszczęścia dotykają tylko Arabów. Podejrzewam, że podobny los czekałby samego Wiktora Szpadę, gdyby mu przyszedł do głowy niefortunny pomysł hodowania bokobrodów. Dlatego błagam: ostrożnie! Nie narażajcie racji stanu przez pochopne uleganie terrorowi środowisk fryzjerskich! Pamiętajcie, ilu to ludzi było tylko o WŁOS od olśniewającej kariery! Najlepiej wychodzą na swoje ci dyplomaci, którym religia w ogóle zabrania strzyżenia włosów. Chociaż - czy ja wiem? Głośna była kiedyś w kołach prasowych ONZ smutna przygoda, jaka się zdarzyła ministrowi spraw zagranicznych Indii, panu Singhowi. Jest to rosły, silny mężczyzna, który jako sikh nosi zawsze na głowie kunsztownie upięty turban. Któregoś dnia, po pracowitym kołowrocie sesji, wybrał się na pieszą przechadzkę po mieście i wrócił z niej późnym wieczorem. O kilka kroków od misji indyjskiej zatrzymał go policjant, - Ty! - powiedział do ministra. - Zwiewaj stąd. Pakistaoczykom nie wolno tu chodzid. - Nie jestem Pakistaoczykiem - obruszył się minister. - Jestem Hindusem i do tego... - Zamknij ryło, gówniarzu. Jakbyś był Hindusem, nie nosiłbyś turbanu na głowie. No, zwiewaj, bo przyłożę. Policji istotnie” przykazano, aby nie dopuszczała w pobliże misji indyjskiej żadnego Pakistaoczyka, a czy można w koocu wymagad od policjantów doktoratu z etnografii i znajomości obyczajów sikhów? Pomijam tu całkowitym -i wymownym milczeniem kwestią mody damskiej na tle protokolarnodyplomatycznym, ponieważ żadne męskie pióro nie udźwignie takiej problematyki. Suta suknia ze srebrnej lamy może stad się albo początkiem zatargu politycznego, jeśli zaproszone panie przyszły w skromnych czarnych kieckach, albo dowodem najbardziej wyrafinowanej kurtuazji, jeśli zaproszone panie pochodzą z krajów, nazwijmy to, niewielkich i mało znanych. Zresztą dowolnośd interpretacyjna w dziedzinie odzieży damskiej jest tak bezmierna, że tylko szaleniec mógłby się ważyd na własne komentarze. Zważywszy, że w ONZ odbywa się średnio 200 cocktaili i około 280 kolacji rocznie, a przez każdy cocktail przewija się średnio 383 gości (moi niegodziwi koledzy nawet to wyliczyli, niech im Bóg wybaczy), zapotrzebowanie na suknie damskie jest w tych sferach z całą pewnością najwyższe na świecie.

Na przykład pani Dora Brin de Boyd, żona ambasadora Panamy, otworzyła prywatny most lotniczy na trasie Nowy Jork - Hongkong - Paryż - Nowy Jork. Po prostu wybiera z tajnych kolekcji St. Laurenta lub Diora odpowiednie modele, wydaje telegraficzne zlecenia do Paryża w celu wysłania wykrojów, a jednocześnie ekspediuje z Nowego Jorku odpowiednie rezerwy materiałowe. Krawcy w Hongkongu szyją bezustannie co trzeba i wysyłają samolotem do Nowego Jorku. Wieśd niesie, że pani Dora Brin de Boyd ma więcej sukien niż dni w roku, w co głęboko wierzę. A wierzę dlatego, że jeden z poprzednich przedstawicieli Panamy w ONZ, Robert Arias, był mężem, ni mniej ni więcej, primabaleriny opery londyoskiej, Margot Fonteyn, a ja już chyba nie muszę wyjaśniad, jak się ubiera dama tej rangi. Pani Kosciusko-Morizet, żona stałego przedstawiciela Francji, zwierzyła się reporterowi „Washington Post”, że w roku 1971 wydała na suknie okrągłe 20 tysięcy dolarów. Nie licząc butów od Gucciego, których ilośd, jak zauważył melancholijnie mój amerykaoski kolega, wystarczyłaby na otwarcie szykownego sklepu przy Piątej Alei. Oczywiście wszystko to blednie w porównaniu z czasami, kiedy stałym przedstawicielem Pakistanu w ONZ był książę Aga Khan, najbogatszy człowiek świata. (Czy też jeden z dwóch najbogatszych, obok Paula Getty.) Jego ulubioną begum była przez pewien czas sama Rita Hayworth, osoba, o której wszystko można powiedzied, tylko nie to, że kogokolwiek pragnęła epatowad skromnością strojów i zakonnym stylem bycia. Rita Hayworth miała zwyczaj wkładad każdą suknię tylko dwa razy w życiu: u krawcowej i na przyjęciu. A proszę wziąd pod uwagę, jakie to było kosztowne, zważywszy rozmiary biustu pani Hayworth i koniecznośd zakupywania dodatkowego jarda materiału do każdej kiecki. Aga Khan nie należał do ludzi przesadnie skąpych; miał miły nawyk ofiarowywania każdej poznanej starletce sukni od St. Laurenta i jakiegoś drobiażdżku z szafirów i diamentów. Ponieważ był przy tym dośd roztargniony, prasa nowojorska raz po raz donosiła, że służba księcia pana znalazła w łazience kosztowną suknię bez właścicielki. Bywało, że znajdowano je w ogrodzie lub na dachu. Były to czasy, były. Doświadczeni pieczeniarze nowojorscy do tej pory wspominają sławną noc w kabarecie „El Morocco”, kiedy to Aga Khan stawiał wszystkim obecnym, gościom jadło i napitki, po czym wypędził ich z klubu, aby Rita Hayworth mogła odtaoczyd dla najbliższych taniec brzucha. Rachunek wyniósł dokładnie 40 tysięcy dolarów. Z ostatniego pobytu w Nowym Jorku wnioskuję, że moda damska również chyli się ku upadkowi. Z rzadka już się widzi jakieś frymuśne modele, które na prowincjuszu sprawiają wrażenie, że projektant był zupełnie pijany i przód sukni umieścił z tyłu, lub wyrafinowane w przepychu, powłóczyste szaty, którymi można by ozdobid wszystkie okna w hotelu „Forum”. Coraz częściej natomiast widujemy surowe świtki w stylu chioskim, ledwo tu i tam ozdobione diamentową broszą, jakieś ponczo ze złocistej organdyny, jakieś indiaoskie kopieniaki z krepdeszynu lub czesuczy, a bywa i tak, że trzeba się dobrze przypatrywad, żeby zobaczyd jakikolwiek strój. Sam widziałem pewną damę, ale chyba nie ze sfer dyplomatycznych, która miała na sobie nikły, cienki, dopasowany trykocik w kolorze własnej skóry. W tej sytuacji krótkowzroczni nie mają szans i żyją krócej. Nie mam pojęcia, dokąd to wszystko zmierza. I chyba nie muszę paostwu wyjaśniad, jaka otchłao problematyki politycznej kryje się w konfekcji damskiej. Co mówię, w konfekcji! Przecież nawet głębokośd dekoltu ma głęboką (lub średnio głęboką) wymowę polityczną; nawet modny ostatnio styl

„bra-less”, od którego bankrutują producenci staników, też ma ogromne następstwa ideologiczne i żaden dyplomata nie może pozostad obojętny na polityczną problematykę biustu swej żony. Biust, zbyt swobodnie zawieszony w przestrzeni, nawiązuje wprawdzie do szczytnych tradycji ludów afro-azjatyckich, lecz złośliwym nieprzyjaciołom we własnych szeregach może nasunąd podejrzenie o brak dostatecznej dumy narodowej i uleganie dekadenckiej modzie zachodniej, bo to przecież Amerykanki jako pierwsze zaczęły się masowo rozstawad z biustonoszem. A w aktach personalnych dyplomaty musi jednak panowad pewna jasnośd. Natomiast biust wtłoczony w fiszbiny, gumki i różne taśmy świadczy dziś o prowincjonalizmie lub przynajmniej o konserwatyzmie żony, co bezpośrednio rzutuje na prestiż i powagę kraju. Okropny zawód, naprawdę. Zdaje się jednak, że pora kooczyd rozważania o protokole, bo przy tej ilości dygresji nigdy nie zacznę plotkowad o Narodach Zjednoczonych. Muszę tylko dodad, że jakkolwiek protokół przewiduje w teorii wszelkie dające się pomyśled sytuacje życiowe, w jakich mógłby się znaleźd dyplomata, to przecież nie jest jeszcze na świecie tak źle, aby i dyplomaci co pewien czas nie baranieli przy nietypowych i horrendalnych zdarzeniach. W okresie ostrego napięcia w r. 1964 wokół Cypru fagas w pewnym wytwornym hotelu przedstawił kiedyś ambasadora Grecji jako nowego ministra spraw zagranicznych Turcji. Ambasador Bitsios (przezywaliśmy go „Bitchios” ze względu na pewne skłonności2) - widocznie nie dosłyszał tej niefortunnej prezentacji, bo bez protestu wkroczył na salę w pełnym blasku swej wspaniałej męskości i niezwłocznie wdał się w rozmowy. Musiał się jednak trochę zdziwid, kiedy pierwszy z brzegu dżentelmen wygarnął do niego dłuższą mowę po turecku, a następny, już po francusku, zaczął wyrzekad na niegodziwośd Greków. Ambasador chrząknął parokrotnie, co w języku dyplomatycznym oznacza stan wzburzenia, w koocu dośd chłodno oznajmił rozmówcy, że jest Grekiem. - Cha, cha, świetny dowcip, ekscelencjo! - parsknął rozmówca. - Poczucie humoru pana ministra jest ujmujące. Pozwolę sobie jednak zauważyd, że ci dojarze kóz, te greckie wywłoki, ci notoryczni homoseksualiści... Podobno dopiero w tym miejscu książę Bitsios - może zresztą był tylko baronetem, nie chce mi się sięgad do almanachu gotajskiego - trochę się zirytował. Wszelako irytacja nie jest żadnym powodem, aby naruszad przepisy protokołu. Opuszczenie przyjęcia byłoby straszliwym afrontem wobec gospodarza, a Grecja gorączkowo poszukiwała wówczas przyjaciół. (Jest to, zdaje się, narodowy sport w tym kraju.) Bierne wysłuchiwanie impertynencji i udawanie, że dotyczą one Turków, jest metodą często stosowaną, lecz ryzykowną. W tym zawodzie nie miewa się samych niepiśmiennych przyjaciół. Można oczywiście wdad się w rozmowę z jakimś czcigodnym starcem o zbiorach porcelany lub o malarstwie Ingresa. Ale to też tylko półśrodek. Dyplomata na przyjęciach pracuje i musi się liczyd z tym, że go koledzy dopadną nawet w najustronniejszym kącie i zapytają, co myśli np. o projekcie rezolucji w Radzie Bezpieczeostwa. Można

2

Bitch (ang.) - suka.

pozorowad ból przepony, migrenę lub schorzenie korzonków, ale w takim wypadku nikczemna pomyłka fagasa pozostałaby bez repliki, co też może zaszkodzid w karierze. Książę Bitsios wybrnął z sytuacji w jedyny możliwy sposób: wdał się w czułą rozmowę ze śniadym blondynem o wąskich biodrach. Nikt nie ośmielił się przerywad czułego romansu i książę bez przeszkód dotrwał do kooca fatalnego przyjęcia. Ale na to trzeba mied słabośd do blondynów. Niżej podpisanemu protokół nigdy nie wiązał rąk w kłopotliwych sytuacjach - och, gdzież tam! - lecz i mnie zdarzało się czasem, że nie wiedziałem, jak wybrnąd z mętliku, aby uratowad dumę narodową i zarazem nie zarobid sobie na opinię aroganta. Pamiętam na przykład rozmowę z pewnym ministrem, który od pierwszej chwili usiłował mnie przekonad, że powinniśmy w koocu dad spokój tym bezsensownym swarom o Tyrol. Ponieważ nie mogłem się zorientowad, czy uważa mnie za Włocha, czy za Austriaka, milczałem zawzięcie. Jeszcze nam tylko sprawy tyrolskiej brakuje do kompletu. Moje milczenie utwierdzało jednak ministra w przekonaniu o skuteczności wytaczanych argumentów i coraz bardziej rozpalało jego pasję. Dopiero po kwadransie zorientowałem się, że uważa mnie jednak za Czecha i że nie chodzi tylko o Tyrol, lecz również o Sudety, które Czechosłowacja chce zabrad Niemcom, a przecież Niemcy tyle już straciły w wyniku wojny, że nie należy ich zmuszad do dalszych ustępstw. Czułem się wielce zakłopotany, że minister aż tyle czasu poświęca mojej skromnej osobie. Jego kraj był niewielki, znany głównie namiętnym rozwiązywaczom krzyżówek, ale potrzeby finansowe miał ogromne i minister mógł ten czas z powodzeniem wykorzystad na znacznie bardziej owocne kontakty. Zwłaszcza że mój wpływ na międzynarodową finansjerę był zawsze dośd ograniczony. Usiłowałem nieśmiało wyjaśnid różnicę między Polską i Czechosłowacją, co mi zawsze przychodzi z trudem, bo przepadam za Czechami, poza tym jakoś nieporęcznie zaczynad od tego, że jesteśmy inni. Minister przyjął jednak moje wyjaśnienia dośd ozięble. - Tak? - powiedział patrząc na mnie koso. - To ciekawe. A niech pan sobie wyobrazi, że właśnie niedawno dostałem od waszego ambasadora album ze zdjęciami nowych domów „in Praga”. Czy pan chce we mnie wmówid, że nie rozróżniam krajów południowej Europy? Nie, naprawdę nie chciałem ministrowi nic wmawiad, oprócz tego, że muszę niezwłocznie opuścid przyjęcie, gdyż powinienem nadad do stolicy mego kraju niezmiernie pilne informacje. A w gruncie rzeczy powinienem przecież udzielid ministrowi lekcji geografii. Fakt, że na mapie świata w projekcji Merkatora kraje naszego kontynentu są rzeczywiście nieco stłoczone, nie może przecież prowadzid do takich nieporozumieo, bo później u nas będą zaciągad pożyczki, a Czechom lub Austriakom je spłacad. Jeżeli w ogóle spłacą i jeżeli w ogóle cokolwiek pożyczymy, w której to kwestii istnieją tzw. podzielone zdania. Opowiadam te wszystkie anegdoty protokolarne z pewnym niepokojem, gdyż nie mam pewności, czy się czytelnikom nie znudziły. Wiadomo, że świat jest za duży, że istnieje w nim zbyt wiele paostw, że ludzie mówią zbyt wieloma językami i że w ogóle bałagan, zwany inaczej entropią, nieustannie w świecie rośnie zamiast maled. O czym tu jeszcze mówid i z czego się zaśmiewad? Byd może, jest to jednak odosobniony i głęboko niesłuszny punkt widzenia. Jeśli ktoś zechce mnie przekonad, że wszystko zmierza ku lepszemu - oczywiście jestem do dyspozycji.

Może właśnie ten bałagan wymaga rygorystycznego przestrzegania protokołu, żeby się wszystko do reszty nie pokałapudkało. Z tego punktu widzenia Narody Zjednoczone, główna siedziba światowej dyplomacji, kolebka praw, konwencji i obyczajów, są na pewno najlepszą na świecie szkołą protokołu. Ukooczyłem ją wprawdzie z mizerną trójczyną, lecz w niczym to nie umniejsza mojej wiary w wielkośd i mądrośd protokołu.

6. AUTOR POPADA W NOSTALGIE
Co prawda, trafiają się w ONZ osobistości wyjątkowo barwne, wobec których wszystkie przepisy protokołu przestają się na cokolwiek przydawad. Rzadko, ale się trafiają. Taką postacią był z pewnością ówczesny szef rządu radzieckiego, Nikita Siergiejewicz Chruszczow, którego temperament, rubaszny dowcip i pewnośd siebie wywoływały wiele komentarzy i stały się przyczyną wyjątkowo wielkiej ilości anegdot ONZ-owskich. Amerykanie, którzy mają na ogół szczęście do swych przedstawicieli w ONZ, popełnili jednak nieostrożnośd mianując ambasadorem w ONZ w tym krytycznym okresie niejakiego Henry Wadswortha. Był to człowiek wygrzebany przez Eisenhowera z jakichś zakurzonych zakamarków machiny partyjnej, pozbawiony kwalifikacji, a do tego jeszcze obdarzony wyjątkowo grubiaoskim usposobieniem. Utarczki tych dwóch polityków na XV sesji odznaczały się wyjątkową dynamiką i szczególnie obrazowym słownictwem. Była to w ogóle sesja, jakiej ONZ nigdy przedtem nie oglądała i - miejmy nadzieję - nigdy więcej widzied nie będzie. Reperkusje lotu U-2, zerwania paryskiej konferencji na szczycie, walk w Kongu, a w koocu powszechnego kryzysu w dyplomacji światowej przekształciły ją w rodzaj huraganu, który dosłownie zatrząsł podstawami 38-piętrowego gmachu ONZ. W znacznej mierze był to skutek niespożytej energii, jaka zawsze promieniowała z Nikity Siergiejewicza. W kilka dni po słynnych incydentach, kiedy to Chruszczow porównał pewien problem do zdechłego szczura, a pewien dyplomata z pewnego kraju (przepraszam za te uniki, ale co ja mam zrobid?) odwzajemnił mu się metaforami z zakresu zoologii - Chruszczow ponownie zabrał głos z mównicy Zgromadzenia Ogólnego. Sala była nabita do ostatniego miejsca, ponieważ premier radziecki miał czasami w zwyczaju porzucad przygotowany tekst i kontynuowad impromptu, no, a takiej okazji nikt nie miał zamiaru tracid. W pewnym momencie Chruszczow wymienił w przemówieniu nazwisko prezydenta Eisenhowera. Uczynił to jednak w wysoce neutralnym kontekście, byd może nawet z pewną intencją koncyliacyjną. W każdym razie nie było tam ani jednego słowa, które można by było poczytad za osobisty atak na Eisenhowera, chod w początkowej fazie sesji i takie rzeczy się zdarzały, ku zgrozie ekspertów od protokołu. Wadsworth jednak przejawił typową reakcję psów Pawłowa i kiedy tylko dotarło do niego przez słuchawki nazwisko Eisenhowera, zerwał się nie czekając na dalszy ciąg tłumaczenia i wrzasnął na całą salę: - Mr President! Proszę o głos w sprawie formalnej!

Procedura postanawia, że głosu w sprawie point of order udziela się natychmiast. Chruszczow, z nieco zagadkowym uśmiechem na twarzy, stanął skromnie przy którejś z bocznych ław, podczas gdy Wadsworth rozprawiał się surowo z szefem delegacji radzieckiej. - Delegacja amerykaoska - grzmiał Wadsworth - zakłada stanowczy protest przeciwko obelgom rzucanym na osobę prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Delegacja amerykaoska wyraża zdziwienie, że w cywilizowanym świecie pewnym delegacjom nie są znane podstawowe zasady protokołu dyplomatycznego. Domagam się, aby delegat sowiecki został przywołany do porządku! Oświadczam, że jeśli te bezwstydne ataki jeszcze raz się powtórzą, delegacja Stanów Zjednoczonych będzie zmuszona opuścid salę! Już po pierwszych słowach Wadswortha było wiadomo, że delegat amerykaoski ciężko się wygłupił, nikt jednak nie przeczuwał jeszcze, do jakiego stopnia. Chruszczow, wciąż się uśmiechając, wrócił na mównicę, powiódł wzrokiem po skamieniałej z emocji sali i zaczął: -- Panie przewodniczący! U nas, za carskich czasów, jechało w pociągu dwóch chłopów. Jadą, czas im się dłuży, obgadali już wszystkich krewniaków i sąsiadów, w koocu zaczynają rozmawiad o carze. A to, że gałgan i że o kraj nie dba. A to, że niespełna rozumu. A to, że caryca z jakimś mnichem kombinuje. Jadą, gadają, a tu z sąsiedniego przedziału wychodzi żandarm i powiada: „Aresztuję was”. „A to za co?” - pytają chłopi. „Boście źle mówili o carze”. „Prawda - przytakują chłopi. - Tylko że my o niemieckim carze tak sobie gadalim”. Na to żandarm: „Mołczat’! Kotoryj car durak, ja łuczsze znaju!” Ryk śmiechu, jaki się wtedy rozległ w Zgromadzeniu Ogólnym, słychad było podobno aż w Connecticut. W szklanym gmachu nad Wschodnią Rzeką wybacza się ludziom wiele rzeczy, za które gdzie indziej pochwały do akt nie wpisują, jednego wszakże nie wybacza się nigdy i nikomu: śmieszności. W taki to efektowny sposób Henry Wadsworth zakooczył swą karierę dyplomatyczną, a Nikita Chruszczow, znany w amerykaoskiej prasie brukowej pod pieszczotliwym przezwiskiem „Niki”, zaliczył duży punkt dla drużyny radzieckiej, bardzo zresztą pożądany po serii niezbyt fortunnych przypadków w pierwszej fazie sesji. Nie jest to jedyna ONZ-owska anegdota z pamiętnej XV sesji, proponuję jednak, aby na niej na razie poprzestad.

7. CO TO ZA WSTYD DLA DYPLOMATY, KIEDY SZWAGROWI ZE WSI KRÓLIKI SIE PARZĄ W GŁOWIE!
Skoro się już zgadało o takich sprawach, muszę chyba opowiedzied i coś z drugiej strony, żeby mnie nikt nie posądził o stronniczośd. Człowiekiem, który zastąpił Wadswortha na stanowisku ambasadora Stanów Zjednoczonych w ONZ, był jeden z najwybitniejszych polityków amerykaoskich okresu powojennego, Adlai Stevenson II. (W USA istnieje zadziwiający zwyczaj numerowania pierworodnych synów.) Dynastia Stevensonów, pochodząca z Illinois i oceniana skromnie na co najmniej 300 milionów dolarów, od osiemdziesięciu

lat uczestniczy aktywnie w polityce amerykaoskiej, i to zawsze po tej lepszej, światlejszej stronie. Adlai II był nieodrodnym synem tej dynastii. Dwukrotnie - w roku 1952 i 1956 - z ramienia Partii Demokratycznej kandydował na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych mając za przeciwnika Eisenhowera. Reprezentował - może jako ostatni już polityk tej miary - klasyczny, zeszłowieczny liberalizm. Jego erudycja, rozległe wykształcenie (znał nawet łacinę, co na stosunki amerykaoskie jest wprost nie do wiary), długoletnia praktyka w sprawowaniu urzędów publicznych, oryginalnośd sądów, osobisty urok i wyjątkowa kultura polityczna wystarczyły w zupełności, aby dostał okrutne wnyki w wyborach, i to dwukrotnie. Narody nie cierpią takich mądrali i często wolą powierzyd swój los sympatycznej miernocie. Nie chciałbym szydzid z vox populi, ale kiedy się czyta, że jakaś idealna nicośd, np. w rodzaju Perona, może wzbudzid aż tyle ludzkich namiętności -różne dziwne i niedopuszczalne refleksje snują się po dziennikarskiej głowie. Podczas kadencji ambasadorskiej w ONZ Stevenson przewyższał o kilka klas wszystkich swych poprzedników i następców. Przemawiał nieszczególnie, bo nie jest to forum dla retorów i Cycerona szybko by dziś odwołano do centrali, ale kilka jego wielkich zagrao, zwłaszcza jesienią 1962 roku, chyba jednak przejdzie do podręczników dyplomacji. Gdyby nawet uznad, że był to polityk trochę staroświecki i że brakło mu pewnej cierpkości, którą tak świetnie wyrażał John Kennedy - to w każdym razie jego konsekwentny liberalizm (w tym także głęboko humanistyczny stosunek do kwestii murzyoskiej w USA) i tolerancja, na jaką stad tylko bardzo mądrych i bardzo bogatych Amerykanów, sprawiały doprawdy niemałe wrażenie, i Zaraz się wyjaśni, dlaczego mi się zebrało na taki potok komplementów, ale na razie chciałbym tu nadmienid, że bywają i tacy adwersarze, których się po prostu szanuje. Nie od rzeczy będzie uzupełnid ten ciepły portret informacją, że Stevenson, jak znakomita większośd rzeczywiście inteligentnych i wykształconych łudzi, odznaczał się wybornym poczuciem humoru. To właśnie on jest autorem legendarnego aforyzmu na temat Narodów Zjednoczonych: alcohol, protocol and geritol. O protokole była już mowa, o alkoholu wkrótce będzie, natomiast co do geritolu... nie bardzo wiem, jak to wyjaśnid. Formalnie rzecz biorąc, jest to nazwa najpopularniejszego w Stanach lekarstwa przeciw starości. Z punktu widzenia farmakologii jest to bezczelny humbug, o którym z oburzeniem po wielekrod wypowiadali się nieprzekupni lekarze, bo i tacy niekiedy się w Ameryce trafiają: witaminka C, natrium bicarbonatum na ułatwienie stolczyka, plus duże ilości aqua destilata. Plus bezwstydna, nachalna reklama. Socjologicznie zaś rzecz biorąc, geritol stał się potocznym określeniem tego, co nasze straszne dziatki lubią określad jako wapniactwo lub sklerozę. W każdą niedzielę firma Geritol funduje widzom w jednym z programów telewizyjnych specjalny show, wobec którego najgłupsza operetka z huzarami i podpitą szansonistką jest „Hamletem”. Firma zaprasza znanego męęęskiego, suto opłaconego gwiazdora, który nie kryjąc niesmaku wyrabia normę taocząc kolejno (rundka trwa około piętnastu sekund) z licznymi zgromadzonymi paniami po siedemdziesiątce, ale coś niezbyt szybkiego; żadne tam baba-ryba. Ma to zapewne dowodzid, że po geritolu... ho, hol Do taoca i do różaoca. W przerwach między pląsami staruszkowie w bujnych perukach zachwalają geritol, bezzębni dowcipnisie opowiadają, krztusząc się ze śmiechu, jak to muszą płacid alimenty po geritolu, natomiast

sędziwe damy, których debiut sceniczny przypadł na czasy Kolumba, z lekką tylko zadyszką podśpiewują, jakie fajne jest nasze życie, kiedy zażywamy geritol. Wesołe jest życie staruszka. Teraz już chyba mogą paostwo docenid złośliwośd dowcipu Stevensona (alcohol, protocol and geritol), chod sam Stevenson już wtedy młodzieniaszkiem nie był, a przypuszczam, że wieczorem, po cichutku, zażywał jednak szklaneczkę whisky i łyżeczkę geritolu. Trudno powiedzied, żebym Adlai Stevensona II znał osobiście. Rozmawiałem z nim kilkakrotnie, zadawałem mu niegrzeczne pytania na konferencjach prasowych (było, było o co byd niegrzecznymi), ale na tym też nasza znajomośd się kooczyła. Jeden jedyny raz Stevenson wpędził mnie w ciężką konfuzję, z której przez dobrą godzinę nie mogłem się otrząsnąd. Podczas posiedzenia Rady Bezpieczeostwa, bodaj na temat Cypru, nadeszła do Nowego Jorku wiadomośd o śmierci przewodniczącego xRady Paostwa PRL, Aleksandra Zawadzkiego. Zwyczaj wymaga, aby w razie zgonu głowy paostwa delegaci obradujący na jakimkolwiek forum ONZ złożyli chodby zdawkowe kondolencje. Tak się też stało i tym razem, ale z pewnym urozmaiceniem. Po przedstawicielach Związku Radzieckiego i Bułgarii zabrał głos ambasador francuski. Widząc to, Stevenson natychmiast zażądał głosu, ponieważ byłoby wielce niepolitycznie ociągad się, kiedy Francuzi już swoje powiedzieli. Stevenson nie poprzestał jednak na suchych ,,wyrazach współczucia”. Rozwiódł się obszernie nad zasługami Aleksandra Zawadzkiego w dziele utrwalania pokoju, następnie streścił wysokie mniemanie, jakie żywił o zmarłym na podstawie rozmów przeprowadzonych z nim w czasie pogrzebu Johna Kennedy'ego. Dla polskiego korespondenta była to sytuacja gorzej niż kłopotliwa. Na pogrzebie Kennedy'ego reprezentował Polskę ówczesny wicepremier Piotr Jaroszewicz. Z całą pewnością Aleksander Zawadzki nigdy w Stanach Zjednoczonych nie był i na pewno nie rozmawiał ze Stevensonem nawet wówczas, gdy Stevenson odwiedził Warszawę pod koniec lat pięddziesiątych. Ale jak tu prostowad pomyłkę akurat w takiej sytuacji i w tak niezwykle pochlebnym kontekście? Podczas uroczystości żałobnych w Waszyngtonie rzeczywiście było ośmiu królów i trzydziestu prezydentów, przypuszczam więc, że Stevensonowi pomieszały się trochę kraje, twarze, osoby i tytuły. Stąd właśnie moje podejrzenie o zażywanie geritolu. Ale przecież nie zmieniało to wcale postaci rzeczy. Słowa Stevensona zostały na wiecznośd zapisane w kronikach Rady Bezpieczeostwa i do moich obowiązków należało wierne ich przekazanie do Warszawy, zwłaszcza że umyślnym kablem uprzedziłem centralę PAP, ta zaś - wszystkie gazety, aby czekały na informacje, pt. „Rada bezpieczeostwa czci pamięd Aleksandra Zawadzkiego”. Nie powiem jednak, jak wybrnąłem z tej sytuacji i jak pogodziłem wymóg korespondenckiej sumienności z bezspornymi faktami. No, nie powiem. I wródmy jednak do Stevensona. Los sprawił, że z dynastią Stevensonów miałem możnośd zawrzed bliższe kontakty nie przez seniora rodu, Adlai II, lecz z zupełnie innej - rzec można - odwrotnej strony. Wiosną 1965 roku uczestniczyłem w kilkudniowej wycieczce dziennikarzy zagranicznych do stanu Północna Karolina. W programie była m.in. wizyta na wielkiej fermie, stanowiącej własnośd siostry Adlai Stevensona.

Była to kobieta niemłoda, dośd niepozorna, lecz godna szczytnych tradycji rodu i nie przynosząca ujmy swemu wybitnemu bratu. Wykształcona, liberalna w poglądach, świetnie zorientowana w polityce i, co wśród Amerykanów niezmiernie rzadkie, również w geografii (tylko raz powiedziała koledze z Holandii, że Bruksela jest pięknym miastem, mnie zaś pogratulowała naszego wspaniałego budownictwa cerkiewnego, zwłaszcza tych kolorowych kopuł zakręcanych w bezę) - była rzeczywiście przemiłą gospodynią i interesującym partnerem do rozmowy. Natomiast jej sędziwy małżonek, odziany w miękkie papucie, kraciastą bonżurkę i kowbojski pas z olstrami, od razu sprawił na nas wrażenie, że zbyt uporczywie zażywa geritolu. Ducha miał bowiem wielkiego, lecz głowę mdłą. Już u progu wypomniał naszemu wytwornemu koledze z Londynu barbarzyoską głupotę Jerzego III, obciążając monarchę całkowitą odpowiedzialnością za powstanie republiki amerykaoskiej. Nasz Anglik powiedział: „Oh, indeed!”3 i przerażony własną gadatliwością w tak dwuznacznej materii, sięgnął po szklankę. Wcale mu się nie dziwię. Jerzy III rzeczywiście był jełopem, psychopatą i okrutnikiem, lecz jako temat konwersacji towarzyskiej dawno się już skooczył. Szybko się okazało, że szwagier Stevensona ma swój dobry dzieo. Już po pierwszej kolejce whisky (dobra była, stara, złota, aromatyczna... do dziś pamiętam) miał dla każdego z nas coś w zanadrzu. Włochowi wypomniał tego łotra Nerona, którego widział w jakimś hollywoodzkim filmie; wyjaśnienia, że Juliusz Cezar i Marek Aureliusz byli jednak trochę lepsi, zostały przez gospodarza kategorycznie odrzucone. Mój kolega Włoch był doktorem historii i chorował, kiedy źle mówiono o starożytnych Rzymianach. Zawsze go w Stanach pytano, czy należy do mafii, więc ratował się Juliuszem Cezarem. A tu jeszcze Neron na dokładkę. Hindusa potraktował szwagier dośd ulgowo, zadając mu tylko jedno pytanie: „Dlaczego wy się tak mnożycie jak króliki, co? Może wam za gorąco? I kto będzie płacił za to wasze życie płciowe, pewno znowu my?”. Korespondentowi prasy hiszpaoskiej, który wielekrod ubolewał prywatnie (bo przecież nie na łamach) nad długowiecznością generała Franco, cudowny szwagier pogratulował „wspaniałego prezydenta Franco, który jak nikt inny w tej niemrawej Europie potrafił wziąd czerwonych za kark”.'Mnie, jedynemu czerwonemu w tym zacnym gronie, szwagier najpierw pogroził palcem, a potem zapowiedział stanowczo, że musimy oddad tą Cylicję Turkom. Przyjąłem to ultimatum z pełnym spokojem, gdyż nazwy tureckiej Cylicji i polskiego Śląska (Silesia) są po angielsku wymawiane niemal identycznie, o czym miałem okazją przekonad się niejednokrotnie. Tyle razy stawialiśmy czoła Turkom, że i teraz staniemy w potrzebie. Cocktail upłynął więc w bardzo ożywionej atmosferze. (Zdaje się, że znalazłem nowe określenie protokolarne.) Pani domu łagodnie strofowała małżonka, przestrzegając nas półgłosem, żeby nie brad zupełnie serio wszystkiego, co on mówi, gdyż, jak nam wyjaśniła, pochodzi z głębokiego Południa i jest „nieco konserwatywny w poglądach”. Wkrótce mieliśmy się o tym przekonad na własnej skórze. Zaraz po zupie szwagier zadzwonił w kieliszek i spytał: - No, jak wam się tu podoba u nas, na Południu? Nie umawialiśmy się wprawdzie, że wybierzemy spośród siebie rzecznika prasowego, ale wszyscy, jak na komendę, spojrzeliśmy na Anglika.
3

O, w istocie!

Narozrabiali, to niech się teraz tłumaczą. Anglik, który pracował dla gazety tak nobliwej i dystyngowanej, że mógł mówid tylko przez nos i do tego szeptem, przełknął flegmatycznie pasztecik, wytarł usta serwetką, popił wody, poprawił krawat, otworzył papierośnicę i oświadczył: - Oh, quite interesting!4 Nie było to długie przemówienie, lecz wystarczyło, aby szwagier zaskoczył, jak prawidłowo uruchomiony motocykl. - No, proszę, jankesi znów wam nakłamali o południowcach. Co za ludzie! Już sto lat tak nas szabrują i opluskwiają przed światem. A wy tam w Europie i w innych Indiach wierzycie bez zastrzeżeo we wszystko, co wymyślą ci durnie z Waszyngtonu. Chłopcy, zawiodłem się na was. Nie dajcie się zwariowad! Jeżeli wszystko, co pisujecie do swoich gazet, zawiera podobne bzdury, to współczuję waszym czytelnikom. Prawda, wy przecież przyjeżdżacie z tego Babilonu, z Nowego Jorku. Już ja sobie wyobrażam, co tam o nas plotą. - Przecież paoski szwagier... - bąknął któryś z kolegów, zaniepokojony nadciągającą kłótnią w tak zacnej, rodzinie. - Mój szwagier, synu, ma za dużo pieniędzy i z mądrości pomieszało mu się w głowie. Wyłączam telewizor, kiedy zaczyna te swoje bajdy. Dopiero jak go czarnuchy upieką i zjedzą, nauczy się może rozumu. - Jimmy! - powiedziała stanowczo pani domu. - Prosiłam cię tyle razy... Panowie przecież znają Adlaia. - Pięddziesiąt lat mówię ,to samo - rzekł pan domu z błogim wyrazem twarzy, pociągając whisky - to i na starośd nie będę mówił inaczej. Po co ja się wżeniłem w taką zwariowaną rodzinę? Jak się raz zadasz z jankesami, ukradną ci nie tylko twój majątek, ale i twoją duszę. Twój przemądrzały brat, darling, nigdy nie rozumiał prawdziwej Ameryki. Chłopcy, ja wam coś powiem, tylko słuchajcie uważnie. My tutaj, na wsi, może i nie rozumiemy się na tych tam dyplomatycznych faramuszkach, ale serce, prawdziwe serce i rzetelną amerykaoską wiarę tylko u nas znajdziecie. Postanowiłem podpuścid szwagra na całośd i zapytałem z głupia frant, czy ma coś przeciw Murzynom. - Ja? - zdziwił się szwagier. - Przeciw Murzynom? No, coś takiego! Synu, przejdź się po mojej fermie, zwiedź cały nasz powiat i całą Północną Karoliną. Jeżeli znajdziesz jednego czarnucha, który ci powie, że go nie lubią, dostajesz ode mnie dolara. Dwa dolary! Pięd dolarów! Dlaczego miałbym ich nie lubid? Czy ja im zabraniam, żeby sobie śpiewali po kościołach? Czy ja ich piorę po pysku, chod powiem szczerze, że nieraz mam na to ochotę? Znam dostatecznie dobrze amerykaoskie Południe, aby wiedzied, że na tym etapie, zwłaszcza po dwóch scotchach, eskalacja miłości do Murzynów jest już nie do zatrzymania, toteż raczej z przekory niż z rzeczywistej potrzeby zawodowej zapytałem szwagra, dlaczego w takim razie sprzeciwia się integracji szkół, ustępów, parków i szpitali. Szwagier Adlai Stevensona zadumał się przez chwilę nad niegodziwością czerwonych, którzy nawet przy biesiadnym stole sieją tę swoją bezwstydną propagandę, pokiwał głową i powiedział dokładnie

4

O, to dośd ciekawe!

to, co spodziewałem się usłyszed, jako że południowcy mówią zawsze to samo, kiedy dochodzi do wyjaśniania europejskim idiotom spraw zupełnie elementarnych: - Synu, to ja ciebie o coś zapytam. Czy wydałbyś swą córkę za Murzyna? - Nie mam córki - odpowiedziałem ku powszechnej radości zgromadzonych. Szwagier wygłosił następnie dłuższe exposé na tematy rasowe, w którym Pan Bóg („bo i po co stworzył czarnuchów?”) dzielił solidarnie winę z Abrahamem Lincolnem („wymordował pół narodu”). Widocznie jednak nasze miny nie zdradzały zbyt ugruntowanych przekonao, gdyż szwagier użył jeszcze poważniejszych argumentów. Muszę przyznad, że usłyszałem je wtedy po raz pierwszy i moja znajomośd umysłowości południowców szalenie od tego czasu wzrosła. Korzystając z tego, że małżonka wyszła na chwilę do kuchni, szwagier pospiesznie nalał sobie pełną szklaneczkę burbonki i bez przeszkód mógł nam odsłonid skarby swego wnętrza. - To prawda - mówił - że po wojnie mamy tu pewne kłopoty z czarnuchami. Siedemdziesiąt lat żyję na tym świecie i nie mogę pojąd, dlaczego się ta hołota rozzuchwaliła. Bezczelne to jakieś, pyskuje o byle co, a wymagania... ho, ho! Pład im za robotę - uważacie? - tyle samo, co białym, a już po imieniu w ogóle nie można się odezwad, tylko „proszę pana” i „proszę pani”. Mister and mistress! Dobre, nie? Ale my tutaj wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Dobrze wiemy. A wy wiecie? Nie. Nie wiedzieliśmy, kto za tym wszystkim stoi, ale przygotowaliśmy się na najgorsze. - To ja wam powiem. Żydzi, czerwoni i Niemcy I - oznajmił triumfalnie szwagier, delektując się naszymi osłupiałymi minami. - No i katolicy, jak zwykle. Odczekał chwilę, aby Żyd, Niemiec, czerwony i dwaj katolicy mogli zebrad myśli. Moi w gorącej wodzie kąpani koledzy już chcieli zasypad szwagra pytaniami. Co do mnie, zachowywałem olimpijski spokój. - Żydzi i czerwoni - ciągnął szwagier - przez trzydzieści lat pracowali, aby wynaleźd te wszystkie sztuczne włókna. No, wiecie, te tam nylony i tergale. Po co? Żeby zmniejszyd popyt na bawełnę. A cała gospodarka Południa zawsze się opierała na bawełnie. Jasne? Chyba jasne. Teraz trzeba u nas jechad ze sto mil, żeby zobaczyd plantację bawełny. Za czasów mojej młodości tu wszędzie, o, wszędzie, rosła bawełna. A teraz co? Z tytoniem to samo. Jeden taki Żyd, jakiś Rosenszmalc, mówił niedawno w telewizji, że od palenia papierosów dostaje się raka. Dobre, nie? Ale o tym, że od nylonu dostaje się raka skóry, to jakoś nie mówią. Zresztą, mój sąsiad Walter dobrze pamięta, że tym Rosenszmalcem interesował się jeszcze Joe McCarthy. Podobno należał do Międzynarodówki czy coś takiego. No, w każdym razie ciemna figura. Mówię wam, chłopcy, w głowie się nie mieści, jak nas w tym kraju wykaoczają. Tak więc Żydów i czerwonych mieliśmy już z głowy, exposé o Murzynach również, pozostawała tylko do wyjaśnienia kwestia niemiecka, bo stanowiła dla nas nowośd, a zdenerwowany kolega z Frankfurtu w milczeniu żebrał wzrokiem o odpowiedź. Pytad nie mógł, gdyż pracował dla Springera; dałby mu boss za takie pytania! Na szczęście i w tej dziedzinie szwagier okazał się przystępny i wylewny.

- Chyba wiecie, co się działo w Niemczech przez pierwsze lata po wojnie. Każdy chłopak z naszej armii za parę pooczoch i tabliczkę czekolady mógł mied każdą niemiecką dziewczynę. Za karton papierosów sprowadzał sobie cały harem. Nie mówię o naszych chłopcach, musieli się jakoś rozerwad, ale przecież w naszej armii było pełno czarnuchów, którzy robili to samo. Rozumiecie? Mieli więcej białych kobiet, niż się śniło ich wszystkim pradziadkom do szóstego pokolenia wstecz. A oni lubią te rzeczy, to chyba wiecie. No i nic dziwnego, że się rozbestwili. Popatrzcie tylko, jakim wzrokiem wodzą teraz po naszych dziewczynach. I co, mam to zapomnied Niemcom? Tu szwagier wymownym ruchem poprawił olstry przy bonżurce. Ponieważ zapadła chwila skonfundowanej ciszy, szwagier wyjaśnił jeszcze, że wynalazca nylonu w laboratoriach Du Ponta był katolikiem. W ten sposób wszechświatowy spisek komunistyczno-żydowsko-katolicko-murzyoski został wystarczająco udowodniony. W tym momencie pani domu wróciła z kuchni, wzywając nas, abyśmy się czuli jak u siebie w domu. Musiała widocznie dostrzec stropione miny jednych, a wzburzone innych, ponieważ spytała z niepokojem, czy czcigodny małżonek nie naopowiadał jakichś głupstw.' - Oh, no! - zaprzeczył nasz Anglik. - To było rzeczywiście interesujące. - No widzisz - ucieszył się szwagier wznosząc szklankę, - Od razu mówiłem, że to są fajni chłopcy. Umówiliśmy się, że żaden z nas nie opisze tej niezwykłej przygody, aby nie sprawiad przykrości Stevensonowi i nie wystawiad na szwank wiarygodności naszych relacji, bo i tak wszyscy, bez względu na przekonania, pisywaliśmy o Stanach rzeczy, w które nasi czytelnicy nie wierzyli. Taki tp dziwny kraj. Kiedy jednak w roku 1972 spotkałem w Nowym Jorku swego holenderskiego kolegę i dowiedziałem się, że opowiedział swym słuchaczom tę historię - uznałem się za zwolnionego z dyskrecji. Nie dopuszczę przecież, żeby polskiemu czytelnikowi miało się gorzej powodzid niż holenderskim radiosłuchaczom. Przynajmniej pod tym względem, bo reszta ode mnie nie zależy.

8. NIE RÓB PAN ZE MNIE DANIELA!
Ponieważ mamy już z głowy oba wielkie mocarstwa, protokół zezwala, aby poplotkowad trochę o Trzecim Świecie. To znaczy o niektórych wybitniejszych postaciach Trzeciego Świata, bo cała ta częśd globu jako taka nie za bardzo nastraja do żartów. Wśród polityków, którzy w Narodach Zjednoczonych przysparzali szczególnych męczarni ekspertom od protokołu, wyróżniał się dodatnio były prezydent Indonezji, Sukarno. Został on unieważniony przez generała Suharto, poza tym umarł, toteż mogę spokojnie powiedzied - a powstrzymywałem się przed tym stwierdzeniem w imię racji stanu przez prawie dwanaście lat - że przedstawiał on sobą osobliwą mieszaninę geniusza i kabotyna, zaprawioną do tego ostrymi atakami bolesnej erotomanii. Nie zdradzę tu chyba wielkich tajemnic dyplomatycznych współczesnego świata, jeśli powiem na głos, że w każdej stolicy, jaką Sukarno odwiedzał - a podróżował niemal bez przerwy, kto ciekaw, niech sobie sprawdzi jego rozkład jazdy - musiały na niego czekad, oprócz orkiestr, kompanii honorowej i prezydentów, również urodziwe i uczynne dziewczyny. Tak przy tym dobrane, aby reprezentowały najczęściej w danym kraju spotykane typy antropologiczne. W krajach jednolitych narodowo

ostatecznie pół biedy, ale co miał robid np. biedny szef ochrony i dyrektor protokołu w kraju liczącym więcej niż dziesięd narodowości, np. w Indiach lub Nigerii? Dziewczyny były warunkiem wstępnym, bez którego Sukarno w ogóle nie przyjmował zaproszenia, chodby mu obiecywano złote góry i kuszono milionowymi kredytami. (Był to człowiek z tak szerokim gestem, że niemal całośd japooskich odszkodowao wojennych kazał zainwestowad w monstrualny stadion sportowy w Djakarcie, oczywiście zupełnie bezużyteczny.) I na sławę kilkudziesięciu rządów świata trzeba powiedzied, że ów warunek był za każdym razem spełniany sumiennie, dokładnie i bez żadnych wahao. Znam tylko jeden wypadek zgłoszenia reklamacji przez stronę indonezyjską, co zresztą nie ograniczyło się do protestów werbalnych, gdyż Sukarno uchylił się od nawiązania stosunków dyplomatycznych z tym wyrodnym krajem. Jakiż sens miałyby stosunki dyplomatyczne bez widoków na inne stosunki? Organizacja Narodów Zjednoczonych nigdy nie dysponowała odpowiednimi możliwościami, aby zaspokoid wysokie wymagania prezydenta. Brak kadr, ot co. Zupełnie gustowne przewodniczki po gmachu ONZ mają surowy zakaz nawiązywania prywatnych kontaktów ze zwiedzającymi, Sukarno zaś był zainteresowany wyłącznie takimi kontaktami. Od polityki miał swoich ministrów, których z rozmysłem dobierał wśród najszpetniejszych mężczyzn, jacy się pojawili na horyzoncie Nusantary. W ogóle był to mąż wierny wielkiej i świętej zasadzie „wsiech nie uspiejesz... no stiemitsa nada”. Nawiasem mówiąc, wiele lat temu popełniłem spory reportaż książkowy o Indonezji, w którym z nędznego oportunizmu przemilczałem pewne ciekawe szczegóły, tyczące Bunga Karno. Otóż niechże chod teraz powiem, że cudowny park botaniczny wokół pałacu prezydenckiego w Bogorze koło Djakarty zawierał w sobie prawdopodobnie najgorzej strzeżoną tajemnicę dyplomatyczną dziejów najnowszych. Była tak źle strzeżona, że znał ją cały korpus dyplomatyczny, stali i przyjezdni korespondenci, wojsko i policja, wszystkie wywiady z albaoskim włącznie, a także, last but not least, sześd milionów mieszkaoców pobliskiej stolicy. I nigdy jakoś za mojej pamięci nie ukazało się na ten temat ani jedno słowo w prasie światowej. Przez środek parku biegła wysoka (oczywiście importowana za dewizy) siatka, a po obu jej stronach snuły się, a może raczej przebierały nogami w powietrzu sumatrzaoskie daniele, chyba najpiękniejsze zwierzęta świata, odławiane w górach północnej Sumatry na potrzeby urzędu prezydenckiego przez specjalnych łowczych na paostwowym etacie. Po każdym - jak by to właściwie nazwad? - nowym, męskim sukcesie gospodarza pałacu, strażnicy przepuszczali jednego daniela z prawej na lewą stronę siatki. Teraz już paostwo chyba wiedzą, dlaczego rozżalone dziewczyny mówią niekiedy natarczywym amantom: ,,Nie rób pan ze mnie daniela!” Sądząc z ilości tych cudownych zwierząt po lewej stronie siatki, medycyna azjatycka musi znad jakieś cudowne eliksiry, które warto by upowszechnid w naszych chłodnych, północnych krajach. Sądząc zaś z ilości zapasowych danieli po prawej stronie, Sukarno musiał byd wcieleniem nieograniczonego optymizmu i sił witalnych. Doświadczeni obserwatorzy bogorskich danieli utrzymywali kategorycznie, że o żadnych szwindlach i samochwalstwie nie było mowy. Liczyły się tylko rzeczywiście trafione i zaliczone daniele. Ten tryb życia prezydenta Indonezji nie był oczywiście tajemnicą dla sekcji protokołu dyplomatycznego w ONZ. Jeśli jednak dobrze słyszałem, Sukarno nigdy w tych trudnych kwestiach nie dowierzał imperialistom, których tylu się przecież wkręciło na stanowiska w Sekretariacie.

Organizacją jego życia prywatnego podczas pobytów w Nowym Jorku zajmowała się misja indonezyjska. Zdaje się, że z pełnym sukcesem. Może właśnie z tego powodu każda wizyta Sukarna w gmachu ONZ przypominała wybuch wulkanu Krakatau. Jeśli bowiem mogą wystąpid przejściowe trudności w podrywaniu na twardą walutę, to podrywanie na prezydenta udaje się zawsze bez pudła. Wbrew wszystkim przyjętym zwyczajom Sukarno osobiście przeglądał listę zaproszonych gości, dokonywał poprawek i skreśleo, ambasadorów wielkich mocarstw rozsadzał w zależności od aktualnego stanu zadłużenia Indonezji (skąpi Francuzi zawsze siedzieli smętnie na szarym koocu stołu), a bywało, że np. na drugim protokolarnie miejscu potrafił usadzid jakąś milutką dziewuszkę, debiutującą w wielkim świecie w sposób całkiem beztroski. I to jeszcze między premierami lub ministrami wielkich mocarstw. Taka słodka trzpiotka, która ze zdumieniem dowiadywała się, że w ogóle istnieją jeszcze jakieś inne kraje poza Francją i Anglią, albo karciła ambasadora radzieckiego, żeby się nie podszywał pod Rosjanina, bo ona przecież nie siedziałaby przy jednym stole z czerwonym - potrafiła niezmiernie ożywid nudną skądinąd atmosferę black tie dinner, czyli najwytworniejszej kolacji w smokingach. Podobno jedna z takich szczebiotek, już po burgundzie, ale jeszcze przed szampanem, zarzuciła ręce na szyję ambasadorowi Stanów Zjednoczonych i nie troszcząc się o ściszenie głosu powiedziała: „Filipku, to klawo, że mieszkasz w Nowym Jorku. Dam ci swój telefon. Wpadnij w piątek. Jesteś stary, ale będę dla ciebie miła”. Nie wiem, niestety, co było po szampanie, nie mówiąc już o koniaku. Zresztą gdybym nawet wiedział, i tak zachowałbym to dla siebie, ponieważ ów ambasador pełni obecnie bardzo ważną funkcję w pewnej bardzo ważnej instytucji międzynarodowej i protokół stanowczo zabrania plotkowania na jego temat. Adresu szczebiotki też nie znam. Zresztą, przy wysokości diet służbowych i postępach inflacji... Niezależnie od męczarni, jakich Sukarno przysparzał szefowi protokołu, był on również utrapieniem dla tłumaczy i kucharzy. Dla tłumaczy, ponieważ mniej więcej co sześd tygodni wymyślał nową doktrynę polityczną lub historiozoficzną, której towarzyszyły całe strumienie nowych słów, skrótów i nazw, praktycznie nieprzekładalne na żaden obcy język, przy tym w ogóle niezbyt wiele znaczące. Kucharze natomiast odchorowywali każdą wizytę Sukarna z powodu podrażnienia ambicji zawodowej. Sukarno żądał serwowania dao na pozłacanych talerzach ze starego srebra, które - jak nam wszystkim wiadomo - są wręcz idealnym przewodnikiem ciepła. Ponadto miał zwyczaj wygłaszania toastów trwających około godziny, co powodowało, że potrawy stygły na lód i nawet najodporniejsi bywalcy wracali od prezydenta z katarem żołądka. Jak zawsze w takich sytuacjach, cała wina spadała oczywiście na kucharzy. A trzeba przyznad, że zestawy dao na przyjęciach u Sukarna mogły całe Towarzystwo Lukullusa przyprawid o nerwowe przełykanie ślinki. Nie było potraw tak drogich ani tak wyszukanych, aby nie mogły się znaleźd na prezydenckim stole, chodby nawet był to stół na czterysta pięddziesiąt osób. Podobno na jedno z przyjęd sprowadzono samolotem z Moskwy świeżo ustrzelone jarząbki, samolotem z Djakarty - jakąś specjalną odmianę jadalnych strzykw, które uchodzą w Azji za

ostateczny delikates, a samolotem z Paryża - najdelikatniejsze ostrygi. Szampan, rzecz prosta, Moet et Chandon, ponieważ nic podlejszego nie śmiałoby się pojawiad u prezydenta stumilionowego kraju. Indonezja zawsze pozostawała wierna niewzruszonej zasadzie gastronomiczno-dyplomatycznej Narodów Zjednoczonych: im mniejszy i biedniejszy kraj, tym wystawniejsze przyjęcia i tym bardziej rozrzutny tryb życia jego przedstawicieli. Pałacu, w którym mieszkał ambasador Mali, nie powstydziliby się Rockefellerowie; bankiet, jaki wydał kiedyś ambasador Mauretanii, książę Baba Miske, śnił się uczestnikom jeszcze po latach, chod w stolicy Mauretanii, Nuakszott, nie było wtedy jeszcze ani jednego murowanego domu. A już o bezwstydnych podarkach świątecznych, rozsyłanych na prawo i na lewo przez delegacje krajów importujących nawet gwoździe i spinacze, lepiej zamilczmy. (O tym, że świat się skurczył i zwariował, przekonałem się dowodnie na własnym przykładzie, kiedy z okazji Nowego Roku otrzymałem w prezencie od ambasadora Gwinei bawarską lalkę ludową, wyprodukowaną oczywiście w Czechosłowacji i sprzedawaną przez kanadyjska dom towarowy, oraz butelkę szkockiej whisky, podrabianej w Stanach Zjednoczonych przez niemiecką firmę.) Sukarno był prawdopodobnie jedynym mężem stanu z wystarczającą fantazją na dzisiejsze czasy. Wpadł on mianowicie na pomysł, aby zorganizowad konkurencję dla ONZ, czyli Zgromadzenie Sił Nowo Wyłaniających Się (oferuję suszoną strzykwę każdemu, kto zgrabniej przełoży termin Newly Emerging Forces). Jak to zawsze z pomysłami Sukarna, idea była olśniewająca, lecz realizacja niemożliwa. Okazało się przede wszystkim, że wcale nie jest tak łatwo wystąpid z ONZ. Karta NZ nie zawiera na ten temat żadnych postanowieo. Trybunał Haski uznał się za niekompetentny, Zgromadzenie Ogólne nie kwapiło się podjąd dyskusji, i w rezultacie nikt się specjalnie nie przejął oświadczeniem, że Indonezja naprawdę opuszcza, no, słowo honoru, że opuszcza Organizację Narodów Zjednoczonych. Poza tym organizowanie konkurencyjnej imprezy też jakoś dziwnie się wlokło: po trzech miesiącach znalazło się zaledwie dwu kandydatów, mianowicie Mauretania i Tanzania, bo nawet Pekin wcale się nie kwapił, aby występowad w charakterze „nowo wyłaniającej się siły”. Irytacja Sukarno na istniejący układ sił światowych odegrała może pewną rolę w decyzji opuszczenia ONZ, ale wątpię, czy był to motyw jedyny. Nie chciałbym występowad tutaj z własnymi teoriami na temat nosa Kleopatry, sądzę jednak, że znam przyczynę, dla której Sukarno tak się rozzłościł na ONZ. Cherchez la femme! Myślę, że wyrządziłbym krzywdę nieboszczykowi Sukarno, gdybym nie opowiedział tu przepięknej historii z zegarkiem, która od lat krąży po Warszawie w kilkuset wersjach. Właściwie tylko ode mnie mogą się paostwo dowiedzied, jak było naprawdę, ponieważ byłem niemal naocznym świadkiem owego wydarzenia i tylko względy protokolarne powstrzymywały mnie dotychczas od zrelacjonowania jej w druku. Bo w dziedzinie przekazu ustnego nie mam sobie nic do zarzucenia. Otóż prezydent co pewien czas urządzał dla wybraoców z korpusu dyplomatycznego kilkudniowe przejażdżki swym jachtem. Przykro stwierdzid, że nigdy nie uczestniczyłem w takich przejażdżkach, jednakże relacje z pierwszej ręki, o które się sumiennie postarałem, pozwalają sobie wyrobid pogląd na ich jakośd. Serwowano więc bez ograniczeo najwymyślniejsze drinki (m.in. „Gwiazdę mórz południowych”, która zwala z nóg po kwadransie, „Szept archipelagu”, który nieodwołalnie usuwa

skrupuły moralne, oraz „Krwawą Maokę”5, co do której dyskusja jest zbędna). Dziewczęta taoczyły i śpiewały, Krzyż Południa błyszczał, tresowane delfiny zabawiały gości igraszkami, orkiestra wojskowa grała co należy, dyskursa na tematy historiozoficzne dopełniały całości. Podczas jednej z takich przejażdżek Sukarno podszedł do ambasadora pewnego kraju socjalistycznego i patrząc łakomie na jego przegub spytał: - Ekscelencjo! Skąd pan ma tak piękny zegarek? - A, to ciekawa historia panie prezydencie - odparł ambasador, rad niezmiernie, że mu się szykuje bombowy raport do centrali. Ostatecznie rozmowa w cztery oczy z prezydentem stumilionowego kraju musi podnieśd opinię o ambasadorze w dziale kadr. - Otóż jest to zegarek szwajcarskiej firmy Pathek, najdroższy ze wszystkich produkowanych na świecie. Nabyłem go niedawno podczas urlopu w Hongkongu za okrągły tysiąc dolarów. Zechce pan sobie wyobrazid, panie prezydencie, żę zegarki te wytwarzane są tylko na indywidualne zamówienia. Każdy nabywca jest wpisany do wieczystych ksiąg i otrzymuje dożywotnią gwarancję od firmy. Dokładnośd zegarka jest tak wielka, że niezależnie od warunków klimatycznych nie może on wykazywad różnicy większej niż jedna sekunda w ciągu miesiąca. Ciekawe, nieprawdaż? W księgach firmy Pathek odnotowani są jako posiadacze zegarków m.in. Churchill, papież Pius XII, Józef Stalin i książę Windsoru. Wracając jednak do rozwoju wzajemnych stosunków między naszymi krajami, chciałbym pana zapytad, panie prezydencie... Sukarno nie miał ochoty wracad do spraw, o których w ogóle nie mówiono, zresztą „Gwiazda mórz południowych” nastroiła go nieco wypoczynkowo. Toteż jednym męskim ruchem odpiął ze swego przegubu zegarek i trzymając go w dwóch palcach zaproponował ambasadorowi zamianę w imię wiecznej przyjaźni między obu krajami. Łatwo paostwu teraz chichotad nad tą okropną sytuacją, ale ciekaw jestem, czy każdego byłoby stad, żeby powiedzied prezydentowi: „Wypchaj się pan z takim handlem”? Ambasador, nie ukrywając zakłopotania, oddał swego Pathka i przyjął od Sukarna towar zamienny. Towar był klasy Ruhla, nieco niedbale poniklowany, wskazywał zupełnie niemożliwą godzinę i jedyne, co go mogłoby wyróżniad na stercie japooskiej tandety, to wygrawerowana dedykacja: „Bungowi Karno od wiernych żołnierzy”. Ten napis podnosił wartośd nabytku ambasadora z pięciu do - powiedzmy - piętnastu dolarów. Interes był zatem niezły i utrzymany w stylu epoki. Najzabawniejsze było jednak to, że ambasador obszernie streścił ten ewenement w tajnej depeszy szyfrowej do własnej centrali i najbliższą pocztą kurierską przedstawił tejże centrali rachunek za utraconego Pathka.

9. ŻORŻYK, GITARZYSTA BASOWY (CHODZI O DWA RAZY PO PÓŁ BASA)
Ale cóż tu się znęcad nad nieboszczykiem Sukarnem. Był przecież w ONZ ktoś, komu udało się zdystansowad wszystkie gafy protokolarne innych polityków razem wzięte i ustanowid w tej
5

Na cocktail „Krwawa Maoka”, inaczej „Bloody Mary”, są dwie zasadnicze recepty. Pierwsza, stosowana szeroko w USA, przewiduje 50% czystej wódki i 50% soku pomidorowego. Druga, stosowana raczej w krajach słowiaoskich, zaleca zmieszanie 50% wódki z 50% wódki. Osobiście optuję za drugim przepisem, z przyczyn etnograficznych i ogólnych. Ale przymusu nie ma.

konkurencji rekord już chyba nie do pobicia. Wśród wielu niezwykłych postaci, jakie za mojej bytności przewinęły się przez „szklaną menażerię”, ta jedna zasługuje na wyjątkowo czułe wspomnienie. Chyba nikt inny w ciągu dwudziestu lat nie porwał tak dalece imaginacji i sympatii międzynarodowego korpusu prasowego - bo dyplomaci, oczywiście, znów byli innego zdania - jak były minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii, George Brown. Właściwie powinienem o nim mówid trochę bardziej intymnie, per Żorżyk albo Jureczek, o czym za chwilę. Nie umiem jednak, snob zatwardziały, powstrzymad się od używania tak wspaniale brzmiących tytułów. Zdaje się, że jest to jedyny w ogóle minister, z którym mówimy sobie po imieniu, więc już sam ten fakt godny jest uwiecznienia. Powiedzied o Brownie, że był postacią malowniczą, to tak, jak powiedzied o warszawskim Pałacu Kultury, że spory. Piekielna, przewrotna inteligencja i niepohamowany temperament tworzyły w nim sprężoną mieszankę wybuchową i pchały go do tak niepoczytalnych wybryków na forum międzynarodowym, że nie wiadomo było, co w nim bardziej admirowad: błyskotliwośd, zuchwalstwo, najokropniejsze dowcipy, stan nieustannego zamroczenia alkoholem, zamiłowanie do skandalicznych wygłupów czy kąśliwy jęzor jak stąd do Zgierza, którym to jęzorem umiał chlastad jak nikt przed nim i chyba już nikt po nim. W atmosferze dostojnej nudy i blagi, jaka normalnie przeważa w ONZ, Brown przypominał ożywczą bryzę poranną. Przy czym to tylko niżej podpisany ma takie eleganckie skojarzenia. Zazwyczaj porównywano Browna do rozbrykanego źrebaka lub „kundla wśród lordów”, a słyszałem też pewnego Anglika, który w jakimś dramatycznym momencie mruknął, zupełnie jak u Gałczyoskiego: „He's gone mad” - „On zwariował”. Daję jednak słowo honoru oficera rezerwy, że George Brown był na pewno człowiekiem w pełni władz umysłowych. Brown miał w sobie po prostu coś z Alfreda Jarry i Colas Breugnona zarazem. Brytyjski pure nonsens, trwałe ślady cockneyu połączone z niepowtarzalnym dowcipem rejonu doków nad Tamizą, plus wyzywająca ironią pod adresem wszystkich instytucji społecznych razem wziętych - tworzyły z niego postad określaną zazwyczaj wytwornie jako enfant terrible. Takie pięddziesięcioletnie dzieciaki potrafią byd jednak okropnie kłopotliwe, zwłaszcza w dyplomacji. „Brown, pana zgubi ta inteligencja”, westchnąłem do siebie, kiedy go słuchałem po raz pierwszy. I rzeczywiście: Żorżyk nie zagrzał długo miejsca na ministerialnym fotelu. Ale takie przepowiednie zawsze się przecież sprawdzają. Nie ma nic równie szkodliwego jak nadmiar inteligencji. Przenikliwy polityk zawsze stara się sprawid wystarczająco głupkowate wrażenie, żeby go przypadkiem nie nazwano jajogłowym. W tej mierze mój przyjaciel nie miał w ogóle konkurentów. Debiut Browna w ONZ był naprawdę widowiskiem niezapomnianym. Jest to człowiek wzrostu tak niewielkiego, że Anglicy określają go jako sitting dog size - rozmiar siedzącego psa. Przy czym, jeśli chodzi o kynologię, to Żorżyk przypominał raczej jamnika niż bernardyna. Miał zresztą wielkie, brązowe oczy oraz nogi, które mimo rozpaczliwych wysiłków londyoskiego krawca trudno by było określid jako wyjątkowo strzeliste. Kiedy stanął na mównicy Zgromadzenia Ogólnego, zielonkawy pulpit z karraryjskiego marmuru przysłonił go niemal całkowicie. Nie na tyle jednak, aby odebrad szanownym zebranym okazję do podziwiania jaskrawo czerwonego krawata, jaki Żorżyk przywdział był specjalnie na tę uroczystą

okazję. Rzecz, dodam, działa się wczesnym przedpołudniem, kiedy Brown miał już za sobą pierwszą rundę ciężkich walk w barze, toteż mówca, zapewne trochę mimowolnie, demonstrował ów krawat raz z lewej, raz z prawej strony mównicy. Piękny to był widok, kiedy piędset metternichowskich głów w sali Zgromadzenia kiwało się w prawo i w lewo, w zależności od poruszeo mówcy. Pewien znany i ceniony przeze mnie stylista wzywa, aby imperialistom rzucad twardy odpór wręcz w same oczy, widocznie jednak nie wziął pod uwagę, że czasem trudno trafid. Ów krawat, haniebnie jaskrawy i tandetny, nabyty zapewne za pół szylinga u Marxa i Spencera w Londynie, wzbudził od pierwszej chwili szmer ożywienia wśród delegatów. Mnie osobiście przywiódł na myśl górne i chmurne czasy ZMP. O tyle nie bezpodstawnie, że pierwsze zdanie przemówienia brzmiało tak: „Panie przewodniczący! Socjalistyczny rząd jej królewskiej mości...” Szmer ożywienia ustąpił wtedy miejsca tzw. grobowej ciszy. Warto było popatrzed na wielu delegatów, jak w popłochu usiłują znaleźd odpowiedni wyraz twarzy, jako że obrady są na żywca transmitowane przez telewizję. Uśmiechad się ironicznie? Zachowad kamienną obojętnośd? Obgryzad paznokcie? Demonstrowad grymas umiarkowanej aprobaty? Ech, życie, życie. My, dziennikarze, nigdy nie mieliśmy takich zmartwieo. Zawsze miewamy jednakowo głupi wyraz twarzy, co najlepiej widad właśnie w telewizji. Treśd przemówienia Browna wszakże odbiegała nieco od tego, o czym dyskutowaliśmy kiedyś na zebraniach ZMP, i zawierała pod adresem naszej części świata, jak by to określid, pewne akcenty krytyczne; ludzie mniej odporni nazwaliby je inwektywami. Zanim jednak zdążyliśmy się obrazid, dostało się wszystkim po kolei, Amerykanów nie wyłączając. Toteż oklaski po przemówieniu były wyjątkowo gorące. „Ale im dołożył!” - cieszyły się różne delegacje, mając na myśli inne delegacje. Ąorżyk miał swój field day, dzieo osobistego sukcesu, która to okolicznośd została uczczona w barze trzema kolejkami whisky i jednym piwem, gdyż Żorżyk zawsze pracował z utrwalaczem. Tego samego dnia Brown wystąpił pierwszy i ostatni raz na konferencji prasowej, o której lepiej zamilczę, bo i tak nikt mi nie uwierzy, następnie zaś odbył spotkanie z ministrem Gromyką. Pamięd o tym spotkaniu powinna przejśd do annałów dyplomacji, bo może wtedy nie byłyby takie nudne. Na życzenie Żorżyka spotkanie miało charakter nieoficjalny, to znaczy nastąpiło w kuluarach ONZ, a mówiąc zupełnie szczerze- w barze dla dyplomatów na pierwszym piętrze. Wezwani zawczasu strażnicy ONZ starannie wyczesali bar z dziennikarzy, co jednak zupełnie nie przeszkodziło, abyśmy już w kwadrans później mieli najdokładniejsze relacje z pierwszej ręki. Bylibyśmy bardzo złego o sobie zdania, gdybyśmy tak prostych spraw nie potrafili dla siebie załatwid. W tym zawodzie nie ma nieśmiałych i niemrawych, chyba że w centrali. Ale nie na pierwszej linii frontu. Rzecz działa się późnym popołudniem; istnieją podstawy do przypuszczeo, że Brown był już nieco zmęczony i jego organizm wymagał wsparcia w postaci podwójnej whisky. Może z tego powodu rozpoczął od zawiłych dywagacji na temat życia w ogóle, a życia dyplomaty w szczególności. Swoim zwyczajem wypowiadał się przy tym bez nadmiernego szacunku o kolegach z gabinetu, o niektórych szefach paostw, zwłaszcza zaś o prezydencie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Brown w ogóle miał niezwykle malowniczy sposób wyrażania się o czołowych postaciach historii współczesnej. Jeśli mówił: „Ten gruby bawół z Teksasu”, można się było na ogół domyślid, kogo ma na myśli, gorzej jednak, kiedy rzucał kąśliwe uwagi o tym „wrednym kurduplu”: zbyt wiele ludzi podrywało się nagle, chyba zgodnie z przysłowiem o stole i nożycach.

Dywagacje Browna musiały byd tego dnia wyjątkowo zawiłe, gdyż jeden z najznakomitszych tłumaczy świata, Wiktor Suchodriew, zaczął się w koocu gubid w przekładzie, a Żorżyk zaordynował następną kolejkę i nic nie wskazywało, żeby to miał byd koniec. Wreszcie po jakichś dwudziestu minutach minister Gromyko zdołał się przedrzed przez ogieo zaporowy coraz zawilszych wywodów i zakomunikował, że rząd radziecki pragnąłby Browna zaprosid do Moskwy w celu przeprowadzenia rozmów. Scena, która potem nastąpiła, przeszła do żelaznego repertuaru anegdot ONZ-owskich. - Mnie? Do Moskwy? - krzyknął Brown. - Niemożliwe! Przecież przez tyle lat uważaliście mnie za sukinsyna? Następnie zwrócił się do barmana imieniem Walter, który jest posiadaczem prawdopodobnie największej liczby tajemnic dyplomatycznych świata. Z tej prostej przyczyny, że mało kto potrafi sporządzid taką „Bloody Mary” i zachowad tak nieprzeniknioną miną, kiedy premierzy i ministrowie zamawiają z zakłopotaniem „jeszcze jeden gin”. - Walter I - powiedział Brown wychylając pospiesznie szklankę. - Patrz i słuchaj uważnie. Pan minister Gromyko zaprasza mnie do Moskwy. Rozumiesz? Do stolicy czerwonych. Jeśli ci wredni kundle, torysi, będą się na mnie znów wybrzydzad w Izbie Gmin, każę im przyjśd do ciebie, żebyś zaświadczył, jak było. Sam widziałeś, że nie prosiłem pana Gromyki o żadne zaproszenie. Pan minister zaprosił mnie sam. Ponimajesz? Spasibo. Były to z całą pewnością jedyne dwa słowa rosyjskie, jakie Żorżyk sobie przyswoił, nie licząc trzeciego, które i tak nie nadaje się do powtórzenia. (Między innymi dlatego, że jest za długie, ale nie tylko dlatego.) Minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa powtórzył z lubością te dwa słowa jeszcze kilka razy, po czym bez ostrzeżenia rzucił się ministrowi Gromyce na szyję, wspinając się w tym celu na palce, gdyż różnica wzrostu między obu politykami wynosi netto jakieś pół metra. Minister Gromyko, człowiek spokojny, zrównoważony i raczej nieprzywykły do takich pieszczot, znalazł się, jak zwykle, bezbłędnie: - Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają... - powiedział flegmatycznie, jak gdyby ministrowie spraw zagranicznych codziennie wisieli mu na szyi. - ... i rządy też! - wykrzyknął triumfalnie Żorżyk, żądając jednocześnie od Waltera „czegoś mocniejszego”, aby uczcid ten nowy rozdział w dziejach brytyjskiej dyplomacji. Życzenie zostało spełnione bez szemrania, a potem, jak w pamiętnej scenie z damą nadporucznika Lukasza, która miała kilka życzeo pod adresem Szwejka, zostało spełnione jeszcze raz. Tyle że już bez ministra Gromyki i osób mu towarzyszących, gdyż wymówiły się one chóralnie niedomogą wątroby. Żorżyk podobno ubolewał nad złym stanem radzieckiej służby zdrowia, która nie umie zapobiec epidemicznym chorobom wątroby u dyplomatów, potem jednak zmienił zdanie i oświadczył Walterowi, że podziwia „kolektywizm fizjologii tych wspaniałych Rosjan”. Ta ostatnia refleksja tak go rozczuliła, że zamówił jeszcze szklaneczkę, aby, jak się wyraził, uczcid zwycięstwo pod Stalingradem.

W ten sposób zaproszenie zostało przyjęte i Brown krótko potem pojechał do Moskwy. Rzeczywiście miał on u nas kiedyś bardzo kiepską opinię, chod wątpię, czy wyrażaną aż tak szczegółowo, jak sam przypuszczał. Nasi dyplomaci mają na to zbyt nienaganne maniery. Czasy jednak naprawdę się zmieniają: jeśli zachodni polityk jest dziś źle widziany w Moskwie, jego kariera we własnym kraju może ulec komplikacjom. Myślę zresztą, że i sam Brown też się trochę zmieniał; w owym okresie zaproszenie go było zupełnie uzasadnione. Inna rzecz, że oświadczenia Browna na najbardziej kapitalne tematy wykazywały często pewną niespójnośd. Uchodząc przez całe lata za najwierniejszego przyjaciela RFN wypowiedział się kiedyś ni stąd, ni zowąd za uznaniem polskiej granicy zachodniej, po czym następnego dnia palnął, że nie spocznie, dopóki Niemcy nie zostaną zjednoczone, co oczywiście anglofobi uznaliby za przejaw typowej dla wyspiarzy hipokryzji. Pytam jednak, jak można nie kochad Wielkiej Brytanii, która wydała George'a Browna? Skoro tylko Brown, podśpiewując na cały głos sprośne piosenki marynarskie (w tym również balladę o ślicznej Mary, która z namiętności lub przez pomyłkę usiadła na grabiach), opuścił bar dla dyplomatów, rzuciliśmy się na niego z flanki, domagając się odpowiedzi na nasze głupie pytania. Ostatecznie, zaproszenie brytyjskiego ministra do Moskwy może zwiastowad bóg wie jakie zmiany klimatów, a nam w koocu płacono za to, żebyśmy węszyli za wszystkim, co nowe. Ale nie było to takie proste. Delegacja brytyjska w ONZ, powodowana troską o tradycyjnie pojmowały prestiż i powagą dyplomatów reprezentujących zjednoczone Królestwo, starała się zawsze ukrywad swego ministra przed dziennikarzami, ilekrod przyjeżdżał na sesje ONZ. Z całą skromnością stwierdzą, że były to wysiłki kompletnie bezcelowe. Przed dziennikarzami w ogóle trudno coś na dłuższą metę ukryd, cóż dopiero taką osobistośd w takim gmachu. Żorżyk ostentacyjnie z nami sympatyzował i nawet w przelocie, otoczony zwartym murem swych zdenerwowanych podwładnych, nie zaniedbał żadnej okazji, aby do nas mrugnąd lub palnąd pieprzny komentarz, którym zresztą i tak musieliśmy się delektowad we własnym gronie, bo jakiż redaktor puściłby do druku różne „świoskie ryje”, „kopanych żółtków” i „sflaczałych dziadków”? Bardzo mi było żal sympatycznego ambasadora brytyjskiego, lorda Caradona, kiedy zziajany i rozchrząkany własnym ciałem zasłaniał Browna w jakimś bocznym korytarzyku, kiwając jednocześnie na radców i pierwszych sekretarzy, aby obstawili najbliższe przejście. O, odwieczne złudzenia urzędników paostwowych! Zabawa w chowanego z misją brytyjską dostarczała nam zwykle mnóstwa emocji, zwłaszcza że nagroda za zaklepanie mety była wyjątkowo cenna. Jeśli komuś udało się dopaśd Żorżyka sam na sam (niektórzy bardziej wyrafinowani koledzy zażywali w tym celu specjalne środki moczopędne o natychmiastowym działaniu), mógł liczyd na murowaną wypowiedź lub cały wywiad, dzięki mnogości drinków, które Brown pochłaniał w ciągu dnia. Wiadomo, że nic tak nie podnosi autorytetu korespondenta dyplomatycznego jak osobista znajomośd z ministrami. Dodam tu nawiasem, że korespondenci zagraniczni dzielą się na zwykłych, specjalnych i dyplomatycznych, przy czym ci pierwsi tyrają w pocie czoła, drudzy udają, że coś wiedzą, i udają, że coś robią, trzeci zaś nawet nie zamierzają niczego udawad, ponieważ pisują rzeczy zbyt denne, aby udawanie mogło coś uratowad. A w koocu czytelnicy i tak nigdy nie są wtajemniczani w okoliczności,

w jakich taka ważna rozmowa została przeprowadzona. Ambasador Stanów Zjednoczonych, Arthur Goldberg, opowiadał nam, że John Kennedy tylko dlatego mianował go ministrem pracy w swoim gabinecie, że zdarzyło im się kiedyś stad obok siebie w pewnym ustronnym waszyngtooskim przybytku. I w związku z tym, jak by to powiedzied, zaprzyjaźnili się. W każdym razie nie dostrzegam nic zdrożnego w metodach, jakie stosowali moi zachodni koledzy, aby sobie zapewnid rozmowę z Żorżykiem. Nie stosowałem ich tylko dlatego, że musiałbym mied na to zgodę z Warszawy, a to długo trwa i wiele się może przez ten czas zdarzyd. Nie chciałbym się tu przechwalad po próżnicy, muszę jednak przyznad, że i ja mam do odnotowania pewne sukcesy w zakresie George'a Browna. Mianowicie delegacja brytyjska czuła się zobowiązana wydad któregoś wieczoru skromne, domowe przyjęcie z okazji przyjazdu Browna. Z powodu funkcji, jakie pełniłem w Stowarzyszeniu Prasy ONZ, i ja zostałem na nie zaproszony, co uważam za wyjątkowo łaskawy uśmiech zawodowej fortuny. Nie dlatego, żebym miał coś do załatwienia na tym szczeblu; raczej ze względu aa spektakularne zjawiska, których byłem świadkiem. Gośd honorowy spóźnił się na imprezę o półtorej godziny, co z miejsca nadało jego wkroczeniu charakter teatralnego entrée - wszyscy się niecierpliwili, w koocu będzie można spożyd tacę kanapek, schnących już od zbyt długiego oczekiwania. Ponieważ rzecz działa się późnym wieczorem. Żorżykowi towarzyszył postawny, ponury i trzeźwy jak pieo kaktusa dryblas z ambasady, czuwający służbowo nad prawidłowym kierunkiem poruszeo ministra. Brown zdjął kapelusz i już u wejścia powiedział do lady Caradon: „Ależ pani się ciągle jeszcze trzymał” Po czym, nie zdejmując płaszcza, pomknął w głąb salonów. Dryblas z ambasady dopadł go jednak przy najbliższym kandelabrze i przemocą ściągnął z niego płaszcz, fatalnie zresztą za długi i drastycznie pocerowany. Brown, opierając się z wysiłkiem o jakąś serwantkę z czasów Cromwella, rozejrzał się przez chwilę po zgromadzonych paniach, bo tylko one go o tej porze interesowały, i z szybkością bolidu znalazł się przy pewnej Francuzce, którą z miejsca ucałował w oba policzki, oświadczając przy tym bardzo uroczyście, że on osobiście kocha Francję, a tego „długala z kranem portowym zamiast nosa” należało już dawno zamknąd do klasztoru razem z żoną. Ponieważ stałem tuż obok, zapytał mnie ostro, czy długo jeszcze mamy zamiar awanturowad się z Włochami o Tyrol. Widocznie znów mnie wziął za Austriaka, chod naprawdę na to nie wyglądam. Sprostowałem tę pomyłkę i zostałem obdarzony potężnym klepnięciem po plecach. - Polacy - mówił Brown nie spuszczając oka z zarumienionej Francuzki i ręki ze stojącej w pobliżu Dunki - Polacy! Wspaniały, szalony naród! Słuchaj pan, młody człowieku: ja was kocham. Zawsze was kochałem, to ten gruby wieprz, Churchill, tak was wystawił do wiatru. Czyż ja nie wiem, kim są Polacy? Dlaczego nie miałbyś mi mówid po prostu George? Do diabła z protokołem! Całe życie pracowałem jako robotnik w dokach. Byłeś nad Tamizą? No, to wiesz, jaka to robota. Co myślisz o moim przemówieniu? Ach, wy, komuniści! Ode mnie powinniście się uczyd komunizmu. Tych kopanych lordów... no, tak. Ale, ale, czy ta czarnulka to twoja żona? Czy ona przypadkiem nie pochodzi z Haiti? Nagle z Żorżykiem stała się rzecz dziwna: w ciągu sekundy kompletnie otrzeźwiał i zaczął ze mną rozmawiad serio - tak serio, jak to się niezmiernie rzadko przydarza ministrom podczas rozmów z dziennikarzami. Przyznam, że zwątpiłem przez chwilę o świadectwie własnych zmysłów. Może to my

wszyscy byliśmy stale pod rauszem, a jeden tylko George Brown umiał patrzed trzeźwo na współczesny świat? Może właśnie jego inteligencja i jego niepowtarzalna poza wymierzyły sprawiedliwośd naszym czasom, które są, oczywiście, zupełnie wspaniałe, lecz przyprawiają niekiedy o melancholijną refleksję? Myślę, że gdyby mój przyjaciel Żorżyk wrócił znów kiedyś na świecznik, wyszłoby to tylko międzynarodowej dyplomacji na dobre. Och, nie dlatego, żeby jego działalnośd mogła cokolwiek na świecie naprawid lub ulepszyd - o tym w ogóle nie ma mowy. Raczej dlatego, że chyba już tylko o nim można by dziś powiedzied: ridendo ccastigat mores - śmiejąc się i budząc uzdrawiające zgorszenie, piętnuje obyczaje epoki. Kto wie, czy to nie jest dobre wyjście. Czy paostwo pamiętają prorocze słowa cyrulika z Sewilli?

10. JEŚLI SIĘ RAZ ZACZNIE POSKRAMIAĆ WŚCIEKŁE PSY, TRUDNO JUŻ POTEM PRZESTAĆ
Żeby już skooczyd z plotkowaniem o postaciach, które ustawicznie i nie bez widocznej satysfakcji rujnowały kunsztowne konstrukcje protokołu ONZ, muszę jeszcze wspomnied o kimś, kto zostawił po sobie w „szklanej menażerii” kontrowersyjne wspomnienia. Był to Andrzej Januariewicz Wyszyoski, niegdyś radziecki minister spraw zagranicznych, wielokrotny reprezentant swego kraju na sesjach Zgromadzenia Ogólnego i najbardziej dramatycznych posiedzeniach Rady Bezpieczeostwa. O nieboszczyku Wyszyoskim można by powiedzied wiele. Jednego wszakże przymiotu nie odmawiali mu nawet najzacieklejsi wrogowie: talentu oratorskiego. Zdaje się, że mimo swej zimnej krwi Wyszyoski stracił jednak przynajmniej raz panowanie nad sobą. Było to podczas pamiętnego posiedzenia Rady Bezpieczeostwa w roku 1950, tuż po rozpętaniu niesłychanie zażartej debaty na temat rozpoczętej właśnie wojny koreaoskiej. Dramatyczne przemówienia Wyszyoskiego nie odnosiły żadnego skutku, rezolucja potępiająca wisiała w powietrzu i zanosiło się, że delegacja radziecka będzie musiała użyd weta, aby nie dopuścid do jej uchwalenia. Zirytowany do ostateczności takim stanem rzeczy, szef dyplomacji radzieckiej w ONZ po prostu opuścił salę obrad, trzaskając przy tym drzwiami w taki sposób, aby nikt nie miał złudzeo, co ten gest oznacza. Ale Amerykanie i posłuszne im delegacje widocznie miały słaby słuch. Pod nieobecnośd delegacji radzieckiej nie było już komu zawetowad uchwały i w ten sposób Narody Zjednoczone jako całośd znalazły się... w stanie wojny z Koreą Północną. Był to bezspornie najsmutniejszy wypadek w dziejach dyplomacji okresu powojennego. Miał jednak pewien paradoksalnie korzystny wpływ: od tamtego dnia żaden przedstawiciel kraju socjalistycznego nie opuszcza już nigdy żadnego posiedzenia w Narodach Zjednoczonych, chodby o nas mówiono bóg wie co. Wyjśd zawsze zdążymy, a przegłosowad mogą, że hej. Z tym wszystkim Wyszyoski był jednak człowiekiem nie wolnym od pewnych słabości i w paradoksalny sposób obdarzonym swoistym poczuciem czarnego humoru. Cięte, często nie

pozbawione słuszności riposty i błyskotliwe sformułowania Wyszyoskiego były w ONZ przyjmowane z chłodną, oschłą wrogością, ale też z najwyższą uwagą, co w powodzi nudy, jałowych frazesów i karykaturalnych uproszczeo okresu zimnej wojny nie o każdym występie dyplomatów można było wtedy powiedzied. Z przyczyn, których trudno już dziś dociec, Wyszyoski pałał szczególną nienawiścią do ówczesnego ambasadora Filipin, Carlosa P. Romula. Pastwił się też nad nim przy każdej okazji, Romulo zaś na ogół nie pozostawał mu dłużny. W koocu narodziła się między obu dyplomatami klasyczna „Hassliebe”, mieszanina zapiekłej wrogości i zarazem intymnej niemal zażyłości. To się jednak zdarza, nawet w dyplomacji. Któregoś dnia Wyszyoski na posiedzeniu bardzo ważnego komitetu, gdzie kraje socjalistyczne znowu zostały przegłosowane, zaczął dowodzid jak haniebną rolę w procesie dekolonizacji spełnia burżuazja kompradorska i wywodzący się z niej lokaje imperializmu. Po czym wyciągnął rękę w kierunku delegacji filipioskiej I donośnym głosem oświadczył: -- Wot, naprimier, takoj gaspadin Romuło. Uma u niewo za adin ctent, no nachalstwa za cięłoj rubl.6 Na to Romulo bez chwili wahania: - Mr President Thai's not bad for the present rate of exchange!7 Sala nie zdążyła jeszcze ryknąd śmiechem, jako że dowcip był niezły, kiedy Wyszyoski z kamienną twarzą zareplikował: - Ale tylko na czarnym rynku w Manili. O czym pan Romulo powinien wiedzied najlepiej. Cios był celny, lecz i riposta trafiła w dziesiątkę, gdyż Romulo rzeczywiście dorobił się sporej fortuny na spekulacjach czarnorynkowych w pierwszych latach po wojnie. Innym znów razem Wyszyoski powiedział ze złością, że Filipiny wzięły widocznie swą nazwę od ówczesnego ambasadora amerykaoskiego w ONZ, Filipa Jessupa, gdyż „bezwstydnie i nieustannie” głosują stale razem z delegacją amerykaoską. Romulo mruknął wtedy, że poskarży się na impertynencje Wyszyoskiego ambasadorom Ukrainy i Białorusi. Dziś, kiedy obyczaje protokolarne są w ONZ z niewielkimi wyjątkami sumiennie przestrzegane, a najostrzejsza faza zimnej wojny jest już tylko rozdziałem z dziejów dyplomacji, takie scysje wspomina się nad Wschodnią Rzeką z odcieniem rozczulenia. Mało kto już pamięta, że w latach zimnej wojny protokół właściwie nie Istniał. Najostrzejsze ataki od personom, zarzuty, od których ziemia powinna się trząśd ze zgrozy, insynuacje, szyderstwa, słownictwo prasy brukowej - wszystko było dozwolone. Wyszyoski zresztą uważał protokół za wyjątkowo odrażający wymysł i manifestował swą pogardę dla niego w sposób, żeby tak rzec, totalny. Jest to już dziś tylko odległe, blaknące wspomnienie. Ekipa znakomitych dyplomatów, którzy potem reprezentowali Związek Radziecki w ONZ, zatarła całkowicie pamięd o Wyszyoskim i przysporzyła swemu krajowi autentycznego prestiżu. O czym donoszę z

6 7

O, na przykład taki pan Romulo. Rozumu ma za centa, ale bezczelności ta cały rubel. Panie przewodniczącyI To wcale nie jest ile, jak na obecny kurs wymiennyl

prawdziwą satysfakcją, jako że dwu następców Wyszyoskiego miałem okazję obserwowad z bliska w trakcie ich działalności.

11. CYSORZ TO MA KLAWE ŻYCIE
Opowiadam tu głównie o wypadkach odchodzenia od protokołu, chod nie jestem pewny, czy odchylenia w odwrotną stronę, to znaczy zbyt rygorystyczne przestrzeganie wszystkich pisanych i niepisanych postanowieo protokołu, nie dostarczały nam większej uciechy. Człowiekiem, który stanowił niejako matematyczną odwrotnośd manier i postępków George'a Browna, był z całą pewnością cesarz Etiopii, Hajle Sellasje. Muszę przyznad, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem go na własne oczy z odległości półtora metra, a następnie, w odpowiednio niskim ukłonie, uścisnąłem jego chudziutką dłoo - ogarnęło mnie osobliwe wzruszenie, W okresie napaści włoskiej na Etiopię uczyłem się akurat czytad i doniesienia prasowe z frontu abisyoskiego należały do moich ulubionych lektur, zastępując mi nawet najfajniejsze przygody sierżanta Kinga i Królewskiej Konnej. Ponadto na mojej rodzinnej Woli nie rozróżniano zupełnie słowa „negus” od słowa „nygus”, wobec czego nieraz bywałem świadkiem dysput w których roztrząsano zawiły dylemat, w jaki to sposób nygus może czymkolwiek rządzid, zwłaszcza zaś wojskiem. Później pojąłem, że takie rzeczy są jednak możliwe. Ale to dopiero znacznie później. Jeśli dodam, że słowo „menelik” było w moich przedmiejskich stronach synonimem obiboka, łajzy, niedorajdy I frajera - miara mojej dziecięcej kontuzji będzie zrozumiała. Czy mogłem wtedy pomyśled, że po głupich trzydziestu latach stanę przed obliczem Lwa Judy, uścisnę jego dłoo i do tego jeszcze przyjdzie mi witad cesarza w imieniu międzynarodowego korpusu prasowego? Zycie, jak sądzę, jest w zasadzie sprawiedliwe i zajmujące, pod warunkiem, że ma się wystarczająco wiele cierpliwości i dostatecznie długi życiorys. Skąd mogę wiedzied, czyją dłoo będę ściskał za następne trzydzieści lat? Znam kilka prawic, które nie doczekają się mojego uścisku nawet na tamtym świecie, ale to w koocu nietrudno przewidzied. Reszta jest zagadką. Hajle Sellasje podczas swych wizyt w ONZ był zawsze opoką protokołu, przystanią najprawdziwszego majestatu i krynicą nienagannych manier cesarskich. Ilekrod pojawiał się w Nowym Jorku, można było nieomal bez przenośni słyszed ryk lwów, uwiązanych na łaocuchu przed jego pałacem w Addis Abebie. (A także, jak twierdzili złośliwcy, jęk 5830 niewolników, bo tylu ich naliczyła w Etiopii specjalna komisja Narodów Zjednoczonych do zwalczania niewolnictwa. Rzecz nie do uwierzenia, ale instytucja ta istnieje do tej pory i wcale nie narzeka na niedostatek zajęd. Królewski Jemen, Arabia Saudyjska, dawny Zanzibar i Etiopia należały do jej stałych klientów.) Na konferencjach prasowych cesarz zawsze przemawiał po amharsku, chod zna biegle dwa języki europejskie. Odbywało się to zawsze według niezmiennego rytuału. Cesarz milczał najpierw intensywnie, przez, powiedzmy, półtorej minuty, po czym bardzo szybko wypowiadał do mikrofonu jedno zdanie po amharsku. Ambasador Etiopii w ONZ, przemiły człowiek o całkiem niewymawialnym nazwisku, zresztą oksfordczyk z wykształcenia, tłumaczył to zdanie na angielski. Zanim jednak zdążył powiedzied ostatnie słowo, cesarz przerywał mu gniewnie i korygował przekład. Na dworze etiopskim obowiązują widocznie jakieś szczególnie wyrafinowane formuły grzecznościowe ponieważ ambasador brzęczał bardzo długo, jak gdyby usprawiedliwiając się z błędu, chod mówił po

angielsku naprawdę znakomicie. Mniej więcej po czterech lub pięciu minutach zdanie w wersji poprawionej, chod zazwyczaj dalekiej od klarowności, docierało wreszcie do dziennikarzy. Ta pomysłowa technika świetnie nas odwodziła od zadawania zbytecznych pytao, ponieważ po wysłuchaniu tekstu, liczącego np. półtorej kartki, wszyscy byli już zbyt znużeni, aby się jeszcze o cokolwiek dopytywad. Myślę, że warto tę technikę upowszechnid; ileż to już głupstw wypowiedziano na konferencjach prasowych! Cesarz zresztą posiadł sztukę formułowania ogólników w stopniu idealnym. Znam co prawda i innych polityków, którzy... no, mniejsza z tym: odnoszę jednak wrażenie, że nawet oni mogliby się jeszcze trochę podszkolid u Lwa Judy. Wspomniana tu technika uników dawała niekiedy interesujące rezultaty. Pod koniec 1966 roku rozeszły się po ONZ nie sprawdzone pogłoski, jakoby Etiopia zamierzała podjąd się nieoficjalnego pośrednictwa w konflikcie wietnamskim, „New York Times” wydrukował na tę okolicznośd spory kawałek na pierwszej stronie, a wiadomo, że dla wielu kancelarii dyplomatycznych „New York Times” jest ważniejszy niż raporty własnych ambasadorów. Nie należy jednak winid za to biednej gazety. Szef biura „New York Timesa” w ONZ, Drew Middleton, ubrdał sobie bowiem, że współtworzy politykę światową, co jako żywo było nieprawdą, nie przeszkadzało mu to jednak zaskakiwad nas wszystkich i całą Organizację najdzikszymi pomysłami. Notabene to właśnie o Middletonie miał się kiedyś wyrazid z przekąsem U Thant do swych współpracowników: „To nieprawda, że istnieją tylko cztery wielkie mocarstwa. Jest ich pięd. Piątym jest Middleton. Trzeba mu będzie zapewnid miejsce w Radzie Bezpieczeostwa”. Złośliwośd tego dowcipu potrafią ocenid tylko stali bywalcy „szklanej menażerii”. Miejsce w Radzie Bezpieczeostwa może oznaczad zarówno fakt zasiadania przez dwa lata w Radzie na zasadzie członkostwa niestałego, jak też po prostu konkretne krzesło na galerii prasowej Rady. Middleton słynął z tego, że nigdy nie przychodził na żadne, chodby najważniejsze posiedzenia ciał ONZ, uprawiając swoją wielką politykę głównie przy pomocy dumania w zamkniętym pokoju. Od tego czasu nauczyłem się czytywad doniesienia „New York Timesa” z pewną dozą ostrożności. Wiedzieliśmy, oczywiście, o smutnych skłonnościach naszego czcigodnego kolegi, fakt jednak pozostawał faktem:.”New York Times” zdobył tzw. scoop, czyli niezmiernie ważną wiadomośd, której poza nim nikt Inny nie podał. A to mogło zwiastowad tylko zmartwienia i pogorszenie się stanu dwunastnicy. Znaliśmy już na pamięd słowa, które wkrótce spłyną na nas przez telefony, dalekopisy i listy z central: „Praca w zasadzie operatywna i dośd sprawna, jednakże w ostatnim okresie miały miejsce przeoczenia ważnych inicjatyw politycznych, jak np. mediacji etiopskiej w sprawie Wietnamu..” Centrale w ogóle mają to do siebie, że najchętniej zastanawiają się nad pytaniem: „Co on tam właściwie robi?” Obawiam się, że jest to zjawisko ponadustrojowe i najzupełniej wszechświatowe. Próba wyjaśnienia szefom, że „New York Times” bredzi, miałaby mniej więcej tyleż szans powodzenia, co próba przekonania i szefów, i czytelników, że Słooce obraca się wokół Ziemi. Niektórym korespondentom zagranicznym nawet taka rzecz się powiodła, odnoszę jednak wrażenie, że są to wypadki dośd rzadkie, chod godne wnikliwej uwagi. Nie będę ukrywał, że przez kilka dni po doniesieniu Middletona przypominaliśmy sforę zziajanych psów. Węszyliśmy na wszystkie strony, wierciliśmy dziurę w brzuchu ambasadorom, uśmiechaliśmy

się dwuznacznie do sekretarek. Co śmielsi zapraszali na wystawne kolacje wyższych urzędników sekretariatu ONZ. Wszystko bez skutku. Nawet koledzy amerykaoscy i francuscy, najbieglejsi w rzemiośle wyłapywania przecieków, nie potrafili wytropid bodaj jednego śladu, który wskazywałby, że Etiopia istotnie zamierza mediowad. Pomijając już emocje sportowo-zawodowe, sytuacja międzynarodowa wokół konfliktu wietnamskiego była w tym okresie naprawdę zapalna i niebezpieczna. Zamiar mediacji kazałby wnioskowad, że Stany Zjednoczone gotowe są wstrzymad działania wojskowe w Wietnamie zapewne pod jakimiś warunkami, a czymże jest dyplomacja. Jeśli nie próbą poszukiwania wspólnej płaszczyzny politycznej? (Dopiero dziś, po latach, wiem, jak bardzo się wtedy myliliśmy. Johnson ani przez chwilą nie miał zamiaru wycofad się ze swej awantury wietnamskiej.) Poszukiwanie tropów było jednak całkowicie bezskuteczne i powoli zaczęliśmy utwierdzad się w przekonaniu, że Middleton znów wszystko zmyślił, jak zwykle. I właśnie wtedy rzecznik sekretarza generalnego oznajmił nam ni stąd, ni zowąd na codziennej konferencji prasowej, że Hajle Sellasje przyjeżdża wkrótce do ONZ. To zmieniało postad rzeczy. Ustaliliśmy szybko między sobą, że sędziwy monarcha nie fatygowałby się do Nowego Jorku po raz drugi w ciągu kilku miesięcy bez wystarczającego powodu. A zatem w informacjach Middletona musiało byd jakieś ziarno prawdy. Tylko skąd on to wytrzasnął? Nic prostszego niż zapytad o to cesarza bezpośrednio, na konferencji prasowej, w wielkiej sali Komitetu Politycznego. Co też uczyniliśmy. Transkrypt tej konferencji, odtworzony na podstawie notatek, wyglądałby mniej więcej tak: Prezes Stowarzyszenia Prasy przy ONZ, korespondent indyjskiej agencji prasowej PTI, Chakravarti Raghavan: - Wasza cesarska mości W imieniu dziennikarzy akredytowanych przy Narodach Zjednoczonych pragnę powitad waszą cesarską mośd i podziękowad za przyjęcie naszego zaproszenia. Zwyczajowo chciałbym też zadad pierwsze pytanie. Czy prawdą jest, że Etiopia zamierza podjąd się nieoficjalnej mediacji w konflikcie wietnamskim? Minuta milczenia. Cesarz: (mówi coś po amharsku). Ambasador Etiopii: Jego cesarska mośd jest zadowolony, że może się spotkad z przedstawicielami prasy światowej. Minuta milczenia. Cesarz: (mówi po amharsku). Ambasador Etiopii: Przepraszam. Jego cesarska mośd zaznajomił się z doniesieniami pewnych dzienników na temat, który poruszył tu pan Raghavan. Jego cesarska mośd nie może udzielid odpowiedzi. Cesarz: (szepcze coś gniewnie po amharsku).

Ambasador Etiopii: Przepraszam. Jego cesarska mośd uważa za niewskazane wypowiadad się na ten temat. Cesarz: (kontynuuje gniewny szept po amharsku). Ambasador Etiopii: Przepraszam. Jego cesarska mośd uważa, że ta sprawa... Cesarz: (mówi półgłosem po amharsku). Ambasador Etiopii: Jego cesarska mośd sądzi, że wypowiedź na ten temat nie służyłaby odpowiednim interesom. Właściwym interesom. To jest, należytym interesom. Cesarz: (wydaje dośd dziwny odgłos). Ambasador Etiopii: Przepraszam, nieporozumienie. Jego cesarska mośd jest zdania, że dyskutowanie tej zawiłej, tak jest, zawiłej sprawy nie będzie służyd obopólnym interesom. Cesarz: (szepcze po amharsku). Ambasador Etiopii ze śladem rozpaczy w głosie: ... nie będzie służyd interesom... interesom tej sprawy... interesom omawianej kwestii. Czy są jakieś pytania? Z sali wystrzela czterdzieści rąk, wybucha zgiełk, w koocu do głosu dorywa się jeden z kolegów amerykaoskich, obdarzony wyjątkowo tubalnym głosom i potężnym wzrostem. Korespondent „St Louis Post-Dispatch”: Wasza cesarska mości Czy zamiar podjęcia mediacji został przez Etiopię uzgodniony z Hanoi? Minuta milczenia. Cesarz: (mruczy). Pół minuty milczenia Cesarz: (mówi po amharsku). Ambasador Etiopii: Jego cesarska mośd pragnąłby nie składad tutaj oświadczeo na ten temat. Korespondent „St. Louis Post-Dispatch”, przekrzykując ambasadora, cesarza i kolegów: Więc to znaczy, te negocjowano z Hanoi? Cesarz: (mówi po amharsku). Ambasador: (mówi po amharsku). Cesarz: (mówi po amharsku). Ambasador: Jego cesarska mośd jest zdania, że poruszanie wspomnianej tu sprawy byłoby szkodliwe... Cesarz: (bardzo zagniewany mówi po amharsku).

Ambasador, mocno zmieszany: Jego cesarska mośd wychodzi z założenia, że omawianie tych skomplikowanych kwestii nie przyczyni się... Cesarz: (mówi po amharsku, dośd gwałtownie jak na swój wiek). W tym momencie przestałem notowad i chyba słusznie, bo dalszy ciąg transkryptu zająłby jakieś trzydzieści stron, a sensacyjnych nowin i tak nie należało już oczekiwad. Natychmiast po zakooczeniu konferencji i odprawieniu należnych nabożeostw protokolarnych popędziłem na górę, do swego wiernego dalekopisu, i wy trzepałem na taśmie pierwsze zdanie: NOWY JORK PAP. CESARZ ETIOPII HAJLE SELLASJE OŚWIADCZYŁ DZIS NA KONFERENCJI PRASOWEJ W SIEDZIBIE ONZ, ZE... Hm, Co mianowicie cesarz oświadczył? Właściwie do tej pory nie jestem tego pewien. Naprawdę, cysorz to ma klawe życie. Niechby jakiś minister ośmielił się tak nas wykołowad na konferencji prasowej! Co gorsza, do dziś nie potrafię powiedzied, czy Etiopia istotnie zamierzała podjąd się mediacji w konflikcie wietnamskim. Na prywatny użytek żywię głębokie przekonanie, że nasz nieoceniony Drew Middleton wyssał sobie to wszystko z palca. Podróż cesarza do Nowego Jorku była związana raczej z ubieganiem się o kredyty amerykaoskie (nazwijmy to kredytami), a wszystko razem na pewno nie było wielką dyplomatyczną przygodą mego życia. Prosiłbym jednak, aby historycy nie powoływali się na mnie jako na wiarygodne źródło. Niżej podpisane źródło jest w każdym calu niewiarygodne, i dumne jest z tego. Na tym, między innymi, polega osobliwośd tego zawodu, że - ocierając się bez przerwy o największe problemy współczesności i trzymając za guzik najwspanialszych notabli naszego świata - nigdy właściwie nie jesteśmy pewni, co się naprawdę dzieje. Czasem dopiero po wielu latach można się zorientowad, w jakich to nadzwyczajnych ewenementach los zdarzył człowiekowi uczestniczyd. Lub z jakimi to przyszłymi luminarzami można się było zetknąd, zanim jeszcze opromieniła ich sława lub zgoła władza. Ja osobiście nie mam sobie w tej materii nic do wyrzucenia i sądzę, że historia była dla mnie dotychczas bardzo łaskawa. Powtarzam: dotychczas! W roku 1963 pognałem w ulewnym deszczu na lotnisko nowojorskie, aby powitad ówczesnego wicepremiera Jaroszewicza, chod zatrzymywał się tylko tranzytem. W rok później dobrowolnie towarzyszyłem ówczesnemu prezesowi PZPN na meczu rozgrywanym w Nowym Jorku przez „Górnika” Zabrze (sic!), jakkolwiek z trudem rozróżniam bramkę od kornera i przez kilka lat uważałem Gadochę za dyskobolkę. Dziennikarz, jako człowiek przezorny, bo zależny przez cale tycie od zmiennych koniunktur i chybotliwych personaliów, musi w sobie możliwie szybko wyrobid trafną orientację co do postaci określanych w Watykanie jako „papabile”. Bez dobrego słuchu i czujnego węchu daleko się w tej branży nie zajedzie. Rzecz jest jednak trudna. Tym trudniejsza, że wszelkie kryteria racjonalne zupełnie tu zawodzą i lepiej już obstawiad konie na wyścigach. Pomyłki historii bywają niekiedy monstrualne. Instynkt, iskra boża, szósty zmysł, intuicja są właściwie jedynym doradcą w tych trudnych i niebezpiecznych sprawach. A dziennikarz, jak saper, myli się w wyborach personalnych tylko raz. Może dwa. No, powiedzmy, trzy razy. Mówię tu oczywiście tylko o tych kolegach cechowych, którzy mają papiery czeladnicze i mistrzowskie w porządku, bo różni tam przyuczeni partacze, co padają półżywi na zębatych

ostrokołach ojczystej składni, mylą się tyle razy, ile trzeba, i jeszcze potem pouczają o moralności. Ale takie to i dziennikarstwo.

12. AUTOR ZDOBYWA POUFNE INFORMACJE O ZAMIARACH PAPIEŻA
Jeśli cesarz Etiopii zwykł był przestrzegad protokołu w jego klasycznej, metternichowskiej postaci, to przecież pojawił się w ONZ ktoś, kto również nie uchybił ani na jotę wyrafinowanym normom protokołu, dodając jednak wielowiekowej patynie nowych, wspaniałych blasków. Mam tu na myśli papieża Pawła VI, który 4 października 1965 roku złożył jednodniową wizytę w siedzibie ONZ. Muszę chyba opowiedzied o tej wizycie trochę obszerniej, ponieważ obfitowała w najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia i przez długi czas stanowiła ulubiony temat do pytlowania w środowisku dziennikarskim Nowego Jorku, które - cóż tu ukrywad - nie odznacza się ani nadmiarem taktu, ani przesadną świątobliwością. Zresztą, jest jeszcze jeden ważny powód, który mnie skłania do elokwencji w tej sprawie. Z okazji wizyty papieża otrzymałem, jako wyższy urzędnik UNCA, specjalny medal, wybity na tę okazję w niewielkim nakładzie. Jest to jedyny w ogóle medal, jaki posiadam, więc sami paostwo rozumieją moje uniesienie. Szkoda tylko, że projektant medalu zapomniał o malutkim uszku, które umożliwiłoby zawieszenie odznaczenia na piersi. Toż to by była siurpryza, gdybym się pokazał z czymś takim w lewej klapie. Zawał z zawiści - murowany. Nowe wiatry w Watykanie odczułem na własnej skórze już na kilka miesięcy przed wizytą papieża. Któregoś dnia otrzymałem w poczcie zaproszenie na przyjęcie w hotelu Waldorff-Astoria, wydawane przez stałego obserwatora Stolicy Apostolskiej przy ONZ, monsignore Giovanettiego. Trudno opisad, jak mnie to zaproszenie ucieszyło. Z różnych powodów, których nie zamierzam tu szczegółowo omawiad, ale przede wszystkim dlatego, że od pierwszej chwili przepadałem za tym niezwykłym prałatem. Monsignore Giovanetti był człowiekiem wyjątkowo krótkim, jak mówią Amerykanie, i do tego pękatym, jak mówią Polacy. Doprawdy, nie miał w sobie nic a nic z ponurej ascezy fratrów dominikaoskich ani z przewrotności jezuitów; radośd życia tryskała z niego wszystkimi porami, zwłaszcza w okolicy chronicznie przyciasnego kołnierza sutanny. Jego umiłowanie doczesnych rozkoszy gastronomicznych zyskało mu wysoka notę wśród najbardziej wyuzdanych smakoszy w ONZ, a rozwaga Watykanu, który nie zerwał stosunków dyplomatycznych z Kubą, pozwalała mu otaczad się wonnym obłokiem najprawdziwszych cygar hawaoskich, będących w Ameryce czymś skandalicznie nielegalnym. (Wszelki import z Kuby był surowo zakazany.) A dodam też, że sądząc po Innych szczegółach aparycji, monsignore Giovanetti musiał się niezłe znad na winach. Kiedy wciśnięty w trzaskającą od napięcia sutannę marszczył czarną brew, łypał okiem i energicznie przechadzał się na przyjęciach, było w nim coś z Pantagruela, jeśli to porównanie jest stosowne, a także sporo z lombardzkiego chłopa, który miał własne zdanie o tych wszystkich frantach z dyplomacji Przy pierwszej okazji przedstawiłem mu się trochę niepewnie, ale monsignore klepnął mnie po ramieniu, aż jęknąłem, poczęstował cygarem i powiedział: - Eh, bene ! Di Polonia? Un giornalista? Malto benet

Nie chciałem wtedy wyciągad z tej znajomości zbyt daleko idących wniosków, kiedy jednak otrzymałem zaproszenie na przyjęcie, pomyślałem, że coś się jednak zmienia na tym najdziwniejszym ze światów. W ogóle, zawód, który uprawiam, uczy pewnego relatywizmu wobec historii Nie ma rzeczy tak niewzruszalnej, która nie uległaby zmianie, ani tak chwiejnej, żeby się nie utrzymała siłą inercji. Może to nieco zawiła aluzja, lecz jaśniej wyrazid jej nie mogę. Inna rzecz, że przyjęcie w Waldorff-Astoria wprawiło mnie w nieopisane zmieszanie. Cała sala wybita była fioletową draperią, jak kościół w Wielkim Poście. Na podwyższeniu siedział kwartet smyczkowy, w którym zwracała uwagę pewna antykobieta, na szczęście zapięta pod samą szyję w czarną suknię. Kwartet grał coś niebywale poważnego, światła były silnie przydmione. W pewnej chwili pomyślałem ze zgrozą, że może umarł jakiś bardzo ważny dostojnik kościelny, a ja na skutek całodziennej bieganiny nic o tym nie wiem. Uważna obserwacja gości wyprowadziła mnie jednak z błędu; wszyscy mieli wprawdzie twarze pełne skupienia i mówili szeptem, nie zachowywali się jednak jak na stypie. Zresztą, mój Boże, czyżby tak miała wyglądad stypa? Milczący kelner we fraku zbliżył się do nas ze srebrną tacą, na której stały dostojnym rzędem zmrożone, pokryte mgiełką szklanki Schwyciłem gorączkowo jedną z nich, żeby się utrzymad w formie, ale już po pierwszym łyku okazało się, że zawiera sok pomaraoczowy. To mnie do reszty dobiło. Co się, u licha robi na takim przyjęciu? Jakiś młody kleryk zagadał do mnie o pogodzie; wyniosły starzec o powierzchowności kardynała zwrócił się do mnie per „sir”, lecz za chwilę wyszło na jaw, że jest po prostu starszym kelnerem. - Smotri, Sieriota - powiedziałem do radzieckiego kolegi, który również otrzymał zaproszenie. - Kak tiebia nrawitsa rimskij papa? I wobszcze, etot strannyj prijom? - Niczewo - odmruknął Sierioża, który w ogóle nie zaliczał się do najrozmowniejszych ludzi na świecie. Ciekawe, swoją drogą, że nigdy jeszcze nie spotkałem gadatliwego kolegi radzieckiego. Jak oni to robią? Ze zaś zupełnie nie wyróżniam się małomównością, wiele razy obiecywałem sobie, że będę się na nich wzorował. Ale tak jakoś schodzi. Po kwadransie przyjęcia u monsignore Giovanettiego popadłem w zupełną desperację. Podszedłem do gospodarza i zapytałem bez większych ceregieli, czy papież przyjedzie do Nowego Jorku. - Si! - odpowiedział prałat rozpromienionym szeptem. - Właśnie z tej okazji wydajemy przyjęcie. Musiałem mied zapewne trochę głupią minę, nie pierwszy zresztą raz. Wysłuchałem w faryzjskim skupieniu jeszcze jednego kawałka w wykonaniu kwartetu i popędziłem na oślep do swego dalekopisu, aby powiadomid centralę PAP, że papież wkrótce odwiedzi ONZ. Zdaje się, że nie wzbudziło to w Warszawie nadmiernej sensacji. Ani „Reuter”, ani „New York Times” nie podały jeszcze takiej wiadomości, a skądże by znów polaki korespondent mógł mied z pierwszej ręki informacje o zamiarach papieża? Nie dziwię się bynajmniej powściągliwości kolegów w centrali. Pogłoski o możliwej wizycie papieża w ONZ krążyły już od kilku miesięcy, jednakże piętrzące się kłopoty protokolarne zdawały się temu przeczyd. Formalnie rzecz biorąc, Watykan jest suwerennym paostwem, a papież - jego głową, monarchą, premierem i wszystkim poza tym. Sęk w tym, że dzisiejsza ONZ w dwóch trzecich składa

się już z paostw - jak by to powiedzied? - heretyckich lub wręcz pogaoskich, z których zaledwie kilkanaście utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Watykanem. Na domiar wszystkiego Stolica Apostolska nie jest pełnoprawnym członkiem ONZ, co dawałoby papieżowi automatycznie prawo do wystąpienia na forum Zgromadzenia Ogólnego. Paostwo papieskie jest w Organizacji reprezentowane tylko przez obserwatora o dośd niejasnym statusie, podobnie jak Korea Południowa, San Marino czy Szwajcaria. Z jakiej więc racji Narody Zjednoczone miałyby oddawad papieżowi honory, przysługujące normalnie głowie paostwa? Co jest oczywiste dla Hiszpanii, Francji czy Urugwaju, wcale nie jest oczywiste dla Sudanu, Tanzanii czy Birmy. Poza tym, we wczesnym stadium rozważao, wynikł również problem protokolarny: Stany Zjednoczone nie uznały nigdy Watykanu w formie dyplomatycznej, wobec czego powitanie papieża przez Johnsona na lotnisku nowojorskim nie wchodziło w rachubę. Z kolei wysłanie niższego rangą przedstawiciela rządu dla powitania głowy paostwa mogłoby zostad odczytane jako afront wobec papieża, czego Waszyngton naturalnie pragnął uniknąd. Wreszcie, patologiczna nienawiśd południowców do papiestwa musiałaby trochę skomplikowad życie Johnsonowi. Wałkowano te kwestie przez kilka miesięcy, w koocu wydawało się, że wizyta nie dojdzie do skutku. I raptem ja właśnie mam rzadki honor, aby ponieśd w świat nowinę, że papież jednak przyjedzie, że przezwyciężono kłopoty protokolarne i że idea współpracy międzynarodowej zyska nowego szermierza. Cóż, z tym paszportem nie jest się Middletonem. Pewien dziennik stołeczny przez pięd dni przetrzymywał moją informację o papieżu, zanim ukazała się w druku. „Nie bądź nerwowy odpowiadano na moje rozpaczliwe monity dalekopisem. - W swoim czasie pójdzie, na pewno pójdzie”. A potem czytelnicy mówią, że prasa podaje spóźnione informacje. Wypraszam sobie takie impertynencje.

13. GDY PAPIEŻ PODCHODZI DO LĄDOWANIA
Pierwszą w historii podróż papieża na drugą półkulę poprzedziły barwne i soczyste nagłówki w prasie nowojorskiej. „Szmelc papieski idzie jak woda” - informowała nieboszczka ..New York Herald Tribune” na czołówce. Chodziło o zalew „pamiątek”, który spłynął na miasto dosłownie w ciągu paru dni: kolorowe portrety papieża z miejscem na autograf, bibeloty na biurko, solniczki (tak!!!), wisiorki do kluczy z herbem Watykanu, a także miniaturowe tiary, sprzedawane jako zabawki w sklepach Woolwortha. Już to wyczucie rynku zawsze było mocną stroną jankesów. Nie widziałem na własne oczy plastykowych kubków z podobizną papieża i napisem „Hi. Pope!” („Cześd, papieżu!”), ale podobno i takie były. „New York Times”, obok niedościgłego w emfazie wstępniaka, przynosił informacją, że papież będzie się przebierał w specjalnie umeblowanym saloniku w hotelu Waldorff-Astoria; szmatławiec „Daily News” donosił, że przepaliły się bezpieczniki w katedrze Świętego Patryka, a jedna z radiostacji nadała przez pomyłkę „The Vatican Rag”, szyderczą piosenkę Toma Lehrera, absolutnie nie nadającą się do powtórzenia w żadnym kraju katolickim. Już lądowanie papieża na lotnisku im. Kennedy'ego (swoją drogą, cóżeśmy za czasów dożyli: lądowanie papieża?!) miało posmak skandalu i sensacji. Policja wyrzuciła z płyty lotniska wszystkich

dziennikarzy, zapewne dlatego, że mogliby głowie Kościoła katolickiego zadawad kłopotliwe pytania w rodzaju: „How do you like America?” Pewien znany komentator telewizyjny ryknął sobie do mikrofonu „cholerne sukinsyny”, mając na myśli, rzecz prosta, znaną z brutalności policję nowojorską. Kilka kumoszek zostało srodze poturbowanych w ścisku, a ówczesny sekretarz stanu, Dean Rusk, który w imieniu prezydenta miał witad papieża na pokładzie samolotu, ledwo mógł się docisnąd do płyty. Policja pracowała pałami, wrzask tłumu zagłuszał megafony wozów policyjnych, harmider na lotnisku przypominał powitanie Beatlesów kilka miesięcy wcześniej. Nie powiem, żebym miał to Amerykanom za złe. Są oni spragnieni starożytności, stuletni dom uchodzi u nich za omszałą pamiątkę przeszłości, a tu nagle przyjeżdża ktoś, kto reprezentuje, bagatela, dwa tysiące lat historii, i do tego świetne kontakty na najwyższym szczeblu. Jak tu się nie pchad? Dopiero kiedy papieski „Cadillac” ruszył z lotniska, zaczęło się prawdziwe piekło. (Żywię pewne obawy na temat trafności tego określenia, ale tylko takie porównanie przychodzi mi do głowy.) Kierowcy na autostradzie Van Wyck Expressway witali papieża przeciągłym wyciem klaksonów i ruchem ręki, który oznacza mniej więcej tyle, co „Trzymaj się, koleś”. Przepraszam za tę niestosownośd, przysięgam jednak, że ten gest naprawdę nic innego nie wyraża. Nie wydaje mi się, aby na trasie przejazdu ktokolwiek klękał lub żegnał się pobożnie. Raczej odwrotnie, stawano na palcach i wyciągano szyje, aby najwięcej zobaczyd. Raz po raz eskorta policyjna musiała wyciem syren spędzad z drogi jakichś szczególnie upartych kierowców; ostatni wóz policyjny odłączał się wtedy od kolumny i następowało to, co w języku dyplomatycznym nazywa się wymianą zdao. Zdaje się, że telewizja amerykaoska pobiła przy okazji wizyty papieża wszystkie bez wyjątku rekordy światowe. Nie jest to instytucja bez pamięci zakochana w subtelnościach protokolarnych, znana z inklinacji don pewnych uproszeo, tym jednak razem była zupełnie nie do zdarcia. - Na drodze przejazdu papieża - mówił gorączkowo Walter Cronkite, komentator telewizji CBS zebrało się chyba z pięddziesiąt tysięcy osób. Powszechne uniesienie, proszę paostwa! Powszechna emocja! Papież Paweł VI przejeżdża w tej chwili przez Queens, proszę paostwa, na trasie jego przejazdu zebrało się pięddziesiąt a może i sto tysięcy osób... - Co się dziwisz? - wtrąca flegmatyczny kolega Cronkite'a. - To włoska dzielnica. Witają rodaka. Zatknęło mnie trochę od takiego komentarza i przełączyłem telewizor na NBC - Proszę paostwa - mówił zdyszany Frank McGee. - Papież przejeżdża obecnie przez Queens. Szalona emocja, niesłychana emocja! Na trasie zebrało się czterysta tysięcy osób, niesłychane uniesienie. Razem z papieżem jedzie w pierwszym samochodzie sekretarz stanu Rusk, minister spraw zagranicznych Watykanu, kardynał Cziko... Czajko... Syko... cholera z tymi włoskimi nazwiskami, no, jak to się mówi... o, właśnie, Cicognani. Proszę paostwa, to jest pierwsza wizyta papieża na ziemi amerykaoskiej, ale teraz - nasze posłanie. W tym momencie samochód z flagą papieską znikł z ekranu, zamiast niego pojawiła się gustowna dziewuszka w dezabilu, reklamująca niezawodny, jedyny, nieporównany środek piorący produkcji koncernu Unilever. Następnie znów pokazano papieża, ujętego przez teleobiektyw w tak niekorzystny sposób, że wierni powinni wytoczyd operatorowi proces o zniesławienie. A potem już na przemian migały twarze papieża, kardynałów i dyplomatów oraz reklamy różnych utensyliów domowych, pasty

do zębów i pewnego środka dezynfekcyjnego dla pao, uwalniającego jakoby od kompleksów w życiu erotycznym. Zanim jeszcze papież dojechał do Manhattanu, miałem już w głowie lekki zamęt. W pawilonie CocaColi na tzw. wystawie światowej w Nowym Jorku grały na cześd papieża specjalne kuranty (nb. znaną piosenkę „Wszystko idzie lepiej, kiedy masz pod ręką zimną Coca-Colę”), giełda nowojorska zawiesiła na pół godziny transakcje, szef policji odezwał się do jednego z fotoreporterów pod katedrą Św. Patryka per „won stąd, bo kopa!” Wszystko ma swoje granice, drodzy paostwo. Jedna rzecz - mied pojęcie o Ameryce, druga - słyszed na własne uszy reportera stacji radiowej WINS, który z przerażającą dokładnością opisuje wszystkie, ale to dosłownie wszystkie szczegóły stroju papieża. Nawet mnie takie myśli nigdy nie przychodziły do głowy. W imię zwięzłości narracji daruję sobie opis spotkania papieża z Johnsonem i wszystkiego, co się z tym wiąże. Nie mogę natomiast przemilczed clou programu, czyli wystąpienia Pawła VI w siedzibie ONZ. Już na pół godziny przed przybyciem papieża wielka sala Zgromadzenia Ogólnego była zapełniona do ostatecznych granic Tylko jedno jedyne miejsce świeciło pustką: ławy delegacji albaoskiej. Widocznie w Tiranie uznano, że Watykan nie dośd konsekwentnie walczy z rewizjonizmem. Właściwie dopiero przy tej okazji zrozumiałem, do jakich to postaw odnosi się nadużywane tak często określenie plus catholique que le pape. Zresztą, mniejsza o dyplomatów, ci w koocu zawsze wyglądają tak samo. Środkowe miejsca na galerii dla zaproszonych gości zajmowały największe nazwiska Ameryki i tylko w tamtą stronę kierowały się spojrzenia całej galerii prasowej. Koło Roberta Kennedyego siedział McGeorge Bundy, wówczas doradca Johnsona do spraw bezpieczeostwa narodowego. Między nimi - niejaka pani Johnson, zwana poufale „bożą krówką” (lady bird ma kilka znaczeo, między innymi i takie): jacyś generałowie, kilku czołowych senatorów z Fulbrightem na czele, trzej amerykaoscy kardynałowie, z dziesięciu biskupów, kilku mniej ważnych ministrów. A pośrodku, w krasnym wdzianku rzadkiej piękności otoczona aurą prawdziwie królewskiego majestatu - siedziała z nieprzeniknioną twarzą Jacqueline Kennedy. Nie ma potrzeby, abym się dziś wypierał własnej satysfakcji z tego powodu. Pani Kennedy, którą wszyscyśmy wtedy darzyli sympatią daleko wykraczającą poza jej rzeczywiste zasługi, przydmiewała godnością, urodą i elegancją wszystkie obecne na sali baby, co nie było rzeczą łatwą ze względu na nieprzytomne pieniądze w twardej walucie, unoszące się nad etolami z kamczackich soboli, sukniami od Gernreicha à 2000 dol. sztuka i specjalnymi makijażami prosto z prywatnego laboratorium Heleny Rubinstein. Ze szczególną frajdą obserwowaliśmy na tym tle zzieleniałą z zawiści panią Johnsonową, o której wszystko można by powiedzied, tylko nie to, że pozyskała sympatię prasy. Potem, kiedy Lyndon B. Johnson pasł już swoje byki na teksaskim rancho, mogłem już bez obawy o uchybienie protokołowi powiedzied, że tę chytrą, fałszywą kobietę o oczkach żmii i uśmiechu bazyliszka otaczała powszechna niechęd, żeby nie powiedzied - antypatia. Tak mogłaby mniej więcej wyglądad królowa Bona, gdyby była nieco szczuplejsza; myślę tu głównie o okresie intryg przeciwko Barbarze Radziwiłłównie. O żonie

prezydenta Stanów mówi się zwyczajowo „pierwsza dama”, dla nikogo jednak nie ulegało wtedy wątpliwości, kto mianowicie jest naprawdę pierwszą damą Ameryki, witającą papieża. Była nią wyłącznie Jacqueline Kennedy. Stwierdzam to z niejaką melancholią, ponieważ dośd szybko okazało się, że wszyscy padliśmy ofiarą własnych złudzeo. Pierwsza dama po prostu umiała doskonale „odgrywad królowe”, jak by powiedzieli u nas, w Warszawie. Nie chcę się tu wtrącad w amory tego paskudnego starucha Onassisa - ostatecznie i tak nie zamierzałem się żenid z panią Kennedy, nie będę więc utrzymywał, że mnie Onassis ubiegł - muszę jednak przyznad, że gdy patrzyliśmy na Jacqueline, królującą nad Zgromadzeniem Ogólnym, możliwośd jej małżeostwa z jakimś tam greckim kombinatorem wydałaby się nam bluźnierstwem. A gdyby ktoś powiedział, że wkrótce będziemy mogli oglądad zdjęcia pani Kennedy au nałurel i ubolewad nad niedoskonałościami jej anatomii - zostałby niechybnie rozszarpany na sztuki. - She has stolen the show - westchnął mój brytyjski kolega, kiedy Jacqueline podniosła się na chwilę, aby powitad jakiegoś purpurata. - Ukradła przedstawienie papieżowi. Nie tyle może przedstawienie, co antrakt. Punktualnie o godzinie szesnastej, w specjalnym wejściu, które rzadko bywa używane, ukazał się najpierw szef protokołu ONZ, Pierre de Muellemeester, odziany we wspaniały tużurek i olśniewające sztuczkowe spodnie. Wijąc się jak parecznik i obracając się wokół własnej osi pionowej, szef protokołu nie wszedł, ale wpłynął na czerwony dywan, wyciągnięty specjalnie na tę uroczystośd ze stryszku na 39 piętrze (albowiem, wbrew wszystkim fałszywym informacjom, gmach ONZ liczy nie 38, lecz 39 pięter). Dopiero w chwilę po nim ukazał się przewodniczący XX sesji, Amintore Fanfani, za nim - znana sylwetka U Thanta i wreszcie papież w purpurowej szacie, takiejż piusce i długich białych rękawiczkach. Cóż to było za entrée! Dopiero znacznie później dowiedzieliśmy się, że papież jeszcze w samolocie uczył się specjalnego wzniesienia rąk, którym zamierzał pozdrowid Zgromadzenie Ogólne Nie mogło to byd normalne błogosławieostwa bo mahometanie, żydzi i animiści, nie mówiąc o ateistach, mogliby się poczud dotknięci; nie mógł byd też zwykły gest pozdrowienia, ponieważ przywodziłby na myśl amerykaoskich polityków podczas kampanii wyborczej; ani zbyt wysokie wyciągnięcie ręki, bo to nasunęłoby fatalne skojarzenia; ani wyciągnięcie obu rąk przed siebie, bo tak spacerują lunatycy; ani zbyt szerokie rozłożenie ramion, ponieważ znamionowałoby to bezradnośd. Gest, który został w koocu opracowany, wypadł świetnie, chociaż nie podejmuję się go opisad. W każdym razie wszyscy zebrani wstali i nagrodzili papieża, jak to się mawia w sprawozdaniach, „długimi, nie milknącymi oklaskami”. Czy klaskałem? Owszem. A bo co? Przemówienie papieża, na które prasa czekała z niejakim napięciem, było naprawdę majstersztykiem dyplomacji. Mało, że nikt nie mógł się o nic obrazid; odnoszę wrażenie, że właściwie każda delegacja znalazła dla siebie coś miłego, a w każdym razie interesującego. Co to jednak znaczy dwadzieścia wieków praktyki! A przy tym nie było to wcale jedno z owych pięknych, lecz pustych przemówieo, w których wzywa się nas, abyśmy kochali bliźniego, czynili dobro i słuchali dorosłych. Przeciwnie, wystąpienie papieża zawierało ostre, niedwuznaczne potępienie moralne wojny i zbrojeo, kilka niebanalnych uwag o współczesnym świecie, a także dozę taktownej, chod czytelnej krytyki, wymierzonej we wszystkie wielkie ugrupowania polityczne. Słowem - pełny sukces. Z przemówienia, napisanego notabene

cudowną francuszczyzną i wygłoszonego niemal równie dobrze w tym samym języku, wynikało poza tym, że Watykan nie tylko znakomicie orientuje się we wszystkich zawiłościach XX wieku, lecz również zachowuje wobec konwulsji epoki łagodnie ironiczny dystans. A to zawsze chwyta. Byłem osobiście tak zaskoczony wystąpieniem papieża, że przed napisaniem komentarza zacząłem je raz jeszcze odczytywad przy pomocy pewnej osobliwej techniki, stosowanej przez wytrawniejszych ode mnie kolegów. Muszę bowiem zdradzid, że istnieją dwie główne metody studiowania mów, orędzi, not i dokumentów dyplomatycznych. Pierwsza polega na tym, aby starannie zanalizowad to, co się w tych dokumentach znajduje. Druga każe zwracad uwagę na to, czego w nich nie ma; jest ona bez porównania bardziej owocna, ponieważ zawsze można zacząd od skomentowania dowolnej kwestii, której mówca lub autor dokumentu nie miał najmniejszego zamiaru poruszad. Jeśli więc minister spraw zagranicznych Urugwaju przemawia na temat stosunków z Paragwajem, dajemy triumfalny lead: „Minister pominął całkowitym milczeniem problematykę Bliskiego Wschodu, spór o Malwiny oraz lądowanie na Księżycu”. Często się posługiwałem tą twórczą metodą i wiem, że zawsze jest chętnie widziana przez czytelników, redaktorów oraz wszelkie Czynniki. Istnieje też trzecia, najskuteczniejsza metoda, polegająca po prostu na tym, aby w ogóle żadnych dokumentów nie czytad, ale nie będę jej tu w koocu zachwalał, bo z czegoś przecież muszę żyd, a mało znam równie godziwych źródeł dochodu, jak komentowanie oświadczeo dyplomatycznych. Również jednak i ten zabieg doprowadził mnie do wniosków tak pozytywnych, że w popłochu przerwałem poszukiwania dziury w całym. Ostatecznie nie pracuję dla “Osservatore Romano”, a papież obejdzie się bez moich komplementów. W jednej tylko sprawie Paweł VI zajął stanowisko kategoryczne i nieprzejednane: w sprawie kontroli urodzeo. (Nie chcę się powtarzad, doprawdy, ale paostwo chyba zdają sobie sprawę, jak bardzo zmienił się nam ten świat - głowa Kościoła rzymskokatolickiego nie tylko nie angażuje się w żadne krucjaty i nie grozi klątwą literalnie nikomu, lecz przemawia do Narodów Zjednoczonych na tematy tak w koocu intymne, jak prokreacja. Czy można sobie wyobrazid w tej samej roli Leona XIII, nie mówiąc już o Piusie XII? O, quae mutatio rerum! I jakże tu nie interesowad się nałogowo polityką?) Nie sądzę jednak, aby względy doktrynalne wzięły w tym wypadku górę nad ostrożnością dyplomatyczną, ponieważ na kontrolę urodzeo istnieje chyba tyle poglądów, ile paostw w ONZ. Nawiasem dodam, że różnice zdao na ten temat od dawna już nie omijają delegacji socjalistycznych i wprowadzają pożądane urozmaicenie do naszych serdecznych i naprawdę dobrych stosunków. Polska, z trudem wygrzebująca się ze skutków eksplozji demograficznej lat pięddziesiątych, konsekwentnie występuje za rozsądną polityką ludnościową i wysoko dzierży... no co? Wysoko dzierży sztandar walki o prawo każdego człowieka do planowania rodziny. Czasem dotrzymują nam kroku Węgry i Czechosłowacja, chod reguły tutaj nie ma. O Rumunii trudno mi coś bliższego powiedzied, natomiast Bułgaria zdecydowanie skłania się w wystąpieniach do punktu widzenia Ukrainy. Dlaczego akurat Ukrainy? Bo tak się jakoś utarło, że właśnie delegat ukraioski rozpoczynał coroczne ataki przeciw kontroli urodzeo, w czym najgoręcej sekundowali mu koledzy z Austrii, Urugwaju i Hiszpanii. Rytuał tych wystąpieo bywał na ogół co roku identyczny. Delegat ukraioski prosi o głos i powiada:

- Panie przewodniczący! Antynaukowa, skompromitowana pseudoteoria Malthusa... Delegat austriacki prosi o głos i ze świetnie udawanym wzburzeniem sekunduje: - Austria nie może się zgodzid, aby pieniądze naszej organizacji były wydawane na cele moralnie niemożliwe do przyjęcia dla mojego rządu i mojego kraju. Zadziwiające doprawdy, że w półtora wieku po zdemaskowaniu teorii Malthusa... Najbardziej lubiłem wystąpienia urugwajskie na ten temat, ze względu na znaną kwiecistośd Latynosów. Delegat urugwajski prosił o głos i zaczynał: - Señor presidente! Już w starożytnym Rzymie... Mogłem wtedy spokojnie wyłączyd głośnik i zająd się lekturą prasy lub po prostu plotkowaniem. Włączałem głośnik ponownie dopiero pod koniec XVIII wieku. Stąd też wystąpienie papieża w tej kontrowersyjnej dla wielu krajów kwestii nie wzbudziło tylu sprzeciwów, ilu można było oczekiwad. Jeśli chodzi o Polskę, to oczywiście udaliśmy, że nie wiemy, o czym mowa. Ostatecznie, mamy poważniejsze zmartwienia, niż kłócid się o globulkę „Zet” na forum Narodów Zjednoczonych. A w ogóle wszystkie namiętności wokół tej sprawy były w ONZ zdecydowanie zbyteczne. Chodziło raptem o kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie, wydawanych na pomoc lekarską i konsultacyjną dla tych krajów, które wyraziły zainteresowanie możliwością planowania rodziny. Dopiero teraz, o 350 milionów ludzi później, Narody Zjednoczone zaczęły się trochę poważniej zajmowad polityką ludnościową. Po przemówieniu i wysłuchaniu oklasków papież udał się do kuluarów, gdzie został mu przedstawiony cały korpus dyplomatyczny (znów z wyjątkiem dyplomatów albaoskich). Tego nie wolno nam już było oglądad bezpośrednia wobec czego tłoczyliśmy się przy monitorach zamkniętej sieci telewizyjnej, wymieniając uwagi. Moi amerykaoscy koledzy, których deadline8 zbliżał się nieubłaganie, śledzili transmisję z roztargnieniem i z pewną niecierpliwością przynaglali papieża do pośpiechu; ostatecznie czytelnicy w Atlancie bądź w Louisville nie mogą czekad Bóg wie jak długo na zakooczenie prezentacji. Nie taili jednak swej sympatii dla papieża. Kroił się dobry, soczysty kawałek na pierwszą kolumnę... któryż korespondent będzie się zżymał w takiej sytuacji? - Klawy staruszek, nie? - powiedział do mnie z uznaniem kolega z „Baltimore Sun”. Nie bardzo wiedziałem, czy wypada mi to potwierdzid chodby nieznacznym skinieniem głowy. Skoro się pochodzi z tej części Europy, wszelkie spontaniczne gesty mogą nabrad niepożądanej ambiwalencji, którą każdy potem na swój sposób jednoznacznie interpretuje. Wiem coś o tym, mili paostwo.

14. SMUTNE SKUTKI AWARII NA FONII
Papież przyjmował defiladę dyplomatów z niedoścignioną gracją i biegłością protokolarną doświadczonego, utalentowanego dyplomaty. Kraje afrykaoskie i azjatyckie były witane serdecznie, kraje Ameryki Łacioskiej - bardzo serdecznie, trzy mocarstwa zachodnie - wyjątkowo serdecznie, natomiast kraje europejskie - w sposób zróżnicowany.
8

Deadline - nieprzekraczalny termin dostarczenia Informacji rasowej do druJcujaceJ się gazety.

Ambasador włoski został zaszczycony uściskiem obu rąk, podobnie jak hiszpaoski (jedyny zresztą, który przyklęknął, aby ucałowad pierścieo papieża). Holendra i Greka czekał tylko uśmiech. Grecy w ogóle zażywali nieszczególnej reputacji, natomiast Holendrzy zgrzeszyli wydaniem kardynała Alfrinka. Portugalczyk, mimo znanej wierności swego ludu, został potraktowany uprzejmie, lecz z pewną rezerwą, aby Afrykanie nie poczuli się dotknięci. Pierwszy dramatyczny moment - dla nas przynajmniej - nastąpił dopiero przy prezentacji stałego obserwatora RFN, barona von Brauna. Sprawa była rzeczywiście skomplikowana pod względem polityczno-protokolarnym. Niemcy, jak wiadomo, są narodem niezmiernie chrześcijaoskim i ambasador RFN winien byd potraktowany co najmniej równie wylewnie, jak ambasador francuski. Jeśli nawet dziedzictwo Lutra jest w Niemczech ciągle jeszcze żywe, to przecież duch ekumeniczny wymagał, aby przejśd nad tym do porządku i może nawet - ostentacyjnie, na oczach wszystkich - podkreślid ducha koncyliacji. (Nie jestem zupełnie pewien, czy można duchem podkreślid ducha, powtarzam tu jednak oryginalne sformułowanie „New York Timesa” - to emphasize the spirit oi concillation – co powinno definitywnie rozwiad wszelkie wątpliwości.) Wyższe piętro komplikacji polegało na tym (ten styl jednak jest zaraźliwy), te baron von Braun był tylko „stałym obserwatorem”, a nie „stałym przedstawicielom”, co redukowało jego rangę protokolarną, lekko licząc o połowę. Najwyższe zaś piętro polegało na biografii politycznej barona. Sigismund von Braun, późniejszy ambasador RFN we Francji I podsekretarz stanu w booskim MSZ, jest rodzonym bratem słynnego konstruktora rakiet V-1 i V-2, Wernhera von Brauna, (Nawiasem mówiąc, nie żaden Wernber, tylko Wenzel, czyli Wacek; mam tę informację dosłownie z pierwszej ręki. Zmiana imienia nastąpiła dopiero w roku 1938, ponieważ nie wypadało, aby twórca germaoskich wozów ognistych nosił tak paskudne, słowiaoskie imię. Jeśli wolno uczynid nawias w nawiasie, wspomnę jeszcze, że mama obu panów nazywa się z domu von Gostkowski, natomiast żona barona von Brauna jest de domo Frąckowiak. Wnioski pozostawiam wyobraźni czytelników.) Obaj bracia wykazali pod koniec lat trzydziestych zadziwiająco podobne inklinacje polityczne: Wenzel vel Wernher wstąpił do instytutu badawczego Luftwaffe, którego zwierzchnikami byli Milch i Göring, natomiast Sigismund wstąpił do służby dyplomatycznej III Rzeszy u Joachima von Ribbentropa, powieszonego później w Norymberdze. W tym charakterze młody podówczas Sigismund został mianowany hitlerowskim wicekonsulem w brytyjskiej Afryce Wschodniej i w tymże charakterze został w roku 1941 przez Anglików internowany. Sigismund von Braun już wówczas odznaczał się stałością przekonao. Kiedy w roku 1943 Anglicy dokonali wymiany internowanych urzędników dyplomatycznych, miał pełną możliwośd, aby odmówid dalszej służby dla III Rzeszy i pozostad w Anglii w charakterze uciekiniera politycznego, uznał się jednak za związanego przysięgą, złożoną na wiernośd Führerowi, i powrócił do Berlina. W dowód uznania mianowano go I sekretarzem ambasady hitlerowskiej przy Watykanie. Z dośd specyficznym przydziałem: zajmował się mianowicie reakcją Watykanu na wydarzenia w Europie Wschodniej. Zdaje się, że nie umierał wtedy z przepracowania.

Służbę dyplomatyczną zakooczył dopiero po zdobyciu Rzymu przez aliantów, i to z przyczyn od siebie niezależnych. Nie muszę dodawad, że natychmiast po powstaniu RFN zgłosił się do Aussenamtu i podjął dalszy ciąg tak niefortunnie przerwanej kariery. Problem polegał na tym, że von Braun i ówczesny arcybiskup Montini, późniejszy Paweł VI, znali się z tych lat osobiście i prawdopodobnie nieraz musieli omawiad business matters, jak to się mówi po angielsku. Papież i ambasador, spotykając się po latach na neutralnym gruncie ONZ, i do tego na oczach z górą pięddziesięciu milionów telewidzów, musieli wykazad niemałą Schlagfertigkeit, aby utrzymad spotkanie wyłącznie w tych granicach, jakie wyznaczała aktualna pozycja każdego z nich. Muszę przyznad, że papież znalazł się absolutnie bezbłędnie. Nie uścisnął von Brauna, lecz serdecznym gestem podał mu rękę; wycofał ją dostatecznie szybko, aby nie było mowy o naruszaniu prawideł protokołu, ale podjął z von Braunem rozmowę, która trwała dokładnie o piętnaście sekund dłużej niż wszystkie inne; obdarzył ambasadora RFN uśmiechem, który nie był zdawkowy, lecz zarazem nie zdradzał nadmiernej emocji personalnej. Pomyślałem wtedy z melancholią, że gdybym tak dobrze znał się na arkanach protokołu, dawno już zostałbym ambasadorem lub może nawet biskupem. No, powiedzmy prałatem do specjalnych poruczeo. Spotkanie z von Braunem tak mnie zafascynowało, że nie pamiętam juz dokładnie, kto był w kolejce za RFN, chod poszczególne kraje Europy były traktowane na zasadzie „każdemu według jego zasług”, więc było co oglądad. Pamiętam natomiast doskonale, co się działo, kiedy szef protokołu i min. Fanfani przedstawili papieżowi szefa delegacji polskiej, wiceministra Józefa Winiewicza. Papież uścisnął rękę naszego dyplomaty w sposób niemal całkowicie kordialny - zaledwie o oczko niżej nit w przypadku Francuza i Hiszpana - a następnie pochylił się ku niemu i z uśmiechem ostentacyjnej sympatii wdał się z nim w rozmowę po francusku. Była to bardzo wysoka nota w protokole, tak wysoka, że sam się zdumiałem. Mój Boże - przemknęło mi przez myśl - gdyby to wszyscy książęta Kościoła odznaczali się takim szlifem dyplomatycznym, gdyby dobry Bóg sprawiedliwiej rozdzielał wśród swych funkcjonariuszy dar inteligencji i przymioty intelektualne... Rozmowa papieża z polskim ministrem wzbudziła w kuluarach tzw. szmer ożywienia, a moi roztargnieni koledzy przejawili nagle żywe zainteresowanie. - Gee, to twój minister - powiedziano do mnie z odcieniem podziwu, - Sure! - odparłem nonszalancko, jak gdyby mój minister codziennie konferował z papieżem. - Sławek, masz u mnie piwo - rzekł na tę okolicznośd pewien Anglik. Nie dlatego, żeby żywił szczególną słabośd do Polski lub do papieża, ale raczej dlatego, że lubił piwo. - Przyjmuję i przebijam - odparłem machinalnie, ponieważ nic lepszego nie przychodziło mi do głowy, a moment był naprawdę niecodzienny. Obecny przy tej wymianie zdao kolega Niemiec, który zresztą wcale nie był Niemcem, lecz austriackim Żydem, do tego przysięgłym socjaldemokratą i w dodatku pochodził z Drohobycza, bardzo się oburzył na taki brak szacunku dla głowy Kościoła rzymskokatolickiego. Wyjaśniliśmy mu we

dwóch dośd energicznie, że o żadnym braku szacunku nie ma mowy, gdyż papież pozyskał naszą niekłamaną sympatię, co się zaś tyczy piwa, to rodowici Niemcy najlepiej znają zalety tego wspaniałego napoju. Nasz rozmówca wydawał się przekonany, nie przeszkodziło to jednak, aby nazajutrz w niektórych gazetach RFN pojawiła się wzmianka, że „polscy korespondenci z radości opijali alkoholem dwuznaczne gesty Jego Świątobliwości pod adresem komunistycznego delegata Polski”. Mój Anglik nieco się tym zdziwił, jako że zdziwienie zastępuje wyspiarzom wszystkie inne reakcje ludzkie. Ja natomiast powiedziałem nazajutrz niemieckiemu koledze, że primo: nie opijali, bo piwo nie doszło do skutku ze względu na nawał zajęd, secundo: gesty Jego Świątobliwości nie były dwuznaczne, lecz jednoznaczne, i tertio” ja osobiście nie mógłbym sobie pozwolid w tej okropnej komunistycznej prasie na zwrot, że papież popełnia „dwuznaczne gesty”. Nie powiedziałem jeszcze, że na skutek jakiejś awarii monitory zamkniętej sieci telewizyjnej transmitowały do nas tylko wizję, wobec czego nie mogliśmy słyszed nawet najmniejszego strzępu rozmów papieża z prezentowanymi mu dyplomatami. A czymże w koocu jest dziennikarz bez fonii? Nie ma potrzeby wyjaśniad, że natychmiast po zakooczeniu parady pobiegłem do szefa naszej delegacji, aby go molestowad o treśd rozmowy z papieżem, trwającej przecież około minuty, a więc bardzo długo jak na warunki owego konwejera. Minister Winiewicz. Jeden z najinteligentniejszych dyplomatów, jakich kiedykolwiek udało mi się spotkad, dochował jednak tajemnicy paostwowej z właściwym sobie wdziękiem i dowcipem. - Rozmowa była zbyt krótka, aby o niej pisad, a zbyt długa, aby się nadawała do prasy - powiedział nie tajad swego współczucia. Jako że sam przecież byt za młodu świetnym dziennikarzem. - Myślę, że wzmianka o spotkaniu delegacji polskiej z Pawłem VI wyczerpie całośd problemu. - Jak dla kogo, panie ministrze - westchnąłem melancholijnie, wiedząc, że od tego werdyktu nie ma już odwołania. - O, w każdym razie dla polskiej dyplomacji, która przecież... - ... reprezentuje Interes całego narodu – warknąłem, licząc jak zwykle na wyrozumiałośd szefa delegacji. W rezultacie tych nierównoprawnych rokowao czwarta potęga, czyli prasa, musiała się zadowolid kompromisem. Miał on postad jednozdaniowej wzmianki w biuletynie PAP, że „papież Paweł VI odbył krótką rozmowę z przewodniczącym delegacji polskiej”. Bliższych szczegółów dowiedzą się paostwo w roku 2015, po odtajnieniu archiwów naszego MSZ z roku 1965, lub w roku 2165, kiedy należy oczekiwad otwarcia archiwów watykaoskich. Wyznam jednak szczerze, że moja melancholia znacznie osłabła, kiedy dowiedziałem się, że koledzy radzieccy również nie znają treści rozmowy papieża z min. Gromyką, a koledzy amerykaoscy mają nader mętne wiadomości co do przebiegu spotkania papieża z Johnsonem. Skoro zatem prasa dwu takich mocarstw jest aż tak niedoinformowana, to nasz średniej wielkości kraj też może to spokojnie przeboled.

15. PASZTET PO POLSKU, CZĘŚCIOWO KOSZERNY
- No, bardzo ładnie -powiedzą teraz moi ulubieni adwersarze, ponieważ, jak ich znam, nie usłuchali wezwao autora i z wypiekami na pobladłych twarzach doczytali do tego miejsca i zamierzają czytad dalej. - Bardzo ładnie. Król, papież, cesarz, imperialistyczni ministrowie, kolacyjki z milionerami Znamy te kosmopolityczne ciągotki, znamy. A gdzie akcenty narodowe? Gdzie dorobek naszej, polskiej, ludowej dyplomacji? Dlaczego to autora opuszcza wena akurat w tej materii, co? Dziwne, proszę was. Ciekawe. Pouczające, proszę was. Drodzy, szanowni i kochani panowie! Zbyt długo i zbyt głośno oświadczałem niegdyś, że w odpowiedzi na atomy budujemy nowe domy, żebym się miał teraz jąkad i czerwienid z zakłopotania. Jest propozycja, żeby nie straszyd. Którą to propozycję przedstawiam do wnikliwości opinii mądrości ludzi pracy, jak pisze pewien wybitny stylista, kiedy mu już polskie przypadki dojedzą do żywego, a spuszczone ze smyczy dopełniacze gryzą się z sobą jak wściekłe psy. Jest propozycja, żeby nie straszyd i nie wymachiwad, bo sam mógłbym o niejedno zapytad, i to - daję słowo - bardzo złośliwie. No, „mógłbym” to może przesada; chciałbym. Ale proszę bardzo, jestem do dyspozycji: Z chęcią opowiem to i owo o rodakach na forum międzynarodowym. Tylko żeby później znów nie było pretensji, bo ja się nie napraszam. Inna sprawa, że temat jest rzeczywiście niewyczerpany, toteż nie ma szans, abym kogokolwiek usatysfakcjonował, i z góry ostrzegam, że będę stronniczy. Polacy tak głęboko zakorzenili się w życiu międzynarodowym, że właściwie nie ma dziś ani jednego kraju gdzie publiczne odśpiewanie „Czerwonego pasa” lub walczyka o jenerale Trepowie nie ściągnęłoby tłumu rodaków najwyżej po kwadransie. Sami chyba nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby przyjąd kryteria polskości, proponowane raz po raz w prasie krajowej przez co bardziej namiętnych tropicieli, którym ślozy rozczulenia zalewają oczy aż do zupełnej ślepoty - z rachunku wypadłoby bezspornie, że to Polacy rządzą światem. Serio. W tej branży nie ma żartów. Weźmy np. pod uwagę, że czołowe osobistości polityki i dyplomacji francuskiej noszą dziś takie nazwiska jak Palewski, Poniatowski, Ostroróg i Kościuszko. Wybitną figurą w zachodnioniemieckiej SPD jest oczywiście Hans-Jurgen Wischniewski. Zaszczytną funkcję konsula generalnego Włoch w San Francisco pełnił niegdyś Pietroangelo del Duppa, a więc na pewno rodak. W Finlandii co drugi człowiek liczący się w polityce nosi nazwisko Psikoski lub Kocilapski. Ministrem spraw zagranicznych Haiti był w swoim czasie Pierre de Jabłonowski. Co prawda nie wiadomo, jak to przypasowad do naszego generała i epopei z Santo Domingo, gdyż minister był czarny jak sadza, a nasz generał - wręcz odwrotnie. To można ciągnąd bez kooca. Generalnym poczmistrzem Stanów Zjednoczonych był znany i w Warszawie John Gronouski, który zresztą długo miejsca w gabinecie nie zagrzał, bo był potrzebny tylko na czas wyborów. A odkąd się pochlebnie wyraził o Wolnej Europie, ma u mnie dużą, czerwoną krechę, jako że na tych monachijskich szmaciarzy jestem cięty tak samo jak na... no, mniejsza z tym. Jeden z większych cwaniaków w międzynarodowym, handlu bronią nazywa się Marian Czarniecki. Wyższym funkcjonariuszem wywiadu amerykaoskiego jest Victor Trościanko, a więc też prawdopodobnie postad polskiego pochodzenia. Doradcą rządu sudaoskiego do różnych spraw był

przez kilka lat Witold Grabowski, prokurator w procesie brzeskim, twórca Berezy i, już jako minister sprawiedliwości, autor pewnej ustawy prasowej, za którą przekleostwo dziennikarzy będzie go ścigad nawet w siódmym wcieleniu, bo jesteśmy mściwi i mamy okrutnie trwałą pamięd do nieprzyjaciół naszej branży. Mówię tu tylko o dyplomacji i wielkiej polityce, bo gdyby tak wyjśd poza te tematykę... W oczach się mieni od kontuszy, kierezyjek i chałatów. Europejskie kolarstwo i piłka nożna są oczywiście całkowicie przez nas opanowane. To samo można powiedzied o najwybitniejszych graczach amerykaoskich drużyn rugby i tzw. footballu, zagadkowej gry, która nie ma nic wspólnego ani z piłką, ani z nogą. Sami swoi! Handel detaliczny opanowaliśmy do tego stopnia, że sklepy pod piramidami w Gizeh oferują swe usługi po polsku, ekspedientki w Lipsku mówią bezbłędnie: „Nie ma, do cholery, i nigdy nie będzie!”, najlepszy sklep z koszulami w Tel Awiwie należy do Szmula Radziwiłła, a w Bombaju potentatem dziwnej branży pod nazwą „eksportimport” jest Hersz Cynowicz z Wilna. A kto na przykład zna całą prawdę o polskim wkładzie do amerykaoskiego filmu? To przecież nie tylko Apolonia Chałupiec vel Pola Negri i nie tylko Roman Polaoski vel Roman Polanski. To także Marlon Brando, najbardziej męski ze wszystkich męskich gwiazdorów ostatnich lat, którego męskośd tak skutecznie i GŁĘBOKO zafascynowała partnerkę z filmu „Ostatnie tango w Paryżu”. Otóż prawdziwe nazwisko Marlona Brando brzmi Marian Cienkowski. A gdyby paostwo nie wierzyli, proszę przyjąd do wiadomości, że mam tą informacje dosłownie z pierwszej reki. Mój rodzony stryj, działacz związku krawców amerykaoskich, w łatach dwudziestych współpracował w Nowym Jorku z ojcem obecnego Marlona Brando, Bronisławem Cienkowskim, znanym na Brooklynie mistrzem wędliniarskim. Stryj twierdzi, że Maniek był zawsze wyjątkowo nieznośnym bachorem i juz wtedy obrywał lanie za podglądanie dziewczyn. Cenną tę informację biograficzną odstępuję historykom filmu zupełnie gratis, po prostu dlatego, że Maniek nigdy się nie przysuwał do polskiego pochodzenia, gdyż w Ameryce to przeszkadza w karierze, a ja z kolei tępię rdzennych Anglosasów spod Bełchatowa i z nieopisanym upodobaniem psuję im starannie wy retuszowane życiorysy. Jeśli się raz zacznie szukad rodaków, trudno potem przestad. Co powiedzied o niefortunnym kandydacie na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych pod tytułem Barry Goldwater? Ponieważ jego dziad, handlarz nierogacizny, pochodził z Konina, Goldwater powiedział kiedyś do gwiazdy amerykaoskiego baseballu, Staną Musiała, którego papa pochodził, zdaje się, z Pardubic: „My, Polacy, musimy się trzymad razem”. Ze względu na toczącą się właśnie kampanię wyborczą zostało to uważnie odnotowane przez prasę, telewizję i wszystkie wywiady świata. Surrealizm tej odzywki tak mi przypadł do gustu, że wywiesiłem sobie to śliczne hasło nad dalekopisem. Ot, tak, żeby mied stale w pamięci, do czego się można dogadad, kiedy człowiekowi odbija szajba. Jednak po kilku dniach musiałem zdjąd napis ze ściany. Dyplomaci PRL chłodno mi zwrócili uwagę, że nie jest rzeczą stosowną, aby polski korespondent powoływał się na tak dwuznaczne autorytety. Liberalni i lewicowi koledzy amerykaoscy byli zgorszeni, że taką nicośd jak Goldwater honoruję wypisywaniem cytatów, zeus pełnie jakby chodziło o przewodniczącego Mao. Konserwatywni koledzy amerykaoscy byli zgorszeni, że poniewieram po ścianach, na pewno w nikczemnych intencjach, szlachetnego patriotę amerykaoskiego. Koledzy izraelscy oczywiście uznali mój napis za przejaw antysemityzmu, koledzy z prasy arabskiej powiedzieli cierpko, że dziwią się

mojej sympatii do syjonizmu, koledzy z RFN skomentowali między sobą „das ewig polnische”, zaś koledzy radzieccy w milczeniu pokiwali głowami. Miary konfuzji dopełnił pewien znajomek krajowy, który długo dumał w milczeniu nad moim napisem, po czym spytał ozięble: „To wy go uważacie za Polaka, tak?” Tłumaczenia w sprawie surrealizmu tylko pogorszyły sprawę. „To dla was - powiedział znajomek - sprawa przynależności narodowej jest surrealizmem, tak?” Kiedy wyjaśniłem, że surrealistyczna wydaje mi się sytuacja, w której Goldwater z Arizony i Musiał z Los Angeles każą mi się trzymad razem, znajomek z zupełnie już lodowatą miną powiedział: „To wy uważacie, że metoda walki z dywersją polega na wywieszaniu takich napisów, tak?” Zdaje się, że od tego czasu w moich aktach personalnych znalazła się adnotacja w sprawie ulegania surrealizmowi. Lojalnie informuję o tym czytelników, bo mogą się stad współwinni przez sam fakt odczytywania niniejszych okropności.

16. RAZ NA LUDOWO
Sami paostwo widzą, jaki to beznadziejny temat i jak bardzo przekracza ramy niniejszego felietonu. A przecież mógłbym takich anegdot o Polakach na świecie opowiedzied jaszcze z pięddziesiąt lub sto, ani razu nie dublując pointy. Najeździłem się sporo po świecie i a czystym sumieniem mogę powiedzied, że jeśli gdzieś nie ma Polaków - to znaczy, że tego kraju nie ma w ogóle. Skoro zaś są rodacy, to muszą byd i anegdoty, gdyż jesteśmy narodem pełnym wesołości i jeszcze za mojej pamięci wytwarzaliśmy najlepsze dowcipy w skali światowej. Ponieważ jednak miało byd o Narodach Zjednoczonych, proponuję, aby ograniczyd plotkowanie tylko do Polaków aa terenie ONZ. Jest to temat wystarczająco pożywny, aby się nikt nie nudził, a przy tym gwarantujący, że wszyscy się obrażą. Ci o których piszę obrażą się za to, że o nich napisałem, natomiast pominięci obrażą się za ta że o nich nie napisałem. Normalka, jak mówią nastolatki Publicity w Polsce rządzi się bardzo dziwnymi prawami: jej niedostatek nie pomaga, zaś nadmiar szkodzi. Wszystkim więc, którzy pragnęliby dla własnych, wzniosłych celów uzyskad należyte i wypróbowane w długoletniej praktyce proporcje rozgłosu, doradzam nawiązanie bliskich, przyjacielskich stosunków z niżej podpisanym. Wszelako zastrzegam sobie prawo unieważnienia przetargu bez podania przyczyn. Tekst niniejszy w żadnym razie nie został zamierzony jako panegiryk, toteż dalsza opowieśd nie jest dla autora łatwa. Tak się bowiem składa, że na forum Narodów Zjednoczonych od lat wiedzie się nam- doskonale i na dobrą sprawę nie bardzo jest z czego pożartowad. Zażywamy zasłużonego respektu jako kraj dorzeczny i rozsądny. Rzadko kiedy odbija nam szajba, nie targujemy się po kramikarsku o nieistotne drobiazgi, jesteśmy wszędzie gdzie trzeba i mówimy co trzeba, a przede wszystkim mamy dobrą rękę do naszych stałych przedstawicieli, z jednym tylko nieapetycznym wyjątkiem w postaci Juliusza Katza-Suchego, który pozostawił po sobie dośd kiepskie wspomnienia w ONZ. Jakoś nam te Narody Zjednoczone pasują do profilu. Jest więc dobrze, ale przecież nie tak dobrze, żeby dziennikarz nie miał się do czego przyczepid. Wspominałem już, że w ONZ obowiązuje żelazna zasada: im biedniejszy kraj, tym wystawniejsze przyjęcia i tym huczniejsze życie światowe. Otóż... spójrzmy prawdzie w oczy. Gdyby pozostad przy tym kryterium, Polska musiałaby uchodzid za jeden z najbogatszych i najwyżej rozwiniętych krajów

świata. Nasi przedstawiciele urządzają tylko takie przyjęcia, których już w żaden absolutnie sposób nie da się uniknąd. Wykorzystują przy tym fakt, że polskie święto paostwowe przypada w samym środku sezonu urlopowego, kiedy to klimat w Nowym Jorku jest rzeczywiście nie do wytrzymania. Misja polska jest poza delegacjami Malediwów, Bhutanu i Luksemburga jedyną chyba delegacją, która tej okazji nie czci przyjęciem na osiemset osób. A jeżeli już ku zgryzocie ambasadora i całego personelu dochodzi do jakiegoś przyjęcia, to skłamałbym śmiertelnie przed Bogiem i historią, gdybym twierdził, że nasi przedstawiciele zamartwiają się o dobrą sławę polskiej gastronomii. Ależ skąd! Ot, jakieś tam kanapeczki z serkiem, wątła rybka w cieniutkim sosie o barwie kapuśniaku, sędziwy pomidorek w majonezie na syntetycznym żółtku i trochę (ale przysięgam, naprawdę trochę) czystej wyborowej oraz sławnej „Zubrovki”, która od lat stanowi nasz najbardziej niezawodny i rozchwytywany przez moczygębów produkt eksportowy. O czym donoszę. Ciekawe, swoją drogą, że ten smutny zwyczaj, wprowadzony przez ambasadora Bohdana Lewandowskiego, tak się jakoś błyskawicznie u nas przyjął. Może to samokrytyczna czkawka po czasach saskich? Może samoobronny odruch polskich organizmów po latach spotżywania schaboszczaków? A może po prostu podświadoma tęsknota, aby nadążad za duchom czasu i dad świadectwo dokonanym postępom? Wiadomo bowiem, że np. Amerykanie, o których nikt nie powie, że się nie liczą w światowej dyplomacji z zimną krwią raczą gości na cocktailach wyłącznie słonymi paluszkami z czasów wojny domowej i wyjątkowo tylko, jeśli dopiszą urodzaje w Afryce, również orzeszkami ziemnymi, tak piekielnie twardymi, że podejrzewam w tym spisek dentystów. Alkohole serwują zupełnie nikczemne i tak rozcieoczone chlorowaną wodą, że co bardziej chorowici koledzy zabierali z sobą na cocktaile w misji amerykaoskiej tzw. piersiówkę, aby było czym przepłukad gardło po orzeszkach i urzędowych drinkach. Nie chcę krakad, ale przepowiadam, że i u nas do tego dojdzie. Jeśli nie zatrzymamy w porę pędu ku wielkości, niebawem nasz ambasador będzie podejmował miłych gości frytkami z koszalioskich ziemniaków na margarynie oraz cystom, cerwonom, kapslowanom. Nie chciałbym dożyd takich czasów. Czy nie moglibyśmy jeszcze trochę pobyd małym, fajnym krajem? Myślę, że powinniśmy śmielej korzystad z przodujących doświadczeo bratnich krajów, które jak już ugoszczą, to przez trzy dni trudno się podnieśd. Niezależnie od endemicznego skąpstwa naszych czcigodnych przedstawicieli i niezależnie od surowych przepisów finansowych, ograniczających naszą aktywnośd cocktailowo-bankietową w ONZ, istnieją jeszcze obiektywne trudności natury lokalowej, właściwie niemożliwe do przezwyciężenia, jako że w Nowym Jorku nie ma wydziału kwaterunkowego i za metraż płaci się w żywych dolarach. Szmelc nie waluta, to prawda, ale zdobyd ją trudno. Stałe przedstawicielstwo PRL mieści się w stylowym, rozczulająco secesyjnym, lecz bardzo ciasnym budyneczku pod numerem 9 przy 66 Ulicy Wschodniej. Domeczek ten, uczciwszy uszy pao i nieletniej młodzieży, był w pierwszych latach bieżącego stulecia siedzibą jednego z najwytworniejszych domów publicznych w Nowym Jorku i w tym charakterze został nawet uwieczniony w literaturze. Są podstawy do przypuszczenia, że w pogoni za pełnią życia wpadał tu sam Frank Harris, który opisał swe przygody erotyczne na ośmiuset stronach, więc chyba znal się na rzeczy. W archiwach słynnego Instytutu Kinseya w Bloomington oglądałem kiedyś prześliczne zdjęcie urodziwych pensjonariuszek, które wyszły wraz z szefową przedsiębiorstwa na niewielki balkonik naszej obecnej siedziby, aby

zażyd wiosennego słooca; myślę, że nasze MSZ mogłoby się postarad o kopię tego zdjęcia. Nie bardzo wiem po co, ale zawsze przyjemnie popatrzed. Ten rodowód budynku od razu przesądza ostrą niefunkcjonalnośd jego wnętrz z punktu widzenia wzniosłych zadao naszej dyplomacji: niezmierna ilośd łazienek z bidetami, gigantyczne lustra sięgające gdzie wzrok nie sięga, komórki do wynajęcia i przytulne zakamarki do innych gier towarzyskich, natomiast salonik jest tylko jeden, i to niewielki, bo w koocu o czym tu można było pytlowad godzinami, skoro na klientów czekały zajęcia nie cierpiące zwłoki, a wysoka przepustowośd przedsiębiorstwa nie dopuszczała do powstawania żadnych wąskich gardeł? A żeby już dopełnid soczystych barw tej relacji, muszę dodad, że vis-à-vis naszego przedstawicielstwa mieści się największa w Nowym Jorku synagoga, gdzie w każdą sobotą posępni ortodoksi wzywają kary bożej, m.in. na rozpustników. Wynikałoby z tego, że Jahwe jest jednak trochę nierychliwy. Zawsze podziwiałem naszych dyplomatów, którzy z całym spokojem pracowali w tym zapowietrzonym domu: na lewo misja filipioska, naprzeciw synagoga, na prawo podejrzany „klub męski”, w środku wiadome opary - a nasi siedzą i pracują. Myślę jednak, że genius loci tego domu sprzyja żwawej krzątaninie i śmiałym zamierzeniom, gdyż nasi ludzie, którzy się przez ten gmach przewinęli, z reguły wychodzą na prowadzenie, i to tak ostro, że kwękająca reszta narodowego peletonu powinna żwawiej brad z nich przykład. Mam tu przede wszystkim na myśli jednego z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich los zdarzył mi poznad, mianowicie Bohdana Lewandowskiego, przez 20 lat członka delegacji polskich na sesje Zgromadzenia Ogólnego, wieloletniego stałego przedstawiciela PRL w ONZ, a potem dyrektora generalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Jeśli mówię, że jest to człowiek niezwykły, to wiem, co mówię, bo w koocu niejedną dłoo się ściska i różne mowy się słyszy. A osobiście nasłuchałem się w kołach dyplomatycznych tyle dobrego o Bohdanie Lewandowskim, że gdyby nawet przełożono tę książkę na jakikolwiek obcy język, nie będę musiał niczego retuszowad, gdyż reputacja tego człowieka jest zbyt autentyczna, aby mnie ktokolwiek posądził o przesadę. (Oczywiście o żadnych przekładach nie ma mowy. Do tej pory zdążyłem już obrazid z pięddziesiąt krajów, w tym osoby pozbawione humoru z czterech wielkich mocarstw. Chin jeszcze brakuje, ale będą, zapewniam. Przypuszczam, że takie okropne ploty mogą się właściwie ukazad tylko w Polsce, za co niech będzie sława i chwała naszemu krajowi oraz dzielnym mężom, którzy nie lękają się niewinnych żartów i nie parskają faryzejskim oburzeniem.) Starałem się dotychczas nie pisad o Bohdanie Lewandowskim nic przychylnego, gdyż dobra sława zawsze w Polszczę szkodzi; komentarz „ale mu przyłożył !” z reguły jest jakoś dla Polaków sympatyczniejszy niż komentarz „ale mu się podlizuje!”, bo w obiektywizm relacji personalnych nikt oczywiście nie uwierzy. Ciężki to kraj dla żurnalistów, kiedy się wybierają pisad o ludziach, i to jeszcze zajmujących się polityką. Między Scyllą tzw. podchalimstwa i Charybdą rozróby wiedzie chwiejna i wąziutka ścieżka, której nikt chyba jeszcze zwycięsko nie sforsował. Ponieważ zamierzam tu mówid o żywych i wybitnych rodakach, z góry już sobie wyobrażam te podkreślenia, wykrzykniki i znaki zapytania, od których zrobaczywieje kilkadziesiąt egzemplarzy mniejszej książeczki Nie będę utrzymywał, że mnie to nic nie obchodzi - na taką mowę stad tylko ludzi zupełnie głupich lub zupełnie genialnych - ale naprawdę nie widzę powodu, aby hołdowad

narodowemu kultowi nieudacznictwa i krygowad się, kiedy można dobrze mówid o żywych, realnych, współczesnych Polakach. Prawdą jest, że występują niejakie trudności, kiedy chciałoby się mówid źle, a nawet bardzo źle, o innych rodakach - downie żywych, realnych i współczesnych. Nie będę nikomu wmawiał, że opowiadam tu tylko prawdę i całą prawdę. Liczę wszakże na domyślnośd oraz imaginację szanownych czytelników, jako że na tych cechach polskiego czytelnika żaden autor nigdy się jeszcze nie zawiódł. Jeśli nawet istnieją niezależne od autora powody, ograniczające ciemne barwy w jego palecie, to w każdym razie nie ma absolutnie żadnych przyczyn, które by go zmuszały do nad używania jasnych barw, kiedy o celowości ich utycia nie jest głęboko przekonany. Przyznaję, te jest to wywód nieco zawiły, toteż proponuję, aby zechcieli paostwo przeczytad ten akapit jeszcze raz. Oszczędzałem dotąd Bohdana Lewandowskiego, przydeptując gardziel własnej pieśni, teraz jednak czaję się zwolniony z lojalności. Od kilku lat jest on podsekretarzem Organizacji Narodów Zjednoczonych, członkiem gabinetu Kurta Waldheima i jednym z jego najbliższych współpracowników, a więc sprawuje najwyższy urząd międzynarodowy, jaki kiedykolwiek piastował obywatel polski. Tak wysoko chyba go już nasze zawiści nie dosięgną, a gdyby nawet, to i tak spadłby z niezłego konia. BL (tak go nazywano w kołach ONZ-owskich) był jedynym znanym mi dyplomatą, który do swej pracy wprowadził coś, co można by nazwad analizą wartości. Bezustannie bowiem zadawał sobie samemu, współpracownikom i innym dyplomatom nieznośne pytania „po co?” oraz „dlaczego?”. Trudno opisad, jaka to irytująca metoda, gdyż wielu spraw we współczesnym świecie w ogóle nie można niczym wyjaśnid. A kiedy już stropieni rozmówcy wystękali jakieś niedorzeczne wyjaśnienia, które niczego nie wyjaśniały - BL miał w zanadrzu jeszcze gorsze pytanie: „No to co?”. Proponuję, aby paostwo wybrali sobie z terenu własnej pracy zawodowej dowolna kwestią i rozpatrzyli ją przy zastosowaniu tych trzech zabójczych pytao. Żyd się odechciewa. Może dlatego ambasador Lewandowski słynął z wyjątkowej zwięzłości swych wystąpieo. Poza nielicznymi wyjątkami, kiedy uroczyste okoliczności stanowczo wymagały obowiązkowego pustosłowia i drętwej mowy (chod i w tej dziedzinie BL umiał się czasami zdobyd na niezależnośd ducha) - jego przemówienia nigdy nie trwały dłużej niż sześd minut. Kiedy z zegarkiem w ręku stwierdziłem tę prawidłowośd, BL wyjaśnił mi, też z zegarkiem w ręku, że nie ma w polityce światowej ani jednego problemu, którego nie można by było streścid w ciągu pięciu minut Tę szóstą minutę przeznaczał na wyrafinowane aluzje o charakterze częściowo kurtuazyjnym, częściowo aforystycznym, co sprawiało, że jego lapidarne bon-moty cieszyły się w ONZ zupełnie wyjątkową popularnością. Nie chciałbym jednak bezkrytycznie zachwalad tego kultu zwięzłości Jest to recepta przydatna może w dyplomacji, ale w dziennikarstwie oznaczałaby katastrofę. Nam w koocu płacą od objętości tekstu bez względu na jego jakośd; widziałbym czarno, gdybym miał streścid w pięd minut to wszystko, o czym tu już nagadałem sto trzydzieści stron. Po co? Dlaczego? BL zjawiał się na wszystkich posiedzeniach dokładnie na pięd minut przed rozpoczęciem obrad i w ciągu tych pięciu minut udawało mu się przeprowadzid wszelkie konsultacje kuluarowe, które innym koryfeuszom dyplomacji zajmowały po kilka dni. Miał dziwny zwyczaj umawiania się np. o godzinie 15.17 i chod podczas jego kadencji ambasadorskiej spędziłem w ONZ kilka lat, nie przypominam sobie

wypadku, aby się spóźnił lub miał „ważniejsze spotkanie”. Ta jego zadziwiająca cecha, na ogół rzadko przypisywana Polakom, przysporzyła nam kolosalnego respektu wśród delegacji z krajów wysoko rozwiniętych, natomiast nie powiem, żeby była szczególnie popularna wśród delegacji tych krajów, gdzie obowiązuje tzw. manana time9 Dystyngowane maniery, lekko ironiczny sposób bycia i wyszukana uprzejmośd wobec absolutnie wszystkich rozmówców w połączeniu z maksymalną, wręcz brutalną rzeczowością, prowadziły czasami do zaskakujących rezultatów. Na jednej z sesji BL przewodniczył Komitetowi Ekonomicznemu Zgromadzenia Ogólnego, o czym muszą wspomnied, bo i kto to za mnie uczyni? Jest to forum mocno przygnębiające dla dziennikarzy, gdyż delegaci mówią tam wyłącznie o własnych interesach, udając gorączkowo, że mówią o cudzych interesach, a ponadto forum nudne jak flaki z olejem, gdyż gadulstwo w sprawach gospodarczych rośnie zwykle w postępie geometrycznym w stosunku do braku środków. Zresztą nie przypominam sobie, aby w tym Komitecie uchwalono kiedykolwiek cos na tyle istotnego, żeby mogło poruszyd serce i umysł przeciętnego czytelnika prasy. Nie przeszkodziło to wcale, aby BL, jako prawy Polak, uporał się z gadułami, narzucił ostre tempo i wykonał plan przed terminem: na trzy dni przed zamknięciem sesji Komitet Ekonomiczny zakooczył swe prace, co - o ile dobrze wiem - nie zdarzyło się nigdy przedtem ani nigdy potem. Wzgląd na wysoki urząd, sprawowany obecnie przez Bohdana Lewandowskiego, zabrania mi zbyt niefrasobliwego gadulstwa, ale mimo wszystko muszę wspomnied, że jest to człowiek, który w dziejach Narodów Zjednoczonych ustanowił pewien rekord sportowo-dyplomatyczny, chyba już nie do pobicia. Rzecz działa się w lipcu 1960 roku, kiedy to na Polskę przypadło przewodnictwo w Radzie Bezpieczeostwa. Trzeba tu dodad, że naszą obecnośd w Radzie poprzedził na XIV sesji pewien pojedynek, również zaliczany do rekordów ONZ. Odbyło się mianowicie aż 55 głosowao na temat, kto ma reprezentowad Europę Wschodnią w Radzie - Polska czy Turcja. Osiągnęliśmy w tym meczu impas tak doskonały, że po 55 głosowaniach wszyscy już mieli dośd, jednak ani Polska, ani Turcja nie dysponowały dostateczną przewagą głosów, aby uzyskad dla siebie niestałe miejsce w Radzie na lata 1960-1961. Ponieważ w ONZ nie ma sytuacji nierozwiązywalnych, znaleziono wyjście salomonowe: mandat podzielono na dwie jednoroczne połówki, przy czym nam, którzy zdobyliśmy o kilka głosów więcej, przypadła pierwsza połowa kadencji. Musieliśmy jednak zapewnid słowem honoru, że dobrowolnie zrezygnujemy z członkostwa w Radzie pod koniec 1960 roku. Tym bardziej więc okupione tyloma bojami miejsce w Radzie obligowało nas do aktywności i czujnej uwagi. Lipiec nie jest szczytowym okresem sezonu dyplomatycznego, toteż było rzeczą zrozumiałą, że akurat wtedy dokonano zmiany na stanowisku stałego przedstawiciela PRL. Ambasador Jerzy Michałowski po zakooczeniu swej wieloletniej kadencji odleciał samolotem do kraju, natomiast jego następca, Bohdan Lewandowski, płynął sobie niespiesznie statkiem przez Atlantyk. O dwa dni żeglugi od Nowego Jorku dotarła przez radio do naszego ambasadora wieśd o wybuchu walk w Kongu. Od tej chwili co godzina dowiadywał się coraz bardziej niepokojących rzeczy. Że następuje interwencja belgijska i amerykaoska. Że sprawę skierowano do Rady Bezpieczeostwa i że rozważana jest możliwośd wysłania wojsk ONZ. Że nie znane są losy Lumumby. Że szykuje się kryzys międzynarodowy na skalę co najmniej koreaoską, jeśli nie gorzej. Młodsi czytelnicy może już nie

9

Koncepcja życia, którą można by nazwad jutryzmem: co masz zrobid dziś, zrób jutro.

pamiętają tamtego lipca, ale zapewniam, że w sensie przynajmniej psychologicznym był to okres niesłychanego napięcia i niepewności, bo świat stał wtedy na bardzo kruchych nogach. Proszę sobie teraz wyobrazid potencjalnego przewodniczącego Rady Bezpieczeostwa, który siedzi na leżaku, patrzy na latające ryby, popija Coca-Colę, słucha radia i ma pełną świadomośd, te przezywa najgorszy moment swego życia, w tej branży nie ma nieobecnych usprawiedliwionych. W Nowym Jorku jest co prawda nasz chargé d’affaires, ale jego kompetencje są ograniczone, instrukcje lakoniczne, a niska ranga utrudnia mu manewrowanie w tak dramatycznej sytuacji. Dwie doby takiej sytuacji psychologicznej mogą ściąd z nóg nawet najodporniejszych. Ale nie Bohdana Lewandowskiego. Kiedy przed wieczorem statek dobija wreszcie do nadbrzeża nad Hudsonem, BL opuszcza pokład biegiem, wsiada do pierwszej lepszej taksówki i jedzie wprost do gmachu ONZ, gdzie trwa nocne posiedzenie Rady Bezpieczeostwa. BL nie ma przy sobie żadnej przepustki; listy uwierzytelniające trzyma na razie w kieszeni. Gdyby nie to, że strażnicy ONZ znają go osobiście z poprzednich pobytów, zapewne nie zostałby wpuszczony do gmachu. BL wchodzi na salę obrad, gdzie właśnie wygłaszane są straszliwe oskarżenia, przy czym mówcy wypominają sobie nawzajem wszystkie grzechy od Adama i Ewy. W powietrzu unosi się rozpalona do białości wrogośd, ławy dla publiczności pękają w szwach, tłumacze mdleją w kabinach, dziennikarze nie nadążają z nadawaniem depesz. Cały świat patrzy na tę salę, ponieważ nikt jeszcze nie wie, co może wyniknąd z kryzysu kongijskiego. BL zasiada spokojnie w fotelu z napisem „President” i obejmuje przewodnictwo, jak gdyby opuścił tę salę przed pięcioma minutami i nie miał za sobą dwóch nieprzespanych nocy i czterystu wypalonych papierosów. Nie jestem pewien, czy paostwo dokładnie zdają sobie sprawę, co to znaczy przewodniczyd Radzie Bezpieczeostwa, zwłaszcza w tak napiętej sytuacji Jest to przede wszystkim dżungla proceduralna, pełna wilczych dołów, czających się tygrysów i wycia hien. Sto osiemnaście przepisów procedury trzeba znad na pamięd tak dokładnie jak gramatykę języka, którym się mówi. Nigdy nie umiałem powściągnąd zdumienia, kiedy BL, nie sięgając do szarej książeczki z przepisami procedury i do żadnych notatek, oświadczał z całym spokojem, że w myśl art. 42 pkt b oraz art. 57 i 58 pkt c należy zrobid tak a tak. Bez tak biegłej znajomości procedury nawet Talleyrand wyłożyłby się dziś w ONZ po kwadransie. Wszyscy z grubsza wiemy, że jeśli dwa kraje zgłaszają projekt rezolucji, trzy zaś następne - projekt poprawki do tejże rezolucji, to poddaje się pod głosowanie najpierw poprawkę, a dopiero potem tekst oryginalny. Ale co zrobid, kiedy pięd innych krajów zgłasza poprawkę do poprawki, tak przy tym sformułowaną, że obraca wniwecz oryginalny projekt rezolucji, a osiemnaście innych krajów zgłasza na złośd zupełnie inną propozycję? W ONZ, gdzie magiczna wiara w potęgę słowa jest niespożyta, takie wypadki zdarzają się nieustannie. Trzeba mied naprawdę żelazne nerwy i mnóstwo doświadczenia, żeby się nie wygłupid lub nie wpaśd w zastawioną pułapkę. Obalenie błędnej decyzji przewodniczącego jest wprawdzie możliwe, wymaga jednak oddzielnej rezolucji, głosowania i zakulisowych przetargów, a w każdym razie stwarza wokół przewodniczącego nie najprzyjemniejszą atmosferę, co z zadziwiającą szybkością zawsze jakoś dociera do macierzystej centrali i po kilku tygodniach urasta w klechdzie ludowej do rozmiarów katastrofy.

Bohdanowi Lewandowskiemu nigdy się nie zdarzyło, aby zakwestionowano jego decyzję lub wytknięto dowolnośd w interpretowaniu procedury, chod przewodniczył w różnych ciałach i w różnych okresach, chciałoby się trochę ponaginad procedurę. Narody Zjednoczone jeszcze z początkiem lat sześddziesiątych były przez jankesów uważane za prywatną własnośd. Znane umiłowanie demokracji nigdy Amerykanom nie przeszkadzało zaprawiad bykiem przeciwników, strzelad do neutralnych z biodra, a nieposłusznych sojuszników tłuc grubą pałą. Wszystko to odbywało się zawsze przy akompaniamencie szlochu nad niegodziwością tych okropnych czerwonych oraz z powołaniem się na wzniosłe ideały wolnego świata. Ileż to razy byłem świadkiem, jak któryś ze średnich rangą dyplomatów amerykaoskich wzywał swe Paragwaje i Salwadory, stawiał je do kąta w kuluarach i sztorcował panów ambasadorów za niesubordynację lub chodby tylko za niedostatek ducha bojowego, nie troszcząc się przy tym nawet o ściszenie głosu. Posiedzenie Rady Bezpieczeostwa, o którym tu mówię, trwało przez całą noc. BL, występujący w Radzie właściwie jako osoba prywatna (stałym przedstawicielem zostaje się formalnie dopiero w chwili złożenia dokumentów uwierzytelniających sekretarzowi generalnemu ONZ), przewodniczył posiedzeniu z właściwą sobie elegancją i stanowczością; jego postępowanie w tej wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji określono w kuluarach jako „spacer po odciskach”, co jest dośd wyszukanym komplementem. Nad ranem, kiedy jego znużeni koledzy odsypiali zaległości i czekali na instrukcje ze swych stolic, BL prowadził konsultacje z dyplomatami, którzy już swoje odespali, przygotowywał wystąpienie w imieniu Polski, wysyłał i odbierał depesze szyfrowe, po czym znów obejmował przewodnictwo na posiedzeniu przedpołudniowym. Z niewielkimi przerwami działał tak przez cały tydzieo i, jak potem opowiadano, miał tylko jedną trudnośd: przestał odróżniad piątek od wtorku. Sytuacja rozwijała się zresztą jak w sensacyjnym filmie, gdyż w kluczowych stolicach dwa lub trzy razy dziennie wprowadzano nowy element do rozgrywki i kiedy Rada zbierała się rankiem, nikt nie mógł przewidzied, o czym będzie się mówid po południu. Jeśli zaś paostwo mają wątpliwości, czy nasz człowiek w Radzie Bezpieczeostwa powinien się aż tak zapracowywad, mogę na to odpowiedzied tylko pytaniem: czy wybuchła wojna światowa z powodu zamieszek w Kongu? No, właśnie. Wszystko to działo się w koocu lipca, a już w sierpniu kryzys dyplomatyczny zaczął przeobrażad się w cyklon. Wysunięto wówczas głośną propozycję powołania tzw. trojki, czyli jednego sekretarza generalnego ONZ w trzech osobach. Można sobie wyobrazid, jak na ten pomysł zareagowali Amerykanie, zawsze nieco przewrażliwieni na punkcie teologii. W związku z tym kraje socjalistyczne przestały uznawad Daga Hammarskjölda jako sekretarza generalnego, o czym przewodniczący Rady Bezpieczeostwa dowiedział się nie bez zdumienia. Z dnia na dzieo okazało się bowiem, że ów postawny blondyn, siadający na posiedzeniach Rady po prawej stronie przewodniczącego i mówiący sobie z BL po imieniu, jest po prostu non-person, czyli powietrzem, złudą, fantasmagorią i nicością protokolarną. Taki obrót spraw może nawet psychiatrę przyprawid o rozdwojenie jaźni. Jako przewodniczący Rady ambasador Lewandowski nie miał prawa przyjmowad do wiadomości jednostronnej deklaracji pewnej grupy krabów, gdyż Hammarskjöld w świetle Karty NZ był nadal sekretarzem generalnym; nic się przecież nie zmieniło. Natomiast jako delegat PRL nasz człowiek nie mógł nawet rozmawiad z Hammarskjöldem, który przestał dla nas istnied jako sekretarz generalny. Zdaje się, te BL byłby niezłym dowódcą plutonu saperów, ponieważ przebrnął przez to pole minowe bez żadnych strat własnych o czym na pewno opowie kiedyś szczegółowo, jeśli napisze pamiętniki. I We wrześniu

sytuacja uległa dalszemu ożywieniu, chod może nie jest to najszczęśliwiej dobrane słowo. Hammarskjöld zginął w nie wyjaśnionej do dziś katastrofie lotniczej, co automatycznie rozwiązało kilka spraw. (Między innymi i niżej podpisany, wierny zaiste de mortuis nil nisi bene, czuje się zwolniony od wypowiadania poglądów na temat działalności Hammarskjölda, które byłyby zapewne przykre i złośliwe.) Mieliśmy trochę niewyraźną minę, kiedy przyszło do składania kondolencji i wyrazów ubolewania, bo ostatecznie nieczęsto się zdarza, aby w ciągu trzech tygodni jeden i ten sam człowiek był najpierw Naszym Szanownym Sekretarzem, potem powietrzem, nicością i fatamorganą, a potem znów Drogim Nieobecnym. Ale w kooca z gorszymi sytuacjami pośmiertnymi umieliśmy już sobie radzid. Fakt jednak pozostawał faktem: Narody Zjednoczone straciły sekretarza generalnego, Zachód nie chciał słyszed o żadnej trojce, a premier radziecki gotów był zaprowadzid trochę porządku w ONZ. W tej sytuacji było rzeczą zrozumiałą, że na XV sesję przyjechał najwspanialszy komplet premierów, prezydentów i głów koronowanych, jaki kiedykolwiek zanotowały dzieje dyplomacji. A na czele delegacji- polskiej stanął Władysław Gomułka. Ambasador Lewandowski nie przewodniczył już wtedy Radzie Bezpieczeostwa, ale w niej zasiadał i raz po raz musiał zabierad głos, co w ówczesnej atmosferze było sprawą dośd uciążliwą. Pewne wydarzenia z tej sesji dają mi dodatkowe argumenty, aby nazywad ambasadora Lewandowskiego człowiekiem niezwykłym. Nie wydaje ml się, żebym tu miał teraz opowiadad polskie anegdoty, wiążące się z XV sesją. Uczynią to kiedyś ludzie bardziej kompetentni ode mnie, jeśli zaś nie uczynią, to ich przeklnę i ośmieszę za tchórzostwo. Właściwie dlaczego tylko niżej podpisany ma się bez przerwy narażad, opowiadając różne dwuznaczne dowcipy? Szef delegacji polskiej czterokrotnie w ciągu dnia przemierzał służbowym „Chevroletem” trasę między gmachem ONZ i siedzibą misji polskiej na 66 Ulicy Wschodniej. Odległośd ta wynosi około trzech kilometrów, ale Nowy Jork jest rzeczywiście dośd ruchliwym miastem i w porze lunchu nawet pozbawiony skrupułów kierowca ma trudności z utrzymaniem średniej szybkości w granicach 3 km na godzinę. Mimo że wóz szefa delegacji polskiej był zawsze poprzedzany przez radiowóz policyjny na światłach i na sygnale, przejazd trwał zazwyczaj około trzech kwadransów. Właśnie te uciążliwe doświadczenia skłoniły szefa delegacji do pytania: „No i po co im tyle samochodów?”

17. JESZCZE RAZ NA LUDOWO
Skoro już podjąłem plotkowanie na tak wysokim szczeblu i w pierwszej kolejności złożyłem hołd naszemu najwyższemu urzędnikowi międzynarodowemu, co zresztą czynię z nieopisaną satysfakcją – wypada utrzymad się w formie i plotkowad dalej nie obniżając lotów. Protokolarnie rzecz biorąc, następny w kolejności byłby nieżyjący już, wieloletni minister spraw zagranicznych PRL, Adam Rapacki, z pewnością najbardziej znany na świecie, obok Stanisława Trepczyoskiego, Józefa Winiewicza i Bohdana Lewandowskiego, dyplomata polski lat powojennych. Po raz pierwszy rozmawiałem z ministrem Rapackim wiosną 1957 roku w Warszawie, w jego mieszkaniu przy alei Róż. Pracowałem wówczas dla pewnego ambitnego tygodnika, znanego wśród stołecznych szyderców jako „Lajfoniok” (że niby kombinacja tygodnika „Life” z tygodnikiem

„Ogoniok”; rozszarpałbym za takie dowcipy!) i zlecono mi przeprowadzenie rozmowy z ministrem, ale takiej, żeby została przedrukowana przez całą prasę światową, gdyż właśnie wtedy minister Rapacki przedstawił swój znany plan utworzenia strefy bezatomowej w Europie środkowej. Z trzygodzinnej, niezmiernie interesującej rozmowy napisałem 35 stron tekstu. Składając go w ręce naczelnego byłem przekonany, że sławę międzynarodową mam w kieszeni Poczyniłem nawet pewne inwestycje á contó tejże sławy, nabywając na raty skuter, gdyż w tamtych latach dziennikarz bez lambretty był nieważny, cóż dopiero wybitny komentator, który rozmawia z ministrami. Pomijając już uwagi min. Rapackiego na temat polityki europejskiej i światowej, śmiałe, wnikliwe i niebotycznie odbiegające od bełkotu, jaki sam przez lata uprawiałem na tematy międzynarodowe wyłowiłem z rozmowy mnóstwo ciekawych szczegółów, które czytelnikom prasy polskiej i zagranicznej raczej nie były znane. Dowiedziałem się np., że min. Rapacki zbiera pamiątki polskie XIX wieku i ma w swej kolekcji prawdziwe rarytasy bibliofilskie, między innymi autentyczny pamiętnik dziada proszalnego z Wołynia. Ze nie tylko ojciec ministra, prof. Marian Rapacki, był znaną postacią polskiego ruchu spółdzielczego, lecz że cały ród zawsze żywo uczestniczył w służbie publicznej: dziad Adama Rapackiego był oficerem w powstaniu styczniowym, a daleki pradziad dowodził kompanią w powstaniu listopadowym. Ze wreszcie minister jest przysięgłym miłośnikiem wszystkiego, co włoskie, zdaje się, że nabył tej słabości podczas pobytu w oflagu. Minister mówił biegle po włosku, znał doskonale historię Włoch i literaturę tego kraju, potrafił z pamięci wymieniad nazwy wsi koło Bolonii lub nazwisko twórcy jakiejś budowli w Padwie. Wykorzystałem ten interesujący szczegół i zapytałem ministra, czy ma swego ulubionego bohatera w historii Wioch. Minister zastanowił się chwilę i odparł z pewnym ociąganiem: - Owszem. Hrabia Cavour. Takie wyznanie wydało mi się więcej niż interesujące i niezmiernie pożywne z dziennikarskiego punktu widzenia. - To znaczy - powiedziałem szybciutko - bardziej Cavour niż Mazzini lub Garibaldi? Bardziej chłodny polityk, dyplomata, statysta, niż płomienny trybun ludowy? - Można to tak określid - odparł minister, chmurniejąc jeszcze bardziej. - Ale skooczmy z tym. Za dużo kropek nad „i”. W każdym razie przyniosłem tekst do redakcji z miną wielce triumfalną i powiedziałem kolegom mimochodem, że podobnej rozmowy z ministrem jeszcze w polskiej prasie po wojnie nie było. Cóż, malo kto bywa prorokiem we własnym kraju, a już dziennikarz nie bywa nim nigdy, nawet jeśli jeździ na skuterze. Ów sensacyjny tekst posłany do autoryzacji, wrócił z MSZ odchudzony do tego stopnia, te z największym trudem udało się nim zapchad półtorej kolumny tygodnika, i to tylko dlatego, ze mieliśmy dobre zdjęcia. Po prostu min. Rapacki poprosił swych współpracowników o uwagi na temat własnego wywiadu. Nie muszę wyjaśniad, że o żadnym tam Cavourze i Mazzinim nie było już ani słowa. Szczegóły biografii ministra zostały dokładnie odcedzone z informacji pcoaprotokolárnych. To, co w rezultacie zostało,

sprowadzało się do bezspornego skądinąd stwierdzenia, że prowadzimy całkowicie słuszną politykę i że będziemy nadal walczyd o pokój. W ten sposób rozgłos międzynarodowy diabli wzięli, a raty do spłacenia za skuter pozostały. Pouczające to było doświadczenie: przy wszystkich następnych rozmowach z min. Rapackim byłem już znacznie powściągliwszy w dziennikarskich nadziejach. Był to człowiek z pewnością wybitny jako intelekt, wszechstronnie wykształcony, głęboki w sądach i niezmiernie zasłużony dla polskiej racji stanu, lecz skromny aż do przesady, niezbyt pewny siebie i czasem zbyt chyba polegający na opinii doradców, wśród których, na mój gust, nie wszyscy i nie zawsze wylatywali nad poziomy. O wiele łatwiej (i ciekawiej) było z nim dyskutowad o sprawach całego stulecia niż o sprawach- dnia dzisiejszego. Często zdarzało się, że w obawie przed nadmiarem oryginalności, co straszliwie politykom szkodzi, i to nie tylko w Polsce, minister Rapacki wypowiadał swe głębokie myśli w formie zdawkowych i nawet trochę nużących stereotypów. Adam Rapacki był mężem stanu, którego względnie dobrze znałem osobiście, toteż muszę przyznad, że właściwie dzięki temu mogłem sobie uświadomid całą złożonośd tego pojęcia. No, ale mieliśmy tu beztrosko plotkowad, nie wdając się w dywagacje, na które nie miejsce i nie pora. Przy wszystkich swoich zaletach usposobienia minister Rapacki miał jeszcze i tę rzadką cechę, że nigdy, nawet na sekundę, nie tracił kontroli nad sobą, chod był człowiekiem ogromnie nerwowym i wrażliwym; zupełnie nie przypominał owych chłodnych, flegmatycznych i wyrachowanych dyplomatów o żelaznych nerwach, którzy w swoim czasie uchodzili za wcielenie cnót swego zawodu. Tylko jeden jedyny raz byłem świadkiem, jak ministrowi zabrakło na chwilę kontenansu, ale bo też i incydent był trochę nietypowy. Zdarzyło się to na lotnisku nowojorskim, gdzie w grupie polskich dyplomatów czekałem kiedyś na przylot ministra Rapackiego. Pogoda była tego dnia okropna, samolot z Kopenhagi dwukrotnie kierowano do Bostonu, w koocu, po nieudanych próbach lądowania na zapasowych lotniskach, samolot wiozący ministra wylądował w Nowym Jorku z dwugodzinnym opóźnieniem, z czego godzinę zajęło krążenie nad miastem. Powitaliśmy ministra w eksterytorialnej poczekalni, zarezerwowanej dla tzw. VIP, czyli Bardzo Ważnych Osób. Podczas krótkiego oczekiwania na załatwienie formalności paszportowych zaczęliśmy wypytywad ministra o lot. W tym momencie, nie wiadomo skąd, pojawiła się koło nas jakaś znękana babina w kraciastej chustce na głowie i słysząc, że rozmawiamy po polsku, zaczęła bez żadnych wstępów: - O Jezuniu, alem się wybrała w tyli świat, żeby jeich pokreciło z temi samolotami, a gdzie mnie to podkusiło, Ja jesce do Hicago mam lecied, a juz nie mom cem zygad, bo ja, panie, tom zygała i zygała, te dzieuchy juz torebek nie mioły, o Jezuniu, gdzie mnie te psiekrwie wysłały, a ono Hicago daleko jesce? panocku, na cóżem ja się godziła na te samoloty, ja nawet na weselu Jaśka takem się nie nazygała, o mój Boże, jakże ja do onego Hicago dolecę, może taksówkom przyjadom... Ponieważ nikt z obecnych nie był przygotowany na takie spotkanie w poczekalni dla Bardzo Ważnych Osób, milczeliśmy stropieni. Babina nagle przerwała swój lament i wyciągając palec w stroną ministra Rapackiego zapytała ostro i nieufnie:

- A cegój to pan nic nie mówis, panie starsy? Pan jezdeś z Polski? Minister bezradnie rozejrzał się wokoło, ponieważ jednak nikt nie pośpieszył z wyjaśnieniem, że pan starszy rzeczywiście pochodzi z Polski, milczenie się przedłużało, a babina, rozeźlona już na dobre dziwną nieuczynnością rodaków, zaczęła trajkotad na temat „jakie to ludzie som”. Zdaje się, że najbardziej był zaskoczony dyżurny urzędnik Departamentu Stanu, którego poprosiliśmy, aby pokazał naszej rodaczce drogę do samolotu w kierunku Chicago. Podejrzewał zapewne, że ta niepozornie wyglądająca osoba musi byd jakimś niezmiernie ważnym kurierem dyplomatycznym, skoro minister, ambasador i kilku dyrektorów proszą o osobiste odstawienie jej do samolotu. Nie wiem dlaczego, ale akurat tu przypomniała mi się jeszcze jedna dykteryjka; może jakieś freudowskie skojarzenie? Z okazji 1 Maja w siedzibie misji radzieckiej urządzono wspólny wieczór delegacji socjalistycznych, na którym barwy polskie reprezentował zespół Niebiesko-Czarnych oraz parodysta Bolesław Gromnicki. Niebiesko-Czarnym zasugerowaliśmy, aby nie włączali swych potężnych wzmacniaczy na cały regulator. Są to chłopcy mili i pojętni, toteż wykonali swe utwory w natężeniu nie przekraczającym jakichś 120 decybeli. Słuchacze byli, jak by to nazwad, trochę oszołomieni. Następnie Gromnicki odtworzył swój znany repertuar radiowy. Cała widownia zgodnie i beztrosko pokładała się ze śmiechu. Ta nieco przydługa karencja w opowiadaniu anegdot utwierdza mnie jednak w nadziei, że w przyszłości ukażą się jeszcze liczne, nowe wydania mniejszych plotek. Czego nie opowiem dziś opowiem jutro lub najdalej pojutrze i proszę nie sądzid, że mi zabraknie tematów. Na szczęście dla dziennikarzy świat się jednak zmienia. Nie mówię, że na lepsze, ale się zmienia. Raz po raz ktoś przestaje się obrażad na zawsze lub traci możliwośd obrażania się, ruch w interesie nie ustaje, sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się nietykalne dla żurnalisty, okazują się nagle dostępnym i nawet mile widzianym tematem do plotkowania. Jak paostwo widzą, optymizm mnie nie opuszcza, przynajmniej w tej materii. Co proszę łaskawie zanotowad, gdzie trzeba. Ale prawda: miało byd o wysokim szczeblu. Z powodów, które się wkrótce wyjaśnią, dokonam na razie odstępstwa od protokołu i chwilowo pominę osobę przewodniczącego XXVII sesji, wiceministra Stanisława Trepczyoskiego. A skoro tak - to protokolarnie następny w kolejce będzie profesor Manfred Lachs, sędzia, a potem prezes Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze i zdobywca absolutnego rekordu głosów w Zgromadzeniu Ogólnym: tylko jedna delegacja glosowała przeciw niemu, kiedy zgromadzenie wybierało go na sędziego MTS. Profesor Lachs, znakomity prawnik o światowej reputacji, wieloletni doradca kilku polskich ministrów spraw zagranicznych, członek delegacji polskiej na wszystkie chyba sesje Zgromadzenia Ogólnego, jest człowiekiem dobrze znanym i wielce popularnym w środowisku dyplomatycznym, ale trudno o nim plotkowad. Jako doświadczony prawnik nie wypowiedział dotąd ani jednego zbytecznego słowa i ani jednej opinii nie a propos. Ma natomiast na swoim koncie zawodowym rzecz trudną do uwierzenia, chod może nie nazbyt pasjonującą dla przeciętnego czytelnika prasy: doprowadził on Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, instytucję w zasadzie nieomylną, do odwołania własnego werdyktu w sprawie Afryki Południowo-Zachodniej. Jest to mniej

więcej taka sytuacja, jak gdyby papież oświadczył z zakłopotaniem, że się pomylił we własnej encyklice. Jak paostwo widzą, nie mam wiele do opowiedzenia na temat profesora Lachsa, korzystam więc z okazji, aby mu przekazad wyrazy sympatii i uszanowania. Ostatecznie, nie tak znów często zdarza się mied dobrego polskiego prezesa w MTS. To znaczy prezesi bywają, owszem, ale czasami przysparzają więcej zmartwieo niż zaszczytów. No, tak. Dopiero teraz zaczynają się dla autora kłopoty natury protokolarnej. O kim plotkowad w następnej kolejności? Praktyki wydawnicze są u nas takie, że przy szczęśliwym zbiegu okoliczności i dobrej woli stron upływa nie mniej niż półtora roku między ukooczeniem manuskryptu i pojawieniem się w księgarniach wydrukowanej książki. (Jeśli występuje brak dobrej woli lub dostatecznej skłonności do awantur ze strony autora, mijają nieraz trzy lata.) Ale nawet półtora roku to szmat czasu w karierach dyplomatycznych. Radcy zostają dyrektorami lub ambasadorami, na horyzoncie dyplomacji pojawiają się generałowie, profesorowie i byli działacze szczebla centralnego, wiceministrowie rozmnażają się przez pączkowanie, zmieniają się funkcje, tytuły i proporcje... okropnośd. Gdyby to była powieśd w odcinkach, wszelkie korekty można by było wprowadzad na bieżąco. Przepis prawa wydawniczego postanawia jednak, że zmiany w druku, przekraczające trzy procent tekstu, odbywają się na koszt autora. A niby dlaczego? Czy to ode mnie zależy, że ruch kadrowy przekracza trzy procent rocznie? Oczywiście, zawsze mogę powiedzied, że naruszyłem kolejnośd protokolarną z nieświadomości lub z braku dostatecznej zdolności przewidywania. Ale jest to tłumaczenie równie głupawe, co bezcelowe. Zawsze przecież ktoś westchnie znacząco, że „słonia nie zauważyłem”. Wyjaśnienie, że jestem krótkowzroczny, może tylko pogorszyd sprawę, bo spytają, dlaczego w takim razie w ogóle zabieram się do pisywania o podobnie delikatnych kwestiach. Są sposoby na takich krótkowzrocznych. Ale to jeszcze nie koniec komplikacji, nawet gdybym dotrzymał wcześniejszego przyrzeczenia i mówił tylko o rodakach znanych na forum Narodów Zjednoczonych. Nie ulega np. wątpliwości, że jest w naszej dyplomacji postad, której ranga, wiek, dorobek i dobra sława bezspornie predestynują ją do zajęcia poczesnego miejsca protokolarnego. Myślę tu oczywiście o nestorze naszej służby zagranicznej, wieloletnim wiceministrze spraw zagranicznych, Józefie Winiewiczu. W moich oczach jest to nie tylko wytrwały, mądry negocjator układa z RFN, nie tylko świetny szef naszych delegacji na dwadzieścia kilka kolejnych sesji Zgromadzenia Ogólnego, nie tylko człowiek o poważnym prestiżu międzynarodowym, lecz również jedyny dyplomata, który mi bez żadnych skrótów i wiadomych poprawek autoryzował do druku długą, niezmiernie interesującą rozmową na dośd trudne tematy polityczne. Zalecałbym wnikliwą lekturą tego zdania wszystkim innym dyplomatom, którzy będą mi łaskawie udzielad wywiadów. Z ministrem Winiewiczem, któremu resortowo podlegały w Ministerstwie Spraw Zagranicznych sprawy ONZ, miałem okazją stykad się wielokrotnie, na sesjach i w Warszawie; nie będę taił, że o jego talentach żywię nader wysokie mniemanie i niejedno mógłbym opowiedzied.

Chyba już pora rozstad się teraz z kultem jednostek i przejśd na bardziej kolektywny styl plotkowania. W dzisiejszych czasach dobra dyplomacja jest coraz częściej dziełem zbiorowym i jeśli nawet tę lub ową postad mógłbym porównad do Talleyranda, to raczej ze względu na cechy charakteru niż przymioty umysłu. Również i w tej branży trzeba dziś mied niepospolitą siłę przebicia, aby się przedrzed przez barierę urzędniczej anonimowości i zabłysnąd na proscenium historii powszechnej lub chodby tylko na kartach niniejszej książeczki. (Zainteresowanym wyjaśniam w tym miejscu, że nie zamierzam zostad dyplomatą ani dziś, ani kiedykolwiek, toteż moje typy są dobrane zupełnie arbitralnie i nie służą załatwianiu żadnych spraw autora w sensie służbowym. Jeśli istnieje coś takiego jak antytalent do zawodowej służby dyplomatycznej, to niżej podpisany na pewno posiadł tę właściwośd w stopniu maksymalnym.) A więc wespół-zespół... Nie jestem jednak pewien, czy wszystkich uda się oplotkowad kolektywnie. Muszę przecież wspomnied oddzielnie o wybitnym poprzedniku Bohdana Lewandowskiego na stanowisku stałego przedstawiciela PRL w ONZ; był nim jeden z najbardziej utalentowanych dyplomatów polskich, ambasador Jerzy Michałowski. I o dwóch następcach BL, Bohdanie Tomorowiczu i Eugeniuszu Kuładze. Podejrzewam, że ten ostatni, mówiący po francusku równie biegle jak w ojczystej polszczyźnie, najwydatniej przyczynił się do obecnego zbliżenia polskofrancuskiego. Przynajmniej w sferze psychologicznej, gdyż Francuzi, zrozpaczeni nieustannym wypieraniem z dyplomacji języka francuskiego przez angielski i podejmujący w tej domenie dramatyczne wręcz kroki (dyplomatom francuskim nie wolno przemawiad publicznie w żadnym innym języku), żywią nieopisaną wdzięcznośd do każdego, kto potrafi publicznie wypowiedzied się po francusku. Jestem przekonany, że z Nowego Jorku płynęły na Quai d'Orsay pilne raporty w sprawie wzorowej postawy językowej ambasadora polskiego, chod skądinąd bracia Francuzi bywają czasem dośd niemrawi, kiedy myślą o swych polskich kuzynach z prowincji. Ambasador Kułaga, przewodnicząc Radzie Bezpieczeostwa w różnych trudnych momentach (albowiem po raz trzeci z kolei znów dopchaliśmy się do Rady), z wdziękiem i subtelną ironią nieustannie zaskakiwał tłumaczy, przechodząc płynnie z angielskiego na francuski i z powrotem. Rad bym ja obejrzał różnych naszych znawców problematyki międzynarodowej na tym fotelu i w takiej sytuacji. Osobnym akapitem wypada uczcid Eugeniusza Wyznera, który rozpoczął swój romans z Narodami Zjednoczonymi jako dwudziestoletni młodzieniaszek i obecnie zna tam praktycznie wszystkich, do sprzątaczek włącznie. Do tego stopnia, że mógłby Kurta Waldheima klepad po ramieniu i mówid do niego: ..Cześd, stary!”, gdyby na to pozwalały Jego nienaganne maniery. Eugeniusz Wyzner, wielokrotny chargé d'affaires naszego stałego przedstawicielstwa i pośrednik w jednej z najtajniejszych spraw dyplomatycznych lat sześddziesiątych, a ostatnio nasz człowiek w Genewie, przez wiele lat współpracował z Waldheimem w Komitecie Narodów Zjednoczonych do Spraw Pokojowego Wykorzystania Przestrzeni Kosmicznej10, współtworząc pierwsze w dziejach rodu
10

Spieszę wyjaśnid, że wśród 183 stałych lub półstałych ciał ONZ są organy o znacznie dłuższych nazwach lnb bardziej zagadkowych funkcjach. Istnieje na przykład Komitet Doiadczy do Spraw Programu Narodów Zjednoczonych na Temat Pomocy w Nauczaniu, Studiowaniu. Rozpowszechnianiu oraz Szerszym Docenianiu Prawa Międzynarodowego, powołany w roku 1965 i składający się z 13 członków. Istnieje Grupa Robocza Zdalnego Rozpoznawania Sztucznych Satelitów Ziemi, Grupa Robocza do Spraw Protein, Grupa Robocza Ad Hoc w Sprawie Roli Nowoczesnej Nauki i Technologii, Komitet Wolframowy oraz Grupa Ekspertów w Dziedzinie

ludzkiego prawo kosmiczne. Jeśli paostwo nie mogą dziś nabyd działki weekendowej na Księżycu, to z żalami proszę się zwracad właśnie do Eugeniusza Wyznera, gdyż to za przyczyną jego podkomitetu uznano ciała niebieskie za umiędzynarodowione. Jedyna pociecha, że Amerykanie i obywatele ZSRR też nie będą spędzad urlopów nad Morzem Galileusza; nie wiem zresztą, czy to jest aż tak pocieszające. Osiągnięcia dyplomatyczne Eugeniusza Wyznera są tak liczne, że gotów mu nawet jestem zapomnied przykrą małomównośd w sprawach służbowych. O jego roli w najdelikatniejszej fazie konfliktu wietnamskiego dowiedziałem, się od pewnego amerykaoskiego kolegi, który to z kolei wydobył od Kanadyjczyków, będących podówczas stroną w tajnych rokowaniach. A w ogóle muszę stwierdzid, że nawet zażyłe stosunki korespondenta z polskimi dyplomatami rzadko się przydają, ilekrod trzeba się czegoś dowiedzied. Dopiero ostatnio w sferach dyplomatycznych stolicy powiały nowe wiatry. Zobaczymy, jak długo będą wiad. Dodam więc tylko na zakooczenie, że Eugeniusz Wyzner jest żonaty z jedną z najmilszych kobiet w polskiej służbie zagranicznej, co wprawdzie stwierdzam po kumotersku, ale z pełnym poczuciem odpowiedzialności historycznej. Przez Nowy Jork przewijał się nieustannie kwiat polskiej dyplomacji (z tym że czasem zdarzały się kwiatuszki, ale to zupełnie inna sprawa), toteż nie ma szans, abym wszystkich wymienił. Ta nasza dobra opinia w Narodach Zjednoczonych, którą chyba zbyt rzadko się chwalimy wobec samych siebie, jest naprawdę rezultatem wielu lat ciężkiej pracy i wysiłku dziesiątków, jeśli nie setek ludzi - przede wszystkim dyplomatów, lecz również maszynistek, woźnych, szyfrantów, kierowców, archiwistów, no i w koocu, last and very least, dziennikarzy akredytowanych przy ONZ. Siebie z tego rachunku wyłączam, przez wrodzoną minoderię. Myślę wszakże, że i nasza branża ma w tej dobrej sławie swój niewielki, lecz cenny udział. Bohdan Lewandowski mawia, że jakośd służby zagranicznej ocenia się nie po koryfeuszach, lecz po najsłabszych jej ogniwach i pozornych drobiazgach; zdaje się, że ma rację Nie potrafię wymienid wszystkich Polaków, którzy za mojej bytności przewinęli się przez ów niefortunny budyneczek przy 66 Ulicy i przyczynili się do dobrej opinii o własnym kraju. Trzeba by o pani doktor Zofii Dembioskiej, naszej upartej i mądrej przedstawicielce w Komitecie Społecznym, której urodą zachwycał się sam Żorż Putrament, a odyoce już wiedzą, czym się zachwycad, o człowieku, który za dobrze mówi po angielsku i w związku z tym, jak wszyscy zbyt dobrzy, pracuje od lat w charakterze dyżurnego strażaka, tłumacząc np. rozmowy Geralda Forda z Edwardem Gierkiem lub Piotra Jaroszewicza z Indirą Gandhi. Mam tu oczywiście na myśli Jerzego Sokalskiego, pierwszego tłumacza Rzeczypospolitej, jednego z tych dyplomatów, którzy oprócz niepospolitej inteligencji i cudownego dowcipu mają jeszcze odwagę byd rzeczywiście dobrzy w swojej branży. I o Tadeuszu Strulaku, który tak skutecznie zajmował się w ONZ dekolonizacją, że zdekolonizował właściwie wszystko, i natychmiast potem stanął na czele delegacji polskiej na rokowania rozbrojeniowe w Wiedniu, aby nie wypaśd z formy. I o ambasadorze Włodzimierzu Natorfie, który...

Soków Owocowych, ta ostatnia w łonie Europejskiej Komisji Gospodarczej. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu Komitet Tajfunów, wchodzący w skład Komisji Gospodarczej ONZ do Spraw Azji i Dalekiego Wschodu. Zdaje się jednak, że szczytem osiągnięd w tej dziedzinie jest powołane w 1971 roku Grupa Robocza do Spraw Wzorcowego Modelu Postępowania Proceduralnego dla Ciał Narodów Zjednoczonych Zajmujących eią Wypadkami Naruszania Praw Człowieka. Uff! Wzorowego modelu można dostad od takich nazw.

Satis. Ponieważ zamiast złośliwych plotek zaczynam odprawiad nabożeostwa hołdownicze, chciałbym ten rozdział o Polakach w ONZ zakooczyd czymś w rodzaju dedykacji. Dedykuję go mianowicie tym wszystkim dyplomatom polskim, którzy nie szczędzą krajowi swych nie przespanych nocy i zarwanych niedziel; których zdolności, kwalifikacje i doświadczenie rzeczywiście przysparzają nam uznania w świecie i sprawiają, że nikt nie wzrusza ramionami, kiedy o nas mowa.

18. NIE BADŹ PAN TAKA MINERWA
Bardzo to interesujący przyczynek do dziejów słonia i sprawy polskiej: wystarczy przez kwadrans pomówid o sprawach Polaków, by popaśd w sentymentalizm z jednej, a w pieniactwo z drugiej strony. Skoro jednak tak się już wybiłem z uderzenia, nie ma innej rady, jak powrót do tematyki międzynarodowej, tzn. do naszych ukochanych Narodów Zjednoczonych. Niewiele jest w ONZ spraw równie zadziwiających jak przyrost naturalny. Nie ludzi, lecz paostw. Co sezon lista członków Organizacji wydłuża się o kilka zagadkowych pozycji, a w ogóle dzieją się na tej liście rzeczy trudne nieraz do wytłumaczenia szerokiej publiczności. Kiedy na XXVII sesji przejrzałem listę nowych nabytków, co to od nich podobno głowa nie boli, raz po raz ogarniało mnie zdumienie. A to Bhutan (Butan-propan, jak mawia pewien mój cyniczny przyjaciel), a to Fidżi, a to znów Oman, który jeszcze za mojej pamięci nazywał się Oman-Maskat, ale potem Maskat gdzieś się zapodział. Zresztą w Narodach Zjednoczonych trzeba by istotnie założyd Biuro Krajów Zgubionych i Znalezionych. Jedne paostwa z niejasnych przyczyn zmieniają nagle nazwę i spadają na koniec tabeli (np. Zair lub Kinszasa, które jeszcze niedawno figurowały w spisie pod literą „C” jako Kongo, albo Khmer, dawniej znany jako Kambodża, albo Cejlon, który obecnie nosi nazwę Sri Lanka). Inne paostwa łączą się w tajemnicze pary, jak np. Trynidad i Tobago, jeszcze inne rozmnażają się przez wypuszczanie odnóży (Singapur i Malezja lub Pakistan i Bangladesz), a nie brak i takich, które przez całe lata chadzają na golasa, w pojedynką, a potem się nagle z kimś stowarzyszają, jak chodby Zanzibar i Tanganika, które do spółki nazwały się Tanzanią. Najgorsze jednak są tzw. kraje podwójne, które często żyją z sobą jak pies z kotem i przyprawiają znękanych dziennikarzy o nieustanną kontuzję, bo jakoś to przecież trzeba czytelnikom wytłumaczyd, a trudno to czynid, jeśli się samemu ma dośd niedokładną wiedzę o temacie. Są dwa Jemeny, dwa Konga, dwie Gwinee, a już lepiej nie obliczad, w ilu wariantach pojawiała się w ONZ Zjednoczona Republika Arabska: Egipt i Syria; Egipt, Syria i Jemen; Syria osobno, ale Egipt zachowuje nazwę; Egipt, Syria i znów jeden z Jemenów; Egipt i Sudan; Egipt, Libia i Sudan. Zamęt na tle nowych lub odnawianych co sezon krajów datuje się w ONZ mniej więcej od początku lat sześddziesiątych, kiedy to mapa polityczna świata uległa gwałtownym zmianom, a ludzie, którzy mieli za sobą porządne matury, musieli nagle kud się na pamięd takich nazw, jak Lomé, Ugadugu lub Nuakszott. Z biegiem czasu przyzwyczajono się nad Wschodnią Rzeką, że liczba krajów członkowskich, ich nazwy i koncepcje polityczne są rzeczą płynną, której nie można się nigdy nauczyd i z którą trzeba się po prostu pogodzid. Początkowo jednak zdarzały się na tym tle niezliczone nieporozumienia, a także najokropniejsze dowcipy. Pewien nasz amerykaoski kolega, zwolennik tzw. czarnego humoru, przez cały sezon bywał na przyjęciach dyplomatycznych jako przedstawiciel nie istniejącego paostwa, które nazwał, jeśli dobrze pamiętam, Santa Eulalia, co się po angielsku wymawia Senta Juleliya i co brzmi zupełnie w stylu

epoki. W koocu, jeśli członkiem ONZ ma zostad Wyspa Świętej Heleny, czymże ma byd gorsza Eulalia? Nasz cyniczny kolega odnosił ogromne sukcesy towarzyskie, pertraktował o przystąpienie do grupy afro-azjatyckiej, zajmował kategoryczne, chod odrobinę skomplikowane stanowisko wobec sporu brytyjsko-argentyoskiego o Malwiny. W koocu niewiele brakowało, aby go wybrano przewodniczącym podkomisji w podkomitecie pewnej grupy roboczej. Niestety, popełnił niewybaczalną gafę: zawiadomił, że sprawa świętej Eulalii wchodzi dopiero za rok na wokandę odpowiednich ciał dekolonizacyjnych, no, a kto się może interesowad takimi odległymi problemami, skoro na aktualnej wokandzie stoi Nauru, Tokelau, Grenada i Święta Helena? Zresztą, ileż to razy sam musiałem wysłuchiwad surowych zarzutów z powodu kolonialistycznej polityki, jaką uprawialiśmy w Indiach Wschodnich? Niekiedy udawało mi się wyjaśnid, że nazwy „Holland” i „Poland” nie odnoszą się do tego samego kraju, nie będę się jednak przechwalał, że odnosiłem same sukcesy. Ależ skąd! A skoro już się zgadało o byłych Indiach Wschodnich, to powinienem się przyznad, że sam byłem kiedyś w nie istniejącym paostwie, mianowicie w Republice Południowych Moluków. Chodzi tu o rejon Wysp Korzennych w Indonezji, gdzie w roku 1950 opłaceni przez Holendrów separatyści proklamowali własną republikę, oczywiście zupełnie fikcyjną. Ale cóż to za argument, że fikcyjna? Jest kwestią czystego przypadku, że Republika Południowych Moluków została szybko zlikwidowana przez armię indonezyjską i nie uzyskała niepodległości. Znane są przykłady, kiedy taka sama operacja doskonale się powiodła i została uwieoczona pełnym członkostwem w ONZ. Jeżeli separatyści w Ambonie znów się kiedyś odezwa, będę miał bez wysiłku zaliczony o Jeden kraj więcej na mojej liście. W Nowym Jorku istnieje zresztą do tej pory przedstawicielstwo dyplomatyczne Republiki Południowych Moluków, publikujące regularnie biuletyny dla prasy oraz komunikaty rządowe (skąd my to znamy, czy przypadkiem nie z Londynu?), a na giełdach filatelistycznych do tej pory pamięta się aferę ze znaczkami tego kraju, wydrukowanymi zawczasu dla podreperowania budżetu republiki. Przedstawiciele dyplomatyczni tych dziwnych krajów odznaczą ją się w ONZ pewną ezoterycznością i skłonnością do dematerializacji. Mnie osobiście przez tyle lat nie udało się nigdy spotkad np. stałego przedstawiciela Adenu. Bahrajnu lub Suazi. Podejrzewam, że w czasie imiennych głosowao niektóre z tych krajów, dysponujące niewielką liczbą zawodowych dyplomatów, wynajmują sobie tzw. murzynów, aby w stosownym momencie naciskali guziki lub podnosili dłonie. Nie chcę przez to powiedzied, że wśród przedstawicieli tych egzotycznych krajów nie trafiają się osobistości powszechnie znane, wszystko jedno dzięki czemu. Chyba najbardziej znaną osobistością w tej kategorii był przez lata dr Hastings Banda, premier Republiki Malawi. Doktor Banda był przedmiotem najbardziej niewybrednych dowcipów na każdej kolejnej sesji Zgromadzenia Ogólnego. Jest to postad tak żałosna, że byłoby poniżej godności szanującego się anegdotczyka pastwid się nad jego głupotą i nikczemnością. Ten tragikomiczny spektakl zawsze wyglądał tak samo: dr Banda - maleoki, ustawicznie pijany człowieczyna, którego powierzchownośd przypominałaby aparycję agenta Ochrany z roku 1899, gdyby w Afryce działała Ochrana - wdrapywał się na trybunę Zgromadzenia Ogólnego i z miejsca popierał wszystko, co tylko było do poparcia: amerykaoską wojnę w Wietnamie, wyścig zbrojeo, „wolny świat”, ideały Zachodu, reżym frankistowski w Hiszpanii i szereg innych rzeczy w tym stylu. Co do kolonializmu, to dr Banda był w zasadzie przeciw, doradzał jednak rozwagę i ostrożnośd. Dla komunizmu nie miał dośd słów

potępienia; jego żarliwośd była tak komiczna, że chyba powinniśmy go wziąd na etat, ponieważ, jak to zawsze z głupcami, kompromitował nie czerwonych, lecz białych. Wszystkie te wywody trwały około pięciu minut po czym dr Banda przechodził do swego ulubionego tematu. - Nie możemy, panie przewodniczący - grzmiał bijąc malutką piąstką w pulpit lub koło pulpitu - nie możemy pod żadnym pozorem godzid się tu bezczynnie z najokrutniejszą zbrodnią, popełnianą na wielkim narodzie niemieckim. Naród, który wydał Goethego. Schillera i tego, no, Beethovena, nie może byd podzielony na części tylko dlatego, że władcy Kremla tak postanowili. Mój rząd, panie przewodniczący, apeluje do sumienia świata, aby podziałowi Niemiec został położony kres! Doświadczeni koledzy szybko mi wyjaśnili, że Niemcy po prostu płacą lepiej niż Anglicy. A dr Banda, jedna z najbardziej kompromitujących postaci niepodległej Afryki, wyznawał zawsze dośd nieskomplikowaną filozofię życiową: który bwana mied więcej pieniędzy, ten byd lepszy. Nie. Nawet szczera i autentyczna sympatia do Afrykanów, nawet chęd zrozumienia wszystkich trudności nowo powstałych krajów, nie odwiodą mnie od personalnej wrogości wobec takich typów. Swoją drogą, jak nisko już upadło Imperium Brytyjskie, te nie potrafi utrzymad nawet własnych agentów w koloniach! Zresztą myślę, te i ambasada RFN w Zombie mogłaby wciągnąd na listę płac kogoś bardziej serio. (Zomba, gdyby się paostwo dopytywali, jest stolicą Malawi.) Nie chciałbym, doprawdy, uchodzid za cynicznego kolonialistę, bo nawet krótka obserwacja prac Komitetu Dekolonizacyjnego, zwłaszcza zaś obrady podkomitetu petycji, mogą natchnąd na całe życie nieprzejednaną nienawiścią do kolonializmu i wyleczyd ze wszystkich złudzeo na temat humanitaryzmu metropolii „wolnego świata”. Nie mogę jednak ukryd, te pewne uboczne produkty procesu dekolonizacji budziły nieraz -- jak by to oględnie nazwad - posępne refleksje. Przypominam sobie osłupienie, jakie nas ogarnęło na codziennej konferencji rzecznika prasowego ONZ, kiedy zakomunikowano nam, że Republika Malediwska nadesłała wniosek o przyjęcie jej do ONZ. Przez chwilę sądziliśmy, że rzecznik zakpił z nas, bo wiadomośd o powstaniu takiej republiki nigdzie jakoś nie dotarła. Rzecznik zapewnił jednak słowem honoru, że Malediwy naprawdę istnieją, i określił nawet z grubsza miejsce, gdzie się znajdują. Dopiero później stwierdziłem, że pomylił się o jakieś trzy tysiące kilometrów, ale to drobnostka. Zasypaliśmy go pytaniami: jak się nazywa stolica kraju? Kto jest głową paostwa i czy jest to monarcha, czy prezydent? Jakim językiem posługuje się ludnośd tego dziwnego kraju? Nie uważam się za konserwatystę, myślę jednak, że czasy się zmieniają na gorsze. Mimo że w szkole nie bywałem orłem z geografii, nie ośmieliłbym się przecież zapytad nikogo, gdzie leży Tegucigalpa albo jakim językiem mówią w Islandii. A dziś bezwstydnie zadaję tak elementarne pytania! Rzecznik stropił się niesłychanie naszymi pytaniami; widocznie nie przewidywał, że korpus prasowy zapała taką miłością do Republiki MalediwskJej. Przeprosił, że nie może zaspokoid naszej ciekawości, i obiecał udzielid odpowiedzi nazajutrz. Następnego dnia spytałem go z nudów, czy wie już, jak się nazywa stolica Malediwów. Nie wiedział, niestety, ale dodał, że przedstawiciel ONZ w Delhi otrzymał polecenie, aby to wyjaśnid, bo ma najbliżej - wszystkiego pięd dni podróży parowcem.

Bylibyśmy zapomnieli o nieszczęsnych Malediwach, gdyby ktoś, kto próbował podliczyd układ głosów na nadchodzącej sesji, nie zauważył nieścisłości. Rzecznik wiedział już, że stolica Malediwów nazywa się Malé (zupełnie jak u Kischa: stolicą Salzburga jest Salzburg), nie umiał jednak wyjaśnid, jakim językiem posługuje się ludnośd tych wysp. Nie jestem pewien, czy to w ogóle do dziś zostało ustalone. Ja w każdym razie nie mogę służyd na ten temat żadnymi informacjami. I proszę bardzo, zanim uśmiech okrasi lica, szybko wymienid jedno jedyne nazwisko jakiegoś polityka malediwskiego. Słucham? Mogę natomiast powiedzied, że układ z Wielką Brytanią, na którego mocy Malediwy uzyskały „niepodległośd”, składa się z 490 artykułów, przewidujących m.in., że Wielka Brytania będzie się zajmowad sprawami wojskowymi, konsularnymi, gospodarczymi i żeglugowymi nowej republiki; że parlament może byd w każdej chwili rozwiązany przez ambasadora brytyjskiego (chyba jedyny przepis tego rodzaju w prawie międzynarodowym), a władze lokalne podlegają zatwierdzeniu przez pełnomocników gubernatora, pardon, ambasadora. Aha, i jeszcze drobiażdżek: Wielka Brytania ma prawo bezpłatnie użytkowad swą bazą morską I lotniczą na Malediwach do roku 2064. W zamian za to wolna Republika Malediwów uzyskała prawo głosowania w ONZ w myśl instrukcji brytyjskich. Nie przypominam sobie bowiem ani jednego wypadku, aby nastąpiła jakakolwiek rozbieżnośd w głosowaniu. To właśnie nazywam ubocznym produktem dekolonizacji. I nie jestem całkiem przekonany, czy aby na pewno o to chodziło autorom Deklaracji Antykolonialnej z roku 1960. Na szczęście, od pewnego czasu zaczyna się już półgłosem, a nawet i trochę głośniej dyskutowad w ONZ nad celowością dalszego mnożenia samodzielnych mikroorganizmów paostwowych. W sierpniu 1969 roku Rada Bezpieczeostwa utworzyła specjalny komitet ekspertów, zajmujący się kwestią mikropaostewek. Kraje socjalistyczne otrząsnęły się z hurtowego popierania każdego wniosku o pełną suwerennośd, bo lekcja Malediwów, Botswany i Lesoto dokładnie nam uzmysłowiła, że Zachód posłużył się naszą własną bronią. Rozpatruje się też możliwośd zmian w Karcie NZ, ograniczających dalszy napływ fikcyjnych paostewek. To, co się zdarzyło w ONZ w drugiej połowie lat sześddziesiątych, doprowadziłoby wkrótce do paranoi. Jeszcze Gambia, licząca mniej ludności niż Kraków, może byd ze względu na swe bogactwa naturalne uważana za paostwo przynajmniej w teorii zdolne do samodzielności. Można jeszcze dyskutowad o Belize, Timorze czy Gwadelupie. Zdaje się jednak, że istnieje pewna granica, poza którą zaczyna się po prostu farsa. Nie chcę już mnożyd przykładów, bo ludzie pozbawieni humoru naprawdę skłonni będą zarzucad mi sympatię do kolonialistów, z lubością jednak opowiem historię Nauru. Jest to spora wyspa, położona na samym koocu świata, nieco na wschód (lub na zachód, to zależy, z której strony patrzed na tę fatalną częśd globusa) od archipelagu Wysp Marshalla i Wysp Gilberta, czyli w samym środku Pacyfiku. Wyspę Nauru, a mówiąc ściślej, skałę Nauru, zamieszkuje około 1500 osób, słownie: tysiąc piędset. Mieszkaocy wyspy, sam już nie wiem w jaki sposób, wysłali petycję do ONZ, że chcą wystąpid spod obecnego powiernictwa australijskiego, uzyskad pełną niepodległośd i członkostwo w ONZ. Problem polega na tym, że skała Nauru składa się z czystego niemal fosfatu i jest od lat intensywnie rozdrapywana przez koparki W roku 1990, przy obecnym tempie eksploatacji, skała po prostu zniknie

z powierzchni oceanu, i mieszkaoców trzeba będzie gdzieś przesiedlid. Archipelag Nauru składa się co prawda z kilkudziesięciu innych wysepek, żadna z nich jednak nie nadaje się do zamieszkania. Pasjonował mnie zawsze problem protokolarno-historyczny: czy można by było skreślid Republikę Nauru z listy członków ONZ po prostu dlatego, że została rozsypana po polach uprawnych w charakterze nawozów fosfatowych? Poza tym: skoro 1500 osób może sobie założyd niepodległe paostwo, to właściwie dlaczego nie mogłaby tego uczynid jedna osoba, tzn. autor niniejszych cynicznych uwag? Z chęcią zobowiążę się do przestrzegania wszystkich postanowieo Karty NZ, mogę przyrzec, że nie napadnę na ZSRR i USA, gotów jestem utrzymywad przyjazne stosunki ze wszystkimi paostwami, może z wyjątkiem Południowej Afryki. Gdyby mi jeszcze pozwolono na wydawanie własnych znaczków pocztowych, równowaga budżetowa republiki byłaby zapewniona. A Wszystkie wymogi prawne z punktu widzenia postanowieo Karty NZ byłyby przecież spełnione, wystarczy zadeklarowad miłośd do pokoju, aby się kwalifikowad do członkostwa w ONZ. Zwracam ponadto uwagą, ze nie pretendowałbym zupełnie do posiadania własnej broni jądrowej (za ciężka), w zakresie uzbrojenia klasycznego wystarczyłaby mi proca, co się zaś tyczy praw człowieka, to wprost nie mogę sobie wyobrazid gorliwszego wykonawcy Paktów Praw Człowieka. Może naprawdę warto nad tym pomyśled. Zawsze to jeden głos więcej dla krajów socjalistycznych. Oczekuję propozycji. Tylko ostrzegam, że politykę wizową będę jednak prowadził na własną rękę. Paostwo pewno myślą, że to są tanie dowcipuszki i humorek ciągnięty za uszy. Oświadczam więc, że w stosunkach międzynarodowych nie ma tak złego dowcipu i tak niedorzecznego pomysłu, który prędzej czy później nie stałby się faktem. I na dowód, że mnie fantazja nie ponosi, opowiem autentyczną i całkiem aktualną, bo datującą się z jesieni 1972 roku, aferę ze środkowego Pacyfiku, wobec której przedstawiony powyżej pomysł założenia własnego paostwa jest co najmniej spóźniony. Nauru, Święta Helena, a nawet nie istniejąca w ogóle Święta Eulalia są supermocarstwami w porównaniu z czymś, co nosi nazwę Minerwy. Jest to kilka czy kilkanaście raf koralowych, wyłaniających się z Pacyfiku w odległości ok. 1400 km na południowy zachód od Nowej Kaledonii i 1800 km na północny wschód od Nowej Zelandii; bliższych punktów orientacyjnych nie ma. Co prawda w pobliżu są aż trzy niepodległe paostwa, i to spore jak na dzisiejsze czasy: Fidżi, Tonga i Samoa. Tak się jednak składa, że na Minerwę przez całe dziesiątki lat nikt nie zagląda. Nie ma po co. Pewno dlatego nigdy nie było wiadomo, do kogo Minerwa należy, zwłaszcza że - jak to rafy - co pewien czas znika pod wodą i jest totalnie nieobecna na mapie świata, kiedy fale zgolą najmłodsze pokolenie koralowców. Gdyby nie to, że wieloletnie przebywanie pod wodą może utrudnid utrzymywanie gatunku, można by polecid tę metodę chwilowej nieobecności na mapie kilku krajom, które doświadczają trudności z sąsiadami, gospodarką lub w ogóle z życiem. Miałbym nawet nazwę na tę doktrynę geopolityczną: chlupizm. Prawnicy mogliby dowodzid, że skoro nikt nie proklamował swej suwerenności nad Minerwą, to stanowi ona kolektywną własnośd całej ludzkości, jak wszystkie otwarte morza. Ale prawnikom tak się tylko wydaje, bo nie znają życia. Wiosną 1972 roku pewien ancymonek nazwiskiem Morris C. Davis (oczywiście Amerykanin, bo tylko jankesów stad na równie dzikie i niepoczytalne pomysły) postanowił osłodzid Minerwie wiekową samotnośd i skorygowad jej niejasny status prawno-geograficzny. Davis skrzyknął sobie grupę desperados ze Stanów, Australii i Nowej Zelandii (zapewne chodziło o to, aby znów nie załamywano rąk nad imperializmem amerykaoskim), po czym załadował nimi wynajęty

jacht i po kilku tygodniach żeglugi zarzucił kotwicę na Minerwie czy też nad Minerwą, bo tego nigdy nie wiadomo. Skoro tylko wyszedł na ląd (?), postawił swych zuchów na bacznośd i odczytał Deklarację Niepodległości Wolnej Republiki Minerwa (Free Republic of Minerva). Ma to byd coś w rodzaju biblijnego edenu: żadnego przemysłu, żadnej policji, żadnego zatruwania środowiska. Wino, dziewczęta, ukulele, girlandy i – co najważniejsze - żadnych podatków. Ta ostatnia sprawa w zupełności wyjaśnia cel zamierzeo Morrisa. Na tej samej zasadzie prosperuje przecież Monaco i Tanger, a np. Panama i Liberia razem wzięte maję największy tonaż floty handlowej na świecie. Podatki są dziś rzeczą mocno uciążliwą we wszystkich krajach świata. Idę o zakład, te gdyby siedziba General Motors została przeniesiona na Minerwę, moglibyśmy byd spokojni o losy i budżet nowej republiki. (Dopiero wtedy nabrałaby realizmu przedwojenna piosenka, że „hrabia jeździ Buickiem, hrabina Minerwą”.) Trudno jednak zarządzad wielką lub nawet średnią korporacją bulgocząc pod wodą lub podskakując co chwila dla zaczerpnięcia powietrza. Toteż prezydent Davis i jego ścisły gabinet natychmiast zajęli się kuciem zrębów niepodległości w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. Z jachtu wyładowano podręczny spychacz, cement portlandzki i teowniki. Czołówka nowej republiki umocniła pospiesznie pierwszą rafę, wytrasowała tymczasowy farwater i wzniosła pałac prezydencki w postaci nadmuchiwanego namiotu, ozdobionego flagą niepodległej Minerwy. Pasjonuje mnie wygląd tej flagi, gdyż żadnych szczegółów na ten temat nie publikowano, a z heraldyką nie jest dziś dobrze. Wyczerpano już chyba wszystkie kombinacje barw i ciekawe, co jeszcze można było wymyślid: pomaraoczowe ciapki na szafirowym tle? buraczkowy osiemnastokąt na miodowokremowym polu? Kiedy się już dziś patrzy na gmach ONZ od strony Pierwszej Alei, odchodzi ochota do zakładania własnego paostwa: skłębione maszty z flagami przypomina ją z pewnej odległości ogon pawia lub chmurę pijanych kolibrów. Nie wiem, czy paostwo aż tak interesują się problemami prawa międzynarodowego, muszę jednak wyjaśnid, że z tego punktu widzenia poczynania prezydenta Davisa and his boys były najzupełniej legalne. Naprawdę. Nikt przecież poprzednio nie ogłaszał swej suwerenności nad Minerwą, a na otwartym morzu można sobie budowad, na co się ma ochotę (Byle nie na dnie, bo tym się już Narody Zjednoczone skutecznie zajęły.) A cała przecież historia kolonializmu europejskiego przez ostatnie trzysta lat odbywała się dokładnie na tej samej zasadzie: żaglowiec przybijał do jakiejś niczyjej wyspy, kapitan odmawiał pacierz, brał na świadka Pana Boga i starszego majtka, zatykał flagę swego monarchy i płynął dalej. Z prawnego punktu widzenia proklamacja niepodległości Minerwy jest więc nie do podważenia, chod ludnośd tego kraju wynosiła zero osób, a nawet, biorąc pod uwagę tę cholerną wodę, mogła okresami osiągad wartości ujemne, jak w Atlantydzie. Zdaje się, że Narody Zjednoczone dopiero wtedy zaczęłyby naprawdę pasjonowad opinię światową, gdyby w spisie członków Organizacji znalazły się również kraje z ujemną liczbą ludności. Bo nikt chyba nie wątpi, że Minerwą, jeśli się utrzyma, wystąpi o przyjęcie do ONZ i na pewno nie spotka się z żadnym ostracyzmem. Mogę nawet przepowiedzied, kto będzie głosował za przyjęciem Minerwy. Jedni, bo im już teraz cieknie ślinka na tę strefę bezpodatkową. Inni, gdyż radzi by obdarzyd niepodległością nawet Wyspę Pingwinów. Jeszcze inni na złośd pierwszym i drugim. Pozostali

natomiast ze strachu, żeby ich nie posądzono o popieranie kolonializmu. Małoż to już było takich przykładów w ONZ? Na temat przyszłych losów Minerwy trzeba jednak używad trybu warunkowego, gdyż świat współczesny nie byłby sobą, gdyby taki numer, wykonany po południu XX wieku, nie zrodził natychmiast zatargu - da Bóg, że zbrojnego. Nie minęło bowiem sześd miesięcy (wieści na morzach południowych rozchodzą się nieco ślamazarnie. Wszystko przez tę wodę), gdy wiadomośd o powstaniu Minerwy dotarła do stolicy wysp Tonga. Przykro mi, ale wiem o tym kraju tylko tyle, że wydaje okrągłe znaczki pocztowe ze złotej folii, używane przez krajowców w charakterze waluty, na równi z muszelkami i suszonymi głowonogami. Z pokorą przyznaję, że nie jest to wiele jak na kogoś, kto się podaje za fachmana od spraw międzynarodowych. Ale w tych sprawach w ogóle trudno o specjalistów. Tylko dwa razy udało mi się spotkad w ONZ osoby, które z całą swobodą wypowiadały się na temat problemów społecznopolitycznych wysp środkowego Pacyfiku. Pierwszą z nich był przedstawiciel Polski w Komitecie Dekolonizacyjnym, Kazimierz Śmiganowski. Pewnego razu, kiedy na porządku dziennym znalazła się sprawa wyspy Guam, gdzie Amerykanie zainstalowali jedną ze swych największych baz lotniczych, wygłosił on obszerne przemówienie, w którym zarzucił jankesom wynaradawianie ludności tubylczej i szczególnie wrogi stosunek do miejscowego języka szamoro. Był to zarzut bardzo ciężki i szczególnie dla Amerykanów dotkliwy, gdyż godził w ich antykolonialną reputację jaką usiłowali sobie wyrobid w oczach Trzeciego Świata. Wiele osób, w tym również niżej podpisany, który przez całe lata pasjonował się tą częścią świata, po raz pierwszy w życiu usłyszało o istnieniu języka szamoro i literatury w tym języku, podobno barwnej i bogatej, gdyż nasz przedstawiciel cytował nawet fragmenty jakiegoś poematu. Najbardziej jednak zdruzgotany był delegat amerykaoski, który musiał prosid o odroczenie posiedzenia, aby uzyskad instrukcje z Departamentu Stanu. Kiedy zapytałem Kazimierza Śmiganowskiego, skąd wie o takich dziwnych sprawach, odparł skromnie, że z lektur, zaś ów poemat, opiewający wolnośd ludu guamskiego i jego szczytne tradycje, przełożył osobiście na podstawie innych, podobnych w treści poematów w innych językach. Zdaje się, że zażyliśmy wtedy jankesów z maoki, bo delegat amerykaoski aż dwukrotnie prosił o odroczenie posiedzeo i w koocu z desperacji zaprosił naszego reprezentanta na lunch, aby się zorientowad, skąd polska dyplomacja, a może nawet polski wywiad, mają tak szczegółowe informacje z wyspy Guam. Innym znów razem, podczas dyskusji nad Wyspami Cooka w tym samym komitecie, pewien delegat bardzo surowo odniósł się do Brytyjczyków, zarzucając im m.in. wytępienie tubylczej ludności już w XVIII wieku. Delegat brytyjski po wysłuchaniu całego przemówienia i wszystkich następnych, które nawiązywały do oburzającej eksterminacji tubylców, poprosił w koocu o głos i z miną pełną skruchy powiedział: - Panie przewodniczący! Moi szanowni koledzy wysunęli tu niezmiernie ciężkie oskarżenia pod adresem administracji brytyjskiej na Wyspach Cooka. Z największą przykrością muszę przyznad, że oskarżenia te są, niestety, prawdziwe. Istotnie marynarka brytyjska, a następnie lokalna administracja dopuściły się niemal całkowitego wytępienia miejscowej populacji. Fakt, że w XVIII wieku wyspy nie były zamieszkane przez ludzi, a miejscowa populacja składała się wyłącznie z pingwinów, nie ma oczywiście większego znaczenia.

Wródmy jednak do Minerwy. Jest rzeczą jasną, że agresywne poczynania kliki Davisa wzbudziły natychmiastowe oburzenie i bezwzględny odpór najszerszych warstw społeczeostwa tongijskiego. Nie tyle może najszerszych, co najgrubszych, gdyż chodziło głównie o warstwy tłuszczu, odłożone obficie na dostojnym ciele króla Tongi, jego królewskiej wysokości Taufa’hau Tupona IV. Król ten nie jest może najbardziej znanym monarchą współczesnego świata, ale w każdym razie jest monarchą najtłustszym : jego ciężar własny, jak podają wiarygodne źródła, wynosi 148 kg. Czyli że król ma wystarczającą wypornośd, aby się unosid w tej sakramenckiej wodzie nad Minerwą i to nawet bez dodatkowego napędu, co stanowi ważki argument na rzecz jego suwerennych praw do Minerwy. Nie muszę bowiem wyjaśniad, że poczynania kliki Davisa zbulwersowały nie tylko Tongę, lecz wszystkie koła polityczne środkowego Pacyfiku. Król Tupon IV zawrzał więc gniewem... nie, nic nie poradzę, że to wszystko brzmi jak parodia bajek Grimma. Tak naprawdę było jesienią 1972 roku i za głupie dowcipy proszę wnosid pretensje pod zupełnie innym adresem. Otóż Tupon IV zawrzał gniewem i postanowił osobiście wymierzyd intruzom sprawiedliwośd dziejową. Kłopot polegał tylko na tym, że Tonga nie ma własnej floty wojennej ani żadnej innej, od Minerwy zaś dzieli ją 150 mil morskich. Wyprawa na tratwach z balsy, używanych w komunikacji między wyspami archipelagu tongijskiego, nie wchodziła w rachubę z powodu powolności tych jednostek, a czas naglił, faits accomplis mnożyły się jak króliki i niewiele brakowało, aby kryzys wokół Minerwy nabrał rozmiarów międzynarodowych. Mówiąc zupełnie między nami, król Tupon IV ma całkiem niezłą teczkę personalną we wpływowych kołach nowozelandzkich, gdyż inaczej nikt by się zbytnio nie przejmował dziedziczną monarchią Tongi. Istnieją też podstawy do przypuszczania, że w Auckland nie patrzono przyjaźnie na proklamację niepodległości Minerwy. Jeśli jankesi raz gdzieś postawią swą delikatną nóżkę, można sobie potem do woli krzyczed „Ami go home”. Poza tym Nowa Zelandia, gdzie 95% wszystkich wiatrów wieje z południa na północ, jest podobno jedynym miejscem na kuli ziemskiej, zabezpieczonym przed opadem radioaktywnym podczas ewentualnej wojny jądrowej. Gdyby pozwolid Davisowi na zawładnięcie Minerwą, mógłby się tam rychło ulokowad nie tylko koncern General Motors, ale np. jakiś arsenał głowic jądrowych. W Auckland przypuszczano, zapewne nie bez podstaw, że w całym szwindlu maczali palce Australijczycy, którzy w owym okresie byli rzadkim już, lecz autentycznym okazem psa łaocuchowego Waszyngtonu. W tej skomplikowanej sytuacji było oczywiste, że prędzej czy później włączą się do tej skomplikowanej rozgrywki kraje socjalistyczne, a także Chiny, które ostatecznie mogły wysład ze dwa miliony hunwejbinów, aby wywiesili na Minerwie portret Przewodniczącego i kilka cytatów o papierowych tygrysach. (O wietrze wschodnim raczej nie, bo w tym rejonie wiatr wschodni wieje rzadko i zawsze przynosi z sobą jakieś tajfuny.) Tak więc sprawa z gruntu niedorzeczna, jaką było proklamowanie niepodległej Minerwy, obrosła szybko w komplikacje międzynarodowe, jak każdy inny problem w dzisiejszym świecie. To właśnie takie historyjki najlepiej uzmysławiają, jak bardzo świat się dziś skurczył. Mniejsza już o szczegóły. Na Tongę dostarczono niewielki szkuner motorowy, na którego pokładzie król Tupon IV wraz ze świtą odpłynął w kierunku Minerwy. Bogowie wysp Pacyfiku oraz wywiad nowozelandzki, jeśli taki istnieje, sprzyjali widocznie narodowi tongijskiemu, gdyż na umocnionej rafie wyprawa nikogo nie zastała: prezydent Davis and his boya popłynęli do Australii po nowy transport cementu i teowników.

Nie doszło więc do starcia zbrojnego, czego osobiście żałuję, bo wojna Tonga - Minerwa przypominałaby pod względem fonetycznym „Tango Milonga”, a pod względem merytorycznym dawałaby dziennikarzom wyjątkową szansę: każdy komentarz na ten temat byłby nareszcie dokładnie studiowany przez czytelników, zwłaszcza przez młode pokolenie, tak gustujące w surrealizmie. Byłaby to wojna jeszcze bardziej idiotyczna niż ta, którą w roku 1969 stoczyły z sobą Honduras i Salwador z powodu pewnego meczu piłki nożnej. Ponadto nader interesująca pod względem militarnym. Zdaje się, że armia tongijska jest uzbrojona głównie w bumerangi, jaskrawe amulety z mocą rzucania czarów i oszlifowane piszczele wielorybów. Warto by było załatwid sobie posadę korespondenta wojennego na pierwszej linii frontu. Nie było jednak komu zrobid kęsim, toteż król Tupon IV zadowolił się własnoręcznym zatknięciem na Minerwie flagi tongijskiej (znów flaga! Czy ktoś z paostwa wie, jak taka flaga wygląda?) na znak zgłoszenia praw suwerennych, a następnie zainstalował coś w rodzaju latarni morskiej w postaci kaganka z tranem. Kiedy wiadomośd o tym dotarła do Wellingtonu, gdzie Davis zatrzymał się w drodze z Australii, zwołano natychmiast konferencję prasową, zresztą ku niezadowoleniu władz nowozelandzkich. Rzecznik prasowy Republiki Minerwa wyjaśnił, że wyklucza wszelkie tongijskie pretensje i surowo potępia bezprawną ingerencję w integralnośd terytorialną republiki. Rafa zawsze była bezpaoska, proklamacja niepodległości została dokonana w pełnej zgodności z prawem i Kartą NZ, a poza tym rząd Minerwy zainwestował już 200 tysięcy dolarów w kucie zrębów, więc tym bardziej nie ma o czym mówid. - Jeśli król Tupon - powiedział dobitnie rzecznik - szuka awantury, to będzie ją miał. Będziemy się bronid i poszukamy sprawiedliwości oraz uznania naszych praw przede wszystkim w Narodach Zjednoczonych. No właśnie. Czy nie miałem racji? Proponuję już teraz wysład instrukcje naszemu przedstawicielowi w Zgromadzeniu Ogólnym, aby przynajmniej wiedział, jaki jest stosunek PRL do Wolnej Republiki Minerwy. Zakładając, naturalnie, że sami to wiemy. Zdaje mi się, że paostwo podejrzewają w tej opowieści blagę i humbug na przedwojenną skalę. Powiem więc tylko tyle, że większośd informacji na temat Minerwy czerpię z prasy amerykaoskiej, między innymi z tygodnika „Newsweek” (23 października 1972 roku, strona 16, druga i trzecia szpalta). Muszę się powoływad na źródła, bo mam jeszcze sporo do poplotkowania i wolałbym uniknąd podejrzeo o fantazjowanie lub niestosowne dowcipy. Zechcą paostwo uwierzyd, że z perspektywy ONZ świat naprawdę wygląda znacznie ciekawiej niż na łamach naszej prasy i na ekranach telewizji.

19. OKRUTNE, LECZ POUCZAJĄCE DOWCIPY DOKTORA BEERA
Mini-paostwa stanowiły zawsze ulubiony temat surrealistycznych dowcipów w naszym gronie, może dlatego, że ludzie, bądź co bądź dorośli i zajmujący się zawodowo polityką międzynarodową, raz po raz popadali w osłupienie, dowiadując się szczegółów z geografii świata, które nigdy by im nie przyszły do głowy. Nikt jednak nie opowiadał na ten temat bardziej wyuzdanych dowcipów niż nasz nieoceniony kolega szwajcarski, korespondent „Neue Zürcher Zeitung”, nieżyjący już dr Max Beer.

Był to człowiek nieprawdopodobnie stary i do tego reakcyjny ponad granice ludzkiej wyobraźni. Powtarzał nam często, że historia polityczna świata skooczyła się definitywnie w roku 1914, wszystko zaś, co się dzieje potem, można tylko określid jako Lausbubenspiele, czyli zabawy gówniarzy, excusez le mot. Ten malutki antałek od piwa, toczący się nieustannie na swych krótkich nóżkach przez kuluary, prychający dymem z taniego cygara, obsypany łupieżem i popiołem, szydzący na głos i bez umiaru z ONZ i wszystkich razem wziętych świętości międzynarodowych - był dla nas naprawdę nieodzowny przy codziennej, nerwowej bieganinie. Po prostu uczył nas dystansu wobec współczesności i wielkiej, nieśmiertelnej maksymy Ben Akiby: wszystko już było. Kiedy mówił, że po roku 1914 szanujący się człowiek nie powinien niczego traktowad serio, albo mruczał wściekle w toku jakiegoś niezmiernie ważnego przemówienia, że kanclerz Bethmann-Hollweg dawno już mówił to samo - owiewało nas tchnienie historii, a także pokory i poczucia skromności. Co znakomicie chroni przed nadmiarem zarozumialstwa. Dr Beer przyprowadzał czasem do gmachu swoją żonę, do której zwracał się per vous, może dlatego, że była jeszcze o kilka lat starsza od niego, co już zakrawa na nieprzyzwoitą anegdotę. - Niech pani popatrzy - mówił do żony - na to stado baranów, zwanych moimi kolegami. Biegną, pędzą, przebierają nogami i wierzą we wszystko, co sami wymyślili. Są święcie przekonani, że udało im się coś niesłychanie ważnego odkryd. Nie ruszając się z tego miejsca mogę pani powiedzied dokładnie, co to za nowina: nie zanosi się na żadne porozumienie w żadnej sprawie i pod żadnymi warunkami. Merde. Scheiss. Kiedy indziej dr Beer popędzał przed sobą najmłodszego syna, aby - jak powiadał - młody człowiek przypatrzył się dokładnie „tej zgrai błaznów”. Młody człowiek, liczący zaledwie 68 lat i chyba jeszcze niższy od papy, kiwał potulnie głową i na dany przez ojca znak opowiadał nam stale tę samą, ale niezmiennie przerażającą anegdotę. W roku 1911 dr Beer został mianowany stałym korespondentem „Neue Zürcher Zeitung” w Wiedniu. W połowie 1913 roku wysłał do swej gazety obszerną korespondencję polityczną, z której wynikało, że wojna europejska jest nieunikniona. - Zuchwały młokos - powiedział z niesmakiem redaktor gazety, rzucając korespondencję do kosza. Dziś, kiedy wynaleziono karabiny maszynowe i samoloty, któż może ryzykowad wojnę? I żeby dziennikarz z półtorarocznym stażem wypisywał tak skandaliczne głupstwa... W roku 1938 Beer jako szef genewskiego biura tej samej gazety wysłał obszerną korespondencję, z której wynikało, że wojna europejska jest nieunikniona. - To smutne, jak ten Max się starzeje - powiedział z niesmakiem następny redaktor gazety, rzucając korespondencję do kosza. - Dziś, kiedy wynaleziono gazy trujące, któż będzie ryzykował wojnę? Żeby z takim doświadczeniem i praktyką ważyd się na tak niedorzeczne opinie... W roku 1962, podczas kryzysu karaibskiego, dr Beer wysłał z Nowego Jorku obszerną korespondencją do tej samej gazety. Z jego wywodów wynikało, ze prędzej czy później wojna światowa jest nieunikniona. - Niestety, to już objawy rozmiękczenia mózgu - powiedział z niesmakiem trzeci z kolei redaktor, rzucając korespondencję do kosza. - Dziś, kiedy wynaleziono broo atomową...

W tym miejscu mieliśmy obowiązek wybuchnąd śmiechem, chod, szczerze mówiąc, naprawdę nie wiem, czy jest się tu z czego zaśmiewad. No, ale zobaczymy, czy naprawdę do trzech razy sztuka. W październiku 1962 roku brakowało tylko kilku godzin, żeby proroctwa dra Beera stały się faktem. I to takim na 24 fajerki. Dr Beer był szczególnie cięty na nowo powstałe paostwa, ponieważ nie uznawał żadnych zmian na mapie politycznej świata, wprowadzonych nie wiadomo dlaczego po roku 1918. Mimo że z jego punktu widzenia Polska niczym się nie różniła od Czadu czy Samoa, żywił wobec mnie pewną pogardliwą sympatię, jakiej doświadczamy czasem wobec niezbyt rozgarniętych, lecz pełnych dobrej woli dzieci. - Polak? - dmuchnął na mnie dymem z cygara, kiedy mu się po raz pierwszy przedstawiłem, bąkając coś nieskładnie. - Wiem. Z Krakowa. Ładne miasto. Dobra restauracja u Hawełki. Cesarz bardzo was lubił. Usiłowałem nieśmiało wyjaśnid, że Hawełka już nie ten i że ja osobiście pochodzę z Warszawy. - Wykluczone - odparł dr Beer. - Warszawa leży w Rosji. A ja przecież nie rozmawiam z Rosjanami, odkąd zamordowali cara. Przyznam, że nie znalazłem odpowiedzi na tę logikę. Próbowałem wyjaśniad pewne szczegóły z historii i geografii Europy wschodniej, ale nasz nestor machnął ręką i oświadczył, że już pięddziesiąt lat temu stracił cierpliwośd do Słowian, którzy mówią jednym językiem i bezustannie się z sobą kłócą. Po czym, polewając mnie portweinem, zażądał wyjaśnieo, dlaczego podjudzamy Serbów. Kiedy wyjaśniłem, że kochamy Serbów, doczekałem się zgryźliwego komentarza, że Czesi zawsze tak mówią. A cesarz już wtedy ostrzegał, żeby Ukraiocom nie wierzyd. Zresztą, raz po raz brakowało nam kontenansu przy różnych niezrównanych odzywkach naszego nestora. Pewnego dnia dr Beer podszedł do mnie na przyjęciu, wydawanym przez delegację kambodżaoską, i zapytał: - Słuchaj no pan, młody człowieku, gdzie ja jestem? - Na przyjęciu, panie doktorze - odpowiedziałem niepewnie, przeczuwając kolejny skandal. - Tyle wiem, ale jakiego kraju? - Przyjęcie wydaje delegacja kambodżaoską... - Co znów, Kambodża? Nie ma takiego kraju. N'existe pas. Scheiss! Miałem zawsze stopieo celujący z geografii. Dobre sobie, Kambodża! Co panowie jeszcze wymyślą? Dowcip nie wydawał mi się najprzedniejszy, wobec tego w przystępny sposób wyjaśniłem, że Kambodża jest jednym z trzech paostw na Półwyspie Indochioskim. Ale tu dopiero dr Beer rozzłościł się na dobre.

- Nonsens! - zaczął krzyczed, nie zwracając uwagi na zaintrygowane spojrzenia dyplomatów. - Nie ma żadnej Kambodży! Na Półwyspie Indochioskim - i proszę to sobie zapamiętad, smarkaczu - znajdują się trzy prowincje: Annam, Tonkin i Kochinchina. Nie ma żadnej Kambodży, rozumie pan? Nie zważając na sensację, jaka wybuchła, Beer potoczył się gniewnie do najbliższej maszyny, aby zakwestionowad istnienie Kambodży, a może i przypomnied przy okazji, że on juz w roku 1911 przestrzega! przed przyznawaniem nadmiernych swobód autonomicznych poszczególnym grupom narodowościowym w paostwie austro-węgierskim. Nie usłuchano go i, proszę, oto skutki: nie istniejące paostwo ośmiela się zapraszad go na przyjęcie. Wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby tak dr Beer doczekał czasów, w których Kambodża nazwała się Khmerem, a Oman-Maskat został ogolony do gołego Omanu. „Neue Zürcher Zeitung” od wielu już lat nie drukowała korespondencji Maxa Beera, tłumacząc się niezmiennie brakiem miejsca i trudnościami technicznymi, sumiennie jednak przysyłała mu pensję i pozwalała używad tytułu szefa biura nowojorskiego. Dr Beer nigdy bowiem nie chciał przejśd na emeryturę; ostatnią korespondencję napisał na dwie godziny przed śmiercią. Tak się złożyło, że dotyczyła zatargu zbrojnego między Algierią i Marokiem, a więc paostwami, których - zdaniem Beera - nigdy nie było i nie ma. O ile my, dziennikarze, przepadaliśmy za skandalicznymi dowcipami Beera, opowiadanymi w ośmiu językach z nieporównanym brakiem szacunku dla całego świata, o tyle dyplomaci starali się od niego stronic. Niewiele to jednak pomagało. Parskając dymem i tytoniem, bucząc donośnie w najmniej oczekiwanych momentach, dr Beer potrafił znienacka jak skorpion, użądlid epitetem lub bon-motem, który już na zawsze przyczepiał się do nieszczęsnego dyplomaty. Ponieważ Beer żywił bezgraniczną niechęd do Niemców, o których mawiał, że skompromitowali „ten cudowny język”, był szczególnym postrachem dla dyplomatów RFN. Beer nie oszczędzał nigdy wspomnianego tu już barona von Brauna. Wyrażał się o nim zawsze „Obersturmbannführer Braun”, kiedy zaś poprawiono go, że jednak „von Braun”, dr Beer wybuchnął gniewem i zaczął krzyczed, że słyszał o von Moltkem i von Hoetzendorffie, nigdy jednak o żadnym von Braunie. - Powiesi sobie trupią czaszkę, ukradnie jakiś stary obraz i zaraz arystokrata - zżymał się na nas. - Na pewnym balu w Burgu też się kiedyś pojawił taki baron, który jeszcze przed rokiem handlował towarami łokciowymi. Nie, Max Beer nie lubił niczego „in das Deutschtum”, co się zdarzyło po upadku monarchii austrowęgierskiej i wypędzeniu cesarza Wilhelma. - Meine Herren - oświadczył nam kiedyś po kolejnej scysji z misją RFN. - Das ist doch ein Quatsch, ein Dreck, die ganze Bundesrepublik! Powody tego, powiedzmy, dośd gwałtownego krytycyzmu, były aż dwa. Pierwszy, że nowy radca w misji RFN znów miał za sobą hitlerowską przeszłośd. Drugi, że obecna na przyjęciu hrabina von Zitzewitz ośmieliła się skrytykowad kanclerza von Bülowa, a wszyscy przecież wiemy, że kanclerz Bülow był jednym z najtęższych umysłów dyplomatycznych swojej epoki. Dr Beer był tak rozjątrzony nieodpowiedzialnym wystąpieniem hrabiny, że nie taił swych konkluzji:

- Naród, który nie umie uszanowad takiego polityka, zasługuje tylko na to, żeby go Rosjanie w całości przesiedlili na Kamczatkę. Ponieważ Max Beer był zupełnie pozbawiony wszelkich skrupułów ideologicznych i politycznych, pozwalał sobie czasem na dowcipy tak straszne, że nawet w środowisku prasowym powtarzano je sobie z tłumionym chichotem, nie mówiąc już o środowisku dyplomatycznym, które oczywiście udawało, ze takich dowcipów nie słyszy. Chyba zaryzykuję i powtórzę tu jeden - ale tylko jeden dowcip z tej czarnej serii. Może paostwo pamiętają tę scenę, kiedy Stanley odnalazł w głębi afrykaoskiej dżungli Livingstone'a? Jeśli nie, to przypomnę, że po wielomiesięcznych poszukiwaniach Stanley dotarł w koocu do okolicy, gdzie prawdopodobnie przebywał uznany za zaginionego doktor Livingstone. W promieniu kilkuset kilometrów nie było oczywiście żadnego białego człowieka - sami Murzyni, jak to w Afryce. Gdy Stanley wyszedł wreszcie na jakąś polanę i zobaczył na niej wycieoczonego, schorowanego starca uchylił grzecznie tropikalnego kasku, poprawił rozchełstaną bluzę, skłonił głowę jak doświadczony bywalec salonów i spytał: - Zdaje się, że mam przyjemnośd mówid z doktorem Livingstone? Otóż zdarzyło się, że któregoś dnia Max Beer odczuł potrzebę przyjęcia szklaneczki portweinu, gdyż żadnych tam chamskich napitków w rodzaju whisky nie uznawał, a gin z tonikiem ostentacyjnie wylewał na przyjęciach do wazonów, twierdząc stanowczo, że kwiatki lubią mocznik. Udał się więc do baru północnego w kuluarach, co czynił często i bardzo energicznie, roztrącając ministrów i ambasadorów oraz popluwając na nich łupinami tytoniu z cygara. Tym jednak razem przy barze było wyjątkowo tłoczno, bo zakooczyło się właśnie jakieś posiedzenie grupy afrykaoskiej i dyplomaci Czarnego Lądu z ożywieniem komentowali aktualne sprawy, popijając zamówione u Waltera napoje wyskokowe. Dr Beer był człowiekiem zbyt niskim, aby mógł się przedrzed przez gęstą ciżbę przy barze bez użycia fortelu, zwłaszcza że np. dyplomaci z Burundi i Ruandy należą do najwyższych radzi na świecie. Pomedytował więc chwilę, obmyślając sposób dotarcia do portweinu. Trzeba trafu, że tuż przy kontuarze baru stał pewien samotny, biały pijaczyna, zatrudniony w Sekretariacie i otoczony powszechnym współczuciem, gdyż w ogóle nie jadał lunchów, lecz dyżurował u Waltera dzieo w dzieo od 12.30 do 14.00. Dr Beer, trykając dyplomatów głową w biodra lub niżej, przedarł się do niego, wyciągnął dłoo i powiedział na cały głos: - Doctor Livingstone, I presume? Jak to się stało, że pana jeszcze nie zjedli? Przy barze zapanowała śmiertelna cisza. Co się potem działo na piętrze prasowym, trudno opisad. Nie chciałbym, aby paostwo odnieśli wrażenie, że w czymkolwiek podzielam poglądy Maxa Beera; po prostu cenię sytuacyjny dowcip i to, co Niemcy tak trafnie nazwali Schlagfertigkeit. W tej mierze sędziwy dr Beer nie miał sobie równych. Wyobrażam sobie, co mógłbym tu opowiedzied, gdyby pożył jeszcze kilka lat i doczekał się wkroczenia Pekinu do Narodów Zjednoczonych. Ale tak się jakoś składa, że najdowcipniejsi żyją najkrócej. Dr Beer zmarł w wieku 93 lat. Oprócz serii czarnej dr Beer uprawiał jeszcze serię czerwoną, ale nikt chyba nie oczekuje, że będę ją uwieczniał.

20. NIE MA RADY NA DOKTORÓW. DLACZEGO POWINNIŚMY KOCHAĆ MELINĘ MERCOURI
Rzecz nie do uwierzenia, ale na piętrze prasowym w ONZ pojawiał się co pewien czas ktoś, kto był jeszcze bardziej reakcyjny nit dr Beer. Inna rzecz, że całkiem pozbawiony inteligencji i dowcipu dra Beera, wobec czego jego patologiczne wstecznictwo było raczej nudne niż komiczne. Niezależnie jednak od tego dr Emilio von Hoffmannsthal - bo o nim tu mowa - dostarczał mi niezapomnianych wrażeo. Właściwie jedyne, co mógłbym tu z nimi porównad, to wrażenia, jakich doświadczyłem na widok Kierenskiego. Serio. Naprawdę stałem kiedyś w pewnej nowojorskiej cerkwi o dwa, no, trzy kroki od Aleksandra Fiodorowicza. Z równym powodzeniem mógłbym zresztą stad koło Bolesława Krzywoustego lub nawet Aleksandra Macedooskiego, ponieważ nie zamieniliśmy z sobą ani słowa i nasz wzajemny kontakt ograniczył się do sfery wizualnej. Zresztą Kierenski miał już chyba wtedy około stu sześddziesięciu lat i żadne inne kontakty w ogóle nie wchodziły w rachubę, gdyż był głuchy jak pieo, źle widział i do przygodnych osób odnosił się nieraz jak do rodziny cesarskiej, czyli nieuprzejmie. Ale co widziałem, to widziałem. I nikt mi tego nie odbierze. (Spieszę tu wyjaśnid, że nie chadzam na ogół do cerkwi. Po prostu zaprzyjaźnieni biali Rosjanie z Sekretariatu ONZ zawiadomili mnie poufnie, że Kierenski będzie na nabożeostwie. No, a takiej okazji korespondent ze wschodniej Europy naprawdę przepuścid nie może. To wszystko. Mam nadzieję, że nikt mi nie dopisze do rachunku sumienia kontaktów z Rządem Tymczasowym ani apologii „Aleksandry Teodorówny”, jak mówił Majakowski Naprawdę się obejdzie; moja hipoteka zawodowa jest zupełnie wystarczająca. Człowiek jest, a z paragrafem już sobie jakoś poradzimy) Dr von Hoffmannsthal, bratanek słynnego austriackiego pisarza Hugona von Hoffmannsthala, był postacią rzeczywiście niezwykłą, nawet jak na ONZ. Legitymował się wprawdzie współpracą z pismem „Schweizerische Handelsblatt” w Zurychu, sądzę jednak, że mógłby śmiało pisywad do „Wiener Tageblatt” za czasów Metternicha. O ile dr Beer nie uznawał niczego, co się zdarzyło w świecie po roku 1914, o tyle dr von Hoffmannsthal kwestionował kategorycznie rozwój wydarzeo historycznych mniej więcej od czasów d'Alemberta. - Wasza królewska mośd! - zapytał kiedyś króla Grecji, Konstantyna, w czasie jego spotkania z prasą. Czy istnieje jakiś sposób na powściągnięcie bezczelności tak zwanego socjalizmu? - Nie wiem, co pan ma na myśli... - bąknął zakłopotany król, który nie należy do gigantów intelektualnych tego świata, a w owym czasie świetnie się jeszcze dogadywał z juntą ateoską. Obawiam się, nie rozumiem... - Myślę tu, wasza królewska mośd - wyjaśnił niezmożony staruszek - o przestępczych i destruktywnych wpływach takich wywrotowców, jak Vandervelde, Blum, Liebknecht, Plechanow. Król Konstantyn z całą pewnością nigdy o takich ludziach nie słyszał i przypuszczał prawdopodobnie, że chodzi tu o przestępców poszukiwanych przez Interpol. Zapragnął więc jak najszybciej wycofad się z niewygodnej sytuacji. Ponieważ jednak jest człowiekiem pechowym i niezbyt błyskotliwym, zamiar ten zupełnie mu się nie powiódł. Emilio von Hoffmannsthal doznał szczególnie ostrego ataku woli bożej i nie mógł przepuścid okazji do zwrócenia królowi uwagi na niegodziwośd tych socjalistycznych

nędzników. A że odznaczał się ogromnym oczytaniem i elokwencją, szkolenie polityczne króla trwało dośd długo. -- Wspominam te nazwiska, wasza królewska mośd - rozpoczął - gdyż od tych ludzi, a może i wcześniej, od wyuzdanych libertynów i masonów z początku stulecia, rozpoczął się był proces erozji społeczeostw ludzkich. Podważenie naturalnych autorytetów i ustalonego porządku społecznego zaczęło się od zakwestionowania fundamentalnych kryteriów kultury europejskiej. Pozytywizm, z jego pogardą dla imponderabiliów, złowrogi sceptycyzm żydowski, rozkładowe prądy w świecie chrześcijaoskim... Chyba to przy okazji tej tyrady poczyniłem cenną dla siebie obserwację, że tytuł doktorski, ba, nawet docentura, nikogo nie chroni przed głupotą, elokwencja - przed bełkotem, zaś wszechstronne wykształcenie - przed mrokami wstecznictwa. Nie jest to może odkrycie na miarę Kopernikaoskiego, ale warto je co pewien czas przepowiadad sobie przy niektórych ewenementach życiowych. Ciekaw byłem bardzo, czy dr von H. unieważni również Wielką Rewolucję Francuską, ale nie zdążyłem się już tego dowiedzied. Zauważyłem bowiem, że grono moich czcigodnych kolegów dziwnie jakoś topnieje, w powietrzu natomiast zaczęła się unosid pewna nerwowośd, którą w tym zawodzie trzeba dostrzegad nawet z zamkniętymi oczami. Nie bez głębokiej rozterki - bo widowisko było jednak zacne, ostatecznie nie co dzieo zdarza się byd świadkiem, jak dziennikarz obsobacza autentycznego króla - wysunąłem się z sali i dopiero wtedy zorientowałem się w przyczynach tego gorączkowego exodusu. Okazało się, że w hallu na parterze urządziła zaimprowizowaną, konkurencyjną wobec króla Konstantyna konferencję prasową sama Melina Mercouri. Twierdzę tu stanowczo, że nie można nie kochad Meliny Mercouri, a kto by mi się sprzeciwiał – wyzwę na rękę. Dlaczego? To proste. Jest ładną, pełną wdzięku i inteligentną kobietą. Jest chyba dobrą aktorką. Ale, co najważniejsze, jest człowiekiem niemałej odwagi cywilnej i nieubłaganą przeciwniczką ateoskich orłów w akselbantach. Nie pomijała też żadnej okazji, aby im przyłożyd, co się należy. To właśnie MM jest autorką głośnego powiedzenia o szefie ateoskiego gangu pułkowników: „Urodziłam się jako Greczynka i umrę jako Greczynka, ale pan Papadopulos urodził się jako faszysta i umrze jako faszysta”. Krótko i celnie. Jakże można nie kochad Meliny Mercouri? Nie wiem, jak tam inni koledzy, zatroskani o losy odprężenia w Europie i postępy realizmu. Co do mnie, jedyny rząd w Europie, który zakazał noszenia spódniczek mini, nigdy nie mógł liczyd na moje względy ani nawet na kurtuazję. Handel - owszem; dyplomacja - może byd. Ale życie towarzyskie z udziałem ateoskich orłów? Nie ma mowy. MM pojawiła się w gmachu ONZ tylko po to, żeby zrobid na złośd królowi trzymającemu wówczas z pułkownikami i zepsud mu biznes. Powiodło jej się to ponad wszelkie oczekiwanie, chod wśliznęła się do hallu jako turystka i skonfundowani strażnicy nie bardzo wiedzieli, jak się zachowad, kiedy zaczął z minuty na minutę pęcznied wokół niej tłum wielbicieli i w koocu rozległy się nieprzystojne okrzyki pod adresem monarchii i pułkowników. Pod koniec wszystko to zaczęło trochę przypominad „Króla Ubu”: na pierwszym piętrze, w opustoszałej doszczętnie sali, zrozpaczony król Grecji wraz ze swoim ambasadorem, któremu i tak było wszystko jedno, wysłuchuje wykładu zidiociałego staruszka o szkodliwości dzieł Augusta Comte'a

i filozoficznych źródłach libertynizmu: na parterze wesoły, pełen żywiołowej sympatii tłum zaśmiewa się z tegoż króla i całego reżimu, wtórując oklaskami słowom pięknej, dowcipnej kobiety, której notabene bardzo w tym momencie byłoby do twarzy w czapce frygijskiej. Uroczy surrealizm tej sytuacji polega także i na tym, że to przecież król, przynajmniej w teorii, dysponuje armią, flotą i lotnictwem, podczas gdy MM dysponuje tylko urodą, sławą i ciętym językiem. Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach jest to oręż wcale nie mniej skuteczny. A w każdym razie piekielne groźny dla faszystów, którym Pan Bóg z reguły odbiera inteligencję poczucie humoru i najskromniejsze nawet minimum lotności umysłu. Czy paostwo słyszeli kiedyś, żeby któryś z tych nadętych bałwanów, trujących o „kadrze, piędzi i rubieży”, potrafił roześmiad się do łez albo zdobył się na ironię lub dowcipne sformułowanie? Ach, jak to dobrze byd antyfaszystą z przekonao i usposobienia!

21. AUTOR ZWALCZA USTRÓJ REPUBLIKAŃSKI I PRZYTACZA NIEODPARTE ARGUMENTY NA RZECZ MONARCHII
Zapewne już paostwo zauważyli, że o czymkolwiek zaczynam tu plotkowad, prędzej czy później pojawia się w narracji jakiś król lub przynajmniej następca tronu. Dzieje się tak oczywiście za przyczyną bezwstydnego snobizmu autora - ostatecznie, trudno oczekiwad, żebym poświęcał całą książkę plotkom o prefekcie departamentu Cochaline - ale nie jest to przyczyna wyłączna. Występuje obiektywnośd historyczności sił światowych współczesnych, jak mawia... no, kto tak mawia? Moje okropne notatki wskazują, że zaliczyłem w ONZ dziewiętnastu prezydentów, nie jestem jednak pewien, czy potrafię na ich temat opowiedzied coś naprawdę interesującego lub zabawnego. Oczywiście, zawsze można pochichotad na temat byłego prezydenta Republiki Togo, Sylvanusa Olympio, i jego upodobania do gustownych pacholąt Nie sądzę jednak, żeby to było tak znów bardzo rozśmieszające, jeśli się spojrzy na tę kwestię od strony pacholąt - wszystko jedno, od której strony. Prezydent Pakistanu, Ayub Khan, został unieważniony przy pomocy zamachu stanu, więc uchowaj Bóg, żebym się miał pastwid nad pokonanymi, następny zaś, Yahia Khan, pił zbyt wiele, aby mied czas na wizyty w ONZ. O prezydencie Nikaragui nie ma co opowiadad, ponieważ nikogo to nie interesuje, poza Wydziałem VI-a Centralnej Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych. Prezydent Senegalu, Leopold Senghor, jeden z najinteligentniejszych przywódców nowej Afryki i świetny przy tym poeta, wygłosił z mównicy Zgromadzenia Ogólnego tak znakomite przemówienie, że trudno by było cokolwiek w nim wytknąd (w przemówieniu, nie w prezydencie), a przecież nie piszę tego wszystkiego po to, aby rozdawad laurki. Prezydent de Gaulle nigdy nie zaszczycił swą obecnością Organizacji Narodów Zjednoczonych, może dlatego, że się o niej wyrażał per „ten cyrk”. Prezydenci paostw Ameryki Łacioskiej zmieniają się zbyt często i zbyt gwałtownie, żebym mógł nadążyd za tą karuzelą. Nie mam też nic szczególnego do opowiedzenia, jeśli chodzi o prezydentów Indii, Włoch czy Zambii, odwiedzających ONZ: wszystko było najzupełniej OK. Nawet jeden jedyny prezydent, którego całkiem nieźle znam i z którym, mimo różnic w światopoglądzie filozoficznym, wychyliłem niejeden cocktail, też nie jest osobą, przy której mógłbym się pożywid. Mam tu na myśli obecnego prezydenta Pakistanu, pana Bhutto, który w swoim czasie był stałym przedstawicielem Pakistanu przy Narodach Zjednoczonych i w tym charakterze zabiegał o

względy prasy światowej (piękna to chwila dla żurnalisty-krajowca, kiedy nie jest się uciążliwym balastem w sferze nadbudowy, lecz przedstawicielem prasy światowej), a potem, już jako minister spraw zagranicznych swego kraju, tym bardziej zabiegał o względy tejże prasy. Zulfikar Ali Bhutto jest człowiekiem o dośd skomplikowanej osobowości, ale kiedy grzebię teraz w pamięci, nie mogę sobie przypomnied właściwie nic interesującego poza tym, że jako muzułmanin nie stroni od alkoholu. Ale takich muzułmanów w Polsce spotyka się na kopy. Jest to rzecz godna uwagi. W odróżnieniu od monarchów, którym właściwie wszystko wolno i od których niemal podświadomie oczekuje się pewnej świeżości - żeby nie rzec ekstrawagancji prezydenci są na ogół bezbarwni czy może raczej nadmiernie dostojni. Ambicją monarchów jest błyszczed, olśniewad, epatowad; ambicją prezydentów - z niewielkimi wyjątkami w rodzaju Sukarno czy de Gaulle'a - jest przekonad świat, że są po prostu skromnymi urzędnikami wydziału reprezentacji paostwowej. Mówię to właściwie serio. Byd może za postęp, demokrację i społeczeostwo masowe płacimy nudą i postępującym ubóstwem indywidualności. Coraz mniej na arenie światowej wielkich, barwnych postaci; coraz rzadziej pojawiają się wybitni oratorzy i charyzmatyczni przywódcy, obdarzeni fantazją i darem trafiania do ludzkich umysłów. Nie umiem powściągnąd w sobie pragnienia, żeby polityka była czasem trochę ciekawsza. Kto wie, może trzeba nam jednak było pozostad przy systemie monarchicznym? Mam nadzieję, że towarzysz król i towarzyszki damy dworu jakoś by się jednak zmieściły w naszym systemie. Miałbym nawet pewne propozycje personalne. Gdyby więc przyjęto moją nieśmiałą propozycję -- a w koocu na tym najlepszym ze światów wszystko jest możliwe - zawiadamiam pokornie, że reflektowałbym na stanowisko etatowego trefnisia dworskiego. Pewnie, że nie jest to najbezpieczniejsze zajęcie, jakie można sobie wymarzyd; iluż to już wesołków przypłaciło głową zbyt zuchwałe aluzje! Ale dziennikarzowi w dzisiejszych czasach nie wypada ubiegad się o inne funkcje, gdyż doświadczenia tych, co się ubiegali, są dostatecznie odstraszające. Trefnisie królewscy, o ile wiem, posiadali kiedyś na dworach tzw. wariackie papiery, dopóki nie podpadli szefowi; któż nie chciałby legitymowad się tak wspaniałym dokumentem? Każdy oczywiście woli pisywad mądre księgi, myślę jednak, że trzeba się przyzwyczajad do epoki i pogodzid z dośd niskim pułapem własnych wzlotów. Ta antyrepublikaoska tyrada byłaby jednak niekompletna, gdybym uczciwie nie odnotował, że jest przecież na świecie republika, której prezydenci zapewniają dziennikarzom kawałek chleba. Myślę tu o republice amerykaoskiej. W ogóle, o czym byśmy pisali, gdyby nie było na świecie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej? Moje doświadczenia wskazują, że do niedawna był to najbardziej dochodowy kraj na kuli ziemskiej, przynajmniej dla tych, którzy nie pobierają procentów od trupa Adolfa Hitlera. Ostatnio jest wymagana taka kurtuazja i tyle obiektywizmu, że biznes przestaje się opłacad. Jeśli tak dalej pójdzie, to trzeba się będzie zastanowid nad kosztami współistnienia. Mówię tu o naszej stronie świata, gdzie wytwornośd manier w prasie została podniesiona do rangi sakramentu. Albowiem po tamtej stronie rżną nas nadal, że hej. Powiem zupełnie otwarcie, że trzydziesty piąty prezydent Stanów spełniał właściwie wszystkie moje postulaty w zakresie osobowości i własnego stylu. Johna Kennedy'ego podziwialiśmy wszyscy, bez wzglądu na różnice poglądów politycznych i bez wzglądu na fakty. Słuchałem jego przemówieo wiele

razy, w tym dwukrotnie na forum ONZ, a udało mi się też na XVIII sesji wśliznąd nielegalnie do sali Zgromadzenia Ogólnego, gdy Kennedy spotykał się z amerykaoskimi pracownikami Sekretariatu ONZ. Niby dlaczego miałbym ukrywad, że za każdym razem siedziałem jak zaczarowany i że nie potrafię z siebie wykrzesad żadnej złośliwości pod jego adresem, chod przecie naprawdę można by mu w niejednym przygadad? Przepadałem zawsze za jego sposobem mówienia, za ironicznym uśmiechem, za nowoczesnym, cierpkim i błyskotliwym stylem, jaki potrafił narzucid zdumionej i niechętnej Ameryce. Z całą pokorą przystanę na pogląd, że styl sam przez się nie przesądza o żadnych istotnych kwestiach politycznych i że nie należy poddawad się urokom, zwłaszcza w moim zawodzie. Nic jednak nie poradzę na to, że ten jasny panicz o wspaniałej czuprynie i urzekającym uśmiechu przypadł mi do gustu. Mit Kennedy'ego, łatwy do obalenia nawet przy odrobinie racjonalnej analizy, był tak przemożny i tak zaraźliwy, że zaliczam go do swych najciekawszych doświadczeo zawodowych. Ulegałem mu bowiem niemal bezwolnie, nie tracąc przy tym ani na chwilę świadomości, że jest to w koocu groźny, bo inteligentny, przywódca tamtej, nie mojej strony świata. Widocznie istnieje we mnie niezaspokojona potrzeba nowoczesnych mitów, o czym ze zgrozą i samokrytycznie donoszę. Richarda Nixona, na szczęście, nie miałem już okazji oglądad w charakterze prezydenta Stanów Zjednoczonych i ku mojej wielkiej satysfakcji nie wysłuchałem w ONZ ani jednego przemówienia tego człowieka. Mam też nadzieję, że już mi to nie grozi Nie wykluczam, że Richard Milhous Nixon może się jeszcze okazad wielkim mężem stanu ; wszystko, powtarzam, jest możliwe, nawet taka ewentualnośd.11 Co do mnie jednak, nie potrafię mu zapomnied, że pod koniec lat czterdziestych był współpracownikiem tajnej policji na rejon Kalifornii i odegrał kluczową rolę w sławetnej, a całkiem niesłusznie zapomnianej nagonce na filmowców z Hollywood, oskarżonych o demoralizację patriotycznych umysłów amerykaoskich i szerzenie „miazmatów komunizmu”. Dżentelmeni - mówię sobie przy okazji takich rozważao - nie dajmy się zwariowad. Mówię to również przy innych okazjach, niezupełnie amerykaoskich, więc nie widzę powodu, żeby sobie odmawiad aktów strzelistych akurat przy tej okazji. Amerykanie sprytnie sobie wykombinowali, że szef rządu, o którym to szefie dziennikarze mogą wygłaszad dowolny pogląd, będzie n nich zarazem głową paostwa, o której nie można powiedzied złego słowa bez naruszenia immunitetu protokolarnego. Ponieważ jednak nigdy się specjalnie nie przejmowali wymogiem szacunku dla głów obcych paostw ogłaszam niniejszym zasadę wzajemności Numer trzydzieści sześd, czyli nieboszczyk Lyndon Baines Johnson, ma u mnie trochę lepszą notę, ale to już z przyczyn czysto osobistych: zawdzięczam mu po prostu największy scoop swego życia. A było to tak. 7 października 1966 roku byłem obecny na lunchu w Amerykaoskiej Radzie do Spraw Zagranicznych...

11

Słowa te, drodzy paostwo, napisałem w roku 1969 i powtarzam je teraz prawie bez ładnych zmian. Mam nadzieję, że moje konstytucyjne wolności obywatelskie obejmują również wolnośd wyznawania dowolnego poglądu na osobę Richarda Nixona. I chyba się nie mylę, że poprawne stosunki rządu PRL z rządem Stanów Zjednoczonych, które to stosunki popieramy wszyscy z całym przekonaniem, nie pociągają za sobą upaostwowienia gustów i sympatii? Jeśli na to pytanie padnie odpowiedź twierdząca, dodam tu dla wyjaśnienia, że pojechałem na ryby, kiedy Richard Nixon przybył do Warszawy, i proszę z tego wyciągnąd dowolne wnioski. Gdyby natomiast odpowiedź twierdząca nie padła, to i tak przecież nie wrzucę tych ryb z powrotem do jeziora.

22. WOKÓŁ ROZMÓW GÓRNICKI-DULLES
Hm. Muszę jednak przerwad. To się tak łatwo mówi: byłem obecny. W istocie moją obecnośd na tym lunchu poprzedziło wydarzenie, którego nie zawaham się nazwad dramatycznym i o którym muszę tu opowiedzied, chodby pod groźbą popełnienia jeszcze jednej dygresji. A może nawet kilku. Rada do Spraw Zagranicznych jest instytucją ekskluzywną jak klub miliarderów i pełną fumów jak hiszpaoska infantka. Jej stosunek do prasy, zwłaszcza zaś do prasy zagranicznej, przywodził mi na myśl najgorsze doświadczenia europejskie. Dobrze mówię: europejskie. Jest to jak gdyby społeczny organ doradczy Narodowej Rady Bezpieczeostwa, czyli ścisłego gabinetu Stanów Zjednoczonych. Rada składa się z takich nazwisk, że aż strach je głośno wymieniad, ma chyba dostęp do jakichś nadzwyczajnych tajemnic, zajmuje się nieoficjalnie przepowiadaniem przyszłości świata i zapewne dlatego wyobraża sobie Bóg wie co. Wiedziałem z grubsza, co sądzą o Radzie moi amerykaoscy koledzy, i nigdy nie miałem zamiaru pchad się na tak wysokie progi, chod nie mogę powiedzied, żeby mnie to zupełnie nie interesowało zawodowo i osobiście. Ale z takimi poglądami? Z takim paszportem? Z taką teczką inwigilacyjną w FBI? A jednak naprawdę nie należy się nigdy i niczego zarzekad. Któregoś dnia wpadła mi w ręce książka o stosunkach chiosko-amerykaoskich. Trzeba bowiem wiedzied, że Rada namiętnie zajmuje się uprawianiem rewizjonizmu w polityce zagranicznej USA i finansuje wydawanie książek, od których rządowi włos się jeży na głowie. Jest to instytucja stworzona tylko po to, aby stawiad głupie i bezczelne pytania oraz mącid ludziom w głowach, czyli myśled o dziesięd lat naprzód. Bardzo kocham takie instytucje, a już zadawanie głupich i bezczelnych pytao wydaje mi się pasjonującym zajęciem. Wspomniana tu książka przyprawiła mnie o uniesienie, albowiem jej autor z głupia frant proponował Waszyngtonowi uznanie ChRL. W owych czasach zasługiwał on tylko na to, żeby go rozstrzelad za zdradę, gdyż „prędzej się ziemia rozstąpi, niż Ameryka pogodzi się z Czerwonymi Chioczykami”, jak to 17 września 1950 roku oświadczył pewien wielce patriotyczny działacz prawego skrzydła Partii Republikaoskiej nazwiskiem Ryszard M. Nixon, podówczas jeden z najzacieklejszych tępicieli czerwonych Chioczyków i osób podejrzanych o to, że im sprzyjają. Ale czasy się zmieniają, jak wiemy. Problem polega tylko na tym przeklętym zaimku bezosobowym: co to właściwie znaczy, że SIĘ zmieniają? Kto zmienia, przeprasza? Dobrze, jeśli ciało tak dystyngowane jak Rada do Spraw Zagranicznych bierze na siebie pionierski trud, gorzej, jeśli za zmienianie czasów biorą się niekompetentne jednostki. Niżej podpisany też różne rzeczy oświadczał na temat czerwonych Chioczyków, nie wiadomo, co jeszcze powie, toteż ustalenie, kto właściwie zmienia czasy, jest dla autora sprawą niemałej wagi. W przypadkowej rozmowie zwierzyłem się znajomemu Holendrowi, że uważam wspomnianą książkę za interesującą i oryginalną. Holender miał najwidoczniej tzw. chody w Radzie (w USA każdy ma chody w jakiejś Radzie, a jeśli nie ma, to tworzy następną Radę na własną rękę), bo następnego dnia zadzwonił do mnie z pytaniem, czy chciałbym wziąd udział w lunchu wydawanym przez Radę, gdzie zostanie przedstawiony autor następnej książki z tej samej serii. Pewnie, że chciałem. Nie było tajemnicą, że na lunchach Rady serwuje się whisky typu „Haig”, a poza tym - zawszed to cztery dolary w kieszeni.

I rzeczywiście. Po kilku dniach otrzymałem zdawkowy list: Rada prosiła, abym zechciał wziąd udział w lunchu, który... itd. Odnotowałem datę w kalendarzu i zamierzałem już list podrzed (w tym kraju ginie się od papierowej śmierci w ciągu jednej doby, jeśli nie opanuje się metod bezlitosnej walki z papierem), kiedy nagle rzuciłem okiem na podpis pod listem. Przyznam, że zgorzałem. Pod listem widniał czytelny i absolutnie niedwuznaczny podpis: ALLEN W. DULLES. Mam nadzieję, że czytelnikom starszej i średniej generacji nie trzeba wyjaśniad przyczyn, dla których zgorzałem. Allen Dulles! Twórca i przez 21 lat szef amerykaoskiego wywiadu, dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej, superszpieg wszystkich czasów, najbardziej autentyczny podżegacz wojenny, jakiego ziemia amerykaoska nosiła. Mało, wszystko mało! Łotr nad łotrami, który własnoręcznie obalił ze trzydzieści suwerennych rządów, rokował w czasie wojny z ludźmi Canarisa w Szwajcarii, stworzył i nadzorował „departament brudnej roboty” w CIA, zajmujący się skrytobójstwem, sabotażem i prowokacją. Ten sam, który zmontował aferę komandora Crabba w Anglii i pamiętny lot U-2 nad ZSRR, posyłał agentów na Himalaje i pod Zwrotnik Koziorożca, a raz nawet w pobliże Araratu, aby szukali „szczątków arki Noego”. Ten sam, który trząsł z ukrycia wszystkimi wywiadami Zachodu, nie wyłączając tajnych służb Gehlena i brytyjskiego MI-5, wpływał swymi raportami na politykę czterech kolejnych prezydentów USA, a wraz ze swym równie sympatycznym braciszkiem, długoletnim sekretarzem stanu Johnem Fosterem Dullesem, uwił najpotworniejszą klikę kumoterską w historii nowożytnej krajów wysoko rozwiniętych. I teraz ten człowiek kieruje do mnie list. Własnoręcznie podpisany i zaczynający się od zwrotu: „Dear Mr Gornicki”. Zarobiłem na Allenie Dullesie więcej honorariów autorskich niż na czymkolwiek innym w swym życiu. Nie potrafię już policzyd dokładnie, sądzę jednak, że napisałem na jego temat co najmniej sto pięddziesiąt kawałków w granicach od stu do pięciuset wierszy. Ich wymowa zawsze bywała dośd jednoznaczna. Gdyby istniała telepatia, Allen Dulles dawno by już kierował wywiadem u Lucyfera. Bardzo wątpię, czy CIA istotnie gromadziła w pocie czoła wycinki z moimi gromami - umówmy się, że nie było to dziennikarstwo najwyższego lotu - musiała jednak mied chodby przybliżone rozeznanie, że nie darzę Allena Dullesa ani nadmierną sympatią, ani szacunkiem, a ponadto uważam go serio za jednego z głównych twórców zimnej wojny, która w koocu nas wszystkich kosztowała kilka zmarnowanych lat szycia. Co prawda od roku 1963 Allen Dulles był właściwie bezrobotny i utrzymywał się, jak twierdzono, z niewielkiej emerytury dla urzędników paostwowych. John Kennedy w przystępie wściekłości, a ten człowiek umiał się biesid w sposób niezrównany i wyjątkowo malowniczy, wyrzucił Dullesa ze stanowiska szefa wywiadu za, jak to nazwano nieoficjalnie, „niedokładne i mylące raporty”. Krótko mówiąc, chodziło o to, że CIA dla własnych celów politycznych podsunęła Kennedy'emu całkowicie fałszywą ocenę sytuacji na Kubie i tak pokierowała przygotowaniami do nieszczęsnej inwazji w Zatoce Świo, że w krytycznym momencie nie można już jej było wstrzymad. Dla Kennedy'ego była to nie tylko pierwsza dotkliwa porażka polityczna, lecz również nauczka na temat funkcjonowania pewnych mechanizmów władzy. Od tego czasu ów jasny panicz z Bostonu nigdy się inaczej nie wyrażał w gronie przyjaciół o wywiadzie amerykaoskim, jak „te krwawe sukinsyny”. Co i tak mogło uchodzid za komplement, gdyż Kennedy dysponował olśniewająco bogatym słownikiem i

podobno potrafił kląd tak kunsztownie, że nawet Benia Krzyk z Odessy mógłby się niejednego nauczyd. Zresztą, pewno już nigdy nie dowiemy się, jak to było naprawdę z dymisją Dullesa. Nie słyszałem jeszcze o wypadku, aby szefowie wywiadów odpowiadali publicznie za wprowadzenie swych rządów w idiotyczną sytuację lub za mydlenie oczu. Z tego punktu widzenia jest to na pewno najbezpieczniejszy zawód na świecie. Wiedziałem, naturalnie, o fatalnej wpadce kubaoskiej Dullesa, bardzo jednak powątpiewałem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak superszpieg na emeryturze. A może zastawiono na mnie jakąś wyrafinowaną pułapkę? Fakt, że w wieku lat 72 Dulles ochotniczo sekretarzował jeszcze w Radzie do Spraw Zagranicznych, również nasuwał mi liczne skojarzenia. Nie mam nic przeciw pracy społecznej rencistów, tylko dlaczego akurat w takiej instytucji? Przez chwilę zastanawiałem się nad przewrotnymi dowcipami, jakich dopuszcza się wobec nas życie: co by też powiedział mój pierwszy personalny sprzed 25 lat, gdybym mu tak teraz nadmienił mimochodem, że właśnie uciąłem sobie rozmówkę z szefem wywiadu amerykaoskiego? Zeznaję do protokołu, że nie byłem całkowicie wolny od wahao, studiując po raz dziesiąty list z podpisem Allena W. Dullesa, jednakże wahanie przeszło mi dośd szybko. Co zobaczę, to moje: czego się dowiem, tego mi już nikt nie odbierze. Ta prosta dewiza, przyświecająca mi pod każdą szerokością geograficzną (nie wyłączając 52° szerokości północnej i 17° długości wschodniej), popychająca mnie często do nie zawsze poczytalnych przedsięwzięd - nigdy jeszcze nie zawiodła żadnego dziennikarza. Powtarzałem ją sobie w duchu, udając się na lunch. U wejścia stał ujmujący staruszek o miłej twarzy i błękitnych ślepkach, odziany w kraciastą marynarkę ze szkockiego tweedu i pykający z wiśniowego cybuszka. Jego rysy wydały mi się znajome. Dopiero po chwili zorientowałem się, że stoją właśnie oko w oko z Allenem Dullesem. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie: czy superszpieg ma prawo wyglądad tak sympatycznie? Czy podżegacz wojenny ma prawo emanowad z siebie zaraźliwą radośd życia? - Good afternoon, Mr Dulles - powiedziałem z nonszalancją, jak gdybym całe tycie spędził w podobnym towarzystwie. - Nazywam się tak a tak i pochodzę z Polski. - Nice to meet you, Mr Gornicki - powiedział do mnie szef wywiadu i uśmiechnął się promiennie. -Serdecznie witamy. Wydało mi się. że nie dosłyszał mojej prezentacji, wobec czego z pewnym zniecierpliwieniem powtórzyłem: - Jestem z Polski. Z Warszawy. - Oh, how nice of you - rzekł dziadzio Dulles, nie przejawiając najwyraźniej żadnego zainteresowania dla mojego sensacyjnego oświadczenia. Ponieważ zaczął witad innych gości, nie chciałem mu przeszkadzad i zgnębiony zanurzyłem się w tłum dystyngowanych postaci, które w tej chwili najchętniej rozpędziłbym na cztery wiatry.

Nie mogłem jednak dad za wygraną. Taka szansa! Taki materiał do memuarówl Przy pierwszym drinku znów przedarłem się bezceremonialnie do Dullesa i wypaliłem: -. Wie pan, panie Dulles, nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę pana na własne oczy. - A bo co, czy tak strasznie wyglądam? - spytał dziadzio, którego ślepki stały się jeszcze bardziej błękitne. - Czytałem o panu niejedno, sam często pisywałem... - Och, mam nadzieję, że były to rzeczy obiektywne i zajmujące dla paoskich czytelników - rzekł Dulles, obdarzając mnie wesołym uśmiechem. Odniosłem przy tym wrażenie, że mrugnął do kogoś stojącego w pobliżu, ale pewno to były halucynacje rodem z tanich powieścideł szpiegowskich w stylu Jamesa Bonda. - Różnie było - warknąłem ze złością, żeby coś w koocu z niego wydobyd. - Zimna wojna nie wychowuje czarusiów. Poza tym... - Jak pan powiedział, zimna wojna? - zainteresował się szef wywiadu. - Nigdy nie słyszałem tego określenia. Dyskretny, lecz dostatecznie miażdżący śmiech w grupce cmokierów otaczających Dullesa przypieczętował moją porażkę. Z godnością odżeglowałem znów w tłum dystyngowanych postaci, rozglądając się za szklanką whisky typu „Haig”, bo nawet w takich sytuacjach trzeba jednak o sobie pamiętad. I na tym skooczyła się moja osobista znajomośd z największym szpiegiem wszystkich czasów. Opowiadam tę niezbyt zabawną historię z całym rozmysłem, ponieważ zawiera cenny i aktualny morał na temat tego, co sam kiedyś byłem skłonny uważad za wielki świat. Nie wykluczam, że gdybym to ja kierował wywiadem, przerzucał dywizje i motał międzynarodowe intrygi, mógłbym byd innego zdania. Ale nie jestem, jak już paostwo mogli się wcześniej przekonad, w powietrzu wielkiego świata unoszą się z reguły blaga i nużący banał, nikomu z nikim nie chce się rozmawiad serio, piętnaście zdawkowych formułek wyczerpuje całkowicie rezerwy intelektualne rozmówców, a postaci znane nam z nagłówków gazet i górnych miejsc w dziennikach TV rzadko kiedy byłyby ozdobą naszych skromnych kolacji z przyjaciółmi. Bywają wyjątki, nie przeczę. Sam nawet znam kilka takich wyjątków. Tyle że potwierdzają regułę. Ja to mówię najzupełniej serio. Proszę: udało mi się porozmawiad z byłym szefem amerykaoskiego wywiadu, czyli przeżyd kilka minut swoistej emocji. No i co pytam? Co w tym znów aż tak ciekawego? Zdaje się, te gdyby nie snobizm i nieprzeparta ludzka potrzeba „bycia innym”, ów podniecający wielki świat bardzo szybko straciłby wszelkie mniemane atrakcje. W każdym razie raz jeszcze gorąco namawiam, aby paostwo zachowywali spokój ducha i trzeźwy sąd, ilekrod mowa o spotkaniach z jakimiś nadzwyczajnymi osobistościami współczesnego świata.

23.ŹLE SIE DZIEJE, KIEDY PREZYDENT NIE CZYTA Z KARTKI
Co rzekłszy, mogę wrócid do przerwanego wątku, to znaczy do Lyndona B. Johnsona. Może paostwo jeszcze pamiętają, że zanim popadłem w te beznadziejne dygresje, wystawiłem numerowi 36 nieco wyższą notę w mojej prywatnej klasyfikacji. W porównaniu z dośd cierpką oceną Nixona brzmi to zapewne nieco dziwnie, toteż muszę się wytłumaczyd. 7 października 1966 roku wspomniana tu Rada do Spraw Zagranicznych wydawała lunch, podczas którego, amerykaoskim obyczajem, trzydziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych wygłosił bardzo ważne przemówienie polityczne. (U Anglosasów utarł się potworny zwyczaj załatwiania biznesów i robienia polityki w trakcie posiłku południowego; korzystając z okazji, zgłaszam tu stanowczy sprzeciw.) Właśnie wtedy Johnson oficjalnie proklamował znaną doktrynę „budowy mostów”, która później miała zrobid tak zadziwiającą karierę w publicystyce. Skłamałbym śmiertelnie, mówiąc, że poczułem się tą doktryną groźnie rozmiękczony. Nie była ani nowa, ani nadmiernie sensowna. Zresztą mój faworyt, Zbysio Brzezioski, ów kieszonkowy demon zachodniego świata, od dawna już kolportował ją gorączkowo w kołach dyplomatycznych i prasowych. Sam mu kiedyś powiedziałem, że zanim się zacznie budowad metaforyczne „mosty” na Wschód, należałoby najpierw zaprzestad niszczenia realnych mostów nad wietnamskimi rzekami. Ale do dżentelmenów, którzy co kwartał wymyślają nową doktrynę, można mówid jak do słupa. Sami siebie unieważniają w takim tempie, że nie sposób nadążyd za ich ewolucją. Kiedy Brzezioski po raz pierwszy wystąpił z teorią rozmiękczania - a był to, jeśli mnie pamięd nie zawodzi, jego siedemnasty z rzędu wynalazek sowietologiczny - przyszła mi do głowy pamiętna odzywka Wokulskiego: „Panie Starski, pan się myli. Pan się strasznie myli. W panu jest tyle z demona, co trucizny w zapałce”. Słuchałem więc Johnsona piąte przez dziesiąte, zwłaszcza że i tak z góry wiedziałem, co powie. Miałem przed sobą oficjalny tekst przemówienia, gwizdnięty od amerykaoskich kolegów z telewizji, którym tekst wręczono po cichu trochę wcześniej, aby mogli rozpisad scenariusz dla kamerzystów i operatorów dźwięku. My, żyjący z bazgrania, mieliśmy otrzymad tekst dopiero później, po zakooczeniu imprezy. Przemówienie Johnsona, notabene zapowiadane z góry przez koła dobrze poinformowane jako ważne wydarzenie sezonu, zawierało normalną porcję drętwej mowy, która niezawodnie zdradzała rączkę Zbysia, sporo gustownych komunałów, dwie inwokacje do ludzkości i tylko jeden interesujący dla mnie passus. Po dłuższym treningu w tej branży można sobie wyrobid rodzaj psiego węchu, pozwalającego szybko odnaleźd nawet w najdłuższym i najnudniejszym przemówieniu to jedno jedyne ważące zdanie, które, skoro już jesteśmy przy kynologu, smakuje jak aromatyczna kośd, wygrzebana mozolnie ze sterty śmieci. U Johnsona zdanie to brzmiało tak: Konieczne są kroki w celu wyeliminowania sporów terytorialnych i granicznych w Europie jako źródła tard. Narody atlantyckie sprzeciwiają się użyciu siły dla zmiany istniejących w Europie granic.

Normalny człowiek zapewne nie dostrzegłby w tym sformułowaniu nic szczególnie rewelacyjnego. I słusznie, ponieważ w historii nowożytnej nigdy jeszcze nie zanotowano wypadku, aby ktokolwiek i kiedykolwiek opowiadał się światu z zamiaru użycia siły w celu zmiany istniejących granic. Nawet Hitler przysięgał po wielekrod, że nie zamierza zmieniad siłą granic Rzeszy; po prostu zawsze padał ofiarą obcych prowokacji. Ale polityki, jak powszechnie wiadomo, nie robi się przecież dla normalnych ludzi. Z czego w koocu żyliby specjaliści? Dlatego sformułowanie Johnsona miało pewne znamiona nowości i źle by to świadczyło o polskim korespondencie, gdyby je zbył ziewnięciem. Po przetłumaczeniu z języka diplomatese, jak mówią Amerykanie, ów kluczowy fragment mógłby brzmied mniej więcej tak: Stany Zjednoczone rezygnują z bezwarunkowego poparcia dla roszczeo terytorialnych RFN wobec Polski. Nie to, żeby były one zupełnie bezpodstawne; po prostu odkładamy ad acta dyskusję merytoryczną. Nie mamy wprawdzie zamiaru, aby już teraz uznawad formalnie polską granicę zachodnią, boby się wam w głowie przewróciło, jednakże chcemy zgodzid się z wami, że rewizja tej granicy mogłaby nastąpid tylko w drodze wojny, a do tego wcale się nie palimy. Jest ta z naszej strony oświadczenie wiążące i jakościowo nowe, ponieważ do tej pory nie wypowiadaliśmy się tak wyraźnie na temat granic niemieckich. Sygnalizujemy niniejszym, że jesteśmy gotowi do dalszych rozmów na ten temat, ponieważ mamy cholerne kłopoty na tle Wietnamu i chcemy wam, czerwonym, zaoferowad pewną ustępliwośd z naszej strony w sprawach europejskich, w zamian za wolną rękę na Dalekim Wschodzie. Zwłaszcza że nas to i tak nic nie kosztuje. Zwracamy ponadto uwagę panów, że w odróżnieniu od poprzednich epok naszej dyplomacji, kiedy to mówiliśmy o „wyzwalaniu”, „odpychaniu” i „powstrzymywaniu”, tym razem skłonni jesteśmy przyjąd do wiadomości istnienie niektórych faktów dokonanych, jako że mówimy o „granicach”, nie zaś o „liniach demarkacyjnych” i na domiar stwierdzamy, że są to granice „istniejące”, a w dyplomacji, jak wiadomo, granice dzielą się na istniejące i nie istniejące. Mamy wreszcie nadzieję, że panowie pojmą aluzję: używając zwrotu „narody atlantyckie” mamy oczywiście na myśli nie Turcję i nie Portugalię, lecz fakt, że Stany Zjednoczone nie rezygnują z tytułu do przemawiania w imieniu całego Zachodu, a ponadto jeszcze i taką drobnostkę, że podstawowe decyzje strategicznopolityczne będą jednak podejmowane w Waszyngtonie. Domyślam się, że nie każdy czytelnik prasy potrafi tak biegle tłumaczyd teksty z diplomatese na polski. Proponuję jednak, aby nad tym nie rozpaczad. Dochowaliśmy się już wysoko kwalifikowanej kadry badaczy, którzy za skromne honorarium chętnie wyjaśnią szerokiej publiczności, co miał na myśli autor ważnego przemówienia. Przepowiadam temu zawodowi ogromną przyszłośd i rad jestem, że w nim terminuję. Chodby dlatego, że coraz rzadziej wiadomo, co miał na myśli autor ważnego przemówienia, Z roztargnieniem śledziłem Johnsona, odczytującego zdanie po zdaniu trudny i najeżony obcymi słowami tekst Brzezioskiego, bo oczywiście Zbysio znów namieszał, podsuwając „staremu” swoje wypracowanie z sowietologii. (Mój Boże, gdybyśmy wiedzieli, ilu to pokątnych felczerów polityki deformuje nam historią współczesną i podpowiada szefom różne banialuka) Nie, LBJ stanowczo nie należał do najwybitniejszych oratorów zachodniej półkuli. Jego teksaski drawl przypominał bulgotanie makaronu w niedostatecznej ilości wody: błędny rozkład akcentów i wadliwa interpunkcja przywodziły na myśl kazania wiejskiego proboszcza starej daty. Czy taki mówca może

dziś kogokolwiek porwad i przekonad? Ale nie chcą przez to powiedzied, że tylko Lyndon B. Johnson przyprawiał mnie o ziewanie, jako jedyny polityk na świecie. Moje roztargnienie było jeszcze o tyle głębsze, że siedzący obok kolega z Japonii, mało zainteresowany dziwnymi kłótniami Europejczyków, wyjaśniał mi właśnie półgłosem prawidła rządzące przygotowywaniem sukijaki, jednej z lepszych potraw, z jakimi miałem do czynienia. Johnson doszedł wreszcie do fragmentu, który uznałem za interesujący. Odruchowo wyciągnąłem długopis i zacząłem sprawdzad słowo po słowie. I nagle stała się rzecz niesłychana, mająca wszelkie znamiona sensacji i zdarzająca się dziennikarzowi raz na cały życiorys. Po słowach „w celu wyeliminowania sporów terytorialnych i granicznych w Europie jako źródła tard”, prezydent Stanów Zjednoczonych odłożył przygotowany tekst, włożył okulary i powiedział wyraźnie coś, do czego zupełnie nie byłem przygotowany: STANY ZJEDNOCZONE DOMAGAJĄ SIĘ RESPEKTOWANIA NIETYKALNOŚCI NARODOWYCH LINII ROZGRANICZAJĄCYCH W EUROPIE. W ciągu ułamka sekundy straciłem zainteresowanie dla sukijaki, Zbyszka, medalionu cielęcego i wina beaujolais rocznik 1962. To zabrzmiało historycznie; czyżby rząd Stanów Zjednoczonych naprawdę uznawał w tym momencie zachodnią granicę mojego kraju? Wiedziałem wprawdzie, że jest to stary i często stosowany trik dyplomatyczny: co innego mówimy, co innego piszemy. Nie mogłem jednak nie zauważyd, że po raz pierwszy po II wojnie światowej kompetentny, bądź co bądź, przedstawiciel republiki amerykaoskiej deklarował w sposób prawie jednoznaczny poparcie dla polskiego Wrocławia i Szczecina. W koocu, dyplomacja amerykaoska tylko raz wypowiedziała się oficjalnie w sprawie granic zachodnich Polski: we wrześniu 1946 roku, kiedy to sekretarz stanu James Byrnes zażądał w Stuttgarcie, aby odebrad Polsce „bezprawnie zarekwirowane tereny niemieckie”. Potem było już tylko dwadzieścia lat milczenia. I teraz nagle mnie przypada honor, aby ponieśd w świat słowa prezydenta USA, odmieniającego jak gdyby całą dotychczasową politykę amerykaoską. Problem polegał na tym, że najważniejsze zdanie przemówienia nie znajdowało się w oficjalnym tekście i nie byłem wcale pewien, czy mogę się na nie powoład, aby oznajmid swoim rodakom z Wałbrzycha i Nowej Soli, że nawet Amerykanie pogodzili się z trwałością ich domicilium. Natychmiast po lunchu popędziłem do rzecznika prasowego Białego Domu i zapytałem, co mam zrobid z tym fantem. - Panie Górnicki - powiedział wyrozumiale Robert MacCloskey, którego między sobą nazywaliśmy poufnie „Bobek Kluski” - prezydent powiedział tylko to, co znajduje się w oficjalnym tekście. - Nie rób pan ze mnie idioty, panie Kluski - odparłem nie ukrywając irytacji. - Nie jestem gruchy. Słyszałem na własne uszy, że prezydent odszedł od oficjalnego tekstu i dorzucił zdanie, które dla moich ziomków ma ogromne znaczenie. - Tak pan sądzi? - powiedział Bobek. - A może jednak będzie lepiej, jeśli pan pozostanie przy oficjalnym tekście?

-- Nie pozostanę. Przecież nie możecie uprawiad dyplomacji przy pomocy takich dziecinnych zagrao. Albo mówicie to, co macie na myśli, albo wszystko razem jest mydleniem oczu. Powinien pan się zdecydowad. - Już się zdecydowałem - rzekł Kluski używając uśmiechu nr 6, zastrzeżonego na specjalne okazje. Tekst oficjalny jest wiążący. - Bobby, stop kidding, przestao się pan wygłupiad - rzuciłem ze złością. - Przecież pan wie, że to ważna sprawa. Jestem polskim korespondentem i nie mogę udawad, że się nic nie stało. - A co się stało? - Jak to? Uznaliście nasze granice zachodnie. - Przepraszam. Czy pana nie ponosi fantazja? - Nie. Słyszałem to na własne uszy. - Może by pan się wybrał do laryngologa? Mam niedwuznaczne instrukcje w tej sprawie. Prezydent powiedział tylko to, co się znajduje w oficjalnym tekście przemówienia. - Bobby, przestao pan trud. Czy mam napisad, że prezydent nie powiedział dziś nic nowego? - Będziemy polegad na paoskiej inteligencji. - Bóg zapład. Mogę panu zdradzid lead, który jutro ukaże się na czołówkach całej prasy polskiej: „Prezydent Johnson ponownie odżegnał się od uznania polskiej granicy zachodniej, jakkolwiek...” - That's your business, to paoska sprawa. - Panie Kluski, przecież to największy scoop mojego życia. Dlaczego mam to ukrywad? Czy pan myśli, że przyszedłem na ten lunch tylko po to, żeby spożyd medalion cielęcy? - Widzi pan, to wcale nie jest takie proste. - A czy ja mówię, że to proste? Chodzi mi tylko o to, żeby pan mrugnął okiem. Będę wtedy z czystym sumieniem mógł powoład się na opinię „kół zazwyczaj dobrze poinformowanych”. Inaczej nikt mi nie uwierzy. - Myślę, że to paoskie zmartwienie. - Co to za mowa, panie Kluski? Albo trzymacie nadal z Niemcami i w tym wypadku wyciągniemy z tego odpowiednie wnioski, albo dokonujecie zwrotu, i wtedy będę miał możliwośd zaserwowad Warszawie odpowiednie konkluzje. - Widzę, że rola prasy w paoskim kraju szalenie wzrosła. Na ten temat istnieją w Polsce podzielone zdania, ale na szczęście nie zdążyłem już zareplikowad, gdyż zauważyłem, że moi rozgorączkowani koledzy biegną w kierunku wyjścia, a to musiało oznaczad coś niezwykle ważnego.

I rzeczywiście. Za piętnaście minut Lyndon B. Johnson miał złożyd wizytę po drugiej stronie ulicy, czyli w gabinecie sekretarza generalnego ONZ. Nigdy dotąd żaden prezydent USA nie odwiedzał sekretarza generalnego w jego siedzibie, a już Johnson był na pewno ostatnim człowiekiem, po którym należałoby się tego spodziewad. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, że taka wizyta jest w ogóle możliwa, toteż zamęt w rejonie Pierwszej Alei przekroczył wszelkie granice, w tym również granice zachodnie Polski. Ogłupiała ochrona prezydenta rozpędzała brutalnie ambasadorów i ministrów, strażnicy ONZ dla odmiany wpuszczali na teren gmachu najbardziej podejrzane indywidua, zdesperowani operatorzy telewizji filmowali ruch uliczny, dziennikarze musieli wisied na przysłowiowych żyrandolach, poza tym nikt naprawdę nie wiedział, co się dzieje. Zdaje się, że byłem jednym z nielicznych w tym gronie, którzy domyślali się celu wizyty Johnsona. W czerwcu 1966 roku zdarzyło mi się bowiem byd w Białym Domu świadkiem pewnej interesującej sceny między Johnsonem i U Thantem. (Rozumiem, rozumiem doskonale, że to brzmi strasznie. Pocieszam się jednak, że Zygmunt Broniarek, długoletni korespondent „Trybuny Ludu” w Waszyngtonie i jeden z najbardziej niezwykłych dziennikarzy w historii polskiej prasy, zawsze mnie potrafi zakasowad. Ostatecznie to do niego, nie do mnie, Johnson zwracał się czule per „Zigi”, i to z nim, nie ze mną, Barry Goldwater chadzał na śniadanka w ustronnych restauracyjkach. A co powiedzied o Mieczysławie F. Rakowskim, który śniadał u paostwa Kennedych w Hyannisport i pływał z Johnem K. ramię w ramię na prywatnej plaży tamże? O Zygmuncie Szymaoskim, który czule korespondował z generałem de Gaulle? O Janku Osmaoczyku, do którego połowa Ameryki Łacioskiej zwraca się per „Yanek” lub przynajmniej per „compañero”? Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi, moi drodzy. I proszę mi tu nie wytykad snobizmu). Scena w Białym Domu, o której tu mówię, przypominała trochę debiut reżyserski klasy B: agfacolor i nic się nie dzieje. Za namową ambasadora Goldberga, który z tytułu swego ambasadorstwa w ONZ miał tytuł członka gabinetu i wcale się nie uważał za podwładnego Ruska, prezydent Johnson wydał w Białym Domu wielkie przyjęcie dla wszystkich stałych przedstawicieli przy ONZ. Głównie, jak sądzę, w tym celu, aby zapobiec ambasadorskim frustracjom. Przedstawiciele przy Narodach Zjednoczonych mają bowiem chroniczny kompleks niższości wobec swych kolegów z Waszyngtonu. Organizacji prawie nikt nie traktuje serio, natomiast placówka w Waszyngtonie uchodzi za ukoronowanie kariery dyplomatycznej. Dośd, aby spowodowad frustrację in blanco. Każdy z wchodzących był starannie fotografowany przez urzędowych fotografów, w kolorze i w formacie 18 X 24, no, a takie zdjęcie, powieszone później nad kominkiem, jakoś się jednak liczy w karierze i ogromnie wzmaga prestiż. Oczywiście, tylko w niektórych krajach. Ja również mam takie zdjęcie, ale jak dotąd w niczym mi nie pomogło. I kto wie, czy jeszcze nie zaszkodzi. Byłem w Białym Domu z tytułu swych funkcji w Stowarzyszeniu Prasy ONZ, ale to może nie jest najważniejsze z punktu widzenia kronik historycznych. Ważniejsze było to, że wśród zaproszonych znalazł się również sekretarz generalny ONZ, U Thant. Nie było dla nikogo tajemnicą, że ten człowiek, którego wszyscy darzyliśmy szczerą sympatią i szacunkiem, nie cieszył się miłością Johnsona, a i sam też nie uznawał Johnsona za postad, przed którą warto schylad głowę. Ich stosunki były tak złe, że już

gorsze byd nie mogły, zwłaszcza odkąd Amerykanie rozkręcili na cały regulator eskalację w Wietnamie. Ciekaw byłem niezmiernie, jak też będzie wyglądad bezpośrednie zetknięcie się tych dwu adwersarzy. Na wszelki wypadek stanąłem przy półmisku z krewetkami. Taka pozycja wyjściowa ma tę dobrą stronę, że zawsze można pozorowad niewinne dziobanie w półmisku i rozglądad się po sali. Instynkt mnie nie zawiódł: w odległości trzech metrów stał U Thant, a w kilka minut później zjawił się w rejonie półmiska prezydent Stanów Zjednoczonych, otoczony przez rosłych ochroniarzy o świdrujących oczkach i tłum notabli, wśród których zauważyłem Ruska, Goldberga, Rostowa i MacNamarę Wystarczy, żeby się, udławid krewetką. W tej samej chwili powstała między Johnsonem ł U Thantem pusta przestrzeo, przypominająca plac rycerskiego turnieju. Ścichł gwar rozmów; nieodłączne od przyjęd paniusie, naprawiające świat na własną rękę, roztopiły się w tle: ambasadorzy zawiesili w pół słowa interesujące wywody. W powietrzu unosiło się oczekiwanie, że Johnson, koniec kooców gospodarz Białego Domu, podejdzie do U Thanta i zapyta go bodaj o pogodą w Birmie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Johnson flegmatycznie umoczył krewetkę w sosie (okropnym, niestety; podatnicy poskąpili na dobrego kucharza), łypnął koso w stronę sekretarza generalnego i najspokojniej zaczął rozmawiad z Ruskiem. U Thant, niedościgniony w swych dżentelmeoskich manierach, odczekał jeszcze pięd sekund, po czym ostentacyjnie odwrócił się plecami do prezydenta i odszedł w kierunku Sali Wschodniej, nie zwracając uwagi na szmer sensacji w otaczającym go tłumie. Wyobrażam sobie, jak sążniste depesze szyfrowe płynęły tej nocy do kilkudziesięciu stolic świata. Nie wiadomo, co zawierały, ale ode mnie mogą paostwo dowiedzied się prawie zupełnie gratis, jak to było naprawdę. Bardzo mi przypadła do gustu determinacja U Thanta, podążyłem więc za nim, aby wyrazid brak zainteresowania dla Lyndona B., chod przecież zaprosił mnie na kolację. Ale te pastuchy z Teksasu, myślałem, mogłyby w koocu nauczyd się jakichś manier, a już zwłaszcza oszczędzid sobie afrontów wobec U Thanta. Zdawałem sobie sprawę, że incydent w Białym Domu oznacza definitywne zamrożenie stosunków między „szklaną menażerią” i Waszyngtonem. W koocu był to naprawdę ewenement niemałej wagi, jeśli zważyd, że Amerykanie byli właściwie panami Organizacji przez pierwsze dziesięd lat jej istnienia, a przez następne dziesięciolecie uważali się przynajmniej za posiadaczy kontrolnego portfela akcji. Kiedy się więc dowiedziałem, że Johnson udaje się do Canossy i z własnej inicjatywy składa wizytę U Thantowi w jego gabinecie, nie żałowałem nóg, aby się jak najwcześniej znaleźd w pobliżu. Sądziliśmy, że odważna postawa U Thanta w sprawie Wietnamu przynosi wreszcie jakiś rezultat. Byliśmy oczywiście w błędzie, jak tyle razy przedtem i tyle razy potem. Ale to można stwierdzid dopiero znacznie później; nadmiar sceptycyzmu nie jest w tym zawodzie dobrym doradcą. Nie mogę powiedzied, żebym przy okazji tego historycznego spotkania odniósł jakieś szczególnie sensacyjne sukcesy zawodowe. Najpierw ponury ochroniarz potraktował mnie chwytem dżudo w przedramię, kiedy usiłowałem pozowad na członka orszaku prezydenckiego, aby się wcisnąd jak najdalej. Te sokoły o byczym karku i źrenicy sępa-ścierwnika specjalnie trenują takie niedostrzegalne ruchy, po których przez godzinę nie można zgiąd ręki w łokciu. Mówię tu, co z naciskiem podkreślam, wyłącznie o amerykaoskiej służbie ochrony. Nasi oficerowie ochrony pracują raczej wzrokiem niż

łokciami, a dyrektor Biura Ochrony Rządu, gen. Górecki, jest jednym z najsympatyczniejszych ludzi, z jakimi się zetknąłem. (Nie wiadomo właściwie, dlaczego całą tę służbę otacza się u nas tak nadzwyczajną tajemniczością.) Jest się naprawdę czym pochwalid i wiem, co mówię, bo naszych oficerów wiele razy widziałem podczas ich trudnej pracy. Ale mówię to paostwu zupełnie prywatnie. Wródmy jednak do wizyty Johnsona w ONZ, bo znów się stoczę w jakieś zbędne dygresje. Kiedy więc wyrwałem się już z czułych objęd ochrony Johnsona, natknąłem się na pewnego kolegę o głośnym nazwisku, który niespiesznie i jak gdyby trochę ironicznie oddalał się z pola walki, tzn. w stronę baru. Zapytany o przyczynę tak niezwykłego postępowania, wzruszył ramionami i pokazał mi kopię piętnastowierszowej depeszy, w której - zanim jeszcze Johnson zdążył dojechad windą na 38 piętro! donosił nonszalancko połowie Europy, że sekretarz generalny ONZ i prezydent USA nie osiągnęli żadnego porozumienia w sprawie Wietnamu i rozstali się w chłodnej atmosferze. Są to spotkania, po których zziajanemu człowiekowi ze wschodniej Europy odechciewa się żyd. Notes mi puchnie od wykrzykników i znaków zapytania, a ten najspokojniej udaje się do baru, wiedząc z góry, o czym będzie mowa i jakim rezultatem zakooczy się ten palawer! Desperacja nie odwiodła mnie jednak od tego, żebym odstał swoje 40 minut w gronie zdenerwowanych fotografów z gatunku paparazzi (norma sto zdjęd miesięcznie, żonie trzeba kupid płaszcz i spłacid zaległą ratę za telewizor) oraz kolegów, równie znudzonych, jak ja i równie gorzko wzdychających nad własną głupotą. Po kwadransie zacząłem przestępowad z nogi na nogę: za 45 minut nadchodził mój absolutny deadline, po którym wiadomości nie trafiają już do warszawskiej prasy porannej następnego dnia. W momencie, kiedy Johnson wyszedł wreszcie z windy, poczułem dotkliwe kopnięcie w kostkę: znów ochroniarze. Filigranowy Kambodżaoczyk, stojący tuż koło mnie, miał mniej szczęścia. Łysawy blondynek z ochrony wymierzył mu misterną sójkę w plecy, między czwarte i piąte żebro. Po takim ciosie traci się normalnie oddech na jakieś półtorej minuty. Ponieważ nasz kolega akurat otworzył usta, aby zadad prezydentowi jakieś pytanie, widok był szczególnie malowniczy i przywodził na myśl niemą, zrozpaczoną rzeźbę Moore'a. Dopiero kiedy Johnson, nie składając żadnego oświadczenia, znikł we wnętrzu „Cadillaka”, Kambodżaoczyk odzyskał mowę i bluznął fontanną przekleostw, które, nawiasem mówiąc, ustępują jednak jakością produktom odeskim.

24. STREFA ZMIERZCHU I INNE TAKIE
Skoro tylko wyszło na jaw, że najzupełniej niepotrzebnie straciłem 40 minut czekając na wypowiedź Johnsona po zakooczeniu wizyty, rzuciłem się w tzw. wir pracy. Nie należę do korespondentów, którzy muszą najpierw przeczytad poranne gazety, aby się dowiedzied, co wczoraj Bóg zdarzył, a dopiero potem siadają do maszyny i powołują się beztrosko na koła dobrze poinformowane. Te wszystkie „uważa się tutaj”, „powszechnie się sądzi” i „obserwatorzy są zdania” - świadczą niezbicie, że nasz człowiek po prostu zrzyna z miejscowej prasy, co nie jest grzechem, ale taniej wychodzi, kiedy się to czyni w centrali. Tylko komentarz pisany w pierwszej osobie zasługuje na uwagę czytelnika. Należało więc przede wszystkim użyd własnych „źródeł zazwyczaj dobrze poinformowanych”, czyli zaprzyjaźnionego Araba ze sfer zbliżonych do Sekretariatu. Schwyciłem go bezceremonialnie za rękaw, chod trochę się szamotał, i czując zaciskającą się na krtani pętlę deadline'u szepnąłem: - Powiedz coś, bądź człowiekiem.

- Nie mogę. Kompletna poufnośd. - Nie wygłupiaj się Jutro będzie story na czołówce „New York Times”. Poczciwe źródło zadumało się przez chwilę, po czym ruchem najwyższej konfidencji nachyliło się do mojego ucha: - Mówili o Wietnamie. - Cholerna nowina. - U Thant był przeciw. - Co ty powiesz? - Johnson bronił swojej polityki. - Rewelacja. - Oni się nie lubią. - No. No! Nie było tego dużo, ale mogło starczyd za punkt wyjścia: „Dobrze poinformowane źródła ONZ wskazują, że Johnson i U Thant nie osiągnęli nawet zbliżenia stanowisk w kwestii konfliktu wietnamskiego”. A jak już początek jest, to dalej jakoś poleci. W tym momencie przypomniałem sobie z przerażeniem, że muszę jeszcze skomentowad dokładniej wystąpienie Johnsona w Radzie do Spraw Zagranicznych. Boże, co to właściwie znaczy - „narodowe linie rozgraniczające”? Może to jakiś termin prawniczy, którego nie znam? Może Johnson wymyślił takie sformułowanie właśnie po to, żeby niczego nie powiedzied? Na pół godziny przed deadllne'em nie ma czasu na deliberacje. Pobiegłem bez tchu do boksu zajmowanego przez korespondentów z RFN. - Panowie, przyjmuję gratulacje - rzuciłem od progu. - Johnson uznał granicę na Odrze i Nysie. - Eee! - machnęli lekceważąco ręką, przy czym dwaj z nich podnieśli ręce odrobinkę za wysoko, jak na mój gust. Miałem więc już reakcję kół RFN, co nie było rzeczą do pogardzenia. Koledzy z RFN, skądinąd całkiem sympatyczni, mieli w pracy taką siłę przebicia, że na pewno zasięgnęli opinii von Brauna, zanim jeszcze Johnson zaczął przemawiad. Wychodząc od Niemców, spotkałem znajomka, który był, zdaje się, Grekiem z Urugwaju, lecz pracował dla wszystkich wywiadów świata. - No? - zapytał nie ukrywając pośpiechu. - Co? - odparłem nonszalancko. - Johnson uznał naszą granicę

- Tak właśnie sobie myślałem - sapnął niby-Grek i poszedł do maszyny, aby powoład się w raporcie na „polskie źródła komunistyczne”, które twierdzą, że... Zadzwoniłem jeszcze do następnego znajomka, którego narodowości i poglądów nigdy nie byłem pewien. Miał on jednak nieocenione chody w Sekretariacie. Dokonując transformacji w źródło, musiałem się wysoko cenid. - Hi! Mam dla ciebie news. Byłem na lunchu z Johnsonem. Uznał nienaruszalnośd granic europejskich w ramach „budowy mostów”. - Nonsens. Agencje nic nie piszą o żadnym uznaniu granic. - Właśnie o to chodzi. Oni cytują oficjalny tekst, a ja słyszałem na własne uszy, co Johnson powiedział. - To ciekawe. Podyktuj. Uczyniłem to z całą ochotą. Jeśli faktyczna wypowiedź Johnsona ukaże się w prasie amerykaoskiej, będę miał za sobą cenny argument - przede wszystkim w rokowaniach z własną centralą, a następnie wobec Bobka Kluskiego. Ze jednak na giełdzie prasowej obowiązują żelazne prawa rynku towarowego, nie pozwoliłem znajomkowi odłożyd słuchawki i zażądałem informacji co do spotkania na 38 piętrze. Nic ważnego - stęknął znajomek, wyraźnie niezadowolony z transakcji. - Birmaoczyk obsobaczył LBJ za Wietnam. Żadnego zbliżenia. - Pewne? - No, wiesz! Mur. Wiedziałem z doświadczenia, że identyczne rozmowy odbywały się w tej chwili w całym gmachu. Dzięki tej prostej metodzie wszyscy byliśmy zadowoleni. Żaden z nas nie zmyślał, a na skutek zamkniętego obiegu informacji - bo żadnej tam konkurencji z zewnątrz nie dopuszczaliśmy na giełdę nasze depesze wyglądały wiarygodnie i zdradzały głęboką znajomośd tzw. terenu ONZ. Na konsultowanie ambasadorów nie mieliśmy czasu przed deadline'em zresztą dyplomaci i tak musieliby najpierw dowiedzied się czegoś od nas, żeby ukształtowad swe głębokie opinie i przygotowad pierwsze szyfrówki. To bardzo słodka chwila w życiu dziennikarza, kiedy wie się więcej niż przedstawiciele rządów. Niezbyt wiele, to prawda, ale i tak więcej. W ciągu pół godziny uporałem się z depeszą o spotkaniu Johnson - U Thant. Komentarz o tajemniczych „liniach rozgraniczających” postanowiłem odłożyd na później. Materia była zbyt skomplikowana, żeby się w niej babrad akurat przed północą czasu warszawskiego, kiedy wszystkie miarodajne czynniki już śpią, zresztą centrala i tak przecież poczeka na obce komentarze, aby się upewnid, czy jej nowojorski korespondent przypadkiem nie uległ halucynacjom. Ileż to razy ta chwalebna ostrożnośd centrali ratowała polskiego czytelnika przed zbytecznymi sensacjami! Ledwo zdążyłem założyd kłąb sperforowanej taśmy na dalekopis, okazało się, że nadciągające czoło zmierzchu spowodowało zakłócenia elektromagnetyczne w rejonie środkowego Atlantyku, w związku z czym mój radiodalekopis przestał działad.

Jest to w ogóle najzłośliwsze urządzenie, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia, przewyższające nikczemnością nawet krajowe windy i telefony. Mój dalekopis zacinał się z reguły akurat wtedy, gdy miałem do przekazania szczególnie ważną i pilną wiadomośd. To znaczy taką, którą ja uważałem za ważną i pilną, bo w tym względzie oceny korespondentów i centrali nigdy się nie pokrywają. Nie wykluczam, że w tej plątaninie drutów, cewek i kondensatorów istnieje jakiś rodzaj Wyższej Inteligencji, rozkoszującej się zemstą nad naiwnymi wyznawcami racjonalizmu. Gdyby nie cierpliwe panienki z warszawskiej koocówki radiołącza, które mnie zawsze uspokajały jak człowieka szalonego, zapewne roztrzaskałbym tę przebrzydłą maszynerię już po miesiącu. Pozwolę sobie przytoczyd bez zmian, z zachowaniem oryginalnej pisowni dalekopisowej, zachowany przypadkiem protokolarny zapis moich bojów, stoczonych owego pamiętnego wieczoru, 7 października 1966 roku, z Duchem Telekomunikacji. Wyjaśnię tylko, że zwrot ZCZC PL oznacza kod wywoławczy Głównego Urzędu Telekomunikacji w Warszawie, POLPRESSNY - znamię nowojorskiej placówki PAP, słowem MOM służba łącznościowa całego świata markuje chwilę zwłoki, natomiast sygnał RYRYRY służy do sprawdzania aparatury lub utrzymania biegu jałowego. Na klawiaturze linotypu drukarskiego nie ma, niestety, malutkiego znaczka w kształcie omegi, toteż nie mogę tu odtworzyd ilości dzwonków, którymi co drugi wiersz ozdabiałem swą transmisję. Proponuję, aby paostwo nacisnęli przycisk dzwonka u drzwi i nie zwalniali go przez cały czas lektury. A oto tekst. ZCZC PL TU POLPRESSNY CZY PANI MNIE ODBIERA TU POLPRESSNY CZY MOGĘ NADAWAC SERWIS? TO POLPRESSNY PROSZE PANI TO PILNE CZY MOGE NADAWAC?!!!! OK TAK DOBRZE PROSZE NADAWAC OK MOM JUZ DAJE TU POLPRESSNY OJ CHWILECZKĘ TASMA SIE NAM ZERWALA RANY BOSKIE MNIE SIE SPIESZY MUSIMY ZALOZYD TASME PANIE RED NO JUZ? JESZCZE NIE ALE PAN NERO XXX NERWOWY OJEJ

WIADOMOSC NIE ZDAZY DO GAZET CZY MOŻNA NADAWAC? MOM NIECH PAN COS PISZE ZAKLADAMY TASME JAKA U PANA POGODA BO U NAS PADA PADA BEZ XXX DESZCZ PANI JADZIU TO STRASZNIE PILNE %=±=+$ CO? NIC JESZCZE ZAKLADAMY TASMA SIE RWIE ALE PANI COS NAPISALA A CO? WLASNIE NIE WTEM BO BYLA GÓRNA KASETA CO GORNE? KASETA NO WIE PANI TE GORNE ZNAKI AHA NO I CO Z TA TASMA ANO NIC PANI JADZIU JA MAM PILNA WIADOMOSC GAZETY NIE WYJDA WYJDA WYJDA TU POLPRESSNY CZY MOGE NADAWAC? TAK JUZ PROSZE TASMA OK DOBRA JUZ LECE UWAGA TU POLPRESSNY WIESLAW GORNICKI NADAJE Z NOWEGO JORKU SERWIS NR 1416 7 PAZDZ 1966 GODZ 2147 GMT JOHNSON WONZ NYK PAP. NIEOCZEKIWANA WIZYTA PREZ JOHNSONA WSIEDZIBIE NARZJEDN I JEGO ROZMOWA ZSEKR GEN WZBUDZILY OZYWIONE KOMENTARZE W KOLACH DYPL ONZ. WIARYGODNE ZRODLA DYPL WSKAZUJA ZE PODCZAS SPOTKANIA KTORE WWIEKSZOSCI DOTYCZYŁO KONFL WIETNAMSKIEGO NIE OSIAGNIĘTO ZADNEGO POROZUMIENIA. UWAZA SIE POWSZECH

RYRYRYRY CO TO JEST? JA NADAJE CO SIE TAM DZIEJE JA DAJE JA WIEM ALE NAM SIE ZERWAL PAPIER PANI JADZIU PRZECIEZ GAZETY CZEKAJA ALE U NAS SIE NIE ODBIJA PAN SIE ZAWSZE TAK SPIESZY RYRYRYRYRYRYRY ALE JA ZARAZ MUSZE WYJSC Z POKOJU MAM KONFEREN %!?:§--;” CO PANI PISZE? NIC JAK TO NIC? PRZECIEZ MI SIE ODBIJA CO SIE PANU ODBIJA? NIE WIEM. JAKIES LITERY MY ZAKLADAMY PAPIER ALE PAN NERWO ALE TO PILNE BOZE TAM GAZETY CZEKAJA PANIE REDAKTORZE U NAS SIE ZERWAL PAPIER RYRYRYRYRYRY ALE TO JUZ TRWA 10 MINUT EE JAKIE 10 MINUT PROSZĘ PANA U NAS ROLKA SPADLA Z KOLKA Z CZEGO? Z KO.L.KA ALE JA NIE MOGE CZEKAC TO BARDZO PILNE!!!!!!!! OK MOM JUZ ZARAZ MOM MOM

MOM MOM MOM JUZ? NIB BO ZAKLADAMY BO SIE BEDE ZLOŚCIL O BO PAN ZAWSZE TAKI NERWOWY MOZNA? OK JUZ MOZNA TU POLPRESSNY LECE WIESLAW GORNICKI NADAJE Z NOWEGO JORKU SERWIS NR 1416 7 PAZDZ 1966 GODZ 2147 GMT ITEM 3202/1 JOHNSON WONZ NYK PAP. NIEOCZEKIWANA WIZYTA PREZ. JOHNSONA WSTEDZIBlE NARZJEDN I JEGO ROZMOWA ZSEKR GEN WZBUDZILY OZYWIONE KOMENTARZE W KOLACH DYPL ONZ. WIARYGODNE ZRODLA DYPL WSKAZUJA ZE PODCZAS SPOTKANIA KTORE MOM MOM MOM SA PRZEKLAMANIA PROSZE POWTORZYC JAKIE PRZEKLAMANIA? PANI JADZIU PRZECIEZ TASMA JEST W PORZADKU MOM JA NIE WIEM COS NIE WYCHODZI WCZORAJ TEZ TAK BYLO PANIE RED KOLEZANKI DWIE GODZ JEDEN ITEM

ODBIERALY DWIE GODZINY? NO NAWET WIECEJ TO CO MAM POWTARZAC? TAK PROSZE BARDZO PAN POWTORZY ALE JA SIE SPOZNIE DO GAZET TO WAZNA DEPESZA JA NIE POKWITUJE NIC NIE ROZUMIEMY PANI JADZIU KOCHANA PRZECIEZ POZNO TAK ALB MY NIC NIE ROZUMIEMY DLACZEGO? BO JA WIEM? JAKIES FLORESY WYCHODZA MOZE JEST INZYNIER W POBLIZU? NIE INZYNIER POSZEDL NA KAWE TRUDNO POWTARZAM OD NOWA TU POLPRESSNY WIESLAW GORNICKI NADAJE ZNOWEGO JORKU MOM PROSZE PANA ZNOW NIC NIE ROZUMIEMY JA DOSTANE CHOLERY OJEJ ALE SIE PAN WYRAZA NO PRZECIEZ NIE MOGĘ POWTARZAC BEZ KONCA ?$%+?$ CO PANI PISZE? ?+=/?”+ JA NIC NIE ROZUMIEM +=-:”=%$ ZNOW GORNA KASETA OJEJ ALE SIE NAPLATALO KLOPS PANI JADZIU KOCHANA JA NIE MOGE DLUZEJ JA MAM PILNA WIADOMOSC JA MUSZE

OK MOM ZARAZ PRZYJDZIE INZYNIER RYRYRYRYRYRY NIECH PANI NIE RYKA GAZETY CZEKAJA TO WAZNA WIADOMOSC NAPRAWDE KOCHANA NIECH PANI PRZYJMIE MOM KROLOWO ZADNE MOM, JA MUSZE NADAWAC MOM DO DIABLA JA MAM DOSYC TYCH MOM MOM STARCZY! CZY PANI MNIE ODBIERA?!!!! PAN SIE NIE DENERWUJE MOM KIEDY TO BARDZO PILNE JA CAŁY WIECZOR PI MOM JUZ IDZIE INZYNIER TU POLPRESSNY PANIE INZYNIERZE JA BARDZO PROSZĘ JA MAM %?!+§+ W tym momencie łącznośd ustała na dobre. Ze wzglądu na strefę zmierzchu i związane z nią zakłócenia elektromagnetyczne, jak mnie poinformowano w amerykaoskiej koocówce łącza. Wyobraziłem sobie swą notę do centrali w dniu następnym: „Z powodu strefy zmierzchu nie mogłem w terminie poinformowad o spotkaniu Johnson - U Thant oraz o wypowiedzi Johnsona w sprawie granic europejskich. Górnicki”. Drobnostka. A niektórym ludziom wydaje się, że życie korespondenta zagranicznego jest jednym pasmem szczęścia.

25. POSTSCRIPTUM NA TEMAT CHORĄŻYCH POKOJU. AUTOR UTRZYMUJE, ZE NIE NALEŻY BEZKRYTYCZNIE WIERZYC GAZETOM
Chciałbym tu upewnid łaskawych czytelników, że moje niefortunne przypadki w dniu 7 października 1966 roku nie są jedynym powodem, dla którego wypowiadam się o Lyndonie B. Johnsonie z pewnym brakiem rewerencji. Wprawdzie do tej pory nie wiem, co to są „narodowe linie rozgraniczające” (zbyteczne dodawad, że w Warszawie odniesiono się do mojej relacji z najwyższym sceptycyzmem i przy najbliższej okazji przestrzeżono po ojcowsku przed wyciąganiem pochopnych wniosków) ani też nie potrafię wyjaśnid, po co właściwie Johnsonowi była potrzebna ta odzywka, skoro nie nastąpiły po

niej żadne istotne zmiany w stanowisku Waszyngtonu wobec naszej granicy zachodniej; przysięgam jednak, że to nie tylko o to chodzi. Za ów scoop będę Johnsonowi wdzięczny dożywotnio, muszę jednak stwierdzid z dzisiejszej perspektywy, że nawet Ryszard Nixon w zestawieniu z nim wypada o oczko lepiej. Ostatecznie to właśnie Johnson doprowadził wojnę wietnamską do szczytu eskalacji A poza tym Lyndon B. Johnson był jednym z tych polityków, którzy mnie skutecznie i niepostrzeżenie nabili w butelkę. Nie jedynym może, ale jednym z niewielu. Nie chciałbym popadad w nadmierny egotyzm, toteż dodam dla wyjaśnienia, że w owej przysłowiowej butelce miałem godną i ciekawą kompanię: 58 milionów Amerykanów oraz kilkadziesiąt rządów na całym świecie, które odetchnęły z ulgą, gdy w wyborach 1964 roku LBJ sprawił bolesne wnyki Barry Goldwaterowi. Johnson występował wówczas jako chorąży pokoju i ostatni spadkobierca kartezjaoskiej logiki; gromił podżegaczy, zapowiadał złoty wiek szczęścia i pokoju, a już szczególnie surowo potępiał Goldwatera za awanturnictwo i skandaliczny, nieodpowiedzialny zamiar wplątania Stanów Zjednoczonych w „beznadziejną wojnę lądową w południowo-wschodniej Azji”. Niżej podpisany wyznaje ze skruchą i żałością, że dał się na to wszystko nabrad. Jeśli nie całkowicie, to w każdym razie wystarczająco skutecznie. Że zawracał głowę czytelnikowi w kraju i łudził go bezwstydnie szansami odprężenia. Ze z powodu niewybaczalnej w tym zawodzie łatwowierności (zawsze to jakoś zgrabniejsze określenie niż „brak dostatecznej inteligencji”) stał się winien szkodliwej dezinformacji. Co prawda, rząd PRL nigdy nie opiera swej polityki zagranicznej na wnioskach dziennikarzy - och, nie, zupełnie nie! - ale duby smalone publikowane na łamach prasy też czasem nie mijają bez śladu. Znam parę smutnych przykładów. Wszyscy znamy. Mówię to zupełnie serio, o tyle jednak swobodnie, że dziennikarzom, w odróżnieniu od polityków, bywa do twarzy z samokrytyką. Jest to zawód, w którym pobiera się wynagrodzenie za próby myślenia na głos, a w każdym razie mniej więcej publicznie. Widok ten jest zawsze niezbyt estetyczny i nieskooczenie mniej elegancki niż gotowe, ślicznie opakowane, chod czasem nieco postne prawdy, serwowane konsumentom w zakładach wyższej kategorii intelektualno-politycznej. Przyznając się zatem do śmiertelnego grzechu, łatwowierności i prosząc czytelników o rozgrzeszenie, muszą się jednak zastrzec te nie mogę gwarantowad całkowitej bezgrzeszności na przyszłośd. Skąd mogę wiedzied, czy znów się nie dam kiedyś nabrad na kolejnego chorążego pokoju? Jedyna nadzieja w zdrowym zmyśle krytycznym czytelnika i w jego bezcennej umiejętności myślenia na własny koszt. Po to ojczyzna dała głowę, żeby z tej głowy czynid użytek. Pewien plus smutnego doświadczenia z Johnsonem upatruję tylko w tym, że wyrobiłem sobie jasne zdanie na temat hodowli byków w Teksasie. Jest to mianowicie zajęcie, od którego Lyndon B. Johnson w interesie całego świata, Ameryki i przyszłych pokoleo nie powinien się był nigdy odrywad, nawet na chwilę. Byk z nim. I niechaj go moje oczy więcej nie widzą,12 bo przeklnę i opowiem, jak to trzydziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych zbeształ publicznie swego sekretarza stanu za próbę wmówienia niedorzecznej bredni, jakoby królestwo Burundi leżało opodal republiki Ruandy. I pokażę
12

Napisałem te słowa w roku 1969, za tycia Johnsona, pozostawiam je również teraz, aby Nixonowi nie stała siej krzywda. Poza tym gdybym tak powykreślał wszystkie napaści ad personam, młode pokolenie mogłoby nie mied wyobrażenia o temperaturze tard politycznych. Z kim tu się ścierad na ostre w kraju?

słynne zdjęcie, na którym LBJ zadziera koszulę i drapie się po tłustym brzuszysku. I naplotkuję, jak to prezydent załatwił zięciaszkowi przeniesienie z Wietnamu do reprezentacyjnej bazy lotniczej pod Waszyngtonem. I przypomnę, jak to było w Dallas. A co najgorsze, zacytuję pierwsze wystąpienie Johnsona na forum Zgromadzenia Ogólnego w roku 1963, z której to mowy dowiedzieliśmy się o bezgranicznej miłości pokoju, gotowości do rokowao i zamiarze kontynuowania polityki zagranicznej Johna Kennedy'ego. Przypominanie politykom ich starych przemówieo w najmniej odpowiednim momencie jest rodzajem ostatecznej broni dziennikarskiej. Po jej użyciu politycy zazwyczaj przestają kochad i szanowad prasę, prasa natomiast przestaje mied słabośd do polityków, bo o dozgonnej miłości na ogół trudno tu mówid. Myślę, że ten chroniczny stan zatargu jest w zasadzie objawem zdrowym i pożytecznym, jeśli chodzi o forum międzynarodowe. O ileż smutniejsze byłoby nasze życie, gdybym nie mógł tu tak surowo rozprawid się z Lyndonem B. Johnsonem. Zresztą nie tylko niżej podpisany miewał krytyczne uwagi na temat Johnsona, kiedy ten zasiadał w Białym Domu; i nie tylko niżej podpisany utrzymywał o prezydencie, że szumiały mu echa krowiarni. Zdaje się, że w całej dotychczasowej historii Stanów Zjednoczonych nie było dotąd prezydenta równie okrutnie wyszydzanego przez sporą częśd Amerykanów, w tym zwłaszcza przez młode pokolenie, które właśnie za kadencji Johnsona postawiło elicie władzy po raz pierwszy kilka trefnych pytao. Młodzież amerykaoska reagowała na Johnsona wręcz alergicznie i nie przebierała w epitetach. To właśnie pod jego mieszkaniem pod nr 1600 przy Alei Pensylwaoskiej w Waszyngtonie studenci wykrzykiwali przez wiele dni z rzędu: „Hej, hej, LBJ, ile dzieci (wietnamskich) dziś wymordowałeś?” Dosłownie, ów rymowany slogan („Hey, hey, LBJ, how many kids did you kill todayl”) doczekał się listu pasterskiego kościołów, w którym zwrócono studentom uwagę, że obrażają Pana Boga, wyrażając się tak brzydko o panu prezydencie. Na co studenci natychmiast zareplikowali hasłem: „Bóg mieszka w Białym Domu i przyjmuje ofiary z ludzi”. Trudny naród, studenci, a już w Ameryce trzeba mied żelazne zdrowie, żeby Ich przegadad. Ponieważ w Ameryce, jeśli nie liczyd świetnych na ogól karykatur politycznych w prasie, nie istnieje właściwie satyra polityczna, kabaret literacki jest zjawiskiem niemal nieznanym, zaś jeden Tom Lehrer, chod wspaniały, wiosny przecież nie czyni - vox populi objawia się zazwyczaj w postaci wojny na guziki. Chodzi tu o okrągłe blaszki z różnymi zwięzłymi sloganami, przypinane do klap i sweterków, a pojawiające się dosłownie spod ziemi. Otóż te właśnie guziki uprawniają mnie do przypuszczenia, że nie byłem jeszcze taki najgorszy w ocenie Johnsona, chod „odpowiednie władze” amerykaoskie gorzko mi nieraz wypominały stronniczośd i brak obiektywizmu. Zupełnie jakby moi amerykaoscy koledzy słynęli na obie półkule z obiektywizmu i kompletnego braku stronniczości. Zawsze marzyłem, żeby coś miłego napisad o Ameryce, lecz jeśli nawet przystępowałem do dzieła - wpadał mi w rękę jakiś guzik i z peanu robił się zgryźliwy przytyk. Nieraz naprawdę wbrew intencjom, bo nie wszystko w tym kraju wywołuje we mnie wrogośd, jest parę rzeczy, za którymi wręcz przepadam i które mnie już zawsze będą przyprawiad o nostalgię, podziw i zazdrośd. Ze studenci nie patyczkowaci się z Johnsonem, mogą świadczyd chodby dwa pierwsze z brzegu guziki, jakie przechowałem w swej kolekcji. Pierwszy pyta krótko: „Gdzie jest Lee Harvey Oswald - teraz, gdy

go naprawdę potrzebujemy?” Dowcip jest taki więcej upiorny, paostwo chyba przyznają. W tych latach Oswald, domniemany morderca Johna Kennedy'ego był jeszcze postacią o wymowie symbolu: działał szybko i skutecznie przy użyciu snajperskiego karabinu. Ale drugi dowcip jest jeszcze gorszy: „Wysterylizowad LBJ! Nigdy więcej brzydkich dzieci!” Faktem Jest, że obie córeczki Johnsona nie odznaczały się ani nadmierną urodą, ani przesadnym wdziękiem, cała zaś rodzina w ogóle była lekko pokraczna. Co innego wszakże stwierdzad to w towarzyskiej pogawędce, a co innego zawiadamiad o tym cały świat, i to jeszcze w tak drastycznej formie. Miałem często kłopoty z tłumaczeniem napisów na guzikach, ponieważ do zwięzłego i zazwyczaj bardzo śmiesznego hasła trzeba było nieraz wypisywad tasiemcowy komentarz. Tak np. było z zagadkowym hasłem „Pomóż; czerwonym - głosuj na LBJ!” Johnson, ze swoją eskalacją i matactwami w Kongresie, był tak znienawidzony przez mieszczaoskie środowiska liberalne, że ze złości zaczęły one dośd szybko eskalowad na lewo, cokolwiek to pojęcie w Ameryce oznacza. To z kolei zatrwożyło prawicę, w tym także prawicę w Partii Demokratycznej. Tak bardzo, że i prawica zaczęła w koocu zwalczad Johnsona; centrystom zawsze się źle wiedzie. W rezultacie nie było więc wiadomo, kto właściwie wymyślił ten okropny guzik i dopiero od tego momentu polityka staje się rzeczywiście interesująca. Naszych zupełnie wykluczam, bo na taką wojnę psychologiczną trzeba jednak mied trochę lepszych fachowców. Jeszcze bardziej zawikłany był podtekst pewnej rymowanki, której przez długie lata nie mogłem opisad w prasie krajowej. Na przełomie lat pięddziesiątych i sześddziesiątych, kiedy histeria prawicowa w Stanach przybrała wyraźną postad kliniczną, niezłomni „patrioci” z John Birch Society ukuli hasło: „Better dead than Red” - „Lepiej byd martwym niż czerwonym”, co się po angielsku bardzo ładnie rymuje. Nie minął rok, a pacyfiści wystąpili z parafrazą: „Better Red than dead”, czyli że lepiej zmienid kolor polityczny na żywca niż osłaniad się prześcieradłem przed opadem radioaktywnym. Ale dopiero po wyborach 1964 roku pojawiła się trzecia parafraza: „Better Red than that” .- lepiej jut byd czerwonym niż mied to, co mamy teraz. Takie to są gry i zabawy ludu amerykaoskiego, a może raczej producentów guzików, jako że dla nich świętości nie ma: jeśli zwęszą zarobek, zbrukają każdy ideał, z prawa, z lewa i ze środka. O innych guzikach na razie zmilczę, przynajmniej do czasu, kiedy oswoimy się ze słownictwem i obyczajami społeczeostwa przyzwalającego, co niechybnie nastąpi. W tej materii jestem zdecydowanym optymistą. Wysuwano na guzikach żądania, aby kopulowad z różnymi abstrakcyjnymi pojęciami; potoczne nazwy detali anatomicznych sąsiadowały z programami politycznymi w jednym zdaniu; gra półsłówek szalała; rasa, klasa, kasa i seks stapiały się w jedno, zupełnie jak w „Głupiej sprawie”. To jeszcze nie dla nas. Trzeba mied wzwód ideologicznej zrozumiałości, żeby syrenie głosy nie przymąciły jasności celów naszych prostych, jak mawia w chwilach wzwodu stylistycznego pewien mój ulubiony prozaik i publicysta.

26. AUTOR ROZSTAJE SIĘ WRESZCIE Z PROMINENTAMI I PEWNO DLATEGO ZACZYNA OPOWIADAĆ ZUPEŁNIE JUŻ NIESTWORZONE HISTORIE
Zdaje się, że mój zapas czołowych notabli naszego wiata jest bliski wyczerpania. Ale może zechcą paostwo udzielid mi jeszcze dyspensy, abym poplotkował o remanentach, zanim wreszcie przejdę do Narodów Zjednoczonych jako takich? Przymierzam się do tego tematu tuż przez 220 stron i ciągle jakoś nie mogę do niego dobrnąd. Zawód, który uprawiam od dwierd wieku, w połączeniu z nieznośnym wiercipięctwem oraz wrodzonym zamiłowaniem do szukania guzów - sprawia, że tu i tam, zazwyczaj całkiem nieoczekiwanie, udawało mi się stawad oko w oko z różnymi nadzwyczajnymi osobistościami naszego świata. O niektórych już tu opowiadałem, lecz ze starych notesów i archiwów pamięci nadal wyłaniają się buzie i buźki, które normalnie widujemy tylko na zdjęciach w prasie. Pod tym względem fortuna była dla mnie niegdyś wyjątkowo łaskawa. Cóż ja byłbym za snob, gdybym o tym nie opowiedział? Na przykład: rozmawiałem z siostrą królowej Elżbiety II, księżniczką Małgorzatą, czym niewielu Polaków może się pochwalid, nawet londyoskich, chod mają bliżej. Rozmowa była wprawdzie niedługa, ale za to trochę dwuznaczna, jak początkowo sądziłem. Pierwszego wieczoru wyszedłem w Londyn. Stanąłem oczywiście na Picadilly Circus, aby pogapid się na wystawy, bo w owych zamierzchłych czasach Polacy gapili się jeszcze na wystawy. W pewnej chwili usłyszałem za sobą miły, niski głos: - Would you care, sir...?13 Lekko zmieszany obejrzałem się i dostrzegłem przystojną panią, patrzącą mi zalotnie w oczy. Nie tracąc czasu odpowiedziałem bez wahania, że owszem, chciałbym. Dopiero wtedy spostrzegłem, że przystojna pani trzyma w ręku białą puszkę z czerwonym krzyżem, twarz ma nieco znajomą i jest otoczona grupą rozanielonych przechodniów, wśród których moje bystre oko natychmiast zanotowało dwóch postawnych dżentelmenów emitujących z siebie promienie Roentgena. Okazało się, że to księżniczka Małgorzata kwestowała na sparaliżowane dzieci. Ta znajomośd z rodziną SaxenCoburg-Gotha kosztowała mnie dwa i pół szylinga, bo skoro już się tak ochoczo zadeklarowałem, nie wypadało się cofad. Ma się ten polski gest. Przypomina mi to Wokulskiego, który rzuca na tacę rulon półimperiałów, aby olśnid pannę Izabelę. Zdaje się, że skutki mojego gestu były podobnej tubylcy wrzucali do puszki po sześd pensów. W Aleksandrii uczestniczyłem kiedyś w najdłuższym wiecu mojego życia (trwał on czternaście godzin bez przerwy, a rzecz działa się w lipcu, co pozostawiam bez komentarzy), Przybyłem wraz z grupą zagranicznych dziennikarzy o ósmej rano, a już o dziewiątej wieczorem przedstawiono nas prezydentowi Naserowi. Skooczył on właśnie sześciogodzinne przemówienie (którym, z braku tłumaczenia, musieliśmy się napawad tylko pod względem fonetycznym) i wydawał się nieco znużony. Kiedy szef ochrony, po dokładnym sprawdzeniu moich personaliów, przedstawił mnie Naserowi i
13

Czy zechciałby pan..?

powiedział, że jestem z kraju pod tytułem Bolanda, prezydent ożywił się nieco i ponowił uścisk dłoni. Nic jednak nie powiedział. Ale dłoo uścisnął mi dwukrotnie. No i tyle. W Djakarcie odbyłem kiedyś godzinną rozmowę z generałem Abdulem Harrisem Nasutionem. Temu to się powiodło! Ale czyżby paostwo nie wiedzieli, o kim mowa? Straszne, jak się te czasy zmieniają. Mija głupie dziesięd lat i zanika wszelki słuch o generale, którego nazwisko jeszcze niedawno było na wszystkich ustach, i który rozdawał posady na dwierdwiecze z góry. Trudno, przypomnę. Otóż generał Nasution, sprawujący początkowo tylko skromną funkcję naczelnego dowódcy armii, był przez kilkanaście lat najzacieklejszym rywalem politycznym prezydenta Sukarno. Ten ostatni sprawował nie tylko urząd prezydenta, lecz piastował również funkcje przewodniczącego Partii Narodowej, PNI. Wielu wnikliwych obserwatorów (w tym również niżej podpisany, który w swoim czasie kochał się w Indonezji bez opamiętania, dopóki mu całkowicie, ale to całkowicie nie przeszło) uważało, że Nasution ma juz właściwie władzę w ręku. Wojsko, policja bezpieczeostwa, częśd najmłodszej i najbardziej niecierpliwej kadry partyjnej PNI, a także wielu lokalnych intelektualistów, rozmarzonych snami o potędze - nikt bodaj nie ukrywał swego urzeczenia generałem. Nasution bystro zresztą pracował czapką, papką i babką. Młodzieniaszków ozdabiał generalskimi szlifami, jeśli w dobranym gronie chod raz powiedzieli, że trzeba by w koocu zrobid porządek z tym „sklerotycznym dziwkarzem”, czyli Bungiem Karno. Co bardziej oddanym towarzyszom walki o promienną przyszłośd generał udzielał hojnie rożnych licencji importowych, a także przymykał oczy na idący w miliardy rupii szmugiel cyny z wyspy Bangka, którym zajmowali się wysocy oficerowie z najbardziej patriotycznych ugrupowao w armii. Co się tyczy babek, to rzecz w Indonezji nie jest trudna, ale adiutantura Nasutiona miała zawsze w zanadrzu jakieś szampaoskie propozycje personalne. Ponieważ obracałem się dośd długo w sterach wojskowych Djakarty, miałem okazję nieraz oglądad te propozycje z bliska. Bardzo dobrze świadczyły o patriotycznych nastrojach i fizycznej tężyźnie młodzieży żeoskiej, zbliżonej ideologicznie do generała. Wszystko więc było na najlepszej drodze. Ambasadorzy obcych krajów składali już prywatne wizyty przyszłemu władcy Indonezji, wojsko czyściło pistolety maszynowe, policja bezpieczeostwa przygotowywała przestronne pomieszczenia dla przeciwników generała, intelektualiści pisali płomienne wierszyki o wspaniałości Czynu oraz sławili zasługi generała w wojnie wyzwoleoczej. (Które to zasługi były zresztą nieco dyskusyjne). Program ekonomiczny Nasutiona był prosty i dla każdego zrozumiały: kradnij, kto w Boga wierzył Paru jego komilitonów dorobiło się miliardowych fortun, a jeden z najwierniejszych podchalimszczyków, generał Ahmad Jani, który zaopatrywał generała w drobne utensylia domowe w rodzaju białych „Cadillaków” ze złotym monogramem na zderzaku, przywłaszczył sobie całą sporą prowincję. Cóż, kiedy generał zwlekał, marudził, popijał wino palmowe i otaczał się zupełnie niewłaściwymi ludźmi. Sukarno przydzielał mu stopniowo coraz więcej stanowisk, aż doszło w koocu do tego, że Nasution był właściwie wszystkim, czym można byd w Indonezji. Między innymi otrzymał z rąk Sukarna nominację na głównego administratora stanu wojennego, gdyż od 1955 roku w Indonezji bez przerwy obowiązuje stan wyjątkowy, a ktoś przecież musi takim bałaganem zarządzad. Nie to, żeby zaraz wprowadzad porządek, ale żeby było wiadomo, komu wolno kraśd.

Ilekrod Nasution, znękany kolejnymi zaszczytami i uplątany w nowe obowiązki, próbował zaatakowad publicznie płaszczyznę ideologiczną PNI lub wzywał starych bojowników, aby nie dali się zwieśd podszeptom wrogiej ideologii - Sukarno natychmiast dokładał mu nowe funkcje, wciągał do rządzenia i bez zwłoki zaczynał licytowad z prawa, odwołując się zarazem do komunistów, aby mu udzielili poparcia w walce z zagrożeniem wojskowym. W koocu rywalizacja przybrała postad dziecięcej prze rzucanki. „A właśnie że ja jestem bardziej nacjonalistyczny!” „A właśnie że ja!” Sukarno doskonale zdawał sobie sprawę, że generał zorganizował w Indonezji swoją prywatną partię, silnie do tego uzbrojoną i pozbawioną skrupułów. Toteż prezydent stosował w praktyce jedyny przepis na takie sytuacje, wymyślony przez amerykaoskich Indian: jeśli nie możesz ich pobid, przyłącz się do nich. Szczwany to był lis, ale i generał miał niezłych podpowiadaczy: zalecał swoim chłopcom, aby na wiecach wrzeszczeli: „Su-kar-no, Su-kar-no!!!”, po cichu zaś kopał pod prezydentem już nie to że dołki, ale cały Rów Filipioski. Skooczyło się tak, jak w ślicznym powiedzonku: i śmieszno, i straszno. Obaj rywale zostali wreszcie pogodzeni na zawsze przez osobę trzecią, czyli generała Suharto. Dodam tylko na zakooczenie, że Nasution żyje do dziś, ma się nieźle, popija nadal winko palmowe, tyle że powierzono mu jakieś raczej marginesowe funkcje inspekcyjne czy kontrolne. Śmieszne, co? Ale co sobie porozmawiałem, tego nikt mi już nie odbierze. Przy najbliższym wydaniu niniejszych plotek postaram się streścid tę rozmowę, jeśli to paostwa interesuje. Przetrząsam dalej swe notatki (jak remanent, to remanent) i pod hasłem „Generałowie” odnajduję coś, co powinno wzbudzid pełen zadumy uśmiech czcigodnych czytelników. Wiosną 1957 roku przebywałem przez kilka tygodni w Londynie zajmując się m.in. polską emigracją. Odbyłem normalną rundę długich, nocnych rozmów o słoniu i sprawie polskiej, przy czym (o ja reprezentowałem punkt widzenia słoni. Zjadłem porcję flaków w „Ognisku” - niestety, bez pulpetów i z fałszowanym majerankiem, chod co drugi napotkany tam rodak płacze ze wzruszenia nad kuchnią Wielkiego Księstwa Litewskiego, z której w Londynie ostał się dziś jeno koroniarski napitek w postaci czystej wyborowej, bo nawet trisz devinis nie jest tam znany, nie mówiąc o kołdunach. Pokłóciłem się okrutnie gdzie trzeba, albowiem gębę mam niewyparzoną nie tylko w kraju. Zaproszono mnie nawet na posiedzenie „parlamentu” emigracyjnego, gdzie z trudem powstrzymywałem się od śmiechu, co najzupełniej mylnie poczytano za łzy wzruszenia. Jadłem kolacje z osobami, które nosiły już brodę, kiedy mój znajomy, Kiereoski, baraszkował jeszcze na czworakach; wziąłem udział w publicznej dyskusji, po której napisano na mnie osiemnaście donosów (tylko siedemnaście oglądałem na własne oczy, ten przeklęty osiemnasty pewno do tej pory gdzieś się wałęsa po moich aktach); tytuły, herby i lampasy zaczęły mi się w koocu trochę plątad. Wreszcie któregoś dnia zapytano mnie, czy nie chciałbym się spotkad z generałem Andersem. Odpowiedziałem machinalnie, że owszem, mogę się spotkad. Obracałem się wówczas wśród takich postaci, że gdyby mi zaproponowano spotkanie z księdzem Skargą lub hetmanem Żółkiewskim, też przystałbym bez wahania; nie jestem pewien, czy wybrzydzałbym nawet nad Popielem. Dwieście lat w jedną lub drugą stroną nie robiło mi już żadnej różnicy. Dopiero po przyjęciu zaproszenia zreflektowałem się, że trzeba by jednak zapytad w naszej ambasadzie. Ostatecznie, Anders nigdy nie był naszym ulubionym faworytem, a i ja sam też miałem niegdyś sporo do powiedzenia o białych koniach.

Ambasada, jak było do przewidzenia, znalazła się w całym tego słowa znaczeniu dyplomatycznie. - Nie możemy zabronid, ale nie zachęcamy. Zdecydujcie sami. Bardzo rozsądne stanowisko. Radcą prasowym ambasady PRL był wtedy Karol Małcużyoski, któremu zawsze zazdrościłem lordowskich manier i umiejętności dyplomatyzowania w kłopotliwych sytuacjach. Nie wiem, czy to on wymyślił tę zgrabną odzywkę, uznałem jednak, że styl naszej dyplomacji osiągnął nowe wyżyny. W razie czego napiszą do centrali: „A przecież ostrzegaliśmy...” Gdybym wszakże dał mu do zrozumienia, że stadniny paostwowe wymagają u nas fachowej opieki zawsze będzie można napisad, że umożliwili to dalekowzroczni towarzysze z ambasady, którzy nie ulękli się widm przeszłości. Następnego dnia o jedenastej przed południem znalazłem się w Instytucie im. Sikorskiego na Princess Gate. (Anders urzędujący w Instytucie Sikorskiego - przyznają paostwo, jest to niezły kawałek polskiego, surrealizmu). Przepełniało mnie poczucie niepewności i przygnębiającej nudy. Nie miałem pojęcia, o czym mógłbym rozmawiad z Andersem i po co w ogóle godziłem się na to spotkanie. Wycofad się jednak już nie mogłem, bo po polskim Londynie poszedłby hyr, że stchórzyłem lub że zabronili. A czegóż tu się obawiad o tej porze lat powojennych? Nie stronie od przygód, ale akurat ta wydała mi się nieco głupawa. Na domiar wyobraziłem sobie minę znajomego kadrowca sprzed lat, który dowiaduje się właśnie, że czekam na rozmowę z Andersem. Dowcipy historii są czasami tak niepoczytalne, że najlepiej śmiad się z nich dopiero po kilkunastu latach. Podejrzewam, że z powodu mojej wizyty zaaranżowano w m.p. generała ożywioną działalnośd służbową, bo chyba niemożliwe, żeby tam panował taki ruch na co dzieo. Starsi panowie trzaskali przed kimś obcasami, aż było słychad pod Kostiuchnówką, przemykały pod ścianami jakieś sędziwe cienie z teczkami tajnych dokumentów pod pachą (że tajnych, to stwierdziłem po minach), usłyszałem, jak ktoś całkiem dziarsko powiedział: „Odmeldowuję się!” Przez chwilę odniosłem wrażenie, że wszystko dzieje się naprawdę i że ta „wycieczka do przedwojennej Polski”, jak to ślicznie nazwała kiedyś Agnieszka Osiecka, skooczy się w „Adrii” przy stoliku z Wieniawą. Rozmarzyłem się nawet, bo wódki Baczyoskiego znam tylko z podao ludowych, minogi w galarecie jadłem po raz ostatni przed dwudziestu laty, a już piwo Haberbuscha wypiłbym pewno na klęczkach. W koocu wyszedł do mnie sympatyczny, szpakowaty pan i przedstawił się jako adiutant generała, pułkownik Czarnecki. - Podporucznik Górnicki - przedstawiłem się odruchowo, zwierając obcasy swych nabytych właśnie mokasynów z syntetycznego zamszu. Podświadomie też przybrałem postawę zasadniczą, którą za czasów młodości generała określano jako „ruki pa szwam”. - Generał jest bardzo zajęty - powiedział uprzejmie adiutant - ale zgodził się poświęcid panu pół godziny. Generał wiele ostatnio rozmawia z korespondentami prasy warszawskiej, a jego liczne i pilne zajęcia... -- Zrozumiałem, przyswajam, wykonuję! - odpowiedziałem regulaminowo, ale już tylko w duchu, aby nie ujawniad w tak dwuznacznym miejscu szczegółów regulaminu służby wewnętrznej WP. Kiedy wszedłem do gabinetu, Anders podniósł się zza biurka. Był wysoki, postawny, na swoją ówczesną siedemdziesiątkę trzymał się znakomicie. Zresztą, jako nowożeniec, miał pewne powody,

aby nie uchodzid za starca; zmieniał bowiem żony z równą łatwością jak wyznania, a właśnie wtedy ożenił się po raz któryś z kolei ze znaną w Londynie aktorką estradową, Renatą Bogdaoską. Anders spojrzał na mnie bystro, wyciągnął rękę i zapytał: - Al To pan jest komunistą? - Tak jest, panie generale! - odparłem nie panując zupełnie nad sposobem wyrażania się i nad wojskową manierą, która się do mnie przyplątała w najmniej stosownej chwili. - Ne, siadaj pan - rzekł Anders nie kwapiąc się jednak, aby samemu usiąśd. Ze zaś nauczono mnie w wojsku nie siadad, kiedy przełożeni stoją, nie zmieniłem postawy zasadniczej. Przez chwilę przyglądaliśmy się sobie z kompletnym osłupieniem. Było już zupełnie jasne, że nie mamy sobie nawzajem nic do powiedzenia i zastanawialiśmy się, co za bies nas obu podkusił do spotkania. - Siadaj pan, panie - ponaglił Anders. - U mnie, panie, tak po żołniersku. Luksusów tu nie mamy. Rzeczywiście. Antyczne biurko z hebanu, serwantka z kryształowego szkła, porcelanowe wazy, mosiężne żyrandole. Zupełnie jak w namiocie pod Kircholmem. A że wiedziałem jeszcze to i owo o majętnościach Andersa, wystarczyło, abym się zirytował. Lubię takich cierpiących za miliony. - No i co tam u was? - spytał generał masując podbródek w stanie ostatecznej złości i rozpaczy. Nie mógł jednak przerwad rozmowy, bo po polskim Londynie poszedłby hyr, że się przestraszył, a kogóż tu się w koocu obawiad? Polacy są skłonni uczynid najniezwyklejsze rzeczy, byle tylko odsunąd od siebie podejrzenie o tchórzostwo. - A, dziękują, partie generale - odpowiedziałem. - Po staremu. - Jak to po staremu? Przecież podobno coś się zmieniło? Zorientowałem się, że ten staropolski zwrot konwersacyjny nabrał nieoczekiwanej dwuznaczności. Ładne rzeczy, po staremu! Zaświtała mi wreszcie zbawcza mysi. Chrząknąłem; Właśnie. Jaki jest stosunek pana generała do przemian październikowych w Polsce? - Do prze... do przemian? Październikowych? - Anders był najwyraźniej stropiony i zgorszony moim obcesowym pytaniem. - Pan ma na myśli Gomułkę? Panie, cóż ja będę tu mówił. Egzekutywa złożyła oświadczenie... - Jaka egzekutywa? - przerwałem spłoszony, ponieważ przyszło mi do głowy, że mowa o egzekutywie POP przy Instytucie Sikorskiego. - Jakie oświadczenie? -- Nb, ten... Egzekutywa Zjednoczenia Narodowego. - Aha. Słyszałem. Zapadła chwila dręczącej ciszy, w której generał usiłował zebrad myśli, bo nie wypadało przecież pozostawid bez odpowiedzi mojego pytania. Zerknął przy tym znacząco na pułkownika Czarneckiego.

- Cóż... - zaczął z wysiłkiem. - Nasz stosunek do przemian październikowych w kraju jest skomplikowany. To nie są proste rzeczy, panie. To nie przelewki. Zobaczymy jeszcze, co ten wasz Gomułka pokaże, bo my, panie, w różne takie nie bardzo wierzymy. Aha: więc nasz stosunek do przemian październikowych jest... - ...umiarkowanie pozytywny - odpowiedział adiutant. - O, to, to. Umiarkowanie pozytywny. Bo to, panie, z jednej strony Rosja, z drugiej, panie, Niemcy, a naród, proszę pana... - Co naród? - Naród... jak to, co naród? Jest panie. Żyje. - Rzeczywiście, panie generale. Znów zapadła cisza. Anders wyłożył następnie interesujący pogląd, że skoro naród jest, to musi żyd, i to się tu, w Londynie, dobrze rozumie, ale, panie, nie za cenę kompromisów. Wysłuchałem tego poglądu z umiarkowanym zainteresowaniem, zwłaszcza że płk Czarnecki trzykrotnie interweniował w kryzysowych momentach monologu i nie wiem już, która częśd poglądu pochodziła od Andersa. Wreszcie Anders skooczył i znów wkradła się do gabinetu głupia, złośliwa cisza. Nagle generał ożywił się i zaczął mówid już z głowy, bez podpowiadania: -- Ale, alei Dobrze, że mi się przypomniało. Panie, co to ten wasz Chruszczow za duby smalone opowiada o Stalinie, że na globusie dowodził? Ja, panie, najlepiej wiem, jak było. Na wojsku się znam. Stalin był okropny, to fakt, ale wojskowych to ze świecą szukad lepszych niż on. Bitwę pod Kurskiem to kto zaplanował? Okrążenie stalingradzkie to czyj pomysł? - Zdaje się - powiedziałem - że w roku 1941 był pan generał trochę innego zdania o szansach militarnych Związku Radzieckiego w wojnie. - Byłem? Może i byłem, już nie pamiętam. Ale niech pan tam u was powie, żeby nie pisali takich rzeczy. Tu nawet moi znajomi generałowie angielscy śmieją się z tego. Teraz ja z kolei straciłem kontenans. Anders w obronie Józefa Wissarionowicza - to już była na pewno ostatnia rzecz, jaka mogła mi w Londynie przyjśd do głowy. Zresztą, Anders rozwiódł się tak obszernie nad swymi doświadczeniami z pobytu z ZSRR, że płk Czarnecki przerwał mu, rzucając szeptem jakąś uwagą. Widocznie chodziło o to, aby mnie nadmiernie nie zdemoralizowad. - Ahal - ucieszył się Anders. - Tyle mnie juz pan nawypytywał, że i ja się o coś zapytam. To prawda, żeście w Polsce znaleźli siarkę? - Jay „my”, panie generale? - spytałem chłodno, bo kontekst wydał mi się dwuznaczny. - Ojej, aleście tam w kraju drażliwi. Ja mówię o reżymie. - O kim? - A, wiem, wy się obrażacie. No, ten... tego...

-- Władze warszawskie - podpowiedział adiutant. - Właśnie. Władze warszawskie. Znalazły siarką? - Znalazły. - A dużo? - Dużo, panie generale. - To ważne. -- Ważne. Nie miałem pojęcia, czemu nagle Anders dopytuje się o tarnobrzeską siarkę. Może w ogóle nie chodziło o siarkę, lecz o starkę? Dopiero w chwilę później sytuacja się wyjaśniła. My tu bardzo się krajem interesujemy - mówił Anders podkreślając swe słowa zamaszystym gestem. Czytamy wszystko, a jakże. Nasi panowie z Egzekutywy mają nawet różne zestawienia, gospodarcze i inne. Ja to się na tej ekonomii, panie, nie bardzo znam, ale myślimy o was, myślimy. Generał Podhorski - on jest u nas od spraw krajowych - właśnie wczoraj mi mówił, że z tą siarką to podobno duża sprawa. I to gdzie, patrz pan, w COP-ie! Niech pan koniecznie powie Gomułce, że to ważna sprawa. Siarka jest bardzo potrzebna. - Przekażę, panie generale -- westchnąłem cichutko, ponieważ opadło mnie nagle dziwaczne uczucie: mieszanina złości, rozbawienia i czegoś w rodzaju wzruszenia. Nie było żadnego sposobu, aby wyznad całą prawdę i powiedzied, że po powrocie nie mogę jednak wieczorem zatelefonowad do Gomułki lub Cyrankiewicza, powiedzied, że cześd i że mam wiadomości od Andersa w sprawie siarki. Generał i pułkownik byliby na pewno dotknięci moimi wykrętami Co prawda te zwariowane czasy rychło się na szczęście skooczyły i więcej już tak interesujących spotkao nie miałem. Kiedy siarczany temat się wyczerpał, milczeliśmy wszyscy trzej przez dobrą chwilę, ponieważ naprawdę już nie było o czym mówid. - Panie generale - powiedziałem pospiesznie, ponieważ wpadł mi do głowy jeszcze jeden temat - Czy pan uważa, że paoska decyzja, zabraniająca żołnierzom polskim z Zachodu powrotu do kraju, była słuszna i uzasadniona? - Panie, co pan opowiada! - zezłościł się Anders. - A cóż ja miałem do tego? Ja cywilom nie rozkazuję. Ludzie, panie, sami ludzie nie chcieli wracad pod bolszewików. Dobrze już nie pamiętam, jak to było, ale zdaje się, że... - Zdaje się - podchwyciłem - że zabrałem panu generałowi już zbyt wiele czasu, a słyszałem, że jest pan generał ogromnie zajęty. - A, rzeczywiście. Panie, ile roboty, ile roboty... Ale wie pan, dla Polski człowiek niczego nie oszczędzi. Uznałem, że po takim stwierdzeniu nie pozostaje mi już nic innego, jak podziękowad za rozmowę, bo gdybym tak zaczął polemizowad, źle by się to skooczyło; mam własne zdanie o tym, co się dla Polski robi. I czego się w żadnym razie nie robi

- No - podniósł się Anders - skoro pan się spieszy, to nie będę zatrzymywał. Ale mimo ze pan jest komunistą, mówię panu po staropolsku: szczęśd Boże! - Bóg zapład, panie generale! - odpowiedziałem dziarsko, gryząc się przy tym w język, aby nie palnąd, że się odmeldowuję.

27. JESZCZE TROCHĘ O PROMINENTACH, ALE NAPRAWDĘ NIEDUŻO
Jeżeli tak dalej pójdzie, nigdy w ogóle nie skooczę tych wspominków i zamiast niefrasobliwego zbioru felietonów ukażą się wielotomowe memuary, czego chwilowo pragnąłbym uniknąd, ponieważ nie przepadam za pisaniem do szuflady. Więc już tylko bardzo pobieżnie o dalszych remanentach. Opowiadałem już o spotkaniach w Londynie, Aleksandrii i Djakarcie; będzie może w dobrym gust e, jeśli wspomnę o spotkaniu w Miami Beach. W roku 1961 psim swędem uczestniczyłem tam w dorocznym zjeździe amerykaoskiego stowarzyszenia dziennikarzy, gdzie poznałem Nelsona Rockefellera. Ma się te znajomości, nieprawdaż? Wątpię jednak, czy moje koneksje mogą się dziś na coś przydad rządowi PRL, gdyż - jak by to powiedzied? - z Rockefellerem ostro się pokłóciłem. Nie, naprawdę nie fantazjuję. Rockefeller był jednym z trzech głównych mówców na owym zjeździe i wygłaszał coś w rodzaju referatu szkoleniowego, ponieważ nie tylko u nas szkoli się dziennikarzy ideologicznie. Sam zostałem wiele razy przeszkolony przez najbardziej kompetentnych fachowców i mój wniosek jest odrobinę cyniczny: drętwa mowa nie przestaje byd drętwa tylko dlatego, że jest made in Poland lub made in USA. Takie szkolonka mają się tak do rzeczywistych problemów współczesnej polityki, jak transplantacja serca do zamawiania kołtuna. Powiedziałbym nawet, narażając się na zarzut rozmiękczenia, że drętwa mowa nie oszczędza żadnego ustroju i czeka jeszcze na swego proroka w rodzaju Parkinsona. Rockefeller sprawował wówczas urząd gubernatora stanu Nowy Jork i zamierzał wkrótce wysunąd swą kandydaturę na prezydenta. Nie jest to człowiek głupi, ale musiał dbad o linię; w Stanach najlepiej jest startowad do kampanii z programem tak prawicowym, żeby na prawo była już tylko ściana. Rok był co prawda trudny, bo to i mur w Berlinie, i zerwanie moratorium atomowego, i różne takie kłopoty, lecz mimo wszystko wnioski Rockefellera wydały mi się irytujące. Proponował on „natychmiastową, skuteczną rozprawę z komunizmem”, oskarżył Johna Kennedy'ego o „kapitulanctwo wobec czerwonych, a byd może ukryty zamiar osłabienia Ameryki”, zażądał „wsparcia dla patriotycznych sił kubaoskich” oraz „utwierdzenia naszych zagranicznych przyjaciół w duchu oporu”. Był to mój pierwszy miesiąc w Stanach, słuchałem więc tej agitki z niedowierzaniem. Nie zdążyłem jeszcze przywyknąd do mądrej amerykaoskiej zasady, że mowa mową, a polityka polityką. Kiedy przebrzmiały huczne oklaski (jankesi mają egzotyczny zwyczaj nagradzania oklaskami każdego mówcy, niezależnie od tego, co sądzą o jego wystąpieniu; dziwny naród), podszedłem do stolika, przy którym siedział Rockefeller... Zawsze mnie trochę zatyka, kiedy odczytuję takie zdanie. Człowiek chodzi po Warszawie, stoi w kolejce po kawę w DH „Delikatesy”, klnie na automat telefoniczny podkradający złotówki, a potem pisze, jak to się przysiadł do Nelsona Rockefellera. Podszedłem więc do stolika (wszystko znów działo się podczas posiłku: okropnośd!), przedstawiłem się i powiedziałem, że pochodzę z Polski.

- Oh, how nice! - powiedział Rockefeller bez entuzjazmu, szarpiąc nożem zdrewniały steak. - Pan uciekł? - Nie - odrzekłem ostro. - Wręcz przeciwnie. Jestem tu na studiach i mam pewne zastrzeżenia do paoskiej wypowiedzi. Dopiero wtedy potomek największej dynastii miliarderskiej świata odłożył widelec i skinął na kelnera, aby mi dostawiono krzesło. Uciekinierzy są zawsze nieapetyczni, natomiast prawdziwy czerwony, i to jeszcze tak naparzony, mógł stanowid pikantną przyprawę wieczoru. - Zapraszamy - kiwnął na mnie Rockefeller. - Porozmawiajmy szczerze. Pozostali biesiadnicy - wśród nich prezydent stowarzyszenia dziennikarzy, Buren H. McCormick, naczelny redaktor „Wall Street Journal” - obejrzeli mnie z zainteresowaniem, zgorszeniem i czujną uwagą. Zdaje się, że niezbyt często widywali żywych czerwonych w hotelu „Fontainebleau” w Miami Beach na Florydzie. - Panu się nie podobało moje wystąpienie? - spytał gubernator walcząc nadal ze skamieniałym mięsiwem. - Obawiam się, że wyznajemy różne poglądy polityczne... - To fakt, panie gubernatorze - odparowałem. - Ale poglądy to rzecz jedna, a propozycja rzucenia na nas bomby, to druga. W tym momencie wredny stek, na pewno wykrojony z liberalnego wołu, wyskoczył Rockefellerowi z talerza, co rozważaniom o bombie dodało nieoczekiwanego realizmu. Opad z sosu był tak obfity, że chmara kelnerów i pikolaków rzuciła się na pomoc. Gubernator zrezygnował z dalszej walki i sięgnął po leguminę. - Jeśli chodzi o bombę - powiedział z niezmąconym spokojem - to zdaje się, że ostatnio panowie zaczęli pierwsi. - Na Kubę to też my chcemy napaśd? - Mur w Berlinie to my zbudowaliśmy? - A wasza CIA da nam spokój? Rockefeller odłożył łyżkę, spojrzał na mnie uważnie i powiedział do współbiesiadników: - Wydawało mi się, że są jeszcze w Ameryce miejsca, gdzie można mówid otwarcie. Widzę, że się pomyliłem. Chryja wisiała w powietrzu i nie wiem, jak by się to skooczyło, bo nie miałem najmniejszego zamiaru opuszczad tej interesującej kompanii, gdyby nie profesor, który się opiekował naszą grupą. Zaniepokojony moim zniknięciem zaczął się rozglądad po sali, zobaczył, że siedzę ni mniej, ni więcej tylko przy stoliku z samym Rockefellerem, i popędził, aby nie stracid okazji. Zostad przedstawionym Rockefellerowi to w Ameryce tyle, co dla Włochów przywitad się z papieżem. - Mister Uislou Gorniki to mój ulubiony student - powiedział promiennie profesor, nieświadom istniejącego przy stoliku napięcia. -- Pozwoli pan, panie gubernatorze, że się przedstawię...

Buren McCormick obrzucił profesora chłodnym spojrzeniem i chrząknął, że na amerykaoskich uniwersytetach bywają teraz dziwni studenci. - A, nie przeczę - powiedział profesor głaszcząc Nelsona Rockefellera. - Nie przeczę. Staramy się młodym ludziom pokazad Amerykę, przekonad ich do naszego punktu widzenia... - Jak widzę, z pełnym powodzeniem - rzekł Nelson Rockefeller, coraz bardziej zdumiony zmianami w amerykaoskim środowisku dziennikarskim. - Dziękuję, panie gubernatorze! - wypalił zachwycony komplementem profesor. - Oto moja wizytówka. Gdyby moje usługi mogły byd w czymkolwiek pomocne… - We'll see, zobaczymy - odparł Rockefeller, co w Ameryce oznacza: „Wynoś się pan stąd, ale już!' Co też i nastąpiła gdyż profesor ujął mnie energicznie pod ramię i odprowadził na właściwe miejsce. Na tym też zakooczyły się moje osobiste kontakty z właścicielem Standard Oil Company. Przyznam, że doznałem nieopisanej satysfakcji w trzy lata później, kiedy na konwencji Partii Republikaoskiej w San Francisco Rockefeller gwizdami i wrzawą został spędzony z trybuny jako „polityk ugodowy wobec komunizmu”, „mięczak” i „kosmopolityczny zwolennik paktowania z czerwonymi”. O tym, żeby Barry Goldwaterowi odebrad nominację, nie było po prostu mowy. Oglądałem tę konwencję na własne oczy, widziałem, jak Rockefellerowi trzęsą się ręce ze zdenerwowania, i w pewnym momencie pomyślałem, że może trzeba było wtedy, w Miami Beach, znaleźd w sobie trochę wyrozumiałości dla starszego człowieka, który nie wszystko może sobie kupid za pieniądze. W swoim czasie Rockefellera obrzucono w Caracas toną zgniłych jajek, w Panamie przewrócono mu samochód, a w Quito podłożono mu do pokoju martwego skunksa, zwanego u nas śmierdzielem, więc chyba trochę już wie o życiu. Myślę, że na zakooczenie tej parady prominentów powinienem jeszcze wspomnied o moim ulubionym arystokracie brytyjskim, któremu zawdzięczam kilka wspaniałych wieczorów i wiele głębokich refleksji. Chodzi tu o lorda Chalfonta, niegdyś doradcę rządu JKM do spraw rozbrojenia. Istnieje wiele powodów, dla których lord Chalfont zaskarbił sobie sympatię nowojorskich środowisk prasowych. Jeden wszakże wydaje mi się szczególnie ważny: umiał on przemawiad w sposób tak inteligentny i przewrotny, że żaden ze znanych mi dyplomatów nie mógł z nim konkurowad. To właśnie on puścił w świat z trybuny Komitetu Politycznego słynny aforyzm: „Przemówienie dyplomatyczne i przygoda miłosna mają pewną wspólną cechę. Każdy głupiec potrafi z łatwością zacząd jedno i drugie, natomiast eleganckie zakooczenie obu spraw wymaga niepospolitych zdolności”. Trudno mi powiedzied, na ile sentencja ta jest prawdziwa w odniesieniu do przygód - w tym zawodzie rzadko się miewa czas na ballady i romanse - co się jednak tyczy przemówieo dyplomatycznych... niech będzie pochwalony anglikaoski Bóg, który nam zesłał lorda Chalfonta, bo tylko on miał odwagę powiedzied to na głos. Lord Chalfont pozował trochę na Oscara Wilde'a i byd może podkochiwał się dyskretnie w jego konterfekcie. Ubierał się z wyszukaną, staroświecką elegancją: popielata kamizelka bez względu na porę roku, szkarłatna róża w butonierce, wyrafinowana czero tużurka, pod szyją fantazyjny farfocelek w kolorze północnego nieba, ciemnochabrowe skarpetki, złoty Rolex, but szyty ze skóry o blaskach

akwamaryny... Trzeba byd lordem od dwunastu pokoleo, żeby się zdobyd na tyle wyobraźni w sferze odzieżowej. Było to tym ciekawsze, że w odróżnieniu od różnych tuzinkowych playboyów lord Chalfont dorównywał Wllde'owi również talentem do wypowiadania paradoksów. Ponieważ lepiej niż ktokolwiek orientował się w rzeczywistym potencjale nuklearnym świata i miał całkowitą świadomośd, że brytyjskie zbrojenia atomowe są wyrzucaniem pieniędzy w błoto - przywykł do surrealistycznego traktowania polityki. Co gorsza, wcale tego nie ukrywał podczas swych wystąpieo w ONZ. Kiedy dyskutowano nad utworzeniem strefy bezatomowej w Ameryce Środkowej, powiedział otwarcie, że uważa ten pomysł za bezcelowy. „Nie widzę powodu - oświadczył - aby pozbawiad Nikaraguę czy Salwador dostępu do broni jądrowej. Sytuacji międzynarodowej w niczym to nie polepszy, a może tylko zrodzid niebezpieczne frustracje. Doświadczenie poucza, że nic tak nie szkodzi losom pokoju, jak frustracja małych krajów. Przykładem Wielka Brytania”. Lord Chalfont miał dośd nieortodoksyjne metody pracy z dziennikarzami. W Polsce znałem tylko jednego dyplomatę, który potrafił stawiad dziennikarzom najdziwaczniejsze pytania i zmuszad ich do myślenia na własny rachunek, co nie jest znów rzeczą tak powszechną i całkiem bezpieczną. Lord Chalfont zwykł był podczas każdej sesji zapraszad do siebie kilku starannie dobranych przedstawicieli prasy. Po trzech lub pięciu kolejkach dobrej, szkockiej whisky gospodarz wzywał do zdjęcia marynarek, siadał na dywanie i stawiał nam pytania. Jakkolwiek nie stronie od dwiczeo intelektualnopolitycznych i w ogóle lubię dyskusje z lordami w tak nieformalnej atmosferze, często jednak miewałem trudności z odpowiedzią. Zabawy w kółko graniaste na puszystym dywanie przemieniały się niekiedy w psychodramę. - A teraz - powiedział któregoś wieczoru lord Chalfont - nasz polski kolega wyjaśni nam następującą kwestię. Wyobraźmy sobie, że spełniły się właśnie wszystkie proroctwa Karola Marksa. Socjalizm triumfuje w skali światowej, imperializm znikł jako zjawisko historyczne, a nędzni przedstawiciele klas wyzyskujących w rodzaju lorda Chalfonta po odbyciu reedukacji pracują przy uprzątaniu ulic. Do systemu socjalistycznego należą Indie, gdzie trzeba natychmiast pohamowad ofensywę głodu, bo nie wypada, aby socjalistyczny kraj przymierał głodem; cała Ameryka Południowa, gdzie trzeba znaleźd jakieś zatrudnienie dla dwustu tysięcy generałów i uprzemysłowid ten kontynent; cała Czarna Afryka, gdzie trzeba m.in. zbudowad drogi, szkoły i oczywiście wasze ulubione hutnictwo. O krajach arabskich oraz Izraelu już nie wspominam. W jaki sposób, drogi przyjacielu, przystąpicie do rozwiązywania tych drobnostek? - Pan sądzi, milordzie, że nie potrafimy sobie z tym poradzid, tak? - spytałem z wyrzutem, gdyż najlepszą odpowiedzią na kłopotliwe pytania są kłopotliwe pytania. - Tak właśnie sądzę - odparł wzdychając lord Chalfont. - I nie miałbym nic przeciw temu, aby poznad waszą tajną receptę na przezwyciężenie bolączek naszego świata. - Czy ma z tego wynikad, że to wy radzicie sobie skutecznie z tymi bolączkami? - nacierałem dalej. Pan chyba żartuje, milordzie. Nic takiego nie zauważam. Najlepszą próbą puddingu jest spożycie puddingu. Powiedział to wprawdzie nasz człowiek, Engels, ale rzecz dotyczy brytyjskiego deseru. Dlaczego nie mielibyście spróbowad i powierzyd nam globu na jakiś czas w celu przeprowadzenia eksperymentu?

- Porozmawiam o tym w Londynie - rzekł z całą swobodą lord Chalfont, ubóstwiający takie rozmowy. Paoskie argumenty wydają się przekonujące, zresztą klasy pasożytnicze dośd się już nażyły. - Istotnie. - Mam tylko jedną wątpliwośd - kontynuował gospodarz. - Czy wasza planowa produkcja będzie przewidywad wytwarzanie kamizelek w kolorze jasnoperłowym? Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez takiej kamizelki i wyznam szczerze, że moje poparcie dla paoskiego projektu w znacznej mierze zależy od rozwoju przemysłu kamizelkowego. Czy też może sądzi pan, na podstawie dotychczasowych doświadczeo, że wszyscy będziemy nosid jednakowe kubraki? - Nie wiem, milordzie. Przemysł kamizelkowy zazwyczaj u nas nie nadąża. - Czy to się opłaca? Mój pradziad mawiał, że nie warto likwidowad całej psiarni, jeśli jeden legawiec odmawia aportowania kaczki. A może pozwolicie mi chociaż nosid taką kamizelkę pod kubrakiem, jako zabytkowemu przedstawicielowi klas wyzyskujących? - Porozmawiam o tym, gdzie trzeba - zapewniłem uprzejmie - i sądzę, że paoski wniosek zostanie rozpatrzony przychylnie. Od pewnego czasu otacza się u nas opieką czcigodne zabytki przeszłości. - Jest pan bardzo miły, przyjacielu. Zechce pan tylko dopilnowad, aby pozwolono mi wkładad rękawiczki do prac polowych w uspołecznionych gospodarstwach rolnych. - Białe? - Nie rozumiem. Przecież innych się nie nosi. Moi zachodni koledzy słuchali tego dialogu z zawiścią i rozgoryczeniem. Czymże mógł Niemiec lub Szwed zafascynowad lorda Chalfonta? Zawsze mówię, że dobrze jest byd prawdziwym czerwonym wśród arystokratów. - Jeżeli dobrze rozumiem myśl naszego drogiego gospodarza - wtrącił się jeden z najbardziej przygnębionych kolegów - chodzi tu o merytoryczną analizę znanego dowcipu Boba Hope'a o komunizmie. Chyba znasz ten dowcip? Znałem, znałem. Bob Hope, najpopularniejszy komik amerykaoski, powiedział kiedyś w telewizji: „Jak zwalczyd komunizm? Ależ nic prostszego! Trzeba im oddad walkowerem całą Amerykę Łacioską. Zbankrutują po trzech miesiącach”. Dowcip był śmieszny, ale głupi. Oświadczyłem więc spokojnie, że byłoby poniżej rangi dzisiejszego spotkania dyskutowad nad dowcipami komików z telewizji. No i na tym zamykam już swoją rewię Bardzo Ważnych Osób. Mógłbym jeszcze opowiedzied, jak witałem premiera Kosygina na konferencji prasowej w ONZ, jak odbyłem dyskusję ideologiczną z „Che” Guevara, co usłyszałem w chwili intymnych zwierzeo od Carla Schmida, ale każde gadulstwo musi mied jakieś granice.

28. VISITEZ NATIONS UNIES! OHYDNY SPISEK JAKUBA BLAUWAJSA - ZDEMASKOWANY
Zdaje się, że teraz wreszcie mogę zacząd plotkowad o Narodach Zjednoczonych. Nie gwarantuję, że nie popadnę już w żadne zdrożne dygresje, ale co szkodzi spróbowad? Wierni czytelnicy „Opowieści zdyszanych” zdążyli się już zapewne zorientowad, że nie puszczam tu żadnej fuchy, toteż i obecna wycieczka po „szklanej menażerii” będzie obfitowad w nie lada atrakcje. Nie mam tu na myśli standardowego, zatwierdzonego przez władze Narodów Zjednoczonych wykładu, jaki recytują turystom uśmiechnięte przewodniczki po gmachu ONZ. Tego mogą się paostwo dowiedzied przy najbliższej wizycie w Nowym Jorku i zupełnie nie o to chodzi. Myślę tu raczej o informacjach, które rzadko trafiają na łamy prasy, lecz uczłowieczają jakoś tę szklaną budę, w każdym zaś razie pozbawiają ją tajemniczości. A ostatecznie jesteśmy współwłaścicielami tego biznesu, polska składka wynosi prawie dwa miliony dolarów rocznie i mamy prawo wiedzied, co się tam naprawdę dzieje. Jeśli zatem są paostwo gotowi skorzystad z wysoce nieoficjalnej i nie aprobowanej przez żadne władze wycieczki po gmachu ONZ - jestem do dyspozycji. Uprzedzam jednak lojalnie, że wycieczka odbędzie się na ryzyko jej uczestników, koszty wyżywienia, a zwłaszcza napojów ponoszą oni sami i żadne reklamacje przyjmowane nie będą. Czyli zupełnie jak w Orbisie. Pierwszą kłopotliwą osobliwośd Narodów Zjednoczonych możemy obejrzed jeszcze przed wejściem do gmachu Sekretariatu, na dziedziocu od strony Pierwszej Alei. Jest to mianowicie rzeźba dłuta Barbary Hepworth, poświęcona pamięci byłego sekretarza generalnego, Daga Hammarskjölda. Rzeźba ma postad kamiennej płyty o przygnębiająco nijakim, właściwie nieopisywalnym kształcie (mnie osobiście zawsze przywodziła na myśl obły kształt krętków bladych, ale ja mam w ogóle fatalne skojarzenia), w środku zaś zawiera sporą, owalną dziurę. Nigdy nie udało nam się dociec symboliki tej dziury, bo chyba autorka w tak natrętny sposób nie sygnalizowałaby wyrwy, jaką pozostawił wśród nas Drogi Nieobecny? Ale mącenie w ludzkich głowach ma swoje ideologiczne przyczyny I Albowiem rzeźbę Barbary Hepworth ufundował własnym sumptem niejaki Jacob Blaustein, który właściwie powinien nazywad się Blauwajs, gdyż robi w diamentach, i to dośd skutecznie: ponod wart jest prawie piędset milionów dolarów. Jest to, mówiąc nawiasem, najbogatszy Blauwajs na świecie. Wymieniany częstokrod na łamach uświadomionej prasy baron Edmund Rotszyld wart jest raptem głupie dwieście pięddziesiąt milionów, czyli że Blauwajs może kupid dwóch Rotszyldów i jeszcze mu trochę zostanie. Na otarcie łez. Są podobno podstawy do przypuszczania, że rzeźba Barbary Hepworth jest wielkim dziełem sztuki, pech jednak chce, że na dziedziocu przed gmachem Sekretariatu o każdej porze roku szaleje przez całą dobę dziki przeciąg, zwany dawniej cugiem. Stojące tuż obok kominy elektrowni miejskiej wytwarzają potężne podciśnienie i wtłaczają ciepłe powietrze z hali generatorów, natomiast przez wąską szczelinę między gmachem biblioteki i murem Sekretariatu bezustannie napływa chłodne powietrze znad Wschodniej Rzeki. W rezultacie powstaje maleoki sabat czarownic; powietrze wciskające się przez dziurę w rzeźbie wydaje donośny, trochę jakby ironiczny gwizd. Jeśli teraz weźmiemy pod uwagę, że gwizd o takiej tonacji oznacza wśród homoseksualistów amerykaoskich stan totalnego urzeczenia i że Hammarskjöld, jak sam się zwierzył w swych pamiętnikach, wierzył w jedyną prawdziwą miłośd, tzn. tę między mężczyznami - zrozumiemy,

dlaczego przewodniczki nigdy nie prowadzą turystów w pobliże rzeźby. Ale zawsze to czynią cyniczni dziennikarze, oprowadzający swych gości na własną rękę po siedzibie ONZ. Chwileczkę, proszę się tak nie spieszyd. Jeśli popatrzymy z dziedzioca na przeciwległą stronę Pierwszej Alei, dostrzeżemy tam niewielki skwerek i przedziwne schody, prowadzące znikąd donikąd. Schody w teorii wiodą na 43 Ulicą, są jednak tak rozczulająco niefunkcjonalne, że przybysz z Polski musi je od razu pokochad Zdaje się, że zbudowano je tylko po to, aby było gdzie wmurowad ogromną tablicę z napisem: „I rzekł Pan: przekujcie miecze na lemiesze”. Nie mam pojęcia, do kogo mogłoby się to wezwanie odnosid. Narody Zjednoczone, jako żywo, nigdy takich zamiarów nie przejawiały, co się zaś tyczy szerokiej publiczności, to trudno było znaleźd fatalniejsze miejsce na tak dwuznaczny werset Akurat na skwerku i pod schodami odbywa się większośd demonstracji politycznych, przy których nierzadko dochodzi do rękoczynów. Amerykanie, naród krewki i nieco zwariowany na punkcie demokracji, uważają dzieo za stracony, jeśli sobie trochę nie podemonstrują. W jednym tylko Nowym Jorku odbywa się średnio piętnaście demonstracji dziennie, przez cały rok na okrągło, z czego spora częśd właśnie na owym skwerku przed ONZ. Widziałem takich demonstracji, lekko licząc, ze trzy tysiące, toteż zechcą paostwo łaskawie nie oczekiwad, żebym je mógł wszystkie spamiętad. Zaledwie kilka bardziej malowniczych utkwiło mi w pamięci. Hałaśliwa demonstracja chasydów nowojorskich, którzy wzywali Sądu Bożego na bezbożny rząd Izraela, nie przestrzegający sabatu. Jakieś rozhisteryzowane baby, niosące plakaty „Zniszczyd Czerwoną Zarazę” oraz „Precz z Jednym Światem, My Chcemy Ameryki!” Pewien sympatyczny staruszek, krążący przez cały dzieo z zagadkowym transparentem: „Ja, Emil Vatalik, zapowiadam koniec świata. Narody Zjednoczone, módlcie sięl Pan nie wybaczy grzesznikom”. Pięciu chłystków w skórzanych kurtkach, skandujących „Kill, kiil, kill!”14 i obnoszących makietę bomby atomowej z napisem: ,”Drop it”15. Czasami można było na skwerku obserwowad coś w rodzaju rosyjskiej babuszki: demonstracja, wszystko jedno w jakiej sprawie, powodowała kontrdemonstrację, która powodowała nową demonstrację, która powodowała kontrdemonstrację, która... Sam byłem kiedyś świadkiem, jak zrozpaczony operator telewizji, któremu wszystko się już pomieszało na amen, ryknął na demonstrujących: - Damn it, do cholery! Ma byd porządek, bo wyjdzie zupa na ekranie! Zwolennicy na prawo, przeciwnicy na lewo! - Zwolennicy czego? - zapytano ochoczo z tłumu, bo szansy ukazania się na ekranie żaden Amerykanin nie przepuści. - A bo ja wiem czego? To wy powinniście wiedzied. Zwolennicy, jako żwawsi, rzucili się na prawo, w tę samą jednak stronę ruszyli i przeciwnicy, a może odwrotnie, bo temat demonstracji był niezmiernie skomplikowany. W rezultacie powstała już nie to, że nowa demonstracja, lecz trzęsienie ziemi. I to dopiero uszczęśliwiło operatora.

14 15

Zabid, zabid, zabid! Rzucid ją!

Najczęściej jednak i najżarliwiej demonstrowano przed ONZ przeciwko napaści Stanów Zjednoczonych na Wietnam. Bywały całe tygodnie, gdy od rana do wieczora maszerowali na skwerze przeciwnicy wojny, niosąc cierpliwie plakaty wołające wielkimi literami do wszystkich dyplomatów, że demonstranci potępiają działalnośd swego rządu i nie chcą mied nic wspólnego z agresją przeciw Wietnamowi. Chyba to na tym małym skrawku miasta nauczyłem się rozróżniad dwie Ameryki i tak głęboko szanowad to, co w Stanach najlepsze i najświatlejsze. A w lutym 1966 roku u wejścia do gmachu ONZ spłonął miody Amerykanin, który chciał ofiarą życia wyrazid protest wobec zbrodni własnego kraju. Ale to juz nie jest temat na naszą żartobliwą wycieczkę. Parter gmachu Sekretariatu możemy sobie spokojnie podarowad. Oprócz gustownych dziewuszek w recepcji oraz strażników w błękitnych mundurach nie ma tam nic ciekawego do oglądania. Dopiero ostatnio wstawiono oryginalny witraż Chagalla. Zdaje się jednak, że mistrz stworzył to dzieło w chwili roztargnienia, żeby nie rzec: na odczepnego. Nawiasem mówiąc gmach ONZ zaczyna się powoli przekształcad w rodzaj muzeum czy może raczej panopticum. Wiele rządów (z wyjątkiem polskiego, gdyż trudności dewizowe zawsze nas odwodzą od zbyt hojnych gestów16) ofiarowuje Narodom Zjednoczonym różne, zazwyczaj trochę przypadkowe przedmioty. Częśd tych przedmiotów administracja gmachu zdołała uchronid przed okiem zwiedzających, upychając je po zakamarkach i ustronnych korytarzach, większośd jednak trzeba było eksponowad. Holandia podarowała gigantyczne wahadło Foucaulta, ukazujące podobno obrót Ziemi; Brazylia jaskrawy i nawet niezły mural; Belgia - gobelin flamandzki; Japonia - dzwon z Hiroszimy; Związek Radziecki - kopię pierwszego sputnika; Norwegia - malowidło Muncha w sali Rady Bezpieczeostwa; Włochy - fresk Zanettiego w kuluarach; Indonezja - rzeźby balijskie. Wszystko to z osobna mogłoby nawet byd ciekawe, natomiast zebrane razem przywodzi na myśl pchli targ w paryskiej Porte de Clignancourt. A najbardziej zadziwiający prezent pochodzi z Iranu. Jest to jeden z trzech najwspanialszych dywanów perskich na świecie, oceniony na około 200 tysięcy dolarów i tkany podobno przez szesnaście lat. Pierwszego piętra nie ma w ogóle - zginęło gdzieś przy budowie, może dlatego, że „szklaną menażerię” projektowało aż szesnastu najwybitniejszych architektów świata i trudno oczekiwad, aby tylu geniuszy mogło się we wszystkim z sobą zgadzad. Nie wiem, jak to możliwe - zdaje się, że coś tam wyrównano półpoziomami i dwierdkondygnacjami - ale przysięgam, że nigdy nie wiedziałem, co się mieści na pierwszym piętrze gmachu Sekretariatu. Zapewne biblijne podanie o wieży Babel nie było tak zupełnie pozbawione podstaw.

29. MAN KAN ZYNGEN, MAN KAN TANCEN, ABER NYSZT MYT DI ZASRANCEN, JAK POWIADA BLISKOWSCHODNIE PRZYSŁOWIE
Dopiero kiedy wjedziemy schodami ruchomymi na drugie piętro (czy też na piętro nr 2,5, jak chcą inni), trafiamy od razu na najważniejsze miejsce świata, czyli na kuluary. Serio. Nie chcę tu w niczym
16

Napisałem to niebacznie przed rocznicą Kopernika i teraz ze wstydem odwołuję. Owszem, stad nas na hojne gesty w rezultacie uprzemysłowienia produkcji biustów Kopernika. Jeszcze jak!

umniejszad roli Białego Domu lub Kremla, prawda jest jednak taka, że właśnie na tym korytarzu zapadła większośd kluczowych decyzji dyplomatycznych okresu powojennego. Tu, w barze północnym, padł pierwszy sygnał do zakooczenia wojny koreaoskiej; tu, w barze południowym, uzgodniono zasady mediacji U Thanta podczas kryzysu karaibskiego w roku 1962.I tu wreszcie, między barem pomocnym i południowym, znaleziono płaszczyznę porozumienia w pamiętnym październiku 1956 roku. Kuluary są połączone - dosłownie i w przenośni - ze wszystkimi ciałami ONZ, toteż z całą pewnością można tu zanotowad największe zagęszczenie plotek, komentarzy i informacji na głowę człowieka. Jeśli to można nazwad głową. Kuluary ONZ odznaczają się zupełnie niepowtarzalną atmosferą działającą na ludzi mniej odpornych jak silny narkotyk. Nawet jeśli się nie ma nic szczególnie pilnego do załatwienia, trudno się stamtąd wyrwad. Częściowo za przyczyną wspomnianego wyżej snobizmu - co chwila przecież oko spoczywa przynajmniej na ministrze, a podczas sesji nawet królowie wpadają tu na drinka - trochę jednak i dlatego, że w kuluarach od 23 lat bez przerwy unosi się w powietrzu klimat swoistego oczekiwania na Godota: a nuż dziś właśnie zdarzy się coś niezmiernie ważnego i obecnym tu osobom przyjdzie świadczyd, że na własne oczy widziały to stawanie się historii? Statystyczne szanse pojawienia się Godota są niewielkie, lecz narkotyk kuluarów zżera doszczętnie przyrodzony ludziom sceptycyzm. Właśnie z kuluarów przynosiłem często najbardziej monstrualne plotki, w które sam przestawałem wierzyd po kwadransie. Ale przecież bez plotek, bez wytężonej pracy ludzkiej fantazji, ten zawód w ogóle byłby pozbawiony sensu. Nigdy nie rozumiem, dlaczego właściwie czytelnicy zżymają się często na tzw. kaczki dziennikarskie, a nawet pisują do redakcji rozgoryczone listy, że to czy owo się nie zgadza. Gdzie jest powiedziane, że ma się zgadzad? Po to w koocu Pan Bóg dał każdemu głowę, aby można było myśled na własny koszt. A co do prawd absolutnych, to należy ich szukad zupełnie gdzie indziej. Nie wiem gdzie, ale w każdym razie nie u niżej podpisanego. Kilkuletni trening w kuluarach ONZ nieuchronnie prowadzi do wniosku, że właściwie nikt nie wie, co się naprawdę dzieje na świecie i dokąd my tak pędzimy. Dlaczego akurat dziennikarze mieliby to wiedzied z całą pewnością? Istnieje wysokie prawdopodobieostwo, że spacerując po kuluarach napotkamy już wczesnym rankiem, koło dziesiątej, kilku nawykowców. Określaliśmy tym mianem dyplomatów, którzy nie umieli już żyd poza kuluarami. Najsmutniejszą ofiarą tej ostrej narkomanii jest z pewnością stały przedstawiciel Arabii Saudyjskiej w ONZ, ambasador Dżamil Barudi. Pojęcie „stałego przedstawiciela” należy tu rozumied zupełnie dosłownie: Barudi reprezentuje swój kraj od 1946 roku bez przerwy i nie ma żadnej nadziei, żeby się to kiedykolwiek skooczyło. A reprezentuje go tak, że nie ma na świecie dyplomaty, który by o Barudim nie słyszał. Dżamil Barudi jest wprawdzie stuprocentowym Arabem, ale zarazem jest – niestety! chrześcijaninem. Mówię „niestety”, ponieważ w tamtych stronach jest to okolicznośd obciążająca, szczególnie dla dyplomaty. Surowy rytuał dworu saudyjskiego zabrania dopuszczad giaurów poza próg pałacu królewskiego, aby nie zbrukali swym plugawym jestestwem dworskich kamieni, które specjalnie wożono do Kaaby. Przypuszczam, że ambasador jego królewskiej mości Fajsala II nigdy jeszcze nie dostąpił zaszczytu, aby osobiście stanąd przed obliczem swego monarchy i uczcid w nim, jako pogaoski pies. Pana Panów i Króla Królów. Prawdopodobnie jego tajne raporty są do tej pory

studiowane najpierw przez kadich i wielkich wezyrów, a dopiero potem, po przepisaniu i wyczyszczeniu z miazmatów, przedkładane arcymahometaoskiemu władcy. Nie ma to zresztą większego znaczenia, ponieważ w Arabii Saudyjskiej tylko nafta ma jakieś znaczenie. Dynastia saudyjska nie pogodziła się dotychczas z bezbożnymi nowinkami XVIII wieku, trudno więc oczekiwad, żeby się miała przejmowad jakimiś tam Narodami Zjednoczonymi, które miewają tak idiotyczne pomysły, że np. zabraniają posiadania niewolników. Zapewne dlatego Dżamil Barudi nigdy nie czuje się specjalnie skrępowany instrukcjami swego monarchy i wyprawia w ONZ, co mu się podoba. Wkrótce po przyjeździe do Stanów Barudi, już wówczas nie pierwszej młodości, wżenił się szczęśliwie w pewną rodzinę amerykaoską. Też katolicką, ale dopiero od niedawna; jest to chrześcijaostwo tak świeżej daty, że pewna częśd członków tej rodziny nadal uczęszcza w sobotę do synagogi. Rzecz jest o tyle istotna, że wraz z ożenkiem, jak to w Ameryce, Dżamil Barudi nabył tytuł własności do niewielkiej fabryczki na Brooklynie, która ambasadorowi dostarcza pewnej niezależności finansowej i uwalnia go od użerania się z monarchą o comiesięczne pobory. Rzekłbym nawet, że sporej niezależności. Chrześcijaoski Arab, żonaty z przechrzczoną Żydówką, jest dla prawowiernego sługi Proroka czymś gorszym niż rudy pies, sytuacja ulega jednak zmianie, jeśli rudy pies umie się zakrzątnąd wokół forsy. Barudi zaś, obracając kapitałami swego najdostojniejszego władcy, z niemałym powodzeniem spekuluje na giełdzie nowojorskiej. A wszyscy wiemy, jak to na giełdzie: Kuhn i Loeb, Rosenberg i Rosenduft, a na okrasę Spiegeleierberg i Pomidorenkranc. Koledzy, którzy dla sportu śledzili operacje giełdowe Barudiego, twierdzą uporczywie, że ten stuprocentowy Arab robi największe kokosy na zwyżce obligacji paostwowych Izraela, odpalając oczywiście należną dolę Królowi Królów, który z kolei dopłacał Egiptowi, aby nękad Izrael. Coś pięknego. I proszę mi wierzyd, że znam również przysięgłych i antypatycznych syjonistów, którzy zarabiają ciężki pieniądz na dostawach uzbrojenia do krajów arabskich. Może to właśnie na tej glebie wyrastają w moich przekonaniach różne dziwaczne kwiatki, wśród nich - rozłożysty figus pod nazwą „Nie dajmy się zwariowad”. Doprawdy nigdy paostwo nie słyszeli o takiej roślince? To pewno dlatego, że nie może się przedrzed do słooca. W tak skomplikowanej sytuacji ekonomiczno-wyznaniowo-etnicznej każdy właściwie mógłby utracid równowagę ducha, toteż nie należy się dziwid, że Dżamil Barudi również ją utracił. Nie jestem pewien, czy psychiatrzy znają wypadki roztrojenia jaźni, ale gdyby nie, to polecam gorąco ten zajmujący casus, gdyż Barudi uważa się za żyda, mahometanina i chrześcijanina równocześnie, ponadto zaś stworzył specjalną filozofię na własny użytek, która pozwala to wszystko pogodzid. Wystąpienia Barudiego na forum ONZ - a zabiera on głos zawsze, wszędzie, nieubłaganie i bez względu na temat - zawierają tak potworne bluźnierstwa i herezje, że aż waham się, czy je tu przytaczad. - Panie przewodniczący - rozpoczął Barudi swoje wystąpienie na forum Rady Bezpieczeostwa w najbardziej dramatycznym momencie kryzysu bliskowschodniego w czerwcu 1967 roku. - Wszyscy jesteśmy semitami z ducha. Nasz wielki przodek Abraham i jego dwaj wielcy prorocy, Chrystus i Mahomet, reprezentują tę samą tradycję, która każe nam spojrzed na dzisiejsze waśnie nie z punktu widzenia małostkowych konfliktów, lecz z punktu widzenia wspólnych interesów po tamtej stronie doczesności. Nie ma narodów bliższych sobie niż Żydzi i Arabowie i wiary bardziej uniwersalnej niż

judeochrystianizm, wzbogacony elementami islamu. Wszyscy obecni w tej sali modlą się codziennie do Abrahama, Izaaka. Jakuba, Chrystusa, Mahometa. Dwaj najwięksi Żydzi starożytności, Chrystus i Mahomet.. Pilnie obserwowałem, jak powlekają się rozterką twarze obecnych na galerii zakonnic katolickich, rozpłomienionych studentów arabskich i posępnych, brodatych rabinów. To jednak niemała sztuka, żeby wszystkim równocześnie za jednym zamachem zamącid w głowach. Tylko buddyści siedzieli nieporuszeni; dla nich cały ten dziwny, młodziutki świat judeochrześcijaoski zawsze wydawał się trochę niepoważny. Szkoda, że nie byli na tym posiedzeniu artyści sceny z „Eref 66”. Byłoby fajnie, gdyby usłyszeli od prawdziwego Araba, że są semitami z ducha. W pięknej sztuce mącenia w głowach Dżamil Barudi nie miał sobie równych. Kiedy w r. 1964 wybuchł pierwszy kryzys cypryjski, w dwugodzinnym przemówieniu na forum Rady Bezpieczeostwa Barudi dowiódł, ku osłupieniu Rady, że Grecy i Turcy są w gruncie rzeczy produktem kultury arabskiej, wobec czego nie powinni się z sobą żred. Zabierając głos z okazji tzw. kryzysu finansowego ONZ w roku 1964, Barudi poinformował w trzygodzinnej mowie, że pieniądze nie powinny odwodzid narodów od chrześcijaoskiej miłości, w związku z czym publicznie pocałował w czoło przedstawiciela Albanii, ambasadora Halima Budo, kiedy zaś ten zaczął się trochę szamotad, Barudi przemocą ściągnął go z trybuny i odprowadził na miejsce, uniemożliwiając tym prostym sposobem konfrontację wielkich mocarstw na tle głosowania paostw, które odmówiły ponoszenia kosztów pewnych operacji wojskowych ONZ. Nie wykluczam, że technikę ściągania przemocą z mównicy można by stosowad częściej i bardziej bezwzględnie. Nie jestem tylko pewien, czy wszystkich należałoby przy tej okazji całowad w czółko. Już ja bym niektórych ucałował! Z dubeltówki! Trójwyznaniowośd Dżamila Barudiego dostarcza też interesującego dowodu na względnośd nadprzyrodzonych norm etycznych. Niezależnie bowiem od tego, że chrystianizm, judaizm i islam zgodnie potępiają pijaostwo i wyrażają się z rezerwą o obyczajach ojca Noego, Barudi już o godzinie 9 rano, najdalej zaś o 9.15. przyjmuje pierwszą szklaneczkę whisky. Koło południa jest gotów nawet strażnikom ONZ wyjawid swój pogląd na podstawowe kwestie współczesnego świata. Przed wieczorem trzeba się dobrze pilnowad, żeby nie dopadł w ustronnym zakątku i nie przedstawił obszernej panoramy filozoficznej, w której Żydzi, modlący się do Mahometa przy pomocy różaoca, odgrywają kluczową rolę. Temat zresztą nie jest aż tak istotny; Barudiemu chodzi po prostu o to, żeby mówid, wszystko jedno do kogo i o czym. Już może trochę za długo plotkuję tu o Barudim, zechcą jednak paostwo uwierzyd, że jest to postad niezwyczajna i żaden opis nie może wyczerpad przymiotów tego dyplomaty. Piszę to wszystko otwarcie, ponieważ, jak zwykle, nie wypowiadam tu poglądów rządu PRL, a poza tym Barudi i tak nie przeczyta moich wyszukanych pochlebstw pod jego adresem. On w ogóle nic nie czyta, jeśli nie liczyd etykiet na butelkach i ceduł giełdowych, donoszących o sukcesach ekonomicznych Izraela. Byd może czyta również teksty własnych przemówieo, ale to nie jest jednak całkiem pewne. W każdym razie nie czyta nic poza tym, na pewno. Jak wszyscy pijacy, jego ekscelencja odznacza się chaotycznym i nielojalnym używaniem prawego sierpowego, a uczciwośd wymaga, aby dodad, że poprawia bykiem na poziomie wołomioskim.. Zostało to publicznie wypróbowane na osobie podsekretarza Narodów Zjednoczonych do spraw

prawnych, Stavropoulosa, w październiku 1971 roku na XXVI sesji Zgromadzenia Ogólnego. Zgniewany jakimś stronniczym werdyktem podsekretarza Barudi, silnie już intoksykowany i może dlatego nieco nerwowy, dopadł Stavropoulosa u wejścia do sali Zgromadzenia, dwukrotnie potraktował go prawym sierpowym w szczękę i w splot słoneczny, a potem poprawił bykiem. Na szczęście ten ostatni zabieg wychowawczy okazał się niezbyt celny, bo mielibyśmy wakat na ważnym stanowisku i następnego Nieobecnego do opłakiwania. Oberwali też zdrowo strażnicy ONZ, którzy pragnęli pochopnie rozdzielid dyplomatyczne zwarcie. Mały kraj ta Arabia Saudyjska, ale dyplomatów ma dzielnych, ani słowa.

30. GRANDE VALSE DES COULOIRS. NOWY TANIEC DYPLOMATYCZNY POD NAZWĄ „WAŃKA-WSTAŃKA”
Wśród nieuleczalnych nawykowców kuluarowych darzyliśmy również szczerą sympatią stałego przedstawiciela Republiki Cypryjskiej, ambasadora Zenona Rossidesa. Reprezentował on typ człowieka, któremu wszystko w życiu poszło na opak. Miał po prostu tak zwany niefart życiowy. Urodził się w Nikozji, a przecież, zważywszy na ambicje, mógłby przewodzid nawet Stanom Zjednoczonym. Był Grekiem, a chciał byd Brytyjczykiem. Nosił w klapie lokalne odznaczenie cypryjskie, a marzyła mu się przynajmniej Legia Honorowa, może nawet Order Podwiązki. W Radzie Bezpieczeostwa musiał się opowiadad z sytuacji w jakichś odległych wioskach cypryjskich, podczas gdy czuł w sobie powołanie, aby rozumowad globalnie, obalad imperia, przesuwad armie i floty oraz kreślid zupełnie nowe koncepcje geopolityczne. Cypr nudził go śmiertelnie i kiedykolwiek zdarzyła się okazja - a już w ONZ takich okazji nie brakuje - aby sobie podeliberowad nad duchem dziejów i najwyższą strategią supermocarstw, Zenon Rossides był zawsze na podorędziu. Jego przemówienia, trwające zazwyczaj około trzech godzin niezależnie od tematu, rozpoczynały się z reguły od obszernego szkicu historycznego o polityce Sparty i Aten, wojnach peloponeskich i koncepcjach Peryklesa. Wielu nowicjuszy, w tym również niżej podpisany, padało początkowo ofiarą tej erudycji i powoływało się na przedstawiciela Cypru jak na autorytet intelektualny. O takie pomyłki zawsze najłatwiej, nie tylko za siódmym morzem. Dopiero po kilku tygodniach można się było zorientowad, że Zenon Rossides miewał słabe stopnie z historii starożytnej w gimnazjum i przemówieniami w ONZ wetował sobie niepowodzenia szkolne. Interesującą postacią w rejonie kuluarów był również stały przedstawiciel Iraku w ONZ. ambasador Adnan Paczaczi, przedstawiciel do tego stopnia stały, że przetrwał na swym stanowisku, jak kiedyś wyliczyliśmy, sześd kolejnych reżimów. W tym jednym z pewnością przypominał nam Talleyranda. Wszelako opowieśd o Adnanie Paczaczim byłaby za krótka i głęboko niesłuszna ideologicznie bez dalszego ciągu, który nastąpił w kilka lat później. Mniej więcej pod koniec lat sześddziesiątych Paczaczi zanikł w Iraku Jako klasa: pojechał pewnego dnia do Bagdadu i więcej się już nie pokazał, co w tamtych stronach nie wymaga zatrudniania prywatnych detektywów. Bogad taml W spisie ministrów, którzy w roku 1972 przybyli na XXVII sesję Zgromadzenia Ogólnego, odkryliśmy nagle ze zdumieniem ministra spraw zagranicznych nazwiskiem Adnan Paczaczi. Ten sam,

jak żywy! Z tą jednak różnicą, że nie był już ministrem ani ambasadorem Iraku, lecz szefem dyplomacji zupełnie nowego kraju pod nazwą Zjednoczone Emiraty Arabskie. Wyszło więc na jaw to, co zawsze podejrzewaliśmy: że Adnan Paczaczi potrafi zmieniad nie tylko rządy, którym służy, lecz również kraje, z których pochodzi. O narodowości nic tu nie mówię, bo język polski jest w takich przypadkach zbyt sztywny. Narodowośd emiracka? Zjednoczonoemirackoarabska? A może po prostu arabska, ale kim w takim razie byliby mieszkaocy Bahrajnu, Adenu i mojego ulubionego Omanu? Ten dziwny kraj powstał i został przyjęty do ONZ podczas mojej nieobecności, toteż zacząłem gorączkowo rozpytywad kolegów, gdzie leży i co się tam dzieje oprócz ropy naftowej. Zbywano mnie wykrętnymi odpowiedziami, zacząłem więc nabierad podejrzeo, że ktoś spłatał Narodom Zjednoczonym okrutnego figla i spowodował przyjęcie kraju, którego w ogóle nie ma. Co tu ukrywad - powiem otwarcie, kogo mam na myśli. W roku 1963 podkomitet petycyjny Komitetu Dwudziestu Czterech Krajów prowadził przesłuchania petycjonerów z jakichś tajemniczych obszarów na południowym skrawku Półwyspu Arabskiego, o których nigdy nie było zbyt wiele wiadomo. Poszedłem przypadkowo na posiedzenie. Za stołem siedział granatowy człowiek (granatowy od zarostu, zapewne struganego gładzikiem przez dworzan sześd razy dziennie), odziany w biały burnus, trzewiki w kolorze ochry i pąsową szarfę. Ręką bezradnie błądził koło bioder, ponieważ musiał zostawid w szatni swój bogaty kindżał; w siedzibie ONZ nikomu, pod żadnym pozorem, nie wolno się pokazywad z żadną bronią. Bardzo to był gustowny widok. Ale w pewnym momencie przewodniczący zapytał petycjonera o nazwisko i całą egzotykę diabli wzięli. Ośmiu tłumaczy zaczęło charczed, brzęczed i mlaskad, bo w tym dziwnym kraju mówiono bardzo dziwną odmianą języka arabskiego. W koocu ósmy tłumacz powiedział: - On mówi, że się nazywa Kugelman-pasza. Przewodniczący zaniemówił z wrażenia: - Jak, przepraszam? - Kugelman-pasza. Tu cię mamy, pomyślałem. Co prawda Karol Marks też pisywał listy do Kugelmana, ale to na pewno nie z tych Kugelmanów. A nasuwające się wyjaśnienie, że to któryś z brytyjskich rządców kolonialnych zrobił ponury dowcip swemu szejkowi i obdarował go swoim nazwiskiem - nie dało się długo utrzymad w świetle powszechnie znanych faktów. Toteż i w wiele lat później, usiłując ustalid, co to za dziwne emiraty znalazły się w ONZ, natychmiast przypomniałem sobie owego granatowego Kugelmana-paszę, który wyglądał na czech Arabów. Nie powiem, żebym, się dowiedział zbyt dużo na temat tych nieszczęsnych emiratów. Nikt w Sekretariacie nie umiał wyjaśnid, ile tych emiratów jest i o co właściwie chodzi. Tylko pod względem fonetycznym rzecz jest naprawdę smakowita. Najkrótszy z emiratów nosi nazwę składającą się z osiemnastu słów, i to takich, że Trzcianka, Szczuczarz, Szczebrzeszyn i Brzyskorzytewsko razem wzięte stanowią przykład harmonijnej eufonii w porównaniu z bulgotem i zgrzytaniem tamtej nazwy. Nie usiłują jej nawet powtórzyd, bo znany z bezczelnych znaczków pocztowych emirat Abu Zabi nosi w

istocie nazwę szesnastokrotnie dłuższe. Niech paostwo sami powiedzą, czy nie mam racji, biadając nad dzisiejszymi czasami: w Organizacji Narodów Zjednoczonych pojawiają się kraje, o których nie tylko nie wiadomo, gdzie leżą, ale i takie, których nazwy w żaden sposób nie można wymówid. Dodam zresztą, że cała dyplomacja staje się dziś nie do zniesienia pod względem fonetycznym. Obecny na XXVII sesji minister spraw zagranicznych Kuwejtu nazywał się szejk Sabah al-Ahmad alDżabir al-Dżammal as-Sabah, a minister spraw zagranicznych Kataru (mój cyniczny przyjaciel tłumaczył nazwę tego kraju na angielski jako nasal congestion, czyli ciężki katar) nosił nazwisko szejk Suhaim ibn Hamad al-Hamad al-Thani. Jeśli kiedyś zawitają do Polski, to w „Trybunie Ludu” zabraknie stron na pełny tekst komunikatu z użyciem wszystkich nazwisk. Takie przegubowe nazwiska sprawiają nieco kłopotu w stosunkach towarzyskich. Wiem coś o tym, bo wiele lat temu odbyłem rozmowę z pewnym politykiem cejlooskim (pardon: srilankaskim), którego nazwisko musiałem wykud na blachę ze względów czysto kurtuazyjnych. Brzmiało ono Sunnasatsamardenaparanavitane. Kiedy mi się przedstawił, myślałem przez chwilę, jak tu wybrnąd z kłopotu, bo nie mówię po syngalesku, a rozmówca najwidoczniej nie zna angielskiego. Z chwilą, kiedy się skooczył przedstawiad, okazało się jednak, że świetnie zna angielski. Ale to jeszcze drobnostka. W centrum Kolombo wielki sklep jubilerski należy do człowieka, którego nazwisko brzmi tak: Madatsam Mahithirilipalli Sumanapalanam Bandarasuronanayake. Grunt to zwięzłe nazwiska. Również i pod tym względem Narody Zjednoczone oferują wszystko, co można sobie wymarzyd. Na przykład minister spraw zagranicznych królestwa Lesotho przywodzi na myśl największe osiągnięcia ornitologii: nazywa się Pit N. Pit. Niech paostwo to przeczytają na głos i pomachają rękami. Natomiast minister spraw zagranicznych Botswany ma nazwisko wręcz onomatopeiczne i przywodzi na myśl odgłosy lasu tropikalnego: Kgharri. Też nieźle. Ale zdaje się, że nieboszczyk Czen I był jednak nie do pobicia, bo podobno Czen to imię. Wszystko, co tu dotąd naplotkowałem o mini-paostwach, nie da się właściwie porównad z niewysłowionym urokiem Zjednoczonych Emiratów. W gruncie rzeczy tylko dwa fakty związane z tym krajem są zupełnie pewne: że produkuje jakieś obłędne ilości ropy naftowej i że na czele jego dyplomacji stoi wielki, niezniszczalny waoka-wstaoka nazwiskiem Adnan Paczaczi. Cała reszta pozostaje w sferze domysłów. Czy jest jakakolwiek gwarancja, że Zjednoczone Emiraty naprawdę istnieją i że nie są potwornym humbugiem Kugelmana-paszy? Ile ludności liczą szanowne Emiraty? Wątpię, czy ktoś z paostwa potrafi odpowiedzied na takie pytania. Osobiście nie żałuję jednak trudu zainwestowanego w Emiraty. Przy okazji zdarzyła mi się bowiem pewna rozśmieszająca i pouczająca historia, którą muszę tu opowiedzied. Usiłując zebrad jakieś informacje o Emiratach, poszedłem do jednego z amerykaoskich kolegów, słynącego wśród nas z erudycji i różnych rozbrykanych pomysłów; to był właśnie ten sam, który wymyślił świętą Eulalię. - Bill - spytałem - czy ty przypadkiem nie wiesz, gdzie leżą Zjednoczone Emiraty Arabskie i co się tam dzieje? - United Emirates? A eto czto? - zdziwił się kolega-jankes. W ramach odprężenia z Pekinem rozpoczął on bowiem naukę języka chioskiego, ale na skutek fatalnego zbiegu okoliczności nauczono go zupełnie niewłaściwego języka.

- Ja nie panimaju pa kitajski - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Niczewo, rebiata - pocieszył mnie jankes-erudyta. - My jeszczo s wami paguliajem. Zdaje się, że oprócz języków pomyliły mu się również numery stron w podręczniku. Wtrąciłem pospiesznie, że paguliat' nikagda nie pomieszajet, zależy tylko, na czyj koszt, bo w Ameryce wszystko strasznie zdrożało. Tak mnie zaintrygowała jego biegłośd w językach Wschodu, że zacząłem się dopytywad o nazwę firmy, gdzie tak sprytnie uczą języków obcych. Sam z chęcią zapisałbym się na jakiś sanskryt lub suahili, żeby zobaczyd, co z tego wyniknie. A ściślej: żeby zobaczyd, czy na pewno wyniknie to, czego się należy spodziewad. Pamiętam bowiem, że przed wielu laty odbyłem w ONZ dyskurs z pewnym dyplomatą brazylijskim, bardzo zagniewanym na Barry Goldwatera. Ów dyplomata pragnął to koniecznie wypowiedzied po polsku, gdyż oprócz siedmiu innych języków władał również polskim. - Pan mu widzisz, tej idiocie? - krzyczał Brazylijczyk. - Pan mu zauważasz? Pan rozumujesz, co on mówi, że my, Polacy, mamy się trzymad razem? Dlaczego ja mam jemu trzymad razem? Brazylijczyk chodził do szkoły z polskimi dziedmi w Kurytybie i obracał się długo w środowiskach polskich, odnoszę jednak wrażenie, że mówiono tam z silnie przedwojennym akcentem. Bez trudu zresztą wydusiłem z niego informację, że Brazylijczyk, Osculati, ukooczył „prywatny instytut języków obcych”, którego właścicielem i jedyną siłą fachową był Abraham Zipferstock, Av. Malhaes 240, z bramy na prawo, dzwonid trzy razy. Skutek był taki, że nie ja jeden słuchałem Brazylijczyka z rozczuleniem. Kiedy wszedł do boksu, zajmowanego przez kolegów z RFN, i zaczął z nimi rozmawiad po niemiecku, zostałem wezwany na pomoc, aby tłumaczyd ze słowiaoskiego na niemiecki. Ta oliwkowo-brązowa skóra wprowadzała wszystkich w błąd. Sam byłem świadkiem, jak inny nasz kolega, noszący zagadkowe nazwisko Pinkus Sztejnwaks i pracujący dla popularnego organu argentyoskiej opinii publicznej pod nazwą „El Diario Israelito”, odezwał się do Brazylijczyka po portugalsku, zamiast mówid jak człowiek. To właśnie przy takich okazjach mam ochotę sparafrazowad wiekopomny dowcip Antoniego Słonimskiego: rozumiem, że ludzkośd powinna mówid jednym językiem, tylko dlaczego akurat po brazylijsku? Mój amerykaoski kolega-poliglota chętnie mi udzielił wyjaśnieo. Studiował u Berlitza, czyli w firmie wysoko renomowanej, w której Zipferstock mógł mied najwyżej udziały. („Nauczymy cię każdego języka tak szybko, że poderwiesz dziewczynę, zanim to sam sobie uświadomisz” - brzmiał jeden z ich sloganów reklamowych, potem zresztą zarzucony, gdyż konkurencja odwołała się do wzniosłych zasad moralnych, lansując slogan „Uczymy dla biznesu i pożytków kulturalnych”). Jak to możliwe, aby memu przyjacielowi zrobiono u Berlitza takie świostwo? Mógł przecież pojechad na placówkę prasową do Pekinu w przekonaniu, że mówi biegle dialektem mandaryoskim. Jednakże powód tej niesłychanej pomyłki był wręcz banalny. Kolega wysłał mianowicie swoją żonę, aby go wpisała na listę studentów Berlitza i uiściła odpowiednie opłaty. Była to kobieta trzeźwa, skąpa i odnosząca się z rezerwą do mężowskich faramuszek. Kiedy się więc zorientowała, że chioski kosztuje o 50 dolarów za semestr drożej niż rosyjski, dokonała wyboru ideologicznego na własną rękę. Bill dziwił się wprawdzie, że dośd długo zwlekają z nauką ideogramów, wziął się jednak serio za

naukę, wkuwał azbukę i kiedy wreszcie odkrył, że to nie chioski - było już za późno. Oto smutne skutki dopuszczania kobiet do polityki. Z mieszanymi uczuciami dodam, że polski kosztuje u Berlitza taniej niż francuski, ale za to drożej niż jidysz. Tyz piknie, jak mówią jankesi. O czym to ja mówiłem? Aha, o Adnanie Paczaczim. Otóż pragnę poinformowad, że brat Paczacziego pracuje w Filadelfii dla pewnej amerykaoskiej spółki eksportowej, gdzie prezesem jest niejaki Brutus C. Silberstein. Nie dam głowy, czy to rzeczywiście Arab. To imię brzmi zbyt po łacinie. Niech mi paostwo wierzą, jeśli twierdzę, że tak naprawdę to cały świat został wymyślony przez Kugelmanapaszę.

31. KTO SIE WYCHYLA, NIECH WSPOMNI ADILA
Gdyby paostwo zechcieli jeszcze na chwilę zatrzymad się w kuluarach, nie będzie może rzeczą zupełnie nieprzyzwoitą, jeśli opowiem tu o jeszcze jednej postaci, krążącej dziś po kuluarach jak duch Laertesa. Mam na myśli byłego ambasadora Sudanu w ONZ, Omara Adila. Nikomu z paostwa nic to nazwisko nie mówi? Szkoda. Tym bardziej muszę opowiedzied o tym człowieku, ponieważ miał on wszelkie szanse, aby stad się osobistością znaną w całym świecie. Jeśli zaś do tego nie doszło, to wyłącznie ze względu na jego uczciwośd i nadmiar prostolinijności, a zatem cechy mało dziś przydatne. Jest to długa i skomplikowana historia, której nie mogę tu relacjonowad ab ovo, ograniczę się zatem do zarysu scenariusza. Wiosną 1964 roku uzgodniono, że przewodnictwo kolejnej, XIX sesji Zgromadzenia Ogólnego powinno przypaśd przedstawicielowi Afryki. Jest to kontynent rozległy i zawierający wyjątkowo wielką ilośd paostw, toteż w pierwszej rundzie zgłosiło się chyba szesnastu kandydatów. Po półfinałach, które rozegrano w zaciszu kuluarów, pozostało czterech. Wreszcie na mecie stanęło tylko dwóch rywali, mianowicie stały przedstawiciel Ghany, Alex Quaison Sackey, oraz stały przedstawiciel Sudanu, Omar Adil. Muszę tu powiedzied, że Omar Adil był jednym z najbardziej urodziwych mężczyzn, jacy kiedykolwiek przewinęli się przez gmach ONZ. Nie był może aż tak porywający jak „Che” Guevara ani tak urokliwy, jak były ambasador Izraela, Kidrun, którego romanse liczyły się na dziesiątki w ciągu sezonu i którego rozwścieczony Szinbet wykopał z ambasadorstwa za aferę z pewną belgijską hrabiną, ponieważ nie wypadało, żeby człowiek, który miał pracowad nad Wielkim Izraelem, gził się z osobami zupełnie niewrażliwymi na spadek po Machabeuszach. Jednakże Adil - i tu powołam się na kompetentne opinie znajomych Amerykanek - naprawdę mógł się podobad. Wysoki, zwinny, szczupły, jak wszyscy sudaoscy Arabowie, ledwo tykający trzydziestki, o pięknych smolistych oczach i zniewalającym uśmiechu - ambasador Adil nie mógł narzekad na samotnośd w tak kosmopolitycznym mieście jak Nowy Jork. O ile nam było wiadomo, rzeczywiście nie narzekał, zwłaszcza że dysponował przepięknym, wielopokojowym apartamentem w pobliżu Washington Square, w samym centrum dzielnicy cyganerii artystycznej. Był zresztą człowiekiem inteligentnym, wykształconym i pełnym rzeczywistego wdzięku. Natomiast jego rywal do prezydentury, Quaison Sackey, bliski przyjaciel Nkrumaha - człowiek rozpierany ambicjami i trawiony żądzą, aby kiedyś zająd miejsce samego Osagyefo - miał sześcioro dzieci, mieszkał wprawdzie w pałacu, ale daleko od miasta, a pod względem powierzchowności

ustępował Adilowi w sposób dramatyczny. Jeśli Adil przypominał rączego jelenia, to jego oponent przypominał tropikalną ropuchę, że się tak dyplomatycznie wyrażę. Nie wiem, czy wszystkie bez wyjątku wydarzenia międzynarodowe należy koniecznie wyjaśniad z powołaniem się na Marksa, Keynesa i Vilfreda Paretę. Odnoszę wrażenie, że Freud by wystarczył. W każdym razie wypadek, o którym mówię, potwierdza tę tezę w sposób godny zastanowienia. Quaison Sackey rozpoczął najpierw- kampanię od płaszczyzny polityczno-etnograficznej. Jego ludzie zaczęli spacerowad po kuluarach, zapraszad na lunche i nawiązywad gwałtowne przyjaźnie, a wszystko po to, żeby dowieśd, iż Sudan tylko przez nieporozumienie uchodzi za kraj afrykaoski. W gruncie rzeczy jest to kraj arabski, czyli biały, no, a o roli arabskich handlarzy niewolników wszyscy świetnie wiemy. Niewiele to pomagało. Ghana Nkrumaha była zbyt radykalna, jak na gusty wielu krajów zachodnich. Zaczęło przebąkiwad o Senegalu lub Kenii Sudan, właśnie dlatego, że zawieszony między światem Białym i Czarnym, coraz bardziej nadawał się na kompromisowego kandydata, zwłaszcza że Adil był powszechnie lubiany, zaś jego kwalifikacje dyplomatyczne nie ulegały wątpliwości. Na dwa tygodnie przed sesją szanse Adila miały się do szans Quaison Sackeya jak 70 do 30. Właśnie wtedy w nowojorskim brukowcu „Daily News” ukazał się na drugiej stronie obszerny artykuł reportera sądowego gazety pod rozdzierającym tytułem: NOWOJORSKA DZIEWCZYNA Uwiedziona I Porzucona Przez Afrykaoskiego Dyplomatę! BĘDZIE SKARŻYD O ALIMENTY Dokąd Nasze Sądy Zamierzają TOLEROWAD Takie Wyczyny I „Dyplomatyczny” Immunitet Zagranicznych Uwodzicieli? SPRAWCA ODMAWIA ROZMOWY Z DZIEWCZYNĄ! Słodkie Tajemnice Tak Zwanych „Narodów Zjednoczonych” DOSYD TEGO OBCEGO NAJAZDU! Skrzywdzona Amerykaoska Dziewczyna Płacze Nad Swoim Losem AMERYKO, OTRZĄŚNIJ SIĘ!! Trzeba bowiem wiedzied, że w tej gazecie, wykazującej się największym nakładem na półkuli zachodniej, tytuł poniżej siedmiu wierszy jest uważany za niewypał. Tekst wiadomości był już znacznie skromniejszy. Reporter donosił, że pewna nowojorska sekretarka rasy białej, lat 22, której nazwisko nie może byd ujawnione, została uwiedziona przez „pewnego sudaoskiego dyplomatę w randze ambasadora”, a skutki uwiedzenia, sfotografowane tuż po zmianie pieluch, daremnie oczekują na alimenty.

Nie mieliśmy wątpliwości, że sprawa jest data. Omar Adil był tak dobrze obeznany z najnowszymi zdobyczami amerykaoskiej farmakologii i ginekologii, że historia o uwiedzeniu sekretarki zupełnie do niego nie pasowała. Następnego zresztą dnia Adil wręczył kilku kolegom tekst swojego listu do „Daily News”, w którym oświadczał, że z chęcią zrzeknie się immunitetu dyplomatycznego i stanie przed sądem amerykaoskim w sprawie o alimenty, ponieważ czuje się całkowicie niewinny. Zbytecznie dodawad, że list nigdy się nie ukazał. Nie mógł się ukazad, ponieważ „Daily News” jest firmą z zasadami. Bez trudu ustaliliśmy, że stałe przedstawicielstwo Ghany z pieniędzy podatników zapłaciło pięd tysięcy dolarów za druk wspomnianej historyjki, a Omar Adil nie chciał zapłacid więcej, licząc naiwnie na wymowę swej niewinności. Uwiedziona sekretarka nigdy w misji sudaoskiej nie pracowała, szybko zresztą wyszło na jaw, że odpłatnie świadczy usługi erotyczne, jakby to u nas powiedziano. Na męskim honorze Adila nie było więc nawet najmniejszej skazy. Ale cóż to za argument na dzisiejsze czasy. W kuluarach ONZ sprawa była już nie do odrobienia. Człowiek, który miał na sumieniu jakąś niejasną historię z dziewczynami, nie mógł zostad prezydentem sesji Narodów Zjednoczonych. Jest to bowiem funkcja zastrzeżona dla osób nieposzlakowanych pod względem moralnym. I było wobec tego rzeczą oczywistą, że przewodniczącym XIX sesji został Alex Quaison Sackey. Niewiele mu to zresztą pomogło w dalszej karierze, gdyż po obaleniu Nkrumaha poszedł siedzied i wszelki słuch o nim zaginął. Który to morał gorąco polecam pod rozwagę zwolennikom zasady per fas et nefas. Natomiast Om ar Adil, zwolniony ze służby dyplomatycznej, musiał się szybko przekwalifikowad i zaczął pracowad jako naczelnik skromnego wydziału w Sekretariacie. Który to morał polecam ofiarom zasady per fas et nefas. Tylko szmatławiec „Daily News” doskonale prosperuje w dalszym ciągu. Mam ja również z tą gazetą na pieoku nie od dziś i zobaczymy jeszcze, kto pierwszy zbankrutuje. W każdym numerze zamieszcza ona coś, co należałoby nazwad artykułem wstępnym, ale takie określenie przynosiłoby ujmę każdemu żurnaliście, który chod raz napisał wstępniak. Są to zazwyczaj złożone wielkim drukiem wezwania, aby zarżnąd, zabid, wykopad, zniszczyd lub wykorzenid do cna. Kiedy po raz setny z kolei wyciąłem sobie taki wstępniaczek z powtarzanym co drugi dzieo stwierdzeniem, że „jedyny dobry czerwony to martwy czerwony”, postanowiłem uczcid ten jubileusz i napisałem do „Życia Warszawy” korespondencję pod tytułem „Jedyny dobry Amerykanin - to martwy Amerykanin”. Nie muszę chyba wyjaśniad, że redakcja najpierw zmartwiała ze zgrozy i niesmaku, nie odpowiadała przez tydzieo na żadne monity, kiedy zaś w koocu musiała ustąpid przed moimi awanturami, umieściła tytuł w cudzysłowie, skróciła tekst o jedną trzecią i płonęła ze wstydu, że ma tak źle wychowanego korespondenta. Albowiem jedynie prawdziwe wersalskie maniery w polityce można zaobserwowad tylko u nas. Mało co mnie tak w Polsce śmieszy, jak ten nasz wytworny Wersal wobec adwersarzy, ta wzniosłośd ducha, te salonowe maniery, kiedy trzeba działad jak pod budką z piwem: w bebech i po warkoczu, po warkoczu. Wiem doskonale- że częśd czcigodnych czytelników otrześnie się w tym miejscu z obrzydzeniem. Me za długo siedziałem na Zachodzie, wiem z grubsza, jak się tam robi propagandę, i nigdy już nie będę należał ani do taktownych, ani do wstydliwych. Nie nam ochoty przepraszad, że

żyję. A na odrazę jest niezłe lekarstwo: poczytad tamtejszą prasę i popatrzed na telewizję. Przechodzi, jak ręką odjął.

32. TO BYŁ BAL!
Proponuję jednak, aby teraz opuścid już kuluary i udad się na trzecie piętro. Jest to miejsce równie bo daj ważne jak kuluary, a kto wie, czy nie ważniejsze. Całe bowiem trzecie piętro zajmują biura stałych korespondentów prasy, radia i telewizji z 46 krajów, wśród nich również biuro Polskiej Agencji Prasowej, w którym autor niniejszych plotek spędził prawie pięd lat swego życia. Jestem przeciwnikiem plotkowania o kolegach po fachu, bez względu na ich poglądy i narodowośd. Każdy z nas ma wrodzoną zdolnośd odpłacania pięknym za nadobne, poza tym i tak już dostatecznie źle mówi się o tej branży. Jeśli zdarza mi się odstępowad od tej zasady, to tylko w interesie należytego szacunku dla historii. Bywają bowiem koledzy, którym udało się nie tylko skutecznie podpatrzed historię, lecz i współtworzyd jej kolorowe marginesy. Całe właściwie trzecie piętro składa się z samych osobliwości. Niektóre z nich aż się proszą o uwiecznienie - na przykład wytworny dżentelmen, który sumiennie dzieli swój czas między artykuły prasowe i raporty dla CIA, lub ta nobliwa dama, która inkasuje 40 tysięcy dolarów rocznie wyłącznie za sam fakt posiadania kontaktów na wysokim szczeblu. Istotnie, są to kontakty rozległe i niezawodne; jeśli ona czegoś nie wie, to znaczy, że nikt inny już się nie dowie. Dama ta reprezentuje sobą schyłkowy produkt amerykaoskich mass media; znam kraje, gdzie dziennikarz specjalizujący się w takich kontaktach umarłby z głodu po miesiącu. Kiedy przeglądam dziś błękitną książeczkę ze spisem członków UNCA, nostalgia sąsiaduje we mnie z niedowierzaniem. Z kimże to się kolegowało przed kilku laty! Jakież koneksje zostały zadzierzgnięte! Pod literą „H” figuruje na przykład Toshio Horikawa, szef nowojorskiego biura japooskiej agencji Kyodo. Skromny, nieduży, małomówny, zawsze jak gdyby trochę przestraszony. Zaprosiłem go kiedyś na lunch i po omówieniu spraw wielkiej polityki zacząłem go wtajemniczad w konstrukcję maszyn matematycznych, która stanowi moje życiowe hobby. Toshio wypił szesnaście wódek sake i, jak to Japooczycy, zachowywał się jak pijany zajączek. Słuchał jednak cierpliwie, kiedy mu wyjaśniałem zasady konstrukcji przerzutników oraz bramek „NOR”. Dopiero pod sam koniec zagabnął mnie, co sądzę o logicznych obwodach scalonych. Odpowiedziałem z całkowitą pewnością siebie, że sądzę dobrze, ale Toshio, zapewne pod wpływem sake, zaczął mnie wypytywad o pożytki płynące ze scalenia bramki „NOR” z obwodem logicznym „IF”. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że jest doktorem nauk technicznych i specjalizuje się w budowie maszyn matematycznych. Po pięciu latach znajomości! Na Japooczyków nie ma oczywiście żadnego sposobu, to chyba paostwo wiedzą. Dziś Toshio Horikawa jest szefem wielkiego koncernu elektronicznego w Osace. Sądzę, że należycie wypełnił swe zadania służbowe w Nowym Jorku. Wiec Horikawa... Hornaday... Hearst Millicent. Nie, jednak nie będę tu plotkował. Chodzi bowiem o wnuczkę Williama Randolpha Hearsta, arcykróla amerykaoskiej prasy brukowej, człowieka, którego bez przesady można określid jako zbrodniarza wobec ludzkich umysłów. Ideologicznie rzecz biorąc, powinienem wykazad pełną sprawnośd właściwego ducha odporu, nie bacząc na boczne względy utajone, jak zalecają znawcy problemu. A jednak nie mogę. Millicent Hearst ważyła bowiem 115 kg, miała cerę w kolorze obornika i włosy o barwie ekskrementów pawiana, jej głos przypominał

nieudane eksperymenty dodekafonistów, a biustem mogłaby wy tłuc rotę strzelców pieszych oraz szwadron konnicy. Do tego miała zeza tak wymyślnego, że kiedy patrzyła na Meksyk, widziała Nową Kaledonię. Przykro mi, ale nie umiem polemizowad ideologicznie z osobami tak skrzywdzonymi przez mamę Naturę. Posażne jedynaczki mają swoje zalety, lecz nie dla osób tak silnie uświadomionych jak niżej podpisany. Jedźmy dalej. Hearst... Hottelett Richard... Huss Pierre. Tu chyba powinienem skreślid jakieś małe epitafium. Był to korespondent prasy hearstowskiej, starzec tak głęboko ideowy, że w swoim czasie pobierał regularne wynagrodzenie z ambasady hitlerowskiej w Waszyngtonie za szerzenie prawdziwie aryjskiej ideologii. Miał nawet po wybuchu wojny pewne kłopoty, ale wyłabudał się z nich bez trudu, dowodząc przed komisją kongresową swego pryncypialnego antykomunizmu. Dla Komisji Izby Reprezentantów do Spraw Badania Działalności Antyamerykaoskiej jest bowiem rzeczą zasadniczą, aby nie hołdowad komunizmowi. Wszystko inne, włącznie ze służbą w Gestapo lub SS, jest moralnie obojętne. Jeśli główny oprawca Kowna, bezpośrednio odpowiadający za wymordowanie prawie 60 tysięcy ludzi, jest dziś szanowanym obywatelem Stanów Zjednoczonych, to chyba innych przykładów przytaczad nie muszę. Pierre Huss zasiadał przez pewien czas w zarządzie klubu korespondentów przy Narodach Zjednoczonych i w tym charakterze pozostawił po sobie manko w wysokości 800 dolarów. Nie jest to może wiele jak na 200 miliardów rocznego budżetu USA, ale chodziło o nasze własne pieniądze, więc sprawa była drażliwa. Kiedy wespół z jugosłowiaoskim kolegą zacząłem się domagad, aby manko zostało pokryte, Pierre Huss z oburzeniem zdemaskował knowania czerwonych i oświadczył, że prędzej trupem padnie, niż będzie się opowiadał z wydatków. Co też zostało przez Pana Boga uwzględnione, gdyż w kilka dni później zmarł na zawał. Niech mu hitlerowska Walhalla lekką będzie. Tak to już jest z tymi ideowcami ze skrajnej prawicy: albo biją, albo kradną. A najlepiej jedno i drugie. Nie słyszałem jeszcze o faszyście, któremu można by podad rękę bez obawy, że ją ukradnie. Zdaje się, że im większa forsa, tym wznioślejsze u nich ekstazy ideolo. Pod literą „O” znajduję nazwisko Margaret Osmer. Mój Boże, jaki to człowiek bywa czasem nieuważny! Wiedziałem o niej tylko tyle, że pracuje dla ONZ-owskiego biura stacji telewizyjnej CBS i pochodzi z miejscowości Poughkeepsie w stanie Nowy Jork, bo indiaoskie nazwy zawsze jakoś lepiej zapadają w ucho niż damskie kształty w oko. (Tę teorię wymyśliłem na poczekaniu i nie wiem, czy odpowiada prawdzie; liczę wszakże, że mój przyjaciel Bartosz Janiszewski, z którym dzieliłem nowojorskie niedole na tej niwie, skoryguje mnie, jeśli się mylę). Była to miła blondynka o prawidłowych proporcjach, bardzo pilna w pracy zawodowej i dobrze znająca stenografią. Ale biorą niedawno do ręki numer „Newsweeka” - i kogóż to widzę w charakterze girl-friend doktora Henry Kissingera? Maggie Osmer, tę samą! Bardzo byliśmy z sobą zaprzyjaźnieni, ale zdaje się, że mimo wszystko przegapiłem szansę bezpośredniego dotarcia do najważniejszych źródeł amerykaoskich. Wszystko przez ten pośpiech i ustawiczne roztargnienie. Wspominałem już o Drew Middletonie, który prowadził wielką politykę międzynarodową według własnego widzimisię. Nie był on jedyną ofiarą tego nałogu. ONZ w ogóle wytwarza w ludziach nieprzepartą chęd urządzania świata na własną rękę, a już w sferach dziennikarskich potrzeba zabawy w politykę graniczy z obsesją. Człowiekiem, który upamiętnił się w annałach ONZ nader śmiałymi inicjatywami w zakresie urządzania świata, był z pewnością eks-prezes naszego Stowarzyszenia Prasy, John M. V., w życiu

cywilnym szef biura amerykaoskiego koncernu radiowo-telewizyjnego ABC. Przez wiele lat John zabiegał o zdobycie prezesury - co jest równie trudne jak wybór na przewodniczącego sesji Zgromadzenia Ogólnego - nie szczędząc wyborcom obietnic i, pochlebstw oraz nie gardząc żadną intrygą wobec oponentów. Kiedy wreszcie zdobył upragnioną prezesurę (notabene dotkliwie nikłą większością głosów), z miejsca rozwinął skrzydła. Mniej więcej w połowie dorocznej sesji Stowarzyszenie Prasy ONZ wydaje w jednym z elegantszych hoteli nowojorskich wielki, huczny Bal Prasy Zagranicznej. Ranga towarzysko-protokolarna tej imprezy jest tak wysoka, że rzadko się zdarza, aby któryś z zaproszonych dyplomatów odmówił uczestnictwa. (Pewnego roku zaliczyliśmy 4 premierów, 17 ministrów i nieprzebraną ilośd wiceministrów). Bal rozpoczyna się zwyczajowo od kolacji, która poprzedza krótkie, lecz treściwe przemówienie prezesa. Jest to wielki, niezapomniany dzieo w karierze zawodowej prezesa. Po jego prawej stronie siedzi przewodniczący sesji, po lewej - sekretarz generalny ONZ. Skrzydła głównego stołu obsadzają najważniejsi podsekretarze i premierzy. W tle roją się muszki, fontazie i halsztuki najważniejszych notabli współczesnego świata, a damy, zaszczycające swą obecnością tę imprezę, przydmiłyby bogactwem swych futer i klejnotów może nawet samą panią Onassis. Mowa naszego prezesa jest z ożywieniem komentowana przez ministrów, trafia do prasy nowojorskiej... no, słowem, zabawa na 24 fajery. (Ponieważ w wolnych wyborach dochrapałem się tylko wiceprezesury UNCA, mogę sobie pozwolid na zgryźliwośd, zwłaszcza że prezesem i tak już nie zostanę). Ów bal pod przewodem Johna M. V. zapamiętaliśmy na długo. Muszę tu wyjaśnid, że nasz czcigodny kolega odznaczał się wyjątkowo słabą głową do alkoholu i zarazem nieprzepartą skłonnością do tegoż. Nie mam dokładniejszych informacji, czym się zajmował na dwie godziny przed balem, jednak musiały to byd czynności związane z odwiedzeniem baru w Hotelu Pierre, gdyż nasz drogi prezes już witając gości u wejścia był, mówiąc najoględniej, pijany w sztok. Co gorsza, nie chciał się do tego przyznad sam przed sobą i podczas drinka poprzedzającego kolację zaprawił się do reszty. Skutki były naprawdę malownicze. Premierowi Singapuru prezes już u wejścia wyrwał z klapy smokinga białą różę i wsadził ją brutalnie w dekolt jakiejś ambasador owej - kolczastą łodygą w głąb! Ministra Fanfaniego, przewodniczącego XX sesji, klepnął po ramieniu, mówiąc przy tym kordialnie: „Cześd, żółtku!”, gdyż pomylił go chyba z ministrem spraw zagranicznych Japonii, a może doszedł do wniosku, że to czerwoni Chioczycy zjechali już do Ameryki. Ambasadorowi Fiedorence pogroził palcem i zaznaczył, że Rosjanie za często stosują weto w Radzie Bezpieczeostwa. Odniósł się też krytycznie do ambasadora Tanzanii, zarzucając mu u progu, że Tanzania zbyt często głosuje razem z czerwonymi, a on, John M. V., czerwonych nie lubi i najchętniej wy trułby ich wszystkich z pomocą trutki na szczury. Ambasador Tanzanii znalazł się bezbłędnie, oświadczając, że w jego kraju wiele ludzi jest tego samego zdania o jankesach. Jak na bal dyplomatyczny, zwischenrufy były więc niezłe. Jednakże clou programu nastąpiło dopiero wówczas, gdy goście (a wraz z nimi i my, współgospodarze) wkroczyli na salę bankietową. Od niepamiętnych czasów przyjął się zwyczaj dekorowania Sali flagami wszystkich paostw członkowskich ONZ. Tym razem jednak czekała nas niespodzianka. Flag było tylko pięd, i to dobranych według zasady, której nie potrafiliśmy odszyfrowad: francuska, izraelska, argentyoska, grecka i amerykaoska. Pierwsi poderwali się ambasadorowie krajów arabskich, pytając gniewnie, co to ma znaczyd.

- A co? - powiedział prezes, gotując się do zwady. - Może się nie podoba? Tu nie ONZ, proszę panów, tu panuje wolnośd. Prasa światowa... Nie czekając dalszych wyjaśnieo, ambasadorowie krajów arabskich opuścili salę. Ten sam zamiar przejawił minister spraw zagranicznych Turcji oraz przemiły lord Caradon, zwany przez nas po cichu Szkaradonem, jednakże ubłagaliśmy ich, aby nie powiększali zamieszania, gdyż winę za niewłaściwą dekorację ponosi dyrekcja hotelu. - Ciekawe - westchnął lord Caradon - że dyrekcja nigdy się nie pomyli na korzyśd Wielkiej Brytanii. Po tak efektownym początku bal potoczył się dalej w tzw. ożywionej atmosferze. Sekretarz i wiceprezes UNCA usiłowali odwieśd prezesa od wygłaszania w tym stanie mowy, a przynajmniej od wypicia następnej szklanki whisky, ale bez rezultatu. - Odpieprzcie się - powiedział prezes bardzo głośno wprost w ucho U Thanta i zarazem do włączonego mikrofonu, dzięki czemu wszyscy mogli usłyszed to męskie słowo. - Ja tu rządzę. Wybraliście mnie czy nie? I dał znak orkiestrze, aby zagrała tusz. Przyznam, że zatęskniłem w tym momencie za normalnym, zawodowym cyrkiem. Woltyżerki przynajmniej ładniejsze. Nasz prezes zadzwonił przeciągle w kieliszek, tłukąc go przy okazji i oblewając winem podsekretarza do spraw Zgromadzenia Ogólnego, Narasimhana. Widocznie jednak postanowił zachowad obiektywizm, niezbędny przy piastowaniu tak wysokiego urzędu, ponieważ zbierając rozbite szkło ściągnął serwetkę i wylał następny kieliszek, tym razem na podsekretarza do spraw Rady Bezpieczeostwa, Susłowa. Całe szczęście, że trafił na Susłowa; ten radziecki dyplomata został wkrótce zastąpiony przez Mikołaja Niestierenkę, który w młodości zajmował się boksem i, jak mi się wydaje, nie miał w zwyczaju puszczad płazem dwuznacznych aluzji. W pobliżu znajdowało się jeszcze trzech podsekretarzy ONZ, toteż wiceprezes i sekretarz UNCA rzucili się do akcji zapobiegawczej, usuwając wszystkie napełnione kieliszki z pola rażenia prezesa. Nie potrafili jednak przewidzied, że prezes, szykując się do wygłoszenia mowy, zapłacze się w dywan i zdzieli w ucho siedzącego o trzy miejsca dalej szefa gabinetu U Thanta, José Rolz-Bennetta, wywracając przy tym karafkę z wodą i wazonik z czerwonymi tulipanami. Zadęte walki z prezesem trwały kilka minut; sala obserwowała je z napięciem jak mecz pięściarski. - Mocno się trzyma - mruknął z uznaniem siedzący przy moim stole minister. - O, teraz im dołoży. Allez! Keep going! Istotnie. Prezes, zaplątany już nie tylko w dywan, lecz również w kable mikrofonu, frędzle obrusa oraz proporczyk z godłem ONZ, nie taił zamiaru znokautowania biegających wokół kelnerów i zrozpaczonych kolegów z zarządu UNCA. Orkiestra, jak gramofon, którego nie można wyłączyd, grała bez przerwy tusz. Ambasadorzy mniej ważnych paostw zaczęli się podnosid od stołów, aby lepiej widzied. Dawały się słyszed okrzyki zagrzewające prezesa do walki. Wszystko przypominało filmy Chaplina lub zgoła „Świat się śmieje”. Jeden tylko U Thant siedział w samym epicentrum zupełnie nieporuszony, bo buddystom i tak jest zawsze wszystko jedno.

John M. V. był jednak człowiekiem upartym i nie zamierzał rezygnowad z wielkiej chwili swego życia. Wyplątał się jakoś z pułapek, strącił, co było jeszcze do strącenia, czknął na U Thanta i, z lekka tylko umazany sosem cumberland, ryknął na całą salę, przekrzykując orkiestrę, która ciągle grała tusz ze złośliwością popsutego mechanizmu: - Panie przewodniczący sesji! Panie sekretarzu generalny! Panowie premierzy i ministrowie spraw zagranicznych! Panie i panowie! Komuś udało się uciszyd orkiestrę, w sali zapadła cisza, przerywana tylko czkawką prezesa. - Jako przedstawiciel wielkiej rzeszy dziennikarzy świata - czknął prezes rozglądając się za kieliszkiem, który znikł spod jego ręki za sprawą wiceprezesa. - Jako przedstawiciel... no, Mikę, tylko bez wygłupów, oddaj ten kieliszek... jako przewodniczący, nie, źle mówię, jako przedstawiciel, tak, przedstawiciel, i prezes Stowarzyszenia Prasy, muszę wszystkim tu obecnym powiedzied, że na świecie dzieje się źle. Bardzo źle!!! This is a damn stupid world, you dig it?17 Uderzył pięścią w stół i tłumiąc czkawkę powiódł triumfalnym wzrokiem po sali. Szef orkiestry widocznie mylnie odczytał spojrzenie, ponieważ znów rozległ się tusz, zaś ambasadorzy mniej ważnych krajów zaczęli klaskad, sądząc, że to już koniec mowy. Pod ścianami zawsze źle słychad, nawet w Ameryce. - A dlaczego źle się dzieje? - kontynuował prezes wyciągając palec w stronę ambasadora Francji, który rozejrzał się z niepokojem wokoło. - Ponieważ panowie politycy za dużo się kłócą i za dużo ucztują, zamiast więcej pracowad na rzecz pokoju. Ot, co! W tym momencie czkawka targnęła prezesem tak okrutnie, że zgiął się wpół i byłby opadł na stół, gdyby nie pomocna dłoo podsekretarza do spraw bezpieczeostwa, Ralpha Bunche. Był to chyba jedyny wypadek w dziejach Narodów Zjednoczonych, kiedy podsekretarz do spraw bezpieczeostwa na coś się przydał. Bunche był już wprawdzie laureatem Nagrody Pokojowej Nobla, ale zasłużył na nią powtórnie, gdyż udaremnił konflikt dyplomatyczny na wszechświatową skalę. W sali rozważano surowe słowa prezesa z wyraźną konsternacją. Nikt właściwie nie wiedział, czy się należy obrazid, a jest to najkoszmarniejszy moment w życiu dyplomaty, gdyż lepiej zawsze obrazid się wcześniej niż za późno. - Mike, nie bądź chamem, oddaj kieliszek - powiedział niespodziewanie prezes odzyskując równowagą. - Więc, powiadam, panowie politycy za mało pracują nad pokojem. Komunizm pleni się jak gdyby nigdy nic. W tym miejscu prezes przypomniał sobie widocznie, gdzie i do kogo przemawia, bo palnął szybko: - ... a przecież mój szanowny kolega radziecki, ambasador Fiedorenko... Tu utknął na dobre, nawet niezależnie od czkawki. Zwrot o „moim szanownym koledze” zaplątał mu się w pamięci z posiedzeo Rady Bezpieczeostwa i z niczym go jakoś nie umiał skojarzyd. Milczał więc dłuższą chwilę, a potem zaczął nucid jakąś kolędę, bo święta istotnie były za pasem. Źle mu to jednak wychodziło; nawet zawodowym śpiewakom czkawka utrudnia poprawne odtworzenie gamy, ale
17

To Jest cholernie głupi świat, kapujecie?

prezes rozczulił się ogromnie własnym talentem i śpiewał coraz głośniej. Dopiero przy „Helo, Dolly” nastąpił kryzys. Powiem, że ucieszyliśmy się z nowego ataku czkawki. Dalszy ciąg oracji prezesa nie był zresztą długi. John M. V. wzniósł jakiś toast, polewając szampanem cały gabinet Narodów Zjednoczonych, układał jakieś rymy i sławił urodę międzynarodowych pao (tak się wyraził), ale wszystko to utonęło w powszechnym rozgardiaszu. Kilku ambasadorów nie mogło się pogodzid z zarzutem lenistwa i demonstracyjnie opuściło salę, co skłoniło zarząd Stowarzyszenia do energiczniejszej akcji przeciw prezesowi. Po czym orkiestra zagrała tusz, wystąpili trzeciorzędni artyści estrady, tłum fagasów rozniósł szampana niedbale zamrożonego i nieco już skwaśniałego, jak to zawsze na przyjęciach, a po kolacji rozpoczęły się taoce trwające do białego rana. Ech, światowe życie! Fakt, że widujemy i u siebie pijanych prezesów lub słuchamy równie zgrabnych przemówieo, nie powinien nikomu nasuwad nadmiernie uproszczonych wniosków. Myślę, że wizytację piętra prasowego możemy na tym chwilowo zakooczyd.

33. AUTOR PROSI O ZACHOWANIE SPOKOJU, PONIEWAŻ BĘDZIE ŚPIEWAŁ BALLADĘ O ORŁACH GASTRONOMII, BRZĄKAJĄC NA TEORBANIE
Czwarte piętro gmachu Sekretariatu zasługuje na uwagę tylko z jednego powodu: mieści się tam osobliwośd na skalę nowojorską, a może nawet kontynentalną - tzw. cafeteria, czyli bar samoobsługowy dla proletariatu urzędniczego Narodów Zjednoczonych, serwujący coś, co chętnie nazwałbym antyjedzeniem. Trzeba naprawdę amerykaoskiej przemyślności, żeby tak dokładnie spaskudzid najsmaczniejsze dary natury. Kurczę przypomina przesuszoną tarcicę sosnową, dorsz wióry ze stali węglowej, sałatki - kompost ogrodniczy, befsztyk - melasę z amoniakiem, kawa - zużyty towot, rozcieoczony terpentyną i doprawiony czteroetylkiem ołowiu. Byłem, jadłem, więc zechcą mi paostwo wierzyd. Za to na piątym piętrze... ale tu już naprawdę proszę o zachowanie spokoju. Mieści się tam restauracja ambasadorska, lokal przeraźliwie drogi i równie snobistyczny, który dla wielu osób np. z Pig Meadow w. Oklahomie lub Fancy Terrace w stanie Waszyngton jest czymś w rodzaju pępka świata. Dla mnie już nie. Menu jest takie sobie - ani szczególnie złe, ani nadmiernie wyrafinowane. Towarzystwo - różne i nie zawsze najciekawsze. Wina podłe, sery przechłodzone, tylko ostrygi rzeczywiście znakomite. To znaczy małże, które Amerykanie nazywają clams - duże, tłuste, wypucowane; o prawdziwych les huitres nie ma co marzyd w takiej knajpie. Jeśli wiec proszę o zachowanie spokoju i panowanie nad sobą, to dlatego, że w pomieszczeniach restauracji ambasadorskiej odbywa się przeważająca większośd przyjęd dyplomatycznych, no, a o tym muszę jednak opowiedzied bardziej szczegółowo. Chodby dlatego, że z owych pięciu lat spędziłem na przyjęciach netto jakieś sześd miesięcy. Nie ze snobizmu, doprawdy, bo na tym akurat tle snobizm ulatnia się bezpowrotnie już po jakichś trzydziestu cocktailach; raczej z obowiązku zawodowego, jeśli już paostwo domagają się wyjaśnieo. Nigdzie poza przyjęciami nie można złapad za guzik tylu ambasadorów równocześnie, dowiedzied się tylu interesujących informacji i usłyszed tylu plotek. Niektórzy moi koledzy utrzymują całkiem serio, że bywanie na przyjęciach jest znacznie ważniejsze niż bywanie na posiedzeniach, i kto wie, czy nie przemawia przez nich duch boży.

Widocznie nadaję się do tego stylu pracy, bo zapraszano mnie, z niewielkimi wyjątkami, na wszystkie niemal przyjęcia przez cały rok. (Ściśle biorąc, wyjątków było pięd: Albania, Luksemburg, Republika Południowej Afryki, Tajwan i Madagaskar, nie licząc kilku krajów, które przyjęd nie urządzały dla zasady; osobiście bolałem tylko nad bojkotem tajwaoskim, ze względu na znakomitą zupę won-ton i pewne pierożki). Mam na temat przyjęd własną teorię gnoseologiczną: dzielę je mianowicie na takie, gdzie ważni są ludzie, i takie, gdzie liczy się jedzenie. Paostwo pytają, ma z tym wspólnego gnoseologia? To proste: na wszystkie przyjęcia i tak chodzid nie sposób, zresztą nie na wszystkie warto. Trzeba zatem wyrobid sobie możliwie sprawną technikę poznawczą dla bezbłędnego wnioskowania a priori. Czas w tej branży jest zbyt deficytowy, aby go można było trwonid na przyjęciach, gdzie nie należy się spodziewad ani interesujących ludzi, ani godziwego poczęstunku. Z całą skromnością wyznam, że poczyniłem w tej technice znaczne postępy, chod nie bardzo wiem, jak mógłbym ją zastosowad w kraju. Gdzie znów te niezliczone przyjęcia, w których trzeba przebierad? Trudno mi tu szczegółowo rozwijad ogólną teorię przyjęd, gdyż jej pionierski charakter i uciążliwa aparatura naukowa kłóciłyby się ze swobodnym tonem niniejszej opowieści. Szkoda, bo socjologia przyjęd dotąd leży u nas odłogiem. Muszę jednak odnotowad, że trzy kraje mają u mnie szczególnie wysoką notę gastronomiczno-polityczną: Japonia, Mauretania i Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka. Jeśli chodzi o Japonię, to wszyscy wiemy, że jest to naród żyjący zakąskami, i dalsze wyjaśnienia są właściwie zbyteczne. Nie chcę twierdzid, że w polityce japooskiej nie dzieje się nic ciekawego. Z doświadczeo ONZ-owskich odnoszę jednak wrażenie, że najciekawsze rzeczy, mimo wszystko, dzieją się w japooskiej gastronomii. A przedstawiciele tego kraju przy Narodach Zjednoczonych należycie pojmują obowiązek propagowania w świecie czołowych osiągnięd narodowych. Tak cudownego węgorza ze śliwkami nie uświadczyd nigdzie na świecie; dobrze uwędzony, pokrojony na misterne plasterki, dyskretnie skropiony cytryną, ozdobiony żmijką ostrego sosu i owinięty w pasemko gorzkiej suszonej śliwki - mógł naprawdę byd pożywieniem dajmiów i szogunów. Cóż powiedzied o 14 rodzajach surowej ryby, podawanej w maleokich dzwonkach do wtóru najwymyślniejszych sosów, jakie zna człowiecze podniebienie? A krewetki w kaparach, a zimny szparag pod beszamelem z grzybkami mun, a brzuszki homarów w łagodnej marynacie, a owe niezwykłe grzyby-ryby o miękkim, słodko-kwaśnym kapeluszu i chrupiących płetwach? Mauretania, jako kraj arabski, wiernie się trzyma pustynnych tradycji kuchennych. Dopiero na jej przykładzie można się zorientowad, co to znaczy wiernośd tradycji. Wnoszą np. kopiastą michę czegoś parującego i ostrego, co na pierwsze wejrzenie przypomina pospolity kus-kus, czyli ryż z szafranem, tymiankiem i drobnymi kłaczkami mięsa. Niech sobie przypomina; zapewniam, że nie chodzi o kuskus. Albowiem dopiero wówczas, gdy biesiadnikom oczy wychodzą z głodu, a pieprzny, gorący ryż przyprawia osoby mniej odporne o nerwowe przełykanie ślinki - służba o oczach z płomieni wnosi na srebrnych tacach upieczone w całości jagnię. To tak się łatwo mówi - pieczone jagnię. W istocie jest to frykas, którego opis przekracza możliwości stosowanych obecnie technik narracyjnych. Natarte silnie czosnkiem i cząbrem, kruszejące przez noc w wonnym moszczu i najdelikatniejszej oliwie, po trzykrod wytarzane w majeranku i zielu zwanym

oregano18, skropione purpurowym winem z gór Atlasu, prażone w kobylim maśle, otoczone wykwintnymi plasterkami oliwek, ostrego pieprzu, mandarynek, cytryny i smukłymi pędami młodej trymbulki - jest to właściwie nie jagnię, lecz poemat, akt strzelisty, pieśo nad pieśniami. I niechaj Allach da długie życie mauretaoskim kucharzom oraz dyplomatom, którzy niżej podpisanemu umożliwili ujrzenie skrawka raju. Szkoda, że towarzysze białoruscy nie wierzą w Allacha, bo też bym się za nich pomodlił. Danie, które serwują na swym dorocznym przyjęciu, nieodmiennie pcha w odmęty mistyki. Chodzi tu na pozór o rzecz nie tak znów wyszukaną, chod w Polsce już dziś prawie nieznaną: o pieczone prosię..Znowu jednak oschłośd tej definicji nie pozostaje w żadnym stosunku do tego, co się dzieje na stole. Przede wszystkim zwracają uwagę dodatki. Jest to najpierw znana nam żubrówka, gdyż słynna trawka rośnie jednak po obu stronach granicy, wbrew naszej bezwstydnej reklamie. Podkreślam tu z naciskiem, że żubrówka wchodzi w skład potrawy, nie jest zaś obdarzona bytem autonomicznym. Tzn. nie trzeba jej zamawiad i wymieniad żadnych ilości. Następnie - sałatka z ostrej, surowej rzepy, obficie przysypana pieprzem i doprawiona krążkami aromatycznej cebuli. Wreszcie - rydze. I cóż tu mogę powiedzied? Są to rydze marynowane niemal tak samo jak u nas, tyle że z większą ilością przypraw, pod którymi domyślam się złotozielonego kopru, wonnej papryki, może nawet ziarnek jałowca; już to samo kazałoby myśled o nich z rozczuleniem. A przecież wielki lud białoruski umiał jeszcze i w tej dziedzinie dokonad historycznych postępów. Zamarynowane rydze na krótko przed decydującą próbą podniebienną wkłada się w oliwę, zupełnie jak śledzia, i podaje się na stół w towarzystwie drobno posiekanej, dobrze zmacerowanej cebulki oraz wielkich ilości natki z pietruszki. Reszta jest milczeniem oraz pracą żuchw i nozdrzy. Dopiero gdy oko zlustruje wszystkie dodatki, może spocząd na prosięciu. Wypchane pulchnymi stertami kaszy gryczanej, wśród której mignie tam i sam apetyczne jabłko lub pachnący lasem suszony borowik, bosko zaróżowione, o skórce chrupkiej i pachnącej, a także osnute perlącą się wokół mgiełką porządnie zamrożonej żubrówki - mogłoby to prosię naprawdę byd symbolem promiennego jutra. Nie mówię, żeby je zaraz wyszywad na sztandarach i umieszczad w herbach, ale dobrze by było mied je stale w pamięci, chodby jako wizję. Wyznam tu z zakłopotaniem, że radzieckie przyjęcia wszechzwiązkowe, skądinąd rojne i wystawne, sprawiały na mnie znacznie mniejsze wrażenie. Może to właśnie w gastronomii należy najzacieklej pielęgnowad tradycje zaściankowe? (A gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym do wszystkich szkół obowiązkową naukę przyrządzania prosięcia po białorusku!). Uff. Teraz już paostwo wiedzą, dlaczego wzywałem do zachowania spokoju. Znów jednak odszedłem od Narodów Zjednoczonych - chod nie wiem, czy gdziekolwiek można się lepiej zjednoczyd niż przy stole - toteż proponuję, abyśmy kontynuowali naszą wycieczkę w przyspieszonym tempie. Zwłaszcza że wszyscy już na pewno zgłodnieli. Ale musimy jeszcze chwilę zamarudzid na bankiecie. Nie piszę tu przecież książki kucharskiej, lecz poważną rozprawę z zakresu współczesnej problematyki międzynarodowej i nie sądzę, żeby się mogło obejśd bez statystyki. Powołam się tu, żeby mnie nikt nie podejrzewał o nadmiar wyobraźni, na źródłowe materiały amerykaoskie, opublikowane na łamach „Washington Post” przez mojego kolegę
18

Donoszą mi, że oregano nazywa się po polsku „lebiodka”. Okropnośd!

Freda Sparksa, dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera19. Sparks, który zjadł zęby i zniszczył żołądek na ONZ-owskich przyjęciach, twierdzi, że w sferach dyplomatycznych Nowego Jorku odbywa się rocznie około dwóch tysięcy przyjęd, cocktaili, bankietów, lampek wina, uroczystych przekąsek i nieformalnych kolacji Daje to średnią w wysokości 5,47 przyjęcia dziennie, a jeśli odliczyd niedziele oraz amerykaoskie święta paostwowe i stanowe - średnia wynosi aż 6,81 przyjęcia na dobę. To znaczy 0,28 przyjęcia na godzinę albo 0,81, jeśli przyjąd ośmiogodzinny dzieo pracy. Gdyby zaś uwzględnid nie żadne tam przeciętne, lecz realny, pięciodniowy tydzieo, liczący średnio 25 godzin przyjęciowych wypadnie dokładnie półtora przyjęcia na godzinę. Dzieo w dzieo. Trudno się dziwid, że w tej sytuacji nawet najbardziej doświadczonym bywalcom zdarzają się potknięcia. Głośna była kiedyś przygoda nowo mianowanego ambasadora Belgii, który udał się do hotelu Waldorff-Astoria na przyjęcie z okazji święta narodowego Mali. U wejścia powiedział windziarzowi, że jedzie na przyjęcie ONZ-owskie i sądził, że to wystarczy. Dopiero po godzinie, kiedy już złożył gospodarzowi serdeczne gratulacje i uścisnął wszystkie prawice, zorientował się, że jest na przyjęciu Górnej Wolty, bo wizualnie oba paostwa dośd trudno rozróżnid. Wycofał się więc dyskretnie, wymawiając się pilnymi zajęciami, pojechał ó piętro wyżej, przeprosił za spóźnienie i ponownie złożył serdeczne gratulacje, co z niewiadomych przyczyn zostało przyjęte szczególnie entuzjastycznle. Był jednak nazajutrz trochę zaskoczony, kiedy ambasador Mali powiedział cierpko, że długo i daremnie oczekiwał swego szanownego kolegi belgijskiego. Okazało się, że o piętro wyżej odbywało się przyjęcie togolaoskie, gdzie celebrowano właśnie kolejny przewrót wojskowy, więc gratulacje belgijskie uznano za dobry omen. Natomiast Mali świętowała na zupełnie innym piętrze i nie w tym hotelu. Ambasador belgijski był tak speszony swoją gafą, że następnego wieczoru złożył ambasadorowi Pakistanu serdecznie gratulacje dla wielkiego narodu Indii. Nie jest to zresztą dowód na szczególne gapiostwo Belgów, bo sam baron von Braun też kiedyś źle poślinił palec, odwinął niewłaściwą kartkę w notesie i przyjechał do rezydencji ambasadora Ekwadoru, gdzie powitała go spłoniona pani domu w papilotach: przyjęcie miało się odbyd dopiero następnego dnia. Bardzo to wszystko śmieszne, ale nikomu z paostwa nie życzę przeżywad w Nowym Jorku np. dnia 15 września. W tym dniu przypadają bowiem święta narodowe Kostaryki, Salwadoru, Gwatemali, Hondurasu i Nikaragui. O tym, żeby chod jedno przyjęcie opuścid, nie ma po prostu mowy, bo zatarg dyplomatyczny gotowy, a wszystkie przyjęcia odbywają się o tej samej porze. Ciekaw jestem, czy już na trzeciej party z kolei byliby paostwo tak zupełnie pewni, jaki to kraj was gości. Chyba jeden tylko dr Max Beer umiał sobie radzid w takich sytuacjach. - Zuzanno - mówił do swej sędziwej małżonki - proszę przyjąd do wiadomości, że odczuwam pilną potrzebę spożycia pewnej ilości portweinu. Niech pani zechce zachowad się godnie i kulturalnie. Proszę zaprzestad tych niestosownych uwag, że mi to szkodzi i że wzmaga ciśnienie. Pani mi przede wszystkim szkodzi, i to już od siedemdziesięciu lat. Co się tyczy ciśnienia, nic mnie nie wprawia w lepszy humor niż ta rozpanoszona hołota. Merde! Proszę mnie również nie szukad po mieście, ponieważ sam nie wiem, który to bałwan wydaje dziś przyjęcie. Oddalam się, Zuzanno. Adieu!

19

Materiały Sparksa, opublikowane już po moim wyjeździe, zawdzięczam koleżeoskiej uczynności mojego kolejnego następcy w ONZ, Jurka Górskiego, któremu niniejszym dziękuję, przesyłam serdeczne pozdrowienia i życzę pełnej sprawności gastrycznej.

Następnie dr Beer wtaczał się na piętro prasowe i pytał pierwszego z brzegu kolegę, gdzie i o której dają portwein. Szczegóły mniej go interesowały, gdyż całą korespondencję od lat wyrzucał do kosza bez czytania i jeździł na przyjęcia tylko wtedy, kiedy sam to uważał za potrzebne, nie troszcząc się o żadne zaproszenia. Kiedy zaś pewien dyplomata południowoamerykaoski czynił mu wyrzuty, że nie zaszczycił swą obecnością przyjęcia z okazji święta narodowego, dr Beer odpowiedział: - Młody człowieku, bywałem w paoskim kraju zanim was jeszcze Kolumb odkrył, ale jeśli jesteście aż tacy wrażliwi, to może mi pan przysład portwein do domu. Tylko żeby nie śmierdział rumem, jak to zawsze u wasi Przedstawiciele krajów wysoko rozwiniętych radzą sobie z natłokiem przyjęd przy pomocy metody PERT lub czegoś w tym guście. Sam widziałem ambasadora francuskiego, znakomitego zresztą dyplomatę starej szkoły, Rogera Seydoux, jak co chwilę zerkał nerwowo na kolorową karteczkę. Był to rozkład jazdy, przygotowany przez sekretarkę, zapewne nie bez pomocy wynajętego komputerka. Zawierał on spis przyjęd wydawanych w ciągu danego wieczoru, adresy, nazwiska ambasadorów i wymowę tych nazwisk, pełną nazwę każdego kraju, nazwę stolicy, powód przyjęcia i - co najważniejsze - wyliczony co do minuty czas, który wolno było ambasadorowi spędzid wśród miłych sercu znajomków. Których zresztą i tak oglądał za pół godziny na następnym przyjęciu. Naruszenie harmonogramu chodby o pięd minut groziło kataklizmem przy natężeniu nowojorskiego ruchu ulicznego. Pewno dlatego małe i średnie kraje przechwalają się Często, że np. ambasador radziecki lub amerykaoski spędzili na ich przyjęciu pełne trzynaście minut. Jeśli tak dalej pójdzie, bez stoperów nie będzie już można uprawiad dyplomacji. Cauchemar des réceptions jest w Nowym Jorku tak uciążliwy, że co pewien czas odzywa się jakiś Wernyhora, ostrzegający przed dalszą eskalacją. Ostatnim za mojej pamięci był sir Mohammad Zafrulla Khan, przewodniczący XVII sesji, który chorował na wątrobę i byd może to go tak ascetycznie nastrajało. „Doszliśmy do kresu ludzkich możliwości - powiedział Khan grupie dziennikarzy. - Nie możemy już wykonad swoich obowiązków. Albo zredukujemy o połowę liczbę przyjęd, albo w ogóle przestaniemy pracowad dla pokoju”. Nie tylko nie przypominam sobie żadnej redukcji przyjęd, ale od czasu tej wieszczby przyjęto do ONZ następne 36 krajów, co oznacza ekstra 36 świąt narodowych, 36 przyjęd podczas sesji i, lekko licząc, 108 cocktaili oraz 216 kolacji w wąskim gronie. Myślę, że kiedy liczba krajów członkowskich ONZ dojdzie do dwustu, Narody Zjednoczone będą mogły w koocu porzucid tę nużącą dyplomację i spokojnie zająd się ucztowaniem. Polskie powiedzonko „nie uczta Baltazara, sami się uczta” zyskałoby wtedy interesujący kontekst. Fred Sparks utrzymuje, że delegacje przy Narodach Zjednoczonych wydają rocznie około 10 milionów dolarów na przyjęcia, co czyniłoby 1142 dolary na godzinę, świątek i piątek, od rana do rana. Oczywiście przyjecie przyjęciu nie równe; nad polskim skąpstwem już ubolewałem (wątpię, czy wydajemy 1142 dolary przez cały rok), zresztą w ogóle kraje uprzemysłowione mają u mnie słabą trójkę na szynach z pięknej sztuki biesiadowania. Nawet Francuzi, którzy się dotąd chełpią swoją kuchnią, podupadli dziś bez nadziei na poprawę. Jednak krajów ciągnących dzielnie wzwyż ONZ-owską średnią jest zdecydowanie więcej. Na przykład delegacja Ghany w każdą niedzielę wydaje śniadanie na osiemdziesiąt osób. Delegacja nigeryjska, dzierżawiąca wspaniałe rancho w najbardziej ekskluzywnym powiecie Tarrytown kolo Nowego Jorku,

przynajmniej raz na tydzieo podejmuje całą Czarną Afrykę, a raz na miesiąc - Trzeci Świat tout court. Nie licząc okazji, kiedy podejmuje cały świat. O atmosferze tych przyjęd niech świadczy fakt, że opodal basenu kąpielowego wiszą rzędem zapasowe smokingi i skromne suknie od Bonwita i Tellera, gdyż goście, podochoceni nad ranem atmosferą ogólnoafrykaoskiej przyjaźni, często zapominają zdjąd odzienie przed zażyciem orzeźwiającej kąpieli. Osobiście rzadko bywałem w rezydencji nigeryjskiej, ponieważ kilka razy ostro się ściąłem ze stałym przedstawicielem tego kraju, chiefem Adebo, a już ówczesny minister spraw zagranicznych Nigerii, Dżadża Waczuku, działał mi na nerwy prawie tak samo jak... no, mniejsza z tym. Ale wielu spokojniejszych kolegów nieraz uczestniczyło w tych szampaoskich przyjęciach; Fred Sparks nawet to wszystko dokładnie opisał, niewdzięcznik. Delegacja malezyjska uczciła ostatnio święto narodowe przyjęciem w najdroższej nowojorskiej restauracji „Le Pavillon”, gdzie rachunek wyniósł 128 dolarów na osobę. Paostwo pytają, co można zjeśd za 128 dolarów? A, sporo. Chętnie opowiem. Były więc na początek normalne hors d'oeuvry; jesiotr w galarecie, kawior (oczywiście radziecki), owoce avocado, szczygły w cieście prowansalskim oraz gambas fritas, czyli duże, pulchne krewetki śródziemnomorskie, smażone na ostrym ogniu bez tłuszczu. Potem zupa z młodych żółwi, sklarowana do stanu kryształowej przejrzystości. Potem kapłon z rożna, nadziewany wiśniami i przyprawiony kolendra, po wierzchu zaś polakierowany mniej więcej tak jak kaczka po pekiosku. Wreszcie jako główne danie wystąpił lobster à la Newburgh. Czyżby paostwo nie wiedzieli, o co chodzi? Mam tu na myśli częśd ogonową wielkiego, kilkuletniego homara. Gotuje się ją najpierw w słonej i pieprznej wodzie, niestety, bez kopru, bo tego ziela biedni jankesi niemal nie znają i pewno w ogóle nie wiedzą, jak mogą smakowad raki z koprem. Niektórzy dodają jeszcze do wody tuzin muli i kilka ostryg, ale nie wydaje mi się to konieczne, gdyż mule zawsze odrobinkę śmierdzą błotem. Ten rozkoszny skądinąd smrodek smakuje jak asafetyda, jeśli mule zjada się w ogromnych ilościach, natomiast jako dodatek do homara byłby przykrym dysonansem. Po ugotowaniu ogon homara wyjmuje się z wrzątku, tnie piłką elektryczną, bo skorupa ma przynajmniej 2 mm grubości, i podaje się na stół. Biesiadnik specjalnym widelcem wybiera różowozłote mięsko i macza je we wrzącym maśle z przyprawami. Do tego - parująca bułeczka z tartym czosnkiem, spulchniona w bardzo gorącym piecu i otoczona cynfolią. Oraz zimne, wytrawne, białe wino. No, krótko mówiąc organoleptyka, wciurnośd i mamałyga. Inna rzecz, że nawet przy takim nabożeostwie polityka dała o sobie znad. Ambasador Ghany, Emanuel Appiah, sięgnął w pewnym momencie po kartę dao leżącą na oknie i stwierdził, że ów homar widnieje w menu jako South African Lobster Tail, czyli ogon homara południowoafrykaoskiego. Zadzwonił więc w kieliszek i zażądał wyjaśnieo, gdyż kilkaset rezolucji Zgromadzenia Ogólnego i Rady Bezpieczeostwa zabrania utrzymywania jakichkolwiek stosunków handlowych z RPA, ambasador zaś słusznie chyba domniemywał, że homar sam nie przepłynął przez cały Atlantyk. Gospodarze mieli trochę zakłopotane miny, lecz szef „Le Pavillon” wyjaśnił bez zmrużenia powiek, że nie chodzi tu o Republikę Południowej Afryki, z którą w istocie nikt nie może utrzymywad stosunków, lecz o pojęcie geograficzne: po prostu o południowe wybrzeża Afryki. Co, jeśli nawet nie jest zupełnie prawdziwe, całkowicie zmienia kwalifikację polityczną zwłok homara, nie zmieniając bynajmniej ich boskiego smaku. Sami paostwo wiedzą, że pewna zakąska i u nas dopiero od niedawna nosi nazwę karpia na słodko z jarzynami. Kiedyś nazywała się zupełnie inaczej, ale cicho, sza, bo niektórym zacznie się odbijad.

128 dolarów na głowę gościa nabiera należytej wymowy dopiero w zestawieniu ze średnim zarobkiem miesięcznym w Malezji, który kształtuje się o połowę niżej. Przyznam jednak, że przy jedzeniu homara à la Newburgh tracę panowanie nad sobą, toteż i moje refleksje polityczne są nieco rozcieoczone, a sądzę, że nie jestem wyjątkiem. Zapewne taki właśnie cel przyświeca dyplomacji malezyjskiej: jeśli się nażre, to może potem nie będzie obgadywał. Zresztą, czy tylko malezyjskiej? Na przykład ambasador Umit Hayuk Bayülken, stały przedstawiciel Turcji, wynajmował dziesięciopokojowe mieszkanie na Gracie Square, w najdroższym i najmodniejszym punkcie miasta. „Na tej przestrzeni można by było przeprowadzid doroczne manewry Paktu Atlantyckiego, ale koszty nie byłyby mniejsze” - westchnął do pani ambasadorowej Fred Sparks. Pani ambasadorowa wzruszyła ramionami i odpowiedziała, że musiała wynająd nieco większy lokal, „bo gdzie indziej można dziś wydad przyjęcie na 500 osób?” Rzeczywiście, gdzie: w M-320? Pani ambasadorowa H. V. uparła się, że musi byd sąsiadką Jacqueline Onassis. Jest to rzecz trudna, ale jednak osiągalna. Paostwo V., wraz z 14-osobową służbą, zajmowali całe piętro na Piątej Alei, skąd przed wieczorem mogli oglądad, jak w Parku Centralnym narkomani wbijają przechodniom nóż pod żebro. Pani V. potrafiła nawet zainteresowad materialnie najsłynniejszego cukiernika w Nowym Świecie. Na pewnym przyjęciu wykonał on z lodów pistacjowych naturalnej wielkości figurę prezydenta Pompidou. Ów cukiernik inkasuje sto dolarów za to, że żyje, drugie sto za to, że był łaskaw zaszczycid, a następnie piędset tytułem honorarium. Ale bywają też w Nowym Jorku przyjęcia, o których fama trwa przez długie lata. Opowiadałem już tutaj o fieście u księcia Miske, muszę jednak zakooczyd przynajmniej skromną wzmianką o przyjęciu, jakie rezydująca stale w Nowym Jorku markiza de Cuevas wydała z okazji przyjazdu wnuczki generała Franco, Marii del Carmen Martinez-Bordiu. Markiza wynajęła specjalnie na ten cel przedmiejski zajazd w stylu rosyjskim, noszący nazwę „Nicholas and Alexandra”. Samo układanie listy gości zajęło podobno tydzieo, ale nie ma się czemu dziwid. Kronikarze gazet nowojorskich mieli potem nadnormową wierszówkę przez wiele tygodni. Wśród obecnych byli min.: Rockefellerowie z przychówkiem; najbogatsza baba wschodniego wybrzeża, dziedziczka fortuny tytoniowej, Doris Duke, była żona Henry Forda, Christina; jeden prawdziwy kosmonauta; księżniczka Elżbieta Jugosłowiaoska; księżna Zinaida Wołkooska; najprzystojniejszy wówczas playboy Ameryki, George Hamilton; doktor Christian Barnard; około tuzina gwiazd filmowych, włącznie z Elizabeth Taylor, która dźwigała z udręką swój słynny diadem z brylantów, oceniany na 3 miliony dolarów; Henryk, hrabia Paryża, ten sam, który do tej pory nie pogodził się z Wielką Rewolucją Francuską; Paul Getty; Frank Sinatra, który akurat miał wolną chwilę w przerwie między śpiewaniem piosenek i biznesami z mafią; piętnastu ambasadorów; troje dyżurnych hippiesów z gołymi pępkami i kolczykiem w nozdrzach; kuomintangowiec przebrany za maoistę; no i oczywiście pani Jacqueline Aristoteles Socrates Onassis; tak brzmi jej pełne nazwisko, ale może raczej niepełne, bo jej małżonek, chod tak wybitny intelektualista, zapomniał jeszcze o Platonie i Demokrycie. Chyba wystarczy. Markiza de Cuevas zapłaciła rachunek w wysokości 45 tysięcy dolarów („To prawie jak budżet narodowy I” - westchnęła podpisując czek), ale ubaw był podobno po pachy. Mówię „podobno”, bo rzecz działa się już po moim wyjeździe. Gdyby to się działo jeszcze za mojej bytności, mieliby paostwo relację z pierwszej ręki.

Na superparciance znalazł się też pewien afrykaoski dyplomata, oczywiście zaproszony w charakterze dyżurnego Murzyna. „Czy paoscy przodkowie - spytała księżna Wołkooska - byli może ludożercami?” „Ależ oczywiście, droga księżno - odparł dyplomata. - Nawet mój dziad bardzo jeszcze lubił nereczki”. „A pan już nie?” ,,Och, nie, to wyszło z mody - odparł dyplomata. - Najwyżej czasem ogryzę jakiś piszczel, ale dobrze upieczony”. Podobno przysłuchująca się temu dialogowi Maria del Carmen Martinez-Bordiu spytała, czy szanowni goście rozmawiają serio. Takie pytania może zadawad tylko oderwana od życia wnuczka generała Franco. A jak mają mówid - pół-żartem? Nie chcę się zarzekad, ale moje plotki zbliżają się do kooca i nie jestem pewien, czy będę miał jeszcze okazję wrócid do jedzenia, toteż dodam, że nie ma na świecie potrawy, której przy odpowiednim nakładzie środków finansowych nie można by było dostad w tym oszałamiającym mieście. Jeden jedyny znany mi wypadek skarg i zażaleo pochodzi od stałego przedstawiciela Bhutanu, ambasadora A. M Rama. „Właściwie możemy tu dostad wszystko, co jadamy u siebie w Himalajach - powiedział ambasador Sparksowi - z jednym tylko wyjątkiem. Nie udało mi się dotąd nabyd peklowanej szynki z jaka”. Źle to świadczy o przedsiębiorczości jankesów, wyjaśnię jednak, że szynkę z jaka przyrządza się mniej więcej tak samo jak hiszpaoską jambon serrano. Połed surowego mięsa wiezie się na najwyższą górę, gdzie słooce, ozon, wiatr i mróz przerabiają surowiec na delikates niemożliwy do opisania. A gdzież w Ameryce Himalaje? Płatki takiej szynki mają grubośd kartki papieru, a smakują tak, że oprócz polskiej wódki właściwie nic nie może im towarzyszyd. Oczywiście, można by jeszcze na talerzu położyd kilka marynowanych olszówek, pikantny sos keczup, oliwkę, świeży chrzan ze śmietaną, kroplę dobrej rosyjskiej musztardy, listek świeżej sałaty, zziębnięty korniszonek z listkiem bobkowym, rzodkieweczkę, szmaragdowe plasterki ogórka małosolnego, cichozielonego rydzyka, ewentualnie porcję kaczki po sztrasbursku, nadziewanej truflami i owocami. Nie sądzę, aby się podniosły sprzeciwy, gdybyśmy dołożyli jeszcze śniade płatki perliczki oraz udko bażanta, oczywiście ze starannie upieczoną skórką. Na sąsiednim półmisku może byd np. marynowany minóg w sosie gdaoskim, obszerny wyjątek wędzonego łososia z cytrynką i kaparami, a także świeża sielawa o barwie topazu, najlepiej przybrana młodą dymką i delikatnie skropiona winegretem. Z kolorystycznego punktu widzenia nie zaszkodzi też naszej kompozycji szarobrązowy pasztet z zająca oraz śnieżnobiałe jajeczko garni, faszerowane kabaczkami, zieloną pietruszką i drobno posiekanymi anczosami. Nie domagam się już ani stynek w piekielnym sosie bałtyckim, ani śledzia północnoniemieckiego (cebula, jabłka, śmietana), ani nawet turbanu z raków, gdyż rozumiem różne historyczne ograniczenia. Myślę jednak, że nasza wrażliwośd estetyczna srodze by ucierpiała, gdyby w pobliżu zabrakło srebrnoszarych rolmopsów, purpurowej papryki à la hongroise oraz platynowego schabiku o chrupkiej, miedzianozłotej skórce, oszronionego siwym majerankiem. Co się tyczy kołdunów... Zdaje się, że mi już do reszty odbiło. A miałem przecież opowiadad o polityce, dyplomacji i wielkim świecie.

34. ZWIEDZAMY GMACH NARODÓW ZJEDNOCZONYCH. AUTOR JESZCZE RAZ PROSI, ŻEBY SIE PAŃSTWO ZACHOWALI W SPOSÓB POWAŻNY I CAŁKOWICIE ODPOWIEDZIALNY
Ósme piętro gmachu Sekretariatu zasługuje na naszą uwagę tylko z tego powodu, że możemy tam odnaleźd jeszcze jeden maleoki skrawek PRL, czyli biuro, a właściwie biurko, stałego korespondenta Polskiego Radia i Telewizji Przez wiele lat był nim dobrze znany radiosłuchaczom Władysław Pawlak, a następnie bliski druh niżej podpisanego, Bartosz Janiszewski, któremu basowy głos, niedościgła lakonicznośd sformułowao oraz szereg innych zalet osobistych i zawodowych przysporzyły ogromnej popularności w kraju, a powiem od siebie, że również za granicą. Gdyby zrodziły się wątpliwości, czy przypadkiem zbytnio nie koloryzuję, Bartosz Janiszewski zawsze może potwierdzid przy okazji, że nie opowiadam tu nawet dziesiątej części tego, co mógłbym opowiedzied. Upoważniam czytelników, aby pytali go śmiało i bez zahamowao. Mówi on wprawdzie niewiele, ale za to do rzeczy. Akurat odwrotnie niż autor niniejszych plotek. Może dlatego tak się świetnie nawzajem uzupełnialiśmy. Piętra od jedenastego do trzydziestego siódmego możemy przejechad windą ekspresową, ponieważ i tak nic nie moglibyśmy zobaczyd. W tym rejonie gnieździ się - tak, ponieważ niedostatek powierzchni biurowej jest bolączką nawet w ONZ - ponad trzy i pół tysiąca urzędników Sekretariatu, zajmujących się właściwie wszystkim, co można wymyślid: przygotowaniem międzynarodowej mapy świata w skali jeden do miliona, kontrolą obrotu narkotykami, szkoleniem czeladników drukarskich w Ugandzie, zwalczaniem jaglicy, statystyką eksportu kopry, prawem karnym w bantustanach, natężeniem promieniowania w troposferze... To prawda, że profesor Parkinson mógłby tu miauczed ze szczęścia, bo rozmnażanie się ciał urzędowych przez pączkowanie właśnie w ONZ uzyskuje najbardziej sugestywną ilustrację. Odradzałbym jednak prześmiewki i wzruszanie ramionami. Jako przysięgły zwolennik tej organizacji pragnę chod raz stwierdzid z całą powagą, że użytecznośd ONZ w dziedzinach pozapolitycznych jest dziś nie do podważenia. I kto wie, czy nie większa niż rola ONZ w polityce światowej. Gdyby instytucja ta nie istniała, należałoby ją niezwłocznie stworzyd. Nie chcę przez to powiedzied, że np. pion rozbrojeniowy w Sekretariacie nie budzi we mnie żadnych uczud prócz bezkrytycznego uwielbienia. Nowy zawód „rozbrojeniowca”, wymagający dziś wysokiej specjalizacji, biegłości w hermetycznym żargonie, zwłaszcza zaś wyjątkowej wytrzymałości na nudę, wydaje mi się znacznie mniej użyteczny, przynajmniej póki co, niż np. astrobotanika czy paleozoologia. Ale Narody Zjednoczone zajmują się przecież, na szczęście, nie tylko rozbrojeniem. Skoro już mowa o nowych zawodach, muszę bodaj wspomnied (na obszerne studium przyjdzie jeszcze czas) o zawodzie „międzynarodowca”. Są to znane i u nas osoby wyjeżdżające w styczniu na konferencję związków zawodowych, w lutym reprezentujące młodzież pracującą w walce przeciw imperializmowi, w marcu dyskutujące w Pernambuco o problemach obrony pokoju (najczęściej z dużą kuchnią). Kwiecieo jest niezłym miesiącem dla popierania walki narodu Zimbabwe, w maju świetnie się udają rajdy gwiaździste im. Pitagorasa, czerwiec upływa na spotkaniach z przodującymi odpalaczami zęzy w Portofino. Lipiec i sierpieo moi znajomi „międzynarodowcy” poświęcają studiom nad wpływem fal morskich na erozję plaży w Acapulco oraz sympozja w zakresie nauk turystycznych. Wrzesieo... ale co ja tu będę wyliczał, przecież wszyscy znamy te załatane osoby. Dopiero w grudniu

dzielą się z nami nabytym doświadczeniem i zajmują się dowodami na własną niezbędnośd. Po angielsku nazywa się ich junket-trippers, co świadczy, że są zjawiskiem istotnie międzynarodowym. Piętro trzydzieste siódme gmachu ONZ wymaga jednak, abyśmy wysiedli z windy i przespacerowali się trochę. Tu właśnie urzędują liczni podsekretarze. Wśród nich Bohdan Lewandowski, a od niedawna także obywatel ChRL, Tang Ming-czao. Gdyby Sekretariat był czymś w rodzaju rządu światowego, ludziom tym przysługiwałby tytuł wicepremiera. Jest to barwna i ciekawa galeria postaci, chod skłamałbym mówiąc, że wszyscy oni cieszą się jednakową sympatią prasy i że o wszystkich pisaliśmy con amore. Nawet wręcz przeciwnie: niektórzy są przez prasę sumiennie bojkotowani, i to niezależnie od różnic politycznych. Prasę zawsze można ukrócid - to potrafi prawie każdy - ale zmusid ją do miłości jest znacznie trudniej. Nie twierdzę, że się to nigdy nie udaje, lecz znane mi wypadki z reguły przypominają miłostki z variété: trwają krótko i nieodmiennie kooczą się kociokwikiem. Podsekretarzem, który miał u nas szczególnie złą notę, był arogancki, źle wychowany Nowozelandczyk Bruce Turner, odpowiedzialny za sprawy finansowe. Jego opryskliwośd szła w parze z bardzo niejasnymi koneksjami politycznymi. Przyznam tu z podniesionym czołem, że tępiłem go przy każdej okazji i bez przebierania w słowach. Na jego konferencjach prasowych zawsze podnosiłem rękę jako pierwszy, gdyż uparłem się, aby ustalid los 17 milionów dolarów z remanentu operacji kongijskiej wojsk ONZ. Nie twierdzę, oczywiście, że Turner rąbnął po prostu tę sumę. Chodziło o to, że korzystając z poparcia Amerykanów i pewien swej bezkarności, Turner dokonywał licznych cudów w księgowości i żonglował wydatkami z tytułu operacji wojskowych ONZ w Kongu i na Bliskim Wschodzie. Kraje socjalistyczne i Francja uważały te wydatki za bezprawne i nie istniejące od samego początku, najzupełniej zresztą słusznie, wobec czego nie mogły gmerad w rachunkach Turnera i domagad się wyjaśnieo. Ja natomiast, jako wolny ptak, formalnie nie związany z poglądami rządu PRL, a w każdym razie zawodowo wyzbyty wszelkiej wstydliwości, nie musiałem powściągad swego wścibstwa, które doprowadzało Turnera do wściekłości. Któregoś dnia wyszperałem, że ONZ wypłaciła 5 milionów dolarów wojskom lotniczym Stanów Zjednoczonych za „usługi transportowe” podczas operacji kongijskiej. Turner również i ten dług chciał nam przypisad do rachunku sumienia. - Panie Turner - zapytałem go na kolejnej konferencji prasowej - czy paoskim zdaniem siły lotnicze Stanów Zjednoczonych wymagają międzynarodowej pomocy dobroczynnej? - Jaśniej - warknął Turner. - To ja bym prosił, żeby było jaśniej. Dowiedziałem się, że ze składek mojego kraju, między innymi, zapłacił pan Pentagonowi pięd milionów dolarów. -- Stany Zjednoczone są członkiem ONZ i jeśli świadczą usługi Narodom Zjednoczonym, musimy pokrywad koszty tych usług. Jest taka rzecz: prawo międzynarodowe, może pan słyszał... - Owszem, słyszałem. Odkąd to prawo międzynarodowe pozwala panu wynajmowad dla ochrony pokoju amerykaoskie samoloty wojskowe z uzbrojoną załogą? - Był pan przy tym?

- Mam w ręku numer ,,New York Timesa”, gdzie widad wyraźnie amerykaoskie transportowce. - I co, uzbrojoną załogę także? - Szczegóły potem, panie Turner. Zapłacił pan te pieniądze Pentagonowi czy nie? - Cóż to, przesłuchanie? - Nie. Zbieram materiały do artykułu o finansach ONZ. - Powodzenia. - All right. A co się stało z siedemnastoma milionami z operacji kongijskiej? - Znów pan zaczyna? Ostrośd tego dialogu doprawdy nie została przydana ex post. Z Turnerem rzeczywiście tak trzeba było rozmawiad. Narody Zjednoczone są bowiem rezerwatem wykwintnych manier i reweransów protokolarnych, dopóki mowa o drobnostkach w rodzaju pokoju rozbrojenia czy walki z głodem. Kiedy jednak przychodzi do pieniędzy - karczemne burdy i zupełnie nieparlamentarne kłótnie są na porządku dziennym. Dowodem niefortunna XIX sesja, która o mały włos nie zakooczyła się rozpadem ONZ i pracowała w stanie głębokiego paraliżu. Nie powiem, żebym potępiał tę praktykę żarcia się o każdy szeląg. Sama działalnośd Turnera, nie mówiąc już o innych obserwacjach, utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinniśmy się targowad bez litości o każdego ciężko zapracowanego dolara z naszej kasy. O pozostałych podsekretarzach nie będziemy chyba wspominad, ponieważ trudno na ogół powiedzied o nich coś złośliwego, a zastrzegłem się już, że nie zajmuję się tutaj rozdawnictwem laurek. Zresztą, panegiryk, jaki już wypisałem na cześd Bohdana Lewandowskiego, sprawiłby, że pochwały pod adresem innych podsekretarzy mogłyby zabrzmied jak szyderstwo. Chcę byd jednak właściwie rozumiany: jeśli mówię, że trudno powiedzied o podsekretarzu coś złośliwego, to wcale nie znaczy, że nie można. Np. znokautowany przez Barudiego podsekretarz do spraw prawnych, Stavropoulos, niegdyś compagnon de la libération samego Hammarskjölda, starczyłby na dobre trzy strony pieprznych historyjek. „Trudno” oznacza tu po prostu, że trudno. Należałoby może powiedzied coś dobrego o byłym podsekretarzu do spraw administracyjnych, Jirzim Nosku z Czechosłowacji, ponieważ jego zajęcia były tak skromne i niewdzięczne, że rzadko się o nim dobrze mówiło. Złośliwcy nazywali go czasem „podsekretarzem od ręczników”, gdyż do jego kompetencji należał również nadzór nad administrowaniem gmachów Organizacji. Nosek ujawnił nam kiedyś, że ONZ, nie licząc agencji wyspecjalizowanych, wytwarza rocznie 5 milionów stron dokumentów, raportów, rezolucji i transkryptów. W przeliczeniu na głowę mieszkaoca planety jest to i tak znacznie mniej niż ilośd równoważnika trotylowego zapasów broni jądrowej, ale jest to jednak liczba zatykająca dech: prawie 14 tysięcy stron dziennie, czyli 570 stron na godzinę! Również od Noska dowiedzieliśmy się, że w czasie sesji zwyczajnej każda minuta obrad kosztuje 275 dolarów. Szybko sobie wyliczyłem, ile kosztuje Dżamil Barudi: około 2 milionów dolarów, gdyż przegaduje nie mniej niż 150 godzin rocznie, z czego większośd podczas sesji.

Pozostaje nam więc w gmachu Sekretariatu już tylko trzydzieste ósme piętro, w całości zajmowane przez biuro sekretarza generalnego. I tutaj - zechcą paostwo wybaczyd, jeśli będę się jąkał lub zacinał: O U Thancie jest niezmiernie trudno plotkowad. Był to człowiek właściwie zupełnie pozbawiony wad i słabości, uczciwy i prawdomówny do granic w dyplomacji nie znanych, wolny od krzty próżności lub prywaty, obdarzony niemałą odwagą cywilną, pracowity i odpowiedzialny, wykształcony i utalentowany, nie ukrywający swych liberalnych przekonao: a zarazem obiektywny i pełen szacunku dla wszystkich punktów widzenia... no, nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzied po tej salwie z superlatywów. Jeśli istnieje współczesny mąż stanu, którego najszczerzej i bez zastrzeżeo lubiłem, szanowałem i podziwiałem, to był nim na pewno ten niski, siwiejący człowiek o dobrej, mądrej, nieco nieruchomej twarzy. Nie umiałem wyobrazid sobie gmachu ONZ, w którym mogłoby zabraknąd jego chropawego głosu z lekkim birmaoskim akcentem; jego taktu i skromności, tak bardzo kontrastujących z jaśniepaoskimi manierami Hammarskjölda? jego orientalnej kurtuazji wobec każdego, chodby najniższego rangą rozmówcy. Miałem okazję rozmawiad z U Thantem dziesiątki razy. Parokrotnie były to rozmowy dłuższe i dalekie od zdawkowości. I po każdej rozmowie, po każdym wystąpieniu publicznym moja admiracja dla tego człowieka wzrastała. Rad jestem niezmiernie, że po tylu złośliwościach i prześmiewczych anegdotach mogę to akurat powiedzied najzupełniej serio i z głębokim przeświadczeniem. . A o tym, jak piekielnie niewdzięczna była praca U Thanta i do jakiego stopnia rzucanie mu kłód pod nogi stało się ulubionym sportem międzynarodowym - wiedzieli tylko najbliżsi współpracownicy sekretarza generalnego i grupa dziennikarzy, których darzył zaufaniem. Poczytuję sobie za wielki honor, że mogłem zaliczad się do tej grupy. U Thant, który przez większą częśd swego życia sam był dziennikarzem i nauczycielem, miał przy wszystkich swych zaletach jeszcze i tę, że lubił prasę, liczył się z nią i potrafił z nami utrzymywad przyjazne, dalekie od formalizmu stosunki. Widzę jednak, że popadam w rzewnośd i dosłownośd, czyli uczucia zupełnie niestosowne na tym jarmarku drwin i próżności, jaki sobie umyśliłem. Napisałem na przykład, że U Thant jest pozbawiony wad i słabości. W istocie, wad trudno się w nim doszukad - nawet jego zdeklarowani przeciwnicy z prawa i z lewa (bo i takich miał, np. w Tiranie, gdzie kiedyś beztrosko oznajmiono, że jest on „lokajem amerykaoskiego imperializmu”) nie ośmielili się atakowad go ad personom. Sekretarz generalny miał jednak kilka słabostek, które, na mój gust, uczłowieczają konterfekt każdego polityka i w dobrze pojętym interesie społecznym powinny byd zawsze eksponowane, a nie wstydliwie przemilczane. U Thant nigdy nie rozstawał się z wonną cygaretką, kilka razy do roku wypijał dwierd szklaneczki sherry, a jeśli chodzi o życie doczesne, to miał w nim jedną, nieprzepartą namiętnośd: własnego wnuka. Ów młody, dwuletni wówczas człowiek miał u sekretarza generalnego zdecydowane pierwszeostwo przed wszystkimi bez wyjątku królami i premierami. Koła zbliżone do sekretarza generalnego chętnie opowiadają, jak to podczas niezmiernie ważnej wizyty, składanej na trzydziestym ósmym piętrze przez stałych przedstawicieli wielkich mocarstw, w Radzie Bezpieczeostwa, a dotyczącej jakichś zupełnie kluczowych kwestii międzynarodowych, w gabinecie rozległ się nagle dzwonek telefonu. Ponieważ sekretarz osobisty U Thanta, młody Francuz Lucien Lemieux, był urzędnikiem bezbłędnym i nie dopuściłby do przerywania tak ważnej rozmowy

bez istotnych powodów, ambasadorzy zamilkli, oczekując sensacji. U Thant podszedł do telefonu i zaczął rozmawiad po birmaosku. Trwało to z pięd minut. Sekretarz generalny zapomniał o obecnych, jego nieruchoma zazwyczaj twarz zdradzała tym razem wyraźny niepokój. Wreszcie odłożył słuchawką i powiedział do ambasadorów: - Przepraszam. Otrzymałem złą wiadomośd. Mój wnuczek dostał rozwolnienia. Ponieważ wszyscy ambasadorzy byli już dziadkami, temat rzadkiej kupki podjęto z ożywieniem i wszechstronną znajomością rzeczy. Wymieniono doświadczenia, uzgodniono remedia, przedyskutowano problematykę zupki jarzynowej i dopiero wtedy ambasadorzy wielkich mocarstw przypomnieli sobie, że mają mówid o losach świata. Nie muszę dodawad, że od razu zaczęli się kłócid. U Thant, przy całej niebiaoskiej pogodzie ducha i manierach, które wprawiały w zakłopotanie nawet wychowanków Etonu, nie stronił czasami od sformułowao dosadnych i utrzymanych w stylu epoki. To on właśnie nazwał kiedyś publicznie secesjonistów katangijskich „bandą błaznów”; to on, również publicznie, zarzucił Lyndonowi Johnsonowi świadome kłamstwo; on także jest autorem określenia „antyludzie” o rasistach z Johannesburga. Niewielu znałem tak przenikliwych i bezwzględnych przeciwników wojny wietnamskiej jak U Thant Wiem dobrze, jak wiele wysiłków podejmował od pierwszej chwili, aby położyd kres tej masakrze i jak często nie cofał się przed posunięciami, których bynajmniej jego urząd nie wymagał. Przyjdzie jeszcze czas, że napiszę jakieś memuary, i wtedy przytoczę in extenso swoje tajne notatki z rozmów, jakimi mnie zaszczycił U Thant w najgroźniejszych momentach kryzysu wietnamskiego. Znam między innymi treśd jego rozmowy telefonicznej z Ruskiem nazajutrz po rozpoczęciu stałych bombardowao DRW w lutym 1965 roku. Ale ani to miejsce, ani pora, aby mówid o takich sprawach. Chcę tylko powoład się na ten fakt, aby słowa uznania i szacunku, odbiegające od tonu niniejszych plotek, nie brzmiały zdawkowo. Następca U Thanta, Kurt Waldheim, jest niewątpliwie świetnym dyplomatą, energicznym administratorem i człowiekiem o godnych uwagi przymiotach umysłu, o ile mogę wnioskowad z opinii, jaka go otacza w ONZ, gdyż objął Sekretariat pod moją nieobecnośd. Byd może jako zarządca tego międzynarodowego biznesu jest nawet sprawniejszy niż jego poprzednik. Ale żurnalistów trudno jakoś usatysfakcjonowad. Nie będę twierdził, że na tym polega nasz nieprzeparty wdzięk, gdybyśmy jednak nie szukali dziury w całym, świat szybko zamieniłby się w jedno wielkie Oświadczenie Rządowe. Cóż, nasza wycieczka dobiega wreszcie kooca. Proponuję, abyśmy teraz windą ekspresową zjechali z trzydziestego ósmego piętra o czterdzieści dwa piętra w dół, czyli do podziemi. Jest to prawdziwy labirynt, którego projektanci postanowili widocznie nawiązad do tradycji starogreckich, skoro kolumny już się im przejadły. O ile wiem, nawet administracja gmachu ONZ niezupełnie się rozeznaje w tej monstrualnej plątaninie korytarzy, zakamarków, garaży, szybów, składów i hal. Niżej podpisanemu nawet po kilku latach zdarzyło się tam zbłądzid i woład o pomoc. Nie słyszałem, aby ktokolwiek dotarł do najniższego piętra podziemi lub wiedział, gdzie się one naprawdę kooczą. Gdyby rzecz nie działa się w trzeźwej Ameryce, na pewno plątałby się po podziemiach jakiś miejscowy Liczyrzepa.

Chociaż - nie przesadzajmy z tą trzeźwością. Sam czytałem w wydawnictwie John Birch Society, że z tajnych zakamarków podziemi ONZ wiedzie strzelisty tunel wprost do Moskwy, na Kreml. Birchyści, prowadzący walkę przeciw ONZ z zaciekłością paranoików, od tylu już lat wrzeszczą swój slogan „ONZ jazda z USA!”, że w pewnym momencie zaczęto zupełnie serio rozważad możliwośd przeniesienia siedziby Organizacji do Tangeru, Casablanki lub na jakieś niezbyt ustronne, umiędzynarodowione wyspy. Zanim ktokolwiek podjął próbę obliczenia, ile by ta przeprowadzka kosztowała, wielki koncern hotelowy Hiltona zgłosił gotowośd nabycia gmachu nad Wschodnią Rzeką, oferując podobno 50 milionów dolarów. Polsce przypadłoby z tego nieco ponad 800 tysięcy (przez dłuższy czas inkasowaliśmy 25 tysięcy dolarów rocznie z tytułu sprzedaży własności Ligi Narodów), wobec tego zechcą się paostwo zastanowid, aby w ewentualnym plebiscycie mied już dobrze wyrobione zdanie. Powtarzam i będę powtarzał do upadłego, że jesteśmy przecież współwłaścicielami tego całego interesu - każdy z nas, drodzy paostwo. Niewiele brakowało, abym zginął na posterunku przy wykonywaniu obowiązków zawodowych w gmachu ONZ. Serio. Faszystowskie bojówki amerykaoskie, zwane „Minutemen”, przepełnione wolą walki z infiltracją komunistyczną na ziemi amerykaoskiej, przygotowały przed kilku laty plan umieszczenia półtora kilograma cyjanku potasu w głównym filtrze aparatury klimatyzacyjnej, obsługującej cały gmach. W ciągu osiemnastu sekund - bo tyle trwa cyrkulacja powietrza na najwyższe piętro - mielibyśmy Narody Zjednoczone z głowy. Odkąd wykryto i udaremniono ten pomysłowy projekt, a przyznam, że nie przypominam sobie jakichś odstraszająco surowych wyroków w tej sprawie - w pobliżu „fabryki powietrza” w podziemiach stoi już na stałe posterunek policyjny, na co wszyscy przymykają oczy, gdyż policji amerykaoskiej teoretycznie nie wolno wkraczad na eksterytorialny obszar ONZ. Ponieważ jednak strażnicy ONZ nie są uzbrojeni, ktoś musi jednak pilnowad dróg oddechowych personelu ONZ przed atakiem „prostych, patriotycznych Amerykanów”, jak zgrabnie określił swych bojówkarzy przywódca „Minutemen”, Robert de Pugh. Zresztą Narodom Zjednoczonym wypowiadano nie tylko wojnę chemiczną i propagandową. Broo konwencjonalna też była w użyciu. We wrześniu 1965 roku dwaj samotni, jak to zwykle w Ameryce, i pozbawieni wszelkich powiązao politycznych kontrrewolucjoniści kubaoscy ostrzelali gmach Sekretariatu z ręcznej rusznicy przeciwpancernej. Pociski, wystrzelone z przeciwległego brzegu Wschodniej Rzeki, nie dosięgły jednak celu i wpadły do wody o 15 metrów przed ocembrowanym nabrzeżem, wzniecając panikę na przepływającym akurat tankowcu. Eksplozja 10 tysięcy ton benzyny załatwiłaby raz na zawsze nie tylko Narody Zjednoczone, lecz sporą częśd wschodniego Manhattanu, a zapewne i odległy o kilka przecznic tunel samochodowy pod Wschodnią Rzeką. Strzały oddano notabene w samo południe, w momencie, gdy na mównicy Zgromadzenia Ogólnego stanął „Che” Guevara; szlachetni bojownicy o wolnośd Kuby chcieli w, ten sposób zamanifestowad, że nie zgadzają się z Guevara. Mało kto zgadzał się z Guevara, chod trzeba było byd kundlem, żeby go nie podziwiad i nie szanowad, ale tylko CIA wpadła na pomysł użycia rusznicy jako argumentu w dyskusji. Mówię o CIA nie dlatego, żeby zorganizowała ten incydent, lecz dlatego, że nie zatroszczyła się, aby mu zapobiec, chod nie takie rzeczy potrafi. Przeważająca większośd urzędników Sekretariatu, a także obecnych w gmachu dyplomatów, po raz pierwszy w życiu słyszała wtedy prawdziwy strzał z czegokolwiek, a już zwłaszcza z rusznicy ppanc. Muszę przyznad, że od tego czasu wola pokoju poczyniła znaczne postępy nawet w tych środowiskach ONZ-owskich, które się z nią przedtem tak znów demonstracyjnie nie obnosiły. A sprawcy zostali

przez niezawodną FBI ujęci; po półtoragodzinnej rozprawie dostali po osiem miesięcy więzienia za „zakłócenie porządku”. Dodam tu jeszcze bez zbytecznego samochwalstwa i pozowania na kombatanta; że jeden z pocisków był wymierzony akurat w tę częśd piętra prasowego, w której mieści się biuro PAP. Gdyby tak nie wydarzony strzelec dokładniej nastawił celownik Bazooki lub gdyby np. wiał wschodni wiatr... ileż problemów i kłopotów mielibyśmy już za sobą! Jeśli więc powiadam, że spędziłem kilka lat na pierwszej linii frontu walki o pokój, proszę traktowad to wyznanie najzupełniej dosłownie. Wyższe piętra podziemi ONZ są o tyle godne zwiedzenia, że mieszczą się tam różne tajemnicze ciała urzędowe, o których celowości, a może i samym istnieniu, dawno już zapomniano, które jednak obradują z niesłabnącą energią, dowodnie potwierdzając genialnośd prof. Parkinsona. Jednym z tych ciał jest Wojskowy Komitet Sztabowy Narodów Zjednoczonych. Stanowi on jedyny znany mi we współczesnym świecie przykład urzędowania w stanie laboratoryjnie czystym, tzn. nie związanego z żadną, ale to żadną działalnością. Komitet został powołany w roku 1946 dla kierowania siłami zbrojnymi ONZ - czymś w rodzaju armii międzynarodowej, do której każdy kraj członkowski miał przeznaczyd częśd własnych sił zbrojnych według określonego klucza liczbowego. Właśnie o ten klucz poszło już na pierwszym posiedzeniu. Trzeba było najpierw ujawnid, ile ma się żołnierzy pod bronią, co dla wielu krajów było warunkiem niemożliwym do przyjęcia, następnie podad do publicznej wiadomości organizację własnej dywizji piechoty, jej liczebnośd, uzbrojenie i schemat dowodzenia. Poczynając od trzeciego posiedzenia. Wojskowy Komitet Sztabowy nie wyszedł poza problem owego feralnego klucza. Szczerze mówiąc, Komitet w ogóle nigdzie nie wyszedł, i to jest właśnie najbardziej fascynująca jego cecha. Raz na miesiąc pięciu generałów, reprezentujących cztery wielkie mocarstwa oraz Tajwan 20, spotyka się w podziemiach ONZ, w pełnym blasku epoletów, baretek i akselbantów, aby odprawid następujący ceremoniał. - Otwieram 926 posiedzenie Wojskowego Komitetu Sztabowego Narodów Zjednoczonych - mówi przewodniczący, zmieniający się co miesiąc na zasadzie rotacji alfabetycznej. - Porządek dzienny, rozesłany delegatom przed posiedzeniem, przewiduje dalszy ciąg dyskusji nad określeniem ekwiwalentu standardowej dywizji piechoty oraz wolne wnioski. Czy są sprzeciwy wobec porządku dziennego? Nie widzę. Porządek dzienny uważam za przyjęty. Udzielam głosu przedstawicielowi... (tu pada nazwa mocarstwa, które w danym miesiącu bierze na siebie ciężar zgłaszania wniosków). - Panie przewodniczący, panowie generałowie! - mówi przedstawiciel dyżurnego mocarstwa. Stawiam wniosek o odroczenie obrad do następnego miesiąca. - Czy są inne wnioski? - pyta z ulgą przewodniczący, jak gdyby ktokolwiek rzeczywiście miał zamiar zgłaszad jakiekolwiek wnioski – Nie widzę, proszę głosowad, panowie generałowie- Wszyscy za wnioskiem. Wobec tego odraczam posiedzenie na miesiąc. Zamykam 926 posiedzenie Wojskowego Komitetu Sztabowego. Dziękuję kolegom za przybycie.

20

Miejsce Tajwanu zajęła obecnie ChRl, ale jest to jedyna rzecz, jaka się, w Komitecie zmieniła.

I po miesiącu wszystko zaczyna się od nowa. Tak to już trwa 28 lat. Czy nie mam racji mówiąc, że jest to najdoskonalsze ciało urzędowe świata? Protokoły tych krótkich, lecz rzeczowych posiedzeo czytywałem zawsze z niekłamaną satysfakcją; już to wojskowi na całym świecie nie lubią ględzid od rzeczy, kiedy nie mają nic do powiedzenia! A w koocu ich akredyta w Komitecie trwa po kilka lat i jestem przekonany, że chcieliby czasem wygłosid jakieś przemówionko lub odnaleźd swe nazwiska na łamach prasy.

35. PING-PONG BANG-BANG CZANG KAI-SZEK
Dziwne to i straszne, ale mimo tylu solennych zapowiedzi wcale nie mam ochoty kooczyd tej przydługiej opowieści. Przypomina mi się znów tyle zabawnych i pouczających anegdot, że chyba jeszcze trochę poopowiadam. Zanim opuścimy gmach Narodów Zjednoczonych, chciałbym zaproponowad, aby paostwo chod na chwilę rzucili okiem na salę Rady Bezpieczeostwa, a później przespacerujemy się pod wielką kopułą Zgromadzenia Ogólnego. W Radzie Bezpieczeostwa, poza koszmarnym malowidłem Muncha, przedstawiającym jakoby promienny marsz ludzkości w słoneczną przyszłośd, a może na odwrót, nie ma właściwie nic do oglądania. Przybysze z kraju, których prowadziłem do Rady i wyjaśniałem z podnieceniem, że właśnie oglądają najważniejsze miejsce światowej polityki, zawsze byli nieco rozczarowani. Mój przyjaciel Andrzej Krzysztof Wróblewski, którego kostyczne poczucie humoru nie ma sobie równych, skomentował to nawet dośd złośliwie: „To tu jest to słynne miejsce, gdzie nic nie można załatwid? Przesada. Znam parę takich miejsc w Warszawie”. Dotknięty w samą Radę, odpowiedziałem cierpko, że zależy, co się załatwia. Nawet jeśli się czegoś nie załatwi na tak wysokim szczeblu, przyjemnośd jest znacznie większa. Ale może to w ogóle nieprawda. Właśnie w tej sali rozegrały się niemal wszystkie najważniejsze wydarzenia okresu powojennego: cztery kryzysy palestyoskie, kryzys koreaoski, kryzys cypryjski, kryzys dominikaoski, kryzys indyjsko-pakistaoski i jeszcze kilka mniejszych. Rozegrały się różnie, sam jednak fakt, że Rada wraz z całym globem nadal istnieje, wydaje się pocieszający. Pokój bez chronicznych kryzysów pewno by nas już dziwił. Sam nie wiem, jak przywykniemy do trwałego współistnienia; nudno będzie jak diabli. Osobliwością sali Rady Bezpieczeostwa (trzy dopełniacze koło siebie idą na konto mojego ulubionego stylisty, to chyba jasne?) był przez długie lata mały, pokraczny człowieczek o twarzy steranej ropuchy i posturze sflaczałego trolla, zasiadający za tabliczką z zagadkowym napisem „China”. Był to niejaki pan Liu, którego młodsza generacja dyplomatów radzieckich nazywała między sobą pieszczotliwie „nasz Kitajczonok Liu”, przez analogię do słów romansu Wertyoskiego. Pan Liu reprezentował rząd „Republiki Chioskiej”, rezydujący chwilowo na Tajwanie, i co piętnaście miesięcy zasiadał w fotelu przewodniczącego Rady. Proszę sobie uświadomid, jak horrendalne problemy gimnastyczne wynikały z tego powodu dla dyplomacji krajów socjalistycznych. Pan Li u nie był dla nas nawet powietrzem, lecz obłokiem fetoru; nie miał kształtów materialnych, jestestwa ani osobowości. A mimo to przez 22 lata musieliśmy go znosid tuż obok siebie i dokonywad nieludzkich wprost figur na drążku, żeby go nie, zauważad. Dziś to się już wprawdzie skooczyło, ale do tej pory

widzę oczami duszy ów niezapomniany spektakl, wobec którego kochany pan Ionesco był jednak prowincjonalnym wyrobnikiem bez wyobraźni. Delegat radziecki podnosi rękę, nie patrząc w stronę przewodniczącego. - Dostrzegam delegata Związku Radzieckiego - skrzeczy pan Liu - i udzielam mu głosu. Ale delegat radziecki wcale nie zaczyna od zwyczajowego zwrotu „panie przewodniczący”, lecz patrzy gdziekolwiek, najchętniej na ambasadora Stanów Zjednoczonych, i mówi: -- Delegacja radziecka musi jeszcze raz oświadczyd, że nie uznaje pretensji kliki Czang Kai-szeka do reprezentowania Chin w naszej Organizacji. Delegacja radziecka wyraża ubolewanie, że w ciągu tylu lat osoby, korzystające z poparcia wojskowego i politycznego Stanów Zjednoczonych, bezprawnie okupują miejsce należne przedstawicielom Chioskiej Republiki Ludowej. Obecny tu pan Liu nie reprezentuje nikogo oprócz siebie samego, wobec tego delegacja radziecka nie zamierza uznawad jego decyzji. Pan Liu wysłuchuje tego wszystkiego z całym spokojem i wyskrzekuje następnie stale tę samą mowę. - Delegacja chioska wyraża zdziwienie, że delegat radziecki ponownie chce zamącid tok obrad naszej Rady, która wszak stoi przed tak ważnym problemem. Mandat mojego rządu, reprezentującego całą Republikę Chioską, został na bieżącej sesji raz jeszcze potwierdzony przez Zgromadzenie Ogólne. Ufam, że szanowni członkowie Rady pominą milczeniem to godne ubolewania wystąpienie delegata radzieckiego, wygłoszone nie w imię pokoju, lecz w imię partykularnych interesów garstki komunistów. Ta „garstka komunistów” akurat w odniesieniu do ChRL świetnie pasowała do surrealistycznego klimatu, jaki przez 22 lata otaczał w ONZ sprawę reprezentacji chioskiej. Wszyscy tak w koocu przywykli do tego absurdu, że tylko nowicjusze słuchali pana Liu ze zdumieniem. Najlepszy dowód, że do każdej bredni można się przyzwyczaid, a jeśli trwa ona dostatecznie długo, można nawet zapomnied, że jest brednią. Nie jestem zupełnie pewien, czy stałe przedstawicielstwo Pekinu w ONZ mogłoby w latach sześddziesiątych wnieśd szczególnie konstruktywny wkład do prac Organizacji. Gazety chioskie krytykowały wówczas ONZ z użyciem bardzo wyszukanych, orientalnych epitetów, jak np. „nora wściekłych szakali” lub „targowisko pachołków neokolonializmu”. Tylko nieliczne kraje w rodzaju Mali, Konga-Brazzaville czy Gwinei, tak straszliwie lewicowe, że na lewo od nich była już tylko prawica, doczekiwały się w Pekinie pewnych względów; cała reszta była opluwana równie starannie i metodycznie, jak samochody zagranicznych dyplomatów podczas „rewolucji kulturalnej”. Był to rzeczywiście kłopotliwy dla krajów socjalistycznych okres, bo na przykład delegat RPA jawnie sobie z nas wszystkich dworował; w niczym to jednak nie zmieniało faktu, że fikcja tajwaoska była wyzwaniem dla zdrowego rozsądku. A także ogniskiem infekcji: skoro ONZ przez dwie dekady nie potrafiła potraktowad serio jednej czwartej ludzkości, mało kto przypuszczał, żeby mogła potraktowad serio jakąkolwiek inną sprawą. Nie było mnie, niestety, przy pamiętnym głosowaniu, które doprowadziło do przywrócenia praw w ONZ delegacji ChRL, chod ostrzyłem sobie zęby na tę chwilę przez wiele lat i przegrałem do kolegów kilka dolarów w chioskiego totolotka. Co roku bowiem, z początkiem sesji, obstawialiśmy liczbę

przypuszczalnych głosów, które padną za przywróceniem praw Pekinowi. Ze wstydem wyznam, że chronicznie wygrywał minister Winiewicz, a tuż za nim z wysoką ilością trafieo plasowali się Bohdan Lewandowski i Eugeniusz Wyzner. Z dziennikarzy najlepszy był Georges Wolff, szef biura francuskiej agencji prasowej AFP. Natomiast dr Beer, kiedy mu zaproponowaliśmy udział w totolotku, oświadczył z niesmakiem, że odkąd Chioczycy reedukowali cesarza Mandżurii, pana Pu Yi, i zdewastowali Dalajlamę, może tylko stawiad na restaurację cesarstwa w Pekinie. („We Francji też się kiedyś zaczęło od rewolucji i zobaczcie, jak się skooczyło” - powiedział dr Beer). Kiedy więc we wrześniu 1972 roku znalazłem się ponownie w „szklanej menażerii”, moim pierwszym zajęciem było nawiązanie kontaktów ze stroną chioską. Wyszedłem z założenia, że skoro rozmawiam z obywatelami jeszcze bardziej niewymawialnych krajów, to i od znajomości z prawidłowymi Chioczykami włos mi z głowy nie spadnie. Zwłaszcza że już nie bardzo ma co spadad. Przedstawiłem się na początku szefowi biura agencji Sinhua w nadziei, że - jak to w tej branży pogadamy sobie o tym i owym. I rzeczywiście. Szef ukłonił mi się do ziemi, kilkanaście razy przestudiował wręczoną mu wizytówkę i zapytał: - Z Warszawy? - Z Warszawy - odpowiedziałem raźno, rad, że się tak dobrze zaczyna. - Korespondent? - A tak. Korespondent. - To znaczy z Polski? - Z Polski. - Pan przyjechał na sesję? Na sesję. - Aha. - Właśnie. - Prosto z Warszawy? - Prosto. - Co słychad w Polsce? - Dużo. - Dużo? - Dużo. - A co w Warszawie? - Co w Warszawie?

- Co słychad? -- A, też dużo. - Dużo? - Dużo. - No to do widzenia. See you sometime. Pomyślałem, że mógłbym zrobid fortunę na Chioskiej Republice Ludowej i jej wymownych przedstawicielach. W Polsce za książki płaci się od wiersza, a czytelnicy przepadają za dialogami. Poza tym takie rozmowy świetnie robią na wrzody dwunastnicy: nie można się spieszyd. Zapomniałem dodad, że przy rozmowie obecny był asystent szefa, który każdą frazę potwierdzał skinieniem głowy. Sam początkowo też kiwałem głową, ale od takich rozmów można dostad zwichnięcia kręgosłupa. Dosłownie i w przenośni. Uświadomiłem sobie przy okazji, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałem pojedynczego Chioczyka. Może ich jest tylko 400 milionów i tak się nam dwoją w oczach? Pierwszy kontakt pozostawił we mnie pewien niedosyt Mimo to kiedy moi amerykaoscy koledzy zobaczyli, że rozmawiam z Chioczykiem, zgłosili się natychmiast po tajne Informacje. Odpowiedziałem szczerze, że nie dyskutowaliśmy o rozprzestrzenianiu broni jądrowej, ale oczywiście nikt w to nie uwierzył. Wspomniany tu niedosyt sprawił, że 1 października dostałem się na przyjęcie z okazji święta narodowego ChRL. Nie to, żebym otrzymał zaproszenie; za długo jednak obracałem się na piątym piętrze, żeby brak zaproszenia przyprawiał mnie o bezsennośd. Nie będę wszakże ukrywał, że wyszedłem z przyjęcia po godzinie, rozczarowany do głębi. Zdaje się, że normalizacja stosunków wewnętrznych w ChRL posunęła się jednak za daleko i jeśli tak dalej pójdzie, należy się spodziewad najgorszych rzeczy. Nie mam tu na myśli przyjęd, podczas których przechadzają się mandaryni z warkoczem, a wąskostope faworyty dworu iskają tresowaną pawicę. Wręcz odwrotnie. Obawiam się, że dalsza westernizacja Chin doprowadzi do takiego samego spustoszenia w gastronomii, jakie już nastąpiło we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych. (Jak to jest, do diabła, że im wyższy poziom uprzemysłowienia, tym gorsze jedzenie?) Na próżno bowiem wyglądałem zupy won-ton, kaczki w trzech kolorach czy chodby najskromniejszej miseczki makaronu sojowego z grzybkami mun, pędami bambusa i maleokimi krewetkami. Nawet chop suey nie było, a przecież potrafi to podrobid (bo nie mówię, że przyrządzid) każdy garkotłuk wolnego świata. (U nas nikt tego nawet nie usiłował podrabiad, może dlatego, że receptura jest nieco skomplikowana i kantowad byłoby trudno). Paostwo już pewno zauważyli, że relacjonując najbardziej niesłychane koncepty gastronomiczne Narodów Zjednoczonych, nie uroniłem ani słowa o kuchni chioskiej. Z tej prostej przyczyny, że ze wszystkiego można sobie pożartowad, ale przeciw świętościom bluźnid jednak nie należy. Mam nadzieję, że nikt mi tego nie poczyta za deklarację ideologiczną, pragnę jednak z całą powagą stwierdzid, że poza kuchnią chioską może tylko loty kosmiczne i ewentualnie energetyka atomowa dają prawdziwe świadectwo cywilizacji homo sapiens. Reszta jest mocno dyskusyjna; Spędziłem wiele

miesięcy w odludnych zakątkach Azji, gdzie gastronomia z reguły znajduje się w rękach Chioczyków, toteż w środku nocy potrafię z pamięci recytowad nazwy chioskich potraw, a gdybym chciał opisywad smaki i zapachy, powstałaby książka znacznie obszerniejsza niż ta, którą paostwo obecnie czytają. Proszę więc zrozumied moje rozgoryczenie. Nie oczekiwałem przecież zupy z gniazd jaskółczych ani pieczeni z żółwia, ale to, co mnie spotkało, nie da się wręcz opisad. Podawano bowiem, jak na pierwszym lepszym patagooskim przyjęciu, koszmarne serdelki z zeszłego stulecia, kanapki z polistyrenu, natryskiwane syntetycznym majonezem i szpachlowane solonym masłem, z demobilu, a także owe przeklęte, odwieczne, niezniszczalne krewetki o barwie plwociny chorego nosorożca, spichcone przez jakichś przestępczych kucharzy, pozbawionych cienia ludzkich odruchów. Jadałem te krewetki przez całe lata na każdym niemal tuzinkowym przyjęciu i podejrzewam, że jest to stale ten sam towar, odzyskiwany przez jankesów w ramach walki z zanieczyszczaniem środowiska, przetwarzany chemicznie i znów pojawiający się na przyjęciach dyplomatycznych - na zgubę smakoszy i żołądkowców. Łatwo paostwu powiedzied, że trzeba było nie jadad. Przecież nie można przez cały czas przyjęcia tylko pytlowad o losach świata. A żeby już miara moich chioskich rozczarowao dopełniła się całkowicie, w charakterze alkoholu zaserwowano oryginalną pekioską nalewkę na landrynkach. Nosi to, nie wiadomo dlaczego, nazwę chioskiej Whisky i mogłoby się zapewne nadawad dla niemowląt do szóstego miesiąca życia, ale nie dla osób, które znają życie i swoje już wypiły. Nie, nie zgadzam się na takie Chiny. Jeżeli nie zostanę wkrótce zaproszony na jakieś porządne przyjęcie, będę bardzo pryncypialnie demaskował ich kompromisy z imperializmem. Ponieważ naczytałem się trochę oryginalnych lektur na ten temat, uprzedzam, że moje wywody mogą byd dokuczliwe. Może zresztą zacznę już od razu: na przyjęciu, o którym tu mówię, ani jeden dyplomata nie nosił znaczka z podobizną Przewodniczącego, a kiedy poprosiłem o czerwoną książeczkę do mej kolekcji kuriozów, odpowiedziano mi chłodno, że zabrakło. Siedem lat nic innego nie drukowali i teraz im nagle zabrakło? Mój chioski kolega zdziwił się nieco, kiedy mnie zobaczył na przyjęciu, ponieważ wiedział, że nie wysłano mi zaproszenia, aby nikt nie podejrzewał, że Chiny idą na kompromis z krajami socjalistycznymi. Miał chyba zamiar coś zagaid, ale tym razem ja byłem szybszy. - Pan na przyjęciu? - spytałem obracając w ręku szklankę z nalewką na landrynkach. - Na przyjęciu - odpowiedział trochę stropiony. - To dobrze. - A, dobrze. - Pan mnie tyle nawypytywał, więc niech i ja się czegoś dowiem. Co tam ostatnio słychad w Pekinie? - W Pekinie? -- Tak, w Pekinie. - To samo co w Szanghaju. - To ciekawe.

- Nie bardzo. - Jak to nie bardzo? Przecież jeżeli to samo słychad i w Pekinie, i w Szanghaju, to chyba to jest ciekawe. - Są różne punkty widzenia. - W Pekinie? -- Nie. W ogóle. - Rzeczywiście. - No to przepraszam na razie. See you soon. Ubóstwiam takie rozmowy, ponieważ są przynajmniej szczere i nie wymagają potem pisania żadnych notatek służbowych. To znaczy ode mnie nie wymagają, bo przecież on i tak napisze. Nie chciałbym jednak sprawiad wrażenia, że moje palawery z chioskim kolegą były typowe dla działao całej dyplomacji tego kraju w Narodach Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie. Chioczycy, jak każda nowa wedetta na salonach, są rozrywani towarzysko, a szef stałego przedstawicielstwa ChRL, ambasador Huang Hua, dosłownie tonie w powodzi zaproszeo. Najwredniejsze babsztyle republikaoskie, które jeszcze pięd lat temu doznawały orgazmu, goszcząc u siebie madame Czang Kai-szek, prześcigają się obecnie w zbieraniu owoców dyplomacji pingpongowej. Generalissimusowi zrobili jankesi takie bangbang, że cały świat powinien się uczyd. Nie ma chwytu, którego babsztyle nie użyją, aby zwabid na swe przyjęcie prawdziwego czerwonego Chioczyka. Natomiast Tajwaoczyków spotyka się dziś głównie w nowojorskich pralniach i na kuchennych schodach. Cytowany tu wielokrotnie Fred Sparks, który, rzecz prosta, nie opuścił jednej z pierwszych parcianek wydanych przez Chioczyków w Nowym Jorku, ma interesujące rzeczy do opowiedzenia na ten temat „Mniej więcej po kwadransie okazało się - pisze Sparks - że wódka mao-tai jest najgroźniejszą i najtajniejszą bronią Chioskiej Republiki Ludowej. Po trzech kieliszkach najpotworniejsze bestie imperialistyczne przedzierzgają się w papierowe tygrysy”. Chyba to prawda, bo w pewnym momencie doszło do tego, że ówczesny ambasador Stanów Zjednoczonych w ONZ, George Vannevar Bush, autentyczny multimilioner z Teksasu, podszedł do gospodarza parcianki i wznosząc chwiejną ręką szklaneczkę mao-tai powiedział po chiosku: „Gam-bei!”t co z grubsza oznacza „Na zdrowie!”. Świat się kooczy: milioner z Teksasu pijący zdrowie czerwonego Chioczyka! Pamiętam, jak podczas swego pierwszego pobytu w Teksasie w roku 1961 przekonywałem pewnego szeryfa policji, że nie należy jednak rzucad bomby na czerwonych Chioczyków. Szeryf był co prawda zupełnie pijany, ale ambasador Bush też nie zaliczał się do najtrzeźwiejszych. A pod koniec przyjęcia zdarzyła się jeszcze lepsza scenka. Pewien nowojorski biznesmen, widocznie nienawykły do dyplomatycznego stylu bycia, podszedł do ambasadora Huang Hua i powiedział: - Oto stoi przed panem nędzny, godny pogardy, łaocuchowy pies imperializmu! - Miło mi go spotkad - odparł ambasador, ale nie podjął tematu. - Wyzyskiwacz! - ryczał o sobie spłakany jankes. -- Łotr! Podżegacz wojenny! Papierowy tygrys! Zachodni wiatr!

Już to w samokrytyce Chioczycy zawsze mieli nadzwyczajne osiągnięcia, zwłaszcza od czasu Kuo Możo, który w siedemdziesiątym roku życia oświadczył, że należy spalid wszystkie jego nędzne wiersze i posład go do roztrząsania ludowego obornika wśród prostego ludu. Ciekaw byłbym posłuchad w przyszłości swej własnej samokrytyki. Od obornika będę się wykręcał, ale opera omnia mogę spalid w każdej chwili - nie są tyle warte, żeby nad nimi rozpaczad. Warto też wspomnied, że jakkolwiek bardzo niewiele osób dostępuje zaszczytu, aby zostad zaproszonym do gmachu misji chioskiej, była jednak pewna grupa prostych Amerykanów, którą ten zaszczyt spotkał na samym początku. Mowa o silnej grupie policjantów nowojorskich, którzy pilnowali misji oraz dyskretnie (lub mniej dyskretnie) osłaniali dyplomatów ChRL przez pierwsze miesiące pobytu. Jeżeli zważyd, że policja nowojorska wyznaje nieco gwałtowne poglądy w sprawie komunizmu, a co drugi stróż porządku jest stringerem 21 w FBI - ubolewania, że świat się kooczy, należałoby rozpocząd dopiero teraz. Prasa amerykaoska doniosła, że szef kompanii policyjnej oraz szef misji chioskiej wymienili serdeczny uścisk, wznieśli toasty za powodzenie swych krajów i wypowiedzieli wiele ciepłych życzeo pod adresem rodzin z obu stron. Niech już nigdy nie skosztuję zupy z płetw rekina, jeśli przed dziesięciu laty mogłem sobie coś takiego wyobrazid. Jeśli tyle mogło się zmienid przez głupie dziesięd lat, to czego jeszcze można oczekiwad? No i na tym trzeba jednak zakooczyd zwiedzanie Rady Bezpieczeostwa. Najlepszych anegdot, oczywiście, nie zdążyłem opowiedzied, myślę jednak, że trochę paostwu zaostrzyłem apetyt Bardzo proszę, aby dziś zechcieli paostwo złożyd zamówienie u zaprzyjaźnionych księgarzy na następne edycję niniejszej czerwonej książeczki. Powiedziałem już na wstępie, że jestem gotów wydawad te ploty bez kooca, dopóki się to czytelnikom nie znudzi. Jeśli przy okazji jednego tylko organu Narodów Zjednoczonych można aż tyle naopowiadad, to mogą paostwo sobie wyobrazid, jak będzie wyglądad nieco bardziej szczegółowa relacja. Zdaje się, że rolę Rady Bezpieczeostwa najtrafniej ujął siedmioletni synek ambasadora Danii, Hansa Tabora. Podczas kryzysu bliskowschodniego w czerwcu 1967 roku prezydentura Rady przypadła akurat na Danię. Ponieważ większośd obrad w ciągu tych dramatycznych chwil była bezpośrednio transmitowana przez telewizję amerykaoską, częściowo nawet europejską - Hans Tabor w ciągu kilku dni stał się najczęściej widywanym człowiekiem na ekranach prawie stu milionów telewizorów. Jest to rosły, bardzo przystojny mężczyzna o ujmującym uśmiechu i pełnym gracji sposobie bycia. Przewodnicząc Radzie w tak napiętej i niebezpiecznej sytuacji Tabor umiał, mimo chronicznego niedosypiania, znaleźd w sobie takt, cierpliwośd i niezbędne talenty mediacyjne. Normalną koleją rzeczy zaczął wkrótce otrzymywad dziesiątki ofert matrymonialnych, a połowa amerykaoskich podlotków zakochała się w nim na zabój. Reporterzy amerykaoscy odnaleźli małego Tabora w szkole i zapytali go, czy jest zadowolony z popularności swego ojca. - No, pewnie - odpowiedział rezolutnie junior. - Tata nareszcie przestał robid w tej głupiej dyplomacji i poszedł do telewizji. Teraz mnie nikt nie przezywa i wszyscy mi zazdroszczą, mam klawo. Tylko bym chciał, żeby tata grał coś ciekawszego, takiego z kowbojami albo coś o wojnie. Bo tak to się nudzę, jak patrzę.
21

Współpracownik nieetatowy.

Wyznam tu po cichu, że doświadczałem identycznych uczud śledząc nieraz posiedzenia Rady Bezpieczeostwa na temat kolonializmu lub jakichś zagmatwanych sporów. Tak, ale tylko dzieci odważają się powiedzied to na głos.

36. BIAŁY MAZUR. Z PRZYTUPEM, PO POLSKU. VIVE L'EMPEREUR! ALBOŚMY TO JACY TACY?
A teraz pozostało nam już tylko zajrzed do wielkiej, naprawdę niezmiernie wielkiej, lecz mimo to pękającej już w szwach od natłoku nowych paostw sali Zgromadzenia Ogólnego. Zechcą się paostwo przygotowad na wszelkie możliwe emocje i postarad o szczyptę kalafonii. Po prostu autor, skądinąd mający dwie lewe nogi do wszelkich taoców, postanawia zaprosid rodaków do finałowego mazura. Białego! Bigos we własnym zakresie. Na pierwsze wejrzenie sala Zgromadzenia także nieco rozczarowuje: fotele w pięciu kolorach, dwa abstrakcyjne malowidła al fresco autorstwa Ferdynanda Legera (nie na tyle jednak urzekające, żeby wypisywad obłudne peany), kabiny dla tłumaczy, no i słynna kopuła, największa w historii budownictwa, o znacznie większej średnicy niż Aja Sofia czy dzieło Berniniego nad Bazyliką Św. Piotra. Są to wszakże wieści pasjonujące głównie dla architektów, ponieważ kopuła odznacza się jakimś niesłychanym ugięciem strzałki, a jej podstawa konstrukcyjna wcale nie jest pozioma, lecz przypomina ukośnie przekrojona pomaraoczą. Trzeba dopiero objaśnieo doświadczonego przewodnika, aby w sali Zgromadzenia dostrzec rzeczy, sprawy i osobliwości, które normalnie ukrywa się przed turystami przypadkowymi, zapewne po to, aby im nie odbierad złudzeo. Niżej podpisany sam żywi niezliczone złudzenia na temat Organizacji Narodów Zjednoczonych i wcale nie zamierza się z nimi rozstawad, toteż pragnie się tu powoład na znaną już Rzymianom zasadę: ludicra dum simulant, spectacula seria tractant. Trudno orzec, na ile owe spectacula w Zgromadzeniu Ogólnym rzeczywiście powodują różne seria. Ze są bardzo ludicra, to nie ulega wątpliwości. Zechcą paostwo na przykład zwrócid uwagę, że na stole przed fotelem przewodniczącego każdej delegacji znajduje się tabliczka z angielską nazwą kraju. Jeśli staniemy twarzą do przewodniczącego sesji, spostrzeżemy ze zdumieniem, że delegacje siedzą wprawdzie w porządku alfabetycznym, alfabet jednak zaczyna się dośd oryginalnie, np. od litery „M” lub zgoła „Y”, gdyż zmienia się to na każdej sesji. Otóż nie zawsze tak było w Narodach Zjednoczonych. Aż do roku 1955 pierwsza w kolejności alfabetycznej delegacja siadała zawsze w lewym przednim rogu sali, natomiast ostatnia - w prawym tylnym. Tak się jednak fatalnie składało, że ową pierwszą delegacją był Afganistan, a tuż za nim szła Albania. Ponieważ i porządek głosowania był wówczas zgodny z rozmieszczeniem krajów na sali, więc te same kraje zawsze musiały głosowad jako pierwsze. Przyjęto więc zasadę, że co rok miejsca krajów w Zgromadzeniu ulegają rotacji. Natomiast imienne głosowanie odbywa się w ten sposób, że podsekretarz do spraw Zgromadzenia wyciąga z pudełka na chybił trafił tabliczkę z nazwą kraju, od którego rozpoczyna się głosowanie. Biegnie ono najpierw w dół alfabetu, potem od „A” do miejsca, od którego rozpoczęło się głosowanie. Może się więc np. wydarzyd, że Albania będzie głosowad jako pierwsza, co przysporzy zmartwienia dyplomacji albaoskiej, aby przypadkiem nie głosowad tak samo jak inne kraje socjalistyczne.

Nie chcę przez to powiedzied, że już absolutnie wszyscy w Zgromadzeniu dokładnie wiedzą, jak głosowad. Są nadal kraje, jak np. Malediwy, które za nic nie oddadzą głosu, dopóki nie przeprowadzą konsultacji ze swą byłą metropolią, bądź też, jak Madagaskar, dopóki nie upewnią się, gdzie będzie większośd. Są też dla odmiany kraje-kamikaze, np. Mauretania, które gotowe są głosowad za projektem rezolucji nawet wtedy, gdy same oddają jeden jedyny głos pozytywny. Podczas sesji odbywa się na posiedzeniach plenarnych około dwustu głosowao. Proszę sobie policzyd: 200 głosowao, każdy ze 132 krajów zajmuje 20 sekund; wypada 147 godzin, nie licząc sumowania głosów. W Zgromadzeniu Ogólnym zainstalowano więc elektroniczne urządzenia liczące. Po naciśnięciu jednego z trzech guzików, umieszczonych przed przewodniczącym każdej delegacji, maszyna bezszmerowo, natychmiast podaje liczbę głosów „za”, „przeciw” oraz liczbę wstrzymujących się. Genialne. Ponieważ na tablicach przy nazwie każdego kraju zapala się lampka kontrolna niezdecydowani nie muszą nawet prosid o przerwę, bo wystarczy rzut oka, aby wiedzied, jak głosowali ci, którzy wiedzą, jak głosowad. Na domiar wszystkiego stan tablicy jest automatycznie fotografowany i później nie ma tłumaczenia, że nam słuch nie dopisał lub że nas źle zrozumiano. To przemyślne urządzenie kosztowało nas. tzn. wszystkie Narody Zjednoczone. 30 tysięcy dolarów. Oprócz wymienionych tu korzyści ma ono jeszcze jedną bezcenną zaletę: psuje się tak często, .że Albania, odkąd ChRL znalazła się w szeregach Organizacji, musi czasem prosid o chwilę przerwy, aby się naradzid z chioską delegacją. Myślę, że ta frajda warta jest 30 tysięcy dolarów. (Gdyby to paostwa interesowało, mogę dodad, że suma ta stanowi równowartośd zaledwie pięciu sekund światowych wydatków zbrojeniowych z roku 1972, a w koocu taniej się kalkuluje przyciskad guzik w Zgromadzeniu Ogólnym niż w podziemnych stanowiskach dowodzenia wojsk rakietowych). Jeśli zaś paostwo sądzą, że amerykaoskie urządzenia elektroniczne nigdy się nie psują, to krótki pobyt w Nowym Jorku każdego wyleczy ze złudzeo. Teraz, kiedy już wiemy, gdzie kto siedzi i jak głosuje, pora zawiesid oko na centralnym punkcie sali Zgromadzenia. Mam tu na myśli marmurowe podium, na którym podczas sesji zasiada przewodniczący, sekretarz generalny oraz podsekretarz do spraw Zgromadzenia. Nieco poniżej tego podium stoi owa słynna, opiewana, obfotografowana milion razy mównica z zielonkawego marmuru. „Czy zastanawialiście się, co myśli mówca tyradujący ex cathedra i od czasu do czasu zamykający oczy? Powinien się wczuwad w swoją rolę, w swoje zdanie - czy prowadzi dobrze, do celu. A jeśli zamyka oczy przed rzeczywistością panującą na sali podporządkowanej każdemu przemawiającemu? A jeśli wie, że jego słowa ślizgają się po powierzchni zjawisk, mimo udawania analitycznej ew. syntetycznej głębi? Głębi, przeważnie powielonej, o której nawet wróble dwierkają... Ów szermierz może sobie zdawad z tego sprawę, a mimo to nie ma odwagi - a może zdolności - wyrwad się ze schematu”. Wątpię, czy ktokolwiek celniej i zgrabniej opisał tę fatalną mównicę. Jeśli paostwo sądzą, że przesadzam i że mógłbym już dad spokój szyderstwom, zechcą paostwo łaskawie sięgnąd do pewnego krakowskiego tygodnika literackiego z dnia 18 marca 1972 roku, strona pierwsza, skąd zaczerpnąłem powyższy cytat z utworu mego ulubionego stylisty. Sam przecież nie wymyśliłbym mówcy prowadzącego dobrze, ani powielonej głębi, i to jeszcze analitycznej ew. syntetycznej. Rzeczywistośd panująca na sali Zgromadzenia Ogólnego wymaga, aby się wyrwad ze schematu bez względu na brak odwagi i zdolności.

Czegóż już nie wygadywano na tej mównicy! Ile razów pięści spadło na marmurowy blat! Od wyziewów alkoholu, wydzielanych przez takiego np. Dżamila Barudiego lub George'a Browna, mównica powinna dawno już mied marskośd wątroby. A łzy, jakimi ją przez lata oblewał stały przedstawiciel Peru, Belaunde, powinny już dawno rozpuścid kamieo, dźwigary podłogi, stropy podziemi i litą skałę Manhattanu. Belaunde był, jak twierdzą fachowcy, największym histrionem w dziejach tego gmachu,- szarpanie krawata, wichrzenie czupryny i potok łez świadczyły, że ambasador jest tego dnia wyjątkowo opanowany. Dramatyczne wystąpienie señora Belaunde wcale zresztą nie miały jednoznacznej wymowy politycznej. Ubolewał on najchętniej nad niesprawiedliwością w ogóle, grzmiał na nikczemników, którzy zamiast czynid dobro, dopuszczają do istnienia zła w świecie, czasami zapalał się na małe cztery godziny do jakiegoś przypadkowego tematu - tak przypadkowego, że po godzinie zapominał, od czego zaczął, co jednak wcale mu nie przeszkadzało kontynuowad mowę. Był to z pewnością najwybitniejszy przedstawiciel latynoskiej sztuki retorskiej, o której nie może mied przybliżonego pojęcia nikt, kto nie odsiedział swoich pięciu lub siedmiu godzin na takim spectaculum. Proszę mi wierzyd, że nie przesadzam. Premier Fidel Castro przemawiał podczas XV sesji przez pięd godzin i dwadzieścia pięd minut, a słuchałem kiedyś przemówienia Guevary, które trwało okrągłe sześd godzin. Inna rzecz, że „Che” miał o czym mówid, i zdaje się, że ani przyjaciele Kuby, ani jej adwersarze nie mogli narzekad na brak atrakcji. Nie chciałbym tu stwarzad wrażenia, jakobyśmy w ONZ mieli do czynienia wyłącznie z blagą i pustosłowiem. Mówi się tam często o sprawach ważnych i realnych, nie o wszystkich też mówcach w Zgromadzeniu wyrażałbym się tak złośliwie. Bywają jednak momenty, kiedy całe niemal Zgromadzenie popada w stan osobliwego spiętrzenia absurdów i unosi się przebierając nogami, jak na obrazach Chagalla, w mgłę wyzywających niedorzeczności. Taki właśnie moment zdarzył się, kiedy nadeszła do ONZ wiadomośd o śmierci Winstona Churchilla. Spektakl, który potem nastąpił, szczególnie silnie utkwił mi w pamięci jako przejaw nie tyle już hipokryzji, co utraty panowania nad słowami. Moja depesza z tego dnia, przełożona z żargonu dalekopisowego na polski i doprowadzona do stanu używalności redakcyjnej, brzmiała tak: Nowy Jork PAP. Dzisiejsze poranne posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego stanowiło wyjątkową, nawet jak na obyczaje protokolarne ONZ, rewię hipokryzji i chwilami komicznych wręcz nieporozumieo w związku ze śmiercią Winstona Churchilla. Z 25 mówców, występujących z eulogiami, najwyżej dwóch zachowało umiar i dobry smak w sformułowaniach. Pozostałe przemówienia były tak charakterystyczne, że warto je we fragmentach przytoczyd. Delegat Zambii, przemawiający w imieniu grupy byłych kolonii brytyjskich, stwierdził, że Churchill był nie tylko „największym człowiekiem naszego stulecia”, lecz również „głównym twórcą ONZ”; jego testament wymaga, aby ONZ niezwłocznie przystąpiła do realizacji zadao, których Churchillowi nie dane było dokooczyd. Przedstawiciel Indii pomijając milczeniem słynną frazę Churchilla („Nie przyszedłem tu po to, aby prezydowad nad likwidacją Imperium Brytyjskiego”) rozwiódł się nad szczególnymi zasługami zmarłego dla Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i jego aktywnością w „dziedzinie walki z kolonializmem”.

Delegat Izraela, wbrew notorycznie znanym faktom historycznym, dowodził, że to Churchill umożliwił zbudowanie „żydowskiego paostwa narodowego w Palestynie”. Przemawiający tuż po nim delegat Jordanii oświadczył natomiast, że „powszechnie znana wrogośd Churchilla do syjonizmu” oraz jego „tradycyjna sympatia do słusznych aspiracji arabskich” są z wdzięcznością i smutkiem wspominane dziś w krajach arabskich. Przewodniczący delegacji filipioskiej ubolewał, że odszedł człowiek, który „narzucił premierowi Stalinowi i prezydentowi Rooseveltowi koncepcję Narodów Zjednoczonych”, wobec czego ONZ dzisiejsza jest „żywym pomnikiem dla tego giganta”. Szczytów obłudy sięgnął przedstawiciel Federacji Malajskiej, który stwierdził, że „naród malajski czerpał ze słów Churchilla otuchę w czarnych dniach okupacji japooskiej”. „Ludzie -: kontynuował dyplomata malajski - będą się szczycid tym, że żyli w tej samej epoce, co Winston Churchill. Był to gigant z rzędu nieśmiertelnych, ulepiony z nieziemskiej gliny”. Delegat Cypru, Rossides, porównał Churchilla do herosów starożytnej Grecji i wręcz oświadczył, że premier brytyjski „zbawił ludy od tyranii hitlerowskiej”, a ponadto „podniecił ludy świata do nieustającej walki o wolnośd”. Interesująco wypadła też ocena roli Churchilla w Afryce. Delegat Senegalu zapewnił, że „imię Churchilla zawsze głęboko tkwiło w sercach Afrykanów”, ponieważ był on „jednym z głównych architektów niepodległości afrykaoskiej”. Zupełnie co innego miał na ten temat do powiedzenia przedstawiciel reżimu Verwoerda w RPA. Jego zdaniem, unię Churchilla będzie w RPA zapamiętane z wdzięcznością „nie ze względu na młodzieocze awantury” (chodzi o udział Churchilla w wojnie burskiej), lecz dlatego, że Churchill żywił do Afryki Płd. „niegasnącą sympatię, trwającą do ostatniej chwili i przejawiającą się w konkretnych faktach”. Nawet dla Malty Churchill stanowił „najwyższą zachętę do kontynuowania walki, kiedy zgasła już wszelka nadzieja”. Na zakooczenie delegat Kamerunu wezwał ludzkośd, aby rozpoczęła „regularne medytacje” nad życiem i dziełem Churchilla, gdyż Churchill „położył podstawy pod kryteria wolności, a wolności Kamerunu w szczególności”. Pisząc teraz o Zgromadzeniu Ogólnym wygrzebałem tę swoją depeszę sprzed lat i pomyślałem, że jednak daliśmy się, zwariowad. Ale może nie wszystko jeszcze stracone? Może jeszcze dożyjemy czasów, kiedy o Narodach Zjednoczonych można będzie plotkowad w zupełnie niefrasobliwy sposób i bez publicystycznych dygresji? Może w ogóle dożyjemy jakichkolwiek czasów, co przecież wcale nie jest takie pewne? Osobiście myślę jednak, że dożyjemy, a powody, które mnie skłaniają do optymizmu, chciałbym poniżej obszernie przedstawid. Tak się świetnie składa z punktu widzenia konstrukcji niniejszych plotek, że powody te wiążą się z działalnością dyplomacji polskiej. Nie dlatego mówię o konstrukcji, żebym liczył na komplementy teoretyków literatury; mam na myśli wyłącznie konstrukcję natury politycznej. To wszystko, co paostwo do tej pory przeczytali, to było tylko ciche strojenie smyczków. Biały mazur zaczyna się dopiero teraz. I naturalnie w pierwszej parze – rodak! A mianowicie przewodniczący XXVII Sesji Zwyczajnej Zgromadzenia Generalnego Narodów Zjednoczonych, wiceminister Stanisław Trepczyoski. Sesja ta, przypomnę, obradowała od września do grudnia 1972 roku, z tym że mandat przewodniczącego wygasł dopiero na następnej sesji, we wrześniu 1973. Był to szczytowy moment naszej działalności dyplomatycznej na forum ONZ, a prezydentura min. Trepczyoskiego okazała się tak fartowna, że moi

koledzy dziennikarze zawiązali prywatny komitet dla ponownego wyboru Mr. Stenislou Trapsinsky na przewodniczącego XXVIII sesji. Wprawdzie Narody Zjednoczone nie zamartwiają się wnioskami dziennikarzy - och, nie, zupełnie nie! - a i procedura też jest dośd rygorystyczna, ale jeśli już moi zblazowani koledzy wpadają na podobny pomysł, to znaczy, że były powody. Dwukrotnie przedtem przewodnictwo sesji przeszło nam koło nosa. Z różnych skomplikowanych przyczyn, które z chęcią wyjaśnię w XIV wydaniu niniejszej książki. Ale kiedy już posadziliśmy naszego człowieka na najważniejszym fotelu świata - sukces odpalił ze wszystkich rur przychylnej świadomości, jak mawia pewien znany artylerzysta. Zechcą paostwo wziąd pod uwagę, że czekaliśmy na tę chwilę 27 lat, a nawet przy najlepszym zbiegu okoliczności następny Polak zasiądzie na tym fotelu nie wcześniej niż w roku 2003. (Osoby, którym wówczas ta antykwaryczna książka wpadnie w rękę, proszone są o sprawdzenie, czy rachunek się zgadza). Tak wyjątkowej okazji nie można uczcid niczym innym jak mazurem i tym się tłumaczy fakt, że najważniejszą z naszego punktu widzenia wiktorię odłożyłem na sam koniec, nie dbając o protokół. Jeśli dodam, że właśnie na tę polską sesję pojechałem ponownie, po pięcioletniej przerwie, do Nowego Jorku - nie sądzę, żebym musiał jeszcze dodatkowo wyjaśniad przyczyny mego tanecznego nastroju. Hu-ha! Przede wszystkim należy sobie uświadomid, kim właściwie jest przewodniczący sesji Zgromadzenia Ogólnego. Mam nadzieję, że paostwo jeszcze nie zapomnieli snutych na wstępie niniejszej książki dywagacji o wielkości protokołu, toteż powiem krótko, że protokolarnie rzecz biorąc przewodniczący sesji jest W OGÓLĘ NAJWAŻNIEJSZĄ OSOBĄ NA ŚWIECIE. Nie mówię już o tym, że przewyższa on wszystkich prezydentów; drodzy paostwo, on przewyższa również królow! Mało tego: przewyższa cesarzy! Nie, to jeszcze za mało. Gdyby istniało dziś Bizancjum oraz Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, obaj cesarze mogliby za przewodniczącym sesji nosid tzw. pieska do zdejmowania butów z cholewami. Nikt bowiem w dzisiejszym świecie nie korzysta z większych przywilejów protokolarnych niż przewodniczący sesji Zgromadzenia Ogólnego. Jest on jak gdyby prezydentem świata pro tempore i gdyby nawet zjechał do Nowego Jorku jakiś cesarz, to i tak przysługiwałoby mu u stołu miejsce o oczko niższe. Chciałbym kiedyś zobaczyd taki stół, nawiasem mówiąc. Nie pomylę się chyba, jeśli powiem, że w tysiącletniej historii Polski nie było wypadku, aby nasz człowiek został aż tak uhonorowany. Sceptykom, którzy się w tej chwili krzywią i kręcą nosem, że rotacja, że na każdego kiedyś przychodzi ten zaszczyt, że to i tamto - odpowiem krótko, po męsku: za samą rotację geograficzną nie dostaje się 128 na 132 głosy, oddane w tajnym głosowaniu. A tyle właśnie zebrał min. Trepczyoski, ustanawiając kolejny rekord polski w ONZ. I precz mi z oczu, sceptycy! Vive l'empereur! Przyznam tu szczerze, że kiedy wiosną 1972 roku po raz pierwszy dowiedziałem się, że z naszego nadania kandyduje do prezydentury min. Trepczyoski, nie byłem wolny od pewnych wątpliwości. Częśd tych wątpliwości wyraziłem w pewnym felietoniku, którym pragnąłem uczcid nasze górne pędy, a zarazem ostrzec kandydata, co go czeka. Felietonik, niestety, nie ukazał się w druku, ponieważ redakcja kręciła nosem. Uznano, że rzecz jest nie na poziomie, żarty niestosowne, protokołowi uchybiłem, a w ogóle, to co sobie zagranica pomyśli? Usiłowałem natychmiast dotrzed do min.

Trepczyoskiego, którego poczucie humoru jest powszechnie znane, ale gdzieś akurat wyjechał służbowo, więc stanęło wtedy na decyzji osób uważających się za porte-parole Pana Boga. Wprawdzie w owym felietoniku wiele rzeczy uległo dezaktualizacji, a liczne moje przepowiednie zupełnie się nie sprawdziły, z tym jednak większą radością udostępnię paostwu oryginalny tekst. Ostatecznie, czytelnicy prasy dośd rzadko mają okazję zapoznad się z utworami, które we właściwym czasie nie ujrzały światła dziennego, dla żurnalisty zaś szansa pochwalenia się chybionym płodem jest czymś niemal perwersyjnym. Oto ów błahy tekst. Tak więc, jeśli wszystko dobrze pójdzie, za pół roku (ściśle biorąc, w ostami wtorek września) polski dyplomata po raz pierwszy od 27 lat zasiądzie na najważniejszym fotelu świata. Mam tu oczywiście na myśli fotel przewodniczącego sesji Zgromadzenia Ogólnego i proponuję, żeby się nie wdawad w żadne dalsze dyskusje semantyczne. To dobrze, żeśmy się w koocu namyślili na tę prezydenturę. Jako członek-założyciel Narodów Zjednoczonych, jako kraj niestrudzony w sztuce mówienia (kiedy trzeba mówid) i milczenia (kiedy trzeba milczed), a przy tym w miarę rozsądny i całkiem zaradny w dżungli współczesnych stosunków międzynarodowych, z pewnością zasługujemy na ten honor. Używam tu liczby mnogiej z całym rozmysłem. Przewodniczącego sesji wybiera się co prawda ad personom, ale honor i tak spada na cały naród, bo osoby prywatne startowad w tej konkurencji nie mogą. Wierzę, że społecznośd międzynarodowa nie poskąpi naszemu człowiekowi głosów w wyborach i hucznych oklasków po wyborze. Nie dlatego, żeby nas wszędzie kochali do szaleostwa, bo mogę od ręki wymienid kilka krajów nieco gnuśnych w demonstrowaniu przejawów polonofilstwa; raczej dlatego, że wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi, i że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Wybór prezydenta sesji następuje wprawdzie w sposób bezwzględnie tajny, ale tajne wybory nie są żadną przeszkodą (mówię tu, rzecz prosta, o Narodach Zjednoczonych), aby sobie potem dokładnie obliczyd, kto to nam w oczy mówił jedno, a do urny wrzucił coś całkiem innego. Kiedy zaś przychodzi do następnych wyborów o, wtedy żaden kraj, nawet średniej wielkości, nie ma żadnych kłopotów z wyciąganiem pryncypialnych wniosków. Zawsze powiadam, że najprzyjemniejsze są te niespodzianki wyborcze, które można zawczasu dokładnie obliczyd. Inna rzecz, że mimo wszystko nie zazdroszczę min. Trepczyoskiemu i rad jestem, że rząd PRL nie zaproponował tej zaszczytnej funkcji niżej podpisanemu. Honor jest wprawdzie wszechświatowy, notatki z tajnych rozmów podczas sesji starczą na trzytomowe wspomnienia, lecz ryzyko trochę za duże. Przede wszystkim ryzyko zdrowotne. Obyczaj Narodów Zjednoczonych wymaga, aby prezydent sesji nigdy nie jadał samotnie, lecz zawsze w towarzystwie premierów, ministrów, ambasadorów, a nawet dziennikarzy. Sekretariat i szef protokołu po prostu nie dopuszczą, aby jakikolwiek posiłek prezydenta nie został wykorzystany dyplomatycznie. A skoro tak, to nie ma w ogóle mowy, żeby sobie przetrącid w kąciku np. pajdę chleba z boczkiem i przysmażoną cebulką. Zresztą, skąd wziąd chleb w Ameryce, która odżywia się wilgotną watą o barwie gipsu i konsystencji zlasowanego wapna? Menu na tym szczeblu musi byd wytworne, możliwie niesmaczne i w ogóle takie, te bez słownika francuskiego nie razbieriosz. Moje studia wskazują, że podczas sesji prezydent spożywa w dobranym gronie co najmniej 180 uroczystych posiłków (90 lunchów i tyleż kolacji) oraz 90 śniadao nieco mniej uroczystych, ale też nużących, bo spożywanych w gronie najbliższych współpracowników. Jeśli atmosfera sesji jest trudna, trzeba nieraz jadad 5 razy dziennie, aby rozwiązad

wyłaniające się problemy. I to jadad w różnych miejscach, z niezmąconą twarzą, w imię szczęścia, zdrowia, pokoju i wszystkiego najlepszego. Ileż grozi prezydentowi nieświeżych majonezów, ile dwuznacznych sałatek, które sfrustrowany kucharz potraktował jako instrument walki politycznej I A nie liczy się tu przecież zeschniętych kanapek na cocktailach, owych przeklętych krewetek, na których widok dostaje się wrzodu dwunastnicy z przebiciem, oraz różnych egzotycznych specjałów, których nie „wolno odmawiad pod groźbą faux pas czy zgoła kryzysów międzynarodowych. Wyobraźmy sobie tylko prezydenta sesji, który jednego wieczoru wcina rdzennie arabski szaszłyk, a następnego tłumaczy się, że nie lubi koszernego karpia w jarzynkach. Taak? Nie lubi? To ciekawe. A tak przecież liczyliśmy na bezstronnośd prezydenta. Nie mówię również o liczbie pastylek selcerskich, które trzeba połknąd, jeśli mieszało się burgunda z piwem i brandy z benedyktynem. A miesza się, miesza; nie ma rady. Prezydentabstynent, popijający soczek owocowy, byłby od razu precz w czynnościach służbowych. A tu jeszcze dojdzie w bieżącym roku chioska zupa z gniazd jaskółczych, zapewne doprawiona pulpetami z papierowego tygrysa, może jakiś zachodnioniemiecki sznaps pod Eintopfgericht mit Zwiebeln, Gurken und Kartoffeln, no i owe legendarne szwajcarskie czekoladki, znów starsze o rok, krążące w Narodach Zjednoczonych od chwili poczęcia ONZ i co sesję przekazywane uroczyście w dalszy obieg. Hipopotam by tego wszystkiego nie wytrzymał; cóż mówid o zapracowanym mężczyźnie w kwiecie wieku, którego woreczek żółciowy ma już spory i burzliwy życiorys? Ale przecież ryzyko gastronomiczne jest właściwie niczym w porównaniu z ryzykiem politycznym. To tylko czytelnikom skąpych komunikatów prasowych wydaje się, te ONZ jest przybytkiem nieszkodliwej blagi i szalenie wykwintnych manier. Ale gdzie ta, ale gdzie ta! Nie mogę tu streszczad całej historii Zgromadzenia Ogólnego, kilka jednak wypadków warto odnotowad, zanim jeszcze przejęliśmy berło. Na przykład przewodniczący słynnej XV sesji, Frederick Boland z Irlandii, tak się któregoś dnia zaplątał w sidła procedury i zawrzał takim gniewem na przewodniczącego delegacji radzieckiej, premiera Chruszczowa, że połamał w drzazgi hebanowy młotek, czyli coś w rodzaju kaduceusza. Tego to już naprawdę naszemu przedstawicielowi nie życzę: skąd my wynajdziemy paragraf budżetowy, gdyby przyszło odkupywad taki młotek? Inna sprawa, że Boland doprowadził do szału całe Zgromadzenie bez wyjątku; jego znajomośd procedury była tak biegła, te aż dwukrotnie w wyniku posunięd Bolanda delegacja amerykaoska głosowała za wnioskiem radzieckim, a delegacja radziecka za przeciwstawnym wnioskiem. Świat się od tego nie zawalił, jak widad, ale hazena była okrutna. Przewodniczący XVIII sesji, Carlos Sosa Rodriguez z Wenezueli, człowiek tak flegmatyczny, że potrzebował dodatkowych kilku tygodni na zakooczenie sesji, a ponadto tak spokojny, te w ogóle go nie było słychad z marmurowego podium, o mały włos nie dostał zawału, kiedy go dopadł w kuluarach pewien wścibski kolega amerykaoski i zapytał od niechcenia o pewną supertajną sprawę, omawianą dopiero przed kwadransem w najściślejszym gronie doradców prezydenta. A prezydent pamiętnej XIX sesji, Alex Quaison Sackey z Ghany, o mały włos nie spowodował wojny saudyjsko-albaoskiej. Była to długa i skomplikowana historia, której me mogę tu ze względu na brak miejsca opowiadad zbyt szczegółowo. Proszą mi jednak wierzyd, że Mr President tłukł zaciekle młotkiem w pulpit przez jedenaście minut bez przerwy (takie rzeczy oblicza się w środowisku dziennikarskim z dokładnością do dziesiątych części sekundy), aby

odebrad głos przedstawicielowi Albanii i spędzid go w koocu z trybuny, gdyż Halim Budo uznał za swój historyczny obowiązek przemawiad tak długo, aż oba wielkie mocarstwa dostaną białej gorączki. W koocu prezydent polecił wyłączyd mikrofony i w rezultacie powstał w sali Zgromadzenia powszechny rejwach na skalę nie znaną od początku Organizacji. Jedni uważali, że przedstawiciel małej, lecz dzielnej Albanii powinien mied prawo powiedzied przez mikrofony, co ma do powiedzenia; inni byli zdania, że prezydent opieszale wykonuje swe obowiązki i powinien wezwad strażników, aby ambasadora Budo spędzili z trybuny; jeszcze inni wołali: „Skooczyd z tym cyrkiem!” i gorzej. Sytuację rozładował dopiero pijany w sztok, jak zwykle, ambasador Arabii Saudyjskiej, który ściągnął delegata albaoskiego z trybuny, udzielając mu braterskiego pocałunku w czoło. U Quaison Sackeya stwierdzono po tym incydencie osłabienie mięśnia sercowego. Uprzedzam o tym lojalnie naszego kandydata, bo gdyby tak on musiał całowad Albaoczyka w czółko, sytuacja mogłaby ulec pewnym komplikacjom. Nie chcę jednak już więcej straszyd min. Trepczyoskiego, bo nam się jeszcze rozmyśli i co my wtedy zrobimy? Muszę wszakże dodad, że wszystkie opisane tu pułapki są właściwie niczym w porównaniu z trzęsawiskiem procedury. Zgromadzenie Ogólne widziało już tyle monstrualnych wpadek na tle proceduralnym, że delegatów mało co może zadziwid, lecz przecież nasze ambicje, o ile rozumiem, zmierzają zbyt wysoko, aby dopuszczad możliwośd jakichkolwiek wpadek. Jeżeli delegat Dahomeju w trybie pilnym prosi o pięd minut przerwy w posiedzeniu, nie podając żadnych powodów - można się z grubsza zorientowad, jakie to pilne interesy dyplomatyczne ma Dahomej do załatwienia w zacisznym zakątku pobliskich kuluarów. Takie problemy proceduralne doświadczony prezydent rozstrzyga ad hoc. Jeżeli Salwador prosi znienacka o odroczenie obrad, też można wydedukowad, te właśnie zdarzył się jakiś zamaszek stanu lub inna wojna z Hondurasem, a jakże ma głosowad delegat Salwadoru, skoro sami Amerykanie jeszcze role wiedzą, czy nasi wygrali w Salwadorze. Pamiętam konferencję prasową stałego przedstawiciela Hondurasu, który to przedstawiciel oświadczył stanowczo, że nie uznaje utworzonego właśnie reżimu, odmawia posłuszeostwa uzurpatorom i pozostaje wierny wzniosłym ideałom ludu honduraskiego. Rzecz działa się o 12.30 w południe. Kiedy jednak Zgromadzenie zebrało się, jak zwykle, o 15.00, stały przedstawiciel był już zupełnie innego zdania: wypowiedział się nader krytycznie o minionym reżimie we własnym kraju i nie szczędził szyderstw z obalonego właśnie prezydenta czy generała, bo w tamtych krajach trudno to odróżnid. Widocznie przyszły wyczerpujące instrukcje. Przerwa w posiedzeniu Zgromadzenia może więc nieraz zaoszczędzid stałym przedstawicielom, zwłaszcza z krajów nieco ruchliwych politycznie, bolesnej rewizji poglądów. Sprawy jednak obrastają koszmarem, kiedy przychodzi do głosowania, szczególnie w bardziej zagmatwanych kwestiach, gdzie trudno naprawdę dostrzec subtelne różnice między oryginalnym projektem rezolucji i niezliczonymi poprawkami do tegoż projektu. Na posiedzeniach plenarnych Zgromadzenia takie sprawy są na porządku dziennym i mam wątpliwości, czy było chod jedno głosowanie, w którym wszyscy delegaci mieli pewnośd, za czym głosują. Co zrobid, jeśli rezolucja została przyjęta przez aklamację, a tu nazajutrz zgłasza się delegat Rurytanii i mówi, że to nieprawda, bo on nie klaskał, tylko jego się dyskryminuje i nie zauważa? Co zrobid, jeżeli niemal wszystkie rezolucje, jak to miało miejsce na XIX sesji, są

przyjmowane przez aklamację, aby uniknąd głosowania, chod wszystkim delegacjom wątroba puchnie ze złości? A jeżeli dochodzi do takich sytuacji, jak na XV sesji, że wszyscy na złośd, przez przekorę, nieświadomośd, stan zamroczenia lub ostateczny zamęt głosują przeciw własnym interesom -- rola przewodniczącego sesji jest naprawdę nie do pozazdroszczenia. Dla dziennikarzy jest to moment nieopisanego szczęścia, ponieważ tylko my wtedy naprawdę wiemy, co się dzieje i kto z kogo robi bawołu. Ale dyplomaci muszą się przecież tłumaczyd potem własnym rządom, dlaczego głosowali przeciw rezolucjom, które sami wnosili. Ufam jednak, że nasz człowiek w Zgromadzeniu Ogólnym da sobie z tym wszystkim radę. W razie czego będziemy tu trzymad kciuki, bo komputery komputerami, a splunąd za siebie nigdy nie zawadzi. Gdyby zaś uznano, że kominiarz też by się przydał - bardzo proszę pamiętad o niżej podpisanym. Szczęścia może nie przyniesie, ale na Nowy Rok na pewno złoży życzenia wszystkiego najlepszego. Nie chcę twierdzid, że tylko takie felietoniki znajdują się w mojej czarnej teczuszce pod tytułem „Do wykorzystania”. Sami jednak mogą paostwo ocenid, że- zastrzeżenia zgłoszone przez redakcję wobec tego tekstu były przynajmniej przesadzone. Faktem jest, że sypnąłem się w kilku sprawach. Chioczycy, nad czym już długo i głośno ubolewałem, nie serwują zupy z gniazd jaskółczych; zachodnioniemiecki sznaps wprawdzie był, ale nie wypadało go próbowad, gdyż sprawa przyjęcia obu paostw niemieckich jeszcze na tamtej sesji nie była rozpatrywana; Albaoczyków nie trzeba było całowad w czoło ani nigdzie indziej, gdyż dziwnie jakoś przycichli; wreszcie nikt nie musiał głosowad wbrew własnym interesom. Gdyby tak jednak zechcieli paostwo przeczytad komentarze Sz. Kolegów, którzy się w niczym nie pomylili... Ponieważ mój dyskretno-nachalny wniosek o zatrudnienie w charakterze kominiarza został uwzględniony - mogę teraz na podstawie autopsji i wnikliwych studiów terenowych zaświadczyd, że min. Trepczyoski nie tylko wybrnął ze wszystkich pułapek, lecz z kłopotliwymi sytuacjami umiał sobie tak dziarsko radzid, jak żaden chyba z jego poprzedników. Co więcej, mimo objęcia najwyższej na świecie funkcji, nie utracił ani na chwilę poczucia humoru, opowiadał dowcipy, umiał się śmiad i w niejednym wzbogacił zasobny skarbczyk ONZ-owskich anegdot. Jeśli zaś dodam, że nasz prezydent odznacza się jeszcze umiłowaniem dobrej kuchni, byle czego nie tyka, ale dla wielkich dzieł sztuki kulinarnej zawsze umie znaleźd odpowiednią rangę intelektualną - zrozumieją paostwo, dlaczego tak się tu bieszę. Minister Trepczyoski - nie waham się tu używad słów gromkich i wielkich - otworzył w dziejach dyplomacji ONZ-owskiej nową epokę. Miał on swych świetnych prekursorów, przede wszystkim Bohdana Lewandowskiego - ludzi rzeczowych, inteligentnych, może nieco twardych i pozbawionych wielu złudzeo, ale dlatego właśnie tak nowoczesnych w stylu. Sam jednak, przewodnicząc pierwszej sesji rodzącej się ery współistnienia (proszę pamiętad, że był to rok pamiętnych wojaży Nixona, ratyfikacji układów wschodnich przez Bundestag i powszechnej odwilży, niemal na całym globie) wniósł do nieco już sklerotycznej atmosfery ONZ coś więcej niż ożywczy wietrzyk nowości, energii i błyskotliwego stylu przewodnictwa. Chyba wraz z jego prezydenturą rozpoczął się w Narodach Zjednoczonych początek kooca owych nieszczęsnych popłuczyn po Disraelim, Sazonowie i Clemenceau, które przez dwierd wieku zamuliły bystry strumieo życia międzynarodowego i zamieniły Organizację w porośnięte rzęsą, senne i niezbyt wonne jeziorko. Min. Trepczyoski - może właśnie dlatego, że nie miał za sobą wieloletniego treningu

w kuluarach, a jego niecierpliwośd, rzeczowośd i śmiałośd w podejmowaniu decyzji przypominały niekiedy pocieranie krzemienia stalową blachą - stal się jak gdyby symbolicznym wyzwaniem dla gładzenia i piędrzenia, które to czynności, poddane na kartach niniejszej pracy wyczerpującym ocenom krytycznym, przez tyle lat ograniczały Narodom Zjednoczonym zdolnośd działania. Nie chciałbym byd fałszywie zrozumiany: nie utrzymuję, że nikt już w Narodach Zjednoczonych nie będzie odtąd ględził lub że piędrzenie, poczynając od XXVIII sesji, zostanie zakazane pod karą spędzania z trybuny. Jeśli nawet u nas, ciętych i ostrych, przez 30 lat nie udało się wykorzenid ględzenia, nie można mied zbyt wygórowanych wymagao wobec Narodów Zjednoczonych, gdzie prawo do gładzenia - vide np. Dżamil Barudi - jest czymś w rodzaju nietykalnej świętości. Myślę o czymś innym. O tym mianowicie, że po okresie niemowlęctwa, a potem trudnego dzieciostwa i wyjątkowo dokuczliwych latach pokwitania - Narody Zjednoczone zaczynają wreszcie dorastad do naszego świata. Rad jestem niezmiernie, że dzieje się to częściowo za naszą przyczyną, bo megatony megatonami, bilanse bilansami, ale wdzięk, gracja, inteligencja i energia jeszcze się w naszym stuleciu przydają. Co się zaś tyczy anegdot o prezydenturze min. Trepczyoskiego, to przyjdzie jeszcze czas, że je opowiem. Niech się odleżą. Więc jeszcze raz utnijmy ostatniego hołubca w tym polskim mazurze. Dnieje już jakoś, pora się wziąd za jakąś robotę, ptaszkowie niebiescy. Nie jest źle, kiedy można w Polsce napisad jednym tchem czterysta stron plotek, żartów i zwariowanych aluzji. Oby tak dalej! I to już chyba koniec naszej wycieczki. Pozwolą paostwo, że ich pożegnam. Tul koło wyjścia znajduje się sklep z pamiątkami ze wszystkich krajów świata, jednakowo brzydkimi i jednakowo drogimi, toteż nie radziłbym tam nic nabywad. Może z wyjątkiem małego, błękitnego proporczyka z herbem ONZ i plakietki z mottem tej organizacji: „We believe” - „Wierzymy”. Ja osobiście pod tym akurat wzglądem jestem wierzący. Zegnajcie, moje Narody Zjednoczone, błękitniejące w porannej mgiełce nad Wschodnią Rzeką! Zegnajcie, prominenci! Może kiedyś wrócimy tutaj jeszcze raz, aby znów wypid dry martini w północnym barze i usłyszed w słuchawkach znajomy, nieśmiertelny, wzruszający początek: - Panie przewodniczący! Delegacja Paflagonii uważa, że...

37. DRUGIE POWAŻNE OSTRZEŻENIE
A nie mówiłem? A nie ostrzegałem? „Wielki świat” jeszcze się nie ukazał w postaci książki, a juz są konieczne uzupełnienia, poprawki i skomplikowane autokomentarze. No i skreślenia, oczywiście. Ale o nich opowiem byd może dopiero w następnym wydaniu. Zakładając, że się ukaże, o co będę gorąco prosił pannę Klio. Manuskrypt „Wielkiego świata” ukooczyłem 2 kwietnia 1973 roku, (Niestety, mam biurokratyczne usposobienie i wszelkie takie szczegóły uporczywie notuję, diabli zresztą wiedzą po co, bo i tak przecież do niczego się to nie przydaje.) Dziś, kiedy książkę podpisuję do druku, mamy koniec września 1975 roku. Ładny odstęp. A skąd mogę wiedzied, kiedy obecny manuskrypt dotrze jako książka do rąk czytelnika i co jeszcze się przez ten czas wydarzy? Taki Klimuszko to ja nie jestem, drodzy paostwo.

Przez dwa lata manuskrypt uczył się trudnej sztuki życia: wędrował sobie wśród recenzentów i znawców przedmiotu, pokorniał, poważniał, wyzbywał się okropnych manier i niewyparzonego języka, no, słowem, doroślał. Moim zdaniem rzeczywiście wygląda teraz jak dojrzały, czterdziestoletni karzełek z brodą. Ale podobno mu to tylko na dobre wyszło. Może, Niech paostwo sami ocenią. I w ogóle zachęcam do kolekcjonowania różnych wersji mniejszych niepoczytalnych opowiastek; zawsze to bardziej pouczające niż rozwiązywanie krzyżówek. Bardzo to głupio czytad własny tekst sprzed dwóch lat i uświadamiad sobie, ile się na świecie przez ten czas zmieniło. Jest to przejmujący dowód, że przybywa nam lat i doświadczeo, co zazwyczaj niechętnie przyjmujemy do wiadomości, jako że zawsze jakoś przyjemniej biegad przez całe lata w charakterze łatwowiernego młodzieniaszka. Zdecydowałem jednak nie wprowadzad w korekcie żadnych poprawek ex post, po prostu dlatego, że nie pragnę byd dziś bardziej przewidujący, niż byłem w istocie. Ale muszę przecież odnotowad różne tajfuny i zefirki historii, bo kompetentni krytycy gotowi jeszcze pomyśled, że nie czytam prasy codziennej i nie wiem, co się wokoło dzieje. Pewno rzeczywiście nie wiem, ale to już inna sprawa. Trudno powiedzied, żeby wszystkie zmiany, jakie nastąpiły w ciągu tych dwóch lat, przyprawiały mnie tylko o cielący zachwyt. Nie żyje U Thant, a jego pogrzeb w Rangunie stał się przyczyną poważnych zamieszek, których na pewno by nie pochwalał. Zmarł José Rolz-Bennet, najmilszy Gwatemalczyk świata. ONZ liczy już 141 członków. Były też inne zmiany, wiążące się wprawdzie z bohaterami moich opowieści, lecz nie budzące we mnie żadnych szczególnych emocji. Zakooczył więc swą działalnośd handlową Arystoteles Sokrates Onassis (Jackie, niestety, wypadła jeszcze gorzej niż przy ślubie, więc skooczmy już na zawsze z tym dekoracyjnym nieporozumieniem). Millicent Hearst wyszła za mąż, w co osobiście nigdy nie uwierzę, za to jej młodsza siostra, Patty, przystała do tak zwanych symbionistów i jest usilnie poszukiwana listami gooczymi przez FBI, bo symbioniści wsławili się jak dotąd tylko mordowaniem działaczy oświatowych oraz wynalezieniem polimorficznego seksu; dużo bym dał, żeby wiedzied, co to znaczy, póki nie jest za późno. W każdym razie tę wymyślną karę bożą na obie siostrzyczki i cały zbójecki ród Hearstów uważam za wielce sprawiedliwą, chod spóźnioną. Czy paostwo pamiętają opis konferencji prasowej cesarza Hajle Sellasje na stronie 88? Obaj jej bohaterowie zostali unieważnieni przez historię w sposób totalny, a ja opowiadam o nich głupawe anegdoty. Detronizacja cesarza stosunkowo mało mnie obeszła; staruszek dośd się już nawładał, a jego reżim zbyt wiele ludzi zamorzył głodem, żeby się rozczulad nad dawnymi zasługami. Natomiast fakt, że ówczesny ambasador Etiopii w ONZ, a później premier tego kraju, Endelkaczu Makkonen, został rozstrzelany z powodu pewnej różnicy zdao - nie wydaje mi się godny aprobaty. Świetnie mówił po angielsku, poza tym podarował mi kiedyś przepiękny krzyż koptyjski, który wraz z papieskim medalem będę już niebawem zawieszał na sobie przy uroczystych okazjach. Swoją drogą, mnożą się jakoś te odznaczenia. Ostatnio otrzymałem proporczyk od klubu studenckiego „Pinokio” w Szczecinie, znaczek z olimpiady w Monachium oraz aluminiowy wisiorek z okazji otwarcia mostu przez Bosfor. Będzie na co popatrzed, kiedy tak się pokażę w pełnej gali. Również zabójstwo króla Fajsala wydaje mi się nieco nieprzemyślane. Nie to, żebym rozpaczał; setki żon i nałożnic uczyniły to bez porównania skuteczniej. Chodzi jednak o to, że Fajsal zginął, a Dżamil Barudi został przy życiu. Czy to ma byd sprawiedliwośd? Kiedy ponownie wszedłem do kuluarów ONZ - albowiem, jesienią 1974 roku znów odwiedziłem moje ukochane Narody Zjednoczone - pierwszym

człowiekiem, którego spotkałem, był oczywiście Barudi. Nie wiem, czy naprawdę nic na to nie można poradzid? Cóż dalej? Mój znajomy, Nelson Rockefeller, został wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Lubię człowieka, mimo opisanej na stronie 239 różnicy zdao, więc powinienem uważad zmianę za korzystną, ale tyle już razy sparzyłem się na osobistych sympatiach do polityków, że może lepiej poczekam z ocenami, dopóki się sprawa nie wyjaśni. Prawdopodobnie przynoszę pecha politykom: wystarczy, żebym kogoś lubił i chod raz powiedział to na głos, a już go zmiatają pod podłogę. Tych drugich też zmiatają, tyle że z innych przyczyn. O czym lojalnie i z naciskiem donoszę. Niewiele rzeczy przyprawiło mnie o równie dobry humor w ciągu tych ostatnich dwóch lat, jak żałosny koniec greckich pułkowników. Zechcą paostwo wziąd pod uwagę, że swą pogardę dla nich demonstrowałem na kartach tej książeczki jeszcze wówczas, gdy byli u władzy, co jest sprawą trudną nie tylko w Grecji. Ale nigdy nie miałem cienia wątpliwości, że to się tak skooczy; faszyści mogą byd groźni, ale tylko na krótką metą - prędzej czy później zgubi ich własna głupota. Mniej więcej to samo mam do powiedzenia o Portugalii, która wreszcie przestała byd zakałą Narodów Zjednoczonych. Jakaż to była frajda, kiedy z tych barbarzyoskich reżimów sypało się próchno i fruwało pierze. No i dowody złodziejstwa, oczywiście. Powtarzam po raz trzeci, że ideowośd skrajnej prawicy pozostaje zawsze i wszędzie w stosunku wprost proporcjonalnym do ilości rąbniętej forsy i zdobytych posad. No i to chyba wszystko. Aha, jeszcze jedno: doktor Henry Kissinger ożenił się wreszcie, ale nie z Maggie Osmer, co przepowiadałem, lecz z Nancy MacGuinness. Kosztowało mnie to ze sto złotych, ponieważ musiałem skreślid pięd bardzo dobrych dowcipów, wiążących się z poprzednimi stanami cywilnymi sekretarza stanu. Co to za porządki, żebym z własnej kieszeni dopłacał do małżeostwa Kissingera? Chciałem mu to nawet wypomnied, kiedy z nim ostatnio rozmawiałem w Białym Domu... Nie, ja to naprawdę mówię serio. Znów byłem w Białym Domu i naprawdę odbyłem tam z Henrym krótką, lecz treściwą rozmowę podczas przyjęcia. Paostwo w to nie wierzą, oczywiście. Cóż, da Bóg, że w którymś z kolejnych wydao zrelacjonuję jeszcze swe wrażenia z ostatniego pobytu w Stanach. Były tym razem szczególnie interesujące, gdyż jako specjalny korespondent „Przekroju” wchodziłem w skład ekipy prasowo-telewizyjnej, towarzyszącej Edwardowi Gierkowi, Com się napatrzył, com się nasłuchał... Już z góry zacieram ręce. Ale to musi trochę potrwad, ladies and gentlemen. Cierpliwości. Powiem tylko, że w Białym Domu były tym razem wspaniałe drinki, występy artystyczne, przyjęcie na osiemset osób, no i taoce. Taoczyli co prawda inni, bardziej do tego powołani i pewniejsi siebie, ale ja mam dobrą pamięd i wszystko opowiem, kiedy przyjdzie na to pora. No, a skoro już mowa o Białym Domu, wypada wspomnied, że nastąpiła tam zmiana głównego lokatora. Proponuję, aby zechcieli paostwo zerknąd na chwilę na stronę 185 i przypomnied sobie, co miałem do powiedzenia o Ryszardzie Nixonie. Krótko mówiąc, tę częśd honorarium, którą straciłem na małżeostwie Kissingera, odbiłem sobie na aferze Watergate, bo bez niej przecież nie ukazałby się nie tylko przypis, ale wszystkie w ogóle cierpkie uwagi o Ryśku, jak go zaczynali nazywad co bardziej rozgorączkowani znajomkowie. Nie będę ukrywał, że koniec kariery Nixona powitałem rykiem triumfu i satysfakcji. Niewiele mi się ostatnio zdarza takich okazji, więc ryczałem bardzo głośno, aż pewien zdumiony wieśniak (bo rzecz znów działa się nad jeziorem) przyniósł mi na uspokojenie setkę samogonu. Wypiłem, jeszcze jak! Trzeba uczcid te rzadkie chwile, kiedy dopełnia się w naszych oczach

miara sprawiedliwości. Kto swą karierę zaczyna jak Nixon od niszczenia konkurentów potwarzą, donosem i prowokacją (mam na myśli los Algera Hissa), kto buduje swą sławę na ludzkiej ciemnocie i podłych instynktach, ten nie może liczyd na inny koniec, chodby nawet po drodze wykonał parę interesujących figur gimnastycznych. Tak to wygląda w teorii. Bo praktyka, jak wszyscy wiemy, nie zawsze potwierdza teorię. Ze jednak w tym wypadku Nemezis zaimponowała mi logiką, musiałem uczcid ten rzadki ewenement Raz w koocu lepsza waluta wyparła gorszą. A com się natrudził, żeby ocalid swe prawo do wyznawania dowolnego poglądu na osobę Ryśka Nixona - ja jeden będę to wiedział. I tak się toczy ten światek. Raz wielki, raz mniejszy, a czasami zupełnie malutki. Nie wiem, co jeszcze nastąpi, zanim paostwo doczytają „Wielki świat” do ostatniego zdania, ale szczerze mówiąc przestałem się tym zamartwiad. Nie mam czasu: już szykuję notatki do następnego wydania.

Spis treści
1. PIERWSZE POWAŻNE OSTRZEŻENIE .................................................................................................... 2 2. AUTOR WYJAŚNIA SWÓJ POGLĄD NA WIELKI ŚWIAT ......................................................................... 5 3. AUTOR NIE SKOOCZYŁ JESZCZE WYJAŚNIAD SWEGO POGLĄDU NA WIELKI ŚWIAT .......................... 10 4. I TY MOŻESZ ZOSTAD DYPLOMATA ................................................................................................... 11 5. AIDE-MEMOIRE W SPRAWIE FRYZUR. NOTA WERBALNA W SPRAWIE OKRYD DAMSKICH .............. 16 6. AUTOR POPADA W NOSTALGIE ......................................................................................................... 21 7. CO TO ZA WSTYD DLA DYPLOMATY, KIEDY SZWAGROWI ZE WSI KRÓLIKI SIE PARZĄ W GŁOWIE! .. 22 8. NIE RÓB PAN ZE MNIE DANIELA! ....................................................................................................... 28 9. ŻORŻYK, GITARZYSTA BASOWY (CHODZI O DWA RAZY PO PÓŁ BASA) ............................................. 32 10. JEŚLI SIĘ RAZ ZACZNIE POSKRAMIAD WŚCIEKŁE PSY, TRUDNO JUŻ POTEM PRZESTAD .................. 38 11. CYSORZ TO MA KLAWE ŻYCIE .......................................................................................................... 40 12. AUTOR ZDOBYWA POUFNE INFORMACJE O ZAMIARACH PAPIEŻA ................................................ 45 13. GDY PAPIEŻ PODCHODZI DO LĄDOWANIA...................................................................................... 47 14. SMUTNE SKUTKI AWARII NA FONII ................................................................................................. 52 15. PASZTET PO POLSKU, CZĘŚCIOWO KOSZERNY ................................................................................ 56 16. RAZ NA LUDOWO ............................................................................................................................ 58 17. JESZCZE RAZ NA LUDOWO............................................................................................................... 65 18. NIE BADŹ PAN TAKA MINERWA....................................................................................................... 72 19. OKRUTNE, LECZ POUCZAJĄCE DOWCIPY DOKTORA BEERA ............................................................ 80 20. NIE MA RADY NA DOKTORÓW. DLACZEGO POWINNIŚMY KOCHAD MELINĘ MERCOURI .............. 85 21. AUTOR ZWALCZA USTRÓJ REPUBLIKAOSKI I PRZYTACZA NIEODPARTE ARGUMENTY NA RZECZ MONARCHII ........................................................................................................................................... 87 22. WOKÓŁ ROZMÓW GÓRNICKI-DULLES ............................................................................................. 90 23.ŹLE SIE DZIEJE, KIEDY PREZYDENT NIE CZYTA Z KARTKI ................................................................... 94 24. STREFA ZMIERZCHU I INNE TAKIE.................................................................................................. 100 25. POSTSCRIPTUM NA TEMAT CHORĄŻYCH POKOJU. AUTOR UTRZYMUJE, ZE NIE NALEŻY BEZKRYTYCZNIE WIERZYC GAZETOM .................................................................................................. 108 26. AUTOR ROZSTAJE SIĘ WRESZCIE Z PROMINENTAMI I PEWNO DLATEGO ZACZYNA OPOWIADAD ZUPEŁNIE JUŻ NIESTWORZONE HISTORIE ........................................................................................... 112 27. JESZCZE TROCHĘ O PROMINENTACH, ALE NAPRAWDĘ NIEDUŻO ................................................ 119 28. VISITEZ NATIONS UNIES! OHYDNY SPISEK JAKUBA BLAUWAJSA - ZDEMASKOWANY .................. 124 29. MAN KAN ZYNGEN, MAN KAN TANCEN, ABER NYSZT MYT DI ZASRANCEN, JAK POWIADA BLISKOWSCHODNIE PRZYSŁOWIE ....................................................................................................... 126

30. GRANDE VALSE DES COULOIRS. NOWY TANIEC DYPLOMATYCZNY POD NAZWĄ „WAOKAWSTAOKA”........................................................................................................................................... 130 31. KTO SIE WYCHYLA, NIECH WSPOMNI ADILA ................................................................................. 134 32. TO BYŁ BAL! ................................................................................................................................... 137 33. AUTOR PROSI O ZACHOWANIE SPOKOJU, PONIEWAŻ BĘDZIE ŚPIEWAŁ BALLADĘ O ORŁACH GASTRONOMII, BRZĄKAJĄC NA TEORBANIE ....................................................................................... 142 34. ZWIEDZAMY GMACH NARODÓW ZJEDNOCZONYCH. AUTOR JESZCZE RAZ PROSI, ŻEBY SIE PAOSTWO ZACHOWALI W SPOSÓB POWAŻNY I CAŁKOWICIE ODPOWIEDZIALNY ............................ 150 35. PING-PONG BANG-BANG CZANG KAI-SZEK ................................................................................... 157 36. BIAŁY MAZUR. Z PRZYTUPEM, PO POLSKU. VIVE L'EMPEREUR! ALBOŚMY TO JACY TACY? ......... 164 37. DRUGIE POWAŻNE OSTRZEŻENIE .................................................................................................. 173

1976 CZYTELNIK WARSZAWA Obwolutę i okładkę projektował MARIAN STACHURSKI „Czytelnik", Warszawa 1976. Wydanie I. Nakład 15290. Ark. wyd. 15,4; ark. druk. 22,25. Papier druk. migi. 82X104, ki. IV, 65 g. Oddano do składania 9 I 1975 r. Podpisano do druku 23 I 1976 r. Druk ukooczono w lutym 1976 r. Zakłady Graficzne w Toruniu. Zam. wyd. 618; druk. 132, B-36. Cena zł 30.— Printet in Poland

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->