You are on page 1of 8

4

Humanistyczny szwedzki stół
Czy możnastudiować trzy kierunki, naprawdęstudiując jeden?
Czy możnaosiągnąć to, oczymmarzy każdy student, czyli uczyć
sięwyłącznietego, cojest interesującei przydatne?
Czy możnastworzyć zewspółczesnymwykładowcąrelację
Uczeń–Mistrz? Można, jeśli jest sięstudentemMISHu.
Uwolnić książkę!
Jakpokazać Polakom, żeksiążkaniegryzie? Czy przekonająich
MiejskieRegały Książkowe, amożeCzytelnienaTorach?
Naszczęściesąludzie, dlaktórychczytanietostyl życia.
Kilkasłówotym, jakszaleństwobookcrossingu
ogarnęłocały świat.
Bezpłatny dwumiesięcznik
Nr 24 z MARZEC2013
MEDIAFICTION
To zdanie autorstwa Ryszarda
Kapuścińskiego pasuje idealnie do
dyskusji o mechanizmach rządzących
mediami. Dla ukazania drugiej strony
medalu, podałbymtutaj przykład me-
dium, które tej tezie przeczy i robi tyl-
ko to, co uważa za słuszne. Podałbym,
ale nie zrobię tego z powodu prozaicz-
nego – takie mediumnie istnieje. Opi-
sując świat medialny wPolsce muszę
wyznaczyć punkt, wktórymzacznę
jego analizę. Chcę jednak uniknąć his-
torycznego, PRL-owskiego kontek-
stu, bo rozważania o tym, czy Jacek
Federowicz wDzienniku Telewizyj-
nyminformacje przedstawiał obiek-
tywnie, są pozbawione sensu. Każdy
Polak był jednak świadomy, że cenzo-
rzy sprawują pieczę nad wszystkim,
co do odbiorcówtrafiało, przez co do-
niesień medialnych nie traktowano
całkiemserio. Cofnijmy się o 8 lat.
Rok 2005, Prawo i Sprawiedliwość
wygrało wybory, stworzyło koalicję.
Aco z mediami?
W maju 2006 roku na czele Tele-
wizji Publicznej stanął znany dzienni-
karz Bronisław Wildstein, który spę-
dził na stanowisku jedynie 9 miesię-
cy. Publicysta podejrzewa, że został
odwołany z powodu zbyt dużej nieza-
leżności i braku uległości wobec poli-
tycznych dysponentów. Trudno jed-
nak doszukać się takich manipulacji
w środkach masowego przekazu, któ-
re zostały niepodważalnie udowod-
nione. Co ciekawe, teza Wildsteina
może być jedynie wymówką. Czego
jednak ówczesny dyrektor stacji
miałby się wstydzić? Jak wynika z ra-
portu Najwyższej Izby Kontroli, TVP
przyniosła w roku 2006 zyski na po-
ziomie 142 mln złotych, w 2007 na-
tomiast zysk ten spadł do poziomu 90
mln złotych. Wnioskiem, który z tych
faktów wynika jest to, że za rządów
PiS-u Telewizja Polska była nie tyle
manipulowana politycznie, co naj-
zwyczajniej nieudolnie zarządzana.
Rok 2007 to już początek epoki
zwanej rządami Platformy Obywatel-
skiej, która trwa w najlepsze. Prze-
ciwnicy rządu Donalda Tuska
twierdzą, że taki stan rzeczy utrzy-
muje się dzięki stronniczości tele-
wizji prywatnych (Polsat, TVN) po-
zostających pod wpływem politycz-
nego establishmentu III RP. Były
dziennikarz TVN, a obecnie pro-
wadzący program w Telewizji Pol-
skiej Tomasz Sekielski w wywiadzie
dla tygodnika „W Sieci” mówi: –
Większość mediów sympatyzuje z
Platformą Obywatelską. Z wielu po-
wodów, w tym estetycznych. Za
rządów PiS wielu dziennikarzy po-
czuło, że ta partia sądzi, iż wie lepiej,
jak powinny wyglądać media. To
zrodziło protest. Odbiorca, którego
światopogląd w dużej mierze zależy
od sposobu, w jaki konkretny fakt
zostanie podany, niewątpliwie cierpi
na tym, że dziennikarz, będący po-
średnikiem między nim a wydarze-
niem, dodaje do sprawozdania ko-
mentarz narzucający określony tok
myślenia. Nie należy tutaj mylić
własnego zdania dziennikarza, które
jest konieczne, z indoktrynacją, celo-
wym działaniem związanym
wyłącznie z własnymi upodobania-
mi, leżącymi niekiedy w sprzecznoś-
ci z faktami.
Dziennikarzowi, który wskazuje,
jak należy myśleć należy się zatem
pochwała. Temu mówiącemu, co
myśleć – nagana.
Współczesnemediaprzypominajączasemnarkomana– on, żebyistnieć,
musi pobierać narkotyk, one, abyutrzymywać sięnarynku,
musząwstrzykiwać wswojeżyłycoraz więcej szoku, wstrząsu, horroru.
F
o
t
.
f
o
t
e
r
.
c
o
m
Zależność wmediach, ekonomiczna
lubpolityczna, jest zawsze. Mediastałysiędziś
scenąwalki politycznej, gdziezaproszenie
dostudiadwóchpolitykówz przeciwnychobozówzałatwia
sprawę–twierdzi dr hab. DorotaPiontek
Niestety, zdarzały się sytuacje, w
których działania mediów były dale-
kie od ideału, pełne za to brutalności
i bezwzględności. 30. października
2012 roku na łamach „Rzeczpospoli-
tej” ukazał się artykuł redaktora Ce-
zarego Gmyza na temat przełomo-
wego odkrycia w śledztwie smoleń-
skim. Według dziennikarza, śledczy
badający wrak prezydenckiego Tu-
154 wykryli na kadłubie oraz we-
wnątrz samolotu ślady, świadczące
o obecności materiałów wybucho-
wych – trotylu i nitrogliceryny. Te-
mat tragedii z 10. kwietnia 2010
roku i bez tej sensacji nadal rozpalał
polityczne emocje. Redaktor „Rze-
py” działał zgodnie z etyką dzienni-
karskiego rzemiosła, ponieważ pub-
likowanie nawet tych najbardziej
kontrowersyjnych faktów leży w na-
turze tego zawodu. Mimo tego Ceza-
ry Gmyz został zwolniony, posadę
stracił również Tomasz Wróblewski
– redaktor naczelny gazety. Co wię-
cej, okazało się, że informacje są
prawdziwe, co podczas posiedzenia
sejmowej komisji sprawiedliwości
potwierdził szef wojskowej prokura-
tury Jerzy Artymiak: – Według mo-
jej wiedzy niektóre urządzenia, de-
tektory w Smoleńsku (...) wykazały
faktycznie TNT (...), wykazały na
czytnikach cząsteczki TNT – trotylu.
Komfort dziennikarski powinien
oznaczać możliwość pisania
o wszystkim – bez obawy utraty pra-
cy. Jedynym warunkiem jest rzetel-
ność. Czy zatem dziennikarz po-
dający fakty, sprzeczne z ustaleniami
rządowej komisji Jerzego Millera,
może dziś czuć się bezpiecznie wy-
konując swój zawód? Okazuje się,
że nie. Tajemnicą poliszynela pozos-
taje odpowiedź na pytanie: dlaczego
tak jest i kto tym kieruje?
– Zależność w mediach, ekono-
miczna lub polityczna, jest zawsze.
Media stały się dziś sceną walki po-
litycznej, gdzie zaproszenie do stu-
dia dwóch polityków z przeciwnych
obozów załatwia sprawę – twierdzi
dr hab. Dorota Piontek z Zakładu
Systemów Prasowych i Prawa Pra-
sowego Wydziału Nauk Politycz-
nych i Dziennikarstwa UAM. Różne
spojrzenia, pluralizm poglądów to
coś, czego nie powinniśmy zwal-
czać. Jedno jest jednak wspólne –
kto na dany temat ma własne zdanie,
ten musi być pewien, że jest ono w
istocie wynikiem jego przemyśleń.
Media mogą nie być niezależne, my
tacy być musimy. Na koniec przyto-
czyłbym słowa rapera Łony, który w
swoim tekście ostrzega: – „Jeśli
wszyscy wokół Ciebie równiuteńko
idą, przyjacielu, Ty bądź uprzejmy
mieć wątpliwość”.
Błażej LENDZINSKI
2 4
2 www.facebook.com/gazeta.fenestra
Międzykierunkowe (-wy-
działowe, -obszarowe – nazwy mogą
się różnić, idea jest ta sama) Studia
Humanistyczne po raz pierwszy zos-
tały uruchomione na Uniwersytecie
Warszawskimwroku akademickim
1993/94. WPoznaniu można wtym
trybie studiować od 2002 roku. Stu-
dia o podobnymcharakterze, mające
na celu przede wszystkimrozwijanie
interdyscyplinarnych zainteresowań,
można znaleźć wofercie ośmiu naj-
większych uniwersytetówwPolsce.
Zasady studiowania i rekrutacji, któ-
ra podzielona jest na dwa etapy –
najpierwustala się punkty na podsta-
wie wynikówmaturalnych, później
kandydaci z najlepszymi wynikami
zapraszani są na rozmowę kwalifika-
cyjną – mogą się na poszczególnych
uczelniach różnić drobnymi elemen-
tami, ale wgruncie rzeczy są bardzo
zbliżone. Wszędzie również pod-
kreśla się, że MISHto studia dla
osób mających szerokie zaintereso-
wania, wykraczające poza ramy do-
stępnych kierunków, którzy za cel
stawiają sobie intelektualny rozwój,
a wprzyszłości, kto wie, może i ka-
rierę naukową.
Programowymishmasz
Najważniejszym elementem stu-
diów w ramach MISH jest stworze-
nie indywidualnego i interdyscypli-
narnego, czyli takiego, który będzie
opierał się na łączeniu różnych dzie-
dzin humanistyki, planu studiów. Na
początku 1. roku student musi wy-
brać kierunek wiodący, czyli ten, z
którego, po zrealizowaniu minimum
programowego (na niektórych wy-
działach jest fikcją i trzeba realizo-
wać cały plan studiów), otrzyma dy-
Jeśli nazajęciachzauważysz osobę, któraciągle
gdzieś pędzi, zawszesięśpieszy, wcześniej wychodzi
i częstosięspóźnia, prosi owpisydopapierowego
indeksu, mimożeTwój rokwnajlepszeobsługiwany
jest już przez systemUSOS, awykładowcy
czasempytają, dlaczegoniemajej naliścies
tudentów, towiedz, żenajprawdopodobniej masz
doczynieniazestudentemMISHu.
Czyli właściwieczego?
plom. W regulaminie wyraźnie za-
znaczone jest, że można go dostać
na większej ilości kierunków, co
oznacza wybór więcej niż jednego
kierunku wiodącego i realizację
ustalonych minimów programo-
wych. Dodatkowo wybiera się, co
najmniej dwa kierunki uzu-
pełniające, w ramach których reali-
zuje się wyłącznie indywidualnie
wybrane przedmioty.
Kierunki można wybierać ze
wszystkich włączonych w program
MISH, czyli z większości studiów
humanistycznych dostępnych w
ofercie uniwersytetu. Ich dokładna
lista dostępna jest na stronach inter-
netowych MISH.
Do zaliczenia roku konieczne jest
też uczestnictwo w zajęciach zinte-
growanych, przeznaczonych
wyłącznie dla studentów MISH. Jest
to właściwie jedyna okazja, by stu-
denci jednego rocznika mogli się
spotkać.
Studentowi MISHu przysługuje
również indywidualna organizacja
studiów, a korzystanie z niej jest
niekiedy jedynym wyjściem pozwa-
lającym jakoś pogodzić wszystkie
zajęcia, w których chce się uczestni-
czyć.
Bardzo ważną kwestią jest ko-
nieczność współpracy studenta i tu-
tora – opiekuna naukowego. Poma-
ga on w układaniu planu studiów i,
co podkreśla regulamin, jest
współodpowiedzialny za jego reali-
zację. Tutor służy także swoją po-
mocą w tworzeniu pracy rocznej,
którą później ocenia i recenzuje, co
konieczne jest do zaliczenia roku.
Powinien również zachęcać do po-
dejmowania prób naukowej działal-
ności: pisania publikacji czy uczest-
nictwa w konferencjach.
Podskrzydłami Mistrza
Współpraca z tutorem w
założeniu ma być oparta na zasadzie
„uczeń – mistrz”, jednak wytworze-
nie takiej relacji nie jest łatwe, gdy
tutora trzeba wybrać już na samym
Studentowi MISHuprzysługujeindywidualna
organizacjastudiów, akorzystaniez niej
jest niekiedyjedynymwyjściempozwalającym
jakoś pogodzić wszystkiezajęcia, wktórychchcesię
uczestniczyć.
Zmiany. Dla jednych zło konieczne,
dla innych szansa na doświadczenie
nieznanego. Według mnie zmiany,
czego by nie dotyczyły, są korzystne.
Od czasu wydania ostatniego numeru
Fenestry, czyli od kwietnia 2012 roku
sporo się wydarzyło wnaszymkraju, a
wiele kwestii miało szansę się zmie-
nić, przynajmniej nieznacznie. Miało,
ale niestety pozostało wswoimpier-
wotnymkształcie. Nie będę szukać
przykładówwodleglejszej historii.
Wystarczy sięgnąć pamięcią do dwóch
wydarzeń z ubiegłego miesiąca.
Pierwszy z nich dotyczy sukcesu pol-
skiej dyplomacji na lutowymszczycie
UE. Sukcesu niepodważalnego, bo po-
mimo oszczędności wbudżecie Polska
otrzyma do 2020 r. więcej pieniędzy
niż zakładano. Nie to jest jednak
według mnie najważniejsze. Istotniej-
szy jest sposób wjaki my, Polacy,
przyjęliśmy ten fakt. Wwiększości
został on przemilczany. Oile to można
jeszcze zrozumieć (nie każdy przecież
musi interesować się budżetempań-
stwa, wmyśl zasady „myślimy tylko o
swoimpodwórku”), o tyle kompletnie
nie jestemwstanie pojąć negatywnych
głosówwtej sprawie. Narzekają i kry-
tykują wszyscy, ponarzekami ja.
Chciałabymdoczekać dnia, gdy w
Polsce minie epidemia ciagłego maru-
dzenia oraz krytykowania. Czy nie
możemy po prostu zacząć żyć własny-
mi sukcesami i porażkami, a z pomyśl-
ności innych tylko się cieszyć? Na-
wiązując do kwestii czerpania radości
ze szczęścia innych, warto przejść do
tematu nieco bardziej kontrowersyjne-
go – obok chorobliwego narzekania
cierpimy również (nie wszyscy, rzecz
jasna) na chorobliwy brak tolerancji,
zazwyczaj poparty niewiedzą. I jeśli
brak ten dosyć łatwo wybaczyć lu-
dziomo ograniczonych horyzontach
myślowych, o tyle trudniej przełknąć
go, gdy mówimy o naukowcu. Nie-
dawno na scenie politycznej na 1. plan
wysunął się nowy, charakterystyczny
aktor, a raczej kontrowersyjna aktorka
wpostaci posłanki Krystyny
Pawłowicz. Nie mamzamiaru oceniać
tu zachowań Pani posłanki. Wiadomo
– ile poglądów, tyle opinii. Nie mogę
jednak oprzeć się pokusie podsumo-
wania konsekwencji postawy prezen-
towanej przez tę osobistość świata po-
lityki. Mianowicie stała się ona sym-
bolembraku tolerancji i poszanowania
prawa do szczęścia homoseksualistów.
Nie tylko to mnie jednak oburza. Za-
dziwiające jest, że pewnych przywile-
jówwynikających z bycia wzwiązku
odmawia się również heteroseksualis-
tom, sprowadzając całą dyskusję do
kwestii wiary i Kościoła. Świetnie
podsumowuje to Gracjan Jamroszczyk
wswoimkomentarzu. Jak widać –
zmiany wnaszymspołeczeństwie nie
nastąpią szybko. Nie wiemczy na-
stąpią wogóle.
Doszło do nich natomiast w Fe-
nestrze. Co nowego możemy Wam
zaoferować? Przede wszystkim pub-
licystykę na najwyższym poziomie
w czterech działach tematycznych.
Oprócz wspomnianego wyżej tekstu
w dziale Polityka, polecam szcze-
gólnie artykuł Aleksandry Laps o
bookcrossingu, a także pełen traf-
nych spostrzeżeń felieton Jamesa
Behra dotyczący dewaluacji
wyższego wykształcenia. Jestem
przekonana, że zainteresują Was
również inne, niebagatelne arykuły.
Wspólnie z całą redakcją oddaję
więc odnowioną Fenestrę, licząc na
to, że wprowadzi ona powiew
świeżości w Wasze postrzeganie po-
lityki i społeczeństwa.
BeataKAPUSTA
Redaktor naczelna
Od początku podejrzewałem, że
gdy tylko temat związkówpartner-
skich ponownie wkroczy między
sejmowe ławy, zaraz zrobi się z tego
typowa jatka tych za Kościołemz
tymi przeciwko niemu. Nie pomy-
liłemsię, toteż w całej dyskusji nie
chciałemw ogóle uczestniczyć, ale
po słowach posłanki Pawłowicz i
reakcjach na nie, czuję się niejako
zmuszony zabrać głos.
Właściwie – słowa jak słowa.
Prawica zdążyła nas już przyzwy-
czaić do tego poziomu wypowiedzi
wobec osób posiadających odmien-
ne poglądy, szczególnie w kwes-
tiach drażliwych typu seksualność
czy wiara. Jak jednak wspom-
niałem, wartym skomentowania
wydają się reakcje na słowa posłan-
ki, w tym oczywiście list Akade-
mickiego Klubu Obywatelskiego
im. Lecha Kaczyńskiego w Pozna-
niu. I nie mam tu za złe podpisanym
pod listem, że homoseksualizm stoi
im ością w gardle. Zawsze byłem za
wolnością, więc będę stał zarówno
za wolnością w miłości, jak i w wy-
rażaniu swoich poglądów. Boli
mnie jednak, że podpisani pod tym
listem pracownicy naukowi odrzu-
cają lata nomen omen naukowej
pracy psychologów oraz WHO.
Mam wrażenie, że było to stwier-
dzenie typowo dogmatyczne, pod-
czas gdy od naukowców wymaga-
my raczej podejścia krytycznego.
Mam też nadzieję, że list ten pozo-
stanie w umysłach ludzi listem
AKO im. Lecha Kaczyńskiego w
Poznaniu. Jak coś nazywa się imie-
niem Lecha Kaczyńskiego, to
można z góry domyśleć się, jakie
stanowisko będzie reprezentować.
Nie chciałbym za to, aby ludzie za-
pamiętali to jako list, pod którym
podpisało się kilkuset naukowców
UAM. Stąd byłaby już krótka droga
do wrzucenia UAM do jednego
światopoglądowego worka z
Wyższą Szkołą Ojca Dyrektora, a
tego chyba byśmy nie chcieli.
GracjanJAMROSZCZYK
Wstępniak Wracamyjeszczelepsi
Komentator Związekpartnerski zOjcemDyrektorem
Ciemnechmury
nad Bamako
międzynarodowe sankcje gospodar-
cze. Pod koniec roku 2012 stało się
jasne, że siły rządowe nie poradzą so-
bie z zagrożeniem. Co gorsza na sku-
tek rozłamu islamiści przejęli kontro-
lę nad podbitym terytorium i zapro-
wadzili surowe porządki opierające
się na prawie szariatu. USAi UE do
tej pory tylko przyglądające się roz-
wojowi sytuacji, teraz postanowiły
zareagować. Zaistniało poważne nie-
bezpieczeństwo powstania, tuż pod
nosem Europy, kolejnego przyczółka
terrorystów, który byłby idealną bazą
wypadową na państwa zachodnie i
sojuszników USA. Wysłanie wojsk
do Mali stało się oczywistością. Za-
stanawiano się tylko, kto za operację
stabilizacyjną zapłaci.
Duże zaangażowanie w kwestii
zlikwidowania zagrożenia zamanifes-
towała Francja, która ponosi aktualnie
główny ciężar misji i wysłała spory
kontyngent wojskowy. Wsparcie za-
powiedziała też Unia Afrykańska. Na
terenie Mali współpracują obecnie ze
sobą siły zbrojne kilkunastu państw.
Ofensywa wojsk sprzymierzonych
poprzedzona nalotami lotnictwa trwa,
a Al-Kaida oddaje ważne miasta
praktycznie bez walki. Istnieje oba-
wa, iż jest to celowa taktyka, a terro-
ryści wycofają się na górzystą północ
kraju i podobnie jak wAfganistanie
będą prowadzić wojnę partyzancką.
W ramach Operacji Serval wiele pań-
stw w tym także Polska wysłała in-
struktorów wojskowych, którzy mają
szkolić wojsko malijskie i przygoto-
wywać je do trudnej walki z party-
zantami. Końca konfliktu nie widać.
JacekJÓŹWIAK
Władze wstolicy Mali bo-
rykają się już od ponad roku z po-
ważnym, złożonym, wewnętrznym
problemem. Stało się o nimgłośno w
wyniku wojny domowej pomiędzy
siłami rządowymi, a nacjonalistami
tuareskimi marzącymi o własnym
państwie –Azawadzie.
Bojownicy z plemienia Tuaregów
czynnie brali udział w wojnie domo-
wej w Libii jako najemnicy po stronie
Kadafiego. Po upadku reżimu zrabo-
wali magazyny z bronią swojego
byłego pracodawcy, co zapewniło im
środki i umożliwiło walkę o niepo-
dległość. Wsparci dodatkowo przez
islamistów z Al-Kaidy, szybko opano-
wali północną część kraju stanowiącą
połowę terytorium Republiki Mali.
Wydarzenia te doprowadziły do woj-
skowego buntu, który odsunął prezy-
denta od władzy. Mali spotkały za to
3 marzec 2013
początku przygody z MISHem.
Można bowiem trafić na osobę, któ-
ra jest świetnym wykładowcą, cie-
kawie prowadzi zajęcia, ale nieko-
niecznie nadaje się do roli pomocni-
ka i przewodnika. Michalinie, stu-
dentce II roku MISH na UAM, na
odpowiedniego tutora udało się tra-
fić dopiero za drugim podejściem: –
Zmieniłam tutora, bo ten pierwszy
podpisał oświadczenie, że zostanie
moim opiekunem naukowym, po
czym oznajmił, iż ma nadzieję, że
jestem ogarnięta i nie będę mu zbyt
często zawracać głowy.
W większości przypadków insty-
tucja tutora jest jednak oceniana
przez studentów bardzo pozytywnie:
– Jedynym pozytywem, jaki kojarzy
mi się z MISHem, jest właśnie moja
tutorka. Wykazała niespożyte
pokłady wyrozumiałości dla mnie i
dla mojego skomplikowanego trybu
studiowania, poleciła mi sporo przy-
datnych książek, dokładnie skomen-
towała i poprawiła pracę roczną, a
poza tym jest zwyczajnie ciekawą
osobą – mówi Kamil, również stu-
dent II roku MISH.
Falstart wszczurzymwyścigu
Kiedy na spotkaniu organizacyj-
nym przestraszony, przyzwyczajony
do licealnych standardów, to znaczy
do tego, że wszystko jest podane na
tacy, student 1. roku dowiaduje się,
że od tej chwili zaczyna się wyścig
szczurów, którego celem jest mię-
dzynarodowy doktorat, a środkami
do jego osiągnięcia, częste naukowe
publikacje i udział w konferencjach,
a słowa: najlepszy i elita intelektual-
na, słyszy odmieniane chyba przez
wszystkie przypadki, może poczuć
się zagubiony i ciężko przestraszo-
ny, wiem to z własnego doświadcze-
nia. Niczego wtedy nie chce się bar-
dziej, jak tylko tego, by wziąć nogi
za pas i zostać zwyczajnym studen-
tem. Jeśli jednak wytrzyma się tę
chwilową presję, bardzo szybko
okazuje się, że nie trzeba zostawać
zwykłym studentem, bo się nim po
prostu jest. Rozwój naukowej karie-
ry, owszem, może być dzięki MIS-
Howi ułatwiony, ale niekoniecznie
trzeba podążać w tę stronę. Nie dla
wszystkich studentów MISH jest
ona celem: – Nie popieram samej
idei MISHu. MISH od początku był
dla mnie jedynie środkiem do
osiągnięcia podwójnego dyplomu –
podkreśla Michalina.
Amoże... wolność dotego?
To, jak student wykorzysta możli-
wość studiowania w takim trybie,
jest tak samo, jak wszystko na tych
studiach, kwestią indywidualną.
Naukowa kariera to tylko jedna z
możliwości, najbardziej uwypuklana
i propagowana, ale nie jedyna.
MISH można traktować równie
dobrze, jako narzędzie pozwalające
zdobyć dwa dyplomy, np. jeden na
kierunku ogólnym, drugi na
węższym, bardziej specjalistycz-
nym, plus jeszcze poszerzać inne
swoje zainteresowania na kierun-
kach uzupełniających. Dzisiaj, kiedy
co roku tysiące nowych absolwen-
tów wypuszczanych jest na rynek
pracy, wyspecjalizowanie w pewnej
dziedzinie z jednej strony, z drugiej
szerokie horyzonty i rozwinięte za-
interesowania, mogą zaważyć na
tym, że pracodawca zdecyduje się
przyjąć właśnie absolwenta MISH.
Efekt taki można osiągnąć przede
wszystkim dzięki wolności wyboru,
jaką ta opcja daje.
– Głównym atutem tego typu stu-
diów jest możliwość profilowania
swojego planu zajęć z dość bogatej
oferty edukacyjnej. Daje to poczucie
wolności – dzięki temu uważam, że
jest to kierunek stworzony dla mnie
– mówi studentka II roku, Kamila.
W podobnym tonie wypowiada się
Marysia – Tak duża dowolność w
wyborze zajęć i układaniu planu
daje ogromne możliwości rozwoju.
Gdybym teraz miała wybierać stu-
dia, myślę, że znowu zdecydo-
wałabym się na MISH.
AgnieszkaKWIATKOWSKA
Humanistyczny
szwedzki stół
Proszę zrobić listę obecności
– coraz częściej można usłyszeć te
słowa od prowadzących wykłady na
Uniwersytecie. – Jeżeli chodzi o sy-
tuacje z obecnościami to odkąd jes-
temna 3 roku studiówzauważyłam,
że wykładowcy zaczęli sprawdzać
obecność prawie na każdymwykład-
zie. Jeden wykładowca za obecność
zaliczał przedmiot na ocenę dosta-
teczną, ale to nie był egzamin – jak
ktoś nie był na dwóch listach miał
problemy. Inny prowadzący wykład
sprawdzał obecność i mówił, że 2
razy można nie być, ale każdy każde-
go wpisywał na tę listę. Zkolei na
jeszcze innymprzedmiocie pro-
wadząca tak po prostu robiła zawsze
listę, ale nawet, jak kogoś nie było
ani razu żadnych konsekwencji z
tego tytułu nie wyciągała – mówi
Sylwia studentka Pedagogiki.
Zgodnie z obowiązującym regula-
minem studiów na Uniwersytecie
im. Adama Mickiewicza w Pozna-
Wykład kontrolowany
niu, Dziekan (w porozumieniu z kie-
rownikami jednostek organizacyj-
nych) określa sposób zaliczania
przedmiotów (w tym kwestie nie-
obecności). Zastrzeżone jest jednak,
że nie można zobowiązać studenta
do obowiązkowego uczestnictwa w
wykładzie. Co do zasady, to ile nie-
obecności przysługuje nam na ćwi-
czeniach i konwersatoriach zależy
od decyzji Dziekana i prowadzących
zajęcia. Jeśli chodzi zaś o wykłady –
obecność na nich jest nieobowiązko-
wa. Gdy zdarzy się, że profesor zro-
bi listę, to nie powinien on wyciągać
żadnych negatywnych konsekwen-
cji, jeśli nas na niej nie będzie.
– Regulamin swoje, prowadzący
swoje – dodaje studentka Stosunków
Międzynarodowych – przecież zgod-
nie z regulaminem obecność na
wykładzie nie jest obowiązkowa,
jednak, jeśli nie uczęszcza się na te
„nieobowiązkowe” zajęcia można
mieć problemy z zaliczeniem przed-
miotu i pisać np. karne referaty za
każdą nieobecność.
Lektoraty z języka obcego trakto-
wane są inaczej – tutaj znajduje za-
stosowanie regulamin Studium Nau-
czania Języków Obcych, który sta-
nowi, że można mieć bez usprawied-
liwienia 2 nieobecności w semestrze,
jeśli lektorat jest realizowany w wy-
miarze 120 godzin rocznie. Propor-
cjonalnie do tego, jeżeli mamy 30
godzin zajęć z języka obcego
przysługuje nam jedna nieobecność
w semestrze. Jednak w przypadku,
gdy zgromadzimy ponad 30% nie-
obecności (nawet tych usprawiedli-
wionych np. zwolnieniem lekar-
skim), może to oznaczać brak zali-
czenia z lektoratu (może nie znaczy,
że musi – wszystko zależy od indy-
widualnej sytuacji).
Dla porównania na Uniwersytecie
Przyrodniczym w tym roku akade-
mickim wpisano do regulaminu
Sprawdzanieobecności nawykładziestałosię
ostatniobardzopopularnymmotywatorem
dlastudentów, abynatezajęciauczęszczać.
Stawkajest niekiedywysoka– podwyższenieoceny
czyłatwiejszepytanianaegzaminie.
przepis, który mówi o tym, że
wszystkie zajęcia są obowiązkowe
(w tym także wykłady). – Według ja-
kiś nowych programów jest obo-
wiązkowa obecność. Niektórzy do-
piero po odrobieniu wykładów mogą
dostąpić do egzaminu czy zaliczenia
poprzez napisanie referatu bądź in-
nej pracy albo odpowiedzi ustnej z
wykładu, na którym się nie było.
Szczerze mówiąc, to tylko u mnie
dwóch profesorów patrzyło na obec-
ność, reszta tylko straszyła a nic nie
dały te obecności – stwierdza Darek,
student rolnictwa.
Od dobrej woli prowadzącego
wykład zależy, czy będzie on spraw-
dzał na nim obecność. Na pytanie:
czy chodzić na wykłady? trudno jed-
noznacznie odpowiedzieć. Jeśli
chcemy mieć dobre notatki, wie-
dzieć, na jakie zagadnienia zwrócić
uwagę przygotowując się do egzami-
nu, to z pewnością odpowiedzieć na-
leży twierdząco. Jednak pamiętajmy,
póki co wykłady na Uniwersytecie
im. Adama Mickiewicza są nieobo-
wiązkowe.
DariaDREJZA
F
o
t
.
f
o
t
e
r
.
c
o
m
Quovadis Janusz?
Poncyljusz. Powiedzmy, że w Kosza-
linie. Przyciągałby jak koszalińskie
piwo, które według pewnej anegdoty
posiada walory moczu konia chorego
na cukrzycę.
Mówi się, że „gwiazdeczki” PJN
wystartują z list Ludowców do Euro-
parlamentu. To przejaw ich realizmu.
W 2014 roku skończą się mandaty
Kowala, Kamińskiego, czy Migal-
skiego. Popularne „pjonki”, zdradzo-
ne nie o świcie, lecz przed wyborami
w 2011 roku przez charyzmatyczną li-
derkę, czytającą przemówienia z kart-
ki, Joannę Kluzik-Rostkowską, też
muszą z czegoś żyć.
Piechocińskiemu odmówiła Soli-
darna Polska. Jak to pięknie ujęła Pani
Kempa: „ziobrzyści idą po zwycię-
stwo, a marsz będzie długi”. Po co im
zatem PSL, który ostatni raz najwię-
cej głosów spośród wszystkich partii
zdobył w 1947 roku. Niestety Solidar-
na Polska nie wygrywa nawet w son-
dażach przeprowadzonych wśród jej
członków.
Pan minister Piechociński wie do-
skonale, że próg wyborczy w wybo-
rach do sejmu dla koalicji partii wy-
nosi 8%. Nie będzie zatem ryzyko-
wał, bo poparcie dla PJN na poziomie
0,5% jest jak betonowe koło ratunko-
we. Najprawdopodobniej „gwiazdy”
PJN wystartują z list PSLdo Europar-
lamentu i na tym program „Centrum
dla Polaków” się skończy.
Mikołaj ZAJĄCZKOWSKI
Zwycięstwo Janusza Piecho-
cińskiego wlistopadowych wyborach
na prezesa PSLbyło szokiemnie tylko
dla Waldemara Pawlaka, ale dla całej
opinii publicznej. SamPiechociński
był tymwyboremmocno zaskoczony,
o czymświadczyło jego zachowanie
po ogłoszeniu wyników. Teraz wszyst-
kich zaskakują koncepcje nowego mi-
nistra gospodarki.
Na początku stycznia w mediach
pojawiła się informacja o rzekomym
„sojuszu” ugrupowania Polska Jest
Najważniejsza z PSL. Oczywiście ter-
min „ugrupowanie” użyty w tym
przypadku jest doskonałą hiperbolą.
Na dzień dzisiejszy PJN jest tylko i
wyłącznie nazwą grupki byłych
posłów PiS. O co chodziło więc Pie-
chocińskiemu?
Kiedy na początku lutego Elżbieta
Jakubiak wystąpiła na wspólnej konfe-
rencji prasowej z przewodniczącym
klubu parlamentarnego PSLJanem
Burym, w mediach zawrzało. Złośliwi
zauważyli, że był to powrót w blask
jupiterów, które niegdyś były dla Jaku-
biak jak solarium. Na konferencji Bury
zapowiedział, że PSL będzie realizo-
wać elementy programu rodzinnego
PJN. No cóż. Przyszedł kryzys i trzeba
szukać oszczędności. Owszem think
tank w postaci programu PJN jest dar-
mowy, ale skuteczny jak i sam PJN.
Niektórzy twierdzą, że Piechociński
chce stworzyć partię centrową, otwo-
rzyć się na miejski elektorat. Piecho-
cińskiemu będzie znacznie łatwiej
otworzyć centrum, ale handlowe. Są
w Polsce takie okręgi miejskie, w któ-
rych PSL od lat nie zdobył mandatu, a
„gwiazdy” PJN mogłyby przyciągnąć
tam rzesze wyborców. No tak. Taki
Piechocińskie-
mubędzie
znacznie
łatwiej otworzyć centrum,
alehandlowe.
4 www.facebook.com/gazeta.fenestra
Uwolnić
ulotki. Projekt, który opiera się na
wzajemnej uczciwości, natrafił nie-
stety na jeszcze jeden problem. Do
organizatorów docierają informacje,
że Poznaniacy zabierają książki i nie
tylko, nie zostawiają żadnej w za-
mian, ale te „wypożyczone” sprze-
dają np.: na aukcjach internetowych
lub w antykwariatach. Mimo to, na
półkach Miejskich Regałów
Książkowych czasem można znaleźć
naprawdę wartościowe pozycje.
– Wydział Kultury i Sztuki pozy-
tywnie ocenia funkcjonowanie Re-
gałów i ich rolę w uatrakcyjnianiu
Centrum Miasta Poznania oraz popu-
laryzacji czytelnictwa - mówi An-
drzej Luka z Wydziału Kultury i
Sztuki Urzędu Miasta Poznania.
Wskazuje on także na duże zaintere-
sowanie projektem ze strony miesz-
kańców, przedstawicieli mediów,
przedsiębiorców, ale też władz in-
nych miejscowości. - Z pewnością
potrzeba czasu, aby spopularyzować
ideę bookcrossingu wśród mieszkań-
ców Poznania na tyle, by regały jak
najrzadziej były puste, jednakże za-
równo Wydział, jak i zajmujące się
regałami miejskie instytucje kultury,
nadal dysponują pulą książek, którą
staramy się je systematycznie uzu-
pełniać – kończy.
Nie jest to jedyna tego typu inicja-
tywa w Polsce. Wraz z początkiem
roku w 35 gdańskich tramwajach, na
oparciach siedzeń zawisły siatki z
książkami. Miało to zachęcić miesz-
kańców do czytania podczas podróży
komunikacją miejską. Pomysł „czy-
telni na torach” tak spodobał się Kra-
kowiakom i Łodzianom, że i tam ru-
szyły prace nad takimi przedsięwzię-
ciami. Niestety, w Gdańsku wystar-
czyło kilka dni, aby z pojazdów znik-
nęły nie tylko książki ale i… siatki.
Mimo to, władze nie zamierzają re-
zygnować z akcji, a po prostu zmie-
nić nieco jej formę np.: poprzez spe-
cjalne znakowanie „tramwajowych”
książek.
To oczywiście nie jedyne
przykłady prób „uwalniania” książek
w naszym kraju. W wielu miastach
znajdują się specjalne „półki book-
crossingowe”: w domach kultury, ka-
wiarniach, bibliotekach, klubach stu-
denckich czy restauracjach. Oprócz
tego na idei bookcrossingu opierają
się spontaniczne, jednorazowe
działania, szczególnie popularne wś-
ród uczniów szkół w całej Polsce .
Wszystko zaczęło się w marcu
2001 roku w Stanach Zjednoczo-
nych. Informatyk, Ron Hornbaker,
wpadł na pomysł, aby „uwalniać”
książki, a następnie śledzić drogę
jaką przebywają. Kilka tygodni pó-
źniej uruchomił w tym celu stronę in-
ternetową, która szybko zdobyła po-
pularność na całym świecie. Rok pó-
źniej autor pomysłu opublikował w
poczytnym magazynie literackim
„Book Magazine” zasady bookcros-
singu. Głównym założeniem stało się
nieodpłatne przekazywanie książek,
bez żadnych formalności, najczęściej
Coś jest wspólnei darmowe, alewymaga
zaangażowaniamieszkańców. Czytakaidea
maszansępowodzenia? Zapewneto
chciałysprawdzić władzePoznania,
gdywczerwcu2011r. nagrodziły
inicjatywę„Miejski Regał Książkowy”
wkonkursieCentrumWartePoznania.
Projekt, którego autorką jest
Agata Tryksza, zajął trzecie miejsce.
Idea jest prosta: regały mają być plat-
formą darmowej wymiany książek
między mieszkańcami Poznania. We
wrześniu na ulicach naszego miasta
stanęły cztery takie „meble” (obok
CollegiumMaius, Biblioteki Raczyń-
skich, Teatru Polskiego i Galerii Miej-
skiej Arsenał). Pomysł od początku
był wspierany przez Wydział Kultury,
CKZamek oraz Wydawnictwo Miej-
skie Posnania, poprzez zbiórki książek
i regularne uzupełnianie regałowych
półek. Urząd Miasta podkreśla, że po-
mysły zgłoszone wplebiscycie miały
wzbogacić atrakcyjność centrumPoz-
nania. Czy tak się stało?
W grudniu, w jednym z regałów
została wybita szyba. Bezmyślny akt
wandalizmu to tylko jeden z proble-
mów. Mieszkańcy narzekają, że na
półkach można znaleźć jedynie…
Każdy, ktochceoficjalnieprzyłączyć siędo
„społeczności bookcrossingu”, musi zarejestrować
sięnastroniebookcrossing.com.
ZapomocąnumeruISBN, wpisujesiętamkażdą
odnalezioną, atakżepozostawionąksiążkę.
Amerykańskie pokolenie beat
generation powróciło na dobre wraz z
pojawieniemsię filmów„Skowyt”,
„Wdrodze” oraz wydaniemlistów,
które przez lata wymieniali między
sobą duchowi przedstawiciele bun-
towniczego ruchu: Jack Kerouac i Al-
len Ginsberg.
Dziś bitnicy postrzegani są
głównie, jako zbłąkani szaleńcy, któ-
rych działalność była odpowiedzią na
frustrującą rzeczywistość powojen-
nych Stanów Zjednoczonych. Ich ni-
hilistyczna postawa miała być prze-
ciwieństwem wizji amerykańskiego
snu, jego niedorzeczności i niespra-
wiedliwości. Gardzili oni masowym
konsumpcjonizmem, pozornie po-
układanym życiem, populacją tzw.
white collar. Działania bitników na-
stawione były na przeżywanie emocji
oraz stworzenie autentycznej kontr-
kulturowości wobec ówczesnych cza-
sów. Nie trudno zgadnąć, że dla Ame-
ryki, działania inteligenckiej, białej
młodzieży były wstrząsem.
Uderzeniewrytmiejazzu
Pojęcie beat generation narodziło
się w Village, artystycznej dzielnicy
Nowego Jorku. To właśnie tam swoje
skupisko miała artystyczna cyganeria
lat 50-tych. Z bitnikami spleciona
była subkultura hipstersów, którzy
stanowili swoistą inspirację dla Gin-
sberga i jego przyjaciół. To właśnie w
słynnym poemacie „Skowyt” padają
słowa: “anielogłowi hipsterzy sprag-
nieni pradawnego niebiańskiego
podłączenia do gwiezdnej prądnicy w
maszynerii nocy”. 7. października
1955 roku, podczas pierwszego od-
czytania tego poematu, dokonał się
przełomowy moment, w którym
twórczość Ginsberga stała się rodza-
jem perfomance’u z udziałem pub-
liczności, żywo reagującej na dekla-
macje pisarza. Nie bez przyczyny po-
ezja bitników bliska jest w swojej
spontaniczności muzyce jazzowej. To
właśnie improwizacje tego gatunku
muzycznego towarzyszyły najczęś-
ciej bitnikom podczas ich nocnych
eskapad, kończących się w zadymio-
nych knajpach. Co ciekawe pierwszy
polski przekład „Skowytu” został
opublikowany w magazynie „Jazz”.
Nazwa beat generation w pewnym
stopniu odnosi się do beatu, tempa
muzyki jazzowej, co prowadzi do
dalszych skojarzeń z szybkim tem-
pem życia ówczesnego podbitego po-
kolenia młodych ludzi, którzy nazna-
czeni byli doświadczeniem wojny i
okrucieństwa.
Hipsterzywczoraj i dziś
W listach wymienianych między
Kerouackiem a Ginsbergiem padają
liczne określenia wobec ówczesnych
hipsterów. Wspominając zwłaszcza
Carla Salomona, kolegę z psychiatry-
ka, piszą: "Znał wszystkich hipsterów
z Village i całą ferajnę trockistowskich
intelektualistów, kojarzy mnóstwo
awangardowych stylów - do tego bar-
dzo rimbaudowski typ, i to od
najmłodszych lat”. Co zabawne dzi-
siejsi hipsterzy są zupełnym zaprze-
czeniem swoich poprzedników, którzy
charakteryzowali się często destruk-
cyjnym sposobem bycia, postawą na-
stawioną na poszukiwanie „it”, cze-
goś, co odmieni ich życie. Współcześ-
nie mamy raczej do czynienia z oso-
bami, które płyną wraz z nurtem kon-
sumpcjonizmu, nadając swoim posta-
wom jedynie pozory alternatywności.
Nie stanowią oni inspiracji dla żad-
nych działań twórczych, jeśli oczywiś-
cie nie liczyć serii memów poświęco-
nych tej subkulturze. Dziś hipsterzy
nie są jednostkami twórczymi, a ra-
czej przemielonymi przez kulturę po-
staciami. Ci, którzy chcieliby być
twórczy, okazują się często odtwórczy.
W latach 50-tych hipsterzy składali
pokłon temu, co naprawdę ich pory-
wało. Był to bebop, literatura Dosto-
jewskiego, francuscy poètes maudits.
Bez wątpienia współcześni hipsterzy
wiele mówią o wycinku rzeczywistoś-
ci, w którym się obracają. Stanowią
element kultury zdominowanej przez
obraz, modę oraz trendy.
Bitnicywpopkulturze
Powtórna fascynacja związana z
ekranizacją przygód Jack Kerouaca
zawartych w jego książce „W dro-
dze” i wydaniem listów przekazywa-
nych sobie przez bitników, wskazuje
na to, że beat generation stało się
częścią popkultury. Powieść „W dro-
dze” pozostaje uniwersalna, gdyż
bunt i artystyczne zagubienie jest
wciąż aktualnym problemem. Ekrani-
zacja utworu literackiego zostawia
jednak sporo do życzenia, gdyż nie-
które wątki potraktowane są pobocz-
nie, a życiorysy bitników w rzeczy-
wistości były bardziej szalone, niż
widać to na ekranie. W filmie bitni-
ków odgrywają bogaci, piękni i uta-
lentowani aktorzy młodego pokole-
nia, którzy stają się na ekranie poszu-
kiwaczami przygód bez grosza. Pod-
sumować można to cytatem z samego
Kerouaca: „Różnica między mną a
Wami jest taka, że ja mam rozległe
życie wewnętrzne, które paradoksal-
nie żywi się tym, co na zewnątrz.”
JoannaDZIEL
Powtórne uderzenie
pokoleniabitników
F
o
t
.
M
i
c
h
i
e
l
H
e
n
d
r
y
c
k
x
5 marzec 2013
książkę!
poprzez zostawianie ich w specjalnie
oznaczonych miejscach, by ktoś
mógł je zabrać, przeczytać i znów
zostawić w tym samym lub innym
wyznaczonym do tego miejscu. Ten
sam magazyn nazwał bookcrossing
„nieprawdopodobnym socjologicz-
nym eksperymentem, obejmującym
cały świat”.
Każdy, kto chce oficjalnie
przyłączyć się do „społeczności bo-
okcrossingu”, musi zarejestrować się
na stronie bookcrossing.com. Za po-
mocą numeru ISBN, wpisuje się tam
każdą odnalezioną, a także pozosta-
wioną książkę. Dzięki temu można
odtworzyć podróż, jaką przebyła lek-
tura. „Krążącą” książkę poznajemy
po tym, że znajduje się na niej spe-
cjalna nalepka. W marcu liczba
„uwolnionych” książek na świecie
przekroczyła 8,5 miliona!
Gazeta „San Francisco Chronicle”
określiła bookcrossing jako „nowo-
czesną wersję listu w butelce”. Ideą
bookcrossingu jest „make the whole
world a library”, czyli uczynienie z
całego świata biblioteki. Bookcros-
sing jest najbardziej popularny w
Stanach Zjednoczonych, Wielkiej
Brytanii, Niemczech, Francji i Ho-
landii, ale w tych krajach także po-
ziom czytelnictwa jest dość wysoki.
Nieformalna wymiana książek jest
obecna w Polsce od 2003 roku. Ist-
nieje polska strona internetowa (bo-
okcrossing.pl), działająca na podob-
nych zasadach, jak ta ogólnoświato-
wa. Podobno po naszym kraju krąży
już ponad 160 tysięcy „uwolnionych
książek”! Ponadto od 9 lat (obecnie
20 czerwca) obchodzone jest ogólno-
polskie „Święto Wolnych Książek”. F
o
t
.
A
l
e
k
s
a
n
d
r
a
L
a
p
s
F
o
t
.
A
l
e
k
s
a
n
d
r
a
L
a
p
s
Ma na celu promowanie czytelnict-
wa, a koordynatorzy starają się, aby
idea bookcrossingu dotarła do jak
największej liczby osób.
Oczywiście, bookcrossing spotyka
się także z krytyką, głównie ze strony
wydawców. Jest to jednak nieuzasad-
nione. Bookcrossing nie zajmuje się
drukowaniem książek, a ich prze-
mieszczaniem. Każda z krążących
książek została kiedyś zakupiona.
Akcja ma zaszczepić w ludziach na-
wyk czytelnictwa, a nie, jak twierdzą
przedsiębiorcy, zniszczyć wydaw-
nictwa.
Bookcrossing był inspiracją dla
wielu innych inicjatyw np.: „post-
crossingu”. Działający od 2005 roku
projekt polega na wysyłaniu sobie
wzajemnie pocztówek przez użyt-
kowników zarejestrowanych na
portalu postcrossing.com. Uczestnicy
akcji nie znają się nawzajem i miesz-
kają w zupełnie różnych częściach
świata. Według statystyk, zostało
wysłanych już ponad 15 milionów
pocztówek!
Projekty związane z bookcrossin-
giem, mimo tego, że natrafiają na
przeszkody, powinny być stwarzane
i kontynuowane. Według badań czy-
telnictwa, w 2011 roku 56 procent
Polaków nie przeczytało ani jednej
książki. Ludzie uzasadniają to bra-
kiem czasu, ale przede wszystkim
zbyt wysokimi cenami książek. Dra-
matyczne wyniki sondaży udowad-
niają, że każda akcja, mająca na celu
popularyzowanie czytania jest po-
trzebna. Ale co wtedy, gdy Polacy
czytać po prostu… nie chcą?
AleksandraLAPS
Jak zwykle zmęczeni po week-
endzie wpozycjach pół i ćwierć
leżących czekaliśmy na wejście profe-
sora i rozpoczęcie wykładu. Wkońcu
jest! Wyłonił się z miną i fryzurą jak-
by jego weekend był równie obfity w
przygody i brak snu jak nasz. Po kilku
krytycznych zdaniach wkierunku Mi-
nisterstwa Nauki i Szkolnictwa
Wyższego wyraził ubolewanie nad
tym, że prawdopodobnie większość z
nas będzie chciała opuścić ojczyznę
po zakończeniu edukacji. Kraj pozo-
stanie wrękach starców, zmęczonych
powstaniami, walką z komuną i trage-
dią smoleńską. Dlaczego zatemmłod-
zi ludzie decydują się przyjąć rolę
obywateli drugiego lub trzeciego rzę-
du na obczyźnie?
Nie potrzeba tu Sherlocka, aby
udzielić prostej odpowiedzi, którą
jest brak pracy. Stopa bezrobocia wś-
ród ludzi poniżej 25. roku życia jesz-
cze nigdy nie była tak wysoka.
Szczęśliwcy, którzy za upokarzające
wynagrodzenia z dumą i dyplomem
magistra mogą pracować na taśmach
fabrycznych lub przy zlewie z brud-
nymi naczyniami nie mają szans na
myśl o kredycie, urlopie czy nawet
samodzielnym utrzymaniu mieszka-
nia. W naszym państwie uczelnie
wyższe prześcigają się w przedsta-
wianiu danych, ilu absolwentów
otrzymało pracę po otrzymaniu dy-
plomu, natomiast w cywilizowanym
świecie uczelnie rywalizują przedsta-
wiając statystki dotyczące tego, ile
ich absolwenci zarabiają. Może warto
zastanowić się nad owym prestiżem
naszych uczelni. Zestawiając je z naj-
lepszymi uniwersytetami świata wy-
padamy gorzej niż porównując bazę
szkoleniową Warty Poznań do tej
Realu Madryt. Jak wiadomo w na-
szym kraju wszystko, co jest za dar-
mo, przyciąga. Mogliśmy zaobserwo-
wać ten proces podczas tegorocznej
wigilii organizowanej na rynku w Ra-
domiu. Podobnie jest z uczelniami w
Polsce. Skoro są za darmo, to dlacze-
go by nie studiować. Ot tak! Dla sa-
mego faktu bycia studentem. Brzmi
nieźle, ale co dalej. Otóż odsetek
osób studiujących mamy jeden z naj-
wyższych w Europie. Nijak się to
jednak przekłada na wartość młode-
go, polskiego magistra na rynku pra-
cy. Państwo, inwestujące w z pew-
nością ciekawe kierunki produkujące
setki nadzwyczajnych ekspertów bez
szans na godną przyszłość, zachowu-
je się nieodpowiedzialnie. Zupełnie
jak matka kupująca dziecku zimą
sandały zamiast kozaków tylko dlate-
go, że są modne i jest na nie przece-
na. Edukacja jest jedną z ostatnich
dziedzin życia, która powinna być
wykorzystana do walki z deficytem
budżetowym. Warto się jednak zasta-
nowić czy uniwersytet powinien
pełnić rolę darmowych półkolonii dla
niezorientowanych w potrzebach ryn-
ku pełnoletnich dzieci. Ambitny ab-
solwent szkoły średniej wybierający
się na uczelnię wyższą, aby spełnić
swe marzenia o zniżkach studen-
ckich, powinien przemyśleć, co zrobi,
kiedy za parę lat w kinie nie będzie
mógł już kupić biletu z napisem
„ulgowy”.
Pół inteligentny obywatel kupujący
najlepiej sprzedający się dziennik w
Polsce zwróci uwagę, że coś tu nie
gra. Nie wiadomo, o co chodzi? Kie-
dy tak jest to chodzi o pieniądze.
Wiąże się z tym kolejny problem do-
tyczący tego, że wszelkiej maści
Wyższe Szkoły mnożą się szybciej
niż mieszkańcy Ugandy. Podobnie
jak w Ugandzie nic dobrego nie może
wyniknąć z takiego przyrostu. Mamy
do czynienia z targowiskiem dyplo-
mów. Obecnie, kiedy możliwości in-
telektualne młodego człowieka nie
pozwalają mu na otrzymanie indeksu
uczelni państwowej lub gdy obywatel
osiągnie kryzys wieku średniego i
przypomni sobie o zaległościach edu-
kacyjnych, może zapłacić i zostać
studentem przykładowo Wyższej
Szkoły zajmującej się hodowlą bydła.
W Stanach Zjednoczonych taką oso-
bę określa się mianem kowboja, ale u
nas nic nie stoi na przeszkodzie, żeby
być magistrem w tej dziedzinie. Oso-
biście znam politologów z dyploma-
mi Wyższych Szkół, którzy nie
wiedzą ilu posłów zasiada w Sejmie.
Od razu wyobraźmy sobie matematy-
ka znającego tabliczkę mnożenia do
pięciu. To tak, jakby pozwolić
karłowi na grę w reprezentacji kraju
w koszykówkę, kiedy odpowiednio
za to zapłaci. Ubolewam również nad
wycofaniem testów sprawnościo-
wych podczas przyjęcia do Akademii
Wychowania Fizycznego. Studentem
wspomnianej Akademii może zostać
osoba mająca problem ze złapaniem
oddechu po krótkim biegu na tram-
waj lub ktoś mający tyle wspólnego z
pływaniem, ile Białoruś z demo-
kracją.
Obecnie młodzi Polacy po studiach
myślą, że są nauczeni posługiwać się
przysłowiową wędką, jednak przy
zderzeniu z brutalną rzeczywistością
okazuje się, iż rynek pracy jest jezio-
rem zamarzniętym i zanim złowią na-
wet najmniejszą płotkę muszą wy-
wiercić przerębel w grubej warstwie
lodu. Najgorszy jest jednak fakt, że
polskie uniwersytety mimo szczerych
chęci nie dają swoim absolwentom
odpowiednich narzędzi do wywierce-
nia tego przerębla. Młody Polak ska-
zany jest na wiercenie w zamarznię-
tym jeziorze gołymi rękoma. Jak za-
tem się dziwić, że większość
młodych ludzi wyjeżdża tam, gdzie
przyszła już ciepła wiosna i łatwiej
jest zarzucić wędkę, żeby coś złowić.
James BEHR
Zamarzniętejezioro
F
o
t
.
f
l
i
c
k
r
.
c
o
m
6 www.facebook.com/gazeta.fenestra
Dzieje się tak głównie za
sprawą młodych i ambitnych wyko-
nawców, związanych z różnymi ni-
szowymi gatunkami muzycznymi.
Popularność, którą zdobywają spra-
wia, że całe reprezentowane przez
nich środowiska zyskują na
rozgłosie. Na pierwszy rzut oka zja-
wisko to wydaje się pozytywnie
świadczyć o gustach przeciętnych
odbiorów. Jednak ma ono drugie
dno, bowiemwarto się zastanowić,
czy rzeczywiście masowy słuchacz
zaczyna doceniać bardziej wyma-
gający przekaz? Czy może muzyka,
mająca poważanie w znacznie
węższych kręgach i ciesząca się sza-
cunkiemswych odbiorców, dostoso-
wuje się do mas?
Ogromną rolę w promocji takich
artystów spełniają, liczne ostatnio,
programy typu talent show. Na cas-
ting może przyjść każdy, a ze
względu na liczbę i różnorodność
tych programów prezentuje się
właściwie dowolny talent (a czasem
nawet jego brak). To właśnie tam
przychodzą młodzi muzycy, woka-
liści lub całe zespoły w poszukiwa-
niu swojej szansy. Często są to ar-
tyści grający muzykę z pewnej ni-
szy i przez to niemający innej szan-
sy na wypromowanie jej w radiu
czy telewizji muzycznej. W nie-
malże każdym przypadku wygląda
to tak samo: na casting przychodzi
skromny, niepewny siebie artysta,
który zaskakuje wszystkich, bo po-
kazuje „coś innego, nowego,
świeżego” i zaczyna być o nim
głośno w mediach. I to wystarczy,
nie trzeba wygrywać programu, by
zyskać popularność. Po zakończe-
niu show, muzyk może dalej two-
rzyć swoją muzykę, lecz najczęściej
na fali szumu medialnego wokół
niego, zaczyna być określany celeb-
rytą, a nie zaś docenionym artystą
tworzącym muzykę niszową. Płynie
stąd refleksja: Czy programy talent
show faktycznie dają szansę
młodym i ambitnym? Amoże nie-
spodziewających się tego niszo-
wych idealistów popychają w stronę
komercji?
O przykłady powyższego sche-
matu nie trudno. Kontrowersyjną
postacią w swoim środowisku jest
Kamil Bednarek. Przed jego wystę-
pem w talent show ze świecą można
było szukać wzmianek o muzyce
reggae w mediach. Jednak, jak się
okazało, ta muzyka i związany z nią
światopogląd znalazł nowych sym-
patyków wraz z zaistnieniem Bed-
narka. Chłopak robi to, co kocha,
tworzy muzykę, którą czuje, więc
dlaczego nie może z tego żyć i ko-
rzystać z popularności? Cóż, ina-
czej twierdzi wielu przedstawicieli
środowiska związanego z muzyką
reggae. Uważają bowiem, że popu-
laryzacja nie służy muzyce, która
wcześniej trafiała tylko do nielicz-
nych, świadomych jej przekazu od-
biorców. Jednak, co ciekawe,
znacznie trudniej usłyszeć muzykę
Bednarka w mediach, niż zobaczyć
go w kolejnym programie rozryw-
kowym.
Następnym, choć nieco innym
przykładem jest Ewelina Lisowska,
której nowy singiel szturmem pod-
bija listy przebojów. Może zdziwić
wspomnienie o niej przy temacie
muzyki niszowej, ponieważ niewie-
lu pamięta jej początki. Przypo-
mnijmy, że przyszła do programu
X-Factor jako wokalistka zespołu
post-hardcore’owego, czyli o zde-
cydowanie ciężkim brzmieniu. Ob-
serwując aktualną karierę Eweliny,
trudno pozbyć się myśli o tym, że
porzuciła środowisko muzyczne, z
którego się wywodzi na rzecz popu-
larności.
Podobnych przykładów można
przytoczyć więcej, lecz już po-
wyższe po części wyjaśniają zjawi-
sko, o którym mowa. Zjawisko nie-
dające się tak naprawdę jedno-
znacznie zinterpretować. Bo czy
można mieć komuś za złe, że chce
zarobić i żyć z robienia tego, co
uważa za słuszne, co sprawia mu
przyjemność? Z drugiej zaś strony
trudno pozbyć się poczucia niesma-
ku, kiedy niszowy artysta „sprzeda-
je się” na naszych oczach, tracąc
przy tam wiarygodność wśród od-
biorców. Warto również zrozumieć
fanów danego niszowego gatunku
muzycznego, których bulwersuje
fakt, że media ukazują niedokładny
lub zniekształcony obraz ich
świata.
Na żadne z postawionych tu licz-
nych pytań nie sposób odpowie-
dzieć jednoznacznie. Ile osób, tyle
opinii i prawdopodobnie każdy ma
trochę racji. Może rozwiązaniem
byłoby zaprzestanie oceniania in-
nych i skupienie się na robieniu
tego, co sami uważamy za najwłaś-
ciwsze? Słuchajmy muzyki, którą
lubimy i artystów, których cenimy.
Nie osądzajmy, by sami nie zostać
osądzonymi.
MagdalenaWITEK
Moda na niemodnych
Niejest tajemnicą, żepopularnestacjeradioweczy
telewizjemuzyczne, dostosowując siędomasowego
słuchacza, nieracząnas wyszukanąmuzyką. Trudno
uznać tozazarzut, bowiemwynikatoz samej defini-
cji mass mediów. Prostemelodie, nieskomplikowane
i łatwowpadającewuchoteksty, którekażdyjest w
staniezanucić – z tegożyjączołowi nadawcymuzyki.
Jednakodpewnegoczasuwidać światełkowtunelu.
Osoba broniąca dostępu do
bramki jest szczególnie ważna w
każdymzespole piłkarskim. Bardzo
często to właśnie od człowieka
stojącego między słupkami zależą
losy meczu. Reprezentacja Polski
nigdy nie cierpiała na brak solidnych
zawodnikówna pozycji bramkarza,
a obecnie w tej kwestii pojawił się w
naszej drużynie narodowej wręcz
kłopot bogactwa.
Wybitnych fachowców od łapa-
nia piłki mieliśmy w Polsce prak-
tycznie od zawsze. Począwszy od
lat 50. ubiegłego stulecia, w biało-
czerwonych barwach występowali
tak znakomici bramkarze jak Ed-
ward Szymkowiak, Hubert Kostka,
Jan Tomaszewski, Józef Młynar-
czyk czy Józef Wandzik.
Lata 2000-2004 stały pod zna-
kiem hegemonii Jerzego Dudka.
Zcałego świata spływają in-
formację o nieustającymkryzysie
gospodarczym. Co roku eksperci
wieszczą w Polsce nadejście naj-
większej jego fali. Jeśli masz wątpli-
wości co do jego istnienia – nie
zwlekaj: przyjrzyj się finansowaniu
sportu przez miasto Poznań.
Z roku na rok wydatki na kulturę
fizyczną w stolicy Wielkopolski ma-
leją. W budżecie na 2011 rok przewi-
dziano na tę dziedzinę prawie 180
mln złotych. Rok później kwota zma-
lała do 70, a w 2013 roku została
ograniczona do około 28. To suma
czterokrotnie wyższa niż w Gorzo-
wie Wielkopolskim, a jednocześnie
prawie trzykrotnie niższa niż w
Gdańsku. Jaki kawałek tego tortu
otrzymują poszczególne kluby, które
reprezentują miasto w krajowych
rozgrywkach? Według włodarzy wie-
lu z nich – zdecydowanie za mały.
Na swoją sytuację finansową nie
powinien narzekać Lech Poznań,
który według zestawienia tygodnika
„Piłka nożna” z sierpnia 2012 roku
może pochwalić się drugim, co do
wielkości budżetem w Ekstraklasie.
Kwota 47 mln złotych jest o 2 mi-
liony wyższa niż w poprzednim
roku. To sprawia, iż Lech jest jedy-
nym klubem w najwyższej klasie
rozgrywkowej, którego budżet
wzrósł. Części z nich udało się
utrzymać swoje notowania, ale np.
Wisła Kraków wyraźnie musiała
ciąć koszty. Z 55 milionów zostało
jej 40. Najpopularniejszy poznański
klub może zarabiać na stadionie
przy ul. Bułgarskiej, lecz, co roku
Bramkarzami
Ten pewny punkt w kadrze Jerzego
Engela wystąpił we wszystkich me-
czach eliminacji, a później w dwóch
spotkaniach turnieju finałowego
Mistrzostw Świata w Korei
Południowej i Japonii w 2002 roku.
Po mundialu Dudek wciąż był nu-
merem „1” między słupkami repre-
zentacji Polski.
Podczas Mistrzostw Świata w
Niemczech w 2006 roku oraz Mist-
rzostw Europy wAustrii i Szwajca-
rii rozgrywanych dwa lata później,
najlepszym zawodnikiem polskiej
drużyny narodowej był Artur Boruc.
Za kadencji Franciszka Smudy w
biało-czerwonych barwach wy-
stąpiło w sumie dziesięciu bramka-
rzy. Na organizowane w Polsce i na
Ukrainie Mistrzostwa Europy w
2012 roku Smuda powołał Sando-
mierskiego, Szczęsnego i Tytonia.
Wojciech Szczęsny udział w turnie-
ju zakończył już po 68 minutach
meczu otwarcia z Grecją. W dalszej
części EURO w polskiej bramce
stał Przemysław Tytoń. Zawodnik
PSV Eindhoven był również pod-
stawowym bramkarzem w trzech
pierwszych meczach eliminacji do
Mistrzostw Świata w Brazylii. 26-
latek od długiego czasu przesiaduje
jednak na ławce rezerwowych w
swoim klubie, przez co stracił szan-
sę na grę w kadrze.
Wydawało się więc, że pozycja
Wojciecha Szczęsnego w bramce
reprezentacji będzie niezagrożona.
Pewnie taka właśnie by była, gdyby
nie zmiana klubu i powrót do wyso-
kiej formy Artura Boruca. W prze-
dedniu pierwszych tegorocznych
meczów eliminacyjnych do mist-
rzostw świata, selekcjoner Walde-
mar Fornalik ma spory dylemat
związany z obsadą bramki. Mecz z
Irlandią, w którym Boruc i Szczęs-
ny zagrali po 45 minut, nie dał od-
powiedzi na pytanie, który z nich
jest obecnie lepszy. Obaj pretenden-
ci do zakładania bluzy z numerem
„1” w polskiej kadrze, znajdują się
*Miasto
musi wpłacać miastu 3,1 mln
złotych.
Szczebel niżej w piłkarskich roz-
grywkach znajduje się Warta, która
na pół roku gry otrzymała od miasta
40 tysięcy złotych. Taką dotację jej
zaproponowano, choć klub ubiegał
się o kwotę o 70 tysięcy więcej. Aby
mógł grać na Stadionie Miejskim
przy ulicy Bułgarskiej musiałaby
wydać ponad milion osiemset
złotych brutto. Kwotę, jaką miasto
przeznacza na drugi, co do ligowej
hierarchii, poznański klub warto ze-
stawić z pieniędzmi, jakie otrzymuje
jeden z beniaminków grających w
tych samych rozgrywkach.
Jakiś czas temu głośno mówiono
w I lidze o wycofaniu Stomilu
Olsztyn. Warmiński klub borykał
się ze sporymi problemami finanso-
wymi. Sytuacja zmieniła się, gdy
Urząd Miasta przeznaczył na zespół
300 tysięcy złotych. Dodatkowo w
ciągu trzech najbliższych lat ma po-
wstać nowy stadion. Warta wciąż
walczy o to, aby miasto zgodziło się
na przejęcie przez nią gruntów przy
Drodze Dębińskiej, na której chcą
zbudować nowoczesny obiekt. Klub
sam zadbałby o pokrycie kosztów
inwestycji, lecz radni wciąż mają
wątpliwości, czy na nią zezwolić.
Bardziej dramatyczna w Pozna-
niu jest sytuacja koszykówki. W se-
zonie 2011/2012 w najwyższych
klasach rozgrywkowych występo-
wały trzy drużyny reprezentujące
stolicę Wielkopolski. Z ekstraklasy
koszykarek spadły INEAAZS oraz
MUKS Poznań. Brak pieniędzy w
drugiej z tych drużyn zmusił ją do
wycofania się z rozgrywek. Męską
koszykówkę na najwyższym
szczeblu reprezentował PGB Bas-
ket, który z ligi nie spadł, lecz w
7 marzec 2013
Kolarska afera dopingowa,
z Armstrongiemw roli głównej,
sprawiła, że media na całymświecie
wróciły do dyskusji o największym
problemie współczesnego sportu.
O dopingu napisano wiele książek
i artykułów. Powstały specjalne try-
bunały i instytucje prawne, które
miały to zjawisko zniszczyć. Jednak
rzeczywistość jest brutalna. Żadne z
igrzysk, zarówno letnich, jak i zimo-
wych, które odbyły się po 1945
roku, nie przebiegały bez dopingo-
wych wpadek. Oczywiście nie jest
tak, że doping pojawił się dopiero po
II wojnie światowej. Historycy spor-
tu początki nielegalnego wspomaga-
nia przed zawodami sportowymi da-
tują na XVI wiek p.n.e. Już w sta-
rożytnej Olimpii sportowcy przed
zawodami żuli specjalne liście rośli-
ny zwanej „ephedra”. Kto by wów-
czas przypuszczał, że za 3000 lat
jednymz głównych środków pobu-
dzających stanie się…efedryna. Na-
tomiast pierwsza afera dopingowa w
dziejach sportu nowożytnego to rok
1904 i Olimpiada wSt. Louis. Ame-
rykanin, Thomas Hicks, został
przyłapany na 30 kilometrze biegu
maratońskiego, gdy w zaroślach po-
pijał brandy i jadł surowe jaja. Pó-
źniej okazało się jeszcze, że Hicks
przed startemspożywał strychninę,
czyli popularną wówczas trutkę na
szczury. Na metę wbiegł drugi, ale
ostatecznie zdobył złoto, gdyż zdys-
kwalifikowano Fredericka Lorza,
który dużą część trasy przebył samo-
chodem. Hicksowi nie można było
odebrać medalu, bo strychninę jako
środek dopingujący uznano dopiero
w 1912 roku. Hicks po igrzyskach
w St. Louis zakończył karierę.
Wraz z postępem farmakologii
i medycyny rozwijał się również
doping. Jego techniki i rodzaje to
temat doskonały na niejedną dok-
torską dysertację. Po 1945 roku naj-
większą popularność zdobyły stery-
dy anaboliczne, transfuzje krwi oraz
narkotyki, a zwłaszcza amfetamina.
Doping stosowały również kobiety.
Podczas Igrzysk w Monachium w
1972 roku pływaczki z NRD bar-
dziej przypominały mężczyzn niż
kobiety. Osiągały zresztą lepsze od
mężczyzn wyniki. Z dopingiem nie
radził sobie MKOL. Podejmowane
przez ten komitet inicjatywy były
nieskuteczne i przede wszystkim
spóźnione. Warto dodać, że Świato-
wa Agencja Antydopingowa po-
wstała dopiero w 1999 roku.
Lista współczesnych sportowych
oszustów jest bardzo długa. Arm-
strong, Ben Johnson, Katrin Krab-
be, Mariano Puerta, Ivan Basso, Jan
Ulrich, Floyd Landis, Marion Jones,
czy Alberto Contador. Wyniki i
osiągnięcia wyżej wymienionych
pseudo-sportowców zostały wy-
kreślone z oficjalnych statystyk.
Odebrano im medale, ale niesmak
pozostał. Na tej niechlubnej liście
są również Polacy. Bokser Mariusz
Wach, narciarka Kornelia Marek-
obecnie znana jako Kornelia Kubiń-
ska, chodziarz Tomasz Lipiec, czy
pływaczka Alicja Pęczak. Trudno
„wrzucić wszystkich do jednego
worka”, bo w niektórych przypad-
kach zawodnicy stosowali doping
nieświadomie. Ofiarą nieświado-
mości była chociażby Justyna Ko-
walczyk, która została ukarana, bo
zażywała lek zawierający minimal-
ne ilości pochodnej pewnej niedo-
zwolonej substancji. Niestety w
większości przypadków sportowcy
stosowali doping świadomie i z pre-
medytacją. Takie zachowania trzeba
ganić.
Ludzki organizm ma swoje barie-
ry. Obecnie w naturalny sposób bar-
dzo ciężko jest pobijać wyśrubowa-
ne rekordy, ale media i społeczeń-
stwo chcą więcej. Na sportowców
wywierana jest ogromna presja.
Sponsorzy obiecują za rekordy
wielkie pieniądze. Bardzo często
sportowcy ulegają tej presji i się-
gają po doping. Ostatnio w jednym
z wywiadów Przemysław Saleta
stwierdził, że doping powinno się
zalegalizować, bo wówczas sport
stanie się atrakcyjniejszy. Taki spo-
sób myślenia jest błędny i szkodli-
wy dla sportu. W momencie, gdy
zalegalizuje się doping, to rywaliza-
cja ze stadionów przeniesie się do
laboratoriów, a medale przyznawa-
ne będą za wynalezienie najskutecz-
niejszego specyfiku.
Cechą wielkich mistrzów nie jest
tylko i wyłącznie wygrywanie, i to
wygrywanie za wszelką cenę.
Cechą wielkich mistrzów jest umie-
jętność szlachetnej walki i trakto-
wanie ewentualnych porażek z ho-
norem. Świadome stosowanie do-
pingu to sportowa śmierć, po której
nie ma zmartwychwstania.
Mikołaj ZAJĄCZKOWSKI
Sportowaimpotencja,
czyli o dopingu wsporcie słówkilka
Wdzisiejszymsporciewyczynowymdrogaodwiel-
kiegomistrzostwadowielkiej hańbyi kompromitacji
jest bardzokrótka. Boleśnieprzekonał sięotym
LanceArmstrong, którypodkoniec ubiegłegoroku
przyznał siędowszystkichzarzutów, postawionych
muprzez organizacjewalczącez dopingiem. Niestety
sportowegrzechyArmstronganależądotych
z kategorii śmiertelnych, których
niezmażenajsurowszanawet pokuta.
w bardzo wysokiej formie. Zarów-
no Artur Boruc, jak i Wojciech
Szczęsny, regularnie grają w me-
czach swoich drużyn klubowych,
podczas których należą do najlep-
szych piłkarzy na boisku.
Wbrew pozorom, konkurenci do
gry w bramce reprezentacji Polski
mają ze sobą sporo wspólnego.
Przede wszystkim, obaj występują
obecnie w jednej z najlepszych lig
piłkarskich na świecie – angielskiej
Premier League. Obydwaj byli w
przeszłości piłkarzami warszawskiej
Legii. Zarówno jeden, jak i drugi,
słyną z silnego charakteru. Boruca i
Szczęsnego łączą także okoliczności
debiutu w reprezentacji. Obaj swoje
pierwsze mecze w dorosłej kadrze
rozegrali na Stadionie Miejskim im.
Zdzisława Krzyszkowiaka w Byd-
goszczy. I Boruc, i Szczęsny, w de-
biutanckich występach nie grali w
pierwszym składzie, ale pojawiali
się na boisku w trakcie meczu. War-
to też przypomnieć, że obydwaj w
premierowych meczach z orłem na
piersi zachowali czyste konto.
Artura Boruca i Wojciecha
Szczęsnego więcej jednak dzieli niż
łączy. Tym, co w pierwszej kolej-
ności przemawia za byłym graczem
Celticu Glasgow i Fiorentiny, jest
doświadczenie. Boruc ma 33 lata, w
reprezentacji zagrał w 47 spotka-
niach, ma na koncie po trzy mecze
na Mundialu w Niemczech w 2006
roku oraz na Euro 2008 rozgrywa-
nym wAustrii i Szwajcarii. O deka-
dę młodszy Szczęsny może po-
chwalić się zaledwie 13 występami
w najważniejszej polskiej drużynie,
a na wielkich imprezach zaliczył
tylko jeden, w dodatku niepełny
mecz. Niewątpliwie atutem Wojcie-
cha Szczęsnego jest klub w którym
trenuje i gra na co dzień. Arsenal
Londyn to drużyna z czołówki ligi
angielskiej, a jeszcze do niedawna
jeden z najlepszych klubów w Eu-
ropie. Na tym polu Szczęsny dys-
tansuje Boruca grającego w prze-
Polska stoi
ciętnym FC Southampton. Syn Ma-
cieja Szczęsnego, od siedmiu lat
uczący się bramkarskiego fachu w
Londynie, ma wszelkie predyspozy-
cje ku temu, aby dołączyć kiedyś do
grona najlepszych specjalistów w
swojej dziedzinie w Europie.
Niespełna 23-letni bramkarz to
wciąż melodia przyszłości w kadrze
narodowej. Aktualnie, talent i młod-
zieńcza fantazja Szczęsnego ustę-
pują doświadczeniu i charyzmie
Boruca. W nadchodzących meczach
drużyny prowadzonej przez Walde-
mara Fornalika powinien zagrać
polski bohater z Mundialu 2006 i
Euro 2008. Artur Boruc w obecnej
dyspozycji, czyli efektownie bro-
niący strzały najlepszych napastni-
ków Premier League, bez komple-
ksów stawiający czoła potęgom an-
gielskiego futbolu, jest potrzebny
reprezentacji. Tezę, że Wojciech
Szczęsny nie jest w pełni gotowy do
dźwigania reprezentacyjnego
ciężaru, udowodniły finały Euro
2012. Czas bramkarza Arsenalu w
drużynie narodowej jeszcze nade-
jdzie. Jedno jest pewne – o przy-
szłość reprezentacji Polski, przynaj-
mniej na pozycji bramkarza, nie
musimy się martwić.
KonradWITKOWSKI
lipcu prezes klubu ogłosił, iż zespół
nie przystąpi do rozgrywek PLK.
Powód? Dramatyczna sytuacja fi-
nansowa. Zebrany budżet nie po-
zwolił także na utrzymanie PGB
w I lidze. W tym sezonie na tym
szczeblu rozgrywek miasto repre-
zentuje AZS Politechnika.
Według zarządzania wydanego
przez Prezydenta Miasta Poznania
dnia 14 stycznia 2013 roku do-
tyczącego konkursu „Wspieranie
i upowszechnianie kultury fizycz-
nej”, spośród czołowych poznań-
skich klubów uczestniczących w
grach zespołowych INEAAZS oraz
Politechnika otrzymają łącznie 80
tysięcy złotych. Kluby ubiegały się
odpowiednio o 54 000 i 60 400, ale
oba dostały taką samą, niższą kwo-
tę. Identyczną przyznano również
zespołowi siatkarskiemu AZS
sportu
UAM, który od tego sezonu repre-
zentuje Poznań w I lidze.
W sezonie 2011/2012 w tych roz-
grywkach uczestniczył GTPS Go-
rzów Wielkopolski, który w
połowie sezonu alarmował, iż bę-
dzie zmuszony wycofać się z roz-
grywek. Powodem było obniżenie
dotacji przez miasto. W 2011 roku
klub mógł liczyć na 400 tysięcy
złotych, a w nowym roku miał do-
stawać o 100 tysięcy mniej. Zarząd
GTPS-u uznał, iż budżet, który
udało im się zgromadzić jest zbyt
niski by występować w I lidze.
Łącznie miasto Poznań na udział
czołowych poznańskich zespołów
w rozgrywkach ligowych zamierza
przeznaczyć 280 tysięcy. Kwota ta
podzielona jest na dwanaście pod-
miotów. Wspomniane drużyny, a
także WKS Grunwald (I liga piłki
ręcznej mężczyzn) otrzymały naj-
wyższe z przydzielonych sum.
Łącznie wszystkie zespoły ubiegały
się o dotację dwukrotnie wyższą niż
tą, którą mają otrzymać.
Pieniądze, przeznaczane przez
miasto na sport, nie są wprost pro-
porcjonalne do sukcesów poznań-
skich drużyn. Gdyby były, prawdo-
podobnie kilka klubów musiałoby
pożegnać się z I ligowymi rozgryw-
kami. To może nastąpić już
niedługo, gdyż widmo spadku wisi
nad Politechniką, a problemy z
utrzymaniem ma również siatkarski
zespół. Jeśli te drużyny spadną,
miasto prawdopodobnie zmniejszy
wydatki na sport, bo przecież nie
będą one należeć do czołowych.
Tylko czy dziś w sporcie bez pie-
niędzy można jeszcze osiągnąć suk-
ces?
JarekWIĘCŁAWSKI
F
o
t
.
F
o
t
.
A
g
m
i
e
s
z
k
a
Ł
ę
c
z
y
s
k
a
8 www.facebook.com/gazeta.fenestra
Potężna siła kibiców
Egipscy kibice nie byli osamotnie-
ni w antyrządowej walce. Swoje po-
stępowanie konsultowali między in-
nymi z fanami z Tunezji, gdzie do
pierwszych wystąpień doszło już w
grudniu. – Byliśmy w stałym kontak-
cie ze znajomymi ultrasami z Tunez-
ji. Mówili nam, żeby kupić jak naj-
więcej pepsi i wsmarowywać ją w
oczy po atakach gazem łzawiącym.
To działało – opowiadał, w rozmowie
z Jamesem Montague’m, Mohamed,
jeden z głównych ultrasówAl-Ahly.
Bałkański charakter
Działania egipskich kibiców nie
były jednak odosobnione. W walkach
politycznych brali udział również
chorwaccy i serbscy fani w trakcie
wojny na Bałkanach. Znaczącą rolę
odegrali zwłaszcza ultrasi Crvenej
Zvezdy Belgrad. Serbowie i Chorwa-
ci od wieków pałali do siebie
ogromną nienawiścią. Funkcjonowa-
nie w ramach jednego państwa ju-
gosłowiańskiego nie zmieniło tej sy-
tuacji, a momentami wręcz zaogniało
konflikt między zwaśnionymi naro-
dami. Konflikt, który podsycany był
także przez kibiców, wznoszących
nacjonalistyczne hasła na meczach i
wzajemne oskarżających się o zbrod-
nie wojenne. Serbscy fani rozprowa-
dzali na stadionie ulotki z patriotycz-
nymi utworami, wzywające do budo-
wy oddzielnego państwa. Crvena
Zvezda Belgrad stała się kolebką ru-
chu odbudowy Serbii.
Ważną postacią okazał się Zeljko
Raznatovic, znany między innymi
pod pseudonimemArkan. To on zor-
ganizował kibiców Crvenej w zdys-
cyplinowaną grupę, poddaną
ścisłemu rygorowi treningowemu.
SamArkan, o czym wspomina rów-
nież Franklin Foer, mówił później w
wywiadzie: – My, kibice, najpierw
trenowaliśmy bez broni. Od samego
początku kładłem nacisk na dyscypli-
nę. Kibice hałasują, chcą się upić i
powydurniać. Ukróciłem to. Kazałem
im obciąć włosy, golić się regularnie,
przestać pić, aż wreszcie udało mi się
zaprowadzić porządek. W momencie,
gdy Serbia przystąpiła do wojny z
Chorwacją, Arkan wraz z Tygrysami
(tak nazwał grupę podległych mu fa-
nów) stanął do walki. Niektóre źródła
mówią nawet, iż w trakcie wojny Ty-
grysy zabiły około 2000 osób. W Ser-
bii nikt jednak nie napiętnował za to
Arkana. Wręcz przeciwnie, uznawano
go za bohatera, a fani Crvenej do dzi-
siaj chwalą się, że przyczynili się do
politycznych zmian.
Zaczęłosięnatrybunach
Istotną rolę w historii przemian po-
litycznych odegrali również kibice w
Polsce. W latach 70. i 80. jednym z
głównych ośrodków walki o odzys-
kanie niezależności był Gdańsk, a
dokładniej stadion tamtejszej Lechii.
Po wydarzeniach Grudnia ’70 obiekt
Biało-Zielonych stał się miejscem,
gdzie urządzano antykomunistyczne
demonstracje, domagano się wolnoś-
ci słowa, przestrzegania praw
człowieka i wyjawienia prawdy o ko-
munistycznych zbrodniach. „Ana
drzewach zamiast liści, będą wisieć
komuniści” – znana w całym kraju
przyśpiewka została wymyślona i
rozpowszechniona przez fanów Le-
chii Gdańsk. Dzisiaj stanowi ona je-
den z symboli oporu przeciw komu-
nistom, jednak gdyby nie sympatycy
znad morza, prawdopodobnie nigdy
Kibice– grupaspołeczna, októrej opiniapublicznarzadkowypowiadasięwpo-
zytywnymświetle. Częstolekceważonajest takżeichsiłamobilizacyjna
potrafiącadoprowadzić dopoważnychreformwpaństwie. Whistorii kibicenie-
jednokrotnieodegrali znaczącąrolęwprocesietransformacji politycznych. Nie-
zależnieodszerokości i długości geograficznej, fani wielerazybyli ostojąana-
wet inicjatoremgwałtownychi niespodziewanychzmianwposzczególnychpań-
stwach. Zmian, któredoprowadziłydopoważnychprzetasowańnaszczytach
władzy, lecz również całkowicieodmieniłylosyEuropyi świata.
Egipt, 11 lutego 2011 roku,
Plac Tahrir – tysiące Egipcjan świę-
tują ustąpienie Hosniego Mubaraka z
urzędu prezydenta. Wśród nich są ki-
bice dwóch zwaśnionych klubówka-
irskich: Al-Ahly i Zamalek. Wydawać
się mogło, iż stanowią tylko niewielką
część ogromnego tłumu. Niewielką,
lecz jak się okazuje niezwykle istotną.
To właśnie oni wdużej mierze przy-
czynili się do wybuchu rewolucji w
Egipcie i obalenia dyktatury Hosniego
Mubaraka.
Zjednoczeni wewspólnymcelu
Na co dzień wrogo nastawieni do
siebie fani Al-Ahly i Zamaleku w
trudnych czasach potrafili zjednoczyć
siły i razem wystąpić przeciwko
władzy. Ultrasi (grupa fanatycznych
kibiców przygotowująca choreografie
w trakcie meczów) Al-Ahly już kilka
lat przed wybuchem rewolucji zaczęli
manifestować na swoim stadionie
niezadowolenie z łamania praw
człowieka. Doskonale zdawali sobie
sprawę, że nie mogą utworzyć legal-
nej opozycji ani zwołać zgromadze-
nia w centrum miasta. Dlatego też
sercem ich oporu był stadion. Anty-
rządowe pieśni oraz hasła wzywające
do przeprowadzenia reform stały się
nieodzownym elementem meczów
Al-Ahly. Przez długi czas nie przyno-
siły one żadnych efektów, tym bar-
dziej, że wszelkie próby oporu brutal-
nie tłumiła policja.
W styczniu 2011 roku doszło jed-
nak do przełomu. Fatalna sytuacja ma-
terialna wielu Egipcjan, wysokie bez-
robocie oraz korupcja na najwyższych
szczeblach władzy przyczyniły się do
zmiany postawy społecznej wobec
rządzących. Ludność dostrzegła, że
konieczne są reformy, o które na-
woływali kibice. W końcu doszło do
wystąpień. Dużą rolę fani Al-Ahly, a
zwłaszcza Zamaleku, odegrali pod-
czas tak zwanego „dnia gniewu”. –
Wymyśliliśmy plan. Każda grupa, po
dwadzieścia osób, podróżowała od-
dzielnie. W porównaniu do liczby
członków ogółem to niemal nic, bo
nas wszystkich jest od dziesięciu do
piętnastu tysięcy osób. Ultrasi byli
jednak najbardziej aktywni w bitwie –
opowiadał Amir, jeden z fanów Zama-
leku, w rozmowie z brytyjskim dzien-
nikarzem Jamesem Montague’m. Kil-
kanaście dni krwawych walk z
udziałem kibiców, przyniosło zamie-
rzony efekt. 11 lutego Hosni Mubarak
ustąpił z urzędu prezydenta. Fani obu
klubów, podobnie jak większość Egip-
cjan, mogli świętować sukces.
Jesteś kibicemlub ich prze-
ciwnikiem–podyskutuj
na naszymfacebookowym
profilu
by nie powstała. Równie ciężko
stwierdzić, jak wyglądałyby poczyna-
nia Solidarności, gdyby nie działalno-
ść rozpoczęta przez gdańskich fanów,
która następnie została rozpowszech-
niona na całą Polskę.
Ksiądz Jarosław Wąsowicz, kibic
Lechii Gdańsk i jeden z inicjatorów
ogólnopolskiej pielgrzymki kibiców
do Częstochowy, w rozmowie z Prze-
wodnikiem Katolickim następująco
wspominał narodziny oporu ze strony
fanów: – Kibice byli bowiem pierw-
szym środowiskiem w Polsce, które
wymknęło się spod kontroli ówczes-
nych władz. Komuniści przespali zu-
pełnie lata 70., kiedy to pod ich nosa-
mi zaczął się formować całkowicie
niezależny ruch kibicowski i pierwsze
nieformalne kluby kibica, czyli grupy
ludzi złączonych jedną ideą kibicowa-
nia swojemu klubowi. Tyle tylko, że
w Polsce to kibicowanie przyjęło
wówczas także wymiar polityczny.
Jeden z największych pokazów
opozycyjnej siły kibiców miał miejs-
ce w trakcie meczu Lechii z Juventu-
sem Turyn w ramach rozgrywek Pu-
charu Zdobywców Pucharów. Kilka
dni przed spotkaniem uwolniono Le-
cha Wałęsę. Kiedy kibice na stadionie
dowiedzieli się, że lider Solidarności
jest na trybunach, zaczął się anty-
rządowy festyn. Momentalnie poja-
wiły się flagi, hasła antykomunistycz-
ne niosły się po całym stadionie, a to
wszystko nagrywały kamery zachod-
nich stacji telewizyjnych. Władze
były zszokowane takim obrotem sy-
tuacji.
Przeszłość napisała niejedną nie-
zwykłą historię. W ostatnich kilku-
dziesięciu latach doszło do wielu prze-
mian politycznych, w których aktyw-
ny udział brali kibice. Często byli oni
również inicjatorami działań potra-
fiących urosnąć do skali ogólnokrajo-
wej, niezależnie od czasu i miejsca.
Polska, Serbia, Egipt – to tylko niektó-
re państwa, w których fani przyczynili
się do niebywałych transformacji poli-
tycznych. Dlatego też warto mieć na
uwadze, iż ta niedoceniana przez wie-
lu grupa społeczna, potrafi zmobilizo-
wać się i doprowadzić do znaczących
zmian w państwie.
Norbert KOWALSKI
Wwalceowspólneideekibicezapominająopodziałachi wzajemnej niechęci.
f
o
t
.
i
r
i
s
h
a
n
t
i
w
a
r
.
o
r
g
f
o
t
.
b
r
a
c
i
a
w
a
s
o
w
i
c
z
.
b
l
o
g
s
p
o
t
.
c
o
m
Redaktor naczelna
Beata Kapusta
Zastępca redaktor
naczelnej
Mikołaj Zajączkowski
Redaktor działuPolityka
Maciej Kluczka
Redaktor działu Sport
Mikołaj Zajączkowski
Redakcja
James Behr
Daria Drejza
Joanna Dziel
Gracjan Jamroszczyk
Jacek Jóźwiak
Norbert Kowalski
Agnieszka Kwiatkowska
Aleksandra Laps
Błażej Lendzinski
Jarek Więcławski
Magdalena Witek
KonradWitkowski
Korekta
Katarzyna Banasiak
Specjalistka
ds. promocji
Aneta Lis
Grafika
Marta Jasińska
Opieka nadredakcją
red. LesławCiesiółka
Składkomputerowy
Tomasz Szukała
Druk
Drukarnia Prasowa
ul. Malwowa 158, Skórzewo
Redakcja zastrzega sobie prawo
do redagowania i skracania
nadesłanych tekstów.
Redakcja nie ponosi odpowie-
dzialności za treść zamieszcza-
nych reklam.
Wydawca: Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM, ul. Umultowska 89a, 61-614 Poznań.
Redakcja: Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, ul. Umultowska 89a, pokój 144, 61-614 Poznań
email: fenestra.uam@gmail.com, facebook: www.facebook.com/gazeta.fenestra
ISSNXX