ISSN 2084-1124 Nr 1•2016

KRYTYKA
LITERACKA
LITERATURA • SZTUKA • FILOZOFIA

W NUMERZE:
Hassanal Abdullah • Jacek Bartyzel • Aleksander Błok • Natalia Budzyńska
Peter Thabit Jones • Wołodimir Krinickij • Leszek Lubicki • Adrian Nikiel
Viktor Orbán • Bruno Schulz • Tomasz Marek Sobieraj

__________________________________________________________________________________
Krytyka Literacka

34
Bruno Schulz
JESIEŃ

Rok VIII
ISSN 2084-1124
Nr 1 (9•70) 2016

REDAKCJA Tomasz Marek Sobieraj (red. nacz.),
Witold Egerth, Janusz Najder, Wioletta Sobieraj
ADRES ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź
E-POCZTA editionssurner@wp.pl
WYDAWCA Editions Sur Ner
*
Archiwum i biblioteka Krytyki Literackiej
http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka
Czytelnie Krytyki Literackiej online
http://issuu.com/krytykaliteracka
https://pl.scribd.com/KrytykaLiteracka
Strona internetowa
http://www.krytykaliteracka.blogspot.com
Wydania elektroniczne Krytyki Literackiej są bezpłatne;
cena egzemplarza papierowego wynosi 10 zł; w celu
nabycia pisma należy dokonać wpłaty na konto
dowolnego hospicjum i wysłać potwierdzenie
na adres e-poczty redakcji.
*
1 str. okładki: Albrecht Dürer, Kąpiel mężczyzn,
drzeworyt, ok. 1497, British Museum
SPIS TREŚCI
01
Bruno Schulz
DO S.I. WITKIEWICZA
04
Tomasz Marek Sobieraj, Peter Thabit Jones
KOLOR MOWY
09
Peter Thabit Jones
WIERSZE
13
Leszek Lubicki
WOJCIECH GERSON – NAUCZYCIEL MALARZY
17
Hassanal Abdullah
WIERSZE
20
Aleksander Błok
WIERSZE

37
Tomasz Marek Sobieraj
DWANAŚCIE STACJI – TWELVE STATIONS
TOMASZA RÓŻYCKIEGO,
czyli o czym głośno się nie mówi
40
Adrian Nikiel
SOCREALIZM PO SZWEDZKU
42
Viktor Orbán
HAJRÁ, MAGYAROK!
48
Tomasz Marek Sobieraj
DWOJE NA WZGÓRZU

*
S Ł O W O

N A

W I O S N Ę

„...to, co się dzieje dziś z intelektem i intelektualistami,
to jest po prostu skandal – i mistyfikacja, jedna
z największych w historii. Wiedza i prawda od dawna
już przestały być naczelną troską intelektualisty –
zastąpiła je troska o to po prostu, żeby się nie dowiedziano,
że on nie wie. Intelektualista, rozsadzamy treściami,
których sobie nie przyswoił, kluczy jak może, byle
nie dać się przyłapać. Jakie są jego środki ostrożności?
Formułować chytrze, żeby nie złapano za słówko.
Nie wychylać nosa poza to, co jako tako się opanowało.
Używać pojęć skrótowo, niby że to one są już wszystkim
doskonale znane, a w gruncie rzeczy, aby nie zdradzić się
z ignorancją. Dawać do zrozumienia, że się wie”.
Witold Gombrowicz, Dziennik
*
„...nasza tzw. inteligencja jest np. niemrawa, beztwarzowa,
chwiejna, przystosowująca się do wszystkiego, tchórzliwa,
nie dość właśnie inteligentna i niedokształcona...”.

23
Jacek Bartyzel
ANTONIO GRAMSCI,
czyli „Nowoczesny Książę” w walce o hegemonię
intelektualną

S.I. Witkiewicz, Odpowiedź i spowiedź

27
Wołodimir Krinickij
WIERSZE

„Nie ma społeczeństwa bardziej obcego i wrogiego sztuce
niż nasze. Jest to wynikiem braku kultury i tradycji. Nikt
się o kulturę nie stara, a wszelkie próby w tym kierunku są
zatłamszane przez mafię pasożytów sztuki, nazywających
się krytykami”.

29
Natalia Budzyńska
POKUTA OSCARA WILDE’A
31
POŁUDNIOWOSŁOWIAŃSKIE
PREZENTACJE POETYCKIE

*

S.I. Witkiewicz, Malarstwo (nie sztuka)...

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Bruno Schulz
DO S.I. WITKIEWICZA

P

oczątki mego rysowania gubią się w mgle mitologicznej. Jeszcze nie umiałem mówić, gdy
pokrywałem już wszystkie papiery i brzegi gazet gryzmołami, które wzbudzały uwagę
otoczenia. Były to z początku same powozy z końmi. Proceder jazdy powozem wydawał mi się
pełen wagi i utajonej symboliki. Około szóstego, siódmego roku życia powracał w moich
rysunkach wciąż na nowo obraz dorożki z nastawioną budą, płonącymi latarniami, wyjeżdżającej
z nocnego lasu. Obraz ten należy do żelaznego kapitału mojej fantazji, jest on jakimś punktem
węzłowym wielu uchodzących w głąb szeregów. Do dziś dnia nie wyczepałem jego metafizycznej
zawartości. Widok konia dorożkarskiego nie stracił po dziś dzień dla mnie na fascynacji
i wzburzającej mocy. Schizoidalna jego anatomia pełna na wszystkich końcach rogów, węzłów,
sęków i sterczyn została jak gdyby wstrzymana w rozwoju w chwili, gdy chciała się jeszcze dalej
rozróść i rozgałęzić. A i powóz jest wytworem schizoidalnym, wynikłym z tej samej zasady
anatomicznej – wieloczłonkowy, fantastyczny, zrobiony z blach powyginanych jak płetwy, ze skóry
końskiej i ogromnych kół-klekotek.
Nie wiem, skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas
znaczeniu. Grają one rolę tych nitek w roztworze, dokoła których krystalizuje się dla nas sens
świata. Do tych obrazów należy jeszcze u mnie obraz dziecka niesionego przez ojca przez
przestrzenie ogromnej nocy, rozmawiającego z ciemnością. Ojciec tuli je, zamyka w ramionach,
odgradza od żywiołu, który mówi i mówi, ale dla dziecka ramiona te są przezroczyste, noc dosięga
je w nich i poprzez pieszczoty ojca słyszy ono nieustannie jej straszliwe perswazje. I znękane,
pełne fatalizmu, odpowiada na indagacje nocy, z tragiczną gotowością, całkiem zaprzedane
wielkiemu żywiołowi, od którego nie ma ucieczki.
Są treści niejako dla nas przeznaczone, przygotowane, czekające na nas na samym wstępie
życia. Tak recypowałem balladę Goethego w wieku ośmiu lat z jej całą metafizyką. Poprzez na wpół
zrozumiałą niemczyznę pochwyciłem, przeczułem sens i wstrząśnięty do głębi płakałem, gdy mi ją
matka czytała.
Takie obrazy stanowią program, statuują żelazny kapitał ducha, dany nam bardzo wcześnie
w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań. Zdaje mi się, że cała reszta życia upływa nam na
tym, by zinterpretować te wglądy, przełamać je w całej treści, którą zdobywamy, przeprowadzić
przez całą rozpiętość intelektu, na jaką nas stać. Te wczesne obrazy wyznaczają artystom granice
ich twórczości. Twórczość ich jest dedukcją z gotowych założeń. Nie odkrywają już potem nic
nowego, uczą się tylko coraz lepiej rozumieć sekret powierzony im na wstępie i twórczość ich jest
nieustanną egzegezą, komentarzem do tego jednego wersetu, który im był zadany. Zresztą sztuka
nie rozwiązuje tego sekretu do końca. Pozostaje on nierozwikłany. Węzeł, na który dusza została
zasupłana, nie jest fałszywym węzłem, rozchodzącym się za pociągnięciem końca. Przeciwnie,
coraz ciaśniej się zwęźla. Manipulujemy przy nim, śledzimy bieg nici, szukamy końca i z tych
manipulacyj powstaje sztuka.
Na pytanie, czy w rysunkach moich przejawia się ten sam wątek, co w prozie,
odpowiedziałbym twierdząco. Jest to ta sama rzeczywistość, tylko różne jej wycinki. Materiał,
technika działają tutaj jako zasada selekcji. Rysunek zakreśla ciaśniejsze granice swym materiałem
niż proza. Dlatego sądzę, że w prozie wypowiedziałem się pełniej.
Od pytania, czy potrafiłbym filozoficznie zinterpretować rzeczywistość Sklepów
cynamonowych, najchętniej chciałbym się uchylić. Sądzę, że zracjonalizowanie widzenia rzeczy
tkwiącego w dziele sztuki równa się zdemaskowaniu aktorów, jest końcem zabawy, jest
zubożeniem problematyki dzieła. Nie dlatego, żeby sztuka była logogryfem z ukrytym kluczem,
a filozofia tym samym logogryfem – rozwiązywanym. Różnica jest głębsza. W dziele sztuki nie
została jeszcze przerwana pępowina łącząca je z całością naszej problematyki, krąży tam jeszcze
krew tajemnicy, końce naczyń uchodzą w noc otaczającą i wracają stamtąd pełne ciemnego fluidu.

1

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Bruno Schulz, Infantka i jej karły, cliché-verre, 1920-22,
Muzeum Literatury, Warszawa

W filozoficznej interpretacji mamy już tylko wypruty z całości problematyki preparat
anatomiczny. Mimo to sam ciekaw jestem, jak brzmiałoby w formie dyskursywnej credo
filozoficzne Sklepów cynamonowych. Będzie to raczej próba opisu rzeczywistości tam danej
aniżeli jej uzasadnienie.
Sklepy cynamonowe dają pewną receptę na rzeczywistość, statuują pewien specjalny rodzaj
substancji. Substancja tamtejszej rzeczywistości jest w stanie nieustannej fermentacji,
kiełkowania, utajonego życia. Nie ma przedmiotów martwych, twardych, ograniczonych. Wszystko
dyfunduje poza swoje granice, trwa tylko na chwilę w pewnym kształcie, ażeby go przy pierwszej
sposobności opuścić. W zwyczajach i sposobach bycia tej rzeczywistości przejawia się pewnego
rodzaju zasada – panmaskarady. Rzeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla
żartu, dla zabawy. Ktoś jest człowiekiem, a ktoś karakonem, ale ten kształt nie sięga istoty, jest

2

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

tylko rolą na chwilę przyjętą, tylko naskórkiem, który za chwilę zostanie zrzucony. Statuowany jest
tu pewien skrajny monizm substancji, dla której poszczególne przedmioty są jedynie maskami.
Życie substancji polega na zużywaniu niezmiernej ilości masek. Ta wędrówka form jest istotą
życia. Dlatego z substancji tej emanuje aura jakiejś panironii. Obecna tam jest nieustannie
atmosfera kulis, tylnej strony sceny, gdzie aktorzy po zrzuceniu kostiumów zaśmiewają się
z patosu swych ról. W samym fakcie istnienia poszczególnego zawarta jest ironia, nabieranie,
język po błazeńsku wystawiony. (Tu jest, zdaje mi się, pewien punkt styczny między Sklepami
a światem Twych kompozycyj malarskich i scenicznych).
Jaki jest sens tej uniwersalnej deziluzji rzeczywistości – nie potrafię powiedzieć. Twierdzę
tylko, że byłaby ona nie do zniesienia, gdyby nie doznawała odszkodowania w jakiejś innej
dymensji. W jakiś sposób doznajemy głębokiej satysfakcji z tego rozluźnienia tkanki
rzeczywistości, jesteśmy zainteresowani w tym bankructwie realności.
Mówiono o destrukcyjnej tendencji książki. Być może, że z punktu widzenia pewnych
ustalonych wartości – tak jest. Ale sztuka operuje w głębi przedmoralnej, w punkcie, gdzie wartość
jest dopiero in statu nascendi.
Sztuka jako spontaniczna wypowiedź życia stawia zadania etyce – nie przeciwnie. Gdyby
sztuka miała tylko potwierdzać, co skądinąd już zostało ustalone – byłaby niepotrzebna. Jej rolą
jest być sondą zapuszczoną w bezimienne. Artysta jest aparatem rejestrującym procesy w głębi,
gdzie tworzy się wartość.
Destrukcja? Ale fakt, że treść ta stała się dziełem sztuki, oznacza, że afirmujemy ją, że nasze
spontaniczne głębie wypowiedziały się za nią.
Do jakiego rodzaju należą Sklepy cynamonowe? Jak je zaklasyfikować? Uważam Sklepy za
powieść autobiograficzną. Nie dlatego tylko, że jest pisana w pierwszej osobie i że można w niej
dopatrzyć się pewnych zdarzeń i przeżyć z dzieciństwa autora. Są one autobiografią albo raczej
genealogią duchową, genealogią kat’exochen, gdyż ukazują rodowód duchowy aż do tej głębi, gdzie
uchodzi on w mitologię, gdzie gubi się w mitologicznym majaczeniu. Zawsze czułem, że korzenie
indywidualnego ducha, dostatecznie daleko w głąb ścigane, gubią się w mitycznym jakimś
mateczniku. To jest dno ostateczne, poza które niepodobna już wyjść.
Imponującą realizację artystyczną tej myśli znalazłem później w Jakubowych historiach
T. Manna, gdzie przeprowadzona ona jest w skali monumentalnej. Mann pokazuje, jak na dnie
wszystkich zdarzeń ludzkich, gdy wyłuskać je z plewy czasu i wielości, ukazują się pewne
praschematy, „historie”, na których te zdarzenia formują się w wielkich powtórzeniach. U Manna
są to historie biblijne, odwieczne mity Babilonii i Egiptu. Ja starałem się w skromniejszej mej skali
odnaleźć własną, prywatną mitologię, własne „historie”, własny mityczny rodowód. Tak jak
starożytni wyprowadzali swych przodków z mitologicznych małżeństw z bogami, tak uczyniłem
próbę statuowania dla siebie jakiejś mitycznej generacji antenatów, fikcyjnej rodziny, z której
wywodzę mój ród prawdziwy.
W jakiś sposób „historie” te są prawdziwe, reprezentują moją manierę życia, mój los
szczególny. Dominantą tego losu jest głęboka samotność, odcięcie od spraw codziennego życia.
Samotność jest tym odczynnikiem, doprowadzającym rzeczywistość do fermentacji, do
strącenia osadu figur i kolorów.

Pierwodruk: „Tygodnik Ilustrowany” 1935, nr 17.

3

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Tomasz Marek Sobieraj, Peter Thabit Jones
KOLOR MOWY
Tomasz Marek Sobieraj Jones to popularne walijskie nazwisko. Jesteś więc poetą angielskim,
brytyjskim czy może Cymry [Walijczykiem, przyp. T.M.S.] piszącym poezję po angielsku?
Peter Thabit Jones Tak, Jones to popularne walijskie nazwisko. Noszę je po moich dziadkach
od strony matki, którzy mnie wychowywali. Jednak myślę o sobie po prostu jako o poecie, ale gdy
ktoś nalega na etniczne samokreślenie, to mówię, że jestem poetą walijskim, bo na pewno nie
angielskim. Nie lubię określenia poeta anglo-walijski czy walijski piszący po angielsku. Nikt
przecież nie myśli o Yeatsie czy Heaneyu jako o poetach anglo-irlandzkich.
T.M.S. Mówisz w cymraeg [po walijsku, przyp. T.M.S.]?
P.T.J. Nie. Wychowałem się we wschodniej części Swansea, gdzie nie mówiono po walijsku,
przypominam sobie tylko jedną rodzinę, która znała ten język. Jednak przez 22 lata prowadziłem
na uniwersytecie zajęcia między innymi z cynghanedd [tradycyjna walijska wersyfikacja, przyp.
T.M.S.], wykłady na ten temat prowadziłem też w USA i w Europie.
T.M.S. Literatura walijska może poszczycić się jedną z najdłuższych tradycji w Europie, sięgającej
do VI w. n.e. Długa to droga od Taliesina czy Aneirina do Dylana Thomasa, Davida Jonesa, Dica
Jonesa i, oczywiście, Petera Thabita Jonesa. Wiem, że jesteś wielbicielem Dylana Thomasa – nie
tylko z powodu lokalnego patriotyzmu, jako że obaj urodziliście się w Swansea...
P.T.J. Literatura walijska w języku rodzimym i po angielsku to jakby dwie różne drogi, czasem
jednak wędrowcy spotykali się i witali z szacunkiem. W latach 60-tych XX wieku i później nastąpił
silny wzrost walijskiego nacjonalizmu, który wywarł spore piętno na anglojęzycznej literaturze
w Walii. Nigdy nie należałem do ruchu narodowo-literackiego, ale uważam, że zachowanie języka
walijskiego jest dla nas bardzo ważne. Śmierć każdego języka, dialektu jest tragedią. Wspieram
wszystkie działania mające na celu pielegnację cymraeg. Co do Dylana Thomasa – tak, on
całkowicie poświęcił się poezji. Uważam, że jeśli całkowicie oddasz się poezji, ona ci to
wynagrodzi. Według niego ogromne znaczenie w wierszu ma muzykalność, co dla mnie jest
również sprawą fundamentalną. Zgadzam się też w pełni z uwagą Eliota, że „znakomita poezja
oddziałuje, zanim jest zrozumiana”, a według mnie może to być osiągnięte poprzez nadanie jej
muzycznej tekstury.
T.M.S. Profesor Ian Gregson, znakomity krytyk i poeta twierdzi, że „ogromna część najlepszej
brytyjskiej poezji powstaje w Walii”. Być może to nacjonalizm, ale czy zgadzasz się z tą opinią?
Jeśli tak, to dlaczego Walia jest tak uprzywilejowana?
P.T.J. Ciekawe stwierdzenie, chociaż uważam, że wiele świetnej poezji tworzą Irlandczycy, Szkoci
i oczywiście Anglicy. Ale rzeczywiście, coś w tym jest; szczególnie cenię bardzo ciekawego
współczesnego walijskiego dramaturga Eda Thomasa; dla mnie jest on najlepszym walijskim
pisarzem od bardzo wielu lat.
T.M.S. Którzy pisarze wywarli na ciebie największy wpływ?
P.T.J. Z Walijczyków to Dylan Thomas, Ronald Stuart Thomas, Vernon Watkins, Idris Davies,
Alun Lewis i Leslie Norris. Pisarze angielscy to Thomas Hardy, Edward Thomas (chyba mój
ulubiony poeta wszech czasów, przyjaciel Roberta Frosta), Wystan Hugh Auden, Ted Hughes
i Philip Larkin (szczególnie jego podejście do poetyckiego rzemiosła). Z Irlandczyków to William

4

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Butler Yeats i Seamus Heaney, z kolei Amerykanie to Robert Frost, Edna St. Vincent Millay,
Benjamin De Casseres, Theodore Roethke i Stanley Kunitz (podziękowania dla Stanleya Barkana
za przesłaną mi książkę Kunitza, którą Stan wydał). Europejscy pisarze, znani mi głównie
z przekładów, to Federico Garcia Lorca (jego dramaty wpłynęły na moje próby dramatopisarskie),
Arthur Rimbaud, Charles Baudelaire, Fernando Pessoa, Rainer Maria Rilke, Czesław Miłosz
i Menke Katz, wielki pisarz jidysz (również poznany dzięki Stanleyowi Barkanowi). Jego syn,
Dovid Katz, zaszczycił mnie propozycją napisania blurba na reprincie jednej z książek ojca. Wielu
pisarzy spotkałem podczas mojej literackiej podróży.
T.M.S. Gdzie jest twoje miejsce we współczesnej poezji walijskiej? Jesteś bliżej Dylana Thomasa,
z jego romantyzmem i modernizmem, co przypisują mu niektórzy krytycy, czy bliżej poetów First
Wave [Pierwszej Fali, przyp. T.M.S.] jak Idris Davies, czy może najbliżej ci do współczesnych
poetów walijskich, jak Oliver Reynolds, Gwyneth Lewis, Stephen Knight. A może jesteś poetą
osobnym – albo czujesz się po prostu częścią literatury angielskiej?
P.T.J. Zawsze próbowałem być niezależny – i nadal próbuję. Wolę być małą rybą w dużym stawie,
niż dużą rybą w małym. Nie przepadam za grupami, kierunkami, chociaż rozumiem, dlaczego
niektórzy ich potrzebują. Czuję, że dla mnie – ale niekoniecznie dla innych – najlepszą drogą
pisarskiego rozwoju jest szlak mało uczęszczany, z dala od szaleństwa tłumu. Grupa czy ruch
literacki wymagają twórczości zgodnej z ich założeniami, należy też podporządkować się ich
„polityce”. Mnie te rzeczy nie interesują, zajmuje mnie jedynie poezja – w 100 procentach.
T.M.S. Czy środowiska literackie w Anglii i Walii różnią się od siebie?
P.T.J. Dzisiaj już nie. Oba środowiska są uzależnione od funduszy rozdzielanych przez urzędy
i instytucje publiczne, więc radzą sobie znakomicie, ale jednocześnie to urzędnicy decydują o tym,
co jest w literaturze dobre i zasługuje na poparcie, a co nie. I jest się albo z nimi, albo z boku. Tak
jest i w Anglii, i w Walii.
T.M.S. I w Polsce. To bolszewicki system, który zżera chyba całą Europę. Wracając do poezji –
Dylan Thomas napisał, że chciał tworzyć poezję, ponieważ „zakochał się w słowach”. Jak to się
stało, że ty zacząłeś pisać?
P.T.J. Powiedziałbym, że to poezja wybrała mnie. Jako dzieciak przesiadywałem na Kilvey Hill,
posępnym wzgórzu dominującym nad częścią Eastside Swansea, gdzie mieszkałem. Spędzałem
tam mnóstwo czasu na samotnych rozmyślaniach. Nawet wtedy, przeciwnie niż brytyjski poeta
Edward Thomas, chciałem „wycisnąć dzień aż do końca”. [„I cannot bite the day to the core”,
z wiersza Glory; rodzice Thomasa byli Walijczykami; przyp. T.M.S.]. Później, w szkole, mój
nauczyciel, pan James, przeczytał wiersz The Kingfisher (Zimorodek) walijskiego wędrowca
i poety Williama Henry’ego Daviesa. Początek brzmiał: „Urodziła go tęcza”. Słowo „tęcza” jakby
rozświetliło się w mojej głowie, nagle zrozumiałem, co może zdziałać pojedyncze słowo. To był
początek, wtedy język stał się czymś więcej niż sposobem komunikacji. Pan James zadał nam
pracę – napisać wiersz. Napisałem i zatytułowałem Kanarek (trzymaliśmy kanarki w szopie
w ogrodzie). Nauczyciel go przeczytał, ale też – co ważne – pokazał mi, jak zrobić z tego
prawdziwy wiersz, np. wykorzystując różne rodzaje rymów. To był dla mnie początek trwającej
całe życie nauki poetyckiego rzemiosła.
T.M.S. Czym dla ciebie jest poezja?
P.T.J. Wszystkim. Bez niej moje życie byłoby o wiele uboższe. Pusta kartka papieru i pióro są dla
mnie jak rozległy gęsty las – podniecającą przygodą. Uwielbiam ten zaczyn wiersza w głowie,
słowo, frazę, obserwację, rytm i to, jak zaczynają razem nabierać kształtów i oddalać się od tego, co
niepoetyckie, aż stają się wierszem. Uważam, że wiersz, w przeciwieństwie do prozy, powinien być

5

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

śpiewny. Jako Walijczyk jestem szczególnie zainteresowny umuzykalnieniem wiersza, „kolorem
mowy”, jak to powiedział Dylan Thomas. Używam w tym celu różnych narzędzi, nie wyłączając
anglojęzycznej wersji wspomnianego wcześniej cynghanedd. Szczególnie podobają mi się
samodzielne, oryginalne formy wykorzystujące rytm, rym, metrum, ale jednocześnie czerpiące
z, nazwijmy to, zawodowych trików. Więc nawet gdy piszę wierszem wolnym, staram się, by
brzmienie było jak najlepsze, śpiewne, by „płynął” przy głośnym czytaniu. Mój wiersz Morze w Big
Sur jest dobrym przykładem tego, co próbuję robić poza tradycyjną formą. Ale zachęcam
studentów, aby próbowali właśnie form tradycyjnych, ponieważ są świetnym sposobem zdobycia
językowej praktyki, kontrolowania słów tak, by robiły, co się chce. Klasyczne formy poetyckie
postrzegam jako przygodę, a nie jako kaftan bezpieczeństwa.
Najważniejsze dla mnie jest tworzenie wiersza, jego publikacja jest sprawą drugorzędną.
Niepokój i podniecenie, jakie wywołuje biała kartka papieru, to coś, co uwielbiam. Kiedy piszę, to
czuję, że powstaje rodzaj tajemniczego porozumienia pomiędzy mną a przyszłym czytelnikiem.
Nie stosuję typowych poetyckich „chwytów”, by czytający poczuł smutek, zachwycił się
krajobrazem, usłyszał brzmienie oceanu itp.
Walijski poeta Ronald Stuart Thomas powiedział, że „poezja jest religią, religia jest poezją”
[Thomas był anglikańskim duchownym, walijskim nacjonalistą, moralistą nazywanym „walijskim
Sołżenicynem” i jednym z najwybitniejszych anglojęzycznych poetów XX wieku, przyp. T.M.S.]. To
echo wypowiedzi Williama Wordswortha porównującej poetę do kapłana. Dla mnie poezja jest
powołaniem niczym stan duchowny, jednak poetę może też ogarnąć, jak to ujął św. Jan od Krzyża
[karmelita, hiszpański poeta, mistyk, przyp. T.M.S.], „ciemna noc duszy”, kiedy wątpi w poezję
i poetyckie powołanie i, tak jak ksiądz, może przejść chwile zwątpienia – albo odwrotnie, może
doświadczyć „przebłysków wieczności”.
Częścią tego powołania jest dla mnie praca nad warsztatem poetyckim i jego
zindywidualizowanie. Inny walijski poeta, Vernon Watkins, autor mocno niedoceniany, przyjaciel
Dylana Thomasa, powiedział: „chłodne rzemiosło jest najlepszym pojemnikiem na ogień” – ważne
stwierdzenie. To właśnie warsztat poetycki nadaje formę temu, co było na początku tylko
mgnieniem, inspiracją, błyskiem; to dzięki warsztatowi dochodzi się do muzykalności poezji, do
„koloru mowy”, jak to ujął Dylan Thomas.
Jedna z definicji rzemiosła poetyckiego mówi, że to umiejętności, technika, ale jest to jednak
powiązane z powołaniem. Irlandzki poeta, laureat nagrody Nobla, Seamus Heaney powiedział
kiedyś, że „Rzemiosła uczysz się czytając wiersze. Rzemiosło to umiejętność tworzenia”. A Dylan
Thomas powiedział amerykańskim studentom w 1951 roku: „Jestem starannym, sumiennym,
pokrętnym i przebiegłym rzemieślnikiem słów... chwytam się każdego sposobu, aby moje wiersze
działały tak, jak chcę”.
A zatem, dla mnie jako dla poety, nie jest ważne, co do mnie mówi autor wiersza, ale jak to
robi. Wierzę w muzykalność poezji, jej brzmienie, które są równie istotne jak jej sens. Więc stosuję
rymy pełne, niedokładne, asonansowe, konsonansowe, onomatopeję, powtórzenia, aliterację,
właściwie wszystkie narzędzia, by stworzyć wiersz taki, jak zamierzałem.
T.M.S. Jak zaczynasz wiersz i gdzie szukasz inspiracji?
P.T.J. Najpierw pojawia się szkielet, słowo, fraza, wers, rytm; zwykle są wynikiem obserwacji,
jakiegoś obrazu, myśli. Później wypełniam to ciałem. Już po kilku linijkach wiem, czy to będzie
wiersz systemowy czy nie, i wtedy cała energia idzie na dobranie odpowiednich środków. Na
koniec, po wielu próbach, często trzeba usunąć zbędne słowa czy wersy. R.S. Thomas zauważył, że
wiersz w głowie zawsze jest inny niż ten na papierze – i to prawda. Najciekawsze jest dla mnie
zawsze pisanie – publikacja wiersza, jeśli nastąpi, to wisienka na torcie.
Mój drogi przyjaciel, mentor, poeta i krytyk – Vince Clemente, często mówi o integralności
wiersza i głosu poety. Warsztat nie musi deformować głosu. Jak pisał wspomniany już Edward
Thomas „Winienem mówić jak drzewa i ptaki/Językiem, który nie kłamie” [z wiersza I Never Saw
That Land Before, przyp. T.M.S.]. Fałsz w głosie poety albo używanie cudzego głosu prowadzą do
zakłamanej sztuki.

6

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Sądzę, że najważniejszą dla poety sprawą jest znaleźć swój własny głos. W moim życiu
punktem zwrotnym była śmierć drugiego syna, Matthew, kiedy miałem dwadzieścia cztery lata.
Przez trzy lata nie pisałem. Kiedy poezja do mnie wróciła, wiedziałem, że muszę odnaleźć własną
dykcję. Ale, szczerze mówiąc, dopiero od mniej więcej dwunastu lat zacząłem to rozumieć i mówić
własnym głosem. Vince Clemente bardzo mi w tym pomógł, od kiedy w 1997 roku zaczęliśmy
korespondować i komentować swoje powstające wiersze.
T.M.S. Co ukształtowało twoją poezję?
P.T.J. Cytując angielskiego poetę i krytyka Matthew Arnolda – „Nieskończona nuta smutku”
[ z wiersza Dover Beach, nawiązanie do Sofoklesa, przyp. T.M.S.], a cytując amerykańskiego poetę
Johna Halla Wheelocka – „Boleść w sercach istnień” [z wiersza Dear Men and Women, przyp.
T.M.S.]. Zawsze interesowała mnie ta mniej widoczna, podskórna część rzeczywistości, to, co tkwi
gdzieś w kącie czy pod dywanem. To właśnie, wraz z nieustającym doskonaleniem warsztatu,
formuje mnie jako poetę. Ciągle też próbuję chwycić nieuchwytne, co oczywiście jest niemożliwe.
T.M.S. Co powinien zawierać dobry wiersz, jaka jest różnica między wierszem przeciętnym
a wybitnym?
P.T.J. Dobry wiersz powinien zawierać trzy główne składniki: przesłanie, obrazowanie – czy, jak
wolę to nazywać, obrazy umysłowe, i strukturę dźwiękową, innymi słowy posiadać muzykalność.
Wiersz wybitny ma ducha, czar i powab, coś niewyjaśnialnego, jakby atmosferę pokoju, który
przed chwilą nawiedził anioł. Różnicę między wierszem przeciętnym a znakomitym wyjaśnia
trochę komentarz R.S. Thomasa do przekładów literatury – przekład to jak „całowanie przez
chusteczkę”, i taki też jest wiersz przeciętny, natomiast wiersz wybitny jest jak prawdziwy
pocałunek.
T.M.S. Czy jako pisarz czujesz się przytłoczony ogromem ciężaru literatury angielskiej? Nie jest to
paraliżujące tworzyć w tym języku wiedząc, ilu najznakomitszych w dziejach ludzkości autorów
tworzyło po angielsku?
P.T.J. Nie, niekoniecznie. To moja własna podróż. Muszę to robić. Czy ptak by nie śpiewał tylko
dlatego, że przez wieki śpiewały przed nim inne ptaki?
T.M.S. Dobrze się czujesz w towarzystwie innych ludzi pióra?
P.T.J. Nie. Zdecydowanie jestem samotnikiem, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów przy pracy
wydawniczej i publikacji książek. Już dawno temu odkryłem, że większość poetów interesuje się
bardziej własnymi książkami i nowymi dziewczynami(!) niż sprawami poezji. Wolę towarzystwo
książek, notatnika i pióra. Przebywanie wśród innych poetów jest dla mnie uciążliwe, trochę jak
praca biurowa, jaką kiedyś wykonywałem.
T.M.S. Czy poezja ma dzisiaj takie samo znaczenie jak 50 – 60 lat temu?
P.T.J. W pierwszej pieśni poematu The Fall of Hyperion John Keats pisze: „Cóż ty, albo i całe
twoje plemię [poetów, przyp. T.M.S.], możesz uczynić dla wielkiego świata? Jesteś tylko
przedmiotem, który śni”. A Wystan Hugh Auden pisał: „Poezja nic nie czyni/żyje w słów dolinie,
której władza nigdy nie splugawi” [z wiersza In Memory of W.B. Yeats, przyp. T.M.S.]. Przy
pieniądzach i polityce, dwóch największych bogach, poezja wydaje się bezsilna i nieistotna. Wierzę
jednak, że wraz z upływem czasu zaczniemy dostrzegać coś większego od nas samych, coś
niematerialnego, że poczujemy wieczność, i dlatego zawsze będziemy szukać prawdziwego sensu
życia. Tutaj dochodzimy do poezji. Także nie-poeci, z różnych powodów – wojny, osobiste

7

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

nieszczęścia – zwrócą się ku tajemnicy. To słowa – nie pieniądze, nie posiadanie dóbr pomogą
w takiej chwili. „Rzecz jasna, najsilniejsze lekarstwo znane ludzkości to słowa” – powiedział
Rudyard Kipling [w 1923 roku w Royal College of Surgeons w Londynie, przyp. T.M.S.]. Poezja
jest gwarantem, że słowa zachowają swoją wartość, że przetrwa język [ale nie każda poezja – to, co
dzieje się w polskiej poezji, opanowanej przez neandertalczyków, nie napawa takim optymizmem,
przyp. T.M.S.]. „Jesteś tylko przedmiotem, który śni”? John Lennon śpiewał: „Możesz mówić, że
jestem marzycielem, ale nie jedynym” [Imagine, przyp. T.M.S.]. Pisz i oddawaj się marzeniom, to
jest moja filozofia. To wszystko, co mogą poeci.
T.M.S. Co innego mógłbyś robić poza pisaniem?
P.T.J. Praktycznie od dziesiątego roku życia jestem poetą, więc nie wiem, co innego mógłbym
robić. Może byłbym archeologiem albo służył ludziom jako wolontariusz pomagający
w ogarniętych wojną krajach. Przez 30 lat byłem nauczycielem, w tym 22 lata na uniwersytecie,
ale często myślałem, że byłoby fajnie wyfrunąć przez okno z klasy i znaleźć się w ciekawszych,
bardziej podniecających czy nawet dramatycznych okolicznościach.
T.M.S. Nad czym teraz pracujesz?
P.T.J. Niedawno otrzymałem prestiżową brytyjską nagrodę Ted Slade Award for Service to Poetry
za rok 2016; to dla mnie wielki zaszczyt, który dodał mi energii i odwagi, by dalej promować
poezję i poetów. W marcu Uniwersytet w Bukareszcie wydaje mój dwujęzyczny, angielskorumuński wybór poezji. Zostałem zaszczycony umieszczeniem mojego nazwiska w rezydencji
poetów w Szkocji. Jeśli chodzi o twórczość, to pracuję nad powieścia komediową, zaczętą jeszcze
w Big Sur w Kalifornii, gdzie od sześciu lat spędzam po dwa miesiące w roku dzięki amerykańskiej
artystce i poetce Carolyn Mary Kleefeld [Big Sur to jedno z ulubionych miejsc artystów, mieszkali
tutaj m.in. Robinson Jeffers, Henry Miller, Edward Weston, Jack Kerouac, przyp. T.M.S.].
Napisałem już 250 stron i mam nadzieję skończyć w tym roku. Rzecz dzieje się w Walii,
Bostonie, Nowym Jorku i w Big Sur. A nowe wiersze – mam nadzieję, że przylecą do mnie, jak
nietoperze, w nocy.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Michelangelo Buonarroti, Studiom aktu, rys. ołówkiem, ok. 1537, Luwr

8

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

PETER THABIT JONES

Wdowa
(dla Jill)

Minęło już to, co jest silniejsze niż żal,
Bardziej bolesne od ubrań po nim w szafie.
Kurek w łazience trzeba naprawić, wzdycha,
To kapanie jest jak łzy cieknące w głowie.
Autem, o które dbał niczym o kochankę,
Jeździ na kurs przemiany myśli
W wiersze, takie nierymowane;
Zawsze wtedy ma na sobie coś czarnego.
Dzieci przychodzą, z problemami, po pożyczki,
Pytają, czemu tak się w sobie zamyka.
One zawsze potrafią podciąć jej skrzydła;
Podgrzewa obiad, dla jednej osoby, w mikrofali.
Czuje się niezręcznie, przyjaciele nadal są razem,
Rozmowy to tylko bandaże na słowa niewypowiedziane.
Niektóre dni są ciężkie, jakby miała grypę,
Cisza ciasno oplata umysł: co dalej?
Włącza telewizor, i wyłącza,
Bierze telefon, ale nie dzwoni.
Mąż patrzy na nią ze zdjęć na ścianach,
Które ostatni raz malował niepotrzebnie.
Świetnie na nich wygląda, uśmiechnięty,
Trzymają się za ręce, jak zakochani.
Wyszło słońce, odsuwa zasłony,
I patrzy na trawnik dawno nieścinany.

9

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Masakra w Korei
(obraz Picassa w Muzeum de Young, San Francisco, sierpień 2011)

Oddział żołnierzy
Strzelających robotów
Wyszkolonych, uzbrojonych,
Twardych.
Grupka
Kobiet i dzieci
Przerażonych, bezbronnych
Słabych.
Matematyka
Strachu:
Zabójcy – równa się –
Ofiary.
Wojna rzyga
Takimi ohydnymi równaniami.

Ogród chmur
Jego życie zamieniło się
W przyśpieszony film,
Chorobliwie szybki.
Każdy kadr to mgnienie,
Zupełnie nic nie zostawia
W głowie. Jego głos
Pobrzmiewa gdzieś w pokojach
Gdzie nieznajomi sączą wino,
Lepią się od uprzejmości
Jak świeża farba na ścianie.
Zawsze podróżował,
Samolotem, autem, różnie,
Gubił przeszłość
Ponad ogrodem chmur,
Pośród zmęczonych twarzy na stacji,
Przy kawiarnianym stoliku,
W niekończącej się drodze.
Samotny, syty widokami miast
Wygrażających niebu.
Problemy zalepiał uśmiechem.
Popiół z jego słów
Tlił się w książkach,
Kupowanych i stawianych na półkach
Przez nieznanych mu ludzi.
A on niknął.

10

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Jego emocje
Zabierał do nich taśmociąg.
Był im bliski jak kochanek,
Niósł pieśń w kieszeniach.
Ubrany w szaty śmierci,
Śmiejąc się jak klaun.
Nocą, gdy sen bawił się
Z jego duszą
Lub nawał różnych spraw
Przesłaniał błahą kwestię miłości,
Nowe wiersze kapały
Przez jego dziurawe życie
Pod ogrodem chmur.

Wiersz z chaty w Big Sur
Kwiaty orchidei
Nigdzie nie polecą,
Białe motyle
Zastygły w locie
Nad chińską wazą.
Zielone liście wytknięte
Jak spragnione jęzory.
Niedaleko chaty
Prastara góra,
Grzbiety ciemnych skał
Opierają się falom oceanu,
Czerwcowy turkus
I śnieżobiała piana
Kreślą wzory na beżowym piasku.
Gdzieś pomiędzy jednym i drugim,
Między piórem w mojej ręce
I pustą plażą kartki papieru,
Jest magiczna siła
Przyciągania, skupiona,
Spokojna medytacja
„Pieśń przyszłego poety”.
„Pieśń przyszłego poety” – z Listów do młodego poety Rainera Marii Rilkego

11

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Spacer po Rhossili
(Vince’owi Clemente)

Idąc plażą
W Rhossili
Myślę o tobie,
Jak idziesz brzegiem
Po swojej słonecznej stronie.
Myślę o tobie.
Nigdy się nie spotkaliśmy,
Chociaż oddychamy
Tym samym morskim powietrzem.
Piszemy do siebie plotkarskie listy,
Wysyłamy wiersze,
To są nasze spotkania
(ale bez uścisku dłoni);
Oddzieleni wodami
Dzikiego Atlantyku
Niezolni, zbyt słabi,
By się odnaleźć.

Japoński klon
(za chatą w Big Sur, sierpień)

Wsparty o białą,
Drewnianą kratę,
Wczesnym wieczorem
Chwyta słońce
I zapala się
Czerwonym płomieniem.
Płonący krzew.
A pod nim
Rozrzucone
Płatki krwi.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj
Peter Thabit Jones, ur. w 1951 r. w Swansea, Walia. Poeta, powieściopisarz, dramaturg, wykładowca
uniwersytecki w Wlk. Brytanii i USA, wydawca, jeden z najbardziej znanych i cenionych współczesnych
poetów brytyjskich, laureat prestiżowych nagród literackich, m.in. Eric Gregory Award for Poetry (The
Society of Authors, London), The Society of Authors Award, The Royal Literary Fund Award (London), Arts
Council of Wales Award, Ted Slade Award for Service to Poetry; członek elitarnego stowarzyszenia Phi
Sigma Iota na Salem State University. Jego poezję przełożono na dwadzieścia trzy języki. Założył i prowadzi
od dwunastu lat niezależny półrocznik poetycki „The Seventh Quarry”, zaliczany m.in. przez „The Guardian”
do najbardziej opiniotwórczych pism literackich w Wlk. Brytanii, oraz wydawnictwo The Seventh Quarry
Publishing Press specjalizujące się w poezji. Strona internetowa: www.peterthabitjones.com

12

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Leszek Lubicki
WOJCIECH GERSON – NAUCZYCIEL MALARZY

K

im był Wojciech Gerson w drugiej połowie XIX wieku w środowisku artystycznym Warszawy?
Zapewne łatwiej byłoby wymienić kim nie był. Modna obecnie i będąca często dla wielu
„źródłem wiedzy”, bo swobodnie dostępna Wikipedia, w krótkiej, zdecydowanie za krótkiej jak na
taką osobowość notatce, opisuje Gersona jako „polskiego malarza, pejzażystę, przedstawiciela
realizmu, historyka sztuki i pedagoga”. Możemy śmiało powiedzieć, że w dużej części to się zgadza,
ale jednak te suche określenia mało nam mówią, bowiem we współczesnej mu epoce uchodził za
człowieka instytucję. Malował, uczył malować innych, zarządzał szkołą plastyczną, pisał
w stołecznych czasopismach. Był jak na owe czasy osobą w dziedzinie sztuk plastycznych bardzo
wykształconą. Studiował najpierw na Oddziale Architektury warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych,
później na wydziale malarskim, a następnie w często odwiedzanej przez polskich malarzy, choć
słabej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. W Paryżu studiował przez pewien czas u słynnego
malarza i nauczyciela Léona Cognieta. Poznał dobrze twórczość Leonarda da Vinci, przetłumaczył
nawet jedno z jego dzieł, słynny Traktat o malarstwie. Brał udział w powołaniu Towarzystwa
Zachęty Sztuk Pięknych, gdzie często współorganizował wiele ważnych przedsięwzięć
artystycznych. Robił rysunki dla czasopism i książek, zdobił dekoracjami wiele budynków
państwowych, ale i też prywatnych freskami. Odbywał wycieczki „wodno - piechotne” po Polsce
wykonując dziesiątki rysunków i akwarel. Był uważany za jednego z tych, których możemy nazwać
„malarzami Tatr”, a nawet ich odkrywców dla polskiej sztuki. Nie sposób w tym krótkim szkicu
wymienić wszystkich obszarów działalności artystycznej, ale także i publicystycznej czy społecznej
Gersona, gdyż na tak szeroką skalę aktywność swą wykazywał. Najbardziej jednak znany jest
powszechnie jako malarz. Pozostawił po sobie dziesiątki obrazów, które obecnie możemy oglądać
w wielu naszych muzeach. Należał do jednego z najwybitniejszych przedstawicieli akademizmu
XIX wieku, dlatego zgodnie z tym kanonem w jego repertuarze tematów pierwszorzędne miejsce
zajmowały kompozycje historyczne, alegoryczne i religijne[1]. W malarstwie historycznym na
gruncie warszawskim aspirował nawet do osiągnięcia rangi równej Janowi Matejce wywodzącemu
się ze środowiska krakowskiego, a więc z innego zaboru. Kilka lat temu głośna była sprawa
odzyskania zaginionego w czasie II wojny światowej obrazu Gersona, należącego wcześniej do
kolekcji rodziny Kronenbergów, a więc traktowanego jako polska strata wojenna. Mowa tutaj
o jednym z najlepszych płócien artysty Odpoczynek w szałasie tatrzańskim z 1862 roku. Wojenne
losy malowidła są słabo znane, natomiast w 2003 roku zostało wystawione na aukcji w londyńskiej
filii domu aukcyjnego Sotheby’s. Polskie władze mając dobrze udokumentowany fakt, iż obraz ten
był polską własnością, zdołały wycofać go z licytacji. Później nastąpiły długie negocjacje
z właścicielem dzieła na temat jego zwrotu. Przełom nastąpił wtedy, gdy włączyła się do nich
Fundacja Bankowa im. Leopolda Kronenberga, która udzieliła wsparcia finansowego. I tak
pierwszego dnia czerwca 2010 roku odbyła się uroczystość przekazania przez tę Fundację obrazu
Gersona Odpoczynek w szałasie tatrzańskim do zbiorów Zamku Królewskiego w Warszawie[2].
Skupmy się jednak na działalności pedagogicznej Wojciecha Gersona, a dokładniej jako
nauczyciela rysunku i malarstwa. Można zadać pytanie, dlaczego warto tematowi temu poświęcić
tenże szkic? Jeżeli jednak uświadomimy sobie, że człowiek ten był wychowawcą i nauczycielem
kilku generacji polskich artystów kręgu warszawskiego, nade wszystko także i tych, których dzisiaj
nasza rodzima historia sztuki, ale także i historia naszego kraju zalicza do najwybitniejszych, to
raczej nie będzie potrzeby tego dalej uzasadniać. Gdy wymienimy tu tylko takich twórców jak:
Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski, Jan Stanisławski, Stanisław Lentz, Anna Bilińska,
Władysław Podkowiński czy Józef Pankiewicz, to odpowiedź będzie jeszcze bardziej klarowna.
Wydany w 1931 roku katalog Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych z okazji wystawy „Gerson
i Jego uczniowie” grupuje 54 nazwiska, a wiadomo dzisiaj, że wielu jeszcze pominięto[3].
Artysta rozpoczyna pracę nauczyciela malarstwa w 1860 r. najpierw w Instytucie
Głuchoniemych, później od roku 1867 prywatnie we własnym domu, gdzie, jak wspomina córka

13

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

malarza, z trudem przeciskał się (...) pomiędzy sztalugami i rajzbertami. Po Powstaniu
Styczniowym zaborca zamyka jedyną w Kongresówce szkołę kształcącą w kierunku artystycznym,
czyli warszawską Szkołę Sztuk Pięknych. Gdy władze rosyjskie decydują się ją ponownie otworzyć,
aby umniejszyć jej znaczenie i odbiór społeczny, zmieniają nazwę na „Klasa Rysunkowa”. W roku
1871 pracę jako profesor podejmuje tam Gerson. Józef Czapski, który wiele lat później zostanie
uczniem ucznia Gersona, Józefa Pankiewicza, pisząc biografię swojego mentora, tak oto opisuje
osobę mistrza oraz owe miejsce nauki malarstwa: „Pankiewicz poznał Gersona w punkcie
szczytowym jego kariery. Profesor był wtedy w sile wieku, mimo długiej siwej brody i takichże
artystycznych długich włosów. Dawał uczniom akademickie wykształcenie, uczył tego, co wtedy
uczyć się powinien każdy początkujący malarz – rysunku z gipsów i modela. Żądał pilności,
uporczywości i dbał zawsze o rysunek. Rządowa Szkoła Rysunkowa mieściła się w 1884 roku na
Rymarskiej. Miała być czemś w rodzaju Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W rzeczywistości
była to szkółka marnie zaopatrzona, poza Gersonem nie było tam właściwie nikogo”[4]. Nie
dziwi więc, że praktycznie inaczej się wówczas o niej „na mieście” nie mówiło, jak „Szkoła
Wojciecha Gersona”.
Jeżeli 13 lat po jej otwarciu szkoła była „marnie zaopatrzona” to zachodzi pytanie, jak było na
początku tj. w roku 1871? Domniemywać należy, że także marnie. Wtedy to właśnie w jej mury
wkroczył jeden z pierwszych uczniów – Józef Chełmoński. Wcześniej uczył się u Gersona w jego
prywatnej pracowni. Nie dziwi więc, że artysta powiedział kiedyś o swoim profesorze „jemu
jedynemu zawdzięczam wszystko”. Jak pisał listy do Gersona, to zawsze zaczynał je od słów:
„Ukochanemu, najlepszemu Nauczycielowi”, bo profesor nie uczył tylko rysować, czy malować, ale
także kładł duży nacisk na sprawę wykształcenia w ogóle, walcząc z „nieuctwem w dziedzinie
sztuki”. Niezwykle ważnym były dla niego powinności jakie ma artysta do spełnienia.
Wspomniany nasz wybitny malarz, Józef Chełmoński, tak o tym jakże poetycko pisze: „Przy
wykładach swoich zaszczepiał Gerson wzniosłe wyobrażenia o powołaniu artysty, który, według
jego pojęcia, powinien być jakby kapłanem i apostołem swoich idei w sztuce, ma dla niej być
gotowym do wszelkich ofiar. Nietrudno zrozumieć, że takie wyobrażenie o sztuce, o zadaniu
artysty budziły w uczniach jego najgłębsze uszanowanie do tego świętego powołania, którego
zadanie polegać miało na tworzeniu dzieł ściśle podobnych do wewnętrznych zachwytów,
będących jakby uzmysłowieniem duszy zaczynającej żyć w obrazie. Jakże długa wydawała się nam
ta drabina, po której szczeblach do nieba idziemy! Niebem tym były jakieś wyżyny doskonałości
w naszej sztuce, wyżyny wiecznie niedościgłe...”[5]. W ten sposób Gerson trafiał do dusz przyszłych
malarzy. A jak przekazywał im wiedzę dotyczącą artystycznego rzemiosła? Tu także odwołamy się
do Chełmońskiego. „Kazał nam malować wszystko, wszystko bez wyjątku: ziemie, kamienie, niebo,
trawy, drzewa, wszelkie zwierzęta, nawet drobne, jak żaby, owady. Zalecał, aby nie opuszczać
żadnej sposobności nastręczającej się do studiowania z natury, tak w stanie spokoju, jak i w stanie
ruchu; kazał notować liniami chmury poszarpane przez wiatr podczas nadciągającej burzy,
falowanie zbóż, ubrania poruszane ruchem nóg ludzi biegnących”[6].
Każdy z uczniów Gersona przejął coś innego od swojego mistrza. Stanisławski zakochał się
w pejzażu, Wyczółkowski na początku w malarstwie historycznym dotyczącym dziejów Polski,
podczas gdy Chełmoński ten kierunek odrzucił i poszedł swoją droga choć był „najbardziej oddany
i najśmielej niezawisły”. Podkowiński zakochał się w rysunku, nie chciał w ogóle być malarzem,
tylko rysownikiem. Jeszcze w czasie gdy był słuchaczem Gersona zaczął już publikować swoje
prace, szczególnie te dotyczące życia współczesnej Warszawy, realistyczne, reporterskie,
w stołecznych czasopismach periodycznych. Widzimy zatem, jak wielu wybitnych malarzy
wykształcił Gerson, choć nie w pełni w późniejszej swojej twórczości poszli oni drogą wytyczoną
przez mistrza. Jednak jego rola w kształtowaniu postaw artystycznych była nie do przecenienia.
Pisze biograf profesora: „Aż do końca XIX stulecia ktokolwiek bądź w Warszawie lub Królestwie
marzył o karierze artystycznej dla siebie bądź swego dziecka, udawał się wprost do pracowni
Gersona. Nic więc dziwnego, że niezmiernie długa lista obejmuje nazwiska największych
niejednokrotnie mistrzów”[7].
Gerson walczył o „sztukę polską”, gdyż uważał, że jeszcze takowa nie istnieje, choć mamy
wielu wybitnych malarzy, rzeźbiarzy, czy nawet budowniczych. Że jej ukształtowanie się należy do

14

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

przyszłości, może i niedalekiej, ale jednak. Twierdził, że nie ma jeszcze ona u nas takich znamion
„jakie szkołę danego narodu od innych odróżniają.” „Mówiąc „sztuka polska”, myślał on: szkoła
polska, styl polski. Styl bardzo jednolity, scalony. Rozumiejąc szlachetność postawy Gersona, dziś
wiemy , że mimo dobrej intencji zacieśniał on pojęcie sztuki, gdyż twórczość nie lubi, ani nie lubiła
nigdy, nazbyt określonych granic, formułek. Z tej postawy wynika też stale okazywana
nieprzychylność Gersona wobec wszelkich poszukiwań, nowych prądów, wobec działań
odważniejszych i bardziej swobodnych”[8]. Ano właśnie. To „zacieśnianie pojęcia sztuki” było
wówczas poddawane ostrej krytyce przez umysły bardziej otwarte na nowinki, które współcześnie
rodziły się w sztuce światowej, jak chyba najbardziej wtedy „nowoczesny” kierunek, jakim był
impresjonizm, który profesor jako publicysta nieustępliwie zwalczał lub mówiąc delikatniej –
potępiał. Przypomnijmy, że dwóch jego uczniów, Władysław Podkowiński i Józef Pankiewicz
uznawani są za prekursorów tego stylu w rodzimej sztuce, z którą mieli możliwość bliżej zapoznać
się podczas pobytu w Paryżu. Gerson uważał, że ta metoda malowania „stanie się wkrótce
niewystarczająca i naszym obu artystom”. Twierdził, że „nie jest to bowiem zgodne ani z dobrą
sławą artysty być naśladowcą innego, ani nie może zadowolić rwących się do potężniejszego
tworzenia zdolności zasklepianie się w tak ograniczonym kole zasobników, zupełnie fałszywych
w zasadzie”[9].
Jednym z najważniejszych krytyków podejścia Gersona do pojmowania sztuki współczesnej
był Stanisław Witkiewicz, który w latach 1884-1890 na łamach tygodnika „Wędrowiec”, będąc
wówczas jego kierownikiem artystycznym, prowadził nieustanną batalię o realizm w polskiej
sztuce. Można powiedzieć nawet, że był „szermierzem realizmu w sztukach plastycznych”. Widział
powinność artysty inaczej, niż przyjmowano do tej pory, kiedy to uważano, że artysta, oprócz
pracy twórczej, ma także obowiązki narodowe i społeczne, szczególnie wtedy, gdy kraj jego, jak
w przypadku ówczesnej Polski, jest pod zaborami. Witkiewicz natomiast postrzegał tę rolę inaczej.
Pisał, że „artyści w ogóle są rasą bardzo subiektywną (...) – każdy z tego, co jest w stanie przez
pryzmat swego temperamentu dojrzeć w naturze, tworzy jedyny i wyłączny zakres prawdziwej
sztuki”[10]. St. Witkiewicz posługiwał się „pojęciem realizmu, które było prawie równoczesne
z pojęciem naturalizmu, skoro podług jego własnych słów pokrywało się z dążeniem do wiernego
przedstawienia natury „takiej, jaką ona jest z całą przypadkowością układu przedmiotów i z całą
ścisłością rozkładu światła, harmonii barw i doskonałością światła”[11]. Odrzucał on „literaturę”
w sztukach plastycznych, był też przeciwnikiem historycznego malarstwa Matejki i Gersona,
postulował „uznanie pierwiastka artystycznego za najważniejszą część składową” sztuki[12]. Częste
polemiki toczone publicznie przez Stanisława Witkiewicza i Wojciecha Gersona na łamach
stołecznych czasopism stały się już legendą. Nie miejsce tutaj na ich szerokie przedstawienie.
Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, który odnosi się do naszych dwóch młodych
pierwszych impresjonistów. St. Witkiewicz pisze: „w impresjonizmie zaś (...) jest pewna strona,
która bynajmniej nie jest czymś tak strasznym jak się to zdaje (...) p. Gersonowi, który
w „Bibliotece Warszawskiej” tak się uniósł oburzeniem sanitarnym, iż pp. Pankiewicza
i Podkowińskiego uznał wprost za dotkniętych rakiem! Okropność! „Choroby” sztuki nie mniej są
jednak trudne do zdiagnozowania i leczenia niż zwykłe choroby ludzkiego organizmu”[13]. Tenże
krytyk Gersona w zakresie jego rozumienia sztuki współczesnej, oddał mu jednakże cześć jako
nauczycielowi przyszłych malarzy, choć i tu fragmentami nie brak było małej uszczypliwości.
Dzisiaj wiemy jednak, że St. Witkiewicz miał rację, jeżeli chodzi tą „akademicką rutynę”.
Posłuchajmy: „Gerson, jako wielbiciel i tłumacz Leonarda da Vinci, tego zaciekłego
realisty i badacza natury, wszystkim swoim uczniom zaszczepiał nadzwyczajną dla niej cześć
i zamiłowanie. Toteż pomimo systemu nauczania, w którego program wchodziła zwykła
akademicka rutyna, wszyscy uczniowie Gersona wyszli od niego przygotowani do pojmowania
i odtwarzania każdego kształtu, jaki w naturze spotkali. Gdziekolwiek się znaleźli, na wsi czy
w mieście, w salonie czy polu, obracali się swobodnie i potrafili wszystko rysować. Żeby w równym
stopniu byli przygotowani do pojmowania zjawisk barwnych, byłaby to wzorowa szkoła, dająca
maksimum tego, co szkoła w ogóle dać może”[14]. Dodajmy dla sprawiedliwości, że jego system
nauczania obejmował także zasady perspektywy, anatomię oraz historię sztuki. Zapoznając swoich
słuchaczy z dziełami wielkich malarzy realistów, „zwracał uwagę, że nie powinni naśladować

15

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

mistrzów, lecz pilnie jak oni studiować naturę, (...) radził szukać podniet artystycznych i tematów
do samodzielnych kompozycji na ojczystej ziemi”[15].
Pomimo, że Gersona cechował swoisty rodzaj konserwatyzmu jeśli chodzi o poglądy na
sztukę, to jednak jego działalność na polu pedagogicznym stanowiła poważne podwaliny dla
dalszego rozwoju artystycznego, czy kolejnych etapów kształcenia uczniów, którzy wcześniej
obdarzyli go pełnym zaufaniem. Dalsze losy artystyczne Chełmońskiego, Wyczółkowskiego,
Pankiewicza czy Podkowińskiego, którzy odeszli od linii wyznaczanej przez mistrza, jednak
wyposażeni wcześniej w solidny warsztat malarski, tylko tę tezę potwierdzają. Wychował on wielu
wybitnych artystów kręgu warszawskiego, podobnie jak Jan Matejko czynił to w kręgu
krakowskim. Możemy więc z pewnością powiedzieć, że dwóch wielkich było nauczycieli malarzy w
drugiej połowie XIX stulecia w Polsce. Zważywszy także na fakt, że był to w dziejach sztuki
europejskiej czas przełomu, zaliczany również do najbardziej płodnych jeśli chodzi o „wysyp
talentów”, ale i zróżnicowanie stylów, to i tak w niczym nie umniejsza roli jaką Gerson odegrał
w historii polskiej sztuki i to zarówno jako malarz, ale przede wszystkim nauczyciel malarzy.
Przypisy
[1] I. Kossowska: Wojciech Gerson. Culture.pl
[2] Więcej na ten temat w kwartalniku: Cenne, bezcenne, utracone, Nr 3(64) 2010, Wydawca: Narodowy
Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów.
[3] K. Molendziński: Wojciech Gerson 1831 – 1901, Warszawa 1939.
[4] J. Czapski: Józef Pankiewicz. Życie i dzieło. Wypowiedzi o sztuce, Warszawa 1936. Reprint, Lublin 1992.
[5] A. Ligocki: Józef Chełmoński. Album, Warszawa 1983.
[6] Cyt. za: A. Bernat: Leon Wyczółkowski (1852 - 1936), Warszawa 2006.
[7] K. Molendziński, dz. cyt.
[8] I. Witz: Polscy malarze, polskie obrazy. Warszawa 1970.
[9] W. Gerson: Impresjonizm. Biblioteka Warszawska, 1891, t. 1. W: Teksty o malarzach 1890-1918,
Wrocław 1976.
[10] St. Witkiewicz: Sztuka i krytyka u nas, Kraków 1971.
[11] T. Dobrowolski, W. Tatarkiewicz (red.): Historia sztuki polskiej, t. III, Kraków 1962.
[12] I. Kossowska, Ł. Kossowski: Malarstwo polskie. Symbolizm i Młoda Polska. Warszawa 2011.
[13] St. Witkiewicz, dz. cyt.
[14] Ibidem.
[15] A. Vetulani: Wojciech Gerson. Warszawa 1952.

Wojciech Gerson z uczniami, ok. 1880 – 1895

16

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

HASSANAL ABDULLAH

Historia z grobem
Latem zeszłego roku, w wakacje,
wykopałem sobie grób.
Pomyślałem, że może
kiedyś się przyda.
Pozwól, że opowiem ci o tym więcej...
Tak naprawdę to nie musiałem kopać nowego grobu,
w zupełności wystarczał mi stary,
można było tylko trochę go poprawić.
Szczerze mówiąc, wykopałem go, bo tak robią wszyscy.
Cóż, ludzką cechą jest posiadać –
domy, ziemię, język, państwo, czy zajmować się polityką.
Wstawiłem też do grobu drewniane drzwi.
Któż inny by to zrobił, jeśli nie ja!
Jakiś czas później, po paru miesiącach,
nadeszła pora, by z grobu skorzystać.
Tak, to prawda, „przezorny zawsze zabezpieczony”!
Przekręciłem więc klucz w zamku i wszedłem.
Ściany spowite ciemnością,
przytłaczająca samotność.
Pierwsza noc była okropna.
Przenikliwe zimno ciągnęło od dołu,
więc zdjąłem ubranie i położyłem się na nim.
Długa, straszna, beznadziejna noc.
Nad ranem
wyszedłem za potrzebą –
kto by pomyślał o kiblu w grobie!
Uwinąłem się szybko
i wlazłem z powrotem.
Karaluchy, stonogi, wije
i inne robale przerażały mnie śmiertelnie.
Myśl o wężach ścinała mi krew w żyłach.
Powoli moje makabryczne dni w grobie
stawały się męką na krzyżu.

Sępy mają się dobrze
Kiedy byłem mały, widziałem ich kilka.
Lubiły siadać wysoko, na grubych konarach drzew.
Zazwyczaj więc były niewidoczne.
A one pewnie myślały, że są
lepsze od nas.
Dlatego rzadko widywałem ich wytworne skrzydła
i długie nagie szyje.

17

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Jednak pewnego razu widziano je
po drugiej stronie drogi,
jak jadły mięso padłych krów.
Pobiegłem. Ujrzałem tylko stado wron, szakale
i urocze wiejskie pieski
pożerające smaczne krowie wymiona.
„Sępy rzadko przybywają tam, gdzie są ludzie,
żyją w górach” – mówili starsi.
Ale niekiedy przylatywały w pobliże naszej wioski,
siadały na polu albo na wysokich palmach.
Jak to dzieciaki, patrzyliśmy na nie z oddali
z mieszaniną strachu i ciekawości.
A teraz – widzę mnóstwo sępów dokoła.
Wiodą cudowne życie, żrą najlepsze kąski.
Widzę ich tysiące, miliony.
Zdrowi, barwni –
żółci, niebiescy, czarni i czerwoni –
czekają na okazję, by wyszarpnąć ostrymi dziobami
kawałek nas.
Dzisiaj sępy są dokoła.

Pod cienką powłoką światła
Pod cienką powłoką światła
układamy nasze słowa w modlitwę.
W ogrodzie, róże i jaśminy
kuszą zapachem, który z lubością
unosi wiatr.
Spod pnia wielkiego drzewa
trawa wychyla się w stronę życia –
czy śmierć może pojąć taką miłość?
Pszczoły i osy fruwają w ekstazie –
stawy, kanały, mokradła też radosne.
Gołębie, drozdy, kukułki i żurawie
słuchają nawzajem muzyki swoich skrzydeł.
Zielony las uniósł wzrok i spojrzał –
i nagle rozbłysło szczęściem młode serce.

Kiedy umrze Bóg
Kiedy umrze Bóg,
będę pływał w rzece.
Będę grał w piłkę
i cieszył się,
że mam tylu fanów.

18

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Kiedy umrze Bóg,
będę się wspinał na drzewa
w Forest Park
koło mojego domu
i pozabijam wszystkie wiewiórki
niszczące mój warzywniak.
Kiedy umrze Bóg,
będę jadł kanapkę z tuńczykiem
i pięć smażonych karaluchów
na przystawkę;
wtedy też wam powiem,
żebyście przemyśleli wszystkie te hece
z Mojżeszem, Jezusem,
Mahometem i Kryszną,
dla których zabijaliście się wzajemnie
od wieków.
Kiedy umrze Bóg,
przestanę pisać wiersze,
i wierz mi, moja droga,
że będę z tobą w łóżku
przez trzy dni i noce,
i nic nas nigdy nie rozdzieli.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj
Hassanal Abdullah, ur. 14 kwietnia 1967 r. w Gopalgonj w Bangladeszu; w roku 1990 wyemigrowal do
USA, gdzie ukończył matematykę na Uniwersytecie Nowojorskim. Jest poetą, powieściopisarzem, krytykiem
literackim i tłumaczem, autorem 28 książek, w tym 14 zbiorów poezji; od 16 lat prowadzi dwujęzyczne
bengalsko-angielskie czasopismo poetyckie „Shabdaguchha”. Jego wiersze po angielsku, bengalsku
i w przekładach ukazały się w wielu czasopismach literackich na świecie; najbardziej znanym dziełem
H. Abdullaha jest epos Nakhatra, będący jednocześnie kosmogonicznym mitem i poetyckim
przedstawieniem wybranych teorii z nauk ścisłych i przyrodniczych oraz wynikających z nich relacji między
człowiekiem a wszechświatem. Jest również twórcą odmiany sonetu, tzw. Swatantra. Przełożył na bengalski
wybory wierszy m.in. Anny Achmatowej, Charlesa Baudelaire’a, Stanleya Kunitza, Nicanora Parry,
Geralda Sterna, Wisławy Szymborskiej, Dylana Thomasa, Thomasa Tranströmera. Strona internetowa:
http://www.shabdaguchha.com/hassanalAbdullah.html

19

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

ALEKSANDER BŁOK

***
Na wiosenne święto blasku
Wzywam ukochany cień.
Przyjdź, nie czekaj aż do brzasku,
Przynieś wraz ze sobą dzień!
Nowy dzień, nie ten co puka
Z wiatrem w okna podczas wiosny!
Niech się śmieje do rozpuku
W oknie piękny dzień radosny!
Otworzymy wnet podwoje,
Zapłaczemy i westchniemy,
I zimowe straty swoje
Z lekkim sercem poniesiemy...
3 lutego 1902

***
Był późny wieczór purpurowy,
Gwiazda zwiastunka zaświeciła.
Głos nad przepaścią płakał nowy –
Dziewica Dziecię porodziła.
Na cienki głosik przenikliwy,
Jak długotrwały wizg wrzeciona,
Przyszli w popłochu starzec siwy
I król, i młodzik, i matrona.
Był oto znak i cud nad cuda:
W zupełnej ciszy na ustroniu
Wśród tłumu się pojawił Judasz
W swej masce zimnej, stał na koniu.
Władcy, zbolali ze zgryzoty,
Wysłali wieść na wszystkie krańce,
A na obliczu Iskarioty
Uśmiech widzieli tam posłańcy.
19 kwietnia – 28 września 1902

20

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

***
Wieczność w miasto rzuciła
Bezbarwny zachód słońca.
Skraj niebiosów rozdarty,
Wrzawa nieustająca.
Niemoc swoich domysłów
Dźwigam wciąż na ramionach.
W oknach fabryk – legendy
O hulankach szalonych.
Domy szare, bezbarwne –
Dla szaleńców schroniska.
Niebo nigdy nie zstąpi
Do miasta-targowiska.
To powietrze tak gwarne,
Tak kuszące omamy.
Prowadź, mroczny zaułku,
W mgły sinawe tumany.
26 czerwca 1904

Syci
Oni od dawna mnie męczyli:
W swądzie dziewiczych złud o świecie
Nie żyli, tylko się nudzili
I miętosili białe kwiecie.
I wtem – w stołowych i bawialnych,
Nad kupą szklanic, matron, panien,
Nad nudą ich obiadów walnych –
Żarówki zgasły niespodzianie.
Po coś tam świece wnoszą liczne,
Na twarzach – żółte kręgi błysły,
Mamroczą słowa archaiczne,
Z trudnością budzą się umysły.
Burzą się ci, co mają syto,
Frasują się dostojne łona:
Wszak wywrócone ich koryto,
Ich zgniła chlewnia zatrwożona!
Im teraz trafił się los podły:
Ich dom jest dziś nieoświetlony,
Ich uszy drażnią o chleb modły,
Obcych sztandarów śmiech czerwony!

21

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Po kres niech pędzą takie życie –
Szkoda nam sytość ich rujnować.
Lecz dzieciom – wprost nieprzyzwoicie
Ich starą nudę naśladować.
10 listopada 1905

***
Kiedy, wkraczając w świat ogromny,
Daremnie szukasz w nim jedności;
Kiedy, zerkając w kąt ustronny,
Śmierci spodziewasz się z ciemności;
Kiedy zły jesteś albo chory,
Trawiony smutkiem, namiętnością,
Uwierz: masz prawo do tej pory
Chlubić się swoją szczęśliwością!
Kiedyś zaś nuda, miłość tkliwa
Ni strach nie budzą serca drgnienia,
Kiedy zbrukała już marzenia
Nie młoda krew, nie popędliwa –
Wtedyś – odarty ze wszystkiego:
Śmierć niemożliwa bez cierpienia,
A życie nie zna spustoszenia
I tak – jedynie zwalnia biegu.
Marzec 1909

Przeł. Zbigniew Dmitroca

Wiersze z przygotowywanej do druku dwujęzycznej antologii: Aleksander Błok Nigdy nie wraca nikt.
Wiersze wybrane. Wybór: Andriej Bazilewskij; przekład: Władysław Broniewski, Józef Czechowicz,
Zbigniew Dmitroca, Mieczysław Jastrun, Anna Kamieńska, Jan Lechoń, Seweryn Pollak, Włodzimierz
Słobodnik, Julian Tuwim, Józef Waczków i inni. Moskwa, wydawnictwo Wahazar, 2016; 160 s., il. W serii
Rosyjsko-polska biblioteka poetycka: klasyka, t.II.

22

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Jacek Bartyzel
ANTONIO GRAMSCI,
czyli „Nowoczesny Książę” w walce o hegemonię intelektualną

T

rwająca od lat 60. ubiegłego wieku i wchodząca dziś w fazę forsownego przyspieszenia
rewolucja kulturalna Nowej Lewicy ma wielu prekursorów i „ojców-założycieli”, pośród
których wskazuje się zazwyczaj reprezentantów kilku już pokoleń neomarksistowskiej Szkoły
Frankfurckiej, uprawiających tzw. Teorię Krytyczną. Nie przecząc wcale przemożnej roli
frankfurtczyków w stworzeniu teoretycznej podbudowy dla tej rewolucji, należy z równą mocą
powiedzieć, że prawdziwym „herosem” Nowej Lewicy, zrywającej się do szturmu w 1968 roku,
który dostarczył jej wzorca filozofii praktycznej, był kto inny, działający w zupełnie innym
otoczeniu i w inny sposób, oraz – z powodów akcydentalnych – w izolacji. Był nim włoski
komunista Antonio Gramsci (1891-1937). Co do wyjątkowości roli odegranej przez tę postać
wszyscy są właściwie zgodni.
Oto kilka opinii, które przytaczamy za Rogerem Scrutonem: „Gramsci był niezwykłym
filozofem, być może geniuszem, i prawdopodobnie najoryginalniejszym w zachodniej Europie
myślicielem komunistycznym dwudziestego wieku (Eric J. Hobsbawm). Poza wielkimi
protagonistami rewolucji radzieckiej żadna osobowość w historii ruchu robotniczego nie
wzbudziła większego zainteresowania swoją osobą i dziełami niż Gramsci (Norberto Bobbio). Kto
NAPRAWDĘ próbował iść śladem Marksa i Engelsa? Mnie przychodzi na myśl tylko Gramsci
(Louis Althusser)”[1]. Z drugiej strony, strategia proponowana przez Gramsciego zafascynowała
głównego teoretyka tzw. Nowej Prawicy (elitarystycznej, neopogańskiej i nietzscheańskiej) –
Alaina de Benoita (ur. 1943), który zdobycie „hegemonii kulturalnej” (ale przez intelektualistów
prawicowych) uczynił głównym celem swojej koncepcji metapolityki[2]. Uznanie – czy wręcz, jak
pisze Scruton, „kanonizację” przez goszystowskich aktywistów – Gramsci zawdzięczał po części
swojej „męczeńskiej” biografii, jako ten, który padł w „walce z faszyzmem”. Nie było to zbyt ścisłe,
albowiem Gramsci, który w 1926 roku stał się przywódcą włoskiej partii komunistycznej, został
wprawdzie już tego roku aresztowany i skazany na 20 lat więzienia, lecz warunki, w jakich
odbywał wyrok, niepodobna uznać za szczególną martyrologię: miał dostęp do książek
i czasopism, cały czas pisał (gros jego twórczości to właśnie 33 zeszyty więzienne) i zazwyczaj
przebywał w więziennym szpitalu (miał uszkodzony od dzieciństwa kręgosłup, a wskutek tego garb
i był chory na gruźlicę). O to, by nie działa mu się krzywda, dbał sam Duce Benito Mussolini, jego
dawny przyjaciel i towarzysz z partii socjalistycznej3. Nie jest również prawdą, iżby Gramsci zmarł
w więzieniu, bo wyszedł kilka miesięcy wcześniej, po 11 latach, na mocy amnestii.
Jeżeli Gramsci był rzeczywiście – jak chce Hobsbawm – geniuszem, to błysk genialności
można u niego dostrzec przede wszystkim w niezwykłej, wręcz prestidigitatorskiej zręczności
intelektualnej, z jaką dokonując faktycznie radykalnej rewizji „dogmatów” marksizmu-leninizmu,
czynił to jednocześnie w języku „ortodoksji” i utrzymując, że cały czas pozostaje jej wierny, nie
odstępując od niej ani na jotę. Rewizja dotyczyła właśnie fundamentalnej w marksizmie kwestii, to
znaczy relacji bazy do nadbudowy, w dynamicznym aspekcie filozofii praktyki, czyli działalności
rewolucyjnej. Pytanie, które Gramsci sobie postawił, brzmiało: skoro – jak twierdzą „urzędowi”
marksiści-leniniści w ZSSR, na czele z Nikołajem Bucharinem (wówczas jeszcze ideologicznym
„dyktatorem”) – zmiany w nadbudowie są pochodną zmian ekonomicznych, to gdzie pozostaje
miejsce dla działalności politycznej, rewolucyjnej? Zachodzi tu przecież deterministyczny
automatyzm: gdy sprzeczności w łonie gospodarki kapitalistycznej osiągną swoje apogeum, musi
nastąpić jej rozkład, dojdzie zatem do zmiany systemowej, a ta pociągnie za sobą zmiany
w nadbudowie. Świadome działanie na rzecz tej zmiany (a więc to, co dzieje się w sferze „ducha”),
tym bardziej zaś próba jej przyspieszania, może być postrzegana jako i zbędna, i jałowa. Aby
rozwiązać tę, w istocie najbardziej podstawową aporię marksowskiej „teorii” społecznej, Gramsci
wprowadza swoją najbardziej podstawową i oryginalną kategorię hegemonii klasowej, w której
ramach szczególnie ważne miejsce przypada hegemonii kulturalnej. Uprzedzając ewentualny atak

23

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

„strażników” czystości doktrynalnej twierdzeniem, że „wierzenia mas ludowych” – i w ogóle
wierzenia rozmaitego rodzaju – „posiadają wagę sił materialnych”, Gramsci zaatakował, jako
„prostacki i komiczny” – „wulgarny materializm”[4], nazwany przezeń „ekonomizmem”,
i obwieścił, że „trzeba (…) zwalczać ekonomizm nie tylko na gruncie teorii historiografii, ale także
– i to przede wszystkim – na gruncie teorii i praktyki politycznej. Na tym polu walka może
i powinna być prowadzona poprzez rozwijanie pojęcia hegemonii…”[5].
Czym jest i jak się przejawia owa hegemonia? Gramsci wyjaśnia, że w kapitalizmie burżuazja
sprawuje władzę nie tylko przez kontrolowanie środków produkcji, ale również utwierdzając ją
poprzez wywieranie przemożnego wpływu na dwa podstawowe kanały artykulacji i zabezpieczania
jej interesów – należące właśnie do sfery nadbudowy – czyli na segmenty władzy stricte
politycznej (aparat państwowy i administrację) oraz władzy, którą można określić (za A. de
Benoistem) jako kulturową bądź metapolityczną, umiejscowionej w instytucjach religijnych,
oświatowych, naukowych, artystycznych i w mediach. Dzięki tej podwójnej hegemonii klasa
panująca może osiągać dwa cele. Po pierwsze, naginając do swoich potrzeb wolę polityczną
wykonywaną przez członków aparatu rządowo-administracyjnego, może niwelować skutki
periodycznych kryzysów gospodarczych i zapewnić przetrwanie ustrojowi kapitalistycznemu. Po
drugie, dając klasie rządzącej potężne i masowe środki indoktrynacji, kontroluje świadomość mas
ludowych i neutralizuje inne (niż burżuazja i proletariat) klasy i warstwy, skłaniając je do uznania
panowania burżuazji za naturalne i prawowite. Szczególnie pomocny jest tu kler, który ubierając
istniejące instytucje w „płaszcz zrządzenia Bożego”, wpaja nawyk posłuszeństwa istniejącej
władzy. Ze względu zatem na tę podwójną hegemonię klasa kapitalistyczna może skutecznie
przezwyciężać ciśnienia powstające w bazie ekonomicznej i utrzymywać władzę, zapobiegając
rewolucji. Płynie z tego wniosek, że „teoria” historii tłumacząca wszelki rozwój w kategoriach
ekonomicznych jest fałszywa, bo zmiany w nadbudowie nie są dyktowane tylko przez zmiany
w bazie, lecz oba czynniki wpływają na siebie wzajemnie. Co więcej, w praktyce działania
podejmowane w sferze nadbudowy – te, dyktowane wolą polityczną, oraz te, w zakresie celowego
oddziaływania na świadomość mas poprzez instytucje kulturalne – są prymarne i przesądzające
o możliwości zmiany. Zawodowi rewolucjoniści muszą nauczyć się od burżuazji tego, jak
sprawować hegemonię i odebrać jej wprzódy władzę właśnie tam, gdzie sprawuje się kontrolę nad
umysłami. Faktyczne, choć zakamuflowane „dialektycznym” żargonem, odrzucenie
marksistowskiego determinizmu, pozwoliło Gramsciemu – jak zauważa Scruton – „przywrócić
wartość sferze politycznej, czego klasyczny marksizm nie mógł uczynić. Polityka nie jest już tylko
reakcją na działanie sił gospodarczych, prących od dołu, lecz czynną zasadą zmian, która może się
tym siłom przeciwstawić i ukrócić je lub kontrolować. Polityka komunistyczna zakłada
systematyczne usuwanie klasowej hegemonii burżuazji. Nadbudowa będzie więc stopniowo
przekształcona, aż do chwili, gdy nowy ustrój społeczny, którego nacisk dotychczas hamowała
hegemonia starej klasy, będzie wreszcie mógł własną siłą wybić się na powierzchnię”[6].
Dodatkowy argument Gramsciego dotyczył odmienności (w stosunku do przedrewolucyjnej
Rosji) sytuacji na Zachodzie. W Rosji carskiej istniało bowiem silnie rozbudowane społeczeństwo
polityczne, a społeczeństwo obywatelskie było amorficzne. Lenin, tworząc koncepcję dyktatury
proletariatu, musiał wziąć to pod uwagę i oprzeć swoją strategię na koncepcji wojny manewrowej,
zmierzającej do bezpośredniego przejęcia władzy politycznej. Na Zachodzie natomiast
społeczeństwo obywatelskie jest rozbudowane, złożone i odporne – jak system okopów
w nowoczesnej wojnie[7], który nawet w razie przerwania frontu na jakimś odcinku, pozwala dalej
prowadzić skuteczne działania obronne. W tej sytuacji trzeba zastosować wojnę pozycyjną,
pozwalającą przezwyciężyć opór systemu obronnego. Polega to na wdzieraniu się w poszczególne
odcinki systemu okopów i fortyfikacji, w jego instytucje polityczne, oświatowe, religijne, w prasę,
wydawnictwa i radio, zdobywając jeden okop po drugim, a do jeszcze niezdobytych wprowadzając
ducha „rozłamu” (scissione)[8]. Ten etap walki, poprzedzający ostateczny przewrót, Gramsci
nazywa (zresztą za rewolucyjnym syndykalistą Georgesem Sorelem) bierną rewolucją,
„o charakterze, jeśli tak można rzec, negatywnym i przygotowawczym”[9].
Nawet jednak „bierna” rewolucja, o ile ma przejść w uwieńczoną sukcesem wojnę pozycyjną,
musi mieć swoje kierownictwo, będące kontaminacją działających jako blok historyczny dwóch

24

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

skoordynowanych sił: naciskającej „z dołu” siły „mas” i wdzierającej się „z góry” do instytucji
metapolitycznych inteligencji komunistycznej. Kluczowe zadanie koordynacji owych sił
przypada komunistycznej Partii, którą Gramsci – w poetyce sorelowskiego „mitu społecznego”
i w re-lekturze „kanonicznej” księgi włoskiej myśli politycznej, inaugurującej zarazem in universo
polityczną Nowożytność, czyli Księcia Niccoló Machiavellego (1469-1527) – nazywa Nowoczesnym
Księciem (Il moderno Principe), akcentując, iż jest to i musi być „książę kolektywny”:
„Nowoczesny książę, książę-mit, nie może być osobą rzeczywistą, konkretną jednostką; może być
tylko organizmem, złożonym elementem społeczeństwa, w którym zaczyna się konkretyzować
wola zbiorowa, ujawniona już po części i potwierdzona w działaniu. Taki organizm w wyniku
rozwoju historycznego wytworzył się już dawno: jest nim partia polityczna, pierwsza komórka
mieszcząca w sobie zalążki woli zbiorowej o aspiracjach uniwersalnych i totalnych”[10] . W praktyce
oznacza to zarazem zorganizowanie przez Księcia dwóch postaci partii nierozwijających
bezpośredniej akcji politycznej: jednej „masowej”, poddanej (jawnemu bądź niejawnemu,
w zależności od panujących warunków) zmilitaryzowanemu ośrodkowi politycznemu, któremu
„masy służą (…) po prostu jako masy »operacyjne« i zdobywa się je za pomocą haseł moralnych,
bodźców sentymentalnych i mesjanistycznych mitów w oczekiwaniu na legendarną erę, kiedy to
wszystkie obecne sprzeczności i niedole zostaną automatycznie rozwiązane i naprawione” [11] ; oraz
drugiej elitarnej, składającej się z elity kulturalnej. Ów drugi oddział zostaje określony jako
„intelektualny sztab główny partii organicznej”, który „działa jako samoistna siła kierownicza”[12] –
analogicznie jak w partiach burżuazyjnych rolę taką spełniają wpływowe dzienniki, jak „The
Times” w Anglii czy „Corriere della Sera” we Włoszech.
Należy jeszcze powiedzieć, jaki jest najważniejszy, śmiertelny wróg Nowoczesnego Księcia,
a przeto główny cel biernej rewolucji kierowanej przez intelektualny sztab rewolucyjnej elity
intelektualnej. Wrogiem tym jest religia, a celem – totalna laicyzacja społeczeństwa, zdolność zaś
do przeprowadzenia tego dzieła jest nawet kryterium moralnej wartości wszelkiego czynu, co
usprawiedliwia także samoubóstwienie Nowoczesnego Księcia (Partii): „Nowoczesny książę
powinien być w znacznej mierze poświęcony sprawie reformy intelektualnej i moralnej – a więc
sprawie religii i poglądu na świat. (…). Nowoczesny książę powinien i nie może nie być głosicielem
i organizatorem reformy intelektualnej i moralnej, przygotowującej grunt pod późniejszy rozwój
narodowej, ludowej woli zbiorowej, zmierzającej do urzeczywistnienia wyższej, pełnej formy
nowoczesnej cywilizacji. (…) Nowoczesny książę, w miarę jak zyskuje na znaczeniu, wstrząsa
całym systemem stosunków intelektualno-moralnych, ponieważ właśnie ewolucja jego roli
oznacza, że każdy czyn bywa pojmowany jako pożyteczny lub szkodliwy, szlachetny lub
nikczemny, jedynie w odniesieniu do samego nowoczesnego księcia – zależnie od tego, czy
przyczynia się do pomnożenia, czy też do umniejszenia jego potęgi. Książę zajmuje w ludzkiej
świadomości miejsce bóstwa czy kategorycznego imperatywu, staje się podstawą nowoczesnego
laicyzmu oraz pełnej laicyzacji całego życia i wszystkich stosunków obyczajowych”[13].
Filozofia praktyczna „wydoskonalonego” leninisty Gramsciego stała się zatem potężną
dźwignią, pozwalającą przezwyciężyć kryzys tej fazy, którą Plinio Corrêa de Oliveira nazwał III
Rewolucją (bolszewicką, o charakterze głównie społecznym), i przejść płynnie do IV Rewolucji[14],
zdolnej kruszyć narzędziami subtelniejszymi niż czołgi Armii Czerwonej i metody śledcze
oprawców ze służb bezpieczeństwa tkankę moralną i intelektualną społeczeństw okcydentalnych,
których dotąd nie udało się „wyzwolić”. Pozostawiając bez zmian jako zasadę Leninowskie hasło
„szturmu na centralne ośrodki władzy” kapitalistycznej, Gramsci zredefiniował jednak same te
ośrodki, wskazując, iż nie stanowią ich jedynie urzędy państwowe, punkty dowodzenia wojskiem
i policją, koleje, poczty czy telegrafy, lecz również instytucje opiniotwórcze, konstytuujące, a nawet
kreujące świadomość, jak ambony, szkoły, katedry uniwersyteckie, domy wydawnicze, redakcje
czasopism i rozgłośni radiowych (a dziś oczywiście także telewizja i media elektroniczne). Jego
bierna rewolucja, prowadząca wojnę pozycyjną, była precyzyjnie opracowanym scenariuszem
komunistycznego Kulturkampf, realizowanego jako marsz przez instytucje władzy nazywanej
później metapolityczną, a zapewniającej zdobycie hegemonii najpierw kulturalnej, a wreszcie
i politycznej. Ten marsz przez instytucje Nowa Lewica podjęła po tym, jak przegrała nazbyt
frenetyczną, by mogła się powieść, rewoltę młodzieżową 1968 roku, a także równie beznadziejną

25

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

próbę szturmu na instytucje państwowe drogą terroru indywidualnego (RAF, Czerwone Brygady,
Czarne Pantery etc.), wyciągając wnioski z obu porażek. Wykształconych kadr koniecznych do
opanowania sieci instytucji kulturalnych dostarczyli Nowej Lewicy adepci i wychowankowie
Szkoły Frankfurckiej. Dziś, po półwieczu od rozpoczęcia tego marszu można stwierdzić, że został
on uwieńczony pełnym powodzeniem, także w sferze stricte politycznej. Co więcej, ta
marksistowsko-leninowsko-demoliberalna mikstura nie tylko zatruła Zachód, lecz stamtąd
infekuje dziś narody i państwa Europy Środkowo-Wschodniej, które ledwie wyzwoliwszy się
z opresji komunistycznej w jej „klasycznej” postaci, żarliwie rzuciły się w objęcia Zachodu, naiwnie
sądząc, że wracają do wspólnej tradycji, a otrzymując od niego tę samą truciznę w nowej massa
tabulettae i w nowym, atrakcyjniejszym opakowaniu.
Fragment artykułu pt. Rewolucja kulturalna Nowej Lewicy; całość w: Rewolucja genderowa, red.
o. Z. Klafka CSsR, Wyd. WSKSiM, Toruń, ss. 145-171.

Przypisy
[1] R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, przeł. T. Pisarek, Poznań 1999, s. 111.
[2] Zob. A. de Benoist, Orientations pour des années décisives, Paris 1982, s. 12.
[3] Mussolini zgodziłby się też bez wątpienia z tezą Gramsciego: „między faszyzmem a komunizmem nie ma
drogi pośredniej”.
[4] Był to oczywiście zakamuflowany atak na Bucharina.
[5] A. Gramsci, Nowoczesny Książę, przeł. B. Sieroszewska, Warszawa 2006, s. 26.
[6] R. Scruton, op. cit., s. 118.
[7] „Nowoczesność” odnosi się tu oczywiście do realiów I wojny światowej z lat 1914-1918.
[8] A. Gramsci, op. cit., s. 4. Zob. także następujący wywód: „Ale jest nie mniej ważne i potrzebne, aby w
masie inteligenckiej dokonał się historycznie uzasadniony rozłam o charakterze organicznym: aby
wytworzył się, jako formacja masowa, kierunek lewicowy w nowoczesnym znaczeniu tego słowa, czyli
zwrócony ku proletariatowi rewolucyjnemu” – ibidem, s. 51, przyp. 72.
[9] Ibidem, s. 4. Zob. także historyczny wywód (ilustrowany przykładami z dziejów włoskiego Risorgimento)
na temat „koncepcji rewolucji biernej”, ibidem, ss. 47-51.
[10] Ibidem, s. 5.
[11] Ibidem, s. 17.
[12] Ibidem.
[13] Ibidem, s. 8.
[14] Zob. P. Corrêa de Oliveira, Rewolucja i Kontrrewolucja, przeł. S. Olejniczak, Kraków 1998, ss. 181-183.

26

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

WOŁODIMIR KRINICKIJ

Z miłości
Spalone drzewo
niedawno jeszcze
podnosiło gałęzie
do błękitnego nieba.
Dla nieba
zrobiłoby wszystko.
O niebie marzyło,
niebem oddychało.
Podziękowanie nieba
było cudowne –
błyskawica.

Tęsknię za tobą
Nie było cię
zaledwie dwie godziny.
Wokół ciemno.
Oczy nie widzą.
Ręce nieposłuszne.
Potrzebuję ciebie,
żeby patrzeć,
żeby słyszeć,
żeby oddychać,
żeby żyć.
Potrzebuję
ciebie.

***
Gdy znikną pasterze
ze złymi psami
i nie będzie więcej ścian
i ogrodzeń,
gdy nie będzie trzeba
udawać,
że jesteś szary,
jak wszystkie owce,
gdy będziesz mógł
powiedzieć wszystko,
czego nie mogłeś,
to wtedy może
zabraknąć ci
słów.

27

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

***
Kot w mojej duszy
często siedzi w jednym miejscu.
Czy jest leniwy, czy może czeka na sposobność,
by zabrać walizki i uciec raz na zawsze,
bo myśli, że nie ma już nic do zrobienia?
Czy jego umysł jest zmęczony
przeglądaniem stron moich pamiętników,
gdzie nieistotnych zapisów sto razy więcej niż tych,
w których jest jakiś mały sens.
Myślę jednak, że z moim kotem
nie jest tak tragiczne, jak sądzą niektórzy.
Mam O.
Przeł. autor
Wołodimir Krinickij, ur. w 1977 r. Ukraiński poeta i tłumacz, przekłada poezję z jęz. angielskiego,
białoruskiego, polskiego, rosyjskiego, serbskiego i chorwackiego. Ukończył historię na Uniwersytecie
Kijowskim, jest redaktorem naczelnym dwumiesięcznika literackiego „TiekstOver” wydawanego w Kijowie.
Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, serbski, słoweński, polski i chorwacki. Debiutancki zbiór
poezji 13° Kijowa ukazał się w ubiegłym roku.

Michealangelo Buonarroti, Leda z łabędziem, I poł. XVI w., miedzioryt, British Muzeum

28

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Natalia Budzyńska
POKUTA OSCARA WILDE’A

O

scar Wilde, główny męczennik homoseksualistów, więziony w wiktoriańskiej Anglii za swe
niemoralne życie, autor cynicznych aforyzmów, doznał łaski nawrócenia. Przypomina o tym
ojciec Leonardo Sapienza, członek prefektury Domu Papieskiego, w swojej najnowszej książce
Prowokacje: Aforyzmy dla niekonformistycznych chrześcijan.
Lewicowa „La Repubblica" nie kryje oburzenia, że Watykan przywłaszcza sobie ikonę ruchu
gejowskiego, przy okazji wytykając Kościołowi katolickiemu niekonsekwencję, bo przecież
„Benedykt XVI cały czas uważa homoseksualizm za chorobę". Fakt przemiany życia Wilde'a bywał
w tych środowiskach przemilczany lub lekceważony. Często powtarzano, że Wilde umierając, był
nieświadomy, a jego pogodzenie z Kościołem katolickim to manipulacja przyjaciela Roberta
Rossa. Tymczasem o. Sapienza, znany dotychczas między innymi z publikacji cytatów Pawła VI
i Jana Pawła II, w swojej nowej książce, nieprzetłumaczonej jeszcze na język polski, zamieścił kilka
złotych myśli Oscara Wilde'a.
„Potrafię się oprzeć wszystkiemu prócz pokusy"
Oscar Wilde był człowiekiem w czepku urodzonym. Jego rodzice - wybitny okulista i laryngolog
oraz poetka, która prowadziła znany salon literacki w Dublinie - zadbali o jak najlepsze
wykształcenie syna. W dublińskim Trinity College Wilde uzyskał opinię niezwykle zdolnego,
a studiując w Magdalen College w Oksfordzie, odbierał nagrody i brylował w towarzystwie.
Był dowcipny, tryskał błyskotliwym humorem, elokwentny. Przy tym zaciekawiał ekstrawagancją
w ubiorze i osądach. Wielki wpływ na poglądy Wilde'a na sztukę wywarły wykłady artysty
i poety Johna Ruskina. Odtąd Wilde głosił hasła „sztuki dla sztuki", a jego religią stały się artyzm
i estetyzm.
W 1884 roku ożenił się z piękną i mądrą Constance Lloyd. Zamieszkali w eleganckiej dzielnicy
Londynu i prowadzili otwarty salon, w którym bywała śmietanka artystyczna i arystokratyczna
Londynu. Wkrótce szczęśliwemu małżeństwu urodzili się dwaj synowie: Cyril i Vyvyan. W 1890
roku Oscar opublikował powieść Portret Doriana Graya, a później regularnie pisał satyryczne
komedie, chętnie wystawiane w londyńskich teatrach. Miał wszystko: sukces, miłość, przyjaciół,
poklask, rodzinę, pieniądze. Był osobą pożądaną w każdym towarzystwie, jego zdanie na temat
sztuki stanowiło dla wielu prawdę absolutną, mógł sobie pozwolić na każdą zachciankę. A te
przychodziły w formie pokus, którym nie potrafił się oprzeć. Jego lekko zniewieściała elegancja
była oczywiście podejrzana, ale był przecież artystą.
W wieku trzydziestu siedmiu lat poznał młodego lorda Alfreda Douglasa, studenta Oksfordu,
w którym zakochał się bez opamiętania. „Pozwoliłem wciągnąć się i omamić przez długie okresy
bezmyślnej, zmysłowej swobody. (...) Przestałem być panem samego siebie. Nie byłem już
sternikiem swojej duszy i nie wiedziałem o tym. Pozwoliłem, aby przyjemności owładnęły mną.
Skończyłem w wielkiej niesławie. Pozostała mi już tylko absolutna pokora". Te słowa napisał
Wilde znacznie później.
Więzienie w Reading
W XIX wieku homoseksualizm był w Anglii karany więzieniem. O Wildzie i błękitnookim lordzie
Douglasie mówiło się, że razem ucztują, spacerują, wyjeżdżają. Ojciec młodzieńca, markiz
Queensberry, prześladował artystę, publicznie oskarżając go o „sodomię". Wilde, dając się
wmanipulować w rozgrywki między ojcem a synem, oskarżył Queensberry'ego o zniesławienie i...
przegrał proces. W 1895 roku został skazany na dwa lata ciężkich robót w więzieniu. W atmosferze

29

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

skandalu Wilde w ciągu kilku dni stał się kompletnym bankrutem. Przedtem szanowanego
i podziwianego teraz zaczęto obrzucać obelgami.
Jego poniżona żona zmieniła nazwisko i wraz z synami wyjechała za granicę. Koszty procesu
były tak wysokie, że Wilde stracił wszystkie pieniądze i dobra, komornicy zabrali mu cenny
księgozbiór i dom. Załamany artysta spędził miesiące w obskurnej celi więzienia w Reading, będąc
na samym dnie. W ciągu tych dwóch lat dotknęły go kolejne klęski: żona wniosła pozew
rozwodowy, umarła mu matka, a w końcu został pozbawiony praw do swoich synów. Kompletnie
zdruzgotany napisał w więzieniu takie słowa: „Nie wątpię ani przez moment, że najwznioślejszą
chwilą w życiu człowieka jest ta, kiedy klęczy on w pyle, bije się w piersi i wyznaje grzechy całego
swojego życia".
Z głębokości...
Pod koniec pobytu w Reading Wilde dostał pozwolenie na pisanie. Otrzymywał po jednym arkuszu
papieru, który zapisany zabierano z celi. Oscar Wilde pisał na nich długi na kilkadziesiąt kartek
list do swojego kochanka, list pełen pretensji i żalu, ale także głębokich rozmyślań nad swoim
życiem. Jest to list człowieka, który z jednej strony twierdzi, że religia i wiara w niczym mu nie
mogą pomóc, ale z drugiej strony z jego słów przebija jakaś zadziwiająca intuicja i łaska Boga. To
dopiero był początek nowej drogi. Fragmenty listu ukazały się drukiem po jego śmierci i zostały
zatytułowane przez jego przyjaciela Roberta Rossa De profundis, czyli krzyk z otchłani.
Po wyjściu z więzienia Oscar Wilde pod zmienionym nazwiskiem, jako Sebastian Melmoth,
wyjechał do Francji. Zmarł w nędzy w podrzędnym hoteliku w Paryżu na zapalenie opon
mózgowych. Był 30 listopada 1900 roku. Kilka dni przed śmiercią wyraził pragnienie powrotu na
łono Kościoła, więc Robert Ross sprowadził angielskiego pasjonistę, ojca Cuthberta Dunne'a.
Duchowny odwiedzał Wilde'a kilka razy.
Odnajduję teraz gdzieś w głębi swego jestestwa ukryte „coś”, mówiące mi, że nic na tym
świecie nie jest pozbawione sensu, a już szczególnie cierpienie. To „coś”, schowane w głębi
mej natury na podobieństwo zakopanego w polu skarbu – to pokora. Pokora jest tym, co
mi pozostało. Jest tym, co najlepszego posiadam: dokonanym przeze mnie samego
odkryciem o wadze ostatecznej, punktem wyjścia dla dalszego rozwoju. Wychynęła z głębi
mnie samego, wiem więc, że przyszła we właściwym czasie. Nie mogła przyjść ani
wcześniej, ani później. Gdyby ktokolwiek opowiedział mi o niej – odrzuciłbym ją. Gdyby
mi ją przyniesiono – nie przyjąłbym. Ale gdy ją sam znalazłem – zatrzymam. Muszę
zatrzymać. Jest jedyną rzeczą, zawierającą w sobie pierwiastki życia, nowego życia, jakiejś
Vita Nova dla mnie. Najdziwniejsze jest to, że nie można jej odrzucić i że nikt nie może jej
dać drugiemu. Nie można jej zdobyć w inny sposób, jak tylko oddając wszystko, co się
posiada. Tylko wtedy, kiedy się wszystko utraci, wie się, że się ją zdobyło. [De profundis...]
W Boże Narodzenie udało mi się otrzymać Nowy Testament po grecku i co ranka, po tym,
jak posprzątam celę i wyczyszczę naczynia, czytam sobie fragmenty Ewangelii, po
kilkanaście przypadkowo wybranych wersetów. Jest to wspaniały początek dnia. [De
profundis...]
Oczywiście, grzesznik musi się pokajać. Dlaczego? Po prostu dlatego, że inaczej nie
pojąłby, co uczynił. Moment skruchy jest momentem inicjacji. Więcej – jest sposobem, w
jaki człowiek zmienia swoją przeszłość. Grecy uważali to za niemożliwe. W swoich
gnomicznych aforyzmach często powtarzają, że „nawet bogowie nie mogą zmienić
przeszłości". Chrystus pokazał, że może tego dokonać najpospolitszy grzesznik – że jest to
jedyna rzecz, jaką może uczynić. [De profundis...]

30

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

POŁUDNIOWOSŁOWIAŃSKIE PREZENTACJE POETYCKIE

LADISLAV BABIČ [Chorwacja]
Haiku zredukowanego człowieka
Czarna dziura.
Żarłoczne usta
Łakomstwo człowiecze.
Streszczam się
W najkrótszą formę.
Żyć!
Kapie czas.
Życie męczy
Tykanie zegarka.
Mnóstwo chrustu
Roznosi wiatr.
Drzewa się pochylają.

BORJA BOLČINA [Słowenia]

Sycylia
podróżujemy przez całe dnie
kawa straciła smak
w jej twarzy oczy
w objęciach piasku, lawy
spoglądają w dół leśnych wzgórz
zielone oleandry
terraria w terrariach wody...
morze pluska po konturach kościoła
które ubóstwia
mozaiki niewidzialnego piękna
na kwadratach i wierchach
relikwiach i krzyżach
błogosławiony śpię
na półmisku sycylijskim
w podręcznikach, ołtarzach
dla wiernych

31

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

dla ofiar spod filarów
dla owiec gałązki
w gaju oliwnym
potem zaczynam być głodny
jem i nie rozumiem
najadam się pomidorów
więc podchodzi do mnie
rad mi coś powiedzieć
mówi obficie
i żadnego gangstera nie widziałem

JAGODA KLAJIČ [Chorwacja]

Wiersz
Nie oszukujcie
że istnieją
radosne wiersze
chwila jest wtedy
tylko inna
i nie okłamie mnie
uśmiechnięta
rozśpiewana
dopiero po niej
wiersz zaczyna powstawać.

NEDELJKO TERZIČ [Serbia]

Niespokojny wiatr
Z młodej trawy kształtuje
Silną falę.
Ptaki świergocą
Wielki hymn Słońcu.
Rosną kwiaty.
Dźwięk samolotu
Spłoszył cykady.
Smutny wieczór.

32

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Poranna rosa
Opadła na mrówkę.
Wielka walka.
Gwiaździste niebo
Schodzi nad jeziorem.
Zakłopotane ryby.
Kwiatek z gałęzi spadł
we włosy dziewczyny.
Cieszy się wiosna.

DUŠAN VIDAKOVIČ [Serbia]

Haiku dla Devide’a
Prasowanie liści
Podręcznikiem do algerby.
Koan in vivo.
Trwa nadal
Poprzez trzy magiczne wersy
Cichy poeta.
Tęsknię za
Listami z Vinogradskiej
Ręką pisane.
Niczym obłoki
Będą schodzić na Ziemię.
Trudną, posępną.
*Vinogradska – ulica w Zagrzebiu, przy której mieszkał dr Vladimir Devide, matematyk, autor wielu haiku.
*Ostatnie haiku jest parafrazą haibuna „Obłoki“ dr. Vladimira Devide'a.

Przeł. z serbskiego, słoweńskiego i chorwackiego Olga Lalič-Krowicka.

33

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Bruno Schulz
JESIEŃ

Z

nacie ten czas, gdy lato tak bujne i pełne wigoru jeszcze niedawno, lato uniwersalne,
obejmujące w swej rozległej sferze wszystko, co tylko pomyśleć się dało – ludzi, wypadki
i rzeczy – pewnego dnia dostaje ledwo dostrzegalną skazę. Blask słońca spada jeszcze rzęsiście
i obficie, w pejzażu jest jeszcze wielkopański, klasyczny gest, który tej porze roku przekazał
w spuściźnie geniusz Poussina, ale – rzecz dziwna – wracamy z porannej wycieczki dziwnie
znudzeni i jałowi: czyżbyśmy się czegoś wstydzili? Czujemy się trochę nieswojo i unikamy
wzajemnie naszych spojrzeń – dlaczego? I wiemy, że o zmierzchu pójdzie ten i ów z zakłopotanym
uśmiechem w ustronny kąt lata zapukać, zapukać w ścianę, czy ton jest jeszcze całkiem pełny,
rzetelny. Jest w tej próbie przewrotna rozkosz zdrady, zdemaskowania, lekki dreszczyk skandalu.
Ale oficjalnie jesteśmy jeszcze pełni respektu, pełni lojalności: taka solidna firma, tak znakomicie
ufundowana firma... I mimo to, gdy następnego dnia rozchodzi się wieść o konkursie – jest to już
wiadomość przedwczorajsza i nie ma już eksplodującej siły skandalu. I podczas gdy licytacja bierze
swój trzeźwy i ożywczy bieg, sprofanowane apartamenty opróżniają się i ogałacają i stają się pełne
jasnego, trzeźwego echa – nie budzi to żadnego żalu czy sentymentu: cala ta likwidacja lata ma
w sobie jakąś lekkość, opieszałość i błahość spóźnionego karnawału, który się przeciągnął
w Popielec.
A jednak pesymizm jest może przedwczesny. Jeszcze toczą się rokowania, jeszcze rezerwy lata
są niewyczerpane, może przyjść jeszcze do pełnej restytucji... Ale rozwaga, zimna krew nie są
rzeczą letników. Nawet hotelarze, hotelarze po uszy zaangażowani w akcjach lata – kapitulują.
Nie! Tak mało lojalności, pietyzmu wobec wiernego sojusznika nie świadczy o wielkim stylu
kupieckim! Są to kramikarze, mali i tchórzliwi ludzie, nie myślący na daleką metę. Każdy z nich
przyciska do brzucha uciułaną sakiewkę. Zrzucili cynicznie maskę uprzejmości, zdziewają smokingi. Z każdego wyłazi były płatniczy...
I my także pakujemy kufry. Mam piętnaście lat i jestem całkiem nieobciążony obowiązkami
praktyki życiowej. Ponieważ jest jeszcze godzina do wyjazdu, wybiegam jeszcze raz, pożegnać
letnisko, zrewidować dorobek tego lata, zobaczyć, co można zabrać ze sobą, a co już trzeba na
zawsze zostawić w tym mieście skazanym na zagładę. Ale w małym rondo parkowym, pustym
teraz i jasnym w słońcu popołudniowym, przy pomniku Mickiewicza rozwidnia mi się w duszy
prawda o przesileniu lata. W euforii tego objawienia wstępuję na dwa stopnie pomnika, zataczam
wzrokiem i rozpostartymi rękoma łuk pełen rozmachu, jakbym się zwracał do całego letniska,
i mówię: – Żegnam cię, Poro! Byłaś bardzo piękna i bogata. Żadne inne lato nie może się
porównać z Tobą. Dziś to uznaję, choć nieraz byłem bardzo nieszczęśliwy i smutny z Twego
powodu. Zostawiam Ci na pamiątkę wszystkie moje przygody rozsiane po parku, po ulicach, po
ogrodach. Nie mogę ze sobą zabrać moich piętnastu lat, one już tu na zawsze zostaną. Prócz tego
na werandzie willi, w której mieszkałem, włożyłem w szparę między dwiema belkami rysunek,
który zrobiłem Ci na pamiątkę. Ty teraz schodzisz między cienie. Razem z Tobą zejdzie całe
to miasto will i ogrodów do krainy cieniów. Nie macie potomstwa. Ty i to miasto umieracie,
ostatnie z rodu.
Ale nie jesteś bez winy, o Poro. Powiem Ci, w czym leżała Twa wina. Nie chciałaś, o Poro,
poprzestać na granicach rzeczywistości. Żadna rzeczywistość nie zaspokajała Cię. Wybiegałaś poza
każdą realizację. Nie znajdując dosytu w rzeczywistości, tworzyłaś nadbudowy z metafor i figur
poetyckich. Poruszałaś się w asocjacjach, w aluzjach, w imponderabiliach między rzeczami. Każda
rzecz odsyłała do innej rzeczy, tamta powoływała się na dalszą i tak bez końca. Twoja swada
nużyła w końcu. Miało się dość tego bujania na falach nieskończonej frazeologii. Tak jest,
frazeologii – wybacz to słowo. Stało się to jasne, kiedy tu i tam, w wielu duszach zaczęła się budzić
tęsknota do istotności. Z tą chwilą byłaś już przezwyciężona. Ukazały się granice Twej
uniwersalności, Twój wielki styl, Twój piękny barok, który za dobrych Twych czasów był
adekwatny rzeczywistości, okazał się teraz manierą. Twoje słodycze i Twoje zadumania miały na

34

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

sobie piętno młodzieńczej egzaltacji. Twoje noce były ogromne i nieskończone, jak
megalomaniczne natchnienia zakochanych, albo były rojowiskami widziadeł, jak bredzenia
halucynujących. Twoje wonie były przesadne i nie na miarę ludzkiego zachwytu. Pod magią Twego
dotknięcia dematerializowała się rzecz wszelka, rosła ku dalszym, coraz wyższym formom. Jadło
się Twoje jabłka, marząc o owocach rajskich krajobrazów, a przy Twoich brzoskwiniach myślało
się o owocach eterycznych, które by się spożywało samym powonieniem. Miałaś na swojej palecie
tylko najwyższe rejestry barw, nie znałaś sytości i jędrności ciemnych, ziemistych, tłustych brązów.
Jesień to tęsknota duszy ludzkiej do materialności, do istotności, do granic. Gdy z niezbadanych
przyczyn metafory, projekty, marzenia ludzkie zaczynają tęsknić do realizacji, przychodzi czas
jesieni. Te fantomy, które dotychczas rozprószone w najdalszych sferach ludzkiego kosmosu
zabarwiały jego wysokie sklepienia swymi widmami – ściągają teraz do człowieka, szukają ciepła
jego oddechu, ciasnego przytulnego schronienia jego domu, niszy, w której stoi jego łóżko. Dom
człowieka staje się, jak stajenka betlejemska, jądrem, dookoła którego zagęszczają przestwór
wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i dolnych sfer. Skończył się czas pięknych
klasycznych gestów, łacińskiej frazeologii, południowych teatralnych zaokrągleń. Jesień szuka
sobie jędrności, prostackiej siły Dürerów i Breughelów. Pęka ta forma od nadmiaru materii,
twardnieje w węzły i sęki, chwyta ona materię w swe szczęki i kleszcze, gnębi ją, gwałci, ugniata
i wypuszcza z swych rąk z śladami tej walki, kłody na wpół obrobione z piętnem niesamowitego
życia w grymasach, które im wycisnęła na drewnianych twarzach.
Takie i jeszcze inne rzeczy mówiłem do pustego półkręgu parku, który się jakby przede mną
cofał. Wyrzucałem z siebie tylko niektóre słowa tego monologu, bądź to dlatego, iż nie mogłem
znaleźć słów odpowiednich, bądź to dlatego, iż markowałem tylko przemówienie, uzupełniając
brakujące słowa gestami. Pokazywałem orzechy, klasyczne owoce jesieni, spokrewnione z meblami
pokoju, pożywne, smaczne i trwałe. Przypominałem kasztany, te politurowane modele owoców,
bilboklety stworzone do zabawy dla dzieci, jabłka jesienne, czerwieniejące dobrą, domową,
prozaiczną czerwienią na oknach mieszkań.
Zmierzch już zaczął zaczadzać powietrze, gdy wróciłem do pensjonatu. Na podwórzu stały już
dwa duże powozy przeznaczone do naszego wyjazdu. Rozkulbaczone konie parskały z głowami
pogrążonymi w workach obroku. Wszystkie drzwi były na rozcież otwarte, świece płonące na stole
naszego pokoju pełgały na przeciągu. Ten szybko zapadający zmrok, ci ludzie, którzy potracili
twarze w zmierzchu i wynosili pośpiesznie kufry, nieporządek w otwartym, zgwałconym pokoju,
wszystko to robiło wrażenie jakiejś pośpiesznej, smutnej, zapóźnionej paniki, jakiejś tragicznej
i spłoszonej katastrofy. Wreszcie zajęliśmy miejsca w głębokich powozach i ruszyliśmy. Powiało na
nas ciemne, głębokie, tęgie powietrze polne. Woźnice wyławiali z tego upojnego powietrza soczyste
trzaski długimi biczami i wyrównywali starannie rytm koni. Potężne, odsądzone wspaniałe kłęby
ich kołysały się w ciemności wśród puszystych uderzeń chwostów. Tak niosły się wśród
samotnego, nocnego pejzażu bez gwiazd i świateł, jeden za drugim, te dwa konglomeraty z koni,
dudniących pudeł i sapiących miechów skórzanych. Chwilami zdawały się rozpadać, rozlatywać
jak kraby dzielące się w biegu na części. Wtedy woźnice ujmowali silniej lejce i zbierali do kupy
rozluźnione tętenty, zwierali je w karne, regularne kadry. Od zapalonych latarń padały długie
cienie w głąb nocy, wydłużały się, odrywały i wielkimi skokami mknęły w dzikie pustkowia.
Umykały chyłkiem na długich nogach, ażeby gdzieś daleko, pod lasem, natrząsać się urągliwymi
gestami z woźniców. Woźnice trzaskali ku nim szeroko batami i nie dawali się wyprowadzić
z równowagi. Miasto już spało, gdy wjechaliśmy między domy. Tu i ówdzie paliły się latarnie
w pustych ulicach, jak gdyby w tym celu stworzone, by oświetlić jakiś dom o niskim piętrze,
balkon, lub wrazić w pamięć numer nad zamkniętą bramą. Zaskoczone nagle o tej późnej porze,
zamknięte ślepo sklepiki, bramy z wyślizganymi progami, targane przez wiatr nocny szyldy
ukazywały beznadziejne opuszczenie, głębokie sieroctwo rzeczy pozostawionych samych sobie,
rzeczy, zapomnianych przez ludzi. Powóz siostry skręcił w boczną ulicę, podczas gdy my
pojechaliśmy na rynek. Konie zmieniły rytm biegu, gdy wjechaliśmy w głęboki cień placu. Bosy
piekarz na progu otwartej sieni przeszył nas spojrzeniem ciemnych oczu, okno apteczne, jeszcze
czuwające, podało i cofnęło balsam malinowy w wielkiej bani. Bruk zgęstniał pod nogami koni,
z gmatwaniny tętentu wydzieliły się pojedyncze i zdwojone szczęki podków, coraz rzadsze

35

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

i wyraźniejsze, i dom nasz z odrapaną fasadą wysunął się z wolna z ciemności i zatrzymał przed
pojazdem. Służąca otworzyła nam bramę, trzymała w ręku naftową lampę z reflektorem. Na
schodach wyrastały ogromne nasze cienie, łamiąc się aż na sklepieniach klatki schodowej.
Mieszkanie było teraz tylko świecą oświetlone, której płomień chwiał się od powiewu otwartego
okna. Ciemne tapety porastała pleśń zgryzot i goryczy wielu chorych pokoleń. Stare meble,
zbudzone ze snu, wydobyte z długiej samotności zdawały się z gorzką wiedzą, z cierpliwą
mądrością patrzeć na powracających. Nie uciekniecie od nas – zdawały się mówić – w końcu
musicie powrócić w krąg naszej magii, bo podzieliłyśmy już z góry między siebie wszystkie wasze
ruchy i gesty, wstania i siadania i wszystkie wasze przyszłe dni i noce. My czekamy, my wiemy...
Ogromne, głębokie łóżka czekały, pełne spiętrzonej, chłodnej pościeli, na nasze ciała. Śluzy nocy
skrzypiały już pod naporem ciemnych mas snu, gęstej lawy, która gotowała się wyłamać, wylać
z stawideł, z drzwi, z szaf starych, z pieców, w których powzdychiwał wiatr.

Pierwodruk: „Sygnały”, 1936, nr 17.

Bruno Schulz, Procesja, cliché-verre, 1920-22,
Muzeum Literatury, Warszawa

36

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Tomasz Marek Sobieraj
DWANAŚCIE STACJI – TWELVE STATIONS
TOMASZA RÓŻYCKIEGO,
czyli o czym głośno się nie mówi

W

szyscy znają ten uroczy obrazek, kiedy mała dziewczynka zakłada na nogi szpilki swojej
matki i udaje, że jest dorosła. Matka i jej przyjaciółki, ciotki i babcie pławią się
w zachwytach. Ale dlaczego podobnie zachowują się krytycy, gdy literat średniego pokolenia
zakłada za duże buty narodowego wieszcza?
Wprowadzenie
Wśród części polskich literatów, pisarzy i krytyków panuje pogląd, że napisanie dzisiaj eposu
narodowego jest niemożliwe. Brzmi to jak bolszewicki dogmat czy też pozbawiony dowodu
i zdrowego rozsądku umysłowy ewaporat, który jednak powtarzany w kółko, zgodnie z tezą dr.
Goebbelsa mógłby stać się prawdą. Na szczęście świat jest bardziej złożony, niż twierdzą
nowocześni scholastycy, i nie ma jednej prawdy, czego dowodzi życie i prof. Tarski, zaś to, że
narodowy epos w tzw. wolnej Polsce jeszcze nie powstał, nie znaczy, że nie powstanie, bo nic nie
stoi na przeszkodzie, poza brakiem talentu i klasycznego wykształcenia. Wyzwanie jest niemałe,
podejmowane są nawet heroiczne próby napisania takiego dzieła, zwykle ośmieszające autora, jak
i jego apologetów, bo chcieć to jednak za mało, zarówno dla piszącego, jak i dla krytyka. Ale jest
światełko w tunelu – najciekawszą, najmądrzejszą i najlepszą warsztatowo propozycją do
zaszczytnego tytułu współczesnego, może nie narodowego, ale lokalnego eposu czy przynajmniej
poematu o polskim interiorze jest wierszowana opowieść – gawęda Dwanaście stacji Tomasza
Różyckiego. Książka z roku 2004, otrzymała Nagrodę Kościelskich, a niedawno została wydana
w USA w wersji dwujęzycznej, polsko-angielskiej, przez wydawnictwo Zephyr Press, przy wsparciu
polskiego Instytutu Książki, z ciekawym wstępem i w starannym przekładzie Billa Johnstona,
nagradzanego tłumacza kilku literatów z kręgu tej – przypominającej lożę masońską – instytucji.
Książka miała załatwioną pozytywną recenzję w „Times Literary Suplement” z czerwca 2015 r.,
który to organ jest czymś w rodzaju przewodnika stada amerykańskiej krytyki; obecnie znajduje
się na tzw. długiej liście nominowanych do nagrody amerykańskiego PEN Clubu w dziedzinie
przekładu. Jak oni ocenają jakość tłumaczenia z jęz. polskiego, kto to właściwie robi i jakie są
kryteria, pozostaje tajemnicą. Jednak jeśli przyjąć modny pogląd, że przekład nie jest wtórny
wobec tekstu źródłowego, tylko stanowi odrębne dzieło literackie, to tak traktowane Twelve
Stations Johnstona zasługuje na nominację.
Tzvetan Todorov powiedział kiedyś, że „wielki pisarz jest człowiekiem wolnym, który odkrył
świat wyobraźni i ducha obok banalnej rzeczywistości, i który nam jedno przez drugie odsłania”.
Definicja to niepełna, ale może posłużyć jako ważny element charakterystyki zjawiska zwanego
„wielkim pisarstwem”, do którego utwór Różyckiego pretenduje. Należy zaznaczyć, że rzetelna
ocena utworu wymaga nie tylko jego uważnego przeczytania, ale też, jak pisze S.H. Burton w The
Criticism of Poetry, jak najszerszego otwarcia umysłu. Wiemy jednak, że nie każde drzwi dadzą się
otworzyć szeroko, a niektóre nie otwierają się wcale, szczególnie gdy są zabite deskami. Pewnie
dlatego dotychczasowe recenzje Dwunastu stacji przypominały chóralne eulogie czy jak kto woli
„covery” oficjalnych enuncjacji. Mnie, jak zawsze, interesuje to, o czym głośno się nie mówi.
Entuzjastyczne recenzje książki Różyckiego są niczym powielone z jednej matrycy
wypracowania uczniów, którzy książki nie czytali albo zrobili to nieuważnie, bądź bez należytego
przygotowania i krytycznego spojrzenia. Unosi się nad nimi duch profesora Bladaczki,
a z zaświatów dobiega śmiech Gombrowicza. Najbardziej rzeczowa, dogłębna i erudycyjna
recenzja Dwunastu stacji, jaką czytałem, to wstęp Billa Johnstona do amerykańskiego wydania,
jednak z oczywistych powodów jest skrajnie entuzjastyczna, zatem jednostronna. A przecież „nie

37

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

można widzieć całej góry patrząc na nią tylko z jednej strony”, powiedział Hokusai wyruszając
w drogę, by uwiecznić świętą górę Japończyków w Stu widokach Fuji. Proponuję zatem spojrzeć
na Dwanaście stacji podobnie – to wciąż będzie ta sama literacka góra, ale widziana z nieco
innej strony.
Poemat
Książka Różyckiego wpisuje się w modny od ćwierćwiecza, i niestety miejscami bliski prawdy, nurt
pokazywania Polski jako kraju zacofanego, brudnego, w stanie niemal biologicznego rozkładu,
zamieszkanego przez bezrobotnych półidiotów uprawiających zoofilię i załatwiających potrzeby
fizjologiczne w lesie, których ulubioną rozrywką jest picie wódki albo samogonu a ksenofobia
stanowi dla nich szczyt intelektualnego wyrafinowania. Bohater opowieści, nazwany Wnukiem, to
trzydziestojednoletni nieudacznik i półgłówek, nadużywający alkoholu, dłubiący w nosie na
przemian palcem wskazującym i kciukiem, smarkający w rękaw i noszący w plecaku zepsute ryby,
zgniłe kanapki i cuchnące jaja. Głównym motywem narracji jest swoista odyseja Wnuka, można by
rzec wnukeja, sentymentalna podróż w czasie i przestrzeni rozpisana na dwanaście stacji, które
raczej przypominają pierwszych dwanaście stacji męki Chrystusa niż dwanaście ksiąg Pana
Tadeusza, a to głównie za sprawą wypijanego alkoholu, chronicznego kaca, zdezelowanych
środków transportu, ogólnej polskiej rozpierdziuchy i prymitywnych, ale na szczęście
sympatycznych tubylców. Wszystko to pisane wierszowaną prozą, językiem bogatym, czasem
z użyciem wschodniego dialektu mowy polskiej, niekiedy poetyckim i to całkiem dobrej próby,
z widocznym zmysłem obserwacji, humorem, dystansem do własnej przeszłości i do historii oraz
obyczajów Kresowiaków przesiedlonych na Śląsk Opolski. Opowieść snuta jest sprawnie, wesołokabaretowo, coś jak literacki sitcom, nużą tylko nazbyt częste i długie wyliczanki różnych
przedmiotów, wyglądające na zapchajdziury niezbędne do wykonania literackiej normy wersów
albo objawy przedwczesnej miażdżycy. Interesujące, że wspomniana jest (półgębkiem) rzeź
wołyńska, a to oczywiste faux pas a nawet gorzej – polityczna niepoprawność, bo władza III RP
lubi banderowców, czego dowodzą serdeczne kontakty na szczeblu rządowym. Czasem w narracji
pojawiają się elementy surrealistyczne, jak wielokrotnie powtarzane bez sensu zaklęcie
„Sauternes, Bingen”, które to słowa są nazwami dobrych win, czy łaciński zwrot, parafraza cytatu
z Księgi Koheleta, „vanitas vaginatum”, znaczący „marność pochwowa”, a co można odczytać albo
jako pretensję do partnerki za np. brak higieny, albo zakamuflowany mizoginizm, ostatecznie jako
źle wpisaną nazwę wełnianki pochwowatej (Eriophorum vaginatum), rośliny z rzędu
turzycowatych, pospolitej w całej Polsce.
Biorąc powyższe pod uwagę oczywistym się staje, że Dwanaście stacji nie może być eposem
narodowym, jak chce tego polska krytyka, a co najwyżej – antyeposem. W istocie to przyzwoicie
zrobiona mieszanka poematu heroikomicznego z gawędą w stylu Pamiątek Soplicy Henryka
Rzewuskiego. Z pewnością więc bliżej mu do Myszeidy czy Monachomachii Ignacego Krasickiego
niż do Pana Tadeusza, przy czym gdy dzieła księcia biskupa jako utwory krytyczne wobec elit
wzburzyły jednych, a rozbawiły i nasyciły intelektualnie najwybredniejszych, zaś dzieło wieszcza
pokrzepiło serca i zachwyciło urodą, to utwór Różyckiego jest napisany ładnie, ale nie wiadomo po
co – chyba że autorowi chodziło o wpisanie się do podręczników szkolnych poprzez – mocno
naciąganą przez krytykę – „grę z Mickiewiczem”. Ostatecznie więc poemat ten wygląda jak praca
domowa najlepszego ucznia w klasie czy przedmiot zrobiony na zamówienie przez nadwornego
rzemieślnika. Widać przyzwoity warsztat Różyckiego, jego inteligencję i poczucie humoru; jest
„dowalanie” zwykłym Polakom jako niezbędnik dzisiejszej krajowej literatury i przepustka do
nagród; jest powrót do dzieciństwa, opolszczyzna i Opole, historia wielka i mała, sentymenty,
babcia, naftalina, pelargonie, wódka, libacje, sterty jedzenia, a także nieco poetyckiego języka
i sporo znakomitych scen i fraz, którymi autor może oczarować kogoś, kto nie czytał klasyków.
Poza tym jest też niemal wszystko co trzeba, by było to dzieło, wspomniane wyżej „wielkie
pisarstwo”. Dlatego książka Różyckiego znajduje się daleko przed całą resztą literackiej produkcji
tego „nieszczęsnego kraju”, jak Polskę nazywa autor, jeśli idzie o ładunek intelektualny, językową

38

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

swobodę czy błyskotliwość. Większość naszych wielkich i nagradzanych poetów średniego
i młodego pokolenia płci obojga wygląda przy nim jak młotki z klasy sportowej przy szkolnym
prymusie, które nigdy nie słyszały o „docere, delectare, movere” Kwintyliana, ani o niczym innym
poza dobrym wymachem na wuefie. Postulaty rzymskiego pedagoga przystoją nie tylko retorom,
ale i ludziom pióra. Różycki je zna i wypełnia, szkoda tylko, że niezbyt elegancko. Wyśmiewa
zwykłych, szarych ludzi, a brakuje mu męskiej odwagi, by poddać krytyce tak zwane elity (ryba
psuje się od głowy), odwagi, która cechuje wielkich pisarzy; brakuje mu także pasji, ognia i lodu.
Jest letni. Jak zupa owocowa z kluskami. On nie gra z Mickiewiczem ani Krasickim, tylko gra
w Mickiewicza i Krasickiego. Owszem, robi to technicznie bez zarzutu, bo opanował
podręcznikowe zagrywki – jednak nie ma w Dwunastu stacjach ducha i geniuszu, których to
składników tak bardzo zazdrościł Mozartowi Salieri.
Przekład
Na zakończenie parę słów o angielskim tłumaczeniu Dwunastu stacji Billa Johnstona. Przekład
literacki wymaga nie tylko umiejętności i wiedzy, ale także – a może przede wszystkim – talentu.
Marny poeta czy pisarz rzadko kiedy jest dobrym tłumaczem. Jewgienij Jewtuszenko twierdził, że
„przekład jest jak żona: jeśli piękny, to niewierny, jeśli wierny, to brzydki”. Pewnie miał na myśli
czystą lirykę, a nie wierszowaną prozę, bo tłumaczenie Billa Johnstona jest i ładne, i na ile to
możliwe – wierne. Drobne niekonsekwencje – jak np. kapitan Kloss zamieniony na MacGyvera za
to Janek Kos z objaśnieniem, że to członek załogi Czterech pancernych i psa (co dalej i tak nic nie
mówi Amerykanom), czy zupełne niezrozumienie oczywistego dla Polaka opisu lasu ludzkich kup
tworzących runo w podopolskim drzewostanie albo niesłuszne zrównanie hajdamaków z
Kozakami – są nieliczne. Całość przekładu jest porządną translatorską robotą i czyta się ten tekst
znakomicie, podobnie jak wstęp tłumacza, bez którego zrozumienie prowincjonalnego antyeposu
Różyckiego byłoby poza Polską niemożliwe.

Tomasz Różycki, Twelve Stations, wydanie polsko-angielskie, przekład Billa Johnstona, Zephyr Press,
Brookline, MA, 2015.

39

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Adrian Nikiel
SOCREALIZM PO SZWEDZKU

P

romotorzy debiutanckiej powieści szwedzkiej autorki, pani Ingrid Hedström, nie wahają się
wyrażać swojego entuzjazmu za pomocą takich określeń, jak: „doskonała, absolutnie genialna,
mistrzowsko skonstruowany kryminał”. Niestety, okładkowe slogany nie mają nic wspólnego
z tym, co znajduje się pod okładką, a czytelnicy pod pozorem kryminału otrzymują dawkę ostrej
lewicowej propagandy. Stężenie politgramoty jest tak wysokie, że w odniesieniu do niektórych
fragmentów można wręcz mówić o niezamierzonej parodii. Nauczycielkę z Villette czyta się
z narastającym rozbawieniem, jakby za wziętym z Północy pseudonimem ukrywał się aktywista
stowarzyszenia „Nigdy Więcej”… Jest jednak prostsze wyjaśnienie tego fenomenu: z internetowej
kwerendy wynika, że autorka jest (była?) trockistką.
Punktem wyjścia powieściowej intrygi jest fikcyjne belgijskie „Jedwabne”, którego ofiarami
mieliby być w sierpniu 1961 roku uchodźcy z Afryki. Jak można się łatwo domyślić, tam, gdzie
„obcy” zostali złożeni w ofierze Molochowi, tam też muszą być faszyści. Oczywiście faszyści
przedstawieni na wzór białopolaków w sowieckich czytankach. Można też ująć ten schemat jeszcze
prościej: „To pijak! I złodziej, bo każdy pijak to złodziej!”.
Właśnie na tym wątku gniota chciałbym skupić się przede wszystkim. Portret szefa
neofaszystów Andrzeja Fontaine’a jest naszkicowaną grubą krechą karykaturą, jakimś
paranoicznym zbiorem wszystkich możliwych wyobrażeń o złych faszystach, którzy z definicji nie
mają w sobie choćby pół promila normalności. Dowiadujemy się bowiem m.in., że: lider Front
Patriotique Belge to beznadziejny organizator, bijący (drugą) żonę pijak, rozwodnik, szantażysta,
demagog pozyskujący zwolenników socjotechnicznymi sztuczkami i fałszywym lokalnym
akcentem, sknerus próbujący naciągać wykonawców usług, sadysta biorący w młodości udział
w masowym mordzie. Już jako nastolatek „rozpuszczał masę ohydnych plotek o różnych ludziach,
przynosił alkohol, papierosy i chyba pisemka pornograficzne”. Na niepokój współpracowniczki
odpowiada „długim nienawistnym spojrzeniem”. Do kompletu: ma worki pod oczami. Gość po
prostu jest degeneratem. Podejrzewam, że gdyby w książce pojawiła się jakaś scena w toalecie,
wówczas autorka dopisałaby neofaszyście do portretu co najmniej koprofilię.
Gdyby to tylko o faszyzm, choćby najbardziej karykaturalny, chodziło! Jak zapewne czytelnicy
tej recenzji już przeczuwają, w majakach pani Hedström faszyści (ewentualnie: nacjonaliści,
patrioci) to po prostu „ultraprawica”. W wypowiedziach i działaniach Fontaine’a nie ma oczywiście
nic rzeczywiście prawicowego, ale w siedemnastej wiośnie życia – już po belgijskim „Jedwabnem”
– ten żałosny wrak człowieka kontaktował się „z francuską prawicową ekstremą: monarchistyczną,
antysemicką i ultrakatolicką. Kontynuuje flirt z ultraprawicą, kiedy parę lat później wraca do
Belgii (…)”. Kiedy czytałem te wypociny, zastanawiałem się tylko nad jednym: kiedy do niektórych
zakutych łbów dotrze, że faszyzm nie ma nic wspólnego z prawicą?!
Prowadząca śledztwo pozytywna bohaterka darzy Fontaine’a szczerą niechęcią i byłaby skora
zamknąć go bez czekania na dowody winy. Z drugiej strony, gdy okazuje się, że mordercą jest
także reprezentant systemowej lewicy, polityk aspirujący do najwyższych stanowisk w partii
i państwie, można odnieść wrażenie, iż autorce chyba jest przykro, że akcja jej powieści potoczyła
się w kierunku wskazującym na winę „porządnego” socjalisty.
Opisy czarnych charakterów w tym kryminale to podręcznikowe wręcz przykłady grafomanii,
ale takich przedobrzeń można wskazać więcej, również w najbardziej neutralnych kontekstach.
Jedno zdanie niech starczy za wszystkie: „(…) zapytał, ujmując z gracją truflę czekoladową
kciukiem i palcem wskazującym”. Przede wszystkim jednak – a to chyba najpoważniejsze
oskarżenie pod adresem autora powieści sensacyjnej – w Nauczycielce z Villette napięcia jest
tyle, ile w dziurawej oponie. Fabuła nieprawdopodobna. Brakuje przemyślanych i dobrze
skonstruowanych zaskoczeń, nagłych zwrotów akcji, sensacyjnych odkryć, które postawiłyby
dotychczasowy bieg wydarzeń pod wielkim znakiem zapytania. Postaci są niesłychanie
jednowymiarowe. Nuda.

40

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Jakiś czas temu pojawiło się w mediach określenie „pornografia dla kobiet”, które dotyczy
pornografii podobno bardziej subtelnej, wyrafinowanej estetycznie etc. Pani Hedström napisała
coś w rodzaju „kryminału dla kobiet”. Miał to być zapewne piękny, estetycznie dopieszczony
w opisach moralitet o tym, że nie należy zabijać imigrantów – wyszła przegadana, pretensjonalna,
a chwilami mimowolnie komiczna papka, napisana tak, jak w XX wieku pisało się harlequiny.
Zdaje się, że Czarna Seria skończyła się na Kill’em All. Jeżeli zgodzimy się, że pani Hedström
napisała książkę „absolutnie genialną”, to dla mistrzów gatunku – np. Nesbø, Mankella, Läckberg
czy Jungstedt – pozostaje już tylko zarezerwować status bogów…

Ingrid Hedström, Nauczycielka z Villette, tłum. Halina Thylve, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2013.

Francisco Goya, szkic do akwaforty Kiedy rozum śpi, budzą się demony, rys. piórem, ok. 1797,
Museo del Grabado de Goya, Fuendetodos

41

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Viktor Orbán
HAJRÁ, MAGYAROK!
(fragmenty przemówienia)

S

zanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem,
gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje
się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób
konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak,
szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj
zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w
Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że
Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości
wszystkich swych granic.
W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego
granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy
przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na
Zachodzie.
Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej
polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe
gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat
ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów
słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca,
niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa,
Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy
do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się
wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy
żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech
jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.
Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być
sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć
politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać
polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.
Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega
polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze
przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były
chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem,
wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki
zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi
sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.
Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe
akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie
leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w
poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie
światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też
dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji
regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego
konsekwencjami [Turcja].
Szanowni Państwo! Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała,
nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim
góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć

42

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo
energii wkłada w europeizację?
Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu
moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego
kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i
nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna
równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki
zagranicznej.
Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się
w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość
nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat.
Szanowni Panie i Panowie! A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko:
dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa
stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie
wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i
wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która
powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale
i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca
możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.
To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i
węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii
Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako
początek nowej epoki.
Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za
pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej
samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na
nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od
przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała
się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość.
Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej, dostrzegliśmy to
jako pierwsi?
Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć,
może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba
być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co
niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.
My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając
co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo
przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem
jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne.
Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki,
stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń.
Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu,
bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają.
Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy
mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą
intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie
rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.
W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł
lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet
wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia,
których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.
Szanowni Państwo! Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów.
Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć

43

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach
do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba
przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z
rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli.
Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze
sny.
Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały
świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury –
spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością
jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za
bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować?
Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej
zachodnioeuropejskich fabryk.
Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia
bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy
nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich
sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak
wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w
stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez
narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.
Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się
niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem
islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej
oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej
dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego.
Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.
Szanowni Panie i Panowie! Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de
Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na
rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu.
Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za
późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie
odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być
najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.
Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli
nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po
odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki,
frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.
Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli,
godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy
nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu,
nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie
ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.
Szanowni Państwo! Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu,
zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja
wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie
możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami
rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami
przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy,
nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.
Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To
tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło,
zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę,
kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

44

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Moi Drodzy Przyjaciele! Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać.
Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i
Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy,
pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi
zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet
takiej intencji.
My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło
komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej
kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego
instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.
A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja
chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne
wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie
mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność,
duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!
Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie
ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że
istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz
tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze
kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat
temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i
sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu
jest martwa.
Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować
masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność
rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z
którego chcieliśmy się wyrwać.
Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od
europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy
byli solidarni i pomagali.
Drodzy moi Przyjaciele! To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też
kamiennych mózgów. Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy
tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. Zamiast to zrozumieć, z
Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej
zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa
świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się
stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne
wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle.
Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit
politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które
mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie
ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.
U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło
lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. To zaś oznacza, że prawdziwy
problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym
rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni
liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza
koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i
głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony
imigrantów.
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i
selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje

45

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy
szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest
terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym
swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.
Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!
Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop
imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych
granicach napięcie rośnie coraz bardziej.
Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze.
Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być
przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną,
środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one
wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego
[pogromca Turków w XV wieku].
(...)Moi Drodzy Przyjaciele! Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że
rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa.
Określają to mianem „obowiązkowych kwot” przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną,
niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys.
imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw
członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i
omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.
Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli.
Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego
imigranta i każdego kraju członkowskiego.
Drodzy moi Przyjaciele! Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów,
czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów.
Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych „kwot osiedleńczych”.
Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych
„kwotach”. I tak obowiązkowe „kwoty” imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów.
One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy
i co może rozbić przymierze narodów Europy.
Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by
konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i
wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek
do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.
Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i
antysemityzmu. Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich
buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. Na
Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.
Szanowni Państwo! Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy
razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy
roznoszą po Europie pomysły „kwot”. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski,
a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.
Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni
stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki
autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich
otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na
dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy
niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o
pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace
podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich,
by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują.

46

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani centa. Węgry,
osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione
kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity.
Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron
nie ma podstaw do pretensji.
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry
wprowadzenia „kwot osiedleńczych”. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej
demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej
brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.
W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy
podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami,
wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. I nie chodzi tu o liczbę
imigrantów, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już
przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.
Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym „kwotom osiedleńczym”
nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu.
Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów.
Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem
Sowieckim 2.0
My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i
chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie
pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej
samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László –
Władysław I, Imre Madách czy Béla Bartók.
Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt,
iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne
poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i
rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. Nikt jednak z nas – niezależnie od
tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed
celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić
do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.
Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie
naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią
na tej drodze nawet najmniejszego kroku!
Hajrá, Európa, hajrá, Magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!
Przeł. HPA

Fragmenty przemówienia premiera Viktora Orbána z 28 lutego 2016 r. w parlamencie
węgierskim. Opublikowano za: wPolityce, Klub Inteligencji Polskiej.

47

KRYTYKA LITERACKA

1•2016

TOMASZ MAREK SOBIERAJ
Dwoje na wzgórzu
Jest to miejsce dosyć osobliwe.
Łagodne wzgórze i grupa drzew na nim
zwarta niczym rycerze w szyku bojowym.
Wokół równina porośnięta trawami.
Niebo szaroniebieskie, monumentalne chmury,
a wszystko nieruchome, jakby wstrzymane silną ręką.
Jest to moment niemal doskonały,
rzekłbyś – pejzaż idealny,
podobny obrazom Constable'a. Może tylko
brakuje pierwszego planu. Ale
ta drobna niedoskonałość jest tylko pozorna,
to genialny artystyczny zabieg, kompozycja bowiem,
widziana z drugiej strony,
zawiera rzekę, krętą jak Meander,
która szeroką doliną przecina mokre łąki i torfowiska.
Zatem, gdy do wzgórza podejść od południa,
idziesz przez krajobraz z gęstymi chmurami
a stopy nikną ci pośród traw,
od północy zaś idąc mijasz olchy i łopiany,
przechodzisz przez rzekę, trafiasz na brzeg
– dosyć stromy – na nim lisie jamy i gęste zarośla.
Żadna droga, najskromniejsza ścieżka cię nie poprowadzi;
trzeba jednak przyznać, że szlak jest ciekawy, szczególnie
wersja północna. Bo gdy na brzegu rzeki staniesz,
u stóp wyniosłości, pośród gałęzi splątanych
dojrzysz ukryte schody. Prowadzą na szczyt wzgórza,
jak na szczyt piramidy
zagubionej gdzieś w lasach Jukatanu. Gdy jesteś sam,
odczujesz ten lekki niepokój, który zawsze tak przyjemnie
w miejscach tajemniczych i nieznanych
ściska wnętrzności; jednak ciekawość poprowadzi cię dalej,
w górę kamiennych stopni. Zadyszany, staniesz
pośród rycerstwa drzew wspomnianego na początku – głównie
dęby, buki, jakieś lipy; trochę krzewów; skromne kwiaty
wychylają się ku słońcu. Gałęzie trą o siebie,
brzmi to jak szczęk broni. Krzyk ptaków
rozlegnie się po chwili i trzepot skrzydeł przeraźliwy
sprawi, że odczujesz dziwny chłód, nawet jeśli panuje upał.
Pójdziesz dalej, szerokim grzbietem, i po kilku krokach
ujrzysz grób. Dosyć stary, pokryty mchem
i porostami. Na nim słowa i daty wykute w kamieniu,
które mówią więcej niż opowieść ślepego starca.

„Hier ruhen unse… Eltern.
Emilie Patzer geb. Zich * 29.6.1847 † 31.5.1926
Gottlieb Patzer * 8.1.1844 † 16.1.1926
Nach überslandenen Leiden
Ruft uns Gott zu ewigen Freuden“.
48

Józef Mackiewicz
1902 – 1985

Naturalnie, o wolnościach indywidualnych, jakie istniały w XIX wieku, również pod
samodzierżawiem carskim, dziś, w wieku skolektywizowanej myśli, trudno nawet marzyć. Nie
chodzi jednak o marzenia, chodzi o uratowanie pozostałego jeszcze marginesu.
Józef Mackiewicz, z listu do redakcji „Kultury”

Józef Mackiewicz, Barbara Toporska
Listy do i od Redakcji „Kultury”
Wydawnictwo Kontra, Londyn
Przypisy opracowała Nina Karsov
Dzieła, tom 21

Rembrandt Harmenszoon van Rijn, studium aktu do obrazu Zuzanna i starcy,
rys. węglem i kredą, ok. 1647, Kupferstichkabinett Berlin