You are on page 1of 60

ISSN 2084-1124 Nr 4•2015

KRYTYKA
LITERACKA
LITERATURA • SZTUKA • FILOZOFIA

W NUMERZE:
Stanley H. Barkan • Andriej Bazilewskij • Arkadiusz Frania • Niels Hav • Krzysztof
Jurecki • Olga Lalič-Krowicka • Milagros López • Richard K. Moore • Jaga Rydzewska
Tomasz Marek Sobieraj • Sander de Vaan • Ireneusz Zjeżdżałka

__________________________________________________________________________________
Krytyka Literacka
Rok VII
ISSN 2084-1124
Nr 4 (8•69) 2015

REDAKCJA Tomasz Marek Sobieraj (red. nacz.),
Witold Egerth, Janusz Najder, Wioletta Sobieraj
ADRES ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź
E-POCZTA editionssurner@wp.pl

45
Tomasz Marek Sobieraj
NASI OBCY
46
Olga Lalič-Krowicka
WIERSZE
49
Richard K. Moore
ORWELL, HUXLEY I DZISIEJSZY ŚWIAT

WYDAWCA Editions Sur Ner

*

*
Archiwum i biblioteka Krytyki Literackiej
http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka
Czytelnie Krytyki Literackiej online
http://issuu.com/krytykaliteracka
https://pl.scribd.com/KrytykaLiteracka
Strona internetowa
http://www.krytykaliteracka.blogspot.com
Wydania elektroniczne Krytyki Literackiej są bezpłatne;
cena egzemplarza papierowego wynosi 10 zł; w celu
nabycia pisma należy dokonać wpłaty na konto
dowolnego hospicjum i wysłać potwierdzenie
na adres e-poczty redakcji.
*
1 str. okładki: Albrecht Dürer, Śmierć Orfeusza, rysunek
piórem, 1494 r., Kunsthalle, Hamburg
SPIS TREŚCI
01
Jaga Rydzewska
DYSTRYBUCJONIZM. POGLĄDY SPOŁECZNE
I EKONOMICZNE G.K. CHESTERTONA
11
Tomasz Marek Sobieraj, Stanley H. Barkan
UJRZEĆ ŚWIAT W ZIARENKU PIASKU
15
Stanley H. Barkan
WIERSZE
20
Lidia Chiarelli
WIERSZE

S Ł O W O

32
Niels Hav
WIERSZE
34
Krzysztof Jurecki, Ireneusz Zjeżdżałka
POBUDZIĆ WRAŻLIWOŚĆ
39
Sander de Vaan, Milagros López
GDZIE KOŃCZY SIĘ RANA
42
Milagros López
WIERSZE

Z I M Ę

Kiedy socjologowie twierdzą, że każdy powinien
dostosować się do nowoczesnych trendów, zapominają,
że nowoczesne trendy tworzone są w najlepszym razie
przez ludzi, którzy nie mają ochoty dostosowywać się do
czegokolwiek – a w najgorszym razie – właśnie przez
miliony zastraszonych stworzeń, usilnie dostosowujących
się do trendu, którego nie ma. I tak też w coraz większym
stopniu wygląda obecna sytuacja. Każdy wypowiada się
z respektem o opinii publicznej, mając na myśli opinię
publiczną minus jego własną opinię. Każdy wycofuje się
z własnego zdania pod mylnym wrażeniem, że inny
człowiek wnosi do ogólnej puli takie zdanie, jakie podobno
mają wszyscy. Każdy ulega rezygnując z własnych
pomysłów w imię atmosfery społecznej, która przecież
sama w sobie jest formą uległości. Zaś nad całym tym
bezdusznym ujednoliceniem rozpościera się nowa,
męcząca i trywialna prasa, niezdolna do inwencji,
niezdolna do śmiałości, zdolna jedynie do służalstwa, tym
bardziej godnego pogardy, że nie jest to nawet służalstwo
wobec silnych. Cóż, taki właśnie kres czeka wszystkich,
którzy zaczynają od marzeń o potędze i podbojach. Główna
cecha „nowego dziennikarstwa” polega na tym, że to po
prostu złe dziennikarstwo. To najbardziej niedbała,
bezbarwna i wyprana z indywidualności działalność jaką
prowadzi się w naszych czasach.
Gilbert Keith Chesterton, Heretycy

24
Arkadiusz Frania
CHOĆBY TYLKO SAMOLOCIKI Z PAPIERU
27
Andriej Bazilewskij
WIERSZE

N A

*
Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego,
że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie
wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to
powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu,
że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem
jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś
świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi
prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia,
które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do
tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu,
do tego, co przynosi powodzenie wam i innym.
Budda

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Jaga Rydzewska
DYSTRYBUCJONIZM.
POGLĄDY SPOŁECZNE I EKONOMICZNE
GILBERTA KEITHA CHESTERTONA

P

oglądy społeczne i ekonomiczne Chestertona są dobitnym przejawem walki o los Zwykłego
Człowieka. Zawsze był przeciwnikiem industrializmu. Uważał, że praca w fabryce jest niegodna człowieka i niechrześcijańska. Człowiek staje się robotnikiem, trybem w maszynie,
zatracającym poczucie odpowiedzialności za całe dzieło. Fabryka oznacza uprzedmiotowienie
człowieka i prymat zarabiania przed tworzeniem.
To prawda, że w dziedzinie motoryzacji na stu ludzi, którzy potrafią zmontować silnik
przypada jeden, który potrafiłby go zaprojektować. Jednak spośród tych stu ludzi, ktoś
potrafiłby wymyślić szaradę, kto inny rozplanować ogród, a jeszcze inny — stworzyć nowy
żart albo narysować karykaturę pana Forda. (…) Bardzo wiele osób na zawsze pozostanie
niezauważonymi, szeregowymi pracownikami, bo ich osobiste zdolności i upodobania nie
mają nic wspólnego z idiotyczną pracą, którą wykonują.

Ujmując się za jednostką, krytykował kapitalizm. Przez kapitalizm rozumiał nie prywatną
własność środków produkcji, lecz „warunki, w których istnieją tak skrajne dysproporcje w sferze
prywatnej własności, zwłaszcza w zakresie środków produkcji, że całe ogromne rzesze ludzi są
w praktyce tej własności pozbawione”. „Kapitalizmem nazywam system ekonomiczny, w którym
kapitał w przeważającej części należy do stosunkowo niedużej grupy ludzi, zwanych kapitalistami,
zaś wielka masa obywateli, nieposiadających kapitału, musi najmować się do pracy u kapitalistów
w zamian za pensję”. Taki system, zdaniem Chestertona, powinien raczej nazywać się
proletarianizmem.
Był przeciwnikiem komunizmu, ale nie uważał go za główne niebezpieczeństwo. Już w latach
20-tych ubiegłego wieku był zdania, że komunizm prędzej czy później upadnie, pokonany przez
kapitalizm. „Chciałbym ostrzec ideowych socjalistów, że ich działania wiodą nie do
dzikiej rewolty, lecz do bardzo potulnego porządku. Nie pytam ich, czy pragną
czerwonej, wściekłej anarchii tudzież krwawego, brutalnego, bolszewickiego
bestialstwa. Pytam, czy naprawdę pragną przechodzić przez to wszystko po to
jedynie, by na końcu znowu mieć kapitalizm”. Nikt wtedy nie przewidywał, jak prorocze
okażą się te słowa.
I to właśnie kapitalistyczny system monopoli, konsorcjów i trustów stanowił w ocenie G.K.C.
największą groźbę dla cywilizacji. System ten prowadzi bowiem do rządów oligarchii w sferze
polityki, do uniżonego kultu Pieniądza w sferze etyki i religii, zaś w sferze kultury i moralności —
do ponurej degrengolady. „Następną wielką herezją będzie po prostu atak na moralność,
a zwłaszcza na moralność seksualną. I nadejdzie on (…) ze strony przebojowych bogatych ludzi,
którzy koniecznie chcą wreszcie się bawić, nie powstrzymywani już ani przez papiestwo, ani przez
purytanizm, ani przez socjalizm”. „Jeśli ktoś się dziwi, czemu stawiamy opór Wielkiemu
Biznesowi, wyjaśniam, że z tego samego powodu stawiamy też opór bolszewizmowi, a w niedalekiej przeszłości stawialiśmy opór Niemcom. Otóż, jest to inwazja barbarzyńców. (…) Nie
chcemy, by podbiło nas chamstwo. (…) Zaś spośród trzech barbarzyńskich najazdów — niemieckiego, bolszewickiego i kapitalistycznego w stylu amerykańskim — najmniej szacunku żywię
dla tych ostatnich prymitywów, którzy podbijają, nie stając nawet do walki”.
W 1927 roku Chesterton wygłosił wykład o największym nadchodzącym niebezpieczeństwie.
Stwierdził, że największym niebezpieczeństwem jest masowe wyrównanie do niskiego poziomu,
„standaryzacja przy użyciu niskich standardów”, zarówno w sferze kultury, jak intelektu. W jego
ocenie, tę groźbę niosły zarówno socjalizm, jak kapitalizm. Uważał bowiem kapitalizm
i socjalizm za dwie strony tego samego medalu, dwie odmiany identycznego

1

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

totalitaryzmu. Sprzeczność między nimi była jego zdaniem powierzchowna i w istocie pozorna:
Bolszewizm okazał się najlepszym możliwym sojusznikiem kapitalizmu. Pojawił się akurat
wtedy, gdy kapitalizm zaczął wyglądać na system nieudany, i na prawach kontrastu obrócił
kapitalizm w system stosunkowo efektywny. Reklamując swe szarlatańskie lekarstwo, bolszewizm zataił rzeczywistą chorobę. (…) A przede wszystkim, będąc tak skrajnie
nienormalny, sprawił, że ludzie zaczęli myśleć o przemysłowej plutokracji jako o czymś
absolutnie normalnym.
W praktyce oba systemy sprowadzają się do centralizacji własności. Ludzie stają się
pracownikami najemnymi — czy to wielkich konsorcjów, czy państw. A ponieważ są tylko
najmitami, są tchórzliwi i bierni:
„Najemnik ucieka, ponieważ jest najemnikiem, ale dobry pasterz odda życie
za swe owce”. (…) Kiedy nastanie ciemność i nadejdzie dzień ostatni, słowa te powinny
zostać wypisane ognistymi literami na ruinach cywilizacji industrialnej. Cywilizacja ta
opiera się na założeniu, że wszystko da się załatwić, wszystko da się kupić, wszystkim da się
sterować. Olbrzymie masy najemników zaprzęgnięto do obsługi maszyn niemal równie
obojętnych jak oni sami. (…) Nie wiadomo, czy w dobrych czasach ten system jest dobry,
ale w złych czasach jest to zły system. Nie wytrzymuje napięć. A już z pewnością nie
wytrzyma oblężenia. Kiedy wilki zaczną wyć dokoła, nie da się wezwać tych ludzi do walki
z watahą, jak kiedyś wzywano chłopów. I nie można ich nawet winić. (…) Ci ludzie są
używani jak narzędzia. Są kupowani i sprzedawani dokładnie tak samo jak produkty, które
wytwarzają. Jest głupotą oczekiwać od nich feudalnej lojalności wobec firmy, która
w każdej chwili może wyrzucić ich na bruk.
Współczesny kapitalizm jest równie jak socjalizm odległy od idei Smitha: „nie ma sensu ani
bronić, ani atakować kapitalizmu za to, że opiera się na wolnej konkurencji, gdyż cały trend
systemu zmierza w stronę eliminacji konkurencji na skutek rozrostu monopoli”. Kapitalizm
prowadzi do plutokracji, systemu oligarchicznego, w którym wielka własność skupiona jest de
facto w rękach nielicznych rodzin. Co za tym idzie, cały system ekonomiczny, polityczny i prawny
jest nastawiony na dalszą koncentrację bogactwa w rękach kasty uprzywilejowanych plutokratów.
Zasadnicza różnica między kapitalizmem a innymi systemami polega na tym, że kapitalizm
otwarcie uznaje zysk za priorytet:
Kapitalizm wierzył w fakty i niczego nie udawał. Stawiał na piedestale pewną klasę
społeczną, aby czcić ją otwarcie i jawnie z powodu jej bogactwa. I tu właśnie tkwi
najjaskrawsza różnica między kapitalizmem a systemem średniowiecznym.
(…) Chciwy opat gwałcił swe ideały. Chciwy fabrykant nie miał ideałów, które
mógłby pogwałcić. Nigdy nie istniał kapitalistyczny ideał dobra, choć żyje na
świecie wielu dobrych ludzi, którzy, będąc kapitalistami, mają ideały
pochodzące skądinąd. Reformacja zwłaszcza angielska, oznaczała bowiem
przede wszystkim rezygnację — rezygnację z próby władania światem za
pomocą ideałów, czy bodajże idei. (…) Otóż, fakty mają to do siebie, że są potężne,
póki trwają, przejawiają jednak fatalną tendencję do nietrwałości. (…) Ten sam postęp
kapitalizmu, który z początku wzbogacił angielskich ziemian, niebawem ich zrujnował. Ten
sam rozwój handlu, który postawił Anglię ponad Europą, rzucił następnie Anglię do stóp
Ameryki (…) Fakty, które zdawały się najsolidniejszym możliwym oparciem, okazały się
najbardziej płynnym i zmiennym elementem świata. (…) W naszych czasach bogactwo
stało się tak bezkształtne, że wręcz nierealne; są tacy, co nazywają je bajecznym, nie zdając
sobie w ogóle sprawy z mimowolnej ironii tego określenia. Wielcy finansiści kupują
i sprzedają tysiące rzeczy, których nikt nigdy nie widział i które równie dobrze mogłyby
istnieć wyłącznie w ich wyobraźni. I tak oto dobiega końca pewna przygoda ludzkości.

2

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Zaczęła się od wiary tylko w fakty; kończy się w baśniowej krainie fantastycznych
abstrakcji.
Zdaniem Chestertona, kapitalizm współczesny prędzej czy później musi upaść, gdyż jego
priorytetem jest handel, nie produkcja, zaś ludzie bogacą się nie dzięki pracy, lecz za sprawą
spekulacji:
Handel, który z natury swojej stanowi działalność zależną i drugorzędną, jest w naszych
czasach traktowany jak działalność samoistna i podstawowa. Handel stał się dziś
absolutem. (…) To jest właśnie przyczyna klęsk, które spadają na współczesny świat. (…)
Zaś ponieważ Cena jest czymś szalonym i niestabilnym, a Wartość czymś wewnętrznym
i niezniszczalnym, zostaliśmy wszyscy wepchnięci do społeczeństwa, które nie jest już
trwałe jak wartości, lecz płynne jak ceny, niezgłębione jak morze i zdradzieckie jak
ruchome piaski. Nie ma tu miejsca na rozważania, czy da się zbudować coś trwałego
na światopoglądzie ceniącym wartości, jestem jednak pewien, że na tym drugim
światopoglądzie nikt niczego nie zbuduje, bo sprowadza się on do sprzedawania na oślep
i kupowania na oślep; do zmuszania ludzi, by nabywali rzeczy, których nie potrzebują; do
wytwarzania tych rzeczy na tyle źle, aby się szybko zniszczyły i aby ludzie znów myśleli, źe
ich pragną; do podtrzymywania bezustannego obrotu stertami śmieci, niczym burzy
piaskowej na pustyni; i do udawania, że ludzie mają nadzieję, kiedy nie zostaje im ani
chwili na myślenie, które przywiodłoby ich do rozpaczy.
Jak bowiem wygląda sytuacja ekonomiczna zwykłego człowieka?
Gdy tylko kapitalizm staje się kompletny, pojawia się w nim sprzeczność, ponieważ odnosi
się on do mas ludzkich na dwa różne sposoby jednocześnie. Kiedy większość ludzi to
pracownicy najemni, coraz trudniej sprawić, by większość ludzi była zarazem dobrymi nabywcami. Kapitalista zawsze bowiem próbuje obciąć płacę, wypłacaną swemu słudze,
i w ten sposób zmniejsza kwotę, jaką może wydać jego klient. (…) Chce, aby jeden i ten
sam człowiek był zarazem biedny i bogaty.
Można tu zauważyć, że we współczesnych krajach rozwiniętych dylemat ten został rozwiązany
za pomocą kart kredytowych, dzięki którym człowiek wydaje na konsumpcję więcej niż zarabia,
bezustannie się przy tym zadłużając. W krajach Trzeciego Świata rozwiązanie to dotyczy jednak
tylko niewielkiej części społeczeństwa. Ludzie biedni niewiele konsumują, nie napędzają więc
produkcji ani handlu, toteż system ekonomiczny nie może się rozwinąć — a przez to ludzie nadal
pozostają biedni.
Pisząc o poglądach ekonomicznych Chestertona nie sposób pominąć roli Hilaire Belloca.
Wpływ Belloca na Chestertona jest zazwyczaj mocno przeceniany, lecz w tej akurat dziedzinie
wydaje się niewątpliwy. Belloc był głównym — obok ojca Vincenta McNabba —
ideologiem dystrybucji własności, gorącym przeciwnikiem etatyzmu. W jednej z najbardziej znanych swoich książek, The Servile State (Państwo Niewolnicze) dowodził, że
współczesny system ekonomiczny upodabnia się z wolna do niewolnictwa. Masy ludzi muszą
pracować dla korzyści innych, nielicznych ludzi, w zamian za co otrzymują to, co niewolnik
otrzymywał od pana: socjalne bezpieczeństwo pod postacią zasiłków, pseudobezpłatnego
lecznictwa oraz opieki społecznej. Ta namiastka prawdziwego bezpieczeństwa sprawia, że
niewolnicy stają się bezwolni i nie podnoszą buntu przeciw właścicielowi — i na tym właśnie
polega rola ubezpieczeń społecznych w systemie plutokratycznym. Ubezpieczenia i zasiłki to,
w ocenie Belloka, narzędzie pacyfikacji mas.
Jeśli chodzi o Chestertona, jego opinie znalazły wyraz w wielu esejach, publikacjach
i książkach. Najistotniejsze pozycje to What’s Wrong with the World (Wypaczony świat) z 1910
roku, Eugenics and Other Evils (Eugenika i inne zło) z 1922 roku oraz The Outline of Sanity
(Normalność w zarysie) z 1926 roku. Oprócz nich można by wymienić szereg innych, mniej

3

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

znanych tytułów. Poglądy ekonomiczne i społeczne Chestertona były propagowane także w prasie,
przede wszystkim w G.K.’s Weekly.
Należy podkreślić, że Chesterton był zainteresowany nie tyle dobrem społeczeństwa, ile przede
wszystkim dobrem jednostki. Jako chrześcijanin nie wierzył w modną tezę, że jednostka jest
zerem i bzdurą. „Nawet najnędzniejszy człowiek jest nieśmiertelny, podczas gdy najpotężniejszy
nawet ruch masowy jest ograniczony w czasie, by nie powiedzieć tymczasowy”. Cała jego krytyka
postępu opiera się właśnie na tym, że przynosi on ludziom — nie tylko cywilizacji — w efekcie
więcej zła niż dobra. Wojując o tradycyjne wartości, gorąco bronił instytucji małżeństwa i rodziny.
Charakterystyczna jest jego wypowiedź z What’s Wrong with the World:
Zdobywszy niejakie doświadczenie z nowoczesnymi ruchami, które określają się jako
„postępowe”, jestem przekonany, że na ogół bazują one na zasobie doświadczeń, typowym
dla ludzi bogatych. Tak wygląda sprawa z „wolną miłością” — błędną koncepcją
życia seksualnego jako szeregu oderwanych epizodów. (…) Konduktor w omnibusie
nie ma czasu nawet by kochać własną żonę, o cudzych już nie wspominając. (…)
Za frazesem: „Czemu kobieta ma być ekonomicznie zależna od mężczyzny?” również stoi
plutokratyczne założenie. Pośród ludzi praktycznych i biednych kobieta nie jest ekonomicznie zależna od mężczyzny, chyba że w takim znaczeniu, w jakim i on jest zależny od
niej. Myśliwy musi zdzierać ubrania; ktoś musi je zszywać. Rybak musi łowić ryby; ktoś
musi przyrządzać z nich posiłek. Wszystko wskazuje, że wyobrażenie o kobiecie jako
o „pięknym pasożycie”, o „męskiej zabawce”, powstało na skutek posępnej kontemplacji
żywota jakiejś bankierskiej rodziny, w której bankier przynajmniej szedł rano do City
i udawał, że coś robi, podczas gdy jego żona jechała na przejażdżkę do parku i nie
fatygowała się udawaniem czegokolwiek. Biedny człowiek i jego żona to równorzędni
partnerzy w biznesie. (…)
Jednak ze wszystkich opinii narosłych pośród pospolitego bogactwa najgorsza jest ta, która
głosi, że życie domowe jest nudne i jednostajne. W domu (słyszymy) panuje martwa rutyna i
rządzą sztywne wymogi przyzwoitości; poza domem znaleźć można przygodę i urozmaicenie. Oto
typowa opinia człowieka bogatego. (…) a ponieważ to człowiek bogaty nadaje ton całej niemal
myśli „nowatorskiej” i „postępowej”, zdążyliśmy już prawie zapomnieć, czym jest dom dla
przeważającej części ludzkości. Prawda wygląda tak, że dla biednego człowieka dom to jedyna
ostoja swobody. Ba, jest to jedyna ostoja anarchii. (…) Gdziekolwiek by nie poszedł, musi
akceptować sztywne reguły zachowania, obowiązujące w sklepie, gospodzie, klubie czy muzeum.
Ale we własnym domu, jeśli zapragnie, może jadać posiłki na podłodze. (…) Dla prostego, ciężko
pracującego człowieka dom nie jest jedynym nudnym miejscem w świecie pełnym kolorowych
przygód. Jest jedynym wolnym miejscem w świecie pełnym reguł i narzucanych odgórnie
obowiązków.
Wskazywał, że ataki na rodzinę służą izolacji jednostki wobec systemu ekonomicznego.
Jednostka wyizolowana jest zaś bezbronna i podatna na manipulację. Postrzegał rodzinę nie
tylko w kategoriach instytucji społecznej czy religijnej, lecz wręcz w kategoriach
ruchu oporu:
Jestem przekonany, że dożyliśmy oto czasów, kiedy rodzina zostaje powołana, by odegrać
rolę, jaką ongiś odegrał klasztor. Innymi słowy, w rodzinie powinny znaleźć schronienie
nie tylko jej własne szczególne walory, lecz również umiejętności i twórcze nawyki,
właściwe dawniej dla innych grup. (…) Tak jak religia musiała zejść do podziemi, tak
i patriotyzm musi dziś zejść dożycia prywatnego. (…) Tylko wycofując się do tych twierdz
możemyprzetrwać i przeczekać inwazję; tylko koczując na tych wysepkach zdołamy
dotrwać do czasów, gdyopadną wody potopu. Podobnie jak w Wiekach Ciemnych świat
wewnętrzny oddawał się pysznej, niskiej rywalizacji i przemocy, tak też i w naszych
czasach, które również przeminą, świat oddaje się prostactwu, pędom stadnym

4

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

i wszelkiemu możliwemu przelewaniu z pustego w próżne.
Krytykując socjalizm i kapitalizm, Chesterton i Belloc proponowali w ich miejsce inny system
— dystrybucję własności. W 1891 roku papież Leon XIII ogłosił encyklikę Rerum
Novarum, z której wynika, że jedyny system ekonomiczny sprzyjający człowiekowi
to szeroko rozpowszechniona drobna własność. Inaczej mówiąc, własność powinna
zostać nie skonfiskowana przez państwo — jak w socjalizmie, i nie skumulowana w rękach
stosunkowo nielicznej grupy najbogatszych — jak w kapitalizmie, lecz rozproszona pomiędzy
miliony drobnych posiadaczy. Ta właśnie koncepcja wzbudziła wielkie zainteresowanie
w środowisku angielskich katolików, a ponieważ jej naczelną zasadą jest dystrybucja własności,
została nazwana (prawdopodobnie przez Hilaire Belloca) dystrybutyzmem. Idea dystrybucji
własności jest gorąco lansowana w książce The Outline of Sanity i w większości esejów
w G.K.’s Weekly.
„Nie oferujemy perfekcji — oferujemy proporcję” — stwierdził G.K.C. Obaj
z Belloc’em nie uważali bynajmniej, że w proponowanym przed nich systemie wszyscy będą
szczęśliwi i zadowoleni, że zniknie niesprawiedliwość, przestępczość czy ubóstwo. Zło,
grzech, bogactwo i bieda to konsekwencje istnienia wolnej woli. Zasadnicza różnica między
kapitalizmem a dystrybutyzmem leży jednak właśnie w proporcji stosunków własnościowych
i polega na wyeliminowaniu sytuacji skrajnych: wielkiego bogactwa i wielkiej nędzy.
Dystrybutyzm dopuszcza istnienie rozmaitych rodzajów własności — w tym również państwowej
i korporacyjnej (czyli cechowej), ale opiera się na fundamencie własności prywatnej. W ocenie
Chestertona, kapitalizm nie jest systemem chroniącym prywatną własność. Kapitalizm chroni
prywatną przedsiębiorczość — a to nie to samo. „Złodziej kieszonkowy jest orędownikiem prywatnej przedsiębiorczości, byłoby jednak lekką przesadą uznać go za orędownika prywatnej
własności”. Chesterton porównywał własność środków produkcji do instytucji małżeństwa,
zauważając, że jeśli jest kilkuset mężczyzn, z których każdy ma po tysiąc żon, podczas gdy miliony
innych mężczyzn pozostają w stanie bezżennym, trudno twierdzić, że system społeczny opiera się
na małżeństwie.
Dystrybutyzm nie przewiduje istnienia wielkich fabryk, wielkich sklepów ani wielkich
jednostek organizacyjnych — czy to administracyjnych, czy kapitałowych. Zamiast fabryk
proponuje system cechowy, na wzór gildii średniowiecznych. Przedmioty, produkowane dziś
taśmowo w fabrykach, powinny być wytwarzane przez olbrzymią rzeszę rzemieślników, właścicieli
swych warsztatów, zrzeszonych w gildii, strzegącej jakości i ilości produkcji. Jest to korzystne dla
klienta, bo podnosi jakość i prowadzi do indywidualizacji wyrobów. Jest to również korzystne dla
rzemieślnika, który staje się kreatywny, podczas gdy jako robotnik w fabryce zamienia się
w otępiałe narzędzie do obsługi maszyny. Zamiast wielkich międzynarodowych spółek powinny
istnieć niezliczone małe firmy handlowe, stanowiące własność poszczególnych osób czy rodzin.
Miejsce wielkich kapitalistów powinny zająć miliony drobnych przedsiębiorców, miejsce
supermarketów — tysiące konkurujących niedużych sklepów. W dziedzinie własności rolnej
powinna istnieć drobna i średnia własność rolnicza zamiast latyfundiów. Każdy powinien móc
sobie pozwolić na trzy akry i krowę. Pogląd ten nie był bynajmniej oderwany od rzeczywistości.
Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Cambridge w 1934 roku wykazały, że wielkie
zmechanizowane farmy mają trudności finansowe i potrzebują stałej pomocy państwa,
podczas gdy nieduże gospodarstwa przeważnie okazują się mniej kosztowne i co za tym idzie,
bardziej opłacalne.
Dystrybutyzm zakłada samowystarczalność każdej lokalnej społeczności przynajmniej
w zakresie podstawowym, takim jak produkcja żywności, odzieży czy lekarstw. Cały system
ekonomiczny powinien być chroniony przez odpowiedni system prawny. Dystrybutyści różnili się
między sobą co do roli państwa. Sam Chesterton nie wierzył co do zasady w dobroczynną rolę
jakiegokolwiek rządu. Był zdania, że każdy rząd, łącznie z demokratycznie wybranym rządem
w państwie opartym na dystrybucji własności, ma tendencję, by nadużywać władzy, więc prędzej
czy później zwróci się przeciw obywatelom. Zdawał sobie jednak sprawę, że dystrybutyści nie
zdołają zaprowadzić zmian bez pomocy państwa. Skłaniał się ku opinii, że państwo powinno

5

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

ingerować w gospodarkę, choć rzadko i ostrożnie, aby chronić interesy narodowe i zapobiec
deformacjom systemu. Tym niemniej, w dystrybutyzmie mocno ograniczona jest rola państwa
jako aparatu przymusu. Państwo nie może nakładać na obywatela stale nowych obowiązków ani
podatków, nie może mu narzucać na przykład przymusowych ubezpieczeń, przymusowej edukacji
czy przymusowego zaciągu do wojska. Przymusowa edukacja wolnych ludzi to
sprzeczność sama w sobie, zaś edukacja państwowa to w ogóle nieporozumienie,
ponieważ żaden system nie jest zainteresowany w masowym kształceniu obywateli.
Prawdziwe, rzetelne wykształcenie obywatela oznacza wykształcenie krytyka
systemu. W praktyce obowiązek szkolny służy więc głównie indoktrynacji. Chesterton,
który nigdy nie omieszkał wykazać przewagi katolickiego Średniowiecza nad pogańską
Nowoczesnością, podkreślał, że czasy współczesne są czasami przymusu, podczas gdy
Średniowiecze było okresem dobrowolnych ślubów.
Drobna własność — niewątpliwie ulubiony przedmiot propagandy dystrybutystycznej — nie
była jednak celem samym w sobie. Stanowiła fundament, na którym można dopiero budować
społeczeństwo wolnych ludzi. Własność środków produkcji, poczucie ekonomicznej
stabilizacji i bezpieczeństwa, daje ludziom realną wolność opinii i działań. Człowiek,
który ustawicznie boi się utraty pracy, biedy, wyrzucenia poza nawias
społeczeństwa, nie jest wolny. Nie posiada nawet wolności słowa, bo głoszenie
poglądów zwalczanych przez oligarchię niesie ryzyko utraty środków do życia.
W takiej właśnie sytuacji znajdują się obecnie miliony ludzi. W kapitalizmie obywatele stają się
bowiem najmitami, zależnymi od pracodawcy. Co gorzej, są poddawani bezustannemu praniu
mózgu przez prasę i reklamę, znajdujące się w rękach oligarchów. Większość esejów Chestertona
ma w gruncie rzeczy ten sam temat: opisuje i krytykuje niewolę intelektualną współczesnego
człowieka.
Inny aspekt własności polega na tym, że pobudza ona ludzką kreatywność. Człowiek kształtuje
wedle swoich gustów swój własny ogród, swój własny dom i warsztat, swoje wyroby rzemieślnicze.
Przedmioty codziennego użytku w małych populacjach są wytwarzane indywidualnie i bywa, że
stanowią wręcz dzieła sztuki. Tymczasem w świecie współczesnym kreatywność zanika na skutek
życia w wielkich zbiorowiskach i sprowadzenia człowieka do roli mechanicznego narzędzia. Chłopi
nieraz bywali biedniejsi od robotników, zawsze jednak istniała sztuka wiejska, podczas gdy nigdy
me powstała sztuka proletariacka.
Idealny świat dystrybutystów jest dobrze znany każdemu, kto czytał książki innego
angielskiego katolika, J. R. R. Tolkiena. Jest to mianowicie kraina rolnicza, gdzie nie istnieją
wielkie miasta, posiadająca jednak dobrze rozwinięty drobny przemysł i rzemiosło.
Tolkienowskie miasteczko leży na skraju wielkiego lasu (bo lasy w tym świecie mają
prawo być wielkie). Lokalna społeczność, w której wszyscy wszystkich znają, jest
rządzona przez obranych i szanowanych przedstawicieli. Prawo, po części
zwyczajowe, po części uchwalane na szczeblu lokalnym, tak rzadko ingeruje w
codzienne życie, że praktycznie nie ma potrzeby o nim wspominać. Każdy ma na
własność dom, w którym mieszka, a także ziemię, na której stoi jego dom i ogród.
Przedmioty codziennego użytku są zindywidualizowane, a nieraz artystycznie piękne i magiczne…
Można się zastanawiać, na ile Tolkien był pod wpływem idei dystrybutyzmu, tworząc swój Shire,
krainę hobbitów. Shire — to przecież stara, wesoła Anglia, bliska również sercu G.K.Ch.
i zorganizowana dokładnie na kształt jego projektów i marzeń. Tolkien niewątpliwie czytywał
Chestertona, posiadał wiele jego książek i przyznawał, że wizje chestertonowskie wywarły wpływ
na formowanie świata „Władcy Pierścieni”.
Idea dystrybucji własności miała w Anglii wielu zwolenników. Jednym z jej energicznych
szerzycieli był dominikanin, Vincent McNabb, człowiek o nieprzeciętnej osobowości, postać
równie barwna, jak kontrowersyjna. Nazywano go angielskim Mahatmą Gandhim, gdyż miał
cokolwiek anarchizujące poglądy i był ideowym luddystą — przeciwnikiem maszyn. Uprawiał
ascezę, nosił ręcznie tkany habit, sam pracował na roli, nie uznawał nawet maszyny do pisania
i wszędzie starał się chodzić pieszo. Pojawiał się równie często w londyńskich slumsach, gdzie
organizował pomoc dla najuboższych, co na londyńskim uniwersytecie, gdzie wykładał.

6

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Innym znanym zwolennikiem dystrybucji własności był współwłaściciel G.K.’s Weekly, Eric
Gill, rzeźbiarz i typograf o burzliwym, bujnym temperamencie. W 1913 roku Gill przyjął
katolicyzm. Następnie przeniósł się wraz z rodziną do miejscowości Ditchling, gdzie niebawem
skupił wokół siebie sporą grupę artystów i ludzi uprawiających różne rodzaje rzemiosła
artystycznego, podobnie jak on zmęczonych Londynem. Grupa z Ditchling próbowała utworzyć
modelową wspólnotę opartą na ideach dystrybutyzmu. Artyści sami szyli swe ubrania, hodowali
zwierzęta i wytwarzali przedmioty codziennego użytku, chociaż — co irytowało dogmatycznego
ojca McNabb — nie chcieli uprawiać ziemi. Wielu członków grupy przeszło na katolicyzm, zaś pod
wpływem ojca McNabb zostali też tercjarzami dominikańskimi.
Wspominając o dystrybutyzmie, nie można też pominąć kilku innych postaci. Jedną z nich był
architekt Artur Penty, który jako pierwszy zaczął szerzyć ideę powrotu do cechów. Jego książka
o rekonstrukcji systemu cechowego zainicjowała nie tylko wielką falę mody na gildie, lecz stanowiła również inspirację dla wielu zwolenników dystrybucji własności, a nawet dla socjalistów
angielskich, wśród których powstał nurt socjalizmu cechowego. Innym znanym głosicielem
dystrybucji własności był sir Henry Slesser, ekspert od prawa pracy, poseł, a następnie sędzia sądu
apelacyjnego. Wśród czołowych dystrybutystów należy też wymienić dwóch wojskowych —
emerytowanego komandora Marynarki Wojennej Herberta Shove (mistyka, pszczelarza
i amatorskiego rękodzielnika, zajmującego się wyrobami ze srebra) oraz eks-kapitana
komandosów, H.S.D. Wenta. W skrócie, było to grono nieprzeciętnych, interesujących
indywidualistów. Osobą, która jako pierwsza zaproponowała, by ująć dystrybutyzm w ramy jednej
organizacji, był W.R. Titterton, zastępca Chestertona w G.K.’ s Weekly. Kapitan Went nakreśla
ramy i zasady funkcjonowania tej organizacji, którą nazwano Ligą na Rzecz Zachowania Wolności
Poprzez Przywrócenie Własności (League for the Preservation of Liberty by the Restoration of
Property). Nazwa, choć dobrze oddawała cel poczynań, była bardzo nieporęczna, toteż niebawem
zmieniono ją na Ligę Zwolenników Dystrybucji (Distributist League) Liga narodziła się 17
września 1926 r. na ogólnokrajowym spotkaniu zwolenników dystrybucji, na
które przybył taki tłum entuzjastów, że wynajęta hala nie mogła ich pomieścić.
Prezesem wybrano Chestertona.
Z początku liga działała w miarę prężnie, posiadała filie i aktywnych członków w kilkunastu
brytyjskich miastach. Niebawem jednak zaczęły się spory pomiędzy różnymi frakcjami
(lewicowymi i prawicowymi, katolickimi i niekatolickimi, luddystycznymi i nastawionymi na
postęp techniczny, itd.). Póki żył Chesterton, jego osoba jednoczyła zwolenników, lecz gdy zmarł,
Liga praktycznie się rozpadła. Część członków odeszła, uznając ligę za nazbyt teoretyczną i mało
efektywną.
Można stwierdzić, że Liga okazała się dla Chestertona wielkim rozczarowaniem, i z pewnością
będzie to w znacznej mierze prawda. Z drugiej strony, Chesterton i Belloc, sceptycznie nastawieni
do wszelkich partii, od początku zdawali sobie sprawę, że pomysł może spełznąć na niczym. Liga
stanowiła w praktyce klub dyskutantów. Nie miała szans, by stać się organizacją polityczną, gdyż
w tym celu niezbędny byłby pełen energii, charyzmatyczny przywódca. Chesterton zupełnie się do
tej roli nie nadawał. Był teoretykiem, nie człowiekiem czynu, o czym sam doskonale wiedział. Zapytany kiedyś, co by zrobił, gdyby został premierem, odparł bez wahania: „Złożyłbym dymisję”.
Z kolei Belloc, choć energiczny, niezbyt nadawał się na lidera, gdyż był zbyt konfliktowy, zaś
powszechnie postrzegano go wyłącznie jako reprezentanta katolików.
Idee dystrybucji własności były akceptowane przez znaczącą część inteligencji.
Ich zwolennikiem był na przykład T.S. Eliot, który uważał dystrybucję własności za
ideę fundamentalnie chrześcijańską. Jak napisał, „to, co się liczy, to jego [Chestertona]
samotna moralna walka przeciw epoce, jego odwaga i śmiałe połączenie autentycznego konserwatyzmu, autentycznego liberalizmu i autentycznego radykalizmu”. Idee Ligi były rzecz jasna
odrzucane przez środowiska lewicowe (wierzące nadal w rozwiązania komunistyczne) i przez
znaczną część środowisk ówczesnej prawicy (zafascynowanej korporacyjnym faszyzmem
Mussoliniego i podobnie jak lewica wierzącej w wielkie, zunifikowane imperia). Chesterton nie
przekonał również swych najsławniejszych przyjaciół. Wells, wyznawca poglądów lewicowych, z zasady był przeciwny prywatnej własności, a Shaw odrzucał koncepcję Ligi

7

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

wychodząc z założenia, że przeciętny człowiek wcale nie chce być wolny ani
odpowiedzialny, gdyż woli, kiedy państwo zajmie się nim i wszystko za niego
załatwi. Opinia Shawa na pewno nie jest pozbawiona podstaw. Chesterton zdawał sobie z tego
sprawę. Jak kiedyś napisał, „wszystkim ludziom można by dać wolność, gdyby tylko nie czuli tak
żarliwej tęsknoty za niewolą”.
Idee Ligi nie zyskały odzewu w kręgach opiniotwórczych ani politycznych. Brytyjskie massmedia znajdowały się w rękach magnatów finansowych, z natury swej nieprzychylnie
nastawionych do koncepcji, że wielka własność jest niemoralna. Partie polityczne zostały
w praktyce podporządkowane liderom, związanym z wielkim biznesem. Dystrybutyści byli
reprezentowani tylko przez jednego członka parlamentu, wspomnianego wyżej sir Henry’ego
Slessera, a mimo że liczni posłowie czytywali G.K.’ s Weekly, nie przekładało się to na ich
działalność.
Tym niemniej, dystrybucja własności zauroczyła wielu ludzi, nie tylko w Wielkiej Brytanii, lecz
i w Kanadzie, USA czy Australii. W przedwojennej Polsce próbował ją propagować Adam
Doboszyński, który swoją książkę „Ekonomia miłosierdzia” — rozważania o gospodarce opartej
na zasadach tomizmu — dedykował pamięci Chestertona. Głośna praca ekonomisty E.F.
Schumachera Small is Beautiful (Małe jest piękne — od tytułu powstało potem powiedzenie tej
właśnie treści) została podobno zainspirowana esejami Chestertona i z początku miała nosić tytuł
„Ekonomia chestertonowska”. Idee decentralizmu, głoszone przez Schumachera i jego
zwolenników, oparte są wprost na dystrybutyzmie. Dystrybutyści byli zwolennikami „małych
ojczyzn”, tysięcy samodzielnych wsi, miast i miasteczek, połączonych w jedno państwo narodowe,
przy czym prerogatywy władz lokalnych i państwowych miały być ściśle określone i dość wąskie.
Pomiędzy katolikami, którzy rzucają wyzwanie demokratycznemu kapitalizmowi, wielu
jest pod wrażeniem ideału dystrybutyzmu, którego wyrazicielami byli G.K. Chesterton
i Hilaire Belloc. Dystrybutyzm jest propagowany między innymi przez New Oxford
Review, co skłoniło Jamesa K. Fitzpatricka do riposty, zamieszczonej w dziale listów tego
miesięcznika. Ilekroć czytam Chestertona i Belloca, ich wizja mocno działa na moją
wyobraźnię (…). A potem wracam na ziemię. Dystrybutyści chcą posłużyć się państwem,
by ograniczyć niesprawiedliwą kumulację bogactwa; prawo, ich zdaniem, powinno wyznaczać ramy mniej materialistycznego społeczeństwa, w którym dom, ognisko rodzinne
i rodzina liczą się bardziej niż blichtr i pogoń za pieniędzmi rozmaitych Trumpów i giełdowych guru. Owszem, brzmi to świetnie, ale kto ma przeprowadzić całą tą inżynierię
społeczną? Kto będzie za nią odpowiedzialny? Kto zdecyduje, co oznacza „nadmierny
materializm?” (…) Fitzpatrick konkluduje: „Chesterton i Belloc dalej są moimi
ulubieńcami. Dalej są pisarzami o wielkim znaczeniu (…). Jednak to, co proponują
[w kwestiach ekonomicznych] jest bliższe poezji niż prozie”.
Lecz w gruncie rzeczy od strony teoretycznej tylko jedno z pytań Fitzpatricka jest istotne. Co
mianowicie oznacza „nadmierna” koncentracja bogactwa w pojęciu dystrybutystycznym? Jaki
stopień bogactwa jest już niedopuszczalny i co z nim zrobić, kiedy się pojawi? Dystrybucja opiera
się w istocie na drobnej gospodarce kapitalistycznej. W jaki sposób zapobiec komasowaniu fortun,
powstawaniu latyfundiów i konsorcjów? Zakazy prawne są ewidentnie niewystarczające, jako
że realia ekonomii mają przewagę nad prawem stanowionym — prawo byłoby po prostu omijane.
Z samej istoty systemu ekonomicznego i praktycznej gospodarki musi wynikać
opłacalność małych przedsięwzięć, a nieopłacalność dużych; musi to być
wbudowane w system, jeśli system ma naprawdę pozostać dystrybucyjny, a nie
zdegenerować się w formę, od której Chesterton się odżegnywał, czyli
monopolistyczny kapitalizm.
Sam Chesterton uważał, że ograniczenie to jest integralnie wbudowane w dystrybutyzm.
Niewykluczone, że miał rację. Być może w razie odcięcia wszelkich subwencji
państwowych, koncesji i ulg, w razie zminimalizowania, uproszczenia
i ujednolicenia podatków, okazałoby się, że wielkie konsorcja i uprawy farmerskie

8

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

to kolosy na glinianych nogach, zaś ich istnienie jest ekonomicznie bezzasadnie
i służy wyłącznie „pompowaniu” pieniędzy podatnika do kieszeni plutokratów.
Niemniej, nikt dotąd nie przeprowadził eksperymentu, który wykazałby tę tezę w praktyce.
Chesterton kładł również nacisk na fakt, że dystrybutyzm jest nie tylko systemem ekonomicznym,
lecz i określonym modelem życia, sposobem myślenia: „Chłopi żyli obok siebie w praktycznej
równości przez niezliczone stulecia, i żaden z nich nie wykupił pozostałych, ani żadna społeczność
nie obróciła się w najmitów u jednego rolnika. Drobna własność nigdy sama nie ewoluuje
w kapitalizm, chyba że panuje już nagrzana, niezdrowa atmosfera kapitalizmu, przyspieszająca tę
ewolucję wręcz do granic rewolucji”. Słowem, wiele zależy i od mentalności ludzkiej. Problem
w tym, że zmiana mentalności wydaje się w dzisiejszych czasach znacznie trudniejsza do
zaprowadzenia niż sam dystrybutyzm.
Z pewnością nie są bowiem zasadne argumenty, że dystrybutyzm jest utopijny i w praktyce nie
da się go wprowadzić. Dystrybutyzm nie jest utopijny, bo pozostaje w zgodzie z ludzką naturą.
Człowiek jest urodzonym posiadaczem. Bez najmniejszego trudu można sobie
również wyobrazić odpowiednią politykę państwa i system prawny, popierający
drobną własność przeciw wielkiej własności. System taki jest gospodarczo
efektywny, jak wykazują choćby doświadczenia północnych Włoch. Jeżeli politykom
nie zależy na wprowadzeniu dystrybucji własności, przyczyny tego zjawiska leżą
poza ekonomią. Idea drobnej własności, małych miasteczek czy lokalnej demokracji na bardzo
małą skalę stoi w całkowitej sprzeczności z trendami ekonomicznego i politycznego rozwoju
współczesnego świata, co wynika jednak nie z ekonomii, lecz właśnie z ideologii.
Chesterton, który doskonale o tym wiedział, pocieszał się myślą, że trendy te nie muszą trwać
wiecznie. Co prawda, lekarstwo, jakie dostrzegał, wydać się może dość radykalne:
Niektórzy pokładają nadzieję w postępie nauki. Inni nie widzą już żadnej nadziei
i bezradnie oczekują na katastrofę cywilizacji. Niewielu jest jednak dziwaków, którzy
z nadzieją wyglądają katastrofy. A przecież wcale nie jestem pewien, czy ich postawa nie
zasługuje na obronę; dalibóg, nie dałbym głowy, czy sam przypadkiem do nich nie należę.
Bywa, że mój humor poprawia się cudownie, bywa, że ogarnia mnie szampańska
wesołość, gdy myślę, że bądź co bądź mogą jeszcze wrócić czasy barbarzyństwa. Któż
ośmieli się twierdzić, że przed nami tylko ciemność, skoro przyświeca nam ta jasna
gwiazda nadziei? Zdarzało się już, że upadały imperia, załamywały się finanse, znikały
biurokracje, a ludzie porzucali wyszukane zajęcia i wracali do prostych prac, koczując na
gruzach własnych pałaców. (…) Czego człowiek dokonał raz, człowiek zdoła dokonać
znowu. Nie traćmy ducha! Również i nasze miasta mogą zostać opuszczone. Również
i nasze pałace mogą obrócić się w ruinę. Kto wie, może ludzkość ma jeszcze szansę
odzyskać człowieczeństwo.
A w jaki sposób upadają cywilizacje? „Każda wielka cywilizacja zaczyna upadek od tego, że
zapomina o prawdach oczywistych”.

Fragment książki Jagi Rydzewskiej Chesterton. Dzieło i myśl, wyd. Antyk Marcin Dybowski.

9

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Michelangelo Buonarotti, Studium aktu, rys. piórem, ok. 1537 r., Luwr

10

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Tomasz Marek Sobieraj, Stanley H. Barkan
UJRZEĆ ŚWIAT W ZIARENKU PIASKU
Tomasz Marek Sobieraj Gdzie postrzegasz siebie we współczesnej poezji amerykańskiej?
Stanley H. Barkan Na skrzyżowaniu kultur; jestem amerykańskim poetą działającym na styku
wielu kultur i języków, łączę je, przekraczam granice kulturowe, etniczne czy narodowościowe.
W mojej poezji widoczne są wpływy, jakie na siebie wywierają.
T.M.S. Jak przedstawiłbyś się tym polskim czytelnikom, którzy jeszcze nie znają twojej
twórczości?
S.H.B. Jako autor zbioru Under the Apple Tree/Pod jabłonią, w wydanego w Polsce w 1998 roku
w przekładzie Adama Szypera, oraz jako wydawca specjalizujący się w dwujęzycznych wydaniach
książek poetyckich, wśród których znaleźli się także polscy poeci.
Zaczynałem od czystej liryki, później, po studiach nad poezją japońską, zafasynował mnie
imagizm [kierunek w poezji angielskiej i amerykańskiej popularny głównie na pocz. XX w.,
przeciwstawiający się romantyzmowi i idealizmowi, powstał pod wpływem poezji Dalekiego
Wschodu, gł. przedstawiciele to James Joyce, Ezra Pound; imagizm zapoczątkował ruch
modernistyczny, silnie wpłynął na współczesną poezję angielską i amerykańską, przyp. tłum.];
pech chciał, że moja pierwsza książka z haiku i senryū ilustrowana rysunkami haiga autorstwa
mojej żony The American Hototogitsu uległa zniszczeniu wraz z rękopisem w drukarni, podczas
powodzi. Zostało mi tylko osiem wierszy opublikowanych wcześniej w nieistniejącym dziś piśmie
Uniwersytetu Nowojorskiego „Washington Journal”. Później ewoluowałem w stronę dramaturgii,
narracji, nawet tekstów piosenek; teraz przede wszystkim uprawiam rodzaj poetyckiej opowieści
o ludziach, miejscach, rzeczach, sytuacjach.
T.M.S. Jesteś bardziej poetą, tłumaczem czy wydawcą?
S.H.B. Przede wszystkim jestem poetą, dopiero później wydawcą, trzecie miejsce zajmują
przekłady, samodzielne albo z autorem czy we współpracy z innymi tłumczami. Ale istotą mojej
działalności jest poezja, z niej dopiero wyrastają pozostałe aktywności.
T.M.S. W większym i mniejszym stopniu zajmowałeś się ponad dwudziestoma pięcioma
językami. Czy taka praca badawcza pomaga w pisaniu wierszy? Czy studia lingwistyczne wpłynęły
na twoją poezję?
S.H.B. Wierzę, że tak, ponieważ myślę o poezji jak o gromadzeniu fenomenów i zamianie ich
w słowa. Zgodnie z hipotezą Sapira – Whorfa, każdy język na swój własny sposób wpływa na
ogląd świata i sposób myślenia jego użytkowników. Każdy język posiada słowa sobie tylko
właściwe, określające specyficzne miejsca, relacje, ludzi, ubrania, jedzenie i sposób jego
spożywania itd. Studia nad językami, prowadzone z pozycji strukturalizmu, wpłynęły na moją
poezję poprzez wyostrzenie, nazwijmy to, poetyckich zmysłów, zwiększenie świadomości
i, w konsekwencji, lepsze rozumienie tego, co robię. Dały mi swobodę wypowiedzi, łatwość
zamiany obrazu w słowo i budowy wiersza dowolnego rodzaju. Zatem odpowiedź na oba pytania
jest twierdząca.
T.M.S. Dużo podróżujesz po całym świecie. Jakie to ma znacznie dla twojej poezji i rozumienia
świata?
S.H.B. Jestem bardziej nastawiony na świadomy odbiór i skupiony w podróży, niż gdy

11

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

przebywam w domu i funkcjonuję jako zwykły członek rodziny czy jako wydawca, zajęty przez
siedem dni w tygodniu i dwadzieścia cztery godziny na dobę sprawami zawodowymi, kontaktami
z autorami itd. Gdy wyjeżdżam, to mimo mejli i telefonów jestem bardziej swobodny, nastawiony
badawczo, szczególnie, gdy jest to jakieś nowe miejsce, gdzie ludzie nie mówią po angielsku.
Kontempluję. Zanurzam się w nowym środowisku, maksymalnie wyostrzam zmysły, pochłaniam
świat. Później przychodzi zamiana doświadczeń i obrazów w słowa, często w poezję, zapisywane
w małym podręcznym notesie; z czasem przenoszę to do większego, a w domu, jeśli jest na to czas,
przepisuję.
T.M.S. Czym dla ciebie jest poezja?
S.H.B. Rodzajem opowieści, sagi o ludzkim życiu, pełnej obrazów, liryzmu, dramatów, zdarzeń,
skonstruowanej tak, by czytelnik lub słuchacz dostrzegli jej wyjątkowość, owo Blake’owske ziarnko
piasku przedstawiające cały świat. Chodzi o to, by wiersz otworzył pamięć, przywołał analogie do
własnej historii, a z nimi emocje, płacz, śmiech, oraz by pobudził intelekt. Mówiąc krótko, ta
opowieść ma przebudzić, uczynić świadomym, czułym i uważnym na tej cudownej drodze, jaką
jest życie.
T.M.S. Którzy poeci mieli wpływ na ciebie, których cenisz najwyżej?
S.H.B. Spośród poetów dwudziestowiecznych to przede wszystkim Dylan Thomas, Wallace
Stevens, William Carlos Williams. Ale byli też tacy, których poznałem osobiście, a nie tylko
poprzez lekturę, np. jeden z najwybitniejszych poetów amerykańskich Robert Frost, sycylijski
pisarz i poeta Nat Scammacca, tworzący w jidysz Menke Katz, poeta-laureat USA Stanley Kunitz
[w krajach, gdzie poezja zajmuje ważne miejsce w kulturze, jest to zaszczytny, oficjalny tytuł
przyznawany przez władze lub ważną instytucję państwową; tradycja pochodzi ze starożytnej
Grecji, przyjęta w XIV w. w Europie, gł. we Włoszech i Wlk. Brytanii, przyp. tłum.], walijski poeta
i wydawca Peter Thabit Jones, holendersko-amerykański poeta, artysta i naukowiec Leo Vroman,
który miał największy wpływ na moją działalność nie tylko poetycką, ale też przekładową
i wydawniczą. Ich życie i twórczość wskazały mi tę „mniej uczęszczaną drogę” [nawiązanie do
wiersza Roberta Frosta, The Road not Taken, przyp. tłum.], przez co większą część życia
spędziłem pisząc, czytając, tłumacząc i wydając poezję, przede wszystkim w postaci dwujęzycznych
zbiorów. Przez 45 lat uzbierało się ponad 400 tytułów i 57 języków.
T.M.S. Z czego powinien składać się dobry wiersz? W czym tkwi różnica pomiędzy zwykłym
wierszem a znakomitym?
S.H.B. Po części wyjaśnia to Alexander Pope w jednym ze swoich utworów, mianowicie że
„brzmienie słów winno być echem ich przesłania”. Zatem według mnie dobry wiersz powinien
w swojej warstwie dźwiękowej współgrać z treścią. Tak jak imagiści, ja również głęboko wierzę
w ogromne znaczenie odpowiedniego obrazowania w wierszu. Przywołam tutaj Williama
Blake’a: „Ujrzeć świat w ziarenku piasku/Niebo w polnym kwiecie,/Nieskończoność trzymać
w dłoni/Wieczność w godzinie uchwycić” [William Blake, Wróżby niewinności, przyp. tłum.].
Mówiąc szerzej, cała poezja jest metaforą, to znaczy, że wiersz zastępuje jakieś konkretne
doświadczenie, ideę, uczucie, zjawisko. Różnica, jak sądzę, pomiędzy wierszem zwyczajnym
a znakomitym polega na sile oddziaływania emocjonalnego na czytelnika, na skali wywoływanych
uczuć, jak radość, smutek, strach itd. oraz na tym, że wiersz znakomity prowokuje do myślenia na
temat człowieka, istoty człowieczeństwa, naszego miejsca w świece.
Dobrym testem jakości wiersza jest też umiejętne pogodzenie w nim przeciwieństw.
Wiersz opisujący piękny kwiat, drzewo, kota, może być udany. Ale jeśli nie porusza spraw
najistotniejszych, istoty naszego bytu, conditio humana, nie może być wierszem znakomitym.
Dla ilustracji posłużę się przykładem niby-haiku: „Zegar/Tyka, tyka/I przestaje/Ale rzeka...”.
Wiersz, który tylko zatrzymuje zegar czytelnika, może być dobry, ale znakomity wiersz to taki,

12

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

który sprawia, że płynie rzeka wspomnień.
T.M.S. Jak zaczynasz wiersz? Od jakiegoś obrazu, słowa, czy jeszcze inaczej?
S.H.B. Czasem od opisu czegoś, co dostrzegłem – chmury i przelatującego ptaka. Innym razem
inspiruje mnie czyjaś wypowiedź. Kiedy indziej wiersz rodzi się z uczucia, gniewu, strachu. Po
pierwszych zapisanych wyrazach następuje rodzaj mistycznej podróży pośród słów. Zapisuję je
szybko w małym notesie, który zawsze mam przy sobie. Później usiłuję odczytać moje bazgroły
i przepisać na komputerze; pojawia się porządek, wiersz nabiera kształtu.
T.M.S. Twoje wiersze wydają się być poddane rygorystycznej „kontroli filozoficznej”, jaką
nakazywał Kawafis, nie są wytworem jedynie tego, co nazywamy za Platonem „furor poeticus”. Jak
jest w istocie?
S.H.B. W rzeczywistości wszystkie moje wiersze powstały w stanie owego platońskiego
pobudzenia ducha. Jakaś fraza czy obraz pojawiają się w głowie i nie dają mi spokoju; wtedy
sięgam po pióro i przelewam ten niepokój na papier. Jeśli pojawia się jakaś kontrola filozoficzna,
to właśnie dopiero w trakcie przepisywania, podczas pracy nad wierszem.
T.M.S. Co ma większe znaczenie przy pisaniu poezji – dusza czy umysł?
S.H.B. Myślę, że najważniejszy jest nastrój, uczucia poety, stan ducha, one tworzą z wierszem
nierozłączną całość. Niektóre wiersze mają nastrój tak prawdziwy, są tak szczere, że wywołują
nieodparte uczucie, jakby poeta pisał te słowa do mnie – przeciwnie, niż gdy mamy do czynienia
z wierszopisem zaczerniającym papier za pomocą atramentu, jak to wierszokleci mają w zwyczaju.
Wiersze bez nastroju moim zdaniem nie są poezją, a jedynie konstrukcją ze zdań.
T.M.S. W twojej poezji jest wiele odniesień do judaizmu.
S.H.B. Jestem Żydem z urodzenia i z wyboru. Szanuję żydowską religię, tradycję i kulturę.
Dlatego judaizm jest obecny w mojej poezji, zarówno w swojej warstwie czysto duchowej,
religijnej, jak i kulturowej.
T.M.S. Czujesz się bardziej poetą amerykańskim czy żydowskim?
S.H.B. Myślę, że nie da się tego we mnie rozdzielić; powiedziałbym jednak, że żydowskoamerykańskim.
T.M.S. Jesteś nie tylko poetą, tłumaczem, wydawcą, ale też intelektualistą, zatem muszą
zajmować cię problemy dzisiejszego świata. Co sądzisz o sytuacji w Libii, Syrii, Iraku?
S.H.B. Myślę, że jesteśmy na krawędzi trzeciej wojny światowej, która naprawdę może zakończyć
wszystkie konflikty niezakończone przez II wojnę; może też uczynić Ziemię bezludną. Spór na
temat powodu rozpoczęcia przez USA działań wojennych w Iraku do niczego nie prowadzi; należy
pamiętać o złożoności ówczesnej sytuacji: Saddam Husajn to był potwór, jednocześnie
powstrzymywał agresywne zapędy Iranu, podobnie jest dzisiaj z Baszszarem al-Asadem
[niezupełnie, ponieważ szyicki Iran wspiera działania Rosji, a tym samym Asada, który jest
alawitą; Husajn był sunnitą, za którym to odłamem islamu opowiada się też ISIL/ISIS, dominuje
on także w Turcji, przyp. tłum.]. Celem tych, którzy szanują zachodnią cywilizację (chociaż Gandhi
nie był wobec niej bardzo entuzjastyczny; zapytany „Co pan sądzi o cywilizacji Zachodu?”,
odpowiedział: „Myślę, że to mógłby być dobry pomysł”) jest, jak uważam, pokonanie wywodzącego
się stamtąd zła. Odsunięcie Husajna od władzy wywołało próżnię, którą wykorzystał Iran; zadanie
wyeliminowania zła nie zostało dokończone, USA i alianci nie doprowadzili do usunięcia rządu

13

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

mułłów w Iranie. I mamy teraz największe państwo terrorystyczne, które posiada technologie
nuklearne i potrafi je wykorzystać do celów zgoła niepokojowych. Chomeini powiedział kiedyś
„nawet jeśli stracimy 20 milionów ludzi, to będzie tylko mała część Ummy” [wspólnoty
muzułmańskiej, przyp. tłum.]. Walka jest trudna, przecież nawet naziści nie mieli w swojej
ideologii samobójczych ataków, a dżihadyści i owszem, bo za męczeńską śmierć mają obiecane
rozkosze w raju. Dlatego zapewniają, że kochają śmierć – podczas gdy Żydzi kochają życie,
i dlatego wygrają. Na taki fanatyzm odpowiedzią może być tylko siła, to jedyne, co wzbudza u nich
szacunek, i jedyne, czego się boją.
Ostatnio USA prowadzą niezrozumiałą, miękką politykę, która w końcu je osłabi i może
doprowadzić do tego, że przestaną być największym mocarstwem, a powinny utrzymywać
restrykcje i nie podpisywać żadnych porozumień [chodzi o porozumienie nuklearne z Iranem
podpisane w lipcu tego roku w Wiedniu, przyp. tłum.]. Pokój przez dyplomację to mrzonka,
działanie w stylu Chamberlaina, którego skutki znamy.
T.M.S. Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
S.H.B. Dochodzę do osiemdziesiątki, więc moje plany poetyckie i wydawnicze nie są
dalekosiężne; chciałbym opublikować kilka swoich zeszytów poetyckich [w krajach anglosaskich
często wydaje się poezję w formie broszurowej, zwykle jako zszywane spinaczami zeszyty
w niewielkim nakładzie, zwykle ok. 100 egz., przeciwnie niż w Polsce, gdzie dominuje
megalomański przerost formy nad treścią, przyp.tłum.] i wspomnienia, a także kilka nowych
antologii poetyckich, serie poetyckich pocztówek. Ale, cóż... człowiek planuje, Bóg się uśmiecha.
przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Vincent van Gogh, Krajobraz prowansalski, rys. piórem, ok. 1888 – 1890 r.,
Rijksmuseum

14

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

STANLEY H. BARKAN

Mojżesz mówi wszystko
Myślisz,
że napisanie
Dziesięciu Przykazań
zajęło
40 dni i nocy?
Naprawdę,
zajęło to
tylko
jeden dzień i noc.
39 dni i nocy
trwało
ozdabianie
liter.

Nazywanie ptaków
Znużony nazywaniem
domowego bydła i ryb
Adam zajął się ptakami.
„Kruk” – powiedział,
potem „gołąb”,
proroczo.
Pierwsze powietrzne stworzenia,
symbole przyszłych czasów,
deszczu, powodzi i tęczy.
Mało go obchodziły ptaki,
które by śpiewały
o świcie i zmierzchu,
więc Ewa postanowiła sprawdzić
swój językowy kunszt.
„Słowik” – wyszeptała.
„Ibis, czapla, flaming,
papuga, paw, tanagra…”
Tajemnica, gracja, przepych
myśli, ruchu i wyglądu.
Trzeba było kobiety,
by właściwie nazwać
ptaki Raju.

15

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Styczeń
Szron pokrywa
nagie gałęzie,
czarne na tle szarego nieba.
Cisza jak w oku cyklonu,
wiatr planuje zmianę kierunku.
Szkliste kawałki lodu
spadają z dachów
na schody.
Pchnięte dłonią drzwi
otwierają się nieufnie.
Mroźne powietrze
szczypie w nos.
Mężczyzna idzie powoli.
Otulony futrem,
w szaliku na szyi,
z czerwonymi uszami,
siłuje się
ze styczniem.
Sosnowe igły
kłują jak myśl
nienarodzona.

Już czas
Trzech starców
siedzi na ławce
przy rynku;
czekają, patrzą
na wskazówki zegara
zawsze takie powolne.
Praca skończona,
pieniądze zarobione, wydane,
odchowane dzieci.
Teraz jest pora oczekiwania,
czas
przemijania.
W chłodnym
cieniu palm
w upalny dzień.
Sękate dłonie
ściskają srebrne gałki lasek;
starcy patrzą,

16

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

wspominają
dni pełne roboty
w polu
pod sycylijskim niebem,
kosze pełne oliwek,
migdałów, pomarańczy.
Dziewczyny w białych bluzkach
mijają ich i gapią się
na chropowate ręce.
Z festynu dochodzą
wysokie tony piccolo,
brzdąkanie drumli.
Teraz jest pora oczekiwania,
czas
przemijania.
Niezmącony spokój...
Wskazówki wielkiego zegara
ruszają się powoli.
Słońce już wysoko
ponad górami
na czystym błękicie nieba,
cienie
na tarczy zegara
ruszają się
jak wahlarze,
sękate dłonie
ściskają srebrne gałki lasek.
Starcy siedzą
w cieniu pod palmami,
koło pomników
tych, którzy polegli na wojnie,
by nie było więcej wojen;
wspominają...
Czas mija...
słońce zapada...
wieje wiatr...

17

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Bar Sur
Siedzimy przy kwadratowym stoliku,
świeca pali się w okrągłym lampionie,
obok niej leży popielniczka,
pod nią zdjęcia, ulotki, plakaty.
Wszystko pomieszane.
Słuchamy. Stary, chudy pianista
w prążkowanym garniturze
gra tanga. „Adios, Muchachos”,
„El Choclo”, „Hernando’s Hideway”.
Widzę Marlenę, w rogu, z papierosem
w kryształowej cygarniczce.
Wchodzi Humphrey, wiesza kapelusz, rozgląda się,
w cieniu siedzi Peter, obok ten grubas Sydney,
rozwalony na dwóch krzesłach sączy dżin.
Pewnie zaraz wejdzie Rita, z nią Yvonne.
Same zjawy, rozumiesz.
Głos Gardela płynie w powietrzu.
Oczekiwanie.
Nadchodzi tango.
Magia.
Cofa się zegar,
powraca czarno-biały film.
Już można
śpiewać i tańczyć
do nut poezji
naszych serc.
przeł. Tomasz Marek Sobieraj
Od tłumacza: „Bar Sur” znajduje się w starej części Buenos Aires, powstał w 1967 r., słynie z występów
najwybitniejszych artystów tanga oraz wystroju wnętrza z lat 40., urządzonego z wielką dbałością
o szczegóły. Carlos Gardel (1890 – 1935) argentyński śpiewak, aktor, kompozytor, autor piosenek,
w Argentynie uważany za największego spośród śpiewających tango, autor klasycznych utworów tego
gatunku, jak np. „Volver”, „Por una cabeza”. Marlena, Humphrey, Peter, Sydney... aktorzy filmowi
popularni przede wszystkim w latach 1930 – 1960, znani m.in. z filmów „Błękitny Anioł”, „Casablanca”,
„Sokół maltański”, „Gilda”.

Stanley H. Barkan, ur. 26 listopada 1936 r. w Brooklynie (Nowy Jork). Poeta, pisarz, wydawca, redaktor,
tłumacz, nauczyciel, organizator imprez kulturalnych, m.in. w nowojorskiej siedzibie ONZ, założyciel
i właściciel Cross-Cultural Communications, wydawnictwa specjalizującego się w dwujęzycznych
publikacjach poezji z całego świata, głównie azjatyckiej i południowoamerykańskiej oraz tworzonej przez
przedstawicieli żydowskiej diaspory, także w jidysz; do tej pory nakładem CCC ukazało się ponad 400
tytułów w 57 językach. Poezję Stanleya Barkana przełożono na 25 języków, na polski jego wiersze tłumaczył
Adam Szyper, Aniela i Jerzy Gregorkowie, Tomasz Marek Sobieraj; utwory Barkana ukazywały się
w licznych antologiach i czasopismach literackich w kilkunastu krajach; walijski kwartalnik poetycki „The
Seventh Quarry” poświęcił mu cały numer z kwietnia 2014 r. Za swoją działalność literacką i wydawniczą
S. Barkan otrzymał wiele międzynarodowych nagród i wyróżnień. Jest autorem dziesięciu książek i zeszytów
poetyckich, w tym kilku dwujęzycznych, ostatnie to Raisin with Almonds / Pàssuli cu mènnuli (wyd. Legas,
2013), Sailing the Yangtze i Tango Nights (wyd. The Feral Press, 2014)

18

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Andrea Mantegna, Judyta, rys. piórem, 1491 r., Uffizi

19

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

LIDIA CHIARELLI

Manhattan
Wieżowce wznoszą się
ku chmurom
szybko mknącym
tego ranka
po niebiesko-różowym niebie.
Snopy światła
odbijają się w szkle Manhattanu.
Budzi się miasto
głosy i kolory
mieszają się
na pędzącej karuzeli życia.
Nowy Jork, 24 lipca 2010

Central Park
Słyszałem dźwięk lata
w padającym deszczu
– Lawrence Ferlinghetti

Bluesowe rytmy
w Central Parku
nadają ton myślom
kiedy idę
alejką w stronę
„Strawberry Fields”.
Daleko
– za zasłoną letniego deszczu –
widać
okno Dakoty
zamknięte dawno temu
w mroźny grudniowy wieczór.
Doskonały w swej geometrii
czarno-biały krąg mozaiki
zawiera
tylko jedno słowo:
„Imagine”.

20

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Moje palce delikatnie dotykają
przesłania pokoju
ciągle obecnego
mimo wszystko.
Nowy Jork, 25 lipca 2010

Niagara
Nic nie jest bardziej miękkie i ustępliwe
niż woda,
ale też nic się jej nie oprze.
– Laozi

Płyniemy po rzece
wściekła woda rzuca łodzią
słychać
oddech fal.
Pieści nas lekki deszcz
a szum – coraz większy –
jest pramuzyką.
Spowici mgłą
drżymy u wrót otchłani
(widać
oszalałe
odmęty)
i powoli zlewamy się
z nieprzeniknioną bielą
Niagary.
Nowy Jork, 27 lipca 2012

21

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Sierpniowy deszcz
Nel mio gardino triste utula il vento,
cade l’acquata a rade goccie,poscia
più precipite giù crepita scroscia
a fili interminabili d’argento...
– Guido Gozzano

Zapach piżma
i kwiatów
spotęgowany burzą
w sierpniowy poranek.
Poskręcane gałęzie jabłoni
opłakują
przeszłość.
Kiedy idę ścieżką
pośród wyblakłych stokrotek
(ich płatki jak mokre confetti)
słucham rzewnej muzyki
którą deszcz
powoli układa
tylko dla mnie.
2011, Agliè, Villa Il Meleto

Obraz i poezja
dla Jacksona Pollocka
Pollock-Krasner House, East Hampton

W końcu
widzę cię,
Jacksonie Pollocku,
jak klęczysz na podłodze
pośród pędzli
i chlapiesz farbą na płótno.
Z mroków twoich myśli
powstaje inny wszechświat
nowe galaktyki
(te długie zapętlone linie)
nabierają kształtu
z każdym gwałtownym ruchem rąk

22

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

zapadam coraz głębiej
w obszary bez formy i czasu
spowite kolorami
twojej „Poszarzałej tęczy”.
Posiedzę jeszcze chwilę
posłucham ciszy oceanu
(a może głosu silnika
twojego Oldsmobila)

potem – dzisiaj w nocy –
napiszę wiersz dla ciebie
Jacksonie Pollocku.
2 sierpnia 2012
przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Lidia Chiarelli, ur. w Turynie włoska poetka, twórczyni międzynarodowego ruchu Immagine & Poesia
skupiającego artystów sztuk wizualnych i poetów z kilkudziesięciu krajów, współorganizatorka wydarzeń
artystycznych we Włoszech i USA, m.in. Promotrice di Belle Arti, Piemonte Artistico Culturale, Artist Adel
Gorgy’s Garden; ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie w Turynie. Jej poezję tłumaczono na
angielski, francuski, czeski, słowacki, rumuński, norweski, koreański, albański i polski, a wiersze
publikowano w kilkunastu antologiach. Debiutanckim zbiorem poetki jest Immagine & Poesia z 2013 r.,
z którego pochodzą publikowane w tym numerze „KL” wiersze.

Amedeo Modigliani, Szkic do portretu Jeanne, rys. piórem, ok.1918 r., kolekcja prywatna

23

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Arkadiusz Frania
CHOĆBY TYLKO SAMOLOCIKI Z PAPIERU

C

zy książka jest artykułem pierwszej potrzeby? Czy bez kartek usmolonych alfabetem można
żyć? Na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi: „Nie”, na drugie: „Tak”. Ale zaraz potem muszę
zająknąć się: „Ale po co?”. Po co żyć bez książek? I czy, człowieku nieczytający, lepiej będzie Ci na
co dzień i od święta, gdy zamiast piątej księgi Pana Tadeusza zjesz piątego kotleta ze smażonymi
kartoflami? Oczywiście, jeżeli ktoś chce, droga wolna nieusłana literaturą na sam dół. Pa.
Właśnie wróciłem z Agatką (żona, więc to ważna Osoba) z cosobotnich zakupów w Lidlu (lubię
z „Lidla” robić Amerykę – „LidLA”, literując po angielsku: „el”, „aj”, „di”, „el”, „ej”, kładąc nacisk
na „LA” jak na Los Andżeles co najmniej). Koszyki klientów wyładowane po stalowe brzegi.
Chrupiące pieczywo z pieca, świeże warzywa i owoce, ryby i mięso. Słoiki stukają o słoiki, piwa
w puszce ocierają się o Metaxę w zestawie z tonikiem i wyprofilowaną szklanką. Ludzie kupują
tyle, jakby jutro miała nastąpić zagłada i anioł śmierci szykował się do żniw (przez całą noc będzie
rozlegać się ostrzenie kosy i ujadanie psów – zwiastunów pomoru rodu ludzkiego). A czy ktoś
widział, by bliźni wyjeżdżali z supermarketu z hałdami książek, z naręczami Sienkiewiczowskiej
Trylogii i dzieł wybranych Edwarda Stachury?
Wspomniałem o alfabecie. Tak często beztrosko gardzimy jego mocą, a alfa-bet to przecież alfa
i omega. Bez liter na papierze świat nie istniałby realnie i niepodważalnie, gdyż przekazywany
z ust do ust robiłby się coraz silniej zniekształcony (głuchy telefon), osiągając poziom
funkcjonowania: „niepewny”, „niesprawdzony”, „wymaga zbadania”. Oczywiście, rozmowa pełni
poniekąd funkcję informacyjną i jako tako, na użytek chwili, ułatwia odnalezienie się w przestrzeni
i czasie. Oto taki epizod: na rondzie Mickiewicza w Częstochowie, zmierzając do piekarni,
usłyszałem, jak młody mężczyzna o zszarzałej aparycji zapytał kwiaciarki krzątającej się wokół
swojego florystycznego kramu: „Jaki dziś dzień?”. „Sobota” – odrzekła odważnie, bez przystanku
oddechu i zbicia z tropu, kobieta; interlokutor zaś szepnął na ucho Bogu Wszechmogącemu,
Najświętszej Panience Maryi i Wszystkim Świętym (tym od podsłuchiwania, jak i trzeźwości):
„Już?”. Ciągu dalszego nie było, kwiaciarka wróciła do roślin, a chłopca zabrał poranek i brzęk
butelek szamoczących się w rękach kolegów zgromadzonych po nocnej burzy z piorunami przed
lecznicą monopolową.
Notowanie rzeczywistości przeto nie jest tożsame z jej poznaniem, gdyż słowo w druku
również rodzi pokusy odbioru wieloznacznego. Nie tu jednak miejsce na analizę tego
semantycznego zagadnienia, chciałem tylko uczynić wstęp do refleksji o książce jako przedmiocie.
Na bok odrzucę również liberaturę i dyskusję o książce jako dziele sztuki (przypadek publikacji
o morzu wtłoczonej niczym stateczek do butelczynki po rumie, tzw. rafandynka).
Jako człowiek wolny, niezmuszany najgorszymi z możliwych okolicznościami zewnętrznymi
do czytania określonych dzieł, od zakończenia studiów sukcesywnie nadrabiam zaległości
lekturowe. Na polonistyce trzeba było czytać dużo, w pośpiechu, na czas, do egzaminu. Bez
delektowania się. Kęsy i hausty. Kęsiory i hauściory. Bez rozgryzania, kawałki wprost do głowy.
Czytanie przypominało rozszarpywanie ciała gazeli przez lotnego drapieżnika. Fabuła, postaci,
świat przedstawiony, puenta, okoliczności powstania.
A teraz spokój. Książki dobieram, kierując się – wiem, że zabrzmi to jak sekciarstwo – głosem
wewnętrznym, czyli w jakimś sensie przymus, z tym że subiektywny, immanentny,
psychopochodny. Na przykład ostatnio podczas kąpieli, uświadomiłem sobie, że nie dość głęboko
poznałem twórczość Józefa Wittlina. Namiętność i pożądanie są niezbędne do prawidłowego
przebiegu procesu odbioru dzieła sztuki. Przebrnąłem kiedyś przez Hymny i Sól ziemi.
Zakotwiczył mi się w mózgu poniższy obraz tego okołoskamandrytowego pisarza (spędził szmat lat
na emigracji i nie wrócił do ojczyzny, dzieląc dolę-niedolę z Kazimierzem Wierzyńskim i Janem
Lechoniem): żył dość długo, ale nie napisał zbyt wiele, kilka wierszy, jedna powieść nawet
znakomita (dzięki niej wymieniano Józefa Wittlina w gronie kandydatów do Literackiej Nagrody
Nobla w 1939 roku), poza tym parę artykułów, ale to właściwie auctor unus libri (autor jednej

24

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

książki – Soli ziemi). Zacząłem szukać w księgarniach, antykwariatach, gromadząc spuściznę
Józefa Wittlina. Czy młodzież właściwie zrozumie „spuściznę”, to znaczy inaczej niż erotycznie?
Oto wielka zagadka współczesnej polszczyzny, dlatego by uniknąć nieporozumień podaję za
słownikiem języka polskiego: „spuścizna [...] 1. «to, co zostaje w spadku po kimś; spadek,
dziedzictwo» [...] 2. «utwory, dzieła autora, który już nie żyje»”.
W jednym ze składów starych książek nie za bardzo kojarzono postać, sądząc, że to inny
Wittlin: Jerzy czy Tadeusz. Mimo drobnych przeciwności losu, w ciągu miesiąca zakupiłem między
innymi dwa przedwojenne wydania Odysei (z 1924 i 1931 roku), a także Gilgamesza. Powieść
starobabilońską w tłumaczeniu bohatera, trzecie wydanie Hymnów z 1929 roku oraz pierwszą
edycję Soli ziemi datowaną na 1936 rok. W sumie 30 centymetrów literatury.
Każdy okaz, po dostarczeniu przez polską pocztę, dokładnie obejrzałem, lecz nie w celu
znalezienia wad, tylko zalet, czyli śladów korzystania z nich. Stare woluminy kryją tajemnice, choć
zazwyczaj nie tak satanistyczne jak Dziewięcioro Wrót do Królestwa Cieni, których historię
przeniósł na ekran Roman Polański w filmie Dziewiąte wrota: to opowieść o poszukiwaniu trzech
ocalałych egzemplarzy diabelskiej księgi, a właściwie zawartych w nich rycin, one bowiem
odczytane w odpowiedniej kolejności przywoływały Lucyfera (w tym miejscu proponuję
przeżegnać się).
Każda książka będąca w obrocie czytelniczym jest dowodem na współżycie z nią człowieka.
Najpiękniejszą, najpełniejszą formą recepcji publikacji danego pisarza są fizyczne dowody lektury
bądź tylko kontaktu z papierem. Dlatego macam, gładzę; wciskam nos w celulozę i wącham.
Nasiąkam. Nie zawiodłem się, bo literackie dziedzictwo Józefa Wittlina dostarczyło mi wielu
wrażeń i wzruszeń właśnie organicznych.
W Hymnach (praca ukazała się w serii „Pod znakiem poetów” nakładem Wydawnictwa
J. Mortkiewicza) nie wszystkie kartki były rozcięte, co wprowadziło mnie w stan euforyczny.
I pomyśleć, że od 1929 roku, czyli przez 86 lat, ten egzemplarz uszedłszy zawierusze wojennej
i mniejszym rewoltom, błąkał się, by odnaleźć mnie, toteż powinienem z woli księgarskich niebios
z namaszczeniem, za pomocą współczesnego nożyka, przeciąć papier. W dodatku moje Hymny to
sam środek, jakby wyrwane serce z klatki piersiowej – z żeber okładki. Zwierzę, z którego zdarto
na żywca skórę.
We wnętrzu pierwszej edycji Soli ziemi (1936 rok, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”,
introligator okładką uczynił kawałek tapety z białymi kwiatowymi wytłoczeniami na wyblakłym
bordowym tle) między stronicami 194 i 195 tkwił, niemal wbity w grzbiet, ogryzek
pomarańczowego ołówka. Nuże, przekartkowywać powieść, od początku do końca, i z powrotem,
wte i wewte, szybciej, wolniej. Żywiłem nadzieję na zetknięcie się z podkreśleniami wykonanymi
grafitem. Rozczarowanie. Nie było zaznaczeń. Czego czytelnik szukał i, co istotniejsze, czego nie
znalazł? Gdyby choć jedno słowo zostało wskazane, ileż teorii mógłbym wysnuć. A tak
poszukiwanie bez happy endu, właściciel wcisnął ołówek wspomagający czytanie innej książki.
Chyba że (tu eureka) samo pozostawienie pomarańczowego drewienka w tym, a nie innym
miejscu, na rozstaju tych, a nie innych stronic, jest najważniejszym sygnałem. Lecz co nam mówią
ostatnie dwa zdania wydrukowane na 195 stronicy:
Nikt z tej masy podróżnych, którym pierwszy raz w życiu wolno było jechać całkiem
darmo, nie wiedział dokąd jedzie. Wszyscy wiedzieli tylko jedno: na Węgry, gdzie ludzie
żrą paprykę i gdzie Najjaśniejszy Pan jest zaledwie królem.
Czy czeka mnie podróż (tak, zbliżają się wakacje i z Agatką wybieram się wyjątkowo po raz
ósmy do Buska-Zdroju)? Czy powinienem unikać jedzenia papryki? Niedocieczenie.
Kilka lat temu tomik Wisławy Szymborskiej Wszelki wypadek z 1972 roku dostarczył mi
dwóch innych znalezisk. Między wierszami Pomyłka i Wrażenia z teatru – metka z napisem:
„MADE IN GT BRITAIN / St Michael / all wool / AGE 10 / TO FIT CHEST 30"” (brzmienie
oryginalne, liczby i „St Michael” – czerwone, reszta czarna, metka szara), a między stronicami 38
i 39, na dwustronicowym liryku Klasyk fragment czarno-białego zdjęcia przedstawiającego
piaszczystą plażę, na niej na pierwszym planie – kobieta przymierzająca słomkowy kapelusz,

25

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

a w górze, w odległości 20 – 30 metrów od opisanej pani – dwie grupki małych (perspektywa)
wczasowiczów. Czy metkę i zdjęcie pozostawił ten sam czytelnik? Czy stanowiły nowoczesne
zakładki? I kto zadał sobie tyle trudu, by oderwać znak odzieżowy od ubrania i wpleść go do
literatury? Kto i dlaczego wyciął właśnie ten kadr z fotografii? Elegantka, a może ukochany?
W filmach pojawiają się nieszczęśliwcy, którzy w desperacji po odrzuceniu przez partnera
wykrawają ze zdjęć wizerunki byłych sympatii, aby pozbyć się przeszłości. W tym przypadku
wyglądało to wszystko na pozytywne wspomnienie (wycięcie na wiecznej rzeczy pamiątkę, nie dla
destrukcji) z późnych wakacji, gdyż plaża jest raczej wyludniona, więc po sezonie, ostatnia dekada
sierpnia bądź początek września (wietrzą się pokoje po letnikach)?
Czas na Gilgamesza. Nie przywołuję tej powieści starobabilońskiej w przekładzie Józefa
Wittlina, żeby ją streścić czy podzielić się informacjami o fakturze papieru (książka została wydana
w 1986 roku i nie zalicza się do „inkunabułów”). Również nie, skądinąd świetne, rysunki Marka
Żuławskiego wzbogacające wydanie są pretekstem dla moich zapisków, ale niepozorna etykietka
przyklejona przez antykwariat do czwartej stronicy okładki. Naklejka zawiera bowiem, oprócz
spodziewanych danych w postaci ceny (8 złotych), czy szeregu 13 cyfr kodu kreskowego, nadruk:
„literatura używana”. Więc jednak ktoś wcześniej „używał” tej książki, czyli czytał, czyli wchłaniał
atmosferę opowieści i symbolikę grafik, czyli był za pan brat lub po macoszemu skomunikowany
z publikacją. Sprzedawca gwarantuje i zachęca. Jeśli ktoś już zadał sobie tyle trudu i poświęcił czas
na odbiór, deszyfrowanie komunikatu artysty pisarza, dowodzi to „cenności” wystawionego na
licytację (możliwa opcja: „kup teraz”) rarytasu. Niewykluczone też, iż czytelnik używał sobie na
Gilgameszu, ale książka na szczęście nie nosi widocznych śladów dewastacji, deprawacji, rozpusty,
sodomy i gomory (po przedstawionym w amerykańskim filmie American Pie „instruktażu”, jak na
stole w kuchni odbyć stosunek seksualny z ciastem, wyobraźnię mam bardziej elastyczną).
Sformułowanie „literatura używana” to cytat czerwca 2015 roku w mojej prywatnej klasyfikacji.
I na koniec przykład recepcji własnej książki. W najpopularniejszym serwisie zakupowym
w kraju antykwariat wystawił na „pozbycie się” egzemplarz mojej ostatniej książki Rzeźby
w maśle. Prozy z pamięci, która ukazała się w lipcu 2014 roku. O ile stan techniczny skwitowany
jako „plus dobry” nie pobudza do zastanowienia i nie rodzi ponadnormatywnych, czyli wariackich
zachwyceń (przecież używanie literatury nie jest obojętne dla fizjonomii pracy i przez prawie rok
kibić książki musiała ulec palcom lub choćby oddziaływaniu towarzystwa innych publikacji – na
półce, w kartonie, w piwnicy), o tyle porwał mnie wpis wystawcy w rubryce „dodatkowe
informacje”: „dedykacja autora dla poprzedniego właściciela”. Nie biorę za złą monetę przekazania
książki do handlu przez jedną z kilkudziesięciu obdarowanych przeze mnie osób (może ktoś został
obdarowany wbrew swojej woli), ale cieszę się, że egzemplarz rozpoczął podróż, wypełniając
własne przeznaczenie, przecież, jak głosi sentencja łacińska, habent sua fata libelli („i książki mają
swój los”).
Do Ciebie się zwracam, przyszły czytelniku produktów moich mozołów twórczych: bez żenady
używaj ołówka do podkreślania, wykreślania, zakreślania, zamazywania, a gdy do niczego nie
przydadzą Ci się kartki zapaskudzone zdaniami, zrób z nich samolociki i puszczaj na wiatr. Nie ma
nic gorszego, niż śmierć książki, niż książka-śmiech, książka-śmieć.

Amedeo Modigliani, Kariatyda, rys. ołówkiem, kredka,
ok. 1918 – 1919 r., The New Art Gallery Walsall

26

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

ANDRIEJ BAZILEWSKIJ

Hejże błaźnie!
Hej, błaźnie! Pomówmy o tym i owym…
Straciwszy wiarę – skąd weźmiesz pragnienie?
Mędrcu, przyznaj, że w groszowej wycenie
wiedza zamarza w gardle jak sopel lodowy
i się przemienia w kulę kryształową,
nieważkim obłoczkiem odtajając,
i że dar boży próżno przepadł w słowach,
i że odchodzisz – dokąd – nie poznajesz.
Z krwawiącym kneblem przeżuwanym w ustach,
białkami ślepo wpatrzonymi w niebo,
ze źrenicami wspartymi o pustkę
przyznaj, żeś w gadaninie sedno grzebał,
i czasu było brak, by zrozumieć na dłużej:
nie dla słowa żyjemy i nic się nie powtórzy.

Malutki psalm
Klasztor – biały statek nagle znikąd.
Święty krzyż – przedział bez przedziału.
Prawe słowo, jestem twoim niewolnikiem.
Serce płacze. Dusza – zaśpiewała.
Gdzie nam przystań zapali ognie,
wie tylko ten, który ze Wszystkich Najwyżej.
Zawołaj mnie, ustrzeż, bądź mi jak przewodnik.
Jam niegodzien – lecz niech usłyszę.
Gdybym mógł – Ciebie wołając przez szloch –
ukochanych wyzwolić z zapomnienia...
Chcę zamienić się w proch
tu, na wyspie wszechwybaczenia.

Dla Ciebie
Co nam odmierzono na tej ziemi?
Kawałeczek życia, nie przez nas wydumany.
Cząsteczkę słowa, wypowiedzianego we śnie.
Zwłaszcza to, co wypieściliśmy własnymi rękami.
Rodzime – ciepło – wiedzie nas bezpiecznie
przez pustkę czasu – byle sensu się trzymać.
Jak poznamy, że – zaczęło się to, co wieczne?
I gdy skończy się droga, co będziemy wspominać?

27

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Widzimy dobrze w nocy i ślepniemy w dzień.
Lecz światło w okienku – już inne, prorocze.
Pobądź jeszcze… Pomilczmy ze sobą… cień w cień.
Słyszę. W jednym momencie – z tobą się jednoczę.

Przelatując nad
Gdy wódz udusił Mc Murphy'ego
i dom smutków opuścił wkrótce,
obnażyło się serce jego.
Biegł coraz szybciej i szybciej, zadyszany przywódca.
W piersiach tętno pędziło jak silnik,
zawołała Go wielka woda.
I tak będzie uciekać, aż bezsilny
zapomni dokąd. Trafi na przeszkodę.
Odczep się, swoim czółnem odpłyń jak najdalej.
Nie ma już komu próżnych żalów wylewać.
Przy brzegu tańczy wiatr – jemu wolno szaleć –
nikt nie jest sam na świecie. Nadejdzie czas na rewanż.

Choćby to
1
Deszczem uranowym, ołowianym kurzem
przetoczyliśmy się po ziemskiej naturze,
los podarowany w ciało się nie oblekł, szybko zużył,
z zapowiedzi marzeń nic nie można wróżyć.
Brednią, bzdurą było, żeśmy jak bogowie;
powstał komnat szereg w tej złudnej nadziei.
Mity ponad prawdą triumfowały w głowie,
okaże się teraz to winą idei.
2
Beznamiętnymi oczami ślepnącego starca
przyszłość na nas patrzy chłodno, bez pogardy,
każe się żegnać z „utopią” – mit skarlał,
zgnilizną wkoło toczy, wiek śmierdzący, hardy.
Ze wstydu dreszcze nas biorą i każdy jest chory,
ale światło nie różni się od cienia:
obraz dalej jest zamazany, zapomnienia pozory,
bo kłamstwo jak przebiśnieg wychodzi spod ziemi,
i nikogo nie zdołał już uratować
język nasz, nadal jak w dybach więziony.

28

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

…Znowu przeszlibyśmy drogą krzyżową –
nawiedzonych przecież Bóg uchroni.
3
W innym kraju, w innych czasach może
wszystko było tak samo, pewnie nawet gorzej.
Zmęczony kruk – gdy wiecznej wojny pożar –
nad światem krąży i ścierwa szuka na dworze.
Wznieciła się do nieba mętna, chmurna fala,
lecz głosy kochających niezmiennie śpiewają,
brzmią przez duszę trącane struny – niby alarm
w innych czasach, w innym kraju.

W granicach widoczności
1
Warto stracić, by uprościć życie,
nie zagrozi to ubóstwem wrażeń.
Kiedy cięcie skalpelem – trzeźwi – znakomicie
odcina miraże.
Warto stracić, niż żyć w przeczuwaniu biedy,
oderwać się – jest lżej i uczciwiej.
Mętnej wody nałykać się niekiedy,
ale – zaczerpnąć też żywej.
Zanurkować, z zamkniętymi oczami,
być zmęczonym – ale nie zaginąć.
I przeczekać na grząskim dnie samym,
by z otchłani wzlecieć – ku wyżynom.
Nie bez bólu. Oto on: oddycha na dłoni.
Nie jest filozoficzny, ale – potrafi przekonać.
2
Pasiasty, bezcielesny kamyczek,
czuje od zachcianek duszy przesyt,
leci płasko w locie jak nożyce.
Bez oparcia, ścina przestrzeń – w dal się śpieszy.
Szary, porowaty, niepokaźny –
drży kamyk, odrzucając cień.
Zgniecionym wersem pręży się pamięć.
W niej jest dźwięk cykad, i jasny dzień,
i morza słoneczne plamy.
W źrenicy-studni – na zawsze, choć szkoda,
wzburzona bezpowrotnie, na amen –
gotuje się ciemna woda.
W półpustych woszczynach przeciąg się miota.
Mgła zamienia ogród wyblakły, przekwitły –

29

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

w oliwkowy zagajnik... Kto tam?
Czyjże – ten wzrok odbity?
Przycichły pierzasty kamyczek
w przeciągłej ciszy bezdomnej.
On wciąż jeszcze leci. Gdzieś gwiżdże,
gdzie nie pamiętają o mnie.

Temu, co nie odszedł
3
Nieodwracalnie: utracony został ślad
bliskiej duszy. Pustka wkoło. Ukojenia brak.
Ile jeszcze przed tobą – milczenia, bez szansy rozmowy,
ile niejasnych westchnień, głuchej rozpaczy bez słowa?
W ramach ględzenia „bla, bla, bla”, w ramach bredni:
kiedy ziemia pod nogami parzy,
po prostu być – też jest zwycięstwem poślednim.
Nie ma co szperać w chłamie, w rzeczy zużytych cmentarzu.
Wstań – i idź przed siebie. Już wystarczy narzekać.
Jeśli niczego nie ma – przed tobą nawet daleko.
Celnie zauważone: wyciągniesz sens z frazy.
Zrozumienie odnajdziesz, jeśli potrafisz do rzeczy powiedzieć od razu
i, zamieniając zakończenia – we wstępne zapowiedzi,
w domniemanego kryzysu śmiertelnym uchwycie,
z martwej fali ślepego smutku, który w tobie siedzi,
przecież się jednak ocalisz – uratujesz życie.

Metafizyka nadziei
1
Akordy gradu i suche uderzenia deszczu,
i plusk wiatru
nad roztrzaskanym domem
niczego już nam potwierdzić nie zechcą,
prócz tego, że już kiedyś
byliśmy sobie znajomi.
A potem urwała się nić.
Nie jest trudno zrozumieć – trudniej zapomnieć i żyć.
Bo chociaż dom się wygiął, ale nie runął.
Ledwo żywi –
jednak żyjemy, nie porażeni piorunem.

30

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

3
Szczypta popiołu na listku papieru.
Zdmuchnij – i już go nie masz na oku.
Tak wypala się życie frajerów.
Świecie próżny, któryś rozpuścił się w mroku,
czyżby i ciebie nie było.
A jednak – przyśnij się, choćbyś był jak ten popiół.
przeł. Zbigniew Mirosławski

Andriej Bazilewskij, ur. w 1957 r. w Kałudze. Rosyjski poeta, tłumacz, badacz literatur słowiańskich,
wydawca. Autor tomów wierszy w języku rosyjskim Kropka (1980), Jak to się działo (1985), Panie Chaosie
(2000), Na skraju zimy (2008), Raz na zawsze (2009), Portret słowny (2011), Trzykołowy blues (2012),
Nieobecne czasy (2013), Wspominając święto (2015) oraz przekładów poezji, dramatów i prozy – polskiej
i serbskiej. Od 1991 r. prowadzi w Moskwie wydawnictwo Wahazar, redaguje Słowiańską bibliotekę,
m.in. Kolekcję literatury polskiej i dwujęzyczną Polsko-rosyjską bibliotekę poetycką. Pod jego redakcją
i w jego przekładzie ukazało się w języku rosyjskim kilkadziesiąt książek pisarzy polskich, m.in. pisma
St.I.Witkiewicza w 7 tomach. Dr hab., pracownik Instytutu Literatury Światowej Rosyjskiej Akademii Nauk.

Vincent van Gogh, Zjadacze ziemniaków, litografia, 1885 r., Museo Thyssen-Bornemisza

31

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

NIELS HAV

Zakład dla ociemniałych
Przechodząc obok zakładu dla ociemniałych,
wpatrując się w czarną grudniową noc,
ujrzałem za oknami ślepców, jak na obrazie,
tańczących tango. Cały budynek
był rozświetlony niczym latający spodek
albo dom przepełniony metafizyką.
Stanąłem z wrażenia
pośród prawdziwych ciemności
i gapiłem się niemal ociemniały.

Blef ślepca
Zasłaniały mu oczy szalikiem
i obracały dookoła. Uwielbiał tę zabawę.
Otumaniony ciemnością, kręcił się w ekstazie
między kuzynkami, trzema Gracjami
piszczącymi z uciechy. Śmiały się z niego, z jego euforii,
będącej także ich udziałem. Łapał je po kolei,
ale nigdy nie odgadywał imion, i zabawa trwała
całe popołudnie. Szczęśliwy w swoich ciemnościach,
niezmordowany i zuchwały w zabawie, łamał zasady,
gdy dotykał ich zarumienionych twarzy;
jego dłonie przepełniała radość. Pragnął
bawić się dalej, kiedy one bezlitośnie rozwiązywały szal
i zdejmowały mu z oczu. Wtedy stał rozczarowany,
bliski łez, porażony światłem,
które na moment oślepiało go całkowicie.

Grosik
Przy każdych odwiedzinach musiałem prowadzić ją
do toalety. Miała kruche biodra pokryte
sflaczałą skórą. Podnosiłem ją i podtrzymywałem,
zanim nie stanęła kiwając się przy chodziku. Kredowobiałe
włosy wyglądały jak nisko zawieszony księżyc;
nie była wyższa niż dziesięciolatek.
Jej ręce ściskały uchwyt chodzika;
obierała nimi tony ziemniaków
i szyła sobie sukienki.
Palce, pamiętam jak kiedyś obracała w nich grosik,
wtedy cenny i błyszczący nowością.

32

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Ten sam grosik, który później nic nie znaczył,
gdy inflacja pożarła wszystkie jej oszczędności.
90 lat, i ciągle
zbuntowana. Na stoliku „Dziennik Misyjny”
i wczorajsze gazety z nekrologami,
które czytała przez lupę;
upór, że chce chwycić się poręczy.
Ubikacja w domu opieki śmierdziała
szpitalem. Zsunąłem jej spodnie,
zamknąłem oczy; oparłem głowę o kafle
i oglądałem taki dziwny film: ja jako martwy,
moje dzieci gdzieś tam, stare i pomarszczone.
Właśnie wtedy mnie złapała, rozkazując,
bym wrócił do rzeczywistości i pomógł jej wstać.
Krok po kroku przeszliśmy drogę powrotną do stolika
z nekrologami. Czytałem je głośno,
a ona chciwie słuchała dobrze sobie znanych nazwisk
i uśmiechała się tajemniczo,
jakby siedziała w deszczu grosików
bezgłośnie padającym w jej wspomnieniach.
przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Niels Hav, ur. 7 listopada 1949 r.; duński poeta, autor opowiadań, publicysta. Opublikował dwadzieścia
tytułów książek w kraju i za granicą, w tym dziesięć zbiorów poezji, ostatnie w 2015 r. w Iranie, Jordanii,
Turcji. Tłumaczony m.in. na jęz. angielski, arabski, hiszpański, portugalski, turecki, włoski, chiński, farsi,
serbski, słoweński, polski, albański. Utwory Hava znalazły się w licznych antologiach i czasopismach
literackich w kilkudziesięciu krajach Ameryki Pn. i Pd., Azji i Europy.

Vincent van Gogh, Kobiety noszące wegiel, rys. piórem, ołówek, 1881 r., Rijksmuseum Kröller-Müller

33

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Krzysztof Jurecki, Ireneusz Zjeżdżałka
POBUDZIĆ WRAŻLIWOŚĆ...
Krzysztof Jurecki Czy czujesz się dokumentalistą? Jakie są granice dokumentu?
Ireneusz Zjeżdżałka Czuję się dokumentalistą po części, ponieważ wykonuję fotografię, którą
pewnie można uznać za dokumentalną. Jest ona podszyta dużą dozą subiektywnych odczuć, ale
elementy dokumentu pojawiają się w niej nader często. W Polsce dokument nie do końca
rozumiany jest we właściwy sposób, mam tu na myśli samo pojęcie. Gdy mówi się o dokumencie,
przywołuje się zazwyczaj fotografię prasową czy fotoreportaż, które w moim mniemaniu są
zjawiskiem zupełnie innym i mają inne zadanie. Dla mnie dokument jest formą bardziej statyczną.
Aby lepiej zrozumieć te różnice warto przyjrzeć się praktyce artystycznej. Klasycznym przykładem
może być wystawa Dylematy dokumentaryzmu. Aspekty brytyjskiej fotografii dokumentalnej
1983-1993, jedyna chyba wystawa problemowa, jaka się pojawiła w naszym kraju, a wraz z nią
ważne postacie, jak John Davis czy Paul Seawright. Takiej fotografii w naszym kraju wciąż nie ma.
K.J. Co jest innego, a może niezwykłego w twórczości Davisa, bo wydaje się, że to ważny dla
Ciebie fotograf?
I.Z. Na pewno ważny, nie tylko zresztą dla mnie, choć w Polsce stosunkowo słabo znany. John
Davies potrafi bardzo skrupulatnie śledzić wzajemne relacje pomiędzy historią brytyjskiego
przemysłu a historią społeczną. Każdą fotografię rozpoczyna od dokładnego studiowania
ukształtowania terenu, by znaleźć optymalny punkt obserwacji, zazwyczaj położony na
wzniesieniu, a następnie wykonać fotografię w takim układzie, by połowa kadru zajęta była przez
niebo, druga zaś przez zurbanizowany obszar. Czasem mam wrażenie, że fotografia jest dla niego
bardziej narzędziem badawczym, niż formą wyrazu artystycznego. Przyznam, że pod wpływem
jego albumu The British Landscape wydanego w 2006 roku nieco zmieniło się moje myślenie
o własnej fotografii i chyba teraz zacząłem bardziej tęsknić za przestrzenią. Mam nadzieję, że
niebawem ta tęsknota przerodzi się w fotograficzne obrazy polskiego krajobrazu.
K.J. Pytając o granice dokumentu mam na myśli także, a może przede wszystkim, granice
etyczne.
I.Z. Fotografii musi towarzyszyć absolutna szczerość. Nie wolno ingerować w rzeczywistość,
a jedynym jej przejawem powinien być nasz wybór. Wydaje mi się, że wszelkie inscenizacje czy
przetworzenia ze swej natury zaprzeczają pojęciu dokumentu i wprowadzają do takiej fotografii
niepotrzebny chaos.
K.J. To bardzo radykalne i kardynalne stwierdzenie, ale na ile możliwe do realizacji? W fotografii
pejzażowej tak, ale w sytuacji fotografowania ludzi, jak u Salgado, bardzo trudne!
I.Z. Oczywiście, że to bardzo trudne, dlatego tak mało mamy dobrych realizacji tego typu, także
w zakresie reportażu. Myślę, że przeszkodą jest tu przede wszystkim brak determinacji i pewnej
pokory u fotografów – trudno bowiem zajmować się tematem przez długi okres czasu, a na efekty
tej pracy czekać nawet kilka lat... Nie można jednocześnie traktować człowieka przedmiotowo.
Postawy, które potrafią temu sprostać to niestety rzadkość.
K.J. Sebastiao Salgado powiedział, że wymowa moralna (etyczna) jest ważniejsza od formy
zdjęcia, jak to skomentujesz?
I.Z. Myślę, że moralność to jedna z wartości elementarnych nie tylko w fotografii, ale i w naszym

34

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

życiu. Nie można żyć w zgodzie z samym sobą i pozostawać jednocześnie w jakimś zakłamaniu.
W takim stanie nie można też robić szczerej fotografii. To tak, jakby używać fałszywych
słów. Forma zaś, to rzecz drugorzędna, w końcu, aby godnie przejść przez życie nie wystarczy
dobrze wyglądać.
K.J. W jakich okolicznościach zainteresowałeś się fotografią?
I.Z. Zaczynałem jako samouk w połowie lat 80. Gdzieś pod koniec tego okresu poznałem
Waldemara Śliwczyńskiego i z nim odbywałem pierwsze, wtedy banalne i naiwne rozmowy
o fotografii. Rozmawiamy do dziś, ale teraz wyglądają one zupełnie inaczej. Do dziś też wspólnie
podejmujemy pewne działania, wspólne wystawy, łączy nas też „Kwartalnik Fotografia” i praca
w jednym wydawnictwie. Ale poważny impuls zaistniał chyba w 1991 roku. W tym okresie
w regionalnych ośrodkach kultury systematycznie pojawiał się Janusz Nowacki z poznańskiego
Centrum Kultury po to, by „animować” fotografię. Trafiał także do Wrześni przywożąc nie tylko
zdjęcia, ale też kolejnych gości. Wtedy zobaczyłem przepaść, jaka mnie od tych zdjęć oddzielała...
Ale już w 1998 roku zacząłem wraz z Januszem pracować w stworzonej przez niego Galerii
Fotografii „pf” w Poznaniu. To było miejsce olśnień, wielu spotkań, przyjaźni, rozmów, pierwszych
tekstów i pierwszych krytycznych uwag. Przepracowałem tam pięć lat i dziś widzę, że od tego
momentu fotografia stała się istotnym elementem całego mojego życia.
K.J. Co chcesz wyrazić i przekazać poprzez swe fotografie? Czym jest dla Ciebie fotografia?
I.Z. W ostatnich pracach, od 2000 roku (co zaowocowało wystawą Sedymentacja), próbuję
pokazać ludzką mentalność, która objawia się w postaci śladów pozostawianych w mniej
uczęszczanych i opustoszałych miejscach. Polega to mniej więcej na tym, że opuszczając jakieś
miejsce zabieramy ze sobą niektóre rzeczy, inne (pewnie jako mniej ważne) świadomie
pozostawiamy, a o jeszcze innych zupełnie zapominamy. Fotografie, które wykonuję, podążają
drogą tych wyborów – za ludźmi, którzy porzucają, a czasem i niszczą te miejsca.
K.J. Jest to ciekawa koncepcja twórcza, oryginalna i wielce interesująca. Jakkolwiek takie
postawy można znaleźć w polskiej fotografii, ale to chyba Ty pierwszy stworzyłeś z tego świadomy
proces twórczy, a do pewnego stopnia metodę pracy twórczej!
I.Z. Nie wiem czy jestem pierwszy i chyba nie to jest najważniejsze. Od kilku lat konsekwentnie
staram się poszukiwać tych śladów i dokonywać ich zapisu. To za każdym razem fascynujące,
znaleźć się wśród „znaków”, jakie ktoś po sobie zostawił. Być może to echo dawnej żyłki
kolekcjonera, kiedyś zbierałem owady...
K.J. Jakie zabarwienie emocjonalne posiada podejmowany przez Ciebie ślad?
I.Z. Za każdym razem do określonego miejsca i tego, co z niego pozostało podchodzę z pełnym
szacunkiem, bo wiem, że tam ukryty jest człowiek wraz ze swoją historią. Dlatego nie próbuję zbyt
głęboko wniknąć w tę rzeczywistość. Ważna jest też specyficzna tajemnica, która tam została
zapisana, a która nie powinna zostać do końca odkryta…
K.J. O jakim typie tajemnicy myślisz?
I.Z. Chodzi o historię, którą tworzył i pozostawił człowiek. Objawia się to np. w obrazkach
wieszanych na klatkach schodowych, rysunkach na tablicy czy deseniu na ścianie. Inny razem coś
zostało uprzątnięte, a coś nie… To za każdym razem intryguje i wzbudza chęć poznania tej historii,
choć jednocześnie wiem, że jest to niemożliwe. Ślady przemawiają, ale ja nie potrafię
„przetłumaczyć” wszystkich ich słów.

35

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

K.J. Czy czujesz powinowactwo duchowe i fotograficzne z Bogdanem Konopką i Andrzejem
Jerzym Lechem?
I.Z. Takie powinowactwo duchowe z pewnością istnieje. Na pewno nasze spotkania miały wpływ
na moją początkową fotografię. Bardzo wysoko cenię ich pod względem artystycznym, głównie
z tego powodu, że właściwie od zawsze są najbliżej fotografii – całe ich życie to fotografia w swej
niemal pierwotnej postaci. Niektórzy nazywają to fotogenicznością, inni widzą w tym „czystość”.
Bogdan Konopka napisał mi kiedyś, że należy kochać fotografię innych, ale szukać należy własnej.
Myślę, że miał rację, dlatego też staram się też jej poszukiwać zdając sobie sprawę, że nie można
podążać ścieżką, którą ktoś już wcześniej wyznaczył, bo to zazwyczaj ścieżka ślepa.
K.J. A Eva Rubinstein, jaką rolę odegrała w Twojej edukacji fotograficznej?
I.Z. Od czasu kiedy nasze wydawnictwo Kropka z Wrześni wydało album Evy Rubinstein,
korespondujemy ze sobą. Pisujemy o fotografii, o muzyce, o ludziach i pogodzie. Okazuje się, że
mimo, iż wcześniej zupełnie się nie znaliśmy, nasz sposób odczuwania wydaje się często bardzo
zbliżony. Evę Rubinstein cechuje rzadko spotykana wrażliwość. Myślę, że człowiek bez względu na
to, jaki by nie był, traktowany jest przez nią z godnością i zawsze zajmuje najważniejsze miejsce.
Zbliżamy się do momentu, o którym można powiedzieć, że w fotografii nie powinno być miejsca
na jakikolwiek fałsz. To wspaniała i głęboka fotografia. I piękna, tak po prostu.
K.J. Podobnie myśli Konopka, Salgado, tak twierdzili i działali piktorialiści, ale z historii
fotografii wiemy, ze piktorialiści omijali określone tematy ze względów etycznych, co
spowodowało, że ich świat okazał się nie do końca prawdziwy czy pełny np. nie było w nim
nieszczęścia i biedy.
I.Z. Dziś za to mamy biedy i nieszczęścia całkiem sporo. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu
fotografów gubi się i daje się ponieść swoistej „egzotyce” ludzkich dramatów. Zdaję sobie sprawę,
że to istotny problem naszej współczesności, ale chciałbym też oglądać zdjęcia mówiące o tym,
jaka jest kondycja zwyczajnego człowieka – takiego, który pracuje ileś tam godzin dziennie, ma
rodzinę, po pracy odpoczywa, ogląda mecz w TV, itd. Takich realizacji jest niewiele i zazwyczaj są
one powierzchowne? Ja rzadko fotografuję człowieka bezpośrednio. Zwykle jest poza kadrem,
a jednocześnie zawsze jest na fotografii obecny, choć nigdy nie wiem do końca, kim był twórca
miejsc, w których ja się później znalazłem. To chyba dość zwyczajne miejsca zwyczajnych ludzi,
a ja sam staram się raczej unikać skrajności, bo nie chcę, by ktoś kiedyś próbował przypisać mi
uprawianie publicystyki.
K.J. Inną sprawą są manipulacje, które mają walczyć z nieszczęściem czy biedą. Znamy takie
przykłady z historii fotografii. Jak daleko można posunąć się w oszukiwaniu, aby walczyć
z głodem?
I.Z. Ja nie walczę z głodem i nieszczęściami tego świata. Ja tylko robię fotografie, które mogą,
mam nadzieję, pobudzić czyjąś wrażliwość, zasiać chwile niepewności czy zastanowienia. Jeśli tak
zadziałają, to być może przyniosą także pozytywne skutki budząc czyjąś wrażliwość, a ta jest
przecież niezwykle różnorodna – w końcu nigdy nie wiem, kto będzie te fotografie oglądał
i odczytywał... Bardzo mnie intryguje takie nagłe zderzenie obcych sobie emocji. Gdy ktoś chce
przy pomocy fotografii walczyć z biedą, to niech przekracza wiele granic, jeśli takie działanie ma
odnieść zaplanowany efekt. Ale nie powinno się pod żadnym pozorem odbywać kosztem drugiego
człowieka.
K.J. Jakie problemy artystyczne ujawniały głośne wystawy roku 2006: Nowi dokumentaliści
i Teraz Polska? Jak wiemy miał to być wspólny projekt, a w rezultacie powstały dwie różne czy
podobne ekspozycje?

36

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

I.Z. Zostałem zaproszony do obu wystaw, z czego z wdzięcznością skorzystałem, ale przez to
trudniej mi ocenić obie ekspozycje. Wydaje mi się, że Teraz Polska nie do końca spełniła swoje
zadanie i ukazała nasz kraj w sposób nieco ironiczny, co osobiście trochę mi przeszkadzało.
Oczywiście obecna polityka nie ma wiele wspólnego z powagą najwyższych organów państwowych,
ale wolałbym wystawę bez politycznych konotacji (np. umieszczenie portretu Andrzeja Leppera,
jako zdjęcia otwierającego ekspozycję w Krakowie). Wolałbym zobaczyć szerokie ujęcie kondycji
polskiego społeczeństwa początku XXI wieku. Lepiej wypadali Nowi Dokumentaliści i ta wystawa
stała się próbą określenia nowego (na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat) zjawiska w fotografii
polskiej i nowego traktowania rzeczywistości przez młodych twórców, którzy nagle zwrócili się ku
niej. Wiele osób zarzucało kuratorowi (Adam Mazur), że nie ma w tym nic nowatorskiego, że to już
było – ale też chyba takie było jego zamierzenie, aby poprzez nawiązanie do słynnej wystawy New
Documents pokazanej w MoMa w Nowym Jorku (1967), dalej rozbudzić dyskusję o roli
dokumentu we współczesnej sztuce polskiej. Wcześniej kilka polemicznych tekstów w „Gazecie
Wyborczej” pokazało, jak marginalna wciąż jest ta rola.
K.J. Widzę, że wielu „nowych dokumentalistów”, czy tak określanych twórców, posługuje się
kalkami czeskimi, brytyjskimi czy niemieckimi. Zresztą, te style i tendencje mieszają się ze sobą
w nowych stylistykach! Większość nowych polskich fotografów przepadnie w niebycie historii,
gdyż nie są twórcami autentycznymi, jak np. wspomniani powyżej Lech i Konopka, Zawadzki
i Andrzejewska. Kto według Ciebie ma szansę, aby zaistnieć w świadomości historycznej z zakresu
fotografii za lat kilkadziesiąt?
I.Z. Kalki są nieuniknione, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się tak głębokiej historii fotografii jak
Czesi, Niemcy czy Brytyjczycy. My chyba nie potrafimy właściwie zadbać o własną historię i wciąż
borykamy się z kompleksami w stosunku do innych nacji, zaś młode pokolenie swą uwagę coraz
częściej zwraca np. na obce kultury. Po co fotografować Indie, skoro nasza rzeczywistość ulega
obecnie tak wielkim, ważnym i bez wątpienia ciekawym przemianom? Kto to ma robić, jeśli nie
my sami?
Trudno dziś typować nazwiska, które mogą zapisać się w historii, bo fotograf zajmujący się
dokumentem, potrzebuje sporo czasu na realizację swoich zamierzeń. Ale gdyby wymieniać tych
najbardziej konsekwentnych to Wojtek Wilczyk, Krzysztof Zieliński, może też Sławoj Dubiel, Jerzy
Wierzbicki czy Przemysław Pokrycki. Poza tym zobaczmy jak długo dobra „koniunktura”
dokumentu w Polsce będzie jeszcze trwać, bo może się okazać chwilową modą wśród młodych
twórców. Warto zauważyć, że wielu fotografów biorących udział w przywoływanych wyżej
wystawach to pokolenie lat 70., więc dorastające w okresie głębokich przemian ustrojowych. To
może być istotny wyróżnik i jedna z przyczyn zainteresowania rzeczywistością. Nie wiem czy
kolejne pokolenia będą się ku niej skłaniać.
K.J. Przede wszystkim Przemysław Pokrycki, a także Krzysztof Zieliński z późniejszymi pracami
i konsekwentnie fotografujący biedny Śląsk i Gdańsk Jerzy Wierzbicki, który nie był zaproszony
na omawiane przez nas wystawy – oto moi faworyci. Sławoj Dubiel za bardzo przypomina mi
Lecha. Co Cię denerwuje w polskich festiwalach fotograficznych, których mamy nadmiar?
Fotografia z funkcji ubogiej krewnej malarstwa i grafiki staje się kulturą przesytu, nadprodukcji
obrazu. Wypełnia puste miejsce powstałe w wyniku dewaluacji oryginału – dawnych, klasycznych
dzieł (malarstwo, rzeźba, rysunek). Ale są także aspekty pozytywne, przejawiające się w okazji
zapoznania się z twórczością artystów o światowych nazwiskach, czy możliwości lansowania
w Polsce nowych zjawisk. Przykładowo wymienię interesującą inicjatywę Andrei Domesle, która
pokazała nową scenę fotografii niemieckiej w 2007 na Miesiącu fotografii w Krakowie (wystawa
Zawiedzione nadzieje – nowy romantyzm we współczesnej fotografii niemieckiej), będącej
w opozycji do przebrzmiałej już szkoły Becherów. Jak oceniasz festiwale? Co można w ich formule
zmienić lub rozszerzyć?

37

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

I.Z. Jestem z natury człowiekiem spokojnym i zdystansowanym, więc nie reaguję nerwowo. Ale
poważnie, nie do końca jestem w stanie pojąć nagły masowy wysyp festiwali fotografii. Ich liczba
rośnie z roku na rok, ale nie przekłada się to, jak na razie, na jakość. Najważniejsze z nich to
Kraków, Łódź i Poznań (w kolejności alfabetycznej) i na nich odnaleźć można najciekawsze
prezentacje. Festiwale w Łodzi i Krakowie są robione przez zespoły młodych kuratorów, a co za
tym idzie większość pokazywanych w ich ramach wystaw to prezentacje także młodego pokolenia
i tu niepokoi mnie fakt, że niemal całkowicie pomija się twórców nieco starszych, średniego
pokolenia. Brakuje mi dyskusji i konfrontacji, z drugiej strony pojawiły się przeglądy portfolio,
więc uczymy się, choć nie wiem czy już potrafimy wyciągać wnioski. Z pewnością martwi fakt, że
polska fotografia na niektórych festiwalach jest traktowana marginalnie, a szkoda, bo to dobra
okazja by wypromować kilka nazwisk. Z drugiej strony liczę, że młode ekipy festiwalowe, poprzez
coraz lepsze kontakty z festiwalami w Europie, zaczną działać na rzecz udziału w nich polskich
twórców. Póki co zapraszamy do nas Niemców czy Hiszpanów, a ja z przyjemnością widziałbym
Polskę, jako gościa na którymś z europejskich festiwali. To jedna z istotnych ról, jaką nasze
festiwale mają do odegrania. Zobaczymy kto tego dokona...
Września, Łódź, 2005-2007 r.

Ireneusz Zjeżdżałka (1972 – 2008), fotograf, krytyk, kurator wystaw fotograficznych. Ukończył
Akademię Rolniczą w Poznaniu. Początkowo zajmował się fotografią przyrodniczą, następnie
dokumentalną. Prace w technice fotografii klasycznej, na materiałach srebrowych. Współtwórca a do roku
2003 red. naczelny naczelny kwartalnika „Fotografia”.
Rozmowa z książki Krzysztofa Jureckiego Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce, wyd. Galeria
Sztuki Wozownia

Ireneusz Zjeżdżałka, Września, 2007, fotografia srebrowa

38

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Sander de Vaan, Milagros López
GDZIE KOŃCZY SIĘ RANA
Sander de Vaan Czym jest dla ciebie poezja?
Milagros López Sposobem życia. Poeta przygląda się rzeczywistości i wykracza poza nią,
interpretuje, koduje w postaci obrazów i metafor, które czytelnik rozszyfrowuje, czyli interpretuje
na swój sposób. Dlatego ten sam wiersz ożywa na nowo za każdym jego czytaniem, jest inny.
Poezja oznacza życie na najwyższym poziomie wrażliwości, która pozwala dostrzec to, co dla wielu
jest niezauważalne czy efemeryczne, jednocześnie ta wrażliwość sprawia, że cierpisz mając
świadomość ulotności i przemijalności, tragedii każdego człowieka poddanego opresji. Kiedy jest
ci źle, poezja jest w stanie złagodzić ból czy wypełnić pustkę. Poezja to „życie po drugiej stronie”,
w jakimś innym, nierealnym wymiarze.
S.d V. Ten styl życia, wrażliwość… Zawsze tak było, czy dokonałaś świadomego wyboru swojej
drogi?
M.L. To proste: rodzisz się poetą, od urodzenia posiadasz ten dar specyficznego patrzenia
i odczuwania. Jednak to nie wszystko – aby zostać poetą, a nie tyko człowiekiem z poetycką duszą,
trzeba ciężko pracować; to tysiące godzin spędzonych nad lekturami, tysiące godzin nad własnymi
wierszami. Nie ma innego wyjścia. Mądrze wyraził to nigeryjski poeta Christopher Okigbo, jest to
jeden z moich ulubionych cytatów: „Nie było jakiegoś przełomu, stwierdzenia, że pragnę być
poetą; punkt zwrotny nastąpił, gdy uświadomiłem sobie, że nie mogę być nikim innym. (…) To tak
jakby ktoś dostał w środu nocy telefon od Boga, (…), nie miałem żadnego wyboru, musiałem się
podporządkować”.
S.d V. Jaka jest różnica pomiędzy niezłym wierszem a wierszem znakomitym?
M.L. Moim zdaniem dobry wiersz powinien mieć przynajmniej trzy składniki:
Głębię: dobry wiersz wnika do duszy czytelnika, sprawia, że jest on przez kilka sekund w stanie
pewnego zawieszenia, które uspokaja umysł i pozwala na smakowanie tej chwili.
Oryginalność: z powodu morfosyntaktycznych i semantycznych cech języka dobry wiersz wywołuje
u czytelnika uczucie zadziwnienia; użycie metafor w sposób nowatorski sprawia, że czytający ma
okazję być swego rodzaju odkrywcą myśli i znaczeń.
Odpowiedniość: w dobrym wierszu nie może być za mało czy za dużo słów, powinno ich być w sam
raz; w dobrym wierszu godzinami można podziwiać, jak doskonale połączone są te trzy
wymienione składniki. Rzadko zdarza się, że napiszesz wiersz za jednym zamachem, zwykle są to
dni a nawet tygodnie, kiedy czytasz, poprawiasz. I czasem wyrzucasz wiersz, a czasem praca nad
nim kończy się sukcesem.
S.d V. Jeśli pisząc pozwolisz sobie na zbytnią uczuciowość, zachodzi ryzyko popadnięcia
w sentymentalizm. Jednakże w twojej książce A ras del mar jesteś bardzo od niego daleka.
M.L. Jest normalne, że początkujący poeta popada w sentymentalizm, nadużywa przymiotników,
płomiennego słownictwa… Dlatego moje młodzieńcze wiersze nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Teraz piszę w sposób całkiem przeciwny: chcę powiedzieć więcej mówiąc mniej, niech obraz
poetycki ledwie sugeruje, nie ogranicza możliwych interpretacji i skojarzeń. Język poezji powinien
być precyzyjny i pozbawiony barokowej bujności. Próbuję zmierzać w stronę minimalizmu, który
pozwoli mi przekazać wszystko za pomocą oszczędnych słów, a jednocześnie dalej będzie to
poezja.

39

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

S.d V. Jak zazwyczaj zaczynasz wiersz? Od obrazu? Słowa? Czegoś innego?
M.L. Moje wiersze, za wyjątkiem tych pisanych na szczególne okazje, niejako na zamówienie,
powstają z metafizycznego niepokoju i refleksji albo pod wpływem silnych uczuć, np. miłości czy
strachu przed nicością po śmierci. Zaczynam wiersz wyciszając umysł, uspokajając się, medytując.
Sięgam do notatek, fraz zapisanych w notatnikach leżących w torbie, samochodzie, domu…
i opracowuję ten materiał.
S.d V. Jakie są twoje hiszpańskie i zagraniczne wzory poetyckie? Są jakieś szczególne słowa, które
cię zainspirowały?
M.L. Moje poetyckie wzory były liczne i zmieniały się z upływem czasu, ale wymienię tych,
których podziwiam niezmiennie za poruszaną tematykę albo za styl, albo za jedno i drugie.
Prawdziwymi mistrzami są dla mnie Juan Ramón Jiménez, Vicente Aleixandre, Gerardo Diego,
Pedro Salinas, Antonio Machado, T.S. Eliot, Emily Dickinson, José Ángel Valente, Alejandra
Pizarnik i kilku bardziej współczesnych, jak Antonio Gamoneda czy Rafael Pérez Estrada. Nie
jestem w stanie zacytować fragmentu, który mnie szczególnie zainspirował, ale ich twórczość jako
całokształt wpłynęła na moją świadomość poetycką i własną teorię dobrego wiersza. Bliskie jest mi
to, co napisał w utworze „Poetyka” Pérez Estrada:
Pisać czy lewitować
Wiersz to tylko iluzja wiersza ze snu
Żyje głęboko, tam, gdzie kończy się rana
S.d V. Nie wymieniłaś dwóch wielkich poetów XX wieku: Borgesa i Lorci. Co sądzisz o ich
twórczości?
M.L. Niewątpliwie nie wymieniłam wielu „wielkich poetów”, a jedynie tych, którzy odcisnęłi
piętno na mojej twórczości. Borges to mistrz narracji, jego opowiadanie Alef uważam za najlepsze,
jakie kiedykolwiek napisano. Jeśli chodzi o Lorcę, to przyznaję, że jest znakomity. Najbardziej
lubię jego Poetę w Nowym Jorku, z powodu surrealizmu, kondensacji materii poetyckiej,
symbolizmu. Jednak jego wcześniejsze, znacznie bardziej popularne wiersze, nie trafiają do mnie.
S.d V. Czy nie sądzisz, że być może napisanie idealnego wiersza jest niemożliwe?
M.L. Tak, jest niemożliwe. Różnorodność form i treści sprawia, że nie można ustalić kryteriów
i dojść w tej sprawie do porozumienia. Nawet gdyby wziąć pod uwagę tylko jednego poetę
i próbować wybrać z jego twórczości wiersz idealny, okazałoby się, że może jest idealny dzisiaj, ale
nie będzie jutro. Dlatego poeta w gruncie rzeczy mógłby w nieskończoność poprawiać
i przepisywać swoje wiersze, dążąc do ideału.
S.d V. Twoja książka A ras del mar, która miała w Hiszpanii już dwa wydania, opowiada historię
gasnącej miłości. Mogłabyś coś o tym zbiorze opowiedzieć?
M.L. Zebrane w tej książce wiersze opisują głęboką miłość, jakiej doświadczyłam; ułożone są
chronologicznie, a przeżycia są prawdziwe. Wiersze pisałam „na gorąco”; oczywiście później, przed
publikacją część z nich usunęłam, pozostałe długo „szlifowałam”. Mimo tej obróbki sądzę, że
zachowały świeżość i prawdziwość.
S.d V. Jak sugeruje tytuł, wiele w tej książce jest odniesień do morza. Czym jest dla ciebie morze?
M.L. W pewnym sensie morze jest tutaj głównym bohaterem, ponieważ było świadkiem wydarzeń
– miłości, bólu, braku. Morze było też zawsze częścią mojego życia; w dzieciństwie i młodości

40

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

spędzałam wakacje nad Mar Menor [płytka, ciepła i bardzo słona laguna na północ od
hiszpańskiego miasta Cartagena na wsch. wybrzeżu Hiszpanii, przyp. tłum.], moje najlepsze
wiersze powstawały podczas tamtejszych zachodów słońca. Natomiast teraz nurkuję w Morzu
Śródziemnym szukając w głębinach odpowiedzi, i ciszy, której nie znajduję na powierzchni.
S.d V. Włoski piosenkarz Lucio Dalla podczas jednego z koncertów zalecał publiczności codzienne
nurkowanie latem po to, by cieszyć się ciszą i energią podwodnego świata. Twierdził, że ryby nie są
nieme i przypomniał, że wszyscy wyszliśmy z morza. Abstrahując od szukania odpowiedzi pod
wodą, czy czujesz podobnie jak Dalla?
M.L. Zgadzam się z Lucio Dallą i polecam obejrzenie filmów Guillaume Néry, mistrza świata
w nurkowaniu swobodnym, by zrozumieć sens powrotu do tej ciszy, jakiej zaznała każda ludzka
istota w łonie matki, i konieczność zaurzenia się w wodzie, która stanowi przecież dwie trzecie nas
samych. Taki powrót jest zbawienny dla każdego, to szybki i znakomity sposób, by osiągnąć
spokój, wyciszyć się. Brak grawitacji, uczucie, że się lata, a czas stoi w miejscu, cisza, to wszystko
jest nieosiągalne na powierzchni. Te morza, nad którymi kontemplowałam, w których pływałam
i nurkowałam, były pożywką dla mojej poezji.
S.d V. W jednym ze swoich najpiękniejszych wierszy masz odwagę użyć róży i jej krzewu jako
metafor. Mówię „masz odwagę”, bo róża to kwiat nadużywany w poezji. Ale podmiot w tym
wierszu „posadzi krzew róży” w pamięci swojego ukochanego, więc przenośnia odzyskuje
świeżość. Czy czytałaś dużo poezji miłosnej, by uniknąć metafor-pułapek?
M.L. Czytałam i czytam mnóstwo poezji i różnych jej rodzajów, ale przecież nie dlatego nie
wpadam w pułapki zużytych metafor poezji miłosnej. Pisząc chcemy opowiedzieć coś, co wszyscy
znamy z własnego życia – „Kocham cię i chcę być dla ciebie kimś wyjątkowym, kimś, kogo nigdy
nie zapomnisz” – używając jednak nowych obrazów opisujących te uniwersalne w końcu uczucia.
I stąd zapewne wziął się pomysł na przykład na sadzenie róży na dnie morza. Nie piszę świadomie,
tylko po prostu piszę.
S.d V. Gdy już krzew róży jest posadzony, „jej płatki uniosą mnie ku światłu,/pszczoły będą spijać
moje imię”. Piękne wersy, które dodają otuchy, łagodzą bolesną nieobecność ukochanego; taki
miałaś cel pisząc ten wiersz, czy to przypadek?
M.L. Moim jedynym celem w trakcie pisania było, aby ukochany zrozumiał, że nie jestem tylko tą
„jedną więcej”, ale że zostawiam nieusuwalny znak, i że nawet po rozstaniu stale będę obecna. Nie
wiem, jak to odbierze czytelnik – każdy interpretuje zgodnie z własnym doświadczeniem. To
oczywiste, że pisząc wtedy nie myślałam o przyszłym czytelniku. Ten wiersz miał wywołać reakcję
konkretnej osoby. Później, kiedy książka była już opublikowana, zdarzenia nabrały nowego życia
poprzez doświadczenia czytelników, przestała zatem to być tylko moja historia, zamieniła się
w tysiące innych.
przeł. Tomasz Marek Sobieraj

41

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

MILAGROS LÓPEZ

Mówisz...
Mówisz, że cię nie znam.
Nawet gdy jesteś daleko,
każdego dnia badam twój puls,
oddycham tobą w każdej chwili.
Studiuję
twoje przypływy i odpływy.
Czytam
tajemną mapę twoich pragnień.
Żegluję
w blasku twojego śmiechu,
wśród twoich lęków,
tęsknot za mną.
Kiedy mnie przytulasz,
kiedy mnie unikasz,
kiedy mnie wielbisz,
kiedy masz koszmary,
rozpływam się
w tym, co nazywałeś
prawdziwym życiem.
Znam cię.
Zawsze tam byłam.

Żyć w twojej pamięci
Chcę wypełnić twój czas,
zostać sprężyną zegara
twoich wspomnień.
Chcę być rozdziałem przeszłości,
którego początku nie pamiętasz.
Chcę być, kiedy spojrzysz wstecz,
poza wszystko,
ponad sobą.
Chcę być kryształem w pyle twojego dnia,
drobiną twojego pierwszego znużenia,
końcem twojej ostatniej myśli.
Chcę w tobie zamieszkać,
a czas niech sobie płynie...

42

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

15:55
Myśl o mnie.
Nie zapomnij tej godziny.
Kiedy każdego dnia
spotykają się trzy piątki,
kiedy lenistwo
po południu
wypełnia wszystkie ciała,
mieszają się wody naszych rzek;
obejmuję cię światłem
i powstrzymuję deszcz
w twoim ołowianym sercu.
Myśl o mnie.
Pamiętaj naszą godzinę.
Kiedy za pięć czwarta
będę skowytem,
oddaj mi
promienny uścisk
by obsypał mnie
latem.

Krzew róży
Posadzę krzew róży.
Posadzę krzew róży w twojej pamięci.
Wyjątkowy krzew róży na jałowym dnie twojego morza.
Niezwykłą różę za murami twojego
skrytego ogrodu.
Przetrwam w niej
chwytając się kolcami,
jej płatki uniosą mnie ku światłu,
pszczoły będą spijać moje imię.
Zostanę, bo żyłam już w innych kwiatach,
i rozpalę twój ogród sobą.

Nieobecność
Ledwie chwilę cię nie ma,
a już dryfuję.
Wzywam pomocy,
wyprawie zabrakło kapitana,
ty wzruszasz ramionami,
walczysz nocą
ze strażnikami labiryntu,
by ukraść z niego mapę;

43

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

wyciągasz kotwicę,
kiedy tylko
sięgnie odmętów;
klucz, nareszcie,
tkwi w zamku,
i zostanie w nim
aż do śmierci.
przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Milagros López, ur. w Murcii hiszpańska poetka i autorka opowiadań. Ukończyła Uniwersytet w Murcii
i University of West London; jej praca doktorska była poświęcona nowozelandzkiej pisarce Kathleen
Mansfield Murry; pracuje jako wykładowca filologii angielskiej. Wiersze i opowiadania publikowała w kilku
antologiach, brała udział w międzynarodowych festiwalach poezji. W roku 2014 ukazał się jej debiutancki
zbiór wierszy A ras del mar. Poezję M. López przekładano na jęz. francuski, holenderski, rumuński, arabski
i polski.

Michelangelo Buonarotti, Klęcząca naga, rys. kredką, pocz. XVI w., Luwr

44

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Tomasz Marek Sobieraj
NASI OBCY

S

pecjalizujące się w książkach dwujęzycznych (język oryginału i angielski przekład) nowojorskie
wydawnictwo Cross-Cultural Communications opublikowało niedawno wybór wierszy
jedenastu żydowsko-polskich poetów tworzących w okresie międzywojennym, zatytułowany
Native Foreigners. Jewish-Polish Poetry Between the Wars. W tym wydawniczym rarytasie,
bogato ilustrowanym przez malarza i rysownika Jerzego Feinera, znalazło się czternaście wierszy
wybranych i przetłumaczonych na angielski przez translatorsko-pisarski duet Anieli i Jerzego
Gregorków. Wśród autorów znaleźli się: Celina Becker, Fryderyk Bertish, Mieczysław Braun,
Rafael Friedman, Irma Kanfer, Perec Nowomiast, Stefan Pomer, Władysław Szlengel, Maurycy
Szymel, Saul Wagman i Juliusz Wit.
Nie są to dzisiaj znane utwory i znani pisarze, chociaż przed wojną publikowali
w czasopismach, wydawali zbiory wierszy i prozę, pisali recenzje, felietony, teksty
krytycznoliterackie, uprawiali satyrę, tłumaczyli poezję obcą. Byli znaczącymi postaciami
żydowsko-polskiego życia kulturalnego i społecznego między wojnami. Celowo piszę „żydowskopolskiego” a nie odwrotnie, jak to się zwykle robi, bo od postaci, takich jak Julian Tuwim czy
Antoni Słonimski, czyli zasymilowanych i często krytycznie nastawionych do tradycyjnej kultury
żydowskiej, różnili się zaangażowaniem w sprawy własnej społeczności, pielęgnowaniem języka
(niektórzy pisali również w jidysz i po hebrajsku), często stosunkiem do religii; byli głęboko
zanurzeni w żydowskość, przez co bardziej jeszcze „obcy we własnym kraju”.
Zawarte w tej antologii wiersze nie są obciążone balastem metafor. To czysta, ascetyczna
poezja opowiadająca o zwykłym życiu Żydów w Polsce między wojnami, o domu, rodzinie, religii,
strachu, odrzuceniu. Poezja niekiedy wzruszająca, czuła, ciepła, innym razem odwołująca się do
intelektu, ironiczna, zabarwiona satyrą. Przede wszystkim jednak to poezja rozumna, wynikająca
z obserwacji, myślenia i zmagania się z rzeczywistością.
Smutne, że nie znamy dat i miejsc śmierci autorów, zamordowanych podczas II wojny
światowej, w kilku przypadkach istnieją tylko poszlaki na ten temat. Ale przecież nie rozpłynęłi się
w nicości, bo energia nie ginie; zostały też po nich pamięć i dzieło.
Jak napisał w słowie wstępnym Hal Sirowitz, „Ta książka to testament”. Testament tych,
którzy tworzyli i pielęgnowali na polskiej ziemi żydowską kulturę, stanowiącą dziedzictwo dwóch
narodów. Napisali jej ważny rozdział, uratowany od zapomnienia przez amerykańskie
wydawnictwo Stanleya H. Barkana.
Native Foreigners. Jewish-Polish Poetry Between the World Wars; wybór wierszy i przekład: Aniela i Jerzy
Gregorek, wstęp: Hal Sirowitz, wprowadzenie: Aniela i Jerzy Gregorek, ilustracje: Jerzy Feiner, posłowie:
Charles Fishman, William Heyen, Alyssa A. Lappen, Dovid Katz. Wyd. Cross-Cultural Communications,
Nowy Jork, 2015

45

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

OLGA LALIČ-KROWICKA

Analiza drzewa
Wszyscy ludzie na tym świecie są źli?
Bo ja nie wiem...
Nie poznaję siebie ani ciebie, ani tego, ani tamtego.
Wszyscy śpicie, czy ja budzę się?
Jedno oko podzielone na dwa jeszcze śpi,
drugie oko podzielone na dwa zaczyna obserwować…
Jest jedno takie małe drzewo z cienkim pniem,
rośnie w parku w ciszy mimo przekleństw ludzkich.
Jego słowa są z płatków, cichych uczuć Boga,
a dusza z cienia wydłużającego się do nieba....
Dlaczego od zawsze więcej drzewa mówią i kochają niż ludzie…
Można się o nie oprzeć w każdej chwili, bo jest szczere.
Jeśli ludzie brzydzą się emocji i nie lubią szczerości, to drzewa też.
Truje je dym z budynków w kotlinie,
a ono wierne Bogu przez cały czas - ledwo, ale rośnie.

Językoznawczyni
Straciłam natchnienie ręka mnie boli nie mogę myśleć
w Paryżu do szczytu zawsze gubiłam wizerunek
atomy znaczenia wyrażone w każdym języku
babcia okopywała w ogródku cebulę
za ścianą płakał wysadzony duch
przejdę się do Galerii Centrum
czarnogórskie skały połknęło brzydkie kaczątko
charakter stricte naukowy zaczął się w XIX wieku
w radiu Wolna Europa pewnie już nic nie słychać
kosmetyczka mi poleciła ten balsam
van Gogh nigdy mnie nie chciał namalować
naga stałam przed drżącą sztalugą
szalenie smaczne krokiety zjedliśmy wspólnie
zaplątał mi się długopis we włosach
swędzi mnie lewa dłoń
okres studiów to właśnie niecierpliwość lewej dłoni
pokrewne szuflady zamknęliśmy
cisza wzroku w znaczeniu przyrodniczym
fleksja stanowi organizm językowy
pewnie te wszystkie chłopki
ze Starego Kleparza zbierają się do domu
przecież zima za chwilę zrobi się ciemno
cholera a tak chciałam sobie kupić różową szminkę
subiektywny pogląd człowieka na świat
to wewnętrzna forma języka
rozwiążę włosy ten nikły wiatr śniegu stopi się
wczoraj dostałam sms-a

46

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

dziś trochę rozważałam na temat Śnieżki i macochy
najbardziej doskonale bajki dziewczyny lubią
ostatnio taki chłopak powiedział mi coś bulwersującego
całkowicie usatysfakcjonowana komplementem
pocałowałam go w twarz
język to synteza dwóch momentów
czy to koniec czy środek wykładu?
2001

Gdy prorok się zakocha
gdy prorok się zakocha
błękit nieba przebija
serca najtwardszych murów
a rusałki ubierają stroje
w środku zimy wiosenne
gdy prorok się zakocha
niebo jest i moje i twoje
gdy prorok się zakocha
z dłoni duszy jesz pomarańczę
gdy prorok się zakocha
wszyscy są zakłopotani
a nawet sam prorok
zraniona dusza uśmiecha się
jak gwiazdy wystające ze skrzydeł aniołów
ból jest nicią szybko się zrywa i znika
miłość wtedy nie panikuje
dominuje prorocza harmonia
dlatego proszę już nie dotykać
zakochanego proroka
bo prorok potrząśnie niebem i ziemią
przecież ma na to pozwolenie
proszę państwa prorok teraz wychodzi ze snu
a miłość rozkwita bielą radosnych płatków
witaj zakochany proroku!

Dzieciństwo
mali partyzanci –
tylko jugosłowiańscy
najpiękniej tańczą
pod gwiazdami

47

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Narodziny
Zaczynam żyć w zgodzie
z rzeczywistością. Jest.
Jako taka jest, ale jest.

Haiku
***
senne łódki
podróżują
po moich oczach
***
czy za mgłą istnień
istnieją inne istnienia
– pyta się mała mewa
***
wiatr radości
powiewa
w słowach
***
myśl ubiera
oko
szkli się radość
***
dłonie z mchu
polerują
drzewo

Olga Lalič-Krowicka, ur. 2 kwietnia 1980 r. w Šibeniku w Chorwacji. Poetka, tłumaczka lit. bałkańskiej.
Ukończyła wydział Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Honorowy obywatel
cesarskiego miasta Sirmium (Sremska Mitrovica, Serbia, 2014). Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego. Autorka kilkunastu tomików poezji. Jej wiersze przekładano na języki bułgarski,
angielski, macedoński, słoweński, niemiecki, rusiński, słowacki, litewski, białoruski i rosyjski. Publikuje na
łamach polskich i bałkańskich czasopism oraz w antologiach. Zajmuje się również sztukami wizualnymi
i projektowaniem graficznym. Mieszka w Dukli na Podkarpaciu.

48

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Richard K. Moore
ORWELL, HUXLEY I DZISIEJSZY ŚWIAT

P

anująca obecnie dystopia (odwrotność utopii) często przypomina Nowy Wspaniały Świat
Huxleya, ale jest też uderzająco podobna do 1984 Orwella. Widzimy masową inwigilację
i całkowitą utratę prywatności. Jak możemy uciec z matrixa propagandy i kłamstw?
W 1984 George Orwell przedstawia obraz ciemnego, szarego świata. Ludzie boją się mówić
cokolwiek, co byłoby sprzeczne z oficjalną linią partii, a nadzór jest wszechobecny. Nawet
myślenie przeciwne linii partii jest przestępstwem i myśloprzestępstwa są leczone poprzez
radykalną interwencję psychiczną. Informacja jest bacznie nadzorowana przez partyjne media,
a zapisy historyczne nieustannie redagowane tak, aby były zgodne z najnowszymi oświadczeniami
partii.
Dla kontrastu, w Nowym Wspaniałym Świecie, Aldous Huxley maluje wielobarwny,
powierzchownie przyjemny świat. Propagowana jest wolność jednostki we wszystkich dziedzinach,
nawet do tego stopnia, że zaczyna ona być kulturowym nakazem. W książce młody chłopak
korzysta z porad terapeuty, ponieważ nie chce brać udziału w seksualnych igraszkach z koleżanką
z klasy. Ponieważ pociąga go związek monogamiczny, jego dojrzały charakter jest uważany za coś
nienormalnego. Narkotyki i rozrywki są łatwo dostępne dla poprawy nastroju.
Kluczowe znaczenie w świecie Huxley’a ma zniesienie instytucji rodziny. Stosunki seksualne
nigdy nie skutkują ciążą, embriony są hodowane w procesie produkcji opartym na
wyselekcjonowanym nasieniu. Jako część procesu produkcji embrion może być karmiony lub
głodzony na różnych etapach swojego rozwoju w celu tworzenia różnych klas ludzi (alfa, beta, etc.)
ze zróżnicowanymi poziomami inteligencji i umiejętnościami. Ustalane są limity w zależności od
tego, na ilu ludzi z poszczególnej klasy będzie zapotrzebowanie. Niemowlęta są hodowane
i rozwijają się w warunkach sprzyjających zaprogramowaniu w nich pełnej akceptacji klasowej
przynależności oraz związanego z nią zestawu przywilejów i ograniczeń, postrzeganych już
w dorosłym życiu jako najlepsze. Dzieci wychowywane są we wspólnych ośrodkach, bez
znajomości choćby idei rodziców, rodzeństwa czy rodziny. Od embriona do dorosłości państwo ma
kontrolę nad właściwie uregulowanym rozwojem każdej osoby i jej myśleniem. W powstającym w
ten sposób społeczeństwie ludzie zachowują się tak, jak zostali zaprogramowani i nie potrafią
sobie nawet wyobrazić innego stanu rzeczy niż ten funkcjonujący.
W świecie Orwell’owskim niewłaściwe myślenie (myśloprzestępstwo) jest wykrywane
i tłumione. W świecie Huxley’owskim nieprawdopodobne jest, by niewłaściwe myślenie zaistniało.
Świat Orwell’a tłumi jednostkę, świat Huxley’a ją produkuje. W obu przypadkach
nadzorowanie umysłu – przejęcie kontroli nad ludzką zdolnością myślenia – jest strategią reżimu,
a w rezultacie oznacza generalną kontrolę nad społeczeństwem. W świecie Orwella kontrolowanie
umysłu następuje poprzez używanie brutalnej siły, podczas gdy w świecie Huxleya kontrola jest
prowadzona metodami naukowymi.
Obie powieści uczą. Każda z nich pokazuje odrębny sposób sprawowania kontroli nad
umysłami i konsekwencje, które z tego wynikają. Jeśli chcesz zniszczyć samodzielne myślenie,
musisz wykonać działanie A, B i C, a jeśli chcesz zaprogramować ludzi, musisz zacząć w momencie
ich narodzenia i wykonać działania X, Y i Z. Możemy dostrzec wzorzec działania, architekturę –
schematy strukturalne – każdego z tych kontrolujących umysły reżimów. To pomoże nam
rozpoznać zapowiedzi – znaki, że taka przyszłość i dla nas nadchodzi.
Echa Orwell’a
Weźmy za przykład dziennikarzy w głównych mediach, w szczególności prezenterów telewizyjnych
serwisów informacyjnych. Mamy tu echa świata z 1984, gdzie wszystko, co jest przedstawiane,
musi potwierdzać linię narracyjną rządzącej partii. Jakiekolwiek myśloprzestępstwo – jak to

49

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

popełnione przez prezentera wygłaszającego na wizji, że nie kupuje on oficjalnej wersji historii
dotyczącej wydarzeń z 11. września lub że uważa on, iż Rosja nie jest agresorem – zostaje szybko
ukarane czymś, co dla dziennikarza jest równoznaczne z zawodową śmiercią – wykluczeniem ze
świata mediów.
W ten sposób tworzony jest Matrix – tocząca się opowieść o dobroci Stanów Zjednoczonych,
którą jesteśmy karmieni, o istnieniu demokracji, świętości sił rynku i całej reszcie. Dzięki
nadzorowaniu większości mediów przez garstkę ludzi, linia partyjna może być ciągle
podtrzymywana wg wygodnej narracji, a obecne i przeszłe wydarzenia mogą być interpretowane
w obrębie ustalonych ram. Dla prezentera byłoby dosłownie nie do pomyślenia postapić inaczej.
Ministerstwo Prawdy w wydaniu Huxley’a działa i w naszym świecie, tyle tylko, że jest
niewidoczne, ukryte w salach posiedzeń zarządów mediów i za drzwiami biura prasowego Białego
Domu.
Ten sam rodzaj reżimu myśloprzestępstwa funkcjonuje równie dobrze i na innych obszarach,
gdzie omawia się tematy społecznie istotne. Proces recenzurowania i ograniczone możliwości
redakcyjne zależnych dziennikarzy sprawiają, że myśloprzestępstwa są tłumione, gaszone
w zarodku – np. jeśli chodzi o wrażliwe kwestie manipulacji genetycznych, pestycydów,
hydraulicznego wydobycia kopalin, farmaceutyków, poziomów promieniowania, etc. I znów
Ministerstwo Prawdy jest niewidoczne, rezyduje wysoko, w korporacyjnych salach posiedzeń.
Nawet jeśli nasze społeczeństwo nie przypomina Orwell’owskiej dystopii, to opisane przez
niego metody kontroli umysłu funkcjonują w wielu newralgicznych miejscach, gdzie tworzona jest
„informacja” dla społeczeństwa. Mamy też oczywiście powszechną inwigilację za zgodą NSA
[Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, w USA, przyp. tłum.], wszechobecne kamery, śledzenie
telefonów komórkowych [także kontrola poczty elektronicznej i podsłuchy rozmów telefonicznych,
przyp. tłum.]. Wielki Brat jest z nami, ale stoi za kulisami i decyduje, które opowieści będą nam
przedstawiane przez media głównego nurtu.
Echa Huxley’a
Huxley napisał recenzję 1984, w której mówił o dwóch wizjach przyszłości. Sugerował, że możemy
przechodzić przez ciemny okres, przypominający ten z 1984, ale uważał, że taki reżim byłby
niestabilny i przejściowy. Według niego naukowe podejście do kontrolowania umysłów, bazujące
na ludzkim systemie wartości i potrzebach, będzie bardziej rozsądnym rozwiązaniem dla
zbudowania nowoczesnego społeczeństwa totalitarnego.
Badania rządu Stanów Zjednoczonych nad naukowymi metodami kontroli umysłu rozpoczęły
się co najmniej w latach 60. XX wieku i trwają do dzisiaj. Pierwsze podejście – Operacja Kontrola
Umysłu wykonana przez CIA – było oczywistą powtórką 1984. Badania te obejmowały podawanie
ludziom środków psychotropowych z równoczesnym stosowaniem hipnotycznych sugestii. Sporo z
nich mogło zostać wykonanych (i zostało) z użyciem metod rodem z thrillera politycznego „The
Manchurian Candidate” [film Richarda Condona z 1959 r., przyp. tłum.], ale ten sposób
indywidualnego programowania wymagał zbyt wielu nakładów, dlatego badania te zastąpiono
tworzeniem ruchów kulturowych, kultów, sekt etc. Założono, że skoro ludzie mają naturalną
potrzebę gromadzenia się wokół wspólnych idei, to sama wewnętrzna dynamika takiego ruchu
może służyć do ich programowania i jednocześnie umasowienia kontroli umysłów. CIA nigdy
oficjalnie nie potwierdziło prowadzenia badań w tym zakresie, ale eksperymenty nad kontrolą
umysłów odniosły duży sukces – wystarczy wspomnieć Renewed Jim Jones and the People’s
Temple czy David Koresh i Waco.
W tego typu działaniach pierwszym etapem jest zidentyfikowanie lidera ruchu kulturowego,
który już się wykazał pewną umiejętnością gromadzenia wokół siebie ludzi. Wtedy ruchowi
dostarcza się różnego rodzaju wsparcia. Tajni agenci przyłączają się do niego, nie tylko w celu
obserwacji i zdawania raportów, ale także w celu doskonalenia umiejętności organizacyjnych.
Ruchom przekazywane są środki finansowe, a lokalna policja jest ostrzegana, by trzymała się
z daleka, tak że ruch może wzrastać bez przeszkód.

50

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

W ten sposób badacze mieli możliwość śledzenia, jak działa wprawny lider ruchu
kulturowego, jak do ruchu wciągani są ludzie, jak utrzymywana jest lojalność i w jaki sposób
członkowie mogą być nakłaniani do skrajnych wierzeń czy działań. Kiedy już zgromadzono
wystarczającą wiedzę na temat ruchu, jego lider i członkowie byli zabijani w celu ukrycia dowodów
tego, o co tak naprawdę chodziło w eksperymencie.
Ruchy kulturowe i ich przydatność
Jednym z pierwszych zastosowań techniki kreowania ruchów kulturowych na wielką skalę było
stworzenie przez CIA ruchu Jihad. Jego bezpośredni cel to destabilizacja reżimu sowieckiego
poprzez wplątanie go w konflikt afgański – co udało się znakomicie. Od tego momentu Jihad
(a.k.a. Talibowie, Al-Kaida, Liberalna Armia Kosowa, ISIS, etc.) dowiódł, że jest niesłychanie
przydatnym narzędziem w destabilizowaniu dyktatur, niezbędnym w pogoni Stanów
Zjednoczonych za geopolitycznymi celami, a operacje destabilizacyjne dają USA
usprawiedliwienie dla ich militarnej interwencji, jak ostatnio mieliśmy okazję widzieć na
przykładzie Libii, Iraku i Syrii.
Omawiane ruchy mają pewne określone, stałe cechy charakterystyczne. Zwykle jest to
charyzmatyczny przywódca, będący w stanie pobudzić wiarę i zyskać lojalność członków ruchu.
Występuje też podstawowy system wierzeń – trzyma on członków z daleka od ludzi z zewnątrz
i zapewnia im silne poczucie przynależności grupowej i celu. Konieczne jest rzekome „zewnętrzne
zagrożenie” dla ruchu – ono zespala jego członków i wymaga aktów poświęcenia, co jeszcze
bardziej wiąże ich we wspólnocie. Niezbędny jest także zestaw argumentów, którymi członkowie
uczą się posługiwać w celu obrony przed próbami podkopywania podstaw systemu wierzeń.
Stosowane w tych przypadkach metody programowania są bardzo skuteczne i jedynie dzięki
intensywnemu deprogramowaniu można oderwać członków od ruchu.
Społeczeństwo opisane w Nowym Wspaniałym Świecie jest oparte na kulcie; każda z klas
(alfa, beta, etc.) jest odrębnym ruchem kulturowym, a jego programowanie zaczyna się z chwilą
narodzin. Z powodu silnej kontroli żaden charyzmatyczny przywódca nie jest już potrzebny.
Wymagane przez władzę działania i poświęcenie obywateli są po prostu stylem życia, który został
zaprojektowany dla danej klasy, i nie budzą sprzeciwu. Takie społeczeństwo jest stabilne,
szczególnie gdy nie istnieje możiwość deprogramowania.
Znaczące jest to, że świat Huxley’a nie opiera się na jednym kulcie i jednolitym
społeczeństwie, tylko na kontrolowanej różnorodności, a to zapewnia większą stabilność. Co
więcej, istnieje nie tylko model tego, czym być, ale też modele tego, czym nie być. Każdy kult jest
precyzyjnie zdefiniowany i rozdzielny z pozostałymi. Bycie szczęśliwym, że nie jest się betą, jest
jednym z powodów do bycia szczęśliwym jako alfa.
Widzimy tę samą zasadę funkcjonującą w Stanach Zjednoczonych jako rozdział między
liberałami i konserwatystami. Liberałowie są trzymani w ryzach poprzez opowieści o szaleństwach
konserwatystów, a konserwatyści są trzymani w ryzach poprzez opowieści o szaleństwach
liberałów. W systemie kontroli, w którym działa tylko propaganda, można się dopatrzeć jednego
stanowiska. W systemie wielokultowym są zwykle dwa stanowiska, które możemy opisać jako
CNN kontra Fox.
Obie partie cechuje wiele różnic, które pozornie nadają im odrębność, ale w rzeczywistości
podstawy mają wspólne. Obie podtrzymują mit, że polityka państwa jest odpowiedzią na głos
opinii publicznej i jednocześnie winią opozycję za popieranie „złej” polityki. W rzeczywistości zaś
polityka Stanów Zjednoczonych jest uprawiana poza rządem, sterują nią elity finansowe,
a państwo jedynie kontroluje opinię publiczną, i nie odpowiada jej oczekiwaniom. Dzięki temu
możemy ujrzeć CNN i Fox jako kolaborantów władzy sprzymierzonych we wspólnym celu
ukrywania fundamentalnej prawdy przed ludźmi. Demokraci i republikanie w istocie nie są
antagonistami, używają jedynie Kongresu jako sceny, na której odgrywają przedstawienie
o dzielących ich różnicach, co stwarza pozory demokratycznego procesu decyzyjnego.
Fenomen Baracka Obamy stanowi świetny przykład taktyki kultu w działaniu. Sam Obama

51

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

jest oczywiście naturalnym liderem kultu, elokwentnym i charyzmatycznym. Wszedł na scenę
z hasłami wiary w głębokie reformy, „Polityczny grunt się zmienił; Tak, możemy!” Teatralny efekt
był silny, jakbyśmy byli świadkami ponownego przyjścia Zbawiciela. Rdzeniem kultu Obamy
zostali identyfikujący się z nim i z jego misją pracowici ochotnicy. Kampania republikanina
McCaina została rozegrana tak, aby wyglądała na zagrożenie ze strony rywalizującego ruchu,
wiążąc zwolenników Obamy jeszcze ściślej.
Sukces tej nadzorującej umysły operacji był naprawdę zdumiewający. Przecież Obama
w rzeczywistości kontynuował i rozwijał to, co wcześniej robił Bush; polityczny grunt wcale nie
uległ przemianie. Ale więzy kultu były tak silne, że poparcie dla niego trwało nadal – poparcie
dokładnie tych samych ludzi, którzy nienawidzili Busha za dokładnie tę samą politykę, którą
prowadził Obama! Stworzono nowe sofizmaty w celu utrzymania ludzi w przynależności do ruchu,
obwiniając za postępowanie Obamy republikańską opozycję – standardowa taktyka pozornego
podziału, na tyle skuteczna, że nawet dzisiaj pozostały tłumy zwolenników Obamy. Jak widać,
trudno jest porzucić kult.
Innym przykładem kontroli umysłów jest histeria wokół globalnego ocieplenia. Al Gore zagrał
rolę, przynajmniej tymczasowo, kultowego lidera, kiedy przedstawił pogląd o dwutlenku węgla
jako przyczynie kryzysu klimatycznego w swoim, naukowo nierzetelnym, ale bardzo popularnym
filmie „Niewygodna prawda”. Rozwój kultu Gore’a był nieskrępowany, ponieważ w głównych
mediach a nawet w fachowych czasopismach kwestionowanie ocieplenia i jego przyczyn stało się
swego rodzaju myśloprzestępstwem. Aktem wiary członków kościoła ocieplenia klimatu było np.
jeżdżenie rowerem czy zakup Toyoty Prius. Media zaś wyposażyły ich w argumenty, by mogli
krytykować odmienne poglądy i traktować je jako propagandę zewnętrznego zagrożenia.
Taki rodzaj kontroli umysłów – gdy członkowie ruchu nie dość, że wierzą, jakoby dwutlenek
węgla stanowi główną przyczynę kryzysu klimatycznego, to wierzą jeszcze, że toczą walkę
przeciwko wrogowi – jest znacznie bardziej efektywny. Wierni idei zostali w pełni uodpornieni na
kontrargumenty i jedyne, czym są zainteresowani, to „ratowanie planety” poprzez popieranie
wszystkiego, co choć trochę wygląda na mogące zmniejszyć emisję dwutlenku węgla. W ten sposób
są prowadzeni drogą do społeczeństwa zarządzanego w skali mikro, tak jak to określa Agenda 21
[dokument, który przedstawia sposób opracowania i wdrażania programów zrównoważonego
rozwoju w życie lokalne. Dokument ten został przyjęty na konferencji „Środowisko i Rozwój”
z inicjatywy ONZ w 1992 roku na II Konferencji w Rio de Janeiro, przyp. tłum.].
Mem „Teoria spiskowa”
Państwowa kontrola szkół publicznych i główne media są pomocne w programowaniu ludzkich
umysłów. Ale nie jest to wystarczające, szczególnie w dobie internetu, gdy dostępnych jest wiele
źródeł, które obalają propagandowe mity, i poprzez dostęp do tych źródeł wielu ludzi wyrwało się,
przynajmniej częściowo, z reżimu kontrolowania umysłów.
W świecie Orwell’owskim internet zostałby zakazany. W naszym świecie, który rozwija się
raczej w kierunku pokazanym przez Huxley’a, zostały znalezione inne sposoby ograniczania
internetowych możliwości podkopywania obowiązującej narracji.
Mem [mem to dowolna, chwytliwa porcja informacji, która może przybierać różne formy:
obrazków, filmików, zdań, zwrotów, szczególnie popularna w internecie, przyp. tłum.] o „teorii
spiskowej” został wypuszczony przez CIA po zabójstwie Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Oficjalna
wersja była tak pełna dziur, że coraz więcej ludzi zaczęło mieć co do niej wątpliwości. Podczas gdy
Komisja Warrena była zajęta pisaniem swojej przykrywkowej dokumentacji, społeczeństwo
zaczęło dowiadywać się o istnieniu „teorii spiskowej”.
Jak powszechnie się uważa, wierzący w „teorię spiskową” cierpią na urojenia paranoidalne
i nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien zwracać uwagi na to, co mówią. Natomiast jeśli ktoś
zainteresuje się którymkolwiek ze „spiskowych” pomysłów, to wystarczy, by jego osobista
stabilność umysłowa została poddana w wątpliwość.
Ta taktyka kontrolowania umysłów była bardzo efektywna po zabójstwie JFK. Każdy, kto

52

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

przedstawiał dowody przeciwstawne do oficjalnej wersji, automatycznie stawał się „teoretykiem
konspiracyjnym”. Poprzez okazywanie pogardy takim dowodom, bez nawet spojrzenia na nie,
można było pokazać, że jest się zrównoważonym umysłowo. Tak logika i racjonalne uzasadnianie
są wykluczone z analizy. Albo wierzysz w oficjalną wersję zdarzeń, albo twoje zdrowie umysłowe
poddawane jest w wątpliwość.
Od tego momentu mem o teorii spiskowej był starannie pielęgnowany i rozpowszechniany
przez aktualnie wiodącą partię. Ten rodzaj kontroli umysłów jest bardzo skuteczny
w uodparnianiu większości populacji na odkrycia dostępne w internecie.
Wersja nie pojawiająca się w głównych mediach musi z definicji być teorią spiskową,
a cokolwiek, co brzmi jak teoria spiskowa, powinno być zdyskredytowane, ośmieszone
i zignorowane.
W ten sposób dla większości społeczeństwa istnieje ściśle kontrolowana dwupłaszczyznowa
dyktatura oparta na kontrolowaniu umysłów. Zasady funkcjonowania przestępstwa myśli
zarządzają tym, co mówią media, a zasady funkcjonowania teorii spiskowej uodparniają ludzi na
inne poglądy. Dla większości linia narracyjna partii (zarówno CNN, jak i Fox) jest „prawdą”, jak
w świecie Orwell’owskim, z tym, że bez potrzeby stosowania skrajnych metod, jak to ma miejsce
w przypadku Wielkiego Brata.
Poprzez te metody kontrolowania umysłów wytworzona została swoista bańka, w obrębie
której odbywa się myślenie większości ludzi. Wewnątrz bańki istnieją dwie linie narracyjne partii,
natomiast na zewnątrz bańki trwa prawdziwy świat, niewidoczny dla tych znajdujących się w jej
wnętrzu. To bardzo skuteczny system. Im bardziej oburzające są działania państwa, tym szybciej
większość odrzuca rewelacje na ich temat jako szokujące teorie spiskowe.
Zdarza się, że linia narracyjna partii przedstawiana przez Fox zawiera np. wydarzenia czy
komentarze będące myśloprzestępstwami w świecie przedstawianym przez CNN. Wtedy świat
CNN’u odpowiada nazywaniem tych rewelacji teoriami spiskowymi prawicy. W przeciwieństwie
do systemu, gdzie funkcjonuje tylko jednostronna propaganda, a w którym przestępstwa państwa
(rządu) zawsze są ukrywane, wielokultowy system umożliwia państwu dokumentowanie własnych
przestępstw przez konserwatywne media z przeświadczeniem, że informacje te zostaną
zdeprecjonowane przez media liberalne – i odwrotnie. System ten pozwala prawdzie zostać ukrytą
przed jednymi poprzez akt odkrywania jej innym. Bardzo przebiegłe.
Kontrolowanie umysłów poza bańką
Podczas gdy większość może być wewnątrz bańki, jest już duża i ciągle rosnąca liczba ludzi, którzy
nie dają wiary głównonurtowej linii partii, i którzy są otwarci na idee odnajdywane w zasobach
internetu. Wyrażenie „budzenie się” jest często używane do opisywania procesu uciekania z bańki.
Coraz więcej ludzi „budzi się” do rzeczywistości dostrzegając kłamstwa rządu, korupcję świata
polityki i mediów, oraz socjopatycznych bankierów, którzy zza kulis pociagają za sznurki władzy.
Jednakże internet nie jest lekceważony przez państwo, a działania mające kontrolować umysły
toczą się równie dobrze i tam – skonstruowane dla tych, którzy się „przebudzili”. Takie działania
nie są wymierzone w sprowadzenie ich z powrotem do bańki, a raczej przejmują idee
„przebudzenia” niczym w aikido – następuje szukanie bezpośredniego zastosowania energii
„przebudzonych” do służenia państwu i realizacji jego celów.
Przykładem działań takiego kontrolowania umysłów ludzi spoza bańki jest ruch Zeitgeist,
który uważa się za „największy na świecie ruch zwykłych ludzi z filiami w ponad 60 krajach.” Jego
charyzmatycznym liderem jest Peter Joseph, który oferuje zestaw podstawowych wierzeń
przedstawionych w filmie „Zeitgeist”, popartych przekonującymi dowodami i argumentami.
Dla tych „przebudzonych” film jest niezwykle mocny. Prezentuje zasadnicze prawdy o świecie
w dramatyczny i przykuwający uwagę sposób, bez zadawania ciosów. Film miał kilka wersji,
a pierwsza z nich rozpowszechniła się w internecie niczym wirus niemal natychmiast po
opublikowaniu. Dla „przebudzonych” był to film o wyzwoleniu, o możliwości obudzenia każdego
i przemiany świata.

53

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Po opublikowaniu i zyskaniu ogromnej i entuzjastycznej publiczności, rozpoczęła się
działalność ruchu Zeitgeist. Fani filmu zbiorowo dołączali do ruchu, chętni do „szerzenia ewangelii
prawdy” i pomocy w „budzeniu świata”. Dołączali do pilnie potrzebnego zbawczego procesu, a ten
wrzucił ich w okowy ruchu w sposób, w jaki kult zawsze zrzesza swoich członków. Peter Joseph był
postrzegany jako prorok, głosiciel ewangelii i ten, który mógłby poprowadzić ich drogą do
wyzwolenia – i taka mniej więcej jest książkowa definicja przywódcy.
To, co przyciąga ich do ruchu, jest tym samym, co gwarantuje, że nigdy nie będzie skutkowało
„przebudzeniem świata”, a z czego ci gorliwi członkowie ruchu nie zdają sobie sprawy. Trzon ich
wierzeń, które są tak wyzwalające dla członków ruchu, dla ludzi zamkniętych w propagandowej
bańce jest niczym innym, jak zestawem szokujących teorii spiskowych. Podczas gdy członkowie
ruchu myślą, że realizują zbawczy proces, faktycznie są chórem śpiewającym samemu sobie do
melodii granej przez Petera Josepha.
Prawdziwy cel kryjący się za ruchem jest ujawniony w informacji umieszczonej na jego
stronie, zatytułowanej „Ruch Zeitgeist zdefiniowany: uświadamianie nowego biegu myśli”. Joseph
rozszerza w nim ewangelię, wykraczając poza „ujawnianie prawdy”, odważając się snuć wizję na
temat przemienionego świata, w stworzeniu którego ruch zamierza pomóc. Poniżej trzy kluczowe
punkty wizji proroka Josepha, na które kładziony jest szczególny nacisk:
2) Naukowy pogląd na świat: w tym punkcie opisuje, jak rozwój metod naukowych zmienił
ludzką świadomość, oraz wyjaśnia jego kluczowe znaczenie i szersze zastosowanie na bazie
istniejącego ładu społecznego.
5) Jedność ludzkości: ten punkt prezentuje argumentację o potrzebie stworzenia
zjednoczonego światowego społeczeństwa, zarys podziałów narodowych i potencjalnych
konfliktów. Podkreślone jest znaczenie wojny technologicznej i zagrożenia wynikające z istnienia
granic ekonomicznych.
9) Wydajność rynku kontra wydajność techniczna: tutaj rozprawia o różnicach między
prawdziwą, naukową (techniczną) wydajnością a biznesową praktyką „wydajności rynkowej”,
pokazując, jak ta druga w rzeczywistości działa przeciwko prawdziwej ekonomicznej optymalizacji.
Te trzy punkty to jest przecież recepta na globalną technokrację zarządzaną w skali mikro, pod
kontrolą jednego światowego rządu. Zarówno system społeczny, jak i ekonomiczny mają być
„naukowo zoptymalizowane”, co w rzeczywistości oznacza świat zorganizowany wg scenariusza
ustalonego przez technokratyczną biurokrację, pod kontrolą globalnej elity sprawującej najwyższą
władzę.
Innymi słowy, Prorok Joseph tworzy entuzjastyczny elektorat dla poparcia od dawna
pożądanego przez najważniejszych bankierów NWO [New World Order, Nowy Porządek Świata,
przyp. tłum.]. Kult Zeitgeist jest niczym mistrzowskie posunięcie w aikido. Zaczyna się od
objawienia, że światem rządzą „źli banksterzy”, wzmacnia je energią „przebudzonych”, a następnie
kieruje tę energię tam, gdzie będzie służyła tym samym „złym banksterom”. Znów muszę
przyznać, że to przebiegłe.
Zeitgeist jest tylko przykładem kontrolujących umysły działań wymierzonych w tych, którzy
osiągnęli jeden lub kolejny poziom „przebudzenia”. Liczne tego typu ruchy zostały stworzone;
posiadają dobrze zaprojektowane witryny internetowe, które przekazują jakąś wersję prawdy,
wciągając ludzi pełnych obaw, niepokojów, i prowadząc ich w bezużyteczne czy odnoszące
przeciwny skutek działania.
W świecie Huxley’a widzimy naukowo zaprojektowane społeczeństwo, ściśle kontrolowane
przez dyktaturę całkowicie nadzorującą umysły, oparte na zasadach działania kultu. W dzisiejszym
świecie widzimy zasady działania kultów stosowane w przedsięwzięciach mających na celu
kontrolowanie umysłów, mamy też do czynienia z kultami dostosowanymi do zróżnicowanych
potrzeb ludzkości, zarówno dla tych z wnętrza bańki, jak i spoza niej. Świat Huxley’a osiągnął
stabilizację przy użyciu takich właśnie środków; w naszym świecie te środki są używane, aby

54

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

umożliwić przejście do Nowego Światowego Porządku, który najprawdopodobniej będzie
przypominał wizję angielskiego pisarza.
Dewolucja rodziny?
Jeśli państwo osiągnie pełną kontrolę nad wychowywaniem dzieci, bez wpływu rodziców, wtedy
całkiem prawdopodobnie pozwoli mu to na wprowadzenie dyktatury, nadzoru nad umysłami
w pełnym zakresie. Państwo nie tylko mogłoby wtedy kształtować kulturę społeczeństwa, ale
mogłoby sterować tą kulturą w czasie, poprzez aktualizowanie procesu warunkowania [patrz: np.
eksperymenty Iwana Pawłowa, doświadczenie Johna Watsona, przyp. tłum.]. Jeżeli celem
ostatecznym jest kontrolowanie umysłów w pełnym zakresie, to eliminacja instytucji rodziny staje
się podstawowym celem pośrednim.
Jeżeli likwidacja instytucji rodziny jest celem projektu Nowego Porządku Świata, to w żaden
sposób nie jest to cel łatwy do osiągnięcia. Ciężko sobie wyobrazić, że istnieje instytucja, która
byłaby bardziej zawzięcie broniona niż rodzina albo doświadczenie bardziej bolesne niż
rozdzielenie dzieci i rodziców.
Jakiekolwiek działanie zmierzające do osiągnięcia tego celu będzie realizowane pod
fałszywymi hasłami – nie jako kampania mająca wyeliminować instytucję rodziny, ale raczej jako
kampania wymierzona w ochronę praw dziecka i jego dobra.
Warto w tym miejscu przyjrzeć się rewelacjom, które pojawiły się w ostatnich latach,
mówiącym o seksualnym wykorzystywaniu dzieci i istnieniu kręgów pedofilskich. W wielu
przypadkach dowiadujemy się, że wykorzystywanie trwało przez wiele lat, jak to ma miejsce np.
w sprawach księży pedofilów. Dlaczego dzieje się tak, że te długotrwałe czyny zostały „odkryte”
dopiero ostatnimi czasy?
Jeśli ma istnieć efektywna kampania dla „praw i dobra dzieci”, najpierw musi pojawić się silne
wrażenie, że ich prawa i dobro potrzebują być chronione. Ujawnianie przypadków molestowania
seksualnego dzieci doskonale służy temu celowi. Kiedy widzisz program, w którym molestowane
dzieci są ratowane przez szlachetnych policjantów z rąk rodziców uzależnionych od narkotyków,
dostajesz obrazy dobrotliwego państwa, i środowiska, które wymaga interwencji. Staje się to
szablonem, który może być powtarzany przy każdej okazji. I oczywiście towarzyszą temu
niekończące się reklamy, w których przedstawiane są zaniedbane dzieci siedzące w domu (dla
wzmocnienia efektu w czarno-białej kolorystyce), przestraszone i głodne, dzięki którym to
reklamom dostajesz możliwość przekazania 3 dolarów na fundacje chroniące dzieci).
Nie przywołam linku, ale trafiłem na witrynę internetową agencji podległej ONZ, gdzie
pokazano zalety „alternatywnego” wychowania. Grupa dzieci żyła bez rodziców, co przypominało
scenariusz Huxley’a. Podobno dzięki temu były one „bardziej kreatywne” i wykazywały inne
pozytywne, nieprzeciętne cechy. Wspaniale! Kolejny kamyk dobrych intencji na ścieżce
prowadzącej do upadku instytucji rodziny.
W roku 2013 w Irlandii i w Nowej Zelandii zostały przyjęte poprawki konstytucyjne, wg
których prawa i dobro dzieci są najwyższej wagi, i przewyższają wszelkie prawa, jakie mogą rościć
sobie rodzice. W Irlandii wniesiony został niemal niezwłocznie pozew sądowy opierający się na
tym, że rząd nielegalnie przeprowadził referendum dla poparcia poprawek w kwestiach, które
z mocy prawa powinny zachować neutralność. Pozew został, nie bez zaskoczenia, odrzucony przez
sąd. Poprawki te nie określają szczegółowo ani praw dzieci, ani pojęcia ich dobra, pozostawiając
państwu dowolność uznania, w jakich przypadkach interwencja w rodzinnie może być pożądana.
Gdy warunki ekonomiczne ulegną pogorszeniu, z powodu np. trudnej sytuacji gospodarczej,
prywatyzacji czy wyeliminowania usług socjalnych, dla rosnącej liczby rodziców wyżywienie,
ubranie i utrzymanie rodzin stanie się trudne lub niemożliwe. Wtedy państwo z łatwością i wg
własnego uznania może ustalić „minimalny poziom standardu życia” i masowo wziąć pod opiekę
dzieci z rodzin, gdzie ten poziom nie został osiągnięty. To tylko jeden z możliwych scenariuszy, ale
wydaje się, że wcale nie niemożliwy.

55

KRYTYKA LITERACKA

4 2015

Richard K. Moore w 1964 r. ukończył matematykę na Stanford University; do 1994 r. pracował
w labolatoriach Silicon Valley zajmując się tworzeniem oprogramowania m.in. dla Apple, Oracle, Xerox oraz
tzw. problemami niezdefiniowanymi i ryzykiem zdarzeń. Obecnie mieszka w Irlandii, jest autorem książek
Escaping the Matrix, The Zen of Global Transformation, oraz licznych artykułow. Krytykuje Nowy
Porządek Świata, światowy establishment, zajmuje się kryzysem nauki, degradacją człowieka, filozofią
i społeczeństwem.

przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Albrecht Dürer, Bitwa bogów morskich, rys. piórem, 1494 r., Albertina

56

ADAM SZYPER
1939 – 2015

Kadisz dla Adama
Strange now to think of you, gone…
Allen Ginsberg, Kaddish for Naomi

I znowu jesień.
Opadają liście w parku Źródliska.
Na stawie
łabędzie tulą się do siebie,
a ludzie
chylą głowy przed wiatrem.
Cichy dym wypełza z kominów.
To zwyczajne o tej porze roku.
Zrozumiałe jak śmierć człowieka.
Mówiłeś, że nie ma odległych miejsc,
jeśli istnieje ktoś, kto o tobie myśli.
Ale nie ma też zapomnienia – bo przecież
pamiętają cię drzewa, pod którymi
paliłeś pierwsze w życiu papierosy
i całowałeś się z dziewczynami.
Pamiętają cię
domy z czerwonej cegły
i bruk ulic Księżego Młyna.
Dobrze znaliśmy ten park dzieciństwa,
drzewa, staw i smak dziewczyn w letnie popołudnie.
A teraz – ty pierwszy wiesz, co potem. Smutny refren
wiecznej pustki – idealna ciemność – chór aniołów.
Gehenna. Gan Eden. Paradeisos.
„There, rest. No more suffering for you.
I know where you’ve gone, it’s good” –
szepce Ginsberg. Adonai, Adonai, Amen...
Tomasz Marek Sobieraj

Hokusai, Wielka fala, drzeworyt, ok. 1831 r., kolekcja prywatna