P. 1
STANISŁAW AUGUST PONIATOWSKI - Pamiętnik cz.I

STANISŁAW AUGUST PONIATOWSKI - Pamiętnik cz.I

|Views: 1,725|Likes:
Wydawca: tuptup666

More info:

Published by: tuptup666 on Jan 11, 2010
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

01/16/2013

pdf

text

original

STANISŁAW AUGUST PONIATOWSKI

PAMIĘTNIK
CZ
ĘŚĆ I

Edycja komputerowa: www.zrodla.historyczne.prv.pl

Mail: historian@z.pl

MMIV ®

2

Stanisław August Poniatowski, Pamiętnik, t. I, cz. I, tłum. z francuskiego z
upowa
żnienia Cesarskiej Akademii Nauk w Piotrogrodzie, Warszawa 1915.

3

Hoc enim est sors hominum in primis reipublicae officiis constitutorum, ut non solum

nihil in ea contingat, quod eos non afficiat, sed ut neque illis quidquam fere eveniat,

quod non simul ipsam rempublicam afficere possit. Unde et privata eorum vita

posteris tradenda est exemplo vel monitioni.

PAMIĘTNIKI.

Jeżeli najlepszą historyą jest ta, która z największą prawdą poucza czytelnika o
prawach i przykładach, przekazanych mu przez poprzedników; jeżeli nikt nie może tak
dokładnie wiedzieć prawdy o wypadkach, jak działająca w nich osoba, która ze
znajomością faktów (wspólną jej ze świadkami) łączy jeszcze właściwą sobie samej
znajomość pobudek, w takim razie dość byłoby w pisarzu własnej swojej historyi
przypuścić szczerość i dokładność, aby opowiadaniu jego dać pierwszeństwo przed
innemi. A przypuszczenie takie nie zawiera rzeczy niemożliwych. Szczerość, jak
każdy inny przymiot, jest darem Stwórcy; kto przyszedł na świat z wyraźniejszem do
niej usposobieniem, ten chętnie będzie ją praktykował, i zastosuje ją do historyi, jeżeli
zdarzenia jego życia wpłynęły na wypadki ogólne, jeżeli sam kocha ojczyznę swą i
ludzkość, jeżeli myśli nareszcie, że błędy, do których przyznanie się najwięcej
kosztuje miłość własną, w połowie już okupione są męztwem wyznania, uczynionego
dla przysłużenia się czytelnikom, podobnie jak szczątki rozbitego okrętu służą za znak
ostrzegawczy dla wędrowców, których własna ich droga na te same prowadzi szlaki.

4

CZĘŚĆ PIERWSZA.
ROZDZIA
Ł I.

Moje urodzenie. Jestem zakładnikiem i z jakiego powodu. Charakter matki.
Wychowanie.
Śliwicki. Pierwsza podróż. Korzyść z udziału w kampaniach
wojennych. S
łowo dane rodzicom. Kaunitz. Loevendal. Maurycy Saski. Berg-op-
Zoom. Pan de Court. Bouquet. Breda. Obóz holenderski. Zapa
ł Holendrów dla
domu Ora
ńskiego. Akwizgran po raz drugi. Choroba.

Urodziłem się 17 stycznia 1732 r. w Wolczynie, w województwie brzesko-
litewskiem, w majętności należącej wtenczas do mego ojca, na rok przed śmiercią
Augusta II.

Podczas zamieszek, które niebawem nastąpiły, porwany z kolebki, odwieziony
zostałem jako zakładnik do Kamieńca przez wojewodę kijowskiego, Potockiego
(później hetmana wielkiego i kasztelana krakowskiego), który tym sposobem chciał
dowieść przywiązania swego do króla Stanisława Leszczyńskiego, chociaż skrycie
zaczął był już układy z jego współzawodnikiem, Augustem III, zanim jeszcze ojciec
mój zmuszony został, po kapitulacyi Gdańska, poddać się prawom zwycięzcy, razem z
prymasem Potockim i wszystkimi innymi magnatami polskimi, obecnymi wówczas w
tem mieście. Wojewoda dogodził w tym razie, jak i w wielu innych, temu uczuciu
zazdrości i nienawiści, jakie miał dla mego ojca, a które było przyczyną wielu
wypadków za panowania obu Augustów, i wywołało skutki nawet za moich rządów,
rodząc wieczne współzawodnictwo między domem Potockich i moim: uczestniczyli w
niem z jednej strony bracia mojej matki, książęta Czartoryscy, z licznymi stronnikami
swymi, a z drugiej Radziwiłłowie, Mniszchowie i wielu innych.
Po skończonem oblężeniu Gdańska rodzice sprowadzili mnie tam. Miałem wtedy
trzy lata; od tej chwili matka zajęła się mojem wychowaniem, z tą wyższą
inteligencyą, która zasłynęła już jako wychowawczyni starszego mego rodzeństwa, a z
większą jeszcze pieczołowitością. Ta prawdziwie niepospolita niewiasta nietylko
wyuczyła mnie sama połowy wszystkiego, co zwykle pozostawia się obcym
nauczycielom, ale nadto starała się zahartować i podnieść duszę moją, co też w istocie,
zgodnie z jej zamiarami, wyróżniło mnie od innych dzieci, ale zarazem stało się
powodem niektórych wad moich. Uważałem się za wyższego od współtowarzyszy,
bom nie pozwalał sobie na to, co im poczytywano za winy, a umiałem niejedną rzecz,
jakiej ich jeszcze nie nauczono. Zakrawałem na istotkę bardzo dumną. Rzeczywista i
powszechna ułomność wychowania narodowego w Polsce, zarówno pod względem
naukowym jako też i moralnym, sprawiała, iż matka strzegła mnie od obcowania ze
wszystkimi, których przykład, według niej, mógł mi zaszkodzić; to przyniosło tyleż
zła z jednej, co dobra z drugiej strony. Szukając ludzi doskonałych, nie mówiłem już
prawie z nikim, a wielka ilość tych, którym się zdawało, że nimi pogardzam, była
powodem smutnego przywileju, że w piętnastym już roku miałem nieprzyjaciół; z
drugiej jednak strony kierunek, jaki mi dano, ustrzegł mnie od wszystkiego, co w złem
towarzystwie zaraźliwem bywa dla młodzieży. Powziąłem i zachowałem odrazę ku
wszelkiej obłudzie, ale też miałem, jak na swój wiek i położenie, za wiele tej odrazy
do wszystkiego, co nauczono mnie uważać za nizkie i pospolite.

5

Rzec można, nigdy nie dano mi być dzieckiem; a miało to ten skutek, jak gdyby z
roku wyrzucono kwiecień. Uważam to dzisiaj za niepowetowaną stratę i ubolewam
nad tem, bo myślę, że skłonność do melancholii, jakiej nieraz tak boleśnie
doświadczam, jest skutkiem owej sztucznej i przedwczesnej mądrości, która nie
ustrzegła mnie jednak od błędów, jakie popełnić było mojem przeznaczeniem, a w
najmłodszych latach o mało mnie nie zrobiła entuzyastą. Dwunastoletnim chłopcem
doznawałem już teologicznych wątpliwości na punkcie wolnej woli i przeznaczenia,
omylności zmysłów, bezwzględnego pyrronizmu itp. Przechodziło to aż w chorobę.
Zawsze z wdzięcznością wspominać będę Ojca Śliwickiego, który mnie mądrze z tych
niepokojów uwolnił. Miał on tyle zdrowego rozsądku, że zamiast uciekać się do
sylogizmu, powiedział mi tylko: „Moje dziecko, czy być może, żebyś zupełnie
powątpiewał o rzeczywistości tego, co widzisz i słyszysz? Gdybyś naprawdę nie miał
wierzyć, nie byłbyś temu winien, ale Bóg nadto jest dobry, aby ciebie nie miał
wybawić z niepokoju i cierpienia, jakiego doświadczasz, bylebyś prosił Go o to z
ufnością, jako Stwórcę swojego, o którego istnieniu już samo twoje istnienie musi cię
najwyraźniej przekonywać". Te kilka słów, serdeczny ich ton i zapewne wewnętrzna
potrzeba wydobycia się z tego stanu, uspokoiły mnie.
Nie znaczy to, żeby matka moja miała pretensyę do uczenia mnie metafizyki w
tych latach, ale, że unikając płochości dziecięcej! przyzwyczaiwszy się uważać na
wszystko, co wokoło mnie mówiono, pochwyciłem i próbowałem zgłębiać wiele
pojęć, nad któremi nie życzono wcale, żebym się nawet zastanawiał. Tkliwość
naturalna, przy żywej wyobraźni, sprawiły, że czułem pociąg dochodzący do
najwyższego uniesienia ku ludziom i rzeczom, które zasługiwały naprawdę lub tylko
w mojem mniemaniu na szacunek i uwielbienie, ale z drugiej znowu strony z
surowością cenzora ganiłem i niemal brzydziłem się wszystkiem, co znajdowałem
godnem nagany.

Skończyłem nareszcie lat szesnaście; umiałem na ten wiek dużo, byłem bardzo
prawdomówny, bardzo posłuszny rodzicom, przez cześć dla ich przymiotów, z
któremi nic w moich oczach nie mogło się równać; wierzyłem, że kto nie jest
przynajmniej Arystydesem albo Katonem, ten jest niczem; pozatem wzrostu byłem
bardzo małego, przysadzisty, niezgrabny, chorowity i pod wielu względami istny dziki
arlekin. Takim byłem, kiedy mnie wyprawiono w pierwszą podróż.
Trzydzieści sześć tysięcy Rosyan pod wodzą księcia Repnina, ojca tego, który we
dwadzieścia lat potem takim się głośnym stał w Polsce, przechodziło wówczas przez
ziemie nasze, dążąc na pomoc Maryi Teresie. Ojciec mój, który dotychczas kierunek
mojego wychowania wyłącznie prawie pozostawił matce, polecił mnie Lievenowi,
drugiej z rzędu osobie w tej armii, a dawnemu znajomemu swemu. Odbyta kampania,
zdaniem ojca, znaczyła więcej dla dokończenia wychowania, niż wszystkie na świecie
akademie; matka miała odwagę podzielać zupełnie jego zdanie, i wiecznie żałować nie
przestanę, że ich zamiary w tym względzie nie mogły przyjść do skutku. Kto, będąc
powołany do rządzenia państwem, nie zna sam wojny, jest jak człowiek pozbawiony
jednego z pięciu zmysłów; jeżeli w ciągu życia zmuszony do dłuższej lub krótszej
wojny, prowadzić ją będzie przez zastępców i jedynie przez zastępców, ci zaś wiedzą,
że musi on nie tylko działać ich ramieniem, ale nawet patrzeć na rzeczy ich oczami,
wtenczas nadużywają tej przewagi, a i wojsko przywiązuje się prawdziwie tylko do
wodzów komenderujących, panującemu zaś ulega o tyle, o ile się spodoba wodzom.

6

Według mojego przekonania każdy człowiek wyższego urodzenia (zwłaszcza w
kraju wolnym) i każdy syn panującego powinien odbyć kampanię, skoro mu się do
tego sposobność nadarzy, a nawet powinien przez czas niejaki pełnić czynną służbę w
jakim korpusie. Nie należy uważać za pedantyzm zajęcia się drobnemi szczegółami
służby; wyuczyć się ich można tylko pełniąc je osobiście; a stanowią one niezbędną
podstawę wielkich obrotów wojennych, tego, co jest wzniosłem w sztuce wojennej.
Cała różnica między niższym oficerem a naczelnikiem polega na tem, że zdolność
pierwszego polega na znajomości i wykonywaniu tego, co drugiemu służy tylko za
narzędzie. Ale wróćmy do moich dziejów.
Było to pod koniec wojny sukcesyjnej austryackiej. Przez traktat z d. 30 listopada
1747 r. Rosya zobowiązała się wobec Anglii i Holandyi dostarczyć im za cenę żołdu
37,000 wojska na pomoc Maryi Teresie przeciwko Francyi i Hiszpanii. Wojsko to z
początkiem r. 1748 we wzorowym ładzie przeszło przez Litwę i Koronę, potem przez
Morawy i Czechy, skąd dotarło aż do Frankonii. Swojem zjawieniem się nad Renem
przyśpieszyło pokój akwizgrański (18 października t.r.) i wróciło do Rosyi przez
ziemie Rzplitej, nie wyrządzając szkód, ale też nie czekając na pozwolenie polskich
stanów. Zaledwie przygotowano przybory do mojej wyprawy, nadeszła wieść o
podpisaniu przedwstępnych warunków traktatu w Akwizgranie. "Nie zobaczysz tym
razem wojny - powiedział mi ojciec - ale dla przypatrzenia się przynajmniej
zgromadzonym armiom, ruszaj natychmiast". Dał mi listy do marszałków Saskiego i
Loevendala, i do kilku przyjaciół w rozmaitych krajach, które miałem zwiedzić. Za
towarzysza drogi dano mi majora Konigfelsa, dawniej adjutanta sławnego marszałka
Münnicha, który po upadku tegoż zamieszkał w domu mojego ojca. Wychowany w
służbie rosyjski ej, nadawał się on lepiej od kogokolwiek innego do odbycia kampanii
w charakterze ochotnika przy armii rosyjskiej, a odkąd upatrzono go na towarzysza dla
mnie, decyzya ta została bez zmiany, chociaż cel podróży zmienił się. Konigfels nie
umiał po francusku, a człowiek tego pokroju zdawał się nieodpowiedni dla krajów i
ludzi, których poznać miałem; zdrowy jednak rozsądek jego i prawość starczyły za
wszystko. Rodzice żądali odemnie, jak przedtem od starszych braci, słowa honoru, że
nie będę grał w gry hazardowne, nie skosztuję wina ani żadnego mocnego trunku, i nie
ożenię się przed trzydziestym rokiem. Dochowałem wiernie tych przyrzeczeń, z
których drugie (w myśli moich rodziców) miało być dla mnie ochroną na przyszłość
od niepomiarkowanego u nas używania napojów na wszystkich zebraniach
szlacheckich i we wszystkich domach, do tego stopnia, że można się było narazić na
nieprzyjaźń najpotrzebniejszych sobie ludzi, odmawiając pić tyle, ile proszono, chyba
jeżeli kto mógł dowieść, że nigdy z nikim nie wychylił kieliszka. Przykład mego
wychowania, chociaż mniej ściśle naśladowany w domach innych magnatów polskich,
przyczynił się może do widocznego zmniejszenia u nas tego nałogu, który August II
szczególnie w Polsce podniecał.
Wyjechałem nareszcie i przez Częstochowę, Opawę, Küniggratz, Pragę, Cheb,
Bayreuth, Frankfurt i Kolonię przybyłem 10 czerwca do Akwizgranu, gdzie
Kauderbach, wówczas poseł saski, a niegdyś protegowany mego ojca i nauczyciel
starszych moich braci w Hadze, przedstawił mnie reprezentantom innych państw,
zebranych na kongres.

Książę (wówczas hrabia) Kaunitz, ambasador a później pierwszy minister dworu
wiedeńskiego, pomimo różnicy wieku i stanowiska, pomimo pewnych dziwactw, jakie

7

mu przypisywano, przyjął mnie najłaskawiej i nawet godzinę prawie ze mną
rozmawiać raczył. W trzy dni później przybyłem do Maastrichtu, gdzie wtenczas
znajdowała się jeszcze główna kwatera marszałka Loevendala. Wódz ten przyjął mnie
bardzo dobrze, największą uprzejmość okazał Konigfelsowi, swemu znajomemu z
Rosyi i dostarczył nam wszelkich możliwych a od niego wyłącznie zależących
ułatwień dla rozpatrzenia się we wszystkiem, co mogło obudzać rozsądną ciekawość
młodego podróżnika w samym Maastrichcie i jego okolicach. Odezwał się raz przy
mnie do Konigfelsa: „mały Poniatowski, nasłuchawszy się od ojca i od was o
surowości służby szwedzkiej, rosyjskiej i niemieckiej, musi być teraz nie mało
zdziwiony, widząc marszałka Francyi, otoczonego swoją armią, a pomimo to
chodzącego co wieczór do teatru i spędzającego dni pośród swoich aktorek".
Poczułem w tej chwili, jak łatwo jest człowiekowi wysoko postawionemu zjednać
sobie serca młodzieży, skoro spostrzeże albo odgadnie wrażenie, jakie na nią wywiera
i jak łatwo musi mu być potem pozyskać popularność. Pomimo wielkiej sławy
wojennej Loevendala i najlepszego przyjęcia, jakiego od niego doznałem, złe rzeczy
słyszane o nim od Flamandów, których zrabował i zniszczył, przeważyły w moim
umyśle na jego niekorzyść; otóż mimo to wszystko wspomniane odezwanie się jego
zrodziło w sercu mojem wyraźny ku niemu pociąg, którego przed samym sobą
zaprzeczyć nie mogłem, potępiając go nawet. Ponieważ jechał do Brukselli, więc się
tam za nim udałem, gdzie przedstawiony byłem marszałkowi Saskiemu dnia 30
czerwca.

Zdawało mi się, że oglądam najpierwszego na świecie męża; postać w istocie
miał bohaterską, słuszny, budowy atletycznej, silny jak Herkules, spojrzenie miał
nader łagodne, rysy zupełnie męzkie przy szlachetnym ruchu głowy; dźwięk jego
głosu przypominał organy, chodził zwolna, ale wielkiemi krokami; każde słowo z ust
jego (a był na nie oszczędny), każde najmniejsze poruszenie wywoływało ruch wielki
wśród otaczających. Od trzystu do czterystu oficerów francuskich napełniało codzień
jego salony i nie mogłem bez wzruszenia widzieć ludzi noszących najpierwsze imiona
tego narodu, tak przywykłego wodzić rej wszędzie, a którego historyi tyle się
naczytałem, widzieć mówię tych ludzi tak posłusznych, skromnych, pełnych
uszanowania, gotowych na każde skinienie człowieka, który nauczył ich zwyciężać.
Był jeszcze rządcą Niderlandów, które dla Francyi zdobył; był przedmiotem czci dla
żołnierza i niższych oficerów, zazdrości, ale zarazem i uwielbienia dla starszych,
nawet dla jenerałów, nie wywoływał skarg ze strony samych Flamandów; a
tymczasem pokonani przez niego wodzowie do tego stopnia głosili jego pochwały, że
książę Cumberland, chcąc ozdobić swoją komnatę w Windsorze, kazał zawiesić w niej
portret marszałka.

Przyjął mnie z dobrocią i uprzejmie mówił o mojej rodzinie, zwłaszcza o
starszym moim bracie, który pod jego okiem odbył kampanię 1741 i 42 roku.
Pamiętam własne jego naówczas wyrazy: "Życzyłbym sobie bardzo, żeby tutaj był ze
mną: nie spotykałem młodego człowieka, któryby więcej zapowiadał wojskowych
zdolności, dojśćby mógł daleko, gdyby tą drogą szedł dalej; lubiłem go bardzo, bo
wiem, że i on lubił mnie także".
Traktat pokoju uważano już wtenczas za zawarty, to też Francuzi nie
utrzymywali obozu; wojska ich w małych oddziałach rozproszone już były na stałych
leżach. Pamiętam, że w Maastrichcie rozmawiałem z młodym oficerem artyleryi, który

8

nie wiele przed tem, mając zaledwie lat dziewięć, odniósł ranę przy oblężeniu tegoż
miasta. Król francuski wydał mi się bardzo wielkim wobec takich przykładów
gorliwości ze strony narodu, która zdawało się nikogo nawet nie dziwiła we Francyi.
Im mniej podróż moja stawała się wojskową, tem bardziej ciekawość mą i
upodobania pociągało wszystko, co ten kraj piękny ma do widzenia pod względem
kultury, sztuk pięknych, a szczególniej malarstwa; czułem się porwanym na widok
Rubensów i Van-Dycków, a mój mentor tak był rad, że goniłem jeszcze tylko za
obrazami, iż pomimo całej oszczędności swojej pozwolił mi w Brukselli zrobić
pierwsze tego rodzaju kupno; nabywszy mały obrazek, myślałem, że posiadam skarb
prawdziwy.

Z Brukselli przez Malines i Antwerpię udałem się następnie do Berg op Zoom,
gdzie wtedy jeszcze dowodził z ramienia Francyi Szwajcar, kawaler de Court.
Grzeczności jego i gotowość, z jaką pokazywał mi wszystko, co tam było zajmującego
dzięki pamiętnemu oblężeniu, dały mi poznać raz jeszcze, jakie to szczęście być
synem człowieka sławnego, a znanego osobiście i kochanego w wielu krajach.
Kawaler de Court znał i lubił bardzo mego ojca; dał mi też list do rodaka swego,
jenerała Cornabe, zostającego w holenderskiej służbie i dowodzącego wtenczas w
Rosendal między Berg op Zoom i Bredą, na pierwszym posterunku wojsk
rzeczypospolitej. Ten znów zapoznał mnie z innym jeszcze Szwajcarem, panem
Bouquet, jenerałem kwatermistrzem holenderskim, który nietylko pokazał mi obóz
30.000 wojska, rozłożonego w okolicy Breda, ale nawet dał mi wskazówki na piśmie,
które miały mi służyć w zamierzonej podróży po Holandyi, jakkolwiek na ten raz, dla
krótkości zostawionego mi czasu, pobieżnie tylko mogłem wszystko oglądać. Chociaż
byłem dzieckiem jeszcze, nie bez przykrości widziałem zapał nadzwyczajny, jaki
pospólstwo tameczne w najśmieszniejszych manifestacyach okazywało księciu Oranii,
mimo ciężkich strat, jakie rzeczpospolita poniosła od chwili wyniesienia go na
godność stadhudera, a które on sam miał na kraj sprowadzić przez swe
niesprawiedliwe protekcye. Zapał tłumu spotęgowało jeszcze w tej chwili gwałtowne
zniesienie przez motłoch dzierżawy kilku gałęzi dochodów publicznych.
Dnia 5 sierpnia wróciłem do Akwizgranu, aby zażywać tamtejszych wód;
rodzicom bowiem zdawało się, że one pomogą do rozwinięcia sił moich i wzrostu.
Doznawałem już cierpień, które przy temperamencie moim zdradzały zaród
reumatyczny. Myślano, żem podagrę odziedziczył po ojcu. Wszelkie żądanie rodziców
było dla mnie najwyższem prawem; zaś w Akwizgranie znalazł się niejaki doktor
Cappel, który niegdyś leczył mojego ojca, a teraz pełnił niemal obowiązki gospodarza
tych źródeł; okazało się jednak, że wody były dla mnie nieodpowiednie, bo w nocy
tegoż dnia, kiedy je pić zacząłem, doznałem tak silnego kurczu we wnętrznościach, że
musiałem prawie kolana przyciskam do żołądka, a duszności o mało mnie życia me
pozbawiły. Zanim zdołano sprowadzić ratunek, Konigfels na chybił trafił wlał mi do
gardła łyżkę wody lawendowej, to mi wróciło oddech i utrzymało przy życiu aż do
przybycia doktora, który przez kilka tygodni musiał się mną opiekować, jakby
sześćdziesięcioletnim cherlakiem, przepisywać rozmaite kąpiele i łaźnie, aby tylko
postawić mnie na nogi. Butelkę lawendowej wody, która mi ocaliła życie, oddał moim
ludziom na kilka godzin przedtem służący posła hannowerskiego, którego nie znałem,
a gdy ten zaraz potem zniknął, nie mogłem już nigdy wyjaśnić tego qui pro quo. Co
szczególniejsza, że nie miałem wówczas i nie używałem wcale wody lawendowej

9

przez wzgląd na matkę, nie lubiącą tego zapachu. Przyszedłszy jako tako do zdrowia,
udałem się do Eindhoven i Ruzemonde, dla przypatrzenia się reszcie zgromadzonych
tam wojsk angielskich i austryackich. W Ruzemonde widziałem owego kawalera
Faulknera, któremu Wolter zadedykował swoją Zaire.

10

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->